/ Language: Polski / Genre:det_espionage

Goldfinger

Ian Fleming

Auric Goldfinger: okrutny, inteligentny, frustrująco ostrożny. Oszust w kanaście i krętacz na dużą skalę w życiu codziennym. Takich ludzi James Bond nienawidzi najbardziej. Dobrze się więc składa, że to właśnie Bond otrzymał zbadanie tego co Goldfinger, najbogatszy człowiek w kraju, zamierza zrobić ze swoimi nieuczciwymi zyskami, oraz co łączy go ze Smiersz – ultratajną sowiecką organizacją bezlitośnie likwidujących obcych agentów. 007 odkrywa, że Goldfinger ma niezwykle ambitne i groźne plany: wśród nich są największa kradzież złota w historii oraz masowe morderstwo…

Ian Fleming

Goldfinger

Przełożył: Jan Kraśko

Część I: PRZYPADEK

1. Refleksje po dwóch szklaneczkach bourbona

James Bond, pokrzepiony dwiema szklaneczkami bourbona, siedział w sali odlotów lotniska Miami, rozmyślając o życiu i śmierci.

Zabijanie ludzi nieodłącznie wiązało się z jego zawodem. Nie znosił tego, więc kiedy już musiał kogoś zlikwidować, robił to szybko i sprawnie i natychmiast o tym zapominał. Jako tajny agent, którego kryptonim poprzedzały jakże rzadkie dwa zera – oznaczające, że może zabijać w majestacie prawa – musiał podchodzić do śmierci równie chłodno jak chirurg. Trudno, stało się i kropka. Żal nie przystoi zawodowcowi, gorzej – zżerałby niczym robak jego duszę.

A jednak śmierć Meksykanina wywarła na nim dziwne wrażenie. Nie dlatego, że na nią nie zasłużył. Był z gruntu zły, należał do tych, których w Meksyku nazywają capungo. Capungo to bandyta gotów zamordować człowieka już dla czterdziestu peso, czyli około dwudziestu pięciu szylingów – choć ten za próbę zgładzenia Bonda otrzymał prawdopodobnie znacznie więcej. Poza tym już na pierwszy rzut oka było widać, że od dziecka przysparzał wszystkim bólu i cierpienia. O tak, bez dwóch zdań należało go wreszcie zlikwidować. Tyle że kiedy Bond go zabił, życie uszło z niego tak szybko, tak nieodwracalnie, że agent widział, jak ulatuje mu przez usta, niczym ptak z ludowych wierzeń Haitańczyków.

Jak niebywała przepaść dzieliła ciało pełne życia i puste zwłoki! Jest człowiek, nie ma człowieka. Ten Meksykanin miał nazwisko, adres, kartę pracy, a pewnie i prawo jazdy. Aż nagle coś z niego uszło, coś opuściło powłokę z ciała i lichych szmat, pozostawiając tylko pustą papierową torbę czekającą na śmieciarza. Ale ta różnica, I to coś, co uleciało ze śmierdzącego meksykańskiego bandziora, była większa niż cały Meksyk.

Bond spojrzał na broń, którą się posłużył. Kant prawej dłoni miał obrzmiały i czerwony. Zgiął palce, ugniatając dłoń lewą ręką. Powtarzał to co chwila podczas krótkiego lotu samolotem, którym uciekał z miejsca zdarzenia. Bolesny zabieg, ale prawidłowe krążenie krwi powinno przyspieszyć kurację ręki. Nie sposób przewidzieć, kiedy znów będzie musiał użyć broni. W kącikach ust Bonda zaigrał cyniczny uśmieszek.

– Odlot linii krajowych Airline of the Stars, rejs NA 106 do Nowego Jorku, lotnisko La Guardia. Pasażerów prosimy do wyjścia numer siedem.

Z głośników dobiegło echo wyłączanego mikrofonu. Bond zerknął na zegarek. Do odlotu linii Transamerica zostało co najmniej dziesięć minut. Dał znak kelnerce i znów zamówił podwójnego bourbona z lodem. Zakręcił szeroką, pękatą szklaneczką, by lód złagodził smak trunku, i wypił połowę jednym haustem. Zgasił papierosa, lewą ręką podparł brodę i spoglądał w zadumie nad roziskrzoną płytą lotniska na słońce spływające majestatycznie do Zatoki Meksykańskiej.

Śmierć Meksykanina była ostatnim akordem paskudnego zadania, jednego z najgorszych – plugawego, niebezpiecznego, które miało tylko tę zaletę, że pozwoliło Bondowi znaleźć się z dala od centrali.

Pewna gruba ryba w Meksyku miała plantację maku. Ale bynajmniej nie ozdobnego. Mak przerabiano na opium, które szybko, i po względnie przystępnych cenach rozprowadzali kelnerzy z małej kafejki „Madre de Cacao”. Lokal korzystał ze wszechstronnej ochrony. Kto chciał opium, ten zamawiał je do kielicha. Za trunek j płaciło się w kasie, a kasjer mówił, ile zer trzeba dopisać do rachunku. Ten spokojny handelek nie obchodził nikogo poza granicami Meksyku. Aż tu nagle w dalekiej Anglii rząd pod naciskiem kampanii ONZ przeciwko narkotykom, zakazał używania i posiali dania heroiny na terenie Wielkiej Brytanii. Zarówno w Soho, jak i wśród czcigodnych lekarzy, którzy chcieli ulżyć swoim pacjentom w cierpieniu, wybuchła panika. A prohibicja to zapalnik zbrodni.

I1 Na skutek nielegalnego gromadzenia zapasów błyskawicznie wyschły tradycyjne kanały przemytu z Chin, Turcji i Włoch. Tymczasem w stolicy Meksyku urzędował niejaki Blackwell – handlowiec, który zostawił w Anglii siostrę narkomankę. Miał dla niej wiele serca i współczucia, kiedy więc zwróciła się do niego o pomoc, grożąc, że inaczej się zabije, uwierzył i zaczął badać nielegalny handel narkotykami w Meksyku. W swoim czasie, przez przyjaciół i ich znajomych, trafił do „Mądre de Cacao”, a stamtąd do miejscowego plantatora. Przy okazji zapoznał się z finansową stroną tego interesu i uznał, że skoro za jednym zamachem mógłby zbić majątek i pomóc ludzkości, to odkrył receptę na szczęście.

Blackwell handlował nawozami. Miał magazyn, niewielką fabryczkę i trzyosobowy personel do badania gleby i roślin. Bez trudu przekonał Meksykanina, że pod tym szacownym płaszczykiem jego zespół mógłby się zająć wytwarzaniem z opium czystej heroiny. Ze swej strony Meksykanin szybko zorganizował transport do Anglii. W zamian za tysiąc dolarów od kursu, co miesiąc jeden z kurierów Ministerstwa Spraw Zagranicznych wiózł do Londynu dodatkową walizkę. Cena była rozsądna. Zawartość walizki, którą Meksykanin zostawiał w przechowalni na dworcu Victoria, a kwit przesyłał niejakiemu Schwabowi pod adresem Boox-an-Pix Ltd, WC1, osiągała na miejscu dwadzieścia tysięcy funtów.

Pech chciał, że Schwab okazał się łajdakiem, nieczułym na cierpienia ludzkości. Wymyślił sobie, że skoro amerykańskie małolaty corocznie konsumują heroinę wartości miliona dolarów, to nie ma powodu, dla którego ich wyspiarscy kuzyni i kuzynki nie mieliby robić tego samego. W dwóch pokoikach w Pimlico jego sztab rozcieńczał heroinę proszkiem na przeczyszczenie i wysyłał ją do najrozmaitszych dyskotek i klubów rozrywkowych.

Zanim tajniacy z kryminalnej dobrali mu się do skóry, Schwab zbił już niemały majątek. W Scotland Yardzie pozwolili mu zarobić jeszcze parę groszy, a przez ten czas zbadali źródło jego dostaw. Wzięli go pod obserwację i wkrótce dotarli na dworzec Victoria, a stamtąd do meksykańskiego kuriera. Na tym etapie, skoro w grę wchodził obcy kraj, wezwano Secret Service, Bondowi zaś zlecono wykrycie dostawców kuriera i przecięcie tego kanału u źródła.

Bond wywiązał się z zadania. Poleciał do Meksyku i szybko dotarł do „Mądre de Cacao”. Następnie, udając odbiorcę towaru z Londynu, trafił do miejscowego plantatora. Ten podjął go gościnnie i przedstawił Blackwellowi. Bond nabrał sympatii do rodaka.

Nic nie wiedział o jego siostrze w Anglii, ale natychmiast rozpoznał w nim amatora. W dodatku gorycz, z jaką Blackwell mówił o zakazie stosowania heroiny w Anglii, brzmiała szczerze. Pewnej nocy Bond włamał się do jego magazynu i podłożył bombę termitową. Potem, siedząc w oddalone) o milę kawiarni, patrzył, jak płomienie strzelają ponad horyzont dachów i słuchał srebrzystej kaskady dzwonków straży pożarnej. Rano zadzwonił do Blackwella.

– Przykro mi, że w nocy popsułem panu interes – powiedział zasłaniając słuchawkę chusteczką. – Obawiam się, że ubezpieczenie nie pokryje panu strat tego zapasu gleby, którą pan badał.

– Kto mówi? Kim pan jest?

– Przyjechałem z Anglii. Ten pański towar zabił tam wielu młodych ludzi. A jeszcze więcej zniszczył. Santos nie pojawi się już w Londynie ze swoim dyplomatycznym bagażem. Schwab jeszcze dziś trafi do więzienia. A ten Bond, z którym pan się spotykał, też nie wymknie się z sieci. Policja jest już na jego tropie. Ze słuchawki dobiegły wystraszone słowa. – W porządku, ale niech pan się w to więcej nie bawi. Zdrowiej trzymać się nawozów.

Bond wyłączył się.

Blackwell by na to nie wpadł. Najwyraźniej przejrzał go ten meksykański plantator. Bond na wszelki wypadek zmienił hotel, ale w nocy, gdy wracał do siebie po ostatniej szklaneczce w Copacabanie, jakiś mężczyzna zastąpił mu nagle drogę. Miał na sobie brudny garnitur z białego płótna i białą, za dużą czapkę szofera. Azteckie kości policzkowe podkreślały głębokie sińce. W jednym kąciku wąskich ust tkwiła wykałaczka, w drugim papieros. Zwężone od marihuany oczy błyszczały jak dwa łebki szpilek.

– Chcesz panienkę? Bara-bara?

– Nie.

– Może kolorową? Piękną zdrową dupcię?

– Nie.

– To może obrazki?

Bond tak dobrze znał ruch ręki sięgającej pod marynarkę, wiązał z nim tak wiele niebezpiecznych przeżyć, że był przygotowany, nim jeszcze ręka ukazała się z powrotem, a długi srebrzysty palec skoczył mu do gardła.

Odruchowo zastosował klasyczny blok rodem z podręcznika samoobrony. Odwrócił się półbokiem, jednocześnie odbijając pchnięcie prawą ręką. Ich przedramiona zetknęły się w pół drogi. Nóż chybił celu, a Meksykanin odsłonił się, wystawiając na krótki cios lewą ręką w brodę. Sztywny, naprężony nadgarstek Bonda przebył najwyżej dwie stopy, ale wewnętrzna strona jego dłoni, wzmocnionej rozczapierzonymi palcami, ze straszliwą siłą wyrżnęła napastnika w podbródek. Meksykanin niemal uniósł się w powietrze. Możliwe, że już ten cios go zabił i złamał mu kark, choć zanim napastnik upadł na ziemię, Bond cofnął prawą rękę i kantem dłoni uderzył w naprężone, odsłonięte gardło. Cios kantem dłoni w jabłko Adama należy do żelaznego repertuaru wszystkich komandosów. Nawet jeżeli Meksykanin żył po pierwszym uderzeniu, to zmarł, nim runął na chodnik.

Przez chwilę Bond oddychał głęboko, patrząc na leżącą w kurzu bezwładną stertę łachów. Rozejrzał się. Nie zauważył nikogo. Minęły go jakieś samochody. Podczas starcia przejechało ich pewnie więcej, ale walczyli w cieniu. Przyklęknął koło zwłok. Nie wyczuł pulsu. Oczy, jeszcze niedawno błyszczące od marihuany, stały się matowe. Dom, który zamieszkiwał Meksykanin, był pusty. Lokator się wyprowadził.

Bond uniósł zwłoki i oparł je o mur w głębokim cieniu. Wytarł ręce w ubranie, poprawił krawat i wrócił do hotelu.

O świcie wstał, ogolił się i pojechał na lotnisko, gdzie wsiadł do pierwszego samolotu odlatującego z Meksyku. Traf chciał, że wylądował w Caracas. Przesiedział tam w poczekalni, aż dostał się na rejs linii Transamerica Constellation do Miami, skąd miał dotrzeć wieczorem do Nowego Jorku.

Głośniki znowu ożyły.

– Z powodu awarii samolotu rejs TR 618 linii Transamerica do Nowego Jorku został przełożony. Godzinę odlotu podamy o ósmej rano. Pasażerów przepraszamy i prosimy o zgłaszanie się do stanowiska linii Transamerica w celu zakwaterowania. Dziękujemy.

No tak! Tego jeszcze brakowało! Czy powinien przenieść się na inny lot, czy spędzić noc w Miami? Bond przypomniał sobie o whisky, uniósł szklankę, odchylił głowę i wysączył trunek do dna. Kostki lodu zagrzechotały mu wesoło o zęby. To jest to! To jest myśl! Zostanie na noc w Miami i się zaleje, urżnie w trupa, żeby jakaś poderwana dziwka musiała go zataszczyć do łóżka. Od lat już się nie upił. Najwyższy czas. Ta noc spadła mu jak z nieba, wolna noc z dala od domu. Wykorzysta ją jak należy. Czas sobie pofolgować. Był zbyt napięty, zbyt zaabsorbowany rozgrzebywaniem przeszłości. Co on właściwie wyrabia, po kiego licha myśli o tym capungo, który chciał go załatwić? Miał do wyboru albo zabić, albo dać się zabić. A zresztą ludzie zabijają się cały czas, jak świat długi i szeroki. Choćby samochodami. Roznoszą choroby zakaźne, chuchają innym bakteriami prosto w twarz, zostawiają zapalone kuchenki gazowe, wypuszczają tlenek węgla w zamkniętych garażach. Na przykład, ilu ludzi ma związek z produkcją bomb wodorowych, poczynając od górników wydobywających uran, a kończąc na akcjonariuszach tych kopalni? Czy istnieje ktoś, kto – choćby tylko statystycznie – nie ma żadnego związku z zabójstwem bliźniego?

Ostatnie promienie słońca już zgasły. Pod ciemnogranatowym niebem migotały jaskrawożółte i zielone smugi; maleńkie światełka odbijały się od oleistej powierzchni płyty lotniska. Na główną zieloną alejkę wpadł z ogłuszającym hukiem DC 7. Okna w sali tranzytowej zabrzęczały cicho. Ludzie wstali z miejsc, obserwując samolot. Bond próbował odczytać ich myśli z wyrazu twarzy. Czy liczyli na katastrofę samolotu, na widowisko, temat do opowieści, na coś, co wypełni ich puste życie? A może życzyli mu powodzenia? Czego życzyli sześćdziesięciu pasażerom? Życia czy śmierci?

Bond zagryzł wargi. Dość tego! Starczy tych chorobliwych myśli. To tylko reakcja na wykonanie parszywego zadania. Jesteś wypompowany, zmęczony wiecznym odgrywaniem twardziela. Potrzebujesz odmiany. Widziałeś za dużo śmierci. Chcesz zakosztować życia… spokojnego, wygodnego, na poziomie.

Bond usłyszał kroki. Ktoś zatrzymał się obok niego. Podniósł wzrok. Stał przed nim schludny, na pierwszy rzut oka bogaty mężczyzna w średnim wieku i przyglądał mu się z zakłopotaniem i dezaprobatą.

– Najmocniej przeprzaszam, ale czy nie nazywa się pan przypadkiem Bond… pan, hm, James Bond?

2. Rajskie życie

Bond cenił anonimowość.

– Owszem – bąknął oschle.

– A to ci dopiero zbieg okoliczności. – Nieznajomy wyciągnął rękę. Bond wsiał powoli, uścisnął mu dłoń i puścił ją szybko. Była sflaczała, jakby pozbawiona stawów, niczym uformowane w kształcie dłoni błoto albo nadmuchana gumowa rękawiczka. – Nazywam się Du Pont. Junius Du Pont. Pewnie mnie pan nie pamięta, ale już się spotkaliśmy. Można się przysiąść?

Twarz, nazwisko? Rzeczywiście coś mu przypominały. Dawno temu. Nie w Ameryce. Agent szperał w aktach swej pamięci, jednocześnie taksując natręta. Du Pont miał około pięćdziesiątki, różową cerę, gładko wygoloną twarz i konserwatywny przyodziewek, jakim Bracia Brooks okrywają wstyd amerykańskich milionerów: jednorzędowy garnitur z ciemnobrązowego tropiku i białą jedwabną koszulę z niskim kołnierzykiem. Podwinięte rogi kołnierzyka spinała złota agrafka, tuż pod węzłem wąskiego krawata w ciemnoczerwone i niebieskie pasy, niemal identyczne z barwami Gwardii Królewskiej. Spod rękawów marynarki wystawały na pół cala mankiety koszuli, ukazując półokrągłe kryształowe spinki z wtopionymi maleńkimi muszkami. Stroju dopełniały grafitowe jedwabne skarpetki, buty w kolorze starego, wypolerowanego mahoniu, które najwyraźniej wyszły spod ręki Peala, oraz ciemny słomkowy homburg o wąskim rondzie, z szeroką bordową wstążką.

Du Pont usiadł naprzeciwko Bonda i wyciągnął papierosy oraz szczerozłotą zapalniczkę marki Zippo. Pocił się lekko, co nie uszło uwagi agenta. Bond uznał, że pozory nie mylą i że ma przed sobą bardzo bogatego i nieco zażenowanego Amerykanina. Wiedział, że już się spotkali, ale nie miał pojęcia gdzie i kiedy.

– Zapali pan?

– Dziękuję. – Bond poczęstował się parliamentem, lecz udał, że nie dostrzega wyciągniętej zapalniczki. Nie znosił, gdy ktoś podawał mu ognia. Wyjął swoją zapalniczkę i sam sobie przypalił papierosa.

– Francja, pięćdziesiąty pierwszy, Royale Les Eaux. – Du Pont spojrzał na agenta z entuzjazmem. – Kasyno. Ja i Ethel, to znaczy moja żona, siedzieliśmy obok pana podczas tej wspaniałej rozgrywki z Francuzem.

Bond sięgnął pamięcią wstecz. Tak, oczywiście. Du Pontowie zajmowali przy stoliku do bakarata miejsca czwarte i piąte. On miał szóste. Wyglądali całkiem nieszkodliwie, tym bardziej więc cieszył się z takiego parawanu po lewej ręce tej fantastycznej nocy, kiedy to pokonał Le Chiffre’a. Teraz ujrzał to z powrotem – jasny krąg światła na zielonym suknie, różowe, podobne do krabów dłonie sunące szybko po drugiej stronie stolika do kart. Czuł zapach dymu i ostrą woń swojego potu. Cóż to była za noc! Bond zerknął na Du Ponta i uśmiechnął się na wspomnienie ich spotkania.

– Naturalnie, pamiętam. Przepraszam, że od razu pana nie poznałem. Ale tamtej nocy… W głowie miałem karty i tylko karty.

Amerykanin zrewanżował się radosnym uśmiechem. Odpowiedź przyjął z widoczną ulgą.

– Do diaska, panie Bond, oczywiście, że rozumiem. Mam nadzieję, że wybaczy mi pan natręctwo. Widzi pan… – Pstryknął palcami na kelnerkę. – Nie, najpierw musimy to oblać. Co dla pana?

– Bourbon z lodem. Dziękuję.

– A dla mnie Haig z wodą. Kelnerka odeszła.

Du Pont nachylił się, rozpromieniony. Bonda doleciał lekki zapach mydła albo wody po goleniu. Chyba „Lentheric”?

– Na lotnisku poznałem pana od razu, na pierwszy rzut oka. Pomyślałem sobie jednak: Junius, masz pamięć do twarzy i rzadko się mylisz, ale lepiej się upewnij. Ja także leciałem Transameriką, więc obserwowałem pana, kiedy zapowiadali opóźnienie, i jeśli wolno mi zauważyć, pańska mina świadczyła niedwuznacznie, że czekamy na ten sam lot. – Zaczekał, aż Bond potwierdził skinieniem głowy, i ciągnął pospiesznie: – Przeleciałem się więc do kasy i sprawdziłem listę pasażerów. A tam stało czarno na białym „J. Bond”.

Amerykanin rozparł się wygodnie na krześle, dumny ze swego sprytu. Kiedy podano trunki, uniósł szklankę.

– Pańskie zdrowie – rzucił. – To mój szczęśliwy dzień. Anglik uśmiechnął się z rezerwą i wypił.

Du Pont znów się pochylił i rozejrzał. Sąsiednie stoliki były puste. Mimo to Amerykanin ściszył głos.

– Pewnie pan sobie myśli, że owszem, miło znów zobaczyć Juniusa Du Ponta, ale o co tu chodzi? Dlaczego tak cieszy się z naszego spotkania akurat dzisiaj?

Uniósł brwi, jak gdyby odgrywał rolę Bonda. Tymczasem mina agenta wyrażała jedynie uprzejme zainteresowanie. Amerykanin jeszcze bardziej nachylił się ku niemu.

– Panie Bond, mam nadzieję, że mi pan wybaczy. Nie mam zwyczaju wściubiać nosa w cudze tajem…eee, sprawy. Ale po naszym spotkaniu w Royale słyszałem, że jest pan nie tylko wspaniałym graczem, lecz również…eee, jak by to powiedzieć, detektywem. Wie pan, czymś w rodzaju agenta wywiadu.

Du Pont spurpurowiał, speszony swoją niedyskrecją. Oparł się na krześle, wyciągnął chusteczkę i otarł czoło, zerkając na Anglika z niepokojem.

Bond wzruszył ramionami. W jego szaroniebieskich oczach, kiedy podchwyciły twarde i czujne pomimo zażenowania spojrzenie Amerykanina, malowała się zabarwiona nutką ironii szczerość, jak gdyby odżegnywał się od takich posądzeń.

– Kiedyś miałem trochę do czynienia z takimi rzeczami. Kac powojenny. Człowiek wciąż myślał, że zabawa w policjantów i złodziei może sprawiać frajdę. Ale w czasach pokoju ten fach nie ma perspektyw.

– A tak, z pewnością. – Du Pont skwitował to wyjaśnienie niedbałym ruchem ręki, w której trzymał papierosa. Zadając następne pytanie, unikał wzroku rozmówcy, wiedząc, że usłyszał kolejne kłamstwo. Agent pomyślał, że pod tym okryciem od Braci Brooks kryje się prawdziwy szczwany lis. – Czyli że już pan się wycofał? – Amerykanin uśmiechnął się pobłażliwie. – I czym pan się zajął, jeśli wolno spytać?

– Handlem. Pracuję dla Universalu. Być może zetknął się pan z nami.

Du Pont nie przerywał gry.

– Universal, hm. Niech no pomyślę. Ależ tak, jasne, że o nich słyszałem. Wprawdzie nigdy z nimi nie handlowałem, ale na to nigdy nie jest za późno. – Zachichotał ironicznie. – Prowadzę mnóstwo najrozmaitszych interesów. Właściwie nie interesują mnie tylko chemikalia. Kto wie, może to i szkoda, że nie należę do tych Du Pontów od chemikaliów.

Bond pomyślał, że Amerykanin raczej nie narzeka na gałąź Du Pontów, z której się wywodzi. Powstrzymał się od komentarza. Rzucił okiem na zegarek, by skłonić rozmówcę do szybszego wyłożenia kart na stół, zarazem uważając, by swoje karty trzymać przy orderach. Du Pont miał miłą, uprzejmą dziecięcą twarz i pełne, wygięte w dół kobiece usta. Wydawał się nieszkodliwy jak wszyscy ci Amerykanie w średnim wieku, którzy wystają z aparatami fotograficznymi przed pałacem Buckingham. Ale za tą fasadą niewiniątka Bond wyczuwał bezwzględność i spryt.

Czujny wzrok Du Ponta zarejestrował gest Anglika. Amerykanin też spojrzał na swój zegarek.

– No proszę! Już siódma, a ja tu gadam i gadam, zamiast przejść do rzeczy. A więc, panie Bond, mam pewien problem i chętnie zasięgnąłbym pańskiej rady. Gdyby pan mógł poświęcić mi nieco czasu, byłbym zaszczycony mogąc gościć pana u siebie, oczywiście, jeżeli zamierza pan przenocować w Miami. – Du Pont uniósł rękę. – Obiecuję, że zapewnię panu wszelkie wygody. Tak się składa, że jestem współwłaścicielem hotelu „Floridiana”. Być może słyszał pan, że otworzyliśmy go przed świętami? Miło mi stwierdzić, że interes kwitnie wspaniale. Daliśmy do wiwatu staremu „Fountain Blue”. – Amerykanin roześmiał się pobłażliwie. – Tak tu mówimy na „Fontainbleu”. A więc, co pan na to, panie Bond? Dostanie pan najlepszy apartament… nawet gdyby trzeba było wyrzucić solidnych klientów na bruk. Wyświadczyłby mi pan ogromną przysługę. – Amerykanin spojrzał błagalnie.

Bond i tak już się zdecydował. Obojętnie, czy problem Du Ponta wiązał się z szantażem, gangsterami, czy kobietą, niewątpliwie należał do gatunku typowych zmartwień bogaczy. Nareszcie trafia mu się okazja zakosztowania lekkiego życia, o jakim marzył. Łap ją. Bond zaczął odmawiać uprzejmie, lecz Du Pont wpadł mu w słowo.

– Panie Bond, bardzo pana proszę. Niech mi pan wierzy, będę panu niezmiernie wdzięczny.

Znów pstryknął na kelnerkę. Kiedy podeszła, odwrócił się i dyskretnie uregulował rachunek. Jak wielu bogatych ludzi uważał, że obnoszenie się z pieniędzmi, pokazywanie innym, jakie daje napiwki, jest zupełnie nieprzyzwoite. Wsunął zwitek banknotów do bocznej kieszeni (bogacze nie korzystają z tylnych) i ujął Bonda pod ramię, lecz czując jego opór, natychmiast cofnął rękę. Zeszli schodami do głównego holu.

– No, to załatwmy od razu pańską rezerwację. – Du Pont skierował się do kasy biletowej linii Transamerica. W kilku krótkich słowach ujawnił swą władzę i możliwości na własnym, amerykańskim terenie.

– Tak jest, panie Du Pont. Oczywiście, panie Du Pont. Zajmę się tym natychmiast, panie Du Pont.

Na zewnątrz błyszczący chrysler imperiał bezszelestnie podjechał do krawężnika. Szofer – twardy facet w liberii koloru biszkopta – wyskoczył otworzyć im drzwiczki. Bond wsiadł i zapadł się w miękką tapicerkę. W samochodzie panował wspaniały chłód, było niemal zimno. Pracownik linii lotniczych przybiegł z walizką Anglika, podał ją kierowcy, skłonił się lekko i wrócił do terminalu.

– Do „Billa na plaży” – polecił Du Pont szoferowi i wielka limuzyna prześlizgnęła się przez zatłoczone parkingi i wyjechała na ulicę.

Amerykanin rozparł się na siedzeniu.

– Mam nadzieję, że lubi pan kraby kamienne, panie Bond. Jadł pan je kiedyś?

Agent odparł, że owszem i że bardzo mu smakowały.

Kiedy Du Pont rozprawiał o restauracji „Billa na plaży” i porównywał walory smakowe krabów kamiennych i alaskańskich, chrysler imperiał przemknął przez centrum Miami, bulwar Biscayne, aż wreszcie przejechał Douglas MacArthur Causeway na drugą stronę zatoki. Bond co pewien czas wtrącał jakieś stosowne uwagi, napawając się szybkością, komfortem i wytworną pogawędką.

Zatrzymali się przed białą, oszalowaną ścianą budynku ze stiukowym dachem, utrzymaną w stylu angielskiej architektury z początku dziewiętnastego wieku. Różowy neon przypominający pośpieszne gryzmoły informował: „Bili na plaży”. Gdy Bond wysiadał z samochodu, Du Pont przekazał polecenie kierowcy. Agent dosłyszał słowa: „apartament Aloha” i „gdyby wynikły jakieś trudności, niech Fairlie tu do mnie zadzwoni, rozumiemy się?”

Weszli po schodach do środka. Biały wystrój wielkiej sali uzupełniały różowe zasłony z muślinu i różowe lampki na stolikach. Tłum opalonych klientów prezentował drogie tropikalne stroje – błyszczące jaskrawe koszule, brzęczące złote bransolety, ciemne okulary zdobione kamieniami szlachetnymi, zgrabne słomkowe kapelusze. Z mieszaniny różnorodnych zapachów wybijała się cierpka woń ciał przebywających długo na słońcu.

Bili, pedziowaty Włoch, wybiegł im na spotkanie.

– Pan Du Pont, jakże mi miło. Trochę tu dziś tłoczno. Zaraz panów usadowię. Proszę, proszę za mną.

Trzymając nad głową wielki, oprawny w skórę jadłospis, lawirował pośród gości w stronę najlepszego stolika w lokalu – sześcioosobowego w samym rogu. Odsunął dwa krzesła, pstryknął palcami na szefa sali i kelnera od win, rozłożył na stole dwa otwarte jadłospisy i wymieniwszy uprzejmości z Du Pontem, zostawił ich samych.

Amerykanin z trzaskiem zamknął swój jadłospis.

– Proszę zdać się na mnie – powiedział do Bonda. – Gdyby coś panu nie smakowało, proszę to podrostu odesłać. – Odwrócił się do szefa sali. – Kraby kamienne. Świeże, nie mrożone. Topione masło. Grube grzanki. Rozumiemy się?

– Tak jest, panie Du Pont.

Kelner od win, zacierając ręce, zajął miejsce szefa sali.

– Dwa razy po pół litra różowego szampana. Pommery, rocznik pięćdziesiąty. Srebrne puchary. Rozumiemy się?

– Taaak jest, panie Du Pont. Czy podać aperitif?

Du Pont odwrócił się do Bonda i z uśmiechem uniósł brwi.

– Poproszę martini z wódką – rzekł agent. – Iz plasterkiem cytryny.

– Dwa ryzy – zamówił Amerykanin. – Podwójne. – Gdy kelner odszedł pośpiesznie, Du Pont rozparł się wygodnie, wyjął papierosy i zapalniczkę. Rozejrzał się po sali, z uśmiechem pokiwał ręką paru znajomym i zerknął na sąsiednie stoliki. Przysunął swoje krzesło bliżej Bonda. – Niestety, na hałas nic nie poradzę. Zaglądam tu tylko dla krabów. Są nie z tej ziemi. Mam nadzieję, że nie jest pan na nie uczulony. Zaprosiłem tu kiedyś pewną dziewczynę, a potem wargi jej spuchły jak opony rowerowe.

Bonda rozbawiła zmiana w zachowaniu Amerykanina, odkąd uznał, że agent jest jego, że ma go na liście płac. Te szybkie polecenia, ten władczy styl bycia… To zupełnie inny człowiek niż nieśmiały, zażenowany petent, który zaczepił Bonda na lotnisku. Czego on właściwie chciał? Powinno się to wyjaśnić lada chwila.

– Nie jestem na nic uczulony – zapewnił Bond.

– To świetnie, znakomicie.

Zapadła cisza. Amerykanin z trzaskiem kilkakrotnie otworzył i zamknął wieko zapalniczki. Zdał sobie sprawę, że tylko hałasuje irytująco, i odsunął ją od siebie. W końcu się zdecydował.

– Gra pan w kanastę, panie Bond? – zapytał, zwracając się do splecionych na blacie dłoni.

– Tak, to całkiem przyjemna gra. Lubię ją.

– W dwie osoby także?

– Czasami. Chociaż przyjemność jakby nie ta. Jeżeli żaden z graczy się nie wygłupi, to wychodzi remis. Zwyczajny rachunek prawdopodobieństwa. Nie ma szans na jakieś większe kombinacje. Du Pont przytaknął energicznie.

– O to chodzi. To samo sobie mówiłem. Po stu rozdaniach obaj gracze muszą wyjść na swoje. Nie jest to tak pasjonująca gra jak gin czy oklahoma, ale właśnie to mi się w niej podoba. Można zabić czas, przekładać mnóstwo kart, miewa się wzloty i upadki, a w sumie nikomu krzywda się nie dzieje. Rozumiemy się?

Agent skinął głową. Podano koktajle.

– Następne dwa za dziesięć minut – polecił Du Pont kelnerowi. Kiedy wypili, odwrócił się do swego gościa. Jego twarz zmarszczyła się, zdradzała rozdrażnienie. – A gdybym panu powiedział, panie Bond, że w ciągu tygodnia przegrałem w dwuosobową kanastę dwadzieścia pięć tysięcy dolarów! Co pan na to? – Zanim agent zdążył odpowiedzieć, powstrzymał go ruchem ręki. – Niech pan nie zapomina, że jestem dobrym graczem. Należę do klubu „Regency”. Często spotykam się z takimi graczami jak Charlie Goren czy Johny Crawford… oczywiście przy brydżu. Ale rzecz w tym, że potrafię sobie radzić przy stoliku. – Zapuścił sondę w oczy Bonda.

– Jeżeli przez cały czas grał pan z jedną i tą samą osobą, to został pan oszukany.

– Otóż to! – Amerykanin uderzył pięścią w obrus i wyprostował się. – Otóż to. Tak samo sobie mówiłem, przegrywając… przegrywając przez bite cztery dni! Powtarzałem sobie: ten drań mnie kantuje, ale jak mi Bóg miły, przyłapię go na tym i pogonię z Miami. Podwoiłem więc stawkę, a potem podniosłem ją jeszcze raz. A jemu tylko w to graj! Cały czas patrzyłem mu na ręce, obserwowałem każdy jego ruch. I nic! Żadnego śladu, żadnej wskazówki. Karty nie znaczone. Zmienialiśmy talie, kiedy tylko chciałem. Na moje. Nie zaglądał mi w karty… nawet by nie mógł, bo zawsze siedział na wprost mnie. Nikt mu nie dał cynku, bo nikt nie kibicował. A jednak wygrywał bez przerwy. Dziś rano też ze mną wygrał. I po południu. W końcu się wściekłem, choć oczywiście nic po sobie nie pokazałem i zapłaciłem uprzejmie. – Bond mógłby sobie jeszcze pomyśleć, że zachował się niehonorowo. – Ale nic mu nie mówiąc, spakowałem manatki, pojechałem na lotnisko i kupiłem bilet na pierwszy samolot do Nowego Jorku. Wyobraża pan sobie! – Du Pont gwałtownie uniósł ręce. – Uciekłem. Ale dwadzieścia pięć kawałków piechotą nie chodzi. Już widziałem, jak robi się z tego pięćdziesiąt, sto… Nie mogłem znieść kolejnej przegranej, a jeszcze bardziej tego, że nie potrafię drania przyłapać. Więc się ulotniłem. I co pan na to? Ja, Junius Du Pont, schodzę z ringu bez walki, bo nie wytrzymuję lania!

Bond chrząknął ze współczuciem. Podano drugą kolejkę aperitifów. Agenta wciągnęła nawet ta sprawa, ciekawiło go wszystko, co dotyczy kart. Oczyma wyobraźni widział dwóch mężczyzn grających bez ustanku, z których jeden spokojnie tasuje, rozdaje i zapisuje swoje punkty, a drugi wiecznie rzuca karty na środek stołu z tłumioną odrazą. Du Ponta najwyraźniej oszukano. Ale jak?

– Dwadzieścia pięć tysięcy to ładna sumka – rzekł Bond. – Jakie były stawki?

Amerykanin wyraźnie się zmieszał.

– Ćwierć dolara, potem pięćdziesiąt centów, a wreszcie po dolarze za punkt. Chyba wysoko, zwłaszcza że każde rozdanie kończyło się wynikiem w granicach dwóch tysięcy punktów. Nawet przy ćwiartce daje to pięćset dolarów. A jeśli przegrywa się cały czas po dolarze za punkt, to już umarł w butach.

– Musiał pan przecież czasem wygrać.

– A tak, jasne, ale zawsze jak już miałem skończyć tego skubańca, wykładał z ręki wszystko, co tylko mógł, i wymykał się z sieci. Pewnie, wygrałem trochę drobnych, ale tylko wtedy, gdy on miał wyjście ze stu dwudziestu, a wszystkie dżokery i dwójki siedziały u mnie. Wie pan, jak to jest z kanastą. Trzeba wiedzieć, co wyrzucać. Stosuje się podstępy, żeby kupić stos od przeciwnika. A on, niech go diabli, jakby był jasnowidzem! Unikał wszystkich moich pułapek, za to ja wpadałem prawie zawsze. A co do kupienia stosu… ba, jak go przyparłem do muru, wyrzucał najdziwniejsze karty, asy, single, Bóg raczy wiedzieć co, i zawsze mu to uchodziło płazem. Zupełnie jakby znał wszystkie moje karty.

– Mieliście w pokoju jakieś lustra?

– A gdzie tam! Zawsze graliśmy na dworze. Mówił, że chce się przy okazji opalić. No i udało mu się, szkoda słów. Czerwony jak rak z wrzątku. Siadaliśmy do stolika tylko rano i po południu. Twierdził, że wieczorna gra przyprawia go o bezsenność.

– Kim jest ten facet? Jak się nazywa?

– Goldfinger.

– A imię?

– Auric. To chyba znaczy „złoty”, dobrze mówię? Pasuje do niego jak ulał. To rudzielec.

– Jakiej narodowości?

– Nie uwierzy pan, ale Brytyjczyk. Zamieszkały na stałe w Nassau. Imię wydaje się żydowskie, ale nie wygląda na Żyda. Mamy we „Floridianie” swoje zasady. Gdyby był Żydem, nie dostałby pokoju. Paszport z Nassau. Czterdzieści dwa lata. Kawaler. Zajmuje się pośrednictwem. Wiem, bo zanim siadłem z nim do stolika, załatwiłem z detektywem hotelowym, żeby dał mi rzucić okiem na jego paszport.

– W czym pośredniczy?

Du Pont uśmiechnął się ponuro.

– Pytałem go. Powiedział, że „we wszystkim, co się nawinie”. Małomówny jegomość. Jeśli zapytać go o coś wprost, zamyka się jak ślimak w skorupie. Za to całkiem sympatycznie potrafi gadać o niczym.

– Ile jest wart?

– Ha! – wybuchnął Du Pont. – W tym największy sęk. Jest nadziany. I to jak! Poleciłem w moim banku, żeby sprawdzili go w Nassau. Tarza się w forsie. Milionerów mają w Nassau na pęczki, ale jego stawiają tam na pierwszym czy drugim miejscu. Zdaje się, że lokuje kapitał w sztabach złota. Obraca nimi po świecie, wykorzystując różnice kursów. Zachowuje się jak jakiś cholerny bank federalny! Nie ufa gotówce. Jeśli o mnie chodzi, trudno się z nim nie zgodzić, coś w tym musi być, skoro jest jednym z najbogatszych ludzi na świecie. Rzecz jednak w tym, że jeśli jest taki bogaty, to po kiego licha chce mnie naciąć na marne dwadzieścia pięć kawałków?

Nagłe pojawienie się kelnerów uwolniło Bonda od konieczności wymyślania odpowiedzi. Na środek stołu wjechał z pompą szeroki srebrny półmisek wielkich krabów z pokruszonymi pancerzykami i szczypcami. Obok talerzy ustawiono srebrne sosjerki pełne topionego masła i długie stojaczki z grzankami. Puchary szampana pieniły się na różowo. Wreszcie szef sali z afektowanym uśmieszkiem zawiązał im od tyłu długie, białe jedwabne serwety, opadające aż po kolana.

Bondowi przypomniał się Charles Laughton w roli Henryka VIII, ale ani Du Ponta, ani nikogo z gości przy sąsiednich stolikach nie dziwiła cała ta pompa. Amerykanin rzucił wesoło: „każdy sobie”, nałożył na talerz kilka kawałków mięsa, polał je obficie topionym masłem i zaczął pałaszować. Bond poszedł w jego ślady, nie tyle jedząc, co pożerając najwspanialszą kolację pod słońcem.

Nigdy w życiu nie kosztował równie delikatnych, słodkawych skorupiaków. Suche grzanki i leciutko przypalone masło tylko podkreślały ich smak. Zimny jak lód szampan, w którym pobrzmiewał lekki zapach truskawek, znakomicie oczyszczał podniebienie między jednym kęsem a drugim. Anglik i Amerykanin wcinali z zapamiętaniem, nie odzywając się, dopóki nie zmietli jedzenia do czysta.

Du Pont czknął dyskretnie, po raz ostatni otarł z brody resztki masła jedwabną serwetą i rozparł się na krześle. Twarz miał zarumienioną. Spojrzał z dumą na swego gościa i oświadczył pełnym czci głosem:

– Panie Bond, wątpię, czy gdziekolwiek na świecie ktoś jadł równie dobrą kolację jak my. A pańskim zdaniem?

Sam się prosiłem o lekkie życie, życie bogacza, pomyślał Bond. I co? Czy chcę się obżerać jak świnia i wysłuchiwać takich uwag? Myśl o następnej takiej kolacji, czy w ogóle o kolacji z Du Pontem, zbrzydziła go nagle. Przez chwilę wstydził się tego uczucia. W końcu dostał to, o co się prosił. A teraz jego purytańska natura nie chciała się z tym pogodzić. Wyraził życzenie, które nawet nie tyle spełniono, co wepchnięto mu w gardło.

– Tego nie wiem, ale niewątpliwie była wyśmienita – odparł. Du Pont był zadowolony. Zamówił kawę. Bond podziękował za cygaro i likier. Zapalił papierosa i z ciekawością czekał na gwóźdź programu. Wiedział, że musi teraz nastąpić. Przecież cała ta kolacja miała na celu skruszenie jego ewentualnych oporów. A więc do rzeczy. Amerykanin odchrząknął.

– A teraz, panie Bond, chciałbym panu coś zaproponować. Wlepił wzrok w swojego gościa, próbując zawczasu przewidzieć jego reakcję.

– Tak?

– To chyba sama opatrzność zesłała mi pana tam na lotnisku. – W głosie Du Ponta brzmiała szczerość i powaga. – Nigdy nie zapomniałem naszego pierwszego spotkania w Royale. Pamiętam każdy szczegół… pańskie opanowanie, pańską odwagę, sposób, w jaki układał pan karty. – Bond wbił wzrok w obrus, Amerykanin zaś, zmęczony już swą tyradą, dokończył pospiesznie: – Jeżeli zostanie pan tu jako mój gość do czasu, aż odkryje pan, w jaki sposób cały ten Goldfinger ze mną wygrał, zapłacę panu dziesięć tysięcy dolarów.

Agent spojrzał Amerykaninowi prosto w oczy.

– To nader godziwa propozycja, panie Du Pont. Ale muszę wracać do Londynu. Najdalej za czterdzieści osiem godzin muszę być w Nowym Jorku, żeby złapać samolot. Jeżeli jutro rano i po południu znów siądziecie do kart, to powinienem mieć aż nadto czasu na śledztwo. Ale jutro wieczorem muszę wyjechać bez względu na to, czy uda mi się panu pomóc. Zgoda?

– Zgoda – odparł Du Pont.

3. Człowiek, który cierpiał na agorafobię

Bonda zbudziło łopotanie zasłon. Odrzucił cienki koc i ruszył po puszystym dywanie do panoramicznego okna zajmującego całą ścianę sypialni. Rozsunął zasłony i wyszedł na słoneczny balkon.

Ułożone w czarno-białą szachownicę płyty podłogowe były ciepłe, niemal parzyły w stopy, choć dochodziła zaledwie ósma rano. Od morza wiała orzeźwiająca bryza, wypełniająca flagi wszystkich możliwych narodów powiewające nad molo prywatnej przystani jachtów. Wilgotny wietrzyk niósł silny zapach morza. Bond pomyślał, że wczasowicze za nim przepadają, choć miejscowi pewnie go nie znoszą. Wszystko im w domu rdzewieje, kartki książek fruwają, gniją tapety i obrazy, a ubrania pleśnieją.

Dwanaście pięter niżej ogrody, które urządzono tu chyba tylko i wyłącznie na pokaz, upstrzone były palmami, klombami jaskrawych krotonów, obramowanych schludnymi żwirowymi ścieżkami wijącymi się między cienistymi alejami tropikalnych pnączy tak, że tworzyły kompozycję bogatą, lecz w sumie bez smaku. Na trawnikach pracowali ogrodnicy. Grabili dróżki, zbierali liście, a robili to w letargicznie zwolnionym tempie cechującym kolorowych robotników. Bond zauważył też kosiarki do trawy. Tam, gdzie przeszły, zainstalowano rozpryskiwacze, które z wdziękiem rozrzucały w koło obfitą rosę.

Bezpośrednio pod nim elegancki łuk zabudowań Cabana Club – dwa piętra przebieralni okryte płaskim dachem, gdzie stało mnóstwo krzeseł i gdzie tu i ówdzie rozłożyły się wielkie parasole w czerwone i białe pasy – schodził ku plaży, obejmując sobą szmaragdowy owal olimpijskiego basenu. Na wszystkich brzegach basenu piętrzyły się materace i złożone leżaki, na których już wkrótce mieli zasiąść wczasowicze, żeby wchłonąć w siebie porcję słońca za pięćdziesiąt dolarów dziennie. Między stosami uwijali się porządkowi ubrani w śnieżnobiałe marynarki, dopieszczając ustawienie krzeseł, odwracając materace i usuwając stare niedopałki papierosów. A dalej ciągnęła się długa, złocista plaża i morze. Tam też krzątali się sprzątający – wygrabiali wodorosty, rozkładali parasole i materace. Nic więc dziwnego, że gustowna karteczka w garderobie Bonda informowała taktownie, iż każda doba spędzona w apartamencie Aloha kosztuje dwieście dolarów. Agent przeliczył to szybko na swoje zarobki i wyszło mu, że gdyby sam płacił rachunek, za całą roczną pensję udałoby mu się tu przemieszkać ledwie trzy tygodnie. Uśmiechnął się wesoło do siebie. Wrócił do sypialni, podniósł słuchawkę i zamówił: pyszne, monstrualno-obfite śniadanie, karton chesterfieldów i gazety.

Nim się ogolił, nim wziął lodowaty prysznic i się ubrał, była już ósma. Wszedł do urządzonego ze smakiem salonu i zastał weń kelnera. Kelner – ubrany w dwubarwny garnitur koloru złota i śliwki – nakrywał do stołu przy oknie. Bond rzucił okiem na Miami Herald. Pierwsza strona poświęcona była klapie amerykańskiego pocisku balistycznego ICBM na pobliskim Cape Canaveral i tęgiemu zamieszaniu na wielkim wyścigu w Hialeah. Bond rzucił gazetę na podłogę, siadł i zaczął wolno jeść śniadanie, rozmyślając o Du Poncie i o Goldfingerze.

Nie doszedł do żadnych konkretnych wniosków. Du Pont albo siebie przeceniał jako gracza – co wydawało się jednak mało prawdopodobne zważywszy, że Bond wyczuł jego przebiegłość i zdecydowanie – albo Goldfinger oszukiwał. Jeżeli Goldfinger oszukiwał w kartach, chociaż nie brakowało mu pieniędzy, należało przyjąć za pewnik, że dorobił się fortuny w podobny sposób – w sposób podobny lub dzięki niezbyt legalnym operacjom na dużą skalę. Bonda zawsze interesowali wielcy kanciarze, dlatego cieszył się na myśl o pierwszym spotkaniu z Goldfingerem. Cieszył się również, że będzie miał oto okazję rozgryźć jego jakże skuteczną, a przez to jakże bardzo podejrzaną metodę bezlitosnego oskubywania Du Ponta. Zanosiło się na niepowtarzalnie emocjonujący dzień. Niechże się już zacznie; Bond czekał, leniwie.

Plan był taki, że spotka się z Du Pontem o dziesiątej, w ogrodzie. Przyleciał tu niby z Nowego Jorku, żeby odsprzedać Du Pontowi pakiet akcji angielskiego towarzystwa będącego własnością kanadyjskiego Natural Gas. Sprawa jest, rzecz jasna, poufna i Goldfinger nie pokusi się o szczegółowe wypytywanie. Akcje, Natural Gas, Kanada – to wszystko, co należy zapamiętać. Wybiorą się razem na dach Cabana Club, gdzie ma toczyć się gra, a tam Bond zajmie się gazetą i dyskretną obserwacją. Po lunchu, w czasie którego omówią „interes”, sytuacja się powtórzy. Du Pont chciał wiedzieć, czy trzeba przygotować coś jeszcze, na co agent zapytał go o numer apartamentu karciarza i poprosił o klucz uniwersalny z recepcji. Wyjaśnił także, że jeśli Goldfinger jest zawodowym szulerem albo nawet tylko wybitnym amatorem, podróżować będzie z charakterystycznymi dla swego fachu akcesoriami: ze znaczonymi lub „golonymi” taliami, z urządzeniem do rozdawania kart i temu podobnymi. Du Pont odrzekł, że owszem, da Bondowi klucz, gdy spotkają się w ogrodzie – bez trudu otrzyma go z rąk samego dyrektora hotelu.

Po śniadaniu agent odprężył się i zawiesił wzrok na morzu tuż pod linią horyzontu. Bynajmniej nie nastawiał się psychicznie na sprawę, która go czekała, nie, był jej tylko nader ciekaw. Taka właśnie sprawa nadawała się doskonale, by zmyć niesmak, z jakim wyjechał z Meksyku.

Pół po dziewiątej Bond opuścił apartament. Zanurzył się w labirynt korytarzy na piętrze, błądząc w poszukiwaniu windy i przeprowadzając jednocześnie mały rekonesans. Później, po dwakroć napotkawszy tę samą pokojówkę, zapytał o drogę, zjechał na dół i wmieszał się w tłumek rannych ptaszków wędrujący pod arkadami centrum sklepowego Pineapple. Zajrzał do kawiarni Bamboo, do baru Randezvous, minął restaurację La Tropicala, zerknął na dziecięcy klubik Kittekat i na klub nocny Boom-Boom. Potem, już celowo, wyszedł do ogrodu. Du Pont – ubrany w plażowy strój od Abercrombiego i Fitcha – wręczył mu klucz do apartamentu Goldfingera. Poszli niespiesznie do Cabana Club, po czym wspięli się krótkimi, łamanymi schodami na taras.

Bond przeżył wstrząs, kiedy po raz pierwszy ujrzał Goldfingera.

Na krańcu dachu, w rogu, tuż przy ścianie hotelu leżał sobie facet. Leżał z wysoko opartymi nogami, w wygodnym leżaku. Był nagi, jeśli nie liczyć małych, żółtych, atłasowych slipek, ciemnych okularów i pary szerokich blaszanych skrzydeł tuż pod policzkami. Owe skrzydła, zdające się wyrastać mu z szyi, sięgały aż za ramiona i zaginały się lekko ku górze zaokrąglonymi czubkami.

– Co u diabła on ma na szyi!? – spytał Bond.

– Nigdy pan tego nie widział? – Du Pont był wyraźnie zdziwiony. – To takie cudo przyśpieszające opalanie. Wypolerowana blacha. Odbija promienie pod policzkami i z tyłu głowy, za uszami. W ten sposób można sobie opalić miejsca zwykle ukryte przed słońcem.

– No no no… – rzekł agent.

Gdy znaleźli się o kilka jardów od półleżącego mężczyzny, Du Pont zakrzyknął wesoło; według Bonda zakrzyknął ciut za głośno.

– Hej, hej! Goldfinger ani drgnął.

– On jest głuchy jak pień – odezwał się Du Pont już normalnym głosem. Stanęli u stóp karciarza i Du Pont zawołał ponownie.

Goldfinger wyprostował się raptownie i zdjął okulary.

– Aa… Witam! – Odczepił z szyi skrzydła, ułożył je starannie obok siebie i wstał ciężko z leżaka. Rzucił Bondowi nieruchawe, badawcze spojrzenie.

– Chciałbym przedstawić panu pana Bonda, pana Jamesa Bon – da. To mój przyjaciel z Nowego Jorku, pański krajan. Przyleciał, żeby namówić mnie na maleńki interesik. Goldfinger wyciągnął rękę: była sucha i silna.

– Miło mi, panie Bond. – Krótki uścisk i natychmiast cofnął dłoń. Na moment jego blade, niebieskawe oczy rozwarły się szeroko i wbiły w agenta. Zdawało się, że przenikają mu twarz, penetrują czaszkę niczym promienie rentgena. Później powieki opadły, trzasnęła migawka i Goldfinger umieścił naświetloną kliszę w swojej kartotece. – Więc dzisiaj nie gramy. – Głos miał bezbarwny, apatyczny, a jego wypowiedź zabrzmiała bardziej jak stwierdzenie niż pytanie.

– Co znaczy nie gramy? – wykrzyknął porywiście Du Pont. – Nie pozwolę, żeby orżnął mnie pan do suchej nitki. Muszę się odegrać, inaczej nie wyjadę z tego przeklętego hotelu! – Du Pont zachichotał soczyście. – Powiem Samowi, żeby przygotował stolik.

James mówi, że nie zna się na kartach i że chciałby nauczyć się grać, tak, James? – Spojrzał na Bonda. – Chcesz tu z nami posiedzieć? W słońcu i przy gazecie?

– Z przyjemnością odpocznę – powiedział Bond. – Ostatnio za dużo podróżowałem.

I znów oczy karciarza wbiły się w niego niczym świder. Wbiły się i po sekundzie wolno zeń wyszły.

– Tylko coś na siebie włożę. Po południu zamierzałem wziąć lekcję golfa u pana Armona w Boca Raton, ale karty przede wszystkim. Mój nieszczęsny nawyk zbyt wczesnego prostowania przegubów przy strzałach średnimi metalikami będzie musiał zaczekać na swoją kurację. – Popatrzył obojętnie na Bonda. – Pan gra w golfa, panie Bond?

– Od czasu do czasu, kiedy jestem w Anglii – odparł głośno agent.

– Gdzie pan grywa?

– W Huntercombe.

– A tak… To ładne, przyjemne pole. Ja zapisałem się ostatnio do Royal St Marks. Sandwich leży w pobliżu jednego z moich zakładów. Zna pan ten klub?

– Owszem, grywałem tam.

– Jaki pan ma handicap?

– Dziewięć punktów.

– Co za przypadek – ja też mam dziewiątkę. Musimy kiedyś z sobą zagrać, panie Bond. – Goldfinger schylił się, podniósł swoje metalowe skrzydła i zwrócił się do Du Ponta: – Za pięć minut wracam. – Odszedł wolno w stronę schodów.

Bond był szczerze ubawiony. Całe to węszenie odbyło się z jakże dokładnie odmierzoną dawką pewności siebie bardzo charakterystyczną dla bogacza, którego tak naprawdę wcale nie obchodzi, czy Bond jeszcze żyje, czy już go pogrzebali. Ale skoro żyje, dlaczego nie zakwalifikować go do odpowiedniej kategorii towarzyskiej?

Du Pont wydał polecenia stewardowi w białej marynarce. Dwóch innych przygotowywało już stolik do gry. Agent podszedł do barierki okalającej dach. Spojrzał na ogród, snując refleksje o Goldfingerze.

Cóż, karciarz niewątpliwie wywarł na nim wrażenie. Był jednym z najbardziej opanowanych ludzi, jakich Bond kiedykolwiek spotkał; stwierdził to po oszczędności ruchów, po sposobie mówienia i po wyrazie jego twarzy. Fakt, Goldfinger nie marnował na darmo energii, a jednak w jego pozornej nieruchawości czaiło się coś potężnego, napiętego niczym sprężyna.

Kiedy karciarz wstał z leżaka, pierwszą rzeczą, która rzuciła się Bondowi w oczy, był kompletny brak proporcji jego ciała. Goldfinger był mężczyzną niskim, mierzył nie więcej jak pięć stóp. Miał krzywe nogi spracowanego chłopa podpierające grubawy tors, na szczycie którego, prawie bezpośrednio między ramionami, tkwiła olbrzymia i, jak się zdawało, niemal idealnie okrągła głowa. Całość sprawiała wrażenie, jakby złożono ją z kawałków ciała innych ludzi, jakby żaden z tych kawałków nie był kawałkiem oryginalnego Goldfingera. Może, dumał Bond, Goldfinger dlatego właśnie uczynił ze słońca swój fetysz, żeby ukryć brzydotę? Bez czerwonawo-, brązowego kamuflażu jego blade ciało wyglądałoby groteskowo. Twarz pod bujną grzywką ryżych, na wojskowy sposób przystrzyżonych włosów też robiła wstrząsające wrażenie, choć nie tak okropne, jak cała reszta. Miała kształt księżyca w pełni, któremu nagle zbrakło księżycowej urody. Czoło było szlachetne i wysokie, a cienkie, rudawoblond brwi rysowały się równą kreską nad wielkimi, bladoniebieskimi oczami skrytymi pod wachlarzem wystrzępionych, jasnych rzęs. Między azjatyckimi kośćmi policzkowymi i między policzkami będącymi raczej płatami mięśni niż tłuszczu, sterczał obfity orli nos. Usta miał cienkie, idealnie proste i pięknie wykrojone. Jego podbródek był jędrny, szczęki mocne, jak u zdrowego konia. W sumie, myślał sobie Bond, jest to twarz myśliciela, może naukowca, stoika, człowieka bezwzględnego, zmysłowego i nieustępliwego. Dziwna kombinacja.

Jakie jeszcze mógł wysnuć wnioski? Bond nigdy nie ufał ludziom niskim. Tacy już od dzieciństwa wzrastali z kompleksem niższości i całe życie dążyli do tego, żeby stać się kimś, kimś wielkim, większym od tych, którzy ich w dzieciństwie dręczyli. Niski był Napoleon, niski był Hitler. Niscy zawsze szerzyli w świecie zamęt. A ten bezsensownie zbudowany, rudy facet z dziwaczną twarzą? Tak, on mógł być jednym z tych naprawdę groźnych, strasznych ludzi nie umiejących dostosować się do otoczenia. Czuło się w nim tłumione instynkty, czuło się w nim tętniący generator sił witalnych tak potężnych, że gdyby mu wetknąć w usta żarówkę, niewątpliwie by się zaświeciła. Bond uśmiechnął się do siebie na tę myśl. Na co Goldfinger zużywa tyle energii? Na seks? Na zdobywanie władzy? Na pomnażanie swych bogactw? Najpewniej wykorzystuje ją i na to, i na to, i na to. Jaką ma przeszłość? Dzisiaj jest Anglikiem, ale kim się urodził? Żydem? Nie, chociaż może mieć domieszkę krwi żydowskiej. Nie pochodzi też ani z krajów romańskich, ani z krajów leżących jeszcze dalej na południe. Nie jest również Słowianinem. Niemiec? Nie, Bałt! Bałt! Urodził się gdzieś w tamtych rejonach, w jednym z krajów nadbałtyckich! Najprawdopodobniej zwiał z Rosji, ostrzeżono go i zwiał albo jego rodzice wyczuli pismo nosem i w porę go wywieźli. I co działo się później? W jaki sposób wywindował się na pozycję jednego z najbogatszych ludzi w świecie? Ciekawe… Pewnego dnia Bond dowie się o nim wszystkiego, teraz jednak musi odkryć, jak Goldfinger wygrywa w karty.

– Gotowy? – zawołał Du Pont w stronę Goldfingera zmierzającego ku stolikowi do kart. W ubraniu – nosił znakomicie dopasowany ciemnoniebieski garnitur i białą rozpiętą pod szyją koszulę – bogacz miał figurę całkiem do przyjęcia. Figurę tak, ale żadnym sposobem nie umiał ukryć wielkiej, czerwonawobrązowej kuli, jaką nosił na karku miast głowy, a słuchawka aparatu dla niedosłyszących wetknięta w lewe ucho też nie przysparzała mu urody.

Du Pont siedział tyłem do hotelu. Goldfinger usiadł naprzeciwko, przełożył karty i odkrył wierzchnią. Du Pont miał starszą. Podsunął Goldfingerowi swoją część talii, stuknął w nią lekko dłonią, by pokazać, że karty są potasowane i że nie będzie ich przekładał. Goldfinger zaczął rozdawać.

Bond podszedł do nich niespiesznie i zasiadł tuż koło Du Ponta. Usiadł wygodnie, całkowicie odprężony. Odegrał scenkę z rozkładaniem gazety i wyszukiwaniem kolumny sportowej, przy czym pilnie obserwował rozdanie.

Podświadomie się tego spodziewał: tu Goldfinger nie oszukiwał. Rozdawał szybko i zwinnie, lecz nie stosował „uchwytu potrójnego”, w którym trzy palce zaginają się na dłuższych brzegach kart, a palec wskazujący, oparty na krawędzi krótszej, wyłuskuje karty od spodu, po kolei lub co drugą. Nie nosił również sygnetu, który mógł je nakłuwać, ani taśmy chirurgicznej, by je znaczyć.

Du Pont zwrócił się do Bonda:

– Rozdajemy po piętnaście kart. Dwie dobierasz, z jednej się zrzucasz. Innymi słowy gramy według klasycznych Reguł Królewskich. Żadnych tam sztuczek z czerwonymi trójkami liczonymi po jednym, po trzy, po pięć i po osiem punktów. Nie, bez tego europejskiego cyrku.

Du Pont wziął karty. Uwagi Bonda nie uszedł fakt, że pogrupował je bardzo fachowo. Nie układał ich od lewej do prawej według wartości, nie trzymał też po lewej fałszywych dżokerów, których na ręku miał dwa – to mogło tylko ułatwić sprawę czujnemu przeciwnikowi. Nie, Du Pont zebrał dobre karty po środku, a z obu ich stron miał single i karty nie pasujące do sekwencji.

Gra się zaczęła. Du Pont dobierał pierwszy i cudem dobrał następną parę fałszywych dżokerów. Nie zdradził się twarzą i niedbale dorzucił do stosu. Potrzebował jeszcze tylko dwóch dobrych kart i miałby kanastę, ale musiałby też mieć przy tym niebywałe szczęście. Dobranie dwóch kart podwaja szansę uzyskania układu korzystnego do zakończenia rozgrywki, lecz zwiększa też po dwakroć prawdopodobieństwo dokupienia karty złej, potrzebnej jak piąte koło u wozu.

Goldfinger grał rozważniej, wolno, aż niezrozumiale wolno. Dobierał, wahał się, długo się wahał, nim zdecydował zrzucić jakąś kartę.

Po trzecim rozdaniu Du Pont miał już tak dobrą rękę, że trzeba mu było ledwie jednej z pięciu kart, by się wyłożyć na stół i zaskoczyć Goldfingera z całym wachlarzem, który dałby mu masę punktów karnych. Ale Goldfinger jakby wyczuł niebezpieczeństwo i rozpoczął układanie kanasty z trzema fałszywymi dżokerami i czterema piątkami. Wyzbył się kart niepotrzebnych i zakończył rozgrywkę tylko z czterema blotkami w ręku. W innych okolicznościach zagranie takie byłoby zagraniem beznadziejnym, jednak w obliczu tego, na co się zanosiło, Goldfinger miast stracić ponad sto punktów, zarobił coś około czterystu. Zdążył w ostatniej chwili, gdyż w następnym ciągnięciu Du Pont uzupełnił rękę i, z triumfem umniejszonym nieco ucieczką przeciwnika, wyłożył na stół dwie niezbędne kanasty.

– Szlag by to! A już pana miałem uziemić! – zawołał z rozdrażnieniem. – Skąd pan do diabła wiedział, że trzeba dać nogę?

– Wyczułem pana – odparł obojętnie Goldfinger. Dodał swoje punkty, powiedział, ile ich zdobył, zapisał wynik i zaczekał, aż Du Pont zrobi to samo. Później przełożył karty, oparł się wygodnie i spojrzał na Bonda z grzecznym zainteresowaniem. – Czy długo pan tu zabawi, panie Bond? Bond uśmiechnął się.

– Bond, proszę pana, B-O-N-D. Nie, wieczorem muszę wracać do Nowego Jorku.

– Jaka szkoda… – Goldfinger ściągnął usta, by wyrazić grzeczne ubolewanie. Wziął karty i gra potoczyła się dalej.

Agent zajął się gazetą i nie wiedząc, co czyta, patrzył na tabelę wyników baseballa. Przysłuchiwał się jednocześnie rutynowym odżywkom przy stoliku. Goldfinger wygrał pierwsze rozdanie, wygrał drugie i trzecie. Wygrał całą partię. Różnica sięgała tysiąca pięciuset punktów – tysiąc pięćset dolarów dla Goldfingera!

– No proszę! I znów jestem do tyłu! – odezwał się płaczliwie Du Pont.

Bond odłożył gazetę.

– Czy pan Goldfinger wygrał? – zapytał.

– Czy wygrał? – prychnął Du Pont. – On zawsze wygrywa! Przełożyli karty. Goldfinger zaczął rozdawać.

– A nie ciągniecie panowie o miejsce? – spytał Bond. – Wielokrotnie stwierdziłem, że zmiana miejsca przynosi szczęście. Fortuna kołem się toczy, czy jak tam…

Goldfinger przerwał rozdanie i zerknął ponuro na Bonda.

– Niestety, panie Bond, to niemożliwe. Na tym miejscu nie mógłbym grać. Jak wyjaśniłem panu Du Pontowi podczas naszego pierwszego spotkania, cierpię na pewną mało rzucającą się w oczy przypadłość: na agorafobię, na lęk przed otwartą przestrzenią. Nie zniósłbym widoku czystego horyzontu, dlatego muszę siedzieć twarzą do hotelu. – Wznowił rozdanie.

– Jakże mi przykro. – Głos Bonda był poważny, pełen zaciekawienia. – To nader rzadka przypadłość. Klaustrofobia – tak, mogę się domyślać, co czuje cierpiący na klaustrofobię, ale chorzy na agorafobię…? Jak pan się tego nabawił?

Goldfinger wziął karty i zaczął je układać.

– Nie mam pojęcia – rzekł opanowanym głosem. Bond wstał.

– Cóż, chyba rozprostuję trochę nogi. Pójdę zobaczyć, co słychać na basenie.

– Tak, tak, oczywiście – powiedział jowialnie Du Pont. – I nie przejmuj się, James, przy lunchu będziemy mieli mnóstwo czasu, żeby pogadać o naszych sprawach. A ja się przekonam, czy tym razem uda mi się zostać bez kart w ręku. Może teraz mój przyjaciel Goldfinger z nimi zostanie? Do zobaczenia.

Goldfinger nie oderwał wzroku od kart, Bond ruszył spacerkiem, omijając po drodze smażących się tu i ówdzie wczasowiczów. Chwilę stał przy barierce na końcu dachu: poniżej był basen. Kontemplował rzędy zaróżowionych, brązowych i bladych ciał spoczywających na leżakach. Doszedł go intensywny zapach olejków do opalania. Zobaczył kilkoro dzieci; nad basenem dominowali młodzi. Jakiś mężczyzna, najprawdopodobniej zawodowy skoczek, a może instruktor pływacki, stał na szczycie trampoliny, balansując na poduszkach palców u stóp. Dobrze umięśniony, z jasnozłotymi włosami, wyglądał niczym młody bóg rodem z Grecji. Odbił się raz, jakby od niechcenia, poszybował w przestrzeń, w dół, z ramionami rozłożonymi jak skrzydła. Wolno i leniwie wyprostował się w powietrzu i głową naprzód wszedł idealnie do wody. Jej tafla zadrżała leciutko. Skoczek wynurzył się szybko, potrząsając czupryną jak chłopiec. Zabrzmiały oklaski. Mężczyzna płynął crawlem do brzegu. Głowę miał zanurzoną, jego ramiona poruszały się z niewymuszoną siłą. Obyś miał szczęście, stary, myślał Bond. Pociągniesz tak nie więcej jak pięć, sześć lat. Skoczkowie nie wytrzymują długo – odzywają się skutki częstych miniwstrząśnień mózgu. Podobnie jak ci, którzy skaczą na nartach – co w sposób równie wyniszczający odbija się na kręgosłupie – ci skaczący do wody równie szybko kończą sportowe kariery. W myślach Bond przesłał płynącemu życzenie: – „Szybko zgarniaj forsę, stary! Załap się do filmu, dopóki masz jeszcze te złote loki”.

Agent 007 odwrócił się i spojrzał na dach tam, gdzie pod masywną ścianą hotelu siedzieli dwaj grający w kanastę. Więc Goldfinger lubi siadywać tyłem do morza… A może chodzi mu o to, żeby to Du Pont siedział do morza przodem…? Tylko dlaczego? Zaraz, zaraz, jaki jest numer apartamentu Goldfingera? Numer 200 Apartament Hawajski. Bond miał numer 1200, na ostatnim piętrze. Wychodziło na to, że pokoje Goldfingera położone są bezpośrednio pod pokojami Bonda, na drugim piętrze, coś koło dwudziestu jardów nad dachem Cabana Club – dwadzieścia jardów od stolika do kart! Agent przeliczył okna i dokładnie zlustrował te należące do apartamentu Goldfingera. Nic. Tylko pusty balkon. I otwarte drzwi wiodące w głąb ciemnego wnętrza. Bond mierzył oczyma odległość i kąty. Tak, może się to odbywać w ten właśnie sposób. To się musi tak odbywać! Sprytne, panie Goldfinger, bardzo sprytne!

4. Przyparty do muru

Po lunchu – tradycyjny koktajl z krewetek, ryba z tutejszych wód z maleńką porcyjką sosu na winie w papierowym kubeczku, doskonałe pieczone żeberka wołowe au jus i ananas „Niespodzianka” – nadeszła pora sjesty. Z Goldfingerem Bond spotkać się miał dopiero o trzeciej, na rozgrywce popołudniowej.

Du Pont, który w tym czasie stracił dalsze dziesięć tysięcy dolarów albo jeszcze więcej, potwierdził, że Goldfinger ma sekretarkę.

– Nigdy jej nie widziałem. Nie wychodzi z apartamentu. Pewnie jakaś chórzystka. Chciał ją przelecieć i tyle. – Uśmiechnął się, aż mu zwilgotniały usta. – Chciałem oczywiście powiedzieć, że chciał się z nią przelecieć… samolotem. Dlaczego pan pyta? Wpadł pan na coś?

Bond niczego nie gwarantował.

– Jeszcze nie wiem. Po południu najpewniej do was nie zejdę. Niech pan powie Goldfingerowi, że znudziło mnie obserwowanie gry i że jestem w mieście. – Zamilkł na moment. – Ale jeśli moje domysły są trafne, niech się pan nie dziwi niczemu, co się może zdarzyć. Gdyby Goldfinger zaczął zachowywać się dziwnie, proszę siedzieć spokojnie i patrzeć. Niczego nie obiecuję. Sądzę, że go mam, ale mogę się mylić.

Du Pont był rozradowany.

– Brawo, chłopie, brawo! – zawołał wylewnie. – Nie mogę się doczekać, kiedy przyciśniemy tego skurczybyka do muru! I niech szlag trafi te jego ślipia!

Bond udał się windą do swego apartamentu. Otworzył walizkę, wyjął z niej leikę M3, światłomierz MC, filtr numer K2 i lampę błyskową. Sprawdził aparat i wkręcił do lampy jednorazową żarówkę. Wyszedł na balkon, zerknął na słońce, żeby określić, w jakiej części nieba znajdzie się o trzeciej trzydzieści i wrócił do saloniku, zostawiając balkon otwarty. Stanął zaraz przy drzwiach i włączył światłomierz. Czas ekspozycji wynosił jedną setną sekundy. Taki sam czas ustawił na aparacie, przesłonę oszacował na f-11, a odległość na dwanaście stóp. Zamocował osłonę obiektywu i pstryknął jedno zdjęcie, żeby sprawdzić, czy wszystko gra. Później założył film i podłączył lampę.

Odłożywszy sprzęt, znów podszedł do walizki i wyjął z niej opasłą księgę. Była to Biblia. Opracowanie literackie. Otworzył ją i wydostał swego walthera PPK wraz z futerałem typu Berns Martin. Przymocował futerał do paska od spodni, z lewej strony. Dwa, trzy razy wyciągnął szybko broń. Sprawdzian wypadł zadowalająco. Dokładnie zbadał rozkład swego apartamentu zakładając, że będzie podobny do rozkładu pomieszczeń w Apartamencie Hawajskim. Wyobraził sobie scenę, którą niemal na pewno ujrzy, kiedy tam wejdzie. Wypróbował klucz uniwersalny na różnych zamkach i przećwiczył bezszelestne otwieranie drzwi. Później postawił wygodne krzesło naprzeciw otwartego balkonu, usiadł, zapalił chesterfielda i patrząc na bezkres morza, myślał, co też powiedzieć Goldfingerowi, gdy nadejdzie pora.

O trzeciej piętnaście wstał, wyszedł na balkon i ostrożnie zerknął na dwie maleńkie postacie rysujące się na kwadratowym tle jak z zielonego rypsu. Cofnął się w głąb pokoju i sprawdził czas ekspozycji na aparacie. Światło nie zmieniło się. Narzucił na siebie lekką, ciemnoniebieską marynarkę z czesanej wełny, poprawił krawat i zawiesił na szyi pasek od aparatu tak, że leika oparła mu się o pierś. Potem, rozejrzawszy się wokoło po raz ostatni, wyszedł i skierował się do windy. Zjechał na parter i oglądał chwilę wystawy w foyer. Kiedy winda ruszyła w górę, poszedł ku schodom i wolno ruszył na drugie piętro. Rozkład numerów był tu dokładnie taki sam, jak na piętrze dwunastym, więc apartament Goldfingera znalazł tam, gdzie spodziewał się go znaleźć. W pobliżu nie zauważył nikogo. Wyjął klucz uniwersalny, cichutko otworzył drzwi, po czym je za sobą zamknął. W korytarzyku, na wieszaku, wisiał płaszcz przeciwdeszczowy, lekka kurtka z wielbłądziej wełny i bladoszary filcowy kapelusz. Bond chwycił mocno leikę prawe ręką, podniósł aparat na wysokość twarzy i przylgnąwszy okiem do wziernika, delikatnie nacisnął klamkę drzwi do saloniku. Nie były zamknięte na klucz. Agent 007 wprawnie je uchylił.

Jeszcze zanim zobaczył to, co spodziewał się ujrzeć, usłyszał głos – głos niezwykle ciepły, niski, głos jakiejś dziewczyny. Mówiła po angielsku: „Dobrał piątkę i czwórkę. Ułożył kanastę z piątek, z dwoma dwójkami. Zrzuca się z czwórki. Ma cztery single: waleta, króla, dziesiątkę i siódemkę”.

Bond wślizgnął się do pokoju.

Dziewczyna siedziała na dwóch poduszkach na blacie stołu; stół wtaszczyła na jard w otwarty balkon. Siedziała na poduszkach, bo z góry widziała lepiej. Zbliżała się pora największego upału, dlatego nie miała na sobie nic oprócz czarnego staniczka i czarnych jedwabnych majteczek. Siedziała i machała z nudów nogami. Właśnie skończyła malować paznokcie lewej ręki i wyciągnęła ją przed siebie, żeby lepiej ocenić efekt. Potem zbliżyła dłoń do ust i dmuchając, zaczęła suszyć lakier. Jej prawa ręka powędrowała w bok i włożyła pędzelek do buteleczki na stole. O kilka cali od jej oczu tkwił obiektyw potężnej lornetki ustawionej na trójnogu, którego wsporniki oplatała swymi brązowymi udami. Spod lornetki wystawał mikrofon połączony kablem ze skrzyneczką wielkości przenośnego adaptera umieszczoną pod stołem. Bond zauważył też inne przewody – te łączyły skrzynkę z lśniącą anteną pokojową na kredensie przy ścianie.

Majteczki napięły się mocniej, kiedy dziewczyna nachyliła się, by spojrzeć w obiektyw. „Dobrał damę i króla. Zbiera damy. Może połączy królów z dżokerem. Zrzuca siódemkę” – powiedziała i wyłączyła mikrofon.

Kiedy skupiała się na obserwacji, Bond zrobił parę kocich kroków i stanął tuż za nią, obok krzesła. Wszedł na nie, modląc się, żeby nie zaskrzypiało. W ten sposób znalazł się na tyle wysoko, żeby objąć leiką całą scenę. Podniósł aparat. Tak, to było to, jak na dłoni: głowa dziewczyny, fragment lornetki, mikrofon i, dwadzieścia jardów niżej, dwóch mężczyzn przy stole oraz ręka Du Ponta trzymająca karty. Bond mógł nawet rozróżnić ich kolory. Zwolnił migawkę.

Ostry trzask rozbłyskującej lampy i oślepiający blask światła spowodował, że dziewczyna wydała z siebie przeraźliwy, urywany krzyk. Gwałtownie odwróciła się do Bonda.

Agent zszedł z krzesła.

– Dzień dobry – powiedział.

– Kim pan jest? Czego pan chce? – Dziewczyna zakryła ręką usta. W jej oczach czaiło się śmiertelne przerażenie.

– Niech się pani nie obawia. Załatwiłem, co chciałem załatwić, już po wszystkim. Aha, nazywam się Bond. James Bond.

Ostrożnie odłożył aparat na krzesło. Zbliżył się do dziewczyny i stanął tak blisko, że poczuł jej delikatny zapach. Była bardzo piękna. Cudownie jasne, niespotykanie długie włosy opadały ciężko na jej ramiona. Lekka opalenizna nadawała jej oczom kolor szafiru, a usta miała śmiałe i wydatne, takie, które ułożyłyby się w rozkoszny uśmiech.

Wstała i oderwała rękę od twarzy. Była wysoka, jakieś pięć stóp dziesięć cali. Jej ramiona i nogi wyglądały tak, jakby uprawiała pływanie; czarny jedwab stanika z trudem opinał piersi.

