/ Language: Polski / Genre:thriller

Kostnica

Graham Masterton

Profesor Nathan Underhill, próbuje wyhodować mitycznego gryfa, by z niego pozyskać materiał do badań nad komórkami macierzystymi i zastosowaniem ich w leczeniu wielu chorób, wobec których medycyna była dotychczas bezradna. Doktor Christian Zauber, dyrektor Domu Spokojnej Starości Murdstone, także pracuje nad odtworzeniem mitycznej istoty – bazyliszka. On jednak korzysta w swej pracy z alchemii i czarnej magii. Podczas nocnej wizyty w domu starców, Nathan i jego żona Grace odkrywają potworną tajemnicę Zaubera. Niestety wyprawa kończy się tragicznie – Grace, porażona spojrzeniem bazyliszka, zapada w śpiączkę. Tymczasem doktor Zauber znika. Na pomoc Nathanowi przychodzi młoda dziennikarka, która trafia na ślad doktora ukrywającego się w Krakowie. W pięknej scenerii krakowskiej Starówki rozpoczyna się śmiertelna gra, w której amerykański naukowiec walczy o życie z przerażającym potworem powołanym do życia przez szaleńca o nadludzkich zdolnościach.

Graham Masterton

Kostnica

I

Staruszek wszedł do mojego biura i zamknął za sobą drzwi. Miał na sobie pogniecioną lnianą marynarkę i zieloną muchę, a w dłoniach, naznaczonych plamami wątrobowymi, trzymał panamę zbrązowiałą na pieczeń wskutek lat spędzonych w słońcu kalifornijskim. Z jednej strony jego twarzy dostrzegałem kępki białego zarostu, domyśliłem się, więc, że goli się z trudem.

Odezwał się tonem prawie przepraszającym:

– Chodzi o mój dom. On oddycha.

Uśmiechnąłem się i powiedziałem:

– Niech pan usiądzie.

Przysiadł na brzegu krzesła z chromu i plastyku i oblizał wargi. Miał sympatyczną, zaaferowaną twarz, jaką chciałoby się widzieć u własnego dziadka. Należał do tych staruszków, z którymi chętnie grywa się w szachy podczas leniwych jesiennych popołudni, siedząc na balkoniku nad plażą.

– Nie musisz mi wierzyć, jeżeli nie chcesz, młodzieńcze. Byłem już tutaj wcześniej i mówiłem to samo – nalegał.

Przerzuciłem listę umówionych wizyt, leżącą na biurku.

– Faktycznie. To pan dzwonił w zeszłym tygodniu?

– I tydzień przedtem.

– I powiedział pan dyżurnej, że pana dom…

Zawahałem się i spojrzałem na niego, a on na mnie. Nie dokończył mojego zdania pewnie, dlatego, że chciał usłyszeć to z moich ust. Obdarzyłem go biurokratycznym uśmiechem przez zasznurowane wargi.

Powiedział swoim łagodnym, drżącym głosem:

– Przeniosłem się do tego domu z mieszkania mojej siostry, na górce. Sprzedałem trochę rzeczy i kupiłem go za gotówkę. Był dość tani, a ja zawsze chciałem mieszkać w okolicach Mission Street. No, ale teraz…

Spuścił oczy i bawił się rondem kapelusza.

Wziąłem długopis.

– Czy mogę prosić o pana nazwisko?

– Seymour Wallis. Jestem emerytowanym inżynierem. Głównie budowałem mosty.

– A pana adres?

– Tysiąc pięćset pięćdziesiąt jeden Pilarcitos Street.

– Okay. I ma pan kłopoty z hałasem? Znowu podniósł oczy. Były koloru wyblakłych bławatków, zasuszonych między stronicami książki.

– Nie z hałasem. Chodzi o oddychanie.

Rozsiadłem się w moim obrotowym fotelu odbitym sztuczną czarną skórą i postukałem się długopisem w zęby. Byłem przyzwyczajony do dziwacznych skarg, które trafiają do wydziału sanitarno-epidemiologicznego Nachodziła nas regularnie kobieta, która twierdziła, że dziesiątki aligatorów, spuszczonych w latach sześćdziesiątych przez dzieciaki do klozetów, przedostały się kanałami pod jej mieszkanie na skrzyżowaniu ulic Howarda i Czwartej, i usiłowały wejść przez sedes, aby ją zjeść. Był też pewien stuknięty młodzian, który uważał, że z jego termy wydobywa się niebezpieczne promieniowanie.

Cóż, szajbusy czy nie, płacono mi za to, abym był dla nich miły i cierpliwie wysłuchiwał tego, co chcą mi powiedzieć, oraz starał się ich przekonać, że San Francisco nie roi się od aligatorów i nie ukrywa się w tym mieście zielonego kryptonitu.

– A może pan się myli? – powiedziałem. – Może to swój własny oddech pan słyszy.

Staruszek z lekka wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć, że istotnie, to jest możliwe, ale raczej nieprawdopodobne.

– Czy nie brał pan pod uwagę przeciągów w kominie? – zasugerowałem. – Czasami powietrze wędruje w dół starym przewodem kominowym i ciągnie przez szpary między cegłami, tam gdzie są zamurowane kominki.

Potrząsnął przecząco głową.

– No, jeżeli nie jest to pana własny oddech i nie jest to ciąg powietrza w kominie, to może pan spróbuje podpowiedzieć mi, co to może być?

Staruszek kaszlnął i wyjął czystą, choć postrzępioną chusteczkę, którą przytknął do ust.

– Uważam, że to oddychanie – powiedział. – Myślę, że w ścianach jest uwięzione jakieś zwierzę.

– Słyszy pan drapanie? Tupot łap? Tego typu rzeczy?

Znowu potrząsnął głową.

– Tylko oddech?

Kiwnął przytakująco. Czekałem, że powie coś więcej, ale najwyraźniej skończył. Wstałem i przeszedłem do okna, które wychodziło na sąsiedni blok. Podczas ładnej pogody można było stąd popatrzeć na stewardesy, które po godzinach pracy opalały się w ogródku na dachu, ubrane w bikini. Myślałem wówczas, że linie lotnicze United istotnie biją wszystkie inne na głowę. Ale dzisiaj mogłem przyglądać się jedynie podstarzałemu meksykańskiemu ogrodnikowi, który przesadzał pelargonie.

– Gdyby tam rzeczywiście było uwięzione jakieś zwierzę, to pozbawione jedzenia i wody żyłoby tylko przez pewien czas. A jeśli nie jest uwięzione, to słyszałby pan, jak biega – powiedziałem.

Seymour Wallis, inżynier, wlepił wzrok w swój kapelusz. Zacząłem sobie uświadamiać, że staruszek nie jest szajbnięty, wygląda jak zwyczajny, praktyczny facet i ta wyprawa do wydziału sanitarno-epidemiologicznego wskutek pozacielesnego sapania musiała kosztować go dużo przemyśleń. Nie chciał wyjść na głupka. Ale kto by tego chciał?

Powiedział cicho, lecz stanowczo:

– Brzmi to jak oddech zwierzęcia. Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale słyszę te dźwięki już od trzech miesięcy, prawie odkąd tam mieszkam, i są bardzo wyraźne.

Odwróciłem się od okna.

– Jakieś nieprzyjemne zapachy? Znaki? Chodzi mi o to, czy nie natrafia pan na odchody zwierzęce, na przykład w szafie, lub na inne ślady?

– Dom oddycha. To wszystko. Dyszy jak wilczur w upale. Ech, ech, ech całą noc, a czasami i we dnie.

Wróciłem do biurka i usadowiłem się na powrót w fotelu. Seymour Wallis spoglądał na mnie w oczekiwaniu, że wyciągnę jakiś magiczny środek zaradczy z lewej dolnej szuflady. Byłem upoważniony do tępienia szczurów, karaluchów, mrówek, os, wszy, pcheł i pluskiew, ale moja licencja nie obejmowała oddychania.

– Proszę pana – powiedziałem możliwie jak najmilej – czy jest pan przekonany, że przyszedł do właściwego wydziału?

Kaszlnął.

– A czy mógłby pan mi coś innego doradzić?

Mówiąc szczerze, zaczynałem zastanawiać się, czy nie odesłać go do psychiatry, ale trudno jest powiedzieć sympatycznemu starszemu panu, że prawdopodobnie dostaje szmergla. A jeżeli tam coś rzeczywiście dyszało?

Spojrzałem na przeciwległą ścianę i na widniejącą na niej współczesną czerwono-zieloną reprodukcję. Kiedyś, zanim odnowiono nam biura, na ścianie miałem tylko obszarpany plakat, który przestrzegał przed dotykaniem jedzenia nie mytymi rękoma, ale teraz wydział był urządzony z większym smakiem. Mówiono nawet o tym, by nazwać nas „departamentem konserwacji otoczenia".

– Jeśli nie ma żadnych brudów ani widocznych oznak tego, co może stanowić źródło oddychania, to niezupełnie rozumiem, dlaczego pan jest zaniepokojony. Prawdopodobnie to tylko nietypowe zjawisko spowodowane konstrukcją pańskiego domu – powiedziałem.

Seymour Wallis słuchał tego z miną, która wyrażała mniej więcej następującą opinię: jesteś pan biurokratą, musisz pan recytować te wszystkie pociechy, ale ja nie wierzę w ani jedno pana słowo. Kiedy skończyłem, oparł się ciężko o tył plastykowego krzesła i kiwał przez pewien czas głową, rozmyślając.

– Jeżeli moglibyśmy coś innego dla pana zrobić – kontynuowałem – gdyby potrzebował pan dezynsekcji albo odszczurzania… to prosimy bardzo.

Obdarzył mnie przenikliwym, pozbawionym zachwytu spojrzeniem.

– Powiem panu prawdę – odezwał się chrapliwie. – A prawda jest taka, że ja się boję. Jest w tym oddychaniu coś takiego, że cholernie się boję. Przyszedłem tutaj dlatego, że nie wiem, gdzie mam się zwrócić. Mój lekarz twierdzi, że mam słuch w porządku. Architekt twierdzi, że mój dom jest w porządku, a psychiatra twierdzi, że nie dostrzega u mnie oznak gwałtownego starzenia. Wszyscy mnie uspokajają, a ja to ciągle słyszę i wciąż się boję.

– Panie Wallis – powiedziałem – ja nie mogę niczego zrobić. Nie znam się na oddychaniu.

– Mógłby pan przyjść posłuchać.

– Jak oddycha?

– Cóż, nie musi pan.

Rozłożyłem ręce w geście współczucia.

– Nie o to chodzi, że nie chcę. Po prostu muszę załatwić bardziej naglące sprawy związane ze stanem sanitarnym miasta. Mamy zapchany ściek na Folsom i, naturalnie, sąsiedzi są bardziej zainteresowani własnym oddychaniem niż czyimś. Przykro mi, panie Wallis, ale nie mogę nic dla pana zrobić.

Potarł zmęczonym gestem czoło i wstał.

– Dobrze – powiedział głosem zwyciężonego. – Rozumiem, że ma pan ważniejsze sprawy.

Obszedłem biurko i otworzyłem mu drzwi. Włożył swoją starą panamę i chwilę stał, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć i szukał słów.

– Jeżeli zauważy pan coś więcej, jakieś odgłosy biegania lub ślady odchodów…

Skinął głową.

– Wiem, odezwę się do pana. Ale problem polega na tym, że wszyscy się specjalizują. Pan czyści ścieki, więc nie może pan posłuchać czegoś tak dziwnego jak oddychający dom.

– Przykro mi.

Wyciągnął rękę i złapał mnie za przegub. Jego koścista dłoń była nadzwyczaj silna i przez chwilę wydawało mi się, że nagle ścisnęły mnie szpony orła.

– Niech panu przestanie być przykro i niech pan zrobi coś konkretnego – powiedział.

Podszedł tak blisko, że widziałem siatkę czerwonych żyłek na białkach jego przymglonych oczu.

– Niech pan przyjdzie, gdy skończy pan pracę, i posłucha chociaż przez pięć minut. Mam nieco szkockiej whisky, którą mi przywiózł bratanek z Europy. Moglibyśmy się napić, a pan w tym czasie posłuchałby.

– Panie Wallis…

Puścił mój przegub, westchnął i poprawił kapelusz.

– Musi mi pan wybaczyć – powiedział beznamiętnie. – Chyba wpłynęło to źle na moje nerwy.

– Nie szkodzi – powiedziałem. – Proszę pana, jeśli uda mi się znaleźć kilka wolnych chwil po pracy, przyjdę. Nie przyrzekam i proszę się nie martwić, jeśli się nie zjawię. Mam spotkanie tego wieczoru, więc mogę przyjść raczej późno. Ale postaram się.

– Dobrze – odparł, nie patrząc na mnie. Nie lubił tracić panowania nad emocjami i starał się teraz je uporządkować niby rozplatane motki wełny.

Po chwili dodał:

– Wie pan, może to park. To może mieć związek z parkiem.

– Z parkiem? – zapytałem wprost.

Zmarszczył brwi, jakby wyrwało mi się coś zupełnie niestosownego.

– Dziękuję za poświęcenie mi czasu, młody człowieku.

Odszedł długim, błyszczącym korytarzem. Stałem w swoich otwartych drzwiach, patrząc na niego. I nagle w chłodnym klimatyzowanym powietrzu zacząłem dygotać.

Tak jak to zwykle bywało, spotkanie wieczorne zdominował Ben Pultik z wydziału zajmującego się wywózką śmieci. Pultik był niewysokim mężczyzną o szerokich barach. Miał wygląd małej szafki odzianej w marynarkę. Pracował „w śmieciach" od czasu strajku generalnego w tysiąc dziewięćset trzydziestym czwartym roku i uważał ich wywózkę oraz likwidację za jedno z najwyższych zadań ludzkości, i w pewnym sensie miał rację, ale niezupełnie.

Siedzieliśmy wokół stołu konferencyjnego, paliliśmy za dużo i piliśmy stęchłą kawę ze styropianowych kubków. Na zewnątrz niebo zaciągały purpurowe i bladozłote zasłony chmur, a wieże i piramidy San Francisco pochłaniała brokatowa noc Pacyfiku. Pultik skarżył się, że właściciele restauracji prowadzących kuchnie różnych narodów nie pakują odpadków w czarne foliowe torby i z tego powodu jego załogi brudziły kombinezony resztkami egzotycznych potraw.

– Niektórzy moi ludzie są żydami – mówił, przypalając po raz któryś peta. – Ostatnia rzecz, na którą mają ochotę, to zapaskudzenie się niekoszernym żarciem.

Morton Meredith, szef tego wydziału, siedział w swoim krześle, na honorowym miejscu, a na jego ustach widniał blady, drgający uśmieszek. Zasłonił dłonią ziewnięcie. Jedynym powodem tych spotkań było zarządzenie o stymulacji wewnątrzzałogowej wydane przez urząd miejski, ale myśl, że Ben Pultik mógłby być stymulującym rozmówcą, równała się zamówieniu moules farcies u MacDonalda. Tego nie było w menu.

Wreszcie o dziewiątej, po nużącym sprawozdaniu zaprezentowanym przez eksterminatorów, opuściliśmy budynek i wyszliśmy w ciepłą noc. Dań Machin, młody facet przypominający tykę od grochu, który pracował w laboratorium badań zdrowotności, przepchnął się w moim kierunku i klepnął mnie w plecy.

– Napijesz się? – zapytał. – Po takim spotkaniu gardło jest jak bezmiar pustynny.

– Chętnie – odpowiedziałem. – Mogę tylko zabijać czas.

– Czas i pchły – przypomniał mi.

Dokładnie nie wiem, czemu lubiłem Dana Machina. Był ode mnie dwa lub trzy lata młodszy, nosił włosy obcięte na jeża, niby pole pszenicy w Kansas, i niemodne okulary, które zawsze sprawiały wrażenie, jakby miały mu zaraz zlecieć z zadartego nosa. Chodził w luźnych marynarkach ze skórzanymi łatami na łokciach, miał wiecznie przydeptane buty, ale jego dziwaczne i pokrętne poczucie humoru bawiło mnie. Miał bladą twarz od nadmiernego przesiadywania w zamkniętych pomieszczeniach, ale nieźle grał w tenisa i znał tyle faktów i liczb z przeszłości, ile wydawcy „Ripleya".

Może Dań Machin przypominał mi moje bezpieczne podmiejskie dzieciństwo w Westchesterze, gdzie na domach wisiały latarnie jak na dorożkach, wszystkie panie domu miały lakierowane włosy blond i woziły dzieci buickami combi, a jesienią zapach palonych liści był wstępem do sezonu jazdy na wrotkach i do zabaw w duchy. Od tamtego czasu wiele mi się przydarzyło, na czele z paskudnym rozwodem i gwałtowną, ale absurdalną przygodą miłosną, i dobrze było wiedzieć, że tamta Ameryka istnieje jeszcze.

Przeszliśmy z Danem ulicę i ruszyliśmy w górę wąskim chodnikiem Gold Street do „Assay Office", ulubionego baru Dana. Było to pomieszczenie o wysokim sklepieniu ze staromodną galerią i drewnianomosiężnymi meblami dawnego San Francisco. Znaleźliśmy sobie stolik przy ścianie i Dań zamówił nam dwa piwa Coors.

– Zamierzałem pójść dziś wieczór na Pilarcitos – powiedziałem mu, zapalając papierosa.

– Zabawa czy interesy?

Wzruszyłem ramionami.

– Nie jestem pewien. To ani jedno, ani drugie.

– Brzmi tajemniczo.

– Właśnie. Przyszedł dziś do mnie do biura starszy facet i oznajmił, że ma dyszący dom.

– Dyszący?

– Podobno. Dyszy jak Lassie. Facet chciał wiedzieć, czy dałoby się coś z tym zrobić.

Przyniesiono piwa i Dań pociągnął parę głębokich łyków. Zostały mu białe wąsy z piany, w których całkiem mu było do twarzy.

– To nie jest przeciąg w kominie – powiedziałem mu. – Ani jakieś zwierzę uwięzione w szczelinie ściany. Tak naprawdę jest to autentyczny przypadek nie wyjaśnionej respiracji.

Miało to zabrzmieć dowcipnie, ale Dań potraktował tę informację poważnie.

– Czy mówił coś jeszcze? Czy powiedział, kiedy to się zdarza? W jakich porach dnia?

Postawiłem szklankę.

– Mówił, że trwa to ciągle. Mieszka tam dopiero od kilku miesięcy, a to dzieje się, odkąd się wprowadził. Jest naprawdę wystraszony. Chyba staruszek przypuszcza, że to jakiś duch.

– Może i tak – powiedział Dań.

– Jasne. A właśnie Benowi Pultikowi znudziły się śmiecie.

– Ale ja mówię serio – nalegał Dań. – Podobno zdarzały się takie przypadki, że ludzie słyszeli głosy czy coś podobnego. W pewnych warunkach dźwięki, które niegdyś brzmiały w danym pokoju, można ponownie usłyszeć. Niektórzy twierdzą, że słyszeli rozmowy, które mogły się odbyć sto lat wcześniej.

– Gdzie ty się tego wszystkiego dowiedziałeś?

Dań pociągnął swój maleńki nos, jakby chciał go zmusić do wydłużenia, i dałbym głowę, że zarumienił się.

– Mówiąc szczerze – powiedział zażenowany – to zawsze interesowały mnie działania sił nadprzyrodzonych. Powiedzmy, że to rodzinne hobby.

– Ty? Taki zakuty naukowiec?

– Nie przesadzaj – powiedział Dań – to nie jest tak zwariowane, jak może się wydawać. Takie sprawy z duchami zdarzały się. Moja ciotka zawsze twierdziła, że duch Buffalo Billa Cody przychodził do niej po nocach, siadywał przy jej łóżku i opowiadał historie o dawnym Dzikim Zachodzie.

– Buffalo Bili?

Dan zrobił minę pełną dezaprobaty.

– Tak mówiła. Może nie powinienem był jej wierzyć.

Oparłem się plecami o krzesło. Z baru dobiegał sympatyczny szmer rozgadanych głosów, a obsługa roznosiła smażoną kurę i pieczone żeberka. Przypomniałem sobie, że nie jadłem nic od śniadania.

– Myślisz, że powinienem tam pójść? – zapytałem Dana, gapiąc się na dziewczynę w obcisłej koszulce z nadrukiem „Oldsmobile Rocket" na piersiach.

– Ujmijmy to w ten sposób. J a bym poszedł. A może powinniśmy iść tam razem. Z radością posłuchałbym domu, który oddycha.

– Z radością, co? Okay, jeśli zapłacisz połowę za taksówkę, pojedziemy. Ale nie myśl sobie, że ci tego faceta zagwarantuję. Jest bardzo stary i możliwe, że ma po prostu halucynacje.

– Halucynacja to oszukiwanie wzroku.

– Zaczynam myśleć, że ta dziewczyna w koszulce to także halucynacja.

Dan obrócił się, a dziewczyna wyłowiła go oczyma. Zaczerwienił się jak burak.

– Zawsze to robisz – oskarżył mnie poirytowany. – Oni tu pewnie myślą, że jestem jakimś maniakiem seksualnym.

Dokończyliśmy piwo, po czym złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy na Pilarcitos Street. Była to jedna z tych krótkich uliczek na zboczu, gdzie parkuje się samochód, aby pójść do japońskiej restauracji na głównym ciągu. A potem, gdy się wraca opchanym do mdłości tempurą i sake, nie można tej uliczki odnaleźć. Domy tu były stare i ciche, ozdobione wieżyczkami, podcieniami i cienistymi werandami.

Biorąc pod uwagę fakt, że Mission Street była zaledwie kilka jardów dalej, tutejsze domy zdawały się dziwnie ponure i nie odpowiadające czasowi. Dan i ja stanęliśmy przed domem z numerem tysiąc pięćset pięćdziesiąt jeden. Czując ciepły wieczorny powiew, patrzyliśmy na gotycką wieżę i rzeźbiony balkon, i na szarawą farbę, która schodziła płatami jak łuski ze zdechłej ryby.

– Chyba nie wierzysz, że taki dom mógłby oddychać? – zapytał Dan, pociągając nosem.

– Nie wierzę, że w ogóle dom może oddychać. Ale czuję, że właściciel powinien sprawdzić kanalizację.

– Na litość boską, przestań – jęknął Dan. – Nie mów o pracy po godzinach służbowych. Czy myślisz, że na przyjęciach szukam wszy we włosach gości?

– Nie byłbym zdziwiony.

Mieliśmy przed sobą starą żelazną bramę i pięć pochylonych schodków prowadzących na werandę. Popchnąłem bramę; była tak przerdzewiała, że zawyła jak zdychający pies. Weszliśmy na schodki i szukaliśmy dzwonka na tonącej w mroku werandzie. Wszystkie okna parterowe wychodzące na ulicę miały zaciągnięte i zamknięte okiennice, więc wydawało nam się, że gwizdanie czy wołanie jest bezsensowne. U stóp wzgórza przemknął samochód policyjny z włączoną syreną. Obok po ulicy szła roześmiana dziewczyna z dwoma chłopcami. To wszystko działo się w zasięgu wzroku i słuchu, ale tu, przy wejściu do domu, istniała tylko cienista cisza i uczucie, że obok nas przepływają zagubione lata, wyciekające ze skrzynki na listy i spod ozdobnych wejściowych drzwi – zupełnie jak piasek sypiący się z wiaderka.

– Tu jest kołatka – powiedział Dan. – Może by zastukać kilka razy?

Spozierałem w ciemność. – Tylko nie cytuj przy tym Edgara Allana Poego.

– Jezu – powiedział Dań. – Nawet na widok kołatki mam ciarki.

Podszedłem i przyjrzałem się jej. Była ogromna, czarna ze starości i zniszczenia. Zrobiono ją w kształcie łba dziwacznego, parskającego stworzenia, które przypominało skrzyżowanie wilka z demonem. Nie wyglądała zachęcająco. Ktoś, kto wieszał coś takiego na swoich drzwiach wejściowych, nie mógł być w zupełności normalny, chyba że mu sprawiały przyjemność mary nocne. Pod kołatką widniał wygrawerowany jeden wyraz: „Wróć".

Dań się wahał, więc chwyciłem za kołatkę i uderzyłem nią dwa lub trzy razy. Dźwięk rozszedł się głuchym echem po domu i czekaliśmy cierpliwie na odpowiedź Seymoura Wallisa.

– Co ci to przypomina? To coś na kołatce? – zapytał Dań.

– Bo ja wiem… Chyba maszkarona.

– Mnie to się wydaje podobne do jakiegoś przeklętego wilkołaka.

Sięgnąłem do kieszeni po papierosy.

– Oglądałeś za dużo starych horrorów – stwierdziłem.

Miałem zamiar znowu zastukać kołatką, ale usłyszałem, że ktoś człapał w naszą stronę z wnętrza domu. Po odciągnięciu górnej i dolnej zasuwy drzwi otworzyły się niepewnie i zatrzymały na łańcuchu. Ujrzałem za nimi bladą twarz Seymoura Wallisa. Patrzył z taką ostrożnością, jakby spodziewał się bandytów albo mormonów.

– Pan Wallis? – zapytałem. – Przyszliśmy posłuchać oddychania.

– Ach, to pan – powiedział z wyraźną ulgą. – Proszę chwileczkę poczekać, zaraz otworzę.

Wysunął łańcuch. Drzwi, drżąc, otworzyły się szerzej. Seymour Wallis był ubrany w buraczkowy szlafrok, na nogach miał kapcie. Spod szlafroka było widać jego włochate i chude nogi.

– Mam nadzieję, że nie przyszliśmy w niedogodnej chwili – powiedział Dań.

– Nie, nie. Proszę wejść. Zamierzałem tylko wziąć kąpiel.

– Podoba mi się pana kołatka. Ale jest taka trochę odstraszająca, nie sądzi pan?

Seymour Wallis obdarzył mnie niepewnym uśmiechem.

– Chyba tak. Gdy kupowałem ten dom, już tu była. Nie wiem, co przedstawia. Moja siostra uważa, że diabła, ale ja nie jestem taki pewny. A dlaczego umieszczono na niej słowo „wróć", nie dowiem się nigdy.

Znaleźliśmy się w wysokim, zatęchłym przedpokoju, wyłożonym wytartym brązowym chodnikiem. Na ścianach wisiały tuziny pożółkłych reprodukcji, grafik i listów. Niektóre ramki były puste, inne popękane. Większość obrazków przedstawiała widoki Mount Taylor i Cabezon Peak w odcieniach sepii. Były tam także nieczytelne, rudo poplamione mapy oraz wykazy jakichś cyfr wypisane koślawym i wyblakłym pismem.

Zatrzymaliśmy się przy pierwszym słupku balustrady schodów. Był wyrzeźbiony w ciemnym mahoniu. Na jego szczycie stał na tylnych łapach niedźwiedź z brązu. Zamiast pyska miał twarz kobiety. Same schody, wysokie i wąskie, wznosiły się ku ciemnościom panującym na piętrze. Wyglądały jak schody ruchome skierowane w najciemniejsze zakątki nocy.

– Lepiej chodźcie tędy – powiedział Seymour Wallis, prowadząc nas w kierunku drzwi znajdujących się na końcu korytarza. Nad nimi wisiała zniszczona głowa jelenia z zakurzonymi rogami. Tkwiło w niej tylko jedno oko.

Dań powiedział:

– Proszę przodem – i nie byłem pewny, czy żartuje, czy nie. Ten dom naprawdę mógł napędzić stracha.

Weszliśmy do niewielkiego, dusznego pokoiku do pracy. Wokoło na ścianach były zamontowane półki, zapewne kiedyś wypełnione książkami, ale teraz świeciły pustką. Tapeta w brązowe wzory, znajdująca się za półkami, była naznaczona cieniami stojących tu niegdyś tomów. W rogu, pod smętnym malunkiem początków San Francisco, stało biurko pokryte poplamioną skórą, a przy nim drewniane krzesło maklerskie z dwoma brakującymi prętami. Seymour Wallis nie podnosił żaluzji, więc pokój był duszny i zatęchły. Cuchnęło kotami, woreczkami z lawendą i proszkiem na karaluchy.

– Tu właśnie słyszę te odgłosy silniej niż w innych pokojach – wyjaśnił Wallis. – Zazwyczaj zdarzają się w nocy, kiedy tu siedzę i piszę listy albo kończę buchalterię. Na początku nie ma nic, ale potem zaczynam nasłuchiwać i jestem pewny, że to słyszę. Ciche oddychanie, jakby ktoś wszedł do pokoju i stał nie opodal, obserwując mnie. Staram się, a w każdym razie starałem się, nie odwracać. Ale niestety zawsze to robię. I oczywiście nikogo nie ma.

Dań przeszedł po zniszczonym dywaniku. Pod jego stopami zaskrzypiały klepki w podłodze. Wziął z biurka Wallisa kalendarz astralny i przez parę chwil go oglądał.

– Czy pan wierzy w rzeczy nadprzyrodzone, panie Wallis?

– To zależy, co pan rozumie przez słowo „nadprzyrodzone".

– Cóż… duchy.

Wallis spojrzał na mnie i znowu na Dana, jakby się obawiał, że naigrawamy się z niego. W buraczkowym szlafroku wyglądał jak jeden z tych staruszków, którzy upierają się przy kąpieli w oceanie w dzień Bożego Narodzenia.

– Opowiadałem właśnie mojemu koledze – zwróciłem się do Wallisa – że niektóre domy działają jak odbiorniki dźwięków i rozmów z przeszłości. Jeżeli w takim domu zdarzy się coś szczególnie stresującego, to w pewien sposób magazynuje on dźwięki w fakturze ścian i odtwarza je jak magnetofon, raz po raz. W zeszłym roku był taki przypadek w Massachusetts. Młode małżeństwo twierdziło, iż w ich salonie nocą kłócą się kobieta i mężczyzna, ale gdy schodzili tam, by zobaczyć, co się dzieje, nikogo nie było. Ponieważ słyszeli wykrzykiwane imiona, poszli sprawdzić je w księgach parafialnych. Okazało się, że ci ludzie, których głosy słyszeli, mieszkali w tym domu w tysiąc osiemset sześćdziesiątym roku.

Seymour Wallis potarł swą nie ogoloną brodę. – Czy to znaczy, że gdy słyszę oddychanie, to słyszę ducha?

– Niezupełnie – odrzekł Dań. – To tylko echo z przeszłości. Być może straszne, ale nie jest bardziej niebezpieczne niż dźwięk, jaki wydobywa się z pańskiego telewizora. To tylko dźwięk, nic więcej.

Wallis powoli przysiadł na starym krześle maklerskim i spojrzał na nas z powagą.

– Czy mogę to coś zmusić, aby mnie zostawiło w spokoju? – zapytał. – Czy można to egzorcyzmować?

– Chyba nie – powiedział Dań. – Trzeba by zburzyć cały dom. To, co pan słyszy, tkwi w samej materii budynku.

Kaszlnąłem i odezwałem się uprzejmie:

– Obawiam się, że w mieście obowiązuje przepis zakazujący burzenia starych domów z przyczyn nie uzasadnionych. Podpunkt 8.

Seymour Wallis wyglądał na bardzo zmęczonego.

– Wiecie, panowie, długie lata chciałem mieć taki dom. Czasami przechodziłem tędy i podziwiałem wiek, charakter i styl tych budynków. Wreszcie udało mi się jeden zdobyć. Ten dom tak wiele dla mnie znaczy. Reprezentuje wszystko, co w życiu starałem się zrobić, aby utrzymać stare wartości i sprzeciwić się nowoczesnemu, łatwemu, fałszywemu i tak pociągającemu światu. Popatrzcie tylko na to miejsce. Nie ma tu ani piędzi lastryko, grama plastyku ani skrawka włókien szklanych. Te sztukaterie na suficie to prawdziwy gips, a klepki pochodzą ze starego żaglowca. Popatrzcie, jakie są szerokie. A teraz spójrzcie na te drzwi. Są solidne i wiszą, jak powinny. Zawiasy są z mosiądzu.

Uniósł głowę. W jego głosie brzmiało wiele uczucia.

– Ten dom należy do mnie – mówił dalej – a jeżeli przebywa w nim duch lub są jakieś odgłosy, to chcę, żeby się wyniosły. Ja jestem tutaj panem i, na Boga, będę zwalczał wszelkie nadprzyrodzone dziwolągi…

– Nie chciałbym, aby pan sobie pomyślał, że mu nie wierzę – powiedziałem – ponieważ jestem przekonany, że słyszał pan to wszystko, o czym pan opowiadał. Ale czy przypadkiem nie jest pan przepracowany? Może po prostu czuje się pan zmęczony.

Seymour Wallis skinął głową.

– O tak, jestem zmęczony. Ale nie aż tak zmęczony, żebym nie mógł walczyć o to, co moje.

Dań rozejrzał się po pokoju.

– Może udałoby się panu jakoś porozumieć z tym oddychaniem. Wie pan, myślę o osiągnięciu jakiegoś kompromisu.

– Nie rozumiem.

– Właściwie sam nie jestem pewien, czy rozumiem – odpowiedział Dań. – Ale wielu spirytystów zdaje się wierzyć, że można się umówić ze światem duchów, aby zostawiły człowieka w spokoju. Myślę, że powodem tego, iż coś w jakimś miejscu straszy, jest to, że duch nie może się przedostać tam, gdzie zwykle trafiają duchy. Więc może ten sapiący duch chce, aby pan mu w czymś pomógł. Nie wiem. To tylko moje przypuszczenia. Może powinien pan spróbować się z nim porozumieć.

Podniosłem brew.

– Co pan mi radzi? – zapytał Wallis ostrożnie.

– Trzeba być bezpośrednim. Zapytać, czego chce.

– Dajże spokój, Dań – wtrąciłem. – Bzdury opowiadasz.

– Wcale nie. Jeżeli pan Wallis słyszy oddychanie, to prawdopodobnie to coś, co oddycha, słyszy także jego.

– Jeszcze nie wiemy, czy oddychanie istnieje naprawdę.

Wallis wstał.

– Zdaje mi się, że zdołam panów przekonać jedynie wówczas, jeżeli usłyszycie to „coś" na własne uszy. Może szklaneczkę whisky? Posiedzimy tu około pół godzinki, jeśli panowie mogą mi tyle czasu poświęcić, i posłuchamy.

– Oczywiście, z przyjemnością – odpowiedział Dań.

Wallis wyszedł z pokoju, stąpając ciężko, i za chwilę wrócił z dwoma krzesłami z giętego drewna. Usiedliśmy na nich niewygodnie wyprostowani, a on poczłapał po karafkę.

Wciągnąłem stęchłe powietrze. W maleńkiej bibliotece było gorąco i duszno i zaczynałem żałować, że nie siedzę w barze „Assay Office", i nie sączę zimnego piwa Coors. Dań potarł ręce jak prawdziwy człowiek interesu.

– Ale będzie zabawa.

– Wydaje ci się, że my to usłyszymy? – zapytałem.

– Oczywiście. Mówiłem ci. Kiedyś o mało co nie zobaczyłem ducha.

– O mało co? Jak to?

– Kiedyś zatrzymałem się w starym hotelu w Denver. Gdy wracałem nocą do swojego pokoju, zobaczyłem, że wychodzi z niego pokojówka. Włożyłem klucz do drzwi, a ona pyta mnie: „Czy jest pan pewien, że to pana pokój? Tam wewnątrz jakiś pan bierze kąpiel". Sprawdziłem numer klucza, a ponieważ był właściwy, wszedłem do środka. Ze mną weszła pokojówka, żeby sprawdzić, ale gdy zajrzałem do łazienki, nie było tam nikogo kąpiącego się ani wody w wannie, niczego. Hotele to wspaniałe miejsce dla duchów.

– O tak, a wydział sanitarno-epidemiologiczny to wspaniałe miejsce dla łgarzy.

Właśnie w tej chwili wszedł staruszek Wallis z zaśniedziałą srebrną tacą, na której stały karafka i trzy szklanki. Postawił tacę na stoliku i nalał wszystkim szczodrą ręką. Potem usiadł na swoim krześle i upijał whisky, jakby chciał upewnić się, że nie dodano do niej cykuty.

W przedpokoju rozległ się dźwięk zegara, którego nie zauważyłem przy wejściu. Zaczął bić dziesiątą. Bam-wrr-bam-wrr-bam-wrr…

– Czy nie ma pan lodu, panie Wallis? – zapytał Dań.

Starzec spojrzał zakłopotany, potem potrząsnął głową.

– Przykro mi. Wysiadła lodówka. Zamierzałem ją naprawić. Zwykle jadam na mieście, więc nie odczuwałem jej braku.

Dań uniósł szklankę.

– No cóż, piję do tego sapania, czymkolwiek by ono było.

Przełknąłem ciepłą, nie rozcieńczoną szkocką i skrzywiłem się.

Czekaliśmy tam w ciszy prawie dziesięć minut. To zadziwiające, ile można narobić hałasu, pijąc whisky w zupełnej ciszy. Po chwili mogłem słyszeć cykanie zegara w przedpokoju, a nawet szmer samochodów na dalekiej Mission. I jeszcze szum mojej własnej krwi dudniącej w uszach. Wallis zdusił kaszel.

– Jeszcze whisky? – zapytał.

Dań wyciągnął swoją szklankę, ale ja stwierdziłem:

– Jeżeli wypiję więcej, to usłyszę dzwony, a nie sapanie.

Znowu rozsiedliśmy się na krzesłach, które dziwacznie zaskrzypiały.

– Czy zna pan historię tego domu, panie Wallis? Jakiś szczegół, który mógłby pomóc w ustaleniu tego, skąd wziął się tajemniczy oddech? – zainteresował się Dań.

Seymour Wallis nerwowo przestawiał rzeczy na biurku – pióro, nożyk do listów, kalendarz – potem spojrzał na Dana tym samym zmęczonym spojrzeniem, które widziałem na jego twarzy, gdy zjawił się w moim biurze.

– Obejrzałem akta własności. Datują się od tysiąc osiemset osiemdziesiątego piątego roku, to znaczy od czasu, kiedy ten dom zbudowano. Był własnością handlarza zbożem, a potem kapitana marynarki. Ale nie znalazłem niczego nadzwyczajnego. Nie było w tych aktach takich danych, na podstawie których można by wnioskować, że działo się tu coś strasznego. Żadnych morderstw…

Dań przełknął jeszcze whisky.

– Może ten sapacz siedzi tu, ponieważ dobrze się tu czuje. To też się czasem zdarza. Duch straszy w domu, bo stara się odtworzyć minione szczęście.

– Szczęśliwy sapacz? – zapytałem z niedowierzaniem.

– Jasne – odparł Dań defensywnie. – Znano takie przypadki.

Zamilkliśmy. Dań i ja byliśmy względnie spokojni, ale Seymour Wallis zdawał się podrygiwać i czochrać, jakby rzeczywiście był zdenerwowany. Rozległo się ponowne bicie zegara. Upłynęło pół godziny i ciągle czekaliśmy, ale niczego nie było słychać. Ciemna bryła starego domu milczała, nie skrzypiała belka w dachu, nie zastukało okno. Przez sto lat dom miał czas osiąść, a teraz był martwy, trwał w bezruchu, niemy.

Postawiłem szklankę po whisky na brzegu biurka Seymoura Wallisa. Zerknął na mnie. Uśmiechnąłem się, ale on się odwrócił, zagryzając wargi. Może martwił się, że tego wieczoru nie będzie żadnego oddychania, a to oznaczałoby, że łgał albo odchodził od zmysłów.

W tym momencie Dań powiedział:

– Ciiii…

Zamarłem i nasłuchiwałem.

– Niczego nie słyszę.

Wallis uniósł rękę.

– Na początku to jest bardzo ciche – powiedział – ale stopniowo wzmaga się. Słuchajcie.

Nastawiłem uszu. Ciągle dochodziło do nas cykanie zegara w przedpokoju, bez przerwy docierał szmer ruchu ulicznego. Ale było jeszcze coś, coś tak cichutkiego, że wszyscy zmarszczyliśmy brwi, koncentrując się na słuchaniu.

Najpierw zabrzmiało to jak świszczący szept, jakby wiatr rzucał po pokoju kawałkiem miękkiej papierowej chusteczki. Stopniowo wzmagało się i stawało bardziej rozpoznawalne. Mogłem jedynie obrócić się i spojrzeć na Dana, aby upewnić się, że on słyszy to, co ja słyszę, aby upewnić się, że to nie autosugestia ani figiel wiatru.

Było to oddychanie. Powolne, głębokie oddychanie. Jak oddech śpiącego. Wdech i wydech, wdech i wydech. Tak miarowe, jakby nieustannie wypełniano płuca z beznadziejną regularnością, jak oddychanie kogoś, kto spał i spał, i nigdy nie miał doczekać rana.

Teraz wiedziałem, dlaczego Seymour Wallis się bał. Ten dźwięk, to oddychanie powodowało, że skóra człowiekowi cierpła jak od zimna. Było to oddychanie kogoś, kto nigdy nie ma się obudzić. Przywodziło na myśl raczej śmierć niż życie, i trwało, trwało, trwało, głośniejsze i coraz głośniejsze; nie musieliśmy już wytężać słuchu, lecz tylko siedzieliśmy tam, gapiąc się na siebie w przerażeniu.

Nie można było określić, skąd dochodziło. Było wszędzie. Nawet przyjrzałem się ścianom, aby upewnić się, czy nie napinają się i nie kurczą przy każdym wdechu i wydechu. Wallis miał rację. Ten dom oddychał. Dom nie był martwy, jak się na pierwszy rzut oka zdawało, ale uśpiony.

Szepnąłem:

– Dań, Dań.

– O co chodzi?

– Wezwij „to", Dań, tak jak mówiłeś. Zapytaj, czego chce!

Dań oblizał wargi. Wokół nas ciągle rozlegało się oddychanie, powolne i ciężkie. Chwilami zdawało mi się, że zanika, ale pojawiał się jeszcze jeden głęboki oddech i jeszcze jeden, i jeżeli „to" oddychało w taki sposób przez ponad sto lat, to prawdopodobnie będzie oddychać przez całą wieczność.

Dań chrząknął.

– Nie mogę – powiedział ochrypłym głosem. – Nie wiem, co mam powiedzieć.

Wallis siedział sztywny i nieruchomy pierwszy raz w ciągu tego wieczoru, a w dłoni miał szklankę z nie tkniętą whisky.

Powoli, ostrożnie podniosłem się na nogi. Oddychanie nie zmieniło rytmu. Było teraz tak głośne, jakby to oddychał ktoś, z kim spałem w jednym łóżku, i teraz ten ktoś obrócił się do mnie twarzą, w ciemnościach.

– Kto tam jest? – zapytałem.

Nie było żadnego odzewu. Oddychanie trwało.

– Kto tam? – powtórzyłem głośniej. – Czego chcesz? Powiedz nam, czego żądasz, a my ci pomożemy!

Oddychanie nie milkło, chociaż wydawało mi się, że brzmi bardziej chrapliwie. Było też szybsze.

– Przestań, na litość boską! – błagał Dań.

Zignorowałem go. Wyszedłem na środek pokoju i zawołałem:

– Posłuchaj, ty, kimkolwiek jesteś! Chcemy ci pomóc! Powiedz nam, co mamy zrobić, a my ci pomożemy. Daj nam znak! Pokaż nam, że wiesz o naszej obecności tutaj!

Seymour Wallis powiedział:

– Proszę pana, wydaje mi się, że to niebezpieczne. Posłuchajmy tylko, ale zostawmy to coś w spokoju.

Potrząsnąłem głową.

– Nie możemy. Dań wierzy w duchy, a pan twierdzi, że się tego boi. Ja też to słyszę, a jeżeli ja to słyszę, to znaczy, że tam coś jest, gdyż nie wierzę w duchy i nie czuję się szczególnie wystraszony.

Oddychanie stawało się coraz szybsze i szybsze. Było podobne do sapania uśpionego stworzenia, które podczas snu dręczą zmory. Wallis wstał, a jego twarz była blada i wydłużona. – Boże, nigdy dotąd nie było to tak głośne. Błagam pana, niech pan już nic nie mówi. Niech pan to zostawi w spokoju, może się uciszy.

– Ktokolwiek tam oddycha! – zawołałem ostro. – Ty tam! Słuchaj. Możemy ci pomóc! Możemy ci pomóc wydostać się z tego domu!

Teraz oddychanie stało się niemal oszalałe, skomlące. Seymour Wallis, przerażony, zasłonił uszy dłońmi, a Dań siedział jak skamieniały na swoim krześle. Twarz miał białą. Natomiast ja – być może wcześniej się nie bałem – teraz czułem, że to jakieś szaleństwo. Zupełnie jak w potwornym majaczeniu. Oddychanie nasilało się i nasilało, jak gdyby ciągnęło do jakiegoś punktu kulminacyjnego, szczytu koszmarnego wysiłku.

Wkrótce był to świszczący oddech biegacza, który pobiegł za daleko i za szybko, lub oddech przerażonego zwierzęcia. I nagle uderzyła w nas fala dźwięku i siły. Zakryłem sobie oczy, a Dań wyleciał z krzesła jak z procy i potoczył się przez pół pokoju. Seymour Wallis wrzasnął jak baba i upadł na kolana. Usłyszałem, jak rozpryskuje się gdzieś wewnątrz domu tłuczone szkło. Rozległ się rumor spadających przedmiotów. A potem zaległa cisza.

Otworzyłem oczy. Wallis tkwił skulony na podłodze, roztrzęsiony, ale nic mu się nie stało. Zaniepokoił mnie Dań. Leżał nieruchomo na plecach, a twarz miał niesamowicie bladą. Podniosłem przewrócone krzesło, po czym ukląkłem obok niego i dotknąłem jego policzka.

– Dań? Nic ci się nie stało? Dań!

– Może lepiej wezwę pogotowie – zaoferował Wallis.

Uniosłem kciukiem jedną powiekę Dana. Ruch gałki ocznej oznaczał, że jeszcze żyje i albo doznał wstrząsu mózgu, albo znajdował się w głębokim szoku. Tyle nauczono mnie w wojsku – oprócz umiejętności wysadzania w powietrze pól ryżowych i defoliowania dwudziestu pięciu akrów w dwadzieścia pięć minut.

Gdy Wallis wzywał pogotowie, okryłem Dana marynarką. Włączyłem też rozklekotany stary piecyk elektryczny, żeby nie zmarzł. Dań nie drżał ani nie trząsł się. Leżał po prostu na plecach, biały i nieruchomy, i gdy nasłuchiwałem z uchem tuż przy jego wargach, ledwo mogłem dosłyszeć, że oddycha. Spoliczkowałem go kilka razy, ale było to jak uderzenie dłonią w kawał surowego chlebowego ciasta.

– Zaraz przyjadą – oznajmił Wallis, odkładając telefon. Podniosłem głowę. Przez chwilę zdawało mi się, że znowu słyszę tamto oddychanie, ten cichy, szeleszczący dech. Ale słyszałem tylko Dana, który walczył ze śmiercią. Dom natomiast zdawał się zapaść znowu w swój odwieczny, tajemniczy sen.

Wallis klęknął obok mnie powoli, z ostrożnością reumatyka.

– Nie wie pan, co to mogło być? – zapytał. – Tamten dźwięk? I cała ta siła? Nie do wiary. Nigdy dotąd coś takiego się nie stało.

– Nie wiem. Może było to uwolnienie ciśnienia. Może jest tu u pana jakieś ciśnienie powietrzne, które czasem musi znaleźć ujście. Nie wiem, do diabła, co to jest.

– Czy myśli pan, że to duchy?

Spojrzałem na niego.

– A pan?

Wallis pomyślał chwilę, po czym potrząsnął głową.

– Nigdy nie słyszałem o duchach, które rozkładały ludzi na łopatki.

Popatrzył w dół na pobladłą twarz Dana i zagryzł wargi.

