/ Language: Polski / Genre:thriller

Kaskady

Ian Rankin

W Edynburgu zaginęła studentka… Tyle że nie jakaś tam, a córka niezwykle zamożnego i wielce wpływowego bankiera. Brak wszelkich śladów, a detektyw inspektor John Rebus nabiera przeświadczenia, iż chodzi tu o coś więcej niźli tylko wyskok zbuntowanej smarkuli, której do głowy uderzyły pieniądze tatusia i nie tylko. Pojawiają się dwa tropy: drewniana laleczka w piętnastocentymetrowej trumience, którą ktoś podrzucił nad brzegiem strumienia i interaktywna gra internetowa, którą zarządza tajemniczy cybernetyczny guru. Dramatyczne zdarzenia i zawzięty upór detektywa, który woli słuchać starych longplayów niż plików MP3 powodują, że historia i współczesność zaczynają się z sobą mieszać i wzajemnie przenikać.

Ian Rankin

Kaskady

Tyt. oryg.: "The falls" 2001.

Powieść z Inspektorem Rebusem

Przełożył: Lech Żołędziowski

Dla Allana i Euana, którzy dali temu początek

Nie z powodu mojego akcentu – bo ten nie tyle straciłem, ile tuż po zamieszkaniu w Anglii świadomie wytarłem jak buty – ale bardziej z uwagi na mój temperament i typowo szkockie przywary jak kłótliwość, skłonność do agresji, złośliwość i mroczność zainteresowań, a także, wbrew mym usilnym staraniom, dzięki niezmiennie deistycznym przekonaniom, zawsze byłem i na zawsze zostanę nędznym zbiegiem z muzeum historii nienaturalnej…

Philip Kerr, The Unnatural History Museum

1

– Pan myśli, że to ja ją zabiłem, prawda?

Siedział na kanapie mocno pochylony do przodu, z głową opuszczoną na piersi i zwisającymi z niej strąkami długich, rzadkich włosów. Kolana bezustannie chodziły mu tak, że pięty podniszczonych tenisówek ani przez chwilę nie dotykały podłogi.

– Ćpałeś coś, David? – spytał Rebus.

Młodzieniec uniósł wzrok. Oczy miał przekrwione i mocno podkrążone, osadzone w szczupłej, kanciastej twarzy z widoczną szczeciną na nie ogolonej brodzie. Nazywał się David Costello. Nie Dave ani Davy, tylko David, co wyraźnie i zdecydowanie podkreślił. Właściwe imiona, etykiety, szufladki: jakie to wszystko szalenie ważne. Media nazywały go różnie. W ich relacjach był „Jej chłopakiem”, „nieszczęsnym narzeczonym” lub „chłopakiem zaginionej studentki”. Bywał też „Davidem Costello, lat 22” lub „dwudziestokilkuletnim kolegą ze studiów”. Albo „dzielił mieszkanie z panną Balfour”, albo też był „częstym gościem” w jej mieszkaniu, „z którego znikła w tajemniczych okolicznościach”.

Samo mieszkanie też nie było takim sobie zwyczajnym mieszkaniem. Było „mieszkaniem na supermodnym Nowym Mieście” lub „apartamentem za ćwierć miliona funtów, należącym do rodziców panny Balfour”. John i Jacqueline Balfour występowali jako „zrozpaczona rodzina” lub „znany bankier i jego wstrząśnięta żona”. Ich córką była „Philippa, lat 20, studentka historii sztuki na Uniwersytecie Edynburskim”. W relacjach prasowych była dziewczyną „ładną”, „energiczną”, „beztroską” i „pełną życia”.

Oczywiście, zanim nie zniknęła.

Detektyw inspektor John Rebus odsunął się od marmurowego kominka i stanął nieco z boku. David Costello wbił w niego wzrok.

– Lekarz dał mi jakieś prochy – odparł w końcu cicho.

– I zażyłeś je?

Chłopak wolno pokręcił głową, nie spuszczając wzroku z Rebusa.

– Wcale się nie dziwię. – Rebus skinął i wsadził ręce do kieszeni. – Na parę godzin zwalają człowieka z nóg, a i tak niczego nie zmieniają.

Od chwili zniknięcia Philippy – przez przyjaciół i rodzinę nazywanej „Flipą” – minęły już dwa dni. Dwa dni to nie tak długo, tyle że to zniknięcie zupełnie do niej nie pasowało. Jej przyjaciele dzwonili do niej tamtego wieczoru około siódmej, upewniając się, że zgodnie z umową Flipa w ciągu godziny pojawi się w barze na Stronie Południowej Edynburga. Był to jeden z tych niewielkich, modnych lokali, od których zaroiło się ostatnio w okolicach uniwersytetu, a które korzystały z gospodarczego boomu i wzmożonego popytu na przyciemnione światła i kolorowe alkohole po mocno zawyżonych cenach. Rebus znał ten bar, bo wielokrotnie przechodził tamtędy w drodze do pracy. Tuż obok, po sąsiedzku, znajdował się znany mu stary pub, w którym wódka z sokiem wciąż kosztowała tylko funta pięćdziesiąt. Nie było w nim modnych stołków barowych, a obsługa lepiej sobie radziła z awanturami niż z mieszaniem koktajli.

Wyglądało na to, że Flipa wyszła z domu o siódmej, może kwadrans po. Jej przyjaciele – Tina, Trist, Camille i Albie – zdążyli już zamówić drugą kolejkę drinków. Wszystkie imiona Rebus sprawdził wcześniej w protokołach. Trist było zdrobnieniem od Tristrama, a Albie od Alberta. Trist był chłopakiem Tiny, a Albie spotykał się z Camille. Flipa powinna przyjść z Davidem, ale jak im zakomunikowała przez telefon, Davida tym razem nie będzie.

– Znowu narozrabiał – oświadczyła tonem, z którego wynikało, że się tym specjalnie nie przejęła.

Przed wyjściem z mieszkania włączyła alarm. To dla Rebusa też było czymś nowym. Mieszkanie studenckie wyposażone w instalację alarmową. W dodatku drzwi zamknęła na zamek Yale i dodatkowo na zasuwę, jakby chciała je dobrze zabezpieczyć. Potem zbiegła jedno piętro po schodach i wkroczyła w ciepłe wieczorne powietrze. Od Princess Street oddzielało ją strome podejście, skąd, po pokonaniu kolejnego wzniesienia, można było wydostać się na Stare Miasto i na Stronę Południową. Na pewno nie miała zamiaru iść piechotą, jednak rejestry rozmów z jej telefonu stacjonarnego i komórkowego nie zawierały numeru żadnej z firm taksówkowych w mieście. Zatem, jeśli pojechała taksówką, musiała ją złapać na ulicy.

Jeśli w ogóle do tego doszło.

– To nie ja – powiedział David Costello.

– Co nie ty?

– Ja jej nie zabiłem.

– Nikt nie twierdzi, że ją zabiłeś.

– Nie? – Znów spojrzał Rebusowi prosto w oczy.

– Nie – zapewnił go Rebus, bo na tym polegało jego zadanie.

– No bo ten nakaz rewizji… – zaczął Costello.

– To standardowa procedura w tego rodzaju sprawach – wyjaśnił Rebus.

Tak zresztą było naprawdę: w przypadku zniknięcia kogoś w niewyjaśnionych okolicznościach przeszukiwano wszystkie miejsca, w których zaginiony mógłby się znajdować. Należało przy tym trzymać się wymaganej procedury: uzyskiwać podpisy pod nakazami i zgody zwierzchników na wszelkie podejmowane działania. Takim działaniem było też przeszukanie mieszkania chłopaka zaginionej. Rebus mógłby przy tym dodać: „A robimy to dlatego, bo w dziewięciu przypadkach na dziesięć winnym jest ktoś z kręgu znajomych ofiary”. Nie ktoś obcy, ktoś kto przypadkowo natyka się na ofiarę w ciemnościach nocy. Prawie zawsze zabija ktoś z bliskich: współmałżonek, kochanek, syn lub córka. Ukochany wujek lub najbliższy przyjaciel – ktoś, komu ofiara w pełni ufała. Ktoś, kto cały czas ją oszukiwał albo kogo ona oszukiwała. Bo albo coś wiedziała, albo coś miała. Ktoś był albo zazdrosny, albo odtrącony, albo potrzebował pieniędzy.

Jeśli Flipa Balfour nie żyje, to zapewne wkrótce natkną się na jej ciało. Jeśli zaś żyje, a jedynie pragnie pozostać w ukryciu, to wówczas zadanie staje się trudniejsze. Jej rodzice wystąpili w telewizji, błagając, by się do nich odezwała. Policja siedziała w rodzinnym domu Balfourów i nagrywała wszystkie rozmowy telefoniczne, oczekując, że ktoś się zgłosi z żądaniem okupu. Przeszukała też mieszkanie Davida Costello na Canongate w nadziei, że znajdzie tam jakiś ślad. No i była również tu, w mieszkaniu Flipy Balfour. Davidowi Costello przydzielono policyjną „opiekę”, której zadaniem było niedopuszczanie do niego mediów. Tak Davidowi powiedziano i częściowo była to prawda.

Mieszkanie Flipy przeszukano poprzedniego dnia. Costello miał nawet kluczyk do systemu alarmowego. Telefon w jego mieszkaniu zadzwonił o dziesiątej wieczorem: dzwonił Trist z pytaniem, czy wie, co się dzieje z Flipą, bo miała przyjść do Shapiro i jak dotąd się nie zjawiła.

– A może jest u ciebie, co?

– Jestem ostatnim, do kogo by chciała przyjść – odpowiedział Costello z wyrzutem.

– Słyszałem, że się poprztykaliście. O co tym razem poszło? – Głos Trista brzmiał nieco bełkotliwie i z lekka kpiąco.

Costello nie odpowiedział, rozłączył się i zadzwonił na numer komórkowy Flipy. Zgłosiła się poczta głosowa, więc zostawił wiadomość z prośbą o telefon. Policja dokładnie przesłuchiwała to nagranie, doszukując się w jego głosie jakichś niuansów i próbując znaleźć fałsz w jego słowach. Trist ponownie zadzwonił o północy: całym towarzystwem pojechali do mieszkania Flipy, ale nikogo nie zastali. Zaczęli więc wydzwaniać do różnych znajomych, jednak wyglądało na to, że nikt nic nie wie. Poczekali na miejscu, aż Costello przyjedzie i otworzy im mieszkanie. W środku nie było nikogo.

W ich rozumieniu już w tym momencie Flipa była osobą zaginioną, jednak z telefonem do jej matki w rodzinnym domu we Wschodnim Lothian odczekali do rana. Nie tracąc ani chwili, pani Balfour natychmiast zadzwoniła na 999. Po potraktowaniu jej przez policjanta przyjmującego zgłoszenie w sposób, jaki uznała za obcesowy, zadzwoniła do męża, do jego londyńskiego biura. John Balfour był głównym udziałowcem w jednym z prywatnych banków, i nawet jeśli komendant policji okręgu Lothian i Borders nie był jego osobistym klientem, z całą pewnością w policji można było znaleźć kogoś, kto nim był. W ciągu niespełna godziny została powołana ekipa do zbadania całej sprawy, a stało się to na wyraźne polecenie Pałacu, pod którą to popularną nazwą kryła się Komenda Główna Policji na Fettes Avenue.

Na polecenie dwojga detektywów z wydziału śledczego, David Costello otworzył kluczem mieszkanie Flipy. Wewnątrz brak było jakichkolwiek śladów cudzej ingerencji, jak również czegokolwiek, co mogłoby wskazywać na miejsce pobytu Philippy Balfour, jej koleje losu lub stan umysłu. W mieszkaniu panował ład i porządek: lśniące podłogi i świeżo odmalowane ściany. (Przesłuchano także dekoratorkę wnętrz). Salon był przestronny, miał dwa okna sięgające aż do samej podłogi. W mieszkaniu znajdowały się dwie sypialnie, z których jedną przekształcono w pokój do pracy. W pełni wyposażona, robiona na zamówienie kuchnia była mniejsza od obłożonej sosnową boazerią łazienki. W sypialni znaleźli mnóstwo rzeczy należących do Davida Costello. Ktoś ułożył je na stertę na jednym z krzeseł, na wierzchu położył kilka książek i kompaktów, a na nich kosmetyczkę z przyborami toaletowymi.

Zapytany, David Costello stwierdził, że to zapewne Flipa tak ułożyła jego rzeczy. Jak stwierdził: „Pokłóciliśmy się i pewnie w ten sposób chciała się na mnie odegrać”. Tak, miewali już kłótnie w przeszłości, ale nie, o ile pamiętał, nigdy przedtem nie składała jego rzeczy na stertę.

John Balfour przyleciał do Szkocji prywatnym odrzutowcem – użyczonym przez współczującego klienta – dzięki czemu pojawił się w mieszkaniu na Nowym Mieście niemal równocześnie z policją.

– No i co? – brzmiało pierwsze zadane przez niego pytanie.

Odpowiedzią Costello było tylko:

– Przykro mi.

Słowa te były później szczegółowo analizowane przez funkcjonariuszy z wydziału śledczego. Awantura z dziewczyną wymyka ci się spod kontroli i nim się obejrzysz, dziewczyna nie żyje. Potem ukrywasz gdzieś jej ciało, ale w obliczu ojca bierze w tobie górę wrodzona uczciwość i wyrzucasz z siebie połowiczne przyznanie się do winy.

„Przykro mi”.

Na ileż różnych sposobów można odczytać te dwa krótkie słowa. Przykro mi, że się pokłóciliśmy; przykro mi, że sprawiłem panu kłopot; przykro mi, że to się stało; przykro mi, że jej nie ochroniłem; przykro mi, że zrobiłem to, co zrobiłem…

Do miasta przyjechali również rodzice Davida Costello. Wynajęli dwa pokoje w jednym z najlepszych hoteli w Edynburgu. Mieszkali na przedmieściach Dublina. Thomasa Costello, ojca Davida, określano jako człowieka „finansowo niezależnego”. Jego matka, Theresa, pracowała jako dekoratorka wnętrz.

Dwa pokoje w hotelu. W komisariacie na St Leonard’s przez chwilę zastanawiano się, po co im dwa pokoje. Z drugiej strony, równie dobrze można było zapytać, po co im dom z ośmioma sypialniami, skoro David jest ich jedynym synem.

Natomiast znacznie dłużej zastanawiano się nad tym, co łączy ich komisariat ze sprawą z Nowego Miasta. Odpowiedzialny za to terytorium był komisariat na Gayfield Square, jednak sięgnięto też po posiłki z Leith, z Torphichen i z St Leonard’s.

We wszystkich rozmowach przeważała opinia, że „ktoś tu mocno pociągnął za sznurki” i że „trzeba wszystko inne odłożyć, bo zaangażowała się w to jakaś gruba ryba”.

W głębi duszy Rebus musiał się z tym zgodzić.

– Chcesz się czegoś napić – zwrócił się do chłopaka. – Kawy? Herbaty?

Costello przecząco potrząsnął głową.

– A ja mogę…?

Costello spojrzał na niego, wyraźnie nie rozumiejąc. Dopiero po chwili pojął, o co tamtemu chodzi.

– Proszę – powiedział. – Kuchnia jest… – Wyciągnął rękę, ale Rebus mu przerwał.

– Wiem gdzie, dzięki – rzekł. Wyszedł, zamknął za sobą drzwi i przystanął w holu zadowolony, że udało mu się wyrwać z dusznej atmosfery salonu. W skroniach mu pulsowało, a nerwy gałek ocznych wydawały się być naprężone. Z gabinetu dochodziły jakieś dźwięki. Rebus stanął w drzwiach i wsadził głowę do środka. – Idę nastawić czajnik.

– Dobry pomysł. – Mówiąc to, posterunkowa Siobhan Clarke nie oderwała nawet na chwilę wzroku od ekranu komputera.

– I co?

– Herbatę proszę.

– Ale miałem na myśli…

– Na razie nic. Listy do przyjaciół, jakieś prace semestralne. Jest tu do przejrzenia tysiąc e-maili. Przydałoby się znać jej hasło.

– Costello twierdzi, że mu go nigdy nie zdradziła.

Clarke odchrząknęła.

– Co to miało znaczyć? – spytał Rebus.

– To, że mnie drapie w gardle – odparła. – Dla mnie z mlekiem i bez cukru, dzięki.

Rebus zostawił ją i poszedł do kuchni. Napełnił czajnik wodą i rozejrzał się za kubkami i herbatą.

– Kiedy będę mógł wrócić do domu?

Rebus odwrócił się i spojrzał na stojącego w drzwiach Costello.

– Byłoby lepiej nie wracać. Wszędzie wokół pełno kamer i reporterów… Nie dadzą ci spokoju, będą dzwonić dniem i nocą.

– Wyłączę telefon.

– Będziesz jak w więzieniu. – Rebus zauważył, że chłopak wzruszył ramionami i powiedział coś, czego nie dosłyszał. – Słucham?

– Nie mogę tu siedzieć.

– A to dlaczego?

– Nie wiem… po prostu… – Znów wzruszył ramionami i odgarnął sobie włosy z czoła. – Powinna tu być Flipa. To dla mnie zbyt trudne. Ciągle mi się przypomina, że kiedy ostatni raz byliśmy tu razem, doszło do awantury.

– A o co poszło?

Costello zaśmiał się głucho.

– Nawet nie pamiętam.

– To było tego dnia, kiedy zniknęła?

– Tego popołudnia, tak. Wypadłem stąd jak burza.

– To znaczy, że często się kłóciliście? – Rebus starał się zadać to pytanie obojętnym tonem.

Costello, wpatrzony gdzieś w dal, w milczeniu wolno pokręcił głową. Rebus odwrócił się, rozdzielił dwie torebki z herbatą Darjeeling i wrzucił je do kubków. Czy chłopakowi zaczynają puszczać nerwy? Czy Siobhan słucha tego zza drzwi gabinetu? Tak, rzeczywiście „opiekowali się” Costello, a policjanci pełnili przy nim przez całą dobę ośmiogodzinne dyżury. Był jednak także inny powód sprowadzenia go tutaj. Oficjalnie jego zadaniem była identyfikacja nazwisk pojawiających się w korespondencji Philippy Balfour, ale Rebus chciał go tu mieć również dlatego, że mieszkanie mogło być miejscem zbrodni. A może David Costello miał coś do ukrycia? Na St Leonard’s stawiano na niego jeden do jednego, w Torphichen dwa do jednego, ale na Gayfield był wyraźnym faworytem.

– Rodzice powiedzieli, że możesz się przenieść do nich do hotelu – powiedział Rebus, zwracając ku niemu twarz. – Wynajęli dwa pokoje, więc pewnie jeden stoi wolny.

Ale Costello nie dał się złapać. Przez chwilę patrzył jeszcze na Rebusa w milczeniu, potem uchylił drzwi gabinetu i wsadził głowę do środka.

– Znalazła pani coś? – zapytał.

– To może jeszcze trochę potrwać – odparła Siobhan. – Najlepiej spokojnie poczekaj.

– Nic tam pani nie znajdzie. – „Tam” oznaczało pamięć komputera. Kiedy nic nie odpowiedziała, lekko się wyprostował i przechylił głowę w bok. – Zna się pani na komputerach?

– Ktoś to musi zrobić. – Powiedziała to cicho, jakby nie chcąc, by ktoś to usłyszał.

Chłopak chciał jeszcze coś dodać, jednak rozmyślił się i wycofał w stronę salonu. Rebus zaniósł kubek z herbatą do gabinetu.

– Pełna kultura – zauważyła Clarke, zerkając na pływającą w kubku torebkę.

– Nie wiedziałem, jak mocną pijesz – wyjaśnił Rebus. – No i co o tym myślisz?

Siobhan przez chwilę się zastanowiła.

– Zabrzmiało to dość szczerze – stwierdziła w końcu.

– A może ty lubisz takich przystojniaczków?

Parsknęła, po czym wyłowiła torebkę i wrzuciła ją do kosza.

– Może – powiedziała. – A ty jak sądzisz?

– Jutro mamy konferencję prasową – przypomniał jej Rebus. – Myślisz, że uda nam się namówić pana Costello do wygłoszenia publicznego apelu?

Dwóch detektywów z Gayfield Square objęło wieczorną zmianę. Rebus wrócił do domu i napuścił sobie wody do wanny. Miał ochotę się wymoczyć, więc pod kran z gorącą wodą podsunął butelkę z płynem do zmywania naczyń. Pamiętał, że tak właśnie robili jego rodzice, gdy był jeszcze dzieckiem. Kiedy wracał cały ubłocony z boiska, matka robiła mu kąpiel z płynem do zmywania. Nie chodziło o to, że nie było ich stać na płyn do kąpieli. „Pianka do kąpieli to płyn do zmywania dla snobów”, mawiała.

W łazience Philippy Balfour widział kilkanaście różnych balsamów, toników piankowych i aromatycznych olejków do kąpieli. Rebus rozejrzał się po swojej łazience: maszynka i krem do golenia, pasta do zębów z jedną szczoteczką i kawałek mydła. W szafce na lekarstwa plastry, paracetamol i paczka kondomów.

Zajrzał do środka – został jeszcze jeden. Data przydatności opiewała na lato ubiegłego roku. Zamknął drzwiczki szafki i natknął się na swoje odbicie. Szara twarz i takież pasemka na ciemnych kiedyś włosach. Lekko obwisłe policzki, nawet po wysunięciu brody do przodu. Spróbował się uśmiechnąć, ale ukazały mu się tylko dawno nie oglądane przez dentystę zęby. Lekarz mu nawet zagroził, że jak tak dalej pójdzie, to skreśli go z kartoteki.

– Weź się za siebie, kolego – mruknął do siebie Rebus, odwrócił się od lustra i zaczął się rozbierać.

Przyjęcie pożegnalne na cześć komisarza „Farmera” Watsona, urządzone z okazji jego przejścia na emeryturę, rozpoczęło się o szóstej. Tak naprawdę było to już trzecie czy czwarte spotkanie z kolei, ale prawdopodobnie ostatnie z serii i stanowiło oficjalne pożegnanie komisarza. Klub Policjanta na Leith Walk przystrojono girlandami, balonikami i wielkim transparentem z napisem: ZA ZASŁUGI W PRACY NA ZASŁUŻONY WYPOCZYNEK. Na parkiecie ktoś położył kostkę słomy i ten farmerski akcent uzupełnił nadmuchiwaną świnią i owcą. Kiedy Rebus dotarł na miejsce, przy barze kłębił się już tłum. W drzwiach minął się z wychodzącymi trzema wyższymi oficerami z Pałacu. Rzucił okiem na zegarek: szósta czterdzieści. Odchodzącemu na emeryturę komisarzowi poświęcili więc całe czterdzieści minut swego cennego czasu.

Wcześniej w ciągu dnia na St Leonard’s odbyła się część oficjalna. Rebusa na niej nie było, bo miał w tym czasie dyżur jako „opiekun”, ale powiedziano mu, że przemówienie wygłosił zastępca komendanta Colin Carswell. Zjawiło się też paru dawnych kolegów Farmera z jego poprzednich komend – niektórzy też już na emeryturze – i ci także wygłosili krótkie przemówienia. Potem zostali, by wziąć udział w wieczornej imprezie i wyglądało na to, że przez całe popołudnie wszyscy zdrowo popijali. Krawaty mieli pozdejmowane lub rozluźnione i zawadiacko przekrzywione, a twarze spocone od alkoholu. Któryś z nich śpiewał, starając się przekrzyczeć muzykę dobywającą się z głośników.

– Czego się napijesz, John? – zapytał Farmer, który na widok Rebusa wstał od stolika i dołączył do niego przy barze.

– Może małą whisky, panie komisarzu.

– Pół butelki słodowej, jak tylko znajdziesz chwilę czasu – zakrzyknął Farmer w kierunku barmana zajętego napełnianiem kufli piwem. Zmrużył oczy i wbił wzrok w Rebusa. – Widziałeś tych frajerów z Pałacu?

– Minąłem się z nimi w drzwiach.

– Wypili po cholernym soczku pomarańczowym, potem szybki uścisk dłoni i do domciu. – Farmer starał się nie bełkotać, więc w rezultacie mówił trochę zbyt dobitnie. – Właściwie nigdy nie rozumiałem terminu „brzuchopasy”, ale teraz go rozumiem: sztuka w sztukę same brzuchopasy.

Rebus uśmiechnął się i poprosił barmana o ardbega.

– Tylko żeby był podwójny, pamiętaj – dodał Farmer.

– Pan też już sobie coś łyknął, panie komisarzu? – spytał Rebus.

Farmer wydął policzki.

– Paru starych kumpli przyszło mnie pożegnać. – Kiwnął głową w stronę stolika.

Rebus podążył za jego wzrokiem i dostrzegł na stole całą baterię drinków. Pod ścianą stał stół z przekąskami: kanapki, kiełbaski w cieście, chipsy i orzeszki. Rozpoznał wiele znajomych twarzy z różnych komend policji okręgu Lothian i Borders. Macari, Allder, Shug Davidson, Roy Frazer. Bill Pryde zatopiony był w rozmowie z Bobbym Hoganem. Grant Hood stał obok dwóch detektywów z biura kryminalnego, Claverhouse’a i Ormistona, starając się sprawiać wrażenie, że mu na nich wcale nie zależy. George „Hi-Ho” Silvers był z kolei w trakcie dochodzenia do wniosku, że ani posterunkowa Phyllida Hawes, ani sierżant Ellen Wylie nie dadzą się nabrać na jego podryw. Jane Barbour z Pałacu opowiadała o czymś posterunkowej Siobhan Clarke, która kiedyś była czasowo oddelegowana do wydziału przestępstw seksualnych, kierowanego przez Barbour.

– Jakby wiadomość o tym się rozniosła – zauważył Rebus – to by dopiero bandziory miały używanie. Jest ktoś, kto jeszcze dziś pracuje?

Farmer roześmiał się.

– Na St Leonard’s zostały tylko niedobitki, to prawda.

– Prawdziwy spęd. Ciekaw jestem, czy do mnie też tylu przyjdzie.

– Założę się, że więcej. – Farmer pochylił ku niemu głowę. – Zjawią się wszyscy wodzowie z Pałacu, żeby się upewnić, że im się to nie śni.

Teraz Rebus się roześmiał i uniósł szklankę w geście toastu za zdrowie. Obaj przez chwilę smakowali swoje drinki, potem Farmer oblizał wargi i spytał:

– A ile ci jeszcze zostało?

Rebus wzruszył ramionami.

– Nie mam jeszcze trzydziestki.

– Ale chyba dużo ci nie brakuje, co?

– Nie wiem, nie liczę. – Ale nie mówił prawdy: przez większość czasu nie myślał o niczym innym. „Trzydziestka” oznaczała trzydzieści lat służby. Wtedy emerytura osiągała maksymalny pułap i większość oficerów policji czekała na ten moment: emerytura w wieku pięćdziesięciu kilku lat i domek nad morzem.

– Opowiem ci coś, czego często nie opowiadam – odezwał się Farmer. – W pierwszym tygodniu pracy w policji posadzili mnie za biurkiem dyżurnego, na nocną zmianę. Którejś nocy zjawia się chłopczyk – niewiele ponad dziesięć lat – idzie prosto do mnie i mówi: „Potłukłem moją siorę”. – Farmer mówił to z wzrokiem wbitym gdzieś w dal. – Jeszcze dziś go widzę, pamiętam jak wyglądał, dokładnie pamiętam też jego słowa: „Potłukłem moją siorę”. Nie miałem zielonego pojęcia, o co mu chodzi. Okazało się, że zepchnął swoją siostrę ze schodów i ją zabił.

– Przerwał i pociągnął łyk whisky. – To był mój pierwszy tydzień pracy w policji. I wiesz, co mi wtedy powiedział mój sierżant? Powiedział: „Teraz może już być tylko lepiej”. – Zmusił się do uśmiechu. – Do dziś nie jestem pewien, czy miał wtedy rację… – Nagle wyrzucił ramiona w górę, a jego wymuszony uśmieszek przerodził się w radosny śmiech, który rozjaśnił mu twarz. – No, nareszcie! Jest nareszcie! A już zaczynałem myśleć, że mnie wystawiła!

Niemal zgniótł w uścisku starszą inspektor Gill Templer, potem ucałował ją w oba policzki i spytał z niewinnym uśmiechem:

– Czy dajesz tu dziś występ? – Potem z udanym przestrachem uderzył się w czoło. – Toż to seksistowska uwaga! Napiszesz na mnie raport?

– Tym razem ci daruję – powiedziała Gill – ale w zamian za drinka.

– Moja kolej – wtrącił Rebus. – Czego się napijesz?

– Wódka z sokiem.

Bobby Hogan wydarł się, żądając, by Farmer przyszedł rozsądzić jakiś spór.

– Obowiązki mnie wzywają – oznajmił Farmer przepraszająco, po czym ruszył niepewnym krokiem przez parkiet.

– Jego stary numer, co? – domyśliła się Gill.

Rebus wzruszył ramionami. Specjalnością Farmera było recytowanie z pamięci tytułów wszystkich ksiąg Biblii. Jego rekord wynosił niecałą minutę, jednak nie było obawy, by dziś mógł go pobić.

– Wódka z sokiem – powtórzył Rebus do barmana. Potem uniósł szklankę z whisky i dodał: – I jeszcze dwie takie same. – Dostrzegł wzrok Gill, więc dodał: – Jedna dla Farmera.

– Oczywiście. – Powiedziała to z uśmiechem, który jednak nie dotarł do jej oczu.

– Ustaliłaś już datę swojej imprezy?

– Jakiej imprezy?

– Myślałem, że mianowanie pierwszej w Szkocji kobiety na stanowisko komisarza policji należy uczcić, nie uważasz?

– Wypiłam już jedno babycham – powiedziała Gill, przyglądając się, jak barman zakrapia jej drinka angosturą. – No i co słychać w sprawie Balfour?

Rebus spojrzał na nią z ukosa.

– Czy to pyta mój nowy szef?

– John…

To zabawne, jak wiele treści można zmieścić w takim jednym krótkim słowie. Rebus nie był pewien, czy dosłyszał wszystkie niuanse, ale wiedział, że usłyszał wystarczająco dużo.

„John, tylko się nie wychylaj”.

„John, wiem, że między nami coś było, ale to już dawno minęło”.

Gill Templer pracowała jak wół, by dojść do tego stanowiska. Mimo to, przyglądano się jej jak przez szkło powiększające i bardzo wielu ucieszyłoby jej niepowodzenie. Zapewne byli wśród nich i ci, których uważała za swych przyjaciół.

Rebus w milczeniu kiwnął głową, zapłacił za drinki i obie whisky zlał do jednej szklanki.

– To tylko dla jego dobra – oznajmił, wskazując głową Farmera, który zdążył już dojść do Nowego Testamentu.

– Zawsze byłeś gotów do poświęceń – odrzekła Gill.

Rozległy się owacje witające koniec występu Farmera. Ktoś zawołał, że to pewnie nowy rekord, ale Rebus wiedział, że to nieprawda. Wiedział, że to tylko gest, taki pożegnalny złoty zegarek czy zegar kominkowy w innej postaci. Whisky miała posmak morskich wodorostów i torfu, jednak Rebus zorientował się, że smak ardbega już zawsze będzie mu się kojarzył z chłopczykiem zjawiającym się nocą na posterunku policji…

Siobhan Clarke ruszyła przez parkiet w ich kierunku.

– Gratulacje – powiedziała.

Obie kobiety uścisnęły sobie dłonie.

– Dziękuję, Siobhan – odparła Gill. – Może któregoś dnia to będziesz ty.

– Dlaczego nie? – Siobhan skinęła. – Pałki są po to, żeby nimi rozbijać szklane sufity. – Zamachnęła się pięścią wysoko nad głową.

– Chcesz drinka, Siobhan? – spytał Rebus.

Wymieniły między sobą porozumiewawcze spojrzenia.

– Tylko to im w głowie – stwierdziła Siobhan, puszczając oko. Obie wybuchły śmiechem, a Rebus odwrócił się na pięcie i odszedł bez słowa.

O dziewiątej zaczął się konkurs karaoke. Rebus poszedł do toalety i poczuł jak po plecach spływają mu krople zimnego potu. Krawat już od pewnego czasu spoczywał w kieszeni marynarki, którą zawiesił na oparciu jednego z krzeseł stojących obok baru. Skład uczestników imprezy ulegał stopniowej wymianie, jako że jedni opuszczali klub, by przygotować się do nocnej zmiany, lub byli wzywani do jakichś zajęć wiadomościami otrzymanymi na komórki i pagery; inni zjawiali się przebrani po krótkiej wizycie w domu. Młoda policjantka z działu łączności na St Leonards zjawiła się ubrana w krótką spódniczkę i Rebus pomyślał, że po raz pierwszy widzi jej nogi. Przyszli też hałaśliwi czterej kumple Farmera z czasów jego pracy w Zachodnim Lothian i przynieśli z sobą jego zdjęcia sprzed ćwierć wieku. Wśród autentycznych fotografii przemycili także kilka fotomontaży, na których głowa Farmera doczepiona została do ciał potężnych kulturystów uchwyconych w pozach bardziej niż kompromitujących.

Rebus umył ręce i chlapnął wodą na twarz i kark. Oczywiście w toalecie była tylko elektryczna suszarka, musiał więc wytrzeć się chustką. I właśnie wtedy do toalety wkroczył Bobby Hogan.

– Więc też się kamuflujesz – powiedział, kierując się w stronę pisuarów.

– Słyszałeś mnie kiedyś śpiewającego, Bob?

– Powinniśmy wystąpić w duecie i zaśpiewać Mam dziurawe wiadro.

– Pewnie bylibyśmy jedyni na sali, którzy to znają.

Hogan zachichotał.

– Pamiętasz te czasy, kiedy byliśmy jeszcze nieopierzonymi pisklakami?

– Te pisklaki już dawno zdechły – rzekł Rebus, na wpół do samego siebie. Hogan pomyślał, że się przesłyszał, ale Rebus tylko smętnie pokiwał głową.

– To kto następny w kolejce do odlotu? – spytał Hogan, już gotów wracać na salę.

– Ja nie – oznajmił Rebus.

– Nie?

Rebus znów wytarł sobie kark.

– Nie mogę iść na emeryturę, Bobby. To by mnie zabiło.

– To tak jak ja – parsknął Hogan. – Tyle że ta robota też mnie zabija.

Obaj zamilkli i przez chwilę patrzyli na siebie. W końcu Hogan pociągnął za drzwi i wkroczyli do dusznej i hałaśliwej sali klubu. Hogan rozłożył ramiona na powitanie jakiegoś dawno niewidzianego kolegi, a jeden z kumpli Farmera wyciągnął w kierunku Rebusa szklankę z whisky.

– Ardbeg, prawda?

Rebus przytaknął, zlizał parę kropel, które spadły mu na wierzch dłoni, a potem, starając się wyobrazić sobie chłopca, który z czymś takim musi przyjść na policję, uniósł szklankę i wypił ją do dna.

Wyjął z kieszeni pęk kluczy i jednym z nich otworzył główne drzwi wejściowe do kamienicy. Klucze połyskiwały nowością, bo dorobiono je tego samego dnia. Idąc w kierunku schodów, otarł się ramieniem o ścianę, a wchodząc po schodach musiał przytrzymać się poręczy. Drugim i trzecim kluczem otworzył drzwi do mieszkania Philippy Balfour.

W środku nie było nikogo, alarm nie był włączony. Zapalił światła. Rzucony luźno na podłogę dywanik uparł się, by mu się owinąć wokół stóp. Próbując się z niego uwolnić, musiał się oprzeć o ścianę. Pokoje wyglądały tak jak je zostawił, z tą tylko różnicą, że z biurka w gabinecie zniknął komputer. Zabrano go do komisariatu, ponieważ Siobhan miała nadzieję, że ktoś z serwisu internetowego, z którego korzystała panna Balfour, zdoła im pomóc w obejściu hasła.

Z sypialni ktoś zabrał ułożoną na krześle stertę rzeczy należących do Costello. Rebus pomyślał, że pewnie zrobił to on sam. Oczywiście na to wcześniej trzeba uzyskać zgodę – z mieszkania nie wolno było niczego ruszyć bez wiedzy policji. Najpierw te ubrania musiały zostać sprawdzone przez ekipę kryminologów, którzy być może zdjęli z nich jakieś ślady. Tyle, że zaczynało się już mówić o oszczędnościach. W przypadku takich spraw koszty mogą piąć się w górę niczym dym z ogniska.

W kuchni Rebus nalał sobie dużą szklanicę wody, ruszył do salonu i usiadł mniej więcej tam, gdzie wcześniej siedział Costello. Trochę wody pociekło mu po brodzie. Wiszące na ścianach obrazy – oprawione w ramy reprodukcje malarstwa abstrakcyjnego – bawiły się z nim w kotka i myszkę, wyraźnie sunąc za jego wzrokiem. Pochylił się, by odstawić na podłogę pustą szklankę, i nagle znalazł się na czworakach. Jakiś skurwiel musiał mu coś dosypać do drinków – to jedyne wytłumaczenie. Podniósł się, usiadł i na chwilę przymknął oczy. Osoby zaginione – czasami człowiek niepotrzebnie się martwi, bo albo same się znajdują, albo nie chcą, by je odnaleźć. Tak ich wiele… ich zdjęcia i rysopisy bez przerwy trafiają na policyjne biurka. Zwykle twarze na nich są trochę nieostre, jakby ich właściciele już byli w trakcie odchodzenia w zaświaty. Zmusił się do otwarcia oczu i popatrzył w górę, na sufit bogato zdobiony sztukaterią. Mieszkania na Nowym Mieście były duże i eleganckie, ale Rebus wolał swoją dzielnicę: więcej sklepów i nie tak snobistycznie.

Ten ardbeg… Musieli mu tam czegoś dosypać. Pewnie już go nigdy więcej nie weźmie do ust. Straszyłby go tym upiorem. Ciekaw był, co się stało z tym chłopcem i czy zrobił to celowo, czy był to wypadek? Dziś pewnie jest już ojcem, a może nawet dziadkiem. Czy wciąż nawiedza go w snach siostra, którą zabił? Czy zapamiętał młodego, podenerwowanego policjanta po drugiej stronie biurka? Rebus przesunął dłonią po podłodze: była wyłożona parkietem, gładko wyszlifowanym i polakierowanym. Policja jeszcze go nie zerwała. Wyczuł szczelinkę między dwiema klepkami i spróbował wcisnąć w nią paznokcie, jednak nie udało się ich o nic zaczepić. Jakimś cudem przewrócił przy tej okazji szklankę, która zaczęła się toczyć tak głośno, że ten hałas nagle wypełnił cały pokój. Rebus obserwował jej wędrówkę przez pokój, aż do momentu gdy dotarła do otwartych drzwi i zatrzymała się na czyichś butach.

– Co się tu, do diabła, dzieje?

Rebus wstał. Mężczyzna stojący w drzwiach był po czterdziestce, ręce wetknął w kieszenie czarnej wełnianej dyplomatki sięgającej mu do kolan. Mężczyzna zrobił krok do przodu i wypełnił sobą całe wejście.

– Kim pan jest? – spytał Rebus.

Mężczyzna wyciągnął rękę z kieszeni i podniósł ją do ucha. W dłoni trzymał telefon komórkowy.

– Dzwonię po policję – oznajmił.

– Ja jestem z policji – oświadczył Rebus, sięgnął do kieszeni i wyciągnął legitymację służbową. – Detektyw inspektor Rebus.

Mężczyzna uważnie obejrzał legitymację i oddał ją Rebusowi.

– Nazywam się John Balfour – przedstawił się głosem nieco łagodniejszym.

Rebus kiwnął głową; sam się już tego domyślił.

– Przykro mi, jeśli… – Rebus nie dokończył, bo w trakcie chowania legitymacji jego lewe kolano na moment lekko się ugięło.

– Pan jest pijany – powiedział Balfour.

– Przykro mi, niestety tak. Pożegnanie kolegi. Ale nie jestem tu na służbie, ani nic takiego.

– Wobec tego, czy mogę zapytać, co pan robi w mieszkaniu mojej córki?

– Może pan. – Rebus kiwnął głową i rozejrzał się wokół. – Chciałem tylko… znaczy, chodzi mi o to, że… – Zabrakło mu słów.

– Zechce pan stąd wyjść, dobrze?

Rebus lekko się skłonił.

– Oczywiście.

Balfour odsunął się na bok, jakby bojąc się, że Rebus, przechodząc, może się o niego otrzeć. Rebus zatrzymał się w holu i odwrócił, gotów raz jeszcze przeprosić, ale ojciec Philippy Balfour podszedł do okna w salonie i oparłszy dłonie o okiennice, stał zapatrzony w ciemność za szybą.

Rebus zszedł po schodach już na wpół otrzeźwiały i nie oglądając się ani nie zadzierając głowy, by spojrzeć na okna na pierwszym piętrze, zamknął za sobą drzwi wejściowe. Ulice były opustoszałe, a chodniki połyskiwały wilgocią po niedawnym deszczu i odbijającymi się w niej światłami latarni. Jedynym dźwiękiem, jaki było słychać, był stukot kroków Rebusa, który ruszył w powrotną drogę w górę na Queen Street, potem w stronę George Street, Princess Street i Mostu Północnego. Tu było już więcej ludzi, którzy właśnie wychodzili z pubów, kierując się do domów i rozglądając za wolnymi taksówkami i zawieruszonymi przyjaciółmi. Rebus skręcił w lewo przy Tron Kirk i ruszył w kierunku Canongate. Przy krawężniku stał policyjny radiowóz z dwiema postaciami w środku: jeden z policjantów czytał, drugi spał. Byli to funkcjonariusze z komisariatu na Gayfield, którzy albo mieli pecha, albo podpadli swojemu szefowi; inaczej trudno było sobie wytłumaczyć to, że przypadła im służba akurat tej nocy. Dla policjanta, który nie spał, Rebus musiał wyglądać na zwyczajnego przechodnia. Policjant trzymał rozłożoną gazetę i starał się ją tak nachylić, by jak najlepiej wykorzystać mizerne oświetlenie. Kiedy Rebus walnął w dach radiowozu, gazeta wyfrunęła mu z rąk i spadła na głowę śpiącego, który szarpnął się gwałtownie, próbując się z niej uwolnić.

Kiedy szyba w oknie po stronie pasażera zjechała na dół, Rebus przechylił się lekko do środka i oświadczył pogodnym tonem:

– Panowie zamawiali budzenie na pierwszą?

– Omal się nie zesrałem – sapnął policjant siedzący na miejscu pasażera, próbując złożyć gazetę.

Nazywał się Pat Connolly i pierwsze kilka lat pracy w wydziale śledczym poświęcił na walkę z nazywaniem go „Paddy”. Jego partnerem był Tommy Daniels, który ze stoickim spokojem zaakceptował – co zwykle robił także w innych sprawach – nadane mu przezwisko „Dalka”. Brało się ono z ciągu logicznego: Tommy – tam-tamy – dalekie dźwięki bębnów, ale mówiło też wiele o jego charakterze. Mimo iż tak brutalnie wyrwano go ze snu, na widok Rebusa zareagował jedynie wzniesieniem oczu ku górze.

– Mogłeś nam chociaż przynieść kawy – powiedział Connolly z wyrzutem.

– Mogłem – zgodził się Rebus. – Albo lepiej słownik – dodał, zerkając na krzyżówkę w gazecie, w której ledwie jedna czwarta kratek była wypełniona literami, a wokół pełno było bohomazów i przymiarek do haseł. – Spokojna noc?

– Jeśli nie liczyć turystów pytających o ulice, to tak – odparł Connolly.

Rebus uśmiechnął się i rozejrzał wokół. Znajdowali się w samym sercu turystycznej dzielnicy Edynburga. Zaraz za skrzyżowaniem był hotel, a po drugiej stronie ulicy sklep ze szkockimi tkaninami. Sklepy z pamiątkami, kruchymi ciasteczkami i karafkami do whisky. Pięćdziesiąt metrów dalej pracownia krawiecka kiltów. Dom Johna Knoxa, karłowaty i pokraczny na tle sąsiadów, ukryty w ich cieniu. Kiedyś Stare Miasto było całym Edynburgiem, będąc kręgosłupem łączącym zamek z Holyrood, od którego jak powyginane żebra odchodziły na boki wąskie zaułki. A kiedy Stare Miasto zaczęło się dusić od nadmiaru mieszkańców i gór nieczystości, powstało Nowe Miasto, które swą elegancką zabudową z epoki króla Jerzego i zamierzonym snobizmem miało drażnić mieszkańców Starego Miasta i wszystkich, których nie stać było na to, by tam zamieszkać. Rebus uznał za charakterystyczne to, że o ile Philippa Balfour wybrała mieszkanie na Nowym Mieście, David Costello wolał zamieszkać w sercu Starego Miasta.

– Jest w domu? – spytał.

– Jakby go nie było, to nas by tu też nie było – odpowiedział Connolly, przyglądając się, jak jego partner nalewa sobie z termosu zupę pomidorową. Dalka nieufnie powąchał płyn w kubku, potem pociągnął szybki łyk. – A właściwie to akurat nam się przydasz – dodał. Rebus spojrzał na niego.

– Doprawdy? – powiedział.

– Rozsądź spór. Wages Day zespołu Deacon Blue to ich pierwsza płyta, czy druga?

Rebus uśmiechnął się.

– To rzeczywiście musi być wyjątkowo spokojna noc. – Po czym, po chwili zastanowienia, dodał: – Druga.

– No to wisisz mi dychę – powiedział Connolly do Dalki.

– Pozwolicie, że teraz ja o coś zapytam? – Rebus kucnął i poczuł jak mu kolana trzeszczą z wysiłku.

– Wal – rzucił Connolly.

– Co robicie, jak wam się zachce siusiu?

Connolly uśmiechnął się.

– Jak Dalka śpi, to korzystam z jego termosu.

Łyk zupy niemal eksplodował z nozdrzy Dalki.

Rebus wyprostował się i poczuł pulsowanie krwi w uszach. Było to jak ostrzeżenie pogodowe: zbliża, się huraganowy kac o sile 10 w skali alkoholowej.

– Wchodzisz do środka? – spytał Connolly, kiedy Rebus znów spojrzał na kamienicę.

– Tak się właśnie zastanawiam.

– Musielibyśmy to odnotować.

– Wiem. – Rebus pokiwał głową.

– Wracasz z pożegnalnej popijawy u Farmera?

Rebus zwrócił się twarzą do samochodu.

– O co ci chodzi?

– No bo coś sobie wypiłeś, nie? Więc to może nie najlepszy moment na wizyty domowe… panie inspektorze.

– Pewnie masz rację… Paddy – powiedział Rebus i ruszył w stronę drzwi.

– Pamiętasz, o co mnie pytałeś?

Rebus przyjął z wdzięcznością czarną kawę, wydłubał dwa paracetamole z plastikowych osłonek, wsunął je do ust i popił kawą. Był środek nocy, a mimo to David Costello nie spał. Ubrany był w czarny T-shirt, czarne dżinsy i był boso. Najwyraźniej w którymś momencie musiał wyskoczyć do monopolowego, bo na podłodze leżała pusta reklamówka, a obok stała otwarta piersiówka whisky Bell’s, w której brakowało mniej więcej dwóch solidnych łyków. Więc picie to nie jego domena, pomyślał Rebus. To typowa sytuacja dla człowieka niepijącego, którego spotyka jakiś kryzys: dobrze byłoby napić się whisky, ale najpierw trzeba po nią pójść i kupić. I po co wyrzucać pieniądze na dużą butelkę – na te parę łyków wystarczy piersiówka.

Pokój był niewielki, a do mieszkania wchodziło się spiralnymi schodami, pnącymi się zakolami kamiennych stopni, jak na zamkowej wieży. Tysiące nóg wyżłobiło w stopniach głębokie wklęsłości. Wokół schodów rozmieszczone były maleńkie okna. Dom budowano w czasach, kiedy ciepło stanowiło kosztowny luksus, dlatego im mniejsze okna, tym mniejsze straty ciepła.

Pokój oddzielony był od kuchni jedynie cienką ścianką działową, w której znajdowało się szerokie przejście bez drzwi – znak, że Costello lubi gotować. Na ścianach kuchni na rzeźnickich hakach wisiały różnej wielkości rondle i patelnie. Pokój zawalony był książkami i kompaktami. Rebus rzucił okiem na te ostatnie: John Martyn, Nick Drake, Joni Mitchell – muzyka łatwa, ale nie bezmyślna. Książki wyglądały na lektury i podręczniki z zakresu literatury angielskiej.

Costello siedział na czerwonym futonie; Rebus wybrał dla siebie jedno z drewnianych krzeseł z prostym wysokim oparciem. Pomyślał, że przypominają krzesła wystawiane przed sklepami na Causeway, w których termin „antyki” mógł równie dobrze oznaczać ławki szkolne z lat sześćdziesiątych, jak i zielone regały biurowe wyrzucone na śmietnik podczas ostatniej wymiany mebli.

Costello przeciągnął dłonią po włosach i nie odpowiedział.

– Pytałeś mnie, czy myślę, że to ty ją zabiłeś – odpowiedział sobie Rebus.

– Że co zrobiłem?

– Że zabiłeś Flipę. Zdaje się, że tak to sformułowałeś: „Pan myśli, że to ja ją zabiłem, prawda?”

Costello kiwnął głową.

– No bo to dość oczywiste. Nasze drogi się rozeszły, więc przyjmuję, że musi mnie pan uważać za podejrzanego.

– David, w tej chwili jesteś jedynym podejrzanym.

– Pan naprawdę uważa, że jej się coś stało?

– A ty jak myślisz?

Costello potrząsnął głową.

– Od pierwszej chwili nic innego nie robię, tylko grzebię w myślach.

Przez chwilę zapadło milczenie.

– A właściwie, to co pan tu robi? – zapytał nagle Costello.

– Jak już mówiłem, wpadłem tu w drodze do domu. Podoba ci się na Starym Mieście?

– Tak.

– Trochę tu inaczej niż na Nowym. Nie chciałeś się przenieść bliżej Flipy?

– Do czego pan zmierza?

Rebus wzruszył ramionami.

– Może coś to mówi o was obojgu, wasz wybór dzielnic.

Costello zaśmiał się ironicznie.

– Wy, Szkoci, strasznie lubicie wszystko upraszczać i segregować.

– To znaczy, co?

– Albo Stare Miasto, albo Nowe. Albo katolik, albo protestant. Albo zachodnie wybrzeże, albo wschodnie… A życie potrafi być nieco bardziej skomplikowane.

– Przyciąganie się przeciwieństw, tylko o to mi chodziło. – Znów zapadło milczenie. Rebus rozejrzał się po pokoju. – Widzę, że zbytnio nie nabałaganili.

– Kto?

– Ci, którzy przeprowadzali tu rewizję.

– Mogło być gorzej.

Rebus pociągnął łyk kawy i udał, że się nią rozkoszuje.

– Przecież i tak nie zostawiłbyś tu ciała, prawda? Tylko zboczeńcy mogą zrobić coś takiego. – Costello nie spuszczał z niego wzroku. – Przepraszam, trochę się… Mówię tylko teoretycznie. Nie próbuję ci niczego wmówić. Ale ci szperacze na pewno nie szukali tu ciała. Oni zajmują się czymś, czego ani ty, ani ja nawet nie dostrzegamy. Drobinki krwi, włókienka, pojedyncze włosy. – Rebus wolno pokiwał głową. – Ławy przysięgłych uwielbiają takie rzeczy. Dawne metody policyjne zostaną niedługo złożone do lamusa. – Odstawił czarny połyskliwy kubek i sięgnął do kieszeni po papierosy. – Pozwolisz, że…?

Costello zawahał się.

– Właściwie, jeśli pan pozwoli, to ja też się poczęstuję.

– Bardzo proszę. – Rebus wyciągnął papierosa, zapalił go, potem rzucił chłopakowi paczkę i zapalniczkę. – Nie krępuj się i zrób sobie skręta – dodał. – To znaczy, jeśli popalasz.

– Nie popalam.

– Wygląda na to, że studenckie zwyczaje bardzo się zmieniły.

Costello wypuścił kłąb dymu i przyjrzał się papierosowi, jakby nie był przyzwyczajony do jego widoku.

– Pewnie tak – odpowiedział.

Rebus uśmiechnął się. Dwóch facetów siedzi, pali i gawędzi. Za oknami głęboka noc, cały świat śpi, nikt nie podsłuchuje – czyli dobra pora na szczerość i zwierzenia. Wstał z krzesła i podszedł do regału z książkami.

– W jaki sposób poznaliście się z Flipą? – spytał, biorąc do ręki pierwszą z brzegu książkę i kartkując ją.

– Na przyjęciu. Od razu coś między nami zaiskrzyło. Następnego dnia rano po śniadaniu poszliśmy na spacer na cmentarz Warriston. Wtedy po raz pierwszy poczułem, że się w niej zakochałem… To znaczy, że to nie tylko przygoda na jedną noc.

– Interesujesz się filmami? – zapytał Rebus. Zauważył, że całą jedną półkę zajmowały książki o tematyce filmowej.

Costello uniósł głowę i spojrzał na Rebusa.

– Chciałbym kiedyś pisać scenariusze.

– Dobry pomysł. – Rebus wziął do ręki kolejną książkę. Zdawała się w całości zawierać wiersze poświęcone Alfredowi Hitchcockowi. – Więc nie poszedłeś do hotelu? – spytał po przerwie.

– Nie.

– Ale widziałeś się z rodzicami?

– Tak.

Costello zaciągnął się głęboko, jakby chciał wyssać z papierosa życie. Zdał sobie sprawę, że nie ma popielniczki, rozejrzał się więc wokół w poszukiwaniu czegoś w zastępstwie: lichtarze, jeden dla Rebusa, drugi dla siebie.

Odwracając się od regału, Rebus poczuł coś pod nogą: ołowiany żołnierzyk, nie większy niż trzy centymetry. Schylił się, by go podnieść. Muszkiet miał odłamany, a głowę skręconą w bok. Pomyślał, że to chyba nie on go rozdeptał. Ostrożnie ustawił go na półce i wrócił na krzesło.

– To zrezygnowali z tego drugiego pokoju? – zapytał.

– Śpią w oddzielnych pokojach, panie inspektorze. – Spojrzał na Rebusa znad lichtarza, do którego strząsnął popiół. – Ale to nie przestępstwo, prawda?

– Nie jestem w tych sprawach najlepszym sędzią. Żona odeszła ode mnie tak dawno, że już nawet nie pamiętam kiedy.

– Na pewno pan pamięta.

Rebus znów się uśmiechnął.

– Przyłapany na kłamstwie.

Costello położył głowę na oparciu futonu i stłumił ziewnięcie.

– Powinienem już pójść – powiedział Rebus.

– Niech pan chociaż dopije kawę.

Rebus już dawno ją skończył, ale skorzystał z okazji, by skinąć głową. Pomyślał, że nie wyjdzie, póki go stąd nie wyrzucą.

– Może się jeszcze znajdzie. Ludzie czasami robią różne dziwne rzeczy. Na przykład nagle przyszedł jej do głowy pomysł, żeby połazić po górach.

– Flipa nie była typem turystki.

– Ale może chciała gdzieś na trochę uciec.

Costello pokręcił głową.

– Wiedziała, że czekają na nią w barze. Nie mogła o tym zapomnieć.

– Nie? A powiedzmy, że poznała kogoś innego… Wiesz, na zasadzie reakcji pod wpływem nagłego impulsu, jak w tej reklamie.

– Kogoś innego?

– Jest to możliwe, nie uważasz?

Twarz Costello spochmurniała.

– Nie wiem. Sam się nad tym zastanawiałem, czy jest ktoś inny.

– I odrzuciłeś taką ewentualność?

– Tak.

– Dlaczego?

– Bo gdyby tak było, to by mi o tym powiedziała. Flipa już taka jest: wszystko jedno czy chodzi o wieczorową suknię za tysiąc funtów, czy o bilet na concorde’a zafundowany przez rodziców, musi się tym pochwalić.

– Lubi zwracać na siebie uwagę?

– Tak jak wszyscy, od czasu do czasu.

– Ale nie myślisz, że zrobiła to dla kawału, tylko po to, żeby wszyscy jej szukali?

– Sama wymyśliła swoje zniknięcie? – Costello potrząsnął głową przecząco, potem stłumił kolejne ziewnięcie. – Chyba powinienem się trochę przespać.

– O której jest ta konferencja prasowa?

– Wczesnym popołudniem. Mówili coś, że chcą z tym zdążyć na główne wydanie wiadomości.

– Tylko nie bądź stremowany. – Rebus pokiwał głową. – Bądź sobą.

Costello zdusił niedopałek papierosa.

– A kim mam być, jak nie sobą – powiedział, wyciągając do Rebusa rękę z papierosami i zapalniczką.

– Zatrzymaj je. Nigdy nie wiadomo, kiedy ci się zachce. – Wstał. Mimo paracetamolu krew dudniła mu w głowie. „Flipa już taka jest”. Costello powiedział to w czasie teraźniejszym. Czy to tylko uwaga bez znaczenia, czy coś bardziej przemyślanego? Chłopak też się podniósł i uśmiechnął, ale w jego uśmiechu nie było radości.

– No i w końcu nie odpowiedział pan na moje pytanie – rzucił.

– Biorę pod uwagę wszystkie możliwości, panie Costello.

– Naprawdę? – Costello wsunął ręce do kieszeni. – Będzie pan na tej konferencji prasowej?

– Niewykluczone.

– I będzie się pan wsłuchiwał w moje przejęzyczenia i moją intonację? Będzie pan szukał czegoś, jak ci pańscy szperacze? – Costello zmrużył oczy. – Bo może jestem jedynym podejrzanym, ale nie jestem głupi.

– Wobec tego ucieszy pana zapewne, że stoimy po tej samej stronie… chyba, że pan uważa inaczej?

– Po co pan tu dzisiaj przyszedł? Przecież nie jest pan na służbie, prawda?

Rebus zrobił krok w jego kierunku.

– Wie pan, panie Costello, w co kiedyś wierzono? Wierzono, że w oczach ofiary zostaje zachowany obraz mordercy – twarz, jaką ofiara widziała przed śmiercią. Dlatego niektórzy mordercy wydłubywali swym ofiarom oczy.

– Ale w dzisiejszych czasach nie jesteśmy już tacy naiwni, prawda, panie inspektorze? Nie można się spodziewać, że się kogoś rozpozna, patrząc mu tylko głęboko w oczy. – Costello pochylił się ku Rebusowi i lekko wytrzeszczył oczy. – Ale niech się pan wpatruje, byle szybko, bo niedługo zamykamy wystawę.

Rebus nie odwrócił głowy i spojrzał chłopakowi prosto w oczy. Pierwszy zamrugał Costello, przerywając ten swoisty seans. Potem odwrócił się i oświadczył Rebusowi, żeby już sobie poszedł. Był już przy drzwiach, kiedy Costello go zawołał. Stał, wycierając chustką paczkę z papierosami. Potem zrobił to samo z zapalniczką i rzucił obie w stronę Rebusa. Upadły u jego stóp.

– Myślę, że panu się bardziej przydadzą, niż mnie.

Rebus pochylił się, by je podnieść.

– A ta chusteczka po co? – spytał.

– Ostrożności nigdy za wiele – odparł Costello. – Czasem można trafić na ślady w najdziwniejszych miejscach.

Rebus wyprostował się. Postanowił puścić to mimo uszu. Będąc już w drzwiach, usłyszał Costello mówiącego: „Dobranoc” i dopiero w połowie schodów odpowiedział mu. Zdumiało go to wycieranie chusteczką papierosów i zapalniczki. Przez wszystkie lata pracy w policji nigdy nie spotkał się z tym, by podejrzany zrobił coś podobnego. Musiało to chyba oznaczać, że Costello liczy się z tym, że ktoś może chcieć go wrobić.

Albo, że zrobił to specjalnie. W każdym razie młody człowiek ukazał mu zupełnie nową twarz – kogoś, kto potrafi chłodno i spokojnie kalkulować. I kto potrafi przewidywać i wybiegać myślą w przyszłość…

2

Był to jeden z tych chłodnych, ponurych dni, które w Szkocji mogą się zdarzyć w czasie co najmniej trzech różnych pór roku. Niebo przybrało kolor ołowiu i wiał wiatr, który ojciec Rebusa nazwałby „wisielczym”. Ojciec opowiadał mu raz – a właściwie wiele razy – jak kiedyś w mroźny zimowy poranek wszedł do sklepu spożywczego w Lochgelly. Sklepikarz stał nad elektrycznym grzejnikiem. Ojciec Rebusa spojrzał na ladę chłodniczą i spytał: „Czy to bekon z Ayrshire?”, na co sklepikarz odparł: „Nie, ręce sobie grzeję”. Ojciec zarzekał się, że opowieść jest prawdziwa, a Rebus – mógł mieć wtedy siedem albo osiem lat – w to wierzył. Potem doszedł jednak do wniosku, że to stara anegdota, którą ojciec gdzieś usłyszał i wykorzystał jako własną.

– Nieczęsto widzę, żebyś się uśmiechał – powiedziała barista, przygotowując mu podwójne latte. To były jej określenia: barista i latte. Swój interes prowadziła w adaptowanej budce policyjnej przy Błoniach, i Rebus zatrzymywał się tam niemal codziennie w drodze do pracy. Zamawiał u niej „kawę z mlekiem”, a ona go zawsze poprawiała na latte. Potem on dodawał jeszcze „podwójna”, czego nie musiał robić, bo znała jego zwyczaje na pamięć. Robił to jednak, bo wymawianie tego słowa sprawiało mu przyjemność.

– Uśmiechanie się to nie zbrodnia, nie? – odparł, patrząc, jak na kawę nakłada mleczną piankę.

– To już ty wiesz lepiej.

– A twój szef wiedziałby jeszcze lepiej, niż my oboje razem wzięci. – Zapłacił za kawę, a drobne, które mu wydała, wrzucił do pojemnika po margarynie, przeznaczonego na napiwki, i ruszył w stronę St Leonard’s. Nie sądził, by się domyślała, że jest gliniarzem. „Ty wiesz lepiej…”, powiedziała to jednak lekko, bez podtekstu, tylko by podtrzymać rozmowę. Z kolei jego uwaga o jej szefie była aluzją do faktu, że właścicielem całej sieci takich budek był były adwokat. Ale wyglądało na to, że nie załapała aluzji.

Na St Leonard’s Rebus jeszcze przez chwilę został w samochodzie, by do kawy wypalić ostatniego papierosa. Pod tylnym wyjściem z komisariatu stały furgonetki gotowe, by w razie potrzeby zawieść kogoś do sądu. Kilka dni wcześniej Rebus zeznawał w sądzie jako świadek i obiecał sobie, że musi się dowiedzieć o wynik sprawy. Jednak kiedy drzwi się otwarły, zamiast aresztantów zobaczył tylko Siobhan Clarke. Dostrzegła jego samochód, uśmiechnęła się i pokręciła głową na ten typowy widok. Podeszła, a Rebus opuścił szybę.

– Pożywne śniadanie skazańca – powiedziała.

– Ja też cię witam serdecznie.

– Szef chce cię widzieć.

– I wysłał po mnie psa gończego.

Siobhan nie odpowiedziała, uśmiechnęła się tylko i odczekała, aż Rebus wysiądzie z samochodu. Byli w połowie parkingu, kiedy się odezwała:

– Jeśli już, to wysłała.

Stanął jak wryty.

– Rzeczywiście, wyleciało mi z głowy – przyznał.

– A przy okazji, jak się czuje twój kac? Bo może jeszcze ci coś wyleciało z głowy?

Otworzyła przed nim drzwi, a on poczuł się jak zwierzę wpuszczane do klatki.

Z gabinetu znikły już fotografie i słynny ekspres do kawy Farmera, a na szafce na akta leżało kilka kartek z życzeniami powodzenia, ale poza tym wszystko było po staremu, łącznie ze stertą papierów w korytku na korespondencję przychodzącą i z samotnym kaktusem w doniczce na parapecie okna. Gill Templer wyglądała w fotelu Farmera na dość zagubioną, zwłaszcza że słusznych rozmiarów postura jej poprzednika wygniotła w fotelu zagłębienia, których jej szczupła sylwetka nie miała szans wypełnić.

– Siadaj, John – powiedziała i po chwili, gdy już podchodził do krzesła, dodała: – I opowiedz mi, o co chodziło wczoraj wieczorem. – Oparła łokcie o biurko i złożyła końce palców. Dokładnie taką samą pozę przyjmował Farmer, kiedy starał się ukryć irytację lub zniecierpliwienie. Albo go podpatrzyła, albo gest ten szedł w parze z awansem na wyższe stanowisko.

– Wczoraj wieczorem?

– W mieszkaniu Philippy Balfour. Znalazł cię tam jej ojciec. – Uniosła głowę i spojrzała na niego. – Najwyraźniej piłeś alkohol.

– Wszyscy pili.

– Ale nie wszyscy tyle, co niektórzy. – Zerknęła na arkusz papieru leżący przed nią na biurku. – Pan Balfour chciałby wiedzieć, co tam robiłeś. A jeśli mam być szczera, to sama też zachodzę w głowę.

– Wracałem do domu…

– Z Leith Walk do Marchmont przez Nowe Miasto? Wygląda na to, że się chyba zgubiłeś.

Rebus zdał sobie sprawę, że wciąż jeszcze trzyma papierowy kubek z kawą. Bez pośpiechu odstawił go na podłogę.

– Czasami lubię coś takiego zrobić – odpowiedział w końcu. – Lubię jeszcze raz wrócić na miejsce, kiedy już się wszystko uspokoi.

– Dlaczego?

– Tak na wszelki wypadek, gdyby coś przeoczono.

Sprawiała wrażenie, że przez chwilę się nad tym zastanawia.

– Nie jestem pewna, czy tylko o to chodzi.

Rebus wzruszył ramionami i nic nie powiedział. Gill raz jeszcze spojrzała w notatki.

– A potem postanowiłeś jeszcze odwiedzić chłopaka panny Balfour. Dlaczego?

– To już naprawdę było po drodze do domu. Zatrzymałem się, żeby pogadać z Connollym i Danielsem. U Costello się świeciło, więc pomyślałem, że wpadnę do niego i sprawdzę, czy wszystko w porządku.

– Taki z ciebie troskliwy gliniarz? – Umilkła na chwilę. – Więc pewnie dlatego pan Costello uznał za konieczne poinformować o twojej wizycie swojego adwokata.

– Nie wiem, po co to zrobił. – Rebus poprawił się niespokojnie na twardym siedzeniu krzesła, udając, że sięga po kawę.

– Adwokat skarży się, że „nachodzimy” jego klienta. Być może będziemy musieli zdjąć naszych ludzi. – Nie spuszczała z niego wzroku.

– Posłuchaj, Gill – zaczął Rebus. – Znamy się jak łyse konie. Moje metody pracy nie są tajemnicą. Jestem pewien, że Watson przekazał ci całą litanię uwag.

– Tak było kiedyś, John.

– To znaczy, co?

– Ile wczoraj wypiłeś?

– Więcej niż powinienem, ale to nie była moja wina. – Zobaczył jak brew Gill wędruje do góry. – Jestem pewien, że ktoś mi podłożył świnię.

– Chcę, żebyś poszedł do lekarza.

– O Chryste Panie…

– W sprawie twojego picia, w sprawie sposobu odżywiania się, ogólnie w sprawie stanu twojego zdrowia… Chcę żebyś się zbadał, a to, co powie lekarz, będzie święte, i masz się zastosować do jego zaleceń.

– Glony i sok z marchwi?

– Pójdziesz do lekarza, John. – Powiedziała to tonem polecenia, nie prośby. Rebus skrzywił się, wypił łyk kawy, potem uniósł kubek do góry.

– Z chudym mlekiem – oznajmił.

Prawie się uśmiechnęła.

– Od czegoś trzeba zacząć.

– Gill, posłuchaj… – Wstał z krzesła i wrzucił kubek do dziewiczo czystego kosza na śmieci. – Moje picie to nie problem. Nie przeszkadza mi w pracy.

– Wczoraj przeszkodziło.

Potrząsnął głową, ale jej twarz miała kamienny wyraz. W końcu głęboko westchnęła.

– Tuż przed wyjściem z klubu… pamiętasz, co było?

– Jasne. – Nie wrócił na krzesło. Stał wyprostowany przed jej biurkiem, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała.

– Pamiętasz, co mi powiedziałeś? – Wyraz jego twarzy powiedział jej już wszystko, co chciała wiedzieć. – Chciałeś, żebym poszła z tobą do domu.

– Przepraszam. – Starał się sobie przypomnieć, ale w głowie miał pustkę. W ogóle nie pamiętał momentu wyjścia z klubu.

– Więc musisz to zrobić, John. Umówię cię z lekarzem.

Odwrócił się i ruszył do drzwi. Już wychodził, kiedy go zawołała.

