/ Language: Polski / Genre:thriller

Kwiat Nieśmiertelności

J. Robb

Porucznik Eve Dallas z wydziału zabójstw nowojorskiej policji ma przed sobą trudne zadanie. Piękna, sławna modelka Pandora została w brutalny sposób zamordowana, a główną podejrzaną o zbrodnię jest Mavis Freestone, najserdeczniejsza przyjaciółka Eve. Dallas, przekonana o jej niewinności, postanawia wykryć prawdziwego sprawcę. Jednak coraz to nowe dowody świadczą przeciwko Mavis i wszyscy radzą Eve, aby zakończyła śledztwo. Wierna przyjaźń obu kobiet zostaje wystawiona na ciężką próbę.

J. D. Robb

Kwiat Nieśmiertelności

Eve Dallas and husband Roarke

Zabójczy dar piękna

– Byron

Pocałunkiem daj mi nieśmiertelność – Christopher Marlowe

1

Urwanie głowy z tym ślubem. Eve nie miała pojęcia, po kiego licha wpakowała się w coś takiego. Przecież jest gliną, na Boga. Przez całe dziesięć lat swojej pracy w policji twardo trzymała się zasady, że policjanci nie powinni być obciążeni rodziną, żeby mogli koncentrować się wyłącznie na pracy. Człowiek po prostu nie zdoła dzielić czasu, energii i uczuć między bezprawie we wszystkich jego odcieniach a rodzinę, z niepodzielnie związanymi z nią obowiązkami i konfliktami.

Eve zawsze uważała, że małżeństwo, podobnie jak służba w policji, to prawdziwa harówka, która niesie ze sobą ogromną odpowiedzialność i wymaga pracy w najmniej po temu odpowiednich godzinach. Cóż, że mamy rok 2058 i nastała oświecona era rozwoju technologicznego – małżeństwo wciąż pozostawało małżeństwem. Na samą myśl o nim odczuwała paniczny strach.

A mimo to w ten piękny letni dzień – jeden z nielicznych jakże cennych dni wolnych od służby – szykowała się, by pójść na zakupy. Aż dreszcze ją przechodziły.

Nie idę na zwyczajne zakupy, przypomniała sobie ze ściśniętym żołądkiem, idę po suknię ślubną.

Chyba jej do reszty odbiło.

Oczywiście, wszystko przez Roarke'a. Wykorzystał chwile jej słabości. Obydwoje byli mocno poturbowani, zalani krwią i mieli szczęście, że w ogóle żyli. Kiedy mężczyzna jest cwany i zna swoją ofiarę na tyle, by wybrać odpowiedni moment na oświadczyny, cóż, kobieta nie ma szans.

Przynajmniej taka kobieta, jak Eve Dallas.

– Wyglądasz, jakbyś zamierzała rzucić się z gołymi rękami na gang chemi-bandytów.

Eve wsunęła stopę do buta i zmierzyła Roarke'a wzrokiem. Ten facet jest aż za przystojny, pomyślała. Powinno się go za to zamknąć. Twarz jak odlana z brązu, usta poety, zabójczo niebieskie oczy, gęste czarne włosy. Kiedy wreszcie udawało się oderwać wzrok od jego twarzy, oczom ukazywała się równie perfekcyjna sylwetka. A gdy do tego dodać lekki irlandzki akcent, cóż, wszystko razem tworzyło cholernie dobry zestaw.

– Walka z chemi-bandytami nie umywa się do tego, co zamierzam zrobić. – Eve skrzywiła się, słysząc nutę skargi w swoim glosie. Nie miała w zwyczaju narzekać. Prawdą jednak było, że wolałaby stawić czoło nabuzowanemu ćpunowi, niż rozmawiać o lamówkach.

Lamówkach, Chryste Panie.

Zmełła w ustach przekleństwo i powiodła spojrzeniem za Roarkiem, idącym przez dużą sypialnię. Ten człowiek potrafił w najbardziej zaskakujących momentach sprawiać, że czuła się jak idiotka. Jak teraz, kiedy usiadł przy niej na wysokim szerokim łożu i ujął ją pod podbródek.

– Jestem w tobie beznadziejnie zakochany.

No proszę. Ten facet o kusząco niebieskich oczach i przywodzącej na myśl obrazy Rafaela urodzie wyklętego anioła kochał ją.

– Roarke. – Z trudem zdusiła w sobie ciężkie westchnienie. Gdyby stała twarzą w twarz z szalonym mutantem trzymającym w ręku gotowy do strzału laser, co jej się już nieraz zdarzało, czułaby się pewniej niż teraz, kiedy musiała pokonać tak wielkie wzruszenie. – Zrobię to. Przecież ci mówiłam.

Roarke uniósł brwi. Nie mógł się nadziwić, że Eve nie zdaje sobie sprawy, jak ponętnie wygląda w tej chwili, zakłopotana, z niedbale przyciętymi jasnobrązowymi włosami, sterczącymi na wszystkie strony i z cienkimi zmarszczkami zwątpienia i irytacji między brwiami. Z jej dużych oczu w kolorze whisky biło napięcie.

– Eve, moja droga. – Pocałował ją delikatnie w zaciśnięte usta, po czym musnął wargami dołek w podbródku. – Nigdy w to nie wątpiłem. – Kłamał. Ciągle obawiał się, że ona jednak zmieni zdanie. – Mam parę spraw do załatwienia. Wczoraj wróciłaś późno i nie mogłem cię spytać o plany na dzisiaj.

– Do trzeciej w nocy obserwowałam dom Binesa.

– I co?

– Wszedł mi prosto w ręce, nafaszerowany środkami odurzającymi i wymęczony długą sesją relaksacyjną. – Uśmiechnęła się, ale był to uśmiech łowcy, złowrogi i zimny. – Ten gnojek przymaszerował do mnie, jakby był moim osobistym androidem.

– To dobrze. – Roarke poklepał ją po ramieniu i wstał, po czym wsunął głowę do przestronnej garderoby i zaczął przeglądać swoją kolekcję marynarek. – No a dzisiaj? Musisz przygotować jakieś raporty?

– Dzisiaj mam wolne.

– Tak? – Odwrócił się do niej zaskoczony, trzymając w ręku piękną ciemnoszarą marynarkę z jedwabiu. – Jeśli chcesz, przełożę część moich popołudniowych zajęć.

Eve pomyślała, że to tak, jakby generał chciał przełożyć zaplanowane przez siebie bitwy na inne terminy. Według Roarke'a, biznes był wojną, toczoną na wielu frontach i przynoszącą zyski.

– Jestem już umówiona. – Znów przybrała posępną minę. – Idę na zakupy – wymamrotała. – Po suknię ślubną.

Roarke uśmiechnął się ciepło. W ustach Eve te słowa były jak wyznanie miłości.

– Nic dziwnego, że tak się dąsasz. Ale przecież powiedziałem ci, że się tym zajmę.

– Sama wybiorę swoją suknię ślubną. I sama ją kupię. Nie wychodzę za ciebie dla twoich cholernych pieniędzy.

Roarke nadal się uśmiechał, nienagannie elegancki jak marynarka, którą wkładał.

– Czemuż więc pani za mnie wychodzi, pani porucznik? – Nachmurzyła się jeszcze bardziej, ale nie zamierzał ustąpić. Zawsze był uparty. – Mam ci podpowiedzieć?

– Bo nie przyjmujesz do wiadomości sprzeciwu. – Podniosła się i wcisnęła ręce do kieszeni dżinsów.

– Za taką odpowiedź możesz dostać najwyżej pół punktu. Spróbuj raz jeszcze.

– Bo mi odbiło.

– Oj, bo nie wygrasz głównej nagrody: romantycznej podróży dla dwojga do Świata Tropików na Star Pięćdziesiąt.

Uśmiech zadrżał w kącikach jej ust.

– Może dlatego, że cię kocham.

– Może. – Usatysfakcjonowany, podszedł do niej i położył ręce na jej silnych ramionach. – Przecież zakupy nie są takie straszne. Wystarczy uruchomić parę programów z katalogami sklepowymi, rzucić okiem na kilkanaście sukni i zamówić tę, która ci się najbardziej spodoba.

– Tak właśnie zamierzałam zrobić. – Przewróciła oczami. – Mavis kazała mi wybić to sobie z głowy.

– Mavis. – Roarke'owi nieco zrzedła mina.

– Eve, nie mów, że to właśnie z nią idziesz na zakupy. Kiedy zobaczyła autentyczne przerażenie w jego oczach, trochę poprawił jej się humor.

– Chce mnie zabrać do znajomego projektanta mody.

– Dobry Boże.

– Mavis twierdzi, że on jest wspaniały. Kiedy tylko dostanie swoją szansę, będzie sławny. Ma małe studio w Soho.

– Pojedźmy gdzieś i weźmy ślub dzisiaj. Teraz. Wyglądasz doskonale.

Twarz Eve rozjaśniła się w uśmiechu.

– Co, boisz się?

– Jestem przerażony.

– To dobrze. Jesteśmy kwita. – Zadowolona, że udało jej się wyrównać rachunki, nachyliła się i pocałowała go. – Przez następnych kilka tygodni możesz się zamartwiać, w czym pójdę do ślubu. Teraz muszę już lecieć. – Poklepała go po policzku.

– Umówiłam się z nią za dwadzieścia minut.

– Eve. – Roarke złapał ją za rękę. – Mam nadzieję, że nie zrobisz czegoś idiotycznego. Wyrwała dłoń z jego uścisku.

– Przecież wychodzę za mąż, no nie? Cóż może być bardziej idiotycznego?

Miała nadzieję, że zabiła mu ćwieka na resztę dnia. Myśl o małżeństwie wypełniała jej serce lękiem, ale jeszcze bardziej przerażał ją sam ślub

– stroje, kwiaty, muzyka, goście.

Pędziła ulicą Lexington w stronę centrum. Nagle przyhamowała ostro. Jakiś handlarz uliczny wjechał swoim zadymionym wózkiem na jej pas.

Sklęła go pod nosem. Nie dość, że łamał przepisy, to jeszcze unosił się wokół niego ohydny zapach sojowych hot dogów. Aż robiło się niedobrze.

Taksówkarz jadący za nią wcisnął klakson i zaczął wrzeszczeć przez głośnik, wbrew zakazowi hałasowania w centrum miasta. Na chodniku stała grupka ludzi, prawdopodobnie turystów, obładowanych minikamerami, mapami komputerowymi i lornetkami. Wpatrywali się tępo w mknące ulicą pojazdy. Eve potrząsnęła głową z dezaprobatą, zauważywszy pośród nich kieszonkowca, który zręcznie rozpychał się łokciami.

Po powrocie do hotelu naiwni turyści odkryją, że zginęło im kilka kredytów. Gdyby Eve miała czas i wolne miejsce do parkowania, być może rzuciłaby się w pościg za złodziejem. On jednak w mgnieniu oka zniknął w tłumie i z pewnością śmigał już przez miasto na powietrznych rolkach.

Tak to już jest w Nowym Jorku, pomyślała Eve i uśmiechnęła się lekko. Przyjeżdżasz tu na własne ryzyko.

Uwielbiała tłumy, hałas, ciągły gorączkowy pęd. Tutaj człowiek rzadko bywał samotny, ale jednocześnie nigdy nie czuł bliskości innych. Dlatego właśnie Eve przed wieloma laty przyjechała do tego miasta.

Nie była szczególnie towarzyska, a zbyt wielka przestrzeń i nadmiar samotności potęgowały jej nerwowość.

Przybyła do Nowego Jorku, by zostać policjantką, bo wierzyła w porządek i potrzebowała go, aby przeżyć. Jej trudnego dzieciństwa, pełnego białych plam i mrocznych tajemnic, nie można było zmienić. Ale ona się zmieniła. Przejęła kontrolę nad swoim życiem, stała się osobą, którą jakaś nieznana pracownica opieki społecznej nazwała Eve Dallas.

A teraz w jej życiu miała nastąpić kolejna zmiana. Za kilka tygodni nie będzie już Eve Dallas, porucznika wydziału zabójstw. Zostanie żoną Roar-ke'a. To, jak pogodzi jedno z drugim, stanowiło dla niej większą zagadkę niż każda ze spraw, którymi zajmowała się w czasie swojej kariery.

Ani ona, ani Roarke nie wiedzieli, jak to jest żyć w rodzinie, mieć rodzinę, tworzyć rodzinę. Obydwoje w dzieciństwie zaznali okrucieństwa, przemocy i zostali odtrąceni przez bliskich. Może właśnie dlatego teraz byli ze sobą. Wiedzieli, co to znaczy nie mieć nic, być nikim, walczyć ze strachem, głodem i rozpaczą – i podnieśli się z dna.

Czy byli ze sobą tylko dlatego, że się nawzajem potrzebowali? Że pragnęli seksu i miłości i chcieli połączyć obie te sprawy, co Eve wydawało się nieosiągalne, dopóki nie poznała Roarke'a?

Pytanie w sam raz dla doktor Miry, pomyślała. Doktor Mira była policyjnym psychologiem i Eve często chodziła do niej na konsultacje.

Postanowiła nie zawracać sobie teraz głowy przeszłością ani przyszłością. I bez tego miała dość zmartwień.

Trzy przecznice za skrzyżowaniem z Greene Street znalazła wreszcie wolne miejsce do parkowania. Przetrząsnęła kieszenie w poszukiwaniu żetonów kredytowych, których domagał się tępym, zakłócanym trzaskami głosem zdezelowany parkomat, po czym wcisnęła do szpary tyle, by starczyło na dwie godziny postoju.

Jeśli straci na przebieranie w ciuchach więcej czasu niż dwie godziny, będzie musiała wskoczyć do pokoju wypoczynkowego i mandat tak czy inaczej nic jej nie będzie obchodził.

Odetchnęła głęboko i rozejrzała się wokół. Nieczęsto ją tutaj wzywano. Owszem, morderstwa zdarżały się wszędzie, ale Soho było dzielnicą modną wśród młodych, ubogich artystów, którzy zazwyczaj zajmowali się prowadzeniem zażartych dyskusji przy winie lub kawie.

Tego dnia lato niepodzielnie panowało w Soho. Stoiska kwiaciarzy rozkwitały różami, od klasycznych czerwonych i różowych po rywalizujące z nimi o palmę pierwszeństwa prążkowane hybrydy. Pojazdy warkotały i charczały na ulicy, ryczały nad głowami przechodniów i sapały na rozklekotanych wiaduktach. Piesi raczej trzymali się chodników, choć specjalne platformy przewożące przechodniów nad jezdnią były dość zatłoczone. Wszędzie widziało się długie tuniki, ostatnimi czasy modne w Europie, sandały, chusty na głowach oraz błyszczące sznurki zarzucone za uszy i opadające na plecy.

Artyści różnej maści, od malujących farbami olejnymi i akwarelami po pracujących wyłącznie na komputerze, reklamowali swoje dzieła na rogach ulic i pod sklepami, konkurując z handlarzami, którzy zachwalali hybrydy owoców, mrożone jogurty czy sałatki warzywne bez środków konserwujących.

Po okolicy snuli się członkowie Sekty Czystych, o błyszczących oczach i ogolonych głowach, ubrani w śnieżnobiałe, sięgające ziemi szaty. Eve wcisnęła jednemu z nich, wyglądającemu na szczególnie natchnionego, kilka żetonów i w nagrodę została obdarowana świecącym kamyczkiem.

– Czysta miłość – powiedział mężczyzna z nabożnym uśmiechem. – Czysta radość.

– Tak, jasne – burknęła Eve i zeszła mu z drogi.

Musiała zawrócić, żeby trafić do budynku, w którym miał swoją pracownię Leonardo. Młody zdolny projektant zajmował poddasze na drugim piętrze. W oknie wychodzącym na ulicę roiło się od kolorów i fasonów, na widok których Eve nerwowo przełknęła ślinę. Miała raczej tradycyjny gust – beznadziejny, zdaniem Mavis.

Zbliżając się teraz na ruchomej platformie do budynku, zaczęła dochodzić do wniosku, że gust Leonarda nie jest ani tradycyjny, ani beznadziejny.

Gdy spojrzała na wystawę zawaloną piórami, paciorkami i jaskrawymi gumowymi ubiorami, po raz kolejny tego dnia poczuła ucisk w żołądku, tym razem dwa razy silniejszy. Owszem, fajnie byłoby zobaczyć, jaką minę zrobiłby Roarke, gdyby pokazała mu się w czymś takim; z drugiej strony jednak nie zamierzała brać ślubu w błyszczącym obcisłym kostiumie z gumy.

A było tam więcej, o wiele więcej niezwykłych kreacji. Wyglądało na to, że Leonardo szczerze wierzy w siłę reklamy. Główny eksponat, trupioblady, pozbawiony twarzy manekin, stał owinięty mnóstwem przezroczystych szali, które migotały tak intensywnie, że materiał wydawał się żywy.

Eve niemalże czuła jego dotyk na ciele.

O nie, pomyślała. Nie ma mowy, żebym tu weszła. Odwróciła się, pragnąc czym prędzej stąd czmychnąć, i wpadła prosto na Mavis.

– Z jego strojów bije taki chłód. – Mavis objęła Eve w talii, jakby chciała ją zatrzymać, i utkwiła rozmarzony wzrok w oknie wystawowym.

– Słuchaj, Mavis…

– On jest niesamowity. Przy mnie ot tak, od niechcenia, machnął kilka projektów. Były rewelacyjne.

– Nie wątpię. Tak sobie pomyślałam…

– Ten człowiek naprawdę rozumie duszę kobiety – ciągnęła Mavis. Ona sama rozumiała duszę iwojej przyjaciółki na tyle, by wiedzieć, że Eve chce się stąd wyrwać. Mavis Freestone, szczupła jak elf w swoim biało-złotym kostiumie i wysokich oa dziesięć centymetrów koturnach, odrzuciła do tyłu kręcone czarne włosy z białymi pasemkami, zmierzyła Eve spojrzeniem i uśmiechnęła się szeroko. – Zrobi z ciebie najbardziej odlotową pannę młodą w Nowym Jorku.

– Mavis. – Eve wzrokiem nakazała jej milczenie. – Chcę znaleźć coś, w czym nie będę się czuła jak kretynka.

Mavis rozpromieniła się i położyła na piersi rękę, ozdobioną na bicepsie nowym tatuażem przedstawiającym skrzydlate serce.

– Dallas, zaufaj mi.

– Nie – powiedziała Eve, ale przyjaciółka wciągnęła ją z powrotem na ruchomą platformę. – Mavis, ja nie żartuję. Zamówię coś przez Internet.

– Po moim trupie – syknęła Mavis i pomaszerowała w stronę drzwi do budynku, ciągnąc Eve za sobą. – Możesz chociaż rzucić okiem na parę modeli, porozmawiać z Leonardem. Daj mu szansę. -Wysunęła dolną wargę, która, pomalowana szminką koloru magenty, wyglądała jak groźna broń. – Dallas, nie bądź dętka.

– Cóż, skoro tu jestem…

Mavis poczerwieniała z zadowolenia i podbiegła do brzęczącej kamery.

– Mavis Freestone i Eve Dallas, do Leonarda. Drzwi otworzyły się ze zgrzytem. Mavis ruszyła w stronę starej windy, osłoniętej drucianą siatką.

– Wystrój jest w stylu retro. Kto wie, może Leonardo będzie tu mieszkał nawet wtedy, jak już się stanie sławny. Wiesz, jak to jest z tymi ekscentrycznymi artystami.

– Jasne. – Winda ze złowrogim skrzypieniem powlokła się w górę. Eve zamknęła oczy i zaczęła się modlić. Postanowiła, że na dół zejdzie schodami.

– A teraz pozbądź się wszelkich uprzedzeń – nakazała Mavis – i zdaj się na Leonarda. Ach, mój drogi! – Wyfrunęła z małej klatki do kolorowego pomieszczenia, w którym panował iście artystyczny nieład. Eve popatrzyła z podziwem na przyjaciółkę.

– Mavis, moja gołąbeczko.

Wtedy Eve z wrażenia zaniemówiła. Imiennik słynnego malarza miał ze dwa metry wzrostu i zbudowany był jak nie przymierzając autobus. Potężne napięte bicepsy wyłaniały się z pozbawionej rękawów szaty w jaskrawych barwach marsjańskiego zachodu słońca. Projektant miał twarz okrągłą jak księżyc, o brązowej skórze naciągniętej na wystających kościach policzkowych niczym na bębnie. Przy uniesionych w olśniewającym uśmiechu ustach migotał mały brylant, a oczy przywodziły na myśl złote monety.

Mężczyzna porwał Mavis w ramiona i zakręcił nią młynka. A potem pocałował ją tak gorąco, że Eve uświadomiła sobie, iż tych dwoje łączy coś więcej niż tylko miłość do mody i sztuki.

– Leonardo. – Mavis, rozpromieniona jak idiotka, przeczesała palcami o złotych paznokciach jego sztywne, opadające na kark włosy.

– Laleczko.

Aż niedobrze się robiło od tego nadmiaru czułości. Eve przewróciła oczami. Wpadła jak śliwka w kompot, nie ma co. Mavis znów się zakochała.

– Twoja nowa fryzura jest cudowna. – Leonardo pogładził palcami wielkości hot dogów czarnobiałe loki Mavis.

– Miałam nadzieję, że ci się spodoba. To… – Zawiesiła dramatycznie głos, jakby zamierzała zaprezentować swojego utytułowanego sznaucera. -…jest Dallas.

– Ach tak, panna młoda. Miło mi panią poznać, porucznik Dallas. – Obejmując Mavis w talii jedną ręką, drugą wyciągnął do Eve. – Mavis wiele mi o pani mówiła.

– Nie wątpię. – Eve spojrzała znacząco na przyjaciółkę. – Za to mówiąc o panu, pominęła wiele istotnych szczegółów.

Leonardo wybuchnął gromkim śmiechem, od którego Eve zaczęło brzęczeć w uszach. Usta jej zadrżały.

– Moja turkaweczka potrafi być tajemnicza. Zaraz przyniosę coś do picia – oznajmił, po czym z zaskakującą gracją odwrócił się na pięcie i wyszedł, otoczony chmurą barw.

– Jest cudowny, prawda? – wyszeptała Mavis. Jej oczy płonęły miłością.

– Sypiasz z nim.

– Nie uwierzyłabyś, jaki on jest… pomysłowy. Jak… – Mavis odetchnęła głęboko i poklepała się po piersi. – To prawdziwy seksualny artysta.

– Nie chcę o tym słyszeć. Zdecydowanie nie. – Zmarszczywszy brwi, Eve rozejrzała się po pokoju.

Był przestronny i dosłownie tonął w różnych tkaninach. Fale koloru fuksji, hebanowe wodospady i zielonożółte strumienie spływały z sufitu, ścian, stołów i oparć foteli.

– Jezu – wyrwało jej się z ust.

Wszędzie stały misy i tace pełne migoczących wstążek, tasiemek i guzików. Szarfy, pasy, kapelusze i woalki mieszały się z niedokończonymi kreacjami z błyszczących tkanin i ozdobionymi ćwiekami gorsetami.

Pachniało tu jak w kwiaciarni połączonej z magazynem kadzideł.

Eve była przerażona.

– Mavis, kocham cię. Być może jeszcze nigdy ci tego nie powiedziałam, ale to prawda. A teraz wychodzę – zwróciła się do przyjaciółki.

– Dallas. – Mavis zachichotała i złapała ją za rękę. Jak na tak drobną istotę, była zadziwiająco silna. – Wyluzuj się. Odetchnij głęboko. Daję ci słowo, że Leonardo znajdzie dla ciebie coś odpowiedniego.

– Tego właśnie się obawiam, Mavis. I to jeszcze jak.

– Mrożona herbata z cytryną – oznajmił projektant śpiewnym głosem, wchodząc do pokoju przez zasłonę ze sztucznego jedwabiu. Niósł tacę zastawioną szklankami.

Patrząc z utęsknieniem na drzwi, Eve ostrożnie podeszła do jednego z krzeseł.

– Słuchaj, Leonardo, być może Mavis niedokładnie ci wszystko wytłumaczyła. Otóż ja…

– Jesteś detektywem w wydziale zabójstw. Czytałem o tobie. – Leonardo wszedł jej w słowo, moszcząc się na kanapie w kształcie półksiężyca. Mavis usiadła prawie że na jego kolanach. – O twojej ostatniej sprawie było głośno w mediach. Muszę przyznać, że strasznie mnie zafascynowałaś. Rozwiązujesz zagadki, podobnie jak ja.

Eve skosztowała herbaty, która, o dziwo, okazała się nadzwyczaj smaczna.

– Ty rozwiązujesz zagadki?

– Ależ oczywiście. Kiedy patrzę na jakąś kobietę, wyobrażam sobie, jaki strój by do niej pasował. Potem muszę się dowiedzieć, kim ona jest, jaki tryb życia prowadzi. Co chce osiągnąć, o czym marzy, jak siebie postrzega? Potem z tych kawałków muszę poskładać jej pełny obraz. Image. Na początku każda kobieta jest dla mnie zagadką, którą staram się rozwiązać.

Ma vi s westchnęła głośno.

– Czyż on nie jest cudowny, Dallas? Leonardo parsknął śmiechem i potarł nosem ucho Mavis.

– Twoja przyjaciółka się martwi, gołąbeczko. Myśli, że zawinę ją w róż wysadzany cekinami.

– Brzmi cudownie.

– Dla ciebie coś takiego byłoby w sam raz, Ma-vis. – Uśmiechnął się promiennie do Eve. – A więc wkrótce wyjdziesz za enigmatycznego Roarke'a.

– Na to się zanosi – mruknęła.

– Poznałaś go w czasie śledztwa. Sprawa De-Blassa, prawda? Zaintrygowały go twoje brązowe oczy i smutny uśmiech.

– Nie powiedziałabym, że…

– Oczywiście, że nie – przerwał jej Leonardo

– bo nie widzisz siebie jego oczami. Czy moimi. Jesteś silna, odważna i godna zaufania, ale coś cię dręczy.

– Jesteś projektantem czy psychoanalitykiem?

– spytała Eve.

– Nie można być jednym, nie będąc drugim. Proszę, powiedz mi, jak Roarke cię zdobył?

– Nie jestem nagrodą w konkursie – burknęła i odstawiła szklankę.

– Cudownie. – Leonardo klasnął w dłonie i prawie że się rozpłakał. – Porywczość i niezależność, z pewną dozą niepokoju. Będzie z ciebie wspaniała panna młoda. A teraz do roboty. -Wstał. – Proszę za mną.

Eve podniosła się z krzesła.

– Słuchaj, szkoda mojego i twojego czasu. Po prostu…

– Chodź ze mną – powiedział i wziął ją za rękę.

– Co ci szkodzi spróbować, Eve?

W końcu dała się zaciągnąć poprzez stosy tkanin do pogrążonego w podobnym nieładzie pomieszczenia po drugiej stronie strychu. Zrobiła to tylko dla Mavis.

Na widok komputera poczuła się nieco lepiej. Wreszcie miała przed oczami coś, na czym się znała. Ale wykonane przy jego użyciu rysunki, poprzypinane do ścian gdzie tylko się dało, pozbawiły ją resztek złudzeń.

W porównaniu z tym, co przedstawiały te obrazki, nawet róż i cekiny przestawały być straszne.

Modelki o przesadnie wydłużonych sylwetkach wyglądały jak mutanty. Niektóre ustrojone były w pióra, inne eksponowały biżuterię. Kilka z nich miało na sobie kreacje tak dziwaczne – bluzki z postawionymi kołnierzami, spódnice niewiele większe od ścierek do naczyń, kombinezony ciasno przywierające do ciała – że przypominały raczej kostiumy na Halloween.

– Zaprojektowałem je na mój pierwszy pokaz. Widzicie, moda to pastisz rzeczywistości. Liczy się to, co odważne, unikatowe, niespotykane.

– Te kreacje są piękne.

Eve spojrzała z wyrzutem na Mavis i skrzyżowała ręce na piersi.

– To ma być skromna ceremonia.

– Hm. – Leonardo siedział już przed komputerem i zadziwiająco sprawnie posługiwał się klawiaturą. – Weźmy na przykład… – Na ekranie pojawił się obraz, który zmroził Eve krew w żyłach.

Suknia była w kolorze świeżego moczu, z brązowymi falbankami biegnącymi od pofałdowanego kołnierza po kanciastą lamówkę upstrzoną kamieniami szlachetnymi wielkości dziecięcej pięści. Rękawy wyglądały na tak ciasne, że wydawało się, iż każda kobieta, która zdecydowałaby się włożyć to paskudztwo, z miejsca straciłaby czucie w palcach.

Obraz zaczął się przesuwać i oczom Eve ukazał się tył sukni, sięgający niżej pasa i ozdobiony piórami.

– To by zupełnie do ciebie nie pasowało – dokończył Leonardo i wybuchnął gromkim śmiechem, widząc bladą twarz Eve. – Przepraszam. Nie mogłem się oprzeć pokusie. Dla ciebie… to będzie tylko szkic, rozumiesz. Coś wąskiego, długiego, prostego. Niezbyt skromnego.

Mówił, nie przerywając pracy. Na ekranie zaczęły się ukazywać linie i kształty. Eve wcisnęła ręce do kieszeni i patrzyła na powstający projekt.

To, co robił Leonardo, wydawało się takie łatwe. Długie linie, misterne detale stanika, rękawy zebrane w łagodne fałdy na grzbiecie dłoni. Eve wciąż jednak nie mogła wyzbyć się obawy, że tę harmonię lada chwila zburzą zbędne ozdóbki.

– Teraz trochę w tym podłubiemy – powiedział Leonardo w zamyśleniu, po czym obrócił widniejący na ekranie projekt o sto osiemdziesiąt stopni. Z tyłu suknia była równie powłóczysta i elegancka jak z przodu, z rozcięciem do kolan. -Tren sobie darujemy.

– Tren?

– Nie, nie pasowałby do ciebie. – Uśmiechnął się i podniósł na nią oczy. – Ach, jeszcze głowa. Twoja fryzura.

Przyzwyczajona do złośliwych komentarzy, Eve przeczesała czuprynę palcami.

– Mogę je czymś zakryć, jeśli to konieczne.

– Nie, nie, nie. Do twarzy ci z takimi włosami. Zdumiona, opuściła rękę.

– Naprawdę?

– Tak. Najwyżej przydałoby się je trochę wymodelować. Mam taką znajomą… – Nie dokończył. – Ale kolor, wszystkie te odcienie brązu i złota, i ten nie do końca ujarzmiony styl idealnie do ciebie pasują. Wystarczy trochę przyciąć tu i ówdzie. – Zmrużył oczy i dokładnie jej się przyjrzał. – Nie, żadnego nakrycia głowy, żadnego welonu. Twoja twarz w zupełności wystarczy. Teraz zajmijmy się kolorem sukni i materiałem, z jakiego ma być uszyta. Najlepszy byłby jedwab, nie za gruby. – Skrzywił się lekko. – Mavis mi powiedziała, że Roarke nie zapłaci za suknię.

Eve z godnością wyprężyła pierś.

– Bo to ma być moja suknia.

– Uparta się i już – skwitowała Mavis. – Roarke nawet nie zauważyłby braku paru tysięcy kredytów.

– Nie w tym rzecz…

– Oczywiście, że nie. – Na twarz Leonarda znów wypłynął uśmiech. – Cóż, jakoś sobie poradzimy. No więc, jaki kolor? Biel raczej nie wchodzi w grę, suknia zbyt mocno kontrastowałaby z twoją karnacją.

Wydął wargi i zaczął eksperymentować z paletą. Eve, zafascynowana wbrew sobie samej, przyglądała się, jak śnieżna biel szkicu przechodzi w kolor śmietankowy, potem bladoniebieski, zielony i wszelkie inne barwy tęczy. Choć Mavis wpadła w zachwyt nad kilkoma odcieniami, Leonardo tylko potrząsał głową.

W końcu zdecydował się na jasny brąz.

– Tak, to jest to. Twoja skóra, oczy, włosy. Będziesz emanowała dostojeństwem. Jak bogini. Do sukni przydałby się naszyjnik, długości co najmniej siedemdziesięciu centymetrów. Albo jeszcze lepiej, podwójny, sześćdziesiąt i siedemdziesiąt centymetrów. Miedziany, wysadzany kamieniami. Rubiny, cytryn, onyks. Tak, tak, a do tego krwawnik i może parę turmalinów. O szczegółach porozmawiasz z Roarkiem.

Zazwyczaj Eve nie zwracała uwagi na ubrania, ale w tej chwili ogarnęło ją głębokie pragnienie, by jak najszybciej włożyć kreację Leonarda.

– Ta suknia jest piękna – powiedziała ostrożnie i w myśli przeanalizowała swoją sytuację finansową. – Tyle że nie mogę się zdecydować. Jedwab, ro-•nmiesz… to trochę przekracza moje możliwości.

– Uszyję tę suknię na własny koszt, ale w zamian musisz mi coś obiecać. – Z przyjemnością patrzył, jak w jej oczy wkrada się niepokój. – Po pierwsze, będę mógł zaprojektować suknię, w której Mavis przyjdzie na twój ślub, a po drugie, przygotowując wyprawę ślubną, skorzystasz z moich projektów.

– Nawet nie pomyślałam o wyprawie. Przecież mam ubrania.

– To porucznik Dallas ma ubrania – poprawił ją.

– Żonie Roarke'a potrzebne będą inne.

– Może jakoś dojdziemy do porozumienia.

– Uświadomiła sobie po raz kolejny, jak bardzo pragnie mieć tę przeklętą suknię. Już czuła ją na sobie.

– To wspaniale. Rozbierz się. Jej reakcja była błyskawiczna.

– Słuchaj no, dupku…

– Muszę wziąć miarę – szybko wyjaśnił Leonardo.

Eve przeszyła go takim spojrzeniem, że odruchowo wstał i cofnął się o krok. Ubóstwiał kobiety i doskonale zdawał sobie sprawę, czym jest ich gniew. Innymi słowy, bał się ich jak ognia.

– Traktuj mnie jak swojego lekarza. Nie mogę dobrze zaprojektować sukni, dopóki nie poznam twojego ciała. Jestem artystą i dżentelmenem – powiedział z godnością. – Ale jeśli czujesz się niepewnie, Mavis może tu zostać.

Eve przechyliła głowę na bok.

– Bez trudu dam sobie z tobą radę, koleś. Jeden zbędny ruch, jedna niewłaściwa myśl i przekonasz się o tym.

– Nie wątpię. – Ostrożnie wziął do ręki jakieś urządzenie. – To mój skaner – powiedział. – Za jego pomocą będę cię mógł bardzo dokładnie zmierzyć. Ale musisz się rozebrać, żeby pomiar był dokładny.

– Przestań chichotać, Mavis. Lepiej przynieś herbaty.

– Się robi. I tak już widziałam cię bez ubrania.

– Posłała Leonardowi kilka pocałunków i wyszła.

– Nie możemy zapomnieć o podszewce. Mam jeszcze parę pomysłów… co do twoich ubrań – dodał pospiesznie, kiedy Eve spojrzała na niego podejrzliwie. – Potrzebne będą suknie wieczorowe i mniej oficjalne. Gdzie spędzicie miesiąc miodowy?

– Nie wiem. Nie myślałam o tym. – Zrezygnowana zdjęła buty i rozpięła spodnie.

– Czyli Roarke chce ci zrobić niespodziankę. Komputer, tworzenie pliku, Dallas, pierwszy dokument, miara, karnacja, wzrost i waga. – Kiedy Eve ściągnęła koszulę, Leonardo podszedł do niej ze skanerem. – Stopy razem. Wzrost, metr siedemdziesiąt pięć centymetrów, waga pięćdziesiąt cztery kilogramy.

– Od jak dawna sypiasz z Mavis?

– Od około dwóch tygodni – odparł Leonardo w przerwie między recytowaniem kolejnych wymiarów. – Jest mi bardzo droga. Obwód talii sześćdziesiąt sześć centymetrów.

– Czy zacząłeś z nią sypiać po tym, jak powiedziała ci, że jej najlepsza przyjaciółka wychodzi za Roarke'a?

Leonardo zastygł w bezruchu, w jego złotych oczach błysnęła złość.

– Nie wykorzystuję Mavis, aby zdobyć to zlecenie. Myśląc tak, obrażasz ją.

– Chciałam się tylko upewnić. Widzisz, mnie też na jest bardzo droga. Jeśli mam cię zatrudnić, lepiej, żeby nie było między nami żadnych niedomówień. Dlatego…

Urwała w pół słowa. Do pracowni, niczym kometa, wpadła kobieta o wyszczerzonych idealnych zębach i czerwonych paznokciach zakrzywionych jak szpony, ubrana w obcisły, czarny spodnium.

– Ty zdradliwy, podstępny, zafajdany sukinsynu! – Rzuciła się na niego niczym pocisk z moździerza zmierzający do celu, a Leonardo, z szybkością i gracją, zrodzonymi z czystego strachu, wykonał unik.

– Pandoro, zaraz ci wszystko wytłumaczę…

– Ja ci dam tłumaczenia! -Wzięła spory zamach i jej szpony przecięły powietrze kilka centymetrów od oczu Dallas.

Było tylko jedno wyjście. Eve znokautowała rozwścieczoną napastniczkę.

– O Jezu, o Jezu. – Leonardo zwiesił swoje potężne ramiona i załamał ręce w rozpaczy.

2

– Musiałaś ją uderzyć?

Eve spojrzała na nieprzytomną kobietę.

– Owszem.

Leonardo odłożył skaner i westchnął ciężko.

– Teraz dopiero da mi popalić!

– Moja twarz, moja twarz. – Odzyskawszy przytomność, Pandora podniosła się z podłogi, obmacując szczękę. – Jest siniec? Widać go? Za godzinę mam sesję zdjęciową.

Eve wzruszyła ramionami.

– Mówi się trudno.

Nastrój poszkodowanej zmienił się w mgnieniu oka.

– Już ja cię załatwię, ty suko – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Możesz wybić sobie z głowy karierę modelki. Wiesz, kim jestem?

Eve nie miała ochoty na dyskusję, tym bardziej że wciąż była naga.

– Myślisz, że mnie to obchodzi?

– Co tu się dzieje? Dallas, uspokój się, on tylko chce wziąć miarę… Och. – Mavis wpadła do pracowni ze szklankami w rękach i stanęła jak wryta.

– Pandora!

– To ty. -Pandorze najwyraźniej zaczynało brakować inwencji w wymyślaniu nowych wyzwisk. Rzuciła się na Mavis, wytrącając jej szklanki z rąk. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Po chwili obie kobiety już tarzały się po podłodze, szarpiąc się za włosy.

– O Jezu. – Eve żałowała, że nie ma przy sobie pistoletu gazowego, bo przydałby się w tej chwili.

– Przestańcie, do cholery! Leonardo, pomóż mi je rozdzielić, zanim się nawzajem pozabijają. – Skoczyła między walczące, po czym zaczęła odciągać je od siebie. Dla własnej satysfakcji dźgnęła Pandorę łokciem w żebra. – Wsadzę cię do klatki, słowo honoru. – Z braku lepszego pomysłu, usiadła okrakiem na przeciwniczce i wyciągnęła odznakę z kieszeni spodni. – Przyjrzyj się temu, kretynko. Jestem gliną. Jak na razie, masz na koncie dwie próby pobicia. Mało ci jeszcze?

– Zabieraj ze mnie tę kościstą, gołą dupę.

Nie samo polecenie, ale spokojny ton, jakim zostało wydane, sprawił, że Eve wstała. Pandora podniosła się, z pietyzmem wygładziła swój czarny spodnium, pociągnęła nosem, odrzuciła z twarzy bujne, ogniste włosy, po czym przeszyła Leonarda ńmnym spojrzeniem ozdobionych długimi rzęsami szmaragdowych oczu.

– Czyli jedna już ci nie wystarczy, ty łajdaku.

– Uniosła rzeźbiony podbródek i popatrzyła z nieskrywaną pogardą na Eve oraz Mavis. – Masz coraz lepszy apetyt, mój drogi, ale coraz gorszy gust.

– Pandoro. – Leonardo, mocno przejęty, oblizał spierzchnięte wargi. – Powiedziałem ci, że wszystko mogę wytłumaczyć. Porucznik Dallas jest moją klientką.

Pandora syknęła jak kobra.

– To tak je teraz nazywasz? Myślisz, że możesz mnie wyrzucić jak wczorajszą gazetę, Leonardo? To ja zdecyduję, kiedy między nami wszystko się skończy.

Mavis podeszła do Leonarda, utykając lekko, i objęła go w talii.

– On ciebie ani nie potrzebuje, ani nie chce.

– Mam gdzieś to, czy on mnie chce. A co do potrzebowania… – Jej pełne wargi wykrzywiły się w złośliwym uśmiechu. – Leonardo musi ci powiedzieć to i owo o życiu, mała. Beze mnie w przyszłym miesiącu nie odbędzie się żaden pokaz jego łachów. Jeśli ten pokaz zostanie odwołany, biedaczek niczego nie sprzeda, a jeśli niczego nie sprzeda, to nie będzie w stanie zapłacić za materiały i całą resztę, a do tego nie zwróci wierzycielom pokaźnej sumki, jaką od nich pożyczył.

Odetchnęła głęboko i obejrzała swoje połamane paznokcie. Wściekłość pasowała do niej jak czarny obcisły spodnium, który miała na sobie.

– To będzie cię drogo kosztować, Leonardo. Przez kilka najbliższych dni mam mnóstwo zajęć, ale na pewno znajdę trochę czasu na pogawędkę z twoimi sponsorami. Jak myślisz, co powiedzą, kiedy poinformuję ich, że nie mogę zniżyć się do paradowania po wybiegu w twoich szmatach?

– Nie możesz tego zrobić. – Z każdego słowa projektanta bił paniczny strach, strach, który zdawał się działać na rudowłosą piękność jak narkotyk. – Byłbym zrujnowany. Wszystko włożyłem w ten pokaz. Czas, pieniądze…

– Jaka szkoda, że nie pomyślałeś o tym, zanim zacząłeś przystawiać się do tej małej zdziry. – Pandora zmrużyła oczy. – Myślę, że pod koniec tygodnia wybiorę się na lunch z kilkoma z twoich sponsorów. Masz, mój drogi, tylko parę dni na to, by zdecydować, jak chcesz to rozegrać. Jeśli nie pozbędziesz się swojej nowej zabawki, zapłacisz słoną cenę. W razie czego wiesz, gdzie mnie szukać.

Wyszła z pracowni przesadnie posuwistym krokiem modelki i z hukiem zatrzasnęła za sobą drzwi.

– O cholera. – Leonardo osunął się na krzesło i ukrył twarz w dłoniach. – Jak zawsze, zjawia się w najmniej odpowiednim momencie.

– Nie. Nie pozwól, żeby ci to zrobiła. Żeby nam to zrobiła. – Mavis kucnęła przed nim, bliska płaczu. – Nie możesz dopuścić do tego, żeby wciąż kierowała twoim życiem, żeby cię szantażowała… – Mavis zerwała się pod wpływem nagłego olśnienia. -To szantaż, zgadza się, Dallas? Idź, aresztuj ją.

Eve zapięła koszulę.

– Kochana, nie mogę jej aresztować za to, że nie chce nosić ciuchów Leonarda. Owszem, mogłabym zgarnąć ją za próbę pobicia, ale wyszłaby na wolność, zanim zdążyłabym zamknąć drzwi celi.

– Przecież to szantaż. Jeśli pokaz się nie odbędzie, Leonardo straci wszystko.

– Przykro mi. Naprawdę. To nie jest sprawa dla policji. – Przeczesała dłonią włosy. -Ta kobieta jest wściekła, rozgorączkowana i tyle. Sądząc z jej nieprzytomnego spojrzenia, prawdopodobnie nałykała sie jakichś prochów. Pewnie wkrótce się uspokoi.

– Nie. – Leonardo usiadł wygodniej. – Będzie chciała się na mnie zemścić. Byliśmy kochankami, w pewnym momencie nasz związek zaczął się psuć. Kiedy więc Pandora na parę tygodni opuściła Ziemię, uznałem, że między nami wszystko skończone. Potem poznałem Mavis. – Ścisnął ją za rękę. -i wtedy już byłem pewien, że nie chcę więcej spotykać się z Pandorą. Próbowałem z nią porozmawiać, wszystko jej wytłumaczyć.

– Skoro Dallas nie może nam pomóc, pozostaje tylko jedno wyjście. – Wargi Mavis zadrżały. – Musisz do niej wrócić. Nie ma innej możliwości. – Zanim Leonardo zdążył cokolwiek powiedzieć, Mavis dodała: – Nie będziemy się spotykać, przynajmniej do twojego pokazu. Może potem zaczniemy wszystko od nowa. Nie wolno ci dopuścić, żeby Pandora poszła do twoich sponsorów i wszystko zepsuła.

– Myślisz, że mógłbym zrobić coś takiego? Być z nią? Dotykać jej po tym, co się stało? Po tym, jak poznałem kogoś takiego jak ty? – Wstał. – Mavis, kocham cię.

– Och. – Jej oczy wypełniły się łzami. – Och, Leonardo. Za bardzo cię kocham, żeby patrzeć, jak ta kobieta cię niszczy. Odchodzę, bo muszę cię uratować.

Mavis wybiegła z pracowni. Leonardo odprowadził ją spojrzeniem, po czym wbił wzrok w drzwi, za którymi zniknęła.

– Jestem w potrzasku. Ta mściwa suka może i odebrać wszystko; kobietę, którą kocham, moją pracę, po prostu wszystko. Mógłbym ją zabić za to że sprawia Mavis taki ból. – Odetchnął głęboko i spuścił oczy. – Czasem człowiek jest tak oszołomiony pięknem, że nie widzi, co się pod nim kryje

– Czy to, co Pandora powie twoim sponsorom naprawdę ma tak duże znaczenie? Przecież nie sfinansowaliby pokazu, gdyby nie byli przekona o wartości twojej pracy.

– Pandora jest jedną z najbardziej rozchwytywanych modelek na świecie. Ma wpływy, prestiż, znajomości. Wystarczy, by szepnęła komu trzeba parę słów, a ktoś taki jak ja albo dostanie szansę zrobienia kariery, albo bezpowrotnie ją utraci.

Podniósł rękę do wiszącej przed nim kompozycji z sieci i kamieni. – Jeśli Pandora ogłosi publicznie, że moje projekty są do niczego, większość potencjalnych klientów zrezygnuje z ich zakupu. Ona może do tego doprowadzić. Całe swoje życie pracowałem na ten pokaz, Pandora zdaje sobie z tego sprawę i wie, jak pozbawić mnie niepowtarzalnej szansy. A na tym się nie skończy. – Opuścił rękę.

– Mavis jeszcze tego nie rozumie. Pandora trzyma mnie w garści aż do końca mojej albo jej kariery, nie uwolnię się od niej, dopóki ona sama nie zdecyduje, że ma mnie dosyć.

Eve wróciła do domu potwornie zmęczona. Najwięcej zdrowia kosztowała ją rozmowa z Mavis, zrospaczoną i wściekłą zarazem. W tej chwili nieszczęśliwa dziewczyna siedziała w starym mieszkaniu Eve, lecząc się tam ze smutku lodami i filmami wideo.

Pragnąc zapomnieć o sercowych rozterkach i modzie, Eve poszła prosto do sypialni i rzuciła się i łóżko. Po chwili wskoczył do niej kot Galahad i zaczął głośno mruczeć. Trącił swoją panią kilka razy pyszczkiem, a kiedy to nie dało żadnego efektu, zwinął się w kłębek i zasnął. Gdy do sypialni wszedł Roarke, Eve nawet nie drgnęła.

– Jak minął wolny dzień?

– Nie znoszę zakupów.

– Po prostu nie weszło ci to jeszcze w krew.

– I bardzo dobrze. – Zaciekawiona, odwróciła pną bok i spojrzała na Roarke'a. -Ty za to uwielbiasz kupować różne rzeczy.

– Jasne. – Wyciągnął się przy niej i pogłaskał kota, gramolącego się nieporadnie na jego pierś.

– Kupowanie daje niemal tyle samo przyjemności, co posiadanie. Bieda, pani porucznik, jest po prostu do kitu.

Eve zamyśliła się nad jego słowami. Jako że kiedyś sama żyła w nędzy, a potem udało jej się poprawić swoją sytuację na tyle, by z trudem wiązać koniec z końcem, nie mogła się z nim nie zgodzić.

– W każdym razie, najgorsze mam już chyba za sobą.

– Szybko się uwinęłaś. – Trochę go to przeraziło.

– Wiesz, Eve, nie musisz od razu podejmować decyzji.

– Prawdę mówiąc, chyba doszliśmy z Leonardem do porozumienia. – Spojrzawszy w górę, na rozciągające się za szybą świetlika niebo, zmarszczyła brwi. – Mavis jest w nim zakochana.

– Mhm… – Roarke leżał ze zmrużonymi oczami, j głaszcząc kota, i zastanawiał się, czy nie obdarzyć tą samą pieszczotą Eve.

– To jest naprawdę miłość. – Westchnęła głęboko. – Mówię ci, ależ miałam ciężki dzień.

Akurat w tej chwili przed oczami Roarke'a j przewijały się kolumny liczb, przedstawiających zyski, jakie miało mu przynieść rychłe podpisanie trzech ważnych umów. Czym prędzej przerwał tej wyliczenia i przysunął się do Eve.

– Opowiedz mi o tym.

– Leonardo… to taki potężny, osobliwie atrakcyjny… nie wiem, jak go określić. Taki fenomen, Zdaje się, że w jego żyłach płynie indiańska krew; ma charakterystyczną dla Indian budowę ciała I i karnację skóry, bicepsy jak gwiezdne torpedy! i przyjemny, gładki jak magnolie głos. Nie jestem ekspertem, ale kiedy patrzyłam, jak szkicuje, sprawił na mnie wrażenie zdolnego. W każdym razie stałam w jego pracowni goła jak mnie Pan Bóg j stworzył…

– Poważnie? – wtrącił łagodnym tonem Roarke i od trąciwszy kota, położył się przy Eve.

– Brał miarę – odparła z pogardliwym uśmieszkiem.

– Mów dalej.

– Dobrze. Mavis wyszła po herbatę…

– Cóż za korzystny zbieg okoliczności.

– I wtedy do pracowni wpadła kobieta, tak rozwścieczona, że jeszcze trochę, a zaczęłaby toczyć pianę z ust. Prawdziwa piękność… metr osiemdziesiąt wzrostu, szczupła jak promień lasera, długie rude włosy, a do tego twarz… cóż, znowu posłużę się porównaniem z magnoliami. W każdym razie, zaczęła wrzeszczeć na Leonarda, a kiedy ten potężny chłop skulił się z przerażenia, rzuciła się na mnie. Musiałam ją unieszkodliwić.

– Uderzyłaś ją.

– Tak, zanim zdążyła poharatać mi twarz ostrymi pazurami.

– Moja droga. – Pocałował ją w policzek, potem w drugi, a następnie jego usta spoczęły na dołeczku w podbródku Eve. – Jak ty to robisz, że przy tobie ludzie zmieniają się w bestie?

– Pewnie takie mam szczęście. W każdym razie, ta Pandora…

– Pandora? – Podniósł głowę i zmrużył oczy. -Ta modelka.

– Tak, podobno jest bardzo znana.

Roarke wybuchnął śmiechem, z każdą chwilą coraz głośniejszym, aż wreszcie nie wytrzymał i przewrócił się na plecy.

– Walnęłaś drogą Pandorę w jej jakże cenną buźkę! Może jeszcze klepnęłaś ją w ten śliczny tyłeczek?

– Szczerze mówiąc… – Kiedy dotarło do niej ukryte znaczenie tych słów, poczuła w sercu ukłucie.

– Znasz ją.

– Można tak powiedzieć.

– Cóż…

Roarke uniósł brew, lekko rozbawiony. Eve usiadła na łóżku i popatrzyła na niego z nachmurzonym czołem. Po raz pierwszy, odkąd byli razem, zauważył w jej spojrzeniu cień zazdrości.

– Kiedyś ją znałem… przez pewien czas. – Podrapał się po podbródku. – Pamiętam to jak przez mgłę.

– Nie kłam.

– Może później sobie przypomnę. Ale zdaje się, że chciałaś coś powiedzieć?

– Czy jest na tym świecie jakakolwiek wyjątkowo piękna kobieta, z którą nie spałeś?

– Specjalnie dla ciebie sporządzę ich listę. A więc znokautowałaś Pandorę?

– Tak. – Teraz Eve żałowała, że nie przyłożyła jej mocniej. – Po chwili do pracowni weszła Mavis i tamta rzuciła się na nią. Zaczęły targać się za włosy, skakać sobie z paznokciami do oczu, a Leonardo tylko załamywał ręce.

Roarke wciągnął Eve na siebie.

– Ty to masz przygody.

– Na koniec Pandora zaczęła się odgrażać, że jeśli Leonardo do niej nie wróci, to ona się postara, żeby nie doszedł do skutku pokaz, na którym bardzo mu zależy. Utopił w nim wszystkie swoje pieniądze, a nawet zaciągnął masę długów. Jeśli ta modelka nie weźmie udziału w pokazie, Leonardo będzie zrujnowany.

– To do niej podobne.

– Kiedy Pandora wyszła z pracowni, Mavis…

– Ciągle byłaś nago?

– Właśnie się ubierałam. Mavis natomiast postanowiła zdobyć się na najwyższe poświęcenie. Zupełnie jak w tragedii. Leonardo wyznaje Mavis miłość, ona wybucha płaczem i wybiega. Jezu, Roarke, czułam się jak zboczeniec podglądający ich przez lornetkę. Zawiozłam Mavis do mojego dawnego mieszkania, przynajmniej na tę noc. Do jutra ma wolne.

– Ciąg dalszy po reklamach – mruknął i uśmiechnął się, widząc jej zdumione spojrzenie. – Jak w statych serialach. Każdy odcinek musiał się kończyć w najbardziej emocjonującym momencie. A cóż zrobi nasz bohater?

– Też mi bohater – mruknęła Eve. – Diabła tam, polubiłam go, mimo że jest mięczakiem. Na pewno marzy o tym, żeby rozwalić Pandorze łeb, ale w końcu jej ulegnie. Dlatego właśnie pomyślałam sobie, e Mavis mogłaby przez kilka dni pomieszkać u nas.

– Nie ma sprawy.

– Poważnie?

– Jak sama często powtarzasz, to duży dom. Poza tym, lubię Mavis.

– Wiem. – Obdarzyła go uśmiechem, co nie zdarzaało się często. – Dzięki. A jak tobie minął dzień?

– Kupiłem małą planetę. Żartuję – dodał szybko, kiedy Eve otworzyła usta z wrażenia. – Poważnie mówiąc, udało mi się sfinalizować negocjacje z komuną rolniczą na Taurusie Pięć.

– Rolniczą?

– Ludzie muszą coś jeść. Po restrukturyzacji ko-nona będzie mogła dostarczać zboże do kolonii przemysłowych na Marsie, w których mam spore udziały. Krótko mówiąc, ręka rękę myje.

– Rzeczywiście. Może jednak porozmawiamy o Pandorze…

Roarke bez słowa położył Eve na łóżku i zsunął rozpiętą już koszulę z jej ramion.

– Nie rozpraszasz mnie – powiedziała. – Co to znaczy „przez pewien czas"?

W odpowiedzi wykonał niezgrabny gest mający uchodzić za wzruszenie ramion i zaczął delikatnie całować ją w szyję.

– Czy chodzi o jedną noc, o tydzień… – Ciało Eve zapłonęło żywym ogniem, gdy Roarke musnął ustami jej pierś. – Miesiąc… no dobrze, teraz już mnie rozpraszasz.

– Postaram się robić to jeszcze lepiej – obiecał. I obietnicę spełnił.

Nieprzyjemnie jest zaczynać dzień od wizyty w kostnicy. Eve szła pogrążonymi w ciszy, wyłożonymi białymi kafelkami korytarzami, usiłując zdusić w sobie gniew wywołany faktem, że wezwano ją o szóstej rano, by obejrzała jakieś zwłoki.

W dodatku topielca.

Stanęła przed drzwiami, pokazała do kamery odznakę i zaczekała, aż komputer odszuka w pamięci i zweryfikuje jej numer identyfikacyjny.

Wszedłszy do pomieszczenia, ujrzała technika stojącego przy szufladach, w których trzymane były ciała. Większość z nich jest zajęta, pomyślała Eve. Jak umierać, to tylko w lecie.

– Porucznik Dallas.

– Zgadza się. Masz tu kogoś dla mnie?

– Właśnie go przywieźli. – Z obojętnością charakterystyczną dla pracowników kostnicy mężczyzna podszedł do jednej z szuflad i wstukał właściwy kod. Chłodzenie ustało, zamki puściły i szuflada wysunęła się, spowita w lodowej mgle. – Policjantka, która go znalazła, stwierdziła, że to przypuszczalnie jeden z pani informatorów.

– Zgadza się. – Eve na wszelki wypadek zaczęła oddychać ustami. Widok ofiary zbrodni nie był dla niej niczym nowym. Zawsze uważała jednak, choć nie potrafiłaby wytłumaczyć dlaczego, że łatwiej jest oglądać ciało w miejscu, gdzie zostało znalezione. Patrząc na zwłoki tu, w nieskazitelnie, dziewiczym wręcz wnętrzu kostnicy, czuła „ jakby robiła coś odrażającego.