– Jak pan uważa, nic mu nie będzie?

Nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Mogłem jedynie wzruszyć ramionami, klęcząc w tej ciemnej bibliotece, i czekać na ambulans.

Gdy poszedłem odwiedzić Dana następnego ranka, siedział w łóżku wsparty na poduszkach. Miał osobny pokój pomalowany na jasnozielony kolor, z widokiem na zatokę, a pielęgniarki wypełniły pomieszczenie kwiatami. W dalszym ciągu był blady, ale lekarze mieli go pod obserwacją, a on sam wyglądał na całkiem zadowolonego. Dałem mu egzemplarz „Playboya" i nowego „Examinera". Przysunąłem sobie krzesło ze stalowych rurek i brezentu.

Otworzył „Playboya" na rozkładówce i obrzucił szybkim krytycznym spojrzeniem brunetkę z gigantycznymi piersiami.

– Tego właśnie potrzebowałem – podsumował oschle. – Zastrzyku superadrenaliny.

– Pomyślałem, że zadziała lepiej od benzedryny… Jak się czujesz?

Odłożył czasopismo.

– Nie jestem pewien. W sobie czuję się nieźle. Nie gorzej niż ktoś, kto oberwał w łeb kijem baseballowym.

Urwał i spojrzał na mnie. Jego źrenice, oglądane nawet przez szkła firmy Clark Kent, zdawały się dziwnie małe. Może to tylko z powodu leków, jakie mu podawano. Może ciągle utrzymywał się u niego lekki wstrząs. Ale jakoś nie był to już ten sam Dań Machin, z którym poszedłem na drinka poprzedniego wieczoru. Było w nim coś zagapionego, jakby mówił co innego, a myślał co innego.

– Wyglądasz jakoś inaczej – powiedziałem. – Czy o to ci chodzi?

– Czuję się inaczej. Nie wiem, co to jest, ale definitywnie czuję się nieswojo.

– Czy miałeś wrażenie czegoś dziwnego, kiedy to wszystko się stało?

Wzruszył ramionami.

– Nie mogę sobie przypomnieć. Pamiętam oddychanie i to, jak się wzmagało. Co było potem… po prostu nie wiem. Zdawało mi się, że coś mnie zaatakowało.

– Zaatakowało? Co?

– Nie mam pojęcia – powiedział Dań. – Trudno wyjaśnić. Gdybym wiedział, jak ci to wytłumaczyć, spróbowałbym. Ale nie umiem.

– Myślisz wciąż, że był to duch?

Przesunął dłonią po ostrzyżonych na jeża włosach.

– Nie jestem pewny. Mógł to być jakiś hałaśliwy i złośliwy duch, wiesz, taki poltergeista, który rzuca przedmiotami. Albo był to wstrząs ziemi. Może pod domem znajduje się uskok.

– A więc szukasz także racjonalnych wytłumaczeń. Ja też nad tym rozmyślałem, ale w dzisiejszej gazecie nie ma wiadomości o wstrząsie podziemnym. Pytałem też w biurze, lecz nikt niczego nie odczuł.

Dań sięgnął po szklankę wody.

– Wobec tego nie mam pojęcia. Może istotnie był to duch. Zawsze wierzyłem, że duchy są właściwie niegroźne, a w każdym razie większość jest niegroźna. Wiesz, spacerują z głowami pod pachą, potrząsając łańcuchami… i to wszystko.

Podszedłem do okna i spojrzałem w dół, na samochody przejeżdżające mostem Golden Gate. Poranna mgła już się podniosła, ale wokół słupów wciąż utrzymywała się mgiełka, rozmywając ich kontury jak na akwareli.

– Umówiłem się na drugą wizytę w tym domu dziś wieczorem – powiedziałem. – Chcę wszystko porządnie obejrzeć i zobaczyć, co tam się właściwie dzieje. Biorę ze sobą Bryana Cordera z wydziału inżynieryjnego. Rano rozmawiałem z nim, przypuszcza, że mógł to być jakiś przeciąg katabatyczny.

Gdy odwróciłem się od okna, Dań zdawał się nie słuchać. Siedział w łóżku, gapiąc się bezmyślnie na przeciwległą ścianę, a dolna szczęka mu opadła.

– Dań? – odezwałem się. – Słyszałeś, co powiedziałem?

Spojrzał na mnie, mrużąc oczy.

– Dań?

Podszedłem szybkim krokiem do łóżka i wziąłem go za ramię.

– Wszystko w porządku, Dań? Wyglądasz na chorego.

Oblizał wargi, jakby były bardzo spierzchnięte.

– W porządku – powiedział niepewnie. – Jestem okay. Chyba tylko powinienem odpocząć, to wszystko. Odkąd wyszedłem ze wstrząsu, nie śpię dobrze. Ciągle mi się coś śni.

– Dlaczego nie poprosisz pielęgniarki o jakąś pigułkę nasenną?

– Nie wiem. To tylko sny, nic więcej. Usiadłem znowu i przyjrzałem mu się uważnie.

– Jakie znowu sny? Koszmary?

Dań zdjął okulary i potarł oczy.

– Nie, nie, nie koszmary. Ale, rzeczywiście, chyba były straszne, lecz nie bardzo się bałem. Śniła mi się kołatka, pamiętasz, tamta na drzwiach domu starego Wallisa. Ale nie była wcale kołatką. Śniło mi się, że wisi na drzwiach i mówi do mnie. Nie była z metalu, lecz z prawdziwego włosia, miała ciało i mówiła do mnie, starała mi się coś wytłumaczyć takim cichym, szepczącym głosem.

– A co mówiła? Nie pal ognisk w lesie?

Dań nie chwycił dowcipu. Poważnie potrząsnął głową.

– Usiłowała mi powiedzieć, abym gdzieś poszedł i coś odnalazł, ale nie mogłem zrozumieć, co mam odszukać. Tłumaczyła mi i tłumaczyła, a ja wciąż nie pojmowałem. To dotyczyło niedźwiedzia na schodach u Wallisa, wiesz, tej małej statuetki niedźwiedzia z twarzą kobiety. Ale w ogóle nie rozumiałem, jaki to wszystko ma ze sobą związek.

Zmarszczyłem brwi, widząc bladą i poważną twarz Dana. Lecz po chwili wyszczerzyłem zęby i złapałem go za przegub dłoni, ściskając po przyjacielsku.

– Wiesz, na co cierpisz, Dań, staruszku? Na okultystyczny odpowiednik depresji poporodowej. Odpoczywaj sobie, a po kilku dniach zapomnisz o wszystkim.

Dań skrzywił się. Wydawało mi się, że mi nie wierzy.

– Słuchaj – powiedziałem. – Dziś wieczorem przeczeszemy ten dom i znajdziemy to coś, co cię położyło na łopatki. Nie tylko znajdziemy, ale złapiemy żywcem i będziesz mógł to sobie trzymać w słoiku w twoim laboratorium.

Dań usiłował się uśmiechnąć, ale mu to nie wychodziło.

– Dobra – powiedział cicho. – Róbcie, co wam się podoba.

Siedziałem u niego jeszcze kilka minut, ale Dań nie wydawał mi się skory do rozmowy. Więc raz jeszcze uścisnąłem jego dłoń po przyjacielsku.

– Wpadnę jutro – powiedziałem. – Mniej więcej o tej samej porze.

Skinął głową, nie podnosząc na mnie oczu.

Zostawiłem go i wyszedłem na korytarz szpitalny. Do pokoju Dana zmierzał lekarz… Gdy otwierał drzwi, zagadnąłem go:

– Panie doktorze…

Rzucił mi niecierpliwe spojrzenie. Był to niewysoki mężczyzna o włosach koloru piaskowego, miał ostro zakończony nos i fioletowe wory pod oczyma niby fałdy staromodnej kurtyny teatralnej. W klapie fartucha tkwił identyfikator z nazwiskiem: Dr James T. Jarvis.

Skinąłem głową w kierunku pokoju Dana.

– Nie chciałbym przeszkadzać. Jestem przyjacielem pana Machina, nie żadnym krewnym czy kimś w tym rodzaju, ale chciałbym dowiedzieć się, co się z nim dzieje. Wydaje mi się trochę dziwny.

– Co pan ma na myśli, mówiąc „dziwny"?

– No, wie pan. Niezupełnie podobny do siebie.

Doktor Jarvis potrząsnął głową.

– To nic nadzwyczajnego po poważnym wstrząsie mózgu. Trzeba odczekać kilka dni, aż z tego zupełnie wyjdzie.

– To był zwyczajny wstrząs mózgu?

Doktor podniósł swoją kartotekę i sprawdził.

– Tak. Oczywiście dochodzi także astma.

– Astma? Jaka astma? On nie ma astmy.

Lekarz popatrzył na mnie z dezaprobatą.

– Będzie mnie pan uczył?

– Oczywiście, że nie. Ale ja grywam z Danem w tenisa. On nie cierpi na astmę. Nigdy na to nie chorował, o ile wiem.

Lekarz ciągle trzymał dłoń na klamce drzwi do pokoju Dana.

– No cóż, to jest pańska opinia, panie…

– A jaką pan ma opinię? – zapytałem.

Doktor uśmiechnął się złośliwie.

– Obawiam się, że to poufne. To sprawa moja i mojego pacjenta. Ale jeżeli on nie ma astmy, to ma poważną chorobę układu oddechowego, która zaostrzyła się w wyniku wstrząsu, a wczoraj w nocy spędził trzy czy cztery godziny pod maską tlenową. Nigdy nie spotkałem się z podobnie ostrym przypadkiem.

Korytarzem nadeszła ładna pielęgniarka, brunetka w obcisłym białym kitlu, niosąc na tacy strzykawki i butelki lekarstw.

– Przepraszam, że się spóźniłam, doktorze – tłumaczyła się. – Pani Walters trzeba było znowu zmienić bieliznę.

– Nie szkodzi – powiedział doktor Jarvis. – Właśnie odbywam medyczną konferencję na szczycie z obecnym tu uczonym, przyjacielem pana Machina. Tak wiele się dowiaduję, że trudno mi się oderwać.

Otworzył szerzej drzwi do pokoju Dana. Spróbowałem zatrzymać go.

– Bardzo proszę, jeszcze chwileczkę – i chwyciłem go za rękę. Cofnął się i spojrzał w dół na moją dłoń, jakby na jego rękaw spadło właśnie coś obrzydliwego…

– Słuchaj pan – powiedział kwaśno. – Nie znam pańskich umiejętności diagnostycznych, ale muszę natychmiast zająć się leczeniem pańskiego przyjaciela. Więc proszę mi wybaczyć, że się oddalę.

– Chodzi mi tylko o to oddychanie. Może być ważne.

– Oczywiście, jest ważne – odpalił doktor Jarvis sarkastycznie. – Jeżeli nasi pacjenci nie oddychają, to bardzo nas to martwi.

– Czy wysłucha mnie pan, czy nie?! – warknąłem. – Wczoraj wieczorem Dań i ja znaleźliśmy się w okolicznościach, w których ważną rolę odgrywało oddychanie. Muszę się dowiedzieć, dlaczego pan sądzi, że on miał atak astmy.

– O czym, do diabła, pan mówi? Coś, co dotyczyło oddychania? Wąchaliście klej czy co?

– Nie umiem tego wytłumaczyć. Narkotyki nie. Ale to może być ważne.

Doktor Jarvis znowu zamknął drzwi i westchnął z przesadzoną irytacją.

– Dobrze. Jeżeli naprawdę musi pan wiedzieć, to pan Machin dyszał i łapał powietrze. Mniej więcej co dziewięćdziesiąt minut zaczynał ciężko oddychać, dysząc w momencie kulminacyjnym. To wszystko. Był to ciężki przypadek i nietypowy, ale nic nie sugerowało, że jest to coś innego niż zwykły atak astmy.

– Mówiłem panu. On nie ma astmy.

Doktor Jarvis opuścił głowę.

– Niech się pan stąd wynosi – powiedział cicho. – Czas na odwiedziny skończony, a ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuję, są domowe porady. Rozumie pan?

Miałem zamiar jeszcze coś powiedzieć, ale ugryzłem się w język. Pewnie sam byłbym rozwścieczony, gdyby ktoś przypałętał mi się do biura i chciał mi zrobić wykład na temat sposobu tępienia pluskiew. Podniosłem ręce w uspokajającym geście.

– W porządku. Rozumiem. Przepraszam.

Pielęgniarka otworzyła drzwi i weszła do środka, a ja odwróciłem się i zamierzałem odejść.

– Nie chciałem pana obrazić – rzucił doktor przepraszająco. – Ale ja naprawdę wiem, co robię. Może pan przyjść znowu o piątej, jeśli pan chce. Może do tego czasu będziemy więcej wiedzieć.

W tej sekundzie rozległ się świdrujący krzyk przerażenia z pokoju Dana. Doktor Jarvis spojrzał na mnie, a ja na niego i obaj popchnęliśmy drzwi, aż otworzyły się z trzaskiem, i wpadliśmy do środka. To, co zobaczyłem, przerastało moje wyobrażenia. Stało się to na moich oczach, lecz nie mogłem uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Zszokowana pielęgniarka stała jak wryta przy łóżku Dana Machina. Dań natomiast siedział wyprostowany w swojej pasiastej, niebieskiej piżamie szpitalnej, jak normalny, zwyczajny człowiek. Ale jego oczy przerażały. Okulary spadły na podłogę, a te oczy były zupełnie czerwone i gorejące, jak ślepia wściekłego psa w blasku reflektora nocą lub ślepia demona. Co więcej, dyszał, wdech-wydech, wdech-wydech, tym samym jęczącym oddechem, który słyszeliśmy poprzedniego wieczoru w domu Seymoura Wallisa: tym ciężkim, nie kończącym się oddechem śpiącego, który nie ma się nigdy obudzić. Oddychał tak samo jak tamten dom, jak to wszystko, co zmroziło i wystraszyło nas w mrocznych, starych pokojach. Zdawało się, że z każdym jego oddechem salę szpitalną ogarnia śmiertelne zimno.

– Boże! Co to takiego? – wydusił z siebie doktor Jarvis.

II

Jedną z najbardziej przykrych rzeczy, które mogą przytrafić się w życiu, jest odkrycie, że niektórzy ludzie zostali obdarzeni przez naturę, inni zaś nie. Zapewne jest to logicznie uzasadnione. Gdyby każdy facet miał talent do latania samolotami, prowadzenia samochodów wyścigowych, do kochania się z dwudziestoma kobietami w ciągu jednej nocy, nie byłoby wielu ochotników do czyszczenia zapchanych ścieków na Folsom. A jednak człowiekowi robi się przykro, gdy odkrywa, że ktoś ma to, czego on nie ma, i zamiast żyć w luksusie na Beverly Hills, musi nająć się do pracy od dziewiątej do piątej na przykład w przedsiębiorstwie robót publicznych i gotować na kuchence elektrycznej.

Moi rodzice byli całkiem nieźle sytuowani. Mieszkaliśmy w Westchesterze, w rejonie nowojorskim, ale po tym, jak mój ojciec dostał wylewu do mózgu, opuściłem matkę i jej dom. Zostawiłem matkę wraz z jej wypłatą z ubezpieczalni i ruszyłem na Zachód. Coś mi się zdaje, że chciałem być prezenterem telewizyjnym albo kimś podobnie imponującym, ale jak się w końcu okazało, to miałem szczęście, że nie głodowałem. Ożeniłem się z kobietą o siedem lat starszą ode mnie, głównie dlatego, że mi przypominała matkę, i szczęśliwie nie miałem ani grosza, gdy nakryła mnie w łóżku z kelnerką od „Foxa" i zażądała rozwodu. Moja przygoda się skończyła, zostałem na mieliźnie i po raz pierwszy musiałem sam się sobą zająć. Wypadało mi przyjrzeć się własnej osobie i dojść do ładu z własnymi możliwościami i niemożliwościami.

Nazywam się John Hyatt. To takie nazwisko, które ludziom zawsze coś przypomina, ale nie mogą sobie uzmysłowić co. Mam trzydzieści jeden lat, jestem dość wysoki. Lubię nie rzucające się w oczy, dobrze skrojone sportowe płaszcze i raczej szerokie szare spodnie, jakie nosiło się w latach pięćdziesiątych. Mieszkam sam na ostatnim piętrze w bloku przy ulicy Townsend. Mam tam stereo, kwiatki i zbiór tanich książek w miękkich okładkach z połamanymi grzbietami. Chyba jestem szczęśliwy i zadowolony z pracy, ale są takie chwile, że wychodzę nocą w jakieś spokojne miejsce i patrzę na zatokę, na połyskujące światła Ameryki i myślę wtedy: „No cóż, chyba w życiu jest coś więcej niż tylko to?"

Nie, nie jestem samotny. Bynajmniej. Chodzę z dziewczynami i mam niemało przyjaciół, a nawet bywam zapraszany na przyjęcia pod gołym niebem, -na których piecze się mięso na rożnie. Ale w tym czasie, gdy trafiliśmy do domu Seymoura Wallisa, trwałem w zastoju, nie wiedziałem, czego chcę od życia ani czego życie chce ode mnie. Sądzę, że wielu ludzi czuło się podobnie, gdy wybrano Cartera na prezydenta. Przynajmniej z Nixonem było wiadomo, kto trzyma czyją stronę.

Może to, co przytrafiło się Danowi Machinowi, pomogło mi zebrać się do kupy. Było to tak niesamowite i przerażające, że nie mogłem myśleć o niczym innym. Nawet gdy Dań zamknął oczy, parę sekund po tym, jak wpadliśmy do pokoju, i opadł na poduszkę, wciąż zszokowany dygotałem ze strachu i czułem dreszcz przerażenia.

Pielęgniarka wydukała:

– On… on…

Doktor Jarvis podszedł ostrożnie do Dana Machina, chwycił jego przegub i sprawdził puls. Następnie odetchnął głęboko i uniósł mu powiekę. Poczułem, że cofam się odruchowo, bojąc się, że te oczy będą jeszcze ogniście czerwone. Ale nie były. Odzyskały swój zwykły szary kolor. Najwyraźniej Dań zapadł znowu w letarg.

– Siostro, chcę tu natychmiast mieć całą aparaturę diagnostyczną. I proszę skontaktować się z doktorem Foleyem.

Pielęgniarka skinęła głową i wyszła z pokoju, najwyraźniej zadowolona, że ma inne zajęcie… Podszedłem do łóżka Dana i przyjrzałem się jego bladej, wymizerowanej twarzy. Już nie wyglądał jak stuknięty naukowiec z Kansas. Miał zbyt głębokie bruzdy wokół ust i zbyt bladą cerę. Ale przynajmniej oddychał normalnie.

Zerknąłem na doktora Jarvisa. Notował coś w kartotece ze skupionym i zmartwionym wyrazem twarzy.

– Czy pan wie, co to było? – zapytałem cicho. Nie podniósł głowy ani nie odpowiedział.

– Te czerwone oczy… Czy orientuje się pan, doktorze, co mogło być przyczyną? Przestał pisać i popatrzył na mnie.

– Chcę dokładnie wiedzieć, w jaką to sprawę z oddychaniem byliście panowie wmieszani wczoraj wieczorem. Jest pan absolutnie przekonany, że nie były to narkotyki?

– Gdyby tak było, powiedziałbym panu. To miało związek z pewnym domem przy Pilarcitos.

– Domem?

– Właśnie. Obaj pracujemy w wydziale sanitarno-epidemiologicznym. Właściciel domu zaprosił nas, abyśmy przyszli i posłuchali oddychania. Twierdził, że dom wydaje taki dźwięk, jakby oddychał. Nie wiedział, co to jest, i prosił o pomoc.

Doktor Jarvis znowu sprawdził puls Dana.

– Dowiedzieliście się, co powodowało ten dźwięk? – zapytał. – To było oddychanie?

Potrząsnąłem głową.

– Wiem tylko, że Dań przed chwilą oddychał w identyczny sposób. Zupełnie jak gdyby ten oddech domu zagnieździł się w nim. Jakby był opętany.

Doktor Jarvis odłożył kartotekę tuż obok miski z winogronami dla Dana Machina.

– Czy jest pan pełnoprawnym członkiem klubu świrów czy jedynie członkiem towarzyszącym? – zapytał.

Tym razem nie obraziłem się.

– Wiem, że to trudno zrozumieć – powiedziałem. – Sam tego nie rozumiem. Ale te objawy właśnie przypominają opętanie. Słyszałem, jak ten dom oddycha, i słyszałem, jak Dań oddychał chwilę temu, kiedy miał całkiem czerwone oczy. Wydawało mi się, że oddechy domu i Dana są takie same.

Doktor Jarvis popatrzył w dół na Dana i potrząsnął głową.

– To najwyraźniej psychosomatyczne – powiedział. – Wczoraj wieczorem słyszał ten odgłos oddychania i do tego stopnia go to wystraszyło, że zaczai się z nim identyfikować i oddychać podobnie.

– No, może. Ale co spowodowało u niego te czerwone oczy?

Doktor Jarvis westchnął głęboko.

– Załamanie światła – odparł równym głosem.

– Załamanie światła? Panie doktorze!

Jarvis popatrzył na mnie hardo.

– Słyszał pan – warknął. – Załamanie światła.

– Widziałem to na własne oczy! I pan także!

– Niczego nie widziałem. To znaczy, nie widziałem niczego, co byłoby możliwe z medycznego punktu widzenia. I myślę, że lepiej pamiętajmy o tym obaj, zanim zaczniemy rozpowiadać ludziom.

– Ale pielęgniarka…

Doktor Jarvis machnął pogardliwie ręką.

– W tym szpitalu pielęgniarki mają status przebranych pokojówek.

Nachyliłem się nad Danem i przyjrzałem się bacznie jego woskowej twarzy. Dostrzegłem, że poruszał wargami, szepcząc we śnie.

– Panie doktorze, ten facet nie jest zwyczajnie chory – powiedziałem. – Z nim coś jest bardzo nie w porządku. Co teraz zrobimy?

– Możemy zrobić tylko jedno: postawić diagnozę i udzielić mu odpowiedniej medycznej pomocy. Niestety, tutaj nie przeprowadzamy egzorcyzmów. W ogóle nie wierzę, aby jego stan był gorszy od hipersugestywności. Pana przyjacielowi wydawało się, że w tamtym domu faktycznie słyszy oddychanie. Wpadł w histerię. Prawdopodobnie był to jego własny oddech.

– Ale ja też to słyszałem.

– Może – powiedział jakby od niechcenia.

– Panie doktorze – odezwałem się ze złością. Ale doktor Jarvis zaatakował mnie, uniemożliwiając mi przedstawienie mu moich racji.

– Zanim zacznie mnie pan karcić za brak wyobraźni, proszę sobie przypomnieć, że ja tutaj pracuję – burknął. – Wszystkie moje poczynania muszą być uzasadnione przed radą szpitalną, a jeżeli zacznę opowiadać o opętaniu przez demony lub o oczach, które świecą czerwono w ciemności, nagle okaże się, że na pewien czas wniosek o mój awans trafił na półkę, a ja nie będę miał dostępu do połowy potrzebnych mi urządzeń i finansów.

Obszedł łóżko i stanął na wprost mnie. Niskim, naglącym głosem powiedział:

– Widziałem, jak oczy pana Machina zrobiły się czerwone, i pan też to widział. Jeżeli mamy coś na to poradzić, przedsięwziąć coś skutecznego, to najlepiej nic o tym nie mówić. Rozumie pan?

Przyjrzałem się mu z ciekawością.

– Czy usiłuje mi pan powiedzieć, że wierzy w jego opętanie?

– Niczego nie usiłuję panu powiedzieć. Nie wierzę w demony i nie wierzę w opętanie. Ale jestem przekonany, że w tym przypadku musimy radzić sobie sami, bez powiadamiania władz szpitala.

W tej chwili Dań poruszył się i jęknął. Poczułem, że ze strachu włosy stają mi dęba, lecz gdy się odezwał, najwyraźniej był we względnie normalnym stanie.

– John… – wymamrotał. – John… Nachyliłem się nad nim. Oczy miał ledwo otwarte, a usta spierzchnięte.

– Jestem tu, Dań. Co się dzieje? Jak się czujesz?

– John… – szepnął. – Nie opuszczaj mnie…

Popatrzyłem na doktora Jarvisa.

– W porządku, Dań. Nikt cię nie opuści.

Dań uniósł z trudem rękę.

– Nie pozwól mi odejść, John. To serce. Nie opuszczaj mnie.

Doktor podszedł bliżej.

– Pana serce? Czy czuje pan ucisk? Ból? Czy boli pana serce?

Dań potrząsnął głową, ćwierć centymetra w każdą stronę.

– To serce – powiedział ledwo słyszalnym głosem. – Bije i bije, i bije. Wciąż bije. To serce, John, ono wciąż bije! Wciąż bije!

– Dań – wyszeptałem nagląco. – Dań, nie możesz doprowadzać siebie do takiego stanu! Dań! Na rany Chrystusa!

Ale doktor Jarvis mnie odciągnął. Dań z powrotem opadł na poduszkę, zamykając oczy. Jego oddech stał się powolny i regularny, powolny, bolesny i ciężki. Mimo że w dalszym ciągu przypominał mi oddychanie, jakie słyszeliśmy w domu Seumoura Wallisa, wydawało mi się, że wreszcie ten oddech pozwoli Danowi odpocząć. Wyprostowałem się, wstrząśnięty i zmęczony.

– Teraz powinno mu ulżyć. Przynajmniej na godzinę lub dwie – powiedział doktor Jarvis cichym głosem. – Te ataki zdają się nasilać w regularnych odstępach dziewięćdziesięciominutowych.

– Czy domyśla się pan, co może być przyczyną? – zapytałem.

Wzruszył ramionami. – Przyczyn może być wiele. Ale dziewięćdziesiąt minut to okres między cyklami REM, to znaczy snu, podczas którego ludzie mają najbardziej wyraziste marzenia.

Przyjrzał się ściągniętej i wymizerowanej twarzy Dana.

– Mówił mi wcześniej o snach – powiedziałem. – Miał sny o kołatkach, które ożywają, i poruszających się statuetkach. Tego rodzaju rzeczy. Wszystko miało związek z tym domem, gdzie byliśmy zeszłego wieczoru.

– Czy pan ma zamiar tam wrócić? Do tego domu? – zapytał doktor Jarvis.

– Zamierzam tam iść dziś wieczorem. Jeden z naszych ludzi z działu inżynieryjnego uważa, że to, co myśmy słyszeli, było nietypowym przeciągiem. Dlaczego pan pyta?

Doktor Jarvis nie odrywał oczu od Dana.

– Chciałbym z panami pójść. Dzieje się tu coś, czego nie rozumiem, a chcę zrozumieć.

Uniosłem jedną brew.

– I tak nagle przestał się pan czuć pewny siebie?

Mruknął:

– Dobrze, należało mi się to. Ale mimo wszystko chciałbym do was dołączyć.

Po raz ostatni rzuciłem okiem na Dana, który blady jak trup leżał na łóżku szpitalnym. Powiedziałem bardzo cicho:

– Dobrze. To numer tysiąc pięćset pięćdziesiąt jeden Pilarcitos. Punktualnie o dziewiątej.

Doktor Jarvis wyjął długopis i zapisał sobie adres. Zanim odszedłem, powiedział:

– Proszę pana, przepraszam, że rozmawiałem w taki sposób. Musi pan zrozumieć, że przychodzi tu wielu przyjaciół i krewnych, którzy oglądają za dużo seriali telewizyjnych o szpitalach i leczeniu. Uważają oni, że o medycynie wiedzą wszystko. Więc, widzi pan, my czasami musimy się bronić.

Odczekałem chwilę, a potem skinąłem głową.

– W porządku. Rozumiem. Zobaczymy się wieczorem.

Tamtego popołudnia znad oceanu nadciągnęły szare, ponure i postrzępione chmury. Zanosiło się na deszcz. Siedziałem przy biurku, wiercąc się i mażąc po papierach aż do wpół do trzeciej, potem wziąłem ogromny parasol, który służył mi podczas gry w golfa, i poszedłem na spacer. Mój bezpośredni przełożony, emerytowany porucznik marynarki Douglas P. Sharp, prawdopodobnie właśnie tego popołudnia wybierał się na niespodziewaną inspekcję, ale w tym momencie niewiele mnie to obchodziło. Byłem zbyt podenerwowany i bardzo zaaferowany tym, co działo się z Danem. Gdy przechodziłem przez Bryant Street, na chodnik spadło kilka kropel deszczu rozmiarów monety dziesięciocentowej, a w powietrzu wyczuwało się napięcie i naelektryzowanie.

Chyba cały czas wiedziałem, gdzie zmierzam. Skręciłem w Brannan Street i znalazłem się przed księgarnią. Był to maleńki sklepik wymalowany na fioletowo, oświetlony od wewnątrz dwiema gołymi żarówkami, i zapchany używanymi książkami, katalogami, plakatami i różnymi takimi śmieciami. Wszedłem, pociągając za dzwonek, a młody brodaty facet za ladą podniósł głowę i powiedział:

– Cześć. Szuka pan czegoś konkretnego?

– Jane Torresino?

– Oczywiście. Jest na zapleczu. Rozpakowuje Castanedę.

Przepchnąłem się obok półek z Marksem, Sealem i hinduskimi trociczkami, i musiałem schylić głowę, aby przejść przez niskie drzwiczki prowadzące do magazynu. Owszem, zastałem tam Jane. Siedziała w kucki na podłodze i porządkowała mądrości Yaqui. Gdy wszedłem, nie podniosła głowy, więc oparłem się o framugę i patrzyłem na nią. Była jedną z tych dziewczyn, co zawsze wyglądają ładnie i świeżo, nawet gdy są byle jak ubrane. Dziś miała na sobie obcisłe białe dżinsy i błękitną trykotową koszulkę z nadrukiem roześmianego kota z Cheshire. Była szczupła, miała bardzo długie ciemnoblond włosy, sprasowane w te drobniutkie fale, które zawsze mi przypominały malarstwo Botticellego. Miała też ostre rysy, ładny kształt twarzy i oczy jak spodki.

Po raz pierwszy spotkałem ją w Dały City na przyjęciu z okazji Drugiego Przyjścia Chrystusa, jak to przewidywał pewien osiemnastowieczny kompozytor. Honorowy Gość nie pokazał się wcale (i nic dziwnego). Albo przewidziane daty się nie zgadzały, albo Chrystus nie obrał sobie Dały City za miejsce swego powtórnego nadejścia. Wcale nie miałbym Mu tego za złe. O ile jednak Drugie Przyjście nie wypaliło, o tyle wiele wypaliło między mną i Jane. Spotkaliśmy się, wypiliśmy za dużo tokaju i pojechaliśmy do mojego mieszkania, aby się kochać. Pamiętam, jak potem siedziałem na łóżku, piłem mocną czarną kawę, którą ona mi zaparzyła. Odczuwałem wtedy ogromne zadowolenie z tego, co życie mi tak wielkodusznie włożyło w garść.

Okazało się jednak, że za wcześnie się cieszyłem. Tamtej nocy, nocy Drugiego Przyjścia, kochaliśmy się po raz pierwszy i ostatni. Potem Jane twierdziła, że jesteśmy tylko dobrymi przyjaciółmi, i mimo że chodziliśmy razem do restauracji i do kina, światło miłości, które jaśniało nad spaghetti bolognese, biło tylko ode mnie. Wreszcie zaakceptowałem sytuację i tę przyjaźń i wyłączyłem światło miłości.

To, co się wykształciło, było związkiem bez wielkiego zaangażowania, bliskim, ale nie wymagającym poświęceń. Czasem spotykaliśmy się trzy razy w tygodniu. Bywało, że nie widywaliśmy się miesiącami. Tego dnia, gdy wpadłem do niej ze swoim parasolem i obawami o Dana Machina, była to moja pierwsza wizyta od sześciu czy siedmiu tygodni.

– Wydział sanitarny przesyła ci pozdrowienia i ma nadzieję, że twoje rury są absolutnie drożne.

Podniosła wzrok znad ogromnych, różowo barwionych szkieł do czytania i uśmiechnęła się.

– John! Nie widziałam cię od tygodni!

Wstała i ostrożnie, na palcach, przeszła między stosami książek. Ucałowaliśmy się na powitanie jak brat z siostrą, a ona powiedziała:

– Wyglądasz na zmęczonego. Mam nadzieję, że nie sypiasz z nadmierną liczbą kobiet.

Zaśmiałem się.

– To miałby być problem? To niech już będę zmęczony.

– Wyjdźmy stąd – poprosiła. – Właśnie dziś rano dostarczono nam nowe książki i trochę tu ciasno. Możesz napić się ze mną kawy?

– Jasne. Wziąłem sobie wolne popołudnie za dobre sprawowanie.

Wyszliśmy z księgarni i poszliśmy na drugą stronę ulicy do „Prokica Deli", gdzie zamówiłem kawę capuccino i kanapki z kiełkami. Nie wiem czemu, ale uwielbiam kanapki z kiełkami. Dań Machin (niech go Bóg ma w swojej opiece) mawiał, że to dlatego, iż zamieniam się w konia. Usiłowałem awansować (jak to ujął) z usuwania nawozu do produkcji nawozu.

Jane usiadła koło okna i patrzyliśmy, jak deszcz opryskuje ulicę. Zapaliłem papierosa i zamieszałem kawę. Cały czas patrzyła na mnie bez słowa, jakby wiedziała, że chcę jej coś powiedzieć.

– Świetnie wyglądasz – odezwałem się. – Czas mija, a ty się robisz z każdą godziną coraz smaczniejsza.

Upiła łyk capuccino. – Po to przyszedłeś, żeby mi prawić komplementy?

– Nie. Ale zawsze lubię korzystać z okazji.

– Wyglądasz na zmartwionego.

– To widać?

– Nadzwyczaj wyraźnie.

Rozsiadłem się wygodnie na krześle z wiklinowym oparciem i wypuściłem chmurę dymu. Nad głową Jane, na ścianie, wisiał plakat domagający się legalizacji marihuany, sądząc jednak po zapachu, jakim przesiąknięty był bar „Prokica", i tak na nikim tutaj nie sprawiały większego wrażenia obowiązujące prawa. Można tam było wejść tylko na szklankę mleka i kanapkę z salami, a wyjść naćpanym.

– Czy spotkałaś się kiedyś z czymś, co było tak konsekwentnie dziwne, że nie rozumiałaś niczego?

– Co chcesz powiedzieć przez konsekwentnie dziwne?

– No, czasem zdarzają się dziwne rzeczy, prawda? Spotyka się na ulicy kogoś, kogo uważało się za zmarłego, czy coś w tym rodzaju. Jakiś pojedynczy wypadek. Ale tu chodzi o sytuację, która zaczęła się dziwnie i która staje się coraz dziwniejsza.

Dłonią zaczesała włosy do tyłu.

– To ciebie gnębi?

– Jane – powiedziałem ochryple – to mnie nie gnębi. Ja przez to mam takiego stracha, że głupieję.

– Chcesz o tym porozmawiać?

– Tak, ale to dość absurdalna historia.

Potrząsnęła głową.

– Nie szkodzi. Mów. Ja lubię absurdalne historyjki.

Powoli, wciąż przerywając i wyjaśniając, opowiedziałem jej, co zdarzyło się w domu Seumoura Wallisa. Mówiłem o oddychaniu, o wybuchu energii, o tym, jak Dań Machin stracił przytomność. Potem opisałem scenę w szpitalu i straszne, gorejące oczy Dana. Powtórzyłem też jego dziwny szept: To serce, John, ono wciąż bije!

Jane wysłuchała wszystkiego z powagą na twarzy. Potem położyła na mojej dłoni swoje długie palce.

– Mogę cię o jedną rzecz zapytać? Nie obrazisz się?

Domyślałem się, co powie.

– Jeśli myślisz, że usiłuję zarzucić wędkę i znowu ciebie uwieść, to mylisz się. Wszystko, co ci opowiedziałem, wydarzyło się naprawdę, i to nie w zeszłym miesiącu ani zeszłym roku. To wydarzyło się tutaj, w San Francisco, wczoraj wieczorem i dziś rano. To prawda, Jane, klnę się, że prawda.

Sięgnęła po moje papierosy. Podałem jej swojego i odpaliła od rozżarzonego koniuszka.

– To wygląda tak, jakby to coś, ten duch, czy coś innego, opętało go. Tak jak w Egzorcyście…

– Też tak myślałem. Ale głupio mi było podsunąć taką myśl. No bo, na litość boską, takie rzeczy się nie zdarzają.

– Może właśnie się zdarzają. To, że nie przydarzyły się żadnemu z naszych znajomych, nie oznacza wcale, iż się nie zdarzają.

Zgniotłem papierosa i westchnąłem.

– Widziałem to na własne oczy i ciągle nie mogę w to uwierzyć. Siedział tam na łóżku, i mówię ci, Jane, jego oczy płonęły. To taki zwyczajny młody facet, który pracuje dla miasta i nosi włosy obcięte na jeża, a wyglądał jak wcielenie diabła.

– Co ja mogę zrobić? – zapytała Jane.

Popatrzyłem przez okno barku na ludzi, którzy chowali się przed deszczem. Niebo miało dziwny siny kolor, a chmury płynęły szybko nad dachami Brannan Street. Tego ranka, zanim poszedłem zobaczyć Dana, dzwoniłem do Seymoura Wallisa, żeby się z nim umówić na oględziny domu. Zadał mi dokładnie to samo pytanie: Co ja mogę zrobić? Niechże mi pan powie, co ja mogę zrobić?

– Tak naprawdę to nie wiem. Ale może mogłabyś pójść z nami dziś wieczorem na te oględziny. Interesujesz się trochę siłami nadprzyrodzonymi, prawda? Duchami, ich działaniem i tego typu rzeczami? Chciałbym, abyś zobaczyła kołatkę u drzwi frontowych domu starego Wallisa i niektóre ze znajdujących się tam sprzętów. Może udzielisz jakiejś wskazówki co do przyczyn tego wszystkiego. Nie wiem.

– Czemu akurat ja? – zapytała spokojnie. – Przecież są lepsi znawcy okultyzmu ode mnie. Ja tylko sprzedaję książki o tym.

– Ale chyba też je czytasz?

– Owszem, ale…

Wziąłem ją za rękę.

– Proszę cię, Jane, zrób mi tę przysługę i przyjdź. Dziś o dziewiątej wieczorem na Pilarcitos Street. Nie wiem dlaczego chcę, abyś tam ze mną była, ale czuję, że będziesz mi potrzebna. Naprawdę. Przyjdziesz?

Jane dotknęła twarzy koniuszkami palców, jakby chciała się upewnić, że istnieje, że wciąż ma dwadzieścia sześć lat i że przez noc nie zamieniła się w kogoś innego.

– No dobrze, John, jeżeli naprawdę tego chcesz. Oczywiście, jeżeli to nie „rybka".

Potrząsnąłem głową.

– Wyobrażasz sobie parę o imionach John i Jane? Zakładam z góry, że nic by z tego nie wyszło.

Uśmiechnęła się.

– Ciesz się, że twoje nazwisko nie brzmi Niewiadomski…

Poszedłem na Pilarcitos nieco wcześniej. Ponieważ było pochmurno, zmrok zapadł szybciej niż zwykle. Wokół posępnego budynku przesłoniętego deszczem gromadziły się cienie. Gdy stałem na ulicy, słyszałem, jak w rynnach bulgocze woda i widziałem, że mokry dach błyszczy jak łuska. Podczas takiej pogody i w takim mroku dom pod numerem tysiąc pięćset pięćdziesiąt jeden zdawał się zapadać i był to widok nieprzyjemny.

Wskoczyłem jeszcze na chwilę do szpitala, ale pielęgniarka poinformowała mnie, że Dań wciąż śpi i nie ma w jego stanie zmiany. Doktor Jarvis korzystał z przerwy, więc nie miałem okazji porozmawiać z nim raz jeszcze. Ale przy odrobinie szczęścia miał pojawić się wieczorem i zobaczyć na własne oczy, co się będzie działo.

Po drugiej stronie zatoki rozjaśniały niebo zygzaki błyskawic, jakby się przechadzały, potykając, na szczudłach. Z oddali dobiegało mamrotanie grzmotu. Siła wiatru pozwalała przypuszczać, że za pół godziny burza rozpęta się nad miastem, i to nad nami.

Otworzyłem bramkę i wszedłem na schodki prowadzące do drzwi frontowych. W gęstej ciemności ledwo był widoczny zarys kołatki, szczerzącej zęby niby wilkołak. Może byłem podenerwowany i za bardzo przejąłem się snem Dana Machina, ale wydawało mi się, że kołatka otwiera ślepia i obserwuje mnie. Prawie spodziewałem się, że zacznie przemawiać i szeptać, tak jak to się przywidziało Danowi.

Niechętnie wyciągnąłem dłoń do kołatki, aby załomotać w drzwi. Gdy jej dotknąłem, odruchowo cofnąłem się ze wstrętem. Przez ułamek sekundy, przez chwilę, zdawało mi się, że dotknąłem włosia, a nie brązu. Lecz chwyciłem ją ponownie w dłoń i zrozumiałem, że wydawało mi się. Kołatka, owszem, była groteskowo paskudna, miała dziką i złowrogą twarz, ale był to tylko metalowy odlew. Gdy uderzyłem nią w drzwi, zadźwięczała głośno i głucho, a echo odezwało się wewnątrz domu.

Czekałem, nasłuchując cichego szelestu deszczu i poszumu samochodów przejeżdżających Mission Street. Rozległ się grzmot i znowu błysnęło, tym razem bliżej. We wnętrzu domu otworzyły się i zamknęły drzwi i słyszałem odgłos kroków podchodzących do wejścia.

Zaklekotały zasuwy i łańcuch, w szparze pojawił się Seymour Wallis.

– To pan? Jest pan wcześniej.

– Chciałem porozmawiać, zanim przyjdą tamci. Mogę wejść?

– Cóż, dobrze – powiedział i otworzył solidne, zgrzytające wrota. Wkroczyłem do cuchnącego stęchlizną przedpokoju. Był dokładnie taki, jakim go pamiętałem: stary jak świat i duszny. Mimo że ramy obrazków popękały od fali energii, która tędy przeszła poprzedniej nocy, smętne widoki Mount Taylor i Cabezon Peak wisiały na wyblakłej tapecie.

Podszedłem do dziwacznej statuetki niedźwiedzia na poręczy schodów. Wczorajszego wieczoru nie przyjrzałem się jej, ale teraz widziałem, że umieszczona na niej kobieca twarz była piękna, spokojna i stateczna i miała zamknięte oczy. Powiedziałem:

– To dziwna rzeźba.

Wallis był zajęty zamykaniem drzwi. Dziś wyglądał starzej. Miał na sobie luźny szary sweter z nadprutymi rękawami i powypychane szare spodnie. Poruszał się bardziej sztywno. Czuć było od niego whisky.

Popatrzył, jak gładzę dłonią grzbiet mosiężnego niedźwiedzia.

– Znalazłem to – powiedział. – Lata temu, kiedy pracowałem we Fremoncie. Budowaliśmy kładkę dla przechodniów w parku i wykopaliśmy to. Od tamtego czasu mam ją u siebie. Nie kupiłem jej wraz z domem.

– Dań Machin śnił o niej dzisiaj rano – powiedziałem.

– Doprawdy? Trudno mi znaleźć jakąś szczególną przyczynę takiego snu. To tylko dziwaczna rzeźba. Nawet nie wiem, czy stara. Jak pan uważa? Ma sto lat? Dwieście?

Przyjrzałem się bliżej niewzruszonej twarzy niedźwiedzicy. Nie wiem czemu, ale sam pomysł niedźwiedzia z kobiecą twarzą wydał mi się denerwujący i dostawałem gęsiej skórki. Może była tylko efektem atmosfery panującej w domu Wallisa? Ale kto mógł wyrzeźbić taką niezwykłą figurkę? Czy miała jakieś znaczenie? Czy była symboliczna? Wiedziałem na pewno, że nie modelowano jej z natury. A w każdym razie miałem taką gorącą nadzieję.

Potrząsnąłem głową. – Nie jestem ekspertem. Ja znam się tylko na sprawach sanitarnych.

– Czy przyjdzie pana znajomy? Ten inżynier? – zapytał Wallis, prowadząc mnie do biblioteki.

– Obiecał, że przyjdzie. I będzie też lekarz, jeżeli nie ma pan nic przeciwko temu, i jeszcze moja znajoma, która prowadzi księgarnię okultystyczną na Brannan Street.

– Lekarz?

– Tak, ten, który opiekuje się Danem. Mieliśmy w szpitalu pewien wypadek.

Wallis podszedł do swojego biurka i drżącą ręką nalał dwie duże szklanice whisky. – Wypadek? – zapytał, stojąc tyłem do mnie.

– Trudno to opisać. Ale mam wrażenie, że to coś, co tu słyszeliśmy w nocy, naprawdę zaszkodziło Danowi. On nawet oddycha podobnie. Lekarz na początku sądził, że Dań ma astmę.

Wallis odwrócił się, w obu rękach trzymał szklanki z bursztynowym scotchem, a jego twarz, w zielonkawym świetle lampy stojącej na biurku, była napięta i niemalże straszna.

– Czy chce pan powiedzieć, że pański przyjaciel oddycha w taki sam sposób, jak oddycha mój dom?

Powiedział to z taką mocą, że prawie poczułem się zażenowany.

– No tak. Doktor Jarvis uważa, że to może być psychosomatyczne. Wie pan, wywołane przez samego Dana. Czasami to się zdarza po wstrząsie mózgu.

Seymour Wallis podał mi whisky i usiadł. Wyglądał na tak zmartwionego, zakłopotanego i zamyślonego, że nie mogłem się powstrzymać od pytania:

– Co panu jest? Wygląda pan, jakby zgubił dolara, a znalazł pięć centów.

– To, to oddychanie – powiedział. – Ono znikło.

– Skąd pan wie?

– Nie wiem. Niezupełnie wiem. Nie wiem na pewno. Ale wczorajszej nocy już tego nie słyszałem ani dziś w ciągu dnia. A poza tym… czuję, że to znikło.

Przysiadłem na brzegu biurka i pociągałem whisky. Dziewięcioletnią szkocką whisky – wyleżakowaną i dojrzałą, ale nie bardzo odpowiednią pod nie strawioną jeszcze kanapkę z kiełkami. Mimo woli pomyślałem, że powinienem był zjeść coś konkretnego przed tą wyprawą na duchy. Bezgłośnie beknąłem w garść, podczas gdy Wallis wiercił się i podrygiwał i wyglądał na coraz bardziej nieszczęśliwego.

– Czy uważa pan, że to oddychanie w jakiś sposób mogło się przenieść z domu na Dana? – zapytałem.

Nie podniósł oczu, ale wzruszył ramionami i jeszcze bardziej podrygiwał.

– To właśnie przychodzi na myśl, nieprawdaż? Chodzi mi o to, że jeśli duchy mogą nawiedzać jakieś miejsce, to czemu nie miałyby nawiedzać osób? Kto może wiedzieć, co duchy robią, a czego robić nie mogą? Nie wiem, panie Hyatt. Cała ta przeklęta sprawa jest dla mnie tajemnicą i mam już tego dość.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Biblioteka Seymoura Wallisa była zagracona i duszna i zaczynałem się czuć, jak gdybym siedział w jakiejś malutkiej mrocznej pieczarze na dnie kopalni, przywalonej tonami skał i kamieni. Takie właśnie uczucie przejmowało człowieka w tym domu przy Pilarcitos – jakby przytłaczał ciężarem stuletniego cierpienia i stuletniej cierpliwości. Niezbyt mi przypadło do gustu to uczucie, a mówiąc szczerze, wprowadzało mnie w depresję i grało na nerwach.

