/ Language: Polski / Genre:sf_fantasy / Series: Videssos (pl)

Legion Videssos

Harry Turtledove

Imperium szykuje się do wojny z Yezd, ale pojawia się nowe zagrożenie — bunt księcia Draxa i jego wojsk. Zdrada najemników doprowadza Videssos na skraj katastrofy i tylko talent dowódczy Marcusa Scaurusa i zręczna dyplomacja jego sprzymierzeńca zamieniają klęskę w zwycięstwo. Jednak Imperium Videssos w dalszym ciągu czeka walka z Yezd, Do odległej krainy potężnych koczowników wyrusza poselstwo, które ma pozyskać ich pomoc. Jego droga najeżona jest niebezpieczeństwami, o sojusz z koczownikami stara się również Yezd…

Harry Turtledove

Legion Videssos

Kevinowi, Marcelli, Tomowi i Kathy

I

Za duszno i za gorąco — skarżył się Marek Emiliusz Skaurus, wycierając wierzchem dłoni spocone czoło. Późnym popołudniem wyniosłe mury Videssos rzucały cień na przylegające do nich pole ćwiczeń, ale teraz ich szare ściany odbijały napływające falami gorące powietrze. Trybun wojskowy schował miecz do pochwy.

— Mam już dość.

— Wy, z pomocy, nie wiecie co to dobra pogoda — powiedział Gajusz Filipus. Starszy centurion pocił się równie obficie jak jego przełożony, ale przynosiło mu to ulgę. Jak większości Rzymian, odpowiadał mu klimat Imperium.

Marek pochodził jednak z Mediolanu, miasta na północy Italii, założonego przez Celtów i jasne było, że nieco ich krwi płynęło w jego żyłach.

— Tak, wiem, jestem blondynem. Nic na to nie poradzę — odrzekł ze znużeniem. Gajusz Fili-pus dokuczał mu z powodu jego wyglądu odkąd się tylko poznali.

„Centurion zaś mógłby służyć za portret na denarze, ze swą szeroką kwadratową twarzą, silnym nosem i podbródkiem, i prostą fryzurą krótko przystrzyżonych, siwiejących włosów. Przy tym, jak prawie wszyscy jego rodacy — nie wyłączając Skaurusa — nie przestał się golić nawet po z górą dwu latach spędzonych w Videssos, krainie brodaczy. Rzymianie byli upartym ludem.

— Popatrz na słońce — powiedział Marek.

Gajusz Filipus sprawdził jego położenie szybkim, doświadczonym spojrzeniem. Gwizdnął zaskoczony:

— Tak późno? Dobrze się bawiłem. Odwrócił się w stronę ćwiczących legionistów, krzycząc:

— No dobra, kończymy! Uformować się do wymarszu do koszar!

Żołnierze, prawdziwi Rzymianie jak i Videssańczycy, Vaspurakanerzy i inni, którzy dołączyli do ich szeregów odkąd legion pojawił się w Imperium, z westchnieniem ulgi odkładali podwójnie plecione, ciężkie ćwiczebne miecze i tarcze z wikliny. Gajusz Filipus, choć już po pięćdziesiątce, miał więcej sił niż większość jego dwudziesto — czy trzydziestoletnich podwładnych — Skaurus nieraz mu tego zazdrościł.

— Wyglądają całkiem dobrze — powiedział.

— Mogło być gorzej — przyznał Gajusz Filipus. W ustach weterana była to najwyższa pochwała. Bezkompromisowy centurion nigdy nie zadowoliłby się czymś poniżej perfekcji — a przynajmniej nie przyznałby się do tego.

Mrucząc z niezadowoleniem wepchnął swój miecz do wykonanej z brązu pochwy:

— Nie lubię tego ostrza. To nie jest prawdziwy gladius; jest za długi, videssańskie żelazo zbyt giętkie, a rękojeść nie leży dobrze w dłoni. Powinienem był go oddać Gorgidasowi, a zostawić sobie mój; ten głupi Grek nawet nie zauważyłby różnicy.

— Wielu legionistów z chęcią by się z tobą zamieniło — powiedział Marek. Weteran wiedział o tym i na wszelki wypadek położył dłoń na rękojeści miecza, który w istocie był świetnym okazem sztuki płatnerskiej.

— A jeśli chodzi o Gorgidasa, to brakuje ci go nie mniej niż mnie; tak samo jak i Viridoviksa.

— Nonsens, co do pierwszego i podwójny nonsens, co do drugiego. Mały, chytry Grek i dziki Gal? Słońce musiało ci pomieszać zmysły.

Trybun bez trudu wyczuł nieszczerość w głosie centuriona:

— Jesteś nieszczęśliwy, kiedy nie masz na co narzekać.

— Ani ty, chyba że kradniesz moje pomysły.

Marek uśmiechnął się krzywo — było w tym trochę prawdy. Gajusz Filipus był bardziej typowym Rzymianinem niż on, nie tylko ze względu na wygląd. Był człowiekiem praktycznym, prostolinijnym i nie ufał niczemu, co trąciło zbyt mocno teorią.

Tworzyli groźną parę; weteran jako bystry taktyk, i Skaurus — któremu stoickie wykształcenie i doświadczenie polityczne dawały wnikliwość oceny, a tej Gajusz Filipus nie mógł nigdy dorównać — jako strateg obierający najlepszy aktualny kurs polityczny legionistów. Zanim zaczarowany miecz trybuna skrzyżował się z ostrzem Viridoviksa i przeniósł Rzymian do Videssos, Marek nie marzył o karierze w armii, ale każdy młody człowiek, myślący poważnie o przyszłości, musiał być w stanie wykazać się jakąś wojskową przeszłością. Teraz, jako kapitan najemnych wojsk w podzielonym na mnóstwo frakcji politycznych Imperium, potrzebował wszystkich swoich umiejętności dyplomatycznych by przetrwać, rzucony między żołnierzy i dworzan grających na wiele frontów — czasami wydawało mu się, że robili to odkąd tylko oderwali się od piersi matki.

— Ej tam, Flakus! Wyrównaj! — krzyczał Gajusz Filipus.

Rzymianin przesunął się o cal czy dwa i popatrzył pytająco do tyłu. Gajusz Filipus obrzucił go karcącym spojrzeniem, raczej z przyzwyczajenia niż ze złości. Szybko ogarnął wzrokiem resztę żołnierzy.

— W porządku, ruszamy! — rzucił krótko. Trąbki i rogi powtórzyły jego komendę metalicznym głosem.

Videssańscy strażnicy przy Srebrnej Bramie zasalutowali Markowi jak jednemu ze swoich oficerów, pochylając głowy i przyciskając prawą pięść do piersi na wysokości serca. Oddał pokłon, ale spojrzał na obite żelazem wrota i najeżoną kolcami kratę bez cienia sympatii — zbyt wielu niezastąpionych Rzymian padło, bezskutecznie próbując je sforsować zeszłego lata. Tylko dzięki rebelii wewnątrz miasta, Thorisin Gavras mógł z powodzeniem domagać się tronu od Ortaiasa Sphrant-zesa, choć właściwie Ortaias był kiepskim przywódcą. Przy umocnieniach takich jak w stolicy, obrona nie wymagała specjalnie sprawnego dowodzenia.

Legioniści przemaszerowali przez zacienione przejście pomiędzy zewnętrznymi i wewnętrznymi murami miasta, i nagle otoczył ich zgiełk Videssos. Wejście do stolicy zawsze przypominało haust mocnego wina. Nowo przybyły oddychał głęboko, otwierał szerzej oczy i ponownie przystawiał dzban do ust.

Ulica Środkowa, główna arteria Videssos, była Markowi doskonale znana. Rzymianie przemaszerowali nią w dniu, kiedy po raz pierwszy weszli do stolicy, tędy też dokonali desperackiego ataku na kompleks pałacowy, kiedy chwiał się tron Ortaiasa. Przechodzili nią niezliczoną ilość razy, to w stronę placu ćwiczeń, to znów wracając do koszar.

Dzisiaj maszerowali dosyć wolno — jak zwykle, Ulica Środkowa była zatłoczona. Trybun żałował, że nie mają herolda, który torowałby im drogę wśród ulicznego ruchu, jak podczas pierwszego dnia w Videssos, ale był to luksus, którym nie mógł się już cieszyć. Legioniści szli zaraz za parą ogromnych, skrzypiących wozów, pełnych piaskowożółtego wapienia, przeznaczonego zapewne na jakąś budowę. Tuzin koni ciągnęło każdy z nich, ale i tak posuwały się w ślimaczym tempie.

Sprzedawcy tłoczyli się i uwijali jak muchy, nadskakując maszerującym żołnierzom i wychwalając głośno zalety swoich towarów: kiełbas i smażonych ryb (które miały swoje własne muchy), win, lodów o przeróżnych smakach — ulubionego przysmaku zimowego, ale teraz, przy gorącej pogodzie, kiedy przynosił je specjalny goniec, były za drogie dla większości legionistów — wyrobów ze skóry, wikliny czy brązu, i afrodyzjaków.

— Będziesz mógł to zrobić siedem razy w ciągu nocy! — dramatycznie wykrzykiwał sprzedawca. — Proszę, panie, może chciałbyś spróbować?

Wyciągnął fiolkę w kierunku Sekstusa Minucjusza, świeżo promowanego podoficera. Minucjusz był wysoki, przystojny i młody. Jego policzki i broda były stale pokryte granatowoczarnym cieniem zarostu. W uwieńczonym grzebieniem hełmie i doskonale wypolerowanej kolczudze, był niezwykle atrakcyjnym mężczyzną.

Wyjął mały słoik z chudej ręki Videssańczyka, podrzucił go kilka razy, jak gdyby zastanawiając się nad zakupem i oddał z powrotem.

— Nie, zatrzymaj to sobie — powiedział. — Nie chciałbym się ograniczać tylko do siedmiu razy.

Legioniści rechotali głośno, śmiejąc się nie tylko z dowcipu, ale i z miny skonfundowanego handlarza — jednego z bezczelnych videssańskich pyskaczy.

Wydawało się, że przy prawie każdej przecznicy mijali jedną ze świątyń Phosa — w mieście były ich setki. Odziani na niebiesko kapłani i mnisi, których ogolone głowy świeciły prawie tak jasno, jak złote kule umieszczone na szczytach świątynnych iglic, stanowili niemałą część ulicznego tłumu. Mijając żołnierzy Marka, kreślili ręką okrągły, słoneczny znak swojej wiary. Wielu mężczyzn, Videssańczyków i Rzymian, którzy przeszli na wiarę Imperium, powtórzyło znak, aby uchronić się od podejrzenia o herezję.

Legioniści maszerowali teraz przez plac Stavrakiosa, ze złoconą statuą tego wielkiego Impera-tora-zdobywcy; przez zgiełk dzielnicy kotlarzy, gdzie Ulica Środkowa zakręcała i biegła wprost na zachód, do Pałaców Imperium; przez plac nazywany Forum Wołów — nikt nie był w stanie wyjaśnić Markowi skąd wzięła się ta nazwa; obok rozległego gmachu z czerwonego granitu, w którym trzymano archiwa Videssos, a który służył jednocześnie za więzienie; na plac Palamas, największy z placów stolicy Imperium.

Jeżeli miasto Videssos było miniaturą Imperium Videssos, to plac Palamas był stolicą w miniaturze. Arystokraci ubrani w swoje tradycyjne brokatowe togi ocierali się o ulicznych twar-dzieli w tunikach z bufiastymi rękawami i jaskrawych trykotach. Tutaj pijana dziwka opierała się o ścianę, jej nogi szeroko rozwarte; tam namdalajski najemnik, z ogoloną z tyłu głową, by lepiej pasował do niej hełm, targuje się z grubym videssańskim jubilerem o cenę pierścionka dla swojej damy; tam mnich i bogato wyglądający piekarz tracą czas spierając się o jakąś kwestię teologiczną, z wyraźną przyjemnością oddając się dyspucie.

Widok najemnika kazał Markowi spojrzeć na Kamień Milowy — obelisk wykonany z tego samego czerwonego granitu co budynki archiwum — od którego obliczało się wszystkie odległości w Imperium. Wielka plansza u jego podstawy głosiła chwałę księcia Draxa, którego regiment zgniótł wywołaną przez Baanesa Onomagoulosa rewoltę w ziemiach zachodnich. Głowa Ono-magoulosa, którą właśnie przywieziono do miasta, wystawiona została na widok publiczny tuż nad planszą. Zmarły rebeliant był prawie łysy, więc zamiast wieszać głowę za włosy, podwieszono ją na lince obwiązanej dokoła uszu. Niewielu Videssańczyków zwracało na nią uwagę — w ciągu kilku ostatnich pokoleń, nieudane rebelie stały się zbyt powszechne, by wzbudzić jakiekolwiek zainteresowanie.

Gajusz Filipus podążył za wzrokiem Marka.

— Mógł się tego skurwysyn spodziewać. Trybun przytaknął, kiwając głową.

— Uważał, że po śmierci Mavrikiosa Gavrasa ma prawo do Imperium. Nigdy nie umiał myśleć o Thorisinie inaczej jak tylko o bezwartościowym, małym braciszku Mavrikiosa. I jeżeli można zrobić jakiś większy błąd, to nie przychodzi mi on teraz do głowy.

— Ani mnie. — Gajusz Filipus miał żołnierski szacunek dla tytułu Autokratora Videssos, przywróconego przez Thorisina Gavrasa.

Spokój i ciche piękno kompleksu pałacowego zawsze były swego rodzaju szokiem po hałasie placu Palamas. Marek nigdy nie był pewny, jak zareaguje na to przejście — czasami po prostu go to uspokajało, ale równie często czuł się tak, jakby wycofywał się z samego życia. Dzisiaj — doszedł do wniosku — plac był trochę za krzykliwy jak na jego gust. Ciche popołudnie spędzone bezczynnie w koszarach zupełnie mu odpowiadało.

— Panie? — z wahaniem zapytał wartownik.

— Tak? O co chodzi, Fostulus? — Marek podniósł wzrok znad listy żołdu, popatrzył na nią ponownie, żeby zapamiętać, w którym miejscu skończył, i znowu podniósł głowę.

— Tam na zewnątrz jest jakiś łysol, panie. Mówi, że musi z tobą rozmawiać.

— Łysol? — trybun zamrugał oczami. — Masz na myśli kapłana?

— A kogóż by innego? — odpowiedział Fostulus, szczerząc zęby; nie należał do tych Rzymian, którzy czcili Phosa. — Wielki, gruby facet, musi być po pięćdziesiątce, sądząc po brodzie. Ma podłe usta — dodał wartownik.

Marek podrapał się po głowie. Znał kilku kapłanów, ale ten opis nie pasował do żadnego z nich. Lepiej było jednak nie zadzierać z religijną hierarchią Videssos — w pewnych sprawach była ona potężniejsza od samego Imperatora. Marek westchnął i zwinął pergamin, zawiązując go dokładnie tasiemką.

— Cóż, wprowadź go tutaj.

— Tak jest, panie. — Fostulus zasalutował, rzymskim zwyczajem wyrzucając ramię do przodu, po czym odwrócił się zręcznie na pięcie i pospieszył do wyjścia. Ćwieki w podeszwach jego cali-gae stukały na kamiennej podłodze.

— Nie spieszyłeś się zbytnio. — Skaurus usłyszał gderanie duchownego, gdy Fostulus prowadził go do małego stolika w tylnym rogu koszarowego holu, który był prowizorycznym biurem Marka. Trybun wstał, by przywitać zbliżającego się gościa.

Fostulus miał rację — kapłan był prawie tak wysoki jak Skaurus, którego pomocna krew sprawiła, że był wyższy niż większość Rzymian i Videssańczyków. Kiedy podali sobie dłonie, mocny krótki uścisk nieznajomego dał Markowi pojęcie o jego niemałej sile.

— Możesz odejść, Fostulusie — powiedział trybun. Strażnik zasalutował raz jeszcze i wrócił na swój posterunek. Kapłan opadł ciężko na krzesło, które zaskrzypiało pod jego ciężarem. Pot przyciemnił błękitną togę pod pachami, spływał po wygolonej łysinie. Marek pomyślał, że dobrze iż zwinął listy żołdu.

— Na światło Phosa, stanie na słońcu jest cholernie wyczerpujące — stwierdził Videssańczyk tonem wyrzutu. Mówił głębokim, dudniącym basem. — Masz jakieś wino dla spragnionego człowieka?

— No… tak — odrzekł trybun nieco zbity z tropu taką bezpośredniością; większość Videssa-ńczyków wyrażała się znacznie mniej obcesowo. Poszukał dzbanka i pary glinianych kubków, nalał i podał jeden z nich kapłanowi, a swój podniósł do toastu.

— Twoje zdrowie, ee… — zawiesił głos, nie znając imienia gościa.

— Styppes — rzucił szorstko kapłan; jak wszyscy duchowni Videssos zrezygnował ze swojego nazwiska, co było symbolem oddania się wyłącznie Phosowi.

Zanim spróbował wina, podniósł obie ręce ku niebu mrucząc credo:

— Błogosławimy Gębie Phosie, Panie o wielkim, wspaniałym i dobrym umyśle, z Twojej łaski nasz obrońco, prosimy bacz, aby wielki sprawdzian naszego życia skończył się dla nas pomyślnie. — Po czym splunął na podłogę, co oznaczało odrzucenie Skotosa, złego oponenta Phosa w dualistycznej religii Imperium.

Przez chwilę czekał, że Rzymianin dołączy się do modlitwy, ale Skaurus, choć szanował przekonania Videssańczyków, nie naśladował bezmyślnie tych, których naprawdę nie podzielał. Styppes rzucił mu pogardliwe spojrzenie.

— Poganin — wymamrotał. Marek zrozumiał, co miał na myśli Fostulus, mówiąc o jego ustach; wąskie, blade wargi ledwo zakrywały wielkie, żółte zębiska.

W końcu Styppes wypił swoje wino i teraz z kolei trybun musiał walczyć ze sobą, by nie wykrzywić twarzy w pogardliwym grymasie. Videssańczyk ponownie napełnił kubek, nie pytając Skaurusa o pozwolenie; znowu go opróżnił, napełnił i wypił po raz trzeci, podczas gdy Marek zaledwie zmoczył usta. Styppes zaczął znowu nalewać, ale dzbanek okazał się pusty, gdy kubek zapełnił się ledwie do połowy. Styppes parsknął ze złością i wypił także i tę resztkę.

— Wystarczy ci wino, czy może chciałeś coś innego? — zapytał Skaurus ostro. Natychmiast zrobiło mu się wstyd; czyż stoicyzm nie nauczał, by szanować każdego człowieka takiego jakim jest, nieważne czy złym, czy dobrym? Jeżeli Styppes za bardzo kochał wino, pogardzanie nim na pewno tego nie zmieni.

Marek spróbował ponownie, tym razem bez sarkazmu.

— W czym mogę ci pomóc. Ja lub moi ludzie?

— Wątpię, żeby to było możliwe — odpowiedział Styppes, na nowo budząc uprzedzenia Marka. — To mnie kazano pomóc wam. — Jego kwaśna mina nie świadczyła o tym, by podejmował się tego zadania z przyjemnością.

Kapłan był doświadczonym pijakiem. Mówił wyraźnie i pewnie się poruszał. Tylko lekkie zaróżowienie na jego raczej bladej twarzy zdradzało obecność wina, które wlał w siebie. Popijając ze swojego kubka, Skaurus całą siłą woli opanował złość.

— Ach tak? Kto ci rozkazał? — zapytał, starając się nie zdradzić najmniejszego zainteresowania. Im wcześniej ta gąbka w niebieskiej todze pójdzie sobie stąd, tym lepiej. Zastanawiał się, czy jego duchowni przyjaciele, Nepos albo patriarcha Balsaman, przysłali go tutaj, a jeśli tak, to co mieli przeciwko Rzymianom.

Ale Styppes zaskoczył go, mówiąc:

— Mertikes Zigabenos mówił, że straciłeś swojego lekarza.

— Tak, to prawda — przyznał Skaurus. Ciekawy był, jak też Gorgidas radzi sobie na stepie Par-draja. Zigabenos był dowódcą straży przybocznej Imperatora, naprawdę zdolnym i kompetentnym młodym człowiekiem. Jeżeli kapłan cieszył się jego względami, może faktycznie był coś wart.

— I cóż z tego?

— Zaproponował, żebym ofiarował ci moją pomoc. Znam się dobrze na uzdrowicielskiej sztuce Phosa, a żaden oddział Jego Wysokości nie powinien pozostać bez takiej pomocy. Nawet pełen pogan, jak twój. — Zakończył lekceważąco Styppes.

Marek zignorował tę uwagę.

— Jesteś kapłanem-uzdrowicielem? Przydzielonym do nas? — to było wszystko, co mógł wykrztusić, aby nie krzyczeć z radości. Używając siebie samych jako „kanałów” dla energii Phosa, niektórzy kapłani mogli uratować ludzi, których Gorgidas uznawał za zmarłych. Właśnie dlatego, że nie był w stanie nauczyć się ich metod, postanowił pojechać na dalekie równiny. Nepos także uzdrawiał tych, których był w stanie uzdrowić, mimo że nie był specjalistą w tej dziedzinie. Skaurus pomyślał, że człowiek o takiej profesji może okazać się cenniejszy od klejnotów.

— Przydzielony do nas? — powtórzył, chcąc jeszcze raz usłyszeć deklarację Styppesa.

— Tak. — Kapłan wciąż daleki był od entuzjazmu. Ponieważ było to dla niego normalne, jego talent wydawał mu się znacznie mniej cudowny niż Rzymianinowi. Popatrzył na koce ułożone w równą szachownicę na podłodze koszar.

— Więc będziesz miał tu dla mnie kwaterę?

— Oczywiście, cokolwiek zechcesz.

— Chciałbym więcej wina.

Nie chcąc go do siebie zrażać ani też czynić wrażenia skąpego, Marek zerwał pieczęć z kolejnego dzbana i podał go mu.

— Chciałbyś trochę? — zapytał Styppes. Gdy trybun pokręcił głową, kapłan pogardzając kubkiem, opróżnił dzban. Marek znów się zaniepokoił.

— Aaach — powiedział Styppes, gdy już skończył. Był to długi, błogi wydech. Podniósł się i zatoczył lekko; taka ilość mocnego wina, wchłoniętego w takim tempie, powaliłaby półboga.

— Przyjdę potem — powiedział. Alkohol już wyraźnie utrudniał mu mówienie.

— Muszę wziąć moje narzędzia z klasztoru i przynieść je tutaj. — Posuwając się powoli, starannie odmierzonymi krokami człowieka przywykłego do chodzenia po sporej dawce alkoholu, ruszył w kierunku wyjścia.

Zrobił zaledwie kilka kroków i odwrócił się do Marka. Patrzył na niego badawczo przez prawie minutę, a potem wyszedł, właśnie gdy Skaurus miał go zapytać, o co chodzi. Sfrustrowany Rzymianin powrócił do swoich list.

Tego wieczoru Helvis spytała go:

— Wiec jak ci się podoba ten Styppes?

— Podoba mi się? To nie ma nic do rzeczy. Czy mam jakiś wybór? Byle jaki lekarz jest lepszy niż żaden. — Zastanawiając się, do jakiego stopnia powinien być z nią szczery, Marek oparł się o cienkie drewniane przepierzenie. Dwa z czterech używanych przez legionistów budynków koszarowych podzielone zostały na mniejsze pokoje, aby zapewnić nieco prywatności tym z żołnierzy, którzy mieli żony i dzieci.

Zmarszczyła brwi, wyczuwając jego wahanie, ale zanim zadała pytanie jej czteroletni synek, Malric, odrzucił drewniany wózek, którym się bawił i zaczął śpiewać najgłośniej jak tylko potrafił sprośną videssańską piosenkę marszową:

— Mały ptaszek z żółtym dziobem…

Helvis przewróciła oczami, błękitnymi jak oczy wielu Namdalajczyków.

— Dość tego, młody człowieku. Czas do łóżka. — Mały zignorował ją śpiewając dalej, aż złapała go za kostki i podniosła. Wisiał do góry nogami, śmiejąc się piskliwie. Tunika opadła mu na głowę, więc próbował się z niej wyswobodzić. Helvis pochwyciła spojrzenie Marka:

— Połowa bitwy wygrana.

Trybun uśmiechnął się, patrząc jak ściąga spodnie z jego przybranego syna. Nawet przy tej mało eleganckiej czynności, przyjemnie było na nią popatrzeć. Jej skóra była jaśniejsza, a rysy łagodniejsze niż te typowe dla Videssańczyków, ale wydatne kości policzkowe i pełne usta nadawały jej twarzy własne piękno. Jej figura była doskonale pełna, bogate wypukłości wypełniające spódnicę i miana bluzkę ze sznurowanym stanikiem przyciągały wzrok każdego mężczyzny. Jak na razie wczesna ciąża była jeszcze niewidoczna.

Dała Malricowi lekkiego klapsa w gołą pupę:

— No już, pocałuj Marka na dobranoc, zrób siusiu i idź spać — rozkazała swym łagodnym kontraltem.

Malric grymasił i kręcił nosem, żeby sprawdzić czy matka mówiła poważnie. Następny klaps był znacznie bardziej przekonywający.

— W porządku, mamo. Już idę — powiedział i podreptał do Skaurusa. — Dobranoc tato.

Używał namdalajskiego dialektu, gdy rozmawiał z Helvis, ale do trybuna mówił po łacinie. Nauczył się języka Rzymian z dziecięcą łatwością, w ciągu niecałych dwóch lat, kiedy Marek i Helvis byli ze sobą.

— Dobranoc, synku. Śpij dobrze. — Skaurus rozwichrzył blond czuprynę chłopca, taką samą jak miał jego zmarły ojciec Hemond. Makie wysiusiał się, potem wśliznął pod koc i zamknął oczy. Własny syn Marka, Dosti, który nie miał jeszcze roku, spał w drewnianym łóżeczku opatulony ciepłymi matami. Zakwilił cicho, ale uspokoił się, gdy tylko Helvis poprawiła jego nakrycie. Od jakiegoś czasu — myślał z nadzieją trybun — spał przez całą noc.

Gdy Helvis była już pewna, że Malric zasnął, wróciła do Skaurusa.

— O co chodzi z tym kapłanem? — Przy tak bezpośrednio postawionym pytaniu, wahania Marka zniknęły.

— Nic takiego — powiedział, ale zanim Helvis mogła zrobić coś więcej niż podnieść brwi, trybun dodał:

— Oprócz tego, że jest aroganckim, chciwym, irytującym opojem. W tej chwili leży rozwalony na podłodze w jednym z budynków dla kawalerów, chrapiąc jak tartak. Wątpię, czy byłby w stanie opatrzyć ukąszenie pchły, nie mówiąc już o żadnym prawdziwym leczeniu.

Helvis zaśmiała się nerwowo, na wpół rozbawiona wadami Styppesa, na wpół zgorszona nie skrywaną pogardą Skaurusa. Była gorliwą wyznawczynią Phosa i czuła się nieswojo, słysząc złośliwości wypowiadane pod adresem kapłana jakiejkolwiek sekty. Jednak jako Namdalajka uważała Videssańczyków za heretyków, a więc w pewnym sensie odpowiedni obiekt krytyki. Ta dwuznaczność ją skonfundowała.

Drzazga wbiła się w ramię Marka. Gdy usiłował ją wyciągnąć krótkimi paznokciami, pomyślał, że dwuznaczność była czymś, czego on także doświadczył żyjąc z Helvis. Byli zbyt różni od siebie, by nie pojawiały się miedzy nimi żadne problemy, ich silne charaktery często ścierały się ze sobą. Religia, polityka, miłość… Czasem wydawało się, że niewiele było rzeczy, o które się nie spierali.

Ale kiedy wszystko szło dobrze — uśmiechał się do siebie w duchu — było im ze sobą naprawdę doskonale. Wciąż pocierając ramię, wyprostował się i pocałował ją. Spojrzała na niego lekko zdziwiona:

— A to z jakiej racji? — A bez żadnej racji. Jej twarz pojaśniała.

— Tak, to najmilsza przyczyna.

Przytuliła się do niego mocno. Jej podbródek pasował idealnie do ramienia trybuna. Była wysoka jak na kobietę, właściwie równie wysoka jak wielu mężczyzn w Videssos. Pocałował ją znowu, tym razem naprawdę sumiennie. Potem nigdy nie był pewien, które z nich zgasiło lampę.

Skaurus jadł właśnie śniadanie — kaszę jęczmienną z kawałkiem wołowiny i cebulą, gdy przyszedł do niego Juniusz Blesus. Młodszy centurion wyglądał na zmartwionego.

— Mghumpf? — powiedział trybun, a kiedy już przełknął zapytał: — O co chodzi? — Sądząc po przygnębionej minie, Blesus miał jakąś poważną sprawę.

Pociągła twarz Rzymianina stała się jeszcze bardziej posępna. Doświadczony optio, czy podoficer, został niedawno podniesiony do rangi centuriona i wolałby nie przyznawać się do tego, że miał w swoim oddziale jakieś problemy, z którymi nie mógł sobie poradzić. Marek podniósł brew patrząc na niego i czekał. Ponaglanie onieśmieliłoby go jeszcze bardziej.

W końcu Blesus wykrztusił:

— Chodzi o Pullo i Worenusza, panie. Trybun pokiwał głową wcale nie zaskoczony.

— Znowu? — powiedział. Pociągnął długi łyk wina. Jak niemal wszystkie gatunki videssa-ńskiego wina, było zbyt słodkie jak na jego gust.

— Glabrio miał z nimi same kłopoty — kontynuował. — O co się pokłócili tym razem?

— Który z nich rzucił lepiej pilum na wczorajszych ćwiczeniach. Pullo skoczył na Worenusza, ale rozdzielono ich zanim zdążyli się pobić.

Na twarzy młodego centuriona odmalowała się ulga. Kwintus Glabrio, którego oddział teraz prowadził, był rzeczywiście doskonałym oficerem. Jeżeli on nie był w stanie utrzymać w ryzach tych dwóch krnąbrnych legionistów, trudno było winić Blesusa, że miał z nimi problemy.

— Skoczył na niego, powiadasz? Nie możemy pozwolić na takie rzeczy. — Skaurus skończył śniadanie, wytarł kościaną łyżkę i włożył ją z powrotem do sakiewki wiszącej u pasa. Podniósł się.

— Będę miał do nich dwa słowa. Nie przejmuj się, Juniusz — to nie pierwszy raz.

— Tak jest, panie.

Blesus zasalutował i pośpieszył załatwiać jakieś inne sprawy szczęśliwy, że ma tę rozmowę za sobą. Marek patrzył jak odchodzi, niezupełnie zadowolony. Kwintus Glabrio poszedłby z nim, zamiast cieszyć się, że pozbył się problemu. Wyglądało to jak uchylenie się od odpowiedzialności, poważny zarzut według stoickich zasad Skaurusa. Cóż — pomyślał — zapewne dlatego Blesus pozostawał opti przez tak długi czas.

Tytus Pullo stanął na baczność gdy tylko ujrzał trybuna idącego w jego stronę, co najwyraźniej świadczyło o poczuciu winy. Co ciekawe, to samo zrobił Lucjusz Worenusz. Oprócz wrogości, którą żywili do siebie nawzajem, byli świetnymi żołnierzami, prawdopodobnie najlepszymi w swoim oddziale. Obaj mieli pod trzydziestkę; Pullo był nieco bardziej przysadzisty, Worenusz trochę szybszy.

Skaurus przeszył ich wzrokiem, starając się stworzyć pozory surowej nagany:

— Zdaje się, że już to przerabialiśmy — powiedział. — Obcinanie wypłaty nie za bardzo pomaga, co?

— Panie — zaczął Pullo, a Worenusz rzekł: — Panie, on…

— Zamknąć się — warknął trybun. — Żaden z was nie może opuścić koszar przez następne dwa tygodnie. Także wtedy, gdy wasi koledzy wychodzą na ćwiczenia. Ponieważ tak lubicie kłócić się o swoje osiągnięcia, może nauczycie się trzymać nerwy na wodzy, gdy nie będzie o co się spierać.

— Ależ, panie — zaprotestował Worenusz — bez ćwiczeń wyjdziemy z wprawy.

Pullo przytaknął energicznie. Wreszcie znalazło się coś, co do czego obaj Rzymianie się zgadzali. Obaj mieli w sobie dumę najlepszych wojowników.

— Powinniście byli o tym pomyśleć, zanim zaczęliście awanturę — odrzekł Marek. — Nie osłabniecie w ciągu tych dwóch tygodni. Dokładne sprzątanie i czyszczenie wam w tym pomoże. Odmaszerować! — rzucił ostro. Ale gdy zawstydzeni odwrócili się by odejść, przyszło mu coś do głowy.

— Jeszcze jedno. Nie zróbcie tego błędu i nie podtrzymujcie tej głupiej kłótni. Jeżeli zdarzy się to jeszcze raz, zrobię tego z was, który będzie winny, sługą drugiego. Pomyślcie o tym, zanim się pokłócicie.

Sądząc po wyrazie ich twarzy, żaden nie odnosił się do tego pomysłu z entuzjazmem. Zadowolony ze swego sprytu, trybun krzyknął, by przygotować się do ćwiczeń. Żałował, że nie może rozkazać sobie samemu, by odpoczął przez parę tygodni. Wszystko wskazywało na to, że będzie to kolejny słoneczny dzień.

— Jak sobie poradziłeś z tymi twoimi kogutami? — zapytał Sviodo. Jak zwykle w rezonującym tenorze Vaspurakanera dźwięczało rozbawienie.

— Musiałeś przecież słyszeć — odparł Marek, ale natychmiast zdał sobie sprawę z tego, że chociaż Senpat mógł go słyszeć, to jednak z pewnością nie mógł go zrozumieć. Między sobą Rzymianie rozmawiali po łacinie, co było jednym z niewielu wspomnień ukochanego kraju rodzinnego. Ich towarzysze rozumieli tę dziwną mowę tylko w niewielkim stopniu, nie posiadając dziecięcej zdolności Malrica do przyswajania sobie nowych języków. Trybun wyjaśnił więc wszystko.

Uśmiech, który nigdy tak naprawdę nie opuszczał młodego i przystojnego vaspurakanerskiego szlachcica, pojawił się teraz na jego twarzy w całej okazałości. Miał ładny uśmiech; białe zęby błyszczały na tle oliwkowej skóry, okolone przyciętą krótko, na styl videssański, brodą.

— Wy, Rzymianie, jesteście dziwnym ludem — powiedział, jego videssański był prawie zupełnie wolny od wpływu ojczystego, gardłowego języka Vaspurakanerów. — Kto inny karałby kogoś, zwalniając go od pracy?

Marek żachnął się. Senpat uwielbiał naigrawać się z Rzymian i robił to od dnia, kiedy się spotkali, prawie dwa lata temu, ale jeżeli istniał gdzieś lepszy od niego wywiadowca, to musiała to być jego żona.

— Twoja droga Nevrata zrozumiałaby to — powiedział trybun.

— Pewnie tak — zgodził się Senpat chichocząc. — Ale ona lubi te rzeczy, a ja po prostu muszę to jakoś znosić — wykrzywił twarz w teatralnym grymasie, aby pokazać swoją odrazę do wszelkiego rodzaju pracy. — A teraz zapewne chcesz, żebym się smażył w tym okropnym słońcu tylko po to, by uderzyć o włos bliżej środka tarczy niż poprzednim razem.

— A czy jest jakiś lepszy sposób, żeby ukarać cię za nieustanne paplanie?

— Och, ileż to my, Pierworodni, musimy wycierpieć w imię prawdy. — Vaspurakanerzy uważali, że wywodzą się od mitologicznego bohatera, który dał im swe imię, Vaspura. W ich teologii, pierwszego człowieka stworzonego przez Phosa. Nic dziwnego, że Videssańczycy nie podzielali tego poglądu.

Senpat przekrzywił łobuzersko swoją vaspurakanerską czapkę, zakrywając nią jedno oko. Większość jego rodaków wyglądała dosyć dziwnie i ciężko w tym trójkątnym nakryciu głowy, ale on nosił je w tak beztroski sposób, że doskonale do niego pasowało. Potrząsnął głową. Jasne, kolorowe wstążki, które wisiały z tyłu miękkiej czapki, fruwały dokoła jego twarzy.

— Skoro nic na to nie mogę poradzić — westchnął — pójdę pewnie po łuk. — Zaczął się oddalać.

— To dobrze, bo gdybyś ciągnął te swoje narzekania, z pewnością byś przeholował — powiedział Marek.

Senpat zatrzymał się na moment, zdumiony — w języku Vaspurakanerów gra słów nie dawała żadnego efektu. Potem skrzywił się, spoglądając podejrzliwie na trybuna, na wypadek gdyby ten miał w zanadrzu więcej takich pomysłów. Skaurus milczał, ale uśmiechał się zadowolony z tego, że udało mu się ułożyć drobny żarcik w nie swoim języku — w dodatku w języku, który się do tego nie nadawał.

— Czy mógłbyś ją trzymać nieco wyżej, Gongylesie? — powiedział Thorisin Gavras. Gongyles był bardzo młodym porucznikiem i rumieniec, który pojawił się nagle na jego twarzy, był doskonale widoczny przez rzadką jeszcze brodę.

— Przepraszam, Wasza Wysokość — wyjąkał niemal przerażony tym, że Autokrator Videssa-ńczyków przemówił do niego… z jakiegokolwiek powodu. Podniósł mapę zachodnich ziem Imperium tak, aby wszyscy oficerowie zgromadzeni w Sali Dziewiętnastu Tapczanów mogli ją widzieć.

W sali nie było żadnych tapczanów, i nie było ich tam już od laiku stuleci, ale tradycja niełatwo ginęła w Videssos. Skaurus, siedzący na prostym drewnianym krześle z przodu stołu, który chwiał się nieco, ponieważ jedna noga była za krótka, uśmiechnął się widząc ten hołd na twarzy żołnierza.

— Pamiętasz jak Mavrikios kazał tam stać Ortaiasowi i trzymać tę przeklętą mapę przez kilka godzin? Ramiona musiały mu od tego odpadać — wyszeptał do siedzącego obok Gajusza Filipusa. Starszy centurion roześmiał się cicho.

— Byłoby lepiej dla niego, gdyby rzeczywiście odpadły — powiedział. Jego pogarda dla Orta-iasa była bezgraniczna. Twarz weterana stężała. — Wtedy nie poszedłby z nami pod Maragha i Mavrikios mógłby jeszcze żyć. Cholerny tchórz; nie przegralibyśmy, gdyby nie uciekł.

W zapamiętaniu centurion zapomniał o tym, by mówić nieco ciszej. Thorisin, który stał przy mapie, popatrzył na niego pytająco, nie rozumiejąc łaciny weterana. Tym razem to Gajusz Filipus się zaczerwienił, chociaż rumieniec był prawie niewidoczny pod głęboką opalenizną.

— Nic takiego, panie — wymamrotał.

— To dobrze. — Imperator wzruszył ramionami. Kilka lat wcześniej, podczas takich narad Mavrikios Gavras używał drewnianego wskaźnika, którym prowadził wzrok swoich oficerów po mapie ziem zachodnich. Jego młodszy brat był człowiekiem bardziej niecierpliwym. Wyciągnął z pochwy miecz i pokazywał nim drogę.

Pomimo niecierpliwości, czas, który spędził na rządzeniu Imperium, zaczął odciskać na nim swe piętno. Bruzdy po obu stronach ust i dumnego nosa wryły się głęboko w policzki, choć był on zaledwie o kilka lat starszy od Skaurusa. Zmarszczki pojawiły się także wokół oczu; zmarszczki, których nie było tam, zanim wstąpił na tron. Jego włosy również zaczęły się przerzedzać. To, co było kiedyś wspaniałą grzywą, stało się teraz po prostu grzywką.

Poruszał się jednak krokiem młodego mężczyzny i wystarczyło tylko spojrzeć na silne usta i zdecydowane oczy, aby zrozumieć, że był on wciąż człowiekiem o wielkiej mocy, człowiekiem który wcale nie stracił ducha pod ciężkim brzemieniem obowiązków i czasu.

— Oto, co będziemy musieli zrobić — powiedział i wszyscy oficerowie pochylili się jak jeden mąż, aby go wysłuchać.

Imperator lekko stukał mieczem w pergamin, zbierając myśli. Jak zawsze, szeroki półwysep, na którym mieściły się zachodnie prowincje Imperium, przypominał Markowi gruby kciuk. Jako że nieraz maszerował to w jedną, to znów w drugą stronę przez znaczną część ziem zachodnich wiedział, że mapa ta była dokładniejsza niż cokolwiek, co mógłby dostać w Rzymie. Niestety, pokazywała ona równie dokładnie tereny, które zagarnęli Yezda od czasu Maragha. Większość centralnego płaskowyżu była stracona — nomadzi zaczynali się tam już osiedlać i parli na wschód, w kierunku żyznych równin, które ciągnęły się do Morza Żeglarzy.

Imperator przesunął ostrze wzdłuż zachodniego brzegu rzeki Arandos, która spływała z wyżyn przez szeroką, przybrzeżną równinę.

— Sukinsyny używają doliny Arandos, żeby dopaść naszych gardeł. Ale to działa w obie strony. Namdalajczycy Draxa zablokują przejście przy Garsavrze, dopóki ich nie wesprzemy. Potem my z kolei natrzemy na zachód i odbierzemy co nasze… Tak, czy tym razem masz mi coś do powiedzenia, Rzymianinie?

— Chciałbym raczej o coś zapytać. — Gajusz Filipus wskazał na czerwone kółko oznaczające Garsavrę. — Twój wielki książę Drax jest może i dobrym żołnierzem, ale w jaki sposób chce utrzymać miasto, które nie ma żadnych murów obronnych?

Prawie żadne miasto na zachodzie nie było obwarowane. Do czasu, gdy przybyli tam ludzie z Yezd, mieszkańcy tych ziem żyli przez setki lat nie obawiając się najazdów, a fortyfikacje niegdyś tam budowane, nie istniały od lat, rozebrane ze względu na dobry budulec, którego były darmowym źródłem. W rozumieniu Marka, kraj wolny od murów obronnych był najświetniejszym osiągnięciem Videssos. Świadczyło to o spokoju i bezpieczeństwie daleko większym od tego, które Rzym mógł kiedykolwiek zapewnić swoim poddanym. Nawet w Italii nieobwarowane miasto byłoby czymś równie nienormalnym, jak biały kruk. Minęło zaledwie 50 lat odkąd Cimbri i Teutoni przeprawili się przez Alpy, pytając legionistów Mariusza, czy mieli jakieś wiadomości dla barbarzyńców, które mogliby przekazać swoim panom.

— Nie obawiaj się cudzoziemcze, utrzymają je — odpowiedział z drugiego końca stołu Utprand, syn Dagobera, z ciężkim namdalajskim akcentem. — Drax to prawie żaden Namdalaj-czyk, ale jego ludzie wytrzymają.

Wielki książę przejął zbyt wiele zwyczajów i cech Videssos, jak na gust swego rodaka. Istniała miedzy nimi także jakaś stara rywalizaq’a. Skaurus nie znał szczegółów tego sporu.

— Wy, Rzymianie, jesteście dobrzy w szybkim budowaniu umocnień, ale my też znamy parę sztuczek — powiedział Soteric, syn Dosti, popierając swojego kapitana. Brat Helvis służył Imperium dłużej niż Utprand i niemal pozbył się wyspiarskiego akcentu. Soteric kontynuował: — Dajcie regimentowi naszych ludzi dziesięć dni postoju w jednym miejscu, a zbudują taką twierdzę, w której wszyscy będą mogli się bronić. Garsavra może nie mieć murów, ale będzie prawdziwą fortecą.

Mój szwagier — nie po raz pierwszy pomyślał Marek — za dużo gada. Mertikes, a także kilku innych videssańskich oficerów, rzucili Sotericowi gniewne spojrzenie. Jasne było, że i Thorisin nie jest zachwycony perspektywą obsadzania Namdalajczyków w zamkach, które stały na jego ziemi — bez względu na to, jak dalece było to w tej chwili potrzebne.

Videssańczycy najmowali żołnierzy z Namdalen, ale nie ufali im. Namdalen było prowincją Imperium, zanim padło łupem korsarzy z Haloga kilka wieków temu. Wynikiem zmieszania tych dwóch narodów był lud, w którym z imperialną tradycją Videssos łączyła się ambicja i barbarzyńskie umiłowanie walki, przyniesione przez żeglarzy z pomocy. Władcy Namdalen marzyli o tym, że któregoś dnia będą rządzili w stolicy Imperium, a marzenie to było koszmarem dla Videssańczy-ków. Zigabenos powiedział do Utpranda:

— Wy, wyspiarze, z waszą ciężką kawalerią, nie powinniście być uwiązani do stałego garnizonu i jego wymagań. Gdy wasze główne siły dotrą do Garsavry, z pewnością zostawimy tam mniej wartościowe wojska, bez względu na to, jaką fortecę zbuduje Drax.

— Sprytnie to zrobił, co? — wyszeptał z podziwem Gajusz Filipus. Marek przytaknął. Czy istniał lepszy sposób, żeby odsunąć wyspiarzy od pozycji, które mogłyby być niebezpieczne dla Imperium, niż uczynić z tego pochwałę ich zdolności wojennych? Zigabenos opanował w niezwykłym stopniu videssański talent do łączenia polityki i wojny; to on wywołał w mieście zamieszki, które strąciły z tronu Ortaiasa Sphrantzesa i zdobyły Imperium dla Thorisina Gavrasa.

Jednak Utprand dowództwo nad regimentem zawdzięczał nie tylko sile ramion i biegłości we władaniu mieczem. Był zbyt niecierpliwy, by bawić się w subtelności, ale za jego zimnymi niebieskimi oczyma krył się bystry umysł. Wzruszając ramionami powiedział:

— Co ma być, to będzie — myśl, która mogła pochodzić od jego pogańskich przodków z Haloga.

Rozmowa przeszła teraz na sprawy takie, jak kierunki marszu, centra zaopatrzenia i wszystkie inne drobne problemy, które związane są z dużą kampanią. Mimo swoich wcześniejszych doświadczeń w tym terenie, Marek słuchał uważnie. Znajomość takich szczegółów zawsze mogła się przydać.

Kilku wodzów z Khamorth wyglądało na całkiem znudzonych. Byli to świetni zwiadowcy i kawalerzyści, przede wszystkim ze względu na swoją szybkość i ruchliwość. Ale nie interesowało ich nic poza samą walką — przygotowania wydawały im się stratą czasu. Jeden z nomadów chrapał tak głośno, że jego sąsiad kopnął go pod stołem w kostkę. Przebudzony nagle oficer wzdrygnął się, wypluwając z siebie potok przekleństw.

Jakkolwiek grubiańskie były ich maniery, nomadzi mieli znakomite pojęcie o realiach wojny i interesów. Jeden z nich pochwycił spojrzenie Thorisina Gavrasa podczas krótkiej przerwy w ustalaniu szczegółów. Myśląc, że chciał on dodać jakąś uwagę, Imperator zapytał:

— O co chodzi, Sarbaraz?

— Nie zabraknie nam pieniędzy w połowie wojny? — zapytał z niepokojem Sarbaraz. — Myśmy walczyli dla waszego Ortaiasa, a on nam dał więcej obietnic niż złota, a jego złoto też nic nie warte.

Tak było istotnie — Ortaias Sphrantzes fałszował monety bite w Videssos tak, że to co miało być sztuką złota, było złotem co najwyżej w jednej trzeciej swojej objętości.

— Bez obawy, zapłacimy wam — powiedział Gavras. Był poirytowany. Jego oczy zwęziły się ze złości. — Wiesz, że nie bijemy tutaj śmieci.

— Jasne, jasne. W mieście. Wyjeżdżamy za miasto, od — jak wy to mówicie? — skarbca, i co wtedy? Wtedy może brakuje wam pieniędzy, jak mówię. Moi chłopcy niezadowoleni, jak się tak stanie, mogą odebrać resztę zapłaty w okolicy. — Sarbaraz uśmiechnął się bezczelnie, ukazując krzywe zęby. Khamorthci nie mieli żadnego szacunku dla farmerów, uważając ich jedynie za ewentualne ofiary.

— Na Phosa, powiedziałem, że wam zapłacimy! — krzyknął Thorisin, tym razem naprawdę rozzłoszczony. — A jeśli zaczniecie rabować, bandyci, poślemy na was całą resztę armii i zobaczymy, jak wam się to spodoba!

Wziął głęboki oddech, potem jeszcze jeden, próbując się uspokoić. Zanim został Imperatorem — pomyślał Marek z aprobatą — pozwoliłby sobie na prawdziwą wściekłość. Kiedy przemówił znowu, zrobił to z wystudiowanym opanowaniem.

— Będziemy mieli mnóstwo pieniędzy na potrzeby armii. A gdyby nawet kampania trwała dłużej niż oczekujemy, nie będziemy musieli wysyłać nikogo po pieniądze do stolicy, tylko do miejscowej mennicy w… w… — strzelił palcami zirytowany, nie mogąc sobie przypomnieć nazwy miasta. Z powołania był żołnierzem, a nie finansistą. Podatki i dochody były dla niego tak nudne, jak zaopatrzenie i rozmieszczenie obrony dla Khamorthów.

— Kyzikos — podpowiedziała Alypia Gavra. Jak to było w jej zwyczaju, bratanica Imperatora siedziała cicho przez prawie całą naradę, od czasu do czasu coś sobie notując; pisała historię Imperium. Większość oficerów w ogóle nie zwracała na nią uwagi. Przywykli do jej cichej obecności.

Co do Marka, to czuł on tę samą mieszankę tęsknoty, winy i odrobiny lęku, którą budziła w nim zawsze Alypia. „Podobała mu się” nie było tutaj właściwym określeniem, co wcale nie pomagało jego nieraz burzliwemu pożyciu z Helvis. Co więcej, wiedział, że jego uczucia były odwzajemnione, przynajmniej częściowo. Tu właśnie pojawiał się lęk. Jeżeli najemnik nie mógł mieć nadziei na posiadanie zamku w Videssos, co stałoby się z takim, który posiadłby księżniczkę?

— Mennica w Kyzikos jest niedaleko na południowy wschód od Garsavry — tłumaczyła Sar-barazowi. — Właściwie, najpierw została ona założona jako centrum wypłat dla naszych wojsk w wojnie z Makuran w… niech pomyślę… — Jej zielone oczy zamyśliły się. — …niecałe sześćset lat temu.

Nomada nie był zbyt szczęśliwy, gdy musiał słuchać jakiejkolwiek kobiety — nawet jeśli należała do rodziny cesarskiej. Przy ostatnich słowach popatrzył na nią ze szczerym niedowierzaniem.

— W porządku, macie mennicę, my dostajemy pieniądze. Po co ze mnie kpić. Kto mógłby pamiętać sześć pięcio-dwudziestek lat?

Przetłumaczył dosłownie system liczbowy swojego języka na videssański. Skaurus zastanawiał się, co zrobiłby z tym Gorgidas. Zapewne powiedziałby, że odnosi się do czasów, gdy Khamorthci nie mogli liczyć do liczby większej niż ilość palców u rąk i nóg. Ale teraz Gorgidas sam widział mnóstwo Khamorthów.

— Niech Skotos weźmie tego grubiańskiego barbarzyńcę — usłyszał trybun jednego z oficerów Videssos szepczącego do swojego towarzysza. — Czy on wątpi w to, co powiedziała księżniczka? Ale Alypia odpowiedziała Sarbarazowi tak uprzejmie, jakby mówiła do jakiegoś arystokraty:

— Nie zamierzałam z ciebie kpić.

Nie miała w sobie tego gorącego temperamentu Gavrasów, który prześladował Tfaorisina, a czasem przejawiał się także w wybuchach złości jej ojca, Mavrikiosa. Jej rysy również nie były tak ostro wyrzeźbione, jak oblicza mężczyzn z rodziny cesarskiej, chociaż miała dosyć wąską, owalną twarz.

Marek ciekaw był, jak też wyglądała jej matka. Żona Mavrikiosa umarła wiele lat przed tym jak został Autokratorem. Bardzo niewielu Videssańczyków miało zielone oczy, musiało to pochodzić właśnie od tej strony rodziny.

— Kiedy zamierzasz przystąpić do walki? — zapytał ktoś Thorisina.

— Dawno temu — odparł krótko Imperator. — Oby Onomagoulos mroził się w piekle Skotosa za czas, który mi zabrał, i za wszystkich dobrych ludzi, których zabił. Wojna domowa to dla kraju podwójna strata, bo i zwycięzcy, i przegrani należą do niego.

— Szczera prawda — wymamrotał Gajusz Filipus, przypominając sobie swoją własną młodość i walki pomiędzy Śullą a zwolennikami Mariusza, nie mówiąc o Wojnie Społecznej, w której Rzymianie musieli walczyć ze swoimi sprzymierzeńcami z Italii.

— Wiesz, że nie możemy być gotowi dawno temu — powiedział głośno do Gavrasa.

— Nawet wy, Rzymianie? — odparł z uśmiechem Imperator. W jego głosie był niekłamany szacunek. Legioniści nauczyli Videssos więcej, niż kiedykolwiek wiedziało o natychmiastowej gotowości. Thorisin tarł ręką podbródek, zastanawiając się:

— Osiem dni — powiedział w końcu.

Wśród oficerów słychać było pomruki niezadowolenia. Jeden z Namdalajczyków, Clozart Skórzane Spodnie, warknął:

— Równie dobrze możesz prosić o gwiazdę z nieba! — Utprand uciszył go groźnym spojrzeniem. Gdy Imperator spojrzał pytająco na dowódcę najemników, ten odpowiedział kiwnięciem głowy. Thorisin oddał gest, zadowolony; na słowie Utpranda w takich kwestiach można było polegać.

Gavras nie kłopotał się pytaniem Rzymian. Skaurus i Gajusz Filipus z satysfakcją wymienili uśmiechy. Mogli być gotowi w ciągu czterech dni i wiedzieli o tym obaj. Przyjemnie było zobaczyć, że Imperator też o tym wiedział.

Kiedy spotkanie się skończyło, Marek miał nadzieję na krótką rozmowę z Alypią Gavrą — w zdominowanym przez różne ceremonie i reguły Videssos, takie okazje nadarzały się zbyt rzadko. Niestety, uczepił się go Mertikes Zigabenos, gdy wychodzili przez wypolerowane do połysku brązowe drzwi Sali Dziewiętnastu Tapczanów. Videssański oficer powiedział:

— Mam nadzieję, że jesteś zadowolony z kapłana, którego ci przysłałem.

W każdych innych okolicznościach Skaurus odpowiedziałby jakimś grzecznym komplementem. W końcu, Zigabenos starał się zrobić jemu i jego ludziom przysługę. Jednak widok Alypii, oddalającej się wraz z wujem w kierunku prywatnych komnat rodziny cesarskiej, zirytował go wystarczająco, by stał się szczery.

— Nie mogłeś znaleźć kogoś, kto by tyle nie pił? — zapytał. Mróz ściął przystojną twarz Zigabenosa:

— Z pewnością. Najmocniej cię przepraszam — powiedział. — A teraz, jeśli pozwolisz… — z zimnym, wystudiowanym co do cala ukłonem, odsunął się od trybuna.

Gajusz Filipus podszedł do Marka.

— A temu znowuż na jaki wlazłeś odcisk? — zapytał, patrząc na sztywno oddalającego się Zigabenosa. — Tylko nie mów mi, że byłeś z nim szczery.

— Obawiam się, że tak — przyznał trybun. Czasami — pomyślał — nie można było zrobić gorszego błędu w stosunkach z Videssańczykami.

Zamieszanie związane z przygotowaniami do wymarszu nie odciągnęło legionistów od ich porannych zajęć na polu ćwiczeń. Gdy powrócili stamtąd pewnego dnia, Marek zastał koszary tak brudne i zagracone, że nawet obecna przeprowadzka nie była tego w stanie usprawiedliwić. Rozzłoszczony poszedł szukać Pullo i Worenusza. Zaniedbanie jakiejkolwiek pracy nie pasowało do nich, nawet gdy była to praca tak zniechęcająca jak sprzątanie.

Znalazł ich stojących obok siebie na słońcu za jednym z budynków dla kawalerów. Porzucili swe raczej sztywne pozy, gdy tylko ujrzeli go wychodzącego zza rogu. Marek nabrał powietrza, przygotowując się do wściekłego krzyku.

Ale Styppes, który siedział wygodnie w cieniu otaczających koszary drzew cytrusowych, uprzedził go:

— Co robicie, wy żałosni barbarzyńcy!? Natychmiast wracajcie do swoich pozycji! Ledwie zacząłem szkicować!

Skaurus nie zauważył wcześniej siedzącego w cieniu kapłana. Odwrócił się teraz do niego, ignorując legionistów.

— A któż dał ci panie prawo do odrywania moich żołnierzy od zadań, które im wyznaczyłem? Styppes przymrużył oczy wychodząc z cienia. W ręku trzymał kilka arkuszy pergaminu i laskę węgla drzewnego.

— Co ma większe znaczenie — zapytał — trywialne sprawy tej egzystencji, czy też chwała Phosa, która trwa na wieki?

— Ta egzystencja jest jedyną, jaką znam — odparował trybun. Styppes aż cofnął się z przerażenia, jakby stał naprzeciwko dzikiej bestii. Uczynił znak słońca — znak swojego boga — na piersiach i wymamrotał szybko jakąś krótką modlitwę przeciwko bluźnierstwu Marka. Skaurus zdał sobie sprawę, że posunął się za daleko — w oszalałym na punkcie religii Videssos, taka wypowiedź mogła wywołać zamieszki. Spróbował trochę załagodzić swoje słowa:

— O ile wiem, żaden z tych żołnierzy nie czci Phosa. — Spojrzał na Worenusza i Pullo, którzy pokiwali nerwowo głowami, czując się niczym w potrzasku, pomiędzy Styppesem a swoim dowódcą.

Marek odwrócił się znowu do kapłana.

— Do czegóż więc są ci potrzebni?

— Właściwe pytanie — powiedział Styppes przypatrując się trybunowi bez sympatii. — Choć Skotos z pewnością zabierze ich pogańskie dusze pod ziemię, do wiecznego lodu, jednak ich cielesne postacie warte są utrwalenia. Odnalazłem w nich podobieństwo do świętych naszego Pana Phosa — Akakiosa i Gouriasa, którzy mają być przedstawieni na ikonach jako młodzi mężczyźni bez bród.

— Malujesz ikony? — zapytał Marek mając nadzieję, że nie było słychać sceptycyzmu w jego głosie. Za chwilę ten gruby dureń powie, że może znosić jaja — pomyślał Marek. Styppes jednak, jak się wydawało, wziął: go na serio.

— Owszem — powiedział, podając swoje arkusze Rzymianinowi. — Musisz wziąć pod uwagę, że to tylko ogólne szkice, w dodatku nie najlepsze. Zresztą węgiel też jest kiepski. Ci głupcy w klasztorze używają drzewa orzechowego, ale mirt daje lepszą linię i mniej brudzi.

Trybun prawie nie słyszał narzekań kapłana. Przeglądał szybko kawałki pergaminu, a im więcej ich widział, tym jego oczy stawały się większe. Styppes był artystą — bez względu na to, czym jeszcze był. W kilku oszczędnych liniach zawarł najbardziej charakterystyczne rysy Rzymian; silny nos i wystające kości policzkowe Pullo, ciężkie brwi Worenusza, jego inteligentne usta i szramę, która pofałdowała podbródek.

Pullo także miał blizny, ale rysunek Styppesa nie pokazywał tego. Przyzwyczajony do rzymskich portretów, które bywały brutalnie realistyczne, Marek zapytał:

— Dlaczego pokazałeś rany jednego z nich, a drugiego nie?

— Święty Gaurios był żołnierzem, który cierpiał męczarnie, broniąc ołtarza Phosa przed poganami z Khamorth i ma być przedstawiany z żołnierskimi znakami. Akakios Klimakos jednak został sławny dzięki swojemu miłosierdziu i nie miał żadnego kontaktu z wojną.

— Ale przecież Pullo ma blizny — zaprotestował trybun.

— No i co z tego? Sami w sobie, twoi barbarzyńcy nic mnie nie obchodzą, no bo i czemu niby powinni? Ale jako wizerunki tych, którzy godni byli Phosa, mają jakieś znaczenie. Tam gdzie ich rysy nie pasują do ideału, czy mam z niego zrezygnować? Dla nich? Interesują mnie święty Klimakos i Gourias, a nie twój Pullo i Worenusz, czy jak też tam się nazywają. — Styppes roześmiał się, rozbawiony takim pomysłem.

Jego teoria sztuki była różna od wszystkiego, co myślał na ten temat Skaurus, ale trybun był zbyt oburzony pogardą kapłana, by się tym przejmować.

— W takim razie wyświadcz mi proszę tę uprzejmość, i nie odrywaj ich od wyznaczonych zadań. Mnie interesuje ich wypełnienie.

— Zuchwały poganin — powiedział Styppes, a nozdrza latały mu ze wściekłości.

— Wcale nie — odparł trybun, nie chcąc sobie czynić z niego otwartego wroga. — Ale tak jak ty masz swoje sprawy, ja mam swoje. Twój Gourias zrozumiałby obowiązek, który żołnierz musi wypełnić względem swojego dowódcy i szkodę, która może wyniknąć z osłabienia jego autorytetu.

Kapłan wyglądał na zaskoczonego.

— Nie oczekiwałbym takiego argumentu od niewiernego — jego oczy były przekrwione, ale przenikliwe.

Marek rozłożył ręce. Cokolwiek, byleby skutecznie — szepnął, ale tylko do siebie.

— No dobrze — powiedział w końcu kapłan. — Być może byłem nieco pochopny.

— Co moi ludzie robią w swoim wolnym czasie, zupełnie mnie nie obchodzi. To ich sprawa. Jeżeli zechcą ci pozować, z pewnością nie będę miał nic przeciwko temu — powiedział trybun zadowolony, że udało mu się wszystko załagodzić.

Wyrachowanie pojawiło się na tłustej twarzy Styppesa.

— A co z tobą? — zapytał.

— Ze mną?

— Tak, właśnie z tobą. Gdy tylko cię zobaczyłem wiedziałem, że byłbyś świetnym modelem do portretu świętego Kveldulfa Halogajczyka.

— Świętego kogo? — spytał zaskoczony Marek. Halogajczycy żyli w zimnej krainie, daleko na pomoc od Videssos. Niektórzy służyli jako najemnicy dla Imperium, ale znacznie częściej byli najeźdźcami i piratami. Skaurus wiedział, że czcili oni własnych, posępnych bogów a nie Phosa.

— Jak Halogajczyk stał się świętym w Videssos?

— Kveldulf głosił prawdziwą wiarę za panowania świętej pamięci Stavrakiosa — Styppes uczynił znak słońca na sercu. — Nauczał swoich rodaków w ich skutych lodem fiordach, ale oni go nie słuchali. Przywiązali go do drzewa i zadźgali włóczniami, ale on nie bał się ich broni, wybierając śmierć, która służyła chwale Phosa.

Nic dziwnego, że Halogajczycy nie przyjęli Kveldulfa — pomyślał trybun. Stavrakios podbił należącą do nich prowincję Agder i Kveldulf musiał im się wydawać zwiastunem kolejnych klęsk. Vi-dessos często używało religii do politycznych celów. Skaurus nie zgadzał się ze sposobem rozumowania Styppesa, ale zamiast tego powiedział tylko:

— Dlaczego ja? Nie wyglądam przecież jak Halogajczyk.

— To prawda, wyglądasz prawie dokładnie jak Videssańczyk. Tym lepiej. Jesteś blondynem jak te dzikusy z północy i dzięki temu mogę tak sportretować Kveldulfa, by jego pochodzenie było oczywiste nawet dla tych wiernych, którzy nie umieją czytać, ale jednocześnie symbolicznie zaprezentować jego oddanie prawdziwej wierze Imperium.

— Och… — Marek chciał podrapać się po głowie, ale zatrzymał się w połowie gestu, nie chcąc pokazywać swojego zmieszania kapłanowi. Żałował, że nie ma przy nim Gorgidasa, który na pewno połapałby się w prototypach i symbolach Styppesa — jeżeli ktokolwiek mógł to zrobić, to był to na pewno Grek. Dla konserwatywnych Rzymian portret był portretem; należało go oceniać według tego, jak dalece przypominał oryginał.

Wciąż nieco ogłupiały, przytaknął niewyraźnie, gdy Styppes znowu zaczął na niego naciskać w kwestii pozowania i udzielił Worenuszowi i Pullo tylko ćwierci reprymendy, na którą zasłużyli. Nie dowierzając swemu szczęściu, zasalutowali szybko i zniknęli, zanim przestał rozmyślać nad słowami kapłana.

Jeżeli Kveldulf nauczał tak jak Styppes — pomyślał — jego barbarzyńscy rodacy mieli kolejny dobry powód, żeby go zabić.

Pomimo incydentu ze Styppesem, przygotowania legionistów przebiegały całkiem gładko. Rzymianie byli starymi wygami, gdy chodziło o zwijanie obozu zimowego, a pod ich czujnym okiem rekruci, którzy dołączyli do nich odkąd legion pojawił się w Videssos, też nieźle sobie radzili. Rzymski duch miał potężną moc — nowo przybyli chcieli dostosować się do standardów ustalonych przez trybuna.

Rezultaty zadowoliły nawet Gajusza Filipusa, który popędzał cudzoziemców nie mniej niż ludzi pochodzących z Latinum czy Apuli. Starszy centurion miał na głowie stary problem, z którym nie mógł sobie tak łatwo poradzić, jak z nieposłusznym żołnierzem.

Trzy dni przed tym, gdy armia Videssos miała opuścić stolicę, weteran przyszedł do Marka i stanął na baczność. Sam w sobie był to już niedobry znak; nie bawił się w takie formalności, chyba że zamierzał powiedzieć coś, czego jak przypuszczał, Skaurus wolałby nie słyszeć. Gdy trybun zauważył, że jedno oko centuriona było podsiniaczone, jego niepokój wzrósł jeszcze bardziej; czy jakiś żołnierz był na tyle głupi, żeby porwać się na Gajusza Filipusa? Jeśli tak było, centurion mógł właśnie przyjść, żeby zameldować o śmierci legionisty.

— Tak? — zapytał Skaurus, gdy Gajusz Filipus milczał uparcie.

— Panie… — Gajusz Filipus zaczął od tytułu i zamilkł na tak długo, że Skaurus zaczął się obawiać, czy jego pierwsze, pośpieszne przypuszczenie nie było prawdą. Wtedy, jakby zerwała się w nim jakaś tama, starszy centurion wybuchnął:

— Panie, czy nie ma jakiegoś sposobu na to, żebyśmy mogli zostawić tu te cholerne dziwki? Mężczyźni byliby bez nich lepszymi żołnierzami, naprawdę byliby o wiele lepsi, nie myśląc o tym, czy się będą pieprzyć w nocy albo czy ich bachory zjadły obiad.

— Przykro mi, ale nie — odpowiedział Skaurus natychmiast. Wiedział, że Gajusz Filipus nigdy tak naprawdę nie zaakceptował tego, że Rzymianie zabierali ze sobą swoje towarzyszki. Było to niezgodne z samą tradycją Legionów, a także z naturą weterana. Kobiety były dla niego związane jedynie z szybką przyjemnością; wszystko, co wykraczało poza tę przyjemność, zdawało się wykraczać także poza jego zrozumienie.

Ale zwyczaje Videssos różniły się od zwyczajów Rzymian. Najemnicy, którzy służyli Autokra-torowi, zawsze brali ze sobą żony czy kochanki, gdy rozpoczynali jakąś kampanię.

Marek czuł, że nie jest w stanie odmówić swoim ludziom przywileju, którym cieszyła się reszta armii.

— Coś nie wyszło jak trzeba?

— Jak trzeba?! — wykrzyknął Gajusz Filipus sfrustrowany, akcentując wyraźnie każdą głoskę. — Ani jedna pieprzona rzecz nie idzie jak trzeba z tymi idiotkami, a jeśli już, to one spartaczą ją z powrotem, tylko dla zabawy. Skaurus, powinieneś był widzieć, co ta gęś, która mi to podarowała — ostrożnie dotknął policzka — chciała zrobić.

— Powiedz mi. — Marek wiedział, że starszy centurion musiał wyładować jakoś złość i był gotów go wysłuchać. — Dzięki jednemu z niezwykłych cudów Jowisza, tej dziwce, Myrrh — jest kobietą Publiusza Flakusa, gdybyś nie wiedział — udało się w ciągu pięciu dni spakować swoje rzeczy do trzech toreb, każda z nich jest wystarczająco duża, żeby złamać najsilniejszego osła, jaki się kiedykolwiek urodził. Ale to by jeszcze uszło, przynajmniej była spakowana. Ale! Ale wtedy jej „małe kochanie” wymyśliło, że chce cukierka — i niech bogowie utną mi jądra, jeśli nie wywaliła wszystkich swoich śmieci na podłogę, aż znalazła cukierek miodowy. Ja na to wszystko, rozumiesz, patrzyłem. Zajęło to przynajmniej kwadrans — tyle jej dałem. To właśnie wtedy zarobiłem tego siniaka.

Gdy Gajusz Filipus wrzasnął na polu ćwiczeń, tynk osypywał się ze ścian. Skaurus pomyślał, że Myrrha musiała być naprawdę dziewczyną z charakterem, skoro to wytrzymała. Starszy centurion, przyzwyczajony do ostrej dyscypliny legionu, dawno już zapomniał o łagodniejszych sposobach zwracania komuś uwagi. Co gorsza, był wściekły, gdy mu się przeciwstawiano, a on nie mógł się za to zemścić.

— No już, nie przejmuj się tym — powiedział Marek. Objął starszego centuriona ramieniem. — Wykonywałeś swój obowiązek i to było w porządku. Chyba nie warto pozwalać, żeby ktoś, kto jest ignorantem i cywilem, rozpraszał cię?

— Jasne, cholera, że warto — burknął. Skaurus tylko lekko się skrzywił; to opanowanie zawdzięczał wyciszającej mocy stoicyzmu.

Pomimo tego ataku wściekłości weterana, i w dużej mierze dzięki jego pracy, legioniści byli gotowi na długo przed terminem wyznaczonym przez Thorisina. Jednak dzień ten minął, a armia wciąż nie wyruszała. Choć niektóre oddziały — głównie najemnicy z Khamorth, a także kilka vi-dessańskich jednostek — wciąż nie były gotowe, głównym powodem opóźnienia był fakt, że statki nie nadawały się jeszcze do tego, by je przetransportować, pomimo wysiłków i najlepszych chęci dowódcy floty Tarona Leimmokheira.

Rewolta Onomagoulosa skutecznie rozbiła flotę Videssos; także i tutaj jej konsekwencje były widoczne.

— Leimmokheir chyba znowu chce się znaleźć w więzieniu — śmiał się Senpat Sviodo, ale żart zawierał w sobie nieco prawdy. Leimmokheir spędził w więzieniu wiele miesięcy, gdy Thorisin Gavras uważał go, niesłusznie, za jednego z uczestników morderczego spisku. Gdyby naprawdę zawiódł skorego do gniewu Imperatora, mógłby tam powrócić.

Okręty przeróżnej wielkości i kształtów — od wielkich, rozbudowanych transportowców, które zwykle przewoziły ziarno, po małe rybackie łodzie — gromadziły się w portach Videssos. Wydawało się, że w stolicy jest tyle samo żeglarzy co żołnierzy. Marynarze, z których niemal wszyscy byli Videssańczykami, zaludnili tawerny i jadłodajnie miasta. Ścierali się z najemnikami; czasami dla zabawy, czasami zupełnie poważnie.

Marek myślał o Viridoviksie i zastanawiał się, jak też zniósł on żeglugę do Pristy. Gdyby porywczy Celt wiedział co traci, z pewnością wolałby wrócić, nawet gdyby musiał to zrobić wpław — wiadomo było, że nigdy nie opuścił ani nie wycofał się z żadnej knajpianej awantury.

Przy takiej ilości okrętów stłoczonych w dokach Videssos, wprost przylegających do siebie burtami, przybycie jednego więcej kupca z Kypas w ziemiach zachodnich nie powinno było zrobić żadnej różnicy. Ale ten okręt zawierał coś więcej niż ładunek wina; wiadomości, które przywiózł, rozeszły się po mieście lotem błyskawicy. Gdy w Videssos dwójka ludzi o czymś się dowiedziała, wiedziało o tym wkrótce całe miasto.

Phostis Apokavkos przyniósł nowiny do koszar legionistów. Był zawsze dobrze zorientowany, zarabiając na życie w złodziejskiej dzielnicy miasta, zanim został przygarnięty przez Rzymian. Teraz wpadł jak szalony do środka, z wściekłością wypisaną na jego pociągłej twarzy.

— Niech szlag trafi plugawych cudzoziemców! — krzyczał.

Głowy poderwały się do góry, ręce instynktownie sięgnęły po broń. Videssos był kosmopolityczne, a zarazem ksenofobiczne; krzyk taki jak ten, zbyt często był hasłem podrywającym motłoch do walk. Żołnierze uspokoili się, gdy zobaczyli, że był to tylko Apokavkos i przeklinali go za ten nagły alarm.

— Czy nas też masz na myśli, Phostis? — zapytał łagodnie Skaurus.

— Co? Och, nie panie! — odrzekł Apokavkos, zszokowany. Jego ręka powędrowała do góry w eleganckim pozdrowieniu legionistów. Czasami był on — pomyślał trybun — bardziej rzymski niż sami Rzymianie. Dali mu szansę, której inaczej nigdy nie miałby na swojej farmie na dalekim zachodzie czy w stolicy, a w zamian zyskali jego pełne oddanie. Teraz golił się jak Rzymianie, przeklinał po łacinie, i jak wszyscy rekruci, którzy dołączyli do ludzi Marka w Videssos, nosił znak legionów na ręce.

— To ci znienawidzeni przez Phosa heretycy z Namdalen, panie — zaczął wyjaśniać. W pewnych kwestiach wciąż był Videssańczykiem.

— Ludzie Utpranda? — niepokój na nowo ogarnął Marka, tak jak i jego żołnierzy. Rzymianie zajmowali się już zamieszkami, rozdzielając miejskie pospólstwo i ludzi z Księstwa. Był to taki rodzaj służby, na myśl o którym każdemu żołnierzowi robiło się niedobrze.

Ale Apokavkos pokręcił głową.

— Nie, to nie ci pluskwiarze; dookoła jest wystarczająco dużo uczciwych ludzi, żeby utrzymać ich w porządku. — Splunął z obrzydzeniem na podłogę. — To banda Draxa.

— O czym ty mówisz?! Wyduś to z siebie, człowieku! — zawołali legioniści, ale Marek czuł, jak cierpnie mu skóra. Miał straszliwe uczucie, że wie, co teraz usłyszy.

— To skurwysyński pirat — mówił Apokavkos. — Wysłać go za Cieśninę Bydła, żeby uciszył rebelię, a już mu się wydaje, że jest królem. Ten gównojad, ten pomiot Skotosa zabrał nasze ziemie na zachodzie!

II

Ziemia! — zawołał obserwator z bocianiego gniazda, wysoko na maszcie „Zdobywcy”. — Och, chwała niech będzie bogom! — wykrzyknął Viridoviks. — Już myślałem, że zapomnieli o tym słowie.

Rumiana zazwyczaj twarz Gala była teraz blada i ściągnięta bólem. Zimny pot pozlepiał jego rude włosy i długie wąsiska. Trzymając się kurczowo relingu na prawej burcie „Zdobywcy”, czekał aż dopadnie go następny atak morskiej choroby.

Nie musiał czekać długo. Podmuch wiatru przyniósł ze sobą smród gorącego oleju i smażonych ryb z kuchni na rufie statku. Wywołało to nowy paroksyzm wymiotów. Po twarzy spływały mu łzy.

— Już trzeci dzień! Byłbym zimnym trupem, gdyby to miało trwać tydzień.

W swym udręczeniu mówił po celtycku, a tego języka nikt na pokładzie — w całym tym świecie — nie rozumiał. To jednak nie dlatego załoga statku i dyplomaci, którym towarzyszył, przyglądali mu się z ciekawością i współczuciem. Wody Morza Videssańskiego były prawie nieruchome i to, że ktoś był w stanie zachorować przy takiej świetnej pogodzie, graniczyło z cudem. Viridoviks przeklinał swój słaby żołądek, ale przerwał, gdy ten znowu zaczął wyprawiać harce.

Z kuchni wyłonił się Gorgidas, trzymający w rękach misę parującego obficie rosołu wołowego. Grek mógł twierdzić, że porzucił medycynę dla historii, ale w głębi serca wciąż był lekarzem. Niepokoił go kiepski stan Viridoviksa tym bardziej, że zupełnie nie rozumiał tej słabości tryskającego zazwyczaj zdrowiem Gala.

— Masz, wypij to — powiedział.

— Weź to ode mnie — skrzywił się Viridoviks. — Nie chcę. Gorgidas zgromił go wzrokiem. Jeżeli cokolwiek w świecie mogło wzbudzić jego gniew, to był to świadomie głupi pacjent.

— Wolisz zamiast tego rzygać powietrzem? Nie przestaniesz, dopóki nie wpłyniemy do portu; lepiej by było, żebyś miał co z siebie wypluwać.

— Jasne, jak i to, że morze to pieprzone, znienawidzone przez bogów miejsce — powiedział Gal, ale pod nieubłaganym spojrzeniem Gorgidasa wysiorbał cały rosół. Kilka minut później zwrócił morzu większość z tego, co wypił.

— Ale syf. Niech śmierdzące gówno pochłonie tego gnojka, co wymyślił okręty. To wstyd, że jestem na jednym z nich z powodu kobiety!

— A czego byś chciał po tym, jak dałeś kosza kochance Imperatora? — zapytał Gorgidas retorycznie.

Bezmyślność Viridoviksa w tej kwestii naprawdę go złościła. Komitta Rhangawe miała temperament wystarczająco gorący, by smażyć na nim mięso, a gdy Viridoviks nie chciał porzucić dla niej innych swych kobiet zagroziła, że pójdzie do Thorisina Gavrasa i powie mu, że Gal ją zgwałcił; stąd jego nagły wyjazd z Videssos.

— Tak, pewnie masz rację, nauczycielu, ale nie musisz mi tu prawić kazań. — Zielone oczy Celta zmierzyły Gorgidasa zimnym spojrzeniem. — Przynajmniej nie uciekam przed samym sobą.

Lekarz odchrząknął. Riposta Viridoviksa była zbyt celna i zbyt prawdziwa, by mógł ją spokojnie zignorować. Gal był barbarzyńcą, ale na pewno nie był głupcem. Po tym jak Kwintus Glabrio zmarł na rękach Gorgidasa, pasja i treść jego życia wydała mu się do niczego nie przydatna. Jaki był z niego pożytek — myślał gorzko — skoro nie umiał uratować kochanka? Historia sprawiała wrażenie, że jest ciekawym zajęciem, nie wymagającym jednocześnie zbytniego zaangażowania.

Wątpił, czy potrafiłby to wytłumaczyć Galowi i nie bardzo też chciał. W każdym razie, jedno zdanie Viridoviksa podsumowało aż nazbyt dobrze wszystkie jego przemyślenia.

Arigh, syn Arghuna, przeszedł przez pokład i dołączył do nich, co uwolniło Gorgidasa od rozmyślań. Nawet ten nomada z dalekiego stepu za rzeką Shaum czuł się na morzu całkiem dobrze.

— Co z nim? — zapytał ostrym, przyciętym przez obcy akcent videssańskim.

— Nie za dobrze — odparł szczerze Grek. — Ale jeśli już widać ziemię, będziemy w Prista jeszcze dziś po południu, a to go powinno wyleczyć.

Płaska, śniada twarz Arigha jak zawsze pozostała niewzruszona, ale jakieś podstępne pytanie czaiło się w jego skośnych oczach.

— Koń też się kołysze, Viridoviksie. Czy ty na koniu też tak chorujesz? Przed nami wiele dni jazdy.

— Nie, nie będę chorował, ty wężu z Arshaum — odpowiedź Viridoviksa okraszona była przekleństwem pod adresem przyjaciela — Gal włożył w nie całą energię, jaka mu jeszcze została. Na koniec dorzucił: — A teraz wynocha, bo wyrzygam się na twoje śliczne skórzane buciki.

Arigh oddalił się, chichocząc.

— Końska choroba — mruczał Viridoviks. — Takie słowa mogą przyprawić człowieka o zimne dreszcze. Epona i jej klacz nie pozwoliłyby na to.

— To twoja celtycka bogini koni? — zapytał Gorgidas, jak zawsze zainteresowany tego rodzaju szczegółami.

— Ta sama. Składam jej ofiary wystarczająco często, choć prawdę mówiąc, nie robiłem tego odkąd jesteśmy w Imperium. — Gal miał zafrasowaną minę. — Powinienem to chyba nadrobić, kiedy tylko dopłyniemy do Pristy. Jeśli dożyję.

Prista była miastem kontrastów, strażnicą Imperium na skraju nie kończącego się morza traw. Liczyła sobie niecałe dziesięć tysięcy mieszkańców, ale mogła się poszczycić fortyfikacjami wyższymi i mocniejszymi niż jakiekolwiek inne miasto w Videssos — oprócz stolicy, oczywiście. Dla Imperium był to punkt obserwacyjny kontrolujący cały step; miejsce, z którego można było manipulować plemionami koczowników Khamorth czy to podpuszczając je na siebie, czy też wciągając do służby Imperium. Ludzie równin potrzebowali miasta, by mieli gdzie wymieniać miód, tłuszcz, wosk, futra i niewolników na pszenicę, sól, wino, jedwab i pachnidła z Videssos. Wielu nomadów z zawiścią patrzyło na to bogactwo, jak też i na samą twierdzę, a wysokie mury nie zawsze były w stanie ich powstrzymać. Przeszłość Pristy była więc naprawdę burzliwa.

W obrębie murów zaś można było znaleźć budynki wszelkiej maści i rozmiarów. Okazałe domostwa z podwórzami, zbudowane z miejscowego szarobrązowego kamienia w klasycznym vides-sańskim stylu, stały obok chwiejących się drewnianych szop i ziemianek skleconych z kawałków stepowej darniny. Na nie zabudowanym jeszcze terenie wyrastały, niczym jakieś gigantyczne muchomory, namioty nomadów pokryte skórą lub farbowanym filcem.

Choć w Prista znajdował się wojskowy garnizon i gubernator z Imperium, większość populacji miasteczka pochodziła z równin. Nawet portowi włóczędzy, choć przeważnie ubrani byli w Lniane tuniki i spodnie zamiast stepowych futer i skór, wyglądali na typowych Khamorthów — krępi, niezbyt wysocy, z wielkimi, rozwichrzonymi brodami. Żaden z nich nie rozstawał się także z niską, futrzaną czapą, które nomadzi nosili w każdą pogodę.