– Johannsen, Carter vel Boomer. Ostatni znany adres: nora w Beacon. Drobny złodziejaszek, zawowy szpicel, od czasu do czasu handlujący zakazanymi substancjami i ogólnie rzecz biorąc, żałosna kreaatura niezasługująca na miano istoty ludzkiej.

– Westchnęła i obejrzała ciało. – Cholerny świat, bomer, co oni z tobą zrobili?

– Cios tępym narzędziem – wyjaśnił pracownik kostnicy, biorąc jej pytanie na serio. – Pewnie rurka albo cienki kij. Musimy dokończyć badania. uderzenie zostało zadane z dużą siłą. Ciało leżało w rzece najwyżej parę godzin; sińce i rany są wyraźnie widoczne.

Eve nie słuchała go, jednak nie przerwała wywodu, wygłoszonego ze śmiertelną powagą. Sama wolała odgadnąć, co się stało. Boomer nigdy do przystojniaków nie należał, ale zabójca z jakiegoś powodu zmasakrował mu twarz, tak że niewiele z niej zostało. Nos był zmiażdżony, usta ginęły pod opuchlizną. Sińce na szyi oraz popękane naczynia krwionośne twarzy wskazywały, że mężczyzna został uduszony.

Tors denata zsiniał, a z pozycji ciała można było wywnioskować, że ramię miał zgruchotane. U lewej dłoni brakowało jednego palca; stara, chlubna rana. Eve pamiętała, że zawsze się nią szczycił. Jakiś silny, opętany nienawiścią i zdecydowany naa wszystko zbrodniarz dobrał się do nieszczęsnego, żałosnego Boomera.

Podobnie jak ryby, mimo że ciało nie przebywało długo w wodzie.

– Policjantka, która go znalazła, zidentyfikowała go na podstawie odcisków palców. Od pani uzyskałem potwierdzenie jego tożsamości.

– Przyślijcie mi kopię raportu z sekcji zwłok. – Odwróciła się i ruszyła ku drzwiom. – Jak się nazywa policjantka, która skojarzyła, że Boomer był moim informatorem?

Pracownik kostnicy wyciągnął notebook i wcisnął kilka klawiszy.

– Delia Peabody.

– Peabody. – Po raz pierwszy tego dnia Eve pozwoliła sobie na lekki uśmiech. -Ta to wszędzie się wciśnie. Gdyby ktoś pytał o Boomera, masz mi to natychmiast zgłosić.

Po drodze do komendy głównej Eve skontaktowała się z Peabody. Na ekranie pojawiła się spokojna, poważna twarz policjantki.

– Dallas z tej strony.

– Słucham, pani porucznik.

– Znalazłaś Johannsena.

– Tak jest. Właśnie kończę pisać raport. Mogę wysłać pani jeden egzemplarz.

– Byłabym wdzięczna. Jak zidentyfikowałaś ciało?

– Miałam przy sobie przenośny identyfikator. Palce ofiary były poważnie uszkodzone, więc mogłam ściągnąć tylko fragmenty odcisków, ale na ich podstawie komputer orzekł, że to Johannsen. Słyszałam, że pracował dla pani.

– Tak, zgadza się. Dobra robota, Peabody.

– Dziękuję, pani porucznik.

– Peabody, nie chciałabyś zostać asystentką oficera śledczego?

Maska niewzruszonego spokoju na chwilę zniknęła z twarzy dziewczyny i w jej oczach pojawił się błysk.

– Tak jest. Czy to pani obejmuje śledztwo w sprawie śmierci Johannsena?

– To był mój człowiek – odparła krótko Eve.

– Załatwię, co trzeba. Peabody, za godzinę chcę cię widzieć u mnie w gabinecie.

– Tak jest. Dziękuję, pani porucznik.

– Dallas – mruknęła Eve. – Mów mi Dallas.

– Ale dziewczyna już przerwała połączenie.

Eve spojrzała na zegarek i skrzywiła się. Jak zawsze, był duży ruch. W końcu machnęła ręką i zamiast jechać prosto do komendy, skręciła i trzy przecznice dalej zatrzymała się pod kawiarnią dla zmotoryzowanych. Kawa smakowała tu nieco mniej ohydnie niż w stołówce komendy głównej. Pochłonąwszy tę ożywiającą ciecz oraz coś, co zapewne miało być słodką bułką, Eve zaparkowała wóz i przygotowała się na rozmowę z przełożonym.

Gdy jechała na górę ciasną klatką uchodzącą za windę, czuła, jak sztywnieją jej plecy. Próbowała sobie wmówić, że to nic wielkiego, że już powinno być po wszystkim, ale to nie pomagało. Nie potrafiła do końca wyzbyć się żalu i gniewu, budzących się w jej duszy na wspomnienie jednej z poprzednich spraw.

Weszła do recepcji, wypełnionego konsolami pomieszczenia o ciemnych ścianach, wyłożonego przetartymi dywanami. Zaanonsowała swoje przybycie przy stanowisku komendanta Whitneya, a biurowy komputer monotonnym głosem kazał jej poczekać.

Zamiast podejść do okna czy poprzeglądać stare dyski gazetowe, Eve nie ruszyła się z miejsca. Za jej plecami stał telewizor, nastawiony na kanał nadający przez cały dzień wiadomości, ale dźwięk był wyłączony, a ona sama nie miała ochoty niczego posłuchać.

Po tym, co wydarzyło się przed kilkoma tygodniami, miała mediów po dziurki w nosie. Szczęście w nieszczęściu, pomyślała, że nikt nie zainteresuje się kimś stojącym tak nisko w hierarchii przestępczej jak Boomer. Śmierć drobnego handlarza nie mogła zwiększyć oglądalności.

– Komendant Whitney czeka na panią, porucznik Dallas.

Drzwi otworzyły się przed nią. Eve weszła i skręciła w lewo, do gabinetu Whitneya.

– Pani porucznik.

– Witam, komendancie. Dziękuję, że zgodził się pan ze mną porozmawiać.

– Proszę, usiądź, Dallas.

– Nie, dziękuję. Nie zajmę panu wiele czasu. Właśnie zidentyfikowałam topielca przywiezionego do kostnicy. To Carter Johannsen. Jeden z moich szpicli.

Whitney, potężnie zbudowany mężczyzna o surowej twarzy i zmęczonych oczach, odchylił się na oparcie krzesła.

– Boomer? Swojego czasu przygotowywał bomby dla złodziei ulicznych. Urwało mu palec wskazujący prawej dłoni.

– Lewej, panie komendancie – poprawiła go Eve.

– A tak, lewej. – Whitney złożył ręce na biurku i spojrzał przenikliwym wzrokiem na Eve. Kiedyś ją zawiódł, popełnił błąd w sprawie, która dotyczyła jego osobiście. Był świadom, że Eve ciągle jeszcze nie potrafiła mu tego zapomnieć. Wciąż mógł liczyć na jej posłuszeństwo i szacunek, ale rodząca się między nimi przyjaźń prasnęła jak bańka mydlana.

– Domyślam się, że to zabójstwo.

– Nie dostałam jeszcze wyników sekcji, ale wygląda na to, że przed wrzuceniem do rzeki Boomer został pobity i uduszony. Chciałabym zająć się tą sprawą.

– Czy współpracowałaś z nim przy jakimś obecnie prowadzonym śledztwie?

– Nie, panie komendancie. Od czasu do czasu i przekazywał informacje wydziałowi nielegalnych substancji. Muszę się dowiedzieć, kto był z nim w kontakcie. Whitney skinął głową.

– Ile śledztw masz w tej chwili na głowie?

– Dam sobie radę.

– Czyli jesteś nadmiernie obciążona pracą. Podniósł dłoń, ale po chwili rozmyślił się i opuścił; ją z powrotem na biurko. – Dallas, ludzie pokroju Johannsena sami szukają guza. Obydwoje dobrze wiemy, że w taki upał liczba morderstw gwałtownie i wzrasta. Nie mogę pozwolić, by jeden z moich najlepszych detektywów tracił czas na tak trywialną sprawę.

Eve zacisnęła zęby.

– To był mój człowiek. Bez względu na to, czym się zajmował.

Jak zawsze lojalna. Whitney za to właśnie ją cenił.

– Przez najbliższe dwadzieścia cztery godziny możesz uważać tę sprawę za priorytetową – powiedział. – W sumie daję ci trzy dni. Potem przekażę akta komuś niższemu rangą.

Na nic więcej Eve nie liczyła.

– Chciałabym, żeby w prowadzeniu śledztwa pomagała mi sierżant Peabody.

Whitney spojrzał na nią ponuro.

– Mam ci przydzielić asystentkę? Do takiej sprawy?

– Chcę Peabody – odparła Eve hardym tonem. – Doskonale radzi sobie w terenie i pragnie zostać detektywem. Myślę, że przyda jej się trochę doświadczenia.

– Dobrze, możesz ją sobie wziąć na trzy dni, ale jeśli pojawi się coś ważniejszego, odbiorę wam to śledztwo.

– Tak jest.

– Dallas – powiedział, kiedy odwróciła się i skierowała ku drzwiom. Na chwilę zapomniał, że jest jej przełożonym. – Eve… nie miałem jak dotąd okazji złożyć ci życzeń z okazji ślubu. Wszystkiego najlepszego.

W jej oczach błysnęło zaskoczenie. Po chwili jednak opanowała się i jej twarz przybrała kamienny wyraz.

– Dzięki.

– Mam nadzieję, że będziesz szczęśliwa.

– Ja też.

Nieco rozkojarzona, przeszła labiryntem korytarzy do swojego pokoiku. Musiała poprosić jeszcze kogoś o przysługę. By nikt jej nie podsłuchał, przed uruchomieniem telełącza zamknęła drzwi.

– Kapitan Ryan Feeney. Wydział Elektroniczny. Odetchnęła z ulgą, kiedy na ekranie pojawiła się znajoma, pomarszczona twarz.

– Wcześnie zaczynasz pracę, Feeney.

– Szlag by to, nawet nie miałem czasu zjeść śniadania – odparł posępnym tonem, żując słodką bułkę. – Awaria terminalu i od razu mnie wzywają, bo nikt inny nie może tego draństwa naprawić.

– Ciężko jest być niezastąpionym. Mógłbyś coś dla mnie sprawdzić, oczywiście nieoficjalnie?

– Nareszcie coś interesującego. Wal.

– Ktoś załatwił Boomera.

– Przykro mi to słyszeć. – Ugryzł kolejny kęs bułki. – Był śmieciem, ale zwykle spadał na cztery łapy. Kiedy to się stało?

– Nie jestem pewna; jego ciało zostało dziś rano wyłowione z East River. Wiem, że Boomer kontaktował się z kimś z wydziału nielegalnych substancji. Możesz to sprawdzić?

– Ciężka sprawa. Tego typu informacje z reguły [są utajnione.

– Możesz to zrobić czy nie?

– Mogę, jasne, że tak – odburknął. -Ale nikomu ii słowa, że ci pomogłem. Gliniarze nie lubią, jak n się grzebie w aktach.

– Wiem. Dzięki, Feeney. Boomer przed śmiercią i dostał niezły wycisk. Musiał wiedzieć coś tak waż-ego, że ktoś doszedł do wniosku, iż na wszelki wypadek trzeba się go pozbyć. Nie sądzę, aby miało to coś wspólnego z którąkolwiek z prowadzonych przeze mnie spraw.

– Skontaktuję się z tobą, kiedy będę coś wiedział.

Odchyliła się od ekranu i odetchnęła głęboko, próbując się odprężyć. Przed jej oczami pojawiła się zmasakrowana twarz Boomera. Został pobity rurką albo kijem, pomyślała. Ale pięści też zrobiły swoje. Eve wiedziała, co gołe, twarde kłykcie mogą zrobić z twarzą. Przekonała się o tym na własnej skórze.

Jej ojciec miał wielkie dłonie.

Zawsze próbowała udawać przed sobą, że tego nie pamięta. Ale nie mogła zapomnieć, co czuła, kiedy spadały na nią ciosy, jak każdy z nich wywoływał wstrząs, zanim pojawiał się ból.

Co było gorsze? Bicie czy gwałty? W jej pamięci jedno zlewało się z drugim.

Przed oczami Eve stanęła dziwnie wygięta ręka Boomera. Złamanie z przemieszczeniem, pomyślała. Jak przez mgłę przypomniał jej się suchy trzask łamanej kości, mdłości, które tłumiły ból, piskliwe wycie dobywające się z zakrytych wielką dłonią ust. Zimny pot na całym ciele i lęk, że te wielkie pięści uderzą znowu i będą bić dotąd, aż zabiją. Aż człowiek zacznie błagać Boga o śmierć. W ciszę wdarło się pukanie do drzwi. Podskoczyła i stłumiła okrzyk przerażenia. Przez szybę ujrzała stojącą na baczność Peabody w starannie wyprasowanym mundurze.

Eve otarła dłonią usta, usiłując odzyskać panowanie nad sobą. Pora wziąć się do roboty.

3

Budynek, w którym mieszkał Boomer, nie prezentował się aż tak źle, jak można się było spodziewać. Dawniej, przed zalegalizowaniem prostytucji, mieścił się tu tani motel dla gorzej sytuowanych dziwek. Dom miał cztery kondygnacje, ale nikt nie pomyślał o tym, by w środku zainstalować windę czy choćby ruchome schody. Znajdowała się tam jednak nędzna recepcja, a za biurkiem czuwał nie-przyjaźnie wyglądający android.

Sądząc z unoszącego się zapachu, wydział zdrowia niedawno przeprowadził tu deratyzację i dezynsekcję.

Android miał w prawym oku tik wywołany awarią procesora, ale lewe utkwił w odznace Eve.

– My przestrzegamy przepisów – oznajmił zza przydymionej szyby. – Mamy tu spokój.

– Johannsen. – Eve schowała odznakę. – Czy ktoś go ostatnio odwiedzał?

Android przewrócił swoim małym okiem.

– Jestem zaprogramowany do zbierania czynszu i utrzymywania porządku, a nie rejestrowania gości lokatorów.

– Mogę skonfiskować twoje dyski z pamięcią i sama je sobie obejrzeć.

Nie odpowiedział, ale rozległ się cichy szum towarzyszący uruchomieniu dysku.

– Johannsen, pokój 3C, wyszedł osiem godzin i dwadzieścia osiem minut temu. Był sam. Przez ostatnie dwa tygodnie nie miał żadnych gości.

– Z kimś rozmawiał?

– Nie korzysta z naszego systemu łączności. Ma własny.

– Obejrzymy sobie jego pokój.

– Drugie piętro, drugie drzwi na lewo. Proszę j me niepokoić lokatorów. Chcemy tu mieć spokój.

– Taa, jak w raju. – Eve weszła na drewniane schody, ponadgryzane przez szczury. – Peabody, nagrywaj

– Tak jest. – Dziewczyna posłusznie przyczepiła sobie mikrofon do koszuli. – Skoro był tu przed ośmioma godzinami, musiał zginąć niedługo po wyjściu z budynku. Może w godzinę, dwie później.

– Dość czasu, żeby mu porachować kości. – Eve rozejrzała się. Na ścianach widniało kilka nieprzyzwoitych ogłoszeń i anatomicznie wątpliwych sugestii. Jeden z twórców miał problemy z ortografią i konsekwentnie robił błędy w pisowni wyrazów i „h" i „ch".

Treść napisów nie pozostawiała jednak wątpliwości.

– Przytulnie tu, co?

– Zupełnie jak u mojej babci. Przy drzwiach mieszkania numer 3C Eve się obejrzała.

– No proszę, Peabody, chyba właśnie pokusiłaś się o żart.

Ze śmiechem sięgnęła po kartkę z kodem, a Peabody spłonęła rumieńcem. Szybko się opanowała, nie chcąc okazywać słabości przy szefowej.

– Zamykał się na cztery spusty, co? – mruknęła Eve, kiedy otworzył się ostatni z trzech zamków Keligh. – I nie skąpił pieniędzy na zabezpieczenia. Każdy z tych zamków kosztuje tyle, ile ja zarabiam przez tydzień. Niewiele mu pomogły. – Wypuściła powietrze z ust. – Porucznik Eve Dallas, wchodzę do mieszkania ofiary. – Pchnęła drzwi. – Cholerny świat, Boomer, mieszkałeś w chlewie.

W pokoju panowała niemiłosierna duchota. Regulować temperaturę można było tylko, otwierając bądź zamykając okno. Boomer zamknął je przed wyjściem i uwięził gorąco w swojej norze.

W zatęchłym powietrzu unosił się odór zepsutego jedzenia, brudnych ciuchów i rozlanej whisky. Podczas gdy Peabody przystąpiła do wstępnych oględzin, Eve przeszła na środek pokoju, niewiele większego od klatki, i potrząsnęła głową.

Pościel przykrywająca wąskie łóżko upstrzona była plamami, o których pochodzeniu Eve wolała nic nie wiedzieć. Obok leżały pudełka po jedzeniu. Tkwiący w kącie pokoju stos brudnych ubrań jasno wskazywał, że pranie nie należało do ulubionych] zajęć Boomera. Podeszwy butów przyklejały się do | podłogi i odrywały z odgłosem przypominającym; cmokanie.

Nie mogąc już dłużej znieść zaduchu, Eve z tru- j dem otworzyła okno. Do pokoju wdarł się szum. wiatru i hałas uliczny.

– Jezu, co za chlew. Przecież Boomer nieźle zarabiał jako szpicel. Nie musiał mieszkać w takiej norze.

– Pewnie to lubił.

– Tak. – Eve, marszcząc nos, otworzyła drzwi do j łazienki. W środku stał sedes z nierdzewnej stali, umywalka oraz specjalny prysznic dla wysokich inaczej. W powietrzu unosił się straszliwy smród. – Wolałabym badać trzydniowego trupa. – Oddychając! przez usta, odwróciła się i zamknęła za sobą drzwi j łazienki. – Ach, więc to w tym utopił swoje pieniądze – powiedziała, podchodząc do solidnego biurka,

Peabody skinęła głową. Stało tam kosztowne centrum łączności. Wyżej, na ścianie, wisiał ekran, a obok niego znajdowała się półka zastawiona dyskami. Eve wyciągnęła jeden z nich na chybił trafił i odczytała tytuł.

– Widzę, że Boomer lubił kulturalną rozrywkę. „Cycaate lalunie".

– Ile Oscarów dostał ten film?

Eve prychnęła i odłożyła dysk na miejsce.

– Nieźle, Peabody. Tylko nie trać dobrego humoru bo będziemy musiały to wszystko obejrzeć. Spakuj dyski, zapisz numery i tytuły. Uruchomiła łącze i przejrzała rozmowy w pamięci urządzenia. Przewinęła zamówienia posiłków i sesję z wideoprostytutką, za którą Boomer zabulił pięć tysięcy. Dwukrotnie kontaktował się z nim facet podejrzewany o handel narkotykami, ale gawędzili tylko o baseballu i zapasach. Pewne zainteresowanie Eve wzbudził fakt, że w przeciągu ostatnich trzydziestu godzin Boomer dwa razy łączył się z jej numerem biurowym.

– Próbował się ze mną skontaktować – mruknęla- Rozłączył się, nie zostawiając wiadomości. To do niego niepodobne. -Wyciągnęła dysk z urządzenia i oddała Peabody.

– Nic nie wskazuje, by się czegoś obawiał, pani porucznik.

– Nie, był z niego prawdziwy cwaniak. Gdyby myślał, że ktoś chce go sprzątnąć, rozbiłby namiot ma moim progu. No dobra, Peabody, mam nadzieję jesteś zaszczepiona. Trzeba przeszukać ten bajzel.

Kiedy skończyły rewizję, obie były brudne, spocone i zdegustowane. Na polecenie Eve Peabody rozluźniła sztywny kołnierz munduru i zawinęła rękawy. Mimo to pot spływał jej po twarzy i zlepiał| włosy w pokręcone strąki.

– Pomyśleć, że uważałam moich braci za niechlujów.

Eve odsunęła nogą brudną bieliznę.

– Ilu masz braci?

– Dwóch. I siostrę.

– Jest was aż czworo?

– Moi rodzice są wyznawcami zasad Wolnego Wieku – wyjaśniła Peabody z nutą zażenowania! w głosie. – Wie pani, życie na wsi, naturalne rozmnażanie, te sprawy.

– Nieustannie mnie zaskakujesz, Peabody. Kto by pomyślał, że taka twarda dziewczyna jak ty wywodzi się z rodziny wolnowiekowców. Co sprawiło, że nie zajęłaś się uprawą lucerny, wyplataniem mat i wychowywaniem gromadki dzieciaków?

– Melduję, że lubię tłuc oprychów po zębach.

– To dobry powód. – Eve zostawiła na koniec to, co wydawało jej się najgorsze. Z nieskrywanym obrzydzeniem wbiła wzrok w łóżko. Oczami duszy widziała kryjące się pod pościelą niewidoczne gołym okiem robactwo. – Musimy obejrzeć materac.

Peabody przełknęła ślinę.

– Tak jest.

– Nie wiem, jak ty, Peabody, ale ja po wyjściu stąd idę prosto do komory odkażającej.

– Będę pani towarzyszyć, pani porucznik.

– Dobrze więc. Do dzieła.

Najpierw ściągnęły z łóżka poplamioną i śmierdzącą pościel. Analizę składu plam i zapachów Eve pozostawiła specjalistom, ale i bez ich pomocy wiedziała już, że Boomer nie został zamordowany w swoim pokoju.

Mimo to nie przerywała rewizji. Najpierw wytrząsnęła poduszkę z poszwy, a następnie dokładnie ją przeszukała. Potem dała sygnał Peabody lękając głośno, przewróciły materac na drugą stronę.

– Może Bóg jednak istnieje – mruknęła Eve. Od spodu do materaca były przyczepione dwie paczuszki. Jedną z nich wypełniał jasnoniebieski proszek a w drugiej znajdował się dysk. Eve oderwała je od materaca, po czym, opanowawszy prażenie otwarcia torebki z dziwnym proszkiem, przyjrzała się dyskowi. Nie był w żaden sposób oznakowany, ale w odróżnieniu od innych, spoczywało pudełku chroniącym go przed kurzem. W zwykłych okolicznościach sprawdziłaby dysk na miejscu, korzystając ze sprzętu Boomera. Wytrzymałaby jakoś i smród, i pot, a nawet brud. Ale nie była w stanie dłużej znieść myśli o mikroskopijnych pasożytach pełzających po jej skórze.

– Wynośmy się stąd.

Zaczekała, aż Peabody wyniesie pudło z dowodami na korytarz, po czym, zerknąwszy po raz ostatni na pokój, w którym mieszkał jej informator, zamknęła i zaplombowała drzwi, a następnie włączyła czerwone światełko ostrzegawcze.

Odkażanie nie było bolesne, chociaż nie należało też do szczególnych przyjemności. Na szczęście trwało stosunkowo krótko. Eve i Peabody siedziały nago w ciasnej, dwuosobowej komorze o białych, laokrąglonych ścianach, od których odbijało się gorące, jasne światło.

– To suche gorąco – oznajmiła Peabody, a Eve zareagowała wybuchem śmiechu.

– Zawsze tak wyobrażałam sobie piekło. – Zamknęła oczy i próbowała się odprężyć. Nie uważała się za klaustrofobiczkę, jednak w ciasnych, zamkniętych pomieszczeniach zawsze czuła się niepewnie.

– Wiesz, Peabody, pięć lat współpracowałam z Boomerem. Nie był typem dżentelmena, ale nigdy bym nie przypuszczała, że mieszka w takich warunkach. – W nozdrzach wciąż miała smród z pokoju. -Na ogół był raczej schludny. Powiedz, co znalazłaś w łazience.

– Brud, pleśń, dawno nieprane ręczniki. Dwie kostki mydła, w tym jedną nierozpakowaną, pół tubki szamponu, żel do zębów, ultradźwiękową szczoteczkę i maszynkę do golenia. Jeden grzebień, złamany.

– Przybory toaletowe. Boomer dbał o siebie, Peabody. Zgrywał się nawet na kobieciarza. Domyślam się, że analiza wykaże, że żarcie, ciuchy oraz brud leżą tam dwa-trzy tygodnie. Mówi ci to coś?

– Że ten gość się ukrywał… że był czymś zaniepokojony albo wplątał się w coś i wolał się nie wychylać.

– Dokładnie. Nie był na tyle zdesperowany, żeby mi się zwierzyć, ale wystarczająco zaniepokojony, by na wszelki wypadek schować to i owo pod materacem.

– Gdzie nikt by tego nie szukał – rzuciła sarkastycznym tonem Peabody.

– Bystrością to on nie grzeszył, przynajmniej w pewnych sprawach. Domyślasz się, co to za proszek?

– Jakaś nielegalna substancja.

– Nie widziałam jeszcze żadnego narkotyku w tym kolorze. To coś nowego – rozmyślała Eve na głos. Światło przygasło i przybrało szarą barwę, po czym rozległ się przeciągły pisk. -Wygląda na to, że jesteśmy czyste. Wrzućmy na siebie jakieś świeże ciuchy i chodźmy rzucić okiem na ten dysk.

– Co to jest, u licha? – Eve patrzyła z nachmurzonym czołem na monitor. Zaczęła nieświadomie bawić się dużym brylantem, który nosiła na szyi.

– Jakiś wzór?

– Tego się domyśliłam, Peabody.

– Tak jest. – Peabody, skarcona, odsunęła się od Eve.

– Cholera jasna, jak ja nie znoszę chemii. – Eve obejrzała się z nadzieją. – Może ty się na tym masz?

– Nie, pani porucznik. Nie mam nawet podstawowej wiedzy.

Eve wbiła wzrok w mieszaninę liczb, znaków i symboli.

– Mój sprzęt nie jest zaprogramowany na odczytywanie takich cholerstw. Będę musiała zanieść to do laboratorium. – Zirytowana, zabębniła palcami w biurko. – Domyślam się, że to wzór tego proszku, który znalazłyśmy, ale skąd, do diabła, wytrzasnął go taki łachudra jak Boomer? I z którym detektywem się kontaktował oprócz mnie? Wiedziałaś, że współpracuje ze mną, Peabody. Skąd?

Tocząc w duszy bój z ogarniającym ją wstydem, Peabody spojrzała przez ramię na znaki widniejące na ekranie.

– Wspomniała pani o nim w kilku raportach wewnątrzwydziałowych dotyczących zamkniętych spraw, pani porucznik.

– Masz w zwyczaju czytać raporty?

– Te, które pani pisze, owszem.

– Dlaczego?

– Bo jest pani najlepsza.

– Peabody, podlizujesz się czy czyhasz na moje stanowisko?

– Kiedy pani awansuje na kapitana, zwolni się miejsce dla mnie.

– Dlaczego sądzisz, że chciałabym awansować?

– Byłaby pani głupia, gdyby nie chciała, a głupia pani nie jest.

– Dobrze, dajmy temu spokój. Przeglądasz inne raporty?

– Od czasu do czasu.

– Nie domyślasz się, kto z wydziału nielegalnych substancji mógł współpracować z Boomerem?

– Nie, pani porucznik. Nikt prócz pani o nim nie wspominał. Zazwyczaj szpicle kontaktują się z jednym określonym detektywem.

– Boomer lubił urozmaicenia. Chodźmy w teren. Zajrzymy do knajp, w których przesiadywał, może tam się czegoś dowiemy. Mamy tylko parę dni, Peabody. Jeśli ktoś czeka na ciebie z ciepłymi kapciami, daj znać, że będziesz zajęta.

– Nie jestem z nikim związana, pani porucznik. Mogę pracować po godzinach.

– To dobrze. – Eve wstała. – No to do dzieła. Aha, jeszcze jedno. Peabody, widziałyśmy się nago. Daruj sobie tę „panią porucznik". Mów mi Dallas.

– Tak jest, pani porucznik.

Kiedy Eve wróciła do domu, było już dobrze po trzeciej nad ranem. Zaraz za drzwiami potknęła się o kota, który tam właśnie postanowił trzymać straż, zaklęła siarczyście i ruszyła po omacku w stronę schodów.

Przez jej głowę przewijały się dziesiątki obrazów: bary pogrążone w półmroku, małe kluby ze striptizem, uliczki, na których podrzędne firmy handlowały nielegalnym towarem. W takich właśnie miejscach spędzał swoje dni i noce Boomer Johannsen. Oczywiście nikt nic nie wiedział. Nikt niczego nie widział. Jedyną pewną informacją, jaką udało jej się uzyskać w czasie wędrówki przez ciemną stronę miasta, była ta, że od co najmniej tygodnia nikt nie widział Boomera ani nawet nie słyszał, co się z nim dzieje.

Jednak jakiś człowiek go odnalazł. Eve miała coraz mniej czasu, by dowiedzieć się, kim on był, i poznać motywy jego działania.

Światła w sypialni były przygaszone. Eve zdjęła koszulę i odrzuciła ją na bok, gdy zorientowała się nagle, że łóżko jest puste. Ogarnęło ją głębokie rozczarowanie i poczuła w sercu nieprzyjemne ukłucie strachu.

Musiał wyjechać, pomyślała. Bóg jeden wie, jak daleko. Mógł udać się w najdalszy zakątek skolonizowanego wszechświata. Być może wróci dopiero za kilka dni.

Spojrzawszy z żalem na łóżko, zdjęła buty i ściągnęła spodnie. Następnie wygrzebała z szuflady bawełnianą podkoszulkę i włożyła ją przez głowę.

Boże, ależ była żałosna. Zmartwiła się tylko dlatego, że Roarke musiał wyjechać w interesach. Dlatego, że nie mogła się do niego przytulić. Dlatego, że dziś nie odpędzi koszmarów, które nawiedzały ją coraz częściej i bardziej natarczywie, w miarę jak powracały wspomnienia.

Wmówiła sobie, że jest zbyt zmęczona, by śnić. Zbyt zapracowana, by bić się z myślami. I wystarczająco silna, by nie pamiętać tego, czego nie chciała pamiętać.

Kiedy odwróciła się, zamierzając pójść do swojego gabinetu na piętrze i tam spędzić resztę nocy, drzwi się rozsunęły. Od razu spłynęło na nią głębokie poczucie ulgi.

– Myślałam, że musiałeś wyjechać.

– Pracowałem. – Roarke podszedł, wziął ją pod podbródek i spojrzał jej głęboko w oczy. – Pani porucznik, dlaczego zawsze haruje pani do upadłego?

– Szef dał mi trzy dni na rozwiązanie tej sprawy. – Może była zmęczona, a może bardziej niż dotąd skłonna do czułości, w każdym razie pogładziła go po twarzy. – Strasznie się cieszę, że tu jesteś. – Roarke wziął ją na ręce i zaczął nieść w stronę łóżka. Eve uśmiechnęła się lekko.

– Nie to miałam na myśli.

– Położę cię do łóżka, a ty masz natychmiast zasnąć.

Nie mogła protestować, jako że oczy już jej się zamykały.

– Dostałeś wiadomość ode mnie?

– Tę sążnistą epistołę o treści „wrócę późno"? Tak. – Pocałował ją w czoło. – No już, wyłącz się.

– Momencik. – Walczyła ze snem. – Rozmawiałam z Mavis tylko przez kilka minut. Chce zostać na parę dni tam, gdzie jest. Nie pójdzie też do Niebieskiej Wiewiórki. Dowiedziała się, że kilka razy zaglądał tam Leonardo i o nią wypytywał.

– Jak na zakochanego przystało.

– Mhm. Spróbuję jutro znaleźć trochę wolnego czasu i zajrzeć do niej, ale mogę się nie wyrobić. Wtedy odwiedziłabym ją dopiero pojutrze.

– Nic jej nie będzie. Jak chcesz, mogę do niej wpaść.

– Dzięki, ale tobie się nie zwierzy. Zajmę się nią, kiedy tylko się dowiem, co knuł Boomer. Jestem na sto procent pewna, że za cholerę nie potrafiłby odczytać tego, co było zapisane na dysku.

– Oczywiście, masz rację – powiedział Roarke łagodnym tonem, w nadziei, że uda mu się ją wyciszyć.

– Nie żeby nie potrafił liczyć. Zwłaszcza gdy szło o pieniądze. Ale wzory chemiczne… – Nagle zerwała się, omal nie rozbijając czołem nosa Roarke'owi. -Twój sprzęt sobie z tym poradzi!

– Myślisz?

– Laboratorium mnie spławiło. Mają dużo roboty, a ta sprawa nie należy do priorytetowych. Innymi słowy, nic ich nie obchodzi jakiś tam Boomem dodała, gramoląc się z łóżka. – Twój nielicencjonowany sprzęt ma wbudowaną możliwość analizy naukowej, zgadza się?

– Jasne. – Podniósł się z cichym westchnieniem.

– Domyślam się, że chcesz teraz z niego skorzystać?

– Możemy ściągnąć dane z komputera w moim gabinecie w pracy. – Chwyciła Roarke'a za rękę i pociągnęła go za sobą w stronę windy. -To nie potrwa długo.

W drodze na górę opowiedziała mu wszystko. Kiedy wpisał kod otwierający drzwi gabinetu, Eve była już całkowicie rozbudzona i rześka.

Sprzęt był nowoczesny, nielicencjonowany i oczywiście nielegalny. Eve uruchomiła go tak, jak czynił to Roarke, kładąc dłoń na płycie czytnikowej, po czym zasiadła za konsolą w kształcie litery „U".

– Ty ściągniesz dane szybciej, niż gdybym ja to mała robić – powiedziała. – Są pod Kodem Drugim, Żółty, Johannsen. Mój numer dostępu to…

– Daj spokój. – Skoro Roarke miał bawić się w policjanta o trzeciej nad ranem, nie zamierzał pozwolić, by go obrażano. Usiadł za konsolą i ręcznie przestawił kilka przełączników. – I jesteśmy w komendzie głównej – powiedział, uśmiechając się na widok jej zmarszczonych brwi.

– To się nazywa zabezpieczony system.

– Chciałabyś zobaczyć coś jeszcze, zanim wejdę do twojego komputera?

– Nie – odparła stanowczo i stanęła za nim. Roarke zaczął wpisywać komendy jedną ręką, a drugą wziął dłoń Eve i przyłożył do ust, po czym zaczął delikatnie przygryzać jej kostki. – Nie popisuj się.

– Nie byłoby zabawy, gdybyś po prostu dała mi swój kod. Dobrze, jesteśmy w twoim komputerze – mruknął i włączył automatyczne sterowanie.

– Plik Kod Dwa, Żółty, Johannsen. – Jeden z ekranów po przeciwnej stronie pokoju rozbłysnął.

Czekaj…

– Dowód numer 34-J, pokaż i skopiuj – zażądał Eve. Kiedy na ekranie pojawił się wzór, potrzasnęła głową. -Widzisz? Zupełnie jak hieroglify.

– Wzór chemiczny – mruknął Roarke.

– Skąd wiesz?

– Zajmuję się produkcją podobnych rzeczy, oczywiście, legalnie. To mi wygląda na jakiś środek przeciwbólowy, chociaż nie do końca. O działaniu halucynogennym… – Cmoknął językiem i potrząsnął głową. – Pierwszy raz w życiu widzę coś takiego. To nie jest żadna ze standardowych substancji. |Komputer, analiza i identyfikacja.

– Czyli uważasz, że to narkotyk? – spytała Eve, j gdy komputer wziął się do pracy.

– Bez wątpienia.

– To by pasowało do mojej teorii. Ale po co Boomerowi był wzór tego związku i dlaczego ktoś miałby z jego powodu posunąć się do morderstwa?

– To zależy od tego, jak dobrze mógł się sprzedawać ten narkotyk. – Roarke spojrzał na ekran i zmarszczył brwi, widząc kolorowe kropki i spirale przedstawiające budowę cząsteczkową tajemniczego związku. – Mamy tu organiczny środek pobudzający, standardowy związek halucynogenny. Zawartość niewielka, prawie że mieszcząca się w dopuszczanych prawem granicach. Proszę, a oto właściwości THR-50.

– Na ulicach mówią na to „Zeus". Paskudztwo.

– Hmmm. Wielkiego kopa to nie daje. Ale to ciekawa mieszanka. Jest w niej mięta dla smaku. Prawdopodobnie po przeprowadzeniu drobnych zmian można by to produkować w postaci płynu. Po zmieszaniu z Brinockiem otrzymalibyśmy środek pobudzający apetyt seksualny i wzmagający dozna-. W odpowiednich dawkach mógłby być wykorzystany do leczenia impotencji.

– Wiem, co to jest. Jeden facet kiedyś to przedawkował. Najpierw pobił rekord świata w masturbacji, a potem się zabił. Nie mógł się zaspokoić w końcu wyskoczył przez okno. Jego kutas był spuchnięty jak kiełbasa wieprzowa, mniej więcej tym samym kolorze i wciąż twardy jak stal.

– Dzięki, że podzieliłaś się ze mną tym wspomnieniem. Co jest grane? – Roarke podszedł do iatury, wyraźnie zbity z tropu. Na ekranie komputera jednak uparcie migotały te same słowa.

Substancja nieznana. Prawdopodobnie regenerator komórek. Identyfikacja niemożliwa.

– Jak to? – zdziwił się. – Przecież baza danych jest automatycznie uaktualniana. Nie istnieje związek chemiczny, którego ten komputer nie potrafiłby zidentyfikować.

– Nieznana substancja. No proszę! Dla czegoś takiego można by zabić. Da się wyciągnąć coś więcej?

– Zidentyfikuj przy posiadanych danych – polecił komputerowi Roarke.

Środek pobudzający o działaniu halucynogennym t bazie organicznej. Szybko dostaje się do układu donośnego i oddziałuje na system nerwowy.

– Efekty?

Niewystarczające dane.

– Szlag by to. Prawdopodobne efekty przy posiadanych danych.

Wywołuje euforię, paranoję, fałszywe przekonanie o własnych zdolnościach fizycznych i umysłowych, pobudza apetyt seksualny. Przy dawce 55 mg u przeciętnego człowieka o wadze 70 kg działanie trwa cztery do sześciu godzin. Dawka przekraczająca 100 mg spowoduje zgon w 87,3% wypadków. Substancja podobna do THR-50, znanej też jako Zeus, z domieszką środka pobudzającego, co powoduje zwiększone podniecenie i regenerację komórek.

– Ta substancja niewiele się różni od Zeusa

– mruknęła Eve. – I nie wygląda na szczególnie atrakcyjną. Ćpuny już od dawna mieszają Zeusa z Eroticą. To niebezpieczna mikstura, przyczyniająca się do gwałtownego wzrostu liczby gwałtów, ale ani nie jest tajna, ani nie przynosi zbyt wielkich zysków. Każdy ćpun może ją przygotować w przenośnym laboratorium.

– Ale nie uda mu się znaleźć klucza do tajemnicy. Ten związek powoduje regenerację komórek.

– Brew Roarke'a drgnęła lekko. – Legendarne Źródło Młodości.

– Każdy, kto ma wystarczająco dużo kredytów, może przejść terapię odmładzającą.

– Ale jej efekty są krótkotrwałe – zauważył Ro-arke. – Trzeba ją regularnie powtarzać. Biopeeling i zastrzyki powstrzymujące proces starzenia są drogie, czasochłonne i niekiedy nieprzyjemne. A ta substancja po pierwsze usuwa potrzebę terapii, a po drugie, daje wiele dodatkowych korzyści.

– Czymkolwiek jest, sprawia, że cały ten interes staje się o wiele bardziej, jak ty byś to określił, opłacalny.

– Ty masz ten proszek – powiedział Roarke.

– Tak, i może dzięki temu, czego się dowiedziałam, uda mi się zagonić tych speców z laboratorium do roboty. Ale i tak nie dostanę wyników na czas. Mam jeszcze tylko dwa dni, a potem sprawę przejmie ktoś inny.

– Możesz mi dostarczyć próbkę tego proszku?

– Roarke obrócił się na krześle i obdarzył ją szerokim uśmiechem. – Nie żebym lekceważył możliwości policyjnego laboratorium, ale zdaje mi się, że moje jest nieco bardziej nowoczesne.

– To dowód w prowadzonym śledztwie. Roarke znacząco uniósł brew.

– Wiesz, że łamię przepisy, korzystając z twojej pomocy? – Eve westchnęła ciężko, gdy przed jej oczami stanęła twarz Boomera, jego zgruchotana ręka. – A zresztą, do diabła z tym. Spróbuję.

– Doskonałe. – Komputer wyłączył się bezgłośnie. -A teraz może już pójdziesz spać?

– Na parę godzin. – Wreszcie pozwoliła, by zwyciężyło ją zmęczenie, i objęła Roarke'a za szyję.

– Ułożysz mnie do snu jeszcze raz?

– Nie ma sprawy. – Podniósł ją za biodra, tak że objęła go nogami. – Ale tym razem zostaniesz tam, gdzie cię położę.

– Wiesz, Roarke, serce mi drży, kiedy jesteś taki władczy.

– Poczekaj, aż cię zaniosę do łóżka. Wtedy dopiero zacznie drżeć.

Parsknęła śmiechem, oparła mu głowę na ramieniu i zapadła w sen, zanim winda zjechała na dół.

4

W ciemnościach zalegających sypialnię rozległo się buczenie łącza, stojącego przy łóżku. Eve, nie otwierając oczu, włączyła urządzenie i usiadła, w odruchu wyrobionym przez lata pracy w policji.

– Dallas.

– Dallas, o Boże, Dallas. Pomóż mi. Eve szybko rozbudziła się na dobre i wlepiła wzrok w widoczną na ekranie twarz Mavis.

– Światła – nakazała i w sypialni zrobiło się jasno. Dopiero teraz zobaczyła, jak okropnie wygląda jej przyjaciółka. Była blada jak ściana, miała podbite oko, krwawe zadrapania na policzkach i rozczochrane włosy.

– Mavis, co się stało? Gdzie jesteś?

– Musisz tu przyjechać. – Jej oddech był chrapliwy, urywany, a oczy pełne strachu. – Pospiesz się, proszę. Zdaje się, że ona nie żyje, a ja nie wiem, co robić.

Eve nie pytała drugi raz o to, dokąd właściwie ma przyjechać, tylko włączyła namierzanie rozmówcy. Na ekranie pod twarzą Mavis pojawił się adres, który rozpoznała od razu. Adres Leonarda.

– Nie ruszaj się stamtąd – powiedziała spokojnym, ale stanowczym tonem. – Niczego nie dotykaj. Rozumiesz? Niczego nie dotykaj i nikogo oprócz mnie nie wpuszczaj. Słyszysz, Mavis?

– Tak, tak. Nie będę. Pospiesz się. To takie okropne.

– Już jadę. – Odwróciła się i zobaczyła, że Roarke wkłada spodnie.

– Pojadę z tobą.

Nie zaprotestowała. Po pięciu minutach pędzili już przez miasto. Opustoszałe ulice przedmieść stopniowo przeszły w rojące się od turystów centrum, rozświetlone billboardami oferującymi wszelkie atrakcje, jakie można sobie wyobrazić; potem chodniki zapełniły się cierpiącymi na bezsenność pięknoduchami z Yillage, którzy siedzieli w ogródkach kawiarnianych nad miniaturowymi filiżankami kawy, prowadząc burzliwe dyskusje. Wreszcie wóz znalazł się w uśpionej dzielnicy artystów.

Roarke przerywał milczenie tylko po to, aby pytać o drogę, i Eve była mu wdzięczna, że nie ciągnął jej za język. Przed oczami wciąż miała bladą, przerażoną twarz Mavis i jej drżącą dłoń. Dłoń, na której widniała ciemna plama krwi.

Na ulicach miasta szalał silny wiatr, zapowiadający burzę. Eve wyskoczyła z samochodu, zanim Roarke zdążył zatrzymać się przy krawężniku, i smagana chłodnym podmuchem, podbiegła do kamery monitoringowej.

– Mavis. To ja, Dallas. Mavis, cholera jasna, otwórz – powtarzała gorączkowo. Dopiero po dziesięciu sekundach uświadomiła sobie, że kamera jest zdemolowana.

Roarke wszedł do budynku przez otwarte drzwi i dogonił Eve, gdy już stała w windzie.

Kiedy znaleźli się na górze, wystarczyło jedno spojrzenie, by zorientować się, że sytuacja jest naprawdę poważna. Wcześniej w pracowni Leonarda panował artystyczny, radosny nieład; teraz wydawało się, że przeszedł przez nią tajfun. Wszędzie walały się długie strzępy materiału i rzeczy zrzucone z powywracanych stołów.

Na ścianach i płachtach jedwabiu widać było plamy krwi, przypominające rysunki wykonane palcem przez rozkapryszone dziecko.

– Niczego nie dotykaj – warknęła odruchowo Eve do Roarke'a. – Mavis? – Zrobiła dwa kroki do przodu, kiedy jedna z połyskujących zasłon się poruszyła. Po chwili wyłoniła się zza niej przyjaciółka, słaniająca się na nogach.

– Dallas. Dallas. Dzięki Bogu.

– Już dobrze, już dobrze. – Eve wzięła ją w ramiona i kamień spadł jej z serca. Choć na ubraniu i dłoniach Mavis widniały plamy krwi, nie była to jej krew. – Jak się czujesz?

– Niedobrze mi. Głowa mnie boli.

– Usiądź. – Roarke wziął Mavis za rękę i posadził na krześle. – No już, siadaj. Eve, ona jest w stanie głębokiego szoku. Poszukaj jakiegoś koca. Odchyl głowę do tyłu, Mavis. O, tak. Zamknij oczy i przez chwilę oddychaj głęboko.

– Zimno mi.

– Wiem. – Roarke podniósł z podłogi postrzępiony kawałek błyszczącego atłasu i okrył nim Ma-vis. – Oddychaj głęboko. Powoli i głęboko. – Podniósł oczy na Eve. – Trzeba sprowadzić pomoc.

– Nie mogę wezwać pogotowia, dopóki się nie zorientuję, jak wygląda sytuacja. Pomóż jej, jak potrafisz. – Eve weszła za zasłonę, domyślając się, co tam zobaczy.

Ofiara zginęła straszną śmiercią. Eve rozpoznała kobietę od razu po wspaniałych, ognistych włosach. Jej twarz, niedawno jeszcze tak piękna, o wręcz nieziemsko idealnych rysach, teraz była zmiażdżona i zmasakrowana.

Narzędzie zbrodni leżało obok ciała. Prawdopodobnie w zamierzeniu miała to być fantazyjna laska, noszona wyłącznie dla fasonu. Spod zakrzepłej krwi wyłaniała się warstwa srebra, grubości mniej więcej dwóch centymetrów, oraz gałka z wyrzeźbionym łbem szczerzącym radośnie kły wilka.

Eve widziała tę laskę zaledwie dwa dni wcześniej, wciśniętą w kąt pracowni Leonarda.

Mimo że nie było to już konieczne, sprawdziła puls Pandory. Potem ostrożnie cofnęła się o krok, tak by nie zatrzeć żadnych śladów.

– Chryste – mruknął Roarke i położył jej dłonie na ramionach. – Co zamierzasz zrobić?

– Cokolwiek okaże się konieczne. Mavis nie mogła jej zabić.

Zwrócił ją twarzą do siebie.

– Nie musisz mi tego mówić. Ona cię potrzebuje, Eve. Potrzebuje przyjaznej duszy, a wkrótce będzie potrzebować dobrego detektywa.

– Wiem.

– Niełatwo ci przyjdzie pogodzić obie te role.

– Lepiej zacznę już teraz. – Podeszła do Mavis. Jej twarz wyglądała jak powleczona woskiem; siniec i zadrapania wyraźnie odcinały się na tle bladej skóry. Eve kucnęła i wzięła przyjaciółkę na ręce; były zimne jak lód. – Musisz mi wszystko opowiedzieć. Nie spiesz się, tylko powiedz wszystko.

– Ona się nie ruszała. Wszędzie było mnóstwo krwi, a jej twarz wyglądała tak okropnie. I ona… ona się nie ruszała.

– Mavis. – Eve mocno ścisnęła ją za ręce.

– Spójrz na mnie. Powiedz mi dokładnie, co się działo od chwili, kiedy tu przyszłaś.

– Przyszłam… chciałam… pomyślałam, że może powinnam porozmawiać z Leonardem. – Zadygotała i zakrwawionymi dłońmi zaczęła skubać rąbek materiału, którym była przykryta. – Kiedy ostatnim razem zajrzał do klubu i pytał o mnie, był mocno wzburzony. Nawet odgrażał się bramkarzowi, a to do niego niepodobne. Nie chciałam, żeby zrujnował sobie karierę, więc postanowiłam z nim porozmawiać. Przyszłam tu i zobaczyłam, że ktoś zniszczył kamerę, więc od razu wjechałam na górę. Drzwi były otwarte. On czasem zapomina je zamknąć

– mruknęła i zamilkła.

– Mavis, czy był tu Leonardo?

– Leonardo? – Omiotła pomieszczenie błędnym wzrokiem. – Nie, chyba nie. Zawołałam go, bo zauważyłam, jaki tu bałagan. Nikt nie odpowiedział. I wtedy… wtedy zobaczyłam krew. Mnóstwo krwi. Bałam się, Dallas, bałam się, że się zabił albo coś sobie zrobił, więc wbiegłam za… tam, za zasłonę. Zobaczyłam ją. Zdaje się… chyba do niej podeszłam. Tak myślę, bo pamiętam, że klęczałam przy niej i próbowałam krzyczeć, ale głos uwiązł mi w gardle. Tylko wydawało mi się, że krzyczę, krzyczę i nie mogę przestać. A potem chyba coś mnie uderzyło. Zdaje się, że… – Niepewnie dotknęła palcami tył głowy. – Tu mnie boli. Kiedy się ocknęłam, wszystko wyglądało tak jak wcześniej. Ona ciągle tam leżała i wszędzie było mnóstwo krwi. Wtedy do ciebie zadzwoniłam.

– Dobrze. Czy jej dotykałaś? Czy w ogóle czegokolwiek dotykałaś?

– Nie pamiętam. Chyba nie.

– Kto ci tak poharatał twarz?

– Pandora.

Eve poczuła ukłucie strachu.

– Kochanie, przed chwilą mówiłaś, że już nie żyła, kiedy tu przyszłaś.

– To zdarzyło się wcześniej. Wieczorem. Byłam u niej.

Eve ostrożnie zaczerpnęła powietrza, usiłując nie okazać po sobie niepokoju.

– Czyli wcześniej poszlaś do niej. Kiedy to było?

– Nie wiem dokładnie. Może około jedenastej. Chciałam jej powiedzieć, że zostawię Leonarda, i zmusić ją, żeby obiecała, że nie zrujnuje mu kariery.

– Biłaś się z nią?

– Ona była czymś naszprycowana. Siedziało u niej parę osób; chyba urządziła kameralne przyjęcie. Była wściekła, krzyczała na mnie. Ja się odgryzałam. W końcu zaczęłyśmy się trochę szarpać. Wtedy mnie uderzyła i podrapała. – Mavis odchyliła włosy, odsłaniając skaleczenia na szyi. – Jacyś ludzie nas rozdzielili i wyszłam.

– Dokąd?

– Zaczęłam chodzić po knajpach. – Uśmiechnę-la się blado. – Chyba sporo ich zaliczyłam. Piłam i użalałam się nad sobą. Potem przyszło mi do głowy, że powinnam porozmawiać z Leonardem.

– Kiedy tu dotarłaś? Wiesz, która wtedy była godzina?

– Nie, ale było już późno, bardzo późno. Trzecia, może czwarta nad ranem.

– Wiesz, gdzie jest Leonardo?

– Nie. Tu go nie było. Miałam nadzieję, że z nim porozmawiam, ale ona… Co teraz będzie?

– Wszystkim się zajmę. Muszę to zgłosić na policję, Mavis, i to jak najszybciej, żeby potem nikt się nie czepiał. Poza tym, będę musiała złożyć raport i wziąć cię na przesłuchanie.

– Na prze… Chyba nie myślisz, że ja…

– Oczywiście, że nie. – Musiała mówić pewnym siebie tonem, by ukryć ogarniający ją niepokój. – Wyjaśnimy tę sprawę tak szybko, jak to możliwe. Zostaw to mnie i o nic się nie martw. Zgoda?

– Nic do mnie nie dociera.

– Ty sobie tu posiedź, a ja wezmę się do roboty. Chcę, żebyś spróbowała przypomnieć sobie jak najwięcej szczegółów. Z kim rozmawiałaś, gdzie byłaś, co widziałaś. Niedługo do tego wrócimy.

– Dallas. – Mavis zadrżała i spojrzała na nią niepewnie. – Leonardo nie zrobiłby czegoś takiego.

– Zostaw wszystko mnie – powiedziała Eve, po czym posłała Roarke'owi porozumiewawcze spojrzenie. Ten z miejsca pojął, o co chodzi, i podszedł do Mavis, by dotrzymać jej towarzystwa. Eve wyciągnęła komunikator i odwróciła się.

– Mówi Dallas. Zgłaszam zabójstwo.

Eve nigdy nie miała lekkiego życia. W czasie swojej pracy w policji była świadkiem tak wielu bolesnych wydarzeń, że nie dałoby się ich zliczyć. Ale nigdy nie czuła się tak podle, jak teraz, kiedy musiała zaprowadzić Mavis do pokoju przesłuchań.

– Dobrze się czujesz? Możesz trochę odpocząć.

– Nie, lekarze pogotowia zrobili mi znieczulenie miejscowe. – Mavis dotknęła guza na potylicy. – Zupełnie nie czuję bólu. Dali mi coś jeszcze, w każdym razie jestem już trochę przytomniejsza.

Eve wbiła wzrok w Mavis. Wszystko wydawało się w porządku, ale to wcale jej nie uspokoiło.

– Słuchaj, może powinnaś spędzić dzień lub dwa w centrum medycznym? Na pewno ci to nie zaszkodzi.

– Chcesz odwlec to, co i tak jest nieuniknione. Wolę mieć to jak najszybciej z głowy. – Przełknęła ślinę. – Czy znaleźliście Leonarda?

– Jeszcze nie. Mavis, w przesłuchaniu może uczestniczyć twój adwokat bądź pełnomocnik.

– Nie mam nic do ukrycia. Ja jej nie zabiłam, Dallas.

Eve zerknęła kątem oka na dyktafon. Mogła jeszcze minutę zaczekać.

– Mavłs, muszę postępować zgodnie z przepisami. Dokładnie. W przeciwnym razie odbiorą mi to śledztwo, a wtedy niewiele będę ci mogła pomóc.

Mavis niepewnie oblizała wargi.

– Będzie ciężko.

– Bardzo, bardzo ciężko. Ale będziesz musiała dać sobie radę.

Mavis spróbowała przywołać uśmiech na usta i prawie jej się to udało.

– Nie może być nic gorszego od widoku zamordowanej Pandory. Nic.

Tu się mylisz, moja droga, pomyślała Eve, ale skinęła głową. Włączyła dyktafon, podała swoje nazwisko oraz numer identyfikacyjny i odczytała Mavis przysługujące jej prawa. Następnie zadała jej te same pytania co wcześniej, w pracowni Leonarda, tym razem starając się dokładnie ustalić czas i przebieg wydarzeń.

– Kiedy poszłaś do domu ofiary, zastałaś tam jakichś ludzi,

– Tak. Zdaje się, że odbywała się tam kameralna impreza. Był Justin Young, ten aktor. Jerry Fitzgerald, modelka. I jeszcze jeden facet, którego nie znam. Wyglądał jak ważniak. No wiesz, kierownik wielkiej firmy czy ktoś taki.

– I ofiara rzuciła się na ciebie?

– Nieźle mi przyłożyła – powiedziała Mavis z żalem w głosie, dotykając sińca na policzku. – Początkowo tylko ze mnie drwiła. Z tego, jak rzucała spojrzenia na wszystkie strony, domyśliłam się, że jest naszprycowana.

– Czyli uważasz, że przyjmowała nielegalne środki odurzające?

– Jeszcze jak. To znaczy, jej źrenice wyglądały jak kryształowe kółka, no, a poza tym kiedy dostałam od niej w twarz, to aż mnie zamroczyło. Biłam się z nią już wcześniej, zresztą sama to widziałaś – ciągnęła Mavis, nie zważając na grymas, który wykrzywił twarz Eve. – Nie była wtedy aż tak silna.

– Oddałaś jej?

– Chyba udało mi się raz ją trafić, co najmniej raz. Zaczęła mnie drapać tymi swoimi cholernymi pazurami. Ja próbowałam złapać ją za włosy. W końcu jacyś ludzie nas rozdzielili; zdaje się, że to byli Justin Young i ten ważniak.

– A co się stało potem?

– Opluwałyśmy się jeszcze przez parę minut, po czym wyszłam. Postanowiłam pobuszować po knajpach.

– Dokąd poszłaś? Jak długo tam byłaś?

– Zajrzałam do paru lokali. Zdaje się, że najpierw poszłam do ZigZaga na rogu Sześćdziesiątej Pierwszej i Lex.

– Rozmawiałaś tam z kimś?

– Nie miałam ochoty na rozmowy. Bolała mnie twarz i fatalnie się czułam. Zamówiłam Potrójnego zombi i piłam na smutno.

– Jak zapłaciłaś za drinka?

– Zdaje się, że… tak, zdaje się, że wpisałam do komputera numer mojego konta kredytowego.

To dobrze. Będzie można udowodnić, że Mavis tam była.

– A dokąd poszłaś potem?

– Krążyłam po mieście, wpadłam do paru knajp. Byłam cholernie wkurzona.

– I zamawiałaś kolejne drinki?

– Zdaje się, że tak. Miałam już nieźle w czubie, kiedy przyszło mi do głowy, żeby pójść do Leonarda.

– Jak dotarłaś do centrum?