– Wspomniał pan coś o parku – przypomniałem mu. – Kiedy pan po raz pierwszy do mnie przyszedł, mówił pan coś o parku. Nie zrozumiałem, o co panu chodziło.

– O parku? Naprawdę?

– Tak mi się wydawało.

– Zapewne mówiłem. Od czasu, gdy pracowałem przy tamtym przeklętym parku, ciągle mam parszywego pecha.

– To był park we Fremoncie? Tam gdzie znalazł pan niedźwiedzicę?

Skinął głową.

– Zbudowanie tej kładki było prostą robotą konstrukcyjną, zwykła kładka wspornikowa dla pieszych, nic szczególnie wymyślnego. Wybudowałem ich już ze dwadzieścia czy trzydzieści na różnych terenach komunalnych wzdłuż całego wybrzeża. Ale ten park był wyjątkowo wredny. Sześć czy siedem razy zawaliły się nam fundamenty. Trzech robotników uległo poważnym wypadkom. Jednego oślepiło. I nie mogliśmy zgodnie ustalić, gdzie ma stać ta kładka ani jak ją ustawić. Miałem zupełnie nienormalne kłótnie z władzami miejskimi. Cztery miesiące budowaliśmy mostek, który powinien zająć nam cztery dni. Oczywiście nie pomogło to mojej opinii. Mogę panu powiedzieć, panie Hyatt, że od czasu Fremontu czułem, że depce mi po piętach pech.

Uniosłem szklankę z whisky i obracałem ją w dłoniach, jakby chcąc w niej skupić bibliotekę i cały dom.

– I to – odezwałem się – to całe oddychanie jest, zdaniem pana, częścią pańskiego pecha?

Westchnął.

– Nie wiem. Tak czasami myślałem. Zastanawiam się nieraz, czy przypadkiem nie dostaję obłędu.

W tym momencie rozległo się dwukrotne uderzenie kołatki.

– Otworzę – powiedziałem i wyszedłem do mrocznego hallu. Gdy odciągałem zasuwy i odpinałem łańcuchy, nie mogłem powstrzymać się od rzucenia okiem na niedźwiedzicę stojącą na poręczy. W półmroku zdawała się większa niż przy świetle, bardziej kudłata, jakby cienie gromadzące się wokół wrastały w jej sierść. A naokoło mnie, na każdej ścianie wisiały te nieciekawe ciemne widoki Mount Taylor i Cabezon Peak, staloryty, akwaforty i akwatinty, wszystkie najwyraźniej wykonane podczas najbrzydszej pogody. Wiedziałem tylko, że obie góry znajdowały się w Nowym Meksyku, więc tym dziwniejsze było, że wszystkie te landszafty tworzono pod pochmurnym niebem.

Znowu załomotała kołatka.

– Dobra, dobra! – burknąłem. – Słyszę!

Uchyliłem drzwi. Za nimi stali na werandzie doktor Jarvis i Jane. Wciąż padało, grzmiało i było duszno, ale po przebywaniu w bibliotece Seymoura Wallisa powietrze nocne było dla mnie chłodne i orzeźwiające. Po drugiej stronie ulicy dostrzegłem Bryana Cordera, który szedł szybko w naszą stronę z głową wtuloną w ramiona.

– Chyba już się państwo poznali – powiedziałem do Jane i doktora Jarvisa, gdy wprowadzałem ich do środka.

– To było jedno z tych przypadkowych spotkań na mrocznej werandzie – skomentowała Jane.

Bryan wbiegł po schodkach, strząsając krople deszczu z włosów niby mokry pies. Był to solidnie zbudowany, bezceremonialny facet dociągający czterdziestki, z szeroką twarzą, która świadczyła o tym, że na nim można polegać. Ta twarz zawsze przypominała mi nie uduchowione oblicze Pata Boone'a, jeżeli to w ogóle było możliwe. Chwycił mnie za ramię.

– Cześć, John. Mało brakowało, a nie przyszedłbym. Jak ci idzie?

– Upiornie – odrzekłem i nie żartowałem. Zanim zamknąłem drzwi, nie mogłem się oprzeć pokusie, aby nie spojrzeć na kołatkę i upewnić, że ciągle była mosiężna, nieożywiona i wściekle brzydka.

Zaprowadziłem wszystkich do biblioteki Seymoura Wallisa i przedstawiłem ich. Wallis zachowywał się uprzejmie, ale był rozkojarzony, jakby przyjmował przedstawicieli biura sprzedaży nieruchomości, którzy przyszli wycenić jego posesję. Podawał rękę, oferował whisky, przynosił krzesła, ale potem usiadł z powrotem przy biurku, tępo wpatrując się w poprzecierany dywan, i nie odezwał się słowem.

Doktor Jarvis wyglądał teraz mniej oficjalnie w granatowej sportowej marynarce. Był bystry, niewysoki i rudawy, zaczynałem go lubić. Pociągnął whisky, kaszlnął, po czym powiedział:

– Obawiam się, że stan pańskiego przyjaciela nie uległ większej poprawie. Nie miał już więcej takich ataków, ale bez przerwy ma kłopoty z oddychaniem i nie możemy obudzić go z letargu. Jeszcze dzisiaj późnym wieczorem zrobimy mu elektrokardiogram i elektroencefalogram, żeby sprawdzić, czy nie ma zmian w pracy serca oraz oznak uszkodzenia mózgu.

– Uszkodzenie mózgu? Ależ on tylko spadł z krzesła!

– Zdarzały się przypadki śmiertelnych upadków z krzesła.

– Czy ciągle pan uważa, że to wstrząs mózgu? – zapytała Jane. – A jego oczy?

Doktor Jarvis przekręcił się na krześle.

– Gdybym uważał, że to jedynie wstrząs mózgu i nic poza tym, nie przyszedłbym tutaj. Ale wydaje mi się, że stało się jeszcze coś, czego na razie nie rozumiem.

– Czy w tym pokoju słyszeliście to oddychanie? Czy tu się to wszystko zdarzyło? – zapytał Bryan.

– Właśnie tutaj.

Bryan wstał i obszedł pomieszczenie. Chwilami dotykał ścian, zajrzał także do kominka. Kilka razy zastukał w tynk kostkami palców, sprawdzając grubość. Po pewnym czasie stanął na środku pokoju z zakłopotaniem na twarzy.

– Drzwi były zamknięte? – zapytał mnie.

– Drzwi i okna.

Z wolna pokręcił głową.

– To bardzo dziwne.

– Co jest dziwne?

– Zwykle, jeżeli występuje narastające ciśnienie, spowodowane przeciągami czy prądami powietrznymi, kominek jest czysty, a komin nie zapchany. Włóż rękę do kominka i sprawdź to sam. Nie ma żadnego ciągu. Komin jest zapchany.

Podszedłem i ukląkłem na wyblakłym indiańskim dywaniku przed kominkiem. Było to takie wiktoriańskie palenisko biblioteczne ze zdobionym stalowym hełmem i rusztem z glinki ogniotrwałej. Wyciągnąłem szyję i spozierałem w górę, w zimną, przesiąkniętą sadzą ciemność. Bryan miał rację, nie było tu ciągu, nie czuło się powietrza. Nie docierały tu także odgłosy nocy, które zazwyczaj odbijają się echem w szybie. Ten komin był głuchy.

– Panie Wallis – odezwał się Bryan – czy ten komin jest zamurowany? Czy ktoś kazał go zamurować?

Wallis obserwował nas ze zmarszczonymi brwiami.

– Komin wcale nie jest zamurowany. Zaledwie kilka dni temu paliłem stare papierzyska, których się chciałem pozbyć.

Bryan po raz wtóry zajrzał do środka.

– Cóż, panie Wallis, jeżeli wtedy nie był zapchany, to jest zapchany teraz. Może to miało coś wspólnego z odgłosami, które pan słyszał. Czy pozwoli pan, że sprawdzę piętro wyżej?

– Ależ proszę – powiedział Wallis. – Ja zostanę tutaj, jeśli można. Mam tego wszystkiego dosyć…

Nasza czwórka wymaszerowała do przedpokoju i zapaliliśmy wątłe światełko nad schodami. Było słabe z powodu ciemnego szklanego klosza w kolorze oliwkowożółtym, pokrytego grubą warstwą kurzu i pajęczyn. Wszystko w tym domu wydawało się zatęchłe, wyblakłe i zakurzone, ale zapewne Wallis nazwałby to „charakterem". Zaczynałem być zdecydowanym zwolennikiem laminatu, plastyku i kiczowatego współczesnego budownictwa.

Gdy Bryan wchodził na pierwszy stopień, Jane nagle spostrzegła mosiężną statuetkę niedźwiedzicy.

– Bardzo interesująca – powiedziała. – Czy należała do wyposażenia domu?

– Nie. Seumour Wallis wykopał ją gdzieś we Fremoncie, gdy budował tam most. Jest konstruktorem mostów, a raczej był nim.

Jane dotknęła łagodnej twarzy statuetki, jakby spodziewała się, że lada chwila otworzy oczy.

– Coś mi to przypomina – powiedziała półgłosem. – Patrząc na nią czuję się przedziwnie. Wydaje mi się, że już ją gdzieś widziałam, ale przecież to niemożliwe.

Zatrzymała się na kilka sekund, jej dłoń dotykała głowy statuetki. Wreszcie podniosła wzrok.

– Nie pamiętam. Może przypomnę sobie później. Idziemy?

Bryan prowadził. Stąpaliśmy cicho, tak cicho, jak się tylko dało, po starych skrzypiących schodach. które biegły dwoma pasmami, w każdym po około dziesięć stopni. Znaleźliśmy się na długiej galeryjce, oświetlonej następnym brudnym szklanym kloszem, wyłożonej brudnoczerwonym dywanem. Wyglądało na to, że domu tego nie odnawiano od dwudziestu lub trzydziestu lat. Otaczała nas ta wszechobecna cisza i zapach wilgotnej pleśni.

– Komin biblioteczny zapewne idzie przez ten pokój – powiedział Bryan i poprowadził nas do drzwi sypialni, umieszczonych pod kątem po przeciwległej stronie galeryjki. Przekręcił mosiężną klamkę i wszedł.

Sypialnia była mdła i zimna. Miała okno, które wychodziło na dziedziniec, gdzie w podmuchach wiatru unosiły się i opadały ciemne, zlane deszczem gałęzie drzew. Ściany były pokryte bladoniebieskimi tapetami, pobrązowiałymi od wilgoci. Całe umeblowanie składało się z taniej szafy na wysoki połysk i zniszczonego żelaznego łóżka. Podłogę wyłożono na starą modłę linoleum, które wiele lat temu zapewne było zielone.

Bryan podszedł do kominka, który był podobny do tego w bibliotece Seymoura Wallisa, tyle że pomalowany na kolor kremowy. Ukląkł obok i nasłuchiwał, a my staliśmy, przyglądając się.

– Co słyszysz? – zapytałem go. – Czy też jest zapchany?

– Tak mi się zdaje – powiedział, wytężając wzrok w ciemnościach panujących we wnętrzu kominka. – Gdybym mógł zobaczyć, co jest za tym parapetem, to może…

Przysunął się bliżej i ostrożnie wsadził głowę pod hełm kominka.

Doktor Jarvis zaśmiał się, ale był to jakiś nerwowy śmiech.

– Czy pan coś widzi?

– Nie jestem pewien – odpowiedział Bryan przytłumionym głosem. – Tu jest jakiś inny rezonans. Jakiś dźwięk, jakby bicie. Nie jestem pewien, czy to echo w samym kominie, czy wibracje w całym domu.

– My tu niczego nie słyszymy – powiedziałem.

– Poczekaj – stwierdził i przesunął się tak, że cała jego głowa zniknęła w czeluściach komina.

– Mam nadzieję, że umyje pan głowę, zanim powróci do cywilizowanego świata – zażartowała Jane.

– Och, bywało gorzej – odparł Bryan. – Niezależnie od dnia wolę komin od ścieku.

– A teraz słyszysz coś? – zapytałem, klęcząc na podłodze obok kominka.

– Ciii! – rozkazał Bryan. – Narasta jakiś dźwięk. Podobne bicie do tamtego.

– Wciąż nie słyszę – poinformowałem go.

– Tu wewnątrz jest zupełnie wyraźne. O, proszę. Bach-bach-bach-bach-bach. Prawie jak bicie serca. Bach-bach-bach… spróbuj mierzyć czas, dobra? Masz sekundnik na zegarku?

– Ja to zrobię – włączył się doktor Jarvis. – Jeżeli to puls, to będzie moja działka.

– Dobra – powiedział Bryan odkasłując. – Zaczynam.

Mając głowę schowaną pod hełmem kominka, ręką poszukał kolana doktora Jarvisa. Potem, w miarę jak słyszał dźwięki, wystukiwał czas, a Jarvis sprawdzał na zegarku.

– To nie puls – zauważył Jarvis po kilku minutach. – W każdym razie nie jest to puls ludzki.

– Starczy wam? – prychnął Bryan. – Zaczynam się tu czuć jak klaustrofobik.

– Raczej jak święty klaustrofobik – zażartowała Jane. – Czy będziesz miał ze sobą worek z zabawkami, gdy wyjdziesz?

– A, do licha z tym wszystkim – powiedział Bryan i zaczął się wysuwać.

I nagle wrzasnął przeraźliwie. Nigdy nie słyszałem, żeby mężczyzna krzyczał takim głosem, i przez chwilę nie mogłem się zorientować, co to jest. Potem zawołał:

– Wyciągnijcie mnie stąd! Wyciągnijcie mnie! Na litość "boską, wyciągnijcie mnie! – i zrozumiałem, że dzieje się coś okropnego, że coś się stało Bryanowi.

Doktor Jarvis chwycił go za nogę i wrzasnął:

– Ciągnijcie! Wyciągnijcie go stamtąd!

Martwiejąc ze strachu, chwyciłem za drugą nogę i razem usiłowaliśmy go wyciągnąć. Ale mimo że to tylko głowa ugrzęzła w kominie, Bryan zaklinował się całkiem i wrzeszczał, wył, a całym jego ciałem rzucało jak w agonii.

– Wyciągnijcie mnie! Wyciągnijcie! O Boże, Boże, wyciągnijcie mnie!

Doktor Jarvis puścił nogę Bryana, aby zobaczyć, co zaszło pod hełmem kominka. Lecz on miotał się i darł tak strasznie, że nie mogliśmy nic zrobić. Jarvis próbował go uspokoić:

– Bryan! Bryan! Słuchaj! Nie panikuj! Uspokój się, bo zrobisz sobie krzywdę.

Doktor obrócił się w moim kierunku.

– Musiała mu tam utknąć głowa. Na rany Chrystusa, niech pan wytęży siły i przytrzyma go, żeby się nie rzucał.

Obaj chwyciliśmy za hełm nad kominkiem i próbowaliśmy oderwać go od kafli, ale trzymał się mocno, scementowany wieloletnimi warstwami kurzu i rdzy, i w żaden sposób nie można było go poruszyć. Bryan krzyczał przeraźliwie, lecz nagle urwał, a jego ciało stało się bezwładne.

– O Boże! – zawołał doktor Jarvis. – Patrzcie.

Spod hełmu, wsiąkając w kołnierzyk i krawat Bryana, powoli rozlewała się jasnoczerwona plama krwi. Jane, która stała tuż za nami, zbierało się na wymioty. Za dużo było tej krwi jak na małe zacięcie czy zadrapanie. Skapywała po koszuli Bryana i po naszych dłoniach, a potem zaczęła wolno spływać wzdłuż szpar między kafelkami, którymi był wyłożony kominek.

– Ostrożnie – instruował nas doktor Jarvis. – Wyciągajcie go ostrożnie.

Pomału wysuwaliśmy ciało Bryana. Zdawało się najpierw, że ciągle coś trzyma go mocno za głowę, lecz nagle poczuliśmy, jak to coś puszcza go i Bryan wypadł z komina. Runął na ruszt.

Ż narastającym przerażeniem utkwiłem wzrok w jego głowie. Nie mogłem dłużej patrzeć, ale też nie umiałem oderwać oczu. Całą głowę miał obdartą ze skóry i mięsa, pozostała goła czaszka, na której gdzieniegdzie tkwiły strzępy ciała i pojedyncze kępki włosów. Z oczodołów zniknęły oczy, widniała tam tylko klejowato połyskująca kość.

Jane wyszeptała głosem zdławionym od mdłości:

– O Boże, co się stało?

Doktor Jarvis ostrożnie ułożył ciało Bryana na podłodze. Czaszka uderzyła gołą kością o kafle, wydając ohydny dźwięk. Doktor Jarvis miał twarz białą i zszokowaną – zapewne moja była taka sama.

– Nigdy czegoś podobnego nie widziałem – wymamrotał. – Nigdy.

Spojrzałem w kierunku czarnej czeluści starego wiktoriańskiego kominka.

– Chciałbym wiedzieć, jak to się stało. Na rany Chrystusa, panie doktorze, co tam jest?

Doktor Jarvis w milczeniu potrząsnął głową. Żaden z nas nie był przygotowany na to, by tam zajrzeć. Cokolwiek obdarło z ciała głowę Bryana, żaden z nas nie miał ochoty się z tym czymś spotkać.

– Jane – powiedział doktor Jarvis, wyjmując z górnej kieszeni kartkę – tu masz numer Szpitala Fundacji Elmwood, gdzie pracuję. Zadzwoń do doktora Speedwella i powiedz mu, co się stało. Powiedz mu, że ja tu jestem. I poproś go, aby możliwie jak najszybciej przysłał ambulans.

– A policja? – wtrąciłem. – Nie możemy po prostu…

Doktor Jarvis spojrzał z obawą na kominek.

– Bo ja wiem. Myśli pan, że nam uwierzą?

– Na rany Chrystusa, jeżeli w tym kominie jest coś, co rozdziera ludzi na strzępy, to ja nie mam zamiaru sam sprawdzać. Myślę, że pan również.

Doktor Jarvis skinął głową.

– Dobrze. Zadzwoń też na policję – zwrócił się do Jane.

Właśnie miała wyjść z pokoju, gdy rozległo się ciche pukanie do drzwi. Usłyszeliśmy głos Seymoura Wallisa:

– Czy wszystko w porządku? Wydawało mi się, że słyszę krzyki.

Podszedłem do drzwi i otworzyłem je. Stał za nimi Wallis, blady i zmartwiony, musiał wyczytać z mojej twarzy, że coś się stało.

– Był wypadek – powiedziałem mu. – Może niech pan lepiej nie wchodzi.

– Czy coś się komuś stało? – zapytał, próbując spojrzeć ponad moim ramieniem.

– Tak. Bryan jest poważnie ranny. Ale proszę, radzę panu, żeby pan nie patrzył. To straszne.

Wallis odepchnął mnie na bok.

– To mój dom, panie Hyatt. Chcę wiedzieć, co tu się dzieje.

Zapewne miał rację. Ale gdy wkroczył do sypialni i zobaczył leżące tam ciało Bryana i jego czaszkę szczerzącą zęby do sufitu, zmartwiał, nie mógł się ani ruszyć, ani przemówić.

Doktor Jarvis spojrzał w górę, na Jane.

– Idźże po tę karetkę! – nakazał niecierpliwie. – Im szybciej dowiemy się, co się stało, tym lepiej.

Wallis usiadł ciężko na wąskim łóżku i złożył dłonie na podołku. Patrzył na Bryana z nie słabnącym przerażeniem.

– Przykro mi, panie Wallis – powiedział doktor Jarvis. – Wydawało mu się, że słyszy jakiś dźwięk w kominie i włożył tam głowę, żeby sprawdzić, co to może być.

Wallis otworzył usta, nie powiedział nic, i z powrotem je zamknął.

– Nam się wydawało, że coś albo ktoś zaatakował go – dodałem. – Kiedy miał tam głowę, a my usiłowaliśmy go siłą wyciągnąć, było zupełnie tak, jakby ktoś równie silny go tam trzymał.

Niemalże ukradkiem, Wallis zwrócił oczy na ciemny i pusty kominek.

– Nie rozumiem – powiedział ochryple – co chce mi pan powiedzieć?

Doktor Jarvis wstał. Już nie mógł niczego zrobić dla Bryana. Pozostało jedynie wyjaśnienie, co go zabiło. Powiedział poważnie:

– Albo zaklinowała mu się tam głowa w jakiś nietypowy sposób, panie Wallis, albo w tym przewodzie jest jakieś zwierzę, a może człowiek, który w psychopatycznym napadzie zdarł ciało z głowy Bryana Cordera.

– W przewodzie kominowym? W przewodzie kominowym w moim domu?

– Obawiam się, że na to wygląda.

– Ależ to szaleństwo! Co, do diabła, może mieszkać w kominie, i jeszcze w taki sposób rozdzierać ludzi na strzępy?

Doktor Jarvis spojrzał na leżące ciało Bryana i znowu na Seymoura Wallisa.

– Tego właśnie, proszę pana, musimy się dowiedzieć.

Wallis pomyślał chwilę, wreszcie potarł twarz dłońmi.

– To wszystko nie ma sensu. Najpierw oddychanie, teraz ta śmierć. Panowie rozumieją, że będę musiał sprzedać ten dom.

– Sądzę, że poniesione koszty powinny się panu zwrócić – powiedziałem, starając się być pomocny. – Te stare dworki w obecnych czasach świetnie idą na rynku.

Ze zmęczeniem pokręcił głową.

– Nie martwię się o pieniądze. Ja tylko chciałbym mieć miejsce, gdzie mógłbym zamieszkać i gdzie takie rzeczy nie zdarzałyby się. Chciałbym trochę spokoju, na litcść boską.

Biedny człowiek.

– Jeżeli duch nie pójdzie za panem, to zapewne przeprowadzka byłaby najlepszym rozwiązaniem – oznajmiłem.

Wallis gapił się na mnie zszokowany i rozzłoszczony.

– To coś siedzi w cholernym kominie! – fuknął. – Właśnie zamordowało pańskiego przyjaciela, a pan rozmawia tak, jakby to nie było ważne. Coś tam jest, ukrywa się, czy może mi pan zagwarantować, że nocą nie wylezie i nie zechce mnie zadusić w moim własnym łóżku?

– Panie Wallis – odpowiedziałem – nie jestem świętym.

– Pewnie wezwaliście policję – burknął, nawet nie spojrzawszy na mnie.

Doktor Jarvis skinął głową.

– Powinni tu zaraz być.

W tym momencie Jane wróciła na górę i powiedziała:

– Za dwie, trzy minuty. Był w pobliżu radiowóz. Zadzwoniłam też do szpitala i natychmiast wysyłają karetkę.

– Dzięki, Jane.

– Wiecie, ja mam broń – powiedział Wallis. – To tylko stary kolt z czasów wojny. Moglibyśmy strzelić w górę, w komin, wówczas to, co tam jest, nie miałoby żadnej szansy.

Podszedł doktor Jarvis.

– Czy mógłbym dostać poszewkę? – zapytał. – Chciałbym czymś zakryć głowę pana Cordera.

– Oczywiście. Niech pan zdejmie poszewkę z tej poduszki, tutaj. To potworny widok. Czy domyśla się pan, jakie stworzenie mogło coś takiego zrobić? Czy istnieje jakiś gatunek ptaka, który tak się zachowuje? Może w kominie uwięziony jest kruk albo szympans?

– Szympans? – zapytałem.

– To nie takie nadzwyczajne, jakby się wydawało. Edgar Allan Poe napisał nowelkę o małpie, która morduje dziewczynę i wpycha ją w komin – skomentował doktor Jarvis.

– No tak, ale to coś, co tkwi w tym kominie, jest wyjątkowo groźne. Może to zrobił jakiś wygłodzony kot lub szczur od dawna tu uwięziony?

Wallis podniósł się z łóżka.

– Idę po pistolet – oznajmił. – Jeśli to coś wylezie, nie będę tutaj stał bezbronny.

Na zewnątrz, na ulicy, rozległo się wycie syreny. Jane ścisnęła mnie za ramię.

– Są. Dzięki Bogu.

Rozległo się łomotanie do drzwi. Wallis zszedł, żeby otworzyć. Usłyszeliśmy stukot buciorów na schodach i do niewielkiej sypialni weszło dwóch glinarzy w koszulach i czapkach spryskanych deszczem. Przyklęknęli nad ciałem Bryana Cordera, nie spojrzawszy na nas, jakby Bryan był ich wiecznie pijanym braciszkiem, którego przyszli zabrać do domu.

– Co robi ta poszewka na jego głowie? – zapytał przeżuwający gumę Włoch, z twarzą zdobną w obwisłe wąsy. Nie zrobił żadnego ruchu, aby dotknąć poszewki czy ciała. Jak większość gliniarzy z Zachodniego Wybrzeża miał silnie rozwinięte poczucie podejrzliwości, a jedna z pierwszych zasad w jego kodeksie postępowania brzmiała: nie dotykaj niczego, póki nie dowiesz się, co to jest.

Zacząłem wyjaśniać:

– Oglądaliśmy dom. Pan Wallis, właściciel, uskarżał się na dziwne odgłosy, które mu przeszkadzały. Ja nazywam się John Hyatt i pracuję w wydziale sanitarno-epidemiologicznym. To jest Jane Torresino, a to doktor Jarvis z Elmwood.

Gliniarz rzucił spojrzenie koledze, młodemu Irlandczykowi o jasnoszarych oczach i piegowatej twarzy, która bardziej była piegiem niż twarzą.

– A czemu to wydział sanitarny pracuje o tak późnych godzinach?

– Cóż – odparłem. – To był przypadek wykraczający poza normalny tok postępowania. Można powiedzieć, że to sprawa osobista.

– A pan, doktorze?

Doktor Jarvis uśmiechnął się raptownie, krótko i nerwowo.

– Ja podobnie. Chyba można to nazwać chałturą.

– No więc, co się stało?

Kaszlnąłem i kontynuowałem wyjaśnienia.

– Ten pan, Bryan Corder, to inżynier, który pracuje ze mną. Jest specjalistą od struktur budowlanych i zwykle pracuje przy oczyszczaniu slumsów. Wzięliśmy go ze sobą, ponieważ zna się na dziwnych odgłosach i przeciągach i na wszystkim, co wiąże się z próchnieniem.

Policjant wpatrywał się we mnie ze spokojem, ale nie poruszył się, aby unieść poszewkę.

– Wydało mu się, że słyszy stukanie w kominie – powiedziałem prawie szeptem. – Włożył tam głowę, żeby lepiej słyszeć i… no cóż, tak to się skończyło. Coś go chyba zaatakowało. Nie widzieliśmy, co to było.

Gliniarz rzucił okiem na towarzysza, wzruszył ramionami i podniósł poszewkę.

Srebrzystobiała karetka marki Cadillac śmignęła przez ustający deszcz, zabierając ciało Bryana Cordera do szpitala Elmwood Foundation. Stałem na pierwszym schodku willi na Pilarcitos tysiąc pięćset pięćdziesiąt jeden. Patrzyłem, jak odjeżdża. Obok mnie zatrzymał się porucznik policji, który zjawił się w związku ze sprawą. Zapalił papierosa. Był to wysoki mężczyzna o lakonicznym sposobie wysławiania się. Miał mokry kapelusz, nos krogulczy i spokojny, uprzejmy sposób zadawania pytań. Przedstawił się jako porucznik Stroud i okazał legitymację gestem magika produkującego papierowe kwiatki z niczego.

– No i – powiedział łagodnie, wypuszczając dym – to nie był pana dzień, panie Hyatt.

Chrząknąłem.

– Może pan to jeszcze raz powtórzyć?

Porucznik Stroud zaciągnął się dymem.

– Czy dobrze pan znał pana Cordera?

– Pracowaliśmy w tym samym wydziale. Raz byłem u niego na kolacji. Moira robi wyśmienite ciasteczka orzechowe.

– Ciasteczka orzechowe? To też jedna z moich słabości. Zapewne pani Corder bardzo przeżyje ten wypadek.

– Jestem tego pewien. To miła kobieta.

Na górze otworzyło się z trzaskiem okno i wyjrzał jeden z policjantów.

– Poruczniku?

Stroud cofnął się krok, spojrzał w górę.

– O co chodzi? Czy coś znaleźliście?

– Wyjęliśmy połowę tego przeklętego komina i na nic nie natrafiliśmy. Są tylko ślady zaschłej krwi.

– Żadnych oznak szczurów czy ptaków? Żadnych ukrytych przejść?

– Nie, poruczniku. Czy mamy dalej szukać?

– Jeszcze chwilę.

Okno zamknęło się z klekotem, a porucznik Stroud ponownie obrócił się w kierunku ulicy. Wszystkie chmury rozwiały się, a na czystym wieczornym niebie pojawiały się roziskrzone gwiazdy. W dole, na Mission Street, trąbiły w różnych tonacjach samochody, a z okna na którymś z wyższych pięter w domu po przeciwnej stronie ulicy dobiegał chóralny śpiew Alelluja z Mesjasza Haendla.

– Czy pan jest religijny, panie Hyatt? – zapytał porucznik Stroud.

– Tak i nie – powiedziałem ostrożnie. – Bardziej nie niż tak. Chyba jestem bardziej przesądny niż religijny.

– Więc to, co pan mówił o oddychaniu i biciu serca w tym domu… naprawdę pan w to wierzy?

Spojrzałem na niego. Jego oczy spoglądały ze zrozumieniem. Potrząsnąłem głową.

– Uhm…

– Muszę rozważyć różne możliwości – powiedział porucznik. – Pan Corder mógł zginąć w wyjątkowo nietypowym i mało prawdopodobnym wypadku; albo napadło na niego jakieś zwierzę uwięzione w kominie, albo został zaatakowany przez nie zidentyfikowanego osobnika, który w jakiś sposób ukrył się w kominie, albo zginął z rąk pana i pańskich przyjaciół.

Patrzyłem na mokry chodnik i skinąłem głową.

– Jestem tego świadomy.

– Oczywiście, jest też ewentualność, że wydarzyło się coś paranaturalnego, coś, co miało związek z działaniem sił nadprzyrodzonych właśnie w tym miejscu.

– Pan naprawdę uważa to za jedną z możliwości?

– Chociaż jestem detektywem, nie oznacza to wcale, że jestem zupełnie odporny na to, co się dzieje na tym świecie. I poza nim również. Jedno z moich hobby to science fiction.

Przez chwilę nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Może ten wysoki, uprzejmy człowiek starał się pozyskać moje zaufanie, by podstępnie wyłudzić ode mnie oświadczenie, że doktor Jarvis, Jane i ja złożyliśmy Bryana w ofierze podczas jakiejś tajemnej ceremonii czarnoksięskiej. Ale jego twarz, inteligentna, lecz nie poruszona, niczego nie zdradzała. Był pierwszym policjantem napotkanym przeze mnie, który wysławiał się kulturalnie. Nie miałem jednak pewności, czy to moje nowe doświadczenie sprawia mi przyjemność.

Zwróciłem się w kierunku drzwi i wskazałem skinieniem głowy na wilczastą kołatkę.

– A co pan o tym sądzi?

Uniósł brew.

– Zauważyłem to, gdy tu po raz pierwszy wchodziłem. Wygląda dość niesamowicie, prawda?

– Mój przyjaciel myślał, że wygląda jak wilkołak.

Porucznik Stroud cofnął się.

– No, nie wiem, proszę pana. Może przepadam za science fiction, ale nie jestem specjalistą od wampirów, demonów i tego rodzaju rzeczy. W każdym przypadku moi zwierzchnicy wolą morderców z krwi i kości, których można pozamykać za kratkami. Ja zawsze szukam zwyczajnej odpowiedzi, zanim zacznę rozważać nadzwyczajną.

– Cóż, jest pan policjantem.

Drzwi frontowe rozwarły się i wyszedł doktor Jarvis. Był blady i wyglądał, jakby cały wieczór oddawał krew.

– John, czy mogę zamienić z panem słowo na osobności?

Porucznik Stroud przyzwalająco skinął głową. Doktor Jarvis wprowadził mnie do hallu. Gdy znaleźliśmy się obok figurki niedźwiedzicy, spojrzał na mnie. Był jeszcze bardziej zszokowany i poważny niż poprzednio.

– Co się stało? Wygląda pan strasznie – odezwałem się.

Wyjął chusteczkę i obtarł pot z czoła.

– Nie mogłem tego powiedzieć porucznikowi. Lecz i tak prędzej czy później się o tym dowie. Wolałbym jednak, aby się dowiedział od kogoś innego, od kogoś, kto jest tam na miejscu.

Na schodach pojawiła się Jane. Gdy zeszła, odezwała się do nas:

– Właściwie to zburzyli całą sypialnię i niczego nie znaleźli. John, czy możemy już iść? Oddałabym moje rajstopy ze złotego lureksu za gin z sokiem pomarańczowym.

– Jane – powiedział doktor Jarvis – ty też powinnaś to usłyszeć. Byłaś tam, gdy to się stało. Przynajmniej uwierzysz.

Jane zmarszczyła brwi.

– O co chodzi? Czy coś się stało?

Skorzystałem z okazji, by otoczyć ją ramieniem i uścisnąć opiekuńczo, po męsku. To dziwne, że instynkty seksualne mężczyzny funkcjonują bezustannie, nawet w chwilach kryzysu i przerażenia. Ale nie mógłbym powiedzieć, że płonąłem z pożądania. A kiedy doktor Jarvis podzielił się z nami wieścią, ręka zsunęła mi się i stałem tam, wystraszony, zdrewniały ze strachu, przeświadczony, że to coś, co działo się w domu Seymoura Wallisa, stawało się z każdą godziną ciemniejsze, potężniejsze i coraz bardziej złowrogie.

– Dzwonili do mnie z Elmwood. Wzięli pańskiego przyjaciela prosto do kostnicy i zaczęli robić autopsję.

– Czy dowiedzieli się, w jaki sposób zginął? – zapytała Jane.

Doktor Jarvis nerwowo przełknął ślinę.

– Nie dowiedzieli się, ponieważ nie mogli. Mimo tego, co się stało z jego głową, Bryan Corder nadal klinicznie żyje.

Usta same mi się otworzyły, zupełnie jak wariatowi.

– Ż y j e? To niemożliwe!

– Obawiam się, że możliwe. A przynajmniej takie jest zdanie chirurgów. Widzi pan, jego serce nadal bije, głośno i wyraźnie, dwadzieścia cztery razy na minutę.

– Dwadzieścia cztery? – zapytała Jane. – Przecież to nie…

– To nie jest puls człowieka – uzupełnił doktor Jarvis. – Absolutnie nie człowieka. Ale jego serce naprawdę bije, a póki bije, będą się starali podtrzymywać je.

W tejże chwili, klnę się, usłyszałem jakiś szept. Może był to głos jednego z policjantów znajdujących się na górze. Może był to pisk opon samochodu na mokrej nawierzchni jezdni. Ale gdy instynktownie obróciłem się, aby zobaczyć kto to, uświadomiłem sobie, że najbliżej mnie znajduje się obrzydliwa kołatka z napisem: „Wróć".

III

Rzucałem się na moim zapoconym, wymiętoszonym łóżku przez kilka godzin, wreszcie o piątej nad ranem wstałem i zaparzyłem sobie szklankę mocnej czarnej kawy, którą wzmocniłem calvadosem. To właśnie pijają na rozgrzewkę staruszkowie w Normandii w zimne grudniowe dni. Stałem w oknie patrząc na blady świt spowijający ulicę i wydawało mi się, jakby moje życie uległo dziwnej, nagłej i subtelnej zmianie. Czułem się jak człowiek, który spaceruje wśród znajomych miejsc i po skręceniu gdzieś w bok trafia w obce sobie okolice, gdzie domy są ciemne i obskurne, a mieszkańcy nieprzyjaźni i niesympatyczni.

Nie mogłem już dłużej powstrzymać ciekawości i około szóstej zadzwoniłem do szpitala Elmwood Foundation, do doktora Jarvisa. Telefon odebrała uprzejmie obojętna pielęgniarka, która poinformowała mnie, że doktor Jarvis nie może podejść, ale zanotowała mój numer i przyrzekła powtórzyć mu, aby oddzwonił.

Usiadłem wygodnie na mojej kwiecistej kanapie i dalej piłem kawę. Całą noc myślałem o wszystkim, co zdarzyło się na Pilarcitos tysiąc pięćset pięćdziesiąt jeden, i wciąż nie pojmowałem tego, co się stało. Jedna rzecz wiedziałem na pewno. Ta siła czy „obecność", która nawiedzała tamten dom, nie była przyjazna. Wzdragałem się przed użyciem słowa „duch", nawet gdy myślałem we własnym zaciszu domowym, ale, do diabła, czy mogłoby to być coś innego?

To wydarzenie miało tyle przedziwnych stron, które, jak mi się zdawało, zupełnie nie pasowały do siebie. Miałem uczucie, że w całej tej hecy sam Seymour Wallis był bardziej ważny, niż to sobie uświadamiał. Przecież to był jego dom, on pierwszy usłyszał to oddychanie i sam powiedział, że odkąd pracował we Fremoncie, prześladuje go pech. I wciąż miał tą dziwaczną pamiątkę, tę niedźwiedzicę na poręczy schodów, wydobytą w parku.

Nabrałem przekonania, że to, co się działo, nie było przypadkowe. Przypominało początek gry w szachy, kiedy to ruchy wydają się od niechcenia, nie powiązane ze sobą, choć stanowią część planu strategicznego. Nasuwały się pytania: czyj to plan? I dlaczego właśnie taki?

Tego, co mogło wiązać straszliwy wypadek Bryana Cordera i tajemniczą utratę przytomności Dana Machina – nie rozumiałem. Nie miałem wcale ochoty zbyt głęboko tego roztrząsać, ponieważ wciąż pojawiały mi się w myślach koszmarne obrazy odartej z ciała głowy Bryana, a świadomość, że on może jeszcze żyje, potęgowała koszmar. Nie byłem odpornym człowiekiem. Zaliczałem się do tych, którzy czują wstręt na widok kalmarów podawanych w sałatce z owoców morza i jajek na miękko.

Zadzwonił telefon, poczułem zimne ciarki na skórze głowy. Podniosłem słuchawkę i powiedziałem:

– Tu John Hyatt. Kto mówi?

– John? Tu Jane.

Łyknąłem kawy.

– Wcześnie wstałaś. Nie mogłaś spać?

– A ty mogłeś?

– No, niezupełnie. Wciąż myślałem o Bryanie, Chwilę temu dzwoniłem do szpitala, ale jeszcze nie mają żadnych wieści. Mam nadzieję, że jednak umarł.

– Rozumiem, co chcesz powiedzieć.

Przeniosłem telefon na kanapę i wyciągnąłem się na niej. Zaczynało mnie ogarniać zmęczenie. Może tylko dlatego, że poczułem ulgę, mogąc rozmawiać z kimś przyjaznym. Skończyłem kawę i z ostatnim łykiem pociągnąłem fusów. Do końca rozmowy oskubywałem z nich język.

– Dzwonię do ciebie, ponieważ dowiedziałam się czegoś – powiedziała Jane.

– Czegoś związanego z Bryanem?

– Niezupełnie. Ale wiąże się to z domem Seymoura Wallisa. Pamiętasz te wszystkie widoczki Mount Taylor i Cabezon Peak?

– Oczywiście. Zastanawiałem się nad nimi.

– Wiesz, znalazłam trochę wiadomości o tych górach w książkach, które mamy w księgarni. Mount Taylor leży w paśmie San Mateo, ma wysokość jedenastu tysięcy trzystu osiemdziesięciu dziewięciu stóp, a Cabezon Peak jest w zupełnie innym kierunku, na północnym wschodzie w hrabstwie San Doval, i liczy osiem tysięcy trzysta stóp.

Parsknąłem fusami.

– To Nowy Meksyk, prawda?

– Nowy Meksyk. Rzeczywista kraina Indian.

Istnieją dziesiątki legend o tych górach, głównie opowieści Indian Navaho o Wielkim Potworze.

– Wielki Potwór? A kim, do diabła, jest Wielki Potwór?

– Wielki Potwór to olbrzym, który podobno terroryzował południowy zachód całe wieki temu. Zagnieździł się na Mount Taylor. Miał twarz w niebieskie i czarne pasy oraz zbroję z krzemieni, przetykaną wnętrznościami wszystkich zaszlachtowanych przez niego ludzi i zwierząt.

– Mam rozumieć, że nie był raczej sympatyczny…

– Ani trochę – odparła Jane. – Był jednym z najbardziej srogich olbrzymów, jakie pojawiają się w legendach różnych kultur. Mam tutaj osiemnastowieczną księgę, w której wyczytałam, że miał zwierzchnictwo nad wszystkimi demonami niszczącymi ludzi i że żaden ze śmiertelnych nie mógł go zwyciężyć. W końcu zabili go dwaj odważni bogowie zwani Bliźniętami, którzy posłużyli się tęczą, żeby zmylić jego strzały, po czym strącili mu głowę piorunem. Tę głowę rzucili na północny wschód, gdzie zamieniła się w Cabezon Peak.

Chrząknąłem.

– To bardzo ładna historyjka. Ale co ma wspólnego z domem Seymoura Wallisa? Oczywiście, pomijając wszystkie ryciny Mount Taylor i Cabezon Peak.

– No, dokładnie mówiąc, nie wiem – odpowiedziała Jane. – Znalazłam jednak tekst, którego nie rozumiem, ale nasuwa on pewne skojarzenia. Otóż jest tu jakieś odniesienie do Pierwszego, Który Użył Słów dla Siły. Cokolwiek było tym „Pierwszym", okazało się tak mocarne, że obcięło złote włosy Wielkiemu Potworowi i zrobiło z niego pośmiewisko. Jest jeszcze coś. Pierwszy, Który Użył Słów dla Siły był wieczny i nieśmiertelny, a jego dewizą było słowo w narzeczu Navaho, którego nie umiem wypowiedzieć, ale ono oznacza: powrócić ścieżką wielu kawałków.

– Jane, kochanie, coś bredzisz.

– John, mój drogi, w tej dewizie jest słowo, które zapewne coś ci przypomina. „Powróć" albo „wróć".

Przerzuciłem nogi przez kanapę i usiadłem prosto.

– Jane – powiedziałem – chwytasz się brzytwy. Teraz… Nie wiem, dlaczego Seymour Wallis miał w domu te wszystkie widoki Mount Taylor i Cabezon Peak. Zapewne były tam już, kiedy się wprowadził. Ale na całym południowym zachodzie mogłabyś wskazać dowolną górę i okazałoby się, że jest z nią związana indiańska legenda. Naprawdę, to nic nadzwyczajnego. Być może mamy do czynienia z jakąś nadprzyrodzoną siłą. Jakąś uśpioną siłą, która nagle znalazła kinetyczne ujście. Ale nie są to potwory z legend Navaho. W żaden sposób.

Swoją odpowiedzią nie zraziłem Jane.

– Mimo wszystko sądzę, że powinniśmy się tym bliżej zająć – oznajmiła. – Ten twój nadmierny racjonalizm jest jednak kłopotliwy.

– Racjonalizm? Pracuję w wydziale sanitarnym, a ty uważasz, że jestem racjonalny?

– O, tak. John Hyatt – narodowy racjonalista. Jesteś tak racjonalny, że nawet nazwano twoim nazwiskiem sieć hoteli.

Nie mogłem powstrzymać się od śmiechu.

– Słuchaj, zrób mi przysługę. Zadzwoń do mojego biura. Poproś Douglasa P. Sharpa i powiedz mu, że jestem chory. Chcę dziś rano pojechać do szpitala Elmwood i zobaczyć się z doktorem Jarvisem.

– Spotkamy się na lunchu?

– Czemu nie? Wpadnę po ciebie do księgarni.

– Czy zadzwonisz do mnie, gdy dowiesz się o stanie Bryana? Byłabym ci wdzięczna.

– Oczywiście.

Odłożyłem słuchawkę. Przez chwilę rozmyślałem nad tym, co mówiła Jane, po czym potrząsnąłem głową i uśmiechnąłem się. Ona lubiła duchy, magię i potwory. Kiedyś zaciągnęła mnie na oryginalne filmy grozy. Obejrzeliśmy Drakulę z Belą Lugosi i Frankensteina z Borisem Karloffem. W jakiś sposób to, że Jane wierzyła, iż dom na Pilarcitos tysiąc pięćset pięćdziesiąt jeden jest nawiedzany przez strachy i potwory, pocieszało mnie. Powodowało, że czułem się prawdziwym mężczyzną, dzielnym i ojcowsko opiekuńczym. Może właśnie dlatego zaprosiłem ją do tej willi. Jeżeli Jane w coś wierzyła, to nie mogło być prawdą.

Znowu zadzwonił telefon – właśnie się goliłem. Z brodą obficie pokrytą gorącą miętową pianką podniosłem słuchawkę, jak gdybym był Mikołajem zbierającym zamówienia na przyszłoroczne prezenty.

– John? Tu James Jarvis. Zastałem wiadomość, żeby do pana zadzwonić.

– A, cześć. Zastanawiałem się, jak się ma Bryan Corder.

Zaległa cisza. Po chwili powiedział:

– Jego serce ciągle bije.

– Uważa pan, że on wyjdzie z tego?

– Trudno powiedzieć. Wolę myśleć, że nie. Nie mógłby więcej pojawić się na ulicy. Musiałby resztę życia spędzić w sterylnym namiocie tlenowym. Cały mózg ma na wierzchu i jakakolwiek infekcja natychmiast by go uśmierciła.

Wierzchem dłoni obtarłem usta z piany.

– Nie mógłby pan zrobić czegoś, co pozwoliłoby mu umrzeć? Wydaje mi się, że znam Bryana i mogę powiedzieć, iż nie chciałby egzystować w takim stanie.

– Widzi pan – odrzekł doktor Jarvis – już to zrobiliśmy.

– Co zrobiliście?

– Odłączyliśmy go od aparatury podtrzymującej życie. Nie dostaje ani krwi, ani plazmy, ani dożylnych kroplówek, ani środków uspokajających, ani adrenaliny. Nie działa elektroniczny regulator rytmu serca, nic. Z medycznego punktu widzenia powinien był dawno umrzeć.

Znowu umilkł i słyszałem, że ktoś wszedł do jego gabinetu i coś niewyraźnie powiedział. Po chwili doktor Jarvis się odezwał:

– A jego serce wciąż bije i wcale nie chce przestać. Mimo obrażeń nie mogę oficjalnie stwierdzić zgonu, póki nie ustanie praca serca.

– A eutanazja?

– To wbrew prawu, ot co. I bez względu na jego stan ja tego nie zrobię. Już teraz wiele ryzykuję, bo odciąłem go od aparatury. Mogę stracić prawo wykonywania zawodu.

– Czy widziała go Moira, jego żona?

– Wie, że miał wypadek, ale nic poza tym. Oczywiście, robimy wszystko, co możemy, aby nie zobaczyła męża.

– A co z Danem Machinem? Czy jest jakaś poprawa?

– W dalszym ciągu jest w letargu. Ale czemu nie przyjedzie pan zobaczyć go na własne oczy? Przydałoby mi się trochę moralnego wsparcia. Tu, w szpitalu, nie mogę z nikim porozmawiać o zeszłej nocy. Oni wszyscy są tak cholernie trzeźwi, że pomyślą, iż należę do jakiejś sekty… lub zajmuję się magią.

– Dobra. Będę za pół godziny.

Ogoliłem się, założyłem kremowy dżinsowy garnitur i czerwoną koszulę i ochlapałem się wodą Brut. To zadziwiające, co dla stanu ducha może zrobić zmiana ubrania. Potem zaścieliłem łóżko, wypłukałem szklankę po kawie, posłałem całusa Doiły Parton na plakacie, który wisiał w przedpokoju, i zszedłem na dół, na ulicę.