Strach wolno tajał w jej oczach.

– Co pan chce zrobić? – spytała głębokim głosem.

– Tobie? Nic. Chcę się tylko nieco podroczyć z Goldfingerem. A teraz bądź grzeczna i posuń się trochę. Niech no tam zerknę.

Bond zajął jej miejsce i spojrzał przez lornetkę. Gra toczyła się normalnie i Goldfinger niczym jeszcze nie zdradzał, że łączność została przerwana.

– Jemu wszystko jedno, czy ciebie odbiera, czy nie? Przestanie grać?

Wahała się moment i odrzekła:

– To już się zdarzało. Raz wypadła wtyczka czy coś tam. Po prostu czeka, aż znów nawiążę z nim kontakt.

Bond uśmiechnął się do niej.

– No to poczekajmy. Niech się trochę spoci. Zapal sobie i odpręż się. – Poczęstował ją chesterfieldem. Przyjęła papierosa. – No i chyba czas już zająć się paznokciami lewej ręki, nie sądzisz?

Na ustach wykwitł jej leciutki uśmiech.

– Jak długo tu byłeś? Tak mnie przeraziłeś, że omal nie umarłam na atak serca.

– Niezbyt długo i przykro mi, że cię tak przestraszyłem. A przez Goldfingera biedny pan Du Pont dostaje ataku serca codziennie, już od tygodnia.

– Tak… – rzekła niepewnie. – To chyba rzeczywiście świństwo. Ale ten Du Pont jest chyba bardzo bogaty, prawda?

– Och tak! Ja wcale się nie przejmuję panem Du Pontem. Ale widzisz, pewnego dnia Goldfinger może wybrać sobie nieco uboższego partnera. Poza tym sam jest multimilionerem. Dlaczego się w to bawi? Przecież on śpi na forsie.

Jej twarz wyraźnie się ożywiła.

– Wiem. Nie mogę po prostu zrozumieć. Wciąż więcej i więcej. To chyba jakaś obsesja. On nie umie się temu oprzeć. Pytałam go dlaczego, a on na to, że tylko głupiec nie wykorzystuje okazji, kiedy okazja się nadarza. On ciągle szuka jednego: odpowiedniej okazji. – Machnęła ręką z papierosem w stronę lornetki. – Kiedy mnie do tego namówił i kiedy spytałam, po diabła mu cały ten ambaras, powiedział: „Lekcja numer dwa: kiedy okazji brak, stwórz ją sam”.

– Ma szczęście, że nie jestem z agencji Pinkertona ani z policji z Miami – rzucił Bond.

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– Och, tym by się nie przejął. Po prostu przekupiłby cię i już. On każdego może przekupić. Nikt nie oprze się widokowi złota.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Zawsze wozi z sobą sztabki złota wartości miliona dolarów – odparła obojętnie. – Zawsze. Nie targa ich tylko wtedy, gdy musi przechodzić przez odprawę celną. Wtedy zakłada pas wypchany złotymi monetami. A tak chowa to swoje złoto w walizkach z podwójnym dnem i podwójnymi ściankami. To walizy nafaszerowane złotem, naprawdę.

– Ważą chyba tonę!

– Goldfinger zawsze podróżuje samochodem, takim ze specjalnymi amortyzatorami. A jego kierowca to kawał chłopa, on je nosi. Nikt poza nim walizek nie tyka.

– Po co wozi się po świecie z taką ilością złota?

– Tak na wszelki wypadek. On dobrze wie, że za złoto kupi sobie co zechce, a sztabki są najwyższej próby – dwadzieścia cztery karaty. Poza wszystkim innym Goldfinger uwielbia złoto, kocha je tak, jak ludzie kochają klejnoty albo znaczki pocztowe albo… – Uśmiechnęła się. – Kobiety.

Bond odwzajemnił uśmiech.

– A czy ciebie… kocha? – spytał. Zarumieniła się i rzekła, obruszona:

– Oczywiście, że nie. Pewnie, możesz sobie myśleć, co ci się żywnie podoba – dodała rozsądnie – ale on mnie naprawdę nie kocha. Wydaje mi się, że on chce, żeby ludzie tak myśleli, to znaczy, że my… że ja… Że to po prostu miłość i… No wiesz. Nie jest zbyt zaborczy i sądzę, że to sprawa… hm, próżności, czegoś w tym rodzaju.

– Tak, rozumiem. Więc jesteś jakby jego sekretarką?

– Towarzyszką podróży – poprawiła. – Nie muszę pisać na maszynie, nic z tych rzeczy. – Nagle zakryła sobie ręką usta. – Och! Nie powinnam ci tego wszystkiego mówić! Nie powiesz mu? Wylałby mnie. – W jej oczach znów zjawił się strach. – Wylałby mnie albo nie wiem co. Nie wiem, co by zrobił. On z tych nieobliczalnych.

– Nic mu nie powiem, słowo. Ale co ty masz z takiego życia? Po co to robisz?

– Żeby co tydzień dostać sto funciaków i żeby cieszyć się tym tutaj. – Machnięciem ręki wskazała pokój. – Luksusem. Forsa nie leży na ulicy, oszczędzam. Kiedy odłożę ile trzeba, odejdę.

Bond zastanawiał się, czy Goldfinger jej na to pozwoli. Czy ona aby nie za dużo wie? Spojrzał na jej piękną twarz, na ciało, z którego wspaniałości nie zdawała sobie chyba sprawy. Może nawet tego nie podejrzewała, ale – tak obstawiał – Goldfinger przysporzy jej jeszcze dużo kłopotów.

Dziewczyna zaczęła okazywać zmieszanie.

– Chyba nie jestem odpowiednio ubrana. Czy mogę pójść włożyć coś na siebie.

Agent nie był pewien, czy jej zaufać. W końcu to nie u niego zarabiała sto funtów tygodniowo.

– Nie, zostań w tym – rzucił lekko. – Wyglądasz tak samo porządnie, jak setki ludzi wokół basenu. – Przeciągnął się. – No i czas już dopiec nieco naszemu panu Goldfingerowi!

Rozmawiając, Bond zerkał od czasu do czasu na grających w kanastę. Gra toczyła się z pozoru normalnie. Agent nachylił się nad obiektywem lornetki. Jednak nie, bo Du Pont zdawał się teraz innym człowiekiem! Dużo gestykulował, półprofil jego zaróżowionej twarzy tryskał życiem! Akurat wyjął karty z dłoni i ułożył je na stole – prawdziwa kanasta z królów. Bond przesunął obiektyw. Wielka niczym lico czerwonawobrązowego księżyca twarz była niewzruszona, obojętna. Goldfinger cierpliwie czekał, czekał, aż nastanie pora – wtedy chwyci swoją szansę. Teraz sięgnął ręką do aparatu słuchowego i wcisnął mocniej słuchawkę, gotów odebrać sygnał, jak tylko nadejdzie.

Bond cofnął się o krok.

– Zgrabne urządzonko – powiedział. – Na jakiej częstotliwości nadajesz?

– Mówił mi, ale nie pamiętam. – Przymrużyła oczy. – Sto siedemdziesiąt czegoś tam. Mega… Mega…

– Megaherców. Może, ale dziwiłbym się, gdyby razem z twoim tekstem nie odbierał komunikatów policyjnych i zleceń dla radio-taxi. Ten facet umie się koncentrować, oj umie. – Bond uśmiechnął się. – A więc do dzieła! Wszystko gotowe? Czas dać mu nauczkę.

Naraz oparła dłoń na rękawie jego marynarki: na środkowym palcu agent zauważył pierścionek – duże złote dłonie splecione w uścisku wokół złotego serca.

– Czy naprawdę musisz? Czy nie możesz zostawić go w spokoju? – spytała płaczliwie. – Nie wiem, co mi za to zrobi. Proszę… – nalegała. Zarumieniła się gwałtownie. – Podobasz mi się. Już dawno nie spotkałam kogoś takiego jak ty. Czy nie mógłbyś zostać tu trochę dłużej? – Spuściła wzrok. – Jeżeli zostawisz go w spokoju, to ja… Ja zrobię wszystko – dokończyła w pośpiechu.

Bond uśmiechnął się. Wziął ją za rękę i uścisnął.

– Przykro mi. Płacą mi za tę robotę i muszę ją dokończyć. Między nami mówiąc – ciągnął beznamiętnie – chcę ją dokończyć. Czas już, żeby ktoś wypuścił z Goldfingera powietrze. Gotowa?

Nie czekając na odpowiedź, nachylił się nad lornetką wciąż ustawioną na Goldfingera i odchrząknął. Uważnie obserwował twarz tamtego. Odnalazł ręką przełącznik mikrofonu i nacisnął go.

W aparacie słuchowym karciarza musiał zabrzmieć jakiś leciutki szmer, bo choć oblicze gracza ani drgnęło, najpierw wolno uniósł głowę, a później ją opuścił, jakby błogosławił niebiosa za łaskę.

Bond odezwał się głosem aksamitnie groźnym.

– A teraz posłuchaj, mój panie – tu urwał. Goldfinger wciąż trzymał twarz, choć pochylił nieco głowę, jak gdyby nasłuchując. Przyglądał się uważnie kartom; ręce miał idealnie spokojne. – Mówi James Bond. Pamiętasz mnie, Goldfinger? Gra się skończyła, czas na zapłatę. Na zdjęciu mam wszystko, co tu zmontowałeś. Jest na nim blondynka, lornetka, mikrofon, ty i twój aparat słuchowy. Jeśli nie zrobisz dokładnie tego, co ci powiem, fotografia powędruje do FBI i do Scotland Yardu. Kiwnij głową, czy zrozumiałeś.

Oblicze Goldfingera wciąż było pozbawione jakiegokolwiek wyrazu, ale wielka, okrągła głowa schyliła się, po czym wyprostowała.

– Połóż karty na stół wierzchem do góry.

Opuścił ręce, rozluźnił palce i karty ześlizgnęły się na blat.

– Weź książeczkę czekową i wypisz czek na pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Ta kwota wynika z następującej kalkulacji: na trzydzieści pięć tysięcy orżnąłeś pana Du Ponta; dziesięć tysięcy to moje honorarium, dodatkowe pięć wynagrodzi cenny czas, jaki pan Du Pont przy tobie zmarnował.

Bond patrzył, jak Goldfinger spełnia jego polecenia. Zerknął też na Du Ponta. Du Pont pochylał się nad stołem i wytrzeszczał oczy.

Karciarz wyrwał powoli czek z książeczki, odwrócił go na drugą stronę i złożył dodatkowy podpis.

– Dobra. A teraz zanotuj sobie na okładce książeczki to, co powiem, i lepiej zanotuj dokładnie. Zarezerwuj mi przedział w ekspresie Silver Meteor do Nowego Jorku na dziś wieczór. Do przedziału zamów butelkę przedniego szampana z lodu i stos kanapek z kawiorem. Kawior ma być też najlepszy. I trzymaj się ode mnie z daleka, nie próbuj żadnych sztuczek. Gdybym jutro nie dotarł do Nowego Jorku cały i zdrowy, zdjęcie wraz ze szczegółowym raportem dotrze pocztą tam, gdzie trzeba. Zrozumiałeś? Potwierdź.

I znów wielka głowa Goldfingera powędrowała wolno w dół i w górę, a na wysokim, pozbawionym zmarszczek czole wykwitły kropelki potu.

– W porządku. A teraz wręcz czek panu Du Pontowi i powiedz: „Pokornie przepraszam. Oszukiwałem pana”. Potem możesz sobie iść.

Ręka wykonała polecenie i czek spoczął przed Du Pontem. Usta otworzyły się i przemówiły. Oczy miał spokojne, wzrok skoncentrowany – Goldfinger odprężył się. Przecież to tylko pieniądze, zapłacił za bezpieczny odwrót.

– Jeszcze chwileczkę, Goldfinger, jeszcze nie skończyliśmy. – Bond zerknął na dziewczynę. Patrzyła na niego tak jakoś dziwnie. Na jej twarzy malował się lęk i cierpienie, lecz dostrzegł tam również wyraz uległości i spragnienia. – Jak masz na imię? – spytał.

– Jill. Jill Masterton.

Goldfinger wstał, właśnie się odwracał.

– Stój! – zawołał ostro Bond.

Goldfinger zamarł w pół kroku. Podniósł wzrok i wbił go w balkon. Oczy miał szeroko rozwarte jak wtedy, gdy agent spotkał go po raz pierwszy. Zdawało się, że ich trzeźwe, penetrujące spojrzenie mknie ku lornetce, przebija się przez układ soczewek i oczy Bonda, by utkwić w tyle czaszki. Ten wzrok mówił: „Zapamiętam to sobie, panie Bond”.

– Byłbym zapomniał, zrobisz jeszcze coś, Goldfinger. Zabieram do Nowego Jorku zakładniczkę, pannę Masterton. Dopilnuj, żeby zjawiła się w pociągu. Aha, nie chcę już przedziału. Zarezerwuj salonkę. To wszystko.

5. Nocna służba

Minął tydzień. Bond stał przy otwartym oknie gabinetu na siódmym piętrze wysokiego budynku na Regens Park. U stóp kwatery głównej Secret Service leżał Londyn uśpiony księżycem w pełni, którego tarcza sunęła miękko ponad miastem, meandrując między ławicami pierzastych chmur. Big Ben wybił trzecią. W ciemności zadzwonił telefon. Bond odwrócił się i podszedł szybko do biurka na środku pokoju. Blat zalewały promienie lampy osłoniętej zielonym abażurem. Z rzędu czterech telefonów agent wybrał czarny.

– Oficer dyżurny, słucham – rzucił w słuchawkę.

– Posterunek „H”, sir.

– Łączyć.

Usłyszał brzęczęco-buczący pogłos jak zwykle beznadziejnego połączenia radiowego z Hongkongiem. Dlaczego to akurat Chiny musiały zawsze ulegać wpływom plam słonecznych? Śpiewny głos zapytał:

– Universal Export?

– Tak.

Głęboki, tubalny bas dochodzący jak zza ściany – to centrala londyńska – powiedział:

– Ma pan połączenie z Hongkongiem. Proszę mówić głośniej.

– Niech pan się wyłączy! – rzucił niecierpliwie Bond.

– Ma pan połączenie. Proszę głośniej – zawtórował Londynowi melodyjny głos z Hongkongu.

– Halo! Halo! Czy to Universal Export?

– Tak.

– Tu Dickson. Słyszy mnie pan?

– Tak, słyszę.

– Chodzi o telegram, który do was wysłałem, o transport owoców, o mango. Wie pan, o co idzie?

– Tak, mam tu dokumenty. – Bond przysunął do siebie teczkę z papierami. Wiedział, o czym tamten mówi. Posterunek „H” do – maga się min magnetycznych, które miały być podłożone na trzech szpiegowskich dżonkach obsadzonych załogami komunistycznych agentów. Owi agenci stacjonowali w Makao, gdzie przechwytywali brytyjskie myśliwce i przeszukiwali je, niby to w pogoni za chińskimi uchodźcami.

– No więc rachunek musi być uregulowany do dziesiątego… Oznaczało to, że dżonki odpływają lub że po dziesiątym straże na pokładach zostaną podwojone; mogło też oznaczać jakąś inną sytuację krytyczną.

– Będzie – rzekł krótko Bond.

– Dzięki. Cześć. – Bond przerwał połączenie z Hongkongiem i podniósł słuchawkę zielonego telefonu. Nakręcił numer oddziału „Q” i zamienił kilka słów z oficerem dyżurnym. Wszystko będzie załatwione. Rano odlatywał w tamtym kierunku samolot BOAC, Britannia. Oddział „Q” dopilnuje, żeby skrzynka znalazła się w ładowni maszyny na czas.

Bond rozparł się w fotelu. Sięgnął po papierosa i zapalił. Oczyma wyobraźni ujrzał małe, źle klimatyzowane biuro mieszczące się na nabrzeżu w Hongkongu, ujrzał białą, mokrą od potu koszulę numeru 279, którego dobrze znał, a który przed chwilą przedstawił się jako Dickson. Numer 279 rozmawia pewnie teraz ze swym zastępcą: „W porządku. Londyn potwierdza dostawę. Przejrzyjmy jeszcze raz cały gryplan”. Bond uśmiechnął się krzywo. Nie chciałby tkwić w Hongkongu na ich miejscu. Nigdy nie lubił występować przeciwko Chińczykom – było ich zbyt wielu. Posterunek „H” mógł naruszyć gniazdo szerszeni, lecz M. zdecydował, że nadszedł czas, by udowodnić opozycji, iż Secret Service w Hongkongu nie wypadł jeszcze z interesu.

Trzy dni temu, kiedy M. wspomniał po raz pierwszy, że na liście służb nocnych figuruje nazwisko Bonda, agent 007 nie zapalił się do tego pomysłu. Spierał się z M. twierdząc, że niewiele wie o rutynowych obowiązkach oficerów dyżurnych, że to zbyt odpowiedzialna praca, by wykonywał ją ktoś, kto przez sześć lat harował w sekcji 00 i kto już dawno temu zapomniał wszystko, co wiedział na temat takiej roboty.

„Szybko sobie przypomnisz – odparł M., nie podzielając jego odczuć. – Będziesz miał jakieś kłopoty, poradź się któregoś z oficerów z sekcji służb albo szefa sztabu. Ostatecznie możesz poradzić się mnie. (Bond wyobraził sobie wtedy z uśmiechem, jak to budzi M. w środku nocy, bo jakiś facet w Tokio czy w Adenie popadł akurat w tarapaty). Zresztą to już postanowione. Chcę, żeby każdy ze starszych oficerów odsłużył swoje w centrali. – Tu M. spojrzał zimno na Bonda. – Prawdę mówiąc, 007, miałem wczoraj do czynienia z kimś z Ministerstwa Skarbu. Ten ktoś sądzi, że to, co robicie, nie nadąża za duchem czasu. Nawet się z nim nie spierałem 2. Głos M. złagodniał. – Powiedziałem mu tylko, że jest w błędzie. (Bond bez trudu wyobraził sobie i tę scenę.) Mimo to teraz, kiedy znalazłeś się z powrotem w Londynie, trochę dodatkowych obowiązków ci nie zaszkodzi. Nie wyjdziesz z wprawy”.

W sumie dodatkowe obowiązki Bondowi nie przeszkadzały. Odsłużył już połowę pierwszego tygodnia i jak dotąd była to kwestia posługiwania się zdrowym rozsądkiem lub przekazania spraw do odpowiedniej sekcji. Polubił zacisze gabinetu, spodobało mu się, że zna tajemnice innych, i to, że od czasu do czasu piękne dziewczęta z kantyny przynosiły mu kawę i kanapki.

Pierwszej nocy dziewczyna z kantyny przyniosła herbatę. Bond spojrzał na nią sucho. „Nie pijam herbaty. Herbata zamula. Co więcej, herbata była jedną z głównych przyczyn upadku Imperium Brytyjskiego. Bądź tak dobra i zrób mi kawę”. Dziewczyna zachichotała i popędziła rozgłosić słowa Bonda w kantynie. Od tamtego czasu dostawał kawę, a powiedzonko „filiżanka mułu” obiegło cały gmach.

Innym powodem, dla którego Bond cieszył się na pustkę nocnej służby, był fakt, że dawała mu ona czas na realizację pomysłu, z jakim nosił się już od roku. Bond chciał napisać podręcznik tajemnych metod walki wręcz. Podręcznik miał nosić tytuł Przeżyj] i zawierać najlepsze wskazówki z tego wszystkiego, co na ten temat pisali agenci tajnych służb na całym świecie. Bond nikomu się ze swego zamysłu nie zwierzał, ale miał nadzieję, że gdyby udało mu się książkę napisać, M. zezwoliłby umieścić ją na liście podręczników Secret Service zawierających opisy chwytów i technik stosowanych przez wywiad.

Bond wypożyczał z archiwum książki w językach obcych lub, jeśli było to niezbędne, w przekładzie. Większość z nich została zdobyta na agentach wroga albo przechwycona od wrogich organizacji; niektóre M. otrzymał w prezencie od agend siostrzanych takich jak OSS, CIA czy Deuxieme. Ale teraz Bond miał przed sobą łup szczególnie cenny: tłumaczenie broszurki zatytułowanej krótko Obrona przeznaczonej dla agentów organizacji ŚMIERSZ – sowieckiej organizacji niosącej śmierć i zemstę.

Doszedł do połowy rozdziału drugiego. W wolnym przekładzie jego tytuł brzmiał: „Chwyty i trzymania krępujące”. Zajął się lekturą i przez pół godziny studiował podrozdziały traktujące o konwencjonalnym „chwycie nadgarstkowym”, o „zakładaniu dźwigni pod ramię i pod przedramię”, o chwycie krępującym „za głowę”, o „wykorzystaniu szyjnych punktów nacisku”.

Po trzydziestu minutach agent odrzucił maszynopis. Wstał, ruszył do okna i zapatrzył się w noc. W prostym, pozbawionym osłonek języku, jakiego używali Rosjanie, było coś obrzydliwie brutalnego. Owa brutalność znów wprawiła Bonda w stan zniechęcenia, w stan, któremu agent 007 uległ dziesięć dni temu na lotnisku w Miami. Co się z nim działo? Czyżby miał już tego wszystkiego dosyć? Miękł, czy tylko wychodził z wprawy? Stał tak chwilę, obserwując księżyc sunący po niebie, przemykający szybko między chmurami. Później wzruszył ramionami i wrócił do biurka. Doszedł do wniosku, że przejadły mu się wszelkie odmiany przemocy fizycznej tak, jak każdemu psychoanalitykowi musiały się z czasem przejeść mentalne aberracje pacjentów.

Bond jeszcze raz przeczytał fragment, który wprowadził go w ów szczególny stan: „Z pijaną kobietą można się także uporać, chwytając dolną wargę jej ust kciukiem i palcem wskazującym. Mocne zaciśnięcie palców i wykręcenie wargi z jednoczesnym ciągnięciem do przodu spowoduje, że pijana podąży za nami”.

– Kciuk i palec wskazujący… Co za obleśna delikatność! – mruknął do siebie. Zapalił chesterfielda i wpatrzył się w smugi światła bijące z lampy na biurku. Starał się myśleć o czymś innym i zapragnął, żeby rozdzwonił się jakiś telefon, żeby nadszedł jakiś sygnał. Jeszcze pięć godzin, pięć godzin do raportu, który o dziewiątej rano musi zdać szefowi sztabu albo samemu M., jeśli M. przyjdzie do pracy wcześniej. Coś mu ciągle chodziło po głowie, coś, co chciał w wolnej chwili sprawdzić. Co to takiego…? Co zmusiło go do myślenia o tym akurat teraz…? Jakieś słowo? Palec wskazujący! Palec wskazujący, po angielsku forefinger! Forefinger – Goldfinger! Miał sprawdzić, czy w kartotekach mają coś o tym człowieku!

Podniósł słuchawkę zielonego aparatu i nakręcił numer archiwum.

– Nic mi to nazwisko nie mówi, sir. Sprawdzę i oddzwonię.

Bond odłożył słuchawkę.

Odbyli wtedy cudowną podróż koleją. Jedli kanapki, pili szampana, a później, w rytm dudnienia potężnych diesli łapczywie odmierzających mile, kochali się długo i bez pośpiechu, korzystając z wąskiej leżanki. Dziewczyna zdawała się usychać z braku seksu. Budziła go nocą dwa razy. Pieściła delikatnie, domagając się wzajemności, nie mówiła nic i chłonęła jego umięśnione, szczupłe ciało. Potem za dnia dwukrotnie opuszczała zasłonki, by stłumić jaskrawy blask słońca, brała go za rękę i prosiła: „Kochaj mnie, James” tak, jak dziecko prosi o cukierka.

Jeszcze teraz Bond słyszał umykający, srebrzysty dźwięk dzwoneczków na mijankach, zawodzący gwizd lokomotywy i cichą wrzawę za oknem, na stacjach; leżeli wtedy i czekali, aż znów ogarnie ich zmysłowy stukot kół.

Jill Masterton powiedziała, że Goldfinger przyjął porażkę z obojętnością i opanowaniem. Miała Bondowi przekazać od niego, że wraca do Anglii za tydzień i że pragnie rozegrać z nim partyjkę golfa w Sandwich. Nic więcej – żadnych pogróżek, żadnych przekleństw. Chciał tylko, żeby Jill wróciła najbliższym pociągiem. Dziewczyna wyznała Bondowi, że wróci. Agent starał się to jej wyperswadować, ale ona nie obawiała się Goldfingera. No, bo co mógł jej niby zrobić? Poza tym zapewniał jej dobrą pracę.

Bond postanowił dać Jill te dziesięć tysięcy dolarów, które Du Pont, wyjąkując podziękowanie i gratulacje, wetknął mu w dłoń. Agent zmusił ją, by wzięła pieniądze. „Ja ich nie chcę – powiedział wtedy. – Nie wiedziałbym, co z nimi zrobić. Tak czy owak, zatrzymaj je na czarną godzinę, na wypadek, gdybyś musiała stamtąd uciekać. Powinienem dać ci milion. Nigdy nie zapomnę tej nocy. I dnia”.

Bond odprowadził ją na stację, pocałował mocno w usta i odszedł. Nie była to miłość, lecz gdy jego taksówka ruszała z postoju przy Pensylwania Station, przypomniał mu się taki oto wierszyk:

Jedna miłość ogniem płonie, na inną tylko pluć, lecz najlepsza i najczystsza bez dwóch zdań – chuć. Nie, niczego nie żałował. Popełnili grzech? Jeśli tak, to jaki? Grzech nieczystości? Bond uśmiechnął się. I na to miał cytat, w dodatku cytat ze świętego, ze Świętego Augustyna: O Boże, ześlij na mnie Dar Czystości. Ale jeszcze nie teraz.

Zadzwonił zielony telefon.

– Mam trzech Goldfingerów, sir. Dwóch z nich nie żyje. Trzeci to ruska skrzynka kontaktowa w Genewie. Prowadzi zakład fryzjerski i przekazuje instrukcje. Wtyka je odpowiednim klientom w prawą kieszeń, gdy czyści im szczotką marynarki. Stracił pod Stalingradem nogę. Pasuje, sir? Jest tu o nim jeszcze więcej…

– Nie, wystarczy, dziękuję. To na pewno nie mój Goldfinger.

– Może rano znajdziemy coś w kartotekach Scotland Yardu, sir. Czy ma pan jego zdjęcie?

Bondowi przypomniał się film z leiki. Nawet nie zatroszczył się o to, by go wywołać. Szybciej będzie, jak sporządzi portret pamięciowy Goldfingera. – A czy sala od portretów pamięciowych jest wolna? – spytał.

– Tak jest, sir. Jeśli pan sobie życzy, mogę z panem popracować.

– Dziękuję, już schodzę.

Bond polecił centrali telefonicznej, żeby zawiadomiła szefów sekcji, gdzie go mogą znaleźć, wyszedł i zjechał windą na pierwsze piętro, do archiwum.

Nocą w olbrzymim gmachu panowała niezwykła cisza. W jej tle słychać było miękki szmer pracujących urządzeń i sygnały ukrytego życia: przytłumiony stukot maszyny do pisania dochodzący zza drzwi, które Bond mijał, szybko wyciszone klekotliwe trzaski zakłóceń radiowych dobiegających zza innych, delikatny szum systemu wentylacyjnego. Człowiek czuł się tu jak na pancerniku cumującym w porcie.

Oficer dyżurny archiwum siedział już za konsolą w sali portretów pamięciowych.

– Czy może mi pan najpierw podać zarys jego twarzy, sir? – zapytał. – Tym sposobem od razu wyeliminuję te slajdy, które z pewnością nam się nie przydadzą.

Bond opisał twarz Goldfingera, oparł się wygodnie i spojrzał na rozświetlony ekran.

Maszyna do sporządzania portretu pamięciowego konstruuje przybliżony portret podejrzanego lub kogoś, kogo widziano przelotnie na ulicy, w pociągu albo w rozpędzonym samochodzie. Działa na zasadzie latarni magicznej. Najpierw operator rzuca na ekran obrazy różnokształtnych głów różnej wielkości. Kiedy ogólny zarys głowy jest już ustalony, zostaje na ekranie. Dalej nakłada się nań pasującą fryzurę, a jeszcze później inne cechy charakterystyczne, jedną po drugiej: kształt oczu, nosa, podbródka, ust, brwi, uszu, rys policzków. Otrzymuje się w rezultacie cały obraz twarzy dokładny na tyle, na ile zapamiętał go sobie odtwarzający. Portret fotografuje się i wciąga do rejestru.

Złożenie niezwykłego oblicza Goldfingera zajęło trochę czasu, za to kiedy skończyli, oczom Bonda ukazała się monochroniczna, wielce zbliżona do oryginału podobizna. Agent podyktował jeszcze kilka szczegółów dotyczących opalenizny Goldfingera, koloru jego włosów, wyrazu oczu i było po wszystkim.

– Nie chciałbym spotkać tego typa po ciemku – skonstatował dyżurny z archiwum. – Przekażę to Scotland Yardowi, kiedy obejmą służbę. Odpowiedź powinna być po lunchu.

Bond wrócił na siódme piętro. Po drugiej stronie globu zbliżała się północ i posterunki wschodnie kończyły pracę. Zwaliła się na niego lawina sygnałów, na które musiał odpowiedzieć. Musiał też uzupełnić dziennik przebiegu służby i nagle zrobiła się ósma rano. Zatelefonował do kantyny i zamówił śniadanie. Właśnie je skończył, gdy dobiegł go zgrzytliwy terkot czerwonego telefonu. Dzwonił M. Dlaczego u diabła zjawił się w pracy pół godziny wcześniej?

– Melduję się, sir.

– Przyjdź do mego biura, 007. Chcę z tobą zamienić parę słów, nim zdasz służbę.

– Tak jest, sir. – Bond odłożył słuchawkę. Narzucił marynarkę, przeczesał ręką włosy, zawiadomił centralę, że idzie do M., wziął dziennik przebiegu służby, wsiadł do windy i pojechał na ósme, ostatnie piętro. Nie spotkawszy ani szefa sztabu, ani jakże atrakcyjnej panny Monepenny, zastukał do drzwi gabinetu M. i wszedł do środka.

– Siadaj, 007. – Ogolony, pachnący czystością M. odprawiał akurat ceremoniał zapalania fajki. Nosił sztywny, biały kołnierzyk i luźno zawiązany krawat w groszki, a jego pomarszczona twarz, niczym twarz wilka morskiego, tryskała energią i niecną wesołością.

Bond natomiast wiedział, że brodę pokrywa mu czarna szczecina, zdawał też sobie sprawę z niezbyt świeżego wyglądu swojego ubrania i oblicza. Mimo to starał się skupić.

– Noc spokojna? – M. rozpalił wreszcie fajkę. Srogie, zdrowe oczy spojrzały uważnie na Bonda.

– Raczej tak, sir. Posterunek „H”… M. uniósł na cal rękę.

– Zostawmy to. Przeczytam w dzienniku. To chyba to, prawda?

Bond wręczył M. ściśle tajny skoroszyt. Ten odłożył materiały na bok i uśmiechnął się sardonicznie jednym ze swych rzadkich, gorzkich uśmiechów.

– Świat się zmienia, 007. Chwilowo zdejmuję cię ze służb nocnych.

Z kolei uśmiech, z jakim Bond odpowiadał zwykle na pytania szefa, stał się nagle uśmiechem wymuszonym. Serce zaczęło bić mu szybciej, czego tyle już razy doświadczał w gabinecie M. Stary coś dla niego szykował.

– Właśnie zaczynałem się wciągać, sir.

– Ano. Potem będziesz miał mnóstwo okazji. Wynikła pewna sprawa, dziwna sprawa… W gruncie rzeczy nie kwalifikowałaby się do tego, byśmy się nią zajmowali, gdyby nie jeden bardzo szczególny ślad, który… – Tu M. wykonał gest, jakby odrzucał od siebie fajkę. – Który może okazać się guzik warty.

Bond usiadł wygodniej. Nie mówił nic. Czekał.

– Wczoraj jadłem obiad z dyrektorem naczelnym Banku. Człowiek ciągle się czegoś uczy. Przynajmniej ja nauczyłem się wczoraj czegoś nowego. Złoto, jego ciemne strony: przemyt, fałszerka i tak dalej. Nigdy nie przypuszczałem, że Bank Anglii wie tak dużo o kanciarzach. Wygląda na to, że do jego obowiązków należy też ochrona naszej waluty. – M. uniósł brwi. – Wiesz coś na temat złota, 007?

– Nie, sir.

– Do wieczora będziesz wiedział. Masz umówione spotkanie z niejakim pułkownikiem Smithersem. W Banku, o czwartej. Starczy ci czasu, żeby odespać noc?

– Tak, sir.

– To dobrze. Zdaje się, że ten Smithers jest szefem sekcji analiz Banku. Z tego, co powiedział mi naczelny, wynika, że sekcja analiz to mniej więcej to samo co komórka wywiadowcza. Pierwszy raz słyszałem, że coś takiego tam mają, a to, 007, uświadamia nam tylko, w jak ściśle izolowanych środowiskach pracujemy. Wracając do rzeczy. Smithers i jego ludzie obserwują uważnie wszystko, co w środowisku bankowym wyda się im podejrzane. W szczególności mają oko na machlojki z naszą walutą i zapasami złota. Była kiedyś sprawa tych Włochów, którzy podrabiali suwereny. Robili je ze szczerego złota. Karaty się zgadzały i cała reszta. Ale najwyraźniej suweren jako taki, inaczej francuski napoleon, ceniony jest o wiele bardziej niż wartość złota użytego do jego wytworzenia. Tylko nie pytaj mnie dlaczego. Smithers ci powie, jeśli cię zaciekawi. W każdym razie Bank nasłał na tych Włochów całą armię prawników – w sensie technicznym Włosi nie popełnili przestępstwa – i przegrawszy sprawę w sądach włoskich, przygwoździli ich w końcu w Szwajcarii. Musiałeś o tym czytać. Dalej – cała ta kołomyja z równowagą dolara w Bejrucie. Wywołała niezłe zamieszanie w prasie. Nic z tego nie rozumiałem, ale szło chyba o jakąś furtkę w murze, jakim obwarowaliśmy naszego funta. To bystrzy chłopcy z City ją znaleźli. Ano. Robota Smithersa to węszyć za czymś takim. Naczelny opowiadał mi o tym nie bez powodu. Od lat, chyba nawet od końca wojny, Smithers ma bzika na punkcie regularnego a nielegalnego odpływu złota z Anglii. Wydedukował sobie ten odpływ. Kieruje się swego rodzaju instynktem. Przyznaje, że ma cholernie mało danych, ale wywarł na dyrektorze takie wrażenie, iż ten uzyskał zgodę premiera na wciągnięcie do akcji nas. – M. urwał i zerknął figlarnie na Bonda. – Zastanawiałeś się kiedy, 007, kto należy do najbogatszych ludzi w Anglii?

– Nie, sir.

– No to zgaduj. Może zmieńmy tylko pytanie: kto należy do najbogatszych Anglików?

Bond szperał w zakamarkach pamięci. Było wielu takich, których nazwiska kojarzyły się z bogactwem, lub takich, których z bogactwem skojarzyły gazety. Ale który z nich naprawdę miał forsę? Który dysponował żywą gotówką? Musiał coś odrzec, więc powiedział z wahaniem:

– No cóż, sir, choćby Sassoon. Albo ten armator, który praktycznie z nikim nie utrzymuje kontaktów. Jak mu tam… Ellerman. Mówią, że Lord Cowdray jest człowiekiem bardzo bogatym. Dalej bankierzy: Rotszyldowie, Baringowie, Hambrosowie. Był jeszcze Williamson, ten od diamentów. I jeszcze Oppenheimer w Południowej Afryce. Dużo pieniędzy mogą też nadal mieć niektórzy książęta… – Bond mówił coraz ciszej i coraz niepewniej.

– Nieźle, 007, wcale nieźle. Ale zgubiłeś gdzieś po drodze atutowego asa. To człowiek, o którym nigdy przedtem nie pomyślałem – do czasu, kiedy naczelny wspomniał jego nazwisko. On jest najbogatszy z całej paczki. Człowiek ten nazywa się Goldfinger. Auric Goldfinger.

Bond nie umiał się powstrzymać. Roześmiał się głośno.

– Co jest!? – spytał M., rozdrażniony. – Co u diabła jest tu do śmiechu?

– Przepraszam, sir. – Bond opanował się. – Chodzi o to, że nie dalej jak kilka godzin temu układałem w archiwum jego portret pamięciowy. – Zerknął na zegarek i zduszonym głosem dodał: – Jest akurat w drodze do kartoteki. Poprosiłem o test identyfikacyjny.

M. wpadł w złość.

– Co tu jest do cholery grane?! Przestań zachowywać się jak skretyniały uczniak!

– Zacznę od początku, sir – rzekł trzeźwo Bond. – Było tak…

– Opowiedział M. swoją przygodę, nie pomijając niczego. Twarz M. rozjaśniła się. Pochylony nad biurkiem, słuchał, skupiwszy całą uwagę na słowach agenta. Kiedy Bond skończył, M. rozparł się w fotelu.

– No no no… – rzekł, ściszając stopniowo głos. Złożył ręce za głowę i długo wpatrywał się w sufit.

Bond poczuł, że zaraz roześmieje się znowu, bo jak Scotland Yard sformułowałby reprymendę, jaką miałby niby otrzymać? Słowa M. szybko ściągnęły go z obłoków na ziemię.

– A propos, 007, co zrobiłeś z tymi dziesięcioma tysiącami dolarów?

– Dałem je dziewczynie, sir.

– Dziewczynie?! Dlaczego nie na Biały Krzyż?!

Fundację Białego Krzyża założono dla wspomagania rodzin agentów i agentek Secret Service poległych na służbie.

– Przepraszam, sir. – Tu Bond nie miał żadnych argumentów.

– Ha! – M. nigdy nie pochwalał tego, że z Bonda był tęgi kobieciarz. Dla wiktoriańskiej duszy M. uganianie się za babami to przekleństwo. Jednak postanowił pominąć to milczeniem. – Ano tak… To na razie tyle, 007. Dowiesz się o wszystkim po południu. Zabawna sprawa z tym Goldfingerem. Dziwny facet. Widziałem go ze dwa razy w Blades. Grywa tam w brydża, kiedy jest w kraju. To właśnie człowiek, którym interesuje się Bank Anglii. – M. zawiesił głos i spojrzał łagodnie na Bonda. – Od tej chwili Goldfinger interesuje również i ciebie.

6. Wykład o złocie

Bond pokonał schody, wszedł w monumentalne, spiżowe drzwi i znalazł się w przestronnym holu, gdzie każdy krok rozbrzmiewał delikatnym echem. Bank Anglii. Rozejrzał się wkoło. Pod stopami lśniła złoto wzorzysta mozaika Borysa Anrepa. Wyżej, w tle, za łukowatymi, wysokimi na dwadzieścia stóp oknami wychodzącymi na wewnętrzny dziedziniec buchała zieleń geranium. W lewo i w prawo biegły szerokie, długie korytarze wykładane polerowanym kamieniem z Hopton Wood. Wszędzie unosił się nieokreślony zapach klimatyzowanego powietrza i ciężka, przytłaczająca atmosfera nieprawdopodobnego bogactwa.

Jeden z atletycznie zbudowanych, wyfraczonych na różowo szwajcarów podszedł do Bonda.

– Słucham pana.

– Do pułkownika Smithersa.

– Kapitan Bond? Tędy proszę.

Wyfraczony atleta skierował się w prawo, między kolumny. Brązowe drzwi dyskretnie ukrytej windy stały otworem. Winda pokonała kilka stóp dzielących parter od pierwszego piętra. Teraz szli długim, wykładanym boazerią korytarzem kończącym się wysokim oknem w stylu Jamesa Adama. Na podłodze leżał gęsto tkany, beżowy dywan z Wilton. Szwajcar zapukał do ostatnich z rzędu kilkunastu bogato rzeźbionych dębowych drzwi o niebo wyższych i bardziej wytwornych od drzwi, jakie widuje się na co dzień. Przy biurku siedziała siwowłosa kobieta. Wyglądała na taką, co to ongiś zaczynała jako skromna urzędniczka, by skończyć jako sekretarka samego Smithersa. Wzdłuż ścian ciągnął się szereg stalowych szafek na kartoteki. Kobieta notowała coś w podwójnie złożonym bloczku żółtego papieru. Uśmiechnęła się konspiracyjnie do Bonda, wzięła słuchawkę i nakręciła numer.

– Przyszedł kapitan Bond – powiedziała, odłożyła słuchawkę i wstała. – Tędy proszę. – Przecięła pokój i zatrzymała się u drzwi obitych zielonym rypsem. Otworzyła je przed agentem i przytrzymała.

Pułkownik Smithers czekał, stojąc za biurkiem.

– Miło, że pan przyszedł – rzekł poważnie. – Zechce pan usiąść. – Bond zechciał. – Zapali pan? – Podsunął agentowi srebrną szkatułkę, usiadł i zaczął nabijać fajkę. Bond wziął papierosa i zapalił.

Pułkownik Smithers wyglądał dokładnie tak, jak wyglądałby każdy pułkownik Smithers. Nie ulegało wątpliwości, że musiał być kiedyś sztabowcem. Miał aparycję człowieka poważnego, wyrobionego, z ogładą, która nader pasowała do jego nazwiska. Gdyby nie rogowe okulary, mógł uchodzić za obeznanego, choć niedożywionego dworzanina z królewskiego pałacu.

Bond czuł, jak w atmosferę gabinetu zaczyna wkradać się nuda.

– A więc ma pan mi zrobić wykład o złocie – rzekł zachęcająco.

– Tak. W każdym razie tak zrozumiałem polecenie naczelnego. Wnoszę, że mogę z panem mówić całkiem otwarcie… – Smithers rzucił okiem ponad prawym ramieniem Bonda. – Rzecz jasna, pojmuje pan, że większość spraw, o których będziemy musieli rozmawiać, to sprawy poufne. – Szybkim spojrzeniem omiótł twarz agenta. Była jak z kamienia.

Pułkownik zrozumiał ciszę tak, jak chciał tego Bond. Podniósł wzrok, odkrył gafę i starał się ją naprawić.

– Oczywiście nie powinienem był tego mówić. Człowiek z pańskim wyszkoleniem…

– Wszyscy uważamy, że nasze tajemnice są najważniejsze. Najpewniej słusznie mi pan o tym przypomniał. Sekrety innych nigdy nie są tak istotne jak własne. Ale proszę się nie martwić. O tych sprawach rozmawiać będę wyłącznie z moim szefem, z nikim innym.

– Oczywiście, oczywiście. To miło, że podchodzi pan do tego w ten sposób. Tu, w Banku, człowiek staje się przeczulony na punkcie ostrożności. A więc… – Smithers dał nura za parawan właściwego tematu rozmowy. – Złoto. Rozumiem, że jest to temat, któremu przedtem nie poświęcał pan zbytniej uwagi, prawda?

– Jak wiele uwagi poświęcałem, stwierdzę po tym, co mi pan powie, pułkowniku.

– No tak… Cóż, należy pamiętać o wielkim znaczeniu tego, że złoto stało się najcenniejszym i najłatwiej zbywalnym artykułem w świecie. Można udać się do jakiegokolwiek miasta w jakimkolwiek kraju, nawet do większej wioski, dać kawałek złota i otrzymać w zamian towary lub kupić sobie usługi, prawda? – Głos Smithersa nabrał animuszu, oczy mu płonęły – miał słuchacza. Bond rozsiadł się wygodnie, gotów wysłuchać każdego, kto jest mistrzem w swoim fachu, w jakimkolwiek fachu. Pułkownik uniósł fajkę w geście ostrzeżenia. – Kolejna rzecz godna zapamiętania: złoto jest praktycznie nie do wytropienia. Na suwerenach nie nabija się numerów seryjnych. Jeśli sztaby są cechowane w mennicy, wszystkie cechy dadzą się łatwo spiłować. Sztabki można też przetopić. Dlatego prawie niemożliwe jest sprawdzenie, skąd złoto przybywa, skąd pochodzi, jakimi szlakami krąży po świecie. Weźmy na przykład Anglię. Tu, w Banku, jesteśmy w stanie oszacować wartość złota spoczywającego tylko i wyłącznie w skarbcach naszych, w skarbcach innych banków i w mennicy. Dodajmy do tego przybliżone oszacowania ilości kruszca w posiadaniu jubilerów oraz sieci lombardów i to już koniec.

– Dlaczego tak bardzo zależy wam, żeby wiedzieć, ile złota jest w Anglii?

– Ponieważ złoto i waluty na parytecie złota tworzą podstawy naszych międzynarodowych kredytów. Prawdziwą siłę nabywczą funta ocenimy dopiero wówczas – inne kraje również – kiedy będziemy wiedzieć, ile obcego pieniądza za naszego funta otrzymamy. – Łagodny wzrok pułkownika Smithersa stał się naraz nieoczekiwanie twardy. – A moim naczelnym zadaniem, panie Bond, jest mieć oko na każdą próbę nielegalnego wywozu złota z Anglii i z państwa Commonwealthu. Kiedy już odkryję taki nielegalny przerzut, taki odpływ kruszcu do kraju, gdzie może zostać wymieniony korzystniej niż według naszych stawek, wysyłam śladem przemytników Złoty Oddział Scotland Yardu, który próbuje ściągnąć kruszec z powrotem do naszych skarbców, zlikwidować przeciek i aresztować ludzi zań odpowiedzialnych. – Smithers wzruszył ciężko ramionami. – Kłopot polega na tym, panie Bond, że złoto przyciąga największych, najgenialniejszych kryminalistów, a tych trudno, naprawdę bardzo trudno ująć.

– Czy nie jest to aby sytuacja przejściowa? Dlaczego ten niedostatek złota nie miałby się kiedyś skończyć? W Afryce kopią je dość szybko. Nie ma go tyle, żeby starczyło dla wszystkich? Może działają tu prawa charakterystyczne dla każdego czarnego rynku, który zniknie, kiedy zwiększą się dostawy? Tak było z handlem penicyliną zaraz po wojnie.

– Obawiam się, że nie, panie Bond, to nie takie proste. Liczba ludności na świecie rośnie codziennie w tempie pięciu tysięcy czterystu osób na godzinę. Niewielki procent z tej liczby to ci, którzy gromadzą zapasy złota, którzy czują awersję do pieniądza, którzy garść suwerenów wolą zakopać w ogrodzie albo schować pod łóżkiem. Inni chcą mieć złote plomby w zębach. Jeszcze inni muszą mieć złote oprawki do okularów, biżuterię, pierścionki zaręczynowe. Co roku wszyscy ci ludzie będą uszczuplać rynek o tony kruszcu. Nowo powstające gałęzie przemysłu potrzebują złotego drutu, złota galwanicznego, amalgamatów złota, bo złoto ma niezwykłe cechy, które wykorzystuje się niemal codziennie. Błyszczy, jest ko-walne, ciągliwe, prawie zupełnie nie zmienia swych właściwości i jest też gęściejsze niż jakikolwiek inny metal z wyjątkiem platyny. Jego zastosowaniom nie ma końca. Ale ma i dwie wady. Po pierwsze, jest zbyt miękkie. Wyciera się szybko o poszewki naszych kieszeni, o spocone palce i tym sposobem rok w rok ubywa go nieco z zasobów światowych. Powiedziałem dwie wady. – Pułkownik Smithers posmutniał. – Tą drugą, o wiele gorszą wadą jest to, że złoto zawsze było talizmanem strachu. A strach, panie Bond, wycofuje kruszec z obiegu i odkłada go na czarną godzinę. Historia uczy, że czarna godzina może nadejść praktycznie każdego dnia, choćby jutro, dlatego śmiało zakładam, że tęgi wór złota nabity kruszcem wydobytym w jednym zakątku świata zostaje natychmiast zakopany w innym.

Bond uśmiechnął się – pułkownik Smithers był nader elokwentny! On żył złotem, myślał o złocie, śnił o nim, pewnie z przyjemnością by się w nim wytarzał. Złoto… Cóż, temat bez wątpienia ciekawy. W dniach, kiedy Bond uganiał się za szmuglerami brylantów, musiał wpierw zrozumieć mit otaczający te kamienie i pojąć, dlaczego ludzie są nimi tak urzeczeni.

– Co jeszcze powinienem wiedzieć, zanim przejdziemy do sedna sprawy?- zapytał.

– Nie nudzę pana? Sugerował pan, że produkcja złota jest w dzisiejszych czasach tak wielka, że aż wystarczająca do całkowitego zaspokojenia popytu. Niestety tak nie jest. W rzeczywistości światowe zapasy złota ulegają systematycznemu zubożeniu. Powie pan, że są na kuli ziemskiej olbrzymie obszary, gdzie złota jeszcze nie szukano. Błąd. Najogólniej mówiąc, pozostało nam jedynie dno mórz i samo morze. Fakt, tam zasoby kruszcu są znaczne. W poszukiwaniu złota ludzie dłubią w ziemi od tysięcy lat. Znane są skarby Egiptu i Myken, skarb Montezumy i skarby Inków. Krezus i Midas oczyścili ze złota tereny Bliskiego Wschodu. W Europie też nie próżnowano: rozkopano dolinę Renu i dolinę rzeki Po, Malagę i równiny Granady, przeczesano też Cypr i Bałkany. Indie również ogarnął szał. Mrówki wynoszące ze swych podziemnych korytarzy drobiny złota naprowadziły Hindusów na ślad złóż aluwialnych. Rzymianie zryli Walię, Devon i Kornwalię. W Średniowieczu istniały kopalnie w Meksyku i w Peru. Powstało wówczas Złote Wybrzeże zwane później Ziemią Czarnych. Przyszła też kolej i na Amerykanów. Słynna gorączka złota na Yukonie, Eldorado, bogate żyły w Eurece oznajmiły światu początek pierwszego Złotego Wieku. W tym czasie zaczęto wydobywać złoto w Australii, w Bendigo i w Ballaracie, a odkrycie złóż na Uralu i na brzegach Leny w połowie dziewiętnastego wieku uczyniło z Rosji największego producenta tego kruszcu w świecie. Potem nastał dla współczesności drugi Złoty Wiek – odkrycie złota Witwartersrandu w południowo-zachodniej Transwalii. Tam unowocześniono sposób wydobycia, oddzielając metal od rudy metodą cyjanizacji, zarzuciwszy stosowanie rtęci. Dziś mamy trzeci Złoty Wiek – to nowo odkryte złoża w Oranii. – Pułkownik Smithers wyrzucił do góry ręce. – Złoto ciągle ulatnia się z ziemi, panie Bond! A tak, bo cały niegdysiejszy urobek z Klondike, z Homestake i z Eldorado razem wzięty – a bogactwo tych osad uważano za ósmy cud świata – równałby się dzisiaj ledwie dwu, trzyletniemu urobkowi kopalni w Afryce! Żeby obraz uczynić plastycznym: od roku 1500 do roku 1900, kiedy to prowadzono tylko przybliżone obliczenia, w całym świecie wykopano około osiemnastu tysięcy ton złota. Od roku 1900 do dzisiaj wykopaliśmy czterdzieści jeden tysięcy ton! – Smithers pochylił się z przejęciem. – Jeśli tak dalej pójdzie, panie Bond – ale proszę, niech pan tego nikomu nie powtarza – nie zdziwiłbym się, gdyby za pięćdziesiąt lat wszystkie złoża uległy całkowitemu wyczerpaniu!

Bond, zalany potokiem wywodów Smithersa na temat historii złotego kruszcu, bez trudu przywdział wyraz twarzy tak poważny, jak wyraz twarzy pułkownika.

– W pana ustach brzmi to niezwykle fascynująco. Ale może sytuacja nie jest aż tak tragiczna. Zaczęli już wydobywać ropę spod dna mórz. Niewykluczone, że znajdą również sposób na kopanie złota. A teraz przejdźmy do sprawy przemytu.

Zadzwonił telefon. Smithers sięgnął niecierpliwie po słuchawkę. – Smithers, słucham. – I słuchał, a na jego twarzy rysowało się narastające rozdrażnienie. – Jestem pewien, że wysłałem pani terminarz letnich rozrywek, panno Philby. Następny mecz gramy z Discount House, w sobotę. – Znów chwilę słuchał. – Jeśli pani Flake nie chce stanąć na bramce, obawiam się, że będzie musiała przejść na ławkę rezerwową. Tak, to jedyna propozycja, jaką mamy jej do zaproponowania. Nie każdy może grać w ataku. Tak, oczywiście. Proszę jej powiedzieć, że będę wielce zobowiązany, jeśli zgodzi się zagrać tylko ten jeden raz. Jestem pewien, że da sobie znakomicie radę. Ma ku temu odpowiednią figurę i tak dalej. Dziękuję, panno Philby. – Smithers wyjął chusteczkę do nosa i otarł czoło. – Przepraszam pana. Ostatnio sport i opieka społeczna są w Banku czczone prawie jak święte fetysze. Właśnie zwalono mi na głowę opiekę nad żeńską drużyną hokejową. Jak bym nie miał dość roboty ze zbliżającymi się właśnie dorocznymi zawodami lekkoatletycznymi. – Smithers odpędził gestem dłoni małe zgryzoty. – Ale, jak sam pan stwierdził, czas porozmawiać o przemycie. Przede wszystkim – biorąc pod uwagę tylko Anglię i Commonwealth – do jego zwalczania zatrudniamy ogrom ludzi. W Banku pracuje trzy tysiące osób, panie Bond, a z tych trzech tysięcy nie mniej niż tysiąc haruje w nadzorze wymiany. Z tego tysiąca z kolei przynajmniej pięćset osób – w tym moja niewielka grupa – zajmuje się zwalczaniem nielegalnego przepływu waluty, prób przemytu lub wykroczeń przeciwko obowiązującym przepisom wymiany.

– Faktycznie, to ogrom ludzi. – Bond porównał liczbę zatrudnionych w Banku Anglii z liczbą pracowników Secret Sernice; Secret Service zatrudniała dwa tysiące osób. – Czy może mi pan podać przykład takiego przemytu? Przemytu złota. Nie rozumiem tych dolarowych szwindli.

– Proszę bardzo. – Smithers mówił teraz miękkim, zmęczonym głosem człowieka, który służąc rządowi, zaharowuje się na śmierć. Był to głos fachowca specjalizującego się w szczególnej dziedzinie prawa. Biła z niego wiedza ogarniająca tę dziedzinę w najdrobniejszych szczegółach i przekonanie, że i w kwestiach pokrewnych Smithers wykaże się znakomitym instynktem. Bond dobrze znał ten głos, głos urzędnika państwowego najwyższej klasy. Choć nie odpowiadało mu gadulstwo pułkownika, człowiek ten zaczynał mu się podobać. – Proszę bardzo. Przypuśćmy, że ma pan w kieszeni sztabkę złota wielkości mniej więcej dwóch paczek pleyersów. Jej waga – około pięciu i jednej czwartej funta. Nieważne, jak ją pan zdobył. Ukradł ją pan, dostał w spadku, nieważne. Sztabka jest ze złota dwudziestokaratowego albo, jak my to nazywamy, ze złota najwyższej, tysięcznej próby. Zgodnie z prawem sprzedać ją pan może Bankowi Anglii po narzuconej cenie dwunastu funtów dziesięciu szylingów za uncję, co znaczy, że sztabka jest warta około tysiąca funtów szterlingów. Ale pan jest chciwy. Ma pan przyjaciela jadącego do Indii albo powiedzmy, że jest pan w dobrym układzie z pilotem lub stewardem którejś z linii lotniczych obsługujących Daleki Wschód. Musi pan tylko pociąć swoją sztabkę na cieniutkie blaszki, na płytki – szybko znajdzie pan kogoś, kto to dla pana zrobi – zaszyć płytki – będą mniejsze niż karty do gry – w bawełniany pas i odpalić przyjacielowi dolę za to, że będzie ten pas nosił. Może mu pan swobodnie zapłacić sto funtów. Przyjaciel odlatuje do Bombaju i idzie do pierwszego lepszego handlarza złotem na bazarze. Za pięciofuntową sztabkę dostanie od niego tysiąc funtów szterlingów i tak oto zarabia pan na interesie znacznie więcej, niż zarobiłby pan w Anglii. – Smithers machnął niedbale fajką. – Proszę zauważyć, że to ledwie siedemdziesiąt procent zysku. Tuż po wojnie zysk wyniósłby trzysta procent. Gdyby załatwiał pan wtedy tylko kilka takich interesów rocznie, już dawno byłby pan na emeryturze.

– Skąd bierze się w Indiach tak wysoka cena? – Tak naprawdę Bonda to nie interesowało, ale pomyślał sobie, że problem zaciekawi M.

– To skomplikowana historia. Najkrócej mówiąc, w Indach jest mniej złota niż w jakimkolwiek innym kraju. Narzeka zwłaszcza handel biżuterią.

– Jaka jest skala przemytu?

– Olbrzymia. Aby ją panu uzmysłowić, powiem tylko, że w roku 1955 indyjskie służby wywiadowcze i celne przechwyciły czterdzieści trzy tysiące uncji. Przechwyciły, podkreślam. Wątpię, czy stanowi to jeden procent szmuglu. Złoto napływa do Indii ze wszystkich stron świata. Najnowszy trik to załadować je na samolot w Makao i biorąc za każdym razem tonę, zrzucić na spadochronie w ramiona komitetu powitalnego tak, jak w czasie wojny my dokonywaliśmy zrzutów dla ruchu oporu.

– Rozumiem. Gdzie jeszcze mogę tę moją sztabkę sprzedać z dużym zyskiem?

– Z małym zyskiem prawie w każdym kraju, na przykład w Szwajcarii. Ale to się nie opłaca. Indie nadal przodują.

– Dobrze – powiedział Bond. – Chyba mam już ogólny obraz. Przejdźmy do szczegółów. – Usiadł wygodniej i zapalił papierosa. Z wielką niecierpliwością oczekiwał wieści o panu Auricu Goldfingerze.

Spojrzenie Smithersa stało się na powrót twarde i przebiegłe.

– To człowiek, który przyjechał do Anglii w roku 1937. Uchodźca z Rygi, Auric Goldfinger. Kiedy tu przybył, miał zaledwie dwadzieścia lat, ale musiał być z niego bystry chłopak, skoro przeczuł, że Rosjanie połkną wkrótce Łotwę. Jak jego ojciec i dziadek, który fryszował złoto jeszcze dla Faberge’a, był z zawodu złotnikiem i jubilerem. Zabrał z sobą trochę pieniędzy i najpewniej jeden z takich złotych pasów, o jakich panu opowiadałem. Śmiem twierdzić, że ukradł go ojcu. Cóż dalej… Wkrótce po tym, jak się naturalizował – był typem nieszkodliwym i użytecznym fachowcem, więc nie miał żadnych trudności ze zdobyciem dokumentów – zaczął wykupywać małe lombardy w całej Anglii. Zatrudniał w nich własnych ludzi, dobrze płacił i zmienił nazwę sieci sklepów na „Goldfinger”. Później przeprofilował się i zaczął sprzedawać tanie świecidełka, skupując jednocześnie stare złoto. Zna pan te sklepiki – „Stara biżuteria. Najprzystępniejsze ceny”. Lansował też swój własny slogan: Kup Jej pierścionek zaręczynowy i medalionik babuni. Szło mu dobrze. Sklepy otwierał zawsze w odpowiednio dobranych punktach miasta, między ulicami zamożnymi i średniozamożnymi. Nigdy nie tykał trefnego towaru i wszędzie miał dobrą opinię u policji. Mieszkał w Londynie. Raz w miesiącu objeżdżał swoje sklepy i odbierał stare złoto. Nie interesował go artyzm wykonania biżuterii, tu dawał wolną rękę swoim pracownikom. – Pułkownik Smithers zerknął kpiarsko na Bonda. – Pomyśli pan, że te medaliony, złote krzyżyki i inne drobiazgi to małe piwo. Tak, ale jeśli ma się dwadzieścia sklepików, z których każdy skupuje tygodniowo po parę sztuk biżuterii, małe piwo przestaje być małym piwem. Potem przyszła wojna. Goldfinger, jak inni jubilerzy, musiał ujawnić swoje zapasy złota. Odszukałem jego deklarację w archiwach. Było tego pięćdziesiąt uncji z całej sieci sklepów! Akurat tyle, ile starczyło na osadzanie oczek w pierścionkach, czyli, jak to nazywają, na zaopatrzenie w niezbędne minimum surowca. Oczywiście pozwolono mu kruszec zatrzymać. Na czas wojny zaszył się w Walii, w bezpiecznej odległości od linii walk. Pracował w jakimś zakładzie wytwarzającym narzędzia, ale cały czas prowadził tyle sklepów, ile się dało. Musiał nieźle zarabiać na Jankesach, którzy na czarną godzinę zwykle mieli przy sobie złotą meksykańską pięć-dziesięciodolarówkę albo amerykańską dwudziestkę. Kiedy nadszedł czas pokoju, Goldfinger przystąpił do działania. Kupił dość pretensjonalny dom w Reculver, przy ujściu Tamizy. Zainwestował też w dobrze wyposażony trawler w Brixham i nabył starego, opancerzonego rollsa Silver Ghost. Tego rollsa zbudowano dla jakiegoś południowoamerykańskiego prezydenta, którego ukatrupili, nim zdążył odebrać zamówienie. Na terenie swojej posiadłości Goldfinger założył niewielką fabryczkę. Nazwał ją „Zakład Metalurgii Stopów w Thanet”. Zatrudnił niemieckiego metalurga, jeńca wojennego, który nie chciał wracać do kraju i paru koreańskich robotników portowych z Liverpoolu. Robotnicy nie mówili w żadnym cywilizowanym języku, więc nie obawiał się przecieków. Dalej? Wszystko, co wiemy, to to, że przez następne dziesięć lat odbywał swoim trawlerem jedną podróż rocznie do Indii. Co roku robił też parę wypadów rollsem do Szwajcarii. Koło Genewy założył filię swoich zakładów. Nadal utrzymywał sieć sklepów, ale już nie odbierał złota sam. Robił to za niego jeden z Koreańczyków, którego nauczył prowadzić wóz. W porządku, może i Goldfinger nie jest najuczciwszym człowiekiem, ale wiedzie nienaganny tryb życia i nie zadziera z policją. Ponieważ mieliśmy w kraju bardzo palące sprawy, nikt nie zwracał na niego uwagi. – Smithers przestał mówić i spojrzał przepraszająco na Bonda. – Nie nudzę pana? Chcę, żeby pan wiedział, z jakim człowiekiem mamy do czynienia: z człowiekiem spokojnym, ostrożnym, przestrzegającym prawa, z typem człowieka, którego determinację i niespożyte siły należy podziwiać. Nawet o nim nie słyszeliśmy do czasu, aż trafiła mu się mała wpadka. Latem roku 1945 jego trawler wracając z Indii rozbił się koło Goodwins. Wrak odkupiło za grosze pewne przedsiębiorstwo z Dover zajmujące się złomowaniem. Kiedy robotnicy owego przedsiębiorstwa zaczęli ciąć statek na żyletki i dotarli do ładowni, znaleźli na drewnianym szalunku jakiś brązowawy proszek. Nie wiedzieli, co to jest, więc wysłali próbkę do miejscowego aptekarza. Zdziwili się, gdy ten stwierdził, że to złoto. Nie będę panu zawracał głowy wzorami chemicznymi, ale rozumie pan, stosując katalizatory takie jak dwutlenek siarki lub kwas szczawiowy, można złoto rozpuścić w mieszaninie kwasu azotowego i chlorowodorowego. Złoto strąca się wówczas w postaci brązowego osadu. Potem wystarczy podgrzać ten osad do około tysiąca stopni Celsjusza i na powrót otrzymujemy kruszec w postaci metalicznej. Trzeba tylko uważać na chlor, ale proces nie jest skomplikowany. Czujny nadzorca ze złomowiska szepnął słówko jakiemuś człowiekowi z Dover, ten napisał raport, raport dotarł do policji, stamtąd przywędrował do Scotland Yardu i z czasem trafił do mnie wraz z kopiami deklaracji celnych wszystkich ładunków, jakie Goldfinger kiedykolwiek ekspediował do Indii. Deklaracje mówiły, że trawler przewoził pył mineralny służący za wypełniacz do produkcji nawozów sztucznych. Wiarygodne, bo współczesne nawozy rzeczywiście zawierają cząstki mineralne. Sprawa była jasna jak słońce: Goldfinger przerabiał stare złoto, zamieniając je w ten brązowawy proszek i wiózł je do Indii jako nawóz. Czy mogliśmy go przyskrzynić już wtedy? Otóż nie mogliśmy. Sprawdziliśmy dyskretnie jego saldo bankowe i kwity podatkowe. Dwadzieścia tysięcy funtów w Barclay Bank w Ramsgate. Podatek dochodowy i wyrównawczy płacił regularnie co roku. Liczby wskazywały zwyczajny rozwój dobrze prosperującej firmy jubilerskiej. Przebraliśmy paru ludzi ze Złotego Oddziału i wysłaliśmy ich do fabryki Goldfingera w Reculver. Stukają do drzwi, Goldfinger otwiera: „Przepraszamy pana, rutynowa inspekcja z Działu Rzemiosła Ministerstwa Pracy. Musimy upewnić się, czy pański zakład przestrzega zasad bezpieczeństwa higieny pracy wyznaczonych przez normy prawne”. „Ależ proszę, proszę” – powitał ich pewny siebie. Uważa pan, mógł dostać cynk ze swego banku czy od kogoś innego, okazało się bowiem, że fabryka wytwarza tylko i wyłącznie tanie stopy niezbędne do zaopatrzenia jego warsztatów. Wypróbowywał tam zastosowanie niezwykłych dla branży metali jak aluminium i cyna zamiast tradycyjnych w złotnictwie miedzi, niklu i palladu. Jasne, tu i ówdzie znaleźliśmy ślady złota, znaleźliśmy piece rozgrzewające się do temperatury dwóch tysięcy stopni Celsjusza i tak dalej, ale przecież Goldfinger jest jubilerem i na małą skalę złotnikiem, więc wszystko się jak najbardziej zgadzało. Nasi ludzie odeszli z kwaśnymi minami, wydział prawny zdecydował, że brązowawy proszek z szalunku trawlera to za mało, żeby wnieść oskarżenie bez dowodów uzupełniających i to już mniej więcej wszystko z wyjątkiem tego, że… – Smithers wolno pokiwał cybuchem fajki. – Że nie odłożyłem akt na półki i zacząłem węszyć, wszędzie, aż na krańcach świata.

Smithers zamilkł. Przez półotwarte okno wysoko za jego fotelem sączył się do gabinetu uliczny hałas. Bond zerknął ukradkiem na zegarek. Piąta. Pułkownik wstał. Wsparł się otwartymi dłońmi na blacie biurka i pochylił do przodu.

– Pięć lat strawiłem, by nabrać pewności, panie Bond. Licząc gotówkę, Goldfinger jest najbogatszym człowiekiem w Anglii. W Zurychu, w Nassau, w Panamie, w Nowym Jorku ma w sejfach sztaby złota wartości dwudziestu milionów funtów. Sztaby te, panie Bond, nie wyszły z żadnej mennicy, nie są urzędowo oznakowane, w ogóle nie są ocechowane. To sztaby, które Goldfinger wytopił sam. Poleciałem do Nassau i obejrzałem sobie złoto wartości pięciu milionów funtów. Goldfinger trzyma je w skarbcu Królewskiego Banku Kanady. Dziwne, ale jak wszyscy artyści nie umiał powstrzymać się od podpisania swoich wytworów. Trzeba do tego mikroskopu, ale na każdej sztabce widnieje wydrapana w metalu maleńka literka „Z”. To złoto, panie Bond, w każdym razie jego większość, należy do Anglii. Bank nic tu nie może zdziałać, dlatego zwracamy się do pana, żeby rozliczył się pan z Goldfingerem, żeby odzyskał pan kruszec dla Anglii. Słyszał pan o kryzysie walutowym i zawyżonych kursach bankowych? Oczywiście. Nasz kraj musi mieć to złoto. Im szybciej tym lepiej.

7. Rozmyślania za kierownicą DB III

Bond poszedł za Smithersem do windy. Kiedy czekali, Bond wyjrzał przez wysokie okno w końcu korytarza. Patrzył w głęboką studnię wewnętrznego dziedzińca Banku. Przez potrójne stalowe wrota wjechała tam wymuskana czekoladowobrązowa ciężarówka bez tabliczek z nazwą właściciela. Wyładowano z niej kartonowe, sześcienne pudła. Pudła ustawiano na taśmociągu, którego długi wąż ginął gdzieś w brzuchu Banku Anglii.

Pułkownik Smithers podszedł do Bonda.

– Piątki – rzekł krótko. – Świeży transport z drukarni w Loughton.

Nadjechała winda. Wsiedli.

– Te nowe nie szczególnie mi się podobają – powiedział agent. – Wyglądają tak, jak banknoty każdego innego kraju. Stare były najpiękniejszymi pieniędzmi w świecie.

Przecięli główny hol oświetlony teraz przyćmionym światłem i pusty.

– Fakt, zgadzam się z panem. Kłopot polega na tym, że banknoty fałszowane podczas wojny przez ten cholerny Reichsbank były na oko nie do odróżnienia. Kiedy Rosjanie zdobyli Berlin, wśród innych łupów zagarnęli matryce. Prosiliśmy Narodnyj Bank, ale odmówili zwrotu. My i Ministerstwo Skarbu zdecydowaliśmy, że sprawa jest zbyt niebezpieczna. W każdej chwili, jeśliby tylko Moskwa zechciała, mogli zalać Anglię fałszywymi pieniędzmi. Musieliśmy wycofać stare piątki. Nowe nie są co prawda zbyt ładne, ale przynajmniej piekielnie trudne do podrobienia.

Nocny strażnik wpuścił ich na schody. Na Threadneedle Street nie było prawie wcale ruchu. Nad City zapadła długa noc. Bond pożegnał się z pułkownikiem i ruszył do metra. Uprzednio nie poświęcał Bankowi Anglii zbyt wiele uwagi, ale teraz, zwiedziwszy go od środka, odkrył, że chociaż Wiekowa Dama z Threadneedle Street ma już swoje lata, nadal ma też kilka własnych, do tego ostrych zębów.

O szóstej musiał zdać raport M. Tak też i zrobił. Twarz M. nie była już promienna i różowa. Długi dzień wyrył na niej piętno, zestresował ją, skurczył. Kiedy agent wszedł do gabinetu i przysunął do biurka krzesło, zauważył, jak ogromny wysiłek musi zrobić szef, żeby rozjaśnić umysł i skoncentrować się na kolejnej sprawie, jaką niosła mu służba. M. wyprostował się w fotelu i sięgnął po fajkę.

– No? – warknął.

Bond znał fałszywą zaczepność tej szczególnej odżywki. Streszczenie historii nie zajęło mu pięciu minut. Gdy skończył, M. rzekł w zadumie:

– Załóżmy, że będziemy musieli zająć się Goldfingerem… Nie rozumiem, co to za sprawa z tym funtem, ze stawkami bankowymi, nic nie rozumiem z tych finansów, ale wszyscy zdają się podchodzić do tego cholernie poważnie. Zawsze mi się wydawało, że siła funta zależy od tego, jak ciężko wszyscy pracujemy, a nie od tego, ile mamy złota. Po wojnie Niemcy nie mieli wiele złota, no i popatrz, jak daleko zaszli przez te dziesięć lat. Ale dla polityków to chyba zbyt łatwa odpowiedź. Albo, co bardziej prawdopodobne, zbyt trudna. No więc, jak ruszyć tego Goldfinger a? Masz pomysł? Jakiś sposób, żeby się do niego zbliżyć? Może zaproponujesz, że odwalisz za niego jakąś brudną robotę albo coś w tym stylu…

Bond rzekł z namysłem:

– Gdybym się do niego przyczepił, gdybym zaczął nagabywać o pracę i tak dalej, niczego bym nie osiągnął, sir. Powiedziałbym, że Goldfinger jest typem człowieka szanującego wyłącznie ludzi silniejszych i sprytniejszych od siebie. Dałem mu nauczkę i jedynym odzewem z jego strony jest zaproszenie na partię golfa. Może więc z nim zagrać?

– Jeden z moich najlepszych agentów spędza czas, grając w golfa! Szlachetne hobby, bardzo szlachetne! – Sarkazm w głosie M. był przyćmiony znużeniem, pełen rezygnacji. – No dobrze, graj. Ale jeżeli to, co mówisz, jest prawdą, lepiej z nim wygraj. Jaką wymyśliłeś sobie przykrywkę?

Bond wzruszył ramionami.

– Jeszcze nic nie wymyśliłem, sir. Może na przykład, że zamierzam odejść z Universal Export? Że nie ma tam dla mnie przyszłości? Jestem na wakacjach i rozglądam się za czymś. Rozważam możliwość wyemigrowania do Kanady, bo Anglii mam dość. Coś w tym rodzaju. Ale chyba lepiej grać zależnie od sytuacji. Nie sądzę, żeby Goldfinger dał się łatwo oszukać.

– Dobrze. Składaj mi sprawozdania o postępach w sprawie. I nie myśl sobie, że mnie ta afera nie interesuje. – Zmienił mu się głos, wyraz twarzy również. Jego spojrzenie stało się twarde, wzbudzające szacunek. – A teraz powiem ci coś, czego w Banku ci nie powiedzieli. Tak się składa, że ja też wiem, jak wyglądają złote sztaby Goldfingera. Prawdę mówiąc, dzisiaj miałem jedną z nich w ręku. Tak, z wyskrobanym „Z” i tak dalej. Złowiliśmy ją w zeszłym tygodniu, kiedy w biurach przedsiębiorstwa dyrekcji Redlanda w Tangerze „wybuchł pożar”. Można było ten „pożar” przewidzieć. Od wojny to już dwudziesta z tych nietypowych sztab złota, jaka nam się trafia.

– Ale przecież ta z Tangeru pochodzi z sejfów SMIERSZ-u!

– przerwał mu Bond.

– Właśnie. Sprawdziłem to. Dziewiętnaście pozostałych sztab oznakowanych literą „Z” zostało odebranych agentom organizacji SMlERSZ. – M. zamilkł, po czym dodał łagodnie: – Wiesz co, 007? Wcale bym się nie zdziwił, gdyby Goldfinger okazał się ich bankierem za granicą, kimś w rodzaju skarbnika…

***

DB III pokonał ostatnią milę równiny na pełnym gazie. Potem, na krótkiej stromiźnie wzgórza, Bond rajdowo zredukował biegi najpierw na trójkę, później na dwójkę, by nieuchronnie utkwić w sznurze samochodów wolno pełznących przez Rochester. Silnik wozu, poskromiony aksamitnymi kleszczami przednich tarcz hamulcowych, zajęczał w proteście, strzelając z cicha z dwóch rur wydechowych. Bond znów wrzucił trójkę, przeskoczył światła u podnóża wzniesienia i miękko dołączył do węża pojazdów, które – jeśli mu się poszczęści – będą wlec się cały kwadrans, nim miną nie kończące się zabudowania Rochester i Chatham.

Bond zredukował do dwójki, potem zdjął nogę z gazu. Sięgnął po dużą, brązową papierośnicę z morlandami spoczywającą na kubełkowym fotelu obok, pogrzebał w niej, wyjął papierosa i zapalił go zapalniczką z deski rozdzielczej wozu.

Jechał trasą A2, choć A20 wiodła bezpośrednio do Sandwich. Chciał jednak przedtem rzucić okiem na ziemię Goldfingera, na pogrążoną w smutku wstęgę Tamizy i na Reculver, które złotnik obrał sobie za siedzisko. Później przetnie Isle of Thanet, dotrze do Ramsgate, zostawi torbę w Channel Pocket, zje wczesny lunch j ruszy do Sandwich.

Samochód należał do Scotland Yardu. Proponowano mu aston martina albo jaguara 3.4. Zdecydował się na DB III. Każdy z tych wozów pasował do jego przykrywki – zamożny, szukający przygód młody człowiek, lubujący się we wszystkim, co w życiu dobre i szybkie. Ale DB III miało dodatkowe zalety: nie rzucający się w oczy stalowoszary kolor i kilka specjalnych urządzeń, które – może tak, może nie – mogły się przydać. Do wyposażenia specjalnego zaliczyć należało przełącznik zmieniający kształt i kolor tylnych i przednich świateł wozu na wypadek, gdyby nocą Bond kogoś śledził lub sam był śledzony, wzmocnione, stalowe zderzaki, gdyby musiał coś staranować, colta.45 o długiej lufie w zmyślnym schowku pod siedzeniem kierowcy, radiowe urządzenie naprowadzające zestrojone z odbiornikiem zwanym „Homer” oraz sporo zamaskowanych skrytek, które zmyliłyby czujność wielu celników.

Bond skorzystał z okazji, przeskoczył pięćdziesiąt jardów do przodu i wślizgnął się w dziesięciojardową lukę pozostawioną przez jakąś wielką limuzynę bez refleksu. Jej kierowca w kapeluszu naciśniętym dokładnie na czubek głowy – a nieomylny to znak kierowcy beznadziejnego – zatrąbił ze złością. Bond wysunął rękę za okno i pogroził mu energicznie pięścią. Trąbienie ustało.

