/ Language: Polski / Genre:sf / Series: Kultura

Wspomnij Phlebasa

Iain Banks

W galaktyce szaleje straszliwa wojna. Zagłada dosięga księżyce, planety, orbitale, a nawet gwiazdy. Giną miliardy rozumnych istot. Idrianie walczą za wiarę. Kultura o moralne prawo do istnienia. Tam, gdzie stawką są zasady, nie ma miejsca na litość. Losy konfliktu spoczywają w rękach jednego z ostatnich metamorfów; od wyniku jego straceńczej misji zależy przyszłość wszechświata.

Iain M. Banks

Wspomnij Phlebasa

Bałwochwalstwo jest gorsze od rzezi.

Koran, 2:190

Ktokolwiek jesteś, Żyd czy też poganin,
Ty, który kręcąc kołem słuchasz, jak wiatr grzmi,
Zważ: i Phlebas piękny był niegdyś, wysoki jak ty.

T.S. Elliot, „Jałowa ziemia” IV w przekładzie Czesława Miłosza

Pamięci Billa

Prolog

Statek nawet nie miał nazwy. Nie miał też załogi, ponieważ okręt fabryczny, który go skonstruował, był od dawna pusty. Z tego samego powodu statek nie został wyposażony ani w system podtrzymywania życia, ani w kwatery dla ludzi. Nie otrzymał numeru seryjnego ani przydziału do konkretnej floty, ponieważ został sklecony z fragmentów przeróżnych jednostek bojowych; brak nazwy wynikał z tego, że okręt fabryczny nie miał czasu na subtelności. Zrobotyzowana stocznia złożyła statek najlepiej jak mogła, korzystając z kurczącego się zapasu części, w związku z czym systemy obronne, czujniki oraz układ napędowy były w większości niesprawne albo lada chwila mogły ulec uszkodzeniu. Okręt fabryczny zdawał sobie sprawę, że niebawem zostanie zniszczony, istniała jednak niewielka nadzieja, iż jego ostatni produkt zdoła uniknąć zagłady. Jedynym w pełni sprawnym elementem nowego statku był potężny, choć nie wyszkolony Umysł, stanowiący centralny punkt konstrukcji. Gdyby statek zdołał dostarczyć go w jakieś bezpieczne miejsce, okręt fabryczny uznałby, że spełnił swoje zadanie, chociaż prawdziwa przyczyna, dla której nie nadał imienia swojemu ostatniemu dziecku, była taka, że nie mógł dać nowo powstałej jednostce najważniejszego: nadziei.

Statek wyprysnął z doku, zanim roboty zdołały uporać się z większością prac wykończeniowych, błyskawicznie przyspieszając oddalił się po szaleńczej trajektorii od jednostki macierzystej, wpadł w rojowisko gwiazd, gdzie — o czym doskonale wiedział — czaiło się zagrożenie, po czym włączył mocno sfatygowane silniki napędu gwiezdnego, wymontowane z pojazdu o zbliżonych rozmiarach i tonażu, i wszedł w nadprzestrzeń. Nie do końca sprawne czujniki jeszcze przez ułamek sekundy obserwowały znikającą kosmiczną stocznię, potem zaś zajęły się przeglądem przestarzałych systemów obronnych. Pod pancerzem okrętu bojowego, w ciasnych, nie ogrzewanych pomieszczeniach pozbawionych powietrza, drony budowlane w pośpiechu kontynuowały montaż czujników, generatorów pola, pól laserowych, przebijaczy osłon magnetycznych, komór plazmowych, magazynów głowic, silników manewrowych oraz tysiąca innych części, urządzeń i systemów niezbędnych dla prawidłowego funkcjonowania sprawnego okrętu bojowego. Stopniowo, w miarę jak okręt pokonywał pozaprzestrzenne odległości między gwiazdami, jego wewnętrzna struktura stawała się coraz bardziej uporządkowana.

Kilkadziesiąt godzin później, podczas prób rufowego skanera, okręt zauważył odległą, ale bardzo silną eksplozję antymaterii; promieniowanie rozchodziło się z miejsca, w którym powinien się znajdować statek fabryczny. Okręt przez chwilę obserwował szybko rozszerzającą się kulę promieniowania, po czym skoncentrował uwagę na wskazaniach przyrządów dziobowych. Zwiększył moc i tak już przeciążonych silników.

Robił wszystko, żeby uniknąć konfrontacji: trzymał się z dala od szlaków uczęszczanych przez nieprzyjacielskie jednostki, traktował każdy wykryty statek jak pojazd wroga, wykonywał manewry omijające i uniki, a jednocześnie robił, co mógł, żeby jak najprędzej dotrzeć na skraj jednego z ramion spiralnej galaktyki, w której się narodził. Jeszcze dalej, po przekroczeniu niemal zupełnie martwej otchłani, na krawędzi sąsiedniego ramienia, czekało ocalenie. Został odkryty w chwili, kiedy już prawie dotarł do pierwszej granicy, gdzie gwiazdy tworzyły stromą ścianę górującą nad nieporuszonym oceanem pustki. Flotylla nieprzyjacielskich jednostek, która przypadkiem przelatywała w pobliżu, wyśledziła go i natychmiast ruszyła do ataku. Niewystarczająco uzbrojony, powolny, z niesprawnymi systemami obronnymi, natychmiast pojął, że nie zdoła ani uciec, ani zadać napastnikom choćby symbolicznych strat. W związku z tym dokonał samozagłady, detonując cały zapas głowic bojowych. W nadprzestrzeni zapłonęło jaskrawożółte słońce, na sekundę przyćmiewając blask pobliskiego żółtego karta. Detonacja tysięcy głowic wytworzyła szybko rozszerzający się, niemal doskonale kulisty obłok promieniowania; teoretycznie jego zewnętrzna granica była nie do sforsowania zarówno od zewnątrz, jak i od wewnątrz, ale analizujące zdarzenie komputery pokładowe jednostek wchodzących w skład flotylli obliczyły, że w kłębowisku ścierających się energii powstała na niewyobrażalnie krótki ułamek sekundy nadzwyczaj skomplikowana i ryzykowna droga ucieczki. Odkrycie to nie wywołało jednak niepokoju, ponieważ szansę, iż drogę tę dostrzeże prosty i nieskomplikowany Umysł, w jakie wyposażane były małe jednostki, równały się zeru.

Kiedy wreszcie zorientowano się, że Umysł okrętu, najwyraźniej znacznie potężniejszy, niż ktokolwiek mógłby podejrzewać, skorzystał właśnie z tej jedynej, prawie nierealnej szansy, było już za późno, ponieważ zdążył opuścić nadprzestrzeń i opadał już na niewielką zimną planetę, czwartą od samotnego żółtego słońca stanowiącego centralny punkt pobliskiego układu planetarnego.

Było też za późno, żeby uczynić cokolwiek z blaskiem eksplozji, który, uporządkowany w prosty i łatwo czytelny kod, pomknął we wszechświat, głosząc wszem wobec o losie, jaki spotkał okręt, o nadzwyczajnej wartości osieroconego Umysłu oraz o miejscu, w którym znalazł schronienie. Najgorsze ze wszystkiego było to (elektroniczne mózgi z pewnością zazgrzytałyby zębami z wściekłości, gdyby miały zęby), że nie istniała możliwość zaatakowania, zniszczenia ani nawet wylądowania na skutej lodem planecie. Nazywała się Schar, wraz z kilkoma innymi krążyła wokół słońca zawieszonego nad brzegiem Ponurej Głębiny, rozciągającej się między dwoma ramionami spiralnej galaktyki, i była jedną z zakazanych Planet Umarłych.

1. Sorpen

Gęsta ciecz sięgała jego górnej wargi. Nawet kiedy maksymalnie odchylił głowę do tyłu i przycisnął potylicę do kamiennej ściany celi, z trudem zdołał wystawić nos nad powierzchnię. Wiedział już, że nie zdoła w porę uwolnić rąk. Wiedział, że umrze. W ciemności więziennej celi, w smrodzie i cieple, podczas gdy pot ściekał mu po czole, przesączał się przez brwi i zalewał zamknięte oczy, a trans trwał nieustannie, oswajał się z myślą o nieuchronnej śmierci. Jednocześnie, niczym niewidoczny owad bzyczący gdzieś w pokoju, po głowie kołatała mu się inna myśl, natarczywa, zupełnie niepotrzebna i cholernie wkurzająca. Konkretnie rzecz biorąc, było to zdanie, w obecnej sytuacji pozbawione sensu, a na dodatek zapamiętane tak dawno temu, że nawet gdyby chciał, nie zdołałby sobie przypomnieć, gdzie i od kogo je usłyszał. Z uporem kręciło się w kółko, jak drewniana łyżka rozrabiająca ciasto w kamionkowej makutrze:

„Jinmoci z Bozlena Dwa likwidują dziedzicznych zabójców z najbliższej rodziny nowego Rocznego Króla, topiąc ich w łzach Kontynentalnego Współczulca, na samym początku jego Pory Smutku”. W pewnej chwili, zaraz po rozpoczęciu egzekucji, kiedy jeszcze nie do końca pogrążył się w transie, zaczął się zastanawiać, co by się stało, gdyby zwymiotował. Myśli te nawiedziły go zaraz po tym, jak z rur trysnęły strumienie ścieków odprowadzanych z pałacowych toalet oraz kuchni usytuowanych — jeśli jego obliczenia były prawidłowe — jakieś piętnaście albo szesnaście pięter wyżej. Bulgocząca ciecz natychmiast porwała ze sobą zalegające podłogę gnijące resztki — ani chybi pozostałość po poprzedniej egzekucji. Wtedy właśnie zrobiło mu się niedobrze, opanował jednak nudności, doszedłszy do wniosku, że nawet jeśli opróżni żołądek, to i tak ani trochę nie skróci swoich męczarni.

Zaraz potem, w stanie histerycznego rozbawienia, które często ogarnia ludzi skazanych na bezczynne statystowanie w skrajnie niebezpiecznych sytuacjach, począł rozmyślać, czy przyspieszyłby śmierć, dolewając łzy do pomyj. Teoretycznie tak, praktycznie jednak również nie miałoby to żadnego znaczenia.

Później po głowie zaczęło mu się kołatać to idiotyczne zdanie.

„Jinmoci z Bozlena Dwa likwidują dziedzicznych…” Ciecz — słyszał ją i wyczuwał stanowczo wyraźniej, niżby sobie tego życzył, a z pewnością również widziałby ją, gdyby otworzył swoje niezwykłe oczy — zafalowała lekko i na chwilę zatkała mu nozdrza. Smród był tak potworny, że żołądek podszedł mu do gardła, ale również tym razem jakoś się opanował, potrząsnął głową i odchylił ją jeszcze bardziej do tyłu, zyskując bezcenne dwa lub trzy milimetry. Znowu mógł oddychać.

Ale jak długo? Na próbę poruszył spętanymi rękami; nic z tego. Potrzebował jeszcze co najmniej godziny, tymczasem w najlepszym razie zostało mu kilka minut.

Zresztą i tak nie był w stanie utrzymać się w transie. Niemal całkowicie odzyskał świadomość, zupełnie jakby jego mózg pragnął w pełni zaznać smaku śmierci. Próbował myśleć o czymś pięknym i wzniosłym, usiłował przywołać obrazy z dzieciństwa, przypomnieć sobie twarz ukochanej sprzed lat, odkryć znaczenie niezrozumiałego do tej pory proroctwa albo przepowiedni… Nic z tego. W głowie miał pustkę, w pustce brzęczące bezsensownie zdanie, dokoła zaś ścieki, w których czekała śmierć.

Przeklęte staruchy, pomyślał. Jednym z nielicznych przejawów ich oryginalności oraz poczucia humoru było tworzenie nowych rodzajów śmierci. Z pewnością znakomicie się bawili, wlokąc sflaczałe cielska do toalety obok sali bankietowej, żeby całkiem dosłownie nasrać nieprzyjaciołom na głowy i w ten sposób się ich pozbyć. Ciśnienie powietrza ciągle rosło. Z daleka dobiegło stłumione bulgotanie, oznaczające, że zbliża się kolejna fala ścieków. Przeklęci dranie. Mam nadzieję, że przynajmniej ty dotrzymasz słowa, Balvedo. „Jinmoci z Bozlena Dwa likwidują dziedzicznych…” Z rur chlusnęła następna porcja śmierdzącej gęstej cieczy. Fala zakryła mu nos, a kiedy go minęła, zdołał zaczerpnąć spory haust powietrza. Chwilę później poziom półpłynnej substancji podniósł się o kilka milimetrów; ścieki zakryły mu nozdrza, podpełzły do połowy nosa i już tam zostały.

Wstrzymał oddech.

Początkowo trochę go bolało. Ręce, spętane skórzanymi pasami, miał uniesione wysoko nad głowę i zaczepione na stalowym haku sterczącym ze ściany. Stopy, również związane, wprowadzono do wnętrza żelaznej rury, przez co nie mógł ani ulżyć ramionom, ani odsunąć się od ściany. Rura kończyła się tuż nad kolanami, nieco wyżej natomiast zaczynała się brudna postrzępiona szmata osłaniająca jego wiekową, niechlujną nagość.

Odgrodził się od bólu promieniującego z przegubów i ramion, jeszcze zanim czterej strażnicy, w tym dwaj na drabinie, uporali się z zawieszeniem go na haku. Jednak nawet wtedy mózg sygnalizował uparcie, że co prawda nie boli, ale powinno boleć. Przestał na to zwracać uwagę dopiero wówczas, kiedy poziom ścieków w celi zaczął z wolna, ale stale rosnąć.

Jak tylko został sam w cuchnącym pomieszczeniu, wprowadził się w trans przemiany, mimo iż zdawał sobie sprawę, że najprawdopodobniej nie ma to najmniejszego sensu. Nie dane mu jednak było zaznać spokoju, ponieważ zaledwie kilka minut później drzwi otworzyły się ponownie, spuszczono metalowe schodki, a do wnętrza celi wdarło się światło z korytarza. Wstrzymał przemianę i odwrócił głowę, boleśnie naciągając mięśnie karku, by przekonać się, kim jest nieoczekiwany gość.

Po schodach, z rozżarzoną błękitnym blaskiem, krótką pałką w dłoni, schodził siwy, zgarbiony Amahain-Frolk, minister obrony Gerontokracji Sorpenu. Starzec uśmiechnął się z aprobatą, po czym odwrócił się w stronę korytarza i oszczędnym ruchem ręki zaprosił do wnętrza czekającą na zewnątrz osobę. Zgodnie z przypuszczeniami więźnia, okazała się nią agentka Kultury, Balveda. Lekkim krokiem weszła na ażurowe schodki, rozejrzała się dokoła, a następnie utkwiła w nim nieruchome spojrzenie. Uśmiechnął się w odpowiedzi, nawet spróbował skinąć głową, chociaż przeszkadzały mu w tym wyciągnięte w górę ramiona.

— Balveda! Byłem pewien, że cię jeszcze zobaczę. Przyszłaś odwiedzić gospodarza?

Oficjalnie to on wydawał przyjęcie. Jeszcze jeden perfidny żarcik Gerontokracji. Miał nadzieję, że w jego głosie nie słychać strachu. Perosteck Balveda, agentka Kultury, wysoka, uderzająco piękna nawet w zimnobłękitnym blasku, powoli pokręciła kształtną głową. Krótkie czarne włosy otaczały jej czaszkę postrzępionym cieniem.

— Wcale nie chciałam cię widzieć ani tym bardziej żegnać.

— Przez ciebie się tu znalazłem — przypomniał jej spokojnym tonem.

— Zgadza się. I już tu zostaniesz — przemówił Amahain-Folk. Zszedł po kilku stopniach i zatrzymał się na skraju ażurowej metalowej platformy, zawieszonej kilkanaście centymetrów nad wilgotną posadzką. — Zamierzałem najpierw poddać cię torturom, ale obecna tu panna Balveda… — minister na chwilę zawiesił głos i przelotnie zerknął na kobietę — ujęła się za tobą, Bóg wie z jakiego powodu. W niczym jednak nie zmienia to faktu, zabójco, że jesteś teraz tam, gdzie twoje miejsce.

Potrząsnął świecącą pałką, przeszywając nienawistnym spojrzeniem prawie nagiego mężczyznę przykutego do ściany. Balveda opuściła wzrok na swoje stopy, ledwo widoczne pod długą szarą szatą o skromnym kroju. Okrągły wisiorek zawieszony na jej szyi zalśnił w świetle sączącym się z korytarza. Amahain-Frolk cofnął się o krok i stanął przy niej, ale ani na chwilę nie odwrócił oczu od więźnia.

— Prawie mógłbym przysiąc, że zamiast niego widzę Egratina! — powiedział przyciszonym drżącym głosem. — Złudzenie pryska dopiero wtedy, kiedy się odezwie. Mój Boże, ci Metamorfowie to naprawdę groźne stworzenia!

Spojrzał na Balvedę, jakby oczekiwał potwierdzenia słuszności swoich słów, ale spotkał go zawód.

— To również bardzo dumna, starożytna rasa — zauważyła, przesuwając dłonią po włosach. — Zostało ich już niewielu. Ministrze, czy mogę powtórzyć swoją prośbę? Darujcie mu życie. Mógłby…

Gerontokrata gwałtownie machnął wychudzoną szponiastą ręką i skrzywił się z odrazą.

— Nie ma mowy! Byłoby dobrze, panno Balvedo, gdyby wreszcie przestała się pani wstawiać za tym… za tym mordercą, zabójcą, za tym podstępnym szpiegiem! Czy naprawdę uważa pani, że możemy przejść do porządku dziennego nad zuchwałym zabójstwem i podszywaniem się za jednego z naszych ministrów? Ciarki mnie przechodzą na samą myśl i szkodach, jakie mógłby wyrządzić ten potwór! Dwaj strażnicy, których zadrasnął podczas aresztowania, już nie żyją, trzeci oślepł po tym, jak to… to monstrum napluło mu do oczu… — Starzec uśmiechnął się złośliwie. — Na szczęście udało nam się wyrwać mu zęby jadowe i unieruchomić ręce, żeby nie mógł się zranić. — Ponownie przeniósł spojrzenie na Balvedę. — Powiada pani, że jest ich niewielu? I bardzo dobrze. Wkrótce będzie o jednego mniej. — Zmrużył oczy. — Jesteśmy wdzięczni pani i jej ludziom za pomoc przy zdemaskowaniu przestępcy, ale to jeszcze nie oznacza, że może nam pani dyktować, co mamy robić. W naszej Gerontokracji są i tacy, którzy opowiadają się stanowczo przeciwko uleganiu jakimkolwiek zewnętrznym wpływom, a w miarę jak wojna zbliża się do naszych granic, ich głos przybiera na sile. Choćby z tego powodu nie powinna pani antagonizować tych, którzy są waszymi sprzymierzeńcami.

Balveda zacisnęła usta, złączyła szczupłe ręce za plecami i ponownie opuściła wzrok, natomiast Amahain-Frolk wycelował świecącą pałkę w więźnia.

— Wkrótce umrzesz, oszuście, a razem z tobą sczezną plany twoich mocodawców, którzy pragnęli podstępnie zawładnąć naszym pokojowo usposobionym społeczeństwem! Jeśli ośmielą się nas zaatakować, skończą tak jak ty! My i Kultura jesteśmy…

Więzień potrząsnął głową, na ile mógł, i ryknął co sił w płucach:

— Frolk, jesteś głupcem! — Starzec zachwiał się jak po uderzeniu, Metamorf zaś krzyczał dalej: — Nie widzisz, że i tak już po was? Załatwią was Idirianie, a jeśli nie oni, to Kultura! Odkąd trwa wojna, już nie jesteście panami swego losu. Wkrótce ten sektor znajdzie się na pierwszej linii frontu, chyba że wcześniej oddacie go Idirianom. Przysłano mnie tu, żebym wam powiedział coś, o czym i tak powinniście wiedzieć, a nie po to, żeby podstępem zmusić was do czegoś, czego moglibyście później żałować. Na litość boską, człowieku! Przecież Idirianie was nie zjedzą, więc…

— Jesteś pewien? Sądząc po ich wyglądzie, mogliby to zrobić. Trójnogie potwory, najeźdźcy, zabójcy, niewierni… Chcesz, żebyśmy przyjęli ich z otwartymi ramionami? Żebyśmy bratali się z trzymetrowymi olbrzymami? Żebyśmy sypali im kwiaty pod stopy? Wielbili ich bożków?

— W przeciwieństwie do Kultury, oni przynajmniej wierzą w jakiegoś Boga. — Czuł narastający ból, bo skoncentrował się niemal wyłącznie na mówieniu. Na ile mógł, spróbował ulżyć wyciągniętym w górę ramionom, i spojrzał w dół, na ministra. — I przynajmniej kierują się podobnymi zasadami. O Kulturze nie da się tego powiedzieć.

Amahain-Frolk wyciągnął przed siebie rękę i z chytrym uśmiechem pogroził mu palcem.

— O nie, przyjacielu. Nic z tego. Nie uda ci się zasiać ziarna niezgody!

— Ty głupcze! — Więzień roześmiał się z goryczą. — Chcesz wiedzieć, kto naprawdę jest przedstawicielem Kultury na tej planecie? Bynajmniej nie ona. — Ruchem głowy wskazał kobietę. — To ta latająca brzytwa, która ani na chwilę nie odstępuje Balvedy, jej pocisk nożowy. Maszyna, i tyle. Tym właśnie w gruncie rzeczy jest Kultura: bezduszną maszyną. Wydaje się wam, że powinniście sprzymierzyć się z Balvedą, bo ma dwie nogi i miękką skórę, ale w tej wojnie po stronie życia występuje nie ona i nie Kultura, tylko Idirianie, którzy…

— W każdym razie ty już niedługo znajdziesz się po tamtej stronie! — parsknął gerontokrata i zerknął z ukosa na Balvedę. — Chodźmy stąd. — Wziął ją za ramię. — Ten… stwór cuchnie bardziej niż sama cela.

Balveda nawet nie drgnęła. Jeszcze przez chwilę wpatrywała się w więźnia wielkimi oczami o smoliście czarnych tęczówkach, po czym rozłożyła ręce.

— Przykro mi — powiedziała.

Metamorf skinął głową.

— Możesz wierzyć albo nie, ale mnie też — odparł. — Obiecaj mi tylko, że nie będziesz dziś dużo jadła ani piła, Balvedo. Świadomość, że mam przynajmniej jednego sprzymierzeńca, sprawi mi ogromną przyjemność, nawet jeśli będzie nim mój największy wróg.

Chciał, żeby zabrzmiało to lekko i beztrosko, ale jego głos ociekał goryczą. Pospiesznie odwrócił wzrok.

— Obiecuję — powiedziała Balveda, po czym pozwoliła starcowi odprowadzić się do drzwi. W progu przystanęła i ponownie spojrzała w stronę skazańca. Nie spodziewał się tego, więc przyłapała go na tym, że boleśnie wykręca szyję, starając się do końca nie stracić jej z oczu. Dopiero teraz dostrzegł pocisk nożowy, zawieszony w powietrzu na granicy między smugą blasku sączącą się z korytarza a mrokiem wypełniającym celę. Przypuszczalnie towarzyszył kobiecie przez cały czas, on jednak nie zdołał wcześniej wypatrzyć smukłego, poruszającego się bezszelestnie kształtu.

Przez kilka sekund w milczeniu patrzyli sobie w oczy, a potem pocisk drgnął.

W pierwszej chwili pomyślał, że Balveda poleciła miniaturowej maszynie, żeby go zabiła, szybko i bezboleśnie, i serce mało nie wyskoczyło mu z piersi. Jednak pocisk jakby się zawahał, po czym wypłynął na korytarz, kobieta zaś uniosła rękę w pożegnalnym geście. — Bora Horza Gobuchul — powiedziała głośno i wyraźnie. — Żegnaj.

Wyszła z celi. Metalowe schodki natychmiast powędrowały w górę, stalowe drzwi zatrzasnęły się z hukiem, a przeciągłe cmoknięcie obwieściło o uszczelnieniu połączeń. Więzień przez jakiś czas gapił się bezmyślnie w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała piękna kobieta, potem zaś ponownie wszedł w trans, który miał doprowadzić do przemiany przegubów, do takiego ich wyszczuplenia, żeby zdołał wysunąć ręce z pęt i uciec. Uczynił to jednak bez przekonania, ponieważ ostatnie słowa Balvedy, a raczej ton, jakim je wypowiedziała, przekonały go ostatecznie, że stąd nie ma ucieczki.

„…topiąc ich w łzach…”

Pękały mu płuca, zaciśnięte usta drżały spazmatycznie, do gardła podchodził piekący kłąb, w uszach wypełnionych gnojówką huczał ocean, pod szczelnie zamkniętymi powiekami rozbłyskiwały oślepiające światła. Żołądek rozpaczliwie kurczył się i rozkurczał, usta same chciały się otworzyć, żeby zaczerpnąć powietrza, którego nie było. Teraz. Teraz się podda. Nie… Jeszcze trochę… Ale teraz już na pewno. Teraz, teraz, teraz, w tej sekundzie poddać się wreszcie okropnej czarnej pustce, zaraz, natychmiast…

Zanim zdążył to zrobić, rąbnął w ścianę, jakby trafiony czyjąś ogromną pięścią. Uderzenie było tak silne, że zużyte powietrze wyrwało mu się z piersi z ni to krzykiem, ni westchnieniem. Nagle zrobiło mu się zimno, ból rozgościł się w całym ciele. A więc tak wygląda śmierć: brutalna siła, ból, chłód… i światło. Za dużo światła. Podniósł głowę. Jęknął. Usiłował cokolwiek usłyszeć, zobaczyć. Co się dzieje? Dlaczego oddycha? Dlaczego znowu jest taki cholernie ciężki? Jego ramiona usiłowały wyskoczyć ze stawów, przeguby były poprzerzynane niemal do kości. Kto mu to zrobił? W miejscu, gdzie po przeciwnej stronie celi jeszcze niedawno znajdowała się kamienna ściana, teraz ziała ogromna dziura o poszarpanych brzegach. Cuchnąca breja w okamgnieniu uciekła przez otwór. Resztki cieczy syczały w zetknięciu z rozgrzanym kamieniem, zamieniając się w parę, która niczym kadzidlany dym otaczała ogromną, stojącą na zewnątrz postać. Kolos miał około trzech metrów wzrostu i trochę przypominał niewielki, ale potężnie uzbrojony okręt bojowy osadzony na trzech grubych nogach. W hełmie, tak na oko, bez trudu zmieściłyby się obok siebie trzy ludzkie głowy. Olbrzym od niechcenia trzymał w jednej ręce działko plazmowe, którego Horza nawet oburącz z pewnością nie zdołałby dźwignąć z ziemi, w drugiej ściskał broń jeszcze większych rozmiarów. Za jego plecami unosiła się idiriańska platforma strzelnicza, oświetlona blaskiem eksplozji — Horza wyczuwał je za pośrednictwem żelaza i kamieni, do których był przykuty. Ujrzawszy przybysza, uśmiechnął się z wysiłkiem, splunął, a następnie wychrypiał:

— Nie można powiedzieć, żebyś się szczególnie spieszył.

2. „Ręka Boga 137”

Za murami pałacu, w rześkim chłodzie zimowego popołudnia, czyste niebo migotało niezliczonymi punkcikami przypominającymi płatki śniegu.

Horza przystanął na rampie promu i rozejrzał się dokoła. Odgłosy wybuchów odbijały się echem od stromych murów obronnych i smukłych wież pałacu-więzienia, idiriańskie platformy bojowe wisiały nad umocnieniami, prowadząc niezbyt intensywny ostrzał, przenikliwy wiatr rozwiewał kłęby srebrzystego pyłu wydmuchiwane przez dysze antylaserów zainstalowanych na pałacowym dachu. Gwałtowniejszy podmuch skierował jeden z obłoków na nieruchomy prom; po chwili Horza stwierdził, że jego wciąż jeszcze wilgotną skórę pokryła cienka warstwa odblaskowych mikroziaren.

— Bitwa jeszcze trwa — zadudnił stojący za nim Idirianin. Grzmiący głos stanowił odpowiednik ludzkiego szeptu. Horza odwrócił się, zadarł głowę i spojrzał w wizjer hełmu olbrzyma, ale dostrzegł tam tylko zniekształcone odbicie własnej twarzy. Odetchnął głęboko kilka razy, bez słowa skinął głową, po czym nieco chwiejnym krokiem skierował się do wnętrza promu. Jaskrawy błysk kolejnej eksplozji gdzieś wewnątrz pałacu rzucił mu pod nogi wydłużoną, roztańczoną plamę cienia, potem rampa podniosła się i zamknęła. Poznacie ich po imionach, rozmyślał Horza pod prysznicem. Wszystkie Wszechstronne Jednostki Kontaktowe, na których przez pierwsze cztery lata konfliktu spoczywał główny ciężar prowadzenia działań wojennych, nosiły wydumane żartobliwe nazwy. Nawet najnowsze okręty bojowe Kultury wybierały sobie przedziwne, zabawne albo wręcz przeciwnie — odrażające imiona, jakby na dowód, że Kultura nie jest w stanie poważnie traktować konfliktu, w który się wplątała.

Idirianie podchodzili do sprawy zupełnie inaczej. Według nich, nazwa statku powinna odzwierciedlać sens jego istnienia oraz być adekwatna do rodzaju pełnionej przez niego służby. W skład ogromnej idiriańskiej floty wchodziły liczne jednostki, których nazwy upamiętniały tych samych bohaterów, te same planety, te same bitwy i koncepcje religijne, uzupełnione identycznymi pompatycznymi określeniami. Lekki krążownik, na którym obecnie znajdował się Horza, był sto trzydziestą siódmą jednostką o nazwie „Ręka Boga”, w związku z czym jego pełna nazwa brzmiała „Ręka Boga 137”. Horza nie mógł się osuszyć w strumieniu ciepłego powietrza. Jak wszystkie elementy wyposażenia, również kabina prysznicowa została zbudowana na monumentalną skalę; kiedy włączył nawiew, huraganowy podmuch omal nie wyrzucił go na korytarz. Querl Xoralundra, tajny ojciec i kapłan-wojownik sekty Czterech Dusz, złączył ręce na blacie stołu. Z punktu widzenia Horzy przypominało to kolizję dwóch płyt kontynentalnych.

— A więc, Bora Horza, odzyskałeś już siły — zadudnił wiekowy Idirianin.

— Mniej więcej — odparł Horza i odruchowo potarł nadgarstki. Siedział w kabinie Xoralundry na pokładzie „Ręki Boga 137”, odziany w nieco za obszerny, ale dość wygodny skafander, który najwyraźniej przywieziono specjalnie dla niego. Xoralundra, również w skafandrze, polecił mu go włożyć, ponieważ wciąż jeszcze znajdowali się na niezbyt wysokiej orbicie nad Sorpenem. Wywiad Marynarki Wojennej stwierdził obecność w układzie słonecznym Wszechstronnej Jednostki Kontaktowej klasy „góra”; „Ręka Boga” działała w pojedynkę, musieli więc zachować ostrożność, tym bardziej że czujniki krążownika nie wykryły jeszcze okrętu Kultury. Xoralundra pochylił się nad stołem. Potężna głowa w kształcie siodła, jeśli patrzeć na nią z przodu, o dwojgu dużych, nieruchomych oczach osadzonych blisko krawędzi czaszki, zawisła nad Metamorfem.

— Miałeś szczęście, Horza. Uratowaliśmy cię, ale nie myśl, że zrobiło nam się ciebie żal. Porażka jest słuszną karą dla tego, kto nie potrafi zwyciężać.

— Dzięki, Xora. To najmilsze słowa, jakie dzisiaj usłyszałem. Horza oparł głowę na poduszce fotela i przesunął starczą ręką po płowych włosach. Kamuflaż powinien zniknąć za kilka dni, ale już teraz czuł, jak powoli odzyskuje zwykły wygląd. W umyśle każdego Metamorfa, w najgłębszych pokładach podświadomości, znajdował się wzór, do którego dostosowywało się ciało po każdej przemianie. Horza nie musiał już wyglądać jak gerontokrata, w związku z czym usunął ze świadomości niepotrzebny wzorzec, jego organizm zaś natychmiast zaczął się przekształcać, wracając do stanu neutralnego. Xoralundra powoli pokręcił masywną głową. Horza wciąż nie miał pojęcia, co oznacza ten gest, choć wielokrotnie współpracował z Idirianami, a samego Xoralundrę znał jeszcze sprzed wojny.

— Tak czy inaczej, żyjesz — stwierdził Idirianin. Horza skinął głową i zabębnił palcami w blat. Siedząc w ogromnym fotelu, czuł się trochę jak dziecko, ponieważ nie sięgał stopami podłogi.

— Udało się. Co prawda w ostatniej chwili, ale jednak. Jestem ci bardzo zobowiązany, chociaż przykro mi, że musiałeś fatygować się taki szmat drogi, żeby uratować nieudacznika.

— Rozkaz to rozkaz. Osobiście cieszę się, że to zrobiliśmy. Teraz wyjaśnię ci dlaczego.

Horza uśmiechnął się ukradkiem, bo właśnie usłyszał spory komplement, a tego raczej się nie spodziewał. Spoglądał na poruszające się szerokie usta Idirianina — wystarczająco szerokie, żeby zmieściły się tam obie moje ręce, przemknęło mu przez głowę — i słuchał precyzyjnych stwierdzeń wypowiadanych grzmiącym, pozbawionym emocji głosem.

— Dawno temu odwiedziłeś Schar, jedną z Planet Umarłych.

Horza skinął głową.

— Chcemy, żebyś tam wrócił.

— Teraz? — zdziwił się Horza. — Obecnie mieszkają tam wyłącznie Metamorfowie. Już ci mówiłem, że nie będę podszywał się pod innego Metamorfa, a już na pewno żadnego nie zabiję.

— Nie żądamy tego od ciebie. Wszystko ci wyjaśnię. — Xoralundra mocniej podparł się potężnymi ramionami i jeszcze bardziej pochylił nad stołem. Gdyby uczynił to kręgowiec albo istota choć trochę zbliżona budową do kręgowca, świadczyłoby to o jej wielkim zmęczeniu. — Cztery dni standardowe temu… — Xoralundra przerwał w pół zdania, ponieważ z hełmu, który położył na podłodze obok fotela, dobiegł przenikliwy sygnał. Idirianin podniósł hełm i postawił go na stole. — O co chodzi?

Horza nauczył się już na tyle rozpoznawać trudno uchwytne zmiany brzmienia głosu Idirianina, żeby szczerze współczuć jego rozmówcy na wypadek, gdyby okazało się, że ten nie ma nic ważnego do powiedzenia.

— Schwytaliśmy kobietę — oznajmił zniekształcony głos z hełmu.

— Ach… — westchnął Xoralundra i odchylił się do tyłu. Przez jego twarz przemknął idiriański odpowiednik uśmiechu: zacisnął wargi i na chwilę zmrużył oczy. — Doskonale, kapitanie. Czy dostarczono ją już na pokład?

— Jeszcze nie, querlu. Prom powinien zacumować za kilka minut. Wycofuję platformy bojowe. Jak tylko wrócą, będziemy gotowi do opuszczenia układu.

Xoralundra pochylił się nad hełmem i mocniej splótł dłonie pokryte keratynowym pancerzem.

— Co z okrętem Kultury?

— Wciąż nic, querlu. Niemożliwe, żeby był w okolicy. Nasz komputer przypuszcza, że zaczaił się poza układem, być może między nami a główną flotą. Jeśli tak jest, to z pewnością wkrótce się zorientuje, że nie mamy żadnego wsparcia.

— Wyruszysz w kierunku floty natychmiast, jak tylko agentka Kultury znajdzie się na pokładzie, nie czekając na platformy. Czy to jasne, kapitanie? — Spojrzenia Idirianina i człowieka spotkały się na chwilę. — Czy to jasne? — powtórzył pytanie Xoralundra. — Tak, querlu — odpowiedział wreszcie lodowatym tonem dowódca krążownika.

— Dobrze. Proszę samodzielnie wybrać najbezpieczniejszą trasę. Tuż przed odlotem, zgodnie z rozkazem Admiralicji, zniszczy pan ładunkami termonuklearnymi następujące miasta: De’aychanbie, Vinch, Easna-Yowon, Izilere oraz Ylbar.

— Tak jest, que…

Xoralundra pstryknął przełącznikiem.

— Złapaliście Balvedę? — zdumiał się Horza.

— Owszem, pojmaliśmy agentkę Kultury. Osobiście uważam, że ani ten fakt, ani jej eliminacja nie mają większego znaczenia. Jednak Admiralicja zgodziła się na naszą ryzykowną misję tylko pod warunkiem, że spróbujemy ją schwytać.

— Hm… A co z jej pociskiem nożowym? Założę się, że zdołał wam się wymknąć.

— Dokonał samozniszczenia w chwili, kiedy wprowadzaliśmy go na pokład promu. — Xoralundra machnął ręką; podmuch powietrza, który zaraz potem dotarł do Horzy, przyniósł ze sobą wyraźną woń charakterystyczną dla Idirian. — Wystarczy. Muszę ci wyjaśnić, dlaczego zdecydowaliśmy się narazić na niebezpieczeństwo lekki krążownik, żeby pospieszyć ci z pomocą.

— Zamieniam się w słuch.

— Cztery dni standardowe temu grupa naszych okrętów przechwyciła samotną jednostkę Kultury o konwencjonalnym wyglądzie zewnętrznym, za to, jeśli wierzyć naszym skanerom, dość niezwykłej strukturze wewnętrznej. Okręt niemal natychmiast dokonał samozniszczenia, ale jego Umysł zdołał uciec. W pobliżu znajdował się układ planetarny. Umysł wyszedł z nadprzestrzeni dopiero nad samą powierzchnią jednej z planet, co dowodzi, że wbrew naszym dotychczasowym przekonaniom Kultura osiągnęła już znaczną biegłość w utrzymywaniu i kształtowaniu pól hiperprzestrzennych. My na razie możemy tylko marzyć o takiej biegłości. Mamy podstawy przypuszczać, że ów Umysł pochodzi z jednej z nowych Specjalizowanych Jednostek Kontaktowych, których produkcję Kultura właśnie rozpoczyna. Jego schwytanie zapewniłoby nam ogromną przewagę nad nieprzyjacielem. Querl przerwał na chwilę, z czego skwapliwie skorzystał Horza.

— Ta planeta to właśnie Schar? — zapytał.

— Owszem. Jeśli wierzyć ostatniej informacji wysłanej przez Umysł, zamierzał schronić się w tunelach tamtejszego Systemu Dowodzenia.

Horza uśmiechnął się z przekąsem.

— A wy, jak się domyślam, nie jesteście w stanie temu zapobiec?

— Przybyliśmy po ciebie, Bora Horza. To najlepszy środek zapobiegawczy, jaki wymyśliliśmy. Sądząc po kształcie twoich ust, dostrzegasz coś zabawnego w tej sytuacji. Wolno wiedzieć, co to takiego?

— Po prostu myślę sobie o różnych sprawach. Na przykład o tym, że ten Umysł albo miał mnóstwo szczęścia, albo jest niesamowicie bystry; że powinniście dziękować swojemu Bogu za to, że akurat znalazłem się w pobliżu; że Kultura na pewno nie będzie czekać z założonymi rękami.

— Mogę łatwo wyjaśnić wszystkie twoje wątpliwości — odparł Xoralundra. — Umysł jest wyjątkowo bystry, ale miał też mnóstwo szczęścia. My też mieliśmy szczęście. Kultura nic nie może zdziałać, ponieważ, o ile wiemy, nie korzysta z usług Metamorfów, a jeśli nawet, to na pewno nie takich, którzy kiedyś byli na Scharze. Wydaje mi się również, Bora Horza — dodał Idirianin, ponownie opierając wielkie ręce na stole i pochylając głowę nad człowiekiem — że ty również możesz mówić o sporym szczęściu.

— Owszem, ale ja, w przeciwieństwie do was, zawsze w nie wierzyłem.

— Hm… Nie przynosi ci to chwały — zauważył Idirianin.

Horza wzruszył ramionami.

— Tak więc chcecie zawieźć mnie na Schar, żebym odzyskał dla was Umysł?

— Jeśli to możliwe. Być może, doznał poważnych uszkodzeń, być może, dokona samozniszczenia, ale stawka jest na tyle cenna, że warto podjąć ryzyko. Naturalnie dostaniesz wszystko, czego będziesz potrzebował, lecz nie ukrywam, że najważniejsza jest sama twoja obecność.

— Co z innymi? Co z Metamorfami, którzy pełnią tam służbę nadzorczą?

— Nie dali znaku życia. Przypuszczalnie o niczym nie wiedzą. Za kilka dni powinni przekazać rutynowy meldunek, ale ze względu na zakłócenia łączności spowodowane wojną nie można wykluczyć, że nie zdołają wysłać sygnału.

— A co… — Horza zawiesił głos i przez kilka sekund z udawanym zainteresowaniem przyglądał się liniom, które kreślił palcem na stole. — A co wiecie o załodze bazy?

— Dwaj najstarsi członkowie zostali zastąpieni przez młodszych, natomiast obaj młodzi strażnicy awansowali i pozostali na miejscu.

— Chyba nie grozi im żadne niebezpieczeństwo?

— Wręcz przeciwnie. W obecnej sytuacji Planeta Umarłych, ukryta za Barierą Milczenia Dra’Azon, jest jednym z najbezpieczniejszych miejsc, jakie można sobie wyobrazić. Ani my, ani Kultura nie odważymy się urazić Dra’Azon. Właśnie dlatego oni nie są w stanie nic zrobić, a my możemy się posłużyć wyłącznie tobą. Horza także pochylił się nieco do przodu.

— Zakładając, że jakimś cudem udałoby mi się dostarczyć wam ten metafizyczny komputer…

— Sądząc po brzmieniu twojego głosu, zapewne zamierzasz poruszyć kwestię wynagrodzenia — przerwał mu Xoralundra.

— Istotnie. Już wystarczająco długo nadstawiam za was karku. Mam dość. Tam, w bazie na Scharze, jest bliska mi osoba. Jeśli się zgodzi, chcę ją stamtąd zabrać i wycofać się z wojny. To będzie moja zapłata.

— Nie mogę niczego obiecać, ale przekażę twoją prośbę. Bądź pewien, że przy jej rozpatrywaniu zostanie uwzględniona twoja długa i wierna służba.

Horza usiadł głębiej w fotelu i zmarszczył brwi. Nie wiedział, czy Xoralundra mówi poważnie, czy kpi sobie z niego. Sześć lat z pewnością nie było długim okresem dla prawie nieśmiertelnych istot, ale z drugiej strony querl Xoralundra doskonale zdawał sobie sprawę, jak często jego wątły i kruchy podopieczny stawiał wszystko na jedną kartę, nie oczekując w zamian żadnej nagrody, więc może jednak mówił serio.

Hełm zapiszczał znowu, zanim Horza zdążył otworzyć usta, by przedstawić kolejne żądanie. Skrzywił się odruchowo. Na idiriańskich okrętach bojowych natężenie hałasu było wprost proporcjonalne do rozmiarów czyniących go istot i maszyn; zamiast zwyczajnie mówić, wszyscy wrzeszczeli i ryczeli, wszelkie brzęczyki, dzwonki i elektroniczne piski przyprawiały o świdrujący ból w uszach, natomiast komunikaty przekazywane przez głośniki mogły zwalić z nóg. Miał nadzieję, że podczas jego obecności na krążowniku nie zostanie ogłoszony alarm bojowy, bo mógłby tego nie przeżyć.

— O co chodzi? — warknął Xoralundra.

— Agentka jest już na pokładzie. Potrzebujemy jeszcze ośmiu minut na ściągnięcie wszystkich platform…

— Czy miasta zostały zniszczone?

— Tak jest, querlu.

— Natychmiast uruchomić silniki i skierować się ku flocie!

— Querlu, czuję się w obowiązku zwrócić uwagę, że…

— Kapitanie — przerwał Xoralundra stanowczym tonem — podczas trwającej obecnie wojny doszło do tej pory do czternastu starć jeden na jeden między naszymi lekkimi krążownikami typu 5 i Wszechstronnymi Jednostkami Kontaktowymi klasy „góra”. Wszystkie zakończyły się zwycięstwem nieprzyjaciela. Czy widziałeś, co zostaje z lekkiego krążownika po takim pojedynku?

— Nie, querlu.

— Ja też nie, i nie mam najmniejszego zamiaru tego oglądać. Wykonać rozkaz. — Idirianin ponownie pstryknął przełącznikiem z boku hełmu i skierował na Horze spojrzenie nieruchomych oczu. — Jeśli twoja misja zakończy się sukcesem, zrobię co w mojej mocy, żeby zapewnić ci zwolnienie ze służby i stosowne wynagrodzenie. Jak tylko dołączymy do głównej floty, przesiądziesz się na szybki statek zwiadowczy i udasz się na Schar. Przed samą Barierą Milczenia wsiądziesz do promu orbitalnego. Prom będzie nie uzbrojony, ale znajdziesz na nim wyposażenie, które może okazać ci się przydatne, w tym także nadprzestrzenne skanery spektograficzne, na wypadek gdyby Umysł dokonał ograniczonej autodestrukcji.

— Skąd mam wiedzieć, że będzie ograniczona? — zapytał podejrzliwie Horza.

— Pomimo stosunkowo niewielkich rozmiarów, Umysł waży kilkaset ton. Eksplozja ładunku antymaterii, który zniszczyłby obiekt o tak znacznej masie, rozerwałaby także planetę, a to z pewnością nie spodobałoby się Dra’Azon. Żaden Umysł Kultury nie odważy się podjąć takiego ryzyka.

— Twoja pewność siebie wręcz mnie onieśmiela — stwierdził Horza z kwaśną miną.

W tej samej chwili natężenie i wysokość dźwięków stanowiących tło dla rozmowy uległo wyraźnej zmianie. Xoralundra przysunął hełm, zerknął na jeden z miniaturowych wewnętrznych ekranów i skinął głową.

— W porządku. Wyruszyliśmy. — Przeniósł wzrok z powrotem na Metamorfa. — Muszę powiedzieć ci o czymś jeszcze. Eskadra naszych okrętów, która zniszczyła jednostkę Kultury, podjęła próbę dotarcia na Schar.

Horza zmarszczył brwi.

— Oszaleli?

— Wręcz przeciwnie. Działali nadzwyczaj roztropnie. Wykorzystali jedno z chuy-hirtsi, których całe stado schwytali nieco wcześniej i chwilowo zdeaktywowali, żeby w przyszłości wykorzystać do zaskakującego ataku na jakąś bazę Kultury. Rzucili je na barierę, ale chociaż trajektoria lotu omijała planetę, podstęp się nie udał. Chuy-hirtsi zostało poważnie uszkodzone, a kiedy wyszło z nadprzestrzeni, wpadło w górne warstwy atmosfery i spłonęło.

— Tak, to rzeczywiście był interesujący pomysł, ale i tak z góry skazany na niepowodzenie. Przy Dra’Azon nawet ten cudowny Umysł, na którym tak ci zależy, wygląda jak zabawka dla dzieci. Trzeba czegoś więcej, żeby ich oszukać.

— Sądzisz, że ci się uda?

— Nie wiem. Wątpię, żeby potrafili czytać w myślach, ale kto wie? Na szczęście jestem prawie pewien, że nie wiedzą o wojnie i że nie obchodziło ich, co porabiałem przez te lata po opuszczeniu Schara, więc chyba nie powinni niczego podejrzewać, chociaż… — Wzruszył ramionami. — Tak czy inaczej, warto spróbować.

— Doskonale. W szczegóły wprowadzimy cię zaraz po tym, jak dołączymy do floty, a na razie powinniśmy się modlić, żeby nie spotkała nas żadna przykra niespodzianka. Pomyślałem sobie, że będziesz chciał porozmawiać z Balvedą, zanim zostanie poddana przesłuchaniu, więc uzyskałem zgodę zastępcy głównego inkwizytora floty.

— Nic nie mogłoby mi sprawić większej przyjemności — odparł z uśmiechem Horza.

Querl wrócił do swoich obowiązków, Horza natomiast został w jego kabinie, żeby odpocząć i posilić się przed spotkaniem z Balvedą. Automatyczna kuchnia krążownika dostarczyła posiłek najbardziej, jej zdaniem, odpowiedni dla humanoidalnej istoty; smakował tak okropnie, że Horza zjadł tylko tyle, by zaspokoić pierwszy głód, po czym przełknął kilka łyków wody destylowanej. Obsługiwał go medjel — jaszczuropodobny stwór mniej więcej dwumetrowej długości, o silnie spłaszczonej głowie i sześciu kończynach. Poruszał się na czterech tylnych, przednie natomiast służyły mu jako ręce. Medjele od zawsze towarzyszyły Idirianom. Oba gatunki łączyła społeczna symbioza, rządząca się na tyle skomplikowanymi zasadami, że od chwili kiedy Idirianie weszli w skład galaktycznej wspólnoty, wielu naukowców straciło mnóstwo lat i zmarnotrawiło ogromne dotacje na badania, które, jak do tej pory, nie pozwoliły wyciągnąć żadnych jednoznacznych albo przynajmniej częściowo wiarygodnych wniosków. Sami Idirianie stanowili szczytowe osiągnięcie ewolucji na Idirze, będąc najpotężniejszymi potworami wśród tamtejszych potworów. Co prawda bezwzględna walka o dominację już dawno zakończyła się ich triumfem — pokonane gatunki, mocno przetrzebione i osłabione, trafiły do ogrodów zoologicznych — Idirianom jednak pozostała w spadku nie tylko słodka świadomość zwycięstwa, lecz także ogromna inteligencja oraz biologiczna nieśmiertelność, stanowiąca i w czasie wojny, i pokoju (przede wszystkim ze względu na wysokie natężenie promieniowania na ich ojczystej planecie) bardziej zaletę niż wadę mogącą doprowadzić do zastoju ewolucyjnego.

Horza podziękował, kiedy medjel zabrał częściowo opróżnione naczynia, ale jaszczur nie odpowiedział. Według powszechnie panującej opinii, medjele dysponowały inteligencją o jedną trzecią mniejszą od inteligencji przeciętnego humanoida (cokolwiek to oznaczało), czyli były dwa do trzech razy głupsze od normalnego Idirianina. Stanowiły jednak doskonałą siłę bojową, tym bardziej że było ich mnóstwo — dziesięć, a może nawet dwanaście razy więcej niż Idirian. Po czterdziestu tysiącach lat starannej hodowli lojalność miały niemal wpisaną w genotyp.

Chociaż był bardzo zmęczony, Horza nawet nie próbował zasnąć, tylko od razu poprosił, żeby zaprowadzono go do Balvedy. Medjel zastanowił się, a następnie zapytał przez interkom, czy może spełnić żądanie człowieka. Odpowiedź Xoralundry była tak gwałtowna, że jaszczur aż się skurczył.

— Proszę za mną — powiedział do Horzy i otworzył drzwi. W korytarzach okrętu, znacznie wyraźniej niż w kabinie Xoralundry, czuć było charakterystyczną woń Idirian, lekka mgiełka zaś sprawiała, że nawet wzrok Horzy sięgał nie dalej niż na kilkanaście metrów. Było gorąco, wilgotno, podłoga delikatnie uginała się pod stopami. Horza podążał szybkim krokiem za medjelem. Minął dwóch Idirian, którzy jednak nie zwrócili na niego najmniejszej uwagi. Ich obojętność wynikała nie tyle z faktu, że wszyscy na pokładzie okrętu wiedzieli, kim jest i skąd się tu wziął, ile raczej z tego, że Idirianie niechętnie okazywali ciekawość, a zarazem nie lubili przyznawać się do niewiedzy.

O mało co nie wpadł na dwoje antygrawitacyjnych noszy z rannymi medjelami, pchanych pospiesznie przez dwa uzbrojone jaszczury. Przystanął, uważnie przyjrzał się rannym; spiralne okopcone ślady na pancerzach świadczyły o tym, że użyta została broń plazmowa, tą zaś, o ile mu było wiadomo, nie dysponowała Gerontokracja Sorpenu. Zastanawiał się jeszcze przez chwilę, co to może oznaczać, po czym wzruszył ramionami i poszedł dalej.

Po dość długiej wędrówce dotarli do masywnych drzwi. Medjel powiedział coś do interkomu i stalowe płyty rozsunęły się na boki. Przed kolejnymi drzwiami stal idiriański strażnik z karabinem laserowym, ale na widok człowieka otworzył je bez żadnych pytań. Horza skinął mu głową i wszedł do środka; drzwi natychmiast zamknęły się za nim, rozsunęły się natomiast kolejne, dwa albo trzy metry dalej. Balveda stała po przeciwnej stronie celi. Na widok Horzy odchyliła głowę do tyłu, a z jej ust wydobył się odgłos trochę podobny do śmiechu.

— No, no… — mruknęła z podziwem. — A więc przeżyłeś. Gratuluję. Aha, tak przy okazji: dotrzymałam obietnicy. Co powiedziałbyś na mały rewanż?

— Witaj — odparł Horza, założył ręce do tyłu i niespiesznie zmierzył kobietę uważnym spojrzeniem. Miała na sobie wciąż tę samą, prostą szatę z szarego materiału i nie była nawet zadraśnięta. — Co się stało z tym czymś, co miałaś na szyi?

Zerknęła w dół, na miejsce gdzie jeszcze niedawno na jej piersi wisiał ozdobny brelok.

— Możesz wierzyć albo nie, ale przeistoczył się w zwykły rejestrator.

Posłała mu niewinny uśmiech i usiadła ze skrzyżowanymi nogami na miękkiej podłodze. Horza poszedł w jej ślady; nogi bolały go już tylko trochę. Przypomniał sobie smugi na pancerzach rannych medjeli. — W rejestrator, powiadasz? A może w pistolet plazmowy?

Agentka Kultury wzruszyła ramionami.

— Być może.

— Tak właśnie mi się wydawało. Słyszałem też, że twój nieodłączny towarzysz rozstał się z nami w dość gwałtowny sposób. Balveda ponownie wzruszyła ramionami.

— Ciebie zapewne również nie byłoby już tutaj, gdybyś mogła zdradzić Idirianom jakąś ważną tajemnicę — powiedział, patrząc jej prosto w oczy.

— Zapewne — przyznała Balveda. — W każdym razie nie byłabym żywa. — Rozprostowała ramiona i westchnęła głośno. — Przypuszczam, że resztę wojny spędzę w jakimś obozie dla internowanych, chyba że zechcą mnie na kogoś wymienić. Mam nadzieję, że to nie potrwa zbyt długo.

— Czyżby Kultura zamierzała się niebawem poddać? — zapytał Horza z przekąsem.

— Wręcz przeciwnie. Kultura wkrótce zwycięży.

Potrząsnął głową.

— Jesteś szalona.

— No… Może nie wkrótce — przyznała z ociąganiem — ale kiedyś na pewno.

— Jeżeli nadal będziecie cofać się w takim tempie jak przez ostatnie trzy lata, niedługo wylądujecie gdzieś w Wielkich Obłokach.

— Nie zdradzę żadnej tajemnicy, jeśli ci powiem, że nie zamierzamy się dalej cofać.

— Zobaczymy. Szczerze mówiąc, zastanawiam się, jakim cudem przetrwaliście tak długo.

— Nasi trójnożni przyjaciele też się nad tym zastanawiają. Chwilami wydaje mi się, że nawet my tego nie wiemy. Horza westchnął i markotnie pokręcił głową.

— Jeśli o mnie chodzi, to przede wszystkim chciałbym się dowiedzieć, dlaczego walczycie. Idirianie nigdy nie stanowili dla was zagrożenia i nadal by go nie stanowili, gdybyście tylko zostawili ich w spokoju. Czyżby życie w waszej doskonałej utopii stało się aż tak nudne, że zapragnęliście wojny?

— Ja z kolei nie rozumiem, dlaczego ty bierzesz udział w wojnie — odparła Balveda, patrząc mu prosto w oczy. — Wiem, że Hiedohre jest w…

— Heibohre — poprawił ją Horza.

— Nieważne, ta asteroida, na której żyją Metamorfowie. Wiem, że jest w sektorze pozostającym pod kontrolą Idirian, ale…

— To nie ma nic do rzeczy, Balvedo. Walczę po ich stronie, ponieważ uważam, że mają słuszność, i tyle.

Balveda oparła się o ścianę.

— Jesteś… — Umilkła, wbiła wzrok w podłogę. Po kilkunastu sekundach podniosła oczy na Horze. — Naprawdę cię nie rozumiem. Przecież z pewnością wiesz, ile gatunków, ile cywilizacji, ile układów planetarnych, ile istot zostało unicestwionych albo zniewolonych przez Idirian i ich zwariowaną religię! Czy Kultura zrobiła cokolwiek, co można z tym porównać?

W dramatycznym geście wyciągnęła ku niemu rękę z rozczapierzonymi palcami i zawiesiła głos. Horza przyglądał się jej z łagodnym uśmiechem.

— Gdyby chodziło tylko o liczbę ofiar, z pewnością miałabyś rację, Perosteck. Wiele razy mówiłem Idirianom, że nie podobają mi się ani ich metody, ani fanatyzm. Ja też jestem zdania, że każdy powinien samodzielnie decydować o swoim życiu. Teraz jednak Idirianie walczą z wami, a to dla mnie zasadnicza różnica, chociaż gdyby mnie ktoś zapytał, powiedziałbym, że jestem nie tyle z nimi, ile przeciwko wam. Chyba nawet… — Zastanowił się, a następnie roześmiał cicho. — Chyba nawet byłbym gotów za nich zginąć. — Wzruszył ramionami. — I to wszystko.

Balveda opuściła rękę, odwróciła wzrok i z niedowierzaniem pokręciła głową.

— Przypuszczam — mówił dalej Horza — że wzięłaś to za żart, kiedy powiedziałem staremu Frolkowi o moich podejrzeniach dotyczących twojego pocisku nożowego. Nie żartowałem, Balvedo. Naprawdę uważałem, że to on był prawdziwym przedstawicielem Kultury, i nadal tak uważam. Nie obchodzi mnie, jakie wzniosłe cele stawia przed sobą Kultura ani ilu ludzi zabiją Idirianie. Dla mnie ważne jest to, że są po stronie życia; to prawda, nudnego, staroświeckiego, biologicznego, cuchnącego, zawodnego i krótkowzrocznego, ale jednak życia. Wami rządzą maszyny. Weszliście w ślepy zaułek ewolucji. Problem bierze się stąd, że usiłujecie tego nie dostrzegać, a na potwierdzenie słuszności wybranej drogi ciągniecie za sobą, kogo się da. Zwycięstwo Kultury w tej wojnie byłoby największą tragedią, jaka może spotkać galaktykę.

Przerwał w nadziei, że usłyszy odpowiedź, ale kobieta w milczeniu nadal kręciła pochyloną głową. Roześmiał się gorzko.

— Wiesz co, Balvedo? Jak na przedstawicielkę tak wrażliwego gatunku wykazujesz niekiedy zdumiewająco ograniczoną zdolność rozumienia uczuć innych istot.

— Zrozum uczucia idioty, a sam staniesz się idiotą — mruknęła, wciąż nie patrząc na niego.

Horza ponownie zaśmiał się i wstał z podłogi.

— Skąd ta gorycz, Balvedo?

Dopiero teraz podniosła na niego wzrok.

— Mówię ci, Horza — powiedziała cicho, ale wyraźnie. — Zwyciężymy.

Tym razem on pokręcił głową.

— Wątpię. Nie wiecie jak.

— Ale możemy się nauczyć.

— Od kogo?

— Od każdego, kto zechce udzielić nam lekcji. Poświęcamy wiele czasu na analizowanie postępowania wojowników i fanatyków religijnych, tyranów i dyktatorów… Wszystkich, którzy byli albo są gotowi zwyciężać za wszelką cenę. Zapewniam cię, nie brakuje nam nauczycieli.

— Jeśli chcecie wiedzieć, jak się zwycięża, zapytajcie Idirian. Balveda długo przyglądała mu się z poważną, chyba nawet smutną miną, a następnie powoli skinęła głową.

— Rzeczywiście, niektórzy twierdzą, że takie postępowanie bywa niebezpieczne, bo łatwo można upodobnić się do przeciwnika. — Wzruszyła ramionami. — Cóż, pozostaje nam wierzyć, że z nami tak się nie stanie. Jeżeli ewolucja, której jesteś gorącym wyznawcą, naprawdę jest aż tak skuteczna, będzie działać na naszą korzyść, nie Idirian. Jeśli nie, wówczas trzeba o niej jak najprędzej zapomnieć.

— Sprawiasz mi zawód, Balvedo — powiedział z kpiącym uśmieszkiem na ustach. — Ja kocham walkę, a tymczasem ty pozbawiasz mnie przyjemności, przyjmując mój punkt widzenia.

Westchnęła głośno.

— Nieprawda. To przez moje szkolenie w Sekcji Specjalnej. Staramy się myśleć o wszystkim, a ja bywam niekiedy pesymistką.

— Wydawało mi się, że w Sekcji Specjalnej nie ma miejsca dla pesymistów.

— Mylisz się, Metamorfie — odparła, unosząc brew. — W Sekcji Specjalnej jest miejsce dla wszystkich. Dla wielu ludzi właśnie ta nasza cecha jest najbardziej przerażająca.

Horza doskonale wiedział, co Balveda ma na myśli. Sekcja Specjalna zawsze stanowiła najsilniejszy oręż Służby Kontaktu i torowała drogę mocarstwowej polityce Kultury, była więc jednostką elitarną w pełnym znaczeniu tego słowa — i to w społeczeństwie, które wyznawało całkowity egalitaryzm. Już przed wojną traktowano je z ambiwalentnymi uczuciami: otaczała ją aura tajemniczości i brutalnej płciowości (trudno o lepsze określenie), z tym zaś wiązały się nieodparcie takie pojęcia jak drapieżność, zachłanność, uwodzenie, a nawet przemoc. Ponieważ jej działania okrywała głęboka tajemnica (w społeczeństwie, które wyznawało pełną otwartość), nietrudno było podejrzewać ukryte za tą zasłoną mało chwalebne czyny, a nawet — o zgrozo! — moralną dwuznaczność (w społeczeństwie, które wierzyło w jednoznaczne rozróżnienia: żywy=dobry; martwy=zły; przyjemny=dobry; bolesny=zły i tak dalej). Wszystko to co prawda budziło odrazę, ale jednocześnie fascynowało.

W Sekcji Specjalnej jak w soczewce skupiały się fascynacje i dążenia całego społeczeństwa Kultury, ona najbardziej bezwzględnie wprowadzała je w życie, lecz także miała najmniej wspólnego z codziennością.

Po wybuchu wojny Służba Kontaktu przeistoczyła się w wojskową, Sekcja Specjalna zaś w wywiadowczą i szpiegowską agendę Kultury (eufemistyczna nazwa stalą się po prostu jeszcze łatwiejsza do rozszyfrowania). Zmianie — tyle że na gorsze — uległa także pozycja Sekcji Specjalnej w wewnętrznej strukturze Kultury. Na niej właśnie ludzie odreagowywali poczucie winy za to, że w ogóle zgodzili się na wojnę, nią właśnie pogardzali jako uosobieniem niepotrzebnego zła i nieprzyjemnego moralnego kompromisu, nie chcieli z nią mieć nic wspólnego. Mimo to Sekcja Specjalna rzeczywiście starała się myśleć o wszystkim, jej Umysły zaś były nawet jeszcze bardziej cyniczne, amoralne i podstępne niż pracujące dla pozostałych wydziałów Służby Kontaktu: maszyny pozbawione złudzeń, chlubiące się tym, że potrafią przewidzieć nieprzewidywalne. Nic więc dziwnego, że stała się pariasem, chłopcem do bicia i wrzodem na zbiorowym sumieniu Kultury. Nikogo to już nie dziwiło, lecz Horza podejrzewał, iż osoby takie jak Balveda nadal nie potrafią się z tym pogodzić. Ludzie Kultury pragnęli, żeby wszyscy ich lubili, a już szczególnie współobywatele; Perosteck Balveda musiała wykonywać niebezpieczne i odpowiedzialne zadanie ze świadomością, że prędzej może liczyć na zrozumienie ze strony wrogów niż przyjaciół. — Zresztą nieważne — powiedział, po czym wyprostował obolałe plecy i przesunął dłonią po rzadkich płowych włosach. — Prędzej czy później okaże się, kto miał rację.

Balveda parsknęła złowieszczym śmiechem.

— Święte słowa, Horza.

— Mimo wszystko dziękuję ci.

— Za co?

— Podbudowałaś moje morale.

— Och, idź już sobie… — westchnęła.

Miał ochotę zmierzwić jej krótkie ciemne włosy, uszczypnąć w policzek, ale nie uczynił tego, ponieważ wiedział, że w ten sposób jeszcze bardziej by ją pognębił. Zbyt dobrze znał gorycz porażki, żeby pogarszać i tak już wystarczająco nieprzyjemną sytuację godnemu, walczącemu z otwartą przyłbicą przeciwnikowi. Bez słowa wyszedł z celi.

— Ach, Bora Horza! — powitał go grzmiący głos Xoralundry. Querl wyłonił się z mgiełki wypełniającej korytarz. Wartownik pełniący straż przy drzwiach celi wyprężył się na baczność i zdmuchnął jakiś niewidoczny pyłek z lufy karabinu. — Jak się miewa nasz gość?

— Nie najlepiej. Przed chwilą odbyliśmy krótki pojedynek na argumenty i chyba wygrałem na punkty — powiedział Horza z uśmiechem. Xoralundra zatrzymał się i spojrzał na niego z góry.

— Hm. Jeśli nie chcesz rozkoszować się swoim zwycięstwem w próżni, proponuję, żebyś następnym razem zabrał ze sobą… Horza nie dowiedział się, co powinien zabrać, ponieważ na okręcie ogłoszono alarm bojowy. Sygnał, bardzo podobny do zwielokrotnionego huku eksplozji, jest w istocie wzmocnionym i elektronicznie przetworzonym odgłosem łomotania w klatkę piersiową grubego płata skórnego, będącego szczątkowym trzecim ramieniem; w ten sposób przed setkami tysięcy lat Idirianie ostrzegali się nawzajem przed niebezpieczeństwem.

Horza zakrył uszy rękami, ale niewiele mu to dało, ponieważ fale uderzeniowe przenikały przez jego ciało, atakowały nie osłoniętą hełmem czaszkę, wprawiały w drżenie organy wewnętrzne. Nagle poczuł, że jakaś potworna siła odrywa go od podłogi i przygniata do grodzi. Dopiero wtedy uświadomił sobie, że ma zamknięte oczy. Przez chwilę czuł się tak, jakby nadal przebywał w cuchnącej celi, a jego ocalenie, ucieczka z Sorpenu, pobyt na krążowniku Idirian oraz rozmowa z Balvedą były tylko nadzwyczaj realistycznym snem przerwanym teraz przez śmierć. Otworzywszy oczy, ujrzał przed sobą keratynową twarz Xoralundry; querl trzymał go za skafander na piersi i potrząsał gwałtownie. Zaraz potem potworny łomot nieco przycichł, dzięki czemu do obolałych uszu człowieka dotarł dobiegający jak przez grubą warstwę waty, wściekły ryk Idirianina:

— Hełm!!!

— O cholera! — jęknął Horza.

Idirianin zwolnił uchwyt, odwrócił się błyskawicznie i złapał przebiegającego medjela.

— Słuchaj! — ryknął. — Jestem querlem tej floty, rozumiesz? Natychmiast popędzisz do mojej kabiny i przyniesiesz mały hełm, który leży na pulpicie na prawo od wejścia. Zrobisz to jak najprędzej. Ten rozkaz wykasowuje wszystkie poprzednie, ale sam nie może zostać anulowany. Ruszaj!

Cisnął medjela we właściwym kierunku. Jaszczur przebierał czterema tylnymi nogami, jeszcze zanim zetknęły się z podłogą. Xoralundra dociągnął zaciski swojego hełmu, podniósł wizjer i odwrócił się do Horzy, jakby zamierzał coś powiedzieć, ale w tej samej chwili z interkomu skafandra padło kilka zgrzytliwych słów. Querl wysłuchał ich w milczeniu, po czym mruknął tak cicho, jakby zwracał się raczej do siebie niż do Metamorfa:

— Jednostka Kultury czekała ukryta w zewnętrznej warstwie płaszcza słonecznego.

— W słońcu?! — zdumiał się Horza i odruchowo zerknął na drzwi celi, jakby to była wina Balvedy. — Ci dranie robią się coraz sprytniejsi.

— Rzeczywiście — warknął Idirianin, a następnie odwrócił się na środkowej nodze. — Za mną, człowieku!

Horza posłusznie puścił się biegiem, jednak zaledwie po kilku krokach wpadł z impetem na szerokie plecy querla, który zatrzymał się raptownie, obejrzał za siebie i z trudnym do zinterpretowania wyrazem szerokiej ciemnej twarzy spojrzał na stojącego przy drzwiach wartownika.

— Straż! — prychnął. Żołnierz wyprężył się jeszcze bardziej. — Zabić tę kobietę.

Zaraz potem Idirianin odszedł szybkim krokiem. Horza przez kilka sekund stał jak posąg. Dopiero kiedy strażnik ściągnął broń z ramienia, otworzył drzwi i zniknął w celi, Metamorf odwrócił się i pobiegł za starym querlem.

Przy śluzie dogonił ich medjel. Xoralundra bez słowa wziął od niego hełm, włożył Horzy na głowę i dopiął zaciski.

— W śluzie znajdziesz osobisty generator hiperprzestrzeni. Oddal się, na ile to możliwe. Flota powinna się tu zjawić za dziewięć godzin standardowych. Nie musisz nic robić; skafander sam nada wezwanie o pomoc. Ja…

Idirianin przerwał, ponieważ okręt wykonał gwałtowny unik, chwilę później zaś rozległ się donośny huk i podmuch powietrza cisnął Horze o ścianę. Xoralundra, stojący pewnie na trzech szeroko rozstawionych nogach, nawet nie drgnął, medjel natomiast zdążył tylko kwiknąć i potoczył się po podłodze. Querl, klnąc głośno, kopnął rozpłaszczonego przy ścianie jaszczura, który natychmiast zerwał się na nogi i pognał co sił. Krążownik ponownie zatoczył się jak pijany, zadudnił sygnał alarmowy, zaśmierdziało spalenizną. Gdzieś z góry dobiegał stłumiony łomot, towarzyszyła mu wrzawa donośnych głosów.

— Ja też spróbuję uciec — dokończył Xoralundra. — Bóg z tobą, człowieku. — Opuścił mu wizjer i wepchnął Horze do śluzy. Wewnętrzne drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Kolejne szarpnięcie rzuciło Horze na przeciwległą ścianę. Rozpaczliwie szukał generatora hiperprzestrzeni, dostrzegł go, przyczepionego do grodzi, po krótkiej szarpaninie zdjął z uchwytów i umocował do pleców skafandra.

— Gotów? — zapytał głos tuż przy jego uchu.

Niemal podskoczył ze zdziwienia.

— Tak, tak! Szybko!

Śluza nie tyle otworzyła się, ile raczej wypluła go w przestrzeń wraz z miniaturową galaktyką lodowych kryształków. Natychmiast zaczął się rozglądać w poszukiwaniu okrętu Kultury, szybko jednak uświadomił sobie, że zachowuje się jak głupiec. Nieprzyjacielską jednostkę dzieliło od krążownika co najmniej kilka miliardów kilometrów. Na taką właśnie, nieludzką skalę toczyły się współczesne konflikty. Można było niszczyć i zabijać z niewyobrażalnych odległości, wygodnie siedząc w fotelu zamieniać w nowe gwiazdy odległe nawet o kilka lat świetlnych, jednym skinieniem palca unicestwiać całe planety… a przy okazji nie mieć najmniejszego pojęcia, o co właściwie chodzi w tej wojnie.

Ostatni raz pomyślał o Balvedzie, po czym na oślep sięgnął do panelu sterowniczego generatora, nacisnął właściwy guzik i zza zmrużonych powiek obserwował, jak gwiazdy zamieniają się w rozmazane, niewyraźne smugi. Zaraz potem zaczął manipulować przy umieszczonym na przedramieniu skafandra mikropulpicie łączności, w nadziei że przechwyci jakieś sygnały z „Ręki Boga 137”, ale odbierał tylko biały szum. Po pewnym czasie usłyszał mechaniczny głos skafandra:

— Generator/hiperprzestrzeń/energia/połowa.

Uważnie obserwował wskazania maleńkiego wyświetlacza obok wizjera.

Idirianie przed każdym skokiem w hiperprzestrzeń kierowali do swojego Boga specjalną modlitwę. Kiedyś Xoralundra zażądał, żeby on również się do niej przyłączył. Horza protestował, twierdząc, że taka modlitwa nie ma dla niego żadnego znaczenia; nie dość, że sama koncepcja idiriańskiego Boga stała w jaskrawej sprzeczności z jego osobistymi przekonaniami, to na dodatek modlitwę odmawiano w starym martwym języku, którego ani w ząb nie rozumiał. W odpowiedzi usłyszał, że chodzi o symboliczną wymowę tego gestu. Od zwierząt (idiriańskie słowo oznaczające ludzi znaczyło mniej więcej tyle co „biotomatony”) wymaga się wyłącznie uczestnictwa w akcie religijnym; zrozumienie, a tym bardziej intelektualne bądź emocjonalne aangażowanie, nie są konieczne. Horza zapytał wówczas, co z jego nieśmiertelną duszą, na co Xoralundra wybuchnął gromkim śmiechem — po raz pierwszy i ostatni za ich znajomości. Od kiedy to nieśmiertelna dusza mieszka w śmiertelnym ciele? Gdy zapas energii zmalał prawie do zera, Horza wyłączył generator. Gwiazdy wokół niego znieruchomiały i przybrały zwykłą postać. Zaraz potem uruchomił sygnalizator generatora i pozwolił mu odpłynąć w pustkę, by działał jako wabik, ściągając na siebie uwagę wszystkich, którzy zechcieliby podążyć za jeszcze ciepłym śladem w hiperprzestrzeni.

Stopniowo uspokajał mocno przyspieszony oddech i spowalniał bicie serca. Jednocześnie oswajał się ze skafandrem, testując jego funkcje i możliwości. Skafander, który jeszcze pachniał nowością, został chyba skonstruowany przez Rairchów, a więc był najlepszym skafandrem na świecie, podobnie jak najlepsze było wszystko, co wytworzyli Rairchowie. Co prawda ludzie twierdzili, że skafandry Kultury na lepszej jakości, ale to samo mówili o wielu innych rzeczach, a jednak Kultura przegrywała wojnę. Horza sprawdził działanie laserów, po czym zaczął szukać pistoletu, który powinien być ukryty w jednej z zewnętrznych kieszeni. Znalazł go nie bez trudu, broń bowiem udawała fragment podłużnego wzmocnienia przedramiennej części rękawa. Z przyjemnością by do czegoś strzelił, ale nie było do czego. Z żalem schował broń, skrzyżował ramiona na pękatej piersi i rozejrzał się dokoła. Wszędzie gwiazdy. Nie miał pojęcia, która z nich jest słońcem Sorpenu. A więc okręty Kultury mogły ukrywać się w fotosferze. No, no… A ich Umysły, nawet w sytuacji skrajnego zagrożenia, podczas ucieczki, były w stanie wyrwać się ze studni grawitacyjnej. Ładne rzeczy. Kto wie, może Idirian czeka trudniejsze zadanie, niż przypuszczali? Wprawdzie byli urodzonymi wojownikami, dysponowali ogromnym doświadczeniem i godną podziwu odwagą, struktura ich społeczeństwa opierała się na fundamencie prowadzonych nieprzerwanie wojen, niemniej jednak Kultura, ten pozornie chaotyczny, anarchistyczny, hedonistyczny, dekadencki melanż ludzi i nieludzi, wchłaniający wciąż nowe społeczności, już od prawie czterech lat prowadził z nimi mniej lub bardziej wyrównaną walkę i nic nie wskazywało na to, żeby zamierzał się poddać albo choćby dążył do zawieszenia broni. Wszyscy oczekiwali gwałtownego, ale krótkiego starcia, z założenia służącego jedynie wyraźnemu określeniu stanowiska jednej ze stron, a tymczasem konflikt przeciągał się i wyraźnie przybierał na sile. Wbrew przewidywaniom mędrców, początkowe klęski i gigantyczne straty nie skłoniły Kultury do kapitulacji. Wręcz przeciwnie: co prawda jej siły znajdowały się w bezustannym odwrocie, przebiegał on jednak w coraz wolniejszym tempie, każda zaś uzyskana w ten sposób zwłoka była skrupulatnie wykorzystywana na przegrupowywanie, dozbrajanie i uzupełnianie stanu osobowego oddziałów. Zdaniem Horzy, wszystko to była robota Umysłów.

Nie wierzył, żeby zwykli obywatele Kultury naprawdę pragnęli wojny, i to bez względu na to, jak głosowali. Przecież mieli swoją komunistyczną utopię. Byli psuci i rozpieszczani, a ewangeliczny materializm Kontaktu zapewniał ich sumieniom akurat tyle kojącego balsamu, ile go potrzebowały. Czego jeszcze mogli chcieć? Wojna ponad wszelką wątpliwość została wywołana przez Umysły pragnące oczyścić galaktykę z cierpienia i niesprawiedliwości, i wprowadzić ją na nowe, proste tory. Głupcy z Kultury jeszcze się nie zorientowali, że pewnego dnia Umysły mogą dojść do wniosku, iż przyczyną wszelkiego zła są wyłącznie ludzie.

Horza obracał się powoli, wodził wzrokiem po upstrzonej niezliczonymi gwiazdami pustce i zastanawiał się, gdzie wśród tych tysięcy jasnych punkcików toczą się teraz mordercze walki, gdzie padają miliony ofiar, gdzie siły Kultury wciąż stawiają zaciekły opór, a gdzie okręty Idirian przedarły się przez linie obrony. Skafander posłusznie wykonywał polecenia żyroskopów, posykując cichutko, mrucząc i błyskając światełkami. Dawał Horzy poczucie pełnego bezpieczeństwa.

Tym bardziej zaskoczyło go gwałtowne szarpnięcie, w wyniku którego mało nie odgryzł sobie języka. Hełm wypełniło przenikliwe brzęczenie alarmu zderzeniowego, sekundę później zaś na jednym z mikroekranów pojawił się krwistoczerwony holograficzny obraz.

— Obiekt/przechwycenie/radar — powiedział skafander. — Zbliżanie.

3. Wir Czystego Powietrza

— Co takiego?! — ryknął Horza.

— Obiekt/przechwy…

— Zamknij się!

W pośpiechu naciskał klawisze na miniaturowym pulpicie, obracał się we wszystkie strony i wytężaj wzrok w poszukiwaniu zbliżającego się zagrożenia. Z pewnością istniał sposób wywołania szczegółowych danych na wewnętrznej powierzchni wizjera, pełniącej także funkcję głównego ekranu skafandra, ale Horza jeszcze nie zdążył poznać przeznaczenia wszystkich guzików i przycisków. Minęło sporo czasu, zanim uświadomił sobie, że najprawdopodobniej wystarczy wydać polecenie.

— Skafander! Daj na wizjer namiary źródła sygnału! W lewym górnym rogu wizjera natychmiast pojawiła się migająca czerwona plamka. Ustawił się w taki sposób, żeby mieć ją naprzeciwko oczu, po czym znowu sięgnął do pulpitu; skafander wypchnął w przestrzeń zbędne powietrze, nadając przy okazji sobie — i swemu pasażerowi — przyspieszenie około 1 g. Plamka na chwilę przygasła, wkrótce jednak zabłysła ponownie. Horza zaklął pod nosem.

— Obiekt/przechwytywanie…

— Wiem, wiem! — warknął.

Wydobył z ukrycia pistolet i sprawdził gotowość laserów, wyłączył natomiast gazowe mikrosilniczki. I tak nie udałoby mu się uciec. Ponownie znalazł się w stanie nieważkości. Mała czerwona plamka niezmordowanie migała na wizjerze, wskazania bocznych ekranów świadczyły zaś o tym, że źródło promieniowania zbliża się po łagodnej krzywej w przestrzeni rzeczywistej z prędkością równą około 0,01 prędkości światła. Radar działał w zakresie niższych częstotliwości i był dość słaby; ani Kultura, ani Idirianie nie korzystali już z tak archaicznego sprzętu. Horza polecił skafandrowi zdjąć obraz z wizjera, po czym włączył powiększenie i skierował wzrok w miejsce, gdzie po raz ostatni widział migającą plamkę. Kątem oka przez cały czas obserwował wskazania ekranu informującego o prędkości tajemniczego obiektu. Wciąż spadała. Czyżby ktoś zamierzał wziąć go na pokład?

W polu widzenia mignął mu jakiś rozmazany kształt. Był już bardzo blisko. Radar przestał działać. Horzy zaschło w gardle, ręce drżały mu w trochę za luźnych rękawicach skafandra. Nagle w wizjerze eksplodowała rozwleczona zamazana czerń, wyłączył więc powiększenie i podążył wzrokiem za pędzącym w śmiertelnej ciszy obiektem. Włączył punktowy radar, żeby określić odległość dzielącą go od intruza, ale chybił; smoliście czarny kształt przemknął bezgłośnie, zasłaniając na chwilę gwiazdy, a chwilę potem w próżni zapłonęły dwa bliźniacze złociste słońca; tajemniczy obiekt włączył silniki kierunkowe.

— Obiekt…

— Cisza! — syknął Horza i odbezpieczył pistolet. Czarny kształt pojawił się znowu, tym razem prawie dokładnie przed nim. Gwiazdy w jego pobliżu falowały i świeciły blaskiem o zmiennym natężeniu, co świadczyło o tym, że pod pancerzem przybysza pracuje na jałowym biegu mocno sfatygowany silnik nadprzestrzenny. Horza skierował radar punktowy na niewyraźną sylwetkę statku kosmicznego i zaczął szybko zataczać nim kręgi o zmieniającej się średnicy, jednocześnie obserwując obraz, który stopniowo formował się na jednym z wewnętrznych ekranów. Zanim jednak zdążył mu się dokładnie przyjrzeć, ekran zgasł, ułamek sekundy później ucichły odgłosy pracy skafandra.

— Funkcje podstawowe/zero/inge… ren… cja… — wymamrotał skafander gasnącym głosem, ale Horza już go nie słyszał, stracił przytomność.

Leżał na czymś twardym. Bolała go głowa. Nie miał pojęcia, gdzie jest ani co tutaj robi. Wiedział tylko, jak się nazywa: Bora Horza Gobuchul, Metamorf z asteroidy Heibohre, ostatnio wynajęty przez Idirian toczących świętą wojnę z Kulturą. Ale jaki to może mieć związek z bólem rozsadzającym mu czaszkę i twardym zimnym metalem pod policzkiem?

Nieźle oberwał. Chociaż wciąż jeszcze nic nie widział ani nie słyszał, zdawał sobie sprawę, że wydarzyło się coś poważnego, może nawet tragicznego w skutkach. Ale co? Wytężył pamięć. Gdzie był ostatnio? Co się z nim działo?

Nagle przypomniał sobie i serce omal nie wyskoczyło mu z piersi. „Ręka Boga 137”! Musi uciekać! Gdzie jego hełm? Dlaczego Xoralundra zostawił go na pastwę losu? Gdzie podział się ten durny medjel, który pobiegł po hełm? Na pomoc!

Nie był w stanie wykonać najmniejszego ruchu.

To nie „Ręka Boga 137” ani żaden inny okręt Idirian, pomyślał. Twardy i zimny pokład, zapach też nie taki… Do jego uszu zaczęły docierać głosy, wciąż jednak nic nie widział. Nie miał pojęcia, czy leży z otwartymi oczami, ale jest ślepy, czy tylko nie może poruszyć powiekami. Spróbował podnieść ręce do twarzy, żeby się o tym przekonać, lecz mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa.

Głosy należały do ludzi i było ich co najmniej kilku. Mówili po maraińsku, czyli w uniwersalnym języku Kultury, ale to jeszcze o niczym nie świadczyło, ponieważ w ciągu minionych stuleci język ten rozpowszechnił się niemal w całej galaktyce. Horza także potrafił się nim posługiwać, choć ostatnio robił to… Nawet nie tak dawno, bo podczas rozmowy z Balvedą. Biedna Balveda. Jednak ci ludzie mówili tak szybko, że nie był w stanie rozróżnić poszczególnych słów. Skoncentrował wysiłki na tym, żeby poruszyć powiekami, lecz osiągnął tylko tyle, że zaczął pomału czuć swoje ciało. W dalszym ciągu nie miał pojęcia, gdzie może się znajdować.

Ta ciemność… Nagle przypomniał sobie, że był w skafandrze, a jakiś głos mówił o zbliżającym się obiekcie. Chwilę potem uświadomił sobie, że został uratowany — albo pojmany. Zrezygnował z prób otwarcia oczu i skupił się na docierającej do jego uszu rozmowie. Całkiem niedawno mówił po maraińsku. Na pewno zrozumie. Musi zrozumieć.

— …przez dwa tygodnie i co znajdujemy? Jakiegoś starucha w skafandrze!

To był pierwszy głos, chyba kobiecy.

— A czego się spodziewałaś? Okrętu Kultury?

Mężczyzna.

— Może nie całego, ale przynajmniej paru kawałków!

Śmiech.

— Tak na oko, to całkiem dobry skafander. Zatrzymam go sobie. Inny głos, również męski, ale bardziej zdecydowany. Jakby dowódca.

Nic z tego. Za cicho.

— One same się dopasowują, idioto.

Znowu dowódca.

— …szczątki okrętów… dziobowy laser… ciągle spieprzony…

Kobieta, ale inna.

— Chyba go nie uszkodziliśmy?

Kolejny mężczyzna, znacznie młodszy.

— Przecież włączyliśmy zasysanie, a nie odpychanie! — stwierdził z wyższością dowódca.

Kim są ci ludzie, do cholery?!

— …nawet znacznie mniejsze niż ten dziadunio. Mówili o nim! Na pewno o nim! Starał się nie dawać żadnych oznak życia. Domyślił się, że leży na pokładzie kilka metrów od grupki zgromadzonej wokół jego skafandra. Niektórzy byli odwróceni do niego tyłem, więc nie mógł dosłyszeć ich słów. Był zupełnie nagi, jedną rękę miał podwiniętą pod plecy, z na wpół rozchylonych ust powoli sączyła się ślina.

— …jakąś broń, ale nic takiego nie widzę — powiedział dowódca. Przy słowie „ale” barwa i natężenie jego głosu uległy wyraźnej zmianie, jakby wstał albo się odwrócił. Wyglądało na to, że nie znaleźli plazmowego pistoletu Horzy. Najprawdopodobniej miał do czynienia z najemnikami albo korsarzami.

— Dasz mi swój stary skafander, Kraiklyn?

Młody mężczyzna.

— No dobra. — Znowu dowódca. Szelest i lekkie zafalowanie głosu, pewnie zmienił pozycję. Zignorował pytanie. — Może to niezupełnie to, na co liczyliśmy, ale przynajmniej mamy ten skafander. Trzeba zmykać, zanim pojawią się chłopcy z sąsiedniego podwórka.

— I co dalej? — zapytała jedna z kobiet.

Horzy podobał się jej głos. Bardzo żałował, że nie jest w stanie otworzyć oczu.

— Świątynia. Powinno nam pójść jak po maśle, nawet bez lasera dziobowego. To tylko parę dni drogi stąd. Zaciągniemy bezzwrotną pożyczkę w świątynnym skarbcu, polecimy na Vavatch, kupimy parę ton ciężkiego uzbrojenia i trochę sobie poszalejemy. — Dowódca (Krakeline, czy jak mu tam) umilkł na chwilę, roześmiał się, po czym mówił dalej: — Nie bój się, Doro. To naprawdę bułka z masłem. Jeszcze będziecie mi wdzięczni, że dowiedziałem się o tym miejscu. Zobaczycie, jak się obłowimy. Kapłani są nie uzbrojeni, więc zjawimy się jak po swoje. Wpadniemy i…

— …wypadniemy. Już to słyszeliśmy.

Naprawdę miły kobiecy głos. Do oczu Horzy zaczęło docierać światło. Różowe. Głowa wciąż go bolała, ale powoli wracał do siebie. Sprawdził funkcjonowanie różnych części ciała, świadomie kierując tam impulsy nerwowe i analizując reakcję, która mogła wiele powiedzieć o stanie fizycznym jego organizmu. Zdecydowanie poniżej normy i nic nie wskazywało na to, żeby odzyskał zwykłą sprawność szybciej niż za kilka dni, kiedy znikną ostatnie ślady starczego kamuflażu. Naturalnie zakładając, że tego dożyje. Załoga statku przypuszczalnie uważała go za martwego.

— Zallin, wypieprz tego zdechlaka — polecił dowódca. Ciężkie kroki ruszyły w jego stronę. Horza z co najmniej sekundowym opóźnieniem uzmysłowił sobie, że chodzi o niego, i raptownie otworzył oczy.

— O cholera! — wykrzyknął ktoś. — On żyje!

Kroki zatrzymały się, Horza zaś usiadł z trudem i zmrużył oczy, oślepione jasnym blaskiem. Z trudem łapał powietrze, kręciło mu się w głowie. Minęło sporo czasu, zanim zdołał zapanować nad słabością i rozejrzał się dokoła.

Był w niewielkim, rzęsiście oświetlonym hangarze, którego połowę zajmował stary, mocno sfatygowany prom orbitalny. Siedział przy jednej z grodzi, ludzie zaś, których rozmowie się przysłuchiwał, stali po przeciwnej stronie pomieszczenia. Mniej więcej w połowie drogi między nim a nimi zatrzymał się potężnie zbudowany, niezdarny młodzieniec o zdumiewająco długich ramionach i srebrzystych włosach. Zgodnie z domysłami Horzy, na podłodze u stóp załogi leżał jego skafander. Z wysiłkiem przełknął ślinę i zamrugał. Młody człowiek o srebrzystych włosach wytrzeszczał na niego oczy, drapiąc się nerwowo za uchem. Miał na sobie szorty i spraną koszulkę.

— Wubslin — odezwał się jeden z mężczyzn. Był to ten, którego Horza nazwał w myślach dowódcą. — Czyżby z twoim efektorem było coś nie w porządku?

Młodzieniec prawie podskoczył i odwrócił się do towarzyszy. Nie pozwól, żeby mówili o tobie jak o przedmiocie! — przemknęło Horzy przez głowę. Ponownie przełknął ślinę, odchrząknął i przemówił najbardziej stanowczym tonem, na jaki było go stać:

— Wasz efektor jest w całkowitym porządku.

— Skoro tak — mężczyzna uniósł brew i uśmiechnął się chłodno — to powinieneś być martwy.

Przyglądali mu się podejrzliwie. Stojący najbliżej młodzian wciąż drapał się za uchem; wyglądał na zdziwionego, a nawet lekko przestraszonego, pozostali jednak, sądząc po ich minach, chcieli tylko jak najprędzej się go pozbyć. Wszyscy byli ludźmi albo prawie ludźmi: mężczyźni i kobiety, niektórzy w niekompletnych skafandrach, inni tylko w koszulkach i szortach. Dowódca, który wysunął się na czoło grupy, był wysoki i umięśniony. Miał gęste czarne włosy zaczesane do tyłu, ziemistą cerę, dzikie oczy oraz drapieżne usta. Właśnie tak wyobrażał go sobie Horza na podstawie brzmienia głosu. W prawej ręce trzymał laserowy pistolet, ubrany był w czarny skafander, na nogach miał ciężkie podkute buciory. Powoli ruszył naprzód, a kiedy zrównał się ze srebrzystowłosym młodzieńcem, który przygryzał nerwowo wargi i miętosił skraj koszulki, znieruchomiał i przyjrzał się uważnie Horzy.