Był jasny ranek – jeden z tych, które powodują, że od blasku mrużą się oczy. Błękitne niebo i strzępiaste chmurki były silnym argumentem, że życie jeszcze potrafi być zwyczajne, i że wypadek ostatniej nocy mógł być tylko jednostkowym, nietypowym i niemiłym wybrykiem natury. Poszedłem aż do rogu i tam zatrzymałem taksówkę. Niegdyś miałem samochód, ale opłacanie go zawsze w terminie z pensyjki pracownika wydziału służb miejskich było podobne do próby przepchania ścieku szczoteczką do zębów. Pewnego mglistego poranka zjawili się panowie, dokonali zajęcia i odjechali w siną dal moim monte carlo w kolorze błękitnego metaliku. Dopiero gdy zniknęli, uświadomiłem sobie, że w schowku na rękawiczki zostawiłem okulary w stylu Evel Knievel.

Gdy taksówka przejeżdżała przez Fulton w kierunku szpitala, który był taką wielopoziomową konstrukcją z drewna i betonu, z widokiem na ocean, kierowca zauważył głośno:

– Patrz pan na te piekielne ptaki. Widział pan kiedy coś podobnego?

Podniosłem oczy znad „Examinera", w którym szukałem wzmianki o wypadku Bryana Cordera. Skręciliśmy między starannie przycięte żywopłoty na obszerny dziedziniec szpitalny i stwierdziłem, zafascynowany i poruszony, że na dachu budynku siedziały szare ptaki. Nie było to jakieś stadko, które przypadkowo zdecydowało się tam wylądować. Były ich tysiące, obsiadły krawędź dachu, widoczne na tle nieba wzdłuż dachu głównego budynku i na każdym ze skrzydeł szpitala, i na garażach.

– Takie coś to ja nazywam dziwnym – oznajmił taksówkarz, wykręcając samochodem na dziedzińcu i podwożąc mnie pod drzwi wejściowe. Dziwnym przez duże „de".

Wygramoliłem się z taksówki i przez chwilę stałem tam, patrząc na trzepoczące szeregi szarości. Nie wiedziałem, jaki to gatunek. Były duże, wielkością zbliżone do gołębi, ale były szare jak burzowe niebo albo jak morze w niespokojny dzień. Co gorsza, milczały. Nie ćwierkały ani nie śpiewały. Siedziały na dachu szpitala, ich ciemne pióra mierzwił ciepły powiew znad Pacyfiku; cierpliwe i nieme jak ptaki na granitowym nagrobku.

– Widział pan ten film Hitchcocka? – zapytał taksówkarz – ten, o ptakach, które dostają szmergla?

Kaszlnąłem. – Nie musi mi pan o tym przypominać, bardzo dziękuję.

– No, a może stało się to – powiedział. – Może od teraz wszystko przejmą ptaki. Mówiąc szczerze, chciałbym zobaczyć, jak jakieś ptaszysko stara się prowadzić mojego grata. Dzisiaj rano dwa razy spadł mi pasek klinowy. Chciałbym zobaczyć, jak ptaszydło zakłada pasek klinowy.

Zapłaciłem taksiarzowi i przeszedłem przez drzwi automatyczne do chłodnego wnętrza szpitala. Wszystko tam było urządzone ze smakiem. Włoska terakota na podłodze, malarstwo Davida Hockneya, palmy, cicha muzyka. Człowiek mógł trafić do Elmwood Foundation wtedy, gdy miał opłacone wszystkie ubezpieczenia.

Dyżurująca pielęgniarka była ubrana w obcisłą białą sukienkę, na której widok zapewne niejeden sercowiec w poważnym stanie poczuł się gorzej. Miała natapirowane czarne włosy, na których jej czepeczek siedział niby świeżo zniesione jajko w gnieździe. Usta połyskiwały bielą zębów, którymi mogłaby obdzielić jeszcze ze trzy podobne do niej osoby. Tyle że trzech takich osóbek nikt by nie znalazł, ba, poza nią nie istniała nawet jedna taka sama.

– Cześć – powiedziała. – Nazywam się Karen.

– Cześć, Karen, jestem John. Co robisz dzisiaj wieczorem?

Uśmiechnęła się.

– Dziś jest środa. Zawsze w środę wieczorem myję włosy.

Popatrzyłem na wypiętrzoną stertę.

– To znaczy, że ty to myjesz? Myślałem, że tylko kładziesz nowy lakier.

Naburmuszyła się i szturchnęła palcem guzik, żeby połączyć się z doktorem Jarvisem.

– Niektórzy z nas jeszcze wierzą w stare wartości – powiedziała z przekąsem.

– Mówisz o pantoflach na szpilkach i samochodach z płetwami?

– A czy jest coś złego w szpilkach i samochodach z płetwami?

– Nie wiem, może ty mi to powiesz. Pielęgniarka zamrugała uczernionymi rzęsami. Na szczęście w windzie pojawił się doktor Jarvis i podszedł z wyciągniętą dłonią.

– John! Jak się cieszę, że pana widzę! Skinąłem znacząco głową w kierunku brunetki z izby przyjęć.

– Prawdopodobnie obaj czujemy to samo – powiedziałem. – Wydaje mi się, że wasza panienka z rejestracji przetrzymuje swój mózg w dolnej szufladzie biurka.

Jarvis poprowadził mnie do windy i wjechaliśmy na piąte piętro. Cicha muzyczka przygrywała Moon River, co podobno (jeśli nie miało się sprecyzowanych gustów muzycznych) działało uspokajająco.

Wyszliśmy na błyszczący korytarz, rozświetlony matowymi neonówkami i zawieszony mdłymi litografiami przedstawiającymi Mili Yalley i Sausalito. Doktor poprowadził mnie do szerokich mahoniowych drzwi i popchnął je. Posłusznie szedłem za nim i znalazłem się w pokoju obserwacyjnym, gdzie jedną ze ścian zastąpiono taflą szkła, za którą rozciągało się mroczne, błękitnawe wnętrze oddziału intensywnej opieki medycznej. Doktor Jarvis zachęcił mnie:

– Proszę wejść. – Podszedłem, stąpając po podłodze wyłożonej płytkami ceramicznymi. Spojrzałem przez szklaną ścianę.

Widok Bryana, który leżał w tym rażąco niebieskim pomieszczeniu, z gołą czaszką wspartą na poduszce i nie naruszonym ciałem odzianym w zielony fartuch szpitalny, był przerażający. Mimo że uczestniczyłem w szokującym wyciąganiu go z komina, było ponad moje siły patrzeć na ten szczerzący zęby szkielet. Co gorsza, na elektrycznym monitorze, ustawionym obok jego łóżka, miałem obraz powolnego, lecz regularnego bicia serca – maleńkie, sunące błyski światła, które oznaczały: ja wciąż żyję.

– Nie wierzę – wyszeptałem. – Widzę to na własne oczy, ale po prostu nie wierzę.

Doktor Jarvis podszedł do mnie. Był blady jak ściana, a pod oczami miał fioletowe sińce ze zmęczenia.

– Ja też nie. Lecz… to widać. Jego puls jest bardzo powolny, ale regularny i silny. Gdybyśmy go teraz uśmiercili, nie byłoby wątpliwości, że popełniamy zabójstwo.

Młody praktykant, który stanął obok nas, odezwał się:

– On już długo nie wytrzyma, proszę pana. Jest taki chory.

Jarvis wzruszył ramionami.

– Nie o to chodzi, Perring, że on jest chory. On jest martwy, a w każdym razie powinien być martwy.

Patrzyłem tępo przez cztery czy pięć minut na białą, połyskującą głowę Bryana. Puste oczodoły wyglądały jak ciemne drwiące oczy, a szczęki odsłoniły się w niesamowitym grymasie. Doktor Jarvis, stojący obok, nie powiedział nic, ale kącikiem oka mogłem dostrzec jego dłonie, które nerwowo kręciły w palcach długopis.

A w głębi tej oświetlonej na niebiesko sali trwało bicie serca, bezustannie po ekranie kursowały punkciki, świadczące o tym, że Bryan Corder żył w strasznym piekle koloru akwamaryny, piekle, którego nigdy nie zobaczy ani nie zrozumie.

– Wpadłem na coś, co można by nazwać teorią. Chce pan posłuchać? – powiedział doktor Jarvis ochryple.

Z ulgą odsunąłem się od szklanej tafli, odwracając wzrok i myśli od znajdującej się za nią żywej czaszki.

– Jasne. Niech pan mówi. Jane też ma jakieś swoje teorie, chociaż muszę przyznać, że są dość nieobliczalne.

– Obawiam się, że moje są pewnie tak samo szalone jak jej.

Wziąłem go za ramię.

– Czy można się tu czegokolwiek napić? Przydałoby mi się coś mocniejszego.

– Mam lodówkę w swoim gabinecie.

Wyszliśmy z pokoju obserwacyjnego i wróciliśmy tym samym korytarzem do gabinetu doktora Jarvisa. Pomieszczenie było ciasne, starczało miejsca zaledwie na biurko, maleńką lodówkę i wąski tapczan. Widok za oknem mógł zachwycić jedynie wielbicieli zaplecz. Oprócz tandetnej lampy i sterty magazynów medycznych oraz fotografii Jarvisa, stojącego na rustykalnym mostku u boku piegowatej dziewczynki („to moja córka i mojej byłej żony, niech ją Bóg błogosławi") pokój był pozbawiony ozdób, nagi.

– Nazywam to schowkiem na miotły – wyjaśnił Jarvis, uśmiechając się kwaśno. Najlepsze gabinety są umieszczone wzdłuż ściany zachodniej, nad oceanem, ale trzeba tutaj popracować chyba ze sto lat, żeby tam się dostać.

Wyjął z szuflady biurka butelkę ginu, a z maciupeńkiej lodówki wyczarował tonik i kostki lodu. Zrobił nam po koktajlu, potem usiadł i oparł nogi o biurko. Jeden z jego butów miał wytartą podeszwę aż do wkładki tekturowej.

– Jane uważa, że to, co dzieje się w domu Wallisa, ma coś wspólnego z legendami indiańskimi powiedziałem. – Ponoć Mount Taylor była niegdyś domem jakiegoś olbrzyma zwanego Wielkim Potworem, a Cabezon Peak to jego łeb. Obcięto mu go za pomocą błyskawicy.

Doktor Jarvis zapalił papierosa i poczęstował mnie. Ostatnio nie paliłem dużo, ale teraz czułem, że mógłbym wypalić całą paczkę. Gdzieś na dnie żołądka dostawałem mdłości i za każdym razem, gdy myślałem o pustych oczach Bryana Cordera, miałem uczucie, że coś się we mnie przelewa.

– No cóż, niewiele się znam na legendach – odpowiedział doktor Jarvis – ale chyba istnieje jakiś związek między tym, co przytrafiło się Machinowi, a tym, co stało się z Corderem. Niech pan pomyśli: obaj badali dziwne odgłosy w domu przy Pilarcitos i obaj rzeczywiście odtwarzają zasłyszane dźwięki – Machin oddycha tak, jak oddychało to coś w bibliotece Seymoura Wallisa, natomiast serce Cordera bije podobnie do rytmu słyszanego w przewodzie kominowym.

Pociągnąłem ginu z tonikiem.

– Więc jaką pan ma teorię?

Doktor Jarvis skrzywił się.

– To właśnie jest cała moja teoria. To coś, te wpływy czy moce, które opanowały dom, przemycają się na zewnątrz w kawałkach.

– No, jasne – powiedziałem lakonicznie. – A co będzie następne? Ręce i nogi? Nos czy oczy?

Ale mówiąc te słowa, myślałem o czymś jeszcze. Przypomniałem sobie to, co powiedziała Jane podczas naszej rozmowy telefonicznej, zaledwie godzinę czy dwie temu: Slowo w narzeczu Navaho, którego nie umiem wypowiedzieć, ale ono oznacza: powrócić ścieżką wielu kawałków.

A na kołatce było napisane: „Wróć".

– Co się stało? – zapytał doktor Jarvis. – Czy pan jest chory?

– Nie wiem. Może. Ale to, co mówiła Jane, w jakiś sposób łączy się z tym, co pan właśnie powiedział. Żył przed wiekami jakiś demon, czy coś podobnego, który pokonał Wielkiego Potwora, chociaż potwór ten był prawie niezniszczalny i nie mogła go tknąć ani ręka ludzka, ani demona. Ten demon nazywał się Pierwszy, Który Użył Słów dla Siły, czy jakoś podobnie.

Jarvis wypił gin z tonikiem i zrobił sobie następny.

– Nie widzę tu związku – powiedział.

– Ten związek to informacja, że dewizą demona było słowo indiańskie, które znaczy „powracać ścieżką wielu kawałków".

Zmarszczył brwi.

– Więc?

– Więc to wszystko… To, co zdaniem pana opętało dom Wallisa, przemyca się na zewnątrz w kawałkach! Najpierw oddychanie, teraz bicie serca.

Doktor Jarvis popatrzył na mnie długo i przenikliwie i nawet nie tknął drinka. Nieco zażenowany dodałem:

– To tylko pomysł. To wszystko wydaje się zbyt wielkim zbiegiem okoliczności.

– Czy sugeruje pan, że te dźwięki w domu Wallisa mają coś wspólnego z demonem, który stopniowo obejmuje władzę nad ludźmi? Kawałek po kawałku?

– A pan? Czy pan również tego nie sugeruje?

Doktor Jarvis westchnął i potarł oczy.

– Nie wiem dokładnie, co ja sugeruję. Może powinniśmy raz jeszcze pójść do tego domu i zapytać Wallisa, czy zniknął też odgłos bicia serca.

– Jeżeli pan się odważy, to i ja pójdę. Wallis nie kontaktował się ze mną.

– Zostawiono mi wiadomość, że telefonował – powiedział doktor Jarvis. – Prawdopodobnie pytał o Cordera.

Jarvis wyszukał numer w notatniku i zatelefonował do Wallisa. Czekał, czekał, czekał… Wreszcie odłożył słuchawkę i oznajmił:

– Nie zgłasza się. Chyba zrobił jedyną rozsądną rzecz: wyszedł.

Dokończyłem drinka.

– A pan by tam siedział? Bo ja nie. Ale zajrzę do niego później po południu. Doszedłem do wniosku, że wezmę sobie dzisiaj w pracy wolny dzień.

– A San Francisco nie stęskni się za swoim ulubionym stróżem sanitarnym? Zgasiłem papierosa, rozgniatając go w popielniczce.

– I tak już myślałem o zmianie pracy. Może się zajmę medycyną, myślę, że to spokojne zajęcie.

Zaśmiał się. Upiłem parę łyków.

– Widział pan ptaki?

– Ptaki? Jakie ptaki? Całą noc tkwię przy Corderze.

– To dziwne, że nikt panu o tym nie wspomniał. Cały wasz szpital wygląda jak ptasi rezerwat. Podniósł jedną brew.

– Co to za ptaki?

– Nie wiem. Nie jestem drugim Audubonem. Są duże i takie jakieś szare. Niech pan wyjdzie i popatrzy. Wyglądają złowrogo. Gdybym nie był lepiej wychowany, powiedziałbym, że to ptaki padlinożerne, czekające na zgon nieszczęsnych bogatych pacjentów Elmwood.

– Dużo ich jest?

– Tysiące. Nich pan policzy.

W tej chwili zadzwonił telefon. Doktor Jarvis podniósł słuchawkę i przedstawił się.

Słuchał przez chwilę, potem powiedział:

– Okay. Idę – i rzucił słuchawkę.

– Co się stało? – zapytałem.

– To Corder. Nie wiem, do cholery, w jaki sposób on to robi, ale doktor Crane twierdzi, że usiłuje usiąść.

– Usiąść? Chyba pan żartuje! Przecież ten facet to prawie trup!

Zostawiliśmy nasze koktajle i szybko wróciliśmy korytarzem do pokoju obserwacyjnego. Był tam doktor Crane i brodaty patolog doktor Nightingale oraz proporcjonalnie zbudowana czarna kobieta, którą mi przedstawiono jako doktor Weston, specjalistkę od uszkodzeń mózgu. Mimo tej proporcjonalnej budowy mówiła i zachowywała się jak prawdziwa znawczyni uszkodzeń mózgu, więc trzymałem się od niej z daleka. Któregoś dnia pozna przystojnego neurologa i założy rodzinę.

Ale to, co się działo w błękitnej głębi za przeszkloną ścianą, oszołomiło mnie. Poczułem, że brak mi tchu, jak gdybym wchodził do basenu, w którym woda jest o dziesięć stopni zimniejsza, niż przypuszczałem.

Bryan Corder miał głowę odwróconą i mogliśmy dostrzec tylko tył jego czaszki i gołe mięśnie na karku, jak czerwone sznury, przeplatane żyłami. Lecz on się poruszał, naprawdę poruszał. Sięgał ręką, jakby chciał za coś chwycić albo coś odepchnąć, a nogi poruszały się.

Doktor Jarvis szepnął:

– Na Boga, nie da się go powstrzymać?

Doktor Crane, poruszając głową, która wydawała się o dwa rozmiary za duża, udekorowaną okularami, powiedział:

– Już zastosowaliśmy środki uspokajające. Nie wydaje się, żeby wywołały jakikolwiek efekt.

– To będziemy musieli przywiązać go pasami. Przecież on nie może się ruszać. To okropne!

Doktor Weston, ta czarnoskóra dama, przerwała mu.

– Być może to okropne, doktorze, ale w zupełności bezprecedensowe. Może powinniśmy pozwolić mu robić to, na co ma ochotę. I tak nie przeżyje.

– Na rany Chrystusa! – warknął Jarvis. – To wszystko jest nieludzkie!

Nikt z nas właściwie nie pojmował, jak dalece to było nieludzkie, aż do momentu, gdy Bryan nagle podniósł się na łokciu i powoli zszedł z łóżka.

Doktor Jarvis tylko rzucił okiem na mocno zbudowaną postać z upiorną czaszką osadzoną na ramionach, na tę zielono odzianą postać, która stała bez żadnej pomocy w świetle błękitnym jak błyskawica, błękitnym jak śmierć, i wrzasnął do praktykanta:

– Weź go z powrotem do łóżka! Rusz się! Pomóż mi!

Praktykant stał przykuty do miejsca, blady jak kreda i przerażony, ale doktor Jarvis popchnął drzwi łączące salę obserwacyjną i salę intensywnej terapii, a ja wszedłem za nim.

Panował tam dziwny, „chłodny" zapach przypominający mieszaninę alkoholu etylowego i czegoś słodkiego. Bryan Corder, a raczej to, co z niego zostało, stał w odległości mniej więcej metra od nas, milczący i niewzruszony, a z jego czaszki wyzierała drapieżna śmierć.

– John – powiedział doktor Jarvis cicho.

– Tak?

– Chcę, aby wziął go pan za lewą rękę i poprowadził z powrotem do łóżka. Musi pan uważać, aby szedł tyłem, wówczas będziemy mogli pchnąć go na łóżko i w ten sposób zmusić do siadu. Potem wystarczy podnieść mu nogi i położyć je i już go będziemy mieli na plecach. Widzi pan paski umocowane pod materacem? Gdy tylko uda się nam go ułożyć, zapinamy je. Czy to jasne?

– Tak.

– Boi się pan?

– Założymy się?

Doktor Jarvis oblizał wargi w nerwowym oczekiwaniu.

– Dobra, do roboty.

Serce Bryana, według migających równomiernie punkcików na monitorze, podłączonym do drutów wciąż zwisających z jego piersi, ciągle biło powoli, dwadzieścia cztery razy na minutę. Ale w tamtej chwili wydawało mi się, że mój własny puls jest jeszcze wolniejszy. W ustach czułem suchość, a nogi zdawały się powyginane i niepewne, jak podczas brodzenia w czystej wodzie, gdy się je widzi zniekształcone na skutek załamania światła.

Podchodziliśmy powolutku, z podniesionymi rękami. Oczy wlepiliśmy w czaszkę Bryana. Z jakiegoś powodu wydawało mi się, że Bryan ciągle widzi mimo pustych oczodołów. Posunął się w naszym kierunku, wlokąc nogi po podłodze, a gołe wiązadła, które podtrzymywały jego szczękę, zaczęły drgać.

– Boże! – wyszeptał doktor Jarvis – on próbuje coś powiedzieć!

Przez chwilę wydawało mi się, że nie będę miał tyle odwagi, aby chwycić Bryana za ramię i zmusić go, żeby wrócił do łóżka. A jeśli zacznie się opierać? Jeśli będę musiał dotknąć tej nagiej, żyjącej czaszki? W tym momencie doktor Jarvis syknął:

– Teraz! – i rzuciłem się naprzód, niepewny i niezdarny, a odwagi miałem tyle, ile ma mała dziewczynka. Chyba wrzasnąłem… ale nie wstydzę się tego.

Bryan znalazł się w naszym uścisku. Nie musieliśmy go zmuszać do powrotu, wlekliśmy go i wciągnęliśmy na łóżko jak worek otrąb. Doktor Jarvis ujął go za tył czaszki, aby zapobiec ewentualnym uszkodzeniom. Położyliśmy go ostrożnie i mocno przypasaliśmy. Potem, stojąc nad nim, spojrzeliśmy na siebie uśmiechając się głupawo z tłumionego strachu.

Doktor Jarvis sprawdził puls Bryana. Oznaki życia były ciągle takie same: dwadzieścia cztery uderzenia na minutę, silne bicie, oddech wolny, ale miarowy. Westchnąłem głęboko i otarłem czoło wierzchem dłoni. Pociłem się i dygotałem, ledwo mogłem mówić.

Doktor Jarvis powiedział:

– Coś nadzwyczajnego. Ten facet powinien nie żyć. Według wszelkich prawideł on nie może żyć. A mimo wszystko żyje, oddycha i nawet chodzi.

Weszła doktor Weston. Spojrzała w dół na Bryana Cordera i stwierdziła:

– Może to cud.

– Możliwe – odpowiedział Jarvis. – Ale równie dobrze może to być czarna magia.

– Czarna magia, doktorze Jarvis? Wydawało mi się, że wy, biali, w to nie wierzycie.

– Nie wiem, w co mam wierzyć – mruknął. – To wszystko jest absolutnie nienormalne.

– Normalne czy nienormalne, ja muszę przeprowadzić moje badania – powiedziała. – Dziękuję, że panowie go tak dobrze unieruchomili. Panu również dziękuję, panie Hyatt.

Chrząknąłem.

– Nie mogę powiedzieć, że była to dla mnie przyjemność.

Zostawiliśmy doktor Weston, umożliwiając jej zbadanie uszkodzeń mózgu Bryana Cordera i wyszliśmy na korytarz szpitalny. Doktor Jarvis stanął przy oknie, patrząc w kierunku parkingu. Potem sięgnął do kieszeni swego białego fartucha i wyjął paczkę papierosów.

Stałem nie opodal, obserwując go bez słowa. Odgadłem, że chciał być w tamtej chwili sam. Nagle znalazł się w obliczu czegoś, co burzyło jego podstawową wiedzę medyczną, i starał się racjonalnie ocenić ten dziwaczny i potworny przypadek, który – jak dotąd – dałby się wyjaśnić jedynie wiarą w istnienie sił nadprzyrodzonych.

Zapalił papierosa.

– Miał pan rację w sprawie ptaków.

– Ciągle tam są?

– Tysiące, wzdłuż całego dachu. Podszedłem do okna i wyjrzałem. Były tam, postrzępione i trzepoczące się na wietrze znad Pacyfiku.

– Są niczym jakiś parszywy omen – powiedział. – Co im jest? Nawet nie śpiewają.

– Wyglądają, jakby na coś czekały – zauważyłem. – Mam nadzieję, że nie będzie to nic poważnego.

– Chodźmy rzucić okiem na Machina. Przyda się nam trochę rozrywki – zaproponował doktor Jarvis.

– Pan nazywa to, co przytrafiło się Danowi, rozrywką?

Zaciągnął się raz jeszcze dymem i zdusił papierosa w palcach.

– Po tym, co się właśnie wydarzyło, nawet pogrzeb byłby rozrywką.

Szliśmy korytarzem do sali, gdzie leżał Dań. Doktor Jarvis spojrzał przez judasz, potem otworzył drzwi.

Dań był nieprzytomny. Przy nim siedziała pielęgniarka. Obserwowała jego puls, oddech i ciśnienie krwi. Jarvis podszedł i uniósł mu powieki, sprawdzając, czy jest jakaś reakcja. Twarz Dana była biała, wyglądał jak cień. Jego oddech ciągle był taki jak oddychanie domu Seymoura Wallisa.

Gdy doktor Jarvis sprawdzał temperaturę ciała Dana, powiedziałem:

– Przypuśćmy…

– Przypuśćmy co? – zapytał.

Podszedłem bliżej do łóżka Dana. Ten chłopak ze środkowej Ameryki był nieruchomy i tak blady, że wyglądał jak martwy, pominąwszy to głuche, regularne oddychanie.

– Przypuśćmy, że Bryan usiłował się dostać tutaj, żeby zobaczyć się z Danem.

– Ale dlaczego?

– Ponieważ każdy z nich wydaje jeden z dźwięków, które rozlegały się w domu Seymoura Wallisa. Może mają coś wspólnego i chcą się spotkać. To wszystko, o czym mówiła Jane, wie pan, o tym wracaniu drogą wielu kawałków, może oznaczać swoistą reinkarnację.

– Nie rozumiem.

– To proste. Jeżeli ta siła, ta „obecność", to coś, co nawiedziło dom Seymoura Wallisa, no więc, jeśli to coś było w częściach, wie pan, oddychanie tu, puls gdzie indziej, to może będzie starało się znowu połączyć.

– John, pan bredzi.,

– Widział pan na własne oczy, jak Bryan chodzi z gołą czaszką, i uważa pan, że bredzę?

Doktor Jarvis zanotował na wykresie temperaturę Dana i wyprostował się.

– Nie ma sensu wyszukiwać naciąganych odpowiedzi. Musi być jakieś proste wyjaśnienie tych zdarzeń.

– Na przykład? Jeden człowiek dostaje szmergla, drugi traci całą skórę głowy, a my mamy szukać prostego wyjaśnienia? Posłuchaj, James, tu dzieje się coś planowego i zamierzonego. Ktoś chce, aby to się działo, a wydarzenia wydają się już wcześniej obmyślone.

– Nie ma na to żadnego dowodu – powiedział – i wolałbym, abyś mnie nazywał Jim.

Westchnąłem.

– Dobrze, jeżeli wolisz rozumować spokojnie, logicznie i medycznie. Chyba nie mam ci tego za złe. Ale w tej chwili chciałbym porozmawiać z Jane i z Seymourem Wallisem. Jane ma pewną koncepcję, którą warto poznać, a założę się o dwa batoniki czekoladowe, jeżeli postawisz sześć butelek szkockiej Chivas Regal, że Seymour Wallis wie więcej, niż nam powiedział.

– Nie pijam Chivas Regal.

– Nie szkodzi. Ja nie jadam baloników.

Pojechałem taksówką do księgarni The Head tuż po dwunastej. Gdy odjeżdżałem ze szpitala, nie mogłem nie odwrócić się i nie popatrzeć na ptaki. Z pewnej odległości wyglądały jak szare łuskowate naroślą, jakby sam budynek cierpiał na chorobę skóry. Zapytałem taksówkarza, czy wie, jaki to gatunek, ale on nie wiedział nawet, co znaczy słowo „gatunek".

Ze zdziwieniem usłyszałem, że Jane nie ma w tym wymalowanym na fioletowo lokalu przy Brannan. Jej młody, brodaty pomocnik stwierdził:

– Nie wiem. Po prostu zabrała się i poszła pół godziny temu. Nawet nie powiedziała ciao.

– Nie wie pan, gdzie mogła pójść? Byliśmy umówieni na lunch.

– Nie, nic nie mówiła. Ale poszła w tamtym kierunku. – Wskazał na Embarcadero.

Wyszedłem na ulicę rozjaśnioną wiązkami światła słonecznego, a południowy tłum przepychał się koło mnie. Rozejrzałem się, ale nigdzie nie.spostrzegłem Jane. Nawet gdybym poszedł do Embarcadero, prawdopodobnie rozminąłbym się z nią. Wróciłem do księgarni i powiedziałem młodemu człowiekowi, żeby Jane zadzwoniła do mnie do domu. Wyszedłem, zatrzymałem następną taksówkę i kazałem się zawieźć na Pilarcitos.

Byłem zdenerwowany, ale i zmartwiony. Rozwój wypadków w ostatnich dwóch dniach, gdy Dań Machin i Bryan Corder trafili do szpitala, spowodował, że nie chciałem z nikim tracić kontaktu. Gdzieś w zakątku umysłu snuła się myśl, że to wszystko jest częścią jakiegoś zorganizowanego planu, zgodnie z którym Danowi było przeznaczone pójść na Pilarcitos tysiąc pięćset pięćdziesiąt jeden, a Bryan został specjalnie wmanewrowany w oględziny tej willi. Zastanawiałem się także, czy i mnie ma się przytrafić coś równie koszmarnego…

Taksówka zatrzymała się na Pilarcitos Street. Zapłaciłem kierowcy. W świetle słonecznym dom wydał się obdarty i tak szary, jak owe ptaszyska na dachu szpitala. Otworzyłem żelazną bramę i wszedłem na schody. Kołatka szczerzyła do mnie swe wilcze zęby, ale dziś, w pełnym świetle południa, nie sprawiła mi żadnej niespodzianki. Był to zwykły ciężki brązowy odlew – i to wszystko.

Zastukałem głośno trzy razy. Odczekałem chwile na werandzie, gwiżdżąc Moon River. Nie cierpiałem tej przeklętej melodii, a teraz przyczepiła się do mnie. Zastukałem znowu, ale nikt nie odpowiadał. Może Seymour Wallis wyszedł na spacer. Poczekałem jeszcze parę chwil, ostatni raz walnąłem kołatką i odwróciłem się, aby odejść.

Gdy schodziłem po schodach, usłyszałem skrzypnięcie. Obejrzałem się – drzwi uchyliły się nieco. Musiałem je poruszyć tym ostatnim uderzeniem. Najwyraźniej nie były zamknięte nawet na klamkę.

Wiedząc, ile zasuw, łańcuchów i zamków zabezpieczeniowych Wallis zamontował u tych drzwi, wydało mi się niemożliwe, aby zostawił je całkowicie otwarte. Stanąłem przy bramie i gapiłem się na te drzwi. Co się stało? Z powodu, który trudno mi wyrazić, poczułem zimno i strach. Co gorsza, wiedziałem, że nie mogę zostawić drzwi otwartych i odejść. Będę musiał wejść do tego domu, do tego straszliwie starego domu, gdzie rozbrzmiewało oddychanie i bił puls.

Powoli wszedłem z powrotem na schody. Prawie całą minutę stałem przy półotwartych drzwiach, starając się rozpoznać kształty i cienie w ciemnościach, które dostrzegałem przez szparę. Oczy kołatki nie spoglądały na mnie, lecz w górę ulicy, a jej uśmiech był wciąż tak samo zadowolony z siebie i złośliwy.

Popatrzyłem na nią:

– Dobra, mądralo. Jakie szczególnie obrzydliwe pułapki zastawiłaś tym razem?

Kołatka szczerzyła zęby, ale milczała. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się odpowiedzi i pewnie wyskoczyłbym ze skóry, gdyby się odezwała. Znalazłem się jednak w sytuacji, w której wolałem się upewnić, czy duchy są autentycznymi duchami, czy może tylko zwykłymi kołatkami, cieniami lub stojakiem na kapelusze… niech wiedzą, że nie dam się wodzić za nos.

Gdy popychałem drzwi, czułem się jak człowiek na skraju przepaści. Zaskrzypiały i zadygotały. Wewnątrz, w hallu, wirowały kurz i ciemność, a zaduch był tak samo silny jak poprzednio.

Przełykając ślinę, wszedłem. Zawołałem:

– Panie Wallis! Seymourze Wallis?

Nikt nie odpowiedział. Tu, w hallu, wszystkie odgłosy ulicy i zewnętrznego świata były przytłumione, a ja stałem i nie słyszałem niczego poza własnym nerwowym oddechem.

– Panie Wallis! – zawołałem powtórnie. Podszedłem do dolnego schodka. Niedźwiedzica z zamkniętymi oczami tkwiła na tylnych łapach na poręczy. Przymrużyłem oczy i starałem się zobaczyć cokolwiek w szarych ciemnościach pięterka, ale nie byłem w stanie dostrzec niczego. Tak naprawdę, na Boga, wcale nie miałem wielkiej ochoty tam wchodzić. Zdecydowałem się zajrzeć szybko do biblioteki Seymoura Wallisa, a jeżeli go tam nie będzie, wynieść się stamtąd do diabła.

Cicho, jak tylko mogłem, przeszedłem na palcach po wytartym dywaniku do drzwi pod głową jelenia. Biblioteka była zamknięta, ale klucz tkwił w zamku. Obróciłem go powoli i usłyszałem w tej nieprzeniknionej ciszy, jak mechanizm zamka stuknął, zakłócając nieruchome powietrze, które zdawało się wisieć w tym domu od dnia, kiedy go zbudowano.

Położyłem dłoń na okrągłej mosiężnej klamce i przekręciłem ją. Drzwi do biblioteki otworzyły się.

Wewnątrz panował mrok. Wciąż były zaciągnięte zasłony, więc zacząłem szukać kontaktu wzdłuż futryny. Czułem pod palcami wilgotną tapetę. Gdy przycisnąłem kontakt, światło się nie zapaliło. Pewnie przepaliła się żarówka.

Nerwowo popchnąłem drzwi szerzej i wszedłem. Zerknąłem za siebie prawie spanikowany, aby się upewnić, że nic ani nikt tam się nie czai, i przez pół sekundy zamarłem na widok wiszącego szlafroka Seymoura Wallisa. Potem wytężyłem wzrok, spoglądając w kierunku ciemnego konturu biurka i stojącego przy nim fotela.

Przez chwilę nie mogłem dostrzec, czy było tam coś, czy nie. Potem, gdy moje oczy stopniowo przyzwyczajały się do ciemności, zaczęły się wyłaniać jakieś zarysy.

– Jezu Chryste – zdołałem wykrztusić z siebie.

Jakiś ogromny, obrzęknięty człowiek siedział na krześle Seymoura Wallisa. Miał sczerniałą, napuchniętą twarz, a jego ręce i nogi były wzdęte do podwójnych rozmiarów. Miał tak nabrzmiałą twarz, że oczy w niej były jedynie maleńkimi szparkami, a z rękawów wyglądały palce jak tłuste fioletowe parówki.

Nigdy bym go nie rozpoznał, gdyby nie ubranie. To był Seymour Wallis. Rozdęta, spuchnięta, groteskowo straszna karykatura Seymoura Wallisa.

Ledwo wydobyłem z siebie słowa:

– Panie W… Wallis?

Stwór nie poruszył się.

– Panie Wallis, czy pan żyje? Na jego biurku stał telefon. Musiałem natychmiast zatelefonować do doktora Jarvisa i może też do porucznika Strouda, ale znaczyło to, że muszę znaleźć się obok tego obrzmiałego ciała. Ostrożnie obszedłem bibliotekę, coraz uważniej się mu przyglądając, aby zobaczyć, czy żyje, czy nie. Przypuszczałem, że raczej nie. Nie poruszał się i wyglądał tak, jakby z każdej jego żyły i tętnicy eksplodowała krew, rozlewając się po wszystkich tkankach.

– Panie Wallis?

Przybliżyłem się do niego i przykląkłem, żeby przyjrzeć się z bliska tej spurpurowiałej, obrzmiałej twarzy. Nie czułem jego oddechu. Przełknąłem ślinę, starając się utrzymać serce w piersi, tam gdzie było jego miejsce, a potem powoli i nerwowo pochyliłem się do telefonu.

Wykręciłem numer szpitala Elmwood Foundation. Zdawało mi się, że upłynęła godzina, zanim wreszcie usłyszałem głos rejestratorki:

– Elmwood, słucham.

– Proszę połączyć mnie z doktorem Jarvisem – wyszeptałem. – To nagły wypadek.

– Proszę mówić głośniej. Wcale pana nie słyszę.

– Doktor Jarvis! – wychrypiałem. – Niech mu pani powie, że to pilne!

– Chwileczkę, proszę.

Czekałem na połączenie, słuchając przesłodzonej muzyczki. Z niepokojem spoglądałem na napuchniętą twarz Seymoura Wallisa i miałem tylko nadzieję, że nie skoczy nagle i nie pochwyci mnie.

Muzyka umilkła i pielęgniarka powiedziała:

– Przykro mi, ale doktor Jarvis jest na obiedzie, nie wiemy dokładnie gdzie. Czy chciałby pan rozmawiać z innym lekarzem?

– Nie, dziękuję. Podjadę do was.

– To proszę wchodzić południowym wejściem. Wezwaliśmy służby porządkowe, aby usunęły ptaki.

– Te ptaki wciąż tam są?

– Żeby pan wiedział. Są wszędzie.

Odłożyłem słuchawkę i ostrożnie wycofałem się w stronę drzwi. Gdy byłem o krok lub dwa od nich, krzesło obrotowe, na którym siedział Seymour Wallis, nagle przekręciło się i ogromne cielsko upadło na dywan. Stanąłem jak sparaliżowany, niezdolny ani do ucieczki, ani do myślenia. Kiedy trochę ochłonąłem, dotarło do mnie, że może on jednak żyje. Podszedłem i ukląkłem przy nim.

– Panie Wallis? – wyszeptałem, chociaż przyznaję się, nie miałem wielkiej nadziei na odpowiedź.

Nie poruszył się. Leżał spuchnięty jak topielec, który przez kilka tygodni moczył się w morzu.

Znowu wstałem. Na biurku Wallisa leżał tani notes, w którym najwyraźniej coś zapisywał. Podniosłem go i przerzuciłem kilka kartek. Były zapełnione ciężkim, zaokrąglonym pismem, przypominającym niewyrobione pismo dziecka. Wyglądało na to, że Seymour Wallis usiłował notować, zanim coś mu przeszkodziło.

Przechyliłem notatnik, aby przytłumione światło z zewnątrz padło na stronice. Odczytałem: „Wiem teraz, że te wszystkie katastrofy we Fremoncie były jedynie katalizatorem o wiele straszniejszych wydarzeń. To, co odkryliśmy, nie było samym stworzeniem, ale jedynie talizmanem, który mógł to coś ożywić. Być może istniała jakaś data jego powrotu. Może te wszystkie wydarzenia spod złej gwiazdy były jedynie przypadkowe. Ale jednej rzeczy jestem absolutnie pewny. Od dnia kiedy odkryłem talizman we Fremoncie, nie miałem wyboru – musiałem kupić ten dom oznaczony numerem 1551. Prastare wpływy były zbyt silne dla kogoś tak słabego jak ja i nieświadomego ich dominującej siły, nie mogącego się im sprzeciwić".

Na tym kończył się zapis. Niczego nie rozumiałem. Może Seymour Wallis myślał, że jego pech z Fremontu dopadł go wreszcie i, sądząc po tym, co się stało, gotów byłem z nim się zgodzić. Ale w tamtej chwili myślałem o jednym – wydostać się z tego domu i skontaktować z doktorem Jarvisem. Miałem uzasadnione przeczucie, że w willi tej tkwiło jakieś posępne zło, a jeśli już trzy osoby tak straszliwie ucierpiały, starając się dowiedzieć, czym ono było, to nie miałem wątpliwości, że z łatwością mogę stać się tą czwartą.

Wyszedłem przez hali rzucając w tył spojrzenie na schody, na wszelki wypadek, gdyby stało tam w górze coś strasznego. Potem wyminąłem kołatkę i skoczyłem na werandę. Gdy odwróciłem się, aby zamknąć drzwi, zauważyłem coś, co wprowadziło mnie w osłupienie.

Na pierwszej kolumience balustrady nie było figurki. Niedźwiedzica zniknęła.

Pod szpitalem brygada do tępienia szkodników usiłowała przepędzić szare ptaszyska, strzelając ze ślepych naboi. Rozpoznałem wśród przybyłych ludzi Innocentiego i podszedłem, żeby się zapytać, jak im idzie praca.

Innocenti skierował kciuk w stronę nierównych szeregów niemych ptaków, które wciąż oblegały dachy, i wcale im nie przeszkadzał głośny trzask wystrzałów.

– Nigdy takich nie widziałem – powiedział z obrzydzeniem. – Wrzeszczysz, a one siedzom. Krzyczysz, a one siedzom. Posłaliśmy na dach Henriquesa z kołatkom, a one co, siedzom. Może som głuche. Może im wszystko jedno. Siedzom i nawet nie srajom.

– Dowiedzieliście się, co to za ptaki? – zapytałem.

Innocenti wzruszył ramionami.

– Gołębie, kruki, kaczki, kto tam je zna? Nie jestem ornitologiem.

– Może mają jakąś charakterystyczną cechę.

– Jasne. Są tak, cholera, leniwe, że nawet nie odlatujom.

– Nie o to mi chodzi. Myślałem, że może to jest jakiś specjalny rodzaj ptaków.

Innocenti był nieporuszony.

– Panie Hyatt, według mnie to mogą być nawet strusie. Ja tylko wiem, że muszę je ściongnońć z tego dachu i póki ich nie ściongne, muszę kiblować tutaj i przepadnie mi obiad. A pan wie, co jest na obiad?

Pomachałem mu po przyjacielsku ręką i przeszedłem do wejścia.

– Osso buco – krzyknął za mną. – Oto co jest na obiad!

Wszedłem do budynku i przez hali w stylu włoskim udałem się prosto do wind. Elegancki stalowy zegar ścienny wskazywał siódmą. Minęły cztery godziny, odkąd telefonowałem do doktora Jarvisa z budki na rogu ulic Mission i Pilarcitos. Cztery godziny, odkąd załoga karetki zajechała pod dom, żeby zabrać rozdęte ciało Seymoura Wallisa, przykryte zielonym kocem. Każdy stojący obok, mimo tego koca, mógł dostrzec, że było straszliwie spuchnięte, spuchnięte bardziej, niż można się było spodziewać po zwykłym trupie. Upłynęły cztery godziny od czasu, kiedy doktor Jarvis i doktor Crane zaczęli szczegółową autopsję.

Windą pojechałem na piąte piętro i przeszedłem korytarzem do gabinetu Jamesa Jarvisa. Wszedłem i przeszukałem jego biurko, żeby znaleźć butelkę ginu. Potem rozsiadłem się i mocno pociągnąłem drinka, i – na świętego Antoniego i świętą Teresę – to mi było potrzebne.

Całe popołudnie starałem się odnaleźć Jane. Dzwoniłem do każdego z naszych wspólnych bliższych i dalszych znajomych, aż wreszcie skończyły mi się dziesięciocentówki i cierpliwość. Pokrzepiłem się hamburgerem wzmocnionym plastrem żółtego sera i kubkiem czarnej kawy, następnie udałem się do Elmwood. Czułem się bezradny, zagubiony, sfrustrowany i wystraszony.

Przygotowałem sobie następny gin z tonikiem, gdy wszedł doktor Jarvis i rzucił kitel na krzesło.

– Cześć – powiedział nieco lakonicznie. Podniosłem szklankę. – Zadomowiłem się. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe.

– Czemu? Zrób mi jednego, skoro już się za to wziąłeś.

Wrzuciłem lód do drugiej szklanki.

– Skończyliście autopsję Wallisa? – zapytałem.

Usiadł ciężko i potarł twarz dłonią.

– O tak, skończyliśmy.

– No i?

Popatrzył przez palce, oczy miał czerwone ze zmęczenia i skupienia.

– Naprawdę chcesz wiedzieć? Chcesz się w to mieszać? Nie musisz się w to pchać, wiesz. Jesteś tylko przedstawicielem wydziału sanitarnego.

– Może masz rację, ale ja już w tym siedzę. Jim, przecież Dań Machin i Bryan Corder byli moimi przyjaciółmi. A teraz Seymour Wallis. Czuję się odpowiedzialny.

Jarvis sięgnął do kieszeni po papierosy. Zapalił jednego drżącą ręką, po czym rzucił mi paczkę. Zostawiłem ją tam, gdzie upadła. Chciałem wiedzieć, co jest grane, zanim usiądę wygodniej i odprężę się.

Jim westchnął i spojrzał na sufit, jakby znajdował się tam sufler, który ma mu podpowiadać. – Rozpatrzyliśmy każdą możliwość. Mówię ci, każdą. Ale ta rozedma ciała była spowodowana tylko jednym czynnikiem, jedynym, i bez względu na wszystkie nasze hipotezy zawsze wracaliśmy do tego samego wniosku.

Pociągnąłem ginu. Nie przerywałem. Chciałem usłyszeć wszystko.

– Jako przyczynę śmierci podamy oficjalnie chorobę krwi. To takie pozorne kłamstewko, bo Seymour Wallis cierpiał na poważną chorobę krwi. Nie brakowało mu czerwonych ciałek ani nie było innych symptomów choroby. Ale – najprościej – on miał za dużo krwi.

– Za dużo?

Skinął głową.

– Normalny człowiek ma cztery i pół litra krwi krążącej po ciele. Spuściliśmy krew z ciała Seymoura Wallisa i zmierzyliśmy jej objętość. Miał rozdęte arterie, żyły i naczyńka włosowate, ponieważ w jego ciele było jedenaście litrów krwi.

– Jedenaście litrów?

Doktor Jarvis wypuścił dym.

– Wiem, że brzmi to idiotycznie, ale tak właśnie jest. Wierz mi, gdybym sądził, że uda się wmieść całą tę sprawę pod dywan, wylałbym nadmiar krwi do zlewu.

Siedział przez chwilę, gapiąc się na swe zabałaganione biurko. Te wszystkie dziwaczne wydarzenia związane z Seymourem Wallisem i jego złowrogim domem nie pozwalały mu na robotę papierkową.

– Czy była tu policja?

– Poinformowaliśmy ich.

– I co powiedzieli?

– Czekają na wyniki autopsji. Cała rzecz w tym, że nie wiem, co mam im powiedzieć.

Dopiłem drinka.

– Powiedz im, że zmarł śmiercią naturalną.

Doktor Jarvis uśmiechnął się sardonicznie i mruknął:

– Naturalną? Mając prawie trzy galony krwi w żyłach? A poza tym sprawa wygląda jeszcze gorzej.

– Gorzej?

Nie spojrzał w moją stronę, ale zauważyłem, że mocno go coś gryzło.

– Oczywiście zrobiliśmy analizę krwi i daliśmy ją do wirówki. Doktor Crane jest jednym z najlepszych patologów. A przynajmniej za to mu się płaci. On twierdzi, że nie ma nawet cienia wątpliwości – krew pobrana z ciała Seymoura Wallisa nie jest krwią ludzką.

Zaległa chwila ciszy. Jarvis odpalił następnego papierosa od niedopałka.

– Nie ma wątpliwości, że całe jedenaście litrów krwi należało do jakiegoś gatunku psa. Cokolwiek się przydarzyło Seymourowi Wallisowi, to ta krew, z którą umarł, nie była jego krwią.

IV

Zadzwoniła Jane. Przepraszała, że nie zastałem jej w czasie lunchu, i miała nadzieję, iż nie denerwowałem się. Rzuciłem spojrzenie na doktora Jarvisa i powiedziałem:

– Denerwować się? A wiesz, co się stało?

– Widziałam w telewizji. Umarł Seymour Wallis.

– Powiedzmy, że było trochę gorzej. Umarł, mając w sobie więcej krwi, niż zużywa Sam Peckinpah podczas realizacji jednego filmu. Jedenaście litrów. A co więcej, Jim twierdzi, że nie była to jego własna krew. Poddali ją analizie i okazało się, że to krew psa.

– Żartujesz.

– Jane, jeżeli uważasz, że jestem w nastroju do żartów…

– Nie o to mi chodzi – wtrąciła szybko. – Pomyślałam tylko, że to wszystko się łączy.