– Skłamałam – powiedziała z uśmiechem. – Nic mi takiego nie proponowałeś. A teraz możesz mi życzyć powodzenia na nowym stanowisku.

Rebus spróbował przywołać na twarz złośliwy uśmieszek, ale bez rezultatu. Gill uśmiechała się, póki drzwi się za nim nie zamknęły, potem uśmiech zniknął z jej twarzy. Rzeczywiście Watson rozgadał się na temat Rebusa, ale nie powiedział jej niczego, o czym sama by nie wiedziała. „Pewnie trochę za dużo pije, ale to dobry gliniarz, Gill. Tylko lubi sprawiać wrażenie, że potrafi się obejść bez niczyjej pomocy”. Może to na swój sposób prawda, ale może też nadchodzi szybkimi krokami chwila, kiedy John Rebus będzie musiał pogodzić się z tym, że oni też potrafią się obejść bez niego.

Łatwo było rozpoznać uczestników pożegnalnej balangi: apteki w ich sąsiedztwie wyprzedały pewnie cały zapas aspiryny, witaminy C i wszystkich innych sprawdzonych leków na kaca. Wyglądało, że ich głównym problemem jest odwodnienie. Rebusowi rzadko zdarzało się widzieć tyle butelek irn-bru, lucozade i coli ściskanych w tak wielu dygocących dłoniach. Wszyscy nieskacowani – ci, których nie było w klubie albo byli, lecz ograniczali się do napojów bezalkoholowych – teraz triumfowali, głośno pogwizdując i przy każdej okazji z całej siły waląc szufladami i drzwiczkami szafek. Główną salę operacyjną dla śledztwa w sprawie Philippy Balfour urządzono na Gayfield Square – stąd było znacznie bliżej do jej mieszkania – ponieważ jednak przy tak licznej ekipie dochodzeniowej miejsca wciąż brakowało, wydzielono także kąt w wydziale śledczym na St Leonard’s. Tam właśnie siedziała teraz Siobhan, wpatrując się w ekran monitora. Na podłodze obok jej nóg leżał drugi twardy dysk i Rebus zdał sobie sprawę, że Siobhan zmaga się z komputerem panny Balfour. Między policzek a ramię wcisnęła sobie słuchawkę telefoniczną i, coś pisząc, jednocześnie rozmawiała.

– Też nic z tego – usłyszał jej głos.

Sam dzielił biurko z trzema innymi policjantami, i dało się to zauważyć. Zgarnął na podłogę resztki chipsów i wyrzucił dwie puszki po fancie do najbliższego kosza. Kiedy zadzwonił telefon, podniósł słuchawkę, ale dzwoniono tylko z miejscowej wieczornej gazety, próbując coś przewąchać.

– Proszę rozmawiać z rzecznikiem prasowym – oświadczył Rebus reporterowi.

– Daj pan spokój.

Rebus zastanowił się. Biuro łączności z mediami było do tej pory działką Gill Templer. Spojrzał w kierunku Siobhan Clarke i spytał:

– Kto się teraz zajmuje kontaktami z prasą?

– Sierżant Ellen Wylie – wtrącił się reporter.

Rebus podziękował mu za informację, po czym rozłączył się. Biuro prasowe byłoby dla Siobhan znaczącym krokiem naprzód – szczególnie w przypadku tak głośnej sprawy. Ellen Wylie była dobrą policjantką, wywodzącą się z Torphichen. Jako specjalistka do spraw kontaktów z mediami, Gill Templer na pewno musiała wydać opinię na temat nowej kandydatki, a być może decyzja wręcz należała do niej. I wybrała Ellen Wylie. Rebus był ciekaw, czy kryje się za tym coś więcej.

Wstał od biurka i zaczął studiować papiery przypięte do tablicy na ścianie. Grafiki służb, faksy, listy adresów i numerów kontaktowych. Przyczepiono też dwa zdjęcia zaginionej dziewczyny. Jedno z nich udostępniono prasie i teraz wisiało na tablicy powielone w wielu egzemplarzach wraz z artykułami na temat jej zaginięcia. Pomyślał, że jeśli jej szybko nie odnajdą całej i zdrowej, to za chwilę na tablicy zabraknie miejsca i trzeba będzie pozbyć się tych wszystkich wycinków prasowych. Treść notatek i tak się powtarzała, a ich autorom bardziej zależało na sensacji niż na dokładności. Rebus przez chwilę zadumał się nad jednym z określeń: „tragiczny narzeczony”. Rzucił okiem na zegarek: jeszcze pięć godzin do konferencji.

W związku z awansem Gill Templer, w wydziale śledczym na St Leonard’s zwolniło się stanowisko starszego inspektora. Chętkę na nie miał detektyw inspektor Bill Pryde, który postanowił wykazać się przy sprawie panny Balfour. Rebus, który dopiero co zjawił się w sali operacyjnej na Gayfield Square, mógł jedynie patrzyć i podziwiać. Pryde zaczął od swego wyglądu – ubrał się w garnitur prosto od krawca, czystą białą koszulę i elegancki krawat. Czarne trzewiki lśniły czystością i wyglądało, że odwiedził też fryzjera. Nie zostało mu wprawdzie zbyt wiele włosów do strzyżenia, ale liczył się wysiłek. Powierzono mu rozdzielanie zadań, a to oznaczało, że wyznaczał funkcjonariuszy do odwiedzania domów i przesłuchiwania ich mieszkańców. Wywiady przeprowadzano z wszystkimi sąsiadami – z niektórymi już po raz drugi lub trzeci – jak i z wszystkimi przyjaciółmi zaginionej, jej kolegami z uczelni i z personelem uniwersyteckim. Sprawdzano też loty i rejsy promów, a jej zdjęcie przefaksowano na dworce kolejowe, do firm komunikacji autobusowej i do komisariatów policji poza okręgiem Lothian i Borders. Komuś musiało przypaść zadanie zbierania danych o wszystkich odnalezionych zwłokach z terenu całej Szkocji, a ktoś inny sprawdzał przyjęcia do szpitali. Do tego dochodziły jeszcze firmy taksówkowe i wypożyczalnie samochodów… Wszystko to wymagało czasu i wysiłku i składało się na publiczne oblicze śledztwa. Po cichu prowadzono także poufną inwigilację najbliższej rodziny i kręgu przyjaciół zaginionej, choć Rebus wątpił, by sprawdzanie środowiska dziewczyny dało jakieś rezultaty. Nie tym razem.

Wreszcie Pryde zakończył odprawę dla zebranej wokół niego grupy. Kiedy funkcjonariusze się rozeszli, dostrzegł stojącego w kącie Rebusa, puścił do niego oko i zbliżając się, potarł sobie czoło dłonią.

– Muszę teraz uważać – powiedział Rebus. – Podobno poczucie władzy deprawuje i tak dalej.

– Przepraszam – rzekł Pryde, ściszając głos – ale mnie to autentycznie rajcuje.

– To dlatego, że potrafisz sobie z tym poradzić, Bill. To tylko Pałac potrzebował aż dwudziestu lat, żeby na to wpaść.

Pryde pokiwał głową.

– Mówi się, że w swoim czasie nie przyjąłeś awansu na starszego inspektora.

– Plotki, Bill. To tak, jak z tym albumem Fleetwood Mac: najlepiej nie słuchać.

Sala operacyjna przypominała salę ćwiczeń w szkole baletowej. Każdy zajmował się swoim indywidualnym zadaniem. Część wdziewała płaszcze i sięgała po kluczyki i notatniki. Inni podwijali rękawy i rozsiadali się przy komputerach i telefonach. Z jakichś zakamarków budżetu udało się wycisnąć pieniądze na zakup nowych krzeseł – jasnoniebieskich, obrotowych, na kółkach. Ci, którym udało się je zdobyć, poruszali się po sali na siedząco, korzystając z kółek i nie ryzykując pozostawienia ich bez opieki w obawie, że ktoś inny im je podkradnie.

– Koniec z niańczeniem chłopaka – oznajmił Pryde. – Polecenie nowej szefowej.

– Słyszałem.

– Były naciski ze strony rodziny – dodał Pryde.

– Dla budżetu operacyjnego to jeszcze lepiej – zauważył Rebus, przeciągając się. – To jak, jest coś do roboty dla mnie?

Pryde przekartkował notatki przypięte do sztywnej podkładki.

– Trzydzieści siedem telefonów od przedstawicieli społeczeństwa – poinformował.

Rebus wzniósł ręce w obronnym geście.

– Na mnie nie patrz. Świry i szaleńcy to dobre dla praktykantów, nie?

Pryde uśmiechnął się.

– Już przydzielone – uspokoił go, wskazując głową dwóch młodych posterunkowych, niedawno awansowanych ze służby mundurowej, którzy z bezradnymi minami przyglądali się stercie leżących przed nimi papierów. Użeranie się z ludźmi dzwoniącymi z miasta należało zawsze do najbardziej niewdzięcznych zadań w śledztwie. Każda nagłośniona przez media sprawa powodowała lawinę fałszywych tropów i zmyślonego przyznawania się do winy. Niektórym tak zależało na rozgłosie, że gotowi byli szukać go nawet za cenę brania na siebie podejrzenia o morderstwo. Rebus sam zetknął się z kilkoma tego typu ludźmi z Edynburga.

– Craw Shand już się odezwał? – zapytał.

Pryde postukał w wykaz rozmów.

– Dzwonił już trzy razy, za każdym razem gotów przyznać się do morderstwa.

– Przymknijcie go – powiedział Rebus. – To jedyny sposób, żeby się go pozbyć.

Wolną ręką Pryde dotknął węzła krawata, jakby upewniając się, że wszystko jest na miejscu.

– Sąsiedzi? – zapytał niepewnie.

Rebus kiwnął głową.

– Sąsiedzi mogą być.

Rebus zebrał notatki ze wstępnych przesłuchań. Bardziej oddalone odcinki ulicy przydzielono innym wywiadowcom, zostawiając Rebusowi i pozostałej trójce – podzielonym na dwa dwuosobowe zespoły – lokale w bezpośrednim sąsiedztwie mieszkania Philippy Balfour. Było ich trzydzieści pięć, w tym trzy puste, co znaczyło, że mają do sprawdzenia trzydziestu dwóch sąsiadów. Szesnastu na zespół, na każdego sąsiada jakieś piętnaście minut… w sumie po cztery godziny.

Partnerka Rebusa, przydzielona mu do tego zadania, posterunkowa Phyllida Hawes, zrobiła te wyliczanki na klatce schodowej pierwszej z kamienic. Rebus właściwie nie był pewien, czy do bogato zdobionych domów z epoki króla Jerzego, mieszczących na parterze liczne galerie sztuki i salony z antykami pasuje słowo „kamienica”. Spytał Hawes o zdanie.

– Może lepiej apartamentowce? – zastanowiła się i uśmiechnęła.

Na każdym piętrze znajdował się tylko jeden, najwyżej dwa apartamenty, a drzwi wiodące do nich ozdobione były mosiężnymi lub ceramicznymi tabliczkami z nazwiskami. Tylko na kilku drzwiach znajdowały się kartonowe wizytówki przyczepione kawałkami taśmy klejącej.

– Nie jestem pewna czy Cockburn Association [Cockburn Association – najstarsze na świecie, powstałe w 1875 roku, towarzystwo ochrony zabytków architektury i przyrody w Edynburgu. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).] byłoby zachwycone – zauważyła Hawes.

Na jednych z drzwi widniało kilka nazwisk. Pewnie studenci, pomyślał Rebus, i to z mniej zasobnymi portfelami niż Philippa Baliom.

Klatka schodowa była czysta i zadbana. Na podestach leżały wycieraczki i stały skrzynki z kwiatami. Kwiaty rosły również w koszach zawieszonych na balustradzie schodów. Ściany wyglądały na świeżo odmalowane, a schody były dokładnie zamiecione. W pierwszej klatce wszystko poszło jak w zegarku: w pierwszych dwóch mieszkaniach nie było nikogo, wrzucili więc swoje wizytówki w szpary na listy; każde z kolejnych mieszkań zajęło im po piętnaście minut – „Tylko kilka porządkowych pytań…” „Czy chciałaby pani jeszcze dodać coś od siebie…” Mieszkańcy potrząsali przecząco głowami i podkreślali, że wciąż są wstrząśnięci. Taka cicha, spokojna uliczka.

Na wysokim parterze znajdował się tylko jeden apartament, znacznie większy i elegantszy, z westybulem wyłożonym czarno-białą granitową szachownicą i ozdobionym doryckimi kolumnami. Jego lokator dzierżawił go na podstawie wieloletniego kontraktu i był zatrudniony w „sektorze finansowym”. Rebus zaczynał dostrzegać pewną wyraźną prawidłowość: projektant graficzny, konsultant szkoleń, organizator imprez… a teraz sektor finansowy.

– Czy nikt już nie pracuje w normalnych zawodach? – zwrócił się z pytaniem do Hawes.

– Tu są normalne zawody – odparła.

Stanęli na chodniku i zrobili przerwę na papierosa. Rebus zauważył, że Hawes zerka na niego.

– Masz ochotę?

Potrząsnęła głową.

– Już trzy lata jak nie palę.

– Tylko pozazdrościć. – Rebus rozejrzał się po okolicznych domach. – Gdyby mieszkali tu miłośnicy firanek, to by nas teraz zza nich podglądali.

– Jakby mieli firanki, to nikt by nie mógł zaglądać do środka i zazdrościć.

Rebus zaciągnął się i wypuścił dym przez nos.

– Wiesz, pamiętam, że kiedy byłem młodszy, to wokół Nowego Miasta zawsze unosiła się taka atmosferka rozpusty. Hippisi i haszysz, ciągłe imprezy i pełno różnych mętów.

– Dziś już tu nie ma dla nich miejsca. – Hawes pokiwała głową. – A ty gdzie mieszkasz?

– W Marchmont. A ty?

– W Livingston. Wtedy nie było mnie stać na nic więcej.

– Ja kupiłem to mieszkanie już wiele lat temu. Mieliśmy wtedy dwie pensje…

Spojrzała na niego.

– Nie musisz się tłumaczyć.

– Chodziło mi tylko o to, że wtedy ceny jeszcze nie zwariowały. – Starał się, by nie brzmiało to jak usprawiedliwienie. Wszystko przez to spotkanie z Gill i jej żarcik, który miał go zdenerwować. I to, że przez tę jego wizytę u Costello musieli zrezygnować z pilnowania go. Może rzeczywiście powinien z kimś porozmawiać o swoim piciu… Pstryknął niedopałek na jezdnię. Wykonana była z błyszczących, prostokątnych kostek nazywanych brukiem. Kiedy po raz pierwszy przyjechał do miasta, popełnił błąd i nazwał je kocimi łbami. Ktoś z miejscowych go wtedy poprawił. – Jeśli nas w następnym mieszkaniu zaproszą na herbatę, to skorzystamy – zapowiedział.

Hawes skinęła. Miała około czterdziestki i długie do ramion ciemne włosy. Jej twarz była lekko piegowata i pucułowata, jakby nie utraciła jeszcze dziecięcej miękkości rysów. Miała na sobie szary komplet ze spodniami i szmaragdową bluzkę spiętą pod szyją srebrną celtycką broszką. Rebus z łatwością mógł ją sobie wyobrazić na tradycyjnym celtyckim wieczorze, jak wiruje na parkiecie przy szkockiej muzyce ludowej, a na jej twarzy widnieje ten sam wyraz skupienia, z jakim teraz podchodziła do pracy.

Poniżej apartamentu na wysokim parterze mieściło się tak zwane „studio ogrodowe”. Prowadziły do niego spiralne schodki na zewnątrz budynku, a nazwa brała się stąd, że z mieszkania było wyjście na ogród na tyłach domu. Na stopniach schodków stały kolejne skrzynki z kwiatami. Mieszkanie miało dwa okna na poziomie niskiego parteru i dwa dalsze niżej w suterenie – dwupoziomowe studio. Obok wejścia znajdowały się drewniane drzwi do piwnic ciągnących się pod chodnikiem. Mimo iż zapewne już je sprawdzono, Rebus nacisnął klamkę, jednak drzwi były zamknięte na klucz. Hawes sprawdziła swoje notatki.

– Cirant Hood i George Silvers już tam byli przed nami – poinformowała.

– A drzwi były wtedy zamknięte czy otwarte?

– Ja im je otworzyłam – usłyszeli głos za sobą. Odwrócili się i zobaczyli starszą kobietę, stojącą w drzwiach do studia. – Dać państwu klucze?

– Tak, poprosimy – odparła Phyllida Hawes. Kiedy kobieta cofnęła się do środka, Phyllida popatrzyła na Rebusa i złożyła dłonie w literę T, gest trenerów proszących o czas. W odpowiedzi Rebus wystawił oba kciuki w górę.

Mieszkanie pani Jardine było prawdziwym muzeum bibelotów, wszelkiego rodzaju porcelanowych figurek i cacuszek. Narzuta przykrywająca oparcie kanapy musiała kosztować wiele tygodni mozolnego dziergania szydełkiem. Przeprosiła ich za kilkanaście metalowych puszek i rondelków, rozstawionych na podłodze werandy, dodając, iż „jakoś nigdy nie może się zebrać, żeby załatać ten dach”. Rebus zaproponował, by herbatę wypili tutaj: przy każdym ruchu w salonie cierpła mu skóra, że zrzuci coś na podłogę. Jednak kiedy zaczęło padać, rozmowa potoczyła się przy akompaniamencie plusku i dzwonienia spadających kropel, a rozprysk z rondla stojącego obok nóg Rebusa groził, że wyjdzie stąd równie mokry, jak gdyby stał na zewnątrz.

– Nie znałam tej panienki – rzekła pani Jardine ze smutkiem. – Może, jakbym więcej wychodziła, to bym ją spotkała.

Hawes wyglądała przez okno.

– Ma tu pani porządek w ogrodzie – zauważyła z podziwem i można to było uznać za niedopowiedzenie. Długi i wąski pasek ziemi, cały pokryty na środku trawą i otoczony kwiatowymi rabatami, był idealnie zadbany.

– To zasługa mojego ogrodnika – odparła pani Jardine.

Hawes zajrzała do notatki sporządzonej z poprzedniej wizyty, a potem niemal niedostrzegalnie pokręciła głową. W notatce Silversa i Hooda nie było słowa o ogrodniku.

– Czy może nam pani podać jego nazwisko? – spytał Rebus obojętnym tonem. Mimo to staruszka spojrzała na niego zaniepokojona. W odpowiedzi Rebus uśmiechnął się, a kolejna kropla głośno plusnęła. – Tylko dlatego, że może mógłbym też z niego skorzystać – skłamał.

Na koniec sprawdzili piwnice. W jednej widać było staroświecką termę na gorącą wodę, w drugiej tylko pleśń. Pomachali pani Jardine ręką na pożegnanie i raz jeszcze podziękowali za gościnność.

– Niektórym to dobrze – powiedział na ich widok Grant Hood. Czekał na nich na chodniku, z kołnierzem postawionym w osłonie przed deszczem. – Nam nawet godziny nikt nie podał.

Partnerem Hooda był Dalka Daniels. Rebus kiwnął głową na powitanie.

– Co jest, Tommy? Robimy na dwie zmiany?

Daniels wzruszył ramionami.

– Zamieniłem się – powiedział, starając się stłumić ziewanie.

Hawes klepnęła dłonią w plik notatek.

– Za to ty – zwróciła się do Hooda – nawet jednej przyzwoicie nie przepracowałeś.

– Co jest?

– Pani Jardine zatrudnia ogrodnika – wyjaśnił Rebus.

– Za chwilę pewnie jeszcze będziemy rozmawiać ze śmieciarzami – obruszył się Hood.

– Już rozmawialiśmy – oświadczyła Hawes. – I do pojemników też zaglądaliśmy.

Zanosiło się na kłótnię. Rebus zastanawiał się, czy się wtrącić – razem z Hoodem pracował na St Leonard’s i w sposób naturalny powinien stanąć po jego stronie – jednak bez słowa zapalił kolejnego papierosa. Twarz Hooda poczerwieniała. Tak jak ona był starszym posterunkowym z tytułem detektywa, ale miał za sobą krótszy od niej staż. Czasami trudno jest się spierać z doświadczeniem, ale to nie znaczy, żeby się od razu poddawać.

– Philippie Balfour to nie pomoże – rzekł cicho Dalka Daniels i to ich uciszyło.

– Dobrze powiedziane, synu – pochwalił go Rebus.

Tak było istotnie: branie udziału w wielkich i głośnych śledztwach mogło powodować, że człowiek zaczynał zapominać o podstawowej prawdzie. Stając się jedynie maleńką śrubką w potężnej maszynerii, zaczynał się mądrzyć, by utwierdzić się we własnej ważności. Sprawa rozdziału krzeseł stała się ważna, bo można było stosunkowo łatwo postawić na swoim. Inaczej niż w przedmiocie śledztwa, które zdawało się rosnąć w postępie geometrycznym, powodując, że każdy zajmujący się nim czuł się coraz mniejszy i coraz mniej ważny, aż w końcu zaczynał tracić z pola widzenia prawdę zasadniczą (coś, co mentor Rebusa, Lawson Geddes, nazywał MISJĄ): to, że ktoś potrzebuje twojej pomocy i na tę pomoc czeka. Zagadkę zbrodni trzeba rozwiązać, a zbrodniarza ukarać. I czasami dobrze jest to sobie uzmysłowić.

W końcu rozeszli się w przyjaźni, a Hood zanotował dane ogrodnika i obiecał, że z nim porozmawia. Nie pozostało im nic innego, jak wrócić do wspinaczek po schodach. Wizyta u pani Jardine trwała niemal pół godziny i wszystkie wyliczenia Hawes wzięły w łeb, raz jeszcze potwierdzając oczywistą prawdę – śledztwo musi się ciągnąć. Było tak, jakby czas wrzucał nagle wyższy bieg, człowiek przestawał panować nad upływem kolejnych godzin, a na koniec dnia nie mógł zrozumieć ogarniającego go zmęczenia i pozbyć się uczucia niepokoju, że o czymś zapomniał i coś zostawił nie dokończone.

W kolejnych dwóch mieszkaniach nie było nikogo, następne drzwi otworzył im ktoś, kogo twarz wydała się Rebusowi znajoma, ale kogo nie zdołał jednak rozpoznać.

– Chodzi nam o zaginięcie Philippy Balfour – wyjaśniła Hawes. – O ile mi wiadomo, dwóch naszych kolegów już z panem rozmawiało. My chcielibyśmy tylko uściślić kilka spraw.

– Ależ tak, oczywiście. – Lakierowane czarne drzwi uchyliły się nieco szerzej. Mężczyzna spojrzał na Rebusa i uśmiechnął się. – Nie może mnie pan skojarzyć, prawda? Ale ja pana pamiętam. – Uśmiech rozjaśnił mu twarz. – Za to na pewno pamięta pan swoją „dziewiczą” autopsję, prawda?

Mężczyzna wpuścił ich do przedpokoju, poinformował że nazywa się Donald Devlin, i wtedy Rebus go sobie przypomniał. Pierwszą sekcję zwłok, w której uczestniczył jako funkcjonariusz wydziału śledczego, wykonywał właśnie Devlin. Był profesorem katedry medycyny sądowej na Uniwersytecie Edynburskim i w owym czasie jednocześnie głównym miejskim patologiem. Asystował mu wówczas Sandy Gates. Teraz Gates sam był już profesorem medycyny sądowej, a jego „pomocnikiem” był doktor Curt. Ściany przedpokoju pokrywały fotografie przedstawiające Devlina podczas uroczystości wręczania jakichś nagród i odznaczeń.

– Twarz pamiętam, ale nazwiska nie mogę sobie przypomnieć – rzekł Devlin, wprowadzając ich do zagraconego salonu.

– Detektyw inspektor Rebus.

– Wtedy był pan pewnie zwykłym posterunkowym, prawda?

Rebus skinął.

– Szykuje się pan do przeprowadzki? – spytała Hawes, rozglądając się po salonie zawalonym kartonami i czarnymi foliowymi workami. Rebus też się rozejrzał. Wszędzie piętrzyły się sterty papierów, a z szafek sterczały wysunięte szuflady, grożąc wysypaniem zawartości na podłogę. Devlin zachichotał. Był niskim, korpulentnym mężczyzną, na oko dobrze po siedemdziesiątce. Szary wełniany blezer dawno już stracił fason i połowę guzików, a ciemnoszare wymięte spodnie podtrzymywały szelki. W obrzmiałej i pokrytej czerwonymi żyłkami twarzy tkwiły dwa małe niebieskie punkciki oczu ukryte za okularami w stalowej oprawce.

– Pewnie można tak powiedzieć – odparł, odgarniając sobie z oczu kosmyk włosów i próbując go ułożyć na łysinie czaszki. – Powiedzmy, że jeśli kostuchę można uznać za ne plus ultra wśród specjalistów od przeprowadzek, to jestem jej nieodpłatnym asystentem.

Rebus przypomniał sobie, że Devlin zawsze tak mówił. Nigdy nie zadowalało go sześć słów tam, gdzie można wypowiedzieć dwanaście, i zawsze kochał kwieciste słownictwo. Pamiętał, że robienie notatek podczas sekcji wykonywanej przez Devlina było koszmarem.

– Przenosi się pan do domu opieki? – domyśliła się Hawes.

Staruszek znów zachichotał.

– Nie, jeszcze się niestety na górę nie wybieram. Pozbywam się tylko kilku niepotrzebnych rzeczy, żeby ułatwić życie członkom mojej rodziny, którzy będą chcieli rozdziobać pozostałości po mnie, kiedy się stąd wyniosę.

– I oszczędzić im trudu wyrzucania wszystkiego?

Devlin popatrzył na Rebusa.

– Bardzo precyzyjna i zwarta reasumpcja stanu rzeczy – rzekł i pokiwał głową z uznaniem.

Hawes sięgnęła do jednego z kartonów i wyciągnęła księgę w skórzanej oprawie.

– I chce pan to wszystko wyrzucić?

– Ależ skąd. – Devlin cmoknął. – Na przykład tę książkę, którą pani trzyma w ręku, wczesne wydanie podręcznika anatomii Donaldsona, mam zamiar przekazać w prezencie Kolegium Lekarskiemu.

– Ma pan wciąż kontakt z profesorem Gatesem? – zapytał Rebus.

– Och tak, Sandy i ja wciąż jeszcze łykamy czasami naszą miksturę. Pewnie on też już niedługo przejdzie na emeryturę i zrobi miejsce młodszym. Oszukujemy się, że to oznacza cykliczność życia, a to oczywiście wierutna bzdura, no, chyba że jest się praktykującym buddystą. – Uśmiechnął się do tej myśli, uznając ją za zabawną.

– Ale nawet jak się jest buddystą, to nie znaczy wcale, że człowiek musi się odrodzić, nieprawdaż? – powiedział Rebus, sprawiając tą uwagą wyraźną radość staremu. Na ścianie obok kominka zauważył artykuł wycięty z gazety i oprawiony w ramki. Reportaż z procesu o morderstwo z 1957 roku zakończonego wyrokiem skazującym. – To pańska pierwsza sprawa, prawda? – domyślił się.

– Rzeczywiście, to prawda. Młoda mężatka zatłuczona na śmierć przez męża. Przyjechali tu w podróż poślubną.

– Świetne na wprawianie się w dobry nastrój – zauważyła Hawes.

– Moja żona też uważała, że to makabryczne – przyznał Devlin. – Ale jak umarła, to artykuł wrócił na ścianę.

– No cóż – zaczęła Hawes, odkładając książkę i bezradnie rozglądając się za czymś, na czym można by usiąść – im wcześniej skończymy, tym prędzej będzie pan mógł wrócić do swoich porządków.

– Zawsze doceniam pragmatyczne podejście do życia – stwierdził Devlin, któremu wyraźnie nie przeszkadzało, że rozmawiają, stojąc pośrodku wielkiego i mocno wytartego perskiego dywanu, i niemal bojąc się ruszyć, by nie spowodować efektu domina.

– Czy to wszystko leży w jakimś określonym porządku, panie profesorze? – spytał Rebus. – Czy moglibyśmy parę z tych pudeł przełożyć na podłogę?

– Myślę, że lepiej będzie jak urządzimy sobie nasze tete-a-tete w jadalni.

Rebus skinął głową i ruszył pierwszy. W oko wpadło mu wydrukowane ozdobną czcionką zaproszenie, stojące na marmurowej półce nad kominkiem. Zaproszenie pochodziło od Królewskiego Kolegium Lekarskiego i dotyczyło uroczystego bankietu w Domu Lekarza. Uwaga dopisana na dole przypominała, że obowiązują „stroje wieczorowe dekorowane odznaczeniami”. Rebus jedyne swoje dekoracje trzymał w pudle kartonowym w szafce w przedpokoju i wyciągał je raz do roku na Boże Narodzenie, a i to pod warunkiem, że mu się chciało.

W jadalni dominował długi drewniany stół obstawiony sześcioma twardymi krzesłami o prostych oparciach. W jednej ze ścian znajdował się otwór – coś, co w rodzinie Rebusa nosiłoby nazwę „paśnika” – służący do serwowania dań z kuchni, a pod drugą stał przeszklony kredens pełen zakurzonych szkieł i sreber. Nieliczne oprawione w ramy obrazki wyglądały jak eksperymenty z początków fotografii: upozowane sceny z weneckich kanałów i sceny chyba z Szekspira. Duże dzielone okno wychodziło na ogród na tyłach budynku. Z tej wysokości widać było, że znajdujący się w dole ogród pani Jardine został przez ogrodnika zaplanowany – świadomie lub nie – w kształcie znaku zapytania.

Na stole leżała nie dokończona układanka: fotografia centrum Edynburga zrobiona z lotu ptaka.

– Jeśli komuś przyjdzie coś do głowy – powiedział Devlin, wskazując na układankę – będzie to mile widziane.

– Strasznie dużo tych kawałków – stwierdził Rebus.

– Tylko dwa tysiące.

Hawes, której wreszcie udało się Devlinowi przedstawić, nie mogła sobie znaleźć miejsca na krześle. Spytała Devlina, od jak dawna jest na emeryturze.

– Od dwunastu… nie, od czternastu lat. Czternaście lat… – Pokiwał w zadumie głową, że czas wciąż tak przyspiesza, nawet wówczas, kiedy serce chce już zwalniać.

Hawes zajrzała do notatek.

– Podczas pierwszej rozmowy oświadczył pan, że tamtego wieczoru był w domu.

– Zgadza się.

– I że nie widział pan Philippy Balfour.

– Jak dotąd pani informacje są zgodne z prawdą.

Rebus zrezygnował z siedzenia na krześle, podszedł do okna i założywszy ręce na piersiach, przysiadł na parapecie.

– Ale znał pan pannę Balfour? – zapytał.

– Tak, wymienialiśmy między sobą grzeczności.

– Była pańską sąsiadką prawie od roku, czy tak? – upewnił się Rebus.

– Proszę pamiętać, że to Edynburg, inspektorze Rebus. Mieszkam w tym mieszkaniu od blisko trzydziestu lat – wprowadziłem się tu po śmierci żony. Ale poznawanie sąsiadów wymaga czasu. I niestety, zanim ma się okazję ich poznać, oni często już się wynoszą. – Wzruszył ramionami. – Więc po jakimś czasie człowiek przestaje nawet próbować.

– To dość smutne – powiedziała Hawes.

– A pani gdzie mieszka…?

– Wróćmy może jednak do naszej sprawy – przerwał Rebus. Odsunął się od okna, podszedł do stołu i opierając na nim ręce, wpatrzył się w nie ułożone kawałki puzzli.

– Oczywiście – odparł Devlin.

– Był pan w domu przez cały wieczór i nie słyszał niczego, co zdałoby się panu nie na miejscu?

Devlin spojrzał na Rebusa z uśmiechem oznaczającym uznanie dla jego doboru słów.

– Niczego – powiedział po krótkim namyśle.

– Ani niczego pan nie widział?

– Jak wyżej.

Hawes sprawiała wrażenie, że nie tylko jest jej niewygodnie na krześle, ale że irytuje ją sposób mówienia Devlina. Rebus usiadł naprzeciwko niej i spróbował ją ściągnąć wzrokiem, jednak ona miała już gotowe pytanie.

– Czy miał pan kiedyś jakąś scysję z panną Balfour?

– A na jakiż to temat miałbym mieć z nią scysję?

– Już nic, nieważne – odparła Hawes zimno.

Devlin spojrzał na nią, potem wrócił wzrokiem do Rebusa.

– Widzę, że zainteresował pana mój stół, panie inspektorze.

Rebus zdał sobie sprawę, że bezwiednie wodzi palcami po jego blacie.

– Pochodzi z dziewiętnastego wieku i został wykonany przez mojego kolegę po fachu, pewnego anatoma. – Znów spojrzał na Hawes, potem na Rebusa. – Coś sobie przypomniałem… to pewnie nic ważnego…

– Tak, panie profesorze?

– Tego człowieka na ulicy.

Rebus czuł, że Hawes szykuje się, by coś powiedzieć, więc postanowił ją uprzedzić.

– I kiedy to było?

– Kilka dni przed jej zniknięciem, i dzień przed też. – Devlin doskonale zdawał sobie sprawę z wrażenia, jakie wywołują jego słowa. Twarz Hawes poczerwieniała i policjantka wyraźnie miała ochotę wrzasnąć coś w rodzaju: „No i kiedy miał pan zamiar nam o tym powiedzieć?!” Jednak Rebus nie zmienił tonu ani na trochę.

– Na chodniku przed domem?

– Zgadza się.

– Czy zdołał mu się pan dobrze przyjrzeć?

Kolejne wzruszenie ramion.

– Koło dwudziestu lat, krótkie ciemne włosy… nie obcięte na krótko, tylko uczesane.

– Czy mógł to być ktoś z sąsiadów?

– Zawsze jest taka możliwość. Ja wam tylko po prostu mówię, co widziałem. Wyglądało tak, jakby na kogoś albo na coś czekał. Pamiętam, że spoglądał na zegarek.

– Może to jej chłopak?

– O nie, Davida znam.

– Zna pan? – powtórzył Rebus. Wzrok miał wciąż wbity w układankę.

– Tak, rozmawiałem z nim. Spotkaliśmy się parę razy na schodach. Sympatyczny młody człowiek…

– Jak był ubrany? – spytała Hawes.

– Kto? David?

– Ten, którego pan widział.

Devlin zdawał się wręcz napawać wściekłymi spojrzeniami, jakie rzucała w jego stronę.

– W marynarkę i spodnie – powiedział, spuszczając wzrok na swój blezer. – Nie potrafię nic bliżej powiedzieć. Moda mnie nigdy specjalnie nie interesowała.

Tak było istotnie. Czternaście lat wcześniej nosił takie same blezery pod zielonym fartuchem chirurgicznym, a do nich zawsze lekko przekrzywione muszki. Każdy zapamiętuje swoją pierwszą sekcję zwłok: wszystkie te okropne widoki, zapachy i dźwięki, do których później się przyzwyczaja. Zgrzyt metalu o kość albo szelest skalpela tnącego ciało. Niektórzy patolodzy odznaczali się szczególnie brutalnym poczuciem humoru i „dziewicom” uczestniczącym w sekcji po raz pierwszy urządzali szczególnie drastyczny pokaz. Devlinowi nigdy się to nie zdarzyło. Zawsze poświęcał całą uwagę zwłokom, tak jakby poza nim i denatem na sali nie było nikogo, a wydobywanie na światło dzienne wszystkich intymności ludzkiego ciała odbywało się w nabożnym i niemal rytualnym skupieniu.

– Czy gdyby się pan nad tym zastanowił – zapytał Rebus – gdyby to pan jeszcze raz przemyślał, pozwolił myśli swobodnie poszybować, sądzi pan, że udałoby się jeszcze coś dodać do tego opisu?

– Raczej nie, ale oczywiście, jeśli pan uważa, że to takie ważne…

– Jesteśmy dopiero na początku drogi, panie profesorze. Sam pan wie najlepiej, że nie wolno niczego z góry wykluczać.

– Oczywiście, oczywiście.

Rebus przyjął taktykę traktowania Devlina jako kolegi-zawodowca i dawało to rezultaty.

– Może moglibyśmy nawet podjąć próbę sporządzenia portretu pamięciowego – ciągnął Rebus. – Dzięki temu, gdyby się okazało, że to ktoś z sąsiadów, można by go od razu wyeliminować.

– Brzmi to całkiem rozsądnie – potwierdził Devlin.

Rebus wyciągnął telefon komórkowy, zadzwonił na Gayfield Square i umówił spotkanie na następny dzień rano. Potem spytał Devlina, czy ma przysłać po niego samochód.

– Myślę, że sobie poradzę. Nie jest jeszcze ze mnie taki zupełny sklerotyk. – Jednak kiedy powoli podnosił się z miejsca, by ich odprowadzić do drzwi, widać było jak walczy z zesztywniałymi stawami.

– Raz jeszcze dziękuję, panie profesorze – powiedział Rebus, ściskając mu dłoń na pożegnanie.

Devlin kiwnął tylko głową, unikając kontaktu wzrokowego z Hawes, która wyraźnie nie miała zamiaru składać podziękowań. Idąc schodami na następne piętro, mruknęła coś pod nosem, czego Rebus nie dosłyszał.

– Słucham?

– Powiedziałam: cholerne chłopy. – I po przerwie dodała: – O obecnych się nie mówi. – Rebus nie zareagował, bo chciał, by to z siebie wyrzuciła. – Jak sądzisz, czy gdyby przyszły do niego dwie kobiety, to wydusiłby z siebie choć jedno słowo?

– Myślę, że zależałoby to od tego, jak by się z nim obeszły.

Hawes spojrzała na niego rozognionymi oczami, podejrzewając, że może z niej pokpiwa, jednak niczego w jego twarzy nie zauważyła.

– W naszym zawodzie musimy stwarzać pozory – dodał Rebus – że wszystkich ogromnie lubimy i udawać, że wszystko, co nam mają do powiedzenia, szalenie nas interesuje.

– Tylko że on…

– Irytował cię? Mnie też. Jest trochę pretensjonalny, ale już taka jego uroda i nie można dać mu tego odczuć. Ale masz rację: nie jestem pewien, czy miał zamiar nam coś powiedzieć. On to uznał za nieistotne. Jednak potem nagle się otworzył tylko po to, żeby tobie zrobić na złość. – Rebus uśmiechnął się. – Udało się. I nieczęsto się zdarza, żeby to mnie przypadała rola „tego dobrego”.

– Nie chodzi mi tylko o to, że mnie irytował – oznajmiła Hawes.

– A co jeszcze?

– Poczułam, jak mi ciarki chodzą po plecach.

Rebus przyjrzał się jej.

– A to nie to samo?

Potrząsnęła głową.

– Zirytowała mnie trochę ta komedia pod hasłem: „My starzy kumple”, którą odegraliście, bo nie mogłam się włączyć. Ale ten wycinek z gazety…

– Ten na ścianie?

Kiwnęła głową.

– Od tego poczułam dreszcze.

– Jest z zawodu patologiem – powiedział Rebus – a oni mają dużo grubsze skóry, niż większość z nas.

Przez chwilę nad tym myślała, potem lekko się uśmiechnęła.

– Z czego się śmiejesz? – spytał Rebus.

– Och, nic takiego – stwierdziła. – Tylko, że jak wstawałam od stołu, to zauważyłam na podłodze pod stołem jeden kawałek tej układanki…

– I leży tam nadal? – domyślił się Rebus i też się uśmiechnął. – No to, jak jesteś taka spostrzegawcza, jeszcze zrobimy z ciebie detektywa…

Nacisnął dzwonek przy drzwiach i wrócili do pracy.

Konferencję prasową zorganizowano w Pałacu, uruchamiając łącze telewizyjne do sali operacyjnej na Gayfield Square. Ktoś zajął się wycieraniem chusteczką ekranu monitora ze śladów palców i plam, inni starali się pozaciągać zasłony przed niespodziewanymi promieniami popołudniowego słońca. Wszystkie krzesła były zajęte i funkcjonariusze po dwóch, trzech usiedli też na biurkach. Niektórzy kończyli jeszcze spóźniony lunch składający się z kanapek i bananów. Na biurkach stały kubki z kawą lub herbatą i butelki soku. Rozmawiano ściszonymi głosami. Operator kamery policyjnej w Pałacu poddany został druzgocącej krytyce.

– Zupełnie jak mój ośmiolatek z kamerą wideo…

– Widać za często oglądał Blair Witch

Prawdą było, że kamera zdawała się kiwać i skakać, pokazując obecnych do połowy albo tylko ich nogi, bądź puste oparcia krzeseł.

– Transmisja się jeszcze nie zaczęła – odezwał się jakiś głos rozsądku, i to też było prawdą. Profesjonalne kamery telewizyjne dopiero ustawiano, a zaproszeni przedstawiciele mediów – reporterzy z nieodłącznymi komórkami przy uchu – jeszcze się mościli. Trudno było dosłyszeć, co kto mówi. Rebus stanął pod ścianą na końcu sali, trochę zbyt daleko od monitora, ale nie miał zamiaru walczyć o inne miejsce. Obok niego stał Bill Pryde, wyraźnie wyczerpany i równie wyraźnie próbujący to ukryć. Tulił do piersi plik notatek przypiętych do sztywnej podkładki i od czasu do czasu do nich zerkał, tak jakby jakimś cudem mogło się w nich pojawić coś nowego. Przez zaciągnięte zasłony strzelały pojedyncze promienie światła, rozświetlając mrok panujący w sali i wydobywając z niego niewidoczne gołym okiem drobiny kurzu. Rebusowi przypomniało to wyprawy do kina z lat dzieciństwa, ten nastrój wyczekiwania na moment włączenia projektora i na rozpoczęcie seansu.

Na ekranie widać było zgromadzony tłumek. Rebus znał tę salę – pozbawione charakteru audytorium, z którego korzystano, urządzając różne seminaria i konferencje, takie jak ta. Z przodu ustawiono długi stół, za którym na prowizorycznym ekranie widniał ogromny herb policji okręgu Lothian i Borders. Kamera policyjna obróciła się i ukazała rządek osób wkraczających do audytorium, a panujący na sali gwar gwałtownie przycichł, tak że słychać było szum pracujących kamer. Salę rozświetliły błyski fleszów. Pierwsza szła Ellen Wylie, za nią Gill Templer, dalej David Costello i John Balfour.

– To on! – zawołał ktoś siedzący przed Rebusem w chwili, gdy kamera zrobiła zbliżenie na twarz Costello.

Cała czwórka zasiadła za stołem, a przed nią zaroiło się nagle od mikrofonów. Kamera pozostała na twarzy Costello, odjeżdżając jedynie na tyle, by pokazać go od pasa, ale pierwsza odezwała się Wylie i w głośniku słychać było jak nerwowo odchrząkuje.

– Dzień dobry państwu. Dziękuję za liczne przybycie. Zanim zaczniemy, chciałabym poinformować o planie i zasadach naszej…

Siobhan siedziała na biurku obok Hooda, na lewo od Rebusa. Hood miał wzrok wbity w podłogę. Może koncentruje się na głosie Wylie, pomyślał Rebus. Pamiętał, że kilka miesięcy wcześniej tych dwoje ściśle ze sobą współpracowało przy sprawie Grieve’a. Siobhan zwrócona była twarzą w stronę ekranu, jednak jej wzrok błądził gdzie indziej. Trzymała w ręku butelkę wody mineralnej i uporczywie skubała etykietę.

To ona marzyła o tym stanowisku, pomyślał Rebus, a teraz pewnie jest jej przykro. Próbował ściągnąć ją wzrokiem, by ją pocieszyć uśmiechem, wzruszeniem ramion, czy choćby porozumiewawczym kiwnięciem głowy, ale jej wzrok powrócił już do ekranu monitora. Wylie skończyła swój wstęp i teraz przyszła kolej na Gill Templer, która krótko podsumowała i uaktualniła dotychczas zebrane wiadomości w sprawie. Miała bogate doświadczenie w prowadzeniu konferencji prasowych i można to było poznać po jej głosie. Rebus usłyszał, jak gdzieś w tle Wylie znów nerwowo odchrząkuje i odniósł wrażenie, że Gill to trochę speszyło.

Jednak kamera nie wykazywała zainteresowania żadną z obu policjantek. Głównym obiektem był dla niej David Costello i – w znacznie mniejszym stopniu – ojciec Philippy Balfour. Obaj mężczyźni siedzieli obok siebie i kamera pokazywała to jednego, to drugiego. Właściwie były to tylko krótkie migawki na Balfoura i powrót na dłużej do Costello. Automatyczna ostrość kamery zdawała się dopóty spełniać swe zadanie, dopóki kamerzysta nie próbował używać zoomu. Wtedy obraz tracił ostrość i dopiero po kilku sekundach ją odzyskiwał.

– To on – powtórzył ten sam głos.

– A chcesz się założyć? – zawołał ktoś z tyłu.

– Zachowajmy wszyscy ciszę – burknął Bill Pryde i na sali zrobiło się cicho. Rebus bezgłośnie dał mu brawo, ale Pryde znów zajęty był przeglądaniem notatek. Potem podniósł głowę i spojrzał na ekran, na którym David Costello właśnie zaczynał mówić. Nie ogolił się i wydawało się, że jest w tym samym ubraniu, co ostatniej nocy. Rozłożył i wygładził przed sobą kartkę papieru, jednak mówiąc, ani razu nie zajrzał do notatek. Jego wzrok przez cały czas błądził wśród kamer, jakby nie wiedział, na co ma patrzeć. Mówił głosem pozbawionym emocji i nieco piskliwym.

– Nie wiemy, co się stało z Flipą, i bardzo chcemy się tego dowiedzieć. My wszyscy, jej przyjaciele, jej rodzina… – spojrzał na Johna Balfoura. – Wszyscy, którzy ją znamy i kochamy, musimy poznać prawdę. Flipo, jeśli nas teraz oglądasz, błagam, skontaktuj się z kimś z nas. Chcemy tylko wiedzieć, że… że nic ci się nie stało. Strasznie się martwimy. – W jego oczach zalśniły wzbierające łzy. Na chwilę przerwał, opuścił głowę, potem znów się wyprostował. Wziął do ręki swoją kartkę, ale najwyraźniej nie było na niej niczego, czego by już nie powiedział. Popatrzył na boki, jakby szukając pomocy. John Balfour wyciągnął rękę i ścisnął młodzieńca za ramię, potem sam zaczął mówić głosem tak dudniącym, że zabrzmiało to niemal jak awaria mikrofonów.

– Jeżeli ktoś przetrzymuje moją córkę, proszę o kontakt. Flipa zna numer mojej komórki. Można do mnie dzwonić o każdej porze dnia i nocy. Kimkolwiek jesteście, chcę z wami porozmawiać i dowiedzieć się, o co wam chodzi. A jeśli jest ktoś, kto zna miejsce pobytu Flipy, to pod koniec na ekranie pokaże się numer telefonu. Chcę tylko wiedzieć, że Flipa jest cała i zdrowa. Zwracam się do wszystkich oglądających ten program, żeby poświecili chwilę czasu i dobrze przyjrzeli się jej zdjęciu. – Kiedy Balfour podniósł do góry zdjęcie córki, znów rozległo się pstrykanie aparatów fotograficznych. Powoli obracał nim tak, by było dobrze widoczne dla wszystkich kamer. – Nazywa się Philippa Balfour, ma zaledwie dwadzieścia lat i jest moją córką. Jeśli ją widzieliście, albo tylko tak wam się wydaje, bardzo proszę o kontakt. Dziękuję.

Reporterzy byli gotowi do zadawania pytań, ale David Costello zerwał się na nogi i ruszył do wyjścia. Znów dał się słyszeć głos Wylie.

– To nie jest właściwy moment… chciałabym wszystkim podziękować za pomoc i zrozumienie… – Ale jej głos utonął w powodzi pytań. Kamera wróciła teraz do Johna Balfoura. Wyglądał na zupełnie opanowanego, złożył przed sobą ręce na stole i bez mrugnięcia patrzył wprost w lampy błyskowe, które co chwilę rzucały jego cień na ścianę.

– Nie, doprawdy nie uważam…

– Panie Costello! – słychać było krzyki reporterów. – Czy możemy tylko…?

– Sierżant Wylie! – warknął jakiś inny głos. – Czy może nam pani coś powiedzieć na temat ewentualnych motywów porwania?

– Nie mogę… Nie, to znaczy, nie to chciałam powiedzieć…

Na ekranie widać było Johna Balfoura, który próbuje odpowiedzieć na jakieś inne pytanie. Tłumek reporterów zaczął teraz bezładnie napierać na stół.

– To co chciała pani powiedzieć, pani sierżant?

– Ja tylko… Ja nic nie mówiłam na temat…

I wtedy zamiast Ellen odezwała się Gill Templer. Przemówiła głosem donośnym, dobrze znanym reporterom, których sama znała równie dobrze.

– Steve – powiedziała dobitnie – wiesz doskonale, że w takich sprawach nie wolno nam spekulować. Jeżeli chcesz coś nazmyślać po to, żeby twoja gazeta sprzedała parę egzemplarzy więcej, to twoja sprawa, ale nie oczekuj, żebyśmy to uznali za poczucie odpowiedzialności wobec rodziny i przyjaciół Philippy Balfour.

Na wszystkie dalsze pytania odpowiadała już Gill, żądając jednak, by przedtem zaprowadzono na sali porządek. Ellen nie było widać na ekranie, ale Rebus wyobraził sobie jak tam teraz siedzi i cała się w sobie kurczy. Siobhan zaczęła nagle wymachiwać stopą, jakby poczuła nagły przypływ adrenaliny. John Balfour wtrącił się, oświadczając, że w kilku kwestiach chciałby się wypowiedzieć sam. Zrobił to, budując zdania spokojnie i klarownie, a potem konferencja zaczęła powoli przygasać.

– Twardy zawodnik – powiedział Pryde, i przystąpił do przegrupowania swych sił, jako że przyszła pora wrócić do prawdziwej pracy.

Do Rebusa podszedł Grant Hood.

– Proszę mi przypomnieć. W którym komisariacie dają największe przebicie za postawienie na chłopaka?

– W Torphichen – odparł Rebus.

– No to obstawię u nich. – Spojrzał na Rebusa, oczekując jego reakcji, a kiedy się nie doczekał, dodał: – No, panie inspektorze, przecież miał to wyraźnie wypisane na twarzy!

Rebusowi przez chwilę stanęła przed oczyma nocna wizyta u Costello… To patrzenie sobie prosto w oczy i to, co mu wtedy David Costello powiedział: „Niech się pan przygląda, byle szybko…”

Hood pokręcił głową z niedowierzaniem i ruszył dalej. Zasłony na oknach już rozsunięto, ale krótka chwila słońca też się już skończyła, a na niebie znów znalazły się ciężkie szare chmury. Rebus wiedział, że nagranie z apelem Costello trafi teraz do policyjnych psychologów, którzy będą je rozkładali na czynniki pierwsze w poszukiwaniu jakichkolwiek wskazówek. Nie był przekonany, by coś im się udało znaleźć. Podeszła Siobhan.

– Ciekawe było, prawda? – zapytała.

– Nie sądzę, żeby Wylie się do tego nadawała.

– Jej tam w ogóle nie powinno być. Sprawa tej wagi na pierwszy raz? Praktycznie rzucono ją lwom na pożarcie.

– Więc nie podobało ci się? – spytał Rebus przewrotnie.

Spojrzała na niego przeciągle.

– Nie przepadam za sportami, w których leje się krew – oznajmiła i już miała odejść, ale zatrzymała się i spytała: – A co ty naprawdę o tym myślisz?

– Myślę, że masz rację, mówiąc, że to było ciekawe. Zwłaszcza gramatycznie.

Uśmiechnęła się.

– Więc też to zauważyłeś?

– Costello cały czas mówił „my”, ojciec powtarzał „ja”.

– Tak jakby matka Flipy w ogóle się nie liczyła.

Rebus zamyślił się.

– Ale może to też oznaczać tyle, że pan Balfour ma nadmiernie rozdęte poczucie własnej wartości. – Zawiesił głos. – Zupełnie niespotykane wśród szefów banków kupieckich, prawda? A jak ci idzie z tymi nagraniami na komputerze?

– Zdobyłam już jej hasło – powiedziała z uśmiechem. Nazywanie tego „nagraniami na komputerze” dawało dość trafne wyobrażenie o wiedzy Rebusa na temat twardych dysków i im podobnych.

– To znaczy?

– To znaczy, że teraz będę mogła sprawdzić jej najświeższe e-maile… Jak tylko uda mi się dotrzeć do biurka.

– Czy to znaczy, że do starszych nie mamy dostępu?

– Starsze już przejrzałam. Oczywiście, nie możemy wiedzieć, czy coś z nich nie zostało wcześniej wykasowane. – Zamilkła na chwilę. – To znaczy, o ile mi wiadomo, nie możemy.

– Nie są przechowywane gdzieś w jakimś centralnym komputerze?

Roześmiała się.

– Mylą ci się szpiegowskie filmy z lat sześćdziesiątych i komputery zajmujące całe pomieszczenia.

– A to przepraszam.

– Nie przepraszaj. Jak na kogoś, dla kogo wejście USB kojarzy się tylko z interwencją Urzędu do Spraw Bezpieczeństwa, to i tak nieźle.

Wyszli z sali i stanęli na korytarzu.

– Wracam na St Leonard’s. Podwieźć cię?

Potrząsnęła głową.

– Mam tu swój samochód.

– W porządku.

– Słyszałam, że nam podłączają HOLMESa. [(Home Office Large Major Enquiry System) – w wolnym tłumaczeniu: Baza Danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.]

Był to nowy system informatyczny, o którym Rebus rzeczywiście niewiele wiedział poza tym, że pomaga zbierać, przesiewać i systematyzować duże zbiory danych. Udostępnienie tego systemu oznaczało, że zniknięcie Philippy Balfour było rzeczywiście traktowane jako sprawa najwyższej wagi.

– Zabawnie będzie, jak za chwilę wróci po nagłym napadzie sklepomanii – zamyślił się Rebus.

– Nie byłoby zabawnie, tylko wspaniale – oznajmiła Siobhan uroczyście. – Niestety obawiam się, że szanse na to są niewielkie, a ty co sądzisz?

– Pewnie nie – powiedział Rebus cicho. Potem ruszył do wyjścia i pomyślał, że po drodze do biura zatrzyma się gdzieś, by coś zjeść.

Zasiadł przy biurku i zaczął raz jeszcze przeglądać zebraną dokumentację, szczególnie koncentrując się na historii rodziny Balfourów. John Balfour reprezentował trzecie już pokolenie bankierów w rodzinie. Jego dziadek otworzył bank na Charlotte Square w pierwszych latach XX stulecia. W latach czterdziestych przekazał zarządzanie nim swemu synowi, a dziadkowi Philippy, a ten zaprzestał czynnej działalności dopiero w latach osiemdziesiątych, kiedy to stery rodzinnej firmy przejął John Balfour. Jedną z jego pierwszych decyzji było uruchomienie biura w Londynie i przeniesienie tam podstawowej działalności firmy. Philippa uczęszczała wtedy do prywatnej szkoły w Chelsea. Do Szkocji rodzina wróciła pod koniec lat osiemdziesiątych, po śmierci ojca Johna, kiedy to Philippa rozpoczęła naukę w szkole w Edynburgu. Ich rodzinny dom o nazwie Jałowce był prawdziwie magnackim pałacem stojącym na szesnastu akrach terenu, gdzieś pomiędzy Gullane a Haddington. Rebus był ciekaw, jak z tym wszystkim radzi sobie żona Johna, Jacqueline. Jedenaście sypialni i pięć sal recepcyjnych w pałacu… i mąż w Londynie przez co najmniej cztery dni w tygodniu. Oddziałem w Edynburgu, mieszczącym się wciąż w swej oryginalnej historycznej siedzibie na Charlotte Square, zarządzał wieloletni przyjaciel Johna Balfoura, Ranald Marr. Poznali się jeszcze w czasie studiów na Uniwersytecie Edynburskim i potem razem wybrali do Stanów na studia podyplomowe MBA. Rebus nazwał firmę Balfoura bankiem kupieckim, ale w rzeczywistości był to niewielki prywatny bank specjalizujący się w obsłudze elitarnej grupy zamożnych klientów, którym oferował doradztwo inwestycyjne, zarządzanie majątkiem i prestiż wynikający z posługiwania się oprawną w skórę książeczką czekową banku Balfour.

W trakcie przesłuchania Balfoura główny nacisk położono na ewentualność porwania dla okupu. W rezultacie założono podsłuch nie tylko na prywatnej linii w domu Balfourów, ale także w biurach w Edynburgu i w Londynie. Przejmowano też całą przychodzącą korespondencję na wypadek, gdyby żądanie okupu nadeszło pocztą. Chodziło o to, że im mniej będzie odcisków palców do sprawdzenia, tym lepiej. Jednak jak dotąd nadeszło jedynie kilka listów od pomyleńców. Innym rozpatrywanym motywem był jakiś interes, który nie wypalił, i zemsta ze strony zawiedzionego klienta. Balfour z całą mocą podkreślił wprawdzie, że nie ma żadnych wrogów, odmówił jednak udostępnienia ekipie śledczej wykazu swych klientów.

– Ludzie ci darzą mnie zaufaniem. Bez ich zaufania bank przestanie istnieć.

– Ale panie prezesie, z całym szacunkiem, jednak los pańskiej córki może zależeć od…

– W pełni zdaję sobie z tego sprawę!

Po tej wymianie zdań przesłuchanie już do końca naznaczone było lekką nutką antagonizmu.

Reasumując: według konserwatywnej wyceny firma warta była około stu trzydziestu milionów funtów, z czego osobisty majątek Johna Balfoura wynosił mniej więcej pięć procent tej wartości. Oznaczało to sześć i pół miliona powodów dla profesjonalistów, by zorganizować porwanie. Tylko czy profesjonaliści już by się do tej pory nie odezwali? Rebus nie był pewien.

Jacqueline Balfour z domu Gil-Martin była córką dyplomaty oraz właściciela ziemskiego, którego włości zajmowały pokaźny kawałek hrabstwa Perthshire, rozciągając się na blisko dziewięciuset akrach ziemi. Ojciec Jacqueline już nie żył, a jej matka przeniosła się z dworu do małego letniego domku na terenie majątku. Całym majątkiem zarządzał bank Balfour, a dwór o nazwie Laverock Lodge był miejscem organizacji licznych konferencji i innych dużych zgromadzeń. Podobno sfilmowano tam także jeden ze spektakli teatru telewizji, choć tytuł sztuki nic Rebusowi nie mówił. Jacqueline nie zawracała sobie głowy studiami uniwersyteckimi, bo od wczesnej młodości pełniła różne funkcje, głównie osobistej sekretarki znanych biznesmenów. Sprawując funkcję zarządcy majątku Laverock, przy okazji wizyty w banku prowadzonym przez ojca Johna Balfoura, poznała Johna. Pobrali się rok później, a po dwóch latach urodziła się Philippa.

Philippa była jedynaczką, podobnie jak John Balfour, Jacqueline zaś miała jeszcze dwie siostry i brata, z których aktualnie żadne nie mieszkało w Szkocji. Brat Jacqueline poszedł w ślady ojca i przebywał na placówce w Waszyngtonie, wysłany tam przez MSZ. Rebusowi przyszło do głowy, że dynastia Balfourów znalazła się w niebezpieczeństwie, ponieważ trudno było sobie wyobrazić, by Philippa przejęła firmę po ojcu, pomyślał więc, że to dziwne, iż państwo Balfour nie postarali się o syna.

Zapewne nic z tego nie miało żadnego związku ze śledztwem, jednak ten fragment dochodzenia sprawiał Rebusowi zawsze szczególną przyjemność: próba rekonstruowania sieci wzajemnych powiązań, zaglądanie do życia innych ludzi, spekulowanie i stawianie pytań…

Przeszedł do notatek z przesłuchania Davida Costello. Urodził się i skończył szkołę średnią w Dublinie, po czym na początku lat dziewięćdziesiątych rodzina Costello przeniosła się w okolice Dalkey, na południe od Dublina. Wyglądało na to, że ojciec Davida, Thomas, nie przepracował ani jednego dnia w całym swoim życiu, żyjąc z kapitału zgromadzonego w funduszu powierniczym przez jego ojca, miejscowego dewelopera nieruchomości. Dziadek Davida był właścicielem kilku prestiżowych nieruchomości w centrum Dublina i dzięki nim jego wnuk przez całe życie opływał w dostatki. Był także właścicielem kilku koni wyścigowych i ostatnimi laty cały swój czas poświęcał tej właśnie pasji.

Matka Davida, Theresa, była kimś zupełnie odmiennym. Jej pochodzenie można było, w najlepszym razie, uznać za dolne warstwy klas średnich. Matka Theresy była pielęgniarką, ojciec nauczycielem. Ich córka zaczęła naukę w liceum plastycznym, jednak go nie ukończyła i rozpoczęła pracę zawodową, praktycznie całkowicie przejmując na siebie obowiązek utrzymania rodziny, kiedy jej matka zachorowała na raka, a ojciec zupełnie się rozkleił. Najpierw pracowała jako ekspedientka w domu towarowym, potem zajmowała się dekorowaniem wystaw sklepowych, następnie projektowaniem wnętrz – początkowo tylko sklepowych, ale później również na indywidualne zamówienia bogatych klientów. Tak właśnie poznała Thomasa Costello. Zanim się pobrali, jej rodzice już nie żyli. Po ślubie Theresa zapewne nie musiała już pracować, jednak pracy nie przerwała, aż roczne dochody jej jednoosobowej firmy urosły do kilku milionów funtów, a personel wzrósł do pięciu osób, nie licząc jej samej. Zdarzali się też klienci z zagranicy, a ich lista wciąż się wydłużała. Obecnie miała pięćdziesiąt jeden lat i nic nie wskazywało na to, że ma zamiar zwolnić. Jej mąż, o rok od niej młodszy, nadal prowadził bujne życie towarzyskie. Wycinki z irlandzkich gazet pokazywały go na wyścigach konnych, letnich przyjęciach ogrodowych i licznych imprezach towarzyskich. Na żadnym ze zdjęć nie było obok niego Theresy. W edynburskim hotelu wynajęli dwa oddzielne pokoje… Ale jak powiedział ich syn, to przecież nie przestępstwo.

David zwlekał z rozpoczęciem studiów i po szkole najpierw spędził rok na podróżach po świecie. Obecnie był na trzecim roku wydziału anglistyki i literatury angielskiej. Rebus przypomniał sobie te wszystkie książki w jego mieszkaniu: Milton, Wordsworth, Hardy…

– Podziwiasz widoki, John?

Rebus otworzył oczy.

– Zamyśliłem się, George.

– Twierdzisz, że nie drzemałeś?

– A skąd. – Rebus obrzucił go ponurym spojrzeniem.

Kiedy Hi-Ho Silvers odczepił się, podeszła Siobhan i przysiadła na biurku.

– No to o czym tak dumałeś?

– Zastanawiałem się, czy Rabbie Burns mógł zamordować jedną ze swoich kochanek. – Patrzyła na niego, nie reagując. – Albo czy mógł to zrobić ktoś czytający poezje.

– Nie rozumiem, dlaczego nie. Czyż jeden z komendantów obozów zagłady nie spędzał wieczorów na słuchaniu Mozarta?

– Bardzo mnie pocieszyłaś.

– Zawsze do usług, jeśli tylko mogę ci służyć promykiem radości. Ale przysługa za przysługę.

– Jakże mógłbym odmówić.

Podała mu kartkę papieru.

– Powiedz mi, co to może znaczyć.

Temat: Pieklisko

Data: 5/9

Od: Quizmaster@PaganOmerta.com

Do: Flipaja1223@HXRmail.com

Jak przeżyłaś Pieklisko? Czas ucieka.

Rygory czekają.

QuiM

Rebus spojrzał na Siobhan.

– Podpowiesz mi coś?

Wzięła od niego kartkę i stuknęła w nią palcem.

– To jest wydruk e-maila. Philippa miała w poczcie kilka nieodebranych wiadomości, wszystkie datowane po dniu jej zniknięcia. I poza tym jednym, wszystkie były adresowane na jej drugie imię.

– Jakie jej drugie imię?

– Prowajderzy – zawahała się – to znaczy ci, którzy dostarczają usługi internetowe, zwykle pozwalają abonentom na używanie kilku różnych haseł adresowych, na ogół pięciu lub sześciu.

– Dlaczego?

– Myślę, że w ten sposób można być kilkoma różnymi osobami. Flipaja 1223 to trochę tak jak pseudonim. Jej cała pozostała poczta szła na adres Flipa-kropka-Balfour.

– Więc co to wszystko znaczy?

Siobhan westchnęła.

– Właśnie się nad tym zastanawiam. Może to znaczy, że miała drugą osobowość, o której nic nie wiemy. W jej skrzynce nie ma ani jednej zachowanej wiadomości odebranej albo wysłanej pod hasłem Flipaja 1223. A to by oznaczało, że albo je wszystkie natychmiast usuwała, albo przyszło to do niej przez pomyłkę.

– Na pomyłkę mi to nie wygląda – orzekł Rebus. – Ta Flipaja brzmi zbyt podobnie do Flipy.

– Pieklisko, Rygory, PaganOmerta…

– Omerta to hasło mafii oznaczające milczenie – popisał się Rebus.

– No i ten Quizmaster – dodała Siobhan. – Podpisuje się QuiM [Quim (ang.) – slangowe słowo oznaczające żeński organ płciowy.]. Trochę w tym szczeniackiego poczucia humoru.

Rebus raz jeszcze przyjrzał się kartce.

– Nie mam zielonego pojęcia, Siobhan. Co chcesz, żebym z tym zrobił?

– Chciałabym się dowiedzieć, kto to wysłał, ale to nie będzie łatwe. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to na to odpowiedzieć.

– I poinformować nadawcę, że Philippa zniknęła?

Siobhan zniżyła głos.

– Nie, raczej żeby mu odpowiedzieć jako ona.

Rebus zamyślił się.

– Sądzisz, że to mogłoby się udać? I co byś mu napisała?

– Jeszcze się nie zdecydowałam. – Ze sposobu, w jaki założyła ręce na piersiach Rebus wiedział, że już podjęła decyzję.

– Wspomnij o tym komisarz Templer, jak się tu pojawi – powiedział, a ona kiwnęła głową i ruszyła do wyjścia, jednak Rebus ją zawołał. – Studiowałaś na uniwerku. Powiedz mi, miałaś tam do czynienia z takimi jak Philippa Balfour?

Prychnęła pogardliwie.

– Oni należą do innego świata. Nie chodzą na wykłady, nie ma ich na ćwiczeniach. Niektórych po raz pierwszy spotykałam na egzaminach. I wiesz, co ci powiem?

– No?

– Te łajzy zawsze zdawały.

Tego wieczoru Gill Templer zorganizowała babski wieczorek w Sali Palmowej hotelu Balmoral. W rogu, odziany w smoking pianista grał na fortepianie. W wiaderku chłodziła się butelka szampana, a na stoliku stały miseczki z chrupiącymi przegryzkami.

– Tylko nie zapomnijcie zostawić sobie miejsca na kolację – przypomniała gościom Gill. Na ósmą trzydzieści miały zamówiony stół u Hadriana. Właśnie mijała siódma trzydzieści, kiedy w drzwiach pojawiła się ostatnia z zaproszonych.

Wyplątując się z płaszcza, Siobhan przeprosiła za spóźnienie. Zjawił się kelner i zabrał od niej okrycie. Inny kelner już nalewał szampana.

– Zdrowie – powiedziała, siadając i unosząc kieliszek do góry. – I gratulacje.

Gill Templer uniosła swój kieliszek i pozwoliła sobie na uśmiech.

– Myślę, że na nie zasłużyłam – stwierdziła, wywołując tym entuzjastyczne potakiwanie obecnych.

Siobhan znała dwie z pozostałych trzech kobiet. Były pracownicami prokuratury i z obiema Siobhan miała już okazję współpracować. Harriet Brough zbliżała się do pięćdziesiątki, na głowie miała trwałą z czarnych (być może farbowanych) włosów, a jej obfite kształty maskowały liczne warstwy tweedu i grubej bawełny. Diana Metcalf była po czterdziestce i miała krótkie popielatoblond włosy i głęboko osadzone oczy, co zamiast tonować, podkreślała jeszcze mocnymi cieniami. Zawsze ubierała się w żywe kolory, dodatkowo uwydatniając trochę niedożywioną, kościstą posturę.

– A to jest Siobhan Clarke – przedstawiła ją Gill ostatniej uczestniczce spotkania – detektyw z mojego komisariatu. – „Mój komisariat” zabrzmiało tak, jakby go przejęła na własność, a Siobhan pomyślała, że to pewnie nie takie znów dalekie od prawdy. – Siobhan, przedstawiam ci Jean Burchill. Jean pracuje w muzeum.

– Oo, a w którym?