Rozważmy więc teorię M… Trzyma się kupy. Rosjanie notorycznie zaniedbywali swoich ludzi, jeśli idzie o płace. Ich ośrodki nigdy nie dysponowały funduszami, agenci ciągle skarżyli się Moskwie, że nie stać ich nawet na porządny posiłek. Może SMIERSZ nie był po prostu w stanie wydębić rubelków od Ministerstwa Spraw Wewnętrznych? A może Ministerstwo Spraw Wewnętrznych nie było w stanie wyciągnąć forsy od Ministerstwa Finansów? Jakkolwiek by było, sprawa zawsze sprowadzała się do tego samego: do nie kończących się kłopotów z pieniędzmi. Rezultatem tego były zaprzepaszczone okazje, nie dotrzymane obietnice i zmarnowane seanse jakże niebezpiecznej łączności radiowej. Dlatego pociągnięciem całkiem rozsądnym wydawało się zainstalowanie gdzieś za granicą człowieka o bystrym umyśle finansowym, człowieka, który nie tylko przesyłałby fundusze do istniejących ośrodków, ale również, jak w tym wypadku, czerpałby ze swej działalności zyski wystarczająco duże, żeby prowadzić zagraniczne agendy SMIERSZ-u bez żadnego wsparcia z Moskwy. Mało tego, produktem ubocznym działalności Goldfingera było znaczne nadwyrężenie systemu walutowego wrogiego mu kraju. Jeśli założenie jest słuszne, świadczy tylko o typowo smierszowskim mistrzostwie – genialny plan bezbłędnie realizowany przez wybitny umysł. A to z kolei, dumał Bond, prując pod górę do Chatham i zostawiając za sobą dobrych kilka wozów, wyjaśniałoby częściowo zachłanność Goldfingera, jego chęć zdobywania coraz większych i większych pieniędzy. Poświęcenie dla sprawy, poświęcenie dla organizacji, a może też perspektywa Orderu Lenina dyndającego u piersi stanowi znakomity bodziec do tego, żeby uciułać nawet dziesięć, dwadzieścia tysięcy dolarów, kiedy nadarzy się ku temu okazja. A jeśli okazja się nie nadarzy, trzeba ją samemu stworzyć. Fundusze na Czerwoną Rewolucję, na posłuszeństwo wymuszone strachem, w czym szczególnie specjalizował się SMIERSZ, nigdy nie są wystarczające. Goldfinger nie gromadził fortuny dla siebie, Goldfinger gromadził bogactwa, żeby podbić świat! Że trafi mu się czasem mało ryzykowna wpadka, jak ta za sprawą Bonda? Nic to! Dlaczego? No bo nawet gdyby Bank Anglii wyciągnął na światło dzienne każdą z jego uprzednich operacji przerzutowych, na ile lat by go wsadzili za kratki? Na dwa? Na trzy lata?

Na przedmieściach Gillingham ruch zmalał. Bond przyśpieszył, lecz nie za mocno, delikatnie. Szedł za myślami tak, jak ręce i stopy za automatycznymi odruchami.

A więc w trzydziestym siódmym organizacja SMIERSZ przysłała tu młodego Goldfingera ze złotym pasem. W czasie szkolenia w leningradzkim ośrodku wywiadowczym musiał wykazać się specjalnymi uzdolnieniami i rozwiniętą żądzą posiadania. Powiedzieli mu, że będzie wojna, że musi się zamaskować i cichuteńko zacząć gromadzić pieniądze. W żadnym wypadku nie wolno mu niczym zabrudzić sobie rąk, nie wolno mu kontaktować się z agentami, nie wolno ani otrzymywać, ani przekazywać żadnych wiadomości. Jasne, opracowano z pewnością jakiś system. „Używany vauxhall ‘39. Pierwszy właściciel. Ł1000”, „Rover w idealnym stanie. Ł2000”, „Bentley. Ł5000”. Tylko ogłoszenia nie rzucające się w oczy, ogłoszenia nie wymagające korespondencji. Ceny zawsze trochę za wysokie, opis niezbyt dokładny. Plasowane na ostatniej stronie „The Timesa”? Obok list zaginionych w czasie wojny? I Goldfinger zostawiał sztabkę złota wartości dwóch, pięciu tysięcy funtów w jednej z licznych, bardzo licznych skrytek, których rozmieszczenie opracowano w Moskwie, zanim wyjechał. Jakiś most, pień spróchniałego drzewa, kamień w strumieniu gdzieś – ileż jest możliwości! – w Anglii. A potem już nigdy, przenigdy, pod żadnym pozorem nie odwiedzał tej skrytki. To zadaniem Moskwy było dopilnować, żeby ich agent trafił do zamaskowanego skarbu. Po wojnie, gdy Goldfinger zaczął prosperować, kiedy stał się grubą rybą, mosty i drzewa przestały być używane jako skrytki. Teraz przekazywano mu daty, numery sejfów depozytowych w bankach, numery schowków bagażowych na stacjach. Ale wciąż obowiązywała zasada, że Goldfinger nie może skorzystać z tej samej skrytki dwa razy, nie może nigdy narazić się na niebezpieczeństwo. Może otrzymywał instrukcje tylko raz do roku na jakimś przypadkowym spotkaniu w parku, w liście wsuniętym ukradkowo do kieszeni w pociągu? I zawsze chodziło o sztaby złota, o złoto anonimowe, złoto, którego pochodzenia nie sposób ustalić nawet w wypadku przejęcia kruszcu, złoto nacechowane tylko maleńkim „Z” – znakiem próżności Goldfingera. To właśnie na ten znak natknął się w trakcie pełnienia swych obowiązków strażnik Banku Anglii, pułkownik Smithers.

Samochód Bonda sunął teraz wśród nie kończących się sadów należących do plantatorów z Faversham. Zza londyńskiego smogu wychynęło słońce. Na lewo Bond dostrzegł odległy refleks bijący od Tamizy. Na rzece panował ruch. Agent widział długie, lśniące tankowce, przedpotopowe schujty z Holandii, a na nich krępych marynarzy floty handlowej. Zjechał z drogi na Canterbury i skręcił na wspaniałą autostradę jakże nie pasującą do krainy tanich bungalowów, rozciągającej się w okolicach Whitstable, Herne Bay, Birchington i Margate. Wciąż wlókł się pięćdziesiątką. Trzymał kierownicę leciutko, niczym delikatne lejce, wsłuchiwał się w łagodny szum silnika i układał łamigłówkę z myśli tak, jak dwa dni temu układał w archiwum portret pamięciowy Goldfingera.

Zasilając krwawy pysk SMIERSZU-u milionem, dwoma milionami funtów rocznie, dumał sobie, Goldfinger wciąż zwiększał swe piramidalnych rozmiarów rezerwy. Pracował nad nimi, zapędzał je do roboty, kiedy tylko sprzyjały temu okoliczności, gromadził nadwyżki na dzień, gdy zabrzmią czerwone trąby Krymu, gdy każdy element złotej machiny wojennej zostanie zmoblizowany. I nikt poza Moskwą nie dostrzegał tego procesu, nikt nie podejrzewał, że Goldfinger – jubiler, metalurg, stały mieszkaniec Reculver i Nassau, szanowany członek Blades i Royal St Marks w Sandwich – jest jednym z największych spiskowców wszechczasów, że finansował zabójstwa popełniane na setkach, może na tysiącach ofiar SMIERSZ-u na całym świecie. SMIERSZ? – Śmierć Szpionam, zbrodniczy organ Wysokiego Prezydium! Tylko M. miał takie podejrzenia, tylko Bond o nich wiedział. I oto Bond zostaje ciśnięty w tego człowieka ślepym trafem, serią przypadków zapoczątkowanych awarią samolotu na drugim końcu świata. Agent uśmiechnął się do siebie ponuro. Jakże często zdarzało się to w jego zawodzie. Maleńki żołądź przypadku strzelał w górę jako potężny dąb tak wysoko, że gałęzie zaciemniały niebo. Bond po raz kolejny wyruszał, żeby ukrócić straszliwy rozrost drzewa. Ale czym? Torbą pełną kijów do golfa?

Przemalowany na błękitno ford popular z wielkimi, żółtymi skrzydłami jechał środkiem drogi tuż przed nim. Bond machinalnie zatrąbił parę razy, krótko i grzecznie. Żadnej reakcji. Ford nadal wlókł się czterdziestką. Jego kierowca zgarbił się zawzięcie za kółkiem, nadal trzymał dotychczasowy kurs i tyle. No bo po cóż jechać z szybkością większą niż szacowne czterdzieści mil na godzinę? Bond ryknął klaksonem spodziewając się, że facet zjedzie na bok. Facet nie zjechał; Bond musiał lekko przyhamować. Niech to cholera! No jasne! Ta charakterystyczna, spięta sylwetka, te dłonie ujmujące kierownicę znacznie za wysoko i – jakże by inaczej! – kapelusz, tym razem szczególnie ohydny czarny melonik wciśnięty dokładnie na czubek wielkiej, kulistej głowy! Tam do diabła! – pomyślał Bond. Ostatecznie to on nabawił się wrzodów żołądka, nie ja. Zredukował biegi i wbiwszy gaz do deski, pogardliwie wyprzedził forda z lewej. Głupi palant, no!

Jeszcze pięć mil i DB III zostawił za sobą wykwintną telekrainę Herne Bay. Z lotniska Manston po prawej stronie dobiegł ogłuszający huk – klucz trzech Super Sabrów podchodził do lądowania. Przecięły ślizgiem linię horyzontu, nurkując prosto w ziemię. Skupiony na czym innym, Bond usłyszał jeszcze, jak ryk silników dogania maszyny, gdy te usiadły i zaczęły kołować ku hangarom. Skrzyżowanie i drogowskaz w lewo: RECULVER. W dole – zabytkowy znak przydrożny wskazujący dojazd do kościoła. Bond zwolnił, ale się nie zatrzymał. Żadnego zwiedzania. Jechał ostrożnie dalej, mając oczy szeroko otwarte. Linia brzegowa była w tej okolicy zbyt odsłonięta i trawler mógł tu tylko rzucić kotwicę lub dobić do brzegu. Goldfinger musiał korzystać z nabrzeża w Ramsgate. To mały, cichy port. Do tego celnicy i policjanci, których praca sprowadzała się najpewniej jedynie do węszenia za koniakiem szmuglowanym z Francji. Gęsta kępa drzew między szosą a brzegiem. Za nią mignęły Bondowi jakieś dachy i niezbyt wysoki komin fabryczny, z którego wydobywała się delikatna mgiełka dymu lub pary. To chyba to. Wkrótce ujrzał przed sobą bramę, a za nią długą aleję. Dyskretny acz kategoryczny napis głosił: ZAKŁAD METALURGII STOPÓW W THANET. OSOBOM NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP WZBRONIONY. Bardzo poważnie to brzmiało. Bond jechał wolno dalej. Ale dalej nie było już nic do oglądania. Skręcił zaraz w prawo i przez równię okolic Manston ruszył do Ramsgate.

Dochodziła dwunasta. Bond rozejrzał się po pokoju: dwójka z łazienką na ostatnim piętrze hotelu Channel Pocket. Rozpakował kilka drobiazgów i zszedł do snack-baru, gdzie wypił wódkę z tonikiem i zjadł dwie porcje znakomitych kanapek z szynką posmarowaną obficie musztardą. Później wsiadł do samochodu i udał się niespiesznie do Royal St Marks w Sandwich.

Agent 007 wniósł kije golfowe do magazynu, a stamtąd do warsztatu. Alfred Blacking mocował właśnie nowy uchwyt do drewnianej jedynki, do kija golfowego zwanego driverem.

– Jak się masz, Alfredzie.

Instruktor podniósł oczy i spojrzał ostro na Bonda. Na jego opalonej, skórzastej twarzy zjawił się szeroki uśmiech.

– Czyżby to pan James?! – Uścisnęli sobie dłonie. – Ile to już lat!? Piętnaście? Dwadzieścia? Cóż pana tu sprowadza, sir? Nie dalej jak wczoraj ktoś mi właśnie mówił, że z pana teraz dyplomata, czy coś takiego, że wciąż pan siedzi za granicą. A niech mnie! Czy poprawił pan wreszcie to swoje płaskie uderzenie, sir? – Alfred Blacking złożył ręce i zademonstrował niski, płaski strzał.

– Obawiam się, że nie, Alfredzie. Nigdy nie miałem czasu, żeby się przyłożyć. Jak się miewa małżonka? Jak Cecil?

– Nie narzekam, sir. W zeszłym roku Cecil zajął drugie miejsce w mistrzostwach Kentu. W tym roku wygra, jeśli tylko uda mu się częściej wymykać ze sklepu na murawę.

Bond oparł kije o ścianę. Dobrze być znów na starych śmieciach. Nic się tu nie zmieniło. Swego czasu, jako nastolatek, potrafił rozgrywać w St Marks po dwie partie dziennie, dzień w dzień, od poniedziałku do niedzieli. Blacking zawsze chciał się do niego wziąć. „Trochę praktyki, panie James, i grałby pan bez handicapu. Poważnie, naprawdę by pan grał. A tak kręcisz się pan ciągle dookoła szóstki. I po co to panu? Gra pan jak złoto, tylko ten płaski zamach i to, że za każdym razem chce pan wysłać piłkę za horyzont. Bez sensu. I ma pan temperament. Dwa lata, może nawet rok i doprowadzę pana do mistrzostw amatorskich”. Ale coś szeptało wtedy Bondowi, że w jego życiu nie znajdzie się wiele miejsca na golfa i że skoro w ogóle lubi grać, lepiej zapomnieć o lekcjach Blackinga i machać kijem tak, jak umie. Tak, to już chyba dwadzieścia lat, odkąd rozegrał tu ostatni mecz. Potem nigdy nie odwiedzał St Marks. Nie był w St Marks nawet wtedy, gdy zdarzyła się ta parszywa historia w Kingsdown, dziewięć mil dalej, na wybrzeżu. Moonraker… Sentymenty? Może. Od czasów St Marks Bond grywał całkiem sporo, w weekendy, kiedy pracował w kwaterze głównej. Lecz grywał wyłącznie na polach wokół Londynu: w Huntercombe, w Swinley, w Sunningdale, Berkshire. Jego handicap zwiększył się co prawda do dziewięciu punktów, ale to była solidna dziewiątka. Musiała być solidna, wybierał bowiem graczy ostrych, twardych i wesołych jak ci z Nassau, co to grali po dziesięć funtów od punktu i chętnie stawiali po meczu podwójną anyżówkę.

– Da się dzisiaj z kimś zagrać, Alfredzie?

Blacking rzucił okiem przez okno wychodzące na parking otaczający wysoki maszt flagowy i potrząsnął głową.

– Z tym będzie kiepsko, sir. O tej porze roku w środku tygodnia nie mam zbyt wielu klientów.

– A ty?

– Przykro mi, sir, jestem zajęty. Gram z jednym z członków klubu. Grywam z nim regularnie, codziennie o drugiej. W dodatku jak na złość Cecil wyjechał do Princes poćwiczyć trochę przed mistrzostwami. Pech, psiakość! (Alfred nigdy nie używał przekleństwa mocniejszego niż „psiakość”.) Że też musiał jechać akurat dzisiaj! Jak długo tu pan będzie, sir?

– Niezbyt długo, Alfredzie, ale nie przejmuj się. Wezmę koszowego i poćwiczymy sobie. Kim jest ten gość, z którym grasz?

– Nazywa się Goldfinger, sir. – Alfred przybrał zniechęcony wyraz twarzy.

– Ach, Goldfinger! Znam go! Poznaliśmy się niedawno w Stanach.

– Naprawdę? – Najwidoczniej trudno mu było uwierzyć, że ktoś może znać Goldfingera. Wpatrywał się uważnie w twarz Bon-da, chcąc z niej wyczytać coś więcej.

– Dobry jest? – zapytał Bond.

– Nie najgorszy. Mocna dziewiątka.

– Musi traktować golfa cholernie poważnie, skoro grywa z tobą codziennie.

– Chyba tak, sir. – Instruktor przybrał wyraz twarzy, który Bond doskonale pamiętał. Wyraz ów oznaczał, że Blacking nie miał zbyt pochlebnej opinii o danym graczu, lecz jako dobry pracownik klubu był zbyt taktowny, żeby o tym mówić.

Bond uśmiechnął się.

– Nie zmieniłeś się, Alfredzie. Chcesz powiedzieć, że nikt z nim nie chce grać, prawda? Pamiętasz Farquharsona, tego najwolniejszego gracza w Anglii? Dwadzieścia lat temu miałeś do niego anielską cierpliwość. No, co jest z tym Goldfingerem?

Instruktor roześmiał się głośno.

– Psiakość, to pan się nie zmienił, sir! Zawsze był z pana ciekawski facet! – Podszedł krok bliżej i zniżył głos. – Prawda jest taka, sir: niektórzy członkowie klubu uważają, że Goldfinger jest trochę za cwany. Poprawia sobie ułożenie piłeczki i tak dalej. Rozumie pan, o co chodzi? – Blacking ujął kij, który naprawiał, przyjął pozycję, spojrzał w stronę nie istniejącego dołka i kilkakrotnie stuknął głowicą kija o ziemię w pobliżu wyimaginowanej piłeczki. – „Więc mówicie, koszowy, że ten kij to brassie? Inaczej mówiąc drewniana dwójka? Ano zobaczymy, zobaczymy…” – Instruktor zachichotał. – Oczywiście, kiedy już przestanie walić kijem w ziemię, okazuje się, że to naprawdę drewniana dwójka zwana brassie-rem i że ziemia jest już ubita na tyle, by piłeczka wystawała z niej na cal. – Blacking spoważniał. – Ale to tylko plotki, sir. Sam nigdy nic nie widziałem. To spokojny, opanowany dżentelmen. Mieszka w RecuWer. Kiedyś bywał tu bardzo często, ale ostatnimi laty spędza w Anglii tylko parę tygodni. Wtedy dzwoni i pyta, czy ktoś ma ochotę zagrać, a jeśli nie ma nikogo, rezerwuje Cecila albo mnie. Telefonował dziś rano i pytał o chętnego do gry, bo czasami wpada tu ktoś obcy. – Blacking spojrzał z powątpiewaniem na Bonda. – Chyba panu nie pasuje ten Goldfinger, co? Trochę dziwnie by to wyglądało: pan, jego znajomy, ma ochotę zagrać, a ja mu mówię, że nikogo nie ma. Mógłby sobie pomyśleć, że cały ten czas wyciskałem z niego pieniądze albo coś takiego. Nie uchodzi.

– Bzdura, Alfredzie. Poza tym musisz jakoś zarobić na życie. Dlaczego by nie zagrać we trzech?

– On się na to nie pisze, sir. Twierdzi, że we trzech gra się wolno. Tu się z nim zgadzam. I proszę się nie kłopotać o mój zarobek. W warsztacie czeka mnóstwo roboty i jeśli będę miał wolne popołudnie, z przyjemnością się do niej zabiorę. – Zerknął na zegarek. – Lada moment powinien tu być. Mam dla pana koszowego. Pamięta pan Hawkera? – Blacking roześmiał się swobodnie. – Stary, poczciwy Hawker. Nic a nic się nie zmienił. On też się ucieszy, że znów pan z nami jest.

– Dzięki, Alfredzie – odrzekł Bond. – Ciekawiłoby mnie, jak ten gość pogrywa. A może zrobimy tak. Powiedz mu, że wpadłem naprawić kij, że jestem starym członkiem klubu. Powiedz, że grywałem tu przed wojną. Tak przy okazji naprawdę potrzebuję drewnianej czwórki. Ta stara – mam ją jeszcze od ciebie – poluzowała się trochę w spojeniu. Zachowuj się naturalnie. Niby nie wiem, że on tu jest, rozumiesz? Zostanę w warsztacie, więc będzie mógł się zdecydować, nie urażając przy tym mnie. Może nie spodoba mu się moja twarz, może wynajdzie inny powód na nie? Jasne?

– Bardzo dobrze, panie James, proszę to zostawić mnie. Już jedzie, to jego wóz. – Blacking wskazał ręką za okno. Pół mili dalej jasnożółty samochód skręcił właśnie w aleję prowadzącą do klubu. – Śmiesznie wygląda ta landara. Widywaliśmy tu takie, kiedy byłem mały.

Bond patrzył, jak Silver Ghost sunie majestatycznie w stronę klubu. Rolls był wspaniały. Promienie słońca biły refleksami od srebrzystej chłodnicy i od aluminiowej pokrywy silnika, nad którą wznosiła się strzelista, prostopadła tafla szyby. Bagażnik umieszczony na dachu tej ciężkiej, sedanowatej limuzyny – jakże brzydkiej dwadzieścia lat temu, jakże pięknej dzisiaj – świecił wypolerowanym brązem podobnie jak dwa reflektory typu Lucas „Król Szos” spoglądając wyniośle na drogę i wylot stareńkiego, wygiętego w kształcie węża sygnału dźwiękowego na gumową gruszkę. Cała karoseria, z wyjątkiem czarnego dachu, czarnych listw po bokach i łukowatych wstawek pod oknami, była bladożółta jak pierwiosnek. Bondowi przemknęło przez myśl, że ten południowoamerykański prezydent mógł skopiować jeden z egzemplarzy słynnej „Żółtej Flotylli” Lorda Lansdale’a, którą Lord zwykł był wyprawiać się na Derby do Ascot.

A któż siedział za kierownicą teraz? Agent ujrzał tam mężczyznę w czapce i w kawowomlecznej kurtce. Jego wielką, okrągłą twarz przesłaniały gogle w czarnych oprawkach. Na miejscu pasażera tkwił przysadzisty, ubrany na czarno facet w meloniku naciśniętym mocno na czubek głowy. Obaj dziwnie nieruchomi, spoglądali prosto przed siebie. Wyglądało to tak, jakby prowadzili karawan.

Wóz zbliżał się. Spojrzenie sześciu par oczu – oczu obu mężczyzn i dwóch wielkich ślepiów rollsa – zdawało się kierować w stronę okienka i wbijać w Bonda.

Agent cofnął się odruchowo w głąb ciemnego warsztatu. Wziął ze stołu jakiś kij, pochylił się i, zadumany, posłał nie istniejącą piłeczkę w kierunku sęka w drewnianej podłodze.

Część II: ZBIEG OKOLICZNOŚCI

8. Gra o wszystko

– Dzień dobry, Blacking. Wszystko przygotowane? – Głos brzmiał zdawkowo, autorytatywnie. – Widzę tu jakiś samochód. Czyżby ktoś miał ochotę zagrać?

– Nie jestem pewien, sir. To jeden ze starych członków klubu. Przyjechał naprawić kij. Czy chciałby pan, żebym go o to zapytał?

– Kto to jest? Jak się nazywa?

Bond uśmiechnął się ponuro i nastawił uszu. Chciał wychwycić każdą subtelność w głosie Goldfingera.

– Nazywa się Bond, sir. Króciutka chwila ciszy.

– Bond? – Głos mu nawet nie drgnął. Goldfinger mówił z grzecznym zainteresowaniem. – Niedawno poznałem kogoś o tym nazwisku. Jak mu na imię?

– James, proszę pana.

– Zgadza się… – Tym razem złotnik zamilkł na dłużej. – Czy on wie, że tutaj jestem? – Bond czuł, jak macki Goldfingera sondują grunt.

– Pan Bond jest w warsztacie, sir. Pewnie widział, jak zajeżdża pański wóz. – Agent pomyślał, że Blacking nigdy w życiu nie skłamał, więc nie zacznie kłamać i teraz.

– Może to i myśl… – Goldfinger zaczął mówić bez ogródek. Czegoś chciał od Alfreda, chciał informacji. – Jak ten gość gra? Jaki ma handicap?

– Kiedy był chłopcem, grał całkiem niezgorzej, sir. Od tamtej pory nie widziałem go na polu.

– Hmmm…

Bond wiedział, że w tej chwili Goldfinger wszystko sobie rozważa, ale czuł, że przynęta chwyci. Sięgnął do torby po swój driver i zaczął nacierać uchwyt kostką szelaku – równie dobrze mógł udawać, że coś robi. W magazynie skrzypnęła deska. Bond stał tyłem do otwartych drzwi i pracowicie machał ręką.

– Myśmy się już chyba spotkali… – Głos od progu. Niski, pozbawiony wyrazu.

Bond spojrzał przez ramię.

– Chryste, przestraszył mnie pan, że aż podskoczyłem. Ależ… Ależ to pan… – Na twarzy agenta zagościł wyraz zdziwienia. – Ależ tak, pan Gold… Pan Goldman! Nie! Goldfinger! – Miał nadzieję, że nie przesadza. – Skąd się pan tu wziął?! – dodał z odrobiną niechęci i braku zaufania.

– Mówiłem panu, że tutaj grywam. Nie pamięta pan? – Goldfinger wbił w niego przeszywające spojrzenie. Oczy miał szeroko otwarte. I znów jego wzrok niczym promienie rentgena spenetrował czaszkę Bonda.

– Nie.

– Czy panna Masterton przekazała panu moje zaproszenie?

– Nie. Jakie zaproszenie?

– Miała panu powtórzyć, że będę w Sandwich i że chciałbym rozegrać z panem partię golfa.

– No cóż… – Bond mówił z chłodną uprzejmością. – Musimy kiedyś zagrać.

– Umówiłem się na trening z instruktorem, ale zagram z panem. – Goldfinger nie proponował, Goldfinger stwierdzał fakt.

Nie ulegało wątpliwości, że połknął haczyk. Teraz Bond musiał udać, że grać nie chce.

– Może innym razem. Przyjechałem zamówić nowy kij. Poza tym, wyszedłem z wprawy. I pewnie nie ma wolnego koszowego. – Bond odpowiadał tak niegrzecznie, jak tylko mógł. Oczywiste było, że gra z Goldfingerem była ostatnią rzeczą, jakiej pragnął.

– Ja też ostatnio nie grałem. (Cholerny łgarz! – pomyślał agent.) A dopasowanie nowego kija trochę potrwa. – Goldfinger odwrócił głowę w stronę magazynu. – Blacking, znajdzie się koszowy dla pana Bonda?

– Tak jest, sir.

– Więc sprawa załatwiona.

Bond cisnął ze znużeniem kij do torby.

– No dobrze. – Postanowił wykorzystać ostateczną broń, żeby zniechęcić Goldfingera. Rzekł szorstko: – Ale ostrzegam pana, lubię grać na pieniądze. Nie zamierzam ganiać po polu ot tak, dla zabawy. – Większego chama nie można już udać, pomyślał zadowolony z siebie.

Czyżby w wyblakłych oczach Goldfingera dostrzegł szybko ukrytą iskrę triumfu…?

– To mi odpowiada. Jak pan sobie życzy. Gramy, oczywiście, bez handicapu. O ile pamiętam, ma pan dziewiątkę.

– Tak.

– Gdzie ją pan zdobył, jeśli wolno wiedzieć? – spytał ostrożnie złotnik.

– W Huntercombe. – Bond miał dziewiątkę i w Sunningdale, ale Huntercombe było łatwiejszym polem. Dziewięć punktów w Huntercombe nie wystraszy Goldfingera.

– Ja też mam dziewiątkę. Zdobyłem ją tutaj, w St Marks. Moje nazwisko jest na tablicy. Gra będzie więc wyrównana, prawda?

Bond wzruszył ramionami.

– Jest pan dla mnie za dobry.

– Wątpię. Ale – dodał lekko – powiem panu, co zrobię. Czy pamięta pan kwotę, której mnie pan pozbawił w Miami? Dziesięć tysięcy dolarów, pańskie honorarium. Lubię hazard. Z przyjemnością zaryzykuję: podwójnie lub kwita. Zgoda?

Bond odparł obojętnie:

– To za dużo. – Potem, jak gdyby przemyślawszy to sobie i doszedłszy do wniosku, że grę można przecież wygrać, dodał: – Oczywiście, to były w pewnym sensie „znalezione pieniądze”, nie będzie mi ich brakować. No cóż, dobrze. Łatwo przyszło, łatwo poszło. Bez handicapu. Stawka – dziesięć tysięcy dolarów.

Goldfinger odwrócił się.

– Wszystko już ustalone, panie Blacking – rzekł niespodziewanie słodkim głosem. – Wielkie dzięki. Niech pan dopisze do rachunku swoje honorarium. Przykro mi, że dzisiaj nie zagramy. Pozwoli pan, opłacę koszowych.

Alfred Blacking wszedł do warsztatu i podniósł kije Bonda. Spojrzał mu prosto w oczy.

– Proszę pamiętać, co panu mówiłem, sir. – Mrugnął jednym okiem. – Mam na myśli ten płaski zamach. Niech pan uważa. Cały czas.

Bond uśmiechnął się. Alfred miał długie uszy. Mógł nie dosłyszeć, o jaką stawkę będzie toczyła się gra, ale wiedział, że w jakimś sensie będzie to gra ważna.

– Dzięki, Alfredzie, nie zapomnę. Wezmę cztery piłeczki. Pefoldy, jak kiedyś. Te z sercami. I z tuzin podstawek. Zaraz wracam.

Bond przeszedł przez magazyn i znalazł się przy swoim DB III. Facet w meloniku polerował szmatką karoserię rollsa. Agent wyczuł – nie patrzył w tamtą stronę – że mężczyzna przerwał pracę i obserwuje, jak Bond zabiera z wozu torbę na zamek błyskawiczny i jak wraca do klubu. Facet miał kwadratowo-płaską, żółtą twarz. Jeden z Koreańczyków…?

Bond uregulował z Hamptonem, stewardem, opłatę za korzystanie z pola i ruszył do przebieralni. Tutaj też nic się nie zmieniło – ten sam zapach starego obuwia, skarpetek i zeszłorocznego potu. Dlaczego tradycją najsławniejszych klubów golfowych w Anglii jest utrzymywanie higieny na poziomie takim, jaki obowiązywał w wiktoriańskich szkołach prywatnych? Bond zmienił skarpetki i włożył parę starych, sponiewieranych, nabijanych gwoździami saxonów. Zdjął kurtkę w brązowawo-białą kratę i narzucił wyblakłą wiatrówkę. Papierosy? Zapalniczka? Był gotów do wyjścia.

Szedł wolno, sposobiąc umysł do spotkania. Celowo wciągnął Goldfingera w męską grę o wysoką stawkę. Chciał, żeby złotnik obdarzył go szacunkiem i żeby ostatecznie utwierdził się w przekonaniu, iż Bond to typ bezwzględny, twardy awanturnik, którego można by ostatecznie wykorzystać. Początkowo agent sądził, że zagra z Goldfingerem tak, jak z tymi z Nassau, o setkę. Ale o dziesięć tysięcy dolarów! Gry singlowej o tak wysoką stawkę nie było chyba w historii golfa z wyjątkiem finałów Mistrzostw Ameryki albo wielkich rozgrywek amatorskich Calcutta Sweeps, gdzie to raczej obstawiający niż grający mają forsę. Prywatne rachuby Goldfingera musiały doznać nielichego uszczerbku. Nie podobało mu się to i cholernie mocno chciał odzyskać pieniądze. Gdy Bond wspomniał o wysokich stawkach, złotnik dostrzegł w tym swoją szansę. Kości rzucone. Lecz jedno było pewne: dla stu powodów Bond nie mógł sobie pozwolić na porażkę.

Zaszedł do magazynu i wziął od Blackinga piłeczki oraz podstawki.

– Kije ma Hawker, sir.

Bond ruszył spacerkiem przez pięciuset jardowej długości pole strzyżonej darni, które wiodło do oznakowanego miejsca, skąd rozpoczynała się gra do pierwszego dołka. Goldfinger ćwiczył na trawie. Koszowy stał w pobliżu, tocząc ku niemu coraz to nowe piłeczki. Złotnik wprowadzał je do dołka nowym stylem, trzymając kij między nogami. Agent poczuł się lepiej – nie wierzył w tę metodę. Sam ją sprawdził i wiedział, że jest do niczego. Jego stary kij, poczciwa Calamity Jane z białego orzecha amerykańskiego, sprawdzał się raz lepiej, raz gorzej. Nic na to nie poradzi. Wiedział też, że trawa pola treningowego przy klubie niczym – ani szybkością, ani ułożeniem źdźbeł – nie przypomina pola właściwego.

Zrównał się z beztroskim, lekko utykającym Hawkerem, który szedł wolno, wymachiwał kijem Bonda i strzelał od czasu do czasu w wyimaginowaną piłeczkę.

– Jak się masz, Hawker.

– Dzień dobry, sir. – Hawker wręczył Bondowi kij i rzucił na ziemię trzy używane piłeczki. Jego sardoniczno-bystrą twarz starego kłusownika wykrzywił szeroki uśmiech powitalny. – Jak się panu wiedzie, sir? Grał pan choć raz w golfa przez te dwadzieścia lat? Czy potrafi pan jeszcze trafić w dach budki startera? – Hawker miał na myśli dzień, kiedy Bond, próbując przed meczem dokonać tego wyczynu, umieścił dwie piłeczki w oknie budki.

– Sprawdzimy, Hawker. – Bond wziął kij do długich strzałów i ważył go w ręku, oceniając odległość. Stukot piłeczki na polu treningowym ustał. Bond przymierzył się, wziął szybki zamach, uniósł głowę i ciut-ciut a uderzyłby pod właściwym kątem. Za drugim razem skopał strzał. Piłeczka odskoczyła na dziesięć jardów, a za nią poleciał kawał murawy. Agent spojrzał na Hawkera, który przybrał swój najbardziej sardoniczny wyraz twarzy. – Dobra jest, Hawker. To było na pokaz. Teraz strzał dla ciebie. – Stanął obok trzeciej piłeczki, odwrócił wolno kij i dokładnie wytarł głowicę. Piłeczka śmignęła, sto jardów dalej zawisła wdzięcznie w powietrzu, spadła osiemdziesiąt stóp w dół, na strzechę chatki i podskakując, sturlała się na ziemię.

Bond oddał kij. Oczy Hawkera były zamyślone, rozbawione. Nie powiedział nic. Wyciągnął drewnianą jedynkę i wręczył ją Bondowi. Potem ruszyli na miejsce rozpoczęcia gry, rozprawiając o rodzinie koszowego.

Dołączył do nich Goldfinger, beznamiętny, odprężony. Bond pozdrowił jego koszowego, służalczego, gadatliwego faceta o nazwisku Foulks, którego agent nigdy nie lubił, i zerknął na kije przeciwnika. Był to nowiusieńki komplet firmy American Ben Hogan z eleganckimi monogramami klubu St Marks na skórzanych pokrowcach chroniących kije drewniane. Torbę też miał skórzaną, zszywaną grubym ściegiem, jedną z tych uniwersalnych, używanych przez amerykańskich zawodowców; kije umieszczone były w oddzielnych rurkach dla łatwiejszego ich wyjmowania. Sprzęt nieco pretensjonalny, lecz najlepszy.

– Kto z nas będzie miał zaszczyt? – Goldfinger błysnął monetą.

– Reszka.

Wypadł orzeł. Goldfinger wyjął z torby jedynkę i zdarł opakowanie z nowej piłeczki.

– Dunlop 65. Numer jeden. Zawsze używam tych samych piłeczek. A pańska? – spytał.

– Penfold. Z sercami.

Goldfinger spojrzał zjadliwie na Bonda.

– Gramy według ścisłych reguł? – zapytał.

– Naturalnie.

– Dobrze.

Goldfinger wbił podstawkę w ziemię. Przymierzył się ze dwa razy do piłeczki, biorąc wyważone, skoncentrowane zamachy. Bond dobrze znał ten rodzaj zamachu. Był to mechaniczny, perfekcyjny i zrutynizowany zamach gracza, który uczył się golfa z wielką starannością, który przeczytał na ten temat wszystkie możliwe książki i wydał pięć tysięcy funtów na najlepszych instruktorów golfa profesjonalnego. Był to zamach dobry i skuteczny, taki, co to się nie zepsuje pod wpływem nerwów. Bond zazdrościł Goldfingerowi.

Złotnik tymczasem przyjął postawę, zakręcił wdzięcznie biodrami, cofnął głowicę kija szerokim, wolnym łukiem i, ze wzrokiem utkwionym w piłeczce, poprawnie zgiął ręce w przegubach. Pociągnął kijem mechanicznie, uderzył bez wysiłku, tylko wykończenie strzału było trochę sztuczne, jak z podręcznika. Piłeczka poszybowała na dwieście jardów, prosto, idealną parabolą i opadła dokładnie na trasie wiodącej do dołka.

To był znakomity, wcale nie podnoszący na duchu strzał. Bond zdawał sobie sprawę z tego, że złotnik jest w stanie powtarzać ten numer ze wszystkimi rodzajami kijów raz po raz, aż skończy wszystkie osiemnaście dołków.

Agent zajął miejsce Goldfingera, wybrał niższą podstawkę, przymierzył się z ostrożną wrogością i płaskim, tenisowym zamachem – usztywniając zbyt mocno nadgarstki – smagnął piłeczkę. Strzał był wspaniały, zaczepny, dłuższy niż strzał Goldfingera, lecz ponieważ Bond skrócił go odrobinę, piłeczka turlała się jeszcze dobrych pięćdziesiąt jardów i zatrzymała w dzikiej części pola po lewej stronie.

Oba strzały inicjujące wypadły dobrze. Gdy Bond, oddawszy kij Hawkerowi, ruszył w ślad za coraz bardziej podekscytowanym Goldfingerem, poczuł ów słodki zapach, jaki czuje się na początku walącego z nóg, ciągnącego się w nieskończoność meczu rozgrywanego w piękny majowy dzień, w dzień skowronków śpiewających nad najwspanialszym polem golfowym na świecie.

Do pierwszego dołka w Royal St Marks jest czterysta pięćdziesiąt jardów – czterysta pięćdziesiąt jardów falistej trasy, na środku której znajduje się jedna piaszczysta łata do skutecznego uziemiania strzałów zepsutych, oddanych z pozycji numer dwa, oraz cała seria łat na wysokości trzech czwartych pola do przechwytywania strzałów udanych. Można się jeszcze jakoś prześlizgnąć przez ćwiartkę czystą, lecz zaraz potem trasa opada lekko w dół i na prawo, dlatego rzeczą niemal pewną jest to, że gracz skończy w dzikim polu i będzie musiał wybijać piłeczkę z krzaków – nazywało się to „wyszczerbianiem kija”. Goldfinger znalazł się w miejscu, skąd mógł skutecznie ominąć nieszczęsny stok. Bond patrzył, jak jego przeciwnik wybiera kij numer trzy, zwany łyżeczką, jak bierze dwa próbne zamachy, jak przymierza się do piłeczki.

W golfa grywa wielu ludzi, po których trudno by się tego spodziewać. Grają niewidomi, jednoręczni kalecy, ludzie bez nóg. Grają i ubierają się do gry w dziwaczne stroje. Ich przeciwnicy i inni grający w golfa nie uważają, by stroje te były dziwaczne, gdyż nie istnieją żadne przepisy dotyczące wyglądu czy ubioru obowiązującego podczas meczu. I to właśnie jest jedna z drobnych przyjemności, jakie niesie ludziom golf. Goldfinger jednakowoż chciał wyglądać na trawie elegancko, a jedyną rzeczą w golfie wielce niestosowną jest właśnie elegancki wygląd grającego. Wszystkie części stroju Goldfingera idealnie z sobą harmonizowały: ognistordzawy tweedowy garniturek, zapinana na guziczki „czapka do golfa” na środku wielkiej głowy pokrytej płomiennorudymi włosami, wypolerowane na błysk, niemal pomarańczowe buty. Pumpiasty kostium był za dobrze skrojony, a same pumpy ściągnięte po bokach. Pasujące do kompletu pończochy w kolorze zbliżonym do wrzosu kończyły się zielonkawymi wypustkami podwiązek. Wyglądało to tak, jak gdyby Goldfinger odwiedził krawca i rzekł mu: „Ubierz mnie pan do golfa. Wie pan, tak, jak się noszą w Szkocji”. Gafy popełnione w towarzystwie nie robiły na Bondzie wrażenia. Prawdę mówiąc, rzadko kiedy je zauważał. Lecz z Goldfingerem sprawa miała się inaczej. Na jego widok, od czasu ich pierwszego spotkania, agent zgrzytał zębami. Denerwowało go w nim wszystko, a apodyktyczna krzykliwość jego ubioru była jednym z elementów niemal zwierzęcego magnetyzmu, który od razu zafascynował Bonda.

Goldfinger wykonał swój mechaniczny, bezbłędny strzał. Piłeczka poszybowała w dobrym kierunku, ale ciut za blisko, tak że wylądowała na zboczu. Zawinęła w prawo i zastygła w bezruchu na dzikim polu o włos od zielonej darni. Łatwa piątka. Dobry strzał i wyszłaby z tego czwórka, ale strzał musiałby być naprawdę dobry.

Bond podszedł do swojej piłeczki. Leżała tuż za murawą, na dzikim polu. Agent zdecydował się na drewniany kij numer cztery. Trzeba tu było zgrabnego, wysokiego strzału nad wszystkimi łatami, strzału, który dałby mu szansę na zrobienie dołka w czterech uderzeniach. Przypomniało mu się powiedzonko instruktora: „Nigdy nie jest za wcześnie, żeby zacząć wygrywać”. Starał się odprężyć. Wiedział, że nie chodzi teraz o strzał długi, lecz sprytny.

Jak tylko uderzył, domyślił się, że jest kiepsko. Różnica między dobrym a złym strzałem w golfa jest taka, jak między kobietą piękną a brzydką – decydują milimetry. W tym przypadku płaska część głowicy trafiła piłeczkę o milimetr za nisko. Łuk paraboli był wysoki i łagodny, czyli do kitu. Dlaczego do diabła nie wziął łyżeczki albo metalowej dwójki o tym samym kącie nachylenia głowicy!? Piłeczka uderzyła o skraj odległej łaty, odbiła się i zatrzymała na piasku. Teraz przyjdzie mu machać blasterem i walczyć o połówkę.

Bond nigdy nie martwił się zbyt długo, jeśli oddał zły lub głupi strzał. Zapomniał o nim i myślał o strzałach następnych. Podszedł bliżej, wziął kij i zmierzył odległość do dołka. Dwadzieścia jardów. Piłeczka leżała na środku łaty. Czy wybić ją precyzyjnym uderzeniem od zewnątrz, rozstawiwszy szeroko nogi, czy może podciąć od dołu i zagarnąć przy tym wiadro piachu? Dla bezpieczeństwa trzeba podciąć. Bond zszedł do łaty. Oczy wbij w ziemię i zrób dobrze swoje, mówił sobie. To najłatwiejsze uderzenie w golfie, trudno je zepsuć. Ale gdzieś w połowie łuku niecierpliwe nadgarstki wyprzedziły głowicę kija. Piłeczka „siadła” i stoczyła się z powrotem do łaty. Wybij ją stąd, ty cholerny idioto! Wybij ją i zrób wreszcie ten dołek! Tym razem Bond zagarnął zbyt dużo piasku. Wyszedł co prawda z łaty, ale ledwo ledwo. Goldfinger tymczasem nachylił się nad kijem i nie wyprostował, dopóki jego piłeczka nie pokonała połowy odległości do dołka. Zatrzymała się o trzy cale od słupka. Nie czekając, aż mu podadzą odpowiedni kij, Goldfinger odwrócił się plecami do Bonda i odszedł w stronę miejsca, gdzie rozpoczyna się grę do drugiego dołka. Agent podniósł swoją piłeczkę. Hawker podał mu jedynkę.

– Jaki on ma handicap, sir?

– Dziewiątkę. Taki sam, jak ja. Muszę się wziąć w garść. Do drugiego strzału powinienem był wybrać łyżeczkę.

– Pora jeszcze wczesna, sir – rzekł Hawker dla dodania odwagi.

Bond wiedział jednak swoje: nigdy nie zaczynaj przegrywać zbyt wcześnie.

9. Między ustami a brzegiem pucharu

Goldfinger wbił już podstawkę. Bond szedł wolno z tyłu, za nim Hawker. Agent zatrzymał się i oparł na kiju.

– Sądziłem, że gramy ściśle według reguł. Ale daruję panu tamten dołek. Ma pan punkt przewagi.

Goldfinger skłonił dwornie głową. I znów zrobił zamach, i znów wyszedł mu znakomity, idealnie wyliczony strzał.

Do drugiego dołka jest trzysta siedemdziesiąt jardów. Oddzielony jest od pierwszego zaporą z licznych łat i trudno się do niego dostać w linii prostej. Od morza wiała jednak lekka, wspomagająca bryza. Do drugiego strzału Goldfinger wybrał metalową piątkę. Bond zdecydował się ułatwić sobie sprawę i strzelać nad łatami. Położył po sobie uszy i huknął, celując w stronę dołka. Wiatr dmuchał leciutko i poniósł piłeczkę hen, daleko. Po chwili opadła i zniknęła w głębokie) łacie tuż przed zielonym polem. Cztery uderzenia. Szansa na trzy.

Goldfinger odszedł bez słowa komentarza. Bond wydłużył krok, zrównał się z nim i zagadnął: – Jak tam pańska agorafobia? Nie przeszkadza panu ta wielka, otwarta przestrzeń?

– Nie.

Goldfinger skręcił w prawo. Zerknął na odległą, w połowie tylko widoczną flagę tkwiącą w dołku i zaczął obmyślać taktykę drugiego strzału. Wziął metalową piątkę, uderzył dobrze, z wyczuciem, ale piłeczka znarowiła się, upadła przed murawą i stoczyła się w gęstą trawę po lewej stronie. Bond znał tamto miejsce. Goldfinger będzie miał szczęście, jeśli uda mu się wykaraskać dwoma uderzeniami.

Agent ujął mocniej kij, podszedł do swojej piłeczki i wybił ją za murawę. Piłeczka wyhamowała i zatrzymała się jard za dołkiem. Goldfinger wybrnął chlubnie z dzikiego pola, lecz nie zdołał dotrzeć na dwunastostopowe trawiaste koło wokół flagi. Bond miał teraz dwa strzały, żeby skończyć. Nie czekał, aż Goldfinger mu odpuści i lekko stuknął piłeczkę kijem – zatrzymała się o cal od dołka. Goldfinger zszedł z murawy. Agent pyknął lekko kijem i był remis.

Trzeci to „ślepy” dołek. Ma dwieście czterdzieści jardów długości i kiedy bije się wysoko, można go zrobić najmniej trzema strzałami. Bond wybrał drewnianą dwójkę, brassiera, i strzał mu wyszedł. Piłeczka musiała spocząć na murawie lub w jej pobliżu. Goldfinger uderzył dobrze, jak zwykle, lecz uderzenie było chyba za słabe na to, by jego dunlop przeleciał nad dzikim polem i spadł na zielony pas murawy. I rzeczywiście, piłeczka Goldfingera wylądowała na szczycie pagórka wznoszącego się poza darnią. Goldfinger miał teraz do pokonania paskudne wgłębienie z kępą traw wyrastającą tuż za dunlopem. Stanął i spojrzał w dół. Zdawał się ważyć w myśli decyzje. Obszedł piłeczkę i wziął od koszowego kij. Obchodził piłeczkę sprytnie, bo lewą nogą zgniótł trawę, ubił ziemię i mógł już gładko strzelać. Tak też i zrobił. Dunlop potoczył się wolniutko w stronę dołka i zatrzymał trzy stopy przed nim.

Bond zmarszczył brwi. Jedynym lekarstwem na kantującego gracza jest nigdy więcej z nim nie grać. W tym meczu jednak agent nie mógł owego lekarstwa zaaplikować, bo nie miał zamiaru kiedykolwiek jeszcze wychodzić z Goldfingerem na pole. Wzajemne oskarżanie się – „To pan to zrobił, nie ja!” – także nie miało sensu, chyba że udałoby się Goldfingera nakryć na równie bezczelnej albo nawet bezczelniejszej sztuczce. Bondowi nie pozostawało nic innego, jak wygrać bez względu na to, czy tamten będzie oszukiwał, czy nie.

Dwudziestostopowe podejście do dołka to nie żarty. Nie było mowy, żeby je zrobić w kilku uderzeniach. Musi próbować kończyć dołek za pierwszym razem. Jak zwykle wtedy, kiedy chce się zakończyć rozgrywkę za pierwszym strzałem, piłeczka zatrzymała się o jard przed celem. Bond włożył w uderzenie dużo wysiłku i spocony, umieścił ją tam, gdzie trzeba. Potem odtrącił piłeczkę Goldfingera. Nie, złotnik nie musi kończyć dołka. Agent postanowił robić tak przez jakiś czas, a potem nagle i niespodziewanie zażądać, by tamten jednak któryś dołek zrobił. Wtedy ów właśnie dołek może się Goldfingerowi wydać trudniejszy niż inne.

Ciągle remis. Czwarty dołek ma czterysta sześćdziesiąt jardów długości i żeby się do niego dostać, trzeba pokonać jedną z najgłębszych i najwyżej położonych łat w Królestwie. Potem grającego czeka drugi strzał, a ten musi być długi, w poprzek falistego, pagórkowatego pola kończącego się zieloną równiną strzeżoną na skraju stromym zboczem, które zrobić można łatwiej w trzech niż dwóch podejściach.

Bond zyskał jak zwykle pięćdziesiąt jardów, a pozazdroszczenia godne strzały Goldfingera wylądowały w głębokiej łacie. Zdeterminowany agent chwycił brassiera zamiast łyżeczki, przestrzelił niemal pas murawy i znalazł się tuż przy płocie granicznym. Stamtąd skończył dołek w trzech uderzeniach i był z tego nader zadowolony.

Piątka to znów długi strzał inicjujący, a potem ulubiony strzał Bonda: nad łatami, przez dolinkę między stromymi, piaszczystymi wydmami prosto do strzelistej flagi. Piątka to rodzaj poligonu doświadczalnego, na którym rzeczą najniezbędniejszą jest dobrze wyliczony strzał pierwszy. Bond wkroczył na miejsce rozpoczęcia gry – położone wysoko, na piaszczystym wzgórzu – i odpoczywał chwilę. Patrzył na skrzące się w oddali morze i na daleki sierp białych klifów za Pegwell Bay. Później przyjął postawę i wyobraził sobie trawiasty nibykort, który był jego celem. Cofnął kij tak wolno, jak tylko umiał, potem pociągnął nim w dół, by w momencie zetknięcia głowicy z piłeczką nadać jej straszliwe przyspieszenie. Naraz z prawej strony dobiegł go stłumiony trzask. Za późno, żeby przerwać zamach. Bond usiłował rozpaczliwie skorygować pociągnięcie i uratować strzał. Wtedy usłyszał paskudny odgłos towarzyszący źle uderzonej piłeczce. Błyskawicznie uniósł głowę. Hak, podniesiony hak! Jak daleko doniesie? Dalej! Dalej! No! Piłeczka trafiła w szczyt wzgórza na dzikim polu, odbiła się odeń i zniknęła mu oczu. Dotoczy się do skraju murawy?

Bond odwrócił się do Goldfingera i posłał mu okrutne spojrzenie.

Goldfinger akurat się prostował. Wytrzymał wzrok agenta z niewzruszoną obojętnością.

– Przepraszam. Upuściłem kij.

– Proszę tego więcej nie robić – rzekł wyniośle Bond. Ustąpił mu miejsca i oddał kij Hawkerowi. Hawker potrząsnął współczująco głową. Bond wyjął papierosa i zapalił. Złotnik, z precyzją automatu, oddał strzał na dwieście jardów.

Schodzili w milczeniu ze wzgórza, gdy niespodziewanie odezwał się Goldfinger.

– Dla jakiej firmy pan pracuje? – zapytał.

– Dla Universal Export.

– Gdzie macie siedzibę?

– W Londynie, na Regent’s Park.

– Co eksportujecie?

Bond ocknął się i odpędził od siebie wściekłe myśli. Uważaj! Uważaj! To jest praca, nie zabawa. Dobra, udało mu się zepsuć ci strzał, ale musisz teraz skoncentrować się na swojej legendzie. Nie pozwól, żeby cię przyłapał na błędach, wymyśl coś.

– Wszystko. Od maszyn do szycia po czołgi – odrzekł swobodnie.

– A pan w czym się specjalizuje? Bond poczuł na sobie jego wzrok.

– Zajmuję się bronią ręczną – odparł. – Większość czasu spędzam sprzedając różne żelastwo szejkom albo radżom. Właściwie wszystkim tym, którzy – według Ministerstwa Spraw Zagranicznych – nie będą do nas z tego strzelać.

– Ciekawa praca – powiedział Goldfinger obojętnym, znudzonym głosem.

– Niezbyt. Chcę ją rzucić. Przyjechałem tu na tygodniowy urlop, żeby to sobie przemyśleć. W Anglii nie ma przyszłości. Skłaniam się raczej ku Kanadzie.

– Doprawdy?

Minęli dzikie pole i Bond stwierdził z ulgą, że jego piłeczka odbiła się od pagórka i wylądowała na murawie. Pas murawy skręcał tutaj lekko w lewo i agent zdobył nawet nad przeciwnikiem kilka stóp przewagi. Teraz musiał zagrywać Goldfinger. Wybrał łyżeczkę. Nie mierzył tak, żeby trafić na pole, chciał tylko wyjść z łaty i przestrzelić dolinkę.

Bond spodziewał się rutynowego, pewnego uderzenia. Spojrzał na swoją piłeczkę. Tak, można ją stąd wykopać dwójką… Naraz dobiegł go drewniano-głuchy odgłos – źle ułożony strzał! Odbiwszy się od pagórka, piłeczka Goldfingera mknęła wzdłuż linii bocznej pola w stronę rumowiska Piekielnej Łaty – najszerszej i jedynej nie uporządkowanej ze względu na kamienie łaty pola golfowego w St Marks!

I geniusz może się pomylić, i geniusz chyli czasem przed kimś kark. (Goldfinger nie schylił przed Bondem karku, już raczej uniósł głowę). Niewykluczone, że biorąc zamach, rozmyślał o tym, co od niego usłyszał. Brawo! Brawo! Lecz złotnik wciąż miał szansę skończyć dołek w trzech dodatkowych strzałach. Bond wyjął drewnianą dwójkę. Nie mógł sobie pozwolić na bezpośrednią zagrywkę. Przymierzył się do piłeczki, widząc oczyma wyobraźni jej osiemdziesięcioośmiomilometrową trajektorię na tle dolinki, później dwa, trzy odbicia się, które zawiodą ją na zieleń murawy. Dla lepszego pociągnięcia wziął maleńką poprawkę na prawo. Teraz!

Z boku usłyszał delikatny brzęk. Odstąpił od piłeczki. Goldfinger stał do niego tyłem. Zatopiony w myślach, spoglądał na morze, a jego prawa ręka bawiła się „nieświadomie” monetami w kieszeni.

Bond uśmiechnął się ponuro.

– Czy mógłby pan zaczekać z liczeniem drobnych, aż oddam strzał? – zapytał.

Goldfinger ani się nie odwrócił, ani nie odpowiedział. Brzęk monet ucichł.

Agent zajął się na powrót swoim strzałem i starał się rozpaczliwie skoncentrować. W tej sytuacji brasie był kijem zbyt ryzykownym, wymagał doskonałego uderzenia. Oddał go Hawkerowi, wziął łyżeczkę i huknął piłką przez całą dolinkę. Piłeczka trzymała kurs i utknęła dopiero na fartuchu. Piątka, może czwórka.

Goldfingerowi udało się gładko wyjść z łaty i szybko zrobić dołek. Bond uderzył za mocno i przestrzelił. Wciąż po równo.

Szósty dołek, nazywany celnie „Dziewicą”, jest dołkiem krótkim i bardzo znanym w golfowym światku. Wiedzie ku niemu wąziutkie pole darni otoczone zewsząd pierścieniami łat i dzikiego pola. Grać tu trzeba, jak się da: można używać i ósemki, i metalowej dwójki zależnie od wiatru. Dzisiaj – tak sądził Bond – odpowiednia była siódemka. Zagrał wysoko, z poprawką na wiatr z prawej tak, że piłeczka wylądowała dwadzieścia stóp za flagą. Czekał go trudny strzał przez ramię. Powinna wyjść z tego trójka. Goldfinger zagrał kijem numer pięć i nie wziął poprawki na wiatr. Dmuchnęła bryza i piłeczka spadła w głęboką łatę po lewej stronie pola. Dobre wieści! Złotnik wyjdzie z tego co najmniej trzema cholernie trudnymi uderzeniami!

Milcząc ruszyli w stronę murawy. Bond zerknął w głąb łaty. Dunlop Goldfingera utknął w śladzie obcasa mocno odciśniętym na piasku. Agent podszedł do swojej piłeczki i wsłuchał się w śpiew skowronków. Teraz zdobędzie punkt przewagi. Poszukał wzrokiem Hawkera, żeby wziąć od niego kij, ale, o dziwo! Hawker stał po drugiej stronie pasa darni, całkowicie pochłonięty obserwacją poczynań Goldfingera! Ten wszedł do łaty z blasterem w ręku. Podskoczył, żeby namierzyć dołek, a później zaczął sposobić się do oddania strzału. Kiedy uniósł kij, serce Bonda zabiło radośnie. Goldfinger zamierzał stamtąd piłeczkę wyłuskać, co było techniką beznadziejną, uwzględniając tak grząski i sypki grunt. Jedyna szansa to uderzyć ją z taką siłą, by wyleciała w powietrze, jak po eksplozji granatu. Kij opadł wolno, gładko, niespiesznie. Niosąc z sobą ledwie garść piachu, dunlop Goldfingera wystrzelił zakrzywionym łukiem z głębokiej łaty, odbił się i spoczął w bezpośredniej bliskości dołka!

Bond przełknął ślinę. Szlag by trafił te jego ślipia! Jak on do diabła to zrobił!? Nie ma wyboru, trzeba próbować skończyć dołek w dwóch uderzeniach. Bardzo chciał, ale chybił o cal i piłeczka zatrzymała się dobry jard za flagą. Piekło i szatani! Agent ruszył wolno w stronę dołka, odtrącając po drodze goldfingerowskiego dunlopa. Weź się w garść, ty cholerny idioto! Lecz widmo jakże zmiennej fortuny – jeszcze chwilę temu był prawie pewien, że zdobędzie przewagę, teraz groziła mu strata punktu – sprawiło, że zapragnął wstrzelić piłeczkę do dołka, miast ją tam spokojnie wturlać. Muśnięta głowica kija, jak gdyby zdezorientowana, piłeczka prześlizgnęła się o włos od dołka. Punkt do tyłu.

Bond był na siebie wściekły. On i tylko on tu zawinił, on stracił ten dołek. Z odległości dwudziestu stóp strzelać aż trzy razy! Naprawdę musi wziąć się w garść i zacząć wreszcie grać!

Do siódmego, pięciusetjardowego dołka obaj oddali dobre strzały inicjujące, a drugie, nieskazitelne technicznie uderzenie Goldfingera umieściło dunlopa pięćdziesiąt jardów przed murawą. Bond ujął dwójkę. To dla wyrównania szans! Ale bił z góry, głowica kija wyprzedziła ręce i „zduszony” penfold wpadł w jedną z łat po prawej stronie. Niezbyt dobre miejsce, mimo to musi wyjść na darń. Goldfinger skończył pierwszy, w pięciu strzałach. Dwa punkty do tyłu. Dołek numer osiem zremisowali w trzech. Przy dołku dziewiątym Bond, zdeterminowany odrobić choć jeden punkt, znów chciał zbyt wiele, jak na paskudną łatę, gdzie leżała piłeczka. I znów Goldfinger miał cztery, a Bond pięć strzałów. Trzy punkty do tyłu! Nie wyglądało to dobrze. Agent poprosił Hawkera o nową piłeczkę. Ten odpieczętowywał ją wolno, czekając, aż Goldfinger zniknie za wzgórzem w drodze na miejsce rozpoczęcia kolejnej zagrywki. Wtedy powiedział cicho:

– Widział pan, co on zrobił na „Dziewicy”, sir?

– Tak, cholera, widziałem. Niesamowity strzał. Hawker był zdziwiony.

– Więc nie widział pan, co on zrobił w łacie?

– Nie. Co takiego? Stałem za daleko.

Goldfinger i Foulks byli poza zasięgiem wzroku. Hawker zszedł cichutko do jednej z łat otaczających murawę dziewiątego dołka, wykopał czubkiem buta dziurę w piachu i umieścił w niej piłeczkę. Później stanął tuż za nią i złączył stopy. Spojrzał na Bonda.

– Pamięta pan, jak podskoczył, żeby zobaczyć, gdzie jest dołek?

– Pamiętam.

– Niech pan dobrze uważa, sir. – Hawker spojrzał w stronę flagi sterczącej z dziewiątego dołka i podskoczył tak, jak niedawno podskakiwał Goldfinger, chcąc niby dobrze namierzyć linię strzału.

– Później popatrzył na Bonda i wskazał piłeczkę u swych wciąż złączonych stóp. Ciężkie stąpnięcie wyrównało grunt i wycisnęło ją na wierzch tak, że ułożyła się idealnie do łatwego strzału, do strzału, który na „Dziewicy”, skąd strzelał Goldfinger, wydawał się kompletnie niemożliwy!

Bond patrzył chwilę na Hawkera i milczał.

– Dzięki, Hawker. Daj mi kij i piłeczkę. Ktoś zajmie w tej rozgrywce drugie miejsce i niech mnie diabli, jeśli to będę ja.

– Tak jest, sir – odparł flegmatycznie Hawker. Pokuśtykał na skróty i zatrzymał się w połowie pasa murawy za dziesiątym dołkiem.

Bond wspiął się spacerkiem na wzniesienie i zszedł do miejsca, gdzie mieli zaczynać. Ledwo spojrzał na Goldfingera, który już tam stał, wymachując niecierpliwie kijem. Starał się nie myśleć o niczym, kierując się tylko i wyłącznie zimnym, agresywnym wyrachowaniem. Po raz pierwszy odkąd rozpoczął grę, poczuł się nadzwyczaj pewny siebie. Trzeba mu było tylko znaku z niebios, a gra nabrałaby rumieńców.

Dołek dziesiąty w Royal St Marks jest najbardziej niebezpiecznym dołkiem na całym polu. Drugi strzał na płasko wzgórze otoczone z lewej i z prawej przepastnymi łatami, zablokowane od tyłu stromym wzniesieniem, odbierało wielu graczom resztki nadziei. Bond przypomniał sobie, jak to mistrz Philip Scrutton, który w Gold Bowl robił wszystkie dołki czterema strzałami, musiał przy dołku numer dziesięć uderzyć czternaście razy, z czego siedem uderzeń przerzucało piłeczkę jak w ping-pongu z łaty do łaty, bo zawsze omijała murawę. Agent wiedział, że Goldfinger będzie mierzył na fartuch albo tuż przed i że będzie zadowolony, jeśli skończy piątym strzałem. Bond musi pójść na całego i zamknąć rozgrywkę strzałem czwartym.

Najpierw dwa dobre uderzenia inicjujące. Drugi strzał Goldfingera? A jakże, ląduje na fartuchu. Złotnik ma szansę na czwórkę. Bond wybrał kij numer siedem, wziął dużą poprawkę na wiatr i grzmotnął tak, że piłeczka poszybowała w niebo. W pierwszej chwili sądził, że poprawka była zbyt wielka, lecz za moment piłeczka zawinęła w lewo, spadła i zatrzymała się na miałkim piasku, który wiatr naniósł na pole z łaty po prawej stronie. Paskudny, piętnastostopowy strzał do dołka. Bond byłby całkiem zadowolony, gdyby udało mu się zrobić połowę tej odległości. A Goldfinger? Oczywiście umieścił swoją piłeczkę ledwie o jard od flagi. Musi być dołek, musi! – myślał agent, szykując się do uderzania. Uderzył dość sprytnie i wystarczająco silnie, żeby przebić się przez miałki piach, ale ku swemu przerażeniu ujrzał, jak penfold, niczym błyskawica, mknie dalej, na pochyły stok pola! Boże, zamiast jarda ma teraz do zrobienia co najmniej dwa jardy, w dodatku pod górę! Lecz naraz, jak gdyby przyciągnięta magnesem, piłeczka skręciła, uderzyła w maszt flagi, odbiła się i wpadła z głośnym grzechotem do dołka. O, znaku z niebios! Bond podszedł do Hawkera, mrugnął i oddał kij.

Zeszli w dół zbocza, kierując się do następnego dołka.

– Ten strzał powinien był wylądować na dzikim polu – rzekł chłodno Goldfinger.

– Nigdy nie trać wiary w moc dołka, dobry człowieku! – rzekł Bond wesoło. Ustawił piłeczkę – strzelał pod wiatr – i wyszedł mu najpiękniejszy strzał całego meczu. Tuż przy dołku? Jedno leciutkie stuknięcie kijem! Goldfinger zagrał rutynowo i opuścił stanowisko.

– A przy okazji, co porabia przemiła panna Masterton? Goldfinger patrzył przed siebie.

– Wypowiedziała pracę – odparł.

I dobrze!, stwierdził w duchu Bond.

– Muszę się z nią zobaczyć. Dokąd odeszła?

– Nie potrafię powiedzieć. – Goldfinger ruszył w stronę piłeczki. Bond nie widział swojej. Leżała za grzbietem wzniesienia przecinającego pole nie dalej jak pięćdziesiąt jardów od flagi. Agent zdawał sobie sprawę z tego, co dzieje się w głowie Goldfingera, bo wiedział, jak czułaby się większość graczy w tej sytuacji: żarło, żarło i nagle żreć przestało. Nie zdziwiłby się też, gdyby ów nieszczęsny strzał stał się początkiem szybkiego końca meczu, zwłaszcza że złotnik wpakował dunlopa w łatę na lewo od pasa murawy.

Początek szybkiego końca tak, ale pod warunkiem, że Bond nie popełni błędu i nie pozwoli na to, by Goldfinger zbyt łatwo wykaraskał się z pułapki. Piłeczka leżała na lekko opadającym zboczu i nie byłaby w gruncie rzeczy trudna, gdyby nie musiał strzelać na najzdradliwszą część pola. Zagrał jak zawodowiec i skończył sześć stóp od dołka. Goldfinger wygrzebał się sprytnie, za to jego następny, długi strzał chybił. Złotnik miał już teraz tylko jeden punkt przewagi.

Na dołku dwunastym zremisowali, bynajmniej nie chlubnie, oddając po pięć strzałów każdy. Na trzynastym też był remis, po pięć uderzeń z tym, że aby zremisować, Goldfinger musiał grać do końca i wprowadzić piłeczkę do dołka.

Na wielkim, gładkim czole złotnika zarysowała się cieniutka zmarszczka – Goldfinger koncentrował się. Przed startem do numeru czternastego napił się z kranu wody. Bond czekał. Nie chciał w krytycznym momencie usłyszeć ostrego, metalicznego brzęku, który wybiłby go z uderzenia, wysłał piłeczkę pod wiatr ściągający mocno w dół, za płot, za linię graniczną pola. Wysunął nieco lewą rękę, żeby wzmocnić uderzenie i złagodzić trochę zamach. Strzał poszedł w lewo, był poprawny, i tylko poprawny, ale piłeczka wylądowała w polu. Goldfinger, najwyraźniej nieporuszony ryzykiem przekroczenia linii granicznej, zagrał jak zawsze. Obaj uporali się bez strat z poprzecznym kanałem i znów zremisowali. Goldfinger wciąż utrzymywał przewagę jednego punktu, a do końca meczu zostały już tylko cztery dołki.

Sześćdziesięciojardowa piętnastka jest w St Marks dołkiem wyjątkowym. Gracz dysponujący potężnym zamachem zwykle liczy tu na to, że uda mu się dojść do takiej pozycji, z której można oddać jeden bezpośredni strzał kończący. Dwa ostre uderzenia kijem drewnianym wyprowadzają piłeczkę tylko za ciąg łat leżących po prawej strome murawy. Drugi strzał Goldfingera był za krótki i złotnik mógł teraz mieć nadzieję najwyżej na piątkę, podczas gdy Bond musiał oddać iście boski strzał w terenie bardzo kiepsko ukształtowanym.

Słońce chyliło się ku zachodowi i cienie czterech mężczyzn zaczynały się wydłużać. Agent przyjął postawę. Piłeczka leżała na dobrym podłożu i zdecydował się użyć drewnianej jedynki. Kiedy wykonał dwa próbne zamachy, wokół panowała martwa cisza. Rozstrzygające uderzenie. Kij musi zawisnąć na ułamek sekundy w górnym położeniu, opadać wolno, a głowica powinna zetknąć się z piłeczką w ostatniej chwili. Bond podniósł kij ostrożnym łukiem. Kątem prawego oka dostrzegł naraz jakiś ruch. Nie wiadomo skąd na ziemi pojawił się cień olbrzymiej głowy Goldfingera. Pojawił się, objął piłeczkę i sunął do góry. Bond świadomie rozluźnił uchwyt i powoli opuścił kij. Cofnął się i spojrzał na przeciwnika. Ten szedł dalej i z uwagą wpatrywał się w niebo.

– Proszę nie zasłaniać, Goldfinger. – Agent z wściekłością kontrolował głos.

Goldfinger zatrzymał się, popatrzył wolno na Bonda i uniósł leciutko brwi na znak zdziwienia. Zrobił krok w tył. Stał i milczał.

Bond wrócił na stanowisko. Spokojnie, odpręż się! Do diabła z nim! Grzmotnij tę piłkę za łatę, na murawę i już. Ustaw się, nie ruszaj i przygrzej ostro. Na moment wszystko wokół zamarło, a potem… Potem agent uderzył. I to jak! Penfold poszybował najpierw nisko, niziutko, później wspiął się nieco, przeleciał nad ciągiem łat, odbił się wysoko tuż przed zielonym polem i zniknął im z oczu w zagłębieniu wokół dołka.

Hawker podszedł do Bonda i uwolnił go od kija. Ruszyli przed siebie ramię w ramię.

– To był jeden z najpiękniejszych strzałów, jakie widziałem w ciągu trzydziestu lat, sir – rzekł poważnie koszowy i zaraz zniżył głos. – Już myślałem, że pana załatwi.

– I prawie mu się udało – odparł Bond. – To nie ja strzelałem, to Alfred Blacking. – Agent wyjął papierosy i poczęstował Hawkera. Przypalił swojego i spokojnie powiedział: – Remis. Jeszcze trzy dołki. Teraz musimy się dobrze pilnować. Rozumiesz, o czym mówię?

– Proszę się nie martwić, sir. Już ja go przypilnuję.

Dotarli do murawy. Dunlop Goldfingera utkwił w takim miejscu, że chcąc skończyć w czterech uderzeniach, złotnik musiałby oddać długi strzał, podczas gdy piłeczka Bonda leżała tylko o dwa cale od dołka. Goldfinger podniósł swoją i zszedł z murawy. Szesnasty dołek zremisowali w trzech niezłych strzałach. Do końca meczu została im tylko długa siedemnastka i osiemnastka – maksymalnie po cztery uderzenia na każdą i po meczu. Bond oddał dobry strzał inicjujący w stronę środka pola. Goldfinger przesadził i posłał dunlopa w głęboką, dziko rosnącą trawę po lewej. Agent szedł, starając się ukryć dobry humor i nie łowić ryb przed niewodem. Skończy teraz jako pierwszy i na osiemnastce wystarczy mu remis – mecz będzie wygrany. Modlił się, żeby piłeczka Goldfingera nie dała się wyłuskać z chaszczy lub, co znacznie lepsze, żeby zgubiła się w nich na dobre.

Hawker wyprzedził obu graczy. Rzucił torbę z kijami i kiedy Bond wraz z Goldfingerem dotarli na miejsce, z niezrozumiałym dla agenta zapałem szukał piłeczki złotnika.

Zadanie miał trudne, bo pole było prawdziwie dzikie, trawa gęsta i wybujała, z napęczniałymi od zeszłonocnej rosy korzonkami. Nie sposób żywić nadziei na znalezienie dunlopa, chyba że dopisałoby im szczęście. Po kilku minutach Goldfinger i Foulks odeszli dalej tam, gdzie zarośla ustępowały miejsca pojedynczym kępkom trawy, dobra nasza, myślał Bond, zeszli z linii strzału! Nagle na coś nadepnął. Piekło i szatani, no! Czyżby to było to!? Wzruszył ramionami, nachylił się i delikatnie odsłonił piłeczkę w ten sposób, żeby nie naruszyć ziemi. Tak, dunlop, sześćdziesiątka piątka, bez dwóch zdań.

– Jest tutaj! – zawołał niechętnie. – Chwileczkę… Nie, przepraszam. Pan gra jedynką, prawda?

– Tak – usłyszał niecierpliwą odpowiedź.

– To jest dunlop 65 numer siedem. – Podniósł piłeczkę i zbliżył się do Goldfingera.

Ten ledwo na nią rzucił okiem.

– Nie moja – rzekł i odszedł, rozgarniając kępy trawy głowicą kija.

Znaleziona piłeczka była dobra, nie porysowana, prawie nowa. Bond włożył ją do kieszeni i na powrót zajął się poszukiwaniami. Zerknął na zegarek. Mijało przepisowe pięć minut. Jeszcze trzydzieści sekund i, jak mu Bóg miły, będzie żądał zapisania dołka na swoją korzyść. Przecież Goldfinger zawarował przed meczem ścisłe reguły gry. Dobra przyjacielu, jak ścisłe, to ścisłe!

Goldfinger kierował się do Bonda, pracowicie dźgając i tnąc trawę.

– Obawiam się, że czas prawie minął – powiedział agent. Złotnik odchrząknął. Zaczął coś mówić, gdy nagle usłyszeli krzyk Foulksa:

– Jest tutaj, sir! Dunlop! Jedynka!

Bond poszedł za Goldfingerem do małego równego wybrzuszenia terenu, gdzie stał Foulks. Foulks wskazywał palcem ziemię. Bond nachylił się i obejrzał piłeczkę. Tak, to był prawie nowy dunlop 65 numer jeden tkwiący w miejscu zadziwiająco dobrym do oddania strzału. Cud, coś więcej niż cud! Agent wbił wzrok w Goldfingera, później w Foulksa.

– Musiała diabelnie mocno odskoczyć. I do tego jak fartownie… – rzekł łagodnie.

Foulks wzruszył ramionami. Oczy Goldfingera były spokojne, opanowane.

– Na to wygląda – powiedział i zwrócił się do Foulksa: – Sądzę, że zagramy łyżeczką, co?

Bond odszedł w zadumie i odwrócił się, żeby obejrzeć strzał. Strzał należał do najlepszych, jakie oddał Goldfinger. Dunlop poszybował nad skarpą dzikiego pola w stronę murawy. Mógł jeszcze zahaczyć o łatę z prawej, ale…

Agent podszedł do Hawkera. Ten stał na murawie i spoglądał, jak złotnik wykańcza strzał. Z jego wykrzywionych ust zwisało źdźbło trawy. Bond uśmiechnął się gorzko.

– Czy mój znakomity przyjaciel trafił w łatę, czy też, sukinsyn, wylądował na polu?

– Na polu, sir – odparł niewzruszony Hawker.

Agent ruszył do swojej piłeczki. I znów zrobiło się kiepsko. Ponownie walczył o remis, a jeszcze parę minut temu miał w kieszeni zwycięstwo. Spojrzał w stronę flagi, oceniając odległość. Paskudna sprawa.

– Piątka czy szóstka?

– Szóstka będzie w sam raz, sir. Ładny, sprężysty strzał. – Hawker podał mu kij.

Dobra, skup się. Zrób to wolno i rozważnie. To jest łatwy strzał. Wystarczy tylko lekko uderzyć, uderzyć tak, żeby piłeczka śmignęła nad brzegiem łaty i wturlała się na murawę. Stój nieruchomo, oczy w dół… Klik! Piłeczka trafiona lekko zadartą głowicą uzyskała idealnie wypośrodkowany tor lotu, dokładnie taki, jaki chciał uzyskać Bond. Spadła za skrajem łaty. Strzał doskonały! Nie, cholera! Spadła za skrajem łaty, odbiła się po raz drugi, zastygła w bezruchu, zawahała się i stoczyła w dół. Szlag by to…! Czy to nie Hagen powiedział, że: „Na dołek bijesz pod publiczkę, do dołka wkładasz pod zaliczkę”? Wyprowadzenie piłeczki spod brzegu łaty należało do najtrudniejszych strzałów na polu St Marks. Bond sięgnął po papierosa i zapalił. Koncentrował się zawczasu na następnym, jakże ważnym uderzeniu, żeby ratować dołek – chyba że ten palant Goldfinger zadołkuje z odległości trzydziestu stóp!

Hawker szedł z boku.

– To cud, że znalazł tę piłeczkę – powiedział Bond.

– To nie jego piłeczka, sir. – Hawker stwierdzał suchy fakt.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytał agent w napięciu.

– Foulks dostał w łapę, sir, białawy banknot, pewnie piątkę. Musiał tę piłeczkę wyrzucić przez nogawkę spodni.

– Hawker! – Bond stanął jak wryty i rozejrzał się wokoło., Goldfinger i Foulks znajdowali się pięćdziesiąt jardów dalej i szli wolno w stronę murawy. – Możesz przysiąc, że tak było? Skąd ta pewność?! – pytał gwałtownie.

Na lekko zawstydzonej twarzy Hawkera zagościł smutnawy, krzywy uśmiech, lecz w jego oczach tliły się iskierki chytrej wojowniczości.

– Bo jego piłeczka leżała pod pańską torbą na kije, sir – odparł, a kiedy ujrzał, jak Bond otwiera ze zdumienia usta, dodał przepraszająco: – Przepraszam, sir, musiałem to zrobić po tym wszystkim, co on zrobił panu. Nie wspomniałbym o niczym, ale przecież musi pan wiedzieć, że znów pana wykiwał.

Bond nie mógł się nie roześmiać.

– Oj, Hawker, ale z ciebie numer! – rzekł z podziwem. – Więc chciałeś sam, w pojedynkę, wygrać za mnie mecz, tak? Ale to fakt, na Boga – dodał gorzko – ten facet przekracza wszelkie granice. Muszę go wykończyć, po prostu muszę. Tak, niech no pomyślę… – Szli wolno dalej.

Lewa dłoń Bonda tkwiła w kieszeni, palce bezwiednie bawiły się piłeczką, którą znalazł na dzikim polu, w trawie. Nagle błysnęła mu pewna myśl. Tak! To jest to! Zerknął na tamtych. Goldfinger zatrzymał się. Stał tyłem do Bonda i wyjmował akurat kij z torby. Agent podszedł bliżej Hawkera i trącił go łokciem. – Masz, trzymaj. – Wsunął piłeczkę w sękatą dłoń. – Musisz zająć się flagą. Musisz, rozumiesz? Kiedy będziesz podnosił z murawy piłeczkę, bez względu na to, czyja wyląduje w dołku, wciśnij Goldfingerowi tę, którą ci dałem. Jasne?

Hawker kroczył niewzruszenie dalej. Z jego twarzy nie można było wyczytać nic.