– Łączy? Z czym łączy?

– Właśnie to usiłowałam ci powiedzieć – ciągnęła. – W przerwie obiadowej pojechałam do Sausalito. Pamiętasz te wszystkie historie indiańskie, o których ci opowiadałam? Mam przyjaciół w Sausalito, którzy znają niemało Indian, i wiedzą co nieco o kulturze indiańskiej. Słyszeli o tym demonie, którego nazywa się Pierwszym, Który Użył Słów dla Siły, i uważają, że powinnam pojechać do Round Valley i porozmawiać tam z jednym z szamanów.

Westchnąłem i nie odezwałem się. Jane zapytała:

– John? Słyszałeś mnie?

– Tak. Słyszałem.

– Nie uważasz, że to dobry pomysł?

– Poczekaj chwilę.

Zakryłem dłonią słuchawkę i zwróciłem się do Jima Jarvisa.

– Jane jest przekonana, że to wszystko, co działo się w domu Seymoura Wallisa, jest związane z legendą indiańską. Teraz chce konsultować się z jakimś szamanem z północy. Co myślisz?

Wzruszył ramionami.

– Nie wiem. Może to dobry pomysł. Jakakolwiek koncepcja jest lepsza niż jej brak.

Podniosłem dłoń.

– Dobra, Jane. Doktor Jarvis uważa, że trzeba spróbować.

– I tak byście mnie nie powstrzymali – odparła cierpko.

– Jane – powiedziałem zirytowany – spędziłem całe przeklęte popołudnie starając się dowiedzieć, gdzie się podziałaś. Dwóch ludzi jest rannych, jeden zginął. W tej chwili nie powinniśmy włóczyć się samopas.

– Nie przypuszczałam, że tak ci na tym zależy – odpaliła.

– Do diabła, wiesz, że zależy.

– Więc jeśli aż tak ci zależy, to pojedź razem ze mną do Round Valley. Pożyczam samochód od Billa Thorogooda.

Położyłem słuchawkę. Na szczęście następnym dniem była sobota i nie musiałem wymyślać historyjek dla mojego szefa, Douglasa P. Sharpa. Powiedziałem do Jarvisa:

– Wygląda, że dałem się w to wciągnąć. Mam tylko nadzieję, że warto.

Rozgniótł drugiego papierosa i wzruszył ramionami:

– Czasami spotyka się takie przypadki medyczne, które podniecają. Prawdziwe wyzwania, na przykład ciężkie zatrucia lub nietypowe, złożone złamania. W takich chwilach czuję, że warto być lekarzem. Mimo całej polityki szpitalnictwa, awantur o przydziały finansowe i tych wszystkich bzdur.

Podniósł oczy i dodał:

– Ale bywa też inaczej, gdy człowiek nie rozumie, do cholery, co się dzieje, i jest bezsilny. Tak jak teraz. Mogę całą resztę dnia skakać od Dana Machina do Bryana Cordera, a potem do Seymoura Wallisa, ale nie jestem w stanie zrobić niczego, co mogłoby chociaż jednemu pomóc.

Sięgnął po papierosy.

– Innymi słowy, John, jedź do Round Valley i uważaj siebie za szczęśliwca, ponieważ możesz cokolwiek robić. Bo ja nie mogę.

Przez chwilę patrzyłem na niego.

– Nie wiedziałem, że lekarze miewają chandrę. Sądziłem, że tak bywa tylko w telewizji.

Chrząknął.

– A ja myślałem, że to, co się tu w tej chwili dzieje, zdarzało się tylko w złych snach.

Sobotni poranek był jasny i czysty. Popędziliśmy przez most Golden Gate, pod nami migotał ocean, a słońce błyskało w linach i przęsłach, rozszczepione jak w stroboskopie. Jane rozsiadła się w fotelu, ubrana w czerwoną jedwabną bluzkę i białe levisy. Na nosie miała ogromne okulary słoneczne, a głowę przewiązała czerwonym szaliczkiem. Bili Thorogood miał szczęście być właścicielem białego jaguara XJ12 i był tak marnotrawny, że go wypożyczał. Siedziałem więc za kierownicą i udawałem, że jestem pomniejszym gwiazdorem filmowym na jednodniowym wypadzie do jakiegoś odludnego i drogiego miejsca, a nie pracownikiem wydziału sanitarnego, który musi przejechać sto sześćdziesiąt mil do Round Valley.

Sunęliśmy trasą sto jeden przez hrabstwa Marin i Sonoma, przez Cloverdale, Preston i Hopland, i zatrzymaliśmy się w Ukiah na lunch, a słońce stało wysoko na miedzianym niebie i wiał wiatr znad jeziora Mendocino. Siedząc na niskim murku przed przydrożną restauracją, jedliśmy bułki z chili i patrzyliśmy, jak jakiś ojciec usiłował wepchnąć do swojego samochodu pięcioro dzieci razem z wyposażeniem wędkarskim, dmuchanymi materacami i namiotami. Za każdym razem, gdy poupychał ekwipunek, jakiś dzieciak wyłaził i wtedy facet musiał przejść na tył samochodu i zaczynać wszystko od początku.

– Daremność żywota – odezwała się Jane. – Zaledwie człowiek coś w życiu zrobi lub osiągnie, a już mu się to wszystko rozlatuje.

– Wcale nie uważam, że życie jest daremne.

Jane napiła się cocacoli z puszki.

– Nie wydaje ci się, że ktoś bawi się nami? Teraz na przykład?

– Nie wiem. Sądzę, że sprawa jest poważniejsza. Ale jestem przekonany, że musimy walczyć z tym kimś lub czymś.

Pochyliła się i dotknęła mojej dłoni.

– Właśnie to w tobie lubię, John. Tę gotowość do walki.

Wsiedliśmy z powrotem do samochodu, który z piskiem opon wyprowadziłem z parkingu. Skierowaliśmy się znowu na północ, pędząc trasą sto jeden do Longvale, następnie skręciliśmy w kierunku wzgórz do Dos Rios i rzeki Eel, a potem w górę, do rezerwatu Round Valley.

Szaman, z którym się umówiliśmy na spotkanie, nazywał się George Tysiąc Mian. Jane wiedziała tylko, że był jednym z najstarszych i najbardziej poważanych szamanów południowego zachodu, oraz że więcej czasu spędzał w San Francisco i Los Angeles niż na północy stanu, pracując dla indiańskich korporacji inwestycyjnych i chroniąc prawa Indian. Obecnie przebywał wraz z rodziną w swym domu w Round Valley, a każdy, kto chciał się z nim zobaczyć, musiał sam do niego przyjechać.

Jaguar powoli podskakiwał na drodze pokrytej koleinami, biegnącej doliną między wysokimi sosnami i obłymi górkami do siedziby szamana. Dom stał na uboczu w pewnym oddaleniu od domków i przyczep, w których mieszkała większość Indian z Round Valley, na zalesionym grzbiecie nad rzeką Eel. Gdy podjeżdżaliśmy wyboistą drogą, powoli odsłaniał się widok na budynek w stylu szwajcarskiego domku górskiego. Był dwupoziomowy, wykonany według specjalnego projektu architektonicznego, z balkonami i szerokimi rozsuwanymi oknami.

– Niezłe tipi – zauważyła Jane.

Zatrzymałem jaguara u stóp drewnianych schodków prowadzących do domu. Potem wygrzebałem się ze środka i, mrużąc oczy w słońcu, wypatrywałem oznak życia. Kilkakrotnie nacisnąłem klakson, po czym rozsunęło się jedno z okien i niewielki mężczyzna, ubrany w kraciastą koszulę i spodnie z kantami, wyszedł na balkon.

– Dzień dobry! – zawołałem. – Czy mam przyjemność z George'em Tysiąc Mian?

– George Tysiąc Mian to ja, a pan?

– Nazywam się John Hyatt. A to jest Jane Torresino. Pani Torresino umawiała się na wizytę.

– Nie jestem dentystą – odpowiedział George Tysiąc Mian. – Nie trzeba się ze mną umawiać na wizyty. Ale pamiętam. Proszę na górę.

Wdrapaliśmy się na schody prowadzące na balkon. George Tysiąc Mian podszedł i podał nam rękę. Z bliska wyglądał na jeszcze mniejszego: miniaturowy i delikatny mężczyzna z twarzą poznaczoną i pogniecioną niby kapuściany liść. Ale trzymał się bardzo prosto i miał w sobie jakieś dostojeństwo, przez co sprawiał wrażenie kogoś niezwykle ważnego. Był obwieszony naszyjnikami i amuletami, które zdawały się niezmiernie stare, mocne i tajemnicze, ale nosił je tak swobodnie, jakby były tylko ozdobami. Na przegubie miał zegarek od Cartiera. Był ze złota, z cyferblatem rzeźbionym w tygrysim oku.

– Pani przyjaciele z Sausalito nadmienili, że martwią was niektóre z naszych legend – powiedział George Tysiąc Mian, wprowadzając nas do wnętrza. Było to zaciszne, eleganckie domostwo, wybudowane z drewna sosnowego, wypełnione indiańskimi dywanikami i poduszkami. Przez półotwarte, rozsuwane drzwi mogłem dojrzeć nowoczesną kuchnię, gdzie stała kuchenka z ceramiczną płytą oraz kuchenka mikrofalowa.

Jane dała Indianinowi gliniany pojemnik z tytoniem, który kupiła tego rana w Healdsburgu.

– Słyszałam, że to takie raczej tradycyjne – powiedziała. – Mam nadzieję, że panu odpowiada marka Klompen Kloggen.

George Tysiąc Mian uśmiechnął się.

– Nie wiem, czemu biali zawsze zachowują się przepraszająco w obliczu tradycji – powiedział. – Oczywiście to świetna marka. Usiądźcie, proszę. Czy napijecie się kawy?

Rozsiedliśmy się na podłodze, na wygodnych poduszkach, podczas gdy młoda Indianka, zapewne służąca George'a Tysiąc Mian, parzyła kawę w ekspresie. Tuż za ramieniem szamana smuga światła słonecznego rozświetlała jego starczą głowę rażąco jasną aureolą.

– W waszych myślach jest coś, co was poważnie martwi – zaczął. – Obawiacie się, że nie potraficie tego zrozumieć, że nie wiecie, co to może być, oraz boicie się, że to was pochłonie.

– Skąd pan to wie? – zapytałem.

– Bardzo proste, panie Hyatt. Czytam z waszych twarzy. Zresztą biali ludzie nie mają zwyczaju szukać porad u indiańskich szamanów, chyba że czują, iż wyczerpali wszystkie możliwe wyjaśnienia dostępne w ich własnej kulturze.

– Wcale nie jesteśmy przekonani, że to ma coś wspólnego z legendami indiańskimi, proszę pana – powiedziała Jane. – Tak tylko zgadujemy. Ale im więcej o tym wiemy, im więcej się wydarza, tym bardziej to wszystko nas kieruje w tę stronę.

– Proszę mi o tym powiedzieć. Od początku.

Zacząłem mówić o mojej pracy, o tym, jak przyszedł do mnie Seymour Wallis w sprawie oddychania, które słyszał w swoim domu. Potem przedstawiłem to, co przytrafiło się Danowi Machinowi, następnie Bryanowi Corderowi, wreszcie samemu Seymourowi Wallisowi. Mówiłem o landszaftach Mount Taylor i Cabezon Peak, o niedźwiedzicy, która zniknęła, i o kołatce z paskudną mordą.

George Tysiąc Mian wysłuchał tego spokojnie i nieporuszenie. Gdy przebrnąłem przez wszystko, uniósł głowę.

– Czy pan wie, dlaczego mi pan o tym opowiada?

Pokręciłem głową.

Jane wtrąciła:

– Przyjechaliśmy tutaj, ponieważ nie możemy tego zrozumieć. Oto cały powód. Ja pracuję w księgarni i sprawdziłam, czym jest Mount Taylor. Dowiedziałam się, że z tą górą są związane te wszystkie historie o Wielkim Potworze i Pierwszym, Który Użył Słów dla Siły. Pewnie nie obeszłoby mnie to, gdyby nie wzmianka, że Pierwszy Który Użył Słów dla Siły podobno ma powrócić drogą wielu kawałków, czy coś w tym rodzaju. Wtedy zaczęłam kojarzyć, ale nie umiem wyjaśnić, co i jak.

Indianka przyniosła nam kawę w gliniaczkach i świeże herbatniki orzechowe. Widocznie umiała czytać w moich najskrytszych myślach, tak jak George Tysiąc Mian. Poczułem, że talerz pełen świeżuteńkich ciastek orzechowych prawie mi wynagradza całodzienne nucenie Moon River.

George Tysiąc Mian powiedział miękko:

– Każdy demon indiański ma imię pospolite i imię rytualne, podobnie jak wiele demonów europejskich. Na przykład byli Mordercy Oczu podobno stworzeni przez córkę wodza, która znieważała siebie kolcem kaktusa. Potem, jak pani wspomniała, był Wielki Potwór, który naprawdę nazywał się zupełnie inaczej, oraz Pierwszy, Który Użył Słów dla Siły.

Szaman ostrożnie dobierał słowa. Zatopił w ciastku orzechowym olśniewające zęby i przez chwilę przeżuwał, zanim dokończył.

– Pierwszy, Który Użył Stów dla Siły był najstraszliwszym i nieprzejednanym demonem indiańskim. Był podstępny, sprytny i złośliwy, a najlepiej bawił się wzbudzaniem zamieszania i nienawiści oraz zaspokajaniem żądz. Nazywamy go Pierwszym, Który Użył Słów dla Siły, ponieważ jego podstępy i okrucieństwo stworzyły w sercach ludzi pierwsze uczucia wściekłości i pragnienia zemsty.

Jak zapewne wiecie, wśród bogów indiańskich są zarówno dobrotliwi bogowie, jak i źli. Na wielkiej radzie bóstw źli bogowie siedzieli zwróceni na północ, a dobrzy na południe. Pierwszy, Który Użył Słów dla Siły był jednakże tak podstępny i pełen złej woli, że żadna ze stron go nie przyjęła i siedział sam przy drzwiach. Był demonem chaosu i zamętu, a Indianie czasami opowiadają, że gdy poproszono go w zamierzchłych czasach, aby pomógł rozmieszczać gwiazdy, to wówczas rozrzucił je byle jak po nocnym niebie i stąd się wzięła Mleczna Droga. George Tysiąc Mian upił kawy.

– Czy to z tym demonem mamy się zmierzyć? Z Pierwszym, Który Użył Słów dla Siły? – zapytałem.

Z twarzy Indianina nie można było niczego wyczytać. Odstawił kubek na podstawkę i delikatnie osuszył usta czystą chusteczką.

– Sądząc po tym, co mi pan opowiedział, to absolutnie możliwe.

Nie wiedziałem, czy żarty sobie ze mnie stroi, czy mówi poważnie. Znając oschłe poczucie humoru Indian, sądziłem, że bawi się naszym kosztem. Świetnie potrafiłem sobie wyobrazić, jak rozśmiesza słuchaczy historyjką o tym, że białe tępaki przyjechały specjalnie aż do Round Valley, aby zasięgnąć jego rady, a on z całą powagą opowiedział im o demonie, który rzucał w powietrze gwiazdy, więc biali odjechali w przekonaniu, że muszą walczyć z jakimś prehistorycznym duchem indiańskim. Oczami wyobraźni widziałem całe plemię zrywające boki ze śmiechu.

– Absolutnie? – zapytałem ostrożnie. – Co może być absolutnie możliwe w przypadku demona?

Uśmiechnął się.

– Wyczuwam pańskie podejrzenia – powiedział. – Ale zapewniam pana, że nie robię sobie z tego igraszki.

Zaczerwieniłem się. Twarzą w twarz z tym szamanem czułem się, jak gdyby na moim czole znajdował się ekran telewizyjny, na którym ukazuje się wszystko, o czym myślałem. Bez względu na jego ewentualne poczucie humoru to był naprawdę bystry facet.

– Pierwszy, Który Użył Słów dla Siły był jedynym demonem indiańskim, który przezwyciężył śmierć. Umierał wiele razy, czasem dając w ten sposób fałszywe świadectwo miłości do kobiety, czasami w rezultacie kar wykonanych przez innych bogów. Lecz za każdym razem, zanim przenosił się w zaświaty, upewniał się, że ma schowane na Ziemi najistotniejsze części potrzebne do odżycia. Oddech, serce, krew i włosy, które ściął z głowy Wielkiego Potwora.

Słońce schowało się za plecy George'a Tysiąc Mian i z trudnością dostrzegałem w mroku wyraz jego twarzy. Zapytałem z przerażeniem:

– Jego oddech, jego serce i jego krew?

Skinął głową.

– Dlatego dobrze zrobiliście, że przyszliście z tym do mnie. Z tego, co pan powiedział, wynika, iż Pierwszy, Który Użył Słów dla Siły zdecydował się powrócić poprzez waszych nieszczęsnych przyjaciół.

– Nie rozumiem – powiedziała Jane – w jaki sposób oddech, krew i te inne części demona mogą być tam, we wnętrzu domu?

– To proste. Pierwszego, Który Użył Słów dla Siły wypędzono wiele stuleci temu do podziemi, a działo się to dużo wcześniej, zanim biały człowiek odkrył ten kontynent. W tamtych czasach szamani byli niemal bogami, i nawet jeżeli nie potrafili zabić Pierwszego, Który Użył Słów dla Siły, to mogli go czasowo wysłać w zaświaty. Z pańskiej opowieści wnioskuję, że demon ukrył swoje organa w lesie lub w ziemi, a kiedy zbudowano ten dom, niechcący użyto drzew albo kamieni, w których Pierwszy, Który Użył Słów dla Siły zamknął kawałki swojego ciała.

– A co z tymi wszystkimi widoczkami Mount Taylor? Przecież nie zawieszał ich demon. A kołatka?

George Tysiąc Mian uniósł ręce.

– Oczywiście że sam demon tych wszystkich rzeczy tam nie wniósł. Ale domyślam się, że przez lata jego wpływy w tym domu były silne. Ludzie, którzy mieli nieszczęście tam zamieszkać, prawdopodobnie robili wiele rzeczy całkiem nieświadomie, aby przygotować drogę powrotu demona. Spodziewam się, że ta kołatka, o której pan mówi, to wizerunek twarzy demona.

– A landszafty?

– Cóż, kto wie? – zamyślił się. – Ale niech pan pamięta, że starożytni Indianie rysowali ważniejsze punkty krajobrazu z różnych perspektyw, aby potem móc zlokalizować ukryte zapasy broni, żywności albo podziemne źródła wody. Te wszystkie widoki Mount Taylor i Cabezon Peak mogą stanowić wyszukaną formę piktografii, a jeżeli rozważy się je wszystkie razem, mogą wskazać miejsce, gdzie Pierwszy, Który Użył Słów dla Siły ukrył coś ważnego.

– Na przykład? – zapytała Jane. – Chodzi mi o to, że ta ukryta rzecz, niezależnie od tego, czym jest, musi być bardzo ważna.

George Tysiąc Mian uśmiechnął się do niej dobrotliwie.

– Nie chciałbym stawiać hipotez, moja droga, ale gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że pokazują drogę do włosów Wielkiego Potwora. Pierwszy, Który Użył Słów dla Siły obciął włosy Wielkiego Potwora, ponieważ miały właściwości magiczne, a ten, który je nosił, stawał się odporny na broń ludzką i nieludzki. Podobno te włosy są szare jak żelazo, i mocne jak bicze. Legenda głosi, że Pierwszy, Który Użył Słów dla Siły ukrył włosy na ziemi Indian Acoma i Canocito w Nowym Meksyku, tak aby bliźniaczy bogowie, którzy zgładzili Wielkiego Potwora, nigdy ich nie znaleźli. Ale znaleziono je i zniknęły, i nikt nie wie, gdzie się znajdują. Bez tych włosów demon byłby bezbronny, wystawiony na niebezpieczeństwa i nigdy nie byłby dość silny, aby utrzymać się w świecie ludzi i żywych duchów.

Oparłem się o moją poduszkę. George Tysiąc Mian był spokojny, opanowany, a ja już nie myślałem, że żartuje. To, co opowiadał, wymagało tak wielkiego wytężenia wyobraźni, iż nie byłem pewien, czy wierzę w to wszystko mimo całej jego szczerości. Gdyby nie Dań, Bryan i Seymour Wallis, uprzejmie dopiłbym kawę i wyszedł. Ale moi przyjaciele byli w ciężkim stanie, Wallis leżał martwy w kostnicy, a słowa Indianina były jedynym wyjaśnieniem, które dotąd uzyskaliśmy.

– Jeżeli imię Pierwszy, Który Użył Słów dla Siły jest rytualnym mianem tego demona, to jakie jest jego pospolite imię? – zapytała Jane.

George Tysiąc Mian uniósł brew.

– Prawdopodobnie już je słyszeliście – powiedział. – Zazwyczaj nazywa się go Kujotem. Jego imieniem nazywano psy pustynne. To imię oznaczające przebiegłość, obłudę i okrutne podstępy.

Chrząknąłem.

– Czy jest jakiś sposób, aby się dowiedzieć, czy on znajduje się w pobliżu? Jakiś znak, znamię, które go zdradza?

– Jak w przypadku duchów złośliwych, które się boją ognia? Albo wampirów? – zauważyła Jane.

– Kujot objawia się pod różnymi postaciami, ale można go rozpoznać. Ma oblicze demonicznego wilka, a towarzyszą mu złe znaki – wyjaśnił.

– To znaczy?

– Mogą nimi być burze z piorunami albo choroby, albo pewne ptaki czy zwierzęta.

Poczułem już dobrze mi znane uczucie zimna na skórze głowy.

– Szare ptaki? – zapytałem szamana. – Szare ptaszyska, które siedzą i nie śpiewają?

George Tysiąc Mian skinął głową.

– Szare ptaki są stałymi towarzyszami Kujota. Z ich piór wykonuje lotki do swych strzał, a tego nie zrobiłby żaden wojownik indiański. Szare ptaki są oznakami katastrofy i paniki.

– Widziałem je.

Po raz pierwszy George Tysiąc Mian nachylił się do przodu, a jego twarz stała się skupiona i blada.

– Pan je widział?

– Tysiące, dosłownie tysiące. Obsiadły dachy szpitala, dokąd zabrano Dana Machina i Bryana Cordera, i ciało Seymoura Wallisa. Ludzie ze służb oczyszczania miasta byli tam wczoraj, starając się ich pozbyć, ale wcale ich nie ruszyli.

– Rzeczywiście tam są? – zapytał, jakby nie mógł uwierzyć w to, co opowiadam. – Widział to pan na własne oczy?

Pokiwałem głową.

George Tysiąc Mian odwrócił wzrok. Jego oczy, jasno błyszczące w pokrytej bruzdami twarzy, wydawały się wypatrywać czegoś w oddali. Wyszeptał, raczej do siebie niż do Jane lub mnie:

– Kujot… a więc nastał czas…

Niepewnie oblizałem wargi.

– Proszę pana – odezwałem się, pilnie bacząc, aby mój głos nie zabrzmiał jak głos białego turysty, targującego się o cenę makat indiańskich – czy my możemy coś zrobić? A może pan mógłby nam pomóc?

Gwałtownie obrócił do mnie głowę i wbił we mnie wzrok.

– Ja? Co j a mógłbym zrobić? Czy j a mógłbym się zmierzyć z demonem miary Kujota?

– Tego nie wiem. Ale jeżeli pan nie jest w stanie niczego zrobić, to co my, do diabła, możemy zdziałać?

George Tysiąc Mian wstał i podszedł do otwartego okna. Dochodziła piąta, a słońce stało tuż nad wierzchołkami drzew. Wyszedł na balkon. Spojrzeliśmy na siebie zmartwionym wzrokiem, podczas gdy on tam stał, wpatrzony we wzgórza i rzeki Round Valley. Podniosłem się również i poszedłem za nim na zewnątrz. Pachniało świeżą sosną i dymem drzewnym, a z oddali dobiegał odgłos rąbania drew.

– Ktoś uruchomił znowu prastare zło – odezwał się chrapliwie. – W jakiś sposób Kujot połączył się znowu.

– Nie rozumiem.

Szaman odwrócił się i spojrzał na mnie.

– Sposób, w jaki bogowie i ludzie odesłali Kujota w zaświaty, polegał na podzieleniu go na części i na zapewnieniu, że nie będzie miał możliwości ponownego zgromadzenia tych części. Umierał czterokrotnie i zawsze udawało mu się ukryć przy sobie krzemień, żeby mógł znów odkopać swój oddech, swoją krew, i swoje bicie serca. Ale ostatnim razem bogowie upewnili się, że nie miał ani krzemienia, ani toporka. Teraz przywrócić go do życia może jedynie Panna Niedźwiedzia.

– Proszę pana – powiedziałem. – Może wydam się panu ignorantem, ale te wszystkie legendy są mi obce. Nie potrafię tego zrozumieć.

Odwrócił się ode mnie.

– Oczywiście – odezwał się głuchym głosem, w którym nie doszukałem się ani irytacji, ani pobłażliwości. – A jak pan uważa, co ja myślałem, gdy po raz pierwszy usłyszałem o Jezusie Chrystusie, który chodził po wodzie?

Jane, która stała przy otwartym oknie, poprosiła:

– Proszę nam opowiedzieć o Pannie Niedźwiedziej. Bardzo proszę.

George Tysiąc Mian zmęczonym gestem ścisnął palcami kość nosa.

– Panna Niedźwiedzia była piękną dziewczyną, której zapragnął Kujot. Dziesiątki razy próbował ją uwieść, ale zawsze odpychała go. To ona wysłała go na początku w zaświaty, aby udowodnił, że potrafi dla niej umrzeć z radością. W końcu uległa mu i dał jej noc miłosną, i pozyskał ją całkowicie.

Od tego czasu Kujot wypełniał jej myśli złem i stopniowo zmieniała się z kobiety w niedźwiedzicę. Urosły jej długie kły, ostre pazury i ciemne futro na grzbiecie. Od tej chwili największą przyjemność znajdowała w przegryzaniu mężczyznom karków swymi silnymi szczękami.

– Innymi słowy, nie byłoby zabawne umówić się z nią w sobotę wieczorem – wtrąciłem.

George Tysiąc Mian rzucił spojrzenie, które uświadomiło mi, że daleki był od głupich dowcipów.

– Całkiem możliwe, że statuetka tego Wallisa, ta, którą znalazł we Fremoncie, wystarczyła, aby wykrzesać w Kujecie życie. Być może jest to rzecz magiczna, taka jak miniaturowy totem. Czy wasz znajomy nadmieniał o jakichś problemach czy trudnościach we Fremoncie? O jakiejś chorobie, kłótni albo nie wyjaśnionych wydarzeniach?

– Tak. Budowali tam w parku kładkę dla pieszych i podobno cała sprawa od początku była jednym wielkim zamieszaniem.

– No, to już wiemy – powiedział. – Figurka Panny Niedźwiedziej była czymś więcej niż zwykłą ciekawostką antykwaryczną. Był to oryginalny totem magiczny, który mógł przekazać Kujotowi siłę i wolę zbudzenia ze snu w zaświatach. A Seymour Wallis wprowadził ją do tego domu.

– Czy uważa pan, że działo się to przypadkowo? – zapytała Jane. – Chodzi mi o to, że kupno właśnie tego domu wydaje się ogromnym zbiegiem okoliczności.

George Tysiąc Mian potrząsnął głową.

– Od chwili, gdy Seymour Wallis wykopał tę statuetkę, był w mocy Kujota. Powiedział wam, że prześladował go pech, czyż nie? To wcale nie był pech. Były to działania Kujota, który ściągał go bliżej i bliżej Pilarcitos. I powiem wam coś jeszcze.

– Co takiego?

– Pilarcitos to pierwsza przecznica Piątej Ulicy od strony Mission Street.

Skinąłem głową.

– Tak jest.

Uniósł obie dłonie.

– Pięć plus jeden to sześć. Następnie mamy liczbę tysiąc pięćset pięćdziesiąt jeden. Jeden i pięć to sześć, i pięć plus jeden to sześć. Trzy szóstki: sześćset sześćdziesiąt sześć. Liczba największego z demonów. We wszystkich kulturach. Ta liczba jest znakiem bestii.

Nagle na tym balkonie poczułem zimno. Jane, stojąca w wejściu, zadrżała.

– Co mamy zrobić? – zapytałem.

George Tysiąc Mian podrapał się w kark.

– Na początek dwie sprawy praktyczne. Po pierwsze, zadzwoni pan do swojego znajomego w szpitalu Elmwood i każe mu trzymać osobno wszystkie trzy ofiary Kujota, najlepiej w różnych klinikach lub szpitalach. To ogromnie ważne. Po drugie, zdobądźcie te widoki Mount Taylor i Cabezon Peak i spróbujcie określić, gdzie umieszczono obcięte włosy. Jeżeli Kujot nie dotrze do nich, to mamy pewną, choć nikłą szansę. Po trzecie, w pobliżu tych różnych części Kujota nie mogą przebywać pielęgniarki albo lekarki. Kujot pała głodem ciała kobiecego i prawdopodobnie o to mu w tej chwili chodzi.

Wziąłem głęboki oddech. Chociaż wszystko zdawało się dziwaczne i wyssane z palca, wiedziałem, że dla spokoju własnego sumienia zadzwonię do doktora Jarvisa i uprzedzę go. Jim Jarvis był inteligentnym facetem, otwartym na porady, ale mimo wszystko zastanawiałem się trochę, co właściwie powie, gdy powtórzę mu instrukcje George'a Tysiąc Mian.

– Czy nie będzie pan miał nic przeciwko temu, że skorzystam z pana telefonu? – zapytałem.

– Ależ proszę. Czy mielibyście ochotę na trochę wody ognistej?

– Ja na pewno. Może trochę rosyjskiej wody ognistej z tonikiem?

Przeszedłem po wypastowanej podłodze do telefonu. Tymczasem George Tysiąc Mian wrócił do środka i kazał służącej podać nam drinki. Potem usiadł po turecku na kanapce zdobionej indiańskimi wzorami i otworzył pudełko z tytoniem. Obok niego na stoliku do kawy stał stojaczek z fajkami, ale żadna nie przypominała fajki pokoju. Było parę drogich fajek z pianki morskiej i trzy angielskie z korzenia wrzośca.

Telefonistka z Round Valley połączyła mnie z San Francisco, a San Francisco ze szpitalem Elmwood. Akurat doktor Jarvis był wolny i mógł podejść.

– Jim? – odezwałem się. – Tu John Hyatt. Dzwonię z Round Yalley.

– Dzięki Bogu. Usiłowałem ciebie złapać. Tu się rozpętało piekło.

– Co się dzieje?

– Cały oddział oszalał. Twój przyjaciel Dań Machin obudził się, po czym zamknął się razem z Bryanem Corderem. Usiłowaliśmy wyłamać drzwi, ale na razie nic z tego. Doktor Crane wezwał policję, aby przywieźli palniki do cięcia.

Znowu ogarnęła mnie fala strachu.

– Zamknął się? To znaczy, że oni są razem?

– Właśnie. Nie wiem, co…

Nagle rozmowa urwała się. Uderzyłem w widełki, ale linia była głucha. George Tysiąc Mian powiedział:

– Przykro mi, ale to się czasem zdarza. Czy coś się stało?

Odłożyłem bezużyteczną słuchawkę.

– Chyba tak. Dań Machin zamknął się w pokoju razem z Bryanem Corderem. Obsługa szpitala nie może się tam dostać.

George Tysiąc Mian niewzruszenie nabijał tytoniem fajkę. Sięgnął po zapałki. – Widać się zaczęło – powiedział. – Może lepiej jedźmy tam.

– Jedźmy?

Indianka przyniosła drinki i George Tysiąc Mian uniósł swoją szklanicę z whisky.

– Nie sądzicie chyba, że pozwolę białym zagarnąć największego indiańskiego demona dla siebie? O tej sprawie czerwoni bracia będą mówić przez pokolenia. A teraz wypijmy za pomieszanie wrogom szyków!

Podniosłem moją wódkę.

– Nie jestem pewny, czy akurat za pomieszanie wrogom szyków – odezwałem się oschle. – Wiem natomiast jedno: w mojej głowie wszystko się pomieszało.

Z szybkością dziewięćdziesięciu mil na godzinę wracaliśmy nocą do San Francisco. W szybę biły ćmy, a nasze napięte twarze jaśniały dziwnym blaskiem od oświetlenia tablicy rozdzielczej jaguara. Z piskiem opon braliśmy zakręty w górach, wreszcie wydostaliśmy się na drogę sto jeden, która wiła się przez Willitis, Ukiah, Cloverdale do hrabstwa Sonoma. Tuż po północy przejechaliśmy granicę hrabstwa Marin, ale dopiero gdy zobaczyłem światła San Francisco połyskujące nad ciemną zatoką, zdjąłem nogę z gazu i przejechałem Golden Gate stateczną czterdziestką.

George Tysiąc Mian pochrapywał na tylnym siedzeniu, ale obudził się raptownie, gdy skręciliśmy z Presidio Drive w górę, do szpitala. Przeciągnął się i powiedział:

– Problem z angielskimi samochodami tkwi w tym, że wymagają one, aby cały czas siedzieć w nich na baczność. Przecież nie jestem właścicielem ziemskim, do cholery?

– Nie musiał pan jechać – przypomniałem mu, gdy skręciłem na szpitalny podjazd i samochód podskokami znalazł się na dziedzińcu.

– To tak, jakby powiedzieć Custerowi, żeby nie szedł nad Little Big Horn – odparował.

– Aż takim jest pan pesymistą? – zapytała Jane.

George Tysiąc Mian bardzo głośno wytarł nos.

– Pesymizm nie jest cechą typową dla Indian. Zanim wyjechałem, sprawdziłem przepowiednie na ten dzień. Wydawały się w porządku, choć na horyzoncie jest chmura nie większa od męskiej pięści.

– Oto i ptaki – oznajmiłem, wskazując je palcem. – Wygląda na to, że miejskie służby sanitarne poddały się.

Gdy jechaliśmy podjazdem, światła jaguara łysnęły po nastroszonych szeregach ptasich. Zatrzymałem samochód i wygramoliliśmy się. George Tysiąc Mian stał na wietrze w ciemnościach, patrząc na milczące zastępy pierzastych świadków powrotu Kujota ze świata zmarłych.

– No i? – zapytałem.

Pokiwał głową.

– Nie ma wątpliwości. To są te rzadkie ptaki, które my nazywamy Szarym Smutkiem. Widziano je, gdy się zbierały pod Wounded Knee i podczas pogrzebu Siedzącego Byka, i w czasie śmierci Deszczu na Twarzy. To ptaki żałobne, złej wróżby.

Jane sięgnęła po moją dłoń. Jej własna była zimna.

– Czy naprawdę oznaczają obecność Kujota? George Tysiąc Mian podniósł głowę, jakby wietrzył.

– Czujecie coś? – zapytał nas. Pociągnąłem nosem. – Niewiele. Mam kłopoty z zatokami. Jane natomiast powiedziała: – To przypomina… nie wiem dokładnie. Przypomina psy. Zapach psów, mokrych psów.

Skinął głową i już się nie odezwał. Wziąłem Jane pod ramię i wprowadziłem ją do szpitala. On szedł za nami, od czasu do czasu spoglądając ukradkiem na ptaki, na Szary Smutek, a jego oczy były pełne obaw, jak oczy człowieka, którego wprowadzają do kostnicy, aby rozpoznał zwłoki swego ojca.

Przy windach stało na warcie dwóch umundurowanych policjantów z komendy miasta San Francisco. Jeden z nich podszedł do nas, gdy przemierzaliśmy terakotową podłogę hallu. Podniósł rękę.

– Przykro mi, proszę pana, ale nie wolno teraz wchodzić.

– Przyszliśmy do doktora Jaryisa. Spodziewa się nas.

Policjant przyjrzał się nam podejrzliwie.

– Trudno. Mamy wyraźny rozkaz, żeby nie wpuszczać na górę nikogo.

– Jak to? Doktor Jarvis dzwonił do mnie trzy czy cztery godziny temu. Jechaliśmy tu aż z Round Valley.

– Panie – powiedział policjant cierpliwie. – Nie obchodzi mnie, skąd pan przyjechał, z Round Valley czy z Marsa. Mam polecenie nie wpuścić nikogo.

Dołączył drugi policjant.

– Tak jest. Takie mamy rozkazy.

– Zaraz, do cholery… – zacząłem, ale przerwał mi George Tysiąc Mian.

– Mamy upoważnienie – powiedział cicho. – Czy chciałby się pan z nim zapoznać, oficerze?

Policjant popatrzył na niego nieufnie. George Tysiąc Mian wsunął dłoń pod czerwoną kurtkę i uniósł jeden ze złotych amuletów, które miał zawieszone na szyi.

– A to co? – zapytał gliniarz.

– Przyjrzyjcie się, panowie – nalegał George Tysiąc Mian. – Przyjrzyjcie się dokładnie.

Jakoś udało mu się złapać na amulecie błysk światła, zaświecił nim w oczy policjantów. Zdawało mi się, że zamrugali i popatrzyli ze zdziwieniem, potem usunęli się z drogi, jakby ich ktoś odepchnął łokciami. Spojrzałem na George'a Tysiąc Mian, potem na Jane, ale ona tylko wzruszyła ramionami.

– To jest nasze upoważnienie, zrozumieliście?

Policjanci skinęli głowami. Jeden z nich, zupełnie jak lunatyk, odwrócił się i otworzył nam drzwi windy, abyśmy mogli wejść. George Tysiąc Mian powiedział do mnie:

– Teraz pana kolej.

Nacisnąłem guzik z numerem pięć.

– Czy to jakiś rodzaj hipnozy? – zapytałem go, gdy wjeżdżaliśmy do góry. – Sposób, w jaki pan użył amuletu?

Szaman wepchnął amulet z powrotem pod kurtkę.

– My to nazywamy Drogą Łagodnego Podboju. Tak, to forma hipnozy. Ma tę zaletę, że powoduje trans posłuszeństwa tylko na pewną chwilę, i jest to chwila, której ofiara nigdy nie pamięta. Nie oddziałuje na ludzi, którzy są otwarcie agresywni, ani na osoby świadomie przeciwstawiające się hipnozie. Jest bardzo skuteczna w postępowaniu ze zwyczajnymi ludźmi o zrelaksowanych umysłach.

– Czy ci policjanci nie będą nas ścigać? – zapytała Jane.

George Tysiąc Mian potrząsnął głową.

– Wątpię. W tej chwili prawdopodobnie stoją tam na dole i potrząsają głowami w przekonaniu, że coś jest nie tak, ale zupełnie nie wiedzą co.

Dojechaliśmy na piąte piętro i drzwi windy rozsunęły się. George Tysiąc Mian uprzejmie przepuścił Jane. Wyszedłem za nimi na korytarz, rozglądając się za śladami tej okropnej paniki, o której opowiadał Jim.

W korytarzu panowała cisza. Nasłuchiwałem chwilę, ale nawet nie mogłem dosłyszeć normalnych dźwięków ruchliwego, prywatnego szpitala, takich jak odgłosy wózków, rozmów czy wezwań lekarzy. Nic prócz pomruku windy, gdy za nami zamknęły się drzwi i ruszyła wyżej.

– Chyba najpierw zajrzymy do gabinetu doktora Jarvisa. Jeżeli tam go nie ma. to będzie na oddziale intensywnej opieki.

– Prowadź – powiedział George Tysiąc Mian. – Im szybciej weźmiemy się za bary z tym potworem, tym lepiej.

Jane zaśmiała się nerwowo.

– Pan tak o tym mówi, jakby to był film z Frankensteinem.

George Tysiąc Mian wepchnął ręce do kieszeni spodni i wykrzywił wargi.

– Gorzej – powiedział pragmatycznie.

Szliśmy po miękkim czerwonym dywanie aż do gabinetu Jima. Wstrzymałem oddech i zastukałem do drzwi. Poczekaliśmy, ale nikt nie odpowiadał. George Tysiąc Mian, spoglądając oczami cierpliwymi jak oczy jaszczura, zauważył: Mam nadzieję, że powiedział pan temu lekarzowi, z czym ma do czynienia.

Otworzyłem drzwi i szybko ogarnąłem wzrokiem maluteńki gabinet! Na biurku stał plastykowy kubek z kawą, pozostawiony niby obiad na statku Marie Celeste. W przeładowanej popielniczce dopalał się pet. Prawie pusta butelka ginu stała na szafce z kartotekami.

– Dziwne – powiedziała Jane.

– Muszą być na oddziale intensywnej opieki medycznej. To tutaj, obok, po lewej.

Zaczęliśmy przyspieszać, gdy skręciliśmy w kierunku sali reanimacyjnej. Wszechobecna cisza nakazywała nam pośpiech, jakby swoim trwaniem miała spowodować straszniejsze konsekwencje. Słyszeliśmy tylko własne oddechy i szmer ubrań, kiedy szybko stąpaliśmy korytarzem.

Nawet nie zapukałem do podwójnych drzwi. Popchnąłem je i wszedłem w mrok i cienie, w błękitny świat zmierzchu, gdzie żył nienaturalnym żywotem Bryan Corder.

Był tam doktor Jarvis, a także byli doktor Crane i doktor Weston oraz porucznik Stroud i dwóch potężnych oszołomionych policjantów. Jim obrócił się, gdy weszliśmy.

– Jesteście. Obawiałem się, że nie zdążycie.

– Co się dzieje? – zapytałem. – Co się tam dzieje?

Jim wziął mnie za ramię i podprowadził do tafli szklanej. Salę ciągle oświetlało błękitne światło, ale zdawało się bledsze, niejednolite, jak zimna fosforyzacja, która pełza nocą po morzu, albo jak niesamowite lśnienie gnijących ryb. Dostrzegałem zarysy łóżka, a przy nim chromowane stojaki z kroplówką z roztworu soli fizjologicznej i plazmy. Wydawało mi się też, że dostrzegam biały kościany zarys czaszki Bryana Cordera, ale na samym łóżku tkwił nieokreślony kłąb członków i ciała i było zbyt ciemno, żeby rozpoznać, co jest czym.

– Tam jest Dań Machin? – zapytałem. – Nie widzę.

– Nie można tam wejść? – dodała Jane.

Porucznik Stroud, wysoki i wytworny jak zwykle, odparł:

– Proszę pani, nie stoimy tutaj dla przyjemności. Kilkakrotnie próbowaliśmy tam wejść, lecz za każdym razem coś nas odrzucało.

– Odrzucało? – zapytałem. – Jak to: odrzucało?

– Spróbuj pan sam – zaproponował porucznik Stroud. – Drzwi są tu.

Podszedłem, ale George Tysiąc Mian odezwał się bardzo miękko:

– Nie, panie Hyatt. Nie warto.

Porucznik Stroud powiedział: – A co pan wie?

George Tysiąc Mian rzucił mi spojrzenie w mroku, ale widziałem, że powstrzymał uśmiech.

– To George Tysiąc Mian, panie poruczniku – przedstawiłem Indianina. – Przywiozłem go dzisiejszego wieczoru z rezerwatu Round Valley.

– Ciągle panu w głowie te indiańskie brednie?

– Może pan to nazywać bredniami – odezwałem się cicho – ale jak dotąd jest to jedyne rozsądne wytłumaczenie. George Tysiąc Mian uważa, że jesteśmy świadkami odrodzenia demona indiańskiego z czasów prehistorycznych.

Porucznik Stroud popatrzył na doktora Jarvisa, na pozostałych dwóch lekarzy, potem na swoich dwóch policjantów. Następnie zwrócił się do szamana z sarkastycznym, przesłodzonym uśmieszkiem.

– Demon czerwonoskórych? Z dawnej przeszłości? Tak?

George Tysiąc Mian był za stary i zbyt opanowany, aby poczuć się dotknięty sarkazmem. Po prostu skinął głową.

– Tak. Demon ten nazywa się Kujot, czasami jest też zwany Pierwszym, Który Użył Słów dla Siły. Zazwyczaj uważa się go za demona zamieszania, gniewu, kłótni, a ponadto charakteryzuje go nie zaspokojona żądza kobiet.

Porucznik Stroud zaśmiał się chrapliwie.

– Demoniczny gwałciciel?

George Tysiąc Mian uśmiechnął się, ale nie stracił zimnej krwi.

– Właśnie, panie poruczniku. Demoniczny gwałciciel. Jest stara pieśń Indian Navaho, która opowiada o tym, jak Kujot spotkał młodą kobietę na przełęczy w górach i jak podstępem zmusił ją do podniesienia dla niego sukni. Na swój sposób to czarująca pieśń. Ale nie wspomina o tym, że Kujot był najstraszliwszy i najbardziej srogi ze wszystkich demonów na całym świecie, a gdy już uwiódł kobietę, to zazwyczaj nie postępował z nią po dżentelmeńsku.

– O co panu chodzi? – zapytał zimno porucznik Stroud.

– Są tutaj damy – odpowiedział George Tysiąc Mian.

– Żadna z obecnych tu pań nie poczuje się zażenowana z powodu szczegółów anatomicznych, jeżeli o tym pan myśli.

– Nie, nie to chciałem powiedzieć – odrzekł. – Po prostu, gdy ten demon odżyje, to żadna kobieta w San Francisco nie będzie bezpieczna, ale nie chciałbym niepotrzebnie straszyć pań.

– No wyduś pan to z siebie! – domagał się porucznik Stroud. – Jeżeli tu coś się dzieje, to chcę wiedzieć wszystko!

– Dobrze – powiedział Indianin. – Kujot najpierw uwodzi swoje kobiety, a później częstuje je czymś, co Indianie Navaho nazywali Próbą Trzech.

– Boże, słyszałam o tym – odezwała się Jane.

George Tysiąc Mian dotknął jej ramienia.

– Była to najdziwniejsza ze wszystkich starych tortur, a historia jej sięga czasów dawniejszych niż historia plemion Ameryki Północnej. Wielu naszych mędrców twierdzi, że sam Kujot ją wymyślił, ale kto to wie?

Jim zmarszczył brwi.

– Nigdy nie słyszałem o Próbie Trzech. Co to, do diabła, jest?

George Tysiąc Mian dotknął jednego z amuletów. Mówił bezbarwnym głosem:

– Próba Trzech wymagała rozcięcia brzucha kobiety i zaszycia w nim żywego gada, następnie rozpłatania konia albo krowy, wybebeszenia go, i zaszycia tej kobiety we wnętrzu konia. Cała sztuka tortury polegała na utrzymaniu wszystkich trzech ofiar – jaszczurki, kobiety i konia – możliwie jak najdłużej przy życiu.

– Oj, wymyślił to pan – odezwała się doktor Weston.

George Tysiąc Mian pokręcił głową.

– Niech pani zapyta antropologów, jeśli pani chce. Nie tak dawno wykopano szkielety jaszczurki, kobiety i konia, jeden wewnątrz drugiego jak w chińskiej łamigłówce, nad jeziorem Winnemucca w Nevadzie, a odkrycia dokonał profesor Forrester z Uniwersytetu Colorado.

Porucznik Stroud pociągnął się za dolną wargę.

– Dobrze. Przypuśćmy. A może w takim razie wie pan również, co dzieje się tam?

Wskazał na tafię szkła, na mroczne wnętrze i cienie kształtów na łóżku. Coś tam się poruszało, jakaś masywna ciemna forma, drgająca podobnie jak wije się owad, gdy wydobywa się z poczwarki. Nie był to przyjemny widok.

George Tysiąc Mian powiedział:

– Szary Smutek wystarczył mi, abym wiedział. To, co widzimy tutaj, to tworzenie się Kujota, najbardziej parszywego ze wszystkich demonów indiańskich. Gdy wypędzono go do podziemi, ukrył swój oddech, swoją krew i swoje bicie serca, a teraz udało mu się to wszystko razem zgromadzić w jednym miejscu. Powraca do życia, czy wam to się podoba, czy nie.