– W Muzeum Szkocji – odparła Burchill. – Była tam pani kiedyś?

– Byłam kiedyś na kolacji w Wieży.

– To niezupełnie to samo – powiedziała Burchill i zamilkła.

– Nie, nie, chodziło mi o to, że… – Siobhan chciała jakoś dyplomatycznie wybrnąć -…byłam tam na kolacji tuż po otwarciu. I mężczyzna, z którym tam byłam… No cóż, niezbyt mile go wspominam, więc trochę to mnie zniechęciło.

– To zrozumiałe – kiwnęła głową Harriet Brough, tak jakby za każde niepowodzenie w życiu winę ponosiła płeć przeciwna.

– No cóż, dzisiaj jesteśmy same, więc możemy się rozluźnić – powiedziała Gill.

– Chyba, że się później wybierzemy do jakiegoś nocnego lokalu – dodała Diana Metcalf i oczy jej rozbłysły.

Gill uchwyciła wzrok Siobhan.

– Wysłałaś tego e-maila? – spytała.

– O pracy nie rozmawiamy – cmoknęła z naganą Jean Burchill.

Obie panie z prokuratury skwapliwie przytaknęły, ale Siobhan i tak kiwnęła głową na znak, że wiadomość poszła. Czy ktoś da się na to nabrać, to już zupełnie inna sprawa. Dlatego zresztą spóźniła się na to spotkanie. Zbyt długo siedziała nad korespondencją Philippy, czytając jej e-maile do różnych przyjaciół i starając się uchwycić jej ton, słownictwo i składnię, tak by to, co napisze, mogło zabrzmieć przekonująco. Potem napisała kilka różnych wersji wiadomości, aż w końcu zdecydowała się na możliwie najprostszą treść. Tyle że niektóre e-maile Philippy miały formę długich, gawędziarskich opowieści, więc co będzie, jeśli jej poprzednie wiadomości pisane do Quizmastera też takie były? Jak on, czy ona, zareaguje na zupełnie odmienną w charakterze wiadomość? Mam problem. Musimy porozmawiać. Flipaja. I na końcu numer telefonu, numer komórki Siobhan.

– Widziałam dziś w telewizji waszą konferencję prasową – powiedziała Diana.

Jean jęknęła.

– Co ja przed chwilą mówiłam?

Metcalf zwróciła na nią swe duże, ciemne zmęczone oczy.

– To nie rozmowa o pracy, Jean. To rozmowa o czymś, o czym wszyscy rozprawiają. – I zwracając się do Gill, dodała: – Nie sądzę, żeby to ten jej chłopak, a ty?

Gill wzruszyła tylko ramionami.

– Widzisz – stwierdziła Burchill – Gill też nie chce o tym rozmawiać.

– Już prędzej jej ojciec – wtrąciła Harriet. – Mój brat chodził z nim do jednej szkoły. Bardzo zimny i wyrachowany. – Powiedziała to tonem nie znoszącym sprzeciwu, który pasował do jej zawodu. Siobhan pomyślała, że pewnie już w przedszkolu chciała studiować prawo. – A gdzie się podziała matka? – zwróciła się do Gill.

– Nie czuła się na siłach – odparła Gill. – Ale była zaproszona.

– Na pewno nie wypadłaby gorzej od tych dwóch – oznajmiła Brough, wybierając nerkowce z miseczki z orzeszkami.

Wyglądało na to, że Gill jest już tym znużona, więc Siobhan postanowiła zmienić temat i spytała Jean Burchill, czym się zajmuje w muzeum.

– Jestem starszym kustoszem – wyjaśniła Jean. – Specjalizuję się głównie w wieku osiemnastym i dziewiętnastym.

– Ty to się głównie specjalizujesz w śmierci – wtrąciła Harriet.

Burchill uśmiechnęła się.

– To prawda. Kompletuję eksponaty na podstawie dostępnych danych i…

– Ściślej mówiąc – znów przerwała jej Brough ze wzrokiem utkwionym w Siobhan – kompletujesz trumny i zdjęcia martwych dzieci z epoki wiktoriańskiej. Ile razy odwiedzam to twoje któreś tam piętro, to czuję, jak mi ciarki chodzą po plecach.

– Czwarte – powiedziała Burchill cicho.

Siobhan pomyślała, że Jean jest bardzo atrakcyjną kobietą. Drobna i szczupła, z prostymi brązowymi włosami obciętymi na pazia. Miała dołeczek w brodzie i delikatnie ukształtowane policzki, których naturalna różowość była dobrze widoczna nawet w przyciemnionym oświetleniu Sali Palmowej. Siobhan nie dostrzegła na jej twarzy ani śladu makijażu, ale pomyślała, że chyba go nie potrzebuje. Cała była w stonowanych pastelach: ubrała się w żakiet i spodnie w kolorze, który w sklepie nazywano zapewne ochrą. Pod żakiet włożyła jasnopopielaty kaszmirowy sweterek z rdzawym szalem z koziej wełny upiętym na ramieniu broszką od Rennie Mackintosh. Moda z końca lat czterdziestych, pomyślała Siobhan, i nagle zdała sobie sprawę, że jest w tym towarzystwie najmłodsza, i to o dobre piętnaście lat.

– Jean i ja chodziłyśmy razem do szkoły – wyjaśniła Gill. – Potem straciłyśmy kontakt i wpadłyśmy na siebie jakieś cztery, pięć lat temu.

Burchill uśmiechnęła się na to wspomnienie.

– Ja bym wolała nie spotykać żadnej z mojej szkoły – powiedziała Harriet z ustami pełnymi orzeszków. – Same klępy.

– Czy można paniom dolać szampana – spytał kelner, wyciągając butelkę z wiaderka.

– No nareszcie – mruknęła Brough.

Między deserem a kawą Siobhan poszła do toalety. Wracając, w korytarzu natknęła się na Gill.

– Wyższe sfery – powiedziała Gill z uśmiechem.

– Pyszna kolacja, Gill. Czy jesteś pewna, że nie powinnam…

Gill położyła jej rękę na ramieniu.

– Ja zapraszałam. Niecodziennie mam okazję obchodzić coś takiego. – Uśmiech zniknął z jej twarzy. – Myślisz, że z tym e-mailem ci się uda? – Siobhan wzruszyła ramionami, a Gill pokiwała głową, jakby zgadzając się z jej oceną. – A co myślisz o konferencji prasowej?

– Jak zwykle dżungla pełna dzikusów.

– Ale czasami coś z tego wychodzi. – Gill zamyśliła się. Do wypitego wcześniej szampana dodała jeszcze trzy kieliszki wina przy kolacji, jednak jedynym objawem wypitego alkoholu było lekkie przechylenie głowy i nieco ciężkie powieki.

– Mogę coś powiedzieć? – spytała Siobhan.

– Nie jesteśmy na służbie, Siobhan. Mów, co ci się żywnie podoba.

– Nie powinnaś brać do tego Ellen Wylie.

Gill obrzuciła ją spojrzeniem.

– Powinnam wziąć ciebie, co?

– Nie to miałam na myśli. Powierzanie tego komuś, kto nigdy przedtem nie miał do czynienia z mediami…

– Ty byś to zrobiła lepiej?

– Tego nie powiedziałam.

– To co chcesz powiedzieć?

– Chcę powiedzieć, że to była dżungla, a ty wpuściłaś ją do niej, nie dając mapy.

– Uważaj, co mówisz, Siobhan. – Z głosu Gill wyparowały nagle przyjazne tony. Na moment się zamyśliła, potem pociągnęła nosem. Kiedy znów się odezwała, jej oczy czujnie rozejrzały się po korytarzu. – Ellen Wylie od paru miesięcy suszyła mi głowę. Bardzo chciała zostać rzeczniczką, więc kiedy nadarzyła się okazja, to jej to dałam. Chciałam się przekonać, czy jest tak dobra, jak o sobie myśli. – Jej wzrok spoczął na Siobhan. Stały na tyle blisko siebie, że Siobhan wyraźnie czuła od niej woń wina. – No i zawaliła.

– I jak się wtedy poczułaś?

Gill uniosła ostrzegawczo palec.

– Nie przeciągaj struny. Mam wystarczająco dużo innych kłopotów. – Przez chwilę zdawało się, że chce jeszcze coś dodać, ale pogroziła jej tylko palcem i zmusiła się do uśmiechu. – Porozmawiamy kiedy indziej – rzekła, przeciskając się obok Siobhan i kierując w stronę toalety. Potem jednak zatrzymała się. – A Ellen już nie jest rzeczniczką. Pomyślałam, żeby to zaproponować tobie… – Drzwi do toalety zamknęły się za nią.

– Bez łaski – powiedziała Siobhan pod nosem do zamkniętych już drzwi. Wyglądało na to, że z dnia na dzień Gill zmieniła się w kogoś znacznie bardziej bezwzględnego, a okazja, by upokorzyć Ellen Wylie, stała się pierwszym przejawem jej nowej władzy. Prawdą było, że Siobhan bardzo chciała przejść do biura prasowego, ale jednocześnie czuła do siebie wstręt za satysfakcję, jaką poczuła, obserwując konferencję prasową. Satysfakcję z porażki Wylie.

Kiedy Gill wyszła z toalety, zastała Siobhan siedzącą na krześle w korytarzu. Zatrzymała się i spojrzała na nią.

– Uczta z duchami – stwierdziła, odwracając się.

3

– Myślałem, że to będzie jakiś chodnikowy rysownik – powiedział Donald Devlin.

Rebus pomyślał, że profesor jest ubrany dokładnie w te same rzeczy, które miał podczas ich poprzedniego spotkania. Stary patolog siedział przy biurku obok komputera i obok jedynego na Gayfield Square policjanta, który umiał obsługiwać program Facemaker. Program był bazą danych poszczególnych fragmentów twarzy jak oczy, uszy, nosy i usta, z możliwością płynnego zestawiania ich ze sobą i łączenia w jeden obraz. Rebus pomyślał, że teraz już wie, jak kolegom Farmera udało się nasadzić jego głowę na korpusy kulturystów.

– Czasy się trochę zmieniły – zauważył skromnie na uwagę Devlina. Miał przed sobą kubek kawy z miejscowego bufetu, której jakości nawet nie próbował porównywać do kawy od jego baristy, ale i tak była lepsza niż to, co wypluwał z siebie automat na korytarzu. Miał za sobą ciężką noc, w środku której przebudził się na fotelu w pokoju, zlany potem i dygocący. Męczyły go senne koszmary. Obojętnie, co mówią lekarze, sam wiedział, że serce ma w porządku – czuł, jak mu wali i pompuje krew.

Kawa z trudem pomagała mu opanować ziewanie. Detektyw siedzący przy komputerze skończył już komponowanie twarzy i uruchomił wydruk.

– Coś… coś tu jest nie tak – powiedział Devlin, zresztą nie po raz pierwszy. Rebus wziął do ręki wydruk. Patrzyła na niego anonimowa twarz, taka, jaką się natychmiast zapomina. – To równie dobrze mogłaby być kobieta – dodał Devlin – a ja jestem zupełnie pewien, że to był on, nie ona.

– A może coś takiego? – spytał detektyw i kliknął myszką. Twarz na ekranie obrosła bujną brodą.

– Ależ skąd, to bzdura – zaperzył się Devlin.

– To tylko poczucie humoru posterunkowego Tibbeta, panie profesorze – rzekł Rebus przepraszająco.

– Staram się, jak mogę, panowie.

– Doceniamy to, panie profesorze. Zdejmij tę brodę, Tibbet.

Policjant usunął brodę.

– Czy jest pan pewien, że to nie mógł być David Costello? – zapytał Rebus.

– Znam Davida. To nie był on.

– Jak dobrze go pan zna?

Devlin zamrugał.

– Rozmawialiśmy parę razy. Spotkaliśmy się kiedyś na schodach i spytałem go o książkę, którą trzymał pod pachą. Milton, Raj utracony. I wtedy zaczęliśmy rozmawiać.

– To fascynujące, panie profesorze.

– I rzeczywiście tak było. Ten chłopak ma dobrze poukładane w głowie.

Rebus na moment się zamyślił.

– A sądzi pan, że mógłby kogoś zabić?

– Zabić? David? – Devlin roześmiał się. – Uważam, inspektorze, że nie uznałby tego za czyn godny swego intelektu. – Zrobił przerwę i dodał: – A co, wciąż jest jeszcze podejrzany?

– Wie pan, profesorze, jak to jest w pracy policyjnej. Cały świat jest podejrzany, dopóki dowody temu nie zaprzeczą.

– A mnie się zdawało, że jest odwrotnie: niewinny, póki nie udowodni się winy.

– Obawiam się, że myli pan nas z adwokatami. Mówił pan, że Philippy tak naprawdę pan nie znał, czy tak?

– Parę razy minęliśmy się na schodach. Różnica między nią a Davidem polegała na tym, że ona nigdy nie miała ochoty się zatrzymać.

– Zadzierała trochę nosa?

– Nie wiem, czy aż tak. Ale istotnie dorastała w nieco specyficznej atmosferze, nie uważa pan? – Po chwili dodał: – Nawiasem mówiąc, korzystam z usług banku Balfour.

– Czy miał pan kiedyś okazję poznać jej ojca?

Devlin zamrugał.

– Boże święty, skąd! Nie zaliczam się do ich ważnych klientów.

– A tak przy okazji, to jak tam pańska układanka? Jakieś postępy?

– Niewielkie. Ale przecież między innymi na tym polega atrakcyjność tej zabawy, prawda?

– Puzzle nigdy mnie nie pasjonowały.

– Ale zagadki pan lubi. Wczoraj wieczorem rozmawiałem z Sandym Gatesem. Wszystko mi o panu opowiedział.

– No to pewnie znacznie zasililiście panowie kasę telekomunikacji.

Wymienili się uśmiechami i wrócili do pracy.

Po następnej godzinie prób Devlin uznał, że poprzedni obraz był jednak bliższy prawdy. Na szczęście Tibbet wgrywał do pamięci wszystkie kolejne wersje.

– Tak – potwierdził Devlin. – To jest jeszcze dalekie od ideału, ale myślę, że można to uznać za zadowalające… – Zaczął się zbierać do odejścia.

– Zanim pan nas opuści, panie profesorze… – Rebus sięgnął do szuflady i wyciągnął z niej gruby plik fotografii. – Chcielibyśmy prosić, żeby pan rzucił okiem na kilka zdjęć.

– Zdjęć?

– Fotografii sąsiadów panny Balfour, jej kolegów z uniwersytetu…

Devlin wolno pokiwał głową, jednak bez widocznego entuzjazmu.

– Chodzi o proces eliminacji, tak?

– Gdyby zdołał pan nam pomóc, panie profesorze…

– Na wzmożenie koncentracji przydałaby się filiżanka słabej herbaty – zasugerował Devlin z westchnieniem.

– Myślę, że słabą herbatę możemy zorganizować. – Rebus rzucił spojrzenie na Tibbeta, który wciąż jeszcze jeździł myszką po ekranie. Przyjrzał się bliżej i dostrzegł na ekranie twarz z dość dobrze uchwyconym podobieństwem do Devlina, jeśli nie liczyć wyrastających z głowy rogów. – Posterunkowy Tibbet się tym zajmie – dodał.

Przed wstaniem od komputera Tibbet nie omieszkał zapisać obrazu na dysku.

Rebus wrócił na St Leonard’s i dowiedział się o przeprowadzonej właśnie kolejnej dyskretnej rewizji, tym razem dokonanej w garażu na Calton Road, gdzie David Costello trzymał swoje sportowe MG. Włączyła się w nie ekipa kryminologów z Howdenhall, jednak nie znaleziono niczego ciekawego. Wiadomo było z góry, że odciski palców Flipy Balfour będą w całym samochodzie. Niespodzianką nie było również to, że w samochodowym schowku znaleziono należące do niej drobiazgi: szminkę i okulary słoneczne. Sam garaż okazał się zupełnie czysty.

– I nie było nawet wielkiej zamrażarki zamkniętej na kłódkę? – zdziwił się Rebus. – Ani zapadni w podłodze, wiodącej do komory tortur?

Dalka Daniels potrząsnął głową. Pełnił rolę gońca wożącego dokumentację pomiędzy Gayfield a St Leonard’s.

– Student jeżdżący MG – mruknął i znów potrząsnął głową.

– Samochód to nic – powiedział Rebus. – Ale za ten garaż pewnie płaci więcej niż ty za całe swoje mieszkanie.

– Kurczę, pewnie masz rację.

Wymienili się kwaśnymi uśmiechami. Wszyscy wokół byli mocno zajęci. W wieczornych wiadomościach pokazano fragmenty wczorajszej konferencji prasowej z wyciętym występem Ellen Wylie. Teraz trzeba było posprawdzać wszystkie informacje napływające od widzów, którzy dzwonili, mówiąc, że widzieli zaginioną studentkę. Oznaczało to mnóstwo rozmów telefonicznych…

– Inspektor Rebus? – Rebus odwrócił się w kierunku głosu. – Proszę do mojego gabinetu.

I rzeczywiście, był to już jej gabinet, bo nadała mu swój osobisty charakter. Albo za sprawą kwiatów stojących na szafce na akta, albo użyła jakiegoś sprayu, ale powietrze w gabinecie było dużo świeższe. Rozłożysty fotel Farmera też już zniknął i został zastąpiony dużo praktyczniejszym fotelem na kółkach. Farmer miał zwyczaj siedzieć przygarbiony nad biurkiem, Gill siedziała wyprostowana, jakby w każdej chwili gotowa zerwać się na równe nogi. Trzymała kartkę papieru, żeby ją więc dosięgnąć, Rebus musiał się unieść z krzesła dla gości.

– Jakieś Kaskady – oznajmiła. – Wiesz, gdzie to jest? – Wolno pokręcił głową. – Ja też nie – przyznała.

Rebus z uwagą przeczytał treść. Była to notatka z rozmowy telefonicznej informująca, że w Kaskadach znaleziono lalkę.

– Lalkę? – upewnił się.

– Tak. I chcę, żebyś się tym zajął.

Rebus parsknął śmiechem.

– Nabierasz mnie – wykrztusił, ale kiedy na nią spojrzał, na jej twarzy nie znalazł cienia uśmiechu. – Czy to ma być kara?

– Kara, za co?

– Bo ja wiem? Może za to spotkanie z Balfourem na bańce.

– Nie jestem aż tak małostkowa.

– Właśnie zaczynam mieć wątpliwości.

Wbiła w niego wzrok.

– No, proszę, słucham.

– Ellen Wylie.

– Co Ellen Wylie?

– Nie zasłużyła na to.

– A więc jesteś jej wielbicielem?

– Nie zasłużyła na to.

Przyłożyła dłoń do ucha.

– Czy mi się zdaje, czy tu się odzywa echo?

– Będę to powtarzał tak długo, aż zaczniesz słuchać.

W pokoju zapadło milczenie, a oni patrzyli sobie prosto w oczy. Kiedy zadzwonił telefon, przez chwilę wyglądało na to, że Gill nie ma zamiaru go odebrać. W końcu wyciągnęła rękę po słuchawkę, nie spuszczając jednak wzroku z Rebusa.

– Tak? – Przez chwilę słuchała. – Tak, panie komendancie, już jadę. – Oderwała wzrok od Rebusa, by odłożyć słuchawkę, i ciężko westchnęła. – Muszę jechać – powiedziała. – Mam spotkanie z zastępcą komendanta. Proszę, żebyś pojechał do Kaskad, dobrze?

– Nie chciałbym ci się sprzeciwiać, ale…

– Ta lalka leżała w trumnie, John. – W jej głosie słychać było zmęczenie.

– Jakieś szczeniackie żarty – stwierdził.

– Być może.

Raz jeszcze zajrzał do notatki.

– Piszą tu, że Kaskady leżą we Wschodnim Lothian. Niech się tym zajmą w Haddington, albo gdzieś tam.

– Chcę, żebyś ty się tym zajął.

– Nie mówisz tego poważnie. To jest jakiś kawał, tak? Tak jak wtedy, kiedy mi wmawiałaś, że cię podrywałem. Albo kiedy mi kazałaś iść do lekarza.

Potrząsnęła głową.

– Kaskady to nie tylko Wschodnie Lothian, John. To również miejsce, gdzie mieszkają Balfourowie. – Odczekała moment, aż to do niego dotrze. – A spotkanie z lekarzem czeka cię i tak, prędzej czy później…

Wyruszył z Edynburga szosą A1. Ruch był niewielki, a jasno świecące słońce wisiało nisko nad horyzontem. Wschodnie Lothian kojarzyło mu się przede wszystkim z nadmorskimi polami golfowymi i kamienistymi plażami, z płaskimi połaciami pól uprawnych i miasteczkami, których mieszkańcy dojeżdżają do pracy w Edynburgu, ale jednocześnie zazdrośnie strzegą swej lokalnej odrębności. Rejon ten krył też pewne ponure tajemnice – głównie w związku z polami kempingowymi wykorzystywanymi jako kryjówki przez edynburski świat przestępczy – jednak w zasadzie można go było uznać za spokojną okolicę, będącą celem jednodniowych wycieczek lub też miejscem, do którego zbaczało się w drodze na południe, do Anglii. Miasteczka takie jak Haddington, Gullane czy North Berwick jawiły mu się zawsze jako zamożne enklawy, gdzie małe sklepiki zaopatrywały lokalnych mieszkańców odnoszących się z niechęcią do zakupów w centrach handlowych dominujących w pobliskiej stolicy. A jednak bliskość Edynburga odciskała się również i tu: ceny domów w stolicy powodowały, że coraz więcej ludzi wynosiło się z miasta, a w otaczający je pierścień zieleni coraz bardziej wgryzały się nowe osiedla mieszkaniowe i centra handlowe. Rodzimy komisariat Rebusa mieścił się przy jednej z głównych arterii wylotowych z miasta w kierunkach południowym i wschodnim, i w ciągu ostatnich mniej więcej dziesięciu lat Rebus był świadkiem ogromnego wzrostu liczby pojazdów, które w godzinach szczytu ustawiały się w smętne konwoje pragnących dostać się do miasta lub się z niego wydostać.

Miejscowości Kaskady nie było łatwo znaleźć. Zdając się bardziej na instynkt niż na mapę, Rebus przegapił właściwy skręt i wylądował w Drem. Zatrzymał się tam na tyle długo, by kupić dwie torby chipsów i puszkę irn-bru, po czym urządził sobie mały piknik bez wysiadania z samochodu, jedynie przy otwartym oknie. Wciąż jeszcze miał wrażenie, że wysłano go tu tylko po to, by mu coś udowodnić – mianowicie to, że powinien znać swoje miejsce w szeregu. Widać w przekonaniu jego nowej szefowej takim miejscem była dziura o nazwie Kaskady. Kiedy Rebus skończył przekąskę, zaczął pogwizdywać ledwo znaną melodyjkę, piosenkę mówiącą o kimś mieszkającym w pobliżu wodospadu. Jeśli go pamięć nie myliła było to coś, co mu kiedyś Siobhan przegrała na taśmę w ramach edukacji z muzyki późniejszej niż z lat siedemdziesiątych. Drem składało się praktycznie z jednej tylko głównej ulicy, na której też panował zupełny spokój. Od czasu do czasu przejeżdżał jakiś samochód osobowy lub ciężarówka, a chodniki były zupełnie puste. Sprzedawczyni próbowała go wciągnąć w rozmowę, ale Rebus nie miał nic do dodania do jej uwag na temat pogody, a także nie chciał pytać o drogę do Kaskad, by nie być uznanym za cholernego turystę.

Wyciągnął atlas samochodowy i znalazł miejscowość Kaskady zaznaczoną najmniejszą z możliwych kropek. Ciekaw był, skąd się wzięła ta nazwa. Znał nieco lokalne zwyczaje i wcale by się nie zdziwił, gdyby się okazało, że tę nazwę miejscowi wymawiają dziwacznie jako Kuskudy albo Kakadu, albo coś w tym rodzaju. Nim dotarł na miejsce, spędził dziesięć minut, jadąc krętą drogą, która wciąż albo się pięła do góry, albo opadała w dół, i przywodziła na myśl tor kolejki górskiej w wesołym miasteczku. Potrwałoby to o wiele krócej, gdyby nie traktor, którego nie dawało się wyprzedzić z powodu ciągłych wzniesień, przez co niemal całą drogę wlókł się na dwójce.

Kaskady nieco go zaskoczyły. Środkiem biegł krótki odcinek głównej szosy zabudowany po obu stronach domami. Wszystkie domy w głębi prezentowały się schludnie i otoczone były zadbanymi ogrodami. Wzdłuż wąskiego chodnika przy szosie ciągnął się rząd parterowych chat. Na jednej z nich widniała drewniana tablica ze słowem CERAMIKA wymalowanym wprawną ręką. Jednak na końcu wioski – a właściwie osady – znajdowało się coś, co podejrzanie przypominało osiedle mieszkaniowe z lat trzydziestych, składające się z ponurych, szarych bliźniaków z połamanymi płotami i porzuconymi trójkołowymi rowerkami na środku dróżek. Osiedle to oddzielał od głównej drogi pas trawnika, na którym dwóch chłopców beznamiętnie i bez entuzjazmu kopało do siebie piłkę. Kiedy Rebus przejeżdżał obok nich, obaj podnieśli głowy i zaczęli mu się przyglądać jak niezwykłemu zjawisku.

A potem zabudowa urwała się równie nagle, jak się zaczęła, i Rebus znalazł się znów w szczerym polu. Zatrzymał się na skraju drogi. W oddali widać było coś, co mogło być stacją benzynową, jednak z tej odległości trudno było się zorientować, czy jest otwarta. Z tyłu nadjechał traktor, ten sam, który wcześniej udało mu się w końcu wyprzedzić, minął go, zwolnił i zaczął się szykować do wjazdu na wpół zaorane pole. Kierowca traktora w ogóle nie zwracał na Rebusa uwagi. Z szarpnięciem zatrzymał traktor i wyskoczył z kabiny, a Rebus usłyszał dobywający się z jej wnętrza ryk radia.

Rebus otworzył drzwi samochodu, wysiadł i zatrzasnął je za sobą. Rolnik w dalszym ciągu nie zwracał na niego najmniejszej uwagi. Rebus oparł dłonie na sięgającym mu do pasa murku ułożonym z kamieni.

– Dobry – odezwał się.

– Dobry – odparł rolnik, grzebiąc coś przy pługu doczepionym z tyłu.

– Jestem z policji. Czy wie pan, gdzie mógłbym znaleźć Beverly Dodds?

– Pewnikiem w domu.

– A ten dom, to gdzie?

– Widział pan tablicę z ceramiką?

– Widziałem.

– No to tam. – Mężczyzna mówił to wszystko zupełnie obojętnym tonem i ani razu nie spojrzał na Rebusa, cały czas grzebiąc coś przy pługu. Był masywnie zbudowany, miał czarne kręcone włosy i czarną gęstą brodę okalającą twarz całą w zmarszczkach i krzywiznach. Przez chwilę Rebusowi stanęły przed oczyma dziwaczne twarze z komiksów z czasów dzieciństwa, które można było obracać do góry nogami, a one wciąż miały wygląd twarzy. – Pewno w sprawie tej durnej lalki, co?

– Tak.

– Cholerna głupota, żeby z tym do was łazić.

– Uważa pan, że to nie ma związku z zaginięciem panny Balfour?

– Jasne, że nie. Smarkacze z Błoni i nic więcej.

– Pewnie ma pan rację. Błonia to osiedle bliźniaków, tak? – Kiwnął głową do tyłu. Stąd nie widać było chłopców z piłką – jak cała osada skryli się za zakrętem – ale Rebusowi zdawało się, że wciąż dochodzą do niego odgłosy kopania.

Rolnik kiwnął głową.

– Więc mówię, nic tylko strata czasu. Ale to pana czas, nie mój, więc co mi tam… moje tylko podatki.

– Zna pan tę rodzinę?

– Znaczy którą?

– Balfourów.

Rolnik pokiwał głową.

– Do nich należy ta ziemia… znaczy, przynajmniej częściowo.

Rebus rozejrzał się i po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że poza stacją benzynową nigdzie, jak okiem sięgnąć, nie widać żadnych zabudowań.

– Myślałem, że do nich należy tylko pałac i teren wokół – powiedział.

Rolnik potrząsnął w milczeniu głową.

– A tak przy okazji, to gdzie jest ten ich pałac?

Po raz pierwszy wzrok mężczyzny spoczął na twarzy Rebusa. Widać skończył już prace przy pługu, bo wyprostował się i wytarł dłonie o spłowiałe drelichowe spodnie.

– Droga w bok na tamtym końcu miasta – poinformował.

– Będzie około półtora kilometra w tamtą stronę. Stoi taka wielka brama, więc nie da się przegapić. Kaskada też w tamtą stronę, tak gdzieś połowę bliżej.

– Kaskada?

– No, wodospad. Chyba chcesz pan to zobaczyć, nie?

Teren wprawdzie lekko wznosił się do góry, jednak trudno było wyobrazić sobie tu wzniesienie wystarczająco wysokie, by tworzyło wodospad.

– Nie mogę marnować pieniędzy z pańskich podatków na turystykę po okolicy – rzekł Rebus z uśmiechem.

– Tylko że to nie żadna turystyka, nie?

– A co?

– Pieprzona wizja lokalna, nie? – Do głosu rolnika wkradła się wyraźna irytacja. – W tym waszym Edynburgu to już wam w ogóle nic nie mówią…?

Wąska dróżka w bok od wioski wiła się lekko pod górę. Każdy przejeżdżający obok podróżny uznałby, podobnie jak Rebus, że to ślepa odnoga wiodąca donikąd, najwyżej do czyjejś zagrody. Jednak w pewnym miejscu droga się rozszerzała i tam właśnie Rebus zatrzymał swego saaba. Rolnik uprzedził go, że będzie tam bramka. Rebus zamknął samochód na klucz – miejskie przyzwyczajenie trudne do zwalczenia – i wszedł na pole, na którym pasły się krowy. Wykazały mu mniej więcej tyle samo zainteresowania, co rolnik z traktorem. Czuł ich woń, słyszał ich parskanie i chrzęst trawy. Idąc w kierunku linii drzew, starał się za wszelką cenę nie wdepnąć w krowi placek. Drzewa wyznaczały bieg strumienia i tam właśnie znajdował się wodospad. I to tam poprzedniego dnia rano Beverly Dodds znalazła niewielką trumienkę z lalką w środku. Kiedy dotarł do wodospadu, od którego miejscowość wzięła swą nazwę, wybuchnął głośnym śmiechem. Próg, z którego spadała woda, miał około metra wysokości.

– Niagara to z ciebie nie jest, co? – mruknął Rebus, klękając obok progu.

Nie wiedział, gdzie dokładnie znaleziono lalkę, ale i tak postanowił się rozejrzeć. Miejsce było urokliwe i zapewne popularne wśród miejscowych, o czym świadczyło trochę rozrzuconych puszek po piwie i opakowań po słodyczach. Podniósł się z kolan i rozejrzał wokół. Uroczo, pusto i nigdzie ani śladu ludzi. Wątpił, by ktokolwiek mógł widzieć tego, kto tę lalkę tu podrzucił, zakładając oczywiście, że sama nie przypłynęła z nurtem strumienia. Tyle, że nie bardzo miała skąd przypłynąć. Strumyk wił się po zboczu wzgórza i Rebus wątpił, aby wyżej znajdowało się cokolwiek poza nie zamieszkałą gęstwiną zarośli. Na jego mapie tego strumyka nawet nie zaznaczono, był więc pewien, że powyżej nie ma żadnych osad ludzkich, tylko wzgórza, po których można błądzić, całymi dniami nie spotykając żywego ducha. Zastanowił się przez chwilę, gdzie może się mieścić siedziba Balfourów, jednak zaraz wyrzucił tę myśl z głowy. A cóż to ma za znaczenie? Najwyraźniej nie przyjechał tu, by szukać lalek, wszystko jedno z trumnami czy bez, przyjechał tu, by szukać wiatru w polu…

Znów przyklęknął i zanurzył dłoń w strumyku. Woda była zimna i czysta. Nabrał jej trochę do dłoni i patrzył jak ścieka między palcami.

– Nie radzę jej pić – usłyszał głos za plecami.

Podniósł głowę i zobaczył postać kobiecą wynurzającą się z zarośli. Miała na sobie długą muślinową suknię, okrywającą jej wiotką sylwetkę. Stała pod słońce i przez materiał sukni widać było wyraźnie zarys jej ciała. Podeszła bliżej, odgarniając z oczu długie, kręcone blond włosy.

– Farmerzy – wyjaśniła. – Wszystkie te ich chemiczne nawozy przenikają z pól do strumienia i zatruwają wodę. Jakieś organiczne fosforany i Bóg wie, co jeszcze. – Aż się wzdrygnęła na samą myśl.

– Nigdy nie biorę tego do ust – odparł Rebus, wycierając dłoń o rękaw i podnosząc się. – Czy może pani Dodds?

– Wszyscy mówią na mnie Bev – odparła, wyciągając szczupłą dłoń z samej skóry i kości. Jak u kurczaczka, pomyślał Rebus, uważając, by jej zbyt mocno nie ścisnąć.

– Detektyw inspektor Rebus – przedstawił się. – Skąd pani wiedziała, że tu jestem?

– Zauważyłam samochód. Patrzyłam przez okno, a kiedy zobaczyłam, że tu jedzie, od razu się domyśliłam. – Wspięła się na palce, wyraźnie dumna ze swego sprytu. Sylwetką i zachowaniem przypominała nastolatkę, i tylko jej twarz mówiła co innego. Wokół oczu miała sieć zmarszczek, a skóra na policzkach nieco jej obwisła. Musiała już być po pięćdziesiątce, choć czuło się od niej młodzieńczą werwę.

– Przyszła pani na piechotę?

– O tak – potwierdziła, spoglądając na swoje obute w sandałki stopy. – Zdziwiłam się, że nie przyszedł pan najpierw do mnie.

– Chciałem się tylko rozejrzeć. W którym dokładnie miejscu znalazła pani tę lalkę?

Wskazała ręką próg wodny.

– Tuż u stóp wodospadu, na samym brzegu. Ale była zupełnie sucha.

– Skąd ta uwaga?

– Bo wiem, że będzie się pan zastanawiał, czy nie przypłynęła tu z góry.

Rebus nie dał po sobie poznać, że już się nad tym zastanawiał, ale zdaje się, że i tak to wyczuła, bo znów się wspięła na palce.

– I leżała na widoku – dodała. – Nie sądzę, żeby ją tam ktoś zgubił. Gdyby tak było, to by się zorientował i wrócił po nią.

– Myślała pani kiedyś o pracy w policji, pani Dodds?

– Proszę mi mówić Bev – cmoknęła z naganą w głosie. Nie odpowiedziała na jego pytanie, ale widać było, że sprawiło jej przyjemność.

– Nie wzięła jej pani przypadkiem z sobą?

Potrząsnęła energicznie głową, tak że jej włosy znów się rozsypały po twarzy i ponownie musiała je odgarnąć.

– Nie, ale mam ją w domu.

– Od dawna tu pani mieszka, Bev?

Uśmiechnęła się.

– Wciąż jeszcze nie opanowałam do końca akcentu, co?

– Jeszcze daleka droga przed panią – przyznał.

– Urodziłam się w Bristolu, potem, wolę nie pamiętać ile lat, mieszkałam w Londynie, a po rozwodzie uciekłam i zatrzymałam się dopiero tu.

– Jak dawno?

– Pięć, sześć lat temu. Wciąż jeszcze mój domek nazywają „chałupą Swanstonów”.

– To rodzina, która tam mieszkała przed panią? – domyślił się.

– Kaskady to już takie miejsce, panie inspektorze – przytaknęła. – Dlaczego się pan uśmiecha?

– Bo nie byłem pewien, jak się to wymawia.

Wyglądało, że rozumie, o co mu chodzi.

– To zabawne, prawda? Chodzi mi o to, że jest tylko ten jeden malutki wodospadzik, a nazywa się Kaskady. I zdaje się, że nikt nie wie dlaczego. – Zrobiła przerwę i dodała: – Kiedyś tu była osada górnicza.

– Kopalnia węgla? – Zmarszczył czoło. – Tutaj?

Wyciągnęła rękę na północ.

– Jakieś półtora kilometra w tamtą stronę. Ale niewiele z tego wyszło. To było w latach trzydziestych.

– I to wtedy zbudowano Błonia?

Kiwnęła głową.

– Ale teraz już tu nie ma górnictwa?

– Już od czterdziestu lat. O ile wiem, większość mieszkańców Błoni jest bez pracy. Wie pan, teraz ten teren to tylko dzikie chaszcze, ani śladu łąki. Kiedy zaczynali budowę, rozciągały się tam prawdziwe łąki, ale potem potrzebne było miejsce pod coraz więcej domów… więc wszystko zabudowali. – Znów się wzdrygnęła i zmieniła temat. – Myśli pan, że uda się tu zawrócić?

Kiwnął głową potakująco.

– No to niech się pan zbytnio nie spieszy – powiedziała, ruszając z powrotem. – Pójdę pierwsza i nastawię wodę na herbatę. Do zobaczenia w chacie Pod Kołem, panie inspektorze.

Koło w nazwie domu nawiązywało do koła garncarskiego, jak wyjaśniła, nalewając wody do czajniczka.

– Zaczęłam się tym zajmować w celach terapeutycznych – ciągnęła dalej. – Po moim rozstaniu. – Przerwała i po chwili znów podjęła wątek. – Ale okazało się, że mi to zupełnie nieźle idzie. Myślę, że wielu spośród moich dawnych znajomych byłoby bardzo zaskoczonych. – Rebus pomyślał, że jej ton świadczy dobitnie, iż ci wszyscy dawni znajomi nie mają już miejsca w jej nowym życiu. – Więc może to „koło” oznacza również toczące się koło życia – dodała, biorąc tacę i prowadząc go do pomieszczenia, które nazwała swoim „salonikiem”.

Był to niewielki, niski pokój pełen różnobarwnych szmatek. Stało tam również kilka wyrobów ceramicznych, które, jak się domyślał, były jej produkcji: błękitne kamionkowe naczynia pokryte glazurą w kształcie talerzy i wazonów. Dopilnował, by zauważyła, że zwrócił na nie uwagę.

– W większości moje wczesne prace – powiedziała, przybierając lekceważący ton. – Trzymam je tu tylko ze względów sentymentalnych. – Uniosła rękę, by znów poprawić sobie włosy, a kilka bransoletek z brzękiem zsunęło jej się do łokcia.

– Są bardzo ładne – zapewnił ją. Nalała herbatę i podała mu dużą, masywną filiżankę ze spodkiem w takim samym błękitnym kolorze. Rozejrzał się po pokoju, jednak nigdzie nie widać było lalki ani trumienki.

– U mnie w pracowni – poinformowała, znów zdając się czytać w jego myślach. – Mogę przynieść, jak pan chce.

– Poproszę – odparł, a ona wstała i wyszła z pokoju. Pokoik działał na niego niemal klaustrofobicznie. Herbata wcale nie była herbatą, tylko jakąś ziołową namiastką i przez chwilę rozważał nawet, czy nie wylać jej do któregoś z wazonów. W końcu dał spokój i wyciągnął komórkę, by sprawdzić wiadomości. Wyświetlacz telefonu był czysty, bez śladu sygnału. Może to przez te grube kamienne ściany, pomyślał. Albo ściany, albo Kaskady są poza zasięgiem. Wiedział z doświadczenia, że we Wschodnim Lothian jest wiele takich miejsc. W pokoju stała tylko jedna niewielka etażerka z książkami, w większości poświęconymi sztuce i rękodziełu, oraz kilkoma tomikami Czarów. Rebus wziął jeden z nich do ręki.

– Biała magia – usłyszał głos za sobą. – Wiara w potęgę sił natury.

Rebus odłożył tomik na miejsce i odwrócił się.

– Oto ona – rzekła.

Trzymała trumienkę tak, jakby uczestniczyła w jakimś uroczystym obrzędzie. Rebus zrobił krok do przodu, a kobieta ją ku niemu wyciągnęła. Wziął trumienkę z jej rąk z namaszczeniem, tak jak tego zapewne po nim oczekiwała, i jednocześnie przez głowę przemknęła mu myśl: Ani chybi baba jest walnięta… To pewnie wszystko jej wymysł! Jednak jego uwagę przyciągnęła teraz sama trumienka. Zrobiono ją z ciemnego drewna, być może z sezonowanego dębu, i zbito czarnymi gwoździkami w rodzaju tych, jakie używa się do mocowania wykładzin dywanowych. Deszczułki zostały dokładnie przycięte i spasowane, a ich krawędzie wygładzone papierem ściernym, jednak poza tym zostawione w stanie surowym. Całość miała około dwudziestu centymetrów długości i wyraźnie nie była dziełem zawodowego stolarza. Nawet Rebus, który do takich spraw miał dwie lewe ręce, potrafił to poznać. A potem kobieta zdjęła wieko. Patrzyła na niego szeroko otwartymi, nieruchomymi oczami, w oczekiwaniu na jego reakcję.

– Było przybite gwoździami – wyjaśniła. – Sama je oderwałam.

Wewnątrz leżała ubrana w strzępy muślinu mała drewniana laleczka z rękami ułożonymi wzdłuż ciała i z główką zaokrągloną, ale pozbawioną rysów twarzy. Ktoś ją wyrzeźbił z kawałka drewna, lecz dość niestarannie, bo widać było głębokie zadziory po dłucie. Rebus spróbował ją wyjąć, jednak jego palce okazały się zbyt grube i nie zmieściły się w szparze między lalką a ścianką trumienki. W końcu odwrócił pudełko i laleczka wypadła mu na dłoń. Pierwszą jego myślą było porównanie jej odzienia z materiałami zalegającymi salonik, jednak nie znalazł żadnego oczywistego podobieństwa.

– Ta jej sukienka jest zupełnie nowa i czysta – szepnęła, a on kiwnął głową. Najwyraźniej trumienka nie przebywała zbyt długo na wolnym powietrzu, bo nie miała czasu ani się pobrudzić, ani zamoknąć.

– Widywałem już różne dziwne rzeczy, Bev… – powiedział Rebus, i głos mu tajemniczo zamarł. – Nic tam więcej nie było? Nic niezwykłego? – dodał.

Wolno potrząsnęła głową.

– Chodzę tamtędy co tydzień. To – dotknęła dłonią trumienki – było tam jedyną rzeczą nie na swoim miejscu.

– A jakieś ślady stóp…? – zaczął Rebus i przerwał. Pomyślał, że wymaga od niej zbyt wiele. Ale ona miała już gotową odpowiedź.

– Żadnych nie zauważyłam. – Oderwała wzrok od trumienki i spojrzała na niego. – A rozglądałam się, bo wiedziałam, że nie mogło to tam spaść z nieba.

– Czy w wiosce jest ktoś, kto zajmuje się drewnem. Może jakiś stolarz…?

– Najbliższy stolarz mieszka w Haddington. Tak na pierwszy rzut oka nie znam nikogo, kto… kogoś, kto świadomie zrobiłby coś takiego.

– Ale założę się – powiedział Rebus z uśmiechem – że jednak trochę pani nad tym myślała.

– Myślę nad tym cały czas, panie inspektorze. To znaczy, być może w zwykłych okolicznościach aż tak bardzo nie zawracałabym sobie tym głowy, ale jak się weźmie pod uwagę to, co się stało z panną Balfour…

– Tymczasem nic nam nie wiadomo, żeby coś się stało – uznał za stosowne jej przypomnieć.

– Ale to na pewno ma jakiś związek, prawda?

– Co nie znaczy wcale, że nie mamy do czynienia z jakimś pomyleńcem. – Mówiąc, nie spuszczał z niej wzroku. – Z tego, co wiem, w każdej wiosce jest jakiś miejscowy głupek.

– Chce pan przez to powiedzieć, że to ja… – Przerwała na dźwięk samochodu podjeżdżającego pod dom. – Oho – powiedziała, wstając – to na pewno ten reporter.

Rebus poszedł za nią do okna. Zza kierownicy czerwonego forda focusa gramolił się właśnie młody człowiek. Siedzący obok fotoreporter był w trakcie zakładania obiektywu na aparat fotograficzny. Kierowca przeciągnął się i zatarł dłonie, jakby miał za sobą długą podróż.

– Już tu kiedyś byli – wyjaśniła Bev. – Zaraz po zniknięciu panny Balfour. Zostawili mi wtedy wizytówkę, więc teraz jak się to wydarzyło…

Rebus podążył za nią do sieni prowadzącej do drzwi wejściowych.

– To nie było najmądrzejsze posunięcie, pani Dodds. – Rebus starał się nie wybuchnąć.

Trzymając rękę na klamce, odwróciła się w jego stronę.

– Ale przynajmniej oni nie uważają, że jestem pomylona, panie inspektorze.

Miał ochotę odpowiedzieć: „Jeszcze nic straconego”, jednak pomyślał, że wystarczająco już narozrabiał.

Reporter nazywał się Steve Holly i zatrudniony był w edynburskim biurze brukowca z Glasgow. Był młody, ledwie po dwudziestce, co pozwalało mieć nadzieję, że może pozwoli się zastraszyć. Gdyby wysłali tu jednego ze swych starych wyjadaczy, Rebus nawet by nie próbował.

Holly był niski i miał lekką nadwagę. Włosy nażelował w ząbki, co Rebusowi przypomniało drut kolczasty biegnący u szczytu płotu okalającego pole. W jednej ręce trzymał notes i długopis, drugą podał Rebusowi.

– Chyba się jeszcze nie znamy. – Powiedział to takim tonem, że Rebus był pewien, że jego nazwisko nie jest mu obce. – Ten tu, to Tony, mój genialny artysta. – Fotoreporter parsknął. Na ramieniu dźwigał torbę ze sprzętem. – Wymyśliliśmy, Bev, że zabierzemy cię do wodospadu, a ty nam tam pokażesz, jak podnosisz trumnę z ziemi.

– Tak, oczywiście.

– I nie będziemy musieli zawracać sobie głowy robieniem zdjęć w środku – ciągnął dalej Holly. – To znaczy, Tony nie miałby nic przeciwko, tylko że jak się go wpuści do środka, to się w nim od razu zaczyna budzić kreatywny artysta.

– Doprawdy? – Popatrzyła na fotoreportera z podziwem.

Rebus zdusił w sobie uśmiech: najwyraźniej słowa „kreatywny” i „artysta” znaczyły zupełnie co innego dla Bev niż dla reportera. Holly też się szybko zorientował, bo dodał:

– Oczywiście mogę go później tu przysłać, jakbyś chciała, zrobiłby ci jakiś ładny portrecik, może w twoim studio.

– To nie jest znowu takie studio – odparła Bev, skrobiąc się palcem w szyję, wyraźnie mile połechtana. – Po prostu pokój, w którym mam koło i trochę rysunków. Do ścian przypięłam białe ekrany, żeby było lepsze światło.

– A skoro mowa o świetle – wtrącił Holly, zerkając znacząco na niebo – to chyba lepiej już chodźmy, co?

– Bo teraz światło jest idealne – wyjaśnił fotoreporter, zwracając się do Bev. – Ale długo tak nie będzie.

Bev też spojrzała w niebo i ze zrozumieniem pokiwała głową, jak jeden artysta do drugiego. Rebus musiał przyznać, że Holly jest niezły.

– Chce pan tu sam zostać na gospodarstwie? – zwrócił się teraz do Rebusa. – Bo nam to zajmie najwyżej piętnaście minut.

– Muszę wracać do Edynburga. Mogę dostać pański telefon, panie Holly?

– Gdzieś tu powinienem mieć wizytówkę. – Zabrał się do przeszukiwania kieszeni, znalazł portfel, a w nim wizytówkę.

– Dzięki – powiedział Rebus, chowając ją. – I gdybym mógł zamienić z panem słówko…?

Odchodząc z reporterem kilka kroków na bok, widział, jak Bev wdzięczy się do fotografa, pytając, czy jest właściwie ubrana. Pomyślał, że pewnie tęskni do pokrewnej artystycznej duszy w wiosce. Odwrócił się do nich plecami, by nie mogli wiedzieć, co chce powiedzieć.

– Widział pan tę lalkę? – zapytał Holly.

Rebus potwierdził, a Holly zmarszczył nos.

– Chyba tracimy tu czas, nie? – Powiedział to konfidencjonalnym tonem, co miało zachęcić do szczerej odpowiedzi.

– Niemal na pewno – odpowiedział Rebus, wbrew własnemu przekonaniu, wiedząc, że kiedy Holly zobaczy dziwaczną figurkę, też w to nie uwierzy. – Ale była okazja, żeby się na trochę wyrwać z miasta – dodał z udaną beztroską.

– Nienawidzę wsi – oświadczył Holly. – Jak na mój gust, za mało tu tlenku węgla. Ale dziwi mnie, że wysłali aż inspektora ze śledczego…

– Musimy do wszystkich poszlak podchodzić jednakowo poważnie.

– Jasne że tak, rozumiem. Tylko że ja bym wysłał posterunkowego albo najwyżej sierżanta z dochodzeniówki.

– Jak już powiedziałem… – zaczął, ale Steve Holly już się odwrócił, gotów wrócić do swych obowiązków. Rebus chwycił go za ramię. – Zdaje pan sobie sprawę, że jeżeli uznamy to za materiał dowodowy, to być może będziemy chcieli to wyciszyć?

Holly kiwnął głową i dla lepszego efektu spróbował przybrać akcent amerykański.

– To niech wtedy wasi dryndną do naszych – powiedział. Uwolnił się z uchwytu i wrócił do pozostałej dwójki. – Posłuchaj, Bev – zaczął – jeśli chodzi o to, co masz na sobie, to pomyślałem, że jest tak ładnie, że może wygodniej by ci było w jakiejś krótszej spódniczce…

Rebus znów pojechał tą samą drogą, ale tym razem nie stanął przy bramce i pojechał dalej. Po około ośmiuset metrach droga rozszerzyła się w wyłożony czerwonawym żwirem podjazd, który doprowadził go do potężnej bramy z kutego żelaza. Rebus zatrzymał się i wysiadł z samochodu. Na bramie wisiała masywna kłódka, a przez pręty widać było drogę ciągnącą się dalej i niknącą wśród drzew zasłaniających widok na dom. Nie było żadnej tablicy, ale nie miał wątpliwości, że to Jałowce. Po obu stronach bramy sterczał wysoki kamienny mur, który jednak kawałek dalej obniżał się i wyglądał na możliwy do pokonania. Rebus przeszedł wzdłuż muru około stu metrów, potem wspiął się na niego i zeskoczył po drugiej stronie. Wokół były zarośla i obawiał się, że puszczenie się na przełaj może się skończyć długim błądzeniem po lesie, wrócił więc wzdłuż muru do wyżwirowanej drogi i ruszył nią w nadziei, że zbytnio się nie wije.

Okazało się, że właśnie tak było i zza jednego zakrętu wyłaniał się następny. Idąc, rozmyślał smętnie, jak oni tu rozwiązują sprawę dostaw zaopatrzenia albo jak sobie z tym radzi listonosz. Tyle że pewnie takie drobiazgi nie zaprzątają myśli komuś takiemu jak John Balfour. Dom ukazał się Rebusowi w oddali dopiero po pełnych pięciu minutach marszu. Była to dość ponura, dwupiętrowa, rozległa gotycka budowla zakończona po obu stronach wieżami, której mury z wiekiem przybrały barwę ciemnoszarą. Rebus nie miał zamiaru podchodzić za blisko, zresztą nie wiedział, czy ktoś jest w domu. Zakładał, że dom jest pod obserwacją – jakiś policjant siedzący przy telefonie – ale jeśli tak było, to nie rzucało się to w oczy. Przed domem rozciągał się wypielęgnowany trawnik, obrzeżony rabatami kwiatowymi. Z boku domu widać było coś, co przypominało zagrodę dla koni, Rebus nie zauważył natomiast żadnych samochodów, garaży ani zabudowań gospodarczych. Pomyślał, że pewnie znajdują się za domem. Nie wyobrażał sobie, by ktoś mógł się dobrze czuć, mieszkając w takim ponurym otoczeniu. Miało się niemal wrażenie, że dom z grymasem niezadowolenia na swym obliczu zniechęca wszystkich do okazywania radości. Był ciekaw, czy matka Philippy nie czuje się w nim trochę jak eksponat muzealny. A potem w jednym z okien na piętrze pojawiła się twarz, zanim jednak zdążył się jej przyjrzeć, twarz znikła. Pomyślał, że to może zjawa strasząca w starym domu, ale chwilę później drzwi frontowe otworzyły się i wybiegła z nich postać kobieca. Zbiegła po schodach, wbiegła na żwirowy podjazd i z rozwianymi włosami opadającymi jej na twarz zaczęła biec w jego kierunku. Nagle potknęła się i upadła. Rebus ruszył, by jej pomóc, jednak ona, widząc to, szybko zerwała się na nogi. Nawet nie spojrzała na zadrapane kolana z przylgniętymi kawałkami żwiru. Z dłoni wysunęła się jej słuchawka telefonu bezprzewodowego, ale zaraz ją podniosła.

– Nie zbliżać się! – krzyknęła. Odgarnęła sobie włosy z twarzy i wtedy Rebus rozpoznał w niej Jacqueline Balfour. Jednak zreflektowała się i uniosła w górę obie ręce w geście pojednania. – Niech pan słucha, przepraszam. Tylko… proszę nam tylko powiedzieć, czego od nas chcecie.

I dopiero wtedy Rebus zdał sobie sprawę, że stojąca przed nim kobieta bierze go za porywacza swej córki.

– Proszę pani – powiedział, też unosząc obie ręce w geście poddania – jestem z policji.

W końcu udało jej się opanować szloch. Siedzieli na stopniach schodów wiodących do drzwi wejściowych, jakby wolała nie wracać do mrocznego wnętrza domu. Kilkakrotnie powtórzyła, że przeprasza za swoje zachowanie, a Rebus odparł, że to on ją powinien przepraszać.

– Po prostu nie przyszło mi do głowy – rzekł. – To znaczy nie pomyślałem, że ktoś może być w domu.

Nie była w nim zresztą sama. W drzwiach zjawiła się umundurowana policjantka, ale pani Balfour zdecydowanym tonem poleciła jej, żeby ją zostawiła. Rebus spytał, czy on też ma ją zostawić, ale przecząco pokręciła głową.

– Czy przyszedł pan, żeby mi coś zakomunikować? – spytała, oddając mu nasiąkniętą łzami chusteczkę.

Łzy: ciągle doprowadza kogoś do łez. Powiedział, żeby ją zatrzymała, a ona skrupulatnie ją złożyła tylko po to, by po chwili znów rozłożyć i zacząć wszystko od nowa. Zdawało się, że nie zauważyła nawet zadrapań na kolanach. Siedziała z rąbkiem spódnicy upchniętym między nogi.

– Nie mamy żadnych wiadomości – powiedział cicho, a widząc, jak wyraz nadziei spływa z jej twarzy, dodał: – Ale może natrafiliśmy na jakiś ślad w wiosce.

– W wiosce?

– W Kaskadach.

– Jaki ślad?

I nagle pożałował, że w ogóle się odezwał.

– Na razie nie wolno mi nic mówić. – Stara policyjna wymówka, która jednak w tej sytuacji nie mogła zdać egzaminu. Wystarczy, że powie o tym mężowi, a ten natychmiast złapie za telefon i zażąda wyjaśnień. A nawet jeśli nie, nawet jeśli uda mu się ukryć przed nią wiadomość o dziwacznym znalezisku, media na pewno nie będą takie taktowne. – Czy Philippa kolekcjonowała może lalki? – spytał po namyśle.

– Lalki? – Bawiła się słuchawką, obracając ją w dłoni.

– Bo ktoś znalazł drewnianą laleczkę obok wodospadu.

Potrząsnęła głową.

– Nie miała lalek. – Powiedziała to cicho, jakby w poczuciu winy, że w życiu Philippy powinny być lalki, a ich brak źle świadczył o niej jako matce.

– Pewnie i tak nie ma to żadnego znaczenia – stwierdził Rebus.

– Pewnie nie – zgodziła się.

– Czy pan Balfour jest w domu?

– Będzie później. Teraz jest w Edynburgu. – Popatrzyła na słuchawkę. – Nikt nie zadzwoni, prawda? Wszystkich partnerów i klientów Johna uprzedziliśmy, by tu nie dzwonili, żeby cały czas linia była wolna. To samo powiedzieliśmy rodzinie. Nie dzwońcie, bo może tamci będą chcieli się dodzwonić. Ale nie będą, ja już wiem, że nie.

– Nie wierzy pani w to, że córka została porwana?

Potrząsnęła głową.

– Wobec tego co?

Popatrzyła na niego oczami zaczerwienionymi od płaczu i podkrążonymi z niewyspania.

– Ona nie żyje. – Powiedziała to niemal szeptem. – Pan też tak uważa, prawda?

– Jest o wiele za wcześnie, żeby tak myśleć. Znam przypadki osób zaginionych, które odnajdują się po tygodniach, czasami po miesiącach.

– Tygodnie, miesiące? Nawet nie chcę o tym myśleć. To już wolałabym wiedzieć… mieć pewność w jedną albo w drugą stronę.

– Kiedy widziała pani córkę po raz ostatni?

– Jakieś dziesięć dni temu. Byłyśmy razem na zakupach w Edynburgu, w naszych stałych sklepach. Nawet nie miałyśmy nic szczególnego do kupienia. A potem poszłyśmy coś zjeść.

– Czy często tu bywała?

Jacqueline Balfour potrząsnęła głową.

– On ją zatruł.

– Słucham?

– David Costello. Zatruwał jej wspomnienia, wmawiał jej, że pamięta jakieś zdarzenia, takie, które nigdy nie miały miejsca. Ten ostatni raz, kiedy się widziałyśmy… Flipa wypytywała mnie o swoje dzieciństwo. Twierdziła, że była bardzo nieszczęśliwa, że ją ignorowaliśmy, że wcale jej nie chcieliśmy. Zupełne bzdury.

– I to Costello jej to wmówił?

Wyprostowała się i głęboko zaczerpnęła powietrza.

– Tak uważam.

Rebus zamyślił się.

– Ale dlaczego miałby coś takiego robić? – spytał po chwili.

– Dlatego, że jest tym, kim jest – rzuciła. Dzwonek telefonu wdarł się nagle w panującą ciszę. Nerwowo próbowała odnaleźć właściwy przycisk. – Halo? – Potem twarz jej trochę złagodniała. – Dzień dobry, kochanie, o której będziesz w domu…?

Rebus odczekał, aż skończy rozmawiać. Przypomniał sobie konferencję prasową i to ciągłe „ja” zamiast „my” w jego ustach, tak jakby jego żona nie przeżywała tego na równi z nim, jakby jej w ogóle nie było…

– Dzwonił John – powiedziała, a Rebus kiwnął głową.

– Mąż dużo czasu spędza w Londynie, prawda? Nie czuje się pani wtedy samotna w tym domu?

Spojrzała na niego z ukosa.

– Mam przecież przyjaciół.

– Ani przez chwilę w to nie wątpiłem. Często jeździ pani do Edynburga?

– Raz, dwa razy w tygodniu.

– A często spotyka się pani ze wspólnikiem męża?

Znów go obrzuciła spojrzeniem.

– Z Ranaldem? On i jego żona to nasi najbliżsi przyjaciele… Dlaczego pan pyta?

Rebus znacząco podrapał się w głowę.

– Właściwie to sam nie wiem. Pewnie dla podtrzymania rozmowy.

– To niech pan tego nie robi.

– Mamy nie rozmawiać?

– Nie lubię tego, czuję się jakby wszyscy wokół zastawiali na mnie sidła. To samo jest na tych wszystkich służbowych przyjęciach, John mnie wiecznie ostrzega, żeby się pilnować i z niczym się nie wygadać, bo nigdy nie wiadomo, kto i kiedy stara się wyciągnąć coś o banku.

– Ale my to nie konkurencja, proszę pani.

Pochyliła lekko głowę.

– Oczywiście, że nie. Przepraszam. Tylko że…

– Nie ma za co przepraszać – powiedział Rebus, wstając. – Jesteśmy w pani domu i obowiązują tu pani reguły. Czyż nie tak?

– No cóż, jeśli chce pan to tak ująć… – Wydawało się, że odrobinę się rozchmurzyła. Mimo to Rebus pomyślał, że gdy jej mąż jest w domu, obowiązują tu pewnie tylko jego reguły…

W środku było dwoje policjantów siedzących wygodnie w salonie. Policjantka przedstawiła się jako Nicola Campbell, a policjant okazał się funkcjonariuszem biura kryminalnego z centrali na Fettes. Nazywał się Eric Bain, jednak powszechniej znany był jako „Bania”. Bain siedział przy biurku, na którym leżał aparat telefoniczny, notes z długopisem i urządzenie nagrywające, a obok telefon komórkowy podłączony do laptopa. Po upewnieniu się, że dzwoni pan Balfour, Bain zsunął z uszu słuchawki i zawiesił je sobie wokół szyi. Popijał truskawkowy jogurt wprost z pojemniczka i kiwnął Rebusowi głową na powitanie.

– Nieźle wam się powodzi w tym luksusie – powiedział Rebus, rozglądając się po wnętrzu.

– Pozwolisz, że cię poprawię i powiem: nie powodzi, tylko nudzi – odparła Campbell. A ten laptop po co?

– Żeby Bania mógł sobie pogadać ze swoimi durnymi kolesiami.

Bain pogroził jej palcem.

– To nowa technika telekomunikacyjna służąca do namierzania i lokalizowania rozmów. – Zajęty wygrzebywaniem resztek jogurtu nie zauważył, że Campbell robi do Rebusa minę i bezgłośnie wymawia: „Palant”.

– To na pewno wspaniała technika – powiedział Rebus – oby tylko było co namierzać.

Bain pokiwał smętnie głową.

– Na początku było mnóstwo telefonów z wyrazami współczucia od przyjaciół i rodziny. Dzwoniło zdumiewająco mało pomyleńców. Pewnie pomogło trochę to, że numer jest zastrzeżony.

– Tylko musicie pamiętać – ostrzegł ich Rebus – że ten, którego szukamy, też może być pomyleńcem.

– Świrów tu nigdzie nie brakuje – oświadczyła Campbell, zakładając nogę na nogę. Siedziała na jednej z trzech stojących tu kanap, z rozłożonymi egzemplarzami „Caledonii” i „Scottish Field”. Na stoliku obok leżała sterta innych czasopism. Rebus odniósł wrażenie, że oboje czuli się tu jak w domu i że Campbell już co najmniej raz przeczytała te wszystkie pisma.

– Co masz na myśli?

– Byłeś już w wiosce? Widziałeś tych wszystkich albinosów na drzewach, brzdąkających na banjo?

Rebus uśmiechnął się, ale Bain wyglądał na zaskoczonego.

– Nie widziałem żadnego – powiedział.

Wzrok Campbell, którym go obrzuciła, mówił wyraźnie: „To dlatego, że w jakimś innym równoległym świecie ty tam siedzisz razem z nimi…”

– Słuchajcie – odezwał się Rebus. – Na konferencji prasowej pan Balfour wspomniał coś o swoim telefonie komórkowym…

– Nie powinien był tego robić – odparł Bain, kręcąc głową. – Specjalnie prosiliśmy, żeby tego nie robił.

– Chodzi o to, że nie tak łatwo namierzyć rozmowę na komórkę?

– Bo komórki są znacznie bardziej elastyczne niż linie naziemne.

– Ale wciąż możliwe do namierzenia?

– Tylko do pewnego stopnia. Przede wszystkim na rynku jest mnóstwo lewych komórek. Może się zdarzyć, że namierzymy kogoś tylko po to, żeby się dowiedzieć, że mu w zeszłym tygodniu ukradli telefon.

– No więc sam widzisz, jak to jest – powiedziała Campbell, zwracając się do Rebusa i tłumiąc ziewanie. – Sensacja goni sensację…

Wracał do miasta, zbytnio się nie spiesząc i obserwując narastający ruch samochodowy w przeciwną stronę. Zaczynała się godzina szczytu i z miasta wyjeżdżały dyrektorskie limuzyny, kierując się do wiejskich rezydencji ich właścicieli. Słyszał, że są tacy, którzy codziennie dojeżdżają do Edynburga z tak oddalonych miejscowości jak Borders, Fife czy Glasgow. Winę za to zrzucali na ceny mieszkań w Edynburgu. Połowa bliźniaka z trzema sypialniami w przyzwoitej części miasta potrafiła kosztować od ćwierć miliona funtów w górę. Za takie pieniądze można było kupić duży wolnostojący dom w Zachodnim Lothian albo pół ulicy gdzieś w Cowdenbeath. Z drugiej strony Rebus wciąż był nagabywany przez potencjalnych nabywców i dostawał listy adresowane do „Pana Właściciela”, zawierające oferty kupna. Bo tak wyglądała druga strona mieszkaniowego medalu w Edynburgu: jakby ceny nie rosły, wciąż znajdowali się chętni do kupna. W przypadku Marchmont byli to często właściciele nieruchomości szukający okazji, by powiększyć swoje zasoby, lub zamożni rodzice, których dzieci chciały mieszkać w pobliżu uniwersytetu. Rebus mieszkał tu już od dwudziestu kilku lat i obserwował zachodzące wokół zmiany. Spotykało się coraz mniej rodzin z dziećmi i ludzi starszych, a coraz więcej studentów i młodych, bezdzietnych małżeństw. Grupy te zdawały się nie integrować i żyły obok siebie. Ludzie, którzy mieszkali całe życie w Marchmont, patrzyli, jak ich dzieci wynoszą się gdzieś daleko, bo nie stać ich na kupno czegoś w pobliżu. Rebus nie znał już nikogo z sąsiadów mieszkających w jego kamienicy ani w pobliskich kamienicach. Z tego, co wiedział, był już ostatnim lokatorem-właścicielem mieszkania w całej kamienicy. Co gorsza, wyglądało też, że jest jej najstarszym mieszkańcem. A oferty kupna wciąż przychodziły i ceny wciąż rosły.

I dlatego postanowił się stąd wyprowadzić. Nie zdecydował się jeszcze na kupno czegoś nowego, zastanawiał się bowiem, czy nie wrócić do wynajmowania mieszkania. W ten sposób miałby dużo większą swobodę: rok w domku na wsi, potem rok gdzieś nad morzem i rok albo dwa w pobliżu jakiegoś pubu… Zdawał sobie sprawę, że to mieszkanie jest dla niego o wiele za duże. Nikt nigdy nie korzystał z dodatkowych sypialni, a jemu samemu często zdarzało się usnąć na fotelu w pokoju dziennym. Wystarczyłaby mu właściwie kawalerka; wszystko ponad będzie już zbytkiem.

Mijał jadące z naprzeciwka i wracające do domów duże volva, BMW i sportowe audi. Rebus zastanawiał się, czy sam też chciałby dojeżdżać. Z Marchmont mógł spacerkiem dojść do pracy. Zajmowało mu to piętnaście minut i stanowiło jego jedyny ruch na powietrzu. Nie chciałby na przykład dojeżdżać codziennie do pracy z Kaskad. Kiedy był tam rano, drogi były puste, przypuszczał jednak, że teraz ta dość wąska szosa jest zatłoczona samochodami.

Zaczął szukać miejsca do zaparkowania i to mu dało jeszcze jeden powód, by się stąd wyprowadzić. W końcu postawił saaba na żółtej linii i wszedł do miejscowego sklepu po wieczorną gazetę, mleko, bułki i bekon. Zadzwonił do komisariatu z pytaniem, czy jest potrzebny i usłyszał, że nie. W mieszkaniu wyjął z lodówki puszkę piwa i zasiadł w swym fotelu pod oknem. W kuchni panował większy bałagan niż zwykle. Na czas robót elektrycznych musiał tu przenieść część rzeczy z przedpokoju. Nie pamiętał już, kiedy ktoś ostatni raz zaglądał do instalacji elektrycznej i podejrzewał, że nikt tego nawet nie tknął od czasu kupna mieszkania. Umówił też malarza, który po skończeniu robót elektrycznych miał całość trochę odświeżyć. Ostrzegano go, by nie szaleć z remontem, bo i tak ten, kto to kupi, będzie chciał wszystko zrobić na nowo po swojemu. Więc tylko elektryka, malowanie i na tym koniec. Na giełdzie nieruchomości powiedziano mu, że nie sposób przewidzieć, ile może dostać za swoje mieszkanie. W Edynburgu był zwyczaj oferowania domów i mieszkań na sprzedaż za „cenę od”, i to co ponad „od” mogło czasami osiągnąć trzydzieści lub czterdzieści procent ceny podstawowej. Według ostrożnej wyceny jego puste mieszkanie przy Arden Street miało wartość od 125 000 do 140 000 funtów. Hipoteka mieszkania była czysta, więc ta gotówka mogła się znaleźć bezpośrednio na koncie bankowym.