— Dlaczego nie umarłeś? — zapytał cicho.

— Bo jestem kurewsko silny. Znacznie bardziej, niż wam się wydaje.

Dowódca z uśmiechem skinął głową.

— Na to wygląda. — Oszczędnym ruchem głowy wskazał leżący na podłodze skafander. — Co robiłeś w próżni w tej zbroi?

— Pracowałem dla Idirian. Nie chcieli, żebym został pojmany przez statek Kultury, więc wyrzucili mnie w przestrzeń, skąd miała mnie później zabrać ich flota. Nawiasem mówiąc, Idirianie zjawią się tutaj za osiem do dziewięciu godzin, więc na waszym miejscu nie traciłbym czasu.

Dowódca znowu uniósł brew.

— Co ty powiesz? Jesteś wyjątkowo dobrze poinformowany, staruszku.

— Przede wszystkim wcale nie jestem stary. To tylko kamuflaż, który musiałem przywdziać w związku z moim zadaniem. Środek postarzający. Jego działanie już mija. Za kilka dni znowu będę w pełni sprawny.

Jego rozmówca ze smutkiem pokręcił głową.

— Boję się, że jednak nie. — Odwrócił się i ruszył z powrotem do swoich ludzi. — Pozbądź się go — rzucił przez ramię. Młody człowiek o srebrzystych włosach postąpił krok naprzód.

— Zaczekaj chwilę, do cholery! — wrzasnął Horza. Zerwał się na nogi, oparł plecami o ścianę i w obronnym geście wyciągnął przed siebie obie ręce, ale na potężnie zbudowanym młodzieńcu nie wywarło to żadnego wrażenia. Pozostali patrzyli albo na niego, albo na dowódcę. Horza zaczekał jeszcze chwilę, po czym zaatakował; kopniak trafił srebrzystowłosego w krocze. Chłopak zwinął się wpół, z głośnym sapnięciem padł na podłogę. Dowódca zatrzymał się, odwrócił, popatrzył na jęczącego żałośnie podwładnego i przeniósł wzrok na więźnia.

— O co chodzi? — zapytał uprzejmym tonem.

Horza był gotów przysiąc, że tamten doskonale się bawi. Wskazał skulonego na podłodze młodzieńca.

— Naprawdę będę w pełni sprawny. Potrafię walczyć. Możesz sobie wziąć skafander…

— Już go wziąłem — przerwał mu dowódca.

— Więc przynajmniej daj mi szansę! — Horza rozejrzał się dokoła. — Jesteście najemnikami albo kimś w tym rodzaju, prawda? — Odpowiedziało mu milczenie. Poczuł, że jest cały mokry, więc wstrzymał działanie gruczołów potowych. — Przyjmijcie mnie do siebie. Proszę tylko o jedną jedyną szansę. Jeśli coś spieprzę, będziecie mogli mnie załatwić.

— A czemu nie mielibyśmy zrobić tego już teraz i oszczędzić sobie ceregieli? — Dowódca roześmiał się głośno. Część załogi zawtórowała mu ponurym rechotem.

— Proszę tylko o jedną szansę! — powtórzył Horza. — Czy to tak wiele?

— Przykro mi, ale i bez ciebie jest nam dość ciasno. Srebrzystowłosy chłopak o twarzy wykrzywionej grymasem bólu przeszywał go nienawistnym spojrzeniem, pozostali zaś albo przyglądali mu się obojętnie, albo wymieniali szeptem jakieś uwagi, od czasu do czasu zerkając na niego z ukosa. Nagle uświadomił sobie, że dla nich jest po prostu nagim kościstym starcem o obwisłej pomarszczonej skórze.

— Niech cię szlag trafi! — warknął, patrząc dowódcy prosto w oczy.

— Daj mi pięć dni, a poczujesz na własnej skórze, ile jestem wart! Tamten uniósł brwi. Przez chwilę wydawało się, że ryknie coś z wściekłością, ale w końcu parsknął śmiechem i machnął ręką, w której trzymał pistolet.

— W porządku, staruszku. Powiem ci, co zrobimy. — Oparł obie ręce na biodrach, ruchem głowy wskazał skulonego chłopaka. — Zmierzysz się z Zallinem. Jak tam, Zallin? Chcesz się trochę zabawić?

— Zabiję go! — wycedził Zallin przez zaciśnięte zęby. Dowódca roześmiał się i odchylił głowę do tyłu. Spod kołnierza skafandra wymknęło się pasmo długich czarnych włosów. — Świetny pomysł. — Spojrzał na Horze. — Jak powiedziałem, jest nam trochę ciasno, więc jeśli chcesz zostać, musisz zrobić sobie miejsce. — Odwrócił się do pozostałych. — Dobra, cofnąć się. Aha, niech ktoś przyniesie staremu jakieś gatki, bo rzygać mi się chce, jak na niego patrzę.

Jedna z kobiet rzuciła Horzy krótkie spodenki. Skafander odsunięto pod samą ścianę, prom zaś został przepchnięty na koniec hangaru, gdzie z donośnym łomotem uderzył o metalową grodź. Zallin z wysiłkiem dźwignął się na nogi i dołączył do kompanów. Ktoś spryskał mu genitalia środkiem przeciwbólowym. Na szczęście nie potrafi ich wciągnąć, pomyślał Horza. Oparty plecami o ścianę zbierał siły, uważnie obserwując przeciwnika. Zallin był najwyższy z całej załogi, ręce sięgały mu niemal do kolan, a ramiona dorównywały grubością udom Horzy.

Dowódca skinął głową i jedna z kobiet podeszła do Horzy. Miała niedużą twarz o surowych rysach, ciemną skórę oraz nastroszone jasne włosy. Była szczupła i umięśniona, poruszała się jak mężczyzna. Kiedy znalazła się bliżej, dostrzegł rzadką delikatną sierść porastającą jej twarz, ręce i nogi. Stanęła dwa kroki przed nim.

— Jestem twoim sekundantem — oznajmiła — chociaż nie mam pojęcia, jakie to może mieć znaczenie.

To do niej należał przyjemny głos, na który wcześniej zwrócił uwagę. Mimo strachu poczuł jednak coś w rodzaju rozczarowania.

— Nazywam się Horza. Miło mi, że się zgodziłaś. Kretyn! — skarcił się natychmiast w myślach. Dlaczego podajesz im prawdziwe imię? Może jeszcze od razu przyznasz się, że jesteś Metamorfem? Pieprzony dureń!

— Yalson — odparła kobieta i wyciągnęła rękę. W pierwszej chwili nie wiedział, czy to powitanie, czy kobieta tak właśnie się nazywa. Był na siebie wściekły za to, że zdradził swoje imię; zupełnie jakby i bez tego nie miał dosyć problemów! Przypuszczalnie nie miało to większego znaczenia, wiedział jednak doskonale, iż właśnie suma takich pozornie mało istotnych potknięć i błędów często decyduje o porażce albo sukcesie, o życiu albo śmierci. Domyślił się, że powinien uścisnąć wyciągniętą dłoń, i uczynił to pospiesznie. Ręka kobiety była sucha, chłodna i silna. Yalson mocno ścisnęła mu dłoń, po czym cofnęła rękę, zanim zdążył zrewanżować się równie silnym uściskiem; nie miał pojęcia, jak powinien to zrozumieć, ponieważ nie wiedział, skąd pochodzi kobieta. W jego rodzinnych stronach takie zachowanie oznaczało bardzo specyficzny rodzaj zachęty do zawarcia bliższej znajomości.

— Horza, powiadasz? — mruknęła, opierając ręce na biodrach w identyczny sposób, jak niedawno uczynił jej dowódca. — Cóż, w takim razie powodzenia. O ile się nie mylę, Kraiklyn uważa Zallina za lenia i zawalidrogę, więc chyba nie będzie miał nic przeciwko temu, jeśli zwyciężysz. — Zerknęła z powątpiewaniem na jego obwisły brzuch i sflaczałe mięśnie. — Prawdę mówiąc, mocno wątpię, czy ci się uda.

— Dzięki za szczerość. — Horza spróbował wciągnąć brzuch i wypiąć pierś. — Co oni robią? — zapytał, spoglądając na rozprawiającą o czymś z ożywieniem załogę. — Przyjmują zakłady?

— Tak, ale tylko o to, jak długo wytrzymasz.

Blady uśmiech, który Horza zdołał z trudem przywołać na twarz, znikł bez śladu.

— Wiesz co? Nawet bez twojej pomocy jestem wystarczająco przygnębiony — powiedział kwaśnym tonem. — Jeśli chcesz coś postawić, proszę bardzo, nie krępuj się. Nie zamierzam cię zatrzymywać. Na twarzy kobiety nie mógł się doszukać ani śladu współczucia czy choćby zrozumienia. Bez słowa skinęła głową, odwróciła się i wróciła do swoich. Horza zaklął pod nosem.

— Dobra! — Kraiklyn klasnął w dłonie ukryte w rękawicach. Jak na komendę jego ludzie podzielili się na dwie grupy i stanęli przy ścianach hangaru. Zallin wpatrywał się w Horze płonącym spojrzeniem;

Metamorf podskoczył kilka razy, potrząsając ramionami i nogami, by rozluźnić mięśnie.

— Walczycie na śmierć i życie — oznajmił Kraiklyn z szerokim uśmiechem. — Bez broni, ale nie widzę sędziów, więc wszelkie chwyty dozwolone. No, do roboty!

Horza odsunął się jeszcze o krok od grodzi. Zallin zbliżał się w półprzysiadzie, z szeroko rozłożonymi ramionami przypominającymi przerośnięte szczęki jakiegoś monstrualnego owada. Metamorf doskonale zdawał sobie sprawę, że gdyby wykorzystał całą ukrytą broń (naturalnie o ile jeszcze nią dysponował, bo przecież na Sorpenie usunięto mu zęby jadowe), zwyciężyłby bez trudu, chyba że wcześniej Zallin zdołałby go ogłuszyć. Wiedział jednak równie dobrze, iż gdyby na przykład uruchomił wszczepione pod paznokcie gruczoły wytwarzające śmiertelną truciznę, wszyscy natychmiast domyśliliby się, kim jest, a to miałoby dla niego fatalne skutki. Z zębami może jakoś by mu się udało; w trakcie walki zadrasnąłby Zallina, a kiedy jad zacząłby działać, Horza udałby na przykład, że dusi chłopaka. Jad paraliżował centralny układ nerwowy, więc najprawdopodobniej nikt nie odgadłby prawdziwej przyczyny śmierci. Zupełnie inaczej miały się sprawy z zadrapaniami; trucizna produkowana przez gruczoły pod paznokciami porażała mięśnie poczynając od miejsca, w którym wniknęła do organizmu. Nawet gdyby załoga nie uznała tego za oszustwo, Kraiklyn przypuszczalnie domyśliłby się, że Horza jest Metamorfem, i kazałby go zabić. Metamorfowie stanowili zagrożenie dla wszystkich, których władza opierała się na sile — wszystko jedno, czy była to siła woli, czy oręża. Amahain-Frolk doskonale zdawał sobie z tego sprawę, wiedziałby o tym również Kraiklyn. Przeciwko Horzy i jemu podobnym kierowała się podbudowana odrazą nienawiść większości istot ludzkich; byli nie tylko zmodyfikowanymi genetycznie odszczepieńcami, ale również wyzwaniem rzuconym indywidualizmowi i niepowtarzalności jednostki. W ten sposób postrzegali ich nawet ci, pod których nigdy by się nie podszyli. Nastawienie to nie miało nic wspólnego z przekonaniem o wyjątkowości ludzkiej duszy; sprzeciw — doskonale rozumieli to Idirianie — budziła sama koncepcja behawiorystycznego kopiowania żywych istot. Niepowtarzalność, którą większość ludzi ceniła sobie najbardziej, przestawała być jakąkolwiek wartością, dla Metamorfów bowiem nie stanowiła żadnego ograniczenia, będąc jedynie czymś w rodzaju kostiumu wiszącego na wieszaku i w każdej chwili gotowego do użycia. Na Sorpenie Horza przeistoczył się w starca, teraz zaś musiał ponieść wszelkie tego konsekwencje. Zallin był coraz bliżej. Chłopak rzucił się naprzód, usiłując zamknąć przeciwnika w uścisku potężnych ramion, ale Horza wykonał unik i odskoczył w bok. Zallin nie spodziewał się tak szybkiej reakcji; zanim zdążył się odwrócić, Horza zadał silne uderzenie stopą, ale cios, który miał dosięgnąć głowy młodego olbrzyma, wylądował na jego barku. Zallin zaklął głośno, ułamek sekundy później zaklął też Horza. Miał wrażenie, że zgruchotał sobie wszystkie kości stopy.

Rozcierając bark, chłopak ponownie zaczął się zbliżać. Początkowo czynił to jakby od niechcenia, potem jednak nagle dał wielki krok naprzód i machnął zaciśniętą pięścią. Cios minimalnie chybił celu, Horza poczuł tylko silny podmuch powietrza. Gdyby Zallin lepiej ocenił dystans, byłoby już po walce. Horza wykonał zwód, uskoczył w bok, obrócił się błyskawicznie i z całej siły kopnął przeciwnika w krocze. Trafił, ale Zallin tylko się skrzywił i ponownie wyciągnął monstrualne ramiona. Środek znieczulający wciąż działał. Horza powoli okrążał chłopaka, który obserwował go z wyrazem skupienia na twarzy, zginając i prostując palce, jakby nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie zaciśnie je na gardle starca. Metamorf zapomniał o ludziach obserwujących walkę, zapomniał, gdzie jest, nie zwracał uwagi na otoczenie. Widział tylko przyczajonego przed nim młodego człowieka o srebrzystych włosach, w spłowiałej koszulce, krótkich spodenkach i lekkich butach. Gumowe podeszwy pisnęły na metalowej podłodze i Zallin po raz kolejny dał potężny sus naprzód. Horza odskoczył w bok, przykucnął, po czym wyskoczył w górę z wyciągniętą nogą. Jego stopa trafiła napastnika w bok głowy; Zallin cofnął się, trąc prawe ucho.

Horza oddychał coraz szybciej. Wiedział, że traci zbyt wiele energii tylko na to, żeby utrzymać maksymalną koncentrację. Ciosy, które do tej pory zadał, nie wywarły na Zallinie prawie żadnego wrażenia. Jeśli tak dalej pójdzie, po prostu padnie z wyczerpania, zanim dojdzie do prawdziwego starcia. Chłopak znowu szeroko rozłożył ramiona i zaatakował, więc Horzy nie pozostało nic innego, jak powtórzyć unik. Stare mięśnie zaprotestowały bolesnym skurczem. Zallin ruszył za nim, Metamorf podkurczył nogę, zaczekał, aż tamten zbliży się na odpowiednią odległość, i wyprostował ją gwałtownie. Z satysfakcją stwierdził, że kopnięcie trafiło w cel, po czym spróbował odskoczyć, ale bez powodzenia. Zallin złapał go za stopę. Horza runął na pokład.

Młodzieniec chwiał się na nogach, zgięty prawie wpół, i ciężko dyszał, przyciskając rękę do boku — Horza podejrzewał, że złamał Zallinowi co najmniej jedno żebro — nie przeszkadzało mu to jednak trzymać stopy przeciwnika w żelaznym uścisku. Chociaż Horza kopał, szarpał i wykręcał się ze wszystkich sił, nie był w stanie się uwolnić. Spróbował zmusić do przyspieszonego działania gruczoły potowe w uwięzionej nodze. Po raz ostatni czynił to podczas ćwiczeń w Akademii na Heibohre, ale uznał, że warto spróbować. Bez rezultatu. Albo zatracił tę umiejętność, albo sztucznie postarzone gruczoły potowe nie były w stanie sprostać zadaniu — tak czy inaczej, jego sytuacja nie uległa zmianie, Zallin natomiast szybko odzyskiwał siły po jego ciosie. Wyprostował się, potrząsnął głową, tak że jaskrawe światło lamp zabłysło w jego srebrzystych włosach, po czym ujął stopę Horzy w obie ręce.

Horza podpierał się rękami i drugą nogą, i czekał, co będzie dalej. Chłopak raptownie przekręcił stopę, jakby zamierzał mu ją urwać; na szczęście Horza odgadł jego zamiary i jednocześnie wykonał obrót w tę samą stronę, w wyniku czego niespełna sekundę później wrócił do poprzedniej pozycji i w dalszym ciągu obserwował przeciwnika, gotów zareagować na jego najmniejszy ruch. Mógłbym rzucić mu się pod nogi, podciąć go, zwalić na pokład i ugryźć, myślał intensywnie. W zamieszaniu nikt tego nie zauważy. Muszę tylko… Zaraz jednak sobie przypomniał: nic z tego, przecież nie ma już zębów jadowych. Ci przeklęci starcy — i Balveda — jednak dopną swego. W przypadku Balvedy będzie to zemsta zza grobu. Jeśli nie zdoła szybko uwolnić stopy, walka zakończy się w krótkim czasie, w niemiły dla niego sposób. A co tam; i tak go ugryzę. Nawet jego zaskoczyła ta myśl, jeszcze bardziej zaś się zdziwił, kiedy natychmiast wprowadził ją w życie. Zanim zdążył się zorientować, co się dzieje, ściskał Zallina oburącz za prawą nogę i zatapiał zęby w jego łydce.

Chłopak ryknął z bólu, ale Horza nie zwracał uwagi na jego wrzaski, tylko coraz mocniej zaciskał zęby. Stalowy uchwyt, w którym tkwiła jego stopa, odrobinę zelżał. Co prawda Horza miał wrażenie, że za chwilę urwie sobie nogę w kolanie, niemniej jednak nadal gryzł jak szalony. Zallin wydał jeszcze jeden, przeraźliwy skowyt, po czym puścił jego stopę.

Horza natychmiast rzucił się w tył; w samą porę, ponieważ tam, gdzie jeszcze ułamek sekundy wcześniej znajdowała się jego głowa, z potworną siłą opadła wielka pięść. Metamorf z wysiłkiem dźwignął się z podłogi; stopa i kolano bolały jak diabli, ale chyba nie były poważnie uszkodzone. Zallin natychmiast podążył za nim, wlokąc za sobą obficie krwawiącą nogę. Horza zmienił taktykę; tym razem to on rzucił się naprzód, uderzył przeciwnika w żołądek, a kiedy ten odruchowo opuścił ramiona, z całej siły rąbnął go oburącz w kark. Cios z pewnością okazałby się śmiertelny, gdyby Zallin nie był tak silny, Horza zaś tak słaby. Metamorf musiał gwałtownie zahamować, żeby uniknąć zderzenia z widzami; walka przeniosła się pod przeciwległą ścianę hangaru. Kiedy odzyskał równowagę, Zallin już zdążył podnieść się z podłogi. Chłopak wydał wściekły ryk, po czym rzucił się na oślep na Horze, który bez trudu zszedł z linii ataku. Z pewnością zyskałby szansę zadania kolejnego, być może rozstrzygającego uderzenia, gdyby nie to, że Zallin potknął się, zatoczył i, zupełnie przypadkowo, rąbnął go głową w brzuch.

Ból był tym większy, że zupełnie niespodziewany. Horza potoczył się po pokładzie, usiłując posłać Zallina nad sobą, w kierunku ściany, ale chłopak runął na niego, przygważdżając ciężarem ciała. Metamorf wytężył wszystkie siły, żeby go zrzucić, lecz bez powodzenia. Znalazł się w potrzasku.

Zallin wyszczerzył zęby w triumfalnym uśmiechu, podparł się jedną ręką, drugą natomiast zacisnął w pięść i uniósł wysoko nad głowę. Horza uświadomił sobie, że to koniec. Nic już nie mógł zrobić. Leżał rozpłaszczony na metalowej podłodze, zupełnie bezradny, bez tchu w piersi. Przegrał. Co prawda napiął mięśnie karku, by usunąć głowę z linii ciosu, który miał spaść lada chwila i zmiażdżyć mu czaszkę, w głębi duszy zdawał sobie jednak sprawę, że jest bez szans. Miał wielką ochotę zamknąć oczy, ale wiedział, że nie powinien tego robić. Może dowódca ulituje się nade mną, przemykały mu przez głowę rozpaczliwe myśli. Przecież widział, jak walczyłem. Miałem pecha, i to wszystko. Może przerwie walkę.

Pięść Zallina znieruchomiała w górze, niczym gotowe do opuszczenia ostrze gilotyny.

Cios nie padł. Drugie ramię Zallina, to, na którym się opierał, niespodziewanie zgięło się w łokciu, a ręka umknęła gdzieś w bok. Chłopak stęknął ze zdziwieniem i osunął się na Horze, przetoczył się w lewo. Horza odruchowo poturlał się w przeciwnym kierunku i zatrzymał się niemal u stóp widzów. Głowa Zallina uderzyła w podłogę — nie na tyle mocno, żeby chłopak stracił przytomność, Horza jednak wykorzystał sytuację, skoczył przeciwnikowi na plecy, oplótł mu szyję ramionami, ścisnął mocno uda i odgiął chłopakowi głowę do tyłu. Zallin znieruchomiał. O tym, że jeszcze żyje, świadczył jedynie chrapliwy odgłos wydobywający się z jego na wpół rozchylonych ust. Co prawda dysponował wystarczającą przewagą siły fizycznej, żeby strząsnąć Horze z grzbietu albo przetoczyć się na plecy i zgnieść go swoim ciężarem; problem polegał tylko na tym, że gdyby spróbował wykonać najmniejszy ruch, Metamorf z dziecinną łatwością złamałby mu kark.

Zallin utkwił wzrok w twarzy stojącego niemal dokładnie naprzeciwko niego Kraiklyna. Zasapany i spocony Horza również wpatrywał się w ciemne, głęboko osadzone oczy dowódcy. Chłopak napiął mięśnie, szybko jednak je rozluźnił, ponieważ Metamorf zaraz wzmocnił nacisk.

Wszyscy zebrani — najemnicy, korsarze, piraci, szabrownicy, czy za kogo tam się uważali — patrzyli na niego, ale tylko Kraiklyn spoglądał mu prosto w oczy.

— To wcale nie musi być na śmierć i życie — wysapał Horza. Na chwilę opuścił wzrok na zmierzwione srebrzyste włosy tuż przed jego twarzą, po czym znowu skierował spojrzenie na Kraiklyna. — Zwyciężyłem. Możesz go wysadzić w najbliższym porcie. Albo mnie. Nie chcę go zabić.

Coś ciepłego i lepkiego sączyło mu się po nodze. Minęło sporo czasu, zanim uświadomił sobie, że to krew z rany w łydce Zallina. Kraiklyn przypatrywał mu się z dziwnie nieobecnym wyrazem twarzy. Nagle płynnym ruchem wyjął z kabury laserowy pistolet i wycelował w czoło Metamorfa. W ciszy panującej w hangarze Horza wyraźnie słyszał delikatne brzęczenie mikrogeneratora.

— W takim razie zginiesz — powiedział Kraiklyn obojętnym tonem. — Na moim statku nie ma miejsca dla kogoś, kto od czasu do czasu nie zabija dla przyjemności.

Horza spoglądał to na nieruchomą twarz dowódcy, to na lufę pistoletu. Zallin jęknął cicho.

Trzask rozległ się z siłą wystrzału. Horza, nie odwracając wzroku od twarzy Kraiklyna, cofnął ręce. Bezwładne ciało Zallina z głuchym łomotem osunęło się na pokład. Dowódca uśmiechnął się i schował pistolet do kabury. Mikrogenerator wyłączył się samoczynnie.

— Witamy na pokładzie „Wiru Czystego Powietrza”. — Kraiklyn dał krok nad trupem, podszedł do najbliższych drzwi, otworzył je i wyszedł z hangaru. Prawie cała załoga w milczeniu ruszyła za nim. — Dobra robota.

Horza, wciąż jeszcze na kolanach, odwrócił się gwałtownie. Kilka kroków od niego stała kobieta obdarzona miłym głosem. Yalson. Ponownie podała mu rękę, tym razem by pomóc mu wstać z podłogi. Skorzystał z wdzięcznością.

— Ale nieprzyjemna. — Otarł pot z czoła i spojrzał jej w oczy. — Nazywasz się Yalson, prawda?

Skinęła głową.

— A ty jesteś Horza.

— Witaj, Yalson.

— Witaj, Horza.

Uśmiechnęła się lekko. Horzy spodobał się jej uśmiech. Opuścił wzrok na zwłoki; z rany na łydce przestała sączyć się krew.

— Co zrobimy z tym biedakiem? — zapytał.

— Wyrzucimy go za burtę.

Odwróciła się w stronę trzech mocno włochatych, identycznych osobników płci męskiej. Byli solidnie zbudowani, ich strój zaś składał się wyłącznie z krótkich spodenek oraz ciężkich buciorów, jakby wszyscy w tym samym momencie przerwali ubieranie. Stali przy drzwiach i przyglądali mu się z zainteresowaniem. Horza miał wielką ochotę parsknąć śmiechem, opanował się jednak, uśmiechnął jak najserdeczniej i pomachał im ręką.

— Cześć.

Też mu pomachali, każdy w nieco odmiennym rytmie.

— To Bratsilakini — poinformowała go Yalson. — Pierwszy, Drugi i Trzeci. — Skinęła każdemu głową. — Jesteśmy chyba jedyną Wolną Grupą w galaktyce, do której należy zespół paranoicznych klonów. Horza zerknął na nią spod oka, żeby sprawdzić, czy mówi serio.

Włochate humanoidy zbliżyły się niemal równym krokiem.

— Nie wierz w ani jedno jej słowo — przemówił jeden z nich zaskakująco łagodnym głosem. — Nie lubi nas. Mamy nadzieję, że przynajmniej ty jesteś po naszej stronie.

Trzy pary oczu wpatrywały się w niego podejrzliwie.

— Możecie być tego pewni — odparł poważnie.

Popatrzyli na siebie i z aprobatą pokiwali głowami.

— Na razie wepchnijmy Zallina do schowka — powiedziała Yalson.

— Wyrzucimy go później.

Z pomocą dwóch włochatych załogantów zawlokła ciało w pobliże promu. Zdjęli jeden z metalowych paneli tworzących podłogę, wepchnęli trupa pod pokład. W tym samym czasie trzeci Bratsilakin wziął jakąś szmatę i starannie wytarł krew z podłogi. Zaraz potem klony zgodnie skierowały się do drzwi i ukrytych za nimi metalowych schodów, Yalson natomiast wróciła do Horzy.

— Chodźmy. Pokażę ci, gdzie możesz się doprowadzić do porządku. Posłusznie ruszył za nią. Po kilku krokach odwróciła się i powiedziała:

— Reszta poszła coś zjeść. Jeśli zdążysz, zobaczymy się w mesie. Kieruj się węchem. Muszę odebrać wygraną.

— Wygraną?

Zatrzymali się przy drzwiach. Kobieta dotknęła czegoś, co — zdaniem Horzy — przypominało wyłącznik świateł, i spojrzała mu w oczy.

— Jasne. — Natężenie światła nie uległo zmianie, ale przez podłogę przebiegło wyraźne drżenie, gdzieś blisko za ścianą rozległ się przeciągły świst, a potem odgłos pracującej pompy. — Postawiłam na ciebie. — Yalson odwróciła się i pobiegła w górę po schodach, przeskakując po dwa stopnie.

Horza podążył za nią.

Tuż przed tym, jak „Wir Czystego Powietrza” wszedł w nadprzestrzeń i załoga usiadła do stołu, martwe ciało Zallina zostało wyrzucone w kosmiczną pustkę. Tam, gdzie znaleźli żywego człowieka w skafandrze, zostawili trupa w krótkich spodenkach i spłowiałej koszulce, obracającego się dostojnie w otoczce zamarzniętych cząsteczek powietrza, ostatnim wspomnieniu zgaszonego życia.

4. Świątynia Światła

„Wir Czystego Powietrza” przemknął przez stożek cienia rzucanego przez księżyc, nad nagą, poznaczoną kraterami powierzchnią (trajektoria lotu uległa lekkiemu zachwianiu, kiedy statek otarł się o górną krawędź studni grawitacyjnej), po czym skierował się w dół, ku otoczonej chmurami błękitno-zielonej planecie. Niemal natychmiast po minięciu planety statek odwrócił się do niej rufą, wkrótce potem zaś jednostkę opuścił prom orbitalny, który zaraz począł ześlizgiwać się w dół, z prędkością niemal dorównującą tempu, z jakim po powierzchni globu mknęła lekko rozmazana linia terminatora. Horza siedział w promie razem z niemal całą pstrokatą załogą „Wiru”. Wszyscy byli w skafandrach, choć ten, kto postanowiłby znaleźć dwa identyczne modele, miałby twardy orzech do zgryzienia. Nawet stroje trzech Bratsilakinów różniły się nieco między sobą. Jedynym w pełni nowoczesnym skafandrem był egzemplarz zarekwirowany Horzy przez Kraiklyna.

Wszyscy byli uzbrojeni — także rozmaitość typów oręża usatysfakcjonowałaby największego zwolennika różnorodności — przy czym większość dysponowała laserami, a raczej tym, co Kultura określała mianem SOZESWP, czyli Systemami Obronno-Zaczepnymi Emitującymi Skupione Wiązki Promieniowania. Najnowocześniejsze egzemplarze wykorzystywały częstotliwości niewidoczne ludzkim okiem. Było też sporo działek plazmowych i wielkokalibrowych pistoletów oraz jeden groźnie wyglądający mikrohowitzer, ale tylko Horza dysponował bronią palną, w dodatku potwornie starą, zdezelowaną i wolno strzelającą. Po raz dziesiąty albo jedenasty sprawdził działanie archaicznego zamka i po raz dziesiąty albo jedenasty zaklął dosadnie. Przeklinał nie tylko zabytkową flintę, ale również stary nieszczelny skafander, który mu przydzielono. Wizjer coraz bardziej zachodził mgłą. Sprawa była beznadziejna.

Prom zaczął trząść się i podskakiwać, co oznaczało, że weszli w górne warstwy atmosfery planety Marjoin. Mieli tu zaatakować i złupić jakąś świątynię.

Pokonanie niespełna dwudziestu jeden lat świetlnych dzielących Sorpen od Marjoin zajęło „Wirowi Czystego Powietrza” aż piętnaście dni. Kraiklyn chełpił się, że jego statek wyciąga nawet tysiąc dwieście lat świetlnych dziennie, ale zaraz dodawał, że zmusza „Wir” do takiego wysiłku tylko w ostateczności, w sytuacjach skrajnego zagrożenia. Sądząc po tym, co widział do tej pory, Horza mocno wątpił, czy stare pudło zdołałoby się rozpędzić choćby do tysiąca. „Wir Czystego Powietrza” był szacowną, dość mocno opancerzoną jednostką desantową zbudowaną za panowania jednej z ostatnich dynastii Hronów; jego konstruktorzy znacznie większą wagę niż do finezyjnego wykończenia i oszałamiających osiągów przykładali do solidności wykonania i wytrzymałości. I bardzo dobrze, pomyślał Horza, jeśli wziąć pod uwagę poziom wyszkolenia jego obecnej załogi. Statek miał około stu metrów długości, dwadzieścia szerokości w najszerszym miejscu oraz około piętnastu wysokości, nie licząc dziesięciometrowej płetwy w tylnej części kadłuba. Po obu stronach umieszczono pękate silniki nadprzestrzenne, przypominające miniaturowe modele samego statku, połączone z nim smukłymi pylonami. „Wir” miał opływowe kształty, w części ogonowej umieszczono bliźniacze silniki termojądrowe, na dziobie natomiast jeden, takiej samej konstrukcji. Były przeznaczone do manewrowania w atmosferze i studniach grawitacyjnych. Warunki bytowe, zdaniem Horzy, pozostawiały wiele do życzenia.

Ponieważ przypadła mu w udziale koja Zallina, musiał dzielić dwumetrową klitkę, eufemistycznie zwaną kabiną, z Wubslinem, który pełnił funkcję głównego mechanika. Co prawda jego współlokator kazał się tytułować „inżynierem”, niemniej Horza bardzo szybko stwierdził, że krępy mężczyzna o wyjątkowo jasnej cerze ma niewielkie pojęcie o funkcjonowaniu bardziej skomplikowanych systemów statku. Na szczęście nie był szczególnie gburowaty, nie cuchnął, wiekszość wolnego czasu zaś poświęcał na sen, w związku z czym Horza uznał, że nie powinien narzekać. Mógłby trafić dużo gorzej. Osiemnastoosobowa załoga statku miała do dyspozycji dziewięć kabin. Dowódca, rzecz jasna, mieszkał sam. Bratsilakini zajmowali we trójkę maleńkie, za to nadzwyczaj wonne pomieszczenie. Prawie nigdy nie zamykali drzwi, inni natomiast natychmiast zatrzaskiwali swoje, jak tylko w pobliżu pojawił się któryś z owłosionych humanoidów. Horza stwierdził z rozczarowaniem, że na pokładzie są tylko cztery kobiety. Dwie z nich prawie nie opuszczały kabiny, z resztą załogi porozumiewały się wyłącznie za pomocą gestów. Trzecia była religijną fanatyczką i albo usiłowała nawrócić go na coś zwanego Kręgiem Ognia, albo zamykała się w kajucie, którą dzieliła z Yalson, i podłączała do generatora rzeczywistości wirtualnej nastawionego na stare scenariusze fantasy. Jedyną normalną kobietą była Yalson — problem polegał na tym, że Horza nie bardzo potrafił myśleć o niej jak o kobiecie. Właśnie ona podjęła się zadania przedstawienia go pozostałym, oprowadzenia po statku oraz opowiedzenia mu o sprawach, o których powinien wiedzieć.

Wykąpał się w jednej z kabin prysznicowych przypominających rozmiarami postawione na sztorc trumny, a następnie, zgodnie z radą Yalson, zdał się na swój nos, który bezbłędnie zaprowadził go do mesy. Wprawdzie nikt go tam serdecznie nie przywitał, ale dostał coś do jedzenia. Kraiklyn spojrzał na niego tylko raz, kiedy Horza zajął miejsce przy stole między Wubslinem i jednym z Bratsilakinów, po czym zupełnie przestał się nim interesować. Podczas posiłku toczyła się dyskusja dotycząca uzbrojenia i taktyki; prym w niej, ma się rozumieć, wiódł dowódca. Później Wubslin zaprowadził nowego współlokatora do kabiny. Horza zwalił się na koję Zallina, naciągnął pod brodę stary, mocno sfatygowany koc i momentalnie zapadł w głęboki sen. Zaraz po obudzeniu zebrał dobytek Zallina. Było tego żałośnie mało: kilka koszulek, trzy pary szortów, zardzewiały miecz, parę tanich noży w tandetnych pochwach oraz skromna kolekcja plastikowych książek z ruchomymi obrazami przedstawiającymi sceny ze słynnych bitew. Zatrzymał nieszczelny skafander chłopaka, chociaż był dla niego za duży, a na domiar złego nie dopasowywał się do rozmiarów ciała, oraz zdezelowaną zabytkową strzelbę. Resztę zawinął w najbardziej podarte prześcieradło i zaniósł do hangaru. Nic się tam nie zmieniło; nikt nie wpadł na pomysł, żeby przetoczyć prom na poprzednie miejsce. Pośrodku hali, obnażona do pasa, ćwiczyła Yalson. Horza zatrzymał się w drzwiach i dość długo obserwował jej podskoki, obroty, uniki, salta, przewroty oraz markowane ciosy. Jak tylko go zauważyła, natychmiast przerwała trening.

— Witaj. — Podniosła z podłogi ręcznik i zaczęła wycierać pot, którego krople lśniły na złocistej sierści. — Już myślałam, że odwaliłeś kitę.

— Spałem tak długo?

Horza nie miał pojęcia, jaka rachuba czasu obowiązuje na pokładzie statku.

— Dwa dni standardowe. — Yalson energicznie wytarła głowę, po czym zarzuciła ręcznik na zarośnięte ramiona. — Za to wyglądasz dużo lepiej.

— I czuję się lepiej — stwierdził zgodnie z prawdą. Co prawda po obudzeniu nie miał okazji spojrzeć w lustro, ale wiedział, że jego ciało szybko wraca do zwykłego stanu, tracąc starczy wygląd.

— To manele Zallina? — zapytała Yalson, spoglądając na skromny węzełek.

— Tak.

— Pokażę ci, jak obsługiwać przechowalnie. Wywalimy to, gdy wyjdziemy z hiperprzestrzeni.

Otworzyła schowek pod podłogą, Horza zaś wrzucił do cylindrycznego pojemnika rzeczy Zallina i, korzystając ze wskazówek, zamknął go i zahermetyzował. Spodobał mu się zapach, który owionął go, kiedy Yalson podeszła bliżej; niemniej zachowywała się w taki sposób, że nic nie wskazywało na to, by kiedykolwiek mogli zostać kimś więcej niż przyjaciółmi. W porządku. Przyda mu się przyjaciel. Nawet tylko jeden.

Zaraz potem poszli do mesy. Horza był potwornie głodny; jego ciało potrzebowało mnóstwa energii, żeby odzyskać zwykłą formę i odbudować częściowo sflaczałe, a częściowo zasuszone mięśnie. Na szczęście, pomyślał, automatyczna kuchnia działa bez zarzutu, tak samo jak sztuczne pole grawitacyjne. Wolał nie wyobrażać sobie, co by było, gdyby oprócz ciasnoty musiał jeszcze znosić nędzne albo nadpsute jedzenie i wytrzymywać nagłe zmiany ciążenia.

— Zallin nie miał przyjaciół — powiedziała Yalson kręcąc głową, po czym wepchnęła sobie do ust kolejną porcję. Horza chciał wiedzieć, czy na statku jest ktoś, kto może zechcieć pomścić chłopaka.

— Biedaczysko — mruknął. Odłożył łyżkę i długo wpatrywał się bez słowa w ścianę. Ponownie usłyszał donośny suchy trzask, a pod palcami poczuł naprężone mięśnie karku srebrzystowłosego młodzieńca, bezskutecznie usiłujące ochronić szyjny odcinek kręgosłupa. Zgasił młode życie tak, jakby wyłączał światło. — Skąd pochodził? Yalson wzruszyła ramionami.

— Kto to może wiedzieć? — Dopiero teraz spostrzegła wyraz twarzy Horzy i dodała: — Zrozum, on zabiłby ciebie bez namysłu. Zginął, za to ty żyjesz. Zapomnij o nim. Wiem, że to niełatwe, ale… Poza tym był strasznym nudziarzem.

— Zastanawiałem się tylko, czy może powinienem kogoś zawiadomić, rodzinę, przyjaciół albo…

— Posłuchaj, Horza. Kiedy wchodzisz na pokład tego statku, zostawiasz za sobą całą przeszłość. Nie wypada pytać, kto skąd pochodzi ani co robił do tej pory. Być może, wszyscy mamy jakieś tajemnice albo po prostu nie chcemy mówić ani myśleć o tym, co zdarzyło się wcześniej. Tak czy inaczej, nie próbuj się tego dowiedzieć. Jedyne miejsce, gdzie jesteś sam na sam ze sobą, jest między twoimi uszami, więc staraj się to jak najlepiej wykorzystać. Jeśli pożyjesz wystarczająco długo, może ktoś zechce ci się zwierzyć, przypuszczalnie po pijaku… Ale jestem prawie pewna, że wtedy ty nie będziesz już miał najmniejszej ochoty go wysłuchać. Na razie daj sobie z tym spokój. Horza otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale Yalson nie dopuściła go do głosu.

— Powiem ci od razu wszystko, co wiem, żebyś później nie musiał pytać. — Odłożyła łyżkę, otarła usta palcem, a następnie odwróciła się na krześle, tak że siedziała twarzą do niego. Wyciągnęła przed siebie rękę. Rzadka miękka sierść nadawała jej ciemnej skórze złocisty poblask. Wyprostowała palec. — Po pierwsze: statek. Zbudowali go Hronowie, nikt dokładnie nie wie kiedy, ale na pewno kilkaset lat temu. Miał już co najmniej kilkunastu niezbyt troskliwych właścicieli. Chwilowo jest w miarę sprawny, jeśli nie liczyć dziobowego lasera, który szlag trafił przy próbie rozruchu. — Wyprostowała kolejny palec. — Po drugie: Kraiklyn. Odkąd go znam, statek należy do niego. Twierdzi, że tuż przed wybuchem wojny go wygrał. Wiem, że gra w zniszczenie, ale nie mam pojęcia, czy jest w tym dobry. Oficjalnie nazywamy się WGK, Wolną Grupą Kraiklyna, a on jest szefem. To dobry dowódca; jak przychodzi co do czego, nie waha się nadstawiać głowy razem z resztą. Zawsze jest na pierwszej linii, a to według mojej skali ocen daje mu najwyższe notowania. Ma szczególną cechę: nigdy nie śpi. Półkule jego mózgu działają prawie niezależnie od siebie. Przez jedną trzecią doby jedna śpi, wtedy Kraiklyn jest jakby trochę zmęczony albo częściowo nieobecny. Potem idzie spać druga, wtedy Kraiklyn działa jak komputer: czysta logika, błyskawiczne decyzje i obliczenia, ale trudno się z nim dogadać. Obie półkule włącza też mniej więcej na jedną trzecią doby albo wtedy, kiedy sytuacja tego wymaga, na przykład podczas walki, pościgu czy ucieczki. W sumie sprowadza się to do tego, że cholernie trudno zajść go od tyłu. Horza potrząsnął głową.

— Paranoiczne klony i dowódca z przerzutką w mózgu — westchnął. — Dobra, mów dalej.

— Po trzecie: nie jesteśmy najemnikami, tylko Wolną Grupą. Krótko mówiąc, jesteśmy piratami, ale skoro Kraiklynowi spodobała się akurat taka nazwa, to nie widzę problemu. Teoretycznie może się przyłączyć do nas każdy, kto normalnie je i oddycha, ale w praktyce selekcja jest znacznie ostrzejsza, choć na pewno nie tak ostra, jak on by sobie życzył. Podejmujemy się prac na zlecenie — głównie jako eskorta tych, którzy nie mają dużo gotówki albo zupełnie czystych sumień, a muszą zapuścić się na obszary ogarnięte wojną — ale przede wszystkim atakujemy i kradniemy wszystko, co może paść naszym łupem, naturalnie jeśli z góry wiadomo, że ujdzie nam to na sucho. Teraz szykujemy się właśnie do takiego skoku. Kraiklyn dowiedział się, że na tej planecie (odrobinę ponad trzeci poziom rozwoju) stoi w lesie Świątynia Światła. Uznał, że sprawa jest dziecinnie prosta: wpadniemy i wypadniemy, jak powiada. Jego zdaniem pełno tam kapłanów i skarbów; kapłanów wy tłuczemy, skarby zgarniemy i w nogi. Zaraz potem, zanim Kultura rozwali orbital Vavatch na kawałki, polecimy tam, żeby kupić nowy laser dziobowy. Przypuszczam, że ceny powinny być dość przystępne, a jeśli zaczekamy jeszcze trochę, może dostaniemy go za pół darmo.

— Co dzieje się na Vavatchu? — zapytał Horza. Wiadomość, że gigantycznej konstrukcji zagraża zagłada, była dla niego czymś nowym. Przypuszczał, iż władze orbitala zdołają znaleźć sposób, żeby uniknąć bezpośredniego zaangażowania w konflikt.

— Twoi przyjaciele z Idiru o niczym ci nie powiedzieli? — zdziwiła się Yalson, opuszczając rękę. Horza wzruszył ramionami. — Cóż, jak pewnie wiesz, Idirianie atakują całą dośrodkową flanką Zatoki, czyli Świetlistym Urwiskiem. Kultura wreszcie zaczęła stawiać im bardziej zdecydowany opór, a przynajmniej przygotowuje się do tego. Do tej pory wyglądało na to, że jak zwykle jakoś się dogadają i uznają Vavatch za terytorium neutralne. Idirianie mają na punkcie planet religijnego bzika, w związku z czym na pewno zostawiliby orbital w spokoju, pod warunkiem że Kultura nie próbowałaby wykorzystać go jako bazy. Teraz, kiedy zaczęli budować te pieprzone Specjalizowane Jednostki Kontaktowe, w ogóle nie potrzebują baz… W każdym razie te palanty z Vavatchu były pewne, że nic im nie grozi, a niektórzy chyba nawet liczyli na to, że coś im skapnie w związku z całym tym zamieszaniem. Tak by się pewnie stało, gdyby Idirianie znienacka nie ogłosili, że jednak zajmą Vavatch, choć tylko symbolicznie, nie wprowadzając tam sił ekspedycyjnych. Kultura oczywiście nawet nie chciała o tym słyszeć, a kiedy podczas negocjacji okazało się, że żadna strona nie zamierza ustąpić, bo nie pozwalają jej na to tak zwane szczytne zasady, Kultura powiedziała: „W porządku, skoro tak wam na tym zależy, ale my i tak rozpieprzymy go na kawałki, zanim zdążycie się tam zjawić”. Właśnie się do tego zabrali. Ewakuują cały orbital, a potem hukną z grubej rury i zostanie po nim tylko wspomnienie.

— Ewakuują orbital? — potworzył z niedowierzaniem Horza. Naprawdę nie miał pojęcia o tej sprawie. Idirianie ani słowem nie zająknęli się o losie orbitala. Nawet głupiec mógł się bez trudu zorientować, że walki wokół Zatoki będą trwały przez wiele dziesięcioleci oraz przypuszczalnie ogarną obszar głęboki i długi na setki lat świetlnych, mało było jednak takich, którzy na bieżąco mogli śledzić rozwój sytuacji. Działania wojenne istotnie nabierały rozmachu, ale pomysł ewakuacji całej ludności orbitala mógł się zrodzić tylko w głowie zdesperowanego szaleńca.

Mimo to Yalson skinęła głową.

— Tak mówią. Nie pytaj mnie, skąd wezmą tyle statków, ale twierdzą, że to zrobią.

— Oszaleli — mruknął Horza.

— Jasne. Udowodnili to już dawno temu, kiedy zaangażowali się w tę wojnę.

— To prawda. — Machnął ręką. — Mów dalej, proszę.

— Zapomniałam, co chciałam jeszcze powiedzieć. — Yalson z uśmiechem spojrzała na trzy wyprostowane palce, jakby oczekiwała, że stamtąd spłynie na nią oświecenie. — Wiesz, na razie chyba wystarczy. Radzę ci tylko, żebyś siedział cicho i nie właził nikomu w drogę, przynajmniej tak długo, dopóki nie dotrzemy na Marjoin. Szczerze mówiąc, potem też nie powinieneś się wychylać. — Oboje parsknęli śmiechem. Yalson skinęła głową i wzięła łyżkę do ręki. — Jeśli przeżyjesz i udowodnisz, że jest z ciebie pożytek w walce, ludzie zaczną traktować cię inaczej. Na razie jesteś nikim, niezależnie od tego, czym zajmowałeś się wcześniej i co zrobiłeś z Zallinem.

Horzy nie bardzo uśmiechała się myśl o atakowaniu czegokolwiek, nawet świątyni bronionej przez nie uzbrojonych kapłanów, w dziurawym skafandrze i z zawodną strzelbą w dłoni.

— Cóż, chyba nie mam wyboru — westchnął, nakładając sobie jeszcze jedną porcję. — Mam tylko nadzieję, że nie będziecie się znowu zakładać, w której minucie wyciągnę nogi.

Yalson zerknęła na niego z ukosa, uśmiechnęła się i w milczeniu zajęła się jedzeniem.

Wbrew temu, co twierdziła, Kraiklyn wykazał całkiem spore zainteresowanie przeszłością Horzy. Zaprosił go do swojej kabiny. Panował w niej nienaganny porządek, powietrze było świeże i pachnące. Na jednej ze ścian wisiały półki z prawdziwymi książkami, na podłodze leżał dywan wchłaniający kurz i odpadki. Pod sufitem obracał się powoli miniaturowy model „Wiru”, ścianę po prawej stronie zdobiła wielka laserowa strzelba. Zaopatrzona w spory generator, z precyzyjnym celownikiem i osłoną na końcu lufy, wyglądała bardzo groźnie. Błyszczała w łagodnym świetle, jakby dopiero co została wypolerowana.

— Siadaj.

Kraiklyn wskazał gościowi nieduży fotel, sam zaś dotknął przycisku nad koją, zaczekał, aż wąskie łóżko zamieni się w coś w rodzaju kanapy, i opadł na nią ciężko. Z półki nad głową wziął dwie aromatki. Podał jedną Horzy, który natychmiast zerwał plombę. Dowódca „Wiru Czystego Powietrza” wciągnął w płuca opary unoszące się nad płaskodennym naczyńkiem, po czym podniósł aromatkę do ust i wypił nieco mętnej cieczy. Horza uczynił to samo. Znał ten smak i zapach, ale nie mógł sobie przypomnieć nazwy substancji. Można było ją wąchać, i wtedy w krótkim czasie następował całkowity odlot, albo pić, co wprawiało człowieka w doskonały nastrój. W temperaturze ludzkiego ciała (i ciał większości humanoidów) aktywne składniki rozkładały się w ciągu kilku minut.

— Dzięki.

— Wyglądasz dużo lepiej niż wtedy, kiedy wzięliśmy cię na pokład — stwierdził Kraiklyn, mierząc go uważnym spojrzeniem. Po czterech dniach odpoczynku i obżarstwa Metamorf prawie całkowicie odzyskał swoją zwykłą postać. Tors, barki i kończyny okryły się mięśniami, brzuch znowu stał się płaski, skóra przybrała złocistobrązowy odcień, rysy twarzy się wyostrzyły, jednocześnie odrobinę wysubtelniały. Po obcięciu płowych włosów gerontokraty szybko rosły nowe, znacznie ciemniejsze. Rosły również zęby jadowe, ale pełną sprawność miały uzyskać dopiero za mniej więcej dwadzieścia dni.

— I czuję się lepiej.

— Hm… Trochę szkoda, że tak wyszło z Zallinem, ale chyba zdajesz sobie sprawę, że nie miałem innego wyjścia?

— Jasne. Cieszę się, że dałeś mi szansę. Kto inny na twoim miejscu od razu kazałby mnie wyrzucić za burtę.

— Szczerze mówiąc, miałem taki zamiar — powiedział Kraiklyn, bawiąc się aromatką — ale coś mi szepnęło, że warto ci się przyjrzeć. Co prawda nie uwierzyłem w historię o Idirianach i środku postarzającym, ale pomyślałem sobie, że może z tego być ciekawa walka. Miałeś sporo szczęścia. — Uśmiechnął się do Horzy, a ten odwzajemnił się tym samym. — Zresztą Zallin był czymś w rodzaju balastu. Rozumiesz, co chcę przez to powiedzieć? — Spojrzał Horzy w oczy. — Wciąż się zastanawiał, którym końcem broni się strzela. I tak zamierzałem pozbyć się go podczas najbliższego postoju.

Zbliżył naczyńko do nosa.

— Dzięki — powtórzył Horza.

Pierwsze wrażenie, jakie odniósł — że Kraiklyn to gnojek — w pełni się potwierdzało. Jeśli dowódca „Wiru Czystego Powietrza” rzeczywiście zamierzał w niedługim czasie pozbyć się Zallina, to po co była ta walka na śmierć i życie? Przecież Horza — albo Zallin — mógł jakoś przebiedować w hangarze albo w promie. Obecność jeszcze jednego człowieka z pewnością oznaczałaby dla załogi dodatkową niewygodę, ale nie trwałoby to długo. Kraiklyn po prostu chciał się zabawić, i tyle.

— Jestem ci ogromnie wdzięczny — dodał Horza, podniósł aromatkę jak w toaście, po czym zaciągnął się pachnącymi oparami, cały czas obserwując twarz dowódcy.

— Opowiedz mi, jak się pracuje dla tych trójnogich klientów — zażyczył sobie Kraiklyn. Rozparł się wygodnie na kanapie, przerzucił ramię przez oparcie, uśmiechnął się lekko i uniósł brwi. — No? Tu cię boli, pomyślał Horza.

— Nie miałem wiele czasu, żeby się o tym przekonać. Jeszcze pięćdziesiąt dni temu byłem kapitanem piechoty morskiej na Sladden. Słyszałeś o tej planecie?

Kraiklyn pokręcił głową. Horza od dwóch dni starannie przygotowywał się do takiej rozmowy. Gdyby dowódca „Wiru” zechciał sprawdzić wiarygodność jego historyjki, dowiedziałby się, że planeta o tej nazwie naprawdę istnieje, że większość jej mieszkańców stanowią humanoidy oraz że niedawno dostała się pod władanie Idirian. — Idirianie zamierzali nas zlikwidować, bo walczyliśmy po oficjalnej kapitulacji, ale niespodziewanie zaproponowali mi układ: ocalę życie, jeśli zgodzę się współpracować. Podobno wyglądałem jak pewien starszy gość, na którym im zależało. Zamierzali go sprzątnąć i wstawić mnie w jego miejsce. Zapytali, czy się zgadzam. A co mi tam, pomyślałem. Nie miałem wiele do stracenia. I tak parę dni później znalazłem się na Sorpenie, naszprycowany jakimiś postarzającymi paskudztwami, w roli jednego z ministrów. Dawałem sobie całkiem nieźle radę aż do chwili, kiedy zjawiła się agentka Kultury, zdemaskowała mnie i wydała na pewną śmierć. Na szczęście w ostatniej chwili przyleciał idiriański krążownik. Uratowali mnie, schwytali agentkę i ruszyli w drogę powrotną do głównej floty, ale przechwyciła ich Wszechstronna Jednostka Kontaktowa, więc wsadzili mnie w skafander i wypchnęli w próżnię, żebym tam zaczekał na flotę. Miał nadzieję, że jego opowieść nie zabrzmiała jak wyuczona na pamięć bajeczka. Kraiklyn ze zmarszczonymi brwiami wpatrywał się w otwór aromatki.

— Jedno mnie tylko dziwi — powiedział i przeniósł spojrzenie na Horze. — Dlaczego wysłali samotny krążownik, skoro w pobliżu była cała flota?

Metamorf wzruszył ramionami.

— Też się nad tym zastanawiałem. Niestety, prawie nic nie zdążyli mi powiedzieć. Przypuszczalnie bardzo zależało im na tej agentce. Może doszli do wniosku, że jeśli zaczekają, okręt Kultury zauważy zbliżającą się flotę, zgarnie kobietę z planety i tyle będą ją widzieli? Kraiklyn z powątpiewaniem skinął głową.

— Może. Chyba rzeczywiście cholernie chcieli się do niej dobrać. Widziałeś ją?

— Nawet z bliska. Zanim mnie wkopała, potem też.

Kraiklyn ponownie zaczął obracać aromatkę w palcach.

— Jak wyglądała?

— Wysoka, szczupła, dość atrakcyjna, ale jednocześnie odpychająca. Stanowczo zbyt cwana, jak na mój gust. Bo ja wiem… W sumie chyba podobna do wszystkich kobiet Kultury, jakie spotkałem. Wiesz: niby każda jest inna, ale w gromadzie wyglądają tak samo. Ta na pewno by się nie wyróżniała.

— Podobno z agentami Kultury nie ma żartów. Słyszałem, że potrafią płatać różne sztuczki. Specjalna adaptacja, zmieniona chemia ciała… Zauważyłeś coś takiego?

Horza pokręcił głową, zastanawiając się, do czego zmierza jego rozmówca. „Zmieniona chemia ciała”, powiedział Kraiklyn. Czyżby czegoś się domyślał? Czyżby przypuszczał, że on, Horza, jest agentem Kultury albo nawet Metamorfem? Kraiklyn wciąż przyglądał się aromatce. Jeszcze przez chwilę milczał, po czym skinął głową. — Dużo bym dał, żeby taką poznać. Ludzie gadają, że porobili im różne takie… zmiany. — Spojrzał na Horze, mrugnął porozumiewawczo i wziął głęboki wdech. — Między nogami. Mężczyźni potrafią chować jądra, a kobiety mogą szczytować całymi godzinami… No, przynajmniej minutami.

Umilkł, wpatrując się w przestrzeń szklistym wzrokiem. Horza bardzo się starał, żeby nie dać po sobie poznać coraz silniejszej pogardy, jaką odczuwał wobec tego człowieka. A więc o to ci chodzi, pomyślał z odrazą. Nie pamiętał już, ile razy musiał wysłuchiwać ludzi — zazwyczaj należących do społeczeństw na trzecim lub nawet czwartym stopniu rozwoju, z reguły mężczyzn — którzy przyciszonym głosem dzielili się z nim swoimi domysłami na temat „O ile zabawniej jest w Kulturze”. Przynajmniej pod tym względem perwersyjnie skryta Kultura utrzymywała w głębokiej tajemnicy informację, jaka część jej populacji dziedziczyła zmodyfikowane genitalia. Rzecz jasna, taka tajemniczość tylko podsycała ogólne zainteresowanie. Horze niekiedy szlag trafiał z powodu ludzi podchodzących do sprawy z niemal cielęcym zachwytem, choć akurat w przypadku Kraiklyna wcale go to nie dziwiło. Całkiem możliwe, że dowódca „Wiru Czystego Powietrza” poddał się nielegalnej operacji, która miała imitować zmiany wprowadzane przez Kulturę. Takie postępowanie nie należało do rzadkości, choć z pewnością nie było bezpieczne. Zbyt często dokonywane niemal chałupniczym sposobem modyfikacje polegały na najprostszych interwencjach hydraulicznych, szczególnie u mężczyzn; serce oraz cały krwiobieg pozostawały takie jak przedtem, choć teraz miały być poddawane znacznie większym obciążeniom. (W Kulturze, ma się rozumieć, problemy te rozwiązywano na poziomie inżynierii genetycznej.) Bezmyślne naśladowanie jednego z najbardziej dekadenckich wymysłów Kultury złamało, dosłownie i w przenośni, mnóstwo serc. Teraz zapewne usłyszymy o cudownych gruczołach narkotycznych, pomyślał Horza.

— Albo na przykład gruczoły narkotyczne — ciągnął Kraiklyn rozmarzonym tonem. — Ten, kto je ma, może w każdej chwili walnąć sobie, na co ma ochotę. Wystarczy, że o tym pomyśli. — Pieszczotliwie pogłaskał aromatkę. — Wiesz, że podobno nikt nigdy nie zgwałcił ich kobiety? — Horza milczał, ponieważ słusznie domyślił się, że dowódca nie oczekuje od niego odpowiedzi. Kraiklyn melancholijnie pokiwał głową. — Tak, te z Kultury mają klasę. Nie to, co te nasze wywłoki. — Wzruszył ramionami, pociągnął tęgi łyk z aromatki. — Chociaż z drugiej strony…

Horza odchrząknął, pochylił się do przodu i powiedział głośno:

— Ona nie żyje.

Kraiklyn skierował na niego puste spojrzenie.

— Kto?

— Agentka Kultury. Zginęła.

— Aha. — Kraiklyn jeszcze raz skinął głową, podrapał się po brodzie i zapytał: — Co zamierzasz teraz robić? Szczerze mówiąc, oczekuję, że weźmiesz udział w naszym wypadzie. W ten sposób odwdzięczysz się za podwiezienie.

— Zrobię to, bez obawy.

— Świetnie. Potem zastanowimy się, co dalej. Jeśli się sprawdzisz, będziesz mógł zostać. Jeśli nie, wysadzimy cię, gdzie zechcesz, oczywiście w granicach rozsądku, jak to się mówi. Sama akcja nie powinna być skomplikowana: wpadniemy i wypadniemy. — Kraiklyn wykonał płynny ruch ręką, jakby trzymał w nim model swojego statku i naśladował nurkowanie, a potem szybką ucieczkę w górę. — Zaraz potem lecimy na Vavatch. — Pociągnął kolejny łyk z płaskodennego naczyńka. — Grasz w zniszczenie?

Horza spojrzał prosto w zmrużone, drapieżne oczy.

— Nie miałem okazji się nauczyć.

— Tak myślałem. — Dowódca skinął głową. — To dopiero gra! Nie ma lepszej. Naturalnie poza tym… — Rozejrzał się z uśmiechem dokoła, co zapewne miało oznaczać, iż chodzi mu o jego statek, ludzi oraz ich zajęcie, po czym wyprostował się na kanapie. — Chyba już powitałem cię na pokładzie, ale nie zaszkodzi, jeśli zrobię to jeszcze raz. — Poklepał Horze po ramieniu. — Jesteś tu mile widziany, przynajmniej dopóki nie zapomnisz, kto tu dowodzi.

— To twój statek — odparł Horza.

Opróżnił aromatkę i odstawił ją na półkę, obok holograficznego portretu Kraiklyna w czarnym skafandrze, z laserową strzelbą na ramieniu — tą samą, która wisiała na ścianie.

— Myślę, że się jakoś dogadamy. Poznasz kumpli, trochę się podszkolisz, razem pogonimy kota tym chrzanionym mnichom… — Kraiklyn mrugnął porozumiewawczo. — Umowa stoi?

— Jasne — odparł Horza z uśmiechem i podniósł się z fotela. Kraiklyn otworzył mu drzwi.

W ciągu kilku następnych dni poznał bliżej załogę. Rozmawiał z tymi, którzy chcieli mówić, i obserwował tych, którzy nie mieli na to ochoty, oraz słuchał, co na ich temat mieli do powiedzenia inni. Yalson wciąż była jego jedynym przyjacielem, ale również całkiem nieźle układały się jego stosunki z Wubslinem, chociaż mechanik nie należał do rozmownych, a jeśli akurat nie jadł ani nie pracował, to zazwyczaj spał. Bratsilakini uznali chyba, że nie spiskuje przeciwko nim, choć na razie nie mogli się zdecydować, czy jest po ich stronie. Przypuszczalnie czekali z wydaniem ostatecznego werdyktu do Marjoin i Świątyni Światła.

Religijna fanatyczka, która dzieliła kajutę z Yalson, miała na imię Dorolow. Była pulchna, o jasnej cerze, jasnych włosach i dużych uszach łączących się bezpośrednio z policzkami. Mówiła wysokim piszczącym głosem (jej zdaniem był wyjątkowo niski), miała wiecznie wilgotne oczy, poruszała się szybko i nerwowo. Najstarszym członkiem Wolnej Grupy był Aviger — niski, o brązowej skórze, ogorzałej cerze i przerzedzonych włosach. Miał wyjątkowo sprawne ręce i nogi; potrafił na przykład złączyć dłonie za plecami i nie rozdzielając przenieść je nad głową. Mieszkał z Jandraligelim — szczupłym wysokim Mondlidicianinem w średnim wieku, z dumą prezentującym rytualne blizny na czole. Z jego twarzy ani na chwilę nie znikał pogardliwy grymas. Jandraligeli starannie unikał Horzy, ale, zdaniem Yalson, w ten sam sposób traktował wszystkich nowicjuszy. Większość czasu spędzał na czyszczeniu starego, lecz w pełni sprawnego skafandra oraz laserowej strzelby.

Gow i kee-Alsoforus trzymały się razem do tego stopnia, że, wedle dość powszechnej opinii, w zaciszu swojej kabiny z pewnością „wyczyniały rozmaite cuda”. W związku z tym mniej tolerancyjni przedstawiciele płci przeciwnej — czyli prawie wszyscy członkowie Wolnej Grupy — przy lada okazji dawali wyraz swemu oburzeniu. Obie kobiety były stosunkowo młode i niezbyt dobrze władały maraińskim. Początkowo Horza przypuszczał, iż właśnie dlatego izolują się od reszty załogi, szybko jednak przekonał się, że po prostu są bardzo nieśmiałe. Nie wyróżniały się ani wzrostem, ani tuszą, miały twarze o ostrych rysach, szarą cerę i nieprawdopodobnie czarne oczy. Chyba to dobrze, że tak rzadko podnosiły na kogoś wzrok, bo spojrzenie tych oczu na długo zapadało w pamięć.

Mipp był otyłym posępnym typem o smoliście czarnej skórze. W razie potrzeby — to znaczy wtedy, kiedy Kraiklyn opuszczał statek, a Wolna Grupa potrzebowała wsparcia ogniowego na powierzchni planety — zasiadał za sterami „Wiru Czystego Powietrza”. Potrafił też pilotować prom orbitalny. Podobno z niesłychaną sprawnością posługiwał się działkiem plazmowym i niemal wszystkimi rodzajami broni palnej, ale lubił poszaleć i często upijał się nie zidentyfikowanymi płynami, do których produkcji zmuszał automatyczną kuchnię. Horza parę razy widział go rzygającego w toalecie. Mipp dzielił kajutę z innym pijakiem, o imieniu Neisin, który jednak był znacznie bardziej towarzyski i chętnie śpiewał. Neisin uporczywie starał się zapomnieć o jakimś strasznym wydarzeniu; chociaż pił więcej i częściej niż Mipp, niekiedy trzeźwiał w okamgnieniu, przez chwilę siedział bez słowa, a potem wybuchał rozpaczliwym głośnym szlochem. Horza zastanawiał się, gdzie ten nieduży żylasty osobnik mieści w sobie tyle płynów oraz czy to możliwe, żeby te strumienie łez wypływały z wnętrza niedużej, gładko ogolonej głowy. W końcu doszedł do wniosku, że musi istnieć jakieś bezpośrednie połączenie między gardłem ochlapusa i jego kanałami łzowymi.

Tzbalik Odraye był pokładowym magikiem od komputerów. Ponieważ, przynajmniej teoretycznie, mógł do spółki z Mippem pokonać zabezpieczenia wprowadzone przez Kraiklyna do pamięci nierozumnego komputera i opanować statek, podczas nieobecności dowódcy któryś z nich dwóch również musiał opuszczać „Wir Czystego Powietrza”. W rzeczywistości Odraye wcale nie radził sobie aż tak dobrze z komputerami, o czym Horza przekonał się, zadawszy kilka pozornie błahych pytań. Nie ulegało jednak wątpliwości, iż wysoki, lekko przygarbiony mężczyzna o pociągłej żółtawej twarzy dysponuje umiejętnościami w pełni wystarczającymi, żeby zmusić do maksymalnego wysiłku pokładowy komputer, zaprojektowany — zresztą podobnie jak cały statek — raczej z myślą o niezawodności niż filozoficznej finezji. Tzbalik Odraye mieszkał z Ravą Gamdol, który wyglądał jak krajan Yalson — miał taki sam kolor skóry i był porośnięty niemal identycznym futrem — ale stanowczo temu zaprzeczał. Rava był samotnikiem; odgrodził swoją część kabiny, zainstalował osobne oświetlenie i nawiew powietrza. Niekiedy zamykał się tam na całe dnie z pojemnikiem wody — kiedy wreszcie opuszczał celę, pojemnik był pełen moczu. Tzbalik Odraye starał się ignorować dziwacznego współmieszkańca i odrzucał oskarżenia o wdmuchiwanie dymu z cifetressi (wonnego ziela, które namiętnie palił) w otwory wentylacyjne samotni Ravy. Ostatnią kabinę zajmowali Lenipobra i Lamm. Lenipobra trochę się jąkał, miał strzechę płomieniście rudych włosów i był najmłodszym członkiem Wolnej Grupy. Miał również tatuaż na języku, którym się bardzo chlubił, prezentując go przy każdej sposobności. Tatuaż przedstawiał nagą kobietę i pod każdym względem pozostawiał wiele do życzenia. Lenipobra stanowił najbliższy odpowiednik lekarza pokładowego, w związku z czym widywano go najczęściej z miniaturowym czytnikiem załadowanym kryształami zawierającymi najnowsze dostępne wydanie podręczników udzielania pierwszej pomocy. Z dumą zademonstrował czytnik Horzy, ze szczególną lubością pokazując fragmenty dotyczące prowizorycznego opatrywania głębokich oparzelin laserowych. Traktował to jak świetną zabawę. Horza zanotował sobie w pamięci, żeby pod żadnym pozorem nie dać się trafić podczas szturmu na Świątynię Światła. Lenipobra miał wyjątkowo długie chude ramiona i dość często poruszał się na czworakach — nie wiadomo, ze względu na genetyczne uwarunkowanie czy w celu zwrócenia na siebie uwagi.

Lamm nie należał do olbrzymów, ale był mocno umięśniony. Miał podwójne brwi i niewielkie wszczepione różki, sterczące z przerzedzonych ciemnych włosów nad twarzą, której wyraz, wedle jego intencji, miał wywoływać dreszcz przerażenia. Prawie się nie odzywał, jeśli zaś zabierał głos, to zazwyczaj po to, by opowiedzieć o bitwach, w których uczestniczył, ludziach, których zabił, broni, którą się posługiwał, i temu podobnych. W swoim mniemaniu zajmował drugie miejsce w hierarchii służbowej na statku, chociaż Kraiklyn starał się nie wyróżniać żadnego spośród swoich ludzi. Od czasu do czasu Lamm przypominał kompanom, że nie życzy sobie żadnych problemów. Nie rozstawał się z bronią, w swoim skafandrze zaś zainstalował miniaturowy ładunek jądrowy; twierdził, że prędzej zdetonuje go, niż da się wziąć żywcem. Co prawda nie mówił tego wprost, ale chyba bardzo zależało mu na tym, by wszyscy uwierzyli, że może to uczynić również ot, tak sobie, bez wyraźnego powodu.

— Czego się tak na mnie gapisz, do kurwy nędzy? — zatrzeszczał w słuchawkach głos Lamma.

Horza, przycupnięty na ławeczce we wnętrzu wściekle trzęsącego się promu, dopiero teraz uświadomił sobie, że od dłuższego czasu wpatruje się w siedzącego naprzeciwko człowieka.

— Zamyśliłem się — odparł, dotknąwszy umieszczonego pod hełmem włącznika mikrofonu.

— Nie chcę, żebyś się na mnie gapił.

— Gdzieś przecież muszę patrzeć — powiedział Horza żartobliwym tonem do matowoczamego skafandra z opalizującym wizjerem. Czarny skafander wykonał szybki ruch ręką, w której nie trzymał laserowej strzelby.

— Byle nie na mnie, dobra?

Horza opuścił rękę i potrząsnął głową, ale hełm był o tyle za duży, że nawet nie drgnął. Metamorf westchnął ciężko, po czym zapatrzył się w skrzynkę z bezpiecznikami nad głową Lamma. Szykowali się do ataku na Świątynię Światła. Kraiklyn siedział za sterami promu, który mknął coraz niżej nad spowitymi całunem nocy lasami Marjoin, ścigając linię terminatora. Plan był następujący: „Wir Czystego Powietrza” nadleci od strony słońca, błyskając laserami i czyniąc maksymalnie dużo hałasu za pomocą ładunków wybuchowych, następnie zaś włączy efektory, które unieszkodliwią wszelkie instalacje elektroniczne, jakimi może dysponować świątynia. W tym samym czasie prom albo skieruje się prosto do świątyni, albo, jeśli kapłani mimo wszystko spróbują stawiać opór, wyląduje w lesie gdzieś w pobliżu i wysadzi tam desant. Piraci ruszą do szturmu, wykorzystując indywidualne uprzęże antygrawitacyjne, lub, jak w przypadku Horzy, pobiegną, popełzną albo poczołgają się w kierunku zespołu niskich budynków i przysadzistych wież tworzących Świątynię Światła. Horza nie mógł uwierzyć, że wyruszają bez żadnego rekonesansu, kiedy jednak podczas odprawy w hangarze zagadnął o to Kraiklyna, ten stwierdził stanowczo, iż nie zamierza zbyt wcześnie zdradzić swojej obecności. Poza tym mają przecież szczegółowe mapy i doskonały plan. Dopóki wszyscy będą go dokładnie realizować, nikomu włos z głowy nie spadnie. Mnisi to nie idioci, a ponieważ na planetę zawitali już funkcjonariusze Służby Kontaktu, z pewnością wiedzieli o wojnie, więc na pewno mają się na baczności. Lepiej nie kusić licha, tylko od razu przystąpić do szturmu. Wiadomości sprzed kilku lat nadal powinny być w pełni aktualne — bądź co bądź, świątynie przebudowuje się raczej rzadko.

Horzy i jeszcze kilku osobom ta teoria nie przypadła do gustu, nic jednak nie mogli na to poradzić. Siedzieli więc teraz w ciasnym wnętrzu promu, czując się trochę jak składniki koktajlu energicznie wstrząsane w metalowym shakerze, który ktoś nieopatrznie cisnął z naddźwiękową prędkością w potencjalnie bardzo groźną atmosferę. Horza ponownie westchnął z głębi piersi i opuścił wzrok na swoją broń.

Podobnie jak jego skafander, strzelba była stara i nie całkiem sprawna; podczas prób na statku dwukrotnie odmówiła mu posłuszeństwa. Wprawdzie magnetyczny przyspieszacz działał nawet nie najgorzej, to jednak celność strzałów pozostawiała wiele do życzenia. Amunicję stanowiły pociski kalibru siedem milimetrów, długie co najmniej na dwa centymetry; magazynek mieścił zaledwie czterdzieści osiem sztuk, szybkostrzelność natomiast wynosiła żałosne osiem sztuk na sekundę. Nie do wiary, ale pociski nie eksplodowały; były to po prostu obłe, dość ciężkie kawałki metalu. Na domiar złego nie działał celownik. Po włączeniu miniaturowy ekran wypełniała różowa mgła, i to wszystko. Horza westchnąłby po raz trzeci, ale zabrakło mu energii.

— Jesteśmy jakieś trzysta metrów nad drzewami — poinformował ich Kraiklyn z kabiny pilota. — Prędkość około półtora Macha. „Wir” zszedł już z orbity. Będziemy na miejscu za dwie minuty. Widzę już świt. Powodzenia.

Stłoczona w ciasnym przedziale pasażerskim załoga wymieniła spojrzenia. Horza zerknął na Yalson, która siedziała po drugiej stronie jakieś trzy metry od niego, ale zobaczył tylko lustrzaną powierzchnię wizjera. Nie miał pojęcia, czy kobieta też na niego patrzy. Bardzo chciał coś do niej powiedzieć, lecz nie zrobił tego, bo pomyślał, że może właśnie koncentruje się przed walką. Siedząca obok niej Dorolow uczyniła przed twarzą znak ognia.

Horza zacisnął ręce na starej strzelbie i dmuchnął na wizjer, w nadziei że w ten sposób pozbędzie się mgiełki, która zdążyła się już osadzić na wewnętrznej powierzchni. Niestety, tylko pogorszył sprawę. A może po prostu podnieść wizjer? Przecież są tuż nad powierzchnią planety, a nie w kosmicznej próżni.

Prom zadygotał i raptownie zahamował. Wszyscy zostali na swoich miejscach, ponieważ byli przypięci pasami, ale kilka nie umocowanych przedmiotów poleciało do przodu, rąbnęło w ściankę oddzielającą przedział pasażerski od kabiny pilota i z łoskotem runęło na podłogę. Załoga chwyciła za broń, a Horza zamknął oczy. Wcale by go nie zdziwiło, gdyby któryś z tych entuzjastów pochopnie nacisnął spust. Jednak na szczęście obyło się bez wypadku.

— Co to było, do cholery? — zapytał Aviger, po czym roześmiał się nerwowo.

Prom wykonywał gwałtowne manewry, Horzą i pozostałymi rzucało we wszystkie strony mimo zapiętych pasów. W jego hełmie aż huczało od przekleństw, jęków i postękiwań. Nagle prom zanurkował, a kiedy Horza z trudem zdołał przełknąć żołądek, który postanowił wcisnąć mu się do gardła, maszyna leciała już poziomo, zupełnie spokojnie.

— Nieprzyjacielski ogień — poinformował ich Kraiklyn. Przez chwilę panowało skonsternowane milczenie, potem zaś zrobiło się bardzo głośno.

— Co takiego?

— Ogień?

— Ktoś do nas strzelał?

— Wiedziałem, że tak będzie.

— O kurwa!

— A niech to!

— Jak tylko usłyszałem to cholerne „wpadniemy i wypadniemy”, pomyślałem sobie, że… — zaczął Jandraligeli znużonym, gderliwym tonem, ale nie dokończył, ponieważ przerwał mu Lamm:

— Nieprzyjacielski ogień. Tylko tego było nam trzeba. Ładne rzeczy.

— Więc jednak są uzbrojeni — zauważył Lenipobra.

— A kto nie jest w dzisiejszych czasach? — mruknęła Yalson.

— Chicel Horhavo, nasza dobra pani, ocal nas od zguby… — mamrotała Dorolow, jeszcze szybciej kreśląc znak ognia na wizjerze hełmu.

— Stul pysk, dobra? — poprosił ją uprzejmie Lamm.

— Miejmy nadzieję, że Mipp ściągnie na siebie ogień i że nie rozwalą go od razu na kawałki — powiedziała Yalson.

— Chyba powinniśmy się wycofać — wymamrotał Rava Gamdol. — Powinniśmy się wycofać — powtórzył głośniej. — Zgadzacie się? Kto uważa, że…

— Nie!… Tak!… Nie!… — rozległy się niemal jednocześnie trzy okrzyki. Wszystkie spojrzenia skierowały się na Bratsilakinów. Obaj zewnętrzni odwrócili się do środkowego, ten zaś szybko popatrzył w lewo i prawo. — Cholera! — zaklął na wspólnej częstotliwości. — Oczywiście, że nie!

— W takim razie powinniśmy chyba… — odezwał się ponownie Rava Gamdol, ale nikt się nie dowiedział, co miał do powiedzenia, ponieważ w słuchawkach rozległ się donośny okrzyk Kraiklyna:

— Jesteśmy! Przygotować się!

Prom zaczął błyskawicznie wytracać prędkość, kołysząc się na boki, podskakując i trzęsąc się tak gwałtownie, że Horza był niemal pewien, iż lada chwila nastąpi katastrofa. W końcu jednak pojazd znieruchomiał, tylne drzwi otworzyły się z hukiem, Horza zaś, wraz z całą załogą, odpiął pasy i wybiegł z maszyny.

Znajdowali się na leśnej polanie. Ze starych potężnych drzew, o których wierzchołki zahaczył prom podczas podchodzenia do lądowania, wciąż jeszcze spadały gałęzie i liście. Horza zdążył zauważyć kilka bajecznie kolorowych ptaków śmigających między konarami, kątem oka dostrzegł błękitnoróżowe niebo, a chwilę potem co sił w nogach pędził ku skrajowi dżungli. Mijając dziób promu, poczuł swąd spalenizny; ta część kadłuba była jeszcze rozgrzana niemal do czerwoności, roślinność w promieniu kilku metrów zamieniła się w dymiący popiół, wilgotna ziemia błyskawicznie wyschła i popękała. Niektórzy członkowie Wolnej Grupy włączyli uprzęże AG, ale wcale nie poruszali się dzięki temu dużo szybciej, ponieważ przeszkadzały im wiszące między drzewami liany i pnącza.

Na razie nie zobaczyli ani śladu świątyni, ale Kraiklyn zaręczał, że tuż, tuż. Horza rozglądał się pilnie dokoła, przełażąc przez powalone omszałe pnie i brnąc po kolana w butwiejących liściach.

— Kurwa, tu się nie da iść! — warknął Lamm.

Chwilę potem czarny skafander poszybował niemal pionowo w górę i zniknął w koronach drzew.

— Pieprzony drań — wysapał ktoś bez tchu.

— Aha — zgodził się Lenipobra.

— Lamm! — ryknął Kraiklyn. — Nie pokazuj im się! Wracaj do szyku. Rozproszyć się, ale nie wyłazić na odkryty teren! Sekundę później dopadła ich fala uderzeniowa, tak silna, że Horza poczuł ją nawet przez skafander. Natychmiast runął na ziemię i znieruchomiał. Chwilę potem zewnętrzny mikrofon przekazał do słuchawek ogłuszający huk.

— To był „Wir”! — zawołał ktoś.

— Jesteś pewien?

— Widziałem go nad drzewami. Mówię wam, że to „Wir”!

Horza dźwignął się na nogi i ponownie ruszył biegiem przed siebie.

— Pierdolony drań mało nie urwał mi głowy… — wymamrotał Lamm.

Z przodu, za rzednącą zasłoną z liści, pni i gałęzi, pojawiło się światło i niemal jednocześnie do uszu Horzy dotarły odgłosy walki: suchy grzechot broni palnej, zakończone basowym cmoknięciem posykiwanie laserów, dudnienie działek plazmowych. Ukrył się za niską skarpą i ostrożnie wychylił głowę. Tak, to z pewnością była Świątynia Światła: kontury niskich, piętrzących się tarasowato zabudowań o ścianach porośniętych pnączami oraz kilku przysadzistych wież i baszt rysowały się wyraźnie na tle porannego nieba.

— Jesteśmy! — oznajmił triumfalnie Kraiklyn.

Horza rozejrzał się w prawo i lewo; za tą samą skarpą, w podobnej pozycji jak on, ukryła się większość desantu.

— Wubslin! Aviger! Dajcie ogień osłonowy z działek plazmowych. — Kraiklyn wydawał polecenia rzeczowym, nie znoszącym sprzeciwu tonem. — Neisin, pilnuj skrzydeł i zaplecza. Reszta za mną! Poderwali się prawie jednocześnie, wspięli na skarpę, zbiegli po niej, nabierając prędkości, a następnie popędzili po grząskim wilgotnym gruncie, przeskakując nad kępami soczyście zielonego mchu oraz mniejszymi krzakami. Po kilkunastu krokach wpadli w plątaninę krzewów sięgających do połowy piersi; biegło się tam znacznie trudniej, ale za to w razie potrzeby wystarczyło się schylić, by zniknąć nieprzyjacielowi z oczu. Zwolnili tempo. Horza maszerował najprędzej, jak mógł, kuląc się odruchowo za każdym razem, kiedy nad jego głową przemykały plazmowe ładunki. Fontanny ziemi wytryskujące kilkadziesiąt metrów od nich po lewej i prawej stronie oraz głośne eksplozje świadczyły o tym, że Neisin — od dwóch dni trzeźwy jak świnia — czynił właściwy użytek ze swego mikrohowitzera.

— Górny taras, lewe skrzydło, słaby ogień z broni ręcznej — poinformował Jandraligeli spokojnym głosem. Zgodnie z planem, powinien ukryć się na wierzchołku któregoś z drzew i obserwować pole walki. — Załatwię drania.

— Cholera! — wykrzyknął ktoś, chyba któraś z kobiet. Horza wyraźnie słyszał odgłosy strzałów, ale choć wytężał wzrok, nigdzie nie mógł dostrzec błysków.

— Ha! — parsknął triumfalnie Jandraligeli. — Dostał! Po lewej stronie świątyni w powietrze wzbił się kłąb dymu. Pokonali już co najmniej połowę odległości. Horza skoncentrował uwagę na budowli, ale kątem oka widział swoich towarzyszy, brnących w coraz głębszym ciemnozielonym mchu z bronią gotową do strzału. W razie potrzeby mech mógł się okazać wyśmienitą kryjówką, naturalnie pod warunkiem że nie był jakimś nie znanym nauce mięsożernym gatunkiem, pożerającym wszystkich, którzy nieopatrznie zagłębili się w jego wilgotny kożuch.

Horza zbeształ się w duchu za tak kretyńskie myśli, chwilę potem zaś zupełnie o nich zapomniał, ponieważ gdzieś bardzo blisko rozległa się silna eksplozja; natychmiast rzucił się na ziemię, zaczekał, aż przestaną się na niego sypać gałązki i liście, po czym ostrożnie podniósł głowę; w wilgotnym poszyciu, zaledwie kilka metrów od niego, ziała czarna dymiąca dziura.

— Wszystko w porządku, Horza? — usłyszał głos Yalson.

— Tak.

Wstał i zgięty wpół pobiegł między krzewami i młodymi drzewami.

— Ruszamy — poinformowała go kobieta.

Do tej pory, razem z Lammem, Jandraligelim i Neisinem, czekała ukryta w koronach drzew. Ona i Lamm mieli teraz poszybować ku świątyni. Chociaż indywidualne uprzęże antygrawitacyjne zapewniały znacznie większą swobodę ruchów i pozwalały przemieszczać się z większą prędkością, a w dodatku utrudniały zadanie przeciwnikowi, ponieważ latający cel jest znacznie trudniej zniszczyć od naziemnego, to jednak ich użytkownicy nie mogli czuć się do końca bezpieczni, jako że, siłą rzeczy, łatwiej zwracali na siebie uwagę, a tym samym ściągali zmasowany ogień nieprzyjaciela. Oprócz tej czwórki jeszcze tylko Kraiklyn miał uprząż AG, ale korzystał z niej tylko w sytuacjach skrajnego zagrożenia lub wtedy, gdy zależało mu na wykorzystaniu elementu zaskoczenia.

— Jestem przy murze! — To był chyba Odraye. — Na razie wszystko w porządku. Łatwo tu wejść, tyle pnączy i…

Reszta utonęła w głośnych trzaskach. Horza nie był pewien, czy psuje się jego komunikator, czy Odraye’owi przydarzyło się coś złego.

— …mnie dopóki…

— …lag go tra…

Głosy z trudem przedzierały się przez szum i trzaski. Horza najpierw ostrożnie, potem z całej siły walnął pięścią w bok hełmu.

— …kretynie!

W słuchawkach zapadła cisza. Horza zaklął soczyście, przykucnął i zaczął manipulować przy przełącznikach komunikatora. Grube sztywne rękawice nie ułatwiały mu zadania. Komunikator uparcie milczał. Horza zaklął ponownie i ruszył w kierunku murów.

— …adnego uz…jenia! — zatrzeszczało mu w słuchawkach. — Dziecinnie pro…

Znowu zapadła cisza, zanim zdążył rozpoznać głos. Wreszcie dotarł do podnóża muru. Kamienna ściana, nachylona pod kątem mniej więcej czterdziestu stopni, była gęsto porośnięta mchem i pnączami. Dwie sylwetki w skafandrach właśnie docierały do szczytu, mniej więcej siedem metrów w górze, trzecia przemknęła na tle nieba i znikła za parapetem. Horza rozpoczął wspinaczkę; ze względu na rozmiary i nie najlepszy stan skafandra trwała dość długo, ale w końcu bezpiecznie dotarł na górę i zeskoczył z parapetu na szeroki chodnik biegnący szczytem muru. Od następnego poziomu dzieliła go niemal identyczna, również zarośnięta ściana, po prawej stronie, nieco dalej, wznosiła się przysadzista wieża, po lewej zaś chodnik kończył się na ślepym murze. Zgodnie z planem Horza powinien skierować się właśnie w tę stronę, ale żeby to uczynić, musiał najpierw znaleźć drzwi. Pobiegł truchtem wzdłuż muru.

Kilka metrów przed nim na mgnienie oka pokazał się czyjś hełm. Horza zahamował gwałtownie, uskoczył w bok i poderwał broń do ramienia, ale chwilę później w tym samym miejscu machnęła czyjaś ręka, a potem hełm i ramię pojawiły się jednocześnie. To była Gow. Horza podniósł wizjer i pobiegł dalej, łapczywie chwytając ustami wilgotne, aromatyczne powietrze Marjoin. Z wnętrza świątyni dobiegały odgłosy strzałów, wiatr niósł przytłumiony łomot eksplodujących ładunków mikrohowitzera. Niebawem znalazł się przy wąskiej szczelinie w pochyłej ścianie, częściowo zarośniętej bujną roślinnością. Gow, z bronią gotową do strzału, przycupnęła przy szczątkach roztrzaskanych drewnianych drzwi, które zapewne jeszcze niedawno broniły dostępu do wnętrza budowli. Horza ukląkł przy niej.

— Komunikator mi nawalił — powiedział, wskazując swój hełm. — Co się dzieje?

Kobieta dotknęła przycisku na przegubie skafandra.

— Na razie dobra. Bez ranni. Oni na wieżach. Latać tam nie można. Nieprzyjaciel ma broń. — Spojrzała w otwierający się przed nimi mroczny korytarz. Horza również opuścił wzrok. Gow pociągnęła go za rękaw. — Ja mówić Kraiklyn, że ty iść do środka, tak?

— Aha. I powiedz mu, że straciłem łączność.

— Dobrze. Zallin też miał taki kłopot. Ty powodzenia.

— Nawzajem.

Ostrożnie przekroczył jeszcze dymiące fragmenty ciężkich drzwi i zagłębił się w korytarz. Zaledwie po kilku krokach dotarł do miejsca, gdzie korytarz dzielił się na trzy odnogi. Odwrócił się do Gow i wyciągnął rękę.

— Idę środkowym, w porządku?

Czarna sylwetka, skulona w półprzysiadzie na tle jasnego prostokąta, skinęła głową.

— Dobra. Idziesz środek.

Horza ruszył naprzód. Również podłoga i ściany korytarza były porośnięte mchem, choć nie tak bujnym jak na zewnątrz. Co kilka metrów napotykał zainstalowane pod sklepieniem elektryczne lampy, rzucające plamy brudnożółtego blasku. Zadrżał, chociaż wcale nie było mu zimno, po czym upewnił się, że odbezpieczył broń. Słyszał tylko własny przyspieszony oddech.

Dotarłszy do poprzecznego korytarza, skręcił w prawo. Wbiegł po kilku częściowo zarośniętych schodkach. Z powodu za dużych butów potknął się i niewiele brakowało, żeby upadł, ale w ostatniej chwili podparł się wolną ręką. Przy okazji zdrapał ze schodka nieco mchu; pod spodem, w mdłym blasku elektrycznej lampy, coś błysnęło. Potarł nadwerężony łokieć i ruszył dalej, zastanawiając się, dlaczego budowniczowie świątyni zrobili schody z czegoś, co do złudzenia przypomina szkło. U szczytu schodów skręcił w krótki korytarzyk, a następnie pokonał kolejne stopnie, skręcające lekko w prawo i zupełnie nie oświetlone. Jak na Świątynię Światła, trochę tu ciemnawo, pomyślał. Chwilę później wyszedł na duży balkon.

Mnich miał na sobie ciemnozielony habit, tego samego koloru co mech, więc Horza zauważył go dopiero wtedy, kiedy tamten zwrócił ku niemu bladą twarz. Niemal jednocześnie zobaczył pistolet. Nie celował, tylko odruchowo strzelił z biodra i jednocześnie rzucił się w lewo. Mnich osunął się na kamienną posadzkę; padając, nacisnął spust i w sklepienie uderzyła krótka seria. Odgłosy strzałów wzbudziły echo w mrocznym, pustym pomieszczeniu, które zaczynało się za balustradą balkonu. Skulony pod ścianą Horza nie spuszczał wzroku z nieruchomej postaci. Minęło sporo czasu, zanim odważył się ostrożnie podkraść i odwrócił tamtego na plecy; ujrzawszy to, co zostało z twarzy mnicha, od razu się uspokoił. Tamten nie żył. Horza podpełzł do balustrady, rozejrzał się dokoła. Jego oczom ukazała się obszerna sala, bardzo słabo oświetlona blaskiem nielicznych lamp na ścianach. Balkon był usytuowany mniej więcej w połowie wysokości jednej z dłuższych ścian, na końcu pomieszczenia zaś wznosiło się coś w rodzaju sceny albo ołtarza. W półmroku wydawało mu się, że widzi jakieś postaci poruszające się po podłodze, ale nie był pewien, czy to nie złudzenie. A może to jego kompani z „Wiru Czystego Powietrza”? Usiłował sobie przypomnieć, czy po drodze mijał inne drzwi albo korytarze; zgodnie z planem powinien być teraz tam, na dole. Po raz kolejny przeklął uszkodzony komunikator; cóż, nie miał wyboru, tylko musiał zaryzykować i zawołać do ludzi w sali. Przysunął się jeszcze bliżej do balustrady, ale zanim zdążył otworzyć usta, pod kolanem chrupnęło mu kilka kawałków szkła, które posypały się z sufitu trafionego pociskami z pistoletu mnicha. Niemal jednocześnie z dołu dobiegł go czyjś głos — wysoki, wręcz piskliwy, mówiący w nieznanym Horzy języku. Zamarł w bezruchu. Być może to Dorolow, ale dlaczego nie mówi po maraińsku? Głos odezwał się ponownie, zawtórował mu drugi, ale zaraz oba zostały zagłuszone przez gwałtowną kanonadę po przeciwnej stronie sali. Horza cofnął się, przywarł do posadzki i w tej samej chwili za plecami usłyszał delikatne stuknięcie.