– Pieszo. Musiałam trochę otrzeźwieć, więc zrobiłam sobie mały spacer. Parę razy tylko skorzystałam z ruchomej platformy.

Eve powtórzyła wszystko, co do tej pory powiedziała Mavis, w nadziei, że tamtej przypomni się coś jeszcze.

– W którą stronę poszłaś po wyjściu z ZigZaga?

– W knajpie wlałam w siebie dwa Potrójne Zombi, więc nie szłam, tylko się zataczałam. Nie mam pojęcia, w którym kierunku. Dallas, nie znam nazw innych knajp, do których zaszłam, nie wiem, co piłam. Wszystko pamiętam jak przez mgłę. Muzyka, śmiech… facet tańczący na stole.

– Facet?

– Tak, z dużym fiutem. Zdaje się, że facet miał tatuaż. Chociaż mógł to być tylko rysunek na skórze. Jestem prawie pewna, że przedstawiał węża, a może jaszczurkę.

– Jak wyglądał ten tancerz?

– Dallas, kurczę, nie patrzyłam na jego twarz.

– Rozmawiałaś z nim?

Ma vi s ukryła twarz w dłoniach i wytężyła umysł, jednak wspomnienia wymykały jej się jak woda niesiona w złożonych dłoniach.

– Nie wiem, naprawdę nie wiem. Nie bardzo zdawałam sobie sprawę z tego, co robię. Pamiętam, jak chodziłam i chodziłam. Jak ruszyłam do Leonarda, myśląc, że będzie to nasze ostatnie spotkanie. Nie chciałam, żeby w takiej chwili widział mnie pijaną, więc przed wejściem wzięłam parę tabletek otrzeźwiających. A potem znalazłam Pandorę i poczułam się jeszcze gorzej.

– Co zobaczyłaś po wejściu do mieszkania Leonarda?

– Krew. Dużo krwi. Powywracane, zniszczone rzeczy i krew. Bałam się, że Leonardo coś sobie zrobił, więc pobiegłam do pracowni i zobaczyłam ją. -To pamiętała wyraźnie. – Poznałam ją po włosach i ubraniu; miała na sobie te same ciuchy, co wcześniej, kiedy u niej byłam. Ale twarz… w ogóle nie miała twarzy. Chciałam krzyczeć i nie mogłam. Uklękłam przy niej. Nie wiem, co chciałam zrobić, ale nie mogłam jej tak zostawić. Wtedy dostałam w głowę, a kiedy się ocknęłam, zadzwoniłam do ciebie.

– Czy wchodząc do budynku, widziałaś kogoś na ulicy?

– Nie, było już bardzo późno.

– A co z kamerą monitoringu?

– Była zepsuta. Pomyślałam, że pewnie zdemolowali ją jacyś gówniarze. W każdym razie niczego nie podejrzewałam.

– Jak dostałaś się do mieszkania?

– Drzwi były otwarte. Po prostu weszłam.

– A Pandora już wtedy nie żyła? Nie rozmawiałaś z nią, nie pokłóciłyście się?

– Nie, już ci mówiłam. Leżała na podłodze w pracowni.

– Tego dnia dwukrotnie się z nią pobiłaś. Czy to samo zdarzyło się po raz trzeci w mieszkaniu Leonarda?

– Nie, ona nie żyła. Dallas…

– Dlaczego pobiłaś się z nią wcześniej?

– Groziła, że zniszczy Leonarda. – Na twarzy Mavis odbił się ból i strach. – Nie chciała, żeby ją zostawił. Kocham Leonarda i on mnie kocha, ale Pandora nie pozwalała mu od siebie odejść. Widziałaś, jak się zachowywała, Dallas.

– Leonardo i jego kariera wiele dla ciebie znaczą.

– Kocham go – powiedziała cicho Mavis.

– Zrobiłabyś wszystko, żeby go obronić, nie dopuściłabyś, by stała mu się jakakolwiek krzywda, ani w życiu osobistym, ani zawodowym.

– Postanowiłam od niego odejść – oznajmiła Mavis z godnością, a Eve zrobiło się lżej na sercu. – W przeciwnym razie by go zniszczyła, a ja nie mogłam na to pozwolić.

– Ale gdyby nie żyła, nie mogłaby skrzywdzić ani ciebie, ani jego.

– Ja jej nie zabiłam.

– Poszłaś do niej, pokłóciłyście się, ona cię uderzyła i zaczęłyście się szarpać. Wyszłaś i upiłaś się. Potem udałaś się do mieszkania Leonarda i tam ją zastałaś. Może zaczęłyście się kłócić, może znów się na ciebie rzuciła? Próbowałaś się bronić, ale straciłaś panowanie nad sobą.

W wielkich, znużonych oczach Mavis pojawiło się zdumienie, które przerodziło się w ból.

– Dlaczego tak mówisz? Przecież wiesz, że to nieprawda.

Eve pochyliła się i spojrzała na nią zimno.

– Przez nią twoje życie stało się piekłem, ona stanowiła zagrożenie dla mężczyzny, którego kochasz. Pobiła cię. Była od ciebie silniejsza. Kiedy zauważyła cię w drzwiach mieszkania Leonarda, znów rzuciła się na ciebie. Powaliła cię, a ty uderzyłaś się w głowę. Przerażona, złapałaś pierwszą lepszą rzecz, aby się bronić. Uderzyłaś Pandorę w obronie własnej. Może mimo to znów skoczyła na ciebie, więc uderzyłaś ją znowu. Chciałaś się bronić. Potem straciłaś panowanie nad sobą i zaczęłaś ją tłuc, raz po raz, aż w końcu uświadomiłaś sobie, że ona nie żyje.

Oddech Mavis stał się szybki, urywany. Potrząsnęła głową i zaczęła dygotać na całym ciele.

– Nie. Nie zabiłam jej. Kiedy przyszłam, już nie żyła. Na Boga, Dallas, jak możesz w ogóle myśleć, że byłabym w stanie zrobić coś takiego?

– Może ty tego nie zrobiłaś. – Nie ustępuj, mówiła sobie Eve, choć serce jej pękało. Przyciskaj ją. – Może zrobił to Leonardo, a ty go kryjesz. Czy widziałaś, jak stracił panowanie nad sobą, Mavis? Czy wziął do ręki laskę i uderzył Pandorę?

– Nie, nie, nie!

– A może kiedy tam przyszłaś, było już po wszystkim? Leonardo, przerażony, stał nad ciałem. Zaofiarowałaś się, że pomożesz zatuszować zabójstwo. Wyrzuciłaś go stamtąd, a sama zadzwoniłaś po policję.

– Nie, niczego takiego nie zrobiłam. – Mavis zerwała się na równe nogi. Była blada, a w jej oczach błyszczała wściekłość. – Jego nawet tam nie było. Nikogo nie widziałam. On nigdy nie zrobiłby czegoś takiego. Dlaczego nie słuchasz, co do ciebie mówię?

– Ależ słucham cię, Mavis. Usiądź. Usiądź – powtórzyła Eve łagodniejszym tonem. -To już prawie wszystko. Czy chcesz wnieść coś jeszcze do swojego zeznania albo zmienić jego treść?

– Nie – odburknęła Mavis i wbiła niewidzący wzrok w punkt tuż nad ramieniem Eve.

– Koniec przesłuchania numer jeden, Mavis Freestone, Zabójstwo, Pandora. Porucznik Eve Dallas. – Podała jeszcze datę i godzinę, wyłączyła aparaturę i odetchnęła głęboko. – Przepraszam cię, Mavis. Bardzo cię przepraszam.

– Jak mogłaś zrobić mi coś takiego? Jak mogłaś mówić takie rzeczy?

– Nie miałam wyjścia. Muszę zadawać takie pytania, a ty musisz mi na nie odpowiadać. – Wzięła Mavis za rękę. – Być może będę musiała zadać je znowu i znowu będziesz musiała odpowiedzieć. Spójrz na mnie, Mavis. – Nie odezwała się, dopóki oczy przyjaciółki nie spoczęły na jej twarzy. – Nie wiem, co znajdzie ekipa śledcza, co wykażą badania laboratoryjne, ale jeśli nie trafi nam się łut szczęścia, to będziesz potrzebowała adwokata.

Z twarzy Mavis, a nawet z jej warg odpłynęła krew; biedaczka wyglądała jak trup o pełnych bólu oczach.

– Aresztujesz mnie?

– Nie wiem, czy do tego dojdzie, ale chcę, żebyś była przygotowana na wszystko. Teraz pojedziesz do domu z Roarkiem i położysz się spać. Postaraj się przypomnieć sobie jak najwięcej szczegółów, gdzie byłaś, z kim rozmawiałaś i o której godzinie. Jeśli coś ci się przypomni, natychmiast to zapisz.

– Co zamierzasz zrobić?

– To, co do mnie należy. Jestem dobrym detektywem, wyjaśnię tę sprawę, żeby nie wiem co.

– Zrób to więc – powiedziała Mavis z goryczą – i oczyść mnie z podejrzeń. Do tej pory wydawało mi się, że w takich sytuacjach obowiązuje zasada domniemania niewinności.

– Ach, to jedno z większych kłamstw, którymi się karmimy. – Eve wyprowadziła ją na korytarz.

– Zrobię, co w mojej mocy, żeby jak najszybciej zamknąć dochodzenie. Tyle ci mogę powiedzieć.

– Mogłabyś jeszcze powiedzieć, że mi wierzysz.

– To też mogę powiedzieć. – Eve nie mogła tylko pozwolić, by przeszkodziło jej to w śledztwie.

Pozostawała jeszcze papierkowa robota. Po godzinie Eve wypisała Mavis z aresztu i złożyła oświadczenie, że jej przyjaciółka tymczasowo zostanie umieszczona w domu Roarke'a. Oficjalnie Mavis Freestone figurowała w aktach jako świadek. Nieoficjalnie była główną podejrzaną. Pragnąc jak najszybciej wyjaśnić tę sprawę do końca, Eve poszła do swojego pokoju.

– Możesz mi powiedzieć, skąd wzięły się te bzdurne plotki, że Mavis rąbnęła jakąś modelkę?

– Feeney. – Eve miała ochotę go wycałować. Feeney siedział przy jej biurku, z nieodłączną torebką orzeszków na kolanach, i groźnie marszczył brwi. – Widzę, że plotki szybko się rozchodzą.

– Usłyszałem o tym dziś rano, kiedy tylko wszedłem do stołówki. Nie co dzień zdarza się, by kumpelka jednej z naszych najlepszych policjantek trafiła do ciupy.

– Nie trafiła do ciupy. Jest świadkiem. Na razie.

– Media już to wywęszyły. Nie znają jeszcze nazwiska Mayis, ale wszystkie stacje pokazują zdjęcia ofiary. Żona wyciągnęła mnie spod prysznica, żebym to zobaczył. Pandora była gwiazdą.

– Za życia i po śmierci. – Zmęczona Eve oparła się o kant stołu. – Chcesz wiedzieć, co zeznała Mavis?

– A jak myślisz, po co tu przyszedłem? Żeby się odprężyć?

Streściła mu przebieg przesłuchania w policyjnym żargonie, którym obydwoje biegle się posługiwali. Kiedy skończyła, Feeney się zasępił.

– Cholerny świat, Dallas, nieciekawie to wygląda. Sama widziałaś, jak się tłukły.

– Na własne oczy. Co jej, u licha, strzeliło do głowy, żeby wybrać się do Pandory… – Eve zaczęła chodzić po gabinecie. -To wszystko pogarsza. Mam nadzieję, że w laboratorium znajdą coś, cokolwiek, co by świadczyło na jej korzyść. Ale nie mogę na to liczyć. Feeney, dużo masz roboty?

– Nawet nie pytaj. – Machnął ręką. – Czego ci trzeba?

– Muszę sprawdzić jej konto. Pamięta, że poszła do lokalu o nazwie ZigZag. Jeśli uda się dowieść, że była tam lub w jakiejkolwiek innej knajpie w czasie, kiedy popełnione zostało morderstwo, to zostanie oczyszczona z zarzutów.

– Mogę to załatwić, tylko że… ktoś był na miejscu zbrodni, kiedy Mavis tam przyszła. Stąd wniosek, że zabójstwo nastąpiło niedługo wcześniej.

– Wiem, ale muszę sprawdzić wszystkie ewentualności. Zamierzam dotrzeć do ludzi, których Mavis widziała w domu ofiary, i wyciągnąć z nich zeznania. Muszę odszukać tancerza z tatuażem i wielkim kutasem.

– Tobie tylko zabawy w głowie. Prawie się uśmiechnęła.

– Muszę znaleźć świadków, którzy mogliby potwierdzić, że Mavis była nawalona jak stodoła. Nawet po wzięciu środków otrzeźwiających nie mogła mieć tyle siły, by załatwić Pandorę, zwłaszcza że po drodze obskoczyła wszystkie knajpy.

– Mavis mówi, że Pandora ćpała.

– To też trzeba będzie sprawdzić. No i pozostaje nasz tajemniczy Leonardo. Gdzie on był, do licha? I gdzie jest teraz?

5

A Leonardo leżał rozwalony na podłodze saloniku w mieszkaniu Mavis, tam gdzie padł kilka godzin wcześniej, upiwszy się do nieprzytomności butelką syntetycznej whisky, zmieszanej z dużą dozą rozpaczy.

Powoli dochodził do siebie; miał dziwne i dość niepokojące wrażenie, że w nocy stracił połowę twarzy. Na wszelki wypadek dotknął jej ręką; na szczęście wszystko było w porządku, tylko policzek nieco mu zdrętwiał od twardej podłogi.

Niewiele sobie przypominał. Między innymi dlatego właśnie rzadko brał do ust alkohol i nigdy nie pozwalał sobie na pijaństwo. Zawsze, gdy wlał w siebie o kilka kieliszków za dużo, urywał mu się film.

Miał wrażenie, że pamięta, jak wtoczył się do budynku, w którym mieszkała Mavis, posługując się jej kluczem kodowym; dostał go od niej, gdy uświadomili sobie, że nie tylko są kochankami, ale naprawdę się kochają.

Nie było jej w domu. Co do tego nie miał prawie żadnych wątpliwości. Jak przez mgłę przypominał sobie wędrówkę w pijanym widzie przez miasto, z kupioną od jakiegoś handlarza – a może ukradzioną? – butelką w ręku. O, cholera. Zebrał wszystkie siły i spróbował podnieść się i otworzyć rozespane oczy. Na pewno wiedział tylko to, że miał w ręku tę cholerną butelkę, a w żołądku whisky.

Musiał schlać się jak świnia. Na samą myśl robiło mu się niedobrze. Jak mógł oczekiwać, że pijackim bełkotem przemówi Mavis do rozsądku?

Pozostawało tylko dziękować losowi, że nie zastał jej w domu.

Miał potężnego kaca. Czuł się tak fatalnie, że pragnął zwinąć się w kłębek i pozostać tak na podłodze przez resztę dnia. Ale w każdej chwili mogła wrócić Mavis, a nie chciał, by zobaczyła go w tym stanie. Z wielkim wysiłkiem wstał, połknął kilka tabletek przeciwbólowych, po czym zaprogramował autokucharza na mocną czarną kawę.

Wtedy to zauważył krew.

Na jego ręku widniała wyschnięta strużka, ciągnąca się aż do dłoni. Przedramię przecinała długa, dość głęboka, zakrzepła rana. Krew, pomyślał Leonardo ze strachem, dostrzegając ciemne plamy na koszuli i spodniach.

Oddychając płytko, odsunął się od stołu i niepewnie popatrzył po sobie. Czyżby z kimś walczył? Czy komuś coś zrobił?

Żołądek podszedł mu do gardła. Leonardo nic, ale to nic nie mógł sobie przypomnieć.

O dobry Boże, czyżby kogoś zabił?

Eve z ponurą miną studiowała wstępny raport z sekcji zwłok, gdy rozległo się szybkie, głośne pukanie do drzwi. Otworzyły się, zanim zdążyła zareagować.

– Porucznik Dallas? – Mężczyzna, który wszedł do pokoju, wyglądał jak kowboj, od zawadiackiego uśmiechu aż po sfatygowane skórzane buty. -A niech mnie, cieszę się, że wreszcie mogę ujrzeć legendę we własnej osobie. Widziałem pani zdjęcie, ale w rzeczywistości jest pani o wiele ładniejsza.

– Oj, bo się zarumienię. – Eve zmrużyła podejrzliwie oczy i odchyliła głowę. Nieznajomy, który prawił jej komplementy, sam prezentował się całkiem nieźle; kręcone włosy w kolorze pszenicy okalały smagłą, budzącą zaufanie twarz z uroczymi bruzdami wokół zielonych oczu. Nos był długi i prosty, a w kąciku ust pojawiał się łobuzerski dołek. A ciało… no cóż, powiedzmy, że z takim ciałem to można by poszaleć na pastwisku. – Coś ty, u licha, za jeden?

– Casto, Jake T. – Wyciągnął odznakę z kieszeni wytartych lewisów. – Wydział nielegalnych substancji. Słyszałem, że mnie szukasz.

Eve uważnie obejrzała jego odznakę.

– Poważnie? A może słyszałeś też, dlaczego cię szukam, poruczniku Casto, Jake T.?

– Chodzi o naszego wspólnego szpicla. – Wszedł do gabinetu i bezceremonialnie oparł się biodrem o biurko. Znalazł się na tyle blisko Eve, że poczuła zapach jego skóry. – Szkoda starego Boomera. Był nieszkodliwym palantem.

– Skoro wiedziałeś, że Boomer pracuje dla mnie, czemu tak późno przyszedłeś?

– Miałem inne sprawy na głowie. A poza tym, prawdę mówiąc, wydawało mi się, że nie bardzo jest o czym mówić. Potem jednak się dowiedziałem, że kapitan Feeney z wydziału elektronicznego węszy wokół mnie. – Na jego twarz wypłynął lekko ironiczny uśmiech. – Właściwie Feeney też jest twój, zgadza się?

– Feeney pracuje tylko dla siebie. Co Boomer dla ciebie robił?

– To, co każdy szpicel. – Casto wziął z biurka ametystowe jajo i zaczął przyglądać mu się w skupieniu, przekładając je z ręki do ręki. – Przekazywał informacje o pojawiających się na rynku nowych narkotykach, oddawał nam drobne przysługi. Wmawiał sobie, że jest kimś naprawdę ważnym, ale tak naprawdę to, co od niego dostawałem, niewiele było warte.

– Z drobnych fragmentów można ułożyć większą całość.

– Dlatego też mimo wszystko korzystałem z jego pomocy, skarbie. Przydawał się, gdy trzeba było zgarnąć tego czy owego. Dzięki jego informacjom złapałem paru handlarzy średniego szczebla.

– 1 znów ten uśmiech. – Ktoś to musi robić.

– Jasne. No to kto sprał go na miazgę? Uśmiech zniknął. Casto odłożył jajo i potrząsnął głową.

– Nie mam najmniejszego pojęcia. Boomer nie był typem faceta, którego wszyscy kochają, ale nie znałem nikogo, kto go nienawidził albo był na niego tak mocno wkurzony, żeby mu to zrobić.

Eve wbiła wzrok w jego twarz. Casto sprawiał wrażenie godnego zaufania, a kiedy mówił o Boomerze, w jego głosie zabrzmiała nuta, która przypomniała o jej własnej skrzętnie ukrywanej sympatii do zakatowanego szpicla. Mimo to wolała nie odkrywać kart za wcześnie.

– Czy ostatnio dostał jakieś zadanie, różniące się od dotychczasowych? Pracował nad jakąś większą sprawą?

Casto uniósł jasnorudą brew.

– To znaczy?

– Ty mi odpowiedz. Nielegalne substancje odurzające to nie moja broszka.

– Nic mi o tym nie wiadomo. Kiedy ostatni raz z nim rozmawiałem, chyba ze dwa tygodnie przed tym, jak wylądował w rzece, mówił mi, że zwęszył coś naprawdę wielkiego. Ale sama wiesz, jaki był. Zawsze lubił się przechwalać.

– Tak, wiem. – Pora wyłożyć karty na stół.

– Wiem też, że w swoim pokoju trzymał jakąś nieznaną substancję. Zaniosłam ją do laboratorium. Na razie wiadomo tylko, że to nowy środek o działaniu silniejszym niż narkotyki obecnie dostępne na ulicach.

– Nowy produkt! – Casto zmarszczył brwi. – Dlaczego, do diabła, nic mi o tym nie powiedział? Jeśli próbował działać na dwa fronty… – Syknął przez zaciśnięte zęby. – Myślisz, że dlatego dostał po łbie?

– Nie potrafię znaleźć lepszego wytłumaczenia.

– Może masz rację. Co za bałwan. Pewnie próbował szantażować producenta albo dystrybutora. Porozmawiam z pracownikami laboratorium, a potem sprawdzę, czy nie krążą plotki o jakimś nowym wynalazku.

– Dzięki.

– Miło będzie z tobą pracować. – Poruszył się, a jego oczy na chwilę spoczęły na jej ustach; za krótko, by Eve poczuła się urażona, ale wystarczająco długo, by odebrała to jako komplement. – Może chciałabyś skoczyć ze mną do jakiejś przytulnej knajpki, omówilibyśmy strategię działania. Albo cokolwiek innego.

– Nie, dzięki.

– Odmawiasz mi dlatego, że nie jesteś głodna, czy dlatego, że wychodzisz za mąż?

– Jedno i drugie.

– Mówi się trudno. – Wyprostował się, a Eve, jako kobieta z krwi i kości, nie mogła nie zwrócić uwagi na jego długie, szczupłe nogi w obcisłych dżinsach. – Gdybyś zmieniła zdanie w jednej lub drugiej sprawie, wiesz, gdzie mnie znaleźć. Będziemy w kontakcie. – Ruszył niespiesznie w stronę drzwi, po czym przystanął i odwrócił się. – Wiesz, Eve, masz oczy koloru dobrej, starej whisky. Na ich widok człowiekowi zasycha w gardle.

Po jego wyjściu Eve zasępiła się; denerwowało ją to, że jej serce biło mocniej niż zwykle. Otrząsnęła się z irytacji, po czym zaczęła studiować raport z sekcji zwłok.

I bez niego wiedziała, jak zginęła Pandora; zaintrygowało ją wszakże spostrzeżenie patologa, iż już pierwsze trzy ciosy w głowę były śmiertelne. Zabójca jednak na nich nie poprzestał.

Eve zwróciła uwagę na to, że Pandora próbowała się bronić. Rany cięte i otarcia naskórka na różnych częściach ciała wskazywały, iż przed śmiercią stoczyła ciężką walkę.

Ustalono, że zgon nastąpił około drugiej pięćdziesiąt, a treść żołądka świadczyła o tym, że ostatni posiłek ofiary był prawdziwie wystawny: homar, cykoria, obfity deser i szampan dobrego rocznika.

W jej krwi wykryto duże stężenie związków chemicznych, które jeszcze nie zostały zidentyfikowane.

Wyglądało więc na to, że Mavis miała rację. Pandora była czymś naszprycowana, czymś, co prawdopodobnie figurowało na liście substancji zakazanych. Ten fakt mógł okazać się znaczący albo i nie.

Ważniejsze jednak było to, że pod paznokciami ofiary znaleziono skrawki skóry. Eve nie miała wątpliwości, że po badaniach w laboratorium okaże się, iż jest to skóra Mavis. To samo z kosmykami włosów, które zdjęto z ciała. A najgorsze, że odciski palców na narzędziu zbrodni prawdopodobnie będą odciskami Mavis.

Idealna sytuacja dla zabójcy, pomyślała Eve i zamknęła oczy. W najbardziej odpowiednim momencie zjawia się Mavis, doskonale nadająca się na kozła ofiarnego.

Czy morderca wiedział o wrogości między nią a ofiarą, czy też po prostu miał szczęście?

W każdym razie, pozbawia Mavis przytomności, podrzuca dowody, a nawet w przypływie olśnienia drapie paznokciami ofiary twarz Mavis. Nic też łatwiejszego niż zacisnąć palce nieprzytomnej dziewczyny na narzędziu zbrodni, a potem wymknąć się ze świadomością dobrze wykonanego zadania.

W gruncie rzeczy nie wymagałoby to wielkiego wysiłku umysłowego, myślała Eve. Ale morderca musiałby działać chłodno, z rozmysłem. Jak to pogodzić z brutalnym, makabrycznym zabójstwem, popełnionym, jak się wydawało, w napadzie szału?

Trzeba to będzie jakoś pogodzić, powiedziała sobie w duchu. Poza tym, musiała oczyścić Mavis z zarzutów i znaleźć człowieka, który był w stanie zmasakrować twarz kobiety, a potem skrzętnie po sobie posprzątać.

Kiedy podniosła się z krzesła, drzwi gabinetu otworzyły się na oścież. Do środka wpadł Leonardo; oczy miał dzikie, roziskrzone.

– Zabiłem ją. Zabiłem Pandorę! Boże, pomóż mi! Kiedy wyrzucił z siebie te słowa, oczy stanęły mu w słup i runął zemdlony na podłogę.

– Jezu, Jezu Chryste. – Eve nawet nie próbowała go podtrzymać, tylko zwinnie usunęła się przed stutrzydziestokilogramowym olbrzymem, walącym się bezwładnie niczym ścięta sekwoja. Leonardo legł na podłodze, z nogami na progu pokoiku i głową przy przeciwległej ścianie. Eve kucnęła i wytężając siły, z trudem przewróciła go na plecy. Poklepała nieprzytomnego po twarzy, a kiedy to nie poskutkowało, znów wytężyła siły i wymierzyła mu kilka siarczystych policzków.

Z jego ust wyrwał się cichy jęk. Przekrwione oczy otworzyły się nieco.

– Co… gdzie…

– Zamknij się! – warknęła Eve, wstała i nogą wepchnęła wystające za próg stopy Leonarda do swojej klitki. Następnie zamknęła drzwi i spojrzała na niego. – Odczytam ci twoje prawa.

– Moje prawa? – Wyglądał na oszołomionego, ale po chwili zdołał się podnieść na tyle, że już siedział na podłodze, zamiast na niej leżeć.

– A teraz słuchaj. -Wyrecytowała projektantowi prawa przysługujące wszystkim aresztantom, po czym podniosła rękę, nakazując mu milczenie.

– Zrozumiałeś wszystko?

– Tak. – Zrezygnowany, potarł twarz dłońmi.

– Wiem, co jest grane.

– Chcesz złożyć zeznanie?

– Już ci powiedziałem…

Patrząc na niego zimno, Eve znów podniosła rękę.

– Tak czy nie?

– Tak, tak, chcę zeznawać.

– Wstań. Muszę to nagrać. – Zwróciła się w stronę biurka. Mogła zaciągnąć Leonarda do pokoju przesłuchań, pewnie nawet powinna to zrobić, ale uznała, że będzie na to jeszcze dość czasu. – Jesteś świadom, że wszystko, co powiesz, zostanie nagrane?

– Tak. – Wstał, po czym runął na krzesło, które jęknęło pod jego ciężarem. – Dallas…

Potrząsnęła głową, nie pozwalając mu dokończyć. Włączyła dyktafon, podała wszystkie niezbędne informacje, po czym raz jeszcze odczytała przesłuchiwanemu jego prawa.

– Leonardo, czy rozumiesz swoje prawa i świadomie rezygnujesz z obecności adwokata przy przesłuchaniu?

– Chcę to wreszcie mieć z głowy.

– Tak czy nie?

– Tak. Tak, do cholery.

– Znałeś Pandorę?

– Oczywiście.

– Czy coś was łączyło?

– Tak. – Znów ukrył twarz w dłoniach, mimo to przed oczami wciąż miał obraz, który ujrzał, włączywszy telewizor w mieszkaniu Mavis. Długi czarny worek wynoszony z jego pracowni. – Nie mogę uwierzyć, że to się stało.

– Jaki był charakter związku łączącego cię z ofiarą?

Jakże to zimno zabrzmiało w jej ustach, pomyślał. „Ofiara". Położył ręce na kolanach i spojrzał na Eve.

– Sama wiesz, że byliśmy kochankami. Próbowałem z nią zerwać, bo…

– Czyli w okresie poprzedzającym zabójstwo nie byliście już ze sobą? – przerwała mu Eve.

– Nie, nie spotykaliśmy się od kilku tygodni, odkąd poleciała na jakąś planetę. Zresztą, nawet przed wyjazdem Pandory nasz związek zaczął się psuć. A potem poznałem Mavis i wszystko się zmieniło. Dallas, gdzie Mavis? Gdzie ona jest?

– W tej chwili nie mogę zdradzić ci miejsca pobytu pani Freestone.

– Powiedz mi tylko, że nic jej nie jest. -W jego oczach błysnęły łzy. – Po prostu powiedz.

– Jest w dobrych rękach. – Nic więcej nie chciała, nie mogła powiedzieć. – Leonardo, czy prawdą jest, że Pandora ci groziła? Że domagała się, abyś nadal się z nią spotykał, i zapowiedziała, że jeśli odmówisz, to wycofa się z uczestnictwa w organizowanym przez ciebie pokazie mody? Pokazie, w który włożyłeś wiele czasu i pieniędzy.

– Byłaś przy tym i sama słyszałaś. Nie chodziło jej o mnie; po prostu ambicja nie pozwalała jej dopuścić do tego, żebym to ja z nią zerwał, a nie vice versa. Gdybym nadal spotykał się z Mavis, gdybym nie przyjął roli salonowego pieska Pandory, zrobiłaby wszystko, żeby mój pokaz okazał się totalną klapą albo w ogóle się nie odbył.

– Nie chciałeś przestać spotykać się z panią Freestone.

– Kocham Mavis – odparł z wielką godnością. – Jest najważniejszą osobą w moim życiu.

– Ale z drugiej strony, gdybyś nie spełnił żądań Pandory, najprawdopodobniej znalazłbyś się w poważnych tarapatach finansowych i stracił swoją reputację zawodową. Zgadza się?

– Tak, wszystko, co miałem, zainwestowałem w ten pokaz. Zadłużyłem się po uszy. Poza tym, włożyłem w to całe swoje serce. Swoją duszę.

– A ona mogła to wszystko zniweczyć.

– O tak. – Skrzywił się. – Sprawiłoby jej to prawdziwą przyjemność.

– Czy wczorajszej nocy zaprosiłeś ją do swojego mieszkania?

– Nie. Nie chciałem jej widzieć na oczy.

– O której przyszła do ciebie?

– Nie wiem.

– Jak dostała się do środka? Czy to ty ją wpuściłeś?

– Nie. Nie wiem. Pewnie miała mój klucz kodowy. Nie przyszło mi do głowy, żeby go jej odebrać albo wymienić zamek. Wszystko tak się zagmatwało.

– Kłóciłeś się z nią? Jego oczy się zamgliły.

– Nie wiem. Nie pamiętam. Ale pewnie tak było.

– Niedawno Pandora przyszła nieproszona do pracowni, zaczęła ci grozić, a nawet fizycznie zaatakowała twoją obecną partnerkę.

– Tak, tak, to prawda. – To akurat pamiętał. Co za ulga.

– W jakim nastroju była, kiedy odwiedziła cię tej nocy?

– Musiała być wściekła. Na pewno powiedziałem jej, że nie zamierzam zrywać z Mavis. To musiało ją jeszcze bardziej rozsierdzić. Dallas… – W jego oczach błysnęła rozpacz. – Ja po prostu nic, ale to nic nie pamiętam. Dziś rano ocknąłem się w mieszkaniu Mavis. Mam wrażenie, że pamiętam, jak otwierałem drzwi kluczem kodowym. Przez całą noc piłem i szwendałem się po mieście. Rzadko piję alkohol, bo zawsze mam potem czarne dziury w pamięci. Kiedy się obudziłem, zobaczyłem krew. Wyciągnął rękę, ukazując nieudolnie opatrzoną ranę na ramieniu.

– Miałem krew na rękach, na ubraniu. Zakrzepłą krew. Musiałem pobić się z Pandorą. Na pewno ją zabiłem.

– Gdzie jest ubranie, które nosiłeś ostatniej nocy?

– Zostawiłem je w mieszkaniu Mavis. Wziąłem prysznic i przebrałem się. Nie chciałem, żeby po powrocie zastała mnie w takim stanie. Czekałem na nią, zastanawiałem się, co robić, i w pewnym momencie włączyłem wiadomości. Wtedy usłyszałem… zobaczyłem, co się stało. I od razu domyśliłem się, jak do tego doszło.

– Twierdzisz, że nie przypominasz sobie, abyś ostatniej nocy spotkał się z Pandorą. Nie pamiętasz kłótni z nią. Nie pamiętasz, czy ją zabiłeś.

– Ale na pewno to zrobiłem – upierał się Leonardo. – W końcu zginęła w moim studiu.

– O której wczorajszego wieczora wyszedłeś z domu?

– Nie jestem pewien. Wcześnie zacząłem pić. I to dużo. Byłem wzburzony, właściwie wściekły.

– Czy kogoś widziałeś albo z kimś rozmawiałeś?

– Kupiłem drugą flaszkę. Zdaje się, że od handlarza ulicznego.

– Czy spotkałeś się ostatniej nocy z panią Freestone?

– Nie, na pewno nie. Gdybym ją spotkał, mógłbym z nią porozmawiać i wszystko byłoby w porządku.

– A jeśli ci powiem, że Mavis ostatniej nocy była w twojej pracowni?

– Mavis przyszła, żeby się ze mną spotkać!

– Twarz mu się rozpromieniła. – Wróciła do mnie? Nie, to niemożliwe. Pamiętałbym to.

– Czy Mavis była przy tym, jak biłeś się z Pandorą? Jak ją zamordowałeś?

– Nie. Nie.

– Czy przyszła wtedy, kiedy Pandora już nie żyła, kiedy już ją zabiłeś? Byłeś wtedy w szoku, zgadza się? Byłeś przerażony.

W jego oczach pojawił się paniczny strach.

– Nie, Mavis tam nie było.

– Była. Zadzwoniła do mnie z twojej pracowni, po tym jak znalazła ciało.

– Mavis widziała Pandorę? – Leonardo pobladł.

– O Boże, nie!

– Ktoś uderzył Mavis, pozbawiając ją przytomności. Czy to ty, Leonardo?

– Ktoś ją uderzył? Jest ranna? – Zerwał się z krzesła i chwycił za głowę. – Gdzie ona jest?

– Czy ty to zrobiłeś? Wyciągnął ręce przed siebie.

– Prędzej odciąłbym sobie dłonie, niż zrobiłbym krzywdę Mavis. Na rany Chrystusa, Dallas, powiedz mi, gdzie ona jest. Chcę zobaczyć, że nic jej nie grozi.

– W jaki sposób zamordowałeś Pandorę?

– Ja… dziennikarz powiedział, że pobiłem ją na śmierć. – Przeszedł go silny dreszcz.

– Jak ją pobiłeś? Czym?

– Ja… rękami? – Znów je wyprostował. Eve zauważyła, że nie ma na nich żadnego siniaka, żadnych, najmniejszych nawet zadrapań na kostkach. Ręce projektanta były idealnie gładkie, niczym wy-rzeźbione ze szlachetnego, połyskującego drewna.

– Była silną kobietą. Musiała się bronić.

– Mam ranę na ręce.

– Chcę, żeby obejrzeli ją specjaliści. Sprawdzą też ubranie, które, jak twierdzisz, zostawiłeś w mieszkaniu Mavis.

– Czy mnie aresztujesz?

– Na razie nie postawię ci żadnych zarzutów. Pozostaniesz jednak na komendzie do czasu, aż otrzymamy wyniki badań.

Po chwili od nowa zaczęła powtarzać te same pytania, próbując wyciągnąć z Leonarda, gdzie dokładnie przebywał ostatniej nocy i w jakich godzinach. Ciągle jednak wpadała na mur blokujący jego pamięć. Niezadowolona, zakończyła przesłuchanie, zaprowadziła Leonarda do celi, po czym zajęła się przygotowaniami do testów osobowości, którym poddawani byli wszyscy podejrzani.

Następnie poszła do komendanta Whitneya.

Whitney wskazał jej krzesło. Eve udała, że nie zauważyła tego, i stanęła naprzeciwko szefa, siedzącego za biurkiem. W skrócie przedstawiła mu wyniki wstępnych przesłuchań. Whitney złożył dłonie i wpatrywał się w nią. Miał bystre oczy, oczy policjanta i błyskawicznie dojrzał na twarzy Eve zdenerwowanie.

– Masz człowieka, który się przyznał. Człowieka, który miał i motyw, i dość czasu, by popełnić morderstwo.

– Człowieka, który nie pamięta, by feralnej nocy w ogóle widział ofiarę, a tym bardziej zatłukł ją na śmierć.

– Nie byłby to pierwszy przypadek, kiedy zabójca przyznał się do popełnionej zbrodni, ale zrobił to tak, by sprawić wrażenie niewinnego.

– To prawda. Jednak nie sądzę, aby to Leonardo był mordercą. Testy mogą wykazać, że się mylę, ale człowiek o jego osobowości nie jest zdolny do takiej zbrodni. Byłam świadkiem kłótni, która zakończyła się bójką między ofiarą a Mavis. Zamiast je rozdzielić czy zareagować stanowczo, podejrzany trzymał się z boku i załamywał ręce.

– Jak sam zeznał, ostatniej nocy był pijany. Alkohol może wywoływać, i wywołuje, zmiany osobowości.

– Tak jest. – To wytłumaczenie było rozsądne. W głębi duszy Eve chciała zrzucić winę na Leonarda, przyjąć jego przyznanie się za dobrą monetę i zakończyć sprawę. Mavis byłaby zrozpaczona, ale bezpieczna i wolna od podejrzeń. – To nie on – powiedziała bezbarwnym tonem. – Proponuję zatrzymać go jak najdłużej i przeprowadzić kolejne przesłuchania, a nuż coś sobie przypomni. Ale nie możemy postawić go w stan oskarżenia tylko dlatego, że jest przekonany o swojej winie.

– Jak chcesz, Dallas. Pozostałe raporty z laboratorium powinny być wkrótce gotowe. Miejmy nadzieję, że wtedy wszystko stanie się jaśniejsze. Jak sądzę, jesteś świadoma, że raporty mogą dostarczyć kolejnych dowodów przeciwko Mavis Freestone.

– Tak jest, zdaję sobie z tego sprawę.

– Przyjaźnisz się z nią od dawna. Gdybyś zdecydowała się zrezygnować z prowadzenia tego śledztwa, nie przyniosłoby ci to ujmy. Może nawet byłoby to dla ciebie korzystne.

– Nie, panie komendancie, nie wycofam się. Jeśli odbierze mi pan tę sprawę, wezmę urlop i zajmę się nią na własną rękę. Gdyby to okazało się konieczne, złożę rezygnację.

Whitney potarł dłońmi czoło.

– Twoja rezygnacja nie zostałaby przyjęta. Proszę usiąść, pani porucznik. Cholera jasna, Dallas – wybuchnął, kiedy wciąż stała przed nim. – Siadaj. To rozkaz, do diabła.

– Tak jest, panie komendancie. Whitney westchnął i powściągnął nerwy.

– Niedawno uraziłem cię, kierując pod twoim adresem słowa, które były wysoce niestosowne i na które sobie nie zasłużyłaś. W ten sposób zniszczyłem nasze dotychczasowe relacje. Zdaję sobie sprawę, że nie czujesz się dobrze pod moją komendą.

– Jest pan najlepszym komendantem. Nie mam nic przeciwko temu, żeby nadal był pan moim przełożonym.

– Ale nie przyjacielem. – Skinął głową na znak, że wie, co oznacza jej milczenie. – Chodzi mi jednak o to, że doskonale wiem, przez co przechodzisz. Pamiętam, jak dawałem ci się we znaki, kiedy prowadziłaś dochodzenie, które dotyczyło mnie osobiście. Wiem, jak to jest, kiedy człowiek musi wybierać między obowiązkiem a przyjaźnią, Dallas. Zapewne nie chcesz opowiedzieć mi o refleksjach, jakie budzi w tobie sprawa twojej przyjaciółki, ale sugeruję, żebyś porozmawiała o tym z kimś, komu ufasz. Ja nie podzieliłem się z nikim swoim ciężarem. Nie popełniaj tego samego błędu.

– Mavis nikogo nie zabiła. Żadne dowody nie skłonią mnie do zmiany zdania. Zrobię, co do mnie należy, panie komendancie. I w końcu znajdę prawdziwego zabójcę.

– Nie wątpię, że sumiennie wypełnisz swoje obowiązki, chociaż będzie cię to wiele kosztować. Zapewniam cię, że możesz na mnie liczyć, a czy z tego skorzystasz, to już twoja sprawa.

– Dziękuję. Mam prośbę w związku z inną sprawą.

– Którą?

– Chodzi o zabójstwo Johannsena.

Tym razem Whitney westchnął, głęboko i przeciągle.

– Dallas, jesteś niczym jakiś cholerny terier. Nigdy nie odpuszczasz.

Nie mogła temu zaprzeczyć.

– Otrzymał pan mój raport dotyczący substancji znalezionej w pokoju Boomera. Niestety, nie została jeszcze do końca zidentyfikowana. Próbowałam na własną rękę dowiedzieć się czegoś o wzorze chemicznym, zapisanym na dysku ukrywanym przez Boomera. – Wyjęła go z torebki. -To nowy narkotyk o niezwykle silnym działaniu, utrzymującym się dość długo w porównaniu z obecnie dostępnymi środkami. Cztery do sześciu godzin przy normalnej dawce. Przyjęcie większej ilości w osiemdziesięciu ośmiu procentach przypadków skończyłoby się śmiercią.

Whitney wydął wargi i obrócił dysk w dłoniach.

– Zdobyłaś wszystkie te informacje na własną rękę?

– Wykorzystałam swoje znajomości. Badania wciąż trwają, ale laboratorium zidentyfikowało już kilka składników i ich proporcje wagowe. Tego typu substancja przynosiłaby ogromne zyski; niewielka ilość wystarcza do uzyskania pożądanego efektu. Jest bardzo uzależniająca i wywołuje uczucie mocy oraz pewnego rodzaju euforię, wrażenie panowania nad sobą i innymi. Zawiera też coś w rodzaju regeneratora komórek. Przeprowadziłam symulację efektów kilkuletniego uzależnienia. Codzienne przyjmowanie tego środka w okresie pięciu lat w dziewięćdziesięciu sześciu przecinek osiem procent przypadków spowoduje całkowity paraliż układu nerwowego. I śmierć.

– Jezu Chryste. To trucizna?

– W dłuższej perspektywie, owszem. Producenci z pewnością zdają sobie z tego sprawę, co oznacza, że winni są nie tylko dystrybucji nielegalnych substancji odurzających, ale i morderstwa z premedytacją. Eve zawiesiła na chwilę głos, by jej szef mógł to wszystko przetrawić. Doskonale zdawała sobie sprawę, ile nerwów straciłby, gdyby media wgryzły się swoimi żądnymi sensacji kłami w te informacje.

– Nie wiem, czy Boomer był tego świadom, czy nie; w każdym razie wiedział tyle, że zasłużył sobie na śmierć. Chcę zająć się tą sprawą, a ponieważ mam na głowie wiele innych rzeczy, proszę, by do czasu zakończenia śledztwa sierżant Peabody była moją asystentką.

– Peabody nie ma doświadczenia w tego rodzaju sprawach.

– Nadrabia to inteligencją i pracowitością. Chcę, żeby pomagała mi w koordynowaniu działań z porucznikiem Casto z wydziału nielegalnych substancji. Boomer był także jego informatorem.

– Załatwię to. W sprawie zabójstwa Pandory skorzystaj z pomocy Feeneya. – Uniósł brwi. – Ach, już to zrobiłaś. Przypuśćmy, że właśnie wydałem ci to polecenie i od tej pory Feeney oficjalnie jest twoim asystentem. Będziesz musiała radzić sobie z mediami.

– Już prawie do tego przywykłam. Nadine Furst wróciła z urlopu. Powiem jej to, co uznam za stosowne. Ona i Kanał 75 mają wobec mnie spory dług. – Wstała. – Muszę przesłuchać parę osób. Skontaktuję się z Feeneyem i wezmę go ze sobą.

– Może uda się wszystko wyjaśnić przed twoim miesiącem miodowym. – Na jej twarzy w jednej chwili odmalowały się wstyd, radość i lęk, uczucia tak przeciwstawne, że Whitney nie wytrzymał i ryknął rubasznym śmiechem. – Dasz sobie radę, Dallas. Daję ci słowo.

– Jasne. Cóż z tego, że facet, który ma zaprojektować moją ślubną suknie, siedzi w areszcie? – wymamrotała. – Dziękuję, szefie.

Komendant odprowadził ją spojrzeniem. Może nie zdawała sobie sprawy, że zburzyła dzielący ich mur, ale on to zauważył.

– Żona będzie zachwycona. – Feeney rozsiadł się wygodnie w fotelu pasażera, zadowolony, że to Dallas musi się męczyć za kierownicą. Jechali w kierunku Park Avenue South. Feeney, rodowity nowojorczyk, już dawno przywykł do odbijającego się echem ryku sterowców turystycznych i podniebnych autobusów.

– Obiecali, że naprawią, kutasy. Słyszysz to, Feeney? To cholerne brzęczenie?

Kapitan przez grzeczność wytężył słuch, usiłując wyłowić dźwięk wydobywający się spod tablicy rozdzielczej.

– Jak rój wściekłych pszczół.

– Trzy dni – irytowała się Eve – trzy dni w naprawie i co? Jest gorzej, niż było.

– Dallas. – Położył dłoń na jej ramieniu. – Musisz wreszcie przyjąć do wiadomości fakt, że twój wóz to kupa złomu. Zamów sobie nowy.

– Nie chcę żadnego nowego samochodu. – Uderzyła otwartą dłonią w deskę rozdzielczą. – Chcę jeździć tym, tylko bez efektów dźwiękowych. – Zatrzymała się na światłach i nerwowo zabębniła palcami w kierownicę. Sądząc po odgłosach wydobywających się z przyrządów, włączenie automatycznego kierowania mogłoby się źle skończyć. – Gdzie, do diabła, jest Central Park South 582? – Brzęczenie nie cichło, więc Eve ponownie rąbnęła dłonią deskę rozdzielczą. – Pytam, gdzie u licha jest Central Park South 582.

– Trochę uprzejmości nie zaszkodzi – zauważył Feeney. – Komputer, pokaż plan miasta i zlokalizuj Central Park South numer 582.

Kiedy na tablicy rozdzielczej posłusznie ukazał się ekran z mapą holograficzną ukazującą trasę przejazdu, Eve zmełła w ustach przekleństwo.

– Ja się nie cackam ze swoimi urządzeniami.

– Może dlatego bez przerwy ci się psują. Jak już mówiłem – ciągnął, nie pozwalając Eve dojść do słowa – żona będzie zachwycona. Justin Young. Grał amanta w „Zapada noc".

– Czy to czasem nie opera mydlana? – Obrzuciła Feeneya zdumionym spojrzeniem. – To ty oglądasz takie bzdury?

– A owszem, włączam sobie czasami Kanał Mydlany, żeby się zrelaksować. Jak wszyscy. W każdym razie, moja żona oszalała na jego punkcie. Teraz Young występuje w filmach. Mówię ci, nie ma tygodnia, żeby nie nagrała sobie któregoś z nich. Gość jest dobry, trzeba mu przyznać. No, a do tego Jerry Fitzgerald. – Feeney uśmiechnął się do własnych myśli.

– Zachowaj swoje marzenia dla siebie, koleś.

– Mówię ci, ta dziewczyna ma niesamowite ciało. Nie to, co te wychudzone modelki. – Z jego ust wyrwał się dźwięk, jaki wydałby z siebie człowiek, przed którym postawiono michę pełną lodów. – Wiesz, czemu ostatnimi czasy szczególnie lubię z tobą pracować, Dallas?

– Bo jestem urocza i bystra jak mało kto?

– Tak, jasne. – Przewrócił oczami. -Ale nie o to chodzi. Najfajniejsze jest to, że mogę po powrocie do domu opowiadać żonie, kogo to ja dziś przesłuchiwałem. Miliardera, senatora, włoskich arystokratów, gwiazdy filmowe. Mówię ci, urosłem w jej oczach.

– Cieszę się, że mogłam pomóc. – Udało jej się zmieścić zdezelowany wóz policyjny między mini-rolls-royce'em a zabytkowym mercedesem. – Tylko powściągnij swój zachwyt, jak będziemy wyciągać zeznania z tego aktora.

– Jestem zawodowcem. – Mimo to, kiedy wysiadał z samochodu, na jego obliczu gościł szeroki uśmiech. – Spójrz na ten dom. Chciałabyś tu mieszkać? – Parsknął śmiechem i odwrócił się od połyskującej w słońcu, zbudowanej ze sztucznego marmuru fasady wysokiego budynku. – Och, zapomniałem. Teraz coś takiego to dla ciebie slumsy.

– Całuj mnie w dupę, Feeney.

– Ejże, mała, wyluzuj. – Objął ją ramieniem i ruszyli w stronę drzwi. – To nie powód do wstydu, że zadurzyłaś się w najbogatszym człowieku na świecie.

– Nie wstydzę się, tylko nie lubię się nad tym rozwodzić.

Budynek był na tyle ekskluzywny, że oprócz elektronicznego systemu pilnował go także prawdziwy strażnik, z krwi i kości. Eve i Feeney pomachali mu odznakami przed nosem, po czym weszli do wyłożonego pozłacanym marmurem holu, ozdobionego bujnymi paprociami i egzotycznymi kwiatami w wielkich porcelanowych donicach.

– Co za kicz – burknęła Eve.

– Widzisz? Już się robisz zblazowana. – Feeney odsunął się na wszelki wypadek i podszedł do ekranu elektronicznego systemu bezpieczeństwa. – Porucznik Dallas i kapitan Feeney do Justina Younga.

– Proszę chwilę zaczekać. – Przesłodzony komputerowy głos zamilkł w oczekiwaniu na weryfikację ich tożsamości. – Dziękuję za cierpliwość. Pan Young oczekuje państwa. Proszę pójść do windy numer trzy. Miłego dnia.

6

– Jak chcesz to rozegrać? – Feeney wydął wargi i wlepił wzrok w małą kamerę pod sufitem windy. – Tak jak zwykle? Dobry glina/zły glina?

– Aż dziw bierze, że ta metoda ciągle jest skuteczna.

– Cywile są łatwymi celami.

– Zaczniemy tradycyjnie: przepraszamy za najście, jesteśmy wdzięczni za gotowość współpracy, i tak dalej, i tak dalej. Jeśli zacznie coś kręcić, możemy zmienić śpiewkę.

– Gdyby do tego doszło, ja chcę być złym gliną.

– Nie nadajesz się do tego, Feeney. Spójrzmy prawdzie w oczy.

Obrzucił ją ponurym spojrzeniem.

– Jestem od ciebie wyższy rangą, Dallas.

– A ja prowadzę to śledztwo i lepiej od ciebie odgrywam rolę złej. Pogódź się z tym.

– Dlaczego to ja zawsze muszę być dobrym gliną? – burknął rozżalony, kiedy wyszli z windy na skąpany w jasnym świetle korytarz, bijący w oczy – a jakże – pozłacanym marmurem.

W drzwiach apartamentu naprzeciwko windy jak na zawołanie stanął Justin Young. Eve nie omieszkała zauważyć, że ubrał się stosownie do roli dobrze sytuowanego, ale skorego do współpracy z policją świadka; miał na sobie kosztowne, żółto-brązowe płócienne spodnie i obszerną, jedwabną koszulę w tym samym kolorze. Do tego modne sandały o grubych podeszwach, z ozdobnym paskiem na podbiciu stopy.

– Witam, porucznik Dallas, kapitanie Feeney.

– Na jego pięknej twarzy o posągowych rysach malowała się powaga, a bystro patrzące zabójczo czarne oczy kontrastowały z falującą grzywką w kolorze pozłoty zdobiącej korytarz. Young wyciągnął rękę;

na palcu połyskiwał duży pierścień z onyksem. – Proszę wejść.

– Dziękuję, że zgodził się pan tak szybko z nami spotkać, panie Young. – Może rzeczywiście miała nieco skrzywiony punkt widzenia, ale jeden rzut oka na wnętrze wystarczył, by Eve uznała je za kwintesencję złego gustu.

– To takie straszne, takie okropne. – Young wskazał gościom dużą sofę w kształcie litery L, przykrytą poduszkami w jaskrawych barwach. Po drugiej stronie pokoju ekran medytacyjny zaprogramowany był na widok tropikalnej plaży o zachodzie słońca. – Nie mogę uwierzyć, że ona nie żyje, a tym bardziej, że zginęła tak straszną śmiercią!

– Przepraszamy za najście – zaczął Feeney, wchodząc w rolę dobrego gliny, a zarazem starając się nie gapić na ozdóbki i witraże. – Z pewnością bardzo pan przeżył to, co się stało.

– To prawda. Pandora była moją dobrą znajomą. Napiją się państwo czegoś? – Z gracją spoczął na miękkim fotelu, który wyglądał tak, jakby mógł połknąć małe dziecko.

– Nie, dziękuję. – Eve wierciła się niezgrabnie, usiłując odsunąć górę poduch.

– A ja coś sobie zamówię, jeśli nie mają państwo nic przeciwko temu. Odkąd dotarły do mnie te straszne wieści, niczego nie miałem w ustach. Trzymam się na nogach chyba tylko dzięki nerwom. – Pochylił się do przodu i wcisnął mały guzik na stole. -Poproszę kawę. – Usiadł wygodnie i uśmiechnął się lekko. – Na pewno chcecie mnie zapytać, co robiłem w czasie, kiedy popełniono morderstwo. Wiem, jak wygląda przesłuchanie; grałem w wielu kryminałach. Bywałem policjantem, podejrzanym, a nawet, w początkach kariery, ofiarą. Przy moim ekranowym wizerunku zawsze musiałem być niewinny.

Podniósł głowę. Oczom Eve ukazał się komiczny, a zarazem przerażający widok. Oto do pokoju wmaszerował ubrany w fartuszek służącej domowy android ze szklaną tacą, na której stała filiżanka na talerzyku. Justin, jakby nigdy nic, wziął kawę i podniósł ją obiema rękami do ust.

– Media nie podały, o której godzinie Pandora została zamordowana, ale wydaje mi się, że mogę dokładnie odtworzyć wszystko, co robiłem wczoraj wieczorem. Mniej więcej do północy byłem u niej na małej imprezie. Wyszedłem stamtąd z Jerry, to znaczy Jerry Fitzgerald, i razem wpadliśmy na drinka do pobliskiego prywatnego klubu Ennui. Ostatnio stał się bardzo modny i dobrze jest od czasu do czasu w nim się pokazać. Zdaje się, że siedzieliśmy tam do około pierwszej. Potem przez pewien czas zastanawialiśmy się, czy nie zajrzeć do paru innych lokali, ale, przyznam, mieliśmy już dosyć i alkoholu, i towarzystwa innych ludzi. Przyszliśmy więc tutaj i byliśmy razem aż do dziesiątej. O tej porze Jerry miała się z kimś spotkać. Kiedy wyszła, zacząłem pić poranną kawę, włączyłem wiadomości i usłyszałem, co się stało z Pandorą.

– No, to obskoczył pan cały wieczór – zauważyła Eve. Wyrecytował wszystko, pomyślała, jak dobrze przygotowaną kwestię w sztuce. – Będziemy musieli porozmawiać z panią Fitzgerald, by zweryfikować pańskie zeznania.

– Ależ oczywiście. Czy chcecie państwo, żebym ją poprosił już w tej chwili? Jest w pokoju wypoczynkowym. Śmierć Pandory była dla niej sporym wstrząsem.

– No to niech sobie jeszcze trochę odpocznie – uznała. – Mówił pan, że przyjaźnił się z Pandorą. Czy byliście kochankami?

– Od czasu do czasu, nie było to nic poważnego.

Obracaliśmy się w tych samych kręgach i tyle. Poza tym, jeśli wolno mi w takiej chwili pozwolić sobie na brutalną szczerość, Pandora preferowała mężczyzn, których mogła łatwo owinąć wokół palca, zastraszyć. – Błysnął uśmiechem na znak, że on do takich nie należy. -Wolała facetów, którzy dążyli do sukcesu, od tych, co go osiągnęli. Nie życzyła sobie dzielić sławy z kimkolwiek. Feeney wpadł mu w słowo.

– Z kim spotykała się przed śmiercią?

– Zdaje się, że miała kilku kochanków. Jednego z nich poznała na Starlight Station; nazywała go „przedsiębiorcą", ale jakoś tak ironicznie. Poza tym był ten świetnie zapowiadający się projektant mody, zdaniem Jeny, prawdziwy geniusz. Jak on się nazywał? Michelangelo, Puccini, Leonardo, coś w tym stylu. No i jeszcze Paul Redford, producent filmowy, który był z nami tamtej nocy.

Napił się kawy, po czym zamrugał oczami.

– Leonardo. Tak, właśnie Leonardo. Chyba się o coś posprzeczali. Kiedy byliśmy u Pandory, zjawiła się tam jakaś kobieta. Pobiły się o niego. Całe to zajście byłoby nawet zabawne, gdyby nie wzbudziło w nas takiego zażenowania.

Rozłożył swoje wypielęgnowane palce i przywołał na twarz wyraz lekkiego rozbawienia, zadający kłam jego ostatnim słowom. Dobra robota, pomyślała Eve. Dobrze przygotowana rola, doskonałe wyczucie, idealnie dobrane kwestie.