– Z taką kasą możesz od razu iść na emeryturę – zauważyła Siobhan.

No, może. Przypuszczał, że będzie się musiał podzielić pieniędzmi ze swoją byłą żoną, mimo iż rozliczył z nią jej część mieszkania bezpośrednio po rozstaniu. I oczywiście część z tej gotówki przeznaczyłby dla swojej córki, Sammy. Sammy stanowiła jeszcze jeden dodatkowy powód, by się stąd wynieść, przynajmniej tak sobie wmawiał. Uwolniła się wreszcie od wózka inwalidzkiego, na który trafiła po wypadku, ale wciąż poruszała się o kulach. Pokonanie dwóch ciągów schodów bez windy to wysiłek ponad jej możliwości… choć trudno ją było nazwać częstym gościem, nawet w czasach przed wypadkiem.

W ogóle niewielu gości go odwiedzało, jako że nie był z niego zbyt dobry gospodarz. Właściwie nigdy nie udało mu się zapełnić pustki, jaka tu została po wyprowadzeniu się jego byłej żony, Rhony. Ktoś kiedyś nazwał jego mieszkanie „pieczarą” i było w tym sporo prawdy. Stanowiło dla niego schronienie i na tym właściwie kończyła się jego rola. W mieszkaniu studentów za ścianą grała jakaś wrzaskliwa muzyka, trochę przypominająca złego Hawkwinda sprzed dwudziestu lat, co pewnie znaczyło, że jest to nagranie jakiejś nowej, modnej kapeli. Przejrzał własną kolekcję, natknął się na taśmę, którą nagrała dla niego Siobhan i wsadził ją do odtwarzacza. Zespół Mutton Birds: trzy numery z jednego z ich albumów. Pochodzili z Nowej Zelandii, czy skądś tam, a jeden z instrumentów dograno tu, w Edynburgu. I mniej więcej tyle mogła mu o nich powiedzieć. Druga z kolei piosenka nosiła tytuł Kaskady.

Wrócił na swój fotel. Na podłodze obok stała butelka. Talisker, czysty, wysublimowany smak. Nalał go do stojącej obok szklanki i wzniósłszy toast do swego odbicia w oknie, wypił. Potem zamknąwszy oczy, rozsiadł się wygodnie w fotelu. Tego pokoju nie kazał odświeżać. Nie tak dawno sam go własnoręcznie pomalował z pomocą przyjaciela i sojusznika, Jacka Mortona. Jack już nie żył i dołączył do i tak zbyt licznego grona jego upiorów przeszłości. Rebus był ciekaw, czy kiedy się stąd wyniesie, jego upiory podążą za nim. Obawiał się, że pewnie niestety tak. Zresztą tak naprawdę, chyba by mu ich brakowało.

Wszystkie piosenki mówiły o traceniu czegoś i próbach odzyskania tego czegoś. Zmieniają się miejsca, a wraz z nimi ludzie, ich marzenia zaś stają się coraz mniej możliwe do spełnienia. Rebus nie sądził, by było mu przykro żegnać się z Arden Street. Przyszła pora na zmiany.

4

W drodze do pracy Siobhan nie mogła się uwolnić od myśli o Quizmasterze. Nikt nie zadzwonił do niej na komórkę, zastanawiała się więc, czy nie wysłać mu jeszcze jednej wiadomości.

Jemu lub jej. Wiedziała, że w tej sprawie nie wolno niczego pochopnie przesądzać, jednak podświadomie Quizmaster jawił się jej jako osobnik płci męskiej. „Rygory”, „Pieklisko” – wszystko to miało dla niej bardziej męskie brzmienie. No i cały ten pomysł gry rozgrywanej komputerowo… Całość pasowała do jakiegoś pryszczatego wyrostka, nudzącego się w swoim pokoju. Jej pierwsza wiadomość Mam problem. Musimy porozmawiać. Flipaja pozostała bez odpowiedzi, postanowiła więc, że dziś skończy z udawaniem. Wyśle do niego e-maila jako ona, poinformuje go, że Flipa zniknęła i poprosi o kontakt. Przez całą noc trzymała komórkę przy łóżku, budząc się co godzinę i sprawdzając, czy nie przespała wiadomości, jednak nic nie przyszło. W końcu o świcie ubrała się i poszła na spacer. Mieszkała koło Broughton Street, w dzielnicy szybko się starzejącej. Nie było tu tak modnie jak na Nowym Mieście, z którym rejon ten sąsiadował, ale przynajmniej blisko centrum. Cała jej uliczka zdawała się obstawiona kontenerami na gruz i wiedziała, że rankiem zjawią się tu furgonetki budowlańców, którzy zaczną z sobą walczyć o każdy skrawek wolnego miejsca do zaparkowania.

Zrobiła sobie przerwę na śniadanie w knajpce otwartej już od świtu: fasolka w sosie na toście i kubek herbaty tak mocnej, że obawiała się, iż może się zatruć taniną. Potem ruszyła dalej w górę na Calton Hill, gdzie zatrzymała się, by spojrzeć na miasto budzące się do kolejnego dnia. W dole za Leith widać było stojący na redzie kontenerowiec. Wzgórza Pentland ciągnące się na południu otulone były warstwą niskich chmur jak ciepłą pierzynką. Na Princess Street nie zaczął się jeszcze poranny ruch – na razie jeździły głównie autobusy i taksówki. Najbardziej lubiła Edynburg o tej właśnie porze, zanim zacznie się codzienny zgiełk. Jednym z górujących budynków był hotel Balmoral. Siobhan przypomniała sobie babskie spotkanie zorganizowane tam przez Gill Templer… i to, co jej Gill wtedy powiedziała, że ma wystarczająco dużo kłopotów. Siobhan była ciekawa, czy chodziło jej o śledztwo, czy o sprawy dotyczące awansu. Problemem związanym z awansem była na pewno konieczność użerania się z Rebusem, który stał się teraz jej kłopotem, a nie Farmera. W biurze mówiło się, że Rebus już jej zdążył podpaść: przyłapano go pijanego w mieszkaniu zaginionej. Nieraz ostrzegano Siobhan, że zbyt się na nim wzoruje i przejmuje od niego zarówno jego zalety, jak i wady. Jej zdaniem wcale tak nie było.

Nie, oczywiście, że to nieprawda…

Droga w dół doprowadziła ją do Waterloo Place. Jeśli teraz skręci w prawo, za pięć minut będzie w domu. Jeśli skręci w lewo, za dziesięć minut znajdzie się w pracy. Skręciła w lewo, weszła na Most Północny i poszła dalej.

W komisariacie na St Leonard’s panowała cisza. W pomieszczeniach wydziału śledczego panował zaduch: całymi dniami przesiaduje tu zbyt wielu ludzi. Otworzyła okna, nalała kubek słabej kawy i zasiadła przy biurku. Na komputerze Flipy nie było żadnych wiadomości. Postanowiła się nie rozłączać i napisać nową wiadomość. Już po napisaniu kilku pierwszych słów otrzymała komunikat, że ktoś jest na linii. Wiadomość pochodziła od Quizmastera i brzmiała po prostu: Dzień dobry. Kliknęła odpowiedź i zapytała: Skąd wiedziałeś, że tu jestem? Odpowiedź była natychmiastowa.

Flipaja nie musiałaby pytać. Kim jesteś?

Siobhan pisała tak pospiesznie, że nie miała czasu poprawiać literówek. Jestem policjantką z Edynbruga. Prowadzimy śledztwo w sprawie zniknięcia Philippy Balfour. Czekanie na odpowiedź trwało pełną minutę.

Kogo?

Hasło Flipaja – napisała.

Nie ujawniła prawdziwego nazwiska. Takie są reguły.

Reguły gry? – napisała Siobhan.

Tak. Ona była z Edynburga?

Była tu studentką. Czy możemy porozmawiać? Masz mój numer komórkowy.

Czekanie na odpowiedź zdawało się znów ciągnąć w nieskończoność.

Wolę tak.

Okej – napisała Siobhan. Możesz mi coś powiedzieć o Pieklisku?

Musiałabyś zagrać w grę. Podaj mi imię, odezwę się.

Nazywam się Siobhan Clarke. Jestem detektywem w policji okręgu Lothian i Borders.

Wygląda to na twoje prawdziwe nazwisko, Siobhan. Złamałaś jedną z podstawowych reguł. Jak się to wymawia?

Siobhan poczuła, jak jej krew uderza do głowy.

Tu nie chodzi o grę, Quizmasterze.

Dokładnie o to chodzi. Jak się wymawia twoje imię?

Szii-won.

Nastąpiła dłuższa przerwa i już chciała ponownie wysłać wiadomość, kiedy nadeszła odpowiedź.

Odpowiadam na twoje pytanie. Pieklisko to jeden z poziomów gry.

Flipaja uczestniczyła w grze?

Tak. Rygory to następny poziom.

Co to za gra? Czy mogła wpaść w jakieś tarapaty?

Później.

Siobhan przez chwilę wpatrywała się w to słowo.

Co przez to rozumiesz.

Porozmawiamy później.

Potrzebna mi twoja pomoc.

To naucz się cierpliwości. Mogę się zaraz wyłączyć i nigdy mnie nie znajdziesz. Czy jesteś tego świadoma?

Tak. Siobhan chętnie by walnęła pięścią w ekran.

Później.

Później – odpisała.

I na tym się skończyło. Żadnych dalszych wiadomości. Albo się wyłączył, albo przestał się odzywać, więc pozostało jej tylko czekać. A może jednak nie? Weszła w Internet i sprawdziła hasła Quizmaster i PaganOmerta we wszystkich dostępnych wyszukiwarkach. Hasło Quizmaster dało jej kilkanaście adresów, ale czuła, że żaden z nich nie jest tym, o który jej chodzi. Hasło PaganOmerta nie dało wyniku, choć po rozdzieleniu go na dwa oddzielne słowa [Pagan (ang.) – poganin, pogański.] dostała dosłownie setki adresów, w większości witryn oferujących wierzenia spod znaku New Age. Pod adresem PaganOmerta.com też nie było niczego, zresztą hasło wyglądało bardziej na adres mailowy niż na witrynę internetową. Zrobiła sobie następną kawę. W sali zaczęli się pojawiać koledzy z porannej zmiany. Kilku z nich powiedziało jej: „Cześć”, jednak ona nawet tego nie usłyszała. Przyszło jej do głowy coś nowego. Usiadła przy biurku z książką telefoniczną i książką firm, przysunęła bliżej notes i wzięła do ręki długopis.

Zaczęła od sklepów komputerowych, aż wreszcie ktoś ją skierował do sklepu z komiksami na Moście Południowym. Komiksy kojarzyły się Siobhan z Beano czy Dandy, choć kiedyś spotykała się z chłopakiem, którego obsesja na punkcie Roku 2000 przynajmniej po części przyczyniła się do ich rozstania. Jednak ten konkretny sklep był zupełnie inny. Na półkach leżały tysiące tytułów książek z dziedziny science fiction, T-shirty i mnóstwo innych rzeczy. Przy kontuarze nastoletni sprzedawca spierał się z dwoma uczniakami na temat zalet Johna Constantine’a. Nie miała pojęcia czy Constantine to postać z komiksu, jego autor, czy może rysownik. W końcu chłopcy zauważyli ją, stojącą cierpliwie i czekającą, aż skończą. Emocje z nich opadły i stali się ponownie niezgrabnymi, tyczkowatymi dwunastolatkami – może nie przywykli rozmawiać w obecności kobiet. Pomyślała, że pewnie jeszcze w ogóle nie przywykli do kobiet.

– Słuchałam waszej rozmowy – powiedziała – i pomyślałam, że może będziecie mi mogli pomóc. – Żaden z trójki nie odezwał się ani słowem, a nastoletni sprzedawca potarł sobie policzek ze śladem po młodzieńczym trądziku. – Grywacie czasem w jakieś gry w Internecie?

– Znaczy takie jak na Dreamcast? – Popatrzyła na nich pustym wzrokiem. – No ta konsola Sony… – wyjaśnił sprzedawca.

– Chodzi mi o takie gry, którymi ktoś zarządza i kto e-mailami wysyła grającym zadania do wykonania.

– Znaczy chodzi o gry interaktywne – wyjaśnił jeden z chłopców i popatrzył na pozostałych, szukając u nich potwierdzenia.

– Graliście kiedyś w taką grę? – spytała Siobhan.

– Nie – przyznał sprzedawca. Okazało się, że żaden z pozostałych też nie.

– Tak gdzieś w połowie Leith Walk jest sklep z grami komputerowymi – poinformował sprzedawca. – Specjalizują się w D amp;D, ale może będą mogli pani pomóc.

– Co to jest D amp;D?

– Dungeons and dragons – lochy i smoki, duchy i czary, i takie tam.

– A ten sklep jakoś się nazywa? – spytała Siobhan.

– U Gandalfa – wykrzyknęli chórem wszyscy trzej.

Sklep U Gandalfa był od zewnątrz niepozorną wąską klitką wciśniętą między salon tatuażu a frytkarnię. Jeszcze bardziej zniechęcająco wyglądała zamknięta na kłódki stalowa krata zakrywająca okno wystawowe. Kiedy otworzyła drzwi, rozległ się donośny dźwięk dzwonków zawieszonych tuż nad nimi. Najwyraźniej sklep Gandalfa dawniej zajmował się czymś innym – był chyba antykwariatem – a zmiana branży nie pociągnęła za sobą żadnych zmian w wystroju. Na półkach leżały dziesiątki gier planszowych i pionków przypominających nieco surowe, nie pomalowane żołnierzyki, sterty instrukcji i podręczników z pozaginanymi rogami. Plakaty na ścianach przedstawiały wizje Armagedonu. Pośrodku sali stał składany stolik z czterema krzesłami i rozłożoną na nim planszą do gry. Nie było kontuaru ani kasy. Skrzypnęły drzwi z zaplecza i stanął w nich mężczyzna około pięćdziesiątki. Miał posiwiałą brodę i włosy związane z tyłu w kucyk. Wydatny brzuch opinała koszulka z nazwą zespołu Grateful Dead.

– Wygląda pani strasznie oficjalnie – odezwał się ponurym głosem.

– Wydział śledczy policji – odparła Siobhan, wyciągając legitymację.

– Za czynsz zalegam dopiero osiem tygodni – mruknął. Poczłapał w kierunku stolika, a Siobhan zauważyła, że na bosych stopach ma sandały, po których widać było, że tak jak ich właściciel niejedno już przeszły. Przyjrzał się rozstawieniu pionków na planszy i nagle zapytał: – Ruszała tu pani coś?

– Nie.

– Na pewno?

– Na pewno.

– No to Anthony ma przesrane, przepraszam za mój francuski. – Uśmiechnął się i spojrzał na zegarek. – Będą tu za godzinę.

– Kto taki?

– Gracze. Musiałem wczoraj zamknąć budę, zanim skończyli. Anthony musiał się wkurzyć, kiedy tak próbował wykończyć Willa.

Siobhan spojrzała na planszę. Rozmieszczenie pionków nic jej nie mówiło. Brodacz postukał w karty wyłożone obok planszy.

– Bo wszystko zależy od tego – powiedział ze złością.

– Aha – kiwnęła głową Siobhan. – Tylko obawiam się, że się na tym nie wyznaję.

– Pewno, że nie.

– Co pan chciał przez to powiedzieć?

– Nic takiego.

Jednak Siobhan była niemal pewna, że wie, o co tamtemu chodzi. Najwyraźniej był to prywatny klub, tylko dla mężczyzn, i jak wszystkie takie bastiony męskości był bardzo pod tym względem ortodoksyjny.

– Myślę, że nie będzie mi pan mógł pomóc – powiedziała, rozglądając się dookoła i starając opanować chęć podrapania się. – Interesują mnie sprawy nieco bardziej zaawansowane technicznie.

Słysząc to, wyraźnie się oburzył.

– Znaczy co?

– Gry komputerowe z podziałem na role.

– Interaktywne? – Oczy mu rozbłysły. Siobhan skinęła głową, a on znów spojrzał na zegarek, potem poczłapał do drzwi wejściowych i zamknął je na klucz. Już zaczęła się szykować do odparcia ataku, ale on przeszedł obok niej obojętnie i skierował się ku drzwiom na zaplecze. – Tędy – powiedział, a Siobhan, czując się niczym Alicja u wejścia do tunelu, podążyła za nim.

Zeszła kilka schodków w dół i znalazła się w zatęchłym pomieszczeniu bez okien, oświetlonym tylko jedną żarówką umieszczoną pod sufitem. Pod ścianami leżały sterty pudeł z grami planszowymi i ich akcesoriami, w rogu był zlew, a na suszarce obok stał czajnik i parę kubków. Za to w drugim rogu stał najnowszy model komputera z ogromnym płaskim i cienkim monitorem. Siobhan spytała gospodarza, jak mu na imię.

– Gandalf – odparł pogodnie.

– Pytam o pańskie prawdziwe imię.

– Wiem. Ale tutaj to jest moje prawdziwe imię. – Usiadł przy komputerze i rozpoczął wędrówkę myszką po ekranie, nie przestając przy tym mówić. Dopiero po chwili Siobhan zauważyła, że myszka jest bezprzewodowa. – W sieci jest mnóstwo różnych gier. Gracze łączą się w grupy i walczą albo z programem, albo między sobą. Istnieją już całe ligi. – Stuknął palcem w ekran. – Widzi pani? To jest na przykład liga Doom. – Spojrzał na nią. – Wie pani, co to Doom?

– Gra komputerowa.

Skinął twierdząco.

– Tyle że w niej gracze współpracują ze sobą w walce ze wspólnym wrogiem.

Przebiegła wzrokiem po liście drużyn.

– Na ile to wszystko jest anonimowe? – spytała.

– To znaczy, co?

– To znaczy, czy poszczególni gracze orientują się, kto jest z nimi w jednej drużynie, a kto w drużynie przeciwnej?

Poskrobał się po brodzie.

– W większości przypadków posługują się wojennymi pseudonimami.

Siobhan pomyślała o Philippie i jej specjalnym haśle e-mailowym.

– I wszyscy mogą mieć po kilka pseudonimów, czy tak?

– O tak – potwierdził. – Można obrać kilkanaście różnych ksywek. Potem spotyka się kogoś, z kim się rozmawiało setki razy, a człowiek nawet nie wie, że już go zna, bo tamten występuje pod nowym imieniem.

– Więc można na swój temat kłamać?

– Jeśli tak chce to pani nazwać. Rozmawiamy o świecie wirtualnym. W tym świecie nic nie jest „prawdziwe” jako takie. Dlatego ludzie mogą sobie wymyślać wirtualne życiorysy, jakie im się żywnie podobają.

– W sprawie, którą się teraz zajmuję, mamy do czynienia z taką grą.

– Jaką grą?

– Tego nie wiem. Ale są w niej poziomy o nazwie Pieklisko i Rygory. Wygląda na to, że grą zarządza ktoś imieniem Quizmaster.

Znów podrapał się po brodzie. Założył okulary w stalowej oprawce i gdy odwrócił się do komputera, obraz z ekranu odbijający się w soczewkach skutecznie zasłaniał mu oczy.

– Nie znam – powiedział w końcu.

– Aż czym się to panu kojarzy?

– Wygląda mi to na grę typu RPG, czyli fabularną z podziałem na role, w której Quizmaster wymyśla pytania lub stawia zadania. Może w to grać jedna albo kilkadziesiąt osób.

– Ma pan na myśli drużyny?

Wzruszył ramionami.

– Trudno powiedzieć. W jakiej to witrynie?

– Nie wiem.

Spojrzał na nią.

– Specjalnie dużo to pani nie wie.

– To prawda – przyznała.

Westchnął i spytał:

– A na ile poważna jest ta pani sprawa?

– Zaginęła młoda kobieta, która grała w tę grę.

– I nie jest pani pewna, czy te dwie sprawy się z sobą łączą?

– Właśnie.

Złożył ręce na brzuchu.

– Popytam – powiedział. – Zobaczymy, czy uda nam się znaleźć dla pani tego Quizmastera.

– Gdybym chociaż wiedziała, czego ta gra dotyczy… Kiwnął głową, a ona przypomniała sobie swój dialog z Quizmasterem.

Spytała go o Pieklisko, a on jej wtedy powiedział: Musiałabyś zagrać w grę…

Wiedziała, że czekanie na przydział służbowego laptopa będzie się ciągnęło w nieskończoność, a nawet jeśli go wybłaga, to i tak nie będzie podłączony do sieci. W drodze powrotnej na komisariat zajrzała więc do jednego ze sklepów komputerowych.

– Najtańszy, jaki mamy, kosztuje około dziewięciuset funtów – oświadczyła sprzedawczyni.

Siobhan aż się wzdrygnęła.

– A jak długo potrwałoby podłączenie go do sieci?

– To już zależy od pani serwera – odparła sprzedawczyni.

Siobhan podziękowała i wyszła ze sklepu. Wiedziała, że zawsze może użyć komputera Philippy Balfour, jednak z różnych względów nie chciała tego robić. A potem nagle ją olśniło i sięgnęła po komórkę.

– Grant? Cześć, tu Siobhan. Chciałabym cię prosić o przysługę…

Posterunkowy Grant Hood kupił sobie laptopa z tych samych powodów, z jakich kupił też odtwarzacz minidysków, DVD i cyfrową kamerę wideo. Wszystko to był sprzęt, a sprzęt to coś, co się kupuje, żeby zaimponować innym. I rzeczywiście, za każdym razem, kiedy przynosił na St Leonard’s nową zabawkę, przez pięć czy dziesięć minut znajdował się w centrum zainteresowania – a ściślej mówiąc nie on, tylko jego sprzęt. Jednocześnie Siobhan zauważyła, że Grant chętnie te cuda techniki pożycza każdemu, kto o to poprosi. Sam ich właściwie nie używał, a jeśli nawet, to nudziły mu się po kilku tygodniach. Może brało się to stąd, że nigdy nie udało mu się doczytać do końca instrukcji obsługi. Instrukcja do kamery cyfrowej była większa i grubsza od samej kamery.

Tak więc Grant z chęcią wyskoczył do domu i wrócił z laptopem. Siobhan uprzedziła go, że będzie go używać do poczty elektronicznej.

– Jest podłączony i gotowy do dzieła – oznajmił Grant.

– Będzie mi potrzebny twój adres e-mailowy i hasło.

– Ale to znaczy, że będziesz miała dostęp do mojej poczty – zasępił się.

– Powiedz mi, kochany, ile e-maili dostajesz tygodniowo?

– Trochę – odparł wymijająco.

– No to nic się nie martw. Wgram ci je do pamięci… i obiecuję, że nie będę czytać.

– To pozostaje jeszcze tylko kwestia mojego honorarium – rzekł Grant.

Spojrzała na niego zdumiona.

– Twojego czego?

– Kwestia do dyskusji. – Twarz rozjaśnił mu uśmiech.

Skrzyżowała ręce na piersiach.

– Więc, czego sobie życzysz?

– Jeszcze nie wiem. Muszę to przemyśleć…

Uznąwszy negocjacje za zakończone, Siobhan wróciła do swojego biurka. Miała kabelek do podłączenia komórki do laptopa, jednak wcześniej sprawdziła, czy w komputerze Philippy nie ma jakichś wiadomości od Quizmastera. Nie było niczego. Podłączenie laptopa do sieci zajęło jej tylko kilka minut. Zaraz potem wysłała wiadomość do Quizmastera i podała mu adres e-mailowy Granta.

Może zdecyduję się zagrać. Kolej na ciebie. Siobhan.

Po wysłaniu wiadomości nie rozłączyła się i pozostała w sieci. Miała świadomość, że za następny rachunek za komórkę przyjdzie jej zapłacić fortunę, ale odpędziła tę myśl od siebie. Jak dotąd ta gra była jej jedynym śladem i nawet jeśli nie miała zamiaru w nią zagrać, to i tak chciała się o niej dowiedzieć czegoś więcej. Widziała jak w drugim końcu sali Grant z grupką kolegów o czymś rozmawiają i co chwilę zerkają w jej stronę. Niech sobie gadają, pomyślała.

Rebus siedział na Gayfield Square, gdzie nic się nie działo. Co oznaczało, że w sali operacyjnej było gwarno jak w ulu, tylko cały ten gwar i ruch nie mógł zagłuszyć narastającego uczucia bezsilności. Pofatygował się do nich sam zastępca komendanta, któremu raport o postępach w śledztwie złożyła zarówno Gill Templer, jak i Bill Pryde. Obojgu dał do zrozumienia, że oczekuje „szybkiego dotarcia do konkluzji”. Ponieważ później oboje powtórzyli to sformułowanie, nie trudno było się domyślić, co im powiedział.

– Detektyw inspektor Rebus? – spytał jeden z mundurowych, stając przy jego biurku. – Szefowa chce z panem porozmawiać.

Gdy do niej wszedł, poleciła mu zamknąć za sobą drzwi. W pomieszczeniu było ciasno, a powietrze przesiąkło wonią ludzkiego potu. W całym komisariacie było krucho z miejscem i Gill musiała dzielić pokój z dwoma detektywami pracującymi na inne zmiany.

– Może powinniśmy zacząć adaptować cele w areszcie – powiedziała, zbierając z biurka kubki i zostając z nimi w ręku, kiedy się okazało, że nie ma ich gdzie odstawić. – Na pewno nie byłoby gorzej niż tu.

– Nie rób sobie kłopotu – odparł Rebus. – Długo tu nie posiedzę.

– Masz rację, nie posiedzisz. – Ustawiła kubki na podłodze i niemal natychmiast przewróciła jeden nogą. Usiadła za biurkiem, nie zwracając uwagi na rozlaną kawę. Rebus został na stojąco, bo tak wynikało z regulaminu, jak i z faktu, że w pokoju nie było ani jednego wolnego krzesła. – Jak ci poszło w Kaskadach?

– Szybko dotarłem do konkluzji.

Wbiła w niego wzrok.

– A mianowicie?

– Że będzie z tego dobry temat dla brukowców.

– Tak. – Kiwnęła głową. – Widziałam coś we wczorajszej popołudniówce.

– Ta baba, która znalazła lalkę – przynajmniej tak twierdzi – wciągnęła w to prasę.

– Przynajmniej tak twierdzi?

W odpowiedzi wzruszył tylko ramionami.

– Myślisz, że może być w to zamieszana?

Wsunął ręce do kieszeni spodni.

– Kto to może wiedzieć?

– Jest ktoś taki, komu się zdaje, że coś wie. Moja przyjaciółka nazwiskiem Jean Burchill. Myślę, że powinieneś z nią porozmawiać.

– A kto to taki?

– Jest kustoszem w Muzeum Szkocji.

– I twierdzi, że wie coś na temat tej lalki?

– Niewykluczone – Gill zawiesiła głos. – Twierdzi, że to nie pierwszy taki przypadek.

Rebus przyznał się Jean Burchill, że nigdy wcześniej nie był w tym muzeum.

– Parę razy byłem z córką w starym muzeum, kiedy była jeszcze dzieckiem.

Burchill cmoknęła z naganą.

– To muzeum to coś zupełnie innego, panie inspektorze. Świadczy o tym, kim jesteśmy, o naszej historii i kulturze.

– Czyli że nie ma w nim wypchanych zwierząt i totemów?

Uśmiechnęła się.

– O ile mi wiadomo, nie ma.

Opuścili ogromny, wymalowany na biało, hol wejściowy i szli przez sale wystawowe na parterze. Dotarli do niewielkiej windy i w oczekiwaniu na nią, Burchill stanęła do niego twarzą i zmierzywszy Rebusa wzrokiem, oświadczyła:

– Gill opowiadała mi o panu. – Potem drzwi windy się otworzyły i oboje weszli do środka.

– Mam nadzieję, że same dobre rzeczy – powiedział, starając się, by zabrzmiało to lekko.

Burchill spojrzała na niego rozbawiona. Mimo swego wieku sprawiała wrażenie młodej dziewczyny, u której nieśmiałość miesza się z pewnością siebie, strach z ciekawością.

– Jedziemy na czwarte piętro – oznajmiła, a kiedy drzwi windy znów się otworzyły, znaleźli się w wąskim korytarzu pełnym przedmiotów i obrazów kojarzących się ze śmiercią. – To jest dział dotyczący wierzeń – poinformowała niemal szeptem. – Czary, gusła, ceremonie pogrzebowe i zbezczeszczone groby.

Jednym z eksponatów był czarny karawan gotów zawieść kolejne zwłoki na jakiś wiktoriański cmentarz, obok zaś leżała ogromna metalowa skrzynia. Rebus nie mógł się powstrzymać, by jej nie dotknąć.

– To grzebalna kaseta – wyjaśniła, a widząc, że nie rozumie, dodała: – Przez pierwsze sześć miesięcy rodziny zmarłych trzymały trumnę ze zwłokami w takiej kasecie, żeby zniechęcić Rezurekcjonistów.

– Chodzi o złodziei zwłok, tak? – Akurat ten fragment historii był mu znany. – Takich jak Burke i Hare, którzy wykradali zwłoki i sprzedawali je uniwersytetowi?

Jean Burchill popatrzyła na niego wzrokiem nauczycielki karcącej uczniaka.

– Burke i Hare nie wykradali żadnych zwłok. Na tym cała sprawa polegała, że sami zabijali, a potem sprzedawali zwłoki do badań anatomicznych.

– Prawda – przyznał Rebus.

Przeszli obok kolejnych pogrzebowych eksponatów, a wśród nich fotografii martwych dzieci, by zatrzymać się przy ostatniej gablocie.

– Oto jesteśmy – oświadczyła Burchill. – Trumny z Arthur’s Seat.

Rebus przyjrzał się. W gablocie leżało osiem trumienek. Wszystkie długie na około piętnaście centymetrów, były starannie wykonane i miały wieczka nabite ćwiekami. W trumienkach leżały małe drewniane laleczki, niektóre ubrane, inne nie. Jedna z nich odziana była w strój w zielono-białą kratkę.

– Kibicka Hibsów – mruknął Rebus.

– Kiedyś wszystkie były ubrane, ale na niektórych materiał zbutwiał. – Wskazała fotografię umieszczoną w gablocie. – W tysiąc osiemset trzydziestym szóstym roku dzieci bawiące się na zboczu Arthur’s Seat odnalazły ukryte wejście do jaskini. Wewnątrz znajdowało się siedemnaście małych trumienek, z których przetrwało tylko te osiem.

– Musiały się nieźle wystraszyć – stwierdził Rebus, przyglądając się fotografii i próbując zgadnąć, w którym miejscu rozległego wzgórza mogła się znajdować ta jaskinia.

– Przeprowadzone badania wskazują, że trumienki wykonano w latach trzydziestych dziewiętnastego wieku.

O tym samym informowały wywieszki na eksponatach w gablocie. Obok leżały też wycinki z gazet z tamtych czasów, z których wynikało, że lalkami posługiwały się czarownice pragnące za ich pomocą rzucić urok na wybrane osoby. Inna popularna teoria głosiła, że laleczki były talizmanami na szczęście chowanymi tam przez marynarzy wyruszających w dalekie rejsy.

– Marynarze na Arthur’s Seat? – zadumał się Rebus. – To by był dość niezwykły widok.

– Czyżbym wyczuwała animozje w pańskim głosie, inspektorze?

– Nie – potrząsnął głową. – Tylko że to kawał drogi od przystani, nic więcej.

Przyjrzała mu się uważnie, ale z jego twarzy niczego nie można było wyczytać.

Rebus wrócił do oględzin trumienek. Jako bukmacher ustaliłby niewielkie przebicie dla chcących obstawić istnienie związku między tymi eksponatami a znaleziskiem z Kaskad. Był pewien, że ten, kto wykonał i podrzucił trumienkę przy wodospadzie, musiał znać te muzealne eksponaty i z jakiegoś powodu postanowił je skopiować. Rozejrzał się po licznych innych dowodach śmiertelności człowieka zebranych tu w postaci eksponatów.

– Pani to wszystko skompletowała?

Przytaknęła.

– Musi to być pani ulubiony temat spotkań towarzyskich.

– Aż by się pan zdziwił – odparła spokojnie. – Bo jak się tak zastanowić, to czy wszyscy nie są ciekawi tego, czego się obawiają?

Zjechali na dół do starej części muzeum i usiedli na ławce wyrzeźbionej w kształcie wielorybich żeber. W sadzawce obok pływały ryby, a oblegające ją dzieci wyciągały ku nim ręce i niemal ich dotykały, by jednak w ostatniej chwili z piskiem i śmiechem cofać ręce i chować za siebie. Jeszcze jeden przykład dziecięcej mieszaniny ciekawości i strachu.

Na końcu ogromnego holu umieszczono potężnych rozmiarów zegar, którego mechanizm zbudowany był ze sztucznych szkieletów i gargulców. Naga postać kobieca zdawała się być opleciona drutem kolczastym. Rebus pomyślał, że są tam pewnie jeszcze inne sceny tortur, tylko z jego miejsca niewidoczne.

– To nasz Zegar Milenijny – wyjaśniła Burchill. Rzuciła okiem na zegarek i dodała: – Za dziesięć minut będzie bił.

– Ciekawy pomysł – powiedział Rebus. – Zegar pełen cierpienia.

Spojrzała na niego.

– Nie każdy to od razu kojarzy…

Rebus wzruszył ramionami i rzekł:

– Tam na górze była wzmianka, że te laleczki wiążą się w jakiś sposób z nazwiskami Burke i Hare, prawda?

Potwierdziła ruchem głowy.

– Pogrzeb ofiar na niby. Uważa się, że mogli sprzedać do prosektorium aż siedemnaście zwłok. To była straszliwa zbrodnia. Bo widzi pan, pokrojone na kawałki ciało nie będzie potem mogło powstać w dniu sądu ostatecznego.

– Pewno, bo by mu się flaki mogły rozsypać – stwierdził Rebus, ale ona to zignorowała.

– Burke’a i Hare’a aresztowano i postawiono przed sądem. Hare zeznawał przeciwko swojemu kompanowi i tylko William Burke trafił na szubienicę. Jak pan myśli, co się później stało z jego ciałem?

Odpowiedź wydała mu się oczywista.

– Trafił do prosektorium?

– Zgadza się. Jego zwłoki trafiły do Starego Kolegium tą samą drogą, jaką przebyła większość, a może wszystkie jego nieszczęsne ofiary, i zostały wykorzystane na zajęciach z anatomii. Było to w styczniu tysiąc osiemset dwudziestego dziewiątego.

– A pani trumienki pochodzą z początku lat trzydziestych – zamyślił się Rebus. Czy ktoś kiedyś nie przechwalał się przed nim, że ma pamiątkę wykonaną ze skóry Burke’a? – A co się potem stało z jego ciałem?

Jean Burchill spojrzała na niego.

– W Sali Medycyny w muzeum znajduje się notes – powiedziała.

– Oprawiony w jego skórę?

Znów skinęła głową.

– Właściwie to mi go nawet żal. Był człowiekiem wielce pomysłowym i przedsiębiorczym. Zjawił się tu jako migrant podróżujący po kraju w poszukiwaniu pracy, któremu nędza i nadarzająca się sposobność podsunęły pomysł pierwszej transakcji. Jakiś wędrowiec zmarł w tym samym domu, nie spłaciwszy długu. Burkę wiedział, że w Edynburgu zaistniał kryzys na wydziale medycyny, który cieszył się wielką popularnością, a który nie dysponował wystarczającą liczbą zwłok do prowadzenia zajęć z anatomii.

– Czy to znaczy, że ludzie żyli wtedy dłużej?

– Wręcz przeciwnie. Ale jak już powiedziałam, pokrojone na kawałki ciało nie mogło trafić do nieba. Studenci mieli do dyspozycji jedynie zwłoki straconych przestępców. I dopiero Ustawa o Anatomii z roku tysiąc osiemset trzydziestego drugiego położyła kres procederowi okradania grobów…

Zamilkła. Zdawało się, że przez chwilę krążyła myślami wokół spływającej krwią przeszłości Edynburga. Ale i Rebus podążył tam za nią myślami. Rezurekcjoniści i portfele z ludzkiej skóry… czary i publiczne egzekucje skazańców. Na czwartym piętrze widział prócz trumienek także liczne przykłady przedmiotów używanych do czarów: specjalnie ułożone kości ludzkie i zasuszone serca zwierząt z wbitymi szpilami.

– Trafiło nam się niezłe miejsce, co?

Miał na myśli Edynburg, ale ona odniosła to do swego miejsca pracy.

– Od dziecięcych lat – powiedziała – czułam się tu lepiej i spokojniej niż gdziekolwiek w mieście. Pozornie może się wydawać, że grzebię się w ponurych sprawach, ale zapewniam pana, inspektorze, że niewielu zamieniłoby się na to, co pan robi.

– Celny strzał – potwierdził.

– A te trumny mnie interesują, bo tkwi w nich tyle tajemnic. Zasadą pracy w muzeum jest identyfikowanie i klasyfikowanie wszystkiego. Czasami możemy mieć wątpliwości co do daty lub miejsca pochodzenia jakiegoś eksponatu, ale niemal zawsze wiemy na pewno, z czym mamy do czynienia: szkatuła, klucz, pozostałości rzymskiego cmentarzyska i tak dalej.

– Natomiast w przypadku tych trumien nie jesteście pewni, co one oznaczają, czy tak?

– Właśnie. – Uśmiechnęła się. – A dla kustosza to sytuacja szalenie deprymująca.

– Znam to uczucie – potwierdził. – Czuję się tak samo, kiedy nie udaje mi się rozwiązać jakiejś sprawy. Strasznie mnie to wtedy prześladuje.

– Więc człowiek cały czas o tym myśli… szuka coraz to nowych teorii…

– Albo nowych podejrzanych.

Spojrzeli na siebie z nowym zainteresowaniem.

– Może mamy więcej ze sobą wspólnego, niż myślałam – stwierdziła.

– Bardzo możliwe – przyznał Rebus.

Zegar zaczął bić, choć jego wskazówka nie dotarła jeszcze do dwunastej.

Pod zegarem zebrała się grupka zwiedzających, a dzieci z otwartymi ustami wpatrywały się w ożywające nagle złowrogie postacie. Rozbrzmiały dzwony i odezwała się złowieszczo brzmiąca muzyka organowa. Wahadło miało lustrzany połysk i patrząc na nie, Rebus zdołał dojrzeć, jak przez ułamek sekundy odbija się w nim on sam, jak i cały tłumek gapiów.

– Warto się temu przyjrzeć z bliska – powiedziała Jean.

Podnieśli się z ławki i wmieszali w tłum pod zegarem. Rebusowi zdało się, że rozpoznaje wyrzeźbione w drzewie figurki Hitlera i Stalina. Obaj stali pochyleni i przerzynali coś zębatą piłą.

– A to jeszcze nie wszystko – usłyszał głos Jean Burchill. – Były jeszcze inne lalki, znalezione gdzie indziej.

– Co takiego? – Oderwał wzrok od zegara, by spojrzeć na nią.

– Najlepiej będzie, jak panu wyślę wszystko, co mam na ten temat…

Resztę piątku Rebus spędził na czekaniu na koniec zmiany. Zdjęcia z garażu Davida Costello powieszono na jednej ze ścian sali operacyjnej, dokładając je do wiszącej już mozaiki innych fotografii. Jego MG było w kolorze granatowym i miało otwierany dach. Ekipie nie pozwolono zdjąć odcisków palców z karoserii i opon, co nie powstrzymało ich od dokładnych oględzin. Samochód nie był ostatnio myty. Gdyby było inaczej, na pewno nie omieszkaliby zapytać Costello dlaczego. Udało się zdobyć kolejne fotografie przyjaciół i znajomych Philippy i okazać je profesorowi Devlinowi. Przemycono wśród nich kilka zdjęć Davida, co skończyło się tym, że profesor z oburzeniem zarzucił im stosowanie „podstępnych i godnych pogardy chwytów”.

Minęło już pięć dni od tamtej niedzieli i jej zniknięcia. Im się Rebus wnikliwiej przyglądał mozaice na ścianie, tym mniej z niej wynikało. Pomyślał przy tej okazji o Zegarze Milenijnym, z którym było dokładnie odwrotnie: im dłużej mu się przyglądał, tym więcej dostrzegał szczegółów, wypatrując kolejne drobne figurki w tłumie innych. Całość wydała mu się pomnikiem ku czci tych, którzy odeszli w zapomnienie. Na swój sposób ściana w sali operacyjnej – te wszystkie zdjęcia, faksy, wykresy i rysunki – też była jak pomnik. Tyle że w pewnym momencie – i to bez względu na to, jak się sprawa potoczy – pomnik ten zostanie zdjęty i przeniesiony do jakiegoś pudła w archiwum, czas jego życia bowiem określony jest przez czas trwania akcji poszukiwawczej.

Takie pomniki bywały tu już wcześniej – z innymi twarzami i z innymi sprawami, nie zawsze doprowadzając do rozwiązania w pełni zadowalającego. Starał się tym zbytnio nie przejmować, chcąc zachować obiektywizm, tak jak mu to wiecznie kładziono do głowy podczas szkoleń i seminariów, ale nie było to łatwe. Farmer wciąż jeszcze wspominał chłopca ze swego pierwszego tygodnia służby, a i Rebus miał własne wspomnienia tego typu. I dlatego punktualnie z końcem zmiany udał się do domu, wziął prysznic i przebrał się, po czym zasiadł na godzinkę w swym ulubionym fotelu ze szklaneczką Laphroaig w ręku i płytą Rolling Stonesów na gramofonie: Beggars Banquet. Szklaneczek miało być zresztą więcej niż jedna. Po obu stronach fotela leżały dywany zrolowane i przeniesione tu z holu i z sypialni. Na podłodze zwalono materace i ustawiono szafy i komody… Pokój przypominał wyglądem skład ze starzyzną. Ale zostawiono mu wolne przejście od drzwi do jego fotela i od fotela do wieży hi-fi, a nic mu więcej nie było potrzebne. Płyta Stonesów skończyła się, kiedy szklaneczka była jeszcze do połowy pełna, nastawił więc następny album, tym razem Desire Boba Dylana, a z niego utwór Hurricane będący skargą na niesprawiedliwość i fałszywe oskarżenia. Wiedział, że czasami takie rzeczy dzieją się z rozmysłem, czasami przypadkowo. Zetknął się już ze sprawami, w których wszystkie zebrane dowody zdawały się wskazywać na jednego podejrzanego, i wtedy nagle zjawiał się ktoś zupełnie inny i przyznawał się do winy. I jednocześnie w przeszłości – bardzo odległej przeszłości – zdarzyło się raz czy drugi, że jakiegoś kryminalistę świadomie oskarżono o przestępstwo, tylko po to, by się go pozbyć z ulic miasta lub by zaspokoić społeczne oczekiwanie, że kogoś spotka kara. Zdarzały się też sytuacje, że wiadomo było niemal na pewno, kto jest winien, ale nie było szansy na udowodnienie tego przed prokuratorem. Paru gliniarzom zdarzyło się wtedy przeciągnąć strunę.

Wzniósł za nich niemy toast i dojrzał swoje odbicie w szybie okiennej. Wzniósł więc drugi toast za siebie, a potem chwycił słuchawkę i zadzwonił po taksówkę.

Dokąd kurs? Do pubu.

W barze Oxford wdał się w rozmowę z jednym ze stałych bywalców i wspomniał o swej wycieczce do Kaskad.

– Nigdy przedtem nie słyszałem o takiej miejscowości – przyznał.

– Zaraz, moment – zastanowił się jego rozmówca. – Słyszałem już o Kaskadach. Czy nie stamtąd przypadkiem pochodzi Mały Billy?

Mały Billy też był stałym bywalcem baru Oxford. Po sprawdzeniu okazało się, że Małego Billy’ego jeszcze tu dziś nie było, ale dwadzieścia minut później zjawił się, wciąż jeszcze odziany w strój szefa kuchni, którą to funkcję pełnił w pobliskiej restauracji. Ocierając pot z czoła, przecisnął się do baru.

– Już po robocie? – zapytał ktoś ze stojących przy barze.

– Przerwa na szluga – odparł, rzucając okiem na zegarek. – Nalej mi jedno duże, Margaret.

W czasie, gdy barmanka zajęła się nalewaniem, Rebus dopił resztę swojego piwa, wyciągnął ku niej kufel po następne, oświadczając, że płaci za oba.

– Dzięki, John – powiedział Billy, nieprzywykły do takich gestów. – Jak tam twoje bandziory?

– Byłem wczoraj w Kaskadach. To prawda, że stamtąd pochodzisz?

– Jasne, prawda! Tylko, że już wieki tam nie byłem.

– To znaczy, że nie poznałeś Balfourów?

Billy potrząsnął głową.

– To już nie moje czasy. Zanim się tam wprowadzili, ja już byłem w college’u. Dzięki, Margaret. – Uniósł kufel. – Twoje zdrowie, John.

Rebus podał barmance pieniądze, uniósł kufel i patrzył, jak Billy trzema łapczywymi haustami opróżnia połowę zawartości.

– O Jezu, od razu lepiej – westchnął.

– Dużo pracy? – spytał Rebus.

– Nie więcej niż zwykle. To ty się zajmujesz sprawą Balfourów?

– Podobnie jak wszyscy inni gliniarze w całym mieście.

– Jak ci się podobały Kaskady?

– Wielkie nie są.

Billy uśmiechnął się i sięgnął do kieszeni po bibułki i tytoń.

– Pewnie od moich czasów trochę się tam zmieniło.

– Jesteś chłopakiem z Błoni?

– Skąd wiedziałeś? – zapytał Billy, zapalając skręta.

– Udało mi się zgadnąć.

– Górnicze pochodzenie, oto ja. Dziadek całe życie przepracował na dole. Ojciec poszedł w jego ślady, ale go potem zwolnili.

– Ja też się wychowałem w miasteczku górniczym – powiedział Rebus.

– No to wiesz, jakie to uczucie, kiedy likwidują kopalnię. Do tego momentu Błonia były fajne. – Billy przeniósł się myślą do obrazów z młodości.

– Osiedle wciąż tam stoi – rzekł Rebus.

– Tak, wiem, ale to już nie to samo… to już nie może być to samo. Tak jak wtedy, kiedy wszystkie mamy szorowały schodki, żeby były bielsze niż białe. A ojcowie strzygli trawniki. I wszyscy chodzili do wszystkich na ploteczki albo żeby coś pożyczyć. – Przerwał i zamówił jeszcze dwa piwa. – Słyszałem, że ostatnio Kaskady zrobiły się modne wśród yuppies. Dla miejscowych wszystko poza Błoniami było zbyt drogie, żeby mogli coś kupić. Więc młodzi dorastali i wynosili się, tak jak ja. A opowiadali ci o kamieniołomie?

Rebus potrząsnął głową i nastawił uszu.

– To było ze dwa, może trzy lata temu. Powstał pomysł uruchomienia kamieniołomu tuż koło wioski. Miało być mnóstwo pracy dla miejscowych i w ogóle. I wtedy nagle pojawiła się ta petycja. Tyle że nikt na Błoniach jej nie podpisywał ani jej nawet nie widział na oczy. Ale wystarczyła, żeby kamieniołom nie powstał.

– Robota yuppies?

– Wszystko jedno, jak ich tam nazwiesz. W każdym razie mieli dość siły przebicia. Może i pan Balfour też się do tego dołączył. Kaskady… – Potrząsnął ze smutkiem głową. – To już nie to, co kiedyś, John. – Skończył palić skręta i zdusił niedopałek w popielniczce. A potem nagle coś sobie przypomniał. – Zaraz, z ciebie jest przecież miłośnik muzyki, nie?

– Zależy jakiej.

– Lou Reed. Daje występ w Playhouse. Mam dwa wolne bilety.

– Zastanowię się, Billy. Masz czas na jeszcze jedno? – Wskazał głową żałosne resztki w kuflu Billy’ego.

Kucharz spojrzał na zegarek.

– Muszę wracać. Może następnym razem, co?

– Następnym razem – skinął Rebus.

– I daj mi znać, co z tymi biletami.

Rebus ponownie przytaknął i patrzył, jak Billy rusza do drzwi i wychodzi na dwór. Lou Reed: oto nazwisko związane ze wspomnieniami. Walk on the Wild Side to jeden z jego najukochańszych utworów wszech czasów. I solówka basowa grana przez tego samego faceta, który napisał Grandad dla aktora z serialu Dad ‘s Army. Czasami jest tak, że do głowy ciśnie się zbyt dużo informacji.

– Jeszcze jedno, John? – spytała barmanka.

Potrząsnął głową.

– Słyszę, jak mnie też wzywają na stronę – powiedział, zsuwając się ze stołka i ruszając ku drzwiom.

5

W sobotę poszedł z Siobhan na mecz. Stadion przy Easter Road był zalany słońcem i biegający gracze rzucali długie cienie na murawę. Rebus złapał się na tym, że przez dłuższą chwilę obserwował ten taniec cieni na trawie z większym zainteresowaniem niż samą grę. Czarne marionetki o kształtach niezbyt przypominających ludzkie, grające w coś zupełnie nie przypominającego piłki nożnej. Trybuny były pełne, tak jak tylko podczas lokalnych derby lub gdy do miasta przyjeżdżała drużyna z Glasgow. Tym razem chodziło o mecz z Rangersami. Siobhan miała kartę wstępu na cały sezon, a Rebus siedział obok niej dzięki temu, że inny posiadacz karty sezonowej nie mógł dzisiaj przyjść.

– Jakiś twój znajomy? – spytał Rebus.

– Wpadliśmy na siebie parę razy w pubie po meczu.

– Sympatyczny?

– Sympatyczny i żonaty – roześmiała się Siobhan. – Kiedy wreszcie przestaniesz mnie swatać?

– Tak tylko spytałem – odparł z uśmiechem. Zauważył, że na stadionie pracują kamery telewizyjne. Oczywiście koncentrują się na graczach na boisku, a publiczność stanowi dla nich tylko rozmazane tło lub sposób na zapełnienie przerw. Jednak Rebusa głównie interesowali kibice. Ciekaw był ich osobistych losów, tego, co robią poza chodzeniem na mecze. Nie był w tym odosobniony. Wokół niego było mnóstwo widzów, którzy zdawali się interesować zachowaniem tłumu w równym stopniu, co grą na boisku. Inaczej niż Siobhan, która zaciskając zbielałe z wysiłku palce na końcach szalika w klubowych barwach, obserwowała grę z takim samym skupieniem, z jakim podchodziła do swej pracy w policji. Wykrzykiwała rady i słowa zachęty pod adresem zawodników i wykłócała się o decyzje sędziego z kibicami siedzącymi obok. Mężczyzna siedzący po drugiej stronie Rebusa zdawał się równie przejęty grą. Był otyły i miał czerwoną twarz zroszoną kropelkami potu. Rebus pomyślał, że wygląda tak, jakby za chwilę miał dostać zawału. Mruczał coś pod nosem z rosnącym zacietrzewieniem. W pewnej chwili zaczął wściekle warczeć, potem nagle zdał sobie z tego sprawę, zamilkł i popatrzył na boki z wyrazem zawstydzenia na twarzy. Po chwili cały cykl zaczął się od nowa.

– Spokojnie… mówię ci, spokojnie synku – mruczał właśnie pod adresem jednego z graczy.

– Masz jakieś nowości w sprawie? – spytał Rebus, zwracając głowę ku Siobhan.

– Dziś mam wolne, John – odparła, nie odrywając wzroku od boiska.

– Wiem, tak tylko spytałem…

– Teraz spokojnie… i do przodu, synku, ruszaj do przodu. – Grubas kurczowo uchwycił się oparcia krzesełka przed nim.

– Możemy po meczu wstąpić na drinka – zaproponowała Siobhan.

– Spróbuj mnie od tego powstrzymać – odparł Rebus.

– Tak jest, synku, i o to chodzi! – Głos grubasa wzbierał niczym fala morska.

Rebus wyciągnął kolejnego papierosa. Słonecznie może jest, pomyślał, ale na pewno nie za ciepło. Znad Morza Północnego wiał zimny wiatr i w jego porywach nawet mewy nad ich głowami musiały walczyć, by się nie dać porwać.

– I dawaj teraz! – Grubas już wrzeszczał. – No, dawaj, wal w tego tłustego szkopskiego drania! – A potem popatrzył na boki i uśmiechnął się przepraszająco.

Rebusowi udało się w końcu zapalić papierosa i teraz wyciągnął paczkę w stronę grubasa, jednak ten przecząco potrząsnął głową.

– Wie pan, jak krzyczę, to mi trochę emocje opadają – powiedział.

– Niech panu opadają na zdrowie, kolego – odparł Rebus, a potem wszystko utonęło w jednym potężnym wrzasku, jaki podniosła Siobhan wraz z tysiącem innych na znak jednomyślnego i w pełni obiektywnego protestu wobec jakiegoś przewinienia na Hibsach, którego Rebus – podobnie jak sędzia na boisku – w ogóle nie zauważył.

Jej stały pub pękał w szwach, a wciąż przybywali następni. Rebus zerknął do środka i zaproponował, żeby poszli gdzie indziej.

– To tylko pięć minut stąd, a będzie dużo spokojniej.

– No dobrze – powiedziała, jednak w jej tonie słychać było zawód. Drink po meczu wspomagał analizę przebiegu gry, a wiedziała, że na niego nie ma co liczyć.

– I zdejmij już ten szalik – zarządził. – Nigdy nie wiadomo, kiedy się możesz nadziać na niebieskich.

– Nie tutaj – powiedziała z przekonaniem i pewnie miała rację.

Policja licznie otaczająca stadion ze znajomością rzeczy kierowała tłumy kibiców Hibsów wzdłuż Easter Road, a wszystkich przyjezdnych z Glasgow wysyłała pod górę, w stronę dworca autobusowego i kolejowego. Siobhan podążyła za Rebusem, który przeciął Lorne Street i przedostał się na Leith Walk, skąd ostatni wymęczeni zakupami przechodnie rozchodzili się już do domów. Pub, o który mu chodziło, był dość niepozornym lokalem ze stożkowatymi oknami i ciemnoczerwonym dywanem upstrzonym licznymi plamami i śladami po papierosach. Z telewizora dobywały się wybuchy entuzjazmu publiczności oglądającej jakiś teleturniej, z rogu sali zaś słychać było serię przekleństw, jakimi obrzucali się dwaj wiekowi kompani od kieliszka.

– Ty to rzeczywiście wiesz, jak uhonorować damę – żachnęła się Siobhan.

– A dama ma ochotę na bacardi breezer? A może na Moskiewskiego Muła?

– Dużego pilsa – odpowiedziała Siobhan wyzywającym tonem.

Dla siebie Rebus zamówił duże eighty i małą słodową whisky. Kiedy usiedli przy stoliku, Siobhan pomyślała, że Rebus zna wszystkie najgorsze puby w całym mieście.

– Dzięki – kiwnął głową, a w jego tonie nie było śladu ironii. – No to – uniósł swoją szklanicę – co nowego słychać w komputerze Philippy Balfour?

– Okazuje się, że uczestniczyła w jakiejś grze. Niewiele o niej wiem. Grę prowadzi ktoś o pseudonimie Quizmaster. Nawiązałam z nim kontakt.

– No i co?

– No i – westchnęła – czekam, żeby się ze mną skontaktował. Jak dotąd wysłałam do niego kilkanaście maili, ale bez rezultatu.

– Nie ma jakiegoś innego sposobu, żeby go znaleźć?

– Ja takiego sposobu nie znam.

– A co to za gra?

– Nie mam zielonego pojęcia – przyznała, zabierając się do swego piwa. – Gill zaczyna już przebąkiwać, że to ślepa uliczka. Kazała mi zamiast tego zająć się przesłuchiwaniem studentów.

– To tylko dlatego, że sama byłaś na studiach.

– Wiem. Jeśli można się do czegoś przyczepić u Gill to do tego, że bywa nieco zbyt dosłowna.

– Ona się bardzo dobrze wyraża o tobie – powiedział Rebus uroczyście i zarobił kuksańca w ramię.

Siobhan uniosła kufel, a jej twarz nagle spoważniała.

– Zaproponowała mi stanowisko rzeczniczki – oznajmiła.

– Tak myślałem. I co, przyjmiesz je? – spytał, a ona potrząsnęła głową przecząco. – Z powodu tego, co się przydarzyło Ellen Wylie?

– Właściwie to nie.

– No to dlaczego?

Wzruszyła ramionami.

– Jeszcze chyba nie jestem gotowa.

– Na pewno jesteś gotowa – rzekł z przekonaniem Rebus.

– Ale to już nie będzie wtedy prawdziwa robota policyjna, prawda?

– Ale za to będzie to krok w górę.

Wpatrzyła się w zawartość kufla.

– To, to ja wiem – powiedziała.

– A kto pełni tę funkcję teraz?

– Chyba sama Gill – odparła, i po chwili dodała: – Odnajdziemy chyba ciało Flipy, jak myślisz?

– Może.

Spojrzała na niego.

– Sądzisz, że ona wciąż żyje?

– Nie – odpowiedział posępnie. – Nie sądzę.

Tego wieczoru Rebus odwiedził jeszcze kilka innych barów, początkowo krążąc w pobliżu domu, jednak później, po wyjściu od Swany’s złapał taksówkę i kazał się zawieść na Young Street. Próbował zapalić, ale taksówkarz poprosił go, by tego nie robił, i dopiero wtedy zauważył tabliczkę PROSZĘ NIE PALIĆ.

Niezły ze mnie detektyw, powiedział do siebie w duchu. Starał się teraz jak najwięcej czasu spędzać poza domem. Ekipa dokonująca wymiany instalacji elektrycznej przerwała pracę w piątek o piątej, zostawiając zerwaną do połowy klepkę podłogową i liczne zwoje przewodów. Zerwano również listwy maskujące ze ścian, odsłaniając gołe mury. Elektrycy pozostawili u niego wszystkie swoje narzędzia, żartując, że „tu będą bezpieczne”, co miało być aluzją do jego zawodu. Powiedzieli, że może wpadną jeszcze w sobotę rano, ale nie wpadli. Tak więc na weekend jego mieszkanie zostało w stanie niemal nie nadającym się do użytku, z połową podłogi zerwaną lub ruszającą się pod stopami i ze zwojami kabli, o które wiecznie się potykał. Śniadanie zjadł w pobliskiej kafejce, lunch w pubie, a teraz marzyła mu się na kolację porcja haggis [szkocka potrawa z podróbek baranich, gotowanych w owczym żołądku.] uzupełniona kawałkiem wędzonej kiełbasy. Jednak najpierw należało zaliczyć bar Oxford.

Wcześniej spytał Siobhan o jej plany.

– Gorąca kąpiel i dobra książka – odparła. Wiedział jednak, że kłamie, ponieważ Grant Hood nie omieszkał poinformować połowy komisariatu o tym, że się z nią umówił na wieczór, co miało stanowić honorarium za pożyczenie laptopa. Jednak nie zdradził się przed nią, że coś wie. Uznał, że jeśli nie chce się przyznać, to jej sprawa. Wiedząc jednak, co się święci, nawet nie próbował jej namawiać na kolację u Hindusa czy na kino. Dopiero kiedy się rozstawali przed pubem na Leith Walk przyszło mu do głowy, że może to jednak nieelegancko z jego strony. Byli parą ludzi nie mających żadnych konkretnych planów na sobotni wieczór, więc czy nie byłoby rzeczą naturalną, że jej zaproponuje, by wspólnie go spędzili? I czy nie poczuje się urażona, jeśli tego nie zrobi?

– Życie jest zbyt krótkie – zamruczał pod nosem i zapłacił za taksówkę. Myśl ta towarzyszyła mu jeszcze, kiedy wszedł do środka i zobaczył znajome twarze. Poprosił barmana Harry’ego o książkę telefoniczną.

– Weź se sam – odparł Harry, usłużny jak zwykle.

Rebus zaczął przerzucać stronice, jednak nie mógł znaleźć szukanego numeru. A potem przypomniał sobie, że przecież dała mu swoją wizytówkę. Znalazł ją w kieszeni. Dopisała na niej ołówkiem numer domowy. Wyszedł na zewnątrz i uruchomił swoją komórkę. Na palcu nie miała obrączki, tego był pewien. Telefon dzwonił i dzwonił. Sobota wieczór, pewnie gdzieś wyszła…

– Halo?

– Pani Burchill? Mówi John Rebus. Przepraszam, że niepokoję w sobotni wieczór.

– Nie szkodzi. Czy coś się stało?

– Nie, nie, nic… Pomyślałem tylko, że może moglibyśmy się spotkać. Bardzo mnie pani zaciekawiła tą tajemniczą uwagą o innych lalkach.

Zaśmiała się.

– I chce się pan teraz ze mną spotkać?

– Nie, ale pomyślałem, że może jutro. Wiem, że to dzień wypoczynku i tak dalej, ale może udałoby się nam połączyć przyjemne z pożytecznym. – Aż się sam skrzywił na dźwięk tych słów. Powinien to sobie wszystko wcześniej przemyśleć i przygotować – co jej powie i jak.

– I jak pan to sobie wyobraża? – spytała tonem, w którym usłyszał rozbawienie. W tle słychać było muzykę: jakaś klasyka.

– Może lunch?

– Gdzie?

No rzeczywiście, gdzie? Już nie pamiętał, kiedy ostatni raz zapraszał kogoś na lunch. Chciał, żeby miejsce zrobiło na niej wrażenie, żeby to było gdzieś, gdzie będzie…

– Zgaduję – powiedziała – że w niedziele lubi pan wyskoczyć na smażeninę. – Było niemal tak, jakby wyczuła jego zmieszanie i próbowała mu pomóc.

– Tak łatwo mnie przejrzeć?

– Wręcz przeciwnie. Jest pan do szpiku kości wzorem szkockiego samca. Ja natomiast lubię coś prostego, świeżego i zdrowego.

Rebus roześmiał się.

– Czyli na pierwszy rzut oka widać brak zgodności.

– Niekoniecznie. Gdzie pan mieszka?

– Marchmont.

– No to zjedzmy lunch w Fenwick’s – oświadczyła. – Idealnie pasuje.

– Wspaniale – odpowiedział. – Wpół do pierwszej?

– Już się cieszę. Dobranoc, panie inspektorze.

– Mam nadzieję, że nie będzie mnie pani przez cały lunch męczyła tym inspektorem.

Zdało mu się, że w ciszy, jaka nastała, słyszy, jak się uśmiecha.

– Do zobaczenia jutro, John.

– Życzę miłej reszty wie… – Nie dokończył zdania, bo odłożyła już słuchawkę.

Wrócił do pubu i znów wziął do ręki książkę telefoniczną. Fenwick’s na Salisbury Place. Niecałe dwadzieścia minut spacerkiem od jego mieszkania. Musiał tamtędy przejeżdżać dziesiątki razy. Pięćdziesiąt metrów od tego miejsca Sammy miała wypadek, pięćdziesiąt metrów dalej morderca próbował go ugodzić nożem. Jutro postara się, by się od tych wspomnień uwolnić.

– Jeszcze raz to samo, Harry – powiedział, wspinając się na palce.

– Poczekaj na swoją kolej, jak wszyscy – burknął Harry, ale Rebus wcale się tym nie przejął. Nic a nic go to nie obeszło.

Przyszedł dziesięć minut za wcześnie.

Ona wkroczyła do środka pięć minut po nim, czyli też była przed czasem.

– Ładnie tu – powiedział na przywitanie.

– Prawda?

Miała na sobie dwuczęściowy czarny kostium i popielatą jedwabną bluzkę. Tuż nad lewą piersią połyskiwała krwistoczerwona broszka.

– Mieszkasz gdzieś w pobliżu? – zapytał.

– Niezupełnie. W Portobello.

– Ależ to szmat drogi stąd! Trzeba było powiedzieć.

– Dlaczego? Lubię tu przychodzić.

– Często jadasz na mieście? – Wciąż próbował się oswoić z myślą, że chciało jej się przyjechać na lunch aż do Edynburga.

– Kiedy tylko mam okazję. Jedną z dodatkowych zalet mojego doktoratu jest to, że kiedy dzwonię w sprawie rezerwacji, to proszę o stolik dla „doktor Burchill”.

Rebus rozejrzał się wokół. Poza nimi, zajęty był tylko jeszcze jeden stół w przedniej części sali. Wyglądało to na jakąś rodzinną fetę: dwoje dzieci i sześcioro dorosłych.

– Dziś nie zrobiłam rezerwacji. Tu w porze lunchu nigdy nie ma tłumów. No to co zamawiamy?

Myślał początkowo o przystawce i drugim daniu, jednak ona zdawała się być przekonana, że naprawdę ma ochotę na smażeninę, więc ją zamówił. Ona zdecydowała się na zupę i kaczkę. Uzgodnili, że jednocześnie zamówią wino i kawę.

– Prawdziwy brunch [(ang.) – połączenie późnego śniadania z lunchem] – rzekła. – Typowo niedzielny.

Pomyślał, że istotnie. Powiedziała mu także, że jeśli chce, może palić, jednak on nie skorzystał. Przy rodzinnym stole troje paliło, ale na razie nie czuł jeszcze przymusu.

Zaczęli rozmowę od Gill Templer, znajdując w niej wspólny lemat. Pytania Jean były dociekliwe.

– Czasami trochę ją ponosi, nie uważasz?

– Robi to, co do niej należy.

– Między wami coś kiedyś było, prawda?

Otworzył szeroko oczy.

– Ona ci to powiedziała?

– Nie. – Jean zawiesiła głos i wygładziła sobie serwetkę na kolanach. – Ale domyśliłam się z tego, jak kiedyś o tobie opowiadała.

– Kiedyś?

Uśmiechnęła się.

– W końcu to było dawno temu, prawda?

– W czasach prehistorycznych – potwierdził niechętnie. – A ty?

– Mam nadzieję, że ja nie należę do prehistorii.

Uśmiechnął się.

– Chodziło mi o to, żebyś mi coś opowiedziała o sobie.

– Urodziłam się w Elgin. Oboje rodzice byli nauczycielami. Skończyłam uniwersytet w Glasgow. Grzebałam się w archeologii. Potem zrobiłam doktorat na uniwersytecie w Durham, a następnie studia podyplomowe za granicą – Stany i Kanada – ze specjalizacją w dziewiętnastowiecznych migracjach. Zaczęłam pracę jako kustosz w muzeum w Vancouver, potem, kiedy nadarzyła się okazja, wróciłam tutaj. Przez prawie dwanaście lat pracowałam w starym muzeum, teraz przeszłam do nowego. – Wzruszyła ramionami – Mniej więcej tyle.

– Skąd znasz Gill?

– Przez kilka lat w szkole byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami. Potem na jakiś czas straciłyśmy kontakt…

– Nigdy nie byłaś mężatką?

Wbiła wzrok w talerz.

– Byłam. Krótko, w Kanadzie. Zmarł młodo.

– Przykro mi.

– Bill zapił się na śmierć, choć jego rodzina nigdy w to nie uwierzyła. Myślę, że głównie dlatego wróciłam do Szkocji.

– Dlatego że zmarł?

Potrząsnęła głową.

– Gdybym tam została, musiałabym uczestniczyć w tworzeniu mitu, który oni postanowili zbudować.

Rebus pomyślał, że chyba wie, o co jej chodzi.

– A ty masz córkę, prawda? – odezwała się nagle, wyraźnie chcąc zmienić temat.

– Samanthę, tak… Ma już dwadzieścia parę lat.

Jean roześmiała się.

– Ale nie wiesz dokładnie ile?

Starał się uśmiechnąć.

– To nie to. Miałem zamiar powiedzieć, że jest inwalidką. Ale to cię pewnie specjalnie nie interesuje.

– Och… – Zamilkła na chwilę, a potem spojrzała na niego i dodała: – Ale musi to być ważne dla ciebie, bo inaczej nie byłaby to pierwsza myśl, jaka ci w związku z nią przychodzi do głowy.

– To prawda. Ale jej stan się polepsza i już zaczyna chodzić. Z pomocą takiego balkonika, jak używają starzy ludzie.

– No to chwała Bogu – powiedziała.

Kiwnął głową. Nie miał ochoty opowiadać jej całej historii, a i ona nie paliła się, by go wypytywać.

– Jak zupa?

– Bardzo dobra.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu, potem zaczęła go rozpytywać o pracę w policji. W jej pytaniach znów była nie obowiązująca ciekawość, jaką okazuje się komuś nowo poznanemu. Zazwyczaj Rebus czuł się skrępowany, kiedy musiał opowiadać o swojej pracy. Nigdy nie był pewien, czy ludzi to naprawdę interesuje. A nawet jeśli tak, to był przekonany, że nie chcą słuchać o tych wszystkich brutalnych i odrażających szczegółach związanych z samobójstwami i krojeniem zwłok, o banalnych niesnaskach i chwilach załamań, które prowadzą ludzi za kratki. O domowych kłótniach i zabójstwach kuchennymi nożami, o sobotnich wieczorach, które wymknęły się spod kontroli, o zawodowych bandziorach i narkomanach. Zawsze bał się, że kiedy zacznie o tym wszystkim mówić, brzmieniem głosu zdradzi swą pasję do zawodu. Mógł mieć bowiem wiele wątpliwości co do metod i ewentualnych rezultatów, natomiast sama praca w policji wciąż dostarczała mu dreszczyku emocji. Czuł, że ktoś taki jak Jean Burchill zdoła przebić się przez zewnętrzną skorupę, zajrzeć głębiej do środka i znaleźć tam dużo więcej. I zdać sobie sprawę, że jego umiłowanie do tej pracy jest w rzeczywistości przejawem chęci grzebania się w cudzych sprawach i wyrazem jego tchórzostwa. Wgryzał się w szczegóły życia innych ludzi i w ich problemy po to, by nie musieć się zastanawiać nad własnymi wadami i klęskami.