Odwrócił się gwałtownie, z palcem na spuście, lecz nikogo nie zobaczył. Sekundę później z szerokiej balustrady sturlał się nieduży obły przedmiot wielkości dziecięcej pięści, podskoczył na kamieniach i znieruchomiał w kępce mchu mniej więcej metr od jego nogi. Horza natychmiast kopnął go, sam zaś rzucił się w przeciwną stronę, za martwe ciało mnicha.

Granat eksplodował w powietrzu, tuż poniżej balkonu. Jeszcze zanim przebrzmiało echo wybuchu, Horza poderwał się na nogi, dał nura do drzwi, wypadł na korytarz, wyhamował na zakręcie, zawrócił, wychylił się na balkon i wyrwał mnichowi pistolet z zaciśniętych palców. Zrobił to w ostatniej chwili, zaraz potem bowiem balkon z donośnym łoskotem i trzaskiem runął ku odległej o kilka metrów posadzce sali. Horza przywarł plecami do ściany korytarza. Majaczące niewyraźnie w mroku sylwetki rozpierzchły się we wszystkie strony. Horza oddał kilka strzałów w ich kierunku ze zdobycznej broni, następnie zaś skoncentrował uwagę na korytarzu; zastanawiał się, czy zdoła tędy dotrzeć na dół do sali albo na zewnątrz. Pobieżna inspekcja pozwoliła mu stwierdzić, że pistolet mnicha prezentuje się znacznie lepiej od jego starej strzelby. Zarzucił ją na ramię, po czym, zgięty wpół, pobiegł korytarzem. Za pierwszym zakrętem odprężył się i wyprostował; mógł już nie zawracać sobie głowy granatami.

Zaraz potem za jego plecami rozpętało się piekło. Najpierw zobaczył przed sobą na wygiętej ścianie swój cień, wyczyniający dzikie harce na tle krwistoczerwonego migoczącego blasku. Sekundę później powalił go na kolana podmuch gorącego powietrza, razem z którym dopadł go ogłuszający hałas. Czym prędzej opuścił wizjer, skulił się i odwrócił twarzą w kierunku, z którego dobiegały dzikie błyski i huki. Wydawało mu się, że oprócz eksplozji i wystrzałów słyszy również przeraźliwe krzyki. Pobiegł z powrotem, rzucił się płasko na posadzkę i znieruchomiał przy drzwiach wiodących na nie istniejący balkon.

Ostrożnie wysunął głowę, ale jak tylko zorientował się, co się dzieje, błyskawicznie cofnął ją i odepchnął się łokciami. Instynkt podpowiadał mu, żeby uciekać, jednak został, wystawił na zewnątrz pistolet mnicha, skierował go w stronę ołtarza i nacisnął spust. Zrobił to z zaciśniętymi powiekami i odwróconą głową. Kiedy skończyła się amunicja, cisnął precz bezużyteczną broń, sięgnął po swoją strzelbę i strzelał z niej tak długo, aż wreszcie zaciął się zamek. Zaraz potem dźwignął się z podłogi i co sił w nogach popędził korytarzem, byle dalej od wielkiej sali. Przypuszczał, że pozostali członkowie Wolnej Grupy Kraiklyna robią w tej chwili to samo — a przynajmniej ci, którzy jeszcze są w stanie to uczynić.

To, co zobaczył, właściwie nie powinno mieścić się w głowie, jednak zdawał sobie sprawę, że obraz, który z fotograficzną wiernością utrwalił mu się na siatkówce, jest stuprocentowo prawdziwy. Biegnąc, zastanawiał się, kto i po co zadał sobie tyle trudu, żeby uczynić Świątynię Światła nieczułą na laserowy ogień. Kiedy ponownie dotarł do skrzyżowania, zatrzymał się raptownie, uderzając kolbą w narożnik muru. W metalowej kolbie powstało wyraźne wklęśnięcie, ale Horza odniósł wrażenie, że ukryty pod warstwą mchu materiał konstrukcyjny ściany ma niezwykłą konsystencję, zupełnie inną niż kamień albo cegła. Zbliżył twarz do muru, włączył dwa słabiutkie reflektory zainstalowane po obu stronach wizjera i przyjrzał się uważnie miejscu, w które przed chwilą rąbnął.

— O cholera… — szepnął.

Zadał jeszcze jeden cios kolbą i ponownie pochylił się ze skupieniem. Przypomniał sobie niezwykły błysk na stopniach, tam gdzie się potknął, i chrzęszczący odgłos, jaki wydobył się spod jego kolan na balkonie. Nagle zrobiło mu się słabo; żeby nie upaść, musiał oprzeć się o ścianę.

Nikt nie zawracał sobie głowy utwardzaniem murów wielkiej sali ani tym bardziej całej budowli. Koszty takiego przedsięwzięcia byłyby ogromne i całkowicie nieuzasadnione, zważywszy na fakt, że planeta osiągnęła zaledwie trzeci stopień rozwoju cywilizacyjnego. Zastosowano inną, znacznie tańszą, a co najmniej równie skuteczną metodę: najprawdopodobniej wszystkie ściany wewnętrzne (na zewnątrz przecież na własne oczy widział zwykły piaskowiec) zostały zbudowane z kryształowych bloków, obecnie porośniętych grubą warstwą mchu. Po trafieniu promieniem lasera mech wyparowywał w ułamku sekundy, kryształ natomiast załamywał i odbijał śmiertelnie groźny promień światła. Horza ponownie przyjrzał się miejscu, w którym kolba jego strzelby zdrapała warstwę mchu, i dostrzegł lekko przyćmione odbicie świateł skafandra, wtopione, wydawałoby się, w blok ciemnego, ale zarazem lśniąco lustrzanego materiału. Zaraz potem odepchnął się od ściany, skręcił w prawo, przemknął obok ciężkich drewnianych drzwi, zbiegł po krętych schodach i popędził ku plamie dziennego światła.

W sali z ołtarzem przez ułamek sekundy oglądał całkowity chaos oświetlony blaskiem laserowych promieni. Obraz był przeraźliwie ostry, promienie skupionego światła niezwykle jaskrawe. Mnisi, uzbrojeni w staroświecką broń palną, zajęli stanowiska przy ołtarzu. Otaczały ich rozbłyski odbitego światła i kłęby pary — pozostałość po wilgotnym, spalonym mchu. Po przeciwnej stronie pomieszczenia miotali się bezradnie, przemykali przy ścianach albo leżeli członkowie Wolnej Grupy Kraiklyna. Strzelali ze wszystkiego, co mieli — głównie z laserów — czyniąc spustoszenie w swoich szeregach, nie zdawali sobie bowiem sprawy, że każdy strzał wraca do nich, odbity od przeciwległej ściany. Co najmniej dwoje straciło już wzrok; poruszali się po omacku, z rękami wyciągniętymi przed siebie, potykając się i zataczając. Horza doskonale wiedział, że ani jego przestarzały skafander, ani tym bardziej wizjer hełmu nie uchronią przed skutkami trafienia. W tej sytuacji mógł jedynie skryć się za załomem muru i na oślep opróżnić magazynek, bo a nuż przypadkiem załatwi któregoś z kapłanów albo strażników. Miał mnóstwo szczęścia, że przeżył tę krótką chwilę, kiedy zajrzał do sali. Teraz pozostała mu już tylko ucieczka. Usiłował nawiązać łączność, lecz komunikator wciąż nie działał; chociaż krzyczał do mikrofonu co sił w płucach, wewnętrzne głośniki nie przekazywały jego głosu.

Przed sobą, na tle plamy dziennego światła, dostrzegł przykucniętą sylwetkę. Natychmiast rzucił się w bok i przycisnął plecami do bocznych drzwi, ale postać nie wykonała żadnego ruchu. Bez większej nadziei podniósł strzelbę i nacisnął spust; okazało się jednak, że uderzenie w ścianę odblokowało mechanizm, ponieważ broń wypluła krótką serię pocisków. Nieruchoma postać osunęła się bezwładnie na podłogę. Horza podszedł ostrożnie. Martwy mnich ściskał w dłoni pistolet. W blasku poranka widać było jego bladą nieruchomą twarz oraz szary habit podziurawiony kulami ze strzelby Horzy i osmalony żarem laserowych promieni. Ściana za jego plecami była okopcona na znacznej powierzchni. Horza postąpił jeszcze krok naprzód i ostrożnie wystawił głowę zza załomu muru; kilka metrów od zniszczonych drzwi, wewnątrz świątyni, na podłodze leżał człowiek w skafandrze, z bronią wymierzoną w kierunku Horzy. To Gow, przemknęło mu przez głowę, po czym szybko przeniósł spojrzenie z powrotem na drzwi. Wciąż wisiały krzywo na jednym zawiasie, ale wyglądały jakoś inaczej niż przedtem. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że są osmalone, podobnie jak kilkumetrowy odcinek korytarza.

Przekradł się przy ścianie, przystanął przy ciele i odwrócił je na plecy. To nie była Gow, tylko jej przyjaciółka, kee-Alsoforus. Skóra na czole, policzkach i nosie sczerniała i popękała, oczy wyparowały. Lekko zdezorientowany, rozejrzał się dokoła; oczywiście, trafił do innej części budynku. Sytuacja prawie się nie zmieniła, inne były tylko miejsce i osoba…

W skafandrze kobiety ziało kilka czarnych otworów. Smród spalonego mięsa był tak silny, że mało nie zwalił Horzy z nóg. Zabrał trupowi laser, minął wyważone drzwi i wyszedł na zewnątrz. Po kilku krokach puścił się biegiem, skręcił za róg, na chwilę przypadł do kamiennych płyt chodnika, kiedy całkiem blisko eksplodował pocisk mikrohowitzera. Działka plazmowe także prowadziły nieprzerwany ogień, ale mimo że Horza wytężał wzrok, w koronach drzew nie był w stanie dostrzec latających postaci. Wypatrując ich, ruszył ostrożnie naprzód. Zaledwie po kilku krokach stanął jak wryty na widok Gow, która bezszelestnie niczym duch wyłoniła się z zarośniętej mchem i pnączami wnęki. Stali jakieś trzy metry od siebie, a potem kobieta powolnym ruchem uniosła wizjer. Spojrzenie jej czarnych oczu było utkwione w laserowej strzelbie, którą ściskał w prawej ręce. Horza przeklął się w duchu za to, że nie sprawdził, czy broń jest gotowa do strzału.

— Ja tylko…

Nie pozwoliła mu dokończyć.

— Ona trup, prawda? — Głos miała bezbarwny, z pozoru zupełnie obojętny. Z jej piersi wyrwało się coś jakby ciche westchnienie. Ponownie otworzył usta, żeby się wytłumaczyć, lecz tym razem w ogóle nie pozwoliła mu dojść do słowa. — Wydawało mi się, że ją słyszeć. Błyskawicznie podniosła pistolet. Oksydowany metal błysnął w promieniach pomarańczowego słońca. Horza natychmiast domyślił się, co to oznacza, i odruchowo rzucił się naprzód z wyciągniętą ręką, choć zdawał sobie sprawę, że jest za daleko i nic nie zdoła zrobić.

— Nie! — krzyknął przeraźliwie, lecz było już za późno. Skulił się, ale zanim zdążył zacisnąć powieki, zobaczył jeszcze, jak z tyłu czaszki Gow wytryskuje fontanna krwi, tkanki mózgowej i roztrzaskanej kości. Oparł się plecami o porośniętą mchem ścianę, osunął się powoli i przykucnięty zagapił się tępo przed siebie. Co za burdel, pomyślał. Co za cholerny, beznadziejny, niepotrzebny burdel. Akurat w tej chwili nie chodziło mu o to, co zrobiła Gow, ale kiedy spojrzał na zakrwawioną ścianę po lewej stronie i jej nieruchome ciało, pomyślał to samo raz jeszcze.

Właśnie zamierzał ruszyć w dół, po nachylonej zewnętrznej ścianie świątyni, kiedy kątem oka dostrzegł jakieś poruszenie w powietrzu. Odwróciwszy się, ujrzał Yalson, która właśnie wylądowała na chodniku. Nie zapytała, co się stało, tylko obrzuciła Gow szybkim spojrzeniem. Przekazała Horzy wszystko, czego dowiedziała się z komunikatora, on przekazał jej zwięzłą relację z wydarzeń w wielkiej sali. Postanowili zaczekać na rozwój wydarzeń. Według Yalson, w sali z ołtarzem zginęli tylko Rava Gamdol i Tzbalik Odraye, ale w starciu uczestniczyli również trzej Bratsilakinowie, którzy od tamtej pory nie dali znaku życia.

Kraiklyn był cały i zdrowy, chociaż zgubił drogę w przypominającym labirynt wnętrzu świątyni. Dorolow również nie mogła trafić do wyjścia; siedziała teraz w jakimś ciemnym korytarzu, pochlipując cichutko. Należało się obawiać, że straciła wzrok. Lenipobra, wbrew ostrzeżeniom towarzyszy i rozkazom Kraiklyna, dostał się do budowli przez wejście na dachu i teraz zmierzał w głąb świątyni, poszukując niedobitków oddziału. Yalson natychmiast uprzedziła go, żeby w żadnym wypadku nie posługiwał się laserem.

Usiedli pod ścianą. Yalson na bieżąco informowała Metamorfa o rozwoju sytuacji w Świątyni Światła. W pewnej chwili nad ich głowami przemknął Lamm, zniknął w dżungli, odebrał działko plazmowe gwałtownie protestującemu Wubslinowi, po czym wrócił iciężko wylądował kilka metrów od nich. Niemal jednocześnie Lenipobra zameldował z dumą, że odnalazł Dorolow, Kraiklyn natomiast oznajmił, że widzi dzienne światło. Od Bratsilakinów wciąż nie było żadnej informacji. Kilka minut później zza rogu wyłonił się Kraiklyn, z góry zaś nadleciał Lenipobra, ściskając oburącz Dorolow. Poruszał się kilkunastometrowymi ciężkimi susami, ponieważ jego uprząż AG nie mogła sobie poradzić z niemal podwójnym ciężarem.

Ruszyli w drogę powrotną do promu. Jandraligeli ostrzegł ich, że widzi jakieś poruszenie na drodze za budynkiem, z wyższych partii murów strzelali snajperzy. Lamm zamierzał wrócić do budowli z działkiem plazmowym i wyparować kilku mnichów, ale Kraiklyn zarządził odwrót, w związku z czym Lamm cisnął broń na ziemię i poleciał przodem, nie oglądając się na pozostałych. Otwarty kanał łączności rozbrzmiewał jego przekleństwami, które częściowo zagłuszały nawoływanie Yalson, wciąż usiłującej nawiązać kontakt z Bratsilakinami.

Brnęli przez wysoką trawę przy akompaniamencie huku i gwizdu przemykających im nad głowami plazmowych ładunków. Od czasu do czasu musieli przypadać płasko do ziemi, żeby przeczekać nieprzyjacielski ostrzał.

W hangarze „Wiru Czystego Powietrza” padli bez tchu na podłogę tuż obok promu, którego rozgrzany kadłub stygł z cichym pykaniem i posykiwaniem po wariackim locie przez atmosferę. Nikt się nie odzywał. Niektórzy leżeli na wznak, inni siedzieli oparci plecami o rozgrzany kadłub. W najgorszym stanie znajdowali się ci, co byli w świątyni, ale pozostali, którzy słyszeli wszystko dzięki komunikatorom, również wyglądali tak, jakby doznali sporego szoku. Hełmy i broń leżały w nieładzie na podłodze.

— Świątynia Światła! — powiedział wreszcie Jandraligeli, po czym wydał odgłos przypominający gorzki śmiech, zakończony wściekłym prychnięciem.

— Świątynia pieprzonego Światła — zawtórował mu Lamm.

Kraiklyn podniósł oburącz hełm.

— Mipp, są jakieś sygnały od Bratsilakinów? — zapytał zmęczonym głosem.

Mipp, osamotniony na mostku „Wiru Czystego Powietrza”, zameldował, że żadnych.

— Powinniśmy zbombardować skurwysynów — wycedził Lamm. — Powinniśmy rozpieprzyć ich na kawałki.

Nikt nie odpowiedział. Yalson podniosła się z wysiłkiem i powoli, z opuszczoną głową, ruszyła w górę po schodach prowadzących na górny pokład.

— Obawiam się, że straciliśmy radar — oznajmił Wubslin, wyłaniając się spod dziobu promu. — Przypuszczalnie już na samym początku, podczas pierwszego ostrzału.

— Przynajmniej nie mamy rannych — zauważył Neisin. — Jak tam twoje oczy, Dorolow? Lepiej?

Kobieta skinęła głową, ale wciąż siedziała z zaciśniętymi powiekami.

— Jak są ranni, robi się cholernie nieprzyjemnie. Mieliśmy szczęście. — Neisin z kieszeni skafandra wydobył małą metalową piersiówkę, podniósł ją do ust, po czym skrzywił się i potrząsnął głową. — Tak, mieliśmy kupę szczęścia. Oni też, bo przynajmniej się nie męczyli. — Mówił cicho i monotonnie, nie zwracając uwagi, czy ktoś go słucha. — Zauważyliście, że spotkał ich ten sam… Chodzi mi o to, że ginęli parami albo trójkami… To znaczy… Ech!

Wzruszył ramionami i pociągnął kolejny łyk. Siedząca obok niego Dorolow wyciągnęła rękę; Neisin przez chwilę przyglądał się kobiecie ze zdziwieniem, po czym podał jej piersiówkę. Dorolow napiła się i oddała mu flaszkę, on zaś potoczył dokoła pytającym spojrzeniem, ale nie znalazł więcej chętnych.

Horza siedział ze spojrzeniem utkwionym w sufitowych lampach. Czynił co w jego mocy, żeby uwolnić się od wspomnienia widoku, który ukazał się jego oczom w wielkiej sali Świątyni Światła. „Wir Czystego Powietrza” opuścił orbitę wokół planety na silnikach termojądrowych i skierował się ku krawędzi studni grawitacyjnej, gdzie mógł uruchomić napęd nadprzestrzenny. Mimo że nasłuch prowadzono do ostatniej chwili, nie udało się przechwycić żadnych sygnałów od Bratsilakinów. Nie przeprowadzono również operacji odwetowej przeciwko Świątyni Światła. Statek skierował się ku orbitalowi Vavatch.

Dzięki nasłuchowi planetarnych stacji radiowych szybko stało się jasne, dlaczego mnisi byli tak dobrze przygotowani do odparcia ataku. Dwa największe państwa Marjoin od dłuższego czasu prowadziły ze sobą wyniszczającą wojnę, a że Świątynia Światła znajdowała się blisko granicy między nimi, jej opiekunowie musieli stale mieć się na baczności. Jednym ze skłóconych państw rządzili umiarkowani socjaliści, drugim religijni fundamentaliści; mnisi ze Świątyni Światła należeli do jednego z odłamów religii panującej. Konflikt na Marjoin w gruncie rzeczy stanowił bliźniacze, choć rzecz jasna pomniejszone odbicie wojny znacznie większej, bo toczonej na galaktyczną skalę. Horza pojął nagle, że to odbicie przyczyniło się do śmierci ich towarzyszy wcale nie w mniejszy sposób niż odbite od kryształowych ścian promienie laserów.

Mocno wątpił, czy zdoła zasnąć tej nocy. Przez kilka godzin leżał na wznak z otwartymi oczami i wsłuchiwał się w odgłosy dobiegające z sąsiedniej koi, gdzie Wubslin po cichu walczył ze swymi koszmarami. Potem rozległo się ledwo słyszalne pukanie, drzwi uchyliły się, do kabiny wślizgnęła się Yalson, usiadła na koi Horzy i położyła mu głowę na piersi. Jakiś czas trwali w bezruchu, przytuleni do siebie, a następnie wzięła go za rękę i bez słowa poprowadziła pogrążonym w ciszy korytarzem. Minęli mesę (plama światła wylewająca się przez otwarte drzwi i przytłumione dźwięki muzyki świadczyły o tym, że ktoś, najprawdopodobniej Kraiklyn, szuka zapomnienia w alkoholu i hipnotycznych rytmach), po kilkudziesięciu krokach dotarli do kajuty, w której jeszcze niedawno mieszkały Gow i kee-Alsoforus. W całkowitej ciemności, na wąskim, obco pachnącym łóżku, oddali się pradawnemu rytuałowi — z góry skazanej na niepowodzenie próbie skrzyżowania gatunków i cywilizacji oddzielonych przepaścią wielu tysięcy lat świetlnych. Zaraz potem zasnęli.

Poziom gry: pierwszy

Fal ’Ngeestra obserwowała cienie obłoków sunące po równinie odległej o dziesięć kilometrów w poziomie i jeden w pionie, po czym, z głębokim westchnieniem, przeniosła wzrok na poszarpane, przykryte śniegiem szczyty gór po drugiej stronie prerii. Chociaż góry dzieliła od niej odległość trzydziestu kilometrów, ich granie były doskonale widoczne w rozrzedzonym powietrzu, w które bezlitośnie wbijały się skalistą bielą. Nawet tak ogromny dystans nie był w stanie odebrać im ani odrobiny blasku.

Odwróciła się i sztywnym krokiem, zupełnie nie pasującym do jej młodego wieku, ruszyła po ogromnych płaskich kamieniach tworzących posadzkę tarasu. Kratownica nad jej głową, w wielu miejscach zasłonięta jaskrawoczerwonymi i śnieżnobiałymi kwiatami, rzucała na taras regularny cień. Każdy krok przenosił dziewczynę ze światła do cienia albo z cienia do światła; największe zmiany zachodziły w wyglądzie jej włosów, które albo rozbłyskiwały złocistym przepychem, albo gasły, przybierając matowy odcień. U wejścia do willi pojawił się lekko opalizujący, metalowy korpus drony o imieniu Jase. Fal uśmiechnęła się na jej widok, po czym usiadła na kamiennej ławeczce połączonej z niskim murkiem biegnącym wokół tarasu. Znajdowali się bardzo wysoko, ale dzień był gorący i bezwietrzny. Otarła pot z czoła, czekając, aż stara drona zbliży się do niej, niespiesznie pokonując cienisto-słoneczną szachownicę. Drona osiadła na kamiennej posadzce, tak że jej szeroki płaski wierzch zrównał się z głową dziewczyny.

— Piękny dzień, Jase — powiedziała Fal i ponownie spojrzała na odległe góry.

— Rzeczywiście — odparta Jase.

Drona miała zaskakująco głęboki, dźwięczny głos i wiedziała, jak z niego korzystać. Już od ponad tysiąca lat drony Kultury wyposażano w aurę zmieniającą barwę zależnie od ich stanu emocjonalnego — był to ekwiwalent mimiki oraz gestów — ale Jase, którą skonstruowano jeszcze dawniej, zanim komukolwiek przyszedł do głowy pomysł z aurą, stanowczo odmówiła poddania się przeróbce. Wolała przekazywać swoje uczucia głosem albo zachowywać je wyłącznie dla siebie.

— Cholera — westchnęła Fal i pokręciła głową, spoglądając tęsknie na ośnieżone szczyty. — Powspinałabym się…

Z dezaprobatą zerknęła w dół, na wyprostowaną nogę. Złamała ją przed ośmiu dniami, właśnie podczas wspinaczki, tam, po drugiej stronie równiny. Teraz noga była usztywniona delikatną siecią włókien mikropola statycznego, ukrytą pod modnymi obcisłymi spodniami. Spodziewała się usłyszeć kolejny wykład na temat niepotrzebnego ryzyka, jakim jest samotne chodzenie po górach bez uprzęży AG, lecz wiekowa maszyna nie odezwała się ani słowem. Dziewczyna odwróciła ku niej opaloną twarz.

— O co chodzi, Jase? Masz dla mnie jakąś robotę?

— Obawiam się, że tak.

Fal rozsiadła się jak najwygodniej na kamiennej ławeczce i założyła ręce na piersi. Drona pospiesznie wysunęła mackę pola siłowego, żeby podtrzymać złamaną nogę dziewczyny, choć doskonale wiedziała, że piekielnie silne włókna doskonale sobie poradzą.

— A więc, wyduś to z siebie.

— Być może, pamiętasz informację sprzed osiemnastu dni dotyczącą naszego statku, który został pospiesznie sklecony przez jednostkę stoczniową na obszarze Ponurej Głębiny. Jednostka stoczniowa uległa potem zniszczeniu, podobnie jak jej ostatni wytwór.

— Pamiętam — odparta Fal, która prawie niczego nie zapominała, a już na pewno informacji z codziennych biuletynów. — Skleciła go z byle czego, żeby uratować Umysł Specjalizowanej Jednostki Kontaktowej.

— Zgadza się. Otóż mamy z tym pewien problem — powiedziała Jase ponurym tonem.

Fal uśmiechnęła się.

Dla nikogo nie ulegało wątpliwości, że głównym orężem Kultury w wojnie, którą obecnie prowadziła, były jej maszyny. Chyba nie rozminąłby się z prawdą ten, kto by zaryzykował twierdzenie, że to właśnie maszyny tworzyły Kulturę, reprezentując ją pełniej, a zarazem na bardziej podstawowym poziomie niż jakikolwiek człowiek albo grupa ludzi. Umysły wytwarzane obecnie na statkach fabrycznych, orbitalach oraz ogromnych Specjalizowanych Jednostkach Kontaktowych stanowiły najbardziej wyrafinowane zbitki materii w galaktyce. Były tak inteligentne, że ludzie nie mieli najmniejszych szans choćby na to, żeby w pełni docenić ich mądrość, one zaś nie potrafiły przekazać nawet jej drobnej cząstki formie życia stojącej na o tyle niższym szczeblu rozwoju.

Kultura powierzyła swój los właśnie tym umysłowym gigantom, a także prostszym, choć również w pełni samodzielnie myślącym maszynom, zdumiewająco sprawnym i szybkim komputerom, a nawet niewiele inteligentniejszym od muchy układom elektronicznym sterującym pociskami nożowymi. Uczyniła to na długo przed wybuchem wojny z Idirianami. Stało się tak, ponieważ dążyła do tego, aby być w pełni świadomym i racjonalnym społeczeństwem, maszyny zaś miały znacznie większe szansę na osiągnięcie tego celu oraz, a może przede wszystkim, późniejsze jego właściwe wykorzystanie. Kulturze w zupełności to wystarczało.

Takie nastawienie pozwalało ludziom zająć się sprawami w gruncie rzeczy najważniejszymi w życiu, czyli sportem, rozmaitymi grami, romansami, poznawaniem martwych języków i prymitywnych społeczności, próbami rozwiązania nierozwiązywalnych problemów, a także zdobywaniem górskich szczytów bez zabezpieczenia w postaci indywidualnych uprzęży antygrawitacyjnych.

Rzecz jasna, ktoś nieżyczliwy mógłby powziąć podejrzenie, że odkrycie przez Umysły faktu, iż w pewnych sytuacjach niektórzy ludzie są zdolni nie tylko im dorównać, ale nawet przewyższają je pod względem umiejętności kojarzenia faktów i wyciągania właściwych wniosków, doprowadzi do poważnych awarii oraz przeciążenia obwodów, lecz nic takiego się nie stało. Oczywiście Umysły zafascynowała świadomość, że białkowy zlepek chaotycznych, przebiegających niewyobrażalnie wolno procesów myślowych jest niekiedy w stanie dostarczyć odpowiedzi nie gorszej albo wręcz lepszej niż one. Naturalnie musiało istnieć logiczne wytłumaczenie tego zjawiska; przypuszczalnie miało ono coś wspólnego z zasadami rządzącymi sprzęgnięciami przyczynowo-skutkowymi — zasadami, których poznanie i usystematyzowanie wciąż przekraczało niemal boskie zdolności Umysłów — a także niemal fizyczną masą ogromnych liczb.

Do Kultury należało ponad osiemnaście miliardów ludzi — niemal wszyscy doskonale odżywieni, wykształceni i czynni umysłowo — ale tylko około trzydziestu albo czterdziestu z nich dysponowało rzadką umiejętnością przewidywania i wyciągania właściwych wniosków, dorównującą zdolnościom dobrze poinformowanego Umysłu (a tych istniały już setki tysięcy). Możliwe, że w grę wchodził czysty przypadek. Gdyby rzucać osiemnastoma miliardami monet, prawie na pewno kilkadziesiąt z nich przez długi czas padałoby tą samą stroną do góry. Fal ’Ngeestra była arbitrem Kultury, jedną z trzydziestu, może czterdziestu osób, które potrafiły intuicyjnie przewidzieć, co się stanie, albo wyjaśnić, dlaczego coś, co już się stało, przebiegało właśnie w taki, a nie inny sposób. Pomyłki zdarzały się jej niezmiernie rzadko. Bez przerwy podsuwano jej najrozmaitsze problemy, rejestrowano każdy jej gest i każde słowo, ogromną uwagę poświęcano każdemu jej działaniu. Fal zastrzegła sobie jednak, że podczas wypraw w góry — wszystko jedno, samotnych czy w towarzystwie przyjaciół — chce być pozostawiona w spokoju. Oczywiście zabierała kieszonkowy terminal, który rejestrował wszystkie wydarzenia, przerywała natomiast wszelkie połączenia w czasie rzeczywistym z zarządzaną przez Umysły siecią Tarczy.

Właśnie dlatego przeleżała w śniegu półtorej doby ze złamaną nogą, zanim odnalazła ją wyprawa ratunkowa.

Jase przekazywała jej szczegóły ucieczki bezimiennego statku, Fal jednak odwróciła głowę i słuchała drony tylko jednym uchem. Myślami była na odległych zaśnieżonych zboczach, gdzie zamierzała wrócić najdalej za kilka dni, jak tylko zrosną się kości. Góry urzekały ją swoją urodą. Były jeszcze inne, po przeciwnej stronie równiny, niemal w zasięgu ręki, również rysujące się wyraźnie na tle błękitnego nieba, ale w porównaniu z tymi ostrymi, poszarpanymi szczytami i graniami przypominały ogłupiałe oswojone zwierzę. Oczywiście zdawała sobie sprawę, że właśnie dlatego ulokowano ją w tej willi: mieli nadzieję, że zainteresuje się znacznie bliższymi górami i że nie będzie jej się chciało odbywać podróży śmigaczem ku odległym zboczom. Co za głupota, pomyślała. Musiała widzieć góry, w przeciwnym razie bowiem przestałaby być sobą, a dopóki je widziała, musiała się na nie wspinać.

Na planecie nie widziałabym ich tak wyraźnie, przemknęło jej przez głowę. A z tej odległości już na pewno nie zobaczyłabym ich podnóża.

Willa, taras, góry oraz trawiasta równina znajdowały się na orbitalu. To miejsce było dziełem człowieka, a konkretnie maszyn zbudowanych przez maszyny, które zostały zbudowane przez maszyny, które zbudował człowiek. Naturalnie tę wyliczankę należałoby ciągnąć znacznie dłużej. Tarcza orbitala była niemal idealnie płaska, z minimalną tendencją do wklęsłości, ponieważ jednak wewnętrzna średnica orbitala (naturalnie po jego całkowitym ukończeniu, polegającym na połączeniu wszystkich tarcz i usunięciu dzielących je ścian) wynosiła sporo ponad trzy miliony kilometrów, nie należało się dziwić, iż z położonej dość wysoko willi Fal widziała podstawę odległych gór. Nieraz przemykała jej przez głowę myśl, że to musi być bardzo dziwnie mieszkać na wypukłej planecie, gdzie oddalający się statek stopniowo kryje się za horyzontem.

Podobna myśl pojawiła się także tym razem i natychmiast wzbudziła jej czujność. Fal uświadomiła sobie, że pomyślała o planetach w związku z czymś, co przed chwilą powiedziała Jase. Odwróciła się do maszyny i zaczęła pospiesznie przeglądać powierzchowne warstwy pamięci.

— Umysł skrył się we wnętrzu planety, nie wychodząc z hiperprzestrzeni? — zapytała ze zdumieniem. — I wrócił do normalnej przestrzeni dopiero tam, pod powierzchnią?

— Takie miał przynajmniej zamiary. Poinformował o nich w ostatniej, zaszyfrowanej transmisji, w której zawarł także kod samozniszczeniowy. Ponieważ planeta wciąż istnieje, najwidoczniej mu się udało. Gdyby próba zakończyła się niepowodzeniem, zostałby z niej obłok pyłu.

— Rozumiem. — Fal podrapała się po policzku. — Wydawało mi się, że to niemożliwe — powiedziała, patrząc prosto na dronę.

— Co?

Skrzywiła się z irytacją, rozdrażniona tym, że nie została od razu zrozumiana.

— To co zrobił Umysł. Wniknięcie w coś tak wielkiego jak planeta i dokonanie przeskoku z nadprzestrzeni w jej wnętrzu. Podobno nawet my tego nie potrafimy.

— Umysł, o którym mowa, również był o tym przekonany, ale nie miał wyboru. Główna Rada Wojenna postanowiła, że musimy powtórzyć jego wyczyn, posługując się Umysłem podobnej klasy i jakąś zbędną jałową planetą.

Fal uśmiechnęła się na myśl o „jakiejś zbędnej planecie”.

— I czym to się skończyło?

— Niczym, bo nie doszło do próby. Żaden Umysł nie zgodzi się na taki pomysł. Zbyt duże ryzyko. Nawet wybieralni członkowie Rady Wojennej zgłosili stanowczy protest.

Tym razem dziewczyna odchyliła głowę do tyłu i parsknęła głośnym śmiechem. Jase, która w gruncie rzeczy była nieuleczalnym romantykiem, pomyślała, że jej śmiech przypomina szmer górskich strumieni. Rejestrowała na własny użytek każdy wybuch śmiechu Fal, nawet te, które brzmiały znacznie mniej melodyjnie i miały niewiele wspólnego z wesołością. Jase doskonale wiedziała, że żadna maszyna, nawet rozumna, nie potrafiłaby umrzeć ze wstydu, zarazem jednak nie ulegało dla niej wątpliwości, że to właśnie by uczyniła, gdyby Fal kiedykolwiek odkryła jej sekret.

— Jak takie coś właściwie wygląda? — zapytała dziewczyna, kiedy opanowała wesołość. — Nigdy nie widać ich w całej okazałości, bo zawsze są w czymś, na przykład w statku albo okręcie bojowym. I jak udało mu się dokonać przeskoku?

— Z zewnątrz Umysł przypomina elipsoidę — odparła Jase spokojnym, rzeczowym tonem. — Po włączeniu pól siłowych upodabnia się do niewielkiego statku. Ma około dziesięciu metrów długości i jakieś dwa i pół średnicy w najgrubszym miejscu. Składa się z milionów elementów, z których najważniejsze należą do tak zwanego Umysłu właściwego: są niesamowicie ciasno upakowane i dlatego Umysły mają tak wielką masę, sięgającą piętnastu tysięcy ton. Rzecz jasna, jest wyposażony we własne źródło energii oraz kilka generatorów pola. W razie potrzeby każdy z nich może pełnić funkcję silnika. W przestrzeni rzeczywistej przebywa stale tylko zewnętrzna powłoka, reszta natomiast, łącznie z modułami myślącymi, ani na chwilę nie opuszcza hiperprzestrzeni. Jeśli wspomniany Umysł rzeczywiście wprowadził w czyn swój śmiały plan (a wszystko wskazuje na to, że tak się stało), mógł to uczynić tylko w jeden sposób, jako że nie dysponował ani napędem gwiezdnym, ani przesuwaczem.

Jase umilkła na chwilę, Fal zaś pochyliła się do przodu i oparła brodę na splecionych dłoniach. Uwagi drony nie umknął grymas bólu, który przemknął przez twarz dziewczyny, oraz to, że Fal przeniosła ciężar ciała na lewy pośladek, usiłując maksymalnie odciążyć złamaną nogę. Jase doszła do wniosku, że jej podopiecznej jest niewygodnie na twardej kamiennej ławce, i poleciła domowym dronom, żeby przyniosły kilka poduszek.

— Oczywiście Umysł ma wewnętrzny mikronapęd hiperprzestrzenny, ale używa go wyłącznie do rozszerzania mikroskopijnych obszarów pamięci, dzięki czemu w każdej sytuacji dysponuje wystarczającą jej pojemnością i mocą obliczeniową. W normalnych warunkach maksymalny zasięg tego urządzenia wynosi jeden milimetr sześcienny, nasz Umysł jednak przestroił je w taki sposób, że mogło objąć go całego. Najlogiczniejszym sposobem postępowania, już po wniknięciu do wnętrza planety, było udanie się do jakiegoś pustego obszernego miejsca. Takim właśnie miejscem są tunele Systemu Dowodzenia.

— Słusznie. — Fal skinęła głową. — Zgadza się. A co to… Och! Z budynku wypłynęła niewielka drona, taszcząca dwie ogromne poduchy.

— Dzięki.

Fal podparła się jedną ręką, drugą zaś wepchnęła sobie poduszki pod siedzenie i pod plecy. Mała drona znikła we wnętrzu willi.

— To twoja robota, Jase?

— Skądże znowu — odparła Jase, nie posiadając się z zadowolenia.

— O co chciałaś zapytać?

— O te tunele i System Dowodzenia. Co to takiego?

— Mówiąc w największym skrócie, System Dowodzenia to dwa równoległe tunele o średnicy dwudziestu dwóch metrów każdy, wydrążone pięć kilometrów pod powierzchnią planety. Tworzą współśrodkowe okręgi. Pociągi, które nimi jeździły, stanowiły niegdyś ruchome punkty dowodzenia systemami obronnymi pewnego państwa, kiedy planeta znajdowała się mniej więcej na trzecim stopniu rozwoju cywilizacyjnego. Najnowocześniejszą bronią były wówczas głowice termojądrowe instalowane na rakietach balistycznych. Budowniczowie Systemu Dowodzenia zamierzali…

Fal przerwała jej szybkim ruchem ręki.

— Chodziło o to, żeby nie dać się trafić, prawda?

— Owszem.

— Powiedziałaś: pięć kilometrów. Jakiej skały?

— Granitu.

— Batolit?

— Chwileczkę. — Jase zasięgnęła niezbędnych informacji. — Zgadza się: batolit.

— Pojedyncza warstwa? — zdziwiła się dziewczyna.

— Pojedyncza.

— Czy to może planeta o niewielkiej sile ciążenia albo wyjątkowo grubym płaszczu?

— I to, i to.

— Hm… — mruknęła Fal z zastanowieniem. Wyobraziła sobie ciągnące się kilometrami, mroczne tunele, a nad nimi pięciokilometrowe granitowe sklepienie… i kto wie, może atrakcyjne góry? Warto by wybrać się tam na wspinaczkę: słabe przyciąganie, atrakcyjny budulec. Otrząsnęła się i ponownie spojrzała na maszynę. — Co tam się stało? O ile wiem, to Planeta Umarłych. Czyżby tubylcy wybili się nawzajem?

— Owszem, jedenaście tysięcy lat temu, ale nie za pomocą broni termojądrowej, tylko biologicznej. Nikt nie ocalał.

— Hm… — mruknęła ponownie i skinęła głową.

Teraz było jasne, dlaczego Dra’Azon ogłosili Schar Planetą Umarłych. Jeśli należysz do supergatunku istot bytujących w postaci czystej energii, od dawna nie uczestniczących w opartym na tradycyjnej materii życiu galaktyki, i jeśli za swój główny cel uważasz zachowywanie w nienaruszonym stanie planet, które mogłyby być najlepszymi pomnikami śmierci i bezcelowości działania, Schar ze swoją krótką, ale burzliwą historią musiałby natychmiast wzbudzić twoje zainteresowanie. Nagle przyszła jej do głowy pewna myśl.

— Jak to się stało, że tunele jeszcze istnieją? Nacisk pięciu kilometrów granitu…

— Tego nie wiemy — przyznała z ociąganiem Jase. — Dra’Azon niechętnie dzielą się informacjami na temat swoich planet. Być może, budowniczowie Systemu Dowodzenia wpadli na pomysł, jak utrzymać go w gotowości przez wiele stuleci. Przyznaję, że to mało prawdopodobne, ale z drugiej strony nie wolno nam zapomnieć, że byli prawie geniuszami.

— Wielka szkoda, że wykorzystali swój geniusz do opracowania planu masowej rzezi, zamiast skupić się na zapewnieniu sobie przetrwania — zauważyła z przekąsem Fal, po czym prychnęła pogardliwie. Słowa dziewczyny (ale nie prychnięcie) sprawiły dronie przyjemność, mimo iż Jase bez trudu wyczuła w nich charakterystyczną mieszankę wyższości i protekcjonalnego pobłażania, którą ludzie Kultury tak często okazywali, mówiąc o błędach popełnianych przez słabiej rozwinięte społeczeństwa. Zapomnieli o problemach, z jakimi borykała się w przeszłości ich cywilizacja. Nie zmieniało to w niczym faktu, że Fal miała rację: doświadczenie oraz zdrowy rozsądek podpowiadały, iż najlepszym sposobem uniknięcia samozagłady jest rezygnacja z posiadania środków, które mogą do niej doprowadzić. Fal w zamyśleniu stukała piętą zdrowej nogi w kamienną posadzkę.

— A więc Umysł jest w tunelach strzeżonych przez Dra’Azon. W jakiej odległości od planety znajduje się Bariera Milczenia?

— W takiej samej jak wszędzie: w połowie drogi do najbliższej gwiazdy poza układem. W tym konkretnym przypadku odległość wynosi około trzystu dziesięciu lat świetlnych.

— Co dalej? — Dziewczyna utkwiła w dronie nieruchome spojrzenie czarnych oczu. Łagodny powiew wiatru poruszył listkami i kielichami kwiatów na pergoli; ten sam ruch powtórzyły ich cienie na policzkach i karku Fal. — Na czym polega problem?

— Dra’Azon pozwolili Umysłowi wtargnąć w zamkniętą przestrzeń, ponieważ…

— …był w krytycznej sytuacji. To oczywiste. Mów dalej. Jase, którą już dawno temu przestało irytować bezustanne przerywanie, wpadanie w słowo i dopowiadanie, ciągnęła spokojnie:

— Na Scharze, podobnie jak na niemal wszystkich Planetach Umarłych, utworzono skromną bazę. Jej załoga składa się z przedstawicieli niewielkiej, oficjalnie zachowującej neutralność, statycznej społeczności…

— Metamorfowie — mruknęła z zadumą Fal, jakby właśnie przyszło jej do głowy rozwiązanie gnębiącego ją od dłuższego czasu problemu, i zdumiała się jego prostotą. Podniosła wzrok na częściowo zasłonięte roślinnością błękitne niebo, po którym niespiesznie wędrowało kilka białych obłoków. — Mam rację, prawda? — zapytała, spoglądając ponownie na maszynę. — Ten Metamorf… i agentka Balveda… i planeta, którą rządzą niedołężni starcy… Załogę bazy stanowią Metamorfowie, ale… — Zmarszczyła brwi. — Wydawało mi się, że on zginął?

— Bo wszystko na to wskazywało, ale teraz już nie jesteśmy tego tacy pewni. Ostatnie doniesienia z Wszechstronnej Jednostki Kontaktowej „Nerwowa Energia” zdają się świadczyć o tym, że mógł ocaleć.

— A co się stało z WJK?

— Tego nie wiemy. Utraciliśmy łączność, kiedy próbowali zatrzymać idiriański okręt bojowy. Przypuszczalnie obie jednostki uległy zniszczeniu.

— Przechwycić, powiadasz? — Fal skrzywiła się z niesmakiem. — Jeszcze jeden Umysł chciał zaimponować całemu wszechświatowi. Idirianie mogą się posłużyć tym Metamorfem do… Wiemy przynajmniej, jak się nazywa?

— Bora Horza Gobuchul.

— A my nie mamy żadnych Metamorfów.

— Owszem, mamy jedną. Niestety, chwilowo przebywa na drugim końcu galaktyki, gdzie wykonuje ważne zadanie nie związane bezpośrednio z wojną. Wątpię, czy zdołalibyśmy ściągnąć ją tutaj wcześniej niż za pół roku. Poza tym, w przeciwieństwie do tego Horzy, nigdy nie była na planecie Schar.

— Ho, ho… — mruknęła dziewczyna.

— Otrzymaliśmy również informacje, że ta sama idiriańska flota, która zniszczyła nasz uciekający statek, usiłowała bez powodzenia wysadzić na planecie niewielki desant. Przy następnej próbie Dra’Azon mogą nabrać podejrzeń. Powinni wpuścić Horze, bo należał do jednej z poprzednich ekip, ale nie wiemy tego na pewno. Nie ulega natomiast wątpliwości, że nikt inny nie dostanie się na planetę.

— Nie zapominaj, że on mógł zginąć.

— Bardzo trudno jest zabić Metamorfa, toteż nie traktowałabym zbyt poważnie tej hipotezy.

— Boisz się więc, że ów Bora Horza odszuka bezcenny Umysł i odda go Idirianom?

— To może się zdarzyć.

— A jeśli już się zdarzyło? — Fal pochyliła się do przodu i utkwiła w dronie przenikliwe spojrzenie. — Co wtedy, Jase? Co by się stało, gdyby Idirianie dostali w swoje ręce w pełni sprawny, jeszcze nie wyszkolony Umysł?

Jase nie spieszyła się z odpowiedzią.

— Zakładając, że i tak wygramy wojnę… — odparła wreszcie — przedłużyłoby to ją co najmniej o kilka miesięcy.

— O ile konkretnie?

— Nie mniej niż o trzy i nie więcej niż siedem. W każdym razie można by policzyć je na palcach jednej ręki. Zależy czyjej, ma się rozumieć.

Fal uśmiechnęła się lekko.

— Kolejny problem polega na tym, że gdyby Umysł chciał się bronić, musiałby uczynić Schar jeszcze bardziej martwym, niż jest teraz, to znaczy zamienić go w pas asteroid?

— Tak jest.

— Może więc gnojek nie powinien był zadawać sobie trudu i uciekać ze statku, tylko zginąć razem z nim?

— Zadziałał instynkt przetrwania. — Jase przerwała, oczekując, że Fal zechce coś wtrącić, ale dziewczyna tylko skinęła głową. — Ma go zdecydowana większość żywych istot. — Z wystudiowaną starannością podniosła swoim polem siłowym złamaną nogę dziewczyny, przesunęła ją pół centymetra w lewo i postawiła z powrotem na podłodze. — Rzecz jasna, zdarzają się wyjątki, ale…

— Wiem, do czego zmierzasz. Bardzo zabawne, naprawdę.

— A więc widzisz, na czym polega kłopot?

— Widzę — przyznała Fal. — Oczywiście w każdej chwili moglibyśmy wedrzeć się tam siłą i rozwalić planetę na kawałki.

— Oczywiście, tyle że wtedy postawilibyśmy pod znakiem zapytania nasze zwycięstwo, bo narazilibyśmy się istotom, których potęgi nikt jeszcze nie odczuł na własnej skórze, i nikomu się nie spieszy, żeby to uczynić. Możemy również poddać się Idirianom, ale też jakoś nie wydaje mi się, żebyśmy mieli na to ochotę.

— Niemniej należy brać pod uwagę wszystkie możliwości — zauważyła Fal z uśmiechem.

— Jasne.

— W porządku, Jase. Jeśli to wszystko, chciałabym teraz trochę o tym pomyśleć. — Fal ’Ngeestra wyprostowała się, przeciągnęła i ziewnęła rozdzierająco, po czym pokręciła głową. — Interesujący problem, taki prawie na miarę bogów… Przygotuj mi wyciąg z wszystkimi szczegółami, które uznasz za istotne. Chyba przez jakiś czas skoncentruję się na tej sprawie. Dorzuć też trochę informacji o Ponurej Głębinie.

— Tak jest.

Fal już jej nie słyszała.

— Taaak… — wyszeptała, wpatrując się przed siebie nie widzącym spojrzeniem. — Popatrzmy, co tu mamy… Ta część przestrzeni… I jeszcze te rejony…

Zatoczyła ręką niewielki krąg, wypełniając go w wyobraźni milionami lat świetlnych pustki.

Jase wycofała się bezszelestnie, a następnie pożeglowała pod baldachimem liści i kwiatów ku wejściu do willi. Dziewczyna została sama na tarasie. Kołysała się lekko w przód i w tył, to podnosząc ręce do ust i oczu, to znów opuszczając je na kolana.

Do czego to doszło, myślała. Usiłujemy zabić nieśmiertelnego, niewiele brakuje, żebyśmy zadarli z istotami dysponującymi niemal boską mocą, a ja siedzę sobie tutaj, osiemdziesiąt tysięcy lat świetlnych od miejsca, gdzie rozgrywają się wydarzenia, i próbuję znaleźć wyjście z sytuacji. Ale heca! Niech to szlag trafi. Szkoda, że nie pozwolili mi działać na pierwszej linii, gdzie naprawdę się coś dzieje, tylko wsadzili tutaj, na głębokie zaplecze. Ech, co tam…

Usiadła w ten sposób, że jej usztywniona noga leżała na ławce, po czym odwróciła się ku górom po drugiej stronie równiny, oparła łokieć na kamiennym parapecie, podparła brodę ręką i chłonęła wspaniały widok.

Często zastanawiała się, czy dotrzymali słowa i rzeczywiście podczas wspinaczki zostawiają ją samą sobie. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby okazało się, że gdzieś w pobliżu zawsze unosi się mała drona albo pocisk nożowy. Tak mogło być również tym razem; nie zjawili się zaraz po wypadku, tylko pozwolili jej przeleżeć kilka godzin w śniegu, obolałej i przerażonej, żeby ją przekonać, iż zastosowali się do życzenia, a jednocześnie sprawdzić, jak zareaguje na bolesne i niezwykłe przeżycie. Wiedziała przecież, jak działają Umysły, a poza tym na ich miejscu sama przeprowadziłaby podobny eksperyment. Może powinnam po prostu spakować się, powiedzieć im, żeby wsadzili sobie gdzieś tę swoją wojnę, i zabrać się stąd? Tak, to by było nawet interesujące. Kłopot polega na tym, że lubię to, co robię. Opuściła wzrok na swoją rękę, złocistobrązową w promieniach słońca. Wyprostowała palce, po czym zacisnęła je mocno. Nie mniej niż trzy, nie więcej niż siedem. Zależy czyjej ręki, ma się rozumieć. Idirianie mieli po siedem palców.

Ponownie skierowała wzrok nad pocętkowaną plamami cienia równinę, ku odległym górom, i westchnęła głęboko.

5. Megastatek

Błękitno-złocisty Vavatch lśnił i migotał na tle smoliście czarnej kosmicznej pustki niczym boska bransoleta średnicy czternastu milionów kilometrów. Niemal cała załoga „Wiru Czystego Powietrza” obserwowała go na głównym ekranie w mesie. Akwamarynowe morze, które pokrywało większą część powierzchni zbudowanej z ultraodpornego materiału, było poznaczone białymi strzępkami obłoków; miejscami chmury zbijały się w rozległe ławice, rozciągające się niekiedy na całą trzydziestopięciotysięcznokilometrową szerokość orbitala. Wzdłuż jednej z krawędzi, za ścianą z czystego kryształu, ciągnęła się zwarta masa lądowa; chociaż z tej odległości wyglądała zaledwie jak wąziutka brązowa tasiemka uczepiona gigantycznego błękitnego zwoju, w rzeczywistości liczyła sobie niemal dwa tysiące kilometrów szerokości. Ziemi na Vavatchu nie brakowało, ale jego największą atrakcją zawsze były megastatki.

— Czy ty w ogóle w coś wierzysz? — zapytała Dorolow.

— Owszem — odparł Horza, nie odrywając wzroku od ekranu na ścianie mesy. — W swoje przetrwanie.

— W takim razie twoja religia umrze razem z tobą. Jakie to smutne.

Metamorf nie odpowiedział.

Dyskusja rozpoczęła się od tego, iż Dorolow, oczarowana pięknem gigantycznego orbitala, wyraziła opinię, że choć stanowi on dzieło śmiertelnych istot ani trochę nie lepszych od ludzi, to jednocześnie jest dowodem potęgi Boga, ponieważ to właśnie Bóg stworzył człowieka oraz wszystko, co żyje. Horza ostro sprzeciwił się tej opinii, zirytowany, że ktoś usiłuje wykorzystywać najbardziej oczywisty przykład wszechmocy intelektu i ciężkiej pracy do propagowania irracjonalnych przesądów.

Yalson, która siedziała obok niego przy stole i przez cały czas delikatnie pocierała stopą jego łydkę, oparła łokcie na plastikowym blacie, między sztućcami i naczyniami.

— I pomyśleć, że już za cztery dni rozpieprzą go na kawałki! Cholerna szkoda.

Nie zdążyli się przekonać, czy ta uwaga wystarczyłaby do zmiany tematu, ponieważ z głośników wydobyły się najpierw szumy i trzaski, potem wyraźny głos Kraiklyna:

— Pomyślałem sobie, że chcielibyście to zobaczyć. Sielankowy obraz zniknął z ekranu, jego miejsce zajęły migające litery przesuwające się po szarym tle:

SYGNAŁ OSTRZEGAWCZY/SYGNAŁ OSTRZEGAWCZY

UWAGA WSZYSTKIE JEDNOSTKI!

ORBITAL VAVATCH ORAZ WSZYSTKIE SĄSIADUJĄCE Z NIM KONSTRUKCJE ZOSTANĄ ZNISZCZONE PUNKTUALNIE A/4872.0001 CZASU MARAIŃSKIEGO (00043.2909.401 CZASU ORBITALA, 09.256.8 CZASU RAMIENIA GALAKTYKI, 359.0021 CZASU QU’URI-BALTA) PRZEZ EKSPLOZJĘ WEWNĄTRZSIECIOWĄ POŁĄCZONĄ ZE ZMASOWANYM BOMBARDOWANIEM ZAm.

OPERACJA ZOSTANIE PRZEPROWADZONA PRZEZ SPECJALIZOWANĄ JEDNOSTKĘ KONTAKTOWĄ „ESCHATOLOG” (NAZWA TYMCZASOWA).

KONIEC SYGNAŁU 1/7.

ZA CHWILĘ NASTĄPI TRANSMISJA SYGNAŁU 2/7.

SYGNAŁ OSTRZEGAWCZY/SYGNAŁ OSTRZE…

— Właśnie przebiliśmy bąbel informacyjny — odezwał się ponownie Kraiklyn. — Zobaczymy się później.

Głośniki zatrzeszczały, zaszumiały i umilkły, na ekranie zaś znowu pojawiła się panorama orbitala.

— Hm… — mruknął Jandraligeli. — Krótko i na temat.

— Dokładnie tak, jak mówiłam — stwierdziła Yalson z goryczą. — Pamiętam, dawno temu, kiedy byłem jeszcze bardzo młody, jedna z moich nauczycielek włożyła do wiadra z wodą małą metalową łódeczkę — powiedział cicho Wubslin, nie odwracając wzroku od jaskrawobłękitnej wstęgi. — Potem podniosła wiadro i przycisnęła mnie do piersi w taki sposób, że byliśmy zwróceni twarzami w tę samą stronę, a następnie zaczęła obracać się w miejscu, coraz szybciej i szybciej, siła odśrodkowa coraz bardziej odsuwała wiadro do poziomu. Powierzchnia wody w wiadrze była pionowa w stosunku do podłogi, a maleńka łódeczka pływała sobie jakby nigdy nic kilkadziesiąt centymetrów przed moją twarzą. Nauczycielka powiedziała: „Przypomnisz to sobie, jeśli kiedyś będziesz miał szczęście zobaczyć megastatki Vavatchu”.

— Wszystko pięknie, tyle że te dranie lada chwila wypuszczą wiadro z ręki — wtrącił Lamm.

— Miejmy nadzieję, że nie zrobią tego, kiedy będziemy na powierzchni — zauważyła Yalson.

Jandraligeli odwrócił się do niej i uniósł brew.

— Moja droga, po naszej ostatniej wpadce nic już mnie nie zdziwi.

— Wpadniemy i wypadniemy — mruknął Aviger.

Mondlidicianin skwitował to wybuchem chrapliwego śmiechu.

Podróż z Marjoin na Vavatch zajęła im aż dwadzieścia trzy dni. Wolna Grupa Kraiklyna powoli odzyskiwała siły po fatalnym w skutkach ataku na Świątynię Światła. Kilkoro jej członków odniosło drobne kontuzje, Dorolow przez kilka dni nie widziała na jedno oko, wszyscy zaś byli mocno przygnębieni, ale kiedy wreszcie Vavatch pojawił się w polu widzenia, mieli już tak dosyć nudy i rutyny życia na statku, nawet mniej zatłoczonym, że z utęsknieniem czekali na sygnał do następnej akcji.

Horza zatrzymał laserową strzelbę kee-Alsoforus i najlepiej jak mógł naprawił stary skafander Zallina. Kraiklyn wciąż zachwycał się skafandrem odebranym Horzy; właśnie dzięki niemu wyszedł bez szwanku z piekła, jakie rozpętało się w kryształowej sali Świątyni Światła. Kosmiczna zbroja, chociaż kilka razy trafiona bezpośrednio, wyglądała niemal jak nowa i nie straciła nic ze swoich zalet. Neisin oświadczył, że nigdy nie miał przekonania do laserów, a po ostatnich wydarzeniach wręcz je znielubił i postanowił więcej nie używać tej broni. W zupełności wystarczy mu mikrohowitzer, natomiast w sytuacjach, kiedy nie będzie mógł z niego skorzystać, ograniczy się do sprawdzonego, szybkostrzelnego karabinu.

Horza i Yalson zamieszkali razem w kabinie, która niegdyś należała do dwóch kobiet. W długie dni monotonnej podróży zbliżyli się do siebie, chociaż, jak na kochanków z tak krótkim stażem, zaskakująco mało rozmawiali. Obojgu było chyba z tym wygodnie. Ciało Horzy całkowicie zregenerowało się po pobycie na Sorpenie i w niczym już nie przypominało gerontokraty, w którego rolę się tam wcielił. Co prawda powiedział towarzyszom, że odzyskał swój zwykły wygląd, w rzeczywistości jednak lekko upodobnił się do Kraiklyna. Był teraz odrobinę wyższy i bardziej barczysty niż w stanie neutralnym, miał też ciemniejsze i bardziej gęste włosy. Nie odważył się zmienić twarzy, ale był gotów dokonać tego w każdej chwili. Wystarczyłby krótki trans, żeby przeistoczył się w wierną kopię dowódcy „Wiru Czystego Powietrza”. Kto wie, może na Vavatchu nadarzy się odpowiednia okazja?

Długo się zastanawiał, co powinien teraz zrobić; odkąd został pełnoprawnym członkiem Wolnej Grupy Kraiklyna, przestało mu zagrażać bezpośrednie niebezpieczeństwo, ale za to stracił kontakt ze swymi idiriańskimi pracodawcami. Naturalnie mógłby zapomnieć o wszelkich zobowiązaniach i jakby nigdy nic działać na własną rękę, lecz wówczas sprawiłby zawód Xoralundrze, bez względu na to, czy stary Idirianin zginął, czy ocalał. Oznaczałoby to również ucieczkę od wojny, od Kultury i od roli, którą postanowił odegrać. Jakby mało było tych rozterek, po głowie Horzy kołatała się jeszcze jedna myśl, która zakiełkowała dużo wcześniej, zanim się dowiedział, że jego kolejne zadanie będzie polegało na dostaniu się na Schar; myśl ta dotyczyła powrotu do dawnej miłości.

Nazywała się Sro Kierachell Zorant i była tak zwanym uśpionym Metamorfem — nie odczuwała potrzeby dokonywania przemian, w związku z czym nawet nie przeszła odpowiedniego szkolenia. Chętnie skorzystała z okazji i przyjęła propozycję pracy na planecie Schar, ponieważ dzięki temu mogła uciec z ogarniętego wojenną gorączką Heibohre, ojczystej asteroidy Metamorfów. Działo się to przed siedmiu laty, kiedy Heibohre znalazła się w obszarze kosmosu kontrolowanym przez Idirian i kiedy wielu Metamorfów zdecydowało się im służyć.

Jeżeli chodzi o Horze, to wysłano go na Schar częściowo za karę, a częściowo dla jego dobra. Grupa Metamorfów uknuła spisek zmierzający do uruchomienia zabytkowego systemu napędowego asteroidy, wyprowadzenie jej z rejonu opanowanego przez Idirian i zajęcia neutralnej postawy w nieuniknionym, zbliżającym się wielkimi krokami konflikcie. Horza wpadł na ślad spisku i zabił dwóch konspiratorów. Sąd Akademii Sztuk Wojennych na Heibohre (mimo mylącej nazwy, ASW w rzeczywistości była najwyższym organem władzy na planetoidzie) musiał znaleźć kompromisowe rozwiązanie: większość mieszkańców domagała się dla Horzy surowej kary za to, że odebrał życie dwóm pobratymcom, jednocześnie zaś niemal wszyscy byli mu za to głęboko wdzięczni. Zadanie nie należało do najłatwiejszych, jako że bynajmniej nie cała społeczność Metamorfow była do końca przekonana, iż dalsze pozostawanie w strefie wpływów Idirian jest jedynie słusznym i rozsądnym rozwiązaniem. Wysyłając Horze na Schar (i przykazując mu pozostać tam co najmniej przez kilka lat), sąd miał nadzieję usatysfakcjonować wszystkie frakcje. Chyba mu się to udało, ponieważ nie doszło do otwartego buntu, Akademia Sztuk Wojennych pozostała najważniejszym ośrodkiem władzy, a z całej galaktyki napływało więcej niż kiedykolwiek lukratywnych propozycji współpracy.

Można powiedzieć, że Horzy sprzyjało szczęście: nie miał rodziny ani wpływowych przyjaciół, rodzice nie żyli, więc nie mogli mu pomóc, był ostatnim przedstawicielem swojego klanu. W społeczeństwie Metamorfow więzy krwi odgrywają ogromne znaczenie, więc biorąc pod uwagę, iż nie mógł liczyć na wymuszoną nimi życzliwość, naprawdę wykpił się stosunkowo tanim kosztem.

Przez niecały rok studził rozpaloną głowę w śniegach planety Schar, po czym u boku Idirian wyruszył na wojnę z Kulturą. Zanim to nastąpiło, nawiązał romans z jedną z czworga osób, które oprócz niego stanowiły załogę bazy. Nazywała się Kierachell, niemal na każdy temat miała poglądy dokładnie przeciwne niż on, ale, na przekór wszystkiemu, pokochała go duszą i ciałem. Odchodząc wiedział, że zadaje jej ból jeszcze większy niż sobie. Polubił ją, było mu z nią dobrze, lecz nie stwierdził u siebie żadnych objawów uczucia zwanego miłością. Wręcz przeciwnie: bardzo powoli, ale jednak, zaczynała go nudzić. Wmawiał sobie wówczas, że cóż, takie jest życie, że odwlekając rozstanie wyrządzi jej krzywdę, ba, że odchodzi głównie ze względu na jej dobro, lecz kiedy po raz ostatni spojrzał jej w oczy, zobaczył w nich coś, o czym potem bardzo długo nie chciał myśleć. Podobno wciąż tam była, on zaś stwierdził ze zdziwieniem, że jego wspomnienia z tamtego okresu wciąż są żywe i nawet całkiem przyjemne. Im częściej ryzykował życie, im więcej czasu upływało, tym bardziej pragnął ją ponownie ujrzeć i tym silniej przemawiały do niego uroki zwyczajnego, spokojnego życia. Wielokrotnie wyobrażał sobie scenę powitania, wyraz jej oczu… Naturalnie istniała możliwość, że Kierachell już o nim zapomniała albo że nawiązała romans z kimś innym, ale Horza nie traktował jej poważnie.

Pojawienie się Yalson mogło nieco skomplikować sprawy, więc na wszelki wypadek starał się nie wykraczać poza emocjonalne granice wyznaczone przez przyjaźń i współżycie seksualne. Przychodziło mu to tym łatwiej, że był prawie pewien, iż Yalson także nie snuje żadnych poważniejszych planów.

Dlatego właśnie postanowił przy pierwszej sposobności podszyć się pod Kraiklyna albo przynajmniej zabić go i zająć jego miejsce, po czym liczyć na to, że uda mu się pokonać prymitywne zabezpieczenia wprowadzone do komputera pokładowego lub zmusić kogoś, żeby to zrobił. Po nawiązaniu łączności z Idirianami zamierzał udać się na Schar, w nadziei że dozorcy (tak załoga bazy ochrzciła Dra’Azon strzegących planetę) pozwolą mu na niej wylądować, mimo podjętej przez Idirian próby sforsowania podstępem Bariery Milczenia. Jeśli tylko będzie możliwe, pozostawi kompanom możliwość wyboru. Wszystko jednak zależało od tego, czy uda mu się usunąć Kraiklyna. Liczył na to, że okazja nadarzy się na Vavatchu, nie mógł jednak przygotować konkretnych planów, przede wszystkim dlatego że nie miał ich również dowódca „Wiru Czystego Powietrza”. Kraiklyn wciąż posługiwał się ogólnikami: bez przerwy mówił o „wielkich możliwościach”, jakie „muszą się pojawić” na orbitalu w związku z jego nieodległym zniszczeniem.

— Cholerny kłamca — powiedziała Yalson pewnej nocy, kiedy mieli za sobą mniej więcej połowę drogi z Marjoin na Vavatch. Spowici ciemnością, leżeli na ciasnej koi w swojej kabinie.

— Myślisz, że wcale nie wybiera się na Vavatch? — zapytał Horza. — Oczywiście, że się tam wybiera, ale wcale nie ze względu na jakieś „wielkie możliwości”, tylko po to, żeby zagrać w zniszczenie. Horza podniósł się na łokciu i odwrócił na bok. Yalson obejmowała jego pierś porośniętym delikatną sierścią ramieniem.

— Masz na myśli prawdziwą rozgrywkę?

— Tak, na Arenie. Do tej pory wydawało mi się, że to tylko plotki, ale teraz już nie jestem tego pewna. Trudno wyobrazić sobie bardziej odpowiednie miejsce.

— Tuż przed ostateczną katastrofą, na krawędzi zagłady… — Roześmiał się cicho. — Naprawdę sądzisz, że weźmie w tym udział?

— Przynajmniej spróbuje. Jeśli jest tak dobry, jak twierdzi, może mu pozwolą… oczywiście pod warunkiem że będzie go na to stać. Podobno właśnie w ten sposób zdobył „Wir”; na pewno nie było to na Arenie, ale i tak gra musiała iść ostro, skoro licytowali statkami. Jeżeli go nie przyjmą, zechce chociaż pokibicować. Właśnie dlatego urządził nam tę rozkoszną wycieczkę. Niech sobie bredzi do woli o „wielkich możliwościach”, ale prawdziwy powód jest jeden i nazywa się gra w zniszczenie. Albo dotarły do niego jakieś pogłoski, albo sam wpadł na ten pomysł, co zresztą wcale nie było takie trudne… Nie zobaczył tego w ciemności, ale wyraźnie poczuł, jak Yalson kręci głową.

— Jak się nazywa ten typek, który nie opuścił żadnej okazji, żeby zasiąść na Arenie?

— Ghalssel. — Krótkie włosy otarły się o jego ramię. — On też na pewno tam będzie. Włóczy się po całej galaktyce, żeby nie przegapić okazji, więc gdzie jak gdzie, ale tam nie może go zabraknąć. — W głosie Yalson zabrzmiała nuta goryczy. — Założę się, że Kraiklyn ślini się we śnie, kiedy o nim myśli. Uważa go pewnie za jakiegoś pieprzonego bohatera.

— Mam dwa pytania — wyszeptał jej do ucha. — Pierwsze: jak Kraiklyn może ślinić się we śnie, skoro nie śpi? Drugie: skąd wiesz, że nas nie podsłuchuje?

Raptownie podniosła głowę.

— Gówno mnie to obchodzi! Nie boję się go, a poza tym on dobrze wie, że jestem jednym z jego najlepszych ludzi. Celnie strzelam i nie szczam w gacie, kiedy robi się gorąco. Oprócz tego uważam, że jest najlepszym dowódcą, na jakiego możemy liczyć w tej skorupie, i o tym też doskonale wie. Nie martw się o mnie. Poza tym… — Nie poruszyła się, ale wyczuł, że patrzy na niego. — Chyba pomściłbyś mnie, gdyby strzelił mi w plecy?

Taka możliwość nie przyszła mu do głowy.

— Zrobiłbyś to?

— Tak, oczywiście.

Wciąż trwała bez ruchu jak posąg. W ciemności słyszał jej oddech.

— Na pewno?

Wyciągnął rękę, objął ją i przygarnął mocno. Pod miękką sierścią i gładką, elastyczną skórą prężyły się jędrne mięśnie. — Na pewno.

Dopiero kiedy to powiedział, uświadomił sobie, że naprawdę tak myśli.

Właśnie wtedy, w drodze z Marjoin na Vavatch, dowiedział się wszystkiego, co chciał wiedzieć o sterowaniu „Wirem Czystego Powietrza”.

Kraiklyn nosił na małym palcu prawej ręki pierścień identyfikacyjny; niektóre drzwi i grodzie można było otworzyć wyłącznie za jego pomocą. Kontrolę nad statkiem zapewniała identyfikacja wizyjno-akustyczna; komputer rozpoznawał twarz dowódcy oraz jego głos. Ominięcie tych zabezpieczeń nie sprawiało żadnych trudności. Kiedyś na głównym pulpicie był również zainstalowany sensor reagujący na wzór tęczówki, ale dawno temu przestał działać i w końcu został usunięty. Horza wcale tego nie żałował; skopiowanie czyjejś tęczówki należało do wyjątkowo trudnych zadań, a co gorsza, wymagało sporo czasu. Już chyba prościej byłoby rozpocząć metamorfozę od podstaw, to znaczy od struktury DNA, bo wówczas wszystkie ważne a skomplikowane szczegóły zostałyby skopiowane samoczynnie, ale na szczęście sytuacja nie wymagała działań aż na taką skalę. Któregoś dnia Horza zapytał z niewinną miną, czy Kraiklyn zechciałby udzielić mu lekcji pilotowania statku. Dowódca udał, że nie słyszy, Horza zaś nie nastawał. Nazajutrz Kraiklyn, pozornie od niechcenia, zadał mu kilka pytań dotyczących komputerów, na które Metamorf udzielił odpowiedzi świadczących o całkowitej ignorancji w tej dziedzinie. Chyba przekonał w ten sposób dowódcę, że nie stanowi dla niego żadnego zagrożenia, krótko potem bowiem Kraiklyn zaprosił go za stery i uruchomił symulowany program szkoleniowy, podczas gdy „Wir Czystego Powietrza” pod kierunkiem autopilota spokojnie zmierzał ku wciąż odległemu orbitalowi.

— Mówi Kraiklyn — odezwały się ponownie głośniki kilka godzin po tym, jak odebrali ostrzeżenie dotyczące mającego niebawem nastąpić zniszczenia orbitala. Załoga właśnie odpoczywała w mesie po posiłku, jedynie Dorolow była zajęta kreśleniem w powietrzu znaku ognia i wygłaszaniem modlitwy dziękczynnej. Gigantyczny orbital stał się jeszcze większy, tak że jego dzienna strona wypełniała już niemal cały ekran, jednak widok ten spowszedniał na tyle, że mało kto zwracał na niego uwagę. Brakowało tylko Lenipobry i naturalnie Kraiklyna. — Przed chwilą załatwiłem nam robotę — ciągnął dowódca. — Wubslin, przygotuj prom. Za trzy godziny czasu pokładowego spotykamy się w hangarze, wszyscy w skafandrach i gotowi do akcji. Nie obawiajcie się, tym razem nie będzie niespodzianek. Wpadniemy i wypadniemy, bez żadnych problemów.

Głośniki zaszumiały i umilkły. Horza i Yalson wymienili ukradkowe spojrzenia.

— No proszę — mruknął Jandraligeli, po czym przeciągnął się w fotelu i złączył ręce za głową. Wyraz zadumy, jaki pojawił się na jego twarzy, sprawił, że rytualne blizny stały się jeszcze bardziej widoczne. — A więc nasz znakomity dowódca znowu znalazł obiekt wart zainteresowania.

— Mam nadzieję, że to nie jakaś pieprzona świątynia — warknął Lamm, drapiąc się po rożkach.

— A niby skąd świątynia na Vavatchu? — zapytał z przekąsem Neisin.

Był lekko pijany, w związku z czym mówił nieco więcej niż zwykle.

Lamm spiorunował go wzrokiem.

— Chyba powinieneś wytrzeźwieć, przyjacielu.

— Tam mają tylko statki — stwierdził stanowczo Neisin, biorąc do ręki tubę z płynem. — Nic, tylko cholerne statki. Żadnych świątyń. Przymknął oczy, odchylił głowę do tyłu i zassał kolejną porcję alkoholu.

— Świątynie mogą być na statkach — zauważył Jandraligeli. — A my mamy na naszym statku pieprzonego pijaka — wycedził Lamm. — Naprawdę myślę, że powinieneś jak najprędzej wytrzeźwieć — dodał, wycelowawszy w Neisina palec.

— Chyba pójdę już do hangaru — odezwał się Wubslin i wstał z fotela.

— A ja zajrzę do sterowni — oznajmił Mipp, kierując się ku drzwiom po przeciwnej stronie mesy. — Pomogę Kraiklynowi. Aviger z zainteresowaniem wpatrywał się w ekran.

— Myślicie, że już je widać?

— Nie bądź głupi — parsknął Lamm. — Nie są aż tak wielkie.

— Oczywiście, że są wielkie — oświadczył z przekonaniem Neisin, po czym zamrugał ze zdziwieniem i przyjrzał się tubie. — Są cholernie wielkie.

— Mają po kilka kilometrów długości, więc stąd na pewno ich nie zobaczymy — powiedział spokojnie Jandraligeli, wciąż z rękami za głową i zatroskaną twarzą. — Co nie zmienia faktu, że są naprawdę spore.

— I rzeczywiście pływają po całym orbitalu? — zapytała Yalson.

Wiedziała sporo o megastatkach, ale wolała słuchać wyjaśnień Mondlidicianina niż kłótni Lamma i Neisina. Horza uśmiechnął się pod nosem, a Jandraligeli skinął głową.

— Bez przerwy. Potrzebują około czterdziestu lat na jedno pełne okrążenie.

— Nie zatrzymują się ani na chwilę?

Jandraligeli zerknął na nią spod oka.

— Czterdzieści lat, jeśli przez cały czas płyną z maksymalną prędkością. Każdy z nich ma wyporność około miliarda ton. Nigdy się nie zatrzymują. Pełnotonażowe liniowce pełnią funkcję promów i statków wycieczkowych, załoga i pasażerowie korzystają też z transportu powietrznego.

— Czy wiecie, że na megastatkach wszystkie przedmioty tracą trochę na wadze? — zapytał Aviger, potoczywszy dokoła spojrzeniem. — Dlatego że płyną w kierunku przeciwnym niż ten, w którym obraca się orbital… — Zmarszczył brwi i podrapał się po głowie. — Cholera, a może na odwrót?…

— Pieprzenie! — warknął Lamm, podnosząc się z miejsca.

Jandraligeli zmarszczył brwi.

— Fascynujące… — szepnął.

Dorolow uśmiechnęła się do Avigera, który ponownie spojrzał po otaczających go twarzach i pokiwał głową.

— Tak czy inaczej, to stwierdzony fakt — oznajmił stanowczo. — No dobra. — Kraiklyn oparł ręce na biodrach i postawił stopę na rufowej rampie promu. Miał na sobie tylko krótkie spodenki; jego skafander stał tuż za nim, szeroko otwarty niczym porzucona skorupa małża. — Powiedziałem wam, że mamy robotę. Teraz dowiecie się, o co chodzi. — Rozejrzał się po twarzach członków Wolnej Grupy, stojących przy ścianach, opartych o broń albo siedzących na podłodze hangaru. — Zaatakujemy jeden z megastatków.

Umilkł, jakby oczekiwał gwałtownej reakcji, ale tylko Aviger sprawiał wrażenie zaskoczonego i podekscytowanego. Reszta, wśród których brakowało Mippa i Lenipobry, przyglądała mu się obojętnie. Mipp siedział za sterami, Lenipobra natomiast miotał się w swojej kabinie, kompletując porozrzucany sprzęt. Przez twarz Kraiklyna przemknął grymas niezadowolenia.

— Jak wszyscy wiecie, za kilka dni Kultura rozpieprzy Vavatch na kawałki — podjął oschłym tonem. — Mieszkańcy wywieźli już, co się dało, w związku z czym megastatki są zupełnie opuszczone, jeśli nie liczyć ratowników i szabrowników. Wątpię, żeby zostało na nich cokolwiek cennego, ale na jednym z nich, konkretnie na „Olmedrece”, doszło do małego nieporozumienia między zespołami zajmującymi się ewakuacją. Ktoś zdetonował niewielką bombę atomową, w związku z czym w burcie „Olmedreki” pojawiła się spora dziura. Co prawda statek nie zatonął ani nie stracił prędkości, ale nabrał sporo wody i zaczął zataczać koła. Obecnie zbliża się do zewnętrznej Krawędzi. Z najnowszych sygnałów, jakie przechwyciliśmy, wynika, że nie wiadomo, czy rąbnie w ścianę przed ostatecznym zniszczeniem orbitala, czy nie, ale nikt nie ma ochoty przekonać się o tym na własnej skórze, więc na wszelki wypadek wszyscy opuścili pokład.

— A ty chcesz, żebyśmy tam weszli — dokończyła Yalson.

— Właśnie. Byłem tam kiedyś i chyba wiem, o czym zapomniano, uciekając w popłochu: o laserach dziobowych.

Kilkoro słuchaczy popatrzyło na siebie z powątpiewaniem.

— Tak, megastatki są w nie wyposażone, a szczególnie „Olmedreca”, bo jej trasa wiodła przez rejony, w które nie zapuszczały się inne statki; pełno tam było ogromnych skupisk wodorostów i gór lodowych, a ponieważ taka gigantyczna łajba ma mocno ograniczoną zwrotność, musiała dysponować wystarczającą siłą ognia, żeby zniszczyć każdą przeszkodę. Niejedna kosmiczna jednostka bojowa nie powstydziłaby się takich baterii dziobowych. „Olmedreca” była w stanie przebić się przez górę lodową większą niż ona i zatopić wyspę rozmiarów małego kontynentu. Przypuszczam, a właściwie jestem pewien, bo uważnie wsłuchiwałem się w transmisje z jej pokładu, że nikt nie zaprzątał sobie głowy tym arsenałem. Będziemy wiedzieli, jak go wykorzystać.

— A jeśli statek uderzy w Krawędź, kiedy będziemy na pokładzie? — zapytała Dorolow.

Kraiklyn uśmiechnął się promiennie.

— Przecież nie jesteśmy ślepi, prawda? Dokładnie wiemy, gdzie jest zewnętrzna ściana i znamy… to znaczy, ustalimy pozycję „Olmedreki”. Wejdziemy na jej pokład, zobaczymy co i jak i jeśli uznamy, że jest dość czasu, wymontujemy parę mniejszych laserów. Do licha, wystarczyłby nawet jeden! Nie zapominajcie, że ja też tam będę. Ani mi się śni ryzykować życie, gdyby się okazało, że Krawędź jest za blisko.

— Przeprowadzimy desant z „Wiru”? — zapytał rzeczowo Lamm.

— Za duże ryzyko. Wyjście z hiperprzestrzeni wewnątrz pierścienia to skomplikowana sprawa, a poza tym automatyczne systemy obronne mogłyby wziąć nas za asteroidę albo meteoryt i otworzyć ogień. Nie, zostawimy „Wir” pod kontrolą autopilota, bo w razie potrzeby i tak będę mógł ściągnąć go na miejsce. Polecimy promem, na silnikach PS. Pola siłowe funkcjonują na orbitalu bez zakłóceń. Aha, jest jedna ważna sprawa: nigdy, pod żadnym pozorem, nie używajcie indywidualnych uprzęży antygrawitacyjnych; działają na zasadzie odpychania od masy, więc tam, w dole, będą prawie bezużyteczne.

— Co zrobimy, kiedy już zdobędziemy ten laser? — odezwała się Yalson. — Naturalnie zakładając, że to nam się uda. Kraiklyn zmarszczył brwi i wzruszył ramionami.

— Najrozsądniej będzie udać się do stolicy, Evanauth. To port, w którym budowano megastatki. — Uśmiechnął się krzywo. — Jak się zapewne domyślacie, jest na stałym lądzie.

Yalson nie dawała za wygraną.

— A co dalej?

Horza ukradkiem kopnął ją w kostkę, ale tylko spiorunowała go wzrokiem.

— Cóż… — Kraiklyn przez chwilę mierzył ją badawczym spojrzeniem. — Jeśli zdążymy, wprowadzimy „Wir” do doku i zamontujemy laser. Evanauth to również duży port kosmiczny; wszystkie instalacje znajdują się na spodniej stronie orbitala. Będziemy mieli niepowtarzalną okazję zwiedzenia jednego z najbardziej fascynujących miejsc w galaktyce w ostatnich chwilach jego istnienia. — Rozejrzał się dookoła; ktoś się roześmiał, ktoś inny rzucił półgłosem jakąś żartobliwą uwagę. Kraiklyn ponownie utkwił spojrzenie w Yalson. — Nie uważasz, że to może być całkiem interesujące przeżycie?

— Jasne. Zresztą ty tu jesteś szefem. — Yalson uśmiechnęła się niewinnie, pochyliła głowę i szepnęła do Horzy: — Chyba już wiesz, gdzie odbędzie się turniej?

— Jeśli megastatek przebije zewnętrzną ścianę, czy nie doprowadzi to do przedwczesnego zniszczenia orbitala? — zapytał Aviger. Kraiklyn uśmiechnął się z pobłażaniem.

— Założę się, że Krawędź wytrzyma zderzenie.

— Mam nadzieję — mruknął Aviger.

— Możesz się o to nie martwić — zapewnił go dowódca. — Dobra, teraz niech ktoś pomoże Wubslinowi przygotować prom, a ja pójdę na mostek do Mippa. Wyruszamy za jakieś dziesięć minut. Kraiklyn wszedł do skafandra, wsunął ramiona w rękawy, zapiął go starannie, wziął z podłogi hełm, skinął wszystkim głową i wymaszerował z hangaru.

— Dlaczego próbowałaś go rozdrażnić? — zapytał Horza, jak tylko ucichły kroki dowódcy.

— Chciałam, by wiedział, że go przejrzałam — odparta Yalson. — Niech sobie nie myśli, że może wszystkich nabrać. Wubslin i Aviger sprawdzali działanie podzespołów promu, Lamm majstrował przy swojej strzelbie, Jandraligeli oparł się plecami o ścianę hangaru i zamknął oczy, Neisin zaś rozmawiał szeptem z Dorolow, która już od dłuższego czasu próbowała uczynić z niego wyznawcę Kręgu Ognia.

— Jesteś pewna, że rozgrywka odbędzie się właśnie w Evanauth? Yalson odwróciła ku niemu poważną, skupioną twarz. Jej głowa, otoczona szeroką kryzą skafandra, wydawała się absurdalnie mała.

— Oczywiście. Ten cały skok na megastatek to tylko pretekst, żeby dostać się do Evanauth. Cholerny drań. — Dopiero teraz zauważyła szeroki uśmiech na twarzy Horzy i lekko uderzyła go pięścią w brzuch. — Z czego się śmiejesz?

— Z ciebie. I co z tego, że chce zagrać w zniszczenie? Bez przerwy powtarzasz, że to jego statek, że to on jest tu szefem, a jednocześnie odmawiasz mu prawa do odrobiny rozrywki.

— Niech się rozrywa, ile chce, ale dlaczego nie powie o tym wprost? Wiesz dlaczego? Ja wiem. Po prostu nie chce z nikim dzielić się wygraną. Zgodnie z naszą umową, dzielimy się wszystkim, proporcjonalnie do…

— Wcale mu się nie dziwię, jeśli rzeczywiście o to chodzi — przerwał jej Horza. — Zwycięstwo na Arenie będzie wyłącznie jego zasługą. My nie mamy z tym nic wspólnego.

— Nie o to chodzi! — syknęła z wściekłością Yalson i tupnęła z całej siły.

Horza zrobił niewinną minę.

— Naprawdę? Skoro tak, to czemu od razu nie rozdałaś wygranej, którą zainkasowałaś po tym, jak pokonałem Zallina? Yalson uniosła oczy ku sufitowi.

— To zupełnie inna sprawa. Chodzi o to, że… Nie zdołała jednak dokończyć, ponieważ do hangaru wpadł podekscytowany Lenipobra i podbiegł do nich, zapinając zatrzaski rękawic.

— Hej! Widzieliście to ostrzeżenie? Eksplozja wewnątrzsieciowa, ho, ho! Ale widowisko! Kocham Kulturę! Zmasowane bombardowanie ZAm! Wspaniale!

Roześmiał się głośno, schylił, oparł dłonie na pokładzie, stanął na rękach, zamachał nogami, po czym przybrał normalną postawę i potoczył wkoło radosnym spojrzeniem. Dorolow z zakłopotaniem podrapała się po uchu, Lamm zmiażdżył chłopaka ciężkim wzrokiem, Yalson i Horza zaś popatrzyli na siebie i pokręcili głowami. Tymczasem Lenipobra rozpoczął przedziwny skoczny taniec na środku hangaru.

— Jacyś idioci właściwie bez powodu sięgają po najstraszliwszą broń, jaka istnieje we wszechświecie, a ten młody kretyn z radości sika w majtki! — zauważył z goryczą Jandraligeli.

— Daj spokój — odparł beztroskim tonem Lenipobra, wykonując kolejny piruet. — Nie bądź takim ponurakiem.

— Yalson, co to właściwie jest ZAm? — zapytał szeptem Horza, kiedy chłopak minął ich w dzikich pląsach.

— Zapadnięta Antymateria — wyjaśniła mu Yalson. Horza roześmiał się bezgłośnie, pokręcił z niedowierzaniem głową, jeszcze przez chwilę przyglądał się podekscytowanemu młodemu człowiekowi, po czym wszedł po rampie na pokład promu. Prom wysunął się z hangaru i odleciał, pozostawiając opustoszały „Wir Czystego Powietrza” zawieszony pod spodnią stroną orbitala niczym maleńka srebrzysta rybka pod ciemnym kadłubem niewyobrażalnie wielkiego statku.

Na niedużym ekranie, który pojawił się w przedziale pasażerskim promu, ubrani w skafandry członkowie Wolnej Grupy Kraiklyna obserwowali oświetloną blaskiem gwiazd, wybrzuszoną wstęgę ultrawytrzymałego materiału konstrukcyjnego orbitala. Ciągnęła się bez końca, oni zaś odnosili wrażenie, że lecą głowami w dół nad jakąś metalową planetą. Spośród wszystkich zapierających dech w piersi widoków, do których powstania przyczynił się człowiek i które można było ujrzeć w galaktyce, ten był z pewnością jednym z najbardziej oszałamiających. Równać się z nim mogła chyba tylko panorama Wielkiego Pierścienia albo Sfery.

Promem szybko pokonali tysiąc kilometrów dzielące ich od brzegu orbitala, tuż za nim zaś czekała ciemność czysta, przezroczysta i głęboka, odgrodzona od gigantycznego artefaktu wysokim na dwa tysiące kilometrów ostrzem kryształowego noża: Krawędzią. Po drugiej stronie niebotycznej ściany falował ogromny ocean.

— Boże, ależ to wielkie! — wyszeptał Neisin.

Prom zbliżał się ku szczytowi Krawędzi, zza którego stopniowo wyłaniała się błękitna poświata, początkowo ledwo dostrzegalna i rozmyta, potem coraz wyraźniejsza, bardziej intensywna. I nagle znaleźli się w pełnym blasku słońca. Zaledwie dwa kilometry od nich była atmosfera — co prawda bardzo rzadka, ale jednak — prom natomiast w dalszym ciągu mknął przez kosmiczną próżnię. Łagodnym łukiem wślizgnął się do wnętrza monstrualnego pierścienia, po czym skierował się równolegle do jego wewnętrznej krzywizny. Po drodze przeciął pole magnetyczne orbitala; zawieszone tam drobinki sztucznego pyłu przechwytywały część promieniowania słonecznego, dzięki czemu wody oceanu w tym rejonie były nieco chłodniejsze, co owocowało zmianami pogody i różnicami klimatycznymi. Prom zaczął stopniowo zniżać lot; delikatne początkowo drżenie kadłuba przybrało na sile, niebawem dołączyły do niego gwałtowne wstrząsy i kołysanie. Niebo z czarnego stało się granatowe, a potem błękitne. Orbital Vavatch, zawieszona w próżni metalowa obrączka średnicy czternastu milionów kilometrów, niemal całkowicie pokryta od wewnątrz wodą, rozciągała się pod i przed nimi jak gigantyczne malowidło.

— Przynajmniej mamy światło — zauważyła Yalson. — Oby tylko informacje zdobyte przez naszego kapitana, dotyczące miejsca pobytu tego wspaniałego statku, okazały się prawdziwe. Na ekranie pokazały się chmury. Prom coraz bardziej zbliżał się do ich górnej warstwy, do złudzenia przypominającej górzysty zimowy krajobraz. Ławica chmur wydawała się ciągnąć bez końca, nad całym orbitalem, który z tej wysokości sprawiał wrażenie zupełnie płaskiego i dopiero hen, daleko, kierował się pionowo ku górze. Tylko tam, w nielicznych przerwach w powłoce chmur, widać było ocean.

— Nie przejmujcie się chmurami — powiedział Kraiklyn przez głośniki. — Niedługo się odsuną.

Prom był coraz niżej, atmosfera stawała się coraz bardziej gęsta. Wkrótce weszli w najwyższe obłoki. Horza poruszył się w skafandrze; odkąd „Wir Czystego Powietrza” wyłączył generatory sztucznej grawitacji i dostosował prędkość do prędkości obrotowej orbitala, jego załoga odczuwała fałszywą siłę przyciągania Vavatchu, a nawet trochę większą, statek bowiem znajdował się nieco dalej od osi niż wewnętrzna powierzchnia orbitala. Budowniczowie Vavatcha pochodzili z dość dużej planety o sporej masie, w związku z czym silą ciążenia na orbitalu była o dwadzieścia procent większa od tej, jaka panowała na pokładzie „Wiru”. Horza, podobnie jak reszta załogi, ważył teraz trochę więcej niż zazwyczaj; jemu to wcale nie przeszkadzało, ale stary skafander protestował donośnym skrzypieniem przegubów. Ekran wypełnił się mlecznobiałymi chmurami.

— Jest! — wykrzyknął Kraiklyn.