Kiedy Pikridos Goudeles poprosił jednego z nich, by pomógł mu zanieść bagaże do gospody, ten nawet nie drgnął. Zaskoczony Goudeles zmarszczył brwi.

— No tak, musiałem akurat trafić na głuchoniemego — powiedział i odwrócił się do innego próżniaka, który wystawiał szeroką, włochatą pierś do słońca. Mężczyzna zignorował go zupełnie.

— Na Phosa, czy to kraj głuchych? — zawołał biurokrata wyraźnie rozzłoszczony. W Videssos przywykł do tego, że usługiwano mu bez najmniejszej zwłoki.

— Posłuchają mnie! Niech mnie porwą demony, jeśli ich do tego nie zmuszę — powiedział Arigh, ruszając w stronę grupy nomadów. Ci spojrzeli na niego groźnie; Khamorthti i Arshaumi nigdy nie darzyli się sympatią.

Lankinos Skylitzes dotkną ramienia Arigha. Oficer był człowiekiem małomównym i nie przepadał za Goudelesem. Z chęcią patrzyłby, jak gryzipiórek robi z siebie głupca. Ale Arigh mógł wszcząć bójkę, a tego Skylitzes na pewno nie chciał.

— Pozwól mnie to zrobić — powiedział, i tym razem on pomaszerował w stronę włóczęgów. Starzy portowi wyjadacze obserwowali go ze stoickim spokojem. Skylitzes był wielkim mężczyzną, o solidnej, żołnierskiej budowie ciała, ale było ich wystarczająco wielu, by poradzić sobie i z nim, i z jego towarzyszami. I w dodatku kumał się z Arshaumami. Ale groźne miny zamieniły się w grymasy zaskoczenia, kiedy przemówił do nich w ich własnym języku. Po kilku sekundach czterech mężczyzn podskoczyło do pakunków i wzięło je na ramiona. Tylko Arigh sam niósł swój bagaż i zdawał się z tego zadowolony.

— To musi być bardzo przydatne, kiedy człowiek może się dogadać z innymi wszędzie gdzie tylko pojedzie — z podziwem powiedział do Skylitzesa Viridoviks. Gal powoli dochodził do siebie. Jak mityczny olbrzym Antaios — pomyślał Gorgidas — czerpał siłę z kontaktu z ziemią.

Oszczędny nawet w gestach Skylitzes skinął tylko głową. Problem komunikowania się z innymi nacjami wciąż jednak nurtował Viridoviksa, bo teraz zwrócił się do Greka.

— Jak będziesz pisał tę swoją historię, Gorgidas, kochanie, czy nie chciałbyś, żeby wszyscy mówili twoim językiem, i żebyś mógł im zadać wszystkie te pytania, co ci się tłuką po głowie?

Gorgidas zignorował sarkastyczny ton Viridoviksa, ale jego słowa poruszyły w nim czułą strunę.

— Na bogów, Galu, byłbym szczęśliwy, gdyby ktokolwiek w tym zafajdanym świecie mówił moim językiem; nawet ty. Jesteśmy tutaj j ak najbliżsi krewni, ale nie mogę z tobą porozmawiać po grecku, tak jak ty nie możesz mówić do mnie po celtycku. Czy to ciebie nie złości — zawsze tylko łacina albo videssański?

— Złości — przyznał od razu Viridoviks. — Nawet Rzymianie mają lepiej niż my, bo mają siebie i mogą gadać między sobą kiedy chcą. Próbowałem nauczyć moje dziewczynki celtyckiego, ale one w ogóle nie myślą o takich rzeczach. Zdaje się, że wybrałem je tylko dlatego, że tak dobrze spisują się pod kocem.

No i zostałeś sam — pomyślał Gorgidas. Jakby potwierdzając jego domysły, Gal zaczął nagle głośno recytować jakiś poemat w swoim ojczystym języku. Arigh i Videssańczycy gapili się na niego ze zdumieniem. Miejscowi tragarze przez całą drogę rzucali mu ukradkowe spojrzenia, zaciekawieni jego jasną, piegowatą cerą i ognistymi włosami. Teraz odsunęli się trochę, być może obawiając się, że wymawia jakieś zaklęcie.

Viridoviks przeleciał przez pięć albo sześć zwrotek. Potem zająknął się i zamilkł, po to tylko, by wypluć z siebie stek przekleństw — celtyckich, łacińskich i videssańskich.

— Hańba! Zapomniałem resztę — powiedział żałośnie i zwiesił smutno głowę.

Po szerokich ulicach stolicy, wykładanych kocimi łbami lub kamiennymi płytami, i po jej wydajnym systemie kanalizacyjnym, Prista była dla nich swego rodzaju szokiem. Główna ulica miasta, pokryta dobrze ubitą ziemią, wiła się zygzakiem niczym parkowa alejka i niewiele od takiej była szersza. Środkiem drogi spływały ścieki. Gorgidas widział nomadę rozpinającego spodnie i sikającego na poboczu — nikt nie zwracał na niego uwagi.

Grek pokręcił głową. W Elis, gdzie dorastał, takie rzeczy były czymś normalnym. Okrzyk „Exi-to! Uwaga, jedziemy!”, uprzedzał przechodniów, że zaraz wylany zostanie do rynsztoku kolejny ładunek pomyj. Rzymianie, tak jak i Videssańczycy żyjący w większych miastach, mieli lepsze pojęcie o higienie i kanalizacji. Jednak tutaj, na granicy cywilizowanego świata ludzie nie dbali o takie rzeczy — i z pewnością słono za to płacili, zapadając na różne paskudne choroby.

No i co z tego? — pomyślał Gorgidas. Mają przecież kapłanów-uzdrowicieli, którzy mogą się tym zająć. Zaraz jednak zaczął się nad tym zastanawiać; sądząc z tego, co tu widział, większość Pristan podtrzymywała swoje zwyczaje z równin i prawdopodobnie nie czciła Phosa. Spojrzał w kierunku świątyni boga Videssos. Wyblakłe kamienie i zamazane przez deszcz linie zdawały się świadczyć o tym, że był to jeden z najstarszych budynków w mieście, ale pokrywały ją także zaśniedziałe smugi zapomnienia. Skylitzes także to dostrzegł i zmarszczył brwi.

Jeżeli Pikridos Goudeles czuł jakikolwiek smutek czy skonsternowanie na widok opłakanego stanu świątyni, to zupełnie nie dał tego po sobie poznać. Ale rozgadał się, kiedy zobaczył wnętrze gospody, którą miejscowi polecili przez Skylitzesa jako najlepszą w Prista.

— Co za okropna speluna! Widziałem kurniki, które były lepiej utrzymane niż ta nora.

Dwóch klientów gospody rzuciło mu groźne spojrzenia — Gorgidas pomyślał, że rozumieją pewnie videssański. Właściwie Grek zgadzał się z Goudelesem. Szynk był mały, bez żadnych prawie sprzętów i nie sprzątany chyba od dziesięcioleci. Sadza pokrywała ściany tam, gdzie umieszczone były zwykle pochodnie. Wszystko cuchnęło dymem, stęchłym, starym winem i jeszcze starszym potem.

Klientela lokalu ani na jotę nie odbiegała od tego standardu. Dwa czy trzy stoły oblegane były przez typków, którzy mogli być rodzonymi braćmi portowych włóczęgów. Sześciu Videssańczyków piło osobno. Choć większość z nich miała już na pewno około czterdziestki, byli krzykliwi i ubierali się w workowate tuniki, jak wielu spośród młodych ulicznych łotrzyków. Każdy z nich zdawał się nosić na dłoniach i na szyi całą fortunę w złocie. Mówili głośno i gwałtownie, najczęściej posługując się slangiem ze stolicy.

Viridoviks mruknął po łacinie:

— Z nimi zagrałbym tylko swoimi własnymi kośćmi.

— Rozpoznaję złodziei, gdy tylko ich zobaczę. Nawet bogatych złodziei — odpowiedział mu Gorgidas w tym samym języku.

Jeżeli i gospodarz zajmował się kradzieżą, to wydawał swoje pieniądze gdzie indziej. Był to niski, tęgi mężczyzna, a jego posępne usta i podejrzliwe oczka zadawały kłam wszystkim opowieściom o sympatycznych, rubasznych grubasach. Pokój na piętrze, który niechętnie oddał posłom z Videssos, z trudem mieścił pięć wypchanych materaców przyniesionych wcześniej przez służącego. Goudeles zapłacił tragarzom, a gdy ci już odeszli, rozwalił się na sienniku — najgrubszym, jak zauważył Gorgidas — i wybuchnął śmiechem. W odpowiedzi na zaciekawione spojrzenia towarzyszy, powiedział:

— Pomyślałem sobie właśnie, że jeżeli to jest najlepsza gospoda, jaką ma do zaoferowania Prista, to niech mnie Phos zachowa od najgorszej.

— Ciesz się tym co masz, póki możesz — doradził mu Skylitzes.

— No nie, grubas ma rację — powiedział Arigh. Goudeles, który wypakowywał właśnie świeże ubranie, nie wyglądał na zachwyconego jego poparciem, jeżeli można to było tak nazwać. Arshaum kontynuował: — Nawet najpiękniejsze miasto jest więzieniem i tylko w stepie człowiek może oddychać swobodnie.

Ktoś zastukał cicho do drzwi. Był to żołnierz. Jak większość tutejszych mieszkańców, wyglądał na potomka nomadów, będąc barczystym mężczyzną o śniadej cerze i krzaczastej brodzie. Ale zamiast kubraka z wygotowanej skóry nosił metalową kolczugę i mówił płynnie po videssańsku.

— Jesteście panowie ze „Zdobywcy”, poselstwo do Arshaum? — Ukłonił się, gdy przytaknęli. — Jego Ekscelencja hypepoptes Methodios Sivas pozdrawia was i prosi, abyście zechcieli spotkać się z nim dziś, o zachodzie słońca. Przyjdę wtedy ponownie, by zaprowadzić was do jego rezydencji. — Pochylił głowę raz jeszcze, zasalutował i odszedł tak szybko, jak się pojawił. Jego buty waliły głośno o wąskie kamienne schodki.

— Czy ten hype jak mu tam, to jakiś czarodziej? Skąd mógł wiedzieć, że tu jesteśmy, prawie zanim się pojawiliśmy? — wykrzyknął Viridoviks. Widział już wystarczająco wiele magii w Imperium, by zadać to pytanie zupełnie poważnym tonem.

— Ani troszeczkę — odparł Goudeles, podśmiewając się z jego naiwności. — Równie pewne jak to, że słońce Phosa wschodzi na wschodzie jest, że jeden z tych leniwych kolegów z portu pracuje dla niego.

Gorgidas, który o wiele lepiej niż Gal znał się na sztuczkach różnych gubernatorów, sam doszedł do tego już wcześniej, ale teraz, gdy jego przypuszczenia zostały potwierdzone, czuł dodatkową satysfakcję. Głównym zadaniem Sivasa była obserwacja tego, co się dzieje na równinach. Jeżeli kontrolował je równie dokładnie, jak robił to w swoim własnym mieście, interesy Imperium były tutaj bezpieczne.

Methodios Sivas był zaskakująco młody — nie mógł mieć wiele ponad trzydziestkę. Nieco za duży nos sprawiał, że wyglądał sympatycznie i swojsko, ale miał w sobie wystarczająco dużo energii i inicjatywy, by pasować jednocześnie do tych niespokojnych okolic. Na początek huknął Arigha w plecy, wykrzykując:

— Czyż to nie syn Arghuna? Znowu każesz mi stawiać wartowników przy studniach? Arigh zachichotał, co w jego ustach mogło być niepokojącym dźwiękiem.

— Nie ma potrzeby. Będę spokojny.

— Lepiej, by tak było. Dla nas obu.

Upewniwszy się, że każdy z jego gości ma pełny puchar wina, Sivas wyjaśnił:

— Kiedy ten diabelski pomiot przejeżdżał tedy w drodze do stolicy, wrzucił po garści ropuch do każdej studni w mieście.

Lankinos Skylitzes wyglądał najpierw na zszokowanego, potem jednak wybuchnął śmiechem. Goudeles, Viridoviks i Gorgidas patrzyli na niego skonsternowani.

— Nie rozumiecie? — zapytał Sivas, po czym sam sobie odpowiedział. — Nie, pewnie że nie rozumiecie. Skąd moglibyście o tym wiedzieć? Nie stykacie się przecież z barbarzyńcami na co dzień. Czasami zapominam, że to ja mieszkam na skraju świata, a nie Imperium. Krótko mówiąc, wszyscy Khamorthci śmiertelnie boją się żab. Nie pili świeżej wody przez trzy dni!

— Hę, hę, hę? — roześmiał się Arigh, przypominając sobie swój żart. — Wiesz dobrze, że to nie wszystko. Zapłacili Videssańczykom, żeby zabili wszystkie te małe bestyjki, a potem sami już musieli przy każdej studni złożyć w ofierze jedną czarną owcę, bo inaczej nie byłyby oczyszczone.

A wasz kapłan Phosa próbował ich powstrzymać, bzdurząc coś o pogańskich obyczajach. To było wspaniałe.

— To było okropne — odparował Sivas. — Jeden z klanów spakował skóry warte dobre pięć tysięcy sztuk złota i wrócił na step. Kupcy wściekali się przez miesiąc.

— Żaby, tak? — upewniał się Gorgidas, gryzmoląc jakąś notatkę na skrawku pergaminu. Hypepoptes zauważył to i spytał go, po co to robi. Z pewnym wahaniem Gorgidas powiedział mu o historii, którą przyjechał tu pisać. Sivas zaskoczył go nieco, kiwając głową ze zrozumieniem i zadając kilka inteligentnych pytań. Pod rubaszną powierzchownością krył się błyskotliwy umysł.

Gubernator miał także inne zainteresowania, i to dosyć niezwykłe jak na człowieka żyjącego niemal na stepie. Choć jego rezydencja, ze swoimi grubym murami, wąskimi oknami i drzwiami obitymi mocnym żelazem, mogła w razie potrzeby stać się fortecą, ogród, który rozkwitał bujnie w podwórzu, zachwycał feerią barw. Malwy i róże rosły w eleganckich rządkach. Doskonale utrzymane były także żółte i lawendowe lwiepyszczki, które dla Gorgidasa były świadectwem niezwykłych umiejętności zarządcy. Niskie rośliny o ząbkowanych, zielonobrązowych liściach, pasowały raczej do wilgotnych lasów lub górskiego zbocza, a nie tutaj, do stepowej już przyrody.

Sivas, odizolowany od wydarzeń w stolicy, żądny był wieści, które przywieźli ze sobą posłowie. Krzyknął z satysfakcją, gdy dowiedział się jak Thorisin Gavras odzyskał kontrolę na morzu, pokonując siły rebeliantów dowodzone przez Baanesa Onomagoulosa i Elissaiosa Bouraphosa.

— Niech piekło pochłonie zdrajców — mówił. — Od dwóch miesięcy przesyłam wiadomości na każdym okręcie płynącym do stolicy; musieli je wszystkie zatopić. To zbyt długo, biorąc pod uwagę, że Avshar jest na wolności.

— Jesteś pewien, że to właśnie on? — zapytał Viridoviks. Sam dźwięk tego imienia zdolny był oderwać go od flirtowania z jedną ze służących gubernatora. Hypepoptes, który był kawalerem, zatrudniał kilka bardzo urodziwych kobiet, nawet jeśli ich pochodzenie czyniło je nieco zbyt krępymi, by odpowiadały videssańskim ideałom piękna.

Zaloty Gała zdawały się go w ogóle nie obchodzić, choć sam Viridoviks przyciągał jego uwagę od momentu, gdy tylko go ujrzał. Ludzie tej postury i urody należeli do rzadkości miedzy ludami, które znali Videssańczycy, a jego melodyjny akcent był już zupełnie dziwny.

Teraz odpowiedział mu pytaniem na pytanie:

— A kto tak okrywa się białymi szatami, że nie widać mu nawet oczu? A kto burzy spokój wokół siebie, tak jak wiatr burzy fale na morzu? A kto w krainie kucyków jeździłby na wielkim, czarnym koniu? Na równinach tylko to ostatnie wystarczyłoby, żeby go poznać.

— No tak, to z pewnością ten gnojek — zgodził się Viridoviks. — Mój celtycki miecz powinien wystarczyć, żeby uwolnić tę jego parszywą duszę.

Methodios Sivas sceptycznie podniósł brwi, ale Gorgidas wiedział, że Viridoviks nie rzuca słów na wiatr. Jego miecz był identyczny z tym, który nosił Skaurus, oba zaś zostały wykute i pokryte zaklęciami przez galijskich druidów i oba miały potężną moc w tej krainie magii i czarno-ksężników.

— Jeszcze jedna wiadomość dotarła do mnie, odkąd wysłałem ostatnie pismo do Videssos — powiedział Sivas. Sądząc po głosie, była to wiadomość, której wolałby raczej nie usłyszeć. Zrobił króciutką pauzę, zanim zaczął mówić dalej: — Musicie zrozumieć, że to tylko plotka, ale mówi się coraz częściej o tym, że Yaratesh połączył się z waszym przeklętym magiem.

Gorgidas znowu czuł, że coś ważnego uchodzi jego uwagi i znowu Goudeles i Viridoviks byli tak samo zdezorientowani. Nawet Arigh spoglądał na gubernatora niepewnie. Skylitzes jednak dobrze znał to imię.

— Banita — powiedział, i nie było to pytanie.

— To tylko pogłoski, rozumiesz? — powtórzył Sivas.

— Niech Phos sprawi, żeby takimi pozostały — odrzekł Skylitzes i uczynił znak słońca na piersi. Widząc ogłupiałe miny swoich towarzyszy, wyjaśnił: — Ten człowiek jest bardzo niebezpieczny i przebiegły, a jego jeźdźcy to prawdziwi mordercy. Gdybyśmy mieli przeciwko sobie jakiś wielki klan, byłoby pewnie gorzej, ale niewiele gorzej.

Niepokój Skylitzesa udzielił się także Gorgid asowi, który nie uważał oficera za człowieka przejmującego się drobnostkami. Arigh nie był specjalnie poruszony.

— Khamorth — powiedział z pogardą. — Prędzej zacznę się chować ze strachu przed młodymi kuropatwami.

— To ktoś, z kim należy się liczyć, a przy tym cały czas rośnie w siłę — odparł Sivas. — Możesz o tym nie wiedzieć, ale tej zimy, gdy zamarzły już rzeki, najechał na ziemie po zachodniej stronie Arshaum.

Arigh gapił się na niego zaskoczony, a potem wysyczał jakieś przekleństwo w swoim języku. Ar-shaumi byli przekonani o swojej wyższości nad Khamorthami i mieli ku temu powody. Czyż nie zepchnęli krzaczastobrodych na wschodni brzeg rzeki? Minęły dziesięciolecia odkąd ostatni Khamor-thci, nawet ci wyjęci spod prawa, odważyli się ją przekroczyć.

Sivas wzruszył ramionami.

— On jest gotowy na wszystko. — Arigh był ciągle wzburzony, więc hypepoptes przywołał jedną ze służących. — Filennar, oderwij się na chwilę, proszę, od swojego rudobrodego przyjaciela i przynieś nam pełny bukłak.

Kobieta oddaliła się, kołysząc biodrami, odprowadzana głodnym wzrokiem Viridoviksa.

— Bukłak? — spytał z entuzjazmem Arigh. Zapomniał o swojej złości. — Kavass? Na trzy wilcze ogony mojego klanu, to już pięć lat odkąd miałem go ostatnio w ustach. Warn, ciemnym rolnikom, wystarcza wino i piwo.

— Jakiś nowy alkohol? — Pikridos Goudeles był wyraźnie zaintrygowany. Gorgidas przypomniał sobie, że Arshaum chwalił się już wcześniej tym napojem stepów, ale zapomniał, z czego nomadzi go robili. Viridoviks, urodzony pijak, nie wyglądał już na rozczarowanego odejściem Filen-nar.

Ta powróciła niebawem, niosąc ciężki bukłak z końskiej skóry; po zewnętrznej stronie wciąż była na nim sierść. Sivas gestem nakazał, by podała go Arighowi, który przygarnął kavass tak czule, jak mógłby trzymać dziecko. Rozwiązał rzemień zaciskający szyjkę i podniósł bukłak do ust. Pił głośno — na równinach do dobrego obyczaju należało donośne okazywanie zadowolenia.

— Aaach! — powiedział w końcu, odrywając się od alkoholu po łyku tak drugim, że jego pociągła twarz zaczęła nabiegać krwią.

— Proszę, oto śmiertelna purpura! — wykrzyknął Viridoviks, co było w stolicy slangowym określeniem na długie picie. Podniósł bukłak, by samemu z niego pociągnąć, ale po pierwszym łyku wyraz niecierpliwego oczekiwania na jego twarzy zamienił się w grymas obrzydzenia. Wypluł wszystko, co miał w ustach, na ziemię.

— Fuuu! Co za ohydne siki! Z czego wy to robicie?

— Sfermentowane kobyle mleko — odrzekł Arigh. Viridoviks wykrzywił twarz.

— Jasne, a smakuje jak wnętrzności zdechłego węża. Arshaum spojrzał na niego groźnie, zirytowany złośliwościami pod adresem jego ulubionego napoju.

Lankinos Skylitzes i Methodios Sivas, którzy już od dawna znali ten stepowy specyfik, napili się bez żadnych oporów i oblizywali wargi w najlepszym nomadzkim stylu. Gdy bukłak dotarł do Gou-delesa, przełknął tyle, ile nakazywała uprzejmość i bez żalu oddał go Gorgidasowi.

— Przywykniesz do tego, Pikridos — powiedział Skylitzes, z trudem powstrzymując się od uśmiechu.

— To zdanie zaczyna mnie już nudzić — odparł cierpko biurokrata. Więcej niż tylko rozgrzany przez to, co zdążył wypić, Skylitzes zachichotał.

Gorgidas z nieufnością wciągnął powietrze, gdy wręczono mu opróżniony już do połowy bukłak. Spodziewał się kwaśnego zapachu białego sera, ale kavass pachniał raczej jak lekkie, jasne piwo. Pociągnął łyk. Właściwie — pomyślał — to prawie w ogóle nie ma smaku. Alkohol jednak szybko rozgrzał mu wnętrzności — jeśli chodziło o tę kwestię, to kavass był mocniejszy od wszystkich win, jakie dotąd pił.

— To nie jest takie złe, Viridoviks. Spróbuj jeszcze raz — nalegał. — Jeśli spodziewałeś się czegoś równie słodkiego jak wino, to nic dziwnego, że cię odrzuca, ale na pewno piłeś już gorsze rzeczy.

— Tak, i lepsze na pewno też — odparował Gal. Sięgnął po dzban z winem. — Na stepie nie będę miał wyboru, ale teraz mam i wolę wino, jeśli mi wybaczysz Arigh, kochanie. Podaj mu te jego ślimacze flaki, Greku, skoro tak je lubi. Niech ma. — Grdyka Viridoviksa poruszała się miarowo, gdy przytknął dzban do ust.

Sivas dał poselstwu symboliczną eskortę złożoną z dziesięciu żołnierzy.

— Wystarczy żeby pokazać, że jesteście pod ochroną Imperium — wyjaśnił. — Cały garnizon Pristy nie wystarczyłby, gdyby trzeba było was wybawić z prawdziwego kłopotu, a gdybym rzeczywiście wysłał wszystkich moich ludzi, klany z równin zjednoczyłyby się tylko po to, by na moich oczach spalić miasto. Jesteśmy dla nich przydatni dopóty, dopóki wydajemy im się niebezpieczni.

Hypepoptes pozwolił za to posłom wybrać sobie konie ze stajni garnizonu. Jego hojność uratowała ich od konieczności współpracy z klientami gospody, którzy okazali się handlarzami końmi. Zgodnie z przewidywaniami Viridoviksa, byli także szulerami. Gorgidas rozsądnie powstrzymał się od gry — Arigh i Pikridos Goudeles byli mniej rozważni. Arshaum sporo stracił, Goudelesowi udało się zatrzymać swoją część.

Gdy Skylitzes o tym usłyszał, uśmiechnął się lekko i zauważył:

— Urzędnicy są większymi bandytami, niż zwykli złodziejaszkowie koni mogą sobie nawet wyobrazić.

— A do lodu z tobą, przyjacielu — powiedział Goudeles. W jego sakiewce brzęczało złoto. Biurokrata był jednak wystarczająco rozsądny, by zapytać o radę eksperta w innej materii. Tak jak Gorgidas i Viridoviks poprosił Arigha, by wybrał dla niego komplet koni. Tylko Skylitzes ufał swojemu osądowi na tyle, że sam dokonał wyboru i zrobił to tak dobrze, iż nomadzi spojrzeli na niego z nowym szacunkiem.

— Jest tu kilka sztuk, które chętnie zatrzymałbym dla siebie — powiedział.

— Och, jak on tak może mówić? — żalił się Viridoviks. — Znam się trochę na koniach, przynajmniej tak, jak my Celci to rozumiemy, i takiego stada kurdupii jeszcze nigdy nie widziałem — jak za dużo ziaren grochu w strączku.

Podkreślone jeszcze przez galijski akcent, było to doskonałe określenie stepowych koników. Były to małe, choć silne zwierzęta, pokryte szorstką sierścią; niezbyt urodziwe i nie do końca oswojone — zupełnie różne od wszystkich rumaków cenionych przez Viridoviksa. Arigh odpowiedział mu jednak:

— Komu potrzebny duży koń? Stepowe konie biegną dwa razy dłużej i znajdują pożywienie tam, gdzie jeden z tych „pożeraczy owsa” musiałby głodować. Prawda, mój ty śliczny?

Pogłaskał jednego ze swych koni i szybko się wycofał, gdy ten próbował złapać go zębami.

Gorgidas śmiał się razem z innymi, ale był to nerwowy śmiech. W najlepszym wypadku można go było nazwać przeciętnym jeźdźcem, jako że dość rzadko miewał okazje ćwiczyć się w tej sztuce. No cóż — powiedział sobie — chcesz czy nie, będziesz się musiał poprawić. Ale na myśl o obiecanych przez Arigha miesiącach w siodle, już bolały go nogi.

W tydzień po tym, jak „Zdobywca” zawinął do portu w Prista, posłowie i towarzysząca im eskorta wyjechali przez północną bramę miasta. Chociaż oddział liczył tylko piętnastu ludzi, z pewnej odległości wyglądał na znacznie większy. Zgodnie ze stepową praktyką, każdy jeździec prowadził za sobą piec do siedmiu koni. Niektóre obarczone były bagażami i żywnością, większość jednak pozostała nie obciążona. Nomadzi zwykli używać innego zwierzęcia każdego dnia, tak aby nie zmęczyć zanadto żadnego z nich.

Poranne słońce odbijało się srebrzyście w Zatoce Maiotic. Wysunięte ramię Morza Videssa-ńskiego znajdowało się o kilka dobrych mil na wschód, ale po drodze nie było żadnych wzgórz, które mogłyby je przesłonić. Ciemna linia za zatoką znaczyła inny pas lądu wcinający się w ocean. Horyzont był zupełnie płaski i jednostajny — to kolejna część stepu, który ciągnął się na zachód; jak daleko? Nie wiedział tego żaden człowiek.

Gorgidas rzadko oddawał się takim rozmyślaniom. Większość uwagi poświęcał utrzymaniu się na koniu — jakimś dodatkowym, zwierzęcym zmysłem przeklęta bestia wyczuwała, że nie był doświadczonym jeźdźcem i zdawała się znajdować szczególną przyjemność w zaskakujących potknięciach, które niemal wyrzucały go z siodła. Szczęśliwie był to styl jazdy preferowany zarówno przez Videssańczyków, jak i mieszkańców równin. Służyły temu głęboko wyżłobione siodła, wysokie łęki z przodu i z tyłu, no i ten wspaniały wynalazek — strzemiona. Bez tych udogodnień, Grek już nieraz wylądowałby na ziemi.

Wszystkie te udoskonalenia nie były jednak w stanie ulżyć narastającemu bólowi w udach. Gor-gidas był w dobrej formie, mógł dotrzymać kroku maszerującym rzymskim legionistom, ale jazda konna wyraźnie wymagała jakichś innych zdolności. Dodatkową udręką były dla niego za krótkie paski od strzemion, co zmuszało go do tego, by podciągać kolana i jeszcze bardziej zginać nogi.

— Dlaczego one są takie krótkie? — zapytał dowódcę oddziału eskortującego poselstwo. Podoficer wzruszył ramionami.

— Większość rzeczy w Prista robimy tak jak Khamorthci — powiedział. — Oni lubią stać wysoko w siodle, żeby móc swobodnie strzelać z łuku.

Żołnierz był Videssańczykiem, szczupłym, śniadym mężczyzną o silnie umięśnionych ramionach. Nazywał się Agathios Psoes. Trzech lub czterech spośród jego ludzi także wyglądało na przybyszów zza Morza Videssańskiego. Pozostali, tak jak posłaniec, który przywitał ambasadorów w Prista, najwyraźniej pochodzili z tych okolic. Miedzy sobą wszyscy żołnierze rozmawiali dziwacznym żargonem, gęsto przetykanym wyrażeniami z języka Knamorthów i jego strukturami, tak że Gorgidas ledwo ich rozumiał.

— Ja mam trochę dłuższe paski — powiedział Arigh. — My, Arshaumi, nie musimy wstawać, żeby widzieć, do czego strzelamy.

Kilka rozgniewanych twarzy żołnierzy eskorty zwróciło się w jego stronę, ale on je zignorował. Podobnie jak Gorgidas, który z wdzięcznością przyjął rzemienie. Rzeczywiście, pomogły — trochę.

Kłopoty Greka były niczym w porównaniu z tym, co przeżywał Pikridos Goudeles. Biurokrata był człowiekiem bogatym i wpływowym, życie nie zmuszało go więc nigdy, by aż tak nadwerężał swoje grube ciało. Gdy pod koniec dnia zatrzymano się na postój, Goudeles zlazł nieporadnie ze swego konia, chwiejąc się i potykając niczym schorowany staruszek. Delikatne dłonie urzędnika poobcierane były od trzymanych kurczowo cugli. Kładąc się z jękiem na ziemi, powiedział:

— Teraz rozumiem, dlaczego Gavras zrobił ze mnie posła. Spodziewa się pewnie, że moje umęczone ciało zostanie pogrzebane na tej równinie i wszystko wskazuje na to, że jego życzenie się spełni.

— Może chciał, żebyś zobaczył, jaką cenę płaci Imperium za twoje miejskie wygody — powiedział Lankinos Skylitzes.

— Hmm. I cóż by nam przyszło z cywilizacji bez wygód? Kiedy jesteś w Videssos, mój drogi przyjacielu, ty też śpisz w łóżku, a nie zawinięty w koc, na ulicy. — Kości mogły boleć Goudelesa paskudnie, ale język wciąż miał ostry. Skylitzes odchrząknął i poszedł pomóc żołnierzom zbierającym chrust na ognisko.

Wysoki, roztaczający wokół miłe ciepło ogień był jedynym światłem w zasięgu wzroku. Gorgi-das czuł się nagi i samotny na ogromnej, pustej równinie. Brakowało mu dodających zawsze otuchy wałów i rowów, którymi otaczali swój obóz Rzymianie gdziekolwiek by się znaleźli. Tu cała armia mogła kryć się w ciemnościach, na granicy kontrolowanego przez wartowników obszaru. Podskoczył, gdy jakiś nocny ptak wleciał nagle w krąg światła, ścigając wabione ogniem owady.

Nazajutrz zjedli na śniadanie wędzoną baraninę, twardy ser i cienkie, płaskie placki pszeniczne, które jeden z żołnierzy usmażył na małej patelni. Koczownicy rzadko jadali chleb. Piece były zbyt duże, ciężkie i nieporęczne dla ludzi, którzy wciąż musieli się przemieszczać. Jedząc twarde, i prawie zupełnie pozbawione smaku placki, Gorgidas był pewien, że wkrótce nie będzie mógł na nie patrzeć, choć z drugiej strony — pomyślał — przy takim pożywieniu nie musi obawiać się rozwolnienia; raczej czegoś przeciwnego. Przemawiał za tym także klimat; ludy żyjące w krainach o ostrych zimach i przeważającym północnym wietrze, cierpią często na zaparcie, a przynajmniej tak twierdził Hipokrates.

Te medyczne rozmyślania zezłościły go w końcu — powinien się już tym zajmować. Żeby się uspokoić, opis pokrótce żołnierskie metody gotowania.

Viridoviks był niezwykle cichy w ciągu pierwszego dnia ic podróży po stepie. Gdy opuścili pierwszy obóz, ten dziwny nastrój znów do niego powrócił. Jechał prawie na samym końcu oddziału i wciąż rozglądał się dokoła; to na lewo, to na prawo, to znów przez ramię do tyłu.

— Tam nic nie ma — powiedział Gorgidas myśląc, że Gal sprawdza, czy ktoś za nimi nie jedzie.

— Masz zupełną rację. Tu jest cholernie wielkie nic! — wykrzyknął Celt. — Czuję się jak maleńki robaczek na talerzu, co wcale nie jest przyjemne. W galijskich lasach łatwo można powiedzieć, gdzie świat się kończy, jeśli mnie rozumiesz. Ale tutaj świat nie ma końca; ciągnie się chyba w nieskończoność.

Gorgidas pochylił głowę. On też dorastał w ciasnym świecie i doskonale rozumiał, co czuje Gal. Wielkie równiny ukazywały człowiekowi jego znikomość. Arigh uważał ich zapewne za głupców.

— Ja na stepie czuję, że żyję — powiedział, powtarzając swoje słowa z Pristy. — Kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Videssos, ledwie się odważyłem wyjść na ulicę ze strachu, że wszystkie budynki się na mnie przewrócą. Zupełnie nie rozumiem, jak ludzie mogą się przez całe życie tłoczyć w mieście.

— Jak mówi Pindar, do wszystkiego można się przyzwyczaić — powiedział Gorgidas. — Daj nam trochę czasu, Arigh, a przywykniemy do tych twoich nie kończących się przestrzeni.

— Tak, może i przywykniemy — wtrącił Viridoviks. — Ale niech mnie powieszą, jeśli je polubię.

Wzruszeniem ramion Arigh okazał, jak dalece jest mu to obojętne.

Szeroki horyzont dawał jednak podróżnym pewną korzyść; wszelka zwierzyna była widoczna z nieprawdopodobnych odległości. Wystraszone przez konie stado kuropatw poderwało się do lotu. Leciały szybko i nisko, przez moment tylko szybując, potem machając szaleńczo skrzydłami, znowu szybując. Kilku żołnierzy założyło strzały na cięciwy i pognało wierzchowce w pościgu za ptakami. Ich podwójnie wygięte haki, wzmocnione rogiem, miały niezwykłą siłę — strzały pędziły szybciej niż jakikolwiek sokół.

— Powinniśmy mieć siatki — powiedział Skylitzes obserwując trzy strzały, które kolejno mijały wymykającego się ptaka. Jednak nomadzi ćwiczyli się w łucznictwie od dzieciństwa i zazwyczaj nie chybiali. Ich łupem padło siedem kuropatw. Ślina napłynęła Gorgidasowi do ust, gdy pomyślał o delikatnym, ciemnym mięsie.

— Nieźle strzelacie — powiedział Viridoviks do jednego z ludzi Agathiosa Psoesa. Żołnierz, z wyglądu typowy Khamorth, trzymał w ręku dwa ptaki. Uśmiechnął się do Celta, który kontynuował: — Te wasze strzały świetnie trzymają się w linii. Z czego robicie cięciwy?

Żołnierz; podał mu swą broń. W porównaniu do długich cisowych łuków używanych przez Celtów, ten był mały i lekki, ale Viridoviks krzyknął ze zdumienia, gdy spróbował naciągnąć cięciwę. Mięśnie na jego ramionach naprężyły się, zanim łuk w ogóle zaczął się zginać.

— To nie zabawka, co? — powiedział, oddając broń. Zadowolony z jego reakcji, żołnierz uśmiechnął się chytrze.

— Twoja tarcza, daj mi, tutaj — jego videssanski był w takim samym stopniu zniekształcony przez obcy akcent, jak wypowiedzi Celta. Viridoviks, kiedy nie spodziewał się walki, nosił tarczę przewieszoną przez plecy. Rozpiął więc pasek i podał ją kawalerzyście. Była to typowa galijska tarcza — podłużna, pokryta pancerzem z brązu, z wypukłymi metalowymi spiralami, które dla większego efektu pociągnięte były czerwoną i zieloną emalią. Viridoviks dbał o nią naprawdę starannie — był bardzo wymagający, gdy chodziło o broń i zbroję.

— Ładna — zauważył żołnierz, opierając ją pionowo o krzak. Odjechał mniej więcej na odległość stu jardów. Z dzikim okrzykiem spiął konia ostrogami, ruszył gwałtownie do przodu i wypuścił strzałę. Tarcza obróciła się, ale gdy Viridoviks wziął ją do ręki, nie było w niej strzały.

— Na pewno ta bestia się ru…? — zaczął Celt i przerwał zaskoczony. Wysoko, w prawym górnym rogu tarczy, okrągła dziurka prześwitywała przez drewno i przez brąz.

— Na głowy moich wrogów! — powiedział cicho, nie mogąc wyjść z podziwu. Strażnik podniósł swoją strzałę, która przeleciała jeszcze jakieś dziesięć lub dwanaście stóp.

Włożył ją z powrotem do kołczanu, mówiąc:

— Masz dobrą tarczę. Przez moją przeleciałaby o wiele dalej.

Rzeczywiście; mała, okrągła tarcza nomady, wykonana z drewna i skóry, dobra była do zbijania uderzeń miecza, ale do niczego więcej.

— A ja myślałem, że koczownicy mają lekkie zbroje, bo nie mogą przeciążać tych mizernych kucyków, i że takie cherlawe zwierzaki nie dałyby sobie rady — powiedział Viridoviks.

— A jest jakiś inny powód? — spytał Gorgidas.

— Przyjrzyj się dobrze, ty pusty grecki łbie — odparł Celt, wymachując tarczą przed oczami Gorgidasa. — Przy takich łukach, z żelastwem czy bez, i tak jesteś jak poduszka na igły. Po cholerę więc wkładać na siebie to żelastwo?

Ku zaskoczeniu Viridoviksa, Grek wybuchnął śmiechem.

— Co w tym śmiesznego? — spytał zirytowany Gal.

— Przepraszam — odparł Gorgidas, coś sobie zapisując. — Idea broni tak silnej, że czyniłaby jakakolwiek obronę bezskuteczną i niepotrzebną, nigdy nie przyszła mi do głowy. Ten stepowy łuk nią nie jest; Namdalajczycy w swoich zbrojach i pancerzach całkiem nieźle to wytrzymali! Ale sam pomysł, choć zupełnie abstrakcyjny, może być fascynujący.

Próbując wsadzić mały palec do dziurki po strzale, Viridoviks wymamrotał:

— Niech szlag trafi twoje abstrakcyjne pomysły.

Ruchoma, brązowa smuga w oddali powoli przekształciła się w stado bydła, którego rogi sterczały do góry niczym gałęzie uschniętych drzew. Razem z bydłem pojawili się pasterze — może ze dwudziestu Khamorthów. Większość z nich porzuciła stado i popędziła w stronę nadjeżdżającej grupy, gdy tylko została ona dostrzeżona.

Przywódca pasterzy wykrzyknął kilka słów w swoim języku, po czym widząc wśród obcych także ludzi z Imperium, dodał okropnym videssańskim:

— Kto wy? Co robić wy tutaj?

Nie czekał na odpowiedź. Jego śniada twarz pociemniała jeszcze ze złości, gdy zauważył Arigha.

— Arshaum! — krzyknął, a jego ludzie sięgnęli po szable i łuki. — Co robić wy z Arshaum? — zwrócił się do Goudelesa, wybierając biurokratę zapewne dlatego, że był najlepiej ubrany. — Przez Arshaum, my wszystkie klany — jak wy mówić? — cierpieć! Wasz Imperator robić wszystko z nimi być. Ja, Olbiop, syn Vorishtana, mówić to i ja prawda mówić.

— My zabić! — krzyknął jeden z ludzi Olbiopa. Żołnierze eskorty sięgali po broń, a Arigh założył już strzałę na cięciwę. Viridoviks i Lankinos Skylitzes siedzieli spokojnie, ale obaj trzymali dłonie na rękojeści miecza. Rzymski miecz Gorgidasa wciąż tkwił w bagażach. Grekowi nie pozostało nic innego jak tylko czekać na dalszy rozwój wypadków.

To właśnie wtedy Pikridos Goudeles pokazał, co naprawdę jest wart.

— Wstrzymaj się, o szlachetny Olbiopie, synu Vorishtana. Powiadam, wstrzymaj się, zanim twa bezmyślność każe ci popełnić ten straszliwy błąd! — zawołał biurokrata, a jego głos zabrzmiał naprawdę dramatyczną nutą; efekt pogłębiony został jeszcze przez doskonałą intonację doświadczonego mówcy. Gorgidas wątpił, czy nomada zrozumiał coś poza swoim nazwiskiem, ale to wystarczyło, by zwrócił głowę w stronę Goudelesa.

— Bądź moim tłumaczem, przyjacielu. To dobry człowiek — wyszeptał Goudeles do siedzącego obok Skylitzesa.

Gdy żołnierz skinął głową, Pikridos przybrał odpowiednią pozę i oddał się cały kwiecistej sztuce krasomówstwa w typowym videssańskim stylu.

— O przywódco wielkiego ludu Khamorth, mord tu na nas popełniony, mord,którego ty.szla-chetny wodzu,byłbyś sprawcą, stałby się sprawą trudniejszą, bardziej bolesną i niszczącą niż śmierć sama. Pamięć?

— Nie potrafiłbym tego powtórzyć, a co dopiero przetłumaczyć — powiedział Skylitzes, otwierając szeroko oczy.

— Zamknij się — syknął Goudeles i podjął przemówienie gestem, który wcale nie był mniej wytworny przez to, że wykonany został na ruchliwym koniu, a nie w komnacie pałacu Imperatora.

— Pamięć tego niesławnego czynu przetrwałaby przez wszystkie pokolenia całego rodu ludzkiego. Rzecz taka nigdy dotąd nie miała miejsca, ale oto ty dopełniłbyś jej tu i teraz. Na zawsze niech pozostanie w pamięci ludzkiej świadectwo tej hańby, jaką stanie się stracenie niewinnych posłów. A jej niewypowiedziana groza okaże się bardziej jeszcze przerażającą w słowach opowieści.

Tłumaczenie było tylko kiepską kopią oryginału, bez wszystkich nagłych przestawień, aliteracji, zmian czasów. Ale to nie miało żadnego znaczenia — Goudeles oczarował nomadów, bez względu na to czy go zrozumieli, czy nie. Jak większość analfabetów, przykładali wielką wagę do sztuki mówienia. Gryzipiórek był mistrzem ze starszej niż ich własna szkoły. Goudeles kontynuował:

— Modlę się do Najwyższego, by mnie samego spotkała śmierć z waszych rąk, teraz, gdy usłyszałem imię mojego Autokratora zbezczeszczone czczymi pomówieniami. Pozwólcie mi jednak nalegać, w imieniu moich towarzyszy, nie swoim, abyście wpierwej spojrzeli na nas łaskawym okiem, byście umniejszyli swój gniew i łagodnością przywiedli wasze serca gorące i skore do czynu — do miłosierdzia. Po drugie zaś, dajcie przekonać się odwiecznym zwyczajom, które chronią posłów, a my właśnie jesteśmy zwiastunami pokoju i tymi, którzy ustanowieni zostali jako rozdawcyjego świętych dobrodziejstw.

Pomnijcie więc, że aż do tej chwili nasze stosunki były niczym nie zmąconym zwierciadłem spokoju; z pewnością powinniśmy dalej cieszyć się nim wzajemnie. Wiem dobrze, iż w przeciwnym wypadku wasz los nigdy nie będzie już bezpieczny. Bo zrozumienie, w sposób najbardziej odpowiedni ofiarowane najbliższym naszemu sercu przyjaciołom, zrozumienie, które oczywiście nigdy nie odwraca się od tych, którym jest przeznaczone, nie może ulegać złym i zgubnym wpływom nieznanych jeszcze upadków fortuny.

Ukłonił się nisko Khamorthom. Ci oddali ukłon, wciąż oszołomieni jego elokwencją.

— Co to wszystko miało znaczyć? — zapytał Gorgidasa Viridoviks.

— Nie zabijajcie nas.

— Aa… — powiedział Celt zadowolony. — Tak właśnie myślałem, że o tym mówi ten gębacz, ale nie byłem do końca pewny.

— Nie przejmuj się; oni też wcale nie są tego pewni.

Napuszona videssańska szkoła krasomówstwa, gubiąca niemal sens w sztuczkach retorycznych, zawsze deprymowała Gorgidasa. Przyzwyczajony był do bardziej oszczędnego i czystego stylu. Szczytem videssańskiej elokwencji było mówienie godzinami — o niczym.

Ostatecznie jednak, przemowa Goudelesa odniosła zamierzony skutek — Khamorthci wzięli za dobrą monetę każdą z kwiecistych fraz biurokraty.

— Ha, Srebrnousty! — mówił Olbiop do Goudelesa. — Wy jechać z nami do wioski, jeść, spać, być zadowolone.

Pochylił się od przodu i złożył pocałunek na policzku Videssańczyka. Ten przyjął to z kamienną twarzą, ale gdy tylko Olbiop odwrócił się, by wydać rozkazy podwładnym, gryzipiórek posłał swoim towarzyszom ponure spojrzenie.

— Sztuka dyplomacji wymaga poświęceń, które nigdy mi nie przyszły do głowy — wymamrotał żałośnie. — Czy oni nigdy się nie kąpią?

Ukradkiem potarł policzek, a potem kilkakrotnie wycierał dłoń o ubranie.

Większość Khamorthów wróciła do stada. Kilku zostało z Olbiopem, by eskortować posłów.

— Chodź ze mną, ty — powiedział dowódca pasterzy. Agathios Psoes spojrzał pytająco na Sky-litzesa, który skinął głową.

— Jak to możliwe, że ci barbarzyńcy mieszkają w wioskach? — zapytał Gorgidas, gdy Olbiop był już w bezpiecznej odległości. — Myślałem, że wszyscy są koczownikami; podążają za stadem.

Skylitzes wzruszył ramionami.

— Kiedyś, gdy Videssos panował nie tylko w Prista, zakładano kolonie farmerów na stepie. Część z nich przetrwała i potomkowie tych pierwszych rolników służą dzisiaj nomadom. W swoim czasie wymrą zapewne do końca, albo sami staną się koczownikami. Większość zapomniała już o Phosie.

Dotarli do wioski tuż przed zachodem słońca. Olbiop prowadził prosto przez przylegające do niej zaniedbane pola, z wyniosłą obojętnością tratując młode, zielone kiełki pszenicy. Gorgidas zauważył, że inne pola były traktowane w podobny sposób i zastanawiał się, skąd mieszkańcy mieli tyle ziarna, by utrzymać się przy życiu.

Na skraju wioski przywitały ich ujadające wściekle psy. Wcześniej minęli już rozsypujące się budynki, co świadczyło o tym, że osada była kiedyś znacznie większa. Jeden z Khamorthów strzelił w kierunku najgłośniej szczekającego psa. Strzała musnęła łapę zwierzęcia, które uciekło ze skowytem, podczas gdy towarzysze niefortunnego strzelca łajali go głośno.

— Szydzą z niego, bo nie trafił — wyjaśnił Skylitzes, uprzedzając pytanie Gorgidasa.

— Naczelnik! — wrzasnął Olbiop po videssańsku, jadąc po zarośniętej trawą głównej ulicy. Potem nastąpiła długa wiązanka przekleństw w jego własnym języku.

Starszy mężczyzna w prostym, szarym ubraniu, wyszedł z jednego z zaniedbanych domostw. Pozostali mieszkańcy woleli zostać w ukryciu, nauczeni wieloletnim, przykrym doświadczeniem. Naczelnik padł na kolana przed Olbiopem, tak jak obywatel Imperium uczyniłby przed Thorisinem Gavrasem. Skylitzes zacisnął usta, widząc ten hołd oddany barbarzyńcy bez żadnego tytułu, ale nic nie powiedział.

— My potrzebować jedzenie, miejsce do spać. Jak wy mówić? Ochrona przed zimno — rozkazał Olbiop, wyliczając wszystko na palcach. Potem przeszedł na swój język. Zadawał jakieś pytania Psoesowi, a ten tylko przytakiwał. Gorgidas postanowił nauczyć się języka nomadów; zbyt wiele tracił, zdając się tylko na tłumaczenie przyjaciół.

Psoes chichotał pod nosem.

— Zupełnie jakbyście mieli zardzewieć od spania pod gołym niebem. No, to bawcie się teraz dobrze, chłopcy.

Naczelnik szybko wydał polecenia swoim ludziom, którzy zabrali się do rozbijania obozu na środku wioski. Popędzani przez swego dowódcę, pasterze Olbiopa dołączyli do nich. Sam wódz pozostał ze swoimi gośćmi.

Naczelnik pokłonił się Videssańczykom.

— Panowie będą łaskawi jechać za mną.

Jego videssański był lekko zniekształcony przez akcent języka Khamorthów, a słownictwo archaiczne; wioska dawno już nie miała styczności z żywym językiem Imperium.

Budynek, do którego ich zaprowadził, był kiedyś świątynią. Drewniana iglica wciąż tkwiła na szczycie dachu, choć złota kula Phosa dawno już od niej odpadła. Sam dach połatany był słomą, płaty darni zatykały dziury w ścianach, zbudowanych z grubo ciosanego miejscowego kamienia. Nie było tam też drzwi — w wejściu wisiała skórzana zasłona.

— To jest nasz dom gościnny. Zsiadźcie panowie z koni i wejdźcie do środka — powiedział naczelnik, nie rozumiejąc wahania niektórych ze swych gości. — Zajmiemy się też waszymi wierzchowcami. Możecie rozpalić ognisko, tak duże jak sobie tylko życzycie; mamy mnóstwo opału. Ja idę przygotować dla was wiktuały i inne ee… wygody. Ilu was będzie? — policzył dwukrotnie. — Sześciu, tak? No dobrze — westchnął.

— Za twą gościnność będziemy ci szczerze wdzięczni — powiedział uprzejmie Goudeles, z widoczną ulgą zsiadając z konia. — Gdybyśmy potrzebowali jakiejś drobnej przysługi, jak mamy się do ciebie zwracać?

Naczelnik rzucił mu zaniepokojone spojrzenie. Owszem, przyzwyczajony był do obelg i gróźb, ale jakie niebezpieczeństwo kryło się za tymi gładkimi słówkami? Nie znajdując żadnej odpowiedzi, przedstawił się niechętnie:

— Nazywają mnie Plinthas.

— Świetnie, drogi Plinthasie. Raz jeszcze, serdeczne dzięki. Zupełnie już zdezorientowany wieśniak odprowadził ich konie.

— Na Phosa, co za paskudne imię! — wykrzyknął Goudeles, gdy tylko ich gospodarz sobie poszedł. — Zobaczmy, co my tu mamy — wyglądało na to, że spodziewa się najgorszego.

Niegdysiejsza świątynia pachniała pleśnią; goście musieli tu hyc naprawdę rzadkością. Ławki, które otaczały kiedyś centralne miejsce kultu, zniknęły dawno temu. Na równinach drzewo było zbyt cenne, by leżeć bezużytecznie w opuszczonym budynku. Ołtarz także pozostał już tylko odległym wspomnieniem. W miejscu tego świętego stołu wykopano teraz dołek na ognisko. Skylitzes miał rację, pomyślał Gorgidas. Nie została tu nawet pamięć po Phosie.

Videssański oficer wyciągnął z woreczka krzesiwo i zręcznie rozpalił ogień. Podróżni wyciągnęli się na twardej glinianej podłodze. Goudeles westchnął z rozkoszą. Jako najgorszy jeździec w całym towarzystwie, był też najbardziej obolały. Jego delikatne dłonie nie były już poobcierane, ale pokryte pęcherzami.

— Masz na to jakąś maść? — spytał Gorgidasa pokazując mu ręce.

— Obawiam się, że zabrałem tylko kilka lekarstw — odparł Grek, nie wyjaśniając Gou-delesowi, dlaczego porzucił swoje poprzednie zajęcie. Widząc jednak cierpienia Videssańczyka, dodał: — Maść z tłuszczu i miodu mogłaby ci przynieść ulgę, jak sądzę. Poproś o nie Plinthasa.

— Dzięki. Zrobię to jak wróci.

Ogień wybuchnął nagle większym płomieniem, ogarniając świeżą porcję ubitej twardo słomy. Dzięki temu Gorgidas zauważył plamę niebieskiej farby, kryjącą się wysoko, pod sufitem. Podszedł o krok, by przyjrzeć jej się z bliska. Była to ostatnia pamiątka świątynnych fresków, które pokrywały niegdyś wszystkie ściany budowli. Zapomnienie, pleśń, sadza i czas wspólnie dokonały dzieła zniszczenia, tak samo jak zajęły się całą wioską — bezimienną ruiną świetnej przeszłości.

Skórzana zasłona odsunęła się na bok. Goudeles już otworzył usta, by wypowiedzieć swą prośbę, ale to nie Plinthas wszedł właśnie do tego, co nazywano kiedyś świątynią. Sześć młodych kobiet wsunęło się do środka. Niektóre niosły jedzenie, inne naczynia do gotowania i miękkie sienniki, a ostatnia uginała się pod ciężarem kilku bukłaków wypełnionych, o czym przekonany był Gorgidas, piwem albo kavassem.

Olbiop wydał z siebie okrzyk, który miał być zapewne pochwałą. Skoczył na równe nogi i przyciągnął do siebie jedną z kobiet, całując ją głośno i obejmując niedźwiedzim uściskiem. Ledwie zdążyła podać patelnię i garnek swojej towarzyszce, a już unieruchomiły ją chciwe dłonie nomady, który jedną ręką złapał ją za pośladki, a drugą wsadził pod luźną tunikę.

— Ten Khamorth to wieprz, zgadzam się, ale nie musisz robić takiej strasznej miny — powiedział cicho Skylitzes do siedzącego obok Gorgidasa. — Oddawanie gościom kobiet to stepowy zwyczaj, a niewybaczalną obrazą jest odmówić.

Grek był wciąż przerażony, ale z zupełnie innego powodu niż ten, o którym myślał Skylitzes. Nie pamiętał już, ile to lat temu po raz ostatni kochał się z kobietą — co najmniej piętnaście, a przy tym, ten ostatni raz okazał się kompletną klapą. Zdawało się, że teraz nie ma wyboru; odmowa, co jasno wyłożył Videssańczyk, była niemożliwa. Starał się nie myśleć o tym, ile będzie go kosztować w oczach przyjaciół ewentualne niepowodzenie.

Viridoviks, z kolei, krzyknął radośnie, gdy usłyszał słowa Skylitzesa. Przygarnął do siebie jedną z dziewcząt; bardziej wybredny niż Olbiop, wziął sobie najładniejszą z całej szóstki. Była to niska i szczupła kobieta o ciemnych, falujących włosach i dużych oczach. Jako jedyna nosiła broszkę z polerowanego agatu, przypiętą do kołnierza bluzki.

— Zdradź mi swoje imię, moja ty śliczna przyjaciółko — poprosił Celt, uśmiechając się do niej z góry; był od niej wyższy prawie o stopę.

— Evanthia, córka Plinthasa — odparła nieśmiało.

— Tego waszego Plinthasa? Naczelnika? — Gdy przytaknęła, Viridoviks zachichotał. — W takim razie musisz być podobna do matki, bo z niego to żadna piękność.

Dygnęła uprzejmie, także uśmiechając się do niego. Gorgidas widział już wcześniej jak Celt czaruje kobiety; naprawdę niewiele z nich umiało mu się oprzeć. Evanthia powiedziała do Celta:

— Nie wiedziałam, że istnieją ludzie z włosami koloru rdzy. Twoja mowa także jest dziwna. Skąd pochodzisz?

Tego właśnie trzeba było Viridoviksowi, który zagłębił się w swojej opowieści, jak człowiek nurkujący w morzu. Przerwał jeszcze na moment, by wziąć od Evanthi materac, który rozłożył na podłodze.

— Proszę, usiądź koło mnie kochanie, będzie ci wygodniej słuchać. Mrugnął przez ramię do Gorgidasa.

Pozostałe pary szybko się dobrały. Dziewczęta z wioski nie wyglądały na przerażone czy niezadowolone — oprócz wybranki Olbiopa, który ją bezustannie obmacywał. Kiedy się nad tym zastanowił, Gorgidas nie znalazł żadnego powodu, dla którego miałyby się specjalnie opierać. Przestrzegały przecież starego zwyczaju swojego ludu, co on sam jeszcze niedawno uważał za rzecz chwalebną.

Jego towarzyszka nazywała się Spasia. Nie dorównywała urodą kobiecie Viridoviksa; była zbyt pulchna, a nad górną wargą miała lekki zarost. Ale jej głos był miły i Gorgidas szybko zorientował się, że nie należała do głupich gęsi, choć jej pojęcie o świecie nie różniło się niczym od wyobrażeń przeciętnego wieśniaka. Nie spuszczała wzroku z twarzy Greka.

— Coś jest nie tak? — spytał, zastanawiając się czy wyczuwała, że go nie podnieca. Ale odpowiedź była zupełnie przyziemna.

— Czy jesteś kimś, kogo nazywają eunuchem? Twoje policzki są takie gładkie.

— Nie — odparł, starając się nie roześmiać. — Mój lud ma zwyczaj golenia twarzy, a ja przestrzegam go nawet tutaj.

Sięgnął do wnętrza swej torby, by pokazać jej brzytwę, której używał. Ostrożnie dotknęła ostrza.

— Po co utrzymywać taki bolesny zwyczaj? — spytała. Tym razem roześmiał się, bo nie przychodziła mu do głowy żadna odpowiedź.

Kobiety przygotowywały jedzenie, które ze sobą przyniosły; kurczaki, kaczki, zające, bochny świeżo upieczonego chleba — prawdziwego chleba, gdyż jako lud osiadły mogli mieć prawdziwe piece — kilka rodzajów placków z jagodami, różne zioła i liściaste warzywa wymieszane w sałatce. Smakowity zapach pieczonego mięsa wypełnił niegdysiejszą świątynię.

Przyjemnie ociężały po dobrej kolacji i z lekkim szmerkiem w głowie po kilku rykach mocnego kavassu, Gorgidas rozwalił się na materacu i drapał po brzuchu. Razem z Videssańczykami i Virido-viksem śmiał się z Olbiopa, który nie chciał jeść sałatki; dla nomadów zielenina była paszą dla bydła, a nie jedzeniem odpowiednim dla prawdziwego mężczyzny.

— Nie nabijaj się z nich — powiedział Viridoviks. — Będzie więcej dla nas.

Grek posłuchał dobrej rady. Niektóre z warzyw, między innymi biała rzodkiew, wystarczająco ostra, by napełnić jego oczy łzami, były dla niego zupełną nowością, a smakowity ocet z przyprawami i olej dodawały daniu aromatu.

Jeżeli nomadzi nie mieli ochoty na sałatę i ogórki, nadrobili to piciem, pochłaniając sfermentowane, kobyle mleko wielkimi rykami. Mlaskali głośno i wydawali z siebie nieprawdopodobne beknięcia, zgodnie z dobrymi obyczajami stepu. Towarzyszka Olbiopa podawała mu bukłak z kavassem, kiedy tylko mogła. Gorgidas zastanawiał się, czy miała nadzieję, że nomada upije się do nieprzytomności.

Jeśli tak było, to musiała się rozczarować. Khamorth był zbyt doświadczonym mężczyzną, by rezygnować z czekających go jeszcze przyjemności wyłącznie na rzecz alkoholu. Przyciągnął dziewczynę do siebie, znów wsadził ręce pod jej tunikę i ściągnął ją przez głowę. Poddała mu się bez entuzjazmu; wyglądała teraz jak ktoś, kto próbował przeprowadzić spisek, widział swoją klęskę i teraz musiał ponieść konsekwencje.

Gorgidas sądził, że Khamorth weźmie swoją kobietę na zewnątrz, w ciemności, ale on ściągnął jej spódnicę, sam rozebrał się z futrzanej kurtki, spodni i butów i pożądliwie rzucił się na swoją kochankę, tak jakby byli tylko we dwoje. Grek patrzył gdzieś w dal, Pikridos Goudeles udawał, że nic nie widzi, nie tracąc ani na moment wątku opowieści, którą właśnie przedstawiał swojej towarzyszce; Arigh i Skylitzes, dla których było to czymś normalnym, nie pozostawali daleko w tyle za Khamorthem. Viridoviks gapił się przez chwilę lub dwie, z grymasem zaskoczenia na twarzy, po czym uśmiechnął się i przygarnął Evanthię do siebie.

Goudeles pochwycił wzrok Gorgidasa ponad leżącymi parami.

— Kiedy przyjeżdżasz do Videssos, jesz rybę — powiedział i osunął się na matę ze swoją partnerką.

— Tylko nie pomyl się i nie wsadź tam swojego pióra! — zawołał Skylitzes. Biurokrata odpowiedział sprośnym gestem.

Gorgidas nawet jeszcze nie dotknął Spasi. Trwająca wokół orgia nie budziła w nim żadnego pożądania ani wesołości. Zimnym okiem lekarza mimowolnie zauważał wszystkie ruchy ciał, łączących się i rozdzielających, słyszał westchnienia i posapywania przerywane od czasu do czasu jękami rozkoszy lub wybuchami dzikiego śmiechu.

Czuł na sobie wzrok Spasi.

— Nie podobam ci się — powiedziała. Nie brzmiało to jak pytanie.

— Nie, to dlatego, że… — zaczął, ale przerwał mu ochrypły wrzask Olbiopa.

Khamorth spoczywał oparty na łokciu, czekając aż jego ulubiony przyrząd przyjmie znowu odpowiednią formę.

— Bez jaj twarzo-kobiety? — zawołał urągliwie. — Po co ja dać ci kobieta? Ty nic z ona nie robić.

Pomimo żaru bijącego od ogniska, Gorgidas czuł jak płoną mu policzki. Zdał sobie sprawę, że będzie musiał spróbować. W oczach Spasi dojrzał ciche współczucie, gdy objął ją ramieniem i przyciągnął jej twarz do swojej. Była dla niego miła; może to w czymś mu pomoże.

Sam dotyk jej ust, małych i delikatnych był dla niego dziwny, a dotyk jej pełnych, jędrnych piersi zdawał się go rozpraszać. Przyzwyczaił się do innego rodzaju uścisku, gdzie obie strony były jednakowo twarde. Niezręcznie, świadom tego, że wciąż jest obserwowany, pomógł jej ściągnąć bluzkę i spódnicę. Jego własne ubranie ześliznęło się bez trudu. Ciało Greka było szczupłe, żylaste i silniejsze niż się wydawało. Miał już czterdzieści jeden lat, ale ono wyglądało tak samo, jak dwadzieścia lat temu i tak jak będzie wyglądało za następnych dwadzieścia. Całując Spasie, popchnął ją delikatnie, tak by położyli się na sienniku. Jej wargi były przyjemne, tak jak i ciepło jej ciała, lecz on pozostał nie pobudzony.

Viridoviks zahuczał, wskazał ręką na Goudelesa i krzyknął do Olbiopa:

— Popatrz no przyjacielu! Nazwałeś go Srebrnoustym dziś po południu. Zobacz jak zdobywa nowe imię — nomada i Gal dopingowali Goudelesa.

Przez moment Gorgidas miał nadzieję, że to właśnie publiczność mu przeszkadzała, ale nie udało mu się niczego osiągnąć, nawet gdy ich uwaga została skierowana na coś innego.

— Przepraszam cię bardzo — powiedział cicho do Spasi. — Tu nie chodzi o ciebie.

— Więc może potrafię ci pomóc? Jesteś łaskawy dla obcej ci kobiety, której w dodatku nigdy więcej nie zobaczysz. To zasługuje na jakąś nagrodę.

Zaskoczony Grek zaczął kręcić głową, ale nagle przerwał.

— Może i potrafisz — powiedział, dotykając jej karku. Być może była to znajomość pieszczoty, ale bez względu na to, co stało się przyczyną, niemal krzyknął, gdy poczuł, że na nią reaguje. Podniósł jej twarz, odsuwając ją od siebie. Z uśmiechem, odwróciła się zapraszająco na plecy.

— Chodź — wyszeptała, prawie westchnęła.

Wkrótce oddech Spasi stał się szybki i krótki, jej usta szukały jego, oplotła go mocno ramionami, starając się przyciągnąć go jeszcze bliżej. Roześmiał się cicho do siebie, gdy ona drżała pod nim w ekstazie. Przybył na step, żeby zerwać z przeszłością, ale chyba nie myślał wcale o tej stronie swego życia.

Mimo że tego dokonał, wciąż wydawało mu się to czymś dziwacznym, perwersyjnym; czymś, do czego nie miał zamiaru się przyzwyczajać. A ponieważ nie był tak naprawdę podniecony, mógł kochać się niemal bez końca, podczas gdy jego kompani dawno już opadli z sił. Na wpół otwarte usta Spasi, oczy zamglone z rozkoszy… Teraz Olbiop, Viridoviks i Arigh podziwiali wytrzymałość Greka. Kiedy wreszcie i on dotarł do końca, Khamorth podszedł do niego i poklepał po spoconych plecach.

— Ja mylić — powiedział, co było dowodem uznania w oczach zarozumiałego nomady.

Rozpustna zabawa trwała do późnej nocy, a partnerzy zmieniali się jak w kalejdoskopie. Ustaliwszy już swoją wartość — nawet jeśli w fałszywej monecie, pomyślał — Gorgidas czuł się uprawniony do tego, by nie brać udziału w orgii, a Spasia nie chciała nikogo innego. Leżąc obok siebie, rozmawiali cicho o jego podróżach i jej życiu na wsi, aż sen zmorzył ich oboje.

Ostatnią rzeczą, którą powiedziała było:

— Mam nadzieję, że dasz mi syna — to skutecznie otrzeźwiło Greka, ale jedyną odpowiedzią na jego natarczywe pytania było chrapanie. Przysunął się do niej bliżej i sam zaraz odpłynął.

Następnego ranka Olbiop obudził wszystkich głośnymi jękami. Trzymając się mocno za głowę, tak jakby bał się, że zaraz mu odpadnie, Khamorth odepchnął na bok skórzaną zasłonę, i wciąż nagi, chwiejnym krokiem podszedł do studni. Gorgidas słyszał, jak klnie na skrzypiący kołowrót, wyciągając wiadro wody. Wylał ją na swą obolałą głowę, podczas gdy inny Khamorth naśmiewał się z jego opłakanego stanu.

Nomada powrócił wreszcie do wnętrza świątyni, cały ociekając wodą. Była to jego pierwsza kąpiel od bardzo długiego czasu; mimo niej śmierdział okropnie końmi i wieloletnim potem. Na myśl o śniadaniu wstrząsnął nim dreszcz obrzydzenia, ale nie pogardził bukłakiem kavassu.

Spasia odgrzewała dla Gorgidasa łapę królika. Ubrana, znowu wydawała się kimś obcym. Grek pogrzebał w swoim bagażu, żałując swojej przezorności, która kazała mu schować rzeczy mniej potrzebne na samo dno. W końcu dotarł do małego drewnianego pudełka ze sproszkowaną farbą, z wizerunkiem Phosa na wieczku. Spasia próbowała odmówić:

— Dałeś z siebie bardzo dużo ostatniej nocy. To wystarczy.

— To była uczciwa wymiana — odparł. — Weź to jako dowód wdzięczności za poszerzenie moich horyzontów, jeśli za nic innego.

Spojrzała na niego nie rozumiejąc, ale on niczego nie wyjaśnił. W końcu przyjęła podarunek, mrucząc pod nosem słowa podzięki. Wokół nich żegnali się także inni.

— Nie kochanie, nie możesz z nami jechać. To była znajomość tylko na jedną noc — cierpliwie powtarzał Viridoviks, aż w końcu dotarło to do Evanthi.

Gal już nie raz musiał opuszczać zrozpaczoną kobietę, ale nigdy się wtedy nie spieszył. Pomimo całej bezwzględności, jaką przejawiał na polu bitwy, pomimo upodobania, jakie znajdował w każdego rodzaju walce, nie był okrutnym człowiekiem.

Tak jak reszta podróżników, Gorgidas zarzucił swoje bagaże na konia, upewniając się czy wszystkie wiązania dobrze trzymają. Zadowolony z przeglądu wskoczył na siodło wybranego na ten dzień konia. Skylitzes machnął ręką i otoczeni przez oddział z Pristy i nomadów Olbiopa posłowie wyjechali z wioski. Wychudzony, brązowy pies biegł za nimi, dopóki jeden z Khamorthów nie udał, że chce go stratować. Zwierzę uciekło, oglądając się bojaźliwie do tylu. Odległość pochłaniała ludzi, budynki, ulice, a w końcu całą wioskę.

Nomadzi nie pozostali z nimi długo — stado czekało na ich powrót. Olbiop, Agathios Psoes i jego żołnierze docinali sobie nawzajem, Olbiop najwyraźniej chełpił się swymi nocnymi wyczynami.

— A potem są ten jeden — powiedział, kciukiem wskazując na Gorgidasa. — On pieprzyć dobrze, ale bez jaj człowiek.

— A niech cię kruki rozdziobią — wymamrotał Grek, ale w swoim języku. Tak czy siak, Olbiop nie zwrócił na to uwagi.

— Ty uważać teraz, Psoes. My złapać bez straż wasze… jak wy mówić? — posły, my zabić.

— Wracaj skąd przyszedłeś — odparł podoficer, tym samym żartobliwym tonem, ale obaj wiedzieli, że może któregoś dnia nie będą już żartować. Z ostatnim pozdrowieniem, Obiop i jego ludzie zawrócili na południe.

— Jedźmy — powiedział Skylitzes.

— Chwileczkę. — Gorgidas zeskoczył na ziemię i zdjął swój bagaż z konia, który wykorzystując krótką przerwę, zaczynał już szczypać trawę. Wszyscy przyglądali mu się z ciekawością, gdy grzebał w torbie. Kiedy znalazł w końcu brzytwę, wyrzucił ją daleko w step. Dosiadł wierzchowca i skinął lekko głową.

— Bardzo dobrze. Jedźmy.

III

Dojrzała truskawka świsnęła Markowi koło ucha i rozbiła się za nim o ścianę koszar.

— Na miłość boską, Pakhymer — powiedział ze znużeniem. — Odłóż tę swoją cholerną kata-pultę i bądź łaskaw wysłuchać tego, co mam ci do powiedzenia, dobrze?

— Tylko ją sprawdzałem — niewinnie odparł Laon Pakhymer. Pomimo blizn i gęstej brody uśmiechał się jak mały chłopiec. Dowodził pułkiem lekkiej kawalerii z Khatrish, małej krainy przy wschodniej granicy Imperium. Jak wszyscy Khatrishe, których znał Skaurus, nie potrafił brać niczego poważnie. Żadnej gravitas — pomyślał trybun.

Mimo to cieszył się, że Pakhymer postanowił przyjść na zebranie oficerów legionu. Choć właściwie nie podlegał Skaurusowi, jego ludzie dobrze współpracowali z rzymską piechotą.

Jak gdyby latająca truskawka była jakimś dziwnym sygnałem, porucznicy trybuna przestali rozmawiać miedzy sobą i patrzyli na niego, czekając aż rozpocznie spotkanie. Trybun wstał ze swojego miejsca u szczytu stołu i przeszedł się kilka razy tam i z powrotem, by uporządkować myśli. Plama po truskawce na czystym, wybielonym tynku tuż przy jego twarzy rozpraszała go trochę. W końcu zaczął mówić:

— Wszystkie założenia można wyrzucić do śmieci. Znowu. Czasami wydaje mi się, że nigdy nie dojdzie do walki z Yezd. Najpierw wojna domowa z Ortaiasem Sphrantzesem, potem Ono-magoulos, a teraz wielki — wymówił to słowo z ironią — Książę Drax.

— Jakie są ostatnie wieści? — zapytał Sekstus Minucjusz z wahaniem. Po raz pierwszy brał udział w takim zebraniu jako podoficer i zdawał się być pewny, że wszyscy inni są lepiej poinformowani od niego. Skaurus chciałby, żeby tak było.

— Obawiam się, że wiem tyle samo, co cała reszta. Jest tak, jak powiedział Apokavkos, gdy przyniósł nam wczoraj nowiny. Kiedy Drax pobił Onomagoulosa na zachodzie, okazało się, że dowodzi jedyną prawdziwą armią w tamtych okolicach. Zdaje się, że zdecydował się tam osiąść.

— Ale ziemie zachodnie: Garsavra, Kypas, Kyzikos zawsze należały do nas — zaprotestował Czerwony Zeprin, ze złością na swej rumianej twarzy. Nie był Videssańczykiem, mimo tego „nas”, ale najemnikiem z Haloga, który służył Imperium tak długo, że właściwie stał się jego obywatelem, tak jak Phostis Apokavkos czuł się już Rzymianinem. Przed Maragha miał wysoki stopień i należał do Straży Imperatora. Wiele się zmieniło od czasu Maragha.

— Namdalajczycy także byli Videssańczykami — powiedział trybun. Zeprin burknął coś i ponuro pokiwał głową. Marek mówił dalej:

— A skoro już o tym mówimy, to Drax spełnia stare marzenia wyspiarzy o nowym Namdalen na ziemi Imperium. Gdy te wieści dotrą do Księstwa, ujrzymy żądnych ziemi baronów, żeglujących na zachód, żeby tylko zdążyć uszczknąć jakąś część dla siebie. Jedyny sposób, aby do tego nie dopuścić, to według mnie szybkie rozbicie sił Draxa.

Gagik Bagratouni, nakharar, który dowodził oddziałem Vaspurakanerów przy legionie Skaurusa, podniósł rękę.

— Jest… jak wy mówicie?… więcej Namdalajczyków bliżej Draxa niż tych w Księstwie. — Jego szeroka twarz z haczykowatym nosem wyrażała głęboką koncentrację, kiedy się odzywał; mówienie po videssańsku nie przychodziło mu łatwo. — Mnóstwo ma ich Utprand tutaj. Co myśli… Co zamierza Thorisin z nimi zrobić?

— Dowiedz się tego, a wygrasz worek złota — mruknął Gajusz Filipus. Bagratouni podniósł gęste brwi, nie do końca rozumiejąc.

— Widzę trzy rozwiązania, a każde z nich jest tak samo ryzykowne — powiedział Marek i wyliczył je na palcach. — Może oddzielić ich od reszty armii i wysłać w kierunku… powiedzmy, granicy z Khatrish. Byliby wtedy z dala od Draxa, ale kto miałby ich powstrzymać, gdyby zdecydowali się pójść w jego ślady? Może także zostawić ich tutaj, w stolicy, z tym samym jednak zastrzeżeniem. A jeśli zajmą miasto Videssos, Imperium Videssos jest zgubione.

Trybun przypomniał sobie Soteryka, z zachwytem przedstawiającego mu taki projekt. Bagratouni ściszonym głosem przetłumaczył szybko słowa Skaurusa swojemu porucznikowi Me-sropowi Anhoghin. Jeżeli videssański Bagratouni był kulawy, to jego adiutant nie mówił nim w ogóle. Chudy Anhoghin miał jeszcze większą i gęstszą brodę niż nakharar. Marek dokończył:

— Albo może zostawić ich przy nas i mieć nadzieję, że nie przejdą na stronę Draxa przy pierwszej nadarzającej się okazji. Ja też mam taką nadzieję — dodał, wywołując lekki śmiech.

— Tak, tylko tego by nam brakowało — powiedział Gajusz Filipus. — Walka z tymi cholernymi Namdalajczykami jest wystarczająco trudna, kiedy masz ich przed sobą. Zimno mi się robi, gdy pomyślę, że mogliby zdradzić i zaatakować nas z flanki.

— Słyszałem, że Drax i Utprand nie kochają się zbytnio — powiedział Minucjusz. — Czy coś o tym wiadomo?

— Tak, to prawda, choć nie znam przyczyny ich sporu — odparł Marek. Przesunął wzrokiem wzdłuż stołu. — Czy ktoś zna?

— Ja — powiedział szybko Laon Pakhymer. Właściwie Skaurus nie był zaskoczony. Khatrishe, ciekawi jak sroki, stworzeni byli do plotkowania.

— Byli kiedyś przyjaciółmi i sprzymierzeńcami. Połączyli siły, żeby zdobyć zamek jakiegoś magnata. Ten zamek był nad jeziorem. Utprand zajął się oblężeniem od strony lądu, a Drax pilnował jeziora. Siedzieli tam i siedzieli, chcąc wziąć biedaka głodem. On się ciągle bronił, chociaż nie miał żadnych szans. Myślę, że nie chciał się poddać Utprandowi.

Przypominając sobie zimne oczy kapitana, Skaurus doszedł do wniosku, że nie mógłby mieć o to pretensji do niefortunnego magnata. Pakhymer kontynuował:

— No i nie zrobił tego. Otworzył bramy przy brzegu jeziora i poddał siebie i zamek Draxowi, i tylko Draxowi. Gdy Utprand poprosił o swoją część zdobyczy, wielki Książę — Pakhymer był równie sarkastyczny, jak przed chwilą Marek — powiedział mu, gdzie ma sobie iść. Od tego czasu jakoś nie mogą się ze sobą dogadać — uśmiech Pakhymera był zaraźliwy.

— To dobry powód — zagrzmiał Czerwony Zeprin. — Bogowie plują na krzywoprzysięzców. — Pomimo całego trudu świętego Kveldulfa, Haloga wciąż byli poganami, oddając cześć bandzie własnych ponurych bóstw.

Opowieść Pakhymera uspokoiła nieco Marka; rzeczywiście wydawało się, że między dwoma przywódcami Namdalajczyków istniała prawdziwa i trwała wrogość. Tego rodzaju konflikty mogły być użyte przez zręcznych polityków z Videssos, a ci umieli dopiąć swego.

Trybun zastanawiał się także przez moment, do jakiego stopnia lojalny okaże się Bagratouni i jego Vaspurakanerzy. To prawda, że Yezda zmusili ich do opuszczenia ojczyzny i zepchnęli do Videssos, ale znacznie bardziej ucierpieli na skutek prześladowań, które rozpoczął jakiś fanatyczny vi-dessański kapłan. Być może bardziej będzie im odpowiadać rola sprzymierzeńców, a nie wrogów Draxa. Mogą się także zdecydować na wspólną walkę, jako wyznawcy herezji. Jeszcze jedno zmartwienie — pomyślał — i na razie przestał się tym zajmować.

Spotkanie wkrótce się skończyło; brak informacji nie pozwalał na układanie dalszych planów. Gdy oficerowie się rozeszli, Skaurus przywołał do siebie Gajusza Filipusa.

— Co byś teraz zrobił, gdybyś był Thorisinem Gavrasem? — zapytał sądząc, że wyostrzony zmysł praktyczny weterana pozwoli mu przeniknąć zamierzenia Imperatora.

— Ja? — starszy centurion podrapał się po policzku, zastanawiając się nad odpowiedzią. W końcu wydał z siebie coś w rodzaju chichotu: — Ja bym sobie znalazł jakieś inne zajęcie.

— Naprzód, wchodźcie — poganiali nieustannie żeglarze, gdy legioniści wskakiwali na transportowce, które miały ich przewieźć przez wąską cieśninę, zwaną Cieśniną Bydła i wysadzić po jej zachodniej stronie. Jeden z bardziej rozważnych marynarzy dodał:

— Uważajcie na stopy, ofermy. W tym deszczu pomost jest cholernie śliski.

— Co ty nie powiesz — mruknął Gajusz Filipus, owinięty dokładnie w płaszcz chroniący jego zbroję przed deszczem. Marek żałował, że zamiast tutaj, w południowym porcie Kontoskalion, załadunek nie odbywa się w przystani Neorhesian, po pomocnej stronie miasta. Sztormowy wiatr wiał z południa i tutaj nie było przed nim żadnej ochrony.

Co jakiś czas dochodził Marka odgłos upadku i seria przekleństw, co oznaczało, że kolejny żołnierz stracił właśnie równowagę i runął na pokład statku. W położonych dalej dokach konie rżały nerwowo, gdy khatrisherscy i namdalajscy panowie próbowali wciągnąć je na okręt.

Senpat Sviodo wylądował niezgrabnie obok Skaurusa. Tasiemki przerzuconej przez plecy pando-ury zadzwoniły, gdy zatoczył się próbując złapać równowagę.

— Wdzięcznie niczym kot — oznajmił.

— Pijany, kulawy kot, to może i tak — powiedział Gajusz Filipus. Zupełnie nie zbity z tropu, Senpat zrobił do niego okropną minę.

Młoda żona Vaspurakanera zeskoczyła na pokład chwilę później. Nie potrzebowała ramienia, które wyciągnął, żeby ją podtrzymać — jej lądowanie było naprawdę kocie. Nevrata Sviodo — myślał Marek — była niepospolitą kobietą; z wielu powodów. Po pierwsze była piękna, śniadą pięknością Vaspurakanki o ostrych rysach. Teraz jej największy atut — faliste, kruczoczarne włosy były zupełnie przemoczone i wyprostowały się pod jasną jedwabną chustką.

Ale Nevrata była nie tylko urodziwa. Nosiła tunikę i workowate spodnie jak jej mąż, u jej pasa wisiała wąska szabla, która wyglądała na często używaną. Co więcej, byk świetnym jeźdźcem o odwadze, której mógł jej pozazdrościć niejeden mężczyzna. Nie byle kto wyjechałby po Maragha z bezpiecznej fortecy Khliat w poszukiwaniu męża i legionistów, nie mając nawet pojęcia czy jeszcze żyli — i nie byle kto potrafiłby ich znaleźć.

A jakby jeszcze tego było mało, darzyli się z Senpatem miłością, która zdawała się zawsze tak samo czysta i silna. Czasami Skaurus musiał tłumić w sobie zazdrość.

Coraz więcej kobiet wchodziło teraz na pokład razem z dziećmi. Towarzyszka Minucjusza, Ere-ne, wylądowała prawie tak zgrabnie jak Nevrata, a potem złapała swoje dwie córeczki, skaczące w jej ramiona. Helvis podała Erene trzecią dziewczynkę, która była tylko o kilka miesięcy starsza od Dostiego.

Makie zeskoczył sam, śmiejąc się gdy upadł i przeturlał się po nierównym pokładzie statku. He-lvis poszłaby w jego ślady — Marek i Nevrata podskoczyli, by ją podtrzymać.

— To było bardzo głupie — powiedziała ostro Nevrata, a jej brązowe oczy zwęziły się ze złości. Helvis zagapiła się na nią.

— A kim ty jesteś, żeby krzyczeć na mnie za taką drobnostkę? — odparła, nie przejmując się tą reprymendą. — Robiłaś rzeczy bardziej niebezpieczne niż skoki z pomostu.