– Masz zamiar to wreszcie zapalić? – zapytała Jean z rozbawieniem w głosie.

Spojrzał w dół i stwierdził, że trzyma nie zapalonego papierosa. Roześmiał się, wyciągnął z kieszeni paczkę i wsunął do niej papierosa.

– Naprawdę mi to nie przeszkadza – zapewniła go.

– Wyciągnąłem go zupełnie odruchowo – powiedział, a potem, by pokryć zmieszanie, dodał: – Miałaś mi opowiedzieć o tych innych lalkach.

– Po jedzeniu – oświadczyła zdecydowanym tonem.

Jednak po jedzeniu poprosiła o rachunek i stanęło na tym, że zapłacą go po połowie. Potem wyszli na dwór, gdzie popołudniowe słońce starało się wszelkimi siłami zwalczyć panujący wcześniej chłód.

– Przejdźmy się na spacer – zaproponowała, wsuwając mu rękę pod ramię.

– Dokąd?

– Na Błonia? – zaproponowała i tak zrobili.

Promienie słoneczne zwabiły wielu ludzi na okolone drzewami trawiaste place i boiska. W powietrzu fruwały frisbee, a biegacze i rowerzyści przemykali obok. Młodzi chłopcy pozdejmowali T-shirty i leżeli na trawie, obłożywszy się puszkami z cydrem. Jean zaczęła mu opowiadać historię tego miejsca.

– O ile wiem, był tu kiedyś staw – mówiła. – Natomiast na pewno w Bruntsfield mieściły się kamieniołomy, a Marchmont było farmą.

– Teraz bardziej to przypomina zoo – wtrącił.

Spojrzała na niego z ukosa.

– Bardzo się starasz popisywać swoim cynizmem, prawda?

– Jeśli go nie ćwiczę, to rdzewieje.

Doszli do Jawbone Walk i tam postanowiła, że przejdą na drugą stronę i ruszą w górę Marchmont Road.

– To gdzie ty dokładnie mieszkasz? – spytała.

– Na Arden Street, boczna od Warrender Park Road.

– To niedaleko stąd.

Uśmiechnął się, próbując uchwycić jej wzrok.

– Czy to znaczy, że przymawiasz się, żeby cię zaprosić?

– Jeśli mam być szczera, to tak.

– Mam straszliwy bałagan.

– Byłabym okropnie zawiedziona, gdyby było inaczej. Ale mój pęcherz mówi mi, że nie powinnam wybrzydzać…

Gorączkowo próbował choć trochę uporządkować pokój, kiedy usłyszał szum spuszczanej wody w łazience. Rozejrzał się i pokręcił głową. Jego starania były jak ścieranie kurzów po wybuchu bomby i w równym stopniu bezowocne. Machnął więc ręką i poszedł do kuchni, by nasypać kawy do dwóch kubków. Mleko w lodówce było z czwartku, ale wciąż nadawało się do użytku. Jean stanęła w drzwiach i obserwowała go.

– Dzięki Bogu mam na ten cały bałagan wytłumaczenie – powiedział.

– Parę lat temu u mnie też zmieniali instalację. – Kiwnęła głową ze zrozumieniem. – Myślałam wtedy o sprzedaży. – Uniosła głowę i poczuła, że trafiła w dziesiątkę.

– Idzie na sprzedaż – przyznał.

– Masz jakiś konkretny powód?

Powinien powiedzieć, że z powodu upiorów przeszłości, jednak wzruszył jedynie ramionami.

– Chcesz zacząć od nowa? – domyśliła się.

– Może. Cukier? – Podał jej kubek z już dolanym mlekiem.

– Mleka też nie – pokręciła głową.

– O Boże, przepraszam. – Spróbował zabrać jej kubek, ale mu nie dała.

– Może być tak, jak jest – powiedziała. Potem się roześmiała i dodała: – Niezły z ciebie detektyw. Dopiero co przy tobie wypiłam dwie kawy w restauracji.

– I w ogóle nie zwróciłem uwagi. – Pokiwał głową.

– Jest w pokoju jakieś miejsce, gdzie da się usiąść? Teraz, jak się już troszkę lepiej poznaliśmy, pora pokazać ci te lalki.

Zrobił miejsce na stole, a ona zdjęła torebkę z ramienia i wyjęła z niej folder.

– Chcę cię uprzedzić – powiedziała – że to, co usłyszysz, może ci się wydać nieco dziwaczne, mam więc nadzieję, że podejdziesz do tego bez uprzedzeń. Może właśnie dlatego chciałam cię najpierw troszkę lepiej poznać…

Podała mu folder, a on wyciągnął z niego kilka wycinków prasowych. Słuchając jej, zaczął je rozkładać na stole.

– Po raz pierwszy usłyszałam o nich, kiedy ktoś napisał list do muzeum. To było parę lat temu. – Uniósł list do góry, u ona kiwnęła głową. – Niejaka pani Andersen z Perth usłyszała gdzieś o trumienkach z Arthur’s Seat i uznała za swój obowiązek poinformować nas, że coś podobnego znajduje się też w pobliżu Huntingtower.

Wycinek przyczepiony do listu pochodził z „Couriera”, był zatytułowany „Tajemnicze znalezisko w pobliżu miejscowego hotelu” i opisywał znalezienie drewnianego pudełka w kształcie trumny i leżącego obok kawałka materiału. Pudełko znalazł ktoś pod liśćmi w niewielkim zagajniku, podczas spaceru z psem. Znalazca zaniósł pudełko do hotelu, myśląc, że to może czyjaś zabawka, jednak nikt się do niego nie przyznał. Było to w 1995 roku.

– Ta kobieta, pani Anderson, interesowała się szczególnie miejscową historią i dlatego zachowała ten wycinek.

– Ale lalki nie było?

Jean potrząsnęła głową.

– Może wywlokło ją jakieś zwierzę – stwierdziła.

– Może – zgodził się Rebus. Rzucił okiem na drugi wycinek. Ten pochodził z 1982 roku, z wieczornej gazety wydawanej w Glasgow. Jego tytuł głosił: „Kościół potępia bluźniercze wygłupy”.

– O tym też dowiedziałam się od pani Anderson – wyjaśniła Jean. – Trumienkę znaleziono tym razem na przykościelnym cmentarzu, tuż obok jednego z grobów. W środku była laleczka, a właściwie zwykły drewniany kołek przewiązany wstążeczką.

Rebus przyjrzał się fotografii zamieszczonej w gazecie.

– Wygląda to jak kołek wycięty z drewna balsowego, czy czegoś w tym rodzaju – powiedział w zamyśleniu.

Kiwnęła głową.

– Pomyślałam sobie wtedy, że to niezwykły zbieg okoliczności, i od tamtej pory już sama szukałam kolejnych przypadków.

Rozłożył dwa ostatnie wycinki.

– I jak widzę, znalazłaś.

– Jeżdżę dużo po kraju z prelekcjami z ramienia muzeum. Za każdym razem pytam, czy ktoś słyszał o czymś podobnym.

– I udało się?

– Jak dotąd doniesiono mi o dwóch takich przypadkach. W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym siódmym w Nairn i w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym drugim w Dunfermline.

Wycinki wspominały o dwóch tajemniczych znaleziskach. Trumienkę w Nairn znaleziono na plaży, w Dunfermline w miejscowym wąwozie. W jednej była laleczka, w drugiej nie. Również i w tym przypadku mogło ją zabrać jakieś zwierzę albo dziecko.

– No i co o tym wszystkim sądzisz? – zapytał.

– Czy to nie ja powinnam o to zapytać? – odparła. Rebus nie odpowiedział i wrócił do wycinków. – Myślisz, że to się może wiązać z tym, co teraz znaleziono w Kaskadach?

– Nie wiem. – Spojrzał na nią. – Ale spróbujmy się dowiedzieć.

Niedzielny ruch trochę ich spowolnił, choć większość samochodów zmierzała w kierunku przeciwnym, wracając już do miasta po dniu na łonie natury.

– Myślisz, że może ich być więcej? – zapytał.

– Możliwe. Tyle, że lokalne koła miłośników historii są wyczulone na takie osobliwości, a w dodatku zwykle odznaczają się dobrą i długą pamięcią. Całe to towarzystwo zna się wzajemnie i wszyscy wokół wiedzą, że się tym interesuję. – Oparła głowę o szybę w oknie. – Więc myślę, że coś bym usłyszała.

Kiedy minęli tablicę z napisem witającym przyjezdnych w Kaskadach, Jean uśmiechnęła się.

– Miejscowość bliźniacza z Angoisse – powiedziała.

– Słucham?

– Mówię o tej tablicy. Wynikało z niej, że Kaskady są wioską bliźniaczą z miejscowością o nazwie Angoisse. To musi być gdzieś we Francji.

– Skąd wiesz?

– Obok nazwy była maleńka flaga francuska.

– No to rzeczywiście.

– Ale również samo słowo jest francuskie. Angoisse po francusku znaczy „udręka”. Wyobraź sobie, że mieszkasz w miejscowości o nazwie Udręka…

Po obu stronach drogi stały zaparkowane samochody, co powodowało, że była niemal zakorkowana. Rebus pomyślał, że pewnie nie znajdzie tu miejsca, wjechał więc w boczną dróżkę i zaparkował. Idąc w kierunku chaty Bev Dodds, natknęli się na dwóch mieszkańców zajętych myciem samochodów. Obaj mężczyźni byli w średnim wieku, ubrani w sztruksowe spodnie i sweterki wycięte pod szyją w serek. Poruszali się w tym ubraniu jak w obowiązkowym mundurze. Rebus był gotów się założyć, że w ciągu tygodnia na chwilę nawet nie zdejmują z siebie garnituru i krawata. Przyszły mu na myśl wspominki Małego Billy’ego o matkach szorujących do białości schody przed domami. Miał przed sobą ich współczesny odpowiednik. Na ich widok jeden z mężczyzn zawołał: „Cześć”, drugi powiedział: „Dzień dobry”. Rebus kiwnął głową i zapukał do drzwi Bev Dodds.

– Podejrzewam, że poszła na swój obowiązkowy spacer – powiedział jeden z mężczyzn.

– Ale długo to nie potrwa – dodał drugi.

Żaden z nich ani na chwilę nie przerwał przy tym pucowania swego samochodu. Przez moment Rebus pomyślał, że może ze sobą rywalizują. Wprawdzie nie okazywali specjalnego pośpiechu, ale wyraźnie czuło się u nich atmosferę współzawodnictwa i wielkie skupienie.

– Chcą państwo kupić ceramikę? – zapytał pierwszy, zabierając się do czyszczenia kratki z przodu swego BMW.

– Nie, chciałem tylko rzucić okiem na tę jej lalkę – odparł Rebus i włożył ręce do kieszeni.

– Chyba się panu nie uda. Z tego, co wiem, podpisała kontrakt na wyłączność z pańską konkurencją.

– Jestem z policji – rzucił Rebus.

Właściciel rovera skwitował pomyłkę sąsiada parsknięciem.

– No, to co innego – powiedział, śmiejąc się.

– Dziwna historia, prawda? – zapytał Rebus tonem zachęcającym do podjęcia rozmowy.

– Takich tu nie brakuje.

– Jak to?

Właściciel BMW wycisnął wodę z gąbki.

– Najpierw, parę miesięcy temu, mieliśmy tu serię kradzieży, a potem ktoś wysmarował drzwi do kościoła.

– To dzieciaki z osiedla – wtrącił lekceważąco właściciel rovera.

– Może i tak – zgodził się jego sąsiad. – Ale dziwne, że przedtem nigdy nic takiego się tu nie działo. A potem jeszcze zniknięcie tej dziewczyny od Balfourów…

– Czy któryś z panów zna tę rodzinę?

– Czasami ich widuję – przyznał właściciel rovera.

– Dwa miesiące temu urządzili proszoną herbatkę. Otworzyli dom w ramach jakiejś akcji charytatywnej, już nie pamiętam jakiej. Oboje wydawali się bardzo sympatyczni: John i Jacqueline. – Wymawiając te imiona, właściciel BMW wymownie spojrzał na swego sąsiada, a Rebus pomyślał, że to kolejny ruch w grze, jaką stało się ich życie.

– A ich córka? – spytał.

– Zawsze trzymała się na dystans – dorzucił pospiesznie właściciel rovera, który nie miał zamiaru pozwolić wyrzucić się poza nawias. – Trudno było nawiązać z nią kontakt i porozmawiać.

– A ja z nią rozmawiałem – oświadczył rywal od BMW. – Kiedyś długo gawędziliśmy na temat jej studiów.

Właściciel rovera obrzucił go wściekłym spojrzeniem. Rebus oczyma duszy widział już szykujący się pojedynek: rzut mokrą irchą na dwadzieścia kroków.

– A pani Dodds? – zapytał. – Sympatyczna sąsiadka?

– Cholerne skorupy – warknął jeden z nich.

– Ale pewnie ta lalka pomoże jej w biznesie.

– Bez wątpienia – oświadczył właściciel BMW. – Jeśli ma odrobinę oleju w głowie, to na pewno to wykorzysta.

– Promocja to jak życiodajne soki dla każdego nowego biznesu – dodał sąsiad od rovera. Rebus pomyślał, że zapewne obaj wiedzą, o czym mówią.

– Drobne gesty mogą tu zdziałać cuda – zadumał się ten od BMW. – Filiżanka herbaty, domowe ciasteczka… – Obaj przerwali mycie samochodów i zamyślili się.

– Tak mi się właśnie zdawało, że to pański samochód stoi tam na dróżce – powiedziała Bev Dodds, podchodząc do nich.

Bev zajęła się przygotowaniem herbaty, a Jean spytała, czy w tym czasie może obejrzeć jej ceramikę. Dobudówka z tyłu chaty mieściła zarówno kuchnię, jak i drugą sypialnię przerobioną na pracownię. Jean pochwaliła misy i talerze, ale Rebus czuł, że tak naprawdę jej się nie podobają. Potem, kiedy Bev Dodds z pobrzękiwaniem podciągnęła sobie na rękach liczne kółka i bransoletki, Jean je też pochwaliła.

– Sama je robię – oświadczyła Bev z dumą.

– Naprawdę? – zdziwiła się Jean.

Bev wyciągnęła ramię, by Jean mogła je lepiej obejrzeć.

– To z miejscowych kamyków. Myję je i lakieruję. Wydaje mi się, że oddziaływują trochę tak jak kryształy.

– Dostarczają pozytywnej energii? – domyśliła się Jean. Rebus już się trochę pogubił i nie wiedział, czy wciąż udaje, czy jest rzeczywiście zainteresowana. – Czy mogłabym coś takiego kupić?

– Ależ naturalnie – powiedziała Dodds z uśmiechem. Włosy miała nieco rozwiane przez wiatr, a policzki zarumienione od świeżego powietrza. Zsunęła z ręki jedną z bransoletek. – Jak się pani ta podoba? To jedna z moich ulubionych i tylko za dziesięć funtów.

Usłyszawszy cenę, Jean zamilkła na moment, potem jednak uśmiechnęła się i podała jej banknot dziesięciofuntowy, który Dodds schowała do kieszeni.

– Pani Burchill pracuje w muzeum w Edynburgu – powiedział Rebus.

– Doprawdy?

– Jestem kustoszem – dodała Jean, przesuwając bransoletkę przez dłoń.

– Jakież to wspaniałe zajęcie. Ile razy jestem w mieście, zawsze staram się wygospodarować choć trochę czasu na odwiedzenie muzeum.

– Słyszała pani o trumienkach z Arthur’s Seat? – spytał Rebus.

– Steve mi o nich wspominał – powiedziała Dodds, a Rebus pomyślał, że pewnie chodzi o tego reportera, Steve’a Holly’ego.

– Pani Burchill się nimi zajmuje – ciągnął – i chciałaby obejrzeć tę, którą pani znalazła.

– Ależ oczywiście. – Dodds wysunęła jedną z szuflad i wyciągnęła z niej trumienkę.

Jean podeszła do niej z pietyzmem i najpierw ułożyła ją ostrożnie na kuchennym stole, nim zabrała się do oględzin.

– Jest dobrze wykonana – powiedziała. – Bardziej przypomina trumienki z Arthur’s Seat niż te inne.

– Jakie inne? – spytała Bev Dodds.

– Czy to kopia którejś z nich? – spytał Rebus, ignorując pytanie Dodds.

– Nie, nie dokładna kopia – odparła Jean. – Inne gwoździe i trochę odmienna konstrukcja.

– Ale mógł to zrobić ktoś, kto widział eksponaty w muzeum?

– To całkiem możliwe. W sklepiku w muzeum można kupić pocztówki z wizerunkiem tych trumienek.

Rebus spojrzał na Jean.

– Czy ktoś ostatnio wykazywał szczególne zainteresowanie tymi eksponatami?

– A skąd ja mogę wiedzieć?

– Może jakiś badacz, naukowiec albo ktoś taki?

Potrząsnęła głową.

– W zeszłym roku mieliśmy jedną doktorantkę… ale już wróciła do Toronto.

– Istnieje jakiś związek? – spytała Dodds, otwierając szeroko oczy. – Między ekspozycją w muzeum a tym porwaniem?

– Nic mi nie wiadomo, żeby kogoś porwano – mruknął Rebus.

– No, ale mimo wszystko…

– Pani Dodds… Bev… – Rebus przyszpilił ją wzrokiem. – To bardzo ważne, żeby ta rozmowa została tylko między nami.

Kiedy niechętnie kiwnęła głową, Rebus pomyślał, że bez wątpienia w ciągu paru minut od ich wyjścia zadzwoni do Steve’a Holly’ego. Jego nietknięta herbata została w kubku.

– Powinniśmy już uciekać. – Jean podjęła jego sygnał i odstawiła kubek na suszarkę. – Pyszna, dziękuję.

– Bardzo proszę. A ja dziękuję za kupno bransoletki. To już moja trzecia sprzedaż dzisiaj.

Na dróżce minęły ich dwa samochody. Jednodniowi wycieczkowicze w drodze do wodospadu, pomyślał Rebus. A potem być może zatrzymają się przy chacie z tablicą CERAMIKA i poproszą o pokazanie słynnej trumienki. I pewnie też coś kupią…

– O czym myślisz? – spytała Jean, wsiadając do samochodu i oglądając w świetle kupioną bransoletkę.

– O niczym – skłamał.

Postanowił przejechać przez wioskę. BMW i rover suszyły się teraz w popołudniowym słońcu. Pod chatą Bev Dodds zatrzymała się para z dwójką dzieci. Ojciec rodziny trzymał kamerę wideo. Rebus przepuścił kilka samochodów jadących główną drogą, potem skręcił w kierunku Błoni. Na trawie przed domami trzech chłopców – być może byli wśród nich ci dwaj, których widział tu poprzednio – grało w piłkę. Rebus zatrzymał się, opuścił szybę i zawołał. Podnieśli głowy i spojrzeli na niego, nie kwapiąc się, by przerwać zabawę. Oświadczył Jean, że zajmie mu to tylko sekundę i wysiadł z samochodu.

– Cześć, chłopaki – powiedział.

– Coś pan za jeden? – Pytający był chudy jak szczapa, z wystającymi żebrami i kościstymi rękami zakończonymi zaciśniętymi w pięści dłońmi. Włosy miał ogolone przy skórze i kiedy tak patrzył, mrużąc oczy pod słońce, całe jego metr czterdzieści było czystą skondensowaną agresją i nieufnością.

– Jestem z policji.

– Nic nie zrobiliśmy.

– To gratuluję.

Chłopak z całej siły kopnął piłkę. Rąbnęła jednego z pozostałych chłopców w udo, co u trzeciego z nich wywołało wybuch śmiechu.

– Ciekaw jestem, czy wiecie może coś o tych kradzieżach, o których mi mówiono?

Chłopak spojrzał na niego spode łba.

– Czep się pan – powiedział.

– Z przyjemnością, synu. Gdzie chciałbyś, żebym się czepił? Za twój kark czy może za jaja? – Chłopak starał się pogardliwie uśmiechać. – A może opowiecie mi coś o wandalach, którzy wysmarowali drzwi w kościele?

– Nie – odparł chłopak.

– Nie? – Rebus wydawał się zdziwiony. – Dobra, no to jeszcze jedna, ostatnia próba… A jak to było z tą znalezioną trumienką?

– Znaczy, o co chodzi?

– Widzieliście ją?

Chłopak potrząsnął głową.

– Chick, powiedz mu, żeby spadał – poradził mu jeden z kumpli.

– Chick? – Rebus pokiwał głową na znak, że zapamiętuje sobie to imię.

– W ogóle jej nie widziałem – oświadczył Chick. – W życiu bym tam do niej nie poszedł.

– Dlaczego?

– Bo jest, kurwa, walnięta – zaśmiał się Chick.

– W jakim sensie walnięta?

Chick powoli tracił cierpliwość. Jednak dał się wmanewrować w rozmowę i odpowiedzi na pytania, choć wcale mu się to nie podobało.

– Walnięta jak wszystkie.

– Wszystkie to kupa pojebców – dodał kolega, przychodząc mu w sukurs. – Dawaj, Chick, odpalamy. – Chłopcy odbiegli, zabierając z sobą po drodze piłkę i trzeciego kolegę. Przez chwilę Rebus patrzył za nimi, ale Chick się nie odwrócił. Wrócił do samochodu i zobaczył, że okno po stronie Jean jest otwarte.

– No dobra – powiedział – więc nie jestem mistrzem w przepytywaniu uczniaków.

Uśmiechnęła się.

– Co on miał na myśli, mówiąc, że to kupa pojebców?

Rebus włączył zapłon i popatrzył na nią.

– Chciał powiedzieć, że im się wszystkim w głowach… – Nie musiał dodawać ostatniego słowa, bo Jean i tak już wiedziała, co chciał powiedzieć.

Tego samego dnia późnym wieczorem poszedł pod dom Philippy Balfour. Wciąż jeszcze miał w kieszeni pęk kluczy do jej mieszkania, ale po tym, co się wydarzyło, nie miał zamiaru wchodzić do środka. Ktoś zamknął okiennice w jej sypialni i salonie, i za dnia w mieszkaniu musiało być zupełnie ciemno.

Mijał tydzień od jej zniknięcia i na ten wieczór zaplanowano rekonstrukcję wydarzeń. Młodą policjantkę o wyglądzie zbliżonym do zaginionej studentki ubrano w rzeczy, jakie Flipa mogła mieć na sobie tamtego wieczoru. W jej szafie brakowało kupionego niedawno T-shirta Versace, policjantka włożyła więc taki sam. Miała wyjść z kamienicy na ulicę i zostać obfotografowana przez czekających pod domem reporterów, potem szybkim krokiem przejść do końca uliczki i wsiąść do czekającej taksówki, specjalnie w tym celu sprowadzonej; potem z niej wysiąść i ruszyć piechotą pod górę w kierunku centrum. Podczas całej tej drogi mieli jej towarzyszyć fotoreporterzy i mundurowi policjanci, których zadaniem było zatrzymywanie przechodniów i przejeżdżających samochodów i zadawanie im wcześniej przygotowanych pytań. Policjantka miała w ten sposób przejść, aż do baru na Stronie Południowej…

Dwie ekipy telewizyjne – jedna z BBC i druga z telewizji szkockiej – szykowały się do sfilmowania rekonstrukcji zdarzeń, by móc potem pokazać migawki w wiadomościach.

Wszystko to było trochę na siłę, by pokazać, że policja jednak coś w tej sprawie robi.

I nic więcej.

Rebus napotkał wzrok Gill Templer stojącej po drugiej stronie ulicy, co potwierdziła lekkim wzruszeniem ramion, po czym wróciła do rozmowy z zastępcą komendanta, Colinem Carswellem. Wyglądało, że zastępca komendanta pragnie osobiście dopilnować paru szczegółów. Rebus nie miał wątpliwości, że przynajmniej raz padną słowa o „szybkim dotarciu do konkluzji”. Z dawnych czasów wiedział, że Gill Templer objawia irytację nerwowym przebieraniem w sznurze pereł, który czasami nosiła. Dziś też je miała na szyi i widział, że wsunęła pod nie palec i przesuwa nim tam i z powrotem. Przypomniały mu się bransoletki Dodds i słowa chłopaka imieniem Chick, że jest, kurwa, walnięta”… Tomiki Czarów na etażerce w pokoju nie będącym pokojem, tylko „salonikiem”. Przypomniał sobie piosenkę Stonesów Spider and the Fly umieszczoną na stronie B singla z Satisfaction. Bev mogła być pająkiem, a jej salonik pajęczyną. Z jakiegoś powodu obraz ten, choć dość dziwaczny, zapadł mu w pamięć…

6

W poniedziałek rano Rebus zabrał do pracy wycinki prasowe od Jean. Na biurku leżały trzy karteczki z wiadomościami o telefonach od Steve’a Holly’ego i odręczna notka napisana ręką Gill Templer, że wizytę u lekarza ma umówioną na godzinę jedenastą. Poszedł do jej gabinetu w nadziei, że coś jeszcze wytarguje, ale kartka na drzwiach informowała, że cały dzień spędzi na Clayfield Square. Wrócił do biurka, wziął papierosy i zapalniczkę, i ruszył w stronę parkingu. Ledwie udało mu się zapalić pierwszego, gdy podjechała Siobhan Clarke.

– Udało się? – zapytał.

Siobhan machnęła trzymanym w ręku laptopem.

– Wczoraj wieczorem – powiedziała.

– Opowiadaj.

Popatrzyła na papierosa i mruknęła.

– Jak skończysz to świństwo i przyjdziesz na górę, to ci pokażę.

Drzwi za nią zamknęły się z impetem. Rebus spojrzał na papierosa, raz jeszcze pociągnął i pstryknął go na ziemię.

Kiedy dotarł do sali wydziału śledczego, Siobhan siedziała już nad włączonym laptopem. Któryś z kolegów zawołał, że dzwoni Steve Holly, ale Rebus przecząco pokręcił głową. Wiedział aż za dobrze, czego tamten chce: Bev Dodds doniosła mu o ich wizycie w Kaskadach. Uniósł w górę palec i poprosił Siobhan, by jeszcze na moment się wstrzymała, potem podszedł do biurka i zadzwonił do muzeum.

– Z doktor Burchill proszę – powiedział i chwilę odczekał.

– Halo? – odezwał się jej głos.

– Jean? Tu Rebus.

– John, właśnie chciałam do ciebie zadzwonić.

– Możesz nic nie mówić: prześladują cię, tak?

– Może nie aż tak, ale…

– Naprzykrza ci się reporter nazwiskiem Steve Holly i chce rozmawiać o lalkach, zgadza się?

– Do ciebie też już trafił?

– Najlepsza rada, jaką mogę ci dać, Jean, to nic nie mów. Nie odbieraj jego telefonów, a jeśli i tak do ciebie dotrze, to mu powiedz, że nie masz nic do powiedzenia. I to niezależnie od tego, jak mocno będzie cię przyciskał…

– Jasne. To znaczy, że Bev Dodds wszystko wypaplała?

– Moja wina. Powinienem wiedzieć, że nie umie trzymać języka za zębami.

– Nie przejmuj się. Potrafię sobie poradzić.

Pożegnali się i odłożył słuchawkę. Potem podszedł do biurka Siobhan i odczytał wiadomość na ekranie.

Ta gra to nie gra. To wyzwanie. Potrzebna jest siła i wytrwałość, nie mówiąc o inteligencji. Ale nagroda będzie wspaniała. Czy nadal chcesz zagrać?

– Odpowiedziałam mu, że jestem zainteresowana, ale spytałam, jak długo ta gra potrwa. – Siobhan błądziła palcem po klawiaturze. – Odpisał, że może potrwać albo kilka dni, albo kilka tygodni. Potem zapytałam, czy będę mogła zacząć od Piekliska. Odpowiedział natychmiast, że Pieklisko to czwarty poziom, a grać trzeba od początku. Odpisałam, że zgoda, i wtedy o północy przyszło to.

Na ekranie pojawiła się nowa wiadomość.

– Do jej wysłania użył jakiegoś innego adresu – powiedziała Siobhan. – Bóg raczy wiedzieć, ile on ma tych różnych adresów.

– Chodzi mu o to, żeby go było trudniej namierzyć? – domyślił się Rebus i przeczytał wiadomość na ekranie: Skąd mam wiedzieć, że jesteś tym, za kogo się podajesz?

– Chodzi mu o mój nowy adres e-mailowy – wyjaśniła Siobhan. – Przedtem używałam adresu Philippy, teraz Granta.

– I co mu odpowiedziałaś?

– Odpowiedziałam, że będzie mi musiał zaufać. A jak nie, to zawsze możemy się spotkać.

– Ucieszył się?

– Niespecjalnie. Ale wtedy przysłał mi to. – Nacisnęła kolejny klawisz.

Sevenfins high is king. This queen dines well before the bust. [W dosłownym tłumaczeniu: Siedem płetw w górę czyni króla. Ta królowa jada dobrze przed wpadką.]

– I to wszystko?

Siobhan kiwnęła głową.

– Brzmi to bez sensu, więc spytałam, czy może mi coś podpowiedzieć. W odpowiedzi po raz drugi wysłał mi to samo.

– Pewnie dlatego, że w tym już zawarta jest podpowiedz.

Siobhan rozczesała sobie włosy palcami.

– Przez pół nocy nie spałam. Pewnie tobie też się to z niczym nie kojarzy?

Potrząsnął głową.

– Musisz znaleźć kogoś, kto lubi zagadki. Czy przypadkiem młodzieniec Grant nie bawi się krzyżówkami z kodowanymi hasłami.

– Naprawdę? – Siobhan spojrzała w drugi koniec sali, gdzie Grant Hood rozmawiał właśnie przez telefon.

– Najlepiej spytaj go sama.

Siobhan stanęła nad Grantem i poczekała, aż skończy rozmawiać.

– Jak się sprawuje mój laptop? – zapytał.

– W porządku. – Podała mu kartkę. – Słyszałam, że lubisz zagadki.

Wziął kartkę do ręki, ale nawet na nią nie spojrzał.

– Jak się bawiłaś w sobotę? – spytał.

– Fajnie – kiwnęła głową.

I rzeczywiście tak było. Najpierw wypili parę drinków w pubie, potem zjedli kolację w sympatycznej knajpce na Nowym Mieście. Rozmowa głównie obracała się wokół pracy, jako że nie mieli wielu innych wspólnych tematów. Ale i tak było sympatycznie móc się trochę pośmiać i powspominać. Zachował się jak dżentelmen i po kolacji odprowadził ją do domu. Nie zaprosiła go na górę na kawę, a on oświadczył, że na Broughton Street złapie taksówkę.

Grant uśmiechnął się i kiwnął głową. „Fajnie” całkowicie go zadowalało. Potem spojrzał na kartkę i przeczytał głośno:

– Siedem płetw w górę czyni króla. A co to niby ma znaczyć?

– Miałam nadzieję, że ty mi to powiesz.

Raz jeszcze przyjrzał się tekstowi na kartce.

– Może to jakiś anagram. Ale mało prawdopodobne, bo jest zbyt mała rozmaitość samogłosek. Same tylko „i” i „e”. Jada dobrze przed wpadką – może chodzi o jakąś wpadkę narkotykową? – Siobhan wzruszyła jedynie ramionami. – Może byłoby łatwiej, gdybyś mi nieco więcej powiedziała – dodał.

Siobhan kiwnęła głową.

– No to chodźmy na kawę – zaproponowała.

Rebus patrzył z daleka, jak wychodzą, potem wziął do ręki pierwszy wycinek. Z boku słychać było czyjąś rozmowę, coś na temat następnej konferencji prasowej. Rozmawiający byli tego samego zdania, że jeśli komisarz Templer życzy sobie, by się tym zająć, to znaczy, że nie popuści. Rebus nagle zmrużył oczy. Natrafił na zdanie, które musiał przegapić za pierwszym razem. Znajdowało się w wycinku z 1995 roku opisującym znalezienie przez psa trumienki z kawałkiem materiału w pobliżu hotelu Huntingtower koło Perth. Pod koniec notatki zacytowano wypowiedź anonimowego pracownika hotelu, który miał powiedzieć: „Trzeba uważać, bo inaczej Huntingtower może sobie zdobyć złą sławę”. Rebusa zaciekawiło, co to mogło znaczyć. Chwycił słuchawkę, by zadzwonić do Jean – może ona będzie coś wiedziała – ale po chwili ją odłożył. Nie chciał, żeby sobie pomyślała, że… że właściwie co? Mile wspominał wczorajszy dzień i miał wrażenie, że jej też było miło. Odwiózł ją do domu do Portobello, ale z zaproszenia na kawę nie skorzystał.

– Już i tak zabrałem ci dziś zbyt dużo czasu – powiedział, a ona nie zaprzeczyła.

– To może kiedy indziej – odparła.

Wracając do Marchmont, Rebus miał uczucie, jakby coś im umknęło. Niewiele brakowało, by do niej wieczorem zadzwonił, jednak w końcu włączył telewizor i zaczął oglądać jakiś program przyrodniczy, z którego, jak się później okazało, nic nie pamiętał. Siedział tak, póki nie przypomniał sobie o zaplanowanej na ten wieczór rekonstrukcji zdarzeń, wtedy wstał i wyszedł.

Jego dłoń wciąż spoczywała na słuchawce, więc ją podniósł, wybrał numer do hotelu Huntingtower i poprosił o połączenie z menedżerem.

– Przykro mi – odparła recepcjonistka – ma teraz spotkanie. Czy chce pan zostawić wiadomość?

Rebus wyjaśnił, kim jest, i dodał:

– Chciałbym porozmawiać z kimś, kto pracował w hotelu w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym piątym roku.

– A jak nazwisko? – spytała recepcjonistka.

Nieporozumienie trochę go rozbawiło.

– Nie, proszę pani, nie chodzi mi o nikogo konkretnego. To może być ktokolwiek.

– No cóż, ja tu pracuję już od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego roku.

– Zatem może pamięta pani historię ze znalezieniem trumienki koło hotelu?

– Jak przez mgłę.

– Mam tu przed sobą wycinek z gazety, w którym jest mowa o tym, że hotelowi grozi zła sława.

– A dlaczego?

– Nie jestem pewna. Może chodziło o tę amerykańską turystkę.

– Jaką turystkę?

– No tę, która zniknęła.

Przez chwilę go zamurowało, a potem poprosił ją, by to jeszcze raz powtórzyła.

Rebus udał się do filii Biblioteki Narodowej na Causewayside. Z biura na St Leonard’s był to zaledwie pięciominutowy spacerek. Kiedy wylegitymował się i wyjaśnił, czego mu potrzeba, posadzono go przy biurku z ustawionym na nim czytnikiem mikrofilmów. Był to właściwie duży podświetlony ekran zaopatrzony w dwie szpule. Na jedną z nich zakładało się mikrofilm i przewijało na drugą. Rebus miał już kiedyś do czynienia z takim urządzeniem, jeszcze w czasach, gdy archiwum prasy znajdowało się w głównym budynku na wiadukcie Jerzego IV. Uprzedził bibliotekarkę, że jego zadanie kwalifikuje się jako „nie cierpiące zwłoki”, jednak minęło niemal dwadzieścia minut, nim ktoś z obsługi przyniósł mu pudełka z mikrofilmami. „Courier” był dziennikiem wydawanym w Dundee i rodzice Rebusa czytywali go regularnie. Pamiętał, że jeszcze do niedawna gazeta utrzymywała tradycyjny wygląd płachty z ogromnymi płatnymi ogłoszeniami na całej pierwszej stronie. Nie było na niej żadnych zdjęć ani żadnych wiadomości. Opowiadano też, że wiadomość o zatonięciu Titanica ukazała się z nagłówkiem: „Mieszkaniec Dundee ginie na morzu”. Ale oczywiście gazeta wcale nie była zaściankowa, nic podobnego.

Rebus wziął ze sobą wycinek dotyczący hotelu Huntingtower i tak długo przewijał taśmę mikrofilmu, aż dotarł do daty o cztery tygodnie wcześniejszej. Tam, na jednej z wewnętrznych kolumn znalazł notatkę zatytułowaną: „Tajemnicze zniknięcie turystki. Policja nic nie wie”. Kobieta nazywała się Betty-Anne Jesperson, miała trzydzieści osiem lat i była zamężna. Przyjechała jako uczestniczka grupowej wycieczki ze Stanów, odbywającej się pod hasłem „Mistyczna wyżyna Szkocji”. Zamieszczone w gazecie zdjęcie Betty-Anne pochodziło z jej paszportu. Widać na nim było kobietę o nalanej twarzy w okularach w grubej oprawie, z trwałą ondulacją na głowie. Mąż imieniem Garry oświadczył, że żona miała zwyczaj zrywać się wcześnie rano i jeszcze przed śniadaniem chodzić na spacery. Nikt w hotelu nie zauważył jej wyjścia. Przeszukano okolicę hotelu, po czym policja uzbrojona w odbitki jej zdjęcia zabrała się do przeczesywania całego Perth. Kiedy Rebus przewinął taśmę o tydzień do przodu, informacje o prowadzonych poszukiwaniach ograniczały się już tylko do kilku akapitów. Po następnym tygodniu notatka była już jedynie krótką wzmianką złożoną z paru linijek i zainteresowanie całą sprawą rozpływało się w powietrzu równie skutecznie, jak sama Betty-Anne.

Recepcjonistka hotelu wcześniej poinformowała go, że w ciągu pierwszego roku od zniknięcia, Garry Jesperson jeszcze kilkakrotnie pojawiał się w okolicy, a w rocznicę przyjechał nawet na cały miesiąc. Później jednak Garry związał się z kimś i według ostatnich posiadanych przez recepcjonistkę informacji przeniósł się z New Jersey do Baltimore.

Rebus przepisał wszystko do notesu, a potem przez długą chwilę siedział, postukując palcami w zapisaną stroniczkę notatnika. Trwało to tak długo, aż jeden z użytkowników czytelni chrząknął ostrzegawczo, dając do zrozumienia, że zachowuje się zbyt głośno.

Rebus wrócił więc do biurka bibliotekarki i złożył zamówienie na kolejne tytuły prasowe: „Dunfermline Press”, „Glasgow Herald” i „Inverness Courier”. Okazało się, że tylko „Herald” istnieje w postaci mikrofilmu, zaczął więc od niego. Wycinek o laleczce na cmentarzu był z 1982 roku. Pamiętał, że na początku tego właśnie roku Van Morrison nagrał Beautiful Vision. Rebus przyłapał się nagle na tym, że nuci pod nosem temat Dweller on the Treshold, przerwał więc, przypominając sobie, gdzie się znajduje. W 1982 roku był detektywem w stopniu sierżanta i prowadził śledztwa wraz z innym sierżantem nazwiskiem Jack Morton. Obaj pracowali wtedy w komisariacie przy Great London Road, nim jeszcze wybuchł tam pożar. Kiedy wreszcie doniesiono mu mikrofilm z „Heraldem”, niecierpliwie założył go na czytnik i zabrał się do pracy. Dni i tygodnie sunęły przez ekran błękitną smugą. Wszyscy jego ówcześni szefowie z Great London Road albo już nie żyją, albo są na emeryturze. Z żadnym z nich nie utrzymywał kontaktów. A teraz Farmera też już nie ma. I czy mu się to podoba, czy nie, niedługo przyjdzie kolej na niego. Pomyślał, że chyba nie odejdzie cicho i potulnie. Będą go musieli wyrzucać siłą, a on będzie kopał i gryzł…

Lalkę na cmentarzu znaleziono w maju, zaczął więc poszukiwania od początku kwietnia. Oczywiście problem polegał na tym, że Glasgow to duże miasto, więc i przestępstw było w nim więcej niż w Perth. Obawiał się, że nawet jeśli coś takiego było, może to przeoczyć. A czy w ogóle takie sprawy, jak czyjeś zaginięcie, trafiają tu do gazet? Rocznie znikają tysiące ludzi i zdarzają się zniknięcia, których nikt nawet nie zauważa, na przykład bezdomnych lub ludzi samotnych bez rodziny i przyjaciół. W tym kraju mogło się zdarzyć, że czyjś trup siedział w fotelu przy kominku tak długo, że dopiero smród alarmował sąsiadów.

Do końca kwietnia nie znalazł żadnej wzmianki o czyimś zaginięciu, znalazł natomiast sześć przypadków nagłej śmierci, z których dwie dotyczyły kobiet. Jedną z nich zabito nożem po prywatce, a policja przesłuchiwała pewnego mężczyznę. Rebus pomyślał, że zapewne towarzyszącego jej partnera. Wiedział, że w jednym z dalszych numerów znajdzie się informacja, że mężczyznę postawiono w stan oskarżenia i skierowano sprawę do sądu. Druga śmierć dotyczyła utonięcia w jakiejś rzeczce, o której Rebus nigdy wcześniej nie słyszał: White Cart Water. Ciało znaleziono przy jej brzegu na południowych krańcach Rosshal Park. Ofiara nazywała się Hazel Gibbs i miała dwadzieścia dwa lata. Wcześniej opuścił ją mąż, zostawiając z dwójką dzieci. Znajomi zeznali, że spowodowało to u niej depresję i że dzień wcześniej widziano ją pijaną i wałęsające się bez opieki dzieci.

Rebus wyszedł na zewnątrz, wyciągnął komórkę i zadzwonił do Bobby’ego Hogana z wydziału śledczego w Leith.

– Bobby, cześć, tu John. Znasz troszkę Glasgow, prawda?

– Troszkę.

– Słyszałeś kiedyś o White Cart Water?

– Chyba nie.

– A Rosshall Park?

– Przykro mi.

– A znasz tam kogoś na dzikim zachodzie?

– Mogę podzwonić.

– To podzwoń, proszę. – Rebus raz jeszcze powtórzył nazwy i rozłączył się. Zapalił papierosa i stał, zerkając na nowy pub, który niedawno otwarto na przeciwległym rogu. Uznał, że jeden drink mu nie zaszkodzi, potem jednak przypomniał sobie, że ma wizytę u lekarza. Cholera, no więc pan doktor będzie musiał poczekać. Zawsze może się z nim umówić na inny termin. Hogan wciąż nie dzwonił, Rebus wrócił zatem do czytelni i zaczął przeglądać numery z maja 1982 roku. Kiedy zadzwoniła jego komórka, zarówno obsługa, jak i użytkownicy czytelni popatrzyli na niego z nie ukrywanym oburzeniem. Rebus zaklął pod nosem i przytknął telefon do ucha, jednocześnie wstając i ruszając ku wyjściu.

– To ja – odezwał się głos Hogana.

– Mów – szepnął Rebus, już niemal w drzwiach.

– Rosshal Park leży w Pollok, na południowy zachód od centrum. White Cart Water to rzeczka płynąca wzdłuż jego północnej granicy.

Rebusa zamurowało.

– Jesteś tego pewien? – Jego głos już wcale nie przypominał szeptu.

– Tak mi powiedziano.

Rebus zawrócił i usiadł na swym miejscu. Wycinek z „Heralda” leżał pod wycinkiem z „Couriera”. Wyciągnął go i dla pewności raz jeszcze przeczytał.

– Dzięki, Bobby – powiedział i rozłączył się. Wszyscy wokół psykali na niego wściekle, ale on nawet tego nie zauważył. „Kościół potępia bluźniercze wygłupy”. Trumienkę znaleziono na przykościelnym cmentarzu należącym do kościoła przy Potterhill Road.

W dzielnicy Pollok.

– Pewnie nie masz zamiaru się tłumaczyć – powiedziała Gill Templer.

Rebus podjechał na Gayfield Square i poprosił o pięciominutowe spotkanie. Siedzieli w tym samym zagraconym i zapyziałym biurze.

– Kiedy po to tu właśnie przyjechałem – oświadczył Rebus. Przyłożył sobie dłoń do czoła. Czuł, że twarz mu płonie.

– Miałeś być dziś u lekarza.

– Ale coś się wydarzyło. Chryste, wprost nie uwierzysz.

Gill postukała palcem w gazetę rozłożoną na biurku.

– A wiesz może, skąd ten Steve Holly się o tym dowiedział?

Rebus obrócił gazetę ku sobie. Najwyraźniej Holly pisał to w pośpiechu, ale udało mu się sklecić wiadomość, w której zmieścił trumienki z Arthur’s Seat, powołał się na „opinię miejscowego eksperta z Muzeum Szkocji”, wspomniał o trumience z Kaskad i o „krążących plotkach, że są jeszcze inne trumienki”.

– O co mu chodzi z tymi „innymi trumienkami”? – spytała Gill.

– To ci właśnie próbuję powiedzieć.

No i opowiedział jej wszystko, ze szczegółami. W zakurzonych, oprawionych w skórę rocznikach „Dunfermline Press” i „Inverness Courier” znalazł dokładnie to, czego szukał i czego się obawiał. W lipcu 1977 roku, niecały tydzień przed znalezieniem trumienki na plaży w Nairn, sześć kilometrów dalej morze wyrzuciło na brzeg zwłoki Pauli Gearing. Nie udało się ustalić okoliczności zgonu i śmierć uznano za „nieszczęśliwy wypadek”. W październiku 1972, na trzy tygodnie przed znalezieniem trumienki w wąwozie Dunfermline, zgłoszono zaginięcie nastolatki. Caroline Farmer była uczennicą czwartej klasy liceum w Dunfermline. Ostatnio rzucił ją chłopak, z którym chodziła od kilku lat, i jedynym wytłumaczeniem było, że skłoniło ją to do ucieczki z domu. Rodzina oświadczyła, że nie spocznie, póki jej nie odnajdzie. Rebus wątpił, by im się to udało…

Gill Templer wysłuchała całej opowieści, przez cały czas nie odzywając się ani słowem. Kiedy skończył, przejrzała wycinki i notatki, jakie porobił w bibliotece. W końcu spojrzała mu prosto w oczy.

– Bardzo to wszystko cieniutkie, John – powiedziała.

Rebus zerwał się z miejsca. Czuł potrzebę ruchu, jednak brak miejsca w pokoju mu to uniemożliwiał.

– Ale Gill, to jest… w tym coś jest.

– Morderca, który w pobliżu miejsc zbrodni zostawia trumienki? – Wolno pokręciła głową. – Jakoś tego nie widzę. Masz tu dwa trupy bez śladu udziału osoby trzeciej i dwa zaginięcia. Z tego nie wynika jeszcze prawidłowość.

– Trzy zaginięcia, jeśli doliczymy Philippę Balfour.

– No i znowu: trumienkę w Kaskadach znaleziono w niecały tydzień od jej zniknięcia. Więc też się nie zgadza.

– Myślisz, że fantazjuję?

– Może.

– Ale czy mogę to przynajmniej pociągnąć trochę dalej?

– John…

– Daj mi jednego, najwyżej dwóch ludzi. I parę dni, żebyśmy cię mogli przekonać.

– I tak już nam brakuje ludzi.

– Brakuje do czego? Przecież błądzimy zupełnie po omacku i tylko czekamy, że albo się nagle pojawi, albo zadzwoni do domu, albo że znajdziemy jej ciało. Daj mi tylko dwóch ludzi.

Wolno pokręciła głową.

– Najwyżej jednego. I góra trzy, cztery dni. Jasne?

– Jasne. Z kim mam pracować?

Templer zamyśliła się.

– A kogo chcesz?

– Daj mi Ellen Wylie.

Przyjrzała mu się uważnie.

– Czy jest jakiś szczególny powód, że prosisz akurat o nią?

Wzruszył ramionami.

– Jako prezenterka telewizyjna kariery nie zrobi, ale gliniarz z niej dobry.

Templer przez chwilę wpatrywała się w niego w milczeniu.

– Dobrze – powiedziała wreszcie. – Bierzcie się do roboty.

– A czy mogłabyś trzymać Holly’ego z dala od nas?

– Mogę spróbować – kiwnęła głową i znów stuknęła palcem w gazetę. – Rozumiem, że ten „miejscowy ekspert” to Jean, tak? – Odczekała, aż przytaknie, potem westchnęła. – Powinnam to przewidzieć, zanim was z sobą spiknęłam… – Zaczęła rozcierać sobie czoło, a Rebus pomyślał, że Farmer robił dokładnie to samo, kiedy, jak mawiał, Rebus zalazł mu za skórę…

– To czego my właściwie mamy szukać? – spytała Ellen Wylie. Została oddelegowana na St Leonard’s i nie wyglądało, by była zachwycona perspektywą pracy we dwójkę z Rebusem.

– Przede wszystkim musimy ustalić podstawowe fakty – odparł – a to znaczy, że w pierwszej kolejności trzeba sprawdzić, czy te zaginione osoby nigdy się nie odnalazły.

– Czyli rozmowy z rodzinami? – podchwyciła Wylie, robiąc sobie notatki.

– Tak jest. A jeśli chodzi o odnalezione zwłoki, to trzeba się ponownie przyjrzeć wynikom sekcji i upewnić, że niczego wtedy nie przegapiono.

– Tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty siódmy i osiemdziesiąty drugi? Nie sądzisz że dokumentację już zniszczono?

– Mam nadzieję, że nie. A nawet jeżeli, to patolodzy mają dobrą pamięć.

Znów sobie coś zanotowała.

– Zapytam jeszcze raz: czego my właściwie szukamy? Uważasz, że jest jakiś związek między tymi kobietami a trumienkami, i my to mamy udowodnić?

– Sam nie wiem – odparł, ale wiedział, o co jej chodzi, zupełnie co innego być o czymś przekonanym, a co innego móc i o udowodnić, szczególnie przed sądem. – Może przynajmniej będę mógł się od tego uwolnić – dodał po dłuższej chwili.

– A wszystko zaczęło się od trumienek znalezionych na Arthur’s Seat?

Przytaknął, czując, że sceptycyzm mocno przebija przez jego entuzjazm.

– Posłuchaj – powiedział. – Jeśli to wszystko tylko sobie wymyśliłem, będziesz miała okazję wyprowadzić mnie z błędu. Ale najpierw trzeba w tym trochę pogrzebać.

Wzruszyła ramionami i znów coś zapisała.

– Prosiłeś o mnie, czy ci mnie narzucono? – spytała.

– Prosiłem.

– I komisarz Templer się zgodziła?

Rebus kiwnął głową.

– A co, masz coś przeciwko?

– Nie wiem. – Przez chwilę dumała nad jego pytaniem, potem dodała: – Nie, chyba nie.

– Świetnie. No to do roboty.

Opisanie wszystkiego na maszynie zajęło mu blisko dwie godziny. Postanowił stworzyć katalog, który będzie podstawą do ich dalszej pracy. Spisał daty i numery stron notatek prasowych i dołączył kserokopie uzyskane z biblioteki. W tym czasie Wylie zajęła się obdzwanianiem komisariatów w Glasgow, Perth, Dunfermline i Nairn, w każdym prosząc o pomoc w odnalezieniu dokumentacji i o nazwiska patologów. Słysząc jej śmiech, od razu wiedział, że po drugiej stronie ktoś mówi coś w rodzaju: „Tylko tyle? Nie masz, cholera, innych zmartwień?” Tłukąc w klawisze, podsłuchiwał jednocześnie, jak sobie radzi. Wiedziała, kiedy się przymilić, kiedy warknąć, a kiedy wdać w niewinny flirt. W jej głosie ani razu nie usłyszał znudzenia widocznego na twarzy, kiedy musiała kolejny raz powtarzać to samo.

– Bardzo dziękuję – powiedziała po raz nie wiadomo który i odłożyła słuchawkę. Potem zapisała coś w notatniku, spojrzała na zegarek i dopisała godzinę. Była rzeczywiście bardzo skrupulatna. – Jak dotąd same obietnice.

– Lepsze to niż nic.

– Pod warunkiem, że ich dotrzymają. – Potem podniosła słuchawkę, głęboko westchnęła i zabrała się do kolejnej rozmowy.

Rebusa zastanawiały długie przerwy pomiędzy kolejnymi przypadkami: 1972, 1977, 1982, 1995. Pięć lat, pięć lat, trzynaście lat. No i teraz, być może, znów pięć lat. Te pięcioletnie odstępy tworzyłyby może jakąś regularność, ale burzyła ją ta cisza między 1982 a 1995. Mogły jednak istnieć różne wytłumaczenia: sprawca, kimkolwiek był, mógł ten czas spędzać gdzie indziej, na przykład w więzieniu. A kto powiedział, że trumienki występują tylko w Szkocji? Może więc warto szerzej zarzucić sieć i sprawdzić, czy zjawisko to nie wystąpiło też gdzie indziej? Jeśli sprawca przebywał w więzieniu, to warto by sprawdzić dokumentację więzienną. Trzynaście lat to długi wyrok, więc pewnie za morderstwo.

Istniała też oczywiście inna możliwość: że sprawca nigdzie się stąd nie ruszał, tylko z jakichś powodów przestał zostawiać trumienki albo że zostawionej przez niego trumienki nie odnaleziono. W końcu to tylko małe, drewniane pudełeczko… Pierwszy lepszy pies mógł je zgryźć na miazgę albo jakieś dziecko zabrać do domu. Ktoś mógł je też po prostu wyrzucić, uznając za niesmaczny żart. Rebus wiedział, że zwrócenie się z apelem do społeczeństwa mogłoby pomóc, jednak nie sądził, by Templer wyraziła na to zgodę. Najpierw musiałby ją przekonać.

– Nic? – zapytał, kiedy Wylie odłożyła słuchawkę.

– Nikt nie odbiera. Może się już rozniosło, że jakaś wariatka z Edynburga zawraca wszystkim głowę.

Rebus zmiął w dłoniach kartkę i rzucił ją przez ramię w kierunku kosza.

– Może zaczynamy się gubić – stwierdził. – Zróbmy sobie przerwę.

Wylie poszła do piekarni po pączka, Rebus postanowił się przejść. Okolice wokół St Leonard’s nie dawały pod tym względem wielkiego wyboru. Można było albo zapuszczać się w osiedla mieszkaniowe, albo spacerować po Holyrood Road wśród pędzących samochodów, z Salisbury Crags w tle. Rebus zdecydował się wkroczyć w labirynt wąskich uliczek między St Leonard’s a Nicolson Street. Po drodze wstąpił do sklepiku, kupił puszkę irn-bru i, popijając, kluczył po zaułkach. Zwykle pił to jako skuteczne lekarstwo na kaca, tym razem miało mu pomóc zwalczyć ochotę na prawdziwego drinka: piwo i whisky w jakimś zadymionym wnętrzu, z telewizorem za barem nastawionym na relację z wyścigów konnych… Wszystko to czekało na niego w barze Southsider, jednak by uniknąć pokusy, na wszelki wypadek przeszedł na drugą stronę ulicy. Na chodniku szalały grupki dzieci, głównie pochodzenia azjatyckiego. Wyszły już ze szkoły i teraz roznosiła je energia i dziecięca pomysłowość. Zastanowił się, czy i jego zbytnio nie ponosi wyobraźnia… Bo tak też mogło być: doszukuje się spisku tam, gdzie go w ogóle nie ma. Wyciągnął z kieszeni telefon komórkowy i karteczkę z zapisanym numerem.

Kiedy ktoś odebrał, poprosił o połączenie z Jean Burchill.

– Jean? – Zatrzymał się. – Tu John Rebus. Niewykluczone, że dzięki tym twoim trumienkom natrafiliśmy na ważny ślad. – Przez chwilę słuchał. – Teraz nie mogę rozmawiać. – Rozejrzał się. – Jestem w drodze na spotkanie. Jesteś wolna dziś wieczór? – Znów przez chwilę słuchał. – No to szkoda. A może tak na jednego przed snem? – Rozpromienił się. – O dziesiątej? W Portobello, czy na mieście? – Kolejna przerwa. – Tak, skoro masz spotkanie, to rzeczywiście na mieście będzie lepiej. Potem cię odwiozę do domu. To o dziesiątej w muzeum? W porządku, na razie.

Rozejrzał się. Był na Hill Square i na płocie obok zauważył tablicę informacyjną. Wynikało z niej, że stoi przed tylnym wejściem do Domu Lekarza. Niepozornie wyglądające drzwi prowadziły do części budynku mieszczącej stałą Wystawę Historii Medycyny im. Sir Julesa Thoma. Sprawdził podane godziny otwarcia i rzucił okiem na zegarek. Do zamknięcia zostało jeszcze dziesięć minut. A niech tam, pomyślał, i pchnął drzwi.

Znalazł się na typowej klatce schodowej. Na pierwszym piętrze był wąski podest z dwojgiem drzwi naprzeciwko siebie. Wyglądało to tak, jakby mieściły się za nimi prywatne mieszkania, poszedł więc piętro wyżej. Kiedy wkroczył na teren wystawy, dzwonek alarmowy przy drzwiach dał znać obsłudze, że pojawił się nowy gość.

– Był pan już kiedyś u nas? – spytała pracownica, a on zaprzeczył ruchem głowy. – Więc tak: czasy współczesne znajdują się piętro wyżej, a tu po lewej jest dział dentystyczny…

Podziękował jej, a ona zostawiła go w spokoju. Poza nim w sali nie było nikogo, w każdym razie nikogo nie było widać. Spędził pół minuty w dziale dentystycznym, myśląc, że w ciągu tych kilkuset lat technika dentystyczna wcale się tak bardzo nie zmieniła. Główna ekspozycja muzealna zajmowała dwa piętra i była bardzo bogata. Większość eksponatów umieszczono w dobrze oświetlonych szklanych gablotach. Zatrzymał się chwilę przed modelem będącym repliką starodawnej apteki, potem podszedł do naturalnej wielkości figury przedstawiającej doktora Josepha Listera pochylonego nad listą wprowadzonych przez siebie innowacji, wśród których najbardziej znane były metody dezynfekcji rozpylonym karbolem i zastosowanie sterylnego katgutu. Nieco dalej natrafił na gablotę z portfelem zrobionym ze skóry Burke’a. Przypomniało mu się oprawione w skórę podręczne wydanie Biblii, które jako dziecko dostał w prezencie urodzinowym od jednego z wujków. Obok portfela leżał odlew gipsowy głowy Burke’a – z wciąż widocznymi na szyi śladami po katowskim sznurze – i głowy jednego z jego wspólników, Johna Brogana, który pomagał mu transportować zwłoki. O ile głowa Burke’a wyglądała normalnie, miała włosy przyczesane i twarz spokojną, o tyle na twarzy Brogana widać było wyraz cierpienia. Skórę na dolnej szczęce miał ściągniętą, a jego pękata różowa czaszka była niekształtna.

Obok znajdował się portret patologa Knoxa, który przyjmował od nich jeszcze ciepłe zwłoki.

– Biedny ten Knox – odezwał się głos za plecami. Rebus obejrzał się i zobaczył stojącego tuż za nim starszego mężczyznę w pełnej wieczorowej gali, łącznie z muszką, szerokim czarnym pasem i lakierkami. Chwilę potrwało, nim go rozpoznał: profesor Devlin, sąsiad Flipy. Devlin przesunął się bliżej gabloty, nie odrywając wzroku od wystawionych eksponatów. – Długo się zastanawiano, ile on naprawdę wiedział.

– To znaczy, czy wiedział, że Burke i Hare są mordercami?

Devlin kiwnął głową.

– Osobiście nie mam cienia wątpliwości, że musiał wiedzieć. W owym czasie niemal wszystkie ciała trafiające do anatomopatologów były już od dawna zimne. Zwożono je do Edynburga z całej Wielkiej Brytanii – niektóre przypływały Union Canal. Rezurekcjoniści, jak zwano złodziei zwłok, na czas transportu peklowali ciała w whisky. Był to całkiem dochodowy biznes.

– A potem jeszcze ktoś to whisky wypijał?

Devlin parsknął.

– Poczucie oszczędności nakazywałoby, by tak – powiedział. – Jak na ironię losu, zarówno Burke, jak i Hare przybyli do Szkocji za chlebem w ramach migracji zarobkowych. Zatrudniono ich przy budowie Union Canal. – Rebus przypomniał sobie, że Jean mówiła mu coś podobnego. Devlin przerwał i wetknął palec za pas na brzuchu. – No, ale biedny ten Knox… Był na swój sposób geniuszem. Nigdy nie udowodniono mu współudziału w morderstwach. Natomiast potępił go Kościół i to była jego tragedia. Proszę pamiętać, że dla Kościoła ciało ludzkie było nietykalną świątynią. I dlatego znaczna część kleru występowała przeciwko jakimkolwiek badaniom, uznając je za świętokradztwo. No i zaszczuli biednego Knoxa.

– I co się z nim stało?

– Według pisemnych przekazów, zmarł na apopleksję. Hare, który na procesie zeznawał jako świadek koronny, musiał uciekać ze Szkocji. Ale nawet poza Szkocją nie był bezpieczny. Oblano go wapnem i dokończył żywota jako ślepy żebrak na ulicach Londynu. O ile mi wiadomo, w Londynie jest nawet pub Pod Ślepym Żebrakiem, ale nie wiem, czy to ma jakiś związek…

– Szesnaście morderstw – zadumał się Rebus – i to na tak niewielkim terenie jak Port Zachodni.

– Trudno sobie wyobrazić, żeby coś takiego mogło się zdarzyć w dzisiejszych czasach, prawda?

– W dzisiejszych czasach dysponujemy laboratoriami kryminologicznymi, rozwiniętą patologią…

Devlin wyciągnął palec zza pasa i uniósł go teatralnym gestem.

– Otóż to – powiedział. – A gdyby nie działalność Rezurekcjonistów i takich ludzi jak Burke i Hare, to do dziś nie mielibyśmy pojęcia o patologii.

– Czy stąd się bierze pańska dzisiejsza wizyta? Żeby ich uhonorować?

– Może – odparł Devlin, a potem dodał: – O siódmej mamy na górze bankiet, więc pomyślałem, że przyjdę wcześniej i trochę się pokręcę wśród eksponatów.

Rebus przypomniał sobie zaproszenie na kominku u Devlina i te „stroje wieczorowe dekorowane odznaczeniami”…

– Przepraszam, panie profesorze – zawołała skądś pani kustosz – ale już zamykamy.

– Nic nie szkodzi, Maggie – odkrzyknął Devlin, a potem, zwracając się do Rebusa, dodał: – Chciałby pan zobaczyć resztę ekspozycji?

Rebus pomyślał, że pewnie Ellen Wylie dawno już wróciła do pracy.

– Właściwie to powinienem…

– Niech pan da spokój, inspektorze – oznajmił Devlin z emfazą. – Nie można być w Domu Lekarza i nie odwiedzić Czarnego Muzeum…

Pani kustosz przeprowadziła ich wewnętrznymi przejściami, specjalnie dla nich otwierając drzwi zamknięte na klucz, aż dotarli do głównej, frontowej części budynku. Korytarze, udekorowane portretami słynnych przedstawicieli profesji lekarskiej, wyglądały szacownie i dostojnie. Devlin pokazał Rebusowi, gdzie mieści się biblioteka, a potem zatrzymał się w okrągłym holu z marmurową posadzką i wyciągnął rękę do góry.

– Tam mamy bankiet. Będzie mnóstwo profesorów i docentów w pełnej gali i pyszne kurczaki z gumy.

Rebus spojrzał w górę. Hol zwieńczony był szklaną kopułą, a na wysokości pierwszego piętra biegła wokół balustrada, za którą widać było drzwi.

– A co to za okazja? – spytał.

– Bóg raczy wiedzieć. Po prostu, ile razy dostaję zaproszenie, wysyłam im czek i tyle.

– Czy Curt i Gates też tu będą?

– Pewnie tak. Wie pan przecież, że Sandy Gates nie przepuści okazji do wyżerki.

Rebus przyjrzał się imponującym drzwiom wejściowym. Widział je już wielokrotnie, ale zawsze od zewnątrz, od strony Nicolson Street, kiedy nią przejeżdżał lub przechodził. Zrobił uwagę, że nie pamięta, by je kiedykolwiek widział otwarte.

– Dziś wieczorem je otworzą – zapewnił go Devlin. – Goście wchodzą tędy do holu, a potem schodami prosto na górę. Proszę, chodźmy.

Minęli kolejne korytarze i weszli na górę służbowymi schodami.

– Pewnie będzie otwarte – powiedział Devlin, podchodząc do następnych ogromnych drzwi. – Goście, którzy tu przychodzą na przyjęcia, lubią po jedzeniu trochę pozwiedzać. I większość trafia właśnie tutaj. – Nacisnął klamkę i okazało się, że się nie mylił. Drzwi ustąpiły i weszli do dużej sali wystawowej. – Oto Czarne Muzeum – poinformował Devlin, rozkładając ramiona.

– Słyszałem o nim – rzekł Rebus – ale nigdy nie miałem powodu, by go zwiedzać.

– Jest zamknięte dla publiczności – wyjaśnił Devlin. – Właściwie nigdy nie rozumiałem dlaczego. Gdyby je udostępniono turystom, to Kolegium Lekarskie mogłoby zarobić na tym niezły grosz.

Oficjalna nazwa sali wystawowej brzmiała Playfair Hall i Rebus pomyślał, że ekspozycja nie jest aż tak ponura, jakby to mogło wynikać z jej potocznej nazwy. Obejmowała stare narzędzia chirurgiczne, z wyglądu bardziej pasujące do sali tortur niż do sal operacyjnych. W gablotach leżały kości, a organy ludzkie pływały w słojach z mętnym płynem. Kolejne wąskie schody zaprowadziły ich na półpiętro, gdzie stały następne słoje.

– Nie zazdroszczę nieszczęśnikowi, do którego obowiązków należy dolewanie do nich formaliny – powiedział Devlin, sapiąc z wysiłku.

Rebus zatrzymał się przed jednym ze szklanych cylindrów. Patrzyła na niego twarz niemowlęcia, jednak jakoś dziwnie zniekształcona. Dopiero po chwili uzmysłowił sobie, że odchodzą od niej dwa zupełnie oddzielne korpusy. Bliźnięta syjamskie połączone wspólną głową, po połowie należącą do dwóch oddzielnych ciał. Rebus, który widział już niejedno okropieństwo, patrzył na potworka z ponurą fascynacją. Wokół było więcej podobnych eksponatów: płodów na różne sposoby zniekształconych. Na ścianach wisiały obrazy, głównie z dziewiętnastego wieku, przedstawiające żołnierzy straszliwie okaleczonych pociskami armatnimi lub z muszkietów.

– A to mój ulubiony obraz – oświadczył Devlin.

W otoczeniu wszystkich brutalnych i krwawych scen obraz był jak oaza spokoju i przedstawiał portret młodego, uśmiechniętego mężczyzny. Rebus przeczytał podpis:

– Doktor Kennet Lovell, luty, tysiąc osiemset dwadzieścia dziewięć.

– Lovell był jednym z anatomów, którym powierzono sekcję zwłok Williama Burke’a. Prawdopodobnie to on właśnie stwierdził zgon Burke’a po zdjęciu go z szubienicy. Portret namalowano niecały miesiąc później.

– Wygląda na całkiem zadowolonego ze swego losu – zauważył Rebus.

Oczy Devlina rozbłysły.

– Prawda? Kennet był też przy okazji rzemieślnikiem. Zajmował się stolarką, podobnie jak diakon William Brodie, o którym na pewno pan słyszał.

– Dżentelmen za dnia, włamywacz nocą – kiwnął głową Rebus.

– I być może pierwowzór dla Dr Jekylla i Mr Hyde’a Stevensona. Jako dziecko, Stevenson miał w swoim pokoju szafę wykonaną przez Williama Brodiego…

Rebus uważnie przyjrzał się portretowi. Lovell miał głęboko osadzone, ciemne oczy, dołek w brodzie i obfite czarne pukle na głowie. Rebus był pewien, że malarz jak zwykle upiększył nieco swego modela i pewnie odjął mu trochę lat i kilogramów. Ale biorąc nawet tę poprawkę, należało stwierdzić, że był to przystojny mężczyzna.

– Ciekawa sprawa z tą panną Balfour – powiedział Devlin, a ta nagła zmiana tematu nieco Rebusa zaskoczyła. Spojrzał na starego profesora, który przestał już sapać i stał ze wzrokiem wbitym w portret.

– Co mianowicie? – spytał.

– No, te trumny znalezione na Arthur’s Seat… i to, jak prasa znów tę sprawę odgrzała. – Odwrócił głowę i spojrzał na Rebusa. – Jedna z teorii głosi, że upamiętniają ofiary Burke’a i Hare’a…

– Tak, wiem.