Nawet nie starał się ukryć podniecenia. Od prawie kwadransa milczał jak zaklęty, w związku z czym w szeregi jego armii zaczęło wkradać się zdenerwowanie. Prom kilka razy zawracał gwałtownie, ale aż do tej pory poszukiwania „Olmedreki” nie dały żadnych rezultatów. Ekran wypełniała mleczna szarość, chwilami pojawiała się panorama postrzępionych obłoków.

— Widzę szczyty górnych nadbudówek!

Niemal cała załoga poderwała się z metalowej ławeczki i stłoczyła przed ekranem. Tylko Lamm i Jandraligeli zostali na swoich miejscach.

— Nareszcie — mruknął Lamm. — Ile czasu można szukać pieprzonego statku długiego na cztery kilometry?

— Nawet kilka dni, jeśli nie masz radaru — odparł Jandraligeli. — Ciesz się, że nie rąbnęliśmy w którąś z wieżyczek, kiedy przelatywaliśmy przez te cholerne chmury.

Lamm znowu zaklął pod nosem i po raz kolejny sprawdził zamek strzelby.

— Patrzcie! — zawołał Neisin.

Wśród skłębionych obłoków, wyrąbując w ich nieważkiej masie monstrualny kanion, zdumiewająco wysoki i niewyobrażalnie długi, majestatycznie sunął megastatek.

Jego niższe pokłady ginęły w oparach mgły, ale wyrastające z nich gigantyczne wieże i spiętrzone tarasowato nadbudówki były doskonale widoczne. Rozdzielone wałami chmur, pozornie niezależne, ale połączone ze sobą solidnymi fundamentami wielkiego kadłuba, rzucały blade cienie na powierzchnię fałszywego oceanu oparów. Strzępki mgły i kłaczki obłoków, pochwycone zawirowaniami powietrza, trzepotały za wieżycami niczym fantazyjne, aczkolwiek mocno wyblakłe bandery. Miejscami zawirowania były na tyle silne, że tworzyły wielusetmetrowe studnie doskonale przejrzystego powietrza, w których widać było niższe pokłady: fragmenty ciągów komunikacyjnych, mosty i estakady, parki i ogrody, tarasy, a nawet niewielkie śmigacze i ruchome elementy wyposażenia. W miarę jak oczy i umysł przyzwyczajały się do skali obrazu, uważny obserwator mógł wyróżnić w oceanie mgły bąblaste wybrzuszenie, pod którym ukrywała się monstrualna konstrukcja długości czterech i szerokości trzech kilometrów, przypominająca kształtem liść albo stępiony i zbyt mocno rozklepany grot strzały.

Prom zszedł jeszcze niżej. Niebotyczne wieże o lśniących oknach, z wystającymi pomostami, lądowiskami dla śmigaczy, pokładami spacerowymi, relingami, tarasami i zacienionymi alkowami, przesuwały się w milczącej procesji.

— Wygląda na to, że będzie nas czekał mały spacerek — powiedział Kraiklyn rzeczowym tonem. — Nie chcę ryzykować zderzenia. Do Krawędzi zostało jeszcze ponad sto kilometrów, więc mamy mnóstwo czasu. Statek wali prosto na nią. Postaram się wylądować jak najbliżej dziobu.

— Kurwa mać — zaklął Lamm. — Spodziewałem się czegoś takiego.

— Nie ma to jak długi marsz w zwiększonej grawitacji — stwierdził z przekąsem Jandraligeli.

— Jest wielki! — wykrztusił Lenipobra, nie odrywając wzroku od ekranu. — Ogromny!

Z niedowierzaniem pokręcił głową. Lamm podniósł się z miejsca, odsunął chłopaka na bok i załomotał pięścią w drzwi dzielące ich od kabiny pilotów.

— Co jest? — zapytał Kraiklyn przez interkom. — Szukam lądowiska. Jeśli to ty, Lamm, uspokój się i zaczekaj jeszcze trochę. Lamm wytrzeszczył oczy, przez chwilę wpatrywał się ze zdumieniem w drzwi, a potem parsknął wściekle i wrócił na miejsce. Po drodze nie omieszkał ponownie potrącić Lenipobry.

— Cholera, ale drań! — warknął, po czym opuścił lustrzany wizjer hełmu.

— W porządku — oznajmił Kraiklyn. — Lądujemy. Ci, co jeszcze stali, pospiesznie usiedli. Kilka sekund później prom zakołysał się i znieruchomiał. Rampa opadła z sykiem amortyzatorów, do wnętrza wdarto się zimne, świeże powietrze. Załoga wyszła ostrożnie, rozglądając się po pogrążonym w ciszy, pozornie nieruchomym jak skała megastatku. Horza został w środku, licząc na to, że wszyscy sobie pójdą, ale poczuł na sobie twarde spojrzenie Lamma. Chcąc nie chcąc, podniósł się z miejsca i złożył niezgrabny, przesadnie niski ukłon.

— Pan przodem.

— Nie ma mowy — odparł Lamm takim samym, szyderczo uprzejmym tonem. — Ja za panem.

Gest, którym wskazał opuszczoną rampę, nie był już tak uprzejmy. Horza posłusznie wyszedł w mglisty ranek; powinien był pamiętać, że Lamm zawsze schodził z promu ostatni, ponieważ wierzył, że to dla niego szczęśliwy omen.

Stali na lądowisku śmigaczy u podstawy co najmniej sześćdziesięciometrowej wieży. Jedynie ona była dobrze widoczna; dokoła, a także poniżej i powyżej lądowiska, tylko niewyraźne cienie oraz wypukłości i wybrzuszenia w kożuchu mgły świadczyły o istnieniu megastatku, nic natomiast nie wskazywało na to, gdzie się kończy, ponieważ widoczność nie przekraczała stu metrów. Nie mieli pojęcia, gdzie wybuchła bomba, a przez pokład nie przebiegało najlżejsze drżenie, więc trudno było uwierzyć, że znajdują się nie na stałym lądzie, tylko na uszkodzonym gigantycznym statku, płynącym na oślep ku zagładzie. Horza podszedł do barierki na skraju lądowiska i spojrzał w dół, na odległy o jakieś dwadzieścia metrów, częściowo przesłonięty mgłą pokład. Smugi mgły wiły się leniwie, to zasłaniając, to znów odsłaniając chodniki, trawniki, starannie przystrzyżone krzewy, ławki, ogrodowe krzesełka i płócienne daszki. Martwa pustka sprawiała, że miejsce to wyglądało jak nadmorski kurort w środku zimy; Horze przeszedł dreszcz, choć w skafandrze wcale nie było mu zimno. Chwilę potem mgła przerzedziła się nieco, dzięki czemu daleko z przodu, chyba w odległości około kilometra, ujrzał samotną smukłą wieżę sterczącą z powłoki chmur.

— Robi się coraz gorzej — powiedział Wubslin, wskazując w kierunku, w którym zmierzali. Wznosiła się tam niemal pionowo gigantyczna ściana gęstych jak wata obłoków, ciągnąca się od horyzontu po horyzont i wielokrotnie wyższa od najwyższych budowli megastatku. W górze, tam gdzie docierały do niej promienie słońca, lśniła olśniewającą bielą.

— Może chmury znikną, kiedy się ociepli? — powiedziała Dorolow bez przekonania.

— Jeśli się tam wpakujemy, możemy zapomnieć o laserach — stwierdził Horza. Obejrzał się do tyłu, na prom. Kraiklyn wciąż jeszcze rozmawiał z Mippem, który miał zostać na straży. — Bez radaru będziemy tam zupełnie ślepi.

— A może… — zaczęła Yalson, ale Lenipobra przerwał jej w pół zdania:

— Nie wiem jak wy, ale ja zamierzam się tu trochę rozejrzeć — oświadczył, po czym opuścił wizjer i położył rękę na barierce. — Do zobaczenia na dziobie!

Bez wysiłku dał susa przez balustradę i runął ku położonemu dwadzieścia metrów niżej parapetowi. Horza otworzył usta, żeby go ostrzec, ale było za późno; podobnie jak pozostali, zbyt późno domyślił się, co zamierza zrobić chłopak.

— Nie!

— Leni!

Dwa okrzyki zlały się niemal w jeden. Ci, którzy jeszcze nie wychylili się za barierkę, doskoczyli do niej i spojrzeli w dół. Postać w skafandrze spadała, koziołkując. Horzy na ułamek sekundy zaświtała absurdalna nadzieja, że Lenipobra zdoła coś zrobić, że coś wymyśli… Chłopak był bez szans. Zaczął krzyczeć dopiero wtedy, kiedy od pokładu dzieliło go niespełna dziesięć metrów; zaraz potem, z szeroko rozpostartymi nogami i ramionami, znieruchomiał na skraju trawnika. Krzyk umilkł.

Neisin jęknął głośno, zdjął hełm, sięgnął ręką do oczu. Dorolow opuściła głowę i zaczęła odpinać zatrzaski rękawic.

— Co się dzieje, do cholery? — Kraiklyn znalazł się przy nich kilkoma susami; Mipp prawie deptał mu po piętach.

Horza wciąż patrzył w dół, na maleńką, przypominającą zepsutą lalkę postać leżącą nieruchomo na trawniku. Mgła zgęstniała na chwilę, wchłaniając większość barw.

— Lenipobra! Lenipobra!

Wubslin wciąż krzyczał do mikrofonu. Yalson odwróciła się gwałtownie od barierki, zaklęła szpetnie, po czym wyłączyła interkom. Aviger stał jak posąg z bladą nieruchomą twarzą. Kraiklyn wyhamował przy balustradzie i wyjrzał na zewnątrz.

— Leni? — Potoczył dokoła dzikim spojrzeniem. — Co się stało? O co tu chodzi? Jeśli któreś z was…

— Skoczył — powiedział Jandraligeli drżącym głosem. Spróbował roześmiać się z goryczą, ale zupełnie mu to nie wyszło. — Wygląda na to, że w dzisiejszych czasach młodzi ludzie nie odróżniają prawdziwej siły przyciągania od siły odśrodkowej.

— Skoczył? — powtórzył z niedowierzaniem Kraiklyn, po czym chwycił Jandraligelego za kołnierz. — Jak to: skoczył? Przecież ostrzegałem was, że na orbitalu uprzęże AG nie działają! Powiedziałem wam to jeszcze na „Wirze”, zanim wystartowaliśmy! Uwolnił Mondlidicianina z uścisku i w milczeniu spoglądał na ich twarze.

— To prawda — powiedział Horza, kręcąc głową. — Nie przewidziałem, że tak postąpi. Nikt z nas nie przewidział. Przecież Lamm i Jandraligeli narzekali, że będą musieli wlec się taki kawał na piechotę… Nie słuchał. Po prostu nie słuchał. — Wzruszył ramionami. — Myślę, że był za bardzo podekscytowany.

— Wszyscy daliśmy dupy — stwierdziła ponuro Yalson, która tymczasem z powrotem włączyła interkom.

Przez jakiś czas spoglądali na siebie w milczeniu, aż wreszcie Kraiklyn odwrócił się, podszedł do barierki i zacisnął obie ręce na balustradzie.

— Leni? — wyszeptał z nadzieją Wubslin.

Dorolow uczyniła w powietrzu znak ognia.

— Chicel Horhavo, słodka pani, przyjmij jego duszę.

— Pieprzenie! — warknął Lamm, odwrócił się gwałtownie, podniósł strzelbę do ramienia i zaczął ostrzeliwać najwyższe piętra wieży.

— Dorolow, Wubslin i Yalson! — Głos Kraiklyna był pewny i stanowczy. — Zejdziecie tam i sprawdzicie, czy… No, zejdziecie, i już. Mipp, jeśli będzie trzeba, rzucisz im linę, automed albo co tam trzeba. Reszta idzie ze mną na dziób, jasne? — Spojrzał na nich wyzywająco. — Wiem, przynajmniej niektórzy z was mają ochotę wrócić, ale to by oznaczało, że Lenipobra zginął nadaremnie.

Yalson ponownie wyłączyła mikrofon.

— Chyba masz rację — powiedział Jandraligeli, przerywając przedłużające się milczenie. — Idę z tobą.

— A ja nie — stwierdził stanowczo Neisin. — Zostaję tu, przy promie. — Usiadł z pochyloną głową i położył hełm na powierzchni lądowiska. — Mam już dosyć. Nie ruszę się stąd.

Kraiklyn wskazał go Mippowi ruchem głowy.

— Uważaj na niego. — Odwrócił się do Wubslina i Dorolow. — Ruszajcie. Nigdy nie wiadomo; może jednak nie jest za późno? Ty też, Yalson.

Nie patrzyła na niego, ale bez słowa podążyła za Dorolow i Wubslinem, którzy natychmiast wyruszyli na poszukiwanie zejścia na niższy pokład.

Przez lądowisko przebiegło lekkie, ale doskonale wyczuwalne drżenie. Wszyscy aż podskoczyli, ale okazało się, że to tylko fragment wysuniętego tarasu kilka pięter nad ich głowami runął na dach którejś z niższych budowli. Oddalona o kilkadziesiąt metrów, samotna sylwetka w czarnym skafandrze ani na chwilę nie przerywała ognia. Parę sekund później kolejna część metalowej konstrukcji zachwiała się, zakołysała, po czym spadła z łoskotem.

— Lamm! — ryknął Kraiklyn. — Przestań, rozumiesz?! Natychmiast przestań!

Tamten nie zwracał na niego najmniejszej uwagi, więc Kraiklyn podniósł broń, wycelował i nacisnął spust. Kilka metrów od Lamma pokład wybrzuszył się nagle, błysnęły płomienie, a potem nastąpiła ogłuszająca eksplozja. Podmuch powietrza był tak silny, że Lamm zatoczył się i niewiele brakowało, by upadł. Szybko odzyskał równowagę; nawet z tak dużej odległości było widać, że aż trzęsie się z wściekłości. Kraiklyn nie spuszczał go z celownika; w końcu Lamm zarzucił broń na ramię i wrócił wolnym krokiem, jakby nic się nie stało. Pozostali odetchnęli z ulgą.

Minutę później podążyli za Dorolow, Yalson i Wubslinem do wnętrza wieży i ruszyli w dół szerokimi krętymi schodami, prowadzącymi do wnętrza megastatku „Olmedreca”.

— Zimny trup — usłyszeli w słuchawkach przepełniony goryczą głos Yalson. — Martwy jak kamień.

Kiedy mijali ich w drodze ku dziobowi, Yalson i Wubslin czekali przy ciele na linę wyciągarki, którą opuszczał Mipp, Dorolow zaś była pogrążona w modlitwie.

Weszli na wąski metalowy pomost zawieszony nad mlecznymi oparami.

— Tylko pięć metrów — poinformował ich Kraiklyn, zerknąwszy na wskazania mikroradaru zainstalowanego w rairchańskim skafandrze. Mgła powoli stawała się coraz rzadsza. Musieli wspiąć się na nadbudówkę, potem znowu schodzili długimi zewnętrznymi schodami i rampami. W górze pojawiło się słońce: czerwona tarcza, chwilami nawet dość jasna, zazwyczaj jednak pozbawiona żaru. Maszerowali na przełaj przez kolejne pokłady, omijali baseny, pokonywali lądowiska, przecinali promenady, lawirowali między stolikami i krzesłami, parawanami i baldachimami, rabatami i pergolami. Spoglądali w górę, na otoczone rzednącą mgłą wieże oraz w dół, w obszerne studnie oplecione tarasami i schodami. Wydawało im się, że z dna przesłoniętego wirującymi strzępami mgły dobiega przytłumiony szum oceanu. Zatrzymali się przy niedużych czterokołowych pojazdach bez szyb, za to z płóciennymi dachami w różnokolorowe wzory. Kraiklyn uważnie rozglądał się dokoła, usiłując ustalić położenie, Wubslin natomiast zaczął majstrować przy pojazdach, ale nie udało mu się żadnego uruchomić.

— Mamy do wyboru dwie drogi — oznajmił wreszcie Kraiklyn ze zmarszczonymi brwiami. Słońce rozbłysło mocniej niż kiedykolwiek do tej pory, złocąc rozwłóczone smugi mgły. Pod stopami mieli wyznaczone białymi liniami boisko do jakiejś gry. Kolejny obłok przesłonił słoneczną tarczę; natychmiast zrobiło się ciemniej, a pasma mgły owinięte wokół pobliskiej wieży upodobniły się do ogromnych, wyciągniętych ku górze ramion. — Podzielimy się. Ja, Aviger i Jandraligeli pójdziemy tędy, Horza i Lamm tędy. — Wskazał im ręką kierunek. — Powinniście tędy dotrzeć na dziób. Miejcie oczy otwarte; po drodze możecie znaleźć coś ciekawego. — Dotknął przycisku na mikropulpicie. — Yalson?

— Jestem — zgłosiła się natychmiast. Zaczekała razem z Wubslinem i Dorolow, aż ciało Lenipobry zostanie wciągnięte na górę, a teraz ruszyli za pozostałymi.

— W porządku. — Popatrzył na wskazania przyrządów. — Jesteście jakieś trzysta metrów od nas. — Odwrócił się w kierunku, z którego przybyli, i popatrzył na gęstwinę wież rozmaitej wysokości; większość wyrastała z pokładów i nadbudówek nad ich głowami. W miarę jak poprawiała się widoczność, coraz lepiej zdawali sobie sprawę z ogromu „Olmedreki”. — Widzę was. — Podniósł rękę. Trzy maleńkie postaci kilka pięter wyżej, oddzielone smugami płynącej majestatycznie mgły, pomachały energicznie.

— Ja też was widzę — powiedziała Yalson.

— Kiedy dotrzecie w to miejsce, skręćcie w kierunku drugiej burty. Powinny tam być lasery zapasowe. Horza i Lamm…

— Tak, słyszeliśmy — przerwała mu Yalson.

— To dobrze. Mam nadzieję, że kiedy już coś znajdziemy, uda nam się sprowadzić prom trochę bliżej. W porządku, ruszamy. Niczego nie przegapcie.

Skinął na Avigera i Jandraligelego, po czym ruszył przodem. Lamm i Horza skręcili w kierunku, który wskazał im dowódca. Po kilkunastu krokach Lamm dał Horzy znak, żeby wyłączył komunikator i otworzył wizjer.

— Gdybyśmy trochę zaczekali, moglibyśmy od razu przylecieć aż tutaj.

Horza skinął głową.

— A to gnojek — warknął Lamm.

— Kto?

— Ten szczeniak. Żeby tak skoczyć na łeb, na szyję…

— Hm.

— Wiesz, co zrobię?

— No?

— Utnę mu język. Taki wytatuowany jęzor na pewno jest wart sporo forsy, a gówniarz był mi trochę winien. Jak myślisz, ile za niego dostanę?

— Nie mam pojęcia.

— A to gnojek — powtórzył Lamm jeszcze bardziej ponurym tonem.

Skręcali coraz bardziej w lewo, ale nie mieli wyboru, ponieważ tak właśnie prowadziły ich dostępne przejścia, schody i korytarze. Jeśli wierzyć Kraiklynowi, zmierzali ku jednej z dwóch dziobowych nadbudówek wystających daleko poza obrys kadłuba megastatku; w dniach jego świetności tutaj właśnie przybijały pasażerskie liniowce, które zapewniały łączność z lądem stałym, pełniąc jednocześnie funkcję statków wycieczkowych.

Minęli miejsce, gdzie niedawno toczyły się zacięte walki: ściany były tutaj osmalone i odkształcone w wyniku działania wysokiej temperatury, szyby powybijane, w niektórych grodziach ziały postrzępione otwory, a bogato zdobione tkaniny, porozrywane i okopcone, łopotały smętnie w powiewach wiatru. Za zakrętem trafili na dwa czterokołowe wózki, przewrócone na bok i częściowo spalone. Sądząc po odgłosach z komunikatorów, dwa pozostałe zespoły również posuwały się naprzód. Gigantyczna, nieprzenikniona ściana chmur wciąż trwała w tym samym miejscu. Chociaż Horza miał kłopoty z oceną odległości, wydawało mu się, że dzieli ich od niej nie więcej niż parę kilometrów.

— Jesteśmy na miejscu — oznajmił Kraiklyn.

Lamm włączył mikrofon w swoim skafandrze.

— Co on wygaduje? — zapytał, ale Horza tylko wzruszył ramionami.

— Gdzie się podziewacie? — Głos Kraikłyna był trochę zniekształcony, ale wyraźny. — Przecież mieliście krótszą drogę. Właśnie dotarliśmy na dziób.

— Pieprzysz, Kraiklyn — włączyła się do rozmowy Yalson.

— Że co? — wykrztusił z niedowierzaniem dowódca. Lamm i Horza zatrzymali się, ze zmarszczonymi brwiami słuchali rozmowy.

— Stoimy przy burcie, a właściwie na czymś w rodzaju wieżyczki z tarasem. Jest stąd niezły widok, ale nigdzie w okolicy nie widzę dziobu. Posłałeś nas w niewłaściwym kierunku.

— Ale przecież…

— Kraiklyn, do cholery! — ryknął Lamm. — To my mieliśmy iść na dziób, więc pewnie dotarłeś do bocznej nadbudówki! Horza doszedł do tego samego wniosku. Tylko w ten sposób można było wytłumaczyć, dlaczego zespół Kraikłyna dotarł już do skraju megastatku, a oni wciąż jeszcze mieli szmat drogi do pokonania. Milczenie przedłużało się, aż wreszcie usłyszeli donośne westchnienie, a potem głos Kraiklyna:

— Cholera, chyba macie rację. Ty i Horza idźcie naprzód. Rozejrzymy się tu trochę, a potem poślę kogoś do was. Wydaje mi się, że widzę coś w rodzaju odkrytej galerii z wieżyczkami laserów. Yalson, wróćcie do miejsca, w którym się rozdzieliliśmy. Zamelduj, jak tylko tam dotrzecie. Zobaczymy, kto pierwszy trafi na coś ciekawego.

— Kurewsko wspaniale — wymamrotał Lamm, po czym ruszył przed siebie.

Horza podążył za nim, klnąc w duchu obcierający go przy każdym ruchu skafander. Szli w milczeniu, od czasu do czasu zbaczając w lewo lub prawo, by spenetrować wnętrza luksusowych kabin. Wszystkie zostały już splądrowane. W jednej znaleźli kilka bogato zdobionych mebli, strzaskaną holosferę oraz akwarium wielkości małego pokoju, wypełnione do połowy wodą, na której powierzchni, niczym egzotyczne rośliny, unosiły się gnijące bajecznie kolorowe ryby oraz fragmenty różnobarwnych strojów.

Grupa Kraiklyna odkryła drzwi prowadzące na galerię, gdzie powinny znajdować się wieżyczki z laserami. Horza powiedział Lammowi, że jego zdaniem nie powinni marnować czasu; pospiesznie wyszli z kabiny i ruszyli w dalszą drogę.

— Ej, Horza — odezwał się Kraiklyn, kiedy Metamorf i Lamm weszli do długiego korytarza oświetlonego blaskiem słońca sączącym się przez półprzeźroczysty sufit. — Ten cholerny radar w twoim skafandrze chyba zgłupiał.

— Co się stało?

— Nie chce pokazać, co jest za tą wielką chmurą.

— Nie zdążyłem mu się… Co takiego?!

Horza stanął jak wryty. W żołądku rozgościł mu się niepokojący ciężar. Lamm nadal szedł przed siebie równym krokiem.

— Wciąż pokazuje mi odległość do tego wału chmur — poskarżył się Kraiklyn. — W dodatku błędnie. To na pewno nie jest Krawędź i na pewno jest bliżej, niż twierdzi to cholerne urządzenie.

— Gdzie jesteście? — włączyła się do rozmowy Dorolow. — Znaleźliście lasery? Co było za tymi drzwiami?

— Tylko pokład spacerowy czy coś w tym rodzaju.

— Kraiklyn! — ryknął Horza co sił w płucach. — Jesteś pewien tego odczytu?

— Jasne. Strzałka zatrzymała się na…

— Po cholerę im specjalny pokład spacerowy? — usłyszeli czyjś poirytowany głos. Najprawdopodobniej ktoś zapomniał wyłączyć mikrofon i mówił do siebie albo do kogoś, kto znajdował się w zasięgu wzroku.

Czoło Horzy pokryło się potem. Coś tu było nie w porządku.

— Lamm! — zawołał. Tamten był jakieś trzydzieści metrów od niego. Odwrócił się, ale nie zatrzymał. — Wracaj! Lamm stanął.

— Horza, przecież tu nie może…

— Kraiklyn! — To był głos Mippa, z promu. — Mieliśmy towarzystwo. Przed chwilą wystartował jakiś nieduży statek.

— W porządku — odparł spokojnie Kraiklyn. — Dzięki, Mipp. Horza, słuchaj uważnie. Wasza wieżyczka właśnie schowała się w chmurach, więc to jednak są chmury… Cholera, prawie nic nie widać! Chyba…

Przez pokład przebiegło tak silne drżenie, że Metamorf zachwiał się i oparł o ścianę. Lamm spojrzał na niego ze zdziwieniem.

— Czułeś to?! — zawołał Horza.

— Niby co? — zdziwił się dowódca.

— Kraiklyn! — To był znowu Mipp. — Widzę coś dzi…

— Lamm, wracaj tutaj! — ryknął Horza co sił w płucach. Lamm wciąż przyglądał mu się ze zdziwieniem. Horza mógłby przysiąc, że drżenie pokładu nie tylko nie ustało, ale wręcz narasta.

— Co poczułeś, do cholery? — zapytał zniecierpliwiony Kraiklyn.

— Lamm! — Horza krzyczał tak głośno, że huczało mu w uszach, lecz jego towarzysz wciąż się wahał.

Do nieustającego drżenia dołączył zagadkowy przytłumiony odgłos. Horzy skojarzył się z dobiegającym z wielkiej odległości hukiem silnika odrzutowego albo termojądrowego, ale to na pewno nie było to. Drżenie wciąż przybierało na sile, a jednocześnie coś ciągnęło go ku przodowi, w stronę Lamma i dziobu megastatku — jakby słabe pole siłowe albo…

— Kraiklyn! — wrzasnął Mipp. — Widzę! To… Cholera! Widzę wyraźnie!

— Co widzisz? I może tak byście się wszyscy uspokoili, do kurwy nędzy?!

— Wydaje mi się, że… — odezwała się Yalson, po czym zawiesiła głos.

Horza odwrócił się na pięcie i co sił w nogach pognał korytarzem. Lamm, który chwilę wcześniej ruszył wolnym krokiem w jego kierunku, zatrzymał się, oparł ręce na biodrach i ze zdumieniem wytrzeszczył oczy. Hen, daleko, rozległ się groźny pomruk, jakby huk wodospadu w gigantycznej jaskini.

— Też coś czuję! Zupełnie jakby…

— O co chodziło Mippowi?

— Rozbiliśmy się! — krzyknął Horza, nie zwalniając kroku.

— Lód! — zawtórował mu Mipp. — Lecę po was! Uciekajcie! To ściana lodu! Neisin, gdzie jesteś? Neisin…

— Co takiego?

— Lód?!

Ryk narastał, ściany i podłoga korytarza wpadły w wibrację, sufitowe panele posypały się na podłogę. Fragment ściany wygiął się nagle i rozprysnął na niezliczone kawałki. Uszy Horzy wypełniał łoskot gęsty jak wata.

Lamm obejrzał się przez ramię; koniec korytarza pędził ku niemu w oszałamiającym tempie. Odruchowo strzelił z biodra, ale nie dało to żadnego rezultatu, więc zaklął, odwrócił się i pobiegł za Metamorfem. Ze słuchawek w hełmie Horzy dobiegał gwar podekscytowanych głosów, z coraz większym trudem przedzierający się przez potężny, narastający łoskot. Pokład drżał i zataczał się we wszystkie strony, jakby ogromny statek był wielopiętrowym budynkiem w epicentrum trzęsienia ziemi. Panele wyginały się i pękały, podłoga wznosiła się, sufit opadał. Przez cały czas niewidzialna siła ciągnęła Horze do tyłu; biegł z trudem, jak w koszmarnym śnie. Wreszcie wypadł z korytarza na otwartą przestrzeń, z Lammem depczącym mu po piętach.

— Kraiklyn! — wrzasnął Lamm. — Ty cholerny pieprzony sukinsynu! Ryk bezustannie narastał. Horza minął opustoszałe luksusowe kabiny — poszarpane draperie furkotały na wietrze, który gwałtownie przybrał na sile, strop pomarszczył się jak zmięta kartka, uszkodzona holosfera turlała się po przechylonej podłodze. Serce usiłowało wyskoczyć mu z piersi, w uszach coś brzęczało i huczało, każdy krok kosztował go mnóstwo wysiłku. Metr przed nim z posadzki wystrzeliła w górę metalowa pokrywa; uchylił się, cudem uniknął uderzenia, poczuł, jak w skafander siecze grad odłamków. Chwilę potem zatoczył się gwałtownie, ponieważ pokład zatańczył mu pod stopami. Kilka metrów z tyłu wciąż słyszał łomot kroków Lamma i straszliwe przekleństwa miotane na głowę Kraiklyna.

Gonił go ryk tysiąca wodospadów, huk tysiąca eksplodujących wulkanów, łoskot tysiąca lawin. Hałas był tak potworny, że prawie uniemożliwiał myślenie. Kilkanaście okien w ścianie po prawej stronie niemal jednocześnie pobielało i zaraz posypał się z nich deszcz plastikowego pyłu. Horza pochylił głowę i spróbował zwiększyć tempo.

— Skurwiel! — ryczał Lamm. — Drań! Pieprzony kretyn!

— Nie zatrzymujcie się! — To ze słuchawek.

— …aż tutaj!

— Zamknij się, Lamm!

— Horzaaa!…

Biegł kolejnym korytarzem. Podłoga była wyłożona miękkim chodnikiem, pootwierane drzwi trzaskały w nierównym rytmie, sufitowe lampy drżały jak w febrze. Nagle kilkanaście metrów przed nim chlusnęła kaskada wody; w pierwszej chwili pomyślał, że dotarł do poziomu morza, ale natychmiast uświadomił sobie, że to niemożliwe. Zaraz potem woda znikła, on zaś usłyszał, jak z bulgotem i mlaskaniem spływa w dół szerokimi schodami. Z góry kapały nieliczne krople. Siła ciągnąca go wstecz nieco osłabła, ale hałas się nie zmniejszał. Horza biegł jak we śnie, z coraz większym trudem, co chwila potykając się i obijając o rozedrgane ściany. W jego plecy uderzył gwałtowny podmuch powietrza; papiery, fragmenty cienkiego plastiku i strzępy materiału przeleciały obok jak stado różnobarwnych spłoszonych ptaków.

— …skurwiel, skurwiel, skurwiel…

— Lamm!

Z przodu pojawiło się słoneczne światło; blask wypełniał ogromne okna i sufitowe panele rozległego pokładu spacerowego. Horza dał susa nad rzędem niskich, ale rozłożystych roślin doniczkowych, wylądował w kawiarnianym ogródku, roztrzaskując delikatne białe krzesełka.

— …pieprzony cholerny kutas…

— Lamm, zamknij się! — To był głos Kraiklyna. — Nie słyszymy, co… Wszystkie szyby w ogromnych oknach jednocześnie pokryły się siecią pęknięć, zmatowiały, na pokład posypał się grad odłamków. Horza odruchowo zgiął się wpół, zasłonił głowę rękami, po czym przeskoczył przez najbliższe okno na sąsiedni pokład. Obszerny jeszcze przed sekundą otwór zaczął się powoli zamykać niczym usta olbrzyma.

— Ty draniu! Ty jebany…

— Cholera, zmieńcie kanał!

Horza poślizgnął się, ale jakoś odzyskał równowagę. W słuchawkach hełmu rozbrzmiewał wyłącznie głos Lamma, lecz przekleństwa docierały jakby z wielkiej oddali, niemal całkowicie zagłuszone wszechpotężnym łoskotem. Metamorf obejrzał się w samą porę, by zobaczyć, jak Lamm rzuca się szczupakiem w zamykające się szczęki okna; upadł, przetoczył się po pokładzie i poderwał na nogi, wciąż ściskając w dłoniach strzelbę. Horza nagle zdał sobie sprawę, że nie ma broni; nie pamiętał, kiedy ją zgubił.

Biegł coraz wolniej. Nawet jego wyjątkowo sprawne, silne ciało musiało przegrać w nierównym starciu ze zwiększoną grawitacją Vavatcha i niewygodnym, utrudniającym ruchy skafandrem. Z wysiłkiem podnosił kolana, ciężko oddychał przez szeroko otwarte usta, zastanawiając się, gdzie dokładnie znajdują się na pokładzie megastatku i jak wiele jeszcze kilometrów gigantycznej jednostki napiera na jej dziób, bezskutecznie usiłując wbić go głębiej w ukrytą w chmurach monstrualną górę lodową.

Miał wrażenie, iż znalazł się w nierzeczywistym świecie, przeniesionym z czyjegoś narkotycznego marzenia. Wieże, które mijał, stały jeszcze jakby nigdy nic, podczas gdy megastatek skracał się z każdą sekundą, miażdżony własną masą. Horza biegł obok boisk, srebrzystych namiotów, stert instrumentów muzycznych, przemykał pod mostami, pozornie stabilnymi i pewnymi, które jednak zaraz potem zaczynały się chwiać, zginać albo wybrzuszać, by następnie runąć z łoskotem na niższe poziomy, a potem zostać pochłonięte wraz ze wszystkim przez nadciągającą od dziobu falę całkowitego zniszczenia. Pokład pod jego stopami wybrzuszył się, początkowo niewiele, potem bardziej, aż wreszcie Horza musiał biec po stromym wzniesieniu. Po jego lewej stronie ażurowy pomost rozpadł się w pył, ale do uszu Metamorfa, zalepionych potwornym hukiem unicestwianego megastatku, nie dotarł żaden odgłos tej katastrofy. Poślizgnął się na stromiźnie, raz… potem drugi… Trzecie poślizgnięcie zakończyło się upadkiem. Podparł się ręką, runął na plecy i spojrzał w oczy ścigającej go śmierci. Oślepiająco biała ściana była wyższa od najwyższych wież i nadbudówek „Olmedreki”, przypominała największą falę we wszechświecie, w której ginął pozornie niezniszczalny megastatek. Na rumowisko potrzaskanych elementów konstrukcyjnych, zmiażdżonych budowli i zgniecionych blach sypały się lawiny lodowego pyłu, niezliczone szczątki nikły pod stertami śnieżnobiałych brył. Horza widział to tylko przez ułamek sekundy, chociaż wydawało mu się, że leży i patrzy przez całą wieczność; potem zaczął powoli ześlizgiwać się po krzywiźnie pokładu. Kątem oka dostrzegł jedną z wież, która kładła się powoli, niczym sługa kłaniający się pokornie swemu panu. Raczej poczuł w gardle, niż usłyszał swój krzyk; budowle, obok których biegł zaledwie chwilę temu, nikły w błyskawicznym tempie, pożerane przez lodowego potwora.

Ostatkiem sił przetoczył się na bok, uczepił fragmentu połamanego relingu, odepchnął obiema nogami, zawisł na rękach, rozbujał i skoczył.

Upadek, choć z niezbyt dużej wysokości, pozbawił go tchu w piersi. Podniósł się prawie natychmiast, ale minęło kilka sekund, zanim znowu zdołał zaczerpnąć powietrza. Tutaj również podłoga powędrowała w górę, ale wybrzuszenie znajdowało się między nim a sunącą niepowstrzymanie naprzód ścianą lodu. Rosło powoli, pchając go ku rufie megastatku. Zaczął biec, prawie nie zdając sobie z tego sprawy. Metalowe płyty podłogowe popękały w wielu miejscach, odsłaniając stalowe dźwigary podobne do szkieletu monstrualnego zwierzęcia. Nagle ujrzał przed sobą schody; prowadziły na pokład, z którego przed chwilą skoczył, ale do tej jego części jeszcze nie dotarła fala zniszczenia. Przechył pojawił się dopiero wtedy, kiedy Horza, z trudem łapiąc powietrze szeroko otwartymi ustami, wgramolił się na górę. Popędził po stromiźnie, rozbryzgując wodę, która wylała się z ozdobnych wielopoziomowych fontann. Kolejne schody, jeszcze wyższe.

Gotów był przysiąc, że w klatce piersiowej ma rozżarzone węgle, a nogi z półpłynnego ołowiu. Przez cały czas musiał walczyć z koszmarną, nieustępliwą siłą ciągnącą go wstecz, ku dziobowi. Potknął się, zatoczył, o mało nie wpadł do pustego basenu o popękanych ścianach i dnie.

— Horza! — rozległo się w słuchawkach. — Widzę cię! To ja, Mipp! Spójrz w górę!

Podniósł głowę. We mgle, jakieś trzydzieści metrów nad pokładem, unosił się prom „Wiru Czystego Powietrza”. Horza pomachał ręką; prom zaczął się powoli opuszczać, aż wreszcie zawisł z otwartymi tylnymi drzwiami tuż nad następnym, wyższym pokładem.

— Wskakuj! — krzyknął Mipp.

Horza usiłował odpowiedzieć, ale był w stanie wydobyć z siebie tylko chrapliwe rzężenie. Zatoczył się, jakby jego nogi zamieniły się w galaretę. Ciężki, za duży skafander trzeszczał i skrzypiał, stopy ślizgały się na grubej warstwie potrzaskanego szkła i plastiku, a przecież musiał jeszcze wspiąć się po stromych schodach, które oddzielały go od pokładu, gdzie czekał prom.

— Pospiesz się! Nie mogę dłużej czekać!

Wciągał się stopień po stopniu. Prom wisiał metr, może półtora nad pokładem, zwrócony do niego tyłem, z szeroko otwartymi drzwiami i opuszczoną rampą. Schody zatrzęsły się, potworny łoskot przybrał na sile. W słuchawkach rozległ się jeszcze jeden głos, wściekły, donośny, ale Horza nie mógł odróżnić słów. Nadludzkim wysiłkiem wdrapał się na górny pokład i ruszył w kierunku promu. Za otwartymi drzwiami widział oświetlone wnętrze, metalowe ławki oraz leżące w kącie nieruchome ciało Lenipobry.

— Już nie mogę! — ryknął Mipp, przekrzykując łoskot katastrofy i drugi głos.

Prom zaczął się wznosić. Horza dał potężnego susa. Jego palce zacisnęły się na krawędzi rampy w chwili, kiedy była już na wysokości jego piersi. Ułamek sekundy późnej jego stopy straciły kontakt z pokładem. Zawieszony na wyciągniętych rękach, poszybował w górę.

— Wybacz! — zatkał Mipp. — Nie mogłem dłużej czekać, naprawdę!

— Masz mnie! — wycharczał Horza.

— Co takiego?

Prom wciąż się wznosił, mijając kolejne pokłady, wieże i ciągi komunikacyjne. Horza bał się, że palce nie wytrzymają obciążenia, a ramiona wyskoczą mu ze stawów.

— Wiszę na rampie!

— Wy dranie!

Dopiero teraz rozpoznał ten gtos: należał do Lamma. Rampa zaczęła się zamykać — niewiele brakowało, żeby zwolnił uchwyt. Byli pięćdziesiąt metrów w górze i szybko nabierali wysokości. Podniósłszy głowę, zobaczył, że jeszcze chwila, a zostanie bez palców.

— Nie zamykaj drzwi! — wrzasnął. — Zablokuj rampę! Spróbuję jakoś dostać się do środka.

— W porządku.

Rampa natychmiast znieruchomiała, Horza natomiast zaczął się huśtać na boki. Wisieli osiemdziesiąt metrów nad miejscem, z którego zabrał go Mipp, odwróceni rufą do zbliżającej się fali zniszczenia.

— Wracaj, ty czarny sukinsynu! — darł się Lamm.

— Nie mogę! Słowo daję, nie mogę!

— Niech cię piekło pochłonie!

Coś błysnęło obok Horzy, a chwilę potem na obłym brzuchu promu zamigotały refleksy laserowych promieni. Poczuł silne uderzenie w podeszwę prawego buta. Ból pojawił się odrobinę później. Mipp krzyknął, prom zaś nabrał prędkości i skierował się ku rufie megastatku. Pęd powietrza był tak wielki, że Horza nie był w stanie mu się oprzeć.

— Mipp, zwolnij! — wrzasnął.

— Ty pieprzony draniu! — ryknął ponownie Lamm. Mgła po lewej stronie rozbłysła oślepiającym światłem; ten strzał chybił, ale następny dosięgnął celu. Promienie lasera zetknęły się z kadłubem w pobliżu dziobu promu. Mipp zawył niezrozumiale i jeszcze zwiększył prędkość. Horza wciąż rozpaczliwie usiłował przerzucić nogę nad krawędzią rampy, ale każda kolejna próba kończyła się jeszcze wyraźniejszym niepowodzeniem.

Nagle Lamm zaczął krzyczeć zupełnie inaczej niż do tej pory; był to raczej przeraźliwy skowyt, od którego Horzy włosy zjeżyły się na głowie. Skowyt trwał jeszcze kilka sekund i nagle umilkł, a zamiast niego ze słuchawek dobiegły trzaski i łoskoty. Prom gnał jakieś sto metrów nad pokładem ginącego megastatku. Horza już prawie całkiem stracił czucie w palcach i ramionach. Trzymał się bardziej siłą woli niż mięśni; zbawcze wnętrze promu było zaledwie kilkanaście centymetrów od jego oczu, on jednak czuł wyraźnie, jak milimetr po milimetrze oddala się od ocalenia. Błysk był tak przeraźliwie jasny, że chociaż Horza natychmiast zamknął oczy, jaskrawe światło bez trudu przebiło się przez powieki. Ze słuchawek wydobył się przeszywający nieludzki odgłos, jakby naraz rozwrzeszczały się wszystkie maszyny wszechświata, po czym zapadła cisza. Światło powoli przygasało, ale minęło sporo czasu, zanim Horza odważył się otworzyć oczy.

We wnętrzu promu wciąż było jasno, ale teraz wypełniał je również siwy dym, który unosił się nad zwęglonymi pasami, obiciami ze sztucznego tworzywa oraz nad poczerniałą twarzą Lenipobry. Zawirowania powietrza wpadającego przez tylne drzwi tworzyły z szarych smużek fantazyjne przestrzenne wzory. Na grodzi oddzielającej przedział pasażerski od kabiny pilota zastygły niemal czarne cienie. Palce Horzy odmówiły posłuszeństwa.

Mój Boże, przemknęło mu przez głowę. Ten wariat naprawdę przez cały czas nosił bombę atomową.

Chwilę potem nadciągnęła fala uderzeniowa.

Najpierw rąbnęła go w plecy i z potworną siłą wrzuciła do wnętrza promu, ułamek sekundy później zaś porwała maszynę, miotając nią po niebie jakby ciężki, solidny prom orbitalny był zaledwie maleńkim ptaszkiem zaskoczonym przez burzę. Horza obijał się o ściany, sufit i podłogę, rozpaczliwie usiłując się czegoś przytrzymać, żeby nie wypaść przez wciąż otwarte drzwi. Wreszcie jego rozczapierzone palce natrafiły na osmalony pas i zacisnęły się na nim kurczowo. W dole, za zasłoną mgły, przy akompaniamencie groźnego basowego grzmotu, rosła ognista kula. Prom skręcił gwałtownie, Horze rzuciło na ścianę, za rufą pojawiła się ściana wysokiej wieży, która na chwilę odgrodziła maszynę od miejsca eksplozji. Rampa drgnęła, uniosła się jeszcze trochę, po czym znieruchomiała. Prom cały czas piął się w górę.

W miarę jak ciepło podmuchu przenikało przez nieszczelny kombinezon, Horzy robiło się coraz goręcej. Prawa noga od kolana w dół piekła go żywym ogniem, powietrze było przesycone smrodem spalenizny. Prom wreszcie wyrównał lot. Horza odczekał jeszcze trochę, po czym z wysiłkiem dźwignął się z podłogi i pokuśtykał do przedniej grodzi, na której zostały utrwalone cienie ławek i ciała Lenipobry — teraz leżało z szeroko rozpostartymi nogami i rękami przy samej rampie. Otworzył drzwi, po czym wszedł do kabiny pilota. Mipp siedział skulony za sterami. Ekrany nie działały, za grubymi polaryzacyjnymi szybami roztaczała się panorama oceanu mgły i chmur, po którym tu i ówdzie sunęły wieże wciąż prącego naprzód megastatku.

— Myślałem… że nie żyjesz… — wyszeptał Mipp. Wyglądał nie najlepiej: miał na pół przymknięte powieki, twarz mokrą od potu, mocno zgarbione plecy i pochyloną głowę. W kabinie czuć było kwaśno-słodkawy smród spalonego ciała. Horza ściągnął hełm, osunął się na sąsiedni fotel, po czym przyjrzał się swojej prawej nodze. W nogawce kombinezonu, dokładnie w połowie łydki, ziały dwa osmalone otwory. Ostrożnie poruszył stopą; bolało, ale rana chyba nie była groźna. Wysoka temperatura laserowego promienia sprawiła, że naczynia krwionośne uległy natychmiastowemu zasklepieniu. Przeniósł wzrok na Mippa.

— Dobrze się czujesz? — zapytał, chociaż z góry znał odpowiedź.

Mipp pokręcił głową.

— Nie — odparł cicho. — Ten wariat zdołał mnie trafić. Noga i chyba plecy.

W oparciu jego fotela ziała spora dziura, podłoga poniżej przypominała sito. Kolejne dwa otwory znajdowały się bezpośrednio pod fotelem; jeden strzał pozostawił ciemną smugę na kombinezonie, drugi przypuszczalnie dosięgnął celu.

— Mam wrażenie, jakby ten drań trafił mnie prosto w dupę — powiedział Mipp, próbując się uśmiechnąć. — To była bomba, prawda? Więc jednak nie blef o wał… Szlag trafił całą elektronikę. Działają tylko przyrządy optyczne.

— Oddaj mi stery.

Wlecieli w chmurę. Do wnętrza kabiny sączyło się przyćmione światło o lekko czerwonawym zabarwieniu. Mipp ponownie pokręcił głową.

— Nie mogę. Nie dasz sobie rady bez przyrządów.

— Musimy zawrócić. Ktoś mógł…

— Bzdura. — Mipp mocniej zacisnął ręce na sterach. — Wszyscy zginęli. — Przesunął wzrokiem po martwych ekranach i wskaźnikach. — Boże, to już trup. Zupełnie go nie czuję.

— Cholera! — zaklął Horza. Ogarnęło go poczucie całkowitej bezsilności. — A co z promieniowaniem?

Każde dziecko wiedziało, że jeśli skafander uchronił cię przed falą uderzeniową i temperaturą, powinien także obronić cię przed promieniowaniem, ale Horza nie miał pojęcia, czy zasada ta dotyczy również kombinezonów starych, nieszczelnych i niewłaściwie dopasowanych. Jednym z urządzeń, w który ten egzemplarz nie został wyposażony, był wskaźnik promieniowania, a to samo w sobie stanowiło niedobry znak. Mipp rzucił okiem na jeden z nielicznych funkcjonujących przyrządów.

— Nic wielkiego. Mało neutronów, więc… — Umilkł, skrzywił się, na chwilę przymknął oczy. — Czysta bomba. Wątpię, czy właśnie na takiej mu zależało. Powinien pójść do sklepu i złożyć reklamację… Roześmiał się chrapliwie.

— Musimy zawrócić — powtórzył Horza.

Myślał przede wszystkim o Yalson, która przecież była znacznie dalej od dziobu niż on i Lamm. Powtarzał sobie bez przerwy, że na pewno zdążyła, że uciekła na tyle daleko, by uniknąć skutków eksplozji, i że gigantyczny statek lada chwila powinien się wreszcie zatrzymać. Jak jednak Yalson opuści pokład megastatku, jeśli prom odleci? Włączył komunikator, lecz w słuchawkach panowała całkowita cisza.

— Nie wskrzesisz ich — powiedział Mipp, kręcąc głową. — Nie wskrzesisz zmarłych. Słyszałem ich do ostatniej chwili. Później był krzyk, trzask i cisza. Próbowałem im powiedzieć, żeby…

— Zmienili kanał, to wszystko. Przecież słyszałeś, co rozkazał Kraiklyn. Zmienili kanał, bo Lamm wszystko zagłuszał swoimi wrzaskami. Mipp opuścił głowę.

— Tego nie słyszałem — przyznał wreszcie. — Próbowałem powiedzieć im o górze lodowej, jaka jest ogromna… Wierz mi, Horza: oni nie żyją.

— Byli daleko od nas, co najmniej kilometr. Mogli ocaleć. Jeśli w chwili wybuchu znaleźli się za którąś z wież albo w osłoniętym korytarzu… Naprawdę byli daleko. Mieli szansę. Musimy wrócić i zabrać ich z pokładu.

Mipp zdecydowanie potrząsnął głową.

— To niemożliwe. Wszyscy zginęli, nawet Neisin. Poszedł na spacer, jak tylko zniknęliście nam z oczu. Musiałem wystartować bez niego. Jemu też nic nie mogłem pomóc.

— To naprawdę nie była duża bomba.

Mipp roześmiał się z goryczą, ale zaraz jęknął z bólu.

— I co z tego? Nie widziałeś tej góry lodowej. Była wielka jak… Prom gwałtownie przechylił się na prawą stronę. Horza spojrzał w okno, ale za szybą wciąż było widać tylko rdzawopomarańczową mgłę.

— Boże… — wyszeptał Mipp. — Nie damy rady.

— Co się dzieje?

Pilot z wysiłkiem wzruszył ramionami.

— Same niedobre rzeczy. Przypuszczam, że tracimy wysokość, ale nie mogę tego stwierdzić na pewno, bo nie mamy wysokościomierza. Niczego nie mamy, jeśli nie liczyć mnóstwa dziur w kadłubie, otwartych tylnych drzwi i częściowo opuszczonej rampy. Stąd te wstrząsy.

— Jesteś pewien, że spadamy?

Mipp skinął głową.

— A co, chcesz wyrzucać balast? Proszę bardzo, nie krępuj się. Może to nam coś da.

Prom zakołysał się mocno.

— Mówisz serio. — Nie było to pytanie, tylko stwierdzenie faktu.

Horza podniósł się z fotela.

— Oczywiście, że mówię serio. Szybko tracimy wysokość. Nie damy rady przeskoczyć Krawędzi nawet tylko z nami dwoma na pokładzie, a co dopiero, gdyby było nas więcej…

Horza zataczając się wrócił do przedziału pasażerskiego wypełnionego dymem, mgłą i hałasem. Przez wciąż otwarte drzwi sączyła się rdzawa poświata. Usiłował wyłamać ławeczki, ale nawet nie drgnęły. Zdesperowany, spojrzał na trupa Lenipobry z poczerniałą twarzą; prom zanurkował, Horza przez chwilę czuł się jak w stanie nieważkości. Jak tylko maszyna wyrównała lot, chwycił zwłoki za ramię, dociągnął do rampy, ułożył je na krawędzi i strącił nogą w przepaść. Sekundę później prom zatoczył się jak pijany; niewiele brakowało, a Horza poszedłby w ślady trupa.

Powyrzucał wszystko, co walało się na podłodze i co mógł zdemontować: czyjś hełm, gruby zwój liny, uprząż antygrawitacyjną, trójnóg do jakiejś ciężkiej broni, kilka zestawów pasów. Zawahał się przy gaśnicy, ale nigdzie nie widział płomieni. Na wszelki wypadek zajrzał do kabiny pilotów.

— I jak? — zapytał.

Mipp potrząsnął głową.

— Nie mam pojęcia. — Wskazał brodą fotel, w którym niedawno siedział Horza. — To też chyba da się wymontować. Zadanie okazało się nadspodziewanie łatwe. Horza wytaszczył fotel z kabiny, dowlókł go na skraj rampy, po czym wyrzucił razem z gaśnicą.

— W ścianie, blisko grodzi, są dwa lewarki! — zawołał Mipp z kabiny. — To od ławek. Wywal je w cholerę!

Horza bez trudu znalazł dźwignie, przekręcił je, po czym wypchnął oba rzędy metalowych ławek razem z resztą pasów. Nie kosztowało go to wiele trudu, ponieważ okazało się, że zostały zamontowane na prowadnicach.

Prom znowu się zatoczył i niemal jednocześnie drzwi prowadzące do kabiny zatrzasnęły się z hukiem. Kiedy Horza szarpnął za klamkę, stwierdził, że są zamknięte z drugiej strony.

— Mipp!

— Wybacz, Horza. — Głos pilota dobiegał jak z końca świata. — Nie mogę zawrócić. Kraiklyn zabiłby mnie, gdyby nie to, że już nie żyje. Poza tym nie znalazłbym ich, naprawdę. To był cud, że trafiłem na ciebie.

— Mipp, nie wygłupiaj się! Natychmiast otwórz drzwi! Horza ponownie szarpnął za klamkę. Drzwi nie wyglądały na szczególnie solidne; gdyby musiał, chyba zdołałby je wyważyć.

— Nie mogę, słowo daję. Nie próbuj ich rozwalać. Jeśli tu wejdziesz, rozbiję prom o najbliższą wieżę albo o wodę, przysięgam! Na pewno jesteśmy już bardzo nisko. Jeśli chcesz, spróbuj ręcznie podnieść rampę i domknąć drzwi. W ścianie powinna być tablica kontrolna.

— Mipp, na litość boską, co ty robisz? Dokąd lecisz? Przecież za kilka dni rozwalą Vavatch na kawałki!

— Nie doczekamy tego, Horza. Możesz się nie martwić. Ta trumna rozpadnie się lada chwila.

— Więc dokąd lecisz, do cholery?!

— Nie wiem. Może do Evanauth… Naprawdę nie wiem. Byle dalej stąd. I tak…

Zza drzwi dobiegł przytłumiony łomot, jakby coś ciężkiego spadło na podłogę, a zaraz potem Mipp zaklął dosadnie. Prom zakołysał się gwałtownie.

— Co się dzieje? — zapytał Horza z niepokojem.

— Nic takiego. Upuściłem zestaw pierwszej pomocy.

— Cholera!

Horza usiadł, oparty plecami o ścianę.

— Nie martw się. Zrobię… Zrobię wszystko, co będę mógł.

— Jasne.

Z wysiłkiem podniósł się z podłogi i, starając się nie zwracać uwagi na przeszywający ból w prawej łydce, na uginających się nogach przeszedł na tył promu. Znalazł tam dwie wnęki zasłonięte uchylnymi panelami; w pierwszej była kolejna gaśnica, którą bez wahania wyrzucił na zewnątrz, w drugiej natomiast dźwignia ręcznego sterowania mechanizmem drzwi. Pociągnął za nią; rampa podniosła się jeszcze trochę, po czym znieruchomiała na dobre. Ponowna próba zakończyła się urwaniem dźwigni; Horza zaklął pod nosem, a następnie posłał ją w ślad za gaśnicą.

Chwilę potem skończyła się mgła. Maszyna leciała nad szarym pofalowanym oceanem. Wał mgły i chmur przypominał nieprzeniknioną kurtynę zawieszoną nad bezkresnym morzem. Promienie słońca ześlizgiwały się po niej bezsilnie; niebo było przesłonięte szarawymi obłokami o nieostrych krawędziach.

Horza odprowadził wzrokiem koziołkującą dźwignię; malała w błyskawicznym tempie, a potem znikła w trwającym ułamek sekundy białym rozbłysku piany. Ocenił, że lecą na wysokości stu metrów nad wodą. Prom wykonał ostry skręt, a następnie pomknął niemal równolegle do granicy wału mgły.

Horza wrócił na przód przedziału pasażerskiego i załomotał w drzwi.

— Mipp! Mipp, słyszysz mnie? Nie mogę podciągnąć rampy.

— Nic nie szkodzi — nadeszła ledwo słyszalna odpowiedź.

— Mipp, otwórz drzwi. Nie bądź głupi.

— Daj mi spokój, dobrze? Po prostu daj mi spokój.

— Cholera! — warknął Horza.

Szarpany zawirowaniami powietrza wpadającego przez otwarte tylne wrota, stanął przy rampie. Sądząc po pozycji słońca, oddalali się od Krawędzi. Za nimi było tylko morze, chmury i mgła — ani śladu „Olmedreki”, żadnych innych statków czy maszyn latających. Pozornie płaski horyzont rozpływał się w lekkiej mgiełce. Nic nie świadczyło o tym, że ocean jest wklęsły; był po prostu ogromny, i tyle. Horza spróbował wystawić głowę na zewnątrz i zerknąć w przód, żeby zorientować się, dokąd lecą, ale zanim zdążył się dobrze rozejrzeć, pęd powietrza wepchnął go z powrotem do środka. Wydawało mu się, iż przez mgnienie oka widział identyczny, zupełnie płaski horyzont. Cofnął się o dwa kroki i włączył komunikator, lecz w słuchawkach nadal panowała całkowita cisza. Wyglądało na to, że elektromagnetyczny podmuch eksplozji jądrowej na stałe pozbawił ich możliwości korzystania z większości systemów i urządzeń.

Zaświtała mu myśl, że mógłby wyrzucić skafander, by ulżyć promowi, ale nie zdecydował się na ten krok; i tak doskwierało mu dokuczliwe zimno, a gdyby pozbył się skafandra, zostałby niemal nagi. Zatrzyma go, jak długo się da. Wstrząsnął nim gwałtowny dreszcz; dzięki temu stwierdził, że bolą go praktycznie wszystkie mięśnie. Postanowił się zdrzemnąć. Chwilowo i tak nie miał nic do roboty, a jego ciało domagało się odpoczynku. Przez chwilę zastanawiał się, czy dokonać przemiany, ale ostatecznie zrezygnował z tego zamiaru. Zamknął powieki; niemal natychmiast ujrzał Yalson biegnącą co sił po pokładzie megastatku. Otworzył oczy, kilka razy powtórzył sobie w duchu, że Yalson na pewno jest cała i zdrowa, po czym zamknął je ponownie.

Może kiedy się obudzi, będą w górnych warstwach atmosfery, w tropiku albo chociaż strefie umiarkowanej? Oznaczałoby to jednak tylko tyle, że zamiast do zimnej, wpadną do ciepłej wody. Mimo najszczerszych chęci nie był w stanie wyobrazić sobie, że Mipp i prom wytrzymają podróż przez całą szerokość orbitala. Jeśli odległość wynosi trzydzieści tysięcy kilometrów, a oni lecą z prędkością około trzystu kilometrów na godzinę, to…

Zasnął, zanim zdołał dokonać obliczeń, ale jego ostatnia świadoma myśl była taka, że nie zdążą, nie dolecą. Będą gdzieś nad ogromnym oceanem, kiedy Kultura zamieni orbital w gigantyczny obłok pyłu i światła.

Obudziły go silne wstrząsy i kołysanie. W pierwszej chwili wydawało mu się, że wypadł z promu, ale zaraz potem otworzył oczy i przekonał się, że leży z szeroko rozpostartymi nogami i rękami na podłodze tuż przy uchylonej rampie. Odniósł wrażenie, iż lecą wolniej niż przedtem. Ze swego miejsca widział tylko błękitne niebo, błękitne morze i kilka białych puszystych chmurek, więc podpełzł do drzwi i wystawił głowę na zewnątrz.

W twarz uderzył go ciepły, niezbyt silny wiatr. Prom powoli zniżał lot, skręcając w kierunku niedużej wyspy. Horza z niedowierzaniem wytrzeszczył oczy; wyspę otaczały jeszcze mniejsze od niej atole i bladozielone rafy prześwitujące przez płytką wodę, w jej środku zaś wznosiła się góra otoczona koncentrycznymi kręgami bujnej roślinności i jasnożółtego piasku.

Prom wyszedł ze skrętu, a Horza cofnął głowę. Maszyna jeszcze bardziej zwolniła i wyraźnie obniżyła lot. Przez pokład przebiegło doskonale wyczuwalne drżenie; w otworze pojawiła się woda. Horza ponownie wystawił głowę i ujrzał wyspę dokładnie przed dziobem, zaledwie pięćdziesiąt metrów w dole. Po plaży biegały maleńkie sylwetki; spora grupa ludzi kierowała się ku ścianie dżungli, niosąc na ramionach platformę z czymś, co z tej odległości przypominało piramidę złocistego piasku.

Na brzegu płonęły małe ogniska, między nimi leżały długie smukłe czółna, a w miejscu, gdzie tropikalny las dochodził prawie do wody, spoczywała szeroka maszyna o tępym nosie, dwu- lub trzykrotnie większa od ich promu. Nad wyspą unosiły się kolumny szaroniebieskiego dymu.

Plaża prawie opustoszała. Niemal wszyscy uciekli do dżungli, jakby przerażeni widokiem nadlatującego pojazdu. Jedna postać leżała nieruchomo na piasku w pobliżu dużej maszyny, inna, w znacznie bardziej kompletnym stroju niż reszta, stała wyprostowana z wyciągniętą ręką. Trzymała w niej jakiś przedmiot. Chwilę potem widok zasłonił szczyt góry, ale Horza zdążył usłyszeć wyraźne odgłosy wystrzałów.

— Mipp! — krzyknął w kierunku kabiny pilotów.

— Widziałem — nadeszła ledwo słyszalna odpowiedź. Horza mógłby przysiąc, że w potwornie znużonym głosie pilota słyszy nutę wisielczego humoru. — Mamy pecha, Horza. Nawet tubylcy nie są do nas przyjaźnie nastawieni.

— Wyglądali na mocno przestraszonych.

Wyspa szybko nikła w oddali. Prom zwiększył prędkość.

— Jeden miał broń. — Mipp zakasłał, a potem jęknął.

— Widziałeś tamten prom?

— Jasne.

— Chyba powinniśmy tam wrócić — powiedział Horza.

— Nie — odparł stanowczo Mipp. — Na pewno nie. To głupi pomysł. Nie podobało mi się tam.

— Ale przynajmniej było sucho! Czego jeszcze chcesz? Horza obejrzał się przez ramię. Od wyspy dzielił ich już ponad kilometr; prom wciąż nabierał prędkości, pnąc się jednocześnie na wyższy pułap.

— Lecimy dalej, do brzegu Vavatha.

— Nie zdążymy! To co najmniej cztery dni drogi stąd, a za trzy dni orbital przestanie istnieć!

Odpowiedziało mu milczenie. Horza podbiegł do drzwi i załomotał w nie pięścią.

— Zostaw mnie w spokoju! — wrzasnął Mipp zmienionym nie do poznania, piskliwym głosem. — Odpierdol się ode mnie, bo jak nie, to zabiję nas obu!

Prom raptownie wystrzelił w górę. Horza poślizgnął się, po czym zaczął zsuwać się ku otwartym tylnym drzwiom. W ostatniej chwili zacisnął palce na prowadnicach ławek.

— W porządku, Mipp! — zawołał. — Nic nie robię! Dziób maszyny skierował się ku morzu i Horza runął na grodź oddzielającą go od kabiny pilotów. Zaraz potem wyszli z nurkowania, jakieś pięćdziesiąt metrów nad powierzchnią wody.

— Zostaw mnie w spokoju, rozumiesz? — powtórzył pilot płaczliwym tonem.

— Jasne. Nie ma sprawy.

Lecieli coraz szybciej. Horza wrócił na rufę, jak najdalej od grodzi dzielącej go od Mippa, pokręcił głową i stanął przy otwartych drzwiach. Wyspa nikła w oddali. Z każdą chwilą traciła coraz więcej szczegółów, aż wreszcie zamieniła się w ciemnoszary punkcik na odległym zamglonym horyzoncie.

Zdawał sobie sprawę, że nie ma wyboru. Na wyspie był prom — raczej niemożliwe, żeby znajdował się w dużo gorszym stanie niż ten, którym teraz leciał. Gdyby nie to, że w obecnej sytuacji szansę na ocalenie równały się zeru, powiedziałby, że zmniejszają się równie szybko jak samotna wysepka na oceanie. Oparty o krawędź wrót, odwrócił się i popatrzył na cienkie drzwi dzielące go od kabiny. Wciąż jeszcze zastanawiał się, czy od razu ruszyć do szturmu, czy najpierw spróbować po raz kolejny przemówić Mippowi do rozsądku, kiedy prom zadygotał, zatrząsł się, po czym runął jak kamień ku morzu.

6. Zjadacze

Przez sekundę albo dwie znajdował się w stanie nieważkości. Przez otwarte tylne wrota wdarł się gwałtowny podmuch powietrza i gdyby Horza w ostatniej chwili nie zdążył się czegoś chwycić, pewnie pociągnąłby go za sobą. Prom spadał jak kamień, Metamorf wisiał pod sufitem z palcami zaciśniętymi na grubym kablu i czekał na zderzenie z wodą, ryk wiatru coraz bardziej przybierał na sile. Jednak, o dziwo, maszyna stopniowo wyrównała lot i Horza znowu stanął na nogach. Natychmiast rzucił się do drzwi kabiny pilotów.

— Mipp!

Zerknąwszy przez ramię, przekonał się, że wykonują szeroki skręt.

— To koniec, Horza — powiedział Mipp słabym głosem. — Już nic nie poradzę. Zawracam do wyspy. Nie zdążymy tam dolecieć, ale… Zaraz spadniemy. Skul się na podłodze przy grodzi i zasłoń głowę rękami. Spróbuję posadzić go jak najłagodniej… Horza bezzwłocznie zastosował się do rady.

— Mogę jakoś pomóc? — zapytał.

— Nie — odparł Mipp z rezygnacją. — Naprawdę mi przykro. Jesteś gotów?

Horza był gotów, tyle że w jego wypadku przygotowania polegały na maksymalnym rozluźnieniu niemal wszystkich mięśni. Napiął tylko mięśnie karku, żeby przycisnąć głowę do ściany. Wiatr huczał mu w uszach, całym ciałem odczuwał wstrząsy kadłuba, za rufą widział błękitne niebo… potem szczyty fal… a jeszcze później usłyszał przeraźliwy, zwierzęcy krzyk Mippa.

Prom runął do wody, niewidzialna ręka z ogromną siłą dopchnęła Horze do grodzi, przytrzymała go tam przez chwilę, po czym wypuściła. Dziób maszyny powędrował odrobinę w górę. Za tylnymi wrotami pojawiły się szczyty fal i piana, później zaś Horza znowu poczuł, że nic nie waży, i ponownie ujrzał niebo. Zaraz potem prom ostro zanurkował i Horza zacisnął powieki.

Drugie, jeszcze mocniejsze uderzenie Horza odczuł tak, jakby kopnęło go potężne zwierzę. Nie mógł złapać powietrza, krew łomotała mu w głowie, skafander potwornie gniótł i uwierał. Co prawda paskudne uczucie nie trwało długo, ale właśnie wtedy, kiedy wydawało mu się, że zaczyna dochodzić do siebie, poczuł kolejny, trzeci cios, po którym przestał cokolwiek widzieć.

Ocknął się w wodzie. Otaczała go ze wszystkich stron, wypełniała ciemność, w której się znalazł. Młócił ją na oślep ramionami, uderzając boleśnie w poskręcane i połamane elementy konstrukcji. Słyszał bulgotanie i własny chrapliwy oddech; woda dostała mu się do ust — zakrztusił się, wypluł ją natychmiast, po czym spróbował zorientować się w sytuacji.

Unosił się w bąblu powietrza, w całkowitej ciemności, w ciepłej wodzie. Bolało go niemal całe ciało, prawie każda jego część skarżyła się specjalnym, właściwym tylko sobie sygnałem bólu. Ostrożnie pomacał dokoła. Grodź nie wytrzymała katastrofy, dzięki czemu wreszcie udało mu się dostać do kabiny pilotów. Nieruchome ciało Mippa tkwiło między fotelem a tablicą przyrządów, jakieś pół metra pod powierzchnią wody. Głowa pilota była częściowo zmiażdżona, ale Mipp z pewnością doznał wielu ciężkich obrażeń i każde z nich mogło stać się przyczyną śmierci. Poziom wody wciąż się podnosił. Powietrze uciekało przez szczeliny w roztrzaskanym dziobie promu i unosiło się wielkimi bąblami ku powierzchni oceanu. Horzy pozostała tylko jedna droga ucieczki — przez nie domknięte tylne wrota, od których dzieliła go niemal cała długość wypełnionego wodą promu.

Nie zważając na ból, co najmniej przez minutę głęboko oddychał, a kiedy woda podniosła się tak wysoko, że dotknął szczytem czaszki sufitu kabiny, napełnił płuca powietrzem i zanurkował. Przecisnął się między ścianą a fotelem, w którym zginął Mipp, ominął roztrzaskane, szczerzące plastikowe zęby paneli i ujrzał prostokąt przyćmionego zielonkawego światła. Powietrze, zamknięte razem z nim w skafandrze, przesunęło się w górę, ku jego stopom. Przez chwilę wydawało mu się, że nie zdoła pokonać jego oporu, ale na szczęście powietrze uciekło przez szczeliny w butach oraz przez otwór wypalony laserem Lamma, i Horza zanurzył się głębiej. Bez większego trudu przepłynął przez otwarte tylne wrota, a kiedy wydostał się spod kadłuba promu, natychmiast odbił się od dna i jak najprędzej popłynął ku powierzchni. Dotarłszy tam, przede wszystkim zacisnął powieki, aby uchronić przyzwyczajone do półmroku oczy przed ulewą słonecznego blasku, przez kilka sekund łapał powietrze szeroko otwartymi ustami, a następnie chwycił się wystającego z wody na jakieś dwa metry roztrzaskanego dziobu maszyny i rozejrzał się dokoła; niestety, nigdzie nie dostrzegł wyspy. Zaraz potem dziób promu zanurzył się, a jednocześnie tylna część kadłuba powędrowała w górę, tak że maszyna unosiła się teraz poziomo tuż pod powierzchnią wody. Po kilku nieudanych próbach Horzy wreszcie udało się wpełznąć na kadłub; był tak wyczerpany, że znieruchomiał tam niby wyrzucona na brzeg ryba. Gdy tylko trochę odpoczął, zajął się metodycznym blokowaniem sygnałów bólu dochodzących ze wszystkich zakątków jego ciała, niczym sumienny służący uprzątający resztki potłuczonej zastawy po napadzie szału chlebodawcy. Minęło sporo czasu, zanim uświadomił sobie, że woda, którą krztusi się i w której pływa, jest słodka. Nie wiadomo czemu zakładał z góry, że ocean na Vavatchu, podobnie jak wszystkie planetarne oceany, będzie słony. Wyglądało na to, że przynajmniej nie grozi mu śmierć z pragnienia.

Ostrożnie podniósł się na nogi i stanął w połowie długości kadłuba. Niewielkie fale obmywały mu stopy. Tym razem dostrzegł wyspę, a raczej jej maleńki fragment hen, daleko na horyzoncie. Co prawda łagodny wiatr wiał właśnie w jej kierunku, ale przecież należało brać pod uwagę możliwość występowania prądów morskich o niewiadomej sile i przebiegu.

Horza usiadł, a potem znowu się położył. Wkrótce zasnął; zdawał sobie sprawę, że zasypia, lecz nie próbował się bronić. Nakazał sobie tylko, żeby obudzić się najdalej za godzinę.

Kiedy otworzył oczy, ujrzał znacznie ciemniejsze, niemal czerwone słońce wiszące już dość nisko nad odległą, niewidoczną Krawędzią. Prom przestał się zanurzać, a wyspa, choć wciąż daleko, była nieco bliżej niż kilkadziesiąt minut temu. Wiatr lub prądy morskie, albo połączone działanie obu tych sił, niosły go mniej więcej we właściwym kierunku.

Wciąż było ciepło. Zaświtała mu myśl, że może warto by zdjąć kombinezon, ale po zastanowieniu zrezygnował z tego zamiaru. Choć skafander był piekielnie niewygodny, bez niego mógłby zmarznąć. Nie miał wiele do roboty, więc ponownie ułożył się na wznak. Jego myśli wciąż wracały do Yalson. Czy udało jej się przeżyć eksplozję bomby i katastrofę megastatku? Miał nadzieję, że tak. A właściwie był tego niemal pewien. Nie potrafił jej sobie wyobrazić martwej ani umierającej. Wprawdzie jego wewnętrzne przekonanie o niczym nie świadczyło, dodawało mu jednak otuchy. Yalson na pewno da sobie radę. Trzeba czegoś znacznie więcej niż eksplozja bomby atomowej i katastrofa megastatku o wyporności miliarda ton, żeby ją załatwić. Uśmiechnął się na wspomnienie o dziewczynie.

Z pewnością rozmyślałby o niej znacznie dłużej, gdyby nie to, że miał do załatwienia bardzo ważną sprawę: postanowił dokonać przemiany.

Tylko tyle mógł jeszcze zrobić, choć nie można było wykluczyć, iż nie ma to już żadnego znaczenia. Kraiklyn przypuszczalnie zginął, a nawet jeśli ocalał, to szansę na ich ponowne spotkanie praktycznie równały się zeru. Jednak Horza był już niemal całkowicie przygotowany do przemiany, fizjologicznie jej potrzebował, a poza tym i tak nie miał nic lepszego do roboty.

Wcale nie znajdował się w beznadziejnej sytuacji. Nie odniósł poważniejszych obrażeń, cały czas zbliża się do wyspy, na której dostrzegł prom, i jeśli zdąży dotrzeć tam na czas, prawie na pewno zdoła przedostać się do Evanauth, wtedy zaś zmiana powierzchowności będzie niemal konieczna, ponieważ Kultura szuka go już po całej galaktyce. Lepiej za wcześnie niż za późno; dokona przemiany teraz, na środku oceanu. Położy się spać jako Horza, obudzi zaś jako Kraiklyn, dowódca „Wiru Czystego Powietrza”.

Najlepiej jak mógł, przygotował swoje poobijane ciało do metamorfozy: rozluźnił mięśnie, uaktywnił gruczoły wewnętrzne, rozesłał sygnały siecią nerwów, które posiadali wyłącznie Metamorfowie. Obserwował coraz ciemniejsze słońce zniżające się nad horyzont. Teraz zaśnie… Zaśnie i przeistoczy się w Kraiklyna… Przyjmie kolejną osobowość, kolejny kształt, który dołączy do pokaźnej kolekcji.

A jeśli to nie ma sensu? Jeśli dokona przemiany tylko po to, by umrzeć w nowym wcieleniu? A niech tam, pomyślał. Co mam do stracenia?

Wpatrywał się w ciemnoczerwone słońce długo, aż wreszcie zapadł w sen przemiany, i choć jego zasłonięte powiekami oczy również ulegały zmianom, wydawało mu się, że wciąż ma przed nimi ten obraz. Zwierzęce oczy. Ślepia drapieżnika. Zamknięty za nimi jak za kratami wygląda na zewnątrz, nigdy nie śpi, jest trzema osobami naraz. Stan posiadania: strzelba, statek i Wolna Grupa. Na razie niewiele, ale kiedyś, pewnego dnia, przy odrobinie szczęścia… Kiedyś im wszystkim pokaże. Dobrze wie, ile jest wart, na co go stać i z kim da sobie radę. Reszta to pionki, nic więcej, a szczególnie kobiety. Niech sobie przychodzą i odchodzą — jego to nic nie obchodzi. Wystarczy raz albo dwa wspólnie nadstawić karku i już są tobą zachwyceni. Nie zdają sobie sprawy, że dla niego nie istnieje żadne niebezpieczeństwo. Ma jeszcze mnóstwo do zrobienia w życiu, więc z pewnością nie zginie w żadnej mało ważnej potyczce. Pewnego dnia jego imię zasłynie w całej galaktyce, a kiedy wreszcie umrze, cała galaktyka będzie go opłakiwać… albo przeklinać. Jeszcze nie zdecydował, jak powinno być. Wiele zależy od tego, jak będzie traktowany. Trzeba mu tylko łutu szczęścia, czegoś takiego, co stało się udziałem przywódców większych, potężniejszych i bardziej znanych Wolnych Grup. We właściwym czasie znaleźli się właśnie tam, gdzie być powinni. Teraz wydają się więksi od niego, ale nadejdzie dzień, kiedy będą musieli zdrowo zadzierać głowy, żeby spojrzeć mu w oczy. Oni i wszyscy inni. Każdy będzie znał jego imię: Kraiklyn!

Horza obudził się o świcie na obmywanym falami oceanu kadłubie promu. Sen nie chciał go do końca opuścić. Zrobiło się chłodniej, światło zamiast pomarańczowego było błękitne, ale poza tym nic się nie zmieniło. Niemal natychmiast zaczął ponownie zapadać w sen, który miał odgrodzić go od bólu i niespełnionych nadziei. Nic się nie zmieniło. Tylko on był inny.

Do wyspy dotarł wpław.

Kiedy obudził się powtórnie tego samego ranka, czuł się znacznie lepiej i był wypoczęty. Coraz więcej promieni słońca przebijało się przez poranną mgłę.

Wyspa była całkiem blisko, ale po krótkiej obserwacji stwierdził, że prąd i wiatr obróciły się na jego niekorzyść; odległość wynosiła około dwóch kilometrów i powoli, lecz stale się zwiększała. Był wściekły na siebie, że spał tak długo. Pospiesznie zrzucił skafander, który teraz tylko by mu przeszkadzał, a przecież i tak prawie nie nadawał się do użytku. W żołądku burczało mu z głodu, ale czuł się znakomicie. Skorygował poprzednią ocenę; od brzegu przypuszczalnie dzieliło go około trzech kilometrów. Mocno odbił się z obu nóg, przez chwilę płynął pod wodą, po czym wynurzył się na powierzchnię i zaczął mocno pracować rękami i nogami. Ból w lewej łydce nie ustąpił, dokuczało mu niemal całe ciało, lecz wiedział, że da sobie radę. Po kilku minutach zerknął do tyłu; promu już nie zobaczył, natomiast pusty, otwarty na oścież skafander wyglądał jak porzucony kokon jakiegoś przepoczwarzonego zwierzęcia. Horza posłał mu pożegnalne spojrzenie i ruszył znowu naprzód.

Wyspa zbliżała się bardzo powoli. Woda była początkowo ciepła, potem jednak zrobiła się wyraźnie chłodniejsza, co natychmiast wzmogło dolegliwości Horzy. Najpierw nie zwracał na nie uwagi, później zaś po prostu wyłączał kolejne wiązki nerwów czuciowych, ale nie zmieniło to faktu, że płynął coraz wolniej. Wyglądało na to, że początkowo narzucił sobie zbyt ostre tempo. Odpoczął trochę, napił się nieco ciepłej wody i znowu popłynął ku wyspie, jednak znacznie dostojniej niż do tej pory.

Wciąż myślał o tym, ile miał szczęścia. Nie doznał żadnych poważnych obrażeń w wyniku katastrofy — choć ból wciąż mu dokuczał niczym gromada uciążliwych i hałaśliwych krewnych rozrabiająca w odległych pokojach domu. Woda, chociaż coraz chłodniejsza, wciąż jednak była ciepła, a w dodatku nadawała się do picia. Niespodziewanie przemknęło mu przez głowę, że gdyby była słona, zapewne doznawałby już halucynacji, a może nawet ogarnęłaby go euforia, co wcale nie musiałoby być najgorsze.

Wciąż płynął. Czynność ta, choć pozornie taka prosta, sprawiała mu coraz więcej trudności. Przestał myśleć o czymkolwiek i skoncentrował się wyłącznie na powtarzaniu prostych ruchów ramionami i nogami.

Dam radę, kołatało mu się po głowie. Muszę dać radę. Góra stercząca pośrodku wyspy rosła powoli. Horza odnosił wrażenie, że buduje ją własnymi rękami, że pracuje tak ciężko, jakby na swoich barkach wnosił na szczyt ogromne głazy. Jeszcze dwa kilometry. Jeszcze jeden.

Słońce niestrudzenie pięło się po niebie.

Wreszcie dotarł do zewnętrznego pierścienia raf, minął go jak w transie, przedostał się na płyciznę. Za sobą miał ocean bólu, morze wyczerpania.

Płynął ku plaży przez kipiel przyboju, w bryzgach piany niesionej podmuchami wiatru od strony rafy, czując się tak, jakby wciąż miał na sobie skafander, tyle że zardzewiały ze starości i wypełniony wodą albo mokrym piaskiem.

Słyszał łoskot fal rozbijających się na plaży, a kiedy spojrzał w tamtą stronę, zobaczył ludzi: mieli ciemną skórę, byli chudzi, odziani w łachmany. Krzątali się między namiotami i ogniskami. Niektórzy brodzili w wodzie z dużymi koszami przytroczonymi do pasa, zbierając jakieś przedmioty niesione przez fale.

Nie zauważyli go, więc opuścił głowę i ponownie skupił wszystkie siły w wykonywaniu powolnych, żałośnie słabych ruchów kończynami. Tamci wciąż go nie widzieli. Nadal brodzili w sięgającej im do kolan lub po pas wodzie, przystawali co jakiś czas ze wzrokiem wbitym w fale, schylali się i podnosili coś z dna. Każdy ruch kosztował go coraz więcej wysiłku. Nie był już w stanie podnieść rąk nad wodę, wydawało mu się, że ma częściowo sparaliżowane nogi… I wtedy jak we śnie usłyszał podekscytowane okrzyki, a zaraz potem zbliżające się pluski i chlupoty. Kolejna fala uniosła go wyżej niż poprzednie, dzięki czemu ujrzał kilkunastu mężczyzn w poszarpanych strojach, biegnących ku niemu przez wodę.

Chwycili go pod ramiona, wyciągnęli z wody na złocisty piasek i zgromadzili się wokół, rozmawiając przyciszonymi głosami w nie znanym mu języku. Spróbował się poruszyć, ale nie mógł. Mięśnie miał jak mokre, częściowo wyżęte szmaty.

— Witajcie… — wychrypiał.

Powtórzył to we wszystkich znanych mu językach — bez rezultatu. Otaczali go ludzie, chociaż określenie to nabrało tak ogólnego znaczenia, że na dobrą sprawę nikt już właściwie nie wiedział, co naprawdę ono oznacza, w związku z czym, podobnie jak w wielu innych niejasnych sprawach, coraz powszechniej przychylano się do opinii wyrażonej przez Kulturę. Kultura stworzyła prawo (naturalnie z zastrzeżeniem, że nie jest ono żadnym prawem), w którym jasno i wyraźnie określono kryteria przynależności do rodzaju ludzkiego oraz sposób ustalania stopnia inteligencji gatunków (naturalnie z zastrzeżeniem, że sama inteligencja jeszcze o niczym nie świadczy), określiła, jak długo powinien żyć przeciętny człowiek (naturalnie z zastrzeżeniem, że są to tylko ogólne wskazówki), niemal wszyscy zaś bez wahania przyjęli te wytyczne, ponieważ szczerze wierzyli w propagandę Kultury, przedstawiającej się jako uczciwa, pozbawiona wszelkich uprzedzeń, dążąca do prawdy absolutnej i tak dalej, i tak dalej. A więc, czy aby na pewno otaczające go istoty były ludźmi? Dorównywały mu wzrostem, na pierwszy rzut oka miały podobne szkielety i symetryczną budowę ciała, ich twarze zaś, chociaż różniły się między sobą, miały oczy, usta, nosy i uszy.

Wszyscy jednak byli nienaturalnie wychudzeni, a skóra, niezależnie od koloru, nie wyglądała na zupełnie zdrową. Horza leżał nieruchomo. Znowu wydawało mu się, że jest potwornie ciężki, ale teraz przynajmniej znajdował się na stałym lądzie. Z drugiej strony nic na razie nie wskazywało na to, żeby na wyspie był nadmiar żywności. Najprawdopodobniej właśnie niedostatek pożywienia stanowił przyczynę takiego wyglądu tubylców. Horza z trudem podniósł głowę i spojrzał przez gąszcz patykowatych nóg w kierunku promu, który zauważył, kiedy przelatywali nad wyspą. Dostrzegł tylko górną część kadłuba, wystającą zza dużej pirogi wyciągniętej na brzeg, ale zdążył spostrzec, że tylne wrota promu są otwarte. Zaraz potem owionął go nieprzyjemny zapach; wyczerpany, z powrotem położył głowę na piasku.

Rozmowy nagle umilkły, wyspiarze rozstąpili się na boki. Horza, chociaż starał się ze wszystkich sił, nie był w stanie odwrócić się, by zobaczyć, kto albo co nadchodzi. Po jakimś czasie stojący po jego prawej stronie cofnęli się o kilka kroków, robiąc miejsce ośmiu ciemnoskórym mężczyznom. Lewymi rękami trzymali długi drąg, prawe wystawili daleko od ciała dla zachowania równowagi. Horza domyślił się, że taszczą ogromne nosze — te same, które widział z góry poprzedniego dnia, kiedy prom przelatywał nad wyspą. Chwilę później ujrzał ludzi niosących drugą tyczkę. Obie ósemki zawróciły, wyczerpani ludzie postawili nosze na piasku i usiedli, Horza zaś ze zdumieniem wytrzeszczył oczy.

Na noszach spoczywał najgrubszy, najbardziej obrzydliwie otyły człowiek, jakiego widział w życiu.

Nic dziwnego, że dzień wcześniej omyłkowo wziął go za piramidę złocistego piasku. Nawet z bliska nie sposób było stwierdzić, jakiej płci jest ten gigantyczny stożek mięsa i tłuszczu; ogromne, przypominające piersi zwały sadła opadały na nagi, rozdęty do nieprawdopodobnych rozmiarów tors, rozlane brzuszysko nie dość, że zasłaniało skrzyżowane, potwornie grube nogi, ale spływało jeszcze niżej, aż na drewniane nosze. Monstrum było zupełnie nagie, lecz mimo to Horza nie mógł dostrzec genitaliów. Zasłaniały je fałdy złocistobrązowej skóry. Horza przeniósł spojrzenie wyżej, na łysą głowę. Przypominała złocisty dzwon stanowiący zwieńczenie wielopiętrowej, zwężającej się ku górze świątyni. W twarzy o rozdętych policzkach widać było drżące blade usta, nad którymi sterczał guzikowaty nos. Oczu ukrytych za wąziutkimi szparkami, można się było tylko domyślać. Lśniący od potu olbrzym niespodziewanie poruszył rękami podobnymi do małych pięciopalczastych baloników uczepionych znacznie większych, serdelowatych balonów, po czym otworzył usta; jeden z chudzielców, odziany w nieznacznie lepszy strój niż reszta, natychmiast doskoczył do opasłego potwora i gorliwie nadstawił ucha. Grubas wymamrotał coś, z wyraźnym wysiłkiem uniósł oba ramiona i potoczył wzrokiem po wychudzonych osobnikach zgromadzonych wokół Horzy. Kiedy ponownie przemówił, tym razem głośniej, Metamorf odniósł wrażenie, że przysłuchuje się odgłosom towarzyszącym przelewaniu zawartości kadzi roztopionego tłuszczu. Pilnie wsłuchiwał się w odrażające dźwięki, lecz nie rozumiał ani słowa. Rozejrzał się dokoła, by sprawdzić, jakie wrażenie wywierają słowa potwora na wygłodzonym tłumie; nagle zakręciło mu się w głowie, ponieważ odniósł wrażenie, że znowu jest na pokładzie „Wiru Czystego Powietrza”, leży całkiem nagi i bezbronny na posadzce hangaru, wystawiony na ciekawskie spojrzenia Wolnej Grupy Kraiklyna.

— Nie, tylko nie to! — jęknął po maraińsku.

— Ho, ho! — zadudniła góra mięsa. Gulgoczący głos spływał kaskadami po zwałach tłuszczu. — Wspaniale! Nasza morska zdobycz mówi! — Bezwłosa głowa pochyliła się w stronę człowieka stojącego przy noszach. — Panie Pierwszy, czyż to nie cudowne?

— Los jest dla nas łaskawy, proroku — wymamrotał tragarz.

— Otóż to, panie Pierwszy. Los sprzyja tym, których umiłował. Odegnał precz nieprzyjaciół i dał nam szczodry dar, dar morza! Chwała niech będzie losowi!

Piramida złocistego cielska zatrzęsła się, opasłe ramiona powędrowały w górę, ciągnąc za sobą fałdy skóry, gruszkowata głowa odchyliła się do tyłu, a usta otworzyły się, odsłaniając niewielki czarny otwór, w którym błyszczało kilka ostrych kłów barwy nierdzewnej stali. Monstrum przemówiło w nie znanym Horzy języku; kilka razy powtórzyło te same słowa, potem zaś dołączyli do niego pozostali, z ramionami również wzniesionymi ku niebu. Horza zacisnął powieki i zamarzył, że to tylko sen, z którego zaraz się obudzi. Kiedy ponownie otworzył oczy, chudzielcy nadal zawodzili jednostajnie, ale teraz otaczali go ciasnym kręgiem, zasłaniając opasłego potwora. Wpatrywali się w niego błyszczącymi oczami, drapieżnie szczerzyli zęby, a ich kościste palce były zakrzywione jak szpony. Chwilę potem rzucili się na niego.

Najpierw zdarli mu spodenki. Próbował się bronić, lecz przygwoździli go do ziemi. Nie sprawiło im to trudności, ponieważ w stanie, w jakim się teraz znajdował, z pewnością był słabszy od każdego z nich. Przewrócili go na brzuch, wykręcili ręce, związali mu je za plecami, po czym skrępowali nogi w kostkach, zgięli je w kolanach, tak że stopy prawie stykały się z dłońmi, i związali krótkim kawałkiem linki. Nagiego, skrępowanego jak zwierzę prowadzone na rzeź, powlekli po rozgrzanym piasku obok dogasającego ogniska, podnieśli, a następnie opuścili na niski, wbity w plażę palik, który znalazł się między jego grzbietem i unieruchomionymi kończynami. Niemal całym ciężarem wspierał się na kolanach. Dym z ogniska szczypał w oczy, kolejny podmuch wiatru przyniósł ponownie okropny smród; o ile Horza mógł się zorientować, wstrętna woń wydobywała się z misek i garnków rozstawionych wokół ognia. Podobne ogniska i skupiska naczyń były rozrzucone po całej plaży.

Piramida mięsa i tłuszczu, którą pan Pierwszy nazwał prorokiem, została przeniesiona w pobliże ognia i posadzona na piasku. Pan Pierwszy natychmiast zjawił się u boku grubasa; ani na chwilę nie odrywał od Horzy spojrzenia głęboko osadzonych oczu. Złocisty olbrzym splótł pulchne palce i powiedział:

— Witaj, przybyszu, darze oceanu. Jestem wielki prorok Fwi-Song. Kolos posługiwał się prymitywną odmianą maraińskiego. Horza otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale Fwi-Song nie dopuścił go do głosu.

— Zjawiłeś się w chwili próby, okruch ludzkiego ciała niesiony falami nicości, ziarno wyrwane z bezdennej otchłani życia, smakołyk, który uświetni nasze zwycięstwo nad trucizną niedowiarstwa. Jesteś znakiem, błogosławieństwem losu, za które składamy dzięki! Fwi-Song uniósł ramiona tak wysoko, że fałdy skóry prawie zasłoniły mu uszy, po czym wykrzyknął coś głośno w nie znanym Horzy języku. Tłum podchwycił okrzyk i powtórzył go kilka razy. Zaraz potem otłuszczone ramiona powróciły na poprzednie miejsce. — Jesteś solą morza, darem oceanu — ciągnął prorok po maraińsku obleśnie słodkim głosem. — Jesteś znakiem, darem losu. Jesteś jeden, ale staniesz się wieloma, wielu bowiem się tobą podzieli. Dostąpisz największego zaszczytu, jakim jest piękne w swojej prostocie i proste w niezrównanej urodzie przeistoczenie!