Nevrata spochmurniała, smutek osiadł na jej pięknej twarzy.

— Ach, nie robiłabym tego, gdyby Phos obdarzył mnie dzieckiem — mówiła bardzo cicho. Helvis, nagle zrozumiawszy, uścisnęła ją.

— Aa, to już moje zajęcie — powiedział Senpat i przygarnął Nevrata do siebie. Miłość tańczyła w jego oczach. — Musimy cały czas ćwiczyć, aż uda nam się zrobić to dobrze, ot co.

Nevrata wbiła mu łokieć pod żebro. Wrzasnął i oddał szturchańca.

Thorisin Gavras ze swoją kochanką, Komittą Rhangawe u boku, przechadzał się wzdłuż doków, obserwując załadunek armii. Imperator wciąż martwił się Namdalajczykami Utpranda, nawet kiedy już zdecydował się zaryzykować i użyć ich w walce z Draxem. Przyglądał się każdemu wsiadającemu na okręt najemnikowi, jakby doszukiwał się zdrady w fałdach peleryny czy pod połą płaszcza.

Odprężył się nieco, gdy doszedł do legionistów. Uśmiechnął się posępnie do Marka.

— Powinienem był cię słuchać, kiedy przestrzegałeś mnie przed Draxem — powiedział, kręcąc głową. — Tutaj wszystko w porządku?

— Na to wygląda — odparł trybun, zadowolony że Gavras pamiętał. — Choć na razie wszystko robimy na łapu-capu.

— Zawsze tak jest, gdy wyruszacie. — Imperator uderzył pięścią w otwartą dłoń. — Na światło Phosa, szkoda że to nie ja płynę z wami zamiast Zigabenosa! To czekanie strasznie szarpie mi nerwy, ale nie ośmielę się opuścić miasta dopóki nie będę pewny, że Księstwo nie siądzie mi na karku. Byłoby kiepsko, gdybyśmy utknęli gdzieś w środku kraju i musieli się przedzierać z powrotem na wschód, być może tylko po to, by spotkać się z Księciem Tomond w najlepszym dla niego miejscu.

Kilka lat temu — pomyślał Marek — Thorisin runąłby na oślep na pierwszego wroga, żeby tylko się popisać. Teraz stał się bardziej ostrożny. Stolica była najważniejszym punktem Videssos i jej największym miastem. Kontrolowała wszystkie drogi lądowe i morskie i stąd też można było dotrzeć do wszystkich prowincji Imperium.

Komitta Rhangawe krzywiła się na takie rozważania.

— Mogłeś skończyć z tym wszystkim zanim się jeszcze zaczęło, gdybyś mnie tylko posłuchał — mówiła do Thorisina. — Gdybyś ukarał dla przykładu Ortaiasa Sphrantzesa, ten przeklęty Drax byłby zbyt przestraszony, żeby myśleć o rebelii. Tak samo jak wcześniej Onomagoulos, jeśli już o to chodzi.

— Cicho bądź, Komitta — warknął Imperator, nie życząc sobie, by wszyscy słuchali, jak jego ognista kochanka robi mu wymówki.

Jej oczy zaiskrzyły się niebezpiecznie. Szczupła, blada twarz miała w sobie piękno drapieżnego ptaka.

— Nie będę cicho! Nie możesz tak do mnie mówić; jestem arystokratką choć odmawiasz mi przyzwoitego ślubu.

A ty sypiasz z galijskim najemnikiem — pomyślał Marek, przerażony tą linią jej ataku. Komitta także zdawała sobie sprawę, że stąpa po niepewnym gruncie i powróciła do pierwszej skargi.

— Powinieneś był powlec Sphrantzesa na Plac Wołów i spalić go żywcem, bo na to zasługują uzurpatorzy. Ten…

Ale Thorisin usłyszał już wystarczająco dużo. Potrafił zmusić się do panowania nad sobą, gdy chodziło o sprawy państwowe, ale nie o jego własne.

— Powinienem był ci wygrzmocić ten twój krwiożerczy, arystokratyczny tyłek, jak tylko zaczęłaś te swoje „a nie mówiłam”! — ryczał Imperator. — Widziałabyś tu teraz szczęśliwego człowieka!

— Ty próżny, nie dorobiony garnku na pomyje! — wrzasnęła piskliwie Komitta i teraz zajęli się już tylko sobą, stojąc w deszczu i obrzucając się wyzwiskami, niczym sprzedawcy ryb. Żołnierze i marynarze słuchali najpierw zszokowani, u potem z coraz większym podziwem. Marek widział posiwiałego żeglarza, człowieka, który zapewne nigdy nie ustawał w wymyślaniu coraz to nowych i bardziej dosadnych przekleństw, jak ten marszczył brwi i kiwał głową, starając się zapamiętać co wymyślniejsze wyzwiska.

— Fiu, fiu! — gwizdnął Senpat Sviodo, gdy Gavras z zaciśniętymi pięściami odwrócił się na pięcie i odszedł ciężkim krokiem rozwścieczonego człowieka. — Ta pani ma szczęście, że dzieli z nim łoże. Gdyby tak nie było, odpowiedziałaby za obrazę majestatu.

— I powinna — powiedziała Helvis. Choć była Namdalajką, miała ten sam co Videssańczycy, pełen szacunku i czci stosunek do godności Imperatora. — Zupełnie nie rozumiem, dlaczego on ją toleruje.

Skaurus jednak widział wcześniej kłótnie Thorisina z jego kochanką, i miał już swoją opinię na ten temat:

— Ona jest jak śluza na zaporze; pozwala mu wyrzucić z siebie całą złość i chandrę.

— Tak, i oddaje mu ją podwójnie — powiedział Gajusz Filipus.

— Może i tak — odparł Marek. — Ale bez niej mógłby się kiedyś wykończyć w ataku apopleksji.

Gajusz Filipus przewrócił oczami.

— I tak przecież może.

— A gdyby tak się stało — wtrącił się Senpat Sviodo — ona by powiedziała, że zrobił jej to na złość.

Podniósł nagle wzrok, zaskoczony hukiem wciąganego właśnie na okręt pomostu, który żeglarze, prawie nadzy w ciepłym deszczu, schowali pod leżący na pokładzie brezent.

— Hej! Czy my naprawdę zamierzamy w tym płynąć? — spytał Senpat.

— Czemu nie? To przecież tylko Cieśnina Bydła, a wiatr nie wydaje się zbyt silny — odparł Marek. Był takim samym ignorantem w sprawach żeglugi jak większość Rzymian, ale czuł się prawdziwym źródłem wiedzy przy Vaspurakanerach, których ojczyzna nie miała dostępu do żadnego morza. Popisując się, kontynuował: — Podobno wilgotne żagle są nawet lepsze od suchych, bo tkanina przepuszcza mniej powietrza.

Senpat był pod wrażeniem znajomości przedmiotu okazanej przez Marka, ale Helvis, która należała do narodu prawdziwych wilków morskich, roześmiała się głośno.

— Gdyby tak było, kochanie, płynęlibyśmy teraz najszybszym okrętem na świecie. To tak jak z solą w potrawie; odrobina polepsza smak, ale gdy nasypiesz za dużo, to gorzej niżby nie było jej wcale.

Liny zasyczały, przesuwając się szybko po mokrym pokładzie, gdy marynarze zwijali je w ciasne spirale. Na którymś z okrętów zaryczał osioł. Kapitan i jego dwaj zastępcy przeklinali głośno — choć nawet w połowie nie tak wspaniale jak Komitta i Thorisin — bo duży kwadratowy żagiel zwieszał się z rei jak obwisłe prześcieradło na sznurze do bielizny, które na dodatek przykleiło się do słupka.

W końcu świeży podmuch wiatru wypełnił żagiel, który oderwał się od masztu z wilgotnym westchnieniem. Kapitan znowu przeklinał, tym razem marynarza stojącego przy sterze, za zbyt powolne, jego zdaniem, manewrowanie. Czy rzeczywiście tak było, Skaurus nie umiał powiedzieć. Okręt wysunął się z doku.

Soteryk, syn Dostiego, jechał wzdłuż kolumny maszerujących legionistów. Żołnierze z pierwszych szeregów złościli się na kurz wzbijany przez jego konia — ci z tyłu łykali już to, co wzniecili ich towarzysze. Namdalajczyk ściągnął cugle, gdy zrównał się z Markiem, i wzdychając z ulgą zdjął swój stożkowaty hełm. Pot spływał wąskimi strużkami po jego zakurzonej twarzy, odkrywając paski czystej skóry.

— Uff — powiedział — gorąca robota dzisiaj.

— Trudno zaprzeczyć — odparł trybun, wątpiąc czy jego szwagier podjechał tu, by narzekać na pogodę.

Cokolwiek zamierzał załatwić, nie spieszył się z tym zbytnio.

— Ładny kraj.

I znowu Skaurus musiał się z tym zgodzić. Niziny należące do zachodnich prowincji Imperium były doskonałymi ziemiami — właściwie Marek nie widział jeszcze nigdy tak żyznej gleby. Tłusty czarnoziem rodził obficie. Cała dolina zdawała się pokryta różnymi odcieniami soczystej zieleni. Rolnicy każdego ranka wychodzili na pola i do sadów otaczających ich wioski, by zajmować się pszenicą i żytem, fasolą i grochem, winogronami, oliwkami, morwą, brzoskwiniami i figami, orzechami i słodko pachnącymi cytrusami. Kilku wieśniaków pozdrowiło ich, gdy maszerowali wzdłuż pól, by walczyć z heretykami z Namdalen. Większość z nich robiła wszystko co w ich mocy, by zapewnić żołnierzom płatny nocleg — bez względu na to, komu służyli.

Zachodnia równina były spichlerzem dla miasta Videssos. Ogromna większość miejscowych zbiorów spływała na barkach, nieustannie kursujących po rzekach płynących na wschód, do morza. Musiała ona także wykarmić armię, maszerującą na południe od stolicy. W tej odległości od Cieśniny Bydła zarządcy z Imperium wciąż trzymali ziemię pod ścisłą kontrolą. Przy maksymalnej wydajności biurokratycznej machiny Videssos, mieli oni rynki gotowe w każdej chwili zaopatrzyć siły Imperium. Marek zastanawiał się, ile to czasu minie nim pierwsza z twierdz — jak to nazywał je Soteryk? — mury-i-fosa-Draxa stanie im na drodze. Już niewiele — pomyślał.

— Ładny kraj — powtórzył Soteryk. — Za gorący w lecie, żeby był doskonały, ale ziemia jest tu tak żyzna, że i to można by ścierpieć. Rozumiem teraz, o czym myślał Drax, gdy zdecydował się wziąć go dla siebie. — Przerwał na chwilę, przejechał palcami po swych kasztanowych włosach, niemal takich samych jak włosy Helvis. W odróżnieniu od większości swoich rodaków nie golił głowy z tyłu.

— Na Wagera, właściwie sam z chęcią bym tu osiadł.

Spojrzał z góry na Skaurusa, czekając na jego reakcję. Oczy Namdalajczyka były tak samo błękitne jak oczy jego siostry — pomyślał trybun — ale nie miały w sobie ani odrobiny jej ciepła. Orli nos nadawał władczy charakter wszystkim jego rysom.

— Tak? — Rzymianin przyglądał się swemu szwagrowi równie dokładnie. Dobierając ostrożnie słowa, kontynuował: — Nie chcesz wrócić do Księstwa? Prędzej wziąłbyś sobie tutaj farmę, kiedy skończysz służbę dla Imperium, tak?

— Tak, gdy skończę służbę — odparł Soteryk, chichocząc cicho. Nadal nie spuszczał wzroku z twarzy trybuna. — To wcale nie musi tak długo trwać.

Marek zrobił wszystko, by zachować pozory łagodnej niewinności.

— Naprawdę? Myślałem, że podjąłeś służbę na ładny parę lat… tak jak ja — spojrzał w oczy Namdalajczyka.

Soteryk ściągnął usta, wyraźnie poirytowany.

— Cóż, mogę się mylić — powiedział. Wbił ostrogi w boki konia tak mocno, że ten poderwał się jak do skoku. Soteryk ściągnął go w dół i ostro zawracając, odjechał. Trybun przyglądał mu się z ciężkim od złych przeczuć sercem. Zastanawiał się, czy Utprand będzie w stanie powstrzymać młodszego przywódcę — i czy w ogóle chciał to robić.

Zachodzące słońce pokryło niebo krwawą czerwienią. Gdzieś w pobliskim zagajniku rozbudzona zawczasu sowa huczała żałobnie. Armia zatrzymała się na noc i rozbiła obóz. Przekonani, że wciąż pozostają w bezpiecznej i przyjaznej im okolicy, Videssańczycy i Namdalajczycy postawili symboliczne tylko palisady, zupełnie nie przejmując się tym, czy rozbite w ich obrębie namioty tworzą jakiś porządek. Jeźdźcy z Khamorth byli nawet mniej ostrożni — każdy zatrzymywał się tam, gdzie mu się podobało, by rano z powrotem dołączyć do towarzyszy.

Obóz legionistów stanowił zupełny kontrast, choć były to tylko zwykłe rzymskie umocnienia, wykonywane automatycznie tak na bezpiecznym terenie, jak i tam, gdzie wróg deptał im po piętach. Gajusz Filipus wybierał miejsce dogodne do obrony i z dostępem do wody, a potem do pracy przystępowali żołnierze. Każdy z nich miał wyznaczone konkretne zadanie — zawsze to samo. Niektórzy kopali rowy, inni ubijali wykopaną ziemię tworząc z niej wał obronny, jeszcze inni wbijali w te umocnienia ostre pale i żerdzie, które nosili ze sobą w tym właśnie celu. Wewnątrz fortyfikacji ośmioosobowe namioty legionistów ustawiane były w równych blokach, manipuła przy manipule, między którymi pozostawiano szerokie przejścia-ulice.

Nikt nie narzekał na pracę, której wymagało urządzenie takiego obozu, mimo że mógł być wykorzystany tylko na jedną noc, a potem porzucony na zawsze. Dla Rzymian była ona drugą naturą. Ludzie, którzy dołączyli do ich szeregów, z kolei zbyt wiele razy widzieli, co warte są takie umocnienia, by pozwolić sobie na coś gorszego.

To samo dotyczyło Laona Pakhymera i jego Khatrishów. Marek z zadowoleniem przyjął ich do swojego obozu — często tak robili od czasu Maragha. Co więcej, chętnie pomagali przy zakładaniu obozowiska. Choć mniej doświadczeni niż legioniści, wcale nie uchylali się od pracy.

— To rozpuszczona banda — powiedział Gajusz Filipus, obserwując dwóch khatrisherskich szeregowców, którzy wdali się w głośną kłótnię ze swoim oficerem. Wrzaskliwy pojedynek nie przeszkadzał jednak całej trójce w napełnianiu tarczy ziemią i odnoszeniu jej do wału, a potem znowu w kopaniu. Starszy centurion podrapał się po głowie.

— Nie rozumiem, jak oni w ogóle posuwają się z robotą, ale nawet im to wychodzi. Wartownicy Khatrishów nie dopuszczali małych chłopców do uwiązanych w szereg, drobnych lecz złośliwych koni. Skaurus nie był specjalnie uradowany obecnością kobiet i dzieci w obozie, co zresztą zawsze było jego zmartwieniem. Z pewnością znosił to lepiej niż Gajusz Filipus, ale nawet jemu wydawało się, że zbyt daleko odbiegali od rzymskich ideałów. Dwa lata temu, gdy legioniści maszerowali na zachód, przeciwko Yezda, nie wpuszczał kobiet do obozu. Ale po klęsce pod Mara-gha, bezpieczeństwo liczyło się bardziej niż rzymskie zwyczaje. A poza tym, łatwiej byłoby chyba zamienić ser na mleko, niż odebrać raz darowany przywilej.

Namiot trybuna stał przy głównej drodze, via principalis, iokładnie pośrodku obozu. Gdy Marek tam dotarł, jego przybrany syn, Makie, bawił się właśnie małą, prążkowaną jaszczurką, którą udało mu się wcześniej złapać. Najwyraźniej sprawiało mu to znacznie większą przyjemność niż jaszczurce.

— Cześć, tato — powiedział podnosząc wzrok.

Zwierzątko wymknęło się i zniknęło, nim chłopiec zdążył nim pomyśleć. Natychmiast wybuchnął płaczem i nie przestał, nawet gdy Marek podniósł go wysoko, w górę, i kręcił nim szybko.

— Ja chcę moją jaszczurkę!

Dosti, który spał dotąd spokojnie w namiocie, także zaczął głośno płakać, jak gdyby rozumiał go i współczuł. Helvis wyszła na zewnątrz, rozzłoszczona.

— Czego znowu pła…? — zaczęła i przerwała, zaskoczona obecnością trybuna. — Witaj, kochanie. Nie słyszałam, jak przyszedłeś. O co mu chodzi?

Marek opowiedział jej o całej tragedii.

— Chodź do mnie, syneczku — powiedziała, biorąc od niego Malrika. — Nie mogę ci dać jaszczurki. Chwała Phosowi… — dodała cicho.

Malrik i tak nic nie słyszał, bo aż zanosił się od płaczu. Helvis kusiła go:

— Nie wolałbyś cukierka ze śliwką, a może nawet dwu? Malrik zastanowił się nad tym głęboko. Rok temu, o czym dobrze wiedział Skaurus, wrzasnąłby „Nie!” i ryczałby dalej. Ale po kilku sekundach chłopiec powiedział:

— Dobra — i zakończył tę krótką kwestię czkawką.

— Dzielny chłopczyk — pochwaliła Helvis, wycierając mu twarz rąbkiem spódnicy. — Cukierki są w środku, chodź mną. — Westchnęła: — Potem zobaczymy, czy uda mi uciszyć Dostiego.

Malrik, znowu radosny, pognał do namiotu. Helvis i Ma podążyli za nim.

Marek nie woził ze sobą żadnych luksusowych sprzętów w czasie kampanii. Oprócz materaców, jedynymi meblami w namiocie były: łóżeczko Dostiego, składany stół i krzesło z drążków i płótna. Przenośny ołtarz Phosa, należący do Helvis, stał na trawie, tak jak i jej mały kuferek z drzewa sosnowego, w którym trzymała osobiste drobiazgi. Ciemniejszy kufer Skaurusa stał obok.

Helvis odszukała cukierki dla Malrika, a potem wzięła na ręce Dostiego i ukołysała go do snu, śpiewając cicho swym delikatnym, głębokim głosem.

— Nie było tak źle — powiedziała z ulgą, gdy ostrożnie włożyła dziecko do łóżeczka. Skaurus zapalił glinianą lampkę oliwną i zaznaczył trasę dziennego marszu na mapie konturowej, którą zawsze woził ze sobą.

Kiedy i Malrik poszedł już spać, Helvis powiedziała:

— Brat mówił mi, że dziś z tobą rozmawiał.

— Tak mówił? — odparł trybun, ale nie było to pytanie. Zapisał coś na mapie, najpierw po łacinie, a potem wolniej, po videssańsku. — Więc Soteryk podjechał potem do kobiet, tak?

— Tak. — Helvis obserwowała go z dziwną mieszaniną podniecenia, nadziei i lęku. — Powiedział, że powinnam ci przypomnieć o obietnicy, którą dałeś mi w Videssos zeszłego roku.

— Tak powiedział? — zapytał znowu Skaurus, nie mogąc ukryć grymasu, który wykrzywił mu twarz. Gdy oblężenie Videssos przez Gavrasa zdawało się zmierzać ku nieuchronnej klęsce, był już niemal gotów przyłączyć się do Namdalajczyków, porzucić Imperatora i wrócić do Księstwa. Tylko doskonałe posunięcie Zigabenosa, skierowane przeciw Ortaiasowi, powstrzymało go od tego kroku. Helvis, jak wiedział, była wtedy bardziej rozczarowana, niż gdy po nieoczekiwanym zwycięstwie Thorisina, Namdalajczycy i Rzymianie pozostali w służbie Imperium.

— Tak, tak właśnie powiedział — determinacja ściągnęła jej pełne usta, aż stały się tak wąskie i zawzięte jak usta Soteryka. — Byłam kobietą żołnierza i przed tobą, Marku. Wiedziałam, że nie mogłeś zrobić tego, co zaplanowałeś… — Skaurus znowu się skrzywił; to wcale nie był jego plan — …kiedy Thorisin odzyskał już tron. Zbyt często robimy to, co musimy, a nie co chcielibyśmy robić. Ale teraz znowu nadarza się szansa, lepsza jeszcze od poprzedniej!

— Co to za szansa?

Jej oczy zaiskrzyły się ze złości.

— Nie jesteś tępakiem, mój drogi i kiepsko takiego udajesz. Szansa na to, żeby znów należeć do siebie i nie wysługiwać się żadnemu heretyckiemu władcy. W dodatku, szansa na to, by zająć nowe ziemie, jak herosi-założyciele w pieśniach minstrelów.

Ona też to czuła — pomyślał trybun — namdalajską żądzę ziemi należącej do Videssos.

— Nie rozumiem, dlaczego tak bardzo chcecie rozszarpać Imperium — powiedział. — Przyniosło spokój i bezpieczeństwo tylu ziemiom w tym świecie i to na tak wiele lat, że kreci mi się w głowie, gdy o tym pomyślę. To podłe, skakać mu na plecy, kiedy jest ranne, jak dziki kot na sarnę ze złamaną nogą. Powiedz mi, czy wy, wyspiarze, poradzilibyście sobie lepiej?

— Może nie — odparła i Skaurus musiał pochylić czoło przed jej szczerością. — Ale, na Wage-ra, zasługujemy chyba na szansę! Krew w żyłach Videssos zaczyna już stygnąć i tylko jego dyplomatyczne sztuczki powstrzymywały nas przez cały ten czas od odebrania tego, co do nas prawem należy.

— Jakim prawem?

Pochyliła się do przodu, podnosząc prawe ramię. Marek uniósł ręce, by zasłonić się przed uderzeniem, ale ona złapała za rękojeść jego miecza.

— Tym właśnie! — powiedziała z dziką gwałtownością.

— Tego samego argumentu używają Yezda.

Jej palce odsunęły się od broni, jakby nagle zaczęła parzyć. Marek szybko wsunął ją na miejsce. Nie życzył sobie, by ktokolwiek poza nim samym dotykał magicznego ostrza.

— A jak poradzilibyście sobie z nimi, tu, w tym waszym nowym Namdalen?

Oczami wyobraźni widział już nie kończące się drobne wojny podjazdowe — wyspiarze przeciwko Yezda, Videssańczycy przeciwko nomadom, dwóch na jednego, przymierza, zdrady, zasadzki, nagłe ataki — i niewinnych farmerów i mieszczan z ziem zachodnich, startych na proch pod żelaznymi kopytami przeciągających wciąż armii. Ten obraz budził w nim odrazę, ale wiedział, że Avshar śmiałby się z niego z zimną satysfakcją.

Powiedział o tym głośno i zauważył, że Helvis także się wzdrygnęła.

— A jeśli chodzi o twojego brata… tym, co czyni go śmiertelnie niebezpiecznym — kontynuował — jest fakt, że ma on wystarczająco dużo wyobraźni, by stać się bezwzględny, ale nie ma jej na tyle, by zrozumieć, do jakiej ruiny to doprowadzi. — Widząc jej wściekłość, szybko dodał: — Zresztą, wszystko to dzielenie skóry na nieupolowanym niedźwiedziu. To Utprand, a nie Soteric dowodzi Namdalajczykami.

— Utprand? Mów o zimie, dobrze? Utprand je lód i oddycha mgłą. — Jej pogarda nieco osłabła, ale to nie umniejszyło celności obelgi. Skaurus uśmiechnął się, rozbawiony.

Helvis wciąż go obserwowała, jak ktoś, kto przygląda się zegarowi, który kiedyś działał, ale nagle przestał pracować.

— Powiedz mi jedną rzecz — zaczęła. — Jak to się dzieje, skoro tak bardzo kochasz Imperium — pogarda znów była w jej głosie — przyłączyłeś się jednak do Namdalen złego roku?

Marek przypomniał sobie nauczyciela — stoika, zniszczonego gruźlicą Greka, imieniem Ti-manor, który zawsze powtarzał charczącym głosem: „Jeśli to jest złe, chłopcze, nie rób tego; jeśli to nie jest prawdą, to tego nie powtarzaj”. W tej chwili żałował jednak, że nie ma pod ręką jakiegoś zręcznego kłamstewka.

W tej sytuacji pozostało mu tylko westchnąć i zastosować się do rady starego mistrza.

— Bo wtedy myślałem, że gdybym pozostał w Videssos, wojna miedzy Thorisinem i Ortaiasem byłaby jeszcze dłuższa gorsza, i że w ten sposób Imperium upadłoby całkowicie.

Nawet przy skąpym świetle lampki widział jak krew odpływa z twarzy Helvis.

— Bo Imperium by upadło? — wyszeptała, jakby te słowa należały do jakiegoś obcego języka. — Imperium? — jej głos rósł w siłę niczym fala. — Imperium? Ani słowa o mnie, ani słowa o dzieciach, tylko wszystko dla tego cholernego, dziurawego Imperium?

Już prawie krzyczała. Dosti i Malrik obudzili się i przestraszeni zaczęli płakać.

— Odejdź, wynoś się! — wrzeszczała na Skaurusa. — Nie mogę na ciebie patrzeć, ty podły intrygancie, ty kanalio bez serca!

— Wynosić się? To mój namiot — zauważył rozsądnie trybun, ale Helvis dawno już przestała myśleć logicznie.

— Wynoś się! — wrzasnęła znowu i tym razem naprawdę się na niego zamierzyła. Wyciągnął ręce, próbując się bronić i jej paznokcie rozharatały głęboko skórę na nadgarstku. Zaklął, złapał ją za ramiona, chcąc na chwilę zatrzymać tę furię, ale równie dobrze mógłby uspokajać lwicę. Odepchnął ją od siebie i wypadł z namiotu.

Idąc wzdłuż via principalis, napotkał spojrzenia kilku legionistów. To samo przydarzyło się niektórym z nich, ale oni nie musieli chronić godności dowódcy.

Gajusz Filipus rozmawiał z dwójką wartowników przy palisadzie.

— Myślałem, że poszedłeś spać — zdziwił się, ujrzawszy trybuna.

— Awantura.

— Właśnie widzę — starszy centurion gwizdnął cicho, przyglądając się głębokim zadrapaniom na ręce Marka.

— Jeśli chcesz, możesz dzisiaj spać u mnie.

— Dzięki. Później. — Skaurus był zbyt rozstrojony kłótnią, by myśleć teraz o śnie.

— Mam nadzieję, że ją uciszyłeś?

Trybun wiedział, że jego zastępca próbował okazać mu współczucie, ale proste rozwiązania weterana były tu bezużyteczne.

— Nie — odparł. — Byłem temu nie mniej winny niż ona.

Gajusz Filipus prychnął tylko, nie dowierzając, ale Skaurus poczuł gorzką prawdę własnych słów. Odszedł, by pospacerować dokoła obozu. Dobrze wiedział, że jego poprzednie działania pozwoliły Helvis — aż nią i Soterykowi — wierzyć w to, że w razie potrzeby weźmie stronę wyspiarzy w walce przeciw Imperium. Gdyby jednak mówił wtedy co innego, do kłótni doszłoby już wcześniej, a poza tym miał nadzieję, że nigdy nie będzie musiał stanąć przed takim dylematem.

Teraz miał zarówno kłótnię, jak i dylemat do rozwiązania, a jego kłamstwo pogorszyło tylko sytuację. Roześmiał się ponuro. Ostatecznie stary Timanor okazał się wcale niegłupi.

— Chrapiesz — oskarżył trybun Gajusza Filipusa następnego ranka.

— Tak? — weteran wgryzł się w cebulę. — No cóż, a komu może to przeszkadzać?

Skaurus przymrużonymi z niewyspania oczyma obserwował jak legioniści zwijają obóz, przyglądał się ich kobietom, plotkującym między sobą i wracającym na swoje miejsce pośrodku maszerującej kolumny. Helvis już tam była. Jego namiot wydawał się dziwnie pusty, gdy poszedł go złożyć. Zastanawiał się, czy Helvis wróci do niego, czy też wybierze towarzystwo Soterica i jego ludzi.

Dobrze było zapomnieć o takich zmartwieniach, gdy żołnierze ustawili się w końcu do wymarszu. Proste pytania wymagały prostych odpowiedzi; manipuł Blesusa powinien maszerować przed Vaspurakanerami Bagratouni, a nie za nimi; ta droga wygląda na lepszą od tamtej; Kwintus Eprius nie dostanie trzydniowego żołdu za oszukiwanie przy grze w kości.

Khamorthcki zwiadowca podjechał wzdłuż maszerujących legionistów do Mertikesa Zigabeno-sa. Jego Videssańczycy zajmowali tylną część kolumny. Za kilka minut pojawił się następny Kha-morth. Zaintrygowany Marek zawołał jednego z nich do siebie podejrzewając, że coś się święci. Nomada zignorował jego okrzyk.

— Bękart — powiedział Gajusz Filipus.

— I tak się dowiemy, gdy będzie trzeba.

— Wiem — odparł posępnie starszy centurion. Niecałą godzinę później zszedł na brzeg kolumny i zawołał:

— Hej! Nie przypominam sobie, żebyśmy to mijali ostatnim razem w drodze do Garsavry. — Z każdym krokiem twarz weterana stawała się coraz bardziej pochmurna. — To jest cholerna, kurew-ska forteca, dokładnie tak.

Zamek stał na głównej drodze na południe. Jeżeli armia Imperium miała się posuwać dalej, musiała sobie z nim poradzić. Gdy legioniści zbliżali się do fortecy, Skaurus dojrzał namdalajskich obrońców biegających przy palisadzie i innych na szczycie wieży, wewnątrz umocnień. Choć odległość pochłaniała niemal wszystkie dźwięki, trybun słyszał okrzyki wyspiarzy.

Przyglądając się z bliska, łatwo można było zrozumieć, jak ludzie Draxa potrafili tak szybko zbudować te umocnienia. Rów, który je otaczał, wyglądał jak wielka rana w morzu zieleni. Ludzie Księstwa uklepali część wykopanej ziemi, tworząc z niej wał obronny, okalający sporych rozmiarów palisadę. Przynajmniej w tym — pomyślał trybun — forteca podobna była do rzymskiego obozu, choć tutaj rów był o wiele szerszy i głębszy, a palisada wyższa od człowieka.

Wewnątrz umocnień Namdalajczycy usypali z pozostałej ziemi wysoki kopiec. Na tym kopcu wzniesiono drewnianą wieżę, a robiono to w takim pośpiechu, że większość tworzących ją pni drzew wciąż jeszcze miała na sobie korę. Łucznicy, strzelający ze szczytu wieży, mogli kontrolować całe przedpole. Próbowali już zresztą strzelać do khatrisherskich i khamorthckich jeźdźców. Nomadzi odpowiadali im tym samym, ale nawet ich silne łuki nie mogły donieść tak daleko. Zigabenos zarządził szybką naradę wojenną.

— Musimy się zatrzymać i wyciągnąć ich stąd, jeśli tego właśnie chcą — oznajmił. — Nie możemy zostawić kilkuset uzbrojonych wojowników na naszych tyłach, a wolałbym nie rozbijać moich sił tylko po to, by kontrolować to miejsce. Phos jeden wie, ile jeszcze takich szczurzych dziur znajdziemy po drodze.

— Ale wzięcie ich głodem trwałoby całe wieki, a na Wagera, nie mam ochoty zdobywać tego szturmem — powiedział Soteryk. Wydawał się tak dumny z fortecy, którą zbudowali jego ziomkowie pod wodzą Draxa, że nawet Utprand spojrzał na niego ze złością.

Zigabenos zachował jednak spokój.

— Są pewne sposoby — powiedział.

— Jasne, że tak — roześmiał się Gajusz Filipus, rozumiejąc go doskonale. Odwrócił się do Soteryka. — Ta twoja zabawka — ruchem głowy wskazał na zamek — to cudowna broń przeciwko górskim rozbójnikom albo barbarzyńcom jak Yezda. Ale ci chłopcy, w środku, są głupcami jeśli myślą, że utrzymają się walcząc z profesjonalistami.

Młody Namdalajczyk zaczerwienił się.

— Oni też są profesjonalistami.

— Pewnie tak — zgodził się Gajusz Filipus, wcale nie tracąc animuszu. — A niedługo będą jeszcze gorącymi profesjonalistami.

Tego popołudnia machiny oblężnicze zostawiono jeszcze w spokoju, ustawiając je tylko w bezpiecznej odległości od twierdzy. Żołnierze rąbali drewno, by przygotować szkielety do osadzenia mechanizmów, do których części i olinowanie przyciągnięto ze stolicy. Rzymscy inżynierowie pracowali ramię w ramię ze swymi videssańskimi kolegami.

Przez całą noc pocili się razem przy świetle pochodni. Zwykli żołnierze wycinali rosnące dokoła drzewa i krzaki, i wiązali je, tworząc kładki, które miały być przerzucone nad rowem podczas szturmu. Wszędzie mężczyźni sprawdzali broń i zbroje, tarcze i buty wiedząc, że najmniejsze niedopatrzenie może kosztować ich życie.

Marek był zbyt zajęty różnymi problemami, z którymi zgłaszali się do niego legioniści, by martwić się o Helvis. Tak czy siak, nie mógł nic zrobić tego wieczoru — gdy wiadomo było, że dojdzie do walki, obóz kobiecy ustawiano w bezpiecznej odległości za linią armii.

Około północy od strony fortecy dobiegło Videssańczyków głośne dudnienie kopyt. Ludzie Księstwa przerzucili deski nad swoim okopem i wysłali jeźdźców, by ostrzegli Draxa o nadchodzącej armii Imperium. Głośno pokrzykując, Khamorthci i Khatrishe ruszyli za nimi w pościg. Wkrótce dopadli dwóch posłańców, ale trzeci zniknął w ciemnościach.

— Gówno — skomentował Gajusz Filipus, gdy nomadzi powrócili z tą wiadomością.

— No cóż — powiedział Marek, starając się spokojnie podejść do sprawy. — Nie można powiedzieć, żeby Drax nie wiedział o tym, że na niego maszerujemy.

Starszy centurion tylko coś odburknął.

Trybunowi wydawało się, że świt nadszedł o wiele za wcześnie, barwiąc chmury najpierw na purpurowo, a potem, wraz ze znikaniem gwiazd, na złoto. Videssański poseł, niosący biały hełm na grocie włóczni, podszedł do samego brzegu fosy i zaproponował wyspiarzom, by się poddali. Odpowiedzią były przekleństwa i wyzwiska w języku Namdalajczyków. Strzała wbiła się w ziemię kilka stóp od posła. Strzał był celowo chybiony, ale znacznie przyspieszył powrót Videssańczyka, nie przydając mu godności.

Zigabenos wydał krótki rozkaz. Wyrzutnie oszczepów naprężyły się i z jękiem zwolniły swe pociski. Świszcząc złowrogo, włócznie przeleciały nad palisadą, zmuszając ludzi Draxa do schylenia głów. Namdalajczycy wychylili się zaraz po tym i strzelili do czegokolwiek co, jak sądzili, byli w stanie ustrzelić, i znowu ukryli się za osłoną.

Wyrzutnie kamieni rozpoczęły swą pracę kilka minut później, ciskając głazy wielkości człowieka o drewnianą wieżę. Pociski okaleczyły ją tu i tam, ale nie widać było żadnych oznak załamania. Wyspiarze budowali dobrze. Inżynierowie raz po raz naciągali na kołowroty machin liny skręcone z jelit zwierzęcych — przekleństwa wypełniały powietrze, gdy któraś nie wytrzymywała.

Ale maszyny ciskające włócznie i kamienie, tak jak i strzały Videssańczyków i Khamorthów skierowane na fortece, były tylko mało ważnym wstępem do zaczynającego się właśnie spektaklu. Videssańscy inżynierowie ładowali na niektóre z katapult małe beczułki o cienkich ściankach, wypełnione łatwopalną cieczą, które zatoczywszy wielki łuk rozbijały się o stojącą na kopcu wieżę.

Oblegając drewniane twierdze, Rzymianie często obrzucali je płonącą smołą czy tłuszczem. Mieszanka sporządzona przez Videssańczyków była jeszcze gorsza. Składała się bowiem z siarki, niegaszonego wapna i czarnego, okropnie śmierdzącego oleju, który wypływał z ziemi tu i ówdzie na terytorium Imperium. Gdy beczki rozbijały się o ściany wieży, płachty płynnego ognia rozlewały się na jej powierzchni.

Łucznicy w twierdzy zaczęli krzyczeć z przerażenia, gdy płomienie objęły budowlę. Namdalaj-czycy zeskakiwali z palisady i biegli do wieży, by walczyć z ogniem. Marek słyszał ich zrozpaczone wrzaski, gdy pierwsze wiadra wody spadły na płomienie. Dzięki wapnu, ogień płonął równie entuzjastycznie po zmoczeniu jak i przed.

Katapulty nie przestawały pracować i bezustannie zasypywały twierdzę pociskami. Wkrótce zaczęło jednak brakować beczek ze śmiertelną miksturą. Kilka z nich rozbiło się na szczycie kopca, oblewając płomieniem wyspiarzy próbujących uratować wieżę. Ludzie biegali krzycząc, niczym żywe pochodnie. Płynny ogień spływał pod kolczugi i przywierał do ciała, włosów, oczu, płonąc i płonąc. Jakiś Namdalajczyk wbił swój miecz w towarzysza, który skręcał się z bólu u jego stóp, pokryty ogniem od głowy do kolan. Gęsty, czarny dym wzbijał się prosto w niebo, co było równie oczywistą wiadomością dla Draxa, jak słowa przywiezione przez jeźdźca.

Wokół oblężonej twierdzy zagrały trąbki. Osłaniani przez łuczników, legioniści rzucili się do ataku, przerzucając przygotowane wcześniej kładki nad rowem. Zigabenos wolał na razie trzymać swoich wyspiarzy z dala od ich rodaków. Chociaż nie lubił specjalnie bitew czy walki wręcz, Marek cieszył się, że wreszcie biegnie na czele swych ludzi. Stanie z boku i przyglądanie się płonącym żołnierzom Draxa było gorsze od samej walki.

Nikt już prawie nie pozostał przy pierwszej linii umocnień, by powstrzymać legionistów. Włócznia wbiła się w ziemię tuż obok trybuna, ale już za moment jego caligae grzęzły w miękkiej ziemi wału ułożonego pod palisadą. Wrzeszcząc z całych sił, reszta szturmującego oddziału gnała tuż za nim.

Namdalajczyk, który rzucił włócznią, stał na szczycie wału, czekając na Marka. Był to wielki, muskularny mężczyzna z siwym zarostem na twarzy. Uderzył wreszcie swym ciężkim, dwuręcznym mieczem. Marek przyjął cios na tarczę. Jęknął pod siłą uderzenia i niemal ześliznął się z wału. Wyspiarz łatwo sparował jego niezręczne pchnięcie i podniósł ostrze, przygotowując się do następnego cięcia.

Pilum wbiła się w jego szyję. Miecz wypadł z rąk, które zacisnęły się na chwilę na żelaznej rzymskiej włóczni, a potem opadły bezwładnie, gdy kolana zaczęły się uginać, a całe ciało pochyliło się, by opaść na ziemię. Skaurus przeskoczył nad nim — legioniści wdzierali się już za palisadę.

Tylko garść wyspiarzy poległa na wałach. Kiedy wiadomo było, że bitwa jest przegrana, bez wahania porzucili miecze i hełmy, poddając się Rzymianom. Wieloletni najemnicy nie widzieli sensu w beznadziejnej walce, która mogła skończyć się tylko ich śmiercią.

— Myślisz, że Imperator przyjmie nas znowu? Może do Astris, żeby pilnować ludzi z równin? — całkiem poważnie pytał Marka jeden z pojmanych oficerów, wcale nie speszony tym, że jeszcze przed chwilą był rebeliantem.

Trybun mógł tylko rozłożyć przed nim ręce. Z braku własnych żołnierzy, Thorisin mógł to zrobić.

— Uwaga! Głowy w górę! — zawołali razem Namdalajczycy i Rzymianie. Wieża opadała z trzaskiem na ziemię, rozsypując na wszystkie strony zwęglone drewno i czerwone okruchy żaru. Jakiś legionista syknął z bólu i zaklął głośno, gdy płonąca szczapa przypaliła mu nogę. Jeden z wyspiarzy zginął przygnieciony pniem — był już i tak okropnie poparzony. Marek pomyślał, że tak pewnie było dla niego najlepiej.

Namdalajski kapłan-uzdrowiciel robił co mógł dla ofiar deszczu ognia. Nie mógł jednak zbyt wiele — żaden uzdrowiciel nie jest w stanie przywołać zmarłych do życia. Duchowni z Księstwa nie wyróżniali się tak między innymi wojownikami jak ich videssańscy koledzy po fachu. Nosili zbroje i walczyli wraz z innymi żołnierzami, co było wielkim barbarzyństwem w oczach Videssa-ńczyków.

Marek raz jeszcze wspiął się na umocnienia. Strzała gwizdnęła mu koło ucha — rozejrzał się dokoła próbując bezskutecznie odnaleźć nadgorliwego łucznika.

— Wstrzymajcie się! Forteca jest nasza! — krzyknął i uniósł do góry kciuk w geście przejętym z walk gladiatorów. Videssańczycy nie używali tego znaku, ale zrozumieli. Żołnierze wznieśli okrzyk radości. Zigabenos pomachał do Marka, który oddał pozdrowienie.

Wewnątrz twierdzy wyspiarze zbierali miecze poległych towarzyszy, by przekazać je krewnym — smutny zwyczaj, który Marek znał aż za dobrze. Przyniósł miecz Hemonda Helvis, po tym jak zabiły go czary Avshara. Tutaj zginęło czternastu wyspiarzy, większość z nich od poparzeń. Trybun z ulgą odkrył, że nie poległ żaden z legionistów, a tylko dwóch było rannych.

Gdy wyprowadzili jeńców z fortecy, żołnierze obu walczących stron wymieniali nazwiska i doświadczenia wojenne. Legioniści stawali się najemnikami w tym samym stopniu, co ludzie z Księstwa, wykonując swój zawód rzetelnie, ale bez wrogości. A odkąd przybyli do Imperium, Rzymianie doskonale dogadywali się z Namdalajczykami, co czasami niepokoiło samych Videssańczy-ków.

Gdy ludzie Draxa dostrzegli Namdalajczyków w armii Imperium, zasypali ich gradem obelg:

— Zdrajcy! Tchórze! Stoicie po złej stronie, wypierdki!

Oficer, który rozmawiał ze Skaurusem, Stillion z Sotevag, o czym dowiedział się wcześniej trybun, dojrzał swojego kapitana i krzyknął.

— Turgot! Powinieneś się wstydzić! — Turgot rzeczywiście wyglądał na zawstydzonego i nic mu nie odpowiedział.

Wtedy wyszedł do nich Utprand — jego lodowate spojrzenie zmroziło i uciszyło wszystkich żołnierzy.

— Zdrajcy, powiadacie? — powiedział niezbyt głośno, ale bardzo wyraźnie. — Tak, ci którzy służą Draxowi, znają to słowo bardzo dobrze. — Odwrócił się do nich plecami w pogardliwym milczeniu.

Mertikes Zigabenos odesłał pojmanych rebeliantów do stolicy pod eskortą videssańskich jeźdźców.

— Świetna robota — pochwalił Marka. — Tak wiec, ta wychwalana namdalajska forteca — zdobyta bez żadnych strat. Tak, świetna robota.

— Rzeczywiście wspaniała — powiedział Gajusz Filipus z przekąsem, gdy Zigabenos odszedł, by przygotować armię do wymarszu. — Kosztowało nas to dzień opóźnienia i przewagę, jaką daje zaskoczenie. Powiedziałbym, że Drax ubił niezły interes.

Styppes umiejętnie radził sobie z rannym Rzymianinem — był to żołnierz z paskudnie rozharata-ną łydką. Jak zawsze sam akt leczenia budził w Skaurusie lęk. Kapłan zwierał brzegi rozcięcia obiema rękami. Mamrocząc modlitwy, co pomagało mu się skoncentrować, kierował całą swoją wolę na ranę, którą właśnie opatrywał. Trybun obserwujący tę scenę, czuł jak powietrze… krzepnie? gęstnieje? — łacina nie znała odpowiedniego określenia — wokół niej, gdy leczniczy prąd przepływał przez ręce kapłana. Kiedy Styppes odsunął wreszcie dłonie, po głębokim rozcięciu na nodze mężczyzny pozostała tylko wąska, biała blizna.

— Wielkie dzięki — powiedział legionista, podnosząc się z ziemi. Odszedł energicznym krokiem, jakby gdyby nigdy nic.

Drugiemu z poważnie ranionych żołnierzy, Vaspurakanerowi, którego czaszka została rozbita przez upadający pień z rozbitej wieży, Styppes miał znacznie mniej do zaoferowania. Po zbadaniu rannego, kapłan powiedział tylko:

— Będzie żył albo umrze — jak Phos da. Ja nie potrafię go uleczyć.

Marek, choć rozczarowany, nie podejrzewał go o lenistwo. Gorgidas także nie mógłby pomóc temu biedakowi.

Trybun podszedł do Styppesa, który — co było nieuniknione, jak pomyślał Skaurus — dodawał sobie sił opróżniając bukłak z winem. Jednak, oddając mu sprawiedliwość, praca uzdrowiciela była bardzo wyczerpująca — Skaurus widział już kapłanów zasypiających na stojąco.

Styppes otarł usta, a potem osuszył rękawem swej szaty spocone czoło.

— Ty też jesteś ranny? — zapytał trybuna. — Nie widzę nigdzie krwi.

— Ee? Nie — odparł Skaurus z wahaniem. Wyciągnął rękę, pokazując kapłanowi nadgarstek. Paznokcie Helvis wbiły się głęboko i wyżłobione nimi rany wyglądały całkiem groźnie. — Nasz poprzedni lekarz dałby mi na to jakąś maść albo coś takiego. Pomyślałem sobie, że może mógłbyś?

— Co?! — ryknął wściekle Styppes. — Chcesz, żebym marnował siły na zadrapania twojej dziwki? Zabieraj się stąd. Moc Phosa nie może być przyzywana do takich bzdur, a uzdrowiciele nie powinni nawet tracić na to czasu.

— Biedny Vaspurakaner to dla ciebie za dużo, a ja za mało, tak? — odgryzł się trybun, także już rozzłoszczony. Styppes naprawdę potrafił wyprowadzić go z równowagi. — W takim razie jaki z ciebie pożytek?

— Spytaj swojego Rzymianina — odparował kapłan. — Jeżeli gangrena dobierze się do tych twoich cholernych zadrapań, wtedy się nimi zajmę. Ale teraz zostaw mnie w spokoju; tracę tyle samo sił na leczenie małych ran co i dużych.

— Och — powiedział słabo Skaurus. Nie wiedział o tym dotąd. Zdał sobie sprawę, jak mało wiedział o sztuce uzdrawiania znanej kapłanom Phosa. Styppes i jemu podobni mogli zdziałać cuda, które pozostawiały Gorgidasa w rozpaczy i bezsilnej zazdrości, ale zdawało się, że Grek także posiada umiejętności, których im z kolei brakowało.

Powracając myślą do uwagi, którą przed chwilą uczynił Gajusz Filipus, trybun zastanawiał się, jaki to właściwie interes przyjmując Styppesa.

Tego wieczora Helvis nie wróciła. Marek czekał w swoim namiocie — wciąż łudząc się nadzieją, że jednak przyjdzie — aż cały obóz wokół niego pogrążył się we śnie. W końcu zdmuchnął płomień lampki i próbował zasnąć sam. Nie było to takie łatwe. Gdy na początku zaczęli żyć ze sobą, jej obecność w łóżku wręcz przeszkadzała mu w zasypianiu. Teraz, gdy był sam, nie mógł się obejść bez jej ciepła.

Wszystko, do czego człowiek przywykł — pomyślał. Przewrócił się na drugi bok, zirytowany. To, do czego był przyzwyczajony, nie było spaniem.

Przybrzeżna równina Videssos była płaska jak żaden inny ląd, ale dla trybuna cały następny dzień wydawał się marszem pod górę. Monotonię całodziennej wędrówki przerwało na chwilę poruszenie wywołane widokiem dwóch namdalajskich zwiadowców, którzy wyłonili się z pobliskiego lasku, aby spokojnie przyglądać się armii Imperium. Jednak ani okrzyki Khamorthów, którzy rzucili się za nimi w pościg, ani ponure przekleństwa Gajusza Filipusa, po udanej ucieczce zwiadowców Draxa, nie potrafiły wyrwać Skaurusa z odrętwienia.

Pogryzając bezmyślnie pajdę razowego chleba, szedł wzdłuż via principalis, gdy słońce chyliło się już ku zachodowi. Jak zawsze, jego namiot stał dokładnie w połowie odległości miedzy dwoma głównymi wejściami do obozowiska, a przed namiotem powiewała biała flaga oznaczająca jego rangę.

Właśnie miał podnieść brezentową zasłonę przykrywającą wejście, gdy dźwięk znajomego głosu kazał mu się obrócić na pięcie.

— Tata! Tata! — wrzeszcząc z całych sił, Makie gnał przez via principalis w jego kierunku. Ponieważ rzymski obóz był zawsze zbudowany według tego samego, prostego schematu, nawet pięciolatek mógł poruszać się po nim bez trudu.

— Tęskniłem za tobą, tato — powiedział Makie, gdy trybun przykucnął, by uściskać przybranego syna. — Gdzie byłeś? Mama mówiła, że wczoraj biłeś się w bitwie. Byłeś bardzo odważny?

— Też za tobą tęskniłem — powiedział Marek. — I za twoją matką — dodał, gdy Helvis, niosąc zarówno Dostiego jak i swój podróżny kuferek, zbliżyła się do niego. Widząc trybuna, Dosti zaczął się kręcić w jej ramionach, aż w końcu musiała postawić brzdąca na ziemi. Chwiejnym krokiem podreptał do Skaurusa — jego nogi stawały się pewniejsze z każdym dniem. Trybun przygarnął syna do siebie.

— Tata — oświadczył poważnie Dosti.

— Jestem. — Marek podniósł się z kucek. Dosti zaczął rozwiązywać rzemienie u jednego z jego caligae, a potem próbował dosięgnąć schowanego w pochwie miecza trybuna.

— Mógłbyś przywitać się także ze mną — powiedziała Helvis.

— Witaj — powiedział ostrożnie, ale podniosła głowę do pocałunku, jakby nic między nimi nie zaszło. Kamień spadł mu z serca — sam nie wiedział jak był ciężki, dopóki się go nie pozbył. Uśmiechając się niepewnie, podniósł klapę namiotu. Malrik wskoczył do środka.

— Chodź, ty ślamazaro! — wrzeszczał do Dostiego, który podążał za nim najszybciej jak potrafił. Helvis pochyliła się w wejściu. Marek wszedł za nią.

Rozmowa świadomie omijała drażliwe tematy przez długi czas — omawiali plotki, które Helvis usłyszała przebywając z kobietami, opis szturmu Skaurusa… W końcu trybun zapytał ją wprost:

— Dlaczego wróciłaś? Popatrzyła na niego z ukosa.

— Czy nie wystarczy, że wróciłam? Musisz zawsze wszystkiego się dowiedzieć?

— Nawyk — powiedział, gestem ogarniając cały obóz. — Muszę.

— Niech zaraza weźmie twoje nawyki — wybuchnęła Helvis. — Jak i twoją bezsensowną miłość dla tej starej dziwki, Videssos, także.

Marek czekał na kolejną salwę, ale zamiast tego Helvis zaśmiała się; bardziej z siebie niż z niego.

— Dlaczego wróciłam? Jeśli ja pomyślałam o tym raz, to Malrik pięć tysięcy razy to powiedział — „Gdzie jest tata? Kiedy wróci? A dlaczego nie wiesz?”. Dosti cały czas grymasił i płakał, nie mogłam go uspokoić.

Nawet w migotliwym świetle lampki wyglądała na zmęczoną.

— To wszystko?

— A co byś chciał, żebym ci powiedziała? Że mi ciebie brakowało? Że wróciłam, bo mi na tobie zależy?

— Jeśli tak jest, to bardzo bym chciał, żebyś o tym mówiła — odparł cicho.

— A jakie to ma dla ciebie znaczenie? Ty przecież musisz dbać o swoje cenne Imperium — powiedziała, ale jej twarz zrobiła się łagodniejsza. — Tak właśnie jest? Och, to takie trudne. Walczyłeś tam przeciwko moim ludziom, moim krewnym nawet, a ja co robiłam? Modliłam się do Phosa, żebyś wyszedł z tego cały i zdrowy. Myślałam już, że mnie to nie obchodzi, dopóki nie znalazłeś się w niebezpieczeństwie. Łatwo mieć twarde serce, gdy nie trzeba się o nikogo martwić… Do licha z tym wszystkim! — skończyła, złapana w potrzask dwóch przeciwstawnych sobie uczuć.

— Dziękuję ci — powiedział. — Kiedy miałem szesnaście lat, byłem pewny, że wszystko jest bardzo proste. Teraz mam dwadzieścia lat więcej, i na bogów, wszystko jest dwadzieścia razy trudniejsze.

Helvis uśmiechnęła się, marszcząc jednocześnie brwi. Nie podobało jej się to łacińskie przekleństwo. Nawet tutaj — pomyślał — muszę być ostrożny. Jednak… — Jakoś sobie radzimy, prawda?

— Na razie — powiedziała. — Na razie.

Następnego dnia widzieli już więcej ludzi Draxa. Tym razem nie byli to zwiadowcy, ale dobre pół setki groźnie wyglądających jeźdźców, którzy jechali niemal na skraju zasięgu strzał, wzdłuż maszerującej kolumny. Krzyczeli coś do Namdalajczyków Utpranda, ale z tej odległości nie można było ich zrozumieć.

— Bezczelne skurwysyny, co? — ocenił Gajusz Filipus. Zigabenos też tak uważał. Wysłał oddział Khatrishów, by odegnali zbuntowanych najemników. Ludzie Draxa wycofali się spokojnie pod osłonę lasu, nie łamiąc nawet szyku. Laon Pakhymer nie pozwolił łucznikom wejść między drzewa wiedząc, że wtedy utracą swój największy atut — ruchliwość. Po chwili Khatrishe z powrotem dołączyli do armii. Żołnierze Draxa wynurzyli się z lasu zajmując poprzednią pozycję.

Gdy nadszedł wieczór, rebelianci nie rozbili obozu w pobliżu sił Zigabenosa, ale odjechali na południowy zachód, wyraźnie wypełniając jakiś rozkaz. Obserwujący ich odjazd Gajusz Filipus podrapał się po bliźnie na policzku.

— To chyba będzie jutro. Tak myślę. Ci żołnierze nie są sami; to część jakiejś wielkiej bandy, a przynajmniej tak się zachowują.

Wyciągnął miecz i dotknął ostrza środkowym palcem.

— Musi pewnie wystarczyć. Nie lubię się bić z tymi cholernymi wyspiarzami. Są wielcy jak Galowie i dwa razy bystrzejsi.

Kiedy zapadły już kompletne ciemności, Marek dostrzegł blady, pomarańczowy odblask na południowo-zachodniej krawędzi horyzontu. Nie przypominał sobie, by leżało przed nimi jakiekolwiek większe miasto, co nie pozostawiało żadnych wątpliwości — to byli ludzie Draxa. Trybun ściągnął usta. Jeżeli byli tak blisko, to rzeczywiście nazajutrz czekała ich bitwa.

Do rzymskiego obozu przybył posłaniec z rozkazami od Mertikesa Zigabenosa.

— Będziemy jutro maszerowali w rozciągniętej linii, a nie w kolumnie. — Videssański generał także spodziewał się bitwy. Jego adiutant kontynuował: — Wy, piechota, staniecie na lewym skrzydle, a osłaniać was będą Khatrishe. Mój pan zajmie środek, Namdalajczycy Utpranda będą po prawej.

— Dzięki, spatharios — powiedział trybun. — Miałbyś może ochotę na kubek wina?

— Miło z twojej strony, panie — odparł Videssańczyk. Gdy pozbył się już oficjalnej sztywności, wyglądał o wiele młodziej. Pociągnął łyk i skrzywił twarz, zaskoczony. — Wytrawne, co? — drugi łyk był już ostrożniejszy.

— Najbardziej wytrawne, jakie udało nam się znaleźć — potwierdził Marek. Prawie wszystkie gatunki videssańskiego wina były za słodkie jak na gust Rzymian. Podtrzymując rozmowę, zapytał:

— Dlaczego wyspiarze mają być po prawej? — Jeżeli Zigabenos nie ufał im za bardzo, powinni znaleźć się pośrodku, gdzie łatwiej byłoby ich obserwować i kontrolować.

Ale spatharios miał już gotową odpowiedź, co świadczyło o tym, że jego dowódca też miał głowę na karku, choć przyjął inne rozwiązanie niż Skaurus.

— Prawe skrzydło to ich punkt honoru, panie. — Trybun pokiwał głową z aprobatą i gdy chodziło o dumnego Utpranda, odwołanie się do honoru zawsze mogło się opłacić. Videssańczyk skończył wino i pospieszył z rozkazami do Laona Pakhymera.

Trybun żałował, że do bitwy nie doszło wcześniej; teraz, Helvis i kobiety większości legionistów były tutaj, zamiast w swoim obozie, odpowiednio oddalonym od miejsca zbliżającej się bitwy. Gdy powiedział o tym Gajuszowi Filipusowi, starszy centurion odparł:

— Prawdopodobnie są bezpieczniejsze tutaj. Videssańczycy nie zawracają sobie głowy okopywaniem obozu.

— To prawda — stwierdził trybun. — Jednak zostawimy tu jutro pół manipułu. Myślę, że powinien nim dowodzić Minucjusz.

— Minucjusz? Będzie mu wstyd, że pozostawiono go z dala od bitwy. Jest młody. — Starszy centurion mówił takim tonem, jakby to ostatnie słowo kryło w sobie same najgorsze znaczenia.

— Niemniej jednak to odpowiedzialne zadanie, a Minucjusz to rozsądny chłopak. — Marek rzucił centurionowi chytre spojrzenie. — Kiedy będziesz mu wydawał rozkazy, możesz wspomnieć o bezpieczeństwie Erene.

Gajusz Filipus gwizdnął z podziwem.

— W rzeczy samej! On zupełnie oszalał na punkcie tej dziewuchy.

Skaurus nie umiał powiedzieć czy słyszał w jego głosie drwinę, czy też zazdrość.

Dzień rozpoczął się pogodnym, ale zaskakująco zimnym porankiem. Rześki wiatr od morza rozpędził wilgoć i mgłę.

— Ładny dzień — usłyszał Marek jednego z Rzymian, kiedy zwijali obóz.

— Ładny dzień! Żeby ci ucięli łapę, barani łbie, jak nie ściągniesz tego rzemienia w nagolenniku — warknął Gajusz Filipus. Żołnierz sprawdził wiązanie — było wystarczająco mocno zaciągnięte. Starszy centurion wrzeszczał już na kogoś innego.

Jeźdźcy z Khamorth nadjechali galopem, wymachując swymi futrzanymi czapami i krzycząc:

— Wielkie konie! Mnóstwo wielkich koni!

Fala podniecenia przebiegła przez armię Imperium. Już niedługo.

Przeszli przez lekkie wzniesienie i zeszli do niemal płaskiej doliny Sangarios, jednego z miejscowych dopływów Arandos. Drewniany most łączył brzegi tej niewielkiej rzeczki. Obóz rebeliantów widoczny był w oddali, po drugiej stronie Sangarios, ale ich dowódca zdecydował się ustawić wojska przed mostem.

— Drax! Drax! Wielki książę Drax! — krzyczeli Namdalajczycy, gdy dojrzeli już swych wrogów. Wołanie było głębokie i mocne, jak bicie bębna.

— Utprand! Videssos! Gavras! — odpowiadające im okrzyki bitewne były równie głośne.

— Myślałem, że ten Drax ma więcej rozumu — powiedział Gajusz Filipus. — Co prawda pochylenie nie jest aż tak duże, by mogło nam bardzo pomóc, ale jeśli uda nam się ich zepchnąć, to wejdą do rzeki, a to będzie ich koniec.

Marek przypomniał sobie coś, co zwykł powtarzać Nephon Khoumnos: „Gdyby wszystkie ‘jeśli’ i ‘ale’ były ciastkami i orzechami, to wszyscy byliby grubi”. Jeśli miał to być jakiś znak, to nie podobał się Markowi — ponury generał z Videssos dawno już nie żył, zabity czarami Avshara.

Zigabenos — kiedyś adiutant Khoumnosa — był wystarczająco rozważny, by nie męczyć swoich żołnierzy przedwczesnym atakiem. Utrzymywał ich w dobrym porządku, kiedy posuwali się naprzód. Namdalajczycy także ruszyli do przodu. Ludzie Draxa nosili turkusowe opończe i zielone proporce trzepoczące na lancach.

Gdzie była chorągiew Draxa? Jeżeli prawe skrzydło było punktem honoru wyspiarzy, Skaurus spodziewał się, że właśnie tam go ujrzy. Ale nie mógł go znaleźć — w końcu wypatrzył wielkiego księcia na drugim końcu linii Namdalajczyków. Wyglądało to bardzo podejrzanie. Co on knuł?

Niczym błyskawica okryta zbroją, Utprand ruszył na urągającą mu chorągiew, łamiąc równą linię utrzymywaną dotąd przez armię Imperium. Mniejsze i większe oddziały odrywały się od głównych sił i podążały za swym dowódcą, aż około pięciuset wojowników gnało w kierunku zbuntowanego księcia.

— Zdrajca! Złodziej! — okrzyki wojenne rozbrzmiewały głośniej niż tętent galopujących koni.

— Drax! Drax! Wielki książę Drax! — także krzycząc, jeźdźcy Draxa pochylili lance i spięli ostrogami swoje wierzchowce, by spotkać się z wojownikami Utpranda. Mieli też inne zawołanie i zimny dreszcz straszliwego przeczucia przebiegł po plecach Skaurusa.

— Namdalen! Namdalen! Namdalen!

— Naprzód! Naprzód! Pomóżcie mu, wy odmóżdżone gnojki bez jaj i honoru! — to Gajusz Fili-pus wrzeszczał, modląc się do nie wiadomo kogo, by jakiś cud przeniósł jego głos przez pole bitwy i zmusił ludzi Soteryka, Clozarta i Turgota, żeby dołączyli do ataku Utpranda.

Kilku rzeczywiście ruszyło z miejsca, ale byli to pojedynczy żołnierze, czy niewielkie, co najwyżej pięcioosobowe grupki. Większość wstrzymywała konie, czekając. Jeżeli Utprand zdoła rozbić siły Draxa, wtedy może ruszą do przodu? Ale Utprand i jego ludzie byli sami na polu bitwy, a Drax miał mącznic więcej niż pięciuset żołnierzy, których mógł rzucić przeciwko nim.

Lance pękały z trzaskiem. Konie padały na ziemię, krzycząc bardziej przeraźliwie niż ludzie. Jeźdźcy wylatywali z siodeł, by zginąć pod kopytami własnych wierzchowców. Słońce odbijało się od obnażonych mieczy. Zbici w klin wojownicy Utpranda walczyli z jeszcze większą zawziętością, gdy zrozumieli, że ich zdradzono i wciąż przebijali się w kierunku wrogiego sztandaru.

Skaurus wspierał ich okrzykami, ale niedługo, jako że prawe skrzydło armii Draxa ruszyło do ataku na legionistów. Trybunowi wydawało się, że wszystkie lance mierzą prosto w niego. Khatri-she zasypali Namdalajczyków gradem strzał. Tu i tam jeździec zachwiał się w siodle, celnie trafiony. Ale lekka jazda naprawdę nie mogła powstrzymać ich ataku. Jeden z Khatrishów, odwa-żniejszy niż jego towarzysze, podjechał bliżej, by ciąć wyspiarza szablą. Namdalajczyk zawrócił nagle konia, tak że uderzył on o pierś małego, khatrisherskiego konika. Mniejszy wierzchowiec zachwiał się i upadł. Wyspiarz nadział jeźdźca na włócznię tak, jakby nabijał kawałek mięsa na nóż. Turkusowa fala przetoczyła się nad jego ciałem.

— Trzymajcie się teraz dobrze hastatft Konie nie chcą nabijać się na włócznie — krzyczał Gajusz Filipus.

— Przygotować pila — zawołał Marek. Czując jak zasycha mu w gardle, czekał na zbliżających się ze straszliwą prędkością ludzi Draxa. — Gotowi? Teraz! — opuścił ramię na dół. Rogi heroldów powtórzyły komendę.

Setki oszczepów wyleciały do góry dokładnie w tej samej sekundzie, potem jeszcze jedna salwa, i jeszcze jedna. Konie i jeźdźcy walili się na ziemię, zabici lub ranni. Jadący za nimi rycerze byli, z kolei, blokowani. Niektórzy wojownicy reagowali na tyle szybko, by przyjąć pilą na tarcze, które — pomyślał Skaurus w jednej z tych dziwnych chwil olśnienia, które jak wiedział, zapamięta już na zawsze — miały kształt latawców puszczanych przez videssańskie dzieci. Tarcze okazały się jednak kiepską obroną. Długie, wykonane z miękkiej stali pilą wyginały się przy uderzeniu, czyniąc tarcze podwójnie bezużytecznymi — nie tylko je uszkodziły, ale w dodatku Namdalajczycy nie mogli się ich pozbyć.

Ale deszcz włóczni spadł na żołnierzy Draxa, kiedy byli już przerażająco blisko. Atak został opóźniony i spowolniony, nie mógł być jednak całkiem zatrzymany. Kilka koni pędziło wzdłuż rzymskich szeregów, a nie wprost na hastae. Większość, ponaglana przez jeźdźców, runęła na pierwszą linię ciężkich włóczni.

— Drax! Drax! Wielki książę Drax! — ich okrzyk nigdy nie słabł.

Gdyby nie szybkość i sprawność, z jaką przeformowały się rzymskie manipuły — system, który pozwalał im walczyć w małych oddziałach i tworzyć ośmioosobowe grupy, gdy tylko robiło się gorąco — zostaliby zgnieceni przez namdalajski atak w ciągu kilku minut. Skaurus, Gajusz Filipus, Juniusz Blesus, Bagratouni — wszyscy wykrzykiwali rozkazy, kierując legionistów tam, gdzie byli najbardziej potrzebni.

Włócznia, pokryta rdzą, ale tak samo śmiertelnie niebezpieczna, przemknęła obok ramienia trybuna. Stojący za nim Rzymianin jęknął bardziej z zaskoczenia niż z bólu. Ostrze, teraz unurzane w czerwieni, opadło na ziemię. Krzyk legionisty utonął w wypływającej szerokim strumieniem krwi.

Wystrzelony przez kogoś kamień odbił się od hełmu jednego z jeźdźców. Zaklął w wyspiarskim narzeczu i lekko oszołomiony potrząsnął głową. Marek rzucił się do przodu. Z nagłym przerażeniem na twarzy, Namdalajczyk próbował zbić pchnięcie ostrzem swej lancy. Broń była zbyt nieporęczna, człowiek nie dość szybki. Miecz Skaurusa przebił się przez kolczugę, a potem przez szyję żołnierza. Lanca wypadła mu z ręki. Tłok walczących ramię przy ramieniu wojowników nie pozwolił upaść mu na ziemię jeszcze przez kilka minut.

Inny Namdalajczyk, także na koniu, próbował ciąć trybuna mieczem, ale ten przyjął uderzenie na tarczę. Żołnierz zaklął i uderzył jeszcze raz, i jeszcze, jego ostrze wzniecało iskry przy każdym zetknięciu z pokrytą brązem scutum Marka. Był zręcznym wojownikiem — każdy cios zadawany był pod innym, tak samo niebezpiecznym kątem. Podtrzymujące tarczę ramię trybuna zaczęło słabnąć.

Obrócił się na lewej pięcie i pchnął mieczem, mierząc w okrytą skórzanym butem nogę przeciwnika. Wiedziony instynktem doświadczonego żołnierza, Namdalajczyk szybko cofnął nogę, ale jeźdźcowi to mogło nie wystarczyć. Ostrze zanurzyło się w brzuchu wierzchowca. Rozszerzyły się z bólu oczy zwierzęcia, bólu którego nie potrafiło zrozumieć a nieszczęsny koń zacharczał i runął na ziemię, przygniatając wyspiarza, który nie zdążył uwolnić nóg ze strzemion. Jego krzyk zamarł, gdy znalazł się pod kopytami innego konia.

Ktoś uderzył trybuna po ramieniu — Senpat Sviodo z naganą machał mu palcem przed nosem.

— To było nie fair — powiedział Vaspurakaner.

— Cholernie mi przykro — warknął Marek, zupełnie niczym Gajusz Filipus. Senpat ściągnął twarz w wyrazie dezaprobaty.

— Rzymianie to bardzo poważni ludzie — oznajmił i mrugnął do trybuna.

— A niech cię wrony rozdziobią — roześmiał się Skaurus. Przynajmniej jedno zmartwienie z głowy — pomyślał — bo grupa uchodźców z Vaspurakan Gagika Bagratouni walczyła równie zaciekle jak żołnierze Skaurusa. Barczysty nakharar ściągnął właśnie z siodła Namdalajczyka, którym zajęli się już jego ludzie. Mesrop Anhonghin poradził sobie z następnym — rzymskie pchnięcie, którego nauczył się od legionistów, pozwalało mu maksymalnie wykorzystać długie ręce.

— Kiepski generał z tego Draxa — wrzasnął do ucha Marka Senpat. — Powinien był się nauczyć już zeszłego roku, że jego rycerze nie mogą złamać naszych linii. No to teraz słono za to płacą.

Tak właśnie było. Kiedy już ich atak stracił cały impet, Namdalajczycy stali się łatwym łupem nie tylko dla legionistów, ale i dla Khatrishów, którzy zasypali ich strzałami i zaczęli rozciągać linię walki, by zajść wyspiarzy z flanki.

Jeśli jednak taktyczne umiejętności Draxa pozostawiały coś do życzenia, to wielki książę był inteligentnym, przewidującym strategiem. Nagłe zamieszanie wybuchło na prawym skrzydle wojsk imperialnych. Skaurus zerknął w tamtym kierunku; nic nie zobaczył — zbyt wiele koni i jeźdźców stało na przeszkodzie. Wykrzywił twarz, zirytowany — w większości bitew jego wzrost pozwalał mu ogarnąć spojrzeniem całe pole walki.

Wkrótce jednak wcale nie potrzebował tam patrzeć, by wiedzieć co się dzieje — rosnąca fala okrzyków z prawej strony mówiła sama za siebie.

— Namdalen! Namdalen! Namdalen! — Krzyk był coraz głośniejszy, o wiele głośniejszy niż ten wznoszony tylko przez ludzi Draxa. Wrzaski wściekłości i strachu rozlegały się w centrum sił Videssos — wyspiarscy najemnicy obrócili się przeciwko Imperium.

Nagła cisza zapanowała na lewym skrzydle — atak na legionistów został przerwany. Dowódca prawego skrzydła armii Draxa, Namdalajczyk z zadartym nosem, starszy zapewne niż wskazywałby na to jego wygląd, trzymał w górze zawieszoną na lancy tarczę. Nie była ona pomalowana na biało, ale Marek domyślił się, że ma to być oznaka poselstwa.

— Czego chcecie? — krzyknął do oficera.

— Przyłączcie się do nas! — odkrzyknął wyspiarz, z akcentem prawie tak silnym jak Utpranda — który na pewno już nie żył. — Po co umierać za nic? Niech żyje Namdalen, a ze starym Videssos — do piachu! Przyszłość należy do nas!

Legioniści odpowiedzieli mu przygniatającym rykiem oburzenia.

— Niech sobie pieprzone Namdalen żyje u siebie! Zaraz po Videssos weźmiecie się do nas, co?

To było celne uderzenie. Jeżeli Rzymianie dogadywali się czasem lepiej z ludźmi Księstwa niż z Videssańczykami, to głównie dlatego, że wyspiarze byli prostolinijni i uczciwi. Utprand, choć mrukliwy i bezwzględny, mógł uchodzić za ideał prawego człowieka, podczas gdy Drax przebijał nawet Videssańczyków w podwójnej grze. Szyderczy okrzyk Gajusza Filipusa mówił za wielu:

— Niby dlaczego mamy wam dać to, czego sami nie potraficie sobie wziąć? Czy wy w ogóle jesteście mężczyznami?

Twarz Namdalajczyka powoli czerwieniała ze złości. Zniżył zawieszoną na tarczy lancę i poprawił hełm, przykrywając lepiej swój krótki nos.

— Niech to spadnie na wasze głowy! — powiedział. Wyspiarze ponownie ruszyli naprzód. Drugi atak nie był jednak nawet w połowie tak groźny jak poprzedni. Zdziwiło to nieco Skaurusa, ale po chwili zrozumiał; wszystko co musieli tu robić żołnierze Draxa, to trzymać legionistów w miejscu. Dopóki nie mogli przyjść z pomocą siłom Zigabenosa w centrum armii, to zupełnie wystarczało.

Laon Pakhymer także to zrozumiał i z szaleńczą odwagą rzucił swych Khatrishów na dobrze już osadzone szeregi Namdalajczyków. Duch walki, który pchał lekką kawalerię naprzód, był naprawdę niezrównany, ale żołnierz po żołnierzu, koń po koniu, Namdalajczycy zdobywali nad nimi miażdżącą przewagę.

— Zażarte małe bestie, co? — powiedział Gajusz Filipus głosem pełnym szacunku. Przyglądał się tylko beznadziejnemu atakowi; nic więcej nie był w stanie zrobić.

W końcu dalsza walka była już czymś ponad ludzkie siły. Khatrisherska konnica rozsypała się, jeźdźcy pędzili dziko na wszystkie strony, stając się na razie bezużyteczną bandą. Pakhymer gnał za nimi krzycząc i próbując zebrać ich z powrotem, by ponowić atak, ale nikt go nie słuchał. Pozostawiony bez zabezpieczenia z jednego skrzydła, Skaurus ściągnął linię swych wojsk do tyłu i na lewo, tak że jej koniec sięgał małej grupki drzew figowych. Namdalajczycy nie przeszkadzali mu w prze-formowaniu legionu — ten manewr jeszcze bardziej oddalał go od centrum. Marek dobrze o tym wiedział i doprowadzało go to do wściekłości, ale wcale nie pomógłby Zigabenosowi, gdyby dał się okrążyć i zniszczyć.

Tymczasem videssański generał spychany był coraz bardziej na lewo, naciskany od przodu przez ludzi Draxa, a z prawej przez własnych Namdalajczyków. Ale Zigabenos, o czym dobrze wiedział Marek, był świetnym dowódcą i choć jego sytuacja nie mogła być już gorsza, wciąż trzymał w zanadrzu pewien fortel.

Bitewny zgiełk zatykał Markowi uszy. Nagle hałas został wchłonięty przez potężny ryk, tak jak rekin wchłania małą rybkę, przez jedną straszliwą chwilę myślał, że oto otrzymał potężny cios i słyszy głos śmierci. Ale ten dźwięk był rzeczywisty — żołnierze obu walczących stron zakryli dłońmi uszy i rozglądali się dokoła szukając jego źródła. Nagle dosięgnął trybuna cień i towarzyszący mu strach.

Długi jak Amfiteatr, szeroki jak Ulica Środkowa stolicy, nad polem walki unosił się smok o skrzydłach tak wielkich, że zakryłyby całą wieś. Zaryczał jeszcze raz, głosem, który mógłby zwiastować koniec świata i żółto-czerwony płomień, niczym roztopione złoto, polizał kły zakrywające jaskinię jego paszczy. Oczy, wielkie jak tarcze, mądre jak czas i czarne jak piekło z pogardą przyglądały się walczącym poniżej robakom.

Ale przecież smoki nie istnieją, zajęczało coś w głowie Skaurusa. Musiał powiedzieć to głośno, bo Gajusz Filipus podniósł głowę w kierunku smoka.

— Wiec jak byś to nazwał?

Ludzie krzyczeli, pochylali się i próbowali ukryć, konie tuliły uszy i rżąc przeraźliwie zrywały się do ucieczki. Jeźdźcy wylatywali z siodeł wyginających się w pałąk zwierząt i uderzali ciężko o ziemię. Choć Videssańczycy nie mogli bronić się lepiej niż Namdalajczycy atakować, mieli teraz więcej swobody.

Smok szybował w powietrzu. Blask słońca odbijał się od jego srebrnych łusek. Wielkie skrzydła poruszyły się, jeszcze raz i jeszcze, niczym ciężki oddech boga. Bestia nachyliła się nad Namdalaj-czykami. Z paszczy buchnął ogień, przy którym pożary wzniecone przez Videssańczyków wyglądały jak żarzące się węgliki. Wyspiarze rozpierzchli się przed nim, czepiając się jedni drugich w panicznej ucieczce.

Nagle spocona twarz Gajusza Filipusa skrzywiła się w zupełnie nie pasującym do sytuacji uśmiechu.

— Czyś ty zwariował, człowieku?! — wrzasnął Skaurus, czekając aż bestia zwróci się przeciwko niemu i spali go ognistym tchnieniem.

— Ani trochę — odparł starszy centurion. — Dlaczego nie ma żadnego podmuchu?

Trybun nagle zrozumiał. Gajusz Filipus miał rację — wielkie skrzydła powinny wzniecać huragan, a powietrze spokojne i ciche, nawet poranny zefirek zniknął bez śladu.

— Iluzja! — krzyknął. — To czary! — Magia bitewna była trudną rzeczą i zazwyczaj jej efekty ginęły, rozpływały się w bitewnym zamieszaniu. Z tego właśnie względu, generałowie w swych planach zwykle nie brali jej pod uwagę. Zigabenos, wstrzymując się do ostatniej chwili, zyskał najwięcej głównie dzięki zaskoczeniu.

Ale co mógł stworzyć jeden mag, inny potrafił zniszczyć. Gdy smok zaczął nurkować na szeregi wyspiarzy, jego kontury zaczęły blednąc i znikać. Ryk stawał się coraz bardziej odległy, cień coraz bledszy, płomień przezroczysty. Nie zniknął całkiem, ale duch nie wzbudzał strachu ludzi ani zwierząt. Od czasu do czasu potwór znowu nabierał kolorów, gdy videssańscy magowie próbowali coraz to innych, silniejszych zaklęć, by podtrzymać iluzję, ale ich namdalajscy przeciwnicy neutralizowali jedno po drugim.

Żołnierze Księstwa powrócili do szyku z szybkością i dyscypliną, którą Marek musiał docenić, choć oznaczało to klęskę sił Zigabenosa.

— Namdalen! Namdalen! — ich okrzyk ponownie górował l nad polem walki. Teraz walczyli jeszcze zacieklej niż poprzednio, jakby starając się nadrobić chwilę paniki, której ulegli.

Dowódca skrzydła, ten z zadartym nosem, wykrzykiwał jakieś rozkazy. Jego jeźdźcy runęli do przodu — nie na legionistów tym razem, ale na miejsce, w którym legion łączył się z videssańskim regimentem. To posuniecie było śmiertelnie zręczne — koordynacja działań różnojęzycznych oddziałów w armii Imperium zawsze pozostawiała wiele do życzenia. Zarówno Rzymianie jak i Vi-dessańczycy wahali się o kilka sekund za długo. Potem nie było już żadnych szans, by naprawić ten błąd. Namdalajczycy, wrzeszcząc triumfalnie w swym gardłowym języku, wdarli się w lukę pomiędzy legionistami a żołnierzami Videssos.

— Formuj kwadrat! — krzyknął Marek. Heroldzi powtórzyli jego rozkaz. Trybun przygryzł wargę w bezsilnej wściekłości. Za późno, za późno — wyspiarze zachodzili go już z flanki.

Namdalajski oficer wiedział jednak, co było najważniejsze. Skierował swoich rycerzy przeciwko Videssańczykom walczącym w centrum, naciskanym już z przodu i z prawej. Oblegani z trzech stron, żołnierze Imperium rozpierzchli się. Osamotniony Zigabenos wraz z tylną strażą wciąż walczył, ale większość Videssańczyków nie myślała już o niczym innym, jak tylko o ratowaniu własnej skóry. Ludzie Księstwa doganiali ich i cięli od tyłu.

Rozbicie Videssańczyków było teraz najważniejsze dla wyspiarzy — w porównaniu z tym, legioniści byli tylko drugorzędnym celem. Uformowali kwadrat, pokonując symboliczny opór Na-mdalajczyków.

— Trąbić odwrót — rozkazał Skaurus heroldom. Gorzki sygnał wypełnił powietrze.

— Do obozu? — spytał Gajusz Filipus.

— Myślisz, że możemy tu jeszcze coś zrobić? Starszy centurion ogarnął spojrzeniem pole bitwy.

— Nie, wszystko rozwalone jak trzeba.

Jakby dla podkreślenia jego słów, głośne okrzyki na prawym skrzydle wymieniały imię Zigabenosa. Zabity albo pojmany — pomyślał tępo Marek. Sztandar videssańskiego generała padł już jakiś czas temu — błękit i złote słońce Imperium wdeptane w błoto — a wraz z nim zapewne i samo Imperium.

IV

Varatesh i piątka jego ludzi gnali na południe niczym niesione wiatrem liście; szare płaszcze trzepotały w pędzie. Rozmowa jego podwładnych była dla wodza banitów udręką — nie kończący się ciąg kradzieży, gwałtów, morderstw i tortur, wszystkie z dumą wyliczone i dokładnie opisane. Robił rzeczy gorsze niż którykolwiek z nich, ale nie chełpił się tym. Było mu raczej wstyd. Utraciłeś towarzystwo dobrych ludzi — pomyślał po raz tysięczny — i zostały ci tylko odpadki — musisz się z tym pogodzić. Nie umiał.

Zabił swojego brata bliźniaka, gdy miał siedemnaście lat. Kłócili się o jedną ze służących. Nikt nie uwierzył mu potem, że to Kodoman pierwszy wyciągnął nóż, chociaż tak właśnie było. Klan obwołał go bratobójcą i odpowiednio ukarał. Nie zabili go, bo był synem khagana, ale wyrzucili z wioski, zostawiając nagiego na stepie.

Właściwie równało się to wyrokowi śmierci — wygnańcy tracili ducha i tak samo jak z głodu, zimna czy choroby, umierali z samotności. Ale niesprawiedliwość tego wyroku płonęła w sercu młodego Varatesha ogniem, który podtrzymywał go przy życiu nawet wtedy, gdy zwykły człowiek poddałby się złośliwemu losowi i umarł. Powrócił do osady, by ukraść konia. Musiał to zrobić, jak sobie wmawiał, żeby przetrwać. Strażnik był drobnym mężczyzną — szybkie uderzenie od tyłu i miał też ubranie. Oczywiście tylko go ogłuszył. Był tego pewien, choć tamten nie poruszył się do chwili, gdy Varatesh odjechał.