– A teraz ta następna trumna wydaje się upamiętniać pannę Balfour.

Rebus przeniósł wzrok na portret.

– Lovell robił coś z drewna?

– Na przykład stół w mojej jadalni. – Devlin się uśmiechnął. – To jego dzieło.

– I dlatego pan go kupił?

– To taka mała pamiątka z lat, kiedy rodziła się patologia. Historia medycyny, inspektorze, to historia Edynburga. – Pociągnął lekko nosem i westchnął. – Wie pan, czasami mi tego brakuje.

– Mnie by tam chyba nie brakowało.

Odwrócili się od portretu i ruszyli dalej.

– Na swój sposób czułem się uprzywilejowany – mówił Devlin. – Wieczna fascynacja i zdumienie tym, co ta cielesna powłoka potrafi w sobie kryć. – Dla lepszego efektu klepnął się w klatkę piersiową, a Rebus uznał, że nie ma nic do powiedzenia. Jego zdaniem ciało to ciało, i tyle. Kiedy ciało umiera, wszystko, co w nim było ciekawego, umiera razem z nim. Był nawet gotów powiedzieć to głośno, jednak wiedział, że nie ma szans w dyskusji z profesorem.

Wrócili do głównego holu i Devlin powiedział:

– Inspektorze, naprawdę myślę, że powinien pan się tu zjawić wieczorem. Ma pan jeszcze mnóstwo czasu, żeby wpaść do domu i się przebrać.

– Nie sądzę – odpowiedział Rebus. – Wszyscy i tak tu będą tylko rozmawiać o sprawach zawodowych, sam pan mówił. – A przebrać się nie mam w co, dodał w duchu, bo nie dysponuję smokingiem, nie mówiąc już o całej reszcie.

– Myślę, że spodobałoby się panu – nalegał Devlin. – Szczególnie w nawiązaniu do naszej rozmowy.

– W jakim sensie? – spytał Rebus.

– Na bankiecie przemawiać będzie ksiądz katolicki. Ma mówić o dychotomii ciała i ducha.

– Sam temat wystarczy, żebym się poczuł zagubiony.

Devlin uśmiechnął się pobłażliwie.

– Sądzę, inspektorze, że pan umyślnie udaje mniej rozgarniętego niż pan jest w rzeczywistości. Pewnie w pańskiej pracy się to przydaje.

Rebus ograniczył się do wzruszenia ramionami.

– A ten mówca – spytał – to nie przypadkiem ojciec Conor Leary?

Devlin spojrzał na niego zaskoczony.

– Zna go pan? To tym bardziej powinien pan do nas dołączyć.

– No, może na jednego drinka przed kolacją – stwierdził Rebus, kiwając głową w zamyśleniu.

Po powrocie na St Leonard’s dostrzegł naburmuszoną minę Ellen Wylie.

– Zdaje się, że twoje rozumienie słowa „przerwa” trochę się różni od mojego – powiedziała zaczepnie.

– Natknąłem się na kogoś – wyjaśnił.

Wylie nie ciągnęła dalej tematu, ale widział, że jest zła. Twarz jej zastygła i sprawiała wrażenie, że sięgając po słuchawkę, robi to z wściekłością. Wyraźnie oczekiwała od niego czegoś więcej: przeprosin, a może też pochwały za jej pilność. Odczekał jeszcze chwilę, a kiedy znów z furią natarła na telefon, zapytał:

– Czy to przez tę konferencję prasową?

– Co takiego? – rzuciła słuchawkę na aparat.

– Ellen – powiedział – nie chodzi o to, że…

– Tylko, kurwa, nie waż się mnie pouczać!

Uniósł ręce w geście poddania.

– Okej, zatem koniec ze stosunkami familiarnymi. Żałuję, sierżant Wylie, że zostało to przez was odebrane jako pouczanie.

Patrzyła na niego wściekłym wzrokiem, potem wyraz jej twarzy raptownie złagodniał. Zmusiła się do cienia uśmiechu i roztarta sobie oba policzki.

– Przepraszam – powiedziała.

– I ja też. – Spojrzała na niego pytająco. – Za to, że mnie tak długo nie było. Powinienem zadzwonić. – Wzruszył ramionami. – Ale za to poznałaś moją straszną tajemnicę.

– To znaczy?

– Żeby zmusić Johna Rebusa do przeprosin, trzeba najpierw pastwić się nad telefonem.

Tym razem głośno się roześmiała. Choć nie był to śmiech płynący z głębi serca i pobrzmiewały w nim tony histeryczne, pozwolił jej dojść do siebie. Oboje znów zajęli się pracą.

Na koniec dnia przyszło im uznać, że właściwie nie osiągnęli niczego. Starając się ją pocieszyć, powiedział, by się nie martwiła, bo z góry było wiadomo, że początki będą trudne. Nakładając płaszcz, spytała, czy wybiera się może gdzieś na drinka.

– Jestem już umówiony – pokręcił głową. – Może kiedy indziej.

– Jasne – powiedziała, jednak z tonu wynikało, że nie bardzo w to wierzy.

Wstąpił samotnie na drinka, ale tylko jednego z uwagi na późniejszą wizytę w Domu Lekarza. Zamówił whisky Laphroaig z kropelką wody, by odrobinę stępić jej ostrość. Wybrał pub, którego Wylie nie mogła znać. Nie miał ochoty na nią wpaść, po tym jak jej odmówił, a zdobyć się na szczerą rozmowę o konferencji prasowej mógłby dopiero po znieczuleniu się kilkoma solidnymi drinkami. Chciał jej powiedzieć, że się myli i że jedna nieudana konferencja prasowa nie oznacza końca kariery. Gill Templer na pewno czuje się zawiedziona, to oczywiste, ale jednocześnie nie jest przecież osobą głupią i mściwą, by rozpoczynać wojnę. Wylie była dobrą policjantką i inteligentnym pracownikiem wydziału śledczego. Jeszcze trafi jej się inna szansa. Gdyby teraz Templer chciała się na niej odegrać, odbiłoby się to rykoszetem na niej samej.

– Jeszcze jedną? – spytał barman.

Rebus spojrzał na zegarek.

– Dobra, niech będzie.

Ten rodzaj baru bardzo mu odpowiadał. Niewielki, anonimowy i schowany na uboczu. Na zewnątrz nie było nawet szyldu, ani niczego, co mogłoby go dekonspirować. Mieścił się w bocznej uliczce, tam gdzie trafiali tylko wtajemniczeni. W rogu siedziało dwóch stałych bywalców w podeszłym wieku, obaj sztywno wyprostowani i hipnotycznie wpatrzeni w przeciwległą ścianę. Dialog między nimi był oszczędny i prowadzony chrapliwym, gardłowym głosem. Fonia w telewizorze została wyłączona, ale barman i tak wpatrywał się w ekran. Nadawano jakiś amerykański film dziejący się na sali sądowej, a jego bohaterowie miotali się po pomalowanej na szaro sali rozpraw. Od czasu do czasu pokazywano zbliżenie na twarz kobiety, która miała grać bardzo przejętą. Najwyraźniej była niepewna swej mimiki, bo co chwilę dramatycznym ruchem załamywała ręce. Rebus dał barmanowi pieniądze i przelał resztkę z pierwszej szklanki do drugiej, skrupulatnie wytrząsając zawartość do ostatniej kropli. Jeden ze starych bywalców najpierw zakasłał, potem pociągnął nosem. Jego kompan coś powiedział, a on milcząco przytaknął głową.

– O co w tym chodzi? – Rebus nie mógł się powstrzymać, by nie zapytać.

– Co?

– W tym filmie, o co tam chodzi?

– O to co zawsze – odparł barman. Każdy kolejny dzień zdawał się tu upływać według identycznego scenariusza, nawet film na ekranie telewizora. – A co u ciebie? – spytał barman. – Co słychać? – Pytania w jego ustach brzmiały nieco wymuszenie, jakby ów scenariusz nie przewidywał pogaduszek z klientami.

Rebus zastanowił się, co mógłby odpowiedzieć. Na przykład, że gdzieś grasuje seryjny morderca i robi to bezkarnie od początku lat siedemdziesiątych. Albo, że zaginiona dziewczyna już prawie na pewno nie żyje. Albo, że bliźnięta syjamskie mogą się urodzić z jedną, potwornie zniekształconą głową.

– Wiesz, jak jest – odpowiedział w końcu, a barman pokiwał głową ze zrozumieniem, jak gdyby takiej właśnie odpowiedzi oczekiwał.

Niedługo potem Rebus wyszedł z baru. Odbył krótki spacerek na Nicolson Street i zgodnie z przewidywaniami Devlina drzwi wejściowe do Domu Lekarza stały otworem, a goście już się zaczynali schodzić. Rebus nie miał oczywiście zaproszenia, ale krótka rozmowa poparta legitymacją służbową wystarczyła. Na pierwszym piętrze stali już pierwsi goście z drinkami w dłoniach. Na przykrytych białymi obrusami stołach stały różnorodne kieliszki i inne szkło. Obsługa miała na sobie śnieżnobiałe koszule z muszkami i czarne kamizelki.

– Czym mogę panu służyć?

Rebus chętnie wypiłby jeszcze jedną whisky, wiedział jednak, że po wypiciu trzech czy czterech popłynie. A jeśli popłynie, to najgorsze łupanie w głowie zacznie się wtedy, kiedy przyjdzie czas na spotkanie z Jean.

– Poproszę czysty sok pomarańczowy – powiedział.

– Matko Przenajświętsza, zatem mogę już spokojnie dokonać żywota.

Rebus odwrócił się w stronę mówiącego.

– A to dlaczego? – spytał.

– Bo to znaczy, że zobaczyłem już wszystko, co jest do zobaczenia na naszym cudownym padole. Nalej mu, synu, whisky, i nie skąp przy tym – polecił barmanowi, który zamarł z karafką skoku pomarańczowego w dłoni i spojrzał pytająco na Rebusa.

– Tylko sok proszę. – Rebus był zdecydowany.

– No, przynajmniej czuć od ciebie whisky – powiedział ojciec Conor Leary – więc wiem chociaż, że nie stałeś się nagle abstynentem. Tyle, że z jakiegoś niepojętego powodu chcesz zachować trzeźwość umysłu… – Zamilkł na chwilę, a potem dodał: – Czy to może płeć piękna ma w tym swój udział?

– Marnuje się ojciec jako ksiądz – odpowiedział Rebus z uśmiechem.

Ojciec Conor Leary ryknął śmiechem.

– Chcesz powiedzieć, że byłby ze mnie dobry detektyw? No i niech ktoś temu zaprzeczy. – Spojrzał na barmana i dodał: – Mam nadzieję, że ja nie muszę ci mówić co. – Barman najwyraźniej tego nie oczekiwał, bo odmierzył solidną porcję whisky. Leary z uznaniem pokiwał głową i uniósł szklankę. – Slainte!

– Slainte! – powtórzył Rebus i pociągnął łyk soku. Conor Leary wyglądał niemal kwitnąco. Kiedy widzieli się ostatnio, stary ksiądz chorował, a w jego lodówce butelki z lekarstwami walczyły o miejsce z butelkami guinnessa.

– Dawno cię nie widziałem – stwierdził Leary.

– Wie ksiądz, jak to jest.

– Wiem, że wam, młodym, zawsze braknie czasu na odwiedzanie słabych i chorych. Zbytnio was zajmują uciechy grzesznych ciał.

– Już nawet nie pamiętam, kiedy moje ciało miało okazję popełnić grzech wart wspominania.

– A Bóg mi świadkiem, że masz tego ciała pod dostatkiem – powiedział ksiądz i klepnął Rebusa po brzuchu.

– Może na tym właśnie polega mój problem – przyznał Rebus. – Ale za to ksiądz…

– Ach, no tak, myślałeś pewnie, że już sczezłem i ledwo dyszę, co? Nic z tego. Ja tam wolę dobrze zjeść, dobrze wypić i nieważne, co będzie dalej.

Leary ubrany był w granatowe spodnie i wyczyszczone do połysku czarne buty, a koloratka wystawała z popielatego sweterka wyciętego w serek. Istotnie stracił trochę na wadze, ale przez to brzuch i policzki nieco mu obwisły, mocno przerzedzone srebrzyste włosy przypominały jedwabną przędzę, a zapadnięte głęboko oczy otoczone były siateczką zmarszczek. Trzymał szklankę z whisky oburącz, tak jak robotnicy trzymają butelkę.

– Nie jesteśmy ubrani stosownie do okazji – powiedział, rozglądając się wokół po tłumie w smokingach.

– Przynajmniej ksiądz jest w uniformie – odparł Rebus.

– Nie do końca – zaprzeczył Leary. – Ja już zakończyłem aktywną służbę. – Mrugnął porozumiewawczo. – Tak czasami jest, że pozwalają nam zdjąć szaty. Tylko że teraz, kiedy przy jakiejś okazji wkładam na siebie starą koloratkę, to od razu wyobrażam sobie, jak jakiś wysłannik papieski rzuca się na mnie z buzdyganem w dłoni i próbuje mi ją zerwać z szyi.

– To trochę tak jak z wystąpieniem z Legii Cudzoziemskiej – uśmiechnął się Rebus.

– Właśnie! Albo jak pozbawienie wojownika sumo warkoczyka, z chwilą gdy przechodzi na emeryturę.

Kiedy podszedł do nich Devlin, obaj jeszcze się śmiali.

– Cieszę się, że udało się panu do nas dołączyć – zwrócił się do Rebusa, nim uścisnął dłoń księdza. – Myślę, że to ksiądz był czynnikiem decydującym w zwabieniu tu inspektora – powiedział, a zwracając się do Rebusa dodał: – A moje zaproszenie jest wciąż aktualne. Jestem przekonany, że będzie pan chciał posłuchać mowy księdza.

Rebus przecząco potrząsnął głową.

– Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuje taki poganin jak John, jest słuchanie moich nauk o tym, co dla niego dobre, a co nie – powiedział Leary.

– Święta prawda – potwierdził Rebus. – A poza tym jestem pewien, że i tak już to wszystko kiedyś słyszałem. – Popatrzyli na siebie i obu stanęły przed oczyma długie rozmowy, jakie prowadzili kiedyś w księżej kuchni, wspomagając się częstymi wycieczkami do lodówki i barku. Rozmawiali o Kalwinie i o przestępcach, o wierze i o braku wiary. Nawet wówczas, gdy podzielał zdanie księdza, Rebus zawsze starał się odgrywać rolę adwokata diabła, rozbawiając rozmówcę swym uporem. Ich spotkania i rozmowy bywały długie i regularne… aż do chwili gdy pod jakimś pretekstem Rebus zaczął się z nich wymigiwać. Gdyby go dziś Leary zapytał dlaczego, pewnie nie potrafiłby podać powodu. Może powodem było to, że coraz częściej argumentacja księdza zaczynała zawierać prawdy absolutne, a z nimi Rebus nie potrafił sobie radzić. W grze, w której obaj uczestniczyli, Leary starał się cały czas nawracać „poganina”.

– Skoro dręczy cię tak wiele pytań – mawiał – to dlaczego nie pozwalasz, by ktoś ci udzielił na nie odpowiedzi?

– Pewnie dlatego, że wolę stawiać pytania, niż słuchać odpowiedzi – odpowiadał Rebus, a ksiądz w geście rozpaczy rozkładał bezradnie ręce i odbywał kolejny spacer do lodówki.

Devlin spytał księdza o temat jego dzisiejszej mowy i widać było, że profesor już sobie wychylił kilka drinków. Stał z rękami w kieszeniach, a wyraz jego zaróżowionej i uśmiechniętej twarzy był jakby trochę nieobecny. Barman dolewał właśnie Rebusowi soku pomarańczowego, kiedy dołączyli do nich Gates i Curt, dwaj patolodzy ubrani niemal identycznie, przez co jeszcze bardziej niż zwykle sprawiali wrażenie nierozłącznych.

– No i proszę! – wykrzyknął Gates. – Cała banda razem. – Skinął na barmana. – Dla mnie whisky, a dla tego dziewica czysty tonik.

Curt parsknął śmiechem.

– Nie jestem odosobniony – powiedział, wskazując głową na sok Rebusa.

– Boże Święty, John, powiedz mi przynajmniej, że masz tam w środku gorzałę – zadudnił Gates, po czym dodał: – A w ogóle, to co ty tu, do cholery, robisz? – Jego twarz pokryta była kropelkami potu i miała niemal fioletową barwę, kołnierzyk koszuli zaś wrzynał mu się w szyję. Curt jak zwykle sprawiał wrażenie całkowicie rozluźnionego. Utył parę kilogramów, ale w dalszym ciągu wyglądał szczupłe, a jego twarz nadal miała barwę bladoziemistą. „Bo nigdy nie ogląda słońca” – odpowiadał zwykle, gdy go o to pytano. Wśród policjantów na St Leonard’s zdobył sobie przez to przydomek „Dracula”.

– Bo mam do was sprawę – oznajmił Rebus

– Moja odpowiedź brzmi: nie – odrzekł Gates.

– Ale nie wiesz, o co mi chodzi.

– Wystarczy mi ton twojego głosu. Masz zamiar prosić nas o przysługę. I zaraz powiesz, że nie zabierze nam dużo czasu. I będziesz się mylił.

– Chodzi o protokoły pewnych starych sekcji. Potrzebna mi tylko ich weryfikacja.

– Jesteśmy zawaleni robotą – powiedział Curt przepraszająco.

– A czyje to sekcje? – spytał Gates.

– Jeszcze ich nie mam. Mają mi je przysłać z Glasgow i z Nairn. Może, gdybyś ty o nie wystąpił, to przyspieszyłoby sprawę.

Gates popatrzył na obecnych.

– No i sami widzicie – powiedział.

– Prowadzimy zajęcia na uniwersytecie, John – wtrącił Curt. – Coraz więcej studentów i zajęć, a coraz mniej ludzi do ich prowadzenia.

– Ja to wszystko rozumiem, ale… – zaczął Rebus, jednak Gates odchylił pas na brzuchu i wskazał na ukryty pod nim pager.

– W każdej chwili, nawet dzisiaj, mogą nas wezwać do kolejnych zwłok – oznajmił.

– Coś mi się widzi, że ich nie przekonałeś – zaśmiał się Leary.

Rebus wbił wzrok w Gatesa.

– Mówię poważnie – oświadczył.

– I ja też. Pierwszy od niepamiętnych czasów wolny wieczór, jaki mam, a ty mi zawracasz głowę swoimi sławetnymi „przysługami”.

Rebus uznał, że skoro Gates ma jeden ze swoich „humorów”, nie ma sensu dalej się upierać. Może mają za sobą wyczerpujący dzień w pracy, pomyślał. Ciekawe tylko, czy miewają też inne.

Devlin odchrząknął.

– A może ja bym mógł…?

Leary klepnął go w plecy.

– No i proszę, John. Ofiara sama się zgłasza!

– Wiem, że już od wielu lat jestem na emeryturze, ale myślę, że teoria i praktyka aż tak bardzo się nie zmieniły.

Rebus przyjrzał mu się badawczo.

– Właściwie, najświeższa z tych spraw pochodzi z osiemdziesiątego drugiego roku – powiedział po chwili namysłu.

– W osiemdziesiątym drugim to Donald jeszcze machał skalpelem – przypomniał Gates, a Devlin potwierdził to lekkim ukłonem.

Rebus wciąż się jeszcze wahał. Potrzebny mu był ktoś z werwą, ktoś taki jak Gates.

– Wniosek przyjęto jednogłośnie – oświadczył Curt, wyręczając go w podjęciu decyzji.

Siobhan Clarke siedziała w pokoju i oglądała telewizję. Postanowiła zrobić sobie prawdziwą ciepłą kolację, ale w połowie krojenia papryki odeszła jej ochota, schowała więc wszystko do lodówki i wyciągnęła z zamrażalnika gotowe danie. Pusty pojemnik leżał teraz na podłodze, a ona z podwiniętymi nogami rozsiadła się na kanapie i oparła głowę na zgiętym ramieniu. Laptop leżał na stoliku obok, ale komórka była odłączona, bo nie spodziewała się żadnych wiadomości od Quizmastera. Wzięła do ręki notatnik i raz jeszcze wpatrzyła się w tajemniczy tekst. Na próby rozwikłania zagadki zużyła już kilkadziesiąt kartek papieru, starając się ułożyć z niego anagram i poszukując ukrytych znaczeń. Siedem płetw w górę czyni króla… a potem jeszcze ta wzmianka o „królowej” i „wpadce”. Najbardziej kojarzyło jej się to z grą w karty, ale almanach gier karcianych wypożyczony z Centralnej Biblioteki niczego nie wyjaśnił. Właśnie zmagała się z sobą, czy podjąć jeszcze jedną próbę, kiedy zadzwonił telefon.

– Halo?

– Tu Grant.

Siobhan przyciszyła trochę telewizor.

– Co się dzieje?

– Chyba udało mi się to rozgryźć.

Siobhan spuściła nogi na podłogę.

– Mów.

– Wolałbym ci to pokazać.

Na linii słychać było jakieś hałasy. Podniosła się z kanapy.

– Dzwonisz z komórki? – spytała.

– Tak.

– I gdzie jesteś?

– Stoję pod twoim domem.

Podeszła do okna i wyjrzała na ulicę. Rzeczywiście jego alfa stała pod jej domem na samym środku jezdni. Siobhan uśmiechnęła się.

– No to znajdź sobie jakieś miejsce i właź na górę. Drugi od góry dzwonek jest mój.

Nim zdążyła złożyć brudne naczynia do zlewu, domofon już zabrzęczał. Upewniła się najpierw, że to on, dopiero potem nacisnęła przycisk zwalniający blokadę drzwi wejściowych. Czekała w otwartych drzwiach, aż pokona kilka ostatnich stopni.

– Przepraszam, że tak późno, ale nie mogłem wytrzymać.

– Kawy? – spytała, zamykając za nim drzwi.

– Proszę. Podwójny cukier.

Wzięli kubki z sobą do pokoju.

– Ładnie tu u ciebie – zauważył.

– Mnie też się podoba.

Usiadł obok niej na kanapie i postawił kubek na stoliku. Potem sięgnął do kieszeni i wyciągnął podręczny atlas Londyn od A do Z.

– Londyn? – spytała ze zdziwieniem.

– Przejrzałem notatki o wszystkich królach, jakich pamiętałem z historii, a potem przez wszystko, co się kojarzy ze słowem king. – Położył atlas tylną okładką do góry i wskazał na umieszczoną na niej mapkę londyńskiego metra.

– King’s Cross? – domyśliła się.

Kiwnął głową.

– Tak. Zobacz sama.

Wzięła do ręki atlas. Grant ledwo mógł usiedzieć w miejscu.

– Seven fins high is king – przypomniał.

– I myślisz że ten king to King’s Cross?

Przysunął się do niej bliżej i powiódł palcem po bladoniebieskiej linii przechodzącej przez stację King’s Cross.

– Widzisz teraz? – zapytał.

– Nic nie widzę – powiedziała ponuro. – Lepiej sam mi powiedz.

– Przesuń się o jedną stację od King’s Cross w górę.

– Highbury i Islington?

– A dalej?

– Finsbury Park… potem Seven Sisters.

– A teraz wróć – powiedział. Był tak podniecony, że aż podskakiwał.

– Tylko się nie posikaj – powiedziała i spojrzała znów na mapkę. – Seven Sisters… Finsbury Park… Highbury i Islington… King’s Cross. – I teraz to do niej dotarło. Dokładnie ta sama kolejność, tylko z nazwami w skrócie. – Seven… Fins… High Is… King. – Spojrzała na Granta, a on radośnie potaknął. – O kurczę, niezły jesteś – oznajmiła ze szczerym podziwem, Grant pochylił się ku niej, jakby chciał ją uścisnąć, jednak Siobhan zrobiła unik. Potem zerwał się na nogi i klasnął w dłonie.

– Sam nie mogłem w to uwierzyć – zawołał – kiedy mi się to tak nagle ułożyło. To linia Victoria.

Siobhan kiwnęła głową w milczeniu, bo nic mądrego nie przychodziło jej do głowy. Istotnie wszystkie te stacje leżały na linii Victoria należącej do systemu londyńskiej kolei podziemnej.

– Ale co to wszystko znaczy? – zapytała w końcu.

Znów usiadł obok niej, pochylił się do przodu i oparł łokcie o kolana.

– Teraz właśnie musimy do tego dojść – powiedział.

Przesunęła się po kanapie, nieco się od niego odsuwając, a potem wzięła do ręki notatnik i odczytała: Ta królowa jada dobrze przed wpadką. Popatrzyła na niego, ale on tylko wzruszył ramionami.

– Czy rozwiązanie może tkwić gdzieś w Londynie? – zapytała.

– Nie wiem – odparł. – Pałac Buckingham? Queens Park Rangers? – Znów wzruszył ramionami. – Może i w Londynie.

– A te nazwy stacji metra… Co one znaczą?

– Wszystkie leżą na linii Victoria – powtórzył, bo nic innego nie przyszło mu do głowy. A potem jednocześnie spojrzeli na siebie.

– Królowa Wiktoria – powiedzieli jednym głosem.

Siobhan miała przewodnik po Londynie, który kupiła, planując kiedyś spędzenie weekendu w tym mieście, do czego zresztą nigdy nie doszło. Chwilę trwało, nim go znalazła. Tymczasem Grant włączył komputer, wszedł do sieci i rozpoczął przeszukiwanie Internetu.

– Może to być na przykład nazwa jakiegoś pubu – powiedział. – Jak w tym serialu EastEnders.

– Tak – potwierdziła, zajęta przeglądaniem przewodnika – albo Muzeum Alberta i Wiktorii.

– Nie mówiąc już o dworcu kolejowym Victoria, też zresztą na tej samej linii. Obok jest też dworzec autobusowy. I najgorsza kafeteria w całej Wielkiej Brytanii.

– Mówisz to z własnego doświadczenia?

– Za czasów szkolnych urządziłem sobie parę weekendowych wyjazdów autobusem. Ale nie spodobało mi się. – Przeglądał jakiś tekst na ekranie.

– Nie spodobał ci się autobus, czy nie spodobał ci się Londyn?

– Myślę, że i jedno, i drugie. Czy ta wpadka może twoim zdaniem oznaczać jakąś wpadkę narkotykową?

– Może. Albo jakąś wpadkę na giełdzie. Nie tak dawno było coś takiego, prawda? Nazwali to nawet „czarnym poniedziałkiem”.

Kiwnął głową.

– A może tu nie chodzi o wpadkę, tylko o jakiś pomnik [Angielskie słowo bust ma wiele znaczeń, m.in. akcja policyjna, wpadka, ale także biust, popiersie.] – ciągnęła. – Na przykład pomnik królowej Wiktorii obok restauracji, gdzie się dobrze jada.

Przez chwilę milczeli, szukając czegoś w przewodniku i w Internecie, aż w końcu Siobhan rozbolały oczy i wstała, by zrobić następną kawę.

– Z podwójnym cukrem – przypomniał Grant.

– Pamiętam – mruknęła i spojrzała na niego. Siedział pochylony nad ekranem, a jedna noga bezustannie mu chodziła. Chciała coś powiedzieć o tej jego próbie objęcia jej… jakoś ustalić ich stosunki na przyszłość… wiedziała jednak, że okazja ku temu już minęła.

Wróciła z kuchni z kawami i spytała, czy udało mu się coś znaleźć.

– Tylko typowe atrakcje turystyczne – odparł. Wziął kubek i podziękował jej kiwnięciem głowy.

– Ale dlaczego Londyn? – spytała.

– Co dlaczego? – Nie odrywał wzroku od ekranu.

– Dlaczego nie gdzieś bliżej domu?

– A może Quizmaster mieszka w Londynie. Przecież tego nie wiemy, prawda?

– Prawda.

– A poza tym, kto powiedział, że Flipa Balfour była jedyną uczestniczką gry. Jestem gotów się założyć, że ta gra ma gdzieś swoją witrynę w Internecie. Albo miała. I każdy, kto chciał się włączyć, mógł z niej skorzystać. Więc na pewno nie wszyscy gracze byli ze Szkocji.

Pokiwała głową.

– Tylko tak się zastanawiam… czy Flipa była na tyle bystra, żeby rozwiązać tę zagadkę?

– Widocznie tak, bo inaczej nie przeszłaby do następnego poziomu.

– A może to jakaś nowa gra – powiedziała Siobhan, a Grant zwrócił ku niej głowę. – Może ta gra jest tylko dla nas.

– Jeśli tylko kiedyś dopadniemy tego bydlaka, to nie omieszkam go zapytać.

Pół godziny później Grant wciąż ślęczał nad listą londyńskich restauracji.

– Nie uwierzysz, ile w tym cholernym mieście jest ulic o nazwach Victoria Road i Victoria Street, a prawie na wszystkich są jakieś knajpy.

Podniósł się, by rozprostować kręgosłup. Sprawiał wrażenie, że cały wcześniejszy entuzjazm go opuścił.

– A nawet nie zaczęliśmy jeszcze pubów – mruknęła Siobhan, przeczesując sobie włosy palcami i odgarniając je z czoła.

– Teraz to właściwie…

– Co właściwie?

– Pierwsza połowa zagadki była pomysłowa. Ale teraz… teraz to już tylko ślęczenie nad wykazami. Czy on oczekuje, że pojedziemy do Londynu i odwiedzimy tam każdą knajpę w nadziei, że obok znajdzie się jakieś popiersie królowej Wiktorii?

– Jeśli na to liczy, to się przeliczy – parsknął Grant, jednak nie wydawał się tym zbytnio rozbawiony.

Siobhan raz jeszcze zajrzała do almanachu gier karcianych. Spędziła już kilka dobrych godzin na jego wertowaniu, ale jak się teraz okazywało szukała nie tam, gdzie trzeba, i nie tego, co trzeba. Ledwo zdążyła do biblioteki, na pięć minut przed jej zamknięciem. Zostawiła samochód na Victoria Street i tylko modliła się w duchu, żeby jej nie wlepili mandatu…

– Victoria Street? – powtórzyła głośno.

– Do wyboru, do koloru. Jest ich dosłownie dziesiątki.

– A niektóre z nich tuż pod nosem.

Spojrzał na nią.

– To prawda – potwierdził.

Zszedł na dół do samochodu i przyniósł wydany przez Wydawnictwa Kartograficzne atlas środkowo-wschodniej Szkocji. Otworzył go na indeksie nazw i przejechał po nim palcem.

– Są Ogrody Wiktorii, szpital królowej Wiktorii w Kirkcaldy… Victoria Street i Victoria Terrace w Edynburgu. – Spojrzał na nią. – Co o tym myślisz?

– Myślę, że na Victoria Street jest parę restauracji.

– A jakieś pomniki?

– Na zewnątrz nie.

Spojrzał na zegarek.

– Pewnie o tej porze wszystko jest już zamknięte, jak myślisz?

Kiwnęła głową.

– Jutro od samego rana – zadecydowała. – Stawiam śniadanie.

Rebus i Jean siedzieli w Sali Palmowej. Ona piła wódkę z sokiem, on delektował się dziesięcioletnią whisky Macallan. Wraz z whisky kelner przyniósł mu niewielki szklany dzbanek z wodą, jednak Rebus nawet do niego nie zajrzał. Już od lat nie był w hotelu Balmoral, a kiedy był tu ostatnio, hotel nazywał się jeszcze North British. Od tamtych czasów trochę się tu zmieniło, jednak Jean nie wydawała się interesować otoczeniem. W każdym razie było tak od chwili, gdy usłyszała opowieść Rebusa.

– To znaczy, że wszystkie mogły zostać zamordowane? – spytała, i twarz jej wyraźnie pobladła. Światła były przyćmione, a z rogu sali dochodziły dźwięki fortepianu. Rebusowi co chwilę wpadał w uszy jakiś znajomy motyw, jednak odnosił wrażenie, że Jean w ogóle nie słyszy muzyki.

– Istnieje taka możliwość – przyznał.

– I całą teorię opierasz tylko na lalkach?

Ich oczy spotkały się, a on pokiwał głową.

– Możliwe, że daję się ponieść fantazji – powiedział. – Ale to trzeba sprawdzić.

– I od czego, na litość boską, masz zamiar zacząć?

– Czekamy na przesyłkę z aktami tych spraw. – Przerwał. – Co ci się stało?

Oczy miała pełne łez. Pociągnęła nosem i sięgnęła do torebki po chustkę.

– To na samą myśl o tym. Pomyśleć, że te wycinki leżały u mnie od tak dawna… Może gdybym je wcześniej przekazała policji…

– Jean. – Wziął jej dłoń w swoje dłonie. – To były tylko lalki i trumienki, nic więcej.

– Pewnie tak – zgodziła się.

– Ale za to może teraz będziesz mogła nam pomóc.

Nie znalazła chusteczki, wzięła więc serwetkę ze stolika i przytknęła ją sobie do powiek.

– W jaki sposób? – spytała.

– Wszystko zaczyna się w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym drugim. Chciałbym wiedzieć, czy ktoś wtedy okazywał specjalne zainteresowanie eksponatami z Arthur’s Seat. Czy mogłabyś trochę dla mnie pogrzebać?

– Oczywiście.

– Dzięki – powiedział i znów lekko ścisnął jej dłoń. Uśmiechnęła się niepewnie i sięgnęła po drinka. Wysączyła go do końca i dało się słyszeć pobrzękiwanie kostek lodu.

– Jeszcze jednego? – spytał.

Potrząsnęła głową i rozejrzała się.

– Czuję, że to nie jest twój ulubiony typ lokalu.

– Tak myślisz? A jaki jest mój ulubiony?

– Sądzę, że czujesz się znacznie lepiej w małych, zadymionych knajpkach, gdzie jest pełno facetów pokrzywdzonych przez los.

Powiedziała to z uśmiechem, a Rebus wolno pokiwał głową.

– Szybko mnie rozgryzłaś – powiedział.

Przestała się uśmiechać i znów się rozejrzała.

– Byłam tu nie dalej jak w zeszłym tygodniu i to z radosnej okazji… A wydaje się, jakby to było wieki temu.

– A cóż to była za okazja?

– Awans Gill. Jak, twoim zdaniem, jej idzie?

– Gill to Gill. Da sobie radę. – Przerwał i po chwili dodał: – A skoro już mowa o radzeniu sobie, to co z tym reporterem? Wciąż cię napastuje?

Zmusiła się do lekkiego uśmiechu.

– Jest uparty. Dopytuje się o jakich to „innych” mówiłam w kuchni u Bev Dodds. Popełniłam wtedy błąd, przykro mi. – Wydawało się, że nastrój jej się trochę poprawił. – Powinnam już wracać. Pewnie znajdę jakąś taksówkę, jeśli…

– Obiecałem, że cię odwiozę do domu. – Kiwnął na kelnerkę i poprosił o rachunek.

Zaparkował saaba na Moście Pomocnym. Wiał przenikliwie zimny wiatr, ale mimo to Jean zatrzymała się, by spojrzeć na roztaczający się stąd widok: pomnik Scotta, zamek, Ogrody Ramsay.

– Jakież to piękne miasto – powiedziała, a Rebus pomyślał, że chętnie by się z nią zgodził, gdyby nie to, że on już tego prawie nie widział. Dla niego Edynburg był już jedynie stanem umysłu, tyglem przestępczych myśli i niskich instynktów. Podobała mu się jego wielkość i zwartość, i podobały mu się jego bary. Jednak jego zewnętrzna fasada już dawno przestała na nim robić wrażenie. Jean otuliła się płaszczem. – Gdzie nie popatrzysz, wszystko kojarzy się z jakąś legendą, z jakimś fragmentem naszej historii – dodała i spojrzała na niego wyczekująco, a on przytaknął głową i pomyślał o samobójcach, którzy może dlatego skoczyli z Mostu Północnego, że nie dostrzegali tego miasta, które widziała Jean. – Nigdy nie mogę się dość napatrzyć na ten widok – powiedziała, podchodząc do samochodu, a on znów dość nieszczerze pokiwał głową, bo dla niego nie był to widok, a jedynie miejsce dawnych i jeszcze niepopełnionych przestępstw.

Kiedy ruszyli, zapytał, czy może nastawić muzykę. Włączył odtwarzacz i samochód zalała lawina dźwięków In Search Of Space zespołu Hawkwind.

– Przepraszam – powiedział i wyłączył kasetę. Jean zajrzała do schowka i przejrzała leżące tam kasety. Hendrix, Cream i Stonesi. – Pewnie wszystko to nie w twoim guście – dodał.

Wzięła do ręki kasetę Hendriksa.

– Masz może przypadkiem Electric Ladyland?

Rebus spojrzał na nią i uśmiechnął się.

Przez całą drogę do Portobello grał już tylko Hendrix.

– Co cię skłoniło do pracy w policji? – spytała w pewnej chwili.

– A to twoim zdaniem coś niezwykłego?

– To nie jest odpowiedź na moje pytanie.

– To prawda. – Spojrzał na nią i uśmiechnął się, a ona zrozumiawszy aluzję pokiwała głową i zajęła się słuchaniem muzyki.

Portobello znajdowało się na jego krótkiej liście potencjalnych miejsc, gdzie mógłby zamieszkać po wyprowadzeniu się z Arden Street. Miejscowość leżała w pobliżu plaży, a jej główna ulica obfitowała w niewielkie sklepiki. Kiedyś była modna wśród wyższych sfer odwiedzających ją tłumnie w poszukiwaniu świeżego powietrza i kąpieli w zimnej morskiej wodzie. Czasy tamtej świetności już minęły, ale rynek nieruchomości kreował jej powrót. Wszyscy, których nie stać było na elegancki dom w centrum miasta, zaczynali się przenosić do „Porty”, gdzie wciąż jeszcze można było znaleźć domy z czasów króla Jerzego nie kosztujące majątku. Dom Jean stał na wąskiej bocznej uliczce w pobliżu deptaka.

– To wszystko twoje? – zapytał Rebus, przyglądając się budynkowi przez szybę.

– Kupiłam go wiele lat temu. Wtedy Porty nie było jeszcze takie modne. – Zawahała się. – Czy tym razem masz ochotę wejść na kawę?

Popatrzyli na siebie – on pytająco, ona niepewnie. Potem oboje jednocześnie się uśmiechnęli.

– Z największą przyjemnością – odpowiedział. W chwili, gdy gasił silnik, zadzwonił jego telefon komórkowy.

– Pomyślałem sobie, że chciałby pan wiedzieć – powiedział Donald Devlin. Jego głos, podobnie jak on cały, lekko drżał.

Rebus skinął twierdząco. Stali w Domu Lekarza tuż za jego imponującymi drzwiami wejściowymi. Na górze wciąż jeszcze byli goście, jednak rozmawiali przyciszonymi głosami. Na ulicy stał szary furgon z miejskiej kostnicy, a obok radiowóz policyjny z włączonymi kogutami, które obracając się, co parę sekund rozświetlały na niebiesko fasadę budynku.

– Co się stało? – zapytał Rebus.

– Wygląda na atak serca. Akurat wszyscy stali na górze oparci o balustradę i popijali poobiedni koniak – Devlin pokazał ręką na pierwsze piętro – kiedy on nagle zbladł jak ściana i oparł się o balustradę. Pomyśleliśmy, że pewnie za chwilę będzie wymiotował, ale on jakby zwiotczał, przechylił się i poleciał w dół.

Rebus spojrzał na marmurową posadzkę, na której widniała duża plama krwi. Goście stali w grupkach pod ścianami, niektórzy wyszli na zewnątrz na trawnik. Paląc, rozmawiali o przeżytym szoku. Kiedy Rebus znów spojrzał na Devlina, ten przyglądał mu się bacznie, jakby był eksponatem pływającym w słoju.

– Dobrze się pan czuje? – spytał, nie spuszczając z niego wzroku. Kiedy Rebus skinął głową, dodał: – Bo zdaje się, że byliście sobie dość bliscy.

Rebus nie odpowiedział. Podszedł Sandy Gates, ocierając sobie twarz czymś, co wyglądało na serwetkę zabraną ze stołu.

– Straszne – powiedział. – I pewnie nie obejdzie się bez autopsji.

Obsługa furgonu ułożyła na noszach umieszczone w plastikowym worku ciało, okryła je kocem i ruszyła do wyjścia. Rebus przewalczył w sobie chęć, by ich zatrzymać i zażądać otwarcia worka. Pomyślał, że woli, by w jego pamięci ojciec Leary pozostał żywy, taki, z jakim pił tego ostatniego drinka.

– A dopiero co wygłosił fascynującą mowę – powiedział Devlin. – Coś w rodzaju ekumenicznej historii ciała ludzkiego. Było tam wszystko, od świętego sakramentu po Kubę Rozpruwacza w kontekście haruspików.

– Kogo?

– Starożytnych wróżbitów przepowiadających przyszłość na podstawie wnętrzności zwierząt.

Gatesowi odbiło się.

– Ja i tak nie zrozumiałem połowy z tego, co mówił – oświadczył.

– Ale za to drugą połowę przespałeś – zauważył Devlin z uśmiechem. – Całą mowę wygłosił bez żadnych notatek – dodał z podziwem, a potem spojrzał w górę, na podest pierwszego piętra. – A zaczął od upadku człowieka. – Obmacał kieszenie w poszukiwaniu chusteczki.

– Weź to – powiedział Gates, podając mu serwetkę, a Devlin głośno wysmarkał nos.

– Upadek człowieka, a potem on upadł – rzekł Devlin w zadumie. – Może więc Stevenson miał rację.

– W jakim sensie?

– Nazywając Edynburg „przepastnym miastem”. Może zawrót głowy jest wpisany w charakter tego miasta…

Rebus pomyślał, że chyba rozumie, o co mu chodzi. Przepastne miasto… A jego mieszkańcy, wszyscy i każdy z osobna, powoli, niemal niezauważalnie, spadają coraz głębiej w ową przepaść…

– I w dodatku jedzenie też było okropne – zauważył Gates. Zabrzmiało to tak, jakby ubolewał, że Conor Leary nie zjadł przed śmiercią przyzwoitego posiłku. Rebus nie miał wątpliwości, że Leary byłby tego samego zdania.

Jednym z palaczy stojących na zewnątrz był doktor Curt. Rebus dołączył do niego.

– Dzwoniłem do ciebie – powiedział Curt – ale okazało się, że już jesteś w drodze.

– Poinformował mnie profesor Devlin.

– Mówił mi. Zdaje się, że wyczuł, iż z Conorem łączą cię szczególne więzi. – Rebus lekko skłonił głowę. – Wiesz, że był ciężko chory – ciągnął Curt tym swoim charakterystycznie monotonnym głosem, jakby coś dyktował. – Potem, jak wyszedłeś, trochę o tobie opowiadał.

Rebus odchrząknął.

– I co powiedział?

– Powiedział, że czasami uważał cię za swą pokutę. – Curt strząsnął popiół z papierosa, a niebieski błysk z radiowozu na moment rozświetlił jego twarz. – Ale mówiąc to, śmiał się.

– Był moim przyjacielem – powiedział Rebus, a w duchu dodał: A ja mu pozwoliłem odejść. Tylu ludzi oferujących przyjaźń odepchnął od siebie, woląc samotność i fotel pod oknem w mrocznym pokoju. Czasami wmawiał sobie, że w ten sposób wyświadcza im przysługę. Pamiętał, że ludzie, którym w przeszłości pozwolił się do siebie zbliżyć, często z tego powodu cierpieli, czasami wręcz przypłacali to życiem. Ale to nie tak. To przecież wcale nie tak. Pomyślał o Jean i zastanowił się, jak to się może dalej potoczyć. Czy jest już gotów dzielić się sobą z kimś drugim? Gotów tego kogoś dopuścić do mrocznych tajemnic, w których się pławi? Wciąż nie był pewien. Te rozmowy z ojcem Conorem Leary były dla niego niemal jak spowiedź. Odnosił wrażenie, że przed księdzem otworzył swą duszę bardziej niż kiedykolwiek przed kimkolwiek: żoną, córką, kochankami. A teraz już go nie ma… Może poszedł wprost do nieba, choć zapewne wywoła tam niezłe zamieszanie, co do tego Rebus nie miał wątpliwości. Na pewno wda się w dysputę z aniołami w poszukiwaniu zimnego guinessa i gorącej dyskusji.

– Wszystko w porządku, John? – Curt wyciągnął rękę i dotknął jego ramienia.

Rebus wolno pokręcił głową, nie otwierając oczu. Curt za pierwszym razem nie dosłyszał, więc Rebus musiał jeszcze raz powtórzyć.

– Nie wierzę w niebo.

Na tym polegał jego prawdziwy koszmar. To życie jest jedyne, jakie należy się człowiekowi i po nim nie ma żadnego odkupienia. Nie ma szans, by można było wytrzeć tabliczkę i zacząć od nowa.

– Wszystko będzie dobrze – odezwał się Curt, wyraźnie nienawykły do roli pocieszyciela. Dłoń, którą próbował uspokajająco ścisnąć ramię Rebusa, zapewne lepiej sobie radziła z martwymi organami w otwartej jamie brzusznej. – Wszystko się jakoś ułoży.

– Tak myślisz? – zapytał Rebus. – Jeśli masz rację, to nie ma na świecie sprawiedliwości.

– O sprawiedliwości wiesz na pewno więcej ode mnie.

– O tak, wiem. – Rebus głęboko zaczerpnął powietrza i ze świstem je wypuścił. Mimo nocnego chłodu, pod koszulą był mokry od potu. – Dam sobie radę – powiedział cicho.

– Jasne, że tak. – Curt skończył palić i wgniótł obcasem niedopałek w trawę. – Jak to powiedział Conor: „Wbrew temu, co mówią, jesteś po stronie aniołów”. – Zdjął rękę z ramienia Rebusa. – Czy ci się to podoba, czy nie.

W tym momencie wkroczył Devlin, który chciał zapytać, czy ma już zamawiać taksówki. Curt spojrzał na niego.

– A co na to Sandy?

Devlin zdjął okulary i z namaszczeniem zaczął je przecierać.

– Powiedział, żebym sobie swój pragmatyzm – cytuję – „w dupę wsadził”.

– Mam tu swój samochód – poinformował Rebus.

– A zdoła pan prowadzić? – zapytał Devlin.

– No jasne, do kurwy nędzy, to w końcu nie był mój ukochany tatuś, nie?! – wybuchnął Rebus, po czym od razu zaczął ich przepraszać.

– Wszyscy jesteśmy podenerwowani – powiedział Devlin, machając uspokajająco ręką. A potem ponownie zdjął okulary i znów zaczął je przecierać, jakby obraz otaczającego go świata wciąż mu się zamazywał.

7

O siódmej rano we wtorek Siobhan i Grant rozpoczęli obchód Victoria Street. Podjechali od strony wiaduktu Jerzego IV, zapominając oczywiście, że Victoria Street jest teraz jednokierunkowa. Grant zaklął na widok tablicy z zakazem wjazdu i włączył się w sznur samochodów pełznący w kierunku świateł na skrzyżowaniu z Lawnmarket.

– Po prostu zaparkuj gdziekolwiek – powiedziała Siobhan, a kiedy Grant przecząco pokręcił głową, spytała: – Dlaczego nie?

– I tak jest już straszny tłok. Nie ma co tego pogarszać.

Roześmiała się.

– Ty tak zawsze? Tylko w zgodzie z przepisami?

Spojrzał na nią zaskoczony.

– O co ci chodzi?

– O nic.

Zamilkł, a kiedy znaleźli się trzy samochody przed światłami, włączył lewy migacz. Siobhan nie mogła powstrzymać uśmiechu. Jeździł szpanerskim samochodem o agresywnym wyglądzie i sportowych osiągach, ale to tylko zewnętrzne pozory – za kierownicą siedział grzeczny i zdyscyplinowany chłopiec.

– Spotykasz się aktualnie z kimś? – spytała, kiedy światła się zmieniły.

Przez moment myślał nad odpowiedzią.

– Aktualnie z nikim – odpowiedział w końcu.

– Bo przez chwilę zdawało mi się, że może ty i Ellen Wylie…

– Pracowaliśmy tylko razem nad jedną cholerną sprawą, nic więcej – nastroszył się.

– Dobra, dobra. Po prostu zdawało mi się, że znaleźliście wspólną płaszczyznę porozumienia.

– Rozumieliśmy się dobrze.

– No i o tym mówię. Więc w czym problem?

Twarz mu poczerwieniała.

– O co ci chodzi?

– Zastanawiałam się, czy może chodziło o różnicę waszych stopni. Bo niektórym mężczyznom trudno się z tym pogodzić.

– Chodzi ci o to, że ona jest sierżantem, a ja posterunkowym?

– Właśnie.

– Więc oświadczam ci, że nie. Nawet mi to nie przyszło do głowy.

Dotarli do ronda wokół Centrum Festiwalowego The Hub, z którego skręt w prawo doprowadziłby ich do zamku. Jednak oni skręcili w lewo.

– Gdzie jedziemy? – spytała Siobhan.

– Pojadę przez Zachodnie Nabrzeże. Przy odrobinie szczęścia znajdziemy gdzieś miejsce na Grassmarket.

– I założę się, że pewnie jeszcze opłacisz parkometr.

– Chyba, że chcesz mnie w tym wyręczyć.

– Ja tam wolę robić za wyrzutka, kolego – parsknęła Siobhan.

Rzeczywiście znaleźli wolne miejsce, a Grant wrzucił monety do parkometru, wyciągnął kwitek i położył go wewnątrz pod szybą.

– Pół godziny nam wystarczy? – zapytał.

– Zależy, co znajdziemy – odparła, wzruszając ramionami.

Przeszli obok pubu o nazwie Ostatnia Kropla upamiętniającej fakt, że kiedyś na szubienicy stojącej kawałek dalej na Grassmarket odbywały się publiczne egzekucje. Victoria Street zakręcała stąd stromym łukiem, wspinając się pod górę na wiadukt Jerzego IV. Wzdłuż ciągnęły się sklepy z pamiątkami i bary, których było tu najwięcej. Tylko jeden z lokali funkcjonował w podwójnej roli kubańskiego baru i restauracji.

– Jak myślisz? – spytała Siobhan.

– Nie sądzę, żeby tam były jakieś popiersia, co najwyżej Fidela Castro.

Przeszli całą długość uliczki po jednej stronie, potem przeszli na drugą i zawrócili. Po tej stronie znajdowały się trzy restauracje, sklep z serami i sklepik oferujący wyłącznie pędzle i sznurki. Pierwszą próbę podjęli w lokalu o nazwie Pierre Victoire. Siobhan zajrzała przez okno i stwierdziła, że wewnątrz jest pustawo i dość skromnie. Mimo to weszli do środka, jednak nawet się nie przedstawili i dziesięć sekund później byli znów na ulicy.

– Jedna z głowy, jeszcze dwie – powiedział Grant, ale w jego głosie brak było entuzjazmu.

Następna była restauracja o nazwie Grain Store i wchodziło się do niej przez bramę i po schodach w górę. W środku już się krzątano, szykując stoły do lunchu. Żadnych popiersi nigdzie nie było.

Kiedy znów znaleźli się na ulicy, Siobhan raz jeszcze głośno powtórzyła treść wskazówki: Ta królowa jada dobrze przed wpadką. Wolno pokręciła głową i powiedziała:

– A może my w ogóle źle się do tego zabieramy?

– Jedyne, co możemy zrobić, to wysłać jeszcze jednego maila do Quizmastera i poprosić o pomoc.

– Nie sądzę, żeby to coś dało.

Grant wzruszył ramionami.

– Proponuję, żebyśmy przynajmniej w następnym miejscu napili się kawy – powiedział. – Nie jadłem dziś śniadania.

Siobhan cmoknęła z naganą w głosie.

– I co by na to mamusia powiedziała?

– Powiedziałaby, że zaspałem. A ja bym jej wtedy powiedział, że to dlatego, iż przez pół nocy nie zmrużyłem oka, bo siedziałem i próbowałem rozwiązać jedną cholerną zagadkę. – Zawiesił głos. – I jeszcze, że ktoś mi obiecał postawić śniadanie…

Ostatnią była restauracja o nazwie Bleu. Reklamowała się serwowaniem „kuchni światowej”, jednak wewnątrz panowała dość tradycyjna atmosfera: ciasne i mroczne wnętrze z małymi okienkami, urządzone meblami z politurowanego drewna. Siobhan rozejrzała się wokół, nie dostrzegła jednak nawet wazonu z kwiatami. Spojrzała na Granta, który pokazał ręką na prowadzące w górę spiralne schody.

– Jest jeszcze góra – powiedział.

– Czy mogę w czymś państwu pomóc? – zapytał ktoś z obsługi.

– Za moment – odparł Grant i podążył za Siobhan na górę. Na górze było kilka niedużych, połączonych z sobą salek.

Siobhan ruszyła przodem i wszedłszy do drugiej z kolei, nagle głęboko westchnęła. Idący za nią Grant pomyślał, że pewnie znowu nic z tego. Jednak chwilę później usłyszał jej triumfalny okrzyk: „Bingo” i jednocześnie ujrzał stojący wewnątrz pomnik. Było to wykonane z czarnego marmuru prawie metrowej wysokości popiersie królowej Wiktorii.

– O kurcze – powiedział, uśmiechając się. – Udało się!

Zrobił ruch, jakby chciał ją z radości uściskać, jednak Siobhan wymknęła się i podeszła do popiersia. Stało na niskim cokole, podparte po obu stronach kolumienkami. Siobhan obejrzała je dokładnie, ale nie dostrzegła w nim niczego niezwykłego.

– Czekaj, spróbuję je może pochylić – powiedział Grant. Chwycił królową za czepiec i odchylił popiersie do przodu.

– Przepraszam – odezwał się głos za ich plecami. – Czy coś się stało?

Siobhan wsunęła dłoń pod popiersie i wyciągnęła złożoną kartkę papieru. Uśmiechnęła się triumfalnie do Granta, a ten odwrócił się w stronę kelnerki:

– Poproszę dwie herbaty – powiedział.

– Dla niego z podwójnym cukrem – dodała Siobhan.

Usiedli przy najbliższym stoliku. Siobhan trzymała kartkę dwoma palcami za narożnik.

– Myślisz, że mogą być na niej jakieś ślady? – spytała.

– W każdym razie warto sprawdzić.

Wstała, podeszła do stojącego w rogu kredensu ze sztućcami i wróciła z widelcem i nożem. Na widok gościa, który, jak się zdawało, zabiera się do jedzenia kawałka papieru nożem i widelcem, kelnerka omal nie upuściła tacy.

Grant przejął od niej filiżanki, podziękował, a potem zwrócił się do Siobhan.

– No i co tam mamy?

Jednak Siobhan nie spuszczała wzroku z kelnerki.

– Znaleźliśmy to pod figurą – powiedziała, wskazując głową popiersie, a kelnerka kiwnęła głową. – Wie pani może, jak to mogło się tam dostać?

Kelnerka potrząsnęła głową. Przypominała małe, wystraszone zwierzątko. Grant postanowił przyjść jej z odsieczą.

– Jesteśmy z policji – poinformował.

– I chcielibyśmy porozmawiać z menedżerem – dodała Siobhan.

Kiedy kelnerka się oddaliła, raz jeszcze powtórzył pytanie.

– Sam zobacz – odparła Siobhan, obracając arkusz nożem i widelcem w jego stronę.

B4 Scots Law sounds dear. [W dosłownym tłumaczeniu: B4 Prawo Szkotów brzmi drogo.]

– I to wszystko? – spytał.

– Widzisz tyle, co ja.

Podrapał się po głowie.

– No to niewiele, co?

– Poprzednio też było niewiele.

– Ale więcej niż teraz.

Obserwowała w zamyśleniu, jak Grant wrzuca dwie kostki cukru do filiżanki.

– Ale jeżeli to Quizmaster umieścił tu tę kartkę…

– To znaczy, że jest stąd – dorzucił Grant.

– Albo stąd, albo ma tu kogoś, kto z nim współdziała.

– I dobrze zna tę restaurację – dodał Grant, rozglądając się wokół. – Na pewno nie każdy, kto tu zagląda, zadaje sobie trud, żeby wchodzić na górę.

– Myślisz, że może być stałym bywalcem?

Grant wzruszył ramionami.

– Pomyśl tylko, co się mieści w pobliżu, na wiadukcie Jerzego IV. Biblioteka Centralna i Biblioteka Narodowa. A akademicy i mole książkowe uwielbiają zagadki.

– Trafna uwaga. Zresztą do muzeum też niedaleko.

– I do sądów… i do parlamentu… – Uśmiechnął się. – A już przez moment myślałem, że krąg się zacieśnia.

– I może tak jest – odparła i uniosła filiżankę tak, jakby wznosiła toast. – W każdym razie, nasze zdrowie za rozwiązanie pierwszej wskazówki.

– Ile nam jeszcze zostało, nim dojdziemy do Piekliska?

Siobhan zamyśliła się.

– Nie wiem, to pewnie zależy od Quizmastera. Powiedział, że to czwarty poziom. Jak wrócimy do roboty, to wyślę mu maila, żeby go powiadomić. – Schowała kartkę do plastikowej osłonki, a Grant znów przeczytał jej treść. – Coś ci przychodzi do głowy?

– Przypomniałem sobie takie różne głupoty, jeszcze z czasów szkoły podstawowej. Pisało się wtedy w toalecie dla chłopców takie na przykład rebusy. – Wziął serwetkę i napisał: „B4IP”.

Siobhan przeczytała na głos i uśmiechnęła się.

– Fonetycznie before I pee, czyli „zanim się wysikam”. Myślisz, że to nasze B4 może oznaczać coś takiego?

– To może być też fragment kodu pocztowego – powiedział, wzruszając ramionami.

– Albo jakieś współrzędne…

Popatrzył na nią.

– Na mapie? – spytał.

– Tylko na jakiej?

– Może to wynika z reszty wiadomości. Jak stoisz ze szkockim prawem?

– Od moich egzaminów minęło już trochę czasu.

– U mnie jak wyżej. A jest może jakieś łacińskie słowo oznaczające dear, może coś, co się kojarzy z prawem?

– Zawsze możemy zajrzeć do biblioteki – powiedziała. – Tuż obok mamy wielką księgarnię.

Spojrzał na zegarek.

– Pójdę wrzucić jeszcze trochę kasy do parkomatu.

Rebus siedział za biurkiem, wpatrując się w pięć rozłożonych przed nim kartek papieru. Cała reszta wylądowała na podłodze: teczki z dokumentami, notatki służbowe – wszystko, co leżało na biurku. W biurze było cicho, bo większość pracowników udała się na Gayfield Square, na odprawę. Kiedy wrócą, pewnie nie zachwycą się tym torem przeszkód na podłodze. W przejściu między biurkami postawił też monitor i klawiaturę od komputera, a obok piętrowy koszyk na korespondencję.

Biurko zajęły mu notatki dotyczące pięciu możliwych ofiar. Caroline Farmer, najmłodsza z nich, w momencie zniknięcia miała zaledwie szesnaście lat. Udało mu się w końcu dziś rano dotrzeć do jej matki. Nie była to najłatwiejsza z rozmów.

– O mój Boże, chce pan powiedzieć, że wreszcie są jakieś wiadomości?

Nagły wybuch nadziei zaraz zgasł w wyniku jego odpowiedzi. Ale udało mu się dowiedzieć tego, o co mu głównie chodziło. Caroline nigdy nie dała znaku życia. Zaraz po zniknięciu, kiedy jej zdjęcie ukazało się w gazetach, policja dostała kilka niepotwierdzonych sygnałów, że gdzieś ją widziano. A potem już tylko cisza.

– W zeszłym roku przeprowadziliśmy się – oświadczyła matka Caroline – a to znaczyło, że trzeba było opróżnić jej pokój…

Znaczyło to również, pomyślał Rebus, że przez poprzednie ćwierć wieku pokój Caroline czekał na nią nietknięty, łącznie z plakatami i ciuszkami nastolatki z początku lat siedemdziesiątych, równiutko ułożonymi w szufladach.

– Wtedy, jak się to stało, to byli nawet tacy, którzy uważali, że to my jej coś zrobiliśmy – ciągnęła matka. – Niech pan pomyśli, jej własna rodzina!

Rebus powstrzymał się od komentarza, że niestety aż nazbyt często zdarza się, że to ojciec ofiary albo jej wujek, albo kuzyn…

– A potem zaczęli się czepiać Ronniego.

– To znaczy jej chłopaka?

– Tak. Był jeszcze dzieciakiem.

– Ale oni się już wcześniej rozstali, prawda?

– Wie pan, jak to nastolatki. – Mówiła to wszystko takim tonem, jakby chodziło o zdarzenia sprzed tygodnia czy dwóch. Rebus nie miał wątpliwości, że równie świeże są jej wspomnienia, prześladujące ją od rana do wieczora, a może też i od wieczora do rana.

– Ale jego udział w końcu wykluczono, tak?

– Tak, dali mu w końcu spokój. Ale on już nigdy nie doszedł do siebie. Jego rodzina wyniosła się stąd, choć jeszcze przez parę lat pisywał do mnie…

– Pani Farmer…

– Nazywam się znowu Colquhoun. Joe mnie zostawił.

– Przykro mi.

– A mnie wcale.

– Czy to miało…? – zaczął i przerwał. – Przepraszam, to nie moja sprawa.

– Nigdy nie chciał o tym rozmawiać – powiedziała tylko, a Rebus pomyślał, że może ojciec Caroline umiał pozwolić jej odejść, czego nie potrafiła zrobić jej matka.

– Moje pytanie może się pani wydać nieco dziwne, pani Colquhoun, ale czy wąwóz Dunfermline miał dla pani córki jakieś specjalne znaczenie?

– Nie… nie bardzo rozumiem, do czego pan zmierza.

– Ani ja. Chodzi tylko o to, że coś odkryliśmy i chcielibyśmy sprawdzić, czy to może mieć jakiś związek z pani córką.

– A co to takiego?

Pomyślał, że wiązanie znalezionej trumny z zaginięciem córki zbytnio jej nie uraduje, użył więc wyświechtanego wybiegu.

– Niestety w tej chwili nie mogę tego pani zdradzić.

W słuchawce zapadła cisza.

– Lubiła chodzić do wąwozu na spacery – powiedziała po chwili.

– Samotnie?

– Jeśli miała na to ochotę. – W jej głosie znów coś zadźwięczało. – Czy właśnie tam coś znaleźliście?

– Nie w takim sensie, jak pani myśli.

– Znaleźliście jej ciało, prawda?

– Absolutnie nie.

– No to co?! – wykrzyknęła histerycznie.

– Niestety nie wolno mi pani…

Odłożyła słuchawkę. Przez chwilę w milczeniu wpatrywał się w swoją, potem też ją odłożył.

Poszedł do toalety i ochlapał sobie twarz wodą. Oczy miał podpuchnięte i podkrążone. Poprzedniej nocy po wyjściu z Domu Lekarza wrócił do Portobello i zaparkował pod domem Jean. Światło w jej oknach było już zgaszone. Otworzył drzwi samochodu i dopiero wtedy się zreflektował. Właściwie, co jej powie? Po co tu przyjechał? Zatrzasnął z powrotem drzwi, starając się to zrobić możliwie jak najciszej, a potem długo siedział z wyłączonym silnikiem i zgaszonymi światłami, słuchając po cichu Hendriksa: The Burning of the Midnight Lamp.

Po powrocie na biurku zastał wielkie kartonowe pudło z dokumentacją. Uchylił pokrywę i zajrzał do środka. Pudło nie było pełne nawet w połowie. Wyjął z niego pierwszą z brzegu teczkę z dokumentami i rzucił okiem na wypisaną na maszynie etykietę: „Paula Jennifer Gearing (z d. Mathieson); ur. 10.04.50; zm. 06.07.77”. Ofiara utonięcia z Nairn. Rebus usiadł, przysunął się z krzesłem i zaczął czytać. Jakieś dwadzieścia minut później, kiedy robił kolejną notatkę na bloku liniowanego papieru, zjawiła się Ellen Wylie.

– Przepraszam za spóźnienie – rzekła, zrzucając płaszcz.

– Zdaje się, że twoje rozumienie pory przychodzenia do pracy trochę się różni od mojego – powiedział. Zaczerwieniła się, pamiętając swoją wczorajszą uwagę, ale kiedy na niego spojrzała, jego twarz była uśmiechnięta.

– A co tam masz? – spytała.

– Nasi koledzy z północy dotrzymali słowa.

– Paula Gearing?

Rebus skinął głową.

– Miała dwadzieścia siedem lat. Od czterech lat była żoną faceta pracującego na platformie wydobywczej na Morzu Północnym. Ładny bungalow na krańcach miasta. Bezdzietni. Pracowała na pół etatu w lokalnym sklepiku z prasą… pewnie bardziej dla towarzystwa niż dla pieniędzy.

Wylie podeszła do biurka.

– Wykluczono udział osób trzecich?

Rebus postukał palcem w notatki.

– Z tego, co dotąd przeczytałem, wynika, że nikt nie mógł tego zrozumieć. Nie wykazywała żadnych skłonności samobójczych. Sytuację trochę gmatwa fakt, że nikt nie wie, w którym miejscu weszła do wody.

– A protokół sekcji zwłok?

– Jest dołączony. Czy mogłabyś skontaktować się z Donaldem Devlinem i spytać, czy może nam poświęcić trochę czasu?

– Z profesorem Devlinem?

– To jego wczoraj spotkałem. Zgodził się przejrzeć wszystkie protokoły sekcji. – Nie powiedział jej o okolicznościach, w jakich do tego doszło, ani o tym, że Gates i Curt mu odmówili. – Telefon do niego znajdziesz w aktach. Jest jednym z sąsiadów Philippy Balfour.

– Tak, wiem. Widziałeś już dzisiejszą gazetę?

– Nie.

Wyciągnęła egzemplarz z torebki i otworzyła na jednej z wewnętrznych stron. Zamieszczono na niej portret pamięciowy mężczyzny, którego Devlin widział pod domem w dniach poprzedzających zniknięcie Philippy.

– Właściwie mógłby pasować do każdego – powiedział Rebus, a Wylie potwierdziła skinieniem głowy. Mężczyzna na portrecie miał krótkie ciemne włosy, prosty nos, wąsko osadzone oczy i cienką kreskę zamiast ust.

– Zaczynamy gonić w piętkę, nie uważasz? – zapytała.

Tym razem Rebus w milczeniu skinął głową. Publikowanie w prasie portretu pamięciowego, szczególnie tak ogólnego jak ten, było przyznaniem się do całkowitej niemocy i szukaniem jakiegokolwiek punktu zaczepienia.

– Zadzwoń do Devlina – dodał po chwili.

– Tak jest, panie inspektorze.

Wzięła gazetę, usiadła przy wolnym biurku i potrząsnęła lekko głową, jakby odganiając zasnuwającą ją mgłę. Potem podniosła słuchawkę i zebrała się w sobie przed następną serią telefonów czekających ją podczas kolejnego długiego i żmudnego dnia pracy.

Rebus zabrał się do czytania akt i w sali zapanowała cisza, a potem z akt rzuciło mu się nagle w oczy nazwisko jednego z policjantów zaangażowanych w śledztwo w Nairn.

Kogoś nazwiskiem detektyw inspektor Watson.

Farmera Watsona.

– Przepraszam, że zawracam panu głowę, panie komisarzu.

Farmer poklepał Rebusa po plecach.

– Możesz już dać sobie spokój z tym „panem komisarzem” – powiedział z uśmiechem.

Ruchem ręki zaprosił Rebusa w głąb mieszkania. Dom przerobiony kiedyś z wiejskiej chałupy mieścił się teraz tuż przy południowej obwodnicy. Ściany w środku pomalowano na bladoseledynowy, a meble pochodziły z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Jedną ze ścian działowych zburzono, dzięki czemu kuchnię od pokoju oddzielał jedynie bufet i przestrzeń jadalna. Stół jadalny aż lśnił czystością, podobnie jak blaty kuchenne i czteropalnikowa kuchenka. Nigdzie w całej kuchni nie widać było ani jednego brudnego naczynia.

– Masz ochotę na filiżankę czegoś? – zapytał Farmer.

– Herbatę z przyjemnością.

Farmer zachichotał.

– Moja kawa zawsze cię odstręczała, przyznaj się.

– Pod koniec była już coraz lepsza – odparł Rebus wymijająco.

– Siadaj i rozgość się. To długo nie potrwa.

Ale Rebus wolał ruszyć w obchód pokoju. Pod ścianami stały serwantki pełne porcelanowej zastawy i ozdóbek. Na ścianach wisiały oprawione w ramki zdjęcia rodzinne, wśród których Rebus rozpoznał kilka zdobiących do niedawna gabinet Farmera. Dywan był świeżo wyczyszczony odkurzaczem, na lustrze i na ekranie telewizora nie widać było ani jednego pyłku kurzu. Rebus podszedł do wysokich oszklonych drzwi i wyjrzał na zewnątrz, gdzie rozciągał się niewielki ogródek, kończący się stromą skarpą porośniętą trawą.