– Jasne, sir – odparł normalnym głosem. – Jakim kijem będzie pan teraz strzelał, sir?

Bond stanął koło piłeczki.

– Ustaw się na linii, dobrze? – poprosił.

Hawker ruszył do dołka, zatrzymał się na chwilę na linii strzału, po czym poszedł majestatycznie za maszt i ukucnął. Zaraz wstał.

– Cal na prawo, sir. Pewny strzał. Usunąć flagę, sir?

– Nie, zostaw ją.

Hawker cofnął się. Goldfinger stał przy swoim dunlopie na prawo od pasa murawy otaczającego dołek; Foulks tkwił u podnóża zbocza. Bond złożył się do uderzenia. No, moja stara Calamity Jane! Albo trafisz, albo ci przyłożę. Pozycja. Głowica kija mocno do tyłu, na linii dołka. Teraz albo nigdy. Teraz! Silnie uderzona piłeczka wspięła się na zbocze i pomknęła do celu. Za szybko, cholera, za szybko! Flaga! Piłeczka zakręciła posłusznie w zagłębieniu, stuknęła mocno w maszt, odbiła się i znieruchomiała na dobre o trzy cale od pucharu dołka!

Bond odetchnął głęboko i chwycił zapomnianego papierosa. Spojrzał na Goldfingera. Teraz ty palancie! Pokaż, co potrafisz!

I kaktus mi tu wyrośnie, jeśli ją zadołkujesz! Zreflektował się. Chryste, przecież Goldfinger nie może nawet spróbować!

– Dobrze już, dobrze – rzucił wspaniałomyślnie. – Jest po równo. Został jeszcze jeden. – Niezmiernie istotne było, żeby to Hawker zebrał piłeczki. Gdyby agent zmusił Goldfingera do oddania strzału, piłeczkę wybierałby z dołka złotnik. Tak czy inaczej, Bond nie chciał, żeby Goldfinger chybił. Chybiony strzał wykraczał poza strategię Bonda.

Hawker schylił się i podniósł piłeczkę. Potoczył jedną z nich w stronę Bonda, drugą wręczył Goldfingerowi. Zeszli z murawy. Agent szedł jak zwykle z tyłu i zauważył ruch ręki Hawkera – ręka powędrowała do kieszeni. W porządku, chyba że złotnik połapie się przy strzale inicjującym.

Ale kto by się przyglądał piłeczce, kiedy jest remis i kiedy do końca meczu został tylko jeden dołek. Ruchy są wtedy mniej lub bardziej mechaniczne, myśli się o pierwszym uderzeniu, o tym, czy grać na pole, czy na fartuch, o sile wiatru, o tych jakże istotnych czterech strzałach, którymi – jeśli się chce zwyciężyć lub przynajmniej zremisować – należy dotrzeć z piłeczką do celu.

Zważywszy, że Bond mógł się ledwo doczekać, aż Goldfinger pójdzie w jego ślady i uderzy – tylko raz! – w tego zdradzieckiego dunlopa numer siedem tak łudząco podobnego do dunlopowskiej jedynki, strzał inicjujący, jaki wykonał ku środkowi czterystu-pięćdziesięciojardowego pola przy dołku osiemnastym, był godny pochwały. Gdyby zechciał, mógł teraz wejść w okolice flagi. Gdyby tylko zechciał.

Kolej na Goldfingera. Goldfinger pochylił się. Piłeczka spoczywała na podpórce licem do góry. Ale złotnik zdążył się już wyprostować, cofnąć i już robił te swoje dwa próbne zamachy. Zbliżył się teraz, wolno, niespiesznie. Stanął nad dunlopem, przybrał postawę, skupiając na nim wzrok. Zauważy! Musi zauważyć! W ostatniej chwili znieruchomieje, zegnie się wpół i zbada piłeczkę! Czy on się nigdy nie skończy przymierzać? Lecz kij ruszył już w górę, zawisł, już spadał! Lewe kolano zgięte ku środkowi, ramię sztywne jak pa-łąk i.- Trrrach! Piłeczka wystrzeliła niczym z procy cudownym, wypośrodkowanym łukiem, łukiem tak pięknym, jak piękne było uderzenie w wykonaniu Goldfingera.

Dusza Bonda śpiewała. Mam cię, sukinkocie! Mam cię! Rozpogodzony, wszedł na murawę i ruszył spacerkiem przed siebie, planując następne kroki, które mogły być obecnie tak ekscentryczne i tak szatańskie, jak tylko tego sobie życzył. Goldfinger już dostał w kość, już złapał się we własne sidła. Teraz przypiekać go tylko na wolnym ogniu, subtelnie, z wyrachowaniem.

Bond nie miał wyrzutów sumienia. Złotnik oszukał go dwa razy, a on puścił mu to płazem. Ale za oszustwa na „Dziewicy” i przy siedemnastce – nie wspominając już, że przy dołku numer trzy ułatwił sobie strzał, chytrze wyrównując nogami ziemię, nie wspominając o licznych podstępach zmierzających do wystrychnięcia Bonda na dudka – Goldfinger poniesie karę i przegra. A jeżeli nawet naprawienie krzywd wymagało jednego nieczystego zagrania ze strony Bonda, było to tylko zwycięstwo dobra nad złem. Poza tym chodziło tu o coś więcej niźli tylko o zwycięstwo dobra nad złem. Agent 007 miał obowiązek wygrać. Wydawało mu się, że rozgryzł Goldfingera i musiał zwyciężyć. Gdyby przegrał, wyrównałby z nim tylko rachunki. Jeśli wygra – a już wygrał – zdobędzie nad nim przewagę dwóch punktów, a to stan rzeczy nie do zniesienia dla kogoś uważającego się, jak sądził Bond, za człowieka wszechstronnego. Ten gość, pomyśli Goldfinger, coś w sobie ma. Ma zalety, które mogę spożytkować. To twardziel, awanturnik dysponujący całym arsenałem podstępnych sztuczek. Należy do typu ludzi, jakich potrzebuję. Potrzebuję – do czego…? Tego Bond nie wiedział. Może do niczego? Może wcale nie rozgryzł Goldfingera? Tak czy inaczej, innego sposobu, żeby go podejść, nie widział.

Do długiego strzału nad poprzecznymi łatami Goldfinger wybrał rozważnie łyżeczkę. Mierzył w kierunku wąskiej furtki prowadzącej na pole osiemnastki. Wykonał dodatkowy zamach próbny, później uderzył i posłał dunlopa dokładnie na fartuch. Piątka jak nic, może nawet czwórka. Tylko co mu z tego przyjdzie?

Bond naharowawszy się, by udać, jak się to niby stara, celowo nie utrzymał rąk w linii prostej z kijem i uderzył metalową trójką tak, że wirująca piłeczka ledwo wygrzebała się z łaty. Następnym strzałem wpakował ją na murawę, dwadzieścia stóp za masztem flagi. Znalazł się tam, gdzie chciał się znaleźć: wystarczająco daleko od dołka, żeby Goldfinger poczuł rozkoszny smak zwycięstwa, wystarczająco blisko, by drżał o swoje ostatnie, czwarte uderzenie.

I Goldfinger rzeczywiście drżał. Gdy pochylał się i przymierzał do długiego strzału ze skraju murawy, na jego twarzy zjawił się dziki wyraz koncentracji i chciwości. Oby tylko nie za mocno, oby tylko nie za słabo! Bond mógł odczytać wszystkie niepokojące myśli kotłujące się w głowie złotnika. Goldfinger stanął prosto, podszedł niespodziewanie do flagi, żeby sprawdzić linię strzału. Później wracał wolno wzdłuż niej, odgarniając – starannie, bardzo ostrożnie wierzchem dłoni! – kępki trawy i drobinki nawozu. Znów się pochylił i wykonał dwa próbne zamachy. Wreszcie przyjął postawę. Na skroniach wystąpiły mu żyły, między jego oczami Bond dostrzegł głęboką bruzdę znamionującą najwyższe skupienie.

Uderzył i piłeczka potoczyła się po nie istniejącej linii jak po sznurku. Wspaniały strzał – dunlop zatrzymał się sześć cali za masztem flagi! Teraz Goldfinger był już pewien, że jeżeli Bond nie skończy dołka z odległości dwudziestu stóp, a rzecz to bardzo wątpliwa, zwycięstwo należy do niego.

Agent rozpoczął długie, nonsensowne przedstawienie. Wyliczał strzał, mierzył, nie śpieszył się, a napięcie rosło niczym chmura wokół długich cieni rysujących się na proroczowściekłosinawej murawie.

– Proszę wyjąć flagę. Ten strzał wyląduje w dołku. – Bond nadał słowom ładunek złowieszczej pewności siebie, rozważając jednocześnie, czy skierować piłeczkę na lewo od dołka, na prawo, czy może uderzyć tak, by zatrzymała się tuż przed nim. Uderzył i penfold minął cel z prawej.

– Chryste! Pudło! – Włożył w okrzyk odpowiednią dozę goryczy i wściekłości. Podszedł do dołka, schylił się po obie piłeczki, trzymając je cały czas na widoku.

Goldfinger stanął obok niego. Jego twarz promieniała triumfem.

– No cóż – rzekł – dziękuję za grę. Jednak byłem chyba dla pana ciut za dobry.

– Dziewięć punków handicapu, nie ma co. Mocna dziewiątka… – odpowiedział agent z wyliczoną dawką zgorzkniałości. Spojrzał na piłeczkę, chcąc oddać złotnikowi jego i wydał z siebie okrzyk zdziwienia. – Zaraz! – Popatrzył ostro na przeciwnika. – Pan grał dunlopem numer jeden, tak?

– Tak, oczywiście. – Szósty zmysł wyczuł nadciągającą katastrofę i zmiótł wyraz triumfu z twarzy Goldfingera. – O co chodzi? Co się stało?

– Cóż – powiedział Bond przepraszająco – obawiam się, że grał pan nie swoją piłeczką. To jest moja, z sercami. A to dunlop numer siedem. – Wręczył obie piłeczki złotnikowi. Ten porwał je i zaczął gorączkowo oglądać.

Z wolna jego twarz przybrała kolor purpury. Stał, otwierał i zamykał usta jak ryba, gapił się to na piłeczkę, to na Bonda, to znów na piłeczkę.

– Szkoda, że graliśmy ściśle według reguł. Znaczy to chyba, że przegrał pan ten dołek. I, rzecz jasna, cały mecz – skonstatował cicho Bond, podczas gdy jego oczy beznamiętnie obserwowały przeciwnika.

– Ale, ale…

To było to, czego tak niecierpliwie agent oczekiwał – puchar odsunięty od ust, zniweczone nadzieje. Stał i czekał, nie mówiąc nic.

Zwykle opanowaną twarz Goldfingera rozsadził naraz wybuch wściekłości.

– To siódemka, którą znalazłeś na dzikim polu! To Hawker dał mi tę piłeczkę! Dał mi ją przy siedemnastce! Celowo mi dał nie tę piłeczkę, cholerny oszust…

– Spokojnie, tylko spokojnie – powiedział łagodnie agent. – Wytoczę panu proces o zniesławienie, jeżeli nie będzie się pan zachowywał roztropnie. Hawker, czy dałeś panu Goldfingerowi tę piłeczkę rozmyślnie? Może przez pomyłkę?

– Nie, proszę pana. – Hawker miał kamienną twarz. – Jeśli życzy pan sobie wysłuchać mojej opinii, sir – rzekł obojętnym głosem – pomyłkę popełniono najpewniej przy siedemnastce, kiedy pan Goldfinger znalazł piłeczkę tak daleko od linii, wzdłuż której szukaliśmy. Siódemka jest bardzo podobna do jedynki, sir. Myślę, że tak właśnie było. Dunlop pana Goldfingera mógł znaleźć się tak daleko od tego miejsca tylko niezwykłym cudem, sir.

– Brednie! – prychnął ze wstrętem złotnik i zwrócił się do Bonda: – Pan dobrze widział, że Foulks znalazł jedynkę.

Bond pokręcił z powątpiewaniem głową.

– Obawiam się, że nie obejrzałem jej sobie zbyt dobrze. Ale – agent nabrał animuszu, a jego głos stał się poważny – przecież to obowiązkiem grającego jest upewnić się, czy uderza we właściwą piłeczkę, prawda? Któż winny jest temu, że ustawia pan sobie cudzego dunlopa i oddaje nim pan trzy strzały? Tak czy inaczej – dodał, schodząc z murawy – wielkie dzięki za mecz. Kiedyś znów musimy razem zagrać.

Opromieniony chwałą zachodzącego słońca, Goldfinger wlókł za sobą długi, mroczny cień. Ruszył wolno za Bondem. Zamyślone oczy wbijał w plecy agenta 007.

10. Z wizytą

Są bogacze posługujący się swym bogactwem jak kijem do golfa. Takim bogaczem jest właśnie Goldfinger, myślał Bond, rozkoszując się kąpielą. Goldfinger należy do tych ludzi, którzy sądzą, że dzięki forsie mogą rozdeptać cały świat, ścierając na proch strapienia i przeciwności losu zasobnym trzosem. Złotnik miał nadzieję, że Bond straci zimną krew, kiedy stawką meczu będzie dziesięć tysięcy dolarów. Dla Goldfingera to tyle, co ugryzienie pchły, dla agenta – mała fortuna. Z wieloma innymi mogło mu się udać. „Wytrzymanie” zamachu, pochylenie głowy przy bezpośrednich strzałach, kiedy każde uderzenie zbliża lub oddala grającego od wielkich pieniędzy – to wszystko wymaga żelaznych nerwów, zwłaszcza że gra toczy się na osiemnastu długich dołkach. Zawodowcy zarabiający golfem na chleb dla siebie i swych rodzin niejednokrotnie czuli na karkach zimny oddech przytułka dla ubogich, gdy przy remisie rozpoczynali ostatnią, osiemnastą rundę strzałów. Oto dlaczego prowadzili stateczne życie, dlaczego nie palili, nie pili. Oto dlaczego wygrywa zazwyczaj ten z nich, który ma najmniejszą wyobraźnię.

Jeśli natomiast chodzi o Bonda, Goldfinger nie mógł wiedzieć, że życie w stałym napięciu jest dla agenta czymś naturalnym, że niebezpieczeństwo i narastające trudności rozluźniają go. Nie mógł też wiedzieć, że to Bond chciał z nim zagrać o stawkę najwyższą z możliwych i że gdyby przegrał, wsparłby go fundusz Secret Service. Goldfinger, tak nawykły do manipulowania ludźmi, choć raz dał się podejść i nie zdając sobie z niczego sprawy, pozwolił, żeby ktoś manipulował nim.

Czyżby rzeczywiście pozwolił…? Zadumany Bond wyszedł z wanny i natarł się ręcznikiem. Ten potężny agregat w wielkiej głowie złotnika pewnie teraz aż huczy od gorączkowych myśli, usiłując rozgryźć Bonda. Bo Goldfinger wie, że dał się przechytrzyć. Czy nie intryguje go fakt, że Bond, i to dwukrotnie, zjawiał się nagle i niespodziewanie, żeby pokrzyżować mu plany? Czy agent 007 aby na pewno dobrze rozegrał tę grę? Czy zdołał stworzyć wokół siebie pozory godnego przeciwnika, czy też wrażliwy nos Goldfingera wyczuł zagrożenie? Jeśli wyczuł, złotnik nie wykona następnego ruchu, a Bond będzie musiał wycofać się ze sprawy, pozostawiając M. opracowanie nowej strategii działania. Jak prędko stanie się jasne, czy gruba ryba połknęła haczyk? Ta ryba nie lubi pośpiechu i wpierw dobrze obwącha przynętę. Dobrze by było przynętę nieco nadgryźć, by upewnić się, czy jest właściwa…

Ktoś zastukał do drzwi sypialni. Bond owinął się ręcznikiem i poszedł otworzyć. W progu stał portier.

– Tak?

– Wiadomość telefoniczna od pana Goldfingera, sir. Przysyła wyrazy szacunku i pyta, czy nie zechciałby pan dziś przyjść do niego na kolację. Posiadłość Grange w Reculver, szósta trzydzieści, sir. Przedtem serwowane będą drinki. Strój nieformalny.

– Proszę podziękować panu Goldfingerowi i przekazać mu, że będzie mi nadzwyczaj miło. – Bond zamknął drzwi, podszedł do otwartego okna i stał, spoglądając na spokojne, wieczorne morze. Proszę, proszę! O wilku mowa! Agent uśmiechnął się do siebie. Do wilka na kolację! Uważaj, Czerwony Kapturku, oj uważaj!

O szóstej agent zszedł do baru i wypił dużą wódkę z tonikiem i skórką cytryny. Bar był pusty, jeśli nie liczyć grupki oficerów US Air Force z Manston. Pili whisky z wodą i rozprawiali o baseballu. Bond zastanawiał się, czy nie spędzili aby dzisiejszego dnia wożąc się pod niebem Kentu z jakąś bombą wodorową. Czy nie igrali aby nad czterema maleńkimi kropeczkami wśród wydm? Czy nie igrali nad nim, nad Goldfingerem, Foulksem i Hawkerem? Tylko nie za wiele tej whisky, drodzy kuzyni, pomyślał kwaśno. Zapłacił za wódkę i wyszedł.

Jechał wolno do Reculver, delektując się zmierzchem, drinkiem w żołądku i spokojnym pomrukiem silnika. Zanosiło się na ciekawą kolację. Nadszedł odpowiedni moment, żeby sprzedać swoje usługi Goldfingerowi. Jeden zły ruch i do widzenia, a następca Bonda będzie miał piekielnie trudne zadanie do wykonania. Agent nie zabrał na wizytę rewolweru; byłoby fatalnie, gdyby złotnik zwęszył jakąkolwiek broń. Ogarnął go chwilowy niepokój. Dlaczego właściwie pomyślał o broni? Nie wypowiedzieli sobie wojny, przeciwnie. Kiedy żegnali się w klubie, Goldfinger był serdeczny. (Fakt, może nieco sztucznie i służalczo serdeczny.) Spytał go, gdzie ma przesłać wygraną, a Bond podał mu adres Universal Export. Goldfinger zapytał go także, w jakim hotelu zamieszkał. Agent odparł, że w Ramsgate i że będzie tam tylko kilka dni do czasu, nim podejmie decyzje dotyczące jego kariery zawodowej. Złotnik miał również nadzieję na mecz rewanżowy, lecz, niestety, już nazajutrz wyjeżdża do Francji i nie jest pewien, kiedy wróci. Czy wybiera się do Francji samolotem? Tak, odlatuje z Lydd. „Cóż, w takim razie dziękuję za mecz”. „To ja dziękuję, panie Bond”. Wyblakłe oczy prześwietliły agenta po raz ostatni, jak gdyby ostatecznie umiejscawiając go w mentalnej kartotece, a później wielki, żółty samochód cichuteńko odjechał.

Bond zdążył przyjrzeć się dokładnie szoferowi. Był to klocowaty Japończyk – może raczej Koreańczyk? – o płaskiej twarzy i dzikim, niemal szalonym spojrzeniu nieprawdopodobnie skośnych oczu. Takie oczy widuje się raczej na japońskich filmach, a nie w rollsie przemierzającym angielski Kent słonecznym popołudniem. Jego górna warga wyginała się w kształt ryjka, co jest czasem oznaką rozszczepionego podniebienia, ale ponieważ Koreańczyk nic nie mówił, Bond nie miał okazji sprawdzić, czy jego przypuszczenia są słuszne. W obcisłym, prawie pękającym w szwach garniturze i groteskowym meloniku szofer wyglądał jak japoński zapaśnik na urlopie, lecz jego wygląd bynajmniej nie nastrajał do uśmiechu. Gdyby ktoś ku uśmiechowi się jednak skłaniał, coś złowieszczego, coś niewytłumaczalnego, coś tkwiącego w dopasowanych, błyszczących lakierkach lekkich jak pantofelki do tańca i w ponuroczarnych skórzanych rękawiczkach zmusiłoby go do poniechania zamiaru. W sylwetce szofera było też coś mgliście znajomego i dopiero, gdy rolls odjeżdżał, gdy Bond ujrzał głowę kierowcy od tyłu, sprawa się wyjaśniła. To była głowa, ramiona i melonik właściciela błękitnego forda popular, który tak uparcie trzymał się środka szosy Herne Bay dziś o dwunastej w południe. Skąd wtedy jechał? Jakie polecenie wypełniał? Bondowi przypomniało się coś, o czym mówił pułkownik Smithers. Czyżby to właśnie był ten Koreańczyk, który przemierzał kraj, zbierając stare złoto z sieci jubilerskich sklepów Goldfingera? Czyżby bagażnik tej niewinnie wyglądającej, powolnej limuzyny wypchany był tygodniowym utargiem pamiątkowych zegarków, sygnetów, medalionów i krzyżyków ze złota? Patrzył wówczas, jak wysoka, jasnożółta sylwetka rollsa oddala się ku Sandwich i doszedł do wniosku, że odpowiedź brzmi: tak.

Agent 007 zjechał z głównej drogi w boczną aleję wysadzaną strzelistymi świerkami pamiętającymi jeszcze czasy królowej Viktorii. Dotarł nią do wyżwirowanego podjazdu przed domem, który po prostu nie mógł nazywać się inaczej, jak The Grange. Był to masywny, brzydki dwór z przełomu wieków, z oszklonym portykiem i werandą. Odór padłych much, sztucznych kwiatów i rozgrzanego słońcem wnętrza podrażniał wyobraźnię Bonda. Zgasił silnik samochodu i powoli wysiadł. Stanął, patrząc na dom i nadział się na puste spojrzenie lśniących czystych okien. Zza budynku dobiegł go hałas, jakby ciężkie, rytmiczne sapanie olbrzymiej, zmęczonej kłusem bestii. Bond domyślił się, że hałas słychać z fabryki, której ozdobiony pióropuszem dymu komin wyłaniał się zza smukłych świerków po prawej stronie niczym gigantyczny palec grożący ostrzegawczo z wysoka; fabryka rozlokowała się tam, gdzie zazwyczaj budowano stajnie i garaże. Spokojna, czujna fasada domu zdawała się tylko czekać, aż Bond coś zrobi, aż wykona jakiś zaczepny ruch, a wtedy odpowiedź nadeszłaby szybko. Agent wzruszył ramionami, żeby odegnać złe myśli, wspiął się schodami do przeszklonych matowym szkłem drzwi i nacisnął dzwonek. Nie usłyszał, jak dzwoni, mimo to drzwi otworzyły się wolno. Koreański szofer wciąż miał na głowie swój melonik. Spojrzał na Bonda bez żadnego zainteresowania. Stał nieruchomo z lewą ręką na wewnętrznej klamce, a wyprostowaną niczym drogowskaz prawą pokazywał ciemny hol domu.

Agent minął go, przezwyciężając pokusę, by nadepnąć na te jego wypucowane lakierki albo grzmotnąć go zdrowo w sam środek ciasno opiętego kamizelką brzucha. Ten Koreańczyk pasował jak ulał do tego wszystkiego, co o Koreańczykach słyszał. Poza tym Bond chciał zrobić coś gwałtownego, coś, co zburzyłoby ciężką, napiętą atmosferę domu.

Mroczny hol był jednocześnie dużym salonem. Na okratowanym palenisku dogorywał anemiczny ogieniek, a frontem do niego stały dwa smętne klubowe fotele i ciężka kanapa. Między nimi, na niskiej kozetce, spoczywała dobrze zaopatrzona w napoje taca. Całą przestrzeń otaczającą tę iskierkę życia wypełniały do ostatka masywne, empirowe meble oraz przedmioty ze złoconego brązu, szylkretu, mosiądzu i macicy perłowej, które rzucały wokoło bogate refleksy. Tak uporządkowana, iście muzealna wystawa rozlokowała się na tle ciemnej boazerii sięgającej antresoli na wysokości pierwszego piętra, dokąd wiodły bogato rzeźbione schody z lewej strony holu. Sufit zdobiły posępne płaskorzeźby z epoki.

Bond stał i chłonął ten widok, gdy wtem cicho nadszedł Koreańczyk. Skierował swój podręczny drogowskaz na tacę oraz fotele. Agent skinął głową i nie ruszył się z miejsca. Koreańczyk ominął go i zniknął za drzwiami prowadzącymi, jak przypuszczał Bond, do pokojów dla służby. Cisza spotęgowana wolnym, metalicznym tykaniem obficie zdobionego stojącego zegara wzbierała i skradając się, nadciągała bliżej.

Bond podszedł do kominka i odwrócił się plecami do lichego ognia. Spojrzał agresywnie na salon. Co za graciarnia! Co za koszmarny dom! Jak można mieszkać w tej bogatej, posępnej kostnicy otoczonej murem ciemnych świerków, kiedy sto jardów dalej jest światło, powietrze i niczym nie ograniczona przestrzeń! Wyjął papierosa i zapalił. Co też Goldfinger robił, gdy chciał się rozerwać, zabawić, gdy chciał pójść z dziewczyną do łóżka? Może tego nie potrzebował? Może pościg za złotem stłumił wszelkie inne zachcianki?

Gdzieś w głębi domu zadzwonił telefon. Zadzwonił dwa razy i umilkł. Ktoś coś powiedział półgłosem, potem w korytarzu zabrzmiał odgłos kroków i drzwi pod schodami otworzyły się. Goldfinger przekroczył próg i cicho je za sobą zamknął. Ubrany w aksamitny smoking koloru śliwki, szedł wolno po wypolerowanej drewnianej posadzce. Nie wyciągnął na powitanie ręki.

– Jakże to miło z pana strony, panie Bond – rzekł, uśmiechając się samymi ustami. – Przyszedł pan, chociaż zaproszenie wysłałem tak późno. Pan nie ma tu nikogo, ja również jestem sam, pomyślałem więc sobie, dlaczego by nie pogadać o interesach.

Tak zaczynają rozmowę ludzie bogaci. Bond ubawił się tym, że wciągnięto go czasowo do klubu milionerów.

– Przyjąłem pańskie zaproszenie z wielką przyjemnością – odparł. – Znudziło mi się już roztrząsanie moich problemów, a w Ramsgate nie ma zbyt wielu rozrywek.

– Rzeczywiście. A teraz od razu muszę pana przeprosić. Właśnie odebrałem telefon. Jeden z moich ludzi – zatrudniam Koreańczyków – miał drobny zatarg z policją w Margate i powinienem tam zaraz jechać, żeby wyjaśnić sprawę. O ile zrozumiałem, zdarzył się jakiś incydent w wesołym miasteczku. Ci ludzie łatwo tracą nad sobą panowanie. Mój szofer mnie zawiezie. Nie powinno to nam zająć więcej jak pół godziny. Obawiam się, że zmuszony będę tymczasem zostawić pana samemu sobie. Tam są drinki, uprzejmie zapraszam. Są również czasopisma, gdyby zechciał pan poczytać. Czy mi pan wybaczy? Nie więcej jak pół godziny, zapewniam pana.

– Oczywiście, nie ma o czym mówić. – Agent czuł, że kryje się za tym coś podejrzanego, ale nie umiał powiedzieć co.

– Zatem au revoir. – Goldfinger skierował się do, frontowych drzwi. – Aha, zapalę światło. Te wnętrza są bardzo ciemne. – Przesunął dłoń po tablicy przełączników na ścianie i nagle cały hol zalało jaskrawe światło bijące ze ściennych kinkietów, z czterech żyrandoli na suficie i ze zwykłych lamp. W pomieszczeniu zrobiło się naraz jasno jak w studiu filmowym. Cóż za niezwykła odmiana! Na wpół oślepiony Bond zdążył jeszcze zauważyć, że Goldfinger otworzył drzwi i wyszedł. Po chwili dobiegł go hałas silnika zwiększającego gwałtownie obroty – nie był to jednak Rolls – i zgrzyt skrzyni biegów. Samochód odjechał szybko świerkową aleją.

Pchnięty niejasnym impulsem, agent podszedł do frontowych drzwi i otworzył je. Na podjeździe nie było nikogo, za to w oddali dostrzegł światła wozu skręcającego w lewo, na drogę prowadzącą do Margate. Cofnął się od progu i zamknął drzwi. Stał nieruchomo i wsłuchiwał się w niemal absolutną ciszę zakłócaną tylko ociężałym tykaniem zegara. Podszedł do drzwi, za którymi zniknął Koreańczyk, i nacisnął klamkę. Ujrzał przed sobą długi, mroczny korytarz biegnący w głąb domu. Bond nachylił się i wytężył wszystkie zmysły. Cisza, martwa cisza. Zatrzasnął drzwi i rozejrzał się uważnie po jasno oświetlonym holu. Czyżby pozostawiono go tu samego? Samego? Sam na sam z tajemnicami domu Goldfingera? W jakim celu?

Agent stanął przy tacy z drinkami i nalał sobie mocnego dżinu z tonikiem. Telefon rzeczywiście zadzwonił, ale z powodzeniem mógł to być umówiony sygnał z fabryki. Historyjka ze służącym była do przyjęcia. Tak samo wiarygodne było to, że Goldfinger osobiście jechał do miasta, żeby złożyć kaucję i że wiózł go tam szofer. Złotnik po dwakroć wspominał, że na pół godziny Bond zostanie w domu sam, mówił, że zostawia go tu sam na sam z sobą. Może to i przypadek, ale równie dobrze mogła to być zachęta do tego, żeby Bond się z czymś wychylił, żeby zrobił coś nierozważnego. Czyżby go ktoś obserwował? Ilu tych Koreańczyków ma Goldfinger i co oni właściwie robią? Bond rzucił okiem na zegarek. Upłynęło pięć minut. Zdecydował się. Pułapka, nie pułapka, taka okazja już się nie nadarzy. Rozejrzy się trochę po domu – tylko trochę – i obmyśli jakieś wytłumaczenie na wypadek, gdyby Goldfinger wrócił wcześniej i nie zastał go w holu. Od czego by tu zacząć…? Od fabryki. Co powie? Że samochód sprawiał mu w drodze kłopoty – najpewniej zapchany przewód paliwowy – i że ruszył na poszukiwanie mechanika, który mógłby pomóc. Cieniuteńkie to, ale wystarczy. Bond dopił dżin, stanowczym krokiem podszedł do drzwi dla służby i otworzył je.

Znalazł przełącznik, zapalił światło i ruszył cicho długim korytarzem. Korytarz kończył się gładką ścianą i drzwiami z lewej i prawej strony. Wsłuchiwał się moment w dźwięki płynące zza tych po lewej i dobiegły go stłumione odgłosy kuchni. Otworzył prawe i znalazł się na wyłożonym płytkami podjeździe do nie istniejącego garażu. Tego się spodziewał. Dziwne było jedynie to, że podjazd oświetlały jaskrawe lampy łukowe. Naprzeciwko miejsca, gdzie stał, wznosił się długi fabryczny mur, a owo rytmiczne sapanie wyraźnie przybrało tu na sile. W murze zauważył całkiem zwyczajne, niskie, drewniane drzwi. Podszedł do nich, rozglądając się niepewnie wokoło i nacisnął klamkę. Otwierał drzwi ostrożnie i rozwarłszy je na oścież, przekroczył próg. Był w małym, pustym biurze oświetlonym jedną żarówką zwisającą z sufitu. Zobaczył biurko, na biurku jakieś papiery, zegar do kart kontrolnych, registrator i telefon. Inne drzwi prowadziły z biura do hali warsztatowej. Obok nich znajdowało się okienko, dzięki któremu można było mieć oko na robotników. Biuro naczelnika lub brygadzisty, bez dwóch zdań. Bond podszedł do okienka.

Sam nie bardzo wiedział, co spodziewał się tam ujrzeć, lecz na pierwszy rzut oka miał przed sobą zwyczajny, niewielki warsztat metalurgiczny. Zobaczył otwarte gardziele dwóch wielkich pieców hutniczych, w których przygaszono nieco ogień, obok rząd niedużych pieców do wyprażania stopionego metalu, liczne arkusze blachy różnych rozmiarów i kolorów oparte o ścianę, lśniący stalą stół piły tarczowej, najpewniej diamentowej, do rozcinania blachy. Po lewej stronie, nieco w cieniu, stał duży silnik na ropę napędzający generator prądotwórczy. Po prawej, w potokach światła z lamp łukowych, uwijało się pięciu ludzi w kombinezonach. Bond naliczył wśród nich czterech Koreańczyków. Uwijali się wokół – co za niezwykły przypadek! – żółtego rollsa pana Goldfingera. Rolls połyskiwał ciepło w jasnym świetle i zdawał się być bez najmniejszej skazy, jeśli nie liczyć drzwi od strony kierowcy, które robotnicy zdjęli z zawiasów i ułożyli na dwóch ławkach. Wyjęli z ramy płat wewnętrzny i akurat zaczęli mocować w jego miejsce nową, ciężką, odbarwioną płytę w kolorze przypominającym aluminium. Na podłodze leżały dwa młotki nitownicze i zaraz, pomyślał Bond, Koreańczycy przynitują płat do ramy i odpowiednio polakierują. Robota absolutnie czysta, niewinna i uczciwa. Goldfinger miał po południu małą stłuczkę i właśnie kończyli mu szybką naprawę przed jutrzejszą podróżą. Bond rozejrzał się pobieżnie jeszcze raz, zgorzkniały cofnął od okna i opuścił teren fabryki, delikatnie zamykając za sobą drzwi. I nic, cholera, nic! Co powiedzieć Goldfingerowi? Że nie chciał przeszkadzać robotnikom w pracy? Że może po kolacji, jeśli któryś z nich znajdzie chwilę czasu?

Agent wracał niespiesznie tą samą, znaną już sobie drogą, dotarł do holu bez przygód.

Spojrzał na zegarek. Zostało jeszcze dziesięć minut. Teraz pierwsze piętro. Sekrety domu odkrywa się w jego sypialniach i łazienkach. Są to miejsca osobiste, a apteczki, toaletki oraz szafki nocne mogą odsłonić najintymniejsze tajemnice i słabostki. Bond dostał bólu głowy. Poszedł szukać aspiryny. Odegrał pantonimę dla nieobecnej publiczności, pomasował skronie, zerknął ku antresoli, ruszył zdecydowanie przed siebie i wspiął się na schody. Antresola kończyła się jasno oświetlonym korytarzykiem. Agent szedł nim, otwierając kolejne drzwi, i zaglądał do środka. Lecz kryły się za nimi tylko gościnne sypialnie z łóżkami bez pościeli, a we wszystkich pokojach unosił się zapach pleśni i stęchlizny. Nie wiadomo skąd zjawił się nagle wielki, rudy kocur. Szedł za Bondem, miaucząc i ocierając mu się o nogawki. Ostatnie pomieszczenie. To jest to! Agent wszedł, przymknął drzwi, pozostawiając w nich maleńką szparę.

Wewnątrz paliły się wszystkie światła, musiał tu niedawno być ktoś ze służby. Ruszył odważnie do sąsiedniego pomieszczenia. Światło jeszcze silniejsze, ale w środku nikogo. To był duży pokój, kiedyś pewnie wolny, który przerobiono na łazienkę. Oprócz wanny i muszli klozetowej stały tu różne urządzenia do ćwiczeń wyrabiających sprawność fizyczną: „wioślarka”, rower umocowany do podłogi, ciężkie maczugi gimnastyczne i elektryczne pasy do masażu ciała. Apteczka nie zawierała niczego poza środkami na przeczyszczenie wszelkiej maści. Były tam i strączki senesu, i kora szakłaku amerykańskiego, i Calsalettes, i Enos, tudzież przyrządy służące wiadomym celom. Bond nie znalazł w niej żadnego innego lekarstwa, nie znalazł też aspiryny. Wrócił do pokoju, ale i tu szczęście mu nie dopisało. Oglądał typowo męski, wygodny pokój służący i do pracy, i do spania, z mnóstwem wbudowanych w ściany szafek. Nawet pachniało tu zwyczajnie. Przy łóżku stała niewielka półka, a na niej książki – wyłącznie historyczne lub biograficzne, tylko po angielsku. Szuflada nocnego stolika zdradziła jeden, jedyny sekret – leżał w niej żółto oprawiony egzemplarz Tajemnego oblicza miłości wydany przez Palladium Publications w Paryżu.

Bond rzucił okiem na zegarek. Jeszcze pięć minut. Czas wracać. Rozejrzał się po pokoju ostatni raz i ruszył do drzwi. Naraz stanął jak wryty. Odkąd tu wszedł, cały czas miał wrażenie, że coś się tu nie zgadza. Coś go nieustannie dręczyło, coś, co podświadomie rejestrował, lecz czego nie dostrzegał. Co to jest…? Wytężył wszystkie zmysły. Jakiś kolor? Przedmiot? Zapach? Dźwięk? Dźwięk! Dźwięk! Z miejsca, gdzie stał, słyszał cichutki, cichuteńki szmerek, niczym brzęczenie komara. Był to dźwięk tak wysoki, że niemal na granicy słyszalności. Skąd dochodził? Jakie jest jego źródło? W pokoju pojawiło się nagle coś jeszcze, coś, co Bond znał aż nazbyt dobrze: niebezpieczeństwo.

Agent podszedł w napięciu do szafy obok drzwi i ostrożnie ją otworzył. Tak, dźwięk dochodził z jej wnętrza, zza rzędu sportowych marynarek, których poły sięgały trzech szuflad poniżej. Bond gwałtownym ruchem rozsunął ubrania. Na widok, jaki ujrzał, zacisnął z wściekłości szczęki.

Z trzech podłużnych otworów wywierconych na górze cal po calu sączyły się trzy niezależne od siebie wstęgi szesnastomilimetrowego filmu. Opadały w dół, do pojemnika stojącego za zmyślnie skonstruowanymi szufladami. Pojemniki były już w połowę wypełnione lśniącymi, poskręcanymi zwojami. Oczy Bonda zwęziły się w napięciu. Patrzył, jak dowody świadczące przeciwko niemu zwijają się wolno w nieustannie rosnący stos i myślał: Więc to tak… Kamery, trzy kamery z Bóg wie gdzie ukrytymi obiektywami – mogły być ukryte wszędzie: w holu, na podjeździe do garażu, tutaj, w sypialni – obserwowały każdy mój ruch po ruchu, gdy Goldfinger wyszedł z domu, uruchomiwszy tuż przedtem całą aparaturę i, rzecz jasna, włączywszy oślepiające światła. Dlaczego zlekceważyłem te światła? Dlaczego nie pomyślałem? Przecież nie trzeba było wielkiej wyobraźni, żeby dostrzec pułapkę, żeby ją zwietrzyć! Moje bajeczki dla Goldfingera! Boże! Co z nich teraz za pożytek?! Teraz, kiedy zmarnowałem pół godziny, węsząc po całym domu, nie znajdując w dodatku niczego! Niczego! Żadnych tajemnic, sekretów – niczego! Kretyńsko straciłem czas. W dodatku Goldfinger mnie przyskrzynił. Przyskrzynił mnie tak, że jestem skończony, kompletnie spalony. Szukać jakiegoś sposobu, żeby ocalić choć cokolwiek z totalnej katastrofy? Bond stał, wbijając wzrok w opadające zwoje filmu.

Skup się! Skup! Jego umysł pracował gorączkowo, rozważając możliwości ratunku, szukając wiarygodnych pretekstów, odrzucając jeden po drugim. Kiedy otworzył drzwi szafy, prześwietlił najwyżej ułożone zwoje, to już coś. Dlaczegoż by więc nie prześwietlić wszystkiego?! Dlaczego nie, tylko jak…? Bo kto mógł otworzyć szafę, jeśli nie Bond? No kto? Zza nie domkniętych drzwi sypialni dobiegło ciche miauczenie. Kot! Kot? Może kot? Dlaczego nie kot? Trochę to dęte, ale dawało choć cień alibi. Bond otworzył drzwi, chwycił kota i podszedł do szafy, głaszcząc go natarczywie. Kot mruczał głośno. Agent nachylił się, zanurzył w pojemniku rękę i uniósł ją tak, by prześwietlić jak najwięcej taśmy. Później, kiedy doszedł do wniosku, że film jest już kompletnie do niczego, włożył go na powrót do pojemnika, a na wierzch rzucił kota. Kot nie wydostanie się stąd tak łatwo, myślał. Przy odrobinie szczęścia zrobi sobie na zwojach legowisko i uśnie. Bond zostawił drzwi szafy uchylone na trzy cale, żeby zepsuć nieustannie snującą się taśmę, podobnie postąpił z drzwiami do sypialni i zbiegł na dół. W ziejącym przestrzenią salonie nie było nikogo. Agent podszedł do kominka, dolał do szklaneczki i otworzył czasopismo The Field. Znalazł w nim komentarz o golfie Bernarda Darwina, przeczytał go po łebkach, żeby wiedzieć, o czym Darwin pisze, usiadł w fotelu i zapalił papierosa.

I czego się niby dowiedział? Co też mógł zaliczyć do swoich zdobyczy? Dowiedział się tylko tego, że Goldfinger cierpi na zatwardzenie, że ma włochate myśli i że chciał poddać agenta prymitywnemu testowi. Zrobił to fachowo, jak zawodowiec. Technika, której użył, była techniką często stosowaną przez SMIERSZ, a Goldfinger opanował ją z mistrzostwem człowieka mającego wiele do ukrycia. I co teraz? Żeby historyjka z kotem była prawdopodobna, Goldfinger musiałby zapomnieć zamknąć aż dwie pary drzwi, w tym drzwi do sypialni. Kot, zaintrygowany szumem pracujących kamer, wszedł tam i narozrabiał. Nie do uwierzenia, zupełnie niewiarygodne. Złotnik będzie na dziewięćdziesiąt procent przekonany, że to Bond. Ale tylko na dziewięćdziesiąt procent. Do stu zabraknie mu tych dziesięciu procent niepewności. Czy dowie się czegoś więcej ponad to, o czym wiedział wcześniej? Wie już, że Bond jest facetem przebiegłym i zaradnym, teraz odkryje, że również wścibskim. Może więc jest złodziejem? Na pewno odgadnie, że agent był w sypialni, lecz gdzie jeszcze myszkował? Tego się nie dowie, bo naświetlona klisza nie zdradzi już żadnego sekretu.

Bond wstał, chwycił w garść kilka czasopism rzucił je obok fotela. Pozostało mu tylko nadrabiać bezczelnością i zapamiętać na przyszłość – jeśli w ogóle czeka go jakaś przyszłość – że najpierw trzeba dobrze pomyśleć, by później uniknąć katastrofy. Na świecie nie ma tylu rudych kotów, żeby ratowały go ze wszystkich opresji, w jakich przyjdzie mu się jeszcze znaleźć.

Nie słyszał nadjeżdżającego samochodu. Od drzwi również nie dobiegł go żaden dźwięk. Poczuł tylko na karku lekki powiew wieczornej bryzy i już wiedział, że Goldfinger wrócił, że jest w pokoju.

11. Złota Rączka

Bond odrzucił czasopismo i wstał. Drzwi frontowe zatrzasnęły się z hukiem. Spojrzał w tamtą stronę, a jego twarz przybrała wyraz uprzejmego zdziwienia.

– To pan? Nie słyszałem samochodu. Jak poszło?

Oblicze Goldfingera było równie miłe i uprzejme. Z powodzeniem mogli uchodzić za starych przyjaciół, sąsiadów przez miedzę, mających w zwyczaju wpadać do siebie na drinka.

– Wszystko się jakoś ułożyło. Mój Koreańczyk pokłócił się w pubie z amerykańskimi lotnikami, którzy nazwali go Japońcem. Wyjaśniłem policjantom, że Koreańczycy nie lubią, jak nazywa się ich Japońcami. Dali mu ostrzeżenie i wypuścili. Bardzo przepraszam, że zajęło mi to aż tyle czasu. Mam nadzieję, że się pan nie nudził. Proszę jeszcze sobie nalać, bardzo proszę.

– Dzięki. Zaczytałem się. Sądziłem, że upłynęło ledwie pięć minut, odkąd pan wyszedł. Czytałem, co Darwin ma do powiedzenia na temat „reguły czternastu kijów”. Całkiem interesujące podejście… – Bond rozpoczął szczegółowe streszczenie artykułu, dodając własne uwagi.

Goldfinger stał i czekał cierpliwie, aż agent skończy.

– Tak, to w sumie dość skomplikowane. Oczywiście, pana styl gry różni się od mojego. Powiedziałbym, że gra pan raczej siłowo. Przekonałem się jednak, że z moim zamachem muszę używać wszystkich dozwolonych kijów. Dobrze, umyję tylko ręce i już jemy kolację. Za chwilę wracam.

Pobrzękując energicznie szkłem, Bond nalał sobie drinka i otworzywszy Country Life obserwował, jak złotnik wspina się po schodach i znika w korytarzu. Oczyma wyobraźni widział każdy jego krok. Wtem zauważył, że czyta pismo, trzymając je do góry nogami. Czym prędzej je odwrócił i wbił nic nie widzące spojrzenie w znakomitą fotografię pałacu w Blenheim.

Na górze panowała martwa cisza. Potem rozległ się daleki odgłos, jaki wydaje łańcuch od spłuczki w toalecie, jeszcze później Bond usłyszał trzask zamykanych drzwi. Agent sięgnął po drinka, pociągnął zdrowo i odstawił szklankę na tacę obok krzesła. Goldfinger szedł po schodach. Agent kartował Country Life; popiół z chesterfielda strącił do paleniska.

Złotnik był już na dole i zmierzał w jego stronę. Bond opuścił czasopismo i podniósł wzrok. Goldfinger trzymał pod pachą rudego kota, beznamiętnie przyciskając go łokciem do boku. Zbliżył się do kominka, nachylił i wcisnął guzik dzwonka.

– Czy lubi pan koty? – spytał. Oczy miał bez wyrazu, obojętne.

– W miarę.

Drzwi do pomieszczeń dla służby otworzyły się i w progu stanął kierowca żółtego rollsa. I teraz nosił ten swój melonik, i błyszczące, czarne rękawiczki. Popatrzył apatycznie na Goldfingera. Ten kiwnął na niego zakrzywionym palcem. Koreańczyk podszedł i stanął w kręgu światła przy palenisku.

– To jest Złota Rączka – rzekł swobodnie Goldfinger i uśmiechnął się lekko. – To bardzo zabawna gra słów, panie Bond. – Spojrzał na Koreańczyka. – Pokaż panu Bondowi ręce. – Znów się uśmiechnął. – Nazywam go Złotą Rączką, ponieważ takie imię najbardziej do niego pasuje. On wykonuje dla mnie bardzo różne… prace.

Koreańczyk wolno zdjął rękawiczki. Podszedł do agenta na odległość ramienia i wyciągnął ręce wnętrzem dłoni ku górze. Bond wstał i przypatrzył się im. Dłonie były wielkie i zgrubiałe od muskułów. Wszystkie palce zdawały się mieć tę samą długość, a ich czubki były tępe i lśniły niczym stara kość.

– Pokaż je panu ze wszystkich stron.

Palce pozbawione były paznokci. W ich miejscu Bond dostrzegł taką samą żółtawą skorupę. Koreańczyk obrócił dłonie tak, że agent mógł teraz obejrzeć ich kanty. Wzdłuż każdego wyrastała gruba, zrogowaciała pręga z żółtawej materii.

Bond spojrzał na Goldfingera i uniósł w zdumieniu brwi.

– Urządzimy mały pokaz – rzekł złotnik i wskazał grubą, dębową poręcz schodów. Była solidna, sześć cali na cztery. Koreańczyk ruszył posłusznie w tamtą stronę i wspiął się kilka stopni w górę. Potem stanął na baczność, wbijając w Goldfingera wzrok, niczym karny pies myśliwski. Goldfinger skinął energicznie głową. Z kamiennym wyrazem twarzy Koreańczyk uniósł prawą rękę wysoko nad swój melonik, po czym jak toporem uderzył w wypolerowaną na błysk poręcz. Trzask pękającego drewna i poręcz złamała się na środku. Ręka znów powędrowała w górę i błyskawicznie opadła. Tym razem Złota Rączka uporał się z zadaniem – w poręczy zionęła najeżona drzazgami wyrwa, a na podłogę spadł deszcz małych szczapek drewna. Koreańczyk wyprostował się, stanął na baczność, czekając na dalsze rozkazy. Bond nie doszukał się na jego twarzy ani cienia wysiłku, ani żadnych oznak dumy z tego, czego dokonał.

Goldfinger skinął palcem. Złota Rączka podszedł bliżej.

– Stopy ma takie same, zewnętrzne krawędzie stóp – rzekł złotnik i zwrócił się do Koreańczyka: – Teraz kominek. – Wskazał grubą półkę z rzeźbionego drewna nad paleniskiem. Znajdowała się jakieś siedem stóp od podłogi, sześć cali nad melonikiem skośnookiego.

– Meh ąć meheneę i khlusz?

– Tak, zdejmij marynarkę i kapelusz. – Goldfinger spojrzał na Bonda. – Biedak, ma rozszczep podniebienia. Oprócz mnie chyba mało kto go rozumie.

Cóż za użyteczne rozwiązanie! – pomyślał Bond. Niewolnik, który jest w stanie komunikować się ze światem tylko przez swego pana-tłumacza! Jeszcze lepszy niż głuchoniemi eunuchowie z haremów, bo bardziej z panem związany, bezpieczniejszy!

Koreańczyk zdjął marynarkę i melonik i ułożył je starannie na podłodze. Podwinął nogawki do kolan, cofnął się i rozstawiwszy szeroko nogi, zaparł się o wypolerowaną klapę tak mocno, że nie ruszyłby go z miejsca szarżujący słoń.

– Proszę się lepiej odsunąć, panie Bond – powiedział Goldfinger, szczerząc w uśmiechu zęby. – Taki cios łamie człowiekowi kark jak zapałkę.

Złotnik stanął obok tacy z napitkami. Koreańczyk mógł teraz wziąć swobodny rozbieg. Ale do kominka miał przecież ledwie trzy kroki! Jakim cudem chciał sięgnąć rzeźbionej deski!?

Agent patrzył jak zahipnotyzowany. Skośne oczy osadzone głęboko w żółtej, skamieniałej twarzy błyszczały w nieprawdopodobnym, dzikim napięciu. Walka z takim facetem musi być bezsensowna, myślał Bond. Lepiej już od razu uklęknąć i czekać na śmierć.

Goldfinger podniósł rękę. Palce u stóp Koreańczyka opięte lśniącymi butami z mięciutkiej skóry zdawały się wbijać w podłogę. Pochylony, z mocno ugiętymi kolanami, zrobił jeden długi krok i wystrzelił z obrotem w powietrze. Jego stopy złączyły się błyskawicznie, śmignęły wysoko, wyżej, znacznie wyżej niż sięgnąłby wytrawny baletmistrz, i gdy ciało odchyliło się w bok, ku dołowi, prawa noga uderzyła niczym potężny młot. Rozległ się głuchy trzask. Koreańczyk wylądował zgrabnie na mocno ugiętych rękach. Natychmiast energicznie je wyprostował, odbił się od podłogi jak ciśnięty sprężyną i już stał na baczność.

Spojrzał na trzycalową, postrzępioną wyrwę, jaką zrobił nad kominkiem i tym razem w jego skośnych oczach Bond dostrzegł błysk zadowolenia.

Agent przyglądał się mu z głębokim lękiem. I pomyśleć, że nie dalej jak dwa dni temu pracował nad podręcznikiem metod walki wręcz! On! We wszystkim, co przeczytał, co wypraktykował, nie znajdował teraz niczego, absolutnie niczego takiego, co dawałoby się choć porównać ze sprawnością, jaką przed chwilą zademonstrował Złota Rączka. Koreańczyk nie był człowiekiem z krwi i kości, nie, był chodzącą maczugą, być może najbardziej niebezpieczną bestią na ziemi. Bond musiał to zrobić, musiał oddać hołd temu straszliwemu, jedynemu w swoim rodzaju indywiduum. Wyciągnął do niego rękę.

– Delikatnie! Delikatnie! – Głos Goldfingera zabrzmiał jak trzask bicza.

Koreańczyk skłonił głowę i ujął dłoń Bonda. Palce miał wyprostowane, w lekkim uścisku zgiął jedynie kciuk. Wrażenie było takie, jakby trzymało się kawał deski. Później zwolnił uścisk i odszedł w stronę nienagannie złożonej marynarki i swego kapelusza.

– Proszę mi wybaczyć, panie Bond – odezwał się Goldfinger z wyrazem aprobaty na twarzy. – Doceniam pański gest, ale on nie zdaje sobie sprawy z własnej siły. Szczególnie wtedy, gdy jest w swego rodzaju transie. Jego ręce są jak mechaniczne narzędzia i zupełnie niechcący mógł zgnieść pana dłoń na miazgę. – Koreańczyk zdążył się już ubrać i stanąć układnie na baczność. – Dobrze, dobrze się sprawiłeś, moja ty Złota Rączko. Widać, że trenujesz, jesteś w formie. Trzymaj. – Złotnik wyciągnął spod pachy kota i rzucił go słudze. Ten chwycił go ochoczo. – Mam dosyć widoku tego kocura. Możesz go sobie zjeść na obiad. – Oczy Koreańczyka rozbłysły. – I powiedz w kuchni, że już siadamy do stołu.

Złota Rączka pochylił szybko głowę i odwrócił się.

Bond ukrył wstręt. Zrozumiał, że cały ten pokaz był jak lekkie trzepnięcie po łapach, że niósł mu ostrzeżenie i posłanie: Patrz, jaki jestem potężny, panie Bond! Mogłem cię z łatwością zabić lub okaleczyć. Po prostu Złota Rączka demonstrował swoje umiejętności i oberwał pan zupełnie przypadkowo. Pech. Ja byłbym oczywiście zupełnie niewinny, a Koreańczyk dostałby mały wyrok. Zamiast pana karę poniesie kot. Cóż, jak pech to pech. Dla kota, rzecz jasna.

– Dlaczego on zawsze nosi ten melonik? – spytał obojętnie agent.

– Złota Rączko! – Tamten był już przy drzwiach. – Kapelusz! – Goldfinger wskazał mu deskę w drewnianej obudowie kominka.

Wciąż trzymając kota pod lewą pachą, Koreańczyk zawrócił i nie okazując żadnych emocji, ruszył w ich stronę. Kiedy znalazł się w połowie drogi, bez przystawania, bez chwili mierzenia, sięgnął do kapelusza, uchwycił go i cisnął z całej siły rondem w bok. I znów rozległ się ostry trzask, tym razem metaliczny. Przez moment rondo melonika tkwiło w głębokiej na cal bruździe wyżłobionej uderzeniem w desce, którą wskazał Goldfinger. Później kapelusz spadł i potoczył się z blaszanym klekotem po podłodze.

Goldfinger uśmiechnął się uprzejmie.

– Lekki, lecz niezmiernie mocny stop, panie Bond. Boję się, że ten rzut uszkodził filcowe poszycie, ale Złota Rączka nałoży nowe. On zadziwiająco dobrze sobie radzi z igłą i nitką. Zapewne domyśla się pan, że taki cios zmiażdżyłby człowiekowi czaszkę lub oddzieliłby głowę od karku. Zgodzi się pan ze mną, że to nader nieskomplikowana i niezwykle pomysłowo ukryta broń, prawda?

– Rzeczywiście. – Bond odwzajemnił się równie uprzejmym uśmiechem. Dobrze jest mieć przy sobie tak użytecznego faceta, nie ma co.

Koreańczyk zdążył już zniknąć wraz ze swym kapeluszem. Usłyszeli dźwięk gongu.

– Obiad! Nareszcie! Zapraszam! – Goldfinger podszedł do drzwi ukrytych za boazerią po prawej stronie kominka. Nacisnął zamaskowaną klamkę i weszli do jadalni.

Mała jadalnia ociekała takim samym bogactwem jak zagracony hol. Oświetlał ją jaskrawo żyrandol i świece na stole skrzącym się od srebra i kryształów. Usiedli naprzeciwko siebie. Dwóch żółtolicych kelnerów w białych marynarkach serwowało dania z uginającego się od jedzenia stoliczka. Najpierw podali coś a la curry z ryżem. Goldfinger zauważył wahanie Bonda i wydał z siebie suchy, zduszony chichot. – Wszystko w porządku, panie Bond. To są krewetki, nie kot.

– Uhm… – odparł dyplomatycznie agent.

– Niech pan spróbuje mozelskiego. Mam nadzieję, że będzie panu smakowało. To piesporter goldtropfchen rocznik 1953. Proszę się obsłużyć samemu. Ci ludzie mogą panu równie dobrze nalać wina do kieliszka, jak i na talerz.

Z pojemnika na lód tuż przed agentem sterczała smukła butelka. Nalał sobie wina i spróbował. Smakowało niczym nektar i było lodowato zimne. Bond pogratulował gospodarzowi… Goldfinger skłonił dwornie głowę.

– Sam nie palę i nie piję – oznajmił. – Palenie papierosów uważam za najbardziej absurdalne ze wszystkich odmian zachowań ludzkich i za jedyne całkowicie sprzeczne z naturą. Czy słyszał pan kiedy, żeby krowa albo jakiekolwiek inne zwierzę napychało sobie pysk tlącą się słomą, wdychało dym i wypuszczało go nozdrzami? Okropne! – Na twarzy złotnika Bond dostrzegł jakże rzadki u niego ślad emocji. – To ohydny nałóg. Jeśli natomiast chodzi o picie alkoholu, jestem po trosze chemikiem i jeszcze nie natknąłem się na trunek kompletnie wolny od trucizny. Niektóre z nich to trucizny iście mordercze jak alkohol amylowy, kwas octowy, octan etylu, aldehydy octowe, furfuryl. Niewielka ilość tych substancji w postaci czystej mogłaby człowieka zabić. Śladowe ich ilości rozpuszczone w butelce trunku powodują różnorodne objawy chorobowe, z których większość diagnozuje się jako „kac”. – Ręka Goldfingera z widelcem pełnym curry z krewetek zamarła w połowie drogi do ust. – Ponieważ pan pije, panie Bond, udzielę panu dobrej rady. Niech pan nigdy nie daje się namówić na tak zwanego „napoleona”, na brandy. Zwłaszcza wtedy gdy reklamują go pisząc, że dojrzewał w drewnianych beczkach. Ten „leczniczy” napój zawiera więcej wymienionych przeze mnie trucizn niż jakikolwiek inny, a analizowałem ich sporo. Następny na liście jest stary bourbon. – Porcja krewetek z widelca zakończyła krytykę.

– Dziękuję, będę o tym pamiętał. Może właśnie dlatego przerzuciłem się ostatnio na wódkę. Mówią, że filtruje się ją przez aktywowany węgiel drzewny, a to ponoć pomaga. – Bond wyłowił tę mikroskopijną drobinę wiedzy z mglistych wspomnień czegoś, co kiedyś czytał i był dumny, że udało mu się odparować potężny cios złotnika.

Goldfinger przyjrzał mu się z zainteresowaniem.

– Zna się pan na tym? Studiował pan chemię?

– Nie, ale trochę się w to bawiłem. – Nadszedł czas, by przejść do rzeczy. – Zaimponował mi ten pański szofer. Gdzie się nauczył tak fantastycznych sposobów walki? Skąd te sposoby się wywodzą? Koreańczycy tak walczą?

Goldfinger delikatnie wytarł usta serwetką i strzelił palcami. Kelnerzy sprzątnęli naczynia, po czym wnieśli pieczoną kaczkę i butelkę mouton rothschild rocznik 1947 dla Bonda. Kiedy zastygli w bezruchu po przeciwległych stronach stołu, Goldfinger rzekł: – Czy słyszał pan kiedyś o karate? Nie? Otóż ten Koreańczyk jest jednym z trzech ludzi na świecie, którzy zdobyli w karate czarne pasy. Karate jest swego rodzaju odmianą dżudo z tym, że do dżudo ma się tak, jak Gruba Berta do katapulty.

– Zauważyłem

– Widział pan bardzo mało, panie Bond. – Złotnik machnął udkiem, które akurat ogryzał. – Powiem panu, że gdyby Złota Rączka zadał pojedynczy, odpowiednio wymierzony cios w któryś z siedmiu punktów pańskiego ciała, już by pan nie żył. – Goldfinger wgryzł się ze smakiem w udko.

– A to ciekawe – przyznał poważnie agent. – Ja znam tylko pięć ciosów, które mogłyby go natychmiast zabić.

Goldfinger zdawał się nie słyszeć uwagi Bonda. Odłożył kacze udko i pociągnął spory łyk wody. Rozparł się wygodnie i zaczął mówić, podczas gdy agent zajadał się wyśmienitym daniem. – Widzi pan, karate opiera się na teorii, że ciało ludzkie ma pięć sfer zdatnych do zadania ciosu i trzydzieści siedem podatnych na ciosy punktów. Podatnych na ciosy doskonale wyszkolonego karateki, oczywiście, takiego, którego kanty dłoni, czubki palców i stopy są pokryte zrogowaciałymi warstwami skóry wytrzymalszymi i bardziej elastycznymi niż kość. Mój Koreańczyk, panie Bond, dzień w dzień, od młodości, poświęca godzinę na ćwiczenia uderzeń czy to w worki napełnione nie łuskanym ryżem, czy to w mocny słup, którego szczyt obwiązano wielokrotnie grubą liną. Następną godzinę poświęca na zaprawę fizyczną, a ta przypomina bardziej ćwiczenie rodem ze szkoły baletowej niż z gimnazjum.

– A kiedy ćwiczy rzucanie melonikiem? – Bond nie miał zamiaru ulegać tej wojnie psychologicznej.

Niezadowolony, że mu przerwano, Goldfinger zmarszczył brwi.

– Nigdy go o to nie pytałem – odparł bez cienia humoru. – Niech mi pan wierzy, że Złota Rączka dba o rozwój swych wszystkich umiejętności. Ale pytał pan, skąd wywodzi się karate. Wywodzi się z Chin, gdzie wędrowni mnisi buddyjscy łatwo padali ofiarą rozbójników i bandytów. Religia zabroniła im nosić broń, więc wymyślili własny sposób walki. Kiedy Japończycy zakazali mieszkańcom Okinawy używania broni, ci udoskonalili sztukę walki wręcz i doprowadzili ją do obecnego stanu. To oni wyodrębnili wspomniane pięć sfer ciała ludzkiego zdatnych do zadawania ciosów: pięść, kant dłoni, czubki palców, brzusiec dużego palca u nogi i łokcie. Hartowali je, aż stawały się twarde, aż pokrywały się zrogowaciałą tkanką. W karate, panie Bond, nie idzie się za ciosem. W momencie uderzenia całe ciało jest usztywnione, zwłaszcza biodra. Natychmiast też następuje rozluźnienie mięśni, dlatego walczący nigdy nie tracą równowagi. Mój Koreańczyk jest zdolny do rzeczy zadziwiających. Widziałem, jak z całej siły uderza w murowaną ścianę, nie kalecząc przy tym ręki. Jednym ciosem dłoni potrafi rozłupać trzy półcalowe deski ułożone jedna na drugiej. Jak posługuje się stopami, sam pan widział.

Bond pociągnął solidny łyk znakomitego bordo i spytał:

– Jak to znoszą pańskie meble? Goldfinger wzruszył ramionami.

– Niewiele mam pożytku z tego domu. Sądziłem, że taki pokaz pana rozerwie. Zgodzi się pan ze mną, że Koreańczyk zasłużył sobie na tego kota. – Rzucił agentowi krótkie, penetrujące spojrzenie.

– To on i na nich trenuje?

– Uważa je za wielki delikates. Zasmakował w kotach w młodości, podczas głodu, który spustoszył jego kraj.

Bond doszedł do wniosku, że nadeszła pora na bardziej dociekliwe pytania.

– Ale właściwie to po co on panu? Chyba nie do towarzystwa? Goldfinger znów strzelił palcami na kelnerów.

– Panie Bond, tak się składa, że jestem człowiekiem bogatym, bardzo bogatym, a im człowiek bogatszy, tym większe ma wymagania co do ochrony. Zwykły „goryl” czy detektyw to najczęściej emerytowany policjant. Tacy ludzie są bez żadnej wartości. Ich reakcje są wolne, metody przestarzałe, podatni są też na przekupstwo. Co więcej, oni szanują życie jako takie, a to źle, jeśli ja chcę przeżyć. Koreańczycy nie kierują się takimi odczuciami. Oto dlaczego podczas wojny Japończycy zatrudniali ich jako dozorców w obozach jenieckich. To najokrutniejsza, najbezwzględniejsza rasa pod słońcem, panie Bond. Moi ludzie byli dokładnie selekcjonowani pod kątem tych właśnie cech. Służą mi dobrze, nie narzekam. Oni też nie. Nieźle im płacę, mają co jeść, gdzie spać. Kiedy zapragną kobiet, sprowadzam im tu ulicznice z Londynu. Sowicie je wynagradzam i odsyłam z powrotem. Nie są może najpiękniejsze, ale białe, a tego właśnie chcą Koreańczycy – poniżyć białych w jak najobrzydliwszy sposób. Czasami zdarzają się wypadki, ale cóż, pieniądze są skutecznym, najlepszym całunem… – Bladoniebieskie oczy spoglądały pusto na obrus. Bond uśmiechnął się.

– Podoba się panu ten aforyzm? Mój własny.

Podano znakomity suflet z serem, a potem kawę. Jedli w milczeniu, jak gdyby odpowiadała im ta atmosfera nieskrępowania i zwierzeń. Agentowi rzeczywiście odpowiadała. Goldfinger, rzecz jasna, celowo i rozmyślnie, odsłonił przyłbicę. Robił to ostrożnie, stopniowo, cal po calu tak, by ukazać Bondowi jedną ze swych licznych twarzy, najpierw tę, która, jak mu się zdawało, najbardziej agentowi odpowiada – twarz potentata bezwzględnego, bezlitosnego i przebiegłego. Może mimo wszystko fakt, że Bond myszkował po domu – Goldfinger musiał go o to choć podejrzewać – wyjawił złotnikowi coś, co mu się w naturze agenta spodobało: że tkwił w nim element nieuczciwości, że dżentelmenem to on jest tylko na pokaz. Więc teraz będzie sondować go dalej, a później, przy odrobinie szczęścia, złoży odpowiednią ofertę.

Bond oparł się o krzesło i zapalił papierosa.

– Ma pan piękny wóz. Chyba jeden z ostatnich tej serii, prawda? Rocznik 1925? Dwa trzycylindrowe bloki, dwie świece w każdym cylindrze: jedna aktywowana z prądnicy, druga z cewki indukcyjnej?

– Zgadza się. Ale musiałem poczynić też pewne modyfikacje. Do amortyzatorów dodałem po pięć piór. Żeby zwiększyć siłę hamowania, w tylnych kołach zamontowałem hamulce tarczowe, ponieważ hamulce przednie, ze wspomaganiem, nie były wystarczająco skuteczne.

– Tak? Dlaczego? Nie wyciśnie pan z niego więcej jak pięćdziesiąt na godzinę, a karoseria nie może być przecież aż tak ciężka.

Goldfinger uniósł w zdziwieniu brwi.

– Tak pan sądzi? Tona stali pancernej i kuloodporne szkło, panie Bond, to jednak nie byle co.

Bond uśmiechnął się.

– Ach, rozumiem! Pan rzeczywiście umie się zabezpieczyć! Ale czy nie ma pan aby kłopotów z przelotami nad Kanałem? Wóz nie przebije czasem ładowni samolotu?

– Wynajmuję całą maszynę, panie Bond. Towarzystwo lotnicze Silver City zna mój wóz. Latam ich liniami regularnie, dwa razy w roku.

– Małe tournee po Europie?

– Wakacje z golfem.

– Wspaniała rozrywka. Zawsze chciałem wybrać się na coś takiego.

Goldfinger nie chwycił przynęty.

– Teraz może pan sobie na to pozwolić.

– Aha, ma pan na myśli te dziesięć tysięcy dolarów? Niewykluczone, że będę ich potrzebował, jeżeli zdecyduję się przenieść do Kanady.

– Sądzi pan, że można tam zarobić? Chce pan zrobić duże pieniądze?

– Bardzo bym chciał – powiedział z ożywieniem Bond. – Inaczej to nie ma sensu.

– Niestety, prawie wszystkie sposoby na zrobienie dużych pieniędzy wymagają wiele czasu. I kiedy wreszcie pieniądze już są, człowiek jest za stary, żeby sobie użyć.

– W tym sęk. Od dawna wypatruję czegoś szybkiego, a tutaj natrafić na coś takiego się nie da. Za duże podatki.

– Owszem. I prawo jest surowe.

– Fakt, przekonałem się o tym na własnej skórze.

– Naprawdę?

– Tak. Omal się nie sparzyłem na aferze z heroiną. Właściwie tylko się o nią otarłem, ale i tak ledwo z tego wyszedłem. To, co powiem, zostanie oczywiście między nami, prawda?

Goldfinger wzruszył ramionami.

– Panie Bond, ktoś kiedyś powiedział, że „prawo jest esencją nieprzychylnych nastawień danej społeczności”. Zgadzam się z tą definicją. Można ją jak najbardziej zastosować do handlu narkotykami. Nawet gdyby było inaczej, nie interesuje mnie współpraca z policją.

– Więc dobrze, było tak… – Bond opowiedział mu przygodę, jaką przeżył w Meksyku, zamieniając się rolami z Blackwellem. – Miałem szczęście, upiekło mi się, ale rozumie pan, że nie przysporzyło mi to sympatii w Universal Export – zakończył.

– Cóż, chyba nie – odparł Goldfinger. – Ciekawa historia. Wykazał się pan dużą zaradnością. A nie kusi pana, żeby dalej prowadzić takie interesy?

– Trochę to zbyt ryzykowne. Sądząc po tym Meksykaninie, grube ryby w tym biznesie okazują się nie takie znów grube, kiedy przychodzi co do czego. Zrobiło się niewesoło i opuścił rękawice. Mocny to on był tylko w gębie.

– Cóż, panie Bond, to był wielce interesujący wieczór. – Goldfinger wstał. Agent 007 poszedł w jego ślady. – Nie wiem, czy zajmę się na powrót heroiną. Istnieją bezpieczniejsze sposoby zarabiania dużych pieniędzy. Pan chce mieć pewność, że okazja jest dobra i wtedy postawi pan wszystko na jedną kartę. Ale podwoić fortunę nie jest wcale łatwo, a i okazja nie często się trafia. Czy chciałby pan usłyszeć jeszcze jeden aforyzm? Także mój.

– Chętnie.

Usta Goldfingera wyciągnęły się w sztucznym uśmiechu człowieka bogatego.

– A więc, panie Bond, najpewniejszy sposób podwojenia pieniędzy to złożyć banknoty na pół i schować je do kieszeni.

Bond, niczym bankowy urzędniczyna słuchający z uwagą dyrektora naczelnego, uśmiechnął się usłużnie i nie powiedział nic. Rozegrał to niezbyt dobrze. Do niczego nie doszło. Jednak instynkt szeptał mu, żeby nie naciskać gazu zbyt mocno.

Wrócili do holu. Bond wyciągnął rękę.

– Bardzo dziękuję za znakomitą kolację. Pora iść przespać się trochę. Może kiedyś znowu się spotkamy.

Goldfinger uścisnął mu lekko dłoń i natychmiast ją puścił. – Jeszcze jedna maniera bogacza podświadomie obawiającego się „dotyku”. Spojrzał twardo na Bonda i rzekł enigmatycznie:

– Wcale bym się nie zdziwił, panie Bond, wcale…

Jadąc z powrotem przez tonący w księżycowej poświacie Isle of Thanet, Bond nieustannie rozważał słowa Goldfingera. Rozebrał się, wskoczył do łóżka i wciąż o nich myślał, nie umiejąc odgadnąć ukrytego w nich sensu. Mogły oznaczać, że złotnik zamierza wkrótce się z nim skontaktować, mogły też sugerować, żeby to Bond próbował nawiązać z nim kontakt. Kontakt z jego strony – orzeł, kontakt z mojej – reszka, pomyślał agent. Wstał, wziął z toaletki monetę i rzucił. Reszka. A więc znów będzie deptać Goldfingerowi po piętach!

Dobrze. Ale gdy następnym razem spotkają się „przypadkowo”, przykrywka Bonda musi być cholernie mocna, nie do podważenia. Agent 007 wrócił do łóżka i natychmiast zasnął.

12. Na ogonie

Punktualnie o dziewiątej rano Bond połączył się z szefem sztabu.

– Mówi James. Obejrzałem sobie tę posiadłość. Całą. Wczoraj jadłem z właścicielem obiad. Mogę na dziewięćdziesiąt dziewięć procent potwierdzić słuszność teorii naczelnego. Coś tam cholernie cuchnie. Nie mam wystarczającej liczby faktów, żeby wysłać wam dokładny raport. Właściciel wyjeżdża jutro za granicę. Odlatuje z Ferryfield. Szkoda, że nie wiem o której. Chciałbym jeszcze raz zerknąć na jego rollsa. Pomyślałem sobie, że może mu podarować małe, przenośne radio, co? Zaraz tam jadę. Czy panna Ponsonby mogłaby mi załatwić rezerwację? Tylko nie wiem jeszcze dokąd. Będę w kontakcie. Co u was?

– Jak ci poszło w Sandwich?

– Wygrałem.

W słuchawce rozległ się zduszony śmiech.

– Tak i myślałem. Duża stawka, co?

– Skąd wiesz?

– Dzwonił tu wczoraj niejaki Scotland. Dostał cynk, że ktoś posługujący się twoim nazwiskiem jest w posiadaniu wielkiej kwoty nie zadeklarowanych dolarów i pytał, czy znamy tego osobnika i czy to prawda. Facet nie stoi za wysoko i nic nie wiedział o Universalu. Powiedziałem mu, żeby sobie pogadał z Pełnomocnikiem i dziś rano dostaliśmy od nich przeprosiny. A w twojej poczcie sekretarka akurat znalazła kopertę z dziesięcioma tysiącami zielonych! Ten twój gość to niezły numer, co?

Bond uśmiechnął się. Goldfinger zadbał o to, żeby go wpakować w dolarowe kłopoty – jakże to dla niego typowe. Najpewniej zatelefonował do Scotland Yardu zaraz po meczu. Chciał mu pokazać, że jeśli się go uderzy, odpowie przynajmniej żądlącym ukłuciem. Ale ta historia z Universalem chyba załapała.

– Wysilił się, krętacz jeden, no! Powiedz szefowi, że tym razem wszystko idzie na Biały Krzyż. Załatwisz resztę?

– Jasne. Oddzwonię za parę minut. Tylko uważaj na siebie za tą granicą, dobra? I dzwoń natychmiast, jeśli będzie ci nudno i kiedy zatęsknisz za towarzystwem, jasne? No to cześć.

– Cześć. – Bond odłożył słuchawkę. Wstał i zabrał się do pakowania torby. Oczyma wyobraźni widział, jak w biurze szefa sztabu szef odgrywa taśmę z zapisem ich rozmowy i tłumaczy wszystko pannie Moneypenny. „Mówi, że i według niego Goldfinger knuje coś na dużą skalę, ale nie domyśla się jeszcze co. G. odlatuje dziś rano z Ferryfield, razem ze swoim rollsem. 007 chce ruszyć za nim. (Powiedzmy dwie godziny później, żeby dać tamtemu odskoczyć na bezpieczną odległość. Proszę załatwić formalności, dobrze?) Chce, żebyśmy pogadali z Urzędem Celnym. Trzeba mu czasu na dokładniejszą inspekcję rollsa i na zainstalowanie Homera w bagażniku. (Zechce pani i to załatwić, dobrze?) Nawiąże kontakt przez nasze ośrodki, kiedy znajdzie się w tarapatach…”

I tak dalej. Wydajna z niego maszyna. Bond skończył pakowanie i gdy Londyn oddzwonił, potwierdzając rozliczne zezwolenia, zszedł na dół, uregulował rachunek i zostawiwszy za sobą Ramsgate, wjechał na drogę do Canterbury.

Londyn twierdził, że Goldfinger ma rezerwację na lot specjalny o dwunastej. Bond dotarł do Ferryfield o jedenastej, zawiadomił o swoim przyjeździe Wydział Paszportowy i ludzi z Urzędu Celnego, którzy już go oczekiwali, zakamuflował samochód w pustym hangarze, a potem usiadł, zapalił i gadał o niczym z urzędnikiem. Myśleli, że jest ze Scotland Yardu, a on nie wyprowadzał ich z błędu.

– Nie, panowie – powiedział. – Goldfinger jest w porządku. Chodzi o jego służącego, który chyba próbuje przeszmuglować coś za granicę. Sprawa jest poufna, tak. Czy mógłby na dziesięć minut zostać przy samochodzie złotnika sam? Chciałby obejrzeć sobie przybornik z narzędziami. I czy nie przeszukaliby rollsa zgodnie z wymogami kategorii A, bo wóz może mieć sprytne schowki? O tak, zrobią to z przyjemnością.

O jedenastej czterdzieści pięć jeden z celników wychynął zza drzwi i mrugnął na Bonda.

– Nadjeżdża. Z szoferem. Poproszę ich, żeby od razu weszli na pokład samolotu i powiem, że samochód załadujemy później. Wcisnę im jakąś bajeczkę o konieczności równomiernego rozlokowania ładunku. Wbrew pozorom to sprawa całkiem serio. Znamy tę starą landarę. Jest opancerzona i waży coś koło trzech ton. Damy panu znać, kiedy będziemy gotowi.

– Dzięki.

Pokój opustoszał. Bond wyjął z kieszeni małą, kruchą paczuszkę. Zawierała suchą bateryjkę połączoną kablem z niewielką lampą próżniową. Sprawdził pobieżnie obwód, włożył aparat do kieszeni marynarki i czekał.

Drzwi otworzyły się o jedenastej pięćdziesiąt pięć. Jeden z urzędników kiwnął głową i powiedział:

– Wszystko w porządku. Są już w samolocie.