Pech nadal go jednak prześladował. Nieraz był już o krok od przyłączenia się do innego klanu, ale zawsze docierała tam jego zła sława i znów był wyganiany. Upokorzenie wciąż go dręczyło — kim byli ci aroganccy wodzowie, by osądzać go tylko na podstawie plotek? Tak czy inaczej, te zniewagi zostały pomszczone. Od dawna już żaden khagan przy zdrowych zmysłach nie zaprosiłby Va-ratesha, by przyłączył się do niego i jego ludzi. W miarę jak przeszłość banity stawała się córa, ciemniejsza, równie czarno malowała się jego przyszłość — nie mógł przecież dojść do uznania i akceptacji przez krew, którą rozlał.

Wyganiany zewsząd bez przyczyny — bo tak to zawsze widział — odważny i zuchwały Vara-tesh, stworzył swój własny klan. Równiny zawsze były schronieniem dla wyrzutków Rozproszeni po całym stepie banici, często przymierający głodem, nieufni, żyli w ciągłym strachu przed swoimi ziomkami. Varatesh dał im sztandar, wokół którego mogli się wreszcie zebrać — zupełnie czarną flagę, głoszącą otwarcie kim byli. W końcu został wodzem, którym miał przecież być a jego klan rozrastał się z dnia na dzień. A on ich nienawidził, prawie co do jednego. Lepiej by było — myślał czasem — gdyby sztylet Kodomana znalazł drogę do jego serca.

Takie myśli nie przynosiły mu żadnego pożytku. Ściągnął cugle, by móc przyjrzeć się talizmanowi, który nosił ze sobą Jak zawsze, kryształowa kula była najpierw przezroczysta, ale gdy wziął ją do ręki, w jej wnętrzu zaczęła wirować pomarańczowa mgiełka. Wkrótce kula była nią całkiem wypełniona z wyjątkiem jednej linii, która uparcie pozostawała czysta. Pokręcił talizmanem, ale jakkolwiek by go ustawił, bezbarwny pasek niezmiennie wskazywał na wschód, jakby wyrysowany jakąś magiczną ręką. I był dzisiaj szerszy niż poprzedniego wieczora.

— Doganiamy ich — powiedział Varatesh do swoich towarzyszy. Pokiwali głowami, uśmiechając się drapieżnie, niczym stado wilków.

Właściwie, jak wyjaśnił mu wcześniej Avshar, to nie czary były przyczyną powstawania tego znaku, ale ich brak.

— Na równinach jest wędrowiec, który nosi miecz odporny na moje zaklęcia — powiedział czarnoksiężnik. — Spotkaliśmy się już kiedyś — on i ja. Gdybyś pojmał go dla mnie i przywiózł tutaj, do obozu, mógłbym spokojnie wszystko z niego wyciągnąć.

Zimny, zachłanny głód dźwięczał w głosie odzianego w białe szaty olbrzyma, ale Varatesh tego nie słyszał. Miał dla Avshara szacunek i podziw, graniczący niemal z miłością. Czarodziej także był banitą wygnanym z Videssos, po jakichś politycznych rozgrywkach, jak mówił. Już to wystarczyło, by ich ze sobą połączyć. Ale Avshar odnosił się do renegata — syna wodza, dokładnie z takim rodzajem szacunku, jaki Varatesh uważał za odpowiedni i należny mu według prawa. Rzadko się zdarzało, by któryś z jego ludzi tak go traktował. Większość z nich to urodzeni łotrzykowie, którzy nie mieli szacunku dla niczego i dla nikogo. Fakt, że czarodziej — i to potężny, czego nieraz dowiódł nie tylko tym kawałkiem kryształu — sam go odpowiednio szanował, usunął w cień wszelkie podejrzenia Varatesha. W końcu został doceniony i to przez kogoś, kto nie należał do pospólstwa, mimo że był cudzoziemcem.

To trochę ostudziło entuzjazm Varatesha, kilka dni po tym, jak Avshar pojawił się przed jego namiotem. Mag mówił językiem stepu jak prawdziwy Khamorth, a nie jakiś sepleniący Videssa-ńczyk… i nikt nie widział j ego twarzy. Zawsze nosił hełm z przyłbicą albo opończą tak grubą, że można było tylko dojrzeć niewyraźne plamki oczu. Ale nie był ślepy — z pewnością nie.

Po jakimś czasie jednak, wątpliwości same zniknęły i zarówno dziwne przybycie Avshara — dlaczego straże nie powiadomiły nikogo o podróżnym? — jak i jego zwyczaje stały się niczym więcej, jak tylko tematem jałowych spekulacji.

Może ma jakieś ohydne blizny — pomyślał ze współczuciem Varatesh. Pewnego dnia zrozumie, że poważam jego osobę, a nie cielesną maskę.

Z cierpliwością nomady, Varatesh gotów był czekać. Teraz miał pomóc swojemu przyjacielowi w zadaniu, które ten przed nim postawił. Nigdy nie przyszło mu do głowy, by zastanawiać się jak doszło do tego, że Avshar wyznacza mu zadania. Lekkim kopnięciem przynaglił konia do biegu.

— Nie, do cholery, nie chcę mieć nic wspólnego z tym żałosnym kawałkiem żelaza — mruczał gniewnie Gorgidas, gdy zatrzymali się na noc. Wypowiadał te słowa każdego dnia, odkąd tylko opuścili wioskę. Każdego dnia był też bardziej rozdrażniony — twarz swędziała go i zdawała się szorstka niczym pilnik, gdy zaczęła rosnąć mu broda. W dodatku, ku jego zażenowaniu, była prawie zupełnie biała, choć jego włosy były jeszcze ciemne, lekko tylko przyprószone siwizną na skroniach. Oddałby teraz wszystko, byle mógł dostać swoją brzytwę z powrotem.

— Posłuchajcie tego idioty! — krzyknął Viridoviks do wszystkich, którzy go słuchali — przyjacielski spór między Grekiem i Celtem bawił całą kompanię. — Kiedy byłeś z legio nem, z tysiącami żołnierzy i w ogóle, mogli się tobą zajmować Ale teraz jest nas tu tylko garsteczka. Sami musimy dbać o siebie i może nikt nie będzie miał czasu bronić jednego, biednego głupca, zbyt dumnego, żeby nauczyć się walczyć.

— Och, gadaj sobie. Udało mi się tyle przeżyć bez pojęcia o tym, jak zabija się ludzi i nie zamierzam uczyć się tego teraz. Zresztą i tak jestem za stary na takie sztuczki — popatrzył z wyrzutem na Gala, który sam byl w jego wieku albo niewiele młodszy, lecz jego sumiaste wąsiska wciąż były lśniąco rude.

— Za stary, tak? Pewnie, ale jesteś o dzień młodszy niż będziesz jutro. — Viridoviks czekał, czy ten argument trafi może do przekonania Greka, on jednak zacisnął tylko zęby. Celt przeszedł na łacinę, tak by tylko Gorgidas mógł go zrozumieć. — Słuchaj, jeśli nie jesteś za stary na to, by zacząć sypiać z kobietami, to i miecz nie powinien być dla ciebie za ciężki.

Dzień był ciepły, lecz mróz przebiegi po plecach Greka.

— O czym ty mówisz? — rzucił ostro.

— Spokojnie, spokojnie odpowiedział Viridoviks widząc jego przestrach. — Nie chcę ci zrobić nic złego. Skoro spróbowałeś jednej rzeczy, to może spróbowałbyś i drugiej?

Gorgidas siedział w bezruchu, gapiąc się na Viridoviksa. Celt zostawił go w spokoju na minutę, a potem spytał z bezczelnym uśmiechem:

— Powiedz mi, jak to wypada w porównaniu? Grek parsknął.

— Sam się przekonaj, ty barbarzyńska małpo.

Zbyt długo żył w cieniu prawa rzymskiej armii, żeby teraz spokojnie pogodzić się z tą świadomością ktoś wiedział, że woli mężczyzn od kobiet. W legionach za takie skłonności karano śmiercią z rąk towarzyszy.

Na samą myśl fustuarium uśmiech zamierał mu na ustach. Siedział przez chwilę, rozmyślając. Nie chciał być ciężarem dla przyjaciół. Pikridos Goudeles, z taktem większym niż go o to Gorgi-das podejrzewał, pomógł mu rozwiązać ten dylemat.

— A może waleczny Viridoviks — powiedział, wymawiając z uwagą imię Celta, choć Videssa-ńczycy zawsze się na nim zacinali — uczyłby nas obu. Ja także nie mam żadnego doświadczenia w walce na miecze.

Skylitzes wrzucał właśnie kupę owczego łajna do ogniska. Na słowa Goudelesa podniósł głowę, a jego posępna zazwyczaj twarz wyrażała zdumienie i radość. Spektakl, w którym główną rolę odgrywałby opasły biurokrata wymachujący mieczem, gwarantował zabawę wykraczającą poza jego najdziksze sny. Zachował jednak milczenie, obawiając się, że jeśli powie coś złośliwego, Goudeles może zmienić zdanie.

Gorgidas wyjął z pochwy gladius, który dał mu Gajusz Filipus i machnął nim kilka razy dla próby. Ta broń wydawała się krótka i gruba w porównaniu z długim mieczem, który nosił Virido-viks — Rzymianie preferowali ostrza nie dłuższe niż dwie stopy, jako że polegali raczej na krótkim, szybkim pchnięciu niż na zamaszystym uderzeniu. Owinięta skórą rękojeść kusząco dobrze układała się w dłoni Gorgidasa; oto trzymał narzędzie doskonale zaprojektowane do tego czemu miało służyć — do zabijania.

— Cięższy niż to twoje pióro, co? — powiedział Arigh, podchodząc do ogniska z plonem swojego krótkiego polowania — królikiem, prążkowaną wiewiórką i sporym żółwiem. Grek przytaknął, drapiąc się po twarzy setny raz tego dnia. Jego broda była już bardziej gęsta od brody Arigha — Ar-shaumi, w odróżnieniu od Khamorthów, nie mieli gęstego zarostu. Jakby chcąc to nadrobić, bardzo rzadko przycinali tych kilka włosków, które pojawiały się na ich twarzach, zapuszczając głównie drobną kępkę na końcu podbródka.

Goudeles, oczywiście, nie zabrał ze sobą żadnego miecza. Pożyczył szablę od jednego z żołnierzy Agathiosa Psoesa — wygięte, jednostronne ostrze, nazywane shamshir w języku khamorth, ayataghan w arshaum. Videssańczyk trzymał je z jeszcze większą niepewnością niż Gorgidas; Grek przynajmniej widział z bliska prawdziwą walkę.

Po zamaszystym cięciu, przy którym niemal odciął sobie ucho, Goudeles wytwornie zwrócił się do Viridoviksa:

— Podziel się więc z nami swoją sztuką wojenną.

— To właśnie zrobię.

Gdy żołnierze zbierali się dokoła, by przyglądać się lekcji, Celt ustawił swoich uczniów w pozycji wyjściowej, upewniając się, czy dobrze chowali za siebie lewe ręce.

— Trzymacie je poza zasięgiem broni, a przy okazji pomaga wam to utrzymać równowagę, widzicie? Kiedy macie tarcze, stoicie bardziej twarzą w twarz, żeby je w pełni wykorzystać — ale teraz nie ma potrzeby mieszać wam w głowach.

Poprawił ich raz jeszcze i cofnął się o krok, by przyjrzeć się swemu dziełu. Potem, bez ostrzeżenia, wyciągnął własny miecz i skoczył na swoich studentów z mrożącym krew w żyłach okrzykiem. Ci cofnęli się, przerażeni. Publiczność parsknęła śmiechem.

— Oto wasze dwie pierwsze lekcje — powiedział Viridoviks nie bez uprzejmości. — Pierwsza: nigdy nie rozluźniać się, gdy w pobliżu jest uzbrojony mężczyzna, a druga: dobry, głośny wrzask nigdy wam nie zaszkodzi a waszemu wrogowi nie pomoże.

Nawet jako nauczyciel, Gal był nieugiętym przeciwnikiem. Ręka i ramię bolały Gorgidasa od nieustannego zbijania ciosów. Bolały go też i żebra — Viridoviks już nie raz walnął go w bok płazem miecza. Pogardliwa łatwość, z jaką radził sobie z atakami Greka, doprowadzała tego do wściekłości — o czym Celt dobrze wiedział. Chociaż Gorgidas został niemal siłą zmuszony do tego, by wziął do ręki miecz, teraz pracował z gorliwą zaciętością. Ciężki oddech z sykiem wydobywał się spoza zaciśniętych zębów. W pewnym momencie Viridoviks musiał się zręcznie zakręcić, by nie zostać nadzianym na jego miecz — Grekowi brakowało jeszcze doświadczenia, by ocenić jak niebezpieczne było to pchnięcie.

— Ten pieprzony rzymski miecz — wysapał Viridoviks. Pocił się równie obficie jak jego ucze. — Chłopie, przyglądałeś się pewnie legionistom i nigdy nie pisnąłeś ani słówka; niewiele brakowało a nadziałbyś mnie jak kurczaka na rożen.

Gorgidas zaczął składać się w przeprosinach, ale Viridoviks klepnął go w plecy i przerwał mu.

— Nie, to było całkiem niezłe. — Odwrócił się do Goudelesa. — No, panie, teraz twoja kolej. I naprzód!

— Uuuff! — jęknął gryzipiórek, gdy ostrze Celta odbiło się od jego żeber. Nie było w nim ani odrobiny agresji; wszystkie uderzenia, które udało mu się wykrzesać, służyły tylko do obrony. Jednak w tym skromnym zakresie, jego poczynania mogły wzbudzać pewną nadzieję. Był oszczędny w ruchach i potrafił przewidzieć, z jakiego kierunku nadejdzie kolejne uderzenie. Lankinos Skylitzes był wyraźnie rozczarowany.

— To dobrze, że nie próbujesz robić czegoś wbrew sobie — powiedział Viridoviks. — Jeśli nauczysz się tyle, żeby przez chwilę się obronić, wcześniej czy później ktoś cię poratuje, co trupowi nie pomogłoby wcale a wcale.

Po chwili jednak znudził się walką z przeciwnikiem, który zupełnie go nie atakował. Jego uderzenia stawały się coraz szybsze i silniejsze, i kiedy Goudeles, który teraz cofał się w rozpaczliwej obronie, wyrzucił rękę do przodu parując kolejne cięcie, długi galijski miecz uderzył ostrzem o ostrze szabli. Broń gryzipiórka pękła prawie dokładnie w połowie — uwolnione ostrze kręcąc się w powietrzu wpadło do ogniska. Zaskoczony Viridoviks zdążył tylko obrócić miecz w dłoni, dzięki czemu nie rozciął Goudelesa na pół. Mimo to, Videssańczyk upadł z jękiem, trzymając się za lewy bok. Viridoviks uklęknął przy nim, zaniepokojony.

— Przepraszam najmocniej, naprawdę przepraszam. To nie miało tak wyjść.

— Mhm… — Goudeles ostrożnie usiadł. Odchrząknął głośno i splunął. Gorgidas zobaczył, że ślina była biała, a nie różowa czy czerwona — biurokrata nie był więc poważnie raniony. Goudeles spojrzał na resztkę swojej szabli.

— Nie zdawałem sobie sprawy, że walczę z tobą bronią równie kiepską jak moje umiejętności.

— Wcale nie kiepską! — zaprotestował żołnierz, od którego Goudeles ją pożyczył. Był tak miody, że jego broda była jeszcze miękka i rzadka — nazywał się Prevalis. syn Haravsha, co świadczyło o jego mieszanym pochodzeniu.

— Zapłaciłem dwie sztuki złota za to ostrze — to dobra stal ze stolicy.

Goudeles wzruszył ramionami, skrzywił się, i rzucił mu pękniętą szablę. Prevalis złapał ją zręcznie za rękojeść.

— Popatrz! — nalegał, pokazując wszystkim, że to co pozostało z ostrza, zachowało giętkość godną tylko stali najwyższej jakości. Kiedy już w końcu przekonał wszystkich, co wart był ten miecz, jego wzrok powędrował powoli do Viridoviksa.

— Na Phosa, ile ty masz siły, człowieku? — wyszeptał ze strachem.

— Wystarczająco dużo, żeby zjeść śliwki z pestkami albo ciebie bez soli — ale pomimo żartobliwego tonu, tylko nikły uśmiech rozjaśniał twarz Viridoviksa. Gorgidas mógł odgadnąć jego myśli. Czasami miecze Celta i Skaurusa, chronione zaklęciem galijskich druidów, były czymś znacznie groźniejszym niż zwykłe ostrza w tym dziwnym świecie, gdzie magia była równie realna jak ból czy głód. Zwykle objawiały one swoją moc w obecności maga albo jego zaklęć, ale nie zawsze.

Viridoviks ze skrzyżowanymi nogami siedział przy ognisku. Wyciągnął tę broń o przedziwnej mocy i przyglądał się tajemniczym znakom druidów, które odciśnięto w metalu, gdy len był jeszcze gorący. Nic dla niego nie znaczyły — druidzi dobrze strzegli swoich sekretów, nawet przed galijską arystokracją.

Przez jedną, krótką chwilę litery zdawały się świecić własnym złotym blaskiem, ale zanim Gor-gidas zdążył się im przyjrzeć, Viridoviks schował miecz do pochwy. Jakieś odbicie od ognia, pomyślał Grek. Ziewnął i westchnął jednocześnie, zbyt zmęczony, żeby dłużej się tym zajmować.

Co gorsza, wszystko go bolało. Szermierka i jazda konna wymagały pracy mięśni, których rzadko używał. Wiedział, że nazajutrz będzie całkiem zesztywniały. Dziesięć lat temu nic by mi nie było — zaprotestował w myślach. Odpowiedź była natychmiastowa — dziesięć lat temu nie miałeś czterdziestu jeden lat.

Obgryzł nogę królika, popijając kavass przełknął kilka pozbawionych zupełnie smaku placków pszennych i zasnął w momencie, gdy jego stopy dotknęły końca posłania.

Varatesh sprawdził kierunek wiatru wystawiając do góry pośliniony palec — z południa, tak jak się tego spodziewał. Na wiosnę i w lecie wiatr wiał od morza, przynosząc ze sobą dobrą pogodę. Jesienią często się zmieniał, a stepowej zimy nie znosili nawet ci, którzy spędzili na nim cale życie. Każdego roku szamani błagali duchy wiatru, by nie zwracały się przeciwko nim, i każdego roku ich prośby pozostawały bez echa. Grupie marnowanie dobrych modlitw — pomyślał renegat.

Liczył na południowy wiatr, gdy prowadził swój mały oddział śladem człowieka, którego poszukiwał, i jego towarzyszy. Kontynuowali pościg także po zmierzchu, kierując się gwiazdami i talizmanem Avshara — w ciemności jego pomarańczowa mgiełka świeciła zimnym blaskiem, podobnym do tego, jakie wydzielają świetliki. Cel ich pościgu leżał teraz dokładnie na północy — rozżarzona plamka ogniska odcinała lic wyraźnie od czarnej linii horyzontu.

Szczęśliwie dla Varatesha, nie było tej nocy księżyca — Strażnicy mogliby wtedy dojrzeć jego ludzi. W bladym świetle gwiazd, step pełen był przeróżnych cieni przemykających się we wszystkich kierunkach, a oni także poruszali się cicho jak cienie. Buty obcierały stopy Varatesha. Nie był przyzwyczajony do chodzenia pieszo na większe odległości, ale musiał pozostawić konie z dala od wrogiego obozu. Nawet spętane, zbyt łatwo mogły zdradzić swą obecność.

— Co teraz? — wyszeptał jeden z nomadów. — Ze śladów, co te psie syny zostawiły, musi ich być dwa razy tyle co nas i jeszcze trochę.

— Niewiele im to pomoże — odparł Varatesh. Sprawdził kierunek wiatru; byłoby kiepsko, gdyby się zmienił. Odchrząknął zadowolony i sięgnął do wnętrza swojej skórzanej tuniki po drugi z podarunków Avshara. Alabastrowy słoiczek, o ściankach cienkich niczym skorupka jaja, zatkany był srebrną zatyczką, opieczętowaną woskiem. Nawet zamknięty, roztaczał wokół siebie jakąś magiczną aureolę — podobną do tej, jaką miał w sobie kryształ czarnoksiężnika — magii o wiele bardziej niebezpiecznej od dobrze mu znanych czarów stepowych szamanów. Jego ludzie cofnęli się o krok, jakby nie chcąc mieć nic do czynienia z tym, co zamierzał właśnie zrobić.

Varatesh pozbył się woskowej pieczęci, używając do tego swoich twardych paznokci. Chociaż słoik wciąż był ciasno zatkany, poczuł delikatny, słodki zapach narcyzów. To mogło być niebezpieczne — wstrzymał oddech, gdy zakręciło mu się w głowie, mając nadzieję, że zawroty zaraz miną. Przeszły. Posługując się teraz szybkimi, sprawnymi ruchami wyciągnął zatyczkę i rzucił słoiczek w kierunku obozu, najdalej jak potrafił. Słyszał, jak ten się rozbił, chociaż starał się rzucić go tak, by upadł miękko. Nie podejrzewał jednak, by ktoś w obozie mógł to usłyszeć, a jeśli nawet, to nie miało to większego znaczenia — co najwyżej, ktoś wcześniej uległby czarom Avshara.

Varatesh pośpiesznie wrócił do swoich towarzyszy, starając się iść tylko pod wiatr. Razem już, wycofali się jeszcze dalej, nie ryzykując bez potrzeby — jak ich ostrzeżono, te czary nie rozróżniały wrogów i przyjaciół.

— Ile musimy czekać? — zapytał ktoś.

— Czarownik powiedział, że jedną dwunastą część nocy. Do tego czasu dym powinien się rozproszyć. — Varatesh popatrzył na zachód, obserwując niebo. — Kiedy gwiazda na lewej nodze Owcy zajdzie za horyzont, ruszamy. Na razie musimy jeszcze uważać; jeśli wystawili warty wystarczająco daleko, zaklęcie może ich nie dosięgnąć.

Czekali więc, obserwując jak ta najważniejsza teraz dla nich gwiazda pełznie po ciemnogranatowej kopule nieba, zbliżając się powoli do krawędzi ziemi. Nie dobiegł ich żaden okrzyk z leżącego przed nimi obozu. Varatesh nabierał otuchy — wszystko przebiegało tak, jak przewidział to Avshar.

Biała plamka na horyzoncie mrugnęła kilka razy i zniknęła. Nomadzi podnieśli się ze swych siedzisk i ruszyli w kierunku obozu, trzymając wyciągnięte szable w pogotowiu.

— Bolą mnie nogi — narzekał jeden z nich, czując się nie lepiej od swego dowódcy, gdy musiał iść pieszo.

— Zamknij się — warknął Varatesh, wciąż ostrożny. Banita popatrzył na niego złym wzrokiem. Młody wódz pożałował swych ostrych słów w momencie, gdy zamknął usta — bolało go, że tak traktował swoich ludzi. W swoim własnym klanie — pomyślał — wystarczyłoby potrząsnąć głową, by został zrozumiany. Ale teraz nie był już ze swoim klanem i nigdy nie będzie, chyba że przybyłby tam jako zdobywca. Ci idioci, z którymi zmuszony był przebywać, nie przykładali żadnej wagi do dobrych manier. Często nawet przekleństwa nie odnosiły skutku i tylko pięść albo ostrze miecza potrafiły zmusić ich do posłuszeństwa.

— Spójrz! — powiedział nomada, wskazując na leżące obok, nienaturalnie skulone ciało uśpionego strażnika. Varatesh uśmiechnął się widząc, że czary działają tak jak powinny. Nie dlatego, że wątpił w Avshara, ale rozsądny człowiek nigdy nie ryzykuje, jeśli nie musi. Życie banity, a nawet życie wodza banitów, samo w sobie było wystarczająco ryzykowne.

Wojownicy weszli krąg światła otaczający płonące ognisko. Prawie jednocześnie krzyknęli ze zdumienia na widok powalonych na ziemię, nieruchomych koni. Ich boki powoli podnosiły się i opadały w głębokim śnie — bez wątpienia pozostawały w mocnym uścisku zaklęcia Avshara. Vara-tesh roześmiał się nerwowo. Nie przyszło mu wcześniej do głowy, że czary będą działały tak samo na zwierzęta jak i na ludzi.

Dwunastu nieprzytomnych mężczyzn leżało wokół ogniska. Z przezornością drapieżnego zwierzęcia Varatesh sprawdził siodła ich koni. Zmarszczył brwi. Wyglądało na to, że było piętnastu jeźdźców. Licząc wartownika, którego już widzieli, zostawało jeszcze dwóch ludzi. Wszedł z powrotem w ciemność. Jeżeli wartownicy rozstawieni byli na rogach trójkąta z ogniskiem w środku, co było dobrym, rozsądnym planem, łatwo będzie znaleźć dwóch brakujących — chyba że zaklęcie Avshara jakoś ich ominęło. Gdyby tak było — pomyślał — dosięgłyby ich już strzały nadlatujące z ciemności.

Dwaj strażnicy byli prawie dokładnie tam, gdzie się ich spodziewał znaleźć. Mimo to kropla potu spłynęła mu po czole. Niewiele brakowało, a wszystko zakończyłoby się fiaskiem — z dziwacznej pozycji, w jakiej leżał uśpiony mężczyzna wynikało, że szedł właśnie do obozu, gdy opadł go sen. Być może pomyślał, że jest chory, i jak dobry żołnierz chciał prosić o zmianę. Na szczęście, była to akurat najgorsza rzecz, jaką mógł zrobić. Wszedł prosto w zasięg czaru, zamiast się od niego oddalić.

Gdy Varatesh powrócił do ogniska, jeden z jego ludzi pochylał się właśnie nad śpiącym — szczupłym facetem z zaczątkami siwej brody na twarzy. Mocny kopniak, wymierzony przez wodza, wytrącił banicie szablę z ręki, zanim ten zdążył poderżnąć gardło bezbronnemu.

Nomada wrzasnął. Schował skaleczoną, prawą dłoń do lewej.

— Coś ci się w głowie popieprzyło — warknął wściekły, że nie zdążył dokończyć. — Czemu psujesz mi zabawę?

Pozostali trzej banici, którzy zamierzali właśnie przyłączyć, się do niego, stali za jego plecami.

— Jesteś gnojem, Denizli i wy tam tak samo! — Varatesh nie skrywał swojego obrzydzenia. — Zarzynanie bezbronnych to babska robota; pasuje do was. Jeśli tak bardzo to lubicie, to proszę!

Trzymając ręce z dala od miecza i sztyletu, odwrócił się do nich plecami.

Mogli skoczyć na niego, ale w tym momencie, jeden z teoretycznie głęboko uśpionych mężczyzn przy ognisku, usiadł prosto, nie dalej niż sześć stóp od Varatesha i zaspanym videssa-ńskim z silnym akcentem, zażądał:

— Zamkniecie do cholery te swoje jadaczki i dacie sic wyspać zmęczonemu człowiekowi, czy nie?

Dłoń trzymał na rękojeści miecza, dokładnie tak samo jak wtedy, gdy szedł spać — nie odwrócił nawet twarzy w ich kierunku, sądząc zapewne, że są członkami jego eskorty, kłócącymi się między sobą. Nie był w ogóle zaniepokojony — co najwyżej lekko rozzłoszczony.

Niedoszli buntownicy zastygli, zaskoczeni — myśleli, że członkowie poselstwa byli w tej chwili równie otępiali i niewrażliwi jak kloce drewna. Ale Varatesh był bystrzejszy od swoich ludzi i więcej od nich wiedział. Jeżeli ofiara Avshara nosiła miecz, który odporny był na czary maga, dlaczego nie miałby zneutralizować i tego zaklęcia? Rozumując w ten sposób, Varatesh zaopatrzył się w grubą pałkę. Wyciągnął j ą teraz, podszedł dwa kroki do przodu i uderzył nim na wpół śpiącego mężczyznę dokładnie za prawym uchem. Ten z cichym jękiem osunął się na ziemię, teraz równie nieprzytomny jak jego towarzysze.

Khamorthcki wódz obrócił się na pięcie, gotów teraz stawić czoło swoim ludziom. Ich niepewna postawa i zmieszanie na twarzach powiedziały mu, że znowu byli jego. Jakby nic się nie stało, rozkazał:

— No, odwróćcie tego faceta. Zobaczymy, co my tu mamy — wykonali polecenie bez wahania. Do tego momentu wszystko szło zgodnie z przewidywaniami Avshara, ale gdy Varatesh przyjrzał się dobrze mężczyźnie, którego przed chwilą ogłuszył, poczuł się nagle prawie tak samo bezradny jak jego kompani, kiedy gość usiadł i zaczął do nich mówić.

Opis, który podał mu Avshar, był bardzo szczegółowy — nienawiść nie pozwalała mu niczego zapomnieć. Miał to być duży mężczyzna, blondyn, dokładnie ogolony, ale generalnie w videssa-ńskim typie. Człowiek leżący u stóp Varatesha był co prawda wielki, ale tu podobieństwo do opisu czarodzieja się kończyło. Miał ostre, twarde rysy twarzy i wysokie, wystające kości policzkowe; to prawda; golił brodę i policzki, ale wielkie, sumiaste wąsiska sięgały mu prawie do ramion. I chociaż jego włosy były dosyć jasne, był to raczej kolor ognia niż złota.

Banita podrapał się po brodzie, zastanawiając się nad tym. Miał przecież jeszcze jeden sposób — wyciągnął kryształ Avshara i przytrzymał go blisko nieprzytomnego mężczyzny. Choć czekał i czekał, żaden kolor nie zabarwił wnętrza kuli — mógłby to być teraz bezwartościowy kawałek szkła. Czary były tu całkowicie neutralizowane. Teraz już pewny swego, powiedział:

— To ten, którego szukamy. Denizli, idź po Kubada i konie.

— Po co? I dlaczego ja? — spytał nomada, nie chcąc iść na piechotę gdziekolwiek dalej, niż naprawdę musiał.

Varatesh zmełł w ustach przekleństwo — praca z ludźmi, którzy nie potrafili patrzeć dalej swego nosa, doprowadzała go czasem do pasji. Z całą cierpliwością, jaka mu jeszcze została, wytłumaczył:

— Jeżeli przyprowadzimy tutaj konie, nie będziemy musieli taszczyć do nich tego wielkoluda. — Pozwolił sobie teraz na nie znoszący sprzeciwu ton: — A dlatego ty, bo ja tak mówię. Denizli zrozumiał, że żaden z jego kompanów nie przyjdzie mu z pomocą — wszyscy byli raczej zadowoleni, że to nie ich wybrał Varatesh. Pokuśtykał więc w kierunku koni, przystając od czasu do czasu, by rozmasować obolałe pięty.

Osioł — pomyślał Varatesh. Potem przyszło mu do głowy, że nawet Avshar nie był w stanie wszystkiego przewidzieć — musi się nad tym zastanowić, gdy będzie miał chwilę czasu.

Mężczyzna, którego ogłuszył, zajęczał i próbował się przekręcić na brzuch. Varatesh uderzył go raz jeszcze, precyzyjnie wymierzonym ciosem, w który nie wkładał żadnych emocji. Lepiej nie walić zbyt mocno — dobrze pamiętał wartownika z klanu swego ojca. Nie, nie — powiedział sobie po raz tysiączny — tamten gość tylko stracił przytomność. Mimo wszystko, był teraz ostrożniejszy.

Odgłos końskich kopyt w ciemności zwiastował nadjeżdżającego Kubada. Denizli wyglądał na o wiele bardziej zadowolonego z życia, gdy siedział na końskim grzbiecie. Przynajmniej miał na tyle rozumu, żeby wsiąść na konia — pomyślał Varatesh. Kubad rozglądał się dokoła z zainteresowaniem.

— Zadziałało, co? — zauważył krótko. — Możemy ich obrobić?

— Nie.

— Szkoda. — Z pięciu ludzi, których Varatesh miał ze sobą, Kubad był zdecydowanie najlepszy. Ześliznął się zręcznie z konia i stanął u boku swojego wodza, który wciąż przyglądał się rudowłosemu mężczyźnie.

— To tego chce czarodziej?

— Tak. Przyprowadź tutaj któregoś konia; uwiążemy go na grzbiecie. — Przerzucili nieprzytomnego przez koński grzbiet, jak upolowaną zwierzynę, i związali mu ręce i stopy pod brzuchem zwierzęcia. Varatesh wziął jego miecz.

— Jak długo działają te czary? — spytał Kubad.

— Nie chcesz pozarzynać tych baranów… — Teraz mówił Denizli. — …więc pewnie pojadą za nami, jak tylko się zbudzą. A ich jest więcej niż nas.

— Będziemy mieli dzień przewagi, z tego co mi mówiono. To powinno w zupełności wystarczyć. Wciągnijcie dobrze powietrze — na razie noc jest pogodna, tak, ale niedługo nadejdzie deszcz. Po jakich śladach będą wtedy jechać?

W purpurowym blasku ogniska, uśmiech Kubada wydawał się unurzany we krwi.

Viridoviks przebudził się wreszcie, ale koszmar wcale się nie skończył. Upiorny ból głowy osłabiał go i przyprawiał o mdłości, a kiedy udało mu się otworzyć oczy, jęknął tylko i zamknął je z powrotem. Jego twarz była zwrócona wprost na wschodzące słońce, którego blask wwiercał mu się w głowę nowymi jeszcze szpilami przejmującego bólu. Gorsze nawet od tego było dzieło jakiegoś złośliwego czarownika, który odwrócił niebo i ziemię, a na dodatek kazał im się huśtać niczym galarecie z nóg wołowych. Jego wrażliwy żołądek podchodził mu teraz do gardła. Dopiero kiedy spróbował sięgnąć po tarczę, by zasłonić twarz przed słońcem, odkrył że ma związane ręce.

Jęki zaalarmowały towarzyszących mu jeźdźców. Ktoś powiedział coś w języku równin. Trzęsienie ustało. Bardzo powoli i ostrożnie Viridoviks otworzył jedno oko. Świat stanął wreszcie w miejscu, ale nadal widział wszystko do góry nogami. Opuścił luźno głowę. Szarobrązowa ziemia podjechała nagle do góry — ostre źdźbła trawy sterczały nie dalej niż dwa cale od jego czoła. Po swoich obu stronach widział brązowe, pokryte sierścią nogi. Jestem na koniu — powiedział sobie, zadowolony, że w ogóle mógł myśleć.

Po nieco dłuższej rozmowie w języku khamorth, jeden z nomadów podszedł do niego. Ze swojej pozbawionej godności perspektywy, Viridoviks mógł go oglądać tylko od bioder w dół. To jednak wystarczyło — zimny dreszcz przebiegł mu po plecach, gdy zobaczył, że oprócz swej szabli mężczyzna nosił miecz Gala.

Viridoviks znał tylko kilka słów w języku równin, a żadne z nich nie należało do uprzejmych. Zrobił z nich teraz użytek, przeklinając okropnie skrzekliwym głosem. Prawie natychmiast zrozumiał, że niepotrzebnie się pośpieszył — rozzłoszczony oprawca mógł bez trudu odpłacić mu za obelgi. Próbował zebrać myśli i przygotować się na uderzenie — wszystko, co mógł zrobić, to znieść je po męsku.

Ale nomada roześmiał się tylko, a jego rozbawienie zdawało się zupełnie szczere i pozbawione okrucieństwa.

— Ściągnę cię z tego konia, co? — powiedział dobrym videssańskim, z lekkim tylko, gardłowym akcentem, charakterystycznym dla jego ludu. Miał zaskakująco łagodny glos; jasny tenor młodego mężczyzny. — Nie próbuj proszę żadnych sztuczek. Pilnuje cię dwóch ludzi z łukami gotowymi do strzału. Pytam jeszcze raz, czy mam ci rozciąć więzy i spuścić z konia?

— Tak, proszę. — Celt nie widział powodu, żeby odmówić; w tej pozycji i tak nic nie mógł zrobić, nawet gdyby nie bolała go tak okropnie głowa. Khamorth schylił się, sięgając pod brzuch konia. Ostry sztylet bez trudu przeciął rzemienie wiążące nadgarstki Viridoviksa z jego kostkami…

Gal runął na ziemię, bezwładny niczym wór z mąką. Opadła go nagle fala nudności. Kiedy wymiotował, Khamorth trzymał mu głowę tak, by nie napaskudził na siebie. Potem podał mu wodę do wypłukania i otarcia ust. Ta uprzejmość była, w pewnym sensie, bardziej niepokojąca niż brutalność wtedy Viridoviks wiedziałby przynajmniej, jak na nią od powiedzieć.

Po dwóch czy trzech nieudanych próbach, udało mu się wreszcie usiąść. Przyjrzał się swojemu przeciwnikowi najlepiej jak potrafił, choć obraz, który miał przed sobą był wciąż rozmazany i co chwilę się rozdwajał. Khamorth rzeczywiście był młody, prawdopodobnie nie miał jeszcze trzydziestki, choć wielka krzaczasta broda, którą nosił zgodnie ze zwyczajem swego ludu, skrywała młody wiek. Był nieco wyższy niż większość koczowników i zachowywał się jak ktoś przywykły do rozkazywania. Jego oczy jednak były jakieś dziwne — nawet kiedy patrzył prosto na Viridovik-sa, wydawały się dalekie, jakby zapatrzone w coś, co tylko on mógł zobaczyć. Pokonując ogarniającą go słabość, Gal odwrócił głowę, by zobaczyć, jakich to towarzyszy miał ze sobą nomada. Zgodnie z ostrzeżeniem, dwóch wojowników trzymało łuki z założonymi na nie strzałami. Jeden z nich naciągnął mocniej cięciwę, kiedy ich spojrzenia się spotkały. Miał bardzo nieprzyjemny uśmiech.

— Spokojnie, Denizli! — powiedział jego dowódca po videssańsku, tak by mógł go zrozumieć Gal, po czym powtórzył rozkaz w swoim własnym języku. Denizli rzucił mu gniewne spojrzenie, ale zrobił,co kazano.

Było tam jeszcze trzech Kharnorthów, którzy spokojnie odpoczywali na swych koniach. Przyglądali się Viridoviksowi jakby był dzikim kotem, którego udało im się właśnie złapać, niebezpieczną bestią, której nie wolno dać szansy użycia swych pazurów. Wszyscy mieli wygląd typowych, choć zawziętych i bezlitosnych koczowników. To ich dowódca przyprawiał Celta o drżenie serca, tym bardziej że zdawał się nie pasować do stepu. Miał w sobie jakąś głębie, której brakowało jego ludziom, a gdyby przyciąć mu odpowiednio brodę, mógłby z powodzeniem znaleźć się na dworze imperatora. Finezja — pomyślał Viridoviks — to było odpowiednie słowo.

Ból, zaskoczenie i zmieszanie Gala sprawiły, że dopiero po dłuższej chwili zorientował się, iż nikt oprócz niego nie został pojmany. Kiedy w końcu dotarło to do niego, wybuchnął:

— Coście zrobili z moimi przyjaciółmi, wy krościaste wypierdki?!

Przywódca nomadów zmarszczył na moment brwi — jak to już nieraz Viridoviksowi się zdarzało, w chwili stresu jego galijski akcent stawał się jeszcze silniejszy. Ale kiedy w końcu go zrozumiał, Khamorth roześmiał się i rozłożył szeroko ręce:

— Nic, absolutnie nic.

Sam nie wiedząc czemu, Viridoviks od razu mu uwierzył. Był pewien, że każdy z pozostałych pięciu mężczyzn znajdował prawdziwą przyjemność w zabijaniu, ale nie ten.

— W takim razie, czego chcesz ode mnie! — niepewnie spytał Celt. Odpowiedź jednak była zaskakująco łagodna:

— Na razie pozwól, że przemyję ci głowę; rany mogłyby zacząć ropieć. — Varatesh wylał nieco kavassu na kawałek wełnianej szmatki i uklęknął przy Viridoviksie. Celt skrzywił się, gdy cuchnący materiał dotknął rany i otaczającej ją opuchlizny, ale nomada obmywał ją tak delikatnie, jak robiłby to Gorgidas.

— A przy okazji, nazywam się Varatesh — zauważył.

— Skłamałbym, gdybym powiedział, że miło mi cię poznać — odparł Gal. Varatesh uśmiechnął się i skinął głową, całkiem uprzejmie, a przynajmniej tak by to wyglądało, gdyby Viridoviks nie był jego więźniem.

Ciało nomady zasłaniało go przed łucznikami. Jakby nie mógł udźwignąć własnego ciężaru, Viridoviks opadł gwałtownie na ramię Varatesha i próbował pochwycić długi miecz przypasany do j ego boku. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę j ak mocno był potłuczony i j ak niezdarny — Varatesh odskoczył i stanął na równe nogi, jeszcze zanim Celt dobrze się ruszył.

Młody wojownik krzyknął do łuczników, by nie strzelali. Popatrzył z góry na Viridoviksa, ale teraz na jego przystojnej twarzy nie było już uprzejmości. Z zimnym wyrachowaniem kopnął Gala w brzuch.

— Nie próbuj ze mną żadnych sztuczek — powiedział, wciąż spokojnym głosem. Viridoviks ledwo go słyszał — czarne i czerwone płaty latały mu przed oczami. Dojmujący ból w głowie przez moment zdawał się męczarnią nie do zniesienia, by po chwili znowu stać się tępym, niemal znajomym cierpieniem. Varatesh może nie zabijał dla przyjemności, ale to w niczym nie pomniejszało udręki Celta.

— Wątpię, czy to w ogóle obchodzi Avshara, w jakim stanic cię do niego dowiozę — oświadczył Khamorth. Zamilkł, czekąjąc na to, jak Viridoviks zareaguje na imię czarownika.

— A niech was obu piekło pochłonie — odparł Gal starając się nie okazać zimnego strachu, który go przeniknął. Po chwili dodał zuchwale: — Moi towarzysze dopadną was o wiele wcześniej, niż mnie do niego dowieziecie. — Nie miał pojęcia, do jakiego stopnia realna była ta pogróżka, ale jeśli Varatesh pozwolił im przeżyć, mógł się o to pomartwić.

Jeden z nomadów roześmiał się głośno.

— Cicho, Kubad — powiedział Varatesh, po czym odwrócił się do Viridoviksa, kontynuując spokojnie: — Proszę bardzo, niech próbują. Właściwie, życzę im nawet powodzenia.

Gdy Celt mógł już stać o własnych siłach, posadzono go na jednym z wolnych koni. Porywacze nie dawali mu najmniejszej szansy na ucieczkę, wiążąc stopy pod brzuchem konia i ręce za plecami. Nomada nazywany Kubadem prowadził jego wierzchowca za uzdę. Próbując zyskać jak najwięcej wolności, Viridoviks zaprotestował:

— Pozwólcie mi przynajmniej trzymać się cugli. Co będzie jak spadnę? — Naprawdę się tego obawiał; ostatnią rzeczą, jaką mógł teraz o sobie powiedzieć, to że czuł się dobrze.

Kubad na tyle znal videssanski, by mu odpowiedzieć:

— Wtedy ty się wlec. — Viridoviks się poddał.

W miarę jak posuwali się na północ Gal, który miał teraz jakieś porównanie, zaczynał sobie zdawać sprawę z tego, jak bardzo ślimaczyła się jego własna grupa. Stepowe koniki kłusowały nieprzerwanie, wcale się nie męcząc — jakby napędzane przez jakiś mechanizm. Pomimo szerokiego koła, jakie zatoczyli nomadzi chcąc ominąć stada jakiegoś klanu, przejeżdżali w ciągu dnia dystans równy niemal temu, jaki Viridoviks zwykł pokonywać w ciągu dwóch dni.

Jedyne przestoje, na jakie sobie pozwalali, wymuszone były przez naturalne potrzeby — Virido-viks odkrył, że trudno mu im ulec, gdy ktoś celował mu strzałą w brzuch. Khamorthci jedli w siodle, wgryzając się niczym psy w paski suszonej wołowiny i baraniny. Nie przystawali, by nakarmić swojego więźnia, ale około południa Varatesh, uprzejmy jakby nigdy nie zabił człowieka, przystawiał do ust Viridoviksa butlę z kavassem. Gal pił, zarówno dlatego, że był spragniony, jak i próbując w ten sposób uśmierzyć ból rozsadzający mu głowę. Sfermentowane mleko niezbyt mu jednak pomagało.

Ciemnoszare chmury, jak brzuchy wielkiego stada owiec, nadciągnęły z południa przykrywając pod wieczór całe niebo. Kubad powiedział coś w swoim języku do Varatesha, który pochylił głowę, jakby uznając jakiś komplement. Wiatr stawał się coraz silniejszy i czuć było w nim wilgoć.

Dowódca Khamorth wybrał na obóz miejsce przy małej rzeczce, gdzie wysoki, nawisły brzeg dawał im schronienie przed wiatrem i deszczem.

— Będzie padać dziś wieczór… — rzekł do Viridoviksa — … tutaj będziemy mieli sucho; chyba że strumień wyleje. Ale nie sądzę…

— A jeśli jednak wyleje, to co? — tak naprawdę, Gal, obolały i wyczerpany siedzeniem w siodle bez możliwości poruszania rękami, zupełnie o to nie dbał, na wszelkie możliwe sposoby starał się jednak utrudniać życie Varateshowi.

Tym razem przegrał:

— Wtedy się przeniesiemy — spokojnie odparł nomada, zajęty rozpalaniem ogniska. Niewielki ogień, który rozniecił, w ogóle nie dymił; Viridoviks nie mógł liczyć na to, że zdradzi ich obecność. Tym razem nomadzi podzielili się z nim swym prowiantem, rozwiązując mu ręce, żeby mógł sam jeść, ale cały czas obserwowali go uważnie tak, że nie mógł nic więcej zrobić. Kiedy skończył, Va-ratesh związał go z powrotem, sprawdzając każdy węzeł tak dokładnie, że Gal nienawidził go za tę skrupulatność.

Koczownicy pociągnęli źdźbła słomy, losując kolejność wart — Viridoviks postanowił coś zrobić — na razie nie wiedział co dokładnie — gdy tylko nadarzy się okazja. Ale ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Pomimo dojmującego bólu głowy, pomimo niewygody, jaką były związane z tyłu ręce, niemal natychmiast zapadł w głęboki sen.

Łagodny szum deszczu i pluskanie płynącego obok strumyka zbudziły go kilka godzin później.

Denizli, który wylosował trzecią wachtę, robił właśnie krótki obchód. Wybór miejsca na obóz okazał się doskonały. Dzięki wysuniętemu brzegowi pozostało zaciszne i suche, dokładnie jak powiedział Varatesh. W gruncie rzeczy, Celt ani przez chwilę nie wątpił w niego nawet w swym okrucieństwie, wódz banitów był kompetentny Viridoviks przetoczył się w stronę deszczu. Denizli warknął coś groźnego w swoim języku i podniósł wyżej łuk.

— Spokojnie, chciałem tylko opłukać mój biedny łeb powiedział Celt, ale Denizli tylko coś wycharczał i podniósł łuk dwa cale wyżej.

Przeklinając swojego pecha, Viridoviks zmuszony był się wycofać.

— Pierdolony eunuch — powiedział. Zdawał sobie sprawę, że sporo ryzykuje, ale poza jakimś pomrukiem Denizli nic zareagował. Tu wreszcie był przynajmniej jeden nomada, który nie znał vi-dessańskiego. Gal poprzeklinał go więc jeszcze przez kilka minut, używając do tego niezwykłej mieszaniny najgorszych przekleństw łacińskich, videssańskich i galijskich. Czując lekką ulgę, próbował ułożyć się w jakiejś znośnej pozycji, która pozwoliłaby mu ponownie zasnąć. Wyglądało na to — pomyślał — że będzie padać jeszcze dłuższą chwilę.

Gorgidas przekręcił się i wymruczał coś, gdy kropla deszczu spadła mu na policzek. Kolejny zimny pocałunek trafił na ucho, trzeci na powiekę. Zaczął się grzebać w posłaniu, próbując naciągnąć je na głowę, tak by nie musiał się jednocześnie podnosić. Zanim mu się to udało, następne krople wylądowały na jego twarzy, co ostatecznie go rozbudziło i rozzłościło.

— Na psa… — wymruczał po grecku, co wyrażało w tym języku irytację. Pogoda wydawała się zupełnie dobra, kiedy szedł spać.

Skrzywił twarz siadając prosto — jego głowa reagowała przenikliwym bólem na każdy gwałtowny ruch. Żałował, że nie ma ze sobą surowej kapusty, która pomogłaby mu przegnać kaca, ale zaraz zastanowił się, po czym właściwie miałby go mieć. Kavass był mocnym trunkiem, to prawda, ale ta odrobina, którą wypił do kolacji, nie powinna aż tak na niego podziałać.

Pozostali także się budzili, jęcząc i przeklinając w sposób, który nie pozostawiał wątpliwości co do tego, że czuli się nie lepiej od niego. Dopiero kiedy rozejrzał się dokoła spostrzegł, że ognisko dawno już wygasło. Zmarszczył brwi. Ziemia, jak na razie, była ledwo wilgotna — dlaczego po całkiem sporym Ognisku, które przecież nie tak dawno rozpalili, pozostał tylko zimny popiół?

Agathios Psoes myślał o tym samym.

— Co z wami, baranie łby? — krzyczał na swoich żołnierzy. — Nie potraficie nawet, do cholery, dopilnować ogniska? — Odpowiedzieli mu tylko pomrukami zawstydzenia; dowód ich zaniedbania był aż nadto widoczny.

— Ilu Khamorthów potrzeba do rozpalenia ognia? — spytał retorycznie Arigh, po czym sam sobie odpowiedział — Dziesięciu: jeden zbiera drzewo, a dziewięciu myśli co zrobić potem.

— He, he — mruknął Psoes z czystej uprzejmości. Choć sam nie był Khamorthem, była nimi większość jego oddziału i stawał po ich stronie, gdy szydził z nich jakiś cudzoziemiec. Pikridosa Goudelesa, z drugiej strony, dowcip Arshauma niezwykle rozśmieszył i chichotał cicho jeszcze prawie przez minutę. Gorgidas pozwolił sobie na kwaśny uśmiech — wydawało się, że Arigh korzystał z każdej okazji, by wykazać swą wyższość nad wschodnimi sąsiadami swego narodu.

To właśnie wtedy Gorgidas zorientował się, że wśród odgłosów wesołości zabrakło grzmiącego śmiechu Viridoviksa, którego na pewno by ten żart rozbawił. Czyżby ten przeklęty Gal wciąż jeszcze spał? Gorgidas rozejrzał się w gęstniejących ciemnościach i coraz mocniej padającym deszczu.

— Viridoviks? — zawołał.

Nie było żadnej odpowiedzi. Zawołał ponownie, z tym samym rezultatem.

— Pewnie poszedł gdzieś opuścić spodnie — domyślał się Lankinos Skylitzes.

Gorgidas usłyszał chlupoczące kroki zbliżające się do obozu i przez moment myślał, że Skylitzes miał rację. Ale to był jeden z wartowników.

— Hej, tam w obozie! — krzyknął żołnierz — Pogłupieliście czy co? Czemu zgasiliście ogień? Mówcie coś, bo nie mogę was znaleźć.

Kiedy żołnierz doszedł do nich, zapytał:

— Wszystko w porządku? Przydarzyło mi się coś bardzo dziwnego — mówił z wymuszoną obojętnością, starając się ukryć zaniepokojenie. — Stałem sobie spokojnie na swoim miejscu i nagle zrobiło mi się słabo. Zacząłem iść do ogniska, żeby coś z tym zrobić, ale zdaje się, że nie doszedłem — następna rzecz jaką pamiętam, to lejący na mnie deszcz Dziwne… wydaje mi się, jakby kowal kuł w mojej głowic miecze i walił młotem jak wściekły, a ja przecież piłem tylko wodę, bo wiedziałem, że muszę być trzeźwy na noc. A swoją drogą, która to godzina?

Jak się okazało, nikt tego nie wiedział. Nie spierali się też o to specjalnie długo, bo właśnie wtedy jeden z koni parsknął dziwacznie i podniósł się na nogi. W ciągu kilku minut to samo zrobiła także reszta koni. Nie zważając na swoje obolałe głowy, ludzie Psoesa i Skylitzes pognali do nich, wykrzykując coś w mieszaninie videssańskiego i języka khamorth. Po raz pierwszy Gorgidas zrozumiał, że coś było bardzo nie w porządku — konie nie położyły się i nie posnęły same.

Jeźdźcy krzątali się przy koniach, starając się dociec, dlaczego pokładły się na ziemi. Lankinos Skylitzes powrócił do ogniska:

— Gorgidas?

— Tutaj.

— Gdzie? Ach, tu — żołnierz prawie się o niego przewrócił. — Przepraszam, cholernie ciemno. — Skylitzes ściszył glos. — Słyszałem, że jesteś lekarzem. Czy mógłbyś przyjrzeć się koniom?

Zdaje się, że wszystko z nimi w porządku, ale… — rozłożył szeroko ręce. Grek ledwo go widział w ciemnościach.

Gorgidas zrozumiał prośbę, ale wcale mu się to nie podobało.

— Nie jestem już lekarzem — rzucił krótko. Pomyślał, że odpowiedź była zbyt obcesowa, więc kontynuował: — A gdybym nawet był, to zupełnie się nie znam na zwierzętach. Sztuka leczenia koni to rzecz zupełnie różna od leczenia ludzi.

„I o wiele gorsza”, dokończył w myślach. Skylitzes wyczul jednak jego złość.

— Nie chciałem cię obrazić.

Gorgidas pokiwał niecierpliwie głową i natychmiast tego pożałował — ból znowu dał znać o sobie.

— Czy Viridoviks już się pojawił?

— Nie. Gdzież on mógł zresztą poleźć? I gdzie rozłożył swoją matę? Jeśli leży tam ciągle i chrapie sobie spokojnie, to skręcę mu ten leniwy kark.

— Myślę, że musiałbyś poczekać na swoją kolej. — Skylitzes przekrzywił głowę, próbując przebić wzrokiem zasłonę deszczu. Wyciągnął rękę. — Chyba tam, nie?

— Tam? — Gorgidas wyrzucał sobie, że nie zwrócił na to uwagi, kiedy kładł się spać. Jeżeli historyk — a nawet lekarz, jeśli już oto chodzi — nie zauważał takich szczegółów, jakiż był z niego pożytek? Zawsze był dumny ze swojej spostrzegawczości, a teraz, kiedy potrzebował jej najbardziej, zupełnie go zawiodła.

Omijając ostrożnie zimne popioły z ogniska, i wciąż zastanawiając się nad tym, dlaczego były takie zimne, Grek poszedł w kierunku wskazanym przez Skylitzesa. Rzeczywiście, były tam koce i cienkie maty podróżne rozpostarte na ziemi — zaczęły właśnie na dobre przemakać. Obok nich leżał plecak, który Gorgidas rozpoznał jako należący do Viridoviksa, i hełm Celta. Samego Celta nie było jednak nigdzie w pobliżu.

Poruszenie w obozie zwabiło pozostałych dwóch wartowników, którzy przyszli dowiedzieć się o co chodzi. Obaj niechętnie przyznali się, że zasnęli na posterunku.

— Nie kłopoczcie się — powiedział pompatycznie Goudeles Pikridos — bo nie stała się nam żadna krzywda.

Agathios Psoes był jednak wściekły, jak byłby każdy dobry oficer, którego żołnierze przysypiają na służbie. Gorgidas zaś krzyknął:

— Żadna krzywda!? A gdzie j est Viridoviks?

— No cóż, muszę przyznać, że nie mam pojęcia. Ten człowiek jest twoim towarzyszem i należy do twojego ludu. Dlaczego miałby stąd odejść?

Gorgidas otworzył usta i zamknął je z powrotem — nie wiedział, co ma właściwie odpowiedzieć. Poza tym wiedział dobrze, że nie miało najmniejszego sensu tłumaczenie wszystkim, że Celt i on należeli do narodów tak różnych jak Videssańczycy i Khamorthci.

Pozostała część nocy była przejmująco zimna, wilgotna i przygnębiająca. Nikt nie poszedł już spać, a powstrzymywał ich od tego nie tylko padający bez ustanku deszcz. Wszyscy byli o wiele bardziej rozbudzeni, niż mogło to wynikać z całego tego nocnego poruszenia, ale rozbudzeni w sposób bardzo nieprzyjemny. Rzadkie rozmowy dotyczyły głównie prześladującego ich wciąż bólu głowy.

— Bywało już, że byłem pijany, a nie miałem potem kaca… — zauważył Arigh — …ale nigdy jeszcze nie miałem kaca bez picia. — Jakby chcąc to naprawić, pociągnął spory łyk kavassu z bukłaka, który prawie zawsze miał pod ręką.

Gdy zbliżał się już ranek, chmury rozeszły się na moment ukazując cienką resztkę księżyca, nisko na wschodzie.

— Za cienki i za nisko! Straciliśmy cały dzień! — wykrzyknął Gorgidas.

— Na Phosa, masz rację — potwierdził Skylitzes, czyniąc na piersi kolisty znak swego boga. Podniósł ręce do mokrego nieba i zaczął mamrotać jakąś modlitwę. Nie był w tym osamotniony — Psoes i Videssańczycy z jego oddziału poszli w jego ślady, podczas gdy żołnierze, którzy wciąż hołdowali zwyczajom Khamorthów, wylali na ziemię kavass, by prze błagać czczone przez nich, mniej abstrakcyjne siły. Nawet Goudeles, człowiek tak przyziemny, jak mógł być tylko ktoś wychowany w stolicy, modlił się z żołnierzami.

— Jakiś duch nas opętał. Powinniśmy złożyć konia w ofierze — stwierdził Arigh, a Khamorthci poparli go okrzykami.

Gorgidas przysłuchiwał się swoim towarzyszom z rosnącą irytacją. Podczas gdy oni bredzili coś o duchach i bogach, jego logiczny umysł znajdował aż nadto jasną odpowiedź:

— Ktoś uśpił nas czarami, żeby porwać Viridoviksa — powiedział, a po chwili konsekwentnie doprowadzając ten ciąg myśli do końca, wykrzyknął: — Avshar!

— Nie — odparł natychmiast Skylitzes. — Gdyby to był Avshar, obudzilibyśmy się już na tamtym świecie. On nie zna litości.

— W takim razie, jego pachołkowie — upierał się Grek. Przypomniał sobie niezwykły miecz, który nosił Gal, ale nie powiedział tego głośno; im mniej ludzi o tym wiedziało, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że dowie się i czarownik, gdyby jakimś cudem okazało się, że Gorgidas nie ma racji.

Nie podejrzewał jednak, by się mylił. Powoli się rozjaśniało — poszedł spojrzeć jeszcze raz na posłanie Viridoviksa. Aż syknął, kiedy zobaczył plamy krwi na kocu Celta. Podniósł go do góry pokazując wszystkim pozostałym.

— Porwany, kiedy na nas nucono zaklęcie i uśpiono! — powiedział.

— A gdyby nawet, to cóż z tego? — zapytał Goudeles rozdrażnionym głosem — biurokrata przyzwyczajony był do wygód Videssos i zdecydowanie nie podobało mu się siedzenie w deszczu i błocie stepowych bezdroży, bez dachu nad głową. Po chwili kontynuował: — W porównaniu z wagą misji, jaką nam powierzono, czym jest los jednego barbarzyńskiego najemnika? Kiedy już nasze poselstwo osiągnie szczęśliwie swój cel — czego dobry Phos nam nie odmówi — wtedy, z większymi silami, których użyczy nam Arshaum, będziemy mogli podjąć właściwe poszukiwania. Ale dopóki nie dysponujemy takąż siłą ludzką, dopóki nasi sprzymierzeńcy nie powiększą naszych szeregów, pozostaje on drugorzędnym problemem.

Gorgidas zasapał z wściekłości, nie wierząc własnym uszom:

— Ale on może być ranny, umierający; on na pewno jest ranny — dodał Grek, dotykając brązowych plam na tkaninie. — Nie zostawiłbyś go przecież w rękach wrogów?

Jeżeli Goudeles był zmieszany, to nie pokazał tego po sobie.

— Na pewno też nie rzuciłbym się na nich sam i nie pogrzebał sprawy, dla której tu przybyłem.

— Gryzipiórek ma rację — powiedział Skylitzes, wyglądając tak, jakby te słowa pozostawiły jakiś ohydny posmak w jego ustach. — Bezpieczeństwo Imperium jest ważniejsze od losu jakiegokolwiek pojedynczego człowieka. Twój rodak to dzielny wojownik, ale on jest tylko jeden, a my potrzebujemy setek.

Żaden z Videssańczyków nie znał Viridoviksa, oprócz tych kilku dni spędzonych w podróży. Gorgidas zwrócił się do Arigha, który hulał się z Celtem przez dwa lata.

— To twój przyjaciel!

Arigh skubał swoją rzadką bródkę, wyraźnie niezadowolony z tak bezpośredniego wyzwania Greka. Więzy przyjaźni znaczyły dla niego więcej niż dla Videssańczyków, ale był synem wodza i także rozumiał rację stanu.

— Bardzo żałuję, ale nie. Obawiam się, że oni mają rację. Być może stracę teraz twoje zaufanie, ale zawsze najpierw robię to co dobre jest dla mojego klanu, a dopiero potem to, co dobre jest dla mnie. Vridrish to niełatwy łup; może jeszcze sam się uwolnić.

— Niech was szlag wszystkich trafi! — krzyknął Gorgidas. — Jeżeli nie obchodzi was w ogóle, co stanie się z waszym towarzyszem, to zróbcie miejsce dla tego, który o to dba. Sarn za nim pojadę.

— Dobrze powiedziane — mruknął cicho Arigh. Kilku żołnierzy przytaknęło. Gorgidas zignorował ich zupełnie, wściekle upychając swoje rzeczy do plecaka.

Skylitzes podszedł do niego i położył mu rękę na ramieniu Gorgidas znowu zaklął i próbował się uwolnić, ale krępy oficer z Videssos był od niego silniejszy.

— Zostaw mnie, ty zapomniany przez boga idioto! Co cię to obchodzi, że jadę szukać mojego przyjaciela? Na pewno nic znaczę dla ciebie więcej niż on.

— Myśl jak mężczyzna, a nie jak rozzłoszczone dziecko — powiedział łagodnie Skylitzes. Ten delikatny przytyk miał poruszyć Greka, który dumny był ze swojego zdrowego rozsądku. Skylitzes zatoczył ręką koło, obejmując szerokim gestem cały horyzont. — Jedź za Viridoviksem… — jak Goudeles, ostrożnie i dokładnie wymawiał jego imię — …jeśli chcesz, ale gdzie mianowicie pojedziesz?

— No cóż… — zaczął Grek, ale przerwał zmieszany. Potarł swoją szczeciniastą brodę; broda, jak właśnie odkrył, mogła być bardzo pomocna w myśleniu.

— Gdzie według twoich ostatnich raportów był Avshar? — zapytał w końcu.

— Na wschód i na zachód od miejsca, w którym stoimy, ale te wiadomości pochodzą sprzed kilku tygodni i teraz są nic nie warte. Widziałeś, jak szybko poruszają się koczownicy, a poza tym nic nie każe temu cholernemu czarownikowi pozostawać ciągle z tym samym klanem.

— Północny zachód; to rai wystarczy.

— Czyżby? Widziałem cię już, cudzoziemcze; nie potrafisz iść za śladem. A zresztą, deszcz i tak nie zostawił żadnych — kontynuował bezlitośnie Skylitzes. — A jeśli nawet uda ci się jakoś dogonić twoich wrogów, co wtedy? Czy jesteś na tyle dobrym wojownikiem, żeby ich samemu wszystkich pozabijać? Czy jesteś wystarczająco dobrym wojownikiem, żeby się obronić, gdy jakiś nomada zechce się z tobą zmierzyć? Czy ten twój miecz pomoże ci w czymkolwiek, nawet jeżeli wyciągniesz go z bagażu i przypniesz sobie do pasa?

Gorgidas drgnął — rzeczywiście nie pomyślał o gladiusie podarowanym mu przez Gajusza Fili-pusa i pozostawił go, wetkniętego pomiędzy zwoje pergaminu. Po raz pierwszy od wielu lat żałował, że nie umie posługiwać się bronią. Upokarzająca była świadomość tego, że nie był w stanie powstrzymać jakiegoś przypadkowo spotkanego, niedomytego, bezmyślnego barbarzyńcy, który mógł go zabić tylko dla przyjemności patrzenia na to, jak umiera.

Pogrzebał w swoich torbach, szukając miecza, ale kiedy go w końcu znalazł, wrzucił ze złością z powrotem. Nie mógł nim walczyć z logiką Lankinosa Skylitzesa.

— W takim razie, na zachód — powiedział, nienawidząc konieczności, która wymogła na nim te słowa. Ananke — pomyślał — życie jest najsroższym panem.

Gdy Skylitzes podał mu współczująco dłoń, Grek nie wyciągnął swojej. Zamiast tego, zapytał:

— Chciałbym, żebyś uczył mnie dalej szermierki, dobrze? — oficer pokiwał głową.

Myśli Gorgidasa pełne byty gorzkiej ironii, gdy wdrapał się na swojego konia. Opuścił Videssos dla równin, by zmienić profesję z lekarza na historyka. Istotnie, nie mógł narzekać na brak zmian, ale zdecydowanie nie był to ten rodzaj odmiany, jakiego oczekiwał. Rzeczy od wielu lat wykluczone z jego życia, teraz siłą wracały do niego; broń, kobiety; a do tego bardzo niewielka, jak dotąd, cząstka historii, którą miał się zajmować. To mogłoby być nawet zabawne, gdyby nie miał większych zmartwień.

Deszcz nieprzerwanie lał z obojętnego na wszystko nieba.

V

Odwrót przebiegał znacznie lepiej, niż Marek śmiał na to liczyć. Pewni już zwycięstwa, Namda-lajczycy woleli raczej ścigać małe grupki uciekinierów, niż kłopotać się sporym oddziałem wciąż pod bronią. Dwie kompanie jazdy przypuściły na próbę atak na legionistów, ale odjechały w poszukiwaniu łatwiejszego łupu, gdy ci nie rozpierzchli się od razu w panicznej ucieczce.

— Tchórze dostają to, na co zasługują — zauważyła Nevrata Sviodo przechodząc obok ciała Vi-dessańczyka, którego plecy przebite były włócznią. Jej głos pełen był pogardy. Walczyła ze swoim mężem, ramię przy ramieniu. Jej kołczan był prawie pusty, szabla pokryta krwią, a czoło poprzecinane i posiniaczone od kamienia, który, szczęśliwie, trafił ją tylko rykoszetem.

— Tak, to nagroda za uciekanie na łapu-capu — zgodził się Gajusz Filipus. Starszy centurion nie był wcale przygnębiony porażką; widział ją już nieraz. — Są sposoby na wygrywanie i są sposoby na przegrywanie. Na Sucro, moi kumple całkiem nieźle radzili sobie pod Turią, chociaż też przegrywaliśmy Gdyby nie pojawiła się tam ta stara kobieta, spuścilibyśmy chłopakowi porządne lanie, a potem wysiali go z powrotem do Rzymu — uśmiechnął się do wspomnień.

— Stara kobieta? Chłopak? — Nevrata spojrzała na niego, nic nie rozumiejąc.

— Nieważne… to było dawno, tam skąd większość z nas tu przybyła. Nie tylko ci Videssańczy-cy mają u siebie wojny domowe, a ja stanąłem kiedyś w takiej po złej stronie.

— Więc byłeś wtedy z Sertoriuszem? — zapytał Marek. Wiedział, że starszy centurion należał do stronników Mariusza. Po tym jak Sulla pobił ostatnie oddziały Marianów W Italii, Kwintus Sertoriusz nie poddał się zwycięzcom w Hiszpanii. Pozyskując dla swojej sprawy tubylczą ludność, przez osiem lat prowadził wojnę partyzancką, dopóki jeden z jego własnych ludzi go nie zamordował.

— Tak, byłem, i co z tego? — odparł wyzywająco Gajusz Filipus. Jeżeli już okazał kiedyś komuś swoją lojalność, trudno byłoby ją wykorzenić.

— Zupełnie nic — stwierdził trybun. — Musiał być świetnym żołnierzem, żeby stawić czoło Pompejuszowi Wielkiemu.

— Wielkiemu? — Gajusz Filipus splunął na błotnistą drogę. — Wielki w porównaniu do czego? Jak powiedziałem, gdyby Metellus nie uratował mu tyłka pod Turią, uciekałby do dzisiaj… gdyby mógł. Wiesz, że był tam ranny?

— Nie, nie wiedziałem. Byłem wtedy jeszcze smarkaczem.

— Tak, tak myślałem. Ja sam byłem wtedy chyba nieco młodszy niż ty teraz — wierzchem dłoni wytarł spoconą twarz. Większość włosów na jego pokrytym bliznami przedramieniu była już siwa. — Czas wygrywa wszystkie wojny, nieważne jak kończą się bitwy.

Słońce było jeszcze wysoko, kiedy legioniści dotarli do swojego obozu. Na zewnątrz leżały zabite konie i jeźdźcy, a spory oddział Namdalajczyków przyglądał się palisadzie z bezpiecznej odległości. Odjechali spokojnie, kiedy rozpoznali nowo przybyłych.

Minucjusz przywitał Skaurusa przy jednym z wejść prowadzących do via principalis. Salut, który oddał Markowi młody oficer, był w równej mierze gestem szacunku co i ulgi.

— Dobrze cię widzieć, panie — zdołał z siebie wydusić.

— I ciebie — odparł trybun. Podniósł głos, tak by wszyscy mogli go usłyszeć. — Pół godziny! Zwinąć namioty, znaleźć kobiety i dzieciaki, i wyruszamy. Kto nie zdąży, może się tłumaczyć przed wyspiarzami; nas już tutaj nie będzie, żeby go wysłuchać.

— Wiem, że kiepsko poszło — mówił Minugusz. — Najpierw przybiegli nomadzi, a potem Vi-dessańczycy. Ludzie Draxa deptali im po piętach. Czy to Utprand zdradził?

— Nie, ale jego ludzie, owszem. Utprand nie żyje.

— Wiec tak to było… — mruknął gniewnie Minucjusz. Jego wielkie dłonie zwinęły się w pięści.

— Zdawało im się, że znałem kilku z tych dupków, którzy próbowali przejść przez palisadę. Widziałeś, jakie zgotowaliśmy im przyjęcie. Poszli sobie pewnie przegryźć coś mniej ostrego, jak ten obóz Videssańczyków koło lasu. — Zawahał się przez moment; niepewność wydawała się nie na miejscu na jego twardej i posępnej twarzy. — Mam nadzieję, że zrobiliśmy wszystko dobrze, panie. Było tu… eee… niektórzy z naszych chcieli, żebyśmy otworzyli bramy i przyłączyli się do tamtych.

— Niektórzy, co? — powiedział trybun, bez trudu odczytując niezręczne gesty Minucjusza. — Zajmę się tym, nie z;i wracaj sobie głowy. — Poklepał oficera po plecach. — Dobrze się spisałeś, Sekstusie. Idź teraz, sprowadź Erene i swoje dzieciaki. Chciałbym, żebyśmy się nieco oddalili od Drax;i, zanim zdecyduje się odciągnąć swoich ludzi od rabowaniu i zająć się nami.

Drax może to zrobić w każdej chwili — pomyślał Marek gdy Minucjusz pośpiesznie się oddalał — być może za minutę, a być może dopiero rano. Gdyby trybun dowodził Namdalajczykami, zaatakowałby legionistów od razu. Ale Drax był najemnikiem o wiele dłużej niż Marek — gdy jego żołnierze mieli przed nosem łatwą zdobycz, mógł się nie ośmielić odciągać ich od tego. Może, mógłby, jeśli… Marek wolałby, żeby zamiary Namdalajczyków były bardziej przejrzyste.

Obóz kipiał i kotłował się jak wapno polane octem. Żołnierze i ich krewni raz za razem wykrzykiwali głośno swe imiona, biegając tu i tam i szukając się nawzajem.

— Idiotki — mruczał pod nosem Gajusz Filipus. — Gdyby te głupie kury zostały przy swoich namiotach, znaleźliby się bez kłopotu.

— Te, których mężczyźni są tu jeszcze i mogą je znaleźć — wtrącił Marek, a starszy centurion mógł tylko przytaknąć. W porównaniu z innymi bitwami, ta nie kosztowała legionistów zbyt wiele — atak skupił się przede wszystkim na środku armii Imperium. Mimo to byli i tacy, którzy padli w walce i nigdy już nie mieli się podnieść; było ich wielu, zbyt wielu. He czasu minie jeszcze do chwili, gdy nie zostanie przy życiu żaden Rzymianin?

Na centralnym placu obozu Styppes robił co w jego mocy, by zmniejszyć rozmiary nieszczęścia. Marek musiał mu oddać sprawiedliwość; twarz uzdrowiciela była trupio blada z wyczerpania. Spieszył z pomocą od jednego jęczącego rannego żołnierza do następnego, nigdy nie zajmując się jednym pacjentem tak długo, aby go całkowicie wyleczyć, ale dając mu szansę na przeżycie, zanim zajął się kolejnym krwawiącym Żołnierzem. Popijał wino w sekundowych przerwach pomiędzy kolejnymi rannymi, ale widząc jego pracę, Marek nie miał mu tego za złe.

Helvis stała obok namiotu trybuna. Przywitali się krótkim uściskiem i Skaurus zajął się składaniem namiotu. Malrik pomagał mu jak umiał, dopóki Marek nie kazał mu zejść Z drogi. Jego ręce automatycznie wykonywały kolejne ruchy, którymi przygotowywał namiot do drogi.

— Nawet po tym jak zwyciężyliśmy, nie pomyślisz o przyłączeniu się do nas?

— Rozejrzyj się dokoła — zaproponował Skaurus. — To jedyne „my” jakie znam. Powinnaś to już wiedzieć od dawna.

Na zewnątrz palisady jakiś Namdalajczyk krzyknął głośno. Marek nie potrafił powiedzieć, co to było, ze względu na panujący w obozie hałas, ale wyspiarski akcent był nie do pomylenia.

— Jedyne „my”? — zapytała groźnie Helvis. — A co byś zrobił, gdyby to Soteryk był tam na zewnątrz?

Marek wycisnął powietrze spomiędzy warstw złożonego już namiotu i obwiązał go linką. Pomyślał o tym, czego dokonał jego szwagier tego dnia.

— W tej chwili myślę, że bym go zabił.

Cokolwiek chciała powiedzieć przed momentem, odpowiedź zamarła jej na ustach. Trybun kontynuował ze znużeniem:

— Nie jesteś tu przywiązana, kochanie, ale jeśli zostaniesz ze mną, najprędzej zobaczysz ludzi tu, wewnątrz jako „nas”. Zostań albo nie — jak wolisz. Nie mam czasu na kłótnie.

Przez moment myślał, że brutalność tego co powiedział była dla niej zbyt ciężka do zniesienia. Ale Dosti zaczął się wiercić w jej ramionach — uspokajała go, najpierw podświadomie, potem z prawdziwą czułością. Spojrzała na niego, na Skaurusa, podczas gdy lewA dłonią dotykała delikatnie swojego brzucha.

— Zostanę z tobą — powiedziała w końcu.

Marek tylko odchrząknął. Upychał właśnie zwinięty namiot do swoich bagaży. Jak z wężem połykającym królika, wydawało się to niemożliwe, ale mimo wszystko namiot zniknął w czeluściach plecaka. To samo stało się z jego drewnianym kuferkiem. Stół i krzesło musiały pozostać — nie było czasu ładować je na muła. Zarzucił plecak na ramiona; Rzymianie sami sobie byli mułami.

Helvis miała dziwnie zamyśloną minę. Marek odwrócił sic do niej plecami, ale jej słowa kazały mu wrócić do poprzedniej pozycji.

— Są chwile, kochanie, kiedy tak bardzo przypominasz mi Hemonda.

— Co? Dlaczego? — zapytał zaskoczony. Rzadko rozmawiała z trybunem o ojcu Malrika wiedząc, że na wzmiankę o Hemondzie Marek robił się drażliwy, i pamiętając jak zezłościł się kiedyś, gdy w roztargnieniu nazwała go imieniem swego zmarłego męża.

— Na Wagera, to nie dlatego, żebyś tak się zachowywał! — uśmiechnęła się przypominając sobie, jej oczy złagodniały. Kiedy chciał czegoś ode mnie, śmiał się, wygłupiał, szturcha! mnie w bok, aż w końcu mu ulegałam. — Podniosła brew, patrząc na niego z wyrzutem. — Ty wykładasz rzeczy jak rzeźnik, rzucający kawał miecha na stół, a jak mi się to nie podoba, to do lodu ze mną.

Marek czuł jak się czerwieni.

— Gdzie jest, w takim razie, podobieństwo?

— Znałeś Hemonda. Dopiąłby swego, bez względu na wszystko. I ty także dostaniesz zawsze czego chcesz. Teraz też — westchnęła. — Jestem gotowa.

Legioniści maszerowali ustawieni w czworobok, z kobietami, dziećmi i rannymi w środku. Na-mdalajczycy śledzili ich ruchy, tak jak spodziewał się tego Marek. Bez własnej jazdy nic nie mógł na to poradzić. Uważał zresztą, że i tak będzie miał szczęście, jeśli skończy się tylko na śledzeniu. Sądząc z odgłosów, jakie dochodziły z videssańskiego obozu, Drax pozwalał swoim ludziom dobrze się bawić.

Ci z Videssańczyków, którym udało się uciec z pogromu, przyłączali się do oddziału Skaurusa — pojedynczo i dwójkami, niektórzy pieszo, inni na koniach. Trybun pozwalał im pozostać — wciąż byli żołnierzami, a każdy jeździec mógł się przydać, chociażby jako zwiadowca.

Jeden z nich przyniósł wiadomości o losie Zigabenosa. Pojmany przez Namdalajczyków. Jeszcze jedna z tak wielu rfych wieści; Marek zmartwił się, ale nie był specjalnie zaskoczony. Spodziewał się usłyszeć tego rodzaju rzeczy, bez względu na to czy były prawdziwe, czy też nie. Zapytał żołnierza:

— Skąd wiesz, że tak było?

— No cóż, powinienem o tym wiedzieć. Widziałem to — odparł Videssańczyk. Jego akcent przypominał Markowi Phostisa Apokavkosa. Spojrzał na trybuna z oburzeniem, jak każdy obywatel Imperium, którego słowa podawano w wątpliwość. — Ściągnęli go z konia. Na piekło Skotosa, nie udałoby im się to nigdy, gdyby go wcześniej nie ranili. Ale najpierw dał im nieźle popalić. Niech cholera weźmie wszystkich Namdalajczyków.

— Widziałeś, jak go złapali i nie zrobiłeś nic, żeby mu pomóc? — zahuczał złowieszczo Czerwony Zeprin. Potężny Halogajczyk, przez wiele lat służący w osobistej straży Imperatora, wciąż nosił w sercu żal i wstyd, że nie zginął wraz z pułkiem swoich rodaków, którzy nadaremnie starali się obronić Mavrikiosa pod Maragha. Nie była to jego wina — Imperator odesłał go, by dowodził lewym skrzydłem jego armii. Mimo to, Zeprin obwiniał tylko siebie. Teraz, z toporem w ręku, spoglądał groźnie na umęczonego Videssańczyka.

— I jakiż z ciebie żołnierz, człowieku? Mężczyzna odchrząknął i splunął.

— Żywy — odparował — czyli o niebo lepszy od tego drugiego rodzaju. — Zmierzył Halo-gajczyka zuchwałym spojrzeniem.

Zawsze rumiana twarz Zeprina nabiegła teraz krwią. Ryknął w swoim języku coś, co brzmiało jak syk żaru polanego wodą. Zanim Marek i Videssańczyk zdążyli się poruszyć, uniósł wysoko topór, który z ogromną siłą opadł na hełm nieszczęśnika i rozpłatał czaszkę aż po zęby. Wstrząsany śmiertelnymi drgawkami, upadł na ziemię, martwy zanim jeszcze jej dotknął.

Halogajczyk wyszarpnął z niego swą broń.

— Tchórzliwe ścierwo — mruknął, wycierając ostrze o kępkę trawy. — Żołnierz, który nie pozostanie przy swoim panu, nie zasługuje na nic więcej.

— Mogliśmy się czegoś jeszcze od niego dowiedzieć — powiedział Marek, ale na tym poprzestał. Gdy jakiś większy oddział legionistów łamał szyk i rozbiegał się, jego żołnierze musieli być ukarani: co dziesiąty musiał potem zginąć, by wszyscy mogli z siebie zmyć hańbę tchórzostwa. Zanim podjął służbę, trybun uważał tę karę za odrażającą w swym barbarzyństwie — teraz myśl o niej nie budziła w nim żadnych emocji. Ta zmiana go zawstydziła. Wojna kalała wszystko, czego się dotknęła.

Arandos była ciemnobrązową rzeką, szeroką na kilkaset jardów. Przerzucono nad nią wiele mostów, ale wszystkie były kontrolowane przez ludzi Draxa. Być może, udałoby się ich pokonać, ale to wymagało czasu, którego legioniści nie mieli. Gdyby Drax nie zajmował się uciekinierami z armii Videssos, już dawno by ich dogonił, zamiast dawać im te dodatkowe trzy dni na ucieczkę. Na-mdalajczyk był jak pies, któremu rzucono tyle kości naraz, że nie wiedział, do której ma się zabrać najpierw. Skaurus, z kolei, czuł się jak zając osaczony przez myśliwych.

Choć sam nie wierzył w powodzenie tego planu, porozsyła! Videssańczyków, by zapytali wieśniaków z okolicznych wsi o jakiś bród, rozumując, że ci chętniej będą rozmawiać ze swoimi rodakami niż z obcymi im Rzymianami. Niemal krzyknął z radości, gdy Apokavkos przyprowadził starego chłopa z wielkimi, odstającymi uszami. Ten przeszedł od razu do rzeczy:

— Ile to będzie warte dla ciebie?

— Dziesięć sztuk złota. Po drugiej stronie rzeki — odparł trybun.

— A ty na krzyż, jeśli kłamiesz — dodał Gajusz Filipus. Tubylec podrapał się po głowie, zastanawiając się nad słowami centuriona — Videssańczycy nie znali czegoś takiego jak ukrzyżowanie. Ale groźba dźwięcząca w głosie weterana była jednoznaczna. Mimo to mężczyzna pokiwał głową, zgadzając się na warunki.

Prowadził legionistów na wschód, wzdłuż brzegu Arandos, aż znaleźli się w bezpiecznej odległości od najbliższego mostu. Wtedy zwolnił, rozglądając się po brzegu za jakimś znakiem, nie wspominając jednak, o co mu chodzi. W końcu odchrząknął z satysfakcją:

— No to jesteśwa.