– Dopiero Paulowi i mnie udało się je rozdzielić.

– Czyli ta kobieta przyszła do domu Pandory i rzuciła się na nią? – spytała Eve, starając się mówić chłodnym, beznamiętnym tonem.

– Och, ależ skąd. Biedaczka była zrozpaczona, zdesperowana. Pandora rzuciła pod jej adresem parę wyzwisk, a potem ją uderzyła. – Justin zademonstrował cios pięścią. – Naprawdę jej przyłożyła. Tamta kobieta była drobna, ale się nie dała. Szybko się pozbierała i skoczyła na Pandorę. Potem zaczęły się mocować, szarpać za włosy, drapać. Kiedy ta nieznajoma wychodziła, zauważyłem, że trochę krwawi. Pandora miała zabójcze paznokcie.

– Czy podrapała rywalkę po twarzy?

– Nie, ale jestem pewien, że nabiła jej dużego sińca. O ile sobie przypominam, tamta dziewczyna miała podrapaną szyję. Cztery długie, paskudne skaleczenia. Niestety, nie wiem, jak się nazywała. Pandora nazwała ją po prostu suką i obrzuciła innymi, równie barwnymi wyzwiskami. Kiedy ta nieznajoma dziewuszka wychodziła, widać było po niej, że walczy, aby nie wybuchnąć płaczem; w drzwiach zapowiedziała Pandorze, mocno poruszona, że pożałuje tego, co zrobiła. Niestety, na koniec pociągnęła nosem i oznajmiła, że miłość wszystko zwycięży, przez co całkowicie zepsuła efekt dramatyczny całej sytuacji.

To podobne do Mavis, pomyślała Eve.

– A jak zachowywała się Pandora po wyjściu tej kobiety?

– Była wściekła i rozgorączkowana. Dlatego wyszliśmy od niej tak wcześnie.

– A Paul Redford?

– On został; nie wiem, na jak długo. – Justin odstawił filiżankę z pełnym żalu westchnieniem. – Trochę nie fair jest mówić źle o Pandorze, kiedy nie ma jej tu z nami, aby mogła się obronić, ale miała naprawdę trudny charakter, często wręcz nie dawało się z nią wytrzymać. Marny los czekał tego, kto jej podpadł.

– A czy pan kiedykolwiek jej podpadł, panie Young?

– Starałem się tego uniknąć. – Uśmiechnął się czarująco. – Za wysoko cenię sobie karierę i własną urodę, pani porucznik. I choć Pandora nie mogłaby zniszczyć mi kariery, to niejedną twarz już poharatała tymi swoimi paznokciami. Proszę wierzyć, wyostrzyła je jak noże nie tylko dla fasonu.

– Miała wrogów.

– I to wielu. Większość z nich potwornie jej się bała. Pewnie któryś w końcu nie wytrzymał i odpłacił jej pięknym za nadobne. Mimo to nawet Pandora nie zasłużyła sobie na taką śmierć.

– Doceniamy pańską szczerość, panie Young. Jeśli nie ma pan żadnych obiekcji, chcielibyśmy teraz porozmawiać z panią Fitzgerald. Na osobności.

Young uniósł wypielęgnowaną brew.

– Ależ oczywiście. Nie można pozwolić, żebyśmy uzgodnili zeznania.

Eve uśmiechnęła się lekko.

– Mieliście dość czasu, żeby to zrobić. Mimo to chcielibyśmy porozmawiać z nią na osobności.

Ku jej zadowoleniu, mina mu nieco zrzedła. Mimo to wstał i skierował się w stronę korytarza.

– No i co? – mruknął Feeney.

– Obejrzeliśmy cholernie dobry spektakl.

– Widzę, że nadajemy na tych samych falach. Mimo to, jeśli Young przez całą noc tarzał się z Fitzgerald w pościeli, to jest czysty.

– Wtedy obydwoje mieliby alibi. Poprosimy zarząd budynku o dyski systemu monitorującego i sprawdzimy, o której wrócili do domu. Zobaczymy, czy naprawdę nigdzie się stąd nie ruszali.

– Od sprawy DeBlassa nie mam zaufania do tych cholerstw.

– Jeśli dłubali w dyskach, od razu to zauważysz. – Podniosła głowę, usłyszawszy, że jej towarzysz bierze głęboki oddech. Jego zazwyczaj posępna twarz rozpromieniła się, a oczy zamgliły. Spojrzawszy na Jerry Fitzgerald, Eve zaczęła się dziwić, że Feeney jeszcze nie wywiesił języka.

Aktorka rzeczywiście miała zachwycające ciało. Jej bujne piersi były niezbyt dokładnie zasłonięte jedwabną tuniką w kolorze kości słoniowej, z głębokim dekoltem, sięgającą do połowy uda. Długą, zgrabną nogę ozdabiała wytatuowana czerwona róża.

A do tego dochodziła jej twarz, o łagodnych rysach i sennym wyrazie, jak u kobiety, która przed chwilą uprawiała seks. Włosy, również w kolorze kości słoniowej, proste jak ostrze brzytwy, podkreślały kształtny, subtelny podbródek. Usta były pełne, wilgotne i czerwone, a oczy olśniewająco niebieskie, obramowane długimi, sterczącymi rzęsami o złotych koniuszkach.

Kiedy Jerry Fitzgerald podeszła majestatycznym krokiem do fotela, niczym pogańska bogini miłości, Eve poklepała Feeneya po ręce, by dodać mu otuchy – i przywołać go do porządku.

– Pani Fitzgerald… – zaczęła mówić.

– Tak? – odrzekła Jerry głosem słodkim jak woń dymu z kadzidła. Intensywnie niebieskie oczy zaledwie prześlizgnęły się po Eve, po czym wpiły się w rozanieloną twarz Feeneya jak pijawki. – Panie kapitanie, to po prostu okropne. Siedziałam w zbiorniku izolacyjnym, poprawiaczu nastroju, a nawet zaprogramowałam hologram na spacer po łące, bo to zawsze pomaga mi się zrelaksować. Ale nie mogę o tym zapomnieć. – Zadrżała i ukryła w dłoniach swoją niewiarygodnie piękną twarz.

– Na pewno wyglądam jak wiedźma.

– Wygląda pani cudownie – wybełkotał Feeney. – Zachwycająco. Wygląda pani jak…

– Weź się w garść – syknęła Eve i trąciła go łokciem. – Zdajemy sobie sprawę z tego, jak wielki przeżyła pani wstrząs, pani Fitzgerald. W końcu Pandora była pani przyjaciółką.

Jerry otworzyła usta, zamknęła je, po czym uśmiechnęła się chytrze.

– Gdybym to potwierdziła, skłamałabym. Tak naprawdę wcale się nie przyjaźniłyśmy. Tolerowałyśmy siebie nawzajem, ponieważ pracowałyśmy w tej samej branży, ale szczerze mówiąc, nie znosiłyśmy się serdecznie.

– Zaprosiła panią do siebie.

– Tylko dlatego, że chciała, by Justin do niej przyszedł, a ostatnio jesteśmy sobie bardzo bliscy. Poza tym czasami spotykałam się z Pandorą na stopie towarzyskiej; parę razy nawet zdarzyło nam się razem pracować.

Wstała, być może po to, aby zademonstrować swoje wdzięki, bądź dlatego, że wolała sama się obsłużyć, niż korzystać z pomocy androida. Z barku stojącego w kącie wyjęła karafkę w kształcie łabędzia i napełniła szklankę szafirowym płynem.

– Po pierwsze, muszę państwu powiedzieć, że naprawdę przeżyłam wstrząs na wiadomość o tym, jak brutalnie morderca obszedł się z Pandorą. Aż strach pomyśleć, że ktoś mógłby odczuwać tak silną nienawiść. Pracuję w tym samym zawodzie i podobnie jak ona jestem osobą publiczną. Twarzą z ekranu. Jeśli ją spotkało coś takiego… – zawiesiła głos i upiła duży łyk ze szklanki -…mnie też może grozić niebezpieczeństwo. Między innymi dlatego postanowiłam zamieszkać u Justina do czasu, kiedy ta sprawa zostanie do końca wyjaśniona.

– Proszę powiedzieć mi, co robiła pani tej nocy, gdy zostało popełnione morderstwo. Jerry otworzyła szerzej oczy.

– Czy jestem podejrzana? No proszę, to mi prawie pochlebia. – Podeszła do fotela z drinkiem w dłoni. Usiadła i założyła nogę na nogę z takim wdziękiem, że Feeneya przeszedł dreszcz podniecenia. – Zazwyczaj w obecności Pandory nie odważyłam się na nic więcej niż drobne złośliwości. Zresztą, ona najczęściej nawet nie zdawała sobie sprawy, że jej dogaduję. Nie była tytanem intelektu i nie wiedziała, co to subtelność. Dobrze, przejdę więc do rzeczy.

Usiadła wygodniej, zamknęła oczy i opowiedziała mniej więcej tę samą historię co Justin, choć wyglądało na to, że utarczka Pandory z Mavis mocniej zapadła jej w pamięć.

– Muszę przyznać, trzymałam za nią kciuki. To znaczy, za tę małą, nie za Pandorę. Miała oryginalny styl – zamyśliła się Jerry – dziwny, zapadający w pamięć… jakby połączyć sierotkę z amazonką. Dzielnie sobie radziła, to prawda, ale gdyby Justin i Paul ich nie rozdzielili, Pandora sprawiłaby jej niezły łomot. Nie na darmo godzinami przesiadywała w siłowni. Kiedyś na moich oczach dosłownie cisnęła konsultantem mody przez całą szerokość pomieszczenia tylko dlatego, że biedak przed pokazem źle oznakował jej dodatki. W każdym razie…

Machnęła ręką, otworzyła szufladę mosiężnego stolika stojącego przy fotelu i wygrzebała emaliowane pudełko. Wyjęła połyskującego czerwonego papierosa, zapaliła i wydmuchnęła perfumowany dym.

– W każdym razie, ta dziewczyna początkowo starała się przemówić Pandorze do rozsądku, dogadać się z nią co do Leonarda. To projektant mody. Domyśliłam się, że kręcił z tą małą, a Pandora nie zamierzała pozwolić mu odejść. Niedługo ma się odbyć zorganizowany przez niego pokaz. – Na jej usta znów wypłynął koci uśmiech. – Skoro Pandory nie ma już wśród nas, to ja będę musiała mu pomóc.- Dotąd nie planowała pani udziału w tym pokazie?

– Pandora była główną gwiazdą. Jak już mówiłam, parę razy zdarzyło się nam razem pracować. Nakręciłyśmy wspólnie parę filmów. Szkopuł w tym, że Pandora, owszem, była ładna, miała prezencję, ale kiedy musiała przeczytać kwestię innego aktora albo zaprezentować przed kamerą cały swój urok, to po prostu zmieniała się w drewniany kloc. To było okropne. Natomiast ja, ja jestem dobra. – Zamilkła i wydmuchnęła dym z ust. – Naprawdę dobra i dlatego skoncentrowałam się na pracy w filmie. Ale… udział w tym pokazie, przygotowanym właśnie przez tego projektanta, zapewni mi obecność w mediach i tym samym przysporzy popularności. Wiem, że mówię, jakbym była bez serca. Przykro mi. – Wzruszyła ramionami. – Takie jest życie.

– Innymi słowy, jej śmierć nastąpiła w bardzo korzystnym dla pani momencie.

– Kiedy trafia mi się okazja, wykorzystuję ją. Ale nie zabijam dla kariery. – Znów wzruszyła ramionami. – To byłoby raczej w stylu Pandory.

Nachyliła się do przodu, a jej tunika rozsunęła się niebezpiecznie.

– Dobrze, dość owijania w bawełnę. Jestem czysta. Całą noc spędziłam w towarzystwie Justina, ostatni raz widziałam Pandorę około północy. Mogę być z wami szczera: nie znosiłam jej, rywalizowałyśmy ze sobą w branży, a poza tym wiedziałam, że chciała odbić mi Justina, wyłącznie dla kaprysu. I może nawet by jej się to udało. Ale z powodu mężczyzny też nie zabiłabym nikogo. – Obrzuciła Feeneya ciepłym spojrzeniem. – Na świecie jest tak wielu uroczych mężczyzn. Prawdę mówiąc, ten apartament nie pomieściłby wszystkich ludzi, którym Pandora zalazła za skórę. Ja jestem tylko jedną z wielu.

– W jakim nastroju była tamtej nocy?

– Podniecona i zdenerwowana. – Jeny odchyliła głowę do tyłu i zaniosła się głośnym śmiechem.

– Nie wiem, czego się nałykała, ale iskry strzelały jej z oczu. Wydawało się, że działa na przyspieszonych obrotach.

– Pani Fitzgerald – zaczął Feeney niemal przepraszająco – czy uważa pani, że Pandora wzięła jakiś niedozwolony środek?

Zawahała się przez chwilę, po czym wzruszyła alabastrowymi ramionami.

– Żaden legalny specyfik nie poprawia tak samopoczucia, mój drogi. Ani nie czyni cię agresywnym. A tamtego wieczora Pandora czuła się doskonale i była agresywna. Czegokolwiek się najadła, popijała to wiadrami szampana.

– Czy Pandora częstowała nielegalnymi substancjami panią i pozostałych gości? – spytała Eve.

– Nie, nie podzieliła się ze mną. Z drugiej strony, wiedziała, że ja nie biorę. Moje ciało to świątynia. – Uśmiechnęła się, widząc, że spojrzenie Eve spoczęło na jej szklance. – Drink proteinowy. Czyste białko. A to? – Machnęła cienkim papierosem.

– Wegetariański, z domieszką dozwolonych środków uspokajających. Widziałam wielu znanych ludzi, którzy w mgnieniu oka stoczyli się na samo dno. Ja zamierzam cieszyć się długą, szczęśliwą karierą. Pozwalam sobie na trzy ziołowe papierosy dziennie i od czasu do czasu wypijam lampkę wina. Żadnych chemicznych substancji pobudzających, żadnych uszczęśliwiających pigułek. Z drugiej strony… – Odstawiła szklankę. – Pandora była mistrzynią w ćpaniu. Wszystko by połknęła.

– Wie pani, kto był jej dostawcą?

– Nie przyszło mi do głowy, żeby zapytać. Po prostu nie obchodziło mnie to. Ale gdybym miała zgadywać, powiedziałabym, że znalazła sobie jakieś nowe prochy. Była ożywiona jak nigdy, a poza tym, co muszę z przykrością przyznać, wyglądała lepiej, młodziej niż zwykle. Miała gładką, świeżą skórę. Wydawało się, że bije od niej blask. W pierwszej chwili pomyślałam, że przeszła kurację odmładzającą, ale obie korzystamy z usług salonu kosmetycznego Paradise, a tego dnia Pandora w nim się nie pojawiła. Wiem o tym, bo sama tam byłam. W końcu zapytałam ją o to, ale tylko się uśmiechnęła i powiedziała, że odkryła sekret piękna i zarobi na tym masę pieniędzy.

– Interesujące – skwitował Feeney, wgramoliwszy się do samochodu Eve. – Rozmawialiśmy już z dwiema z trzech osób, które widziały ofiarę ostatnie. Obydwie jej nie znosiły.

– Mogli to zrobić do spółki – rozmyślała na głos Eve. – Jerry Fitzgerald znała Leonarda i chciała z nim pracować. Nic łatwiejszego, niż zapewnić sobie nawzajem alibi.

Feeney poklepał kieszeń, do której schował dyski z kamer monitorujących budynek.

– Zobaczymy, co da się z tego wyciągnąć. Wydaje mi się, że nadal nie znamy motywu zabójstwa. Sprawca nie tylko chciał zabić Pandorę, ale dosłownie wymazać ją z powierzchni ziemi. Musiał wpaść w szał. A mam wrażenie, że tych dwojga nic nie jest w stanie wyprowadzić z równowagi.

– Wystarczy poruszyć właściwe struny i każdy się wścieknie. Chcę zajrzeć do ZigZaga, żeby sprawdzić, czy da się udowodnić, o której była tam Mavis. Prócz tego musimy skontaktować się z tym producentem, umówić się na rozmowę. Mógłbyś sprawdzić biura wynajmu samochodów? Nie wyobrażam sobie, aby nasza bohaterka pojechała do Leonarda metrem czy autobusem.

– Jasne. – Wyjął komunikator. – Jeśli zamówiła taksówkę albo wynajęła wóz, za parę godzin będziemy to wiedzieli.

– To dobrze. Przy okazji sprawdź, czy pojechała tam sama, czy też miała towarzystwo.

Za dnia ZigZag świecił pustkami; dopiero w nocy zaczynał tętnić życiem. Teraz, w południe, siedzieli w nim głównie turyści i zabiegani yuppies, których nie odstraszały ani obskurny wystrój, ani gburowata obsługa. Klub przywodził na myśl wesołe miasteczko, które nocą olśniewa swoim przepychem, ale w ostrym świetle dnia wychodzi na jaw cała jego szpetota. Mimo to wciąż zachowywał swą nieokreśloną tajemniczość, przyciągającą tłumy marzycieli.

W knajpie słychać było monotonną muzykę, która zaraz po zachodzie słońca zostanie nastawiona na cały regulator. W otwartym dwupoziomowym pomieszczeniu rzucało się w oczy pięć kontuarów oraz dwa obrotowe parkiety, uruchamiane o dziewiątej wieczorem. Teraz stały nieruchomo, ustawione jeden na drugim, pokiereszowane przez setki roztańczonych nóg.

W porze lunchu oferta klubu ograniczała się do kanapek i sałatek, nazwanych na cześć nieżyjących piosenkarzy rockowych. Tego dnia szef kuchni polecał biały chleb z masłem orzechowym, bananami, cebulą vivaldia i fasolą jalapeno. Elvis i Joplin Combo.

Eve usiadła przy pierwszym kontuarze, zamówiła czarną kawę i zmierzyła wzrokiem barmankę. Nie był to android, jak w niemal wszystkich klubach, tylko żywa kobieta. Zresztą, w ZigZagu nie widać było żadnych robotów.

– Pracujesz na nocnej zmianie? – spytała ją Eve.

– Nie. Siedzę tu tylko w dzień. – Barmanka postawiła filiżankę na kontuarze. Sprawiała wrażenie rezolutnej dziewczyny, takiej, która lepiej prezentowałaby się w reklamie sklepów ze zdrową żywnością niż za barem w klubie.

– Czy wśród pracujących od dziesiątej do trzeciej w nocy jest ktoś, kto miałby szczególną pamięć do twarzy?

– Tutaj wszyscy raczej staramy się nie zwracać uwagi na klientów.

Eve wyciągnęła odznakę i położyła ją na kontuarze.

– Czy to pomogłoby odświeżyć komuś pamięć?

– Trudno mi powiedzieć. – Z obojętnym wyrazem twarzy wzruszyła ramionami. -Wie pani, to porządna knajpa. Mam dzieciaka, dlatego pracuję tylko w dzień i nie zatrudniam się byle gdzie. Zanim się tu zgłosiłam, dokładnie sprawdziłam ten lokal. Dennis chce, żeby w jego klubie była miła atmosfera, i dlatego obsługa ma serca zamiast czipów. Owszem, ludzie jak to ludzie, czasem lubią sobie poszaleć, ale on pilnuje, żeby nie przesadzali.

– Kim jest Dennis i gdzie mogę go znaleźć?

– Do jego gabinetu prowadzą te kręte schody po pani prawej stronie, za pierwszym kontuarem. Dennis jest właścicielem klubu.

– Hej, Dallas, nie ma się co spieszyć, można by coś przekąsić – marudził Feeney, idąc za nią na górę. – Mick Jagger wyglądał dość apetycznie.

– Zamów go na wynos.

Bar na piętrze był zamknięty, ale Dennis najwyraźniej został powiadomiony o nieoczekiwanej wizycie. Lustrzana płyta odsunęła się bez szmeru i oczom Eve ukazał się drobny mężczyzna z wypielęgnowaną twarzą, o spiczastej rudej brodzie i wygolonej jak u mnicha tonsurze.

– Witam w ZigZagu – powiedział niemal szeptem. – Czemu zawdzięczam państwa wizytę?

– Chcielibyśmy prosić pana o pomoc, panie…?

– Dennis, wystarczy Dennis. Zbyt wiele imion wszystko komplikuje. – Gestem zaprosił ich do środka. Atmosfera beztroskiej zabawy kończyła się na progu. Gabinet był skromny, wyposażony tylko w najbardziej potrzebne sprzęty i panowała w nim cisza jak w kościele. – To moja kryjówka – powiedział, świadom kontrastu. – Nie można znaleźć przyjemności w hałasie i widoku kłębiącej się masy ludzi, nie doświadczając stanu dokładnie przeciwnego. Proszę usiąść.

Eve postanowiła zaryzykować i spoczęła na skromnym, twardym krześle; Feeney zajął drugie, identyczne.

– Chcemy sprawdzić, czy ostatniej nocy była tu u pana pewna osoba.

– Dlaczego?

– Wymaga tego prowadzone przez nas śledztwo.

– Rozumiem. – Dennis zasiadł za plastikową bryłą służącą mu jako biurko. – Jaki przedział czasowy państwa interesuje?

– Po jedenastej, przed pierwszą.

– Otwórz ekran. – Fragment ściany odsunął się, ukazując wielki monitor. – Nagranie numer pięć, początek dwudziesta trzecia.

Ekran rozbłysł, wypełniając gabinet mnóstwem barw i dźwięków. Kiedy wzrok Eve przyzwyczaił się do jaskrawego blasku, zobaczyła na monitorze wnętrze klubu widziane z lotu ptaka. Zupełnie jakby niewidzialny obserwator unosił się nad głowami rozbawionego tłumu.

To pasowało do Dennisa. Uśmiechnął się, widząc jej reakcję.

– Wyłącz audio. – Natychmiast zapadła cisza. Bez dźwięku wypełniający ekran obraz wyglądał jak oniryczna wizja zaświatów. Tancerze wyginali się na wirujących parkietach, a światło reflektorów wydobywało z mroku ich oczy – skupione, roześmiane, dzikie. Przy stoliku w kącie siedziało dwoje ludzi, mężczyzna i kobieta, o twarzach wykrzywionych złością; z ich gwałtownych gestów można było wyczytać, że zażarcie się o coś kłócą. Przy innym trwał rytuał godowy, polegający na wymianie głębokich spojrzeń i czułych, nieśmiałych pieszczotach.

Nagle Eve dostrzegła Mavis. Była sama.

– Może pan to powiększyć? – Wstała i wskazała palcem lewą stronę ekranu.

– Oczywiście.

Patrzyła zasępiona na powiększający się, coraz wyraźniejszy obraz Mavis. Widoczny na ekranie zegar pokazywał dwudziestą trzecią czterdzieści pięć. Pod okiem Mavis dało się już zauważyć ciemniejący siniak; kiedy odwróciła głowę, by osadzić jakiegoś natręta, kamera wychwyciła zadrapania na szyi. Ale nie na twarzy, zauważyła Eve ze ściśniętym sercem. Jasnoniebieska fałdzista peleryna była nieco rozdarta na ramieniu, wciąż jednak trzymała się sukni.

Mavis spławiła jeszcze kilku mężczyzn i jedną kobietę. Wypiła alkohol do dna, po czym postawiła pusty kieliszek przy dwóch identycznych, opróżnionych wcześniej. Następnie niepewnie, chwiejąc się lekko, wstała od stolika, nie bez trudu odzyskała równowagę i z przerysowaną powagą człowieka mocno wstawionego ruszyła przez tłum w stronę wyjścia.

Było osiemnaście minut po północy.

– Czy o to państwu chodziło?

– Mniej więcej.

– Wyłącz wideo. – Dennis uśmiechnął się. – Ta dama od czasu do czasu zagląda do klubu. Zwykle jest bardziej towarzyska niż tamtej nocy i lubi tańczyć. Zdarza się, że nawet śpiewa. Uważam, że ma talent i potrafi rozruszać towarzystwo. Chcecie państwo wiedzieć, jak się nazywa?

– To już wiemy.

– No cóż. – Wstał. – Mam nadzieję, że panna Freestone nie wpadła w tarapaty. Wyglądała na nieszczęśliwą.

– Mogę wrócić po ten dysk z oficjalnym nakazem albo po prostu pan mi go da. Dennis uniósł jasnorudą brew.

– Ależ oczywiście, że dam pani kopię. Komputer, skopiuj dysk. Czy mógłbym coś jeszcze dla państwa zrobić?

– Nie, na razie nie. – Eve wzięła dysk i wrzuciła go do torebki. – Dziękuję za okazaną nam pomoc.

– Wszyscy musimy sobie pomagać – odpowiedział sentencjonalnie Dennis, kiedy płyta zasuwała się za nimi.

– Dziwak – orzekł Feeney.

– Ale za to zapobiegliwy. Przyszło mi do głowy, że Mavis wdała się w bójkę w którymś z klubów i być może stąd te zadrapania na twarzy i podarte ciuchy.

– Ano. – Feeney postanowił jednak zaspokoić głód i zamówił Jaggera na wynos. – Powinnaś żywić się czymś więcej niż tylko pracą i zmartwieniami.

– Czuję się doskonale. Słuchaj, niewiele wiem o okolicznych klubach, ale jeśli Mavis od samego początku podświadomie chciała pójść do Leonarda, to raczej na pewno skierowała się na południowy wschód. Sprawdźmy, gdzie mogła zrobić sobie następny postój.

– Dobra. Zaczekaj chwilę. – Zamówiona kanapka wyśliznęła się z otworu. Feeney rozpakował ją i zatopił w niej zęby, jeszcze zanim doszedł do samochodu. – Niebo w gębie. Zawsze lubiłem Jaggera.

– Teraz już na pewno będzie nieśmiertelny.

– Wyciągnęła rękę do włącznika mapy, kiedy zahuczało łącze, sygnalizując transmisję danych.-Raport z laboratorium – mruknęła i wbiła wzrok w ekran.

– O, szlag by…

– Cholera, Dallas, nie wygląda to dobrze. – Feeney z miejsca stracił apetyt i schował kanapkę do kieszeni. Obydwoje zamilkli.

Raport nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Pod paznokciami ofiary była skóra Mavis i jedynie Mavis. Na narzędziu zbrodni widniały wyłącznie odciski palców Mavis. A do tego na miejscu przestępstwa znaleziono tylko jej krew, oprócz krwi ofiary.

Łącze zahuczało powtórnie i tym razem na ekranie pojawiła się twarz.

– Prokurator Jonathan Heartly do porucznik Dallas.

– Słucham.

– Wydajemy nakaz aresztowania na nazwisko Mavis Freestone, pod zarzutem zabójstwa drugiego stopnia. Proszę czekać na przekaz.

– Nie tracili czasu – burknął Feeney.

7

Chciała zrobić to sama. Musiała. Wiedziała, że Feeney nie spocznie, dopóki nie wygrzebie możliwie najwięcej faktów świadczących na korzyść Mavis. Ale obowiązek, choć przykry, pozostawał obowiązkiem. Mimo to ucieszyła się, kiedy Roarke otworzył drzwi.

– Widzę to w twoich oczach. – Ujął jej twarz w dłonie. – Przykro mi, Eve.

– Mam nakaz aresztowania. Muszę ją zabrać na komendę. Nie mam innego wyjścia.

– Wiem. No, chodź. – Przyciągnął ją do siebie, a Eve wtuliła twarz w jego ramię. – Udowodnimy, że jest niewinna, zobaczysz.

– Nie znalazłam niczego, co mogłoby świadczyć na jej korzyść. Wszystko tylko pogarsza sytuację. Dowody, motyw, czas. – Odsunęła się od niego.

– Gdybym jej nie znała, nie miałabym wątpliwości.

– Ale ją znasz.

– To będzie dla niej wstrząs. -Wzrok Eve powędrował w górę schodów, gdzie znajdował się pokój Mavis. – Prokurator powiedział mi, że zgodzi się wypuścić ją za kaucją, ale mimo to trzeba będzie… Roarke, wolałabym cię o to nie prosić, ale…

– Nie musisz. Już się skontaktowałem z najlepszym zespołem adwokackim w kraju.

– Nigdy ci się za to nie odpłacę.

– Eve…

– Nie chodzi o pieniądze. – Odetchnęła głęboko i mocno ścisnęła go za ręce. – Nie znasz Mavis, ale wierzysz jej ze względu na mnie. Za to właśnie nigdy nie będę ci się mogła wystarczająco odpłacić. Muszę iść po nią.

– Chcesz zrobić to sama. – Od razu to zrozumiał i nie zamierzał nakłaniać jej do zmiany decyzji.

– Poinformuję jej adwokatów. Jakie postawiono jej zarzuty?

– Zabójstwo drugiego stopnia. Media się na mnie rzucą. Na pewno szybko wyjdzie na jaw, że Mavis jest moją przyjaciółką. – Przeczesała palcami potargane włosy. – Ty też możesz na tym ucierpieć.

– Myślisz, że to mnie martwi? Prawie że się uśmiechnęła.

– Pewnie nie. To może trochę potrwać. Postaram się jak najszybciej przywieźć ją z powrotem.

– Eve – powiedział cicho Roarke, kiedy ruszyła ku schodom. – Ona też w ciebie wierzy. Nie bez powodu.

– Miejmy nadzieję, że masz rację. – Zebrawszy się w sobie, weszła schodami na górę, po czym powłócząc nogami, powlokła się do pokoju Mavis i zapukała w drzwi.

– Wejdź, Summerset. Mówiłam ci, że sama zejdę po ciasto. Och. – Mavis, zaskoczona, odchyliła się od komputera, na którym w pocie czoła pisała nową piosenkę. By poprawić sobie nastrój, włożyła obcisły, jasnoszafirowy kostium i ufarbowała włosy na ten sam kolor. – Myślałam, że to Summerset.

– Z ciastem.

– Tak, właśnie zadzwonił i powiedział, że kucharz upiekł czekoladowo-karmelowe ciasto. Summerset wie, że to moje ulubione. Słyszałam, że nie przepadacie za sobą, ale dla mnie jest słodziutki.

– To dlatego, że ciągle rozbiera cię wzrokiem.

– Skoro mu to sprawia przyjemność… -Nerwowo zabębniła trójkolorowymi paznokciami w konsolę. – W każdym razie, strasznie jest dla mnie miły. Pewnie gdyby myślał, że mam chrapkę na Roarke'a, byłoby inaczej. Jest mu całkowicie oddany. Zupełnie jakby Roarke był jego pierworodnym synem czy kimś takim, a nie szefem. To dlatego tak ci daje w kość… no, a w dodatku jesteś gliną. Zdaje się, że Summerset nie przepada za policją. – Zawiesiła głos i zadygotała. – Przepraszam, Dallas, gadam bez ładu i składu. Tak bardzo się boję. Znalazłaś Leonarda? Stało się coś złego, bardzo złego. On nie żyje, prawda?

– Nie, nic mu nie jest. – Eve przemierzyła pokój i usiadła w nogach łóżka. – Dziś rano zgłosił się na komendę. Miał rozcięte ramię, to wszystko. Obydwoje wpadliście wczoraj na ten sam pomysł. Leonardo schlał się i poszedł do ciebie, a w końcu rozciął sobie rękę na stłuczonej butelce, którą upuścił, zanim zwalił się nieprzytomny na podłogę.

– Był pijany? – Mavis aż zerwała się z krzesła.

– On prawie nigdy nie pije. Wie, że mu nie wolno. Mówił mi, że kiedy pije za dużo, robi rzeczy, których potem nie pamięta. To go przeraża i… Przyszedł do mnie – powiedziała, a jej oczy nabrały łagodnego blasku. – To takie romantyczne. A potem przyszedł do ciebie, bo nie mógł mnie znaleźć.

– Przyszedł do mnie, żeby się przyznać do zabójstwa Pandory.

Mavis odskoczyła do tyłu, jakby Eve ją uderzyła.

– To niemożliwe! Leonardo nikomu nie zrobiłby krzywdy. Po prostu nie jest do tego zdolny. Chciał mnie tylko ochronić, i tyle.

– Wtedy nie wiedział jeszcze, czy coś ci grozi. Jest przekonany, że pokłócił się z Pandorą, a potem ją zabił.

– Czyli jest w błędzie.

– To prawda. Dowody nie pozostawiają co do tego wątpliwości. – Eve przetarła zmęczone oczy.

– Rozciął sobie rękę o krawędź stłuczonej butelki. Na miejscu zbrodni nie znaleziono jego krwi, a na ubraniu, które miał na sobie, nie było śladu krwi Pandory. Nie wiemy jeszcze dokładnie, co robił tamtego wieczora, ale nic na niego nie mamy.

Mavis zamyśliła się i na chwilę straciła wątek, jednak szybko zrozumiała, co wynika ze słów Eve.

– Ach, czyli wszystko w porządku. Nie uwierzyłaś mu.

– Prawdę mówiąc, sama nie wiem. Jak dotąd dowody przesądzają o jego niewinności.

– Dzięki Bogu. – Mavis usiadła na łóżku obok Eve. – Kiedy mogłabym się z nim spotkać, Dallas? Powinnam z nim omówić pewne sprawy.

– To będzie musiało trochę poczekać. -Eve zamknęła oczy, otworzyła je i zmusiła się, by spojrzeć na przyjaciółkę. – Muszę poprosić cię o przysługę, jakiej jeszcze nigdy nikomu nie wyświadczyłaś.

– Czy to będzie dla mnie bolesne? – Mavis próbowała przywołać uśmiech na usta, ale jej się nie udało.

– Tak. Muszę cię poprosić, żebyś mi zaufała. Żebyś uwierzyła, że jestem tak dobra w tym, co robię, że nie umknie mi żaden, nawet najmniejszy szczegół. Muszę cię poprosić, byś zawsze pamiętała, że jesteś moją najbliższą przyjaciółką i że cię kocham.

Oddech Mavis stał się szybki, urywany, ale jej oczy były suche, aż za suche.

– Aresztujesz mnie.

– Przyszły raporty z laboratorium. -Wzięła Ma-vis za ręce. – Ich treść nie jest dla mnie zaskoczeniem, bo wiedziałam już wcześniej, że ktoś cię wrobił. Spodziewałam się tego, Mavis. Miałam nadzieję, że przed zakończeniem badań znajdę coś, cokolwiek, co mogłoby ci pomóc, ale mi się nie udało. Feeney współpracuje ze mną przy prowadzeniu śledztwa, a to świetny glina, Mavis, słowo daję. A Roarke już się skontaktował z najlepszymi adwokatami na świecie. To będzie tylko formalność.

– Musisz mnie aresztować za zabójstwo.

– Drugiego stopnia. Wiem, że to nikła pociecha, ale prokurator zgodził się wypuścić cię za kaucją. Za parę godzin będziesz tu z powrotem i dostaniesz tyle ciasta, ile dusza zapragnie.

W uszach wciąż jednak miała te złowieszcze słowa. „Zabójstwo drugiego stopnia". „Zabójstwo drugiego stopnia".

– Musisz mnie zamknąć.

Eve miała wrażenie, że jej płuca płoną żywym ogniem, który powoli zmierzał ku sercu.

– Nie na długo, przysięgam. Feeney zajął się już przygotowaniami do wstępnego przesłuchania. To obrotny facet. Spiszemy twoje dane, pójdziemy na przesłuchanie, sędzia ustali wysokość kaucji i przywiozę cię z powrotem do domu.

Z alarmem identyfikacyjnym, umożliwiającym śledzenie każdego ruchu, pomyślała Eve. Od dzisiaj Mavis będzie w tym domu więźniem, ukrywającym się przed wścibskimi dziennikarzami; i choć jej klatka będzie wygodna i przytulna, pozostanie klatką.

– Kiedy o tym mówisz, wszystko wydaje się takie łatwe.

– Nie, łatwo nie będzie, ale na pewno będzie ci lżej, jeśli nie zapomnisz, że masz po swojej stronie dwóch najlepszych gliniarzy w tym mieście. Aha, i nie rezygnuj ze swoich praw, dobrze? Z żadnego. Nie pozwól, aby przesłuchanie rozpoczęło się bez twoich adwokatów. Nie mów mi nic, czego nie musisz powiedzieć. Nikomu nic nie mów. Rozumiesz?

– W porządku. – Mavis wyrwała dłonie z jej uścisku i wstała. – Chcę jak najszybciej mieć to z głowy.

Kilka godzin później, kiedy było już po wszystkim, Eve wróciła do domu. Światła były przygaszone. Miała nadzieję, że Mavis wypełniła jej polecenie – wzięła środek uspokajający, a potem poszła spać. Ona sama nie mogła sobie na to pozwolić.

Eve poprosiła Feeneya, żeby oddał Mavis w ręce Roarke'a. Miała za dużo roboty, by dopilnować tego osobiście. Najgorsza była konferencja prasowa. Zgodnie z przewidywaniami, padły pytania o jej przyjaźń z Mavis, wskazywano na możliwy konflikt interesów. Na szczęście komendant Whitney uciął wszystkie spekulacje stwierdzeniem, że ma do Eve całkowite zaufanie. Nie wiedziała, jak mu się za to odwdzięczyć.

Rozmowa z Nadine Furst była nieco mniej stresująca. Proszę, wystarczy komuś uratować życie, myślała Eve, idąc po schodach, i od razu ma się w nim sprzymierzeńca. Być może w sercu Nadine tkwiła dziennikarska żądza sensacji, ale przyćmiła ją wdzięczność. Ze strony Kanału 75 Mavis mogła liczyć na uczciwe traktowanie.

A potem Eve zrobiła coś, czego nigdy by się po sobie nie spodziewała. Z własnej nieprzymuszonej woli zadzwoniła do policyjnego psychologa i umówiła się na spotkanie z doktor Mirą.

Mogę to zawsze odwołać, przypomniała sobie i przetarła piekące oczy. Tak pewnie zrobię.

– Późno pani wraca, pani porucznik. Dzień pełen wrażeń, co?

Opuściwszy ręce, ujrzała Summerseta, stojącego w drzwiach pokoju po prawej stronie korytarza. Jak zawsze, ubrany był na czarno, a na jego surowej twarzy malował się pogardliwy wyraz. Wydawało się, że w okazywaniu Eve nienawiści jest równie dobry jak w prowadzeniu domu.

– Nie zawracaj mi głowy, Summerset. Zastąpił jej drogę.

– Dotąd byłem przekonany, że mimo pani niezliczonych wad, jest pani przynajmniej stosunkowo dobrym detektywem. Teraz widzę, że się myliłem. Nie potrafi pani nawet być dobrą przyjaciółką dla nieszczęśliwej kobiety, która tak bardzo pani potrzebuje.

– Naprawdę myślisz, że po tym wszystkim, co przeszłam dzisiejszego wieczoru, możesz powiedzieć cokolwiek, co by mnie dotknęło?

– Nie sądzę, by cokolwiek było w stanie panią poruszyć, pani porucznik. Nie wie pani, czym jest lojalność, a to czyni panią nikim. Nawet gorzej niż nikim.

– Może więc powiesz mi, co powinnam była zrobić. Może należało poprosić Roarke'a, aby uruchomił jeden ze swoich jetStarów i odesłać Mavis na jakąś odległą planetę. Wtedy przez resztę życia musiałaby się ukrywać.

– Być może przynajmniej nie płakałaby przed zaśnięciem.

Jego słowa jak strzały trafiły tuż pod serce, w które zostały wymierzone. Przez zmęczenie przebił się ból.

– Zejdź mi z drogi, draniu, i trzymaj się ode mnie z daleka. – Przecisnęła się obok niego, ale, choć miała na to ochotę, nie zaczęła biec. Kiedy weszła do sypialni, Roarke właśnie oglądał konferencję prasową.

– Dobrze się spisałaś – powiedział i wstał. – To musiało być naprawdę stresujące.

– Tak, prawdziwa ze mnie profesjonalistka.

– Weszła do łazienki i wbiła wzrok w lustro. Ujrzała kobietę o bladej twarzy, ciemnych, podkrążonych oczach i zaciśniętych ustach. A pod tym wszystkim kryło się obezwładniające poczucie bezradności.

– Robisz wszystko, co możesz – powiedział cicho Roarke, stając za jej plecami.

– Załatwiłeś naprawdę dobrych adwokatów.

– Kazała komputerowi włączyć zimną wodę, nachyliła się i obmyła twarz. -W czasie przesłuchania robili ze mną, co chcieli. Byłam twarda. Musiałam. Ale mają swoje sposoby. Kiedy następnym razem będę musiała przesłuchać kogoś bliskiego, zgłoszę się do nich. – Eve ukryła twarz w ręczniku.

– Kiedy ostatnio coś jadłaś? – spytał Roarke, nie spuszczając z niej oczu.

W odpowiedzi tylko potrząsnęła głową. To pytanie w tej chwili było niestosowne.

– Dziennikarze łakną krwi. Ktoś taki jak ja jest dla nich wymarzoną ofiarą. Rozwiązałam parę głośnych spraw, byłam na topie. Teraz niektórzy chcieliby zobaczyć, jak dostaję kulkę między oczy, najlepiej przed kamerą. Pomyśl, jak zwiększyłaby się oglądalność!

– Mavis nie wini cię za to, co się stało.

– Ale ja siebie winie! – wybuchnęła, odrzucając ręcznik na bok. -To wszystko jest moja wina, do cholery. Powiedziałam jej, żeby mi zaufała, że wszystkim się zajmę. I co z tego wynikło? Aresztowałam ją. Potem zdjęłam jej odciski palców, fotograf policyjny zrobił zdjęcia, głos Mavis został nagrany, a wszystko to znalazło się w aktach. A następnie maglowałam ją przez dwie godziny. Trzymałam ją pod kluczem, dopóki wynajęci przez ciebie prawnicy nie wpłacili kaucji, którą ty wyłożyłeś. Nienawidzę się! – Nie mogła już dłużej wytrzymać. Zasłoniła twarz dłońmi i zaczęła szlochać.

– Najwyższy czas, żebyś dała upust swoim uczuciom. – Roarke szybko wziął Eve w ramiona i zaniósł do łóżka. – Lepiej się poczujesz. – Trzymał ją w objęciach i gładził po włosach. Rozpacz Eve zawsze przechodziła w prawdziwą burzę, uczuciowy kataklizm. Rzadko zdarzało jej się poprzestać na kilku uronionych w milczeniu łzach. Porucznik Dallas nie szła na łatwiznę.

– To nie pomaga – wykrztusiła.

– Wręcz przeciwnie. Może w ten sposób choć częściowo pozbędziesz się niesłusznego poczucia winy i dasz ujście cierpieniu. Jutro będziesz myślała trzeźwiej.

Wreszcie uspokoiła się nieco, pociągnęła nosem i poczuła potworny ból głowy.

– Muszę jeszcze dzisiaj popracować. Chcę wprowadzić do komputera parę nazwisk i sprawdzić prawdopodobieństwo kilku wersji wydarzeń.

Nie, pomyślał Roarke ze spokojem, nie zrobi tego.

– Odpocznij choć chwilę. Zjedz coś. – Zanim zdążyła zaprotestować, Roarke podszedł do auto-kucharza. – Nawet twój godny podziwu organizm potrzebuje paliwa. A poza tym chciałbym ci opowiedzieć pewną historię.

– Nie mogę tracić czasu.

– Ręczę, że nie będzie to czas stracony. Dam mu piętnaście minut, pomyślała Eve, kiedy jej nozdrza podrażnił jakiś cudowny zapach.

– Niech to będzie szybki posiłek i krótka opowieść, dobrze? – Przetarła zaczerwienione oczy, niepewna, czy odczuwa wstyd czy ulgę. – Przepraszam, że się rozkleiłam.

– W tym domu możesz się rozklejać do woli. – Podszedł do niej z parującym omletem i filiżanką. Następnie usiadł i popatrzył w jej zapuchnięte, zmęczone oczy. – Ubóstwiam cię.

Eve spłonęła rumieńcem. Tylko on mógł ją doprowadzić do takiego stanu.

– Próbujesz mnie rozproszyć. – Wzięła talerz i widelec. – Pochlebstwa zawsze tak na mnie działają. Język odmawia mi posłuszeństwa i nie wiem, co mam odpowiedzieć. – Spróbowała omletu. – Może powiem tak: jestem szczęśliwa, że spotkałam kogoś takiego jak ty.

– Ujdzie.

Podniosła filiżankę do ust, upiła łyk, po czym wykrzywiła usta.

– To nie jest kawa.

– Dla odmiany dałem ci herbatę. Domyślam się, że kofeina wychodzi ci uszami.

– Być może. – Jako że jajka smakowały cudownie, a Eve nie miała siły, by się spierać, wypiła kolejny łyk. – Jest całkiem dobra. Co chcesz mi opowiedzieć?

– Zawsze zastanawiałaś się, dlaczego ciągle trzymam przy sobie Summerseta, mimo że nie jest wobec ciebie… szczególnie życzliwy.

Prychnęła pogardliwie.

– Chcesz powiedzieć, że mnie nienawidzi. Cóż, to twoja sprawa.

– Nasza – poprawił ją.

– Tak czy inaczej, nie mam ochoty słuchać historii o nim.

– Prawdę mówiąc, jest to raczej opowieść o mnie i o pewnym wydarzeniu, która być może pozwoli ci lepiej zrozumieć to, co cię dręczy. – Popatrzył, jak Eve podnosi filiżankę do ust, i w myśli obliczył, że wystarczy mu czasu. – Kiedy byłem bardzo młody i wałęsałem się po ulicach Dublina, poznałem pewnego człowieka i jego córkę. Ta mała była złotowłosym aniołem, obdarzonym najpiękniejszym uśmiechem w niebie i na ziemi. Obydwoje parali się drobnymi oszustwami. Nic poważnego, ot, kantowali jakichś frajerów, żeby zarobić na życie. W tamtym czasie i ja tkwiłem w tej branży, ale lubiłem urozmaicenie, więc od czasu do czasu dla rozrywki okradałem ludzi i organizowałem gry hazardowe. Mój ojciec żył, kiedy poznałem Summerseta, który wtedy jeszcze tak się nie nazywał, i jego córkę, Marlenę.

– Czyli twój szanowny kamerdyner był oszustem – powiedziała Eve między jednym kęsem a drugim. – Zawsze wydawał mi się podejrzany.

– O, był mistrzem w swoim fachu. Wiele się od niego nauczyłem, ale mam nadzieję, że i on przejął ode mnie parę sztuczek. W każdym razie, pewnego dnia, po tym jak mój drogi tatuś ze szczególnym entuzjazmem przyłożył się do garbowania mi skóry, to właśnie Summerset odnalazł mnie, nieprzytomnego, w jakiejś alejce. Wziął mnie do swojego domu i zaopiekował się mną. Nie miał pieniędzy na lekarza, a ja nie miałem karty medycznej. Miałem za to połamane żebra, wstrząs mózgu i pogruchotane ramię.

– Przykro mi. – Ten obraz przywołał w jej pamięci inne, które zawsze sprawiały, że zasychało jej w ustach. – Życie jest do dupy.

– W moim przypadku takie właśnie było. Summerset okazał się człowiekiem o wielu umiejętnościach. Miał pewne przygotowanie medyczne, w swojej działalności często udawał lekarza. Nie posunąłbym się do stwierdzenia, że uratował mi życie; byłem młody, silny i przyzwyczajony do bólu, ale Summerset oszczędził mi niepotrzebnego cierpienia.

– Jesteś jego dłużnikiem. – Eve odstawiła pusty talerz. – Rozumiem. Nie ma sprawy.

– Nie, nie o to chodzi. Byłem jego dłużnikiem. Spłaciłem swój dług. Nieraz ja wyciągałem go z opresji. Po nieopłakiwanej śmierci mojego ojca zostaliśmy wspólnikami. Nie powiedziałbym, że mnie wychował; sam się o siebie troszczyłem, ale Summerset dał mi coś, co można by nazwać rodziną. Kochałem Marlenę.

– Jego córkę. – Musiała potrząsnąć głową, by się skupić. – Zapomniałam. Trudno wyobrazić sobie tego starego durnia w roli ojca. Gdzie ona jest teraz?

– Nie żyje. Miała czternaście lat, ja szesnaście. Mieszkaliśmy ze sobą przez prawie sześć lat. Jedno z moich hazardowych przedsięwzięć przynosiło niezłe zyski; zwróciło to uwagę pewnego niewielkiego, ale szczególnie brutalnego syndykatu. Ci ludzie uznali, że wkraczam na ich terytorium; ja zaś byłem przekonany, że wytyczam własne. Zaczęli mi grozić, jednak byłem na tyle arogancki, że ich zignorowałem. Raz czy dwa próbowali dostać mnie w swoje ręce, pewnie po to, żeby dać mi nauczkę, ale zawsze im się wymykałem. Poza tym zdobywałem coraz większe wpływy i prestiż. Zarabiałem spore pieniądze. Nasze oszczędności wystarczyły na kupno małego, całkiem przyzwoitego mieszkania. W którymś momencie Marlena zakochała się we mnie.

Zamilkł na chwilę i wbił wzrok w swoje dłonie, rozpamiętując z żalem przeszłość.

– Mnie bardzo na niej zależało, ale nie chciałem jej jako kochanki. Była piękna i wprost niewiarygodnie niewinna, mimo warunków, w jakich dorastała. Patrzyłem na nią tak, jak mężczyzna, bo wtedy już byłem mężczyzną, patrzy na doskonałe dzieło sztuki; z niemym zachwytem. Nie miałem żadnych nieprzyzwoitych myśli. Ona jednak inaczej zapatrywała się na te sprawy; pewnej nocy przyszła do mojego pokoju i chciała mi się oddać. Nie zrobiła tego bynajmniej wulgarnie; zachowywała się słodko, niewinnie, a ja poczułem się oburzony, wściekły i do głębi wstrząśnięty. Dlatego, że byłem mężczyzną i musiałem walczyć z pokusą.

Podniósł roziskrzone oczy na Eve.

– Strasznie ją wtedy potraktowałem. Była zdruzgotana. Była tylko dzieckiem, a ja ją odrzuciłem. Nigdy nie zapomnę tego, jak na mnie patrzyła. Ufała mi, wierzyła, a ja, czyniąc to, co uważałem za słuszne, zawiodłem ją.

– Tak jak ja zawiodłam Mavis.

– Tak jak ty uważasz, że ją zawiodłaś. Ale to nie wszystko. Tej nocy Marlena bez słowa wyszła z mieszkania. Następnego dnia ludzie, przed którymi się ukrywałem, zawiadomili nas, że mają ją w swoich rękach. Przysłali nam jej zakrwawione ubranie. Po raz pierwszy i ostatni w życiu widziałem Summerseta w stanie całkowitej depresji. Dosłownie opuściły go wszystkie siły. Spełniłbym wtedy każde żądanie tamtych, oddałbym im siebie w zamian za nią. Tak jak ty, gdybyś mogła, oddałabyś siebie w zamian za Mavis.

– Tak. – Eve niepewnie odstawiła pustą filiżankę. – Zrobiłabym dla niej wszystko.

– Czasem człowiek za późno zdaje sobie z tego sprawę. Skontaktowałem się z porywaczami, powiedziałem, że jesteśmy skłonni pertraktować, błagałem, żeby nie robili Marlenie krzywdy. Ale było za późno. Zgwałcili ją i znęcali się nad nią, nad tą rozkoszną czternastoletnią dziewczynką, która czerpała z życia tyle radości i która dopiero zaczynała odkrywać sekrety bycia kobietą. Parę godzin po tym, jak nawiązałem kontakt z jej oprawcami, ciało Marleny zostało podrzucone pod moimi drzwiami. Dla nich była tylko środkiem do celu, wykorzystali ją, żeby pokazać konkurentowi, uzurpatorowi, gdzie jego miejsce. Nawet nie widzieli w niej ludzkiej istoty, a ja nie mogłem w żaden sposób cofnąć tego, co się stało.

– To nie była twoja wina. – Wzięła go za ręce. – Tak mi przykro. Ale to nie była twoja wina.

– Wiem. Minęło jednak wiele lat, zanim w to uwierzyłem, zanim to zrozumiałem i zaakceptowałem. A Summerset nigdy mnie nie winił, Eve, choć mógł. Córka była dla niego wszystkim i zginęła w męczarniach z mojego powodu. Ale ani razu nie obarczył mnie za to winą.

Eve westchnęła i zamknęła oczy. Wiedziała, co Roarke chce dać jej do zrozumienia, opowiadając tę historię, mimo bólu, jaki mu to sprawiało. Ona, Eve, też była całkowicie bez winy.

– Nie mogłeś niczemu zapobiec. Mogłeś tylko mieć wpływ na to, co stanie się później; podobnie ja mogę tylko zrobić wszystko, co w mojej mocy, by wyjaśnić sprawę Mavis. – Z trudem podniosła ciężkie powieki. – Co było potem, Roarke?

– Wytropiłem ludzi, którzy to zrobili, i zabiłem, jednego po drugim, maksymalnie wydłużając ich cierpienia. – Uśmiechnął się. – Każdy inaczej pojmuje sprawiedliwość, Eve.

– Zemsta to nie sprawiedliwość.

– Dla ciebie nie. Ale znajdziesz sposób, by wybronić Mavis. Nikt w to nie wątpi.

– Nie mogę pozwolić, by stanęła przed sądem.

– Głowa jej opadła; Eve otrząsnęła się i podniosła półprzytomne oczy. – Muszę znaleźć… muszę iść…

– Nie mogła nawet podnieść ręki. – Cholera, Roarke, niech cię diabli. To był środek usypiający.

– Idź spać – mruknął, po czym ostrożnie odpiął jej kaburę i odłożył ją na bok. – Połóż się.

– Wmuszanie środków odurzających w nieświadomych tego ludzi jest pogwałceniem… – Opadła na poduszki i poczuła, jak Roarke rozpina jej koszulę.

– Aresztujesz mnie rano – zasugerował jej. Rozebrał ją, potem siebie, a następnie wsunął się do łóżka. -Teraz już śpij.

Zasnęła, ale dopadły ją sny.

8

Obudziła się w nie najlepszym nastroju. Była sama, jako że Roarke przezornie wcześniej wycofał się z sypialni. Miał szczęście, że środek usypiający nie pozostawił po sobie żadnych przykrych następstw. Eve była rześka i wkurzona.

Elektroniczny sygnał, który rozległ się nagle przy łóżku, nie poprawił jej nastroju. Podobnie jak głos Roarke'a, płynący z notebooka.

– „Dzień dobry, pani porucznik. Mam nadzieję, że spała pani dobrze. Jeśli wstanie pani przed ósmą, znajdzie mnie pani w kąciku śniadaniowym. Nie chciałem pani budzić. Pogrążona we śnie wyglądała pani tak uroczo".

– Zaraz zobaczymy, kto tu wygląda uroczo – wycedziła przez zaciśnięte zęby. W niecałe dziesięć minut zdążyła wziąć prysznic, ubrać się i przypiąć kaburę do paska.

Kącik śniadaniowy, jak Roarke go określał, był w wielkim, zalanym słońcem atrium znajdującym się obok kuchni. Eve zastała tam nie tylko jego, ale i Mavis. Obydwoje obdarzyli ją promiennymi uśmiechami.

– Musimy wyjaśnić sobie parę spraw, Roarke.

– No proszę, wróciły ci kolory. – Zadowolony z siebie, wstał i pocałował ją w czubek nosa. – Nie było ci do twarzy z taką szarą cerą. – Pięść Eve wbiła mu się w brzuch. Roarke jęknął z bólu, po czym odchrząknął, jakby nigdy nic. – Widzę, że energii też ci przybyło. Chcesz kawy?

– Chcę, żebyś wiedział, że jeśli jeszcze raz odstawisz taki numer, to cię… – Urwała w pół zdania i spojrzała przymrużonymi oczami na Mavis. – A ty co się tak szczerzysz?

– Fajnie się na was patrzy. Tak za sobą szalejecie.

– Tak szalejemy, że jeśli on nie będzie uważał, to wyląduje na ziemi i będzie się wgapiał w sufit.

– Wciąż patrzyła na Mavis, nieco zbita z tropu.

– Wyglądasz… dobrze – stwierdziła w końcu.

– Wiem. Popłakałam w nocy, pożarłam masę szwajcarskich czekoladek i przestałam użalać się nad sobą. Pomaga mi najlepszy gliniarz w tym mieście, bronią mnie najlepsi adwokaci, jakich można sobie wymarzyć, a do tego mam faceta, który mnie kocha. Doszłam do wniosku, że kiedy będzie już po wszystkim, uznam to, co się wydarzyło, za swojego rodzaju przygodę. A dzięki zainteresowaniu mediów stanę się, nie przymierzając, gwiazdą.

Wzięła Eve za rękę i pociągnęła ją na wyściełaną ławę.

– Już się nie boję.

Eve z niedowierzaniem spojrzała jej głęboko w oczy.

– Rzeczywiście, widać to po tobie.

– Wzięłam się w garść. Długo myślałam o całej tej sprawie. Tak naprawdę to bardzo proste. Ja nie zabiłam Pandory. Dowiesz się, kto to zrobił, a wtedy będzie po wszystkim. A do tego czasu mogę sobie mieszkać w tym niesamowitym domu, jeść niesamowite żarcie. – Włożyła do ust ostatni kawałek cienkiego naleśnika. – No i w dodatku trafiłam na pierwsze strony gazet.

– Można i tak na to spojrzeć. – Eve wstała, nie chcąc patrzeć jej w oczy, i zamówiła kawę. – Mavis, nie chcę, żebyś się martwiła czy denerwowała, ale nie będzie lekko.

– Dallas, nie jestem głupia.