– Dziś była chyba kobieta od sprzątania, prawda? – zawołał przez ramię.

Farmer znów zachichotał i ułożył tacę z filiżankami na blacie kuchennym.

– Lubię prace domowe – odkrzyknął. – Zwłaszcza, od czasu, kiedy odeszła Arlene.

Rebus odwrócił się i raz jeszcze popatrzył na fotografie na ścianach. Farmer z żoną na czyimś ślubie, na jakiejś zagranicznej plaży i w otoczeniu gromadki wnuków. Farmer rozpromieniony, z jak zwykle lekko rozchylonymi ustami. Jego żona nieco bardziej powściągliwa, o głowę niższa i o połowę szczuplejsza. Zmarła kilka lat temu.

– Może to sposób, by ją pamiętać – powiedział Farmer.

Rebus pokiwał głową: nie pozwolić odejść w zapomnienie. Był ciekaw, czy jej ubiory wciąż jeszcze wiszą w szafach, a na toaletce leży szkatułka z biżuterią…

– A jak tam radzi sobie Gill?

Rebus podszedł w kierunku kuchni.

– Ostro wystartowała – powiedział. – Mnie kazała iść do lekarza, a z Ellen Wylie zrobiła sobie wroga.

– Oglądałem tę konferencję prasową – przyznał Farmer, sprawdzając, czy o czymś nie zapomniał. – Nie pozwoliła Ellen pewnie stanąć na nogi.

– I zrobiła to świadomie.

– Być może.

– Jakoś tak dziwnie jest bez pana. – Rebus położył wyraźny nacisk na tego „pana”. Farmer uśmiechnął się.

– Dzięki za dobre słowo, John. – Podszedł do czajnika, w którym woda zaczynała się gotować. – Ale mimo wszystko domyślam się, że nie jest to wizyta czysto kurtuazyjna.

– To prawda. Chodzi mi o sprawę, którą zajmował się pan kiedyś w Nairn.

– W Nairn? – Farmer uniósł brwi. – To musiało być ze dwadzieścia parę lat temu. Przenieśli mnie tam z Zachodniego Lothian. Pracowałem w Inverness.

– Zgadza się, ale był pan w Nairn w sprawie utonięcia młodej kobiety.

Farmer zamyślił się.

– A tak – powiedział w końcu. – Jak ona się nazywała?

– Paula Gearing.

– Gearing, tak jest, zgadza się. – Pstryknął palcami, jakby chciał podkreślić, że wciąż ma dobrą pamięć. – Ale cała sprawa była od początku zupełnie jasna i prosta… jeśli czyjaś śmierć w ogóle może taka być.

– No więc właśnie nie jestem tego pewien. – Rebus patrzył, jak Farmer nalewa wrzątku do dzbanka.

– No dobra, to zabierzmy to wszystko do pokoju i tam mi opowiesz, o co chodzi.

I Rebus raz jeszcze opowiedział całą historię: od lalki w Kaskadach, przez tajemnicze znalezisko na Arthur’s Seat, aż po serię zaginięć i śmierci w latach 1972 do 1995. Miał ze sobą wycinki prasowe i Farmer wszystkie je przeczytał z uwagą.

– Nie słyszałem nawet o znalezieniu tej lalki na plaży w Nairn – przyznał. – Kiedy ją znaleziono, ja już wróciłem do Inverness. Z mojego punktu widzenia, w tym momencie sprawa śmierci Gearing była praktycznie zamknięta.

– W owym czasie nikt tych dwóch rzeczy nie powiązał. Ciało Pauli morze wyrzuciło sześć kilometrów od miasta. Jeżeli nawet ktoś skojarzył tę trumienkę z jej śmiercią, to pewnie potraktował to jako jej symboliczny pogrzeb. – Zawiesił głos. – Zresztą Gill do dziś nie jest pewna, czy te sprawy są jakoś powiązane.

Farmer pokiwał głową.

– Bo ona na to patrzy z punktu widzenia skierowania sprawy do sądu. Wszystko, czym dysponujesz, to jedynie poszlaki.

– Wiem.

– Ale… – Farmer odchylił się do tyłu. – Trzeba przyznać, że są one dość liczne i mocne.

Rebus wyraźnie odetchnął z ulgą, a Farmer chyba to zauważył, bo uśmiechnął się i powiedział:

– Zły moment, co? Udaje mi się uciec na emeryturę na chwilę przed tym, kiedy tobie udaje się mnie przekonać, że może natknąłeś się na coś ważnego.

– Może mógłby pan porozmawiać z Gill i też ją o tym przekonać.

Farmer pokręcił głową.

– Nie sądzę, by chciała mnie wysłuchać. Teraz ona tam rządzi… i wie, że moja użyteczność dla niej już dobiegła końca.

– Trochę to brutalne, co pan mówi.

Farmer popatrzył na niego przeciągle.

– Ale przecież wiesz, że to prawda. To ją musisz przekonać, a nie mnie, starszego pana kręcącego się w papuciach po domu.

– Jest pan starszy ode mnie o niecałe dziesięć lat.

– Mam nadzieję, John, że tego dożyjesz i będziesz miał okazję samemu się przekonać, że sześćdziesiątka dla mężczyzny to coś zupełnie innego niż pięćdziesiątka. I może ta twoja wizyta u lekarza to nie taki zły pomysł, co?

– Nawet jeśli wiem, co mi powie? – Rebus uniósł filiżankę do ust i dopił herbatę do końca.

Farmer wziął do ręki wycinek z Nairn.

– To czego ode mnie oczekujesz?

– Powiedział pan, że sprawa była zupełnie jasna i prosta. Może mógłby pan ją jeszcze raz przemyśleć i zastanowić się, czy rzeczywiście nic w niej nie zgrzytało – cokolwiek, choćby jakieś z pozoru nieistotne drobiazgi. – Po krótkiej przerwie dodał: – I chciałem też zapytać, czy może wie pan, co się później stało z tą lalką.

– Ale teraz już wiesz, że o lalce nic nie wiedziałem.

Rebus skinął.

– Chcesz dotrzeć do tych wszystkich pięciu lalek, prawda? – zapytał Farmer.

Rebus ponownie przytaknął głową.

– To może być jedyny sposób na udowodnienie istnienia między nimi jakiegoś związku.

– Zmierzasz do tego, że ten, kto podrzucił lalkę w siedemdziesiątym drugim roku, podrzucił ją również teraz dla Philippy Balfour?

Rebus raz jeszcze przytaknął.

– Jeśli jest ktoś, kto zdoła to zrobić, to tym kimś jesteś ty, John. Zawsze wierzyłem w twój ośli upór i wrodzony wstręt do podporządkowywania się przełożonym.

Rebus odstawił filiżankę na spodek.

– Traktuję to jako komplement – powiedział. Zbierając się do wyjścia i żegnając się, uprzytomnił sobie nagle, że ten dom jest teraz jedynym obszarem, którym Farmer w pełni zarządza i do którego wprowadził taki sam ład i porządek, jaki za jego czasów panował na St Leonard’s. I że jeśli kiedykolwiek straci ochotę lub możliwości, by tak nim zarządzać, zwinie się w kłębek i po prostu umrze.

– To beznadziejne – powiedziała Siobhan Clarke.

Spędzili blisko trzy godziny w Bibliotece Centralnej, a potem w księgarni wydali jeszcze prawie pięćdziesiąt funtów na mapy i przewodniki po Szkocji. Siedzieli teraz w kawiarni Pod Słoniem przy sześcioosobowym stoliku tuż pod oknem na tyłach lokalu i Grant co chwilę zerkał przez szybę na dziedziniec kościoła Franciszkanów i rysujący się w oddali zamek. Siobhan spojrzała na niego z wyrzutem.

– Całkiem się już wyłączyłeś, co? – spytała.

Nie odrywając wzroku od okna, odparł:

– Czasami tak trzeba.

– No to piękne dzięki za pomoc. – Zabrzmiało to bardziej zgryźliwie, niż chciała.

– To najlepszy sposób – ciągnął dalej, nie przejmując się jej tonem. – Czasami zupełnie utknę nad jakimś hasłem i wtedy nie walczę z krzyżówką na siłę, tylko odkładam na bok i wracam do niej później. I często się okazuje, że jakieś słowa wpadają mi od razu do głowy. Rzecz polega na tym – zwrócił się ku niej – że twój umysł zaczyna funkcjonować według pewnego sztywnego schematu i odrzuca wszelkie inne możliwe rozwiązania. – Wstał, podszedł do kąta, gdzie leżała sterta gazet, i wrócił do stolika z dzisiejszym „Scotsmanem”. – Proszę, Peter Bee – powiedział, składając gazetę tak, by krzyżówka z ostatniej strony znalazła się na wierzchu. – Stosuje zakodowane hasła, ale nie posługuje się, jak niektórzy, anagramami.

Podał jej gazetę, a ona mogła stwierdzić, że Peter Bee to nazwisko autora krzyżówki.

– Dwanaście poziomo – powiedział Grant. – Hasło sugerowało, że chodzi o starożytny rzymski oręż. A potem jednak się okazało, że był to anagram.

– Pasjonujące – stwierdziła Siobhan z przekąsem i rzuciła gazetę na stół, przykrywając nią stertę map i atlasów.

– Próbuję ci tylko wyjaśnić, że czasami trzeba odstąpić od schematu i zacząć wszystko od nowa.

Popatrzyła na niego ze złością.

– Chcesz mi powiedzieć, że właśnie straciliśmy pół dnia na nic?

Wzruszył ramionami.

– No to serdeczne dzięki!

Zerwała się z krzesła i ruszyła w stronę toalet. Stanęła oparta o umywalkę i wpatrzyła się w jej białą gładź. Złościło ją to, że Grant ma oczywiście rację, tyle że nie potrafiła się zdobyć na jego luz. Chciała tę grę rozpracować, a teraz ją to naprawdę wciągnęło. Była ciekawa, czy Flipa Balfour też się tak dała omotać. I gdyby utknęła, to czy wtedy poprosiłaby kogoś o pomoc?

Siobhan przypomniała sobie, że wciąż jeszcze nie przepytała rodziny i przyjaciół Flipy w sprawie tej gry. Wprawdzie nikt z nich ani słowem o niej nie wspomniał w trakcie przeprowadzonych przesłuchań, ale właściwie nie mieli ku temu żadnego powodu. Dla nich mogła to być tylko niewinna zabawa, zwykła gra komputerowa. Więc o czym tu mówić…

Gill Templer zaproponowała jej stanowisko rzeczniczki prasowej, ale dopiero po tym, jak świadomie upokorzyła Ellen. Byłoby miło móc powiedzieć, że odrzuca propozycję z uwagi na solidarność koleżeńską, tyle że wcale tak nie było. Bała się, że w większym stopniu był to wpływ Johna Rebusa. Pracowała u jego boku już od dobrych paru lat i nauczyła się dostrzegać jego silne i słabe strony. I w sumie, podobnie jak wielu kolegów, ceniła jego nieszablonowe i indywidualne podejście do spraw i sama też chciała tak postępować. Tyle że w policji ceniło się co innego. Było w niej miejsce na jednego takiego Rebusa, a tymczasem przed nią otwierała się szansa na awans. To prawda, że przyjmując propozycję, przejdzie w pełni na stronę Gill Templer, a to oznacza słuchanie poleceń, wspieranie w każdej sytuacji szefostwa i nie wychylanie się. Ale też zapewni sobie poczucie bezpieczeństwa i zagwarantuje dalszy awans… Awansuje na inspektora, potem, może jeszcze przed czterdziestką, na starszego inspektora. Teraz dopiero pojęła, że Gill zaprosiła ją wtedy na szampana i kolację, by jej pokazać, jak to się robi. Jak utrzymywać stosunki z odpowiednimi ludźmi i jak ich należycie traktować. Jak zachowywać cierpliwość i zbierać za to nagrody. Lekcję postępowania dostała od niej Ellen i jakże odmienną lekcję otrzymała również ona.

Wróciła do stolika i zobaczyła, że Grant kończy właśnie rozwiązywanie krzyżówki, nonszalancko rzuca gazetę na stół i rozpierając się na krześle, chowa długopis do kieszeni. Udawał przy tym, że nie zwraca uwagi na sąsiedni stolik, przy którym nad filiżanką kawy siedziała samotna kobieta z książką w ręku i wyraźnie zerkała w jego stronę.

Siobhan pochyliła się do przodu.

– Myślałam, że już ją przedtem rozwiązałeś – powiedziała, wskazując głową gazetę.

– Za drugim razem idzie łatwiej. – Powiedział to tak cicho, że nie była pewna, czy się nie przesłyszała. – Dlaczego się tak uśmiechasz?

Kobieta przy sąsiednim stoliku wróciła do czytania książki. Było to coś Muriel Spark.

– Przypomniałam sobie jedną starą piosenkę – odparła Siobhan.

Grant spojrzał na nią wyczekująco, ale ponieważ wyraźnie nie miała zamiaru kontynuować, wyciągnął dłoń i położył ją na krzyżówce.

– Wiesz, co to są homonimy?

– Nie, ale brzmi to nieprzyzwoicie.

– To są słowa, które brzmią tak samo, a znaczą co innego. W krzyżówkach jest ich pełno. W tej dzisiejszej też był jeden i za tym drugim razem zacząłem się zastanawiać.

– Zastanawiać nad czym?

– Nad tą ostatnią wskazówką. Sounds dear – brzmi drogo. Pomyśleliśmy od razu o słowie dear w znaczeniu drogi, kosztowny, prawda?

Siobhan kiwnęła głową.

– Ale to może być też homonim, o czym może świadczyć słowo sounds – brzmi.

– Nic z tego nie rozumiem – stwierdziła, jednak poprawiła się na krześle i pochyliła do przodu, wyraźnie zainteresowana.

– Może ono sygnalizować, że słowo, o które nam chodzi, to nie dear – drogo, tylko słowo, które brzmi tak samo, na przykład słowo deer – jeleń.

Zmarszczyła brwi.

– I wtedy nasza wskazówka brzmi B4 Prawo Szkotów jeleń? Czy ze mną jest coś nie w porządku, czy to brzmi jeszcze bardziej bezsensownie niż przedtem?

Wzruszył ramionami i znów odwrócił się ku oknu.

– Jeśli tak mówisz.

Klepnęła go w nogę.

– No, nie bądź taki.

– Uważasz, że tylko tobie wolno się dąsać?

– Przepraszam.

Spojrzał na nią i zobaczył, że znów się uśmiecha.

– Tak już lepiej – powiedział. – No więc tak… Pamiętam, że jest jakaś legenda o tym, skąd się bierze nazwa Holyrood. O tym, jak któryś z naszych królów w zamierzchłych czasach strzelał z łuku do jelenia, pamiętasz?

– Nie mam o tym pojęcia.

– Przepraszam – odezwał się głos od sąsiedniego stolika – ale mimo woli słyszałam państwa rozmowę. – Kobieta odłożyła książkę i patrzyła na nich. – Chodzi o Dawida Pierwszego z dwunastego wieku.

– Coś takiego – powiedziała Siobhan, ale kobieta zignorowała zaczepkę zawartą w jej głosie.

– Wybrał się na polowanie, podczas którego ogromny byk powalił go na ziemię. Król próbował go chwycić za poroże i wtedy ze zdumieniem stwierdził, że byk zniknął, a on trzyma w ręku krzyż. Holy rood to tyle co święty krzyż. Król Dawid uznał to za znak dany mu przez niebiosa i kazał w tym miejscu zbudować opactwo Świętego Krzyża, czyli Holyrood.

– Dziękuję pani – rzekł Grant, a kobieta skinęła głową i wróciła do lektury. – Miło spotkać osobę wykształconą – dodał, patrząc na Siobhan, która zareagowała zmrużeniem oczu i zmarszczeniem nosa. – Więc być może ma to jakiś związek z pałacem Holyrood.

– W którym jedna z sal ma numer B4 – dodała Siobhan. – Jak klasa w szkole.

Zorientował się, że sobie z niego pokpiwa.

– W Prawie Szkockim może być jakaś wzmianka o Holyrood. Byłby to wtedy kolejny ślad królewski, jak ten z Wiktorią.

Siobhan rozłożyła ręce.

– Wszystko jest możliwe – mruknęła.

– Więc teraz musimy znaleźć jakiegoś zaprzyjaźnionego speca od prawa.

– Może być ktoś z prokuratury? Bo jeśli tak, to chyba znam kogoś takiego…

Sąd cywilny, tradycyjnie zwany Sądem Szeryfa, mieścił się w nowej siedzibie na Chambers Street, dokładnie naprzeciwko kompleksu muzealnego. Grant znów popędził na Grassmarket, by wrzucić do parkomatu porcję monet, mimo iż Siobhan próbowała protestować, przekonując go, że mandat wyjdzie taniej. Sama weszła do budynku sądu i odnalazła Harriet Brough. I tym razem miała na sobie tweedowy kostium, a na nogach szare pończochy i czarne buty na płaskim obcasie. Siobhan zwróciła uwagę na jej zgrabne kostki.

– Drogie dziecko, to wspaniale – powiedziała Brough, chwytając rękę Siobhan i potrząsając nią w górę i w dół, jakby pompowała wodę. – Po prostu wspaniale. – Siobhan pomyślała, że makijaż na jej podstarzałej twarzy jedynie podkreśla zmarszczki i fałdy skóry, nadając jej nieco wulgarny wygląd.

– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam – zaczęła Siobhan.

– Ależ nic a nic. – Stały w głównym holu wejściowym do budynku, pełnym kręcących się wokół prawników, pracowników sądu i zatroskanych rodzin. Gdzieś głębiej w trzewiach budynku decydowały się ich losy i zapadały decyzje o tym, kto jest winny, a kto nie. – Przyszłaś tu na rozprawę?

– Nie, mam tylko pewien problem i pomyślałam, że może będziesz mogła mi pomóc.

– Z największą przyjemnością.

– Chodzi o znalezioną notatkę. Może się ona wiązać z jedną ze spraw, ale napisana jest czymś w rodzaju szyfru.

– Ależ to podniecające! – sapnęła prawniczka, szeroko rozwierając oczy. – Znajdziemy sobie jakieś miejsce, usiądziemy i wszystko mi opowiesz.

Znalazły wolną ławkę i usiadły. Brough czytała notatkę, nie wyjmując jej z przezroczystej osłonki, a Siobhan patrzyła, jak w milczeniu porusza wargami i marszczy czoło.

– Przykro mi – odezwała się w końcu. – Może byłoby łatwiej, gdybyś mi objaśniła kontekst…?

– Chodzi o poszukiwania zaginionej osoby – wyjaśniła Siobhan. – Podejrzewamy, że uczestniczyła w grze.

– I żeby przejść do następnego poziomu musisz najpierw rozwiązać to, czy tak? Wszystko to strasznie dziwne.

Zjawił się zadyszany Grant, a Siobhan go przedstawiła.

– No i coś się udało? – zapytał, ale Siobhan potrząsnęła tylko głową. Spojrzał na prawniczkę. – Czy B4 może coś oznaczać w Prawie Szkockim? Jakiś paragraf albo podpunkt?

– Mój drogi chłopcze – roześmiała się Brough. – Takich oznaczeń może być nawet kilkaset, choć raczej w postaci 4B, a nie B4. Obowiązuje generalna zasada, że najpierw są cyfry.

Grant kiwnął głową.

– I wtedy znaczyłoby to „paragraf 4, punkt b”, czy tak?

– Właśnie tak.

– Pierwsza wskazówka miała kontekst królewski, a poszukiwanym hasłem była Wiktoria. Zastanawialiśmy się, czy z kolei ta nie nawiązuje może do Holyrood – wyjaśniła Siobhan, a Brough znów przyjrzała się notatce.

– No cóż, zdaje się że oboje jesteście ode mnie bardziej domyślni – przyznała po chwili. – Może mój prawniczy umysł podchodzi do wszystkiego zbyt dosłownie. – Wyciągnęła rękę z notatką ku Siobhan, ale ją nagle cofnęła. – Zastanawiam się tylko, czy to określenie prawo Szkotów nie prowadzi was świadomie na manowce.

– Jak to? – spytała Siobhan.

– Chodzi mi o to, że skoro wskazówka ma być z założenia mglista, to ten, kto ją pisał, mógł świadomie używać słów o podwójnych znaczeniach.

Siobhan popatrzyła na Granta, ale ten tylko wzruszył ramionami. Brough wskazała na notatkę.

– Pamiętam to jeszcze z czasów moich pieszych wędrówek po górach – powiedziała. – Słowo law po szkocku może też znaczyć wzgórze…

Rebus rozmawiał przez telefon z menedżerem hotelu Huntingtower.

– Więc może leży gdzieś w magazynie?

– Nie wiem, nie jestem pewien – odparł menedżer.

– A mógłby pan sprawdzić? Albo popytać, bo może ktoś inny wie?

– Mogła zostać wyrzucona podczas remontu.

– Przepadam za takim pozytywnym podejściem, panie Ballantine.

– A może ten, kto ją znalazł…

– Oświadczył, że ją oddał w hotelu. – Rebus miał już za sobą rozmowę z reporterem z „Couriera”, który wówczas zajmował się tą sprawą. Dziennikarz zaczął go od razu wypytywać i Rebus wyjawił mu, że w Edynburgu pojawiła się kolejna trumienka, choć z całą mocą podkreślił, że wiązanie tych zdarzeń ze sobą jest „na pograniczu czystej fantazji”. Brakowało mu tylko wścibskich dziennikarzy węszących wszędzie, gdzie się da. Od reportera dostał nazwisko człowieka, którego pies odnalazł wtedy trumienkę. Po kilku dalszych telefonach Rebus dotarł do niego i usłyszał, że zaraz po znalezieniu przekazał trumienkę komuś w hotelu i więcej się tą sprawą nie interesował.

– No cóż – westchnął menedżer – niczego nie mogę obiecać…

– Proszę dać mi znać natychmiast, jak tylko pan ją znajdzie – odparł Rebus i raz jeszcze powtórzył nazwisko i numer telefonu. – To sprawa nie cierpiąca zwłoki, panie Ballantine.

– Zrobię, co będę mógł – jęknął menedżer.

Rebus odłożył słuchawkę i spojrzał na biurko vis a vis, przy którym siedzieli Ellen Wylie i Donald Devlin. Profesor miał na sobie jeden ze swych niezliczonych blezerów, tyle że tym razem nie brakowało w nim guzików. Wspólnie ślęczeli nad dokumentacją z sekcji zwłok ofiary utonięcia w Glasgow i sądząc z wyrazu twarzy Ellen, nie bardzo im to wychodziło. Devlin ustawił sobie krzesło tuż obok niej i w czasie, gdy rozmawiała przez telefon, co chwilę się ku niej nachylał. Może tylko starał się dosłyszeć, o czym rozmawia, jednak Rebus widział wyraźnie, że ona nie jest tym zachwycona. Próbowała ukradkiem odsuwać swoje krzesło i tak się na nim wykręcać, by stary miał przed nosem jedynie jej ramię i plecy. Jak dotąd, udawało jej się też unikać wzroku Rebusa.

Zrobił notatkę z rozmowy z menadżerem z hotelu Huntingtower, potem znów chwycił za słuchawkę. Prześledzenie losów trumienki z Glasgow było znacznie trudniejsze. Ktoś, kto się wtedy zajmował tą sprawą, już tu nie pracował, a nikt inny w dziale miejskim niczego sobie nie przypominał. W końcu Rebus zdobył numer telefonu na plebanię i dodzwonił się do pastora Martine’a.

– Czy wiadomo wielebnemu, co się stało z tą trumienką? – zapytał.

– Zdaje się, że zabrał ją ktoś z gazety – odparł pastor Martine.

Rebus podziękował i zadzwonił ponownie do redakcji, gdzie udało mu się ostatecznie dotrzeć do naczelnego, który zażądał najpierw, by mu opowiedzieć całą historię. Rebus zaserwował mu więc opowieść o „edynburskiej trumience” i swoim zaangażowaniu w sprawę z ramienia Wydziału Czystej Fantazji.

– A gdzie dokładnie w Edynburgu znaleziono tę trumienkę?

– W pobliżu zamku – oświadczył Rebus bez wahania i oczyma duszy ujrzał, jak tamten robi notatki i pewnie już planuje wysłanie kogoś na miejsce.

Po następnej minucie oczekiwania ze słuchawką przy uchu, Rebusa przełączono do działu personalnego, gdzie odnaleziono osobę, która wtedy się tym zajmowała. Reporterka nazywała się Jenny Gabriel i obecnie mieszkała w Londynie.

– Pracuje w jednej z tamtejszych ogólnokrajowych płacht – oznajmił Rebusowi szef personelu. – Jenny zawsze o tym marzyła.

Rebus wyszedł więc z biura, kupił kawę, trzy ciastka i cztery londyńskie gazety: „Times”, „Telegraph”, „Guardian” i „Independent”. Przejrzał je wszystkie bardzo uważnie, zwracając szczególną uwagę na nazwiska autorów, nigdzie jednak nie znalazł nazwiska Jenny Gabriel. Niezrażony, zaczął po kolei dzwonić do redakcji i pytać o nią. Przy trzeciej próbie telefonistka kazała mu czekać. Ze słuchawką przy uchu patrzył, jak Devlin posypuje biurko Ellen okruchami z ciastka.

– Łączę – odezwała się wreszcie telefonistka.

Było to chyba najmilsze słowo, jakie udało mu się dziś usłyszeć. A potem ktoś podniósł słuchawkę.

– Dział miejski.

– Poproszę z Jenny Gabriel.

– Przy telefonie.

Rebus po raz kolejny wygłosił swój tekst.

– Mój Boże! – wykrzyknęła reporterka po wysłuchaniu całej opowieści. – Przecież to było ze dwadzieścia lat temu!

– Mniej więcej – przyznał Rebus. – Więc pewnie już jej pani nie ma?

– Istotnie, nie mam – odpowiedziała, a Rebus poczuł, że serce podchodzi mu do gardła. – Kiedy przenosiłam się na południe, dałam ją w prezencie przyjacielowi. Zawsze był nią zafascynowany.

– Czy może mi pani pomóc w skontaktowaniu się z nim?

– Proszę poczekać, poszukam jego numeru…

Nastąpiła przerwa, którą Rebus wykorzystał na dokładne rozkręcenie całego długopisu. Zdał sobie nagle sprawę, że ma tylko bardzo mgliste pojęcie, jak działa taki mechanizm. Sprężynka, obudowa, wkład… mógł go w całości rozkręcić i złożyć z powrotem, i mimo to nie być ani trochę mądrzejszym.

– Mieszka akurat w Edynburgu – odezwała się Jenny Gabriel i podała numer telefonu. Przyjaciel nazywał się Dominie Mann.

– Bardzo pani dziękuję – powiedział Rebus i rozłączył się.

Pana Manna nie było w domu, ale jego aparat zgłoszeniowy podawał numer komórki, pod którym należało spróbować. Rebus spróbował i ktoś odebrał.

– Halo?

– Czy rozmawiam z panem Mannem…? – Potem Rebus kolejny raz wszystko opowiedział i tym razem się udało. Mann w dalszym ciągu miał tę trumienkę i mógł ją w ciągu dnia podrzucić na St Leonard’s.

– Byłbym panu bardzo zobowiązany – oświadczył Rebus. – To zdumiewające, że uchowała się u pana przez tyle lat…

– Miałem zamiar ją wykorzystać w jednej z moich instalacji.

– Instalacji?

– Jestem artystą malarzem. A przynajmniej byłem. Teraz prowadzę własną galerię.

– Ale wciąż pan jeszcze maluje?

– Rzadko. No i całe szczęście, że jej w końcu nie użyłem. Równie dobrze mogłem ją pokryć farbą i owinąć bandażami, i teraz tkwiłaby gdzieś u jakiegoś kolekcjonera.

Rebus podziękował malarzowi i odłożył słuchawkę. Devlin skończył jeść swoje ciastko. Ciastko Ellen leżało odsunięte na bok i teraz profesor uporczywie na nie zerkał. Trumienka z Nairn okazała się dużo łatwiejsza do odnalezienia: wystarczyło tylko kilka rozmów, by dotrzeć do celu. Najpierw reporter z gazety powiedział, że musi się rozejrzeć, a potem oddzwonił i podał czyjś numer w Nairn. Ten ktoś też się trochę rozejrzał i w rezultacie odnalazł trumienkę w szopie u sąsiada.

– Chce pan, żeby ją wysłać pocztą?

– Tak, poproszę – odparł Rebus. – Ekspresem z dwudziestoczterogodzinnym doręczeniem. – Przez chwilę zastanawiał się nawet, czy nie wysłać po nią samochodu, pomyślał jednak, że może mieć kłopoty z uzasadnieniem kosztu. Od dawna już krążyły różne memoranda na temat niezbędnych oszczędności.

– A kto za to zapłaci?

– Proszę podać wszystkie swoje dane, koszty zostaną panu zwrócone.

Rozmówca przez chwilę się zawahał.

– No dobra – powiedział w końcu. – Będę musiał panu zaufać, nie?

– Jeśli nie można by ufać policji, to komu? – oświadczył Rebus uroczyście. Odłożył słuchawkę i znów spojrzał w stronę biurka Wylie. – No i co? Macie coś? – spytał.

– Posuwamy się do przodu – odpowiedziała poirytowanym głosem.

Devlin wstał z miejsca i strzepując okruszki z kolan, zapytał o „wygódkę”. Rebus wskazał mu kierunek i Devlin ruszył, jednak po drodze zatrzymał się przy jego biurku.

– Nie potrafię nawet wyrazić, jaką mi to sprawia radość – oznajmił.

– Cieszę się, że choć ktoś z nas jest zadowolony, panie profesorze.

Devlin szturchnął palcem w klapę marynarki Rebusa.

– A ja myślę, że pan też jest w swoim żywiole – powiedział z promiennym uśmiechem i wymaszerował z sali.

Rebus podszedł do biurka Wylie.

– Radzę ci zjeść to ciastko, bo inaczej cały się zaślini.

Przez chwilę się wahała, potem przełamała je na pół i jedną część wsadziła sobie do ust.

– Udało się z lalkami – poinformował. – Dwie odnalezione, trzecia bardzo prawdopodobna.

Pociągnęła łyk kawy, by przepłukać sobie usta po lepko słodkim biszkopcie.

– No to idzie ci lepiej niż nam. – Przez chwilę patrzyła na drugą połówkę ciastka, potem chwyciła ją i wrzuciła do kosza. – Bez obrazy – powiedziała.

– Profesor Devlin będzie niepocieszony.

– Na to liczę.

– Pamiętaj, że jest tu, żeby nam pomagać.

Spojrzała na niego przeciągle.

– Od niego śmierdzi.

– Naprawdę?

– Nie zauważyłeś?

– Niczego nie zauważyłem.

Popatrzyła tak, jakby ta jego uwaga wszystko o nim mówiła. A potem opuściła ramiona.

– Dlaczego mnie do tego wziąłeś? Jestem do niczego. Wszyscy widzieli, cały świat, reporterzy, widzowie. I wszyscy o tym wiedzą. Litujesz się nad kaleką, czy jak?

– Moja córka jest kaleką – powiedział cichym głosem.

Twarz jej spąsowiała.

– O Chryste, nie chciałam…

– Ale by odpowiedzieć na twoje pytanie, powiem ci, że jedyną znaną mi osobą, która narzeka na Ellen Wylie jest sama Ellen Wylie.

Potarła dłońmi twarz, jakby chciała wymasować z niej krew.

– Może powiedz to Gill Templer – rzekła w końcu po chwili.

– Gill sama to schrzaniła. Ale to jeszcze nie koniec świata. – Zaczął dzwonić telefon na jego biurku. Rebus, wycofując się tyłem, nie spuszczał z niej wzroku. – Okej? – spytał. Dopiero kiedy kiwnęła głową, odwrócił się i podniósł słuchawkę. Dzwonił menedżer hotelu Huntingtower. Odnaleziono trumienkę na strychu wśród innych przedmiotów zostawionych przez gości w ciągu ostatnich dwudziestu lat: parasoli, okularów, kapeluszy, płaszczy i aparatów fotograficznych.

– Nie chce się wierzyć, jak człowiek widzi, co tam leży – oznajmił pan Ballantine, jednak Rebusa interesowała tylko trumienka.

– Czy może pan to do mnie wysłać ekspresem z dwudziestoczterogodzinnym doręczeniem? Osobiście dopilnuję zwrotu kosztów…

Kiedy Devlin wrócił na salę, Rebus był już w trakcie poszukiwań trumienki z Dunfermline, jednak tym razem natrafił na mur. Nikt – ani miejscowa prasa, ani policja – nic na ten temat nie wiedział. Jedyne, co udało się uzyskać, to obietnice w kilku miejscach, że popytają. Nie wiązał z tym jednak większych nadziei. Od tamtej pory minęło już prawie trzydzieści lat i szansę, by coś można było teraz ustalić, były znikome. Przy biurku naprzeciwko Devlin bezgłośnie zacierał dłonie, a Wylie znów rozmawiała przez telefon. Skończyła i spojrzała na Rebusa.

– Protokół sekcji Hazel Gibbs jest już w drodze – poinformowała.

Rebus przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, potem kiwnął głową i uśmiechnął się. Jego telefon znów zadzwonił. Tym razem była to Siobhan.

– Mam zamiar porozmawiać z Davidem Costello – powiedziała. – Więc jeśli nie masz nic lepszego do roboty…?

– Myślałem, że stanowicie zespół z Grantem?

– Komisarz Templer zabrała go na parę godzin.

– Naprawdę? A może chce mu zaproponować stanowisko rzecznika prasowego?

– Nie uda ci się wyprowadzić mnie z równowagi. Więc jak, idziesz czy nie…?

Zastali Costello w mieszkaniu. Ich widok wyraźnie go zaskoczył i wystraszył. Siobhan pospiesznie go zapewniła, że nie przychodzi z żadnymi złymi wiadomościami, jednak nie wyglądał na przekonanego.

– Możemy wejść, Davidzie? – zapytał Rebus. Costello dopiero wtedy po raz pierwszy spojrzał na niego i wolno skinął głową. Rebus pomyślał, że jeśli go oko nie myli, na sobie dokładnie to samo, co podczas pierwszej wizyty, a i pokój nie sprawiał wrażenia, by ktoś go od tamtej pory sprzątał. Costello zapuszczał brodę, ale wyraźnie było to dla niego coś nowego, bo co chwilę dotykał zarostu koniuszkami palców.

– A w ogóle są jakieś wiadomości? – zapytał, opadając na futon.

Siobhan i Rebus stali.

– Parę drobiazgów – odparł Rebus.

– Ale pewnie nie wolno ich panu wyjawić, czy tak? – Costello cały czas mościł się na futonie, próbując sobie znaleźć najwygodniejszą pozycję.

– Prawdę powiedziawszy, panie Davidzie – odezwała się Siobhan – to właśnie z tych drobiazgów – w każdym razie z niektórych z nich – bierze się nasza dzisiejsza wizyta. – Podała mu kartkę papieru.

– Co to? – zapytał.

– To pierwsze zadanie z pewnej gry. Gry, w którą, naszym zdaniem, grała Flipa.

Costello wyprostował się i przeczytał wiadomość.

– A co to za gra? – zapytał po chwili.

– Coś co znalazła w Internecie. Prowadzi ją osoba przedstawiająca się jako Quizmaster. Rozwiązywanie kolejnych zagadek pozwala grającemu przechodzić do następnych etapów. Flipa dotarła do poziomu o nazwie Pieklisko i być może zdołała już ten poziom zaliczyć. Tego nie wiemy.

– Flipa? – W głosie Costello pobrzmiewało powątpiewanie.

– Nigdy pan o czymś takim nie słyszał?

Potrząsnął głową.

– Nigdy mi o tym nie mówiła. – Spojrzał w stronę Rebusa, ale ten przeglądał właśnie jakiś zbiorek poezji.

– A czy ona w ogóle interesowała się grami? – spytała Siobhan.

Costello wzruszył ramionami.

– Tylko takimi typowymi, towarzyskimi. Wie pani, jakieś szarady, ewentualnie w detektywa albo w inteligencję.

– Ale nic z dziedziny fantazji? Chodzi mi o gry fabularne.

Powoli pokręcił głową.

– A w Internecie też nic?

Znów pomacał sobie zarost.

– To dla mnie zupełna nowość. – Zawiesił głos i popatrzył najpierw na Siobhan, potem na Rebusa. – Jesteście pewni, że tu chodzi o Flipę?

– Absolutnie – stwierdziła z naciskiem Siobhan.

– I myślicie, że to ma jakiś związek z jej zniknięciem?

Siobhan uniosła ramiona i spojrzała na Rebusa w nadziei, że może on coś doda, jednak Rebus zagłębiony był teraz we własnych myślach. Przypomniał sobie, co mu o Costello powiedziała matka Flipy, że ją nastawiał przeciwko własnej rodzinie. A gdy Rebus spytał ją dlaczego, odparła, że on już taki jest.

– To ciekawe wiersze – powiedział, machając książeczką. z wyglądu bardziej przypominały satyryczną broszurę w różowej okładce ozdobionej jakimś odręcznym rysunkiem. Potem odczytał z niej dwie linijki. – „Nie dlatego umierasz, boś zasłużył / Umierasz za to, boś akurat pod ręką”. – Rebus zamknął książeczkę i odłożył ją na miejsce. – Nigdy przedtem nie przyszło mi to do głowy – powiedział – ale to prawda. – Przerwał i zapalił papierosa. – Pamiętasz, o czym wtedy rozmawialiśmy? – Zaciągnął się, potem przyszło mu do głowy, by poczęstować Costello, jednak ten przecząco pokręcił głową. Piersiówka po whisky stała pusta, podobnie jak kilka puszek po piwie. Rebus dojrzał je na podłodze w kuchni wśród kubków, talerzy, widelców i pustych opakowań po daniach na wynos. Wcześniej uznał Costello za człowieka nie pijącego, może jednak trzeba będzie tę opinię zrewidować. – Zapytałem cię wtedy, czy Flipa mogła poznać kogoś innego, a ty mi odpowiedziałeś, że by ci o tym powiedziała. Stwierdziłeś też, że nie potrafiła trzymać języka za zębami.

Costello pokiwał potakująco głową.

– A jednak mamy tu grę, w którą grała. I to grę wcale niełatwą, pełną zagadek i podwójnych znaczeń słów. Więc może potrzebowała czyjejś pomocy?

– Ode mnie jej nie miała.

– I nigdy nie wspominała ci o Internecie, ani o kimś imieniem Quizmaster?

Znów potrząsnął głową.

– A w ogóle, to co to za jeden, ten Quizmaster?

– Tego nie wiemy – przyznała Siobhan. Teraz ona podeszła do regału z książkami.

– Ale przecież musi się w którymś momencie ujawnić, nie?

– Bardzo byśmy tego chcieli. – Zdjęła z półki żołnierzyka.

– To też jest z jakiejś gry, prawda?

Costello spojrzał ku niej.

– Tak? Nawet nie wiem.

– To nie pan tym grał?

– Nie mam pojęcia, skąd się to tutaj wzięło.

– Ale musiał już w niejednej bitwie uczestniczyć – zauważyła Siobhan, przyglądając się ułamanemu muszkietowi.

Rebus popatrzył na stojący na biurku komputer – nowy model laptopa – włączony i gotowy do pracy. Obok leżały jakieś podręczniki, a na podłodze stała drukarka.

– Rozumiem, Davidzie, że ty też siedzisz w Internecie.

– A kto nie siedzi?

Siobhan uśmiechnęła się i odłożyła żołnierzyka na miejsce.

– Pan inspektor Rebus ma jak dotąd trudności z opanowaniem elektrycznej maszyny do pisania.

Rebus wiedział, o co jej chodzi: poświęcając go, pragnie rozbroić Costello.

– Dla mnie Internet to jest to, co jest bramce tej drużyny z Mediolanu.

To wywołało uśmiech na twarzy Costello. „Bo on już taki jest…” Tylko jaki naprawdę jest David Costello? Rebusa zaczynało to coraz bardziej intrygować.

– Więc skoro Flipa zachowała tę jedną rzecz w tajemnicy, to być może miała przed panem i inne tajemnice? – zapytała Siobhan.

Costello znów pokiwał głową i znów poprawił się na fotonie, jakby wciąż nie mógł sobie znaleźć miejsca.

– Może ja jej wcale nie znałem – powiedział i raz jeszcze spojrzał na wiadomość na kartce. – A wy wiecie, co to znaczy?

– Siobhan rozwiązała zagadkę – przyznał Rebus – ale doprowadziła ona nas tylko do kolejnej.

Siobhan podała mu kartkę z drugim zadaniem.

– Ta jest jeszcze bardziej idiotyczna niż pierwsza – stwierdził Costello. – Naprawdę nie chce mi się wierzyć, żeby Flipa to rozwiązała. To zupełnie do niej nie pasuje. – Wyciągnął rękę, by zwrócić kartkę.

– A co z jej innymi przyjaciółmi? – zapytała Siobhan. – Czy któreś z nich szczególnie lubi gry i zagadki?

Costello wbił w nią wzrok.

– Myśli pani, że któreś z nich mogło…?

– Ja tylko próbuję dojść, czy Flipa mogła się do kogoś zwrócić o pomoc.

Costello zamyślił się.

– Do nikogo – odpowiedział w końcu. – Nikt taki nie przychodzi mi do głowy.- Siobhan wzięła od niego kartkę. – A to? – zapytał. – Wie pani, co to znaczy?

Spojrzała na treść pewnie już po raz czterdziesty.

– Nie – przyznała. – Jeszcze nie.

Po wyjściu od Costello Siobhan zaproponowała Rebusowi, że go odwiezie na St Leonard’s. Przez pierwsze kilka minut milczeli. Ruch był okropny i wyglądało, że wieczorna godzina szczytu z tygodnia na tydzień zaczyna się coraz wcześniej.

– No i co o tym myślisz? – spytała.

– Myślę, że szybciej bym doszedł na piechotę.

Była to w zasadzie odpowiedź, jakiej się spodziewała.

– Te twoje lalki w pudełkach trochę przypominają zabawki, nie uważasz?

– Bardzo dziwne zabawki, jeśli chcesz znać moje zdanie.

– Tak samo dziwne, jak ta internetowa gra.

Rebus pokiwał głową, jednak nic nie powiedział.

– Tylko nie chcę, żeby wyszło na to, że doszukuję się tu jakichś powiązań – zastrzegła się Siobhan.

– Chcesz powiedzieć, że to moja rola? – domyślił się. – Bo jest to istotnie możliwe, prawda?

Teraz z kolei Siobhan pokiwała głową.

– Tak, pod warunkiem, że te wszystkie lalki mają ze sobą jakiś związek.

– Cierpliwości – powiedział Rebus. – A jak na razie, może warto trochę pogrzebać w przeszłości pana Costello.

– Mnie się wydał dość autentyczny. Widziałeś wyraz jego twarzy, kiedy nam otworzył? Był wyraźnie przerażony, że coś się stało. A poza tym już go chyba sprawdzano, prawda?

– To nie znaczy, że czegoś nie przeoczono. Jeśli dobrze pamiętam, zajmował się tym Hi-Ho Silvers, a z niego taki leniwiec, że w dyscyplinie „gnuśność” mógłby startować na olimpiadzie. – Zwrócił się ku niej. – A ty?

– Ja przynajmniej staram się sprawiać wrażenie, że coś robię.

– Pytałem, co zamierzasz teraz robić?

– Teraz myślę, że się udam do domu. Fajrant.

– Tylko uważaj. Pani komisarz Templer lubi, kiedy jej personel pracuje pełne osiem godzin dziennie.

– Jeśli tak, to jest mi winna za masę nadgodzin… tobie zresztą też, tak na marginesie. Kiedy ostatni raz pracowałeś tylko osiem godzin?

– We wrześniu tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego – oświadczył Rebus poważnie, potem się uśmiechnął.

– Jak tam twój remont?

– Prace elektryczne są już skończone. Teraz wchodzą malarze.

– Znalazłeś już coś nowego?

Potrząsnął głową.

– Trochę cię to dręczy, co? – zapytał.

– Jak się zdecydowałeś sprzedać, to jest to tylko twoja sprawa.

Zrobił kwaśną minę.

– No przecież wiesz, o co mi chodzi.

– O Quizmastera? – Przez chwilę zastanowiła się. – Właściwie to mogłoby mnie to nawet wciągnąć…

– Gdyby nie co?

– Gdybym nie miała poczucia, że on się tym bawi.

– Manipulując tobą?

Siobhan kiwnęła głową.

– A jeżeli robi to ze mną, to to samo robił z Philippą Balfour.

– Cały czas zakładasz, że to jakiś „on” – zauważył Rebus.

– Tylko dla wygody językowej. – Zabrzęczał telefon komórkowy. – To mój – powiedziała Siobhan, widząc, jak Rebus sięga do kieszeni. Jej komórka wraz z zasilaczem przyczepiona była do deski rozdzielczej obok radia. Siobhan nacisnęła guzik, uruchamiając wbudowany mikrofon i głośniczek.

– Głośnomówiący – rzekł Rebus z podziwem.

– Halo? – odezwała się Siobhan.

– Czy to posterunkowa Clarke?

Poznała go po głosie.

– Pan Costello? Czym mogę służyć?

– Tak się właśnie zastanawiałem… nad tym, co pani mówiła o grach i tym wszystkim…

– No i?

– No i znam kogoś, kto w tym siedzi. A dokładniej, Flipa go zna.

– Kto to taki?

Siobhan rzuciła spojrzenie w stronę Rebusa, ale jego notatnik i długopis były już w pogotowiu.

Costello wymienił nazwisko, ale w połowie głos mu się załamał i Siobhan musiała go prosić o powtórzenie. Za drugim razem oboje usłyszeli je głośno i wyraźnie. „Ranald Marr” powtórzyła Siobhan bezgłośnie i zmarszczyła brwi, ale Rebus pokiwał głową. Wiedział, o kogo chodzi. Ranald Marr był wspólnikiem i partnerem Johna Balfoura, szefem oddziału banku Balfour w Edynburgu.

W biurze panowała cisza. Większość pracowników udała się już do domu, reszta przebywała na Gayfield Square. Patrole wciąż jeszcze chodziły po domach, ale operacja ta właściwie zamierała, bo nie było już kogo przesłuchiwać. Minął kolejny dzień bez jakichkolwiek wiadomości od Philippy Balfour i wciąż nie było wiadomo, czy jeszcze żyje. Jej karty kredytowe i konto w banku pozostawały nietknięte. Nie odezwała się też do nikogo z rodziny ani przyjaciół. Po prostu cisza. Wśród pracowników rozeszły się pogłoski, że Bill Pryde nie wytrzymuje napięcia i posunął się już do tego, że rzucił przez całą salę plikiem notatek wraz z podkładką, tak że obecni musieli się uchylić, by nie dostać w głowę. Dodatkową presję wywierał John Balfour, który krytykował w mediach brak postępów w śledztwie. Komendant policji zażądał raportu o stanie śledztwa od swego zastępcy, w wyniku czego ten wiecznie siedział wszystkim na karku. Z braku nowych poszlak prowadzono po raz drugi lub trzeci przesłuchania tych samych świadków. Wszyscy chodzili podenerwowani i rozdrażnieni. Rebus próbował się dodzwonić do Pryde’a na Gayfield Square, ale bezskutecznie. Zadzwonił więc do Pałacu i poprosił o połączenie z Claverhousem lub Ormistonem z Sekcji 2 Biura Kryminalnego. Telefon odebrał Claverhouse.

– Mówi Rebus. Potrzebna mi twoja pomoc.

– Co ci strzeliło do głowy, że będę takim frajerem i dam ci się w coś wrobić?

– Czy twoje pytania zawsze są takie dociekliwe?

– Odwal się, Rebus, i wpełznij z powrotem pod swój kamień.

– O niczym innym nie marzę, kolego, ale zabrała mi go twoja mamusia, bo twierdzi, że ma z nim lepiej niż z tobą. – Była to jedyna metoda na Claverhouse’a: ironia i sarkazm posunięte do agresji.

– I ma rację, bo ze mnie zimny skurwiel o kamiennym sercu, a to mi przypomina, że nie odpowiedziałeś na moje pierwsze pytanie.

– To dociekliwe? No więc powiedzmy tak: im szybciej mi pomożesz, tym prędzej będę mógł pójść do pubu i urżnąć się w trupa.

– Chryste Panie, człowieku! Dlaczego od razu nie powiedziałeś? Wal!

Rebus uśmiechnął się do słuchawki.

– Potrzebne mi dojście.

– Do kogo?

– Do gardai w Dublinie.

– A to po co?

– Chodzi mi o chłopaka Philippy Balfour. Chcę, żeby pogrzebali w jego przeszłości.

– Postawiłem na niego dychę z wypłatą dwa do jednego.

– No to masz bardzo dobry powód, żeby mi pomóc.

Claverhouse zamyślił się.

– Daj mi piętnaście minut. Tylko siedź przy telefonie.

– Nie ruszę się ani na krok.

Rebus odłożył słuchawkę i odchylił się na krześle. A potem nagle zauważył coś w końcu sali – stary fotel Farmera. Widocznie Gill go tam wystawiła dla kogoś, kto się ma po niego zgłosić. Rebus wstał, przyciągnął go do swojego biurka i rozsiadł się wygodnie. Przypomniał sobie, co powiedział Claverhouse’owi: „…tym prędzej będę mógł pójść do pubu i urżnąć się w trupa”. Częściowo wynikało to z przyzwyczajenia, ale w dużej mierze jego organizm po prostu się tego domagał. Tego uczucia mglistej półświadomości, jakie tylko alkohol może zapewnić. Jeden z zespołów Briana Augera nazywał się Oblivion Express, czyli coś w rodzaju jazdy do utraty świadomości, do zapadnięcia się w nicość. Gdzieś miał nawet ich pierwszą płytę, A Better Land. Jak dla niego była nieco zbyt jazzowa. Na dźwięk dzwonka podniósł słuchawkę, jednak dzwonienie nie ustawało. Oczywiście, to komórka. Wyłuskał ją z kieszeni i przystawił do ucha.

– Halo?

– John?

– Cześć, Jean. Miałem do ciebie zadzwonić.

– Możemy teraz rozmawiać?

– Jasne. Ten dziennikarzyna wciąż cię prześladuje? – Odezwał się telefon na biurku: pewnie Claverhouse. Rebus wstał z fotela, przeszedł przez salę i wyszedł na korytarz.

– Nie aż tak, żebym sobie nie poradziła – odparła Jean. – Tak jak prosiłeś, pogrzebałam trochę w papierach, ale niestety niewiele udało mi się znaleźć.

– Trudno.

– Spędziłam nad tym cały dzień…

– Jeśli pozwolisz, to rzucę na to okiem jutro.

– Oczywiście, może być jutro.

– Chyba że jesteś wolna dziś wieczorem…?

– Och. – Zawiesiła głos. – Akurat dziś obiecałam przyjaciółce, że ją odwiedzę. Właśnie urodziła dziecko.

– To miłe.

– Przykro mi.

– Nie ma powodu. Zobaczymy się jutro. Może w komisariacie, jeśli nie sprawi ci to kłopotu?

– Dobrze.

Uzgodnili godzinę i Rebus, kończąc rozmowę, wrócił do sali operacyjnej. Odniósł wrażenie, że ucieszyła ją propozycja spotkania dziś wieczorem. Chyba czegoś takiego oczekiwała, jakiegoś sygnału z jego strony, że jest nadal zainteresowany i że nie ogranicza się tylko do spraw służbowych.

A może to tylko jego wyobraźnia?

Wrócił do biurka i zadzwonił do Claverhouse’a.

– Zawiodłeś mnie – powiedział Claverhouse.

– Obiecałem, że się nie ruszę na krok od biurka i słowa dotrzymałem.

– No to dlaczego nie odebrałeś telefonu?

– Bo ktoś mnie w tym czasie dopadł na komórce.

– Ktoś ważniejszy ode mnie? Teraz to już naprawdę mnie zraniłeś.

– Dzwonił mój bukmacher. Jestem mu winien dwieście baniaków.

Przez chwilę w telefonie zapadła cisza, po czym Claverhouse oświadczył:

– No to bardzo mi ulżyło. Dobra, więc twój kontakt w Dublinie nazywa się Declan Macmanus.

Rebus zmarszczył czoło.

– Czy nie tak brzmiało prawdziwe nazwisko Elvisa Costello? – zapytał.

– To widocznie podzielił się nim z kimś w potrzebie – odparł Claverhouse i podał Rebusowi numer telefonu w Dublinie wraz z numerem kierunkowym. – Choć nie sądzę, żeby ci dusigrosze na St Leonard’s pozwolili ci na rozmowę międzynarodową – dodał.

– Rzeczywiście będę musiał wypełnić wniosek – potwierdził Rebus. – I dzięki za pomoc, Claverhouse.

– To idziesz się teraz urżnąć?

– Chyba powinienem. Nie chcę być trzeźwy, kiedy mój bukmacher mnie dorwie.

– I chyba masz rację. No to za wredne konie i pyszną whisky!

– I vice versa – dodał Rebus i odłożył słuchawkę. Claverhouse nie mylił się: wszystkie aparaty telefoniczne w całym komisariacie na St Leonard’s miały założone blokady połączeń zagranicznych, Rebus był jednak pewien, że telefon w gabinecie pani komisarz jest „wolny”. Był natomiast inny problem: Gill miała zwyczaj zamykać swój gabinet na klucz. Rebus przypomniał sobie jednak, że Farmer na wszelki wypadek trzymał klucz zapasowy. Kucnął przy drzwiach do gabinetu Gill i odwinął róg wykładziny tuż przy futrynie. Jest – mały kluczyk Yale wciąż jeszcze tam leżał. Wsunął klucz do zamka, wszedł do gabinetu i zamknął za sobą drzwi.

Popatrzył na jej nowy fotel i zdecydował, że lepiej będzie, jak postoi, więc oparł się jedynie o krawędź biurka. Po głowie uporczywie chodził mu wierszyk o trzech niedźwiadkach: „A kto to siedział na mym krześle? A kto to dzwonił z mojego telefonu?”

Telefon odebrano dopiero po kilku dzwonkach.

– Czy mogę rozmawiać z… – przerwał, bo nagle zdał sobie sprawę, że nie zna stopnia Macmanusa -…z Declanem Macmanusem?

– Kogo mam zameldować? – W głosie kobiety był ten uwodzicielski irlandzki zaśpiew. Wyobraził sobie od razu kruczoczarne włosy i pełne kształty.

– Detektyw inspektor John Rebus, policja okręgu Lothian i Borders w Szkocji.

– Chwileczkę.

W ciągu tej chwileczki pełne kształty przybrały wygląd szklanicy wolno napełniającej się po brzegi guinessem.

– Inspektor Rebus? – głos był męski i rzeczowy.

– Dostałem pański numer od inspektora Claverhouse’a ze Szkockiego Biura Kryminalnego.

– To szlachetne z jego strony.

– Czasami miewa takie odruchy.

– I czym mogę panu służyć?

– Nie wiem, czy słyszał pan o sprawie, nad którą pracujemy. Chodzi o zaginięcie niejakiej Philippy Balfour.

– Tej córki bankiera? Wszystkie gazety o tym pisały.

– Ze względu na Davida Costello?

– Rodzina Costello jest tu powszechnie znana, panie inspektorze. Można powiedzieć, że stanowi fragment towarzyskiej mozaiki Dublina.

– Pan to oczywiście wie lepiej ode mnie i dlatego zresztą dzwonię.

– Ach tak?

– Chciałbym się dowiedzieć czegoś więcej o tej rodzinie. – Rebus zaczął bezwiednie mazać jakieś bazgrały na kartce papieru. – Jestem pewien, że to ludzie bez skazy, ale byłbym spokojniejszy, gdybym mógł zdobyć na to jakieś dowody.

– Jeśli chodzi o to pańskie „bez skazy”, to ja nie byłbym taki pewien.

– To znaczył

– W każdej rodzinie są jakieś brudy, prawda?

– Pewnie tak.

– Więc może wyślę panu listę brudów rodziny Costello. Co pan na to?

– Byłoby świetnie.

– Ma pan tam jakiś numer faksu pod ręką?

Rebus podał numer.

– Tylko musi pan jeszcze przedtem dodać międzynarodowy numer kierunkowy – uprzedził.

– Myślę, że sobie z tym poradzimy. W jakim stopniu te informacje pozostaną poufne?

– Na tyle, na ile to tylko będzie możliwe.

– Sądzę więc, że będę musiał zawierzyć pana słowu. Interesuje się pan może rugby, inspektorze?

Rebus pomyślał, że chyba lepiej odpowiedzieć twierdząco.

– Niestety jedynie jako kibic.

– Bywam w Edynburgu na turniejach Sześciu Narodów. Może przy następnej okazji wypijemy drinka?

– Z przyjemnością. Proszę sobie zapisać moje telefony. – Podał mu swój numer biurowy i komórki.

– Na pewno się do pana odezwę.

– Koniecznie. Jestem panu winien dużą whisky.

– Nie omieszkam skorzystać. – Zrobił krótką przerwę. – Tak naprawdę, wcale się pan nie interesuje rugby, prawda?

– Nie – przyznał Rebus, a tamten parsknął śmiechem.

– Ale przynajmniej jest pan szczery, a to już coś. Do widzenia, inspektorze.

Rebus odłożył słuchawkę i uzmysłowił sobie, że wciąż nie zna stopnia Macmanusa i właściwie niczego o nim nie wie. Spojrzał na swoje bazgrały i zobaczył, że cała kartka pokryta jest rysunkami trumien. Odczekał dwadzieścia minut na wiadomość od Macmanusa, ale faks milczał jak zaklęty.

Zaczął od Maltings, potem odwiedził Royal Oak, wreszcie dotarł do Swany’s. W każdym z pubów wypił tylko po jednym drinku, zaczynając od dużego guinessa. Dawno już tego nie pił. Smaczne, choć tuczące. Wiedział, że nie może sobie pozwolić na więcej, przeszedł więc na piwo IPA, a zakończył porcją Laphroaig z kropelką wody. Potem wsiadł w taksówkę i kazał się zawieść do baru Oxford, gdzie spałaszował ostatnią z gablotki bułkę z konserwową wołowiną i ćwikłą i uzupełnił porcją jaja po szkocku. [Scotch egg – popularne w Wielkiej Brytanii danie składające się z jaj na twardo zapiekanych w mielonym i panierowanym mięsie w kształcie rolady, z reguły jedzone na zimno.] Wrócił do piwa IPA, chcąc przepłukać jedzenie.

W pubie było już kilku stałych bywalców. Tylną salkę zajęła grupa studentów i nikt ze stojących przy barze prawie się nie odzywał, jakby dobywające się z głębi wybuchy śmiechu i młodzieńczej radości były tu w jakiś sposób nie na miejscu. Za barem stał Harry, który wyraźnie z utęsknieniem czekał chwili, gdy ci krzykacze się stąd wyniosą. Kiedy któryś z nich zjawiał się przy barze po następną kolejkę, Harry, nalewając, cały czas rzucał uwagi w rodzaju: „Chyba się już zbieracie…” „Pewnie się wybieracie do jakiegoś klubu…” „Wieczór jeszcze przed wami…” Młody człowiek z twarzą połyskującą, jakby była wypolerowana, uśmiechał się głupawo i widać było, że nic do niego nie dociera, a Harry kiwał wtedy głowa z rezygnacją. Kiedy młodzieniec, obładowany kuflami wychlapującego się piwa, oddalał się, któryś z bywalców rzucał w stronę Harry’ego uwagę, że traci formę. Wiązanka wyzwisk i przekleństw, wywołana przez tę uwagę, miała świadczyć dobitnie, że jest wręcz przeciwnie.

Rebus przyszedł tu w nadziei, że uda mu się wyrzucić z pamięci tkwiące w niej i nękające go trumienki. Nie potrafił o nich myśleć inaczej niż o dziele jednego i tego samego zabójcy… Zastanawiał się też, czy nie było ich więcej, tyle że gniją gdzieś w zaroślach na zboczach wzgórz lub w jakichś rozpadlinach albo służą znalazcom jako makabryczne ozdoby ich ogrodowych szop… Trumienki z Arthur’s Seat, z Kaskad i cztery trumienki Jean. Dostrzegał tu pewną ciągłość i napawało go to lękiem. Po śmierci chcę być poddany kremacji, pomyślał, albo zawieszony gdzieś wysoko na drzewie, tak jak to robią Aborygeni. Byle nie w ciasnocie drewnianego pudła… cokolwiek, tylko nie to.

Kiedy otwarły się drzwi, wszystkie głowy przy barze zwróciły się w stronę przybysza. Rebus aż zesztywniał, starając się ukryć zdumienie. Do baru weszła Gill Templer. Natychmiast go dostrzegła, uśmiechnęła się, rozpięła płaszcz i ściągnęła z szyi szalik.

– Tak myślałam, że cię tu znajdę – powiedziała. – Próbowałam zadzwonić, ale zgłosiła się tylko twoja poczta głosowa.

– Czego się napijesz?

– Gin z tonikiem.

Harry usłyszał jej odpowiedź i już sięgał po szklankę.

– Z lodem i cytryną? – zapytał.

– Proszę.

Rebus zauważył, że stojący przy zatłoczonym barze nieco się odsunęli, zostawiając im więcej wolnego miejsca na swobodniejszą rozmowę. Zapłacił za drinka i patrzył, jak Gill pociąga pierwszy łyk.

– To mi było potrzebne – szepnęła.

Rebus uniósł swój kufel, powiedział: Slainte i też się napił. Gill patrzyła na niego z uśmiechem.

– Przepraszam – zaczęła – że tak tu cię nachodzę.

– Miałaś ciężki dzień?

– Miewałam lżejsze.

– To co cię tu sprowadza?

– Parę spraw. Po pierwsze, jak zwykle nie zawracasz sobie głowy, żeby mnie informować o postępach w sprawie.

– Bo mam niewiele do przekazania.

– Więc to jednak ślepy zaułek?

– Tego nie powiedziałem. Potrzebuję jeszcze kilku dni. – Znów uniósł kufel.

– Po drugie, ta drobna sprawa twojej wizyty u lekarza.

– Tak, wiem. Zajmę się tym, obiecuję. – Wskazał głową kufel. – Nawiasem mówiąc, to moje pierwsze dzisiaj.

– Aha, akurat – mruknął Harry, zajęty wycieraniem szkła.

Gill uśmiechnęła się, jednak nie oderwała wzroku od Rebusa.

– A jak stoją sprawy z Jean?

Rebus wzruszył ramionami.

– W porządku. Zajmuje się historycznym aspektem sprawy.

– Podoba ci się?

Teraz Rebus obrzucił ją spojrzeniem.

– Chałturzysz jako bezpłatna swatka?

– Byłam tylko ciekawa.

– I przyszłaś tu taki kawał drogi, żeby mnie o to zapytać?

– Jean przeżyła już jeden dramat z alkoholikiem. Jej mąż umarł przez alkohol.

– Tak, opowiadała mi. W tej sprawie możesz być spokojna.

Spojrzała na swoją szklankę.

– A jak ci się układa współpraca z Ellen Wylie?

– Nie narzekam.

– Mówiła coś na mój temat?

– Właściwie to nie. – Rebus opróżnił kufel i zamachał nim, by zwrócić uwagę Harry’ego. Ten odłożył ścierkę i zabrał się do nalewania. Rebus czuł się trochę skrępowany. Nie podobało mu się, że Gill tak bezceremonialnie tu wtargnęła i go zaskoczyła. Nie podobało mu się również to, że wszyscy bywalcy przy barze wsłuchiwali się w każde ich słowo. Gill chyba wyczuła jego zmieszanie.

– Wolałbyś, żebyśmy porozmawiali w biurze?

Wzruszył ramionami.

– A ty? – spytał. – Jak ci leży to nowe stanowisko?

– Myślę, że sobie poradzę.

– O to jestem spokojny. – Wskazał na jej szklankę i zaproponował powtórkę, ale Gill zaprzeczyła ruchem głowy.

– Nie, powinnam już iść – dodała. – To był tylko krótki przystanek w drodze do domu.

– I ja też – kiwnął głową Rebus i ostentacyjnie spojrzał na zegarek.

– Mam na ulicy samochód, więc może…?

Rebus potrząsnął głową.

– Nie, lubię chodzić, pozwala mi to utrzymać formę.

Zza baru dało się słyszeć parsknięcie Harry’ego. Gill owinęła sobie szyję szalikiem.

– No to ewentualnie do jutra.

– Wiesz, gdzie stoi moje biurko.

Gill popatrzyła wokół – na ściany o barwie zużytego filtra papierosowego, na których wisiało kilka zakurzonych reprodukcji portretów Roberta Burnsa – i kiwnęła głową.

– Tak, wiem. – Potem wykonała pożegnalny gest ręką, który zdawał się być adresowany do całego baru, i wyszła.

– Twoja szefowa? – domyślił się Harry, a kiedy Rebus przytaknął, dodał: – Chętnie się z tobą zamienię – co goście przy barze skwitowali wybuchem śmiechu. Z salki na zapleczu wyszedł student z listą zamówień nabazgroloną na odwrocie koperty.

– Trzy duże IPA – odczytał Harry – dwa lagery, jeden gin z limoną i sodową, dwa becki i jedno białe wytrawne.

Student spojrzał na listę i skinął głową z wyrazem zdumienia na twarzy.

Harry puścił oko do swojej publiczności.

– Studenci studentami, ale to nie znaczy, że nikt tu inny nie umie czytać.

Siobhan siedziała w pokoju wpatrzona w tekst na ekranie laptopa. Była to odpowiedź Quizmastera na jej wcześniejszy e-mail, w którym go poinformowała, że przeszła już do drugiej zagadki.

Zapomniałem powiedzieć, że od teraz działasz na czas. Po dwudziestu czterech godzinach wskazówka traci ważność.

Siobhan zasiadła do klawiatury i napisała: Uważam, że powinniśmy się spotkać. Mam parę pytań. Kliknęła „wyślij” i odczekała. Odpowiedź przyszła natychmiast.

Gra odpowie ci na wszystkie pytania.

Nie poddała się i napisała: Czy Flipie ktoś pomagał? Czy jeszcze ktoś inny gra w tę grę?

Odczekała kilka minut. Cisza. Stała właśnie w kuchni, nalewając sobie kieliszek czerwonego chilijskiego wina, kiedy usłyszała piknięcie laptopu informujące o nadejściu nowej wiadomości. Tak gwałtownie ruszyła do pokoju, że ochlapała sobie winem całą dłoń.

Cześć Siobhan.

Wpatrzyła się w ekran. Adres nadawcy składał się z szeregu cyfr. Zanim zdążyła zareagować, komputer powiadomił ją, że ma dla niej następną wiadomość.

Jesteś w domu? Widzę, że się u ciebie świeci.

Siobhan zamarła. Zdało jej się, że ekran mruga do niej z wyraźną drwiną. Więc jest gdzieś w pobliżu! Gdzieś pod jej domem! Szybko podeszła do okna i wyjrzała. Na dole pod domem stał samochód z włączonymi światłami.

Alfa należąca do Granta Hooda.

Pokiwał do niej ręką. Siobhan, klnąc pod nosem, wybiegła z mieszkania, zbiegła po schodach i wypadła na ulicę.

– Żarty się ciebie trzymają?! – warknęła.

Hood wygramolił się z samochodu, najwyraźniej zdumiony jej reakcją.

– Akurat miałam Quizmastera na linii – rzuciła. – Więc kiedy się odezwałeś, myślałam, że to wciąż on. – Zmrużyła oczy i przyjrzała mu się podejrzliwie. – A właściwie, to jak ty to zrobiłeś?

Hood uniósł w górę telefon komórkowy.

– Mam w nim WAP – wyjaśnił, skromnie się uśmiechając. – Nowiutki, dziś go dostałem. Można z niego wysyłać e-maile i w ogóle.

Wyszarpnęła mu go z ręki i obejrzała.

– O Jezu, Grant.

– Przepraszam. Chciałem tylko…

Oddała mu aparat. Nie miała wątpliwości, co chciał – chciał się po prostu pochwalić swoją najnowszą zabawką.

– A skąd się tu w ogóle wziąłeś?

– Myślę, że udało mi się to rozwiązać.

Spojrzała na niego.

– Znowu? – Pokręciła głową. – Jak to się dzieje, że czekasz z tym zawsze do późna w nocy?

– Może właśnie w nocy najlepiej mi się myśli. – Spojrzał w stronę domu. – To jak, zaprosisz mnie do siebie, czy będziemy tu dawać bezpłatne przedstawienie dla twoich sąsiadów?

Podążyła za jego wzrokiem. Rzeczywiście w kilku oknach widać było ludzkie sylwetki.

– No dobra, chodź – powiedziała z rezygnacją.

Po wejściu na górę sprawdziła najpierw, czy nie ma czegoś nowego w poczcie, ale Quizmaster już się nie odezwał.