— Gdzie? — dla Skaurusa ten fragment rzeki wyglądał zupełnie tak samo jak każda inna część Arandos.

— Na krzyż z kłamliwym gnojkiem — powiedział Gajusz Filipus, ale po łacinie. Farmer, który zupełnie go nie rozumiał, ściągnął przez głowę długą do kolan tunikę, która była jego jedynym okryciem, i wszedł do rzeki.

Woda sięgała niemal po jego odstające uszy, i Marek zaczął się poważnie zastanawiać, co z nim zrobić. Wieśniak wydawał się jednak zupełnie nie zbity z tropu. Odwrócił się do nich, z mokrym uśmiechem na twarzy.

— Woda po zimie jeszcze całkiem nie zleciała, ale ni ma sie co bać. Chodźcie, głębi już nie będzie.

Trzymając miecz nad głową, trybun poszedł w jego ślady. Jego dodatkowe cale bardzo mu się teraz przydały — woda sięgała mu co najwyżej po szyję. Dwójkami i trójkami, kolejni legioniści wchodzili do wody.

— Nie więcy — ostrzegał przewodnik. — Droga nie jest… yyy… szeroka — przypomniał sobie odpowiednie słowo. Posuwał się naprzód, zbaczając co chwilę to kilka kroków na lewo, to na prawo, to znów przystawał jakby badając stopą dno.

— Niech nas bogowie mają w swojej opiece, jeżeli ci cholerni wyspiarze dopadną nas teraz — powiedział Gajusz Filipus, oglądając się nerwowo. Stąpnął w jakieś głębsze miejsce i zniknął, by wynurzyć się za chwilę, parskając i kaszląc.

— Szlag by trafił… — mruknął.

Marek zadowolony był z poziomu wyszkolenia swoich żołnierzy — pływanie było jedną z najważniejszych części ich treningu. Nawet gdy zdarzyło się komuś zejść z wąskiego brodu, był w stanie sam się wyratować — na szczęście prąd w Arandos nie był zbyt silny. Ostatecznie stracili tylko jednego człowieka — Vaspurakanera, który zniknął pod wodą i utonął, zanim można było do niego dotrzeć. Jak wiadomo, górale byli kiepskimi pływakami — ich rzeki to maleńkie strużki w lecie, rwące potoki wiosną i jesienią, a zamarznięte na kamień tafle zimą.

Kiedy trybun wdrapał się w końcu na południowy brzeg rzeki, videssański wieśniak przywitał go wyciągniętą po zapłatę ręką. Skaurus przyglądał mu się z namysłem, grzebiąc jednocześnie w sakiewce.

— Skąd mogę wiedzieć, że nie pokażesz tego przejścia pierwszemu Namdalajczykowi, który się tu pojawi?

Jeżeli spodziewał się jakichś zapewnień czy obietnic ze stron, Videssanczyka, to musiał się rozczarować. Z wyrachowana szczerością wieśniak odpowiedział:

— Pewnie, że bym pokazał, co by tylko chcieli zapłacić. Ali po co by mieli płacić, jak trzymajo wszystkie mosty? — jego żal był całkiem szczery.

— Posłuchaj tego faceta! — wykrzyknął Senpat Sviodo Sprawdzał właśnie, czy też jego pando-ura nie zniszczyła sic podczas przejścia. — Czy to dziwne, że Videssańczycy ciągle się tłuką między sobą?

— Chyba nie — Marek zapłacił przewodnikowi, który przyjrzał się dobrze każdej monecie, sprawdzając niektóre w zębach, by upewnić się czy rzeczywiście były złote.

— Niezłe — zauważył farmer. — Złamałbym se zęba na tc| jednej Ortaiasa, co żeście mi dali, no ale to tylko jedna.

Z braku jakiegokolwiek innego miejsca, do którego mógłby je schować, włożył monety do ust. Lewy policzek obwisł mu pod ciężarem złota.

— Dżenkuje penknie — wymamrotał niewyraźnie.

Dzieci piszczały i ochlapywały się nawzajem, kiedy ich matki i legioniści przenosili je przez rzekę. Niektóre kobiety także musiały być przeniesione przez żołnierzy — te najniższe, i te, które ze względu na ciążę nie mogły się szybko poruszać. Helvis, wysoka i silna, poradziła sobie bez trudu. Sama niosła Dostiego, a jeden z legionistów zajął się Malrikiem. Jej lniana bluzka i długa, wełniana spódnica przylgnęły wspaniale do jej ciała, kiedy wyszła z wody.

Trybun z żalem oderwał od niej swój wzrok i spojrzał na brzeg, gdzie kilka jardów dalej ludzie Gagika Bagratouni wpatrywali się ponuro w rzekę, opłakując śmierć towarzysza. Ten widok kazał mu spytać wieśniaka:

— Dlaczego nie wbijecie jakichś pali w dno, żeby można było tędy bezpiecznie przejść?

— I żeby każdy wiedział, gdzie to jest? — Tubylec potrząsnął głową, rozbawiony. — Dzięki, ale nie.

— Do czego go używacie, że to taka tajemnica? — zapytał Marek, ale kiedy w odpowiedzi Vi-dessańczyk wyciągnął tylko rękę, dodał pospiesznie: — Nieważne. Nie jestem aż taki ciekawy, żeby znowu ci płacić.

— Nie to nie. — Farmer poczekał aż ostatni z legionistów przekroczył rzekę, po czym ponownie wlazł do wody. Kiedy dotarł do północnego brzegu odkrył, że ktoś przywłaszczył sobie jego tunikę. Marek, który przyglądał mu się z drugiego brzegu, czekał na wybuch złości. Nic takiego się nie stało. Nagi, tak jak go stworzyła matka natura, Videssańczyk zniknął w krzakach, które pokrywały gęsto brzegi Arandos.

— A czemu miałby się przejmować? — powiedział Senpat. Wydął komicznie policzek. — Zostaje mu jeszcze dziewięć sztuk złota, nawet bez tej starej szmaty.

Namdalajczycy dotarli już całkiem daleko od Arandos. Legioniści byli o dwa dni drogi na południe od rzeki, kiedy wyszli prosto na dwóch wyspiarzy, dosiadających swych koni z arogancją i pewnością ludzi, którzy czują się panami wszystkiego, czego doglądają. Ta arogancja zniknęła jak dym na wietrze, kiedy wyjechali zza grupki potężnych dębów i zobaczyli kolumnę Skaurusa. Widział, jak wymienili przerażone spojrzenia. Zaraz potem gnali wściekle przez pole pszenicy, poganiając swoje ciężkie wierzchowce, tak jakby były to konie wyścigowe, kierując się w stronę rzeki.

Marek cofnął się o krok, przez krótką chwilę równie i zaskoczony jak żołnierze Księstwa. Przypomniał sobie, że on i też miał jazdę, spory oddział ludzi Zigabenosa.

— Za nimi! — krzyknął.

Videssańczycy ruszyli z wahaniem, tak jakby nie zdarzyło im t się nigdy wcześniej z kimś walczyć. Okrzyki piechurów dodały im jednak ducha, tak jak i widok uciekających co sił Namdalajczy-ków. Wyspiarze byli już tylko o sto jardów przed pościgiem, kiedy zniknęli za jednym z niskich pagórków.

Żołnierze Imperium wkrótce powrócili, tym razem nadjeżdżając dumnym kłusem. Prowadzili jednego konia, a w rękach trzymali parę kolczug doskonałej roboty i dwa stożkowate hełmy.

— Gdzie drugi koń? — zawołał ktoś.

— Musieliśmy go zabić — odparł jeden z nich.

— Idioci! Partacze! Kupa cholernych niedołęgów! — Videssańczycy uznali te dobroduszne kpiny za pochwały, którymi były rzeczywiście.

— To bardzo dobrze — powiedział Gajusz Filipus. — Znowu mogą czuć się mężczyznami. Będziemy z nich mieli jakiś pożytek.

— Zgadza się — potwierdził Marek. — A swoją drogą, iluż to ludzi może mieć Drax? Miałem nadzieję, że trzyma się Arandos i czeka na ewentualne ataki tego, co mogli uzbierać arystokraci po zachodniej stronie rzeki, ale zdaje się, że to on jedzie prosto na nich. Cokolwiek by o nim mówić, nie poprze staje na małym, co?

— Hmm — starszy centurion zastanawiał się nad jego słowami. — Jeśli za bardzo się rozciągnie, zajmą się nim Yezda, bez względu na to, co my zrobimy.

— To prawda — przyznał Marek, zaniepokojony. Od pól torą roku nawet nie widział żadnego z wojowniczych nomadów. Łatwo było o nich zapomnieć w gmatwaninie wojen domowych, które wstrząsały Imperium. Jednak gdyby nie oni, nie doszłoby do tych wojen, a ich wypady na ziemie Videssos były niczym zwiastuny odległej burzy.

Nie dość odległej powiedział Gajusz Filipus, gdy Skaurus podzielił się z nim swoimi przemyśleniami.

Grupa dębów okazała się znacznie większa niż przypuszczał trybun. Właściwie był to spory las, ciągnący się na wiele mil. Posiadłość jakiegoś arystokraty? — zastanawiał się po cichu. Na wpół dojrzałe żołędzie, ciemnozielone i brązowe, z ostrymi czubkami, chowały się pomiędzy liście o ostrych brzegach. Słyszał dzika grzebiącego w ziemi, gdzieś daleko, miedzy drzewami — wszystkie świnie uwielbiają żołędzie.

Maszerujący legioniści rozgarniali ciemnobrązowe pozostałości po opadłych jesienią liściach. Delikatny szum działał na niego kojąco, jak odgłos morskich fal.

Od głosy kroków, które zupełnie nie harmonizowały z tym miłym dźwiękiem, przywołały Skaurusa do rzeczywistości. Zza kępy drzew, przy których ścieżka zakręcała w prawo, wypadł jakiś mężczyzna. Jego pierś falowała w ogromnym wysiłku. Krew z głębokiej rany na środku czoła spływała na tunikę i mieszała się z kurzem drogi, Przerażenie na jego twarzy zmieniło się w pełną niedowierzania radość, gdy rozpoznał Videssańczyków w towarzyszących Rzymianom jeźdźcach.

— Chwała niech będzie Phosowi! — wysapał. W pośpiechu, wszystko co mówił zlewało się ze sobą:

— Ratunku! Szybko, mój pan, obce diabły, mordują!

— Namdalajczycy? — zapytał Marek. Czy nie było im końca? Gdy mężczyzna przytaknął, rzucił tylko krótko: — Ilu?

Ten rozłożył ręce:

— Najmniej setka — podskakiwał z emocji i radości, nie zważając na swoją ranę. — Na litość Phosa, pospieszcie się!

— Dwa manipuły — zadecydował trybun. Gajusz Filipus posępnie pokiwał głową; ludzie Księstwa nie byli łatwym kąskiem. Skaurus kontynuował na tym samym oddechu: — Blesus, twoi ludzie, tak, i twoi Gagik! — Bagratouni zrozumiał rozkaz, choć Marek mówił po łacinie. Krzyknął coś w swoim gardłowym języku — jego Vaspurakanerzy odkrzyknęli, uderzając włóczniami o tarcze. Kontyngent nakharara był za duży jak na prawdziwy manipuł — stu Namdalajczyków miałoby przeciwko sobie trzy razy większe siły.

Gajusz Filipus potrząsnął rannym Videssańczykiem, który teraz, gdy nie musiał już biec, by ujść z życiem, trząsł się jak galareta.

— Którędy, człowieku? — zażądał weteran.

— W lewo na pierwszym rozwidleniu, potem w prawo na następnym — wykrztusił mężczyzna. Otarł czoło brudnym rękawem, z niedowierzaniem gapiąc się na jasną krew. Potem zgiął się wpół i zwymiotował na drogę. Gajusz Filipus skrzywił twarz ze wstrętem, ale wykrzykiwał głośno rozkazy dla wszystkich żołnierzy.

Marek wyciągnął miecz.

— Biegiem! — krzyknął i dodał — Okrzyk na dziś: Gavras! — Legioniści pognali za nim. Pierwsze rozwidlenie było oddalone zaledwie o jakieś dwa jardy, ale dotarcie do drugiego zajęło im sporo czasu. Czując jak pot spływa mu strumieniem po plecach, Skaurus zaczął się zastanawiać, czy nie przegapili właściwego miejsca. Ale krwawy ślad Videssańczyka upewnił go, że wszystko szło dobrze. Krople krwi na drodze były jeszcze całkiem świeże i wyraźne — mężczyzna musiał biec, jakby Furie deptały mu po piętach.

Rzymianie me byli tak szybcy, ale tempo, które narzucili było wystarczająco ostre, by ich vaspu-rakanerscy towarzysze którzy w większości byli krępymi mężczyznami o krótkich nogach, mieli spore kłopoty z dotrzymaniem im kroku.

— Tam z przodu, za spróchniałym pniakiem — powiedział Gajusz Filipus pokazując ręką. Rzeczywiście, ścieżka wyraźnie się rozdzielała. W głosie starszego centuriona nie było ani śladu za-dyszki. Mógł biec o wiele dłużej niż teraz, bez żadnego kłopotu.

Gdy zbliżali się do rozwidlenia, Marek słyszał już okrzyki i brzęk stali.

— Gavras! — krzyknął, a legioniści odpowiedzieli mu jak echo. Przez moment odgłosy walki ucichły, dając miejsce zaskoczeniu, ale zaraz potem powietrze wypełniły triumfalne okrzyki Vides-sańczyków, przemieszane z rykiem złości i strachu wydobywającym się z gardeł Namdalajczyków.

Legioniści ruszyli do ataku, biegnąc wzdłuż prawej odnogi ścieżki, która prowadziła na niewielką polanę. Garść Videssańczyków, z których czterech dosiadało koni, reszta zaś walczyła pieszo, zepchnięta została do małego kółka przez naciskających twardo namdalajskich jeźdźców. Po obu stronach byli zabici — wyglądało na to, że wyspiarze zbierali się właśnie do ostatecznego ataku, który zmiótłby ich przeciwników.

Kiedy jego manipuł ustawiał się w linii ataku, z przygotowanymi do rzutu pila, nawet flegmatyczny Juniusz Blesus wybuchnął śmiechem.

— Setka? — powiedział do Skaurusa. — Zdaje się, panie, że sprowadziliśmy górę do zabicia muchy.

Jeżeli na polance było więcej niż trzydziestu wyspiarzy, trybun byłby zaskoczony. Ludzie Księstwa wytrzeszczyli oczy na wysypujących się wciąż z lasu legionistów. W końcu facet, który jak podejrzewał Skaurus był ich dowódcą, o czym świadczyło bogate siodło i świetny koń, którego dosiadał, odrzucił do tyłu głowę i zaczął śmiać się jeszcze głośniej niż przed chwilą Blesus.

— Włócznie na ziemię, chłopcy — zawołał do swoich żołnierzy. — Mają nas, nie ma co.

Namdalajczycy wykonali rozkaz, choć niektórzy — zwłaszcza ci najbliżej swoich niedoszłych ofiar — zrobili to z wyraźną niechęcią. Ale Videssańczycy, równie zaskoczeni niespodziewaną odsieczą jak ich wrogowie, z ulgą oparli się o swoją broń ł oddychali ciężko — na pewno nie byli już w stanie atakować. Kapitan najemników podjechał powoli do Skaurusa. Rzymianie stojący wokół trybuna podnieśli ostrzegawczo włócznie, ale wyspiarz nie zwracał na nich uwagi. Wyciągnął swoją tarczę w stronę Skaurusa.

— Uderz raz. Muszę ratować honor — powiedział i Marek puknął w metalową powierzchnię swoim mieczem. — Niezłe uderzenie! Poddaję się! — Ściągnął hełm pokazując, że zdaje się na łaskę trybuna. Jego ludzie uczynili to samo.

Spod hełmu ukazała się uśmiechnięta, piegowata twarz Namdalajczyka. Miał bujne, lekko rude włosy i jak większość jego rodaków, wygalał sobie tył głowy. Tak samo jak wyspiarze broniący drewnianej fortecy na północ od Sangarios, nie miał żadnych skrupułów, gdy chodziło o poddanie się wrogowi — takie rzeczy były częścią życia zawodowego żołnierza.

To samo dotyczyło całego szwadronu, którym dowodził — jeden z żołnierzy, bez cienia wrogości, mówił do Videssańczyków, z którymi przed chwilą walczył:

— Dostalibyśmy was, gdyby ci pieprzeni Rzymianie się tu nie przyplątali. — Służąc z nimi w stolicy, niemal ramię przy ramieniu, Namdalajczycy wiedzieli o legionistach więcej niż ci, którym Rzymianie uratowali właśnie życie.

Skaurus wyznaczył kilku żołnierzy do rozbrojenia wyspiarzy, a potem podszedł do Videssańczy-ków, by pozdrowić ich dowódcę. Szlachetna rasa konia i atmosfera władzy, którą otaczał się niczym ciepłym płaszczem sprawiały, że nietrudno było go znaleźć. Musiał mieć już prawie sześćdziesiątkę, ale była to krzepka sześćdziesiątka. Jego włosy i precyzyjnie przystrzyżona broda były stalowo-szare, i choć był szczupły, ramiona nie uginały się pod ciężarem zbroi.

Błysk ironii pojawił się w jego oczach, gdy oddawał Markowi salut:

— Czynisz mi zbyt wielki honor. To słabszy powinien kłaniać się silniejszemu, nie odwrotnie. Sittas Zonaras, do usług — ukłonił się w siodle. — Jestem spathariosem, jeśli coś ci to mówi.

Już gdy się przedstawiał, trybun doszedł do wniosku, że lubi Zonarasa. W skomplikowanym świecie videssańskich tytułów, spatharios był najmniej określony, ale i tak niewielu arystokratów stać było na żarty dotyczące ich pozycji.

— Słyszałem o tobie, młody człowieku — zauważył Zona ras, najwyraźniej dodając tę ostatnią frazę tylko po to, n, zobaczyć, czy Marek poczuje się urażony. Kiedy jednak nie doczekał się żadnej reakcji, zaatakował ostrzej: — Baanes Onomagoulos miał kilka rzeczy do powiedzenia o tobie, ale wolałbym ci nie powtarzać żadnej z nich — jeden z ludzi arystokraty rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie.

— Doprawdy? — powiedział Marek, czujny pod maską obojętności. Nie był zaskoczony tym, że Zonaras znał martwego już rebelianta — Onomagoulos stąd właśnie pochodził. Jednak fakt, że przyznał się on do tej znajomości, był czymś zupełnie różnym — niezwykłym gestem zaufania ofiarowanym człowiekowi, który służył największemu wrogowi Baanesa.

— Onomagoulos rzadko mówił coś dobrego o kimkolwiek — powiedział trybun, a Zonaras przytaknął; jego twarz była teraz zupełnie bez wyrazu, jakby zastanawiał się, czy nie popełnił błędu. Oczy rozjaśniły mu się jednak, gdy Marek kontynuował:

— Myślę, że kalectwo go rozgoryczyło. Nie był taki przed Maragha.

— To prawda — powiedział Videssańczyk. Jakby z ulgą oddalając się od niebezpiecznego tematu, obejrzał się na ludzi Księstwa. — Co z nimi zrobisz? Wydaje im się, że posiadają juz ten kraj tylko dlatego, że ich bandycki wódz tak powiedział.

Po Sangarios — pomyślał Marek ponuro — mają do tego lepszy powód. Zastanawiał się przez kilka sekund.

— Być może Drax wymieni ich za Mertikesa Zigabenosa.

Legioniści musieli wyprzedzić nowiny o bitwie, bo Zonaras zamrugał zdumiony, a jego ludzie aż krzyknęli ze zdziwienia i trwogi.

— Drax ma dowódcę straży? — zapytał Zonaras. — Smutne wieści. Opowiedz mi o wszystkim. Skaurus zdał mu relację z niedawnych wydarzeń. Zonaras słuchał spokojnie, dopóki trybun nie doszedł do zdrady Namdalajczyków, którzy mieli walczyć dla Imperium, a wtedy zaczął przeklinać w bezsilnej złości.

— Niech Skotos zmrozi wszystko, co należy do zdrajców — mruczał, i od tej chwili Marek był pewien, że nie brał on udziału w rebelii Onomagoulosa. Kiedy trybun skończył, Zonaras milczał przez długą chwilę. W końcu zapytał:

— Co teraz zrobisz?

— Co tylko będę w stanie zrobić — odparł Skaurus. — Ile to może być, nie wiem sam. Myślał, że Zonaras parsknie z pogardą, ale videssański arystokrata skinął poważnie głową.

— Masz na karku głowę starego człowieka, żeby wystrzegać się obiecującego słońca Phosa, kiedy nie nosisz go na pasku. — Zonaras podrapał się po kolanie, przyglądając się Skaurusowi. — Wiesz co, cudzoziemcze? Zawstydzasz mnie — powiedział powoli. — To niedobrze, gdy najemnym żołnierzom bardziej zależy na ocaleniu Videssos, niż jej własnym ludziom.

Marek myślał tak samo już od pierwszych tygodni swojego pobytu w Imperium, ale niewielu Vi-dessańczyków się z nim zgadzało. Przyzwyczajeni od wieków do swej potęgi, uważali ją za coś naturalnego — a właściwie było tak do Maragha. Rzymianin, którego ojczyzna wyrosła na potęgę zaledwie półtora wieku przed jego narodzinami, nie był tak pewny siebie.

Zonaras przerwał te rozmyślania, sięgając po jego rękę.

— Wszystko, co mogę zrobić ja i moi ludzie, będzie zrobione — zobowiązał się i uścisnął dłoń trybuna z siłą, która zadawała kłam jego wiekowi. Skaurus oddał uścisk, ale zastanawiał się, jakiej pomocy może oczekiwać od jednego arystokraty mieszkającego prawie w lesie.

Następny dzień marszu był dla trybuna sporym odkryciem, nie tylko dlatego, że cały czas znajdowali się na ziemi Sittasa Zonarasa. Pod wieczór legioniści rozbili obóz obok jego ogromnej willi, która usytuowana była w wąskiej dolinie. Zachodzące słońce okryło wyżynę purpurą na południu i wschodzie.

— Nieźle nam poszło — powiedział Zonaras bez fałszywej skromności.

— Tak, pewnie, wam zwłaszcza — powiedział Gajusz Filipus.

Marek teoretycznie wiedział o wielkich posiadłościach i wioskach, które kontrolowali videssa-ńscy magnaci. Dopiero jednak teraz zaczynał rozumieć, co naprawdę znaczyła ta koni rola. Wokół stolicy burzliwe miejskie życie wyparło gospodarstwa szlachty, a w ziemiach zachodnich, na centralnym płasko wyżu, gleba była zbyt słaba, by można było zgromadzić tam takie bogactwo, jakim cieszył się Zonaras.

Jego posiadłość obejmowała wspaniałe winnice i ogrody, plantację wierzb rosnących przy strumieniu przepływającym obok willi, łąki, na których pasły się konie, osły, krowy, owce i kozy, lasy przeznaczone do wyrębu na drewno i na paszę dla zwierząt, winorośle pnące się w górę rosnących na wzgórzach drzew, i dębowy las, gdzie spotkał najpierw Namdalajczyków a potem Skaurusa, który to las zapewniał karmę z żołędzi nie tylko dzikom, na które polował, ale i jego własnym świniom.

W czasie marszu, trybun widział co najmniej pięć pras do wyciskania oleju z oliwek. Licznych stad pilnowali pasterze — najważniejszy z nich, krępy mężczyzna w średnim wieku, bez najmniejszych oznak służalstwa podszedł do Zonarasa, by się z nim przywitać, po tym jak szlachcic upewnił go z daleka, że długa kolumna maszerujących za nim legionistów to przyjaciele.

— To bardzo dobrze, panie — powiedział mężczyzna. Inaczej musiałbym podburzyć moich wieśniaków. — Podarł kawałek pergaminu, na którym było coś napisane. Pewnie liczba i kierunek marszu intruzów — pomyślał Marek. Nie by! zaskoczony faktem, że szef pastuchów umiał pisać. W Rzymie także człowiek na tak odpowiedzialnym miejscu nie mógł być analfabetą.

Chociaż legioniści, którzy słyszeli groźbę mężczyzny, podśmiewali się z niej, Skaurus brał ją zupełnie na poważnie. Nie śmiał się także Gajusz Filipus. W odróżnieniu od większości Rzymian, wiedział dobrze, co znaczy wojna podjazdowa.

— Wszyscy faceci w tych wioskach, przez które przechodziliśmy, wyglądali tak jakby gotowi byli pójść w ogień za Zonarasem — powiedział do trybuna. — Nie byłoby wesoło, gdyby wskakiwali nam na plecy zza każdego krzaka, a potem znikali w lesie albo w górach, zanim zdążylibyśmy się ruszyć — mówił po łacinie, tak że Zonaras mógł wyłapać tylko swe imię, nic więcej.

Marek zrozumiała co miał na myśli starszy centurion,i nagle zrozumiał także, dlaczego biurokraci w Videssos tak bardzo nienawidzili i tak bardzo bali się arystokracji z prowincji. Potrzeba było dosłownie armii, by zmusić Zonarasa do zrobienia czegokolwiek, czego sam nie życzył sobie robić, a takich jak on było bardzo wielu.

Właściwie nawet armia mogłaby nie wystarczyć, by przywołać Zonarasa do posłuszeństwa. Mógł się bronić nie tylko z pomocą uzbrojonych wieśniaków. Gdy legioniści dotarli do jego rodzinnej siedziby, odkryli że arystokrata miał do swojej dyspozycji grupę pięćdziesięciu zbrojnych strażników. Nie byli to prawdziwi zawodowcy, jako że utrzymywali się głównie z rolnictwa, ale braki w wyszkoleniu i zręczności nadrabiali niezrównaną znajomością terenu i takim samym oddaniem dla swojego pana, jakie pokazał szef pastuchów.

Skaurus wiedział, że kiedyś ci rolnicy-żołnierze służyli przede wszystkim Imperium, i jemu byli przede wszystkim wierni. Ale lata wysokich podatków zmusiły ich do tego, by szukać protekcji u wielkich magnatów, w obronie przed chciwością rządu centralnego. Miejscowi arystokraci, ambitni i potężni, z zadowoleniem przyjęli ich do siebie, chcąc z ich pomocą pozbyć się raz na zawsze jarzma biurokratów ze stolicy. Ci z kolei, aby utrzymać się przy władzy, opłacali wojska najemne, które miały trzymać w ryzach arystokrację… i stąd — myślał Marek, gdy legioniści ustawiali palisadę na usypanym już wale — te nie kończące się wojny domowe; najpierw rebelia Onomagoulosa, a potem Drax. Gdyby nie ciągłe konflikty wewnątrz Videssos, Yezda nie przekroczyliby już dawno temu grani Vaspurakanu, nie wisieliby nad Garsavrą niczym sęp nad dogorywającym zwierzęciem.

— No i cóż z tego? — odpowiedziała Helvis, gdy powiedział jej o tym. — Gdyby Videssos nie zatrudniała najemników, nigdy byśmy się nie spotkali. Chyba że teraz byłbyś z tego raczej zadowolony? — było w jej glosie wyzwanie, ale i smutek. To nie było pytanie retoryczne.

— Nie, kochanie — zaprzeczył dotykając jej dłoni. — Bogowie wiedzą, że nie jesteśmy doskonali, ale w końcu tylko oni są tacy. Albo Phos, jeśli wolisz — poprawił się szybko, widząc jak Helvis zaciska usta. Przeklinał w duchu swój niezdarny język; tak naprawdę nie wierzył w rzymskich bogów, ale mówił o nich po prostu z przyzwyczajenia.

Gajusz Filipus także wysłuchał przemyśleń trybuna.

— Hmm… — powiedział. — Gdyby Videssańczycy nie używali najemników, wytłukliby nas wszystkich, jak tylko pojawiliśmy się w tym zwariowanym świecie.

— No tak… — zgodził się Skaurus. Gajusz Filipus pokiwał głową i odszedł, by zasypać przekleństwami Vaspurakanera który był na tyle głupi, by sikać do strumienia powyżej obozu. Pechowy żołnierz miał przed sobą tydzień sprzątania latryn.

Marek pozostał sam ze swoimi rozmyślaniami. Gajusz Filipus rzadko wtrącał się do jego rozmów z Helvis. Czyżby starszy centurion próbował na swój, nieco nieokrzesany sposób łagodzić spory między nimi? Biorąc pod uwagę jego wrogie nastawienie do kobiet, byłoby to dosyć dziwne, ale żadne inne wytłumaczenie nie przychodziło trybunowi do głowy. Wymruczał pod nosem sentencję, w archaicznej, rytmicznej grece Helvis spojrzała na niego dziwnie.

— Wszystko co mówisz, mój przyjacielu, trafia w same sedno — przetłumaczył. Wszystko można było znaleźć u Homera.

Żona Zonarasa była posiwiałą już, ale pełną życia, kompetentną kobietą. Na imię miała Thekla. Jego owdowiała siostra, Erythro, mieszkała razem z nimi. Młodsza o kilka lat od Sittasa, była gadatliwa i kapryśna, i miała dar przerywania ciszy i spokoju, którym się napawał, w najmniej odpowiednich momentach.

Erythro nic miała dzieci. Jej brat i Thekla mieli kiedyś córkę i trzech synów. Dziewczyna, Ypatia, przypominała Markowi trochę Alypię Gavra swoją cichą inteligencją. Była zaręczona z jednym z magnatów, mieszkającym w górach na południu Jej przyszły mąż miał, najprawdopodobniej, odziedziczyć ma jatek Zonarasa. gdyż jego jedyny żyjący syn, choć jeszcze młody, chory był na gruźlicę. Znosił swoją chorobę z zadziwiającym spokojem i odwagą, i śmiał się z napadów kaszlu, które wstrząsały jego drobnym ciałem, ale widać już było na nim znamię śmierci. Dwaj starsi bracia, razem z wieloma ludźmi niższego stanu z posiadłości Zonarasa, zginęli pod Maragha, walcząc pod Onomagoulosem.

Pomimo to, Zonaras nie poparł swojego sąsiada, gdy ten zbuntował się przeciwko Thorisinowi Gavrasowi.

— Jak mówi Kalokyres, w czasie wojny domowej rozsądny człowiek siedzi cicho. — Skaurus uśmiechnął się skrycie, słysząc te słowa. Ostatnim człowiekiem, którego znał, a który z zamiłowaniem cytował videssańskiego pisarza, był Ortaias Sphrantzes, pechowy żołnierz… jeśli w ogóle nim był.

Portrety nieżyjących synów magnata, oprawione w czarne ramy, wisiały w jadalni.

— To okropne kicze — powiedziała Markowi Erythro, konfidencjonalnym tonem, którego uwielbiała używać. — Musisz wiedzieć, że moi bratankowie byli bardzo przystojnymi chłopcami.

— Cały twój smak mieści się w twoich ustach, droga siostro — zagrzmiał Sittas Zonaras. Sprzeczali się z Erythro nieustannie, co obu stronom sprawiało niemałą przyjemność. Jeżeli ona mówiła dobrze o winie, on przez następne dwa tygodnie, żeby ją zirytować, pil tylko piwo. Namawiała go, by utopił wszystkie koty, które pojawiały się w domu, ale gdy tylko nie było go w pobliżu, głaskała je i bawiła się z nimi.

W kwestii portretów, Marek skłonny był się jednak zgodzie z Erythro. Porównując je z tym, co malowano w stolicy, uważał że obrazy były dziełem jakiegoś samouka, bez wątpienia tubylca.

Mimo to, podsunęły Markowi pewien pomysł. Kilka dni po tym, jak legioniści rozbili obóz obok willi Zonarasa, podszedł do Styppesa.

— Chciałbym cię prosić o przysługę.

— No to proś — odburknął Styppes, nieuprzejmy jak zawsze. Przynajmniej — pomyślał trybun — nie był pijany.

— Chciałbym, żebyś namalował dla mnie ikonę.

— Dla ciebie? — oczy Styppesa, ginące pod fałdami tłuszczu, zwęziły się podejrzliwie. — A na co niewiernemu święty obraz?

— Na prezent dla mojej pani, Helvis.

— Która jest heretyczką — kapłan wciąż był gburowaty, ale Skaurus miał już przygotowane wszystkie argumenty. Prowadził już kiedyś tę grę z Videssańczykami. Zajęło to trochę czasu i Styp-pes zdążył nadwerężyć nieco swoje gardło, ale w końcu przyznał ponuro, że cześć oddawana odpowiedniemu świętemu mogła doprowadzić nawet heretyków do prawdziwej wiary, to znaczy — jego wiary.

— W takim razie, którego świętego chciałbyś, żebym ci namalował?

Trybun przypomniał sobie świątynię w Videssos, do której chodziła Helvis, kiedy w mieście wybuchły zamieszki przeciw Namdalajczykom.

— Nie pamiętam, jak nazywał się ten święty — powiedział gdy Styppes przygryzał wargę — ale żył on na Namdalen, zanim podbiło je Imperium. Nazywało się to Kalavria, praw da? W stolicy jest świątynia właśnie jemu poświecona, niedaleko od przystani Kontoskalion.

— Aa! — powiedział kapłan zaskoczony, że Marek miał już gotowy wybór. — Wiem, o kogo ci chodzi; to święty Nestorios. Na portretach przedstawiany jest jako łysy starzec z rozdwojoną brodą. Więc heretycy z Księstwa nadal oddają mu cześć, tak? W porządku, będziesz miał swoją ikonę.

— Wielkie dzięki. — Marek zamilkł na moment, po czym dodał: — Przysługa za przysługę. Kiedy znajdę chwilę, mogę pozować do twojego obrazu świętego… Jak też on się nazywał?… Kvel-dulfa, o właśnie.

— Tak, tak. To miło z twojej strony, z pewnością… — powiedział Styppes z roztargnieniem. Trybun myślał, że kapłan zaczynał już planować jak namaluje ikonę, ale kiedy odwrócił się do wyjścia, usłyszał jak ten mruczy do siebie pod nosem: — Na Phosa, ależ mi się chce pić.

Nie po raz pierwszy trybun żałował, że zdolny Nepos nie woli życia w polu od swojej posady nauczyciela teoretycznej traumaturgii w Akademii Videssos.

Przez kilka następnych dni Skaurus był zbyt zajęty, by poświęcać więcej uwagi ikonie czy też Styppesowi. Willa Zonarasa i jego mała prywatna armia wystarczyłyby zapewne, żeby stawić czoło innemu magnatowi, ale trybun nie miał żadnych złudzeń co do możliwości obrony przed zawodowcami Draxa. Legioniści kopali jak borsuki, starając się umocnić swój obóz najlepiej jak tylko potrafili, ale to wcale nie umniejszało zmartwień Markowi. Wiedział dobrze, że nawet najlepsze umocnienia nic tu nie pomogą — po prostu miał za mało ludzi.

Dzięki jeźdźcom Zonarasa mógł śledzić ruchy Namdalajczyków. Każdego dnia ich raporty mówiły o coraz większej liczbie wyspiarzy przeprawiających się na południowy brzeg Arandos, ale na razie nie była to wielka kolumna wojowników, której obawiał się trybun. Ludzie Księstwa rozpoczęli budowę fortecy, o kilka godzin jazdy na północ od dębowego lasu Zonarasa.

— Drax zajęty jest gdzie indziej i nie chce, żebyśmy mu przeszkadzali — powiedział Gajusz Filipus.

Marek rozłożył szeroko ręce, nie mając pojęcia co zamierzał Drax. Nie wszystko, co robił książę Namdalajczyków, miało sens.

— Nie, ale wszystko w końcu działa — jako dobry Rzymianin, bardziej cenił rezultaty niż metody.

Trybun uwolnił jednego ze swoich namdalajskich więźniów, których trzymał na skraju lasu, używając go jako posłańca do Draxa. Miał nadzieję, że uda mu się wymienić jeńców za Mertikesa Zigabenosa. Ich piegowaty kapitan, który nazywał siebie Persie Rybihak, od zakrzywionej blizny na ramieniu, powiedział Markowi w zaufaniu:

— Żaden problem. Myślę, że będziemy wolni nie później niż za tydzień. Trzydziestu naszych zawsze będzie znaczyło więcej niż jeden videssański generał.

Czekając na dzień wymiany, wyspiarze ochoczo pomagali legionistom — nawet jako ich jeńcy, rozumieli się z Rzymianami doskonale.

Wracając do willi Zonarasa, Marek ujrzał zadziwiającą scenę — Styppes chodził na czworaka po ogrodzie magnata, odwracając liście sałaty i przyglądając im się badawczo.

— Czego szukasz? — zawołał do kapłana ciekawy, jakież to zioła przydatne w medycynie rosną obok sałaty. Zamruga! ze zdziwienia, gdy Styppes odparł:

— Potrzebuję parę tłustych ślimaków. O, jest! — kapłan schował swój łup do małej torebki.

— Teraz rozumiem — roześmiał się trybun. — Ślimaki, sałata i już jest dobry obiad. Ugotujesz do nich jakieś jaja?

Styppes sapał z wysiłku, podnosząc się na nogi. Spróbował zetrzeć błoto, które przyczepiło siędo jego niebieskiej szaty, ale poddał się po chwili.

— Nie, kapuściany łbie. Muszę je mieć, żeby dokończyć wizerunek świętego Nestoriosa — uczyni! znak Phosa na piersi.

— Ślimaki? — Marek słyszał niedowierzanie, które wypełniało jego glos.

— No to chodź i zobacz sam, szyderco. — Zastanawiając się, czy Styppes nie nabija go właśnie w butelkę, Rzymianin ruszył do jego namiotu.

Przykucnęli obok siebie na brudnej podłodze. Styppes zapalił świeczkę z łoju, która wypełniła małe pomieszczenie zapa chem palonego tłuszczu. Kapłan pogrzebał w swojej torbie, wyciągając z niej w końcu wielką muszlę z ostrygi.

— Dobrze, dobrze — powiedział do siebie. Wyjął jednego ślimaka z mniejszej torebki i przytrzymał go nad płomieniem świecy. Nieszczęsny mięczak zaskwierczał tylko i wydzielił jakąś gęstą, przezroczystą maź. Gdy zaczęła skapywać, Styppe? zbierał ją do muszli. Ten sam los spotkał i drugiego ślimaka.

— Rozumiesz? — spytał kapłan, podstawiając Skaurusowi muszlę pod nos.

— Noo… nie — przyznał się trybun, bardziej poruszony cierpieniem ślimaków, niż byłby po kilku bitwach.

— No to zrozumiesz. — Styppes wylał maź na niewielką marmurową płytkę i dodał do niej sproszkowane złoto. — Będziesz mi musiał za to zapłacić, i to starymi monetami — ostrzegł Skaurusa. Potem dołożył jeszcze białawy proszek: Ałun — trochę żywicy, i wymieszał wszystko mosiężnym tłuczkiem. — No, teraz jesteśmy gotowi. Będziesz zachwycony — powiedział. Wyjął parę pędzli z futra borsuka. Jeden był tak mały, że włosie umocowane zostało w gęsim piórze, drugi, nieco większy, miał już drewnianą rączkę.

Marek wciągnął powietrze z zachwytu, kiedy zobaczył ikonę po raz pierwszy. Szkice Styppesa świadczyły o jego talencie, ale to były tylko szkice. Delikatne kolory i doskonała linia, twarz świętego Nestoriosa ascetyczna, ale pełna dobroci, subtelne cienie na jego niebieskiej szacie, długie szczupłe dłonie wzniesione w geście błogosławieństwa, co przypominało trybunowi zapierającą dech w piersiach mozaikę z wizerunkiem Phosa, w Wysokiej Świątyni w stolicy.

— Prawie uwierzyłem w twojego boga — powiedział, a była to dla niego najwyższa pochwała.

— Właśnie po to są ikony, żeby pouczać ignorantów i prowadzić ich do prawdziwej cnoty — odparł kapłan. Jego pulchna dłoń poruszała się równie zręcznie jak dłoń jubilera. Zamoczył maleńki pędzelek w złotym pigmencie rozlanym na marmurowej płytce. Choć gdy pracował, trzymał ikonę blisko przy twarzy, jego pismo było bardzo eleganckie; pozłacane litery, nawet wilgotne, błyszczały i iskrzyły w bladym świetle łojowej świeczki.

— Święty Nestorios — przeczytał Marek. Styppes użył teraz większego pędzla, by namalować nad głową świętego promieniste koło ze złota.

— Tak przedstawiamy słoneczną tarczę Phosa, by pokazać bliskość świętego człowieka i dobrego boga — wyjaśnił, ale trybun już się domyślił znaczenia aureoli.

— Mogę? — spytał, a kiedy Styppes skinął głową, wziął drewnianą tabliczkę w ręce. — Kiedy będę mógł to zabrać? — zapytał, już się niecierpliwiąc.

Choć raz, uśmiech Styppesa nie był ani kwaśny, ani złośliwy:

— Dzień na wyschnięcie złocenia, potem dwie warstwy werniksu, do zabezpieczenia koloru. — Podrapał się po swojej łysej głowie. — Powiedzmy, cztery dni.

— Szkoda, że nie wcześniej — westchnął Marek. Wciąż nie był przekonany do videssańskiej sztuki symbolu i alegorii, ale niewątpliwie w obdarzonych wielkim talentem rękach Styppesa, miała ona potężną siłę.

Kapłan zażądał ikony z powrotem i ustawił ją tak, by mogła bezpiecznie schnąć.

— Dobra — powiedział zmieniając nagle zachowanie. — Gdzież ja to rzuciłem te ślimaki? Twój pomysł na obiad nie by! taki zły, cudzoziemcze. Masz może trochę czosnku?

Laon Pakhymer pojawił się w obozie legionistów niczym deus ex machina w rzymskiej sztuce — nikt go wcześniej nie widział, aż nagle, po prostu tam był. Przesłał Skaurusowi pozdrowienie — jakieś niedbale machnięcie ręką, które między jego niewymagającymi rodakami uchodziło za salut. Gdy trybun spytał, jak udało mu się przejechać nie tylko przez gęsto rozstawione posterunki ludzi Zigabenosa, ale także przez straże Namdalajczyków, odparł niedbale:

— Są sposoby — i przyłożył palec do prawej strony nosa.

— Założę się, że przejechałeś brodem tego starego wieśniaka! — wykrzyknął Sekstus Minu-cjusz.

— Czyż nie jest bystrym młodzieńcem? — powiedział Pakhymer z łagodną ironią. — A jeśli tak, to co?

— Ile wziął od ciebie? — zapytał Gajusz Filipus. Khatirsh wzruszył ramionami z rezygnacją. — Dwanaście sztuk złota.

Starszy centurion zakrztusił się winem.

— Na świętą dupę Jowisza! Powinieneś tam wrócić i zabić gnojka! Za nas wszystkich dostał tylko dziesięć.

— Być może — odparł Pakhymer. — Ale wy nie jechaliście prosto z Kyzikos. — Wyglądał na nadzwyczaj zadowolonego z siebie, jak kot, który wiedział gdzie znaleźć krem.

— A co to za różnica skąd się wra… — Marek przerwał w pół słowa, ze zdumieniem na twarzy. W Kyzikos mieściła się mennica Imperium. Nikt w tym świecie nie słyszał o Midasie ale w Kyzi-kos Khatrishe mogli być całkiem bliscy spełnienia jego marzeń. Trybun nawet nie pomyślał o tym, żeby wypomnieć im grabież złota Imperium — nauczył się już, że najemnicy służą przede wszystkim sobie. Powiedział tylko:

— Drax chyba by was za to nie polubił.

— Tym gorzej dla Draxa. Chociaż masz rację; rzucił przeciwko nam spore siły, no i w końcu udało mu się na;. odciągnąć, ale kieszenie mamy pełne. Nigdy nie miałem jeszcze takiej wypłaty.

Jego naznaczona ospą twarz była brudna, broda nabita kurzem i skołtuniona, ubranie poszarpane i złachmanione, ale mimo to był szczęśliwy. Gajusz Filipus gapił się na niego z nieukrywaną zazdrością.

— Nic dziwnego, że Namdalajczycy tak łatwo nam odpuścili, kiedy musieli zająć się Kyzikos — stwierdził Minucjusz.

— Jest tak, jak myślałem — powiedział do Skaurusa Gajusz Filipus. — Ale Drax robi błąd, zajmując się najpierw skarbem Kiedy na razie przeciwnicy są daleko, pieniądze wpadają mu w łapy, ale jeżeli weźmie złoto, a nas zostawi w spokoju, możemy znaleźć sposób, żeby mu je odebrać.

— On nie ma złota — zauważył Pakhymer. — Ale rozumiem, o co ci chodzi. Mam pewien plan, który rozrusza starego Draxa.

— Co chcesz zrobić? — spytał Marek z zainteresowaniem Pomimo swoich słabości, ten Kha-trish był inteligentnym i pomysłowym żołnierzem.

— Och, już to zrobiłem. — Pakhymer wydawał się zadowolony ze swojego sprytu. — Rozpuściłem trochę złota z Kyzikos tam, gdzie to się przyda najbardziej. Jest w drodze na centralny płaskowyż. Jeżeli przeklęci wyspiarze zajęci będą walką z Yezd, nie będą mogli bić się z nami.

Trybun otworzył usta ze zdumienia.

— Coo? Przekupiłeś nomadów, żeby zaatakowali Draxa?

— My też biliśmy się z nimi parę lat temu. Co w tym złego? — Pakhymer jednocześnie bronił się i atakował. — Walczyliśmy z wyspiarzami w zeszłym roku, kiedy służyli Ortaiasowi, i teraz znowu. Dwie wojny naraz to za dużo.

— Jest pewna różnica — upierał się Marek. — Drax jest naszym wrogiem, to prawda, ale nie złośliwym i podłym, tylko Żądnym władzy. A nomadzi zabijają dla samej przyjemności zabijania. Przypomnij sobie, co widzieliśmy w drodze do Maragha i potem. — Pamiętał dobrze podarunek Avshara, który wtoczył się do obozu legionistów po bitwie… głowę Mavrikiosa Gavrasa.

Pakhymer zarumienił się, być może myśląc o tym samym, ale odpowiedział:

— Każdy kto próbuje mnie zabić, jest dla mnie podłym człowiekiem, a wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. I uważaj na to, jak wymawiasz słowo „nomada”, Skaurus. Moi ludzie pochodzą z tego samego stepu co Yezda.

— Przepraszam — powiedział trybun od razu, oddając mały punkt po to, by móc zająć się znowu tą ważniejszą sprawą. — Miej więc na uwadze, że gdy raz zaprosisz no… eee… Yezda na niziny; nawet jeśli rzeczywiście poradzą sobie z Draxem, to jednak grozi to nową nieustanną wojną; tym razem, żeby się ich stąd pozbyć.

— Czy to źle? Do czego by Videssańczykom potrzebni byli najemnicy, gdyby nie było z kim walczyć? — Pakhymer patrzył na niego dziwnie, tym samym spojrzeniem, jakie widział kilka razy u Helvis.

Westchnął. Zupełnie niechcący, Khatrish dotknął podstawowej różnicy między sobą a Skauru-sem. Dla Laona Pakhymera Imperium było pracodawcą i niczym więcej — jego los nic dla niego nie znaczył, chyba że wiązało się to jakoś z jego własnymi interesami. Ale Marek postrzegał Vides-sos, pomimo jego wad, jako coś wartego zachowania z innego względu. Było tym, i to od wielu stuleci — do czego dążył Rzym — gwarancją pokoju i spokoju dla ludzi, którzy żyli w jego granicach. Chaos i zniszczenie, które nastąpiłyby po jego upadku, napełniały go przerażeniem.

Jak mógł wytłumaczyć to Pakhymerowi, który dla chwilowi go triumfu pozwalał dwóm wilczym bandom gryźć się nad ciałem Videssos uważając, że wyświadcza w ten sposób przysługę? Marek westchnął znowu — nie, nie widział na to sposobu Tu właśnie jego kłótnia z Helvis stykała się z groźną rzeczywistością. Khatrish spustoszyłby kraj i nazwał to pokojem.

Jego nastrój polepszył się nieco, kiedy zebrani zmienili temat. Pakhymer zamierzał sprowadzić wszystkich swoich ludzi na południowy brzeg Arandos — to zapewniłoby Rzymianom zwiadowców i kawalerię, której tak bardzo potrzebo wali. Gdyby Thorisin zdołał zebrać nieco wojska, które zajęło by Draxa na północy, być może legioniści nie zostaliby całkiem wybici. I gdyby Gajusz Filipus zrobił z tymi półprofesjonalistami z Videssos to samo, co Sertorius zrobił kiedyś z Hiszpanami, mogli się jeszcze nieźle naprzykrzyć wyspiarzom Gdyby, gdyby, gdyby…

Był tak zajęty swoimi zmartwieniami, że gdy skończyło się zebranie oficerów, przeszedł obok Styppesa jakby ten by I powietrzem.

— To mi się podoba — powiedział gruby kapłan. — Zrób komuś przysługę, a potem przyjrzyj się, jakież to podziękowanie dostaniesz.

— Hę? — rozpogodził się Skaurus. — Więc już jest gotowe? — zapytał ciesząc się, że może się zająć czymś innym niż tylko najazdem Namdalajczyków.

— Ano tak, jest. Teraz mnie widzisz, co? — Marek za chował spokój i postanowił nie odpowiadać na wymówki. Cokolwiek mówił do kapłana, tamten obracał to przeciwko niemu. Styppes wymamrotał coś w swoją brodę i powiedział:

— No dobrze, chodź ze mną, chodź.

Kiedy trybun miał już ikonę w swoich rękach, nie szczędził kapłanowi pochwał, i nie była to tylko czysta uprzejmość. Styppes był kłótliwy i za bardzo lubił wino, ale jego ręce obdarzone były nie tylko mocą uzdrawiania. Niewzruszony zachwytami Skaurusa, zaczął mówić:

— Powód, dla którego marnuję swój talent dla jakiejś heretyckiej dziwki… — ale Skaurus uciekł, zanim przemowa rozpoczęła się na dobre.

Znalazł Helvis siedzącą pod drzewem, na zewnątrz obozu. Cerowała tunikę. Podniosła głowę, kiedy do niej podszedł. Gdy zobaczyła, że chce usiąść obok niej, wbiła igłę w koszulkę, która należała do Malrika, i odłożyła ją na bok.

— Witaj — powiedziała chłodno; nie starała się ukryć żalu ł złości na trybuna za to, że nie stanął po stronie jej rodaków przeciwko Videssos. Marek był już znużony tym, jak ciągle polityka wkradała się między ich dwoje.

— Witaj. Mam coś dla ciebie. — Słowa wydawały się płaskie i niezręczne, gdy tylko wychodziły z jego ust. Z nagłym ukłuciem wstydu zdał sobie sprawę, że miał za małe doświadczenie w mówieniu takich rzeczy. Zbyt mało myślał i robił dla Helvis, oprócz chwil, w których walczyli ze sobą.

— Co takiego? — ton jej głosu wciąż był neutralny. Myśli pewnie — zgadywał posępnie Marek — że mam dla niej bieliznę do zacerowania.

— Proszę, zobacz sama. — Jego głos, ze zmieszania, stał się gruby i chropowaty, kiedy podawał jej ikonę.

To, jak rozszerzyły się jej oczy, upewniło go, że jego domysły były aż zbyt bliskie prawdy.

— To dla mnie? Naprawdę? Skąd to masz? — nie oczekiwała wcale odpowiedzi. Przemawiało teraz przez nią zaskoczenie. — Dziękuję ci bardzo! — uścisnęła go jedną ręką, nie chcąc odkładać obrazu, po czym uczyniła znak Phosa na piersi.

Jej radość jednocześnie cieszyła Marka i budziła w nim skruchę. Z jednej strony był szczęśliwy, że udało mu się ją zadowolić, ale z drugiej wiedział dobrze, że powinien był o tym pomyśleć dawno temu. Źle jej odpłacał za miłość i lojalność, bo z jakiej innej przyczyny zechciała z nim zostać, pomimo tak wielu różnic? On także myślał o niej nie tylko jako o nocnej przyjemności. Miłość — pomyślał niezbyt oryginalnie — jest bardzo dziwna.

— Kto to jest? — zażądała Helvis, przerywając jego rozmyślania, ale na tym samym oddechu kontynuowała: — Nie, nie mów mi, niech sama zgadnę. — Jej wargi poruszały się bezgłośnie gdy odczytywała, litera po literze, złoty napis Styppesa. W ciągu niecałych trzech lat Marek, już znający biegle w mowie i w piśmie dwa języki, nauczył się czytać po videssańsku o wiele lepiej od niej.

— Nes-to-ri-os — odczytała sylabizując, a potem całość: — Nestorios! Święty z wyspy! Jak ty go zapamiętałeś?

Trybun wzruszył ramionami, nie chcąc się przyznać, że to Styppes znał to imię, a nie on. Nie czuł jednak wyrzutów sumienia; gdy chodziło o wiarę, której nie wyznawał, wystarczającą zasługą było zapamiętanie, że taki święty w ogóle istniał.

— Bo wiedziałem, że jest dla ciebie ważny — powiedział, a delikatne dotknięcie jej ręki upewniło go, że to była właśnie ta odpowiedź.

Strażnicy przyprowadzili do Skaurusa dwóch Namdalajczyków.

— Przyszli z białą flagą, panie — wyjaśnił Rzymianin. I poddali się naszym posterunkom w dębowym lesie.

Ludzie Księstwa pozdrowili trybuna ponurym salutem, choć jeden z nich wyglądał na szczególnie nieszczęśliwego. I nic dziwnego — pomyślał Marek — był to ten sam człowiek, którego wysłał do Draxa z ofertą wymiany.

— Witaj, Dardel — powiedział. — Nie spodziewałem się, że cię jeszcze zobaczę.

— Ani ja ciebie — odparł Dardel żałobnym tonem.

Drugi Namdalajczyk zasalutował ponownie. Skaurus widział już tę przystojną twarz z zadartym nosem, na prawym skrzydle armii Draxa pod Sangarios. Teraz oficer wyglądał elegancko, w jedwabnym płaszczu i pozłacanym hełmie.

— Baili z Ecrisi, do usług — przedstawił się, a jego videssański był niemal bez śladu wyspiarskiego akcentu. — Pozwolę sobie wyjaśnić. Mimo że mój suzeren, wielki książę i protektor Drax musi odrzucić wspaniałomyślną propozycję, uważał on za swój obowiązek odesłać ci osobę twojego więźnia.

Więc Drax ma nowy tytuł, tak? No cóż, nieważne — pomyślał Marek — mógł siebie nazywać jak tylko zechciał.

— To bardzo szlachetnie z jego strony — powiedział trybun. Ukłonił się w stronę Baili. Nie chcąc być mniej szczodry od Draxa, dodał: — Oczywiście Dardel będzie mógł z tobą wrócić, kiedy stąd wyjedziesz.

Baili i Dardel znowu się ukłonili, ten drugi widocznie szczęśliwy. Skaurus spytał:

— Dlaczego wielki książę odrzuca moją propozycję? Nie Jesteśmy tu specjalnie bogaci, ale jeśli oprócz uwolnienia Jego ludzi chce jeszcze okupu za Zigabenosa, zrobimy co w naszej mocy.

— Źle pojmujesz intencje wielkiego księcia i protektora, panie — odparł Baili. Marka nagle zaniepokoił jego uśmiech; wyraźnie wiedział o czymś, o czym trybun nie miał pojęcia. Namdalaj-czyk kontynuował, wciąż się uśmiechając: — Problem polega na tym, że będąc lojalnym oficerem mojego pana Zigabenosa, nie może zmusić go do wymiany, której ten sobie nie życzy.

— Co?! — wybuchnął Marek, zbyt zaskoczony, by trzymać się uprzejmych formułek. — Co to za farsa?

Baili sięgnął pod swój płaszcz. Strażnicy warknęli coś ostrzegawczo, ale on wyciągnął tylko zapieczętowany zwój pergaminu.

— To wyjaśni wszystko lepiej ode mnie — powiedział, wręczając go Skaurusowi. Trybun przyjrzał się pieczęciom. Jedną z nich znał: słońce odciśnięte w złotym wosku, znak Imperium Videssos. Druga pieczęć była zielona, i przedstawiała dwie kości do gry w kielichu wina. To musiał być znak Draxa. Skaurus złamał pieczęcie i rozwinął pergamin.

Wysłannik wielkiego księcia przyglądał się jego egzotycznemu strojowi.

— Nie wiem, panie czy czytasz po videssańsku. Jeśli nie, byłbym zaszczycony…

— Czytam — przerwał szorstko Marek i zabrał się do tego. Od razu rozpoznał styl Draxa; wielki książę używał języka Imperium w równie wyszukany sposób, jak najlepsi videssańscy dostojnicy. Była to tylko część tego, co czyniło go tak śmiertelnie groźnym przeciwnikiem; zbyt łatwo przejmował i naśladował atuty Imperium, nie wyłączając, co w miarę czytania Skaurus widział coraz wyraźniej, umiejętności prowadzenia podstępnej polityki.

Dokument nie był długi ani nie potrzebował takim być. W czterech skomplikowanych i poskręcanych do niemożliwości zdaniach, proklamował on Mertikesa Zigabenosa prawowitym Au-tokratorem Videssańczyków, nazywał wielkiego księcia Draxa jego „poważanym naczelnym wodzem i Protektorem Królestwa”, nawoływał wszystkich obywateli i „żołnierzy, zarówno Videssa-ńczyków, jak i obcokrajowców” do popierania nowo deklarowanego reżimu i groził wyjęciem spod prawa i utratą mienia w przypadku odmowy. Sygnatur;. Draxa, wykaligrafowana wymyślnym odręcznym pismem z wielkim zakrętasem pod spodem, dopełniała proklamacji Zigabenos był najwyraźniej nieobecny.

Marek przeczytał wszystko raz jeszcze, przeklinając wielkiego księcia przy każdym słowie. Trzeba być geniuszem intrygi, żeby narobić tyle szkody jednym kawałkiem pergaminu. Podstawiając videssańską marionetkę, pozbywał się piętna najeźdźcy i ostatecznie kompromitował Zigabenosa w oczach Thorisina Gavrasa. Imperator nie mógł być pewny, czy Zigabenos nie współpracuje z Draxem z własnej woli Zigabenos, choć sam nie był nigdy intrygantem, z pewności;; sam to zrozumie — i rzeczywiście może pomóc wielkiemu księciu, ze strachu przed tym co się stanie, gdy rewolta Draxa upadnie. Trybun czuł, jak zaczyna go boleć głowa. Im więcej myślał, tym gorzej przedstawiały się sprawy.

Zwinął pergamin, by oddać go Baili. Dwie części rozerwanej pieczęci Draxa doskonale do siebie pasowały. Przynajmniej wybierając swój herb — pomyślał Skaurus — pozostał Namdalajczykiem; ludzie Księstwa uwielbiali hazard.

Baili uśmiechnął się chytrze, kiedy powiedział to głośno.

— Przyjrzyj się dobrze.

Trybun spojrzał jeszcze raz na pieczęć, zaklął głośno i rzuci! pismo na podłogę, bo jakie kości mogły pływać w kielichu wina, jak nie kości szulera?

VI

Powiedz mi — mówił do Viridoviksa Varatesh, pomagając swojemu więźniowi zsiąść z konia po kolejnym długim dniu jazdy — dlaczego pofarbowałeś włosy i wąsy na taki okropny kolor? I dlaczego zapuściłeś wąsy, a brodę już nie? Na mocne duchy, wyróżniasz się teraz między nomadami bardziej niż przedtem.

— Przestaniesz się wreszcie czepiać mojego wyglądu? Ty też nie jesteś za piękny.

Spróbował wygładzić swoje długie wąsy, beznadziejnie rozciągnięte przez długie dni nieprzerwanego deszczu. Z rękoma związanymi rzemieniem z surowej skóry, nie bardzo mu to wyszło.

— Nie baw się ze mną — ostrzegł Varatesh, jak zawsze łagodnie i cicho. — Zadam ci moje pytanie, po raz ostatni. — Wódz banitów nie groził mu nigdy, tak jak to robili jego ludzie. Jego okrucieństwo było bardziej wyrafinowane. Gal mógł sobie sam przedstawić, co go czeka.

— Niech cię cholera weźmie, człowieku. Moja twarz jest z przodu mojej głowy i to wszystko.

— Viridoviks spojrzał na Khamortha, jednocześnie zaniepokojony i zirytowany. — A swoją drogą to jak mam niby wyglądać? — zażądał.

— Tak jak cię opisał Avshar — odparł Varatesh, a Viridoviks czuł jak na dźwięk imienia czarodzieja przeszły go ciarki. Każdego dnia na wpół dziki stepowy konik, którego wbrew swej woli dosiadał, przybliżał go do przerażającego spotkania.

— To znaczy jak, kmiotku? Nie umiem czytać w myślach tego łajdaka ani bym też nie chciał. Kubad warknął coś, słysząc słowa Viridoviksa i położył dłoń na nożu, nie wyciągając go jednak z pochwy. Tak jak Celt, który w języku równin umiał tylko przeklinać, nomada znal głównie vides-sańskie obelgi. Ale Varatesh uciszył swojego jeźdźca machnięciem ręki. Kiedy zdecydowanie zmierzał do czegoś, takie drobnostki były niczym fałszywe tropy dla psa myśliwskiego, czymś co należało po prostu pominąć.

— Jak sobie życzysz — powiedział do Gala. — Twój wzrost odpowiada temu, co mówił Avshar, ale według niego powinieneś mieć ciemnożółte włosy, a nie takie ryże byle co, i miałeś być gładko ogolony, choć sam wiem, że to akurat nie ma większego znaczenia. Nie wyglądasz też jak żaden Vi-dessańczyk, którego kiedykolwiek w życiu widziałem, a on powie dział, że mógłbyś być Videssa-ńczykiem, gdyby nie jasne oczy i włosy.

— Jasne, i nigdy taki nie będę, Varatesh, kochanie — powiedział Viridoviks i roześmiał się Kha-morthowi w twarz.

— Co w tym takiego zabawnego? — Jego głos nabrał niebezpiecznych tonów. Jak większość mężczyzn zazwyczaj niepewnych siebie, nie mógł ścierpieć, gdy z niego szydzono.

— Tylko to, że twój biedny, głupiutki czarodziej kazał ci ściągnąć gwiazdę z nieba. Znam faceta, o którym mówisz, a nie jest to przyjaciel Avshara, oj nie, i niezły z niego kumpel, choć to Rzymianin. — Obco brzmiąca nazwa nie mówiła nic rozzłoszczonemu Varateshowi, który niecierpliwie czekał na wyjaśnienie. Dobrze się bawiąc, po raz pierwszy odkąd został porwany, Gal kontynuował:

— Jeśli to właśnie Skaurusa szukacie, chłopcy, to czeka was nieco dłuższa wycieczka niż ta, którą właśnie tak miło sobie spędzamy, bo on jeszcze ciągle jest w Imperium, bez dwóch zdań.

— Co? — krzyknął Varatesh. Nie wątpił w to, że jego więzień mówił prawdę; przyjemność, z jaką Viridoviks robił z niego głupca, była aż nadto widoczna. Jego ludzie zasypywali go wrzaskliwymi pytaniami. Nieudolnie przetłumaczył słowa Celta. To, że jego właśni ludzie tracili dla niego szacunek, było dla niego gorsze niż złośliwa radość Viridoviksa; kogo obchodzi to, co myśli o nim nieprzyjaciel?

— Avshar nie będzie zadowolony — powiedział Kubad a jego uwaga zawisła w powietrzu niczym zapach błyskawicy. Teraz z kolei Denizli dotknął noża. Zły uśmiech wypełzł mu na twarz.

— Jeżeli ten syn cętkowanej kobyły nie jest tym, którego chce Avshar, możemy się z nim zabawić tu i teraz — wyciągnął nóż z pochwy i podsunął go pod oczy Viridoviksa.

— Rozwiąż mi ręce i zrób to, bohaterze — warknął Celt.

— Co on mówi? — zapytał Denizli. Kiedy Varatesh przetłumaczył, jego uśmiech poszerzył się jeszcze. — Powiedz mu, że ulżę jego rękom… po jednym palcu — znowu ruszył w stronę Virido-viksa.

Varatesh gotów był już pozwolić mu na to, ale nagła myśl kazała mu krzyknąć:

— Nie, czekaj! — i uderzeniem ręki zbił ostrze swojego jeźdźca na bok. Po raz drugi w ciągu kilku dni pozbawił Denizliego przyjemności zabijania. Renegat skoczył na niego z przekleństwem na ustach, tnąc szeroko sztyletem. Ale ostrze trafiło tylko na puste powietrze: zaskoczenie Varatesha zdawało się czymś niemożliwym — wódz banitów odsunął się już na bok. Nóż pojawił się w jego ręce. Pozostali Khamorthci — Kubad i jego towarzysze: Khuraz, Akes i Bikni — nie uczynili najmniejszego ruchu, by im przeszkodzić. W ich brutalnym świecie tylko siła dawała prawo do przewodzenia.

Varatesh został raniony w ramię, ale moment później Denizli skręcał się w błocie, krzycząc z bólu i trzymając się za rozcięty brzuch. Varatesh pochylił się nad nim i poderżnął mu gardło, jak zrobiłby to każdy miłosierny człowiek.

Viridoviks pochwycił jego spojrzenie.

— Ładna walka — powiedział. — Szkoda, że nie ja tego dokonałem. — Był to szczery komplement; zbyt poważnie zajmował się wojną i walką, by pozwalać sobie na próżne pochlebstwa. Va-ratesh był szybki i zwinny jak kąsający wąż.

Khamorth wzruszył ramionami.

— Zakopcie to ścierwo — powiedział do pozostałej czwórki. Wykonując polecenie bez najmniejszego szmeru, zerwali ubranie ze zwłok towarzysza i zaczęli kopać a rozmokły grunt ułatwiał im pracę. Varatesh odwrócił się do Gala: — Odpowiedz mi na to; jeżeli nie jesteś człowiekiem, którego szuka mój przyjaciel Avshar, dlaczego znalazłem cię dzięki magii? Dlaczego nie podziałało na ciebie usypiające zaklęcie? I dlaczego nosisz taki sam miecz jak ten… jak mu tam… Skaurus?

— Wybacz, ale jeżeli nie jestem tym, o którego ci chodzi, skąd mogę znać odpowiedzi na twoje głupawe pytania?

Varatesh uśmiechnął się, ale nie był to wesoły uśmiech.

— Myślę, że właśnie o to zapyta cię Avshar. Zostawiam to więc dla niego.

Po raz pierwszy Viridoviks zadowolony był z tego, że pad;i deszcz. Ukrył on krople potu, które wystąpiły mu na czoło Ten miecz! Żałował, że nie wie nic więcej o mocy, jaką obdarzyli go druidzi. Ale celtyccy kapłani nie ujawniali swoich tajemnic nikomu spoza swojej kasty. Nowicjusze spędzali dwadzieścia lat ucząc się na pamięć przekazywanej im wiedzy, jako że nie chcieli utrwalać jej na piśmie… a teraz byli odlegli o cały świat, i to świat utracony.

— Jeszcze momencik! — zawołał, gdy Varatesh ruszał już z miejsca. Kiedy Khamorth zatrzymał się, mówił dalej: — Teraz, kiedy ten świński pęcherz Denizli nie będzie miał już żadnego pożytku ze swojej peleryny, czy nie mógłbym pod nią spać dziś w nocy? Sucha drzemka to by była rzadka przyjemność po tej cholernej rozmokłej pogodzie. — Peleryny nomadów, zrobione ze śliskiej, jakby tłustej wełny, doskonale nadawały się na deszcz, bo woda spływała po nich jak po gęsich piórach. Gal w swoim ubraniu był wiecznie przemoknięty. Na szczęście było ciepło — przy zimniejszej pogodzie nie obeszłoby się bez gorączki.

— Dobrze, czemu nie? Rzeczywiście wyglądasz jak zmokła kura. — Varatesh wydał swoim ludziom rozkaz. Odpowiedziało mu kilka poruszonych spojrzeń, a Kubad szybko zaprotestował, ale słowa Varatesha zdawały się go zadowolić. Przywódca banitów powiedział do Viridoviksa:

— Weźmiesz pelerynę Kubada. Jest dziurawa, a on wolałby zatrzymać płaszcz Denizliego dla siebie.

— To mi wystarczy, dziękuję ci.

Khamorth rozwiązał mu ręce, tak żeby mógł sam jeść, ale jak zawsze obserwował go bacznie dopóki nie skończył, a potem ponownie skrępował, używając do tego nowego rzemienia. Kiedy prosił, by mógł wyjść za potrzebą, wiązali mu także nogi w kostkach i musiał poruszać się małymi, niepewnymi kroczkami. Oczywiście, tu też pilnował go łucznik.

Nie odszedł daleko, kiedy pośliznął się i wpadł z chlupotem do niewielkiej glinianki. Strażnik roześmiał się i nie uczynił najmniejszego wysiłku, żeby mu pomóc. Obawiając się podstępu, obserwował z bezpiecznej odległości, trzymając łuk w gotowości, jak Celt tapla się w błocie. W końcu Viridoviksowi udało się wstać. Jeśli przedtem był zmoknięty, to teraz nie było na nim suchej nitki.

— Och, najchętniej wylałbym się na ciebie — powiedział do nomady, ale po galijsku. Choć ten nie rozumiał słów, rozpoznał ton i śmiał się jeszcze głośniej. Viridoviks popatrzył na niego groźnie.

— Ech, ty łajdaku, wcale nie jesteś taki sprytny jak ci się wydaje — mruknął, a jego strażnik nie przestawał się śmiać.

Kompletnie przemoknięty, nie mógł oczekiwać, że okrycie z owczej wełny w czymś mu pomoże. Mimo to skulił się pod nim. Czterech z pięciu nomadów spało — Varatesh wyciągnął pierwszą kolejkę. Gdy skończyła się jego warta, obudził Akesa, który siedział z kwaśną miną w deszczu, dopóki nie przyszła pora na Kubada. Równie często jak Varatesh, rzucał okiem na Viridoviksa, ale Celt był tylko nieruchomą bryłą w ciemności.

Pomimo umiejętnie udawanego głębokiego snu, Viridoviks pracował ciężko, choć zupełnie cicho, pod swoim płaszczem. Kąpiel w gliniance nie była przypadkowa — przemoczył dokładnie rzemienie, którymi był spętany. Wilgotna skóra była o wiele bardziej podatna na rozciąganie niż sucha. Powoli i ostrożnie, nie chcąc ryzykować bez potrzeby, poruszał dłońmi do przodu i do tyłu, do góry i na dół, aż w końcu — mniej więcej w połowie warty Kubada — przełożył kciuk ponad rzemieniem, zaczepiając go niczym hak, i przeciągnął obie ręce przez pęta. Przez dłuższą chwilę zaciskał dłonie w pięści i rozluźniał je, próbując odzyskać pełne czucie.

Kubad miał ze sobą kubłak z kavassem, którym umilał sobie czas służby. Tym lepiej — pomyślał Viridoviks. Peleryna skryła jego uśmiech. Ziewnął głośno i usiadł prosto, upewniając się, że trzyma ręce za sobą. Rozejrzał się dokoła, jakby szukając strażnika, którego przecież obserwował uważnie przez całą noc.

Gdy tylko się poruszył, spoczął na nim czujny wzrok Kubada, ale nomada wiedział, że więzień jest dobrze związany. Podniósł bukłak do ust.

— A może by tak i łyczek dla mnie, Khamorth, kochanie? — zawołał Viridoviks. Mówił jednak bardzo cicho; z pewnością nie zależało mu na tym, by obudzić któregokolwiek z kompanów Kubada, a już najmniej Varatesha. Ale Kubad podszedł bliżej i przykucnął obok Gala.

— Obudziłeś się, bo chcesz pić, tak? — powiedział, przytrzymując bukłak przy ustach Virido-viksa.

Pijąc, Viridoviks czuł lekkie wyrzuty sumienia, że oto zamierzał odpłacić nomadzie zdradą za jego przyjacielski uczynek Odsunął je od siebie — jak bardzo przyjacielscy byli bandyci Varatesha, kiedy go porywali?

— Jeszcze? — zapytał Kubad. Gal skinął głową. Nomada pochylił się niżej, by napoić go jeszcze raz, a wtedy Viridoviks rzucił się gwałtownie, chcąc złapać go za gardło. Bukłak z kavassem poleciał na bok. Szczęśliwym trafem wylądował na wełnianej pelerynie nie czyniąc hałasu, który mógłby zdradzić Celta.

Kubad był doświadczonym wojownikiem, został jednak kompletnie zaskoczony i popełnił fatalny błąd. Zamiast sięgnąć po sztylet, działał pod wpływem pierwszej, instynktownej reakcji, próbując rozerwać uchwyt Viridoviksa na swoim gardle. Ale zdesperowany Gal z niesamowitą siłą naciskał ukośnie pod szczękę Kubada. Zbyt późno nomada przypomniał sobie o nożu. Była to jego ostatnia myśl, a ręce już go nie słuchały — opadły bezwładnie obok tułowia.

Viridoviks pozwolił osunąć się ciału w błoto. Wziął sobie sztylet — zakrzywione ostrze z ciężką rękojeścią, zakończoną gałką w kształcie figi — i przeciął rzemień krępujący mu nogi w kostkach. Zmusił się do odczekania aż ból i mrowienie powracającej do normalnego krążenia krwi zupełnie zniknęły, zanim poruszył się znowu.

— Masz tylko jedną szansę, wiec nie spieprz wszystkiego z pośpiechu — wymruczał pod nosem.

Bębniący deszcz ukrył wszelkie odgłosy, gdy prześliznął się do nomadów — oto wreszcie mógł się spokojnie zemścić. Ale zamarł w połowie ruchu, gdy nachylał się nad pierwszym z nich. Walka z Kubadem była uczciwa, ale nie mógł przecież zabijać śpiących ludzi. Głupcem osiemdziesięciu pięciu rodzajów, tak właśnie nazwałby cię Gajusz Filipus — powiedział do siebie chowając broń do pochwy. Gdy ją odwrócić, mogła być użyta jako pałka.

Uderzył trzy razy — żadne z uderzeń nie należało do łagodnych, bo też i nie chciał, żeby któryś z Khamorthów obudził się z wrzaskiem. Został mu tylko Varatesh.

Wódz banitów obudził się, czując jak coś łaskocze go po gardle — był to nóż Viridoviksa. Opanowany, jak zawsze, przesunął prawą dłoń w kierunku sztyletu, który nosił przy pasie, mając nadzieję, że ten ruch będzie niewidoczny pod grubym płaszczem.

— Nie próbuj tego — poradził mu Celt. W lewej ręce trzymał drugi nóż, schowany do pochwy i odwrócony. — Rozwalę ci łeb, jak tylko się ruszysz, więc lepiej leż spokojnie. — Varatesh pomyślał przez moment i zdecydował, że Viridoviks ma rację i zdawał się rozluźniony. Celt pozostał jednak czujny.

— Nie wiem, jak twarde łepetyny mają twoi chłopcy, więc pożegnam się szybko — powiedział Gal.

To poruszyło Varatesha bardziej niż cała sytuacja.

— Jesteś wolny i nie zabiłeś ich?

— Kubad nie żyje — odparł rzeczowo Viridoviks. — Ale resztę czeka tylko fatalny ból głowy, taki sam jaki zawdzięczałem tobie. Ciebie zresztą też — dodał i uderzył banitę. Varatesh opadł bezwładnie.

Obawiając się, że Khamorth może tylko symulować, Viridoviks wycofał się powoli, ale jego leworęczny cios był wystarczająco silny. Pracując najszybciej jak potrafił, związał całą czwórkę nieprzytomnych nomadów. Jeden nich nie był całkiem ogłuszony i Gal musiał się poprawić. Zabrał całą broń jaką udało mu się znaleźć, załadował ją na konia, a potem przypiął do pasa swój własny miecz. Poczuł wreszcie jego przyjemny ciężar na biodrze.

Varatesh otworzył oczy, gdy Celt wiązał jeszcze cugle koni w jeden węzeł. Od razu zabrał się do krepujących go rzemieni, nie starając się wcale tego ukryć — gdyby Viridoviks zamierzał go zabić, byłby już martwy.

— Jeszcze się spotkamy, cudzoziemcze — obiecał.

— Pewnie tak, ale wydaje mi się, że nie za szybko, nawet kiedy już się uwolnisz — powiedział Viridoviks, kończąc pracę przy zwierzętach. — Będziecie wyglądali jak banda skończonych kretynów, ścigając mnie na piechotę, mnie i wasze konie, i w ogóle.

Varatesh zamilkł i spojrzał na niego z szacunkiem.

— Miałem nadzieję, że o tym nie pomyślisz, bo większość południowców by nie pomyślała. — Spróbował pokręcić głową, ale skrzywił się z bólu i zrezygnował, uznając to za kiepski pomysł.

— A poza tym — kontynuował Viridoviks z uśmiechem będziesz miał niezłą zabawę szukając śladów w tym bajorze. — Khamorth zachmurzył się, przypominając sobie jak mówił o tym do Kubada, choć wtedy dotyczyło to przyjaciół Viridoviksa. Role się odwróciły i to jego musiała o to teraz boleć głowa. Tak jak i wkrótce będą go boleć nogi — pomyślał gorzko.

Gal wskoczył na siodło.

— A żeby cholera wzięła te wasze kurduplowate strzemiona — mruczał. Przy jego długich nogach, kolana musiał trzymać prawie pod brodą. Wbił ostrogi w żebra stepowego konika i szturchnął mocno, kiedy ten próbował go zrzucić.

— Tylko mi teraz bez żadnych takich! — Jeden po drugim w miarę jak naprężały się linki, którymi były ze sobą powiążą ne, konie nomadów ruszały za zwierzęciem, którego dosiadał. Wesoła melodia, którą gwizdał głośno, pochodziła prosto z galijskich lasów. A dlaczego nie? — pomyślał — jestem tu teraz zupełnie sam, więc mogę być sobą — tak, i nikt mi nie powie, że nie rozumie.

Zagwizdał jeszcze głośniej.

Gorgidas wymruczał jakieś sprośne przekleństwo, gdy kropla deszczu uderzyła go w oko, oślepiając na kilka sekund.

— Myślałem, że ta przeklęta pogoda już się skończyła — poskarżył się.

— Dlaczego czekałeś z narzekaniami aż do teraz? — zapytał Lankinos Skylitzes. — Unikaliśmy najgorszego prawie przez cały dzień. Gdybyś pojechał na północ zamiast na zachód, jeszcze ciągle byś nasiąkał jak gąbka.

Arigh przytaknął.

— Im dalej na zachód, tym bardziej sucho. W Shaumkhiil, kraju mojego ludu, te tygodniowe letnie burze nie zdarzają się często. Zima znowu, to już inna historia — wzdrygnął się na samą myśl. — Videssos mnie zepsuło.

— Zastanawiające, dlaczego tak się dzieje? — Zaciekawił się wbrew samemu sobie Gorgidas. — Być może ma to coś wspólnego z odległością od morza. Ale nie… gdyby tak było, jak moglibyście mieć mokre, śnieżne zimy będąc dalej od wody? — Pomyślał chwilę, a potem zapytał: — Czy jest też jakieś morze dalej na północ, z którego wasze zimowe burze mogłyby czerpać wilgoć?

— Nigdy o takim nie słyszałem — powiedział Arigh bez zainteresowania. — Pomiędzy równinami a Yezd jest Morze Mylasy, ale to na południe od mojego kraju, a nie na północ, a poza tym jest niewiele większe od jeziora.

Ku zaskoczeniu Gorgidasa, do rozmowy włączył się Goudeles.

— Nieźle pomyślane, cudzoziemcze. Morze Północne rzeczywiście leży w pewnej odległości na zachód od ziem Haloga, choć nikt nie wie jak daleko naprawdę, i jest zupełnie zimne i ponure.

— Skrzywił twarz w eleganckim grymasie niechęci. — Ono musi być przyczyną okropnej pogody, o której wspomniał dobry Arigh.

— Skąd o tym wiesz, Pikridos? — wyzywająco spytał Skylitzes. — O ile wiem, nigdy dotąd nie wystawiłeś nosa poza Videssos.

— Z fragmentu poezji, na który natknąłem się w archiwach — odparł uprzejmie biurokrata. — Napisanego przez oficera marynarki, zdaje się, Mourtzouphlosa, to stara rodzina, niedługo po Sta-vrakiosie, kiedy Halogajczycy liczyli się jeszcze z Imperium. Bardzo interesująca rzecz, naprawdę; człowiek jest zupełnie zauroczony jej dziwnością, prawie tak jakby autor pisał o innym świecie. Skały, lód, wiatr i dziwaczne ptaki przybrzeżne z jasnymi dziobami, o jakiejś śmiesznej nazwie, którą musiał wziąć od tamtejszych barbarzyńców. „Auk”, chyba tak właśnie.

— No cóż, wygrałeś — powiedział Skylitzes, pobity przytłaczającą salwą detali, jaką zaserwował mu gryzipiórek. Goudeles pochylił głowę w ukłonie samozadowolenia. Gorgidasowi zdawało się, że słyszy, jak Skylitzes zgrzyta zębami.

— Przepraszam was, panowie — wtrącił się Agathios Psoes, zawsze praktyczny jak Rzymianin — ale to wygląda na dobre miejsce na obóz, tam z przodu, przy strumieniu. — Oficer pokazał je ręką. Jakby na ten znak, z szarego nieba zleciało prosto na nich rozkwakane stadko kaczek. Psoes uśmiechnął się niczym magik, któremu właśnie udała się sztuczka, a jego ludzie przygotowali łuki. Gorgidas czuł jak burczy mu w brzuchu na myśl o pieczonej kaczce.

Ale pierwszy ptak, który został trafiony, wydał z siebie jakiś skrzek i całe stado zakręciło nagle, umykając przed deszczem strzał, które posłali w jego kierunku żołnierze.

— Cicho tam — powiedział Grek, gdy jego brzuch odezwał się znowu. — I tak skończy się na serze i plackach z pszennej mąki.

Przed kolacją, jak zwykle, odbywała się lekcja szermierki Gorgidas z konsternacją zauważył, że zaczyna mu się to podobać. Znajdował jakąś zwierzęcą przyjemność w tym, że czuł jak jego ciało uczy się prawidłowych odruchów: na cięcie z góry, pchnięcie w brzuch, atak na nogi… Ćwiczenia były jak videssańska gra planszowa, która pozorowała wojnę, ale tu oprócz umysłu zaangażowane były również ręce i stopy.

Stopy — w końcu czuł się na tyle pewnie, by praca nóg znaczyła coś więcej niż tylko stanie prosto.

— Wkrótce, zabójca — powiedział Skylitzes, unikając pchnięcia.

— Nie chcę być zabójcą — upierał się Grek. Skylitzes zignorował to i podszedł bliżej, by pokazać mu, jak zbił uderzenie. Małomówny oficer z Videssos był dobrym nauczycielem; lepszym niż byłby Viridoviks — pomyślał Gorgidas. Bardziej cierpliwy i systematyczny niż raptusowaty Celt, pamiętał o tym, że jego uczniowie byli jeszcze niedoświadczeni. Tam, gdzie Viridoviks wyrzuciłby ręce do góry ze zniechęcenia, Skylitzes gotów był powtórzyć paradę, pchnięcie czy odejście, nawet i trzydzieści razy, gdyby była taka potrzeba, dopóki nie zostały opanowane.