Olbrzymi, lśniący Rolls stał na stanowisku do odpraw celnych poza zasięgiem wzroku pasażerów. Oprócz niego był tam tylko gołębioszary kabriolet Triumph TR3 z opuszczonym dachem. Bond zaszedł rollsa z tyłu, a celnicy szybko odśrubowali pokrywę zabezpieczającą schowek na narzędzia. Agent wyciągnął z niego płytką szufladę z różnymi kluczami i odegrał scenkę, jak to niby superdokładnie ogląda i klucze, i szufladę. Przykląkł. Udając, że szpera wewnątrz schowka, wsunął na jego dno ów kruchy aparacik i od razu przykrył go szufladą z narzędziami. Pasowała jak ulał. Wstał i otarł ręce.

– Nic z tego – rzekł celnikowi.

Ten zamocował pokrywę i dokręcił kluczem czworokątny łeb śruby. Podniósł się i powiedział:

– Podwozie i karoseria są czyste. W ramie i pod tapicerką jest miejsca od groma, ale nie możemy się tam dostać, to wymaga czasu. Puszczamy go, jak jest?

– Tak i dziękuję za pomoc.

Bond ruszył spacerkiem do budynku administracji. Usłyszał krótki, urywany jęk starego rozrusznika. Chwilę później rolls wytoczył się majestatycznie ze stanowiska odpraw celnych do rampy towarowej. Agent stał w głębi biura i patrzył, jak na nią wjeżdża, jak zatrzaskują się za nim potężne drzwi ładowni Bristol Frightera. Usunięto klinowe podstawki spod kół i kierownik ruchu uniósł do góry kciuk. Dwa silniki kaszlnęły głośno, chwyciły ci4g i wielka, srebrzysta ważka pokołowała na start.

Kiedy samolot był już na pasie, Bond opuścił biuro, przeszedł do hangaru, gdzie ukrył samochód, usiadł za kierownicą i nacisnął przycisk pod deską rozdzielczą. Przez chwilę panowała cisza, a potem z ukrytego głośnika buchnęło zgrzytliwe zawodzenie. Bond pokręcił gałką potencjometru. Zawodzenie przeszło w głębokie, jednostajne brzęczenie. Agent odczekał, aż Bristol Frighter wzbije się w powietrze. W miarę jak maszyna szybowała coraz wyżej, kierując się w stronę wybrzeża, brzęczenie stawało się coraz cichsze i cichsze. Po kilku minutach ustało zupełnie. Bond dostroił odbiornik, namierzył je ponownie i przez pięć minut wsłuchiwał się w odgłosy eteru, podczas gdy samolot leciał nad kanałem. Później wyłączył urządzenie. Uruchomił silnik, ruszył, zatrzymał się przy Urzędzie Celnym, powiedział komu trzeba, że wróci o pół do drugiej, żeby zdążyć na lot o czternastej, a następnie odjechał wolno, kierując się do pewnego pubu w Rye. Od tej chwili Homer, prosty nadajnik, który umieścił w schowku narzędziowym rollsa, będzie w stałym kontakcie z odbiornikiem radiowym Bonda, jeśli Bond nie oddali się od wozu złotnika na więcej niż sto mil. Musiał tylko stale uważać na poziom natężenia dźwięku i nie dopuścić do tego, żeby sygnał całkowicie zanikł. Był to rodzaj prostego systemu naprowadzającego, który umożliwiał jednemu samochodowi śledzenie drugiego z dużej odległości i bez narażania się na niebezpieczeństwo wykrycia „ogona”. Po drugiej stronie kanału Bond będzie musiał namierzyć trasę, jaką Goldfinger opuścił Le Touquet, ostrożnie się do niego zbliżyć, a w dużych miastach, czy tam, gdzie napotka co bardziej ruchliwe skrzyżowania, „usiąść mu na ogonie”. Na pewno nie raz agent podejmie złą decyzję i wtedy zajdzie potrzeba nieco szybszej jazdy, żeby nadrobić stracony czas. Ale z tym DB III już sobie poradzi. Zanosiło się na niezłą zabawę – polowanie na lisa po całej Europie! Na bezchmurnym niebie świeciło słońce. Bond poczuł lekki dreszczyk emocji i uśmiechnął się do siebie twardym, zimnym i okrutnym uśmiechem. No, Goldfinger, pomyślał, pierwszy raz w życiu znalazłeś się w tarapatach. W poważnych tarapatach…

***

Na niebezpiecznym skrzyżowaniu ruchliwej arterii N1 ze spokojną szosą N38 do Le Touquet zawsze znajdzie się jakiś agent cydiste. Tak, oczywiście, widział rollsa. Trudno takiego nie zauważyć, co? Arystokrata pośród plebsu. Pojechał na prawo, monsieur, na Abbeville. Jakąś godzinę temu, tak, ale cóż to znaczy dla pańskiej torpedy!

Załatwiwszy formalności na lotnisku, Bond natychmiast uruchomił odbiornik, i od razu namierzył rollsa. Lecz z monotonnego brzęczenia nie sposób było wyczytać, czy Goldfinger udaje się na północ – do Belgii, Holandii, Austrii czy może do Niemiec – czy też pędzi na południe. Dokładne położenie wozu mogły określić jedynie dwa samochody radiolokacyjne. Agent podziękował rozmówcy gestem ręki i wcisnął gaz do deski. Trzeba się spieszyć, bo Goldfinger minął już pewnie Abbeville i skręcił albo w NI na Paryż, albo w N28 na Rouen. Jeśli strzał okaże się nietrafny, Bond zmarnuje dużo czasu i benzyny.

Pruł kiepską, wyboistą drogą i nie oszczędzając wozu, czterdzieści trzy kilometry do Abbeville pokonał w kwadrans. Brzęczenie Homera nasiliło się, Goldfinger nie mógł być dalej jak dwadzieścia mil przed nim. Ale gdzie skręcić na skrzyżowaniu? Zaryzykował trasę na Paryż. Przez jakiś czas ton sygnału aparatu naprowadzającego nie uległ zmianie, lecz to nie przesądzało jeszcze sprawy. Naraz, prawie niezauważalnie, brzęczenie zaczęło znikać! Cholera! Zawrócić, czy gnać przed siebie, skręcić gdzieś dalej w drugorzędną drogę do Rouen i tam złapać rollsa? Bond nie znosił zawracać. Dziesięć kilometrów przed Beauvais skręcił w prawo. Najpierw droga była parszywa, ale zaraz potem wpadł na szybką N30 i do Rouen wjechał już wolniutko, prowadzony jak na smyczy przez brzęczyk Homera. Zatrzymał się na przedmieściach i jednym uchem wsłuchując się w sygnał, sprawdzał trasę w przewodniku Michelina. Po wściekłym pisku dochodzącym z głośnika poznał, że wyprzedził złotnika, ale oto miał przed sobą następne skrzyżowanie i jeśli na nim też powinie mu się noga, zgubi Goldfingera na dobre. Goldfinger mógł bowiem jechać na południe, trasą Alecon-Le-Mans-Tours, lub wybierał się na południowy wschód, omijając Paryż i kierując się na Evreux, Chartrer i Orlean. Wjechać do centrum Ruen, zlokalizować rollsa i sprawdzić, dokąd pojedzie? Wykluczone. Bond zmuszony będzie odczekać, aż sygnał Homera stanie się znów monotonnie swojski i wówczas podejmie decyzję.

Podjął ją dopiero kwadrans później, kiedy był absolutnie pewien, że Goldfinger go wyprzedził. I tym razem skręcił na skrzyżowaniu w lewo, wbił pedał gazu do deski i pognał na złamanie karku. Tak, stopniowe brzęczenie przechodziło łagodnie w jednostajne wycie, co znaczyło, że znalazł się na dobrym tropie. Zwolnił do czterdziestu, wyciszył maksymalnie odbiornik i jechał spacerkiem, zastanawiając się, dokąd to zmierza pan Goldfinger.

Minęła godzina piąta, szósta, siódma. We wstecznym lusterku DB III odbijały się promienie zachodzącego słońca, a rolls pędził dalej i dalej. Przejechali przez Dreux, zostawili za sobą Chartres i mknęli prostym, pięćdziesięciomilowym odcinkiem drogi do Orleanu. Jeśli Goldfinger zatrzyma się w Orleanie na noc, to rolls wcale nieźle dawał sobie radę – ponad dwieście pięćdziesiąt mil w sześć godzin z małym hakiem. Jeśli idzie o prowadzenie wozu, złotnik z pewnością nie był ostatnim ciamajdą i poza granicami miast musiał gnać na pełnym gazie. Bond przyśpieszył i zaczął się do niego zbliżać.

Zauważył przed sobą rozmyte, tylne światła jakiegoś samochodu. DB III jechał na przeciwmgielnych, więc Bond przełączył je szybko na długie. Jakiś mały sportowy wóz. MG? Triumph? Austin healey? Agent siadł mu na ogonie. To gołębioszary, dwumiejscowy Triumph z podniesionym dachem. Bond mrugnął światłami i wyprzedził go. Teraz zamajaczył przed nim inny wóz. Agent znów zmienił światła na przeciwmgielne. Tamten samochód był o milę dalej, ale DB III wolno się do niego zbliżał. Kiedy oba pojazdy dzieliło nie więcej jak ćwierć mili, Bond włączył na sekundę długie, żeby lepiej widzieć. Tak, to rolls. Agent, zwolnił, ponownie zwiększył odstęp do jednej mili i tak trzymał, zerkając od czasu do czasu we wsteczne lusterko na niewyraźne światła triumpha. Na przedmieściach Orleanu Bond zjechał na pobocze. Triumph minął go z rykiem i pomknął dalej.

Orlean nigdy się Bondowi nie podobał. Było to miasto smutne, bez uroku, miasto opanowane przez kler i otoczone posępnymi mitami. Żyło z legendy o Joannie d’Arc, oślepiało podróżnych twardym, chłodnym blaskiem świętości i oskubywało ich zarazem z pieniędzy. Bond zajrzał do przewodnika. Goldfinger zatrzyma się niechybnie w hotelu pięciogwiazdkowym, żeby zjeść na kolację filety z soli i pieczonego kurczaka. Pięciogwiazdkowy był Arcades i Modernę. Który z nich? Agent wolałby zanocować gdzieś poza miastem, na przykład w znakomitym Auberge de la Montespan nad brzegiem Loary. Mógłby się tam przy okazji najeść do syta quenelles de brochet, ale musiał trzymać się blisko swego lisa. Wybrał Hotel de la Gare i posiłek w dworcowym bufecie.

Kiedy ogarniały go jakiekolwiek wątpliwości, Bond zawsze decydował się na nocleg w hotelach przydworcowych. Hotele przydworcowe były w porządku. Znajdował tam mnóstwo miejsca do parkowania, a barowe jedzenie w Hotelu de la Gare będzie z pewnością znakomite. Poza tym na stacjach kolejowych biło serce miasta, a nocne pociągi wiozły z sobą jego tragedie i wielkie miłości.

Brzęczenie Homera nie ulegało zmianie już od dziesięciu minut. Bond zapamiętał drogę do hotelu, wjechał ostrożnie do miasta, skierował się ku rzece i poprowadził samochód wzdłuż quais, jasno oświetlonego bulwaru. Miał rację. Żółty rolls parkował przed hotelem Arcades. Agent zawrócił do centrum i ruszył w stronę dworca.

Hotel de la Gare spełniał wszystkie jego oczekiwania – tani, staromodny, budzący zaufanie i wygodny. Wziął gorącą kąpiel, zszedł do samochodu, żeby sprawdzić, czy rolls Goldfingera wciąż tkwi pod Arcades, potem udał się do dworcowej restauracji i zamówił swoją urobioną potrawę: dwa eufs cocotte a la creme, dużą sole mauniere (Orlean leży w pobliżu morza, a ryby z Loary zalatują mułem) oraz odpowiedni Camembert. Wypił butelkę dobrze schłodzonego Rosę d’Anjou, a do kawy poprosił o trzy gwiazdkowego Hennessy. Wyszedł z restauracji o dziesiątej trzydzieści, jeszcze raz zerknął na żółtego rollsa i zrobił sobie godzinny spacer po mieście. Ostatni już rzut oka na wóz Goldfingera i spać.

O szóstej następnego ranka rolls był na swoim miejscu. Bond uregulował rachunek, wypił na stacji podwójną cafe complet, podjechał na quais i wprowadził samochód w jedną z bocznych uliczek. Tym razem nie mógł sobie pozwolić na błąd. Goldfinger albo przetnie rzekę i skieruje się na południe, by dotrzeć do N7 wiodącej na Rivierę, albo ruszy brzegiem Loary, a wtedy równie dobrze wylądować może i na Ruderze, i w Szwajcarii, i we Włoszech. Agent wysiadł, oparł się wygodnie o mur biegnący przy rzece i obserwował hotel Arcades za drzewami. O ósmej trzydzieści przed wejściem zjawiły się dwie małe sylwetki. Rolls odjechał. Bond patrzył, jak sunie po quais, aż zniknął mu z oczu. Wówczas siadł za kierownicą i ruszył w pościg.

Jechał spokojnie nad Loarą, rozkoszując się letnim, porannym słońcem. Był w jednym ze swych ulubionych zakątków świata. W maju, gdy owocowe drzewa buchały białym kwieciem i gdy łagodna, szeroka rzeka nie opadła jeszcze po zimowych deszczach, ubrana w godowe szaty dolina tchnęła zielenią i młodością. Właśnie tak sobie dumał, kiedy tuż przed Chateauneuf usłyszał przenikliwe wycie podwójnego klaksonu marki Bosch, po czym minął go w pędzie mały Triumph z opuszczonym dachem. Bond zdołał jedynie dostrzec niewyraźny zarys ślicznej twarzyczki ukrytej za ciemnoniebieskimi szkłami samochodowych okularów w białych oprawkach. Chociaż widział tylko profil – czerwoną kreskę ust i powiewający na wietrze kosmyk czarnych włosów, który wysunął się spod różowej chusteczki w białe grochy – wiedział, że kobieta jest piękna, bo tylko kobiety piękne w ten sposób trzymają głowę. Biła z niej pewność siebie typowa dla kogoś, kto nawykł do odbierania hołdów i świadomość tego, że oto samotna dziewczyna wyprzedza mężczyznę w eleganckim samochodzie.

Dzisiaj albo nigdy!, pomyślał Bond. No, bo gdzie, jeśli nie tutaj, w umajonej dolinie Loary? Najpierw będzie ją ścigał, by dopaść łupu w porze lunchu. Potem nawiąże znajomość gdzieś w ogrodach wyludnionej restauracji, w uroczej altance porośniętej dzikim winem. Dalej friture i Vouvray z lodu, ostrożne badanie gruntu z obu stron, a jeszcze później triumph i DB III ruszą w małym konwoju dalej na południe, by wieczorem zatrzymać się w umówionym miejscu. Będą tam rosły drzewka oliwne, w zapadającym zmierzchu, w ciemnym błękicie nadciągającej nocy zagrają świerszcze, a Bond i dziewczyna dojdą do wniosku, że dobrze im razem, że dalszą podróż można na czas jakiś odłożyć. Następnego dnia („Nie, nie dzisiaj. Prawie wcale cię nie znam. Poza tym jestem zmęczona”) zostawią jej wóz w hotelowym garażu i wsiądą razem do DB III, wiedząc, czego oboje pragną. Niespiesznie, wolno, pojadą na zachód, unikając ruchliwych dróg. Zaraz, co to za mieścinę chciał zawsze odwiedzić tylko dlatego, że podobała mu się jej nazwa? Tak, Entre Deux Seins, mała wioska koło Les Baux. Pewnie nie ma tam nawet żadnej gospody… Cóż, pojadą więc do Les Baux w Bouches du Rhone, na skraju Camargue. Tam, w przesławnym Baumaniere, w jedynym hotelu we Francji, któremu Michelin przyznaje maksymalną notę, wynajmą sąsiadujące z sobą pokoje (wezmą jedynki, na wspólną dwójkę będzie jeszcze za wcześnie). W restauracji zamówią gratin de langouste i pewnie szampana, jako że w taką noc picie szampana należy do tradycji. No a później…

Bond uśmiechnął się. Cudowne to wszystko, cudowne, zwłaszcza te kropki na końcu. Ale nie, nie dzisiaj. Dzisiaj masz robotę, dzień dzisiejszy poświęcisz na Goldfingera, nie na miłostki. Dzisiaj wąchać możesz jedynie zapach jego drogiej wody po goleniu, a nie zapach… Jakie perfumy by do niej pasowały…? Angielki często źle dobierają perfumy. Miał nadzieję, że byłyby lekkie i czyste. Vent Vert Balmaina? Może Muguet Carona? Bond dostroił dla pewności odbiornik, wyciszył go i jechał dalej, rozluźniony, spokojny, bawiąc się myślami o dziewczynie, komponując coraz to nowe szczegóły. Naturalnie, jest szansa, że natknie się na nią ponownie. Wygląda na to, że jadą w mniej więcej tym samym kierunku. Musiała nocować w Orleanie. Gdzie? Zmarnowana okazja. Zaraz, chwileczkę! Bond ocknął się z marzeń. Otwierany dach! Przecież widział już gdzieś tego triumpha! Widział go na lotnisku w Ferryfield! Dziewczyna musiała lecieć następnym lotem po Goldfingerze. Fakt, nie zauważył tam ani kierowcy, ani też nie zwrócił uwagi na numery rejestracyjne wozu, ale bez wątpienia jest to ten sam triumph! Jeśli tak, niemożliwe jest, żeby przez trzysta mil siedział na ogonie Goldfingera zupełnie przypadkowo. W dodatku wczoraj jechał za nim na postojowych światłach! Co tu jest grane!?

Bond wcisnął gaz. Zbliżał się do Nevres. I tak musiałby przyspieszyć przed następnym dużym skrzyżowaniem, a tym sposobem ustrzeli dwa ptaszki za jednym strzałem i sprawdzi, co knuje dziewczyna. Jeśli nadal trzyma się między nim a rollsem, czeka go niezła zagwozdka. I cholerny kłopot, bo samo śledzenie Goldfingera było już wystarczająco trudnym zadaniem. Jeżeli ona też go śledzi, zadanie stanie się piekielnie skomplikowane.

Tak, jechała za nim, jakieś dwie mile za rollsem. Zwolnił, jak tylko ujrzał błyszczący tyłeczek triumpha (taką nazwę sobie ukuł). Patrzcie no, patrzcie! Kim ona może być? Co tu jest do diabła grane!? Twarz Bonda sposępniała, agent zamyślił się głęboko.

Jechali tak i jechali, wciąż podążając lśniącym szlakiem N7, który niczym gruba, newralgiczna aorta przecina serce Francji. Ale w Moulins Bond o mało co nie zgubił tropu. Musiał nadłożyć podwójnie drogi i znalazł się na trasie N73. Goldfinger skręcił natomiast w prawo i pruł teraz albo na Lyon, albo do Włoch, lub też kierował się do Macon i Genewy. Agent gnał jak rajdowiec i tylko cudem nie wpakował się w tarapaty. Nie zwracał uwagi na brzęczyk Homera, obawiał się tylko, że będzie musiał zwolnić przez triumpha. Naraz zdał sobie sprawę z tego, że monotonny dźwięk aparatu; naprowadzającego przeszedł w jazgotliwy pisk i gdyby nie zdołał wyhamować przy dziewięćdziesiątce, niemal by wjechał w kufer rollsa. Na szczęście wyhamował i kiedy pokonywał najbliższe wzgórze, wlókł się już tak wolno, że wolnej nie można. Za szczytem wzniesienia ujrzał żółty samochód Goldfingera. Stał na poboczu.

O błogosławione drogi polne! Natychmiast skręcił i zaparkował za osłoną niskiego żywopłotu. Ze schowka na rękawiczki wyjął małą lornetkę, wysiadł i ruszył do szosy. Tak, cholera, Goldfinger siedział sobie przy mostku nad strumykiem! Ubrany w białą wiatrówkę i białą pilotkę jak jakiś niemiecki turysta, siedział i coś wcinał! Bond poczuł głód. A co z jego lunchem? Przyjrzał się uważnie rollsowi. Przez tylne okienko dostrzegł sylwetkę Koreańczyka sterczącego w fotelu pasażera. Ani śladu triumpha. Jeśli dziewczyna nadal śledziła złotnika, nie zdążyłaby się zatrzymać. Pozostawałoby jej tylko schować głowę pod kierownicę i dodać gazu. Ukryta w zasadzce, tkwiła teraz pewnie gdzieś z przodu i czekała, aż Goldfinger skończy jeść i pojedzie dalej. Czekała? A może Bonda poniosła wyobraźnia? Może dziewczyna jechała po prostu do Włoch, nad jeziora, do swojej ciotki, do przyjaciół, do kochanka?

Goldfinger wstał. Jaki porządniś z niego! Tak, tak, trzeba wy-zbierać papierki i usunąć je z widoku pod mostek. Właściwie dlaczego nie wrzucił ich do wozu? Nagle Bond zacisnął szczęki. Co mu to przypominało? Znowu zagrała jego wyobraźnia, czy też ten właśnie mostek jest skrzynką kontaktową? Czyżby polecono Goldfingerowi coś pod nim zostawić? Jedną z tych sztab złota? Francja, Szwajcaria, Włochy. Miejsce odpowiadało wszystkim, bo na przykład komunistyczna komórka w Lyonie jest jedną z najsilniejszych we Francji. Tak, miejsce jest dobre, można stamtąd dogodnie obserwować całą drogę…

Goldfinger wdrapał się na szosę. Bond zrobił krok do tyłu. Usłyszał odległy jęk rozrusznika, wyjrzał i patrzył za rollsem, aż wóz zniknął mu z oczu.

To był śliczny mostek nad ślicznym strumykiem. Na jego łukowatym sklepieniu widniał numer mierniczy – 79/6. Numer oznaczał, że jest to szósty most za jakimś miastem na drodze numer N79. Łatwo taki most odszukać. Agent wyskoczył z samochodu

1 szybko zsunął się po łagodnej skarpie. Pod sklepieniem panował chłód i mrok. W czystej, leniwej wodzie, na tle kamienistego dna, dostrzegł cienie przepływających ryb. Zaczął szukać przy podmurówce, na skraju trawiastego pobocza. Przy ścianie, w środkowej części łuku, dokładnie pod szosą, rosła kępa bujnej trawy. Bond rozchylił ją i spostrzegł grudki świeżo rozpulchnionej ziemi. Agent wbił w nią dłonie.

Znalazł tylko jedną. Miała kształt cegły, była gładka w dotyku i dosyć ciężka. Bond zmiótł piach z matowego, żółtego metalu i zawinął sztabkę w chusteczkę do nosa. Wsunął ją pod płaszcz i wspiął się po skarpie na pustą szosę.

13. Jeśli mnie tam dotkniesz…

Był z siebie zadowolony. Na Goldfingera wścieknie się od groma ludzi, bo za dwadzieścia tysięcy funtów można odwalić kawał brudnej roboty. Teraz plany trzeba będzie zmienić, zawiesić na jakiś czas spiskowanie, niewykluczone, że kilka osób ocali życie. Nawet jeśli SMIERSZ przeprowadziłby dochodzenie, a rzecz to mało prawdopodobna, gdyż członkowie tej organizacji należeli do realistów bardzo szybko godzących się ze stratami, nie pozostawałoby im nic innego, jak założyć, że skarb zwędził jakiś nocujący pod mostem włóczęga.

Agent uniósł zakamuflowaną klapkę pod siedzeniem pasażera i wsunął sztabę do schowka. Niebezpieczny towar. Jak najszybciej skontaktuje się z najbliższym ośrodkiem Secret Service, przekaże im złoto, a oni wyślą je do Londynu pocztą dyplomatyczną. Trzeba też prędko złożyć meldunek. Wiele spraw się potwierdziło i M. zechce być może ostrzec Deuxieme, żeby ci obserwowali most i przechwycili odbiorcę. Lecz Bond miał nadzieję, że tak się nie stanie. Nie chciał, by panika w szeregach SMIERSZ-u zaczęła się już teraz, gdy był tak blisko Goldfingera. Niebo nad Goldfingerem musi być niebieskie i czyste.

Bond wcisnął gaz. Należało przemyśleć kilka innych spraw, dobić do rollsa przed następnym skrzyżowaniem i tam wybrać dobry kierunek jazdy: do Genewy lub do Lyonu. Poza tym należało rozwikłać zagadkę owej tajemniczej dziewczyny i, jeśli to możliwe, wymanewrować ją z trasy. Piękna, nie piękna, zamazywała tylko obraz sytuacji. Musi także gdzieś stanąć i kupić sobie cokolwiek do jedzenia i picia. Dochodziła pierwsza, a widok obżerającego się Goldfingera pobudził jego apetyt. Oprócz tego najwyższy czas zatankować i sprawdzić poziom oleju i wody w silniku.

Homer odezwał się jakby głośniej. Bond znajdował się na przedmieściach Macon. Powinien zaryzykować i zbliżyć się do rollsa; niski, aerodynamiczny DB III zginie między dziesiątkami pojazdów. Było rzeczą nader istotną dowiedzieć się, czy złotnik przetnie Saone i pojedzie drogą na Bourg, czy też przed mostem skręci w prawo do N6 na Lyon. Daleko przed sobą, za kolejowym wiaduktem na Rue Rambuteau, dostrzegł małą, żółtą plamkę. Plamka minęła skwer i zmierzała w stronę rzeki. Ludzie przystawali, odwracali głowy i gapili się na lśniące cudo. Już rzeka. Skręci w prawo, czy pojedzie mostem…? Prosto! A więc jednak Szwajcaria! Bond wcisnął gaz i wjechał za nim na przedmieścia dzielnicy St Laurem. Teraz szybko do rzeźnika, do piekarni i do jakiejś winiarni. Sto jardów dalej spostrzegł złotą głowę cielaka wiszącą nad chodnikiem. Zerknął w lusterko. Proszę, proszę! Mały triumph znów siedział mu na ogonie! Sunął ledwie kilka stóp z tyłu! Ciekawe od jak dawna za nim jedzie? Agent był tak pochłonięty śledzeniem rollsa, że od chwili, kiedy wjechał do miasta, nie spojrzał nawet za siebie. Dziewczyna musiała czatować w którejś z bocznych uliczek! No tak. Przypadek wykluczony, na sto procent. Trzeba działać. Przykro mi, kochanie, zmusiłaś mnie do tego. Postaram się to zrobić najdelikatniej, jak tylko umiem. A teraz trzymaj się, złotko! Zahamował gwałtownie przed rzeźnikiem i wrzucił wsteczny. Okropny zgrzyt i brzęk tłuczonego szkła. Bond zgasił silnik i wysiadł.

Przeszedł na tył wozu. Dziewczyna tkwiła wciąż za kierownicą, choć wystawiła już na zewnątrz jedną, aksamitnie szczupłą nogę tak, że agent zauważył niedyskretnie fragment jasnego uda. Z twarzą spiętą gniewem, zerwała z głowy gogle, wysiadła i stanąwszy na baczność, wzięła się pod boki. Jej piękne usteczka wykrzywiała wściekłość.

Tylny zderzak DB III wklinował się w szczątki reflektorów triumpha i w pokiereszowaną chłodnicę. Bond rzekł przyjacielsko:

– Jeśli jeszcze raz mnie tam dotkniesz, będziesz musiała wyjść za mnie za mąż.

Ledwie skończył swoją kwestię, gdy trzasnęła go w twarz. Potarł policzek i zerknął wkoło. Zebrał się już nielichy tłumek gapiów. Rozległ się cichy szmerek aprobaty, zaczęły padać mało wyszukane epitety:

– Allez y la gosse! Maintenant le knoc-out! Dziewczynie wcale nie ulżyło.

– Ty cholerny idioto! Co ty do diabła wyczyniasz?!

Bond pomyślał sobie, że gdyby ładne kobiety stale się piekliły, byłyby wiecznie piękne.

– Chyba ma pani kiepskie hamulce.

– Kiepskie hamulce! Co pan bredzi!? Przecież to pan na mnie wjechał!

– Wyskoczył mi wsteczny. Nie wiedziałem, że jedzie pani tuż za mną. – Nadszedł czas ją uspokoić. – Strasznie, naprawdę strasznie panią przepraszam. Zapłacę za naprawę, za wszystko. To po prostu pech. Obejrzymy razem szkody. Proszę spróbować dać wsteczny. Chyba nie szczepiliśmy się zderzakami. Zobaczymy. – Postawił nogę na zderzaku triumpha i rozhuśtał samochód.

– Jak pan śmie tykać jeszcze mój wóz!? Proszę go zostawić! – Wciąż rozeźlona, siadła za kierownicą. Uruchomiła rozrusznik. Silnik zaskoczył, ale pod maską rozległ się zgrzytliwy klekot metalu. Przekręciła kluczyk w stacyjce i wychyliła się przez okno. – Widzi pan?! Rozwalił mi pan wirnik chłodnicy!

Bond miał taką nadzieję. Wsiadł do swego wozu i wolno odjechał od triumpha, wlokąc po asfalcie szczątki jego zderzaka. Wysiadł. Tłum zaczynał rzednąć. Zjawił się jakiś facet w kombinezonie mechanika, zaproponował, że wezwie autoholowanie i poszedł do telefonu. Agent zbliżył się do triumpha. Dziewczyna już na niego czekała. Wyraz jej twarzy uległ zmianie, była teraz nieco spokojniejsza. Bond spostrzegł, że jej ciemnoniebieskie oczy przyglądają mu się z uwagą.

– Naprawdę nie będzie tak źle. Najprawdopodobniej wirnik wyskoczył tylko z łożyska. Zamontują pani prowizorycznie reflektory i wyklepią szybko zderzaki. Jutro rano ruszy pani dalej. – Sięgnął do kieszeni po notatnik. – Jest pani wściekła i ja to doskonale rozumiem. Biorę na siebie całą winę. Oto sto tysięcy funtów. Starczy na pokrycie kosztów reperacji samochodu, na opłacenie hotelu, na telefony do pani przyjaciół i tak dalej. Proszę je przyjąć i będziemy kwita. Bardzo bym chciał zostać tu z panią do jutra i zobaczyć, jak pani odjeżdża, ale doprawdy nie mogę. Dziś mam umówione spotkanie i nie mogę nawalić.

– Nie. – Jedno, jedyne słowo, a jakże zimne i ostateczne. Założyła ręce z tyłu i czekała.

– Ale… – Czego ona właściwie chce?! Sprowadzić policję?! Oskarżyć go o niebezpieczną jazdę?!

– Ja też mam wieczorem spotkanie, ja też nie mogę nawalić, proszę pana. Muszę dostać się do Genewy. Zechce mnie pan tam zawieść? To niedaleko, około stu mil stąd. – Wskazała ręką DB III. – Tym mógłby pan obrócić w dwie godziny. Proszę, bardzo proszę.

W jej głosie Bond usłyszał rozpaczliwe błaganie. Nie było w nim służalczości, nie było groźby, wyłącznie paląca potrzeba.

Po raz pierwszy agent spojrzał na nią nie tylko jak na piękną kobietę, która – takie jedynie znalazł wytłumaczenie – chciała pewnie, żeby Goldfinger ją poderwał lub zamierzała go czymś szantażować. Nie, nie wyglądała ani na taką, ani na taką. Emanowała z niej zbyt wielka siła charakteru, zbyt wielka bezpośredniość. I nie ubierała się w szatki typowe dla uwodzicielki, nie, przeciwnie, nosiła białą, obszerną koszulę o raczej męskim kroju. Koszula była rozpięta pod szyją, lecz zapinała się na wzór ściśle dopasowanego wojskowego kołnierzyka i miała długie, szerokie rękawy zebrane w mankiety. Dziewczyna nie malowała paznokci, a jedyną biżuterią, jaka ją zdobiła, był złoty pierścionek zaręczynowy na serdecznym palcu (Prawda to z tymi zaręczynami, czy nie…?) Przepasywała się bardzo szerokim, czarnym, przeszywanym paskiem ze skóry z podwójną brązową klamrą. Z tyłu pas zachodził jej wysoko na plecy i stanowił coś w rodzaju oparcia, takiego, jakiego używają jeźdźcy na wyścigach konnych. Nosiła krótką, plisowaną sukienkę w grafitowym kolorze, a na nogach miała drogie, czarne sandały – znakomite do prowadzenia wozu, bo przewiewne i wygodne. Jedyną plamą o żywszym odcieniu była jej chusteczka, którą zdjęła z głowy i trzymała pod pachą wraz z goglami. W sumie dziewczyna wyglądała bardzo atrakcyjnie. Lecz jej strój kojarzył się Bondowi bardziej z jakimś ekwipunkiem niż ze strojem młodej dziewczyny. Było w tej kobiecie – w jej zachowaniu i urodzie – coś męskiego, coś charakterystycznego dla kogoś, kto spędza dużo czasu na otwartym powietrzu. Mogła na przykład należeć do żeńskiej drużyny narciarskiej lub dużo polować, uprawiać jazdę konno czy skoki.

Chociaż bez wątpienia piękna, swoje piękno pozostawiała własnemu losowi. Ani razu na przykład nie poprawiła sobie włosów, w rezultacie czego wyglądały tak, jak powinny wyglądać włosy każdej dziewczyny: lekko rozczochrane, z chaotycznie sterczącymi kosmykami i nierównym przedziałkiem. Wystrzępione i ciemne, stanowiły ostry kontrast dla jej bladej, symetrycznej twarzy wyróżniającej się niebieskimi oczyma pod czarnym łukiem brwi, pożądania godnymi ustami, wysokimi kośćmi policzkowymi i mocno zarysowaną linią szczęk, z których biło zdecydowanie i poczucie niezależności. Również z jej sylwetki promieniowała pewność siebie. Nosiła się prosto, z biustem poddanym dumnie ku przodowi. I nie wstydziła się swych piersi opiętych mocno jedwabiem, nie. Jej postawa – stopy lekko rozstawione, ręce z tyłu – była mieszaniną prowokacji i wyzwania.

Zdawała się mówić: „No i co, ty przystojny sukinkocie! Nie myśl sobie, że ze mnie taka słodka idiotka. Wpakowałeś mnie w kabałę i, jak mi Bóg miły, teraz mnie z niej wyciągniesz! Może i nawet jesteś atrakcyjny, ale ja mam sprawy do załatwienia i wiem, jak je załatwić”.

Bond rozważał jej prośbę. Do jakiego stopnia dziewczyna utrudni mu zadanie? Kiedy będzie mógł się jej pozbyć i dalej robić swoje? Czy narażał na szwank bezpieczeństwo całej akcji? Stronom ujemnym sytuacji przeciwstawił swoją ciekawość tej kobiety, chęć wybadania, co naprawdę knuje, wspomnienie rozmarzonej historyjki, którą sobie układał w drodze, a która zaczynała się właśnie powoli spełniać, wreszcie sytuację samą w sobie, bo tak naprawdę czyż nie była to kobieta potrzebująca pomocy? Była.

– Chętnie panią zawiozę do Genewy – rzekł w końcu i otworzył tylne drzwi DB III. – Przenieśmy pani rzeczy. Zaraz załatwię sprawę warsztatu. Proszę, tu są pieniądze. Niech pani kupi coś na lunch. Dla siebie co pani sobie tylko życzy. Dla mnie sześć cali kiełbasy lyońskiej, bochenek chleba, masło i pół litra Macon w odkorkowanej butelce, dobrze?

Ich oczy spotkały się i wymieniły istną burzę sygnałów typowych dla układu kobieta – mężczyzna, układu pan – niewolnik, w którym panem stawał się teraz Bond. Dziewczyna wzięła pieniądze.

– Dziękuję – powiedziała. – Kupię to samo dla siebie. – Podeszła do bagażnika swego samochodu i otworzyła go. – Nie, proszę się nie kłopotać, poradzę sobie.

Wyciągnęła zapiętą na zamek torbę z kijami golfowymi oraz małą, z wyglądu drogą walizeczkę. Przeniosła to wszystko do DB III i nie chcąc, by jej pomagał, sama umieściła rzeczy koło bagażnika agenta. Poczekała, aż Bond zamknie drzwi, wróciła do triumpha i zabrała jeszcze obszerną torbę na ramię z czarnej, przeszywanej skóry.

– Jakie mam im podać nazwisko? – zapytał. – I adres.

– Słucham?

Agent powtórzył pytanie, zastanawiając się, czy dziewczyna poda fałszywe nazwisko czy tylko fałszywy adres. Może skłamie i tu, i tu?

– Chcę pokręcić się trochę po okolicy… Lepiej niech im pan powie, żeby kontaktowali się ze mną przez hotel Bergues w Genewie. Nazywam się Soames. Panna Tilly Soames. – W jej głosie nie wyczuł żadnego wahania. Poszła do rzeźnika.

Kwadrans później ruszyli w drogę.

Dziewczyna siedziała prosto i spoglądała na szosę, przed siebie. Homer brzęczał teraz cicho, cichuteńko. Rolls Goldfingera odskoczył pewnie na jakieś pięćdziesiąt mil. Bond dodał gazu. Przemknęli przez Bourg i przecięli rzekę w Pont d’Ain. Wjechali w wyżynną Jurę z mnóstwem esowatych zakrętów urozmaicających szosę N84. Bond brał wszystkie tak, jakby jechali w jakimś alpejskim wyścigu. Po tym, jak dwukrotnie zarzuciło ją w prawo, na Bonda, dziewczyna przywarła rękoma do uchwytu na desce rozdzielczej i od tej chwili dostosowała swe ruchy do ruchów samochodu tak, że gnali dalej niczym para rajdowców. Raz, po szczególnie ostrym poślizgu, kiedy omal nie wylecieli z trasy, Bond zerknął na nią ukradkiem. Usta miała lekko otwarte, nozdrza rozszerzone, oczy jej płonęły – świetnie się bawiła!

Wjechali na szczyt przełęczy i teraz rozciągał się przed nimi długi zjazd ku granicy szwajcarskiej. Homer zaczął monotonnie zawodzić i agent pomyślał, że trzeba zwolnić, jeśli nie chce wpaść na Goldfingera przy odprawie celnej. Wsunął dłoń pod tablicę rozdzielczą, wyciszył brzęczyk, po czym zatrzymał wóz na poboczu. Nie wysiadając, zjedli ugrzeczniony, ale prawie zupełnie niemy posiłek. Żadne z nich nie usiłowało rozpocząć rozmowy, ponieważ i Bond, i panna Soames zdawali się całkowicie pochłonięci własnymi myślami. Po dziesięciu minutach wyruszyli na trasę. Odprężony agent prowadził już spokojnie i wolno przemykali meandrami szosy, między szumiącymi z cicha sosnami.

– Co to za hałas? – zapytała.

– Prądnica mi gwiżdże. Im szybciej jadę, tym bardziej wariuje. Zaczęło się w Orleanie. Muszą mi to dzisiaj naprawić.

Połknęła cały ten mechaniczny szwargot i spytała nieśmiało:

– Dokąd pan jedzie? Mam nadzieję, że nie nadkłada pan przeze mnie zbyt dużo drogi.

– Nie, ani trochę – odparł przyjaźnie. – Widzi pani, ja też jadę do Genewy. Ale nie wiem, czy zatrzymam się tam na noc. Niewykluczone, że będę musiał jechać dalej, nie wiem. To zależy od tego, jak przebiegnie moje spotkanie. A pani? Długo pani zabawi w Genewie?

– Nie jestem pewna. Gram w golfa. W Divonne są teraz Otwarte Mistrzostwa Szwajcarii dla kobiet. Właściwie to nie radzę sobie aż tak dobrze, ale pomyślałam: dlaczego by nie spróbować? Później miałam zamiar rozegrać kilka partii na innych polach.

Brzmi to prawdopodobnie, jak trzeba. Nie ma powodu, by sądzić, że sprawa jest dęta. Ale Bond był pewien, że panna Soames nie mówi całej prawdy.

– Często pani grywa? Do jakiego klubu pani należy?

– O tak, gram dość dużo. Jestem członkinią Tempie. Oczywista odpowiedź. Prawda to, czy rzuciła tylko nazwę pierwszego lepszego klubu?

– Mieszka pani w pobliżu Tempie?

– Mam ciotkę w Henley. A pan? Co pan porabia w Szwajcarii? Wakacje?

– Nie, interesy. Import, eksport…

– Ach tak…

Bond uśmiechnął się w duchu. Rozmowa jak w teatrze! A jakże, takie kulturalne, sceniczne głosy! Stanęła mu przed oczyma scena ukochana chyba przez wszystkich angielskich reżyserów: salon, sztuczne promienie słońca rzucone na malwy za przeszklonymi drzwiami, on i ona na skraju sofy. Ona podaje herbatę. „Czy pan słodzi?”

Wjechali na pogórze. Przed nimi rozciągał się długi odcinek prostej drogi, a w dali ujrzeli małe skupisko budynków francuskiego urzędu celnego.

Nie miał nawet najmniejszej szansy, żeby zerknąć na jej paszport. Jak tylko się zatrzymali, powiedziała, że chce się odświeżyć, wysiadła i zniknęła za drzwiami przybytku „Dla Pań”. Zjawiła się – ze stempelkiem w paszporcie – gdy Bond był już po odprawie. Kiedy zabrali się do nich celnicy szwajcarscy, wymyśliła sobie, że musi wydostać coś z walizki i agent znów nie miał okazji, by sprawdzić, czy panna Tilly Soames nie blaguje.

Dojechali szybko do Genewy i zatrzymali się przed imponującym wejściem hotelu Bergues. Baggagiste zajął się jej walizeczką i torbą z kijami do golfa. Stali na schodach. Wyciągnęła do niego rękę.

– Do widzenia. – Nie, w jej szczerych, niebieskich oczach nie dostrzegł żadnego wzruszenia. – I dziękuję. Prowadzi pan wspaniale. – Uśmiechnęła się. – A w Macon wrzucił pan przez pomyłkę wsteczny. Dziwne…

– Nie często mi się to zdarza. – Wzruszył ramionami. – Ale cieszę się, że tak wyszło. Gdyby udało mi się uwinąć z moimi sprawami, moglibyśmy się spotkać i…

– Będzie mi miło. – Ale ton jej głosu mówił, że nie będzie. Panna Soames odwróciła się i zniknęła za wahadłowymi drzwiami.

Bond ruszył biegiem do samochodu. Do diabła z nią! Teraz namierzyć Goldfingera. Potem – do skromnego biura na Quai Wilson. Włączył nasłuch i odczekał kilka minut. Złotnik był blisko, lecz stale się oddalał. Jechał albo prawym, albo lewym brzegiem jeziora. Sądząc po natężeniu dźwięków, jakie wydawał z siebie Homer, znajdował się przynajmniej milę za miastem. Dokąd pędził? W lewo, do Lozanny? W prawo, do Evian? DB III wziął już zakręt w lewo. Bond postanowił zdać się na nos maszyny. Przyspieszył.

Wysoką, żółtą sylwetkę rollsa dostrzegł dopiero przed Coppet, małą wioską rozsławioną przez Madame de Stael. Natychmiast schował się za najbliższą ciężarówkę. Kiedy zza niej wychynął, żeby ponownie zbadać sytuację, rolls jakby zapadł się pod ziemię. Bond jechał dalej, spoglądając w lewo. U wjazdu do wsi zobaczył w jakimś murze ogromne, solidne wrota z żelaza. Właśnie się zamykały, a w powietrzu unosił się jeszcze tuman kurzu. Na szczycie muru stała skromna tablica, której wypłowiałe żółte litery na błękitnym tle informowały, że jest to ENTREPRISES AURIC A.G. Więc lis skrył się do nory!

Agent dojechał do najbliższego skrętu w lewo. Skręcił i jechał prosto, aż dotarł do alei wiodącej z powrotem, poprzez winnice, do lasu za Cappet i do zamku Madame de Stael. Zatrzymał się za drzewami. Teraz powinien znajdować się dokładnie na wysokości „Entreprises Auric”. Wziął lornetkę, wysiadł i ruszył ścieżką prowadzącą do wsi. Wkrótce natknął się na żelazne, najeżone szpikulcami ogrodzenie, na którego szczycie wiły się zwoje kolczastego drutu. Sto jardów dalej, u stóp wzgórza, ogrodzenie łączyło się z wysokim kamiennym murem. Bond zawrócił i począł rozglądać się za jakimś ukrytym wejściem, które z pewnością wynalazły przed nim miejscowe dzieciaki, żeby dostać się do kasztanowców. I znalazł je – dwa pręty ogrodzenia były rozchylone tak, że mógł się tamtędy prześlizgnąć ktoś mały i szczupły. Agent stanął na niższym, wagą swego ciała poszerzył przejście o kilka cali i wczołgał się do środka.

Szedł ostrożnie między drzewami, uważając na każdy krok, unikając suchych gałęzi. Drzewa zaczynały się przerzedzać. W prześwitach dostrzegł bezładnie rozrzucone, niskie budynki stojące za niewielkim manoir. Rozejrzał się i skrył za grubym pniem jodły. Miał teraz widok z góry. Najbliższy budynek wznosił się sto jardów dalej. Przed nim było obszerne podwórze. Na środku podwórza parkował zakurzony, żółty rolls.

Bond chwycił lornetkę i dokładnie wszystko sobie obejrzał.

Dom – pokryty dachówką, dobrze skomponowany sześcian ze starej, czerwonej cegły – miał jedno piętro i zagospodarowany strych. Składał się pewnie z czterech sypialni i dwóch głównych pomieszczeń dziennych. Jego ściany porastała częściowo buchająca kwieciem glicynia. Tak, dom był ładny. Oczyma wyobraźni Bond widział na biało pomalowane wnętrza, czuł słodki zapach unoszący się w nagrzanych słońcem pokojach. Tylne drzwi wychodziły na duży, wyłożony płytkami dziedziniec, gdzie stał rolls. Po lewej stronie dziedziniec był nie zabudowany, za to od prawej zamykał go z dwóch stron parterowy budynek warsztatów w kształcie litery „L”. Z jego środka bił w niebo uwieńczony kapturem komin z cynkowej blachy. Na kapturze Bond zauważył obracającą się nieustannie łapę czegoś, co przypominało radar klasy Decca, taki, jaki widuje się na mostkach okrętowych. Radar na dachu małej fabryczki zagubionej wśród drzew…?

Nagle cisza i bezruch tego sielankowego landszaftu prysły. Bond odebrał to tak, jak trzask przysłony w dioramie na molo w Brighton, kiedy kończy się ściśle odmierzony czas za jednego pensa. Gdzieś daleko zegar wybił cichutko godzinę piątą. Na ten znak tylne drzwi domu otworzyły się i wyszedł z nich Goldfinger. Wciąż miał na sobie białą wiatrówkę, lecz nie nosił już pilotki. Za nim sunął trudny do opisania mały człowieczek z przyciętymi na szczotkę wąsami; na nosie błyszczały mu rogowe okulary. Płaszczył się służalczo przed złotnikiem, a ten był bardzo z czegoś zadowolony. Podeszli do samochodu i Goldfinger czule poklepał rollsa po masce. Mały człowieczek roześmiał się usłużnie. Z kieszonki w kamizelce wyjął gwizdek, zagwizdał, w prawej części warsztatów otworzyły się drzwi i wyszło z nich czterech robotników w niebieskich kombinezonach. Podeszli do samochodu. Zza otwartych drzwi dobiegł buczący hałas. Zaczęła pracować jakaś wielka maszyna. Najpierw wolno, potem wpadła w ciężki rytm, który Bond pamiętał jeszcze z Reculver.

Tych czterech rozstawiło się wokół samochodu Goldfingera i na polecenie małego człowieczka – najpewniej brygadzisty – zaczęli rozbierać rollsa na części.

Kiedy zdjęli z zawiasów wszystkie drzwi, usunęli maskę z silnika i kiedy zabrali się do roznitowywania błotników, stało się jasne, że metodycznie obdzierają wóz z pancernej skóry.

Bond wyciągnął akurat ów odkrywczy wniosek, gdy w drzwiach domu pojawiła się czarna sylwetka Złotej Rączki. Był jak zwykle w meloniku. Zwracając się do Goldfingera, wyartykułował coś na kształt dźwięku, Goldfinger rzekł słowo brygadziście, po czym wszedł do domu i zostawił robotników samych sobie.

I Bond musiał już iść. Rozejrzał się wkoło ostatni raz, zapamiętał dokładnie geografię terenu i wycofał się między drzewa.

– Jestem z Universal Export.

– Naprawdę?

Nad biurkiem wisiała reprodukcja portretu Królowej, Annigoniego. Pozostałe ściany upstrzone były reklamówkami traktorów Fergusona i innych maszyn rolniczych. Oknem wpadał uliczny szum z Quai Wilson. W tle zahuczał parowiec. Bond wychylił się za parapet i spoglądał na płynący w oddali statek. Parowiec zostawiał za sobą baśniowy ślad na wieczornym, idealnie gładkim lustrze jeziora. Agent znów popatrzył w uprzejme, badawcze oczy osadzone w dobrotliwej, bezstronnej twarzy człowieka interesu.

– Mieliśmy nadzieję ubić z wami interes.

– A jaki interes?

– Ważny interes.

Twarz tamtego rozpromieniła się. – 007, prawda? – zapytał wesoło. – Sądziłem, że pana rozpoznam. A więc? Czym mogę służyć? – Zaczął mówić cicho i ostrożnie. – Szybko i zaraz stąd spływaj. Mogę załatwić tylko jedną, konkretną sprawę. Po aferze Dumonta zrobiło się tu cholernie gorąco. Jestem na podsłuchu – to Redland i kilku miejscowych. Wszystko na razie cacy, ale nie chcesz chyba, żeby zaczęli wkoło ciebie węszyć.

– Spodziewałem się tego. Nie, rzecz jest prosta, rutynowa przesyłka. Proszę. – Bond rozpiął koszulę i wydostał ciężki kawał złota. – Odstaw to na miejsce, dobra? I jeśli będziesz miał okazję, nadaj, co ci podyktuję.

Mężczyzna za biurkiem sięgnął po blok papieru i stenografując, spisywał słowa Bonda.

Skończyli. Notatki powędrowały do kieszeni.

– No no no… Mocne, nie ma co. Zrobi się. Nadam to o północy. – Wskazał sztabę. – To poleci do Berna pocztą dyplomatyczną. Coś jeszcze?

– Słyszałeś coś o „Entreprises Auric” w Coppet? Wiesz, co tam produkują?

– Wiem, co produkuje każdy przedsiębiorca w tej okolicy. Muszę wiedzieć. W zeszłym roku próbowałem opchnąć im młotki nitownicze. Robią metalowe meble. Nawet niezłe. Część sprzedają kolejom szwajcarskim i liniom lotniczym.

– Wiesz jakim liniom? Wzruszył ramionami.

– Słyszałem, że Mecca kupuje od nich całe komplety. To duże linie czarterowe. Indyjskie. Mają swój terminal na genewskim lotnisku i ostro konkurują z All-India. Mecca to przedsiębiorstwo prywatne. Słyszałem, że Auric & Co. zainwestował w nie jakieś pieniądze. Nic dziwnego, że dostali kontrakt na wykonanie tych foteli.

Na twarz Bonda wpełznął ponury uśmiech. Wstał i wyciągnął na pożegnanie rękę.

– Nawet nie wiesz, że w niecałą minutę dopasowałeś całe mnóstwo elementów tej układanki. Wielkie dzięki. Dużo szczęścia w interesach. Mam nadzieję, że jeszcze się kiedyś spotkamy.

Bond wyszedł na ulicę, wsiadł do samochodu i pojechał do Bergues. Więc tak to wygląda! Przez dwa dni siedział na ogonie rollsa, obijając się po całej Europie. Opancerzony Silver Ghost, Srebrzysty Duch. W Kencie widział, jak nitują mu ostatnią część karoserii. W Coppet jak zdzierają z niego pancerz. Blachy, które zdjęli z rollsa, siedzą już pewnie w piecach tutejszych zakładów i wkrótce zamienią się w stelaże siedemdziesięciu foteli jednej z maszyn linii Mecca. Za kilka dni, już w Indiach, fotele zostaną wymontowane z samolotu, a w ich miejsce postawi się fotele aluminiowe. A ile zarobi na tym Goldfinger? Pół miliona funtów? Milion?

Bo Srebrzysty Duch nie był wcale srebrzysty. Winno się go raczej nazywać Golden Ghost – dźwigał na sobie tego aż dwie tony. Dwie tony czystego, osiemnastokaratowego, białego złota.

14. Nocne bababuch

Bond wynajął pokój w Hotelu des Bergues, wykąpał się, wziął prysznic i się przebrał. Chwilę ważył w ręku walthera PPK, zastanawiając się, czy brać go z sobą, czy nie. Jednak nie. Nie chciał, rzecz jasna, żeby w „Entreprise Auric” ktoś zauważył jego obecność, ale gdyby miał koszmarnego pecha i gdyby mimo wszystko ktoś go tam zobaczył, wdanie się w strzelaninę zepsułoby sprawę ostatecznie. Przygotował sobie małą opowiastkę, która, choć w sumie nędzna, będzie w stanie obronić jego przykrywkę. To musi mu wystarczyć. Jednak Bond miał i dodatkowe zabezpieczenie. Włożył mianowicie szczególne buty, buty cięższe, niżby się na pierwszy rzut oka zdawało…

W recepcji spytał, czy jest panna Soames i wcale się nie zdziwił, gdy recepcjonista odrzekł, że żadna panna Soames w hotelu nie mieszka. Otwartą kwestią było to, czy dziewczyna opuściła Bergues tuż po odejściu Bonda, czy też zameldowała się pod innym nazwiskiem.

Agent przeciął Pont du Mont Blanc – cudowny! – i jego oświetlonym bulwarem dotarł do przybytku o nazwie Bavaria, do skromnej alzackiej piwiarni, gdzie w czasach Ligi Narodów zbierali się ci Najwięksi. Siadł przy oknie, wychylił kielich Enziany i zapił jasnym Lowenbrau. Najpierw zabrał się w myślach za Goldfingera. Teraz nie ulegało już wątpliwości, co knuł. Finansował szpiegowską siatkę, prawdopodobnie SMIERSZ, i zbijał fortunę na przemycie złota do Indii, do kraju, gdzie sprzedać je mógł najdrożej. Po stracie trawlera z Brixham obmyślił nowy sposób przerzutu. Pierwszym krokiem było obwieszczenie wszem i wobec, że nabył opancerzony samochód. Potraktowano to wyłącznie jako dziwactwo. Kuloodporne karoserie eksportuje wiele angielskich przedsiębiorstw. Kiedyś kupowali je hinduscy radżowie, dzisiaj gustowali w nich szejkowie bogaci w ropę i południowoamerykańscy prezydenci. Goldfinger zdecydował się na tę markę wozu, ponieważ po odpowiednich modyfikacjach Silver Ghost zyskał mocne podwozie, a nitowana karoseria stała się czynnikiem ułatwiającym manipulacje bardzo dużymi arkuszami blachy. Więc kupił rollsa i pewnie wybrał się nim raz czy dwa za granicę, żeby celnicy z Ferryfield otrzaskali się z widokiem maszyny. Ale już przed następną wycieczką w zakładach pod Reculver zdjął z niego pancerz i zastąpił go osiemnastokaratowym białym złotem. Stop z niklem i srebrem okazał się odpowiednio wytrzymały, a kolor metalu nie zdradzał go nawet w przypadku stłuczki czy zadrapania karoserii. A potem hajda! Do niewielkiej fabryczki w Szwajcarii! Oczywiście robotników dobierał równie starannie, jak tych z Reculver. Rozbiorą karoserię i przetopią ją na stelaże foteli lotniczych, które oblecze się następnie wykładziną i zainstaluje w jakimś samolocie Mecca Airlines, kierowanych najpewniej przez „swego człowieka” otrzymującego za każdy taki przelot złotą działkę. Ile tych przelotów było? Jeden rocznie? Dwa? Trzy? Samolot przyjmował wówczas na pokład tylko ładunki lekkie i jak najmniej pasażerów. W Bombaju czy Kalkucie okazywało się nagle, że wymaga kapitalnego remontu i zmian w wyposażeniu. Wtedy wprowadzano maszynę do hangaru firmy Mecca i instalowano nowe fotele. Te stare, ze złota, odbierali handlarze, a Goldfinger zagarniał pieniądze w Nassau albo gdzie tylko tego sobie zażyczył. Miał sto, dwieście procent zysku i rozpoczynał całą zabawę od nowa: od sklepików skupujących złoto w Anglii, poprzez Reculver, Genewę, na Bombaju kończąc.

Tak, myślał Bond zapatrzony w gwiazdy odbijające się promieniście w tafli jeziora, tak oto pracuje ta przemytnicza maszyneria, której dopasowane z idealną precyzją tryby gwarantują minimum ryzyka i maksimum zysku. A Goldfinger? Goldfinger śmiał się w kułak, gdy grając na wygiętym w kształt węża sygnale dźwiękowym, rolls przemykał przez granice, omiatany pełnymi podziwu spojrzeniami celników aż trzech krajów Europy! O tak, on znalazł już swój sposób na życie, swój kamień filozoficzny, on spełnił swe złote marzenie. Gdyby nie był człowiekiem tak nieprzyjemnym, gdyby nie robił tego wszystkiego, żeby podtrzymać broń w rękach organizacji SMIERSZ, Bond odczuwałby szczery podziw dla tego króla przemytników, przeprowadzającego operacje tak wielkie, że aż frasujące Bank Anglii. A tak, jedyne, czego pragnął, to odzyskać kruszec, zniszczyć Goldfingera, wpakować go za kraty, bo umiłowanie złota, jakie przejawiał właściciel rollsa, to istna chuć, chuć zbyt bezwzględna, zbyt niebezpieczna, by pozwolić jej rządzić światem.

Dochodziła ósma. Enziana, prawdziwa woda ognista destylowana z goryczki odpowiedzialnej za chroniczny alkoholizm wielu Szwajcarów, rozgrzała mu żołądek i uwolniła od napięcia. Zamówił jeszcze jedną, podwójną, do tego talerz kiszonej kapusty i karafkę Fondant.

A ten piękny, władczy żartowniś, który ni stąd, ni zowąd wplątał się w tę historię, co z nim? Co z dziewczyną? Co u diabła knuła? Grywa w golfa… Bond wstał i poszedł do budki telefonicznej z tyłu sali. Połączył się z działem sportowym Journal de Geneve. Facet chciał pomóc, ale był nader zdziwiony pytaniem agenta. Nie. Oczywiście, latem, po zakończeniu imprez ogólnokrajowych, odbywa się w Szwajcarii wiele innych zawodów, które mają za zadanie przyciągnąć uczestników zagranicznych. Dzieje się tak w całej Europie. Wszyscy chcą gościć jak najwięcej graczy ze Stanów i Anglii, bo to podnosi frekwencje na trybunach. Pas de quoi, monsieur. Ale to? Nie.

Bond wrócił do stolika i zaczął jeść. To by było na tyle. Kimkolwiek ta dziewczyna naprawdę jest, z pewnością nie zajmuje się kłamstwem zawodowo. Żaden profesjonalista nie opowiedziałby mu legendy, którą można obalić jednym telefonem. Usiłował odpędzić od siebie myśl – a myślał o tym niechętnie, bo dziewczyna mu się podobała i pociągała go – że panna Tilly Soames jest agentem SMIERSZ-u wysłanym tu, by pilnować albo Goldfingera, albo Bonda, albo ich obu naraz. A miała wiele cech typowych dla agentki z klasą: niezależność, silny charakter, umiejętność samodzielnego podejmowania decyzji. Lecz nie, nie była bojowniczką SMIERSZ-u, brakowało jej wyszkolenia.

Zamówił plasterek gruyere’a, pumpernikiel i kawę. Tak, wielka z niej niewiadoma, istna enigma… Modlił się, by nie okazało się tylko, że prowadzi jakąś własną, prywatną grę, która dotyczy jego albo Goldfinger a, bo taka gra zrujnowałaby całe przedsięwzięcie.

Był tak bliski zakończenia misji! Musiał jedynie na własne oczy sprawdzić, czy teoria, jaką ukuł, jest prawdziwa. Wystarczy zerknąć do wnętrza warsztatów w Coppet, wystarczy drobina złotego pyłu i jeszcze dziś wieczorem mógłby zabrać się do Berna i skontaktować z ambasadą, z oficerem dyżurującym przy maszynie szyfrującej. A później, cichutko i dyskretnie, Bank Anglii zablokuje Goldfingerowi konta we wszystkich bankach świata, podczas gdy – może już jutro! – Oddział Specjalny policji szwajcarskiej zapuka do wrót przedsiębiorstwa „Entreprises Auric”. Dalej – ekstradycja. Goldfinger wyląduje w Brixton i tam, w Maidstone, w Lewes lub w innym sądzie specjalizującym się w takich sprawach, odbędzie się skomplikowany, lecz cichy proces. Goldfinger dostanie kilka lat, pozbawi się go obywatelstwa, a złoty łup, jako dobro nielegalnie wywiezione za granicę, wróci stopniowo z powrotem do podziemnych skarbców Banku Anglii. A SMIERSZ zazgrzyta skrwawionymi kłami i do pękatych akt Bonda doda jeszcze jeden protokół klęski.

Czas szykować się do ostatniego skoku. Agent uregulował rachunek, opuścił piwiarnię i wsiadł do samochodu. Przejechał Rhone i włączywszy się do wieczornego ruchu, sunął wolno po jaskrawo oświetlonym quai. Jak na taką robotę, noc była nie najlepsza. Fakt, na niebie wisiał księżyc w trzeciej kwadrze i dobrze oświetlał teren, ale wiatr kompletnie zdechł i nie zagłuszy jego kroków, gdy będzie się skradał przez las do fabryki. Spokojnie, bez pośpiechu. Tamci nie skończą najpewniej przed upływem nocy. Musi załatwić wszystko ostrożnie i bardzo delikatnie. Przed jego oczyma przesuwał się film z opisem topografii całego terenu i ze szczegółami trasy, jaką pójdzie, a automatyczny pilot, który tkwił w każdym dobrym kierowcy, sterował samochodem po szerokiej, jasnej autostradzie wzdłuż brzegu uśpionego jeziora.

Bond zdecydował się na tę samą drogę, co przed południem. Kiedy zjechał z szosy, zgasił reflektory i poruszał się dalej na światłach pozycyjnych. Później zboczył w las, dotarł do małej polanki i wyłączył zapłon. Siedział i nasłuchiwał. W głuchej ciszy słychać było tylko cichutkie, metaliczne potrzaskiwanie stygnącego pod maską silnika i miękkie tykanie pędzących wskazówek samochodowego zegara. Agent wysiadł, zamknął ostrożnie drzwi i ruszył wolno ścieżką między drzewami.

I znów usłyszał to ciężkie sapanie potężnego generatora: bababuch… bababuch… bababuch… – czujne, złowieszcze groźne. Doszedł do przejścia między prętami ogrodzenia, przecisnął się przez nie i zamarł wśród posrebrzonych księżycową poświatą drzew, natężając zmysły.

BABABUCH… BABABUCH… BABABUCH… Głuche dudnienie przenikało cały organizm, wypełniało mózg i poczuł w pachwinach łaskoczący dreszczyk znany wszystkim już od czasów pierwszych zabaw w chowanego gdzieś w ciemnym pokoju. Uśmiechnął się do siebie na ów zwierzęcy sygnał zwiastujący niebezpieczeństwo. Jakąż to pierwotną strunę trącił ten niewinny hałas pracującego silnika dobywający się z wysokiego, blaszanego komina? Dyszenie dinozaura w prastarej jaskini? Bond napiął mięśnie i skradał się krok po kroku, odsuwając delikatnie gałązki, stawiając nogi tak ostrożnie, jak gdyby szedł przez pole minowe.

Drzewa zaczynały rzednąć. Zaraz dotrze do grubego pnia jodły, za którym chował się przed południem. Poszukał go wzrokiem i nagle zastygł w bezruchu. Serce waliło mu jak młotem. Na ziemi, koło pnia, leżało rozpłaszczone… ciało.

Otworzył szeroko usta i zrobił kilka głębokich wdechów, żeby się uspokoić. Wytarł o spodnie spocone dłonie. Opadł powoli na kolana, wsparł się rękami o ziemię i wbił wzrok w ciemność, przeszywając ją rozwartymi oczyma jak obiektywem aparatu.

Sylwetka pod drzewem drgnęła, zmieniła ostrożnie pozycję. Wśród wierzchołków jodeł zaszeptał lekki powiew wiatru. Promienie księżyca roztańczyły się, szybko zamarły, ale przedtem zdążył dostrzec gęste, czarne włosy, czarny sweter, i obcisłe czarne spodnie. Zobaczył też coś jeszcze – refleks światła odbity od podłużnego kawałka metalu, który zdawał się wrastać w czuprynę ciemnych włosów i kończyć gdzieś za pniem drzewa, w trawie.

Zrezygnowany, wolno opuścił głowę i gapił się w ziemię między swoimi rozczapierzonymi dłońmi. To ta dziewczyna, Tilly. Obserwowała zabudowania fabryki. Miała strzelbę – ani chybi przeszmuglowała ją w torbie na kije golfowe – i gotowa była wygarnąć w każdej chwili. Szlag by ją trafił! Głupia, głupia dziwka!

Odprężył się. Kim jest? Po co to robi? Bez znaczenia. Zmierzył wzrokiem odległość, zaplanował każdy krok i łuk wieńczącego akcję skoku. Lewa ręka na szyję, prawa na broń. Teraz!

Jego pierś prześlizgnęła się po jej pośladkach i huknęła dziewczynę w krzyż. Jęknęła cicho, cios pozbawił ją tchu. Palce lewej dłoni Bonda wystrzeliły ku szyi i odnalazły tętnicę. Prawa ręka chwyciła u nasady kolbę karabinu, rozwarła zaciśnięte na niej palce, wyczuła, że broń jest zabezpieczona, po czym odrzuciła ją na bezpieczną odległość.

Agent zwolnił nacisk i puścił szyję dziewczyny. Delikatnie zatkał jej palcami usta. Czuł pod sobą, jak piersi Tilly falują, jak płuca walczą o haust powietrza. Wciąż była nieprzytomna. Ostrożnie założył jej obie race na plecy i tam przytrzymał. Pośladki dziewczyny drgnęły niespokojnie, zaraz potem nogi. Przygwoździł je do ziemi brzuchem i udami, zwracając uwagę na prężne mięśnie stawiające pod nim silny opór. Oddychała chrapliwie między jego palcami, zaczęła się w nie wgryzać. Bond przesunął się nieco wzdłuż jej ciała. Rozchylił ustami włosy i zaszeptał natarczywie:

– Na miłość boską, Tilly! Leż spokojnie! To ja, Bond! Nie zrobię ci krzywdy. Powiem ci coś cholernie ważnego. Coś, o czym nie wiesz. Będziesz leżała spokojnie? Wysłuchasz mnie?

Zęby dały spokój jego palcom. Ciało panny Soames przestało stawiać opór i znieruchomiało. Po chwili skinęła głową. Raz.

Bond zsunął się z niej, położył obok, ale wciąż ściskał ją za nadgarstki.

– Złap oddech. Teraz powiedz, masz coś do Goldfingera? Unikała jego wzroku, odwróciła głowę.

– Chciałam go zabić – wyszeptała z wściekłością w ziemię. No tak, pewnie Goldfinger zrobił jej dziecko. Agent zwolnił uścisk. Uniosła dłonie i oparła na nich twarz. Nerwy puściły. Dygotała z wyczerpania. Jej ramiona lekko zadrżały. Bond wyciągnął rękę i wolno, rytmicznie głaskał ją po włosach. Jednocześnie omiótł uważnie spojrzeniem senną dolinkę. Żadnych zmian. Żadnych? Coś tam się jednak zmieniło. Łapa radaru na kapturze komina. Nie obracała się teraz, a jej podłużny pysk kierował się w ich stronę. Nic mu to nie mówiło. Dziewczyna przestała płakać. Bond zbliżył nos do jej ucha. Poczuł zapach jaśminu.

– Nie martw się. Ja też mam coś do niego – szepnął. – I zalezę mu za skórę o wiele dotkliwiej, niż ty byś to zrobiła. Po to mnie wysłano z Londynu. On jest poszukiwany. Co ci zrobił?

– Zabił moją siostrę – szepnęła jakby do siebie. – Znałeś ją. To Jill Master ton.

– Jak to się stało?! – spytał, wściekły.

– On sypia z kobietami raz na miesiąc. Jill mi to powiedziała, kiedy dostała u niego pracę. Hipnotyzuje je. A później… Później maluje je na złoto.

– Chryste! Po co?

– Nie mam pojęcia. Jill mówiła, że on oszalał na punkcie złota. Chyba zdaje mu się, że w ten sposób może je ostatecznie posiąść. Wiesz, poślubić je, coś w tym rodzaju. Jakiś Koreańczyk te kobiety maluje. Nie wolno mu tylko zamalować kręgosłupa. Jill nie umiała tego wyjaśnić. Za to ja wyjaśniłam. Robi tak po to, żeby nie umarły. Gdyby pomalował je farbą całkowicie, pory w ich skórze nie mogłyby oddychać. I wykończyłyby się. Potem Koreańczyk zmywa farbę jakąś żywicą czy czymś tam. Goldfinger wtyka dziewczynie tysiąc dolarów i odsyła ją do domu.

Oczyma wyobraźni Bond ujrzał straszliwego karatekę z kubełkiem złotej farby i Goldfingera pieszczącego wzrokiem błyszczący posąg. Zwierzęca namiętność…

– Co zrobił Jill?

– Wysłała do mnie telegram, żebym do niej przyjechała. Leżała w szpitalu, na oddziale intensywnej terapii, w Miami. Goldfinger wyrzucił ją z pracy. Umierała. Lekarze nie wiedzieli, co jej jest. Opowiedziała mi, jak to się stało, co jej zrobił. Tej samej nocy umarła. – Mówiła głosem suchym, trzeźwym. – Wróciłam do Anglii i odwiedziłam Traina, tego dermatologa. To on mi objaśnił, jak jest z tymi porami. Ponoć kiedyś zdarzyło się to jakiejś dziewczynie z kabaretu. Pozowała jako srebrny posąg. Udostępnił mi dokumenty tej sprawy, protokóły autopsji. I już wiedziałam, co stało się z Jill. Goldfinger kazał ją pomalować. Całą. To musiała być zemsta za to, że… Że poszła z tobą. – Zamilkła na moment i dodała ze smutkiem: – Polubiła cię. Prosiła, żebym dała ci to, gdybyśmy się kiedyś mieli spotkać.

Bond zamknął mocno oczy, walcząc z narastającymi w jego psychice mdłościami. Znów śmierć! Znów krew na jego rękach! Tym razem w skutek nierozważnej, brawurowej zagrywki, która doprowadziła do dwudziestoczterogodzinnego epizodu wypełnionego rozkoszą, jakiej dostarczyła mu piękna dziewczyna, dziewczyna, której się spodobał, która – jak się teraz okazuje – czuła do niego coś więcej. Lecz na ten lekki prztyczek w goldfingerowskie ego złotnik odpowiedział tysiąc, milion razy mocniej. „Rzuciła pracę” – bezbarwne słowa w słonecznym Sandwich dwa dni temu. Ależ musiał mieć radochę, gdy je wypowiadał! Paznokcie Bonda wpiły się w dłoń. Boże, udowodni mu to morderstwo, nawet gdyby miał to być ostatni uczynek w jego życiu. A co z nim…? Agent wiedział. Śmierci Jill nie wytłumaczy ryzykiem zawodowym. Z jej śmiercią na sumieniu będzie musiał żyć.

Dziewczyna ściągała z palca pierścionek – złote dłonie splecione wokół złotego serca. Wsunęła palec do ust. Pierścionek zszedł. Uniosła rękę, by podać go Bondowi. Maleńki krążek zalśnił księżycowym blaskiem na tle pnia jodły.

Ten dźwięk zabrzmiał w uszach agenta jak coś między sykiem a przenikliwym świstem. Odgłos zduszonego, jękliwego uderzenia. Na wysokości oczu Bonda, niczym skrzydełka kolibra w locie, tkwiły aluminiowe lotki stalowej strzelby. Grot wyprostował się. Złoty pierścionek Jill zsunął się po nim aż do kory drzewa.

Wolno, nie okazując prawie zaintrygowania, agent odwrócił głowę.

Dziesięć jardów dalej zobaczył pochyloną sylwetkę człowieka w czarnym meloniku. Stał w rozkroku, jak w dżudo, na wpół skryty w cieniu, na wpół w blasku księżyca. Lewe ramię wyrzucił do przodu, wspierając nim lśniącą smugę łuku tak, że wyglądało jak ramię kogoś, kto ma za chwilę stoczyć pojedynek. Prawą rękę, która ściskała lotki następnej strzały, trzymał przy policzku. Za głową sterczał mu w znieruchomiałym zawieszeniu napięty niczym sprężyna łokieć. Srebrne ostrze grotu skierowane było między blade profile ich uniesionych twarzy.

– Nie ruszaj się – syknął Bond – niech ci powieka nawet nie drgnie – a głośno zawołał: – Jak się masz, Złota Rączko! Nielichy strzał!

Koreańczyk szarpnął czubkiem grotu w górę. Bond wstał, osłaniając sobą dziewczynę.

– On nie może zobaczyć karabinu – powiedział, ledwo otwierając usta. Potem zwrócił się do tamtego. Mówił spokojnie i zdawkowo. – Pan Goldfinger nieźle sobie mieszka, nie ma co. Chciałbym z nim przy okazji zamienić kilka słów. Teraz jest chyba za późno. Powiedz mu, że wpadnę jutro. – Spojrzał na dziewczynę.

– No, idziemy, kochanie. Chciałaś spaceru w lesie, to go masz. Ale czas już wracać do hotelu. – Postąpił krok w stronę ogrodzenia.

Koreańczyk tupnął ciężko wysuniętą do przodu nogą. Grot strzały przesunął się nieco i mierzył dokładnie w brzuch agenta.

– Idz tm. – Energicznym ruchem głowy Złota Rączka wskazał dolinkę i posiadłość złotnika.

– Aha, sądzisz, że jednak zechce przyjąć nas o tak późnej porze? No dobrze. Na pewno nie będziemy mu przeszkadzać?

Chodźmy, kochanie.

Bond ruszył przodem, kierując się w lewo, jak najdalej od drzewa i strzelby leżącej w cieniu, w trawie.

Schodzili ze wzgórza. Cichym, łagodnym głosem agent podawał Tilly najniezbędniejsze wskazówki:

– Jesteś moją dziewczyną. Ja cię tu przywiozłem, z Anglii. Bądź zaskoczona i zaciekawiona. Udawaj, że ta mała przygoda cię bawi. To niebezpieczne miejsce. Nie próbuj żadnych sztuczek. – Ruchem głowy wskazał podążającego z tyłu Koreańczyka. – Ten tam to morderca.

– Gdybyś tylko nie wszedł mi w paradę… – rzuciła ze złością.

– To ty mi wszystko zepsułaś – odparował szybko i natychmiast się zreflektował. – Przepraszam, Tilly, nie chciałem tego powiedzieć. Ale wiesz mi, nie udałoby ci się stąd zwiać.

– Kto wie, miałam pewien plan. Przed północą byłabym już za granicą.

Nie odpowiedział. Coś przykuło jego uwagę. Podłużna łapa radaru na kominie obracała się znowu. A więc to ich przyuważyło! Usłyszało ich? Rodzaj sonicznego detektora… Prawdziwy sztukmistrz z tego Goldfingera! Nie, Bond nigdy go nie lekceważył. Przeciwnie. Szkoda, że nie zabrał broni. Spróbowałby rozprawić się z Koreańczykiem jeszcze tam, na wzgórzu… Nie. Wiedział, że jeśliby nawet udało mu się wyciągnąć pistolet w ułamku sekundy, Złota Rączka byłby jeszcze szybszy. Teraz też nic by z tego nie wyszło. Wokół tego człowieka unosiła się atmosfera śmierci. Z pistoletem czy bez pistoletu, walczyć z nim to szarżować na czołg.

Jak tylko dotarli na dziedziniec, tylne drzwi domu otworzyły się i wybiegło z nich dwóch następnych Koreańczyków, którzy przypominali Bondowi służących Goldfingera z Reculver. Biegli ku nim w ciepłym, elektrycznym blasku, ściskając w dłoniach paskudne, wypolerowane kije. – Stać! – Obaj skośnoocy uśmiechnęli się dzikim, pustym uśmiechem, który tak plastycznie opisywali Bondowi koledzy z ośrodka, więzieni w japońskich obozach jenieckich. Nie rozrabiaj, bo… Ten, który krzyknął, sieknął powietrze kijem, aż zaświstało. – Łapy do góry! Bond wolno uniósł ręce.

– Nie stawiaj się, cokolwiek by robili… – rzekł do dziewczyny.

Złota Rączka podszedł bliżej, przyjął groźną postawę i obserwował, jak ich rewidują. A rewidowali fachowo. Agent spoglądał zimno na ręce obmacujące Tilly, na roześmiane lubieżnie gęby.

– Dobrze. Idziemy!

Pędzili ich przez próg otwartych drzwi, później wykładanym kamiennymi płytami korytarzem do wąskiej sieni od frontu. W domu pachniało tak, jak to Bond sobie wyobrażał – słońcem, starym drewnem, ziołami. Drzwi obite były jasnymi płycinami. Złota Rączka zastukał.

– Tak?

Koreańczyk nacisnął klamkę. Wepchnięto ich kuksańcami do środka.

Goldfinger siedział za wielkim biurkiem, na którego blacie piętrzyły się zgrabnie ułożone sterty ważnych z wyglądu dokumentów. Wokół biurka stały szare, metalowe szafki. Na niskim stoliczku tuż obok, w zasięgu ręki siedzącego, znajdowało się radio przystosowane do odbioru krótkich fal. Była tam też swego rodzaju klawiatura pełna przycisków i jakieś tykające nieustannie urządzenie przypominające barograf. Agent domyślił się, że cały ten sprzęt ma coś wspólnego z detektorem, który ich wytropił.

Goldfinger nosił szkarłatną bonżurkę z aksamitu. Pod spodem miał rozpiętą przy szyi koszulę z białego jedwabiu, spod której wystawała kępa rudych włosów. Siedział na krześle z wysokim oparciem. Tilly ledwo zauważył. Jego duże, kobaltowe oczy wbijały się w Bonda. Nie były zdziwione. Ich spojrzenie było zupełnie puste, tylko cholernie przenikliwe.