– Nie o to mi…

– Myślisz, że nie zdaję sobie sprawy, co w najgorszym razie może mnie spotkać? Owszem, jestem tego w pełni świadoma, ale po prostu nie wierzę, że tak to się skończy. Od tej pory będę myśleć pozytywnie i oddam ci przysługę, o którą mnie wczoraj prosiłaś.

– To dobrze. Mamy mnóstwo roboty. Chcę, żebyś się skupiła i spróbowała przypomnieć sobie jak najwięcej szczegółów. Nawet gdyby wydawały ci się mało ważne… Co to ma być? – spytała, kiedy Roarke postawił przed nią miskę.

– Twoje śniadanie.

– Przecież to owsianka.

– Właśnie.

Eve zmarszczyła brwi.

– Dlaczego nie mogę zjeść naleśnika?

– Możesz, ale najpierw zjesz owsiankę. Przeszyła go gniewnym spojrzeniem i zaczęła jeść.

– Naprawdę musimy poważnie porozmawiać.

– Ależ wy świetnie do siebie pasujecie. Cieszę się, że mogłam to zobaczyć na własne oczy. Nie żebym myślała, że jest inaczej, ale do tej pory po prostu rajcowało mnie to, że Dallas upolowała nadzianego faceta. – Mavis uśmiechnęła się do Roarke'a.

– Nie ma to jak prawdziwa przyjaźń.

– Tak, ale nie mogę wyjść z podziwu, kiedy widzę, jak trzymasz ją w ryzach. Wcześniej nikomu się to nie udało.

– Zamknij się, Mavis. Myśl, wytężaj umysł, tylko nie mów mi nic bez konsultacji z adwokatami.

– Wbili mi to już do głowy. Pewnie to tak, jakbym miała sobie przypomnieć czyjeś nazwisko albo miejsce, gdzie coś położyłam. Człowiek przestaje o tym myśleć, bierze się do czegoś innego, a tu bum! – nagle wszystko jasne. Dlatego postanowiłam czymś się zająć, a w tej chwili najważniejszy jest wasz ślub. Leonardo uważa, że trzeba jak najszybciej zrobić pierwszą przymiarkę.

– Leonardo? – Eve o mało nie zerwała się z krzesła. – Rozmawiałaś z nim?

– Adwokaci zgodzili się na to. Uznali, że dobrze będzie odnowić nasz związek. W ten sposób pozyskamy sympatię opinii publicznej. – Mavis oparła łokieć o stół i zaczęła się bawić trzema kolczykami tkwiącymi w jej lewym uchu. – Wiesz, nie zgodzili się na badanie na wykrywaczu kłamstw i hipnozę tylko dlatego, że nie są pewni, co sobie przypomnę. Tak w ogóle to mi wierzą, ale nie chcą ryzykować. Ale powiedzieli, że mogę spotykać się z Leonardem. Dlatego trzeba się z nim umówić na przymiarkę.

– Nie mam czasu na przymiarki. Jezu Chryste, Mavis, myślisz, że mogę teraz zawracać sobie głowę ciuchami i kwiatkami? Nie wyjdę za mąż, dopóki ta sprawa nie zostanie wyjaśniona. Roarke to rozumie.

Roarke wyjął papierosa i zaczął oglądać go w skupieniu.

– Nie, wcale tego nie rozumie.

– Słuchaj, Mavis…

– Nie, to ty mnie posłuchaj. – Mavis podniosła się i jej jasnoniebieskie oczy rozbłysły w słońcu. – Nie pozwolę, żeby przez ten bajzel nie doszło do skutku coś tak dla mnie ważnego. Pandora robiła wszystko, żeby zepsuć życie moje i Leonarda, a jej śmierć jeszcze bardziej pogorszyła sytuację. Nie chcę, żebyście i wy przez to cierpieli. Wasz ślub odbędzie się w ustalonym terminie, Dallas, a ty lepiej znajdź trochę wolnego czasu na przymiarkę sukni.

Spojrzawszy na zaszklone łzami oczy Mavis, Eve uznała, że teraz nie może się z nią spierać.

– Dobrze, nie ma sprawy. Zajmiemy się tą durną suknią.

– Ta suknia wcale nie jest durna. Będzie wspaniała.

– To właśnie chciałam powiedzieć.

– No, już lepiej. – Mavis pociągnęła nosem i wstała. – To kiedy mam się umówić z nim na przymiarkę?

– Hmmm… wiesz co, lepiej, żeby nas nie widziano razem. Twoi świetni adwokaci na pewno zgodziliby się ze mną. Prowadzący śledztwo nie powinien pokazywać się publicznie w towarzystwie oskarżonego. To nie wyglądałoby najlepiej.

– To znaczy, że nie mogę… – Mavis umilkła i zebrała myśli. – Dobrze więc, nie będziemy się razem pokazywać. Leonardo może pracować tu, na miejscu. Roarke nie będzie miał nic przeciwko temu, prawda?

– Ależ skąd. – Zaciągnął się papierosem. – Uważam, że to idealne rozwiązanie.

– Jedna wielka szczęśliwa rodzinka – burknęła Eve. – Detektyw prowadzący śledztwo, główna podejrzana oraz właściciel mieszkania, w którym popełnione zostało morderstwo, no i jeszcze na dodatek były kochanek ofiary i obecny podejrzanej. Odbiło wam czy co?

– A kto się o tym dowie? Roarke ma doskonałą ochronę. Poza tym, na wszelki wypadek, gdyby sprawy nie potoczyły się po mojej myśli, chcę spędzić jak najwięcej czasu z Leonardem. – Mavis naburmuszyła się. – I to właśnie zrobię.

– Polecę Summersetowi, żeby znalazł wam jakieś pomieszczenie na pracownię.

– Dzięki, Roarke. To miło z twojej strony.

– Róbcie sobie, co chcecie, ale ja muszę szukać mordercy.

Roarke mrugnął porozumiewawczo do Mavis i zwrócił się do Eve, która szybkim krokiem szła już do wyjścia.

– A co z twoim naleśnikiem? – zawołał.

– Wsadź go sobie!

– Ona szaleje na twoim punkcie – skwitowała Mavis.

– Aż mi głupio, kiedy mnie tak obsypuje czułościami. Chcesz jeszcze jednego naleśnika?

Mavis poklepała się po brzuchu.

– A czemu nie, do diaska?

Awaria świateł na skrzyżowaniu Dziewiątej i Pięćdziesiątej Szóstej wywołała nieopisany zamęt. Tak piesi, jak i kierowcy zapomnieli o obowiązującym w mieście zakazie hałasowania i trąbiąc, pokrzykując oraz pomrukując nieprzyjaźnie, dawali upust swojej irytacji. Eve pozamykałaby okna, aby przynajmniej w jej samochodzie było trochę ciszej, gdyby nie to, że klimatyzację znowu szlag trafił.

Żeby było weselej, matka natura postanowiła uszczęśliwić Nowy Jork czterdziestokilkustopniowym upałem. Dla zabicia czasu Eve obserwowała, jak fale gorąca unosiły się nad nagrzanym betonem. Jak tak dalej pójdzie, do południa usmaży się sporo procesorów.

Przemknęło jej przez myśl, żeby wzbić się w powietrze, mimo że służbowy samochód miał niepokojącą tendencję do odmawiania posłuszeństwa. Niestety, kilku innych, co bardziej zniecierpliwionych kierowców wpadło na ten sam pomysł. Nad zakorkowaną jezdnią sunęły kolejne ryczące maszyny. Jednoosobowe helikoptery kontroli ruchu starały się wprowadzić w powietrzu jakiś ład, ale tylko powiększały chaos brzęczeniem wirników i irytującą monotonną gadaniną.

Eve przyłapała się na tym, że patrzy z nienawiścią na hologramową naklejkę z napisem „Kocham Nowy Jork" widniejącą na zderzaku stojącego przed nią samochodu.

Najrozsądniej będzie popracować w wozie, postanowiła.

– Peabody – rzuciła do mikrofonu łącza i po kilku denerwujących trzaskach uzyskała połączenie.

– Sierżant Peabody. Wydział zabójstw.

– Dallas z tej strony. Zabiorę cię spod komendy; czekaj na mnie przy zachodnim wyjściu. Będę za piętnaście minut.

– Tak jest.

– Weź ze sobą wszystkie akta dotyczące spraw Johannsena i Pandory i… – Zawiesiła głos i zmrużywszy oczy, wlepiła wzrok w ekran. – Czemu u ciebie jest tak cicho, Peabody? Nie siedzisz w komendzie?

– Niewiele osób dotarło do pracy. Na Dziewiątej jest potężny korek.

Eve ogarnęła wzrokiem morze samochodów.

– Poważnie?

– Czasami opłaca się słuchać porannych wiadomości dla kierowców – odrzekła asystentka. – Pojechałam okrężną trasą.

– Zamknij się, Peabody – mruknęła Eve i przerwała rozmowę. Przez następnych kilka minut sprawdzała wiadomości pozostawione na jej łączu, po czym umówiła się z Paulem Redfordem na przesłuchanie w jego gabinecie. Później zadzwoniła do laboratorium, żeby popędzić chemików ociągających się z przygotowaniem raportu toksykologicznego z sekcji zwłok Pandory, uzyskała parę wymijających odpowiedzi, po czym rzuciwszy do mikrofonu wymyślną groźbę, przerwała połączenie.

Kiedy zaczęła się zastanawiać, czy zadzwonić do Feeneya, aby dla rozrywki zmyć mu głowę, zauważyła małą dziurę w ścianie samochodów. Dodała gazu, skręciła raptownie w lewo i przecisnęła się przez szparę, ignorując donośne wycie klaksonów i uniesione w górę, niczym dzidy, środkowe pałce pozostałych kierowców. Modląc się, by wóz w tej chwili nie odmówił posłuszeństwa, wcisnęła przycisk ruchu pionowego. Zamiast podskoczyć, samochód powoli, chwiejnie, uniósł się w górę, ale na szczęście osiągnął wymaganą wysokość trzech metrów.

Skręciła w prawo, mijając zatłoczoną platformę pełną posępnych spoconych twarzy, i znalazła się nad Siódmą. Tablica rozdzielcza ostrzegała o niebezpiecznym przeciążeniu silnika. Pięć przecznic dalej samochód już rzęził, ale przynajmniej ruch był o wiele mniejszy. Eve z donośnym hukiem osadziła wóz na jezdni, po czym skierowała się ku zachodniej ścianie gmachu komendy.

Niezawodna Delia Peabody już na nią czekała. Eve wolała nie wiedzieć, jak tej dziewczynie udawało się w taki upał dobrze wyglądać w nieprzepuszczającym powietrza mundurze policyjnym.

– Pani samochód nie wygląda najlepiej, pani porucznik – odezwała się Peabody, wsiadając do wozu.

– Naprawdę? Nie zauważyłam.

– Pani też nie wygląda najlepiej z taką ponurą miną. – Kiedy rozzłoszczona Eve w odpowiedzi tylko zacisnęła zęby i ruszyła przez miasto w kierunku Piątej, asystentka wyciągnęła z torebki mały przenośny wentylator i przyczepiła go do deski rozdzielczej. Czując na twarzy podmuch chłodnego powietrza, Eve o mało nie jęknęła z zachwytu.

– Dzięki.

– Klimatyzacja w tym modelu dość często zawodzi – odparła Peabody z kamienną twarzą. – Ale pani pewnie tego nie zauważyła.

– Masz gadane, Peabody. To mi się w tobie podoba. Powiedz, czego dowiedziałaś się na temat Jo-hannsena.

– Laboratorium ciągle ma trudności ze zidentyfikowaniem wszystkich składników znalezionej przez nas substancji. Usiłują zyskać na czasie. Być może przeprowadzili już pełną analizę, ale postanowili trzymać gęby na kłódkę. Doszły mnie słuchy, że wydział nielegalnych substancji chce przejąć tę sprawę, więc trwają jakieś zakulisowe przepychanki. Drugie badanie nie wykazało najmniejszego śladu środków chemicznych, nielegalnych czy legalnych, w ciele ofiary.

– Czyli nie brał – powiedziała Eve w zamyśleniu. – Boomer zazwyczaj testował rozprowadzany przez siebie towar, ale tym razem dostał ogromny worek tego gówna i nawet go nie tknął. O czym to świadczy, Peabody?

– Na podstawie stanu jego mieszkania i wypowiedzi androida z recepcji można stwierdzić, że Boomer miał czas i możliwości, by szprycować się do woli. Wiadomo, że od czasu do czasu brał. Dlatego wnioskuję, iż albo wiedział, albo domyślał się czegoś, co zniechęciło go do eksperymentowania z tą substancją.

– Zgadzam się. Co powiedział ci Casto?

– Twierdzi, że nic nie wie. Z przesadną wręcz gorliwością zarzuca mnie rozmaitymi informacjami i teoriami.

Coś w głosie asystentki sprawiło, że Eve spojrzała na nią kątem oka.

– Próbuje cię podrywać? Dziewczyna patrzyła przed siebie lekko przymrużonymi oczami.

– Nie zachowywał się niewłaściwie.

– Mów po ludzku. Nie o to cię pytałam. Rumieniec wypełzł spod kołnierza munduru Peabody i objął jej policzki.

– Okazywał mi pewne zainteresowanie osobiste.

– Jezu, gadasz jak glina. Czy to pewne zainteresowanie jest odwzajemnione?

– Mogłoby tak być, gdybym nie podejrzewała, że porucznik Casto jest bardziej zainteresowany moją bezpośrednią przełożoną. – Peabody zwróciła spojrzenie na Eve. – Wpadła mu pani w oko.

– Cóż, będzie musiał z tym żyć – odparła Eve, choć słowa Peabody bardzo jej pochlebiły. – Moje zainteresowania osobiste są już sprecyzowane. Przystojny z niego sukinsyn, co?

– Kiedy na niego patrzę, język staje mi kołkiem w ustach.

– Hmmm… – Eve oblizała zęby, by sprawdzić, czy i ona nie ma takiego problemu. – No to śmiało, korzystaj z życia.

– W obecnej sytuacji nie powinnam pozwalać sobie na zaangażowanie emocjonalne.

– A kto tu mówi o zaangażowaniu? Idźcie do łóżka, pohasajcie trochę, zróbcie sobie dobrze i tyle.

– Melduję, że preferuję związki intymne oparte na miłości i wzajemnym zaufaniu – odpowiedziała zimno dziewczyna.

– Słusznie. Wtedy jest o wiele przyjemniej. – Eve westchnęła. Tłumienie natarczywie powracających myśli o Mavis niemalże sprawiało jej ból, ale mimo to usiłowała się skupić. – Tak tylko się z tobą drażnię, Peabody. Wiem, jak to jest, kiedy próbujesz robić, co do ciebie należy, i nagle jakiś facet zaczyna smalić do ciebie cholewki. Przykro mi, jeśli nie czujesz się przy nim najlepiej, ale jesteś mi potrzebna.

– To żaden problem. – Delia uśmiechnęła się, rozluźniona. – Poza tym, nie nazwałabym przebywania w jego towarzystwie męką. – Podniosła głowę, gdy Eve skręciła na wjazd wiodący na podziemny parking pod białym, strzelistym wieżowcem przy Piątej. – Czy to nie jest jeden z gmachów Roarke'a?

– Jak większość w tym mieście. – Elektroniczny strażnik bacznie zlustrował samochód, po czym podniósł szlaban. – To jego główne biuro. Tu także mieści się nowojorskie przedstawicielstwo Redford Productions. Umówiłam się z Redfordem na rozmowę w sprawie zabójstwa Pandory. – Eve zatrzymała wóz na miejscu dla VIP-ów, zarezerwowanym specjalnie dla niej przez Roarke'a, i wyłączyła silnik. – Nie dostałaś przydziału do tego śledztwa, ale oficjalnie jesteś moją asystentką. Feeney siedzi po uszy w papierach, a mnie potrzebna jest druga para oczu i uszu. Jakieś obiekcje?

– Nic mi nie przychodzi do głowy, pani porucznik.

– Dallas – przypomniała jej Eve i wysiadły z wozu. Natychmiast włączyła się bariera zabezpieczająca, chroniąca samochód przed stłuczkami, zadrapaniami i kradzieżą. Skromnym zdaniem Eve, wóz był już tak mocno poobijany, że żaden szanujący się złodziej nie zniżyłby się do zwrócenia na niego uwagi. Podeszła do prywatnej windy i, próbując nie okazywać zażenowania, wprowadziła swój kod.

– Tak będzie szybciej – mruknęła.

Peabody rozdziawiła usta z wrażenia, kiedy ujrzała puszysty dywan przykrywający podłogę windy. Kabina była tak obszerna, że swobodnie zmieściłoby się w niej sześcioro ludzi; zdobił ją bujnie rozrośnięty, wonny hibiskus.

– Czas to pieniądz – skwitowała Peabody.

– Trzydzieste piąte piętro – rzuciła Eve. – Redford Productions, biura zarządu.

– Trzydzieste piąte piętro – powtórzył komputer. – Wschodni kwadrant, biura zarządu.

– W dniu swojej śmierci Pandora urządziła kameralne przyjęcie – zaczęła Eve. – Być może to właśnie Redford widział ją ostatni. Byli tam też Jerry Fitzgerald i Justin Young, ale wyszli wcześniej, po bójce między Mavis Freestone a Pandorą. Wzajemnie dają sobie alibi na resztę nocy. Redford natomiast został u Pandory. Jeśli Fitzgerald i Young mówią prawdę, to są poza podejrzeniami. Wiem, że Mavis nie kłamie. – Zawiesiła na chwilę głos, ale Peabody się nie odezwała. – Dlatego musimy zobaczyć, co da się wydusić z pana producenta.

Winda płynnie zmieniła kierunek ruchu z pionowego na poziomy i ruszyła na wschód. Drzwi się otworzyły i do kabiny wdarł się hałas.

Najwyraźniej podwładni Redforda lubili przy pracy słuchać muzyki. Z głośników ukrytych we wnękach wydobywał się donośny łomot, wypełniający powietrze energią. Dwaj mężczyźni i kobieta stali przy szerokiej, okrągłej konsoli i prowadzili radosne rozmowy przez łącza, uśmiechając się promiennie do monitorów komputerowych.

Wyglądało na to, że w recepcji trwa kameralna impreza. Kręciło się tam kilka osób z małymi filiżankami i ciasteczkami w dłoniach; perlisty śmiech i gwar towarzyskich rozmów zlewał się z dźwiękami rytmicznej muzyki.

– Zupełnie jakbym oglądała scenę z któregoś z jego filmów – powiedziała Peabody.

– Niech żyje Hollywood. – Eve podeszła do konsoli i wyjęła odznakę. Zwróciła oczy na najmniej rozgadanego z trójki recepcjonistów. – Porucznik Dallas. Jestem umówiona na spotkanie z panem Redfordem.

– Tak, pani porucznik. – Złotowłosy mężczyzna, wyglądem przywodzący na myśl młodego boga, obdarzył ją anielskim uśmiechem. – Powiem mu, że pani przyszła. Proszę się czymś poczęstować.

– Chcesz coś przegryźć, Peabody?

– Te ciasteczka wyglądają kusząco. Kiedy będziemy wychodzić, można by ich kilka zwędzić.

– Czytasz w moich myślach.

– Pan Redford zaprasza do siebie, pani porucznik. – Apollo wyszedł zza konsoli. – Pozwolą panie, że wskażę drogę.

Otworzył przed nimi drzwi z przydymionego szkła; tutaj hałas zmienił się w gwar głośnych rozmów. Po obu stronach korytarza rzędami ciągnęły się pootwierane drzwi, za którymi widać było ludzi siedzących przy biurkach, przechadzających się w zamyśleniu bądź rozwalonych na sofach; wszyscy zajęci byli promocją własnej osoby.

– I to ma być oryginalny pomysł, JT? Takie filmy kręcili już w pierwszym tysiącleciu.

– Potrzebujemy nowej twarzy. Garbo z niewinnością Czerwonego Kapturka.

– Ludzie nie chcą głębi, mój drogi. Daj im wybór między oceanem a kałużą i bez namysłu zaczną się taplać w kałuży. Wszyscy jesteśmy dziećmi.

Eve i Peabody podeszły do podwójnych drzwi pomalowanych na błyszczący, srebrzysty kolor. Ich przewodnik otworzył je teatralnym gestem.

– Pańscy goście, panie Redford.

– Dziękuję, Cezarze.

– Cezar – mruknęła Eve do siebie. – Niewiele się pomyliłam.

– Porucznik Dallas. – Paul Redford podniósł się od biurka w kształcie litery U, w tym samym srebrzystym kolorze co drzwi. Podłoga, po której szedł na powitanie gości, była gładka jak szkło i pomalowana na wszystkie kolory tęczy. Za jego plecami, jak należało oczekiwać, roztaczała się wspaniała panorama miasta. Wyćwiczonym, niemal odruchowym gestem uścisnął dłoń Eve. – Dziękuję, że zgodziła się pani tu przyjść. Mam dziś masę spotkań i wygodniej jest mi przyjąć panią w moim gabinecie.

– Żaden problem. To moja asystentka, sierżant Peabody.

Na jego obliczu pojawił się uśmiech, równie nieszczery i wyćwiczony, jak uścisk dłoni.

– Proszę spocząć. Czym mogę panie poczęstować?

– Najchętniej informacjami. – Eve powiodła spojrzeniem po meblach i zamrugała oczami ze zdziwienia. Wszystkie wyglądały jak zwierzęta; krzesła, stołki, sofy miały kształty tygrysów, psów czy żyraf.

– Moja pierwsza żona była dekoratorką wnętrz

– pospieszył z wyjaśnieniem Redford. – Po rozwodzie postanowiłem zatrzymać meble. Z nimi wiążą się najmilsze wspomnienia z tamtego okresu.

– Usiadł na jamniku i położył nogi na poduszce w kształcie skulonego kota. – Chcecie porozmawiać o Pandorze.

– Tak. – Jeśli byli kochankami, jak sądzono, to Redford szybko pogodził się z jej stratą. Wizyta policji także ani trochę go nie poruszyła. Sprawiał wrażenie spokojnego, jowialnego mężczyzny. Miał na sobie garnitur wart pięć tysięcy dolarów i włoskie mokasyny w kolorze roztopionego masła.

Redford był równie fotogeniczny jak aktorzy, z którymi pracował. Foremną, kościstą twarz zdobiły pedantycznie przystrzyżone wąsy. Ciemne włosy nosił zaczesane do tyłu, poskręcane i spięte w fantazyjny kucyk opadający na plecy.

Eve uznała, że ten mężczyzna wygląda jak człowiek, którym jest: znany producent, napawający się swoją władzą i majątkiem.

– Chciałabym nagrać naszą rozmowę, panie Redford.

– Tak będzie nawet lepiej, pani porucznik.

– Odchylił się w objęcia psiny o smutnych ślepiach i splótł dłonie na brzuchu. – Słyszałem, że już kogoś aresztowaliście w związku z tą sprawą.

– To prawda. Ale dochodzenie trwa. Był pan znajomym Pandory.

– I to dobrym. Rozważałem współpracę z nią przy pewnym projekcie, przez te wszystkie lata spotykaliśmy się wiele razy na różnych przyjęciach, a kiedy była po temu okazja, uprawialiśmy seks.

– Czy w okresie poprzedzającym jej śmierć byliście państwo kochankami?

– Nigdy nie byliśmy kochankami, pani porucznik. Uprawialiśmy seks. Nie kochaliśmy się. Prawdę mówiąc, chyba nie ma na tym świecie człowieka, który kiedykolwiek się z nią kochał czy choćby próbował. Ktoś taki musiałby być głupcem. Ja głupcem nie jestem.

– Nie lubił jej pan.

– Czy ją lubiłem? – Redford się roześmiał. – Boże mój, nie! Była najbardziej odpychającą istotą ludzką, jaką kiedykolwiek znałem. Ale miała talent. Nie tak wielki, jak myślała, ba, niektórych rzeczy za żadne skarby nie potrafiłaby zagrać, a mimo to…

Uniósł swoje wypielęgnowane dłonie; w świetle błysnęły pierścionki z ciemnymi kamieniami osadzonymi w złocie wysokiej próby.

– Piękno przychodzi łatwo, pani porucznik. Niektórzy rodzą się z nim, inni mogą je kupić. W dzisiejszych czasach każdy może sobie załatwić atrakcyjną powłokę cielesną. To ciągle jest w cenie. Uroda nie wychodzi z mody, ale, by z niej żyć, trzeba też mieć choć krztynę talentu.

– A jaki talent posiadała Pandora?

– Biła od niej pewna aura, moc, której źródłem była prymitywna, wręcz zwierzęca umiejętność do emanowania seksem. Seks jest i zawsze będzie chodliwym towarem.

Eve przechyliła głowę.

– Tyle że teraz jest licencjonowany. W odpowiedzi Redford błysnął do niej uśmiechem.

– Rząd musi skądś brać pieniądze. Nie chodziło mi jednak o sprzedawanie seksu, ale o wykorzystywanie go do sprzedaży innych produktów, od napojów chłodzących po urządzenia kuchenne. No i mamy jeszcze modę – dodał. – W świecie mody seks jest niezbędny.

– I to właśnie było specjalnością Pandory.

– Można by zawinąć jaw zasłony i wypchnąć na wybieg, a nawet bardziej rozgarnięte obserwatorki sypnęły pieniędzmi, byle tylko wyglądać tak jak ona. Pandora specjalizowała się w sprzedaży. Nie istniał towar, którego nie potrafiłaby opchnąć. Niestety chciała zostać aktorką. Nie zdawała sobie sprawy, że nie może być nikim innym, jak tylko sobą, Pandorą.

– Ale współpracował pan z nią.

– Rozważałem nakręcenie filmu, w którym Pandora zagrałaby, że tak powiem, samą siebie. Nic ponadto. Być może to by wypaliło. A dochody ze sprzedaży gadżetów… tu dopiero zaczęłyby się prawdziwe zyski. Niestety, ten projekt pozostał tylko na papierze.

– Był pan w domu ofiary tej nocy, kiedy zginęła?

– Tak, potrzebowała towarzystwa. No i podejrzewam, że chciała zobaczyć minę Jerry, kiedy to się dowie, że ona, Pandora, dostanie główną rolę w moim filmie.

– I jak zareagowała pani Fitzgerald?

– Była zaskoczona i pewnie nieco zirytowana. Sam się zdenerwowałem, bo było jeszcze za wcześnie, by rozgłaszać to publicznie. Zapowiadała się niezła kłótnia, ale przeszkodziła nam ta fascynująca młoda kobieta, która stanęła w drzwiach. Chodzi o tę, którą aresztowaliście – powiedział z błyskiem w oku. – Media twierdzą, że jest pani jej bliską przyjaciółką.

– Może zamiast snuć te dywagacje powie mi pan, co się wydarzyło po przybyciu pani Freestone?

– Melodramat, napięcie, przemoc. Proszę to sobie wyobrazić – powiedział i złączył palce obu dłoni w kształt ekranu. – Na plan wkracza młoda, dzielna piękność. Widać po niej, że płakała, jest blada, w oczach ma rozpacz. Chce dogadać się ze swoją rywalką. Postanowiła usunąć się w cień, zrezygnować z mężczyzny, o którego względy obie zabiegają, żeby go ochronić, uratować jego dobrze zapowiadającą się karierę.

Teraz zbliżenie na Pandorę. Z jej twarzy wyziera wściekłość, pogarda, jakaś szaleńcza energia. Chryste, co za piękne ujęcie. Pandora jako ucieleśnienie zła. Nie satysfakcjonuje jej ofiara złożona przez rywalkę. Chce sprawić jej ból. Najpierw obrzuca przybyłą wyzwiskami, a potem zadaje pierwszy cios. Teraz mamy klasyczną scenę walki. Dwie kobiety biją się o mężczyznę. Młodsza ma po swojej stronie miłość, ale to za mało dla Pandory, rozpalonej żądzą zemsty. I uzbrojonej w ostre paznokcie. Kły i pazury idą w ruch. Przeciwniczki toczą ze sobą zażarty bój, dopóki nie rozdzielają ich dwaj zafascynowani widzowie. Jeden z nich zostaje ugryziony.

Redford skrzywił się i potarł prawe ramię.

– Pandora zatopiła we mnie kły, kiedy ją odciągałem. Muszę przyznać, że kusiło mnie, by jej przyłożyć. Pani przyjaciółka wyszła. W drzwiach rzuciła jakiś utarty frazes, zapowiedziała, że Pandora jeszcze tego pożałuje czy coś takiego, ale wyglądała raczej na załamaną niż rozwścieczoną.

– A Pandora?

– Była niesamowicie podniecona. – Tak jak on w czasie opowiadania tej historii. – Przez cały wieczór szalała, a po wizycie tej dziewczyny zrobiło się jeszcze gorzej. Jerry i Justin szybko nas opuścili, a ja zostałem, żeby spróbować ją uspokoić.

– Udało się panu?

– Gdzie tam. Była jak w amoku. Wykrzykiwała absurdalne groźby. Najpierw chciała dopaść tę małą sukę i urwać jej głowę. Potem odgrażała się, że załatwi Leonarda. Kiedy z nim skończy, nie będzie mógł sprzedawać guzików na rogu ulicy. Nawet żebracy nie włożą na siebie jego szmat i tak dalej. Mniej więcej po dwudziestu minutach przestałem się z nią użerać. Wtedy wściekła się, że psuję jej przyjęcie, i dla odmiany zaczęła się wydzierać na mnie. Krzyczała, że nie jestem jej potrzebny, że z innymi producentami może podpisać korzystniejsze, o wiele ciekawsze kontrakty.

– Utrzymuje pan, że wyszedł od niej około wpół do pierwszej?

– Mniej więcej.

– I wtedy była sama?

– W mieszkaniu miała tylko domowe androidy. Nie życzyła sobie towarzystwa ludzi, których sama do siebie nie wezwała. O ile mi wiadomo, po moim wyjściu została sama.

– Dokąd udał się pan potem?

– Przyszedłem tutaj i opatrzyłem rękę. To było naprawdę paskudne ugryzienie. Trochę popracowałem, zadzwoniłem do paru osób. Potem pojechałem do mojego klubu, dostałem się do środka przez nocne wejście, kilka godzin siedziałem w saunie i pływałem w basenie.

– O której przyszedł pan do klubu?

– Zdaje się, że koło drugiej. Wiem, że do domu wróciłem dobrze po czwartej.

– Czy widział pan kogoś bądź rozmawiał z kimś między drugą a piątą nad ranem?

– Nie. Po to właśnie chodzę tam o tak późnej porze, żeby odpocząć od ludzi. Na wybrzeżu mam własny basen, saunę i inne wygody, ale przebywając tutaj, nie pozostaje mi nic innego, jak uczęszczać do klubu.

– Jak się nazywa pański klub?

– Olimp, znajduje się na Madison. – Podniósł brew. – Zdaję sobie sprawę, że moje alibi ma pewne braki. Chcę jednak zauważyć, że wchodząc i wychodząc z klubu, wpisywałem swój kod dostępu. Takie są przepisy.

– Nie wątpię. – Postanowiła koniecznie to sprawdzić. – Czy zna pan kogoś, kto mógłby źle życzyć Pandorze?

– Pani porucznik, do końca życia nie udałoby mi się zamknąć listy. – Błysnął zębami w uśmiechu, w jego oczach widać było rozbawienie i drapieżność zarazem. – Co prawda, siebie do jej wrogów nie zaliczałem, ale to głównie dlatego, że niewiele dla mnie znaczyła.

– Czy skosztował pan najnowszego specjału Pandory?

Redford zesztywniał, zawahał się, po czym znów odzyskał spokój.

– No proszę, doskonały manewr. Zbić nieostrożnego rozmówcę z tropu zaskakującą zmianą tematu, a nuż się zdradzi. Otóż chcę oficjalnie oświadczyć, że nie używam żadnych zabronionych substancji. -Ale na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, zadający kłam jego słowom. – Wiedziałem, że Pandora od czasu do czasu brała. Uważałem, że to jej sprawa. Ostatnio chyba odkryła coś zupełnie nowego, coś, z czym często zdarzało jej się przeholować. Tamtego wieczora wszedłem do jej sypialni.

Zamilkł na chwilę, jakby usiłował przywołać w pamięci wszystkie szczegóły.

– Wyjęła jakąś pigułkę z małej, ślicznej drewnianej szkatułki. Zdaje się, że była chińska. To znaczy, szkatułka – dodał z uśmiechem. – Pandora była zaskoczona, bo zjawiłem się za wcześnie, i wrzuciła szkatułkę do szuflady toaletki, po czym pospiesznie ją zamknęła. Spytałem ją, co tak przede mną ukrywa, a ona powiedziała… – Znów zawiesił głos i zmrużył oczy. – Co takiego powiedziała? Aha, że to jej skarb, jej fortuna. Nie, nie, coś innego; nagroda czy coś… Tak, tak właśnie powiedziała. Potem wrzuciła pigułkę do ust i popiła ją szampanem. I zaczęliśmy uprawiać seks. Początkowo Pandora wydawała się zdekoncentrowana, wkrótce jednak stała się dzika, nienasycona. Chyba nigdy jeszcze nie widziałem jej w takim stanie, jak wtedy. Potem ubraliśmy się i zeszliśmy na dół. W tym samym czasie przyjechali Jerry i Justin. Później nie pytałem już Pandory więcej o te tabletki. Po prostu o nich zapomniałem.

– No i co o nim sądzisz, Peabody?

– Jest chytry.

– Jak każdy skąpiec. – Eve włożyła ręce do kieszeni i zaczęła się bawić małymi żetonami. Winda ruszyła w dół. – Nienawidził jej, ale z nią sypiał i był gotów wykorzystać ją do własnych celów.

– Myślę, że chociaż uważał Pandorę za żałosną i potencjalnie niebezpieczną, liczył na to, że dużo na niej zarobi.

– Czy mógłby ją zabić, gdyby straciła popularność albo stała się nazbyt niebezpieczna?

– Bez najmniejszych skrupułów. – Peabody wyszła z windy pierwsza. – Sumienie się dla niego nie liczy. Gdyby współpraca przestała im się układać albo gdyby Pandora próbowała go szantażować, zlikwidowałby ją natychmiast. Ludzie tak pewni siebie, tak opanowani, mają w sobie mnóstwo agresji. A jego alibi jest do niczego.

– Prawda? – Eve uśmiechnęła się do niej. – Sprawdzimy je, ale najpierw pojedziemy do mieszkania Pandory i poszukamy tej szkatułki. Połącz się z dyspozytornią – nakazała. – Załatw zezwolenie na wyłamanie zamków.

– Zrobiłabyś to i bez zezwolenia – mruknęła Peabody, ale posłusznie uruchomiła łącze.

Szkatułka zniknęła bez śladu. Było to dla Eve tak dużym zaskoczeniem, że wpatrywała się w szufladę przez dobrych dziesięć sekund, zanim dotarło do niej, że jest pusta.

– To jest toaletka, zgadza się?

– Tak się na to mówi. Spójrz na te wszystkie buteleczki i słoiczki. Krem na to, krem na tamto. Cały dzień można by tu przesiedzieć. – Peabody nie wytrzymała i wzięła do ręki pojemniczek wielkości połowy jej kciuka. – Krem Wiecznie Młoda. Wiesz, ile kosztuje to gówno, Dallas? Pięćset w sklepie Saksa. Pięć setek za nędzne piętnaście gramów!

Odłożyła słoiczek, zawstydzona, że przez chwilę czuła pokusę, by schować go do kieszeni.

– Gdyby podliczyć wartość tego wszystkiego, wyszłoby, że wydała na to dziesięć, piętnaście tysięcy. Jezu.

– Peabody, weź się w garść.

– Tak jest. Przepraszam, pani porucznik.

– Szukamy jakiejś szkatułki. Nasi ludzie grzebali już w tym pokoju, powyjmowali dyski z jej łącz. Wiemy, że tamtej nocy nikt do niej nie dzwonił ani ona do nikogo nie dzwoniła. Przynajmniej z tego mieszkania. Dobrze, zastanówmy się. Jest wkurzona. Jest nabuzowana. Co robi?

Eve otwierała kolejne szuflady, jedną po drugiej, nie przerywając swoich rozważań.

– Może pije kolejne drinki, biega po domu i wyobraża sobie, co zrobiłaby ludziom, którzy ją wkurzyli. Dranie, suki. Za kogo oni się mają? Ona może mieć wszystko i wszystkich. Wpada do sypialni i połyka następną tabletkę, tylko po to, żeby pozostać na haju.

Znalazła jakieś pudełko. Mimo że było zwykłe, emaliowane, a nie drewniane i rzeźbione, jej serce zabiło nadzieją. W środku jednak znajdowały się najprzeróżniejsze pierścienie. Złote, srebrne, porcelanowe, wykonane z rzeźbionej kości słoniowej.

– Dziwne miejsce na biżuterię – zauważyła Peabody. – Zwłaszcza że kostiumy trzymała w tej wielkiej szklanej skrzyni, a prawdziwe kamienie szlachetne w sejfie.

Eve podniosła głowę; kiedy zauważyła, że asystentka ma śmiertelnie poważną minę, parsknęła śmiechem, nawet nie próbując ukryć rozbawienia.

– Peabody, to nie jest taka zwykła biżuteria. To pierścienie na członek. Wiesz, wkładasz to na niego, a potem…

– Jasne. – Peabody wzruszyła ramionami, starając się nie patrzeć z zaciekawieniem na znalezisko Eve. – Wiedziałam o tym. Tylko że… trzymała je w dziwnym miejscu.

– No tak, oczywiście, jak można trzymać zabawki seksualne przy łóżku? Mniejsza z tym, o czym to ja mówiłam? Aha, no więc Pandora połyka tabletki i popija je szampanem. Ktoś musi jej zapłacić za zepsuty wieczór. Ten skurwiel Leonardo będzie pełzał przed nią w pyle, błagając o litość. Zemści się na nim za to, że zdradzał ją z jakąś nędzną zdzirą, i za to, że pozwolił, by ta mała suka przyszła do niej, do Pandory, to jej mieszkanie, do cholery!…, i jeszcze się na nią rzuciła z pięściami!

Eve zamknęła szufladę i otworzyła następną.

– System monitoringu wskazuje, że Pandora wyszła z domu parę minut po drugiej. Drzwi zamykają się automatycznie. Nie wezwała taksówki. Od mieszkania Leonarda dzieliło ją co najmniej sześćdziesiąt przecznic i miała wysokie obcasy, ale nie pojechała taksówką. W rejestrach żadnej z firm przewozowych nie ma wzmianki o tym, by któryś z kierowców zgłosił się na jej wezwanie czy gdzieś ją zawoził. Pandora figuruje w rejestrze właścicieli miniłączy, ale nie miała go przy sobie.

– Jeśli skontaktowała się przez miniłącze ze swoim przyszłym zabójcą, ten człowiek na pewno miałby dość oleju w głowie, żeby je potem wyrzucić. Przecież na dysku zapisywane są wszystkie rozmowy. – Peabody przystąpiła do przeszukiwania dwupoziomowej garderoby i na chwilę zaparło jej dech w piersiach na widok niezliczonych szykownych kreacji; do wielu z nich wciąż jeszcze przyczepione były metki. – Nawet jeśli była na prochach, nie ma mowy, żeby poszła pieszo do centrum. Podeszwy większości jej butów są nienaruszone. Nie lubiła spacerów.

– Tamtego wieczora była nabuzowana, a jakże. Nie zamierzała zamawiać jakiejś zafajdanej, cuchnącej taksówki. Przecież wystarczy strzelić palcami i pojawi się pół tuzina nadgorliwych sługusów, którzy zawiozą ją, gdzie tylko zechce. Czyli strzela palcami i ktoś po nią przyjeżdża. Razem jadą do Leonarda. Dlaczego?

Zafascynowana łatwością, z jaką Eve odgadywała tok myślenia Pandory i przeplatała go własnym, Peabody przerwała poszukiwania i wlepiła w nią wzrok.

– Nalega. Żąda. Grozi.

– Może dzwoni właśnie do Leonarda. Albo do kogoś innego. Dojeżdżają na miejsce, okazuje się, że kamera monitorująca jest zniszczona. Albo to Pandora ją rozwala.

– Bądź robi to zabójca. – Peabody przebrnęła przez morze białego jedwabiu. – Ponieważ już wie, że ją załatwi.

– Po co więc miałby zabierać ją do Leonarda, skoro chciał ją zabić? – spytała Eve. – A jeśli zrobił to Leonardo, to po co miałby kalać własne gniazdko? Nie jestem pewna, czy w tym momencie morderca wiedział już, co właściwie chce zrobić. Dobrze, docierają więc na miejsce i, jeśli Leonardo mówił prawdę, studio jest puste. On sam zalewa pałę i szuka Mavis, która także zalewa pałę. Pandora chce, żeby Leonardo był w domu, chce go ukarać. Wpada w szał i zaczyna demolować pracownię, może też wyładowuje gniew na towarzyszącej jej osobie. Wywiązuje się walka, z każdą chwilą coraz bardziej gwałtowna. On bierze do ręki laskę, może w obronie własnej, a może nie. Ona jest zszokowana, przerażona. Jak on śmie podnieść na nią rękę? Co to, u licha, ma znaczyć? A on nie może się powstrzymać albo nie chce. Pandora leży na podłodze, wszędzie jest krew.

Peabody nie odezwała się ani słowem. Widziała zdjęcia z miejsca zbrodni i mogła sobie wyobrazić, że wydarzenia rozegrały się tak, jak opisała to jej szefowa.

– Stoi nad nią, ciężko oddycha. – Z na wpół przymkniętymi oczami Eve próbowała przywołać obraz tajemniczej postaci. – Cały jest we krwi. Wszędzie unosi się jej zapach. Ale on nie wpada w panikę, nie może sobie na to pozwolić, trzyma nerwy na wodzy. Co może naprowadzić policję na jego trop? Rozmowa zarejestrowana na mini-łączu. Zabiera je więc i chowa do kieszeni. Jeśli jest cwany, a w tej chwili tylko spryt może go uratować, przeszukuje ubranie Pandory, sprawdza, czy nie miała przy sobie czegoś, co nie powinno wpaść w ręce policji. Wyciera swoje odciski palców na lasce, wyciera wszystko, czego mógł dotknąć.

Eve miała to wszystko przed oczami niczym stary film, przymglony, pełen cieni: morderca – mężczyzna czy kobieta – pospiesznie usuwa ślady, przechodzi ponad ciałem, starannie omija kałuże krwi.

– Trzeba się spieszyć. W każdej chwili ktoś może przyjść. Ale on, nasz zabójca, musi być skrupulatny. Już zatarł po sobie prawie wszystkie ślady. Nagle ktoś wchodzi do studia. To Mavis. Woła Leonarda, wbiega do pracowni, zauważa ciało i klęka przy nim. Morderca dostrzega w tym swoją szansę. Ogłusza Mavis, a potem zaciska jej palce na lasce, może nawet zadaje kilka ciosów nieżyjącej już ofierze. Następnie bierze Pandorę za rękę i drapie paznokciami twarz nieprzytomnej Mavis, rozrywa jej sukienkę. Wrzuca coś na siebie, pewnie jeden z ciuchów Leonarda, żeby ukryć zakrwawione ubranie.

Eve wyprostowała się i napotkała spojrzenie Peabody.

– Zupełnie jakby pani to wszystko widziała na własne oczy – mruknęła dziewczyna. – Chciałabym umieć to robić, tak wnikać w umysł zabójcy.

– To przyjdzie samo, jak obejrzysz jeszcze kilka miejsc zbrodni. O wiele trudniej jest potem wrócić do rzeczywistości. Gdzie, do diabła, jest ta szkatułka?

– Mogła zabrać je ze sobą.

– Nie sądzę. Gdzie klucz, Peabody? Ta szuflada jest zamknięta. Gdzie klucz?

Peabody w milczeniu wyjęła łącze i ściągnęła z głównej bazy danych listę przedmiotów znalezionych przy denatce.

– Wśród dowodów nie ma żadnego klucza.

– Czyli to zabójca go zabrał, nie? A potem wrócił tu, wziął szkatułkę i wszystko, co było mu potrzebne. Sprawdźmy dysk z systemu monitoringu.

– Czy ekipy śledcze już tego nie zrobiły?

– A po co? Przecież nie tu ją zamordowano. Kazano im tylko sprawdzić, o której wyszła. – Eve podeszła do monitora i odnalazła nagranie z interesującego ją przedziału czasowego. Patrzyła w skupieniu, jak Pandora wypada z budynku i znika w oddali. – Druga zero osiem. Dobra, zobaczmy, co z tego wyjdzie. Czas zgonu ustalony został na około trzeciej. Komputer, przewiń do trzeciej, a potem odtwarzaj na potrójnych obrotach. – Wbiła wzrok w zegar. – Zatrzymaj. Sukinsyn. Widzisz to, Peabody?

– Widzę. Zegar przeskoczył z czwartej zero trzy na czwartą trzydzieści pięć. Ktoś wyłączył kamerę. Musiał to zrobić przy użyciu pilota. Wiedział, co robi.

– Ktoś tak bardzo chciał tu wejść, żeby coś stąd zabrać, że nie zawahał się przed podjęciem takiego ryzyka. Bardzo ważna była dla niego ta szkatułka z nielegalnymi prochami. – Eve uśmiechnęła się ponuro. – Mam pewne przeczucie, Peabody. Chodźmy pomęczyć chłopaków z laboratorium.

9

– Czemu zawracasz mi głowę, Dałlas?

Okręcony białym kitlem główny laborant Dickie Berenski – nazywany pieszczotliwie Baranim Łbem przez tych, którzy go znali i szczerze nienawidzili – ślęczał nad kosmykiem włosów łonowych. Berenski był człowiekiem niezwykle pedantycznym i wszystkim potwornie działał na nerwy. Mimo że prowadził badania w ślimaczym tempie, jego osiągnięcia na sali sądowej były tak imponujące, że stał się ulubieńcem policji i sił bezpieczeństwa.

– Nie widzisz, ile mam roboty? Jezu. – Swoimi ruchliwymi, cienkimi palcami ustawił ostrość w mi-krogoglach. – Dziesięć zabójstw, sześć gwałtów, masa zgonów w podejrzanych okolicznościach i tyle włamań, że wolę o tym nie myśleć. Nie jestem pieprzonym robotem.

– Niewiele ci do tego brakuje – mruknęła Eve pod nosem. Nie lubiła przychodzić do laboratorium; drażnił ją antyseptyczny zapach unoszący się wokół i nieskazitelnie białe ściany. To pomieszczenie za bardzo przypominało szpital czy budzący w niej jeszcze większą odrazę oddział testów. Każdy policjant, który użył siły ze skutkiem śmiertelnym, musiał przejść specjalne testy. Nie było to przyjemne doświadczenie. – Słuchaj no, Dickie, miałeś mnóstwo czasu na analizę tej substancji.

– Taa, mnóstwo czasu. – Oczy Berenskiego, zasłonięte za goglami, były wielkie i wyłupiaste jak u sowy. – Wszyscy gliniarze w tym mieście uważają, że ich sprawy są najważniejsze. Zupełnie jakbyście oczekiwali, że rzucimy wszystko w cholerę, by spełnić wasze zachcianki. Wiesz, co się dzieje z ludźmi w taki upał, Dałlas? Dostają pierdolca, ot co. Wy ich tylko obezwładniacie, a ja z moimi pracownikami muszę przyjrzeć się każdemu włoskowi i tkance. To trwa.

Jego głos nabrał rozżalonego tonu, co jeszcze bardziej rozdrażniło Eve.

– Wydział zabójstw i ci od narkotyków ciągle mnie molestują o wyniki badań jakiegoś cholernego proszku. Przecież dałem wam wstępny raport.

– Potrzebne mi są ostateczne wyniki.

– Przecież ich nie urodzę. – Wydął mięsiste wargi, odwrócił się do ekranu i wbił wzrok w powiększony obraz włosa. – Muszę skończyć analizę DNA. Eve wiedziała, jak sobie z nim poradzić. Nie była z tego zadowolona, ale znała niezawodny sposób.

– Mam dwa bilety na jutrzejszy mecz Jankesów z Red Sox.

Jego palce poruszyły się powoli na klawiaturze.

– Dobre miejsca?

– Przy trzeciej bazie.

Dickie uniósł gogle i rozejrzał się po sali. Jego podwładni pracowali pilnie przy swoich stanowiskach.

– Może znajdę coś dla ciebie. – Odepchnął się nogą od biurka i podjechał na fotelu do następnego stanowiska. Ostrożnie włączył komputer i otworzył pożądany plik. Nerwowo bębniąc palcami w stół, przesunął wzrokiem po ekranie. -1 tu właśnie mamy problem, widzisz? Chodzi o ten składnik.

Eve widziała na ekranie tylko kolorowe plamy i nieznane jej symbole, ale na wszelki wypadek mruknęła coś potakująco. Pewnie to ten sam związek, którego nawet sprzęt Roarke'a nie był w stanie zidentyfikować, pomyślała.

– To czerwone?

– Nie, nie, nie, to najzwyklejsza w świecie amfetamina. Zawiera ją Zeus, Bzyk, Śmieszek. Jej łagodniejszą pochodną można dostać w każdej aptece, bez recepty. Mówię o tym związku. – Stuknął palcem w zielony zawijas.

– Co to jest?

– Sam chciałbym wiedzieć. Widzę to pierwszy raz w życiu. Komputer nie potrafi tego zidentyfikować. Domyślam się, że to coś pozaziemskiego.

– To oznaczałoby, że gra toczy się o dużą stawkę. Za próbę przemytu nieznanych substancji z obcych planet można dostać dwadzieścia lat więzienia o zaostrzonym rygorze. Wiesz, jak to coś działa?

– Pracuję nad tym. Wygląda na to, że ma podobne właściwości i skład chemiczny jak lek przeciwko starzeniu się. W każdym razie robi sieczkę z wolnych rodników. Ale w połączeniu z innymi związkami, występującymi w tym proszku, wywołuje nieprzyjemne skutki uboczne. Opisałem większość z nich w raporcie. Wzmożony popęd seksualny, który sam w sobie nie jest niczym złym, ale zaraz po nim następują gwałtowne zmiany nastroju. A także zwiększona siła fizyczna połączona z utratą panowania nad sobą. To gówno naprawdę szaleje w układzie nerwowym. Przez pewien czas człowiek czuje się wspaniale, niczym nieśmiertelny, chce się pieprzyć jak królik, bez względu na to, czy upatrzony partner ma na to ochotę czy nie. Kiedy jednak działanie środka ustaje, wpadasz w depresję i żeby wygrzebać się z dołka, przyjmujesz następną dawkę. I tak w kółko, wzlatujesz pod niebiosa i opadasz na dno, aż wreszcie układ nerwowy dostaje świra. A potem umierasz.

– Nie powiedziałeś mi nic, czego bym już nie wiedziała z twojego raportu wstępnego.

– To dlatego, że utknąłem na składniku X. Jest pochodzenia roślinnego, tyle mogę ci powiedzieć. Przypomina ostrolistną walerianę rosnącą na południowym zachodzie. Indianie wykorzystywali jej liście w lecznictwie. Ale, w odróżnieniu od tego nieznanego związku, Waleriana nie jest trująca.

– To trucizna?

– Przyjmowana w odpowiednich dawkach, bez innych składników, owszem. Podobnie jak większość ziół i roślin stosowanych w lecznictwie.

– To ziele lecznicze?

– Tego nie powiedziałem. Za mało jeszcze wiem. – Wydął policzki. – Prawdopodobnie to jakaś pozaziemska hybryda. Tyle mogę w tej chwili powiedzieć. A jeśli ty i wydział nielegalnych substancji dalej będziecie mi siedzieć na karku, to nieprędko dowiem się czegoś więcej.

– Wydział nielegalnych substancji nie ma tu nic do gadania. Ja prowadzę to dochodzenie.

– Powiedz to im, nie mnie.

– Dobrze. A teraz, Dickie, daj mi raport toksykologiczny z zabójstwa Pandory.

– To nie moja działka, Dallas. Zajęła się tym Su-zie-Q, a dzisiaj ma dzień wolny.

– Jesteś tu szefem, Dickie, a mnie ten raport jest natychmiast potrzebny. – Eve zamilkła na chwilę. – Wiesz, do biletów dołączone są dwie przepustki do szatni zawodników.

– Aha. Cóż, nie zaszkodzi od czasu do czasu sprawdzić, co robią moi ludzie. – Wpisał swój kod i otworzył poszukiwany plik. – Zabezpieczyła go hasłem, bardzo dobrze. Główny laborant Berenski, ominąć zabezpieczenie pliku Pandora, numer identyfikacyjny 563922-H.

Głos rozpoznany.

– Pokaż toksykologię.

Badania toksykologiczne w toku. Pokazuję wstępne wyniki.

– Dużo piła – mruknął Dickie. – Drogi francuski szampan. Pewnie umarła z błogim uśmiechem na ustach. Wygląda na Dom Perignon, rocznik 55. Su-zie-Q dobrze się spisała. Co my tu jeszcze mamy? Szczypta środka uszczęśliwiającego. No, no, nasza nieszczęśliwa ofiara lubiła sobie poszaleć. Wygląda jak Zeus… nie. – Zgarbił się, jak zawsze, kiedy był zaintrygowany lub zirytowany. – Co to jest, do licha? Kiedy komputer zaczął wyliczać szczegóły, Dickie przerwał mu, wcisnąwszy nerwowo jeden z klawiszy, po czym zaczął w skupieniu przeglądać raport.

– Coś tu nie gra – powiedział. – Coś się nie zgadza.

Zaczai powoli, ostrożnie i z pietyzmem uderzać w klawisze, niczym pianista, dający swój pierwszy koncert po wielu latach żmudnych prób. Ekran wypełnił się symbolami i układami, łączącymi się, rozdzielającymi i zmieniającymi ustawienie. Wreszcie i Dallas rozpoznała ten wzór.

– To jest dokładnie ta sama substancja. – Zwróciła stalowe spojrzenie na milczącą Peabody.

– Tego nie powiedziałem – rzucił Dickie. – Zamknij się i daj mi skończyć test.

– To ta sama substancja – powtórzyła Eve – jest nawet ten zielony zawijas, to znaczy składnik X. Peabody, co mają ze sobą wspólnego supermodelka i drugorzędny szpicel?

– Obydwoje nie żyją.

– Dobra odpowiedź. Chcesz podwoić stawkę? Grasz dalej? W jaki sposób obydwoje zginęli? Wargi Peabody drgnęły w lekkim uśmiechu.

– Pobicie ze skutkiem śmiertelnym.

– Bardzo dobrze. Teraz trzecie pytanie, grasz o główną nagrodę. Co łączy ze sobą te dwa zabójstwa?

Peabody spojrzała na ekran.

– Składnik X.

– Peabody, to nasz szczęśliwy dzień. Prześlij raport do mojego gabinetu, Dickie. Mojego – powtórzyła, kiedy podniósł na nią oczy. – Gdyby dzwonili z wydziału nielegalnych substancji, nie masz nic nowego.

– Nie mogę zataić danych.

– Oczywiście. – Odwróciła się na pięcie. – Na piątą będziesz miał te bilety.

– Wiedziała pani o tym wcześniej – powiedziała Peabody, kiedy jechały windą powietrzną do wydziału zabójstw. -W mieszkaniu ofiary. Nie mogłyśmy znaleźć tej szkatułki, ale wiedziała pani, co w niej było.

– Podejrzewałam – poprawiła ją Eve. – Ten nowy środek, którego tak zazdrośnie strzegła Pandora, zwiększa popęd seksualny i regeneruje siły. – Spojrzała na zegarek. – Miałam szczęście, że prowadziłam te dwa śledztwa jednocześnie i bezustannie zaprzątały mi umysł. Początkowo obawiałam się, że po prostu wszystko mi się miesza, ale potem załapałam. Widziałam obydwa ciała, Peabody. I w jednym, i w drugim przypadku mamy do czynienia z mordercą zabijającym z taką samą furią i okrucieństwem.

– Nie sądzę, by było to tylko szczęście. Oglądałam te same miejsca zbrodni co pani, ale nawet nie przyszło mi do głowy, że oba morderstwa mogłyby mieć ze sobą coś wspólnego.

– Mimo to szybko się uczysz. – Eve weszła do windy, jadącej na jej piętro. – Nie przejmuj się, Peabody. Pracuję w policji dwa razy dłużej od ciebie.

Dziewczyna wkroczyła do szklanej kapsuły i spojrzała w zamyśleniu na rozciągające się w dole miasto.

– Czemu wybrała mnie pani na swoją asystentkę?

– Masz potencjał; jesteś bystra i odważna. To samo powiedział mi Feeney, kiedy wziął mnie pod swoje skrzydła. Też chodziło o zabójstwo. Dwóch nastolatków posiekanych na kawałki na rampie nad skrzyżowaniem Drugiej i Dwudziestej Piątej. Też za nim nie nadążałam. Ale w końcu znalazłam swój rytm.

– Dlaczego chciała się pani dostać do wydziału zabójstw?

Eve wyszła z windy i ruszyła korytarzem w stronę swojego gabinetu.

– Bo śmierć jest dla człowieka zniewagą; a przedwczesna śmierć jest największą zniewagą z możliwych. Zamówmy kawę, Peabody. Chcę mieć to wszystko na papierze, zanim pójdę do komisarza.

– Domyślam się, że nie mam co liczyć na żadną przekąskę.

Eve obejrzała się i uśmiechnęła.