Kiedy Gorgidas już skończył, poszedł wykąpać się do strumienia, pozostawiając na łasce Skylit-zesa Pikridosa Goudelesa. Skylitzes męczył biurokratę o wiele bardziej niż Gorgidasa. Grek zastanawiał się, do jakiego stopnia było to spowodowane tym, że był lepszym od Goudelesa szermierzem, a do jakiego tym, że Goudeles i żołnierz nie darzyli się zbytnią sympatią. Słyszał wrzask Goudelesa, gdy Skylitzes walnął go po rękach — dostawało mu się teraz za tę arktyczną poezję.

Zielonobrązowa żaba, nie większa od połowy kciuka Gorgidasa, siedziała w krzaku rosnącym nad brzegiem strumienia. Gdyby nie zapiszczała nagle, nigdy by jej nie zauważył. Pogroził jej palcem.

— Cicho — rzucił groźnie — bo wszyscy nasi Khamorthci umrą ze strachu. — Jego żołądek znów dał znać o sobie. — I ty z nimi.

Następnego dnia dotarli do sporej rzeki. Psoes twierdził, że jest to Kouphis.

— To najdalsze miejsce na stepie Pardraji, do którego dotarłem — powiedział.

— Jesteśmy w połowie drogi do Arshaum albo prawie w połowie — oznajmił Arigh, a Skylitzes przytaknął. Niewiele mówił o swoich podróżach, ale jeśli znał język arshaum równie dobrze jak język khamorth, to prawdopodobnie zajechał o wiele dalej niż tylko do Kouphis.

Rzeka płynęła z północy na południe. Jechali w górę jej biegu, szukając brodu, i zrównali się z czymś, co wyglądało jak kupa kamieni do budowy, usypana na drugim brzegu. Gorgidas na ich widok podrapał się po głowie; skąd mogły się wziąć na środku płaskiej i pustej równiny? Dwóch spośród żołnierzy Psoesa słyszało o kopcach, ale nie pomogli mu wiele — nazywali je „łajnem bogów”. Skylitzes roześmiał się cicho.

— Albo Khamorthów — powiedział przyciszonym głosem, tak aby nie usłyszeli go ludzie Psoesa. — To pozostałości po videssańskich fortecach; po dwustu latach, kiedy wyłącznie je łupiono, a nikt nie zajmował się ich utrzymaniem.

— Co? — zdziwił się Gorgidas. — Imperium panowało kiedyś na tych ziemiach?

— Nie, nie — wyjaśnił Skylitzes. — To był dar od Autokratora dla potężnego khagana. Ale kiedy khagan umarł, jego synowie pokłócili się, i nomadzi znowu zaczęli żyć w klanach.

Pikridos Goudeles spojrzał na drugi brzeg Kouphis i sam wybuchnął śmiechem.

— To? Ta kupa kamieni to Szaleństwo Khoirosphaktesa?

— Też o tym wiedziałeś? — zapytał Gorgidas, uprzedzając Lankinosa Skylitzesa; wydawało się, że żołnierz nie bardzo wierzył w to, by Goudeles znał się na czymkolwiek.

Biurokrata przewrócił oczami i był to gest, który pomimo znoszonych ciuchów, w które szybko zamieniły się jego eleganckie szaty, przyniósł ze sobą atmosferę stolicy.

— Czy o tym wiedziałem? Mój ciekawski przyjacielu, w videssańskich szkołach księgowości to paradygmat nieprawidłowego porównania kosztów i zysków. Te niesamowite ilości złota wyrzucone w błoto tylko po to, żeby przywieźć tu architektów z Imperium i najlepszy kamień! I po co? Sam zobaczysz — pokręcił głową. — Nie mówiąc już o słoniu.

— Słoniu? — zapytali chórem Grek i Skylitzes. W Videssos tak jak i w Rzymie, były to rzadkie zwierzęta, żyjące gdzieś na nieznanych ziemiach za Morzem Żeglarzy.

— Tak, w rzeczy samej. Jeden z posłów khagana widział go, chyba w menażerii, i opowiedział o tym swojemu panu. No i nie było innego wyjścia, tylko barbarzyńca musiał sam go zobaczyć. I Autokrator Khoirosphaktes, który pił tyle, że nie bardzo odróżniał rzeczywistość od swoich majaków, kazał mu go wysłać. Och, to złoto! — oszczędna dusza Goudelesa zdawała się cierpieć najgorsze męki.

— Co tam złoto, człowieku! — wykrzyknął Gorgidas. — Co khagan zrobił ze słoniem?

— Przyjrzał mu się i odesłał z powrotem, oczywiście. A co ty byś zrobił?

— Och, dupek ze mnie, pospieszyłem się i narobiłem niezłego bigosu — mruknął zirytowany Viridoviks, opierając ręce na biodrach. Atramentowociemna noc zaczęła w końcu zamieniać się w kolejny szary poranek, i Celt zorientował się ze zdegustowaniem, że jechał cały czas na wschód, od momentu kiedy tylko opuścił Varatesha. Przymrużył lekko oczy. — Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło — powiedział sobie. — Tak jest. Temu kurduplowi nie przyjdzie nigdy do głowy, żeby jechać za mną w tę stronę; nie ma mnie chyba za takiego głupka.

Przygryzł wąsy namyślając się, i skręcił na południe, zamierzając objechać obóz Varatesha wielkim łukiem — miał spore poważanie dla wodza banitów.

— Powinienem był się pięknie odpłacić temu synowi parszywego szczura, chociaż nawet nie zabił moich kumpli — powiedział na głos, żeby znowu usłyszeć dobrą galijską mowę wychodzącą z jego ust. — Któregoś dnia bardziej mi zaszkodzi, bez dwóch zdań.

Koń, który zaczął pogryzać trawę w czasie tego krótkiego postoju, podniósł łeb i zarżał, głośno protestując, kiedy jego linka znowu się naprężyła.

— Tylko nie mów mi teraz nie — mruknął do niego Gal, wciąż nieszczęśliwy. — Za późno na twoje żale, tak jak i na moje.

Gdy zbliżał się już dzień, słońce zaczęło wreszcie przebijać się przez ciężkie, burzowe chmury.

— No, chwała bogom — powiedział Viridoviks, i rozejrzał się dokoła, szukając tęczy. Nie znalazł. — Pewnie ta kanalia Avshar ją ukradł — wymruczał, i nie był to tylko żart.

Na swój sposób, deszcz, chmury i mgła były mu pomocne, bo ograniczały pole widzenia i dzięki nim nie musiał radzić sobie z wielkimi przestrzeniami stepu — o jedno zmartwienie mniej. Ale w miarę jak pogoda się poprawiała, odsłaniał się przed nim coraz większy obszar i coraz dalej odsuwał się horyzont. Zupełnie jak podczas jego pierwszych dni na stepie, czuł się maleńkim punkcikiem wędrującym przez nieskończoność.

— Gdyby na niebie była tylko jedna, maciupka gwiazdka, nie byłaby bardziej samotna niż ja — stwierdził i wywrzaskiwał nie kończące się piosenki, by odpędzić smutek.

Dziki okrzyk radości, który wydał na widok stada bydła, pasącego się daleko na południu, zaalarmował jego konie. Po chwili jednak zamilkł, zastanawiając się co było gorsze — żadni sąsiedzi, czy źli sąsiedzi.

— No, bo jeśli ja widzę ich, to nie ma siły; oni muszą widzieć mnie. Och, czy ten mały Grek nie byłby teraz dumny, słysząc jaki ze mnie logiczny facet?

Jego rozumowanie zostało nagrodzone, jeśli to odpowiedni. słowo, w ciągu kilku minut. Grapa Khamorthów wysypała się spoza swojego bydła, i pokłusowała w jego stronę.

— No i co oni teraz zrobią, jak znajdą jakiegoś obcego z tymi końmi i w ogóle? — zapytał sam siebie, ale odpowiedz której również sam sobie udzielił, wcale mu się nie podobali W dodatku przypomniał sobie ciężkie łuki, jakich używali nomadzi, i jeszcze bardziej sposępniał.

Żałował, że nie ma ze sobą swojego hełmu i płaszcza ze szkarłatnej skóry, dzięki którym mógłby zrobić odpowiednie wrażenie na nadjeżdżających koczownikach. Jego ubrani, podróżne było zabłocone, wilgotne i podarte — przyjrzał się sobie z niesmakiem.

— Taa… Wyglądam jak prawdziwy pastuch — powiedział ponuro. Jeszcze raz przeklął Varate-sha. Banita, skrupulatny złodziej, ukradł tylko Gala i jego miecz.

Na tę myśl ryknął śmiechem — jego niespokojny duch nic mógł poddawać się ponuremu nastrojowi zbyt długo. Ze skoczył z konia, ściągnął przez głowę swą poszarpaną tunikę i wygrzebał się z workowatych spodni. Nagi, z mieczem w dłoni, czekał na przeciwnika.

— Teraz będą się mieli nad czym zastanawiać — powiedział, wciąż uśmiechając się szeroko. Delikatny wiatr dotykał jego skóry. Wcale nie czuł się dziwnie, przygotowując się do walki zupełnie bez okrycia. Od niepamiętnych czasów bardowie śpiewali pieśni o Celtach, którzy szli do bitwy nadzy, nie chcąc żadnej innej zbroi, jak tylko walecznego szaleństwa. Zagrzewając się do walki bojowymi okrzykami, ruszył w kierunku nomadów.

Uśmiech spełzł mu z twarzy, kiedy zobaczył strzały nałożone już na ich podwójnie wygięte łuki, ale nie zastrzelono go od ręki. Khamorthci gapili się na niego — co to za wariat, ten blady, rudowłosy gigant? Zaczęli gwałtownie rozmawiać ze sobą. Jeden pokazał ręką na krocze Viridoviksa i powiedział coś, co na pewno nie należało do uprzejmości i wszyscy się roześmiali. Ciekawość nie mogła ich jednak powstrzymać na długo — strzały ponownie skierowały się na Gala.

Zrobił jeszcze jeden duży krok do przodu, a nomadzi naprężyli cięciwy.

— Czy któryś z was, karaluchy, mówi przypadkiem po videssańsku? — krzyknął, przyjmując wyzywającą postawę.

Niestety, żaden z nich nie mówił językiem Imperium. Jednak dzięki wymianie zdań jaka nastąpiła po jego pytaniu, domyślił lic, który z nich jest dowódcą. Był to szczupły mężczyzna o twardych rysach twarzy, którego kręcona broda opadała mu aż na piersi.

— Ty! — wrzasnął Celt, wskazując mieczem tegoż właśnie Khamortha. Nomada spojrzał na niego wrogo.

— Tak, ty, ty, pieprzący owce śmierdzielu! — powiedział Viridoviks, powtarzając obelgę swoim ohydnym khamorthckim. Gdy nomada powoli się czerwienił, Gal gestami zachęcał go do zejścia z konia i zmierzenia się z nim w pojedynku.

Wiedział jakie ryzyko podejmuje. Jeśli dominacja Khamortha nad jego towarzyszami była nie do podważenia, mógł on po prostu rozkazać im zastrzelić Celta i odjechać, nie robiąc sobie kłopotu. Ale jeśli nie… Jeźdźcy przyglądali się uważnie swojemu dowódcy. Milczenie zaczynało być denerwujące.

Nomada warknął coś — był wściekły, a nie przestraszony. Przypominał Viridoviksowi łasicę, gdy ześliznął się z konia — jego ruchy były płynne, szybkie i celowe — Celt zrozumiał, że nie będzie miał łatwego zadania. Shamshir nomady wysunął się ze skórzanej pochwy, która pokryta była polichromowanymi wizerunkami zwierząt, poskręcanymi misternie w khamorthckim stylu. Przesunął się do przodu, przyglądając się bacznie Galowi.

Zakrzywiony miecz spotkał się z prostym, i Viridoviks cofnął się o krok przy pierwszym starciu.

Naprawdę szybki jak łasica — pomyślał. Sparował atak na udo, potem odsunął rękę, by uniknąć następnego cięcia. Uśmiechając się teraz, bawiąc się walką, Khamorth ruszył do przodu, by z nim skończyć — powstrzymało go proste pchnięcie Celta — nie na darmo Viridoviks spędził tyle lat z Rzymianami. Ale jego miecz, w odróżnieniu od ostrza Skaurusa, nie był zakończony ostrym jak brzytwa szpicem, i gruba, skórzana koszula nomady okazała się wystarczającą osłoną. Khamorth zaklął i sam cofnął się o krok…

Po tym, jak zaskoczyli się nawzajem swoimi umiejętnościami, walczyli niestrudzenie przez dłuższą chwilę, obaj wypatrując jakiegoś błędu przeciwnika. Viridoviks zasyczał, gdy sam koniec zakrzywionego ostrza przeciągnął po jego piersiach cienką linię, potem przeklął głośno swoją nie-zdarność, kiedy miecz Khamortha znowu go dosięgnął, tym razem naznaczając lewe ramię. Jego przodkowie, zdecydował, byli skończonymi głupkami — walcząc nago miało się po prostu za wiele do pilnowania. Nomada pozostawał nietknięty. Viridoviks był silniejszy od Khamortha i dalej sięgał, ale na dłuższą metę. szybkość liczyła się bardziej.

— Dobrze, w takim razie musimy się szybko uwinąć powiedział do siebie i skoczył na nomadę, zasypując go deszczem ciosów zadawanych ze wszystkich kierunków, próbując zdobyć przewagę wyłącznie dzięki sile mięśni. Jego przeciwnik odtańczył na bok, lecz pośliznął się na rozrobionym błocie i musiał rozpaczliwie blokować opadające nań ostrze Viridoviksa. Sparował uderzenie, ale jego miecz wyleciał w po wietrze i wbił się nie opodal w ziemię.

— Ahh… — powiedzieli Khamorthci ze swych koni.

Choć Viridoviks sądził, że ich dowódca pozostaje już na jego łasce, nie miał najmniejszego zamiaru go zabijać — nietrudno było się domyślić, co nomadzi mogli z nim potem zrobić. Ale kiedy ruszył pewnym krokiem do przodu, by na znak zwycięstwa wyciągnąć nóż zza pasa mężczyzny, Khamorth uderzył go w nadgarstek twardym brzegiem dłoni i jego własny miecz wypadł mu z odrętwiałych nagle palców.

— Nie, nie rób tego, ty barbarzyńska małpo! — krzyknął Gal, gdy jego wróg sięgnął po sztylet. Rzucił się na niego, obejmując go niedźwiedzim uściskiem. Khamorth bódł niczym koza, uderzając czubkiem głowy w podbródek Viridoviksa. Celt ujrzał gwiazdy i wypluł krew z przegryzionego języka, ale jego lewa ręka trzymała prawy nadgarstek nomady jak kleszcze. Uderzył swojego przeciwnika w tył karku — być może nie było to sportowe zagranie, ale za to skuteczne. W końcu Kha-morth osunął się w błoto z cichym jękiem.

Cały pokryty potem, Viridoviks odzyskał swój miecz i odwrócił się do jeźdźców. Gapili się na niego, równie jak on niepewni.

— Nie zabiłem go, widzicie — powiedział Gal, gestem wskazując ich dowódcę. — Choć przez następnych parę dni będzie tego żałował. — Wciąż miewał okropne bóle głowy od ciosu Varatesha.

Przykucnął przy nomadzie, który zaczął właśnie odzyskiwać przytomność. Pozostali wojownicy podnieśli ostrzegawczo łuki.

— Nie chcę mu zrobić żadnej krzywdy — wyjaśnił Viridoviks. Nie rozumieli z tego ani trochę więcej niż z jego poprzedniej mowy, ale rozluźnili się nieco, gdy zobaczyli, że pomaga ich kompanowi usiąść. Barbarzyńca jęczał i trzymał głowę w dłoniach, wciąż tylko na wpół przytomny.

Jeden z Khamorthów podał swój łuk sąsiadowi, zsiadł z konia i podszedł do Viridoviksa, rozkładając przed sobą puste ręce. Wskazał na Celta.

— Ty — powiedział. Viridoviks skinął głową; to było słowo, które znał. Nomada pokazał na stepowe konie, które prowadził Gal. — Gdzie? — zapytał. Powtórzył to kilka razy, pomagając sobie gestami, aż Viridoviks zrozumiał.

— Och, chciałbyś coś wiedzieć o tych ślicznotkach? Ukradłem je Varateshowi, nie ma co — powiedział Celt, dumny ze swojego wyczynu, nie tylko dlatego, że udało mu się uciec, ale z samej kradzieży. U Galów, podobnie jak u nomadów, uprowadzanie koni było sportem, właściwie niemal sztuką.

— Varatesh? — Trzech Khamorthów wymówiło to imię jednocześnie. Było to wszystko, co zrozumieli ze słów Viridoviksa. Nawet ich oszołomiony dowódca podniósł głowę, ale opuścił ją z jękiem. Podekscytowani, zasypali Gala pytaniami. Pomachał rękami, dając do zrozumienia, że za nimi nie nadąża.

Nomada, który zsiadł z konia, uciszył krzykiem swoich przyjaciół.

— Ty i Varatesh? — zapytał Viridoviksa z szerokim, sztucznym uśmiechem, po czym powtórzył pytanie, tym razem z groźnym grymasem na twarzy.

— No, bystrzak z ciebie! — wykrzyknął Viridoviks. — Ja i Varatesh — powiedział i wykrzywił twarz w najokropniejszej minie jaką tylko mógł sobie wyobrazić, tnąc powietrze mieczem dla dopełnienia obrazu. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że nomadzi mogli być przyjaciółmi banity. No cóż, było już za późno, a kłamstwo mogło go wpędzić w takie same kłopoty jak prawda.

Ale odpowiedź była prawidłowa. Nomadzi po raz pierwszy się uśmiechnęli. Ten na ziemi podał Viridoviksowi dłoń. Uścisnął ją niepewnie, przekładając miecz do lewej ręki, ale sympatia Khamor-tha nie była udawana.

— Yaramna — przedstawił się, pukając w piersi. Ręką wskazał na swoich kompanów na koniach. — Nerseh, Zamasp, Valash — a potem na swojego szefa — Rambebisht.

— Jakby kichali… — westchnął Viridoviks i podał swoje imię. Potem przyszły mu do głowy dwie rzeczy, jedna po drugiej. Podniósł miecz Rambehishta i oddał go nomadzie. Rambebisht ledwo trzymał się na nogach, nie mówiąc już o okazywaniu wdzięczności, ale jego towarzysze mruknęli coś, doceniając gest Celta.

Potem Gal podszedł do swoich koni i ściągnął spodnie i tunikę z tego, na którym jechał. Mieczem poprzecinał linki łączące zwierzęta i podarował każdemu z nomadów po pół tuzina koni. Wierzchowiec, którego sobie zostawił, należał przedtem do Varatesha — w takich sprawach wierzył opinii wodza banitów.

Nie mógłby znaleźć lepszego prezentu wśród wszystkich bogactw świata. Wszyscy Khamorthci oprócz Rambehishta tłoczyli się wokół Viridoviksa, ściskając mu dłoń, waląc go po plecach i wykrzykując coś w swoim języku. Nawet ich dowódca zdobył się na uśmiech, chociaż wyglądał tak, jakby najmniejsze wykrzywienie twarzy sprawiało mu ból. Viridoviks starał się wybrać dla niego najlepsze zwierzęta, nie chcąc mieć w nim wroga.

Za pomocą gestów i kilku słów, które znał Celt, Yaramna pokazał, że wkrótce będą wracali do namiotów swojego klanu.

— Miałem nadzieję, że właśnie to mi powiesz — odparł Viridoviks. Khamorth zrobił krzywą minę, zniechęcony trudnym procesem porozumiewania się. W końcu wytłumaczył Viridoviksowi, że kilku ludzi z jego klanu znało videssański.

— Zrobimy co się da, to wszystko — wzruszył ramionami Celt. Już postanowił, że nauczy się języka równin.

Roześmiał się nagle. Yaramna i pozostali Khamorthci patrzyli na niego, nic nie rozumiejąc.

— Nie, to nie ma nic wspólnego z wami — powiedział Viridoviks. Nigdy by nie przypuszczał, że nadejdzie kiedyś dzień, kiedy zacznie zachowywać się jak Skaurus.

Ręce Varatesha wciąż były spuchnięte i obrzmiałe, ślady po rzemieniach, którymi związał go Viridoviks, wcięły się głęboko, pokrywając czerwonymi liniami nadgarstki. Gdyby Gal nie przeoczył małego noża, który nosił zawsze w wąziutkiej kieszonce wewnątrz jednego z butów, byłby jeszcze związany. Ale Khuraz przeturlał się przez błoto, żeby go wyciągnąć, a potem pracując plecy w plecy z Varateshem, zdołał przeciąć swoje więzy — nie oszczędzając przy tym własnych nadgarstków i dłoni.

Banita ścisnął obolałe pięści i bez większego powodzenia próbował zignorować pulsujący ból, który rozdzierał mu czaszkę. Nie lubił przegrywać w cokolwiek, a już najmniej z człowiekiem, który powinien być więźniem zdanym na jego łaskę. Nie napawał go też radością ponad tygodniowy marsz, który miał przed sobą on i jego towarzysze, chyba że udałoby im się ukraść konie. Najmniej jednak ze wszystkiego podobała mu się perspektywa rozmowy z Avsharem, któremu będzie musiał wytłumaczyć, jak to tłusta kuropatwa wymknęła się z jego sieci. Nie chodziło tylko o złość czarodzieja, choć i ta mogła być straszna, ale o to, że Avshar będzie go miał za przygłu-pawego barbarzyńcę… Zagryzł wargi z wściekłości i upokorzenia.

Kiedy przeszła już fala czarnego gniewu, znowu był w stanie logicznie myśleć. Sięgnął pod tunikę po magiczny kryształ, który dał mu Avshar. Trzymając go ostrożnie w niezręcznych jeszcze palcach, patrzył jak pomarańczowa mgiełka wypełnia jego wnętrze.

— Wschód — mruknął zaskoczony, gapiąc się na przezroczystą linię. — Dlaczego ten sukinsyn jedzie na wschód? — zastanawiał się, czy coś nie stało się z kryształem, ale doszedł do wniosku, że to nie jego wina. No tak, ale kiedy go pojmali, rudowłosy cudzoziemiec zmierzał na zachód, w towarzystwie Arshaum? Varatesh skubał brodę w zamyśleniu. Nie ufał temu, czego nie rozumiał.

— A kogo to, do cholery, obchodzi gdzie on jedzie? — zapytał Bikni, z ziemi.

— Baba z wozu koniom lżej, ot co — poparł go Akes, który również siedział w błocie. Trzej pozostali przy życiu pomocnicy Yaratesha byli niezdolni do czegokolwiek po uderzeniach, jakie im zaserwował Viridoviks. Ich dowódca wcale nie był w lepszym stanie, ale napędzała go siła woli, podczas gdy om leżeli jak psy, we własnych wymiocinach.

— Avshara będzie to obchodziło — odparł. Pomimo ote pienia, jego towarzysze wzdrygnęli się.

— I mnie — dodał Upewnił się, czy odebrał Khurazowi i nóż i pokazał im go.

— Będziemy musieli cholernie długo iść, żeby dostać się do naszego obozu — zajęczał Bikni.

— Nie mamy jedzenia, nie mamy koni, nie mamy żadnej broni, a ty Varatesh sam wiesz, co wart jest ten twój pieprzony nożyk. Nie za wiele.

— No, to pójdziemy. Dostanę się do domu, nawet jeżeli będę musiał was wszystkich zeżreć po drodze.

Kiedy wyruszył na północ, pozostała trójka, jęcząc, zatacza jąc się i gderając, poszła w jego ślady, tak jak okruchy żelaza ciągnęłyby się za magnesem.

Prevalis, syn Haravasha, podjechał galopem do poselstwa, opuszczając swój posterunek na czele oddziału.

— Coś tam jest z przodu — zawołał młody żołnierz.

— Coś — mruknął Agathios Psoes, przewracając oczami. Podoficer krzyknął:

— To znaczy co?

W tym momencie obaj przeszli na videssańsko-khamorthcki dialekt używany w Prista i Gorgidas przestał ich kompletnie rozumieć. Po tak wielu dniach oglądania pustego stepu, z pojawiającymi się tylko od czasu do czasu stadami bydła, jakikolwiek inny widok sprawiłby mu niemałą przyjemność. Arigh twierdził, że rzeka Shaum, która stanowiła granicę pomiędzy Khamorth i jego Arshaum, była już blisko. Grek nie miał pojęcia, skąd mógł to wiedzieć. Każdy fragment bezkresnego stepu był dokładnie taki sam jak następny.

— O czym oni gadają? — zapytał Goudeles niecierpliwie. Biurokrata ze stolicy nie rozumiał z ich rozmowy więcej niż Gorgidas.

— Przepraszam, panowie — powiedział Psoes, wracając do oficjalnego videssańskiego. — Przed nami widać obóz koczowników, ale coś wydaje się z nim być nie w porządku.

— Gdzie są ich stada? — zapytał Skylitzes. Odwrócił się do Prevalisa. — To miejsce wielu namiotów, gdzie jest? — bez trudu posługiwał się żargonem nomadów i Videssańczyków.

— Zobaczysz je, gdy tylko staniesz na szczycie następnego wzgórza — odparł żołnierz, uśmiechając się i zmieniając styl, tak aby mogli go zrozumieć Goudeles, Arigh i Gorgidas.

Wyraz niezadowolenia, który nigdy nie schodził z twarzy Skylitzesa, pogłębił się jeszcze.

— Tak blisko? Więc gdzie do cholery są ich stada? — rozejrzał się dokoła, jakby spodziewając się, że nagle wyskoczą zza jakiegoś kamienia.

Dokładnie jak powiedział syn Haravasha, obozowisko widoczne było ze szczytu łagodnego wzniesienia, na które wjechali wkrótce posłowie. Przypominając sobie jaskrawe namioty Yezda, które widywał aż za często w Vaspurakan i zachodnim Videssos, Gorgidas spodziewał się równie barwnego widowiska. Nie znalazł go. Obóz zdawał się cichy i posępny. Zbyt cichy — pomyślał Grek. Nawet z tej odległości powinien był także dostrzec dym z ognisk, odcinający się od jasnego nieba i jeźdźców poruszających się między namiotami, którzy wyglądaliby stąd jak ciemne plamki wielkości, co najmniej, muchy.

— Zaraza? — zastanawiał się głośno, przypominając sobie Tukidydesa i opustoszałe Ateny na początku wojny peloponeskiej. Czuł jak przechodzą go dreszcze. Żaden lekarz nie był w stanie uratować kogoś przed zarazą; choć kto wie, czego byli w stanie dokonać kapłani-uzdrowiciele? Goudeles, który powinien był to wiedzieć, powiedział:

— Najstosowniej byłoby, moim zdaniem, objechać to szerokim łukiem i nie ryzykować bez potrzeby. — Z niewiadomego powodu, Gorgidas pocieszony był faktem, że Videssańczyk tak samo bał się choroby jak on.

— Nie — sprzeciwił się Lankinos Skylitzes. Goudeles zaczął protestować, ale oficer przerwał mu. — Zaraza mogła zabić bydło nomadów albo w ogóle go nie dotknąć. Ale nie zmusiłaby go do ucieczki.

— Masz rację, Videssańczyku — powiedział Arigh. — Tylko ludzie uciekają przed zarazą. — Jego skośne oczy patrzyły drwiąco na Goudelesa.

— Jak sobie życzycie — odparł biurokrata, starając się wyglądać tak, jakby go to nie obchodziło — Jeśli gorączka stopi szpik w moich kościach, przynajmniej będę umierał w odważnym towarzystwie.

Wciąż kiepski jeździec, popędził konia, zmuszając go do kłusu i przejechał obok Arigha, kierując się w stronę obozu Z nieco mniejszą niż przed chwilą pewnością siebie, Arshaum ruszył w jego ślady, a za nim cały oddział.

Logika Skylitzesa tylko częściowo uspokoiła Gorgidasa — a co jeśli zaraza spadła na obóz jakiś czas temu, a zwierzęta nomadów oddaliły się w poszukiwaniu nowych pastwisk? Ale kiedy jego towarzysze krzyknęli przestraszeni, gdy trzy lub cztery kruki i wielki sęp wzbiły się w niebo dojrzawszy nadjeżdżających ludzi, Gorgidas z ulgą odchylił się w siodle.

— Od kiedy to ptaki śmierci są dobrym znakiem? — zapytał Psoes.

— Od teraz — odparł Gorgidas. — Bo jeśli są tutaj, to znaczy, że nie ma żadnej zarazy. Padlinożercy albo wystrzegają się zwłok ludzi zmarłych od zarazy, albo jeśli je jedzą, umierają na tę samą chorobę. — Zakładając oczywiście, szeptała bojaźliwa część jego duszy, że Tukidydes się nie mylił.

Ale w miarę jak zbliżali się do obozu, oczywiste stawało się, że to nie żadna zaraza wybiła jego mieszkańców — oprócz zarazy wojny. Wozy były tylko wypatroszonymi, pustymi skorupami. Niektóre kiwały się jakby były pijane — koła poodpadały albo zostały spalone. Ramy namiotów pokryte były resztkami zwęglonego filcu i skóry. Poszarpane strzępy, które nie spaliły się do końca, powiewały na wietrze niczym palce szkieletu. Śmierć rządziła tu już od dłuższego czasu.

Kolejne ptaki podniosły się w powietrze, kiedy posłowie wjechali do wymordowanego obozowiska. Nie było ich wiele, bo najlepsze kąski zostały już dawno zjedzone. Odór śmierci prawie zniknął. Puste oczodoły, które przeglądały się nowo przybyłym jakby oburzone ich wtargnięciem w ten nieruchomy świat, należały do szkieletów, a nie rozkładających się ciał.

Zwłoki mężczyzn i kobiet, dzieci i zwierząt, porozrzucane były wokół namiotów. Tu leżał nomada z resztką miecza w dłoni, reszta o kilka kroków dalej. Złamane ostrze nie warte było rabunku. Topór rozszczepił czaszkę mężczyzny. Obok niego leżało coś, co kiedyś było kobietą. Zwłoki były nagie, nogi szeroko rozłożone. Wystarczająca ilość mięsa przywierała i do kości, by Gorgidas mógł zobaczyć, że poderżnięto jej gardło.

Służąc w legionach, a także później, w Videssos, Grek pamiętał więcej gwałtownych i okrutnych śmierci, niż chciałby pamiętać, ale tu widział całkowite, bezsensowne i rozpustne zniszczenie, dzieło dokonane dla samej przyjemności zabijania i destrukcji. Przenosił wzrok od jednego ze swych kompanów do drugiego. Goudeles, który prawie nie znał wojny, był blady jak ściana i wymiotował, ale nie był osamotniony. Żołnierze Psoesa, Skylitzes, nawet Arigh, któremu zdawało się, że nic nie jest go w stanie poruszyć — wszyscy byli zaszokowani tym, co zobaczyli.

Przez dłuższą chwilę nikt nie był w stanie przemówić, nikt nie odważył się jako pierwszy przerwać zaklętej ciszy przerażenia. W końcu Gorgidas powiedział, nie tyle do pozostałych, ile do siebie:

— Więc tak prowadzi się wojny tu, na równinach.

— Nie! — to był Skylitzes, Agathias Psoes i trzej jego żołnierze, naraz. Ucztujący w pobliżu ptak zakrakał z oburzeniem i odszedł dalej, zbyt ciężki by unieść się w powietrze. Psoes, bardziej wygadany od Skylitzesa, kontynuował:

— To nie wojna, cudzoziemcze. To szaleństwo. — Gorgidas mógł tylko skinąć głową, zupełnie się z tym zgadzając.

— Nawet Yezda nie są gorsi od tego — powiedział Grek, a potem łącząc fakty, dodał: — I oni też przybyli ze stepu…

— To było w Makuran. Teraz Yezda nauczyli się czcić Skotosa — wyjaśnił Psoes, i wszyscy Vi-dessańczycy splunęli odrzucając ciemnego boga. — Koczownicy to poganie, tak, ale to zupełnie przyzwoici ludzie.

Gorgidas słyszał co innego w Videssos, w końcu jednak Psoes był bliżej z Khamorthami niż ludzie mieszkający w samym Imperium. Zastanawiał się, czy ta zażyłość czyniła podoficera bardziej wiarygodnym, czy też mniej. Historia okazywała się równie skomplikowana i niejasna jak medycyna. Krótka chwila zamyślenia została przerwana, kiedy jego bystre oczy dostrzegły znajomy symbol wyryty na dnie rozbitego kufra z drzewa cedrowego. Widywał te trzy równoległe błyskawice aż nazbyt często w ruinach videssańskich miast i klasztorów, by nie rozpoznać teraz znaku Skotosa. Wskazał na niego ręką. Wzrok Psoesa powędrował za jego palcem i oficer podskoczył jak oparzony; on także wiedział, co to znaczy. Ponownie splunął i nakreślił na piersi słoneczne koło Phosa. Skylitzes, Goudeles i videssańscy żołnierze uczynili to samo.

Arigh i Khamorthci nie wiedzieli jednak o co chodzi, zastanawiając się dlaczego ich kompani przejmują się jakimś niezdarnym rysunkiem wśród takiego ogromu zniszczenia.

— Nie pomyślałbym o tym — powiedzieli na tym samym oddechu Skylitzes i Psoes. Skylitzes zsiadł z konia i przykucnął obok sprofanowanego kufra. Pobożny oficer splunął po raz trzeci, tym razem prosto na znak Skotosa. Wyciągnął z paska krzesiwo i hubkę i podpalił małą kupkę wyrwanej trawy. Ogień nie chciał jej objąć, bo wciąż była wilgotna po ostatnim deszczu.

— Renegaci Varatesha. To musieli być oni — powtarzał w kółko Psoes, podczas gdy Skylitzes pocił się nad trawą. Podoficer zdawał się głęboko wstrząśnięty, jakby starając się znaleźć jakiekolwiek wytłumaczenie dla rzezi, która miała tu miejsce. — Renegaci Varatesha.

— No. — Skylitzes uwieńczył swoje starania sukcesem. Przyłożył do ognia jeden z rogów cedrowego pudła. Płomienie zaczęły lizać drewno. Symbol Skotosa zwęglał się, znikał.

— Tak właśnie, w końcu światło pokona ciemności na zawsze — powiedział Skylitzes. Wszyscy Videssańczycy uczynili znak słońca.

Kiedy poselstwo opuściło już zniszczony obóz, Gorgidas zapytał głośno:

— Skąd nomadzi wiedzą o Skotosie?

— Podły bóg dla podłych ludzi — odpowiedział sentencjonalnie Goudeles. Dla Greka tego rodzaju odpowiedź była więcej niż bezużyteczna. Aż do tego horroru, nomadzi wydawali mu się takimi samymi ludźmi jak wszyscy inni — barbarzyńcami, tak, ale ich natury były mieszaniną dobra i zła. Skotos także nie należał do ich stepu — ani khamorccy żołnierze, ani Arigh nie rozpoznali jego znaku.

Jednak w Yezd, przybywający tam nomadzi odnosili się do złego bóstwa z dzikim entuzjazmem i to w zasadzie też nie było normalne. Zanim zostało podbite przez nomadów, Yezd nazywało się Makuran i było rywalizującym z Videssos imperium — cywilizowanym państwem. Makurani mieli własną religię, czcili swoich ukochanych Czterech Proroków. Skąd w takim razie kult Skotosa, i jakiż może być związek między odległym Yezd a tym obozowiskiem — jak się okazało wciąż za bliskim? Lankinos Skylitzes bez trudu znalazł związek.

— Z Varateshem jest Avshar — powiedział jak do głupkowatego dziecka.

To wyjaśnienie zupełnie go zadowoliło i Gorgidas zaczerwienił się zły, że sam do tego nie doszedł. Ale Yezda, przypomniał sobie Grek, wdzierali się do Makuran już pół wieku temu. Dreszcz przebiegł mu po plecach — co, w takim razie, robił wtedy Avshar?

Valash jechał galopem w kierunku pozostałych jeźdźców, wracając z wyznaczonego mu posterunku. Krzyknął coś w swoim języku. Reszta Khamorthów odkrzyknęła, z radością na swoich brodatych twarzach. Nawet markotny Rambehisht zdobył się na uśmiech, chociaż spojrzenie, jakim obdarzył Viridoviksa, było nieodgadnione.

— Wreszcie obóz, no i najwyższy czas, nie ma co. Teraz już prosto do niego — powiedział Gal.

Przez cztery dni pomagał nomadom pilnować bydła, podczas gdy Zamasp pojechał po innych pasterzy, którzy mieli ich wymienić. Była to okropnie nudna praca. Krowy były głupie i im więcej było ich w jednym miejscu, tym zdawały się stawać głupsze. Mimo to nie był w stanie docenić ulgi, jaką dają czasem bezmyślne zadania — nie, gdy jego życie wciąż pozostawało w rękach nomadów, którzy nie byli jego przyjaciółmi.

Yaramna pojechał blisko do Celta. Nomada siedział na jednym z koni, które dał mu Viridoviks.

— Dobry koń — powiedział, czule klepiąc zwierzę po szyi. Viridoviks znał pierwsze słowo ze sprośnego przekleństwa Khamorthów, a gest nomada wyjaśnił mu drugie.

— Cieszę się, że ci się podoba, naprawdę — odpowiedział, a Yaramna równie szybko domyślił się znaczenia jego słów.

Obóz Khamorthów rozrzucony był po całej równinie. Na mioty i wozy stały tam, gdzie zdecydował się postawić je ich właściciel. Viridoviks parsknął śmiechem.

— Gajusza Filipusa chyba krew by zalała, gdyby mógł zobaczyć tych partaczy. Oj, nie jest to prawidłowy rzymski obóz, oj nie, wcale a wcale. No i bardzo dobrze, wolne i łatwe życie zawsze bardziej mi odpowiadało.

A jednak lata spędzone z legionistami kazały mu się skrzywić z niesmakiem, kiedy zobaczył — i poczuł — kupy śmieci przy każdym namiocie, ludzi sikających gdziekolwiek poczuli taką potrzebę, równie swobodnie jak konie pasące się w obozie. To też nie należało do prawidłowego obozowiska. Celtowie byli czystym ludem, choć może nie tak oddanym porządkowi jak Rzymianie.

Na widok obcego w obozie, a szczególnie tak egzotycznego jak Gal, nomadzi krzyczeli i pokazywali go sobie palcami. Niektórzy przyglądali mu się z daleka, inni tłoczyli się wokół niego. Jakiś szkrab, odważniejszy niż wielu wojowników, odbiegł od ogniska, by dotknąć czubka buta przejeżdżającego obok Gala. Viridoviks, który uwielbiał dzieci, zatrzymał ostrożnie konia.

— Bu! — powiedział. Oczy malucha zrobiły się okrągłe. Odwrócił się i uciekł. Viridoviks roześmiał się znowu, bo spodnie dzieciaka pozbawione były tej części, na której zwykle się siada.

— Ho! To mi dopiero sprytny wynalazek! — wykrzyknął.

Matka szkraba wzięła go na ręce i dała mu klapsa na gołą pupę. O takim zastosowaniu dziurawych spodni Celt nie pomyślał.

— Biedny chrabąszcz — powiedział, słysząc ryki obrażonego dziecka.

Valash zaprowadził swoich towarzyszy i Viridoviksa do okrągłego, kopulastego namiotu, większego i świetniejszego od wszystkich pozostałych. Wilcza skóra zawieszona na kołku przed namiotem, tak jak i dwóch strażników jedzących biały ser obok wejścia, świadczyły o tym, iż należał on do wodza klanu. Zwierzęta i demony, pozwijane w khamorthckim stylu, wyszyte były na zielonej klapie. Podobne motywy pokrywały ściany wozu, który przewoził złożony namiot po stepie. Mniejsze wozy, z bagażami, stały obok niego ustawione w szeregi. Kufry, które w nich ustawiono, świeciły się od łoju, chroniącego je przed deszczem.

Były to bogactwa, którymi cieszyć mógł się tylko wódz, jak zorientował się Gal. Inne namioty były zwykle mniejsze i pokryte cieńszymi materiałami Na tyle lekkie, by mógł je złożyć i rozłożyć tylko jeden człowiek i by jeden koń był w stanie ponieść zarówno płótno i ramy, jak i większość dobytku rodziny nomady. Podczas gdy wódz miał tuziny mniejszych wozów, większości koczowników musiały wystarczyć trzy lub cztery, a czasami żaden. Viridoviks zrewidował nieco swe poglądy — życie na równinach mogło być wolne, ale na pewno nie było łatwe.

Jeden ze strażników wylizał do czysta rogową łyżkę i przyjrzał się grupie Valasha. Wskazał ręką na Viridoviksa i zapytał o coś w języku khamorth. Przez chwilę rozmawiali ze sobą. Viridoviks wyłapał tylko imię „Targjtaus”, które powtórzyło się kilkakrotnie. Jak się domyślał, było to imię wodza. Potem wartownik zaskoczył go, przemawiając łamanym videssańskim:

— Ty czekać. Targitaus, ja powiedzieć mu, ty tutaj.

Kiedy nomada pochylał się już by wejść do namiotu, Viridoviks zawołał za nim:

— Czy twój pan włada językiem Imperium?

— O tak. On jeździć Prista wiele razy handel. Najechać raz, ale wiele czasu minąć.

Strażnik zniknął. Viridoviks westchnął z ulgą; przynajmniej nie będzie musiał porozumiewać się przez tłumacza. Gdyby tłumacz musiał przekładać tak żywą i szybką mowę, jaką posługiwał się Gal, efekt byłby mniej więcej taki, jak krzyczenie pod wodą: jakiś dźwięk wydobywałby się na powierzchnię, ale nie miałby on większego sensu.

Żołnierz wyszedł z namiotu. Powiedział coś do Khamortha, a potem zwrócił się do Viridoviksa:

— Ty teraz wchodzić. Ty zobaczyć Targitaus, ty ukłonić, tak?

— Zgoda — obiecał Celt.

Zsiadł z konia, naśladując nomadów. Drugi strażnik zajął się ich wierzchowcami, podczas gdy pierwszy trzymał w górze klapę namiotu — wejście zwrócone było na zachód, z dala od wiatru. Rozsądnie — zdecydował Viridoviks — ale na samą myśl o tym, by przemierzać step zimą, rudo-złote włosy na jego ramionach podniosły się, jakby był wiewiórką stroszącą futro na złą pogodę.

Pochylił głowę, by zmieścić się w wejściu, które było niskie nawet dla przysadzistych Khamor-thów. Kiedy podniósł ją z powrotem, gwizdnął z podziwu. Legioniści, jak właśnie odkrył, byli nowicjuszami, gdy chodziło o namioty. Ten był tak duży jak cztery rzymskie, szeroki na co najmniej dwanaście kroków. Biała tkanina pokrywała ściany od wewnątrz powodując, że wydawał się jeszcze większy, a to dzięki odbijającemu się od niej światłu ogniska, które paliło się na samym środku, i lampek łojowych ustawionych dokoła całego namiotu. Skórzane torby ułożone wzdłuż północnej krawędzi zawierały jeszcze więcej rzeczy Targitausa. Ludzie należący do jego służby i straży powiesili nad nimi swoje łuki i miecze. Naczynia do gotowania, wrzeciona i inne narzędzia używane przez kobiety, ustawione były wzdłuż południowej ściany. Pomiędzy nimi, naprzeciwko wejścia, znajdowało się wielkie łoże z wełny i pokrytych filcem poduszek. Nawet najmniejszy skrawek przestrzeni nie został zmarnowany, ale namiot wcale nie zdawał się ciasny.

Graniczyło to z cudem, gdyż był on pełen ludzi — mężczyźni siedzieli po północnej stronie, kobiety po południowej. Pomiędzy ogniskiem a wełnianym łożem stała niska kanapa, jedyny prawdziwy mebel w tym pomieszczeniu. Pamiętając, co przykazał mu strażnik, Viridoviks pokłonił się spoczywającemu na niej człowiekowi, którym niewątpliwie był sam Targitaus.

— No. Trochę ci to zajęło, zanim mnie zauważyłeś — powiedział do Gala wódz nomadów. Va-lash i pozostali Khamorthci złożyli pokłon o wiele wcześniej. Nie wydawał się jednak rozzłoszczony. Videssański Targitausa był o wiele bardziej płynny niż język jego strażnika, ale nie tak dobry jak Varatesha. Celt przyjrzał się człowiekowi, który miał zadecydować o jego losie. Targitaus był mężczyzną w średnim wieku, i trudno byłoby go nazwać przystojnym — brzuchaty, pokryty bliznami, z wielkim haczykowatym nosem, który musiał być dobrze połamany jakiś czas temu i teraz wskazywał na prawy róg jego ust. Gęsta, szara broda i nieprzycinane włosy wystające spod czapki powodowały, że przypominał nieco dmuchawiec. Ale piwne oczy, osadzone w delikatnej sieci zmarszczek, były niepokojąco inteligentne. Sam będąc szlachcicem w Galii, Viridoviks rozpoznawał przywódcę bez trudu.

— Wyglądasz jak „Alugh” — zauważył Targitaus. Przy jego gardłowym akcencie, trudno było domyślić się co ma na myśli wódz, ale po chwili Viridoviks zrozumiał, że chodzi mu o „Haloga”. Khamorth kontynuował: — Podejdź do ogniska, żebym mógł cię lepiej zobaczyć.

W towarzystwie Rambehishta, Yaramna i pozostałych, Viridoviks przecisnął się pomiędzy mężczyznami otaczającymi ognisko. Nomadzi, którzy siedzieli na poduszkach albo rozłożonych kocach, odchylali się na bok, by go przepuścić.

— Wielki mężczyzna — powiedział Targitaus, kiedy Celt stanął przed nim. — Dlaczego ty taki duży? Zmęczysz każdego konia.

— No tak, ale dziewczyny nie narzekają — mruknął Viridoviks. Targitaus zamrugał, a potem zachichotał. Gal uśmiechnął się do siebie; nie pomylił się co do niego.

Człowiek siedzący na ziemi po prawej stronie wodza przetłumaczył ich rozmowę, tak by wszyscy ją zrozumieli. Był to pierwszy Khamorth o gładkiej twarzy, jakiego widział Viridoviks. Jego policzki były różowe i błyszczące w świetle ogniska. Głos mężczyzny był czymś pomiędzy tenorem a kontraltem. Nosił wąskie szaty, które wydawały się za obcisłe dla jego korpulentnej sylwetki.

Widząc spojrzenie Celta, Targitaus powiedział:

— To Lipoxais. Jest enaree naszego klanu.

— Szamanem, jak powiedzielibyście w Videssos — dodał Lipoxais. Jego videssański był niemal perfekcyjny. Rzewne spojrzenie, jakim obdarzył Viridoviksa, kazało mu się zastanowić czyenaree był eunuchem, jak myślał na początku, czy też był po prostu zniewieściały.

— Tak, szaman — Targitaus przytaknął niecierpliwie. — Nie będziemy teraz mówić o słówkach. — Zmierzył Viridoviksa wzrokiem, od dołu do góry i z powrotem. Dwukrotnie zatrzymywał wzrok na długim mieczu, wiszącym u boku Celta. — Powiesz mi swoją historię, tak, i wtedy zobaczymy, jakie słowa trzeba powiedzieć.

— Zgoda — powiedział i zaczął opowiadanie od momentu porwania. Wódz przerwał mu:

— Nie, zaczekaj. Co robisz Pardraja, najpierw? Ty nie człowiek Imperium, nie Khamorth i Arshaum też nie… to jasne dosyć, na duchy wiatru! — roześmiał się charczącym głosem.

Czując się tak jakby tonął, Viridoviks powiedział prawdę Gdy Lipoxais przetłumaczył, groźne pomruki podniosły się pomiędzy siedzącymi przy ogniu wojownikami.

— Ty przyszedłeś prowadzić Arshaum przez Pardraja i chcesz moje podziękowania i pomoc? — warknął Targitaus Dotknął swojej szabli, jakby chcąc sobie przypomnieć, gdzie ona jest.

— A dlaczego nie? Zasługuję na nie. — Targitaus gapił się na niego, Lipoxais podniósł wyskubaną brew. Daj im do myślenia — powiedział sobie Viridoviks — jak zobaczą, że trzęsiesz przed nimi portkami, to koniec. Wyprostował się, patrząc z góry na wodza Khamorth. — Im więcej Ar-shaumów walczy w Videssos, tym mniej wy będziecie mieć do roboty Czyż nie tak?

Targitaus podrapał się po podbródku. Łagodny, wysoki głos Lipaxoisa kończył przekładanie słów Gala na język równin. Viridoviks nie miał odwagi, by się rozejrzeć i zobaczyć jak nomadzi przyjmowali to co mówił, ale wrogie pomruki ucichły.

— No dobrze. Mów dalej — powiedział w końcu Targitaus.

Pokonawszy już najgroźniejszą przeszkodę, Viridoviks rozgrzał się i podbił słuchaczy swoją opowieścią, zwłaszcza gdy zrozumieli, że był wrogiem Varatesha.

— Bratobójca, co? — powiedział Targitaus i splunął na ziemię przed swoją kanapą. — Parę lat temu, próbować przyłączyć się do klanu. Jego historia nawet gorsza niż twoja. On nie tylko nie mówić wszystkiego, on też kłamać. — Spojrzał Viridoviksowi w twarz i Celt nie mógł powstrzymać rumieńca, który wypełzł mu na twarz. — Dalej — powiedział Targitaus. — Co potem?

Viridoviks próbował ostrzec nomadów przed Avsharem, ale oni nie znali imienia czarnoksiężnika i nie bali się go. Niech bogowie pozwolą, by się nie dowiedzieli — pomyślał Viridoviks, i kontynuował opowieść, mówiąc teraz o swojej ucieczce. To wywołało okrzyki nomadów, kiedy usłyszeli tłumaczenie Lipoxaisa.

— Nieźle — powiedział Targitaus. Viridoviks uśmiechnął się. Jak podejrzewał, Khamorth był oszczędny w pochwałach.

— W ciemności, i w ogóle, pojechałem na wschód zamiast na zachód i trafiłem na tych tu twoich chłopaków — skończył Celt. — No, a o tym, to pewnie oni ci mogą lepiej opowiedzieć.

Przerywając sobie nawzajem od czasu do czasu, nomadzi opowiedzieli, jak z ich strony wyglądało spotkanie z Viridoviksem. Zaraz na początku Targitausowi opadła szczęka.

— Nagi!? — powiedział do Gala.

— Moi ludzie czasami tak walczą.

— Może być bolesne — to wszystko, co powiedział wódz.

Jego ludzie przeszli do opisu walki z Rambehishtem. Targitaus rzucił krótkie, złowrogie pytanie pod adresem ponurego nomada.

— Co masz na swoją obronę po tym, jak zostałeś pokonany przez nagiego człowieka? — przetłumaczył Lipoxais.

Gal zacisnął pięści, czekając w napięciu na odpowiedź. Rambehisht był ważną figurą w klanie i gdyby teraz zaczął wykrzykiwać oskarżenia, mogłoby się to źle skończyć. Ale odpowiedzią było tylko wzruszenie ramionami i dwa słowa:

— Pobił mnie — przetłumaczył zwięźle Lipoxais. Rambehisht dodał drugie, nieco dłuższe zdanie. — Wciąż boli mnie głowa, co więcej mogę powiedzieć?

— Tak. — Po tej jednej sylabie Targitaus milczał przez długą chwilę. W końcu wódz Khamorth zwrócił się do Viridoviksa. — Cóż, cudzoziemcze, na pewno jesteś wojownikiem, jeśli nikim więcej. Jesteś twardym żołnierzem, żeby pobić takiego człowieka jak on.

— Twardym? Pewnie, że jestem, i nie tylko.

— Tak — powtórzył nomada, drapiąc się po głowie. — Więc co dalej?

— Gdybym poprosił cię o eskortę do Arshaum, zapłaciłbym za to głową, mógłbym się o to założyć — powiedział Viridoviks. Nie potrzebował pomruków oburzenia ze strony nomadów, gdy Lipoxais przełożył jego słowa. Podsunął tę propozycję tylko po to, by ją odrzucono i by jego prawdziwa oferta wydawała się jeszcze bardziej atrakcyjna. — Więc jak to jest, panie? Masz tu paskudnego sąsiada w tym śmierdzielu Varateshu, nie możesz powiedzieć, że nie. Masz z nim rachunki do wyrównania i ja też mam swój rachuneczek, bogowie o tym wiedzą… — Nie było w pobliżu żadnego Videssańczyka, który wykrzyknąłby teraz „Herezja!” — …i pewnie parę innych klanów z tych okolic, też. Nie byłoby miło zgnieść tego robaczka raz na zawsze? I te parszywe szczury, które za nim biegają? — I Avshara — pomyślał — ale nie powiedział tego głośno. Nomadzi szeptali między sobą, rozważając jego słowa.

— Rachunki? — powiedział cicho Targitaus. — Och tak, moje rachunki. — Skoczył na równe nogi, krzycząc coś w języku równin.

— Czy podoba wam się to, bracia? — Lipoxais podał mu znaczenie okrzyku. Ryk, który mu odpowiedział, mógł znaczyć tylko — Tak! — Z uśmiechem drapieżnika na twarzy, Valash klepnął Gala po plecach.

Ale Targitaus, jako przywódca, musiał być ostrożny.

— Enaree! — zawołał, i Lipoxais stanął obok niego. — Poradź się swoich wróżb i powiedz nam, czy to będzie dobre dla klanu.

Lipoxais pochylił głowę i zakrył twarz dłońmi, na znak posłuszeństwa. Potem odwrócił się do Viridoviksa, mówiąc cicho:

— Podejdź tu, stań za mną i połóż ręce na moich ramionach — ciało enaree było bardzo ciepłe i prawie tak miękkie jak puchowa poduszka.

Z wnętrza swojej szaty Lipoxais wyciągnął skrawek gładkiej, białej kory szerokiej na dwa palce i długiej mniej więcej tak jak jego ramię. Pociął ją uważnie na trzy kawałki o równej długości i owinął luźno wokół rąk. Viridoviks czuł jak ciało szamana sztywnieje, jego głowa opadła do tyłu. Celt mógł patrzeć na twarz enaree. Usta miał mocno zaciśnięte, oczy otwarte i w coś zapatrzone — nie widziały Viridoviksa. Ręce Lipoxaisa poruszały się jakby bez udziału jego woli, zwijając i rozwijając kawałki kory wokół palców.

Szaman pozostawał w transie przez długi,długi czas. Viridoviks nie miał pojęcia, jak długo powinien on trwać, ale widział po zaniepokojeniu rosnącym w oczach Targitausa, że nie było to normalne. Zastanawiał się, czy nie potrząsnąć Lipoxaisem, ale zawahał się, nie chcąc wtrącać się do rzeczy, których nie rozumiał.

Enaree wrócił do siebie w momencie, gdy Viridoviks zdecydował się potrząsnąć nim, bez względu na to czy zniszczy to czar, czy nie. Pot kapał mu z twarzy, jego szata była mokra pod rękami Gala. Zachwiał się i wyprostował jak ktoś, kto po długim pobycie na morzu musi przyzwyczajać się do stałego lądu pod stopami. Tym razem na jego twarzy nie było śladu tęsknoty, kiedy spojrzał na Viridoviksa, tylko poruszenie i strach.

— Jest wokół ciebie bardzo silna magia — powiedział. — Twoja własna i inne. — Potrząsnął głową, jakby chcąc pomóc jej rozwikłać tę zagadkę.

Targitaus rzucił jakieś szybkie pytanie w stronę Lipoxaisa, który odpowiedział równie zwięźle i odwrócił się do Celta.

— Niewiele mogłem zobaczyć… — wyjaśnił — …przez tak silne czary, a nawet ta odrobina była niejasna; pięćdziesięcioro oczu, drzwi w górze i dwa miecze. Czy to dobre czy złe znaki — naprawdę nie wiem.

Wyraźnie rozczarowany, że nie dowiedział się więcej, Targitaus zamyślił się, opierając brodę na ręce. W końcu wstał i podszedł krok, by uścisnąć dłoń Viridoviksa.

— Takie same szanse na dobre i na złe — powiedział. — A Varateshowi trzeba przyciąć uszy… chyba aż po szyję. — Ton jego słów był jowialny, ale Gal pomyślał, że nie chciałby mieć w nim wroga.

— Tak… — kontynuował wódz Khamorth. Zdawało się, że używał tego słowa jako pauzy, by mieć czas na zebranie myśli. — Złożysz przysięgę z nami, tak?

— Co tylko sobie życzysz — powiedział Viridoviks bez wahania.

— Dobrze.

Targitaus przeszedł na język równin. Młody mężczyzna o oczach i nosie Targitausa — ten ostatni, choć także wystający, nie był jednak tak pokiereszowany — przyniósł wielką glinianą misę i pełny bukłak kavassu. Nie był to zwykły napój nomadów, ale mocny, ciemny napitek o aromacie podobnym do piwa.

— Karakavass: ciemny kavass — powiedział Targitaus nalewając go do misy. — Napój panów. Ale nie napił się jeszcze, zamiast tego wyciągnął z kołczanu dwie strzały i włożył je do misy, grotami do dołu, a potem dołożył do nich swój shamshir.

— Twój miecz też — powiedział do Viridoviksa. Celt wyciągnął broń i włożył tyle ostrza, ile mogło się zmieścić, nieco ponad połowę, do misy. Targitaus skinął głową, wyciągnął sztylet i wziął rękę Viridoviksa.

— Nie ruszaj się — ostrzegł i zrobił małe nacięcie na palcu wskazującym Celta. Krew Virido-viksa skapywała do misy.

— Teraz ty mnie — powiedział Targitaus, podając mu nóż. Zachował kamienną twarz, gdy Gal przecinał mu skórę. Ich krew była teraz zmieszana. Mocne zaklęcie — pomyślał Viridoviks z podziwem.

Lipoxais rozpoczął śpiewaną modlitwę: gardłowe dźwięki języka khamorth dziwnie brzmiały w zestawieniu z jego wysokim głosem. Od czasu do czasu, Targitaus odpowiadał szamanowi. Podczas gdy enaree kontynuował modlitwę, Targitaus powiedział do Viridoviksa:

— Przysięgnij na swoich bogów, czynić wszystko jak brat tego klanu i nigdy nie zdradzić go, ani nikogo z jego ludzi.

Gal wstrzymał się tylko na moment, by pomyśleć, którzy z jego bogów najchętniej wysłuchaliby tej przysięgi.

— Na Eponę i Teutatesa… przysięgam — powiedział głośno. Bogini koni i bóg wojny — jakież potężniejsze siły mógł przywołać w obecności nomadów? Gdy wymawiał ich imiona, znaki druidów na jego magicznym ostrzu rozbłysły złotym światłem. Oczy Lipoxaisa były zamknięte, ale Targitaus widział.

— Twoja magia, tak — wymruczał, przyglądając się nowo zaprzysiężonemu sprzymierzeńcowi. Kiedy Lipoxais skończył modlitwę, wódz Khamorth wyjął swoją broń z misy. Viridoviks zrobił to samo, wycierając miecz o koszulę, zanim włożył go do pochwy. Targitaus pochylił się i ostrożnie uniósł misę do ust. Napił się, a potem podał ją Celtowi.

— Ta sama krew, ten sam los — powiedział, tłumacząc najprawdopodobniej przysłowie. Virido-viks także się napił. Karakavass wypełniał mu usta, łagodny niczym wino, rozgrzewający wnętrzności.

Gdy Gal dopełnił już aktu przysięgi i należał do nich, oficerowie Targitausa podnieśli się ze swych miejsc i podeszli, by także napić się z misy. Służący zwinęli ciasno ich koce, tak aby nie uronić nawet okruszyny cennego pożywienia.

— Teraz jesteś jednym z nas — powiedział Targitaus, kończąc zdanie głośnym beknięciem. — Więcej kavassu! — zawołał, i przyniesiono nowe bukłaki. Nie był to ciemny napój, jak ten w misie, ale wystarczająco mocny. Viridoviks pił długo, potem podał bukłak siedzącemu obok Valashowi. Kolejny dotarł do niego chwilę później, a potem jeszcze jeden. Czuł, jak zaczyna mu szumieć w głowie.

Czapka Targitausa z wilczej skóry przechylała się ciągle na jedną stronę i przysłaniała lewe oko wodza. Pchnął ją do tyłu i spojrzał na Viridoviksa.

— Ty jeden z nas — powiedział znowu, z o wiele silniejszym akcentem niż przed kilkoma minutami. — Ty powinieneś być zadowolony. To prawo mężczyzny. Czy widzisz tu kobietę, która ci się podoba?

— A niech mnie piorun spali! — wykrzyknął Gal. — Wcale nie patrzyłem. — Fakt, że nie zwrócił uwagi na kobiety siedzące w namiocie, świadczył o tym, jak bardzo był zdenerwowany.

Teraz naprawiał ten błąd. Były takie chwile, kiedy samotność kłuła go niczym nóż, gdy przypominał sobie celtyckie kobiety o rudozłotych włosach, tak dobrze pasujących do jego własnych. Ale nie należał do ludzi, którzy żyli przeszłością i korzystał z okazji, gdy takie się nadarzały. Uśmiechnął się na myśl o Komitcie Rhangawe.

Nie spodziewał się znaleźć takich szlachetnych piękności w namiocie Targitausa. Jak Vaspura-kanerzy, Khamorthci nie grzeszyli urodą, w porównaniu z większością Videssańczyków. Twarze ich mężczyzn często miały w sobie siłę i charakter, ale kobiety wyglądały zwykle na posępne i nieprzystępne. Ubrania nie łagodziły tego wrażenia, bo nosiły spodnie, tuniki i płaszcze identycznie skrojone, jak te używane przez mężczyzn, w dodatku wykonane z tych samych materiałów i futer. Jednak w miejsce nieuniknionych, męskich futrzanych czapek, wkładały stożkowate nakrycia głowy, wykonane z jedwabiu, ozdobione jaskrawymi kamieniami i zakończone pióropuszem z kolorowych piór kaczek i bażantów. To czyniło je nieco bardziej atrakcyjnymi, ale nie wystarczająco.

Jeszcze gorsze — pomyślał Viridoviks — gdy jego wzrok wędrował od jednej kobiety do drugiej. Wiele z nich było żonami oficerów Targitausa: grube i stare, a na dodatek niektóre wyglądały na tak przyzwyczajone do rozkazywania jak wódz nomadów. Babskiej dyscypliny miał dość, odkąd poznał Komittę. One także mu się przyglądały, z niepokojącą otwartością. Cieszył się, że nie rozumie ich komentarzy.

Zatrzymał wzrok. Niedaleko kanapy Targitausa siedziała dziewczyna, której twarz, o mocnych, twardych rysach miała w sobie własne, specyficzne piękno… jak twarz Nevraty Sviodo. To jej oczy — zdecydował Celt — zdawały się uśmiechać nawet wtedy, kiedy reszta twarzy pozostawała nieruchoma. Przyjęła jego spojrzenie z takim samym spokojem i otwartością, jak siedzące obok starsze kobiety, ale bez ich grubiańskiego szyderstwa.

— Ta dziewczynka jest całkiem do rzeczy — powiedział do Targitausa. Gęste brwi Khamortha podjechały do góry niczym flagi sygnałowe.

— Cieszę się, że tak myślisz — powiedział sucho. — Ale wybierz jeszcze raz… służącą, jeśli łaska. To jest Seirem, moja córka.

— O przepraszam najmocniej, przepraszam — powiedział Viridoviks czerwieniąc się. Zdawał sobie sprawę z tego, jak krucha była jego pozycja. — Jak mam odróżnić dziewuchy od szlachetnych pań?

— Przez bughtaq, oczywiście — odparł Targitaus. Kiedy zobaczył, że Gal nie zna tego słowa, pokazał gestem, że chodzi mu o damskie nakrycie głowy. Viridoviks skinął, zły na siebie, że nie zwrócił uwagi na ten szczegół. Obok nefrytów i szlifowanych opali, bughtaq Seirem przyozdabiały złote videssańskie monety. Wyraźnie nie należała do służących.

Spojrzenie Celta spoczęło na młodej, może dwudziestopięcioletniej kobiecie, której twarz nie była co prawda tak interesująca jak Seirem, ale była wystarczająco atrakcyjna i zupełnie zgrabna. Poza kilkoma czerwonymi kamykami i maleńkim kawałkiem nefrytu, bughtaq był pusty.

— Ona mi wystarczy, jeśli nie masz nic przeciwko — powiedział.

— Kto? — Targitaus odłożył bukłak z kavassem, z którego właśnie popijał. — Och, Azarmi. Tak, dlaczego nie? Służy u mojej żony, Borane.

Viridoviks przywołał ją machnięciem ręki. Jedna z bogato wystrojonych kobiet, szczególnie gruba i klocowata, powiedziała coś, co przyprawiło jej towarzyszki o atak niepohamowanego śmiechu. Azarmi pokręciła głową, co wzbudziło wśród starych kobiet jeszcze większą wesołość.

Gal podał jej bukłak z kavassem, który przed chwilą odłożył Targitaus. Nie mogąc się porozumieć, Celt nie był w stanie jej oswoić i sprawić, by czuła się swobodnie w jego towarzystwie. Nie odsuwała się, gdy jej dotykał, ale nie wyglądało też na to, by było to dla niej szczególnie przyjemne.

Sytuacja nie zmieniła się także później, kiedy dokoła ogniska rozpostarto maty do leżenia. Azar-mi była uległa i taktowna, ale nie potrafił jej podniecić. Rozczarowany i urażony, oddał się głodnym myślom o Seirem, śpiącej zaledwie kilka kroków od niego, aż w końcu sam zapadł w sen.

— Mój ojciec słyszał od swojego dziadka — powiedział Arigh — że gdy Arshaumi po raz pierwszy zobaczyli Shaum, wzięli ją za odnogę morza.

— Trudno się dziwić — powiedział Gorgidas, patrząc w dół, na ciemnoniebieską rzekę, płynącą majestatycznie na południowy zachód, do odległego Morza Mylasy. Przysłonił dłonią oczy, bo odbijane przez rzekę promienie słońca świeciły oślepiająco jasno. Próbował ocenić szerokość rzeki, ale nie był w stanie. Półtorej mili? Dwie mile? Bez względu na odpowiedź, w porównaniu z Shaum, Kouphis, Arandos i wszystkie rzeki, które Gorgidas widział w Galii czy Italii, były zaledwie strumykami.

Wierzchem dłoni otarł pot z czoła, czując jak piasek drapie go po skórze. Goudeles, elegancki nawet w stroju koczownika, strzepał źdźbła suchej trawy z rękawa.

— Gdyby nawet samo dotarcie do tego miejsca nie było wystarczającym osiągnięciem, jak mielibyśmy się przez to przeprawić? — zapytał retorycznie.

Dobre pytanie — pomyślał Grek. Najbliższy bród był o setki mil dalej na północ. Trzeba było półboga, by zbudować mosi nad Shaum, a kto na bezdrzewnym stepie wiedział coś o budo waniu łodzi?

Skylitzes odsłonił zęby w uśmiechu.

— Jak dobrze pływasz, Pikridos?

— Na taką odległość? Co najmniej tak dobrze jak ty, na Phosa.

— Konie są lepsze od obu z was — powiedział Arigh. Chodźmy.

Poprowadził ich na sam brzeg Shaum, zsiadł z konia, rozebrał się i z powrotem wspiął się na siodło. Pozostali posłowie zrobili to samo. Arigh wszystkim kierował:

— Siedźcie na koniu, dopóki nie będzie musiał pływać, a wtedy wskakujcie do wody i trzymajcie się mocno jego szyi Ja popłynę ostatni. Psoes, weź moje konie razem ze swoimi. Ja wezmę tylko jednego i upewnię się, czy wszystkie zwierzęta weszły do rzeki. — Wyciągnął szablę i sprawdził, czyjej koniec jest wystarczająco ostry.

Gorgidas podniósł skórzaną torbę, w której trzymał swój cenny manuskrypt. Widząc pytające spojrzenie Arshauma, wyjaśnił:

— Będę się trzymał jedną ręką, bo to musi być suche. — Nomada wzruszył ramionami. Jeśli Grek chciał ryzykować dla jakichś bazgrołów, to jego sprawa.

Przyglądając się pękatej sylwetce Goudelesa, Skylitzes powiedział:

— Będziesz pływał lepiej ode mnie, gryzipiórku. — Goudeles tylko prychnął lekceważąco. Gorgidas szarpnął cugle i pognał swojego wierzchowca naprzód. Koń próbował skręcić, kiedy zorientował się, że wpychany jest do rzeki, ale Grek kopnął go w żebra i nie pozwolił mu na to. Zwierzę szarpnęło głową z oburzeniem i zarobiło następnego kopniaka. Niczym pływak sprawdzający wodę dużym palcem zanurzyło w wodzie tylko końce kopyt i zatrzymało się ponownie.

— Ithi! — krzyknął zirytowany Grek w swoim języku. — Naprzód! — Gdy uwolnił stopy ze strzemion, przymierzając się do kolejnego kopnięcia, koń wreszcie go posłuchał.

Zarżał przestraszony, gdy stracił grunt pod nogami, ale zaraz mocno ruszył do przodu, w kierunku odległego brzegu. Widziany z wysokości kilku cali ponad wodą, wydawał się on niemożliwy do osiągnięcia. Na wschodnim brzegu, koń któregoś z żołnierzy zapierał się kopytami nie chcąc wejść do rzeki. Arigh popędził go mieczem. Zwierzę zarżało przeraźliwie i pognało do przodu, ciągnąc za sobą dwa inne konie.

Prąd w Shaum nie był tak silny, jak spodziewał się Gorgidas. Co prawda ściągał nieco konie i ludzi na południe, czyniąc przeprawę przez rzekę nieco dłuższą, ale nie przeszkadzał w pływaniu. Woda była zimna i bardzo czysta. Grek mógł patrzeć na kamienie i rośliny rosnące na dnie rzeki. Mniej więcej w połowie drogi omal nie umarł ze strachu — ciemnobrązowa ryba szperająca między skałami na dnie, była dłuższa, od pyska do złowrogo rozwidlonego ogona, od jego konia.

— Rekin! — krzyknął.

— Nie, w Shaum nie ma rekinów — uspokoił go Skylitzes. — Nazywają to tutaj „mourzoulin”. Videssańska nazwa to „sturgeon”.

— Nie obchodzi mnie, jak to nazywają — powiedział Grek, zbyt wystraszony, by się tym zainteresować. — Czy ona gryzie?

— Nie, ma tylko małą, bezzębną ssawkę do jedzenia robaków i innych takich.

— Solony kawior jest doskonały — powiedział Goudeles z rozmarzeniem. — Rzadki przysmak.

— Bardzo dobre jest też wędzone mięso — dodał Prevalis, syn Haravasha. — A z pęcherza pławnego robimy… jak mówi się na coś przepuszczającego światło?

— Przeźroczyste — podpowiedział Goudeles.

— Dziękuję bardzo. Robimy przeźroczyste okna, których używamy w namiotach.

— I gdyby umiała śpiewać, też pewnie byście to do czegoś wykorzystali — powiedział gorzko Gorgidas. Ogromna bestia wciąż wyglądała groźnie.

Prevalis wziął Greka na poważnie.

— Tu, na równinach, wszystko się do czegoś przydaje. Zbyt mało mamy, by pozwolić sobie na marnotrawstwo. — Gorgidas tylko coś odburknął, nie spuszczając wzroku ze sturgeona, czy mourzoulina, czy cokolwiek by to było. Ryba nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi. Po chwili nie mógł jej już dojrzeć.

Zanim zachodni brzeg zaczął się na dobre przybliżać, ramiona bolały go od trzymania skórzanej torby nad powierzchnią wody, mimo że przekładał ją z jednej ręki do drugiej. Wkrótce zabrakło mu także sił, by trzymać się końskiej szyi. Brzeg był już tylko o trzydzieści jardów, kiedy rozstał się ze swoim zwierzęciem. Rzucił się dramatycznie do przodu i poczuł, że jego stopy dotykają dna. Stepowy konik wciąż jednak nie dosięgał gruntu i teraz to on potrzebował pomocy. Wzdychając z ulgą, pomógł zwierzęciu wydostać się na brzeg i poprowadził je na ziemię Shaumkhiil. Oprócz tego, że teraz rzeka była za nim, nie różniła się ona niczym od Pardraji.

Skylitzes dobił do brzegu kilka stóp od niego. Grek sięgnął do torby i wygrzebał pióro.

— Jak się pisze „mourzoulin”? — zażądał. Zrezygnowanym głosem, Skylitzes podał mu pisownię.

Avshar wściekłym krokiem chodził po swoim namiocie, niczym pantera uwięziona w klatce. Jego wzrost i długie kroki sprawiały, iż namiot zdawał się ciasny i mały, zbudowany dla skarlałej rasy. Czarownik zamachnął się ubraną w ciężki but nogą. Poduszka przeleciała przez namiot, odbiła się od dobrze naciągniętego płótna ściany, i wizerunek odzianego na czarno wojownika ciskającego potrójną błyskawicę upadł z hukiem na ziemię.

Książę czarodziejów rzucił się na Varatesha.

— Ignorant! — warknął. — Przygłupawy, zawszony szczur! Ty kupo śmierdzącego łajna, gdybym ci wyrwał twoje gówniane serce, to jeszcze nie byłaby odpowiednia zapłata za twoje partactwo!

Byli sami. Nawet w ataku wściekłości, Avshar wiedział, że lepiej nie urągać wodzowi na oczach jego ludzi. Pogarda maga, bicz z jego słów, paliły jak ogień. Varatesh pochylił głowę. Bardziej niż czegokolwiek innego, pragnął uznania tego człowieka i znosił obrazę, za którą zabiłby każdego innego.

Ale nie uważał się za niczyjego niewolnika i powiedział:

— Nie tylko ja popełniłem błędy w tej wyprawie. Człowiek, za którym mnie posłałeś, nie był tym, którego znalazłem. On…

Avshar uderzył go potężnie w twarz, rozciągając go na brudnej podłodze namiotu. Varatesh wstał ocierając krew z ust, w głowie głośno mu szumiało. Pochylił się do pozycji walki. Kiedyś kochał Kodomana, i Kodoman także uderzył pierwszy…

— Kimże ty jesteś, żeby tak mnie traktować? — wyszeptał, czując jak łzy pieką go w oczy. Avshar roześmiał się, śmiechem tak czarnym jak zbroja wojownika na jego ikonie. Odsunął na bok kaptur i opończę, które zawsze zakrywały jego twarz.

— No i co robaku — powiedział — kim jestem? Varatesh zaskomlał i przypadł mu do kolan.

VII

Proszę — powiedziała Thekla Zonara, wręczając służącemu srebrny świecznik. — Będzie pasował do pudła, które ty pakujesz. — Kiedy mężczyzna trzymał świecznik, nie wiedząc co zrobić, wzięła go od niego i sama zapakowała. — I to — dodała, wpychając z boku pozłacany srebrny talerz, ozdobiony płaskorzeźbą ze sceną polowania.

— Musimy też wziąć to — krzyczała jej szwagierka, Erythro, nadbiegając z rękami pełnymi porcelanowych filiżanek. — Są takie śliczne. Nie możemy ich zostawić dla Namdalajczyków.

— Miłosierny Phosie! — powiedział Sittas Zonaras. — Może weźmiecie też świńskie koryto? To bezwartościowe rupiecie. Bez żalu mogę oddać je wyspiarzom. Mamy już mało czasu, więc nie traćcie go martwiąc się o dodatkowy bagaż, bo i tak go nie weźmiemy — pokręcił głową, z wyrazem szyderczej złości na twarzy.

— A ty nie trać go, sprzeczając się z Erythro — powiedziała mu jego córka, Ypatia. Magnat westchnął i odwrócił się do Skaurusa.

— Kobiety nie powinny być rozsądne, nie uważasz, cudzoziemcze?

Wciąż trzymając w rękach swoje filiżanki, Erythro podskoczyła do Rzymianina jak nastroszony wróbel:

— Po co go pytasz? Co on wie o rozsądku? Sprowadził na nas Namdalajczyków, ot co. Gdyby nie on, siedzielibyśmy sobie tutaj spokojnie, zamiast włóczyć się po górach jak Khamorthci za swoim bydłem.

— Dość! — powiedział Sittas, tym razem naprawdę zirytowany. — Gdyby nie on, leżałbym martwy w lesie albo musiałbym oddać cały majątek jako okup. Czyżbyś o tym zapomniała?

— No tak, zapomniałam — odparła Erythro, wcale nie zbita z tropu. — Ta przeprowadzka doprowadza mnie do szału, i nie ma się też czemu dziwić! — Pochyliła się i dołożyła filiżanki do talerza i świecznika. Jej brat przewrócił oczami i popatrzył znacząco na Ypatię, ale ona udawała, że nic nie widzi.

Choć najpierw Marek uważał zarzut Erythro za niesprawiedliwy i krzywdzący, po zastanowieniu się, nie był już tego taki pewien. Mnóstwo arystokratów w zachodnich ziemiach szło na ugodę z Namdalajczykami i „Imperatorem” Mertikesem.

— Mógłbyś zrobić to samo, Sittas, gdyby mnie tylko tutaj nie było — skończył trybun. Erythro uśmiechnęła się głupio.

— Nie zachęcaj jej — powiedział Zonaras, po czym kontynuował: — Ja, razem z tymi bandytami i heretykami? Wolałbym raczej, żeby ten dom spalił mi się nad głową, niż żebym miał zgiąć kolano przed Draxem i tą jego kukłą. Nie, cieszę się, że jestem z tobą.

Willa i tak się może spalić — pomyślał trybun ponuro. Pomimo wszystkich umocnień, pomimo potężnego oddziału Khatrishów, których przyprowadził ze sobą Pakhymer, gdyby Drax rzucił całą swoją armię na legionistów, zostaliby zgnieceni. A nadchodził właśnie z całą siłą. Zwiadowcy Pakhymera donieśli, że kolumna Namdalajczyków przekroczy jutro Arandos. Trzeba się było więc znowu wycofywać, tym razem w góry.

Zostawiając Zonarasa, który wciąż kłócił się o to, co powinno zostać, a co nie, Skaurus wyszedł na zewnątrz. Przez strumień przeprawiało się właśnie kolejne stado bydła. Pasterze nie potrzebowali rozkazów, by usunąć swoje krowy i owce przed nadciągającą armią.

— Naprzód, pogoń je! — krzyczał szef pastuchów. — Nie, Stotzas, nie dawaj im teraz pić. Potern będzie na to czas, jak już wszystkie przejdą.

Gajusz Filipus, który zdążył już przygotować wszystko do wymarszu, obserwował pasterza z szacunkiem.

— Byłby z niego dobry oficer — powiedział do trybuna. Markowi nagle przyszła do głowy pewna myśl:

— Hm… Czemu więc nie zrobić go oficerem? Kto lepiej poprowadzi twoich partyzantów? Starszy centurion gapił się na niego zaskoczony.

— Na bogów, panie, toż to potrójna szóstka! — dwaj Rzymianie uśmiechnęli się do siebie krótko. W videssańskich regułach gry w kości, szóstki były najgorszym z wyników, nie najlepszym — jedna z tych drobnostek, które na zawsze czyniły Rzymian obcymi w tym kraju.

— Ty tam! — zawołał Gajusz Filipus.

— Mnie chcecie? — powiedział szef pastuchów, nie odwracając głowy. — Poczekajcie chwilę. Zręcznie rozdzielił dwa stada i wysłał je do dwóch różnych przełęczy, by nie zabrakło dla nich paszy. Poradziwszy sobie z tym, podszedł do Rzymian i ukłonił się w ten sam, pełen szacunku, ale nie służalczy sposób, w jaki kłaniał się Zonarasowi.

— Mogę coś dla was zrobić?

— Tak, ee… — zawahał się Marek, nie znając jego imienia.

— Tarasikodissa Simokattes — powiedział. Widząc zmieszanie na twarzach Rzymian, złagodniał. — Nazywają mnie Ras.

— No i bardzo dobrze — mruknął Gajusz Filipus, ale po łacinie.

Skaurus czuł to samo, ale kontynuował rozmowę z pasterzem: — Kiedy nas zobaczyłeś pierwszy raz, mówiłeś coś o podburzaniu wieśniaków. — Ras skinął głową. — Więc umiecie posługiwać się bronią?

— Tak, trochę. Łuk, włócznia, topór. Kiepski ze mnie szermierz. Mam za mało doświadczenia.

— Lubisz walczyć, co?

— Nie — odpowiedź była krótka i zdecydowana.

Starszy centurion rozpromienił się, co wyglądało nieco dziwnie w zestawieniu z jego, niemal zawsze, posępną twarzą.

— Miałeś rację, Skaurus. Ten może być dobry. — Odwrócił się ponownie do Simokattesa. — Co byś powiedział na małą zabawę z Namdalajczykami — tak, żeby żałowali, że się w ogóle urodzili?

Ras przyjrzał mu się. Jego twarz była tak samo szczera i surowa jak twarz Gajusza Filipusa. Ci dwaj: brodaty videssański pasterz i rzymski weteran, mieli wiele wspólnego — pomyślał Marek. Ale przynęta zarzucona przez starszego centuriona była zbyt kusząca, by ją zignorować.

— Powiedz mi o tym coś więcej — zażądał Simokattes.

Gajusz Filipus uśmiechnął się.

Starszy centurion był mniej radosny dwa dni później, kiedy i oglądał się do tyłu na willę Zonarasa, podczas gdy legioniści maszerowali pod górę.

— Powinniśmy byli to spalić — powiedział do Marka. — Drax będzie miał tu świetną fortecę.

— Wiem — odparł trybun — ale gdybyśmy ją rzeczywiście spalili, co pomyśleliby magnaci z gór? Czy ktoś stanąłby po naszej stronie? Jeżeli nie zostawimy ich rzeczy w spokoju, będą nas mieli za kolejną bandę barbarzyńców, nie lepszych od Namdalajczyków.

— Może i tak — powiedział Gajusz Filipus. — Ale nie będą też się do nas garnąć, kiedy zobaczą, że jesteśmy słabi.

Skaurus odchrząknął; niestety, starszy centurion również miał rację. Czy konflikt z Zonarasem i spalenie jego willi byłoby mniej szkodliwe niż zostawianie bazy dla Draxa? Wolałby wiedzieć lepiej, kiedy strategia musi ustąpić pola taktyce.

— Takich rzeczy uczysz się najpierw na błędach — tłumaczył Gajusz Filipus, gdy trybun podzielił się z nim swoimi wątpliwościami. Po chwili dodał: — Oczywiście, jeżeli twój błąd jest zbyt poważny, zabija cię i potem już niewiele możesz się nauczyć.