Bond zaszalał i sypnął pogróżkami:

– Słuchaj no, Goldfinger, co to wszystko ma do diabła znaczyć?! Wpakowałeś mi na kark policję! Tak, za te głupie dziesięć kawałków! Śledziłem cię z moją przyjaciółką, panną Soames. Chciałem się dowiedzieć, o co ci do cholery szło. Przeszliśmy przez płot. Tak, wiem, że to własność prywatna, ale nie mogłem pozwolić, żebyś mi znowu prysnął. Wtedy zjawił się ten twój małpolud i omal nie ustrzelił z łuku panny Soames. Potem napadło nas dwóch innych Koreańców z kijami. Ci z kolei nas zrewidowali. Co tu jest do diabła grane, co? Jeśli nie udzielisz mi grzecznie wyjaśnień, jeśli nas uprzejmie nie przeprosisz, ściągnę ci na łeb policję.

Goldfinger nie mrugnął nawet okiem. Nadal wbijał w Bonda twarde, przenikliwe spojrzenie tak, jakby w ogóle nie słyszał gniewnego wybuchu. W końcu otworzył swe pięknie wykrojone usta i powiedział:

– Panie Bond, w Chicago mawiają, że „pierwsze spotkanie to przypadek, drugie zbieg okoliczności, ale trzecie to już akcja wroga”. Miami, Sandwich, a teraz Genewa. Wyduszę z pana prawdę. – Jego wzrok prześlizgnął się wolno nad głową agenta. – Złota Rączko, zabierz go na masaż…

Część III: AKCJA WROGA

15. Masaż w walcowni

Bond zareagował automatycznie, bez widocznej przyczyny. Zrobił krok w przód i rzucił się przez biurko na Goldfingera. Poszybował w powietrzu płytkim łukiem, uderzył w blat i rozniósł sterty papierów na wszystkie strony. Jego czoło huknęło głucho w mostek Goldfingera z taką siłą, że krzesło, na którym siedział złotnik, zachwiało się niebezpiecznie. Bond kopnął mocno w krawędź blatu, złapał oparcie i runął do przodu. Krzesło przewróciło się. Upadli obaj na podłogę przy akompaniamencie trzasku rozlatującego się w drzazgi drewna, a palce Bonda już chwytały za gardło tamtego, kciuki już wbijały się ze wszystkich sił w grdykę.

A potem jakby cały dom się na niego zawalił. Oberwał drągiem w kark, stoczył się bezwładnie z Goldfingera i zastygł w bezruchu.

***

Świetlisty krąg, poprzez który wirował, zmieniał się wolno w spłaszczony dysk, w żółtawą tarczę księżyca, a potem stał się okiem Cyklopa. Naokoło płonącego żywym ogniem oka widniał jakiś napis. To gryps! Gryps dla niego! Musi go odczytać! Musi! Wolno, literka po literce, rozszyfrował całość. Napis głosił: SOCIETE ANONYME MAZDA. Co to znaczy…? W jego twarz uderzył silny strumień wody. Woda gryzła w oczy, wypełniała usta. Doprowadzony do rozpaczy, zwymiotował i spróbował się poruszyć. Nie mógł. Zaczynał już lepiej widzieć. I myślał szybciej. W karku odczuwał pulsujący ból. Patrzył w górę, na emaliowany, kulisty klosz lampy z pojedynczą, koszmarnie silną żarówką. Leżał na czymś w rodzaju stołu. Jego nadgarstki i kostki u nóg były przywiązane do krawędzi blatu. Pomacał palcami i dotknął wypolerowanej, metalicznej powierzchni.

– Możemy zaczynać. – Głos. Głos Goldfingera. Chłodny, obojętny.

Bond odwrócił głowę w tamtą stronę. Oślepiło go światło. Zacisnął mocno powieki i po chwili je rozwarł. Goldfinger siedział w obitym płótnem fotelu. Był bez bonżurki, w samej koszuli. Na jego szyi, wokół grdyki, agent zauważył nabiegłe krwią ślady. Koło złotnika stał rozkładany stoliczek. Leżały na nim różne narzędzia, metalowe przybory oraz płaska tablica sterownicza. Po drugiej stronie stolika, w takim samym fotelu, siedziała Tilly Masterton. Siedziała sztywno wyprostowana, jak w szkole. Wyglądała nad wyraz cudownie, lecz była zszokowana, nieobecna. Jej puste oczy spoglądały na Bonda. Zahipnotyzował dziewczynę albo podał jej jakieś środki odurzające…

Bond odwrócił głowę i popatrzył w prawo. O kilka stóp od niego tkwił Koreańczyk. I tutaj nosił melonik, lecz teraz był rozebrany do pasa. Kompletnie pozbawiona włosów skóra olbrzymiego, żółtego torsu lśniła od potu. Płaskie muskuły na piersi miały wielkość talerzy, a wklęśnięty brzuch ginął pod szerokim łukiem żeber. Jego bicepsy i przedramiona, również całkowicie bezwłose, przypominały grubością potężne uda. Z połyskliwych szparek oczu – wyglądały jak wskazówki zegara ustawione na za dziesięć druga – biło zadowolenie i zachłanność. Usta rozciągnęły się w wąskim, wyczekującym uśmiechu, demonstrując garnitur sczerniałych zębów.

Bond uniósł głowę i szybko potoczył naokoło wzrokiem. Zabolało go w karku. Znajdowali się w jednym z pomieszczeń warsztatowych fabryki. Wokół żelaznych drzwi zamykających gardziele dwóch elektrycznych pieców strzelały jęzory ognia. Obok, w drewnianych ramach, stały arkusze błękitnawej blachy. Jego uszu dobiegł skądś szum prądnicy i odległe, przytłumione odgłosy kucia. W tle słyszał daleki, ociężały łoskot siłowni.

Zerknął w nogi, na stół. Leżał rozkrzyżowany. Głowa opadła mu ciężko. Jęknął. Środkiem wypolerowanego blatu ze stali biegła wąziutka szczelina. Na jej końcu, niczym muszka celownicza w szczerbince jego rozłożonych nóg, lśniły zęby piły tarczowej.

Bond leżał i patrzył na maleńki napis wokół brzucha żarówki. Goldfinger zaczął mówić. Mówił lekko, jak gdyby prowadził luźną, towarzyską rozmowę. Siłą woli agent przerwał koszmarny peep-show wyobraźni i wsłuchał się w jego słowa.

– Panie Bond, słowo „ból” pochodzi z łacińskiego poena, co znaczy „kara” – coś, za co trzeba zapłacić. Teraz musi pan zapłacić za swoje wścibstwo, które, jak podejrzewałem – a rzucając się na mnie, moje podejrzenia pan jedynie potwierdził – jest mi wrogie. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, jak powiadają. Tym razem piekło pochłonie dwie ofiary, panie Bond, bo obawiam się, że i tę dziewczynę zmuszony będę traktować jak nieprzyjaciela. Twierdzi, że zatrzymała się w hotelu Bergues. Jeden telefon i już wiem, że kłamie. Wysłałem Złotą Rączkę tam, gdzieście się ukrywali. Wrócił ze strzelbą i z pierścionkiem, który przypadkowo znam. Resztę powiedziała mi, gdy ją zahipnotyzowałem. Ona chciała mnie zabić. Niewykluczone, że pan też. Ani jej, ani panu nic z tego nie wyszło. Więc teraz poena, panie Bond – rzekł znudzonym, zmęczonym głosem. – Swego czasu miałem wielu wrogów. Jestem człowiekiem sukcesu, człowiekiem niezmiernie bogatym, a bogactwo – jeśli nie znużę pana mym kolejnym aforyzmem – nie przysporzy ci przyjaciół, za to znakomicie podniesie klasę twych wrogów i wydajnie urozmaici ich asortyment.

– Zgrabnie powiedziane. Goldfinger zignorował słowa Bonda.

– Gdyby udało się panu odzyskać wolność, z pańskim talentem do zdobywania informacji odnalazłby pan łatwo szczątki tych, którzy życzyli mi wszystkiego, co najgorsze, i tych, którzy usiłowali mnie zgnieść. Jak wspomniałem, wielu było takich i stwierdziłby pan, panie Bond, że to, co z nich zostało, do złudzenia przypomina padlinę jeży zmiażdżonych latem na drogach.

– Porównanie iście poetyckie.

– Tak się składa, panie Bond, że jestem bardziej poetą czynów niż słów. Dbam o to, by organizować me przedsięwzięcia w najodpowiedniejszy, najbardziej efektowny sposób. Lecz to była tylko dygresja. Chcę, by zrozumiał pan, iż dzień, w którym po raz pierwszy wszedł mi pan w drogę i zniweczył mój, co tu ukrywać, nic dla mnie nie znaczący plan, był dla pana dniem fatalnym. Wtedy poena, która winna być wymierzona panu, spłynęła na kogoś innego. Oko za oko z tym, że tamto oko nie było pańskie. Miał pan szczęście i gdyby wówczas poradził się pan jakiejś wyroczni, usłyszałby pan takie oto słowa: „Panie Bond, niech pan nie kusi losu.

Niech pan trzyma się z daleka od Aurica Goldfingera. To przepotężny człowiek. Jeśli zechce cię zmiażdżyć, wystarczy, że w czasie snu przewróci się z boku na bok i po tobie”.

– Jak żywo pan to wszystko rysuje! – Bond odwrócił się w jego stronę. Wielka jak dynia, brązowawopomarańczowa głowa złotnika pochylała się lekko w przód. Twarz niczym księżyc w pełni była obojętna i bez wyrazu. Uniósł od niechcenia rękę, sięgnął do tablicy z przełącznikami i coś tam nacisnął. Z końca stołu, na którym leżał Bond, dobiegł metaliczny, spowolniony pomruk. Pomruk przerodził się szybko w zgrzytliwy jęk, a jęk w przeraźliwe, niezmiernie wysokie, a przez to ledwo słyszalne zawodzenie. Agent ciężko odwrócił głowę. Jak szybko zdoła umrzeć? Czy jakimś sposobem mógł przyspieszyć własną śmierć? Jeden z jego przyjaciół przeżył tortury w Gestapo. Opisywał Bondowi, jak usiłował popełnić samobójstwo, wstrzymując oddech. Nadludzkim wysiłkiem woli po kilku minutach absolutnego bezruchu zdołał doprowadzić się do utraty przytomności. Lecz wraz z czasową utratą zmysłów wola i świadomość celu także opuściły jego duszę, a powód, dla którego to wszystko robił, został natychmiast zapomniany. Instynkt życia zakorzeniony w komórkach ciała rozruszał zastałe pompy i wtłoczył w płuca strumień ożywczego powietrza. Lecz można tego spróbować jeszcze raz, teraz, gdyż nic innego nie ulży Bondowi w bólu, nim zabierze go błogosławiona śmierć. Bo śmierć była jedynym wyjściem. Wiedział, że nie piśnie ani słowa, ponieważ gdyby pisnął, nie umiałby potem z tym żyć – założywszy wielce nieprawdopodobną sytuację, że udałoby mu się dzięki prawdzie wyjść z tego cało. Nie, musi trzymać się swojej cieniutkiej historyjki i mieć nadzieję, że ci, którzy przyjdą tu po nim, będą mieli więcej szczęścia. Kogo wybierze M? Pewnie 008, drugiego zabijakę z mikroskopijnej, trzyosobowej sekcji. 008 to fachman, ostrożniejszy niż on. M. będzie już wiedział, że to Goldfinger zabił Bonda i pozwoli 008 zabić w rewanżu. Bond rozpytywał o „Entreprises Auric”. Rozmawiał o tym z numerem 258 w Genewie. To naprowadzi 008 na trop. Tak, przeznaczenie nie minie Goldfingera, pomyślał. Jeśli tylko Bond zdoła utrzymać język za zębami. Zdradzi się z czymś, choćby z czymś najmniej ważnym, i Goldfinger wyślizgnie się z sieci. A to byłoby nie do pomyślenia.

– Zatem do dzieła, panie Bond – rzucił żwawo Goldfinger. – Dosyć tych uprzejmości. Wyśpiewasz wszystko, jak mawiają moi przyjaciele z Chicago, i umrzesz szybką, bezbolesną śmiercią. Dziewczyna także. Nie wyśpiewasz i śmierć twoja będzie jednym długim wyciem. A ją oddam później mojemu Koreańczykowi, tak jak tego kota, na kolację. Więc? Co pan wybiera?

– Nie bądź głupcem, Goldfinger. Powiedziałem kolegom z Universalu, gdzie i po co jadę. Rodzice dziewczyny wiedzą, że ona jest ze mną. Nim tutaj przyjechaliśmy, rozpytywałem o tę twoją fabrykę. Łatwo nas odnajdą. Universal jest organizacją potężną. Parę dni po naszym zaginięciu będziesz miał na karku policję. Zaproponuję ci coś. Puścisz nas i sprawy nie było. Ręczę za dziewczynę. Popełniasz głupi błąd, Goldfinger. Jesteśmy zupełnie niewinni, i ona, i ja.

– Obawiam się, że nie zrozumiał mnie pan, panie Bond – odparł Goldfinger znudzonym głosem. – Czegokolwiek zdołał się pan na mój temat dowiedzieć, a przypuszczam, że dowiedział się pan bardzo niewiele, będzie to tylko ziarenko prawdy. Prowadzę interesy na gigantyczną skalę. Ryzykować i puścić was wolno? To byłoby zupełnie absurdalne. Wykluczone. A jeśli chodzi o policję, zupełnie chętnie ich tutaj powitam. Jeżeli w ogóle przyjdą. Ci z moich Koreańczyków, którzy umieją mówić, nie powiedzą nic. Nic też nie powiedzą gardziele elektrycznych pieców, choć w temperaturze dwóch tysięcy stopni Celsjusza spalą i was, i wszystko, co przy was znajdę. Nie, panie Bond, niech się pan zdecyduje. Postaram się panu dopomóc… – Agent usłyszał odgłos, jaki wydaje dźwignia przesuwająca się po metalowej zębatce. – Tarcza piły zbliża się obecnie do pańskiego ciała z szybkością około cala na minutę. Tymczasem… – Zerknął na półnagiego Koreańczyka i uniósł jeden palec. – Tymczasem Złota Rączka zrobi panu delikatny masaż. Na początek masaż pierwszego stopnia. Stopień drugi i trzeci są jeszcze bardziej przekonywające.

Bond zamknął oczy. Ogarnął go mdły, zwierzęcy zapach Koreańczyka. Wielkie, chropowate paluchy zabrały się do roboty. Delikatnie, ostrożnie. Ucisk tu, jednoczesny ucisk tam, niespodziewane uszczypnięcie, chwila oddechu, a potem krótkie, ostre uderzenie. Jego twarde łapy pracowały niezmiennie z chirurgiczną dokładnością. Bond zaciskał zęby tak mocno, że jeszcze trochę, a by się złamały. W oczodołach zaczynał mu się gromadzić obfity pot wyciśnięty bólem. Przenikliwe zawodzenie piły stało się głośniejsze i przywiodło skądś wspomnienia dźwięków wypełniających letnie, pachnące trocinami wieczory. To było dawno temu. W Anglii. W domu. Dom? To jest jego dom, ten kokon wypełniony niebezpieczeństwem, w którym zdecydował się żyć. Tu też go pochowają – w czeluści wielkiego pieca buchającego żarem o stałej temperaturze dwóch tysięcy stopni Celsjusza. O birbanci z Secret Service! Spoczywajcie w pokoju! Jakie by tu wybrać sobie epitafium…? Jakie słowa byłyby jego „sławnymi ostatnimi słowami”? Że nie można wpłynąć na to, w jakich okolicznościach człowiek się rodzi, lecz można świadomie wybrać sposób, w jaki chce się umrzeć? Tak, nieźle by to wyglądało na kamieniu nagrobkowym – nie Savoir vivre, tylko Savoir mourir.

– Panie Bond, czy to naprawdę konieczne? – W głosie Goldfingera usłyszał nutkę usilnej prośby. – Proszę mi tylko powiedzieć prawdę. Kim pan jest? Kto pana przysłał? Co pan wie? Wtedy wszystko pójdzie tak łatwo. Oboje weźmiecie pigułkę. Nie będzie bolało, ani trochę. Poczujecie się tak, jak po tabletce na sen. W przeciwnym razie ten warsztat zamieni się w krwawą jatkę, tak niemiłą, tak bardzo przygnębiającą. Poza tym, czy to jest gra fair w stosunku do panny Masterton? Czy tak zachowuje się angielski dżentelmen?

Koreańczyk zaprzestał masażu. Bond wolno odwrócił głowę w stronę, gdzie słyszał głos, i otworzył oczy.

– Goldfinger, nie powiem nic więcej, bo nic więcej do powiedzenia po prostu nie mam. Jeśli nie chcesz przyjąć mojej pierwszej propozycji, zaproponuję ci coś innego. Będziemy dla ciebie pracować, dziewczyna i ja. Co ty na to? Dużo umiemy. Przydamy ci się.

– Zatrudnić was i oberwać nożem w plecy? Przepraszam, dwoma nożami? Nie, dziękuję, panie Bond – odparował Goldfinger.

Agent postanowił przestać z nim gadać. Nadszedł czas napiąć sprężynę woli tak silnie, by starczyło jej mocy aż do samego końca.

– Nie? – powiedział grzecznie. – No to cię pier… – Westchnął głęboko i zamknął oczy.

– O nie, panie Bond, nie jest pan w stanie tego zrobić! – rzekł wesoło Goldfinger. – Cóż, skoro zdecydował się pan na szlak kamienisty, muszę z pańskiego dość kłopotliwego położenia wyciągnąć jak najwięcej korzyści i maksymalnie ów szlak utrudnić. Złota Rączko, masaż drugiego stopnia proszę.

Dźwignia regulująca obroty piły przesunęła się o ząbek do przodu. Teraz Bond czuł podmuch wirującej tarczy na wysokości swych kolan. Łapy Koreańczyka wróciły.

Liczył wolny, kołaczący puls własnej krwi, który wypełniał całe ciało. Puls przypominał mu dudnienie wielkiego generatora w odległej części fabryki z tym, że w jego wypadku rytm stawał się coraz wolniejszy. Gdyby tak umieć spowolnić go jeszcze szybciej… Czymże jest ten absurdalny instynkt życia, który odmawia wykonywania rozkazów płynących z mózgu? Kto wciąż napędza tę maszynerię, chociaż w zbiorniku paliwa ukazało się dno? Nie, musi oczyścić umysł z wszelkich myśli i odciąć dopływ tlenu do płuc. Musi zamienić się w nicość, w próżnię, w niezgłębioną otchłań nieświadomości.

Czerwonawe światło nadal sączyło mu się przez powieki. W skroniach nadal odczuwał rozrywający ból. I nadal słyszał ów powolny rytm życia. W ustach narastał krzyk. Krzyk chciał roztrzaskać zwartą barierę zębów.

Zdychaj, do cholery! Zdechnij wreszcie! Zdychaj, zdychaj, zdychaj, zdychaj…

16. Ostatni i największy

Skrzydełka gołębic, anielskie chóry, aniołowie zwiastujący dobrą nowinę – co jeszcze powinien wiedzieć o Raju? Wszystko się zgadzało, wszystko było tak, jak mu mówili w przedszkolu! To uczucie bujania w powietrzu, ciemność, pobrzękiwanie milionów harf! Musi się teraz skupić i przypomnieć sobie, co jest gdzie. Zaraz… Najpierw dochodzi się do Perłowych Wrót, a później…

Prawie tuż przy uchu usłyszał głęboki, ojcowski głos.

– Mówi kapitan. (No, no. Kto to jest? Czyżby sam Święty Piotr?) Podchodzimy do lądowania. Uprzejmie proszę wszystkich o zapięcie pasów i zgaszenie papierosów. Dziękuję.

Musi tu ich być niezłe stadko! Ciekawe, czy Tilly też się z nimi zabrała? Bond poczuł się nagle nad wyraz zakłopotany. No, bo jak 3 przedstawi ją innym? Vesper, na przykład? I kiedy już przyjdzie co do czego, która z nich będzie mu się najbardziej podobała? A może ujrzy tam krainę olbrzymią, z licznymi państwami i miastami? Nie było powodu, by sądzić, że tutaj szansę na niespodziewane spotkanie z eks-przyjaciółką są większe niż tam, na ziemi. Ale w Raju i tak zastanie sporo ludzi, których lepiej unikać do czasu, aż się rozejrzy, aż poczuje się jak w domu. Niewykluczone, że miłość wypełniająca wszystko i wszystkich czyni te sprawy mało istotnymi. Może po prostu kocha się tu wszystkie eks-dziewczyny naraz? Hm… Trochę to ryzykowne…

Z takimi oto nieziemskimi myślami Bond ponownie zapadł w nieświadomość.

Następnym wrażeniem, jakie do niego dotarło, było uczucie kołysania. Otworzył oczy. Oślepiło go słońce, więc znów zacisnął powieki. Jakiś głos z góry, za jego głową, powiedział: „Uważaj, stary. Ta rampa jest bardziej stroma niż myślisz.” Zaraz potem odczuł silny wstrząs. „Chchrryste! Nie musisz mi tego mówić. Dlaczego do diabła nie wyłożą tego gumą?!” odrzekł zgryźliwy głos z dołu.

Do diabła?! pomyślał Bond. Nie ma co, ładnie tu się wyrażają. I tylko dlatego, że jestem nowy, sądzą, że nikt ich nie słyszy.

Dobiegł go trzask wahadłowych drzwi. Coś uderzyło go mocno w wystający łokieć.

– Hej tam! – zawołał, próbując wyciągnąć rękę i rozmasować stłuczone miejsce. Ale ręka ani drgnęła.

– Co ty tam wiesz… Popatrz! Temu tu wraca przytomność! Lepiej wezwij lekarza.

– Dobra. Połóżmy go obok tego drugiego. – Bond poczuł, że go kładą. Teraz było mu chłodniej. Otworzył oczy. Nachylała się nad nim wielka, okrągła gęba z robociarskiego Brooklynu. Oczy napotkały jego wzrok i uśmiechnęły się. Metalowe wsporniki noszy dotknęły ziemi. – Jak tam zdrówko, kolego?

– Gdzie ja jestem? – W głosie Bonda pobrzmiewały nutki paniki. Chciał wstać, lecz nie mógł. Pot wystąpił mu na czoło. Boże! Czyżby wciąż żył!? Na tę myśl ogarnęła go fala smutku i gorzkie łzy stoczyły mu się policzkach.

– Spokojnie, spokojnie! Spokój, kolego. Już wszystko dobrze. Jesteś w Idlewild, w stanie Nowy Jork, w Ameryce. Już po kłopotach, kapujesz? – Mężczyzna wyprostował się. Sądził pewnie, że Bond to jakiś uchodźca. – Ruszaj się, Sam! Ten facet jest w szoku.

– Dobra, dobra. – Głosy oddaliły się, mamrocząc coś z zatroskaniem.

Agent stwierdził, że jest w stanie poruszyć głową. Rozejrzał się. Leżał w pomalowanym na biało pokoju, który był zapewne izbą przyjęć dla chorych korzystających z lotniska. Zobaczył rząd starannie zasłanych łóżek. Z wysokich okien lały się do środka promienie słońca, lecz w pomieszczeniu panował miły chłód – powietrze było klimatyzowane. Leżał na noszach, nosze stały na podłodze. Obok niego, na wznak, leżał jeszcze ktoś. Z wysiłkiem przekręcił głowę w bok. To Tilly. Nieprzytomna. Jej bladą twarz otaczały kosmyki czarnych włosów.

Z drugiego końca izby dobiegło go ciche westchnienie otwierających się drzwi. W progu stanął doktor ubrany w biały fartuch. Przytrzymał klamkę. Do pokoju wszedł… Goldfinger! Z werwą, wesoło, manewrował między łóżkami. Za nim podążał Złota Rączka. Bond zamknął znużone oczy. Chryste! Więc tak się rzeczy mają… Widział ich stopy.

– No i co, doktorze? Wyglądają znakomicie, bez dwóch zdań, prawda? – zaczął chełpliwie Goldfinger. – Oto jedno z błogosławieństw pieniądza. Kiedy zachoruje twój przyjaciel albo pracownik, możesz im zapewnić najlepszą opiekę lekarską. Załamanie psychiczne, oboje. I nie uwierzy pan – popadli w taki stan tego samego tygodnia! Moja wina, wymagałem od nich zbyt wiele. Teraz moim obowiązkiem jest postawić ich na nogi. Doktor Foch – to najlepszy specjalista w Genewie – nie miał żadnych wątpliwości. „Panie Goldfinger – zawyrokował – potrzeba im tylko odpoczynku. Odpoczynku, odpoczynku i jeszcze raz odpoczynku”. Dał im coś na uspokojenie i oto jesteśmy w drodze do Szpitala Presbiteriańskiego, do Harkness Pavilion. – Goldfinger zachichotał jowialnie. – Siej, a zbierzesz plony, co, doktorze? Kiedy podarowałem im sprzęt rentgenowski za milion dolarów, nie oczekiwałem niczego w zamian. Ale w takiej sytuacji? Wystarczyło, że do nich zatelefonowałem, a już czekają na nich dwa przestronne pokoje! No dobrze… – Szelest dokumentów. – Dziękuję za pomoc w Urzędzie Imigracyjnym, doktorze. Na szczęście oboje mieli ważne wizy, a moje poręczenie usatysfakcjonowało chyba urzędników i przekonało ich, że ani ona, ani on nie zamierzają obalić siłą rządu Stanów Zjednoczonych, prawda?

– Oczywiście, jak najbardziej. To ja panu dziękuję, panie Goldfinger. Służę dalszą pomocą. Rozumiem, że na zewnątrz czeka prywatna karetka…

Bond otworzył oczy i skierował wzrok na lekarza. Zobaczył przyjemną, poważną twarz młodego, na wojskowy sposób ostrzyżonego człowieka w okularach.

– Doktorze – mówił spokojnie, z rozpaczliwą szczerością. – Ani tej dziewczynie, ani mnie absolutnie nic nie dolega. Zostaliśmy odurzeni jakimś narkotykiem i przywiezieni tutaj wbrew naszej woli. Ani ja, ani ona nie pracujemy i nigdy nie pracowaliśmy dla tego człowieka. Ostrzegam pana – zostaliśmy uprowadzeni. Chcę rozmawiać z szefem Urzędu Imigracyjnego. Mam przyjaciół w Waszyngtonie i w Nowym Jorku. Poręczą za mnie. Błagam, niech pan to sprawdzi. – Uchwycił oczyma jego wzrok w nadziei, że mu uwierzy.

Lekarz wydawał się lekko zaniepokojony. Spojrzał na Goldfingera. Złotnik pokręcił głową – oczywiście dyskretnie, żeby nie urazić „przyjaciela”. Ukradkiem zasłonił sobie twarz od strony Bonda i uniósł bezradnie brwi.

– Widzi pan, doktorze? On tak już od wielu dni. Skrajne wyczerpanie nerwowe, do tego mania prześladowcza. Doktor Foch twierdzi, że bardzo często jedno występuje z drugim. Czekają go długie tygodnie w Harkness. Ale wyciągnę ich z tego, choćby nie wiem co. To pewnie szok związany z obcym środowiskiem. Może tak dać mu coś na uspokojenie? Dożylny z tego tam…

Lekarz pochylił się nad swoją torbą.

– Chyba ma pan rację. Skoro Harkness się tym zajmuje… – Zabrzęczały narzędzia.

– Strasznie smutno jest widzieć, jak człowiek załamuje się tak krańcowo, tak ostatecznie, człowiek, który był jednym z moich najlepszych współpracowników. – Nachylił się nad Bondem ze słodkim, ojcowskim uśmiechem. – Wszystko będzie dobrze, James. Odpręż się i spokojnie zaśnij. Bałem się, że nie zniesiesz tak długiego lotu. Odpoczywaj i resztę zostaw mnie.

Bond poczuł na ramieniu dotknięcie tamponika. Dźwignął się na noszach. Wbrew swojej woli, bluznął stekiem przekleństw. Później poczuł ukłucie igły, otworzył usta i krzyczał, krzyczał, krzyczał. Lekarz ukląkł i zaczął mu ocierać pot z czoła. Delikatnie. Cierpliwie.

***

Ocknął się w małym pokoju o szarych ścianach. Nie było tu okien. Światło sączyło się z kulistej lampy na środku sufitu. W tynku, wokół lampy, biegły koncentryczne szczeliny. W powietrzu unosił się obojętny nieokreślony zapach klimatyzowanego wnętrza. Odkrył, że jest w stanie usiąść. Usiadł. Kręciło mu się w głowie, ale poza tym czuł się dobrze. Nagle zdał sobie sprawę z tego, że jest przepotwornie głodny i że bardzo chce mu się pić. Kiedy ostatni raz jadł? Dwa? Trzy dni temu? Opuścił nogi na podłogę. Był nagi. Obejrzał swe ciało. Koreańczyk wymasował go z wielką ostrożnością. Bond nie stwierdził żadnych urazów, oprócz kilku śladów po ukłuciu igłą na prawym ramieniu. Wstał, pokonując zawroty głowy, i zrobił parę kroków po pokoju. To, na czym dotychczas leżał, okazało się rodzajem koi okrętowej z wbudowanymi pod spodem szufladami. Poza koją w pomieszczeniu znajdował się jedynie prosty drewniany stół i takież krzesło. Wnętrze było czyste, funkcjonalne, iście spartańskie. Bond ukląkł przy koi i pootwierał szuflady. Znalazł w nich wszystkie swoje rzeczy z wyjątkiem zegarka i pistoletu. Nawet jego przyciężkie buty tam stały – te same, które miał na nogach podczas wyprawy do „Entreprises Auric”. Obrócił obcas jednego z nich i pociągnął. Z ukrytej w podeszwie pochwy wysunęła się z miękkim sykiem obosieczna klinga. Gdy nakręciło się na nią obcas i trzymało mocno, wszystkimi palcami, klinga służyła za niezły sztylet. Bond sprawdził jeszcze, czy i w drugiej podeszwie tkwi taka sama broń, po czym założył obcasy na miejsce. Wydostał z szuflady ubranie i narzucił na siebie. Odszukał papierośnicę i zapalniczkę. Zapalił. W pokoju były dwie pary drzwi, z których jedne miały klamkę. Te otworzył. Prowadziły do niewielkiej, dobrze wyposażonej łazienki i ubikacji. W łazience, starannie poukładane, leżały przybory do golenia i mycia. Obok nich spostrzegł rzeczy należące do jakiejś kobiety. Cichutko otworzył drzwi w przeciwległej ścianie toalety. Za drzwiami był pokój podobny do jego kwatery. Na koi zobaczył poduszkę, a na poduszce czarne włosy… Tilly Masterton. Podszedł na palcach bliżej i spojrzał na nią. Spała głęboko i spokojnie z cieniem uśmiechu na ślicznych ustach. Wrócił do łazienki, delikatnie zamknął za sobą drzwi, stanął przed lustrem i zerknął na swoje odbicie. Czarna szczecina pokrywająca twarz musiała mieć co najmniej dwa, jeśli nie trzy dni. Zabrał się do mycia.

Pół godziny później, kiedy siedział na krawędzi koi i myślał, drzwi bez klamki otworzyły się gwałtownie. W progu stanął Złota Rączka. Pustym wzrokiem gapił się chwilę na Bonda, a potem rozejrzał uważnie po pokoju.

– Chcę jeść – rzekł ostro agent. – Dużo i szybko. I jeszcze chcę butelkę bourbona, butelkę wody sodowej i lód. Aha! Do tego karton chesterfieldów king-size i albo mój własny zegarek, albo inny tej samej klasy. No, szybciutko! Raz dwa! Ciach-ciach! I powiedz Goldfingerowi, że chcę go widzieć. Ale nie teraz. Teraz chcę jeść. No! Na co czekasz?! Szybko! Nie stój jak cielę! Jestem głodny!

Koreańczyk patrzył na niego wściekle, jak gdyby zastanawiał się, co by tu najpierw Bondowi pogruchotać. Otworzył usta, wydał z siebie coś między gniewnym szczekaniem a beknięciem, splunął sucho na podłogę koło stóp, cofnął się za próg i szarpnął silnie drzwiami. Już miały zatrzasnąć się z ogłuszającym hukiem, gdy naraz wyhamowały i zamknęły się z odgłosem miękkiego, dwukrotnego i bardzo zdecydowanego przekręcania klucza w zamku.

To spotkanie wprawiło Bonda w znakomity humor. Z jakiegoś nie znanego mu bliżej powodu Goldfinger wstrzymał egzekucję. Chciał ich żywych. Dlaczego? Tego się wkrótce agent dowie, tymczasem zrobi wszystko, by pozostać żywym na warunkach, które sam postawi. Warunki owe zakładały między innymi nauczenie moresu Złotą Rączkę tudzież wszystkich innych Koreańczyków, których, w ocenie Bonda, należało w hierarchii ssaków klasyfikować znacznie niżej niż małpy.

Do czasu, gdy jeden ze służących przyniósł mu znakomite jedzenie i dodatki, jakich zażądał – łącznie z jego własnym zegarkiem – agent nie zdołał wydumać niczego nowego na temat topografii miejsca, w którym się z Tilly znalazł. Wiedział tylko, że dom musi leżeć w pobliżu traktu wodnego i niezbyt daleko od jakiegoś mostu kolejowego. Założywszy, że mieszkanie znajduje się w Nowym Jorku, odpowiadałoby to okolicom Hudson River albo East River. Kolej była elektryczna i dudniła jak metro, lecz Bond nie znał Nowego Jorku na tyle dobrze, żeby ją dokładnie umiejscowić.

A zegarek stanął. Kiedy spytał o godzinę, nie otrzymał odpowiedzi. Zmiótł już wszystko i palił właśnie chesterfielda, popijając burbonem z wodą sodową, gdy drzwi otworzyły się i do pokoju wszedł Goldfinger. Sam. Ubrany w przepisowy garnitur, sprawiał wrażenie człowieka wesołego i na luzie. Zamknął za sobą drzwi, stanął przodem do Bonda i popatrzył na niego badawczo. Bond zaciągnął się i odwzajemnił grzecznym spojrzeniem.

– Dzień dobry panu – zaczął złotnik. – Widzę, że przyszedł pan już do siebie. Mam nadzieję, że to miejsce odpowiada panu bardziej niż hutniczy piec. Żeby zaoszczędzić panu kłopotu stawiania pytań, jakie się zwykle w takich sytuacjach zadaje, od razu powiem, gdzie jesteśmy i co się z panem działo. Potem złożę panu propozycję i oczekuję na nią odpowiedzi jak najbardziej jednoznacznej. Jest pan człowiekiem rozsądniejszym niż inni, dlatego też wystarczy jedno krótkie ostrzeżenie. Proszę nie robić tu dramatycznych przedstawień. Proszę, by nie próbował pan atakować mnie nożem, widelcem czy tą butelką. Jeśli mnie pan zaatakuje, zastrzelę pana. – W prawej pięści Goldfingera wyrósł błyskawicznie małokalibrowy pistolecik. Wyglądał jak czarny paluch. – Z tego. – Schował uzbrojoną rękę do kieszeni. – Niezmiernie rzadko używam tych zabawek. Kiedy muszę to robić, zwykle wystarczy mi jeden pocisk kalibru 25 i jest po wszystkim. Zawsze celuję w prawe oko, panie Bond. Nigdy nie chybiam.

– Proszę się nie martwić – odparł agent. – Butelką po bourbonie trudno by mi było wycelować aż z taką precyzją. – Podciągnął spodnie w kolanie i założył nogę na nogę. Usiadł wygodnie. – Niech pan mówi.

– Panie Bond – rzekł przyjacielsko Goldfinger. – Znam się doskonale nie tylko na metalach, ale na innych materiałach również. Żywię wielkie umiłowanie do wszystkiego, czemu można przypisać najwyższą, tysięczną, jak mawiamy w złotnictwie, próbę. W zestawieniu z tak wysokim stopniem czystości czy też wartości, materiał człowieczy ma próbę niezwykle niską, chociaż czasami można utrafić wyjątek, który nadaje się jedynie do najbardziej prymitywnego wykorzystania. Złota Rączka jest dobrą ilustracją tego, o co mi chodzi – zwykła, surowa glina, którą można do pewnego stopnia uformować. W ostatniej chwili moja ręka zawahała się i ocaliła… narzędzie, jakie w panu dostrzegłem, panie Bond. Narzędzie to, przyznaję, dużej wytrzymałości. Nie wykluczam, że popełniłem błąd, cofając dłoń. Jeśli tak, podejmę absolutnie wszelkie kroki, by obronić się przed konsekwencjami mego odruchu. Życie zawdzięcza pan swym własnym słowom. Sugerował pan, że oboje z panną Masterton możecie dla mnie pracować. Kiedy indziej na nic byście mi się nie przydali, ale tak się składa, że rozpoczynam akurat pewne przedsięwzięcie, w którym mógłbym, w minimalnym co prawda stopniu, wasze usługi wykorzystać. Zaryzykowałem więc. Wstrzyknięto wam odpowiednie środki uspokajające. Uregulowałem rachunki hotelowe i sprowadziłem wasze bagaże z Bergues, gdzie, jak się okazało, panna Masterton zameldowała się pod swym własnym nazwiskiem. W pańskim imieniu wysłałem telegram do Universal Export. Zaproponowano panu pracę w Kanadzie, panie Bond. Poleciał pan zapoznać się z ofertą na miejscu. Pannę Masterton zabrał pan z sobą jako sekretarkę. Szczegóły wkrótce, w liście. Telegram niezbyt jasno sformułowany, ale uspokoi pańskich zwierzchników na czas wystarczająco długi, bym was w pełni wykorzystał. (Nie uspokoi, pomyślał Bond, chyba że w treści telegramu wplotłeś pewien niewinny zwrot, który przekona M., że telegram jest autentyczny. Nie zrobiłeś tego i Secret Service już wie, że działam pod przymusem. Teraz machina ruszy i to szybko). A gdyby pomyślał pan sobie, panie Bond, że wszystkie środki ostrożności, jakie podjąłem, są niewystarczające, i że ktoś natrafi na wasz ślad, niech pan wie, iż nie obchodzi mnie już ani pańska tożsamość, ani możliwości pańskich pracodawców. Panna Masterton i pan zniknęliście na dobre. Ja również. Podobnie cały mój personel. Władze lotniska zwrócą się z pytaniami do Harkness Pavilion, do Szpitala Prezbiteriańskiego. Szpital zaś, panie Bond, nigdy nie słyszał o jakimś Goldfingerze, nigdy też nie słyszał o jego pacjentach. Ani w FBI, ani w CIA nie ma moich akt, bo nigdy nie byłem notowany. Tak, bez wątpienia, Urząd Imigracyjny dysponuje szczegółami na temat moich podróży, ponieważ na przestrzeni lat odbyłem ich wiele, lecz nic im to nie da. Jeśli natomiast chodzi o to, gdzie przebywamy obecnie – i ja, i wy – to znajdujemy się w magazynie Hi Speed Trucking Corporation, niegdyś wielce szacownego koncernu, którego jestem właścicielem, anonimowym, rzecz jasna. Magazyny te to moja tajna kwatera główna. Zostały bardzo starannie wyposażone w absolutnie wszystko, czego potrzebuję do zrealizowania przedsięwzięcia. Pannie Masterton i panu nie wolno ich opuszczać. Tutaj będziecie mieszkać, pracować i być może – choć osobiście żywię pewne wątpliwości co do inklinacji panny Masterton – kochać się.

– A na czym miałaby polegać nasza praca?

– Panie Bond… – Po raz pierwszy od czasu, gdy się spotkali, na wielkiej, zawsze pozbawionej wyrazu twarzy Goldfingera agent zauważył ślad życia, a w oczach niemal ekstazę. Jego subtelne usta ułożyły się w cienki, tchnący szczęśliwością łuk. – Panie Bond, od urodzenia jestem człowiekiem zakochanym. Kocham złoto. Kocham jego kolor, jego połysk, jego boski ciężar. Kocham gładkość złota i jego śliskość, które nauczyłem się odróżniać dotykiem do tego stopnia, że jestem w stanie oszacować próbę sztaby z dokładnością do jednego karata. Kocham też ów delikatny dźwięk, jaki ten kruszec wydaje, gdy roztapiam go w prawdziwie złoty syrop. Lecz ponad wszystko, panie Bond, kocham władzę, którą złoto daje temu, kto je posiada – czarodziejską moc panowania nad energią, zdolność do egzekwowania robocizny, możliwość spełnienia wszystkich życzeń i wszystkich zachcianek oraz, gdy trzeba, możność zakupu umysłów, ciał, nawet dusz ludzkich. Tak, panie Bond, całe życie pracowałem dla złota, a ono pracowało dla mnie i dla wszystkich przedsięwzięć, których byłem orędownikiem. – Goldfinger spojrzał poważnie na agenta. – Pytam pana, panie Bond, czy istnieje na ziemi jakaś inna substancja, która potrafi odpłacić się właścicielowi tak hojnie jak złoto?

– Wielu ludzi wzbogaciło się i sięgnęło po władzę, nie mając ani uncji. Ale rozumiem pana. Ile zdołał pan zgromadzić i co pan z tym robi?

– Posiadam ilość o wartości około dwudziestu milionów funtów szterlingów, mniej więcej tyle, ile małe państwo. Obecnie całe złoto jest w Nowym Jorku. Trzymam je tam, gdzie go potrzebuję. Mój skarb jest niczym pryzma kompostowa w ogrodzie – przesuwam go to tu, to tam, po całym świecie, i gdzie tylko go rozrzucę, tam ogród zakwita, obsypuje się kwieciem. Później zbieram owoce i ruszam dalej. Obecnie chcę, by moje złoto służyło za pożywkę dla pewnego przedsięwzięcia w Ameryce, dlatego sztabki są tutaj.

– A co pana skłania do zainteresowania się tym, a nie innym interesem? Co pana do konkretnego interesu zachęca?

– Zaangażuję się w każdy, który powiększy moje zasoby złota. Inwestuję, przemycam, kradnę. – Goldfinger otworzył dłonie w geście, który miał o czymś Bonda przekonać. – Pozwoli pan, jeszcze jedno porównanie. Historia jest niczym pociąg mknący przez czas. Ptaki i zwierzęta boją się jego łoskotu, dlatego uciekają, odlatują lub kryją się w popłochu sądząc, że uda im się zbiec. Ja jestem jak ten jastrząb wiszący nad pociągiem – musiał pan widzieć, jak one to robią, w Grecji na przykład – gotów w każdej chwili spaść z wysoka na wystraszoną ofiarę. Strach przed pociągiem, strach przed historią… Dam panu prościutki przykład. Historia stwarza człowieka, który wynajduje penicylinę. Jednocześnie historia burzy świat wojną. Tysiące ludzi umiera, tysiące boi się śmierci. Penicylina ocali im życie. Przekupiwszy odpowiednich ludzi z kręgów militarnych na Kontynencie, nabywam zapas penicyliny. Rozcieńczam ją jakimś nieszkodliwym proszkiem czy płynem i z gigantycznym zyskiem sprzedaję tym, którzy o nią błagają. Rozumie pan teraz, panie Bond? Trzeba czekać na ofiarę, obserwować ją uważnie, a później atakować. Lecz, jak wspomniałem, nie rozglądam się za interesami. Czekam, aż pęd historii wepchnie je w moje sidła.

– A ten amerykański interes? Co my mamy z tym wspólnego?

– Ten amerykański interes, panie Bond, jest interesem ostatnim. I największym. – Oczy Goldfingera stały się na powrót puste i niewidzące. Zdawały się patrzeć w jego wnętrze. Na widok tego, co ujrzał, głos zrobił mu się niski, niemal nabożny. – Człowiek dotarł na szczyt Everestu i zgłębił otchłanie mórz. Człowiek wystrzelił rakiety w przestrzeń kosmiczną, udało mu się rozszczepić atom. Ludzie robią wynalazki, opracowują projekty nowych urządzeń, tworzą rzeczy nowe w każdej dostępnej dla siebie dziedzinie i w każdej dziedzinie triumfują, biją rekordy, czynią cuda. Powiedziałem, że dzieje się tak w każdej dziedzinie, lecz jest jedna, którą wszyscy zaniedbali. Tą dziedziną jest, jak to ogólnie nazywają, przestępstwo. Tak zwane czyny przestępcze dokonywane przez jednostki – nie chodzi mi oczywiście o te idiotyczne wojny, o jakże prymitywne sposoby wzajemnego wyniszczania się – są doprawdy mikre: jakiś tam napadzik na bank, małe szachrajstwo, marne fałszerstwo. A jednak tuż obok, w zasięgu ręki, ledwie kilkaset mil stąd czeka okazja do popełnienia przestępstwa największego w historii. Scena jest przygotowana, niewyobrażalnej wartości nagroda już czeka. Tylko aktorów jeszcze brak. Lecz producent nareszcie przybył, panie Bond. – Goldfinger uniósł palec i dźgnął się w pierś. – I dobrał też obsadę. Dziś wieczór gwiazdorzy zapoznają się ze scenariuszem. Później zaczniemy próby, by za tydzień podnieść kurtynę i rozpocząć jeden, jedyny i niepowtarzalny spektakl. Gdy kurtyna opadnie, rozlegną się burzliwe oklaski, aplauz dla największej, iście mistrzowsko wyreżyserowanej choć niezbyt legalnej prapremiery. Wystawię spektakl wszechczasów, panie Bond, i świat jeszcze przez wieki całe będzie mnie oklaskiwał.

W wyblakłych oczach Goldfingera płonął teraz posępny ogień, a na brązowawe policzki wystąpił mu lekki rumieniec. Był wciąż opanowany, spokojny, głęboko przekonany o swych racjach. Bond nie dostrzegł w nim cech wariata czy fantasty. Tak. Goldfinger sposobił się do czegoś szaleńczego, ale trzeźwo oceniał szansę i wiedział, że istnieją.

– No dobra, powiedz pan wreszcie, co to takiego. I jaką rolę przewidział pan dla nas? – spytał.

– To rabunek, panie Bond. Rabunek, który nie spotka się z żadnym oporem, z czyimkolwiek oporem. Trzeba tylko wszystko bardzo starannie przeprowadzić. Będzie mnóstwo papierkowej roboty, musimy dopilnować realizacji szeregu poleceń wykonawczych. Chciałem robić to sam, ale akurat zaproponował pan swoje usługi. Zajmie się pan właśnie tym. Panna Masterton będzie pana sekretarką. Wynagrodzenie – już je pan częściowo otrzymał, bo darowałem panu życie. Kiedy zakończymy szczęśliwie całą operację, dostanie pan milion funtów w złocie. Panna Masterton otrzyma pół miliona.

– Nareszcie mówi pan do rzeczy! – zawołał entuzjastycznie Bond. – Do czego się przymierzamy? Będziemy rabować złoto z tęczy na niebiosach czy jak?

Goldfinger skinął głową.

– Tak. Dokładnie tak. Chcę podprowadzić złoto wartości piętnastu miliardów dolarów, blisko połowę zapasów złota całego świata. Obrabujemy Fort Knox, panie Bond.

17. Kongres łajdaków

– Fort Konx. – Bond pokiwał poważnie głową. – Czy to aby trochę nie za trudne zadanie dla dwóch facetów i dziewczyny?

Goldfinger wzruszył niecierpliwie ramionami.

– Na ten tydzień proszę powstrzymać się od dowcipkowania, panie Bond. Potem może się pan śmiać, ile dusza zapragnie. Będę miał do dyspozycji około stu ludzi, mężczyzn i kobiet. Wybrani zostaną niezwykle starannie spośród członków sześciu najpotężniejszych gangów w Stanach Zjednoczonych. Grupa ta stanowić będzie najwybitniejszy, najbardziej zwarty oddział, jaki w czasach pokoju kiedykolwiek zgromadzono.

– No dobrze. Ilu strażników pilnuje skarbu Fortu Knox?

Goldfinger wolno potrząsnął głową. Zastukał raz w drzwi, znajdujące się za jego plecami. Otworzyły się natychmiast. W progu, czujny i gotowy do ataku, stał Złota Rączka. Kiedy zobaczył, że rozmowa przebiega normalnie, wyprostował się i oczekiwał rozkazów.

– Ciśnie się panu na usta wiele pytań, panie Bond – rzekł złotnik. – Dzisiejszego popołudnia o drugiej trzydzieści na wszystkie otrzyma pan odpowiedź. A w tej chwili mamy dokładnie godzinę dwunastą. – Agent spojrzał na swój zegarek i ustawił czas. – Pan i panna Masterton będziecie uczestniczyli w spotkaniu, w czasie którego zamierzam przedstawić moją propozycję szefom sześciu wspomnianych organizacji. Bez wątpienia ludzie ci zadadzą pytania identyczne z tymi, jakie pan chce mi zadać. Odpowiem wyczerpująco. Później z panną Masterton zabierze się pan do opracowywania szczegółów. Proszę żądać wszystkiego, co będzie panu potrzebne. Mój Koreańczyk troskliwie o was zadba i będzie was nieustannie pilnował. Proszę nie stwarzać sytuacji konfliktowych, ponieważ Złota Rączka natychmiast pana zabije. I niech pan nie próbuje uciekać czy nawiązywać kontaktu ze światem zewnętrznym, to strata czasu. Zaangażowałem was i domagać się będę sumiennego wypełniania obowiązków. Czy układ stoi?

– Zawsze chciałem być milionerem – odparł sucho Bond.

Goldfinger nie patrzył na niego. Przyglądał się swoim paznokciom. Następnie posłał agentowi ostatnie, twarde spojrzenie, wyszedł i zamknął za sobą drzwi.

Bond siedział i gapił się na nie. Przeczesał dłońmi włosy i mocno potarł twarz.

– No no no… – rzucił wymownie w pustkę.

Wstał i przeszedł przez łazienkę, zastukał do drzwi, za którymi spała dziewczyna.

– Kto tam?

– To ja. Jesteś ubrana?

– Tak. – Jej głos nie brzmiał zbyt entuzjastycznie. – Wejdź.

Siedziała na krawędzi łóżka i wciągała na nogę but. Miała ubranie, w jakim widział ją po raz pierwszy. Sprawiała wrażenie osoby zebranej w sobie, opanowanej i wcale nie zdziwionej nowym otoczeniem. Zerknęła na Bonda. Jej spojrzenie było pełne rezerwy, nawet lekceważące. – Ty nas w to wpakowałeś. Teraz nas z tego wyciągnij – rzuciła zimno i z wyrachowaniem.

– Może mi się uda – odparł przyjacielsko Bond. – Udało mi się wyciągnąć nas z grobu.

– Ale najpierw nas tam wpakowałeś.

Agent przypatrzył się jej uważnie. Pomyślał sobie, że dziewczyna jest na czczo i jeśli teraz da jej klapsa w pupę, będzie to gest wysoce nieelegancki.

– Taka gadka do niczego nie doprowadzi. – Tkwimy w tym po uszy, życzysz sobie tego czy nie. Co chcesz na śniadanie, a raczej na lunch? Jest kwadrans po dwunastej. Ja już jadłem. Zamówię coś dla ciebie, wrócę i opowiem, co jest grane. Stąd jest tylko jedno wyjście i ten Koreańczyk go pilnuje. Więc co ma być: śniadanie czy lunch?

Głos jej nieco złagodniał.

– Poproszę jajecznicę i kawę. I grzankę z marmoladą. Dziękuję.

– Papierosy.

– Nie, dziękuję. Nie palę.

Bond wrócił do swego pokoju i zastukał do drzwi. Uchyliły się na cal.

– Spokojnie, Złota Rączko, nie zamierzam cię zabić. Jeszcze nie teraz.

Drzwi otworzyły się szerzej. Twarz Koreańczyka była jak z kamienia. Agent złożył zamówienie. Drzwi zamknęły się. Bond zrobił sobie bourbona z wodą, usiadł na łóżku i zaczął myśleć, jak też przeciągnąć Tilly na swoją stronę. Od początku stawiała mu opór.

Czy tylko z powodu siostry? Dlaczego Goldfinger wspomniał coś tajemniczego o jej „inklinacjach”? Była skryta, jakby mu wroga, czuł to. Tak, była piękna, fizycznie pociągająca, ale tkwiło w niej coś zimnego, nieugiętego, czego Bond nie umiał ani zrozumieć, ani określić. Niech tam, najważniejsze to nakłonić ją do współdziałania. Życie w więzieniu wcale mu się nie uśmiechało.

Wrócił do jej pokoju. Drzwi zostawił otwarte, żeby usłyszeć Koreańczyka. Nadal siedziała na łóżku zwinięta i zastygła w bezruchu. Uważnie go obserwowała. Bond oparł się o framugę i pociągnął solidny łyk ze szklaneczki.

– Powiem ci coś. Tak będzie chyba lepiej. Jestem ze Scotland Yardu. – Taki eufemizm wystarczy. – Ścigamy Goldfingera. On ma to gdzieś. Sądzi, że przynajmniej przez tydzień nikt nas tu nie znajdzie. I pewnie ma rację. Nie zamordował nas, bo chce, żebyśmy dla niego pracowali. Mamy opracować szczegóły pewnego rabunku. Duża sprawa, trzeba mieć do tego łeb. Ale jest też od groma papierkowej roboty i siedzenia za biurkiem. To nasza działka. Piszesz na maszynie? Stenografujesz?

– Tak. – Jej oczy rozbłysły. – Co to za rabunek? Opowiedział jej.

– Oczywiście, wszystko to brzmi absurdalnie i śmiem twierdzić, że kilka pytań ze strony tych gangsterów tudzież odpowiedzi Goldfingera wystarczy, żeby uzmysłowić wszystkim zebranym – łącznie z samym Goldfingerem – że taki skok jest niemożliwy. Zresztą nie mam pojęcia. To niezwykły facet. Z tego, co o nim słyszałem, wiem, że nigdy nie robi ruchu, dopóki grunt nie jest absolutnie pewny. Nie jest też chyba szaleńcem – a przynajmniej nie jest bardziej zwariowany niż cała reszta tych natchnionych geniuszów, tych naukowców i tak dalej. I nie ulega wątpliwości, że w tej dość specyficznej dziedzinie sam jest geniuszem.

– No i co teraz zrobisz? Bond zniżył głos.

– Chciałaś powiedzieć, co my teraz zrobimy, prawda? Otóż pójdziemy na to. Na całego. Nie będziemy się wzbraniać, nie będziemy się z niczym wychylać. Niby lecimy na forsę, dlatego robota musi być zrobiona tip-top. Oprócz tego, że ocalimy tym sposobem życie – a nasze życie znaczy dla niego tyle, co splunąć – jest to jedyna nadzieja na to, że uda nam się, a raczej uda mi się, bo to ja jestem gliniarzem, pokrzyżować mu plany.

– Jak chcesz to zrobić?

– Nie mam zielonego pojęcia.

– I spodziewasz się, że na to pójdę, tak?

– Dlaczegóż by nie? Masz jakieś inne propozycje? Ściągnęła usta, stawiając jeszcze opór.

– A niby dlaczego miałabym robić, co mi każesz? Bond westchnął.

– Słuchaj, nie ma sensu się stawiać. Albo się na to piszesz, albo po śniadaniu cię zabiją. Wybór należy do ciebie.

Wykrzywiła ze wstrętem usta i ruszyła ramionami.

– No dobrze już, dobrze. – Nagle jej oczy rozbłysnęły gniewem. – Tylko nie waż się mnie tknąć, bo cię zabiję.

Z pokoju Bonda dobiegł szczęk otwieranego zamka. Agent spojrzał łagodnie na Tilly Masterton.

– Proponujesz grę wartą świeczki, Tilly – odrzekł. – Ale nie martw się, nie będę w nią grał. – Odwrócił się i wyszedł.

Minął go jeden z Koreańczyków ze śniadaniem dla dziewczyny. Inny Koreańczyk wniósł do pokoju Bonda małe biureczko, krzesło i przenośnego remingtona. Ustawił wszystko w rogu pomieszczenia, z dala od łóżka. W progu sterczał Złota Rączka. Trzymał w łapie kartkę papieru. Agent podszedł do niego.

Był to arkusz papieru kancelaryjnego, a na nim wskazówki do pracy. Pismo było bardzo wyraźne, staranne, czytelne i bez żadnych cech wyróżniających charakter pisma. Notatka wyglądała tak: Przygotować dziesięć kopii poniższego porządku dziennego Zebranie odbywa się pod przewodnictwem pana Golda.

Sekretarze: J. Bond

Panna Tilly Masterton

Obecni

Helmut M. Springer Szkarłatny Gang. Detroit

Jed Midnigh Syndykat Cieni. Miami i

Hawana

Billy (Wyszczerzona Gęba) Ring Maszyna. Chicago

Jack Strap Gang Braci Spang. Las Vegas

Pan Solo Związek Sycylijczyków

Panna Pussy Galore Miłośniczki Cementu. Harlem.

Nowy Jork

Agenda

OPERACJA POD KRYPTONIMEM WIELKI SZLEM.

(Bufet)

Na końcu widniał dopisek: Panna Masterton i pan zostaniecie sprowadzeni o 2.20. Oboje bądźcie przygotowani do sporządzania notatek. Obowiązują stroje wieczorowe.

Koreańczycy wyszli. Bond uśmiechnął się. Usiadł za biurkiem, włożył papier i kalkę do maszyny i zaczął pisać. Przynajmniej pokażę dziewczynie, że całą sprawę traktuję poważnie. Rany, co za towarzystwo! Nawet Mafia macza w tym palce! Jak Goldfinger ich tutaj ściągnął? I kto to jest panna Pussy Galore?!

Do drugiej skończył wszystko. Poszedł do pokoju Tilly i wręczył jej kopie wraz z notatnikiem do stenografowania i ołówkami. Przeczytał jej też notatkę od Goldfingera.

– Lepiej wbij te nazwiska do głowy. Najpewniej nie trudno będzie je skojarzyć z twarzami. Zawsze możemy zapytać, jeśli gdzieś utkniemy. Idę się przebrać. – Uśmiechnął się do niej. – Zostało dwadzieścia minut.

Skinęła głową.

***

Idąc korytarzem za Złotą Rączką, Bond słyszał odgłosy płynące od rzeki – chlupotanie wody omywającej pale pod magazynem, długi, żałobny ryk syreny promu wzywający inne statki do usunięcia się z drogi, odległe dudnienie motorów. Gdzieś pod jego stopami ryknął silnik ciężarówki. Nabrał obrotów i ciężarówka odjechała z warkotem przypuszczalnie w stronę West Side Highway. Muszą znajdować się na szczytowej kondygnacji długiego, dwupiętrowego budynku. Szara farba w korytarzu pachniała świeżością. Nie zauważył tu drzwi wiodących na boki. Światło padało z kulistych kloszy pod sufitem. Doszli do końca korytarza. Złota Rączka zapukał. Usłyszał szczęk zamka typu Yale, odgłos towarzyszący otwieraniu dwóch rygli, a potem przekroczyli próg i znaleźli się w dużym, zalanym słońcem pomieszczeniu. Pomieszczenie usytuowane było na skraju magazynu tak, że w wielkim, panoramicznym oknie zajmującym niemal całą przeciwległą ścianę Bond ujrzał rzekę i daleki gąszcz zabudowań Jersey City. Na spotkanie pokój przyozdobiono. Goldfinger siedział tyłem do okna za wielkim, okrągłym stołem nakrytym zielonym rypsem, na którym stały karafki z wodą, leżały żółte notatki i ołówki. Wkoło agent naliczył dziewięć wygodnych foteli. Na notatnikach spoczywających przed sześcioma z nich znajdowały się małe, podłużne paczuszki owinięte w biały papier zapieczętowany pieczęcią z czerwonego wosku. Na prawo, przy ścianie, pysznił się długi stół bufetowy uginający się od jedzenia, sreber i ciętego szkła. W srebrnych pojemnikach z lodem stał szampan, dalej rząd innych butelek. Pośród różnorakich przysmaków Bond dostrzegł dwie okrągłe pięciofuntowe puszki rosyjskiego kawioru i kilkanaście terynek z foie gras. Na ścianie naprzeciwko wisiała tablica, pod nią stał stół, a na nim leżały jakieś papiery i duże, podłużne pudło.

Goldfinger patrzył na nich, kiedy szli w jego stronę po grubym dywanie koloru czerwonego wina. Gestem wskazał fotel dla Tilly po jego lewej ręce i dla Bonda po prawej. Usiedli.

– Zrobione? – zapytał. Wziął kopie porządku dziennego zebrania, rzucił okiem na oryginał, zwrócił plik dziewczynie, po czym kolistym ruchem dłoni powiedział jej, co ma robić. Tilly wstała i rozłożyła dokumenty na stole. Goldfinger wsunął rękę pod stół i nacisnął ukryty przycisk dzwonka. W głębi pokoju otworzyły się drzwi, wszedł jeden z Koreańczyków i zamarł w progu. – Wszystko gotowe? – Tamten skinął głową. – Zrozumiałeś polecenie? Nikt spoza listy nie ma prawa wejść do tego pokoju, tak? Dobrze. Niektórzy z nich, a najprawdopodobniej wszyscy, przyjdą tu z obstawą. Obstawa zostanie w poczekalni. Dopilnuj, żeby niczego im nie brakowało. Są tam karty i kości? Złota Rączko. – Złotnik zerknął na Koreańczyka sterczącego za krzesłem Bonda. – Zajmij swoje miejsce. Sygnał? – Złota Rączka uniósł dwa palce. – Zgadza się. Dwa dzwonki. Idź. Dopilnuj, żeby ludzie sumiennie wywiązywali się z obowiązków.

– Ilu ludzi pan ma? – spytał obojętnie Bond.

– Dwudziestu. Dziesięciu Koreańczyków i dziesięciu Niemców. Są znakomici, sam ich dobierałem. W tym budynku dużo się w tej chwili dzieje. Jak pod pokładem łodzi podwodnej… – Rozpostarł dłonie na stole wnętrzem do blatu. – Teraz wasze obowiązki. Panno Masterton, zechce pani stenografować wszelkie kwestie natury praktycznej, jakie mogą wyniknąć w czasie dyskusji. Proszę zapisywać wszystko, co będzie wymagało mojej interwencji.

Niech pani daruje sobie zapis ewentualnych sprzeczek i pustej gadaniny. Jasne?

Agent zauważył z zadowoleniem, że Tilly Masterton sprawia wrażenie sekretarki pogodnej i sumiennej.

– Jak najbardziej – skinęła głową, pełna animuszu.

– Panie Bond, interesować mnie będzie pańska opinia na temat uczestników spotkania. Dużo o nich wiem. Na własnych terenach zachowują się jak udzielni książęta. Przyjdą tu tylko dlatego, że ich przekupiłem. Nic o mnie nie słyszeli, a ja muszę ich przekonać, że wiem, co mówię, i że poprowadzę ich do sukcesu. Chciwość załatwi resztę. Tak, pewnie znajdzie się wśród nich ktoś taki, kto zechce się wycofać. Zdradzi się z tym, przedsięwziąłem więc na wszelki wypadek środki ostrożności. Ale kilku może mieć wątpliwości. W czasie zebrania zechce pan dyskretnie robić notatki na programie porządku dziennego. Ot tak, od niechcenia, proszę plusem lub minusem przy odpowiednim nazwisku zaznaczyć, który z nich według pana popiera mój zamysł, a który jest mu przeciwny. Będę widział, jakie znaczki pan stawia, i pańskie spostrzeżenia mogą mi się niezwykle przydać. I proszę nie zapomnieć, że wystarczy tylko, jeśli jeden z nich okaże się zdrajcą, czy zechce się wycofać i albo bardzo szybko pójdziemy do piachu, albo do więzienia – z dożywotnimi wyrokami.

– Kto to jest ta Pussy Galore z Harlemu?

– To jedyna kobieta-szef gangu w Stanach. Gang składa się wyłącznie z kobiet, a do operacji WIELKI SZLEM potrzebuję też przedstawicielek płci odmiennej. Można na niej całkowicie polegać. Kiedyś występowała w cyrku jako akrobatka. Miała swój zespół. Nazywał się „Pussy Galore i Jej Trapeziątka”. Zespół zrobił klapę, więc wyszkoliła ich na włamywaczy, na ludzi-koty. Grupa rozrosła się, stała się gangiem, gangiem straszliwie bezwzględnym. To same lesbijki, które zwą się „Miłośniczkami Cementu”. Cieszą się szacunkiem największych organizacji przestępczych w USA. A Pussy Galore to niezwykła kobieta.

Pod stołem odezwał się cichy dzwonek. Goldfinger wyprostował się. Drzwi otworzyły się gwałtownie i do pokoju weszło pięciu mężczyzn. Goldfinger wstał i skłonił na powitanie głową.

– Nazywam się Gold. Zechcą panowie zająć miejsca. Odpowiedział mu wstrzemięźliwy szmerek głosów. Mężczyźni otoczyli wolno stół, przysunęli sobie fotele i rozsiedli się wygodnie.

Pięć par zimnych, znudzonych oczu wbiło się w złotnika. Ten usiadł i powiedział spokojnie:

– Panowie, w paczuszkach, które widzicie przed sobą, znajdziecie sztabki dwudziestokaratowego złota wartości piętnastu tysięcy dolarów. Dziękuję, żeście uczynili mi ten zaszczyt i przybyli na spotkanie. Program spotkania jest zupełnie jasny. Pozwolą panowie, że czekając na panią Galore, przedstawię panów moim sekretarzom, by ułatwić im pracę. Są to obecni tu pan Bond i panna Masterton. W czasie spotkania sekretarze nie będą niczego notowali, chyba że zechcecie panowie, bym podjął określone działania, które uznacie za niezbędne do przeprowadzenia naszej operacji. Wtedy wasze życzenia zostaną zapisane. Gwarantuję również, że w pomieszczeniu nie ma ukrytych mikrofonów. A więc, panie Bond, od prawej strony siedzi pan Jed Midnight z Syndykatu Cieni działającego w Miami i w Hawanie.

Midnight był mężczyzną dużym, z wyglądu dobrodusznym, o jowialnej twarzy i uważnym, badawczym spojrzeniu. Miał na sobie letnią, jasnoniebieską marynarkę, a pod nią białą, jedwabną koszulę ozdobioną małymi, zielonymi palemkami. Wymyślny złoty zegarek na jego ręku musiał ważyć chyba z pół funta. Uśmiechnął się nerwowo do Bonda i rzucił krótkie „Siemasz”.

– Obok niego siedzi pan Billy Ring, szef sławnego chicagowskiego gangu „Maszyna”.

Bond doszedł do wniosku, że w życiu nie spotkał człowieka potworniejszego niż Billy. Była to gęba jak z nocnego koszmaru i jej właściciel dobrze o tym wiedział, bo spojrzał na agenta i czekał na jego reakcję. Blada, w kształcie gruszki, oczapiona strzechą miękkich, żółtych jak słoma włosów, przypominała pokrytą meszkiem twarzyczkę dziecka o brązowych miast jasnoniebieskich oczach, których wielkie białka błyskały nieustannie wokół źrenic, nadając im jakiś hipnotyzujący wygląd. Wyglądu tego nie łagodził też nerwowy tik prawego oka, który zmuszał powiekę do ciągłego mrugania w regularnych odstępach mierzonych pulsem krwi. Kiedy Ring zaczynał swoją profesjonalną karierę, ktoś mu obciął dolną wargę – może za dużo gadał? – w skutek czego to, co zostało z jego ust, rozciągało się w permanentnym, wyszczerzonym uśmiechu, takim jakim śmieją się dynie w dzień Wszystkich Świętych. Miał koło czterdziestki. Bond doszedł do wniosku, że to bezlitosny zabijaka, uśmiechnął się wesoło w odpowiedzi na twarde spojrzenie lewego oka Ringa i przeniósł wzrok na mężczyznę, którego Goldfinger przedstawił jako pana Helmuta Springera ze Szkarłatnego Gangu w Detroit.

Springer z kolei miał błyszczący wzrok faceta albo cholernie bogatego, albo takiego, co to niedawno wykitował. Jego oczy były jak wyblakłe, mętne szklane kulki do gry. Rozwarły się na krótko w chwilowym rozpoznaniu otaczającej go rzeczywistości, a później odpłynęły i zagubiły się całkowicie, pochłonięte kontemplacją niezgłębionego wnętrza ich właściciela. Cała reszta pana Springera dałaby się określić mianem człowieka wybijającego się z tłumu, gdyż z niedbałą elegancją nosił znakomicie dopasowany garnitur w drobne prążki, koszule od Hathawaya i pachniał dobrą wodą kolońską. Był jak ktoś, kto znalazł się nagle w nieodpowiednim towarzystwie, jak posiadacz biletu do loży, którego przez pomyłkę skierowano do kiepskiego miejsca na parterze.

Midnight przesłonił ręką usta i rzekł cicho do Bonda:

– Nie daj się pan nabrać, to cały Książę. Mój przyjaciel Helmut przy odziewa się w takie koszule dla niepoznaki. Jego córuś chodzi do Vassar, ale za kije hokejowe dla ichniejszej drużyny zapłacił tatuś i to forsą za „ochronę” spelun, które mu podlegają. – Bond skinął w podziękowaniu głową.

– I pan Solo ze Związku Sycylijczyków.

Solo miał ciemną, nalaną twarz. Była to ponura twarz człowieka, który popełnił w życiu wiele grzechów i miał na sumieniu wiele przewinień. Jego grubo oprawione okulary rzuciły w stronę Bonda krótki refleks, po czym pochyliły się pracowicie nad paznokciami pana Solo, które ich właściciel czyścił scyzorykiem. Miał klocowatą posturę ni to boksera, ni to kelnera-wykidajły i żadnym sposobem nie można było poznać, o czym myśli i gdzie tkwi źródło jego potęgi. Ale w Stanach jest tylko jeden capo di tutti capi i skoro to akurat Solo załapał się na tę posadę, to zdobył ją siłą i terrorem. Siłą i terrorem nadal ją też musiał utrzymywać.

– Siemasz. – Wokół Jacka Strapa z Gangu Braci Spangów unosił się syntetyczny czar urodzonego hazardzisty, lecz Bond domyślał się, że ruletkowe imperium Las Vegas przejął od świętej pamięci Spangów dzięki zupełnie innym cechom charakteru. Był to wylewny, jak na pokaz ubrany facet około pięćdziesiątki. Akurat kończył palić cygaro. Palił je tak, jak gdyby je jadł, gryząc łakomie koniuszek. Od czasu do czasu odwracał na bok głowę i dyskretnie wypluwał na dywan źdźbło tytoniu. Za tym wygłodniałym paleniem kryło się wielkie napięcie. Strap miał rozbiegany wzrok magika. Musiał wiedzieć, że ludzie się tego wzroku boją, bo nie chcąc widocznie przestraszyć Bonda, złagodził nieco spojrzenie, marszcząc w kącikach oczy.

W głębi pokoju otworzyły się drzwi. W progu stała kobieta ubrana w skrojony na męską modłę kostium, którego wysoki kołnierz ozdobiony był koronkowymi żabotem koloru kawy z mlekiem. Wolno i bez zażenowania ruszyła do stołu i zatrzymała się przed pustym fotelem. Goldfinger wstał. Obcięła go uważnym spojrzeniem, a potem potoczyła wzrokiem po zebranych. Rzuciła ogólne i bardzo znudzone „Cześć” i usiadła. Strap powiedział: „Cześć, Pussy”, a inni, oprócz Springera, który tylko skinął jej głową, powitali nowo przybyłą cichym, pełnym respektu szmerkiem.

– Dzień dobry, panno Galore – rzekł Goldfinger. – Właśnie zakończyliśmy formalności wstępne. Przed panią leży program naszego spotkania oraz sztabka złota wartości piętnastu tysięcy dolarów, która, zgodnie z umową, pokryje koszty związane z trudami, na jakie panią naraziłem, zapraszając ją tutaj.

Panna Galore sięgnęła po paczuszkę i otworzyła ją. Zważyła w ręku żółtą, błyszczącą cegiełkę i posłała Goldfingerowi otwarcie podejrzliwe spojrzenie.

– Nie nadziewana? – spytała.

– Nie nadziewana – odparł złotnik. Pussy Galore nie okazała zakłopotania.

– Przepraszam, że pytam – rzekła tonem trudnej klientki wybrzydzającej w sklepie.

Bondowi Pussy się spodobała. Czuł owo seksualne wyzwanie, jakie we wszystkich mężczyznach wzbudzają lesbijki. Bawiła go jej bezkompromisowa postawa, która i Goldfingerowi, i wszystkim innym zebranym w pokoju mówiła: „Każdy facet to sukinsyn i łajdak. Nie próbujcie ze mną tych waszych samczych sztuczek. Nie polecę na to. Gadamy innymi językami, kochani”. Bond dawał jej najwyżej trzydziestkę. Blada twarz z wysokimi kośćmi policzkowymi i pięknie zarysowaną linią dolnej szczęki upodobniła Pussy do tego przystojniachy Ruperta Brooka. Agent nigdy w życiu nie widział tak intensywnie modrych oczu, jak oczy panny Galore. Miały kolor bratków i upiększone czarną kreską brwi, patrzyły na świat szczerze i otwarcie. Jej włosy, czarne jak włosy Tilly Masterton, obcięte były krótko na łobuzerską, niedbałą modę. Usta układały się w pełną stanowczości kreskę z ostrego cynobru. Bond stwierdził w duchu, że Pussy wygląda wspaniale. Podobnie musiała myśleć Tilly, bo zauważył, że gapi się na pannę Galore oczyma pełnymi uwielbienia i że jej usta pałają pożądaniem. I tak dowiedział się całej prawdy o siostrze Jill.

– Teraz sam muszę się przedstawić – mówił Goldfinger. – Nie nazywam się Gold. A oto dowody mojej wiarygodności. W ciągu dwudziestu lat różnymi drogami, z których większość była nielegalna, zgromadziłem duży majątek. Majątek ten szacuję obecnie na sześćdziesiąt milionów dolarów. (Wokół stołu rozległ się pełen szacunku szmerek). Moje przedsięwzięcia ograniczały się głównie do Europy, lecz być może zainteresuje państwa fakt, że to właśnie ja założyłem, a następnie rozwiązałem Związek Dystrybutorów Maku Golda, który działał w okolicach Hangkongu. (Tu Strap zagwizdał przeciągle). Również biuro podróży Szczęśliwe Lądowanie, z pomocy którego niektórzy z państwa korzystali w nagłych przypadkach, zostało zorganizowane, następnie rozwiązane przeze mnie. (Helmut Springer wkręcił w szkliste oko nie oprawiony monokl, żeby dokładniej przyjrzeć się mówcy). Wspominam o tych błahostkach, by udowodnić państwu, że chociaż mnie państwo nie znacie, w przeszłości skutecznie wspierałem – taką mam przynajmniej nadzieję – poczynania wszystkich tu obecnych. („Coś takiego…” – wymamrotał Jed Midnight, a w jego głosie zabrzmiało coś jakby nutka skrywanego lęku.) Oto, panowie, eee, i pani, skąd wiedziałem o waszym istnieniu, oto jakim sposobem zaprosiłem tu dziś tych, których dzięki własnemu doświadczeniu mogę uważać za arystokrację, że się tak wyrażę, wśród amerykańskich przestępców.

Bond był pod wrażeniem. W niespełna trzy minuty Goldfinger ustawił ich po swojej stronie. Teraz wszyscy wpatrywali się w niego z głęboką uwagą. Nawet panna Galore była nim urzeczona. Agent nigdy nie słyszał o Związku Dystrybutorów Maku Golda ani o biurze podróży Szczęśliwe Lądowanie, ale sądząc po minach byłych klientów, obie organizacje musiały działać jak szwajcarski zegarek. Gangsterzy chłonęli słowa Goldfingera tak, jakby przemawiał do nich sam Einstein.

Złotnik zaś nie okazywał wcale ekscytacji. Wyrzucił rękę w geście wyrażającym małość jego dotychczasowych osiągnięć i opanowanym głosem powiedział:

– Przypomniałem państwu dwie z moich udanych organizacji. Obie były przedsięwzięciami na małą skalę. Przeprowadziłem także inne, znacznie większego kalibru i żadna z nich nie zakończyła się klęską. O ile wiem, moje nazwisko nie figuruje w kartotekach żadnej policji świata, a mówię o tym dlatego, by pokazać państwu, jak sumiennie opanowałem mój, a raczej nasz, zawód. A teraz, panowie, pani, chciałbym zaproponować państwu współudział w operacji, która w ciągu tygodnia zapewni każdemu z tu obecnych zysk rzędu jednego biliona dolarów. – Goldfinger uniósł ręce. – W Europie i w Ameryce różnie interpretujemy wartość arytmetyczną biliona. Ja używam tego słowa w znaczeniu amerykańskim i mam na myśli tysiąc milionów. Czy wyrażam się jasno?

18. Zbrodnia nad zbrodniami

Na rzece zaryczał holownik. Odpowiedział mu inny. Hałas dudniących diesli oddalił się.

Siedzący na prawo od Bonda Jed Midnight odchrząknął i rzucił z emfazą:

– Panie Gold, czy jak tam pan się nazywa, daj se pan spokój z definicyjkami. Bilion czy miliard dolców to kupa szmalu, obojętnie jak pan to określisz. Wal pan dalej.

Solo uniósł czarną brew i popatrzył nad stołem na Goldfingera.

– Taa, to dużo pieniędzy – potwierdził. – A jaka jest pana działka?

– Pięć miliardów. Jack Strap z Las Vegas roześmiał się hałaśliwie.

– Słuchajcie, kurczę, co znaczy te parę melonów? Jeśli pan… Jak mu tam… Jeśli on chce mi podarować równy miliard, to ja z przyjemnością zainwestuję w interes piątala. Ba! Wyłożę nawet pięć milionów! Nie będziemy małostkowi, co nie?

Helmut Springer postukał monoklem w swoją sztabkę złota. Wszyscy zebrani popatrzyli w jego stronę.