– Pewnie go wystraszyłaś – stwierdził Hood po przeczytaniu dialogu na ekranie.

Siobhan opadła na kanapę i wzięła do ręki kieliszek.

– No to, co masz dla nas dzisiaj, Einsteinie?

– To tak wygląda sławna edynburska gościnność? – zaczął, patrząc wymownie na jej kieliszek.

– Przecież prowadzisz.

– Jeden kieliszek nie zaszkodzi.

Siobham wstała z miejsca z jękiem niezadowolenia i poszła do kuchni.

Hood sięgnął do torby i zaczął z niej wyciągać mapy i przewodniki turystyczne.

– Coś tam przyniósł? – spytała Siobhan, podając mu kieliszek i napełniając go winem. Sama usiadła, dopiła Swoje wino i nalała ponownie, potem odstawiła butelkę na podłogę.

– Jesteś pewna, że ci nie przeszkadzam? – Był to żart mający ją nieco rozchmurzyć, jednak ona wyraźnie nie była w nastroju.

– Mów, co masz do powiedzenia – odparła sucho.

– Więc jeśli jesteś absolutnie pewna, że ci… – Przerwał przygwożdżony jej wzrokiem i wskazał na rozłożone mapy. – Myślałem o tym, co powiedziała ta prawniczka.

– Harriet? – Siobhan zmarszczyła czoło. – Powiedziała, że law może znaczyć nie tylko prawo, ale też wzgórze.

Grant kiwnął głową.

– A zatem sformułowanie Scots Law – prawo Szkotów – w połączeniu ze słowem sounds – brzmi – może oznaczać, że szukamy słowa, które po szkocku brzmi tak samo jak prawo, a znaczy co innego.

– To znaczy…?

Grant rozłożył kartkę papieru i zaczął czytać na głos:

– Wzgórze, pagórek, górka, wzniesienie, skarpa, wierzchołek, zbocze, urwisko… – Odwrócił kartkę w jej stronę. – Słownik pełen jest takich wyrazów bliskoznacznych.

Wzięła od niego kartkę i przebiegła wzrokiem całą listę.

– Ale przecież sprawdziliśmy już wszystkie mapy – powiedziała z pretensją w głosie.

– Tak, ale wtedy nie wiedzieliśmy, czego szukać. Niektóre przewodniki mają na końcu indeks wszystkich wzgórz i wzniesień. Teraz wystarczy tylko na każdej stronie sprawdzić kwadrat B4.

– Szukając czego?

– Wzgórza Jeleni, Byczego Szczytu, Urwiska Łań…

Siobhan kiwnęła głową.

– Bo zakładasz, że to sounds dear oznacza naprawdę deer, czyli jelenia?

Grant pociągnął łyk wina.

– Robię tu wiele różnych założeń, ale lepsze to niż nic.

– I to było takie pilne, że nie mogło zaczekać do rana?

– Skoro Quizmaster nagle postanawia grać na czas, to chyba nie mogło.

Hood wziął do ręki pierwszy z brzegu atlas i zajrzał do indeksu nazw.

Siobhan obserwowała go znad kieliszka. Tak, pomyślała, tylko że nic nie wiedziałeś o grze na czas, póki tu nie wszedłeś. Ponadto, wciąż nie mogła się otrząsnąć z wrażenia, jakie zrobił na niej tym mailem wysłanym z telefonu. Zastanowiła się, czy Quizmaster też się może przemieszczać z miejsca na miejsce. Przecież podała mu swoje prawdziwe nazwisko, miasto i miejsce pracy. Ustalenie na tej podstawie jej domowego adresu jest pewnie w dzisiejszych czasach dziecinnie proste. Wystarczy pięć minut pogrzebać w Internecie.

Wydawało się, że Hood nie widzi, iż wciąż mu się przygląda. Może on jest bliżej ciebie, dziewczyno, niż ci się wydaje – pomyślała.

Po pół godzinie włączyła muzykę. Nastawiła EP Mogwai, jedno z bardziej beztroskich i relaksujących nagrań w historii zespołu. Spytała Hooda, czy ma ochotę na kawę. Siedział na podłodze, oparty plecami o kanapę i z nogami wyciągniętymi przed siebie. Na udach miał rozłożoną mapę Wydawnictw Kartograficznych i wpatrywał się w jeden z kwadratów. Spojrzał na nią i zamrugał, jakby nagle stwierdził, że razi go światło w pokoju.

– Chętnie – odpowiedział.

Kiedy wróciła z kuchni z kubkami, powiedziała mu o Ranaldzie Marr. Twarz mu się wyciągnęła.

– Chciałaś to zachować w tajemnicy, tak?

– Pomyślałam, że to może poczekać do jutra rana.

Wydawał się niezbyt usatysfakcjonowany jej odpowiedzią i przejął od niej kubek, ledwo mruknąwszy słowo podziękowania. Siobhan poczuła, jak znów narasta w niej złość. W końcu to przecież jej dom, jej mieszkanie. Właściwie, to co on tu robi? Do pracy służy biuro, nie jej pokój wypoczynkowy. A dlaczego nie zadzwonił i nie zaproponował, żeby to ona przyjechała do niego? Im więcej o tym myślała, tym bardziej dochodziła do wniosku, że wcale nie zna Granta. Pracowała z nim już przedtem, byli też razem na imprezach, parę razy poszli na drinka i ten jeden raz na kolację. O ile jej było wiadomo, nigdy nie miał dziewczyny na stałe. Na St Leonard’s niektórzy nazywali go nawet Go-Go Gadżet, co było imieniem wziętym z jakiejś kreskówki pokazywanej w telewizji. Był dobrym i sumiennym gliną i jednocześnie częstym obiektem żartów i docinków.

I nie był taki jak ona. A właściwie był zupełnie od niej różny. A mimo to siedziała teraz w domu, dzieliła z nim swój wolny czas i pozwalała, by go znów wypełniał pracą.

Wzięła do ręki kolejny atlas. Podręczny Atlas Drogowy Szkocji. Na pierwszej stronie kwadrat B4 wypadał na wyspie Man. To ją jeszcze dodatkowo spieniło. Przecież wyspa Man nie jest nawet częścią Szkocji. Na następnej stronie kwadrat B4 leżał na Nizinie Yorkshire.

– Jasna cholera – rzuciła głośno.

– Co się stało?

– Ta mapa, to jak z opowieści o Dzielnym Księciu, który poszedł na wojnę. – Na kolejnej stronie w kwadracie B4 leżało Mull of Kintyre, jednak na następnej jej uwagę zwróciła nazwa Loch Fell, oznaczająca jakieś wzgórze nad jeziorem. Przyjrzała się temu miejscu uważniej: w pobliżu leżało miasto Moffat i biegła tędy autostrada M74. Znała Moffat. To takie pocztówkowe miasteczko z conajmniej jednym dobrym hotelem, w którym zatrzymała się kiedyś na lunch. W górnej części kwadratu B4 znajdował się mały trójkącik, oznaczający jakiś szczyt. Szczyt nosił nazwę Hart Fell i miał wysokość 808 metrów. Spojrzała na Hooda. – Słowo hart oznacza jakiś gatunek jelenia, prawda?

Wstał z podłogi i usiadł obok niej.

– Tak, hart i hind to nazwy używane na określenie czerwonego jelenia. Hart oznacza samca, hind samicę.

– A dlaczego nie po prostu byk i łania?

– O ile wiem, mówi się tak na osobniki starsze.

Przyjrzał się mapie. Jego ramię stykało się z ramieniem Siobhan, a ona starała się nie wzdrygnąć, co nie przychodziło jej łatwo.

– Rany boskie – powiedział – to jest gdzieś na końcu świata.

– Może to tylko zbieg okoliczności – podsunęła.

Pokiwał głową, ale czuła, że już połknął haczyk.

– Kwadrat B4 – szepnął. – Słowo fell to jeszcze jeden termin na wzgórze, a słowo hart oznacza odmianę jelenia… – Spojrzał na nią i pokręcił głową. – To nie może być zbieg okoliczności.

Siobhan włączyła telewizor i nastawiła telegazetę.

– Co robisz? – spytał.

– Sprawdzam pogodę na jutro. Mowy nie ma, żebym się miała wspinać na Hart Fell w szalejącej burzy.

Rebus wstąpił po drodze na St Leonard’s, by zebrać razem wszystkie materiały dotyczące czterech spraw: Glasgow, Dumfernline, Perth i Nairn.

– Wszystko w porządku, panie inspektorze? – spytał jeden z policjantów na służbie.

– Pewno, a co?

Wypił wprawdzie kilka drinków, ale co z tego? Przecież w niczym mu to nie przeszkadza. Pod budynkiem czekała na niego taksówka i już pięć minut później wchodził po schodach do swojego mieszkania. Po dalszych pięciu minutach, z zapalonym papierosem i parującym kubkiem herbaty zabierał się do czytania akt z pierwszej teczki. Siedział w swoim fotelu pod oknem, tej jego oazie spokoju na oceanie chaosu. Z oddali dochodziło wycie syreny – po głosie sądząc, pewnie karetki pędzącej po Melville Drive. W aktach znajdowały się fotografie wszystkich czterech ofiar wzięte z gazet. Obdarzały go swymi czarno-białymi uśmiechami. Przypomniał sobie fragment wiersza z tomiku, który przeglądał u Davida Costello, i pomyślał, że jego treść pasuje do nich wszystkich.

Umarły, bo akurat były.

Zaczął kolejno przyczepiać zdjęcia do wielkiej korkowej tablicy. Miał też pocztówkę kupioną w muzealnym sklepiku z pamiątkami, na której pokazano w zbliżeniu i na czarnym tle trzy trumienki znalezione na Arthur’s Seat. Odwrócił pocztówkę i przeczytał objaśnienie: „Wyrzeźbione z drewna figurki, odziane w kawałki materiału i umieszczone w miniaturowych sosnowych trumnach, znalezione wraz z innymi w grocie na północno-wschodnich zboczach Arthur’s Seat; czerwiec 1836”. Przyszło mu do głowy, że pewnie w sprawę musiała być zaangażowana ówczesna policja, a to znaczyło, że w archiwum mógł się jeszcze zachować jakiś ślad. Tylko czy w tamtych czasach policja była już na tyle zorganizowana? Wątpił, by istniało wówczas coś na wzór dzisiejszego wydziału śledczego. Pewnie ograniczali się do wpatrywania w oczy ofiar i szukali w nich wizerunku twarzy mordercy. Niezbyt to było odległe od czarów i magii, na jakich opierała się jedna z teorii wyjaśniających genezę figurek. Czy Arthur’s Seat było kiedyś miejscem obrzędów czarownic? W dzisiejszych czasach pewnie zaczęłyby od powołania jakiejś Grupy Inicjatywnej Aktywności Zawodowej Pracownic Sektora Czarów.

Wstał i włączył muzykę. Dr John, The Night Tripper. Potem wrócił do stołu i przypalił nowego papierosa od niedopałka poprzedniego. Dym gryzł go w oczy, więc je przymknął. Kiedy je znów otworzył, z trudem udało mu się ponownie skupić wzrok, tak jakby zdjęcia czterech kobiet pokrywała gaza. Parę razy zamrugał powiekami i potrząsnął głową, starając się pozbyć uczucia znużenia.

Kiedy obudził się kilka godzin później, stwierdził, że wciąż siedzi przy stole i opiera głowę na splecionych ramionach. Z fotografii nadal patrzyły na niego niespokojne twarze kobiet, które go wcześniej prześladowały we śnie.

– Bardzo chciałbym wam pomóc – powiedział głośno i ruszył do kuchni. Wrócił z kubkiem herbaty, który postawił obok fotela pod oknem. Oto udawało mu się przetrwać kolejną długą noc, dlaczego więc nie odczuwał z tego powodu żadnej satysfakcji?

8

Rebus i Jean Burchill wybrali się na spacer na Arthur’s Seat. Był słoneczny poranek, ale wiał zimny wiaterek. Niektórzy uważali, że Arthur’s Seat kształtem przypomina lwa szykującego się do skoku, jednak Rebusowi wzgórze przypominało bardziej słonia lub mamuta o ogromnym baniastym łbie z wcięciem na karku i z szerokim, rozłożystym cielskiem.

– Kiedyś to był wulkan – wyjaśniła Jean – podobnie zresztą jak Zamkowa Skała. Później powstały tu farmy, kamieniołomy, a także kaplice.

– Kiedyś traktowano to miejsce jak sanktuarium, prawda? – dodał Rebus, chcąc się popisać wiedzą.

Kiwnęła głową.

– Na przykład nie wpuszczano tu dłużników tak długo, póki nie doprowadzili swoich spraw do porządku. Wielu uważa, że nazwa bierze się od króla Artura.

– Chcesz powiedzieć, że tak nie jest?

Skinęła.

– Jest dużo bardziej prawdopodobne, że wywodzi się od słów Ard-na-Said, które w języku gaelickim znaczą „Wzgórze Smutków”.

– Niezbyt pogodna nazwa.

Uśmiechnęła się.

– Pełno tu wszędzie oryginalnych nazw: Ambona, Róg Prochów. – Spojrzała na niego. – A jak ci się podoba Poletko Morderców albo Urwisko Kata?

– A gdzie one są?

– W pobliżu jeziora Duddingston Loch i Niewinnej Kolei.

– Podobno tak ją nazwali, bo używali koni, a nie pociągów?

Znów się uśmiechnęła.

– Możliwe. Ale są też inne teorie. – Wskazała na jezioro. – Żebra Samsona. Rzymianie zbudowali tam swoją twierdzę. – Rzuciła na niego spojrzenie. – Wiedziałeś o tym, że dotarli aż tak daleko na północ?

Wzruszył ramionami.

– Historia nigdy nie była moją mocną stroną. Czy wiemy, gdzie dokładnie znaleziono te trumienki?

– Zapiski z tamtych czasów są dość mgliste. „Na północno-wschodnim zboczu Arthur’s Seat”, tak to określono w relacji w „Scotsmanie”. W jakimś niewielkim zagłębieniu w trudno dostępnej formacji skalnej. – Wzruszyła ramionami. – Schodziłam te tereny wielokrotnie, ale nigdy nie udało mi się tego miejsca odnaleźć. „Scotsman” napisał jeszcze, że trumienki ułożone były w dwóch warstwach po osiem sztuk, a jedna stanowiła początek następnej warstwy.

– Czyli tak, jakby ten, kto je tam ułożył, miał zamiar dołożyć więcej?

Otuliła się żakietem, a Rebus pomyślał, że pewnie uczucie chłodu, jakie ją ogarnęło, nie wzięło się tylko z wiatru. Wcześniejsza rozmowa przypomniała mu o Niewinnej Kolei. Teraz był tam tylko szlak spacerowy i ścieżka rowerowa. Jakiś miesiąc wcześniej kogoś tam napadnięto, nie sądził jednak, by opowiadanie o tym mogło poprawić nastrój jego towarzyszce. Mógł też opowiedzieć o popełnianych tam samobójstwach i rzucanych w przydrożne krzaki strzykawkach. Wiedział, że choć kroczą tą samą ścieżką, myślami znajdują się w dwóch różnych światach.

– Obawiam się, że nie mam dla ciebie niczego poza wiedzą historyczną – powiedziała nagle. – Pytałam wszystkich dookoła, ale nikt sobie nie przypomina, by ktoś kiedyś wykazywał szczególne zainteresowanie tymi trumienkami, jeśli nie liczyć pojedynczych studentów i turystów. Przez jakiś czas trumienki stanowiły prywatną kolekcję, potem przekazano je w darze Towarzystwu Archeologicznemu, które z kolei przekazało je do muzeum. – Wzruszyła ramionami. – Niewiele ci pomogłam, co?

– Jean, w takiej sprawie jak ta, każdy drobiazg może się przydać. Jeżeli nawet nie daje nowej wiedzy, to może pomóc, żeby coś wykluczyć.

– Coś mi się zdaje, że tę kwestię wypowiadałeś już nieraz.

Teraz on się uśmiechnął.

– Może tak, ale to nie znaczy, że nie wierzę w to, co mówię. Masz dziś czas popołudniu?

– A bo co? – Bawiła się nową bransoletką, kupioną od Bev Dodds.

– Bo wybieram się do eksperta w sprawie tych współczesnych trumienek, więc rys historyczny mógłby się przydać. – Przerwał i spojrzał w dół na Edynburg. – Jezu, jakież to piękne miasto, prawda?

Popatrzyła na niego.

– Mówisz tak, bo ci się zdaje, że chcę coś takiego usłyszeć?

– Co?

– Tamtego wieczoru, kiedy staliśmy na Moście Północnym, odniosłam wrażenie, że nie jesteś specjalnie zachwycony widokiem miasta.

– Bo prawda jest taka, że zawsze patrzę, ale nie zawsze widzę. A teraz akurat widzę. – Znajdowali się na zachodnim zboczu wzgórza, mieli więc u swych stóp niecałą połowę miasta. Rebus wiedział, że gdyby wspięli się wyżej, przed ich oczami roztoczyłaby się pełna panorama wokół. Ale nawet stąd widok był już wystarczająco piękny. Na pierwszym planie dominowały iglice wież kościelnych, kominy i kolorowe spady dachów, dalej widać było Wzgórza Pentland na południu i zatokę Firth of Forth na północy, a za nią w oddali linię brzegową Fife.

– Może widzisz – powiedziała z uśmiechem i wspinając się lekko na palce, wychyliła się do przodu i musnęła wargami jego policzek. – Najlepiej mieć to od razu z głowy – dodała cicho.

Rebus pokiwał głową w milczeniu, bo zupełnie nie wiedział, co powiedzieć. Dopiero kiedy znów ją przebiegły dreszcze i oświadczyła, że robi jej się zimno, odezwał się:

– Na tyłach St Leonard’s jest kawiarnia. Zapraszam i stawiam. I żebyś wiedziała, że wcale nie z przyczyn altruistycznych, tylko dlatego, że chcę cię prosić o pewną wielką przysługę.

Wybuchła śmiechem, potem klepnęła się dłonią w usta i zaczęła przepraszać.

– A co ja takiego powiedziałem? – zapytał.

– Nic, tylko że Gill mnie uprzedzała, że tak będzie. Powiedziała, że jak się będę z tobą zadawała, to muszę być przygotowana na różne prośby o „wielkie przysługi”.

– Naprawdę?

– No i miała rację, prawda?

– Nie do końca. Bo chcę cię prosić nie o zwyczajnie wielką przysługę, tylko o przysługę naprawdę ogromną…

Siobhan ubrała się w podkoszulek, golf i bezrękawnik z czystej wełny. Miała też na sobie stare sztruksowe spodnie z nogawkami wetkniętymi u kostek w dwie pary grubych skarpet. Jej stare traperki po oczyszczeniu i napastowaniu wyglądały jeszcze całkiem znośnie. Już od lat nie miała na sobie nieprzemakalnego skafandra i uznała, że nadarza się idealna okazja, by się z nim przeprosić. Strój uzupełniała czapka z pomponem i plecak, do którego schowała składaną parasolkę, telefon komórkowy, butelkę wody i termos z herbatą z cukrem.

– Jesteś pewna, że masz wszystko co trzeba – roześmiał się Hood na jej widok. Sam ubrany był w dżinsy i adidasy, a jego żółta przeciwdeszczowa peleryna wyglądała jak prosto ze sklepu. Wystawiał twarz do słońca, a promienie odbijały mu się od przeciwsłonecznych okularów.

Zaparkowali samochód w zatoce przy szosie, skąd musieli pokonać płot i ruszyć po polu najpierw łagodnie wznoszącym się w górę, a potem przechodzącym w strome zbocze. Zbocze było zupełnie gołe, jeśli nie liczyć kęp ostów i sterczących tu i ówdzie pojedynczych skałek.

– Jak sądzisz? – spytał Hood. – Do szczytu godzina?

Siobhan zarzuciła plecak na ramiona.

– Jak dobrze pójdzie.

Ich przechodzeniu przez płot przyglądało się stado owiec. Wzdłuż górnej krawędzi płotu biegł drut kolczasty, na którym miejscami widać było kępki szarej wełny. Hood podsadził Siobhan, potem sam przelazł przez płot, chwytając się za pionowy słupek.

– Mamy niezłą pogodę na taką eskapadę – powiedział, kiedy rozpoczęli drogę w górę. – Myślisz, że Flipa mogła ją odbyć całkiem sama?

– Nie mam pojęcia – przyznała Siobhan.

– Bo moim zdaniem to nie było w jej stylu. Myślę, że jakby zobaczyła to zbocze, to już chwilę później siedziałaby z powrotem w swoim golfie GTi.

– Tyle tylko, że ona w ogóle nie miała samochodu.

– Słusznie. To wobec tego, jak się tu dostała?

To też była słuszna uwaga: rzeczywiście znajdowali się w zupełnej głuszy. Jedynymi śladami ludzkiej obecności były nieliczne i z rzadka rozrzucone miasteczka widziane po drodze i zdarzające się od czasu do czasu pojedyncze chałupy i zabudowania gospodarcze. Znajdowali się zaledwie około sześćdziesięciu kilometrów od Edynburga, ale z tej perspektywy miasto zdawało się tylko mglistym wspomnieniem. Siobhan pomyślała, że pewnie kursują tu jakieś autobusy i jeśli Flipa rzeczywiście tu była, musiała skorzystać z czyjejś pomocy.

– Może wzięła taksówkę – zastanowiła się.

– Byłby to kurs łatwy do zapamiętania.

– To prawda. – Mimo wystosowania publicznego apelu o pomoc i opublikowania w gazetach wielu zdjęć Flipy, nie zgłosił się żaden taksówkarz. – Więc może jakiś jej kolega, ktoś, na kogo jeszcze nie trafiliśmy?

– Możliwe – rzekł Hood, jednak w jego głosie słychać było powątpiewanie. Zauważyła, że jego oddech stawał się coraz cięższy. Chwilę później zatrzymał się, ściągnął pelerynę i złożywszy ją, wsadził sobie pod ramię. – Nie mam pojęcia, jak ty wytrzymujesz w tych wszystkich ciuchach – powiedział z rozdrażnieniem w głosie.

Siobhan zdjęła czapkę i rozsunęła suwak skafandra.

– A tak lepiej? – spytała.

Wzruszył tylko ramionami i nic nie powiedział.

Droga pod górę stała się tak stroma, że zaczęli się posuwać na czworakach, podpierając się rękami i szukając stopami punktów oparcia, kamieniste podłoże zaś co chwilę osuwało się pod ich ciężarem. Siobhan zatrzymała się, by odsapnąć. Usiadła, zginając kolana i zapierając się piętami o podłoże, i sięgnęła po butelkę z wodą.

– Co, już spuchłaś? – spytał Hood, zatrzymując się kilka metrów wyżej.

Wyciągnęła ku niemu butelkę, ale on przecząco pokręcił głową i ruszył w dalszą drogę. Widziała, jak we włosach lśnią mu kropelki potu.

– To nie wyścig, Grant – zawołała za nim, ale nie odpowiedział. Po upływie niecałej minuty wstała i ruszyła za nim. Grant wyraźnie się od niej oddalał. No i tak wygląda współpraca w zespole, pomyślała. Był jak wielu mężczyzn, których znała wcześniej: ulegający zapałowi, ale nie potrafiący określić przyczyn tego zapału. Wyglądało to jej na samczy instynkt, podstawowy popęd nie mający racjonalnego wytłumaczenia.

Stromizna zaczynała trochę łagodnieć. Hood wyprostował się, podparł pod boki i łapiąc oddech, uniósł głowę, by rozejrzeć się wokół. Siobhan patrzyła, jak się potem pochyla i próbuje splunąć, ale mu się to nie udaje, bo zbyt lepka ślina zwisa mu u ust kleistą nitką i nie chce się oderwać. Wyciągnął z kieszeni chustkę i wytarł usta. Zrównała się z nim i znów podała mu butelkę.

– Napij się – zaproponowała. Przez chwilę wyglądało, że znów odmówi, jednak w końcu pociągnął łyka. – Zaczyna się chmurzyć. – Siobhan z większym zainteresowaniem rozglądała się po niebie niż po okolicy. Zbierające się chmury były ciężkie i ołowiane. Zdumiewające, jak pogoda w Szkocji potrafi się raptowne zmieniać. Także temperatura spadła o dwa lub trzy stopnie, może nawet o więcej. – Chyba pokropi – dodała, a Hood pokiwał głową i oddał jej butelkę.

Spojrzała na zegarek i stwierdziła, że są w drodze już dwadzieścia minut. Zakładając, że zejście w dół pójdzie im szybciej, znaczyło to, że na dojście do samochodu potrzebują około piętnastu minut. Popatrzyła w górę i pomyślała, że do szczytu mają też około piętnastu, dwudziestu minut. Hood ze świstem wypuścił z siebie powietrze.

– Dobrze się czujesz? – zapytała.

– Zdrowe ćwiczenie – powiedział nieco chrapliwie, po czym znów ruszył w górę. Na plecach jego granatowej bluzy widać było ciemne plamy potu. Można było oczekiwać, że mimo psującej się pogody lada chwila zdejmie bluzę i zostanie w samym tylko podkoszulku. Rzeczywiście chwilę później zatrzymał się i ściągnął bluzę przez głowę.

– Robi się zimno – powiedziała Siobhan ostrzegawczo.

– Mnie nie – odparł Grant, zawiązując rękawy bluzy wokół pasa.

– Przynajmniej załóż pelerynę.

– Ugotuję się.

– Nie ma obawy.

Wyglądało przez chwilę, że jest gotów do sprzeczki, jednak zrezygnował. Siobhan już wcześniej zasunęła suwak swojego skafandra. Powietrze wokół nich stawało się coraz mniej przejrzyste. Okoliczne wzgórza zasnuwały nisko wiszące chmury lub mgła, a może padał tam już deszcz.

Pięć minut później zaczęło padać. Najpierw drobna mżawka, po chwili duże i coraz bardziej rzęsiste krople. Siobhan włożyła na głowę czapkę i patrzyła, jak Hood nakłada pelerynę i stawia kaptur. Robiło się nie tylko coraz chłodniej, ale i coraz wietrzniej, a zimne podmuchy zaczynały ich przeszywać na wskroś. Kamień pod jego stopą osunął się, Grant upadł na kolano i zaklął głośno. Podniósł się i trzymając ręką za kolano, zaczął wyraźnie utykać na jedną nogę.

– Chcesz trochę odczekać? – spytała, wiedząc z góry, że odpowiedzią będzie milczenie.

Padało coraz mocniej, ale w oddali zaczynało się już przejaśniać, więc deszcz nie zapowiadał się na długo. Siobhan miała już przemoczone stopy, a nasiąknięte spodnie przykleiły jej się do nóg. Przy każdym kroku adidasy Granta wydawały skrzeczący dźwięk. Musiał swoje wewnętrzne sterowanie przełączyć na auto-pilota, bo wzrok miał szklany, a umysł zaprzątała mu tylko jedna myśl: dotrzeć na szczyt, nieważne jakim kosztem.

Przebrnęli ostatni stromy odcinek i zbocze raptownie stało się płaskie. Byli na szczycie, a i deszcz przestał już padać. Kilka metrów dalej widniał kopczyk ułożony z kamieni i odłamków skał. Siobhan wiedziała, że po dotarciu na szczyt niektórzy turyści mają zwyczaj upamiętniać swój wyczyn przez dokładanie kolejnego kamienia. Zapewne kopczyk powstał w taki właśnie sposób.

– I co, nawet knajpy nie ma? – zapytał Hood, kucając, by trochę odsapnąć. Deszcz już ustał i spoza chmur przebijały pierwsze promienie słońca, zalewając okoliczne wzgórza dziwną żółtawą poświatą. Dygotał z zimna, jednak deszcz, spływając z peleryny i wsiąkając w bluzę obwiązaną wokół bioder, zupełnie ją przemoczył, więc zakładanie jej teraz nie miało sensu. Jego dżinsy też zmieniły kolor i z niebieskiego przeszły w głęboki, wilgotny granat.

– Mogę ci dać gorącej herbaty, jak chcesz – powiedziała Siobhan, a on kiwnął twierdząco głową. Nalała mu pełny kubek i teraz Grant, siorbiąc ją, przyglądał się kopczykowi.

– Boisz się tego, co tam możemy znaleźć? – zapytał.

– Możemy niczego nie znaleźć.

Przytaknął ruchem głowy.

– Sprawdź – powiedział.

Przykręciła kubek do termosu, potem podeszła do kopczyka i obeszła go wokół. Poza kupką większych i mniejszych kamieni nic więcej nie było widać.

– Nic tu nie ma – stwierdziła. Opadła na czworaki, by móc się lepiej przyjrzeć.

– Musi coś być. – Grant podniósł się i dołączył do niej. – Niemożliwe, żeby nic nie było.

– Więc jeśli jest, to jest dobrze ukryte.

Przyłożył nogę i z całej siły pchnął kopczyk. Opadł na kolana i zaczął rozgrzebywać rozsypane kamienie. Twarz mu znieruchomiała, a ściągnięte wargi obnażyły zęby. Po chwili kopczyk został całkowicie zrównany z ziemią. Siobhan odwróciła się i zaczęła rozglądać w poszukiwaniu innego miejsca, gdzie można by coś ukryć, jednak niczego takiego nie było. Grant wsunął dłoń do kieszeni peleryny i wyciągnął z niej dwie plastikowe torebki stosowane do przechowywania dowodów rzeczowych. Patrzyła, jak je wciska pod największy z kamieni, a potem zaczyna wokół niego odbudowywać kopczyk. Po chwili kopczyk ponownie się rozsypał.

– Zostaw to, Grant – rzekła.

– Cholerne gówno! – wrzasnął, a Siobhan nie była pewna, kogo lub czego dotyczą te słowa.

– Grant – powiedziała cicho. – Pogoda znów się psuje. Wracajmy.

Wyglądało jednak, że nie spieszy się do powrotu. Usiadł na ziemi z wyprostowanymi nogami i oparł się na rękach wyciągniętych do tyłu.

– Daliśmy dupy – stwierdził to takim tonem, jakby zbierało mu się na płacz. Siobhan popatrzyła na niego w milczeniu i pomyślała, że musi go jakoś zmobilizować do ruszenia w drogę powrotną. Wyglądało, że jest przemoknięty, przemarznięty i mocno zniechęcony. Kucnęła przed nim.

– Musisz się wziąć do kupy, Grant – rzekła, kładąc dłonie na jego kolanach. – Jak się tu teraz przede mną rozkleisz, to koniec. Stanowimy jeden zespół, pamiętasz?

– Zespół – powtórzył, a ona przytaknęła.

– Więc zachowujmy się, jak na zespół przystało – dodała z naciskiem – i zespołowo zabierajmy stąd nasze tyłki.

Grant spojrzał na jej dłonie. Potem wyciągnął swoje i oplótł nimi jej ręce.

Siobhan zaczęła wstawać, próbując go za sobą pociągnąć.

– No dalej, Grant, rusz się. – Oboje stali już na nogach, a on wciąż nie spuszczał z niej wzroku.

– Pamiętasz, co wtedy powiedziałaś? – zapytał. – Wtedy jak próbowałem zaparkować koło Victoria Street?

– Co takiego?

– Zapytałaś, czyja zawsze tylko w zgodzie z przepisami…

– Grant… – starała się, by jej spojrzenie odczytał jako współczucie, a nie litość – nie psujmy tego. – Spróbowała oswobodzić dłonie z jego uścisku.

– Nie psujmy czego? – zapytał głucho.

– Stanowimy zespół.

– I nic więcej?

Potaknęła ruchem głowy. Potem jeszcze raz kiwnęła głową, a on powoli puścił jej dłonie. Siobhan odwróciła się i ruszyła w dół, jednak nie zdążyła nawet ujść pięciu kroków, kiedy przemknął obok niej, niemal zbiegając po zboczu, jakby go coś goniło. Raz i drugi zachwiał się, tracąc równowagę, ale udało mu się ją odzyskać.

– Chyba to nie grad, co? – zawołał w pewnym momencie, okazało się jednak, że się myli. Drobiny lodu zaczęły siec twarz Siobhan, która starała się za nim nadążyć. Potem jeszcze Grant zaczepił peleryną o drut kolczasty na płocie i mocno ją rozdarł. Pomagając Siobhan pokonać płot, stał z twarzą czerwoną z wysiłku i klął pod nosem. Wsiedli do samochodu i przez dobrą minutę siedzieli w milczeniu, starając się uspokoić oddechy. Przednia szyba zaczęła zachodzić parą, więc Siobhan uchyliła okno. Burza gradowa ustała i znów zaczynało się przebijać słońce.

– Pieprzona szkocka pogoda – warknął Grant. – Nic dziwnego, że wszyscy jesteśmy tacy rozdrażnieni.

– A jesteśmy? Bo ja tego nie zauważyłam – powiedziała z uśmiechem.

Prychnął, ale też się uśmiechnął i Siobhan popatrzyła na niego z nadzieją, że wszystko między nimi wróci do normy. Zachowywał się tak, jakby tam na szczycie nic szczególnego się nie wydarzyło. Ściągnęła skafander i rzuciła go na tylne siedzenie. Grant też zdjął pelerynę i podkoszulek zaczął mu aż parować. Siobhan sięgnęła pod fotel, wyciągnęła laptopa, podłączyła telefon komórkowy i załogowała się do sieci. Poziom sygnału na komórce był słaby, ale wystarczający.

– Napisz mu, że skurwiel z niego – mruknął Grant.

– Na pewno się ucieszy – odparła Siobhan i zaczęła pisać wiadomość. Grant zaglądał jej przez ramię.

Właśnie wracam z Hart Fell. Nie znalazłam żadnej nowej wskazówki. Czy to znaczy, że źle odgadłam poprzednią?

Nacisnęła „wyślij” i czekając, nalała kubek herbaty. Grant próbował odkleić od ciała przemoczone dżinsy.

– Jak tylko ruszymy, włączę ogrzewanie – powiedziała i zaproponowała mu kolejny kubek herbaty, który przyjął bez słowa.

– O której mamy to spotkanie w banku? – zapytał.

Spojrzała na zegarek

– Mamy jeszcze dwie godziny. Zdążymy wstąpić do domu i przebrać się.

Grant popatrzył na ekran.

– Chyba go nie ma, co?

Siobhan wzruszyła ramionami, a Grant uruchomił silnik. Przez chwilę jechali w milczeniu, patrząc jak niebo przed nimi wyraźnie się przejaśnia. Wkrótce stało się jasne, że deszcz, który ich złapał na górze, padał tylko lokalnie i koło Innerleithen droga była już zupełnie sucha.

– Tak się zastanawiam, czy nie powinniśmy byli pojechać drogą A701 – odezwał się Grant. – Może droga na szczyt od zachodu byłaby krótsza.

– Teraz to i tak już bez znaczenia – powiedziała Siobhan. Czuła, że Grant wciąż jeszcze myślami jest na szczycie Hart Fell. Nagle laptop brzęknął, dając znać, że nadeszła nowa wiadomość. Kliknęła na skrzynkę odbiorczą, było to jednak tylko zaproszenie do odwiedzenia jakiejś strony pornograficznej. – To nie pierwsze, jakie przyszło – zauważyła i spojrzała na Granta. – Zaczynam mieć wątpliwości, coś ty wyprawiał z tym swoim komputerem.

– Wysyłają takie reklamy na różne przypadkowe adresy – odparł, ale kark mu poczerwieniał. – Chyba mają jakiś podgląd, który im mówi, kto jest aktualnie podłączony.

– Już ci idę wierzyć – powiedziała.

– Kiedy to prawda! – odparł podniesionym głosem.

– Dobra, dobra, naprawdę ci wierzę.

– Nigdy bym czegoś takiego nie robił.

Kiwnęła głową i więcej się nie odezwała. Byli już na przedmieściach, kiedy komputer zaanonsował nadejście następnej wiadomości. Tym razem pochodziła od Quizmastera. Grant zjechał na pobocze i zatrzymał samochód.

– Co pisze?

– Zobacz sam. – Siobhan obróciła laptopa ekranem ku niemu. W końcu są przecież jednym zespołem…

Wystarczyła mi sama nazwa Hart Fell. Nie musiałaś tam wchodzić.

– To skurwiel – syknął Grant.

Siobhan napisała odpowiedź: Czy Flipa o tym wiedziała? Zapadło kilkuminutowe milczenie, potem ekran znów ożył:

Jesteś dwa stopnie od Piekliska. Nowa wskazówka nadejdzie za jakieś dziesięć minut. Masz na jej rozwiązanie dwadzieścia cztery godziny. Czy chcesz kontynuować grę?

Siobhan spojrzała na Granta.

– Powiedz mu, że tak.

– Jeszcze nie. – Kiedy spojrzał na nią pytająco, też na niego spojrzała, po czym dodała: – Myślę, że on nas potrzebuje, tak samo jak my jego.

– Uważasz, że możemy tak ryzykować?

Ale ona już była w trakcie pisania następnej wiadomości.

Muszę wiedzieć: czy Flipie ktoś pomagał? Kto jeszcze grał razem z nią?

Odpowiedź była natychmiastowa.

Pytam po raz ostatni. Czy chcesz kontynuować?

– Ostrożnie, żebyśmy go nie stracili – rzucił Grant.

– On wiedział, że ja pójdę na to wzgórze. Podobnie jak wiedział, że Flipa tego nie zrobi. – Siobhan zagryzła dolną wargę. – Myślę, że możemy go jeszcze trochę potrzymać.

– Do Piekliska zostały nam już tylko dwa etapy. Czyli tam, gdzie dotarła Flipa.

Siobhan wolno pokiwała głową, potem zaczęła pisać.

Przejdźmy do następnego poziomu, ale proszę, powiedz mi tylko, czy Flipie ktoś pomagał?

Grant odchylił się do tyłu i głośno wciągnął powietrze. Komputer milczał. Siobhan spojrzała na zegarek.

– Powiedział, że za dziesięć minut.

– Lubisz ryzykować, co?

– A czym byłoby życie bez odrobiny ryzyka?

– Czym? Czymś znacznie przyjemniejszym i znacznie mniej stresującym.

Spojrzała na niego.

– I to mówi młody człowiek jeżdżący sportowym samochodem?

Przetarł zaparowaną szybę.

– Tak sobie pomyślałem, że jeżeli Flipa nie musiała się wspinać na Hart Fell, to może w ogóle nie musiała się nigdzie ruszać? Chodzi mi o to, że może wszystko robiła, siedząc spokojnie w domu?

– To znaczy?

– To znaczy, że nie musiała się ruszać tam, gdzie mogłaby popaść w tarapaty.

Siobhan kiwnęła głową.

– Może to wyniknie z następnej wskazówki?

– Jeśli ją w ogóle dostaniemy.

– Trzeba wiarę mieć – powiedziała śpiewnie.

– Dla mnie wiara właśnie do tego się sprowadza: do piosenki George’a Michaela.

Laptop poinformował ich, że nadeszła nowa wiadomość. Grant znów się przechylił przez ramię Siobhan i zaczął czytać:

– A corny beginning where the mason’s dream ended [W dosłownym tłumaczeniu: Kukurydziane początki tam, gdzie skończył się sen kamieniarza (lub masona).].

Wciąż jeszcze starali się oswoić z tą nową zagadką, gdy nadeszła nowa wiadomość.

Nie sądzę, by Flipie ktoś pomagał. A tobie, Siobhan, ktoś pomaga?

Bez namysłu napisała „nie” i kliknęła „wyślij”.

– Dlaczego nie chcesz, żeby wiedział? – zapytał Grant.

– Bo mógłby zmienić reguły, albo wręcz się nabzdyczyć. Twierdzi, że Flipa grała sama, więc chcę, żeby to samo myślał o mnie. – Spojrzała na niego. – Czy to ci w czymś przeszkadza?

Grant przez chwilę milczał, potem pokręcił przecząco głową.

– No to, co ta nowa wskazówka znaczy?

– Nie mam zielonego pojęcia. Podejrzewam, że do masonów nie należysz?

Znów zaprzeczył ruchem głowy.

– Jakoś nigdy nie miałem czasu, żeby się zapisać. A ty wiesz, gdzie jakiegoś szukać?

Siobhan uśmiechnęła się.

– W policji okręgu Lothian i Borders? Nie sądzę, żeby to było aż takie trudne…

Na St Leonard’s dotarły trumienki i protokoły autopsji. Pozostawał już tylko jeden problem do rozwiązania: trumienka z Kaskad znajdowała się w rękach Steve’a Holly’ego, któremu Dodds przekazała ją w celu sfotografowania. Rebus uznał, że w tej sytuacji już się nie wymiga od wizyty w biurze Holly’ego. Wziął z oparcia marynarkę i podszedł do biurka naprzeciwko, gdzie Wylie ze znudzoną miną patrzyła, jak Devlin przegląda zawartość cienkiej kartonowej teczki.

– Wychodzę – oznajmił.

– Tobie to dobrze. Może chcesz kogoś do pomocy?

– Zajmuj się profesorem. To długo nie potrwa.

Devlin uniósł głowę.

– Gdzież to zamierza się pan udać?

– Muszę porozmawiać z pewnym reporterem.

– Ach, reprezentantem naszej sławetnej czwartej władzy.

Sposób mówienia Devlina mocno Rebusa irytował, a sądząc po minie Wylie, nie tylko jego. Odsuwała zawsze swoje krzesło jak najdalej od profesora i Rebus czuł, że gdyby to było możliwe, najchętniej przeniosłaby się na drugą stronę biurka.

– Będę się starał wrócić jak najszybciej – powiedział jakby na pociechę i idąc ku drzwiom, wiedział, że oboje nie spuszczają z niego wzroku.

U Devlina irytujące było jeszcze to, że wykazywał nadmierną gorliwość. To, że znów się czuł do czegoś przydatny, wyraźnie ujęło mu lat. Z namaszczeniem odczytywał protokoły sekcji, powtarzał ich fragmenty na głos i ilekroć Rebus był czymś zajęty lub próbował się nad czymś skupić, można było być pewnym, że Devlin wyskoczy nagle z jakimś pytaniem. Nieraz Rebus przeklinał w duchu Gatesa i Curta. Swój stosunek do Devlina Wylie zawarła w pytaniu: „Nie wierz przypadkiem, kto tu komu pomaga: on nam, czy my jemu? Bo jakbym chciała pracować jako opiekunka, to zgłosiłabym się do domu starców…”

Jadąc samochodem, Rebus starał się nie zwracać uwagi na liczne puby mijane po drodze.

Biuro tabloidu z Glasgow mieściło się na ostatnim piętrze nowoczesnej plomby przy Queen Street, nieopodal biur BBC. Rebus postanowił zaryzykować i zaparkował na pojedynczej żółtej linii przed budynkiem. Drzwi wejściowe były otwarte, wszedł więc na trzecie piętro i otworzył oszklone drzwi prowadzące do ciasnego pomieszczenia recepcyjnego. Kobieta obsługująca centralkę telefoniczną uśmiechnęła się do niego i jednocześnie odebrała telefon.

– Niestety do końca dnia będzie poza biurem. Czy ma pan jego numer komórkowy? – Miała krótkie blond włosy zatknięte za uszami. Do głowy miała przyczepiony zestaw telefoniczny: słuchawka i mikrofon. – Dziękuję, do widzenia – powiedziała, kończąc rozmowę, i natychmiast zaczęła następną. Nie patrzyła na Rebusa, uniosła jednak palec w górę na znak, że o nim pamięta. Rozejrzał się, gdzie mógłby usiąść, ale w pomieszczeniu nie było niczego poza dość żałośnie wyglądającym fikusem w zbyt małej donicy.

– Obawiam się, że cały dzień go nie będzie. Czy ma pani jego numer komórkowy? – Podała numer i zakończyła rozmowę. – Przepraszam – powiedziała, zwracając się do Rebusa.

– Nic nie szkodzi. Przyszedłem się zobaczyć ze Steve’em Hollym, ale domyślam się, co mi pani powie.

– Niestety, nie będzie go do końca dnia.

Rebus kiwnął głową.

– Ma pan jego…

– Tak, mam.

– Czy spodziewał się pana?

– Nie wiem. Mam od niego odebrać takie drewniane pudełko, jeśli już mu niepotrzebne.

– Ach, to. – Ostentacyjnie się wzdrygnęła. – Dziś rano podłożył mi to na krzesło. Jego poczucie humoru.

– To pewnie się tu pani nie nudzi.

Wyraźnie nie miała nic przeciwko wobec zrobienia koledze psikusa.

– Ma to gdzieś w swoim boksie – powiedziała z uśmiechem.

Rebus kiwnął głową.

– A zdjęcia już zrobione?

– O tak.

– Wobec tego może mógłbym…? – Kiwnął ręką w stronę, gdzie domyślał się boksu Holly’ego.

– Nie widzę przeszkód. – Jej centralka znów się odezwała.

– To ja już nie będę pani przeszkadzał – rzekł Rebus i pewnym krokiem ruszył w głąb biura, jakby znał na pamięć jego rozkład. Biuro było podzielone na cztery boksy, czyli biurka otoczone parawanami. Przy żadnym z nich nie było nikogo. Trumienka leżała obok klawiatury komputerowej, a na niej kilka próbnych polaroidów. Rebus gotów był sobie pogratulować, sprawdził się bowiem najlepszy z możliwych scenariuszy. Gdyby zastał Holly’ego, musiałby się uporać z jego pytaniami, a może nawet walczyć z jego wrogością. Skorzystał z okazji i szybko rozejrzał się po wnętrzu boksu. Na ścianie wisiały przyczepione kartki z numerami telefonów i wycinki z gazet. Pięciocentymetrowa figurka Scooby Doo przyczepiona była do narożnika monitora, a na biurku leżał kalendarz Simpsonów otwarty na pokrytych bohomazami stronach sprzed trzech tygodni. Obok leżał dyktafon z otwartą i pustą przegródką na baterie. Do boku monitora przyczepiony był wycięty z gazety tytuł: „Super Cally [Ian Callaghan, słynny piłkarz drużyny Glasgow Rangers.] daje popalić. Celtic daje plamę”. Rebus uśmiechnął się: był to już klasyk gazetowy i dotyczył pewnego meczu piłki nożnej. Może Holly jest kibicem Rangersów, a może tylko spodobał mu się ten tytuł. Już miał opuścić boks, kiedy na ścianie obok biurka zauważył kartkę z nazwiskiem i numerem telefonu Jean. Zerwał ją i schował do kieszeni. Na następnej kartce zobaczył dalsze numery telefonów, a wśród nich własny i Gill Templer. Na kolejnej kartce były następne nazwiska: Bill Pryde, Siobhan Clarke, Ellen Wylie. Reporterowi udało się zdobyć domowe telefony Templer i Clarke. Rebus nie wiedział, czy reporter przechowuje gdzieś kopie, ale na wszelki wypadek postanowił zabrać wszystkie kartki.

Po wyjściu z budynku zadzwonił na numer komórkowy Siobhan, ale usłyszał tylko komunikat, że połączenie nie może być zrealizowane. Za wycieraczką na szybie tkwił mandat, a w pobliżu nie widać było nikogo ze straży miejskiej. Z uwagi na kolor mundurów, strażników nazywano „niebieskie łajzy”. Rebus, który być może jako jedyny widz w całym kinie oglądał Żółtą łódź podwodną w stanie nie zamulonym prochami, miał sentyment do tak nazywanych tam stworków, co nie przeszkodziło mu wściec się na widok mandatu. Wetknął go do schowka w samochodzie i paląc papierosa, powlókł się w żółwim tempie z powrotem na St Leonard’s. Tak wiele było teraz ulic, którymi nie można było jechać dokąd się chciało. Nie mogąc skręcić w lewo w Princess Street i widząc, że ruch na moście Waverley stoi w miejscu z powodu robót drogowych, pojechał w końcu przez Mound i skręcił w Market Street. W odtwarzaczu nastawił nagranie Janis Joplin Buried Alive in the Blues. Pomyślał, że to na pewno lepsze rozwiązanie niż dogorywanie w edynburskim ruchu ulicznym.

Wrócił do biura i stwierdził, że Wylie wygląda jak zatopiona we własnej wersji tego bluesa.

– Masz ochotę się przejść?

Poderwała głowę.

– A dokąd?

– Pana też zapraszam, profesorze.

– Brzmi to niesłychanie intrygująco. – Dziś wyjątkowo nie miał na sobie blezera, tylko bezrękawnik wycięty w serek, który zwisał mu luźno pod pachami, za to z tyłu był za krótki. – Czy to będzie jakaś wyprawa w nieznane?

– Niezupełnie. Odwiedzimy pewien zakład pogrzebowy.

Wylie spojrzała na niego ponuro.

– Chyba żartujesz?

Rebus potrząsnął jednak głową i wskazał na trumienki ułożone na biurku.

– Jak się chce uzyskać fachową opinię, to należy się zwrócić do fachowca.

– Rozumie się samo przez się – oznajmił Devlin.

Z St Leonard’s do zakładu pogrzebowego był tylko krótki spacer. Po raz ostatni Rebus odwiedził taki zakład, kiedy zmarł jego ojciec. Podszedł wtedy do trumny i dotknął czoła, tak jak go tego ojciec nauczył, kiedy zmarła jego matka. „Jeśli dotkniesz zmarłego, Johnny, to nigdy potem nie musisz się go obawiać”. Gdzieś w jakimś innym zakładzie zapewne kładziono właśnie Conora Leary’ego do pudła. Jedyne przed czym nie da się uciec to śmierć i podatki, mawiali niektórzy. Tyle że Rebus znał kryminalistów, którzy przez całe życie nie zapłacili złamanego grosza. Ale nie szkodzi: kiedy przyjdzie ich pora, od pudła już się nie wykręcą.

Jean Burchill już czekała i na ich widok z widoczną ulgą podniosła się z krzesełka w sali recepcyjnej. Pomimo kilku bukietów świeżo ciętych kwiatów panowała tu przytłaczająca atmosfera powagi i przygnębienia. Rebusowi przemknęło przez głowę pytanie, czy i jaki rabat dają dostawcy wieńców. Ściany były wyłożone drewnianą boazerią i całe pomieszczenie lekko pachniało pastą do drewna. Mosiężne okucia lśniły, a marmurowa podłoga z białych i czarnych płytek ułożona była w szachownicę. Rebus przedstawił sobie wszystkich i Devlin, ściskając dłoń Jean, zapytał:

– A od czego dokładnie jest pani kustoszem?

– Specjalizuję się w dziewiętnastym wieku – wyjaśniła. – Wierzenia, stosunki społeczne i tak dalej…

– Pani doktor uzupełnia nasze śledztwo o historyczną perspektywę – dodał Rebus.

– Chyba nie bardzo rozumiem – powiedział Devlin i spojrzał pytająco na Rebusa.

– To ja skompletowałam ekspozycję trumienek z Arthur’s Seat – poinformowała Jean.

Brwi Devlina wystrzeliły w górę.

– Och, jakież to fascynujące! – wykrzyknął. – I uważa pani, że istnieją jakieś związki z obecną serią?

– Nie wiem, czy tu w ogóle można mówić o „serii” – wtrąciła się Wylie. – Mamy do czynienia z pięcioma przypadkami w ciągu trzydziestu lat.

Devlin wyglądał na zaskoczonego. Chyba nie przywykł, by ktoś poddawał w wątpliwość jego dobór słów. Popatrzył z wyrzutem na Wylie, potem zwrócił się do Rebusa.

– Ale mamy do czynienia z jakimś kontekstem historycznym, czy tak?

– Tego nie wiemy. I to właśnie próbujemy dziś ustalić.

Otworzyły się wewnętrzne drzwi i stanął w nich jakiś mężczyzna. Miał około pięćdziesiątki i ubrany był w ciemny garnitur, śnieżnobiałą koszulę i srebrzysty krawat. Miał krótko przycięte srebrzyste włosy i bladą, pociągłą twarz.

– Pan Hodges? – zapytał Rebus, a mężczyzna lekko się skłonił. Rebus podał mu rękę. – Rozmawialiśmy telefonicznie. Detektyw inspektor John Rebus – powiedział i przedstawił pozostałych.

– Muszę powiedzieć, że jest to jedna z najbardziej niezwykłych próśb, z jakimi się do mnie zwrócono. – Pan Hodges mówił niemal szeptem. – Niemniej, w moim gabinecie czeka na państwo pan Patullo. Czy mogę zaproponować filiżankę herbaty?

Rebus zapewnił go, że to zbyteczne i poprosił, by ich poprowadził do gabinetu.

– Jak już panu mówiłem przez telefon, panie inspektorze, w dzisiejszych czasach większość trumien montuje się z elementów na czymś w rodzaju taśmy montażowej. Pan Patullo jako stolarz należy do wyjątków. Wykonuje całe trumny na indywidualne zamówienia. Od wielu lat korzystamy z jego usług, w każdym razie od czasu, kiedy ja tu pracuję. – Korytarz, którym szli, był podobnie jak sala recepcyjna wyłożony drewnianą boazerią i pozbawiony dostępu światła dziennego. Hodges otworzył jakieś drzwi i przepuścił ich przodem. Gabinet był przestronny i wolny od wszelkich ozdób. Rebus sam nie wiedział, czego oczekiwać – wzorów kart kondolencyjnych, może fotografii trumien. Jedyną oznaką tego, że znajdują się w gabinecie przedsiębiorcy pogrzebowego, był brak jakichkolwiek oznak. Gabinet urządzony był z dyskretną prostotą. Klienci nie chcieli, by im przypominać o celu ich wizyty, a przedsiębiorcy pogrzebowemu zapewne nie zależało, by jego klienci co chwilę wybuchali płaczem.

– Zostawię państwa samych – powiedział Hodges, zamykając drzwi.

Mimo iż w gabinecie było dość miejsc siedzących, zastali Patullo stojącego pod oknem z matowymi szybami. Trzymał płaski tweedowy kaszkiet i przebierał palcami po jego krawędzi. Miał kościste palce obciągnięte skórą wyglądem przypominającą pergamin. Rebus pomyślał, że stolarz jest dobrze po siedemdziesiątce. Mimo to na głowie miał dość bujną jeszcze siwą czuprynę, a jego oczy patrzyły jasnym, choć czujnym spojrzeniem. Był już jednak mocno przygarbiony, a dłoń, którą podał Rebusowi, lekko drżała.

– Witam pana, panie Patullo – odezwał się Rebus. – Jestem panu szczerze zobowiązany, że zechciał się pan z nami spotkać.

Patullo wzruszył ramionami, a Rebus raz jeszcze przedstawił wszystkich obecnych, po czym poprosił, by usiedli. Miał trumienki w plastikowej torbie i teraz wyjął je i ułożył na lśniącym czystością biurku Hodgesa. Były cztery: z Perth, z Nairn, z Glasgow i ta najnowsza z Kaskad.

– Chciałbym prosić, żeby się pan im przyjrzał – zwrócił się do Patullo – i opowiedział nam, co pan widzi.

– Widzę parę malutkich trumien. – Głos Patullo brzmiał chrapliwie.

– Miałem na myśli standard wykonania.

Patullo sięgnął do kieszeni po okulary, potem podszedł i pochylił się nad biurkiem.

– Jeśli pan chce, proszę je wziąć do ręki – powiedział Rebus, a Patullo posłusznie zabrał się do uważnych oględzin.

– Użył gwoździków tapicerskich i stolarskich – zauważył. – Spoiny są trochę nierówne, ale przy tej skali…

– To znaczy?

– No wie pan, przy tej wielkości trudno oczekiwać spoin na wpusty – powiedział i wrócił do oględzin. – Chce pan wiedzieć, czy te pudełka wykonał trumniarz?

Rebus kiwnął głową, a on odparł:

– Nie sądzę. Zrobił je ktoś znający się trochę na rzeczy, ale nie zanadto. Proporcje są niewłaściwe, kształt jest za bardzo rombowaty. – Po kolei odwrócił trumienki i przyjrzał się im od spodu. – Widzi pan tu ślady po ołówku, którym obrysowywał sobie kształt?

Rebus potwierdził.

– Najpierw wymierzył, potem przyciął ręczną piłką. To w ogóle nie było heblowane, przetarte tylko papierem ściernym. – Spojrzał na Rebusa znad okularów. – Chce pan wiedzieć, czy wszystkie wyszły spod jednej ręki?

Rebus ponownie przytaknął.

– Ta jest trochę bardziej koślawa – powiedział Patullo, biorąc do ręki trumienkę z Glasgow. – I zrobiona z innego drewna. Cała reszta jest z sosny, ta jest z drewna balsowego. Ale spoiny są takie same, wymiary też.

– Zatem myśli pan, że to ta sama osoba?

– Jeśli nie muszę ręczyć głową, to tak. – Patullo wziął do ręki następną z trumienek. – Na przykład w tej proporcje są inne i spoiny nie są takie dokładne. Więc albo robił to w pośpiechu, albo powiedziałbym, że zrobił ją kto inny.

Rebus sprawdził. Patullo trzymał trumienkę z Kaskad.

– Więc mamy dwóch różnych winowajców? – odezwała się Wylie, a kiedy Patullo twierdząco pokiwał głową, z głośnym sykiem wypuściła powietrze i uniosła oczy ku górze. Dwóch winowajców oznaczało dwa razy więcej pracy i o połowę mniejszą szansę na sukces.

– Może replika? – podsunął Rebus.

– Tego to ja już nie wiem – wzruszył ramionami Patullo.

– No to możemy teraz… – odezwała się Jean Burchill, sięgnęła ręką do torby na ramieniu, wyciągnęła z niej drewnianą szkatułkę i otworzyła ją. Wewnątrz znajdowała się owinięta w bibułkę jedna z trumienek z Arthur’s Seat. Rebus wyprosił to u Jean i wyciągając trumienkę ze szkatułki, kobieta spojrzała na niego wymownie. Jej wzrok raz jeszcze poświadczył to, co mu wcześniej powiedziała w kawiarni: że w ten sposób kładzie na szalę swoją pracę w muzeum. Gdyby się wydało, że potajemnie wynosi z muzeum jeden z eksponatów, lub gdyby coś mu się stało… zostałaby z miejsca wyrzucona z pracy. Rebus kiwnął głową na znak, że pamięta, a Jean wstała i położyła trumienkę obok innych na biurku.

– Z tą proszę ostrożnie – ostrzegła Patullo.

Devlin i Wylie podnieśli się z miejsc, by lepiej widzieć.

– O mój Boże – sapnął Devlin. – Czy ja się dobrze domyślam?

Jean kiwnęła głową, a Patullo nie wziął trumienki do ręki, tylko pochylił się nad nią tak nisko, że niemal dotknął jej nosem.

– Chcielibyśmy wiedzieć – odezwał się Rebus – czy pańskim zdaniem trumienki, które pan wcześniej oglądał, stanowią kopie tej.

Patullo potarł sobie policzek.

– Ta ma dużo prostszą budowę. Też jest przyzwoicie zrobiona, ale ścianki są dużo prostsze. Nie ma kształtu, jaki dziś nadaje się trumnom. Wieczko ozdobiono żelaznymi ćwiekami. – Znów potarł sobie policzek, potem wyprostował się i oparł o krawędź biurka. – Tamte nie są kopiami tej. Tylko tyle mogę powiedzieć.

– Nigdy nie widziałem ich inaczej niż przez szybę gabloty muzealnej – oznajmił Devlin, przysuwając się do biurka i zajmując miejsce Patullo. Potem spojrzał na Jean i dodał: – Wie pani, że mam swoją teorię, co do tego, kto je zrobił?

Jean uniosła brwi.

– Mianowicie?

Devlin nie odpowiedział i zwrócił się do Rebusa.

– Pamięta pan ten portret, który panu pokazywałem? Doktora Kenneta Lovella? – Kiedy Rebus przytaknął, Devlin znów zwrócił się do Jean. – Lovell był anatomem, który przeprowadził sekcję zwłok Burke’a. I o ile mi wiadomo, resztę życia spędził z brzemieniem winy z powodu tej całej sprawy.

To Jean wyraźnie zainteresowało.

– Czy to znaczy, że kupował zwłoki od Burke’a?

Devlin potrząsnął przecząco głową.

– Nie ma na to żadnych historycznych dowodów. Jednak pewnie jak większość ówczesnych anatomów kupował zwłoki i nie zadawał zbyt wielu pytań, co do ich pochodzenia. No i właśnie chodzi o to – Devlin oblizał wargi – że nasz doktor Lovell interesował się też stolarką.

– Profesor Devlin – wtrącił Rebus – posiada stół wykonany przez niego.

– Lovell był uczciwym człowiekiem – ciągnął dalej Deblin – i dobrym chrześcijaninem.

– I zostawił trumienki na Arthur’s Seat dla uczczenia ofiar? – spytała Jean.

Devlin wzruszył ramionami i spojrzał po obecnych.

– Oczywiście nie mam na to żadnych dowodów… – zamilkł, jakby dochodząc do wniosku, że takie podniecanie się trochę mu nie przystoi.

– To ciekawa teoria – przyznała Jean, jednak Devlin tylko wzruszył ramionami. Pomyślał pewnie, że go jedynie poklepuje po plecach.

– No więc, jak już mówiłem, jest to całkiem nieźle zrobione – powtórzył Patullo.

– Istnieją też inne teorie – dodała Jean – które głoszą, że trumienki na Arthur’s Seat zostawiły czarownice albo marynarze.

Patullo pokiwał głową.

– Wśród marynarzy bywało wielu dobrych cieśli i stolarzy. Czasami brało się to z konieczności, a czasami służyło do zabicia czasu podczas długich rejsów.

– No cóż – powiedział Rebus – raz jeszcze serdecznie dziękujemy za poświęcenie nam czasu. Czy możemy pana podwieźć do domu?

– Dziękuję, poradzę sobie.

Pożegnali się i Rebus poprowadził całą grupę do kawiarni Metropole, gdzie wszyscy ścieśnili się przy jednym stole i zamówili kawy.

– No to krok do przodu, dwa kroki do tyłu – powiedziała Wylie.

– Dlaczego tak myślisz? – spytał Rebus.

– Bo jeśli nie ma związku między trumną z Kaskad a pozostałymi, to uganiamy się za fantomem.

– Ja tak tego nie widzę – wtrąciła Jean. – Może nie powinnam zabierać głosu, ale wydaje mi się, że ten, kto zostawił trumienkę w Kaskadach, musiał skądś ten pomysł zaczerpnąć.

– Zgoda – potwierdziła Wylie – ale nie sądzi pani, że znacznie bardziej prawdopodobne jest to, że źródłem pomysłu było muzeum?

Rebus popatrzył na Wylie.

– Zmierzasz do tego, że powinniśmy dać sobie spokój z tymi czterema poprzednimi przypadkami, tak?

– Chcę powiedzieć, że zajmowanie się nimi ma sens tylko wtedy, jeśli istnieje jakiś związek między nimi a trumną z Kaskad. Oczywiście przy założeniu, że ta z kolei ma jakiś związek ze zniknięciem Balfour. A przecież nawet tego nie wiemy na pewno. – Rebus otworzył usta, by coś powiedzieć, jednak ona nie dopuściła go do głosu. – I jeżeli teraz pójdziemy z tym do komisarz Templer, tak jak powinniśmy, to ona na pewno powie to samo. Powie, że w naszych działaniach coraz bardziej oddalamy się od sprawy Philippy Balfour. – Uniosła filiżankę do ust i pociągnęła łyk herbaty.

Rebus spojrzał na Devlina.

– A co pan o tym myśli, profesorze?

– Niestety muszę się zgodzić, choć znaczy to oczywiście, że znów zapadnę w mrok samotności starego emeryta.

– Z protokołów sekcji też nic nie wynika?

– Jak dotąd, nic. Wszystko wskazuje na to, że w momencie wpadnięcia do wody obie kobiety żyły. Na obu ciałach znaleziono ślady urazów, ale nie ma w tym nic dziwnego. W rzekach zdarzają się kamienie, więc przebywając w wodzie, ofiara mogła się o nie poobijać. Jeśli chodzi o ofiarę z Nairn, to zarówno przypływy, jak i morska fauna potrafią straszliwie pokiereszować ciało, szczególnie jeśli ofiara przebywa w wodzie przez dłuższy czas. Przykro mi, że nie mogę niczego wnieść.

– Wszystko się może przydać – odezwała się Jean. – Nawet jeżeli nie wnosi się niczego nowego, to można pomóc w wyeliminowaniu czegoś zbędnego.

Spojrzała na Rebusa w nadziei, że ta parafraza jego słów wywoła uśmiech, jednak on myślami był gdzie indziej. Martwiło go to, że Wylie może mieć rację. Cztery trumienki wykonane przez tę samą osobę i jedna zrobiona przez kogoś innego oraz brak związku między tymi dwiema osobami. Czuł przez skórę, że coś je z sobą łączy, tyle że to „coś” nie wystarczy, by przekonać kogoś takiego jak Wylie. Czasami, niezależnie od wszystkiego, trzeba zawierzyć instynktowi. Jego zdaniem tak właśnie było teraz, wątpił jednak, by Wylie dała się przekonać.

I trudno się było dziwić.

– To może na zakończenie zechciałby pan jeszcze raz to przejrzeć.

– Z największą przyjemnością – odparł profesor, skłaniając głowę.

– I może porozmawiać z patologami, którzy wykonywali te sekcje. Mogli coś zapamiętać…

– Absolutnie.

Rebus zwrócił się do Wylie.

– A ty złóż raport komisarz Templer. Opowiedz jej o tym, co zrobiliśmy. Na pewno znajdzie dla ciebie coś do roboty w zasadniczym nurcie śledztwa.

Wyprostowała się.

– Czy to znaczy, że ty się nie poddajesz?

Przez uśmiech Rebusa przebijało zmęczenie.

– Jestem bliski poddania. Ale jeszcze nie przez parę dni.

– I co przez te parę dni będziesz robił?

– Utwierdzał się w przekonaniu, że to ślepy zaułek.

Widział z miny Jean, że chciałaby go jakoś podtrzymać na duchu, trochę pocieszyć – choćby tylko ściskając mu dłoń czy wypowiadając kilka ciepłych słów. Pomyślał, że na szczęście nie są przy stole sami, co uniemożliwia takie gesty. Inaczej mogłoby się zdarzyć, że chlapnąłby coś niegrzecznego, na przykład że nie życzy sobie żadnego współczucia.

Chyba że współczucie to to samo, co zapadanie się w nicość.

Picie za dnia miało specyficzny urok. W barze czas przestawał istnieć, a wraz z nim cały zewnętrzny świat. Tak długo jak człowiek siedział w pubie, tak długo czuł się nieśmiertelny i ponadczasowy. A kiedy w końcu wychodził z mroku i zanurzał się w oślepiający blask dnia, wtapiając się w tłum przechodniów pędzących za swoimi sprawami, świat nabierał nowego kolorytu. W końcu wszyscy od wieków robili to samo: alkoholem próbowali zapełniać dziury w swej świadomości. Ale dziś nie… dziś Rebus miał zamiar ograniczyć się tylko do dwóch drinków. Wiedział, że potrafi stąd wyjść po drugim. Zostanie dłużej i wypicie trzeciego lub czwartego oznaczać będzie pozostanie już do zamknięcia albo do stoczenia się na podłogę. Ale dwa drinki… dwa to dobra liczba, bezpieczny numer. Uśmiechnął się na myśl, że dobry, bezpieczny numerek może też znaczyć coś zupełnie innego.

Wódka z sokiem z pomarańczy: to nie jego ulubiony drink, ale nie zostawia zapachu. Po wypiciu będzie mógł wrócić na St Leonard’s i nikt się nawet nie zorientuje. Tylko jemu świat będzie się wydawał nieco łagodniejszy. Kiedy zadzwoniła komórka, w pierwszym odruchu chciał ją zignorować, jednak jej przenikliwe brzęczenie na tyle przeszkadzało innym gościom, że nacisnął guzik.

– Halo?

– No niech zgadnę – odezwał się głos Siobhan.

– Jeśli ci o to chodzi, to nie jestem w żadnym pubie. – Widać akurat to stwierdzenie potrzebne było młodemu człowiekowi stojącemu przy jednorękim bandycie, by trafić większą wygraną, bo z automatu z ogłuszającym hurkotem posypał się nagle strumień monet.

– Mówiłeś coś?

– Czekam tu na kogoś.

– Miewasz czasami lepsze wymówki?

– A tak w ogóle, to po co dzwonisz?

– Muszę podpytać masona.

Przesłyszał się.

– Podpytać Charlesa Mansona?

– Masona. Wiesz, takiego od dziwnych uścisków dłoni i podwiniętych spodni.

– Nie mogę ci pomóc. Nie przyjęli mnie.

– Ale pewno paru znasz, nie?

Przez chwilę milczał, po czym zapytał:

– O co ci chodzi?

Powtórzyła mu treść ostatniej wskazówki.

– Czekaj, niech pomyślę – powiedział. – Może Farmer?

– A on do nich należy?

– Sądząc po tym, jak ściska dłoń.

– Myślisz, że się nie obraz