Horza wpatrywał się w niego z przerażeniem. Nie miał pojęcia, jak powinien zareagować. Co można powiedzieć takim ludziom? Odchrząknął i ponownie otworzył usta w nadziei, że coś jednak przyjdzie mu do głowy, ale Fwi-Song ani myślał przerywać przemowy. — Dowiedz się, darze oceanu, że jesteśmy Zjadaczami: Zjadaczami popiołu, Zjadaczami odpadków, Zjadaczami trawy, drzew i piasku, wszystkiego co podstawowe, najukochańsze, najprawdziwsze. Pilnie przygotowywaliśmy się do dnia próby i oto ów dzień jest już blisko! — Głos proroka wspinał się na coraz wyższe rejestry, zwały tłuszczu zatrzęsły się, kiedy Fwi-Song rozłożył ramiona. — Oto my, oczekujący za chwilę wniebowstąpienia z tego śmiertelnego padołu, z pustymi brzuchami, opróżnionymi kiszkami i wygłodniałymi umysłami! Ręce proroka uderzyły o siebie z donośnym plaśnięciem, a palce splotły się niczym spasione robaki.

— Jeśli można… — wychrypiał Horza, ale olbrzym już przemawiał do gromady swoich wyznawców. Jego głos wylewał się z niewielkich ust, spływał po opasłym złocistym cielsku, rozlewał się po piasku i oblepiał kościste ciała otępiałych, zamorzonych ludzi. Horza z niedowierzaniem pokręcił głową, po czym spojrzał w bok, na widoczny w oddali prom z otwartymi na oścież tylnymi wrotami. Im dłużej mu się przyglądał, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że to maszyna Kultury. Nie potrafiłby uzasadnić tej pewności, ale byłby gotów do upadłego bronić swego zdania. Prom przypuszczalnie mógł pomieścić czterdzieści do pięćdziesięciu osób, czyli całą ludność wyspy, a przynajmniej tę jej część, którą Horza widział do tej pory. Nie wyglądał na nowy ani szybki i prawie na pewno nie był uzbrojony. Właśnie mało ekstrawagancki kształt oraz przewaga walorów użytkowych nad estetycznymi najmocniej przemawiały za tym, że prom stanowi produkt Kultury. Gdyby Kultura miała stworzyć pojazd zaprzęgowy albo automobil, one także przypominałyby maszynę spoczywającą na płyciźnie, i to mimo dzielącej je od niej przepaści czasowej oraz technologicznej. Obecność jakiegoś emblematu, choćby najskromniejszego, ostatecznie rozwiałaby wszelkie wątpliwości, na to jednak nie można było liczyć, ponieważ Kultura nie wierzyła w magię symboli. Twierdziła, że jest tym, czym jest, i nie potrzebuje żadnych zewnętrznych oznak tożsamości. Będąc całością, składała się z miliardów żywych istot oraz maszyn — one były nią, a ona nimi. Skoro świadomie nie chciała narzucać sobie ograniczeń wynikających z przepisów prawa, wprowadzać chaosu i niepewności związanych z funkcjonowaniem pieniędzy ani usankcjonować instytucji przywódcy, tym bardziej nie zamierzała ulegać zwodniczej magii symboli. Mimo to Horza był pewien, że na promie, w mniej albo bardziej eksponowanym miejscu, znalazłby co najmniej jeden maraiński napis, a czym jest pismo, jeśli nie właśnie zestawem symboli? Przez głowę przemknęła mu myśl, że może prom ma jakiś związek z piramidą sadła przemawiającą do gromady chudzielców zgromadzonych wokół ogniska, ale zaraz odrzucił ją jako mało prawdopodobną. On sam dość słabo władał maraińskim, lecz i tak bez trudu mógł stwierdzić, jak wiele błędów popełnia Fwi-Song, posługując się tym językiem, a poza tym Kultura niezbyt chętnie użyczała swych pojazdów religijnym szajbusom. Czyżby więc prom przyleciał z misją ratunkową, żeby ewakuować ludność wysepki, zanim orbital Vavatch zamieni się w obłok kosmicznego pyłu? Taka ewentualność była najbardziej prawdopodobna. Horza uświadomił sobie z bolesnym skurczem serca, że nie ma wyboru: albo zginie z rąk tych pomyleńców, albo trafi prosto w szeroko otwarte ramiona Kultury, które natychmiast zamkną go w żelaznym uścisku.

Na szczęście nie był zupełnie bez szans. Bądź co bądź, wyglądał teraz jak Kraiklyn, a Umysły Kultury chyba nie były aż tak sprawne, żeby w krótkim czasie skojarzyć Borę Horze Gobuchula z „Wirem Czystego Powietrza” i jego dowódcą. Nawet Kultura nie wie o wszystkim, choć z pewnością wiedziała o tym, że Horza trafił na pokład „Ręki Boga 137”, że zdołał uciec i że w tym samym czasie w pobliżu znajdował się także „Wir Czystego Powietrza”. (Przypomniał sobie, co Xoralundra powiedział kapitanowi „Ręki Boga”; nie ulegało wątpliwości, że Wszechstronna Jednostka Kontaktowa wyszła zwycięsko ze starcia i że bez trudu zarejestrowała zakłócenia wywołane działaniem rozregulowanego napędu hiperprzestrzennego „Wiru”.) Niech to szlag trafi! Całkiem możliwe, że sprawdzają wszystkich ewakuowanych z Vavatcha. Wystarczy, że dostaną w ręce skrawek jego naskórka, włos albo koniuszek paznokcia; na pewno mają jego kod genetyczny w kartotece. Zrezygnowany, opuścił głowę, pozwalając trochę odpocząć napiętym mięśniom karku.

Opanuj się, nakazał sobie w myśli. Przestań użalać się nad sobą, weź się w garść i wydobądź się stąd. Przecież masz jeszcze zęby, paznokcie i przede wszystkim mózg. Staraj się zyskać na czasie.

— Spójrzcie oto! — zawodził Fwi-Song. — Znienawidzeni bezbożnicy, pogardzani ateiści i anatematycy przysłali nam narzędzie pustki i nicości!

Uniósłszy głowę, Horza stwierdził ze zdziwieniem, że olbrzym wskazuje nie na niego, lecz na prom.

— Ale my wytrwamy w naszej wierze! Oprzemy się złudnej pokusie międzygwiezdnej nicości, gdzie żyją bezbożni anatematycy próżni! Pozostaniemy częścią tego, co jest częścią nas! Nie chcemy uczestniczyć w ohydnym bluźnierstwie tworzywa! Będziemy jak drzewa i skały: twardzi, niewzruszeni, głęboko zakorzenieni, pewni i nieugięci. Fwi-Song w dramatycznym geście wyrzucił ramiona w górę. Stojący przy nim człowiek krzyknął coś do tłumu, ten zaś odpowiedział podobnym okrzykiem. Prorok uśmiechnął się do Horzy; jego usta wyglądały jak okrągła, mała, ale bezdenna jama, z której sterczały cztery lśniące niewielkie kły.

— Czy w taki sposób traktujecie wszystkich gości? — zapytał Horza, po czym natychmiast zaniósł się donośnym kaszlem. Uśmiech zniknął bez śladu z twarzy Fwi-Songa.

— Nie jesteś gościem, darze oceanu, tylko nagrodą. Wszyscy się nią nacieszą, a ja ją wykorzystam. Jesteś podarunkiem morza, słońca i wiatru, ofiarowanym nam przez los. Ha! — Prorok zachichotał piskliwie, zasłonił usta tłustą ręką, a następnie znowu uśmiechnął się szeroko. — Los dobrze traktuje swego proroka, daje mu smaczne kąski! I to akurat wtedy, kiedy moja trzódka zaczyna się trochę buntować, nieprawdaż, panie Pierwszy?

Gruszkowata głowa odwróciła się w stronę chudzielca stojącego ze skrzyżowanymi ramionami u boku olbrzyma. Pierwszy skłonił się lekko.

— Los jest naszym ogrodnikiem i wilkiem. Niszczy chwasty ku większej chwale pożytecznych, silnych roślin. Tak rzecze nasz prorok.

— A słowo, które umiera w jego ustach, ożywa w uszach wiernych — uzupełnił Fwi-Song.

— Dostojny proroku… — wymamrotał Pierwszy. Fwi-Song uśmiechnął się jeszcze szerzej, nie odwracając wzroku od Horzy. — Dar morza powinien się dowiedzieć, co go czeka. Może przykład podstępnego Dwudziestego Siódmego…

— Tak, tak! — Fwi-Song klasnął w pulchne dłonie i aż rozpromienił się z radości. Horzy wydawało się przez sekundę, że widzi białka oczu błyszczące na dnie zarośniętych tłuszczem oczodołów. — Znakomity pomysł! Dawajcie tu tego tchórza. Niech stanie się to, co musi się stać! Pierwszy przemówił rozkazującym tonem do gromady chudzielców. Kilku obdartusów podniosło się z piasku i odeszło w głąb lądu, pozostali zaintonowali ponurą pieśń.

Kilka minut później Horza usłyszał przeraźliwy wrzask, a potem przekleństwa i krzyki. Hałas zbliżał się, aż wreszcie w polu widzenia Metamorfa pojawili się czterej mężczyźni, niosący na ramionach taki sam drąg jak ten, do którego był przywiązany Horza. Na drągu, drąc się wniebogłosy i miotając się na tyle, na ile pozwalały mu krępujące go więzy, wisiał młody człowiek. Po twarzy ściekały mu grube krople potu, mieszały się ze śliną i kapały na piasek. Drąg był zaostrzony z jednego końca; chwilę potem wbito go w ziemię po drugiej stronie ogniska, dokładnie naprzeciwko Horzy.

— Spójrz, podarunku oceanu — przemówił Fwi-Song do Metamorfa, wskazując potężną ręką młodego mężczyznę, który jęczał rozpaczliwie, tocząc dokoła błędnym wzrokiem. — Oto mój nieposłuszny chłopczyk. Od chwili powtórnych narodzin zwiemy go Dwudziestym Siódmym. Zawsze należał do naszych najukochańszych dzieci, był jednym z namaszczonych, jednym z siostrzanych kubków smakowych na długim języku życia. — Olbrzym zarechotał donośnie, jakby doskonale zdawał sobie sprawę z absurdalności sytuacji oraz roli, jaką odgrywał, po czym mówił dalej: — Ten odszczepieniec, ta zakała, ten grzesznik ośmielił się skierować świętokradcze kroki ku po trzykroć przeklętemu wehikułowi, przybyłemu z pustki. Z pogardą odtrącił dar cierpienia, który mu ofiarowaliśmy. Kiedy wczoraj nieprzyjaciel przemknął nad naszymi głowami, ten zdrajca postanowił porzucić nas i co sił w nogach popędził po piasku. Zamiast zaufać zbawczej sile naszej wiary, wybrał bezduszne narzędzie anatematyków, instrument mroku i nicości. — Fwi-Song przeniósł wzrok na drżącego ze strachu młodzieńca i jego nalaną twarz wykrzywił grymas odrazy. — Jednak los chciał, że odstępca, który lekkomyślnie naraził na szwank życie swego proroka, został pojmany, dzięki czemu będzie mógł zrozumieć, jak wielki popełnił błąd, i spróbować choć częściowo go naprawić.

Fwi-Song opuścił rękę i ledwo dostrzegalnie skinął głową. Pierwszy krzyknął coś do ludzi siedzących wokół ognia, oni zaś skierowali twarze ku Dwudziestemu Siódmemu i zaintonowali kolejną pieśń. Paskudny smród — ten sam, który Horza poczuł jakiś czas temu — powrócił ze zdwojoną siłą.

Wyznawcy śpiewali, prorok przyglądał im się w milczeniu, a Pierwszy przy pomocy dwóch kobiet wygrzebał z piasku małe worki. Z worków wyjęli coś w rodzaju długich bandaży, którymi zaczęli się owijać. Przy okazji Horza dostrzegł spory, niezgrabny pistolet w kaburze pod poszarpaną tuniką Pierwszego. Przypuszczalnie właśnie z tej broni strzelano dzień wcześniej do ich promu, kiedy Mipp przelatywał nad wyspą.

Młody człowiek otworzył oczy (miał je zamknięte mniej więcej od połowy przemówienia proroka), zobaczył, co robi milcząca trójka, i znowu zaczął przeraźliwie krzyczeć.

— Słyszysz, jak udręczona dusza domaga się nauki, pragnie pokuty, pożąda odkupienia przez cierpienie? — zapytał z uśmiechem Fwi-Song. — Dwudziesty Siódmy doskonale wie, co go czeka. Chociaż jego słabe ciało drży z lęku, dusza woła: „Tak! Tak! Dostojny proroku, pochłoń mnie! Uczyń mnie częścią siebie! Daj mi twą siłę! Przybądź do mnie!” Jak słodko brzmi ten głos w moich uszach! Horza nie odpowiedział. Chłopak wciąż wrzeszczał co sił w płucach i bezskutecznie usiłował zerwać więzy. Pierwszy skończył przyoblekać się w bandaże, ukląkł przed nim, pochylił głowę i zaczął coś mamrotać pod nosem, obie kobiety natomiast zajęły się podgrzewaniem cuchnącej cieczy wypełniającej miski i dzbany. Smród był tak potworny, że Horzy zbierało się na wymioty.

Fwi-Song powiedział coś do kobiet w obcym dla Horzy języku. Spojrzały na niego, po czym przyniosły dwa naczynia i podsunęły mu je pod nos. Odwrócił głowę i wstrzymał oddech; zawartość naczyń śmierdziała jak nadpsute rybie wnętrzności wymieszane z ludzkimi odchodami. Na szczęście kobiety zaraz sobie poszły, ale smród pozostał; Horza musiał teraz oddychać ustami.

Oprawcy przemocą zmusili młodego mężczyznę do rozwarcia szczęk, wepchnęli mu między zęby drewniane kołki, po czym wlali do gardła sporą porcję cuchnącej cieczy. Nieszczęśnik bronił się, krztusił, prychał i potrząsał głową, ale w końcu musiał przełknąć. Umilkł, a po chwili jęknął głośno i zwymiotował.

— Pokażę ci mój arsenał — powiedział Fwi-Song, sięgnął do tyłu, wydobył zza pleców stos brudnych łachmanów i począł w nim zawzięcie grzebać.

Wkrótce oczom Horzy ukazało się kilka niewielkich metalowych przyrządów przypominających miniaturowe sidła. Prorok dość długo z namysłem przyglądał się kolekcji, by wreszcie wybrać jeden z przyrządzików, włożyć go do ust i starannie umocować do czterech opiłowanych kłów.

— Proszę bardzo — powiedział, zwracając uśmiechniętą twarz ku Metamorfowi. — Czo o tym myszlisz? — W jego ustach lśniły dwa rzędy piekielnie ostrych metalowych zębów. — A może te będą lepsze? — Błyskawicznym ruchem wyjął sztuczną szczękę i włożył następną, z zębami jak piła do drewna, potem następną, z zębami zakrzywionymi jak haczyki, i jeszcze jedną, ze sporymi przerwami między kłami i siekaczami. — Niezłe, czo? — Odwrócił się do Pierwszego. — A czo pan myszli, panie Pierwszy? Może woli pan tamte? — Wymienił szczękę na model z zębami jak skalpele. — Naprawdę znakomite. Czóż, trzeba bracz szę do roboty. Nie pozwólmy mu dłużej czekacz. Dwudziesty Siódmy jęczał chrapliwie. Czterech mężczyzn mocno chwyciło jego nogę, wyprostowało ją i uniosło; Fwi-Song został dotransportowany na noszach przed młodego człowieka. Jak tylko postawiono go na ziemi, pochylił się i odgryzł chłopakowi palec. Horza odwrócił wzrok.

Przez kolejne pół godziny prorok ucztował bez pośpiechu, starannie dobierając zestawy sztucznych zębów zależnie od tego, jaką częścią ciała akurat zamierzał się zająć. Najwięcej czasu poświęcił kończynom oraz resztkom tkanki tłuszczowej na bokach ofiary. Każde ugryzienie wywoływało potworny ryk bólu, który trwał dopóty, dopóki Dwudziestemu Siódmemu starczyło powietrza w płucach. Horza patrzył i jednocześnie nie patrzył. Chwilami usiłował rozbudzić w sobie dziką wściekłość i zmobilizować się do znalezienia sposobu na dobranie się do skóry tej przerażającej i zarazem żałosnej karykaturze człowieka, chwilami zaś ogarniało go skrajne zniechęcenie i wówczas myślał tylko o tym, żeby to wszystko jak najprędzej się skończyło. Fwi-Song zostawił sobie na deser palce u rąk; jak tylko się z nimi uporał, otarł zakrwawione usta pulchną dłonią. — Bardzo szmaczne — oznajmił, po czym wyjął sztuczną szczękę z szerokimi odstępami między zębami.

Jęczącego, półprzytomnego, ociekającego krwią chłopaka odcięto od pala, zakneblowano i ułożono na wznak na piasku. Przebito mu dłonie zaostrzonymi kołkami, a nogi przygnieciono dużym kamieniem, żeby nie mógł się poruszyć. Kiedy Dwudziesty Siódmy zobaczył, że niedawni towarzysze dźwigają nosze z prorokiem, oczy niemal wyszły mu z orbit. Jak tylko Fwi-Song znalazł się nad nieruchomym, pojękującym rozpaczliwie chłopakiem, odsunięto klapę w noszach i został posadzony na skazańcu. Uśmiechnięty błogo, przez dłuższy czas mościł się niczym kura na jajach, mrucząc coś pod nosem. Tłum przyglądał się w milczeniu. Wreszcie prorok zaczął się kołysać w przód i w tył, początkowo powoli, potem coraz szybciej, aż na jego nalanej twarzy pojawiły się grube krople potu. Zasapany, znieruchomiał na kilka sekund i ze zniecierpliwieniem machnął ręką; natychmiast doskoczyły do niego dwie poobwijane szmatami kobiety, by zlizać pot oraz strużki krwi, które pociekły z kącików ust olbrzyma, spływając po jego brodzie i ogromnym torsie aż na spiętrzone fałdy monstrualnego brzucha. Fwi-Song wyprostował się gwałtownie, przez chwilę trwał w bezruchu z odchyloną do tyłu głową, po czym opadł z głośnym westchnieniem. Zadziwiająco szybkim, niemal lekkim ruchem ręki odepchnął kobiety, które pospiesznie skryły się w tłumie. Pierwszy zaintonował podniosłą pieśń; pozostali przyłączyli się już po kilku dźwiękach.

Wreszcie Fwi-Song rozkazał, żeby go podniesiono. Kiedy nosze powędrowały w górę, oczom Horzy ukazały się zmiażdżone zwłoki Dwudziestego Siódmego. Wyznawcy proroka rzucili się na trupa, odcięli mu głowę, rozłupali czaszkę i pożarli mózg. Horza wreszcie zwymiotował.

— Tak oto staliśmy się jednym ciałem — poinformował Fwi-Song pustą czaszkę, po czym cisnął ją w ogień. Zwłoki zostały wrzucone do morza, prorok zaś powiedział do Horzy: — Tylko pielęgnowanie wzniosłych tradycji i umiłowanie losu różni nas od dzikich bestii. Kobiety starannie wytarły opasłe cielsko, a następnie zaczęły namaszczać je wonnościami. Przywiązany do pala Metamorf oddychał głęboko przez usta, z najwyższym trudem zmuszając się do zachowania milczenia.

Zmasakrowane ciało Dwudziestego Siódmego odpłynęło od brzegu, zabiegi kosmetyczne wokół Fwi-Songa dobiegły końca. Wychudzeni ludzie albo siedzieli apatycznie wokół ogniska, albo doglądali naczyń z bulgoczącą cuchnącą cieczą. Pierwszy oraz obie kobiety zdjęli bandaże; mężczyzna miał teraz na sobie brudną, ale w sumie i tak prezentującą się nie najgorzej tunikę, kobiety natomiast zostały w poszarpanych, wymiętych łachmanach. Na polecenie proroka ustawiono nosze naprzeciwko Horzy.

— Jak widzisz, darze oceanu, podarunku fal, moja trzódka szykuje się do wielkiej uczty, pierwszej po długim poście. — Prorok zatoczył ręką koło, wskazując ludzi zgromadzonych przy ogniskach i naczyniach. Nieprawdopodobny smród, o ile to możliwe, jeszcze przybrał na sile. — Zjadają resztki oraz wszystko to, czego inni nawet nie tkną, ponieważ pragną jak najbardziej zbliżyć się do substancji losu. Jedzą korę drzew, trawę i korzonki, jedzą muszle, wnętrzności morskich zwierząt i padlinę, jedzą swoje odchody i często sięgają po moje. Jestem dla nich źródłem i ożywczą studnią, ty natomiast, kłębku żywej materii niesionej falami życia, jesteś znakiem. Wkrótce sam się przekonasz, zanim dokonasz całkowitej przemiany, że składasz się wyłącznie z tego, co do tej pory zjadłeś, oraz że pokarm to zaledwie nie strawiona żywność. Ja już o tym wiem, ty zaś dowiesz się niebawem. Jedna z kobiet przyniosła opłukane w morzu stalowe szczęki. Prorok starannie zawinął je w szmaty i schował za plecami. — Wszystkich, z wyjątkiem nas, spotka ostateczny koniec. Wszyscy, z wyjątkiem nas, doświadczą ostatecznej przemiany, która dla nas stanie się początkiem nowego, wspaniałego życia. Wychudzeni biesiadnicy przystąpili do uczty. Horza obserwował w milczeniu, jak zmuszają się do jedzenia. Niektórzy, zachęcani przez Pierwszego, nawet coś przełykali, większość jednak wymiotowała już w chwili, kiedy wzięła do ust porcję śmierdzącego wywaru. Fwi-Song przyglądał im się ze smutkiem, a wreszcie potrząsnął głową. — Jak widzisz, nawet moje najukochańsze dzieci nie są jeszcze gotowe. Musimy się modlić, aby zdążyły przygotować się do nadejścia najważniejszej chwili. Mają na to niewiele czasu, najwyżej kilka dni. Miejmy nadzieję, że ich słabość nie uczyni ich niemiłymi oczom i ustom Boga. Ty tłusty draniu, pomyślał Horza z nienawiścią. Gdybyś tylko wiedział, co ci grozi! Mógłbym napluć ci w te paskudne małe oczka, oślepić cię… Zrezygnował jednak z tego zamiaru. Oczy potwora były tak głęboko osadzone i tak szczelnie zasłonięte fałdami złotobrązowej skóry, że trująca ślina nie zdołałaby dosięgnąć celu. Mimo to Horza poczuł się trochę raźniej; może nadejdzie chwila, kiedy dokona aktu zemsty, ale musi uzbroić się w cierpliwość. Oślepiony, ogarnięty szałem Fwi-Song byłby chyba jeszcze bardziej niebezpieczny. Prorok perorował bez przerwy, powtarzając się coraz częściej. Nie przerwał ani razu, jakby z góry zakładał, że nie doczeka się odpowiedzi. Przedstawił Horzy historię swego życia — kiedyś był pokazywany jako atrakcja w cyrku, potem pełnił funkcję domowego zwierzęcia u jakiegoś satrapy na megastatku, później, już na innym megastatku, nawrócił się na modną podówczas religię. Tam właśnie doznał objawienia i namówił kilku wyznawców, żeby razem z nim osiedlili się na wyspie i oczekiwali nadejścia Końca Wszystkiego. Gdy tylko Kultura podała do publicznej wiadomości, jaki los spotka orbital, na wyspę zaczęli licznie przybywać kolejni nawróceni. Horza słuchał go jednym uchem, poszukując jednocześnie możliwości ratunku. — …i czekamy tu na dzień ostatni, kiedy nastąpi koniec wszystkiego. Przygotowujemy się do ostatecznego pochłonięcia, mieszamy owoce ziemi, morza i śmierci, karmimy nimi nasze ciała i dusze. Jesteś naszą przystawką, naszym znakiem, naszym smakowitym dodatkiem. Powinieneś czuć się zaszczycony.

— Wielki proroku… — Horza starał się ze wszystkich sił, żeby jego głos brzmiał spokojnie i uroczyście. Fwi-Song umilkł, jeszcze bardziej zmrużył oczy, tak że zupełnie znikły, i zmarszczył czoło. — Zaiste, jestem waszym znakiem. Przynoszę ci w darze samego siebie, jestem bowiem również twoim uczniem i wyznawcą zwanym Ostatnim. Przybywam, żeby uwolnić was od maszyny z pustki. — Spojrzał w stronę promu, czekającego z otwartymi drzwiami na skraju plaży. — Wiem, jak usunąć stąd to źródło pokusy. Pozwól, bym udowodnił swe oddanie, czyniąc twojej wspaniałej osobie drobną przysługę. Kiedy tego dokonam, przekonasz się, że w istocie jestem twym ostatnim i zarazem najbardziej oddanym sługą, który zjawia się przed samym końcem rzeczy, żeby… eee… żeby umocnić w wierze twoich wyznawców i usunąć sprzed ich oczu pokusę będącą dziełem rąk anatematyków. Długo tułałem się wśród gwiazd, długo żeglowałem po morzu, by wreszcie dostarczyć ci dobrą nowinę.

Horza umilkł, ponieważ zaschło mu w gardle, a wszechobecny smród sprawił, iż oczy zaszły mu łzami. Fwi-Song siedział bez ruchu na noszach i ze zmarszczonym czołem wpatrywał się w niego wąskimi szparkami oczu.

— Panie Pierwszy! — zawołał wreszcie.

Wezwany natychmiast przestał masować brzuch jednemu z nieszczęsnych Zjadaczy, który jęczał boleśnie, i przybiegł co sił w nogach. Prorok coś powiedział. Pierwszy skinął głową, wyjął spod tuniki jakiś przedmiot i zniknął za plecami więźnia. Serce Horzy uderzało w szaleńczym tempie. Co powiedział tłusty olbrzym? Co teraz zrobi Pierwszy? Chwilę potem w polu jego widzenia pojawiły się ręce. Horza odruchowo zacisnął powieki… i poczuł w ustach wilgotną, paskudnie śmierdzącą szmatę. Pierwszy zakneblował go, mocno związał łachman z tyłu głowy, a następnie bez słowa wrócił do pojękującego Zjadacza.

— A więc, jak mówiłem… — zaczął na nowo Fwi-Song. Horza nie słuchał. Okrutna wiara monstrualnego proroka niewiele się różniła od innych; tym, co czyniło ją tak niezwykłą w dość cywilizowanych czasach, było niespotykane okrucieństwo. Możliwe, że był to kolejny skutek uboczny wojny; jeśli tak, winą za ten stan rzeczy należało obarczyć Kulturę. Fwi-Song mówił i mówił, ale słuchanie go nie miało najmniejszego sensu.

Kultura traktowała ze współczuciem wszystkich, którzy wierzyli we wszechmogącego Boga, a do doktrynalnych szczegółów ich religii przywiązywała nie więcej wagi niż do bełkotu szaleńca, który podawałby się za władcę wszechświata. Podstawy takiej wiary nie były co prawda całkowicie pozbawione znaczenia (ich znajomość, w połączeniu ze znajomością środowiska macierzystego wyznawców, mogła pomóc w ustaleniu przyczyn pojawienia się akurat takich, a nie innych mrzonek), lecz z pewnością problem nie zasługiwał na to, żeby traktować go zbyt poważnie.

Tak samo miała się sprawa z Fwi-Songiem. Horza musiał traktować go jak szaleńca, którym samozwańczy prorok z pewnością był. Fakt, że ukrywał swoje szaleństwo pod religijnym kostiumem, nie miał najmniejszego znaczenia.

Taki pogląd prawie na pewno spotkałby się ze sprzeciwem Kultury, która uważała, że istnieje ścisły związek między szaleństwem i religijnością, ale tego właśnie należało się spodziewać po Kulturze. Idirianie mieli na ten temat zupełnie odmienne zdanie; co prawda Horza nie zgadzał się z nimi we wszystkich sprawach, lecz akurat w tej kwestii mógłby przyznać im rację. Prawie każda ich myśl była natchniona, przesiąknięta duchem świętości racjonalizmu, całe życie podporządkowali naczelnej religii-filozofii: wierze w porządek świata. Wierzyli w porządek, ponieważ musieli aż nadto często obserwować przejawy jego przeciwieństwa — najpierw na ojczystej planecie, uczestnicząc w niespotykanie zaciętej walce ewolucyjnej, później zaś gdy wreszcie wyszli poza otoczkę atmosfery Idiru, w znacznie szerszym kontekście układu słonecznego, a wreszcie galaktyki. Brak porządku oznaczał dla nich cierpienie. Ginęli milionami w bezsensownych, prowadzonych z chciwości wojnach, w które zostali wplątani wbrew swojej woli, a czasem nawet bez wiedzy. Kiedyś byli naiwni i niewinni. Kiedyś pokładali zbyt dużą wiarę w innych, o których sądzili, że postępują bez emocji, w zgodzie z rozsądkiem, kierując się chłodną kalkulacją.

Wierzyli, że każdemu jest przeznaczone jakieś miejsce na świecie. Zarówno pojedyncze istoty, jak i rody, plemiona, narody i gatunki były przypisane do pewnych miejsc, niezależnie od tego, czy stamtąd pochodziły, czy nie. Tak się szczęśliwie złożyło, iż po odkryciu, że Idirianie nie są sami we wszechświecie, większość starożytnych świętych tekstów dało się zreinterpretować w sposób zgodny z tym przekonaniem. (Te, które nijak nie chciały się poddać karkołomnemu zabiegowi, pospiesznie odrzucono, ich autorów zaś obłożono rytualnymi klątwami, po czym skazano na zapomnienie.) Ujmując rzecz krótko, pogląd ten sprowadzał się do tego, że każda rzecz oraz istota ma swoje miejsce i należy czynić wszystko, by się tam jak najprędzej znalazła. Kiedy to nastąpi, świat wreszcie spełni oczekiwania Stwórcy, a panujący obecnie we wszechświecie chaos ustąpi miejsca wiecznemu pokojowi i szczęściu.

Idirianie uważali, że mają do spełnienia szczególną rolę w tym procesie. Byli narodem wybranym; najpierw zesłano im pokój, aby mogli dokładnie zastanowić się nad życzeniami Boga, potem zostali wyrwani z kontemplacji i pchnięci do działania przez te same siły chaosu, z którymi mieli walczyć. Bóg wytyczył im cel: mieli odszukać swoje miejsce — na początek przynajmniej w galaktyce, potem, być może, także w szerszym kontekście. Bardziej rozwinięte rasy mogły same zatroszczyć się o swoje zbawienie, ale pozostali, wciąż poszukujący drogi, miotający się bez celu, dręczeni niepewnością, potrzebowali ręki, która wskaże im drogę.

Nadeszła pora rozstania z zabawkami służącymi wyłącznie gatunkowemu rozwojowi. Idirianie poczuli w sobie powołanie, którego nośnikiem były nie tylko ich geny, ale także Słowo przekazane przez Boską Istotę: Dorastajcie. Postępujcie właściwie. Bądźcie gotowi. Horza, podobnie jak Balveda, nie podzielał wiary Idirian, ponieważ uważał ją za represyjną i ograniczającą możliwość dokonywania wyborów przez żywe istoty. Idirianie polegali jednak głównie na sobie, nie na swoich maszynach, a to było dla niego najważniejsze. Naturalnie zdawał sobie sprawę, że Idirianom nigdy nie uda się podporządkować sobie wszystkich cywilizacji stojących na niższym stopniu rozwoju oraz że zapowiadany przez nich dzień sądu nigdy nie nadejdzie, lecz właśnie ponieważ popełniali błędy, byli w jego oczach normalni. Ot, po prostu jeszcze jeden gwałtownie rozprzestrzeniający się gatunek, który prędzej czy później osiągnie apogeum rozwoju i, tak jak wszystkie rasy pozbawione tendencji samobójczych, ustatkuje się, by wieść spokojny dostatni żywot. Za dziesięć tysięcy lat Idirianie będą jedną z niezliczonych cywilizacji zajmujących się wyłącznie swoimi sprawami. Być może, trwająca obecnie era podbojów przetrwa w legendach i nostalgicznych wspomnieniach, jej przyczyny zaś i sens zostaną wyjaśnione przez nową teologię. Kiedyś Idirianie byli spokojnymi introwertykami; w przyszłości bez wątpienia staną się nimi ponownie.

Wreszcie, na koniec, byli racjonalistami. Znacznie bardziej niż emocjom ufali zdrowemu rozsądkowi. Jedyny dogmat, w który wierzyli, głosił, że życie ma głębszy sens, że istnieje siła wyższa w większości języków nazwana Bogiem oraz że ów Bóg pragnie lepszego losu dla tych, których stworzył. Dążąc do tego celu, uważali się za ramiona, ręce i palce Boga, z pewnością jednak kiedyś nadejdzie dzień, kiedy uświadomią sobie, że kroczyli niewłaściwą drogą, że nie do nich należało wprowadzanie porządku we wszechświecie. Ustatkują się, znajdą sobie właściwe miejsce, potem zaś, jak wiele ras przed nimi i po nich, roztopią się w nieskończonej różnorodności galaktyki. Z Kulturą sprawy miały się zupełnie inaczej. Horza nie potrafił sobie wyobrazić kresu prowadzonej przez nią polityki nieustającej, coraz bardziej agresywnej ingerencji. Nie ograniczona żadnymi naturalnymi barierami, Kultura mogła rozrastać się bez końca; niczym kolonia zbuntowanych komórek rakowych pozbawionych komendy „stop” w genetycznym programie, była w stanie rosnąć bez przerwy. Nie potrafiła sama się zatrzymać, w związku z czym musiał znaleźć się ktoś, kto ją do tego zmusi.

Wiele lat temu Horza postanowił poświęcić się działaniu zmierzającemu właśnie do tego celu. Wyglądało na to, że jeśli nie zdoła się wymknąć Zjadaczom, jego misja wkrótce dobiegnie końca. Fwi-Song bredził jeszcze jakiś czas, a następnie, po krótkiej konsultacji z Pierwszym, polecił, żeby odwrócono go twarzą do wyznawców, i rozpoczął kolejną przemowę, tym razem w miejscowym narzeczu, nie rozumiał ani słowa, był jednak prawie pewien, że prorok wygłasza płomienne kazanie, nie zwracając najmniejszej uwagi na rozlegające się co chwila odgłosy, które świadczyły o tym, że znaczna część jego uczniów cierpi na poważne dolegliwości żołądkowe. W miarę jak słońce opuszczało się niżej nad ocean, robiło się coraz chłodniej.

Po kazaniu Zjadacze kolejno podchodzili do proroka, kłaniali się nisko, po czym z powagą szeptali mu coś do ucha. Fwi-Song, z błogim uśmiechem na ustach, słuchał w milczeniu, od czasu do czasu kiwając gruszkowatą głową. Później rozpoczęły się śpiewy i tańce, proroka umyto i natarto wonnymi olejkami, po czym, szeroko uśmiechniętego, odniesiono w głąb wyspy, do lasu otaczającego samotne wzniesienie. Dorzucono drewna do ognia, Zjadacze zaś rozsiedli się tu i ówdzie w małych grupkach albo wyruszyli na wędrówkę wzdłuż plaży z niezdarnie splecionymi koszami i torbami, przypuszczalnie w poszukiwaniu śniętych ryb i innych, wyrzuconych przez morze śmieci. O zachodzie słońca do pięciu milczących Zjadaczy, którzy rozsiedli się wokół ogniska przed Horzą, dołączył Pierwszy. Do tej pory wychudzeni obszarpańcy prawie nie zwracali uwagi na Metamorfa;

Pierwszy usiadł zaledwie dwa kroki od niego, z małym kamieniem w jednej ręce i jedną ze stalowych sztucznych szczęk proroka w drugiej. Rozmawiając półgłosem z pozostałymi Zjadaczami, polerował i ostrzył zęby, kiedy zaś większość członków plemienia poszła do namiotów, podniósł się z piasku, rozwiązał szmatę i wyjął Horzy knebel z ust. Metamorf natychmiast zaczął intensywnie oddychać przez usta, żeby pozbyć się ohydnego smaku, jednocześnie poruszając zdrętwiałą szczęką oraz rękami i nogami — na ile pozwalały krępujące go więzy. Pierwszy wrócił na swoje miejsce przy ognisku i ponownie zajął się pucowaniem błyszczących stalowych zębów.

— Wygodnie? — zapytał od niechcenia.

— Bywało już lepiej.

— Zapewniam cię, że będzie dużo gorzej… przyjacielu.

Ostatnie słowo zabrzmiało jak przekleństwo.

— Nazywam się Horza.

Pierwszy potrząsnął głową.

— Nie obchodzi mnie, jak się nazywasz. Twoje imię jest nieważne. Ty też jesteś bez znaczenia.

— Od jakiegoś czasu odnoszę właśnie takie wrażenie — przyznał mu rację Horza.

— Naprawdę? — Pierwszy wstał i podszedł do Metamorfa. — Co ty powiesz? — Machnął ręką, w której trzymał stalową szczękę; zęby rozorały lewy policzek Horzy. — Myślisz, że jesteś cwany, co? Myślisz, że uda ci się wywinąć? — Kopnął go w brzuch. Horza zwinąłby się, gdyby mógł. — Widzisz? Naprawdę nic nie znaczysz. Jesteś tylko kawałkiem miecha, jak każdy. Wszyscy jesteśmy miechem, a poza tym… — Pierwszy ponownie kopnął więźnia. — Ból nie istnieje. To tylko procesy chemiczne, elektryczne i różne inne, zgadza się?

— Eee… — wystękał Horza. — Jasne. Oczywiście.

— Świetnie. — Pierwszy uśmiechnął się z satysfakcją. — Pamiętaj o tym jutro. Jesteś tylko kawałem miecha, tak samo jak prorok, tylko że on jest większy od ciebie.

— Więc nie wierzycie w istnienie duszy? — zapytał ostrożnie Horza. Bał się, że sprowokuje Pierwszego do kolejnego kopnięcia, ale ten tylko parsknął śmiechem.

— Pieprzę twoją duszę, znajdo. Módl się, żeby nic takiego nie istniało. Ludzie, których tu widzisz, to Zjadacze, ale są i tacy, którzy żyją tylko po to, żeby być zjadanymi. Ponieważ ty do nich należysz, byłoby dla ciebie lepiej, gdyby dusza nie istniała. — Ponownie wepchnął Horzy do ust cuchnący gałgan i związał mu go z tyłu głowy. — Tak, dusza by ci tylko zawadzała, przyjacielu, ale gdyby jednak okazało się, że ją masz, koniecznie wpadnij tu jeszcze kiedyś, żeby mi o tym powiedzieć. Chętnie się pośmieję.

Niedługo potem adiutant Fwi-Songa uporał się z ostrzeniem zębów, wstał i powiedział coś do Zjadaczy. Po chwili wszyscy znikli w namiotach, zostawiając Horze samego na opustoszałej plaży, wśród dogasających ognisk.

Od strony rafy dobiegał przytłumiony łoskot fal, po niebie powoli przesuwały się gwiazdy, dzienna część orbitala przecinała firmament prostą jasną krechą. Pękaty prom Kultury czekał cierpliwie; wypełnione mrokiem rufowe wejście wyglądało jak otwór bezpiecznej jaskini.

Horza zdążył dokładnie zbadać węzły zaciśnięte na sznurach, którymi go związano. Wyszczuplenie nadgarstków nic by mu nie dało, linka bowiem została niechcący lub celowo namoczona przed użyciem i teraz, schnąc, kurczyła się wyraźnie. Oczywiście mógł zwiększyć wydzielanie kwasu w gruczołach potowych tam, gdzie sznury stykały się z ciałem; warto było spróbować, choć nawet długa noc na Vavatchu była za krótka, żeby ta metoda odniosła zamierzony skutek. Ból nie istnieje, pomyślał z przekąsem. Co za pieprzenie. Obudził się o świcie. Kilku Zjadaczy myło się na przybrzeżnej płyciźnie. Było mu potwornie zimno — nad ranem przyszła chłodna bryza, w dodatku podczas lekkiego transu, w jaki musiał się wprowadzić, by przyspieszyć zmiany w gruczołach potowych, temperatura jego ciała spadła o kilka stopni. Napiął sznury w nadziei, że wyczuje choćby najmniejszy luz albo usłyszy trzeszczenie włókien; nic z tego. Jedynym efektem było bolesne pieczenie skóry na nadgarstkach, podrażnionej przez kwas. Trochę go to zaniepokoiło; jeśli miał udawać Kraiklyna, musiał skopiować również jego linie papilarne, do tego zaś potrzebował nienaruszonej skóry. Zaraz jednak omal nie roześmiał się na głos. Po co zawracać sobie głowę takimi sprawami, jeśli wszystko wskazuje na to, że nawet nie doczeka zmierzchu?

Zaświtała mu myśl o samobójstwie (mógłby do tego użyć zębów jadowych), ale natychmiast ją odrzucił. Dopóki jest nadzieja, choćby najsłabsza, będzie starał się z niej skorzystać. Ciekawe, jak sobie radzą z wojną ludzie Kultury? Przecież muszą liczyć się z tym, że niekiedy trzeba świadomie zdecydować się na śmierć. Co to oznacza dla ich delikatnych, wychuchanych duszyczek? Wyobraził ich sobie podczas bitwy, dokonujących autoeutanazji zaraz po tym, jak padły pierwsze strzały, i uśmiechnął się pobłażliwie.

Idirianie znali śmiertelny trans, ale korzystali z tego rozwiązania wyłącznie w sytuacjach, kiedy okrywali się straszliwą hańbą, kiedy uznali, że dokonali już dzieła całego życia, lub gdy dopadła ich nieuleczalna choroba. W przeciwieństwie do Kultury — i Metamorfów — doświadczali bólu w całości, bez taryfy ulgowej. Metamorfowie uważali ból za częściowo zbędną pozostałość po zwierzęcych początkach ewolucji, Kultura najzwyczajniej bała się go, Idirianie natomiast traktowali z pogardą.

Horza spojrzał nad dwiema długimi pirogami na szeroko otwarte rufowe wrota promu. Na pojeździe przysiadły dwa kolorowe ptaszki i rozpoczęły taniec godowy. Z braku lepszego zajęcia Horza obserwował je w skupieniu. Słońce wznosiło się coraz wyżej, a obozowisko Zjadaczy powoli budziło się do życia. Nad lasem zawisła rzadka mgiełka, wysoko po niebie sunęły nieliczne obłoki. Z namiotu wyszedł Pierwszy, przeciągnął się, ziewnął rozdzierająco, po czym wyjął wielgachny pistolet i wystrzelił w powietrze. Na ten sygnał wszyscy członkowie plemienia przystąpili do codziennych zajęć. Huk wystrzału spłoszył kolorowe ptaszki, które odfrunęły w głąb wyspy. Horza odprowadził je wzrokiem, później wbił spojrzenie w złocisty piasek i skupił na powolnym, miarowym oddychaniu.

— Nadszedł twój wielki dzień, znajdo — poinformował go uśmiechnięty Pierwszy.

Schował pistolet do kabury pod tuniką i podszedł bliżej. Horza nie odpowiedział. Pewnie kolejna uczta na moją cześć, pomyślał. Pierwszy obszedł go powoli dokoła. Metamorf czekał w napięciu, kiedy adiutant proroka odkryje, że postronki zostały częściowo przeżarte przez kwas. Uśmiechnięty Pierwszy pokiwał głową; najwyraźniej nie zauważył nic niepokojącego. Horza natychmiast napiął sznur krępujący mu ręce — bez rezultatu. Więzy były równie silne jak poprzedniego dnia. Pierwszy jeszcze raz skinął głową, po czym odszedł w kierunku łodzi, którą właśnie spuszczano na wodę.

Tuż przed południem, kiedy obładowana rybami piroga zbliżała się do brzegu, od strony lasu przyniesiono nosze z Fwi-Songiem.

— Podarunku morza i powietrza! Darze przebogatego oceanu! Popatrz tylko, jak cudowny czeka cię dzień! — Prorok polecił, by posadzono go przy ognisku naprzeciwko Horzy, i uśmiechnął się promiennie do Metamorfa. — Przez całą noc miałeś okazję zastanawiać się, co przyniesie ci dzień, mimo ciemności mogłeś do woli przyjrzeć się owocom pustki. Widziałeś międzygwiezdne przestrzenie, przekonałeś się na własne oczy, jak wiele jest niczego, jak niedużo czegokolwiek. Teraz tym łatwiej docenisz zaszczyt bycia moim znakiem, moją nagrodą! — Radośnie klasnął w dłonie, a przez jego monstrualne cielsko przebiegło drżenie. Otworzył oczy tak szeroko, że przez chwilę widać było białka. — Ha, jakaż uciecha czeka dzisiaj nas wszystkich! Prorok dał znak, by uczniowie zanieśli go do morza, gdzie umyli go i namaścili.

Horza obserwował przygotowania do posiłku: Zjadacze wypatroszyli ryby, po czym wyrzucili tusze, zatrzymując wnętrzności, płetwy i łby, dodali skorupy żółwi i muszle małży oraz wodorosty i ohydne obślizgłe ślimaki. Dopiero teraz miał okazję się przekonać, jak bardzo są wynędzniali i schorowani. Nie gojące się rany, deformacje kończyn i kręgosłupa, bezustanne pokasływania, łuszcząca się skóra i wypadające włosy — wszystko to świadczyło o fatalnej diecie. Mięso oraz tusze ryb wróciły do morza w wielkich koszach. Nikt nie próbował ukryć ani kawałeczka, nikt nie podniósł do ust nawet najmniejszego skrawka.

Fwi-Song, który sechł na piasku tuż za zasięgiem fal, także przyglądał się rytuałowi wyrzucania żywności do oceanu i z satysfakcją kiwał głową, od czasu do czasu rzucając swojej trzódce słowa zachęty. Wreszcie ponownie klasnął w pulchne dłonie; niebawem znalazł się z powrotem niemal dokładnie naprzeciwko Metamorfa.

— Morski smakołyku! Cudowna przekąsko! — zagulgotał. — Przygotuj się!

Mościł się na noszach, w wyniku czego przez gigantyczne rozlane cielsko przebiegały niespokojne fale. Horza oddychał w przyspieszonym rytmie, szybciej też biło mu serce. Z wysiłkiem przełknął ślinę i po raz kolejny napiął krępujący go powróz. Dwie kobiety oraz Pierwszy rozgarniali już piasek, by dostać się do swoich rytualnych strojów.

Wszyscy Zjadacze niemrawo zgromadzili się półkolem przy ognisku. Ich apatia wywarła na Horzy ogromnie przygnębiające wrażenie; chyba poczułby się lepiej, gdyby zetknął się z otwartą nienawiścią albo sadystyczną radością.

Zebrani zaintonowali monotonną pieśń, Pierwszy zaś posłał Horzy szelmowski uśmiech i razem z dwiema kobietami zaczął owijać się pasami brudnej tkaniny.

— O szczęśliwa chwilo w tych dniach ostatnich! — wykrzyknął Fwi-Song, wzniósłszy ramiona ku niebu. Horze ponownie owionął smród bijący z porozstawianych na piasku naczyń. — Niech to przetworzenie stanie się symbolem każdego z nas! — Prorok z donośnym plaśnięciem złożył ręce w modlitewnym geście. — Niech jego ból stanie się naszą rozkoszą, a nasze pochłonięcie niech będzie aktem ostatecznego pojednania! Obyśmy znaleźli zaspokojenie i nasycili zarówno nasze zmysły, jak i ciała!

Fwi-Song powiedział coś w miejscowym narzeczu i śpiew natychmiast przybrał na sile. Pierwszy w towarzystwie kobiet podszedł do Horzy.

Metamorf poczuł lekkie szarpnięcie z tyłu głowy, po czym przekonał się, że nie ma już knebla w ustach. Adiutant proroka przemówił do kobiet, które pochyliły się nad dużym garnkiem z bulgocącą zawartością. Horza miał wrażenie, że jego głowa nic nie waży; w gardle czuł doskonale znany smak, jakby odrobina kwasu z przegubów jakimś sposobem trafiła na jego język. Po raz kolejny napiął więzy za plecami. Śpiew na zmianę przycichał i narastał, kobiety nalewały do misek cuchnącą breję, pustym żołądkiem Horzy miotały skurcze. Oprócz sposobów dostępnych dla nie-Metamorfów, istnieją dwie metody oswobodzenia się z pęt (tak uczono w Akademii): poprzez oddziaływanie silnego kwasu wydzielanego przez gruczoły potowe w miejscu, gdzie takie działanie może odnieść największy skutek, albo przez drastyczne zmniejszenie obwodu skrępowanych kończyn, umożliwiające wysunięcie ich z pętli.

Horza zacisnął zęby i ponowił próbę.

Nadmierne wydzielanie kwasu prowadzi niekiedy do uszkodzenia znacznych obszarów skóry oraz do poważnego zakłócenia gospodarki chemicznej organizmu. Z kolei z nadmiernym wychudzeniem kończyn łączy się ryzyko drastycznego osłabienia mięśni i kości, wymagające następnie długiego okresu rekonwalescencji.

Pierwszy zbliżał się z drewnianymi klinami, które zamierzał wcisnąć Horzy między zęby. Kilku dorodniejszych Zjadaczy podniosło się z miejsc i zbliżyło nieco, żeby w razie potrzeby przyjść mu z pomocą. Fwi-Song sięgnął za plecy, kobiety szły ku skazańcowi z miskami wypełnionymi parującą cieczą.

— Otwórz szeroko usta, znajdo — powiedział Pierwszy i wyciągnął ręce z klinami. — A może wolisz, żebyśmy zrobili to siłą? Horza zdobył się na jeszcze jeden, straszliwy wysiłek… i ku swojemu zaskoczeniu poczuł, że ma wolną jedną rękę. Pierwszy stanął jak wryty, więc zagięte jak szpony palce Metamorfa nie trafiły go w twarz, tylko zahaczyły o połę rozwianej tuniki. Nim Horza zdążył zacisnąć palce, przyciągnąć Zjadacza i wbić mu paznokcie w ciało, Pierwszy cofnął się gwałtownie, wpadł na jedną z kobiet i wytrącił jej z rąk miskę z breją. Drewniany klin poszybował wysokim łukiem i wpadł w ogień. Horza sięgnął powtórnie, ale nic nie zdziałał, ponieważ dwaj Zjadacze doskoczyli i chwycili go za głowę oraz wolne ramię.

— Bluźnierstwo! — wrzasnął Fwi-Song piskliwie. Lekko oszołomiony Pierwszy z niedowierzaniem obejrzał rozdarte ubranie, po czym wbił w Horze pałające nienawiścią oczy. — Ten nędznik zbezcześcił nasze szaty liturgiczne! — zawodził Fwi-Song.

Dwaj Zjadacze trzymali Horze w zaskakująco silnym uścisku. Pierwszy wyjął spod tuniki ogromny pistolet i zbliżał się, trzymając broń za lufę, jakby to była pałka.

— Panie Pierwszy! — ryknął prorok; jego adiutant zamarł w bezruchu. — Proszę szę czofnącz! Wyprosztujcze mu ramię. Pokażemy łobuzowi, jak posztępujemy z takimi jak on.

W ustach proroka lśniły stalowe zęby — te z dużymi szparami. Pierwszy posłusznie cofnął się o krok, Fwi-Song zaś dał znak jeszcze dwóm Zjadaczom, którzy wystąpili z szeregu, przemocą wyprostowali ramię Horzy, rozczapierzyli mu palce i przywiązali rękę do drąga przy noszach. Metamorf pospiesznie odłączył nerwy czuciowe w dłoni. — Ty paszkudny, wsztrętny pomiocie morza! — zawył Fwi-Song, pochylił się w przód, wsunął dłoń Horzy do ust, zacisnął szczęki i gwałtownie szarpnął głowę do tyłu. Przez chwilę żuł starannie, przyglądając się ofierze spod zmarszczonych brwi. — Szczerze mówiącz, nie jesztesz zbyt szmaczny, podarunku morszkich fal — oznajmił i oblizał usta. — Czekawe, czy…

Zmarszczka na czole jeszcze się pogłębiła. Horza dopiero teraz odważył się spojrzeć na swoją rękę; z palca wskazującego zostały tylko zakrwawione kości połączone ścięgnami. Milczenie przedłużało się, aż wreszcie Pierwszy oderwał nienawistne spojrzenie od skazańca i zerknął na swego pana.

— Czekawe, czy… — powtórzył Fwi-Song, ale znowu przerwał. Wyjął z ust stalowe szczęki, położył je na szmacie obok pozostałych. Jedną pulchną rękę przycisnął do ogromnego brzucha, drugą niezdecydowanie przesunął w okolicach gardła. Pierwszy ponownie wbił wzrok w Horze, który uśmiechnął się szeroko, otworzył kanały jadowe w zębach i zassał porcję trucizny.

— Panie Pierwszy… — wymamrotał prorok. — Wydaje mi się, że… że… — Oczy proroka rozszerzyły się raptownie, przybierając kształt maleńkich owali, twarz zaczęła powoli zmieniać barwę. Teraz głos, pomyślał Horza. Trucizna powinna sparaliżować struny głosowe. — Panie Pierwszy, na pomoc! — Olbrzym chwycił zwał tłuszczu wiszący mu u szyi, jakby zamierzał rozluźnić zbyt ciasno zawiązany szalik. Zaraz potem wepchnął sobie niemal całą rękę do ust, ale Horza wiedział, że jest za późno; mięśnie przewodu pokarmowego były już sparaliżowane, więc nie istniała możliwość wywołania wymiotów. Prorok oczy miał zupełnie okrągłe, twarz szarosiną. — Pomocy! — zaskrzeczał. Zaraz potem z jego gardła zaczęły wydobywać się niezrozumiałe, piskliwe odgłosy. Ogromne cielsko trzęsło się jak w febrze, twarz z sinej stała się niemal fioletowa.

Ktoś wrzasnął przeraźliwie. Pierwszy spojrzał na Horze, podniósł pistolet. Wtedy Metamorf splunął.

Ślina trafiła Pierwszego w twarz i rozbryznęła się łukiem od ust do ucha, zahaczając o oko. Zjadacz zachwiał się i cofnął o krok, Horza zaś napełnił płuca powietrzem i splunął powtórnie; tym razem trafił prosto w oczy. Pierwszy upuścił broń i chwycił się za twarz. Prorok wciąż trząsł się i charczał, wpatrzony przed siebie szeroko otwartymi, nie widzącymi oczami. Metamorf poczuł, jak słabnie uchwyt trzymających go rąk. Krzyczeli już niemal wszyscy zgromadzeni. Horza wykręcił głowę, splunął w oczy jednemu z mężczyzn, a ten wrzasnął przeraźliwie i rzucił się do ucieczki. Fwi-Song siniał nawet poniżej szyi; palcami gmerał nieporadnie przy fałdach podbródka. Jego adiutant osunął się na kolana, zgiął wpół i jęczał rozpaczliwie, na próżno usiłując zetrzeć ślinę z twarzy i pozbyć się przeraźliwego pieczenia w oczach. Horza błyskawicznie ocenił sytuację; Zjadacze ze zdumieniem i przerażeniem obserwowali rozwój wypadków, nie czynili jednak niczego, żeby pomóc swemu panu i władcy. Okazało się też, że jednak nie wszyscy krzyczą — niektórzy wciąż śpiewali, jednak w znacznie szybszym tempie niż przedtem, jakby usiłowali za wszelką cenę dokończyć obrzęd, zanim nastąpi straszliwa katastrofa. Ku swojej uldze spostrzegł, że chociaż powoli i niezdecydowanie, to jednak cofają się w głąb wyspy. Nie czekając, co będzie dalej, szarpnął okaleczoną ręką. Nie była przywiązana aż tak mocno, jak się obawiał.

— Aaaa! — zawył przeraźliwie Pierwszy, podniósł głowę i zaczął ryczeć ze wszystkich sił.

Za drugim albo trzecim szarpnięciem Horza oswobodził ramię, natychmiast sięgnął za plecy i przystąpił do rozsupływania więzów. Brak palca nie ułatwiał mu zadania. Niektórzy Zjadacze śpiewali, inni jęczeli głośno, ale, co najważniejsze, wszyscy cofali się coraz szybciej. Horza zaryczał jak szaleniec — częściowo na nich, częściowo na oporne węzły; kilku nie wytrzymało nerwowo, rzuciło się do ucieczki. Kobieta owinięta bandażami, która wciąż trzymała miskę ze śmierdzącą breją, krzyknęła piskliwie, cisnęła w Metamorfa naczyniem i osunęła się na piasek. Sznur wreszcie zaczął ustępować. Horza uwolnił drugie ramię, potem stopę. Ostrożnie stanął na drżącej nodze; Fwi-Song gulgotał chrapliwie, Pierwszy wył dzikim głosem, miotając się jak zwierzę schwytane w potrzask. Zjadacze uciekali w głąb wyspy, w kierunku promu, albo rzucali się na ziemię. Horza ostatkiem sił wyszarpnął drugą nogę, po czym, zataczając się i potykając, ruszył ku podrygującemu Pierwszemu. Kiedy podniósł wielgachny pistolet, Fwi-Song zagulgotał głośniej niż do tej pory, a następnie zaczął się powoli przechylać na bok. Adiutant zawył jeszcze przeraźliwiej, waląc głową w udeptany piasek;

Horza domyślił się, że jad przeżarł już gałki oczne i dotarł do nerwów. Jednak pomimo straszliwego bólu, Pierwszy zorientował się, że dzieje się coś niedobrego; podniósł głowę i spojrzał w górę, w samą porę, żeby ujrzeć drugim, nie do końca zniszczonym okiem, walące się na niego gigantyczne cielsko. Usiłował odtoczyć się na bok, ale nie zdążył; monstrualny prorok opadł na swego najwierniejszego ucznia jak porowata, nasączona wodą skała, i wgniótł go w piach. Zaraz potem Fwi-Song powoli zamknął powieki. Ręka, którą do tej pory gmerał w okolicach szyi, osunęła się bezwładnie po gigantycznym torsie, opadła na ziemię na skraju ogniska i tam znieruchomiała. Niebawem dało się słyszeć skwierczenie przypalanego tłuszczu. Nogi Pierwszego wybijały szaleńczy werbel na piasku, ale żaden ze Zjadaczy nie mógł podziwiać tego widoku, ponieważ ostatni z nich rączo umykał do lasu, przeskakując nad ogniskami, porozrzucanymi naczyniami i zwalonymi namiotami. Chude owłosione nogi wyprężyły się, zadrżały spazmatycznie, po czym znieruchomiały. Horza dmuchnięciem oczyścił pistolet z piasku, odszedł nieco pod wiatr, żeby nie czuć smrodu przypiekanej ręki proroka, sprawdził broń i rozejrzał się dookoła. Część Zjadaczy spuszczało na wodę obie pirogi, spora gromadka właśnie znikała między drzewami, kilka osób zaś wskakiwało do wnętrza promu.

Rozprostował obolałe kończyny, melancholijnie zerknął na resztki palca, wzruszył ramionami, wetknął pistolet pod pachę, chwycił zdrową ręką za kikut i szarpnął mocno. Rozległ się stłumiony trzask, a chwilę potem kilka zakrwawionych, połączonych ścięgnami kostek trafiło do ogniska.

Przecież ból nie istnieje, pomyślał i czym prędzej ruszył w kierunku promu.

Kiedy ukryci w maszynie Zjadacze zobaczyli, że się zbliża, z wrzaskiem rzucili się do ucieczki. Niektórzy pognali wzdłuż plaży, w nadziei że dogonią odpływające pirogi, inni pobiegli do lasu. Horza zwolnił kroku, żeby przypadkiem nie wpaść na któregoś z nich. Nieufnie zajrzał do wnętrza promu. Ujrzał kilka rzędów siedzeń, światła oraz grodź oddzielającą przedział pasażerski od kabiny pilotów. Ani żywej duszy. Odetchnął głęboko, po czym wszedł po łagodnie wznoszącej się rampie.

— Witaj — rozległ się dość prymitywnie zsyntetyzowany głos. Prom był stary i mocno sfatygowany. Z pewnością został wytworzony przez Kulturę, ale w niczym nie przypominał lśniących nowością, estetycznych produktów, które stanowiły jej chlubę. — Dlaczego ci ludzie uciekli przed tobą?

Horza wzruszył ramionami.

— Nie mam pojęcia. — Był nagi, w jednej ręce ściskał pistolet, drugą miał paskudnie okaleczoną, choć krwawienie już ustąpiło. Przypuszczalnie wyglądał dość przerażająco, ale miał nadzieję, że prom nie jest w stanie tego ocenić. Postanowił udawać ignorancję. — Gdzie jesteś? I kim jesteś?

Rozglądał się z przesadną ciekawością, szczególnie dużo uwagi poświęcając przedniej części pojazdu, gdzie znajdowały się instrumenty kontrolne.

— Jestem promem, a raczej jego mózgiem. Jak się miewasz?

— Nieźle — odparł Horza. — Całkiem nieźle. A ty?

— Dziękuję, bardzo dobrze, biorąc pod uwagę okoliczności. Co prawda wcale mi się nie nudziło, ale miło móc z kimś wreszcie porozmawiać. Świetnie znasz maraiński. Gdzie się nauczyłeś?

— Eee… Na kursie. — Udał, że z zainteresowaniem przygląda się sufitowi. — Słuchaj, nie mam pojęcia, gdzie powinienem patrzeć, kiedy do ciebie mówię…

— Cha, cha! — roześmiał się prom. — Najlepiej tutaj, na przednią grodź. — Horza posłusznie skierował tam spojrzenie. — Widzisz nieduże ciemne kółko pod sufitem? To jedno z moich oczu.

— Aha. — Horza uśmiechnął się i pomachał okaleczoną ręką. — Cześć. Jestem Orab.

— Witaj, Orab. Ja nazywam się Tsealsir. Prawdę powiedziawszy, to tylko część mojego pełnego imienia, ale na pewno wystarczy. Możesz mi powiedzieć, co się tutaj właściwie dzieje? Zakazano mi obserwowania ludzi, których mam uratować, bo podobno mogłoby to niekorzystnie wpłynąć na funkcjonowanie moich obwodów, ale słyszałem okropne krzyki, a zaraz potem wszyscy, którzy się we mnie schronili, uciekli na twój widok. Co masz w ręku? Czy to broń? Jeśli tak, musisz oddać ją na przechowanie. Jestem tu po to, żeby ewakuować ludzi, którzy chcą opuścić orbital przed jego zniszczeniem. Na pokładzie nie może być żadnej broni, bo przecież mogłoby dojść do wypadku, nieprawdaż? Boli cię ten palec? Mój automed jest znakomicie wyposażony. Chcesz z niego skorzystać?

— Świetny pomysł.

— W takim razie bardzo proszę. Znajdziesz go w przednim przedziale, zaraz po lewej stronie drzwi.

Horza ruszył między rzędami siedzeń ku przodowi maszyny. Chociaż bez wątpienia bardzo stary, prom pachniał… nie potrafił określić czym. Chyba sztucznymi tworzywami. Po naturalnych, ale odrażających zapachach, jakie towarzyszyły mu przez minioną dobę, Horza niemal rozkoszował się tą sterylną wonią, mimo że kojarzyła się jednoznacznie z Kulturą, jego największym wrogiem. Podniósł wyżej pistolet i dotknął go, jakby coś przy nim robił.

— Zabezpieczyłem broń — poinformował oko pod sufitem. — Nie mam zamiaru do nikogo strzelać, ale tamci ludzie próbowali mnie zabić, więc czuję się bezpieczniej, kiedy mam ją przy sobie. Chyba mnie rozumiesz?

— Nie bardzo, Orab, chociaż domyślam się, co czujesz. Pamiętaj jednak, że musisz oddać broń przed startem.

— Jasne. Dostaniesz pistolet, jak tylko zamkniesz tylne wrota.

— Z przyjemnością zamknąłbym je, jeśli dzięki temu miałbyś się poczuć bezpieczniej, ale nie mogę. Widzisz, Orab, jestem tu po to, żeby ewakuować ludzi, którzy zechcą opuścić orbital przed jego zniszczeniem, więc każdy, kto tylko ma ochotę, może wejść na pokład. Szczerze mówiąc, nie rozumiem, dlaczego ktokolwiek miałby nie chcieć się ewakuować, ale powiedziano mi, żebym się zanadto nie przejmował, jeśli część ludzi zostanie, chociaż moim zdaniem postąpią bardzo głupio. A co ty o tym myślisz, Orab?

Horza grzebał w automedzie, jednocześnie rozglądając się po krótkim korytarzyku.

— Słucham? Tak, oczywiście. A kiedy ma nastąpić wybuch? Wsadził głowę do kabiny pilotów; na ścianie pod sufitem, tyle że skierowane do przodu, tkwiło identyczne oko jak w przedziale pasażerskim. Horza uśmiechnął się kretyńsko, pomachał ręką i cofnął głowę.

— Ach, to ty! — ucieszył się prom. — Hej! Obawiam się, że będziemy zmuszeni zniszczyć orbital za czterdzieści trzy godziny standardowe, chyba że do tego czasu Idirianie zmądrzeją i zrezygnują z zamiaru przekształcenia go w swoją bazę wojskową.

Horza coś mruknął, z namysłem przyglądając się zarysowi niedużych drzwiczek w ścianie bezpośrednio nad tymi, które musiał otworzyć, żeby dostać się do automeda. Wszystko wskazywało na to, że prom dysponował tylko dwoma wewnętrznymi oczami — jednym w kabinie pilotów, skierowanym ku dziobowi, i drugim, patrzącym w kierunku rufy, w kabinie dla pasażerów. Krótki korytarzyk łączący oba pomieszczenia znajdował się poza ich zasięgiem. Zerknął do tyłu, przez otwarte na oścież wrota; poruszały się tylko wierzchołki odległych drzew oraz dym dogasających ognisk. Dopiero teraz miał czas, żeby przyjrzeć się uważnie pistoletowi. Była to broń palna starego typu, z pociskami ukrytymi w trudnym do zlokalizowania magazynku. Sądząc po wskaźniku, został jeszcze jeden, a może jedenaście nabojów z dwunastu.

— Tak… — westchnął prom. — To rzeczywiście bardzo smutne, ale podczas wojny niekiedy nie sposób uniknąć takich sytuacji. Naturalnie nie chcę przez to powiedzieć, że cokolwiek z tego rozumiem. Bądź co bądź, jestem tylko skromnym promem i znam swoje miejsce. Kiedyś przekazano mnie w prezencie na jeden z megastatków, ponieważ Kultura uznała mnie za przestarzały. Wydaje mi się, że przy odrobinie dobrych chęci mogli mnie zmodernizować, ale nie zrobili tego. Zresztą nieważne. Cieszę się, że znowu mnie potrzebują. Powiadam ci, to cholernie ciężka robota odszukać wszystkich mieszkańców orbitala i w porę zabrać tych, którzy chcą się uratować. Będzie mi przykro, kiedy Vavatch przestanie istnieć, bo przeżyłem na nim wiele szczęśliwych dni. Cóż, tak to już bywa. A co z twoim palcem? Chcesz, żebym go obejrzał? Bądź uprzejmy przejść z automedem do któregoś z pomieszczeń, żebym mógł cię zbadać. Może uda mi się ci pomóc. Oj! Czyżbyś dotykał którejś z pozostałych szafek w korytarzyku? Horza właśnie mocował się z drzwiczkami pod sufitem, usiłując podważyć je lufą pistoletu.

— Skądże znowu! — zaprzeczył i naparł całym ciężarem ciała. — Trzymam się od nich z daleka.

— To dziwne. Wydaje mi się, że coś czuję… Jesteś pewien?

— Całkowicie — zapewnił Horza.

Ponowił próbę i drzwiczki otworzyły się z hukiem, odsłaniając plątaninę kabli, rur, włókien optycznych, przełączników i przekaźników.

— Auu! — zawył prom.

— O kurczę! — wykrzyknął Horza. — Coś je wypchnęło! Pali się!

Chwycił oburącz pistolet, podniósł, starannie wycelował.

— Ogień?! — zaskrzeczał prom z przerażeniem. — To niemożliwe!

— Skretyniała maszyno, czy myślisz, że pomyliłbym dym z czymś innym? — ryknął Horza, po czym nacisnął spust. Siła odrzutu była tak wielka, że zatoczył się na ścianę. Pocisk eksplodował z donośnym hukiem, zagłuszając przeraźliwe zawodzenie promu. Zaraz po wystrzale Horza zasłonił twarz przedramieniem, a teraz ostrożnie wyjrzał zza zasłony.

— Nic nie widzę! — rozpaczał prom.

Z szafki rzeczywiście buchały kłęby dymu. Horza dwoma susami znalazł się w kabinie pilotów.

— Tu też się pali! Dym jest wszędzie!

— Co takiego? To niemożliwe! Przecież…

— Palisz się, idioto! Nie rozumiem, jak możesz tego nie czuć ani nie widzieć. Palisz się!

— Nie wierzę ci! — wrzasnęła maszyna. — Natychmiast odłóż broń, bo…

— Musisz mi zaufać! — Horza rozglądał się gorączkowo po kabinie pilotów w poszukiwaniu sztucznego mózgu promu. Fotele, ekrany, wskaźniki, urządzenia do ręcznego sterowania… i to wszystko. — Pełno tu dymu! — Miał nadzieję, że zabrzmiało to przekonująco.

— Łap gaśnicę! Ja włączam swoją!

Jedna z szafek otworzyła się z łoskotem, Horza wyszarpnął ze schowka opasły cylinder i zacisnął palce na pistoletowym uchwycie. Do kabiny z donośnym sykiem zaczęła się sączyć gęsta biała mgła.

— To nic nie daje! — krzyczał głosem pełnym przerażenia. — Wszędzie pełno czarnego dymu… — Udał, że się krztusi. — Coraz go więcej!

— Skąd się wydostaje? Prędko!

— Zewsząd! Obok twojego oka… spod foteli… znad i spod ekranów…

— I skąd jeszcze? Mów szybko, bo teraz i ja go czuję!

— Zza tablic ze wskaźnikami i… i chyba z bocznych ścian, z tych miejsc, gdzie są wybrzuszenia…

— Co?! — zawył prom. — Po lewej stronie też?!

— Też.

— Gaś to! Natychmiast! Reszta nieważna!

Horza bezzwłocznie odstawił gaśnicę, chwycił oburącz pistolet i wycelował go w lekko wypukłą ścianę po lewej stronie kabiny. Naciskal spust raz po raz, nie zważając na potworny huk, dym i latające wszędzie szczątki.

Kiedy wreszcie zapadła cisza, prom jęknął przeciągle i umilkł. Dym unosił się ku sufitowi wąską strużką, tam zaś łączył się z oparami środka gaszącego, który w postaci rzadkiej mgły wypełniał wnętrze maszyny. Horza jeszcze przez jakiś czas nasłuchiwał w skupieniu, powoli opuścił broń.

— Frajer — mruknął pod nosem.

Dogasił niewielki pożar trawiący resztki mózgu pokładowego, przeszedł na rufę promu, usiadł przy otwartych wrotach i czekał, aż przerzedzi się dym. Ani na plaży, ani na skraju lasu nie pokazał się żaden Zjadacz, pirogi również znikły bez śladu. Gdy uznał, że powietrze nadaje się już do oddychania, odszukał na ścianie niepozorny przycisk i nacisnął go; podniosła się rampa, wrota zatrzasnęły się z hukiem. Metamorf uśmiechnął się triumfalnie.

Wrócił do kabiny pilotów, zasiadł w fotelu i zaczął majstrować przy przyrządach. Kiedy dotknął któregoś z klawiszy na pulpicie w podłokietniku, ekrany i wskaźniki ożyły, a do jego uszu dotarł szum fal. W pierwszej chwili pomyślał, że niechcący otworzył tylne drzwi, ale zaraz się okazało, że dźwięki dobiegają z wewnętrznych głośników. Przez ekrany przesuwały się kolumny liczb, z podłogi jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyrosły stery. Horza, zadowolony z życia jak nigdy, przystąpił do znacznie bardziej skomplikowanych i długotrwałych poszukiwań; potwornie chciało mu się jeść. Drobne owady maszerowały rzędem przez znieruchomiałe na piasku ogromne ciało. Najpierw przystąpiły do wyjadania otwartych, głęboko osadzonych oczu. Nie zwróciły najmniejszej uwagi na prom, który niezbyt pewnie wystartował z plaży, raptownie nabrał wysokości, wykonał mało elegancki zwrot nad wzniesieniem i odleciał, niknąc szybko na tle przedwieczornego nieba.

Interludium w ciemności

Umysł stworzył obraz dający wyobrażenie o jego pojemności informacyjnej. Lubił porównywać zawartość swojej pamięci do kartoteki wypełnionej fiszkami. Gdyby każda fiszka miała powierzchnię stu centymetrów kwadratowych i była pokryta z obu stron pismem kilkumilimetrowej wysokości, wówczas zmieściłoby się na niej około dziesięciu tysięcy znaków. Szuflada metrowej długości pomieściłaby tysiąc fiszek, czyli dziesięć milionów znaków. W niewielkim pokoju, pozostawiając tylko wąskie przejście przez środek, dałoby się upchnąć jakieś tysiąc szuflad; w sumie dawało to dziesięć miliardów znaków.

Na kilometrze kwadratowym powierzchni zmieściłoby się sto tysięcy takich pokoików; tysiąc pięter dałoby budynek wysokości dwóch tysięcy metrów, ze stu milionami pokoi. Gdyby takimi budynkami, stawianymi ściana przy ścianie, pokryć planetę średniej wielkości — jakiś miliard kilometrów kwadratowych — uzyskano by trylion kilometrów kwadratowych powierzchni, sto kwadrylionów pokoi wypełnionych od sufitu do podłogi papierami, korytarze długości trzydziestu lat świetlnych oraz tyle znaków, że na samą myśl o tym prawie każdy dostałby kręćka.

Gdyby tę liczbę wyrazić w systemie dziesiętnym, należałoby do jedynki dopisać dwadzieścia siedem zer, a i tak byłaby to zaledwie drobna cząstka pojemności Umysłu. Aby zapełnić go całkowicie, trzeba by co najmniej tysiąca takich planet — właśnie tyle informacji mogło pomieścić się w jego wnętrzu, w przestrzeni mniejszej niż objętość jednego pokoiku. Co najmniej tysiąc planet… Umysł czekał w ciemności.

Liczył upływające chwile, jednocześnie starając się oszacować, jak długo będzie jeszcze trwało oczekiwanie. Potrafił określić z dokładnością do ułamka sekundy, ile czasu spędził już w tunelach Systemu Dowodzenia; myślał o tym prawie bez przerwy, obserwując nieprzerwane narastanie tej najważniejszej liczby. Była dla niego czymś w rodzaju punktu odniesienia albo maskotką dającą poczucie bezpieczeństwa. Chociaż poważnie uszkodzony, osłabiony, prawie bezradny, dokładnie zbadał labirynt tuneli i jaskiń, by choć na chwilę zapomnieć, że znalazł się tutaj w charakterze uciekiniera. Tam, dokąd nie mógł dotrzeć, wysyłał ostatnią funkcjonującą dronę i za jej pośrednictwem oglądał wszystko, co było do obejrzenia.

Było to nudne, a zarazem przygnębiające i niepokojące. Budowniczowie Systemu Dowodzenia dysponowali ograniczonymi możliwościami technologicznymi; w tunelach zainstalowano wyłącznie urządzenia mechaniczne i elektroniczne. Przekładnie i koła zębate, miedziane przewody, nadprzewodniki, światłowody… Proste, wręcz prymitywne, na pewno nic, co mogłoby zainteresować nawet najbardziej znudzony Umysł. Wystarczyło zerknąć na zgromadzone w podziemiach maszyny, żeby wszystkiego się o nich dowiedzieć: z czego i jak zostały zrobione, a nawet po co. Żadnych tajemnic, żadnych łamigłówek.

Niedokładność wykonania wywoływała głęboki niepokój, prawie lęk Umysłu. Patrząc na mniejsze i większe elementy z tworzyw sztucznych albo metalu, doskonale zdawał sobie sprawę, iż dla budowniczych Systemu Dowodzenia były one przykładami olśniewającej technologicznej precyzji. Tam jednak, gdzie oni widzieli doskonale gładkie płaszczyzny, ostre krawędzie i nienagannie wyprofilowane krzywizny, on, nawet za pośrednictwem uszkodzonych sensorów, dostrzegał mnóstwo niedoróbek i zaniedbań. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że wówczas, kiedy te maszyny i urządzenia powstawały, stanowiły szczytowe osiągnięcia techniki oraz spełniały najważniejsze kryterium funkcjonalności, w niczym jednak nie zmieniało to faktu, iż obecnie nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że są toporne, prymitywne i niesolidne. W związku z tym Umysł nie mógł uwolnić się od niepokoju, tym bardziej że zdawał sobie sprawę, iż będzie musiał skorzystać z tych zabytków, a co gorsza, nawet nawiązać z nimi bliski kontakt.

Zaczął od przygotowania planu postępowania na wypadek, gdyby Idirianom udało się przedrzeć przez Barierę Milczenia i wylądować na planecie. Przede wszystkim uzbroiłby się, a następnie urządziłby sobie kryjówkę. Rzecz jasna, wiązało się to z koniecznością zniszczenia albo przynajmniej poważnego uszkodzenia Systemu Dowodzenia, w związku z czym zamierzał przystąpić do działania dopiero wtedy, kiedy zagrożenie przybierze poważne rozmiary. Wówczas nie pozostanie mu nic innego, jak zaryzykować i narazić się na gniew Dra’Azon. Wcale jednak nie musi do tego dojść; Umysł miał nadzieję, że nie dojdzie. Planowanie swoją drogą, ale wprowadzanie planów w życie to coś zupełnie innego. Jeśli nastąpi kryzys, prawie na pewno pozostanie mu niewiele czasu, w związku z czym należy liczyć się z możliwością, że nie zdoła precyzyjnie wykonać żadnego planu — zwłaszcza że dysponuje już tylko jedną droną. Lepsze jednak to niż nic. Lepiej borykać się z problemami, niż być martwym i nie mieć ich wcale. Jednak oprócz tego istniał jeszcze jeden problem, może mniej palący, za to z pewnością bardziej istotny. Najkrócej dało się go wyrazić w tym oto pytaniu: kim jestem?

Kiedy Umysł dokonywał przeskoku z przestrzeni czterowymiarowej w trójwymiarową, jego wyższe funkcje uległy odłączeniu. Wszystkie informacje, zakodowane w systemie dwójkowym, przechowywał w spiralach złożonych z protonów i neutronów; ponieważ neutrony poza jądrem atomowym i hiperprzestrzenią ulegały degradacji i zamieniały się w protony, w krótkim czasie po wtargnięciu do tuneli Systemu Dowodzenia wszystkie informacje przechowywane przez Umysł przeistoczyłyby się w olśniewającą swoją prostotą wiadomość:

„000000000…” Aby tego uniknąć, zamroził głębsze pokłady pamięci i spowił je w ochronne pola zabezpieczające przed entropią. Wiązało się to z koniecznością dokonywania wszystkich operacji myślowych w przestrzeni trójwymiarowej, a nawet (cóż za wstyd!) wykorzystywania światła do transmisji danych.

Co prawda, Umysł wciąż miał dostęp do zamrożonych pokładów pamięci — ale jak długo to trwało! — jeśli jednak chodzi o myślenie, o bycie sobą… W tej kwestii sprawy miały się zupełnie inaczej. W gruncie rzeczy wcale nie był sobą, tylko przybliżoną kopią, pobieżnie naszkicowanym zarysem niewyobrażalnie złożonej osobowości. Jednocześnie była to jednak najwierniejsza kopia, jaką dałoby się wykonać na tak niewielką skalę, a w dodatku kopia myśląca, w pełni świadoma nawet według najbardziej wymagających kryteriów. Naturalnie w niczym nie zmieniało to oczywistej prawdy, że indeks nie jest tym samym co książka, plan to nie miasto, a mapa to nie to samo co obszar, który został na niej przedstawiony.

W takim razie kim właściwie jest?

Z pewnością nie tym, za kogo się uważa — tak brzmiała niepokojąca odpowiedź. Zdawał sobie sprawę, że obecnie nie potrafi myśleć o wielu sprawach, o których rozmyślał w przeszłości. Czuł się niepełny, zawodny, ograniczony… Po prostu głupi.

Ale trzeba myśleć pozytywnie. Obrazy, wzory, analogie… Trzeba zrobić użytek z tego, czym dysponuje.

Skoro nie jest sobą, trudno. Nie będzie się starał osiągnąć nieosiągalnego.

W porównaniu z dawnym sobą jest czymś takim, jak jego ostania sprawna drona w porównaniu z nim. W związku z tym postanowił uczynić z niej coś więcej niż tylko swoje oczy i uszy, pozostawione na czatach w pobliżu bazy Metamorfów, coś więcej niż wiernego, choć prawie pozbawionego inicjatywy pomocnika w gorączkowych przygotowaniach, które musiałby podjąć w wypadku, gdyby na planecie wylądowali niepożądani przybysze. Coś więcej, a zarazem mniej. Myśl pozytywnie, skoncentruj się na tym co dobre. Sprytnie, prawda? Nawet bardzo.

Błyskotliwa ucieczka ze skleconego w pośpiechu okrętu bojowego stanowiła nie lada wyczyn, szaleńczo odważne posłużenie się napędem nadprzestrzennym tak głęboko w studni grawitacyjnej, chociaż mogło zakończyć się tragicznie, nie wywołało żadnych negatywnych skutków, jeśli natomiast chodzi o przejście z hiperprzestrzeni w przestrzeń trójwymiarową, to należało uznać je za bezprecedensowy majstersztyk, z którym nie mogły się równać nawet najbardziej zuchwałe manewry utrwalone w pokładach jego pamięci. To wszystko jednak w niczym nie zmieniało faktu, że teraz tkwił w pułapce — intelektualnie okaleczony, zaledwie cień dawnego siebie.

Nie miał nic do roboty, tylko czekać i mieć nadzieję, że ten, kto go odnajdzie, okaże się przyjacielem. Kultura na pewno wie, co się zdarzyło. Umysł był przekonany, że jego sygnał trafił do adresata, ale niemal równie pewne było również to, że odebrali go także Idirianie. Raczej nie powinni przypuścić frontalnego ataku, bo z pewnością nie chcieli wywołać gniewu Dra’Azon, co jednak się stanie, jeśli uprzedzą Kulturę i pierwsi zdołają dotrzeć do Systemu Dowodzenia? Całkiem możliwe, iż opanowali już cały sektor wokół Ponurej Głębiny; Umysł doskonale zdawał sobie sprawę, że jeśli wpadnie w ręce Idirian, pozostanie mu do zrobienia tylko jedno, lecz myśl o autodestrukcji niespecjalnie przypadła mu do gustu, i to nie tylko z pobudek osobistych — przede wszystkim nie chciał dokonać żadnych zniszczeń na planecie Schar. Jeśli jednak zostanie tu osaczony, nie będzie miał innego wyjścia. Gdyby zwlekał zbyt długo, Idirianie mogliby znaleźć sposób na uniemożliwienie mu dokonania samozniszczenia. Kto wie, czy nie popełnił błędu podejmując decyzję o ucieczce. Być może, powinien zginąć wraz ze statkiem i w ten sposób oszczędzić sobie zmartwień. Jednak szansa, która się wtedy pojawiła, wydawała się prawdziwym darem niebios: akurat kiedy został zaatakowany, znajdował się zaledwie o krok od Planety Umarłych. Poza tym najzwyczajniej w świecie chciał żyć; wydawało mu się, że gdyby rozpatrywać problem bez emocji, z pozycji niezaangażowanego obserwatora, zrezygnowanie z tak wielkiej szansy trzeba by uznać za karygodne marnotrawstwo. Cóż, teraz i tak nic już na to nie poradzi. Jest tam, gdzie jest, i może tylko czekać. Czekać i myśleć. Rozważać możliwe warianty rozwoju sytuacji (liczne) oraz zastanawiać się nad sposobami reakcji (tutaj wybór był bardzo skromny). Przekopywać się przez pokłady wspomnień i danych w poszukiwaniu wszystkiego, co mogłoby się okazać przydatne. Nigdy nie wiadomo, co się w ten sposób znajdzie. Ot, na przykład dowiedział się, iż jest całkiem prawdopodobne, że Idirianie korzystają z usług Metamorfa, który kiedyś służył w bazie na Scharze. Naturalnie osobnik ów mógł zginąć albo przebywał w jakimś odległym zakątku wszechświata, albo wywiad Kultury popełnił błąd… Jeśli jednak stało się inaczej, to właśnie ten człowiek najlepiej nadawałby się do przeprowadzenia niebezpiecznej samotnej misji w tunelach Systemu Dowodzenia na Planecie Umarłych.

Chociaż u podstaw świadomego istnienia Umysłu leżało przekonanie, że nie ma czegoś takiego jak niewłaściwa lub zbyteczna wiedza, teraz bardzo żałował, że trafił na tę informację. Wolałby nie wiedzieć o istnieniu Metamorfa, który znał Schar jak własną kieszeń i przypuszczalnie służył Idirianom. (Jednocześnie Umysł żałował, że nie wie, jak on się nazywa.)

Przy odrobinie szczęścia żaden z tych faktów nie odegra najmniejszego znaczenia, ponieważ albo Kultura zjawi się pierwsza, albo Dra’Azon zdecydują się mu pomóc, albo… albo zdarzy się jeszcze coś innego.

Umysł czekał w ciemności.

…ale setki spośród tych planet były puste, w setkach milionów budowli, w miliardach pokoików, na dziesiątkach miliardów fiszek nie było nic, po prostu nic, tylko nie zapisane miejsce. (Niekiedy Umysł wyobrażał sobie, że wędruje wąskimi przejściami między regałami, że któraś z jego dron przeciska się z pokoju do pokoju, z piętra na piętro, sunie kilometrami korytarzy, płynie nad zabudowanymi pustyniami, oceanami, lasami, nizinami i górami…) Te trudne do zliczenia martwe planety, te miliardy kilometrów kwadratowych czystego papieru wyobrażały jego przyszłość. Tam właśnie miała zostać zapisana.

Naturalnie pod warunkiem że jej doczeka.

7. Gra w zniszczenie

— Zniszczenie, gra zakazana. Dziś wieczorem, w tym oto ponurym, przykrytym kopułą budynku po drugiej stronie placu zbiorą się gracze nadciągającej zagłady, starannie wyselekcjonowane grono najzamożniejszych psycholi galaktyki, i zasiądą do rozgrywki, która tak ma się do prawdziwego życia jak opera mydlana do prawdziwej tragedii. Znajdujemy się w dwuporcie Evanauth na orbitalu Vavatch, tym samym, który za około jedenaście godzin standardowych przeistoczy się w chmurę kosmicznego pyłu. Stanie się tak dlatego, że wojna między Idirianami a Kulturą osiągnęła kolejne, jeszcze wyższe stadium trwania przy niewzruszonych zasadach za wszelką cenę i bez względu na okoliczności, osiągając jednocześnie kolejne dno zdrowego rozsądku. Nie słynne megastatki ani nie zapierające dech w piersi ogrom i piękno tutejszego oceanu, lecz właśnie zbliżająca się wielkimi krokami katastrofa przyciągnęła na Vavatch te odrażające sępy. Ludzie ci znaleźli się tutaj, ponieważ orbital już niedługo ulegnie zagładzie, oni zaś sądzą, iż w tych okolicznościach gra w zniszczenie — w gruncie rzeczy jest to najzwyklejsza karciana gra wzbogacona o kilka szczegółów mających uczynić ją jeszcze atrakcyjniejszą dla osobników cierpiących na zaburzenia osobowości — nabiera szczególnego, niemal magicznego wymiaru.

Spotykali się już na planetach, którym zagrażało zderzenie z kometą lub meteorem, w kraterach wulkanów na krótko przed erupcją, w miastach, które miały ulec zniszczeniu w wyniku rytualnych bombardowań jądrowych, na asteroidach mknących ku sercom gwiazd, przed czołem lodowców i języków lawy, we wnętrzu statków kosmicznych zbudowanych przez nieznane istoty, zmierzających w kierunku czarnych dziur, w ociekających przepychem pałacach, które lada chwila miały zostać zdobyte i splądrowane przez ogarnięte szaleństwem tłumy… Krótko mówiąc wszędzie tam, gdzie nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby się znaleźć choćby kilka sekund po nich. Cóż, może to i niezwykły sposób szukania podniet, ale przecież w galaktyce aż roi się od przeróżnych dziwaków.

Tym razem ci superbogaci straceńcy zjawili się właśnie tutaj. Obecnie trzeźwieją na pokładach wynajętych liniowców albo własnych statków, niektórzy zaś poddają się operacjom plastycznym lub przeróżnym terapiom (niekiedy obu naraz), które mają umożliwić im funkcjonowanie w normalnym, czy też prawie normalnym społeczeństwie. Bez tych zabiegów, po długich tygodniach albo nawet miesiącach spędzonych na oddawaniu się trudnym do wyobrażenia perwersjom lub przebywaniu w stanie niepojętym dla zwykłego człowieka, szybka adaptacja z pewnością nie byłaby możliwa. W tym samym czasie osobiście lub przy pomocy sług szykują zapasy gotówki oraz przetrząsają szpitale, przytułki i zamrażalnie w poszukiwaniu istnień, dzięki którym będą mogli zasiąść przy stoliku. W ślad za nimi przybywają tłumy kibiców, poszukiwaczy szczęścia, przegranych żądnych rewanżu, pod warunkiem że uda im się zgromadzić wystarczająco dużo gotówki i istnień… a także typowe dla gry w zniszczenie gromady ludzkiego śmiecia: głuptaki, czyli ofiary nadzwyczajnego emocjonalnego napięcia, stanowiącego nieodłączną część rozgrywki, a także hieny, które żerują na okruchach podniecenia i przerażenia pozostawionych przez ich idoli, czyli graczy. Nikt dokładnie nie wie, skąd czerpią informacje o tym, gdzie i kiedy ma się odbyć kolejna rozgrywka, ani w jaki sposób są w stanie dotrzeć na czas; nie ulega jednak wątpliwości, że wiadomość dociera do wszystkich, którzy chcą albo muszą brać udział w spektaklu, i że wszyscy, albo prawie wszyscy, zjawiają się w wyznaczonym miejscu niczym żądne krwi upiory.

Kiedyś w zniszczenie grano właśnie w takich niespokojnych okolicznościach, jako że tylko w sytuacji skrajnego zagrożenia, w sytuacji gdy słowa takie jak prawo i moralność przestają cokolwiek znaczyć, pojawiała się szansa przeprowadzenia rozgrywki w — przynajmniej teoretycznie — bardziej cywilizowanych częściach galaktyki. Wiem, trudno w to uwierzyć, ale gracze uważają, iż oni także są cywilizowani. Obecnie, ponieważ przemiana gwiazdy w nową, eksplozja planety albo inny kataklizm o podobnej skali traktowane są jako metafizyczny symbol śmiertelności wszystkiego, i ponieważ uczestniczące w grze istnienia kwalifikują się wyłącznie spośród ochotników, w wielu miejscach liberalne władze oficjalnie wydają zgodę na zorganizowanie turnieju. Co prawda niektórzy twierdzą, że od kiedy rozgrywkami zainteresowały się środki przekazu, nie jest to już to samo co dawniej, ale ja nadal uważam, iż zniszczenie w dalszym ciągu stanowi rozrywkę dla osobników złych do szpiku kości i szalonych, dla bogatych i beztroskich, ale nie nieostrożnych, dla samotnych, lecz dobrze ustosunkowanych. Zniszczenie wciąż zbiera ofiary, i to nie tylko wśród istnień albo graczy.