– Nie wiem, co mam w autokucharzu, ale… – Urwała, ujrzawszy w swoim fotelu Casto, siedzącego wygodnie, z długimi nogami w dżinsowych spodniach na biurku. – No cóż, Casto, Jake T, widzę, że już się tu zadomowiłeś.

– Czekałem na ciebie, skarbie. – Mrugnął do niej, po czym obdarzył Peabody tym swoim zabójczym uśmiechem. – Siemasz, DeeDee.

– DeeDee? – mruknęła Eve, po czym podeszła do automatu, by zamówić kawę.

– Witam, poruczniku – powiedziała zimno Peabody, ale policzki jej się zaróżowiły.

– To naprawdę szczęście, że mogę współpracować z dwiema policjantkami, które nie dość, że są niesamowicie inteligentne, to jeszcze cieszą oko. Mógłbym prosić o kawę, Eve? Mocną, czarną i słodką.

– Kawę mogę ci dać, ale na konsultacje nie mam czasu. Muszę zająć się papierkową robotą, a za parę godzin umówiłam się na spotkanie.

– Nie będę cię zatrzymywał. -Ale kiedy Eve podała mu kawę, nawet nie drgnął. – Próbowałem zagonić Baraniego Łba do roboty. Ten facet jest wolniejszy od żółwia z trzema nogami. Pomyślałem sobie, że skoro ty prowadzisz to śledztwo, mogłabyś mi skołować próbkę tej substancji. Mam dostęp do prywatnego laboratorium, z którego usług od czasu do czasu korzystamy. Tam przynajmniej szybko by się z tym uwinęli.

– Nie powinniśmy wynosić dowodów z wydziału, Casto.

– Laboratorium ma atest wydziału nielegalnych substancji.

– Chodzi mi o wydział zabójstw. Dajmy Dickiemu jeszcze trochę czasu. Boomer nigdzie nie ucieknie.

– Ty tu jesteś szefem. Chciałbym po prostu mieć to wreszcie z głowy. Cała ta sprawa śmierdzi. W odróżnieniu od tej kawy. – Zamknął oczy i westchnął. – Jezus Maria, kobieto, skąd ty to wytrzasnęłaś? Niebo w gębie.

– Znajomości.

– Ach, ten twój bogaty narzeczony. – Przez chwilę delektował się kolejnym łykiem. – Nie dasz się więc pewnie skusić na zimne piwo i taco.

– Wolę kawę, Casto.

– Trudno cię winić. – Przeniósł rozanielony wzrok na Peabody. – A ty, DeeDee? Masz ochotę na zimne piwko?

– Sierżant Peabody jest na służbie – powiedziała Eve, kiedy Peabody zaczęła się jąkać. – Mamy tu masę roboty, Casto.

– No to nie będę przeszkadzał. – Zdjął nogi z biurka i wstał. – Może po służbie zadzwonisz do mnie, DeeDee? Znam przytulną knajpkę, w której serwują najlepsze meksykańskie żarcie po tej stronie Rio Grandę. Eve, gdybyś jednak zdecydowała się załatwić mi tę próbkę, daj znać.

– Zamknij drzwi, Peabody – nakazała Eve, kiedy Casto wolnym krokiem wyszedł z biura. -1 wytrzyj ślinę z podbródka.

Dziewczyna, zmieszana, podniosła rękę do twarzy. Kiedy okazało się, że podbródek jest suchy, humor ani trochę jej się nie poprawił.

– To wcale nie zabawne, pani porucznik.

– Przestań mnie tak nazywać. Każdy, kto przedstawia się jako DeeDee, traci pięć punktów godności. – Eve usiadła w fotelu, wygrzanym przez Casto. – Czego on chciał, do licha?

– Odniosłam wrażenie, że wyrażał się jasno.

– Nie, nie, to nie był wystarczający powód, żeby tu przychodzić. – Pochyliła się nad biurkiem i włączyła komputer. Szybki test zabezpieczeń wykazał, że nie zostały w żaden sposób naruszone. – Jeśli czegoś tu szukał, to dobrze się maskował.

– Po co miałby grzebać w tych plikach?

– Facet jest ambitny. Gdyby udało mu się rozwiązać tę sprawę szybciej ode mnie, zrobiłoby się o nim głośno. Ludzie z wydziału nielegalnych substancji nie lubią dzielić się chwałą.

– A ci z wydziału zabójstw? – spytała z przekąsem Peabody.

– Też nie, to chyba oczywiste. – Eve podniosła głowę i uśmiechnęła się szeroko. – Dobra, bierzmy się do roboty. Będziemy musiały poprosić o pomoc eksperta z dziedziny toksykologii pozaziemskiej. Lepiej, żeby nam się udało załatać jakoś dziurę, którą zrobimy w budżecie.

Po półgodzinie zostały wezwane do szefa policji i bezpieczeństwa.

Eve lubiła komisarza Tibble'a. Był potężnie zbudowanym mężczyzną o głowie pełnej śmiałych pomysłów i wciąż miał w sobie więcej z policjanta niż polityka. Jego poprzednik pozostawił za sobą taki smród, że miastu i wydziałowi potrzebny był ktoś tak bystry i zrównoważony jak Tibble.

Ale nie miała pojęcia, po kiego licha teraz ją wezwał. Do chwili, kiedy weszła do gabinetu i ujrzała Casto, któremu towarzyszył jego przełożony w randze kapitana.

– Witam panie – powiedział Tibble i wskazał im krzesła. Eve zajęła strategiczne miejsce obok komendanta Whitneya.

– Mamy do rozstrzygnięcia drobny spór – zaczął Tibble. – Rozstrzygniemy go szybko i definitywnie. Porucznik Dallas, prowadzi pani śledztwo w sprawie zabójstw Johannsena i Pandory.

– Tak jest. Zostałam wezwana do kostnicy, by zidentyfikować ciało Johannsena, jako że był moim informatorem. W sprawie Pandory na miejsce zbrodni sprowadziła mnie Mavis Freestone, przeciwko której wniesiony został akt oskarżenia. Obydwa dochodzenia są w toku.

– Sierżant Peabody jest pani asystentką.

– Tak, komendant Whitney przydzielił ją do mnie na moją osobistą prośbę.

– Rozumiem. Poruczniku Casto, Johannsen był również pańskim informatorem.

– To prawda. Kiedy jego ciało zostało odnalezione, prowadziłem dochodzenie w innej sprawie. Dlatego właśnie dowiedziałem się o śmierci Johannsena z dużym opóźnieniem.

– I wtedy wydział zabójstw zgodził się prowadzić to śledztwo we współpracy z wydziałem nielegalnych substancji.

– Tak. Jednak ostatnio dotarły do mnie informacje, które jednoznacznie sugerują, że obie te sprawy powinny podlegać wyłącznej jurysdykcji wydziału nielegalnych substancji.

– Przecież chodzi o zabójstwa – wtrąciła Eve.

– A łączącym je ogniwem są nielegalne środki odurzające. – Casto błysnął uśmiechem. – Według najnowszego raportu z laboratorium, w organizmie Pandory wykryto ślady tej samej substancji, która została odnaleziona w mieszkaniu Johannsena. Zawiera ona nieznany składnik i nie figuruje w żadnym z rejestrów zakazanych środków. Artykuł szósty, paragraf dziewiąty Kodeksu B jasno stwierdza, że tego rodzaju sprawami winien zajmować się wydział nielegalnych substancji.

– Z wyjątkiem spraw, w których trwa dochodzenie, prowadzone w innym wydziale. – Eve zmusiła się, by odetchnąć głęboko. – Mój raport na ten temat będzie gotowy za godzinę.

– Wyjątki nie są automatycznie stosowane w każdej sytuacji, pani porucznik. – Kapitan z wydziału nielegalnych substancji złożył dłonie. – Sprawa jest prosta: wydział zabójstw nie ma ludzi, doświadczenia ani sprzętu, niezbędnych do badania nieznanego związku chemicznego. Natomiast wydział nielegalnych substancji wszystko to posiada. Poza tym, ukrywanie przed nami danych nie ma nic wspólnego z deklarowaną przez panią chęcią współpracy.

– Pański wydział i porucznik Casto otrzymają kopię mojego raportu, gdy będzie gotowy. Te sprawy są moje…

Whitney podniósł rękę, przerywając jej w pół zdania.

– Porucznik Dallas jest oficerem prowadzącym obydwa śledztwa. Nawet jeśli zabójstwa te rzeczywiście mają coś wspólnego z handlem nielegalnymi substancjami, pozostają zabójstwami, w których prowadzi ona dochodzenie.

– Z całym szacunkiem, panie komendancie – uśmiech Casto nieco przygasł – ale w komendzie głównej wszyscy wiedzą, że faworyzuje pan panią porucznik, nawiasem mówiąc całkiem słusznie, biorac pod uwagę jej dokonania. Dlatego też poprosiliśmy o spotkanie w obecności pana komisarza Tibble'a, by mieć pewność, że nasz spór zostanie rozstrzygnięty sprawiedliwie. Ja dysponuję większą liczbą informatorów niż porucznik Dallas, a ponadto nawiązałem wiele kontaktów w środowisku handlarzy i dystrybutorów środków odurzających. Pracując w charakterze wywiadowcy, uzyskałem dostęp do wielu zakładów, fabryk i laboratoriów. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze fakt, że osobie podejrzanej o zabójstwo Pandory przedstawiono już oficjalne zarzuty.

– Podejrzanej, której nic nie łączyło z Johann-senem – weszła mu w słowo Eve. – Obydwie ofiary zginęły z ręki tego samego człowieka, panie komisarzu.

Jego oczy patrzyły na nią z tym samym chłodnym wyrazem. Nie dało się w nich wyczytać ani aprobaty, ani jej braku.

– Czy to pani prywatna opinia, pani porucznik?

– Jest to obiektywny osąd oparty na przesłankach, które przedstawię w swoim raporcie.

– Nie jest tajemnicą, że porucznik Dallas dobrze zna główną podejrzaną – powiedział krótko kapitan. – Nie można się więc dziwić, że chce oczyścić ją z wszelkich zarzutów. Jak można mówić o obiektywizmie, gdy główną podejrzaną jest bliska przyjaciółka?

Tibble podniósł palec, powstrzymując wybuch Eve.

– Whitney, jaka jest pańska opinia?

– Miałem i mam całkowite zaufanie do porucznik Dallas. Nie wątpię, że sumiennie wypełni swoje zadanie.

– Zgadzam się, kapitanie, nie życzyłbym sobie braku lojalności w moich szeregach. – Reprymenda, choć łagodna, trafiła w czuły punkt. – Cóż, wydaje się, że obydwa wydziały mają swoje racje. Wyjątki nie są automatycznie stosowane w każdej sytuacji i natknęliśmy się na nieznaną substancję, z którą wiążą się co najmniej dwa zabójstwa. Porucznik Dallas i porucznik Casto cieszą się doskonałą opinią i obydwoje mają kwalifikacje co najmniej wystarczające do prowadzenia tej sprawy. Zgadza się pan ze mną?

– Tak jest, panie komisarzu, to świetni detektywi.

– No to proponuję, żeby ze sobą współpracowali, zamiast przedłużać tę bezsensowną rywalizację. Porucznik Dallas pozostaje oficerem prowadzącym dochodzenie i będzie informowała porucznika Casto o postępach w śledztwie. No jak, zadowoleni? A może mam zagrozić, że przetnę dziecko na pół jak król Salomon?

– Napisz ten raport, Dallas – mruknął Whitney, kiedy wychodzili z gabinetu komisarza policji. – A następnym razem, jak będziesz dawała łapówkę Baraniemu Łbowi, to lepiej się postaraj.

– Tak jest. – Eve poczuła na swoim ramieniu czyjąś dłoń. Odwróciła głowę i ujrzała Casto.

– Musiałem spróbować. Kapitan lubi statystyki, jak każdy kibic baseballu.

Aluzja nie umknęła jej uwagi.

– Żaden problem, skoro to ja nadal dzierżę kij. Dostaniesz mój raport, Casto.

– Będę ci wdzięczny. Ja zamierzam dalej węszyć po ulicach. Jak dotąd, nikt nic nie wie. Ale fakt, że ta substancja jest pochodzenia pozaziemskiego, może mieć przełomowe znaczenie. Znam kilku roboli z urzędu celnego, którzy mają wobec mnie dług wdzięczności.

Po chwili wahania Eve uznała, że nadszedł czas, by wprowadzić ideę współpracy w czyn.

– Zacznij od układu Stellar Pięć. Pandora wróciła stamtąd na kilka dni przed śmiercią. Nie sprawdziłam jeszcze, czy zatrzymywała się gdzieś po drodze.

– Dobrze. Jak już będziesz to wiedziała, daj mi znać. – Uśmiechnął się, a jego dłoń, dotąd spoczywająca na ramieniu Eve, zsunęła się do jej nadgarstka. – Coś mi mówi, że teraz, kiedy już wypraliśmy nasze brudy, stworzymy cholernie dobry zespół. Wzmianka o rozwiązaniu tej sprawy upiększy nasze akta.

– Bardziej zależy mi na schwytaniu mordercy niż na awansie.

– Hej, sprawiedliwość to podstawa. – Kącik jego ust drgnął lekko. -Ale nie zamierzam rozpaczać, jeśli przy okazji zwiększę swoje szansę na otrzymanie pensji kapitańskiej. Nie gniewasz się na mnie?

– Nie. Na twoim miejscu zrobiłabym to samo.

– No to nie ma sprawy. Może któregoś dnia znów wpadnę do ciebie na kawkę. – Jego dłoń lekko zacisnęła się na jej nadgarstku. – Aha, i mam nadzieję, że uwolnisz swoją przyjaciółkę od zarzutów. Mówię poważnie.

– Zrobię to. – Kiedy odszedł na dwa kroki, Eve nie wytrzymała. – Casto?

– Tak, skarbie?

– Co mu obiecałeś?

– Baraniemu Łbowi? – Na jego usta wypłynął uśmiech, szeroki jak Oklahoma. – Skrzynkę czystej szkockiej. Capnął ją jak żabi ozór muchę. – Casto pokazał język i mrugnął do Eve. – Nikt nie opanował sztuki wręczania łapówek tak dobrze, jak gliny z wydziału nielegalnych substancji.

– Zapamiętam to sobie. – Eve włożyła ręce do kieszeni, ale nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. – Ma klasę, trzeba mu to przyznać.

– I zgrabny tyłek – wyrwało się Peabody, zanim zdążyła się zreflektować. – To tylko moje spostrzeżenie.

– Z którym muszę się zgodzić. Cóż, Peabody, wygrałyśmy bitwę. Teraz trzeba wygrać wojnę.

Po skończeniu pracy Eve czuła się, jakby miała zeza. Puściła Peabody do domu, gdy tylko przesłały raport wszystkim zainteresowanym osobom. Potem zaczęła się zastanawiać, czy nie odwołać wizyty u psychologa; do głowy przyszło jej masę powodów, dla których mogła i powinna to zrobić.

Ale o wyznaczonej godzinie zjawiła się w gabinecie doktor Miry, by wdychać znajomy zapach ziołowej herbaty i subtelnych perfum.

– Cieszę się, że cię widzę.

Mira zmieniła uczesanie, zauważyła Eve. Miała teraz włosy obcięte na krótko, a nie jak poprzednio upięte w zgrabny kok. Oczy pozostały te same, głębokie, niebieskie, pełne sympatii.

– Dobrze wyglądasz.

– Bo dobrze się czuję.

– Nie wiem, jak ci się to udaje, przecież tak wiele się dzieje w twoim życiu. Zawodowym i osobistym. Pewnie niezwykle ciężko jest prowadzić śledztwo w sprawie zabójstwa, o które została oskarżona bliska ci osoba. Jak sobie z tym radzisz?

– Robię, co do mnie należy. W ten sposób oczyszczę Mavis z zarzutów i dowiem się, kto ją wrobił.

– Czy nie masz poczucia, że musisz wybierać między swoimi obowiązkami a lojalnością wobec przyjaciółki?

– Nie. Przemyślałam to. – Eve potarła kolana dłońmi, które zrobiły się wilgotne, jak zawsze podczas spotkań z Mirą. – Gdybym miała jakiekolwiek wątpliwości co do tego, czy Mavis jest niewinna, nie wiem, jak bym postąpiła. Ale nie mam, więc odpowiedź jest prosta.

– Tak jest ci lżej.

– Można tak powiedzieć. Chociaż naprawdę odetchnę z ulgą dopiero wtedy, kiedy zakończę to śledztwo i udowodnię, że Mavis jest niewinna. Kiedy umawiałam się z tobą, dręczył mnie niepokój, teraz jednak czuję, że zapanowałam nad sytuacją.

– To dla ciebie ważne. Panować nad sytuacją.

– Gdybym nie była pewna, że dzierżę ster, nie mogłabym dobrze wykonywać swoich obowiązków.

– A jak jest w twoim życiu osobistym?

– Nikt nie wyrwie steru z rąk Roarke'a.

– Czyli w waszym domu to on rządzi?

– Rządziłby, gdybym mu na to pozwoliła. – Eve parsknęła śmiechem. – On pewnie powiedziałby o mnie dokładnie to samo. Wyrywamy sobie nawzajem stery, a w końcu i tak zmierzamy w tym samym kierunku. On mnie kocha.

– Mówisz tak, jakby cię to dziwiło.

– Bo to jest dziwne. Nikt nigdy mnie nie kochał. Nie tak, jak on. Niektórym ludziom łatwo jest wypowiedzieć słowa „kocham cię". Ale Roarke'a to nie dotyczy. Widzi, co dzieje się w głębinach mojej duszy, i wcale mu to nie przeszkadza.

– A powinno?

– Nie wiem. Nie zawsze podoba mi się to, co tam widzę, ale on dostrzega tam piękno. A przynajmniej mnie rozumie. -1 właśnie w tej chwili Eve uświadomiła sobie, że o tym właśnie musi porozmawiać. O mrocznych, ziejących chłodem otchłaniach w swojej duszy. – Może to dlatego, że obydwoje mieliśmy okropne dzieciństwo. Poznaliśmy na własnej skórze ludzkie okrucieństwo, kiedy byliśmy zbyt mali, żeby to zrozumieć. Widzieliśmy, jak władza w nieodpowiednich rękach nie tylko demoralizuje, ale wręcz okalecza człowieka na całe życie. On… zanim poznałam Roarke'a, nigdy z nikim się nie kochałam. Owszem, uprawiałam seks, ale nie czułam wtedy nic prócz zwyczajnego odprężenia. Nie wiedziałam, czym jest… intymność – zdecydowała się po chwili namysłu. – Czy to właściwe słowo?

– Tak, sądzę, że to najlepsze określenie. Jak myślisz, dlaczego jest wam ze sobą dobrze?

– To dzięki Roarke'owi. Dlatego, że… – Poczuła, że łzy napływają jej do oczu. – Dlatego, że otworzył we mnie coś, co wcześniej było zamknięte. Powiem inaczej: coś, co pozostawało w letargu. Jakoś udało mu się zawładnąć albo to ja pozwoliłam, żeby zawładnął tą częścią mojej duszy, która umarła. Która została zabita, kiedy byłam dzieckiem, kiedy…

– Poczujesz się lepiej, jak to z siebie wyrzucisz, Eve.

– Kiedy ojciec mnie zgwałcił. – Wypuściła powietrze z ust i przestała powstrzymywać łzy. – Zgwałcił mnie, zadał mi ból. Wykorzystywał mnie jak dziwkę, gdy byłam za mała i za słaba, by stawić mu opór. Przygniatał mnie do ziemi albo wiązał, a potem bił, bił tak długo, że robiło mi się ciemno przed oczami, i zasłaniał dłonią moje usta, żebym nie mogła krzyczeć. A potem wciskał się we mnie, raz po raz, aż ból stawał się nie do zniesienia. Nie mogłam liczyć na niczyją pomoc i nie pozostawało mi nic, tylko czekać, aż znowu to zrobi.

– Czy zdajesz sobie sprawę, że nie ty byłaś temu winna? – spytała łagodnym tonem Mira. Kiedy ropień zostanie przecięty, myślała, trzeba ostrożnie, dokładnie, powoli wycisnąć całą truciznę. – Ani wtedy, ani teraz?

Eve otarła łzy grzbietem dłoni.

– Chciałam zostać policjantką. Dlatego, że gliny mają władzę. Łapią złych ludzi. Wydawało mi się to proste. Kiedy jednak zaczęłam pracować w policji, szybko zrozumiałam, że nie da się oczyścić świata z ludzi, którzy żerują na słabych i niewinnych. – Jej oddech stał się równy, miarowy. – Nie, to nie moja wina. Winien był on i wszyscy ci, którzy udawali, że nie widzą i nie słyszą, co się dzieje. Ale to ja ciągle muszę z tym żyć, a łatwiej mi było, kiedy tego nie pamiętałam.

– Ale pamiętasz to już od dłuższego czasu, prawda?

– We fragmentach. Przedtem pamiętałam tylko niejasne epizody z dzieciństwa.

– A jak jest teraz?

– Tych epizodów przybywa. Wszystko staje się wyraźniejsze, bliższe. – Potarła dłonią usta i położyła ją na kolanie. – Widzę jego twarz. Wcześniej tak nie było. W zeszłym roku, kiedy prowadziłam sprawę DeBlassa… chyba było w niej tyle analogii z moimi przeżyciami, że coś zaczęło mi świtać. Potem poznałam Roarke'a i wspomnienia powracały coraz szybciej. Nie mogę ich już powstrzymać.

– A czy chcesz to zrobić?

– Gdybym mogła, bez zastanowienia wymazałabym tamte lata z pamięci – powiedziała przez zaciśnięte zęby. – Nie mają wpływu na teraźniejszość. Nie chcę, aby wywierały na nią jakikolwiek wpływ.

– Eve, choć miałaś okropne, koszmarne dzieciństwo, to właśnie wtedy ukształtowała się twoja osobowość. Tym strasznym przeżyciom zawdzięczasz swoją siłę, współczucie dla słabych i niewinnych, bogate życie wewnętrzne i upór. Nie zmienisz się pod wpływem wspomnień. Często namawiałam cię, żebyś zgodziła się poddać autohipnozie. Teraz uważam, że byłoby to bezcelowe. Twoja podświadomość sama uwalnia więzione w niej wspomnienia w tempie, jakie uważa za najkorzystniejsze. Jeśli rzeczywiście tak było, Eve pragnęła, żeby działo się to nieco wolniej, tak by mogła złapać oddech.

– Może niektórych rzeczy jeszcze nie jestem gotowa sobie przypomnieć. Mimo to sam proces trwa. Ostatnimi czasy ciągle nawiedza mnie pewien sen. Widzę pokój, obskurny pokój z oknem, za którym migocze matowe czerwone światło. Zapala się i gaśnie. Widzę łóżko. Pościel jest poplamiona. Wiem, że to plamy krwi. Widzę siebie, skuloną w kącie na podłodze. Jestem cała we krwi. Nie widzę swojej twarzy, jest odwrócona do ściany. W ogóle wszystko wydaje się niewyraźne, ale wiem, że to muszę być ja.

– Jesteś sama?

– Tak myślę. Nie wiem tego na pewno. Widzę tylko łóżko, kąt pokoju i migające światło. Na podłodze przy mnie leży nóż.

– Kiedy cię znaleziono, nie miałaś żadnych ran kłutych.

Puste oczy, z których wyzierało cierpienie, wbiły się w twarz Miry.

– Wiem.

10

Wchodząc do domu, Eve przygotowała się na chłodne, jak zawsze, przyjęcie ze strony Summerse-ta. Już się do tego przyzwyczaiła. Ku swojemu zdziwieniu, poczuła głębokie rozczarowanie, kiedy kamerdyner nie czekał na nią pod drzwiami, by na powitanie rzucić pod jej adresem jakąś złośliwą uwagę.

Weszła do małego pomieszczenia przylegającego do głównego holu i włączyła czujnik na ścianie.

Roarke jest w siłowni, pani porucznik. Chce pani z nim rozmawiać?

– Nie. – Postanowiła pójść do niego. Może trochę wysiłku fizycznego dobrze jej zrobi.

Odsunęła płytę zasłaniającą schody, ruszyła na dół, po czym przeszła salę z basenem, ozdobioną sztuczną laguną i tropikalnymi roślinami.

Tutaj rozciąga się inny świat, pomyślała. Kolejny ze światów Roarke'a. Wielki basen, z oświetleniem, które za naciśnięciem przycisku mogło symulować rozgwieżdżone niebo, blask słońca lub księżycową poświatę; sala holograficzna z dostępem do setek gier, pomagających wypełnić wolno płynący czas; sauna; strzelnica; małe kino; a do tego salon medytacyjny, nieporównanie wygodniejszy od tych, które ekskluzywne uzdrowiska na tej i innych planetach oferują swoim klientom.

Zabawki bogatych ludzi. Roarke pewnie powiedziałby, że bez nich nie mógłby przetrwać w świecie, w którym tempo życia zwiększało się z dnia na dzień. W odróżnieniu od Eve potrafił zachować odpowiednie proporcje między odpoczynkiem a pracą – musiała to przyznać. Znalazł sposób na to, by cieszyć się tym, co posiada, jednocześnie chroniąc siebie i pomnażając swoje bogactwa.

W przeciągu ostatnich kilku miesięcy Eve wiele się od niego nauczyła. Najważniejsza z poznanych przez nią prawd mówiła, że czasami trzeba porzucić wszystkie zmartwienia, zapomnieć o obowiązkach, nawet o pragnieniu poznania wszystkich odpowiedzi, i po prostu być sobą.

Takie myśli kłębiły się w jej głowie, kiedy Eve weszła do siłowni i zamknęła za sobą drzwi.

Roarke nie skąpił pieniędzy na sprzęt, nie zamierzał także iść na łatwiznę i płacić osobistym trenerom za modelowanie ciała, wzmacnianie mięśni czy oczyszczanie organów wewnętrznych. Pot i wysiłek były dla niego równie ważne, jak ławka grawitacyjna, tor wodny i centrum wytrzymałości. Jako że cenił sobie tradycję, wyposażył swoją siłownię także w stare dobre hantle, ławki do ćwiczeń mięśni brzucha i system rzeczywistości wirtualnej.

W tej chwili niespiesznie wymachiwał hantlami, jednocześnie obserwując jakiś wykres sunący po monitorze i prowadząc rozmowę przez łącze.

– Bezpieczeństwo w kurorcie to rzecz najważniejsza, Teasdale. Jeśli jest jakaś luka, znajdź ją. I napraw. – Ze zmarszczonym czołem przeszedł do ćwiczeń rozciągających. – Będziesz musiał się lepiej postarać. Jeśli przekroczysz ustalone koszty, będziesz musiał się z tego wytłumaczyć. Nie, nie powiedziałem „usprawiedliwić", Teasdale. „Wytłumaczyć". Rozumiesz? Prześlij raport do mojego biura przed dziewiątą zero zero czasu ziemskiego. Koniec.

– Surowy jesteś, Roarke.

Odwrócił się przez ramię i na jego twarzy pojawił się uśmiech.

– Biznes to wojna, pani porucznik.

– Zwłaszcza w twoim wykonaniu. Gdybym była na miejscu Teasdale'a, łydki trzęsłyby mi się ze strachu, nawet w butach antygrawitacyjnych.

– I o to chodzi.

Odłożył hantle, po czym zdjął słuchawkę z mikrofonem z głowy. Następnie przeniósł się do centrum wytrzymałości, ustawił odpowiedni program, aby ćwiczyć mięśnie nóg. Eve odruchowo wzięła do ręki ciężarek i zaczęła pracować nad swoim tricepsem, nie odrywając oczu od Roarke'a.

W czarnej opasce na czole wyglądał jak starodawny wojownik, a spod ciemnego podkoszulka i szortów wyłaniały się bardzo ponętnie wyglądające mięśnie i skóra połyskująca od potu. Patrząc na jego napinające się muskuły, na kropelki spływające mu po czole, Eve poczuła, że budzi się w niej pożądanie.

– Wygląda pani na zadowoloną z siebie, pani porucznik.

– Prawdę mówiąc, to z ciebie jestem zadowolona. – Przechyliła głowę na bok i zmierzyła go spojrzeniem od stóp do głów. – Niezłe masz ciało, Roarke.

Podeszła i pogładziła jego bicepsy. Roarke uniósł brew.

– Twardziel, nie ma co – mruknęła. Uśmiechnął się do niej. Miała ochotę, widział to w jej oczach. Pytanie tylko na co.

– Pokazać ci, jaki ze mnie twardziel?

– Myślisz, że się ciebie boję? – Patrząc mu w oczy, zdjęła kaburę i przewiesiła ją przez sztangę. – No chodź. – Weszła na matę i uniosła zakrzywione palce, jakby była drapieżnikiem czyhającym na ofiarę. – Zobaczymy, czy dasz mi radę.

Roarke przyglądał jej się bacznie, nie podnosząc się z podłogi. Z jej oczu wyzierało coś więcej niż tylko chęć walki. Jeśli się nie mylił, było to pożądanie.

– Eve, jestem cały spocony. Uśmiechnęła się drwiąco.

– Tchórz.

Roarke się skrzywił.

– Wezmę tylko prysznic i…

– Cykor. Niektórzy mężczyźni ciągle myślą, że kobiety nie są w stanie dorównać im siłą. Ponieważ ty nie jesteś jednym z nich, pozostaje mi tylko wysnuć wniosek, że boisz się, że dostaniesz ode mnie łomot.

Te słowa wywarły pożądany skutek.

– Zakończyć program. – Powoli podniósł się do pozycji siedzącej i sięgnął po ręcznik, którym otarł twarz. – Chcesz się bić? Dam ci trochę czasu, żebyś się rozgrzała.

Krew już w niej wrzała.

– Jestem rozgrzana. Proponuję standardową walkę wręcz.

– Bez zadawania ciosów – powiedział Roarke, wchodząc na matę. Kiedy w odpowiedzi Eve prychnęła pogardliwie, zmrużył oczy. – Nie zamierzam cię bić.

– Dobra, dobra. Myślisz, że udałoby ci się…

Szybko rzucił się na nią; zanim Eve zdążyła zareagować, wylądowała na macie i przejechała kilkanaście centymetrów na tyłku.

– Faul – mruknęła i podniosła się płynnym ruchem.

– No proszę, już wymyśla jakieś zasady. Z tymi glinami zawsze tak jest.

Przykucnęli i zaczęli obchodzić się wkoło. On zamarkował atak, ona przyskoczyła do niego. Przez dziesięć niezwykle interesujących sekund byli spleceni w uścisku; jej dłonie ślizgały się na jego wilgotnej skórze. Roarke próbował ją podciąć, ale w porę się schyliła, po czym, wykonawszy zwinny ruch ciałem, przerzuciła go przez ramię.

– No to jesteśmy kwita. – Przykucnęła ponownie, a Roarke podniósł się na nogi i odrzucił włosy z twarzy.

– Dobrze, pani porucznik, koniec zabawy. Teraz będę walczył na serio.

– Zaraz ci dam zabawę. Przez cały czas…

Prawie udało mu się ją zaskoczyć po raz drugi, ale Eve w ostatniej chwili zorientowała się, że obelgi mają tylko ją zdekoncentrować. Wykonała unik i zwróciła się w stronę atakującego Roarke'a. Kiedy ich twarze zbliżyły się do siebie, sięgnęła po swoją tajną broń.

Wsunęła rękę między nogi przeciwnika i delikatnie objęła palcami jego jądra. Roarke zamrugał oczami ze zdumienia i rozkoszy.

– A więc to tak – mruknął i zbliżył usta do jej warg, a Eve szybko zmieniła chwyt. Roarke nawet nie zdążył zakląć, tak szybko znalazł się w powietrzu. Wylądował na plecach z głośnym hukiem, a Eve skoczyła na niego, wcisnęła mu kolano w krocze i przygwoździła ramiona do maty.

– Leżysz na łopatkach, koleś.

– I kto tu mówił o faulach?

– Naucz się przegrywać.

– Trudno się spierać z kobietą, która trzyma kolano na moim jestestwie.

– I bardzo dobrze. Teraz mogę zrobić z tobą, co zechcę.

– Poważnie?

– A jakże. W końcu wygrałam. – Podniosła dumnie głowę i zaczęła ściągać z niego podkoszulek. – Bądź mi posłuszny, to nie będę musiała zrobić ci krzywdy. Nie-nie. – Wyciągnął do niej ręce, ale złapała go za nadgarstki i przygwoździła z powrotem do maty. -Teraz ja tu rządzę. Nie zmuszaj mnie, żebym wyjęła kajdanki.

– Hmmm. Interesująca groźba. Może… – Eve zamknęła mu usta pocałunkiem, gorącym i gwałtownym. Roarke odruchowo naprężył wciąż przytrzymywane przez nią ręce, pragnąc jej dotknąć, wziąć ją. Jednak uświadomił sobie, że tym razem chciała czegoś innego, czegoś więcej. Oddał więc inicjatywę Eve, by mogła znaleźć to, czego szukała.

– Będziesz mój. – Ugryzła Roarke'a w wargę i pożądanie przeniknęło go do głębi. – Zrobię z tobą, co zechcę.

Kręciło mu się w głowie, nie mógł złapać powietrza.

– Bądź delikatna – wykrztusił. Eve tylko parsknęła śmiechem, a Roarke poczuł na ustach jej gorący oddech.

– Marzyciel.

Była brutalna – szybkie, gwałtowne ruchy rąk, niecierpliwe, niespokojne usta. Roarke nieomal czuł, jak bije od niej dzika namiętność, jak przenika go jakaś szalona energia, która zdawała się samoistnie narastać z każdą sekundą. Skoro Eve chciała być stroną dominującą, postanowił jej na to pozwolić. A przynajmniej tak mu się wydawało. Jednak w którymś momencie jej brutalnej napaści na jego ciało po prostu stracił możliwość wyboru.

Powoli, wodząc zębami po jego skórze, Eve schodziła coraz niżej, aż mięśnie Roarke'a, tak intensywnie ćwiczone, zaczęły dygotać. Nagle oczy zaszły mu mgłą; Eve wzięła go do ust i zaczęła wykonywać szybkie, gwałtowne ruchy, tak że musiał wytężyć wszystkie siły, by nie wybuchnąć.

– Nie powstrzymuj się. – Ukąsiła go w udo, po czym położyła się na nim, a jej dłoń zastąpiła usta. – Chcę, żebyś doszedł. Teraz. – Wbiła wzrok w jego mętniejące oczy, a w sekundę później poczuła, jak przeszywa go fala rozkoszy. Roześmiała się triumfalnie i pochyliła nad jego uchem.

– Znów wygrałam.

– Jezu. Jezu Chryste. – Z trudem podniósł ręce i objął ją. Był słaby jak niemowlę, w połączeniu ze wstydem wywołanym utratą panowania nad swoim ciałem dawało to niezwykle rozkoszny efekt. – Nie wiem, czy przepraszać, czy ci dziękować.

– Czekaj, jeszcze z tobą nie skończyłam.

Prawie udało mu się roześmiać, ale Eve już kąsała go delikatnie w policzki, przesyłając nowe impulsy do jego znękanego ciała.

– Kochanie, musisz dać mi chwilkę odpocząć.

– Niczego nie muszę. – Była upojona rozkoszą, podniecona swoją mocą. – Będziesz musiał się z tym pogodzić.

Usiadła na nim okrakiem i ściągnęła przez głowę koszulę. Patrząc w oczy Roarke'a, przesunęła dłońmi po swoim torsie w górę i w dół. Ślina napłynęła mu do ust. Eve z uśmiechem wzięła go za ręce i położyła je sobie na piersiach, po czym westchnęła i zamknęła oczy.

Jego dotyk, choć znajomy, zawsze był podniecający. Jego palce muskały i drażniły jej sutki nieomal do bólu, wzbudzając przeszywającą rozkosz.

Eve wygięła się do tyłu, a Roarke przywarł do niej ustami. Objęła go za głowę i zatopiła się w oszałamiających doznaniach – dotyk zębów na napiętej skórze, ucisk palców na jej biodrach, tarcie ciała o ciało i bogaty, duszny zapach potu i seksu. I szalone pożądanie, gdy jego usta wpijały się w jej wargi.

Kiedy oderwała się od niego, Roarke wydał z siebie nieartykułowany dźwięk, ni to okrzyk sprzeciwu, ni to przekleństwo. Eve podniosła się szybko i ku swojemu zadowoleniu zauważyła, że nogi jej drżą, a ciało płonie z namiętności. Nie musiała mówić Roarke'owi, że z nikim innym nie było jej tak, jak z nim. Już to wiedział. Zresztą była świadoma, że i on, o dziwo, z innymi kobietami nie doświadczył tego, co z nią.

Stanęła nad nim, nie próbując nawet uspokoić oddechu, nie przejmując się dreszczami ogarniającymi ją całą. Zrzuciła buty i rozpięła dżinsy, które opadły na matę.

Kiedy wędrował po niej wzrok Roarke'a, Eve poczuła, że spowija ją gorąco. Nigdy nie troszczyła się specjalnie o swoje ciało. Było to ciało policjantki i jako takie musiało pozostać silne, giętkie i sprężyste. Dzięki Roarke'owi odkryła, jak wiele te cechy mogą znaczyć dla kobiety. Dygocząc lekko, uklękła nad nim, po czym pochyliła się i zaczęła go całować.

– Nie zapominaj, że ja tu rządzę – szepnęła, podnosząc głowę.

– Jestem przygotowany na najgorsze – odpowiedział z uśmiechem, patrząc na nią pałającym wzrokiem.

Opuściła się na niego, powoli, zadając mu rozkoszny ból. Kiedy Roarke zagłębił się w niej, Eve zesztywniała i wygięła się w łuk, gdy przeniknął ją pierwszy, cudowny spazm. Z jej ust wyrwał się jęk rozkoszy. Rozogniona, znów pochyliła się do przodu i zaczęła się kołysać.

W jej głowie, w jej krwi wybuchały fale przyjemności. Pod zamkniętymi powiekami kolory pulsowały w szalonym tańcu, a wszystko zdominowało dzikie pragnienie, by ta chwila trwała wiecznie. Orgazm następował po orgazmie, wznosząc ją ku niebiosom, zanim zdążała powrócić na ziemię. Wreszcie, gdy obydwoje po raz kolejny wspięli się na wyżyny, Eve opadła bezwładnie na Roarke'a. Wtuliła twarz w jego szyję i usiłowała oprzytomnieć.

– Eve?

– Hmm?

– Teraz moja kolej.

Zanim zdążyła okazać zdumienie, Roarke już przewrócił ją na plecy. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że on wciąż w niej tkwi i nie wiotczeje.

– Myślałam, że ty… że my…

– Ty, owszem – mruknął i poruszył się w niej. Przez jej twarz przemknął błysk rozkoszy. -Teraz ty będziesz musiała się z tym pogodzić.

Zaczęła się śmiać, ale śmiech natychmiast przeszedł w jęk.

– Jeśli nie przestaniemy, to się pozabijamy.

– Gotów jestem podjąć ryzyko. Nie, nie zamykaj oczu. Patrz na mnie. – Z satysfakcją obserwował jej oczy, zachodzące mgłą, w miarę jak poruszał się coraz szybciej, wchodząc głębiej i głębiej.

A potem obydwoje zaczęli rzucać się w szalonym rytmie; ona wymachując rękami w poszukiwaniu oparcia, on coraz gwałtowniej poruszając biodrami. Nagle oczy Eve stały się nieprzytomne, szkliste. Wtedy Roarke przycisnął wargi do jej ust, tłumiąc wydobywający się z nich okrzyk.

Leżeli spleceni, jak dwaj znokautowani bokserzy, łapczywie chwytając ustami powietrze. Roarke osunął się nieco w dół i choć zauważył, że pierś Eve znalazła się w zasięgu jego ust, nie miał siły, by to wykorzystać.

– Nie czuję palców u nóg – powiedziała. – Ani u rąk. Chyba coś sobie złamałam.

Roarke z niemałym wysiłkiem przewrócił się na plecy i wciągnął ją na siebie.

– Teraz lepiej? Wzięła głęboki oddech.

– Chyba tak.

– Sprawiłem ci ból?

– Że co?

Spojrzawszy na Eve, ujrzał na jej twarzy błogi uśmiech.

– Nieważne. Skończyłaś już ze mną?

– Na razie.

– Chwała Bogu. – Opadł z powrotem na matę i zaczął oddychać głęboko.

– Jezu, ależ my wyglądamy.

– Nie ma to jak się wypocić w czasie seksu. Od razu czujesz, że jesteś człowiekiem. Chodźmy.

– Dokąd?

– Kochanie. – Musnął ustami jej wilgotne ramię. – Musisz wziąć prysznic.

– Nie, zamierzam tu zasnąć i nie budzić się przez najbliższych kilka dni. – Zwinęła się w kłębek i ziewnęła. – Jak chcesz, to idź sam.

Roarke potrząsnął głową. Zebrał siły, zrzucił z siebie Eve i wstał, po czym wziął głęboki oddech, podniósł ją i przełożył sobie przez ramię.

– Jak możesz tak wykorzystywać skonaną kobietę?

– Nie kobietę, tylko wór kartofli – mruknął w odpowiedzi i skierował się do łazienki. Następnie, przytrzymując słodki ciężar zwisający bezwładnie na ramieniu, wszedł do kabiny prysznicowej. Ze złośliwym uśmiechem na twarzy odwrócił się tak, by jeden z krzyżujących się strumieni trafił Eve prosto w twarz.

– Siedemnaście stopni, maksymalne natężenie strumienia.

– Siedem… -Tylko tyle zdążyła powiedzieć. Potem z jej ust zaczęły się wydobywać wściekłe okrzyki i przekleństwa, odbijając się echem od błyszczących kafelków.

Wór kartofli zmienił się w mokrą, rozwścieczoną kobietę. Roarke trzymał ją mocno, rycząc ze śmiechu, gdy Eve szarpała się, prychała na niego wodą i obrzucała go wyzwiskami.

– Trzydzieści trzy! – krzyknęła. – Trzydzieści trzy stopnie, do cholery! Już!

Kiedy z prysznica trysnęła gorąca woda, Eve zdołała wreszcie złapać oddech.

– Zabiję cię, Roarke. Niech no tylko odtaję.

– Chłodny prysznic dobrze by ci zrobił. – Ostrożnie postawił ją na podłodze i podał jej mydło. – No, pani porucznik, proszę się umyć. Umieram z głodu.

Podobnie jak ona.

– Zabiję cię później – zawyrokowała. – Kiedy coś zjem.

W godzinę później, już czysta, ubrana i zadowolona, atakowała widelcem stek z polędwicy wołowej grubości pięciu centymetrów.

– Wiesz, wychodzę za ciebie tylko dla seksu i jedzenia.

Roarke pociągnął łyk czerwonego wina i spojrzał kpiąco na Eve.

– To zrozumiałe.

Nadgryzła cienką jak sznurowadło frytkę.

– I dlatego, że masz piękną twarz. Uśmiechnął się szeroko.

– Wszystkie mi tak mówią.

Nie były to prawdziwe powody, dla których za niego wychodziła, ale dobry seks, wyśmienite żarcie i piękna twarz wprowadziłyby w doskonały nastrój każdą kobietę. Obdarzyła Roarke'a uśmiechem.

– Jak się czuje Mavis?

Spodziewał się tego pytania już wcześniej, ale zdawał sobie sprawę, że Eve najpierw musi zrzucić z serca jakiś ciężar.

– Dobrze. Dziś wieczorem ma do niej przyjść Leonardo. Możesz porozmawiać z nimi rano. Eve spojrzała na talerz i wbiła nóż w stek.

– Co o nim sądzisz?

– Myślę, że zakochał się po uszy w naszej Mavis. A ponieważ to uczucie nie jest mi całkowicie obce, mocno mu współczuję.

– Nadal nie wiemy, gdzie przebywał tamtej nocy, kiedy zginęła Pandora. – Podniosła kieliszek z winem. – Miał powody, by chcieć jej się pozbyć, i mógł to zrobić, gdy dostrzegł okazję. Nie znaleźliśmy żadnych obciążających go dowodów, ale morderstwo zostało popełnione w jego pracowni, a narzędzie zbrodni było jego własnością.

– Możesz sobie wyobrazić, że zabił Pandorę, a potem tak wszystko urządził, by wina spadła na Mavis?

– Nie. – Eve odstawiła kieliszek. – Ale byłoby łatwiej, gdybym mogła. – Zabębniła palcami w stół, po czym znów podniosła kieliszek. – Znasz Jerry Fitzgerald?

– Tak, poznaliśmy się kiedyś. – Na chwilę zawiesił głos. – Nie, nigdy z nią nie spałem.

– Nie pytałam o to.

– Chcę ci ułatwić zadanie.

Wzruszyła ramionami i napiła się wina.

– Sprawia na mnie wrażenie kobiety inteligentnej, ambitnej, bystrej i twardej.

– Twoje obserwacje są zazwyczaj trafne. Nic dodać, nic ująć.

– Niewiele wiem o świecie mody, ale trochę czytałam na ten temat. Wśród modelek stojących w hierarchii tak wysoko jak Jerry Fitzgerald gra toczy się o wysoką stawkę. Pieniądze, prestiż, sława. Uczestnictwo w charakterze głównej gwiazdy w tak rozreklamowanym pokazie, jak ten przygotowany przez Leonarda, gwarantuje rozgłos w mediach. Jerry przejmuje pałeczkę po Pandorze.

– Jeśli jego kreacje zostaną dobrze przyjęte, opłaci jej się pokazać w nich publicznie – zgodził się Roarke. – Ale to tylko hipotezy.

– Jerry Fitzgerald jest kochanką Justina Younga i przyznała, że Pandora próbowała jej go odbić. Roarke się zamyślił.

– Nie mogę sobie wyobrazić, by Jerry Fitzgerald mogła wpaść w morderczy szał z powodu mężczyzny.

– Co innego z powodu fryzury – dodała Eve. -To jeszcze nie wszystko.

W skrócie opowiedziała mu o związku między danymi z dysku Boomera a nowym narkotykiem wykrytym w organizmie Pandory.

– Nie możemy znaleźć szkatułki, w której trzymała swoje zapasy. Ktoś nas uprzedził; ktoś, kto dobrze wiedział, gdzie należy szukać.

– Jerry wypowiadała się publicznie przeciwko używaniu nielegalnych środków. Z drugiej strony, wiesz, jak to jest z publicznymi deklaracjami – odrzekł Roarke. – Poza tym mamy tu do czynienia z żądzą zysku, a nie zwykłym ćpaniem dla relaksu.

– Też tak uważam. Nowy narkotyk tego typu, tak bardzo uzależniający, o silnym działaniu, może przynieść masę forsy. Fakt, że stosowanie go kończy się śmiercią, nie spowoduje wstrzymania dystrybucji ani nie odstraszy potencjalnych nabywców.

Eve odsunęła zjedzony do połowy stek. Widząc to, Roarke zmarszczył brwi. Kiedy nie mogła jeść, oznaczało to, że coś ją gnębi.

– Wygląda na to, że wpadłaś na trop, którym należałoby dalej podążyć, Eve. Trop, który nie prowadzi do Mavis.

– To prawda. – Podniosła się rozgorączkowana. – Trop, który wiedzie donikąd. Fitzgerald i Young wzajemnie dają sobie alibi. Dyski z systemu monitoringowego potwierdzają, że w czasie kiedy zostało popełnione zabójstwo, siedzieli w mieszkaniu Younga. Chyba że któremuś z nich udało się obejść system. Redford nie ma alibi, a właściwie ma, tyle że dziurawe jak ser szwajcarski, ale to za mało, by postawić mu jakiekolwiek zarzuty. Przynajmniej na razie.

Nie ulegało wątpliwości, że Eve bardzo chciałaby to zrobić.

– Jakie wywarł na tobie wrażenie?

– Gruboskórny, pozbawiony skrupułów, zadufany w sobie.

– Nie przypadł ci do gustu.

– Ani trochę. Był pewny siebie i wygadany; nie miał wątpliwości, że poradzi sobie z jakąś tam policjantką, nie przemęczając szarych komórek. A do tego bardzo chętnie udzielał mi wszelkich informacji,, podobnie zresztac iak. Yaunę, i. Eteagaig. Nie ufam takim ludziom.

Czasem naprawdę trudno nadążyć za tokiem myślenia gliniarza, pomyślał Roarke.

– Rozumiem, że ufałabyś mu bardziej, gdybyś musiała siłą wyciągać z niego informacje.

– Oczywiście. – Dla niej była to jedna z podstawowych reguł. – Nawet nie starał się ukrywać, że Pandora była narkomanką. Zupełnie jakby chciał, żebym o tym wiedziała. Podobnie jak Fitzgerald. W dodatku wszyscy troje nieomal radośnie oznajmili mi, że jej nie znosili.

– Jak się domyślam, nierozsądnie byłoby uważać, że po prostu mówili prawdę.

– Kiedy ludzie są tak otwarci, zwłaszcza wobec policji, najczęściej oznacza to, że coś ukrywają. Muszę dokładniej się im wszystkim przyjrzeć. – Ponownie usiadła przy stole. – No i zostaje jeszcze ten przyjemniaczek od nielegalnych substancji, z którym mam na pieńku.

– Casto.

– Tak. Chce odebrać mi te sprawy; chyba pogodził się z myślą, że na razie to niemożliwe, mimo to nie mogę liczyć z jego strony na uczciwą współpracę. Jemu zależy głównie na awansie.

– A tobie nie?

Obrzuciła go zimnym spojrzeniem.

– Awansuję, kiedy na to zasłużę.

– A do tego czasu będziesz uczciwie współpracować z Casto.

Eve się skrzywiła.

– Zamknij się, Roarke. Na razie muszę zdobyć niezbite dowody świadczące o tym, że zabójstwa Pandory i Boomera są ze sobą powiązane. Muszę odnaleźć osobę lub osoby, które znały ich obydwoje. Jeśli to mi się nie uda, Mavis trafi przed sąd.

– Moim skromnym zdaniem otwierają się przed tobą dwie drogi, które powinnaś zbadać.

– Jakie?

– Szeroki, zalany światłem neonów bulwar prowadzący do salonów mody i wyboista alejka wiodąca w mroczne rejony miasta. -Wyjął papierosa i zapalił. – Wspominałaś, że Pandora zatrzymała się gdzieś przed powrotem na Ziemię.

– Na Starlight Station.

– Prowadzę tam interesy.

– Nigdy bym się nie spodziewała – powiedziała z sarkazmem w głosie.

– Spróbuję zasięgnąć języka. Ludzie z kręgu Pandory źle reagują na widok odznaki policyjnej.

– Jeśli nie uzyskam właściwych odpowiedzi, być może będę musiała pojechać tam osobiście. W jej głosie zabrzmiała dziwna nuta.

– Coś nie tak?

– Nie, skąd.

– Eve?

Znów odsunęła się od stołu.

– Nigdy nie byłam poza Ziemią. Roarke spojrzał na nią w najwyższym zdumieniu.

– Nigdy? Tak w ogóle?

– Nie każdy może sobie prysnąć na orbitę, gdy tylko najdzie go taki kaprys. Wielu z nas ma tu mnóstwo roboty.

– Nie musisz się niczego obawiać – powiedział, odgadując właściwy powód jej niepokoju. – Podróże kosmiczne są bezpieczniejsze od jazdy przez miasto.

– Gówno prawda – mruknęła Eve. – Nie powiedziałam, że się boje. Jeśli będę musiała, zrobię to. Po prostu wolałabym tego uniknąć. Nie chcę niepotrzebnie przeciągać śledztwa; zależy mi na tym, żeby jak najszybciej oczyścić Mavis z podejrzeń.

– Uhmmm. – Ciekawe, pomyślał. Moja nieulękła pani porucznik ma jednak jakąś słabość! – Może najpierw zobaczymy, czego ja się dowiem?

– Jesteś cywilem.

– Moja pomoc oczywiście będzie miała charakter nieoficjalny.

Eve spojrzała na niego, dostrzegła na jego twarzy rozbawienie i westchnęła.

– Dobrze. Pewnie nie masz pod ręką eksperta w dziedzinie flory pozaziemskiej, którego mogłabym od ciebie pożyczyć.

Roarke podniósł kieliszek i uśmiechnął się szeroko.

– Prawdę mówiąc…

11

W śledztwie pojawiło się zbyt wiele wątków. Eve postanowiła więc zacząć od tego, który wydał jej się najmniej skomplikowany. Poszła rozejrzeć się po mieście. Sama.

Zostawiła Peabody z masą danych, które należało sprawdzić, potem zadzwoniła do Feeneya z pytaniem o najświeższe informacje, ale na zwiad udała się w pojedynkę.

Nie miała ochoty na pogawędki, nie chciała, by ktokolwiek zbyt uważnie jej się przyglądał. Tej nocy spała fatalnie i zdawała sobie sprawę, że to po niej widać.

Nawiedził ją koszmar, jeden z najstraszliwszych w całym życiu. Obudziła się zlana zimnym potem, ze ściśniętym gardłem, z którego wydobywał się żałosny jęk. Jedyną wątpliwą pociechą było, że stało się to o świcie, kiedy Roarke już wstał i poszedł pod prysznic.

Gdyby ją usłyszał albo zobaczył, nie pozwoliłby jej iść samej. Eve zrobiła więc wszystko, żeby się na niego nie natknąć; a przed wyjściem zostawiła mu jedynie krótką wiadomość.

Udało jej się też uniknąć spotkania z Mavis i Leonardem, a Summerset zdążył tylko obrzucić ją lodowatym spojrzeniem.

Odwróciła się na pięcie i z ciężkim sercem wyszła z domu. Zdawała sobie sprawę, że usiłuje uciec od tego, co ją gnębiło.

Miała nadzieję, że praca pomoże jej o tym zapomnieć. Praca była dla niej czymś dobrze znanym, czymś, co rozumiała. Otrząsnąwszy się z natrętnych myśli, Eve zatrzymała wóz pod klubem Down and Dirty na East Endzie i wysiadła.

– Siemasz, białasko.

– Jak leci, Crack?

– Powoli. – Potężnie zbudowany Murzyn o twarzy pokrytej tatuażami uśmiechnął się do niej. Jego mocarna pierś wyłaniała się spod rozpiętej, pokrytej piórami kamizelki, która sięgała mu do kolan, ukazując elegancką przepaskę na biodra w kolorze jaskrawego różu. – Znowu zanosi się na upał.

– Masz czas na drinka?

– Dla ciebie zawsze, słodziutka. Czyżbyś zgodnie z radą Cracka rzuciła fuchę w policji i zdecydowała się kręcić swoim talentem w Down and Dirty?

– Nigdy w życiu.

Parsknął śmiechem i poklepał się po błyszczącym brzuchu.

– Nie wiem, czemu tak cię lubię. Chodźmy, umoczysz swój policyjny gwizdek i powiesz Crackowi, co ci leży na sercu.

Bywała już w gorszych knajpach i dziękowała losowi, że bywała też w lepszych. W zatęchłym powietrzu wciąż unosiły się zapachy pozostałe z poprzedniej nocy: kadzidła, tanich perfum, alkoholu, dymu z podejrzanych skrętów, brudnych ciał i szybkiego seksu.

Było za wcześnie nawet dla najbardziej zagorzałych hulaków. Krzesła tkwiły poodwracane na stołach, a na brudnej podłodze dało się zauważyć miejsce, które ktoś od niechcenia przejechał szmatą, by zmyć coś, o czym Eve wolała nie wiedzieć.

Jednak butelki poustawiane za kontuarem lśniły zachęcająco w kolorowych światłach, a na scenie po prawej stronie pomieszczenia tancerka odziana w różowe szmatki ćwiczyła kroki taneczne przy akompaniamencie komputerowo wygenerowanych dźwięków orkiestry dętej.

Murzyn kiwnął głową, wyganiając z sali androida i tancerkę.

– Co podać?

– Czarną kawę.

Wciąż uśmiechnięty wgramolił się za kontuar.

– Robi się. Może dodać do niej kropelkę lub dwie z mojej żelaznej rezerwy?

Eve wzruszyła ramionami. Kiedy wejdziesz między wrony…

– Jasne.

Crack zamówił kawę w autokucharzu, po czym z zamkniętej na szyfrowy zamek szafki wyciągnął butlę, w której zmieściłby się baśniowy dżin. Eve oparła się o kontuar i wdychając zapachy unoszące się w lokalu, o dziwo, poczuła się nieco lepiej. Wiedziała, dlaczego tak lubi Cracka, nocnego marka, którego właściwie nie znała, a mimo to rozumiała.

Funkcjonował w świecie, gdzie spędziła większą część swojego życia.

– A teraz powiedz mi, rybeńko, czego szukasz w tak podrzędnym lokalu? Jesteś tu służbowo?

– Obawiam się, że tak. – Skosztowała kawy i gwałtownie wciągnęła powietrze ustami. – Jezu, co ty trzymasz w tej swojej rezerwie?

– Mam to tylko dla przyjaciół. Gwarantuję, że zawartość alkoholu mieści się w legalnych granicach. – Mrugnął porozumiewawczo. – Ledwo ledwo. Co Crack ma dla ciebie zrobić?

– Znałeś Boomera? Naprawdę nazywał się Car-ter Johannsen. Drobny opryszek. Pies na wszelkie informacje.

– Znałem Boomera. Teraz to jego psy jedzą.

– Tak, to prawda. Ktoś go zatłukł. Robiłeś z nim interesy, Crack?

– Przychodził tu od czasu do czasu. – Crack wolał konsumować swoją rezerwę w czystej postaci. Pociągnął duży łyk, po czym cmoknął ze smakiem wytatuowanymi wargami. – Czasem miał kasę, czasem nie. Lubił oglądać tancerki i gadać o niczym. Nieszkodliwy gość. Słyszałem, że ktoś skasował mu twarz.