Porucznik Stroud gapił się na Indianina przez dobrą chwilę, a jego oczy błyskały uważnie w półmroku.

– Więc naprawdę pan w to wierzy. Naprawdę pan wierzy, że taka rzecz się dzieje.

– To nie sama wiara, panie poruczniku. To nie akt wiary. Ja w i e m, co się dzieje. Dla mnie jest to tak oczywiste, jak dla pana złapanie gumy podczas jazdy samochodem. To fakt – nalegał George Tysiąc Mian.

– No to co tu się dzieje? – zapytał Jim.

– Niech pan przyniesie latarkę i sam zobaczy – powiedział Indianin, jak mi się zdawało, zbyt spokojnie. – Łączą się oddech i bicie serca. Niedługo Kujotowi będzie już tylko potrzebna krew i straszliwa twarz.

– Jane, kołatka w domu na Pilarcitos – szepnąłem dyskretnie do ucha dziewczyny. – Możesz po nią jechać? Zbij ją młotkiem z drzwi, jeśli będziesz musiała.

Jane ujęła moje ramię.

– Nie chcę odchodzić od ciebie, John. Nie teraz.

Wyjąłem banknot dziesięciodolarowy i włożyłem jej w dłoń.

– Nie zajmie ci to dużo czasu. Weź taksówkę. Ale dostań tę kołatkę w swoje ręce, zanim zrobi to ktoś inny.

Jane popatrzyła na mnie wielkimi oczami barwy błękitnej porcelany, potem objęła mnie za szyję i pocałowała.

– Może powinniśmy byłi zostać ze sobą, ty i ja – szepnęła i wyszła z sali, udając się w drogę na Pilarcitos tysiąc pięćset pięćdziesiąt jeden.

Tymczasem porucznik Stroud wyjaśniał:

– Próbowaliśmy oświetlać latarkami. Może to z powodu kąta, pod jakim ustawione jest szkło, może z innego powodu, lecz nie udało się spenetrować ciemności.

George Tysiąc Mian obrócił się od porucznika Strouda do doktora Jarvisa i z powrotem.

– Wobec tego Kujot nabrał więcej sił, niż się spodziewałem. Jest na tyle silny, że absorbuje całe światło.

– Absorbuje? O czym pan mówi? – doktor Weston najwyraźniej nie darzyła zaufaniem folkloru Indianina. Miała wystarczający zapas własnego folkloru.

– Nie czytała pani doktor ostatnio „Scientific American". Kiedy przedmiot ma odpowiednią gęstość, jest w stanie nie dopuścić, aby od niego odbijało się światło. Przyciąga je potężną siłą własnej grawitacji. Właśnie taki proces zachodzi tutaj. Kujot jest bestią ze świata podziemi. Jeśli pani woli, można go nazwać ożywioną czarną dziurą.

– Czy to oznacza, że on będzie kompletnie niewidzialny? – zapytał Jim.

George Tysiąc Mian potrząsnął głową. – Tylko wówczas, gdy sam tego zechce.

– A co z jego krwią? – włączył się doktor Crane. – Jeżeli tutaj łączą się jego oddech i jego puls, czy nie powinniśmy odizolować zwłok Wallisa? Jak się domyślam, jest naczyniem z krwią tego demona.

– Tak – odrzekł szaman. – Postarajcie się go stąd usunąć. Uważajcie jednak na ptaki oraz na magiczne podstępy Kujota, który będzie się starał wam przeszkodzić.

– Podstępy magiczne? – zdziwił się porucznik Stroud. – Na przykład?

– Panie poruczniku, to może się wydawać dowcipem, ale zaręczam, to nie żart. Gdy mówię o magii, i to nie mam na myśli wyjmowania królików z cylindra ani rżnięcia statystki piłą na pół. Myślę o śmierci i ranach i o takich ułudach, o jakich się panu nie śniło. Dodałem:

– To ma sens, poruczniku. Wszystko, co dotąd mówił pan George, ma sens.

– Nikt pana nie pytał o zdanie! – warknął Stroud.

– Nie kłóćmy się, to bezcelowe, poruczniku. Żadne z nas nie wymyśli nic lepszego – próbował łagodzić sytuację doktor Jarvis.

– Tak pan uważa? – odezwał się porucznik Stroud. – A może ja mam lepszy pomysł. Może ta cała cholerna awantura jest dla hecy?

– Dla hecy? – powiedziałem. – Uważa pan, że zdarlibyśmy komuś skórę z głowy dla hecy?

– Te wszystkie bzdury o indiańskich demonach…

– Bzdury?! – najeżył się George Tysiąc Mian. – Pan nazywa nasze demony bzdurami! Pan oszalał? Czy pan sobie zdaje sprawę, co może zrobić Kujot? Wie pan, czy nie?

Porucznik Stroud aż się cofnął przed rozwścieczonym Indianinem.

– Cóż, mówił pan o Próbie Trzech…

– To nic! – odparował szaman. – Taki los gotuje dla kobiet, którymi się zabawi i które mu się znudzą! Kujot ma siły wykraczające poza ludzkie pojęcie. Siły, które niemal uniemożliwiają wszystkim dobrym i złym bogom razem wziętym zniszczenie go. A oprócz tego włada również mocami, które ukradł innym demoi nom, takim jak Wielki Potwór czy Loogaroos.

– Loogaroos? – powtórzył porucznik Stroud z niedowierzaniem.

– Tak ich nazwali koloniści francuscy, gdy przybyli do Ameryki. Jest to przekręcenie słowa loupsgarous, które oznacza „wilkołaki". Kujot czerpał moce od nich wszystkich. Grzbiet swój nakrywa skórą wilkołaka, a na głowie nosi skalp Wielkiego Potwora i dzięki temu jest prawie niezniszczalny.

Porucznik Stroud wysłuchał tego wybuchu, potem stał przez dłuższą chwilę niemy, podczas gdy my wszyscy obserwowaliśmy jego twarz, zastanawiając się, co, u diabła, odpowie. Na początku myślałem, że odrzuci wszystko, co powiedział George Tysiąc Mian, i oświadczy, że to stek bredni. Spostrzegłem jednak, że jego harda twarz złagodniała, a bruzdy wokół ust pogłębiły się i zrozumiałem, że wiara szamana prawie go przekonała.

– Chcę wiedzieć, co tam się dzieje, w tamtym pokoju. Chcę, aby mi to pan wyjaśnił – powiedział wreszcie.

George Tysiąc Mian postąpił do przodu. Błękitna poświata, która biła z sali, rozświetliła jego oczy i pomalowała ultramaryną rysy i bruzdy twarzy. Podniósł wyschłą dłoń, której palce zdobiły srebrne pierścienie, a przegub koralikowe bransoletki, i przycisnął ją do szkła, jakby starał się odczuć wibracje rozchodzące się z owej ciemnej i pokręconej masy, która była Danem lub Bryanem, lub obydwoma, a może żadnym z nich.

Drugą dłonią pochwycił złoty amulet i powiedział cicho:

– Prawie nadszedł czas, aby Kujot znów powstał, ukształtował siebie z gliny ludzkiego ciała. Potrzebuje krwi, ale wstać może bez krwi. On lepi siebie z ciał tych, którzy mają jego oddech i uderzenia jego serca. Patrzcie!

Przez cały czas, gdy George Tysiąc Mian trzymał dłoń przyciśniętą do szyby, musiał zapewne walczyć w myślach z mocą Kujota. W chwili gdy powiedział: Patrzcie!, błękitne światło uniosło się i w tej krótkotrwałej, lecz straszliwej jasności rzeczywiście ujrzeliśmy to, co starał się nam wytłumaczyć. Zobaczyliśmy zalążek Kujota, demona, gwałciciela i zdrajcy, Pierwszego, Który Użył Słów dla Siły.

Zobaczyliśmy, jak na łóżku podnoszą się i opadają członki. Wpierw wyglądały jak członki ludzi tonących w jeziorze mroku, ale natychmiast skręcona masa zdawała się podnosić i stawać prawie prosto, a ja mogłem tylko patrzeć jak urzeczony na to coś, czując, jak z przerażenia po grzbiecie chodzą mi ciarki.

W jakiś niesamowity sposób Dań Machin i Bryan Corder stali się jednym stworzeniem. Miało to prawie dwa i pół metra wzrostu i wstawało na oślep z łóżka, mając za głowę nagą czaszkę Bryana, wyciągając ku nam ręce i nogi obu mężczyzn. Ich połączone torsy stały się jednym bezkształtnym, podwójnym torsem skręconym z węźlastych mięśni. Przez moment z żołądka bestii wyzierała trupia twarz Dana Machina, wciśnięta w przezroczystą skórę, z ustami rozwartymi w piekielnym wyciu.

– To niemożliwe! – krzyknął Jim, a doktor Weston jęknęła jak z bólu. Lecz błękitne światło zbladło i mogliśmy już tylko dostrzec niejasne zarysy owego straszliwego stworu, i biały odblask świateł awaryjnych na tym, co niegdyś było głową Bryana.

Porucznik Stroud zapytał oschle:

– Dobrze, panie Tysiąc Mian, ale co to jest?

George Tysiąc Mian cofnął się zmęczony od szyby.

– To Kujot – odrzekł po prostu. – Przybiera

Doktor Weston zamierzała coś powiedzieć, ale nie zdążyła. To, co się wydarzyło, przypominało kraksę na autostradzie. Działo się tak szybko, że jedynie mignęło mi przed oczyma i niewiele pojąłem. Ale pamiętam jedną czy dwie koszmarne rzeczy, które wryły mi się wyraźnie w pamięć i przypuszczam, że już tam zostaną na zawsze.

Jim nagle zauważył:

– Idzie tutaj! – i gdy obracaliśmy się, szkło eksplodowało i tysiące kawałków szyby obserwacyjnej sypnęło po sali jak grad żyletek. Jeden z policjantów upadł na kolana z twarzą podobną do siekanej wątróbki. Drugi odwrócił się plecami, łapiąc się za oczy i twarz, a po jego dłoniach ciekła krew. Sam również czułem, jak błyskające odłamki tną moje policzki, ale to nie wybuch szkła mnie przestraszył.

Przeraziłem się wizji Kujota, wznoszącego się jak gigantyczna blada modliszka, z czaszką niezmiennie szczerzącą zęby, tkwiącą na wierzchu bezkształtnego tułowia, gdy jego cztery ręce bez wahania roztrzaskiwały pozostałe fragmenty szyby.

I to gorąco. Zatrważający, palący upał. Wewnątrz salki musiało być ze sto stopni, a jeszcze wiał suchy piekący wiatr, który wył i zawodził, buchając przez wybite okno.

Porucznik Stroud wyszarpnął swój specjalny „egzemplarz policyjny" z kieszeni spodni i strzelił dwukrotnie do potwornego Kujota. Ale demon machnął na niego ręką i porucznika rzuciło przez pomieszczenie i trzepnęło o ścianę, aż zagruchotał kręgosłup, a broń potoczyła się w stertę odłamków szkła.

Doktor Jarvis wrzasnął:

– John! Zatrzymaj go ale wiedziałem, że w żaden sposób nie powstrzymamy tej kreatury,

Rzuciłem się więc do drzwi, krzycząc:

– Daj spokój! Na litość boską, zwiewajmy stąd!

George Tysiąc Mian, dłońmi osłaniając głowę, wygramolił się stamtąd tak szybko, jak tylko mógł. Za nim doktor Weston, ja i wreszcie Jim. Gliniarz z krwawiącymi oczyma usiłował pomóc porucznikowi Stroudowi, ale demon znowu machnął ręką i policjant wrzasnął i potoczył się bezradnie w kierunku drzwi.

– Palę się! – krzyczał. – Zagaście ten ogień! Na litość Boga! Ja się palę!

Jim pobiegł do niego, ale wtedy gliniarz otworzył usta i spomiędzy jego warg rzygnął wielki płomień. On płonął od wewnątrz, jego żołądek i jego płuca paliły się, a za każdym razem, gdy usiłował krzyczeć o pomoc, bluzgał potworną trąbą przegrzanych płomieni.

– John! Koc! Daj mi koc! – wołał Jarvis, ale było już za późno. Gliniarz potoczył się w stronę korytarza i osunął na kolana, pozostawiając smugę płonącej krwi na ścianie. Wreszcie upadł i leżał nieruchomo, a naszym przerażonym oczom ukazał się widok potęgujący ten koszmar: płomienie, które paliły go od środka, stopniowo wypełzały na zewnątrz, spalając jego mundur, wreszcie ogarniając całe ciało. Leżał na szpitalnym dywanie, płonąc niby rytualny samobójca.

Z sali intensywnej terapii wydobył się zawodzący podmuch gorącego wiatru. Usłyszeliśmy jeszcze dźwięk podobny do warkotu czy ryku diabelskiej bestii, która zamierzała nas zniszczyć. Potem, cudownym zrządzeniem losu, przez drzwi wyskoczył szczupakiem porucznik Stroud i potoczył się ku nam bokiem, łapiąc powietrze jak sportowiec, który sprawdza swój próg bólu.

George Tysiąc Mian i doktor Jarvis przyklękli przy nim.

– Nic mi nie jest, nic mi nie jest – mówił, usiłując wstać. – Bolą mnie plecy, ale chyba nic szczególnego mi się nie stało. Na litość Boga, uciekajmy stąd. To coś dostało szału.

– To nie szał. Ten potwór tak się normalnie zachowuje – powiedział George Tysiąc Mian. – Zabije i pożre nas, a my nie będziemy w stanie nic zrobić.

Porucznik Stroud z trudem wstał na nogi, patrząc w stronę mrocznego wejścia, za którym skrył się Kujot.

– No, może t y nie możesz niczego zrobić, szamanie, ale wiem, co j a zrobię. To… to coś, co tam siedzi, wypowiedziało wojnę, a jeżeli chce wojny, to, do cholery, będzie ją mieć!

George Tysiąc Mian chwycił ramię porucznika.

– Proszę! To nie jest Stwór z Czarnej Laguny. Bomby i gaz łzawiący nie zaszkodzą Kujotowi. Można tylko…

Jego słowa utonęły w ryku, który wstrząsnął całym budynkiem. Kawałki strzaskanych drzwi, pasy podartej wykładziny, okruchy gipsu i ciąg suchego gorąca, które cuchnęło zwierzętami i śmiercią, ogarnęły nas. To Kujot wychodził na poszukiwanie swej krwi, na poszukiwanie swej twarzy, wychodził nas rozsiekać. To Kujot, demon wściekłości i strachu!

V

Byłem ledwo przytomny. Oberwałem kawałkiem futryny w lewą stronę głowy i ugięły się pode mną nogi. Upadłem obok ściany korytarza, zakryty jak całunem strzępami wykładziny, i wydawało mi się, że naokoło wali się świat. Gorący huragan wył i huczał, rzucając jakimiś szczątkami po korytarzu. Ponad wszystkim, gdy szedł ku nam Kujot, słyszałem dźwięk, jakby ktoś krzyczał do rury nieskończenie długiej i odpowiadającej echem. Beznadziejne posępne wycie, które było straszniejsze od wszystkiego innego.

Zaciskając oczy przed palącym wiatrem, starałem się unieść głowę. Dostrzegłem Indianina, leżącego krzyżem pod przeciwległą ścianą, oraz skulonego porucznika Strouda. Jim był nieco dalej, przyciskając rękami rudawe włosy, ale nie było nigdzie doktor Weston.

I nagle powietrze zdawało się pociemnieć, a z mroku wyszło coś, co niewiele już miało wspólnego z Bryanem Corderem czy Danem Machinem. Było to zjawisko spektralne, był to duch składający się z niesamowicie gęstego, zbitego i poskręcanego ludzkiego ciała.

Lśnił jakby zimną poświatą, jakby świeceniem cieni czy mrocznych pomieszczeń, i posuwał się, ciemniejąc, korytarzem; ta uśmiechnięta straszliwie czaszka, a za nią chybotliwa, wstrętna powłoka na poły cielesna. Wycie stało się jeszcze posępniejsze i głośniejsze, gdy Kujot przechodził, ale jego przejściu towarzyszył jeszcze jeden dźwięk. Było to łopotanie martwej skóry, podobne do plaskania obwisłej plandeki o dach opuszczonego magazynu. Ten odgłos był nie do zniesienia.

Hałas i wicher zdawały się trwać bez końca, ale gdy znowu uniosłem głowę, uświadomiłem sobie, że Kujot przeszedł obok nas, nie robiąc nam krzywdy. Podniosłem się wyżej i odwróciłem głowę – demon znikł.

George Tysiąc Mian wyszeptał suchymi wargami:

– Chyba teraz jesteśmy bezpieczni, przynajmniej na pewien czas. Poszedł szukać swej krwi.

– Skąd pan wie? – zapytał porucznik Stroud.

– Inaczej zabiłby nas i z przyjemnością zgwałcił doktor Weston. Krew jest mu potrzebna do życia, a jeżeli nie znajdzie jej między wschodem a zachodem księżyca, będzie musiał wrócić w zaświaty.

Porucznik Stroud wstał, opierając się o ścianę i trzymając za plecy.

– Cóż, to pierwsza dobra wiadomość, jaką usłyszałem dzisiaj. Musimy tylko trzymać Kujota z dala od niewinnych przechodniów przez dwadzieścia cztery godziny. I koniec.

George Tysiąc Mian otrzepywał swoją kurtkę.

– Obawiam się, że nie, poruczniku. Bez względu na wasze wysiłki Kujot z pewnością odnajdzie swą krew.

– A jego twarz? – powiedziałem. – Jego twarz była na kołatce.

– Jej też pójdzie szukać.

– Ale właśnie posłałem po nią Jane.

George Tysiąc Mian spojrzał na mnie z absolutnie poważną twarzą.

– Posłał pan Jane po kołatkę? Mówi pan serio?

Poczułem, że panikuję.

– No jasne, myślałem, że gdyby nie dostał swej twarzy…

George Tysiąc Mian powiedział:

– Wielki Duchu, miej nas w opiece. Jeżeli Kujot ją z tym przyłapie, nie będzie miała najmniejszej szansy.

Porucznik Stroud podszedł do nas zniecierpliwiony.

– Przepraszam, że przeszkadzam w złowieszczych przestrogach, ale o co panu chodziło, gdy mówił pan o krwi? Powinna być już teraz zamknięta w Redwood City, czyż nie? W jaki sposób Kujot miałby ją odnaleźć, czy dostać w swe ręce?

– Poruczniku – powiedziałem równie złośliwie – Kujot właśnie przeszedł przez trzycalowe zbrojone szkło.

– Pana nie pytałem – odparował ostro porucznik Stroud. – Pytałem naszego miejscowego eksperta.

– Cóż, odpowiedź na pana pytanie zawiera się w fakcie, że Kujot jest w pewnym sensie potwornym psem – powiedział George Tysiąc Mian. – Ma nadprzyrodzony zmysł słuchu i zmysł węchu. Stare legendy mówią, że gdy Panna Niedźwiedzia ukryła się w pieczarze, Kujot wywąchał ją przez litą skałę na odległość dziesięciu długości oszczepu i zniszczył pieczarę oraz połowę góry, żeby odnaleźć swą Niedźwiedzicę. Podobno to zdarzyło się na Nacimiento Peak wiele lat temu, dawniej nawet, niż może sięgać pamięć Indian Navaho.

Porucznik Stroud miał ponurą minę.

– Dziękuję za optymistyczną prognozę.

– I co teraz pan zrobi? – zapytałem go.

– Pierwszą rzeczą, cholera, którą zrobię, to wezwę brygadę antyterrorystyczną. Odnajdziemy tego stwora, czymkolwiek jest, i poczęstujemy czymś podobnym do tego, co nam właśnie zaserwował.

– Poruczniku – wtrącił George Tysiąc Mian. – Myślałem, że jest pan człowiekiem na poziomie. A przynajmniej na wyższym niż większość policjantów.

– Co pan chce przez to powiedzieć?

Stary Indianin popatrzył zimno na detektywa.

– Wasz zmasowany ogień jest tu bezużyteczny. Czy polowałby pan na lisa czołgiem albo strzelał do komara z pistoletu maszynowego? Kujot jest zbyt sprytny, poruczniku, zbyt silny i nieuchwytny. Trzeba go wytropić tak, jak tropili go dawni bogowie, wykorzystując jego żądzę i próżność i powodując, aby sam siebie zniszczył.

– Żartuje pan? Kiedy będę sporządzał raport, muszę wymienić natychmiastowe i zdecydowane kroki, jakie podjąłem. Już wyobrażam sobie, co powie komisarz, gdy przeczyta, że wykorzystałem żądzę i próżność zbiega, aby sam siebie zniszczył. A teraz przepraszam.

Porucznik wszedł do pobliskiego gabinetu i chwycił telefon. Kilkakrotnie uderzał w widełki, aż wreszcie uzyskał połączenie. Gdy wzywał posiłki, George Tysiąc Mian popatrzył na Jima i na mnie i wzruszył ramionami.

– Białemu człowiekowi nigdy się nie wytłumaczy – powiedział.

– A co z Jane? Czy możemy jej pomóc? – zapytałem.

– Oczywiście – odparł Indianin. – Najlepiej będzie, jeżeli pan i ja pojedziemy do tego domu na Pilarcitos i zamkniemy go przed Kujotem, używając najsilniejszych zaklęć, jakie znamy. Jeżeli, rzecz jasna, jeszcze go tam nie ma, bo będzie się starał dotrzeć do kołatki i do tych widoków Mount Taylor i Cabezon Peak.

– A dlaczego? – zapytał Jim.

– Proste: chce odzyskać włosy, które obciął Wielkiemu Potworowi. Gdy je odnajdzie, zapewni sobie nieśmiertelność. Wtedy nigdy go nie zniszczymy ani nie odeślemy.

– Dobra – odezwałem się. – Na co czekamy?

Gdy wychodziliśmy przez drzwi frontowe szpitala, już podjeżdżały pierwsze wozy brygady antyterrorystycznej, a noc rozbrzmiewała wyciem i świergotaniem syren. Szybkim krokiem przeszliśmy przez parking do monte carlo Jarvisa. Jim przytrzymał przednie siedzenie, abym mógł niezgrabnie wgramolić się do tyłu. Gdy stał, rzucił spojrzenie na dach szpitala.

– Ptaki. Zniknęły.

George Tysiąc Mian zdawał się przyjmować wszystko bardzo spokojnie. Umieszczając się na przednim siedzeniu, powiedział:

– Oczywiste. Poszły w ślad za Kujotem. Wiszą mu nad głową jak chmura smutku. Czasami zdają się wypełniać powietrze niby kłęby dymu, czasami są prawie niewidoczne. Ptaki to bardzo magiczne i dziwne stworzenia, doktorze. Mają dusze nadprzyrodzone, które ludzie rzadko kiedy są w stanie zrozumieć.

Jim włączył silnik i wyjechaliśmy przez bramy szpitalne na ulice San Francisco. Noc była ciepła, duszna i światła miasta migotały i błyskały w powietrzu, które było niemal nieznośnie wilgotne. Zbliżała się północ, ale po ulicach kręciło się wiele samochodów i spacerowało wiele par, ponieważ była to noc sobotnia.

Gdy pędziliśmy Siedemnastą Ulicą w okolicach Delores, zauważyłem na chodniku dziewczynę w czerwonej bluzce i białych dżinsach.

– Jim, to Jane! Na pewno! Stań!

Skręcił samochodem do krawężnika i cofnął. Jak opętany starałem się coś dostrzec przez przyciemnione szkło tylnej szyby. Pojawiła się Jane. Szła równym krokiem, kierując się w stronę Mission Street i nawet nie odwróciła się ku nam. Jarvis zatrąbił i dopiero wtedy zatrzymała się, marszcząc brwi jakby oszołomiona, i podeszła do krawężnika.

Jim wysiadł z wozu, a ja wygramoliłem się za nim. Przeszedłem do przodu, wziąłem Jane za ramiona i przytrzymałem ją. Była blada, a jej oczy były dziwnie mokre i krótkowidzące, chociaż pod innymi względami wydawała się w porządku.

– Jane, Jane, co się stało?

Uśmiechnęła się, ale sprawiała wrażenie rozkojarzonej.

– Nic się nie stało – szepnęła. – Zupełnie nic.

– A dlaczego nie wzięłaś taksówki? Co ty tu robisz?

– Tu? – powiedziała, unosząc głowę i patrząc na mnie niepewnie.

– To Siedemnasta Ulica. Miałaś taksówką jechać na Pilarcitos.

Jane dotknęła czoła, jakby próbowała przypomnieć coś sobie.

– A tak. Pilarcitos.

Doktor Jarvis łagodnie mnie odsunął i przebadał Jane z szybkością zawodowca. Kciukiem podniósł jej powiekę i sprawdził puls. Podczas badania stała milcząca i pasywna, z lekka marszcząc brwi, patrząc gdzieś w dal, na coś, czego nawet nie mógłbym się domyślić.

– Nic jej nie jest? – zapytałem. – Wydaje mi się, że jest w szoku.

– Może to szok – powiedział. – Z drugiej strony wygląda to na rodzaj hipnozy, może transu.

– Czy myślisz, że Kujot…

– John, ja nie wiem, co mam myśleć. Ale najważniejsze, że jest bezpieczna. Zapakujmy ją do samochodu i jedźmy na Pilarcitos. Potem twój przyjaciel Indianin zrobi, co trzeba, aby Kujota nie wpuścić do domu, i zawieziemy Jane z powrotem do szpitala.

George Tysiąc Mian wysunął głowę przez okno samochodu.

– Długo jeszcze? – zapytał mnie. – Im szybciej dotrzemy do tego domu, tym lepiej. Jeżeli jest tam już Kujot, to nie mamy żadnych szans.

Razem z Jimem pomogliśmy Jane siąść na tylne siedzenie, potem wykręciliśmy i skierowaliśmy się na Pilarcitos i Mission Street.

Gdy podjeżdżaliśmy stromą ulicą, dom pod numerem tysiąc pięćset pięćdziesiąt jeden był tak samo ciemny i posępny jak poprzednio. Okna przypominały wpadnięte oczy, a od łuszczącej się farby chyba odpadło jeszcze więcej płatów. Gdy zbliżaliśmy się, Jarvis zwolnił, a gdy podjechaliśmy, zatrzymał samochód i wyłączył silnik, i chyba minutę siedzieliśmy w absolutnej ciszy.

– Myślicie, że Kujot jest w środku? – zapytałem niepewnym głosem.

– Trudno powiedzieć – odparł George Tysiąc Mian. – Jeżeli jest, to się o tym wkrótce przekonamy.

– Jak?

– Zabije nas.

Jim otarł usta wierzchem dłoni.

– Ale może go tam nie być? Co? Może jeszcze szuka krwi Seymoura Wallisa?

– Oczywiście.

Popatrzyłem na Jima, a Jim na mnie.

– Cóż – powiedziałem z lekkim przekąsem. – No to siup.

Wysiedliśmy z samochodu i podeszliśmy do Indianina, aby mu pomóc. Jane została na swym miejscu prawdopodobnie zszokowana. Przeszliśmy przez chodnik i stanęliśmy przed bramą frontową, spoglądając na ponurą werandę i obłażące belki.

– Jest tam ta kołatka? – zapytał George Tysiąc Mian. – Ja słabo widzę bez okularów.

Spozieraliśmy w ciemność. Najpierw wydawało mi się, że kołatka zniknęła, potem zauważyłem pobłysk mosiądzu i już wiedziałem, że Kujot wciąż poszukuje swej krwi. Na razie byliśmy bezpieczni.

Otworzyliśmy skrzypiącą bramę i weszliśmy na schodki. George Tysiąc Mian przez chwilę stał, patrząc na złowrogą, roześmianą twarz na kołatce, potem z wolna pokręcił głową.

– Gdyby koło tego domu przeszedł Indianin i zauważył tę twarz, natychmiast wiedziałby, czym ona jest – powiedział niegłośno. – To tak samo prowokujące, jak umieszczenie obrazu szatana na drzwiach. Cóż, upewnijmy się, że Kujot z niej nigdy nie skorzysta.

Sięgnął pod kurtkę i wydobył amulet. Był to niewielki złoty medalionik z wygrawerowaną dziwaczną piktografią. Przez chwilę trzymał go w palcach obu dłoni i dotknął nim czoła. Następnie podszedł blisko do kołatki i uniósł dłoń.

– Zły Kujocie, diaboliczny stworze z południowego zachodu – zamruczał – me zaklęcie związuje ten obraz na wieki, na wieki przed tobą będzie zamknięty. On cię spali, on cię zmrozi, on zadmie jak wichry północy przeciw tobie. Nigdy go nie tkniesz, nigdy się nim nie posłużysz, gdyż opadnie na ciebie gniew wielkich duchów na wieki.

Zaległa cisza. Gdzieś w oddali przejechała z rumorem i łoskotem ciężarówka.

Wtedy usłyszałem cichy syk. Był podobny do nabierania powietrza przy wdechu przez kogoś, kto zamierza przemówić.

Podstępny łagodny głos wyartykułował:

– Głupcy.

Poczułem, że dygoczę. Wiedziałem, że to idiotyzm tak się trząść. Ale kołatka, sama mosiężna kołatka, właśnie kołatka przemówiła. Jej dzikie ślepia jarzyły się jaskrawym światłem, i – może tak pracowała moja wyobraźnia – wiedziałem, że jeżyły się na niej prawdziwe kudły, a jej kły były tak samo wściekłe i ostre jak u prawdziwego wilka czy psa.

George Tysiąc Mian stał wyprostowany. Było oczywiste, że wytęża całą siłę swych myśli, aby utrzymać kontrolę nad sytuacją. Skrzyżował ręce przed twarzą, po czym wykonał obiema dłońmi zamaszysty gest odprawiający.

– Kujot jest psem, który biega po nocy – powiedział. Jego głos drżał w powadze i surowej pasji. – Kujot jest podstępnym łgarzem. Bogowie to słyszą i bogowie to wiedzą. Odsyłają cię precz, odsyłają cię, odsyłają cię.

Kołatka zachichotała mrożąco.

– Milcz! – zawołał George Tysiąc Mian. – Rozkazuję ci milczeć! Znowu syk i obrzydliwy chichot.

– Nie masz nade mną władzy, ty starcze – wyszeptała kołatka. – Wnet nadejdzie mój pan, a wtedy zobaczymy – zaśmiała się znowu.

Drzwi frontowe nagle same otwarły się i same zamknęły z trzaskiem.

Ale George Tysiąc Mian nie poddał się. Znowu uniósł ramiona.

– Mróz północy cię ogarnie, mróz północy cię zgniecie. Kujot z pustyni poczuje twój chłód i ucieknie jak pies, bo nim jest.

Wciąż nie mogę uwierzyć w to, co zobaczyłem, ale tamtej nocy widziałem tak dużo, że jeszcze jedno dziwaczne wydarzenie nie zrobiło na mnie większego wrażenia. George Tysiąc Mian wskazał pierwszym palcem na kołatkę i z tego sztywnego palca wydobyła się widoczna migocząca chmura szronu. Szron pokrył kołatkę, inkrustując ją białymi kryształkami lodu, a jej syczenie prawie natychmiast ustało.

Indianin bez przerwy wskazywał palcem na kołatkę i lód pogrubiał się coraz bardziej. Czułem zimno tam, gdzie stałem, metr czy półtora dalej. I nagle mosiężny łeb rozsypał się, a kawałki oszronionego metalu upadły z brzękiem na podłogę werandy.

George Tysiąc Mian opuścił ramię. Pocił się i łapał powietrze krótkimi, bolesnymi haustami. Ale miał w sobie jeszcze dość ducha, by kopnąć kawałki kołatki i warknąć:

– Staruch, co? Ty kupo złomu.

Jim wydał z siebie długi gwizd.

– To było zadziwiające. Nigdy czegoś podobnego nie widziałem. Panie Tysiąc Mian, powinien się pan zaangażować w firmie produkującej mrożonki.

Wziąłem Indianina pod rękę.

– Jeden punkt dla pana – powiedziałem. – Zmierzył się pan z Kujotem i wygrał.

Potrząsnął głową.

– To jeszcze nie koniec, a moje siły są niewielkie. Doktorze, czy ma pan miejsce w samochodzie na te wszystkie obrazy Mount Taylor i Cabezon Peak?

– Oczywiście. Ale wydawało mi się, że pan otoczy dom zaklęciami.

George Tysiąc Mian obtarł czoło chusteczką.

– Chciałbym, ale ta walka z obliczem Kujota uświadomiła mi, że nie mam na to sił. Jestem za stary, za słaby. Będziemy musieli zrobić to jakoś inaczej.

Popchnąłem ciężkie drzwi frontowe i ostrożnie weszliśmy do środka. Obrazy wciąż tam były. Powiedziałem:

– Dobra. Niech każdy weźmie tyle, ile uniesie, i włożymy je do bagażnika. A potem wynosimy się stąd.

Działając szybko i cicho zdejmowaliśmy grafiki z haczyków i wynosiliśmy do samochodu. Było ich sześćdziesiąt czy siedemdziesiąt. Gdy skończyliśmy, samochód aż przysiadł pod ciężarem obrazów.

Jane, która wciąż siedziała z tyłu, podniosła głowę i zapytała:

– Wszystko w porządku? Czuję się bardzo dziwnie.

– Nic się nie martw – uspokajał ją Jim. – Zaraz zawieziemy cię do szpitala na kontrolę.

– O, nie – odpowiedziała. – Nic mi nie jest, słowo. To chyba tylko wstrząs.

– Mimo wszystko dobrze będzie, gdy zbadamy cię dokładnie.

Jim wsiadł do samochodu i zapuścił silnik. George Tysiąc Mian powiedział:

– Powinniśmy znaleźć jakieś bezpieczne miejsce dla tych obrazów. Jakiś niewielki schowek, który będę łatwo mógł uszczelnić zaklęciami.

– Może moje mieszkanie? – zaproponowałem. – Jest naprawdę małe i jeżeli stanie pan tuż za frontowymi drzwiami z kijem baseballowym, to przez tydzień powstrzyma pan hordy nieprzyjacielskie.

– To brzmi dobrze. Może nas pan tam zaprowadzić?

Podjechaliśmy pod mój blok. Dozorca Sam przyglądał się nam podejrzliwie, gdy wnosiliśmy obrazy Mount Taylor i Cabezon Peak do windy i wwoziliśmy je na górę. Otworzyłem kluczem drzwi do mieszkania. Pomagając sobie nawzajem, ułożyliśmy wszystkie obrazy na kupie pod plakatem z Doiły Parton. Wyprostowałem się, cofnąłem i otrzepałem dłonie z kurzu.

– Dobrze. A teraz co z tymi zaklęciami?

– Najpierw chciałbym się czegoś napić – skromnie zauważył George Tysiąc Mian.

Przeszliśmy do mojego miniaturowego saloniku. Otworzyłem barek z czarnego laminatu ze złotym brokatem i nalałem do czterech szklanek hirama walkera. Tak naprawdę nie byłem zwolennikiem tej whisky pędzonej w Illinois, ale nic innego nie miałem. Cała nasza czwórka zmęczona i wystraszona połykała whisky jak lekarstwo.

– Powieszę to na drzwiach – powiedział do mnie George Tysiąc Mian. Z kieszeni kurtki wyjął niewielki kościany naszyjnik i podniósł go do góry. Nie wyglądało to na nic specjalnego. Kości były stare, ponadłamywane, przebarwione i chociaż kiedyś były zdobione czerwoną i zieloną farbą, teraz pozostało z niej na nich niewiele.

– To naszyjnik, który miał na sobie nasz dawny bohater Złamana Tarcza, gdy wszedł na górę Leech Lakę i wyzwał bogów gromu. Historycznie biorąc, to rzecz bez ceny. Może ma trzy tysiące lat. Ale zrobiono ją po to, aby była użyteczna, i dlatego chcę, żeby dziś pozostała u pana. Niedopuszczenie Kujota do skalpu

Wielkiego Potwora jest o wiele ważniejsze niż jakakolwiek relikwia, bez względu na jej wartość dla nas. Kujot nie ośmieli się tego tknąć. Jeżeli tak zrobi, ściągnie na siebie gniew samego Gitche Manitou.

– Zdawało mi się, że Kujot należy do gatunku demonów, którym żadne wyzwanie nie sprawia różnicy – powiedział doktor Jarvis.

– Rzeczywiście – przytaknął George Tysiąc Mian. – Ale podobnie jak większość próżnych i leniwych demonów woli spokojny żywot, a gniew Gitche Manitou w zupełności wystarczy, żeby zakłócić mu zabawy na następne pięć tysięcy lat.

– Zabawy? – zapytał Jim i pokręcił głową niedowierzająco.

– Panie doktorze, niech pan pamięta, że dla niektórych bardziej srogich demonów pożarcie człowieka znaczy tyle, ile dla nas zjedzenie paczuszki solonych orzeszków.

George Tysiąc Mian zawiesił naszyjnik na klamce moich drzwi wejściowych i wymruczał nad nim kilka magicznych wezwań. Potem powiedział:

– Sądzę, że wszyscy jesteśmy zmęczeni i chcemy jutro być wypoczęci. Proponuję, abyśmy poszli trochę odpocząć. Kazałem mojej służącej zarezerwować pokój w hotelu Mark Hopkins. Czy podwiózłby mnie pan tam, doktorze?

– Oczywiście – odparł Jim. – A ty, Jane? Mogę cię gdzieś podwieźć?

Jane siedziała na moim ulubionym wiklinowym fotelu. Odpowiedziała głuchym głosem:

– Nie, dziękuję. Jeżeli John nie ma nic przeciwko temu, zostanę tutaj.

– Mieć coś przeciwko temu? Zwariowałaś? Nie miałem kobiecego towarzystwa, odkąd moja ciotka Edith przyjechała z Oxnard i przywiozła mi tort.

Jim ścisnął mnie za ramię.

– Uwierzę ci, John. Miliony by ci nie uwierzyły.

George Tysiąc Mian podszedł do mnie, potrząsnął moją ręką i powiedział cicho:

– Chcę panu podziękować za wyobraźnię, dzięki której dostrzegliśmy to, co naprawdę się dzieje. Przynajmniej mamy jakąś szansę.

Właśnie mieli wychodzić, kiedy zadzwonił telefon. Gestem zatrzymałem ich w mieszkaniu i podniosłem słuchawkę.

– John Hyatt.

Dzwonił porucznik Stroud.

– Co, wrócił pan do domu? Szukałem pana. Czy jest z panem ten Indianin?

– George Tysiąc Mian? Tak.

Detektyw chrząknął.

– Właśnie mieliśmy trochę problemów na szosie Bayshore tuż za Millbrae. Ambulans z doktorem Crane'em i ciałem Seymoura Wallisa został – powiedzmy – uprowadzony.

– Uprowadzony? Przez Kujota?

Porucznik Stroud sapał ze zniecierpliwienia.

– Dobrze, jeżeli tak pan to chce ująć. Kierowca karetki zeznał, że jechał sobie normalnie i nagle jakiś ogromny potwór pojawił się na drodze. Kierowca uszedł z życiem. Przykro mi to mówić, ale doktor Crane nie żyje – wypalony jak mój policjant.

Zakryłem dłonią słuchawkę i powiedziałem do Jarvisa:

– Przykro mi, Jim, ale doktor Crane nie żyje. Kujot dopadł karetkę tuż za lotniskiem.

Indianin spoważniał.

– Krew – przypomniał. – Czy dostał się do krwi?

– Pan Tysiąc Mian chciałby wiedzieć, czy Kujot dostał się do krwi? – zapytałem policjanta.

Porucznik Stroud kaszlnął.

– Proszę mu przekazać, że pół godziny później odnaleziono Seymoura Wallisa w zatoce. Był tak wyssany, że facet, który go wyłowił, myślał, że znalazł zdechłego rekina.

Zdobyłem się jedynie na stwierdzenie:

– No i tyle. Co nam jeszcze pozostało do zrobienia? Czy przypuszcza pan, gdzie może znajdować się Kujot?

– Rozesłaliśmy komunikat i nasza brygada antyterrorystyczna sprawdza każdą ewentualną kryjówkę. Ale moim zdaniem to bez sensu.

– Dobrze, poruczniku – odłożyłem słuchawkę.

W pierwszym rozmazanym świetle świtu, który sączył się do mojego pokoju, George Tysiąc Mian zdawał się zmęczony i zgarbiony. Przesunął sękatymi palcami po białych włosach.

– Miejmy nadzieję, że tej rundy nie przegramy, przyjaciele. Jeżeli Kujot pójdzie w teren, to trudno opisać, jaka będzie jatka.

Nagle Jane podniosła oczy i uśmiechnęła się. Pamiętam, iż pomyślałem wówczas, że ten uśmiech był przedziwny. Zastanawiałem się, do czego mogła się tak uśmiechać.

Posłałem dla Jane na kanapie. Byłem zbyt wykończony i wstrząśnięty, aby nawet myśleć o uwodzeniu, w każdym razie Jane zachowywała dystans i była tak zamknięta w sobie, że mógłbym wrzeszczeć: No to balujemy! – a ona zapytałaby się: Proszę?

Owinęła się kocem i niemal natychmiast zasnęła. Obszedłem mieszkanie, wyłączając światło i zaciągając zasłony, ale jakoś nie miałem specjalnej ochoty, by się położyć i zamknąć oczy. Wyszedłem do przedpokoju i obejrzałem kilka widoków Mount Taylor. Szkło było dość przykurzone i zaplamione, a większość landszaftów mocno zrudziała, ale po bliższym przyjrzeniu się można było zauważyć, że pod każdym obrazkiem był ołówkowy podpis: Mount Taylor ze strony Lookout Mountain albo Mount Taylor od San Mateo. Podobne objaśnienia znajdowały się pod widokami Cabezon Peak, na przykład: Cabezon Peak od strony San Luis.

Na palcach przeszedłem przez salonik i po cichu wyjąłem Atlas Motorowy Randa McNally'ego. Potem przekradłem się z powrotem do kuchni, zamknąłem drzwi i rozłożyłem atlas na stole, obok obrazów Mount Taylor i Cabezon Peak, które udało mi się tam zmieścić. Na mapę położyłem kawałek kalki technicznej, wyjąłem pióro i zacząłem zaznaczać miejsca, z których szkicowano te dwie góry.

By nie paść nad dziełem, wypaliłem pół paczki papierosów i zrobiłem sobie wielki kubek czarnej kawy, podczas gdy na zewnątrz okna kuchennego światło słoneczne stawało się coraz jaśniejsze, a sosnowy zegar na ścianie w saloniku wybił ósmą.

Do dziewiątej zdążyłem nanieść prawie wszystkie punkty widokowe. Podniosłem kalkę i podziwiałem piegi malutkich iksów, które na niej narysowałem. Nie mogłem sobie wyobrazić, co, u diabła, to wszystko oznaczało i nie mogłem z nich odczytać żadnego wzoru, ale domyślałem się, że George Tysiąc Mian prawdopodobnie będzie mógł mnie oświecić.

Wcisnąłem kalkę do kieszeni spodni, potem wstałem i podszedłem do ekspresu, żeby zrobić sobie następną kawę. Włączyłem niewielki czarnobiały telewizorek, który dostałem od matki na poprzednią Gwiazdkę, i po kilku reklamach głoszących chwałę lukrowanych płatków kukurydzianych i jakiejś idiotycznej plastykowej katapulty służącej do strzelania lalką Action Man nad żywopłotem sąsiadów, trafiłem na specjalne wydanie wiadomości o karetce, z której porwano Seymoura Wallisa.

Spiker oznajmił:

– Brygady specjalne policji San Francisco bez przerwy poszukują upiornego porywacza, który uprowadził ambulans jadący do Kliniki Miejskiej Redwood ze Szpitala Fundacji Elmwood i skradł ciało zmarłego inżyniera budownictwa Seymoura Wallisa. Porywacz, według prowadzących śledztwo, jest uzbrojony i bardzo niebezpieczny. Ranił śmiertelnie doktora Kennetha Crane'a, który towarzyszył ciału w drodze na szosie Bayshore, oraz Miguela Corralitosa, dwudziestosiedmioletniego sanitariusza. Ciało Seymoura Wallisa następnie odnalazł wczesnym rankiem rybak w zatoce od strony Millbrae. Jak dotąd policja nie zna motywów uprowadzenia ciała, ale władze obiecują przekazywać nam bieżące informacje.

Następnie przedstawili jakiś reportaż o chorobie pomarańczy na farmie owocowej w południowej części stanu, więc wyłączyłem telewizor. Kujot był ciągle na wolności, ale nie umiałem sobie wyobrazić, jaką teraz przybrał formę ani gdzie może się znajdować. Co porabia obrzydliwy demon w świetle dnia? Trudno mu będzie spacerować po ulicach San Francisco, tym bardziej że był tropiony przez brygady specjalne. Jeżeli zostawiał jakiekolwiek ślady.

Mój ekspres do kawy zaczął bulgotać i prychać. Zapaliłem następnego papierosa i wyjrzałem przez okno na tyły bloków sąsiadujących z moim. Była to niedziela i na schodach pożarowych siedziała dziewczyna w ciąży, rozczesując mokre włosy na porannym słońcu. Zacząłem kasłać i żałowałem, że nie potrafię skończyć z paleniem. Jednak w tej chwili wydawało mi się to bezcelowe. Jeśli nie dopadnie mnie rak, to na pewno dostanie mnie Kujot.

Zadzwonił telefon. Odebrałem:

– John Hyatt.

George Tysiąc Mian dzwonił z hotelu.

– Dobrze pan spał?

– W ogóle nie spałem. Spędziłem resztę nocy na nanoszeniu tych wszystkich punktów widokowych Mount Taylor i Cabezon Peak.

– Czy przypomina to coś interesującego?

– No, może. Ale chyba potrzebuję tłumacza. Jeśli o mnie chodzi, to byłem w szkole drugi od końca z trygonometrii, i to tylko dlatego, że lepiej ostrzyłem ołówki niż ten, który był ostatni.

– Chciałby pan tu przyjść? Póki naszyjnik pozostanie na drzwiach, póty pana mieszkanie będzie bezpieczne.

– Na pewno?

– Na pewno. Poza tym teraz Kujot prawdopodobnie odpoczywa i resorbuje krew do oganizmu.

– Właśnie się zastanawiałem, co demony robią ze sobą w ciągu dnia.

– Demony to stwory ciemności – poinformował mnie George Tysiąc Mian. – W świetle słonecznym ich moce słabną. Więc mogę się założyć, że Kujot zaszył się w jakąś norę, zajął jakiś opuszczony dom, a może nawet dostał się na Pilarcitos tysiąc pięćset pięćdziesiąt jeden.

– Czy udałoby się go wypłoszyć teraz, w dzień?

– John, kiedy mówię, że jest osłabiony, nie znaczy to, że nie ma żadnych mocy. Jeśli zbliżymy się do tej kreatury, staniemy się mięsem. Nie żartuję.

– Dziękuję za pocieszającą wiadomość. Będę gdzieś za godzinę. Chcę najpierw wziąć prysznic. Cuchnę jak świnia.

– Dobrze. Nie zapomnij o mapce, którą zrobiłeś.

Miałem właśnie odpowiedzieć „jasne", ale słowa ugrzęzły mi w krtani. Drzwi kuchenne uchyliły się, a za nimi coś stało i obserwowało mnie. Dostrzegałem błysk ciemnych ślepi i jeszcze ciemniejsze kształty. Czułem, jakby ziemia usuwała się spod moich nóg, a każdy nerw w ciele mrowił i drgał ze strachu.

– Słyszałeś, co mówiłem? – zabrzmiał odległy głos George'a.

– Poczekaj. Coś stoi za drzwiami. Nie wiem, co to jest. Poczekaj.

– Za którymi drzwiami? – zapytał.