– Panie, eer… panie Gold – zaczął poważnym głosem prawnika doradzającego amerykańskiej rodzinie. – Wymienia pan wielkie kwoty, proszę pana. Wnoszę z tego, że w sumie w grę wchodzi około jedenastu miliardów dolarów, czy tak?

– Ta kwota, panie Springer, zbliża się raczej do piętnastu miliardów – poprawił go dokładnie Goldfinger. – Mówię o kwotach mniejszych tylko dlatego, że, jak sądzę, tyle zdołamy stamtąd zabrać.

Rozległ się ostry, podniecony chichot. To śmiał się Billy Ring.

– To sporo, sporo, panie Gold… – kontynuował Springer, wcisnąwszy na powrót monokl w oko, żeby lepiej widzieć Goldfingera. – Lecz tak olbrzymie ilości kruszcu lub pieniędzy składowane są tylko w trzech skarbcach Ameryki: w Mennicy Federalnej w Waszyngtonie, w nowojorskim Banku Federalnym oraz w Forcie Knox, w Kentucky. Czy chce pan, abyśmy, że się tak wyrażę, obrobili któryś z tych skarbców? Jeśli tak, to który?

– Fort Knox.

Pośród ogólnego jęku niezadowolenia Jed Midnight rzekł ze zniechęceniem:

– Panie, tylko w Hollywood spotkałem facetów, którym Bóg dał coś, co dał widocznie i panu. Mówi się o nich, że miewają „wizje”. Pan też miewa wizje. A wizja, mój panie, to talent do umiejscawiania wspaniałych przedsięwzięć w nieodpowiednim czasie i przestrzeni. Pogadaj pan ze swoim psychoanalitykiem albo weź pan coś na uspokojenie. – Pokiwał smętnie głową. – Szkoda. Ale dobrze było choć przez chwilę mieć ten miliard…

– Przykro mi, panie kolego – powiedziała Pussy Galore głębokim, znudzonym głosem. – Beze mnie. Ja tej skarbnicy nie otworzę. Nie mam odpowiedniej szpilki do zameczka. – Wstała, żeby wyjść.

– Panowie, pani – rzekł łagodnie Goldfinger – proszę mnie wysłuchać do końca. Przewidziałem waszą reakcję. Powiem w ten sposób: Fort Knox to bank jak każdy inny. Tak, znacznie większy od innych, dlatego środki bezpieczeństwa tam stosowane są proporcjonalnie ostrzejsze i bardziej wyrafinowane. Aby je zgłębić trzeba odpowiednio dużych sił i mocy intelektualnej. Jedyną nowością mojego zamierzenia jest to, że jest ono operacją na wielką skalę, nic więcej. Fort Knox można zdobyć tak jak każdą inną fortecę. Bez wątpienia wszyscy sądziliśmy, że firma Brink jest odporna na każde uderzenie, dopóki w 1950 sześciu gotowych na każdą ewentualność zuchwalców nie obrabowało ich opancerzonej furgonetki z miliona dolarów w gotówce. Panuje opinia, że ucieczka z Sing Singu jest rzeczą niemożliwą, a jednak znaleźli się ludzie, którzy zdołali tego dokonać. Nie, nie, panowie. Fort Knox to jedynie mit jak inne mity. Czy mam przejść do omawiania planu? Mówiąc, Billy Ring syczał przez zęby jak Japończycy.

– Słuchaj no pan, panie zmyślny, może pan tego nie wiesz, ale w Forcie Knox stacjonuje Trzecia Dywizja Pancerna. Jeśli to taki mit, to dlaczego Ruscy nie zajęli jeszcze Stanów? Ot, przyślą tu swoją drużynę hokejową i po herbacie!

Goldfinger uśmiechnął się nieznacznie.

– Jeśli wolno mi pana poprawić, panie Ring – i to nie osłabiając siły pańskich argumentów – lista jednostek wojskowych stacjonujących na terenie Fortu Knox jest znacznie dłuższa. Całej Trzeciej Pancernej tam nie ma, jest tylko jej szpica. Ale stacjonuje tam za to Szósty Oddział Kawalerii Pancernej, pancerne oddziały Piętnastej Grupy Armii, oddziały Sto Sześćdziesiątej Armii Wojsk Inżynieryjnych i żołnierze ze wszystkich niemal ugrupowań sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych, którzy przechodzą aktualnie szkolenie w Ośrodku Uzupełnień Sił Pancernych i w Pierwszym Centrum Badawczym Armii Stanów Zjednoczonych. Stan tych ostatnich – około pół dywizji. Jest tam również sporo ludzi związanych z Drugim Dowództwem Kontynentalnych Sił Pancernych, z Dowództwem Zaopatrzenia Armii i z różnego rodzaju innymi wojskami wspierającymi Główne Dowództwo Sił Pancernych USA. Oprócz tego Fort Knox dysponuje własnymi siłami policyjnymi, w skład których wchodzi dwudziestu oficerów i blisko czterystu ludzi z poboru. Podsumowując: z ogólnej liczby sześćdziesięciu tysięcy mieszkańców Fortu Knox około dwadzieścia tysięcy to żołnierze najprzeróżniejszych rodzajów broni.

– No i kto im powie „a sio!?” – zadrwił Jack Strap, żując cygaro. Nie czekając na odpowiedź, wyrwał z ust rozmamłany kikut niedopałka i rozgniótł go ze wstrętem w popielniczce.

Siedząca obok niego Pussy Galore syknęła głośno przez zęby i ze zjadliwością spluwającej papugi powiedziała:

– Kup se lepsze szlugi, miły. Te śmierdzą jakbyś palił majtki zapaśnika.

– Pier… się, siostro – odpalił nieelegancko Strap.

Ale panna Galore chciała zdaje się mieć ostatnie słowo.

– Wiesz co, miły? Mogłabym polecieć na takiego samca jak ty. I wiesz, napisałam nawet o tobie piosenkę. Powiedzieć ci jej tytuł? Piosenka nazywa się „Gdybym miała zrobić to jeszcze raz, zrobiłabym to tylko na ciebie”.

Midnight ryknął śmiechem, Ring zachichotał po swojemu. Goldfinger zastukał lekko w stół i poprosił cierpliwie:

– Panowie, zechcijcie wysłuchać mnie do końca. – Wstał, podszedł do tablicy i rozwinął na niej mapę. Był to szczegółowy plan Fortu uwzględniający lotnisko wojskowe Godman oraz wszystkie drogi i linie kolejowe prowadzące do miasta. Siedzący z prawej strony stołu obrócili się w fotelach. Goldfinger wskazał budynek skarbnicy. Budowla znajdowała się w lewym dolnym rogu planu, w środku trójkąta utworzonego przez ulice Dixie Highway, Bullion Boulevard i Vine Grove Road. – Dokładny plan skarbnicy pokażę państwu za moment – oznajmił i po króciutkiej pauzie kontynuował. – A teraz skoncentrujemy się na zasadniczych cechach jakże w sumie prostego rozplanowania przestrzennego Fortu. – Z góry do dołu przebiegł palcem przez środek miasta aż za skarbnicę. – Tędy idzie linia kolejowa Illinois Central z Louisville położonego trzydzieści pięć mil na północ od Fortu. Przecina miasto i dociera do Elizabethtown, osiemnaście mil na południe. Nie interesuje nas Brandenburg Station, dworzec kolejowy w centrum Fortu. Skupmy się na kompleksie zabudowań bocznicy przylegającym do skarbca. Tu rozładowuje się i załadowuje złoto idące do Mennicy Federalnej w Waszyngtonie. Inne sposoby transportowania kruszcu do skarbnicy, które ze względów bezpieczeństwa odbiera się w ostatniej chwili i bez z góry założonego schematu, to przewóz ciężarówkami konwojowanymi ulicą Dixie Highway lub samolotem transportowym na lotnisko Godman. Jak państwo widzicie, budynek skarbnicy jest odseparowany od wszelkich tras przewozowych i stoi samotnie, bez żadnej naturalnej osłony, na środku pięćdziesięcioakrowego pola obrosłego trawą. Prowadzi do niego tylko jedna droga – pięćdziesięciojardowej długości trakt odbijający od Bullion Boulevard. Wjeżdża się na ten trakt przez grubo opancerzone wrota. Za nimi ciężarówki jadą prosto i dojeżdżają do drogi okrążającej skarbnicę. Zatrzymują się przy tylnym wejściu i tam złoto zostaje rozładowane. Ta okrążająca budynek droga, panowie, zbudowana jest ze stalowych płyt, ze specjalnych zapadek. Płyty te osadzone są na zawiasach i w razie niebezpieczeństwa cała nawierzchnia może być hydraulicznie uniesiona i stworzy dodatkową, wewnętrzną barykadę. Pod płaskim odcinkiem ziemi między Bullion Boulevard a Vine Grove Road biegnie tunel służący do transportu złota. Oczywiście, nie jest widoczny, ale ja wiem o jego istnieniu. Tunel to jeszcze jedno bezpośrednie dojście do skarbca. Kończy się stalowymi grodziami na wysokości pierwszego podziemnego piętra budynku. – Goldfinger przestał mówić i odstąpił od mapy. Popatrzył na zebranych. – Na razie tyle, panowie. Omówiliśmy w skrócie położenie skarbnicy i rozplanowanie znaczniejszych tras dojazdowych. Nie wspominałem o wejściu głównym, jako że wejście od strony Bullion Boulevard wiedzie po prostej do holu i do pomieszczeń biurowych. Czy są jakieś pytania?

Pytań nie było. Wszyscy wbijali wzrok w złotnika. Czekali. I znów nimi zawładnął, bo oto stało się jasne, że człowiek ten zna więcej tajemnic Fortu Knox niż zwykli śmiertelnicy.

Goldfinger odwrócił się do tablicy i zasłonił plan miasta następną mapą. Wisiał przed nimi szczegółowy plan Złotego Skarbca.

– Jak widać, panowie, jest to niezwykle solidny dwupiętrowy budynek przypominający trochę kwadratowy w przekroju tort złożony z dwóch warstw. Zechcijcie proszę zauważyć, że dach został podwyższony i wzmocniony na wypadek zbombardowania. A tutaj, na zewnątrz, w czterech rogach budynku wmurowano schrony. Są zrobione z litej stali i mają połączenie ze skarbnicą. Zewnętrzne wymiary skarbca to sto pięć na sto dwadzieścia jeden stóp. Wysokość od powierzchni ziemi – czterdzieści dwie stopy. Do budowy użyto granatu z Tennessee uzbrojonego stalą. Oto dokładne składniki: szesnaście tysięcy stóp sześciennych granitu, cztery tysiące jardów sześciennych betonu, siedemset ton stali konstrukcyjnej. To jest jasne, prawda? Idźmy dalej. Wewnątrz budowli znajduje się dwupiętrowy skarbiec ze stali i betonu podzielony na komory. Drzwi skarbca ważą ponad dwadzieścia ton, a jego ściany wyłożone są stalowymi płytami, stalowymi dźwigarami w kształcie litery „I” i cylindrycznymi tulejami ze stali połączonymi z sobą obręczami zatopionymi w betonie. Dach skarbca ma podobną konstrukcję i jest niezależny od dachu zewnętrznego. Na obu poziomach biegną wokół skarbca korytarze, z których można wejść do komory głównej, do pomieszczeń biurowych, a także do magazynów wbudowanych w mur zewnętrzny. Nikomu nie zawierza się tajemnicy szyfru otwierającego zamek wrót skarbca. Kilku wyższych urzędników musi spotkać się razem i ustawić fragment kombinacji, który znają. Naturalnie cała budowla naszpikowana jest najnowszymi i najczulszymi urządzeniami zabezpieczającymi. Wewnątrz czuwa silnie uzbrojona straż, a mniej niż milę dalej w ciągłym pogotowiu bojowym stacjonują niezwykle bitne oddziały Głównego Dowództwa Sił Pancernych. Czy państwo za mną nadążają? Teraz parę słów o zawartości skarbca. Jak już mówiłem, znajduje się tam złoto wartości około piętnastu miliardów dolarów. Są to standardowe sztaby mennicze najwyższej, tysięcznej próby. Wielkością dwukrotnie przewyższają te, które spoczywają przed państwem i każda waży dokładnie czterysta uncji troy, czyli, według systemu angielskiego, około dwudziestu siedmiu i pół funta. Składowane są bez opakowania w komorach skarbca. – Goldfinger popatrzył na swoich gości. – I to, panowie, pani, jest wszystko, co mogę powiedzieć, i wszystko, co winniśmy sobie przyswoić o strukturze i zawartości Skarbnicy Federalnej w Forcie Knox. Jeżeli nie mają państwo pytań na temat tego, o czym mówiłem dotychczas, streszczę pokrótce sposób, w jaki można ją przeniknąć i zawładnąć zawartością.

Za stołem panowała cisza. Oczy zebranych obserwowały Goldfingera z najwyższą uwagą i skupieniem. Jack Strap wyjął z zewnętrznej kieszeni średniej wielkości cygaro i wepchnął je nerwowo w kącik ust.

– Jeśli zapalisz tutaj to świństwo, to przysięgam, że ci przyłożę tą sztabą – ostrzegła go poważnie Pussy Galore.

– Spokojnie, dziecino, spokojnie – mruknął Strap półgębkiem.

– Panie kolego, jeśli wypali panu ten skok, to summum panu cum laude. Wal pan dalej. Albo wóz, albo przewóz, nie? – rzekł zdecydowanie Jed Midnight.

– Proszę bardzo – odparł obojętnie Goldfinger. – Przedstawię wam plan. – Zamilkł i potoczył wzrokiem po siedzących, badając uważnie oczy każdego z nich. – Mam jednak nadzieję, że rozumiecie państwo konieczność zachowania najściślejszych środków bezpieczeństwa. Jeśli ktoś postronny usłyszałby to, o czym mówiłem do tej chwili, poczytałby moje słowa za bełkot człowieka chorego umysłowo. To, co powiem za moment, zwiąże nas tajemnicą największego spisku w pokojowej historii Stanów Zjednoczonych.

Czy mam rozumieć, że od tej pory wszystkich tu obecnych obowiązuje zmowa absolutnego milczenia?

Prawie zupełnie odruchowo Bond spojrzał na Springera. Podczas gdy reszta zebranych na różne głosy i na różne tony odpowiedziała twierdząco, Springer zasłonił sobie ręką oczy, a jego złowieszcze „Daję na to uroczyste słowo” zabrzmiało dziwnie pusto. Agent nie miał wątpliwości, że jego szczerość jest szczerością handlarza wciskającego klientowi używany samochód. Niby to przypadkowym ruchem postawił krótki, prosty minus przy nazwisku Springera na kopii porządku dziennego zebrania.

– Zatem dobrze. – Goldfinger wrócił na swoje miejsce przy stole. Usiadł, podniósł ołówek i zaczął do niego przemawiać rozważnym, ale swobodnym tonem. – Pierwszym i pod pewnymi względami najtrudniejszym problemem jest sprawa transportu. Miliard dolarów w złocie waży około tysiąca ton. Przetransportowanie takiego ciężaru wymagałoby stu dziesięciotonowych ciężarówek lub dwudziestu sześciokołowych wozów używanych do transportu ciężkiego sprzętu dla przemysłu. Zalecam te ostatnie. Dysponuję listą przedsiębiorstw, które zajmują się wypożyczaniem takich samochodów. Jeśli mamy zostać wspólnikami, chciałbym również, żeby natychmiast po zakończeniu narady zawarli państwo umowy z filiami tych przedsiębiorstw na własnym terenie. Ze względów oczywistych zechcecie naturalnie posadzić za kierownicą własnych ludzi i to muszę pozostawić w waszych rękach. Bez wątpienia sławny Związek Przewoźników okaże się tu bogatym źródłem odpowiedniego narybku. – Goldfinger pozwolił sobie na upiorny uśmieszek. – Możecie też państwo skorzystać z pomocy Negro Red Bali Express, który obsługiwał amerykańskie wojsko w czasie wojny. Są to szczegóły wymagające dokładnego zaplanowania i zgrania. Powstanie także problem bezkolizyjnego przejazdu naszych ciężarówek, dlatego będziecie państwo musieli poczynić między sobą odpowiednie ugody co do przydziału poszczególnych tras. Samolot transportowy skutecznie podniesie naszą mobilność i przedsięwezmę odpowiednie kroki, żeby opanować do celów operacji północ-południe pas startowy na lotnisku Godman. Jak upłynnicie państwo złoto po zakończeniu akcji, jest, oczywiście, waszą sprawą. – Goldfinger oderwał wzrok od ołówka. – Jeśli idzie o mnie, w pierwszym stadium działań skorzystam z kolei, a ponieważ będę musiał przewieźć ładunek cięższy, wierzę, że pozwolicie mi zarezerwować ten środek transportu wyłącznie do moich celów. – Nie czekał na komentarze i monotonnie mówił dalej. – W porównaniu z kłopotami związanymi z transportem inne sprawy okażą się względnie proste. A więc: w dniu „D-l”, czyli dzień przed operacją, unieszkodliwimy czasowo wszystkich mieszkańców Fortu Knox. Wszystkich, cywilów i żołnierzy. Zostały już przedsięwzięte bardzo staranne kroki i wystarczy tylko, że wydam odpowiednie rozkazy. Mówiąc krótko, miasto zaopatrują w wodę pitną i w wodę nie nadającą się do celów spożywczych dwie studnie i dwie stacje filtrów o wydajności poniżej siedmiu milionów galonów dziennie. Odpowiada za nie Naczelny Inżynier Miasta. Było mu niezmiernie miło przyjąć dyrektora i zastępcę dyrektora Tokijskich Wodociągów Miejskich, którzy pragnęli zapoznać się ze strukturą stacji filtrów tej akurat wielkości, ponieważ noszą się z zamiarem zainstalowania podobnych w nowo powstających osiedlach na przedmieściach Tokio. Inżynier Naczelny był mile połechtany prośbą Japończyków i wyraził zgodę na dopuszczenie ich do wszystkich urządzeń. Tych dwóch panów, którzy, rzecz jasna, są moimi ludźmi, będzie miało przy sobie stosunkowo niewielką ilość pewnego wysoce stężonego środka narkotycznego, którego produkcję do celów wojskowych opanowali Niemcy w czasie wojny. Strumień wody o tak duże) kubaturze rozprowadzi go natychmiast, a w stanie rozpuszczonym środek ten obezwładnia błyskawicznie każdego, kto wypije choć pół kubka skażonego nim płynu. Skutkiem jego działania jest głęboki sen, z którego ofiary budzą się nadzwyczaj wypoczęte około trzech dni później. – Goldfinger podniósł do góry otwartą dłoń. – Panowie, uważam, że wykluczone jest, by w czerwcu, w stanie Kentucky, ktoś wytrzymał dwadzieścia cztery godziny bez choćby pół szklanki wody. Tak, być może w dniu „D” natkniemy się w Forcie Knox na kilku nałogowych alkoholików, ale zakładam, że wkroczymy do miasta, w którym absolutnie wszyscy ludzie zapadli w natychmiastowy sen tam, gdzie stali.

– Jak się nazywała ta bajka? – Natchnione Goldfingerowską wizją oczy Pussy Galore błyszczały jak w gorączce.

– Pussy w butach – odparł zgryźliwie Jack Strap. – Wal pan dalej, mistrzu, dobrze to brzmi. Teraz o tym, jak dostaniemy się do miasta.

– Wjedziemy tam pociągiem specjalnym, który wyruszy z Nowego Jorku w dniu „D-l” wieczorem. Będzie nas setka i przebrani będziemy za pracowników Czerwonego Krzyża. Mam nadzieję, że pani Galore dostarczy nam oddziału wspaniałych pielęgniarek. Właśnie dlatego poprosiłem ją na to spotkanie – pani Galore ma odegrać tę pozornie małą, lecz jakże w sumie istotną rolę.

– Zadzieram kiece i lecę! – zawołała entuzjastycznie panna Galore. – Moje dziewczęta ślicznie wyglądają w fartuchach. Co ty na to, miły? – Pochyliła się w bok i dźgnęła Strapa w żebra.

– Ja na to, miła, że bardziej im by było do twarzy w cementowych płaszczykach – odparł niecierpliwie Strap. – Po kiego ciągle mu przerywasz tymi swoimi żarcikami? Wal pan dalej, panie kolego, dalej.

– W Louisville, trzydzieści pięć mil od Fortu Knox, ja i moi ludzie zażądamy, aby umożliwić nam jazdę w lokomotywie. Będziemy mieć z sobą delikatne instrumenty pomiarowe i powiemy, że musimy pobierać próbki powietrza w miarę, jak pociąg zbliża się do miasta. Jaki przedstawimy powód? Że wieści o tajemniczej chorobie, jaka pustoszy Fort Knox, wszędzie już zapewne dotarły, i że w najbliższej okolicy, a także w całym kraju, istnieje niebezpieczeństwo paniki. Powiemy, że zaraz po naszym przyjeździe, o świcie, spodziewać się należy samolotów ratowniczych. Dlatego jednym z pierwszych zadań będzie opanowanie wieży kontrolnej lotniska Godman. Oświadczymy im, że baza wojskowa jest od tej chwili zamknięta, i że wszystkie samoloty muszą lądować w Louisville. Ale wróćmy jeszcze na chwilę do Louisville. Wkrótce po tym, jak pociąg ruszy, moi ludzie pozbędą się maszynisty i palacza. Zrobią to w sposób najbardziej humanitarny z możliwych. (Już to widzę, pomyślał Bond.) Poprowadzę skład osobiście – muszą państwo wiedzieć, że poznałem ten typ lokomotyw w stopniu dostatecznym. Przetniemy miasto i zatrzymamy się na bocznicy, gdzie przeładowuje się złoto. – Goldfinger zawiesił głos i potoczył poważnym wzrokiem po twarzach gangsterów siedzących za stołem. Zadowolony widać z tego, co ujrzał, monotonnie kontynuował swój wywód. – W tym czasie winny nadciągnąć zorganizowane przez was, panowie, konwoje. Nasz dyspozytor ruchu rozmieści ciężarówki w sąsiedztwie skarbnicy zgodnie z wcześniej opracowanym planem, obsługa wieży kontrolnej ruszy samochodem na lotnisko Godman z zadaniem kontrolowania ruchu powietrznego, a my wejdziemy do skarbca, nie zwracając uwagi na liczne ciała uśpionych, którymi miasto będzie z pewnością, że tak powiem, udekorowane. Czy się rozumiemy?

Oczy capo di tutti capi płonęły żywym ogniem.

– Jasne, jak dotąd jasne – rzekł cicho. – Ale co chcesz pan zrobić potem? – Nadął policzki i wypuścił gwałtownie powietrze w stronę Goldfingera. – Zrobisz pan tak i ta dwudziestotonowa furtka padnie jak zdmuchnięta, tak?

– Tak – odparł spokojnie złotnik. – Prawie dokładnie tak. – Wstał, zbliżył się do stołu pod tablicą, podniósł nieporęczne pudełko, wrócił na swoje miejsce i umieścił pakunek przed sobą. Pakunek zdawał się bardzo ciężki. Goldfinger usiadł i mówił dalej. – Podczas gdy moi specjalnie wyszkoleni ludzie zaczną przygotowania do otwarcia skarbca, drużyny noszowych wejdą do budynku i wyniosą stamtąd wszystkich uśpionych, których tylko da się znaleźć. – Bondowi wydawało się, że następne słowa Goldfinger wypowiedział z jakimś nieokreślonym, zdradliwym przydechem. – Zgodzicie się państwo ze mną, że wszelkie niepotrzebne straty w ludziach są rzeczą, której należy koniecznie unikać. Jak do tej pory – mam nadzieję, żeście to zauważyli – obyło się bez ofiar, jeśli nie liczyć maszynisty i palacza, którzy obudzą się z guzami na głowach. – Nie czekał na ewentualne komentarze i położywszy rękę na spoczywającym przed nim pudle, przeszedł do następnego tematu. – A teraz, panowie, mam do was pytanie. Gdybyście potrzebowali broni innej niż konwencjonalna broń ręczna, gdzie byście jej szukali? W instytucjach zajmujących się sprzedażą lub produkcją sprzętu wojskowego naturalnie, prawda? Kiedy trzeba wam było pistoletów automatycznych albo ciężkiej broni maszynowej, nabywaliście ją w sklepach kwatermistrzowskich w pobliżu baz wojskowych. Organizowaliście ją za pomocą szantażu, pieniędzy, wymuszania. Ja zrobiłem podobnie. Tylko jedna broń jest wystarczająco potężna, żeby poradzić sobie z drzwiami broniącymi dostępu do Złotego Skarbca w Forcie Knox. Zdobyłem ją po wielu trudach w pewnej bazie wojsk alianckich w Niemczech. Kosztowała mnie równo milion dolarów. Tą bronią, panowie, pani, jest głowica jądrowa wymontowana ze zdalnie sterowanego pocisku średniego zasięgu typu Corporal.

– Chryssste Panie… – Jed Midnight chwycił się mocno za blat stołu tuż obok Bonda.

Twarze zgromadzonych pobladły. Bond czuł, jak napina mu się skóra na zaciśniętych szczękach. Żeby rozładować napięcie, sięgnął po chesterfielda i zapalił. Niespiesznie zdmuchnął płomień i schował zapalniczkę do kieszeni. Boże miłosierny! W co się też wpakował?! Przebiegł myślą historię swojej znajomości z Goldfingerem. Pierwszy raz zobaczył jego opalone na czerwonawy brąz cielsko na dachu Cabana Club na Florydzie. Potem dał mu lekko po łapach. Potem rozmowa z M. Jeszcze potem gadka o złocie w Banku Anglii, w czasie której wyszła sprawa przemytu. Przemyt był na wielką skalę i korzystać z niego mieli Rosjanie, ale sądzili wtedy ze Smithersem, że organizuje go zwykły kryminalista, w gruncie rzeczy normalny człowiek, ktoś, z kim Bond zdołał wygrać w golfa”, kogo później ścigał, ścigał spokojnie i w sumie skutecznie tak, jak ścigał przedtem wielu innych. I kogo dopadł? Dopadł wcale nie królika w króliczej norze, nie lisa nawet. Dopadł królewską kobrę – najgroźniejsze, najbardziej niebezpieczne zwierzę, jakie Pan Bóg stworzył! Bond westchnął ciężko. Trzeba zawalczyć raz jeszcze, przyjaciele! Tylko że tym razem walka przypominać będzie pojedynek Świętego Jerzego ze smokiem. Święty Jerzy musi się w dodatku pośpieszyć i zrobić coś, zanim ze smoczego jaja, które bestia zamierza właśnie złożyć do gniazda, wykluje się atomowe pisklę. Bond uśmiechnął się ponuro. Coś zrobić… Co zrobić?! Co na Chrystusa Pana mógł zrobić? Goldfinger podniósł rękę.

– Drodzy państwo, proszę mi wierzyć, że przedmiot ten jest niczym innym, jak absolutnie bezpieczną kupą żelastwa. Głowica jest nie uzbrojona. Uderzę w nią młotkiem i nie wybuchnie. Nic nie spowoduje eksplozji, dopóki nie zostanie uzbrojona, a to stanie się dopiero w dniu „D”.

Blada twarz Ringa spływała potem. Głos mu lekko drżał, kiedy wysyczał przez ten swój koszmarny uśmiech:

– A… A co sss tym… Jak mu tam… Opadem?

– Opad będzie minimalny, panie Ring, i niezwykle ograniczony przestrzennie. Ta głowica to najnowszy model zwany głowicą „czystą”. Mimo to oddziałowi, który wkroczy do ruin skarbca jako pierwszy, wydane zostaną kombinezony ochronne. Oddział ten stworzy początek łańcucha rąk, którym złoto wywędruje z budynku i zostanie załadowane na podstawione ciężarówki.

– A odłamki, panie kolego? Te latające zwały betonu, żelaza i Bóg wie czego jeszcze? – zapytał Midnight głosem dobywającym się jakby z głębi brzucha.

– Ukryjemy się za zewnętrzną stalową palisadą skarbnicy, panie Midnight. Wszyscy nosić będziemy w uszach stopery. Niektóre ciężarówki mogą zostać lekko uszkodzone, ale musimy zaakceptować to ryzyko.

– A ci śpiący faceci? – Oczy capo di tutti capi pałały chciwością. – Może po naszym bum pośpią sobie trochę dłużej, ha? – Solo na pewno nie martwił się zbytnio o facetów, których Goldfinger zamierzał uśpić.

– Wszystkich, których zdołamy wynieść, ulokujemy w bezpiecznym miejscu. Przykro mi, ale musimy pogodzić się z niewielkimi zniszczeniami w mieście. Oceniam też, że ewentualne straty w ludziach równać się będą trzydniowemu żniwu śmierci na ulicach Fortu Knox. Nasza operacja przysłuży się jedynie temu, że statystyki wypadków drogowych utrzymają się na nie zmienionym poziomie.

– Cholernie miło z naszej strony, co? – Midnight zdołał się już opanować.

– Czy są jakieś inne pytania? – spytał uprzejmie Goldfinger. Przedstawił liczby, dokonał oceny perspektyw przedsięwzięcia – nadszedł czas, by poddać projekt pod głosowanie. – Pozostaje nam dokładne opracowanie szczegółów. – Spojrzał najpierw na Bonda, później na Tilly Masterton. – W tym asystować mi będą moi sekretarze. Pomieszczenie to przekształci się w centrum operacyjne, do którego dniem i nocą będziecie mieli państwo swobodny dostęp. Kryptonim operacji brzmi WIELKI SZLEM. Używać go należy zawsze wtedy, gdy mówić będziemy o naszym przedsięwzięciu. Tym z państwa, którzy zdecydują się w nim uczestniczyć, pragnąłbym zasugerować wtajemniczenie w szczegóły jednego i tylko jednego z najbardziej zaufanych i bliskich współpracowników. Innych można przeszkolić tak, jak gdyby chodziło o zwyczajny, rutynowy napad na bank. Jednakże w dniu „D” niezbędne będzie nieco dokładniejsze poinformowanie ludzi. Wiem, że mogę na was polegać, panowie, pani. Wiem też, że jeżeli zdecydujecie się sprzymierzyć siły, potraktujecie całą operację jak operację wojenną. Nieudolność i zaniedbanie środków bezpieczeństwa musi zostać surowo ukarane. Teraz poproszę, abyście państwo wypowiedzieli się w imieniu organizacji, które reprezentujecie. Kto z tu obecnych chce przyłączyć się do tego wyścigu? Nagroda jest przeogromna. Ryzyko minimalne. – Goldfinger zwrócił głowę o cal w prawo. Bond widział, jak jego szeroko rozwarte ślepia pożerają najbliższego sąsiada. – Panie Midnight? Tak? – zawiesił głos. – Czy też nie?

19. Tajny załącznik

– Panie Gold – zaczął donośnie Jed Midnight – jesteś pan niewątpliwie największym przestępcą w historii zbrodni od czasów, kiedy niejaki Kain wynalazł morderstwo i zastosował swój wynalazek na Ablu. – Urwał i dodał z emfazą: – Współpracę z panem poczytam sobie za zaszczyt.

– Dziękuję, panu, panie Midnight. A pan, panie Ring?

Co do Ringa Bond miał wątpliwości. Na kopii programu zebrania agent nasmarował plusy przy każdym nazwisku. Nie postawił ich tylko przy nazwisku Ringa i Springera, ale Ringowi zamyślał dać zero, a Springerowi minus. Do wniosku tego doszedł, obserwując ich oczy, usta i ręce. Natomiast zadaniem piekielnie trudnym było wyczytać coś z permanentnie zniekształconej gęby Wyszczerzonego, bo prawa powieka mrugała mu w nerwowym tiku regularnie jak w zegarku, a ręce trzymał schowane pod stołem.

Teraz Billy Ring wyjął ręce, oparł je na blacie wyłożonym zielonym rypsem i splótł mocno palce. Przez chwilę obserwował, jak kciuki kręcą młynka, następnie podniósł swą koszmarną twarz i spojrzał na Goldfingera. Tik prawego oka nagle ustał. Dwa rzędy zębów zaczęły podnosić się i opadać jak u kukły, z którą występuje brzuchomówca.

– Rozumiesz pan… – Ring miał kłopot z wymawianiem głosek „b”, „m” i „p” i artykułował je ściągając w dół górną wargę jak koń, kiedy bierze kostkę cukru z czyjejś dłoni. – Rozumiesz pan, minęła już kupa lat, odkąd moi kumple i ja wyszliśmy z podziemia. Teraz działamy legalnie. Co chcę powiedzieć to to, że czasy, kiedy trupy walały się po ulicach, minęły z końcem lat czterdziestych. Moi kumple i ja jesteśmy w porządku i dobrze nam idzie z dziewczynkami, haszem i na wyścigach. Kiedy nagle jest krucho ze szmalem, zawsze są Związki, a Związki jak Związki – podarują ci brakującego piątala. – Ring rozplótł dłonie i zaraz ponownie je splótł.

– Widzi pan, tak sobie myślimy, że tamte dni już się nie wrócą. Jim Colossimo, Johny Torrio, Dion O’Bannion, Al Capone – gdzie oni dzisiaj są, ha? Ja panu powiem. Gdzieś przy jakimś płocie wąchają kwiatki od spodu, ot co. Może pan tu nie bywałeś, kiedyśmy w przerwach między jatkami dawali nogę aż za Milwaukee. Bo rozumiesz pan, w tamtych czasach ludzie walili do siebie tak szybko i tak często, że trzeba było nosić z sobą program przedstawienia, żeby odróżnić aktorów od publiki. No i ludziska się tym zmęczyli – to jest ci, którzy przedtem nie zmęczyli się na amen, rozumiesz pan, nie? I kiedy nadeszły lata pięćdziesiąte, a ja przejąłem cały interes, zdecydowaliśmy jak jeden, że koniec z fajerwerkami. A teraz co? Przychodzisz pan i trujesz, że niby ja i moi kumple mamy pomagać w największym bababum w historii! No i co ja mam na to odpowiedzieć, co? No?! Panie… Jak tam panu…? Panie, ja panu coś powiem. Każdy ma swoją cenę, nie? No i za miliard zielonych to ja mówię, że wchodzę w ten układ. Odstawiamy na bok domino, wyciągamy spluwy. Tak, wchodzę w to.

– Billy, ty zawsze tak cholernie długo mówisz „tak”? – spytał zgryźliwie Midnight.

– Dziękuję panu za wielce interesujący komentarz, panie Ring.

– Powiedział serdecznie Goldfinger. – Jestem bardzo szczęśliwy, że pan i pańscy ludzie będą ze mną współpracować. Panie Solo, pańska kolej.

Solo zaczął swoje wystąpienie od tego, że sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wydostał stamtąd maszynkę do golenia na baterie. Pstryknął przełącznik i pokój wypełnił się hałasem jak w potrąconym ulu. Solo odchylił głowę do tyłu. Golił dokładnie prawą część twarzy, podczas gdy wywrócone do góry oczy szukały odpowiedzi gdzieś na suficie. Naraz wyłączył prąd, odłożył maszynkę na stół, usiadł prosto, po czym wyrzucił głowę do przodu i w dół jak atakujący wąż. Czarne niczym otwory dwóch luf oczy mierzyły groźnie prosto w Goldfingera po drugiej stronie stołu i przesuwały się wolno po jego wielkim, baloniastym obliczu, analizując każdy rys i szczegół. Pół twarzy capo zdawało się być teraz nagie. Druga połowa ciemniła się włoską smagłością, co jest rezultatem nie kontrolowanego rozrostu brody. Bond przypuszczał, że Solo musi golić się najpewniej co trzy, cztery godziny. Włoch postanowił wreszcie przemówić. Zaczął łagodnym, miękkim głosem, który przenikał wszystkich zimnym dreszczem.

– Obserwowałem pana. Jak na kogoś, kto rozprawia o tak wielkich sprawach, jest pan człowiekiem bardzo spokojnym. Znałem kiedyś tak samo spokojnego faceta. Był tak spokojny, że ani się obejrzał, jak uspokoili go kompletnie krótką serią z automatycznej giwery. Dobra już, dobra. – Solo usadowił się wygodnie w fotelu i rozłożył ręce w geście niechętnej rezygnacji z dalszych uwag. – A więc piszę się na to, tak. Ale posłuchaj no pan… – urwał dla wywarcia większego wrażenia. – Albo dostaniemy po tym miliardzie, albo jesteś pan trup. Capisco?

Goldfinger skrzywił ironicznie usta.

– Dziękuję, panie Solo. Pańskie warunki są całkiem do przejęcia. Ja bardzo chcę żyć. Teraz pan Helmut Springer.

Oczy Springera sprawiały wrażenie bardziej martwych niż kiedykolwiek.

– Jestem w trakcie jak najdokładniejszego rozpatrywania pańskiej propozycji – powiedział pompatycznie. – Upraszam o chwilowe pominięcie mnie i skonsultowanie się z moimi kolegami. A ja myślał będę dalej.

– Cały on – rzucił niecierpliwie Midnight. – Czeka na inspirację. Przynajmniej on tak to nazywa. Sterowany jest – Wszechmogący przesyła mu rady na falach anielskich. Ludzkiego głosu nie odbierał chyba od dwudziestu lat.

– A pan Strap?

Strap zmrużył oczy i wbił je w Goldfingera.

– Myślę, że pan wie, jakie są tego szansę. No i na pewno płaci pan najwyższą stawkę od dnia, kiedy jednej z naszych maszyn w Vegas odbiło i zaczęła wypłacać główne wygrane non-stop, jak leci. Sądzę, że jak dostarczymy ludzi i broni, skok wypali. Licz pan na mnie – zakończył. Natychmiast przestał mrużyć oczy i krótkotrwały urok prysnął. Jego wzrok, znów przerażający jak zwykle, przeniósł się wraz ze spojrzeniem Goldfingera na Pussy Galore.

Pussy Galore przesłoniła ręką oczy, żeby przez chwilę nie musieć oglądać ani Strapa, ani Goldfingera.

– Na moim terenie interesy idą ostatnio dość kiepsko – zwróciła się opanowanym głosem do wszystkich obecnych. – Długimi, pomalowanymi na srebrzysto paznokciami postukała w sztabkę leżącą na stole. – Nie to, żebym miała w banku debet, nie, tak źle jeszcze nie jest. Powiedzmy, że wiszę z niewielkimi odsetkami. Tak. Jasne, piszę się na to. Moje dziewczęta muszą z czegoś żyć. Goldfinger pozwolił sobie na półuśmiech zrozumienia.

– To wspaniała nowina, panno Galore. – Odwrócił się do Springera. – Czy już się pan zdecydował, panie Springer, jeśli wolno nam spytać?

Springer powoli wstał. Z dyskrecją znudzonego miłośnika opery ziewnął ukradkiem, a potem mu się odbiło. Wyjął piękną lnianą chusteczkę do nosa i delikatnie osuszył nią usta. Przesunął szklistym wzrokiem po twarzach kolegów i zatrzymał oczy na Goldfingerze. Jego głowa poruszała się wolno najpierw w lewo, później w prawo, jak gdyby usiłował rozruszać zastałe mięśnie szyi.

– Panie Goldfinger, boję się, że pańska propozycja nie znalazłaby uznania wśród moich przyjaciół w Detroit – rzekł poważnym głosem szefa banku odmawiającego kredytu. – Pozostaje mi tylko podziękować panu za wielce interesujące spotkanie. – Skłonił się lekko wszystkim naraz. – Do widzenia pani, do widzenia szanownym panom. – Zapadła lodowata cisza. Springer włożył chusteczkę za lewy mankiet nieskazitelnie eleganckiej marynarki, poprawił ją uważnie, odwrócił się, spokojnym krokiem przeciął pokój i wybył.

Drzwi zamknęły się z ostrym trzaskiem zamka. Bond zauważył, jak Goldfinger, niby to przypadkiem, wkłada rękę pod stół. Domyślił się, że Złota Rączka otrzymał właśnie jakiś sygnał. Tylko jaki?

– Cieszę się, że nie wszedł do tego interesu – rzucił złośliwie Midnight. – Wrzód z niego na tyłku i tyle. A więc… – Wstał dziarsko i spojrzał na Bonda. – Może byśmy tak to opili, co?

Szefowie gangów podnieśli się z foteli i zgromadzili wokół bufetu. Bond znalazł się między Pussy Galore i Tilly Masterton. Podał im szampana. Panna Galore spojrzała zimno na agenta i rzekła:

– Przesuń się, panie ładny. My dziewczęta chcemy sobie troszkę poplotkować. Prawda, pyszności ty moje?

Tilly zaczerwieniła się, potem bardzo zbladła, a jeszcze potem wyszeptała z uwielbieniem.

– O tak, panno Galore, tak…

Bond uśmiechnął się kwaśno do wspólniczki i odszedł w głąb pokoju.

Świadkiem tej niezbyt grzecznej odprawy był Jed Midnight. Zbliżył się do Bonda.

– Jeśli to pana towar, lepiej pan na nią uważaj – powiedział z całą powagą. – Pussy podrywa dziewczyny, jak chce. Pożera je na pęczki jak winogrona, rozumiesz pan? – Westchnął ciężko. – Chryste, jakie one są nudne! Zobaczysz pan, zaraz ją sobie owinie wokół palca.

– Będę uważał – odrzekł wesoło Bond. – Niewiele więcej mogę zrobić. Ona z tych bardziej niezależnych.

– Wolna jest? – spytał Midnight z lekkim zainteresowaniem.

– No to może ja się wokół niej zakręcę, co? – Poprawił krawat. – Nawet mi się ta Masterton podoba. Ma czym oddychać i na czym siadać, nie? No to idę. Na razie. – Wyszczerzył do Bonda zęby i już go nie było.

Bond wcinał akurat całkiem przyzwoity posiłek złożony z kawioru i szampana i analizował sposób, w jaki Goldfinger rozegrał spotkanie, gdy drzwi w głębi pokoju gwałtownie się otworzyły. W progu stanął jeden z Koreańczyków. Odszukał wzrokiem złotnika i spiesznie do niego podszedł. Goldfinger nadstawił ucha. Wysłuchał jego szeptu, a twarz mu spoważniała. Zastukał widelcem w kieliszek wypełniony mineralną z Vichy.

– Panowie, pani. – Popatrzył ze smutkiem po ich twarzach. – Właśnie otrzymałem złe nowiny. Nasz przyjaciel Helmut Springer miał wypadek. Spadł ze schodów. Śmierć była natychmiastowa.

– Ho ho! – Roześmiał się Ring, a w twarzy zrobił mu się wielki, pusty otwór. – A co na to jego goryl, Slappy Hapgood.

– Niestety – rzekł z poważną miną złotnik. – Pan Hapgood też spadł ze schodów i zmarł na skutek urazów.

Solo popatrzył na Goldfingera z wyraźnym szacunkiem.

– Napraw pan lepiej te schody, zanim ja i mój przyjaciel Giulio z nich skorzystamy – powiedział serio.

– Moi ludzie znaleźli już uszkodzone miejsce – odparł złotnik.

– Usterka zostanie natychmiast usunięta. – Twarz mu sposępniała. – Obawiam się tylko, że te wypadki zostaną opatrznie zrozumiane w Detroit…

– Daj pan sobie z tym spokój! – zawołał wesoło Midnight. – Oni tam kochają pogrzeby! W dodatku mają strupa z głowy. Stary Helmut nie pociągnąłby długo. Od roku dołki pod nim kopią, no nie, Jack? – odwołał się do opinii Strapa.

– Jasne, Jed, jasne – zgodził się tamten rozsądnie. – Masz rację. Helmut Springer i tak musiał odejść.

***

„Odejść”. W ichniejszym języku znaczyło to ni mniej, ni więcej, że Springer tak czy siak zostałby zamordowany. „Odejść”. Leżąc w łóżku po długim dniu, Bond nie mógł przestać o tym myśleć. Złota Rączka dostał sygnał, dwa umówione dzwonki, i Springer wraz ze swoim gorylem po prostu… „odeszli”. Bond nie był w stanie temu zaradzić nawet, gdyby bardzo chciał – Springer nie znaczył dla niego nic i prawdopodobnie zasłużył sobie na śmierć. Ale niedługo „odejdzie” pięćdziesiąt dziewięć tysięcy dziewięciuset dziewięćdziesięciu ośmiu innych ludzi, chyba że znajdzie się jakiś sposób, by powstrzymać Goldfingera.

Kiedy spotkanie szefów amerykańskiego podziemia dobiegło końca i gdy rozjechali się, żeby zająć się licznymi obowiązkami, Goldfinger zatrzymał Bonda w pokoju, pozwoliwszy Tilly odejść. Kazał mu notować i jeszcze przez dwie godziny rozpracowywał w szczegółach całość operacji WIELKI SZLEM. Gdy doszli do sprawy dosypania środka usypiającego do dwóch zbiorników wodnych w Forcie Knox – agent miał wszystko zgrać tak, żeby mieszkańcy miasta zasnęli w odpowiednim czasie – Bond spytał o skład narkotyku i o szybkość jego działania.

– Nie musi się pan tym martwić.

– A to dlaczego? Wszystko od tego zależy.

Goldfinger spojrzał na niego jakimś błędnym, nieobecnym wzrokiem.

– Panu powiem prawdę, bo i tak nie będzie pan miał okazji, żeby się z tym przed kimś zdradzić. Od tej chwili mój Koreańczyk nie odstąpi pana na krok, a jego polecenia musi pan wykonywać sumiennie i błyskawicznie. Dlatego też powiem panu, że do pomocy dnia poprzedzającego nasze uderzenie cała ludność Fortu Knox zostanie ostatecznie unieszkodliwiona – po prostu umrze. Substancja, którą rozpuścimy w zbiorniku wodnym przy stacji filtrów, jest bowiem niezwykle stężoną odmianą „GB”.

– Pan oszalał! Chce pan powiedzieć, że zamierza pan zabić sześćdziesiąt tysięcy ludzi?!

– A dlaczego nie? To dokładnie tyle, ile co dwa lata zabijają kierowcy na drogach Ameryki.

Zahipnotyzowany horrorem szaleńczej wizji, Bond wbił wzrok twarz Goldfingera. To niemożliwe! On tego nie zrobi!

– Co to jest „GB”? – spytał podenerwowanym głosem.

– „GB” jest najpotężniejszym środkiem obezwładniającym rodziny gazów bojowych oddziaływających na system nerwowy zło wieka. Został udoskonalony przez Wehrmacht w 1943, ale Niemcy nigdy go nie użyli z obawy przed represaliami. Prawdę mówiąc, jest bardziej skutecznym środkiem niszczącym niż bomba atomowa. Ma jednak i strony ujemne – trudno go na przykład rozprowadzić wśród ludności. W Dyhernfurth, na granicy polskiej, Rosjanie przechwycili wszystkie niemieckie zapasy tej substancji. Ale moi przyjaciele zdołali dostarczyć mi niezbędnych ilości. Rozprowadzenie jej poprzez miejski system wodny jest metodą, która sprawdza się idealnie w terenie gęsto zaludnionym.

– Goldfinger – wyrzucił z siebie Bond – jesteś parszywym… sukinsynem.

– Niech pan nie będzie dziecinny. Mamy dużo pracy. Później, kiedy zaczęli omawiać problem wywiezienia ton złota z miasta, Bond spróbował po raz ostatni.

– Goldfinger – powiedział – nie uda ci się tego zrobić. Nikomu nie uda się wywieźć z Knox stutonowej doli. Ty masz pięćset ton i tobie nie uda się na pewno. Opamiętasz się na Dixie Highway z kilkoma napromieniowanymi sztabami złota i z połową Armii USA na karku. I po to chcesz zamordować sześćdziesiąt tysięcy ludzi? Przecież to absurdalne! Nawet jeśli zdołasz wywieźć stamtąd tonę, dwie tony, gdzie zamierzasz to ukryć?

Cierpliwość Goldfingera nie miała granic.

– Panie Bond, tak się składa, że akurat w tym samym czasie krążownik klasy Swierdłowsk będzie składał wizytę przyjaźni w porcie Norfolk, w Virginii. Odpłynie z Norfolk dzień po operacji WIELKI SZLEM. Najpierw pociągiem, potem transportem kołowym złoto dotrze na jego pokład przed północą dnia „D”. Odpłynę tym okrętem do Kronsztadu. Wszystko jest bezbłędnie zaplanowane, przewidziane zostało każde ewentualne opóźnienie i kłopoty w drodze. Żyłem tą operacją przez pięć lat. Teraz nadszedł czas, by ją przeprowadzić. Uporządkowałem swoje interesy w Europie i w Anglii. Pozostałości po moim dawnym życiu pal licho. Zainteresuje się nimi ta banda gównozjadów, którzy zaczną natychmiast węszyć moim tropem. Ale mnie już tu nie będzie, panie Bond. Ja i złote serce Ameryki będziemy już daleko stąd. Naturalnie – przyznał – nie ma gwarancji, że akcja przebiegnie idealnie. Nie było czasu na próby. Tak, potrzebuję tych topornych gangsterów, potrzebuję ich ludzi i broni, ale nie mogłem wtajemniczyć ich zbyt wcześnie. Popełnią zapewne kilka błędów. Wyobrażam sobie, że i przewiezienie ładunku nastręczy im sporo kłopotów. Niektórzy dadzą się ująć, inni zostaną zabici. Nic mnie to nie obchodzi. Ci ludzie to amatorzy, których potrzebowałem do – pozwoli pan, że tak to nazwę – scen zbiorowych. To statyści, panie Bond, statyści sprowadzeni wprost z ulicy. Co się z nimi stanie po premierze, zupełnie mnie nie interesuje. A teraz kontynuujmy, proszę. Do wieczora będę potrzebował siedem kopii tego dokumentu. Na czym to skończyliśmy…?

Więc tak naprawdę w przedstawieniu bierze udział nie tylko Goldfinger i SMIERSZ, myślał gorączkowo Bond. Nie, bo SMIERSZ zdołał wciągnąć do gry tych najważniejszych – samo Najwyższe Prezydium! Zanosiło się na mecz Rosja-Ameryka z Goldfingerem w roli czołowego napastnika! Czy kradzież majątku jakiegoś państwa jest aktem wojny? Ale kto będzie wiedział, że to akurat Rosjanie przechwycili złoto? Nikt, jeśli wszystko przebiegnie zgodnie z planem Goldfingera. Żaden z gangsterów niczego nie podejrzewa. Traktują złotnika jak jednego ze swoich, jak innego gangstera, może jak gangstera wybitnego. A co stanie się z jego ludźmi? Co z kierowcami odpowiedzialnymi za przewóz kruszcu na wybrzeże? Co z nim i Tilly Masterton? Niektórzy – łącznie z Bondem i dziewczyną – zostaną zabici. Inni, jak na przykład Koreańczycy, bez wątpienia wejdą z Goldfingerem na pokład rosyjskiego okrętu. Nie zostanie żaden świadek, żaden ślad – akt współczesnego piractwa z archaicznymi dodatkami. Goldfinger złupi Fort Knox, jak kiedyś Krwawy Morgan złupił Panamę. W sumie nie było między nimi różnicy z wyjątkiem tego, że złotnik dysponował bardziej nowoczesną techniką i bronią.

I tylko jeden, jedyny człowiek na świecie mógł temu zapobiec. Ale jak?!

***

Następnego dnia przetoczyła się przez jego kwaterę burza papierkowej roboty. Co pół godziny z pokoju operacyjnego donoszono mu rozkazy Goldfingera, żeby rozplanować to, zaplanować tamto, przepisać jeszcze coś innego, ułożyć listy zapasów, sporządzić jakiś kosztorys. Dostarczono mu drugą maszynę do pisania, dostarczono mapy, materiały źródłowe – wszystko, czego tylko zażądał. Lecz ciągle, nieustannie, był pod obserwacją zawsze czujnego Koreańczyka, który nigdy nie spuszczał zeń oka, gdy otwierał drzwi, by dostarczyć kolejną porcję materiałów, który nie wszedł z posiłkiem do pokoju, zanim nie zbadał wzrokiem twarzy, rąk i nóg Bonda. Tilly Masterton i on nie należeli do bandy, to pewne. Byli niebezpiecznymi niewolnikami, nikim innym.

Tilly Masterton też odnosiła się do niego z rezerwą. Pracowała jak maszyna – szybko, chętnie i wydajnie, lecz w milczeniu. Na wcześniejsze zabiegi Bonda, który chciał się z nią zaprzyjaźnić i dzielić myśli, odpowiadała z chłodną uprzejmością. Do wieczora dowiedział się o niej tylko tego, że w chwilach wolnych od obowiązków w Unilevers, gdzie pracowała jako sekretarka, uprawiała amatorsko łyżwiarstwo figurowe. Potem zaczęła otrzymywać główne role w rewiach lodowych. Jej hobby było strzelanie z pistoletu sportowego oraz strzelanie do rzutków. Należała do dwóch klubów snajperskich. Miała dwadzieścia cztery lata i niewielu przyjaciół. Nigdy też w nikim się nie kochała ani nie była z nikim zaręczona. Mieszkała sama w dwupokojowym mieszkaniu na Earls Court Road w Londynie. Tak, zdawała sobie sprawę z tego, że sytuacja jest kiepska. Ale miała nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży. Zgoda, ta cała afera z Fortem Knox to nonsens. Oczywiście, nic z tego nie będzie. Pussy Galore? Jest boska! Liczyła skrycie na to, że Pussy w jakiś sposób pomoże jej wyrwać się z tego bagna. Kobiety z wyczuciem dobrze sobie radzą ze sprawami, które wymagają finezji i delikatnych posunięć. Instynkt podpowiada im, co robić. Niech się Bond o nią nie martwi. Da sobie radę.

Agent doszedł do wniosku, że Tilly Masterton jest jedną z tych dziewcząt, którym pomieszały się hormony. Znał takie kobiety i był zdania, że wraz ze swymi męskimi odpowiednikami są produktem nowego systemu nadającego płci pięknej prawo do głosowania i zrównującego w innych prawach z mężczyznami. Na skutek pięćdziesięcioletniej emancypacji kobiety powoli zatraciły typowo żeńskie cechy, które udzielały się z kolei mężczyznom. Zniewieściałych mężczyzn i zmaskulinizowane kobiety można było spotkać wszędzie. Nie byli to stuprocentowi homoseksualiści ani prawdziwe lesbijki, lecz ludzie zagubieni, nie wiedzący, kim tak naprawdę są.

Powstało w ten sposób całe stadko nieszczęśliwców nie umiejących dostosować się do otoczenia, ludzi wyjałowionych z tożsamości i sfrustrowanych, kobiet z zapędami przywódczymi i damsko uległych mężczyzn. Było mu ich żal, ale nie miał dla nich czasu. Bond uśmiechnął się do siebie na wspomnienie rozfantazjowanej historyjki, którą układał, gdy pędzili doliną Loary. Entre Deux Seins, nie ma co!

Ostatnie polecenie od Goldfingera przyszło przed wieczorem.

Wraz z pięcioma ludźmi z szefostwa udaje się jutro o jedenastej na napowietrzny rekonesans obszaru, na którym odbędzie się WIELKI SZLEM. Odlatujemy z lotniska La Guardia wyczarterowaną maszyną z moimi pilotami i załogą. Będzie mi pan towarzyszył. Masterton zostaje.

G.

Bond usiadł na łóżku i wbił oczy w ścianę. Potem wstał i podszedł do maszyny do pisania. Walił w nią przez godzinę, pisząc z pojedynczym odstępem między liniami, zapisując arkusze papieru po obu stronach. Kiedy skończył szczegółowy opis planów Goldfingera, złożył kartki, później je zwinął i umieścił w małym, cylindrycznym pojemniczku wielkości małego palca u ręki. Pojemniczek dokładnie zalepił, a na karteluszce wystukał:

Nie cierpiące zwłoki! Bardzo ważne! Znalazca niniejszego, który dostarczy pojemnik w stanie nie naruszonym do rąk pana Felixa Leitera, Agencja Pinkertona, 154 Nassau Street, Nowy Jork, otrzyma natychmiast i bez żadnych pytań nagrodę w wysokości pięciu tysięcy dolarów.

Karteczkę złożył w kształt paska, owinął nim pojemnik, na zewnętrznej stronie napisał NAGRODA! $5000! i wszystko razem umieścił na trzycalowym kawałku taśmy samoprzylepnej. Usiadł na łóżku, po czym uważnie i dokładnie przykleił wystające kawałki taśmy po wewnętrznej stronie uda.

20. Podróż do piekła

– Kontrola Obszaru Powietrznego nas wzywa! Chcą wiedzieć, kim jesteśmy! Mówią, że to obszar zamknięty! Goldfinger wstał z fotela i ruszył do kabiny. Bond widział, jak bierze do ręki mikrofon. Jego głos brzmiał wyraźnie na tle cichego pomruku silników dziesięciotonowego Executive Beechcrafta.

– Dzień dobry. Mówi Gold z Paramount Pictures Corporation. Mamy pełnomocnictwo na przeprowadzenie rekonesansu napowietrznego w związku ze zbliżającym się terminem rozpoczęcia zdjęć do naszego nowego filmu o sławnym ataku wojsk konfederatów w roku 1861, którego skutkiem było wzięcie do niewoli generała Shermana na Muldraugh Hill. Tak, tak. Cary Grant i Elizabeth Taylor w rolach głównych. Co takiego? Pozwolenie? Mówiłem przecież, mamy. Chwileczkę. – Goldfinger zamilkł na moment udając, że szuka dokumentów. – Tak, mam to przy sobie. Papier podpisany jest przez szefa służb specjalnych Pentagonu. No jasne, wasze dowództwo musi mieć kopię. Oczywiście, dziękuję. Mam nadzieję, że film będzie się wam podobał. Do widzenia. – Goldfinger zrzucił z twarzy maskę jowialnej serdeczności, oddał mikrofon i wrócił do kabiny pasażerskiej. Zaparł się nogami o podłogę i stojąc, popatrzył na współpracowników. – Czy sądzicie państwo, że widzieliśmy już wszystko, co chcieliśmy zobaczyć? – zapytał. – Widoczność jest chyba doskonała, prawda? I to, co widać, pokrywa się ze szczegółami planu miasta, który otrzymaliście. Nie chciałbym schodzić poniżej sześciu tysięcy, dlatego zróbmy może jeszcze jedno kółko i wracajmy, zgoda? Złota Rączko, prosimy o coś do picia.

Tamci mieli mnóstwo komentarzy i pytań, na które Goldfinger udzielał po kolei odpowiedzi. Siedzący obok agenta Koreańczyk wstał i poszedł do tylnej części samolotu. Bond ruszył w jego ślad i czując na sobie twarde, podejrzliwe spojrzenie, wszedł do ubikacji i zamknął za sobą drzwi na zatrzask.

Usiadł i zaczął spokojnie rozmyślać. W drodze na La Guardia nie miał najmniejszych szans. Posadzili go obok Koreańczyka z tyłu nie rzucającej się w oczy limuzyny marki Buick. Kierowca zablokował drzwi i dokręcił mocno okna. Goldfinger jechał z przodu odseparowany od miejsc pasażerskich szczelnym przepierzeniem.

Złota Rączka usadowił się nieco z boku, trzymając swoje zrogowaciałe łapska na kolanach. Wyglądały jak cepy i gotów był ich w każdej chwili użyć. Nie spuszczał oczu z Bonda do chwili, gdy samochód skręcił za rząd hangarów dla maszyn czarterowych i zatrzymał się przed jedną z prywatnych maszyn. Wtłoczony między Goldfingera i Koreańczyka, agent nie mógł zrobić nic innego, jak wspinać się po schodach do Beechcrafta i usiąść obok skośnookiego prześladowcy. Dziesięć minut później przybyli pozostali. Prawie nie zamienił z nimi ani słowa, jeśli nie liczyć grzecznej wymiany pozdrowień. Teraz zachowywali się inaczej – nie dowcipkowali, nie robili zbędnych uwag. Sprawiali wrażenie ludzi sposobiących się do wojny. Nawet Pussy Galore ubrana w lśniący, dakronowy uniform z czarnym skórzanym pasem wyglądała jak młody strażnik z oddziałów SS. Raz czy dwa, już w czasie lotu, odwróciła się i spojrzała w zadumie na Bonda. Lecz nie odwzajemniła jego uśmiechu. Może po prostu nie mogła zrozumieć, co on tu robi, kim jest…? Wrócą na La Guardia, wsiądą w buicka i znów nie będzie okazji. Więc teraz albo nigdy. Ale gdzie? W rolce papieru toaletowego? Taka rolka może skończyć się dopiero za kilka tygodni! Popielniczka? Opróżnią ją? Pewnie nie. Ale jedną rzecz zrobią na pewno.

Ktoś szarpnął klamkę u drzwi. Koreańczyk się niepokoił, bo może na przykład Bond usiłuje podpalić samolot?

– Już wychodzę, moja ty małpo! – zawołał. Wstał i podniósł deskę klozetową. Oderwał przyklejony do uda pojemniczek i zamocował go pod przednią częścią deski. Któryś ze sprzątających będzie musiał ją podnieść, żeby oczyścić muszlę i wymienić zbiornik na nieczystości, a zrobią to z pewnością, jak tylko maszyna wróci do hangaru. Gotowe. Napis obiecujący pięć tysięcy dolarów nagrody widać było jak na dłoni. Każdy, nawet najbardziej spieszący się facet od sprzątania go zauważy. I wszyscy, którzy podniosą deskę przed nim. Ale Bond nie sądził, żeby któremuś z pasażerów chciało się to robić. Kabina ubikacji była tak ciasna, że piekielnie niewygodnie się tu stało. Cicho położył deskę, spuścił wodę, umył twarz, przygładził włosy i wyszedł.

Tamten już czekał, cały rozeźlony. Przecisnął się obok Bonda, rozejrzał po toalecie, wylazł stamtąd i zatrzasnął drzwi. Agent wrócił na swoje miejsce. Stało się. Sygnał SOS zalakowany w butelce, butelka rzucona na fale. Kto ją znajdzie? I kiedy?

Zanim wylądowali, wszyscy, łącznie z pilotem i drugim pilotem, odwiedzali tę cholerną ubikację. Co któryś stamtąd wychodził, Bond czuł na karku zimny dotyk rewolwerowej lufy, słyszał ostre, podejrzliwe komentarze i szelest rozwijanego papieru. Lecz w końcu znaleźli się w buicku, przemknęli mostem Triborough przez centrum Manhattanu, później jechali nabrzeżem rzeki, by aleją dotrzeć do silnie strzeżonej bramy magazynu. A potem znów do roboty.

Zaczął się wyścig – wyścig między wydajną, pracującą niespiesznie i spokojnie machiną Goldfingera a wąziutką ścieżynką prochowego lontu, na którą Bond rzucał maleńką iskierkę. Co działo się teraz tam, na zewnątrz? Przez następne trzy dni wyobraźnia agenta podsuwała mu nieustannie obrazy tego, co mogło się wydarzyć: Leiter składa meldunek szefowi, narada, szybki przelot do Waszyngtonu, spotkanie z Hooverem w siedzibie FBI, narada w Pentagonie, audiencja u prezydenta. Leiter naciska, żeby trzymać się sugestii Bonda, żeby nie robić żadnych podejrzanych ruchów, nie rozpoczynać śledztwa, żeby nikt nie kiwnął nawet palcem, chyba że ściśle według jakiegoś szczegółowo opracowanego planu, który zostanie zrealizowany w dniu „D” i dzięki któremu cała banda znajdzie się w pułapce bez wyjścia. Zaakceptują warunki agenta, czy będą ryzykować? Skonsultowali się już telefonicznie z M. w Londynie? Czy M. nalegał, żeby Bonda ratować z opresji, czy nie? Nie, M. zrozumie wszystko w lot. Przyzna, że życie agenta liczy się w tej sytuacji najmniej, że nic nie może przeszkodzić w wielkiej czystce. Jasne, będą musieli przyskrzynić tych dwóch „Japończyków” i wycisnąć z nich sygnał, który tamci mają nadać Goldfingerowi w dniu poprzedzającym akcję.

Czy tak się to właśnie odbywa, czy też całą nadzieję diabli wzięli? Na przykład Leitera nie ma, bo akurat wybył gdzieś w związku z jakąś sprawą. „Że co? Kto to jest ten 007? 007? Co to właściwie znaczy? Człowieku, to jakiś szaleniec. Słuchaj no, Smith, możesz to sprawdzić? Wpadnij do tego magazynu i rozejrzyj się trochę. Przepraszam pana, nie ma żadnej nagrody. Nasz wóz podrzuci pana na La Guardia. Ktoś nabił pana w butelkę”.

A jeśli, co jeszcze gorsze, nie dzieje się nic? A jeśli samolot stoi sobie gdzieś na bocznym pasie i nikt do niego nie zajrzał?

Torturował się takimi myślami dzień i noc. Harował, mijały godziny, koszmarna machina Goldfingera toczyła się gładko naprzód.

Nadszedł dzień „D-l”, dzień poprzedzający akcję. Nadszedł i minął jak błyskawica w gorączce ostatnich przygotowań. Wieczorem Bond otrzymał ostatnie rozkazy od złotnika.

Pierwsza faza operacji WIELKI SZLEM przebiegła pomyślnie. Proszę wsiąść do pociągu o północy, zgodnie z planem. Proszę zabrać wszystkie mapy, harmonogramy i rozkazy operacyjne. G.

W zwartym szyku, z Bondem i Tilly Masterton wciśniętymi w środek kolumny – Bond miał na sobie białe wdzianko chirurga, Tilly fartuch pielęgniarki – orszak Goldfingera przemaszerował gładko przez prawie zupełnie wyludnioną halę dworcową Pensylwania Station i skierował się na peron do podstawionego już pociągu specjalnego. Wszyscy, łącznie z samym Goldfingerem, ubrani byli w typowe białe stroje z opaskami polowych oddziałów sanitarnych, dlatego peron zdawał się być zatłoczony gangsterską armią duchów. Stali w ciszy i napięciu odpowiadającym powadze chwili, jak prawdziwy oddział specjalny spieszący na miejsce katastrofy, a nosze i kombinezony ochronne, które załadowano do wagonu, dodawały całej scenie dramatyzmu. Naczelnik stacji rozmawiał z czterema lekarzami, to znaczy z Midnightem, z Solo, ze Strapem i Ringiem. Obok stała siostra Galore z tuzinem bladolicych pielęgniarek. Pielęgniarki czekały w powadze, ze spuszczonymi oczyma, jak nad otwartym grobem. Bez makijażu, w ciemnoniebieskich czepkach okrywających ich uliczne fryzury, sprawiały nader realistyczne wrażenie dziewcząt sumiennych, pełnych miłosierdzia i poświęcenia w niesieniu ulgi cierpiącym – Pussy Galore musiała z nimi ostro trenować.

Kiedy naczelnik ujrzał nadciągającą grupę Goldfingera, natychmiast do nich podbiegł.

– Doktor Gold? – zapytał z posępną twarzą. – Boję się, że nie mamy dobrych wiadomości, doktorze. Sprawa dostała się już chyba do gazet. W Louisville zatrzymują wszystkie pociągi, a z dworca w Knox wciąż nie mamy żadnej odpowiedzi. Boże Wszechmogący, doktorze! Co się tam dzieje? Ludzie przejeżdżający przez Louisville powiadają, że to Ruscy rozpylili coś z samolotów. – Wbił w Goldfingera uważne spojrzenie. – Oczywiście w to nie uwierzę, ale co to jest? Jakieś zatrucie pokarmowe?

Goldfinger przybrał życzliwy wyraz twarzy.

– Mój przyjacielu – odpowiedział serdecznie – właśnie to musimy sprawdzić na miejscu. Właśnie dlatego tak spiesznie nas tam wysyłają. Jeśli natomiast miałbym zgadywać – proszę jednak pamiętać, że to wyłącznie moje spekulacje – powiedziałbym, że jest to przypuszczalnie tripanosomia, rodzaj śpiączki.

– Ach tak…? – Naczelnik był pod wrażeniem nazwy nieznanej choroby. – Doktorze, niech mi pan wierzy, że my wszyscy tu jesteśmy cholernie dumni z pana, z was wszystkich, z całego oddziału sanitarnego. – Wyciągnął rękę. Goldfinger wyciągnął swoją. – Dużo szczęścia, doktorze, dużo szczęścia. A teraz zechce pan wsiąść z grupą do pociągu, dobrze? Odprawię go jak najszybciej.

– Dziękuję panu, panie naczelniku. Moi koledzy i ja nigdy tego panu nie zapomnimy. – Goldfinger skłonił lekko głowę. Orszak pomaszerował dalej.

– Proszę wsiadać!

Bond znalazł się w pullmanie razem z Tilly Masterton, która siedziała po drugiej stronie przejścia, oraz z Koreańczykami i Niemcami otaczającymi ich zewsząd zwartym murem. Goldfinger usadowił się z przodu wagonu i gawędził wesoło ze swoimi satrapami. Obok agenta przeszła Pussy Galore. Nie zwróciła uwagi na uniesioną twarz Tilly, jemu natomiast posłała badawcze spojrzenie. Gdzieś w głębi trzasnęły drzwi. Pussy Galore zatrzymała się i położyła rękę na oparciu fotela przed Bondem.

– Cześć, przystojniaczku. Dawno się nie widzieliśmy. Wujaszek krótko cię chyba trzyma, co?

– Cześć, ślicznotko – odparował agent. – Dobrze ci w tym fartuszku. Wiesz, słabo mi. Może byś mnie tak trochę popielęgnowała?

Przyjrzała mu się uważnie swymi modrymi oczami.

– Wiesz pan co, panie Bond, odnoszę wrażenie, że jest w panu coś., fałszywego. Ja mam czują, kapujesz? Powiedz mi, co wy tutaj właściwie robicie, ty i ta dziewczyna? – Kiwnęła głową w stronę Tilly.

– Wszystko, siostrzyczko, odwalamy kupę roboty. Pociąg drgnął i ruszył. Pussy Galore wyprostowała się.

– Może i tak. Ale jeśli w czasie skoku coś nawali, byle co, choćby coś mało ważnego, założę się o każdą forsę, że ty, przystojniaczku, będziesz wiedział, dlaczego tak się stało. Rozumiemy się?

Nie czekała na odpowiedź i poszła dalej, by wziąć udział w naradzie szefów sztabów połączonych.

Była to pracowita, pełna zamieszania noc. W obecności niezwykle dociekliwych i uczynnych konduktorów musieli wciąż odgrywać swoje role. Ostatnie narady, jakie odbywali w różnych częściach pociągu, musiały stwarzać pozory wielce naukowych medycznych konsyliów – obowiązywał zakaz palenia, przeklinania i plucia. Wybuchy zawiści i niesnaski między gangami trzeba było dławić w zarodku. Wyrachowane starszeństwo mafii i jej przewaga działały na nerwy zwłaszcza Strapowi i jego nienawykłym do ostrej dyscypliny ludziom z Zachodu, co mogło doprowadzić do strzelaniny, gdyby szefowie stale nie mieli na nich oka. Jednak Goldfinger przewidział każdy najdrobniejszy nawet czynnik psychologiczny i na każdą sytuację był przygotowany. Dziewczyny z grupy Pussy Galore zostały starannie dobrane, nikt nie pił, ludzie słuchali dalszych szczegółów operacyjnych, odbywali ćwiczenia na mapach sztabowych, w nieskończoność analizowali topografię tras, którymi mieli wywieźć złoto. Od czasu do czasu zerkali na szkic tras wspólnika i dochodziło do sprzeczek. Wtedy wzywano Goldfingera, by rozsądził, kto jaką drogą ma dojechać do granicy meksykańskiej, na pustynię czy do Kanady. To zdumiewające, myślał Bond, że setka najgroźniejszych bandziorów Ameryki, tak zdenerwowanych, tak napiętych i podekscytowanych tym, co zamierzali zrobić, daje się utrzymać w ryzach. Cudu tego dokonał Goldfinger, bo emanował z niego spokój wymieszany z czymś jeszcze, z czymś niezwykle groźnym i niebezpiecznym. Poza tym biło z niego niezachwiane przekonanie, że akcja przebiegnie pomyślnie, a dokładność, z jaką rozplanował każdy detal, uspokajała nerwy i stwarzała wśród rywalizujących gangów atmosferę współpracy.

W miarę jak żelazny tętent pociągu przeradzał się w coraz szybszy i szybszy galop po równinach Pensylwanii, pasażerowie zapadali w niespokojny, pełen koszmarów sen. Wszyscy, oprócz Goldfingera i jego Koreańczyka. Ci nie spali, nieustannie czuwali, dlatego Bond szybko wybił sobie z głowy niedorzeczne myśli o zaszlachtowaniu Złotej Rączki i o próbie wydostania się na wolność, kiedy pociąg zwalniał na wzniesieniach czy stacjach.

Bond drzemał niespokojnie, dumał, zastanawiał się, rozważał zagadkowe słowa naczelnika stacji. Było oczywiste, że naczelnik wziął ich za prawdziwy oddział sanitarny. Wiedział też, że w Forcie Knox ogłoszono już alarm. Czy wieści z Louisville są prawdziwe, czy też jest to część gigantycznej podpuchy mającej na celu schwytanie wszystkich spiskowców? Jeśli to podpucha, jak dokładnie opracowano jej szczegóły? Czy aby ktoś nie da plamy? Czy aby ktoś czegoś nie sfuszeruje i tym samym nie ostrzeże w porę Goldfingera? A jeżeli to prawda, jeżeli mieszkańcy Fortu Knox już nie żyją? Co wtedy? Co wtedy ma robić?

Co do jednego Bond podjął ostateczną decyzję. W zamieszaniu godziny H spróbuje zbliżyć się jakoś do Goldfingera i poderżnąć mu gardło jednym ze swych ukrytych noży. Jak wiele tym osiągnie oprócz satysfakcji z osobistej zemsty? Czy gangsterzy posłuchają rozkazów wydanych przez kogoś innego? Czy ktoś inny wyda rozkaz, żeby uzbroić i odpalić głowicę? Który z nich będzie wystarczająco odporny, wystarczająco opanowany, by przejąć dowództwo? Solo? Może. WIELKI SZLEM zakończyłby się wówczas połowicznym sukcesem, ale i tak udałoby się im zwiać z dużą ilością złota. Wszystkim z wyjątkiem podopiecznych Goldfingera, którzy bez swego pana są jak dzieci we mgle. Bez względu na to, co będzie w stanie zrobić później, nieustannie trapiło go makabryczne pytanie: czy sześćdziesiąt tysięcy mieszkańców Fortu Knox już nie żyje? Czy mógł coś uczynić, by temu zapobiec? Czy kiedykolwiek miał szansę zabić Goldfingera? Czy osiągnąłby coś, gdyby narozrabiał na peronie Pensylwania Station? Bond wpatrzył się w swe odbicie majaczące w ciemnej szybie i wsłuchiwał w dźwięki dochodzące zza okna. A słyszał srebrzyste dzwonienie dzwoneczków na mijankach i ostrzegawczy gwizd lokomotywy, który szarpał mu nerwy powracającymi wątpliwościami, pytaniami i wyrzutami sumienia.

21. Najbogatszy człowiek w historii

Nad bezkresnymi równinami czarnych traw wstawał powoli szkarłatny świt i w miarę jak słońce prostowało wydłużone cienie, przemalowywał okolicę na cyzelowany błękit, na sławny kolor Kentucky blue. O szóstej pociąg zaczął wytracać prędkość. Niedługo potem wtoczył się w drzemiące jeszcze przedmieścia Louisville, by chwilę później zatrzymać się w westchnieniem hydraulicznych płuc na prawie kompletnie wyludnionej stacji.

Czekała na nich mała, zachowująca dystans podyktowany szacunkiem grupka. Goldfinger z mocno podkrążonymi na skutek niewyspania oczyma skinął na jednego z Niemców, wziął do ręki czarną, dodającą mu wielce autorytetu walizeczkę i zszedł na peron. Nastąpiła krótka, poważna narada, w której mówił głównie naczelnik stacji. Goldfinger wtrącał od czasu do czasu jakieś pytanie, a późnej słuchał odpowiedzi, kiwając w ponurej zadumie głową. Solo został uprzednio wydelegowany, żeby wysłuchać jego sprawozdania. Stał teraz w otwartych drzwiach pullmana. Bond słyszał, jak pogrążony w smutku Goldfinger mówi:

– Obawiam się, doktorze, że sytuacja jest tak zła, jak przypuszczaliśmy. Przesiądę się teraz z tym do lokomotywy. – Podniósł do góry walizeczkę. – Za chwilę ruszymy wolno w kierunku skażonego obszaru. Zechce pan uprzedzić personel, żeby byli w każdej chwili gotowi założyć maski ochronne, dobrze? Dla maszynisty i palacza maski mam. Poza nimi cała obsługa pociągu wysiądzie tutaj.

Solo skinął poważnie głową.

– Tak jest, panie profesorze. – Zamknął drzwi. Goldfinger ruszył peronem w stronę lokomotywy. Za nim postępował niemiecki osiłek i skupiona, zdenerwowana grupa ludzi z naczelnikiem stacji na czele.

Krótki postój, a potem łagodnie, cicho, prawie z namaszczeniem długi skład minął z szeptem kół stację, pozostawiając za sobą tłumek lokalnych oficjeli wzmocniony obecnie czterema raczej zawstydzonymi konduktorami. Wszyscy trzymali ręce wysoko w górze, jak gdyby błogosławiąc idących na pewną śmierć.

Jeszcze tylko trzydzieści pięć mil, zostało pół godziny! Goldfinger pomyślał o wszystkim. Pielęgniarki roznosiły kawę i pączki, a dla podreperowania nerwów tych, którzy tego potrzebowali, rozdawały po dwie maleńkie tabletki dexedryny. „Siostry” były blade i milczące. Nie żartowały, oszczędzały innym docinków. Pociąg promieniował napięciem.

Po dziesięciu minutach skład nagle gwałtownie zwolnił przy akompaniamencie syku hamulców. Komuś rozlała się kawa. Pociąg prawie stanął, ale sekundę później drgnął i znów nabrał szybkości. Na korbie sterowniczej spoczywała już inna ręka. Maszynista nie żył.

Za chwilę przez wagon przebiegł Strap.