– Zgadza się. Kto mógł zrobić coś takiego?

– Pewnie ktoś, kto porządnie się na niego wkurzył. Boomer miał dobry słuch. A jak był na prochach, lubił też dużo mówić.

– Kiedy widziałeś go ostatni raz?

– Żebym to ja pamiętał. Parę tygodni temu. Zdaje się, że którejś nocy przyszedł do knajpy z kieszeniami wypchanymi forsą. Zamówił flaszkę, kilka pigułek i pokój. Poszła z nim Lucille. Nie, co ja mówię, nie Lucille. Hetta. Wy, białe dziewczyny, wszystkie jesteście do siebie podobne – powiedział i mrugnął do niej.

– Czy Boomer powiedział komuś, skąd wziął tyle forsy?

– Może Hetcie, był nieźle wcięty. Chyba wysyłał ją po następne tabletki. Chciał przedłużyć sobie dobry nastrój. Hetta opowiadała jakieś głupoty, mówiła, że stary Boomer będzie teraz prawdziwym biznesmenem czy czymś takim. Uśmialiśmy się, a potem Boomer wyszedł nago na scenę. Wtedy zrobiło się jeszcze weselej. Gość miał tak żałosnego fiuta, że drugiego takiego ze świecą by szukać.

– Czyli przyszedł tutaj, aby uczcić zawarcie jakiejś umowy.

– Też tak sobie pomyślałem. Potem miałem dużo roboty. Musiałem rozbić parę łbów i wywalić kilku chojraków na zbity pysk. Pamiętam, że stałem na ulicy, kiedy Boomer wyskoczył z knajpy. Złapałem go wpół, tak dla żartu, ale jemu wcale nie było do śmiechu; wyglądał, jakby miał się zlać w gacie ze strachu.

– Powiedział coś?

– Wyrwał mi się i uciekł. Więcej go już nie widziałem.

– Kto go wystraszył? Z kim rozmawiał?

– Nie mam pojęcia, słodziutka.

– Widziałeś tu którąś z tych osób? – Eve wyłożyła na kontuar fotografie Pandory, Jerry, Justina, Redforda oraz, dla formalności, Mavis i Leonarda.

– Hej, znam te dwie laleczki. To modelki. – Czule pogładził szerokimi palcami zdjęcia Pandory i Jerry. – Ta ruda przychodziła do nas czasami i polowała na facetów. Możliwe, że była tu tamtej nocy, ale nie wiem tego na pewno. Reszta nie łapie się na listę naszych stałych klientów. Przynajmniej ja ich nie kojarzę.

– Czy widziałeś kiedyś tę rudą w towarzystwie Boomera?

– Nie, on nie był w jej typie. Ona wołała głupich, młodych mięśniaków. Boomer był tylko głupi.

– Może słyszałeś coś o jakimś nowym narkotyku, Crack?

Jego twarz przybrała kamienny wyraz.

– Nie, nic nie słyszałem.

Eve wiedziała, że jego sympatia do niej ma swoje granice. Wyjęła z torebki kilka kredytów i położyła je na kontuarze.

– Może to ci poprawi pamięć?

Spojrzał na nie, po czym przeniósł wzrok na jej twarz. Eve w lot zrozumiała, o co chodzi, i dołożyła do kupki więcej żetonów. Kredyty prześliznęły się po kontuarze i zniknęły.

– Ostatnio pojawiły się plotki o jakimś nowym syfie. Mocny, długo trzyma, ale drogi jak cholera. Słyszałem, że nazywają to Nieśmiertelnością. Tutaj jeszcze tego nie widziałem, naszych klientów raczej nie stać na oryginalne prochy. Będą musieli poczekać na podróbki, a to potrwa parę miesięcy.

– Czy Boomer coś mówił o tym narkotyku?

– To on w tym się grzebał? – Zamyślił się na chwilę. – Nigdy mi się nie pochwalił. Jak mówiłem, doszły do mnie jakieś plotki i tyle. Podobno ćpuny bardzo sobie chwalą ten nowy wynalazek, ale jeszcze nie rozmawiałem z nikim, kto by tego spróbował. Na czymś takim można by nieźle zarobić – zauważył z uśmiechem. – Ogłaszasz, że masz nowy produkt, i klientom od razu ślinka cieknie. A kiedy wreszcie towar trafia na rynek, rzucają się na niego i płacą duże pieniądze.

– Tak, duże pieniądze. – Eve nachyliła się nad kontuarem. – Nie próbuj tego, Crack. To cię zabije. – Kiedy chciał wzgardliwie machnąć ręką, położyła dłoń na jego potężnym ramieniu. – Mówię poważnie. To trucizna, działająca powoli, ale skutecznie.

Jeśli ktoś, na kim ci zależy, zaczął już to brać, wybij mu to z głowy albo szybko go stracisz. Spojrzał jej w oczy.

– Nie chrzanisz? To nie jest tylko taka policyjna gadanina?

– Nie chrzanię. Po pięciu latach brania układ nerwowy wysiada i umierasz. Taka jest prawda, Crack. A ten, kto to produkuje, doskonale o tym wie.

– Ale ma to gdzieś, bo liczy na duże zyski.

– Dokładnie. A teraz powiedz mi, gdzie mogę znaleźć Hettę.

Crack westchnął ciężko i potrząsnął głową.

– I tak nikt mi nie uwierzy. Zwłaszcza ci najbardziej napaleni. – Spojrzał na Eve i otrząsnął się z zadumy. – Hetta? Cholera, nie wiem. Nie widziałem jej od paru tygodni. Wiesz, jak to jest z tymi panienkami, tydzień pracują w tej knajpie, tydzień w innej.

– Jak ma na nazwisko?

– Moppett. Hetta Moppett. Ostatnio wynajmowała pokój na Dziewiątej, gdzieś w okolicach numeru sto dwudziestego. Gdybyś chciała ją zastąpić, maleńka, daj mi cynk.

Hetta Moppett od trzech tygodni nie płaciła czynszu i nawet nie pokazywała się w domu z tą swoją chudą małą dupą. Tak powiedział dozorca i dodał jeszcze, że pani Moppett ma dwa dni na zapłacenie komornego albo będzie musiała się pożegnać ze swoim mieszkankiem.

Eve musiała słuchać jego wściekłego głosu, kiedy wchodziła schodami na piętro obskurnego, pozbawionego windy budynku. W ręku trzymała otrzymaną od dozorcy kartę z kodem uniwersalnym, i otwierając drzwi mieszkania Hetty, nie mo-gła się oprzeć wrażeniu, że facet nieraz już z niej korzystał.

Przed sobą miała pokoik z wąskim łóżkiem i brudnym oknem; falbaniasta różowa zasłona i tanie różowe poduszki miały prawdopodobnie uczynić to wnętrze bardziej przytulnym. Eve szybko przeszukała pomieszczenie, znalazła notatnik z adresami, książeczkę kredytową z trzema tysiącami na koncie, kilka oprawionych fotografii i nieważne prawo jazdy z adresem Hetty w New Jersey.

Szafa była do połowy wypełniona ubraniami; na górnej półce leżała sfatygowana walizka. Hetta przywiozła ze sobą do Nowego Jorku raczej niewiele rzeczy. Eve uruchomiła łącze, skopiowała wszystkie rozmowy zapisane na dysku, a potem zrobiła replikę prawa jazdy.

Jeśli Hetta gdzieś wyjechała, to zabrała ze sobą tylko trochę kredytów, ubranie, które miała na sobie, i kartę klubu, w którym pracowała.

Eve nie sądziła jednak, by Hetta wybrała się w jakąkolwiek podróż.

Z samochodowego łącza zadzwoniła do kostnicy.

– Sprawdźcie niezidentyfikowane kobiece ciała – poleciła. – Szukam białej blondynki, lat dwadzieścia osiem, waga około sześćdziesięciu kilogramów, wzrost metr sześćdziesiąt. Przesyłam kopię hologramu z prawa jazdy.

Zdążyła przejechać raptem trzy przecznice, kierując się ku komendzie, kiedy nadeszła odpowiedź z kostnicy.

– Pani porucznik, być może mamy tu kogoś, kto odpowiada pani opisowi, ale dla pewności potrzebne nam będą zdjęcia rentgenowskie szczęki, próbki DNA i odciski palców. Nie możemy zidentyfikować zwłok na podstawie hologramu.

– Dlaczego? – spytała Eve, choć znała już odpowiedź.

– Bo z jej twarzy zostało niewiele.

Odciski palców się zgadzały. Detektyw Carmi-chael, prowadząca śledztwo w sprawie zabójstwa Hetty, bez żalu rozstała się z aktami. Eve wróciła do swojej klitki i zaczęła je studiować.

– Typowa fuszerka – burknęła. – Odciski Mop-pett były na jej karcie klubowej. Carmichael mogła ją zidentyfikować już dawno temu.

– Domyślam się, że Carmichael nie bardzo obchodziło zabójstwo jakiejś tam dziwki – skwitowała Peabody.

Eve opanowała gniew i podniosła na nią oczy.

– No to detektyw Carmichael wybrała sobie nieodpowiedni zawód, nie? Wszystkie ofiary były ze sobą powiązane. Hetta z Boomerem, Boomer z Pandorą. Po wprowadzeniu wszystkich danych do komputera jakie uzyskałaś prawdopodobieństwo, że zginęli z ręki tego samego człowieka?

– Dziewięćdziesiąt sześć przecinek jeden.

– Doskonale. – Eve zrobiło się lżej na sercu. – Pójdę z tym, co mamy, do prokuratora. Może uda mi się go namówić, żeby wycofał zarzuty przeciwko Mavis. Przynajmniej do czasu, kiedy zdobędziemy więcej dowodów. Jeżeli się nie zgodzi… – spojrzała Delii prosto w oczy – opowiem o wszystkim Nadine Furst i pozwolę jej to wykorzystać w programie. To wbrew regulaminowi, a mówię ci o tym, bo jesteś moją asystentką i wina może spaść też na ciebie. Jeśli zostaniesz ze mną, grozi ci nagana. Mogę załatwić ci przeniesienie.

– Uznałabym to za naganę z pani strony, pani porucznik. I to niezasłużoną. Eve milczała przez chwilę.

– Dzięki, DeeDee. Peabody się skrzywiła.

– Proszę mnie tak nie nazywać.

– Dobrze. Pójdź z tym, co mamy, do kapitana Feeneya z wydziału elektronicznego. Nie chcę przesyłać tych danych zwykłymi kanałami, przynajmniej dopóki nie porozmawiam z prokuratorem i nie spróbuję sama tu i ówdzie powęszyć.

Widząc błysk w oczach Peabody, uśmiechnęła się. Pamiętała jeszcze, jakie to uczucie, kiedy człowiek jest młody i po raz pierwszy może się naprawdę wykazać.

– Skocz do klubu Down and Dirty, w którym pracowała Hetta, i znajdź Cracka, takiego potężnego faceta. Wierz mi, od razu go poznasz. Powiedz mu, że to ja cię przysyłam i że Hetta jest w kostnicy. Spróbuj coś z niego wyciągnąć, pogadaj też z innymi. Dowiedz się, z kim się spotykała, czy przed zniknięciem mówiła coś jeszcze o Boomerze, i tak dalej, i tak dalej. Wiesz, o co chodzi.

– Tak jest.

– Aha, Peabody, jeszcze jedno. – Eve włożyła akta do torby i wstała. – Nie idź tam w mundurze, bo wystraszysz klientów.

Prokurator rozwiał nadzieje Eve dokładnie po dziesięciu minutach rozmowy. Przez następne dwadzieścia próbowała go przekonać do zmiany decyzji, ale nic nie wskórała. Jonathan Heartly zgodził się, że owszem, te trzy zabójstwa prawdopodobnie są ze sobą powiązane. Był człowiekiem o zgodnym usposobieniu. Podziwiał jej osiągnięcia, zdolność dedukcji i dar przekonywania. Podziwiał każdego gliniarza, który wzorowo wypełniając swoje obowiązki, zapewniał prokuraturze wysoki procent wygranych spraw.

Ale zarówno on, jak i biuro prokuratora nie zamierzali wycofać zarzutów przeciw Mavis Freestone. Dowody były zbyt przekonujące, by się wycofać.

Mimo to Heartly zostawił sobie otwartą furtkę. Gdyby Eve znalazła innego podejrzanego, z chęcią jej wysłucha.

– Bałwan – mruknęła Eve, wpadając do Niebieskiej Wiewiórki.

Nadine już na nią tam czekała. Siedziała w boksie i studiowała menu, krzywiąc się niemiłosiernie.

– Czemu, do diabła, zawsze spotykamy się właśnie tu? – rzuciła ze złością, kiedy Eve zwaliła się na miejsce naprzeciwko niej.

– Siła przyzwyczajenia. – Zauważyła jednak, że bez Mavis, zwracającej uwagę bywalców kolejną wymyślną kreacją i wykrzykującej do mikrofonu swoje niezrozumiałe teksty, klub jest nie ten sam. – Kawę, czarną – zamówiła.

– Dla mnie to samo. Chyba się nie zatruję.

– Zobaczymy. Nadal palisz? Nadine rozejrzała się niespokojnie.

– Tu nie wolno palić.

– Myślisz, że w takiej spelunie coś ci powiedzą? Poczęstuj mnie papierosem, co?

– Przecież nie palisz.

– Mam ochotę wpaść w nałóg. Chcesz dwa dolce?

– Nie. – Rozejrzała się nerwowo, by sprawdzić, czy nie widzą jej jacyś znajomi, po czym ostrożnie wyjęła z paczki dwa papierosy. – Wyglądasz, jakbyś miała ochotę na coś mocniejszego.

– Papieros wystarczy. – Eve nachyliła się nad stołem, by Nadine mogła podać jej ogień, po czym się zaciągnęła. Chwycił ją silny kaszel. – Jezu. Spróbuję jeszcze raz. – Wciągnęła dym, zakręciło jej się w głowie i płuca znów się zbuntowały. Ze złością zgasiła papierosa. – Paskudztwo. Po co to palisz?

– Trzeba nabrać do tego smaku.

– Z psim gównem jest ten sam problem. Ach, a propos gówna. – Eve wyjęła kawę z automatu i odważnie pociągnęła duży łyk. – No więc jak się miewasz?

– Dobrze. Lepiej. Ostatnio robię wiele rzeczy, na które kiedyś nie mogłam znaleźć czasu. Wiesz, kiedy człowiek otrze się o śmierć, od razu zaczyna inaczej patrzeć na świat. Słyszałam, że Morse został uznany za poczytalnego i może stanąć przed sądem.

– Nie jest świrem. Jest po prostu mordercą.

– Po prostu mordercą! – Nadine przesunęła palcem po gardle w miejscu, gdzie kiedyś przeciął skórę nóż. – Nie sądzisz, że skoro jest mordercą, to i świrem?

– Nie, niektórzy po prostu lubią zabijać. Nie myśl o tym, Nadine. To nie pomaga.

– Próbowałam zapomnieć. Wzięłam parę tygodni urlopu, spędziłam trochę czasu z rodziną. To mi dobrze zrobiło. Przypomniałam sobie, że kocham swoją pracę. I jestem dobra w tym, co robię, nawet jeśli kiedyś zawiodłam…

– Nie zawiodłaś – przerwała jej Eve. – Byłaś pod wpływem narkotyków, na gardle czułaś nóż i bałaś się. Przestań się tym zadręczać.

– Spróbuję. – Wydmuchnęła dym z ust. – Są jakieś nowe wieści o twojej przyjaciółce? Właściwie nie miałam okazji, żeby ci powiedzieć, jak bardzo jest mi przykro, że wpadła w takie tarapaty.

– Wszystko będzie dobrze.

– Już ty się o to postarasz.

– Zgadza się, Nadine, a ty mi pomożesz. Mam dla ciebie informacje z anonimowego źródła. Nie, żadnego nagrywania, rób notatki – rzuciła Eve, kiedy dziennikarka wsunęła rękę do torebki.

– Jak sobie chcesz. – Wygrzebała długopis i notes. – Wal.

– Mamy trzy zabójstwa; dowody wskazują, że popełnił je ten sam człowiek. Pierwsza ofiara, Het-ta Moppett, tancerka i panienka do towarzystwa, została pobita na śmierć dwudziestego ósmego maja, około drugiej nad ranem. Twarz miała zmasakrowaną nie do poznania.

– Ach – powiedziała tylko Nadine i zamilkła.

– Zwłoki odnaleziono o szóstej rano; ofiara nie miała przy sobie żadnych dokumentów i jako niezidentyfikowana trafiła do kostnicy. W czasie, kiedy popełniono to morderstwo, Mavis Freestone stała na scenie znajdującej się za twoimi plecami i ryczała do mikrofonu w obecności około stu pięćdziesięciu świadków.

Nadine uniosła brew i uśmiechnęła się.

– No, no. Proszę mówić dalej, pani porucznik.

I Eve mówiła.

Nic więcej na razie nie mogła zrobić. Wiedziała, że gdy program Nadine Furst zostanie nadany, niemal wszyscy w wydziale od razu odgadną, kim jest owo „anonimowe źródło", ale nie uda się tego dowieść. A gdyby została wezwana na dywanik do szefa, skłamie bez żadnych skrupułów, dla dobra Ma-vis i, być może, własnego.

Kilka następnych godzin spędziła w biurze, w tym czasie spadł na nią przykry obowiązek skontaktowania się z bratem ofiary, jedynym krewnym, jakiego udało się odnaleźć, i powiadomienia go o śmierci siostry.

Po zakończeniu tej jakże wesołej rozmowy ponownie zajęła się oglądaniem dowodów zebranych przez ekipy śledcze w miejscu, gdzie znaleziono ciało Hetty Moppett.

Nie ulegało wątpliwości, że tam właśnie zginęła. Morderca działał szybko i sprawnie. Jedynym obrażeniem poniesionym przez ofiarę przy próbie obrony własnej było pogruchotane ramię. Nie znaleziono jeszcze narzędzia zbrodni.

Jak w sprawie Boomera, pomyślała. Tamtemu jednak morderca przed śmiercią zmiażdżył palce, zgruchotał ramię i roztrzaskał kolana. Innymi słowy, Boomer był torturowany. Miał bowiem coś więcej niż tylko informacje; w swoim pokoju ukrywał próbkę nieznanej substancji oraz jej wzór, a zabójca chciał zdobyć i jedno, i drugie.

Ale Boomer się nie dał, a morderca z jakiegoś powodu nie przeszukał jego mieszkania; albo nie zdążył, albo wolał nie ryzykować.

Dlaczego jednak wrzucił ciało do rzeki? Prawdopodobnie chciał zyskać na czasie, ale jego plan spalił na panewce; zwłoki zostały szybko odnalezione i zidentyfikowane. Wkrótce potem w pokoju Boomera zjawiły się Eve i Peabody.

Następną ofiarą była Pandora. Za dużo wiedziała, stawiała zbyt wygórowane żądania, w interesach okazała się partnerką niegodną zaufania, groziła, że porozmawia z właściwymi ludźmi. Do wyboru, do koloru, pomyślała Eve i potarła twarz dłońmi.

Jej śmierć była bardziej gwałtowna, nastąpiła po zaciekłej walce. Trudno się dziwić, skoro Pandora nałykała się Nieśmiertelności. Nie była jakąś tam głupiutką panienką do towarzystwa napadniętą na ulicy czy żałosnym szpiclem, który wiedział za dużo. Pandora była twardą, chorobliwie ambitną kobietą o bystrym umyśle. I dobrze rozwiniętych bicepsach, przypomniała sobie Eve.

Trzy trupy, jeden zabójca i jedno łączące ich ogniwo. Pieniądze.

Sprawdziła na komputerze transakcje kredytowe dokonane ostatnio przez wszystkich podejrzanych. Tylko Leonardo cienko przędł. Tkwił w długach po swoje złote oczęta, a nawet głębiej.

Z drugiej strony, chciwość nie zna pojęcia salda kredytowego. Dotyka tak bogatych, jak i biednych. Eve zaczęła drążyć głębiej i wkrótce odkryła, że Redford od dłuższego czasu coś kombinuje ze swoimi pieniędzmi. Wypłacał je z jednego konta, wpłacał na inne, znowu wypłacał i tak bez końca. Elektroniczne przelewy wędrowały z kontynentu na kontynent, a nawet na pobliskie satelity.

Interesujące, pomyślała; a zaciekawiło ją to jeszcze bardziej, kiedy natrafiła na bezpośredni przelew z jego konta w nowojorskim banku na konto Jerry Fitzgerald. Kwota wynosiła sto dwadzieścia pięć tysięcy dolarów.

– Trzy miesiące temu – mruknęła Eve, zerknąwszy po raz drugi na datę. – Dużo pieniędzy jak na przyjacielską pożyczkę. Komputer, poszukaj przelewów dokonanych w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy z tego konta na wszystkie konta założone na nazwiska Jerry Fitzgerald lub Justin Young.

Proszę czekać… Nie odnotowano żadnych przelewów.

– Poszukaj przelewów ze wszystkich kont założonych na nazwisko Redford na konta podane uprzednio.

Proszę czekać… Nie odnotowano żadnych przelewów.

– Dobrze, dobrze, spróbujmy inaczej. Szukaj przelewów ze wszystkich kont na nazwisko Redford na wszystkie konta na nazwisko Pandora.

Proszę czekać… Odnotowano następujące przelewy:

10 000 z konta w Banku Centralnym w Nowym Jorku na konto w Banku Centralnym w Nowym Jorku, Pandora, 6/2/58. 6 000 z konta w Nowym Los Angeles na konto w Bezpiecznym Banku w Nowym Los Angeles, Pandora, 1913/58. 10 000 z konta w Banku Centralnym w Nowym Jorku na konto w Banku w Nowym Los Angeles, Pandora, 4/5/58. 12 000 z banku na Starlight Station na konto w banku na Starlight Station, Pandora, 12/6/58.

Innych przelewów nie odnotowano.

– O, to już coś. Szantażowała cię, koleś, czy sprzedawała twój towar? – W tej chwili przydałaby jej się pomoc Feeneya, ale Eve postanowiła dalej szukać sama. – Komputer, przejrzyj te same dane za ubiegły rok.

Gdy komputer wziął się do pracy, zamówiła kawę i zaczęła rozważać możliwe wersje wydarzeń.

Po upływie dwóch godzin oczy ją piekły, szyja dawała o sobie znać niemiłosiernym bólem, ale Eve miała wystarczająco dużo materiałów, by przesłuchać Redforda po raz drugi. Niestety, nie przekazała mu tej wesołej nowiny osobiście, tylko za pośrednictwem automatycznej sekretarki; za to kazała mu stawić się w komendzie następnego dnia o dziesiątej, co sprawiło jej dużą przyjemność.

Pozostawiwszy wiadomości dla Peabody i Feeneya, postanowiła pojechać do domu.

Nastroju nie poprawiła jej wiadomość od Roar-ke'a, nagrana na jej samochodowym łączu.

– Nie mogłem cię nigdzie złapać. Musiałem nagle wyjechać w pilnej sprawie. Kiedy słuchasz tego nagrania, ja zapewne jestem już w Chicago. Możliwe, że zostanę tu na noc, chyba że szybko się uwinę. Gdybyś chciała się ze mną skontaktować będę w Pałacu Rzecznym; w przeciwnym razie, zobaczymy się jutro. Nie pracuj przez całą noc. Nie ukryjesz tego przede mną.

Nerwowym ruchem ręki wyłączyła sekretarkę.

– A co innego mam robić, do diabła? – rzuciła ze złością. – Nie mogę spać, kiedy ciebie nie ma.

Wjechawszy na teren posiadłości, zauważyła, że we wszystkich oknach są zapalone światła. W jej sercu obudziła się nadzieja. Roarke odwołał spotkanie, załatwił swoje sprawy, spóźnił się na samolot. W każdym razie jest w domu. Otworzyła drzwi i skierowała się w stronę, z której dobiegał śmiech Mavis.

W salonie siedziało czworo ludzi, sącząc drinki i obżerając się kanapkami, ale nie było wśród nich Roarke'a. Spostrzegawcza jesteś, pomyślała ponuro Eve, po czym rozejrzała się dyskretnie, korzystając z tego, że na razie nikt jej nie zauważył.

Mavis nieprzerwanie zanosiła się perlistym śmiechem. Miała na sobie strój, który tylko ona mogła uznać za domowy; na czerwony, obcisły kostium, ozdobiony srebrnymi gwiazdkami, narzuciła rozpiętą luźną szmaragdową koszulę. Chwiejąc się na wysokich kilkunastocentymetrowych obcasach, cienkich jak szpikulce do lodu, Mavis tuliła się do Leonarda, który obejmował ją jedną ręką, a w drugiej trzymał szklankę z przezroczystym musującym płynem.

Jakaś nieznajoma kobieta pochłaniała kanapki z szybkością i precyzją androida wytłaczającego procesory. Miała krótkie, mocno kręcone włosy, każdy lok w innym kolorze. Jej lewe ucho zdobiły srebrne kółka spięte skręconym łańcuszkiem, biegnącym pod spiczastym podbródkiem do drugiego ucha. Na cienkim, wydatnym nosie widniał tatuaż przedstawiający pączek róży. Elektryzujące niebieskie oczy patrzyły bystro spod purpurowych brwi, ułożonych w kształcie litery V.

Ku zdumieniu Eve, kolor brwi pasował do mikroskopijnego ubranka na szelkach. Spod pasków materiału, zasłaniających sutki i niewiele więcej, wyłamały się piersi wielkości dojrzałych melonów.

Stojący przy niej mężczyzna o łysej głowie, na której wytatuowane było coś, co przypominało mapę, obserwował pozostałych biesiadników przez okulary z różowymi szkłami i sączył napój, w którym Eve rozpoznała wino z piwnicy Roarke'a. Na ubiór nieznajomego składały się obszerne szorty zwisające do kościstych kolan i napierśnik w narodowych barwach Stanów Zjednoczonych.

Eve miała ochotę czmychnąć niezauważona na górę i zamknąć się w swoim gabinecie.

– Pani goście – usłyszała dochodzący zza jej pleców zimny głos Summerseta – czekają na panią.

– Słuchaj no, koleś, oni nie są moimi…

– Dallas! – pisnęła radośnie Mavis i rzuciła się do niej przez pokój w swoich modnych szpilkach, po czym porwała ją w objęcia tak gwałtownie, że obie o mało nie wylądowały na podłodze. – Tak długo na ciebie czekamy. Roarke musiał gdzieś pojechać i zgodził się, żeby Biff i Trina przyszli mnie odwiedzić. Bardzo chcieli cię poznać. Leonardo przygotuje ci drinka. Och, Summerset, dziękuję za wspaniały poczęstunek. Jesteś taki słodki.

– Cieszę się, że państwo są zadowoleni. – Od razu się rozpromienił. Inaczej nie dałoby się opisać rozanielonego, szczęśliwego wyrazu, jaki rozjaśnił twarz Summerseta, zanim kamerdyner zniknął za drzwiami.

– No, Dallas, chodź tu do nas.

– Mavis, naprawdę mam dużo pracy… – Ale przyjaciółka już ciągnęła ją w głąb salonu.

– Chcesz się czegoś napić, Dallas? – Leonardo obdarzył ją przymilnym uśmiechem. Eve uległa.

– Jasne. Może być wino.

– Doskonały wybór. Jestem Biff. – Mężczyzna z mapą na głowie wyciągnął do niej szczupłą, delikatną dłoń. -To dla mnie prawdziwy zaszczyt, że mogę osobiście poznać obrończynię Mavis, porucznik Dallas. Masz całkowitą rację, Leonardo – ciągnął, wpatrując się w nią oczami ukrytymi za różowymi szkłami. – Brązowy jedwab będzie dla niej idealny.

– Biff jest specjalistą od tkanin – wyjaśniła radośnie Mavis. – Współpracuje z Leonardem chyba od zawsze. Właśnie rozmawiają o twojej wyprawie ślubnej.

– Mojej…

– A to jest Trina. Zajmie się twoją fryzurą.

– Tak? – Krew odpłynęła Eve z twarzy. – Cóż, ja właściwie nie… – Nawet kobiety nieszczególnie dbające o swój wygląd mogą wpaść w panikę na widok fryzjerki o tęczowych lokach. – Nie sądzę, aby…

– Gratis – oznajmiła Trina głosem nieodparcie przywodzącym na myśl zgrzyt zardzewiałego żelaza. – Kiedy oczyścisz Mavis z zarzutów, konsultacje i modelowanie masz u mnie za darmo. Do końca życia. – Ścisnęła w dłoni garść włosów Eve. – Struktura w porządku, ciężar też. Gorzej z fryzurą.

– Twoje wino, Dallas.

– Dzięki. – Tego właśnie jej było trzeba. – Słuchaj, cieszę się, że cię poznałam, ale muszę już iść, bo mam dużo roboty.

– Och, nie możesz mi tego zrobić! – Mavis uczepiła się ramienia Eve jak pijawka. – Wszyscy przyszli tu po to, żeby cię przygotować.

Teraz krew znów napłynęła jej do twarzy.

– Przygotować do czego?

– Na górze już wszystko naszykowane. Pracownie Leonarda, Triny i Biffa czekają na ciebie. Reszta zespołu zjawi się tu jutro.

– Reszta? – wykrztusiła Eve.

– Chodzi o przygotowania do pokazu. – Leonardo, trzeźwy i bardziej przytomny, poklepał Mavis w ramię, usiłując trochę ją zmitygować. – Gołąbeczko, Dallas może nie chcieć, by akurat teraz w jej domu zaroiło się od ludzi. To znaczy… – Nie chciał wspominać o śledztwie. – Niedługo ślub.

– Ale jeśli się tu nie przeniesiecie, to nie będziemy mogli być razem i dokończyć projektów przed pokazem. – Mavis spojrzała na Eve z niemą prośbą w oczach. – Nie masz nic przeciwko temu, prawda? Nie będziemy ci przeszkadzać. Leonardo ma tak dużo pracy. Musimy zmienić niektóre projekty, bo… bo teraz to Jerry Fitzgerald będzie gwiazdą pokazu.

– Inny odcień skóry – wtrącił Biff. – Inna budowa ciała. To znaczy, inna niż Pandory – dokończył, wypowiadając imię, którego wszyscy do tej pory unikali jak ognia.

– Tak. – Na twarz Mavis wypłynął promienny uśmiech. – Dlatego doszło nam więcej roboty, a Roarke już się zgodził. Ten dom jest taki duży. Nawet nie będziesz wiedziała, że oni tu są.

Ludzie, pomyślała Eve, bezustannie wchodzący i wychodzący z domu. Ochrona dostanie szału.

– Nie ma sprawy. Nie martw się, wszystko będzie dobrze – powiedziała. To ona będzie się martwić.

– Widzisz? Mówiłam, że się zgodzi – zaszczebiotała Mavis i pocałowała Leonarda w podbródek.

– Aha, obiecałam Roarke'owi, że dzisiaj nie pozwolę ci pracować. Usiądziesz sobie wygodnie i pozwolisz nam się rozpieszczać. Zamówiliśmy pizzę.

– Super. Mavis…

– Wszystko układa się po naszej myśli – ciągnęła przyjaciółka, zaciskając palce na ramieniu Eve.

– Na Kanale 75 mówili o tym nowym wątku w śledztwie i innych zabójstwach, które podobno miały jakiś związek z narkotykami. Nawet nie znałam tamtych dwóch ofiar. Nawet ich nie znałam, Dallas, czyli wkrótce się okaże, że zabił kto inny. I będzie po wszystkim.

– Trochę to jeszcze potrwa. – Gdy w oczach Ma-vis błysnął strach, Eve zamilkła i zmusiła się do uśmiechu. – Ale będzie dobrze. Pizza, powiadasz? Akurat miałam na nią ochotę.

– Świetnie. Cudownie. Pójdę do Summerseta i powiem, żeby ją przyniósł. Zabierzcie Dallas na górę i pokażcie jej, co i jak, dobrze? -Wypadła z salonu.

– To ją naprawdę podniosło na duchu – powiedział cicho Leonardo. -To znaczy, ten program. Czegoś takiego było jej trzeba. Zwolnili ją z Niebieskiej Wiewiórki.

– Zwolnili?

– Dranie – mruknęła Trina z ustami pełnymi jedzenia.

– Kierownictwo uznało, że zatrudnianie morderczyni, i to w charakterze głównej atrakcji wieczoru, nie leży w interesie klubu. To dla niej wielki wstrząs. Przyszło mi do głowy, żeby trochę ją rozerwać. Przepraszam, powinienem był najpierw z tobą porozmawiać.

– Nie, nie ma sprawy. – Eve napiła się wina i zebrała się w sobie. – No to chodźmy. Mieliście mnie przygotować.

12

Nie jest tak źle, uznała Eve. Zwłaszcza w porównaniu z rozruchami w czasie wojen miejskich, izbami tortur w lochach inkwizycji czy próbną jazdą na księżycowym odrzutowcu XR- 85. A poza tym od dziesięciu lat była gliną i dzień w dzień stawała oko w oko z niebezpieczeństwem.

Mimo to, choć nie widziała siebie, była pewna, że spogląda wokół jak przerażony koń, gdy zauważyła, że Trina bierze do ręki wielkie nożyce.

– Hej, może mogłybyśmy po prostu…

– Zostaw to ekspertom – przerwała jej Trina. Kiedy odłożyła nożyce, Eve prawie odetchnęła z ulgą. – No dobrze, zobaczmy, jak to wygląda.

Była bez broni, ale Eve przyglądała jej się nieufnie.

– Mam program dobierania fryzur. – Leonardo podniósł głowę znad długiego stołu, zawalonego tkaninami, przy którym dyskutował o czymś z Biffem. – Z opcją łączenia modeli.

– Nie potrzebuję żadnego cholernego programu. – Trina ujęła twarz Eve w swoje duże dłonie. Zmrużyła oczy i zaczęła obmacywać jej głowę, szczękę oraz policzki. – Dobra struktura kostna – powiedziała z aprobatą. – Kto ci to zrobił?

– Co?

– Modelowanie twarzy.

– Bóg.

Trina spojrzała na nią, parsknęła, po czym wy-buchnęła donośnym śmiechem brzmiącym, jakby wydobywał się z zardzewiałej rury.

– Ta twoja policjantka jest w porządku, Mavis.

– Jest super – powiedziała Mavis, wciąż podniecona, po czym usiadła na stołku i obejrzała się w lustrze ze wszystkich stron. – Może i mną się zajmiesz, Trina? Adwokaci radzą mi, żebym wyglądała bardziej poważnie. Mogłabym zrobić się na brunetkę czy coś.

– Pieprz to. – Trina wsunęła kciuki pod szczęki Eve i uniosła jej głowę. – Mam dla ciebie coś, co sprawi, że każdy sędzia z miejsca wyskoczy z togi. Burdelowy róż ze srebrzystymi końcówkami. Zupełna nowość.

– Uhm. – Mavis odrzuciła do tyłu swoje szafirowe loki i zamyśliła się na chwilę.

– Ach, twoje włosy aż się proszą o pasemka, Eve.

Krew zastygła jej w żyłach.

– Miałyśmy je tylko trochę skrócić, prawda?

– Tak, tak. – Trina pochyliła jej głowę do przodu. -Ten kolor też jest darem od Boga? – Zachichotała, odsunęła głowę Eve do tyłu i odgarnęła jej włosy z twarzy. – Oczy są w porządku. Trzeba tylko trochę popracować nad brwiami.

– Daj mi jeszcze wina, Mavis. – Eve zamknęła oczy, które na szczęście były w porządku, i powiedziała sobie, że cokolwiek się stanie, włosy kiedyś odrosną.

– Dobra, teraz umyjemy włosy. -Trina popchnęła fotel do przenośnej umywalki i odchyliła go do tyłu, aż szyja Eve znalazła się na miękkiej podpórce. – Zamknij oczy i wyluzuj się, kochana. Nikt nie robi masażu głowy lepiej ode mnie

Rzeczywiście, nie były to tylko czcze przechwałki. Wino czy też zręczne palce Triny sprawiły, że Eve rozluźniła się, czując niezwykłą błogość. Słyszała ściszone głosy Leonarda i Biffa, spierających się, czy na piżamę lepszy będzie karmazynowy atłas, czy też szkarłatny jedwab. Z głośników płynęła muzyka klasyczna, z płaczliwymi arpeggio na fortepianie, a w powietrzu unosił się zapach kwiatów.

Po co Paul Redford powiedział jej o szkatułce Pandory i ukrytych w niej narkotykach? Jeśli to on je zabrał, czemu miałby chcieć, by policja wiedziała o ich istnieniu?

Podwójny blef? Jakiś podstęp? Może tak naprawdę nie istniała żadna szkatułka? Albo Redford wiedział, że już jej nie ma w mieszkaniu Pandory, więc…

Nagle Eve poczuła na twarzy coś zimnego, klejącego. Z jej ust wyrwał się okrzyk.

– Co u licha…

– Maseczka z Saturnii. -Trina wycisnęła więcej jasnobrązowej mazi z pojemnika. – Przeczyszcza pory jak odkurzacz. Zaniedbywanie własnej skóry to zbrodnia. Mavis, wyciągnij błyszczek, dobra?

– Co to jest błyszczek… a zresztą, nieważne.

– Eve zamknęła oczy i poddała się. – Nie chcę wiedzieć.

– Zrobimy pełen zabieg, co nam szkodzi. – Trina rozprowadziła maź po podbródku Eve. – Spięta jesteś, kochana. Może włączyć ci jakiś relaksujący program?

– Nie, nie, nie trzeba mi już więcej relaksu, dzięki.

– Dobra. Może mi opowiesz o swoim facecie?

– Szybkim ruchem ręki rozchyliła szlafrok, który wcześniej kazała włożyć Eve, i położyła schlapane mazią dłonie na jej piersiach. Kiedy Eve otworzyła pełne wściekłości oczy, Trina parsknęła śmiechem. – Nie martw się, dziewczyny mnie nie interesują. Twój facet będzie zachwycony twoimi cycuszkami, kiedy skończę.

– Podobają mu się takie, jakie są.

– Tak, ale Saturnia to najlepszy z dostępnych wygładzaczy piersi. Zobaczysz, będą w dotyku jak płatki róży. Słowo. Twój facet woli gryźć czy ssać?

W odpowiedzi Eve tylko zamknęła oczy.

– Nawet mnie tu nie ma.

– O właśnie, o to chodzi.

Rozległ się plusk wody spływającej do umywalki, po czym Trina zaczęła wcierać we włosy Eve coś, co zapachem przypominało wanilię.

Ludzie za to płacą, powiedziała sobie Eve. Wielkie sumy, które pozostawiają ogromne dziury na ich kontach.

Oznaczało to, że ludzie są zdrowo rąbnięci. Eve twardo nie otwierała oczu, nawet gdy coś ciepłego i mokrego zostało rozprowadzone na jej pokrytych mazią piersiach i twarzy. Wokół niej trwały ożywione rozmowy. Mavis i Trina wymieniały uwagi na temat rozmaitych środków do pielęgnacji ciała, a Leonardo i Biff dyskutowali o kolorach i fasonach.

Naprawdę zdrowo rąbnięci, pomyślała Eve, po czym jęknęła, gdy Trina zaczęła masować jej stopy, po czym zanurzyła je w czymś gorącym, ale zadziwiająco przyjemnym. Rozległ się stukot i Eve poczuła, że Trina podnosi jej stopy i czymś przykrywa. Później tym samym zabiegom poddane zostały dłonie.

Znosiła to wszystko ze stoickim spokojem, nie zareagowała nawet, gdy coś brzęczącego przemknęło po jej brwiach. A kiedy słyszała, jak Mavis śmieje się i flirtuje z Leonardem, czuła się wręcz jak bohaterka.

Musi podtrzymywać przyjaciółkę na duchu. To ma równie istotne znaczenie, jak wszystkie czynności śledcze. Nie wystarczy działać w imieniu martwych; trzeba pamiętać o żywych.

Gdy do jej uszu dobiegł odgłos nożyc Triny, zacisnęła mocniej powieki; po chwili poczuła lekkie szarpnięcia towarzyszące rozczesywaniu zlepionych kosmyków. To tylko włosy, powiedziała sobie. Wygląd nie ma znaczenia.

O Boże, nie pozwól, żeby mnie oskalpowała.

Zmusiła się, by myśleć o pracy, powtórzyła sobie pytania, jakie zamierzała następnego dnia zadać Redfordowi, próbowała przewidzieć jego odpowiedzi. Prawdopodobnie zostanie wezwana do komendanta w związku z programem na Kanale 75. Jakoś sobie poradzi.

Musi porozmawiać z Feeneyem i Peabody. Trzeba sprawdzić, czy zebrane przez nich dane uda się powiązać w logiczną całość. Poza tym powinna przejść się do klubu i poprosić Cracka, żeby wskazał jej kilku stałych klientów. Być może ktoś z obecnych widział człowieka, którego tak przestraszył się Boomer. A jeśli okaże się, że ten ktoś rozmawiał także z Hettą…

Fotel nagle opadł do tyłu, a Trina zaczęła zeskrobywać z ciała Eve zaskorupiałą maź.

– Oddam ci ją za pięć minut – powiedziała do zniecierpliwionego Leonarda. – Nie można poganiać geniusza. – Uśmiechnęła się do Eve. – Masz przyzwoitą skórę. Zostawię ci parę próbek. Używaj ich, to zostanie przyzwoita.

Mavis dołączyła do Triny i Eve zaczęła się czuć jak pacjent na stole operacyjnym.

– Doskonale wymodelowałaś brwi, Trino. Wyglądają tak naturalnie. Wystarczy, żeby sobie ufar-bowała rzęsy. Nie trzeba będzie ich nawet wydłużać. Nie sądzisz, że ten dołek w podbródku jest super?

– Mavis – powiedziała Eve zmęczonym głosem. – Nie zmuszaj mnie, żebym ci przyłożyła.

Ale przyjaciółka uśmiechnęła się tylko szeroko.

– O, jest już pizza. Masz, spróbuj. – Wcisnęła spory kawałek do ust Eve. – Czekaj, aż zobaczysz swoją skórę, Dallas. Wygląda wspaniale.

Eve tylko mruknęła w odpowiedzi. Gorący ser poparzył jej podniebienie, ale też rozbudził apetyt. Nie zważając na groźbę zadławienia, wzięła do ust kolejny kawałek pizzy, a Trina zawinęła jej włosy w srebrzysty turban.

– Jest podgrzewany – powiedziała, podnosząc fotel. – Zawiera penetrator końcówek włosów.

Eve wbiła wzrok w swoje odbicie. Jej skóra rzeczywiście wydawała się wilgotna, a w dotyku była gładka. Ale spod turbanu nie wyłaniał się ani jeden kosmyk.

– Są tam jakieś włosy, prawda? Moje włosy?

– No pewnie. Dobra, Leonardo. Na dwadzieścia minut jest twoja.

– Nareszcie. – Rozpromienił się. – Zdejmij szlafrok.

– Słuchaj no…

– Dallas, wszyscy tu jesteśmy profesjonalistami. Musisz przymierzyć halkę sukni ślubnej. Będzie na pewno wymagała drobnych poprawek.

Skoro już dała się obmacać kosmetyczce, czemu nie miałaby stanąć nago przed obcymi facetami? Zrzuciła szlafrok z ramion.

Leonardo podszedł do niej z czymś białym i połyskującym w świetle. Zanim Eve zdążyła cokolwiek powiedzieć, owinął to coś wokół jej torsu i spiął na plecach. Potem bez ceregieli wcisnął swoje wielkie dłonie pod spowijający ją materiał i poprawił jej piersi. Następnie schylił się, wsunął jej między nogi skrawek tkaniny, przypiął szpilkami i cofnął się o krok.

– Ach.

– Kurde, Dallas, kiedy Roarke cię w tym zobaczy, szczęka mu opadnie do stóp.

– Co to jest, do diabła?

– Nowa wersja starej dobrej „Wesołej Wdówki". – Dokonał kilku szybkich poprawek. – Nazywam to „Ponętnym Ciałkiem". Specjalnie dla ciebie dodałem pasek podnoszący piersi. Twoje są całkiem ładne, ale w ten sposób bardziej je uwydatnimy. Trzeba jeszcze dodać koronkę i parę perełek. Nic przesadnie ozdobnego. – Odwrócił ją twarzą do lustra.

Wyglądała seksownie. Jak dojrzała kobieta, pomyślała Eve z pewnym zdumieniem. Materiał połyskiwał lekko, jakby był wilgotny. Dopasowana w talii halka podkreślała biodra i przydawała biustowi niesamowicie ponętnego kształtu.

– No cóż… chyba… no wiecie, na noc poślubną.

– Na każdą noc – powiedziała Mavis marzycielsko. – Och, Leonardo. Uszyjesz mi coś takiego?

– Przecież już masz taką z czerwonego atłasu. Dallas, nie pije cię gdzieś? Nie jest za ciasna?

– Nie. – Nie mogła się temu nadziwić. Wydawało się, że w czymś takim powinna się dusić, ale halka była wygodna jak dres. Eve na próbę zgięła się w biodrach, obróciła na boki. – Prawie nie czuję, że mam to na sobie.

– Doskonale. Biff wyszperał ten materiał w małym sklepiku na Richer Five. A teraz suknia. Jest tylko sfastrygowana, więc trzeba się z nią obchodzić ostrożnie. Podnieś ręce.

Włożył jej suknię przez głowę. Eve od razu zauważyła, że materiał, nawet pokryty kreskami wy-rysowanymi przez projektanta, jest wspaniały. Suknia wydawała się idealna; mimo to, Leonardo z nachmurzonym czołem ciągle coś poprawiał, tu ściągał, tam podpinał.

– Dekolt może być, tak. Gdzie naszyjnik?

– Hmm?

– Naszyjnik, miedziany, wysadzany kamieniami szlachetnymi. Chyba prosiłem cię, żebyś go sobie zamówiła.

– Nie mogę ot tak powiedzieć Roarke'owi, żeby dał mi naszyjnik.

Leonardo westchnął, odwrócił Eve twarzą do siebie i spojrzał znacząco na Mavis. Kręcąc głową, sprawdzał, jak suknia leży na biodrach.

– Schudłaś – stwierdził oskarżycielskim tonem.

– Nieprawda.

– Tak, co najmniej kilogram. – Cmoknął językiem. – Ale nie będę jej jeszcze zwężał. Pamiętaj, masz odzyskać ten kilogram.

Zbliżył się do nich Biff i przysunął do twarzy Eve belkę materiału. Skinąwszy głową, odwrócił się i odszedł, mrucząc coś do swojego notebooka.

– Biff, może w czasie, kiedy ja będę sobie notował, co trzeba poprawić w sukni, ty zademonstrujesz porucznik Dallas inne stroje?

Biff teatralnym gestem włączył ścienny monitor.

– Jak pani widzi, przygotowując swoje projekty, Leonardo wziął pod uwagę zarówno pani sylwetkę, jak i tryb życia. Ten oto kostium idealnie nadaje się na lunch roboczy czy konferencję prasową; choć na pierwszy rzut oka prosty, jest tres, tres szykowny. Materiał to preparowane płótno z domieszką jedwabiu, w kolorze żółtym z granatowymi wstawkami.

– Uhm. – Eve miała wrażenie, że to zwykły, ładny kostium, ale fajnie było widzieć siebie, a właściwie swoją komputerowo wygenerowaną postać w roli modelki. – Biff?

– Tak, pani porucznik?

– Dlaczego masz na głowie wytatuowaną mapę? Uśmiechnął się.

– Słabo orientuję się w terenie. Teraz bardzo proszę zwrócić uwagę na następny projekt. Jak pani zapewne zauważyła, jest on podobny do poprzedniego…

Obejrzała ich chyba z tuzin. Po pewnym czasie wszystkie jej się pomieszały. Model Rayspan w kolorze jasnożółtym, bretońska koronka z aksamitem, klasyczny czarny jedwab. Za każdym razem, gdy Mavis wydawała z siebie okrzyk podziwu, Eve składała zamówienia. Czymże były długi, z których nie wyjdzie do końca życia, w porównaniu z radością najlepszej przyjaciółki?

– No to wy dwaj macie zajęcie na jakiś czas

– powiedziała Trina, po czym, kiedy Leonardo zabrał suknię, szybko zawinęła Eve w szlafrok. – Zobaczmy, jak prezentuje się to, co najważniejsze. -Odwinąwszy turban, wyciągnęła ze swoich loków szeroki grzebień i zaczęła przyczesywać, przygładzać i roztrzepywać włosy Eve.

Ulga, jaką odczuła Eve, gdy okazało się, że jednak ma dość włosów, by je modelować, prysnęła, kiedy jej spojrzenie spoczęło na różowym, fantazyjnie skręconym kosmyku Triny.

– Kto cię czesze?

– Do moich włosów nie dopuszczam nikogo oprócz mnie samej. – Mrugnęła porozumiewawczo.

– No i Boga. Dobrze, możesz się przejrzeć w lustrze. Eve odwróciła się, przygotowana na najgorsze. Jednak kobietą, którą zobaczyła, bez wątpienia była ona, Eve Dallas. W pierwszej chwili pomyślała, że padła ofiarą żartu, przecież jej uczesanie ani trochę się nie zmieniło. Potem jednak przyjrzała się uważniej, przysuwając twarz bliżej do lustra. Wszystkie niesforne pasemka i pojedyncze sterczące kosmyki zniknęły. Włosy wciąż wydawały się swobodne, ale teraz układały się w miarę wyraźny kształt. No, a poza tym wcześniej nie połyskiwały tak ładnie. Fryzura, od krótko przyciętej grzywki po fale opadające na policzki, podkreślała rysy twarzy. A kiedy Eve potrząsała głową, wszystkie pasma posłusznie wracały na swoje miejsce.

Zmrużyła oczy, przeczesała włosy palcami i z niedowierzaniem patrzyła, jak układają się z powrotem.

– Rozjaśniłaś je?

– Nie, skąd. To naturalne pasemka. Uwydatniłam je odżywką nabłyszczającą, to wszystko. Masz jelenie włosy.

– Co takiego?

– Widziałaś kiedyś skórę jelenia? Pokrywa ją cała gama odcieni, od rdzawobrązowego po złoty, nawet z odrobiną czerni. Takie właśnie masz włosy. Bóg był dla ciebie łaskawy. Szkopuł w tym, że ten, kto do tej pory cię strzygł, robił to chyba sekatorem i nie próbował wydobyć ich naturalnego koloru.

– Dobrze mi w takich włosach.

– Żebyś wiedziała. Nie darmo jestem genialna.

– Pięknie wyglądasz. – Nagle Mavis ukryła twarz w dłoniach i rozpłakała się. – Wychodzisz za mąż.

– Chryste, Mavis, nie płacz. No, przestań. – Owładnięta poczuciem bezradności, Eve poklepała ją po plecach.

– Jestem pijana i szczęśliwa. Ale tak się boję. Dallas, straciłam pracę.

– Wiem, kochana. Przykro mi. Znajdziesz sobie inną, lepszą.

– Nie obchodzi mnie to. Nie teraz. Nie będę się przejmować. Ten ślub będzie super, co, Dallas?

– No jasne.

– Leonardo szykuje dla mnie zajebistą suknię. Pokażę ci.

– Jutro. – Leonardo wziął jaw objęcia. – Dallas jest zmęczona.

– Ach, tak. Musi odpocząć. – Głowa Mavis osunęła się na jego ramię. – Za ciężko pracuje. Martwi się o mnie. Nie chcę, żeby się martwiła, Leonardo. Wszystko będzie dobrze, prawda? Wszystko będzie dobrze.

– Oczywiście. – Leonardo posłał Eve zaniepokojone spojrzenie, po czym wziął Mavis na ręce i wyszedł.

Eve odprowadziła ich wzrokiem.

– Szlag by to trafił. – Westchnęła ciężko.

– Jak można myśleć, że to słodkie maleństwo mogło komuś rozwalić łeb? -Trina pokręciła głową, zbierając swoje rzeczy. -Mam nadzieję, że Pandora smaży się w piekle.

– Znałaś ją?

– Wszyscy w tej branży ją znali i serdecznie jej nienawidzili. Dobrze mówię, Bif f?

– Urodziła się suką i taka umarła.

– Czy tylko ćpała, czy też handlowała narkotykami?

Biff spojrzał kątem oka na Trinę i wzruszył ramionami.

– Nigdy nie robiła tego otwarcie, ale dochodziły mnie słuchy, że zawsze jest dobrze zaopatrzona. Podobno brała głównie Erotykę. Lubiła seks i być może dzieliła się tym, co miała, ze swoimi partnerami.

– Byłeś jednym z nich? Uśmiechnął się przepraszająco.

– Wolę mężczyzn. Łatwiej ich zrozumieć.

– A ty? – zwróciła się do Triny.

– Ja też wolę mężczyzn, z tego samego powodu. Podobnie jak Pandora. – Trina podniosła torbę z podłogi. – Na ostatnim pokazie mody krążyły plotki, że łączy interesy z przyjemnością. Zdaje się, że wyciągała pieniądze od jakiegoś faceta. Chodziła obwieszona mnóstwem błyskotek. Lubiła kosztowności, ale nie lubiła za nie płacić. Wszyscy uznali, że dogadała się z dostawcą prochów.

– Nie wiesz, kto to mógł być?

– Nie, ale na tamtym pokazie spędziła wszystkie przerwy, gadając z kimś przez miniłącze. To było mniej więcej trzy miesiące temu. Nie wiem, z kim rozmawiała, przypuszczani, że przynajmniej jedno z połączeń było międzygalaktyczne, bo strasznie się wkurzała, że musi czekać.

– Zawsze nosiła ze sobą miniłącze?

– Jak wszyscy w świecie mody, kochana. Jesteśmy jak lekarze.

Zbliżała się północ, kiedy Eve usiadła przy biurku. Nie mogła się zdobyć na to, by pójść do sypialni; wolała spędzić noc tu, w gabinecie, jak zawsze, gdy potrzebowała odrobiny prywatności. Zamówiła kawę, a potem zapomniała ją wypić. Bez Feeneya nie miała wyboru; musiała okrężną drogą spróbować namierzyć połączenie międzygalaktyczne sprzed trzech miesięcy, z miniłącza, którego nie miała przy sobie.

Po godzinie dała sobie z tym spokój i umościła się na fotelu, aby pospać. Powiedziała sobie, że tylko się zdrzemnie. Ustawiła swój wewnętrzny budzik na piątą rano.

Nielegalne substancje, morderstwa i pieniądze, myślała. Jeden wielki burdel. Muszę znaleźć dostawcę, pomyślała sennie. Zidentyfikować to, co nieznane.

Przed kim się ukrywałeś, Boomer? Skąd wytrzasnąłeś próbkę i wzór? Kto połamał ci kości, żeby to wszystko odzyskać?

Przed jej oczami zamajaczył obraz zmasakrowanego ciała, ale natychmiast go odpędziła. Nie mogła zasypiać z umysłem owładniętym tak okropną wizją.

Być może byłaby jednak lepsza od tej, która ją nawiedziła we śnie.

Za oknem migotało czerwone, matowe światło. Wielki neon krzyczał: Seks! Na żywo! Seks! Na żywo!

Miała tylko osiem lat, ale była bystra jak na swój wiek. Zastanawiała się, czy ktokolwiek zapłaciłby za możliwość oglądania seksu na martwo. Leżąc na łóżku, wpatrywała się w migoczące światło. Wiedziała, czym jest seks. Czymś ohydnym, bolesnym, przerażającym. Czymś, od czego nie można uciec.

Może on dzisiaj nie wróci na noc. Już dawno przestała się modlić, aby zapomniał, gdzie ją zostawił, albo zdechł w jakimś przydrożnym rowie. Zawsze wracał.

Ale czasami, gdy dopisywało jej szczęście, był zbyt pijany, by zrobić cokolwiek, i po powrocie walił się jak długi na łóżko, a potem zaczynał donośnie chrapać. Wtedy przechodził ją dreszcz ulgi i zasypiała skulona w kącie pokoju.

Wciąż myślała o tym, by uciec. Otworzyć zamknięte na klucz drzwi i zejść pięć pięter w dół. Kiedy noce były szczególnie okropne, wyobrażała sobie, jak by to było po prostu wyskoczyć przez okno. Lot nie trwałby długo i więcej nie czułaby bólu.

Wtedy on nie mógłby już zrobić jej krzywdy. Ale za bardzo się bała, by skoczyć.

W końcu była tylko dzieckiem. Tego wieczora doskwierał jej głód. Poza tym czuła przejmujące zimno, bo on w ataku szału zepsuł klimatyzację.

Poczłapała do jednego z kątów, służącego za małą kuchenkę. Nauczona doświadczeniem, najpierw rąbnęła pięścią w szufladę, by przegonić karaluchy. W środku znalazła czekoladową bułkę. Ostatnią. Pomyślała, że jeśli ją zje, on na pewno da jej wycisk. Z drugiej strony, zleje ją tak czy inaczej, więc mogła przynajmniej pozwolić sobie na odrobinę przyjemności.

Zjadła bułkę szybko, jak wygłodniałe zwierzę, po czym otarła usta grzbietem dłoni. Skromny posiłek nie zaspokoił głodu. Poszperawszy chwilę w szufladzie, znalazła obgryziony kawałek spleśniałego sera; wolała nie wiedzieć, jakie stworzenia dobrały się do niego. Ostrożnie wzięła do ręki nóż i zaczęła usuwać zepsute brzegi.