Nazwano je najbardziej dekadencką rozrywką w historii ludzkości. Na jego obronę można powiedzieć tylko tyle, że stanowi obsesję wielu zdegenerowanych, groźnych umysłów — bogowie tylko wiedzą, czym by się one zajmowały, gdyby nie poświęciły się bez reszty tej okrutnej grze. Zniszczenie przypomina nam bezustannie (jakbyśmy dobrze o tym nie wiedzieli!), do jak wielkiego okrucieństwa i szaleństwa bywają zdolne dwunożne istoty zbudowane ze związków węgla, od czasu do czasu zaś eliminuje któregoś z graczy i sieje lęk w sercach pozostałych. W naszych szalonych czasach należy być wdzięcznym za każdą, choćby najkrótszą chwilę opamiętania.

Wkrótce przedstawię kolejną relację, tym razem z wnętrza głównej sali, naturalnie pod warunkiem że uda mi się tam dostać. Tymczasem bywajcie i miejcie się na baczności. Z Evanauth na orbitalu Vavatch mówił Sorbole Oko.

Częściowo zamaskowana twarz człowieka stojącego na obszernym, oświetlonym promieniami słońca placu, znikła z miniaturowego ekranu. Horza wyłączył obraz; na ekranie pozostały tylko maleńkie cyferki, odmierzające czas, jaki pozostał do zniszczenia orbitala. Sorbole Oko, jeden z najsłynniejszych humanoidalnych reporterów, szczycący się tym, że potrafi dotrzeć prawie wszędzie, a szczególnie tam, gdzie nie powinien, z pewnością właśnie był zajęty szukaniem możliwości wejścia do sali gier — o ile już tam się nie wślizgnął. Relacja, którą Horza właśnie obejrzał, została zarejestrowana wczesnym popołudniem. Sorbole Oko z pewnością przywdział przebranie; na szczęście Horza zdołał przekupić strażników i dostać się do sali, zanim nadano materiał przygotowany przez wszędobylskiego reportera. Teraz zadanie mogłoby się okazać jeszcze trudniejsze albo wręcz niemożliwe do zrealizowania.

Horza, podobny jak dwie krople wody do Kraiklyna, postanowił udawać głuptaka — jednego z emocjonalnych straceńców, wędrujących za graczami po mrocznych obrzeżach cywilizacji. Na dobrą sprawę nie miał wyboru, ponieważ okazało się, że wszystkie karty wstępu, z wyjątkiem tych na najdroższe miejsca, wyprzedano dzień wcześniej. Z pięciu aońskich kredytek zostały mu już tylko trzy, choć miał jeszcze trochę zapasu na kilku kartach kredytowych, które kupił wcześniej. W miarę zbliżania się chwili zagłady orbitala, pieniądze błyskawicznie traciły na wartości.

Rozejrzał się po ogromnej sali. Siedział w jednym z najdalszych rzędów pnącego się stromo w górę amfiteatru, tuż pod przezroczystą kopułą, przez którą widać było wąską, oświetloną słonecznymi promieniami wstążkę dziennej strony orbitala oraz nieruchome gwiazdy zawieszone w granatowoczarnej pustce; na tym tle niestrudzenie przesuwały się jasne punkciki przylatujących i odlatujących promów (tych ostatnich było znacznie więcej). Wnętrze sali wypełniała leciutka mgiełka, rozjarzona blaskiem ogni sztucznych wybuchających pod przezroczystym sklepieniem. Po przeciwnej stronie amfiteatru stał chór złożony z identycznych humanoidów o beczkowatych klatkach piersiowych i wyjątkowo długich szyjach. Różnili się tylko wysokością emitowanych dźwięków. W pierwszej chwili można było odnieść wrażenie, że to głównie oni są sprawcami wrzawy rozbrzmiewającej w ogromnej budowli; przyjrzawszy się bliżej, Horza dostrzegł w wielu miejscach lekko fosforyzujące, fioletowe krawędzie pól dźwiękowych otaczających mniejsze sceny, na których występowali tancerze, śpiewacy, akrobaci i bokserzy. Odgłosy z tych miejsc wznosiły się pod przejrzystą kopułę, tworząc niezwykłą mieszaninę o trudnym do przeanalizowania składzie.

Widownia, ciasno wypełniająca wznoszący się stromo amfiteatr, przypominała wzburzone morze. Składała się z dziesięciu, a może nawet dwudziestu tysięcy kibiców, w większości ludzi, ale znajdowało się wśród nich także sporo istot o niehumanoidalnych kształtach oraz maszyny i drony. Widzowie stali, siedzieli, leżeli lub przechadzali się, obserwując iluzjonistów, żonglerów, hipnotyzerów, aktorów, mówców, deklamatorów, striptizerki i striptizerów oraz dziesiątki innych artystów, którzy pojedynczo lub zespołowo prezentowali swoje umiejętności. Nad kilkoma największymi lożami rozpięto namioty, w innych poustawiano rzędy wygodnych foteli i szezlongów. Nad scenami rozbłyskiwały różnobarwne światła, unosił się dym, harcowały hologramy i soligramy. Gdzieniegdzie trwały w pozornym bezruchu projekcje skomplikowanych trójwymiarowych labiryntów, miejscami całkiem przejrzyste; w ich wnętrzu poruszały się trudne do zidentyfikowania kształty.

Pod kopulastym sklepieniem trwał spowolniony pokaz akrobatyczny na trapezach. Uczestniczące w nim zwierzęta miały pod koniec spektaklu stoczyć między sobą walkę na śmierć i życie. Horze minęła rozgadana grupka widzów. Były to wyjątkowo smukłe humanoidy w przebogatych szatach z materiału przypominającego oglądane nocą z orbity gigantyczne, rozmigotane niezliczonymi światłami miasto. Ich wysokie głosy chwilami stawały się prawie niesłyszalne, a z plątaniny delikatnych kolorowych rurek, która otaczała ich jaskrawoczerwone i ciemnofioletowe twarze, wydobywały się obłoczki fosforyzującego gazu. Metamorf odprowadził ich wzrokiem. Na rozwianych ni to płaszczach, ni pelerynach mrowie świecących punkcików tworzyło rozdzielony na kilka części wizerunek wielkiej twarzy; wyglądało to tak, jakby obraz był emitowany przez projektor zainstalowany pod sklepieniem sali. Kiedy Horza wciągnął w płuca powietrze zawierające odrobinę rozrzedzonego pomarańczowego gazu, zakręciło mu się w głowie; natychmiast wydał swoim gruczołom polecenie zneutralizowania narkotyku. Zaledwie kilka sekund później mógł bez przeszkód kontynuować obserwacje.

Oko cyklonu było tak małe, że łatwo mogło umknąć uwagi. Znajdowało się nie w centralnej części sali, lecz blisko krawędzi elipsowatego obszaru stanowiącego najniższy poziom areny. Pod parasolem jeszcze nieczynnych reflektorów stał tam okrągły stół, w sam raz taki, aby wokół niego zmieściło się szesnaście obszernych foteli rozmaitych kształtów i wysokości. Fragment stołu przed każdym z nich był pomalowany na inny kolor. Przy blacie zainstalowano szesnaście konsolet z pasami, taśmami i zaczepami, za każdym fotelem natomiast na niewielkiej przestrzeni tłoczyło się po dwanaście krzeseł. Od foteli i stołu oddzielał je niski płotek, znacznie wyższy zaś i dużo bardziej solidny odgradzał je od widowni, na której już gromadzili się milczący widzowie. Najbliższe miejsca zajmowały głównie głuptaki. Wyglądało na to, że gra rozpocznie się z pewnym opóźnieniem, więc Horza usiadł na czymś, co było albo idiotycznie zaprojektowanym krzesłem, albo rzeźbą stworzoną przez artystę pozbawionego choćby odrobiny wyobraźni. Znajdował się w jednym z ostatnich, najwyżej położonych rzędów, skąd roztaczał się widok na całą salę. W pobliżu nie było nikogo. Wsunąwszy rękę pod grubą koszulę, oderwał kawałek sztucznej skóry z brzucha, zgniótł w kulkę i wrzucił do donicy z małym drzewkiem, po czym sprawdził, czy ukryte pod maskującą powłoką karty kredytowe, miniaturowy terminal, kryształy pamięci i niewielki pistolet są na swoich miejscach. Nagle kątem oka dostrzegł jakieś poruszenie: zbliżał się niewysoki, ubrany na czarno człowiek. Mężczyzna zatrzymał się jakieś pięć metrów od Horzy, przez chwilę przyglądał mu się uważnie z przechyloną głową, po czym podszedł bliżej.

— Hej, ty! Chcesz być istnieniem?

— Nie. Odejdź.

Mężczyzna pociągnął nosem i oddalił się bez słowa. Kilka kroków dalej zatrzymał się, pochylił i szturchnął trudny do zidentyfikowania kształt leżący w półmroku. Kształt wyprostował się i Horza ujrzał bardzo piękną kobietę o długich białych włosach i zachwycającej, lecz wyjątkowo smutnej twarzy. Mężczyzna coś do niej powiedział, a ona pokręciła głową. Chwilę potem uczyniła to ponownie, po czym ze zniecierpliwieniem machnęła ręką. Człowiek w czerni ruszył dalej.

Lot promem Kultury przebiegł dość spokojnie. Mimo początkowych kłopotów, Horzy wreszcie udało się nawiązać łączność z systemem nawigacyjnym orbitala, ustalić swoje położenie i wyruszyć na poszukiwania megastatku, a raczej tego co z niego zostało. Zażerając się awaryjnymi racjami żywnościowymi, przeszukiwał kanały informacyjne, aż wreszcie natrafił na doniesienia o katastrowie „Olmedreki”. Na zdjęciach widać było lekko przechylony na burtę i ku rufie megastatek na spokojnym morzu usianym krą i górami lodowymi. Przednia, co najmniej kilometrowej długości część kadłuba tkwiła w gigantycznej barierze lodowej. Wokół jednostki, niczym muchy nad martwym ciałem dinozaura, uwijały się statki powietrzne oraz kilka promów orbitalnych. W komentarzach donoszono o powtórnej zagadkowej eksplozji nuklearnej na pokładzie. W chwili kiedy na miejsce katastrofy dotarły siły policyjne, megastatek był zupełnie pusty. Usłyszawszy tę wiadomość, Horza natychmiast zmienił kurs na Evanauth.

Miał zaledwie trzy aońskie kredytki, więc sprzedał prom za pięć. Cena była śmiesznie niska, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę zbliżającą się wielkimi krokami zagładę orbitala, ale zależało mu na czasie, a poza tym pośrednik, z którym zawarł transakcję, sporo ryzykował: maszyna ponad wszelką wątpliwość stanowiła produkt Kultury, a że mózg pokładowy uległ dewastacji, z dużą dozą prawdopodobieństwa można było przypuszczać, że prom został ukradziony. Dla Kultury dewastacja mózgu kierującego działaniem maszyny równała się morderstwu.

W ciągu zaledwie trzech godzin Horza sprzedał prom, kupił ubranie, kryształy, broń, terminal oraz sporo informacji. Wszystko, z wyjątkiem informacji, było bardzo tanie.

Wiedział już, że na orbitalu, a raczej pod nim, we wnętrzu byłej Specjalizowanej Jednostki Kontaktowej „Granica Wyobraźni”, znajdował się pojazd pasujący jak ulał do opisu „Wiru Czystego Powietrza”. Początkowo trudno mu było uwierzyć, ale wszystko potwierdzało to przypuszczenie. Według agencji informacyjnej, z której usług korzystał, jednostka podobna jak dwie krople wody do „Wiru” przed dwoma dniami została przyholowana do dwuportu Evanauth z uszkodzonym napędem nadprzestrzennym. Działały tylko silniki jądrowe. Niestety, nie udało mu się precyzyjnie ustalić miejsca jej pobytu. A więc „Wir” zdołał jednak ocalić niedobitki Wolnej Grupy Kraiklyna; najprawdopodobniej sterowany zdalnie z megastatku przedostał się nad wewnętrzną część orbitala, zabrał z pokładu wraku resztki załogi, po czym natychmiast spróbował dokonać skoku w nadprzestrzeń, co zakończyło się uszkodzeniem napędu. Horza nie miał pojęcia, kto właściwie ocalał, ale był niemal pewien, że wśród uratowanych jest także sam Kraiklyn; tylko on byłby w stanie za pomocą zdalnego sterowania przeprowadzić statek kosmiczny nad krawędzią orbitala. Miał nadzieję, że spotka Kraiklyna w sali, w której miała się odbyć rozgrywka, w przeciwnym razie zamierzał zaraz potem udać się na poszukiwanie „Wiru”, wciąż bowiem wybierał się na Schar, a najłatwiej mógłby się tam dostać właśnie na pokładzie statku Kraiklyna. Miał nadzieję, że Yalson nic się nie stało, miał też nadzieję, że „Granica Wyobraźni” naprawdę jest zdemilitaryzowana i że w okolicy Vavatcha rzeczywiście nie ma żadnych jednostek Kultury. Minęło już wystarczająco dużo czasu, by jej Umysły odkryły, że „Wir” znajdował się dość blisko „Ręki Boga 137” i że rozbitkowie, a ściśle rzecz biorąc rozbitek z idiriańskiego okrętu bojowego mógł przy odrobinie szczęścia zostać uratowany przez statek Kraiklyna. Rozparł się wygodnie w fotelu — albo na rzeźbie — zamknął oczy i zajął się pozbywaniem fizyczno-umysłowego kamuflażu, który upodobnił go do głuptaka. Musiał znowu wyglądać i myśleć jak Kraiklyn.

Po kilku minutach do jego uszu zaczęły docierać odgłosy świadczące o tym, że w sali coś się dzieje. Błyskawicznie oprzytomniał, otworzył oczy i rozejrzał się dokoła. Białowłosa kobieta podniosła się i niezbyt pewnym krokiem ruszyła w dół po schodach, zamiatając stopnie obfitą suknią z grubego materiału. Horza podążył za nią. Mijając kobietę, wyraźnie poczuł zapach perfum. Nie spojrzała na niego, kiedy ją wyprzedzał, ponieważ była zajęta poprawianiem przekrzywionego diademu.

Nad wielobarwnym stołem zapłonęły światła, natomiast lampy na widowni zaczęły powoli przygasać. Tłum wokół stołu coraz bardziej gęstniał, niemal wszystkie miejsca w lożach były już zajęte. Odziane w czarne płaszcze wysokie postaci poruszały się bezgłośnie w rzęsistym blasku, sprawdzając, czy wszystko jest gotowe do gry. Byli to sędziowie, Ishlorsinami — kompletnie pozbawiona wyobraźni i poczucia humoru, najuczciwsza i niemożliwa do skorumpowania rasa inteligentnych istot zamieszkujących galaktykę. Tylko oni cieszyli się wystarczająco dużym zaufaniem, żeby pełnić funkcje arbitrów podczas gry w zniszczenie.

Horza przystanął przy jednym z niezliczonych straganów, żeby najeść się i napić na zapas. Czekając na realizację zamówienia, obserwował, co dzieje się wokół stołu. Kobieta o białych włosach minęła go bez słowa; udało jej się wyprostować diadem, ale i tak ogólne wrażenie psuła mocno wymięta suknia. Przechodząc obok, z trudem stłumiła ziewnięcie.

Horza zapłacił za jedzenie, po czym ponownie podążył za kobietą.

Im bliżej podłogi sali, tym tłoczniej robiło się na szerokich schodach.

Kiedy wyprzedził ją po raz wtóry, posłała mu podejrzliwe spojrzenie. Dzięki łapówce dostał się na jeden z balkonów, z których roztaczał się najlepszy widok. Założył kaptur i naciągnął go, by ukryć twarz w głębokim cieniu. Nie chciał przedwcześnie zwrócić na siebie uwagi Kraiklyna. Balkon był nieco wysunięty nad usytuowane niżej loże; Horza widział nie tylko stół i elipsoidalną arenę, ale także niemal całą widownię. Po krótkim wahaniu wybrał miękko wyściełany fotel w pobliżu grupy hałaśliwych, ekstrawagancko ubranych trójnogich istot; niemal bez przerwy pokrzykiwały i pohukiwały, na zmianę spluwając do wielkiej donicy ustawionej między lekko kołyszącymi się fotelami.

Ishlorsinami nie stwierdzili żadnych uchybień i oddalili się od stołu. Przygasły kolejne światła, łagodne pole dźwiękowe wyciszyło zgiełk panujący w sali. Większość estrad była już pusta, na kilku pozostałych właśnie kończyły się występy. Tylko wysoko w górze, pod przezroczystą kopułą, trwał spowolniony taniec na trapezach. Ogromne włochate bestie kołysały się dostojnie i ze zdumiewającym wdziękiem szybowały w powietrzu. Za każdym razem, kiedy się mijały, wyciągały kończyny uzbrojone w potężne szpony i bezgłośnie zadawały ciosy. Nikt nie zwracał uwagi na ich zmagania. Horza ze zdziwieniem zauważył białowłosą kobietę; jakby nigdy nic przeszła między fotelami i zajęła najlepsze miejsce tuż przy balustradzie. Nie wyglądała na osobę, która mogłaby sobie pozwolić na taki wydatek.

Na arenę, bez fanfar ani zapowiedzi, wkroczyli gracze prowadzeni przez jednego z Ishlorsinamów. Horza zerknął na terminal: do zagłady orbitala zostało dokładnie siedem godzin standardowych. Uczestników rozgrywki powitały gromkie oklaski, okrzyki oraz pohukiwania (to dała o sobie znać grupka trójnogich spluwaczy). Niektórzy pozdrawiali tłum, inni pozostali całkowicie obojętni. Horza znał albo przynajmniej słyszał tylko o kilku. Byli to: Ghalssel, Tengayet Doy-Suut, Wilgre oraz Neeporlax. Ghalssel dowodził Śmiałkami Ghalssela, chyba najsilniejszą i najlepiej znaną ze wszystkich Wolnych Grup. Ich statek przybył do Evanauth w chwili, kiedy Horza negocjował z pośrednikiem cenę swojego promu; chociaż od doku dzieliło ich co najmniej dziesięć kilometrów, hałas był wręcz niewyobrażalny. Handlarz na dłuższą chwilę zamarł w bezruchu z wybałuszonymi oczami. Horza wolał nie pytać, czy ten potworny łoskot oznacza, że jednostki bojowe Kultury wcześniej niż planowano przystąpiły do niszczenia orbitala, czy też może właśnie wysadzają desant, aby pojmać jego, skradziony prom oraz pechowego pośrednika, który dał się skusić perspektywie łatwego zarobku.

Ghalssel nie wyróżniał się niczym nadzwyczajnym. Był stosunkowo niski i mocno zbudowany, co świadczyło o tym, że pochodzi z planety o sporym ciążeniu, ale wcale nie wyglądał na siłacza. Miał gładko ogoloną głowę i prosty strój — to akurat było dość niezwykłe, ponieważ na co dzień nosił zawsze skafander, ale przepisy gry w zniszczenie zakazywały korzystania z takich ubiorów. Tengayet Doy-Suut był wysoki, ciemnoskóry i ciemnowłosy. Należał do najlepszych graczy w zniszczenie, zarówno pod względem liczby zwycięstw, jak i zdobytych punktów. Przed dwudziestu laty opuścił rodzinną planetę, z którą całkiem niedawno został nawiązany pełen kontakt — tam również był mistrzem w grach, gdzie wszystko zależało od umiejętności blefowania i od zwykłego szczęścia. Zamiast twarzy miał zainstalowaną na stałe maskę z nierdzewnej stali. Ruchome były tylko oczy: pozbawione wyrazu, świecące łagodnym blaskiem klejnoty osadzone w metalu. Maska była matowa, aby nie odbijały się w niej karty.

Wilgre’owi towarzyszył orszak służących. Wyglądało to tak, jakby błękitny olbrzym z Ozhleh, odziany w takąż szatę, toczył się po rampie prowadzącej na podwyższenie, na którym ustawiono stół, popychany przez gromadkę stłoczonych za nim maleńkich ludzi. Gdyby nie falowanie sięgającej niemal do ziemi szaty, trudno byłoby się domyślić, że jednak porusza czterema słoniowatymi nogami. W jednej ręce trzymał duże zwierciadło, w drugiej grubą smycz. Prowadził na niej oślepionego, upiornie białego rogothuyra o łapach zakutych w obręcze z drogocennych metali, z platynowym kagańcem na pysku i szmaragdami wstawionymi w miejsce gałek ocznych. Zwierzę bez przerwy kołysało głową, badając otoczenie ultradźwiękami. Na balkonie niemal dokładnie naprzeciwko tego, na którym zasiadł Horza, wszystkie trzydzieści dwie konkubiny Wilgre’a zrzuciły półprzeźroczyste zasłony i padły na kolana, a zaraz potem na twarze, by oddać hołd panu i władcy. Wilgre łaskawie skinął im zwierciadłem. Chyba wszystkie urządzenia optyczne w sali przynajmniej przez kilka sekund pokazywały jego harem, przypuszczalnie najwspanialszy w całej galaktyce. Neeporlax stanowił niemal całkowite przeciwieństwo rywala. Wysoki, chorobliwie chudy, nędznie ubrany młodzieniec przyciskał do piersi pluszową zabawkę i niepewnie mrużył oczy, oślepiony blaskiem reflektorów. Chłopiec był najprawdopodobniej jednym z dwóch najlepszych graczy w galaktyce, ale zawsze rozdawał wygrane i z pewnością nie stać go było na pokój w lepszym niż przeciętny hotelu. Zżerany chorobami, krótkowzroczny albinos miał kłopoty z trzymaniem moczu i często nie mógł zapanować nad drżeniem głowy, ale jego ręce, kiedy ściskał w nich plastikowe holokarty, były jak wykute z kamienia. Młoda opiekunka pomogła chłopcu zająć miejsce w fotelu, przyczesała mu włosy, pocałowała go w policzek, po czym wycofała się za dwanaście krzeseł ustawionych tuż za plecami fotela. Wilgre cisnął w tłum garść monet; natychmiast wybuchło spore zamieszanie, ponieważ wszyscy wiedzieli, że wśród drobniaków są też monety o sporych nominałach. Przed kilku laty, podczas rozgrywki na księżycu zmierzającym ku czarnej dziurze, rozrzucił wśród widzów równo miliard kredytek, co równało się mniej więcej jednej dziesiątej procenta jego nieprawdopodobnej fortuny. Pewien międzygwiezdny włóczęga, którego nie przyjęto do grona istnień ze względu na to, że miał tylko jedną rękę, za zebrane z podłogi pieniądze kupił sobie planetę. Pozostali gracze także prezentowali się nietuzinkowo, ale, z jednym wyjątkiem, Horza widział ich po raz pierwszy w życiu. Dwóch albo trzech powitano okrzykami i eksplozjami ogni sztucznych, więc przypuszczalnie byli powszechnie znani; inni albo nie cieszyli się szczególną sympatią, albo dopiero zaczynali karierę. Jako ostatni podszedł do stołu Kraiklyn.

Horza uśmiechnął się i odprężył. Co prawda dowódca Wolnej Grupy dokonał kilku tymczasowych zmian na twarzy i przefarbował włosy na kasztanowo, ale to był na pewno on. Miał na sobie jednoczęściowy, jednobarwny strój, był gładko ogolony i ostrzyżony na jeża. Może załoga „Wiru” nie rozpoznałaby dowódcy, ale Horza tak długo studiował nie tylko jego wygląd, lecz także sposób poruszania się, sylwetkę i zachowanie, że zidentyfikował Kraiklyna bez trudu. Jak tylko gracze zajęli miejsca, na salę wprowadzono istnienia i posadzono je na krzesłach za plecami uczestników gry. Tym razem wszystkie istnienia były ludźmi. Większość i tak wyglądała już na półżywych, chociaż nie mieli żadnych rzucających się w oczy fizycznych defektów. Kolejno krępowano ich pasami i wsadzano na głowy lekkie czarne hełmy, zasłaniające całe twarze z wyjątkiem oczu. Prawie wszyscy natychmiast opuszczali głowy, ale nawet ci, którzy tego nie uczynili, nie przejawiali najmniejszego zainteresowania otoczeniem. Główni gracze dysponowali kompletem istnień (niektóre były specjalnie wyhodowane), mniej zamożni natomiast albo nie tak znani, jak na przykład Kraiklyn, musieli szukać chętnych wśród pensjonariuszy więzień i przytułków. Niekiedy istnieniami zostawali członkowie sekty melancholików, ale tutaj Horza nie widział ani jednego charakterystycznego nakrycia głowy lub stylizowanego płaczącego oka.

Kraiklyn zdołał zgromadzić zaledwie trzy istnienia; wszystko wskazywało na to, że nie dotrwa nawet do półmetka. Białowłosa kobieta podniosła się ze swego miejsca przy balustradzie, przeciągnęła, a następnie ze znudzoną miną ruszyła w górę, ku tylnej części balkonu. W chwili gdy znalazła się obok Horzy, na tarasie poziom wyżej wybuchło jakieś zamieszanie. Zatrzymała się i spojrzała w tamtą stronę. Horza także skierował wzrok ku górze; mimo włączonych pól dźwiękowych słychać było czyjeś krzyki, a kilku strażników usiłowało rozdzielić dwie walczące postaci. Tłum utworzył coś w rodzaju miniaturowej areny i z zainteresowaniem śledził zarówno utarczkę, jak i toczące się znacznie niżej przygotowania do gry. Wreszcie uczestnicy zajścia zostali obezwładnieni, ale zatrzymano tylko jednego: był to młody mężczyzna w jasnej peruce, która w wyniku szarpaniny prawie całkiem zsunęła mu się z głowy. Horza mógłby przysiąc, że już go kiedyś widział.

Drugi mężczyzna pokazał stróżom porządku kawałek plastikowej folii, a następnie razem z nimi odprowadził na bok wciąż wrzeszczącego młodzieńca. W drodze do wyjścia wyjął mu zza ucha jakiś mały przedmiot. Kobieta odprowadziła ich wzrokiem, po czym podjęła na nowo wspinaczkę, natomiast widzowie na górnym balkonie natychmiast wypełnili pustą przestrzeń i ponownie skoncentrowali uwagę na ostatnich przygotowaniach do rozgrywki.

Horza nie spuszczał z oka młodej kobiety. Kiedy opuściła balkon, spojrzał wyżej, pod kopułę, na walczące w milczeniu zwierzęta. Ich długa sierść była zlepiona białą gęstą krwią. Za każdym razem, kiedy wahadłowe ruchy trapezów zbliżały je do siebie, obnażały zęby i zadawały ciosy długimi, uzbrojonymi w szpony kończynami, ale ich ruchy były znacznie mniej precyzyjne niż na początku starcia. Horza przyglądał im się jeszcze przez chwilę i przeniósł wzrok na główną arenę. Przygotowania dobiegły końca, gra miała się lada chwila rozpocząć. Gra w zniszczenie była zwykłą karcianą grą: na ostateczny sukces w równej mierze składały się umiejętności, szczęście i zdolność blefowania. Tak bardzo interesującą uczynił ją bynajmniej nie fakt, że gra szła o gigantyczne stawki, ani nawet nie to, że każde przegrane rozdanie kończyło się dla gracza utratą jednego istnienia, lecz wykorzystywanie skomplikowanych, oddziałujących na świadomość, działających dwukierunkowo pól elektronicznych.

W trakcie partii każdy gracz był w stanie wpływać na stan emocjonalny dowolnego uczestnika rozgrywki, a niekiedy nawet kilku jednocześnie. Strach, nienawiść, rozpacz, nadzieja, miłość, życzliwość, zwątpienie, uniesienie, podejrzliwość — dowolne uczucie, dowolne emocje mogły zostać w każdej chwili narzucone rywalowi albo samemu sobie. Z bezpiecznego oddalenia albo nawet z bliska, ale zza zasłony pola mentalnego, gra wyglądała jak raczej mało wyrafinowana rozrywka dla prostaków lub szaleńców. Bez wyraźnego powodu gracz dysponujący najsilniejszymi kartami często tracił wszystko w ciągu kilku sekund, inny, choć pozbawiony jakichkolwiek atutów, w równie krótkim czasie zgarniał całą pulę. Niektórzy nagle wybuchali histerycznym śmiechem, inni zalewali się łzami, posyłali rozkochane spojrzenia największemu wrogowi albo usiłowali zerwać krępujące ich pasy, żeby rzucić się do gardła najlepszemu przyjacielowi. Niekiedy popełniali samobójstwo. Co prawda gracze mieli całkowity zakaz opuszczania miejsc (gdyby któryś z nich to uczynił, czuwający nad przebiegiem gry Ishlorsinam natychmiast pociągnąłby za spust paralizatora), ale mimo to mogli w każdej chwili targnąć się na własne życie. W każdej konsolecie, stanowiącej jednocześnie generator pól wzmacniających i kierunkujących stany emocjonalne, znajdowało się niewielkie wgłębienie, w którym czekała igła; wystarczyło włożyć tam palec, by zastrzyk błyskawicznie działającej trucizny raz na zawsze uwolnił niefortunnego gracza od wszelkich zmartwień. Zniszczenie było jedną z tych gier, w których lepiej było nie mieć zbyt wielu wrogów. Tylko jednostki o niezwykle silnej woli potrafiły oprzeć się samobójczemu impulsowi podsyconemu skoncentrowanym działaniem myśli kilku graczy.

Na koniec każdego rozdania całą pulę zgarniał ten, kto zgromadził najwięcej punktów, ci zaś, którzy uczestniczyli w licytacji, ale przegrali, tracili po jednym istnieniu. Jeżeli nie mieli już istnień albo jeśli zabrakło im pieniędzy, odpadali z gry. Teoretycznie gra dobiegała końca, kiedy przy stole pozostał tylko jeden jej uczestnik dysponujący jeszcze pieniędzmi lub istnieniami, w praktyce jednak kończyła się znacznie wcześniej, jak tylko wszyscy gracze — z wyjątkiem jednego, ma się rozumieć — doszli do wniosku, że dalszy udział zakończy się dla nich katastrofą. Rzecz jasna, najbardziej interesujące były finałowe rozdania, kiedy gra toczyła się o największą stawkę, a dla niektórych nawet o wszystko. W takich sytuacjach najwięcej zależało od zimnej krwi, lecz choć każdy o tym wiedział, mnóstwo graczy przeceniało swe siły i ponosiło sromotną klęskę, usiłując przechytrzyć lub przetrzymać przeciwników.

Z punktu widzenia publiczności największą atrakcję stanowił fakt, że im bliżej stało się konsolety któregoś z graczy, tym wyraźniej doświadczało się tych samych co on uczuć. W ciągu kilkuset lat, jakie minęły od chwili, kiedy gra w zniszczenie stała się tak popularna, wytworzyła się cała subkultura żerująca na tych nienaturalnie silnych, podawanych z drugiej ręki emocjach. Ludzi tych nazywano głuptakami. Istniało wiele grup ściśle powiązanych z grą; gracze byli zaledwie jedną z nich, choć bez wątpienia najsłynniejszą i najzamożniejszą. Głuptaki mogły sycić się swym pokarmem w wielu zakątkach galaktyki, lecz tylko podczas rozgrywki „na całość”, w atmosferze zagrożenia i w obliczu nieuniknionej zagłady doświadczali najsilniejszych, najwyżej cenionych podniet. Kiedy Horza przekonał się, że najtańszy bilet kosztuje dwa razy więcej, niż udało mu się wytargować za prom, postanowił udawać jednego z tych nieszczęśników. Nikogo nie dziwił głuptak czyniący wszystko co w jego mocy, żeby dostać się w pobliże graczy, a w dodatku przekupienie strażnika okazało się znacznie mniej kosztowne, niż przypuszczał.

Autentyczne głuptaki tłoczyły się w szesnastu grupach za ogrodzeniem oddzielającym ich od istnień. Spoceni, zdenerwowani, podekscytowani — prawie sami mężczyźni — starali się za wszelką cenę dotrzeć jak najbliżej swoich wybrańców.

Horza obserwował ich, podczas gdy główny sędzia rozdawał karty. Głuptaki podskakiwały i wspinały się na palce, pilnowani przez strażników w hełmach zabezpieczających przed działaniem emiterów, z paralizatorami w dłoniach.

— …Sorbole Oko… — powiedział ktoś w pobliżu. Horza odwrócił się i na sąsiedniej otomanie zobaczył chudego jak patyk mężczyznę, który rozmawiał z sąsiadem, wskazując na taras, gdzie niedawno wybuchło zamieszanie. Chwilę potem do uszu Horzy doszło słowo „złapali” i kilkakrotnie powtórzone imię reportera. Przemknęło mu przez głowę, że teraz, kiedy Sorbole Oko został schwytany i usunięty z sali, strażnicy najprawdopodobniej nieco zmniejszą czujność. Ponieważ gracze wzięli karty do rąk, przestał sobie zawracać głowę niefortunnym sprawozdawcą, tylko skoncentrował uwagę na głównej arenie.

Od najbliższego gracza — była to kobieta, której nazwisko co prawda usłyszał, ale zaraz potem zapomniał — dzieliło go pięćdziesiąt metrów. Podczas pierwszej rozgrywki docierały do niego tylko bardzo słabe echa jej doznań i emocji, niemniej jednak nawet to sprawiało mu sporą przykrość, więc sięgnął do niewielkiego pulpitu zainstalowanego przy fotelu i włączył pole ekranujące. Gdyby zechciał, mógłby zastąpić tę emisję dowolną inną; chociaż wrażenie byłoby znacznie słabsze od tego, jakie stawało się udziałem głuptaków, i tak z pewnością zdołałby nabrać wyobrażenia o przeżyciach graczy oraz istnień. Większość widzów na balkonie korzystała z tej możliwości, przeskakując z kanału na kanał, żeby zorientować się w stanie rozgrywki. Horza zamierzał nieco później skupić się na przeżyciach Kraiklyna, tymczasem natomiast zależało mu na oswojeniu się z ogólną atmosferą. Kraiklyn nie ryzykował; z pierwszej licytacji wycofał się na tyle wcześnie, żeby na pewno nie stracić istnienia. Biorąc pod uwagę, jak niewielki miał ich zapas, była to najlepsza strategia aż do chwili, kiedy dostałby naprawdę mocne karty. Horza obserwował go uważnie. Kraiklyn kilka razy nerwowo zwilżył wargi i otarł pot z czoła. Metamorf postanowił, że po następnym rozdaniu podłączy się na chwilę do wzmacniacza emocji dowódcy „Wiru”, by sprawdzić, co dzieje się w jego głowie.

Z pierwszej rozgrywki zwycięsko wyszedł Wilgre, który pomachał wiwatującemu na jego cześć tłumowi. Kilku głuptaków już straciło przytomność, natomiast w drugim końcu sali wściekle parsknął uwięziony w klatce rogothuyr. Pięciu graczy straciło po jednym istnieniu; pięciu ludzi siedzących ze zwieszonymi głowami na krzesłach nagle zawisło bezwładnie na podtrzymujących ich pasach. Zabójcze uderzenie fal porażających system nerwowy było tak silne, że nawet sąsiedzi nieszczęśników oraz gracze, do których należeli, szarpnęli się gwałtownie.

Ishlorsinami odwiązali zwłoki i wynieśli je z sali. Pozostałe istnienia szybko ponownie opuściły głowy. Co prawda Ishlorsinami twierdzili, że zawsze dokładnie sprawdzają, czy wszyscy kandydaci na istnienia rzeczywiście zgłaszają się dobrowolnie, oraz że łagodny narkotyk, który jest im aplikowany, ma za zadanie tylko nie dopuścić do wybuchów histerii, niemniej jednak krążyło sporo plotek o różnych pechowcach, którzy zostali podstępem zwabieni w pułapkę, a także o wcale nie mniejszej liczbie spryciarzy, którzy pozbyli się nieprzyjaciół hipnotyzując ich albo pozbawiając przytomności, a potem zgłaszając w charakterze ochotników.

Na początku drugiego rozdania, zaraz po tym, jak Horza podłączył się do emitera Kraiklyna, białowłosa kobieta wróciła na swoje miejsce przy balustradzie i ze znudzoną miną ułożyła się na otomanie. Skromna wiedza, jaką Horza dysponował na temat strategii zniszczenia oraz zasad punktacji, nie pozwoliła mu dokładnie śledzić przebiegu gry (większość widzów, w tym gromadka hałaśliwych trójnogich istot, z zapałem analizowała przebieg końcówki poprzedniej partii, nie poświęcając zbyt wiele uwagi początkowi kolejnej), ale dzięki temu mógł skupić uwagę na śledzeniu myśli i emocji Kraiklyna. Dowódcę „Wiru Czystego Powietrza” atakowano z kilku stron, ale niektóre sygnały były sprzeczne, co świadczyło o tym, że nie zawiązała się przeciwko niemu żadna koalicja. Sympatia dla Wilgre’a… Z tymi czterema zabawnymi nóżkami na pewno nie stanowi żadnego zagrożenia… Zwykły pajac, chociaż taki bogaty… Inna sprawa z kobietą po prawej: obnażona do pasa, bez piersi, z pochwą rytualnego miecza… Trzeba mieć ją na oku… Nic nie ma znaczenia, wszystko jest grą… Jeśli się nad tym zastanowić, wszystkie karty są do siebie bardzo podobne… Równie dobrze można by je wszystkie cisnąć w powietrze… Już chyba moja kolej… Najpierw trzeba załatwić tę płaską wiedźmę… Cholera, gdyby tylko podeszła mi karta… Horza przerwał połączenie; nie był pewien, czy słyszy tylko myśli Kraiklyna, czy kobiety, czy może kogoś innego. Powrócił znacznie później, kiedy kobieta wypadła już z gry i z zamkniętymi oczami siedziała odchylona do tyłu w fotelu. (Zerknąwszy na białowłosą, stwierdził, że co prawda śledzi przebieg gry, ale jedną nogę ma przewieszoną przez oparcie otomany i kołysze nią od niechcenia, jakby zirytowana powolnym albo mało interesującym rozwojem sytuacji.) Kraiklyn był w wyśmienitym nastroju — dzięki chytrym zagraniom pozbył się paskudnej jędzy. Rozpierały go duma i uniesienie. Oto jest tutaj, w centrum uwagi wielotysięcznego tłumu, przy jednym stole z najlepszymi graczami galaktyki! On, właśnie on (wewnętrzna blokada nie pozwoliła mu przywołać z najgłębszych pokładów pamięci prawdziwego imienia), i radzi sobie całkiem nieźle. Szczerze mówiąc, w tym rozdaniu podeszła mu karta, a że sytuacja rozwija się po jego myśli, powinien chyba coś zgarnąć… Nareszcie, po kilku niepowodzeniach… Nagle: Skoncentruj się na grze, idioto! Myśl o tym, co masz teraz zrobić! Tak, oczywiście. Zastanówmy się… A może by tak szturchnąć tego wielkiego niebieskiego osła… Horza ponownie przerwał połączenie. Był cały mokry od potu. Do tej pory nie uświadamiał sobie, jak intensywne i realistyczne są doznania podczas rozgrywki. Czuł się niemal tak, jakby był w głowie Kraiklyna, a przecież i tak było to nic w porównaniu z doznaniami graczy, istnień oraz zgromadzonych za ich plecami głuptaków. Tamto musiało chyba graniczyć z fizycznym bólem. Dopiero teraz zaczął rozumieć, na czym polega główna atrakcja gry w zniszczenie i dlaczego niektórzy za jej sprawą tracili zmysły. Chociaż sam nie znajdował w tym żadnej przyjemności, poczuł przypływ szacunku dla człowieka, którego zamierzał niebawem zastąpić, a najprawdopodobniej także zabić. Co prawda część emocji atakujących Kraiklyna stanowiła odbicie jego własnych uczuć i doznań, wszystkie istnienia natomiast oraz większość głuptaków była bezustannie zalewana falami zupełnie obcych myśli, to jednak i tak trzeba było niezwykle twardego charakteru i sporych umiejętności, żeby nie tylko zachować zdrowe zmysły, ale jeszcze zmusić się do logicznego myślenia. Horza poczuł, że zaczyna ogarniać go fascynacja. Jak wytrzymują to głuptaki? — przemknęło mu przez głowę, kiedy wyłączał pole ekranujące. Uważaj, pomyślał zaraz potem. Kto wie, czy nie zaczynali właśnie od tego? Dwa rozdania później Kraiklyn przegrał po raz pierwszy, podobnie jak Neeporlax. Kolejne zwycięstwo odniósł Suut, którego stalowa twarz lśniła w blasku bijącym od stosu aoińskich kredytek. Kraiklyn siedział skulony w fotelu; wyglądał — i czuł się — jak trup. Kiedy zginęło jego pierwsze istnienie, szarpnął się i skrzywił boleśnie. Niemal tak samo zareagował Horza.

Metamorf natychmiast przerwał połączenie i sprawdził czas. Nie minęła jeszcze nawet godzina od chwili, kiedy wszedł do sali. Co prawda na niskim stoliku przy fotelu czekał poczęstunek, niemniej jednak Horza podniósł się z miejsca i przeszedł na ogólnodostępny podest, gdzie ustawiono kramy z przekąskami i napojami. Strażnicy sprawdzali bilety. Posuwali się naprzód powoli, nikogo nie pomijając. Horza udawał, że patrzy obojętnie przed siebie, ale ukradkiem zerkał na boki. Jeden ze strażników zatrzymał się kilka kroków przed nim, przy powietrznym łożu, na którego wonnej, powietrznej poduszce rozłożyła się dość zaawansowana wiekiem kobieta o obnażonych, zbyt szczupłych nogach. Obserwowała rozgrywkę z szerokim uśmiechem na twarzy i w takim skupieniu, że odwróciła głowę dopiero wtedy, kiedy kontroler zagadnął ją po raz trzeci. Horza natychmiast przyspieszył kroku, żeby ich minąć, kiedy strażnik będzie zajęty sprawdzaniem biletu kobiety. Niestety, przeliczył się, ponieważ machnęła biletem od niechcenia, strażnik zaś wyprostował się i zastąpił drogę Horzy.

— Czy mogę zobaczyć pański bilet?

Kontroler okazał się młodą kobietą o okrągłej, nalanej twarzy.

Horza zmarszczył brwi i podrapał się z zakłopotaniem za uchem.

— Przykro mi, ale zostawiłem go na balkonie. Za chwileczkę wracam; zechce pani wtedy go obejrzeć? Proszę mi wybaczyć, ale trochę się spieszę. — Przestąpił z nogi na nogę i przycisnął rękę do podbrzusza. — Ostatnie rozdanie było tak ciekawe, że nie mogłem się oderwać, a że przedtem trochę za dużo wypiłem, więc sama pani rozumie… Wciąż to samo. Chyba nigdy nie zmądrzeję. Zaraz będę z powrotem, dobrze? Uśmiechnął się boleśnie i ponownie przestąpił z nogi na nogę. Strażniczka spojrzała na balkon, który Horza wskazał jej ruchem głowy.

— W porządku. Przyjdę do pana później, ale na przyszłość proszę zawsze mieć bilet przy sobie. Ktoś może go panu ukraść.

— Tak, oczywiście. Ogromnie pani dziękuję.

Uśmiechnął się z wdzięcznością i odszedł szybkim krokiem w kierunku toalet. Na wypadek gdyby strażniczka go obserwowała, wszedł do sterylnie białego pomieszczenia, umył ręce i twarz, przez chwilę słuchał dobiegającego zza ściany śpiewu pijanej kobiety, po czym wyszedł innymi drzwiami i wreszcie coś zjadł. Następnie za sporą łapówkę dostał się na jeszcze obszerniejszy i lepiej usytuowany balkon niż ten, na którym siedział do tej pory. Miejsca były tutaj znacznie droższe, przede wszystkim ze względu na to, iż tuż obok znajdowała się loża konkubin Wilgre’a. Co prawda wysoka ściana z delikatnie opalizującego materiału chroniła je przed natrętnymi spojrzeniami, ale upajająca woń ich ciał była doskonale wyczuwalna. Nie dość, że oszałamiająco piękne i atrakcyjne dzięki genetycznym manipulacjom, nałożnice Wilgre’a wytwarzały także gigantyczne ilości feromonów o wybitnie afrodyzjakowym działaniu. Horza nawet się nie spostrzegł, kiedy dostał wzwodu i oblał się potem. Większość otaczających go kobiet i mężczyzn znajdowała się w różnych stadiach seksualnego podniecenia, ci zaś, których nie interesował przebieg gry, z dużym zaangażowaniem oddawali się wstępnym pieszczotom albo nawet spółkowali, zapomniawszy o całym świecie. Horza uruchomił układ odpornościowy i lawirując między porozrzucanymi w nieładzie ubraniami, dotarł w pobliże barierki. Pięć ustawionych tam foteli było pustych — dwaj mężczyźni i trzy kobiety tarzali się nago po podłodze. Horza usiadł w jednym z foteli. Z plątaniny gołych ciał wychynęła się na chwilę kobieta, obrzuciła Metamorfa namiętnym spojrzeniem.

— Rozgość się. Gdybyś miał ochotę się przyłączyć, wiesz, gdzie nas szukać… — wyszeptała, po czym jęknęła głośno, przymknęła powieki i znowu znikła w kłębowisku.

Horza potrząsnął z niesmakiem głową, zaklął pod nosem i opuścił balkon. Próba odzyskania pieniędzy od człowieka przy wejściu tylko naraziła go na śmieszność.

Ostatecznie usadowił się na wysokim stołku przy barze, gdzie przyjmowano także zakłady. Zamówił szklankę z łagodnym narkotykiem i postawił niewielką sumkę na Kraiklyna; w tym czasie jego organizm pracowicie pozbywał się resztek oszałamiających feromonów. Niebawem puls wrócił do normy, uspokoił się oddech, ustąpiło wzmożone pocenie. Horza niespiesznie pociągał ze szklanki i patrzył, jak Kraiklyn przegrywa dwa razy z rzędu, przy czym za pierwszym razem wycofał się na tyle wcześnie, że nie stracił istnienia. Zostało mu już tylko jedno. Co prawda gracz miał prawo postawić na szali własne życie, niemniej jednak zdarzało się to bardzo rzadko, a już prawie nigdy w przypadkach takich jak ten, kiedy najlepsi gracze galaktyki spotykali się z pretendentami do tego miana. Decydujący głos zawsze należał do sędziów. Dowódca „Wiru Czystego Powietrza” nie ryzykował. Wycofywał się z kolejnych licytacji na tyle wcześnie, żeby nie stracić istnienia, czekając na kartę, która dałaby mu stuprocentową pewność zwycięstwa. Horza jadł, pił, wdychał narkotyczne opary oraz spoglądał na taras, na którym siedział wcześniej, ale w panującym tam półmroku nie zdołał dostrzec kobiety o białych włosach. Od czasu do czasu zerkał także w górę, na walczące zwierzęta. Wycieńczone, poruszały się bez dawnej gracji, ograniczając się do niemrawych machnięć potężnymi kończynami. Krople białej krwi spadały spod kopuły niczym płatki śniegu i rozpryskiwały się na niewidzialnej powierzchni pola siłowego kilkanaście metrów nad głowami widzów.

Istnienia ginęły kolejno, gra toczyła się dalej, czas — zależnie od punktu widzenia — pędził jak szalony albo wlókł się niemiłosiernie. W miarę jak zbliżał się termin zagłady orbitala, rosły ceny przekąsek i napojów. Przez przezroczystą kopułę widać było odlatujące promy. Przy barze wybuchło jakieś zamieszanie, więc Horza oddalił się, zanim na miejsce zdarzenia przybyli stróże porządku. Przeliczył pieniądze; zostały mu dwie aoińskie kredytki oraz mniej więcej drugie tyle na kartach magnetycznych, z których jednak coraz trudniej było korzystać, ponieważ komputerowa sieć orbitala stopniowo przestawała działać.

Przystanął w przejściu między balkonami, oparł się o barierkę i śledził przebieg kolejnej rozgrywki. Stawce zawodników przewodził Wilgre, ale Suut deptał mu po piętach. Obaj stracili tyle samo istnień, lecz niebieski olbrzym zgromadził więcej pieniędzy. Dwóch pretendentów już odpadło z gry, w tym jeden, który na próżno usiłował przekonać sędziów, żeby pozwolili mu zastawić własne życie. Kraiklyn jeszcze siedział przy stole, ale, sądząc po wyrazie jego twarzy, którą Horza widział przez chwilę na dużym ekranie nad barem, szło mu nie najlepiej.

Metamorf niecierpliwie obracał w palcach aoińską kredytkę; nie mógł się doczekać końca gry albo chwili, kiedy Kraiklyn ostatecznie się wycofa. W pewnej chwili moneta przykleiła mu się do dłoni. Spojrzał na nią. Miał wrażenie, że zagląda do nieskończenie długiej rurki, u wylotu której znajduje się silne źródło światła. Gdyby wpatrywał się w nią dłużej, z pewnością doznałby zawrotu głowy. Aoińczycy byli rasą bankierów, kredytki zaś były ich największym wynalazkiem. Stanowiły praktycznie jedyny powszechnie akceptowany środek płatniczy w galaktyce; każda z nich mogła zostać w każdej chwili wymieniona na ściśle określoną ilość dowolnego stabilnego pierwiastka, prawo własności do części powierzchni jakiegokolwiek wolnego orbitala albo komputer o ustalonej prędkości działania i pojemności pamięci. Aoińczycy, którzy byli gwarantami wymienialności, jeszcze nigdy nie złamali słowa i choć różnice kursów wahały się niekiedy znacznie bardziej niż dopuszczały oficjalne normy — szczególnie po wybuchu wojny między Idirianami i Kulturą — to jednak zarówno teoretyczna, jak i praktyczna wartość tej waluty na tyle łatwo dawała się przewidzieć, że kredytki nadal stanowiły najlepsze zabezpieczenie na burzliwe, niepewne czasy. Jeśli wierzyć plotkom, największe ich zapasy zgromadziła Kultura, oficjalnie zwalczająca koncepcję obrotu pieniężnego. Horza wątpił, żeby w tych pogłoskach było choćby ziarno prawdy; podejrzewał nawet, że są rozpuszczane właśnie przez Kulturę.

Rozmyślania przerwał mu widok Kraiklyna, który pochylił się w fotelu i dorzucił garść monet do sporego stosu zgromadzonego na środku stołu. Horza pospiesznie przepchnął się do najbliższego kantoru, wymienił jedną z kredytek na osiem setek (prowizja w wysokości dwudziestu procent była astronomicznie wysoka nawet jak na zwyczaje obowiązujące na Vavatchu), po czym natychmiast wydał część pieniędzy na łapówkę, która pozwoliła mu wejść na najbliższy taras i zająć miejsce w jednym z pustych foteli. Jak tylko usiadł, zajrzał do myśli Kraiklyna.

— Kim jesteś? — wybuchło mu w głowie pytanie.

Wrażenie było niesamowite: nagłe zawirowanie, wielokrotnie wzmocnione zachwianie równowagi, jakie powstaje wówczas, kiedy ktoś zbyt długo wpatruje się w prosty, ale regularny wzór; po pewnym czasie mózg nie potrafi określić prawdziwej odległości od wzoru, dystans pozornie zwiększa się, nierzeczywista przestrzeń zdaje się wysysać oczy, napinać mięśnie, rozciągać nerwy. Trudno nazwać to zawrotem głowy — raczej utonięciem, zapadnięciem i walką. Kim jesteś? (Kim jestem?) Kim jesteś?

Łup, łup, łup! Ryk ognia zaporowego, huk zatrzaskiwanych drzwi, atak i bezruch, implozja i eksplozja, wszystko naraz. Zwykły przypadek. Drobny błąd. To się zdarza. Gra w zniszczenie i szpieg naszpikowany najnowszymi osiągnięciami technologii… Nadzwyczaj niefortunna kombinacja. Zupełnie jak dwie nieszkodliwe substancje, które po zmieszaniu dają… Sprzężenie zwrotne, skowyt jakby bólu, coś pęka…

Umysł między lustrami. Tonie w morzu własnych odbić (znowu coś pęka), przelatuje na wylot. Część jego wnętrza zanika (czyżby ta, która nie spała?). Tak? Nie? Krzyk z głębi, z otchłani, coraz słabszy:

Metamorf! Metamorf!. Metamo…

Ucichł, zamienił się w szept leniwego wiatru głaszczącego nagie gałęzie drzew podczas przesilenia dnia z nocą w samym środku mroźnej zimy, w najdalszym, martwym zakamarku duszy. Już wie…

(Zacznij od początku.)

Ktoś wie, że pewien człowiek siedzi w fotelu w wielkiej sali… w mieście na… na wielkim sztucznym tworze, któremu grozi zagłada… I że ten człowiek uczestniczy w niebezpiecznej grze (stawką jest śmierć). Człowiek jeszcze żyje i oddycha, ale jego oczy są ślepe, a uszy głuche. Pozostał mu tylko jeden zmysł, głęboko ukryty, uodporniony.

Szept: Kim jestem?

Zdarzył się drobny wypadek (życie jest ciągiem właśnie takich wypadków; ewolucja zależy od kierunku, jaki przybiorą przypadkowe zniekształcenia; wszelki proces jest funkcją omyłek)… A on (zapomnij, kim jest, zaakceptuj to bezimienne określenie przynajmniej do chwili, kiedy równanie zostanie rozwiązane)… a on jest właśnie tym człowiekiem w fotelu w sali na ogromnym sztucznym tworze, człowiekiem zapadniętym do wnętrza siebie… i jeszcze kogoś. Dublera, kopii, udawacza…

Coś nie tak z tą teorią.

(Zacznij jeszcze raz.)

Wprowadź ład.

Znajdź przesłanki, punkty odniesienia, cokolwiek, na czym mógłbyś się oprzeć.

Wspomnienie podziału komórek oglądanego w omsknięciu czasu, sam początek samodzielnego, choć ciągle zależnego życia. Zatrzymaj ten obraz.

Słowa (nazwy); trzeba słów.

Jeszcze nie, ale… Coś o przenicowaniu. Jakieś miejsce.

Czego szukam?

Umysłu.

Czyjego?

(Milczenie.)

Czyjego?

(Milczenie.)

Czyjego?

(Milczenie.)

(…Zacznij jeszcze raz…)

Słuchaj. To wstrząs. Zostałeś trafiony, i to mocno. To tylko szok, wyjdziesz z tego.

Jesteś graczem (podobnie jak my wszyscy)… A jednak wciąż coś nie tak, czegoś za wiele i za mało. Myśl o kluczowych błędach, myśl o dzielącej się komórce, tej samej i nie tej samej, przenicowanym miejscu, przenicowującej się gromadzie komórek podobnej do podzielonego mózgu (nigdy nie śpi, wiecznie w ruchu). Nasłuchuj, może ktoś do ciebie przemówi…

(Milczenie.)

(Na dnie najczarniejszej nocy, nagi na mroźnej pustyni, przyodziany tylko w zawodzenie lodowatego wichru, samotny w pustce przykrytej niebem ze zmrożonego obsydianu.)

Czy ktoś do mnie mówił? Czy kogokolwiek słuchałem? Czy kiedyś byłem kimś innym niż sobą? Czy troszczyłem się o kogoś innego niż o siebie?

Jednostka jest owocem błędu, więc tylko sam proces ma jakieś znaczenie… Skoro tak, to kto przemówi w jej imieniu? Wiatr wciąż zawodzi, wyprany ze znaczenia, spragniony ciepła, okup dla nadziei. Rozwlókł resztki jego ciepła po czarnym niebie, rozwodnił słonawy płomień życia, przemroził, paraliżował i spowolniał. Czuje, jak znowu się zapada, i wie, że tym razem dotrze znacznie głębiej, tam gdzie panują nieprzeniknione milczenie i chłód, i gdzie nie słychać żadnego głosu, nawet tego.

(Huczy jak wiatr:) Komu chciało się odezwać do mnie?

(Milczenie.)

Komu…

(Szept:) Słuchaj: „Jinmoci z…”

…Bozlena Dwa…

Dwa. Ktoś to powiedział. To on jest Metamorfem, to on jest pomyłką, niedokładną kopią.

Uczestniczy w innej grze niż tamten (choć tutaj także stawką jest życie). Obserwuje, odczuwa to samo co tamten, tyle że więcej. Horza. Kraiklyn.

Już wie. Gra nazywa się zniszczenie. Sztuczny twór to… to przenicowana wstążka z pierwotnego pomysłu: orbital. Vavatch. Umysł przebywa na planecie Schar. Xoralundra. Balveda. (Nagły przypływ nienawiści tak wielkiej, że niemal wbiła go w ścianę otchłani:) Kultura! Szczelina w ścianie celi, huk przyboju, uwolnione światło, iluminacja, potem odrodzenie.

Ciężar i zimno, i jasne, bardzo jasne światło…

Cholera. Dranie. Przegrałem, a wszystko dzięki otchłani desperacji. Ogarnęła go fala bezsilnej wściekłości i w tej samej chwili coś umarło.

Horza gwałtownym szarpnięciem zdarł z głowy metalową obręcz, drżąc jak galareta opadł na fotel i skierował spojrzenie piekących, załzawionych oczu w górę, na półżywe zwierzęta kołyszące się na trapezach. Z wysiłkiem opuścił powieki, po czym z jeszcze większym trudem podniósł je, by uciec przed ciemnością.

Otchłań desperacji. Kraiklyn dostał karty, których układ zmusza gracza do zakwestionowania jego tożsamości. Sądząc po przebiegu procesów myślowych, był raczej zdezorientowany niż przerażony, ale chwila dekoncentracji kosztowała go przegraną w rozgrywce, a przecież właśnie o to chodziło przeciwnikom. Kraiklyn na dobre wypadł z gry.

Traumatyczne przeżycie wywarto znacznie większe wrażenie na nim, który podszywał się pod Kraiklyna, wiedząc jednocześnie, że nim nie jest. Każdy Metamorf, który znalazłby się na jego miejscu, przeszedłby przez to w identyczny sposób.

Drżenie zaczęło ustępować. Horza wyprostował się, postawił stopy na podłodze. Musi wstać. Kraiklyn zakończył już udział w grze i pewnie lada chwila odejdzie od stołu, więc on musi uczynić to samo. Weź się w garść, człowieku.

Spojrzał w dół, na arenę. Rozdanie zakończyło się zwycięstwem płaskiej jak deska kobiety. Kraiklyn pożerał ją nienawistnym spojrzeniem, kiedy zgarniała kredytki. Obsługa rozpięła pasy i wyprowadziła go z areny; w tym samym czasie wynoszono bezwładne, jeszcze ciepłe ciało jego ostatniego istnienia. Mijając trupa, Kraiklyn kopnął go z wściekłością, na co widownia zareagowała buczeniem. Horza podniósł się z miejsca, odwrócił… i wpadł na kogoś stojącego tuż za jego fotelem.

— Czy mogę teraz zobaczyć pański bilet? — zapytała strażniczka, ta sama, którą wcześniej okłamał.

Horza uśmiechnął się nerwowo. Zdawał sobie sprawę, że ma zaczerwienione oczy, twarz mokrą od potu i że nadal trochę drżą mu ręce. Kontrolerka przeszywała go nieruchomym spojrzeniem, kilka osób przyglądało im się z umiarkowanym zainteresowaniem.

— Ja… To znaczy, przykro mi, ale… — wymamrotał, obmacując kieszenie.

Strażniczka ujęła go za łokieć.

— Może będzie lepiej, jeśli…

— Proszę posłuchać — szepnął Horza. — Nie mam biletu. Czy… Czy przyjmie pani pieniądze?

Sięgnął do wewnętrznej kieszeni po kredytki, ale strażniczka nie czekała, tylko od razu zadała cios kolanem i wykręciła mu lewe ramię. Zrobiła to tak szybko i fachowo, że z najwyższym trudem zdołał przesunąć się nieco w bok, co znacznie osłabiło siłę ciosu. Pozwolił, żeby ramię wysunęło się ze stawu barkowego, po czym odruchowo wyciągnął wolną rękę i osuwając się na podłogę, lekko zadrapał paznokciami twarz strażniczki.

Kobieta błyskawicznie chwyciła również jego prawe ramię i unieruchomiła oba za plecami Horzy. Metamorf klęczał, jęcząc głośno.

— Nie ma powodu do niepokoju — zwróciła się strażniczka do siedzących w pobliżu widzów. — To tylko drobne nieporozumienie. Proszę sobie nie przeszkadzać. — Szarpnęła Horze tak mocno, że musiał dźwignąć się z klęczek i, zgięty wpół, ruszyć w górę po schodkach. — Siedem trzy, siedem trzy — mówiła do komunikatora. — Jeden zatrzymany, kod zielony, sektor siedem.

Kiedy dotarli do przejścia łączącego tarasy, kontrolerka zachwiała się, a chwilę potem potknęła. W pobliżu nie było widać żadnego stróża porządku. Kilka sekund później Horza usłyszał za plecami rozpaczliwe stęknięcie; kilku pijaków zgromadzonych przy autobarze spojrzało na nich ze zdziwieniem, a jeden nawet odwrócił się na obrotowym stołku, żeby lepiej widzieć.

— Sie… siedem trzy… — wyjąkała strażniczka. Nogi ugięły się pod nią i runęła na posadzkę, pociągając za sobą Metamorfa. Horza wprowadził główkę kości ramieniowej do stawu, napiął mięśnie… Dopiero za drugim razem udało mu się zerwać uchwyt rękawicy wzmocnionej specjalnymi włóknami. Strażniczka leżała na wznak z zamkniętymi oczami; oddychała płytko, ale regularnie. Wyglądało na to, że Horza zahaczył ją paznokciem, spod którego wydzielała się nie trucizna, ale silny środek odurzający. Nie mógł jednak czekać, żeby się o tym przekonać, bo po pierwsze, wkrótce z pewnością zjawi się ktoś, by sprawdzić, co przydarzyło się kontrolerce siedem trzy, a po drugie, musiał trzymać się blisko Kraiklyna. Niezależnie od tego, czy dowódca „Wiru” zamierzał wrócić na statek, czy obserwować dalszy rozwój gry, Horza zamierzał nie tracić go z oczu.

Podczas szarpaniny kaptur zsunął mu się z głowy. Pospiesznie nasunął go jak najgłębiej, po czym dźwignął z podłogi nieprzytomną kobietę, dociągnął ją do baru, posadził na wolnym stołku, położył na ladzie skrzyżowane przedramiona i oparł na nich głowę strażniczki. Pijak, który przez cały czas bacznie go obserwował, uśmiechnął się szeroko. Horza również wyszczerzył zęby.

— Przypilnujcie, żeby nic sobie nie zrobiła, dobrze? — poprosił. Na podłodze obok sąsiedniego stołka leżał obszerny płaszcz. Właściciel był zajęty zamawianiem kolejnego drinka, więc nie zauważył, że Horza podniósł płaszcz i narzucił go strażniczce na ramiona. — Na wszelki wypadek, gdyby zrobiło się zimno.

Pijak ze zrozumieniem skinął głową.

Horza odszedł nie przyspieszając kroku. Drugi pijak, który wreszcie doczekał się upragnionej szklanki, dopiero teraz spostrzegł nowego sąsiada. Szturchnął go w bok i zapytał przyjaznym tonem:

— Podoba ci się mój płaszcz? W porządku, nie ma sprawy. Postawić ci jednego?

Przed opuszczeniem widowni Horza jeszcze raz skierował wzrok ku przezroczystej kopule. Zwierzęta już nie walczyły. Pod lśniącą wstęgą dziennej strony Vavatcha jedno ze stworzeń leżało rozkrzyżowane na niewidzialnej, zbryzganej białą krwią poduszce pola siłowego, drugie natomiast wisiało na łagodnie kołyszącym się trapezie, również martwe.

Przez kilkanaście sekund Horza wysilał pamięć, ale nie zdołał sobie przypomnieć nazwy niezwykłych zwierząt. Pokręcił z niezadowoleniem głową, po czym szybkim krokiem wyszedł z sali. Bez trudu odszukał wejście do pomieszczeń przeznaczonych dla graczy. Przy podwójnych drzwiach w korytarzu głęboko w podziemiach stał milczący Ishlorsinam, wokół zgromadził się spory tłumek ludzi i maszyn. Niektórzy zadawali mu pytania, które jednak pozostawały bez odpowiedzi; większość była zajęta rozmowami. Horza kilka razy odetchnął głęboko i wymachując bezwartościową kartą płatniczą, zaczął torować sobie drogę przez tłum.

— Ochrona! Proszę się rozstąpić!

Zebrani głośno protestowali, ale schodzili mu z drogi. Horza dość szybko stanął przed wysokim Ishlorsinamem. Ze szczupłej twarzy o surowych, niemal ascetycznych rysach spoglądały na niego stalowo-szare oczy.

— Ej, ty! — Horza strzelił palcami. — Dokąd poszedł ten gracz? Wiesz, ten w jednoczęściowym kombinezonie, kasztanowe włosy…

Wysoki humanoid wyraźnie się zawahał.

— Nie wygłupiaj się! — warknął Metamorf. — Ścigam tego oszusta przez pół galaktyki. Wolałbym, żeby mi nie uciekł. Ishlorsinam podjął decyzję.

— Tam. — Oszczędnym ruchem głowy wskazał korytarz prowadzący do głównej bramy. — Właśnie wyszedł.

Jego głos przypominał skrzypienie dwóch pocieranych o siebie kawałków szkła. Horza skrzywił się odruchowo, ale prędko nad sobą zapanował i pobiegł we wskazanym kierunku.

W obszernym westybulu panował jeszcze większy ścisk. Strażnicy, samobieżne drony ochronne, goryle, kierowcy, piloci, policjanci, ludzie o zdesperowanych twarzach wymachujący kartami płatniczymi, handlarze miejscami na ostatnich odlatujących promach, znudzeni widzowie czekający na taksówkę, osowiali osobnicy w zszarganych ubraniach, nieliczni uśmiechnięci wybrańcy losu taszczący wypchane torby — wszyscy kłębili się w rozległej hali, przez którą musiał przejść każdy, kto chciał wydostać się z sali i dotrzeć na zewnątrz, pod rozgwieżdżone niebo przecięte jasną kreską orbitala. Horza nasunął kaptur głębiej na twarz i bez trudu przedarł się przez kordon strażników, którzy nawet teraz, w końcowej fazie gry i zaledwie kilka godzin przed zagładą Vavatcha, uparcie odmawiali nieuprawnionym wstępu na widownię. Ujrzawszy morze głów, kapturów, hełmów i najróżniejszych czapek zwątpił przez chwilę, czy zdoła odszukać Kraiklyna. Nagle zatoczył się, pchnięty mocno w plecy. Tuż obok, niemal go miażdżąc, przemaszerowało ośmiu umundurowanych czwronogów, niosąc na grzbietach lektykę z jakimś dostojnikiem. Chwilę potem po stopie Horzy przejechało gumowe koło.

— Życzy pan sobie narkotykowy koktajl? — zapytała samobieżna maszyna.

— Spierdalaj! — warknął Horza i szybkim krokiem podążył za lektyką, która bez trudu torowała sobie drogę przez tłum.

— Z przyjemnością, proszę pana. Ma być mocny, średni czy…? Horza z pewnym trudem dogonił orszak, ale kiedy znalazł się tuż za nim, mógł poruszać się prawie bez przeszkód. Kilkanaście sekund później był już przy wyjściu.

Z zaskoczeniem stwierdził, że na zewnątrz jest dość zimno. Kiedy, nieco zasapany, rozglądał się w poszukiwaniu Kraiklyna, z jego ust buchały kłęby pary. Przed budynkiem wcale nie było dużo luźniej niż w środku; ludzie handlowali biletami, włóczyli się bez celu, żebrali, kradli, gapili się w niebo albo wypatrywali czegoś na ulicy. Co jakiś czas z rykiem silników nadlatywały lub nadjeżdżały rozmaite maszyny, czekały, aż wsiądą pasażerowie, po czym ruszały w dalszą drogę. Mimo iż Horza wspinał się na palce i wyciągał szyję, ktoś albo coś wciąż zasłaniało mu widok. W pobliżu dostrzegł ochroniarza do wynajęcia — trzymetrowego olbrzyma w pękatym skafandrze, z szeroką bladą twarzą pozbawioną jakiegokolwiek wyrazu. Spod hełmu wystawały kosmyki rudych włosów.

— Wolny jesteś? — zapytał Horza, roztrącając gromadkę ludzi kibicujących walczącym owadom.

Olbrzym skinął głową i skierował na Metamorfa spojrzenie pustych oczu.

— W istocie — zadudnił potężnym głosem.

— Masz tu setkę. — Horza pospiesznie wepchnął monetę w ogromną rękawicę. Pieniążek wydawał się tam śmiesznie mały. — Weź mnie na ramiona. Szukam kogoś.

Olbrzym zastanawiał się przez kilka sekund.

— W porządku.

Podparł się laserową strzelbą i przyklęknął na jedno kolano. Ledwie Horza zdążył usiąść mu okrakiem na karku, wielkolud podniósł się, wynosząc go wysoko ponad tłum. Metamorf pospiesznie poprawił kaptur, po czym zaczął pilnie rozglądać się w poszukiwaniu postaci w jednoczęściowym kombinezonie, mimo iż zdawał sobie sprawę, że Kraiklyn miał dość czasu, żeby się przebrać, a poza tym mógł już wrócić na statek. Horze z każdą chwilą ogarniało coraz większe zwątpienie. Co prawda powtarzał sobie, że przecież nawet bez Kraiklyna może dostać się do portu i odszukać Specjalizowaną Jednostkę Kontaktową, na której pokładzie znajduje się „Wir Czystego Powietrza”, ale jego skurczony żołądek nie dawał się uspokoić. Wyglądało to tak, jakby atmosfera towarzysząca grze w zniszczenie oraz nastrój panujący na skazanym na zagładę orbitału wpłynęły niekorzystnie na działanie jego gruczołów wydzielania wewnętrznego. Naturalnie mógłby się skoncentrować i przywrócić porządek, ale teraz nie miał na to czasu. Musiał znaleźć Kraiklyna.

Początkowo najwięcej uwagi poświęcał ludziom czekającym na promy, lecz w porę przypomniał sobie, że Kraiklyn nie ma pieniędzy. Spostrzegł go, jak tylko skierował wzrok w przeciwną stronę. Dowódca „Wiru”, w szarym płaszczu zarzuconym na kombinezon, stał w rozkroku, z założonymi na piersi rękami, najwyżej trzydzieści metrów od niego, w kolejce oczekującej na taksówki i autobusy. Horza wychylił się jak najdalej do przodu i spojrzał olbrzymowi w oczy.

— Dzięki. Możesz już mnie postawić.

— Nie mam wydać reszty — zadudnił ochroniarz, wykonując polecenie. Głos był tak niski, że Horza poczuł drżenie w kościach.

— Nie szkodzi.

Zeskoczył, zanim olbrzym zdołał przyklęknąć. Lawirując między ludźmi i maszynami, zaczął przedzierać się w kierunku Kraiklyna. Zerknął na terminal przytroczony do przegubu lewej ręki; do zniszczenia orbitala zostały dwie i pół godziny. Horza przeciskał się, omijał, przepraszał, groził i wyprzedzał. Gdziekolwiek spojrzał, ludzie spoglądali na zegarki albo mikroterminale, do jego uszu zaś docierały zsyntezowane głosy czasomierzy podających godzinę oraz ludzkie, powtarzające to samo znacznie mniej obojętnym tonem. Wreszcie dotarł na miejsce. Trochę zdziwił go porządek panujący w kolejce, ale sprawa wyjaśniła się, kiedy zobaczył, że spokoju pilnują strażnicy w identycznych mundurach jak te, które nosili ich koledzy w sali. Kraiklyn zbliżał się do czoła kolejki, ale autobus, który przed chwilą zajechał, był już prawie pełen.

Horza oszacował, że w kolejce czeka kilkaset osób. Gdyby stanął na jej końcu, z pewnością nie zabrałby się z Kraiklynem. Zdesperowany, rozglądał się bezradnie dokoła, kiedy nagle ktoś wpadł na niego od tyłu i niemał jednocześnie za jego plecami wybuchło potworne zamieszanie. Horza odwrócił się w samą porę, by zobaczyć kobietę w masce na twarzy i obcisłej srebrzystej sukni, wywrzaskującą obelgi pod adresem drobnego mężczyzny o zdumionym wyrazie twarzy, ubranego jedynie w misternie splecione zwoje ciemnozielonego sznura albo włókna. Kobieta krzyczała coraz głośniej i uderzała na odlew obiema rękami, mężczyzna cofał się bez słowa, kręcąc głową. Ludzie przyglądali się z zainteresowaniem. Horza sprawdził, czy ma wszystko w kieszeniach, po czym znowu zaczął się rozglądać w poszukiwaniu jakiegoś środka transportu. Nad tłumem nisko przeleciał hałaśliwy statek powietrzny. Na ziemię posypały się ulotki w nieznanym Horzy języku.

— …Sorbole Oko… — dotarł do Herzy fragment rozmowy dwóch mężczyzn, którzy przecisnęli się obok niego. Niższy, o półprzeźroczystej skórze, mimo tłoku patrzył na ekran mikroterminala. Horza również zerknął tam odruchowo i zobaczył coś, co wprawiło go w zdumienie. Pospiesznie włączył swój terminal, ustawił właściwy kanał. Oglądał sfilmowany incydent, którego świadkiem był przed kilku godzinami: zamieszanie na sąsiednim tarasie, spowodowane zdemaskowaniem i aresztowaniem Sorbolego Oka. Horza zmarszczył brwi, zbliżył terminal do oczu.

Tak, to samo miejsce i to samo zdarzenie, oglądane niemal z identycznej odległości i pod takim samym kątem. Usiłował sobie przypomnieć, czy widział wtedy obok siebie kogoś filmującego incydent, ale na próżno. Chwilę potem obraz uległ zmianie; na ekranie pojawiły się jakieś zadziwiające istoty kibicujące grze, której uczestników widać było w tle.

Gdybym wtedy wstał, rozmyślał Horza, i przesunął się kilka kroków w bok…

Oczywiście. To ta kobieta.

Kobieta o białych włosach, na którą zwrócił uwagę nieco wcześniej, kiedy poprawiała diadem na czole. W trakcie wydarzeń, odtworzonych chwilę wcześniej na ekranie, stała obok jego fotela. To ona była Sorbolim Okiem. Kamera została najprawdopodobniej ukryta w diademie, człowiek zaś, którego wyprowadzono z widowni, został podstawiony w celu odwrócenia uwagi sił porządkowych. Horza uśmiechnął się, wyłączył terminal, po czym lekko potrząsnął głową, jakby dziwił się, że zaprząta sobie uwagę takimi głupstwami. Teraz przede wszystkim musiał znaleźć środek transportu. Ruszył przez tłum, torując sobie łokciami drogę i rozglądając się pilnie na wszystkie strony. W pewnej chwili mignęła mu kolejka, w której stał Kraiklyn, oraz sam dowódca „Wiru Czystego Powietrza”; opierał się o otwarte drzwi jakiegoś czerwonego naziemnego pojazdu i dyskutował podniesionym głosem z kierowcą oraz dwoma osobami z kolejki. Horzy zrobiło się niedobrze, oblał go zimny pot. W pierwszym odruchu chciał rzucić się na oślep przed siebie, ignorując ludzi tarasujących mu drogę, zrobił jednak coś przeciwnego: cofnął się, odczekał kilka sekund i dopiero potem zaczął ostrożnie podkradać się do zdobyczy. Kiedy od czoła kolejki dzieliło go zaledwie pięć metrów, dyskusja dobiegła końca; Kraiklyn wsiadł do taksówki razem z dwoma kolejkowiczami, drzwi zatrzasnęły się i samochód odjechał. Metamorf znowu poczuł pustkę w żołądku, zacisnął pięści. Jego wzrok padł na zamaskowaną kobietę. Co prawda miała teraz na sobie ciemnogranatowy płaszcz z obszernym kapturem, niemniej jednak spod kaptura wyślizgnął się kosmyk białych włosów. Przedarła się na skraj chodnika, gdzie czekał na nią wysoki mężczyzna. Objął ją ramieniem, po czym oboje skierowali się w głąb placu. Horza wsunął rękę do kieszeni, zacisnął palce na rękojeści pistoletu i podążył za parą. Chwilę potem z ciemności wyłonił się czarny jak noc poduszkowiec, z cichym pomrukiem silnika podpłynął do dwojga ludzi i zatrzymał się przy nich. Horza zaczekał, aż otworzą się boczne drzwi, a kiedy kobieta, która w rzeczywistości była Sorbolim Okiem, pochyliła się, by wejść do środka, błyskawicznie zrobił trzy kroki naprzód i znalazł się tuż za jej plecami.

Bez słowa poklepał ją po ramieniu. Kobieta odwróciła się gwałtownie, a wysoki mężczyzna postąpił w jego kierunku, zatrzymał się jednak natychmiast, ponieważ Horza wysunął pistolet nieco do przodu, tak że lufa wyraźnie odznaczała się pod materiałem. Kobieta również znieruchomiała ze stopą na progu pojazdu.

— Zdaje się, że jedziemy w tę samą stronę — powiedział cicho Horza, patrząc kobiecie w oczy. — Wiem, kim jesteś, wiem, co masz na głowie. Chcę tylko, żebyście podrzucili mnie do portu. To wszystko. — Dyskretnym ruchem głowy wskazał stojących nieopodal strażników. — Tylko bez żadnych sztuczek, dobrze?

Kobieta zerknęła na mężczyznę, po czym skierowała wzrok z powrotem na Horze i cofnęła się o krok.

— W porządku. Wsiadaj.

— Nie, wy pierwsi.

Poruszył pistoletem w kieszeni, aby dodać znaczenia swoim słowom. Kobieta uśmiechnęła się i wsiadła do pojazdu. Zaraz potem uczynił to jej wysoki towarzysz, na samym końcu zaś Horza.

— A to kto, do stu… — warknęła siedząca za sterami łysa kobieta o groźnej twarzy.

— Gość — wpadła jej w słowo Sorbole Oko. — Jedziemy.

Poduszkowiec wzniósł się nad ziemię.

— Naprzód — polecił Horza. — I trochę szybciej. Szukam czerwonego trójkołowca.

Wyjął pistolet z kieszeni i obrócił się na siedzeniu w taki sposób, żeby mieć na oku zarówno kierowcę, jak i dwójkę pasażerów.

— Mówiłem, że za szybko dadzą to na antenę! — wymamrotał z wściekłością wysoki mężczyzna.

Sorbole Oko tylko wzruszyła ramionami, Horza natomiast uśmiechnął się lekko. Rozglądał się dokoła w poszukiwaniu pojazdu, którym odjechał Kraiklyn, niemniej jednak przez cały czas starał się obserwować współpasażerów kątem oka.

— Po prostu mieliśmy pecha, i tyle. W środku też bez przerwy wpadałam na tego gościa.

— Więc ty naprawdę jesteś Sorbole Oko? — zapytał Horza, ale nie odpowiedziała.

— Posłuchaj — zwrócił się do niego wysoki mężczyzna. — Jeśli chcesz, zawieziemy cię do portu, ale niech ci się nie wydaje, że się ciebie boimy. W razie czego będziemy walczyć. — Był wściekły i zdenerwowany, a jednocześnie przestraszony. Jego bladożółta twarz przypominała twarz dziecka, które walczy z płaczem.

— Wierzę ci — odparł Horza z uśmiechem. — A teraz może wspólnie poszukamy czerwonego samochodu? Trzy koła, czworo drzwi, troje pasażerów z tyłu.

Dryblas zacisnął wargi i demonstracyjnie wbił wzrok w podłogę, ale wystarczyło niewielkie poruszenie pistoletem, żeby zaczął się pilnie rozglądać.

— To ten? — zapytała łysa kobieta siedząca za sterami i wyciągnęła rękę.

Horza spojrzał we wskazanym kierunku.

— Tak. Jedźmy za nim, tylko nie za blisko.

Poduszkowiec nieco zwolnił, a następnie podążył za czerwonym pojazdem.

Wkrótce dotarli do dzielnicy portowej. Nad budynkami dominowały wysokie, oświetlone sylwety żurawi i suwnic, po obu stronach drogi stały zaparkowane byle jak samochody, poduszkowce, a nawet lekkie promy. Czerwony pojazd sunął powoli po dość stromym podjeździe za trzema załadowanymi do granic możliwości autobusami. Również silnik poduszkowca z trudem dawał sobie radę ze wzniesieniem. Nagle trójkołowiec skręcił na nie oświetloną estakadę biegnącą nad lśniącym tajemniczo lustrem wody.

— Naprawdę jesteś Sorbolim Okiem? — zapytał powtórnie Horza. — Kiedy widziałem cię wcześniej, byłaś mężczyzną. A może Sorbole Oko to w rzeczywistości wielu ludzi?

Tym razem również nie otrzymał odpowiedzi, więc tylko uśmiechnął się i pokiwał głową. W kabinie poduszkowca słychać było jedynie wycie silnika i szum powietrza.

Samochód zjechał z estakady w ulicę między wysokimi ogrodzeniami, za którymi piętrzyły się rzęsiście oświetlone kratownice dźwigów. Skręcił w przecznicę biegnącą wzdłuż pogrążonych w ciemności magazynów, w pobliżu niewielkiego doku zwolnił gwałtownie.

— Zostań z tyłu — polecił Horza.

Łysa kobieta posłusznie zmniejszyła prędkość. Czerwony trójkołowiec wjechał powoli między szeroko rozkraczone łapy potężnego dźwigu, a następnie zatrzymał się przy wejściu do jasno oświetlonego budynku. Wielka podświetlona tablica na frontowej ścianie informowała w kilku językach: DOK 54, BRAMA GŁÓWNA.

— Tutaj wystarczy. — Poduszkowiec opadł na ziemię. — Dzięki.

Horza wysiadł, nie spuszczając z oka kierowcy i współpasażerów.

— Masz szczęście, że nie próbowałeś żadnych głupot — wycedził wysoki mężczyzna, ukradkiem ocierając czoło.

— Wiem. Do zobaczenia.

Horza mrugnął do białowłosej kobiety, a ona zrewanżowała mu się obscenicznym gestem. Ryknął silnik, poduszkowiec uniósł się kilkanaście centymetrów nad ziemię, ruszył dostojnie z miejsca, po czym, ciągle nabierając prędkości, znikł za najbliższym zakrętem. Horza skierował wzrok na trzy sylwetki stojące na tle wypełnionego blaskiem prostokąta drzwi. Odniósł wrażenie, że jedna z nich spogląda w jego kierunku, więc na wszelki wypadek cofnął się w głębszy cień. Chwilę później dwie osoby weszły do budynku, trzecia natomiast — przypuszczalnie Kraiklyn — niespiesznym krokiem ruszyła w kierunku krawędzi doku. Horza schował pistolet i zaczął skradać się w tę samą stronę. Zdążył zrobić zaledwie kilka kroków, kiedy usłyszał narastający odgłos bardzo podobny do tego, jaki wydawała maszyna Sorbolego Oka, tyle że znacznie głębszy i potężniejszy. U wejścia do doku pojawił się ogromny poduszkowiec, kończący podróż po przebyciu czarnego oceanu. W blasku gwiazd i dziennej strony orbitala wypryskujące spod fartucha bryzgi wody przypominały fosforyzujące mleko. Wielki pojazd z rykiem silnika zbliżał się powoli do doku. Za nim, na tle ciemnego morza, widać było kolejne maszyny. Z pokładu poduszkowca strzeliły fajerwerki; za szerokimi, rzęsiście oświetlonymi oknami widać było tańczących ludzi. Horza z trudem oderwał wzrok od majestatycznego behemota; człowiek, którego śledził, właśnie wspinał się po metalowych schodkach na mostek spinający wysoko w górze dwie strony doku. Metamorf pospiesznie podążył za nim. Na betonowych ścianach zatańczyły ażurowe cienie dźwigów oświetlonych blaskiem reflektorów poduszkowca, ryk potężnych silników został zwielokrotniony echem, które odbijało się od wysokich krawędzi.

Wysoko w górze przemknęła niewidoczna, zwinna jednostka powietrzna. Horza odruchowo zerknął w niebo, ale natychmiast skoncentrował uwagę na maleńkiej postaci na mostku, nad pełznącym powoli w głąb doku, błyskającym światłami poduszkowcem. U wejścia do doku zjawiła się już kolejna maszyna.

W chwili kiedy Horza dotarł do metalowych schodków, śledzony przez niego mężczyzna, który poruszał się jak Kraiklyn i miał na sobie szary płaszcz, był już w połowie mostku. Co prawda Metamorf nie miał pojęcia, jak wygląda teren po drugiej stronie doku, mógł jednak przypuszczać, że jeśli pozwoli dotrzeć tam swojej ofierze, będzie miał poważne problemy z jej dogonieniem. Mężczyzna — prawdopodobnie Kraiklyn — chyba zorientował się, że jest śledzony, i jednocześnie doszedł do identycznego wniosku co Horza, wyraźnie bowiem przyspieszył. Metamorf wszedł na rozkołysany mostek. Pod stopami miał rozjarzony niezliczonymi światłami pokład ogromnego poduszkowca, ogłuszał go łoskot silników, na twarzy czuł wodny pył wzbijany w powietrze przez potężne wirniki. Mężczyzna nie obejrzał się, choć z pewnością poczuł wibrację wywołaną krokami Horzy. Jak tylko postać w szarym płaszczu zeszła z mostka, natychmiast znikła Horzy z oczu, więc Metamorf wydobył z kieszeni pistolet i, trzymając go w wyciągniętej ręce, popędził co sił w nogach przez kłębiące się opary. Do ryku silników dołączyły wzmocnione dźwięki tanecznej muzyki. Dotarłszy na koniec mostka, Horza ruszył w dół po spiralnych metalowych schodkach, przeskakując po trzy stopnie naraz.

Coś wyprysnęło z ciemności u dołu schodów, rąbnęło go w twarz, zaraz potem poczuł kolejne uderzenie, tym razem w tył głowy. Kiedy się ocknął, leżał na czymś twardym. Usiłował sobie przypomnieć, co się stało, ale zanim zdołał się skupić, poczuł gwałtowny podmuch wiatru i usłyszał muzykę zagłuszoną częściowo przez basowy ryk. Ktoś zdarł mu kaptur z głowy i zaświecił w twarz.

Ni to stęknięcie, ni westchnienie; taki odgłos mógł wydać tylko człowiek, który odsłonił czyjąś twarz i niespodziewanie ujrzał własną. (Kim jesteś?) Zanim otrząśnie się z szoku, co najmniej przez kilka sekund będzie zdekoncentrowany, może nawet prawie sparaliżowany. (Kim jestem?) Horza kopnął z całej siły prawą nogą, wyciągnął ręce, wczepił palce w materiał, pociągnął. Trafił w krocze, tamten przekoziołkował mu nad głową, w kierunku doku. Ułamek sekundy później Horza poczuł potworne szarpnięcie, kiedy jego przeciwnik przeleciał nad betonową krawędzią i runął w przepaść, pociągając go za sobą. Wszystko było niesamowicie wyraziste, wszystko odczuwał i postrzegał ze zdwojoną intensywnością: światło i cień, fałdy grubej tkaniny zaciśnięte w dłoni. Jak głęboki jest dok? Świst powietrza, narastający odgłos…

Podwójne zderzenie: najpierw z wodą, zaraz potem z czymś znacznie twardszym. Zimno, a do tego ból karku. Miotał się rozpaczliwie, ponieważ nie miał pojęcia, gdzie jest góra, a gdzie dół, na dodatek był wciąż półprzytomny po ciosie w głowę. Coś go nagle pociągnęło, więc uderzył na oślep, trafił w coś miękkiego, dźwignął się na nogi. Mocno pochylony do przodu, stał w wodzie głębokości około metra; otaczały go jaskrawe, migające światła i przeraźliwy hałas, w powietrzu wisiał drobniutki wodny pył. Ktoś uczepił się jego ubrania. Horza powtórzył cios. Mgliste opary rozstąpiły się na chwilę, odsłaniając ścianę doku kilka metrów w prawo od niego oraz oddalającą się powoli rufę potężnego poduszkowca. Gwałtowne uderzenie ciepłego powietrza pchnęło go do tyłu; stracił równowagę, runął do wody, zanurzył się razem z głową.

Tym razem podniósł się znacznie szybciej — na tyle szybko, żeby dostrzec przeciwnika brnącego za poduszkowcem. Chciał pobiec za nim, ale woda okazała się za głęboka; musiał brnąć jak tamten w koszmarnej parodii biegu, wychylony maksymalnie do przodu, w zwolnionym tempie podnosząc i opuszczając kolana. Pomagał sobie, wymachując rękami jak wiosłami. Kręciło mu się w głowie, plecy, twarz i kark paliły go żywym ogniem, widział wszystko jak przez mgłę, lecz mimo to kontynuował pościg. Przeciwnik ani myślał stanąć do walki; wszystko wskazywało na to, że zależy mu już tylko na ucieczce. Powietrze wydmuchiwane przez sunący powoli poduszkowiec ponownie rozegnało wodne opary, odsłaniając potężne gumowe fartuchy prawie trzymetrowej wysokości oraz rufę maszyny. Najpierw Kraiklyn, a zaraz potem Horza zostali pchnięci w tył przez cuchnący huraganowy podmuch. Woda stawała się coraz płytsza — na tyle płytka, że Horza teraz był już w stanie podnosić kolana nad powierzchnię, dzięki czemu zdołał znacznie przyspieszyć kroku. Zaraz potem hałas ponownie przybrał na sile, a widoczność zmalała do tego stopnia, że Metamorf stracił Kraiklyna z oczu. Jak tylko kolejny powiew rozwiał mgłę, Horza ujrzał poduszkowiec w całej okazałości; wielka maszyna dotarła już do suchej części doku. Betonowe ściany wznosiły się po obu stronach jak pionowe skalne urwiska. Kraiklyn chwiejnie wszedł na łagodnie wznoszącą się rampę, zatoczył się, odzyskał równowagę, po czym ruszył truchtem za oddalającą się maszyną. Horza przebrnął wreszcie przez wodę i pobiegł za postacią w mokrym szarym płaszczu.

Mężczyzna potknął się, runął na beton. Co prawda podparł się rękami, lecz ułamek sekundy później Horza wpadł na niego i obaj potoczyli się po betonowej powierzchni. Horza spróbował zadać cios w twarz, chybił, tamten rozpaczliwie wierzgnął, po czym znowu rzucił się do ucieczki, ale Horza złapał go za nogi, powalił, przewrócił na plecy i spojrzał mu w twarz. Tak, to był Kraiklyn. Bladą twarz wykrzywiał grymas przerażenia, słabo widoczny, coraz słabiej, ponieważ cień Horzy padał akurat na głowę Kraiklyna — cień coraz głębszy, jakby z tyłu zbliżały się silne światła i narastający ryk, już nie jakby, ale naprawdę… Kraiklyn wrzasnął przeraźliwie; wytrzeszczone oczy nie wpatrywały się w człowieka o jego twarzy, tylko w coś za nim, w górze. Horza odwrócił się gwałtownie.