– Kuchennymi. Kuchennymi. To…

Drzwi otwarły się z trzaskiem i tak mocno, że przez kuchnię przeleciały drzazgi i zgruchotane zawiasy. Wydałem z siebie cienki skowyt i runąłem z krzesła, gramoląc się po podłodze do zlewu. Obok niego, w szufladzie, trzymałem noże, a właśnie teraz potrzebowałem natychmiastowego środka obrony.

Bestia przeszła przez te drzwi jak potop czarnego futra. Był to niedźwiedź, potężny, dorosły grizzly, około dwustu kilogramów kudłów, mięsa i złowrogich zakrzywionych pazurów. Zderzył się ciężko z szafkami kuchennymi, skutkiem czego telewizor, ekspres i półeczki z przyprawami zagruchotały i spadły z trzaskiem na podłogę. Odwracając się, niedźwiedź zaryczał wściekle, a ja wyszarpnąłem szufladę zbyt szybko i zbyt mocno, więc noże, widelce, krajalnice do fasolki i nożyki do drążenia jabłek posypały się kaskadą w dół.

Rzuciłem się na podłogę i chwyciłem największy tasak, jaki miałem. Zacząłem tak szybko, jak tylko mogłem toczyć się w kierunku wyłamanych drzwi.

Niedźwiedź zawahał się i znowu zawarczał, i dopiero na niego spojrzałem.

Zobaczyłem coś więcej niż zwykłą wielką kudłatą bestię cuchnącą ciężko, po zwierzęcemu. Jej twarz bieliła się kobiecą bladością, ale przy każdym warknięciu odsłaniały się żółte kły. Gapiłem się na nią, starając się usilnie zrozumieć, czym jest, czym mogłaby być. Byłem tak wstrząśnięty i zdjęty zgrozą, że na początku nie pojmowałem niczego, nie mogłem uzmysłowić sobie, że ta straszliwa bestia istniała.

To była J a n e. Te oczy, groźne i rozwścieczone, były jej oczami. To była jej twarz. Dziwaczna statuetka ze schodów u Seymoura Wallisa ożyła i była nią Jane.

Wyszeptałem jej imię.

Nie odpowiedziała, tylko zawarczała znowu i posuwała się nieubłaganie w moim kierunku. Jej twarde pazury rysowały kuchenną posadzkę. Z ostrych zębów skapywała ślina, a na jej twarzy malowała się jedynie ślepa zwierzęca nienawiść.

– Jane, słuchaj – wydusiłem z siebie chrapliwy głos. Przez cały czas usiłowałem się wycofać w kierunku drzwi. Widziałem, jak pod grubym, lśniącym futrem napinają się mięśnie i uświadomiłem sobie, że znowu rzuci się na mnie i tym razem dosięgnie mnie.

Z leżącej na podłodze słuchawki telefonu dochodził głos:

– John? John? Co się stało? Co się dzieje?

Ostre pazury zagrały na posadzce i Panna Niedźwiedzia skoczyła w moim kierunku z impetem potężnej czarnej limuzyny. Wiem, że wrzasnąłem, ale tym razem z jakąś agresywną desperacją, wydobywając z siebie coś w rodzaju okrzyku „banzai", którego uczą w wojsku, aby wzmóc wydzielanie adrenaliny.

Gdy ten gigantyczny zwierz leciał całym ciężarem na mnie, zamachnąłem się i trzepnąłem go tasakiem prosto w pysk. Niewiele to pomogło. Siła skoku Niedźwiedzicy rzuciła mnie na ścianę i padliśmy razem na podłogę w koszmarnym uścisku kudłów i pazurów. Wydaje mi się, że przez chwilę straciłem przytomność, prawie zgnieciony, ale w jakiś niepojęty sposób udało mi się zepchnąć ją z moich nóg i bioder i przewrócić na bok.

Najpierw pomyślałem, że nie żyje. Tasak utkwił w lewej stronie twarzy, wyrąbując głębokie, krwawe „v" w jej czole i uszkadzając lewe oko. To szybkość jej skoku była przyczyną największych szkód, ponieważ w żaden sposób j a nie mógłbym zadać tak silnego ciosu. Ukląkłem przy niej, dygocząc. W gardle czułem wszystkie wypite kawy.

Otworzyła prawe oko i spojrzała na mnie. Rzuciło mną nerwowo i podniosłem się. Chciałem być jak najdalej od tych pazurów i kłów. Uśmiechnęła się. To znaczy jakby z zadowoleniem wyszczerzyła zęby w kwaśnym uśmieszku.

– Mój pan będzie cię teraz szukał – zaszeptała. – Tak długo czekał na swoją śliczną Pannę Niedźwiedzią, i proszę, coś ty zrobił. Mój pan ciebie wytropi i upewni się, że zginiesz najpotworniejszą śmiercią, jaką kiedykolwiek wymyślono.

– Jane – odezwałem się, lecz mój głos zabrzmiał, jakby w moje usta ktoś nawciskał waty.

Nawet jeśli ta twarz przypominała Jane, to myśli tego potwora nie pamiętały Jane ani tego, co do mnie czuła. Niedźwiedzica leżała, dysząc i krwawiąc, ale wiedziałem, że jej nie zabiłem, że to tylko kwestia czasu, a znowu się na mnie rzuci.

Z telefonu dochodziło:

– Halo! Halo! John?

Podniosłem słuchawkę z podłogi.

– Jestem, George. Na razie nic mi się nie stało. Jest tu Panna Niedźwiedzia. To Jane. Panna Niedźwiedzia to Jane.

– Uciekaj stamtąd natychmiast. Póki jeszcze możesz.

– Zraniłem ją. Zdzieliłem ją tasakiem.

– Kujot nie pochwali cię za to. Słuchaj, bierz te swoje mapki i chodu!

– Chodu? Ostatnio słyszałem to u…

– John, histeryzujesz. Po prostu wynoś się i już!

Potykając się i zataczając, chwyciłem Atlas McNally'ego i portfel i przeszedłem do drzwi nad podrygującymi nogami Niedźwiedzicy. Obróciła ku mnie oko i patrzyła, jak wychodziłem, szepcząc:

– Kujot cię odnajdzie…

Wyszedłem drzwiami frontowymi i upewniłem się, że naszyjnik jest ciasno zamocowany na klamce. Skierowałem się ku windzie. Nogi miałem jak galareta. Dopiero gdy zatrzymałem taksówkę na ulicy i wjechaliśmy w sznur samochodów, poczułem pierwszą falę prawdziwych mdłości.

Kierowcą taksówki była kobieta. Dotknąłem jej ramienia.

– No? – zapytała.

– Przepraszam, ale chyba będę rzygał. Obróciła się i obrzuciła mnie spojrzeniem. Z jej dolnej wargi zwisał pet.

– Panie, do cholery, to nie samolot. Nie zapewniamy torebek.

– To co mi pani radzi? – zapytałem, pocąc się.

Jechała przez skrzyżowanie z prędkością czterdziestu mil na godzinę, a samochód podskakiwał i trząsł.

– Połykaj pan – oznajmiła i skończyła dyskusję.

Może Indianie są wewnętrznie zdyscyplinowani i ascetyczni, ale tego ranka George Tysiąc Mian nie potrafił ukryć swych emocji i pochwycił moją dłoń w swoje ręce, gdy wszedłem do jego pokoju w hotelu Mark Hopkins. Nie był także ascetą, bo inaczej nie sięgnąłby po butelkę whisky i nie napełniłby szklanek.

– To koszmar. Ta cała cholerna sprawa to jeden wielki koszmar – powiedziałem.

George miał na sobie czerwony szlafrok z satyny i kapcie wyszywane koralikami. Wyglądał jak gwiazda jakiegoś westernu finansowanego przez Liberace.

– Mówiąc, że to koszmar, popełniasz najgorszy błąd. Jeżeli tak będziesz myślał, to zamkniesz oczy na wszystko, co się zdarzy i będziesz chciał się obudzić. Ale to jest jawa, John, to się naprawdę dzieje.

– Więc w jaki piekielny sposób dziewczyna, którą znam, dziewczyna, którą kochałem, cholera, którą wciąż kocham, zamienia się w taką bestię?

Stary Indianin postawił szklankę na telewizorze. Przy wyłączonym dźwięku jakiś mistrz golfa bezgłośnie wychwalał zalety pasty wybielającej zęby.

– Ona była niedźwiedziem, George. Była cała kudłata, miała tylko twarz. I nawet mnie nie poznała. Niczego nie zdążyłem powiedzieć. Rzuciła się na mnie przez kuchnię jak lokomotywa, i gdybym dał jej szansę, zabiłaby mnie.

George Tysiąc Mian przysiadł na brzegu łóżka. Nie wyglądało na to, aby ktokolwiek w nim spał, ale słyszałem, że niektórzy wyszkoleni Indianie umieli spać na stojąco. Może to była tylko apokryficzna opowiastka, ale jakoś umiałem sobie wyobrazić

George'a Tysiąc Mian, jak stoi w rogu, ze skrzyżowanymi ramionami, i pochrapuje w miarę upływającej nocy.

– Musiało się to stać wówczas, gdy posłałeś ją po kołatkę. Zanim spotkaliśmy Jane na Siedemnastej Ulicy, Kujot musiał się do niej dobrać.

Pociągnąłem palący trunek.

– Dobrać? Nie rozumiem?

George Tysiąc Mian popatrzył na mnie wzrokiem starszego i doświadczonego człowieka. Pomyślałem sobie, że gdybym mógł wybierać ojca, wybrałbym właśnie jego. Był współczujący, rozumiejący, ale równocześnie cyniczny i mądry, i czuło się, że to, co mówi, jest czystą boską prawdą. Albo czystą prawdą Gitche Manitou.

– Kujot to najbardziej lubieżny ze wszystkich demonów. Prawdopodobnie ją zgwałcił. Istnieje stara pieśń Indian Navaho, która opowiada o tym, jak Kujot spotyka na górskiej przełęczy dziewczynę: „Pewnego dnia, przechodząc górską przełęczą, Kujot spotkał młodą kobietę. – Co masz w tobołku? – zapytała. – Rybie jajka – odparł Kujot. – Mogę trochę dostać? – zapytała dziewczyna. – Tylko wtedy, gdy zamkniesz oczy i podniesiesz sukienkę. – Zrobiła, jak kazał. – Wyżej – powiedział Kujot i podszedł do kobiety. – Stój spokojnie, abym mógł sięgnąć. – Nie mogę – powiedziała – coś mi pełznie między nogami. – Nie martw się – odrzekł Kujot – to skorpion, złapię go. Kobieta opuściła sukienkę i powiedziała: – Za wolny byłeś, ukąsił mnie".

Indianin recytował pieśń monotonnym, jednostajnym głosem. Kiedy skończył, spojrzał na mnie.

– Widzisz? Kujot jest sprytny i brutalny. Kiedy mówię, że dobrał się do niej, chodzi mi o to, że ją uwiódł.

Nie mogłem w to uwierzyć.

– To coś, to coś, co widzieliśmy zeszłej nocy, przespało się z Jane?

George Tysiąc Mian skinął głową.

– Bardzo możliwe. Według legendy, dopiero gdy Kujot wypełnił jej głowę najstraszliwszymi myślami, Niedźwiedzica obrosła w futro i wyrosły jej pazury. Przykro mi, John, ale jeżeli chcemy go zlikwidować, to musimy znać fakty.

– O, tak – czułem gorycz i ból. – Ze wszystkich kobiet czemu właśnie Jane? Gdybym nie był idiotą i nie wysyłał jej z tym kretyńskim zadaniem, może byłaby bezpieczna.

George Tysiąc Mian podszedł do okna i spojrzał przez firany hotelowe na centrum San Francisco.

– John – powiedział – wiem, że odbierasz to osobiście, ale musisz zrozumieć, że walczymy na śmierć i życie.

Starałem się uśmiechnąć.

– To zależy, czyje życie, nie?

Potrząsnął głową.

– Nie czyje życie, lecz ile istnień. Tam wszędzie są ludzie, John, tysiące ludzi, a Kujot jest w stanie zamienić to miasto w straszliwą jatkę. Jeżeli pozostanie na wolności, to te ulice będą jak jedna wielka rzeźnia, zanim zdasz sobie z tego sprawę. Kujot to wściekły zabójca, nie wybierający w ofiarach, John. To maniak nad maniakami. Aby go zniszczyć, trzeba go przechytrzyć i upewnić się w sposób absolutny, że nie znajdzie włosów Wielkiego Potwora.

– Ale te wszystkie widoczki są u mnie w mieszkaniu.

– Zamknąłeś drzwi za pomocą naszyjnika?

– Oczywiście.

– To Niedźwiedzica nie wydostanie się, a Kujot nie wejdzie. Taką przynajmniej mam nadzieję.

Wyjąłem papierosa i zapaliłem. Smakował jak wkładka z buta węgierskiego hutnika, ale potrzebowałem czegoś, żeby uspokoić nerwy.

– Co teraz zrobimy?

Potarł podbródek.

– Myślę, że powinniśmy dowiedzieć się, gdzie może być skalp Wielkiego Potwora – zaproponował. – Później możemy zmierzyć się z Panną Niedźwiedzią. Jest dzika, nie przeczę, ale wydaje mi się, że moje zaklęcia powinny ją powstrzymać. Potem możemy zacząć polowanie na grubego zwierza. Na samego Kujota.

– Mam nadzieję, że przeżyjemy ten dzień.

George Tysiąc Mian uśmiechnął się.

– Zanim do San Francisco przybyli Hiszpanie, żyli na tych terenach Indianie Costanoa. Mieli modlitwę, która zaczynała się od słów: „Gdy zapada zmrok, daj mi małą ciemność, niewielką"…

Położyłem mój atlas dla zmotoryzowanych na stole i wydobyłem pomiętą kalkę, na której rysowałem rano. Ułożyliśmy kalkę na mapie i George Tysiąc Mian przyglądał się jej pilnie jak sceptyczny specjalista od malarstwa. Kilka razy pociągnął nosem i jego wargi poruszyły się w bezgłośnym szepcie, gdy lokalizował miejscowości, wioski i góry. Po chwili przysiadł na poręczy kanapy i zmarszczył brwi w głębokim zamyśleniu.

– No i? – zapytałem. – Co to znaczy?

Spojrzał raz jeszcze na mapę. – Nie jestem pewien. To bardzo nietypowe ułożenie punktów widokowych. Nie przypomina piktografii Indian. Przyjrzyj się temu. Jest sporządzone z kilku symetrycznych łuków. A tak nigdy nie wyglądały mapy obszarów pustynnych sporządzane przez Navaho. Czas był zbyt cenny, a okolica zbyt niegościnna. Rysowało się obrazek, gdzie się dało, i nikt się nie martwił o symetrię.

– Czy to oznacza, że ta mapa nie jest autentyczna?

George Tysiąc Mian potrząsnął głową.

– Nie. Na pewno mamy dobry kierunek. Sam fakt, że jest tu jakiś wzór, dużo nam daje. Musimy odczytać go prawidłowo.

– Jak to zrobimy?

Przysunął kawałek kalki w pobliże okna.

– Cóż, mam uczucie, że to, co tu widzimy, nie jest zwyczajną mapą. Te obrazy Cabezon Peak i Mount Taylor miały znaczenie magiczne, ponieważ były domem Wielkiego Potwora, ale zastanawiam się, czy włosy Wielkiego Potwora są ukryte tam, czy może gdzieś indziej.

Przeszedł przez pokój i otworzył swoją brązową walizkę ze świńskiej skóry. Potem wrócił do stołu, trzymając niewielką szklaną fiolkę z czymś, co wyglądało jak czarny proch.

– Mam nadzieję, że nie bywasz zakłopotany rzeczami nadprzyrodzonymi? – spytał.

– A czemu?

– Cóż… jesteś białym. A biali od dawien dawna nie rozumieją prawdziwego znaczenia rzeczy nadprzyrodzonych.

Ja, który zaryzykowałem i uwierzyłem w teorię Jane o Kujocie i Wielkim Potworze, który jechałem nocą, aby dowieźć tego starego Indianina do San Francisco, poczułem się nieco urażony sugestią, że byłem jeszcze jednym białym bigotem. Ale powiedziałem tylko:

– Pewnego dnia Indianie przekonają się, że nie wszyscy biali są bezmyślnymi barbarzyńcami.

George Tysiąc Mian uniósł brew.

– Ci Indianie, którzy pozostaną przy życiu.

Przerwaliśmy tę wymianę zdań. Kujot był na wolności i nie było czasu na numer w stylu Wounded Knee. Ale wiedziałem, że pewnego dnia, jeżeli wyjdziemy z tego żywi, George Tysiąc Mian i ja będziemy musieli usiąść i bardzo poważnie porozmawiać. Straszliwa reinkarnacja Kujota uświadomiła mi po raz pierwszy w życiu, że Ameryka nie była naszą ziemią, nie była wcale ziemią białych. Hiszpanie zjawili się w San Francisco dopiero w 1775 roku, a do tego czasu, przez te wszystkie stulecia, indiańska wiara i indiańska magia ukształtowały ten ląd. W tych górach były demony i upiory, ale nie były one białe ani nie robiły sobie nic z bezużytecznej magii białego człowieka.

Patrzyłem, jak George otwiera fiolkę i wysypuje błękitnoszary proszek na moją kalkową mapę. Delikatnie dmuchnął na to i wyszeptał kilka słów. I przed moimi oczyma proszek przesunął się po kalce jak opiłki żelaza tworzące wzór nad magnesem. W kilka sekund utworzył układ łuków, które łączyły zaznaczone ołówkiem iksy, wpisane przeze mnie na podstawie obrazów.

Przyjrzał się wzorowi i uśmiechnął się. – No, no. Cuda nieskończone.

– Co to znaczył – zapytałem.

Wskazał na wzór małym palcem.

– To bardzo stary symbol. Gdy mówię „bardzo stary", to znaczy, że ma się on do obecnych narzeczy indiańskich tak, jak średniowieczny angielski ma się do współczesnego amerykańskiego. To trudno dokładnie oddać, ale mniej więcej oznacza „miejsce, które pewnego dnia ujrzycie z północnego wspornika tipi bestii".

Zamrugałem.

– Chyba nadal nie rozumiem.

George Tysiąc Mian przyjrzał się mi uważnie.

– Właściwie to jasne. Tipi bestii to dom na Pilarcitos Street numer tysiąc pięćset pięćdziesiąt jeden. Pamiętasz, jak wyliczyliśmy liczbę sześćset sześćdziesiąt sześć. Północny wspornik to najzwyczajniej widok z dachu domu w kierunku pomocnym. To, co stamtąd zobaczysz, będzie miejscem, w którym ukryto włosy Wielkiego Potwora.

– No to, na litość Chrystusa, chodźmy tam! Na co czekamy?

– Daj mi trzy minuty na kąpiel i przebranie się – zażądał Indianin. – W tym czasie może zadzwonisz do doktora Jarvisa i powiesz mu, gdzie idziemy. Jeżeli jest wolny, to prawdopodobnie zechce pójść z nami.

Stary Indianin wszedł do łazienki i napełnił wannę, a ja usiadłem na krawędzi łóżka i podniosłem słuchawkę. Wykręciłem numer Elmwood Foundation i poprosiłem doktora Jarvisa.

– Przykro mi, proszę pana – powiedziała telefonistka. – Ale doktora Jarvisa w tej chwili nie ma.

– Czy mogę się z nim jakoś skontaktować?

– Chyba nie. Wyjechał stąd około dwudziestu minut temu w towarzystwie młodej kobiety.

Westchnąłem.

– Cóż. Czy mogę zostawić wiadomość? Proszę mu powiedzieć, że dzwonił John Hyatt.

– Ach to pan, panie Hyatt. Panu mogę powiedzieć, z kim pojechał. Był z pana znajomą.

– Znajomą? Moją?

– Z ładną dziewczyną z długimi włosami. Panią Torresino.

Przez chwilę nie wiedziałem, co mam powiedzieć.

Miałem zupełnie suche usta i znowu mnie mdliło, jak po przejedzeniu się japońskimi koktajlowymi krakersami z wodorostów. Zakryłem słuchawkę dłonią i wrzasnąłem:

– George!!!

Szaman pojawił się w drzwiach łazienki owinięty ręcznikem.

– Właśnie dzwoniłem do szpitala. Powiedzieli mi, że Jim wyjechał dwadzieścia minut temu z Jane.

– Co takiego?

– Wyjechał dwadzieścia minut temu!

Zaczął się szybko wycierać.

– Jeżeli tak, to musimy się naprawdę spieszyć. Jeśli Jane wydostała się z twojego mieszkania, to Kujot zapewne wie, gdzie szukać włosów Wielkiego Potwora. W mieszkaniu były wszystkie obrazy.

Podziękowałem mojej rozmówczyni i odłożyłem słuchawkę.

– Co się stało? Myślałem, że naszyjnik miał ją uziemić – zwróciłem się do Indianina.

George Tysiąc Mian wciągnął duże bokserskie szorty w kwiaty i usiadł na łóżku, aby nałożyć świeżo wyprasowane lniane spodnie.

– Naszyjnik niczego nie gwarantował. Mogła go jakoś zrzucić, a może zdjęła go sprzątaczka. Jest też taka możliwość, że pojawił się Kujot i spowodował, iż ktoś go zdjął.

– George, przecież ona jest niedźwiedziem. Jakim cudem może chodzić ulicami?

Zawiązał buty i sięgnął po elegancką niebieską marynarkę.

– Jest i nie jest niedźwiedzicą. Kudły, kły i pazury są fizycznymi objawami zła, które wprowadził w jej myśli Kujot. Ale nie muszą być cały czas widoczne. Panna Niedźwiedzia jest czymś podobnym do Jekylla i Hyde'a. Zmienia się zależnie od okoliczności.

– To znaczy, że w tej chwili prawdopodobnie wygląda normalnie, ale w każdym momencie może zamienić się z powrotem w niedźwiedzia?

Skinął głową.

Wypuściłem powietrze z płuc i otoczyłem George'a Tysiąc Mian ramieniem, mówiąc cicho:

– Dlaczego o tym nie pomyśleliśmy, George? Zastanówmy się, gdzie oni mogli pojechać? Może porucznik Stroud będzie wiedział.

– Słyszałeś wiadomości – odpowiedział George Tysiąc Mian. – Policja szuka wybryku natury, a nie indiańskiego demona. W tej chwili Kujot ukrył się gdzieś, czeka na zapadnięcie nocy i śmieje się w kułak z nas wszystkich. A szczególnie z porucznika Strouda.

– Czy myślisz, że Kujot poszedł na Pilarcitos tysiąc pięćset pięćdziesiąt jeden?

– Możliwe. A jeżeli istotnie odgadł, gdzie są włosy Wielkiego Potwora, to na pewno znajduje się w tym domu.

Przez dłuższą chwilę siedzieliśmy, spoglądając na siebie. Obaj odczuwaliśmy strach i wielkie brzemię wydarzeń. Nie musieliśmy się w to mieszać. Mogliśmy odlecieć najbliższym samolotem do Honolulu, a to wszystko zostawić porucznikowi Stroudowi i brygadzie antyterrorystycznej. Ale jakoś obaj czuliśmy, że teraz, gdy Kujot wprowadził do naszego życia zło, mieliśmy tylko jedną drogę. I nie była to droga na Hawaje.

– George – powiedziałem cicho. – Czy jest jakiś sposób na zlikwidowanie Kujota? Może ma jakieś czułe miejsce, w które moglibyśmy uderzyć?

Stary Indianin patrzył w dywan.

– Myślałem, że naszyjnik poskutkuje, ale najwyraźniej nic z tego.

Kujot mógł nabrać nowych mocy podczas hibernacji. Jedyną jego słabością, w każdym razie tak twierdzi legenda, jest uczucie do Panny Niedźwiedziej, ale niezupełnie można nazwać to czułym miejscem, ponieważ Panna Niedźwiedzia zawsze była mu oddana.

– A włosy Wielkiego Potwora?

– To największe niebezpieczeństwo. Gdy tylko je odnajdzie, dadzą mu tyle sił, ile zapragnie, i jeszcze zyska nieśmiertelność. Jeśli to się stanie, nie zdołamy zrobić niczego.

– A jeżeli my je odnajdziemy pierwsi? Indianin wzruszył ramionami. – Jeśli nawet… To na nic nam się nie przydadzą.

– Nie możemy sami ich nałożyć? Nie dałyby nam mocy?

George Tysiąc Mian popatrzył na mnie jak na kogoś, kto stracił rozum.

– Jeżeli śmiertelny człowiek ośmieli się przywdziać skalp olbrzyma lub demona, wówczas zginie od tego, co ujrzy. Innymi słowy: sam stanie się demonem i będzie nim tak długo, jak długo jego umysł będzie mógł to znieść, ale ludzki umysł długo tego nie wytrzyma. Tak mówią Indianie Hualapai, a przynajmniej tak mawiali.

Sięgnąłem po następnego papierosa.

– W porządku. Lepiej jedźmy na Pilarcitos i róbmy cokolwiek, byleby tylko nie trwać w bezczynności.

VI

Znad oceanu przydryfowały chmury i gdy dotarliśmy do Mission Street dzień, który rozpoczął się słońcem, stał się parny i smętny. Taksówka wysadziła nas obok domu oznaczonego numerem 1551. Z uczuciem głębokiej obawy stanęliśmy na pochyłym chodniku i raz jeszcze spoglądaliśmy na ten zamarły i zapuszczony budynek, od którego nie mogliśmy się uwolnić. George Tysiąc Mian powiedział:

– Cokolwiek się teraz stanie, chcę, abyś ufał mojej wiedzy i mojej rozwadze, jakiekolwiek by były, i abyś robił to, co ci każę. Może to zaważyć na naszym życiu lub śmierci.

Zaśmiałem się nerwowo.

– Potrafisz tak ująć sprawę, że krzepisz najbardziej znużone serca.

Zdawał się poirytowany.

– Po prostu rób, co ci powiem, dobrze?

– Dobrze, szefie.

Popchnęliśmy jękliwą bramę i weszliśmy po schodkach na werandę. Kawałki kołatki zniknęły, chociaż na starej szarej farbie ciągle widniał po niej znak i bąble od mrozu, który wywołał George Tysiąc Mian, aby ją strzaskać. I jeszcze coś. Zniknął napis: „Wróć".

Nacisnąłem drzwi, ale wydały mi się zaryglowane.

– Może zamknęła je policja – powiedziałem. – Może była tu brygada antyterrorystyczna.

Zszedłem z werandy i zadarłem głowę, żeby spojrzeć na dom. Wyglądał ponuro na tle zbierających się chmur. Coś wisiało w powietrzu, coś, co lada chwila może się zdarzyć. Nie mogłem powstrzymać dreszczy.

Przez sekundę zdawało mi się, że jakiś blady cień mignął w jednym z okien na piętrze. Tylko przez chwilę, lecz złapałem George'a Tysiąc Mian za ramię.

– Widziałem coś. Są w środku, przysięgam.

Stary Indianin obrócił się. Nisko na niebie leciał z grzmotem samolot w kierunku lotniska międzynarodowego w San Francisco.

– To tylko odbicie samolotu. Nie denerwuj się tak.

– George, tam w tym domu coś jest!

Popatrzył na mnie. Różniliśmy się wiekiem – był ode mnie czterdzieści lat starszy – dzieliły nas także różnice kultur. Domyślałem się, że ta odrębność jest jak przepaść. Ale między nami było coś jeszcze – zaufanie – i za to byłem mu wdzięczny.

Znowu podeszliśmy do tych drzwi i George Tysiąc Mian dotknął zamka. Zamruczał coś szybko pod nosem, trzykrotnie poruszył lewą dłonią i drzwi otworzyły się z cichym łoskotem. Wewnątrz trwała ta sama odpychająca ciemność pełna kurzu, poczułem w nozdrzach ten zatęchły zapach, który do końca moich dni będzie mi przypominał Pilarcitos tysiąc pięćset pięćdziesiąt jeden. Indianin powiedział:

– Chodź. – Weszliśmy.

Najpierw sprawdziliśmy pokoje na parterze. Bibliotekę Seymoura Wallisa, jadalnię, opuszczoną kuchnię. W mrocznej bawialni z zamkniętymi okiennicami oglądaliśmy okryte prześcieradłami meble, zegar z pozłacanego brązu, nakryty szklanym kloszem, i obrazy olejne przedstawiające groteskowe polowania w koszmarnych plenerach, tak ciemne, że trudno byłoby uchwycić ich treść. W domu panowała taka cisza, że wstrzymywaliśmy oddech i stąpaliśmy niemal bezgłośnie.

Gdy ponownie znaleźliśmy się w hallu, George Tysiąc Mian zatrzymał się i nasłuchiwał. Zmarszczył czoło.

– Czy nie słyszysz niczego? Absolutnie niczego?

Stanąłem nieruchomo i wytężyłem słuch.

– Chyba nie.

– Czuję czyjś wzrok – powiedział. – Ktokolwiek to jest, cokolwiek to jest, wie, że tu jesteśmy.

Trwaliśmy jeszcze kilka chwil, oglądając brudną tapetę, na której dokładnie odznaczały się miejsca po obrazach Mount Taylor i Cabezon Peak, ale dom był tak cichy, że zacząłem myśleć, iż coś nam się musiało przywidzieć. Może rzeczywiście nikogo tu nie ma, a ja jedynie zauważyłem cień muskający szybę. Kichnąłem raz i drugi od kurzu i wytarłem nos.

Gdy chowałem chustkę, spojrzałem w górę schodów i poczułem, jak oblewa mnie zimno. Z najwyższego schodka obserwowała mnie niewielka twarz. Twarz zła, włochata, z czerwonymi błyskami w oczach i wyszczerzonymi zębami we wściekłym wilczym uśmiechu. Nie byłem w stanie się ruszyć, odezwać, nawet szturchnąć George'a w ramię, żeby go ostrzec.

Kołatka. Żywa kołatka. Znowu w całości, jeszcze wstrętniejsza i straszniejsza niż poprzednio.

George Tysiąc Mian nagle spostrzegł, że gapię się w górę schodów i też zwrócił tam wzrok. Ale zanim zdążył cokolwiek zrobić, zabrzmiał głośny trzask i kołatka rozpadła się. Kawałki matowego brązu stoczyły się po schodach, podskakując i łomocząc.

Roztrzaskana kołatka leżała na podłodze hallu. Szaman popatrzył na nią. Jego twarz stała się poważna.

– To ostrzeżenie Kujota. Tylko przypomina mi, że cokolwiek zrobię, on jest w mocy to odwrócić i powtórzyć.

– Czy po tym przedstawieniu pójdziemy na górę? – zapytałem, czując suchość w ustach.

Pociągnął nosem.

– Nie widzę innego wyjścia. Czy czujesz jakiś zapach?

Mówiąc szczerze nie czułem, ale zapytałem:

– Psów?

– Tak mi się wydaje. Na razie jest słaby, ale przypuszczam, że dochodzi z piętra.

Indianin postawił nogę na pierwszym schodku, lecz przytrzymałem go za ramię i spojrzałem prosto w oczy.

– George, muszę ci to powiedzieć: sram ze strachu.

Milczał chwilę, potem skinął głową.

– Ja też – przyznał się.

Powoli, cicho wdrapaliśmy się na półpiętro. Przed sobą mieliśmy pokój, gdzie głowa Bryana Cordera została obdarta ze skóry i mięśni. W murze na półpiętrze widniało okno, ale było tak brudne i zaplamione, a niebo na zewnątrz tak pochmurne, że przebijało się przez nie tylko bardzo nikłe światło. Kujot był przecież miłośnikiem ciemności.

Spojrzeliśmy na siebie.

– Sprawdzamy pokoje? – zapytałem.

– Lepiej tak.

Podeszliśmy do pierwszej sypialni, po chwili wahania gwałtownie otworzyliśmy drzwi. Był to cichy, przygnębiający pokój, w którym stało mosiężne łoże i masywna orzechowa szafa, tak zrobiona, że sprawiała wrażenie fornirowanej dziwacznymi, wściekłymi obliczami. Zobaczyłem swoje odbicie w lustrze toaletki i nagle uświadomiłem sobie, że jestem blady i zmaltretowany. Dwa dni wstrząsów i napięć sprawiły, że nie grzeszyłem urodą.

– Niczego tu nie ma – wyszeptał George. – Chyba że ktoś siedzi pod łóżkiem.

– Sprawdzisz?

Wykrzywił twarz.

– A ty?

– Bynajmniej. Zróbmy to we dwóch.

Na czworakach podnieśliśmy narzutę i popatrzyliśmy w ciemności pod łóżkiem. Nie było tam niczego prócz kurzu.

– Dobra – powiedział. – Zobaczmy w pozostałych pokojach.

Otwieraliśmy drzwi, jedne po drugich, i nerwowo zaglądaliśmy do pokoi. Sypialnie stały martwe, zimne, nie używane. Smutne i zniszczone, przypominały ludzi, którzy kiedyś tu mieszkali. Czy byli szczęśliwi? Najprawdopodobniej nie, gdyż w ścianach, w załomkach murów i kominów był obecny Kujot, a świszczący oddech demona gwizdał o północy pod każdymi drzwiami. Ten dom nie mógł być szczęśliwy i ten brak szczęścia wyzierał spomiędzy nielicznych sprzętów i z obrazów, które miały rozweselać wnętrza. Na jednej ścianie wisiał obraz z mimozą. Na innej rysunek dzieci tańczących podczas majowych zabaw. To dziwne, ale te obrazy jedynie potęgowały mrożącą i straszną atmosferę, sączącą się z każdej ściany, terror, który zapewne każdą noc pod tym dachem zamieniał w istny karnawał koszmarów.

– Myślę, że trzeba spróbować wyżej – powiedział Indianin. – Jest jeszcze jedno piętro i strych.

Wziąłem głęboki oddech.

– Dobrze, jeżeli nalegasz. Ale gdy dojdziemy do strychu, to będziemy rzucać monetą o to, kto wejdzie tam pierwszy.

Znowu znaleźliśmy się na półpiętrze, gotowi wejść wyżej, gdy nagle usłyszeliśmy głosy. Dobiegały z parteru, z hallu. Głosy kobiety i mężczyzny. Zamarłem na moment, po czym nachyliłem się nad poręczą i ujrzałem Jima i Jane stojących w przedpokoju. Jim mówił:

– Chyba już tu byli. Drzwi stały otworem.

– Może i byli – powiedziała Jane – ale to nie szkodzi. Najważniejsze, że ty jesteś.

Obróciłem się do Indianina i syknąłem: – To ona. Przyprowadziła tu doktora Jarvisa.

Pociągnął mnie lekko i weszliśmy do jednej z sypialni. Zamknął drzwi i obdarzył mnie długim, zdecydowanym spojrzeniem.

– To może znaczyć tylko jedno. Kujot jest tu, w tym domu. Prawdopodobnie przyprowadziła Jima jako ofiarę. Podarunek ślubny od Panny Niedźwiedziej dla Kujota. Soczysty kąsek dla demona, który był nieżywy przez stulecia.

Przycisnąłem ucho do drzwi. Słyszałem, jak Jane i Jim wchodzą schodami i rozmawiają ściszonymi głosami. Zaszeptałem:

– Co możemy zrobić?

George Tysiąc Mian położył palec na wargach i odrzekł:

– Czekać.

Jane i Jim dotarli na półpiętro i przeszli do następnych schodów. Jim właśnie mówił:

– Jesteś przekonana, że John powiedział, żeby się z nim tutaj spotkać? Wydaje mi się to dziwne.

– Ależ oczywiście – odparła Jane. – Przecież ta cała sprawa jest dziwna, prawda?

Gdy mijali nasze drzwi, George Tysiąc Mian otworzył je i wyszedł na galerię. Wysunąłem się za nim, czując, jak mi serce łomocze. Strach dławił mnie w gardle.

– John! Tu jesteś! – Jim wyszczerzył zęby. – Co tu się dzieje? Bawimy się w chowanego? George Tysiąc Mian szczeknął: – Stój!

– Co?

– Stój! Nie ruszaj się z miejsca! Ta kobieta jest niebezpieczna!

Jane popatrzyła na mnie i na Indianina, jakby zupełnie nie rozumiała, o czym mówimy.

– Jane?! – zawołałem, ale widziałem, że jej twarz była nienaturalnie blada, a jej oczy były puste jak dwa blade małże podane na muszli. Nie było śladu cięcia na czole, lecz po tym wszystkim, co widziałem w ciągu ostatnich dwóch dni, wierzyłem, że Kujot potrafi także naprawić i zaleczyć, jeśli tylko zechce.

– John… – odezwała się Jane pijanym głosem. – Jak miło cię widzieć…

George Tysiąc Mian syknął w moją stronę:

– Nie odpowiadaj. Nie rozmawiaj. Ona nie jest człowiekiem i cokolwiek powiesz, może jej posłużyć do zniszczenia ciebie.

Jim zmarszczył brwi.

– Nie jest człowiekiem? Co, do cholery, pan…

– Zamknij się! – wrzasnął szaman. Potem ciszej dodał:

– Proszę nic nie mówić. Muszę pomyśleć.

Jane została na swoim miejscu w mrocznym korytarzu, wyprostowana, ale spięta, a gdy na nią patrzyłem, zdawało mi się, że jej twarz ledwo uchwytnie zmienia się, jest jakby płynna niczym blada twarz topielicy widziana przez bieżącą wodę. Wiedziałem, że to nie jest Jane, a w każdym razie nie jest to ta Jane, którą znam. Lecz była do niej tak podobna, że mogłem darzyć ją tylko sympatią, nie czułem niechęci. Niemal podszedłem do niej, ale szybszy był George Tysiąc Mian. Przytrzymał mnie za rękaw.

– Wiem, co czujesz – powiedział łagodnie. – Bądź cierpliwy.

Nagle Jane zaśmiała się, jednocześnie warcząc. Był to dźwięk tak przerażający, że Jim uskoczył do tyłu, mimo iż George ostrzegł go wcześniej. Na naszych oczach Jane topniała i przemieniała się jak fotografie nakładane jedna na drugą, warstwa po warstwie, aż ujrzałem, jak ciemne futro pokrywa jej dłonie, a paznokcie stają się zakrzywionymi pazurami.

– O Boże! – krzyknął Jim.

Ale George Tysiąc Mian panował nad tym pomniejszym demonem. Uniósł jeden ze swych amuletów i Panna Niedźwiedzia, warcząc i pomrukując, cofnęła się pod ścianę galerii, jej oczy były puste i poczerwieniałe.

– Rozkazuję ci być mi posłuszną – powiedział. – Panno Niedźwiedzia z południowego zachodu, siostro tych, którzy cię kochali. Byłaś stała w uczuciach, póki Kujot cię nie uwiódł, teraz ja rozkazuję ci być mi posłuszną.

Niedźwiedzica stanęła na tylnych kudłatych łapach i zaryczała, a jej oczy płonęły jak u samego diabła. Wyciągnięta na całą wysokość prawie sięgała sufitu i daleki byłem od pewności, że George Tysiąc Mian potrafi ją okiełznać. Szaman wzniósł obie dłonie i krzyknął:

– Twoje myśli i twoja wola należą do mnie. Rozkazuję ci być mi posłuszną!

Jim potrząsnął ze strachu głową.

– Nie wierzę – wyszeptał. – Ta dziewczyna była ze mną w moim mieszkaniu. Całowałem ją. Napiliśmy się.

Na chwilę moce Indianina osłabły. Wyczułem jego zachwianie i wymykającą się władzę. Zapewne nasze zdenerwowanie i brak ufności nie pomagały mu, a gigantyczny wysiłek potrzebny do zapanowania nad takim potworem jak Panna Niedźwiedzia, musiał go wyczerpywać.

– Nic nie mówcie – syknął. – Nie mówcie, nie mówcie.

– Ale ja nie mogę w to uwierzyć – powiedział Jim głuchym, wystraszonym głosem.

I stało się. Moc szamana prysnęła. Czułem wręcz, jak rozpryskuje się niby zapora rzeczna pod naciskiem potopu. Z ogłuszającym rykiem Panna Niedźwiedzia rzuciła się swym masywnym cielskiem na Jima i jej szczęki zacisnęły się na jego szyi z chrzęstem, którego wspomnienie jeszcze dzisiaj powoduje, że oblewam się zimnym potem. Jim zawył, a wtedy ona, jednym ruchem potężnego łba, wydarła z jego szyi i torsu wielki płat skóry jak skrwawioną szmatę. Upadł na ziemię, drgając, a Panna Niedźwiedzia obróciła się do George'a i do mnie, patrząc na nas płonącymi ślepiami.

– Stój! – krzyknął Indianin, znowu podnosząc ramiona. – Na moc wielkiego ducha, na moce lasów i puszczy, stój!

Niedźwiedzica zawarczała i rzuciła łbem. Potem warknęła ciszej i odeszła, opadając na cztery łapy. Szaman postąpił naprzód, trzymając przed sobą amulet.

– Rozkazuję ci być mi posłuszną noc i dzień, i zaklinam cię zaklęciem, od którego nie ma odwrotu, zaklęciem tych, którzy żyli w Sanostee. Rozkazuję ci być mi posłuszną, póki słońce dwakroć nie zajdzie, nie zwrócisz się przeciw mnie. Tak rozkazuję ci w imieniu Navaho z przeszłości i Hualapai z czasów zamierzchłych. A teraz ucisz się i zaśnij.

Niedźwiedzica warknęła jeszcze raz, później jakby przyklękła. Po kilku chwilach czerwone oczy zamknęły się i zasnęła. Spojrzałem na Indianina z podziwem i wtedy ujrzałem, ile kosztowało go to zaklęcie. Cały drżał, a jego twarz lśniła od potu.

Ukląkłem przy Jimie. Miał otwarte oczy i zesztywniał, ale żył jeszcze.

– Jim – powiedziałem łagodnie – jak ci?

Zaszeptał:

– Chyba mam złamany kark. Zabierz mnie do Elmwood i chyba wszystko będzie w porządku.

– W tej sypialni jest telefon – wskazał Indianin. – Tylko szybko, ponieważ Kujot jest na górze…

Podczas gdy George Tysiąc Mian czekał niecierpliwie i z niepokojem na galerii, wykręciłem numer Elmwood i rozmawiałem z doktor Weston. Powiedziałem jej, że Jim Jarvis miał wypadek i poprosiłem, aby natychmiast wysłała ambulans na Pilarcitos.

– To nie ma nic wspólnego z tym, co wydarzyło się zeszłej nocy? – zapytała. Widziałem, że szaman wzywa mnie gestem.

– Wyjaśnię później. Muszę już iść. Ale bardzo proszę, aby karetka była tutaj możliwie jak najszybciej.

– Pospiesz się! – ponaglał mnie George Tysiąc Mian. – Nie mamy chwili do stracenia!

– Muszę kończyć. Tu świat szaleje – i rzuciłem słuchawkę. Potem poszedłem za Indianinem wzdłuż galerii. – Co chcesz, bym zrobił?

– Tylko trzymaj się w pobliżu. I cokolwiek będzie się działo, nie panikuj. Jeżeli Kujot wciąż jest tam na górze, to napędzi ci takiego stracha, że zgłupiejesz. Ale mimo to trzymaj się. Jeśli przezwyciężysz lęk, przeżyjesz.

Po raz ostatni spojrzałem na rozciągniętego na dywanie i krwawiącego Jima, na ciemną, kudłatą Pannę Niedźwiedzią i poszedłem w ślad za Indianinem do drugich schodów. Były jeszcze mroczniejsze i bardziej odpychające niż pierwsze. Chodnik na nich był wytarty i popruty. Z góry ciągnęło duszne powietrze. Czułem ten zapach. Cuchnęło psem.

George Tysiąc Mian szedł powoli do góry, zatrzymując się co chwila i nasłuchując. Tam, na trzecim piętrze, panował taki mrok, że z trudem widzieliśmy, gdzie idziemy t mogłem się jedynie posuwać wzdłuż podgniłej poręczy z jednej strony i wilgotnej tapety z drugiej. Psi zapach gęstniał, gdy wchodziliśmy wyżej i wyżej, a na drugim półpiętrze aż mdlił.

– O tak, Kujot tu jest – zaszeptał Indianin. – Pewnie skrył się na strychu, czekając nocy. Ale jest tutaj.

Przeszliśmy galerią, patrząc na sufit w poszukiwaniu wejścia na strych. George Tysiąc Mian powiedział niegłośno:

– Wie, że tu jesteśmy. Słyszysz, jak cicho siedzi? Czeka, żeby zobaczyć, co zrobimy teraz.

Czułem się wyraźnie źle i bałem się strasznie.

– Gdyby to ode mnie zależało, to zwiewałbym stąd, gdzie pieprz rośnie. Ciii! Słuchaj!

Znieruchomiałem i wytężyłem słuch. Początkowo nie słyszałem niczego, ale po chwili dobiegł mnie wyraźny odgłos drapania. Wydawało się wszędzie, ale George Tysiąc Mian uniósł palec i wskazał na sufit.

– Co robimy teraz? – zapytałem ochryple.

Indianin przywołał mnie. Podeszliśmy jeszcze kilka kroków w głąb mrocznego korytarza, aż stanęliśmy pod klapą na strych, bejcowaną na dąb. Wzdłuż ściany zwisał postrzępiony sznurek. Uświadomiłem sobie, że za jego pociągnięciem otwierała się klapa i spuszcza trap.

– No tak – mruknął cicho stary Indianin. – Mamy demona w norze.

Chrząknąłem i z obawą popatrzyłem na klapę. Drapanie trwało: niegłośne, powtarzające się, napawające lękiem niczym beznadziejne drapanie paznokciem w wieko trumny przez kogoś, kto został żywcem zakopany.

– George, ja wcale nie chcę tam wejść.

Zmarszczył czoło, patrząc na mnie.

– Musimy. Czy nie rozumiesz, kto to jest? To Kujot! Moby Dick szamanów! Mógłbym mieć jego skalp na poręczy mojego balkonu, obok skórek i butów śniegowych! Skalp Kujota – Pierwszego, Który Użył Słów dla Siły!

– George – powiedziałem zaniepokojony – ja nie poluję na skalpy. Dałem się w to wciągnąć, ponieważ zginą niewinni ludzie, jeżeli my czegoś nie zrobimy.

– Nie jesteś świętym i wcale nie musisz udawać, że nim jesteś – sarknął, a w jego głosie zabrzmiało coś więcej niż jedna złośliwa nuta.

– Nie jestem – odpowiedziałem – ale też nie szukam łupów. – Wiedzieliśmy, co się dzieje. Na ostatniej wielkiej naradzie szamanów w Tawaoc, w rezerwacie górskim Ute, wielu twierdziło, że widzieli znaki i odczuli ostrzeżenia. Obserwowano szare ptaki i słyszano stare głosy na Górze Tajemnic, głosy, które milczały od czasu, gdy na wieczny spoczynek ułożono Czerwoną Chmurę. A kujoty i psy były tak niespokojne, jakby zbierało się na burzę.

– Wiedzieliście, że Kujot nadchodzi? Dlaczego nikt o tym nie wspomniał?

– Nie wiedzieliśmy. Domyślaliśmy się. Lecz na mnie spłynie wieczna chwała, gdy zwyciężę Kujota. Stanę się największym cudotwórcą, największym wśród wielkich z przeszłości i przyszłości. I zrobię coś, o czym marzyłem od lat. Zjednoczę wszystkich szamanów w jedną silną i mocarną radę, przywrócę magii indiańskiej niegdysiejszą chwałę, którą cieszyła się w zamierzchłych czasach, gdy trawy były wolne, a plemiona rosły w dostojeństwo i siłę. Znaki mówiły, że Kujot nadejdzie w Miesiącu, Gdy Gęsi Tracą Pióra, i nadszedł.