— Zawsze umiesz mnie pocieszyć — powiedział Marek sucho. Dojrzał jakiś ruch na północy, u wejścia do doliny, w której stał dom Zonarasa. — Wycofaliśmy się w sam czas. Wyspiarze już są. Myślisz, że tylna straż coś im zrobi?

— Pod młodym Tarasiosem? Żadnych szans — starszy centurion mówił to z żalem, ale bez złudzeń. Zawołał do żołnierza: — Ty tam, Florus, biegnij, przyprowadź tutaj tego faceta od pastuchów, Rasa. Powinien to widzieć. — Rzymianin zasalutował i pobiegł wykonać rozkaz.

Z gorączkowymi wypiekami na twarzy, Tanasios Zonaras odmówił, gdy namawiano go, by przyłączył się do Rzymian i wycofał w góry:

— Nie — powiedział zduszonym szeptem, bo tylko to zostało z jego głosu. — Tutaj zostanę. I tak mam już niewiele czasu. Walka o moją ziemię to szybszy i lepszy koniec niż ten, którego oczekiwałem.

Rodzina nie była w stanie odwieść go od tego zamiaru, a Skaurus nawet nie próbował, bo według stoików, człowiek może sam decydować o tym, kiedy chce umrzeć. Florus powrócił, prowadząc ze sobą Rasa Simokattesa.

— O co chodzi, cudzoziemcze?

— Tylko patrz — powiedział Gajusz Filipus.

Żołnierze Księstwa, doświadczeni i rozsądni weterani, wjeżdżając do doliny, ustawili się w wachlarz, nie chcąc wpaść w zasadzkę. Zaczęli poruszać się szybciej, gdy dojrzeli porzucony obóz legionistów. Podnieśli wzrok do góry i spostrzegli kolumnę wycofujących się wojsk.

Byli już blisko willi, kiedy Tarasios i jego ludzie wypadli z sadu, który służył im za kryjówkę, i ruszyli do ataku Wzniesione szable błyszczały w słońcu, gdy poganiali konie. Z tej odległości wszystko było maleńkie, ciche i doskonałe; realistyczny obraz, który jakąś dziwną mocą się poruszał Jeden z Namdalajczyków wypadł z siodła, potem następny. Ale po chwili paniki, Namdalajczy-cy zaczęli kontratakować. Nadjeżdżało ich coraz więcej, by rozprawić się z oddziałem Tarasiosa.

Simokattes rzucił okiem na rodzinę młodego Zonarasa. Sittas, z twarzą pobrużdżoną głębokimi zmarszczkami rozpaczy, obserwował nierówną walkę. Od czasu do czasu poruszał rękoma naśladując uderzenie, które powinno teraz nastąpić. Jego żona i córka obejmowały się w milczeniu, Erythro płakała. Szef pasterzy, zaciskając swoje silne, twarde pięści w bezsilnej złości, powrócił spojrzeniem do bitwy na dole. Walka była już prawie skończona.

— Co widzisz? — zapytał go Gajusz Filipus.

— Odważnego człowieka — odparł cicho Simokattes.

— Może i tak, ale przy tym i głupiego. — Simokattes odwrócił się ze złością, ale starszy centurion mówi! dalej tak poważnie jak zawsze: — Zastanów się nad tym Ras, i to zastanów się dobrze. Wkrótce to ty będziesz prowadził swoich ludzi na wyspiarzy, i to nie tak wyszkolonych i uzbrojonych jak ci, których miał za sobą Tarasios. No i co on zrobił? Wyjechał z ukrycia, zamiast czekać tam na wroga, i zaatakował duży oddział niewielkim, a powinno być odwrotnie. Odważny? Do czego mu się przydała ta odwaga albo żołnierzom, którzy poszli za nim? — W dolinie, żaden Videssanczyk nie siedział już na koniu. — Cała sztuka w tym, jak zaszkodzić wrogowi, a nie własnym ludziom.

Simokattes milczał przez chwilę. W końcu powiedział.

— Twardy z ciebie człowiek, Rzymianinie.

— Pewnie tak, ale zajmuję się tą brudną robotą od trzydziestu lat i wiem, o co tu chodzi. To właśnie na to się zgodziłeś, mówiąc o podburzaniu chłopów. Jeśli ci to nie odpowiada, wracaj do swoich krów.

Simokattes zamierzył się na niego. Był to cios zrodzony głównie z frustracji. Gajusz Filipus spokojnie, choć z odpowiednią szybkością, schylił się i podszedł krok, chwytając jednocześnie rękę pasterza i wykręcając mu ją za plecami, aż ten nie mógł złapać powietrza z bólu. Starszy centurion puścił go od razu i klepnął po ramieniu.

— Co tam sobie o mnie myślisz, to twoja sprawa, ale posłuchaj mnie. Kiedyś uratuje ci to skórę. — Simokattes skinął szorstko głową i odszedł.

— Poradzi sobie — powiedział Gajusz Filipus, patrząc na oddalającego się pasterza.

— Musiałeś być dla niego taki ostry? — spytał trybun.

— Myślę, że tak. Amatorzy zabierają się do tego interesu pełni jakichś głupawych idei.

Gorzka wiedza Marka, zdobyta w ciągu ostatnich trzech lat, kazała mu dodać:

— Znajdzie się tam troszeczkę miejsca dla walecznej dzielności?

— To dla dzielności — starszy centurion splunął na ziemię. — To nie Achilles zdobył Troję. — Skaurus zagapił się na niego; jeżeli Gajusz Filipus, który z trudem zapisywał własne imię, mógł uczyć się od Homera, to rzeczywiście był on księciem poetów!

Analizując wcześniejsze poczynania Draxa, trybun sądził, że zablokuje on przejścia prowadzące na południe, ale nie zacznie żadnej poważnej kampanii w górach na południe od Arandos. Ale wielki książę, widząc się tak blisko ostatecznego zwycięstwa, wykazał większą agresję, niż spodziewał się po nim Skaurus. Nie tylko błyskawicznie wzniesione fortece pojawiły się u wejść do dolin i w dogodnych miejscach na górskich zboczach, ale namdalajskie patrole zapuszczały się głęboko w góry, paląc i łupiąc okoliczne wsie tuż za wycofującymi się legionistami.

Marek nie potrzebował pełnych wyrzutu spojrzeń Sittasa Zonarasa, by wiedzieć, że powinien ich jak najszybciej powstrzymać. Jeśli wyspiarze mogli napadać na kogo tylko chcieli, po co Videssa-ńczycy mieliby wspierać legionistów? Pomyślał przez chwilę i poszedł zobaczyć się z Laonem Pakhymerem.

Khatrish ostrzeliwał winogronami miniaturową fortecę, zbudowaną z ziemi i patyków.

— Chciałbym, żeby to było takie łatwe — powiedział Skaurus, bo mała katapulta Pakhymera siała spore zniszczenie.

— To o wiele prostsze, kiedy oni nie strzelają — zgodził się Pakhymer, uważnie się przymierzając. Dotknął spustu i katapulta wystrzeliła. Drobny kawałek drewna odpadł od zamku i wpadł do fosy. Marek z rosnącym zniecierpliwieniem czekał aż Khatrish ponownie załaduje. W końcu Pakhymer podniósł wzrok, uśmiechając się szelmowsko do trybuna.

— Już gotowy do wybuchu? Marka rozbawiła jego bezczelność.

— Nie całkiem.

— Obawiałem się, że to powiesz. Chcesz, żeby moi chłopcy zarobili w końcu na to, co dostali w Kyzikos, tak? Pewnie, że tak, widzę to w twoich oczach. O co chodzi tym razem?

Marek powiedział mu. Pakhymer skubał przez chwilę swoją rozczapierzoną brodę, zastanawiając się nad tym.

— Tak, mogłoby tak być, jeżeli będziemy mieli ze sobą dobrego przewodnika.

— Porozmawiam o tym z Simokattesem.

— W porządku, masz to. Powiedziałeś, za trzy dni? — Gdy Marek przytaknął, Khatrish zauważył: — Problem w tym, żeby nie ugryźć za dużego kawałka, czy tak?

— Dokładnie. — Jak zwykle — pomyślał trybun — Pakhymer miał doskonałe wyczucie tego, czego od niego oczekiwano i niewiele chęci, by to wykorzystać. Khatrish przyjrzał się następnemu gronu. Pokręcił głową ze smutkiem.

— Za mało okrągłe — powiedział i zjadł je. — Chciałbyś parę? — Roześmiał się, gdy Marek udał, że nie słyszy.

Skaurus pomyślał, że gęsty, zielony krzak, za którym przykucnął, to dzika pietruszka. Cokolwiek by to było, żółte kwiatki rośliny wydzielały gryzący zapach, od którego oczy trybuna łzawiły. Zagryzł mocno górną wargę, by powstrzymać się od kichnięcia. Nic się jeszcze nie działo, ale bał się, że jeśli raz zacznie, nie będzie mógł przestać, a nie miał wiele czasu.

Pół tuzina Khatrishów wjechało do doliny, poganiając swoje małe koniki z całych sił. Co chwilę któryś z nich odwracał się i strzelał do ścigających ich Namdalajczyków.

Dowódca Namdalajczyków był przysadzistym młodzieńcem o imieniu Grus. Choć był młody, nauczył się już ostrożności. Rozkazał swoim ludziom, by się zatrzymali i rozejrzał się uważnie po ścianach kanionu. Ale Ras Simokattes i Gajusz Filipus dobrze przygotowali swoją zasadzkę. Choć manipuł Juniusza Blesusa leżał w ukryciu, czekając aż wyspiarze wejdą do środka, żaden promień światła odbitego od stali, żadne poruszenie ani odgłos nie zdradzał ich obecności. Grus krzyknął coś i przywołał swoich ludzi.

Trzymając dłoń na rękojeści, Marek czekał aż ostatni z Namdalajczyków, nawet tylna straż, wejdzie do doliny. Skinął głową, dając znak skulonemu obok niego heroldowi. Kornet odtrąbił głośny sygnał. Z okrzykiem „Gavras!”, legioniści wyskoczyli spoza krzaków, kamieni i pni drzew i zbiegając po stromej ścianie kanionu, runęli na wyspiarzy.

Dwaj jeźdźcy z tylnej straży brutalnie zawrócili konie i próbowali wydostać się z doliny. Nie było to tchórzostwo, ale zdrowy rozsądek, który nakazywał jechać po pomoc. Pilum ugrzęzło w brzuchu jednego ze zwierząt, które runęło na ziemię, krzycząc niemal ludzkim głosem i przygniotło pod sobą jeźdźca. Drugi wojownik był już prawie przy wyjściu z kanionu, kiedy trzech legionistów ściągnęło go z siodła.

Grus, przeklinając, próbował ustawić swoich ludzi w kręgu. Ale jeden z Rzymian wysunął się znacznie przed swoich towarzyszy, wrzeszcząc.

— Chodź, Worenuszu! Zobaczymy, który z nas jest więcej wart! — Był to Tytus Pullo. Jeszcze jeden legionista wyskoczył z szeregu. Lucjusz Worenusz gnał za swoim rywalem przeklinając resztką tchu.

Pullo cisnął swoją pilum z bardzo dużej odległości, ale był to celny rzut i włócznia utkwiła w udzie Namdalajczyka wysuniętego na skraj obronnego koła Grusa. Jeździec krzyknął i spadł z konia. Pullo rzucił się naprzód, by go dobić, ale dwóch Namdalajczyków zasłoniło rannego kompana. Jeden z nich pchnął swoją ciężką lancę przez grube drewno i skórę scutum Rzymianina. Czubek ostrza zaczepił o pasek z mieczem i przesunął go do tyłu. Kiedy Pullo sięgnął po gladius, nic tam nie znalazł. Namdalajczycy zasypali go uderzeniami swych mieczy. Przewrócił się na plecy, starając się jak najlepiej wykorzystać uszkodzoną tarczę.

Lucjusz Worenusz, we wściekłym szale, którego mógł mu pozazdrościć Viridoviks, nacierał na wyspiarzy, wrzeszcząc:

— Zostawcie go wypierdki, psy, śmierdzące sępy! To dureń, ale nawet głupi Rzymianin wart jest więcej niż wy wszyscy!

Zabił Namdalajczyka, który rzucił włócznią w Pullo, odpychając lekką tarczę wyspiarza swoją, o wiele cięższą, i wbijając mu miecz w bok.

Drugi Namdalajczyk i jeden z jego rodaków, sądząc zapewne, że Pullo już nie żyje, zajęli się tylko Worenuszem, który znalazł się nagle w sporych opałach. Jednak Pullo był cały i zdrowy. Doszukawszy się wreszcie swojego miecza, odrzucił bezużyteczną scutum, stanął na równe nogi i wbił glaudius w koński zad. Brocząc krwią, zwierzę podskoczyło i pognało naprzód z jeźdźcem, który trzymając się go z całych sił, bezskutecznie próbował nad nim zapanować.

— Bękart! — wydyszał Worenusz.

— Ty jesteś kurewskie nasienie, nie ja! — odparował Pullo. Walczyli ramię przy ramieniu, złorzecząc sobie cały czas. Za moment dołączyli do nich pozostali Rzymianie, i dwaj rywale mogli nieco odpocząć.

Okrążeni, słabsi, zasypani deszczem włóczni, wyspiarze zaczęli się jeden po drugim poddawać. Ale Grus, upokorzony tym, jak dał się wciągnąć w pułapkę i walcząc pieszo po tym, gdy jego koń padł z podciętymi ścięgnami, runął na Marka.

— Poddaj się! — zawołał Rzymianin.

— Do lodu z tobą! — krzyknął Grus, niemal płacząc.

Trybun podniósł tarczę, broniąc się przed wściekłym atakiem. Grus musiał korzystać z tej samej szalonej energii, która napędzała Worenusza i Pullo — uderzał i uderzał, i uderzał, jak nakręcony. Nie myślał zupełnie o obronie. Kilkakrotnie odsłaniał się tak, iż Marek bez trudu mógł zadać mu śmiertelny cios. Trybun oszczędzał jednak swojego przeciwnika — bitwa była już wygrana, a żywy namdalajski oficer wart był więcej niż jego zwłoki.

Gajusz Filipus schylił się i znalazł kamień, który dobrze układał się w dłoni. Rzucił go niedaleko, ale mocno i kamień odbił się od stożkowatego hełmu Grusa. Namdalajczyk zachwiał się i wypuścił broń z ręki. Marek i starszy centurion przycisnęli go do ziemi i rozbroili.

— Ładny rzut — powiedział trybun.

— Widziałem, że nie chcesz go zabić.

Ras Simokattes patrzył to na oficerów, to na Pullo i Worenusza, którzy właśnie przyjmowali pochwały towarzyszy i nic z tego nie rozumiał.

— Kim wy właściwie jesteście? — spytał Skaurusa. — Wy dwaj wysilacie się, żeby oszczędzić tego tutaj… — Trącił nogą Grusa — …a tamci znowu to para żądnych krwi zabójców.

Trybun spojrzał na dwóch rywali. Juniusz Blesus właśnie składał im swoje gratulacje. Marek zmarszczył brwi. Wydawało się, że młodszy centurion nie jest w stanie zrozumieć niczego poza tym co widoczne gołym okiem. Trybun dostrzegł to już wcześniej. Odwrócił się do Simokattesa.

— Poczekaj moment, Ras. Zobaczysz kim jesteśmy. — Potem zawołał do Rzymian: — Pullo, Worenusz, pozwólcie tutaj.

Żołnierze wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Od razu ruszyli w stronę Skaurusa i stanęli przed nim na baczność.

— Mam nadzieję, że zakończyliście swój spór — powiedział łagodnie. — Uratowaliście sobie nawzajem życie, to chyba w zupełności wystarczy, żeby się pogodzić. — Mówił po videssańsku, ze względu na szefa pasterzy.

— Tak jest, panie — odpowiedzieli razem, i wyglądało na to, że rzeczywiście tak myślą.

— Odważni, to za małe słowo dla was. Cieszę się, że obaj w ogóle przeżyliście.

— Dzięki, panie — powiedział Pullo, uśmiechając się. Worenusz także się rozluźnił.

— Nikt nie powiedział spocznij, wy…! — ryknął Gajusz Filipus. Legioniści zesztywnieli. Czujność powróciła na ich twarze.

— Obaj nie dostaniecie tygodniowej wypłaty, za złamanie szyku podczas ataku — kontynuował Skaurus, teraz już bez łagodnego tonu. — Mieszając prywatne kłótnie do walki, nie tylko ryzykujecie własnym życiem, ale i bezpieczeństwem waszych towarzyszy. Nigdy więcej, rozumiemy się?

— Tak, panie — odpowiedzieli ponuro.

— W co wyście się bawili? — zażądał Gajusz Filipus. — Równie dobrze moglibyście być parą Galów. — Była to najgorsza obelga dla niekarnych żołnierzy. Worenusz zaczerwienił się, a Pullo grzebał nogą w ziemi, jak mały, nieznośny chłopiec. Niczym nie przypominali teraz okrutnych wojowników sprzed kilku minut. Gdy Skaurus ich zwolnił, odeszli cicho do swoich kompanów.

— No, więc kim jesteśmy, Ras? — spytał Simokattesa trybun.

— Bandą skurwysynów, jeśli chcesz wiedzieć — odezwał się, leżący na ziemi Grus.

— Zamknij się — rzucił Gajusz Filipus.

Simokattes z niedowierzaniem obserwował jak Rzymianie z pokorą wysłuchali reprymendy. Nigdy nie widział żołnierzy wyszkolonych aż do takiego posłuszeństwa. Podrapał się po głowie, potarł po zarośniętym policzku.

— Niech mnie piekło pochłonie jeśli wiem, ale cieszę się, że jestem z wami, a nie przeciwko wam.

— Ba! — powiedział Grus.

Odizolowany w południowo-wschodnich górach, Marek dotkliwie odczuwał brak jakichkolwiek wiadomości z szerokiego świata. Już prawie stracił nadzieję na to, że coś jednak do niego dotrze, kiedy posłaniec z Videssos, mały, elegancki mężczyzna o lisiej twarzy, przedarł się przez Namdalaj-czyków i został przechwycony przez patrol Khatrishów.

— Karbeas Antakinos, moje nazwisko — powiedział, kiedy przyprowadzono go do trybuna. Jego bystre oczy rozglądały się bacznie po obozie legionistów, niczego nie pomijając.

— Dobrze cię widzieć, dobrze cię widzieć — mówił Marek, potrząsając jego dłonią.

— Dobrze być tutaj, powiedziałbym raczej — stwierdził kurier. Mówił szybko, w rytmie staccato, charakterystycznym dla stolicy. — Jazda była okropna, wszędzie pełno przeklętych Hazardzi-stów. — Używał videssańskiego obraźliwego przezwiska dla ludzi Księstwa, którzy odpłacali się, nazywając Videssańczyków Bufonami. Rzymianin westchnął cicho — nie miał cierpliwości do sprzeczek między sektami Phosa.

Przypomniał sobie o tym, jak zdradliwy potrafi być Drax.

— Czy mógłbym prosić o twoje hm… listy uwierzytelniające — powiedział do Antakinosa.

— Tak, oczywiście. — Videssańczyk zatarł szybko ręce. — Miałem spytać cię o opinię Jego Wysokości Imperatora o kobietach z gorącym temperamentem.

Skaurus uspokoił się — Thorisin używał już tego hasła wcześniej.

— Są bardzo interesujące, ale męczące.

— Trafił w sedno, co? — zachichotał Antakinos. Jego śmiech, pogłębiony rezonującym tenorem, był lekki i miły dla ucha. — Pamiętam jedną dziewczynę, nazywała się Panthia, ale to już inna historia. Do interesu; jak wygląda sytuacja?

— Na razie ciągle stoimy w martwym punkcie. Wyspiarze, po tych kilku lekcjach, które im daliśmy, już nie wsadzają nosa w te okolice, ale ja też nie mogę się ruszyć. Zbyt wielu jest ich tam na dole. Czy Gavras może ich odciągnąć?

Posłaniec skrzywił twarz.

— Nie ma mowy. Właśnie poprowadził dwa regimenty do Opsikon, naprzeciwko Księstwa, żeby powstrzymać wyspiarzy, którzy tam lądują.

— Cholernie cudownie — powiedział Gajusz Filipus. — Myślę, że mogliśmy się tego spodziewać.

— Tak — powiedział Antakinos. — Chwała Phosowi, że to tylko zwyczajni rabusie, a nie Książę. Skoro o rabusiach mowa; piraci z Księstwa także pojawili się przy ziemiach zachodnich. Trzy dni przed tym jak wyruszyłem, Leimmokheir zawinął do portu po pościgu za czterema okrętami i zatopieniu piątego. A można być pewnym, że jest ich więcej w tamtej okolicy.

— Na bogów! — rzucił Skaurus, przechodząc z wrażenia na łacinę. Powrócił do videssa-ńskiego. — Chcesz mi więc powiedzieć, że jesteśmy w tej chwili jedyną siłą, jaka została Autokra-torowi?

— Właściwie, tak — zgodził się posępnie kurier. — Prawdę mówiąc, cieszę się, że będę mógł mu powiedzieć, jak wielu was tu widziałem. Po ee… nieszczęściu pod Sangarios, bał się, że cała armia Zigabenosa została zniszczona albo zdradziła, tak jak jej generał. — Niech szlag trafi wielkiego księcia Draxa — pomyślał Marek — podczas gdy Antikos kończył: — Ale wy nie wyglądacie na pokonanych.

— Mam nadzieję — prychnął Gajusz Filipus.

Laon Pakhymer nadszedł akurat na czas, by usłyszeć ostatnich kilka zdań.

— Pewnie, że nie — powiedział, mrugając oczami. — Bo twoi ludzie boją się ciebie bardziej niż Draxa. On ich może co najwyżej zabić. — Starszy centurion znowu się żachnął, ale nie wyglądał na niezadowolonego.

— Jechałeś przez tereny okupowane przez wyspiarzy — powiedział Marek do Antakinosa. — Jak odnosi się do nich tamtejsza ludność?

— Interesujące pytanie. — Antakinos spojrzał na niego z respektem. — Myślisz może o tym, żeby ich trochę podjudzić? Jego Wysokość mówił, że jesteś spryciarzem. No cóż, wygląda to tak: chłopi chętnie przypalaliby Hazardzistów na wolnym ogniu, bo kradną ich bydło, a magnaci zrobiliby to samo, bo kilku z nich musiało oddać swoje posiadłości ludziom Księstwa. — Posłaniec spo-chmurniał. — Niestety, obawiam się, że w miastach sytuacja jest odwrotna. Drax ściąga z nich haracz, to prawda, ale mniejszy niż podatki, które płacili Videssos. W dodatku mieszczanie liczą na to, że Namdalajczycy obronią ich przed Yezd.

Laon Pakhymer pokręcił nieznacznie głową, ale Antakinos zauważył to i podniósł pytająco brwi. Khatrish nie wytłumaczył się jednak, ku głębokiej uldze Skaurusa. Ta intryga ciągle jeszcze spędzała mu sen z oczu.

— No dobrze, a co jeśli tych skurwysynów będzie więcej niż myśleliśmy przy zastawianiu pułapki? — pytanie zadał wysoki, chudy farmer, odziany w spodnie z szorstkiego samodziału i grubą, skórzaną kufajkę. Trzymał swoją włócznię na dzika trochę niepewnie.

Gajusz Filipus zdobywał się na najwyższą cierpliwość. Ci nieokrzesani videssańscy rekruci nie mieli ani rzymskiej dyscypliny, ani zapalczywości Hiszpanów, z których Sertoriusz stworzył tak niebezpieczną armię partyzantów. Mimo to wszyscy siedzący wokół niego mężczyźni, a było ich około dwustu, byli ochotnikami: albo uciekinierami z nizin, albo góralami, którzy woleli prawdziwą wojaczkę niż utarczki z magnatami.

Starszy centurion powiedział do swoich słuchaczy:

— Nie potrzebujecie mojej pomocy, żeby odpowiedzieć na takie pytania. Kto mu powie? Podniosło się kilka rąk, ale Ras Simokattes był pierwszy. Gajusz Filipus udał, że nie widzi szefa pastuchów Zonarasa.

— Ty tam, tak ty z siwymi włosami.

Mężczyzna wstał, założył ręce za plecy i pochylił głowę, jakby był dzieckiem w szkole.

— Jak ich jest za dużo, zostajemy w kryjówce — powiedział nieśmiało. Lekki łuk do polowania leżał u jego stóp.

— Tak jest! — pochwalił Gajusz Filipus. — I nie ma się też czego wstydzić. Jeśli nie macie pewności, nie bawcie się z wyspiarzami. Mają lepszą broń niż wy i wiedzą co z nią robić. Tak jak ja. — Pozwolił sobie na leniwy uśmiech.

Przyglądając się lekcji, Marek widział, jak przyszli maruderzy weterana zesztywnieli, przypominając sobie demonstrację sprzed kilku dni. Starszy centurion, w pełnym uzbrojeniu, poprosił czterech ze swoich uczniów, by go zaatakowali swoją ulubioną bronią. Walka nie trwała długo. Odwracając pilum znokautował jednego z nacierających, uchylił się przed zamaszystym ciosem kolejnego i złamał drzewce włóczni na jego głowie. Odwróciwszy się zręcznie pozwolił, by pałka trzeciego z Videssańczyków grzmotnęła w jego tarczę, po czym uderzył w podbródek brzegiem obitej żelazem scutum. Mężczyzna nie zdążył jeszcze upaść na ziemię, a już Gajusz Filipus wyciągał miecz i przesuwał się w stronę ostatniego przeciwnika, który trzymał krótką pikę. Facet był całkiem odważny i ruszył ostro na Rzymianina, chcąc go przebić, ale Gajusz Filipus, wdzięcznie niczym tancerz, odsunął się nieznacznie na lewo, przepuszczając pchnięcie obok i klepnął biedaka mieczem w brzuch. Dwóch ludzi nieprzytomnych, jeden bezradny na ziemi, czwarty blady jak ściana i trzęsący się — nieźle, jak na minutę walki.

Ponad tuzin wieśniaków wymknęło się tej nocy z obozu.

Ale dla tych, którzy zostali, starszy centurion był lepszym nauczycielem, niż spodziewał się Skaurus. Zajął się tym z zapałem, który nie zawsze towarzyszył mu w jego zwykłych obowiązkach. Jak każda praca, w miarę upływu lat stały się one rutyną. Nowa rola zdawała się przywracać mu młodość i rzucił się na nią z entuzjazmem, jakiego trybun jeszcze u niego nie widział, odkąd się znali.

Weteran mówił:

— Uderzacie, robicie co się da i szybko się wycofujecie. Czasami dobrze jest wcześniej schować broń w rowie. — Dla zawodowych żołnierzy taka uwaga byłaby herezją, ale w przypadku partyzantów mogła się okazać wielce pożyteczna. — Kto będzie wtedy wiedział kim jesteście?

— A jeśli będą nas ścigać?

— Oczywiście, musicie się rozproszyć. A kiedy nie będą was już widzieć, po minucie albo dwu możecie się zatrzymać. Połóżcie się tylko na ziemi i przykryjcie zielskiem, jakby was nie było. Przejadą obok was za każdym razem. — Uśmiech Gajusza Filipusa był zupełnie pozbawiony nieodłącznego zwykle cynizmu. — Możecie się przy tym jeszcze nieźle ubawić.

Marek nie wierzył własnym uszom. Starszy centurion, najtwardszy profesjonalista jakiego ziemia nosiła, mówi o walce jak o zabawie? Powrót do młodości nie miał w sobie nic złego, ale u Gajusza Filipusa wyglądało to jak drugie dzieciństwo.

Ruelm, syn Ranulfa, wesoły i zadowolony z siebie, jechał na czele oddziału Namdalajczyków na południe, w kierunku gór, gdzie wciąż nie chciano uznać władzy jego pana, księcia Draxa. Nawet przez moment nie myślał o sobie jako o poddanym jakiegoś Imperatora Zigabenosa. Ta farsa przeznaczona była tylko dla Videssańczyków, by łatwiej oswoili się z myślą o nowym władcy.

Zatrzymał się, by zapalić pochodnię. Było już po zmierzchu, a on chciał jechać dalej. Przy odrobinie szczęścia połączy się z Baili przed północą. To właśnie tak go cieszyło — kiedy wyruszył z Kyzikos spodziewał się, że podróż będzie jeszcze o dzień dłuższa, ale bród na Arandos, który pokazał mu ten dziwak, oszczędził im wiele godzin, które musieliby stracić na poszukiwanie najbliższego mostu i powrót do drogi. Dotknął sakiewki. Warto było wydać sztukę złota, a starzec wyglądał tak, jakby już od dawna nie widział pieniędzy.

Ćma krążyła wokół jego pochodni. Noc była ciepła i tak cicha, że mógł słyszeć trzepot skrzydeł owada. Nietoperz wyskoczył z ciemności, połknął ćmę i zniknął tak szybko, że Ruelm mógł go w ogóle nie zauważyć.

— Cholerna mysz — powiedział, czyniąc na piersiach znak słońca, by zażegnać złą wróżbę. Jego ludzie zrobili to samo. Namdalajczycy nazywali nietoperze „kurczakami Skotosa”, bo jak inaczej można było wytłumaczyć ich doskonałą orientację w ciemnościach, jeśli nie pomocą czarnego boga?

W miarę jak zbliżali się do gór, kępy krzaków i drzew pojawiały się znacznie częściej niż na północ od Arandos. Ta bogata równina była najlepiej uprawianą i najżyźniej szą ziemią, jaką Ruelm kiedykolwiek widział. W porównaniu ze skromnymi osiągnięciami Księstwa, była to kraina dobrobytu.

Czajka zaświergotała gdzieś w krzakach, na skraju drogi, a potem zagwizdała przeciągle. Ruelm był nieco zaskoczony, słysząc dziennego ptaka tak późno po zmierzchu. Wtedy pierwsza strzała cichym świstem przeszyła spokój nocy i rycerz jadący tuż za nim zaklął ze zdziwienia i bólu, gdy utkwiła w jego łydce.

Ruelm zamarł na sekundę. Nie miało być tutaj żadnych nieprzyjaciół. Rzymianie, Videssańczy-cy, Khatrishe i różne przybłędy czepiające się ich spódnicy, zepchnięci byli głęboko w góry.

Następna strzała przeleciała koło jego twarzy tak blisko, że pióra służące za lotki musnęły mu policzek. Nagle znowu był żołnierzem. Odrzucił pochodnię najdalej jak potrafił. Kimkolwiek byli ci nocni rozbójnicy, nie należało ułatwiać im zadania oświetlając dodatkowo cel. Wyciągał właśnie miecz, kiedy podnieśli się z ukrycia i ruszyli do ataku.

Ciął na chybił trafił, wciąż na wpół oślepiony przez światło pochodni, i czuł, że ostrze kogoś dosięgło. Za jego plecami żołnierz, który pierwszy został raniony krzyknął, gdy ściągano go z konia — jego wrzask ucichł gwałtownie. Zastąpiły go inne — głosy videssańskich wieśniaków rozbrzmiewały triumfem i — mógłby przysiąc — strachem.

Ciemność sprawiała, że dzika walka przypominała senny koszmar. Zawracając brutalnie konia, by znaleźć pomoc u swoich ludzi, Ruelm zobaczył swoich przeciwników jako ruchome cienie, niemożliwe do policzenia, i prawie niemożliwe do trafienia.

— Drax! — krzyknął i poczuł w ustach gorzki strach, gdy odpowiedziało mu tylko dwóch ludzi.

Jakaś ręka złapała go za udo. Próbował kopnąć napastnika i choć jego noga natrafiła w powietrze, mężczyzna odskoczył do tyłu. Wbił ostrogi w boki swego wierzchowca. Wałach stanął dęba, rżąc przeraźliwie. Dobrze wyszkolony do walki, wyrzucił ciężko podkute kopyta do przodu. Ludzka czaszka rozprysła się niczym uderzony pałką melon — kawałek mózgu, ciepły, wilgotny i klejący spadł Ruelmowi na czoło, tuż pod hełm.

Potem, z wielkim wrzaskiem koń runął na ziemię. Uwalniając się ze strzemion, Ruelm słyszał krzyk Videssańczyka, „Tnij, na Phosa!”. Obute i bose stopy szurały w kurzu drogi, w miarę jak nadbiegali następni, niczym banda szakali.

Wyspiarz przekoziołkował i próbował się właśnie podnieść, gdy pałka uderzyła w metalowy kołnierz, który chronił z tyłu jego kark. Ogłuszony, upadł na kolana, potem na brzuch. Zabrano mu miecz, chciwe ręce rozrywały paski od kolczugi. Jęknął i sięgnął po sztylet.

— Uwaga! — krzyknął ktoś. — Jeszcze się broni! — Przerażający śmiech. — Zaraz to naprawimy!

Wciąż oszołomiony poczuł, jak twarde palce chwytają go za podbródek i odchylają głowę.

— Jak owce — powiedział Videssańczyk. Ból przeszył mu gardło, ale nie na długo.

W towarzystwie Sittasa Zonarasa i Gajusza Filipusa, Skaurus udał się do miejsca, które zaproponował Baili z Ecrisi.

— Tutaj, Minucjuszu — powiedział trybun, zatrzymując się na moment. — To wystarczająco blisko dla twojego oddziału.

Młody podoficer zasalutował. Byli o dobry strzał z łuku od punktu, w którym czekał na nich Baili i para jego poruczników. Grupa Namdalajczyków pozsiadała z koni i rn/.lo/.ylu się na ziemi w podobnej odległości na północ od swojego dowódcy.

— Witaj, wyspiarzu — zawołał Marek, gdy podeszli bliżej. — O czym musimy porozmawiać? Ale Baili nie był tym uprzejmym, pewnym siebie oficerem, który dostarczył proklamację Draxa kilka tygodni temu.

— Ty gnojku — warknął, czerwony ze złości. — Za dwa miedziaki wbiłbym cię na pal na pożarcie krukom. Myślałem, że jesteś człowiekiem honoru. — Splunął pod stopy Rzymianina.

— Skoro nim nie jestem, to po co ze mną rozmawiasz? Jesteśmy wrogami, to prawda, ale nie musimy się zaraz nienawidzić.

— Niech piekło pochłonie ciebie i twoje gładkie słówka — powiedział Baili. — Mieliśmy was za uczciwych najemników, ludzi, którzy robią jak najlepiej to, za co się im płaci, tak, ale nie poniżają się do takiego plugastwa, jakim wy się zajmujecie. Nocne morderstwa, zasztyletowani w karczmie, okaleczone konie, kradzieże doprowadzające człowieka do szaleństwa…

— Dlaczego winisz nas? — zapytał Marek. — Po pierwsze, wiesz dobrze, że my, Rzymianie, nie lubimy takiej wojny. Gdybyś o tym nie wiedział, nie przyszedłbyś tutaj. A po drugie, nawet gdybyśmy chcieli, to nie możemy, bo zamknęliście nas w tych górach.

— Zdaje się, że ktoś tam na równinach nie przepada za wami — powiedział Gajusz Filipus obojętnie, jakby rozmawiał o pogodzie.

Baili był o krok od wybuchu.

— W porządku! W porządku! Rozpuśćcie swoich głupich wieśniaków, jeśli tak to chcecie rozegrać. Wybijemy ich, nawet gdybyśmy musieli ściąć wszystkie drzewa i spalić wszystkie chałupy, stąd aż do samej stolicy. A wtedy wrócimy, żeby zająć się wami, i będziecie się modlić, żeby skończyło się na tym, co zrobimy waszym tchórzliwym pachołkom.

Gajusz Filipus nie powiedział nic, ale skrzywił brew. Dla Bailiego nic to nie znaczyło — Marek wiedział jednak, że weteran nie obawiał się tych gróźb.

— Coś jeszcze, Baili? — spytał trybun.

— Tylko to — powiedział ciężko namdalajski oficer. — Pod Sangarios walczyliście najlepiej jak umiecie, i walczyliście czysto. Później, gdy rozmawialiśmy o twojej propozycji wymiany, byłeś wspaniałomyślny, nawet kiedy nie wyszło tak, jak chciałeś. Więc dlaczego teraz to?

Szczere zakłopotanie w jego głosie zasługiwało na szczerą odpowiedź. Marek myślał przez chwilę, potem powiedział:

— Jak najlepsze wykonywanie tego, za co mi płacą, jak o tym mówisz, jest uczciwe, ale to nie moje zajęcie. Moim zadaniem jest utrzymać wszystko w należytym porządku, i w taki, czy inny sposób, zamierzam to robić.

Cenił sobie spojrzenie pełne podziwu i pochwały, które rzucił mu Gajusz Filipus, ale wiedział, że dla Bailiego to, co powiedział, nie miało najmniejszego sensu. Rzymski upór był cechą, która nie miała odpowiednika w tym świecie — ani przebiegli Videssanczycy, ani beztroscy Khatrishe, ani dumni Namdalajczycy nie doceniali jej wcale.

Jednak Baili nie był głupcem. Tak jak trybun użył jego sformułowania, teraz on rzucił mu w twarz jego własne słowa:

— W taki czy inny sposób, tak? Jak myślisz, jakież to podziękowania dostaniesz od videssa-ńskich magnatów, cudzoziemcze, jeśli nauczysz chłopów z gnojem między palcami zabijać? — Popatrzył w oczy Zonarasowi. — A ty, panie. Kiedy pojedziesz zbierać daninę, czy będziesz się czuł bezpiecznie, przejeżdżając obok krzaka, na tyle dużego, by mógł skrywać człowieka?

— Bezpieczniej, niż kiedy twoi junacy depczą mi po piętach — odparował Videssańczyk, ale skubał w zamyśleniu brodę.

— Przypominasz mi człowieka z pewnej historyjki, który wskoczył do ognia, bo było mu chłodno. Niech to spadnie na wasze głowy, a zobaczycie, że spadnie. — Baili odwrócił się do Skaurusa. — Pogrzebaliśmy tego twojego jeźdźca. Antakinos, tak się nazywał, prawda?

Jeśli znał nazwisko, nie blefował. Marek zastanawiał się, ilu kurierów zginęło, w ogóle do niego nie docierając.

— O, rzeczywiście? — powiedział. — No cóż, vale — żegnaj!

Baili chrząknął, wyraźnie spodziewając się jakiejś ostrzejszej reakcji. Kiwnął głową do swoich zastępców, którzy przyglądali się trybunowi i jego towarzyszom z jeszcze mniejszą sympatią, niż wykazał ich dowódca.

— Idziemy… dostał swoje ostrzeżenie, i jest to więcej, niż na to zasługuje. — Niemal z rzymską precyzją, Namdalajczycy zrobili w tył zwrot, i odmaszerowali do swoich koni.

Gdy Skaurus, Gajusz Filipus i Zonaras szli w kierunku żołnierzy Minucjusza, starszy centurion robił wszystko, by powstrzymać się od głupiego śmiechu.

— To będzie najlepszy rekrut, jakiego kiedykolwiek mieliśmy. Nic cię tak nie przekona do stanięcia po odpowiedniej stronie, jak widok twojego domu spalonego do fundamentów i wyrżniętych sąsiadów.

— Tak, chyba tak — powiedział Marek, ale w zamyśleniu. Argument Bailiego o konsekwencjach uzbrajania i szkolenia videssańskich wieśniaków martwił go bardziej, niż dał po sobie pokazać w obecności wyspiarza. Kiedy dawał Gajuszowi Filipusowi wolną rękę, nie myślał o niczym więcej, jak tylko o utrudnianiu życia Draxowi. Udawało mu się to, bez wątpienia — złość Bailiego najlepiej o tym świadczyła. Ale Namdalajczyk, niech go szlag trafi, miał rację — chłopi, którzy wzięli do ręki broń, by walczyć z ludźmi Księstwa, nie zapomną nagle jakimś cudownym sposobem wszystkiego czego się nauczyli, gdy skończy się już wojna. Ile czasu minie zanim zrozumieją, że nielubiany magnat czy poborca podatkowy z Imperium krwawią tak samo jak wyspiarze?

Zonaras zdawał się czytać w jego myślach. Poklepał trybuna po plecach, mówiąc:

— Nie spodziewam się, Skaurus, żeby ktoś na mnie napadł jutro ani też w przyszłym roku.

— Cieszę się — odparł Marek. Pociesza! się myślą, że w Videssos, tak jak w Rzymie, wielcy właściciele ziemscy byli zbyt potężni. Ich nacisk powinien się zmniejszyć. Imperium było silniejsze wtedy, gdy opierało się na wolnych chłopach niż teraz, gdy prowincjonalni magnaci spierali się ciągle z urzędnikami ze stolicy, i gdy obrona państwa spoczywała w rękach tak nieobliczalnych najemników, jak Namdalajczycy — albo Rzymianie.

Ale tego samego wieczoru Pakhymer śmiał się z niego, gdy powtórzył mu słowa Bailiego.

— I ty wściekałeś się na mnie za to, co zrobiłem w Yezd, a co musiało być zrobione.

— Jest jednak różnica — upierał się Marek.

— W świńskiej dupie — powiedział pogodnie Khatrish. Trybun wiedział, że on tego nie zrozumie. — Ładujesz po swojej stronie Wagi ile tylko możesz, a potem spodziewasz się najlepszego.

Ortodoksyjna myśl videssańska utrzymywała, że pewnego dnia Phos pokona swego nikczemnego rywala, Skotosa. Lud Pakhymera, który wyrósł z chaosu barbarzyńskich inwazji, nie był tak optymistyczny. Według niego, w walce dobra ze złem obie strony miały równe szanse, i stąd metafora z wagą. Dla Videssańczyków, a nawet dla Namdalajczyków, była to straszliwa herezja. Niezależni jak zawsze, Khatrishe pozostawali jednak przy swoich poglądach.

Marek cieszył się, że teologia go nie obchodziła.

Gajusz Filipus nauczył się już szanować opinie Pakhymera — ospowaty dowódca kawalerii miał w zwyczaju trafiać w sedno. Wydłubując kawałek rodzynka spomiędzy zębów, powiedział do Skaurusa:

— Ty, panie, zajmujesz się tym, co robią ci przeklęci politycy z Imperium. Czy będą nas mieli za ogrów, dlatego że użyliśmy ich poddanych do walki z wyspiarzami?

— Tylko ci, którzy sami są ogrami, tak mi się wydaje. To oni mają się czego bać. — Marek spojrzał na niego, zaintrygowany, bo rozważanie takich problemów nie było do niego podobne. — Dlaczego cię to martwi?

— Nic ważnego, naprawdę — powiedział starszy centurion, ale jego zakłopotany uśmiech świadczył o czymś innym. Marek czekał. Gajusz Filipus nieśmiało kontynuował: — Zresztą, kiedy Yezda i fanatycy Zemarkhosa zajmują wszystko stąd aż po Aptos, takie kłopoty nie mogą tam sięgnąć.

— Aptos? — Rzymianie zimowali tam po Maragha, ale minął już ponad rok odkąd opuścili to miasteczko i Skaurus zdążył już prawie o nim zapomnieć.

Gajusz Filipus zdawał się żałować, że w ogóle otworzył usta. Trybun myślał, że starszy centurion zatnie się ostatecznie, ale ten brnął dalej:

— Pewna wdowa po tamtejszym magnacie… jak ona się nazywała? Nerse Phorkaina, chyba tak, to całkiem miła kobieta. Ciekawe, co tam z jej synem, i Yezd i ze świętą wojną Zemarkhosa przeciwko wszystkiemu i wszystkim. Wolałbym, żeby nie pomyślała sobie, że dokładamy jej jeszcze jedno zmartwienie. Kiepska byłaby to zapłata za jej gościnność.

— Na pewno — zgodził się poważnie Marek. „Jak ona się nazywała”, akurat — pomyślał? Był pewien, że Gajusz Filipus pamiętał doskonale wszystko, co związane było z wdową po Phorkosie, łącznie z tym, jakie kamienie nosiła najchętniej w pierścieniach. Ale starszy centurion tak przywykł do pogardzania kobietami, że Skaurus wątpił, czy kiedykolwiek przyzna się do odmiennego uczucia, nawet przed sobą samym.

Topór o krótkim drzewcu raz po raz wgryzał się w czarny pień drzewa morwowego. Drzazgi leciały na boki. Drwal Bryennios odchrząknął z satysfakcją, gdy drzewo zaczęło się chwiać. Długie lata użycia wyszlifowały drzewce siekiery w miejscu, w którym obejmował je dłonią, tak iż było teraz delikatne niczym skóra młodej kobiety. Przeszedł na drugą stronę drzewa, pogłębił mniejsze wcięcie kilkoma uderzeniami i wrócił na miejsce. Jeszcze raz chrząknął. Chyba uda mu się spuścić morwę tam, gdzie stała stara olcha aż do burzy przed trzema laty. Wtedy będzie mu o wiele łatwiej pociąć ją na bale.

Wiatr zmienił się, przynosząc ze sobą ostry zapach palonego drewna. Bryennios wydał kolejny odgłos, tym razem niezbyt łagodny — to nie był Tralles, wypalacz węgla drzewnego, przy pracy. Domy w jego wiosce stały w płomieniach. Słyszał odległe zawodzenia kobiet i pokrzykujących Na-mdalajczyków.

Jakby myśl o ludziach Księstwa mogła ich wyczarować, trzech jechało w jego kierunku leśnym gościńcem.

— Ty tam! — krzyknął jeden z nich. Jego leniwy wyspiarski akcent połknął ostatnie m. Bryen-nios uśmiechnął się szyderczo, ale tylko do siebie. Namdalajczycy byli w pełnych zbrojach i trzymali swoje lance w gotowości. Drwal znowu zamachnął się toporem. Drzewo jęknęło. Jeszcze kilka uderzeń i runie na ziemię.

— Zacumuj to! — krzyknął wyspiarz. Żeglarski termin nic nie znaczył dla Bryenniosa, który nie widział nigdy wody większej niż staw dla kaczek, ale jego sens był oczywisty. Obniżył siekierę.

Udając, że na nich nie patrzy, kątem oka podpatrywał zbliżających się Namdalajczyków. Dwóch mogło być z wyglądu Videssańczykami, gdyby nie byli ogoleni. Trzeci miał jasne włosy i niepokojąco zielone oczy. Wszyscy byli wielkimi, dobrze zbudowanymi mężczyznami, przewyższającymi go o pół głowy albo i więcej, ale on był szerszy w ramionach, a jego muskuły grube i twarde od wieloletniej praktyki.

— Czego ode mnie chcecie? — zapytał. — Mam pracę do zrobienia. — Więcej pracy, dzięki waszej bandzie. — Nie krył swojego rozgoryczenia.

Starszy z dwójki śniadolicych Namdalajczyków wytarł czoło wierzchem dłoni. Wąski pasek czystej skóry wychynął spod warstwy sadzy i rdzawego potu. Reszta jego twarzy była nadal brudna.

— Chcesz, żeby wam oszczędzano takich wizyt, co? — powiedział. Bryennios popatrzył na niego jak na idiotę:

— A kto by nie chciał?

— Słusznie — uśmiechnął się słabo wyspiarz. — Cóż, nie jesteśmy zadowoleni, gdy pali się nasz wóz z zapasami i zabija dwóch strażników. Wiesz może kto ma takie świetne pomysły? Dobrze byśmy zapłacili, żeby poznać jego imię.

Drwal wzruszył ramionami i rozłożył ręce. Namdalajczyk warknął ze złością, szyderczo naśladując jego gest.

— Sam widzisz jak to jest. Jeśli nie dowiemy się, kim są ci rebelianci, musimy nauczyć wszystkich, jaka jest cena za ich ukrywanie.

Bryennios znowu wzruszył ramionami.

— Równie dobrze moglibyście gadać do siekiery tego głupka — powiedział wyspiarz o blond włosach. — Więcej by wam powiedziała.

Jego szmaragdowe spojrzenie ugodziło Bryenniosa. Zakończony szpicem pasek metalu, który ochraniał jego nos, nadawał mu wygląd jastrzębia. W końcu spiął konia i nawrócił. Jego towarzysze zrobili to samo.

Bryennios znowu zaatakował morwę. Po kilku potężnych uderzeniach upadła tam, gdzie powinna była upaść. Podszedł bliżej, by odrąbać większe gałęzie. Odmawiał cicho krótką modlitwę dziękczynną za to, że ludzie Księstwa nie wzięli na poważnie rady jasnowłosego rycerza i nie przyjrzeli się z bliska jego siekierze. Ciemnoczerwone, stężałe plamy na górze drzewca nie były kroplami żywicy.

— Dlaczego się wycofują? Nie mam pojęcia — powiedział do Marka khatrisherski zwiadowca, bezczelny jak wszyscy jego rodacy. — Chcesz wiedzieć „dlaczego”, spytaj czarównika. Ja wiem dobrze „co” i mówię ci, że Namdalajczycy zwijają obóz.

Trybun pogrzebał w sakiewce i rzucił jeźdźcowi sztukę złota.

— Cokolwiek by to było, dobre wiadomości zasługują na nagrodę. — Moneta zniknęła, zanim Marek zdążył walnąć się w czoło, ubolewając nad własną głupotą. — Po Kyzikos, to ty powinieneś mi płacić.

— Nie ma obawy, nie zmarnuje się. — Khatrish uśmiechnął się szelmowsko.

Trybun pojechał z nim na jego posterunek. Nie należąc do urodzonych jeźdźców, błogosławił strzemiona, które dawały ma jakieś szanse na to, by utrzymać się na tej wielkiej, nieobliczalnej bestii, którą ściskał kolanami.

Jedno spojrzenie ze szczytu urwistej skały wystarczyło, by upewnić się, że zwiadowca miał rację. Namdalajczycy Bailiego używali opuszczonego przez legionistów obozu, obok willi Zonarasa, jako własnej głównej bazy. Teraz leżał on pusty — Marek dotarł do punktu obserwacyjnego akurat na czas, by zobaczyć tylne straże kolumny Namdalajczyków wyjeżdżające z doliny na północ. Nawet z tej odległości widać było jak ciasno są zbici — wroga okolica była najlepszym sposobem na maruderów.

Obserwując wycofujących się wrogów, nie omieszkał także dobrze się przyjrzeć opuszczonej posiadłości. Zdawało mu się, że Namdalajczycy wciąż okupują dobrze ufortyfikowany dom Zonarasa. Jego podejrzenia potwierdziły się w ciągu następnych dni. Wyspiarze zostali na pozycjach, które miały powstrzymać legionistów. Nie mieli już siły uderzeniowej, ale ich defensywa nadal była mocna.

Kiedy jeźdźcy, którzy śledzili ruchy Namdalajczyków donieśli, że ich armia śpieszy na północny zachód, w kierunku Garsavry, Laon Pakhymer był tak zadowolony z siebie, że Marek miał ochotę go udusić.

— Widzisz, nawet Yezda mogą się do czegoś przydać — powiedział dowódca Khatrishów. — Kłopoty jednego to szansa dla innego.

— Hmmp — mruknął Skaurus. Wciąż miał nadzieję, że ludzie Księstwa zgniotą Yezda, choć musiał przyznać, że nie zmartwiłby się, gdyby ten sukces kosztował ich sporo sił. Nie zamierzał siedzieć bezczynnie w tym czasie. Jeśli kilka spośród wyspiarskich fortec padnie, droga na równiny znowu stałaby dla legionistów otworem. Góry były dobrą kryjówką, ale nic nie mogło się tutaj rozstrzygać, a na żyznych nizinach o wiele łatwiej było o prowiant dla armii. Robiło mu się niedobrze na widok kaszy i soczewicy, a wkrótce i tego mogło zabraknąć.

Oczywiście Zonaras chciał, by to jego willa była pierwszym z celów ataku, ale trybun musiał mu powiedzieć, nie. Dojścia do niej były zbyt odsłonięte i sam budynek zbyt silny. Stary magnat pokręcił smutno głową.

— Mógłbym się obejść bez tej pochwały.

Marek wybrał kilka dogodniejszych obiektów. Sam postanowił dowodzić szturmem na fortecę, która była nową namdalajską budowlą, o kilka mil na zachód od posiadłości Zonarasa. Dolina, w której została usytuowana, była centrum partyzantki — potyczki między wyspiarzami z tego garnizonu i partyzantami zmusiły wielu spośród okolicznych mieszkańców do ucieczki, a ludzie Księstwa uprawiali opuszczone pola. Patrząc na nie z ukrycia, trybun pomyślał, że także i z tym nieźle sobie radzili.

Nie było żadnego sygnału. Kiedy uznał, że nadeszła odpowiednia chwila, Pakhymer wysłał kilkudziesięciu jeźdźców, gnających na złamanie karku w głąb doliny. Galopowali przez bogate zielone pola, ścinając szablami zboże, tak by zostawić po sobie jak najszerszy pas zniszczenia. Kilku miało ze sobą płonące pochodnie, które rozrzucali tu i tam. Inni popędzili prosto na owce pasące się tuż obok zamku i zaczęli gnać je w stronę gór.

Z odległości czterystu jardów Marek słyszał okrzyki wściekłości z fortecy, widział ludzi biegnących na mury i strzelających na oślep do rabusiów na zewnątrz. Potem nad głęboką fosą spuszczono zwodzony most. Natychmiast z zamku wypadli rycerze, kopyta ich koni dudniły o drewniany most niczym grzmoty. Wyzierając zza gałęzi krzaka migdału, który służył mu za kryjówkę, trybun starał się ich policzyć. Trzydzieści osiem, trzydzieści dziewięć… według doniesień jego szpiegów, w zamku było około pięćdziesięciu żołnierzy.

Podczas gdy przerażone owce rozbiegły się na wszystkie strony, Khatrishe przegrupowali się, wykorzystując doskonale zwrotność i zwinność swoich koni. Zasypali odzianych w ciężkie zbroje Namdalajczyków gradem strzał. Skaurus widział jak jeden z wyspiarzy zakrył twarz dłońmi i wypadł z siodła, przetaczając się po końskim zadzie. Dwóch ludzi Pakhymera popędziło w kierunku Namdalajczyka, który nieopatrznie oddalił się od swoich towarzyszy, nacierając na niego z obu stron. Obserwujący ich z ukrycia trybun przygryzł wargę. Jak przekonać Khatrishów, że nie mogli mierzyć się z wyspiarzami w bliskich pojedynkach? Osłaniając lewy bok tarczą, Namdalajczyk wypchnął mężczyznę po swojej prawej stronie z siodła, a potem sprytnym cięciem zza głowy odgonił drugiego rozcinając mu ramię. Pozostali wyspiarze krzyknęli radośnie na widok tego wyczynu.

Jakby stracili nagle ducha walki, niedawni rabusie zaczęli uciekać w stronę gór, a ludzie Księstwa ruszyli za nimi. Koniki Khatrishów nie biegły teraz tak szybko jak przed chwilą — wydawało się, że nie są w stanie oderwać się od goniących je ciężkich namdalajskich wierzchowców. Wrzeszcząc i potrząsając lancami, Namdalajczycy z zapałem kontynuowali pościg.

Skaurus mierzył wzrokiem wciąż powiększający się dystans pomiędzy rycerzami i fortecą. Odwrócił się do manipułu, z którym spędził pod migdałami męczącą noc.

— No dobra chłopaki, biegiem! — krzyknął.

Wyskoczyli z ukrycia i pognali w kierunku zamku, niosąc kładki i naręcza gałęzi, które miały pomóc im przeprawić się przez fosę.

Byli już prawie w połowie drogi, zanim dostrzegł ich któryś z Namdalajczyków — jeźdźcy zajęci byli pościgiem, podczas gdy garstka pozostałych obrońców tylko im poświęcała uwagę. Potem jeden z ludzi na wałach wydał okrzyk przerażenia. Trybun był na tyle blisko, by widzieć usta otwarte ze zdziwienia. Wyspiarze rzucili się do mostu, chcąc podnieść go, zanim nadbiegną Rzymianie. Skaurus odsłonił zęby w uśmiechu — nie liczył na tyle szczęścia.

Grube dębowe bale były bardzo ciężkie, a w dodatku przejazd koni z ciężko uzbrojonymi rycerzami wcisnął drewniany pomost głęboko w miękką ziemię. Marek słyszał przekleństwa i postękiwania pracujących ciężko wyspiarzy, ale most ledwo zaczął się unosić, gdy jego caligae zadudniły na nim.

Rzucił się naprzód, starając się nie myśleć o fosie, która ziała głęboką jamą pod jego stopami. Wyspiarz, z rękami czarnymi od ziemi i połamanymi paznokciami, porzucił wreszcie daremne próby podniesienia mostu i wyszedł na niego, wyciągając jednocześnie miecz. Marek trzymał już swe długie galijskie ostrze w dłoni.

— Horacjusz, tak? — wydyszał.

Ale w odróżnieniu od kładki, którą legendarny rzymski bohater bronił kiedyś przed Etruskami, tutaj było wystarczająco dużo miejsca dla trzech lub czterech walczących mężczyzn. Zanim następni Namdalajczycy mogli dołączyć do pierwszego wojownika, Skaurus zaatakował go od przodu, Minucjusz od lewej, a jeszcze inny Rzymianin od prawej. Bronił się dzielnie, ale walka w trzech na jednego mogła trwać najwyżej kilka sekund. Żołnierz padł na deski z rozciętym gardłem, brzuchem i udem. Z triumfalnym wrzaskiem legioniści przeskoczyli przez jego ciało i wtargnęli na dziedziniec twierdzy. Kilku Namdalajczyków próbowało się bronić, większość jednak porzuciła broń widząc, że są bez szans.

Do tego czasu rycerze ścigający Khatrishów zrozumieli, że wpadli w pułapkę. Zawrócili i pełnym galopem pognali w kierunku fortu, rozpaczliwie spinając konie ostrogami. Ale Khatrishe także nawrócili i stali się raczej ścigającymi niż ściganymi. Wyspiarze, którzy mieli teraz większe zmartwienie, starali się ignorować ich strzały, choć coraz więcej wierzchowców biegło z pustym siodłem.

— Naprzód! Nie oszczędzać się! — krzyczał Skaurus. Legioniści wytężali wszystkie siły, podnosząc pomost. Krzyknęli radośnie, gdy oderwał się od mokrej ziemi i runął do fosy. Zrobili to umiejętnie — trybun nie słyszał, by którykolwiek z bali pękł przy uderzeniu.

Na zewnątrz wyspiarze kręcili się w kółko, nie mając pojęcia, co robić teraz, kiedy zamknięto przed nimi ich własny zamek. Khatrisherscy łucznicy przekonali ich, że nie powinni się jednak ociągać. Oglądając się ponuro przez ramię, pokłusowali na północ, prawdopodobnie chcąc połączyć się z głównymi siłami. Pakhymer pomachał do Marka, który zrobił to samo — szturm powiódł się o wiele lepiej, niż śmiał przypuszczać.

Noc spędził w zdobytym forcie, czekając na raporty od swoich oficerów. Jeździec należący do oddziału Gagika Bagratouni nadjechał tuż przed zachodem słońca, by donieść o sukcesie równie kompletnym i łatwym jak atak trybuna. Juniusz Blesus także osiągnął swój cel, ale kosztem ciężkiej walki.

— Co poszło nie tak? — spytał Marek.

— Zaczął swój cholerny atak za wcześnie — odparł khatrisherski zwiadowca, bez skrupułów krytykując cudzego oficera. — Namdalajczykom udało się zawrócić i uderzyć, zanim dobiegł do zamku. Ale odważny z niego facet; schylił się pod lancą i ściągnął Namdalajczyka z konia własną włócznią. — Khatrish skubał ucho, starając się coś sobie przypomnieć. — O, mam. Twój przyjaciel Apokavkos stracił mały palec u prawej ręki.

— To przykre — powiedział Skaurus. — Jak to znosi?

— On? Złości się na siebie. Kazał mi powiedzieć, że ciął zamiast pchać, i że to ostatni raz, kiedy popełnia ten błąd.

Nie dostał więc żadnych wiadomości tylko od Gajusza Filipusa. Marek nie martwił się tym specjalnie — cel starszego centuriona był najbardziej oddalony od jego zamku. Ale nazajutrz, wczesnym rankiem, posłaniec weterana doniósł o kompletnej klapie przedsięwzięcia. Nie umiał powiedzieć konkretnie co się stało. Skaurus nie usłyszał całej historii, dopóki Gajusz Filipus sam nie wrócił z niefortunnej wyprawy, kilka dni później. Trybun ściągnął wszystkich legionistów do obozu, obsadzając zdobyte twierdze Videssańczykami — mieszaniną magnackich strażników i partyzantów. Do wykonywania rutynowych, garnizonowych obowiązków powinni w zupełności wystarczyć.

— Pech, i tyle — wzruszył ramionami starszy centurion. — Khatrishe wjechali w pola drąc się jak trzeba, ale ci skurwiele w środku mieli parę katapult, o których nie wiedzieliśmy, dopóki ich nie użyli. Nieźli strzelcy. Rozwalili dwa konie i ściągnęli jednemu Khatrishowi głowę z ramion. Reszta od razu się zniechęciła i zamiast udawać, że ledwo się mogą ruszać, uciekli naprawdę. — Podniósł do ust łyżkę z gulaszem z baraniny. — Nie mogę ich za to winić. Siedzieliśmy pod drzewami, aż zrobiło się ciemno i poszliśmy sobie. Kilku moich ludzi dostało rozwolnienia, bo najedli się zielonych brzoskwiń, durnie.

Pomimo niepowodzenia weterana, Skaurus wiedział, że odniósł duży sukces. Ślinka leciała mu na myśl o zejściu na równiny; spędzając całe lato w górach, zostaliby w końcu bez ubrań i bez jedzenia. To prawda, że zjednoczone siły Draxa mogły zgnieść legionistów, ale na razie Drax miał inne problemy.

Senpat Sviodo zamachnął się, jakby chciał wyrzucić swoją pandourę, zdegustowany dźwiękiem, który właśnie wyprodukował, a który nawet niewrażliwe ucho Skaurusa odebrało jako wybitnie fałszywy.

— Szkoda, że nie możemy być znowu w górach — powiedział. — Tu, na dole, jest zbyt parno. Nie ma siły, żeby w tej wilgoci nastroić dobrze struny z jelit. Ach, moja słodka… — zanucił, przytulaj ąc pandourę j akby to była Nevrata. — Zasługuj esz na struny z najlepszego srebra. I… — dodał, śmiejąc się — …gdybym tak rozrzucał pieniądze dla ciebie, nie zdradziłabyś mnie, ty niestała ladacznico.

Z zapałem, jak prawdziwy entuzjasta, zaczął wyjaśniać jakie są zalety i wady różnego rodzaju strun. Marek z trudem ukrywał znudzenie — nawet nieodparty urok Senpata nie mógł przekonać go do zainteresowania się muzyką, a całodzienny marsz porządnie go zmęczył.

Ucieszył się gdy nadszedł Lucjusz Worenusz i dał mu pretekst do oderwania się od wykładu.

— O co chodzi tym razem? — zapytał. — Co takiego zrobił znowu Pullo?

— Co? — zamrugał Worenusz. — Aa, nie, nic panie. Po tej drace w dolinie zostaliśmy przyjaciółmi. Właściwie jesteśmy razem na warcie, przy wschodniej bramie. I właśnie przyjechał, panie, ee…jeden Yezda i chce z tobą rozmawiać.

— Jeden co? — tym razem to trybunowi opadła szczęka. Senpat znał łacinę na tyle, by wyłapać imię wroga swojego narodu. Uderzył ręką po strunach, wydając przeraźliwy brzęk, który nie był wynikiem rozstrojenia instrumentu. Trybun czuł jak zaciska usta.

— Co chciałby mi powiedzieć ten Yezda?

— Nie wiem, panie. Czeka na zewnątrz z białą szmatą przywiązaną do łuku. Poza tym nie ma ani włóczni, ani hełmu. Powiedziałbym, brudny żebrak — dodał Worenusz.

Marek wymienił spojrzenia z Senpatem. Twarz Vaspurakanera wyrażała dziwną mieszankę zdziwienia i wrogości. Skaurus czuł to samo.

— Przyprowadź go — powiedział w końcu. Worenusz zasalutował i odmaszerował. Pomimo niezbyt przychylnego opisu legionisty, Marek spodziewał się ujrzeć kogoś bardziej reprezentacyjnego niż Yezda, który stanął przed nim — może jakiegoś wysokiego stopniem oficera, pochodzącego od Makurani, z delikatną tylko domieszką krwi koczowników, wysokiego, szczupłego, przystojnego, o delikatnych dłoniach i smutnych, dużych oczach; jak kapitan, który bronił Khliat przed Mavrikiosem Gavrasem. Ale tylko obszarpany nomada na stepowym koniku jechał za Worenuszem, wyglądając dokładnie jak pierwszy lepszy Khamorth z armii Imperium. Żaden żołnierz nie zwrócił na niego uwagi. Jednak jego obecność tutaj, niedaleko od Kyzikos, była nożem w gardło Videssos.

Yezda, z kolei, nie wyglądał na szczęśliwszego będąc obozie wroga, niż Marek mając go u siebie. Kręcił nerwowo głową, rozglądając się na wszystkie strony, jakby zastanawiając się nad drogą ewentualnej ucieczki.

— Ty Skaurus, dowódca tych ludzi? — zapytał łamanym videssańskim.

— Tak — odparł z kamienną twarzą trybun. — O co chodzi?

— Ja Sevabarak, kuzyn dla Yavlaka, władcy klanów Menteshe. On przysyła mnie do ciebie zapytać, ile pieniędzy ty masz. Potrzebujesz mnóstwo, tak myślę.

— A to na co, jeśli można wiedzieć? — spytał Marek, wciąż nie chcąc mieć nic do czynienia z Yezd.

Sevabrak nie obraził się — właściwie wyglądał na rozbawionego.

— Bo my… Jak wy to mówicie?…Wypruliśmy flaki z tych takich twardych rycerzyków, w zeszły tydzień. Oho, ile więcej niż może to gówniane Imperium — powiedział. Potem, odginając palce przy kolejnych imionach, wyliczał. — Mamy Draxa, mamy Baili, mamy tego jak-mu-tam Vides-sańczyka co myśli, że on jest Imperium…

— Imperatorem — mechanicznie poprawił Skaurus. Oczy stojącego obok Senpata były okrągłe i wytrzeszczone. Tak samo, zresztą, jak jego.

Sevabrak machnął na niego ręką.

— Nieważne. Mamy. Mamy Turgota, Soterica, mamy Clozarta… nie, jego nie, on umarł, dwa dni do tyłu. No tak czy siak, mamy pełny nocnik Namdalajczyków. Chcecie, kupujecie, dużo pieniędzy. Jak nie… — Okrucieństwo i żądza krwi rozszerzyły jego oczy. — Zobaczymy, jak długo my możemy rozciągnąć ich życie. Jakieś kilka tygodni, mogę się założyć.

Ale Marek nie słuchał już tych gróźb. Oto podawano mu zduszoną rebelię na złotym talerzu — i jeśli legioniści odpowiednio się pospieszą, mogą jeszcze nie dopuścić Yezda na równiny. A jeśli chodzi o złoto…

— Pakhymer! — wrzasnął.

To mogło kosztować więcej niż mieli legioniści, ale on gotów był przełknąć wszystkie „a nie mówiłem” Khatrisha, byle tylko je dostać.

VIII

Wielki wóz skrzypiał, tocząc się majestatycznie przez łagodne wzniesienia stepu, na kołach o wysokości człowieka. Gorgidas siedział ze skrzyżowanymi nogami na kocu z koziego włosia, ostrząc stylus brzegiem swojego miecza — nie o takim użyciu myślał Gajusz Filipus, dając mu broń, zachichotał pod nosem i Grek. Sprawdził czubek, kłując nim opuszek kciuka. Wystarczy. Otworzył tabliczki i zmarszczył brwi, kiedy zobaczył jak niedbale wygładził wosk po tym, jak przepisywał swoje ostatnie uwagi na pergamin.

Skubał lewe ucho, zastanawiając się głęboko. Stylus poruszał się szybko po tabliczce, zostawiając za sobą wąskie spirale wosku. „Jeśli chodzi o wielkość zajmowanego terytorium, ani Vides-sos, ani Yezd nie mogą równać się z nomadami z północy. Gdyby zjednoczyli się pod jednym władcą, żaden naród nie mógłby się im oprzeć. Nie potrafią oni jednak rządzić się naprawdę mądrze, ani też wykorzystać bogatych zasobów, które stoją przed nimi otworem”.

Przyjrzał się temu, co napisał — nie najgorzej, ma w sobie coś z Tukidydesa. Jego pismo było drobne i bardzo eleganckie. Jakby to miało jakieś znaczenie — powiedział do siebie — krzywiąc twarz. W całym tym świecie tylko on znał grekę. Nie, niezupełnie — Skaurus umiał ją jeszcze, jako tako. Ale Skaurus był w Videssos, które wydawało się niewyobrażalnie daleko od tego długiego sznura wozów Arshaum.

Obok niego Goudeles robił swoje własne notatki, przygotowując przemówienie, które zamierzał wygłosić przed ojcem Arigha — Arghunem, khaganem klanu Szarego Konia, kiedy w końcu do niego dotrą. Chwila ta zdawała się już niezbyt odległa, co najwyżej o kilka dni. Lankinos Skylitzes, obłożony miękkimi poduszkami, spał głęboko, nie przejmując się nagłymi podrzutami, gdy koło wozu wjeżdżało na jakiś kamień. Chrapał.

Gorgidas znowu zabrał się do pracy. „Nic więc dziwnego, że Arshaumi z taką łatwością zepchnęli Khamorthów na wschodnią część stepu, który na zachodzie rozciąga się dalej, niż sięga o nim ludzka wiedza. Lud zamieszkujący te równiny przystosował się do koczowniczego trybu życia lepiej niż nomadzi ze wschodniego brzegu Shaum. Namioty Arshaumów, w ich dialekcie ‘jurty’, umocowane są na ogromnych wozach. W ten sposób nie tracą czasu na rozbijanie i zwijanie obozu. Podążają nieustannie za swoimi stadami, niczym delfiny za ławicą tuńczyków”.

Podobało mu się to porównanie. Przetłumaczył je na videssański, dla Goudelesa. Gryzipiórek przewrócił oczami.

— Rekiny byłyby lepsze — powiedział, i dodał mrucząc pod nosem: — Barbarzyńcy!

Gorgidas zdecydował, że będzie uważał, iż odnosiło się to do Arshaumów, nie do niego. Powrócił do swoich zapisków. „Ponieważ koczownicy nie zachowują się jak jeden naród, zarówno Yezd jak i Videssos starają się zjednywać sobie kolejne klany. Przeciągając na swoją stronę tak ważnego khagana jak Arghun, mają nadzieję wpłynąć na pomniejszych wodzów, tak by dołączyli do partii mającej lepsze widoki na zwycięstwo”. Odłożył stylus i spytał Goudelesa:

— Jak myślisz, co zamierza Bogoraz? Skylitzes otworzył jedno oko.

— Na pewno dla nas nic dobrego — powiedział i z powrotem zasnął.

— Obawiam się, że on ma rację — potwierdził Goudeles, wzdychając. Ambasador Yezd także przyjechał, by kusić Arghuna. Dopóki ich khagan nie wybierze jednej ze stron, Arshaum nie dopuszczali do kontaktów między Videssańczykami i Bogorazem z jego świtą.

Czując, że opuszcza go natchnienie, Gorgidas schował tabliczki i stylus, i wystawił głowę na zewnątrz jurty. Agathios Psoes, jadący obok wozu, pozdrowił go skinieniem głowy. Trzymał swą straż w gotowości, nie dowierzając nomadom, którzy mieli chronić Videssańczyków przed ludźmi Bogoraza.

Grek odwrócił się do młodego nomady, powożącego końmi ciągnącymi jurtę.

— Niech twoje stada się pomnożą — wypowiedział formułkę uprzejmego pozdrowienia, używając sporej części tego, co nauczył się dotąd ze świszczącego języka arshaum.

— Niech twoje bydło będzie tłuste — odparł mężczyzna. Jak większość jego rodaków, był niski i szczupły, ale żylaste mięśnie świadczyły o sporej sile. Miał płaską twarz o śniadej cerze, niemal kompletnie pozbawioną zarostu. Fałdki skóry w rogach oczu czyniły je lekko skośnymi. Kiedy się uśmiechał, odsłaniał śnieżnobiałe zęby.

Zamszowe lamówki i frędzle z farbowanej jasno wełny ozdabiały jego spodnie z owczej skóry i skórzaną kurtkę. Miał przy sobie zakrzywioną szablę i sztylet, a na plecach kołczan ze strzałami — łuk leżał obok, na drewnianym siedzeniu. Rozsiewał wokół siebie ostrą woń zjełczałego masła, którym smarował proste, grube, czarne włosy.

Było później, niż sądził Gorgidas. Słońce zsuwało się po niebie, w kierunku pasma niskich wzgórz, które nieśmiało odznaczały się na zachodnim horyzoncie. Były pierwszą skazą na jego idealnie równej linii, jaką Grek widział od tygodni. Za nimi były tylko kolejne połacie stepu.

Dwóch jeźdźców zbliżało się od zachodu; jeden kierował się prosto na jurtę ambasadorów Videssos, drugi skręcił do wozu Bogoraza. Sztandar Yezd, skacząca pantera na brązowoczerwonym tle, powiewał nad jego głową. Był to dobry pomysł — Gorgidas żałował, że Imperium nie było tak przewidujące.

Posłaniec powiedział coś w swoim języku do Greka, który pokręcił głową pokazując, że nie rozumie. Nomada wzruszył ramionami, spróbował jeszcze raz, kiepskim khamorthckim — niewielu Arshaumów znało videssański. Gorgidas schował się do namiotu i potrząsną] za ramię śpiącego Skylitzesa — oficer mówi! biegle miejscowym językiem.

Mrucząc gniewnie pod nosem, Skylitzes wyszedł z jurty i rozmawiał z posłańcem przez kilka minut.

— Mamy się spotkać z szamanami klanu, dziś wieczorem — powtórzył swoim kompanom. — Oczyszczą nas ze złych duchów, zanim pójdziemy do khagana.

Choć znał dobrze obyczaje stepowych ludów, jego poważna twarz była bardziej posępna niż zwykle.

— Poganie — powiedział półgłosem i uczynił znak Phosa na piersiach. Goudeles, dla kontrastu, nie wydawał się zbyt przejęty perspektywą poddania się obcym rytuałom.

Na zewnątrz posłaniec wciąż rozmawiał z woźnicą, który krzyknął coś do koni. Niesmarowane ośki zapiszczały, gdy wóz skręcił gwałtownie na południe. Gorgidas spojrzał pytająco na Skylitzesa, który powiedział:

— Jedziemy do miejsca, gdzie czekają na nas szamani. Mniej więcej godzinę później jurta stoczyła się do szerokiej doliny. Wyglądając na zewnątrz, Grek zobaczył, że wóz Bogoraza jechał kilkaset jardów za nimi. Oddział jazdy Arshaum rozdzielał dwie jurty, by upewnić się, że żołnierze Psoesa nie spotkają eskorty Bogoraza. Pozostałe wozy, z którymi podróżowały obie partie, pojechały prosto do Arghuna.

Samotna jurta stała pośrodku doliny, spuszczone konie pasły się obok niej. Zeskoczył z niej człowiek, trzymający w dłoni pochodnię. Gorgidas był za daleko, by zauważyć cokolwiek oprócz tego, że jego ubiór był dosyć dziwny. Potem woźnica powiedział coś do Greka.

— Wejdź do środka — przetłumaczył Skylitzes. — On mówi, że czar nie będzie działał, jeśli zobaczmy jak rozpala się święty ogień.

Gorgidas niechętnie wsunął się do namiotu — jak mógł się czegoś dowiedzieć, gdy nie pozwalano mu patrzeć?

Jurta podjechała już tak blisko, że słyszał trzask płonących drew. Za moment wóz Bogoraza także stanął obok nich. Woźnica zawołał do kogoś. Odpowiedział mu piskliwy, starczy tenor.

— Możemy teraz wyjść — powiedział Skylitzes. Odwrócił się i spojrzał na Goudelesa. — Na Phosa, ciągle siedzisz nad tymi swoimi wypocinami?

— Tylko znajdę odpowiednią antytezę, żeby zrównoważyć to zdanie — odparł biurokrata ze spokojem. Ostentacyjnie zapisał kolejną frazę, zerkając kątem oka na wściekłego Skylitzesa.

— To będzie musiało wystarczyć — powiedział w końcu. — I tak większość przepadnie w tłumaczeniu. No to chodźmy, Lankinos; to nie ja każę im teraz czekać. — I rzeczywiście, gryzipiórek był pierwszy na ziemi.

Bogoraz także wychodził ze swojej jurty, ale Gorgidas prawie go nie zauważył — jego uwaga skupiała się całkowicie na szamanach Arshaumów. Było ich trzech, dwaj wyprostowani i energiczni, trzeci pochylał się pod ciężarem lat — to on musiał rozmawiać z woźnicą videssańskiego poselstwa. Ubrani byli w zamszowe szaty sięgające im do kostek, pokryte tak wielką ilością długich postrzępionych frędzli naszytych na materiał, że wyglądali raczej jak zwierzęta niż ludzie. Wszyscy trzej mieli na twarzach diabelskie, złowrogie maski z drewna i skóry, pomalowane okropnymi odcieniami zieleni, purpury i żółci, które nadawały im jeszcze bardziej nieludzki wygląd. Ich ciemne sylwetki, odcinające się wyraźnie od ognia, krążyły wokół niczym duchy. Od czasu do czasu wołali coś do siebie, a ich głosy odbijały się echem od zakrywających usta masek.

Gorgidas przyglądał się temu spektaklowi z zainteresowaniem, Skylitzes z głęboką podejrzliwością. Ale Pikridos Goudeles pokłonił się przed najstarszym z szamanów z takim samym szacunkiem, jaki okazałby Balsamonowi, patriarsze Videssos. Stary Arshaum oddał ukłon i powiedział coś.

— Dobra robota, Pikridos — powiedział z niechęcią Skylitzes. — Ten dziwak mówi, że nie wiedział, czy zająć się najpierw nami czy Yezda, ale twoje dobre maniery zdecydowały za niego.

Goudeles pokłonił się znowu, tak głęboko jak pozwalał mu na to jego brzuch. Gryzipiórek był rozpieszczony i zarozumiały — pomyślał Gorgidas — ale był także prawdziwym dyplomatą.

Był nim również, na swój sposób, Bogoraz. Od razu zorientował się, że nie zdoła zmienić decyzji szamana, więc nawet tego nie próbował. Splótł tylko ręce na piersiach, jakby cała ta sprawa w ogóle go nie obchodziła.

Szamani zajęci byli przy ogniu, nucąc zaklęcia i rzucając w płomienie aromatyczne kadzidło. Starzec dzwonił brązowym dzwonkiem, podczas gdy jego dwaj asystenci nadal śpiewali.

— Odganiają demony — wyjaśnił Skylitzes.

Potem szaman wyciągnął z kieszeni mały pakunek i wysypał jego zawartość do ognia. Płomienie strzeliły do góry, rozpalone do czystej bieli. Gorgidas przez moment był zupełnie oślepiony, a na czoło wystąpił mu perlisty pot. Plama czerni na tle płomieni — stary szaman zbliżył się do nich i przemówił.

— Co? — odszczeknął Skylitzes po videssańsku. Opanowawszy się, zaczął mówić w języku ar-shaum. Starzec powtórzył swe słowa, gestykulując jakby chciał powiedzieć „To całkiem proste, naprawdę”.

— No? — zażądał Goudeles.

— Jeśli dobrze go zrozumiałem, a obawiam się, że tak — powiedział Skylitzes — to chce on, żebyśmy udowodnili, iż nie mamy żadnych złych zamiarów względem Arghuna, przechodząc przez to ognisko. Jeżeli nasze intencje są dobre, mówi, nic się nie stanie. Jeśli nie… — oficer zawahał się, ale dokończył. — …to ogień zrobi, co do niego należy.

— Nagle bycie pierwszym jest zaszczytem, który chętnie bym odstąpił — powiedział Goudeles. Skylitzes, któremu niestraszne było żadne fizyczne niebezpieczeństwo, był o krok od paniki na myśl o tym, że będzie musiał zdać się na zaklęcie jakiegoś pogańskiego czarownika. Gorgidas, który zawsze starał się nie wierzyć w to, czego nie mógł dotknąć albo zobaczyć, zastanawiał się, dlaczego sam podobnie się nie zachowuje. Zdał sobie sprawę, że przyglądał się dotąd szamanowi tak uważnie, jakby był pacjentem — ten człowiek promieniał pewnością tak jasną jak płomień, który wzniecił.

— Myślę, że wszystko będzie w porządku — powiedział i odpowiedziały mu dwa, połączone jednym nieszczęściem spojrzenia Goudelesa i Skylitzesa, którzy po raz pierwszy od wielu dni byli zgodni w swych poglądach. Wtedy stary szaman zrozumiał w końcu, że Videssańczycy mieli jakieś wątpliwości. Chcąc ich przekonać, zrobił kilka kroków do tyłu — i został otoczony przez płomienie. Nie czyniły mu one jednak żadnej krzywdy. Odtańczył niezdarnie kilka kroków na środku ogniska, podczas gdy partia Goudelesa — a z drugiej strony Bogoraza — gapiła się na niego. Kiedy skończył i wyszedł z ognia, ani jeden frędzel na jego fantastycznym kostiumie nie był nadpalony. Pomachał im ręką, zapraszając do środka.

Goudeles miał swój własny, szczególny rodzaj odwagi. Widocznie zbierając się w sobie, powiedział gdzieś w powietrze:

— Nie po to przejechałem pół świata, żeby zrobić krzywdę jakiemuś nomadzie. Podszedł szybko do ognia. Szaman poklepał go po plecach, wziął za rękę i wprowadził do ogniska. Płomienie obskoczyły ich natychmiast.

Lankinos Skylitzes zagryzał wargi, kiedy głos Goudelesa, pełen ulgi i triumfu wzniósł się ponad trzask płomieni.

— Cały i zdrowy, dziękuję, może tylko lekko przyrumieniony — zawołał.

Skylitzes zacisnął zęby i ruszył naprzód. Szaman, który w lej samej chwili wynurzył się z płomieni, odebrał mu na moment odwagę. Oficer jeszcze raz uczynił na piersi słoneczny znak Phosa i chwyciwszy wyciągniętą do niego rękę szamana zniknął w ogniu.

— Tutaj — zawołał Skylitzes za moment, lakoniczny jak zwykle. Teraz szaman kiwał palcem na Greka. Pomimo całej swojej pewności, Gorgidas czuł jak miękną mu nogi, gdy podszedł do ogniska. Zwęził oczy do wąskich szparek, by nie oślepiły go płomienie i zastanawiał się, ile czasu minie, zanim kiepski dowcip Goudelesa stanie się prawdą.