Wprost na niego z hukiem i łoskotem sunęła monstrualna czarna masa; w górze oślepiającym blaskiem jarzyły się reflektory, z dołu tryskały fontanny wodnego pyłu. Zawyła syrena, zaraz potem kolos znalazł się nad Horzą. Metamorf poczuł się tak, jakby zwalił się na niego niewidzialny, potwornie wielki ciężar. Runął na Kraiklyna, a chwilę później zaczął się po nim przesuwać czyjś bezwzględny, twardy palec. Kolejny poduszkowiec, drugi w kolejce sięgającej daleko w morze. Ogromny paluch przejechał po nim od stóp do głowy, po czym Horza znalazł się w czarnej przestrzeni wypełnionej ogłuszającym hukiem i napierającym ze straszliwą siłą powietrzem. Znaleźli się pod fartuchem poduszkowca. Maszyna sunęła dostojnie nad nimi albo też — było za ciemno, żeby cokolwiek zobaczyć — zawisła nieruchomo, by niebawem osiąść na dnie doku i zmiażdżyć ich na placek. Jakby jeszcze mało było wszechobecnego bólu, w ogarniętej chaosem ciemności Horza otrzymał silny cios w bok głowy. Potoczył się po szorstkim betonie, oparł na łokciu i kopnął raptownie w kierunku, z którego padło uderzenie. Jego stopa trafiła w coś miękkiego. Poderwał się na nogi, ale nie wyprostował zupełnie, bo w porę przypomniał sobie o obracających się wirnikach. Spadający z góry huragan ciepłego, cuchnącego rozgrzanym olejem powietrza miotał nim jak maleńką łódką na falach wzburzonego oceanu. Czuł się jak marionetka, która wpadła w ręce pijanego lalkarza. Zatoczył się z wyciągniętymi do przodu ramionami, zderzył się z Kraiklynem, zadał na ślepo cios, a kiedy tamten osunął się na ziemię, zaczął młócić pięściami miejsce, w którym — jego zdaniem — powinna znajdować się głowa dowódcy „Wiru”. Jedno z uderzeń dosięgło, na wszelki wypadek odskoczył w bok, żeby nie nadziać się na kontrę. Potwornie bolały go uszy; co prawda już ogłuchł, ale odczuwał huk i łoskot całym sobą. Wciąż znajdowali się w ciemności, tym głębszej, że zewsząd otoczonej wąskim paskiem przyćmionego światła sączącego się pod fartuchem poduszkowca. W pewnej chwili jakiś kształt przesłonił fragment paska, więc Horza natychmiast rzucił się w tamtą stronę i kopnął na oślep. Czarny kształt osunął się na beton.

Jeszcze gwałtowniejszy podmuch zwalił go z nóg. Horza zderzył się z półprzytomnym Kraiklynem; dowódca „Wiru” uderzył go, ale cios był bardzo słaby. Metamorf wymacał, gdzie jest głowa Kraiklyna, chwycił go za włosy, uderzył o beton raz, drugi i trzeci. Kraiklyn próbował się bronić, lecz bezskutecznie. Pasek światła zbliżał się, stawał coraz szerszy. Horza jeszcze raz rąbnął głową przeciwnika o twarde podłoże, po czym rozpłaszczył się na betonie i wtulił twarz w jego porowatą powierzchnię. Fartuch z twardej gumy przesunął mu się po plecach z taką siłą, że zaniepokoił się o stan swoich żeber. Chwilę potem było po wszystkim.

Gigantyczny wehikuł oddalał się powoli, ciągnąc za sobą resztki całunu z wodnego pyłu. Kolejny poduszkowiec właśnie wsuwał się w paszczę doku. Kraiklyn leżał nieruchomo kilka kroków od Horzy. Metamorf podpełzł na czworakach do nieprzytomnego mężczyzny, uniósł mu powiekę; gałka oczna poruszyła się słabo.

— To ja, Horza! — ryknął co sił w płucach. — Horza!

Nie słyszał własnego głosu.

Zdesperowany, z grymasem frustracji na twarzy, która nie była jego twarzą, ale za to była ostatnią rzeczą, jaką prawdziwy Kraiklyn zobaczył przed śmiercią, chwycił oburącz za głowę przeciwnika i nagłym szarpnięciem skręcił mu kark, tak samo jak Zallinowi. Udało mu się odciągnąć ciało na bok w samą porę, żeby uniknąć spotkania z kolejnym poduszkowcem. Wybrzuszony gumowy fartuch przesunął się majestatycznie niecałe dwa metry od jego wyciągniętych nóg. Horza siedział obok trupa, oparty plecami o wilgotną betonową ścianę, gapił się bezmyślnie na ogromny pojazd i łapał powietrze szeroko otwartymi ustami.

Rozebrał nieboszczyka, ściągnął podartą bluzę i zakrwawione spodnie, po czym włożył ubranie Kraiklyna. Zabrał mu też sygnet, który dowódca „Wiru Czystego Powietrza” nosił na najmniejszym palcu prawej ręki, i przystąpił do zdzierania sobie skóry z prawej dłoni. Poszło mu to trudniej i zajęło więcej czasu, niż przypuszczał — być może ze względu na zmęczenie oraz przenikliwe zimno. Przycisnął warstwę sztucznej skóry do bezwładnej dłoni Kraiklyna, odczekał chwilę, naciągnął ją niczym rękawiczkę, a potem powtórzył tę samą operację z drugą ręką.

Uporał się z zadaniem dopiero wtedy, kiedy niemal wszyscy pasażerowie opuścili już trzy ogromne poduszkowce, które zacumowały w głębi doku, jakieś pół kilometra od Horzy. Zataczając się, dotarł do metalowej drabinki przytwierdzonej do ściany i z najwyższym trudem wygramolił się na górę.

Dość długo leżał przy krawędzi doku, łapiąc ciężko powietrze. Wreszcie wstał, wspiął się po spiralnych schodkach na stalowy mostek, przeszedł na drugą stronę doku, bardziej spadł, niż zszedł na dół, po czym wkroczył do owalnego, rzęsiście oświetlonego budynku. Na jego widok rozbawieni pasażerowie poduszkowców ucichli i skupili się bliżej drzwi szybu, którymi kursowały kapsuły zwożące ludzi do położonego pięćset metrów pod ich stopami portu kosmicznego. Horza niewiele słyszał — wciąż był głuchy — ale bez trudu dostrzegał podejrzliwe spojrzenia, jakimi obrzucano jego posiniaczoną, zakrwawioną twarz i przemoczone ubranie.

Wreszcie przyjechała winda. Oczekujący rzucili się do niej ławą, ale i Horza, posuwając się ostrożnie przy ścianie, zdołał dostać się do środka. Zachwiał się i potknął, lecz ktoś podtrzymał go w ostatniej chwili; podziękował skinieniem głowy. Gwar docierał do niego jako niskie, niezrozumiałe dudnienie. Na wszelki wypadek uśmiechnął się i jeszcze kilka razy pokiwał głową. Winda ruszyła w dół. Spodnia strona orbitala powitała ich panoramą czegoś, co wyglądało jak rozgwieżdżone niebo, a okazało się poznaczonym niezliczonymi punkcikami świetlnymi największym statkiem kosmicznym, jaki Horza w życiu widział i o jakim kiedykolwiek słyszał. Ponad wszelką wątpliwość była to zdemilitaryzowana jednostka Kultury „Granica Pomysłowości”. Ani trochę nie obchodziło go, jak nazywa się to monstrum; zależało mu wyłącznie na tym, żeby dostać się na pokład i odszukać „Wir Czystego Powietrza”.

Winda znieruchomiała w przezroczystej rurze bezpośrednio nad kulistą halą odpraw, zawieszoną w próżni sto metrów od orbitala. We wszystkich kierunkach rozchodziły się od niej ciągi komunikacyjne, wiodące ku odkrytym i hermetyzowanym dokom portu. Wszystkie drzwi i wrota krytych doków, gdzie można było dokonywać wszelkich prac przy statkach w warunkach pełnej grawitacji i przy standardowym ciśnieniu, stały otworem, a w otwartych dokach nie został ani jeden statek. Ich miejsce zajmowała gigantyczna „Granica Pomysłowości” — tak wielka, że musiała zacumować bezpośrednio pod halą, w całym porcie bowiem nie było wystarczająco dużego doku, który zdołałby ją przyjąć. Jej płaski kadłub ciągnął się kilometrami w każdą stronę, niemal całkowicie zasłaniając widok na kosmos i gwiazdy. Jakby dla wynagrodzenia obserwatorom tej straty, na czarnym jak noc kadłubie, połączonym z orbitalem mnóstwem szybów, lin, rur, przewodów i tymczasowych krytych chodników, płonęły tysiące różnobarwnych, drobnych jak gwiazdy światełek.

Jak tylko Horza w pełni uświadomił sobie rozmiary statku, natychmiast ponownie zakręciło mu się w głowie. Jeszcze nigdy nie widział z bliska Specjalizowanej Jednostki Kontaktowej, a co dopiero mówić o wejściu na pokład… Oczywiście wiedział o nich prawie wszystko, lecz dopiero teraz był w stanie ocenić, czym naprawdę były. Ta, którą miał przed sobą, teoretycznie nie stanowiła już części Kultury — została zdemilitaryzowana, pozbawiona większości wyposażenia, a przede wszystkim zabrano jej Umysł albo Umysły, które kiedyś nią kierowały, ale nawet to, co pozostało, wywierało niesamowite wrażenie. Specjalizowane Jednostki Kontaktowe przypominały zamknięte światy; były czymś znacznie więcej niż tylko gigantycznymi okrętami wojennymi — były habitatami, uniwersytetami, fabrykami, muzeami, stoczniami, bibliotekami, ruchomymi galeriami. Reprezentowały Kulturę i były Kulturą. Niemal wszystko, co potrafiła Kultura, dałoby się wykonać również na pokładzie Specjalizowanej Jednostki Kontaktowej, ponieważ zgromadzono tam całą wiedzę Kultury oraz informacje o jej wszystkich sukcesach i porażkach. SJK pełniły także funkcję kosmicznych stoczni; dawniej wytwarzały sporo mniejsze Wszechstronne Jednostki Kontaktowe, obecnie zaś okręty bojowe. Liczebność ich załóg szła w miliony; nowe pokolenia nie tylko uzupełniały braki w obsadzie statku macierzystego, ale również zaludniały nowo budowane jednostki. Samowystarczalne, niezależne, stale dokonujące wymiany informacji (przynajmniej w czasie pokoju), SJK były ambasadorami Kultury, najłatwiej dostrzegalnymi dowodami jej potęgi i zarazem jej najstraszliwszym orężem. Nikt nie musiał podróżować przez pół galaktyki na którąś z planet Kultury, żeby podziwiać jej wielkość i technologiczne wyrafinowanie; wystarczyło obejrzeć którąkolwiek Specjalizowaną Jednostkę Kontaktową.

Horza wmieszał się w pstrokato ubrany tłum wypełniający halę. Tu i ówdzie widać było umundurowanych strażników, ale nikogo nie zatrzymywali ani nie legitymowali. Horza czuł się trochę tak, jakby był tylko pasażerem w swoim ciele albo jakby pijany lalkarz, który niedawno kierował jego ruchami, otrzeźwiał trochę i z większą precyzją prowadził go przez tłum w kierunku następnej windy. Potrząsnął głową, by pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia, lecz dało to tylko ten rezultat, że nagły atak bólu mało nie powalił go na podłogę. Przy okazji stwierdził, że z wolną mu wraca słuch.

Zaczął wycierać dłonie o ubranie, by pozbyć się fałszywej skóry.

Płaty przezroczystego tworzywa spadały na podłogę jak zeschłe liście. Druga winda zawiozła go do wnętrza statku. Współpasażerowie rozeszli się we wszystkie strony szerokimi korytarzami o ścianach i podłodze utrzymanych w pastelowych barwach, Horza został sam przy szybie windy. Niemal natychmiast podleciała do niego drona; wielkością i kształtem prawie nie różniła się od plecaka mieszczącego standardowy układ podtrzymywania funkcji życiowych. Metamorf przyjrzał się jej nieufnie.

— Przepraszam, czy dobrze się czujesz? — zapytała maszyna energicznym, przyjaznym tonem. Horza ledwo ją usłyszał.

— Zabłądziłem — odpowiedział znacznie głośniej, niż było trzeba. — Zabłądziłem — powtórzył ciszej.

Zdawał sobie sprawę, że przedstawia niezwykły widok: chwiał się na nogach, woda wciąż kapała z przemoczonego płaszcza i wsiąkała w tworzywo, którym była wyłożona podłoga.

— A czego szukasz? — zapytała drona.

— Statku o nazwie… — w ostatniej chwili przypomniał sobie, że nie może powiedzieć prawdy — …”Kłamstwo Łgarza”.

— Obawiam się, że na pokładzie „Granicy Pomysłowości” nie ma takiej jednostki — odparła drona po niespełna sekundzie. — Może przycumował w którymś z doków portu.

— To stary okręt desantowy Hronów — brnął dalej Horza, rozglądając się w poszukiwaniu czegoś, na czym mógłby usiąść. Przy ścianie dostrzegł kilka foteli. Drona podążyła za nim, a kiedy usiadł, zawisła w powietrzu na wysokości jego oczu. — Ma około stu metrów długości — ciągnął. W gruncie rzeczy było mu wszystko jedno, czy ta gra do czegokolwiek go doprowadzi. — Zdaje się, że naprawiał uszkodzony napęd gwiezdny.

— Chyba wiem, o co ci chodzi — odparła drona. — Statek, którego szukasz, jest całkiem blisko. Co prawda nie wiem, jak się nazywa, ale dokładnie pasuje do opisu. Trafisz sam, czy mam cię zaprowadzić?

— Nie wiem, czy dam radę — powiedział Horza zgodnie z prawdą.

— Zaczekaj chwilę. — Maszynka przez kilka sekund wisiała bez ruchu w powietrzu, po czym przemówiła ponownie: — W takim razie idź za mną. Niedaleko stąd mamy szyb antygrawitacyjny. Wskazała kierunek mglistym, ukierunkowanym polem, które wyemitowała z górnej części obudowy, a następnie ruszyła przodem. Horza z trudem dźwignął się z fotela i podążył za nią. Opuścili się szybem dwa poziomy niżej, do rozległego pomieszczenia, gdzie — dla potomności, jak wyjaśniła drona — zgromadzono kilkanaście egzemplarzy rozmaitych pływających, latających i jeżdżących pojazdów, z których korzystali mieszkańcy orbitala. Na „Granicę Pomysłowości” załadowano również jeden z megastatków; umieszczono go w głównej ładowni, ponad trzynaście kilometrów niżej, na samym spodzie SJK. Horza nie wiedział, czy drona mówi prawdę, czy fantazjuje.

Z hangaru weszli w długi korytarz, który zaprowadził ich do cylindra wysokości około sześciu metrów i średnicy trzech. Jak tylko znaleźli się w środku, drzwi zasunęły się bezgłośnie, cylinder zaś przetoczył się na bok i został wessany do pogrążonego w ciemności tunelu. Wnętrze cylindra było oświetlone łagodnym blaskiem. Drona wyjaśniła, że pojazd jest pozbawiony okien ze względu na dobro pasażerów; większość z nich nie była przyzwyczajona ani do podróżowania z takimi prędkościami w ciasnej, ograniczonej niemal ze wszystkich stron przestrzeni, ani tym bardziej do gwałtownych zmian kierunku, zupełnie nieodczuwalnych, ale doskonale widocznych — naturalnie pod warunkiem że istniały jakieś punkty odniesienia. Horza natychmiast opadł na jeden z rozłożystych foteli, lecz nie dane mu było zaznać długiego odpoczynku.

— Jesteśmy na miejscu — oznajmiła drona. — Dok 7492, poziom wewnętrzny S-10, strona prawa. Do zobaczenia.

Drzwi rozsunęły się, Horza zaś podziękował maszynie skinieniem głowy i wyszedł w korytarz o prostych, przezroczystych ścianach. Kapsuła znikła tak szybko, że prawie tego nie zauważył. Spojrzał w prawo… i ujrzał ogromną, ciągnącą się kilometrami przestrzeń przykrytą z góry dachem. Odległość do sklepienia była tak wielka, że tuż pod nim uformowało się kilka rozmazanych chmurek. Tu i ówdzie poruszały się niewielkie pojazdy. Kilka kilometrów od niego zaczynały się hangary: setki, tysiące hangarów, rząd za rzędem, poziom nad poziomem. Hangary, doki czy stanowiska cumownicze — jakkolwiek je zwać, było ich takie mnóstwo, że Horzy po raz kolejny zakręciło się w głowie. Jego umysł przez dłuższą chwilę odmawiał zaakceptowania tego, co widziały oczy; Horza zacisnął powieki, lecz kiedy je rozwarł, zobaczył to samo co przedtem. Pojazdy lądowały i startowały, światła zapalały się i gasły, a w pewnej chwili niemal tuż przed Metamorfem przemknęło coś wielkiego — statek kosmiczny długości co najmniej trzystu metrów. Statek minął korytarz, w którym stał Horza, majestatycznie skręcił w lewo, po czym wpłynął do innego, rzęsiście oświetlonego korytarza kilkaset metrów w górę i na prawo. Tam, skąd nadleciał, znajdowała się ściana, pozornie gładka i jednolita. Dopiero kiedy Horza przetarł oczy i wytężył wzrok, dostrzegł na niej tysiące świetlnych punkcików rozmaitego kształtu i wielkości: okna, balkony oraz bramy albo wrota wiodące ku niezliczonym pomieszczeniom. Na tle ściany co chwila przemykały większe i mniejsze statki kosmiczne, między jasnymi punkcikami śmigały kapsuły transportowe.

Horza miał dosyć. Bał się, że jeszcze chwila, a po prostu zemdleje, ogłuszony nadmiarem wrażeń. Spojrzał w bok, z ulgą dostrzegł rampę pod grubą rurą, którą przyjechała kapsuła, i zataczając się ruszył do rozkosznie małego, zaledwie dwustumetrowego doku. Łzy napłynęły mu do oczu. Wiekowy statek stał na trzech krótkich podporach niemal dokładnie pośrodku doku. Na podłodze walało się sporo części i narzędzi. W doku nie było żywej duszy. „Wir Czystego Powietrza” sprawiał wrażenie mocno sfatygowanego, ale, przynajmniej na pierwszy rzut oka, w niczym nie przypominał martwego wraka. Remont albo jeszcze trwał, albo nawet się nie rozpoczął. Klapa głównej śluzy była opuszczona na gładką białą podłogę hangaru; dopiero kiedy Horza podszedł bliżej, zauważył wąską drabinkę wiodącą do jasno oświetlonej śluzy. Na jego przegubie wylądował jakiś owad, ale wystarczyło machnięcie ręką, żeby odleciał. Jakie to nieporządne ze strony Kultury, przemknęło mu przez głowę; żeby po Specjalizowanej Jednostce Kontaktowej jakby nigdy nic latały owady! Zaraz jednak przypomniał sobie, iż, przynajmniej oficjalnie, „Granica Pomysłowości” nie była już własnością Kultury. Pomału, z wysiłkiem wdrapał się po drabinie. Przeszkadzał mu w tym nie tylko ciężki, przesiąknięty wodą płaszcz, ale również chlupocząco-mlaszczące odgłosy dobiegające z butów.

Śluza pachniała znajomo, chociaż bez promu, który zazwyczaj zajmował większość miejsca, wydawała się zaskakująco przestronna. Tutaj też nikogo nie było. Wspiął się po schodkach do części mieszkalnej i ruszył korytarzem w kierunku mesy, zastanawiając się, kto ocalał, a kto zginął, jakie uszkodzenia odniósł statek i jakie zmiany wprowadzono w jego wyposażeniu. Minęły zaledwie trzy dni, on jednak czuł się tak, jakby nie było go tu co najmniej trzy lata. Kiedy mijał kajutę Yalson, drzwi otworzyły się gwałtownie i w otworze pojawiła się jasnowłosa kobieta. Na jej twarzy malował się wyraz radosnego zdumienia, który jednak znikł natychmiast, gdy tylko zobaczyła Metamorfa. Horza uświadomił sobie, że popełnił poważny błąd; co prawda wyglądał jak Kraiklyn, ale nie naśladował jego sposobu poruszania się; Yalson, usłyszawszy kroki, wzięła go nie za swego dowódcę, lecz za kochanka.

Znikła w kajucie, by po chwili pojawić się ponownie, otulona cienkim szlafrokiem.

— Co się z tobą działo, do diabła? — zapytała, mierząc go badawczym spojrzeniem.

Horza pospiesznie ukrył za plecami okaleczoną rękę.

— A jak myślisz? — warknął. Głos brzmiał jak należy. — Napadli mnie, i tyle.

Przez kilka sekund mierzyli się wzrokiem.

— Jeśli trzeba ci pomóc… — zaczęła, lecz Horza pokręcił głową.

— Dam sobie radę.

Przez twarz Yalson przemknął blady uśmiech.

— Wierzę ci. — Wskazała kciukiem w stronę mesy. — Twój nowy nabytek już przytaszczył swoje rzeczy. Czeka tam na ciebie, ale myślę, że gdyby zobaczyła cię w takim stanie, zastanowiłaby się jeszcze raz, czy warto do nas przystać.

Horza nie odpowiedział, więc wzruszyła ramionami, odwróciła się i pomaszerowała korytarzem w kierunku sterowni. — Nasz wspaniały dowódca — rzuciła przez ramię, mijając mesę. Horza zawahał się przy drzwiach kajuty Kraiklyna, ale ciekawość zwyciężyła; przeszedł jeszcze kilka kroków, po czym wetknął głowę do jadalni.

Przy końcu stołu, z nogami na stojącym naprzeciwko krześle, siedziała kobieta. Na włączonym ściennym ekranie stado ruchliwych holowników i latających dźwigów podnosiło z wody monstrualne cielsko megastatku. Sądząc po wyglądzie, niektóre z nich liczyły sobie co najmniej kilkaset lat. Kobieta jeszcze przez chwilę wpatrywała się w ekran, po czym, mimo iż Horza nie odezwał się ani słowem, odwróciła się i spojrzała mu w oczy.

Była szczupła, wysoka i bardzo blada, lecz jednocześnie sprawiała wrażenie bardzo silnej. Kiedy ujrzała wychyloną zza futryny, zmasakrowaną twarz, w jej ciemnych, głęboko osadzonych oczach zamigotały ogniki zaskoczenia i niepokoju. Miała na sobie lekki skafander i czerwoną opaskę na krótko ostrzyżonych rudych włosach. Hełm leżał przed nią na stole.

— Kapitanie Kraiklyn! — wykrztusiła ze zdumieniem i zdjęła nogi z krzesła. — Co się stało?

Horza otworzył usta, ale gardło miał tak wyschnięte, że nie zdołał wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Nie wierzył własnym oczom. Bezgłośnie poruszał ustami, na próżno usiłując zwilżyć je suchym jak wiór językiem. Kobieta zaczęła się podnosić, ale powstrzymał ją gestem. Usiadła powoli, a on wreszcie zdołał wycharczeć:

— Nic… Nic mi nie jest. Zobaczymy się później. Odepchnął się od futryny, chwiejnym krokiem dotarł do drzwi kajuty, otworzył je pierścieniem Kraiklyna i niemal wpadł do środka. Zupełnie oszołomiony zablokował drzwi, przez chwilę wpatrywał się nie widzącym spojrzeniem w koję, po czym ciężko usiadł na podłodze. Zdawał sobie sprawę, że nie doszedł całkiem do siebie po niedawnych przejściach, że słabo widzi i jeszcze gorzej słyszy. Zdawał sobie sprawę, że to, co zobaczył, nie może być prawdą, a jeśli nią jest, to czekały go nieliche kłopoty. Mimo to był pewien, że się nie myli — tak samo jak wtedy, kiedy natychmiast rozpoznał Kraiklyna wśród graczy wkraczających na arenę.

Widok kobiety siedzącej jakby nigdy nic przy stole w mesie „Wiru Czystego Powietrza” wstrząsnął nim tak bardzo, że nie był w stanie zebrać myśli. Co powinien teraz zrobić? Jak zareagować? Nie miał pojęcia. Szok był zbyt silny; obraz, który ujrzał wychyliwszy głowę zza futryny, wciąż nie chciał zniknąć mu sprzed oczu. W mesie siedziała Perosteck Balveda.

8. Granica Pomysłowości

Może to klon, myślał Horza. A może zbieg okoliczności. Siedział na podłodze kajuty Kraiklyna — teraz była to jego kajuta — ze wzrokiem utkwionym w drzwi ściennej szafy. Zdawał sobie sprawę, że powinien coś zrobić, ale nie miał pojęcia co. Jego umysł nie był w stanie przyjąć i zaabsorbować więcej wstrząsów. Horza musiał trochę posiedzieć i zastanowić się nad wszystkim.

Usiłował sobie wmówić, że tylko mu się przywidziało, że to nie była ona, że ogarnia go paranoja spowodowana zmęczeniem, dezorientacją i ciągłym napięciem. Niestety, w głębi duszy wiedział, że zobaczył Balvedę — co prawda zewnętrznie na tyle odmienioną, że tylko ktoś zaprzyjaźniony albo Metamorf potrafiliby ją rozpoznać. To na pewno ona, żywa, w znakomitej formie i najprawdopodobniej uzbrojona po zęby. Wstał jak automat z podłogi, zrzucił przemoczone ubranie, po czym wyszedł z kajuty i udał się do łaźni, gdzie zostawił ubranie do wyschnięcia, a sam dokładnie się umył. Po powrocie do kajuty włożył szlafrok, a następnie zaczął metodycznie przeszukiwać małe pomieszczenie. Wreszcie znalazł miniaturowy rejestrator, usiadł na koi i włączył odtwarzanie.

— …eee… i Yalson też — rozległ się lekko zniekształcony głos Kraiklyna. — Zdaje się, że jest blisko z tym… Horzą jak mu tam… Gobuchulem. Była dość… dość gwałtowna, a poza tym ostatnio brakowało jej trochę… to znaczy, nie mogłem na niej polegać. Muszę z nią porozmawiać poważnie, ale na razie, dopóki trwa remont, to chyba nie ma sensu. Zobaczymy, jak zareaguje, kiedy orbital szlag trafi, a my polecimy dalej.

Teraz… Teraz ta nowa, Gravant. Jest w porządku, chociaż odnoszę wrażenie, że potrzebuje trochę… to znaczy, że trzeba ją ustawić, pokazać, co to znaczy dyscyplina. Wątpię, by były z nią jakieś kłopoty, chyba że Yalson… Trochę się niepokoję, jak zareaguje, ale… Nie, chyba wszystko będzie w porządku, chociaż z kobietami nigdy nic nie wiadomo. Podoba mi się, ma klasę, i kto wie, może w przyszłości… może w przyszłości będzie z niej dobry numer drugi, naturalnie pod warunkiem że się dostosuje.

Cholera, przydałoby mi się więcej ludzi. Hm… Ostatnio nie wszystko dobrze szło, ale to wina… Zawiedli mnie, i tyle. Najbardziej Jandraligeli. Muszę się zastanowić, co z nim począć, bo na dobrą sprawę… tak, po prostu zdradził mnie, i tyle. Każdy przyzna mi rację. Chyba powinienem pogadać z Ghalsselem, oczywiście jeśli zjawi się na orbitalu. Naprawdę nie wydaje mi się, żeby Jandraligeli mógł mi się jeszcze na coś przydać. Powiem to wprost Ghalsselowi, bo przecież obaj… eee… robimy w tym samym fachu, więc… No, na pewno mnie wysłucha, bo przecież kto jak kto, ale on wie, na czym polega odpowiedzialność dowódcy.

Zaraz po grze poszukam nowych członków załogi. „Granica” nie wystartuje przecież od razu, a zresztą mogę rozejrzeć się i później, na pokładzie na pewno będzie mnóstwo ludzi bez zajęcia. Aha, żebym nie zapomniał o tym promie. Jestem pewien, że uda mi się jeszcze zbić cenę. Oczywiście, to będzie zupełnie bez znaczenia, jeśli wygram… — Kraiklyn roześmiał się z goryczą — …bo wtedy stanę się niesamowicie bogaty… — kolejny rechot — …i będę mógł olać całe to dziadostwo. Sprzedam „Wir”… albo nawet dam komuś w prezencie, wycofam się z interesów i… Zobaczymy, jak to będzie”.

Głos ucichł. Horza wyłączył rejestrator, odłożył go na miejsce, przez chwilę w zamyśleniu obracał pierścień na palcu, po czym rozebrał się i założył jego — jego! — skafander. Skafander natychmiast zaczął coś mówić, ale Horza uciszył go krótkim poleceniem. Następnie przyjrzał się swemu odbiciu w błyszczącej powierzchni drzwiczek, wyprostował się, upewnił, że pistolet plazmowy jest naładowany i gotowy do użycia, zepchnął zmęczenie i ból w najdalszy zakamarek umysłu, odgrodził go starannie, wreszcie wyszedł z kajuty i skierował się do mesy. W długim pomieszczeniu zastał tylko Yalson oraz kobietę, która, wedle jego najgłębszego przekonania, była Balvedą. Siedziały przy końcu stołu pod wyłączonym ekranem. Jak tylko wszedł, spojrzały na niego, on zaś zajął miejsce trzy albo cztery krzesła od Yalson.

— Wybieramy się dokądś? — zapytała, przyglądając mu się badawczo.

— Być może. — Horza skoncentrował uwagę na drugiej kobiecie. — Przykro mi, panno Gravant — powiedział z uprzejmym uśmiechem — ale po ponownym przemyśleniu sprawy muszę zmienić swoją decyzję. Niestety, na pokładzie „Wiru Czystego Powietrza” nie ma dla pani miejsca. Mam nadzieję, że nie weźmie mi pani tego za złe. Uśmiechnął się jeszcze serdeczniej, położył ręce na stole i splótł palce. Balveda — im dłużej jej się przyglądał, tym bardziej był pewien, że to ona — wyglądała na zdruzgotaną; z otwartymi ustami przenosiła bezradne spojrzenie z Horzy na Yalson i z powrotem. Yalson wpatrywała się w niego przenikliwym wzrokiem.

— Ale… — wykrztusiła wreszcie Balveda, lecz Yalson nie dopuściła jej do głosu.

— Co ty wygadujesz, do cholery? Nie możesz tak po prostu…

— Chodzi o to — wpadł jej w słowo Horza — że zamierzam nieco ograniczyć liczebność załogi, ponieważ…

— Co takiego?! — wrzasnęła Yalson i rąbnęła w stół otwartą dłonią. — Przecież zostało nas tylko sześcioro! Chyba zdajesz sobie sprawę, że… — Zawiesiła głos, zmrużyła oczy, przez kilka sekund wpatrywała się w jego twarz i dokończyła znacznie ciszej: — A może… może uśmiechnęło się do nas szczęście i nie chcemy dzielić się zyskiem z dodatkowymi osobami?

Horza zerknął na nią z ukosa, przeniósł spojrzenie z powrotem na Balvedę.

— Nie, ale właśnie ponownie wziąłem na pokład jednego z dawnych członków załogi. Miejsce, które przeznaczyłem dla panny Gravant, jest już zajęte.

— Jandraligeli zgodził się wrócić? — zapytała z niedowierzaniem Yalson. — Po tym, co od ciebie usłyszał?

Horza pokręcił głową.

— Nie, moja droga. Gdybyś mi ciągle nie przerywała, dowiedziałabyś się znacznie wcześniej, że spotkałem w Evanauth naszego starego przyjaciela pana Gobuchula i namówiłem go, żeby do nas przystał ponownie.

— Horza? — Głos Yalson zadrżał wyraźnie, jej oczy rozszerzyły się, przez twarz przemknął trudny do określenia grymas. Bogowie, pomyślał Metamorf, czy to musi aż tak boleć? — Więc on żyje? Jesteś pewien, że to był on?

Uważnie obserwował obie kobiety. Yalson utkwiła płonące spojrzenie w jego twarzy, oparła łokcie na stole i, cała napięta, pochyliła się do przodu. Jej smukłe ciało wyglądało jak wyrzeźbione z kawałka twardego drewna, złocisty meszek na ciemnej skórze lśnił słonecznym blaskiem. Balveda miała niepewną minę, przygryzała dolną wargę i marszczyła brwi.

— Nie mówiłbym o tym, gdybym miał jakieś wątpliwości — zapewnił dziewczynę. — Horza żyje, czuje się dobrze i jest całkiem blisko. — Zerknął na mikrokomunikator w mankiecie skafandra. — Jesteśmy umówieni w głównej hali portu tuż przed odlotem „Granicy Pomysłowości”. Miał jeszcze do załatwienia parę spraw w mieście. Prosił, żebym ci przekazał, że… eee… Ma nadzieję, że ciągle na niego stawiasz. — Wzruszył ramionami. — Albo coś w tym rodzaju.

— A więc to prawda! — wykrzyknęła radośnie Yalson. Potrząsnęła głową, przesunęła ręką po włosach, kilka razy uderzyła lekko w stół. — A niech mnie… — mruknęła wreszcie, odchyliła się do tyłu na krześle, wzruszyła ramionami i zapatrzyła przed siebie nieruchomym spojrzeniem.

— Jak sama widzisz, Gravant, nie jesteś potrzebna — zwrócił się Horza do Balvedy.

Agentka Kultury otworzyła usta, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, odezwała się Yalson, która otrząsnęła się z chwilowego zamyślenia, odchrząknęła i powiedziała cicho:

— Pozwól jej zostać, Kraiklyn. Co to za różnica, jedna osoba mniej czy więcej…

— Różnica polega na tym, że to ja jestem dowódcą tego statku — odparł Horza.

Uczynił wszystko, żeby zabrzmiało to jak najbardziej po Kraiklynowemu, i chyba mu się udało, ponieważ Yalson odwróciła się do Balvedy, bezradnie rozłożyła ręce i opuściła wzrok. Starała się nie uśmiechać, ale i tak aż promieniała radością. Balveda wstała z krzesła.

— Cóż, kapitanie… Pan wie najlepiej, co robić. Wezmę swoje rzeczy. Wyszła z mesy. Zanim jej kroki ucichły w korytarzu, rozległy się nowe i po chwili do pomieszczenia wmaszerowali Dorolow, Wubslin i Aviger, wszyscy w odświętnych strojach i znakomitych humorach.

— Nasz dowódca! — wykrzyknął Aviger, stary pirat, i uśmiechnął się szeroko. Dorolow położyła rękę na jego ramieniu, Wubslin zaś potoczył dokoła rozmarzonym spojrzeniem. Raczej nie był zupełnie trzeźwy. — Widzę, że trochę wojowałeś — dodał Aviger, przyglądając się twarzy Horzy, na której, mimo wysiłków Metamorfa zmierzających do przyspieszenia procesu gojenia, wciąż było wyraźnie widać ślady niedawnej walki.

— Co Gravant przeskrobała? — zapytała Dorolow wysokim, niemal piskliwym głosem.

— Nic takiego. — Horza uśmiechnął się do piratów. — Po prostu uznałem, że jej nie potrzebujemy, ponieważ udało mi się wskrzesić Horze Gobuchula.

— Horze? — powtórzył Wubslin, po czym szeroko otworzył usta ze zdumienia, Dorolow zaś spojrzała na Yalson z wyrazem twarzy, który miał znaczyć: „Czy to prawda?” Yalson tylko wzruszyła ramionami i nadal wpatrywała się z nadzieją i radością, ale trochę podejrzliwie, w człowieka, którego brała za Kraiklyna.

— Dołączy do nas tuż przed odlotem „Granicy Pomysłowości” — dodał Horza. — Został w mieście, żeby załatwić kilka spraw. Zdaje się, że to coś niezbyt legalnego. — Uśmiechnął się protekcjonalnie, tak jak często czynił Kraiklyn. — Wcale mnie to nie dziwi.

— Ejże! — wymamrotał Wubslin, kołysząc się lekko na nogach. — Zdaje się, że pewien typek szukał Horzy! Chyba powinniśmy go ostrzec.

— Jaki typek? Gdzie?

Aviger machnął lekceważąco ręką.

— Coś mu się przywidziało. Za dużo wypił.

— Wcale nie! — zaprotestował Wubslin. — Powiadam wam, pytał o niego jakiś typek. Była z nim drona, nieduże gówno. — Pokazał rękami. — O, najwyżej takie.

— Gdzie to było? — pytał cierpliwie Horza. — I dlaczego myślisz, że ktoś szuka Horzy?

— Zaraz przy rurze próżniowej — wyjaśnił Aviger, uprzedzając znacznie obszerniejszą wypowiedź Wubslina:

— Mówię ci, wyskoczył z kapsuły, jakby od razu chciał się na kogoś rzucić. Wyglądał mi na gliniarza.

— Co z Mippem? — zapytała Dorolow. — Czy Horza mówił coś o Mippie? — powtórzyła, nie doczekawszy się odpowiedzi. Metamorf ocknął się z zamyślenia.

— O Mippie? Nie. — Pokręcił głową. — Mippowi się nie udało.

— A niech to… — mruknęła kobieta.

— Czy jesteście pewni, że ktoś szuka jednego z naszych? — zwrócił się Horza do Avigera i Wubslina.

Główny mechanik z powagą pokiwał głową.

— Jak cholera. Jakiś podejrzany typek z małą, paskudną droną. Horza nagle przypomniał sobie owada, który na chwilę przysiadł na jego ręce. Kultura wytwarzała złożone, inteligentne maszyny nawet tej wielkości.

— Hm… — mruknął z zastanowieniem. Spojrzał na Yalson. — Dopilnuj, żeby Gravant jak najszybciej zeszła ze statku. — Wstał, przepuścił Yalson, po czym spojrzał na Wubslina, w milczeniu wskazał mu oczami sterownię, a do Avigera i Dorolow szepnął: — Wy zostańcie tutaj.

Podążył za Wubslinem do sterowni, wskazał mu jego miejsce i sam zasiadł w fotelu pilota. Wubslin westchnął ciężko, ale bez słowa sprzeciwu wykonał polecenie. Horza zaczął od zamknięcia drzwi, potem zaś zajął się błyskawicznym przypominaniem sobie wszystkiego, czego nauczył się o procedurach startowych podczas kilku początkowych tygodni pobytu na pokładzie „Wiru”. Kiedy wyciągnął rękę do przełącznika kanałów łączności, coś poruszyło się na podłodze przy jego stopach. Zastygł w bezruchu.

Wubslin spojrzał w dół, schylił się z wysiłkiem i wetknął głowę pod pulpit. Horza poczuł ostrą woń alkoholu.

— Co, jeszcze nie skończyłaś? — usłyszał stłumiony głos mechanika.

— Musiałam przerwać, bo posłali mnie w inne miejsce, i dopiero co wróciłam — poskarżył się sztuczny, piskliwy głosik. Horza odchylił się do tyłu i zajrzał pod konsolę. Nieduża drona, co najmniej o jedną trzecią mniejsza od tej, która doprowadziła go do doku, wyplątywała się z kłębowiska przewodów sterczących z otwartej szafki.

— A to co takiego? — zapytał ze zdumieniem.

Wubslin czknął, po czym odpowiedział znudzonym tonem:

— Ta sama, co tu już… No wiesz. Ej, ty! — zwrócił się do maszyny. — Kapitan chce sprawdzić kanały łączności.

— Ja już naprawdę wszystko skończyłam! — zapiszczała drona nieszczęśliwym głosikiem. — Zostało mi tylko trochę do posprzątania.

— W takim razie pospiesz się — warknął Horza, po czym włączył główny komunikator statku. — Kto zajmuje się kontrolą ruchu? — zapytał Wubslina. — Zapomniałem, do kogo mam się zwrócić. Wiesz, chodzi o to, że gdyby zależało nam na otwarciu doku… Wubslin przez kilka sekund przyglądał się Horzy z pijackim zdziwieniem, po czym wzruszył ramionami.

— Kontrolą ruchu zajmuje się kontrola ruchu. Dokładnie tak jak wtedy, kiedy przylecieliśmy.

— No jasne. Oczywiście. — Pstryknął przełącznikiem na konsolecie. — Kontrola ruchu, tu…

Przerwał w pół zdania. Nie miał pojęcia, jaką nazwę statku podał Kraiklyn, ale jednego był pewien: bez wątpienia nie posłużył się prawdziwą. Horza zamierzał ustalić to zaraz po spławieniu Balvedy, musiał jednak przyspieszyć realizację swych planów, kiedy dowiedział się, że ktoś go szuka.

— Tu… eee… jednostka z doku 27492. Proszę o zezwolenie na natychmiastowe opuszczenie doku i Specjalizowanej Jednostki Kontaktowej. Zamierzamy samodzielnie oddalić się od orbitala.

— Tu kontrola lotów portu Evanauth do doku 27492. Zaczekaj chwilę.

Horza wyłączył komunikator i odwrócił się do Wubslina.

— Mam nadzieję, że ta skorupa jest gotowa do lotu?

— Że… że co? — wyjąkał mechanik. — Do lotu? — Poskrobał się po piersi, zerknął na dronę wciąż zmagającą się ze splątanymi przewodami, podrapał się po głowie. — No, chyba tak, ale… Horza nie pozwolił mu dokończyć.

— Świetnie.

Zaczął kolejno włączać wszystkie systemy statku. Nie omieszkał zauważyć, że na ekranach pojawiła się również informacja o pełnej gotowości dziobowej baterii laserów. A więc Kraiklyn zdążył usunąć przynajmniej część uszkodzeń.

— Do lotu? — powtórzył Wubslin po raz kolejny, znowu podrapał się po piersi i odwrócił w fotelu. — Ty naprawdę chcesz dokądś lecieć?

— Jasne. Zbieramy się stąd. — Horza palcami przebiegał po klawiszach, przełącznikach i suwakach, budząc statek do życia, zupełnie jakby od lat nie robił nic innego.

— Będziemy potrzebowali holownika — wymamrotał Wubslin. Horza zdawał sobie sprawę, że mechanik ma rację. Antygrawitacyjne generatory „Wiru” były w stanie wytworzyć tylko pole wewnątrz statku; silniki napędu gwiezdnego eksplodowałyby z powodu bliskości ogromnej masy „Granicy Pomysłowości”, a nikt przy zdrowych zmysłach nie korzystałby w zamkniętym pomieszczeniu z napędu termojądrowego.

— Dadzą nam go. Powiem, że mamy sytuację awaryjną: znaleźliśmy bombę na pokładzie albo coś w tym rodzaju.

Wreszcie ożył główny ekran, wypełniający przestrzeń nad konsoletą między nim a Wubslinem. Na ekranie pojawiła się panorama tylnej części doku.

Mechanik wywołał na jednym z mniejszych ekranów jakiś skomplikowany plan; Horza stwierdził, że to szczegółowa mapa tego poziomu Specjalizowanej Jednostki Kontaktowej, na którym się obecnie znajdowali. Natychmiast przestał zwracać uwagę na główny ekran, na minutę lub dwie skoncentrował uwagę na planie, po czym wywołał na główny ekran mapę całego wnętrza „Granicy”.

— A co… — Wubslin czknął głośno, skrzywił się, potarł żołądek i spróbował raz jeszcze: — A co z… z Horzą?

— Zgarniemy go później. — Horza wciąż nie odrywał wzroku od planu SJK. — Na wszelki wypadek wyznaczyłem mu drugie miejsce spotkania. — Włączył komunikator. — Kontrola ruchu, kontrola ruchu, tu dok 27492. Proszę o zgodę na start awaryjny. Powtarzam: proszę o zgodę na start awaryjny i o natychmiastowe przysłanie holownika. Mamy awarię reaktora. Powtarzam: awaria reaktora, sytuacja krytyczna.

— Co takiego?! — zapiszczał cienki głosik. Coś otarło się o nogę Horzy i spod konsoli wytoczyła się drona naprawcza. W plątaninie różnobarwnych przewodów wyglądała jak uczestnik hucznej zabawy obwieszony serpentynami. — Co powiedziałeś?

— Zamknij się i wynoś ze statku! — warknął Horza. — Szybko! Pokręcił potencjometrem głośności i pomieszczenie wypełnił szum głośników.

— Z przyjemnością! — Drona strząsnęła kable na podłogę. — Jak zwykle dowiaduję się o wszystkim ostatnia, ale możecie być pewni, że… Zanim zdążyła dokończyć zdanie, w doku zgasły światła. W pierwszej chwili Horza pomyślał, że to awaria głównego ekranu, ale zaraz potem zewnętrzne kamery automatycznie przełączyły się na podczerwień i na ekranie pojawiły się rozmazane zarysy konstrukcji. — Oho! — powiedziała drona oskarżycielskim tonem. — Zdaje się, że nie zapłaciliście czynszu?

— Głucho — odezwał się Wubslin.

Drona zrzuciła na podłogę ostatni fragment przewodu, a Horza spojrzał na mechanika.

— Co mówisz?

Wubslin wskazał przyrządy przed swoim fotelem.

— Głucha cisza. Ktoś odciął nas od kontroli lotów. Przez kadłub przebiegło doskonale wyczuwalne drżenie i niemal jednocześnie zapłonęła kontrolka automatycznego zamykania głównej śluzy. Horza poczuł na policzku podmuch powietrza, na konsolecie zapłonęły kolejne światełka, kilka zaczęło migotać. — Cholera! A to co znowu?

— Chyba już sobie pójdę — wymamrotała drona, przemknęła jak pocisk do drzwi sterowni, otworzyła je i popędziła korytarzem.

— Spadek ciśnienia? — mruknął z niedowierzaniem Wubslin i ponownie podrapał się po głowie. Ze zmarszczonymi brwiami patrzył na wskazania przyrządów.

— Kraiklyn! — To był głos Yalson. Migająca lampka na konsolecie informowała o tym, że kobieta jest w hangarze.

— Czego?

— Co się dzieje, do cholery?! — wrzasnęła Yalson. — Mało nas nie zmiażdżyło! Powietrze zaczęło uciekać z doku i drzwi pozamykały się automatycznie. Co się stało?

— Później ci wytłumaczę. — Zaschło mu w ustach, w żołądku czuł lodową kulę. — Czy panna Gravant jest jeszcze z tobą?

— Jasne, że jest ze mną! A niby gdzie miałaby być, do kurwy nędzy?!

— Słusznie. W takim razie wracajcie do mesy. Natychmiast.

— Posłuchaj, Kraiklyn… — zaczęła Yalson, ale zagłuszył ją inny głos, znacznie wyższy i coraz donośniejszy:

— Zamknięte? Jak to, zamknięte? Dlaczego drzwi są zamknięte? Co tu się właściwie dzieje? Halo, sterownia! Słyszysz mnie, kapitanie?! Halo! Dlaczego nie mogę stąd wyjść?! Żądam, żeby natychmiast…

— Spadaj, kretynko! — syknęła Yalson. — To znowu ta pieprzona drona.

— Ty i Gravant, prędko do środka! — powtórzył Horza. — Ale już! — Wyłączył zewnętrzny komunikator, odwrócił się z fotelem i klepnął Wubslina w ramię. — Zapnij pasy, przygotuj wszystko do startu. — Zaraz potem zerwał się z fotela i rzucił do drzwi, gdzie prawie zderzył się z Avigerem, który otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale Horza nie dał mu szansy. — Nie teraz. — Przecisnął się obok niego, stanął przed drzwiami zbrojowni, dotknął zamka. Drzwi otworzyły się z cichym mlaśnięciem.

— Chciałem tylko zapytać…

— …co się dzieje, do wszystkich diabłów? — dokończył za niego Horza. Zdjął ze stojaka największy paralizator, zamknął drzwi i szybkim krokiem podążył korytarzem w kierunku śluzy. Minął mesę, gdzie Dorolow jakby nigdy nic spała w fotelu, a kiedy dotarł do sekcji mieszkalnej, odbezpieczył paralizator, ustawił na największą moc i schował go za plecami.

Pierwsza pojawiła się drona. Mknęła na wysokości oczu, z wściekłością biorąc zakręty.

— Kapitanie! — wykrzyknęła na jego widok. — Muszę stanowczo zaprotestować! To niedopuszczalne…

Horza otworzył kopnięciem drzwi najbliższej kajuty, wepchnął tam dronę i zanim zdążyła wygłosić kolejny protest, zatrzasnął je z hukiem. Ze schodów wiodących do hangaru dobiegały coraz wyraźniejsze głosy. Zablokował klamkę łokciem i oparł się o drzwi; uczynił to w samą porę, bo chwilę później poczuł szarpnięcie, a zaraz potem jeszcze jedno, znacznie silniejsze.

— To oburzające! — zawyła drona.

U szczytu schodów pojawiła się Yalson. Horza uśmiechnął się, ale w tej samej chwili drzwi aż się zatrzęsły od potężnego uderzenia.

— Żądam, aby mnie stąd natychmiast wypuszczono!

— O co chodzi, Kraiklyn?

Yalson zbliżała się korytarzem. Balvedzie, która niosła przewieszony przez ramię worek z rzeczami, zostały jeszcze do pokonania dwa stopnie.

— Ostrzegam, że wkrótce mogę stracić cierpliwość!

Drzwi zadygotały ponownie.

Za plecami Yalson rozległo się przeraźliwe elektroniczne zawodzenie, które szybko zamieniło się w szum wypełniony trzaskami i gwizdami. Odgłosy dobiegały z worka Balvedy. Dźwięki były tak przenikliwe, że Dorolow aż podskoczyła w mesie, a Yalson odwróciła się gwałtownie. Jeszcze zanim ucichły piski i pogwizdywania — przypuszczalnie była to transmisja skomasowanych danych — Horza już sadził ogromnymi susami z wyciągniętym do przodu paralizatorem. Balveda rzuciła worek na podłogę i sięgnęła błyskawicznie do kieszeni (ruch był tak szybki, że Metamorf z trudem go zarejestrował). Horza odbił się z prawej nogi, przeleciał dwa albo trzy metry w powietrzu, uderzył Yalson w bok, cisnął ją na ścianę i zanim runął na podłogę, nacisnął spust. Oboje upadli niemal jednocześnie.

Yalson z trudem utrzymała równowagę. Horza przez sekundę leżał nieruchomo i obserwował Balvedę, po czym zerwał się na nogi, podbiegł, przyjrzał się uważnie jej twarzy, uniósł powiekę, a następnie starannie wycelował paralizator w głowę i ponownie nacisnął spust. Ciało nieprzytomnej kobiety wyprężyło się, ręce i nogi zadygotały, głowa odchyliła się na bok, z na pól otwartych ust pociekła ślina.

— Zwariowałeś?! — wrzasnęła Yalson.

Horza odwrócił się na pięcie.

— Ona nie nazywa się Gravant, tylko Perosteck Balveda i jest agentką Sekcji Specjalnej Służby Kontaktu. Na wypadek gdybyś nie wiedziała, informuję cię, że to oznacza wywiad wojskowy. — Yalson przywarła plecami do ściany przy wejściu do mesy i wpatrywała się w niego oczami szeroko otwartymi z przerażenia. Horza powoli ruszył w jej stronę, a ona jeszcze bardziej przycisnęła się do ściany. Był niemal pewien, że uderzy go, jeśli zrobi jeszcze krok naprzód, więc zatrzymał się, wyłączył paralizator i podał jej broń rękojeścią naprzód. — Jeżeli mi nie uwierzysz, najprawdopodobniej wszyscy zginiemy. — Zawahała się, ale w końcu wzięła od niego paralizator. — Mówię poważnie. Sprawdź, czy nie ma broni, a potem zawlecz ją do mesy, posadź w fotelu i przypnij pasami, ale najpierw skrępuj ręce i nogi. Sama też się przypnij. Znikamy stąd. Później wszystko ci wyjaśnię. Ruszył w kierunku sterowni, ale po dwóch krokach zatrzymał się, odwrócił i spojrzał jej w oczy.

— Aha, jeszcze jedno: ustaw paralizator na pełną moc i co jakiś czas strzelaj jej w głowę. Agenci Kultury to cholernie twarde sztuki. Przeszedł najwyżej trzy metry, kiedy usłyszał pstryknięcie odbezpieczanej broni.

— Kraiklyn!

Znieruchomiał, po czym odwrócił się powoli. Trzymała paralizator oburącz i mierzyła między jego oczy. Westchnął głośno i pokręcił głową.

— Nie rób tego.

— Co z Horzą?

— Jest bezpieczny, daję ci słowo, ale jeśli zostaniemy tu choć chwilę dłużej, zginie razem z nami. Także wtedy, jeżeli ona odzyska przytomność nawet na pięć sekund.

Odwrócił się na pięcie i wszedł do mesy. W tyle głowy i na plecach czuł nieprzyjemne mrowienie, ale nic się nie stało. Dorolow podniosła głowę ze stołu.

— Co to za hałasy? — zapytała sennym głosem.

— Jakie hałasy? — zdziwił się Horza i poszedł do sterowni. Yalson nie spuszczała go z oka. Przechodząc przez mesę, zamienił kilka słów z Dorolow, a potem znikł w sterowni. Powoli opuściła broń; wydala jej się nienaturalnie ciężka. Przez parę sekund z namysłem przyglądała się odbezpieczonemu paralizatorowi i wyszeptała:

— Coś mi się wydaje, moja droga, że chwilami przesadzasz z tą lojalnością.

Drzwi jednej z kajut uchyliły się odrobinę.

— Czy już po wszystkim? — zapytał nieśmiały głosik. Yalson podeszła szybkim krokiem, szarpnęła za klamkę i zajrzała do środka. Na jej widok drona cofnęła się w najdalszy kąt.

— Wyłaź stąd, ty zardzewiały skrzypiący wraku, i pomóż mi przenieść ją do mesy!

— Obudź się!

Horza kopnął Wubslina w kostkę. Aviger siedział w trzecim fotelu, z niepokojem obserwował wskazania instrumentów. Wubslin podskoczył i rozejrzał się niepewnie.

— Że co? — wymamrotał. — Przecież nie śpię. Tylko przymknąłem na chwilę oczy.

Naciśnięciem klawisza Horza wysunął spod konsolety przyrządy służące do ręcznego sterowania „Wirem”. Na ich widok Aviger skulił się w fotelu.

— Aż tak mocno dostałeś w głowę? — zapytał dowódcę. Horza uśmiechnął się i odblokował mechanizm uruchamiający silniki jądrowe statku. Spróbował ponownie nawiązać łączność z kontrolą lotów — bez rezultatu. W doku wciąż panowały ciemności, ciśnienie na zewnątrz „Wiru” wynosiło zero. Wubslin marudził coś pod nosem, sprawdzając działanie wewnętrznego monitoringu.

— Wiesz co? — powiedział Horza, nie patrząc na Avigera. — Wydaje mi się, że powinieneś zapiąć pasy.

— Po co? Przecież nigdzie nie polecimy. Nie możemy ruszyć się stąd aż do przybycia holownika. Chyba mam rację, prawda?

— Jasne, że masz rację — odparł Horza. Ustawił parametry działania silników jądrowych, po czym włączył automatyczne sterowanie wysięgnikami. Dopiero teraz odwrócił się do Avigera. — Mam do ciebie prośbę: weź worek z rzeczami naszej nowej koleżanki, zanieś go do hangaru i wrzuć do mikrośluzy.

— Wydawało mi się, że jej nie przyjąłeś?

— Dobrze ci się wydawało, ale zanim zdążyła opuścić pokład, ktoś wypompował powietrze z doku. Teraz bardzo zależy mi na tym, żebyś zabrał jej worek i wszystko, co do niej należało, zaniósł to na dół do hangaru i wsadził do mikrośluzy.

Aviger powoli wstał z fotela, wpatrując się w Horze z niepewnym, bolesnym grymasem na twarzy.

— W porządku.

Przy drzwiach zatrzymał się jeszcze.

— Kraiklyn, czy mogę wiedzieć, dlaczego tak ci na tym zależy?

— W worku prawie na pewno jest silny ładunek wybuchowy. A teraz zrób, o co cię proszę, dobrze?

Aviger skinął głową, skrzywił się jeszcze boleśniej, po czym wyszedł ze sterowni. Jak tylko zamknęły się za nim drzwi, Horza ponownie skoncentrował uwagę na tablicy przyrządów. Wszystko było już prawie gotowe. Wubslin wciąż mamrotał coś pod nosem i nie zapiął porządnie pasów, ale wyglądało na to, że mimo dręczącej go czkawki oraz częstych przerw na drapanie się po piersi i głowie, robi co do niego należy. Teraz nadeszła najtrudniejsza chwila. Horza wcisnął przycisk identyfikacji, odchrząknął i powiedział:

— Tu Kraiklyn.

— Identyfikacja pozytywna — padła natychmiastowa odpowiedź. Najchętniej pokrzyczałby trochę z radości albo chociaż opadł na fotel i odetchnął z ulgą, ale po pierwsze — nie miał na to czasu, a po drugie — nie chciał wzbudzać podejrzeń Wubslina ani tym bardziej komputera pokładowego; niektóre maszyny były uczulone na oznaki nadmiernej ulgi lub radości po pozytywnej identyfikacji. W związku z tym jakby nigdy nic zajął się przygotowywaniem silników jądrowych do rozruchu.

— Kapitanie! — Mała drona naprawcza wpadła do sterowni, błyskawicznie wytraciła prędkość i zawisła w powietrzu. — Jeżeli natychmiast nie wypuścisz mnie z tego statku i nie zameldujesz kontroli lotów o wydarzeniach, które się tu rozegrały, to…

— To co? — zapytał uprzejmie Horza, obserwując wskaźniki temperatury silników. — Nikt ci nie broni wyjść na zewnątrz. Ostrzegam cię jednak, że agenci Kultury otworzą do ciebie ogień, jak tylko pojawisz się w doku.

— Agenci Kultury? — powtórzyła z przekąsem maszyna. — Kapitanie, chyba nikt cię nie poinformował, że twój statek znajduje się we wnętrzu zdemilitaryzowanej Specjalizowanej Jednostki Kontaktowej, która tymczasowo pozostaje pod rozkazami cywilnych władz orbitala Vavatch, zgodnie z postanowieniami układu zawartego między Idirianami i Kulturą, które to postanowienia…

— Ty kretynko! W takim razie kto wyłączył światło i wypompował powietrze?

Zerknął z ukosa na dronę, ale natychmiast ponownie skoncentrował uwagę na wskazaniach przyrządów. Najbardziej interesował go obraz na ekranie dziobowego radaru, pokazującego wnętrze gigantycznego statku za gładką ścianą doku.

— Nie mam pojęcia, ale wątpię, żeby zrobili to agenci Kultury — odparła drona. — Na kogo, twoim zdaniem, mieliby polować? Na ciebie?

— A jeśli tak?

Spojrzał na holograficzny plan wnętrza SJK, powiększył rejon doku 27492, po czym wyłączył ekran. Drona milczała przez kilka sekund i powoli ruszyła w kierunku drzwi.

— No to ładnie. Pięknie. Wspaniale. Jestem uwięziona w latającym zabytku, którym dowodzi wariat dotknięty ciężkimi urojeniami. Chyba rozejrzę się za jakimś bezpieczniejszym miejscem.

— Proszę bardzo! — krzyknął za nią Horza i połączył się z hangarem. — Aviger, jesteś tam?

— Tak. Już to zrobiłem.

— Świetnie. Wracaj do mesy, siadaj i zapnij pasy.

Wyłączył interkom.

Wubslin rozprostował kości, podrapał się po głowie, rzucił jeszcze jedno spojrzenie na rzędy ekranów i wskaźników.

— Nie mam pojęcia, co zamierzasz — zwrócił się do Horzy — ale i tak nigdy nie będziemy bardziej gotowi niż teraz, żeby to zrobić. Ukradkiem poprawił pasy. Horza uśmiechnął się do niego; miał nadzieję, że sprawia wrażenie spokojnego i pewnego siebie, choć naprawdę było mu do tego daleko. Uprząż przy fotelu pilota zapinała się automatycznie; wystarczyło dotknąć przycisku, żeby pasy oplotły jego ciało i przycisnęły do miękkiej tapicerki. Dodatkowo chroniło go także odkształcalne pole siłowe. Metamorf włączył wszystkie zabezpieczenia i nasunął na głowę hełm, który natychmiast zahermetyzował się z lekkim świstem.

— O mój Boże… — wyszeptał Wubslin. Szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w główny ekran, na którym widać było gładką ścianę doku numer 27492. — Mam nadzieję, że nie myślisz o tym, o czym ja teraz myślę.

Horza nie odpowiedział, tylko połączył się z mesą.

— Wszystko w porządku?

— Właściwie tak, ale…

Przerwał połączenie, nie czekając, aż Yalson dokończy zdanie. Oblizał spierzchnięte wargi, zacisnął ręce na sterach, nabrał pełne płuca powietrza, po czym przerzucił kciukiem czerwony wyłącznik rozruchu silników jądrowych.

— Boże, ty naprawdę… — zdążył wykrztusić Wubslin, zanim potworny ryk zagłuszył jego słowa.

Ekran zamigotał, przygasł, znowu rozbłysnął. Tylną ścianę doku oświetlił blask trzech plazmowych strumieni wystrzelających spod kadłuba. Zwielokrotniony huk gromu wypełnił sterownię i rozbiegł się po statku, wprawiając w rezonans jego elementy konstrukcyjne. Dysze dwóch silników skierowały się ku dołowi; strumienie płynnego ognia uderzyły w podłogę, stopiły lub porozrzucały na boki pozostawione tam narzędzia, uniosły statek kilkanaście centymetrów nad posadzkę, by niemal natychmiast pozwolić mu opaść z powrotem. Dziobowy silnik, znacznie słabszy, ale o dużo bardziej skupionym strumieniu, ział najjaśniejszym ogniem. „Wir Czystego Powietrza” drżał niecierpliwie, niczym spięte do skoku zwierzę, jęcząc, poskrzypując i przenosząc ciężar z jednej płomienistej nogi na drugą. Na głównym ekranie rozgrywał się zapierający dech w piersi spektakl płomieni, cienia i dymu, którego coraz bardziej gęste kłęby stopniowo zasłaniały widok. Horza zachodził w głowę, jakim cudem podłoga, ściany i sufit wytrzymują piekielnie wysoką temperaturę. Nie mógł czekać dłużej, więc jeszcze bardziej zwiększył moc silników i jednocześnie uruchomił laser dziobowy.

Ekran eksplodował ogniem. Ściana przed statkiem otworzyła się niczym rozkwitający kwiat na filmie odtwarzanym w przyspieszonym tempie; ogromne metalowe płatki wychyliły się ku statkowi, a powietrze, które wdarło się do otwartego w tak gwałtowny sposób pomieszczenia, porwało ze sobą setki drobniejszych szczątków i odłamków. W tej samej chwili „Wir” na dobre oderwał się od podłoża. Wskaźniki obciążenia podpór pokazały same zera i zaraz potem zgasły, jak tylko rozgrzane do czerwoności podpory schowały się do kadłuba. Awaryjne systemy chłodzenia podwozia bezzwłocznie przystąpiły do pracy. Statek zakołysał się, przechylił nieco w lewo, wyrównał, po czym dla odmiany zaczął powoli przesuwać się w prawo. Widoczność z każdą sekundą stawała się coraz lepsza.

Horza ustabilizował statek i zwiększył ciąg tylnych silników, kierując jednocześnie ich dysze na wrota doku. Co prawda rozgrzały się do białości, ale nie stopiły się ani nie rozpadły na kawałki, więc choć Horza najchętniej uciekłby właśnie tamtędy, nie pozostało mu nic innego, jak wybrać znacznie trudniejszą, bardziej niebezpieczną drogę przez ścianę.

„Wir Czystego Powietrza” zadygotał i powoli ruszył naprzód. Niemal natychmiast Horza zorientował się, że otwór jest zbyt mały. Położył drżący palec na regulatorze skupienia promienia lasera dziobowego, ustawił go na maksimum i po raz kolejny uruchomił laser. Powyginane metalowe płatki rozjarzyły się oślepiającą bielą; „Wir” wsunął dziób do sąsiedniego doku, a następnie przecisnął się tam cały. Horza w napięciu czekał na łoskot zderzenia, ale nic się nie stało, statek majestatycznie sunął nad zgromadzonymi w pomieszczeniu promami orbitalnymi; plazmowe płomienie lizały ich kadłuby, topiły części wykonane z mniej odpornych materiałów, druzgotały wsporniki, osmalały usterzenie.

Wubslin skulił się na fotelu, podciągnął kolana do piersi, osłonił ramionami głowę i zza tej zasłony wpatrywał się w ekran wytrzeszczonymi oczami. Jego twarz przypominała maskę wyrażającą strach i niedowierzanie. Kiedy Horza odwrócił się do niego i uśmiechnął, mechanik zaskrzeczał nie swoim głosem:

— Uważaj!

„Wir” dygotał i zataczał się na trzech kolumnach plazmy. W relatywnie niewielkiej przestrzeni doku turbulencje były tak silne, że Horza miał spore problemy z utrzymaniem stabilności statku. Kolejna ściana zbliżała się znacznie szybciej, niżby sobie życzył; zwiększył skupienie promienia lasera i nacisnął spust, jednocześnie obracając nieco statek wokół pionowej osi. Ściana eksplodowała oślepiającym blaskiem, a kilka zaparkowanych przy niej promów wybuchło jak fajerwerki. Chwilę potem ściana zaczęła się rozpadać, ale rozpędzony „Wir Czystego Powietrza” zbliżał się zbyt szybko. Horza rozpaczliwie usiłował go powstrzymać — na próżno. Na ułamek sekundy przed tym, jak dziób statku rąbnął w środek ściany, z gardła Wubslina wydobył się zwierzęcy skowyt. Obraz na ekranie zadrżał, dziób skierował się w dół, statek zadygotał gwałtownie… i już byli w następnym, zupełnie pustym doku. Horza ponownie zwiększył ciąg, strzelił parę razy do kolejnej ściany… po czym wybałuszył z niedowierzaniem oczy, ta bowiem, zamiast rozpaść się na niezliczone fragmenty albo otworzyć przed nimi jak gigantyczny kwiat, natychmiast runęła w ich stronę, pchana wrzącym kłębowiskiem milionów ton wody wymieszanej z parą.

Horza usłyszał swój krzyk, bez namysłu dał pełną moc i otworzył ogień ciągły z dziobowej baterii laserów.

Statek skoczył naprzód, przemknął nad spienioną powierzchnią wody, uderzył w nią strumieniami plazmy i para błyskawicznie poczęła wypełniać niewielki dok. Wskaźnik ciśnienia zewnętrznego pędził w górę tak szybko, że z trudem dało się nadążyć za nim wzrokiem. Dwie albo trzy sekundy później, z hukiem dorównującym chyba temu, jaki towarzyszył stworzeniu świata, kolejna ściana została rozsadzona na niezliczone fragmenty, a z chmury szczątków niczym pocisk wystrzelił „Wir Czystego Powietrza”.

Ciągnąc za sobą smugi plazmowego ognia, błyskawicznie wyprzedził czoło fali uderzeniowej i pognał wypełnionym powietrzem szybem wzdłuż pozamykanych na głucho wrót doków i pokładów mieszkalnych. Towarzyszył mu piekielny ryk trzech rzygających ogniem gardeł, za sobą zaś pozostawiał grubą krechę dymu i pary wodnej. Woda ulegała szybkiemu skraplaniu i spadała w postaci gęstego deszczu. Statek wykonywał gwałtowne manewry, z każdą sekundą coraz bardziej zbliżając się do końca gigantycznego szybu. Nagle wszystkie trzy silniki zakrztusiły się i zgasły, a „Wir” zaczął spadać. Horza rozpaczliwie walił w przyciski, lecz silniki milczały. Przez główny ekran przemknęła ściana szybu, zaraz potem wypełniły go kłęby pary, chwilę później znowu pojawił się szereg wrót. Wpadli w korkociąg. Walcząc ze sterami, Horza rzucił rozpaczliwe spojrzenie na Wubslina; mechanik tkwił w fotelu jak sparaliżowany, ze szklistym spojrzeniem utkwionym w konsolecie.

— Wubslin! — wrzasnął Horza.

Silniki plazmowe wciąż nie działały.

Wubslin ocknął się, jakby dopiero teraz uświadomił sobie, że spadają, i rzucił się do przyrządów.

— Prowadź go jak samolot! Spróbuję coś zrobić, ale chyba przegrzałeś silniki!

Horza wciąż zmagał się ze sterami, a Wubslin bezskutecznie usiłował włączyć napęd. Na ekranie trwał szaleńczy taniec ścian i kłębów pary; za każdym obrotem warstwa chmur pod nimi — naprawdę pod nimi — była coraz bliżej, płaska, buroszara i śmiertelnie nieruchoma. Niespodziewanie ożył silnik dziobowy. Nagłe szarpnięcie skierowało statek w bok, ku jednej ze ścian szybu. Horza natychmiast wyłączył silnik, a następnie, stosując się do rady Wubslina, pokierował „Wirem” jak szybowcem, wycelował dziób w dół i pozwolił maszynie nabrać prędkości. Chmury pędziły im na spotkanie w zastraszającym tempie. Horza zamknął oczy i wcisnął do oporu klawisz dziobowego lasera.

„Granica Pomysłowości” składała się z trzech prawie całkowicie niezależnych poziomów. Każdy miał ponad trzy kilometry wysokości, każdy też był hermetycznie zamknięty; gdyby stanowiły całość, różnica ciśnień między spodem statku a jego najwyższymi rejonami byłaby taka sama jak między poziomem morza na planecie a wierzchołkami gór sięgających troposfery. Jednak nawet trzy i pół tysiąca metrów, dzielące „podłogę” każdego poziomu od jego „dachu”, nie było błahostką i nikt przy zdrowych zmysłach nie przebywał tej odległości podczas jednej, trwającej zaledwie kilka chwil podróży szybem grawitacyjnym. Kolejne subpoziomy różniły się ciśnieniem, oddzielały je zaś pola siłowe zaprogramowane w ten sposób, że zatrzymywały pojedynczych ludzi, ale nie stanowiły żadnej przeszkody dla maszyn latających. Właśnie w kierunku granicy między subpoziomami, widocznej dzięki nagromadzeniu chmur, spadał „Wir Czystego Powietrza”. Horza nic o tym nie wiedział, ale przed katastrofą uchronił ich nie ciągły ogień prowadzony przez dziobową baterię laserów, lecz główny komputer orbitala, który na czas pobytu „Granicy Wyobraźni” na Vavatchu przejął kontrolę nad gigantyczną SJK. To on otworzył okno w polu siłowym, kierując się zupełnie fałszywym przekonaniem, że lepiej przepuścić obiekt o tak znacznej masie, niż dopuścić, żeby się roztrzaskał we wnętrzu Specjalizowanej Jednostki Kontaktowej. „Wir” z impetem wpadł w rozrzedzone powietrze pod sklepieniem niższego subpoziomu, zabierając ze sobą sporą porcję kipiących, rozszerzających się błyskawicznie chmur. Otworzywszy oczy, Horza z ulgą zobaczył, że znowu mają przed sobą mnóstwo przestrzeni oraz że wszystkie trzy silniki wykazują pełną gotowość do działania. Uruchomił oba tylne i skierował dziób statku ku górze; odległa podłoga wkrótce znikła mu z oczu, pojawiła się natomiast kolejna pionowa ściana z mnóstwem wrót prowadzących do doków i poziomów mieszkalnych, tyle że wrota te były znacznie większe, a nieliczne pojazdy, które manewrowały w ich pobliżu, były pełnowymiarowymi statkami kosmicznymi. Horza nie odrywał wzroku od ekranu, pilotując „Wir Czystego Powietrza” jak zwykły samolot. Lecieli z dość dużą prędkością korytarzem kilometrowej średnicy, jakieś tysiąc pięćset metrów poniżej pułapu chmur. Tym samym korytarzem dostojnie sunęły statki kosmiczne rozmaitych kształtów i wielkości; nieliczne były otoczone własnymi polami antygrawitacyjnymi, większość korzystała z pomocy lekkich holowników. Mknący na złamanie karku, pchany dwiema kolumnami płynnego ognia wystrzelającymi z rykiem z rozpalonych komór plazmowych „Wir” był jedynym elementem zakłócającym spokój i lekko senną atmosferę. Niebawem pojawiła się przed nimi kolejna ściana. Horza zerknął na boczne ekrany, po czym wprowadził statek w szeroki skręt w lewo, kierując go jednocześnie w dół, gdzie było więcej miejsca. Przemknęli nad kliprem holowanym w kierunku odległego doku; potężny transportowiec zakołysał się gwałtownie, kiedy trafiła w niego fala rozgrzanego powietrza. Horza zacieśnił zakręt. Daleko przed dziobem pokazała się gromada maleńkich czarnych punkcików, jakby roztańczony rój owadów. Za tą ażurową zasłoną, w odległości pięciu albo sześciu kilometrów, ział prostokąt czerni o powierzchni co najmniej tysiąca metrów kwadratowych, ograniczony wstęgami pulsującego białego światła. Główna brama „Granicy Pomysłowości”. Powinni tam dotrzeć lada chwila. Horza westchnął z ulgą i rozluźnił napięte mięśnie. Prawie się udało. Może jednak zdołają nie tylko wymknąć się ze Specjalizowanej Jednostki Kontaktowej, ale także opuścić orbital. Wycelował dziób statku w środek czarnego prostokąta i zwiększył moc silników. Mimo sporego przeciążenia Wubslin gwałtownie wyprostował się w fotelu i dotknął kilku przycisków na konsolecie. Na jednym z mniejszych monitorów pojawił się powiększony fragment obrazu widocznego na głównym ekranie.

— To ludzie!

Horza zmarszczył brwi.

— Co ty wygadujesz?

— To ludzie w uprzężach AG! Lecimy prosto na nich! Metamorf zerknął na mniejszy ekran; mechanik miał rację. Czarny rój składał się z ludzkich sylwetek, szybujących niespiesznie w skafandrach, a nawet zwykłych ubraniach. Były ich tysiące. Odległość zmniejszała się błyskawicznie: tysiąc sto metrów, tysiąc, dziewięćset… Wubslin zupełnie stracił głowę: wymachiwał wściekle rękami i co sił w płucach wrzeszczał do ludzi na ekranie, jakby ci mogli go usłyszeć:

— Z drogi! Odsuńcie się! Zróbcie miejsce!

Horza nie widział sposobu na ominięcie rojowiska. Bez względu na to, co ci ludzie robili — mogli uczestniczyć w jakiejś zorganizowanej grze albo po prostu zażywali bezgrawitacyjnego spaceru — było ich zbyt wielu i zajmowali zbyt dużą przestrzeń.

— Kurwa mać! — zaklął i przygotował się do wyłączenia silników. Przy odrobinie szczęścia powinni przemknąć rozpędem przez zgromadzenie; co prawda oznaczałoby to śmierć kilku, może nawet kilkunastu osób, ale nie paru setek lub tysięcy.

— Nie! — ryknął przeraźliwie Wubslin.

Rozpiął pasy i dał ogromnego susa ku sterom. Horza usiłował go odepchnąć, ale mechanik nabrał zbyt dużego rozpędu, wyrwał mu stery z rąk, „Wir” wykonał gwałtowny skręt, z głównego ekranu zniknął czarny prostokąt, pojawiła się natomiast ściana z rzęsiście oświetlonymi wrotami doków. Horza dopiero teraz zdołał rąbnąć mechanika łokciem w głowę; Wubslin runął na podłogę jak nieżywy, Metamorf natomiast chwycił stery, ale było już za późno na jakikolwiek manewr, więc tylko wycelował dziób statku w szeroko ziejący otwór najbliższego doku. „Wir Czystego Powietrza” wpadł w otwarte na oścież wrota i, zionąc ogniem z dysz wylotowych, przemknął nad szkieletem budowanego — lub remontowanego — statku. Jeżeli któryś z robotników, zaskoczony nagłym pojawieniem się intruza, odruchowo spojrzał w jego kierunku i nie miał na oczach ochronnych okularów, musiał stracić wzrok od jaskrawego blasku plazmy wyrzucanej przez dysze silników.

Horza starał się łagodnie wytracać prędkość. Na szczęście wewnętrzne wrota łączące dok z sąsiednim były otwarte, podobnie jak następne i jeszcze następne. Przemykał zaledwie kilkanaście metrów nad kadłubami statków w różnych fazach remontu bądź budowy. Nie miał pojęcia, co czeka go u kresu szaleńczego lotu, wiedział natomiast, że będzie musiał zmieścić się w wąskiej przestrzeni między sklepieniem trzeciego doku a wierzchołkiem kadłuba wyjątkowo dużej maszyny, niemal całkowicie wypełniającej bardzo przecież obszerne pomieszczenie. Przy tej prędkości nie miał na to najmniejszych szans, skierował więc wyloty obu silników ku przodowi. Przy krawędziach głównego ekranu pojawiły się oślepiająco białe smugi, „Wir” zahamował gwałtownie, bezwładne ciało Wubslina wbiło się w wąską przestrzeń pod konsoletą. Horza wyczekał do ostatniej chwili i gwałtownie poderwał nos statku.

„Wir Czystego Powietrza” przemknął metr, może dwa nad pękatym kadłubem, opadł po drugiej stronie i, wciąż hamując, przeleciał przez kolejny, już czwarty dok. Niestety, następny korytarz był znacznie węższy od poprzedniego; Horza mógł tylko skierować dziób statku w dół i uruchomić laser. Przez ułamek sekundy widział mknącą im na spotkanie podłogę korytarza, zaraz potem jej miejsce zajął wypełniony ogniem i dymem chaos, z którego wystrzeliwały we wszystkie strony potrzaskane, zgruchotane i nadtopione szczątki. Horza liczył na to, że po drugiej stronie czeka na nich pusta, otwarta przestrzeń, lecz jego nadzieje spełzły na niczym. Znaleźli się w głównym doku „Granicy Wyobraźni”.

„Wir” spadał jeszcze przez jakiś czas, zanim Horzy udało się wreszcie wyrównać. Znajdowali się w największym pomieszczeniu Specjalizowanej Jednostki Kontaktowej, gdzie umieszczono megastatek — ten sam, którego podnoszenia za pomocą co najmniej setki mniejszych jednostek Horza był niedawno świadkiem. Przynajmniej miał dość czasu, żeby rozejrzeć się dokoła. Megastatek spoczywał na dnie doku i z tej wysokości wyglądał jak spore miasto zbudowane na wąskiej, ale długiej sztabie. „Wir Czystego Powietrza” przemknął nad rufą megastatku, ominął śruby o średnicy kilkudziesięciu metrów, wzniósł się nad monstrualne żurawie, pod które podczepiono niewielki stateczek wycieczkowy, czekający na powrót wody, przeleciał nad wieżami, nadbudówkami i masztami, nad tępym dziobem i znalazł się jakieś dwa kilometry od wrót tego największego z doków. Co prawda były zamknięte, ale Horza tylko wzruszył ramionami i od niechcenia włączył laser. Do takich sytuacji powoli się już przyzwyczajał.

Automatyczny celownik naprowadził baterię na niewielki otwór technologiczny; kiedy Metamorf nacisnął spust, krawędzie otworu zapłonęły jaskrawą czerwienią, potem bielą, a następnie zaczęły się powoli rozsuwać. Niebawem dziura stała się na tyle duża, że uciekające powietrze utworzyło wydłużony lej przyssany do niej węższym końcem. „Wir” wpadł w ten lej i obracał się wokół podłużnej osi powoli, coraz prędzej, a potem pstryk! — i był już na zewnątrz. Wystrzelił w kosmiczną pustkę razem z bąblem powietrza, otoczony chmurą lodowych kryształków. Pole siłowe strzegące wejścia do głównego doku zamknęło się zaraz za jego rufą. Przez kadłub przebiegło delikatne drżenie, kiedy silniki plazmowe zaczerpnęły powietrza z wewnętrznych zbiorników. Horza właśnie zamierzał je wyłączyć i zająć się uruchamianiem napędu gwiezdnego, kiedy niespodziewanie ożyły głośniki w zagłówku fotela.

— Tu policja portu Evanauth. W porządku, sukinsynu: trzymaj ten kurs i natychmiast zacznij zwalniać. Powtarzam: tu policja portu Evanauth. Wytracaj prędkość, rozumiesz?

Horza szarpnął sterami i gwałtownie nabierając szybkości skierował „Wir” nad rufę „Granicy Wyobraźni”, a następnie wycelował dziób statku w labirynt opustoszałych doków, nabrzeży, śluz, magazynów i przepompowni portu. Wubslin, który właśnie przytomniał i pojękiwał cicho, po raz kolejny przejechał po podłodze i z impetem rąbnął w tylną ścianę sterowni. Statek wciąż powoli obracał się wokół podłużnej osi; Horza skorygował lot dopiero u szczytu pętli, kiedy wyprowadził maszynę ze stromego „wznoszenia”.

— Ej, piracie! — ryknął głośnik. — To ostatnie ostrzeżenie! Natychmiast zwolnij albo rozwalimy cię na kawałki! Boże, on leci prosto na… Głos umilkł, Horza zaś uśmiechnął się pod nosem. Rzeczywiście, celował w wąską przestrzeń między spodnią stroną portu a wierzchołkiem kadłuba Specjalizowanej Jednostki Kontaktowej. „Wir Czystego Powietrza” przemykał wśród pajęczych nici ciągów komunikacyjnych, prawie ocierał się o szyby wind grawitacyjnych, unikał o włos zderzenia ze zbiornikami na ciekły tlen, wodór i dwutlenek węgla. Horza ani trochę nie zmniejszył mocy silników. Rufowy radar popiskiwał nerwowo, zbierając fale odbite od wielościennych, skomplikowanych konstrukcji. Dwie odwrócone wieże, do których zbliżali się w szaleńczym tempie, niespodziewanie rozbłysły światłem i rozpadły się w chmurze pyłu i potrzaskanych szczątków. Horza nawet nie zdążył zamknąć oczu; instynktownie przechylił statek o dziewięćdziesiąt stopni, a chwilę potem byli już za rumowiskiem.

— To był strzał ostrzegawczy, dupku — odezwały się ponownie głośniki. — Następny dostaniesz prosto w podogonie. „Wir” pędził teraz nad ogromną połacią jednolitego brudnoszarego materiału tworzącego dziób „Granicy”. Horza starał się trzymać jak najbliżej rozległej płaszczyzny. Rufowy radar umilkł, ale zaraz odezwał się ponownie. Horza odwrócił statek do góry brzuchem i znowu wprowadził go w ciasną pętlę. Wubslin pofrunął jak mucha, rozpłaszczył się na suficie i został tam, pojękując rozpaczliwie. „Wir” wciąż nabierał prędkości, kierując się ku otwartej przestrzeni. Horza przypomniał sobie o torbie Balvedy, sięgnął do konsolety i uruchomił opróżnianie mikrośluz powietrznych. Klawisz natychmiast zapłonął na zielono, na ekranie pokazującym widok za rufą coś błysnęło słabiutko, schwytane w pułapkę dwóch plazmowych strug.

— Żegnaj, głupcze! — warknęły głośniki.

Horza rzucił statek w bok.

Tylny ekran rozświetlił się jaskrawą bielą, po czym sczerniał; główny pulsował mieszaniną dzikich barw i rozfalowanych linii. Z głośników w hełmie Horzy oraz z tych w zagłówku dobiegło przeraźliwe wycie. Wszystkie wskaźniki na konsolecie zatańczyły jak szalone.

Horza przez sekundę był prawie pewien, że zostali trafieni, ale silniki wciąż działały, obraz na głównym ekranie zaczął się wyostrzać, wskazania przyrządów powoli wracały do normy. Tylko czujniki promieniowania piszczały przeraźliwie, a tylny ekran wciąż ział czarną pustką. Na jednym z monitorów pojawiła się informacja, że niemal wszystkie rufowe sensory zostały chwilowo wyłączone, żeby uniknąć zniszczenia przez uderzenie wyjątkowo silnego promieniowania. Horza domyślił się, co się stało, kiedy zaraz po ponownym włączeniu rufowego radaru nie usłyszał charakterystycznego pikania. Odchylił głowę do tyłu i wybuchnął śmiechem.

W torbie Balvedy rzeczywiście była bomba — nie wiadomo tylko, czy eksplodowała zaraz po wyrzuceniu w próżnię, kiedy trafiła w plazmowy ogień wydechu, czy też ktoś zdetonował ją w chwili, kiedy uciekający statek oddalił się na bezpieczną odległość od „Granicy Wyobraźni”. Tak czy inaczej, wybuchła w samą porę, żeby zniszczyć uczestniczące w pościgu jednostki policyjne.

Wciąż rycząc ze śmiechu, Horza odwrócił „Wir Czystego Powietrza” rufą do lśniącej obręczy orbitala i zajął się uruchamianiem napędu gwiezdnego. Wubslin, który chwilę wcześniej zwalił się z łomotem na podłogę, jęknął z rozpaczą:

— Mamo… Mamo, powiedz mi, że to tylko sen…

Horza roześmiał się jeszcze głośniej.

— Ty wariacie! — Yalson wciąż jeszcze miała szeroko otwarte oczy i kręciła głową. — To było największe szaleństwo, jakie w życiu widziałam! Jesteś niespełna rozumu! Odchodzę. Rezygnuję, i to natychmiast… Cholera! Szkoda, że nie odeszłam z Jandraligelim do Ghalssela! Możesz mnie wysadzić w pierwszym porcie, do którego dolecimy. Horza opadł ciężko na fotel u szczytu stołu w mesie. Yalson siedziała po przeciwnej stronie, pod ekranem, który pokazywał ten sam obraz co główny ekran w sterowni. Od dwóch godzin „Wir Czystego Powietrza” mknął z maksymalną prędkością przez hiperprzestrzeń. Po zniszczeniu policyjnych ścigaczy nikt już ich nie niepokoił, dzięki czemu mogli spokojnie podążać w kierunku planety Schar. Obok Yalson zajęli miejsca wyraźnie poruszeni Dorolow i Aviger. Oboje z takimi minami, jakby Horza celował do nich z pistoletu. Mieli otwarte usta i szkliste spojrzenia. Naprzeciwko Yalson, ze zwieszoną głową, przytrzymywana pasami i krępującymi ją więzami, częściowo siedziała, a częściowo wisiała Perosteck Balveda. W mesie panował straszliwy bałagan, ponieważ nikt nie przygotował statku do tak gwałtownych manewrów. Podłoga była zasłana mieszaniną naczyń, sztućców i najróżniejszych pojemników, tu i ówdzie urozmaiconą fragmentami garderoby albo bielizny, dyskami optycznymi, kasetami oraz innymi przedmiotami. Yalson, która została trafiona czymś w głowę, miała na czole zaschniętą strużkę krwi. Przez dwie godziny, zgodnie z poleceniem dowódcy, nikt nie ruszał się z miejsca, jeśli nie liczyć krótkich wypadów do toalety. W tym czasie główny komputer statku wielokrotnie zmieniał kurs, aby zmylić ewentualną pogoń. Silniki plazmowe i lasery były w każdej chwili gotowe do użycia, ale nie zaszła taka potrzeba. Kiedy Horza wreszcie upewnił się, że nikt ich nie ściga, skierował statek najkrótszą drogą do planety Schar. Wubslin został w sterowni, by jak najszybciej doprowadzić do porządku zmaltretowane systemy kontrolne statku. Zaraz po tym, jak w pełni odzyskał przytomność, Horza mu wygarnął, że próba przejęcia sterów mało nie skończyła się tragicznie dla statku i załogi, ale z drugiej strony on sam również naraził życie swoich ludzi na poważne niebezpieczeństwo, więc tym razem nie wyciągnie żadnych konsekwencji. Wubslin wymamrotał, że nie ma pojęcia, jakim cudem udało im się wyjść cało ani czemu należy zawdzięczać, że statek nie odniósł żadnych poważniejszych uszkodzeń. Niestety, inaczej miała się sprawa z głównym mechanikiem: wyglądał jak jeden gigantyczny siniak. Przeprosił dowódcę za niesubordynację i od tej pory nie odezwał się ani słowem.

— Obawiam się, że port, do którego lecimy, znajduje się w dość odludnym i mało atrakcyjnym miejscu — rzekł Horza do Yalson, kładąc nogi na stole. — Wątpię, czy będziesz chciała tam wysiąść. Yalson odłożyła paralizator.

— A dokąd my właściwie lecimy, jeśli można wiedzieć? I co tu się dzieje, do wszystkich diabłów? — Wskazała nieprzytomną Balvedę. — Kultura nasłała na nas swoją agentkę?

Aviger i Dorolow wpatrywali się z napięciem w twarz Horzy, czekając na odpowiedź, ale zanim zdążył otworzyć usta, do mesy wsunęła się niewielka drona, rozejrzała się dokoła, po czym wylądowała pośrodku stołu.

— Czy dobrze słyszałam, że nadeszła pora wyjaśnień? — zapytała. Horza oderwał wzrok od Balvedy, spojrzał na Avigera, Dorolow, Yalson, wreszcie na dronę.

— Cóż, chyba nie zaszkodzi, jeśli dowiecie się, że lecimy na Schar, jedną z Planet Umarłych.

Yalson zmarszczyła brwi, Aviger zaś powiedział:

— Słyszałem o nich. Wątpię, żeby nas tam wpuszczono.

— Coraz gorzej — stwierdziła drona z dezaprobatą. — Na twoim miejscu, kapitanie Kraiklyn, natychmiast wróciłabym na „Granicę Wyobraźni” i oddałabym się w ręce władz. Jestem pewna, że miałbyś uczciwy proces.

Horza puścił mimo uszu uwagę maszyny, westchnął, przeciągnął się i ziewnął.

— Przykro mi, że to was spotkało. Niestety, muszę tam dotrzeć, a nie mam czasu, żeby zatrzymać się po drodze. Chcecie czy nie, musicie mi towarzyszyć.

— Doprawdy? — zapytała drona z przekąsem.

— Tak — odparł Horza poważnym tonem.

— Nie macie wyboru.

— Ale przecież i tak się tam nie dostaniemy! — zaprotestował Aviger. — Nikogo nie wpuszczają! Wokół wszystkich Planet Umarłych jest zamknięta strefa, do której nikt nie ma wstępu.

— Tym problemem zajmiemy się na miejscu — rzekł Horza z uśmiechem.

— Nie odpowiedziałeś na żadne z moich pytań — przypomniała mu Yalson. Zerknęła na Balvedę, potem na leżący przed nią na stole paralizator. — Ogłuszałam tę dziewoję za każdym razem, jak tylko drgnęła jej powieka, więc teraz chciałabym się dowiedzieć, dlaczego to robiłam.

— Potrzebowałbym sporo czasu, żeby wyjaśnić ci wszystko od początku do końca. Najkrócej mówiąc, na Scharze jest coś, na czego zdobyciu bardzo zależy Idirianom i Kulturze, a ja obiecałem Idirianom, że dostanę się tam i zdobędę to dla nich.

— Ty naprawdę jesteś szalony, kapitanie Kraiklyn! — stwierdziła drona. Uniosła się kilkanaście centymetrów nad stół i wykonała pełen obrót, żeby popatrzeć na pozostałych. — To wariat, i tyle!

— Idirianie zlecili tobie… to znaczy nam jakąś robotę? — zapytała z niedowierzaniem Yalson.

Horza uśmiechnął się i skinął głową.

— Więc chcesz powiedzieć, że ta kobieta… — Dorolow wycelowała palec w Balvedę — została nasłana przez Kulturę, żeby nas szpiegować? Mówisz poważnie?

— Jak najbardziej. Balveda szukała mnie i Horzy Gobuchula. Zamierzała dostać się z nami na Schar albo powstrzymać nas, zanim tam dotrzemy. — Horza przeniósł spojrzenie na Avigera. — Aha, jeśli już o tym mówimy… w jej rzeczach naprawdę była bomba. Wybuchła chwilę po tym, jak wyrzuciłem ją w przestrzeń. Załatwiła policyjne ścigacze. Wszyscy dostaliśmy solidną dawkę promieniowania, ale to nic poważnego.

— A co z Horzą? — zapytała Yalson, świdrując go wzrokiem. — Naprawdę go spotkałeś, czy tylko powiedziałeś to ot, tak sobie?

— Daję ci słowo, że Horza żyje i nie grozi mu większe niebezpieczeństwo niż każdemu z nas.