Patrzyłem na twarz George'a w bladym świetle korytarza i zrozumiałem, o co mu chodziło. W tych czasach szaman nie miał okazji do udowodnienia swoich talentów, do czynów godnych magii, którą posiadł. Czyż mogła być użyteczna umiejętność mesmeryzowania bawołów w krainie, gdzie zwierzęta te żyły tylko w zoo? Jak wykorzystać sztukę nadawania nadzwyczajnie prostego lotu dzidom w społeczeństwie, które używało broni palnej i gazu łzawiącego? Dlatego George Tysiąc Mian delektował się wyzwaniem Kujota, bez względu na to, jak wstrętny i straszny był ten demon. Kujot był przeciwnikiem godnym nie wykorzystanych talentów George'a.

– Dobra – powiedziałem. – Zabierajmy się do tego.

Wyciągnął swą starczą, zrogowaciałą dłoń i ścisnął moje ramię.

– Jeżeli wielki duch zechce nas zabrać, przyjacielu, to pamiętajmy jedynie dobre słowa, nie te gorzkie.

– W porządku, masz to u mnie.

Pociągnąłem za sznurek, który zwisał z klapy. Wydawało się, że uwiązł gdzieś, ale pociągnąłem mocniej i klapa otworzyła się ciężko wydając przy tym zardzewiały jęk. Pierwsze szczeble drabiny opadły niechętnie. Z ciemnego otworu, ziejącego nad nami, spłynął gorący zaduch i dochodziły niespokojne drapania i szmery, jakby coś oczekiwało nas niecierpliwie.

– Pozwól, że pójdę pierwszy – nalegał. – Potrafię powstrzymać najgorsze.

– Nie chciałbym, abyś sobie pomyślał, że sam się zgłosiłem.

Szaman ujął drabinkę, która zahuśtała, zatrzeszczała i wreszcie opadła na podłogę korytarza. Potem, szczebel po szczeblu, wchodził powoli na górę, od czasu do czasu zatrzymując się, aby nasłuchiwać i obserwować. Jego głowa i ramiona niknęły w mroku.

– Na litość Chrystusa, nie wykręć mi numeru w stylu Bryan Corder – wymamrotałem.

– Jest tu. Jest na tym strychu. Czy widzisz na dole kontakt? Wyczuwam go. Poznaję jego zapach. Poświeć mi!

Rozejrzałem się wokoło i zauważyłem stary bakelitowy pstryczek na przeciwległej ścianie. Pociągnąłem w dół i marna zakurzona żarówka, podwieszona pod krokwiami, zapłonęła na strychu.

Nagle George Tysiąc Mian wrzasnął i spadł z drabiny. Jego stare ciało dziwacznie uderzyło o podłogę. Przez sekundę myślałem, że nie żyje, ale ryknął:

– Zamknij drzwi! Zamknij drzwi! Zamknij drzwi, zanim będzie za późno!

Chwyciłem dół drabinki i usiłowałem wepchnąć ją na górę, ale zaklinowała się jedną stroną w otworze w suficie. Wdrapałem się po kilku szczebelkach i całą siłą szarpnąłem, aby ją uwolnić.

I wtedy ujrzałem Kujota. Niewiele widziałem. Był w drugim końcu strychu, gdzie światło prawie nie docierało, a całe pomieszczenie wypełniały tysiące, tysiące chorych szarych ptaszysk, pełzających, bijących skrzydłami i drapiących pazurami deski podłogi. Było prawie niemożliwe doszukać się jakiegokolwiek kształtu czy formy, ale przez trzepoczące się chmary ptaków, przez Szary Smutek, dostrzegłem coś ciemnego i wielkiego, z demonicznymi oczyma, które jarzyły się w szczeciniastej twarzy. Mogłem poczuć straszliwą obecność bestii, bardziej złowrogiej i okrutnej niż wszystko, co byłem w stanie sobie wyobrazić. Na podłodze strychu w pobliżu otworu stała statuetka Panny Niedźwiedziej, tyle że nie była to już statuetka, ale malutka, żywa kopia gigantycznej Panny Niedźwiedziej, która spała piętro niżej. Statuetka obróciła się i wyszczerzyła na mnie zęby, potem pobiegła z powrotem, smyrgając jak szczur w kierunku cienia, pod opiekę swego władcy, demona Kujota.

Zrozumiałem, dlaczego George Tysiąc Mian krzyknął. Kujot z ślepiami płonącymi nienawiścią prostował swe cielsko w mrocznych zakątkach strychu i w ułamku sekundy, gdy stałem przy klapie, zobaczyłem coś, co wytaczało się z jego boków, coś tłustego i bladego i wijącego się jak miliony glist.

Zszedłem z tej drabinki chyba pięćdziesiąt razy szybciej, niż wszedłem. Byłem tak napompowany adrenaliną, że pochwyciłem dolny szczebel i jednym potężnym rwaniem zatrzasnąłem klapę. Potem podniosłem George'a z podłogi i prawie wlokłem go z powrotem przez korytarz.

Na górnym schodku szaman wysapał:

– Poczekaj, nie spiesz się, on jeszcze za nami nie pójdzie.

– Czekać? Wynoszę się z tego przeklętego miejsca tak szybko, jak się tylko da! Widziałeś go? Widziałeś?

George Tysiąc Mian oparł się mojemu szarpaniu.

– John – powiedział – John, nie zapominaj o włosach. Nie wolno ci zapomnieć o włosach Wielkiego Potwora.

– I co z tego?

– John, to jedyny sposób, aby go pokonać. Jeżeli uda się nam pierwszym znaleźć te włosy, to przynajmniej będziemy mieli jakąś szansę!

Puściłem jego marynarkę i oparłem się plecami o ścianę. Z góry, ze strychu, przez cienki strop dochodziły dźwięki, o których lepiej było nie myśleć. Ślizgające, niegłośne, drapiące, szurające dźwięki.

– George, proszę, wynośmy się. Zniosę niedźwiedzioludy, ale tego czegoś nie zniosę.

– Poczekaj. Pamiętaj o znaczeniu symbolu. Trzeba patrzeć z północnego słupa tipi bestii. Tam ukryte są włosy Wielkiego Potwora.

Podniosłem ręce w geście poddania.

– Dobra. Gdzie jest północ?

Pogrzebał w kieszeni i wyciągnął niewielkie okrągłe puzderko.

– Jeszcze jedna magiczna sztuczka? – zapytałem.

Otworzył puzderko.

– Powiedzmy. To kompas.

Zlokalizowanie północy zajęło nam kilka chwil, ponieważ za każdym razem, gdy Kujot poruszył się na strychu, nad nami, igła drgała i chwiała się. Wreszcie namierzyliśmy położenie i George Tysiąc Mian wskazał na jedno z brudnych okien na samym końcu korytarzyka.

– O, tam – oznajmił. – Tam jest okno północne.

Pospieszyliśmy we wskazanym kierunku i wyjrzeliśmy. Okno wychodziło na niezbyt interesujące tyły domów przy Mission Street, ale za nimi widniał jeden wyraźnie dominujący element krajobrazu. Stał wysoki, dumny, zasnuty pasmami nisko opadłej mgły. Filary i liny lśniły w szarym świetle poranka. Most Golden Gate.

George Tysiąc Mian głęboko odetchnął.

– Tak jest. Tam znajduje się skalp Wielkiego Potwora.

– Most? W.jaki sposób można ukryć włosy na moście?

Uśmiechnął się do mnie triumfalnie.

– Legendy głoszą, że jego włosy były siwe jak żelazo i mocne jak bicze.

Słuchałem z obawą odgłosów Kujota poruszającego się nad nami.

– Co to znaczy? Dla mnie to nie ma sensu.

Ścisnął mnie za ramię, by zwrócić moją uwagę na to, co mówił. Zapytał z naciskiem:

– Gdzie byś schował coś, co jest szare jak żelazo i mocne jak bicze?

– Słuchaj, George, naprawdę nie wiem. Powinniśmy…

– John, myśl!

Wyrwałem mu się.

– Nie mogę, do cholery, myśleć! Chcę się tylko wydostać z tego piekielnego domu, zanim ta klapa opadnie z trzaskiem i ten demon zejdzie i zrobi to, co robią demony. Nie interesują mnie skalpy, George. Chcę stąd wiać!

W tejże chwili deszcz pyłu tynkowego posypał się z sufitu i usłyszałem, jak belki trzeszczą pod ciężarem czegoś niewymownie potwornego. Powietrze wypełnił świst łopoczących skrzydeł, gdy Szary Smutek cisnął się wokół swego potwornego pana.

– Myśl! – powtórzył. – Myśl!

– Nie baw się ze mną! – wrzasnąłem. – Po prostu powiedz mi!

George Tysiąc Mian wskazał na most, a jego oczy były zimne i ogromne.

– Drut – powiedział. – Włosy Wielkiego Potwora musiały być podobne do drutu!

– Drut? Przecież na tym moście drut może być jedynie w linach. Chodzi ci o to, że jest wplątany w liny odciągowe? W Golden Gate? George, ty chyba oszalałeś!

Potrząsnął głową.

– To rodzaj dowcipu, który starożytni uwielbiali. Może zrobili to, aby poniżyć Kujota, aby nigdy nie mógł się dowiedzieć, co z tymi włosami się stało. Umieli robić kawały, które wiązały się nie tylko z przeszłością, ale także z przyszłością, więc przypuszczam, że „uczestniczyli" w budowie mostu, wplatając w niego włosy Wielkiego Potwora. Może w fabryce lin pracował jakiś Indianin i wypełnił rozkazy przekazywane z pokolenia na pokolenie. Może zrobiono to dzięki zastosowaniu silnej magii. Nie wiem. Ale wystarczająco dużo dowiedziałem się o bogach z przeszłości i o tym, jak postępowali. John, wierz mi, tam właśnie są ukryte włosy Wielkiego Potwora.

– George, bądź rozsądny – powiedziałem zdenerwowany. – Zgadujesz.

– Nie zgaduję. Popatrz.

Nie zauważyłem tego wcześniej – na szkle okiennym widniał wygrawerowany symbol. Miał taki sam kształt jak ten, który narysowałem, gdy zaznaczałem na mapie widoki Mount Taylor i Cabezon Peak.

– Przyłóż do tego oko i powiedz mi, co widzisz – poprosił Indianin.

Ze strychu dobiegł nas huk i długi pas gipsowej sztukaterii, którą tak cenił sobie Seymour Wallis, runął z głuchym stukotem na podłogę w korytarzu, wzbijając tumany kurzu w powietrzu. Spojrzałem na George'a z obawą, ale on ponaglał mnie:

– No, patrz.

Spojrzałem przez znaczek. Indianin miał rację. Znaczek był dokładnie wymierzony w jedną z lin na moście Golden Gate, od strony morza. Może to intuicja podpowiedziała Indianinowi, a może aż tak wiele potrafił czerpać ze swojej magii. W każdym razie w tej chwili byłem gotów założyć się, że to, co mówił, jest prawdą. Te włosy tam tkwiły, wplątane między druty lin nośnych najbardziej znanego punktu Zachodniego Wybrzeża. Zarówno ten stary Indianin, jak i Jane twierdzili, że Wielki Potwór był najgroźniejszym demonem na całym południowym zachodzie Stanów. A władze miejskie zastanawiały się, dlaczego tak wielu ludzi decydowało się skakać z tego właśnie mostu!

– Wiem, o czym myślisz. Tak, to bardzo możliwe – odezwał się.

– George, jesteś cholernie dobrym czarownikiem, znacznie lepszym, niż mogłoby się wydawać.

Ale czas nam się skończył. Szuranie i ruch na 'strychu powodowały, że ściany drżały, a kaskady suchego tynku sypały się zewsząd. Spojrzałem w górę i ujrzałem długie rysy, rozbiegające się z przerażającą prędkością po suficie, i druty wyrywane ze ścian jak nerwy z ludzkiego ciała. Wreszcie, z wielkim grzmotem, cały dom zaczął się walić i niemal nas przysypała lawina kurzu, tynku, drzazg i potrzaskanych listew. Pojawiły się szare ptaki, furkocząc i łopocząc skrzydłami i przez chwilę dostrzegłem przez szkielet stropu te demoniczne oczy, jarzące się triumfem, i to ciało, które wiło się i skręcało, jakby poruszane gnilnymi gazami.

– Uciekaj! – wrzasnąłem. Pośród kurzu i gruzu przedzieraliśmy się do schodów. Zejście blokowały dźwigary, ale udało nam się odciągnąć na bok jeden czy dwa i przeczołgać się przez niewielki trójkątny otwór. George poszedł pierwszy, potem ja, czując już na sobie uderzenia skrzydeł szarych ptaszysk i gorący, suchy oddech Kujota.

I znowu wybuch mocy podobny do tego, który pozbawił przytomności Dana Machina, ale pięciokrotnie potężniejszy, rzucił nas na galerię. Boleśnie uderzyłem ramieniem o balustradę. Pozbieraliśmy się. Obaj wyglądaliśmy jak sponiewierane duchy – biali ze strachu i od tynku.

– Następnym razem, gdy nazwiesz mnie bladą twarzą, przypomnij sobie, jak teraz wyglądałeś – powiedziałem staremu Indianinowi, wycierając dłonią usta z pyłu i kurzu. George Tysiąc Mian kaszlnął i prawie się roześmiał.

Ponad nami ponownie zaczął drgać sufit. To Kujot, gdzieś na górze, zrywał podłogę domu na Pilarcitos tysiąc pięćset pięćdziesiąt jeden, aby nas dopaść. Pobiegliśmy wzdłuż galerii. Niedźwiedzica leżała pogrążona we śnie jak w transie, a obok niej Jim, zszokowany i nieprzytomny, z wywróconymi białkami oczu.

– Musimy ich stąd wydostać! – krzyknął szaman.

– Na litość boską, wyniesiemy Jima, ale niedźwiedzia?

– Kujot jej chce. Potrzebuje jej. To jest jego miłość i namiętność. Jest także jego wysłanką i najbliższą pomocnicą. Musimy ją stąd zabrać. Bez niej jest o wiele słabszy.

Ściany przy galerii zaczęły trzeszczeć i kołysać się. Drzwi jednej z sypialń z hukiem upadły płasko na podłogę. Podskoczyłem ze strachu.

– Spieszmy się – nalegał Indianin. – Najpierw znieśmy doktora.

Niezgrabnie, z pochylonymi plecami, aby uchronić się od spadającego tynku, dźwignęliśmy Jima i ponieśliśmy go na schody. George Tysiąc Mian dyszał teraz, a jego oczy miały czerwone obwódki, które odcinały się od wybielonej twarzy. Nie wiedziałem, ile miał lat, ale musiał mieć ponad sześćdziesiątkę, a ucieczka przed niszczycielskimi demonami zapewne nie służyła jego sercu. Podczas gdy dom trząsł się z rumorem, zwlekliśmy się z ostatnich kilku stopni do hallu i drzwiami frontowymi wydostaliśmy się na zewnątrz.

Właśnie podjeżdżała karetka z wyjącą syreną i włączonym czerwonym kogutem. Zauważyłem też, że w ulicę Pilarcitos skręcają samochody policyjne, a na chodniku już się zgromadził tłumek gapiów.

Podbiegli do nas dwaj sanitariusze i wyjęli nam Jima z rąk. Dwaj inni przynieśli nosze na kółkach i ostrożnie umieścili go na nich.

– Co tu się stało? – spytał jeden z nich, niewysoki

Włoch z grubymi szkłami optycznymi na nosie.

– Burzycie dom, czy co?

– Tego faceta coś pogryzło – zauważył drugi ze zdziwieniem. – Coś ugryzło go w szyję.

Za nami znowu rozległ się rumor. Obejrzeliśmy się i ujrzeliśmy, jak zapada się część dachu. Za dachem runął ceglany komin i usłyszeliśmy odgłos rozbijanego szkła i trzask drewna. Za ciemnymi z brudu oknami drugiego piętra można było dostrzec matowe, złowrogie lśnienie demona, który pełgał płomyczkami w złośliwej wściekłości.

George Tysiąc Mian wziął mnie za ramię.

– Musimy wrócić, John. Niedźwiedzica.

– Co? – zdziwił się Włoch. – Niedziewica?

Właśnie zamierzaliśmy wejść do budynku, gdy znany nam twardy głos powiedział:

– Stójcie! Panie Hyatt, panie Tysiąc Mian! Proszę stać!

Przez gromadzący się tłum przepychał się porucznik Stroud, a za nim dwóch funkcjonariuszy. Wszedł na schody z miną faceta od usług pogrzebowych.

– Co tu się dzieje? Odebrałem wiadomość z centrum.

George Tysiąc Mian strzepnął pył z rękawa marynarki.

– Znaleźliśmy dla pana tego demona. Jest na górze, jest wściekły, a im prędzej tam wejdziemy i uratujemy Niedźwiedzicę, tym lepiej. Już jest prawie za późno.

– Niedźwiedzicę? O czym, do cholery, pan mówi? Zostaniecie tutaj. W drodze jest brygada antyterrorystyczna.

– Poruczniku – powiedziałem do niego – musimy iść. Niedźwiedzica to pomocnik Kujota, jego oczy i uszy. Jest groźna, dzika i czuwa w ciągu dnia.

Najczęściej przybiera postać kobiety, ale jeżeli zechce, staje się czymś w rodzaju wilkołaka.

Porucznik Stroud patrzył na mnie, jakby miał w ustach limona z solą, ale bez kropli tequili.

– Wilkołaka? – zapytał głucho.

Jeszcze jedna syrena zawyła na ulicy. Nadjeżdżała szara ciężarówka brygady antyterrorystycznej, chwiejąc się i podskakując przy krawężniku. Z szoferki wyskoczyło trzech komandosów w szarych mundurach polowych i truchtem wbiegli na schody. Dowodził nimi niewysoki, wysportowany mężczyzna, z krótko przystrzyżonymi, srebrnymi włosami i orzechowymi oczyma przypominającymi nity na levisach. Zasalutował i zapytał:

– Zlokalizował pan zbiega, poruczniku? Co on tam robi?

Porucznik Stroud ciągle gapił się na mnie, ale odpowiedział półgębkiem:

– Wygląda na to, że rozrywa dom na kawałki. Ci panowie twierdzą, że ma kobietę wspólnika.

George Tysiąc Mian zapytał drżącym głosem:

– Czy wpuści pan nas do środka? Ostrzegam pana, poruczniku, że tylko ja potrafię ujarzmić Niedźwiedzicę!

– Nie… Co? – z niedowierzaniem odezwał się oficer antyterrorysta.

Za nami rozległo się straszliwe jęknięcie i rozdzierający łomot. Prawdopodobnie Kujot przedarł się przez sufit drugiego piętra. Pył potoczył się tumanem w dół schodów aż do hallu, a potrzaskane szyby okienne wyleciały na zewnątrz. Cały dom zdawał się pulsować i wzdymać, jakby to nie był budynek, lecz jakaś cierpiąca bestia, a przez mrok i ruiny mogliśmy dostrzec złowrogi blask ślepi demona. Nawet niebo nad budynkiem zdawało się tężeć i ciemnieć, a szare ptaszydła fruwały i krążyły nad głowami, wciąż nieme i nie wróżące niczego dobrego.

Specjalista od zwalczania terrorystów nie czekał na wyjaśnienie, co to za „nie" padło z naszych ust. Obrócił się do swojej brygady, która była zajęta ustawianiem na chodniku wyrzutni gazu łzawiącego, i wrzasnął:

– Trzech… pięciu od tyłu, biegiem! Jackson, do mnie.

George Tysiąc Mian ponownie zwrócił się do porucznika:

– Proszę im nie pozwolić. Ja muszę wejść tam sam. To nasza jedyna nadzieja.

Oficer z brygady antyterrorystycznej wyjął swój pistolet automatyczny.

– Niech się pan odsunie. Musimy się tam dostać i szybko rozprawić z tym maniakiem.

George Tysiąc Mian uniósł ramiona, blokując wejście.

– Niczego nie rozumiecie! Zginiecie tam! Proszę pozwolić mi wejść! Błagam!

– Odsuń się pan! – rzucił oficer.

Ale gdy podszedł, aby odepchnąć Indianina, ten wyciągnął spod rozpiętej koszuli swój zjoty amulet. Ujrzałem, jak błysnął i… niczego więcej nie pamiętam. A potem stałem na werandzie z nimi wszystkimi. Tylko George Tysiąc Mian zniknął. Oficer z brygady antyterrorystycznej zwrócił się do porucznika Strouda, zamrugał… i obaj obrócili się, spojrzeli na mnie.

– Gdzie on się podział? Zniknął! Jeden z komandosów stojących na chodniku krzyknął: – Właśnie wszedł! Pozwoliliście mu.

– Ja mu pozwoliłem?

– Tak. Opuścił pan broń i pozwolił przejść.

Dowódca antyterrorystów spojrzał na porucznika Strouda podejrzliwie, ale w tym momencie z wnętrza dobiegł następny grzmot i rumor. Zerwał się nagły gorący wiatr, który zawodził i wył, siekł piaskiem i kurzem. Wszyscy uskoczyli od wejścia, a oficer ukrył się za schodkami werandy.

– Dobra! – wrzasnął. – Wchodzimy!

Znowu wybuch, następna fala mocy i czułem, że George Tysiąc Mian na pewno ucierpiał. Ale nie mogłem nic innego zrobić, tylko tkwić skulony przed wejściem i modlić się. Jane też tam pozostała. Nie obchodziło mnie, czy była Niedźwiedzicą, czy nie, tę dziewczynę niegdyś kochałem. Rzuciłem okiem na dom. Szare ptaki krążyły i pikowały podniecone, jakby czekały na ucztę śmiertelną.

Brygada wpadła do hallu, biegnąc pod wiatr. Rzucili się na podłogę, trzymając broń skierowaną na schody. Przywitał ich grad odłamków szklanych.

Dowódca uniósł ramię, gotów dać sygnał do ataku na schody, ale w tej samej chwili w gradzie gruzu pojawił się George Tysiąc Mian. Niósł coś na plecach.

– Wstrzymać ogień! – zaryczal dowódca, chociaż jego podwładni wcale nie wyglądali na to, że mają ochotę strzelać.

Stałem przy bramie, lecz z mojej pozycji nie widziałem dobrze tego, co się działo. Być może komandosi widzieli lepiej, ale nigdy się do tego nie przyznali. Mógłbym jednak przysiąc, że George Tysiąc Mian wcale nie s z e d ł po tych schodach. Zdawał się unosić, otoczony dziwną poświatą. Na grzbiecie niósł Jane nie w postaci niedźwiedzia, ale dziewczyny, bezwładnie wiszącej na jego ramieniu i nagiej.

– A nie mówiłem – mruknął Włoch. – Niedziewica.

George przedostał się przez hali i klnę się, że pod jego stopami widziałem światło. Miał uniesioną głowę, spokojną i dumną głowę Indianina, który pamiętał czarowne dni, gdy trawy mówiły, a plemiona były ze wszystkiego najbliższe wielkiemu duchowi. Miał sześćdziesiąt lat, może więcej, i absolutnie nie był zdolny nieść Jane w taki sposób, jak ją niósł: po schodach, wzdłuż korytarza, mając tak proste plecy i tak spokojną twarz. W tamtej chwili był świętym naczyniem mocy Gitche Manitou, który opiekuje się wszystkimi, którzy mu służą, a nawet tymi, którzy są głusi na jego szept w wiatrach prerii.

Gdy George Tysiąc Mian wypłynął przez drzwi frontowe, za nim rozpętało się piekło. Dom zdawał się wrzeszczeć z wściekłości i widziałem, jak deski podłogowe wypryskują, a ściany pędzą na siebie w deszczu tynku i drew. W samym środku tego piekła znaleźli się komandosi. Zobaczyłem, jak jeden z nich runął na lite dębowe drzwi przebijając je. Tłum na ulicy, krzycząc i wrzeszcząc, rozbiegał się w popłochu.

George Tysiąc Mian uklęknął przy mnie, pozwalając, by Jane ześlizgnęła się z jego pleców. Była bardzo posiniaczona, przez jej brzuch biegła czerwona pręga, ale ciągle znajdowała się w głębokim transie.

W tej chwili martwił mnie George, który dygotał i pocił się, a jego twarz miała błękitnawy odcień.

– George, wezwiemy lekarza – nalegałem.

Potrząsnął głową. – Już niczego nie zrobisz. Za stary jestem na tego rodzaju wyczyny. Stary i bez formy. Na to trzeba siły, siły psychicznej, a nagle uświadomiłem sobie, że mam jej mało. Staliśmy się miękcy, wiesz, John. Nawet najlepsi z nas. Były czasy, że ludzie wznosili się jak orły. Ale nie teraz. Jestem wykończony, John. Naprawdę wykończony.

– George, słuchaj, nic ci nie będzie. Tylko teraz odpocznij. Powiedz mi, co mam robić.

Oddychał ciężko i boleśnie, łapiąc chrapliwie powietrze.

– Weź ze sobą Pannę Niedźwiedzią. Póki będę żył, zostanie w transie. Zabierz ją na most Golden Gate. Zobacz, czy uda ci się targować z Kujotem… ale… nie pozwól mu zabrać włosów… nie pozwól mu…

Ugięły się pod nim nogi i upadł nieprzytomny na werandę, tuż przy schodach. W naszym kierunku biegła już załoga ambulansu. Zawołałem:

– Szybko, proszę, chyba ma atak serca!

Ściągnąłem z noszy koc i niezgrabnie owinąłem nagą Jane. Potem wywlokłem ją przez bramę, obok przelewającego się tłumu policji, komandosów i gapiów i zaniosłem do żółtego pinto, zaparkowanego po drugiej stronie ulicy. Klucze nadal tkwiły w stacyjce. Upchnąłem bezwładne nogi i ręce i owinięte w koc ciało na siedzenie przy kierowcy, siadłem sam i uruchomiłem silnik.

Po raz ostatni spojrzałem na dom z numerem tysiąc pięćset pięćdziesiąt jeden. Teraz zdawało mi się, że wszystko ucichło, a dom był jedynie pustą skorupą. Ale nad nim ciągle krążyły szare ptaki, a gdy włączyłem migacz, by wykręcić od krawężnika, zobaczyłem przytłumione czerwonawe światło, połyskujące wśród ciemnych chmur kurzu, który wciąż przebijał się przez zapadnięty dach.

I wtedy zobaczyłem w brudnym powietrzu unoszący się gigantyczny, straszny, złowrogi, wilkowaty kształt demona Kujota, ujrzałem jego twarz z wyszczerzonymi wściekle zębami, i była to ta sama twarz, którą widziałem na kołatce, ale rozdęta do ostateczności, przekraczająca wszelkie granice najstraszliwszych sennych zwid. Kujot miał na sobie płaszcz z ptaków i ciemności, a ziemia drżała i pękała pod siłą jego nienawiści.

Nagle ulica rozbrzmiała tupotem biegnących nóg. Tłumy rzuciły się pędem w kierunku Mission Street, uciekając od złowieszczej zjawy, która zawisła nad domem przy Pilarcitos. Ludzie wrzeszczeli i ciągnęli za sobą dzieci. Uciekali nawet policjanci i komandosi. Odjechałem od krawężnika i nacisnąłem gaz. Ruszyłem od rogu tak szybko, jak tylko mogłem.

Na Mission Street skierowałem się na północ, na Van Ness, i dalej na most. Nie miałem żadnego pojęcia, co mógłbym zrobić, aby przeszkodzić Kujotowi w zdobyciu włosów Wielkiego Potwora, ani w jaki sposób się z nim targować, ale to właśnie nakazał mi George Tysiąc Mian i byłem zdecydowany przynajmniej spróbować. Serce łomotało mi w piersi, sapałem jak biegacz olimpijski i cały czas siłą woli powstrzymywałem się od patrzenia za siebie.

Mission Street wyglądała zupełnie normalnie, aż nie mogłem uwierzyć, że coś gorszego jak sam szatan ścigało mnie. Ludzie robili zakupy, chodzili, jedli, śmiali się, a ja jechałem jak desperat na północ, na most Golden Gate, nie wiedząc, czy przeżyję następne kilka minut.

Most był jeszcze bardziej zamglony i zarys dostojnej konstrukcji był przyciemniony pajęczynowymi cieniami. Jadące przez most samochody miały włączone światła, a gdy opuściłem okno w moim pinto, wyczuwałem chłodny i stężały zapach mgły i słyszałem smętne nawoływania statków wolno wypływających na ocean. Gdy jechałem Lombard Street w stronę podjazdów na most, mgła jeszcze bardziej zgęstniała i mimo mojej paniki musiałem zwolnić i wlec się za sznurkiem kilku innych samochodów.

Zerknąłem na Jane. Leżała bezwładnie na fotelu z głową odrzuconą w tył i właściwie mogła nie żyć – tyle wiedziałem. Wtedy pomodliłem się jeszcze raz za George'a Tysiąc Mian, po trosze dlatego, że nie chciałem, aby umarł, a po trosze z powodu, że Panna Niedźwiedzia obudzi się, jeśli on umrze. A ostatnią rzeczą, na którą miałbym ochotę, była walka z gigantycznym grizzly w ciasnym wnętrzu forda pinto.

Samochód przede mną nagle zatrzymał się. Kilka razy nacisnąłem na klakson, ale kierowca nie ruszył. Otworzyłem drzwi i wyszedłem. Wtedy zobaczyłem, co się stało. Dwóch policjantów wstrzymywało ruch. Stali na jezdni, wskazując do góry. Pobiegłem do nich, zostawiając Jane w samochodzie.

– Dlaczego stoimy? – zapytałem, starając się, aby mój głos brzmiał normalnie. A mimo to wydałem z siebie wysoki pisk.

– Są jakieś kłopoty, o tam, na górze. Kłopoty konstrukcyjne. Widzi pan to?

Popatrzyłem we mgłę, zadzierając głowę. Policjanci mieli rację. Liny nośne mostu bujały się alarmująco z boku na bok, oblepione czymś dziwnym. Gdy przyjrzałem się bliżej, zobaczyłem, czym były te dziwne naroślą. Ptaki. Szary Smutek. Kujot dostał się tu przede mną i wydobywał z lin włosy Wielkiego Potwora.

– To naprawdę dziwne – powiedział jeden z policjantów. – Widzi pan? Tam w górze? Wygląda to jak coś ciemnego, prawda?

Miał lepszy zmysł obserwacyjny, niż sobie uświadamiał. Ciemność, która przylgnęła do dźwigarów mostu na kształt plamy na niebie, była substancją demona Kujota. Był w swoim cienistym, amorficznym wcieleniu, w kształcie, jaki przybierał, gdy przenosił się z burzami piaskowymi po pustyniach i z gorącymi południowymi wichrami. Teraz na górze odbierał łup, który posiadł stulecia i stulecia temu, kiedy Mount Taylor był domostwem olbrzyma, a Cabezon Peak jeszcze nie istniał. Ten łup to demoniczny skalp Wielkiego Potwora, trofeum, które zapewniało mu nietykalność i wieczne życie.

Jedna z lin opadła, rozerwana. Musiała ważyć kilka ton, ale runęła po drugiej stronie barierki mostu i tylko wiła się jak bicz, w przód i w tył, niby pozbawiony swej mocy stalowy wąż.

Wtedy przestali mnie obchodzić policjanci i wszyscy inni. Wiedziałem, że Kujot ma te włosy, a ja w żaden sposób tego nie wytłumaczę nikomu. Zwinąłem dłonie w trąbkę, przyłożyłem je do warg i wrzasnąłem:

– Kujecie! Kujocie! K u j o c i e!

Policjanci popatrzyli na mnie wybałuszonymi oczyma.

– Kujocie! – ryczałem. – Wyjdź i stań ze mną twarzą w twarz! Kujocie!

Jeden z gliniarzy podszedł i wziął mnie za ramię.

– Ej, panie, ciszej trochę, dobrze?

– Kujocie! – wyłem. – Wyzywam cię! Tchórzu! Lubieżniku! Podstępny morderco!

– Co się dzieje, do cholery – zareagował gliniarz.

W tej chwili niebo pociemniało jeszcze bardziej i most zadrgał i zatrzeszczał, a gdy policjanci spojrzeli w jego stronę, zrozumieli, co robię. Wszyscy ludzie, którzy wysiedli z samochodów, wydali z siebie syk lęku i zdumienia, podobny do jęku żalu wydobywającego się z ust opłakujących.

U szczytów wież mostu unosiła się najobrzydliwsza, najdziksza postać Kujota. Wiła się i zmieniała wraz z każdym lekkim podmuchem wiatru, ale złowieszcze oczy płonęły, widząc nas, a szeregi demonicznych zębów połyskiwały we mgle.

Zmotoryzowani i policjanci pierzchli. Jeden z gliniarzy usiłował pociągnąć mnie za sobą, ale wyrwałem się. Słyszałem biegnące po jezdni kroki, dźwięk otwierających się drzwi samochodów i odgłos odciągania z tego miejsca dzieci i żon.

– Kujocie! – krzyknąłem. Byłem mokry od potu i dygotałem. – Mam twoją Niedźwiedzicę, Kujocie!

Straszliwy kształt nadymał się, skręcił i stał wyraźniejszy we mgle. Widziałem teraz, że na rogatej głowie miał zamotane żelazistoszare włosy Wielkiego Potwora, upiorną girlandę pierwotnej magii. Most wibrował pode mną i słyszałem niski, drgający pogłos, podobny do grzmotów w pobliskich górach.

– Kujocie! Daj mi te włosy, a ja ci oddam Niedźwiedzicę! Słyszysz mnie, Kujocie? Słyszysz mnie?

Znowu rumor. Odłamki stali i betonu posypały się ze szczytu mostu na jezdnię, odbijając się od opuszczonych samochodów.

Odwróciłem się i spiesznym krokiem podążyłem z powrotem do forda, spoglądając przez ramię na unoszącego się demona. Wyobrażałem sobie, jak jego diabelskie pazury zatapiają się w moich plecach albo jak zębami wydziera ze mnie kawały mięsa. Byłem tak spięty jak tenisista w punkcie zwrotnym ważnych zawodów. Musiałem obetrzeć sobie pot z twarzy rękawem koszuli.

Dotarłem do samochodu. Zaczynał dąć demoniczny wiatr, palący huragan, który ogłuszył mnie, i od którego piekła mnie twarz, jakby była obdarta do żywego. Szarpnąłem drzwi forda pinto i usiłowałem wyciągnąć Jane na ulicę. Pociłem się i kląłem, a przez cały czas most uciekał mi spod stóp.

W tym momencie przebiegło koło mnie trzech umundurowanych komandosów z karabinami. Jeden z nich klepnął mnie w ramię i krzyknął:

– Okay, chłopie, uciekaj stąd tak szybko, jak potrafisz!

– Nie mogę! Muszę to zniszczyć! – odkrzyknąłem, ale facet nie zrozumiał i pobiegł wzdłuż mostu w kierunku straszliwej ciemnej formy Kujota.

Dopiero gdy dotarli do niego, naprawdę zrozumiałem, z czym miałem do czynienia. Przed chwilą pędzili po jezdni z podniesioną bronią, a w następnej sekundzie wilczy kształt demona opadł na nich z trzaskiem naelektryzowanego powietrza i z łomotem, od którego Golden Gate zadygotał.

Pierwszego z nich coś okręciło, a gdy zawirował, zobaczyłem, że miał rozsiekany przód, zupełnie jak mięso na ladzie sklepowej. Potem na moich oczach całą trójkę pocięła na kawałki jakaś koszmarna niewidzialna moc, która poodcinała im dłonie i głowy, nogi i ręce i porozrzucała ochłapy we wszystkich kierunkach. Zdaje się, że zacząłem krzyczeć. Teraz demon pełzł w moim kierunku, był oddalony o kilka metrów i całą swoją złowieszczą moc i nienawiść skierował na mnie. Desperacko podciągnąłem Jane do barierki mostu, potem stanąłem naprzeciw Kujota, zbierając całą swoją odwagę, a miałem jej już niewiele.

– Odejdź! – wrzasnąłem. – Trzymaj się z daleka albo zepchnę ją!

Demon wciąż podchodził, a potworny wiatr palił moją twarz i wysuszał oczy, nawet nie mogłem mrugnąć powieką. Wszystko naokoło stało się ciemnością i strachem, a te złowieszcze czerwone ślepia były skupione na mnie z okrutną siłą.

Dźwignąłem Jane na barierkę. Pod nami, przez mgłę, widziałem falujące i spienione wody zatoki.

– Ja to zrobię, żeby cię przeklęło! Zrobię to! – krzyknąłem. I w owej chwili absolutnej paniki wiedziałem, że to zrobię. Jeżeli Kujot podejdzie krok bliżej, jego ukochana Panna Niedźwiedzia, jego namiętna kochanka-wilkołak wyleci za barierkę i zginie.

W skłębionej ciemności ujrzałem pozbawiony tułowia pysk, wykrzywiony wściekle, błyskający straszliwymi, upiornymi zębami. Ujrzałem też łeb Kujota, ozdobiony koroną magicznych włosów. Zawahał się chwilę. On się zawahał. I właśnie wtedy rzuciłem wszystko na jedną szalę. Upuściłem Jane na chodnik.

To, co wydarzyło się potem, było jak koszmar senny w dziwnie zwolnionym tempie. Jak koszmar, w którym człowiek śni, że przed czymś ucieka, ale nie może dalej biec. Gdy Jane osuwała się na ziemię, uskoczyłem na bok i rzuciłem się na samego Kujota. Jedną ręką sięgnąłem po włosy Wielkiego Potwora i wycisnąłem ze swego ciała wszystkie siły i energię, wszystko. Mimo to mój atak zdał się trwać wiecznie i rzeczywiście widziałem, jak Kujot zaczyna obracać się ku mnie, obnażając zęby w zwierzęcej nienawiści.

Czułem się tak, jakbym wpadł do wrzącej wody. Gorąco i zamęt wywołane obecnością Kujota były nie do zniesienia. Zamachnąłem się, nie trafiłem, machnąłem ponownie i nagle toczyłem się przez jezdnię, trzymając w dłoni garść długich, szarych włosów, które musowały i trzeszczały jak podłączone kable elektryczne. Odrzuciło mnie i uderzyłem o koło porzuconego plymoutha, otarłem sobie twarz i ramię, ale wiedziałem, że mi się udało. Zabrałem skalp Wielkiego Potwora Kujotowi.

Rozległ się druzgocący ryk nadprzyrodzonej furii. Myślałem, że od tego dźwięku kruszeje most. Bokiem wepchnąłem się między dwa wozy, ale musiałem odskoczyć w tył, gdyż te samochody uniosły się i z ogłuszającym hukiem roztrzaskały się jeden o drugi. Dowlokłem się za cadillaca i podniosłem skalp w górę.

W tejże chwili przypomniały mi się słowa George'a Tysiąc Mian. Jeżeli śmiertelny człowiek ośmieli się przywdziać skalp olbrzyma lub demona, wówczas zginie od tego, co ujrzy. Innymi słowy: sam stanie się demonem i będzie nim tak długo jak długo jego umysł będzie mógł to znieść, ale ludzki umysł tego długo nie wytrzyma. Zdołałem wydusić z siebie:

– George, pomóż mi. Gdziekolwiek jesteś, pomóż mi. – Mój szept uleciał z piekącym wiatrem.

Potem, zamykając oczy i spodziewając się najgorszego, owinąłem sobie głowę włosami Wielkiego Potwora. Na początku wydawało mi się, że nie stało się nic. Podniosłem głowę. Byłem zarazem przerażony i rozczarowany. Lecz wtedy poczułem, jak coś wstrząsnęło całym moim ciałem i nagle uświadomiłem sobie jakąś potężną siłę fizyczną i psychiczną. Była to straszna, złowroga siła – siła wszystkich moich gwałtownych, cielesnych żądz, spotęgowana wielokrotnie. Przez moje ciało przebiegł dziki i ożywiający prąd, aż krzyknąłem – nie ze strachu, ale z czystej, odurzającej, dzikiej radości złego. Byłem lubieżny i mściwy, ogarnięty chęcią gwałtu, niszczenia wszystkiego i wszystkich, którzy staną mi na drodze. Zerwałem się na nogi i zdawało mi się, że góruję zadziwiająco nad samochodami, poczułem się wyższy i silniejszy od jakiegokolwiek człowieka teraz i zawsze.

Wtedy wyraźnie zobaczyłem Kujota. Nie był to już mętny cień ani skłębiony obłok, ale demoniczna bestia, skulona nad ciałem Jane, odziana w płaszcz z robaków i kujocich skór. I wiedziałem też, co zamierza zrobić. Na jego szczeciniastym ramieniu siedział szary ptak, a pod pachą trzymał naręcze pokrwawionych wnętrzności wywleczonych z martwych komandosów.

Zamierzał, najwstrętniej jak umiał, zapłacić Jane za poniesioną klęskę, wszywając jej w żołądek żywego ptaka, następnie wpychając ją w trupie wnętrzności komandosów – chciał poddać ją Próbie Trzech.

Poczułem gniew o wiele potężniejszy niż gniew ludzki, aż ryknąłem potężnie. Widziałem, czym naprawdę był Kujot, widziałem też, że powietrze krzepło w kształty innych demonów i zjaw, duchów wiatru i mgły, licznych Manitou ziemi i ognia.

– K u j o c i e! – zaryczałem. – K u j o c i e!

Demon obrócił się. Z jego warg skapywała krew. Rzuciłem się wściekle przez jezdnię w jego kierunku, czując z rozkoszą, że nie znam strachu, że już się nie boję. Chwyciłem go i poczułem, jak obrzydliwie szczeciniaste jest jego ciało wypełnione czymś glistowato miękkim. Szarpał się i wyrywał, ale włosy Wielkiego Potwora obdarzyły mnie siłą o wiele potężniejszą niż ta, którą teraz władał Kujot.

Rozdarłem go jak worek, z jego ciała wypadły żywe stwory, które pełzły i drgały w tumanach końskich much. Ująłem jego szczęki i rozepchnąłem je, aż trzasnęły, i potem zgniotłem te płonące ślepia. Nie popłynęła ani kropla krwi. Ale rozniósł się smród stęchłego zła, zła odwiecznego, gorzki, mdlący psi zapach bestii, Kujota, Pierwszego, Który Użył Słów dla Siły.

Odstąpiłem od ścierwa, którego oddech uleciał na wietrze. Jeszcze przez kilka chwil biło jego serce, ale i ono ustało. Oczy zagasły. Bryza znad Zatoki San Francisco zmiotła szczecinę, rozpadające się w proch kości, skórę twardą jak podeszwa. Wkrótce nie pozostało nic prócz włochatego strzępka z jego łba i osmalony znak na chodniku. To osmalenie, ten znak trwa do dziś – można to sprawdzić podczas pieszych spacerów przez Golden Gate.

Stojąc nad nieżywym Kujotem czułem, jak coś czarnego i ogromnego niczym lokomotywa wtargnęło mi do mózgu. Wiedziałem, że nie przeżyję w tej demonicznej postaci, ale było mi wszystko jedno. Czułem niemal wzbierającą we mnie radość, jak w upojeniu narkotycznym po przekroczeniu ostatniej granicy.

Lecz gdzieś w zakamarkach mózgu słyszałem wciąż głos George'a Tysiąc Mian. Może wiedział, w jakiej opresji się znalazłem i po raz ostatni wysilał swoje psychiczne moce. Może ta siła była moją własną. Usłyszałem słowa: Jeżeli śmiertelny człowiek ośmieli się przywdziać skalp olbrzyma lub demona, wówczas zginie od tego, co ujrzy… Sam stanie się demonem i będzie nim tak długo, jak długo jego umysł będzie mógł to znieść, ale ludzki umysł długo tego nie wytrzyma.

Z bolesnym krzykiem zerwałem włosy Wielkiego Potwora z głowy i rzuciłem daleko, jak tylko mogłem, w mętne wody Zatoki San Francisco. Skręcały się i prężyły na wietrze, aż rozwiały się. Ogarnęło mnie desperackie uczucie straty i wycieńczenia, upadłem na kolana na jezdnię.

I wtedy przez zasłonę, która zapadła przed mymi oczyma, dojrzałem Jane. Leżała na chodniku i przez mgnienie oka zobaczyłem u niej pazury i kły, i czarne kudły wzdłuż pleców. Ale gdy wiatr porwał ostatnie drobiny prochów Kujota, otworzyła oczy i znowu była to Jane Torresino, moja niegdysiejsza, a może także przyszła miłość.

Wyciągnęła do mnie dłoń i powiedziała cicho:

– John… och, John. Potrzebuję ciebie…

W oddali zawyły syreny i usłyszeliśmy tupot nadbiegających nóg.

Dopiero we wrześniu byłem w stanie pojechać znowu do rezerwatu Round Valley. Pożyczyłem rzęchowatego pacera i razem z Jane wybraliśmy się na sobotę i niedzielę, zatrzymując na noc w Willitis, w Mendocino County. Zanim dotarliśmy do domu George'a Tysiąc Mian, nad doliną było już południe. Zaparkowaliśmy samochód. Weszliśmy schodami na balkon. Czekał tam starszy surowy i spokojny Indianin, Walter Biegnąca Krowa. Podaliśmy sobie ręce ceremonialnie.

Pijąc herbatę, ściszonymi głosami opowiedzieliśmy Walterowi o wszystkim, co wydarzyło się przy Pilarcitos Street, o przyjściu Kujota i o tym, co zrobił George Tysiąc Mian, aby nam pomóc. Powiedzieliśmy mu też, że George miał rozległy atak wieńcowy w momencie śmierci Kujota. Walter Biegnąca Krowa słuchał w ciszy, kiwając od czasu do czasu głową. Po pokoju przesuwały się promienie słoneczne, a z oddali, z lasu, dobiegały długie, smutne wołania ptaków.

Wreszcie Indianin powiedział:

– Odważnie odszedł George Tysiąc Mian. Według oceny współczesnych, wiecie, był jednym z naszych największych magów. Może nigdy nie mógłby szybować jak orzeł, tak jak latali cudotwórcy w przeszłości, ale wytężył swe siły do granic, a za to możemy mu wszyscy być wdzięczni.

– Musiałem to opowiedzieć komuś, kto potrafi uwierzyć – powiedziałem cicho. – W San Francisco uznano to za zwykłe zabójstwo. Według oficjalnej wersji wszystko, co się wydarzyło, było dziełem szaleńca, który ostatecznie skoczył z mostu.

– Cóż – powiedział Walter Biegnąca Krowa. – Chyba wszystkie kultury potrzebują jakichś racjonalnych podstaw. Nawet magia indiańska na swe słabe strony.

– Czy Kujot kiedykolwiek powróci? Popatrzył na mnie badawczo. Jego twarz była zupełnie poważna.

– Być może, choć raczej nie za naszego życia. Nie pomniejszam twojego czynu, ale ktoś taki jak ty nie zdoła usunąć Kujota na wieczność. A włosy Wielkiego Potwora unoszą się na wodach oceanu.

– Jeśli mówimy o włosach, to jest coś, co chciałbym zrobić.

Otworzyłem torebkę plastykową, którą przywiozłem ze sobą, i wyjąłem wysuszony, szczeciniasty skalp demona Kujota. Walter Biegnąca Krowa popatrzył na to przez długą chwilę z mieszaniną obawy i podziwu, potem odezwał się:

– Dobrze, że przywiozłeś to tutaj. George Tysiąc Mian podziękuje ci za to…

W ostatnim świetle dnia wyszliśmy na balkon. Przywiązałem skalp Kujota do poręczy, obok skór i śniegowców. Potem staliśmy, patrząc na kładący się indiański wieczór. Wiatr mierzwił długą trawę i rozkołysał trofeum należące do George'a Tysiąc Mian. Było to w czasie, gdy ciepłe dni bladły, w Miesiącu Schnącej Trawy, który następuje po Miesiącu Demona.

Graham Masterton

***