Jednak dłoń starego Arshauma była całkiem chłodna. Delikatnie wciągnęła go do ognia. Gdy tylko wszedł w jego środek, uczucie gorąca zniknęło — czuł się jak w zwykły letni wieczór. Nawet się nie pocił. Otworzył szeroko oczy. Otaczała go biel, ale nie była ona oślepiająca. Spojrzał w dół, na węgle po których stąpał i spostrzegł, że w ogóle nie widać było jego śladów. Obok niego szaman nucił coś bezgłośnie.

Ciemność przed jego oczami zdawała się totalnie czarna po jasności, w której się skąpał. Nagłe uderzenie gorąca w plecy powiedziało mu, że było już po wszystkim. Chwiejnym krokiem odsunął się od ognia. Goudeles złapał go i przytrzymał. W miarę jak odzyskiwał wzrok, widział wpatrującego się w płomienie Skylitzesa, który wyglądał jakby był w transie.

— Tylko światłość — mruczał oficer, wciąż niezupełnie przytomny. — Niebo Phosa musi wyglądać właśnie tak.

Goudeles był bardziej praktyczny.

— Jeśli ma to coś wspólnego z Phosem, usmaży tego szczura Bogoraza na węgiel i zrobi Imperium wielką przysługę.

Gorgidas żywił taką samą nadzieję, ale kilka minut później szaman wyszedł z ognia prowadząc za rękę posła z Yezd. W końcu Grek mógł poświęcić mu więcej uwagi. Jeśli przypuszczał, ze Wul-ghash, khagan Yezd, przyśle tu jakiegoś nieokrzesanego wodza, musiał się rozczarować.

Przodkowie Bogoraza byli z pewnością obywatelami Makuran, państwa które współzawodniczyło z Videssos jak równy z równym przez wiele stuleci do czasu, gdy Yezda wyjechali ze stepu, by je podbić. Pomimo nie najmłodszego już wieku, był szczupły i trzymał się prosto. Odwrócił się na moment, by spojrzeć na starego szamana — jego profil zaznaczył się wyraźnie na tle płomieni i widać było, jak haczykowaty nos nadaje mu wygląd drapieżnego ptaka.

Gdy odzyskał już wzrok, spostrzegł posłów z Videssos i podszedł do nich z szyderczym półukło-nem.

— Interesujące doświadczenie — zauważył. Videssańska frazeologia, której używał, była już nieco przestarzała, ale jego akcent był perfekcyjny. — Kto by pomyślał, że ci barbarzyńcy mają między sobą takich magów?

Jego oczy były niemal zupełnie zakryte powiekami — znowu, jak u ptaka — Gorgidas nie mógł z nich niczego wyczytać. Reszta twarzy była szczupła i miała w sobie jakąś siłę, która dobrze łączyła się z jego posturą. Podbródek był silny i wystający, kości policzkowe ostro wyrzeźbione. Gęsta, siwiejąca broda, mocno pokręcona jak i jego włosy, pokrywała szczękę i policzki. Długie wąsy zakrywały niemal zupełnie górną wargę. Ukryte pod nimi usta były szerokie, o pełnych wargach, które z łatwością mogły wyrażać zarówno zmysłowość jak i okrucieństwo.

Obecność Yezda wybiła Skylitzesa z jego złotego snu. Dotknął rękojeści miecza, pomrukując groźnie:

— Powinienem zająć się tym, co ogień spartaczył.

Bogoraz spojrzał mu w oczy, wcale nie przestraszony. Poseł z Yezd nie miał ze sobą broni. Bawił się guzikami z jasnego mosiądzu — czy też ze złota? — spinającymi jego brązowy wełniany płaszcz, który z tyłu był o wiele dłuższy niż z przodu. Pod płaszczem nosił kaftan z jakiegoś lekkiego materiału, w różnokolorowe, pionowe prążki.

— Dlaczego uważasz, że jestem mniej uczciwy niż ty? — powiedział z gestem sardonicznego rozbawienia. Gorgidas zwrócił uwagę na jego ręce; szczupłe i eleganckie, z długimi spiczastymi paznokciami. Ręce chirurga — pomyślał Grek.

— Bo do cholery, jesteś — powiedział Skylitzes, nie bawiąc się w uprzejmości.

— Spokojnie, mój przyjacielu — Goudeles położył rękę na ramieniu oficera. — Prawda jest taka, że on sam musi być czarownikiem, choć nie chce się do tego przyznać, i zna zaklęcia, które powstrzymają ogień. — Chociaż mówił do Skylitzesa, obserwował Bogoraza, czekając na jakiś gest zaniepokojenia, który potwierdziłby jego słowa.

Ale Bogoraz nie dał się nabrać.

— Ależ, po co mi magia? — zapytał, a z jego uśmiechu można było wyczytać tyle myśli, co z maski szamana. — Naprawdę nie życzę temu Arghunowi nic złego, dopóki będzie robił co powinien. — Maska zsunęła się odrobinę, odsłaniając twarz drapieżnika.

Viridoviks popijał kavass z bukłaka. Siedzący obok Targitaus, który podał mu napój przed chwilą, beknął głośno i poklepał się po brzuchu.

— To jest właśnie dobry kavass — powiedział. — Delikatny, ale i mocny, jak zad muła.

— Muła, powiadasz? — Viridoviks coraz rzadziej potrzebował tłumaczenia Lipoxaisa — bardzo dużo rozumiał już z języka khamorth, choć kiedy mógł odpowiadał po videssańsku. — Taa… i smakuje też jak zad muła. Brakuje mi mojego wina.

Kilku nomadów zachichotało, inni zmarszczyli brwi, słysząc jak drwi się z ich tradycyjnego napitku.

— Co on powiedział? — spytała żona Targitausa, Borane — jak większość kobiet nie znała w ogóle videssańskiego. Wódz przetłumaczył krótko. Borane przewróciła oczami, potem mrugnęła do Celta. Była kobietą w średnim wieku, a jej uroda stawała się powoli tylko wspomnieniem. Jakby chcąc jakoś odsunąć od siebie nieubłagany upływ czasu, zachowywała się jak kociak, co zupełnie nie szło w parze z jej wymiarami.

Córka Borane, Seirem, była lustrzanym odbiciem jej piękna sprzed jakichś dwudziestu lat.

— Jeżeli nasz kuzyn-krwi nie lubi kavassu — powiedziała Seirem do Targitausa — może spodoba mu się namiot zmysłów.

— Co to było to ostatnie? — spytał Lipoxaisa Viridoviks — zrozumiał pojedyncze słowa, ale nie wiedział, co mają tu oznaczać.

— Namiot zmysłów — przetłumaczył enaree uprzejmie. Zakładał, że znaczenie tego wyrażenia jest tak oczywiste, że nie potrzebuje dodatkowych wyjaśnień.

— Na rogi mojego najlepszego byka! — wykrzyknął Targitaus. — On nie zna namiotu zmysłów! — odwrócił się do sług. — Kelemerish! Tarim! Przynieście zasłony, kocioł i nasiona.

Służący skwapliwie rzucili się do skórzanych toreb po północnej stronie namiotu. Tarim, młodszy z tej dwójki, przyniósł Targitausowi okrągły mosiężny kocioł z dwoma uchami, wypełniony prawie po brzegi dużymi, okrągłymi kamieniami. Targitaus postawił go na ogniu. Kelermish podał wodzowi skórzaną torebkę wielkości pięści, ściągniętą u góry rzemykiem. Ten otworzył ją i wysypał całą garść brązowo-zielonych ziarenek, łodyg i pokruszonych liści na swoją dłoń.

Widząc ogłupiałą minę Viridoviksa, powiedział:

— To oczywiście konopie.

— Czy będziesz w takim razie splatał powróz? — Gal żałował, że nie ma z nim Gorgidasa, który zrozumiałby, o co chodzi w tym wszystkim. Targitaus tylko prychnął. Tarim i Kelermish ograniczali przestrzeń wokół ogniska, podwieszając pod sufitem filcowe koce i budując namiot w namiocie.

Khamorthcki wódz zajrzał do kotła — kamienie zaczynały już się żarzyć. Chrząknął z zadowoleniem i wyciągnął brązowe naczynie z ognia, zaczepiając o ucho długi metalowy pręt. Gdy ustawiał je ostrożnie przed Viridoviksem, reszta domowników przysunęła się bliżej do Gala.

— Będziesz miał dzisiaj najlepsze miejsce.

— Tak? A co mam zrobić z tymi wszystkimi kamieniami? Gorący kamień może być bardzo pożyteczny, jeśli owinie się go w materiał i rozgrzeje zimne łóżko, ale to wszystko, co przychodzi mi do głowy. A na pewno nie zjem dla was michy węgli.

Gdyby Targitaus był Videssanczykiem, odpowiedziałby na drwiny Viridoviksa jakąś wymyślną i ciętą ripostą, ale on rzucił tylko garść zielonego śmiecia, które trzymał w ręce, na rozpalone do czerwoności kamienie. Gęsta chmura dymu podniosła się znad kotła. Nie był to zapach palonej trawy, jak spodziewał się Viridoviks. Był o wiele bardziej intensywny, słodki, niemal aromatyczny — nozdrza Gala drgały same z siebie.

— Na co czekasz? — powiedział Targitaus. — Nie marnuj dobrego miejsca. Nachyl się i wciągnij głęboko powietrze.

Kuszony przez intrygujący zapach, Viridoviks pochylił się nisko nad kotłem, tak że czuł gorąco bijące mu w twarz. Wciągnął wielki haust dymu — a potem krztusił się i kaszlał rozpaczliwie, próbując go wydmuchnąć. Piersi i tchawica piekły go tak, jakby połknął rozpalony ołów. Łzy leciały mu po policzkach.

— Och moje biedne, przypalone płuca — wycharczał głosem, który był w tej chwili tylko wspomnieniem łagodnego barytonu.

Nomadzi byli rozbawieni jego męczarniami, co tylko pogarszało stan rzeczy.

— Dobry sposób na rozdmuchanie dymu — zachichotał Targitaus i sam wciągnął dym o wiele bardziej rozrzedzony, trzymając go w płucach tak długo, że Gal zastanawiał się, czy za chwilę mu nie pękną. Pozostali nomadzi robili to samo i uśmiechali się leniwie.

— On tego nie zna, tato. Myślę, że zrobiłeś to specjalnie — oskarżyła swojego ojca Seirem. — Daj mu spróbować jeszcze raz.

Krzaczaste brwi wodza i jego połamany nos sprawiały, że nie mógł wyglądać na niewinnego, czy był nim czy nie. Rzucił następną garść ziaren i liści na gorące kamienie. Nowa chmura dymu uniosła się znad kamieni. Gestem zachęcił Viridoviksa do drugiej próby.

Tym razem Celt był ostrożniejszy. Nie potrafił powstrzymać grymasu, który wykrzywił mu twarz — jakkolwiek miły był jego zapach, dym smakował jak rozżarzone chwasty. Znowu zaczął kaszleć, ale zacisnął zęby i zatrzymał większość w płucach. Kiedy w końcu go wypuścił, widział swój oddech, jak w mroźny zimowy poranek.

To było interesujące. Myślał o tym przez kilka sekund. Zdawały się rozciągać w nieskończoność. To też było interesujące. Spojrzał na Targitausa przez zamglone powietrze, które stawało się coraz mniej przejrzyste, w miarę jak wódz dorzucał suszone konopie do kotła.

— Ho ho, niezłe dymki tu sobie puszczacie.

Targitaus nie odpowiedział, bo właśnie znowu wciągał dym. Viridoviks nie obraził się. Sam zaciągnął się głęboko, czując łagodną ociężałość za oczami.

Było to doznanie bardzo różne do tego, które było efektem zbyt dużej ilości wina. Gal po wypitce stawał się bardzo energiczny, zawsze gotowy do śpiewu i do walki. Teraz, po prostu odizolował się od świata w bardzo przyjemny sposób. Wiedział, że mógłby wstać i zrobić cokolwiek, gdyby zaszła taka potrzeba, ale on nie widział takiej potrzeby. Nawet myślenie zaczęło go już nudzić i męczyć.

Przestał więc zastanawiać się nad czymkolwiek, oparł się na łokciach i przyjrzał leżącym dokoła nomadom. Niektórzy rozkładali się swobodnie, bezwładni jak on. Inni przechadzali się powoli, rozmawiając ściszonymi głosami. Lipoxais grał jakąś skoczną melodię na flecie z białej kości. Nuty zdawały się błyszczeć w powietrzu i ciągnąć Viridoviksa za sobą.

Jego oczy same odszukały Seirem. Uśmiech powoli rozlał mu się na twarzy — oto było ćwiczenie, które wykonałby z największą ochotą. Ale niestety, nie była to osada niewolników, a Seirem nie była wiejską dziewuchą, którą można było przelecieć dla kaprysu. — Ach, szkoda zachodu… — powiedział w swoim języku.

Borane nie przeoczyła lubieżnego spojrzenia, które Gal posłał jej córce. Powiedziała coś do Seirem, zbyt szybko, by Viridoviks mógł ją zrozumieć. Obie wybuchnęły głośnym śmiechem — nomadzi byli prostym ludem. Seirem ukryła twarz w dłoniach i zerknęła na Celta przez szparkę między palcami — nieśmiałość, która była czystą kokieterią. Jego uśmiech jeszcze się poszerzył.

— Co ona ci mówiła? — spytał.

Obie kobiety znowu się roześmiały. Borane pokazała gestem, że może mu powiedzieć. Wciąż chichocząc, Seirem wyjaśniła:

— Coś, co powiedziała o tobie Azarmi; że jesteś taki długi, jaki jesteś wysoki.

Obcy język, umysł zaćmiony dymem — dopiero po dłuższej chwili Viridoviks zrozumiał, o co chodzi, a wtedy sani się roześmiał.

— Ona to teraz powiedziała? — zapytał, siadając prosto, by wykazać się choć jednym rodzajem długości.

Na zewnątrz rozległ się nagle tętent kopyt. Warty Targitausa wymieniły z jeźdźcami okrzyki, potem jeden ze strażników zajrzał do środka i zawołał swojego pana. Dla Viridoviksa podniesienie się o kilka cali było nie lada wyczynem, ale Targitaus, przeklinając pod nosem, podniósł się od razu i przepchał przez tłumek nomadów i przez rozwieszone wokół ognia koce. Tchnienie świeżego, chłodnego powietrza wdarło się do środka. Celt wciągnął je z wdzięcznością.

Słyszał jak jakiś mężczyzna krzyczy coś do wodza Khamorth. Chwila ciszy i teraz to Targitaus ryczał wściekle. Wpadł z powrotem do namiotu.

— Wstawać, leniwe psy! Ktoś rozwalił nam stado!

Nomadzi podnosili się na nogi wykrzykując pytania i przekleństwa. Zasłony zniknęły niczym za dotknięciem różdżki, Khamorthci ściągali spod sufitu swoje łuki, szable i kurtki z grubej, wyparzanej skóry. Kilku nałożyło metalowe hełmy, ale większość pozostała w zwykłych futrzanych czapach.

Z twarzą pociemniałą od złości, Targitaus spojrzał groźnie na ślamarzącego się Viridoviksa.

— Szybciej, cudzoziemcze. Chcę żebyś pojechał z nami. Czuję tu robotę Varatesha.

— Proszę, proszę… — powiedział Goudeles z zaskoczeniem i podziwem. — Kto by pomyślał, że barbarzyńcy mają takie wyczucie stylu?

Uwaga została uczyniona sotto voce, gdy videssańskie poselstwo zbliżało się do najważniejszej jurty klanu Szarego Konia — tam oczekiwał na nich Arghun. Gorgidas musiał się zgodzić z gryzipiórkiem. Ceremonia Arshaumów nie była wcale mniej imponująca od tej, którą videssański hy-paestos, Rhadenos Vourtzes, chciał zadziwić Rzymian pod Imbros, kiedy po raz pierwszy pojawili się w Imperium.

Tutaj, zamiast sług trzymających parasolki, co było oznaką wysokiej pozycji Videssańczyka, przed jurtą khagana stał rosły nomada z włócznią w dłoni. Inni żołnierze, nie uczestnicy uroczystości, ale prawdziwi strażnicy, stali po obu stronach jurty z wyciągniętymi łukami. Zaraz poniżej ostrza włóczni trzymanej przez nomadę, wisiały przyczepione do niej trzy końskie ogony — symbol klanu. Wojownik stał w bezruchu, niczym wyrzeźbiony w brązie.

Równie godnie prezentował się koń, który ciągnął jurtę. Choć był to tylko stepowy konik, jego szara sierść była lśniąca od długiego i dokładnego czesania, a bujna grzywa i ogon ułożone i związane pomarańczowymi i złotymi wstążkami. Łeb ozdobiony był kawałkami rzeźbionego drewna ze złoconymi ornamentami w kształcie gryfów, które pokrywały końskie policzki. By jeszcze bardziej zadziwić oczy przybyszów, konik miał na grzbiecie wspaniałą pomarańczową tkaninę, która mogła służyć za siodło. Podtrzymywały ją w miejscu paski złoconej skóry, przechodzące przez pierś i brzuch zwierzęcia. Po obu stronach tego siodła, misternie wyhaftowane gryfy atakowały kozły, które uciekały tchórzliwie przed mitycznymi bestiami.

Sama jurta, zamknięta i cicha, stała na dwukołowym wozie. W odróżnieniu od wszystkich innych jurt, jakie widział Gorgidas, ta była półokrągła, a ciężka wełniana zasłona zamykała płaskie wejście. Trzy końskie ogony wisiały na drzewcu u jej szczytu.

Okazało się, że brązowy wojownik mógł się jednak poruszać. Obrócił się na pięcie i zawołał coś do tej czarnej, posępnej zasłony. Gorgidas wyłapał tylko słowa „poselstwo z Videssos” — słyszał je już wystarczająco często, odkąd przekroczyli Shaum.

Przez moment Grek zastanawiał się, czy ktokolwiek był za tą kurtyną, ale nagle ktoś odciągnął ją na bok, a ta krótka chwila oczekiwania miała najwyraźniej dodać dramatyzmu i powagi. Wnętrze jurty wysłane było czarnym filcem, by uczynić figurę Arghuna, siedzącego na krześle z wysokim oparciem pokrytym błyszczącą warstwą złota, jeszcze bardziej imponującą.

Arghun był nieco bardziej zniszczoną wersją Arigha, który stał po prawej stronie tronu i uśmiechał się, pozdrawiając podchodzących do jurty Videssańczyków. Włosy khagana i wątła bródka były raczej stalowoszare niż czarne, a zmarszczki na jego twarzy były głębsze od tych na twarzy jego syna łatwo było zobaczyć, jak za kilkanaście lat będzie wychudł Arigh. Arghun miał na sobie takie same futra i skóry z frędzlami jak wszyscy inni Arshaumi, doskonale skrojone, ale bez żadnych ekstrawagancji. Jedyną oznaką jego pozycji, jaką dostrzegł Gorgidas, był koński ogon, który wódz nosił u pasa.

Po lewej stronie khagana stał wysoki, szczupły mężczyzna, lat około osiemnastu, który miał w sobie rodzinne podobieństwo zarówno do niego, jak i do Arigha, ale był od nich o wiele przystojniejszy. Dobrze o tym wiedział — jego wzrok był pełen pogardy, gdy przyglądał się nadchodzącym dyplomatom. Jego uroda — wysokie kości policzkowe, gładka ciemnozłotawa cera i nozdrza, których łagodne łuki przypominały skrzydła mewy — uderzyła Gorgidasa zaraz po wejściu do namiotu. Ubiór także wart był uwagi — nosił złoty pas, tunikę i spodnie niemal tak świetnie ozdobione, jak strój szamana, i delikatne skórzane buty ozdobione srebrnym haftem.

Goudeles, jako głowa poselstwa, wystąpił naprzód i przyklęknął na jedno kolano przed kha-ganem — nie był to jeszcze hołd jaki oddałby Autokratorowi Videssos, ale bardzo do niego zbliżony. Ukłonił się nisko Arighowi i nieznanemu księciu po lewej stronie Arghuna. Skylitzes, który miał służyć za tłumacza, uczynił to samo.

— Wasza Wysokość, potężny khaganie Arghun, Wasza Książęca Mość, książę Arigh… — tytuły płynęły gładko z ust Goudelesa. Nagle zawahał się z uprzejmym zakłopotaniem. — Wasza Książęca Mość, książę aa…

Arigh powiedział coś do brata. Młody mężczyzna obdarzył Goudelesa uśmiechem, na wpół czarującym, na wpół pogardliwym. Odpowiedział jednym, krótkim zdaniem, słodkim i pewnym siebie tenorem.

— Nazywa się Dizabul i jest synem Arghuna — przetłumaczył Skylitzes.

— Młodszym synem — dodał z naciskiem Arigh, przyglądając się Dizabulowi bez sympatii. Z wyszukaną arogancją, jaką daje doskonałe piękno, jego brat udał, że go w ogóle nie zauważa.

Ignorując te gierki albo tylko udając, jako że bardzo niewiele umykało uwadze gryzipiórka — Goudeles przedstawił członków poselstwa Arghunowi i jego synom. Gorgidas był zaskoczony głębokością ukłonu jaki złożył Dizabulowi — z wyglądu najpiękniejszemu młodzieńcowi,jakiego widział od lat, choć nieco zepsutemu.

Podczas gdy khagan pozdrawiał ambasadorów, pozostali członkowie klanu przyglądali się im ze swoich jurt, które zostały wcześniej dyskretnie odciągnięte od namiotu wodza. Więcej głów ukazało się w wejściach do namiotów i w zakratowanych wikliną okienkach, kiedy Skylitzes przetłumaczył dalszą część mowy Goudelesa na język arshaum.

— Jego Wysokość, Imperator Videssos przesyła khaganowi kilka skromnych podarunków. Kilku żołnierzy Agatbiosa Psoesa wystąpiło do przodu, by zaprezentować dary Imperatora — podoficer przez wiele dni wkładał im do głów z uporem i obojętnością, która przypominała Gorgi-dasowi Gajusza Filipusa, jak ważna jest uroczystość, w której mają wziąć udział. Teraz odgrywali swoje role perfekcyjnie, podchodząc, jeden po drugim, do jurty khagana i składając przed nią prezenty, a potem znowu się wycofując.

— Jego Wysokość, Imperator, ofiarowuje złoto na znak naszej przyszłej przyjaźni. — Mała, ale ciężka torebka zabrzęczała miło, gdy jeden z żołnierzy kładł ją na niskiej, gęstej trawie.

Arigh powiedział coś do swojego ojca. Skylitzes z trudem powstrzymał uśmiech, który cisnął mu się na usta i przetłumaczył:

— Wszystko w starych monetach, sam widziałem.

Arigh był przezorny i dopilnował, by ofiarowano im rzeczy naprawdę cenne — zamieszanie jakie panowało podczas ostatnich dziesięcioleci w Videssos, zmusiło Imperium do obniżania wartości monet poprzez dodawanie do nich tańszych metali. Uśmiech Arghuna świadczył o tym, że i on wiedział coś na ten temat. Dizabul wyglądał na śmiertelnie znudzonego.

Goudeles został na moment zbity z tropu, ale natychmiast doszedł do siebie.

— Srebro dla khagana! — Prevalis, syn Haravasha, przyniósł nieco większą torbę i ułożył ją obok pierwszej. Dźwięk, jaki wydała, był wyższy niż brzęk złota, ale wciąż miły dla ucha.

— Klejnoty do skarbca khagana i dla jego pięknych pań! Rubiny, topazy, ogniste opale, księżycowe perły! — Kiedy kolejny żołnierz położył swój dar, Goudeles otworzył torbę, wyciągnął z niej ogromną perłę, i położył na dłoni, tak by widać było jej blask. Gorgidas docenił jego spryt — żyjąc tak daleko od morza, Arghun mógł nigdy jeszcze nie widzieć pereł. Khagan pochylił się do przodu, by przyjrzeć się kamieniowi, kiwnął głową i usiadł z powrotem.

— Pięć najprzedniejszych szat dla waszej wysokości. — Niektóre z nich były utkane ze złotych nici, inne z doskonałego aksamitu lub śnieżnobiałego lnu, ozdobione obficie brokatem i klejnotami i przetykane złotymi lub srebrnymi nićmi. W końcu znalazło się coś, co mogło zainteresować Diza-bula, ale jego ojciec zdawał się obojętny na kosztowne stroje.

— Na koniec, na znak szacunku i czci, Autokrator daruje waszej wysokości buty z królewskiego szkarłatu.

Tylko Imperator Videssos nosił szkarłatne buty. Dzielenie się tym kolorem, nawet w ten tylko sposób, było znakiem głębokiego poważania. Książę Tomond z Namdalen nie odważył się włożyć czerwonych butów.

Posługując się tłumaczeniem Arigha, Arghun zapytał:

— To piękne dary. Czy towarzyszą im jakieś słowa? „Czy kogut zapieje? Czy wrona zakracze?” — mruczał Skylitzes po videssańsku, gdy Goudeles najwyraźniej przygotowywał się do swojego wypieszczonego przemówienia. Arigh uśmiechnął się, ale będąc stronnikiem Videssańczyków nie przetłumaczył ojcu szyderstwa oficera.

Goudeles mógł tylko kątem oka rzucić swojemu towarzyszowi piorunujące spojrzenie. Rozpoczął wreszcie swoje wystąpienie, które przygotowywał przez wiele dni:

— O mężny Arghunie, nasz wielki Imperator… — teraz biurokrata brał odwet na Skylitzesie, wymawiając słowo „wielki” z takim naciskiem, że nabierało ironicznego znaczenia. Tłumacz musiał jakoś z tego wybrnąć. — …używając mnie jako swego posłańca, życzy ci, by fortuna sprzyjała wszystkim twym poczynaniom, który tak życzliwie podejmujesz nas, legatów Imperium. Oby to spotkanie było dla ciebie przyjemnością. Niech twoi nieprzyjaciele zginą niesławnie z twojej reki, a twoi wrogowie niechaj padną ci do stóp. Niech nigdy nie wkradnie się pomiędzy nas zdrada ani złość — zła wola jest bowiem robakiem, który stoczy ziarno najtrwalszej nawet przyjaźni.

— Zwolnij, do cholery — szepnął wściekły Skylitzes. — Jeśli ja sam nie wiem, o czym ty mówisz, co oni będą z tego rozumieć?

— Nie muszą nic rozumieć — odparł Goudeles, pokrywając to dramatycznym gestem. — Mówię tylko to, co musi zostać powiedziane przy takich okazjach, to wszystko. — Pokłonił się raz jeszcze Arghunowi i dokończył.

— Lud klanu Szarego Konia i wszyscy poddani, których nadarzy im los, są drodzy naszym sercom. Żywimy gorącą nadzieję, iż nigdy się to nie zmieni. — Cofnął się o krok, dając do zrozumienia, że przemówienie skończone.

— Bardzo ładnie — powiedział Arigh. Lata spędzone w Videssos pozwoliły mu w pełni docenić kunszt Goudelesa, czego nie można było powiedzieć o jego ojcu czy bracie.

— Ja… — zaczął następne zdanie, ale khagan przerwał mu. Skinął głową speszony; w obecności Arghuna byl tylko posłusznym synem.

— Mój ojciec chciałby odpowiedzieć przeze mnie. Lankinos, jesteś bardzo dobry, ale…

— Oczywiście — powiedział szybko Skylitzes.

— Będziemy zaszczyceni mogąc wysłuchać uwag khagana — dodał Goudeles.

Gorgidas przygotował się na kolejne ozdobne przemówienie. Zamiast tego, Arghun zamilkł po dwóch zdaniach. Jego syn przetłumaczył:

— Dziękuję za prezenty. Jeśli chodzi o twoje poselstwo, podejmę decyzję po tym, jak usłyszę co ma do powiedzenia ambasador Yezd.

Goudeles wgapiał się w niego z otwartymi ustami.

— To wszystko?! — pisnął, zdziwiony do tego stopnia, że zapomniał o wyszukanej składni. Wyglądał tak, jakby ktoś dźgnął go nożem. Powoli odprowadził partię Videssańczyków na bok. — „Dziękuję za prezenty” — mruczał. — Ba! — wyrzucił z siebie wiązkę przekleństw, o których znajomość Gorgidas nigdy by go nie posądzał.

— Mówiłeś bardzo dobrze, ale styl nomadów jest zupełnie różny od twojego — pocieszał go Grek. — Mimo wszystko podziwiają videssańską retorykę. Pamiętasz Olbiopa? Arghun wydaje się roztropnym przywódcą. Myślałeś, że powie tak albo nie, bez wysłuchania obu stron?

Podniesiony lekko na duchu, Goudeles pokręcił głową.

— Właściwie wolałbym, żeby tak właśnie było — powiedział Skylitzes, ale Bogoraz z Yezd podchodził już do jurty khagana. Spojrzenie Skylitzesa było tak intensywne, jakby spotykali się właśnie na polu bitwy.

Posłaniec z Yezd przyklęknął na jedno kolano przed Arghunem — powaga tego gestu ucierpiała nieco, gdy czarna mycka, którą miał na głowie, spadła na ziemię podczas ukłonu. Ale Yezda szybko to nadrobił, przemawiając do khagana w języku arshaum.

— Cholera! — powiedzieli jednocześnie Gorgidas i Goudeles. Grek dodał: — To na pewno wpłynie na Arghuna, nawet jeśli sam sobie z tego nie zdaje sprawy.

— Cicho! — upomniał go Skylitzes, przysłuchiwał się przez chwilę, w końcu powiedział: — Mniej niż byś przypuszczał. Gnojek ma khamortheki akcent, wystarczająco silny, żeby rozzłościć każdego Arshauma.

— Co mówi? — spytał Goudeles. Jego znajomość języka arshaum nie była większa od tej, jaką miał Gorgidas.

— Takie bzdury jak ty, Pikridos. Nie, czekaj, jest coś nowego. Mówi, że Wulghash — niech go Skotos zmrozi! — wie j akim wielkim woj ownikiem j est Arghun i przysyła mu podarunki odpowiednie dla wojownika.

Na rozkazujące machnięcie Bogoraza jeden z jego żołnierzy położył przed khaganem pochwę z polerowanego brązu pokrytego emalią. Rzucając strażnikom wodza uspokajające spojrzenie, ambasador wyciągnął z pochwy szablę, by pokazać ją Arghunowi. Było to doskonałe, bogato zdobione arcydzieło sztuki płatnerskiej, od rękojeści wykładanej złotem po sam czubek lśniącego ostrza. Po kilku ceremonialnych machnięciach, Bogoraz schował ją z powrotem i oddał khaganowi.

Arghun wyciągnął ją sam, by sprawdzić jak jest wyważona, uśmiechnął się z prawdziwą przyjemnością, i przypiął do pasa. Także z uśmiechem na ustach, Bogoraz podarował podobne ostrza jego synom — różniły się tylko tym, że rękojeści wykładane były raczej srebrem niż złotem. Dizabul aż oblizał wargi odbierając swoją broń od Yezda — nawet Arigh bez wahania przypiął swoją.

Przez moment niemal zapomniani, Videssańczycy przyglądali się temu z przerażeniem. Skylitzes zgrzytnął zębami.

— Powinniśmy byli o tym pomyśleć.

— Tak — zgodził się ponuro Goudeles. — Ci barbarzyńcy z równin to dzikusy. Bardziej przekonuje ich kawałek naostrzonego metalu niż piękne szaty, podczas gdy nasi ludzie ceniliby je sobie tak samo.

Starając się jak zwykle wyciągać ogólne wnioski z przykładów, które podsuwało mu życie, Gor-gidas powiedział:

— Nie należy oceniać innych według swoich własnych kryteriów. My, Grecy, palimy naszych zmarłych, ale już w Indiach… — przerwał czerwieniąc się, gdy jego towarzysze wgapiali się w niego — Indie… i Grecja!… nic tutaj nie znaczyły.

Pokaz kosztownej broni Bogoraza ciągnął się dalej: sztylety z inkrustowanymi złotem scenami polowania na ostrzach, podwójnie wyginane łuki wzmocnione rogiem, wypolerowane i wywoskowane aż się iskrzyły, strzały z pachnącego drzewa cedrowego, zakończone mieniącymi się lokami z pawich piór, w kołczanach ze skóry węża, spiczaste hełmy ozdabiane klejnotami…

Dizabul przypinał wszystko, co podawał mu Yezda. Gdy Bogoraz wreszcie skończył, młody książę wyglądał jak chodząca zbrojownia. Pieszcząc rękojeść nowego miecza, odwrócił się i przemówił do ojca. Jego głos był donośny i wyraźny — najwidoczniej chciał tego. Bogoraz rzucił Vi-dessańczykom zadowolony, szyderczy uśmiech.

Skylitzes, z drugiej strony, zaciskał szczęki mocniej niż kiedykolwiek. Zgrzytając zębami przetłumaczył:

— Szczeniak chciałby nas wyrzucić już teraz albo jeszcze lepiej podziurawić swoimi nowymi zabawkami. Mówi o nas „ci nic nie warci kramarze, których przyprowadził Arigh”.

Starszy syn Arghuna najeżył się i chciał dać Dizabulowi godną odpowiedź, ale khagan zbeształ ich obu. Dizabul powiedział coś jeszcze, ale zamilkł, gdy Arghun zaczął podnosić się z tronu.

Uspokajając się, Arghun odwrócił się z powrotem do Bogoraza, który udawał, że nic nie widzi. Skrzydła opadły nieco ambasadorowi Yezd, gdy Arghun odprawił go równie szybko jak Goudelesa.

— Mówi, że prezenty są wspaniałe — przekładał Skylitzes — ale każde przymierze wymaga głębszego namysłu. — Videssański oficer zdawał się nie wierzyć w to, co usłyszał.

— On naprawdę jest mądrym wodzem — powiedział Gorgidas.

— Rzeczywiście jest bystry. Wykorzystał do końca obie strony. — Goudeles mówił z taką samą ulgą jak Skylitzes. — No cóż, jego zysk, a szanse ciągle równe.

Viridoviks zsiadł z konia bez gracji, ale za to z głośnym westchnieniem ulgi. Ciężkie dni spędzone w siodle były dla niego udręką — był cały obolały i sztywny. Setny raz podziwiał wytrzymałość koczowników. Kiedy już wsiedli na konie, zdawali się być… Jakież to greckie słowo nazywało półkonia, półczłowieka? Nie mogąc sobie przypomnieć, zaklął pod nosem.

Powietrze nie pomagało mu w takich ulotnych rozmyślaniach. Było gęste i ciężkie od duszącego odoru śmierci. Targitaus przyglądał mu się krzywo, gdy Gal przechadzał się dokoła, starając się przywrócić do życia łydki i stopy.

— Jeszcze jedna taka przejażdżka i będę miał nogi tak pokrzywione jak wy. — Nie znając słowa „pokrzywione”, zatoczył ręką szeroki łuk.

Nie udało mu się jednak rozbawić wodza nomadów, który powiedział:

— Zachowaj swoje dowcipy dla kobiet. Tu nie ma się z czego śmiać.

Viridoviks zaczerwienił się, ale Targitaus tego nie zauważył. Patrzył na straszliwe widowisko, które rozpościerało się przed nimi — efekt niedawnej rzezi.

To miejsce musiało wyglądać o wiele gorzej tydzień temu, kiedy odnaleźli je jego pasterze, jeszcze świeże. Jednak nawet to, co pozostało po uczcie sepów, było wystarczająco przerażające. Pięćdziesiąt sztuk bydła zostało odciągniętych od stada, a potem… co? „Zarżnięte” było zbyt łagodnym określeniem dla tej masakry.

Ziemia wciąż była ciemna od krwi, która wsączyła się w nią, gdy przecinano krowom gardła. Już sam fakt, że je zabito, świadczył o tym, iż nie była to zwyczajna kradzież. Bydło można wypasać i kraść, ale nie likwidować. Step był zbyt surowy, by można było pozwolić sobie na bezmyślne zabijanie. Nawet w czasie wojny zwycięzcy po prostu zabierali stada pokonanych nieprzyjaciół. Bydło, czy też jego brak, mogło być przyczyną wojny, ale nie jej celem.

Nie tutaj i nie teraz. Te zwierzęta, rozciągnięte dokoła w śmiertelnych pozach, tworzyły obraz bardziej żałosny od widoku żołnierzy poległych na polu bitwy. Zwierzęta nie wybierają sobie losu i nie mają szans, by go odmienić. A tutaj los był szczególnie okrutny, złośliwie okrutny. Głębokie nacięcia w ciałach bydląt zatarto ziemią, by zepsuć mięso. Skóra była nie tylko pocięta, ale i posmarowana jakimś żrącym środkiem, który także i ją czynił bezwartościową. Klan Targitausa nie był w stanie ocalić niczego, nawet gdyby odkryto zwierzęta godzinę po ich śmierci.

Syn wodza, Batbaian, przechodził od jednej zmasakrowanej krowy do następnej, kręcąc głową, skubiąc się po brodzie i próbując zrozumieć to czego był świadkiem — bez powodzenia. Odwrócił się bezradnie do ojca.

— Muszą być szaleni jak wściekłe psy, żeby zrobić coś takiego! — wybuchnął. Wódz klanu odpowiedział smutno:

— Chciałbym, żeby to była prawda, chłopcze, ale zdaje się, że Varatesh chce mnie na swój sposób nastraszyć i ukarać za to, że przygarnąłem tego cudzoziemca. — Głową wskazał na Viridovik-sa.

Barbarzyństwo, które tu widział, przywodziło Galowi na myśl wspomnienie ciała leżącego pod murami Videssos, kiedy legioniści pomagali Thorisinowi Gavrasowi przy oblężeniu. Oprócz śladów wielu innych tortur, zbezczeszczone ciało biednego Doukitzesa nosiło wycięte na czole imię: Rha-vas. Jak łatwo było się domyślić, wystarczyło przestawić litery by odsłonić nazwisko zabójcy.

— Według mnie, to robota Avshara — powiedział. — Próbowałem was przed nim ostrzec, ale kiepsko mi szło. Jasne, że to nie wasza wina, boście nigdy nie widzieli jego zabaw. Ale teraz słuchajcie, to zrozumiecie, co to za przyjemniaczek.

Posługując się khamorthckim najlepiej jak potrafił, a tam, gdzie nie mógł sobie poradzić, przechodząc na videssański, opowiedział im o Doukitzesie i o wiele więcej — o pojedynku czarodzieja ze Skaurusem, kiedy Rzymianie po raz pierwszy przybyli do stolicy, o Maragha i o tym, co działo się po bitwie, kiedy głowa Mavrikiosa Gavrasa wtoczyła się do obozu legionistów, o Wielkim Sądzie w mieście Videssos, i o tym, jak czary Avshara uczyniły najgorszych spośród jego sługusów odpornymi na stal.

Okrucieństwo i wyuzdanie tej ostatniej opowieści wstrząsnęły nomadami.

— Używał swoich czarów na kobiecie, powiadasz? — zażądał potwierdzenia Targitaus, jakby nie dowierzał własnym uszom.

— Tak, i na nie narodzonym dziecku, które z niej wydarł — odparł Celt.

Nomada wzdrygnął się. Gdy zabicie jego zwierząt przyprawiało go o zimną wściekłość, tu słyszał o zbrodni, której nic był sobie nawet w stanie Wyobrazić. Z młodzieńczą zapalczywością Batbaian krzyknął:

— Pozbądźmy się go, spalmy jego namiot i zabijmy wszystkich, którzy mu służą — patrząc na swoje krowy, poruszeni jeszcze słowami Viridoviksa, Khamorthci wrzasnęli: — Tak jest!

— Tak — powiedział również Targitaus, ale cicho. Podczas gdy jego towarzysze zrozumieli tylko okrucieństwo Avshara, on dojrzał także jego moc. — Tak — powiedział znowu — jeśli nam się uda.

Spojrzał na Viridoviksa bez radości.

— Zdaje się, że czas na to, by zjednoczyć klany przeciwko Varateshowi i temu twojemu Avsha-rowi.

— Najwyższy czas — przytaknął od razu Viridoviks, a Batbaian pokiwał żywo głową. Pomimo solennych obietnic Targitausa, mijały kolejne tygodnie, a on nie czynił żadnych kroków ku wojnie z banitą.

Wódz wyglądał na zakłopotanego.

— Pochodzisz z Videssos, cudzoziemcze, gdzie khagan… ee?… Imperator mówi swoim ludziom „zróbcie to i to”, a jeśli tego nie zrobią, to stracą głowy. Na równinach tak nie jest. Jeżeli pójdę do Ariapith z klanu Rzeki Oglos albo Anakhara z Cętkowanych Kotów, albo Krobyza ze Skaczących Kozłów, i powiem im, że powinniśmy się połączyć przeciwko Varateshowi, pierwszą rzeczko jaką zapytają,będzie: „Kto dowodzi?”. Co ja im na to odpowiem? Ja? Powiedzą, że próbuję zrobić z moich Wilczych Skór Klan Królewski, i że nie chcą mieć ze mną nic do czynienia.

— Klan Królewski? — powtórzył za nim Celt.

— Czasami jeden klan wyrasta na silniejszy od wszystkich dokoła i rządzi stepem przez pewien czas, nawet przez długość życia człowieka, dopóki pozostali się nie uwolnią i nie obalą go. — Ambicja biła z oczu Targitausa. — Każdy khagan marzy o tym, żeby ustanowić Królewski Klan i umiera z przerażenia, że uprzedzi go sąsiad. Więc wszyscy pilnują się nawzajem i nikt nie może stać się zbyt silny.

— Aa?, więc tak się rzeczy mają, hę? — nagle Viridoviks stąpał po znajomym mu gruncie. W Galii, zanim przybyli tam Rzymianie, plemiona walczyły ze sobą bezustannie o wyższą pozycję, wszczynając kłótnie i intrygi gdzie tylko się dało. Aedui cieszyli się największą władzą, dopóki Sequani nie sprzymierzyli się z Ubii zza Renu, i nie odebrali im dominującej pozycji. Po drodze jednak uczynili niechcący Ariovistusa Germana najpotężniejszym człowiekiem w Galii…

Oczy Celta zaiskrzyły się na zielono — krzyknął z radości i klasnął dłońmi.

— Posłuchaj mnie tylko — powiedział do Targitausa, który odwrócił się zaskoczony, wyciągając do połowy miecz. — Wyobraź sobie, że mówisz temu staremu Wroniejłapie z Cętkowanych Chomików, czy jak on tam się idiotycznie nazywa, że Varatesh chce zrobić ze swoich śmierdzących łotrów Klan Królewski, co wcale nie jest łgarstwem. Prędzej da sobie odciąć siusiaka, niż na to pozwoli, nie tak?

Niemal słyszał jak trybiki w głowie nomady obracają się w szalonym tempie. Targitaus popatrzył na Batbaiana, który gapił się na Viridoviksa z podziwem — młodzi ludzie łatwo wpadają w zachwyt słysząc rzeczy, o których sami by nie pomyśleli.

— Hmm? — mruknął Targitaus i Gal wiedział już, że wygrał.

— Prowadź nas ojcze, a niedługo to ty będziesz khaganem Królewskiego Klanu! — wykrzyknął Batbaian.

— Ja? Bzdury, chłopcze — powiedział szorstko Targitaus, ale Viridoviks widział, że ta myśl uderzyła go, zanim jeszcze jego syn ją wypowiedział. Celt zachichotał pod nosem.

Dizabul nabił na nóż ostatni kawałek pieczeni z królika, którą trzymał w misce na kolanach, i przeżuwał głośno, zgodnie z dobrymi manierami stepu. Pochylił się do przodu — kucharz podniósł z rusztu kawał skwierczącego mięsa, używając do tego drewnianych szczypiec, i napełnił jego miskę. Usiadł z powrotem, dziękując kucharzowi uśmiechem. Odwrócił się na lewo, powiedział coś do Bogoraza i machnął eleganckim sztyletem, który podarował mu ambasador z Yezd. Znowu uśmiechnął się z wdzięcznością.

Popijając kavass ze złotego pucharu, Gorgidas przyglądał mu się ukradkiem i podziwiał jego urodę, która budziła w nim przyjemny ból. Zwyczajem równin, Arghun przysłał videssańskim posłom kobiety, ale choć Gorgidas radził sobie z nimi z konieczności, nie dawały mu one satysfakcji. Po każdej nocy czuł się jak żeglarz, który zainteresował się swoim towarzyszem, by ulżyć żądzy.

Z poczuciem straty i bólu przypomniał sobie szczupłą, cichą i zamyśloną twarz Kwintusa Gla-brio, przypomniał sobie mieszaninę rozbawienia i niechęci, z jaką młodszy centurion opowiadał o swoim związku z videssańską dziewczyną. „Damaris zasłużyła na coś innego niż ja”, powiedział kiedyś z kwaśnym uśmiechem, „ona też na pewno tak myślała po pewnym czasie”. Związek ten rozpadł się w efektownym stylu, razem z większą ilością talerzy.

Wspomnienie Glabrio pomogło mu spojrzeć na Dizabula z odpowiedniej perspektywy. Rzymianin był mężczyzną, partnerem, podczas gdy sposób, w jaki obnosił się młody książę, świadczył o tym, iż był tylko rozpieszczonym młodszym synem, z wybuchowym charakterkiem, któremu niełatwo było sprostać. Co więcej, jak dowiedział się Grek, miał on syna i dwie córki, które spłodził z niewolnicami i służącymi.

Gorgidas pociągnął kolejny łyk. Jednak, bez wątpienia był śliczny.

Oddając się rozmyślaniom na temat Dizabula, Grek poświęcił dotąd niewiele uwagi wspaniałemu namiotowi, w którym odbywało się przyjęcie. Było to z jego strony duże niedopatrzenie — namiot ten był tak ważny dla Arshaumów, jak Pałac Imperatora dla Videssos i równie okazały był jego wystrój. Była to największa jurta, jaką widział na równinach, szeroka co najmniej na czterdzieści stóp i ciągnięta przez zaprzęg złożony z dwudziestu dwu koni.

Na zewnątrz, grube filcowe ściany namiotu pokryte zostały białą kredą, by wyróżniał się dobrze na brązowym stepie. Grek zauważył teraz jedwabne zasłony, które przykrywały drewniany szkielet wewnątrz jurty — robota była tak doskonała i delikatna, że Imperium nie mogło się pochwalić niczym lepszym. Lśniąca tkanina ufarbowana została na szafranowo i zielono. Wyhaftowane złotą nicią konie, które po niej galopowały, pełne były barbarzyńskiego wigoru, charakterystycznego dla sztuki nomadów.

Arghun, jego synowie i rywalizujące poselstwa, zasiedli dokoła ognia na kocach z grubej, delikatnej wełny. Starszyzna klanu zajęła kilka szerszych kręgów za nimi. Arshaumi siedzieli ze skrzyżowanymi nogami, opierając stopy o przeciwne udo. Ich goście rozkładali się w najprzeróżniejszych pozach — jeśli nie ćwiczyło się jej od dzieciństwa, pozycja nomadów była okropnie niewygodna.

Siedzący po prawej ręce ojca, Arigh powyginał się odpowiednio, ale po chwili poddał się, kręcąc ze smutkiem głową i trzeszcząc głośno kolanami.

— Za długo byłeś w Videssos — skomentował mu Skylitzes. Spojrzenie jakie posłał swojemu bratu Dizabul mówiło, iż on nie miałby nic przeciwko temu, by Arigh został tam jeszcze dłużej.

— Dopóki tu nie przyjechaliśmy, nie wiedziałem, że masz brata — powiedział do Arigha Gou-deles. Gorgidas nie był jedynym świadkiem tego zatrutego spojrzenia.

— Prawie sam o tym zapomniałem — powiedział Arigh, machając na Dizabula ręką. — Był tylko okropnym bachorem plączącym się wiecznie pod nogami, gdy wyjeżdżałem do Imperium siedem czy osiem lat temu. Ale widzę, że niewiele się zmienił.

Mówił po videssańsku, tak by jego brat nie mógł go zrozumieć, ale Gorgidas zauważył, jak Bogoraz, przysłaniając usta ręką, szepce coś do Dizabula. Rumieniec wypełzł na wysokie kości policzkowe młodego księcia, a w porównaniu ze wściekłością, jaka błyszczała teraz w jego oczach, poprzednie spojrzenie wydawało się niemal czułe.

Słudzy uwijali się jak w ukropie, napełniając puchary ze srebrnych dzbanów z kavassem i podając jedzenie tym z gości, którzy byli poza zasięgiem kucharza. Oprócz pieczeni z królika, ulubionej Dizabula, serwowano mięso z ogromnego ptaka, którego Gorgidas nigdy dotąd nie widział.

— Ech? Aa, to żuraw — powiedział Arigh, odpowiadając na jego pytanie. — I bardzo dobrze, bo nie jadłem go już od lat.

Radził sobie z nim świetnie, jedząc jak wszyscy nomadzi odrywając mocnymi zębami kawałki mięsa bezpośrednio z kości. Grek wolał się jednak powstrzymać. Ptak był smakowity, ale łykowaty i twardy jak skóra.

O wiele lepsza była baranina i flaki, tak jak i sery, twarde i miękkie. Do niektórych dodano jakieś słodkie jagody. Oprócz kavassu można się było napić świeżego mleka krowiego, koziego i kobylego — jednak żadne z nich nie odpowiadało Gorgidasowi. Zapłaciłby teraz niezłą sumkę za kielich prawdziwego wina albo garść solonych oliwek.

Kiedy wypowiedział głośno swe myśli, Arigh potrząsnął głową z obrzydzeniem.

— Wino to dobra rzecz, ale przez cały czas, jaki spędziłem w Videssos, nie udało mi się przyzwyczaić do oliwek. Mają dziwny smak, a Videssańczycy dodają je do wszystkiego. A olej śmierdzi.

W lampkach używanych przez Arshaumanów palił się tłuszcz, który drażnił powonienie Greka przenikliwym, tłustym i nieprzyjemnym zapachem.

Rozmowy w namiocie przyjęć, zaczęły przycichać i to nie tylko z powodu bariery językowej. Arigh ostrzegł Videssańczyków, że obyczaj Arshaumów zakazywał rozmów o poważnych interesach podczas uczty. Pozwoliło to Gorgidasowi skupić się bardziej na jedzeniu, ale z drugiej strony nudził się, nie mając z kim i o czym rozmawiać.

Bogoraz, który miał niezwykłą zdolność do wywoływania kłopotów, na pozór wcale tego nie zamierzając, zbliżył się niebezpiecznie do krawędzi tego, na co pozwalał obyczaj. Nie wspominając ani słowem o przyczynie swojej wizyty na stepie, chełpił się potęgą Yezd i chwałą swojego pana, Wulghasha. Skylitzes tłumaczył wszystkie jego przechwałki i z każdą minutą rosła w nim zimna złość. Z satysfakcją i sardonicznym rozbawieniem w oczach, Bogoraz nie przestawał mówić, nigdy nie wypowiadając złego słowa przeciwko Videssos, ale umniejszając jego szanse każdym zdaniem.

Po chwili Skylitzes ściskał swój puchar z taką siłą, iż zbielały mu kłykcie. Starsi klanu zaczęli chichotać między sobą, widząc wściekłość, którą musiał w sobie zatrzymać.

— Powiem coś temu oślizłemu kłamcy! — warknął.

— Nie! — powiedzieli razem Arigh i Goudeles. Gryzipiórek kontynuował: — Nie widzisz, że to on będzie miał nad tobą przewagę, jeśli mu odpowiesz?

— Więc lepiej wysłuchiwać tych bredni i dać się ogryźć aż do końca? Dziwiąc się własnej śmiałości, Gorgidas powiedział:

— Znam pewną historyjkę, która osadzi go w miejscu. Skylitzes, Goudeles i Arigh spojrzeli zaskoczeni na Greka.

Dla Videssan był on niemal takim samym barbarzyńcą jak Arshaumi, którego nie należy brać na poważnie. Arigh tolerował go głównie dlatego, że był przyjacielem Viridoviksa.

— Nie sprzeciwisz się obyczajowi? — ostrzegł. Gorgidas pokręcił głową.

— Nie, to tylko historyjka.

Goudeles i Skylitzes popatrzyli na siebie, wzruszyli ramionami i kiwnęli głowami, nie mając w zanadrzu żadnego lepszego pomysłu.

Bogoraz, który na pewno mówił po videssańsku lepiej od Greka, przysłuchiwał się tej rozmowie z łagodną pogardą widząc, że towarzysze Gorgidasa nie pokładali w nim wielkich nadziei. Jego ciężkie powieki przysłoniły lekceważenie, z jakim przyglądał się Gorgidasowi, gdy ten schylił głowę przed Arghunem i posługując się tłumaczeniem Arigha przemówił:

— Wielki khaganie, ten człowiek z Yezd jest wspaniałym mówcą, nie ma co do tego wątpliwości. Jego słowa przypominają mi jedną z opowieści mojego ludu.

Poza zwykłymi uprzejmościami, wódz Arshaumów nie poświecił mu dotąd wiele uwagi. Teraz spojrzał na niego z zainteresowaniem — w społeczeństwie, które nie znało pisma, człowiek mający dar opowiadania był głęboko szanowany.

— Pozwól nam więc jej wysłuchać — powiedział, a starsi klanu uciszyli się i nadstawili uszu. Zadowolony, że Arghun połknął haczyk, Gorgidas zaczął swą opowieść:

— Dawno temu, w kraju nazywanym „Egipt”, żył wielki król imieniem Sesostris — widział, jak jego słuchacze poruszają bezgłośnie wargami, starając się zapamiętać dziwne imiona. — Ten Sesostris był potężnym władcą i wojownikiem, dokładnie takim jak Wulghash, o którym opowiadał nam nasz przyjaciel Bogoraz. — Uśmiech spełzł z twarzy Yezda; sarkastyczny ton, którego z takim zamiłowaniem używał, nie był przyjemny, gdy odbity, wracał do niego.

— Sesostris podbił wiele krain, a królowie i książęta stali się jego niewolnikami, gdyż chciał w ten sposób pokazać swoją potęgę. Założył im nawet uprząż i kazał ciągnąć swoją… ee? jurtę. — W wersji, którą słyszał Grek był to rydwan, ale tutaj musiał dokonać błyskawicznej zmiany, by dopasować się do swojej publiczności.

— Pewnego dnia zauważył, że jeden z książąt ogląda się ciągle przez ramię i patrzy na koła jurty. Zapytał go, dlaczego to robi. Książę odparł: przyglądam się jak te koła wciąż się obracają, i to co było przed chwilą na górze jest teraz przy ziemi, a to co było kiedyś na dole, jest teraz na samym szczycie. Potem odwrócił się i znowu zabrał do pracy. Ale Sesostris zrozumiał go i jak mówią, pomimo swojej wielkiej dumy, nic kazał już księciom ciągnąć jurty.

Dziwnie brzmiący pomruk rozmów w obcym języku wypełnił znowu namiot, gdy nomadzi zastanawiali się nad opowieścią i dyskutowali na jej temat między sobą. Jeden czy dwóch posłało Bogorazowi rozbawione spojrzenia, przypominając sobie jego przechwałki. Jak przystało wodzowi, Arghun zachował kamienną twarz. Powiedział kilka słów do swojego syna, który odwrócił się do Gorgidasa.

— Mój ojciec dziękuje ci za, ee… interesującą opowieść.

— Zrozumiałem go — pochylając jeszcze raz głowę przed khaganem, Grek próbował powiedzieć to w języku arshaum. Arghun uśmiechnął się i poprawił go.

Bogoraz także zachował niewzruszoną twarz dyplomaty, ale wzrok, jakim przeszywał Greka spod swoich ciężkich powiek, podobny był do spojrzenia węża hipnotyzującego ofiarę. Grek nie należał do ludzi, którzy mogliby się przestraszyć takich drobnostek, ale wiedział, że właśnie przysporzył sobie wroga.

IX

Kiedy już dotarł do Garsavry, wszystkie konflikty wewnątrz Videssos wydały się Markowi zupełnie nieistotne. Podczas marszu na zachód legioniści pojmali i odesłali do stolicy ponad tysiąc Na-mdalajczyków, uciekających od Yezda w małych niezorganizowanych bandach, na jakie rozpada się każda pokonana armia. Około setka wyspiarzy zajmowała wciąż fort za murami Garsavry, broniąc się zarówno przed Rzymianami, jak i Yezda. Trybun nie próbował nawet ich stamtąd wygonić. Byli bardziej pożyteczni, pilnując zapuszczających się tu nomadów, niż niebezpieczni dla jego ludzi.

Gdy legioniści przybyli do Garsavry, byli tam już pierwsi Yezda. Nie kontrolowali jednak miasta — właściwie nie było ono pod niczyją kontrolą, dopóki nie pojawili się żołnierze Skaurusa. Nikt jednak nie zabraniał Yezda wchodzić w jego obręb. Atakowanie ich byłoby rzeczą wysoce niepożądaną w czasie, gdy toczono pertraktacje z ich wodzem. Trybun udawał więc, że nie widzi problemu.

Nomadzi nie sprawiali większych kłopotów, przechadzając się po mieście i podziwiając ogromne budynki. W porównaniu z miastem Videssos albo z Rzymem, była to senna stolica prowincji, ale dla ludzi, którzy spędzili całe życie pod namiotem, był to widok przedziwny i egzotyczny niemal nie do uwierzenia. Yezda handlowali na rynku miejskim, kupując luksusowe — czasem tylko w ich mniemaniu — produkty cywilizacji. Marek widział, jak jeden z nich z dumą nosił na głowie emaliowany nocnik, w miejsce zwyczajowej futrzanej czapy nomadów. Powiedziałby mu, co właściwie ma na sobie, ale jego towarzysze patrzyli na niego z takim podziwem, że nie miał serca. Sporo miejscowych Videssańczyków także to widziało, przez co Yezda obdarzeni zostali nowym przezwiskiem, które kiedyś mogło narobić sporo kłopotów.

Było to jednak najmniejsze ze zmartwień trybuna związanych z tubylcami. W obliczu groźby najazdu z centralnej wyżyny, powinni byli według oczekiwań trybuna, przyjąć legionistów z otwartymi rękami. Co więcej — Skaurus tego potrzebował. Nawet przy wsparciu Pakhymera, wciąż brakowało mu ośmiu z dwudziestu tysięcy sztuk złota, których zażądał Yavlak za swoich jeńców. Wysłał depesze do stolicy, ale nie miał żadnej pewności czy przyniosą szybki rezultat, na którym tak mu zależało. Gdy Thorisin Gavras zajęty był na północy, w stolicy nie było nikogo, kto potrafiłby ponaglić videssańską biurokrację. Skaurus znał ją aż za dobrze, postanowił więc, że pożyczy brakującą sumę od mieszkańców Garsavry i spłaci ich, kiedy gryzipiórkom w końcu uda się wysłać złoto na zachód.

Z drugiej strony powinien był jednak sobie zdawać sprawę, że spodziewając się, iż jakakolwiek większa grupa Videssańczyków bez protestu zgodzi się na taki projekt, może się srogo zawieść. To prawda, że wielu garsavran popierało Thorisina albo mówiło tak, gdy jego żołnierze kontrolowali miasto. Ale niemal tyle samo wciąż oddanych było przegranej już sprawie Baanesa Onomagoulosa — zbuntowanego magnata, którego Drax zgniótł, zanim sam stał się rebeliantem, i który był niegdyś właścicielem ogromnych posiadłości niedaleko na południe od Garsavry. Gdy już zginął, a zwłaszcza dlatego, że zginął z rąk cudzoziemca, nikt nie pamiętał jego wad. Arogancki, złośliwy, zdradliwy człowiek jakimś cudownym sposobem zamienił się w męczennika.

Dla kontrastu, trzecia część mieszkańców z żalem obserwowała klęskę Namdalajczyków i przywrócenie władzy Imperatora. Antakinos ostrzegał Marka, że wyspiarze byli popularni w miastach, które zajmowali, i nie mijał się z prawdą. Drax miał pod swoimi rządami państwo mniejsze od Imperium i z tego względu nie nakładał na miasta tak wysokich podatków, jak Videssańczycy. Ta odmiana, jeśli nic innego, zyskała mu sporą liczbę popleczników.

Jak to bywa z poddanymi, niektórzy z garsavran do tego stopnia przejęli się rządami nowego władcy, że chodzili do świątyni, którą Drax przystosował do swojej wiary, tak by jego ludzie mieli gdzie się modlić. Pomysł ten rozwścieczył Styppesa, który wdał się we wrzaskliwą sprzeczkę z na-mdalajskim kapłanem, spotkanym przypadkiem na rynku miejskim.

Skaurus, który targował się właśnie o cenę nowego paska, podniósł zaniepokojony wzrok, słysząc wrzask:

— Kusicielu! Sługusie Skotosa! — Z twarzą purpurową od gniewu, pięściami zaciśniętymi w słusznej złości, kapłan przepychał się przez tłum w kierunku człowieka Księstwa, który trzymał pod pachami dwie tłuste kaczki.

— Na Wagera, zarozumiały Bufonie, twoja jest droga do piekła, nie moja! — odkrzyknął wyspiarz, stając naprzeciw niego. Błękit jego szat kapłańskich był nieco bardziej zbliżony do szarego niż u Styppesa, nie golił też głowy jak wszyscy videssańscy kapłani. Ale jego wiara była dla niego tak samo prawdziwa i równie silna, jak wiara Videssańczyków.

— Przepraszam — wyszeptał Marek do sprzedawcy. Truchtem, jakby spieszył do bitwy, pobiegł w kierunku dwóch kapłanów, którzy obrzucali się nawzajem przekleństwami, niczym sprzedawcy bydła. Gdyby tylko udało mu się odciągnąć Styppesa, zanim kłótnia doprowadzi do zamieszek… Za późno. Tłum już się zbierał.

— Debata! Debata! Chodźcie usłyszeć debatę! — krzyczeli mieszczanie. Była to rozrywka, którą bawili się już wcześniej, gdy miejscowi kapłani spierali się z Namdalajczykami. Teraz zbiegali się, by usłyszeć, co ma do powiedzenia ta dwójka.

Styppes rozglądał się dokoła, jakby nie wierząc własnym uszom. Skaurus był równie zaskoczony, ale i zadowolony. Może obejdzie się jednak bez rozlewu krwi. Trybun skrzywił się, gdy Styppes dramatycznym gestem przyłożył rękę do czoła i oznajmił:

— Herezję należy wykorzenić, a nie dyskutować z nią.

— He! Ale ja z tobą porozmawiam — powiedział Namdalajczyk. Miał około czterdziestki, twardą, kwadratową, zawziętą twarz, która pasowała bardziej do oficera piechoty niż duchownego. Niemal tak ciężki jak Styppes, wyglądał jednak o wiele lepiej od niego — raczej jak atleta, który zakończył karierę, niż jak zwykły grubas. Ukłonił się ironicznie.

— Gerungus z Tupper, do usług.

Styppes odkaszlnął i już miał wybuchnąć gniewem, ale tłum — ku głębokiej uldze Skaurusa — dalej domagał się dyskusji. Kapłan niechętnie przedstawił się Gerungusowi.

— Ponieważ jesteś heretykiem, ja zacznę — powiedział Videssańczyk. — Potem ty będziesz mógł bronić swoich fałszywych doktryn, najlepiej jak potrafisz.

Gerungus mruknął coś niemiłego pod nosem, ale wzruszył masywnymi ramionami i powiedział:

— Ktoś musi zacząć — mówił po videssańsku z lekkim tylko akcentem.

— W takim razie rozpocznę od podstawowej kwestii: dlaczego wypaczacie credo Phosa, dodając słowa „na to stawiamy nasze dusze”. Kto wam dał do tego prawo? Jaki synod to usankcjonował i kiedy? W takiej postaci, w jakiej zostało nam przekazane od naszych świętych i uczonych ojców, credo było doskonałe i nie powinno być uzupełniane żadnymi bezwartościowymi kodycylami.

Marek podniósł brwi. Tu, na swoim poletku, Styppes wykazał się większą elokwencją, niż podejrzewał go o to trybun. Pochwalne okrzyki podniosły się z tłumu.

Ale każdy z videssańskich kapłanów, którzy dyskutowali wcześniej z Gerungusem, używał tego argumentu. Jego odpowiedź była natychmiastowa:

— Wasi starożytni ojcowie żyli sobie jak w raju, kiedy Imperium rządziło ziemiami aż do Halo-ga i zło Skotosa wydawało się dalekie i nierealne. Ale wy, Videssańczycy, byliście grzesznikami i daliście Skotosowi okazję, by mógł wykazać się swoją siłą. Dlatego właśnie barbarzyńcy odebrali wam Khatrish, Thatagush, i jeszcze Kubrat. Bo to właśnie Skotos natchnął dzikich Khamorthów ze stepu i zepsuł was tak, że nie potrafiliście się obronić. I wtedy okazało się, że potęga Skotosa jest aż zbyt realna i zbyt wielka. Kto wie, czy to właśnie Phos zwycięży na końcu? Prawda może okazać się inna.

Styppes był teraz biały, nie czerwony.

— Bluźnisz! — wykrzyknął, a tłum zafalował groźnie. Dla Videssańczyków, khatrisherska wiara w równe szanse dobra i zła w ich odwiecznej walce była herezją gorszą od tej, którą wyznawali Namdalajczycy.

— Spokojnie, pozwól mi dokończyć — odparł Gerungus bez emocji. — Żaden z nas nie będzie tutaj, by móc przyglądać się ostatniej bitwie pomiędzy Phosem a Skotosem. Skąd więc możemy znać jej wynik? Ale musimy zachowywać się tak, jakby zwycięstwo dobra było czymś pewnym, albo na wieki zginąć w lodzie Skotosa. Ja z dumą podejmuję tę grę… „na to stawiam moją duszę”. — Rozejrzał się dokoła, jakby prowokując tłum. Marek także bacznie go obserwował, ale Videssa-ńczycy milczeli. Przemówienie Gerungusa nie było może tak kwieciste jak atak Styppesa, ale odniosło zamierzony efekt.

Trybun dojrzał Nevrate Sviodo stojącą obok Gerungusa. Poznał ją po gęstych, czarnych włosach opadających na ramiona. Uśmiechnęła się, gdy ich spojrzenia się spotkały. Poruszyła nieznacznie ręką, by pokazać rozpalony tłum, potem wskazała na Skaurusa i kiwnęła głową, jakby oddzielając od wszystkich zgromadzonych tylko ich dwoje. On też skinął głową, doskonale ją rozumiejąc. Jako Vaspurakanerka, wyznawała inny jeszcze odłam religii Phosa, podczas gdy Rzymianin w ogóle nie liczył się w tym sporze. Dyskusja nie budziła w nich żadnych emocji.

Styppes dyszał i sapał jak wieloryb wyrzucony na brzeg, szykując się do następnego uderzenia.

— Bardzo ładnie — warknął. — Ale Phos nie gra w kości ze Skotosem o porządek we wszechświecie: „podwójne słońca” to pokój i ład, a „podwójna szóstka demonów”, głód i wojna. To oznaczałoby chaos w sercu Phosa, co nie może się zdarzyć. Nie, mój przyjacielu, to nie takie proste. Boski plan Phosa jest bardziej przemyślany. A i Skotos nie potrzebuje gry w kości, by dopiąć swego, gdy ma takich ludzi jak ty, który odciągasz ludzi od prawdziwej wiary. Demony ciemnego boga zapisują każdy twój grzech w swoich księgach, tak, dzień i godzinę, w której został popełniony i jego świadków. Tylko szczera pokuta i nawrócenie na prawdziwą wiarę Phosa może wymazać taką listę. Każde bluźnierstwo wypływające z twych ust przybliża cię o krok do wiecznego lodu!

Styppes był naprawdę zaangażowany w to, co mówił, ale Skaurus nie cenił wysoko jego logiki. Gdy videssański kapłan i jego przeciwnik z Namdalen spierali się dalej, pewien szczegół przyciągnął uwagę trybuna. To, co mówił Styppes o demonach siedzących w piekle i ich spisach grzechów, mogło być opisem ksiąg podatkowych videssańskich poborców. Nie przypuszczał, by to podobieństwo było dziełem przypadku i zastanawiał się, czy Videssańczycy sami to zauważyli.

Wciągnąwszy niechcący smugę śmierdzącego, duszącego dymu, trybun rozkasłał się na chwilę, wchodząc po schodach do siedziby gubernatora prowincji Garsavra. Był to budynek z czerwonej cegły, z dodatkiem marmurowych kolumn ozdabiających wejście. Ciężko uzbrojone oddziały legionistów patrolowały rynek i główne ulice miasta pilnując, by zamieszki nie wybuchły na nowo. Gdyby te, które dopiero co opanowano, miały miejsce kilka dni wcześniej, złożyłby to na karb debaty teologicznej. W tej jednak sytuacji podejrzewał, że rozruchy wzniecali bogaci kupcy i magnaci, czekający na niego w środku — ludzie, którzy będą musieli wyłożyć pieniądze na wykupienie Draxa i jego kompanów z rąk Yezda. Gdyby udało im się pozbyć Rzymian z Garsavry, ich sakiewki byłyby bezpieczne. Zresztą, wielu z nich wciąż popierało Namdalajczyków.

Cieszył się, że ma za plecami swoich oficerów. Wszyscy ubrani byli w najświetniejsze zbroje, grzebieniaste hełmy, krótkie oficerskie peleryny, pancerze wypolerowane do połysku — wszystko to mogło wywrzeć duże wrażenie na Garsavranach. Za nimi postępował herold, trzymając swój róg, jakby był to miecz.

Skaurus po raz kolejny powtarzał w myślach zapamiętane wcześniej frazy i zdania, którymi miał przemówić do zgromadzonych bogaczy. Styppes, jak zwykle gderając, pomógł mu je opracować. Videssański trybuna wystarczał do codziennych rozmów, ale na oficjalnych zebraniach wymagano od mówców formalnego przemówienia, a to był niemal inny język. Co prawda, Gavrasowie pozwalali sobie czasem na szczerość i prostotę, ale każdy wiedział, iż jest to tylko kwestia chwilowego kaprysu. Gdyby trybun tak sobie poczynał, uznano by go za barbarzyńcę, a dzisiaj musiał wyglądać na przedstawiciela władzy Imperatora. Styppes uważał, że przemówienie i tak jest zbyt proste, ale bardziej kwiecistego Rzymianin już by nie zniósł.

Odwrócił się do Gajusza Filipusa, który wysłuchiwał jego prób.

— Co by o tym powiedział Cyceron?

— Ten gruby gaduła? A kogo to obchodzi? Na mównicy Cezar jest wart pięciu takich jak on. Mówi, co ma powiedzenia i koniec. A co do przemówienia — to z całym szacunkiem — myślę, że zrzygałby się na swoją togę, gdyby musiał tego słuchać.

— Nie powiem, żebym mu się specjalnie dziwił; czuję się jak Ortaias Sphrantzes.

— Och, aż tak źle nie jest, panie — powiedział szybko Gajusz Filipus. Roześmiali się obaj. Ortaias nigdy nie używał jakiegoś słowa, gdy mógł je zastąpić dziesięcioma innymi — zwłaszcza jeśli osiem z nich było zupełnie niejasnych.

Marek przepuścił herolda. Wszedł on pierwszy do sali, w której gubernator przyjmował delegacje. Trybun po raz pierwszy mógł się przyjrzeć lokalnym magnatom — około dwudziestce mężczyzn, którzy siedzieli gawędząc po przyjacielsku między sobą i grzejąc się w blasku późnolet-niego słońca.

Ostry dźwięk trąbki uciął te pogaduszki. Niektórzy aż podskoczyli. Wszyscy odwrócili głowy w stronę drzwi, przez które wchodził Skaurus. Nie rozglądał się ani na lewo, ani na prawo, gdy zajmował miejsce w wysokim krześle zarządcy i kładł ręce na wspaniałym stole z drzewa różanego. Wielu ludzi zasiadało ostatnio na tym miejscu — pomyślał — prawowici gubernatorzy, Ono-magoulos, Drax, Zigabenos, a teraz on sam — i lepiej, że on a nie Yavlak.

Jego oficerowie ustawili się za nim — Gajusz Filipus, Juniusz Blesus i Sekstus Minucjusz, wszyscy nieruchomi jak posągi; Sittas Zonaras, który przydawał im videssańskiego charakteru; imponujący w swej zbroi Vaspurakanera, Gagik Bagratouni; i Laon Pakhymer, na wpół rozbawiony całą sytuacją.

Trybun podniósł się, patrząc z góry na swoją publiczność. Odpowiedziały mu spojrzenia — niektóre wyraźnie pod wrażeniem tej parady, inne znudzone, jeszcze inne całkiem wrogie. Większość z jego słuchaczy wyglądała na ugrzecznionych kupców. Nie jest źle — pomyślał — nie gorzej niż w Mediolanie, gdzie musiał stawić czoło senatowi miasta — jak odległa zdawała się ta chwila!

Wziął głęboki oddech. Zamarł na moment z przerażenia myśląc, że jednak wszystko zapomniał, ale gdy tylko zaczął mówić, słowa nasunęły się same.

— Panowie, zostaliście przeze mnie wybrani i zaproszeni na dzisiejsze spotkanie — proszę więc, byście raczyli mnie wysłuchać. Wiecie jak Namdalen nikczemnie podporządkował sobie miasta zachodu — ściągnął z was haracz, spustoszył wasze wsie i miasteczka, opętany szaleństwem swojej rebelii; jak podle traktował bezbronnych ludzi, którzy zniewoleni siłą, musieli oddawać dorobek całego swojego życia na rzecz zbrodniczych planów Namdalen. Dlatego zdumiewającym jest dla mnie, drodzy panowie, jak łatwo dajecie się zwodzić tym, którzy was oszukali i chcą teraz znaleźć u was pomoc — kosztem waszej krwi. To właśnie ci, którzy wyrządzili wam tak wiele krzywd, bo jakież to korzyści przyniosła wam rebelia, oprócz morderstw, gwałtów i kalectwa?

Niemal roześmiał się, widząc wytrzeszczone ze zdumienia oczy grubasa z drugiego rzędu, handlarza winem. Zapewne nie słyszał nigdy, by cudzoziemiec powiedział coś bardziej skomplikowanego niż „Nalej mi jeszcze”.

Po raz pierwszy znajdując przyjemność w wygłaszaniu takiego przemówienia, trybun kontynuował:

— Teraz ci, którzy gotowi są pomóc Namdalen, chcą was przeciągnąć na swoją stronę i wzniecają złość i gniew w mieście, choć sami nie odważą się ryzykować własnym majątkiem i zdrowiem. — Niech się nawzajem podejrzewają — pomyślał Marek. — W tym samym czasie jednakże, domagają się oni, by Imperium nadal ich ochraniało, a swoją winę próbują zrzucić na niewinnych. Czy możecie pozwolić, panowie, by ci, którzy płaszczą się przed rebelią, tak niecnie was wykorzystywali? Jak widzicie, za wolą Phosa — Marek użył frazy, którą podpowiedział mu Styp-pes, a na którą sam by nigdy nie wpadł — Namdalen jest uwięziony. Teraz, gdy jego nikczemność już nam nie zagraża, musimy dołożyć wszelkich starań, by mieć pewność, że nie wymknie się nam jak ogień z pieca. Ale ten, który go więzi, żąda zapłaty.

Widząc, że wreszcie dociera do sedna sprawy, słuchacze pochylili się naprzód, nadstawiając uszu.

— Gdyby Imperator nie był zajęty kampanią tak od nas odległą lub gdyby barbarzyńcy, którzy więżą Namdalen zgodzili się na opóźnienie, sam pospieszyłbym do Videssos, by przywieźć potrzebne nam pieniądze. Jak sami widzicie, jest to jednak niemożliwe. Ja także nie posiadam takiej ilości złota. Dlatego koniecznym będzie, by każdy z was przyczynił się do ostatecznego zwycięstwa, w miarę swoich możliwości, by Yezda nie spustoszyli waszych ziem czekając zbyt długo na zapłatę. Tak właśnie przedstawia się obecna sytuacja. Ja, ze swojej strony, gwarantuję wam, iż wszystkie pieniądze, które mi powierzycie, zostaną wam zwrócone przez Imperatora.

Usiadł, czekając na ich reakcję. Tak jak się spodziewał, nie wyglądali na zachwyconych perspektywą rozstania się ze swoim złotem. Gruby handlarz winem przemówił w imieniu ich wszystkich, gdy powiedział:

— Zostaną nam zwrócone? Jasne, bez wątpienia, tak jak postrzygacz oddaje owcom wełnę. Prywatnie, Marek przyznałby mu rację — jak każde państwo, Videssos chętniej zabierało pieniądze niż je wydawało. Głośno powiedział jednak:

— Znam kilku wpływowych ludzi w stolicy, a nigdy nie zapominam o tych, którzy mi pomogli.

Rozumieli to doskonale — relacja protektor-klient była w Videssos mniej oficjalna niż w Rzymie, ale nie mniej realna. Ale tu, w tym punkcie Imperium, to oni byli potężni i wpływowi, i nie przywykli do tego, by zależeć od kogokolwiek, nie mówiąc już o obcym najemniku.

Do głosu doszedł Zonaras:

— Ten facet ma dziwny nawyk; kiedy mówi, że coś zrobi, robi to naprawdę. Opowiedział, jak legioniści nie dopuszczali Namdalajczyków w góry i jak zorganizowali armię partyzantów na nizinach, by tam walczyli dla nich.

— A wszystko to — mówił — wydawało się o wiele trudniejsze, niż wydostanie pieniędzy ze skarbu państwa.

— Nie ma rzeczy trudniejszej od wyciągnięcia pieniędzy ze skarbu — upierał się grubas, wydając z siebie krótki, chrapliwy śmiech. Ale zarówno on jak i jego towarzysze słuchali uważnie; ponieważ Zonaras był Videssańczykiem, skłonni byli uwierzyć raczej jemu niż trybunowi.

Jeden z miejscowych magnatów, szczupły, prawie kompletnie łysy mężczyzna, pochylony już pod ciężarem lat, z trudem podniósł się z ławki, opierając się na lasce. Wystawił swój pokrzywiony paluch w stronę Skaurusa.

— Więc to ty zrobiłeś z naszych chłopów zbójów? — odezwał się skrzekliwym głosem. Że swoim ogromnym, zakrzywionym nosem i siwymi włosami, wyglądał jak stary, rozzłoszczony sęp. — Dwie studnie zatrute, bydło porwane albo zabite, mój rządca zamęczony. Tyś to na mnie sprowadził? — w swojej wściekłości wyprostował się nieco, wymachując laską jakby to była szabla.

Ale jakiś glos z końca sali zawołał:

— Och, zamknij się, Skepides. Gdybyś chociaż raz, przez ostatnie pięćdziesiąt lat, był sprawiedliwy dla swoich chłopów, nie miałbyś teraz nad czym płakać.

— Co? Co to miało być? — Nie zrozumiawszy drwiny, Skepides odwrócił się do Skaurusa. — Powiem ci tylko tyle, drogi panie, że wolałbym się układać z Namdalajczykami niż takim wichrzycielem jak ty. Niech mnie Skotos porwie, jeśli tak nie jest. I nie chcę mieć nic do czynienia z tym twoim planem.

Powoli i z trudem przedostał się do wyjścia i wykuśtykał na zewnątrz. Jeden czy dwu Videssa-ńczyków poszło w jego ślady.

— Spróbujcie ich namówić — nalegał Marek. — Im będzie was więcej, tym mniej przypadnie na każdego.

— A co zrobisz, jeśli żaden z nas się nie zgodzi? — zapytał inny kupiec. — Zabierzesz nam złoto siłą?

Trybun czekał na to pytanie.

— Nie ma o tym mowy — powiedział szybko. — Właściwie, jeżeli zadecydujecie, że nie chcecie mi pomóc, zamierzam nic nie robić, dosłownie nic.

Jego słuchacze, zbici z tropu, zaczęli głośno dyskutować, niemal o nim zapominając.

— Nie zmusi nas? Ha! Co to za sztuczka? Do lodu z nim! Niech sobie kupuje swoich barbarzyńców za własne pieniądze! — Ta ostatnia opinia, w różnych wariantach, miała szerokie poparcie. Tylko gruby sprzedawca wina był na tyle sprytny, by otwarcie zapytać Rzymianina.

— Co masz na myśli, mówiąc że nic nie będziesz robił?

— No cóż, właśnie to — Marek był obrazem niewinności. — Po prostu zabiorę moich żołnierzy z powrotem do stolicy, jako że nie miałbym już tutaj nic do roboty, a przynajmniej tak mi się wydaje.

To wywołało wśród Videssańczyków jeszcze większe poruszenie niż deklaracja sprzed kilku minut.

— A kto będzie nas wtedy bronił przed Yezda? — wrzasnął jakiś głos z końca sali.

— A dlaczego miałoby mnie to obchodzić?

— Na Phosa! — wybuchnął mężczyzna — Zmarnowałeś już sporo czasu wykazując, jaki to z ciebie dobry sługa Imperium. — Za plecami Skaurusa Gajusz Filipus śmiał się w kułak. — Teraz kiedy mowa o ochronie obywateli Imperium, ty chcesz uciekać.

Kupcy i magnaci poparli go okrzykami — wszyscy, oprócz handlarza winem, który patrzył na trybuna z respektem, jakim czasami jeden oszust darzy innego.

— Jeżeli jesteście obywatelami, to zachowujcie się tak jak obywatele — warknął Marek, waląc pięścią w stół. — Wasze cenne Imperium pozwalało wam obrastać tłuszczem i pieniędzmi, zapewniało wam bezpieczeństwo przez więcej lat, niż którykolwiek z was mógłby zliczyć i nie zdaje mi się, żebyście na to narzekali. Ale kiedy pojawiają się kłopoty i to ono potrzebuje waszego wsparcia, co robicie? Wrzeszczycie jak stado baranów bez pasterza. Na waszego Phosa, panowie, jeżeli sami nie chcecie pomóc, dlaczego spodziewacie się, że wam ktoś pomoże? Powiem wam tylko to — jeżeli za dziesięć dni, o tej porze, zabraknie mi jednej sztuki złota, wycofam się, a wtedy możecie się targować z Yavlakiem. Życzę wam wszystkim miłego dnia.

Otoczony przez swoich oficerów, wymaszerował z komnaty, zostawiając za sobą martwą ciszę.

— Ja bym ci dał po gębie za takie gadanie — powiedział Gagik Bagratouni, gdy wyszli na zewnątrz, prosto w popołudniowe słońce. — Ale, jak mówisz, oni obrastają już tak długo. Chyba zapłacą.

— Ciebie nie musiałbym tak straszyć — odparł Marek. — Vaspurakan to burzliwe państwo, a twoi ziomkowie wiedzą, co do nich należy. — Westchnął głośno. — Jeśli podziwiam Imperium za to, że zapewnia swoim ludziom spokojne życie, to chyba nie powinienem też mieć im za złe egoizmu. Nigdy dotąd nie musieli się poświęcać.

Kątem oka dostrzegł jakiś ruch i odwrócił się gwałtownie do Gajusza Filipusa.

— A co ty chcesz zrobić, na bogów?!

Starszy centurion drgnął przestraszony i odsunął ręce od sztyletu. Cienkie ostrze zostało tam, gdzie je wetknął — w szparze pomiędzy blokami, z których ułożona była jedna z kolumn przy wejściu do budynku.