W drzwiach prowadzących do sterowni pojawił się Wubslin, ciągle z przepraszającym uśmiechem na twarzy. Skinął Horzy głową, po czym usiadł dwa miejsca od niego.

— Wszystko w porządku, Kraiklyn.

— To dobrze. Właśnie opowiadałem im o naszej podróży na Schar.

— Aha — mruknął obojętnie Wubslin.

Nie odrywając wzroku od twarzy Horzy, Yalson pochyliła się nad stołem.

— Posłuchaj mnie, Kraiklyn — wycedziła. — Niewiele brakowało, żebyś nas wszystkich pozabijał. Prawie na pewno posłałeś na tamten świat co najmniej paru ludzi podczas… podczas tych pieprzonych popisów akrobatycznych. Dzięki tobie mamy na karku agentkę Kultury. Wbrew naszej woli ciągniesz nas na jakąś zakazaną planetę w samym środku strefy wojennej, żeby szukać czegoś, na czym obu stronom konfliktu zależy tak bardzo, że… Skoro Idirianie zdecydowali się wynająć gromadę drugorzędnych piratów, to muszą być porządnie zdesperowani, a jeśli Kultura naprawdę usiłowała zatrzymać nas w doku, to gra toczy się o nie lada stawkę. Odważyli się pogwałcić neutralność „Granicy Wyobraźni”, a na dokładkę zlekceważyć parę spośród swoich szlachetnych zasad prowadzenia wojny.

Może wydaje ci się, że wiesz, o co w tym wszystkim chodzi, i może nawet myślisz, że gra jest warta świeczki, ale ja tak nie uważam i wcale mi się nie pododoba, że nic nie wiem i niczego nie rozumiem. Bądźmy szczerzy: ostatnio raczej nie dopisywało ci szczęście. Jeśli chcesz, ryzykuj swoje życie, ale nas zostaw w spokoju. Chyba nie wszyscy trzymamy stronę Idirian, ale nawet gdybyśmy woleli ich od Kultury, nikt z nas nie ma ochoty rzucać się w wir najgorętszej walki. Do cholery, Kraiklyn! Nie mamy ani wyposażenia, ani umiejętności, które dawałyby nam jakieś szansę w starciu z tymi facetami!

— Wiem o tym — odparł Horza — ale wiele wskazuje na to, że nie powinniśmy natknąć się na siły żadnej ze stron. Bariera Milczenia wokół planety Schar sięga tak daleko w kosmos, że nie sposób jednocześnie pilnować całej granicy. Nadlecimy znienacka z najmniej spodziewanej strony, a kiedy nas namierzą, będzie już za późno: nie zdążą się do nas dobrać, choćby mieli najszybsze statki we wszechświecie. Nawet cała flotylla okrętów bojowych nie zdoła nas powstrzymać. Tak samo będzie w drodze powrotnej.

Yalson opadła na fotel.

— Krótko mówiąc: wpadniemy i wypadniemy — powiedziała ponurym tonem.

— Coś w tym rodzaju — przyznał Horza z uśmiechem. Wubslin wyjął z kieszeni mikroterminal, zerknął na ekran i poderwał się z miejsca.

— O kurczę! Już prawie pora.

Wybiegł do sterowni. Chwilę potem obraz na ekranie w mesie ulegi zmianie: patrzyli na gigantyczny, zawieszony w kosmicznej pustce orbital Vavatch, wypełniony mrokiem i światłem, dniem i nocą, błękitem, bielą i czernią. Nikt nie odrywał wzroku od ekranu. Wubslin wrócił na swoje miejsce przy stole. Horza czuł, jak ogarnia go coraz większe zmęczenie. Jego ciało domagało się odpoczynku, w głowie huczało mu jak w ulu, we krwi wciąż jeszcze miał pełno adrenaliny po szaleńczej ucieczce ze Specjalizowanej Jednostki Kontaktowej, ale nadal nie mógł sobie pozwolić nawet na chwilę dekoncentracji. Szczerze mówiąc, nie miał pojęcia, co powinien zrobić. Powiedzieć im prawdę? Przyznać się, że jest Metamorfem, że zabił Kraiklyna? Wystawić na próbę ich lojalność wobec przywódcy? Najwierniejsza była z pewnością Yalson, ale chyba powinna ucieszyć ją wiadomość, że on, Horza, żyje i ma się dobrze… Z drugiej strony to właśnie ona powiedziała, że chyba nie wszyscy ocaleli członkowie Wolnej Grupy Kraiklyna są zwolennikami Idirian. Co prawda wcześniej nigdy nie demonstrowała sympatii do Kultury, ale przecież wiele mogło się zmienić.

Oczywiście był w stanie powrócić do poprzedniego wyglądu. Czekała ich przecież dość długa podróż, a z pomocą Wubslina na pewno udałoby mu się przeprogramować systemy zabezpieczające „Wiru”. Problem polegał tylko na tym: powiedzieć czy nie? Oprócz tego była jeszcze Balveda. Co z nią począć? Nie tak dawno kołatał mu się po głowie pomysł, żeby użyć jej jako karty przetargowej w negocjacjach z Kulturą, teraz jednak, kiedy udało im się uciec z „Granicy Wyobraźni”, agentka przestała mieć jakąkolwiek wartość jako zakładnik, na planecie Schar zaś w najlepszym razie mogła stać się kłopotliwym ciężarem. Powinien ją jak najprędzej zlikwidować… Cóż z tego, skoro nie wiedział, jak zareagują na to pozostali, a szczególnie Yalson. W głębi duszy zdawał sobie także sprawę, choć nie chciał się do tego przyznać nawet przed sobą, jak bardzo bolesne byłoby dla niego takie rozwiązanie. Jasne, są nieprzyjaciółmi; jasne, oboje ocierali się o śmierć i ani jej, ani jemu nie przyszło do głowy pomóc rywalowi; mimo to tak po prostu zabić ją z zimną krwią… A może tylko mu się wydaje? Może w rzeczywistości dokonałby egzekucji bez najmniejszego wahania? Może poczucie wspólnoty wypływające z faktu, iż oboje robią właściwie to samo, tyle że po przeciwnych stronach, jest tylko złudzeniem? Już miał polecić Yalson, by ponownie ogłuszyła Balvedę, kiedy Wubslin szepnął:

— Teraz.

Rozpoczęła się agonia orbitala.

Na ekran trafiała skondensowana transmisja hiperprzestrzenna, więc chociaż znajdowali się już daleko poza systemem Vavatcha, obserwowali rozwój wydarzeń niemal w czasie rzeczywistym. Punktualnie o wyznaczonej godzinie niewidoczna, anonimowa, bynajmniej nie zdemilitaryzowana Specjalizowana Jednostka Kontaktowa rozpoczęła bombardowanie. Niemal na pewno należała do klasy Ocean i niemal na pewno to ona właśnie nadawała ostrzeżenie, które oglądali na tym samym ekranie, zbliżając się do orbitala. Oznaczało to, że powinna być znacznie mniejsza od „Granicy Wyobraźni” — na tyle mniejsza, że bez problemu zmieściłaby się w jej głównym doku. Prawdziwa różnica polegała jednak na tym, że o ile monstrualny olbrzym wypełniony był ludźmi oraz ich dobytkiem, mniejsza jednostka miała na swych pokładach wyłącznie broń oraz flotyllę małych, ale równie groźnych okrętów bojowych.

Pierwsza salwa trafiła w orbital. Ekran wypełniła oślepiająca biel, obraz pojawił się wtedy kiedy obiektywy kamer dostosowały się do nagłego wzrostu jasności. Horza przypuszczał, nie bardzo wiadomo czemu, że Kultura ostrzela całą powierzchnię orbitala wiązkami skoncentrowanej energii stanowiącej materiał konstrukcyjny wszechświata i zarazem barierę oddzielającą go od sąsiedniego, sporo mniejszego i znacznie młodszego, zbudowanego z antymaterii, dzieła zniszczenia zaś dokończą ładunki termojądrowe, ale stało się inaczej. Na tle jasnej, dziennej strony orbitala pojawił się samotny, przeraźliwie biały promień, ogniste ostrze zagłady, otoczony nieco mniej jaskrawymi, ale także czysto białymi chmurami. Obie strony konfliktu posiadły już do tego stopnia władzę nad ową niesamowitą energią, że bez większego trudu wykorzystywały ją do wykonywania największych, najbardziej niszczycielskich zadań. Znaczna część gigantycznego oceanu zamieniła się w parę wodną, przezroczysta ściana wysokości dwóch tysięcy kilometrów została przecięta jak bibułka, chwilę potem ten sam los spotkał główną wstęgę szerokości trzydziestu pięciu tysięcy kilometrów. Zawieszona w kosmicznej pustce obręcz o średnicy czternastu milionów kilometrów nagle przestała być obręczą. Te same siły, które do tej pory gwarantowały całość orbitala, teraz przyczyniły się do przyspieszenia zagłady: siła odśrodkowa i sztuczna grawitacja spowodowały, że Vavatch, niczym uwolniona sprężyna, rozwijał się z prędkością stu trzydziestu kilometrów na sekundę.

Przez ekran przemknął kolejny promień skoncentrowanej energii, potem jeszcze jeden i następne. Orbital był metodycznie cięty na kwadraty o boku trzydziestu pięciu tysięcy kilometrów. Przypominały kanapki z miliardów ton ultragęstego podłoża, wody, lądu i powietrza. Vavatch z błękitnego przeistaczał się w coraz bardziej biały, a to za sprawą wody, która najpierw zamieniła się w parę, a potem, po zetknięciu z uciekającym powietrzem, przeistoczyła się w lód. Resztki oceanu przelewały się dostojnie przez krawędzie kwadratowych fragmentów, również zamarzały i ulatywały w przestrzeń. Precyzyjna, lśniąca krecha ognia uderzała raz po raz, bezlitośnie tnąc materiał konstrukcyjny orbitala. Horza przypomniał sobie określenie, jakiego użył Jandraligeli: „Broń ostatnich dni wszechświata”. Teraz, obserwując spektakl na ekranie, Horza zrozumiał, co Mondlidicianin miał na myśli.

To rzeczywiście był koniec wszystkiego. Znikł wrak „Olmedreki”, znikła lodowa bariera, w którą uderzył megastatek, znikł wrak promu „Wiru”, ciała Mippa, Lenipobry, Fwi-Songa, Pierwszego… Znikli Zjadacze, chyba że w ostatniej chwili zgodzili się na ewakuację… Arena, na której odbywała się gra w zniszczenie, suche doki, trup Kraiklyna, poduszkowce… Zwierzęta i ryby, ptaki, mikroorganizmy… Wszystko to albo wyparowało w okamgnieniu, albo zamarzło i zostało wyrzucone w kosmiczną pustkę.

W przerażająco krótkim czasie cały ogromny orbital został poszatkowany na kawałki. Wyglądał teraz jak rozrastająca się rozeta z białych kwadratów; czterysta równobocznych kęsów materii pokrytej grubą warstwą lodu oddalało się coraz bardziej od siebie, niczym czterysta niezależnych światów zdążających każdy ku swojemu przeznaczeniu. Konający Vavatch zastygł na chwilę w pełnej gracji, melancholijnej pozie, po czym pośrodku poszatkowanego kręgu rozbłysło jaskrawe światło; wiązka energii trafiła w oś orbitala. Lodowe kwadraty na kilka sekund przeistoczyły się w doskonale wypolerowane płaskie zwierciadła; kiedy olśniewający blask przygasł, zamiast nich pozostała tylko bezładna gromada pędzących we wszystkie strony szczątków; niektóre z nich rozbłysły raz jeszcze, po czym w miejscu, gdzie jeszcze niedawno znajdował się Vavatch, pozostała tylko chmura pyłu i niezliczonych drobnych fragmentów. Ekran rozświetlił się raz jeszcze, ale w całkowicie odmienny sposób; wyglądało to tak, jakby niematerialny, rozdęty obraz zniszczonego świata zapłonął blaskiem wewnętrznego ciepła, a następnie stopniowo przygasł, by już na zawsze odejść we wspomnienia. Jedynym źródłem światła na opustoszałej scenie, gdzie tak niedawno rozegrała się trudna do wyobrażenia tragedia, zostało płonące jakby nigdy nic słońce.

Oczywiście na innych zakresach fal dałoby się zobaczyć znacznie więcej, ale ekran w mesie pokazywał obraz wyłącznie w zakresie promieniowania widzialnego. Jedynie Umysły wielkich statków kosmicznych były w stanie w pełni rozkoszować się spektaklem i należycie ocenić jego piękno. Ludzkie oko postrzega niewiele ponad jeden procent widma promieniowania elektromagnetycznego, a to tylko jedna oktawa na ogromnej klawiaturze. Sensory statków kosmicznych widzą wszystko. Majestatyczny pokaz, jakim dla ludzi było zniszczenie orbitala, w rzeczywistości stanowił widowisko o trudnym do wyobrażenia rozmachu i urodzie. Spektakl dla maszyn, pomyślał Horza. Spektakl dla pieprzonych maszyn.

— A niech mnie… — mruknęła Dorolow.

Wubslin głośno wypuścił powietrze z płuc, Yalson odwróciła się Horzy. Aviser siedział bez ruchu zwrócony twarzą do ekranu.

— Zdumiewające, jak wiele można osiągnąć, jeśli się tego bardzo chce… Prawda, Horza?

W pierwszej chwili pomyślał głupio, że powiedziała to Yalson, ale mówiła Balveda.

Powoli podniosła głowę. Miała otwarte oczy o niezbyt przytomnym spojrzeniu i wciąż jeszcze zwisała bezwładnie na pasach, ale mówiła głośno i wyraźnie.

Yalson natychmiast sięgnęła po paralizator, lecz nie użyła go, tylko przysunęła bliżej. Zarówno ona, jak Aviger, Dorolow i Wubslin przyglądali się podejrzliwie agentce Kultury.

— Czyżby wyczerpały się akumulatory paralizatora? — zapytał Wubslin.

Yalson wciąż mierzyła Balvedę przenikliwym spojrzeniem.

— Coś ci się pomyliło, Gravant, czy jak tam się nazywasz. To Kraiklyn, nie Horza.

Balveda uśmiechnęła się do Metamorfa. Horza siedział z kamienną twarzą. Nie miał pojęcia, jak powinien zareagować. Był wycieńczony, kompletnie wyczerpany. Nie porafił powziąć decyzji. Niech się dzieje co chce.

— Sam im powiesz, czy wolisz, żebym ja to zrobiła? — zapytała Balveda.

Wciąż milczał ze wzrokiem utkwionym w jej twarzy. Balveda głęboko zaczerpnęła powietrza.

— W porządku, ja się tym zajmę. — Odwróciła się do Yalson. — Ten osobnik nazywa się Bora Horza Gobuchul i tylko udaje Kraiklyna. Jest Metamorfem z Heibohre, od sześciu lat pracuje dla Idirian. Sądząc po tym, że przeistoczył się w Kraiklyna, należy przypuszczać, że wasz dowódca nie żyje. Horza najprawdopodobniej zabił go osobiście albo przynajmniej zostawił w Evanauth. — Spojrzała kolejno na wszystkich, nie wyłączając małej drony. — Obawiam się, że niezależnie od tego, czy chcemy, czy nie, czeka nas mała przejażdżka na Schar. To znaczy, raczej tylko was, bo podejrzewam, że moja podróż będzie znacznie krótsza, choć jednocześnie nieskończenie dłuższa.

— Jest ich dwoje? — odezwała się drona nie bardzo wiadomo do kogo. — Jestem uwięziona w tym przerdzewiałym durszlaku z dwojgiem niebezpiecznych szaleńców?

— Nie — rzekła Yalson, patrząc Horzy w oczy. — To nieprawda. Ona kłamie.

Wubslin, Dorolow i Aviger zamarli w bezruchu. Horza westchnął, zdjął nogi ze stołu, oparł łokcie na blacie i splótł palce pod brodą. Starał się wyczuć, co myślą i czują ludzie zebrani w mesie, usiłował oszacować, czy w razie potrzeby zdąży wydobyć z kabury plazmowy pistolet.

— To prawda — powiedział spokojnie.

Zapadła martwa cisza. Horza czekał na reakcję. Jednak zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, z korytarza dobiegł odgłos otwieranych drzwi. Odwrócili głowy w stronę wyjścia; pojawił się tam Neisin w poplamionych, wymiętych szortach. Jego oczy przypominały wąskie szparki, twarz miał bladą i niezdrową, czoło mokre od potu. Mesę powoli wypełniał bijący od niego odór alkoholu. Neisin ziewnął, skinął głową, wskazał zagraconą podłogę i powiedział:

— Cholera, prawie taki sam bałagan jak w mojej kabinie. Były jakieś manewry, czy co? Chciałem coś zjeść, ale mogę poczekać. Chyba wrócę do łóżka.

Ziewnął ponownie i odszedł.

Balveda śmiała się bezgłośnie. Horza dostrzegł łzy spływające jej z kącików oczu. Pozostali wciąż siedzieli w milczeniu.

— Cóż, dobrze wiedzieć, że w tym szpitalu dla obłąkanych jest choć jedna osoba, która potrafi zachować spokój umysłu — odezwała się drona, po czym odwróciła się do Horzy, rysując powierzchnię stołu. — Naprawdę twierdzisz, że jesteś jednym z tych legendarnych ludzi-kameleonów? — zapytała z przekąsem.

— Naprawdę — odparł Horza, wciąż patrząc Yalson w oczy.

Aviger potrząsnął głową.

— Oni już dawno wymarli — stwierdził stanowczo.

— Nieprawda — zaprzeczyła Balveda. — Zostali wchłonięci przez cywilizację Idirian, i to wszystko. Niektórzy zawsze opowiadali się po ich stronie, pozostali albo postanowili dołączyć, albo uciekli. Horza należy do tych „od zawsze”. Nie cierpi Kultury. Ciągnie was ze sobą na Schar, żeby zdobyć dla swych panów Umysł roztrzaskanego statku. Umysł Kultury. Dzięki temu ludzie przestaną się liczyć w galaktyce, a Idirianie uzyskają możliwość…

— Wystarczy — przerwał jej Horza.

Balveda wydęła wargi i wzruszyła ramionami, ale posłusznie zamilkła.

— A więc ty jesteś Horza, tak? — zapytała Yalson.

Skinął słowa.

— Nie wierzę ci — stwierdziła spokojnie. — Zaczynam myśleć tak samo jak ta drona: oboje jesteście niespełna rozumu. Ty dostałeś trochę za mocno po głowie, a ty, moja panno — spojrzała na Balvedę — zażyłaś za dużą dawkę tego leku. — Wskazała ruchem głowy paralizator.

— Bo ja wiem… — mruknął z namysłem Wubslin, drapiąc się po brodzie i przypatrując się Horzy, jakby ten był muzealnym okazem. — Szczerze mówiąc, odniosłem wrażenie, że nasz kapitan zachowuje się trochę dziwnie. Te wyczyny we wnętrzu Specjalizowanej Jednostki Kontaktowej były do niego zupełnie niepodobne.

— A co tam robiłeś, Horza? — zainteresowała się Balveda. — Wygląda na to, że ominęło mnie niezłe widowisko. Jak udało ci się uciec?

— Bardzo prosto. Włączyłem silniki plazmowe i laser, i utorowałem sobie drogę na zewnątrz.

— Serio? — Balveda odchyliła głowę do tyłu i roześmiała się głośno. Zbyt głośno, a poza tym łzy zbyt szybko płynęły jej z oczu, by mogła liczyć na to, że nikt ich nie zauważy. — No, no. Jestem pod wrażeniem. Byłam prawie pewna, że cię przyskrzyniliśmy.

— Kiedy dowiedzieliście się prawdy?

Pociągnęła nosem i spróbowała wytrzeć go o ramię.

— Że nie jesteś Kraiklynem? — Przesunęła językiem po górnej wardze. — Och, jeszcze zanim wszedłeś na pokład. Wysłaliśmy mikrodronę, która udawała muchę. Miała za zadanie pobrać próbkę tkanki od każdego, kto zbliży się do „Wiru Czystego Powietrza”. Zdradziły cię twoje chromosomy. Oprócz tego mieliśmy agenta na zewnątrz. Przypuszczalnie to on wyłączył zasilanie w doku i przerwał połączenie z kontrolą lotów, jak tylko zaczęliście szykować się do startu. Jeśli chodzi o mnie, to miałam… miałam zrobić wszystko co w mojej mocy i co byłoby możliwe w danej sytuacji: zabić cię, obezwładnić, uszkodzić statek. Niestety, za późno mnie zawiadomili. Czekali do ostatniej chwili, bo bali się, że ktoś usłyszy i nabierze podejrzeń.

— To był ten hałas, który wydobywał się z jej torby — wyjaśnił Horza Yalson. — Aha, skoro o tym mowa… uwolniłem cię od zbędnego ciężaru. Twoje rzeczy zostały wyrzucone w próżnię. Bomba eksplodowała, ale, jak widzisz, nie zrobiła nam krzywdy. Balvedzie wyraźnie zrzedła mina. Najwidoczniej aż do tej chwili żywiła nadzieję, że torba ze śmiercionośną zawartością została na pokładzie. Miałaby wówczas szansę zdetonować ładunek i choć sama także by zginęła, to przynajmniej nie na próżno ani nie samotnie.

— No tak — mruknęła ze wzrokiem wbitym w stół. — Mikrośluzy.

— Co z Kraiklynem? — zapytała Yalson.

— Nie żyje — odparł Horza. — Zabiłem go.

Yalson wydęła wargi i przez chwilę bębniła palcami w blat.

— Więc to tak — wycedziła wreszcie, spoglądając na przemian na Horze i Balvedę. — Nie wiem, czy mówicie prawdę, czy oboje jesteście szaleni, ale obie ewentualności są równie mało atrakcyjne. — Zatrzymała wzrok na Horzy. — A tak przy okazji… Jeśli naprawdę jesteś Horzą, to powiem ci, że nasze ponowne spotkanie okazało się znacznie mniej przyjemne, niż oczekiwałam.

— Przykro mi — wymamrotał.

Odwróciła głowę.

— Nadal uważam, że najrozsądniej będzie wrócić na „Granicę Wyobraźni” i oddać się do dyspozycji władz — oświadczyła drona. Horza zastukał w metalową obudowę. Maszyna pospiesznie obróciła się w jego stronę.

— Posłuchaj, maleńka — powiedział łagodnie. — Lecimy na planetę Schar. Jeżeli chcesz wracać na „Granicę”, bardzo proszę; z przyjemnością wyrzucę cię za burtę, żebyś mogła zrealizować swoje pragnienia. Ostrzegam jednak, jeśli jeszcze raz wspomnisz o oddaniu się w ręce władz i uczciwym procesie, rozwalę ci ten pieprzony kurzy móżdżek.

— Jak śmiesz mówić do mnie w ten sposób! — wykrzyknęła drona z oburzeniem. — Może o tym nie wiesz, ale jestem Licencjonowanym Wolnym Tworem, uznanym za niezależną istotę rozumną na podstawie Ustawy o wolnej woli wydanej przez Administrację Moralności Orbitala Vavatch, oraz że jestem pełnoprawną obywatelką tegoż orbitala! Już niedługo, kiedy spłacę do końca dług pokoleniowy, będę mogła robić, co zapragnę, a już teraz zostałam przyjęta na wstępny kurs parateologii na Uniwersytecie…

— Stul głośnik i słuchaj, co do ciebie mówię! — ryknął Horza. — Tak się składa, że orbital Vavatch już nie istnieje, a nawet gdyby istniał, to na nim nie jesteśmy i gówno mnie obchodzi, jak jesteś mądra i co potrafisz. Jesteśmy tutaj, na tym statku, i w związku z tym będziesz robiła, co ci każę. Chcesz wysiąść? Proszę bardzo! Wysiadaj, ale zaraz, i wracaj na piechotę do tego, co zostało z twojego pieprzonego orbitala. Jeśli zostaniesz, będziesz musiała wykonywać moje rozkazy albo trafisz na złom.

— Tylko taki mam wybór?

— Owszem. Bądź tak miła, skorzystaj z wolnej woli, którą się chlubisz i podejmij decyzję. Natychmiast.

— W porządku. — Drona podniosła się na kilka centymetrów, po czym opadła z powrotem. — Hm… Cóż, zostaję.

— I będziesz wykonywać wszystkie rozkazy.

— I będę wykonywać wszystkie rozkazy…

— Świetnie.

— Naturalnie w granicach zdrowego rozsądku.

Horza sięgnął po pistolet.

— Posłuchaj, maszynko…

— Do licha, człowieku! — wykrzyknęła drona. — Przecież nie jestem robotem! Nie mam guzika, którym można wyłączyć wyższe funkcje mózgowe, nie potrafię zrezygnować z wolnej woli. Mogę obiecać, co zechcesz: że bez wahania wykonam każde, nawet najgłupsze polecenie, że skoczę w ogień, jeśli tego zażądasz, ale to byłoby kłamstwo. Skłamałabym po to, żeby przeżyć. Przysięgam, że będę równie posłuszna i wierna jak twoja załoga, a nawet bardziej. Czy naprawdę chciałbyś uzyskać coś więcej?

Podstępna gadzina, pomyślał Horza.

— Cóż, chyba będzie mi musiało to wystarczyć. Jeśli natomiast chodzi o…

— Muszę jednak zwrócić ci uwagę, że zgodnie z postanowieniami retrospektywnego układu o refundacji, mój dług pokoleniowy, którego nie spłacę z powodu brutalnego i nieuzasadnionego odcięcia mi dostępu do miejsca pracy, obciąża konto osoby odpowiedzialnej za te utrudnienia, to znaczy twoje. Co więcej, jeśli nie zdołasz uregulować go w terminie…

— Do diabła, drono! — przerwała jej Yalson. — Jesteś pewna, że nie zamierzałaś studiować prawa?

— Biorę na siebie wszelką odpowiedzialność — oświadczył Horza. — A teraz…

— Mam tylko nadzieję, że jesteś wysoko ubezpieczony — mruknęła maszyna.

— …zamknij się wreszcie!

— Horza…

Niemal z ulgą odwrócił się do Balvedy. Jej oczy były mokre od łez. Ponownie przesunęła językiem po górnej wardze, po czym utkwiła spojrzenie w blacie stołu.

— Co będzie ze mną?

Nie spieszył się z odpowiedzią.

— Cóż… — westchnął wreszcie. — Nie ukrywam, że najchętniej wyrzuciłbym cię w otwartą przestrzeń. — Kątem oka dostrzegł, że Yalson odwraca się do niego razem z fotelem. — Kto wie, może jednak w przyszłości okażesz się przydatna? Jeśli chcesz, oczywiście możesz nazwać to tanim sentymentalizmem. — Uśmiechnął się. — Naturalnie będziesz musiała się grzecznie sprawować.

BaWeda podniosła głowę. W jej oczach dostrzegł nadzieję, ale i lęk charakterystyczny dla ludzi, którzy nie chcą przedwcześnie jej zawierzyć.

— Mam nadzieję, że mówisz poważnie — wyszeptała.

— Jak najbardziej. I tak nie zabiłbym cię, dopóki nie powiedziałabyś mi, jakim cudem wydostałaś się z „Ręki Boga”. Dopiero teraz wyraźnie się odprężyła. Yalson nadal spoglądała na Horze spode łba i bębniła palcami w stół.

— Yalson i Dorolow, zabierzcie stąd Balvedę, rozbierzcie ją, dokładnie przeszukajcie ubranie. — Agentka wysoko uniosła brwi, udając zaskoczenie i oburzenie. — Potem zbadajcie ją szczegółowo. Musimy być pewni, że nie ma żadnych skrytek, sztucznych kończyn, wstawionych zębów i że nie wszczepili jej niczego, co może być wykorzystane jako broń. Jak skończycie, dajcie jej jakieś ciuchy, a skafander wyrzućcie w przestrzeń. To samo z biżuterią i przedmiotami osobistego użytku, choćby wyglądały najzupełniej niewinnie.

— Życzysz sobie może, żebyśmy na koniec namaściły ją wonnymi olejkami, ubrały w białą szatę i położyły na kamiennym ołtarzu? — zapytała Yalson lodowatym tonem.

— Życzę sobie tylko tyle, żeby zabrać jej wszystko, co choćby odrobinę przypomina broń albo co mogłoby się w broń zamienić. Kultura często wyposaża swoich agentów w przedmioty zmiennokształtne; przypominają pierścionek, portfel, rękawiczki… — Uśmiechnął się do Balvedy. — Wystarczy jednak dotknąć ich w określony sposób, zwilżyć, wysuszyć lub wypowiedzieć hasło, a przeistaczają się w bombę, broń albo komunikator. Wystarczy, że mamy na pokładzie panią Balvedę. Nie potrzebujemy niczego jeszcze bardziej niebezpiecznego.

— A co będzie, jak już dolecimy na Schar? — zapytała Balveda.

— Damy ci cieplejsze ubranie. Jeśli się dobrze opatulisz, może przeżyjesz. Na pewno nie dostaniesz skafandra.

— A my? — odezwał się Aviger. — Jaką przewidujesz dla nas rolę? Oczywiście zakładając, że w ogóle uda nam się tam dotrzeć, w co bardzo wątpię.

— Nie jestem pewien — odparł Horza zgodnie z prawdą. — Możliwe, że będziecie musieli pójść ze mną. To zależy od tego, jak uda nam się zaprogramować statek. Albo zostaniecie na pokładzie, albo wszyscy wyruszymy na poszukiwania. Na planecie przebywa kilkoro Metamorfów, którzy nie pracują dla Idirian. Zajmą się wami, gdybym musiał zniknąć na dłużej. — Spojrzał na Yalson. — Gdyby jednak ktoś z was zechciał mi towarzyszyć, potraktowałbym to jako wspólną operację: równy udział w zyskach i tak dalej. Jak tylko „Wir” przestanie być mi potrzebny, zrobicie z nim, co zechcecie. Nawiasem mówiąc, po zakończeniu misji na Scharze wszyscy będziecie wolni. Yalson odwróciła się, kręcąc głową, Wubslin wbił wzrok w pokład, Aviger i Dorolow patrzyli na siebie w milczeniu, drona trwała w bezruchu jak miniaturowy posążek.

— No dobra — burknął wreszcie Horza. — Yalson i Dorolow, gdybyście zechciały teraz zająć się naszym miłym gościem… Yalson westchnęła głośno i z niechętnym grymasem na twarzy podniosła się z miejsca, Dorolow natomiast przystąpiła do zdejmowania więzów z Balvedy.

— Zachowajcie maksymalną ostrożność — ostrzegł Horza. — Jedna z was musi zawsze stać w odległości paru kroków z bronią gotową do strzału. Nie ma mowy, żebyście obie równocześnie znalazły się przy niej.

Yalson wymamrotała coś pod nosem, niemniej jednak sięgnęła po paralizator leżący na stole, Horza zaś zwrócił się do Avigera:

— Nie sądzisz, że ktoś powinien opowiedzieć Neisinowi o wszystkim, co się ostatnio zdarzyło?

Aviger zawahał się nieco.

— Tak jest, Kraik… — Nie dokończył, przygryzł wargi, zerwał się z fotela i szybkim krokiem wyszedł z mesy.

— Jeśli nie masz nic przeciwko temu — odezwał się Wubslin — pójdę na dziób sprawdzić przedni laser. W porządku, Kraiklyn? To znaczy, Horza? — Z zakłopotaniem podrapał się po policzku. Horza w milczeniu skinął głową. Wubslin wziął zimny napój z podajnika i wyszedł. Dorolow i Yalson właśnie skończyły rozwiązywać Balvedę. Wysoka kobieta zamknęła oczy, odchyliła głowę do tyłu i rozprostowała kończyny, po czym przesunęła ręką po krótko ostrzyżonych rudych włosach. Dorolow obserwowała ją podejrzliwie, Yalson mierzyła do niej z paralizatora. Agentka Kultury po chwili dała znak, że jest gotowa. Yalson wskazała lufą drzwi prowadzące do części mieszkalnej.

— Zrobimy to w mojej kajucie.

Horza wstał, żeby przepuścić kobiety. Kiedy mijała go Balveda, zapytał cicho:

— Jak udało ci się uciec z „Ręki Boga”?

— Zabiłam strażnika, a potem po prostu siedziałam i czekałam. Nasza jednostka przechwyciła krążownik w nienaruszonym stanie. Po jakimś czasie zjawiły się bardzo miłe drony bojowe i uwolniły mnie z celi. — Wzruszyła ramionami. — To wszystko.

— Gołymi rękami zabiłaś uzbrojonego Idirianina? — zapytał z niedowierzaniem.

— Nie twierdzę, że to było łatwe.

— Też tak myślę. — Uśmiechnął się z przekąsem. — A co z Xoralundrą?

— Twoim starym przyjacielem? Chyba udało mu się uciec. W każdym razie nie było go wśród trupów ani jeńców. Horza skinął głową. Perosteck Balveda ruszyła przodem do kajuty Yalson, dwa kroki za nią szły obie strażniczki. Jak tylko wyszły z mesy, Horza z powątpiewaniem przyjrzał się dronie.

— Myślisz, że przydasz nam się do czegoś, maszynko?

— Ponieważ wszystko wskazuje na to, że jednak uparłeś się zawlec nas na tę zakazaną grudę ziemi wciśniętą w najodleglejszy i najmniej atrakcyjny zakątek wszechświata, doszłam do wniosku, że nie pozostaje mi nic innego, jak dołożyć wszelkich starań, aby nasza podróż była jak najbezpieczniejsza. Jeśli pozwolisz, zajmę się nadzorowaniem pracy statku, ale wolałabym, żebyś zwracał się do mnie po imieniu, ponieważ słowo „maszynka”, które wyjątkowo często wydobywa się z twoich ust, za każdym razem brzmi jak wyjątkowo obraźliwa inwektywa. Nazywam się Unaha-Closp. Czy żądam zbyt wiele, prosząc o tę drobną grzeczność?

— Och, skądże znowu, Unaha-Closp. — Horza dołożył wszelkich starań, by zabrzmiało to jak najbardziej wspaniałomyślnie. — Spróbuję pamiętać o twojej prośbie.

Drona zawisła w powietrzu na wysokości oczu Horzy.

— Może dla ciebie jest to drobiazg bez znaczenia, ale ja przywiązuję dużą wagę do takich spraw. Nie jestem zwykłym komputerem, tylko droną. Jestem w pełni świadoma, mam niezależną osobowość i dlatego zasługuję na imię.

— Już ci powiedziałem, że postaram się o tym pamiętać.

— Dziękuję. Zapytam, czy główny mechanik potrzebuje pomocy przy sprawdzaniu dziobowych laserów.

Odpłynęła na korytarz.

Horza wreszcie został sam. Usiadł i w milczeniu zapatrzył się w ekran na ścianie mesy. Rozproszone szczątki orbitala świeciły słabiutko; co prawda gigantyczny obłok materii wciąż jeszcze był dość dobrze widoczny, ale stygł wyraźnie i rzedł z każdą minutą. Horza oparł głowę na poduszce fotela, zamknął oczy. Jeszcze za wcześnie na sen. Musi zaczekać, aż wszyscy dokładnie przemyślą to, czego się niedawno dowiedzieli. Wówczas łatwiej będzie odczytać ich intencje i zdecydować, czy jest bezpieczny, czy może musi mieć ich na oku. Chciał również zaczekać, aż Yalson i Dorolow skończą przeszukiwać Balvedę. Agentka Kultury mogła przecież szykować jakiś podstęp. W takim wypadku powinien zareagować szybko i zdecydowanie. Wciąż jeszcze nie powziął decyzji, czy ją zabić, a jeśli tak, to kiedy, ale przynajmniej zyskał nieco czasu na zastanowienie. „Wir Czystego Powietrza” dokonał ostatniej zmiany kursu i wycelował dziób w stronę Ponurej Głębiny, mniej więcej tam gdzie powinna się znajdować planeta Schar. Za rufą statku, wciąż migoczące, wciąż mknące we wszystkich kierunkach, wciąż rozpraszające się po kosmosie, pozostały niezliczone resztki tego, co jeszcze całkiem niedawno było orbitalem Vavatch, unicestwionym przez szalone żywioły zniszczenia.

Horza długo siedział samotnie w mesie i obserwował ich taniec. Delikatnie rozświetlony na tle aksamitnej czerni usianej gwiazdami, gigantyczny torus zbudowany prawie z niczego. Świat, który przestał istnieć. Nie został po prostu zniszczony — do tego wystarczyłoby pierwsze cięcie — ale unicestwiony ze znawstwem i smakiem, tak by jego agonia dostarczyła jak najwspanialszych doznań estetycznych. Arogancki wdzięk, z jakim tego dokonano, całkowity brak emocjonalnego zaangażowania połączony z artystycznym wyrafinowaniem — wszystko to budziło odrazę, ale i zachwycało. Nawet on odczuwał w głębi duszy coś w rodzaju powściągliwego podziwu.

Kultura nie zaprzepaściła szansy udzielenia lekcji Idirianom oraz całej galaktycznej społeczności. Z aktu anihilacji potrafiła uczynić artystyczny spektakl; niemniej, zdaniem Horzy, intelektualna wymowa tego wydarzenia musiała prędzej czy później obrócić się przeciwko niej. Oto prawdziwe znaczenie propozycji dla wszechświata: czyńmy chaos z porządku, destrukcję z konstrukcji, śmierć z życia. Vavatch pozostanie nie tylko swoim pomnikiem, ale już zawsze będzie ponurym symbolem śmiertelnie niebezpiecznego idealizmu Kultury mocno spóźnionym dowodem na to, iż nie tylko nie jest ona lepsza od innych społeczeństw, lecz dużo, dużo gorsza. Kultura pragnęła wyeliminować niesprawiedliwość, oczyścić życie z wszelkich błędów które przecież stanowią o jego autentycznej wartości (na chwilę pojawiło się wspomnienie nieskończonej czarnej pustki i Horza zadrżał gwałtownie)… Na tym właśnie polega jej najważniejszy, ostateczny błąd, który musi stać się początkiem jej końca. Kusiło go żeby pójść do sterowni, włączyć kamery działające w widzialnym zakresie widma i zobaczyć orbital, taki jaki był kilka tygodni temu, ale nie zrobił tego. Powoli pokręcił głową, choć w pobliżu nie było nikogo, kto by mógł to zobaczyć, i nadal wpatrywał się w prawie pusty ekran po drugiej stronie wyludnionej, zaśmieconej mesy.

Poziom gry: drugi

Jacht rzucił kotwicę w zatoczce o zalesionych brzegach. Woda była czysta, dziesięć metrów poniżej roziskrzonych fal jaśniało piaszczyste dno. Wysokie drzewa o niebieskawych igłach wspinały się na strome brzegi, gdzie zaś urwisko było niemal pionowe, na skalnych półkach rosły różnokolorowe kwiaty. Biały jacht, podparty migoczącym w przezroczystej wodzie odbiciem, majestatycznie ustawił się dziobem do wiatru wiejącego znad lasu, po czym zrzucił żagle. Ludzie wsiadali do małych czółen i gumowych łódek, które miały zawieźć ich na brzeg, albo wskakiwali do ciepłej wody i płynęli wpław. Kilka morskich błaznów, towarzyszących jachtowi od początku podróży, wpłynęło z nim do zatoki i teraz bawiło się w najlepsze. Ich smukłe czerwonawe ciała wyskakiwały z wody i kłębiły się wokół kadłuba, a donośne parskanie wracało wielokrotnym echem, odbite od niemal pionowych urwisk. W ferworze zabawy błazny trącały łódki i zachęcały ludzi do wspólnej zabawy; niektórzy posłuchali wezwania, zsunęli się do wody i tam baraszkowali ze zwierzętami. Radosne okrzyki, piski i śmiechy oddalały się coraz bardziej, aż wreszcie łódki dotarły do brzegu i zostały wciągnięte na plażę; ich pasażerowie rozbiegli się po lesie, by zbadać nie zamieszkaną wyspę. Drobne fale wewnętrznego morza chlupotały o biały piasek. Fal ’Ngeestra westchnęła głęboko, jeszcze raz obeszła cały pokład i usiadła na wyścielanym zydlu na rufie. Pogrążona w myślach, bezwiednie przesuwała ręką po jednej z niezliczonych lin. Chłopiec, z którym rozmawiała rano, kiedy jacht rozpoczął niedługą podróż z lądu stałego na wyspę, podszedł do niej i zagadnął:

— Nie idziesz obejrzeć wyspy?

Byt bardzo szczupły, a jego skóra miała głęboką, niemal złocistą barwę z niezwykłym holograficznym połyskiem.

— Nie mam ochoty.

Nie miała również ochoty na rozmowę, ani wcześniej, ani teraz.

Coraz bardziej żałowała, że zgodziła się uczestniczyć w wycieczce.

— Dlaczego? — zapytał chłopiec.

Nie pamiętała jego imienia. Nie słuchała go zbyt uważnie, kiedy odezwał się po raz pierwszy, więc nawet nie była pewna, czy się jej przedstawił.

— Po prostu nie mam, i już. — Nie patrząc na niego, wzruszyła ramionami.

— Aha.

Umilkł na jakiś czas. Wiedziała, że słoneczne promienie budzą przedziwne refleksy na jego ciele, ale obserwowała wierzchołki drzew, fale, czerwonawe ciała morskich błaznów dokazujących na powierzchni wody i tuż pod nią.

— Wiem, co czujesz — powiedział wreszcie chłopiec.

— Doprawdy?

Wreszcie na niego spojrzała, co chyba trochę go zaskoczyło. Skinął głową.

— Masz wszystkiego dosyć, prawda?

Odwróciła wzrok.

— Być może. Troszeczkę.

— Dlaczego ta stara drona nie odstępuje cię prawie na krok? Zerknęła ukradkiem na chłopca. Jase akurat znikła pod pokładem, żeby przygotować jej drinka, ale wcześniej istotnie trzymała się w pobliżu, jak zwykle czujna i gotowa do interwencji. Fal ponownie wzruszyła ramionami i zapatrzyła się na stado ptaków, które poderwały się do lotu w centralnej części wyspy. Rozwrzeszczana gromada zataczała szerokie kręgi, opadała raptownie, po czym błyskawicznie wzbijała się w górę.

— Opiekuje się mną, i tyle.

Opuściła wzrok na swoje ręce. Słońce odbijało się w paznokciach.

— Potrzebujesz opieki?

— Nie.

— W takim razie dlaczego się tobą opiekuje?

— Nie wiem.

— Jesteś bardzo tajemnicza — stwierdził. Mogłaby przysiąc, że się przy tym uśmiechnął. — Przypominasz tę wyspę. Ty też jesteś obca i tajemnicza.

Fal parsknęła przez nos i spróbowała zrobić pogardliwą minę, ale w tej samej chwili na pokład wypłynęła Jase ze szklanką w wysięgniku. Dziewczyna poderwała się z miejsca, zeszła na śródokręcie, wzięła od starej drony szklankę i uśmiechnęła się z wdzięcznością. Chłopiec podążał za nią jak cień. Podniosła szklankę, pociągnęła łyk.

— Witaj, młodzieńcze — powiedziała Jase. — Nie zamierzasz zwiedzić wyspy?

Fal poczuła ogromną ochotę, żeby kopnąć dronę za życzliwy ton, jakim prawie dokładnie powtórzyła słowa chłopca.

— Zastanawiam się — odparł, nie odrywając wzroku od dziewczyny.

— Powinieneś to zrobić. — Jase pożeglowała w kierunku rufy. Wysunęła zakrzywione pole siłowe i objęła nim ramiona chłopca. — Przypadkowo podsłuchałam waszą rozmowę — ciągnęła, delikatnie prowadząc chłopca po pokładzie. Odwrócił złocistą głowę, żeby popatrzeć na Fal, która przełknęła kolejny łyk i powoli ruszyła z nimi. — Wspomniałeś, że nie przyjęto cię do Służby Kontaktu…

— Zgadza się. — Wyraźnie się naburmuszył. — I co z tego?

Fal wciąż szła za droną i chłopcem. Lód w szklance grzechotał cicho.

— Sprawiałeś wrażenie rozgoryczonego.

— Wcale nie jestem rozgoryczony. Po prostu uważam, że to nie w porządku, i tyle.

— Nie w porządku, że cię nie przyjęli?

Zbliżali się do wyściełanego zydla, na którym niedawno siedziała Fal.

— Właśnie. Niczego tak bardzo nie pragnąłem. Popełnili błąd. Byłbym w tym dobry. Myślałem, że teraz, kiedy trwa wojna i w ogóle, potrzebują więcej ludzi.

— Tak jest w istocie, ale do Służby Kontaktu zgłasza się mnóstwo chętnych.

— Wydawało mi się, że biorą pod uwagę, jak bardzo ktoś chce zostać przyjęty, a ja nie znam nikogo, kto chciałby tego bardziej ode mnie! Odkąd pamiętam…

Chłopiec umilkł. Fal usiadła na zydlu, on zajął miejsce obok niej. Dziewczyna przyglądała mu się w milczeniu, głęboko pogrążona w myślach.

— Może doszli do wniosku, że nie jesteś wystarczająco dojrzały.

— Oczywiście, że jestem dojrzały!

— Hm… Rzadko przyjmują tak młodych kandydatów. O ile wiem, robią to tylko wtedy, kiedy trafią na bardzo szczególny rodzaj niedojrzałości.

— To głupota. Skąd mam wiedzieć, czego ode mnie oczekują, jeśli nie raczą mi tego powiedzieć? W jaki sposób mam się przygotować? Naprawdę uważam, że to nie w porządku.

— Ja z kolei myślę, że specjalnie urządzili to w taki sposób — odparła Jase. — Dostają mnóstwo zgłoszeń. Nie są w stanie przyjąć wszystkich chętnych ani nawet wyłowić najlepszych, więc wybierają na chybił trafił. Zawsze możesz się odwołać.

— Bo ja wiem… — Chłopiec oparł łokcie na kolanach, podparł głowę rękami i zapatrzył się w wyszorowane deski pokładu. — Czasem wydaje mi się, że jednak wybierają najlepszych, a pozostałym mówią właśnie takie rzeczy, żeby nie było im przykro. Popełniają błąd, ale z drugiej strony mają rację, bo skoro nie powiedzą mi, dlaczego się nie zakwalifikowałem, nie będę wiedział, co powinienem zmienić. Ona także myślała o porażce.

Jase była zachwycona pomysłem odnalezienia Metamorfa. Tego samego dnia rano, kiedy wracali z willi starą parową kolejką linową, dowiedzieli się o wydarzeniach na Vavatchu, gdzie pojawił się Bora Horza Gobuchul i uciekł pirackim statkiem, porywając agentkę Perosteck Balvedę. Przeczucie okazało się trafne i Jase wręcz rozpływała się z zachwytu, podkreślając co chwila, że Fal nie ponosi żadnej odpowiedzialności za ucieczkę Horzy. Mimo to dziewczyna była przygnębiona. Niekiedy przygnębiało ją właśnie to, że ma rację, że snuje właściwe domysły i stawia sprawdzające się przepowiednie. Wszystko wydawało się takie oczywiste. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nie był to żaden nadprzyrodzony znak, kiedy Perosteck Balveda pojawiła się niespodziewanie na pokładzie uszkodzonej, ale zwycięskiej Specjalizowanej Jednostki Kontaktowej „Nerwowa Energia”, holującej zdobyty idiriański krążownik. Niemniej jednak od razu stało się oczywiste, że to właśnie Balveda powinna wyruszyć na poszukiwanie Metamorfa. Ponieważ Fal dysponowała już dość szczegółowymi danymi na temat ruchów statków w tym rejonie kosmosu, dość łatwo zdołała wskazać niewielki korsarski okręcik o nazwie „Wir Czystego Powietrza” jako najbardziej prawdopodobne miejsce pobytu Gobuchula. Rzecz jasna, na wszelki wypadek należało wziąć pod uwagę także inne możliwości i wzięto je pod uwagę, przynajmniej o tyle, że uwzględniono nadwerężone siły Sekcji Specjalnej Służby Kontaktu, ale Fal od początku była przekonana, że do celu doprowadzi ją trop wiodący na Vavatch. Dowódca „Wiru Czystego Powietrza” nazywał się Kraiklyn i nałogowo grywał w zniszczenie, trudno zaś było sobie wyobrazić miejsce lepiej nadające się do przeprowadzenia rozgrywki niż orbital na kilka godzin przed zagładą. Niewiele myśląc, Fal wysłała tam Balvedę; dopiero teraz, kiedy okazało się, że miała rację, uświadomiła sobie, iż osobą, która w całej tej historii najwięcej ryzykuje, nie jest wcale ona, lecz właśnie agentka Służby Kontaktu. Nic jednak nie mogła na to poradzić. Wojna błyskawicznie obejmowała coraz większe połacie kosmosu, nieliczni agenci Sekcji Specjalnej mieli pełne ręce roboty, Balveda zaś była jedynym, który znajdował się w pobliżu — oczywiście nie licząc tego młodego nowicjusza, co prawda bardzo obiecującego, ale jeszcze rozpaczliwie niedoświadczonego. Fal doskonale zdawała sobie sprawę, że w sytuacji kryzysowej, gdyby okazało się, że jedynym sposobem na dotarcie do Metamorfa i odnalezienie Umysłu jest infiltracja Wolnej Grupy Kraiklyna, Balveda nie pośle tam nieopierzonego młokosa, tylko sama wykona zadanie. Taki postępek świadczył o odwadze, ale i o braku rozsądku; przecież Metamorf dobrze zna Balvedę, może więc ją rozpoznać, choćby nawet drastycznie zmieniła wygląd (a na to miała stanowczo za mało czasu). Jeśli Horza zorientuje się, z kim ma do czynienia (a Fal była niemal pewna, że tak się stanie), Balveda znajdzie się w znacznie trudniejszej sytuacji niż nawet najmniej doświadczony i najbardziej stremowany praktykant. Wybacz mi, pomyślała Fal. Nie zrobiłabym ci tego, gdybym miała inne wyjście… Od rana usiłowała znienawidzić Horze, usiłowała go sobie wyobrazić i znienawidzić go za to, że najprawdopodobniej zabił Balvedę, ale nie była w stanie wywołać w sobie tego uczucia — być może dlatego, że nie potrafiła wyobrazić sobie kogoś, kogo znała wyłącznie z nazwiska. Metamorf po prostu nie był dla niej realny. Podobała jej się natomiast Balveda; sądząc po tym, co o niej słyszała, była odważna i przedsiębiorcza. Fal wierzyła na przekór faktom, że agentka jednak przeżyła, że mimo wszystko ocalała i któregoś dnia, już po wojnie, spotkają się i porozmawiają… Ale to również było nierealne.

Nie umiała sobie wyobrazić takiego spotkania, bez trudu natomiast wyobraziła sobie, jak Balveda odnajduje Metamorfa. Wielokrotnie oglądała tę scenę oczami wyobraźni i marzyła o tym, żeby tak stało się naprawdę. W jej wersji, ma się rozumieć, Balveda wychodziła zwycięsko ze starcia. Jednak spotkanie z Balvedą wciąż wydawało jej się mało prawdopodobne, co samo w sobie było niepokojące, świadczyło bowiem o tym, że Fal do tego stopnia wierzy w swoje prorocze umiejętności, iż w jej przekonaniu niezdolność wyobrażenia sobie jakiegoś wydarzenia przesądza o tym, że ono nie nastąpi. Bardzo przygnębiające. Jakie szansę na przeżycie wojny miał agent Sekcji Specjalnej Służby Kontaktu? Niewielkie. Nawet gdyby teraz Balveda zdołała ujść z życiem, kolejne zadanie mogło okazać się ostatnim. Im dłużej trwała wojna, tym mniejsze były nadzieje na przetrwanie, a większość spośród najlepiej zorientowanych Umysłów przychylała się do opinii, że wojna potrwa jeszcze co najmniej parę dziesiątków lat. Z dokładnością do kilku miesięcy, ma się rozumieć. Fal zmarszczyła brwi i przygryzła wargi. Nie potrafiła sobie wyobrazić chwili odnalezienia Umysłu. Metamorf zdobył znaczącą przewagę, a jej prawie skończyły się pomysły. Teraz zastanawiała się tylko nad tym, jak utrudnić mu zadanie, ponieważ nie wierzyła już, że uda im się go powstrzymać, ale i tak była daleka od optymizmu, mimo iż Sztab Wojenny Służby Kontaktu wyraził zgodę na realizację tak niepewnego, niebezpiecznego i potencjalnie kosztownego planu.

— Fal!

Ocknęła się z zamyślenia. Szklanka w jej ręce zrobiła się prawie ciepła, Jase i chłopiec wpatrywali się w nią z oczekiwaniem.

— O co chodzi?

— Pytałem, co myślisz o wojnie — powiedział chłopiec. Obserwował ją spod zmarszczonych brwi, z twarzą rozjaśnioną promieniami słońca. Zastanawiała się, ile ma lat. Więcej niż ona? A może mniej? Czy on pragnął tego samego: żeby mieć więcej lat, być traktowany całkiem poważnie?

— Nie rozumiem. O co konkretnie ci chodzi?

— Na przykład o to, kto zwycięży.

Był nieco rozdrażniony. Chyba bez trudu się zorientował, że jest nieobecna myślami. Zerknęła na Jase, ale stara maszyna milczała, a ponieważ nie emitowała pola emocjonalnego, nie sposób było odgadnąć jej myśli ani nastroju. Czy była rozbawiona sytuacją? Może zaniepokojona? Fal przełknęła resztkę koktajlu.

— Jasne, że my.

Pokręcił głową.

— Wcale nie jestem tego pewien — odparł, skubiąc podbródek. — Idirianie mają wystarczająco silną wolę.

— Wolę?

— Tak. Wolę walki. Idirianie, w przeciwieństwie do nas, to urodzeni wojownicy. Spójrz tylko…

Uśmiechnął się, jakby był znacznie starszy i uważał się za dużo mądrzejszego od niej, i machnął ręką w kierunku brzegu, na którym leżały łodzie. Fal spojrzała w tamtą stronę; pięćdziesiąt lub sześćdziesiąt metrów od jachtu, na płyciźnie u stóp urwiska, kopulowali ciemnoskóra kobieta i mężczyzna o znacznie jaśniejszej karnacji. Czyżby chłopiec to właśnie miał na myśli?

Wielkie nieba, fascynacja seksem…

Jasne, że to spora frajda, ale dlaczego ludzie traktują te sprawy ze śmiertelną powagą? Niekiedy zazdrościła Idirianom łatwości, z jaką oddzielali życie płciowe od ważniejszych spraw. Byli podwójnymi hermafrodytami; podczas stosunku zapładniali się nawzajem i zazwyczaj każdy rodził bliźniaki. Po jednej, najwyżej dwóch ciążach następowała przemiana: z ojców/matek powstawali bezpłodni wojownicy. Funkcjonowało co najmniej kilka opinii na temat zakresu zmian; niektórzy twierdzili, że dotyczą wyłącznie siły fizycznej oraz inteligencji, inni utrzymywali, iż obejmują również osobowość. Idirianie po metamorfozie z pewnością stawali się bardziej przebiegli, ale mniej otwarci, bardziej logiczni, ale mniej lotni, bardziej bezwzględni, ale mniej wyrozumiali. Przybywał im kolejny metr wzrostu, przybierali dwukrotnie na wadze, keratynowy pancerz wyraźnie grubiał, mięśnie twardniały, zmieniały się także organy wewnętrzne. Narządy płciowe ulegały całkowitej atrofii. Wszystko bardzo proste, celowe i jednoznaczne, szczególnie w porównaniu z tradycyjnym chaosem rządzącym w Kulturze tą dziedziną życia. Tak, nietrudno było się domyślić, dlaczego Idirianie wywarli takie wrażenie na tym wychudzonym kretynie, który siedzi przed nią z zarozumiałym uśmieszkiem na twarzy. Dureń.

— My też… — Zirytował ją tak bardzo, że zabrakło jej słów. — My też potrafimy walczyć. Ewolucyjnie wciąż jesteśmy tacy sami jak wtedy, kiedy ganialiśmy z nożami i wyrzynaliśmy się wzajemnie. — Przyglądał się jej z tolerancyjnym uśmieszkiem. Poczuła, że się czerwieni. — Wciąż jesteśmy zwierzętami. Mamy walkę we krwi, jak oni.

— W takim razie dlaczego wygrywają?

— Bo uzyskali przewagę na starcie. Zbyt późno rozpoczęliśmy przygotowania do wojny. Dla nich wojna zawsze była sposobem na życie, a my mieliśmy kilka tysięcy lat przerwy. — Opuściła wzrok na pustą szklankę. — Nie obawiaj się jednak — dodała znacznie ciszej. — Uczymy się szybko.

— Cóż, przekonamy się, jak to będzie — odparł chłopiec. — Moim zdaniem, w końcu zostawimy Idirianom wolne pole, żeby bez przeszkód kontynuowali ekspansję. Nie powiem, wojna jest nawet dość podniecająca i można ją uznać za ciekawą odmianę, ale ciągnie się już prawie cztery lata, a my… — machnął lekceważąco ręką — …niewiele na niej zyskaliśmy. — Parsknął śmiechem. — Wciąż tylko uciekamy i uciekamy!

Fal poderwała się z miejsca i odwróciła twarz, wydawało jej się bowiem, że lada chwila wybuchnie płaczem.

— Cholera! — mruknął chłopiec do drony. — Chyba palnąłem coś nie tak… Czy jej przyjaciel, może ktoś z rodziny…? Odeszła, utykając leciutko. W świeżo wykurowanej nodze odezwało się odległe echo prawie zapomnianego bólu.

— Nie martw się — powiedziała Jase do chłopca. — Nic jej nie będzie. Musi trochę pobyć sama.

Fal zostawiła szklankę na parapecie, minęła śródokręcie, wspięła się na dach przedniej nadbudówki (znowu zabolało, ale nie zwracała na to uwagi), usiadła ze skrzyżowanymi nogami i zapatrzyła się na morze. Hen, daleko, niemal nad zamglonym horyzontem, w nieruchomym powietrzu wisiał postrzępiony zygzak bieli. Westchnęła głęboko; ciekawe, czy te białe kształty, widoczne tylko dlatego, że sięgają w wyższe, rzadsze i czystsze warstwy atmosfery, to ośnieżone szczyty? A może to tylko chmury? Nie miała pojęcia.

Rozmyślała o górach. Pewnego zimowego dnia, podczas samotnej wędrówki, w miejscu gdzie spływający ze skalistych urwisk strumyk rozlewał się po długim i szerokim na mniej więcej kilometr płaskowyżu — niczym gimnastyk, który w przerwie między karkołomnymi ewolucjami postanowił dać nieco wytchnienia sforsowanym mięśniom i ścięgnom — natrafiła na coś, co trwale zapadło jej w pamięć. Na powierzchni płytkiej, szeroko rozlanej wody tworzyła się cienka warstewka lodu, pękająca z trzaskiem pod stopami. Tego dnia Fal nie planowała wspinaczki, w związku z czym włożyła ciężkie nieprzemakalne buty i zabrała niewiele sprzętu. Fakt, że nie robi nic niebezpiecznego ani wymagającego wielkiego wysiłku, sprawił, że poczuła się jak dziecko.

Dotarła do miejsca, gdzie woda przelewała się przez skalny próg na następny, spływała z niego na położony jeszcze niżej, aż wreszcie docierała do płytkiego zagłębienia na najniższym poziomie. Ostatni wodospad miał metr wysokości, strumień zaś był na tyle wąski, że bez trudu mogłaby go przeskoczyć. Nie dlatego jednak utkwił jej w pamięci; w jeziorku u podnóża wodospadu, uwięziona przez spadającą bez przerwy wodę, unosiła się korona z zamarzniętej piany. Sama piana nie była niczym nadzwyczajnym — tworzyła się w wielu miejscach na górskich strumieniach — Fal jednak nigdy do tej pory nie widziała jej zamarzniętej, do tego w tak regularnym kształcie. Weszła do jeziorka i ostrożnie wyjęła ją z wody. Korona miała piętnaście centymetrów średnicy i wcale nie była krucha i delikatna. Nie była też wcale koroną; znacznie bardziej przypominała wykonany z zestalonego w jakiś zagadkowy sposób powietrza, obtoczony w lukrze model spiralnej galaktyki. Fal oglądała znalezisko ze wszystkich stron, patrzyła przez niego na słońce, nawet go polizała. Kiedy miniaturowa galaktyka zaczęła rozpuszczać się w jej dłoni, delikatnie opuściła ją na wodę.

Rozmyślała wówczas o podobieństwie sił, które tworzą to co ogromne i to co maleńkie. Ciekawe, co jest ważniejsze? — przemknęła jej przez głowę zaskakująca myśl. Co prawda natychmiast się trochę zawstydziła, niemniej często wracała do tej myśli i coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że skala nie ma żadnego znaczenia, że każde zjawisko, bez względu na rozmiary, ma takie samo znaczenie. Oczywiście zaraz ponownie ogarniało ją zażenowanie i szybko starała się zająć myśli czymś innym.

Odetchnęła głęboko i poczuła się trochę lepiej. Uśmiechnęła się, po czym zacisnęła powieki, uniosła głowę i skierowała ją do słońca, żeby poobserwować delikatnie pulsującą, gorącą czerwień. Przesunęła ręką po krótkich kręconych włosach, zastanawiając się znowu, czy odległe postrzępione kształty są chmurami, czy górskimi szczytami.

9. Planeta Schar

Wyobraźcie sobie, że oglądacie z wysoka ogromny lśniący ocean. Sięga we wszystkich kierunkach aż po zakrzywiony horyzont, blask słońca odbija się w miliardzie maleńkich fal. Wyobraźcie sobie, że przykrywa go gładki koc z czarnych chmur, lecz mimo braku słońca zachowajcie niezliczone błyski, po czym dodajcie mnóstwo drobnych światełek rozrzuconych po spodniej stronie mrocznego przykrycia niczym błyszczące oczy — samotne, połączone w pary albo liczniejsze, porozrzucane nieregularnie grupki. Taki właśnie widok roztacza się ze statku mknącego przez hiperprzestrzeń jak mikroskopijny owad, cieszącego się wolnością między uplecioną z czystej energii siatką a realnym kosmosem.

Drobne światełka na spodniej stronie warstwy chmur to gwiazdy, natomiast fale na oceanie to zaburzenia Sieci „oświetlone” polami emitowanymi przez nadprzestrzenny napęd statku. Zarówno Sieć, jak i płaszczyzna realnego kosmosu są zakrzywione, podobnie jak zakrzywione byłyby ocean i warstwa chmur na planecie, tyle że trochę mniej. Czarne dziury są tam długimi wijącymi się wodospadami, które łączą chmury z morzem, supernowe natomiast przypominają gigantyczne błyskawice przeświecające przez warstwę obłoków. Asteroidy, księżyce, planety, orbitale, a nawet pierścienie i sfery są prawie niewidoczne. Dwie Szybkie Jednostki Zaczepne klasy Zabójca, „Nadwyżka landlowa” i „Rewizjonista”, mknęły przez hiperprzestrzeń, śmigając pod powierzchnią realnego kosmosu jak smukłe, błyszczące ryby w głębokim stawie wypełnionym spokojną wodą. Z daleka omijały układy planetarne i gwiazdy, ale jeszcze staranniej unikały rozległych pustych przestrzeni, gdzie łatwiej byłoby je zlokalizować. Ich silniki skupiały trudną do wyobrażenia energię, dorównującą co najmniej jednemu procentowi energii produkowanej przez małe słońce. Dzięki temu obie jednostki pędziły przez czterowymiarową otchłań z prędkością, która z punktu widzenia obserwatora przebywającego w realnym kosmosie wyniosłaby niespełna dziesięć lat świetlnych na godzinę. W tamtych czasach była to prędkość ogromna. Jak tylko wyczuły zbliżające się Urwisko i Ponurą Głębinę, weszły w szeroki skręt, aby wniknąć jak najgłębiej w strefę wojenną i zarazem pojawić się jak najbliżej układu planetarnego, w którym znajdował się Schar. Hen, daleko, pokazały się czarne dziury odpowiedzialne za powstanie Głębiny. Wydłużone zawirowania energii przeszły przez ten obszar wiele milionów lat temu, zostawiając za sobą pustą przestrzeń i tworząc nowe, sztuczne ramię galaktyki, po czym zbiły się w ciasną gromadę i skierowały ku środkowi obracającego się dostojnie archipelagu gwiazd i mgławic.

Czarne dziury ustawiły się tak blisko siebie, że ich zgrupowanie nazywano powszechnie Lasem; dwa mknące na złamanie karku okręty Kultury otrzymały rozkaz, żeby w razie odkrycia i zidentyfikowania podjąć próbę przedarcia się między poskręcanymi, śmiertelnie groźnymi pniami. Dość powszechnie uważano, że Kultura lepiej od Idirian opanowała skomplikowane metody sterowania ograniczonymi polami energetycznymi, w związku z czym jej jednostki miały większe szansę na przedarcie się przez zaporę. Co prawda ryzyko było ogromne, ale dwie Szybkie Jednostki Zaczepne miały wręcz nieoszacowaną wartość, ponieważ Kultura niedawno zaczęła je wytwarzać. Dlatego należało uczynić wszystko, by nie trafiły w ręce nieprzyjaciela, gdyby zaś doszło do najgorszego, lepiej byłoby, żeby uległy unicestwieniu. Okręty nie natrafiły na nieprzyjacielską flotę, w ciągu kilku sekund przemknęły przez Barierę Milczenia, uwolniły ładunek, po czym raptownie zawróciły i oddaliły się z maksymalną prędkością, by błyskawicznie zniknąć w pustce Ponurej Głębiny.

Co prawda wrogie jednostki stacjonujące w pobliżu planety Schar ruszyły w pogoń, zbyt późno jednak spostrzegły intruzów, żeby pościg mógł dać jakiś rezultat. Oba okręty bezpiecznie dotarły na drugi brzeg Głębiny. Ich misja zakończyła się sukcesem, jednak ani sterujące nimi Umysły, ani nieliczne załogi (ludzie znaleźli się tam nie dlatego, że byli potrzebni, lecz dlatego że chcieli tam być) nie mieli pojęcia, czemu, zgodnie z rozkazami, bez żadnej widocznej przyczyny wysyłaja w pustą przestrzeń kosmiczną kosztowne głowice, ostrzeliwują promieniami CREW cele ćwiczebne oraz wypuszczają z ładowni miniaturowe promy załadowane po brzegi działającą na pełną moc aparaturą nadawczą. Zadaniem operacji było ściągnięcie w ten rejon kosmosu i zatrzymanie jak największych sił Idirian; musiało minąć trochę czasu, zanim tamci zorientują się, że mają do czynienia ze szczątkami celów ćwiczebnych oraz metalowymi skorupami z kilkuset kilogramami przestarzałej, za to czyniącej mnóstwo jazgotu aparatury. Krótko mówiąc, dwa Umysły i kilkunastu ludzi ryzykowało życie tylko po to, żeby przeprowadzić samobójczą misję polegającą na przekonaniu kogoś (nie bardzo wiadomo kogo), iż w najmniej uczęszczanym i nikomu niepotrzebnym zakątku wszechświata rozegrała się potężna bitwa kosmiczna. Do czego to doszło? Idirianie, owszem, wręcz uwielbiali samobójcze misje. Chwilami można było odnieść wrażenie, że traktują je jako sposób na życie. Ale Kultura? Kultura, w której nawet podczas wojny nikt nie ośmielał się używać słowa „dyscyplina”, gdzie każdy zawsze chciał wiedzieć „co” i „dlaczego”? Doprawdy, świat stanął na głowie.

Dwa okręty mknęły wzdłuż krawędzi Głębiny, dyskutując zawzięcie. Równie zażarte dyskusje toczyły się na ich pokładach. „Wir Czystego Powietrza” potrzebował dwudziestu jeden dni na odbycie podróży z orbitala Vavatch na planetę Schar. W tym czasie Wubslin naprawił wszystko, co był w stanie naprawić, ale statek i tak potrzebował kolejnego solidnego remontu. Mimo iż struktura kadłuba była nienaruszona, a system podtrzymywania życia funkcjonował prawie bez zarzutu, znacznemu upośledzeniu uległo działanie większości pozostałych układów. Napęd hiperprzestrzenny rozregulował się jeszcze bardziej, silniki plazmowe nie byłyby już w stanie działać w atmosferze — powinny bezpiecznie posadzić statek na powierzchni planety i pozwolić mu wystartować, ale nie było mowy o dłuższych przelotach — zewnętrznych sensorów zaś zostało akurat tyle, żeby dostarczyć minimum informacji niezbędnych do działania. Mimo to Horza uważał, że udało im się wykpić wyjątkowo tanim kosztem.

Teraz mógł bez obaw wyłączyć system identyfikacji, a ponieważ nie musiał również dłużej oszukiwać załogi, stopniowo zaczął powracać do poprzedniego wyglądu. Robił to głównie dla Yalson, a trochę dla pozostałych członków Wolnej Grupy. Zamierzał zatrzymać się mniej więcej w dwóch trzecich między Kraiklynem a poprzednią powierzchownością; jedna trzecia była zarezerwowana dla pewnej rudowłosej dziewczyny o imieniu Kierachell. Była Metamorfem, jak on, i Horza miał nadzieję, że ta jedna trzecia wystarczy, aby rozpoznała go, kiedy ponownie spotkają się na planecie Schar.

— Dlaczego myślałeś, że to nas rozwścieczy? — zapytała Yalson któregoś dnia w hangarze „Wiru”. Strzelali z laserów do tarczy z ruchomymi celami, ustawionej pod przeciwległą ścianą.

— Bo był waszym dowódcą.

Yalson roześmiała się z goryczą.

— Raczej menedżerem niż dowódcą. Ilu menedżerów cieszy się sympatią pracowników? Wolna Grupa to w gruncie rzeczy zwykła firma, tyle że już prawie zbankrutowaliśmy. Dzięki Kraiklynowi większość zatrudnionych przeszła na przedwczesną emeryturę. Tak naprawdę musiałeś oszukać tylko statek.

— Zgadza się. — Horza wycelował do ludzkiej sylwetki przebiegającej przez tarczę. Laserowy promień był niewidoczny, ale tarcza rozbłysła w miejscu, w którym się z nią zetknął. Postać potknęła się i zatoczyła, lecz nie upadła; połowa maksymalnej noty. — Potrzebowałem was, a poza tym wolałem nie ryzykować. Zawsze przecież mógł się znaleźć ktoś lojalny wobec Kraiklyna.

Teraz powinna strzelać Yalson, ale zamiast na tarczę, patrzyła na Metamorfa.

Dotychczasowy system zabezpieczeń został zmieniony; teraz dostęp do najważniejszych funkcji statku zapewniała znajomość kodu cyfrowego (rzecz jasna, znał go wyłącznie Horza) oraz odebrany Kraiklynowi pierścień, który stale nosił na palcu. Obiecał załodze, że po wylądowaniu na Scharze wyda mózgowi „Wiru” polecenie usunięcia wszelkich zabezpieczeń. Co prawda miało to nastąpić z pewnym opóźnieniem, niemniej jednak, gdyby nie wrócił z tuneli Systemu Dowodzenia, niedobitki Wolnej Grupy Kraiklyna będą mogły bez trudu opuścić planetę.

— Powiedziałbyś nam, prawda? I tak powiedziałbyś nam prędzej czy później?

W gruncie rzeczy chciała wiedzieć, czy powiedziałby jej. Reszta jej nie obchodziła.

— Powiedziałbym — odparł, patrząc Yalson w oczy. — Jak tylko zyskałbym pewność o lojalności ludzi na statku. Była to bez wątpienia uczciwa odpowiedź, ale czy najlepsza? Pragnął Yalson, pragnął nie tylko jej ciepła w noc wypełnioną przyćmionym blaskiem czerwonych lampek, lecz także jej zaufania i czułości. Niestety, wciąż zachowywała dystans.

Balveda żyła, ale chyba tylko dzięki temu, że Horzy zależało na opinii Yalson. Oczywiście zdawał sobie z tego sprawę i nie napawało go to szczególną dumą. Każda pewność jest lepsza od niepewności, a on wciąż nie zdecydował, czy kierując się beznamiętnym wyrachowaniem powinien zostawić agentkę przy życiu, czy zlikwidować. Co gorsza, nie wiedział również, czy potrafiłby zabić ją z zimną krwią. Wiele o tym myślał, lecz nadal nie doszedł do żadnych wniosków. Pozostało mu tylko liczyć na to, że ani Yalson, ani Balveda nie domyślają się, jak wielki mętlik panuje w jego głowie. Powodów do zmartwień przysparzała mu także Kierachell. Horza wiedział, że w tych okolicznościach nie powinien zawracać sobie głowy sprawami osobistymi, a mimo to uparcie wracał myślami do dawnej miłości. W miarę jak „Wir Czystego Powietrza” zbliżał się do planety Schar, myśli stawały się coraz bardziej natarczywe, a wspomnienia wyraźniejsze. Walczył ze sobą, przypominał pustkę i nudę, które wypełniały jego dni podczas pobytu w placówce Metamorfów, nawet kiedy towarzyszyła mu Kierachell, lecz wystarczyło, żeby przyłożył głowę do poduszki, a w jego snach natychmiast pojawiał się jej leniwy uśmiech i rozbrzmiewał niski, namiętny głos, tym bardziej fascynujący, że zapamiętany przez chłopaka przeżywającego pierwszą miłość. Chwilami podejrzewał, iż Yalson doskonale wie o jego zadurzeniu, i wtedy aż kurczył się ze wstydu.

Dziewczyna wzruszyła ramionami, podniosła broń i strzeliła do czworonożnego cienia na tarczy. Cień zatrzymał się, po czym runął majestatycznie, by wtopić się w ciemnoszarą, nierówną linię u dołu ekranu.

Horza nauczał.

Czuł się trochę jak wykładowca w college’u — i słusznie, bo jego przemowy były właściwie wykładami. Odczuwał wewnętrzną potrzebę wytłumaczenia swego postępowania, wyjaśnienia dlaczego Metamorfowie opowiedzieli się po stronie Idirian i dlaczego wierzą w to, o co walczą. Nazywał te sesje „wprowadzeniami”; teoretycznie miały dotyczyć planety Schar oraz Systemu Dowodzenia, w praktyce jednak zawsze kończyło się na tym, że Horza mówił ogólnie o toczącej się wojnie albo poruszał tematy zupełnie nie związane ani z nią, ani z planetą, do której się zbliżali. Podczas tych spotkań Balveda siedziała zamknięta w swojej kajucie, ponieważ Horza nie chciał dopuścić do tego, żeby przeistoczyły się w debatę polityczną. Perosteck Balveda nie sprawiała żadnych kłopotów. Jej skafander oraz nieliczne przedmioty osobistego użytku zostały wyrzucone w próżnię, ona sama zaś przeszła najdokładniejsze badania, jakie można było przeprowadzić przy użyciu sprzętu znajdującego się na pokładzie „Wiru”. Wyglądało na to, że jest całkiem zadowolona ze swego losu, tym bardziej że podlegała niemal takim samym ograniczeniom jak załoga statku — nie mogła go opuścić, a tylko od czasu do czasu zamykano ją w ciasnej kajucie. Mimo to, tak na wszelki wypadek, Horza nie pozwalał jej zbliżać się do sterowni, chociaż nie zauważył niczego, co świadczyłoby o tym, że Balveda stara się poznać funkcjonowanie statku, tak jak on czynił zaraz po dostaniu się na pokład. Nawet nie usiłowała nikogo nawracać na swój sposób myślenia.

Horza często zastanawiał się, czy agentka czuje się zupełnie bezpiecznie. Na pozór była spokojna i odprężona, kilka razy jednak zdarzyło mu się dostrzec na jej twarzy grymas niepokoju, a nawet rozpaczy. Czasem po prostu bał się chwili, kiedy dotrą na Schar, ale w miarę upływu dni coraz częściej cieszył się, że wreszcie skończy się pora jałowych rozważań i będzie mógł przystąpić do działania. Któregoś dnia zaraz po posiłku kazał Balvedzie przyjść do swojej kajuty. Usiadła na tym samym miejscu, gdzie on siedział jakiś czas temu, kiedy Kraiklyn wezwał go do siebie. Była zupełnie spokojna, wyglądała na odprężoną, ale zarazem czujną. Osadzone głęboko w kształtnej główce ciemne oczy wpatrywały się w Horze, a rude włosy — teraz już bardziej czarne niż rude — lśniły w blasku lampy.

— Jestem, kapitanie — powiedziała z uśmiechem, po czym splotła długie palce. Miała na sobie prostą błękitną ni to suknię, ni togę, która kiedyś należała do Gow.

— Witaj, Balvedo.

Usiadł na łóżku. On także miał na sobie luźny, niekrępujący strój. Przez kilka dni chodził w skafandrze, ale miał kłopoty z poruszaniem się do ciasnych pomieszczeniach „Wiru”, więc w końcu bez większego żalu schował go do szafy. Zamierzał zaproponować Balvedzie coś do picia, ale nie zrobił tego, ponieważ nie chciał naśladować Kraiklyna.

— O co chodzi, Horza?

— Chciałem sprawdzić… jak się miewasz.

W rzeczywistości miał zamiar zapewnić, że nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo, że w gruncie rzeczy bardzo ją lubi i jest przekonany, iż w najgorszym razie zostanie internowana albo wymieniona na jakiegoś schwytanego Idirianina, ale słowa nie chciały przecisnąć mu się przez gardło.

— Znakomicie. — Przesunęła ręką po włosach. — Staram się być wzorowym więźniem, żeby nie dać ci pretekstu do wyrzucenia mnie za burtę. Cały czas się uśmiechała. Sprawiło mu to ulgę, mimo iż odniósł wrażenie, że uśmiech nie jest zupełnie szczery.

— Możesz być spokojna — odparł lekkim tonem. — Jesteś bezpieczna.

— Aż do planety Schar?

— Potem też.

Powoli przymknęła powieki.

— Miło to słyszeć.

Znowu patrzyła mu w oczy. Horza wzruszył ramionami.

— Przypuszczam, że ty też byś tak postąpiła.

— Bo ja wiem… Chyba tak. — Nie był w stanie stwierdzić, czy Balveda mówi prawdę. — Szkoda, że walczymy po przeciwnych stronach.

— Szkoda, że w ogóle walczymy, Balvedo.

— I każde z nas wierzy, że jego strona wygra.

— Czyli kto właściwie? — zapytał z ironicznym uśmiechem. — Prawda i sprawiedliwość?

Odwróciła wzrok.

— Niekoniecznie. — Wzruszyła ramionami. — Cóż, takie jest po prostu życie. Ewolucja, o której tyle mówiłeś. Twoim zdaniem Kultura zabrnęła w ślepą uliczkę. Jeśli to prawda… W takim razie możemy jednak przegrać.

— Niech mnie szlag trafi! — wybuchnął chyba odrobinę zbyt gwałtownie. — Zobaczysz, jeszcze przeciągnę cię na właściwą stronę! Uśmiechnęła się blado, ale nie odpowiedziała, tylko opuściła głowę. Horza też nie wiedział, co powiedzieć.

Pewnej nocy, na sześć dób przed dotarciem do celu — gwiazda centralna układu planetarnego świeciła już wyraźnie silniejszym blaskiem, nawet w zakresie fal widzialnych i w normalnej przestrzeni — w jego kajucie zjawiła się Yalson. Nie spodziewał się odwiedzin, więc kiedy delikatnie zapukała do drzwi, wybijając go z płytkiego snu, przez dłuższą chwilę nie mógł sobie uświadomić, gdzie jest i co się dzieje. Wpuścił ją, jak tylko zerknął na ekran. Wślizgnęła się do kajuty, szybko zamknęła za sobą drzwi, po czym objęła go i bez słów przytuliła się mocno. Stał nieruchomo, usiłując się dobudzić i zrozumieć, jak do tego doszło, jeszcze parę godzin temu bowiem nic nie zapowiadało nagłej odmiany.

Yalson spędziła niemal cały dzień w hangarze, na ćwiczeniach. Widział ją tam, oblepioną mikroczujnikami, jak sapie, poci się, wytęża i sprawdza rezultaty na ekranach. Można było odnieść wrażenie, że traktuje swoje ciało jak maszynę i testuje ją, doprowadzając niemal nad skraj zniszczenia.

Zostali razem do rana, jednak Yalson, zmęczona ogromnym wysiłkiem, zasnęła niemal natychmiast. Nie przeszkadzało jej, że Horza ją przytula i pieści, że upaja się zapachem, którego nie czuł od tak dawna. Wreszcie znieruchomiał i w ciszy nasłuchiwał jej oddechu, czuł, jak rozluźniają się jej mięśnie, jak serce bije coraz wolniej i spokojniej.

Kochali się dopiero nad ranem. Później, kiedy odpoczywali, zapytał szeptem:

— Dlaczego? — Statek otaczał ich łagodnym pomrukiem. — Co się stało?

Przytuliła się do niego jeszcze mocniej i potrząsnęła głową.

— Nic się nie stało. Nic szczególnego, nic ważnego. — Bardziej wyczuł niż zobaczył, że wzrusza ramionami. Odwróciła od niego twarz, wtuliła ją w jego ramię, przycisnęła skroń do mruczącej grodzi. — Wszystko… Schar.

Trzy dni przed końcem podróży członkowie Wolnej Grupy trenowali w hangarze strzelanie do ruchomych celów. W ćwiczeniach nie uczestniczył Neisin; po tym, co zdarzyło się w Świątyni Światła, wciąż nie chciał wziąć lasera do ręki. W Evanauth, w którejś z nielicznych chwil trzeźwości, kupił broń miotającą eksplodujące mikropociski. Po strzelaniu Horza polecił dokładnie sprawdzić uprzęże antygrawitacyjne. Kraiklyn kupił hurtowo sporą ich liczbę, oczywiście najtańszy model i do tego nie najlepszej jakości, po czym sprzedawał swoim ludziom po — jak twierdził — kosztach zakupu. Horza początkowo miał pewne wątpliwości, ale okazało się, że uprzęże sprawują się przyzwoicie. Mogły okazać się bardzo przydatne podczas penetrowania pionowych szybów Systemu Dowodzenia.

Był niemal pewien, że załoga „Wiru” chętnie zapuści się razem z nim w labirynt podziemnych korytarzy. Długi okres przymusowej bezczynności sprawił, iż wszyscy tęsknili za jakimś urozmaiceniem, planeta Schar zaś zapowiadała się jako całkiem spora atrakcja. W dodatku, jeśli wierzyć Horzy, który przedstawił im sytuację zgodnie ze swoją wiedzą, prawdopodobieństwo, że wdepną w jakiś pasztet, było niewielkie, a poza tym na pewno nikt nie będzie tam niczego wysadzał w powietrze — nawet Umysł, który mieli odnaleźć. Dra’Azon już tego dopilnują.

Słońce układu planetarnego świeciło przed nimi jako najjaśniejszy obiekt na niebie. Samego Urwiska wciąż jeszcze nie mogli zobaczyć, niemniej łatwo było dostrzec, że pozostałe gwiazdy są albo bardzo blisko, albo bardzo daleko i w rozdzielającej je pustce naprawdę nic nie ma.

Horza kilkakrotnie zmieniał kurs „Wiru”, cały czas mierząc jednak w obszar o średnicy dwóch lat świetlnych, którego centrum stanowiła planeta Schar. Nazajutrz zamierzał skierować statek najkrótszą drogą do celu. Jak do tej pory podróż przebiegała bez żadnych zakłóceń; nie natrafili na żadne sygnały, instrumenty pokładowe nie przechwyciły ech odległych bitew, nie przecięli śladu pozostawionego w hiperprzestrzeni przez inny statek. Dokoła panował niezmącony spokój, jakby w całym wszechświecie nie działo się nic nadzwyczajnego, jakby gwiazdy beztrosko rodziły się i umierały, galaktyki wirowały dostojnie, a obłoki gazów wędrowały przez kosmiczną pustkę. Zadyszana wojna, wprzęgnięta w sztuczny rytm dnia i nocy, zdawała się tylko wymysłem albo wręcz koszmarnym snem, który kiedyś im się przyśnił, a teraz zdołali przed nim uciec.

Mimo to Horza utrzymywał statek w pełnym pogotowiu. Szansę, że natrafią na cokolwiek przed przekroczeniem Bariery Milczenia, były praktycznie równe zeru; gdyby rzeczywiście wszystko poszło jak po maśle, może nie musiałby gnać prosto do celu. Najchętniej przed lądowaniem spotkałby się z krążącymi w pobliżu jednostkami idiriańskiej floty, co pozwoliłoby rozwiązać większość problemów: przekazałby im Balvedę, zostawiłby „Wir Czystego Powietrza” w rękach Yalson i jej towarzyszy, sam zaś odebrałby specjalistyczne wyposażenie obiecane przez Xoralundrę. Gdyby sytuacja rozwinęła się właśnie tak, mógłby również spotkać się z Kierachell sam na sam, bez świadków. Byłby wtedy sobą, ponieważ nareszcie nie musiałby myśleć o tym, jak widzą go Yalson i pozostali członkowie załogi.

Kiedy od celu dzieliły ich dwa dni, na statku zawyły syreny alarmowe. Horza, który właśnie drzemał w kajucie, pognał do sterowni. Przed dziobem „Wiru Czystego Powietrza” rozpętało się prawdziwe piekło. Czujniki statku rejestrowały eksplozje antymaterii oraz potężne podmuchy promieniowania, częściowo będące efektem eksplozji głowic, które wybuchły nie uderzając w żaden cel. Struktura trójwymiarowego kosmosu gięła się i pulsowała, zmuszając mózg „Wiru” do częstego wyłączania silników, które w takich warunkach łatwo mogły ulec uszkodzeniu. Jak tylko Horza usiadł w fotelu pilota i zapiął pasy, w drzwiach sterowni stanął Wubslin.

— Co się dzieje?

— Chyba jakaś bitwa — mruknął Horza, obserwując ekrany. Obszar ogarnięty szaleństwem znajdował się po wewnętrznej stronie orbity Schara, a więc tam, którędy biegła najprostsza droga z Vavatcha. Od tego miejsca dzieliła ich jeszcze odległość półtora roku świetlnego — byli za daleko, żeby ktokolwiek ich zauważył, chyba że przypadkiem trafiłby w nich promień wąskopasmowego skanera, ale prawdopodobieństwo takiego zdarzenia praktycznie równało się zeru. Nic im więc nie groziło, lecz Horza obserwował odległe fajerwerki z ciężkim sercem i nieprzyjemnym ssaniem w żołądku. — Mamy wiadomość.

Wubslin wskazał jeden z ekranów. Stopniowo, po kilka liter, pojawiała się tam treść sygnału wychwyconego z radiacyjnego chaosu. Minęła prawie minuta, zanim można było odczytać cały tekst.

POJAZD WIR CZYSTEGO POWIETRZA.

SPOTKANIE Z JEDNOSTKAMI DZIEWIĘĆDZIESIĄTEJ TRZECIEJ FLOTY.

WSPÓŁRZĘDNE: S.591134.45 ŚRODEK. BRAK ZAGROŻENIA.

— A niech mnie… — mruknął Horza.

— Co to znaczy? — zdziwił się Wubslin, po czym wprowadził współrzędne do komputera nawigacyjnego. — Aha — powiedział, opadając na fotel. — To jedna z pobliskich gwiazd. Chyba chcą się z nami spotkać w połowie drogi między nią a… — Spojrzał na główny ekran.

— Właśnie — potwierdził Horza.

To musiała być pułapka. Sygnał nie zawierał niczego, co pozwoliłoby ponad wszelką wątpliwość stwierdzić, że pochodził od Idirian.

— Depesza od naszych trójnogich przyjaciół? — zapytał Wubslin. Na jeden z bocznych ekranów wywołał holograficzny obraz przedstawiający pobliskie gwiazdy otoczone pajęczą siecią cienkich zielonych linii. — To całkiem niedaleko stąd.

— Naprawdę? — bąknął Horza.

Przez chwilę jak zauroczony wpatrywał się w różnobarwną mozaikę ech odległej bitwy, po czym przebiegł palcami po głównej klawiaturze. Statek posłusznie skierował dziób w bok, niemal dokładnie na planetę. Wubslin zerknął spod oka na dowódcę.

— Myślisz, że to jednak nie od nich?

— Jestem prawie pewien. — Radiacja słabła. Starcie chyba dobiegało końca, a może przeciwnikom zaczęło brakować zapału. — Najprawdopodobniej wpadlibyśmy prosto na Specjalizowaną Jednostkę Kontaktową albo na ścianę promieniowania strukturalnego.

— Masz na myśli to, czym pocięli Vavatch na plasterki? — Wubslin zagwizdał przeciągle, po czym energicznie pokręcił głową. — Wielkie dzięki.

Horza wymazał wiadomość z ekranu.

Niecałą godzinę później wszystko powtórzyło się od początku: piekło wybuchów, koktajl fajerwerków i tym razem dwa sygnały: jeden z poleceniem zignorowania poprzedniego, drugi z nowymi współrzędnymi. W przeciwieństwie do pierwszego, oba miały pozory wiarygodności, zawierały bowiem imię „Xoralundra”. Horza, który dopiero co zasiadł do posiłku, zaklął szpetnie. Niemal natychmiast na ekranie pojawiła się trzecia wiadomość, anulująca wszystkie dotychczasowe i wyznaczająca jeszcze inne miejsce spotkania. Horza znowu zaklął, wyłączył szerokopasmowy komunikator, po czym wrócił do mesy.

— Kiedy dotrzemy do Bariery Milczenia?

— Za kilka godzin. Najwyżej za pół dnia.

— Boisz się?

— Nie, bo już tam byłem. A ty?

— Jeśli mówisz, że wszystko będzie w porządku, to ja ci wierzę.

— Nie powinno stać się nic złego.

— Znasz kogoś z tych, którzy tam teraz są?

— Nie wiem. Minęło parę lat. Co prawda personelu nie wymienia się często, ale ludzie przychodzą i odchodzą. Naprawdę nie wiem. Wszystko okaże się na miejscu.

— Chyba od dawna nie widziałeś nikogo ze swoich, prawda?

— Owszem.

— Cieszysz się na spotkanie?

— Może.

— Horza… Wiem, sama ci powiedziałam, że nie powinniśmy… że nie ma sensu mówić o tym, co było, zanim cię poznałam, ale od tego czasu sporo się zmieniło, więc…

— My też się zmieniliśmy, nie sądzisz?

— Czy to znaczy, że wciąż nie chcesz o tym rozmawiać?

— Być może. Nie wiem. Jeśli ty…

— Nie. — Położyła mu palec na ustach. — Wszystko w porządku. To nie ma znaczenia.

Siedział w środkowym fotelu, Wubslin zajmował miejsce po jego prawej stronie, a Yalson po lewej. Pozostali tłoczyli się za ich plecami, wśród nich także Balveda. Horza pozwolił jej wejść do sterowni, bo niewiele mogła już zdziałać. Drona unosiła się pod sufitem. Bariera Milczenia była coraz bliżej. Miała mniej więcej jeden dzień świetlny grubości, a na ekranie wyglądała jak lustrzane pole siłowe. Pojawiła się niespodziewanie, kiedy dzieliła ich od niej niespełna godzina lotu. Wubslin niepokoił się, czy nie zdradzi to ich obecności, Horza jednak wiedział, że lustrzane pole siłowe istnieje tylko na ekranie „Wiru”. W rzeczywistości przed dziobem statku rozciągała się zupełnie pusta przestrzeń.

Na pięć minut przed przelotem przez Barierę ekrany zgasły. Horza uprzedził załogę, że tak się stanie, ale nawet on poczuł się trochę nieswojo.