– Zostało tylko dziesięć minut! Dziesięć minut! Ruszać się, panowie! Ruszać się! Oddziały A, B i C do sprzętu! Wszystko idzie jak po maśle. Zachować spokój. Pamiętajcie, co macie robić. – Poleciał do następnego przedziału i Bond słyszał, jak powtarza to samo innym.

Agent zwrócił się do Koreańczyka.

– Słuchaj, małpo, idę teraz do kibla. Panna Masterton też pewnie zechce tam pójść. – Popatrzył na dziewczynę. – Idziesz, Tilly?

– Tak – odparła obojętnie – chyba lepiej pójdę.

– No to idź – rzucił Bond.

Koreańczyk siedzący obok Tilly spojrzał pytająco na Złotą Rączkę. Ten pokręcił przecząco głową.

– Jak jej nie pozwolisz pójść, zacznę rozrabiać. Goldfingerowi to się nie spodoba. Idź, Tilly, zaopiekuję się tymi małpoludami – rzekł Bond.

Złota Rączka wyrzucił z siebie serię warknięć i charkotów, które jego krajan zdawał się rozumieć. Strażnik dziewczyny wstał i powiedział:

– Dobrze, ale bez zamykania się na zatrzask. – Poszedł za nią na koniec wagonu, stanął i czekał, aż wyjdzie.

Za Bondem poszedł Złota Rączka. Kiedy agent znalazł się wewnątrz kabiny, zdjął prawy but, wyjął nóż i wsunął go za pasek spodni. But został teraz bez obcasa, ale tego ranka nikt nic nie zauważy. Bond umył się. Z lustra spojrzały na niego szaroniebieskie, pociemniałe z napięcia oczy. Był bardzo blady. Wyszedł i wrócił na swoje miejsce.

Po prawej, w dali, coś zalśniło. W porannej, przygruntowej mgle zamajaczyły sylwetki niskich budynków. Domy wyłaniały się z oparów jak miraż i wolno przybierały coraz ostrzejsze kształty, które z czasem okazywały się zarysem hangarów i przysadzistej wieży kontrolnej. Lotnisko Godman! Łagodny tętent kół pociągu przechodził w wolny, coraz wolniejszy stukot. Za oknem przesunęły się zabudowania nowoczesnych, wypieszczonych domków – część pasa osiedli wokół Fortu Knox. Zdawały się nie zamieszkane. Za chwilę po lewej stronie ukazała się czarna wstęga Brandenburg Station Road. Bond wychylił się. Lśniąca panorama miasta rozmywała się miękko w lekkiej mgiełce. Wystrzępione jej konturami niebo było krystalicznie czyste! Nad Fort Knox nie unosił się nawet najmniejszy dymek! Nikt z mieszkańców nie gotował wody na poranną kawę! Pociąg zwolnił jeszcze bardziej. Na Station Road musiało dojść do poważnego wypadku. Dwa samochody miały kolizję, jak się zdawało czołową. Z roztrzaskanych drzwi zwisało bezwładne ciało kierowcy. Drugi wóz leżał na dachu niczym martwy żuk. Bondowi serce waliło jak młotem. Minęli główny posterunek nastawczy. Na dźwigniach zwrotnicy zauważył coś białego. Męska koszula. W koszuli zwłoki zwieszające się głową w dół, poniżej linii okna. Rząd nowoczesnych bungalowów. Ktoś ubrany w podkoszulkę i spodnie rozpłaszczony na środku przystrzyżonego trawnika. Siad, którym szła kosiarka, był idealnie równy do miejsca, gdzie leżał człowiek. Tu zaczął wyczyniać dziwaczne zakrętasy i urywał się ostatecznie, ponieważ maszyna wywróciła się i spoczęła na boku w grządce świeżo rozkopanej ziemi. Dalej zerwany sznur na bieliznę i kobieta, która go zerwała, usiłując zachować równowagę. Leżała teraz pod nim, przykryta białym stosem ubrań, ręczników i serwet. Skład jechał z szybkością piechura i wszędzie na każdej ulicy, na wszystkich chodnikach, widzieli nieruchome sylwetki ludzi. Leżeli tam pojedynczo, w małych grupkach, siedzieli w bujanych fotelach na gankach, spoczywali na środku skrzyżowań, gdzie światła nadal migały kolorowymi sygnałami, w samochodach, które zdążyły zaparkować przy krawężniku i w tych, które roztrzaskały się w witrynach sklepów. Śmierć. Trupy, wszędzie trupy. Bezruch, martwa cisza, a w niej stukot żelaznych butów mordercy sunącego wolno przez cmentarz.

Do przedziału wpadł z hukiem wiecznie wyszczerzony Billy Ring. Zatrzymał się przy fotelu Bonda.

– O rany! – zawołał z uciechą w głosie. – Stary Gold rzeczywiście zasunął im „głupiego Jasia”, nie? No fakt, szkoda, że paru z nich wybrało się akurat na przejażdżkę. Ale jak to powiadają? Nie zrobisz jajecznicy, jak nie rozbijesz jajek, tak?

Bond siłą rozciągnął usta do uśmiechu.

– Tak.

Ring ułożył swój makabryczny otwór gębowy w kształt litery „O”, wyartykułował rodzaj zdławionego chichotu i poszedł dalej.

Pociąg jechał wolniutko przez Brandenburg Station. Stosy zwłok. Kobiety, mężczyźni, dzieci, żołnierze… Perony były nimi usiane. Jedni leżeli na wznak, spoglądając martwo na zadaszenie, inni nurzali twarze w pyle, jeszcze inni spoczywali na boku. Bond usiłował znaleźć choć ślad jakiegoś ruchu, natknąć się na czyjś w miarę trzeźwy wzrok, zauważyć chociaż minimalny skurcz czyjejś ręki. Nic. Zaraz! Co to było?! Zza zamkniętego okna dobiegło go cichutkie, kocie zawodzenie. Przy kasie biletowej trzy dziecięce wózki. Obok nich, na ziemi, trzy kobiety. Oczywiście! Dzieci płaczące teraz w wózkach piły przecież mleko matek, a nie śmiercionośną wodę!

Złota Rączka wstał. Cały zespół Goldfingera również. Twarze Koreańczyków były wciąż niczym z kamienia, tylko ich oczy mrugały nieustannie jak ślepia nerwowych zwierząt. Niemcy pobledli i spochmurnieli. Nikt na nikogo nie patrzył. W milczeniu ustawili się rzędem w stronę wyjścia i czekali.

Bond poczuł na rękawie dłoń Tilly Masterton.

– Jesteś pewien, że oni tylko śpią? – zapytała drżącym głosem.

– Zdawało mi się, że widziałam coś… Coś w rodzaju piany na ustach niektórych z nich…

Agent też to zauważył. Piana miała różowa wy kolor.

– Pewnie jedli akurat jakieś cukierki, kiedy ich to dopadło. Wiesz, jacy są ci Amerykanie. Zawsze coś żują. Trzymaj się ode mnie z daleka – wymamrotał cicho. – Może dojść do strzelaniny.

– Spojrzał na nią uważnie, żeby sprawdzić, czy zrozumiała. Nie podnosząc wzroku, skinęła niemo głową.

– Będę z Pussy – wyszeptała kącikami ust. – Ona się mną zaopiekuje.

Dla dodania odwagi Bond posłał jej uśmiech.

– Dobrze – rzucił krótko.

Pociąg zastukotał miękko na łączach szyn i łagodnie wyhamował. Lokomotywa zagwizdała przeciągle. Trzasnęły drzwi i wszystkie oddziały wysypały się na peron bocznicy, gdzie zwykle przeładowywano złoto z Federalnej Skarbnicy USA.

Teraz wszystko potoczyło się z wojskową precyzją. Poszczególne drużyny formo wały się w szyki: najpierw uzbrojona w pistolety maszynowe szpica, potem noszowi mający za zadanie wynieść z budynku ciała strażników i pozostałych osób (obecnie gest zupełnie bez znaczenia, myślał Bond) dalej saperzy Goldfingera – dziesięciu ludzi z pękatym, opatulonym w brezent ładunkiem – dalej grupa rezerwowych kierowców oraz kontrolerzy ruchu, a za nimi pielęgniarki uzbrojone teraz w rewolwery. Pielęgniarki miały trzymać się z tyłu razem z silnie uzbrojonymi odwodami. Odwody zaś otrzymały rozkaz poskromienia nieoczekiwanego oporu ze strony tych, którzy, jak to ujął Goldfinger, „mogą się niechcący obudzić”.

Bond i Tilly zostali włączeni do grupy dowodzenia, w skład której wchodzili Goldfinger, Złota Rączka, Solo, Ring, Strap, Pussy Galore i Midnight. Mieli stacjonować na płaskich dachach dwóch lokomotyw. Zgodnie z planem lokomotywy wysunęły się nieco poza budynek bocznicy tak, że rozciągał się stamtąd doskonały widok na całość obiektu oraz na wszystkie drogi dojazdowe. Zadaniem agenta i dziewczyny było śledzenie przebiegu akcji na mapach, porównywanie jej tempa z założonym harmonogramem i sprawdzenie czasu na stoperze. Poza tym Bond musiał mieć oko na wszelkie wpadki i niedociągnięcia i natychmiast meldować o nich Goldfingerowi. Ten utrzymywał stałą łączność z dowódcami drużyn i za pomocą walkie-talkie miał korygować zauważone błędy. Chwilę przed wybuchem ładunku zamierzali skryć się za lokomotywami.

Lokomotywa zagwizdała dwa razy. Gdy Bond wspinał się z Tilly na dach, by zająć pozycję, szpica, a za nią pozostałe drużyny, przeskoczyła dwadzieścia jardów otwartego terenu dzielącego linię kolejową od Bullion Boulevard. Agent przysuwał się wolno do Goldfingera. Złotnik obserwował rozwój wydarzeń przez lornetkę; przy ustach trzymał mikrofon nadajnika umocowanego na piersi. Ale tuż obok sterczał Złota Rączka, rozdzielający ich jak potężna góra mięsa. Kompletnie nie zainteresowany tym, co się dzieje, ani na moment nie spuszczał wzroku z Bonda i dziewczyny.

Udając, że ogląda plastykowy mapnik i że zerka na stoper, Bond mierzył po kryjomu kąty i odległości. Spojrzał na pobliską grupę złożoną z czterech mężczyzn i kobiety. Zastygł w bezruchu, obserwując w najwyższym skupieniu rozgrywającą się przed nimi scenę.

– Są już za pierwszą bramą – rzucił podekscytowany Strap. Agent spojrzał na pole walki, ale ani na sekundę nie zaprzestał knucia swoich sekretnych planów.

Widok był w istocie niezwykły. Pośrodku pustej równiny wznosiła się niczym mauzoleum olbrzymia, przysadzista budowla o wypolerowanych granitowych ścianach, w której odbijały się promienie słońca. Nieco dalej, poza terenem należącym do skarbnicy, ulica Dixie Highway, Vine Grove i Bullion Boulevard zapchane były konwojami ciężarówek. Na pierwszym i na ostatnim pojeździe każdego konwoju powiewały flagi rozpoznawcze wskazujące, jaki gang dana grupa pojazdów reprezentuje. Kierowcy wozów leżeli pokotem poza zewnętrzną ścianą ochronną budowli, a przez bramę główną wlewał się do skarbnicy zdyscyplinowany potok oddziałów nadciągających od strony pociągu. Poza tą enklawą mrówczego ruchu panował absolutny bezruch i cisza, jak gdyby cała Ameryka wstrzymała oddech, wstrząśnięta ogromem i rozmachem przestępstwa. A wkoło ziemia usłana była trupami wojskowych, którzy padli tam, gdzie stali, zwłoki strażników, którzy legli przy swoich schronach, dzierżąc w rękach karabiny, ciałami dwóch plutonów żołnierzy ubranych w mundury polowe, którzy umarli przy barierze wewnętrznej. Nieszczęśnicy leżeli w koszmarnych, rozrzuconych to tu, to tam skupiskach, czasami jedni na drugich. Między Bullion Boulevard a bramą główną zderzyły się dwa pojazdy opancerzone i stały tam sczepione, podczas gdy lufa ciężkiego karabinu maszynowego jednego z nich celowała w puste niebo, a drugiego w ziemię. Z wieżyczki zwisało bezwładnie ciało kierowcy.

Bond szukał rozpaczliwie śladów życia, rozglądał się za jakimikolwiek śladami ruchu, za czymś, co powiedziałoby mu, że wszystko to jest tylko i wyłącznie jedną wielką pułapką. Nie znalazł niczego, dosłownie niczego. Nawet uliczny kot tam się nie zabłąkał, a z gąszczu tworzących prawdziwie teatralną dekorację do tej makabrycznej sztuki nie dobiegał go żaden dźwięk. Tylko tupot nóg oddziałów wypełniających swe zadania, zdyscyplinowana krzątanina, której odgłosy wkrótce także umilkły, bo podwładni złotnika dotarli już na wyznaczone rubieże.

– Wszyscy noszowi opuścić teren! Saperzy przygotować się! Zaczynamy! – powiedział do mikrofonu Goldfinger.

Osłona i noszowi rzucili się do wyjścia i kryli spiesznie za murem zewnętrznym. Zanosiło się na pięciominutową zwłokę, bo tyle trzeba było czasu na oczyszczenie pola dla drużyny saperów czekającej w zbitej gromadzie przy bramie głównej.

– Zaczynają pięć minut przed czasem – rzucił natychmiast Bond.

Goldfinger spojrzał na niego ponad ramieniem Koreańczyka.

W wyblakłych oczach króla zbrodni płonął ogień. Wbił w agenta wzrok i zza zaciśniętych zębów wydobyły się chropowate, zgrzytliwe słowa:

– Widzi pan, panie Bond? To ja miałem rację, nie pan. Jeszcze dziesięć minut i stanę się najbogatszym człowiekiem świata! Najbogatszym człowiekiem w historii! I co pan na to? – prychnął z pogardą.

– Powiem panu za dziesięć minut – odrzekł Bond tym samym tonem.

– Doprawdy? Może. – Goldfinger zerknął na czas i powiedział coś do mikrofonu. Saperzy ruszyli wyważonymi susami, dźwigając w splecionej ze sznurów sieci swój ciężki ładunek.

Złotnik spojrzał na grupkę ludzi stojącą na dachu drugiej lokomotywy i zawołał triumfalnie:

– Zostało nam tylko pięć minut, panowie! Potem musimy się ukryć! – Jego oczy znów wbiły się w Bonda i dodał cicho: – Pięć minut i się pożegnamy, panie Bond. Dziękuję panu za pomoc. Panu i pannie Masterton.

Nagle kątem oka Bond zauważył jakiś ruch. Coś się poruszało na tle nieba! Jakaś czarna, wirująca plamka! Wspięła się na najwyższy punkt trajektorii, zawisła tam na sekundę, a później eksplodowała z ogłuszającym hukiem petardy.

Serce skoczyło mu do gardła. Popatrzył przed siebie i zobaczył, jak trupy żołnierzy ożywają, jak lufy karabinów maszynowych na wieżyczkach sczepionych z sobą wozów pancernych biorą na cel bramę główną, by ją osłonić. Nie wiadomo skąd ryknął megafon: „Nie ruszać się! Złożyć broń”. Ale w tej samej chwili od strony oddziałów odwodowych padła pojedyncza seria beznadziejnego oporu i wówczas rozpętało się piekło.

Bond chwycił Tilly wpół i skoczył. Od peronu dzieliło ich dziesięć stóp. Agent złagodził upadek lewą ręką i energicznym wyrzutem bioder postawił dziewczynę na nogi. Kiedy puścił się biegiem wzdłuż pociągu, szukając osłony przy wagonach, usłyszał wrzask Goldfingera: „Złap ich i zabij!” Z dachu bryznęła seria z pistoletu maszynowego złotnika i pociski rozłupały chodnik tuż przy stopach Bonda. Lecz Goldfinger zmuszony był strzelać z lewej ręki! Nie, jego się agent nie obawiał, obawiał się Koreańczyka, bo gdy pędził jak oszalały, ciągnąc za sobą Tilly, słyszał z tyłu przytłumiony odgłos biegnących stóp.

Poczuł, jak dziewczyna szarpie go za rękę.

– Nie! Nie! Zatrzymaj się! Chcę być z Pussy! Z nią będę bezpieczna! – krzyknęła z wściekłością.

– Zamknij się, idiotko! – odwrzasnął. – I biegnij! Biegnij, aż padniesz! – Ale nie słuchała go i jej opór stawał się coraz silniejszy, tak że zmuszony był ją niemal wlec. Naraz wyrwała się i rzuciła długim susem w stronę otwartych drzwi wagonu. Chryste, pomyślał Bond, to już koniec! Wyciągnął zza pasa nóż i odwrócił się na spotkanie Złotej Rączki.

Koreańczyk znajdował się dziesięć jardów dalej. Nie zwolnił kroku, nie. Jednym płynnym ruchem zerwał z głowy swój absurdalny, ale jakże niebezpieczny melonik, błyskawicznie wymierzył i czarny, stalowy sierp zafurkotał w powietrzu. Jego krawędź trafiła Tilly w kark i dziewczyna osunęła się bez jęku na peron wprost pod nogi rozpędzonego potwora. Ten odbił się przed nieruchomą przeszkodą, wyprysnął w górę i runął na Bonda, celując nogami w głowę. Wysoko w powietrzu zmienił zamiar, poniechał ciosu stopami i spadł na agenta, tnąc lewą ręką jak mieczem. Bond zrobił unik i pchnął silnie nożem od dołu. Ostrze wbiło się gdzieś w pobliżu żebra, lecz impet olbrzymiego cielska wytrącił mu sztylet z dłoni. Usłyszał brzęk metalu na płytach peronu, ale nim zdążył się schylić, znów musiał stawić czoło szarżującemu prześladowcy. A ten, pozornie cały i zdrowy, walił na niego z wyciągniętymi do przodu rękami, tańczył, gotując się do następnego skoku lub ciosu. Oczy zaszły mu krwią, kipiał wściekłością, z otwartych, rozdyszanych ust ściekała mu stróżka śliny.

W ogłuszającą kanonadę strzałów przy stacji wdarł się naraz gwizd lokomotywy. Zagwizdała trzykrotnie. Złota Rączka wycharczał coś zjadliwie i skoczył. Bond rzucił się szczupakiem w bok, lecz oberwał czymś w ramię i potoczył się jak szmaciana kukła. Teraz, myślał leżąc na ziemi, teraz mnie wykończy jak nic! Zebrał się w sobie, stanął chwiejnie, wtulając głowę w ramiona, żeby zneutralizować cios. Ale cios nie padł i agent patrzył w oszołomieniu, jak Koreańczyk sadzi wielkimi susami w stronę lokomotywy.

Lokomotywa Goldfingera była już w ruchu. Złota Rączka zrównał się z nią i skoczył. Przez chwilę zwisał wczepiony szponami w drzwi, podczas gdy jego nogi szukały oparcia. Wreszcie wciągnął się na schodki i zniknął w środku. Ogromne, aerodynamiczne cielsko maszyny zaczynało nabierać szybkości.

Drzwi do biura zawiadowcy otworzyły się z trzaskiem. Bond usłyszał tupot biegnących szybko stóp i krzyk: „Santiago!” St James, okrzyk bojowy Corteza, który Leiter przypisał kiedyś żartobliwie Bondowi!

Agent odwrócił się. Płowowłosy Teksańczyk ubrany w panterkę oddziałów Marines pamiętającą jeszcze czasy wojny gnał ku niemu na czele dwunastu ludzi odzianych w polowe mundury koloru khaki. Stalowym hakiem, którego używał zamiast dłoni, dźwigał bezodrzutową bazookę. Bond wybiegł mu naprzeciw.

– Zostaw mojego lisa, skurczybyku! – zawołał. – Dawaj to!

– Wyrwał bazookę z rąk Leitera i rzucił się na ziemię, szeroko rozkładając nogi. Lokomotywa Goldfingera znajdowała się dwieście jardów dalej, zaraz miała wjechać na wiadukt nad Dixie Highway.

– Uwaga z tyłu! Odsunąć się! – krzyknął Bond, żeby nikt nie nadział się na płomień odrzutu. Trzasnął bezpiecznikiem i starannie wymierzył broń. Strzał. Bazooka drgnęła lekko, gdy dziesięciofuntowy pocisk przeciwpancerny opuścił lufę. Zaraz potem zobaczyli błysk i obłoczek niebieskawego dymu, który wykwitł z tyłu uciekającej lokomotywy. Posypało się trochę szczątków rozłupanej blachy, maszyna minęła wiadukt i zniknęła za zakrętem.

– Całkiem nieźle jak na świeżego rekruta! – skonstatował Leiter. – Rozwaliłeś mu pewnie zadni silnik, ale te cholery mają drugi z przodu. Pociągnie dalej na jednym.

Bond wstał i uśmiechnął się ciepło, patrząc Leiterowi w jego ciemnoszare, drapieżne oczy.

– Ty ofermo nieuleczalna! – rzekł uszczypliwie. – Dlaczego nie zablokowałeś tamtej linii?

– Słuchaj, palancie. Jak masz jakieś zażalenia, to wal z tym do samego prezydenta. Prezydent dowodzi tą operacją osobiście i idzie mu to jak po maśle. Gdzieś tam nad nami wisi samolot zwiadowczy, kapujesz? Przyuważą lokomotywę i jeszcze przed południem twój Goldzi-śmoldzi będzie kiblował. Skąd u diabła miałem wiedzieć, że ten sukinsyn nie ruszy się z pociągu? – Zmienił temat i wyrżnął Bonda między łopatki. – Kurde, cieszę się, że cię widzę, stary! Mnie i moich ludzi wyznaczyli do twojej ochrony, kapujesz! Latamy w kółko, szukamy Bonda, a w nagrodę za nasze trudy raz po raz ktoś do nas wali – to tamci, to nasi. Prawda, chłopaki?

Żołnierze roześmieli się.

– Ta jes, panie kapitanie.

Bond popatrzył z tkliwością na Teksańczyka, z którym dzielił trudy tylu przygód.

– Bóg ci zapłać, Felix – rzekł poważnie. – Jeśli chodzi o ratowanie mojego życia, zawsze byłeś niezastąpiony. Tym razem ledwo się wyrobiłeś. Jeszcze trochę i… Boję się, że Tilly Masterton nikt już nie pomoże. – Ruszył wzdłuż pociągu. Krok za nim szedł Leiter. Tilly leżała dokładnie tam, gdzie osunęła się po ciosie Koreańczyka. Bond ukląkł przy jej drobnym ciele. Rzucił okiem na głowę. Odchylała się nienaturalnie w bok, jak głowa lalki, której skręcono kark. Sprawdził puls. Wstał. – Biedna, głupiutka kretynka – powiedział cicho. – Tak nie lubiła mężczyzn… – Spojrzał na Leitera. – Felix, wyciągnąłbym ją z tego, gdyby mnie tylko posłuchała – usprawiedliwił się.

Leiter nic nie zrozumiał. Położył rękę na ramieniu Bonda.

– Jasne, jasne. Nie przejmuj się, stary… – Odwrócił się do swoich ludzi. – Dwóch do mnie. Weźcie dziewczynę i zanieście ją do biura, tam. O’Brien, ty leć po karetkę. Jak już ją ściągniesz, wpadnij na stanowisko dowodzenia i złóż raport. Powiedz, że mamy kapitana Bonda i że zaraz tam będziemy.

Agent stał i patrzył na to, co było kiedyś Tilly Masterton. Kupa ubrania, ciało bez lokatora… Patrzył i widział bystrą, dumną dziewczynę w chusteczce w groszki pędzącą swoim triumphem. Tilly już nie ma.

Wysoko nad jego głową piął się w niebo mały, wirujący punkcik. Zastygł w bezruchu na szczycie paraboli i eksplodował z ostrym hukiem. Ogłoszono zawieszenie broni.

22. Ostatni podstęp

Dwa dni później Felix Leiter gnał na złamanie karku czarnym studibuickiem po moście Triborough, manewrując między sunącymi leniwie samochodami. Do odlotu mieli mnóstwo czasu – agent leciał wieczornym serwisem Monarch linii BOAC do Londynu – ale Leiter chciał za wszelką cenę udowodnić Bondowi, że amerykańskie wozy są, wbrew temu, co Bond o nich myślał, znakomite.

Stalowym hakiem wystającym z prawego ramienia zredukował do dwójki i niziutki, czarny studillac wyprysnął do przodu, kierując się w wąską lukę między jakąś ogromną chłodnią a pełznącym wolno oldsmobilem, którego tylna szyba zalepiona była niemal całkowicie naklejkami z wakacji.

Siła odśrodkowa wytworzona przez trzystukonny silnik wgniotła Bonda w fotel i zacisnęła mu szczęki. Kiedy cudem udało się im wjechać w wypatrzoną lukę i kiedy umilkło za nimi wściekłe trąbienie, Bond powiedział:

– Mój drogi, najwyższy czas, żebyś skończył wreszcie z tymi zabawkami i kupił sobie coś szybkiego. Chcesz jeździć prędko? Oczywiście, a takie pyrkanie tylko cię postarza. Któregoś dnia zaczniesz powoli kitować. Bezruch zabija.

Leiter roześmiał się.

– Widzisz to zielone światło przed nami? Założysz się, że zdążę je przeskoczyć? – Wóz wystrzelił do przodu jak z katapulty i w życiorysie Bonda pojawiła się kilkunastosekundowa luka wypełniona jedynie niejasnym uczuciem szybowania w powietrzu, mglistym obrazem ściany samochodów, rozstępującej się przed oszalałą kakofonią trój tonowego sygnału studillaca i widokiem strzałki szybkościomierza oscylującej w pobliżu dziewięćdziesiątki. Potem wróciła mu pełna świadomość i oto skrzyżowanie było już za nimi, a wóz Leitera sunął spokojnie środkowym pasem jezdni.

– Natkniesz się, bracie, na gliniarza-formalistę i twoja pinkertonowska legitymacja guzik ci pomoże – odezwał się Bond opanowanym głosem. – Rozumiesz, przymkną cię nie za to, że tak się wleczesz, tylko za to, że blokujesz ruch. Wiesz, jaki wóz by ci się nadał? Piękny, stary rolls Silver Ghost z wielkimi oknami, żebyś mógł sobie podziwiać widoczki podczas wycieczki na wieś. – Gestem ręki wskazał cmentarzysko starych samochodów, które mijali po prawej. – Wyciągniesz maksymalnie pięćdziesiątkę, kapujesz? Wciśniesz hamulec, a to cudo stanie ci w miejscu; a może się nawet w biegu cofnie. Sygnał, bracie, na gumową gruszkę. Cacko. Pasuje jak znalazł do twego siedzącego trybu życia. I chyba będą takiego rollsa niedługo sprzedawali – wóz Goldfingera. A tak przy okazji, co się u diabła z nim stało? Nie macie go jeszcze?

Leiter spojrzał na zegarek i zjechał na lewy pas. Zmniejszył prędkość do czterdziestki i przyznał poważnie:

– Prawdę mówiąc, trochę się tym wszystkim martwimy, James.

Gazety wyżywają się na nas jak cholera. No, może nie na nas, głównie na łebkach Hoovera. Najpierw się przychrzaniali, bo wkurzały ich te wszystkie środki bezpieczeństwa, jakie przedsięwzięliśmy w związku z twoją osobą. Ale, kurde, przecież nie mogliśmy wszem i wobec rozgłosić, że taki jeden facet w Londynie, niejaki M., piekielnie na to nalegał, nie? No i się mszczą. A że to niby ruszamy się jak muchy w smole, a że to, że tamto. – Głos mu sposępniał, skruszał. – Prawda jest taka, James, że nie mamy pojęcia, co jest grane. Znaleźli lokomotywę. Okazało się, że Goldfinger ustawił urządzenia sterujące w ten sposób, że maszyna turlała się cały czas trzydziestką. Gdzieś na trasie po prostu wyskoczył. On, Koreańczycy, ta Pussy Galore i czterech bandziorów, bo ci też jakby pod ziemię się zapadli. Jasne, znaleźliśmy jego ciężarówki, cały konwój. Stały przy autostradzie, na wschód od Elizabethwille. Wszystkich kierowców wcięło, kapujesz? Najpierw rozproszyli się po okolicy tak samo jak silna paczka Goldfingera. Nie dotarli do tego rosyjskiego krążownika w Norfolk, nie. Obstawiliśmy okręt tajniakami, a ci donieśli, że Swierdłowsk odpłynął o czasie i że na pokład nie wszedł nikt obcy. Nawet kot się nie wślizgnął do tych magazynów nad East River, gdzie cię trzymali, nikt też nie pojawił się w Idlewild, nikt nie zawitał ani na granicę meksykańską, ani kanadyjską. Założę się o cały mój szmal, że Jed Midnight zdołał przemycić ich jakoś na Kubę. Jeśli załadowali się na dwie, trzy ciężarówki z konwoju i pędzili na złamanie karku, mogli dotrzeć następnego dnia rankiem na Florydę, bo ja wiem, do Daytona Beach na przykład. A Midnight ma tam cholernie zgraną pakę. Straż nabrzeżna i siły lotnicze włączyły do akcji cały sprzęt pływający i latający, kapujesz, ale dalej nic. Z drugiej strony patrząc, mogli przywarować gdzieś za dnia i nocą dać nogę na Kubę, nie? Wszyscy się martwią, James, i żadna pociecha w tym, że prezydenta regularnie trafia szlag.

Cały wczorajszy dzień Bond spędził w Waszyngtonie, gdzie stąpał po najgrubszych, najwspanialszych i najbogatszych dywanach najważniejszych urzędów. Tak więc były przemówienia u notabli z mennicy, potem wielki lunch w towarzystwie galowych mundurów w Pentagonie, pełen zażenowania kwadrans z prezydentem USA, a reszta dnia minęła na harówce w FBI, gdzie za kompanów miał bandę stenografów Hoovera i swego kumpla z posterunku „A”. Na koniec piętnaście minut energicznej pogawędki z M., z którym rozmawiał z ambasady, przy włączonych urządzeniach zakłócających ewentualny podsłuch. M. opowiedział mu, jak wyglądała sprawa z jego punktu widzenia. Otóż zgodnie z oczekiwaniami Bonda telegram Goldfingera do Universal Export potraktowano jak ewidentny sygnał ostrzegawczy. Fabryki w Reculver i w Coopet zostały przeszukane i znaleziono niezbędne dowody na to, czym zajmował się złotnik. Powiadomiono rząd Indii o lecącym akurat do Bombaju samolocie linii Mecca i ta część operacji miała się już ku szczęśliwemu końcowi. Szwajcarska Brygada Specjalna szybko zlokalizowała samochód Bonda i błyskawicznie ustaliła trasę, którą agenta i Tilly Masterton uprowadzono do Stanów, lecz w Idlewild FBI straciła ślad. M. zdawał się być zadowolony ze sposobu, w jaki Bond rozegrał WIELKIEGO SZLEMA, ale dodał także, iż Bank Anglii ciągle go molestuje o dwadzieścia milionów funtów w złocie, które Goldfinger przeszmuglował z kraju. Okazało się, że ten geniusz zbrodni zgromadził wszystko w banku Paragon Safe Deposit Co w Nowym Jorku, ale w dniu „D-l”, czyli w dniu poprzedzającym WIELKIEGO SZLEMA, wycofał kruszec co do uncji i wraz ze swymi ludźmi wywiózł go krytą ciężarówką. Bank Anglii ma już rozporządzenie królewskie, by czynić starania o zajęcie złota, gdy tylko zostanie odnalezione. Trzeba będzie wówczas udowodnić, że kruszec ten wywieziono z Anglii nielegalnie albo przynajmniej starać się dowieść, że jest to złoto, które pochodzi z przemytu, a którego wartość uległa później zwielokrotnieniu dzięki różnym ciemnym interesom Goldfingera. Lecz tym zajmują się obecnie Ministerstwo Skarbu USA i FBI, a ponieważ M. nie miał w tym zakresie kompetencji na terytorium Stanów Zjednoczonych, niech Bond wraca lepiej od razu do Londynu, żeby pomóc rozgarnąć się we wszystkim po drugiej stronie Atlantyku. Ach tak, jeszcze jedno. – M. stał się pod koniec rozmowy gburowato burkliwy. – Do premiera wpłynęła nadzwyczaj uprzejma prośba o to, by udzielić Bondowi pozwolenia na przyjęcie amerykańskiego Orderu Zasługi. Oczywiście M. zmuszony był wyjaśniać za pośrednictwem premiera, że agenci służb tajnych nie bawią się w takie rzeczy, a szczególnie już nie przyjmują odznaczeń od obcych mocarstw – bez względu na to, jak przyjacielsko nastawione są te mocarstwa. To przykre, powiedział premierowi, ale Bond zna reguły gry i niczego innego się nie spodziewa. Agent zakończył rozmowę, zgadzając się z M. w całej rozciągłości, dziękując mu bardzo za wszystko i obiecując, że złapie pierwszy samolot do Londynu.

I teraz, gdy jechali spokojnie po autostradzie Van Wyck, Bond czuł w duchu pewien niedosyt i niezadowolenie. Kto lubi zostawiać sprawy nie dokończone? Nie ujęto żadnego z gangsterskich szefów, a on zawalił w sumie dwie misje, jakimi go obarczono: nie schwytał Goldfingera i nie odzyskał angielskiego złota. Ciut, ciut, a operacja WIELKI SZLEM poszłaby jak z płatka. Beechraft stał na lotnisku dwa dni, nim wreszcie ktoś się samolotem zainteresował i posłał na jego pokład personel sprzątający. Człowiek, który znalazł pojemniczek Bonda, dotarł do agencji Pikertona na pół godziny przed wyjściem Leitera, a Leiter wybierał się właśnie na zachodnie wybrzeże w związku z jakąś wielką aferą na wyścigach. No, ale potem rzeczywiście w Leitera jakby piorun strzelił: najpierw do szefa, później do FBI i do Pentagonu. Kontakt z M. plus fakt, że Hoover znał wyczyny Bonda i sprawa wylądowała na biurku prezydenta Stanów Zjednoczonych zaledwie w godzinę po tym, jak Leiter przystąpił do działania. Dalej pozostawała już tylko kwestia zorganizowania gigantycznej podpuchy, w której uczestniczyli w ten czy inny sposób wszyscy mieszkańcy Fortu Knox. Stosunkowo łatwo udało się przechwycić dwóch „Japończyków”, a laboratorium wojskowe zajmujące się broniami chemicznymi potwierdziło, że niecałe dwa litry środka „GB” znalezione w ich walizeczkach w butelkach po dżinie wystarczyłyby do wymordowania całego miasta. Obu „Japończyków” wzięto natychmiast na szybkie i nader ostre maglowanie, a ci skwapliwie wyjawili treść i formę telegramu, jaki mieli wysłać do Goldfingera. Telegram poszedł. Następnie postawiono wojsko w stan pogotowia bojowego. Wszelki ruch kołowy i powietrzny do Fortu Knox zatrzymywano i zawracano. Bez przeszkód poruszały się jedynie ciężarówki z konwojów Goldfingera. Resztę załatwiły wiernie odegrane role i szczegółowy scenariusz, który uwzględniał nawet takie detale jak różowa piana na ustach zmarłych oraz płaczące niemowlaki – reżyserzy sądzili, że nada to scenerii cech większego prawdopodobieństwa.

Tak, jeśli idzie o Waszyngton, cała afera zakończyła się wyjątkowo pomyślnie, ale co z Anglią? Kogo w Stanach obchodziło złoto należące do Banku Anglii? Kogo obchodziło, że dwie Angielki zostały w związku z tą sprawą zamordowane? Teraz, kiedy amerykańskie złoto było już bezpieczne, kogo tak naprawdę obchodziło, że Goldfinger znajdował się wciąż na wolności?

Przecięli niespiesznie monotonną równinę Idlewood, i zostawiwszy za sobą zręby stalowo-betonowych konstrukcji, które pewnego dnia spłacą dziesięciomilionowy kredyt, stając się wielkim lotniskiem, zaparkowali przed bezładnym labiryntem pudełkowatych budyneczków. Bond znał je doskonale. Dobiegły ich dobrze ułożone, elektroniczne głosy: „Pan American World Airways ogłasza odlot samolotu rejs numer PA 100, President Flight”, „TWA prosi o kontakt kapitana Murphy’ego. Kapitan Murphy proszony jest o kontakt”. Angielka o idealnej dykcji cyzelująca każdą spółgłoskę, zawiadomiła oczekujących, że „BOAC ogłasza lądowanie samolotu rejs numer BA 491 z Bermudów”, po czym dodała, że „pasażerowie opuszczą samolot wyjściem numer dziewięć”.

Bond wziął torbę i zaczął żegnać się z Lei terem.

– No i tak… – powiedział. – Dzięki za wszystko, Felix. Pisz codziennie.

Leiter uścisnął mu energicznie dłoń.

– Jasne, stary, jasne. I nie przejmuj się tak życiem. Powiedz temu staremu palantowi M., żeby cię tu szybko wysłał. Następnym razem trochę sobie odpuścimy, dobra? Czas, żebyś odwiedził mnie w rodzinnych stronach, w Teksasie. Poznasz mój szyb naftowy, ha! No, trzym się. Cześć.

Leiter wsiadł do samochodu i szybko odjechał z parkingu dla odprowadzających. Bond uniósł rękę. Studillac wpadł w kontrolowany poślizg przy wjeździe na główną drogę, agent ujrzał na chwilę pożegnalny błysk stalowego haka za oknem, a potem wóz zniknął za zakrętem.

Bond westchnął. Schylił się po torbę i ruszył w stronę kasy biletowej BOAC.

Tolerował lotniska pod warunkiem, że był na nich sam. Do odlotu miał jeszcze pół godziny i z przyjemnością wmieszał się w kłębiący się tłum. W restauracji wychylił bourbona z wodą sodową, a w księgarni spędził trochę czasu, nim wybrał coś odpowiedniego do czytania. Kupił w końcu Współczesne podstawy golfa Bena Hogana, do tego ostatni kryminał Chandlera, po czym wszedł do sklepu z pamiątkami, żeby rozejrzeć się za czymś dowcipnym dla swojej sekretarki.

W megafonach systemu nagłośniającego zabrzmiał nagle głos męski i wyczytał długą listę pasażerów lotu Monarch, którzy winni stawić się przy kasie biletowej. Dziesięć minut później, kiedy agent płacił za jeden z najnowszych i jednocześnie najdroższych modeli długopisów usłyszał, jak wywołują jego nazwisko. „Pan James Bond, pasażer lotu Monarch, BOAC, rejs numer 510 przez Gander do Londynu, proszony jest o zgłoszenie się do kas biletowych linii BOAC. Powtarzam, pan James Bond…” Na pewno znów chodzi o to piekielne zeznanie podatkowe, pomyślał. Chcą wiedzieć, ile zarobił w czasie pobytu w Stanach. Dla zasady Bond nigdy nie odwiedzał urzędu skarbowego w Nowym Jorku, nie starał się o żadne papierki i tylko raz zdarzyło mu się wykłócać o to na lotnisku w Idlewild. Wyszedł ze sklepu i udał się do stanowiska BOAC.

– Czy mogę prosić o pańską kartę zdrowia, panie Bond? – zapytał uprzejmie urzędnik.

Agent wyjął dokument z paszportu i wręczył go tamtemu. Urzędnik obejrzał ją dokładnie i powiedział.

– Bardzo mi przykro, panie Bond, ale w Gander zanotowano przypadek tyfusu i tamtejsze władze nalegają, żeby zaszczepić wszystkich pasażerów lecących tranzytem. To znaczy tylko tych, którzy w ciągu ostatnich sześciu miesięcy nie byli szczepieni. Pan nie był. To niezmiernie irytujące, sir, zdaję sobie z tego sprawę, ale ci z Gander są okropnie przeczuleni na tym punkcie. Szkoda, że wieje zbyt silny wiatr czołowy i że nie udało się nam zorganizować lotu non stop. Bardzo pana przepraszamy.

Bond nienawidził szczepień.

– Posłuchaj no pan – rzucił rozeźlony. – Cały jestem naszpikowany różnymi świństwami. Od dwudziestu lat nic innego nie robię tylko faszeruję się to tym, to tamtym! – Rozejrzał się wkoło. W pobliżu wyjścia dla pasażerów BOAC było podejrzanie pusto. – A co z innymi? – spytał. – Gdzie inni pasażerowie?

– Wszyscy się zgodzili, proszę pana. Właśnie się szczepią. Nie zabierze to panu dużo czasu. Pozwoli pan tędy.

Bond wzruszył niecierpliwie ramionami i ruszył za urzędnikiem. Wszedł za ladę, przekroczył próg otwartych drzwi i znalazł się w biurze kierownika oddziału BOAC na lotnisku Idlewild. Zastał tam lekarza w masce zasłaniającej pół twarzy. Ubrany na biało, trzymał już w ręku przygotowaną strzykawkę.

– Ostatni klient? – spytał urzędnika z BOAC.

– Tak, panie doktorze.

– Dobra. Proszę zdjąć marynarkę i podwinąć lewy rękaw. Strasznie wrażliwi są ci z Gander, prawda?

– Cholernie – zgodził się Bond. – Czego oni się tak boją? Że im zawleczemy jakąś dżumę, czy co?

Ostry zapach spirytusu, ukłucie igły.

– Dzięki – burknął Bond. Opuścił rękaw i sięgnął po marynarkę wiszącą na oparciu krzesła. Sięgnął raz – ręka przeszła obok. Sięgnął drugi raz – ręka znów przeszła obok. Sięgnął jeszcze raz i jeszcze raz, wciąż chybiając, aż ręka powędrowała w dół, głęboko, coraz głębiej w dół, ku podłodze. Jego ciało runęło w ślad za nią.

***

W kabinie paliły się wszystkie światła. Pasażerów nie było chyba zbyt wielu. Tak mu się przynajmniej zdawało. To dlaczego u licha musiał siąść z facetem, który rozwalał się jak wieprz, kładąc łapę na podpórce dzielącej fotele?! Chciał wstać i przesiąść się na inne miejsce. Ogarnęły go mdłości. Zamknął oczy i odczekał chwilę. Co się dzieje?! Nigdy w samolocie nie chorował! Czuł, jak z czoła ścieka mu pot. Chusteczka, gdzie chusteczka? Trzeba otrzeć twarz. Otworzył oczy i spojrzał na swoje ręce. Były przywiązane w nadgarstkach do fotela. Co jest grane!? Dostał zastrzyk i zasłabł? Stracił przytomność? Wpadł w szał?! Co do diabła to wszystko znaczy?! Zerknął w prawo i wytrzeszczył z przerażenia oczy. Po prawej stronie siedział Złota Rączka! Złota Rączka! Upiorny Koreańczyk w mundurze linii lotniczych BOAC!

Koreańczyk spojrzał na niego bez zbytniego zainteresowania i sięgnął do przycisku dzwonka. Za przepierzeniem pentry rozległo się miłe dla ucha, harmoniczne bim-bom. Obok fotela usłyszał szelest materiału. Podniósł wzrok. Stała przy nim Pussy Galore! Przyczesana, schludna Pussy Galore w niebieskim mundurku stewardesy BOAC!

– Cześć, przystojniaczku – powiedziała i posłała mu głębokie, badawcze spojrzenie, które doskonale znał, znał od tak dawna… Właśnie, od jak dawna…? Od wieków, od czasów poprzedniego wcielenia.

– Chryste, co się tu dzieje? – spytał, doprowadzony niemal do rozpaczy. – Skąd się tu wzięliście?! Co tu robicie?!

– Jemy kawior i popijamy szampana – odrzekła wesoło. – Dwadzieścia tysięcy stóp nad ziemią wy, Anglicy, rzeczywiście żyjecie jak książęta. Ani śladu brukselki, a jeśli jest gdzieś tu herbata, to ja jej nie mogę znaleźć. A teraz spokojnie, przystojniaczku. Wujaszek chce z tobą gadać. – Kręcąc biodrami, odeszła niespiesznie i zniknęła za drzwiami kabiny.

Po chwili drzwi otworzyły się ponownie. Bonda już nic nie mogło zdziwić. W progu stanął… Goldfinger w trochę zbyt obszernym mundurze kapitana linii BOAC. Włożył czapkę na czubek głowy, zamknął za sobą drzwi i ruszył w stronę agenta.

– I cóż, panie Bond… – Spoglądał na niego ponuro. – Widać los każe nam rozegrać tę grę do końca. Ale tym razem nie wyciągnie pan karty z rękawa! Ha! – szczeknął ni to ze złością, ni z szacunkiem, ni ze stoickim opanowaniem. – O tak, bezwzględnie, okazałeś się pan czarną owcą w moim stadzie. – Pokręcił wielką głową. – Dlaczegóż darowałem panu życie! Dlaczego nie rozgniotłem pana jak pluskwy! Tak, przydaliście się mi, pan i ta dziewczyna. Co do tego się nie myliłem. Ale szaleństwem było podejmowanie takiego ryzyka! Szaleństwem! – Zniżył gwałtownie głos, zaczął mówić wolniej. – Niech pan powie, panie Bond, jak pan tego dokonał? Jak nawiązał pan z nimi kontakt?

– Pogadamy, Goldfinger, zgoda, pogadamy – odparł agent tym samym tonem. – Zdradzę panu coś niecoś. Ale przedtem odwiąż mnie pan od fotela, skombinuj pan butelkę bourbona, lód, wodę sodową i paczkę chesterfieldów. Potem odpowiesz pan na kilka moich pytań i wówczas zdecyduję, co panu sprzedać. Jak sam pan zauważył, moja sytuacja jest kiepska, dlatego nie mam nic do stracenia. Jeśli chcesz coś ze mnie wyciągnąć, ja będę stawiał warunki.

Goldfinger przyglądał mu się z poważną twarzą.

– Zgadzam się. Mam szacunek dla pańskich zdolności, szanuję pana jako przeciwnika, dlatego swoją ostatnią podróż odbędzie pan w komfortowych warunkach. Złota Rączko – rozkazał ostro – zadzwoń po pannę Galore i rozwiąż mu ręce. Usiądź w fotelu przed nim. Z tyłu samolotu nie jest groźny, ale pod żadnym pozorem nie może zbliżyć się do kabiny. Jeśli zajdzie taka potrzeba, zabij go, natychmiast. Wolałbym jednak dowieźć go do celu naszej podróży żywcem. Zrozumiałeś?

– Tkchsrr.

Pięć minut później Bond dostał to, czego sobie życzył. Opuszczono przed nim stolik, a na nim zjawiła się whisky i papierosy.

Nalał sobie mocnego bourbona. Goldfinger usadowił się po drugiej stronie przejścia i cierpliwie czekał. Agent podniósł szklaneczkę i wysączył z niej nieco trunku. Zamierzał właśnie pociągnąć solidny łyk, gdy wtem coś przykuło jego uwagę. Postawił delikatnie szklankę tak, żeby cienka papierowa serwetka służąca za podstawkę nie odkleiła się od jej dna. Zapalił papierosa, znów wziął do ręki drinka, wyjął kostki lodu i wrzucił je do pojemnika. Potem opróżnił szklaneczkę prawie do końca i dopiero teraz, przez grube szkło, był w stanie odczytać słowa napisane na serwetce. „Jestem po twojej stronie. XXX.P.” Bond ostrożnie odstawił szklankę na miejsce. Odwrócił się do Goldfingera i rozsiadł wygodniej.

– Zaczynajmy więc – powiedział. – Po pierwsze, co pan zamierza zrobić? Po drugie, jak zdobyliście ten samolot? Po trzecie, jakim lecimy kursem?

Goldfinger założył nogę na nogę. Odwrócił wzrok i przesunął oczami po rzędach pustych foteli.

– Załadowałem się na trzy ciężarówki, ruszyłem przez Amerykę i zatrzymałem się dopiero w pobliżu Cape Hatteras – odpowiedział lekkim, konwersacyjnym tonem. – Jedna ciężarówka wiozła moje złoto, dwie pozostałe rezerwowych kierowców, paru Koreańczyków i tych gangsterów. Nikt z nich nie był mi potrzebny. Nikt oprócz Pussy Galore. Dlatego zatrzymałem tylko najniezbędniejszych. Pozostałym wypłaciłem spore sumki i pozbyłem się wszystkich, wyrzucając ich osobno wzdłuż trasy. Na wybrzeżu, w odludnym miejscu, odbyłem z tymi czterema bandytami małą konferencję. Pannę Galore zatrzymałem pod jakimś pretekstem przy ciężarówkach. Zastrzeliłem całą czwórkę w ulubiony przeze mnie sposób – każdemu po kulce w łeb. Wróciłem do konwoju i wyjaśniłem, że szefowie gangów wybrali pieniądze i że postanowili uciekać na własną rękę. Zostało mi tylko sześciu ludzi, dziewczyna i moje złoto. Wynająłem samolot i polecieliśmy do Newark w New Jersey. Obsłudze powiedziałem, że skrzynie ze złotem zawierają ołów do produkcji klisz rentgenowskich. Z Newark udałem się pod pewien adres w Nowym Jorku, skąd odbyłem rozmowę radiową z Moskwą. Wyjaśniłem im przyczyny niepowodzenia operacji WIELKI SZLEM i wspomniałem przy okazji pańskie nazwisko. – Goldfinger urwał i spojrzał twardo na Bonda. – Moi przyjaciele, których, jak przypuszczam, pan zna, wybrali dla swej organizacji dość wymowną nazwę – SMIERSZ. Oczywiście skojarzyli sobie pana nazwisko i uświadomili mnie, kim pan jest. Wówczas od razu zrozumiałem wiele rzeczy, których przedtem zrozumieć nie mogłem. Moi przyjaciele powiedzieli mi, że chętnie by pana przesłuchali. Rozważyłem to sobie i szybko obmyśliłem plan, który, jak pan widzi, udało mi się zrealizować. Podając się za pańskiego dobrego znajomego, bez trudności dowiedziałem się, na jaki lot ma pan rezerwację. Trzech z moich ludzi latało niegdyś w Luftwaffe. Zapewnili mnie, że prowadzenie takiej maszyny nie nastręczy im żadnych kłopotów. Reszta to już detale. Wyrachowany blef, podszywanie się pod odpowiednich ludzi, niezbędna dawka przemocy fizycznej i cały personel BOAC na lotnisku Idlewild, tudzież wszyscy pasażerowie oraz załoga, otrzymał konieczne zastrzyki. Właśnie w tej chwili się po nich budzą. Przebraliśmy się w mundury nieprzytomnych pilotów, złoto załadowano na pokład, uśpiliśmy pana i wynieśliśmy na noszach. O regulaminowym czasie nowa załoga BOAC, łącznie ze stewardesą, weszła do samolotu, no i lecimy. – Goldfinger urwał i machnął niecierpliwie ręką. – Jak najbardziej, mieliśmy małe trudności. Kazali nam „kołować Alfą na czwórkę” i tylko dzięki temu, że toczyliśmy się za jakąś maszyną linii KLM, udało nam się z tego wykaraskać. Manewr kołowania na lotnisku w Idlewild nie jest sprawą prostą i brano nas pewnie za niedoświadczone łamagi. Ale, panie Bond, pewność siebie, mocne nerwy, bezczelność i umiejętność rozstawiania ludzi po kątach bez trudności przełamią wahania wszelkich urzędasów, zwłaszcza tych mniejszego kalibru. Od radiooperatora wiem, że niedawno rozpoczęto akcję poszukiwawczą. Usiłowali nas rozgryźć, jeszcze zanim opuściliśmy strefę VHF nad Nantucet. Potem zainteresował się nami system wczesnego ostrzegania i namierzyli nas falami radiowymi o wysokiej częstotliwości. Lecz to bez znaczenia. Mamy dość paliwa. Moskwa załatwiła nam już swobodny przelot do Berlina Wschodniego, do Kijowa lub Murmańska. Kurs wybierzemy zależnie od warunków pogodowych. Nie powinno być żadnych kłopotów. Jeśli będą, zawsze coś tam wymyślę i pogadam z nimi przez radio. Nikt nie zestrzeli chyba cennego samolotu linii lotniczych BOAC! Sprzyjać nam będzie zamęt, chaos i brak możliwości stuprocentowej identyfikacji, panie Bond. A kiedy przekroczymy granice obszaru powietrznego Związku Radzieckiego, znikniemy rzecz jasna bez najmniejszego śladu. Od chwili gdy poznał szczegóły operacji WIELKI SZLEM, Bond wierzył w najbardziej fantastyczne, najmniej możliwe z możliwych do wykonania planów, które obmyślał złotnik. Uprowadzenie Stratocruisera w opisany przez Goldfingera sposób graniczyło z niedorzecznością, lecz czyż mniej niedorzeczne były sposoby, w jakie przemycał złoto? Czyż mniej absurdalną metodą nabył głowicę jądrową? Kiedy się te wszystkie plany analizowało, kiedy traktowało się je jak ćwiczenie z logiki, dostrzec w nich było można coś bajkowo niezwykłego, zobaczyć rękę geniusza. Przejrzał za to ich ogrom i rozmach. Nawet tak drobne oszustwo jak wymanewrowanie Du Ponta na Florydzie – jakże kapitalnie pomyślane! Nie ulegało wątpliwości – Goldfinger był artystą, profesorem w katedrze zbrodni, naukowcem na swym polu tak wielkim, jak wielkimi byli Cellini czy Einstein na swoim.

– No i cóż, panie Bond, panie agencie Secret Service? Coś między sobą uzgodniliśmy, prawda? Co mi pan powiesz? Kto pana nasłał? Co podejrzewaliście? Jak zdołał pan pokrzyżować mi plany? – Goldfinger oparł się wygodnie, splótł na brzuchu ręce i wbił wzrok w sufit.

Bond sprzedał mu okrojoną, lecz prawdziwą wersję całej akcji. Nie wspomniał ni słowem ani o SMIERSZ-u, ani o zlokalizowaniu skrytki kontaktowej. Nie zdradził też tajemnicy urządzenia naprowadzającego, które zainstalował w rollsie, bo Rosjanie mogli jeszcze czegoś takiego jak Homer nie mieć. Zakończył tak:

– Jak widzisz, Goldfinger, ledwo ci się udało. Gdyby nie Tilly Masterton, gdyby w Genewie nie wpakowała się w całą tę aferę, już byś siedział. Siedziałbyś sobie w szwajcarskiej ciupie i dłubałbyś w zębach, czekając na ekstradycję do Anglii. Ty nie doceniasz Brytyjczyków, Goldfinger. Może i są powolni, lecz zawsze osiągają cel. Sądzisz, że w Rosji będziesz tak zupełnie bezpieczny? Nie byłbym tego taki pewny. Wyciągaliśmy już stamtąd ludzi. A teraz zapisz w swojej księdze ostatni aforyzm: „Nigdy nie czyń szkody Anglii i Anglikom”.

23. Kuracja „C i M”

Cicho mrucząc, Stratocruiser płynął hen, wysoko, poza zasięgiem wszelkiej pogody i niepogody, ponad księżycowo srebrzystym bezkresem. Światła zgasły. Bond siedział nieruchomo w ciemności i pocił się na myśl o tym, że nie wie, co robić.

Godzinę temu Pussy przyniosła mu kolację. W serwetce znalazł ukryty ołówek. Dla zmylenia Koreańczyka dziewczyna posłała agentowi kilka dosadnych uszczypliwości i odeszła. Bond skubnął coś niecoś z talerza, konsumował spore ilości bourbona, a wyobraźnią szalał po całym samolocie, zastanawiał się, co też u licha można by tu zrobić, żeby spowodować przymusowe lądowanie czy to w Gander, czy gdziekolwiek indziej, aby tylko w Nowej Szkocji. Czy zdoła w ostateczności podpalić samolot? Tylko jak?! Rozważał to i możliwość wyważenia blokady drzwi wejściowych. Oba pomysły wydawały się niewykonalne i samobójcze. Dalszego łamania głowy zaoszczędził mu facet, którego Bond poznał za ladą biletową BOAC w Idlewild, jeden z Niemców. Zjawił się przy jego fotelu, wyszczerzył zęby i powiedział:

– Linie lotnicze BOAC dobrze się panem opiekują, prawda? Pan Goldfinger sądzi, że mogą panu przychodzić do głowy różne głupawe pomysły. Mam uważać na ogon maszyny, zatem siedź i niech ci się dobrze fruwa, jasne?

Bond nie odpowiedział i facet zmył się na tył samolotu.

Coś – co to u licha jest?! – nieustannie zaprzątało jego myśl, coś związanego z poprzednimi rozważaniami… Blokada drzwi wejściowych. Tak, to jest to. Co się stało na pokładzie tej maszyny lecącej nad Persją w 1957…? Agent znieruchomiał i wbił szeroko rozwarte, nic nie widzące oczy w oparcie fotela tuż przed nim. Mogło się udać! Niewykluczone, że się uda!

Rozłożył serwetkę i napisał: „Zrobię, co się da. Zapnij pasy. XXXJ.”

Kiedy Pussy Galore przyszła zabrać tacę, Bond upuścił serwetkę, podniósł ją i wręczył dziewczynie. Przytrzymał jej rękę i uśmiechnął się w odpowiedzi na jak zwykle badawcze spojrzenie. Schyliła się po tacę, szybko pocałowała go w policzek i wyprostowała się.

– Do zobaczenia we śnie, przystojniaczku – rzuciła zgryźliwie i wróciła do kuchni.

Bond zdecydował się. Rozpracował dokładnie wszystko, co należało zrobić. Wymierzył precyzyjnie odległości, nóż z podeszwy przeniósł ukradkiem pod połę marynarki, a najdłuższą końcówkę pasa bezpieczeństwa okręcił mocno wokół nadgarstka. Czatował teraz tylko i wyłącznie na moment, kiedy ten cholerny Koreańczyk odwróci się od okna. Marzeniem było, że pójdzie spać, nie, na to agent nie liczył. Mógł jednak choć usiąść wygodniej, no! Bond nie spuszczał z oka rozmytego profilu, który odbijał się w owalnej szybie z pleksiglasu. Koreańczyk wciąż tkwił nieruchomo w fotelu przed nim, ani drgnął. Siedział pod lampką do czytania – roztropnie jej nie zgasił – siedział i gapił się w sufit. Usta miał lekko otwarte, ręce trzymał w pogotowiu na podpórkach fotela.

Minęła godzina. Minęła następna. Bond zaczął chrapać. Chrapał regularnie, głęboko, miał nadzieję, że hipnotyzujące Ha! Łapy Koreańczyka powędrowały na uda! Głowa wykonała skłon, wyprostowała się, odchyliła się nieco w poszukiwaniu wygodniejszego położenia, odwróciła od palącego oka żarówki i spoczęła na lewym policzku! Na lewym! Złota Rączka odsłonił okno!

Agent starał się pochrapywać w idealnie równych odstępach czasu. Prześlizgnąć się obok nieludzko czujnego Koreańczyka to tak, jak przejść tuż przed nosem głodnego doga. Wolno, cal po calu, przycupnął na piętach, pochylił się do przodu i sięgnął ręką uzbrojoną w nóż między ścianę a fotel Złotej Rączki. Dłoń dotarła do celu. Czubek ostrego niczym igła sztyletu mierzył dokładnie w środek okna, dokładnie w ten punkt pleksiglasowego owalu, który Bond obrał sobie za cel. Agent chwycił się mocniej pasa, przesunął ostrze o dwa cale do tyłu i pchnął.

Bond nie miał pojęcia, co się będzie działo, gdy nóż przebije szybę. Wiedział tylko z doniesień prasowych relacjonujących wypadek nad Persją, że na skutek gwałtownego rozhermetyzowania kabiny pasażer siedzący najbliżej okna został wyrzucony z samolotu. Kiedy wyciągnął z otworu sztylet, rozległo się upiorne, jękliwe zawodzenie, niemal ryk powietrza i jakaś potworna siła przyssała jego ciało do fotela Złotej Rączki z taką mocą, że wyrwała mu z dłoni koniec pasa, którego się trzymał. Zerknął ponad oparciem do góry i ujrzał cud. Ciało Koreańczyka zasysane przez czarny, ryczący otwór zdawało się rozciągać, elastycznie wydłużać! Rozległ się głośny trzask. Jego głowa zniknęła na zewnątrz, ramiona zakleszczyły się i uderzyły w ramę, a potem wolno, stopa po stopie, przy akompaniamencie straszliwego gwizdu dobywającego się z dziury, cielsko Złotej Rączki zaczęło wyciskać się przez okno niczym pasta do zębów z tubki. Wyssało go do pasa, opór stawiały teraz olbrzymie pośladki, ale i one, co prawda nieco wolniej, cal po calu, pogrążały się w wyjącej otchłani. Donośny huk, pośladki Koreańczyka przeszły na drugą stronę, a nogi podążyły za nimi jak wystrzelone z armaty.

Później nastąpił koniec świata. Olbrzymi Stratocruiser zanurkował pyskiem w dół. Ostatnimi wrażeniami, jakie zarejestrował mózg Bonda przed udaniem się na czasowy spoczynek, były przerażający hałas roztrzaskującej się porcelany i szkła, który dobiegł z kuchni, opętany jazgot silników wpadający przez zniszczone okno i ulotne, migawkowe obrazy unoszących się w powietrzu poduszek i dywaników, które śmignąwszy mu przed oczyma, ginęły w piekle przeciągu. W rozpaczliwym odruchu mocniej chwycił się fotela i wyczerpany brakiem tlenu i palącym bólem płuc, stracił przytomność.

Do życia przywróciło go brutalne kopnięcie w żebra. W ustach poczuł smak krwi. Jęknął. I znów czyjaś noga wbiła mu się bezlitośnie w ciało. Pokonując ból, zdołał uklęknąć między rzędami foteli i podnieść głowę. Widział jak przez czerwonawą szybę. W kabinie paliły się wszystkie światła. Naokoło stała leciutka mgiełka – gwałtowne obniżenie ciśnienia skropliło powietrze. Przez okno słychać było monstrualne wycie silników. Owiewał go lodowaty wiatr. Krok dalej stał Goldfinger. W żółtej poświacie miał iście diabelską twarz. W ręku trzymał mały pistolet. Lufa broni ani drgnęła. Złotnik cofnął nogę i kopnął po raz trzeci. Bond otrzeźwiał i ogarnęła go furia. Chwycił Goldfinger a za stopę, szarpnął i wykręcił ją, omal nie druzgocąc mu kostki. Goldfinger wrzasnął przeraźliwie. Zaraz potem rozległ się huk, który zatrząsł całym samolotem. Agent rzucił się w bok, między rzędy foteli i zwalił ciężko na swego prześladowcę. Znów huk wystrzału. Poczuł piekący ból w skroni, ze wszystkich sił wbił kolano w pachwinę Goldfingera i lewą ręką przygniótł pistolet do podłogi.

Pierwszy raz w życiu Bond wpadł w szał. Kolanami i pięściami tłukł szarpiące się cielsko, a głową raz po raz walił lśniącą od potu gębę. Rozedrgana lufa pistoletu usiłowała wziąć go na cel. Jednym ruchem uderzył w nią kantem dłoni i usłyszał metaliczny klekot, z jakim broń potoczyła się między fotele. Pazury Goldfingera wpiły się w szyję Bonda. Agent nie pozostał dłużny i pałce jego rąk zacisnęły się na gardle Goldfingera. Wymacał tętnice i coraz mocniej i mocniej wbijał w nie kciuki. Przygniótł pierś złotnika ciężarem swego ciała i łapiąc z trudem oddech, jeszcze głębiej zanurzył dłonie w opasłej szyi. Wytrzyma? Który z nich pierwszy straci przytomność? On czy Goldfinger? Czy ulegnie jego szponom? Oślizgła, opalona twarz zaczynała się pod nim zmieniać. Robiła się coraz bardziej czerwona, szkarłatnowiśniowa. Powieki opadały i podnosiły się, drżąc coraz szybciej i szybciej. Uścisk na szyi Bonda zelżał. Ręce Goldfingera opadły. Język wysunął mu się z ust i zwisł jak u zdyszanego pasa. W głębi płuc coś mu okropnie zarzęziło. Bond usiadł na znieruchomiałym torsie i wolno, jeden po drugim, odrywał z szyi zesztywniałe palce.

Odetchnął głęboko, ukląkł, potem powoli wstał. Rozejrzał się nieprzytomnie po jasno oświetlonej kabinie. Na fotelu przy kuchni leżała Pussy Galore. Przymocowana pasami, wyglądała jak kupka rzeczy do prania. Dalej, na środku przejścia, leżał niemiecki strażnik. Jego ramię i głowa odchylały się od korpusu pod jakimiś nieprawdopodobnymi kątami. Kiedy maszyna zanurkowała, musiał siedzieć bez pasa i siła odśrodkowa rzuciła nim w sufit jak szmacianą lalką.

Bond potarł twarz. Dopiero teraz poczuł ostre pieczenie na dłoni i policzkach. Opadł ciężko na kolana w poszukiwaniu pistoletu Goldfingera. To był automatyczny colt kalibru.25. Wysunął magazynek. Trzy naboje. W lufie czwarty. Ni to idąc, ni wlokąc się nieprzytomnie, ruszył w stronę fotela Pussy. Rozpiął jej bluzkę i przyłożył dłoń do ciepłej piersi. Serce dziewczyny kołatało się w szalonym rytmie niczym serduszko gołębia. Rozpiął pas bezpieczeństwa, ułożył Pussy na podłodze twarzą w dół, usiadł na niej okrakiem i przez pięć minut uciskał regularnie plecy, żeby przywrócić jej normalny oddech. Kiedy zaczęła z cicha pojękiwać, wstał, zostawił ją samej sobie, powlókł się do martwego Niemca i z futerału, który tamten nosił na ramieniu, wyciągnął załadowanego lugera. Ruszył z powrotem. Na podłodze w zrujnowanej kuchni zobaczył nie stłuczoną butelkę bourbona. Cudem ocalała ze szklanej masakry, toczyła się powoli raz tu, raz tam. Podniósł ją, wyrwał korek i upił łyk. Alkohol palił jak środek dezynfekujący. Wbił korek w szyjkę i poszedł dalej. Przed kabiną pilotów zatrzymał się i myślał chwilę.

Potem, ścisnąwszy mocniej lugera, opuścił dźwignię blokującą drzwi i wszedł do środka.

Obróciły się ku niemu twarze pięciu ludzi. W świetle sączącym się ze wskaźników na tablicy rozdzielczej były sinawoniebieskie. Usta natomiast zamieniły się w owalne plamy czerni, a oczy błyskały białkami. Tutaj ryk silników był jakby mniejszy. Wkoło unosił się zapach papierosów i nieświeży odór strachu. Bond zaparł się nogami w podłogę. W jednym ręku trzymał pewnie dwudziestkę-piątkę Goldfingera, w drugim armatę martwego strażnika.

– Goldfinger nie żyje – powiedział. – Któryś się poruszy albo nie wykona rozkazu i natychmiast dostanie kulę w łeb. Gdzie pilot? Podaj pozycję, kurs, prędkość i wysokość lotu.

Pilot przełknął głośno ślinę i nim się odezwał, musiał odczekać, aż mu znowu napłynie do ust.

– Sir, jesteśmy około pięciuset mil na wschód od Goose Bay. Pan Goldfinger powiedział, że będziemy siadać na północ od tego punktu, jak najdalej się da. Mieliśmy wodować maksymalnie przy brzegu, rozdzielić się, spotkać w Montrealu, wrócić i wydostać złoto. Nasza szybkość względem ziemi – dwieście pięćdziesiąt mil na godzinę. Lecimy na wysokości dwóch tysięcy stóp.

– Daleko zalecisz na tej wysokości? Maszyna musi szybko zżerać paliwo, co?

– Tak jest, sir. Według moich obliczeń przy tej szybkości i na takim pułapie utrzymamy się w powietrzu przez dwie godziny.

– Złap sygnał czasu.

– Przed chwilą odebrałem sygnał z Waszyngtonu – wtrącił nawigator. – Jest za pięć piąta rano. Na tej szerokości świt wstanie gdzieś za godzinę.

– Jaka jest pozycja pływającej stacji radiolokacyjnej Charlie?

– Około trzysta mil na północny wschód, sir.

– Dasz radę dolecieć do Goose Bay?

– Nie. Jak nic zabraknie stu mil. Może uda się dotrzeć do północnego wybrzeża, sir.

– Dobrze. Zmień kurs na stację Charlie. Radio, wywołaj ich i dawaj mikrofon.

– Tak jest, sir.

Kiedy Stratocruiser zataczał w powietrzu szeroki łuk, Bond wsłuchiwał się w jednostajny elektroniczny szum i w urywane fragmenty komunikatów dobiegających z głośniczka pod sufitem.

– Stacja radiolokacyjna Charlie, stacja radiolokacyjna Charlie – wołał dźwięcznie radiooperator. – Tu Speedbird 510. G-ALGY wzywa C jak Charlie, G-ALGY wzywa C jak Charlie…

W głośniku odezwał się szorstki głos.

– G-ALGY, podaj swoją pozycję, G-ALGY, podaj swoją pozycję. Tu kontrola obszaru powietrznego w Gander. Pełne pogotowie. G-ALGY…

Usłyszał słaby sygnał dalekiego Londynu. Roztrajkotał się jakiś podekscytowany głos. Za chwilę drugi, trzeci, czwarty. Odzywały się teraz dziesiątki stacji naraz. Oczyma wyobraźni Bond widział, jak napowietrzne posterunki namiarowe koordynują dane, jak nad mapami pochylają się skupieni nawigatorzy, słyszał, jak rozdzwaniają się telefony, słyszał rozgorączkowanych ludzi prowadzących rozmowy w różnych częściach świata. Silny sygnał z Gander zagłuszył wszystkich.

– Pozycja G-ALGY ustalona. Namiar 50N 70E. Cisza w eterze. Mamy bezwzględne pierwszeństwo do nawiązania kontaktu. Powtarzam, pozycja G-ALGY…

Nagle odezwała się stacja Charlie.

– Tu C jak Charlie, tu C jak Charlie wzywa Speedbirda 510. C jak Charlie wzywa G-ALGY. Odezwij się, Speedbird, odezwij się, Speedbird.

Bond wsunął broń Goldfingera do kieszeni i wziął mikrofon. Wcisnął przycisk nadawania i zaczął spokojnie mówić, obserwując czujnie załogę.

– C jak Charlie, tu G-ALGY, tu Speedbird uprowadzony wczoraj wieczorem z lotniska Idlewild. Zabiłem człowieka odpowiedzialnego za porwanie i lekko uszkodziłem samolot przez rozhermetyzowanie. Załogę trzymam na muszce. Nie mam wystarczającej ilości paliwa, żeby wyrobić się do Goose Bay. Będę wodował tak blisko was, jak tylko się da. Proszę o flary.

W głośniku odezwał się nowy głos, głos nawykły do wydawania rozkazów, głos dowódcy.

– Speedbird, tu C jak Charlie. Zrozumiałem cię, G-ALGY, zrozumiałem cię, G-ALGY. Kto mówi? Powtarzam, kto mówi? Over.

Bond uśmiechnął się, gdy wyobraził sobie, jakie wrażenie wywołają jego słowa.

– Speedbird do C jak Charlie. Mówi agent 007 z brytyjskiej Secret Service. Powtarzam, agent numer 007. Tożsamość potwierdzi radio Whitehall. Powtarzam, tożsamość potwierdzi radio Whitehall.

Po drugiej stronie zapadła pełna oszołomienia cisza. Za moment odezwało się kilka stacji naraz, ale jakiś ostry głos, najpewniej ci z Gander, oczyścił eter.

– Speedbird, tu C jak Charlie alias Anioł Gabriel. OK, pogadam z Whitehall. Masz flary. Londyn chce szczegółów…

– Niestety, C jak Charlie – przerwał mu Bond. – Nie mogę trzymać na muszce pięciu ludzi i ucinać grzecznej pogawędki. Podajcie dane o stanie morza i jestem over i out do czasu, aż znajdziemy się nad obszarem wodowania. Over.

– OK, Speedbird, zrozumiałem. Wieje dwójka stan morza OK długie gładkie fale bez grzywaczy powinniście się cacy wyrobić zaraz wejdziesz w zasięg radaru będę utrzymywał stały namiar na twojej częstotliwości czeka wielka wódka dla ciebie kajdanki dla tamtych powodzenia over.

– Dziękuję, C jak Charlie. Do poczęstunku dodaj filiżankę herbaty. Mam na pokładzie śliczną dziewczynę. Tu Speedbird. Over i out.

Bond zwolnił przycisk i oddał mikrofon radiooperatorowi.

– Wystrzelą flary i będą bez przerwy nasłuchiwać naszych sygnałów. Wieje dwójka. Fale długie, gładkie, bez grzywaczy. Teraz spokojnie, spróbujmy wyjść z tego cało. Jak tylko siądziemy, odblokuję drzwi. Do tego czasu ktokolwiek przekroczy próg kabiny, zarobi kulkę. Jasne?

Z tyłu rozległ się głos Pussy Galore.

– Chciałam do was wpaść, ale już nie chcę. Nie lubię, jak do mnie strzelają. I wywołaj jeszcze raz tego faceta. Niech przygotuje dwie whisky. Po herbacie mam czkawkę.

– Kotku, wracaj do koszyka, dobrze? – powiedział Bond. Rozejrzał się po kabinie ostatni raz i zamknął za sobą drzwi.

Dwie godziny później Bond leżał w cieplutkiej kabinie pływającej stacji radiolokacyjnej Charlie, słuchając sennie porannego programu radiowego z Kanady. Wszystko go bolało. Tuż przed wodowaniem wycofał się z Pussy na tył samolotu. Kazał jej włożyć kamizelkę ratunkową, uklęknąć, wesprzeć ramiona na fotelu i osłonić nimi głowę. Potem wcisnął się za nią, objął mocno jej kruche ciało i zaparł się plecami o siedzenie fotela z tyłu.

Właśnie zaczęła żartować na temat dwuznaczności tak wyszukanej pozycji, gdy pędzący z szybkością stu mil na godzinę Stratocruiser uderzył w pierwszą górę wody. Maszyna odbiła się raz, a później gruchnęła nosem na fale. Siła uderzenia strzaskała kręgosłup samolotu. Olbrzymi ciężar złota spoczywającego w luku bagażowym rozłamał kadłub na pół, wypluwając Bonda i Pussy w lodowatą wodę oświetloną teraz czerwonymi flarami. Ubrani w żółte kamizelki ratunkowe unosili się na powierzchni i dochodzili powoli do siebie. Wyłowiła ich szalupa. Kiedy łódź do nich dotarła, na wodzie poniewierały się tylko nieliczne szczątki maszyny, a załoga z trzema tonami złota u szyi wędrowała akurat na dno Atlantyku. Szalupa kręciła się tu i tam przez pięć minut, lecz gdy nie zauważyli ani jednego topielca, zaniechali dalszych poszukiwań i powiosłowali w oślepiającą smugę reflektora, ku stalowym burtom błogosławionej fregaty.

Traktowano ich jak coś pośredniego między członkami rodziny królewskiej a ludźmi z Marsa. Bond odpowiedział na kilka najważniejszych, nie cierpiących zwłoki pytań, a potem stwierdził, że to wystarczy, że dalszej rozmowy nie zniesie. Teraz byczył się w luksusowych warunkach, w ciszy, w spokoju i w miłym cieple idącym od rozgrzewającego bourbona. Byczył się i zastanawiał, dlaczego Pussy Galore porzuciła Goldfingera i wybrała jego opiekuńcze skrzydła.

Drzwi łączące jego kabinę z kabiną sąsiednią otworzyły się i weszła Pussy. Miała na sobie tylko prosty rybacki sweter, który nie grzeszył skromnością ledwie na pół cala. Nic poza tym. Podwinęła sobie rękawy i wyglądała jak dziewczyna z obrazu Vertesa.

– Pytają mnie tu, czy chcę się natrzeć spirytusem – powiedziała. – Odpowiadam, że jeśli w ogóle ktoś mnie będzie nacierał, tym kimś będziesz tylko ty. I jeśli będę się czymś nacierała, to nie spirytusem, a… twoim ciałem. No i jestem – zakończyła nieśmiało.

– Zamknij drzwi – odparł Bond zdecydowanym głosem. – Wyskakuj z tego swetra i właź do łóżka. Przeziębisz się.

Zrobiła, jak chciał, niczym posłuszne dziecko.

Ułożyła się w zgięciu jego ramienia i zerknęła do góry.

– Kiedy będę w Sing Singu, napiszesz do mnie? – Takim głosem nie mówią ani gangsterzy, ani lesbijki. Takim głosem szepcze zwyczajna dziewczyna.

Bond spojrzał w jej modre oczy, które nie były już tak władcze, tak harde. Nachylił się i pocałował je leciutko.

– A powiadali, że nie przepadasz za mężczyznami.

– Bo nigdy dotąd prawdziwego mężczyzny nie spotkałam – odrzekła. Jej głos stał się na powrót twardy. – Jestem z południa. Wiesz, co to dziewica według ichniej szych poglądów? To dziewczyna, która potrafi biegać szybciej od swego braciszka. W moim wypadku szybszy był wujek. Miałam wtedy dwanaście lat, James, a to dużo za wcześnie. Powinieneś był się tego domyślać.

Agent uśmiechnął się i popatrzył w jej bladą, śliczną twarzyczkę.

– Wiesz co? Potrzeba ci kuracji „CiM”

– Czego?

– Kuracji „CiM”. Skrót od „Czułości i miłości”. Rozpisują się o tym w gazetach za każdym razem, kiedy jakiś dzieciak trafi do sierocińca.

– Mogę spróbować… – Spojrzała na jego namiętne, trochę okrutne usta o cal nad jej wargami. Wyciągnęła rękę i odgarnęła mały kosmyk czarnych włosów, który opadł na jego brew. Podniosła wzrok. Stalowe oczy Bonda były lekko zwężone. Zobaczyła w nich niepohamowaną namiętność. – Kiedy ją zaczniesz?

Bond wolno przesunął dłonią po jej silnych, jędrnych udach, po płaskim, delikatnym brzuchu, aż dotarł do prawej piersi, która nabrzmiała pożądaniem.

– Teraz – wyszeptał.

Ich usta zwarły się w namiętnym pocałunku.

Ian Fleming

***