Wtedy usłyszała odgłos otwieranych drzwi. Przerażona, wypuściła nóż z ręki. W tej samej chwili, kiedy spadł z brzękiem na podłogę, do pokoju wszedł on.

– Co robisz, mała?

– Nic. Obudziłam się. Chciałam się tylko napić wody.

– Obudziłaś się. – Jego oczy były zamglone; niestety, nie dość zamglone. – Tęskniłaś za tatusiem, co? No chodź, daj tatusiowi buziaka.

Nie mogła złapać tchu, a to miejsce między udami, które zawsze tak ją bolało, kiedy on się do niej zabierał, zaczęło pulsować ze strachu.

– Brzuch mnie boli.

– Tak? Daj, pocałuję, to przestanie. – Podszedł do niej z szerokim uśmiechem na twarzy. Nagle uśmiech zniknął. – Znowu jadłaś bez pozwolenia, co? Mów!

– Nie, ja… -Ale nadzieja, że uda jej się skłamać i uniknąć kary, prysnęła, kiedy silny cios spadł na jej twarz. Z rozciętej wargi popłynęła krew, oczy wypełniły się łzami, ale ona nawet nie drgnęła. – Chciałam ukroić ci sera. Żebyś miał co zjeść, kiedy…

Uderzył ją znowu, tym razem tak mocno, że gwiazdy stanęły jej w oczach. Upadła na podłogę, a zanim zdążyła się pozbierać, rzucił się na nią.

Zaczęła krzyczeć, głośno krzyczeć, gdy bezlitośnie okładał ją twardymi pięściami. Gorszy jednak od bólu, strasznego, przejmującego bólu, był strach przed tym, co dopiero nastąpi, czego bała się bardziej od bicia.

– Tatusiu, proszę cię. Proszę cię, proszę.

– Muszę cię ukarać. Nigdy mnie nie słuchasz. Nigdy, ale to nigdy. Potem dam ci prezent. Ładny, duży prezent, a ty będziesz grzeczna.

Czuła na twarzy jego gorący oddech, nie wiedzieć czemu pachnący cukierkami. Silne dłonie szarpały jej i tak zniszczone ubranie. Jego oddech nagle stał się płytki, przyspieszony. Wiedziała, co to oznacza.

– Nie, nie, to boli, to boli!

Jej znękane, młode ciało stawiało opór. Zaczęła uderzać go otwartymi dłońmi, krzyczeć, drapać. On wydał z siebie wściekły ryk i wykręcił jej rękę do tyłu. Rozległ się nieprzyjemny, suchy trzask łamanej kości.

– Pani porucznik. Porucznik Dallas!

Z jej gardła wyrwał się krzyk i ocknęła się, wymachując gwałtownie rękami. Zerwała się, przerażona, ale potknęła się i runęła na podłogę.

– Pani porucznik.

Zaczęła się cofać na czworakach, uciekając od ręki, która spoczęła na jej ramieniu. Krzyk uwiązł jej w gardle.

– To tylko sen – uspokajał ją Summerset. Gdyby wspomnienia nie przesłoniły jej oczu, być może wyczytałaby w jego twarzy zrozumienie. – To tylko sen – powtórzył, podchodząc do niej krok po kroku, jak do wilka w sidłach. – Przyśnił się pani koszmar.

– Odejdź ode mnie. Nie podchodź!

– Pani porucznik. Wie pani, gdzie jest?

– Wiem, gdzie jestem – wykrztusiła, łapiąc ustami powietrze. Było jej zimno i gorąco zarazem; nie mogła powstrzymać drżenia. – Idź sobie. Zostaw mnie. – Udało jej się podnieść na kolana, zasłoniła usta dłonią i zaczęła się kołysać. – Wynoś się stąd, do cholery.

– Pomogę pani usiąść w fotelu. – Kamerdyner trzymał ją delikatnie, ale na tyle mocno, że kiedy próbowała go odepchnąć, nie puścił jej.

– Nie potrzebuję niczyjej pomocy.

– Zaprowadzę cię do fotela. – W tej chwili była dla niego tylko dzieckiem, skrzywdzonym dzieckiem, które wymagało pomocy. Zupełnie jak Marle-na. Starał się nie myśleć o tym, czy jego córka błagała o litość, tak jak Eve. Posadziwszy ją na fotelu, wyjął koc ze skrzyni. Eve szczękała zębami, z jej oczu wyzierał strach.

– Nie ruszaj się – rzucił, kiedy zaczęła się podnosić. – Zostań tu i bądź cicho.

Odwrócił się i poszedł do kuchni. Otarł chusteczką pot z czoła i zamówił w autokucharzu płyn uspokajający. Zauważył, że drży mu ręka. Nawet się nie zdziwił. Krzyki Dallas zmroziły mu krew w żyłach; gdy je usłyszał, natychmiast rzucił się biegiem do jej pokoju.

Były to krzyki przerażonego dziecka.

Starając się uspokoić rozdygotane nerwy, wrócił ze szklanką do Eve.

– Wypij to.

– Nie chcę…

– Pij albo sam z rozkoszą wleję ci to do gardła.

Przez chwilę miała ochotę wytrącić mu szklankę z dłoni, ale tylko skuliła się w kłębek i zaczęła cicho jęczeć. Summerset bez słowa odstawił napój, poprawił koc i wyszedł z pokoju. Miał zamiar skontaktować się z osobistym lekarzem Roarke'a.

Na schodach spotkał jednak samego Roarke'a.

– Summerset, czy ty nigdy nie sypiasz?

– To porucznik Dallas. Ona…

Roarke wypuścił teczkę z ręki i złapał kamerdynera za klapy szlafroka.

– Coś jej się stało? Gdzie ona jest?

– Miała koszmar. Krzyczała przez sen. – Summerset. zazwyczaj opanowany, mówił szybko, gorączkowo. – Nie chce mnie słuchać. Właśnie miałem wezwać twojego lekarza. Zostawiłem ją w gabinecie.

Kiedy Roarke ruszył schodami w górę, Summerset złapał go za rękę.

– Powinieneś był mi powiedzieć, co ją spotkało. Roarke tylko potrząsnął głową.

– Zajmę się nią.

Eve siedziała skulona, dygotała na całym ciele. Kiedy Roarke ją zobaczył, w jednej chwili ogarnęły go gniew, ulga, smutek i poczucie winy. Zdusiwszy w sobie kłębiące się emocje, delikatnie wziął ją na ręce.

– Eve, już dobrze.

– Roarke. – Zadygotała raz jeszcze, po czym wtuliła się w niego. Roarke usiadł w fotelu, trzymając ją na kolanach. -To te sny.

– Wiem. – Ucałował jej mokre czoło. – Przykro mi.

– Cały czas mnie dręczą, cały czas. Nic ich już nie powstrzymuje.

– Eve, czemu mi nie powiedziałaś? – Odchylił jej głowę do tyłu i spojrzał w oczy. – Nie musisz zmagać się z tym samotnie.

– Nic ich nie powstrzymuje – powtórzyła. – Wcześniej nie pamiętałam. Ale teraz już wiem, wiem wszystko. – Potarła twarz dłońmi. – Zabiłam go, Roarke. Zabiłam mojego ojca.

13

Spojrzał jej w oczy i poczuł, jak szarpią nią dreszcze.

– Kochanie, to był zły sen.

– Nie, to było wspomnienie.

Musi zachować spokój, musi, jeśli chce zrzucić ten ciężar z serca. A żeby zachować spokój i rozsądek, powinna myśleć jak glina, nie jak kobieta. Nie jak przerażone dziecko.

– Widziałam wszystko tak wyraźnie, Roarke, że ciągle mam to przed oczami. Czuję na sobie jego ciężar. Widzę tamten pokój w Dallas, gdzie mnie zamknął. Zawsze mnie zamykał. Kiedyś próbowałam uciec, wyrwać mu się, ale mnie złapał. Potem zawsze wynajmował pokoje na wyższych piętrach i zamykał drzwi od zewnątrz. Nigdy nie pozwalał mi wychodzić. Chyba nikt nawet nie wiedział, że tam jestem. – Odkaszlnęła. – Muszę napić się wody.

– Masz, napij się tego. – Podniósł szklankę, pozostawioną przez Summerseta przy fotelu.

– Nie, to napój uspokajający. Nie będę go pić.

– Odetchnęła głęboko. – Nie potrzebuję tego.

– Dobrze. Zaraz ci przyniosę wody. – Zdjął ją z kolan, wstał i wyczytał w jej oczach nieufność.

– Obiecuję, że to będzie czysta woda.

Wzięła od niego szklankę i duszkiem wypiła jej zawartość. Kiedy usiadł na poręczy fotela, Eve podjęła przerwaną opowieść, patrząc niewidzącymi oczami przed siebie.

– Pamiętam ten pokój. Przez ostatnich kilka tygodni śniły mi się tylko jakieś epizody, fragmenty, które stopniowo zaczynały się ze sobą łączyć. Poszłam nawet do doktor Miry. – Spojrzała na niego.

– Nie mówiłam ci o tym. Nie mogłam.

– W porządku. – Próbował się z tym pogodzić.

– Ale teraz opowiedz mi wszystko.

– Teraz nie mam wyjścia. – Zaczerpnęła powietrza i odtworzyła w pamięci swój koszmar, jakby było to miejsce zbrodni, które miała opisać w raporcie. – Siedziałam sama w tym pokoju. Miałam nadzieję, że on wróci zbyt pijany, żeby mnie dotykać. Było późno.

Nawet nie musiała zamykać oczu, aby to zobaczyć: obskurny pokój, czerwone światło migoczące za brudnym oknem.

– Było mi zimno – ciągnęła. – On zepsuł urządzenie klimatyzacyjne. Widziałam parę unoszącą się z moich ust. – Zadrżała na to wspomnienie. – Byłam taka głodna. Wzięłam sobie coś do jedzenia. Nigdy nie mieliśmy go za wiele i cały czas doskwierał mi głód. Właśnie odcinałam pleśń z kawałka sera, kiedy on wszedł do pokoju.

Skrzypienie otwieranych drzwi, strach, brzęk noża spadającego na podłogę. Eve chciała wstać, pochodzić chwilę, by uspokoić rozdygotane nerwy, ale nie była pewna, czy utrzyma się na nogach.

– Od razu sobie uświadomiłam, że nie jest wystarczająco pijany, aby zostawić mnie w spokoju. Od razu. Pamiętam, jak wyglądał. Miał ciemne włosy i obwisłe policzki. Może dawniej był przystojny, ale alkohol zrobił swoje. Popękane naczynia krwionośne na twarzy, czerwone oczy. Miał wielkie dłonie. Może tak mi się wydawało, bo byłam mała.

Roarke zaczął delikatnie masować jej ramiona.

– Te dłonie już nie zrobią ci krzywdy. Nie mogą cię dotknąć.

– Wiem. – Ale powrócą w snach, pomyślała. A w snach też czuje się ból. – Wściekł się, bo coś zjadłam. Nie wolno mi było jeść bez pozwolenia.

– Chryste. – Dokładniej okrył ją kocem, bo wciąż drżała. Uświadomił sobie, że chciałby ją nakarmić, czymkolwiek, wszystkim naraz, byle nigdy więcej nie myślała o głodzie.

– Zaczął mnie bić. – Głos jej się łamał. Odkaszlnęła, usiłując nad nim zapanować. To tylko zeznanie, powiedziała sobie. Nic więcej. – Przewrócił mnie na podłogę i bił. Po twarzy, po całym ciele. Płakałam i krzyczałam, błagałam, żeby przestał. Porwał na mnie ubranie i wcisnął mi palce między nogi. To strasznie bolało, bo zgwałcił mnie poprzedniej nocy i jeszcze w pełni nie doszłam do siebie. Potem znów zaczął mnie gwałcić. Sapał mi w twarz, powtarzał, żebym była grzeczną dziewczynką, i gwałcił mnie. Czułam się, jakby wszystko we mnie rozrywał. Ból był nie do zniesienia. Podrapałam go paznokciami, chyba do krwi. Wtedy złamał mi rękę. Roarke wstał i włączył mechanizm otwierający okna. Potrzebował powietrza.

– Nie wiem, czy zemdlałam; może na minutkę, nie dłużej. Ale nie mogłam dłużej wytrzymać bólu, mimo że wcześniej mi się to udawało. Człowiek wiele potrafi znieść.

– Wiem – odparł bezbarwnym tonem.

– Ale ten ból był tak straszliwy. Przechodził przeze mnie falami. A on nie przestawał. Nagle, nie pamiętam jak, w mojej dłoni znalazł się nóż. -Wypuściła powietrze z ust i Roarke zwrócił się do niej twarzą. – Pchnęłam go raz, potem drugi, trzeci, nie mogłam przestać. Wszędzie widać było krew, czułam jej słodkawy zapach. Wyczołgałam się spod niego. Prawdopodobnie już nie żył, ale nadal go dźgałam. Roarke, ciągle widzę siebie, jak klęczę z zakrwawionym nożem w ręku, widzę swoją twarz, zalaną krwią. I pamiętam ten ból, gniew, który wrzał w moim sercu. Po prostu nie mogłam się powstrzymać.

A kto mógłby?, pomyślał. Kto mógłby się powstrzymać?

– Potem skuliłam się w kącie pokoju, jak najdalej od niego, bo myślałam, że kiedy wstanie, to mnie zabije. Zdaje się, że zemdlałam albo zasnęłam, bo pamiętam dopiero następny ranek. I ból, straszny ból. Zrobiło mi się niedobrze. Kiedy trochę ochłonęłam, zobaczyłam go.

Wziął ją za rękę, zimną jak lód.

– Nie, daj mi skończyć. Muszę opowiedzieć wszystko do końca. – Wykrztusiła te słowa z trudem, jakby zrzucała kamienie z serca. – Zobaczyłam go. Wiedziałam, że go zabiłam i że źli ludzie zabiorą mnie i zamkną w ciemnej klatce. Zawsze mówił, że to właśnie mnie spotka, jeśli nie będę grzeczna. Poszłam do łazienki i zmyłam z siebie całą krew. Ręka… okropnie bolała mnie ręka, ale nie chciałam trafić do klatki. Włożyłam jakieś ubranie i zapakowałam wszystkie swoje rzeczy do torby. Ciągle się bałam, że on jednak wstanie i rzuci się na mnie, ale się nie ruszał. Zostawiłam go i wyszłam. Ulice były prawie puste, jak to o świcie. Wyrzuciłam torbę, a może ją zgubiłam, nie pamiętam. Przeszłam spory kawałek drogi i w końcu ukryłam się w jakimś zaułku.

Potarła dłonią usta. Pamiętała ciemność, smród, strach silniejszy nawet od bólu.

– Potem ruszyłam w dalszą wędrówkę. W końcu opadłam z sił i nie mogłam już iść. Schowałam się w innym zaułku. Właśnie tam mnie znaleziono. Wtedy nie pamiętałam już nic, nie wiedziałam, co się stało i gdzie jestem. Kim jestem. Nadal nie pamiętam, jak miałam na imię. On nigdy nie zwracał się do mnie po imieniu.

– Nazywasz się Eve Dallas. – Roarke ujął jej twarz w dłonie. – Te sprawy należą już do przeszłości. Ty przeżyłaś, przezwyciężyłaś ten koszmar. Przypomniałaś sobie wszystko i tyle. Ta karta jest już zamknięta.

– Roarke. – Patrząc na niego, wiedziała, że nigdy nikogo nie kochała i nie pokocha tak, jak jego. – Nic mnie jest zamknięte. Muszę stawić czoło temu, co zrobiłam. Ponieść konsekwencje. Nie mogę za ciebie wyjść. Jutro będę musiała zrezygnować z pracy w policji.

– Oszalałaś?

– Zabiłam ojca, nie rozumiesz? Trzeba przeprowadzić dochodzenie. Nawet jeśli zostanę oczyszczona z zarzutów, nie zmieni to faktu, że dane zawarte w moim wniosku o przyjęcie do akademii policyjnej, w moich aktach, są fałszywe. Dopóki nie zapadnie rozstrzygnięcie w tej sprawie, nie będę mogła służyć w policji ani za ciebie wyjść. – Podniosła się, już spokojniejsza. – Muszę się spakować.

– Tylko spróbuj.

W jego głosie zabrzmiała groźna nuta. Eve zatrzymała się w pół kroku.

– Roarke, muszę przestrzegać przepisów.

– Nie, musisz być człowiekiem. – Podszedł do drzwi i je zamknął. – Myślisz, że pozwolę, żebyś mnie zostawiła, żebyś przekreśliła całe swoje życie tylko dlatego, że broniłaś się przed potworem?

– Zabiłam mojego ojca.

– Zabiłaś pieprzonego potwora. Byłaś dzieckiem. Czy możesz, patrząc mi w oczy, powiedzieć, że to dziecko jest winne popełnienia zbrodni?

Otworzyła usta, po czym je zamknęła.

– Nie chodzi o to, co ja myślę, Roarke. Prawo…

– Prawo powinno było cię ochronić! – wybuchnął. Nerwy miał napięte jak postronki. – Niech diabli porwą prawo. Czy pomogło nam, kiedy tego najbardziej potrzebowaliśmy? Jeśli chcesz wyrzucić swoją odznakę tylko dlatego, że prawo jest za słabe, by chronić niewinnych, słabych i dzieci, proszę bardzo. Przekreśl swoją karierę. Ale nie pozwolę, żebyś mnie zostawiła.

Podniósł ręce do jej ramion, ale zaraz je opuścił.

– Nie mogę cię dotknąć. – Wstrząśnięty złością, jaka w nim narastała, cofnął się o krok do tyłu.

– Boję się. Nie zniósłbym myśli, że mój dotyk przypomina ci o tym, co on robił.

– Nie, wcale tak nie jest. – Wyciągnęła do niego rękę. – To byłoby niemożliwe. Kiedy mnie dotykasz, nic innego się dla mnie nie liczy. Chodzi o to, że muszę z tym wszystkim dojść do ładu.

– Sama? – Dopiero teraz w pełni uświadomił sobie, jak gorzkie jest to słowo. -Tak jak z tamtymi koszmarami? Nie mogę cofnąć się w czasie i zabić go za ciebie, Eve. Oddałbym wszystko, co mam, a nawet więcej, żeby to zrobić. Ale to niemożliwe. Nie pozwolę jednak, żebyś podjęła tę walkę beze mnie. To nie wchodzi w rachubę. Siadaj.

– Roarke.

– Proszę cię, usiądź. – Odetchnął głęboko. Doszedł do wniosku, że gniewem niczego nie wskóra. Wiedział też, że bez pomocy z zewnątrz nie zdoła przemówić Eve do rozsądku. – Czy ufasz doktor Mirze?

– Tak, to znaczy…

– O tyle, o ile możesz komukolwiek zaufać – dokończył za nią. – To wystarczy. – Podszedł do biurka.

– Co robisz?

– Zadzwonię do niej.

– W środku nocy?

– Wiem, która jest godzina. – Podszedł do tele-łącza. – Niech Mira rozstrzygnie tę sprawę. Gotów jestem postąpić zgodnie z jej zaleceniami. Proszę, żebyś i ty się na to zgodziła.

Zaczęła protestować, ale nie znalazła przekonujących argumentów. Wreszcie, zmęczona, ukryła twarz w dłoniach.

– No dobrze.

Siedząc w fotelu, Eve prawie nie słyszała cichego głosu Roarke'a i udzielanych szeptem odpowiedzi. Po chwili podszedł do niej z wyciągniętą ręką. Wlepiła w nią wzrok.

– Już jedzie. Zejdziesz na dół?

– Roarke, nie chciałam cię rozgniewać ani urazić.

– Udało ci się jedno i drugie, jednak w tej chwili nie to jest najważniejsze. -Wziął ją za rękę i podniósł z fotela. – Nie pozwolę ci odejść, Eve. Gdybyś mnie nie kochała czy nie potrzebowała, nie mógłbym cię zatrzymać. Ale ty mnie kochasz i pragniesz. I choć sama niechętnie to przyznasz, także mnie potrzebujesz.

Nie będę cię wykorzystywać, pomyślała, lecz nie powiedziała tego na glos. Zeszli na dół.

Mira zjawiła się nadzwyczaj szybko. Mimo późnej pory wyglądała jak zawsze nienagannie. Przywitała się z Roarkiem, rzuciła okiem na Eve i usiadła.

– Jeśli nie macie nic przeciwko temu, poprosiłabym o szklaneczkę brandy. Pani porucznik z pewnością napije się ze mną. – Gdy Roarke zajął się przygotowaniem drinków, rozejrzała się po pokoju. – Cóż za przecudny dom. Szczęście wręcz czuje się w powietrzu. – Spojrzała na Eve, przechyliła głowę na bok i uśmiechnęła się. – No proszę, zmieniłaś fryzurę. Bardzo ładnie wyglądasz.

Roarke zastygł w bezruchu i wlepił zdumiony wzrok w Eve.

– Zrobiłaś coś z włosami?

Eve uniosła jedno ramię w niedbałym geście.

– Właściwie to nie, tylko…

– Ach, ci mężczyźni. – Mira wzięła brandy i zakręciła szklaneczką. – Po co się dla nich tak staramy? Kiedy mój mąż nie zauważy jakiejś zmiany w moim wyglądzie, zawsze się tłumaczy, że kocha mnie za to, kim jestem, a nie jakie mam włosy. Zwykle puszczam mu to płazem. Dobrze, przejdźmy do rzeczy. – Usiadła wygodniej. – Cóż więc takiego się stało? Możesz o tym mówić?

– Tak. – Eve powtórzyła całą historię opowiedzianą Roarke'owi. Tym razem jednak mówiła głosem policjantki, chłodnym, opanowanym, bezbarwnym.

– To była dla ciebie ciężka noc. – Spojrzenie Miry prześliznęło się po Roarke'u. – Dla was obydwojga. Toteż pewnie mi nie uwierzycie, kiedy powiem, że od tej chwili wszystko zacznie się zmieniać na lepsze. Czy jesteś w stanie pogodzić się z tym, że twój umysł gotów był stawić czoło wspomnieniom?

– Tak sądzę. Od pewnego czasu stawały się coraz wyraźnie j sze, zwłaszcza po… – Zamknęła oczy. – Kilka miesięcy temu dostałam z pozoru zwyczajne wezwanie. Jakiś pijak rozbijał się w swoim mieszkaniu. Niestety, przyjechałam za późno. Facet naćpał się Zeusa i poszatkował swoją córeczkę na kawałki. Zabiłam go.

– Tak, pamiętam tę sprawę. Tym dzieckiem mogłaś być ty. Jednak tobie udało się przeżyć.

– Za to mój ojciec zginął.

– I co czujesz na tę myśl?

– Ulgę. Ale i pewien niepokój. Wcześniej nie wiedziałam, że noszę w sercu tyle nienawiści.

– On cię bił i gwałcił. Był twoim ojcem i powinnaś czuć się przy nim bezpieczna. A on ci tego nie dał. Jak myślisz, jakie to powinno budzić w tobie uczucia?

– To było wiele lat temu.

– To było wczoraj – przypomniała jej Mira. -To było godzinę temu.

– Tak. – Eve wbiła wzrok w szklankę brandy, połykając łzy.

– Czy postąpiłaś źle, broniąc się przed nim?

– Nie. Nie chodzi o to, że się broniłam. Ja go zabiłam. Nawet kiedy już nie żył, ja nadal go zabijałam. To… to była niepohamowana, dzika wściekłość. Byłam jak zwierzę.

– On traktował cię, jakbyś była zwierzęciem. Uczynił z ciebie zwierzę. Tak – powiedziała, gdy Eve przeszedł dreszcz. – Oprócz tego, że odebrał ci dzieciństwo, niewinność, pozbawił cię człowieczeństwa. Istnieją fachowe określenia ludzi, którzy są zdolni do takich rzeczy, ale mówiąc potocznym językiem – ciągnęła chłodno – był potworem.

Eve poszukała wzrokiem Roarke'a, po czym, popatrzywszy na niego przez chwilę, odwróciła głowę.

– Odebrał ci wolność – mówiła dalej Mira – możliwość decydowania o własnym losie. Wypalił na tobie własne piętno, splugawił cię. Nie byłaś dla niego człowiekiem, a gdyby twoja sytuacja się nie zmieniła, być może na zawsze zostałabyś zwierzęciem, o ile udałoby ci się przeżyć. Ale ty się wyrwałaś, doszłaś do czegoś w życiu. Kim teraz jesteś, Eve?

– Gliną.

Mira uśmiechnęła się – to właśnie spodziewała się usłyszeć.

– A poza tym?

– Człowiekiem.

– Odpowiedzialnym człowiekiem?

– Tak.

– Zdolnym do przyjaźni, lojalności, współczucia… i miłości?

Eve spojrzała na Roarke'a.

– Tak, ale…

– Czy tamto dziecko było do tego wszystkiego zdolne?

– Nie, ona… ja za bardzo się bałam, by cokółwiek odczuwać. No dobrze, zmieniłam się. – Eve przycisnęła dłoń do skroni i ku wielkiemu zdumieniu uprzytomniła sobie, że pulsujący ból głowy powoli ustępuje. – Stałam się normalnym człowiekiem, jednak to nie zmienia faktu, że popełniłam morderstwo. Trzeba przeprowadzić śledztwo w tej sprawie. Mira uniosła brwi.

– Oczywiście, możesz tego sobie zażyczyć, jeśli chcesz się dowiedzieć, kim był twój ojciec.

– Nie, on mnie nic nie obchodzi. Przepisy…

– Chwileczkę. – Mira podniosła rękę. – Nie wiem, czy dobrze rozumiem. Chcesz wszcząć śledztwo w sprawie zabójstwa, które popełniłaś w wieku ośmiu lat?

– Tego wymagają przepisy – upierała się Eve.

– Do czasu zakończenia śledztwa muszę zostać zawieszona w czynnościach służbowych. Najlepiej będzie też do wyjaśnienia sprawy wstrzymać się z realizacją wszelkich planów osobistych.

Wyczuwając wściekłość bijącą od Roarke'a, Mira przeszyła go ostrym spojrzeniem. Po krótkiej walce udało mu się zapanować nad sobą.

– O jakie wyjaśnienie ci chodzi? – spytała spokojnie, zwracając się do Eve. – Nie chcę sprawiać wrażenia, że cię pouczam, jak masz wykonywać swoje obowiązki, ale mówimy o sprawie, która dotyczy wydarzenia sprzed dwudziestu dwóch lat.

– To było wczoraj. – Eve odczuła gorzką satysfakcję, powtarzając słowa Miry sprzed kilku minut.

– To było godzinę temu.

– Jeśli rozmawiamy o twoich uczuciach, to owszem – przyznała terapeutka, bynajmniej niezbita z tropu. – Ale w sensie faktycznym, prawnym, upłynęły ponad dwie dekady. Nie ma ciała ani żadnych dowodów. Owszem, można sięgnąć do raportów medycznych opisujących twój stan zaraz po znalezieniu; ślady bicia, niedożywienie i zaniedbanie, szok. Poza tym, są te twoje wspomnienia. Jak myślisz, czy w czasie przesłuchania coś się w nich zmieni?

– Nie, oczywiście, że nie, ale… Takie są przepisy.

– Eve, jesteś bardzo dobrą policjantką – powiedziała łagodnym tonem Mira. – Gdyby akta tej sprawy znalazły się na twoim biurku, jaką wydałabyś decyzję? Zastanów się, zanim odpowiesz. Nie ma sensu katować siebie ani tego niewinnego, zmaltretowanego dziecka. Co byś zrobiła?

– Ja… – Pokonana Eve odstawiła kieliszek. – Zamknęłabym śledztwo.

– No to je zaniknij.

– Decyzja nie należy do mnie.

– Chętnie porozmawiam z twoim przełożonym, przedstawię mu fakty i swoją osobistą opinię. Myślę, że wiesz, jaką podejmie decyzję. Potrzebni mu ludzie tacy jak ty, którzy służą nam i nas bronią, Eve. I masz tu bliskiego ci człowieka, który chce, żebyś mu zaufała.

– Ależ ja mu ufam. – Zebrała się w sobie i spojrzała na Roarke'a. – Po prostu boję się, że nieświadomie go wykorzystuję. Nieważne, co inni sądzą o pieniądzach, o władzy. Nie chcę nigdy dać mu najmniejszego powodu, aby myślał, że mogłabym czy chciałam go wykorzystać.

– A czy tak myśli?

Eve zacisnęła dłoń na brylancie wiszącym między jej piersiami.

– Za bardzo mnie kocha, by tak myśleć.

– Cóż, uważam, że to doskonale. Myślę, iż wkrótce sama się zorientujesz, na czym polega różnica między poleganiem na kimś, kogo się kocha, a wykorzystywaniem go. – Mira wstała. – Poleciłabym ci wziąć środek uspokajający i zrobić sobie jutro wolny dzień, ale wiem, że mnie nie posłuchasz.

– Nie, nie mogę. Przepraszam, że wyciągnęliśmy cię z domu w środku nocy.

– Lekarze, podobnie jak policjanci, są do tego przyzwyczajeni. Porozmawiamy sobie jeszcze przy okazji, co?

Eve chciała zaprzeczyć, jak robiła to przez całe lata. Nagle jednak uświadomiła sobie, że ten okres w jej życiu dobiegł już końca.

– Tak, oczywiście.

Pod wpływem impulsu Mira pocałowała ją w policzek.

– Dasz sobie radę, Eve. – Potem odwróciła się do Roarke'a i wyciągnęła rękę. – Dobrze, że pan zadzwonił. Porucznik Dallas jest osobą, na której bardzo mi zależy.

– Mnie też. Dziękuję.

– Mam nadzieję, że zaprosicie mnie na ślub. Nie, proszę mnie nie odprowadzać, sama wyjdę. Roarke usiadł przy Eve.

– Czy poczułabyś się lepiej, gdybym rozdał wszystkie swoje pieniądze, posiadłości, pozamykał firmy i zaczął od zera?

Choć wiele można się było spodziewać po Roarke^, to pytanie okazało się kompletnie zaskakujące. Eve spojrzała na niego ze zdumieniem.

– Zrobiłbyś to?

Nachylił się nad nią i musnął ustami jej policzek.

– Nie.

Ku swojemu zaskoczeniu, parsknęła śmiechem.

– Teraz czuję się jak idiotka.

– I bardzo dobrze. – Wziął ją za rękę. – Chcesz, pomogę ci uśmierzyć ból.

– Robisz to, odkąd się zjawiłeś. – Westchnęła i nachyliła się ku niemu. Ich czoła się zetknęły. -Wytrzymaj jakoś ze mną, Roarke. Jestem dobrym gliną. Kiedy mam przypiętą odznakę, wiem, co robić. Gorzej, kiedy ją odpinani.

– Jestem tolerancyjny. Mogę pogodzić się z istnieniem mrocznych zakamarków w twojej duszy, Eve, tak jak ty się godzisz z istnieniem ich u mnie. No, chodźmy do łóżka. Musisz się przespać. – Podniósł ją na nogi. – A jeśli będziesz miała złe sny, nie ukryjesz ich przede mną?

– Nie, teraz już nie. Co się stało? – spytała, kiedy zauważyła, że Roarke patrzy na nią zmrużonymi oczami i przeczesuje palcami jej włosy.

– Rzeczywiście zmieniłaś fryzurę. Subtelnie, ale uroczo. A poza tym jest coś jeszcze… – Przesunął kciukiem po jej podbródku.

Eve uniosła brwi, w nadziei, że Roarke zauważy ich nowy kształt, ale wciąż patrzył jej głęboko w oczy.

– O co ci chodzi?

– Jesteś piękna. Mówię poważnie.

– Wydaje ci się. Jesteś zmęczony.

– Nie, wcale nie. – Wycisnął na jej ustach długi, namiętny pocałunek. – Wcale.

Peabody rozglądała się wokół z otwartymi ustami, ale Eve udawała, że tego nie widzi. Wypiła kawę i przyniosła do gabinetu koszyczek muffinów, specjalnie dla Feeneya, który jeszcze się nie zjawił. Zasłony były rozsunięte i za oknem rozciągała się panorama Nowego Jorku widoczna zza bujnej zieleni parku.

Po krótkim namyśle Eve doszła do wniosku, że nie może mieć pretensji do dziewczyny. Na jej miejscu też by się gapiła na wszystko.

– Jestem ci naprawdę wdzięczna za to, że zgodziłaś się przyjechać tutaj, zamiast do komendy – zaczęła Eve. Wiedziała, że nie działa jeszcze na pełnych obrotach, ale wiedziała też, że przez wzgląd na Mavis nie może sobie pozwolić na stratę czasu.

– Chcę choć trochę uporządkować zebrane przez nas informacje, zanim zamelduję się u komendanta. Domyślam się, że zaraz po przyjeździe zostanę wezwana do Whitneya. Potrzebuję więc amunicji.

– Żaden problem. – Peabody wiedziała, że niektórzy ludzie naprawdę żyją w takich warunkach. Słyszała o nich, czytała, widziała w telewizji. Poza tym, sam apartament pani porucznik nie prezentował się szczególnie imponująco. Owszem, był ładny

– dużo przestrzeni, stylowe meble, doskonały sprzęt. Ale ten dom, Jezu, ten dom! To już nie była rezydencja, tylko pałac, a może nawet zamek. Zielone trawniki, kwitnące drzewa, fontanny. Wieże połyskujące w słońcu. A to wszystko ukazywało się oczom gościa, jeszcze zanim kamerdyner wprowadził go do olśniewającego swoim przepychem wnętrza, pełnego marmurów, kryształów i drewna. Do tego jeszcze ta przestrzeń. Tyle wolnej przestrzeni.

– Peabody?

– Co? Przepraszam.

– Nic się nie stało. Wiem, że ten dom każdego przytłacza.

– Jest niesamowity. – Przeniosła wzrok na Eve.

– W takim otoczeniu wygląda pani zupełnie inaczej – stwierdziła, po czym zmrużyła oczy. – O, rzeczywiście wygląda pani inaczej. Podcięte włosy! I wymodelowane brwi. – Zaintrygowana, podeszła bliżej.

– No i odmłodzona skóra.

– Maseczka i tyle. – Eve w ostatniej chwili powstrzymała dreszcz obrzydzenia. – Możemy przejść do rzeczy czy chcesz, żebym podała ci nazwisko mojej kosmetyczki?

– I tak nie byłoby mnie na nią stać – odparła radośnie Peabody. – Ale pani naprawdę wygląda dobrze. Powinna pani zacząć przygotowania do ślubu, skoro to już za parę tygodni.

– Nie za parę tygodni, tylko w następnym miesiącu.

– Ten następny miesiąc już się rozpoczął. Ma pani pietra. – Usta Peabody drgnęły w uśmiechu.

– Przecież pani niczego się nie boi.

– Zamknij się, Peabody. Nie zapominaj, po co tu jesteśmy.

– Tak jest. – Peabody spoważniała, lekko zawstydzona. – Wydawało mi się, że czekamy na kapitana Feeneya.

– Wezwałam Redforda na dziesiątą do komendy. Nie mogę sobie pozwolić na stratę czasu. Powiedz lepiej, czego dowiedziałaś się w klubie.

– Sporządziłam już raport. – Peabody wyjęła z torby dysk. – Przyjechałam na miejsce o siedemnastej trzydzieści pięć, nawiązałam kontakt z człowiekiem znanym jako Crack i przedstawiłam się jako pani asystentka.

– Jakie zrobił na tobie wrażenie?

– Oryginalny typ – odparła oschle Peabody.

– Wmawiał mi, że z moimi nogami powinnam zostać tancerką. Powiedziałam, że w tej chwili jest to absolutnie niemożliwe.

– Dobre.

– Okazywał chęć współpracy. Moim zdaniem, na wiadomość o śmierci Hetty zareagował autentycznym gniewem. Nie pracowała tam długo, ale, jak twierdził, była miła, zdolna i cieszyła się dużą popularnością wśród klientów.

– Rozumiem, że dokładnie przytaczasz jego słowa.

– Mówił językiem potocznym, cytowanym przeze mnie w raporcie. Nie zauważył, z kim Hetta rozmawiała po incydencie z Boomerem, jako że w klubie było tłoczno, a on sam był zajęty.

– Rozwalaniem głów.

– Właśnie. Wskazał mi jednak kilku innych pracowników i stałych bywalców, którzy mogli widzieć Hettę w czyimś towarzystwie. Mam ich nazwiska i zeznania. Nikt nie zauważył niczego dziwnego czy niezwykłego. Jeden z klientów oświadczył, że widział, jak Hetta wchodziła do jednego z prywatnych boksów z jakimś mężczyzną, ale nie pamiętał, o której to było godzinie, a podany przez niego rysopis jest niezbyt dokładny. Cytuję: „taki wysoki gościu".

– Doskonale.

– Hetta opuściła lokal o drugiej piętnaście, godzinę wcześniej, niż to miała w zwyczaju. Powiedziała jednej z dziewczyn, że wyrobiła już swoją normę. Pokazała jej garść kredytów i banknotów. Chwaliła się, że był u niej nowy klient, który dobrze płaci za usługi wysokiej jakości. Wtedy ostatni raz widziano ją w klubie.

– Jej ciało zostało znalezione po trzech dniach. – Eve, sfrustrowana, odsunęła się od stołu. – Gdyby ta sprawa trafiła do mnie wcześniej, gdyby Carmi-chael zachciało się trochę poszperać… Zresztą, nie ma co gdybać.

– Hetta była powszechnie lubiana.

– Czy miała kogoś?

– Nikogo stałego. W tego typu klubach pracownicom odradza się bliższe prywatne kontakty z klientami, a Hetta ponoć była prawdziwą profesjonalistką. Często zmieniała miejsca pracy, ale na razie nie wiem nic więcej na ten temat. Jeśli tej nocy, kiedy zginęła, gdzieś pracowała, nie zostało to nigdzie odnotowane.

– Czy ćpała?

– W towarzystwie, od czasu do czasu. Według ludzi, z którymi rozmawiałam, nie brała twardych narkotyków. Sprawdziłam jej akta. Nie licząc kilku starych wyroków za posiadanie, była czysta.

– Jak starych?

– Sprzed pięciu lat.

– Dobra, szperaj dalej. – Zwróciła się w stronę drzwi, w których stanął Feeney. – No, cieszę się, że jednak znalazłeś dla nas czas.

– Wiesz, jakie dziś są korki? O, muffiny! – Rzucił się na koszyk jak sęp. – Jak leci, Peabody?

– Dzień dobry, kapitanie.

– To dopiero chata, co? Dallas, masz nową koszulę?

– Nie.

– Dziwne. Wyglądasz jakoś inaczej niż zwykle. – Nalał sobie kawy, a Eve przewróciła oczami. -Znalazłem faceta z wytatuowanym wężem. Około drugiej Mavis zjawiła się w Ground Zero, zamówiła sobie Krzykacza i tancerza. Osobiście z nim rozmawiałem. Pamięta ją. Twierdzi, że była nawalona jak biszkopt, ale piła kieliszek za kieliszkiem. Przedstawił jej listę oferowanych usług, ale podziękowała i wytoczyła się z knajpy.

Feeney usiadł z głośnym westchnieniem.

– Jeśli była jeszcze w innych klubach, nie korzystała tam z kredytu. Nie udało mi się dowiedzieć, co robiła po tym, jak o drugiej czterdzieści pięć wyszła z Ground Zero.

– Gdzie jest ta knajpa?

– Mniej więcej sześć przecznic od miejsca zbrodni. Mavis konsekwentnie zmierzała w tym kierunku, od chwili, kiedy wyszła od Pandory. Po drodze wstąpiła do pięciu innych klubów. Wszędzie zamawiała Krzykacze, głównie potrójne. Nie wiem, jak jej się udało utrzymać na nogach.

– Sześć przecznic – mruknęła Dallas. – Pół godziny przed zabójstwem.

– Przykro mi, mała. To wcale nie polepsza jej sytuacji. Przejdźmy do dysków z systemu monitorującego. Skaner przed domem Leonarda został zdemolowany o dziesiątej wieczorem. W tej okolicy było dużo skarg na dzieciaki rozbijające kamery, więc pewnie i tym razem tak się stało. System monitoringu w domu Pandory został wyłączony przez wpisanie odpowiedniego kodu. Żadnego majstrowania, żadnego sabotażu. Ten, kto to zrobił, wiedział, jak dostać się do środka.

– Znał ją, znał kod.

– Nie ma innej możliwości – przytaknął Feeney. – Na dyskach z domu Justina Younga nie znalazłem żadnych braków. Young i Fitzgerald wrócili do mieszkania około pierwszej trzydzieści; ona wyszła następnego dnia o dziesiątej lub dwunastej. Nic poza tym. Ale… – Zawiesił dramatycznie głos. -W budynku są tylne drzwi.

– Co?

– Wejście przez kuchnię do windy towarowej. W windzie nie ma kamer. Można nią wjechać na dowolne piętro i do garażu. Oczywiście i w garażu, i na wszystkich piętrach jest zainstalowany system monitorujący. Ale… – Kolejna przerwa. – Winda ta jeździ też do tylnego pomieszczenia gospodarczego, znajdującego się na parterze. Tam monitoring jest mniej szczelny.

– To znaczy, że Young i Fitzgerald mogli niezauważenie wydostać się z domu?

– Owszem. – Feeney siorbnął kawę. – Jeśli dobrze znali ten budynek i jego system monitoringu, i wyszli w czasie kiedy pomieszczenia gospodarcze nie były obserwowane.

– Czyli alibi tej dwójki wcale nie jest niepodważalne. Niech cię Bóg błogosławi, Feeney.

– Lepiej wyślij mi trochę forsy. Albo daj mi te muf finki.

– Są twoje. Myślę, że będziemy musieli jeszcze raz porozmawiać z naszą zakochaną parką. Cała ta sprawa robi się coraz bardziej interesująca. Justin Young sypiał z Pandorą, a teraz kręci z Jerry Fitzgerald, konkurentką Pandory w walce o koronę najpopularniejszej modelki. I Fitzgerald, i Pandora marzą o karierze filmowej. Pojawia się Redford, producent. Chce zrobić film z Jerry, wcześniej pracował z Youngiem i sypia z Pandorą. Cała czwórka spotyka się u Pandory, na jej zaproszenie, tego samego wieczoru, kiedy ona sama zostaje zamordowana. Powiedzcie mi, po co miałaby ściągać do siebie tych ludzi: swoją rywalkę, byłego kochanka i producenta?

– Lubiła dramatyczne spięcia – podrzuciła Peabody.

– To prawda. Lubiła też działać ludziom na nerwy. Ciekawe, czy miała coś, czym mogła kłuć w oczy tych troje. W czasie przesłuchań wszyscy byli nad wyraz spokojni – zauważyła Eve. – Bardzo opanowani, rozluźnieni. Zobaczymy, czy uda nam się ich wytrącić z równowagi.

Dostrzegła, że drzwi prowadzące z jej pokoju do gabinetu Roarke'a rozsunęły się cicho.

– Były otwarte – powiedział Roarke, stając na progu. – Przeszkadzam wam.

– Nie, nie ma sprawy. Zaraz kończymy.

– Cześć, Roarke. – Feeney wzniósł słodką bułeczkę w ironicznym toaście. – To co, zakuć cię w łańcuchy? Żartuję tylko – mruknął, kiedy Eve przeszyła go wściekłym spojrzeniem.

– Myślę, że i bez tego jakoś będę kuśtykał. – Spojrzał na Peabody i uniósł brwi.

– Ach, przepraszam. Sierżant Peabody, Roarke. Roarke uśmiechnął się i podszedł do niej.

– Miło mi panią poznać. Eve mówi o pani w samych superlatywach.

Starając się nie gapić na niego cielęcymi oczami, Peabody uścisnęła mu rękę.

– Bardzo mi miło.

– Pozwolicie, że na chwilkę wykradnę panią porucznik. – Ścisnął Eve za ramię. Kiedy wstała i ruszyła za nim, Feeney prychnął.

– Zaraz połkniesz język, Peabody. Wystarczy, że facet ma twarz diabła i ciało boga, a kobiety od razu baranieją na jego widok.

– To przez hormony – mruknęła Peabody, nie odrywając oczu od Roarke'a i Eve. Ostatnimi czasy interesowało ją wszystko, co wiązało się ze sprawami męsko-damskimi.

– Jak się czujesz? – spytał Roarke.

– Dobrze.

Delikatnie uniósł jej podbródek.

– Myślę, że starasz się, aby tak było. Dziś rano mam kilka spotkań w mieście, ale zanim wyjdę, chciałem ci to dać. – Wręczył jej jedną ze swoich wizytówek z wypisanym na odwrocie nazwiskiem i adresem. – To ten ekspert od roślin pozaziemskich, o którego mnie pytałaś. Możesz iść do niej, kiedy chcesz. Dałem jej już próbkę, którą dostałem od ciebie, ale prosi o następną. Zdaje się, że chodzi o badanie krzyżowe czy coś takiego.

– Dzięki. – Eve schowała wizytówkę do kieszeni. – Mówię poważnie.

– Te raporty ze Starlight Station…

– Starlight Station? – Przez chwilę nie wiedziała, o czym on mówi. – Chryste, zapomniałam, że cię o to prosiłam. Jakoś ciężko mi się dzisiaj myśli.

– Bo masz za dużo na głowie. W każdym razie moi informatorzy donoszą, że w czasie swojej ostatniej podróży Pandora spotykała się z wieloma facetami, jak zwykle. Zdaje się, że z żadnym z nich nie spędziła więcej niż jednej nocy.

– Cholera, czy wszystko zawsze musi sprowadzać się do seksu?

– W wypadku Pandory tak właśnie było.

– Uśmiechnął się, gdy Eve zmrużyła oczy i spojrzała na niego badawczo. – A jak już mówiłem, nasz przelotny romansik był dawno temu. Wracając do sprawy, w czasie pobytu na Starlight Pandora przeprowadziła wiele rozmów przez miniłącze. I ani razu nie skorzystała z sieci publicznej.

– Żeby nie można było sprawdzić, do kogo dzwoniła.

– Też tak sądzę. Uczestniczyła tam w pokazie mody i jak zawsze, spisała się doskonale. Podobno przechwalała się, że będzie reklamowała jakiś nowy produkt i zagra w filmie.

Eve mruknęła coś pod nosem i zapisała sobie w pamięci te informacje.

– Dzięki, że znalazłeś dla mnie czas.

– Zawsze z przyjemnością pomagam naszej policji. O trzeciej mamy spotkanie z kwiaciarzem. Wyrobisz się?

Zamyśliła się na chwilę.

– Jeśli ty znajdziesz czas, to i mnie się powinno udać.

Na wszelki wypadek Roarke wyjął jej z kieszeni notebook i osobiście wpisał godzinę i miejsce spotkania.

– No to na razie. – Pochylił się i zauważył, że Eve zerka niepewnie na Feeneya i Peabody, czekających po drugiej stronie pokoju. – Mam nadzieję, że to, co zrobię, nie podważy twojego autorytetu – szepnął, po czym delikatnie pocałował ją w usta.

– Kocham cię.

– No cóż… – Odkaszlnęła. -To dobrze.

– Ach, jakie to romantyczne. – Pogładził Eve po włosach, po czym złożył na jej ustach kolejny pocąłunek, by wprawić ją w jeszcze większe zakłopotanie. – Żegnam państwa – powiedział do Peabody i Feeneya, po czym skinąwszy głową, wrócił do swojego gabinetu. Drzwi zasunęły się za nim.

– No i czemu szczerzysz te zębiska, Feeney? Zaraz dam ci lepsze zajęcie. – Eve wyjęła wizytówkę z kieszeni i podeszła do stołu. – Weźmiesz próbkę substancji znalezionej w mieszkaniu Boomera i zawieziesz ją pod ten adres. Roarke już wszystko załatwił. Ta kobieta jest ekspertem w dziedzinie flory pozaziemskiej, ale nie ma nic wspólnego ani z policją, ani z siłami bezpieczeństwa, więc zachowaj dyskrecję.

– Się wie.

– Później zajrzę do niej osobiście, żeby sprawdzić, jak jej idzie. Peabody, pojedziesz ze mną.

– Tak jest.

Delia odezwała się ponownie dopiero w chwili, kiedy obie znalazły się w samochodzie Eve.

– Domyślam się, że glinom ciężko godzić pracę z życiem osobistym.

– Jeszcze jak. – Przesłuchać podejrzanego, okłamać przełożonego, popędzić laboranta. Zamówić wiązankę ślubną. Jezu.

– Ale jeśli zachowuje się odpowiedni… ten, no… dystans, to pozostawanie z kimś w związku osobistym wcale nie musi źle się odbić na karierze.

– Moim zdaniem, z gliną trudno o szczęście. Ale z drugiej strony, cóż ja mogę o tym wiedzieć? – Eve nerwowo zabębniła palcami w kierownicę. – Feeney jest żonaty od zarania dziejów. Szef też ma rodzinę i jest szczęśliwy. Innym się jakoś udaje. – Odetchnęła głęboko. – Ja też się staram. – Nagle doznała olśnienia. – Czyżbyś zaczęła się z kimś spotykać, Peabody?

– Może. Zastanawiam się, czy powinnam.

– Splotła dłonie, rozłączyła je, po czym nerwowo wytarła ręce w spodnie.

– Ktoś, kogo znam?

– Właściwie tak. – Peabody poruszyła nogami.

– Chodzi o Casto.

– Casto? – Eve wjechała na Dziewiątą, omijając tramwaj. – O cholera. Kiedy to się stało?

– Wczoraj wieczorem natknęłam się na niego. To znaczy, przyłapałam go na śledzeniu mnie, więc…

– Śledził cię? – Eve włączyła automatyczne kierowanie. Wóz zadygotał, zawył, po czym zaczął terkotać. – O czym ty, u licha, mówisz?

– Ma dobrego nosa. Wyczuł, że wpadłyśmy na jakiś trop. Byłam wściekła, kiedy go zobaczyłam, ale potem musiałam sama przyznać przed sobą, że na jego miejscu postąpiłabym tak samo.

Eve w zamyśleniu zabębniła palcami w kierownicę.

– Tak, ja też. Bardzo pieprzył?

Peabody zarumieniła się i zaczęła się jąkać.

– Jezu, Peabody, nie miałam na myśli…

– Wiem, wiem. Po prostu to dla mnie coś nowego, Dallas. To znaczy, lubię facetów, jasne. – Przygładziła grzywkę i poprawiła kołnierz sztywnej koszuli od munduru. – Znałam ich wielu, ale mężczyźni jak Casto… no wiesz, jak Roarke.

– Mózg zaczyna się gotować.

– No właśnie. – Zrobiło jej się lżej na sercu. Dobrze było porozmawiać z kimś, kto ją rozumiał.

– Próbował ze mnie wyciągnąć informacje, ale kiedy mu się nie udało, nie wyglądał na szczególnie zmartwionego. Wie, jak to jest. Szef mówi o współpracy międzywydziałowej, a my to ignorujemy.

– Myślisz, że Casto prowadzi śledztwo na własną rękę?

– Bardzo możliwe. Podobnie jak ja rozmawiał z ludźmi z klubu. Wtedy zobaczyłam go pierwszy raz. Potem, kiedy wyszłam, poszedł za mną. Przez pewien czas krążyłam po mieście, żeby zobaczyć, co zrobi. – Uśmiechnęła się szeroko. -1 zaszłam go od tyłu. Szkoda, że nie widziałaś jego miny.

– Dobra robota.

– Trochę się posprzeczaliśmy. Kto komu włazi w paradę i tak dalej. Potem poszliśmy na drinka, postanawiając na jakiś czas odpocząć sobie od pracy. Było całkiem miło. Okazało się, że mamy wiele wspólnych zainteresowań. Muzyka, filmy i tak dalej. Jezu, przespałam się z nim.

– Och.

– Wiem, że postąpiłam głupio. Ale cóż, stało się. Eve milczała przez chwilę.

– No i jak było?

– O rany.

– Aż tak dobrze?

– Dziś rano zaproponował, żebyśmy zjedli razem kolację czy coś takiego.

– Nie widzę w tym nic dziwnego. Peabody zasępiła się i potrząsnęła głową.

– Tacy faceci na mnie nie lecą. Wiem, że on ma słabość do ciebie…

Eve przerwała jej, podnosząc rękę.

– Zaraz, zaraz.

– Dallas, przecież wiesz, że tak jest. Podobasz mu się. Podoba mu się twój profesjonalizm, twoja inteligencja. Twoje nogi.

– Nie mów, że rozmawiałaś z Casto o moich nogach.

– Nie, ale wymieniliśmy parę uwag na temat twojej inteligencji. W każdym razie, nie wiem, czy powinnam to ciągnąć. Muszę skoncentrować się na swojej karierze, on zresztą też. Po rozwiązaniu tej sprawy stracimy kontakt.

Eve przypomniała sobie, że opadły ją dokładnie te same wątpliwości, kiedy zadurzyła się w Roar-ke'u. Nic dziwnego. Takie rzeczy zazwyczaj szybko się kończyły.

– Casto ci się podoba, lubisz go, dobrze się czujesz w jego towarzystwie?

– Jasne.

– I jest świetnym kochankiem.

– Niesamowitym.

– Peabody, jako twoja przełożona radzę ci, żebyś korzystała z uciech życia.

Delia uśmiechnęła się lekko i wyjrzała przez okno.

– Pomyślę, pani porucznik.

14

Ku swojemu zadowoleniu, Eve idealnie zmieściła się w czasie. Na komendzie była o 9:55 i od razu skierowała się do pokoju przesłuchań. Na wszelki wypadek nie zaglądała do swojej dziupli, by uniknąć wezwania na dywanik. Liczyła na to, że kiedy w końcu pójdzie do szefa, zarzuci go świeżymi informacjami i sprawa przecieku do mediów rozejdzie się po kościach.

Redford nie spóźnił się ani o sekundę. Wydawał się równie spokojny i opanowany, jak w czasie pierwszej rozmowy.

– Pani porucznik, mam nadzieję, że to nie potrwa długo. Nie jest to dla mnie najodpowiedniejsza pora.

– Zaczniemy od razu. Proszę usiąść. – Zamknęła za sobą drzwi.

W pokoju przesłuchań nie panowała zbyt przyjemna atmosfera. Zresztą, tak miało być. Nieduży stół, kilka twardych krzeseł, puste ściany – wszystko to nie poprawiało nastroju wezwanym. Lustro, które, co aż nadto oczywiste, było lustrem weneckim, służyło głównie do zastraszania przesłuchiwanych. Eve włączyła sprzęt nagrywający i wyrecytowała standardowe formułki.

– Panie Redford, w przesłuchaniu uczestniczyć może pański adwokat bądź pełnomocnik.

– Czyżby odczytywała pani przysługujące mi prawa, pani porucznik?

– Jeśli pan sobie tego życzy, chętnie to zrobię. Nie jest pan o nic oskarżony, ale ma pan prawo domagać się obecności adwokata przy oficjalnym przesłuchaniu. Czy chce pan go wezwać?

– Nie, nie chcę. – Strącił pyłek z rękawa. Na jego nadgarstku błysnęła złota bransoletka. – Pragnę służyć wam pomocą w śledztwie, co chyba udowodniłem, przychodząc tu dzisiaj.

– Chciałabym odtworzyć pańskie poprzednie zeznania, aby dać panu możliwość dodania, usunięcia lub zmiany jakiegokolwiek szczegółu. – Wsunęła oznakowany dysk do urządzenia. Redford wysłuchał nagrania, lekko zniecierpliwiony.

– Czy potwierdza pan swoje poprzednie zeznania?

– Tak, o ile pamiętam, wszystko się zgadza.

– Doskonale. – Eve wyjęła dysk i skrzyżowała ręce na piersi. – Ofiara była pańską kochanką.

– Zgadza się.

– Nie jedyną.

– Oczywiście. Od początku ustaliliśmy, że nie chcemy, by tak było.

– Czy w dniu zabójstwa przyjmował pan nielegalne substancje w towarzystwie ofiary?

– Nie.

– Czy kiedykolwiek przyjmował pan nielegalne substancje w towarzystwie ofiary?

Uśmiechnął się, a kiedy przechylił głowę na bok, Eve dostrzegła błysk złota, wplecionego w cienki kucyk opadający na plecy Redforda.

– Nie, nie podzielałem upodobania Pandory do nielegalnych środków odurzających.

– Czy zna pan kod dostępu do domu Pandory?

– Jej kod. – Zmarszczył brwi. – Być może. Prawdopodobnie. – Po raz pierwszy na jego twarzy pojawił się niepokój. Wręcz było widać, że producent zastanawia się, jakie konsekwencje może mieć udzielona przezeń odpowiedź. – Zdaje się, że kiedyś mi go dała, żebym mógł bez przeszkód wchodzić do jej mieszkania. – Znów opanowany, wyciągnął notebook i wpisał dane. – Tak, mam ten kod.

– Czy tej nocy, kiedy zginęła Pandora, skorzystał pan z tego kodu, by wejść do jej domu?

– Wpuścił mnie służący. Kod nie był więc potrzebny.

– Zwłaszcza przed zabójstwem. Czy wie pan, że za pomocą tej kombinacji można także włączać i wyłączać system monitoringowy?

Spojrzał na Eve podejrzliwie.

– Nie jestem pewien, czy panią rozumiem.

– Przy użyciu kodu, który, jak pan twierdzi, jest panu znany, można włączać i wyłączać kamerę filmującą wejście do budynku. Kamera ta po śmierci Pandory została na prawie godzinę wyłączona. W tym czasie, według pańskiego zeznania, przebywał pan w swoim klubie. Sam. Właśnie wtedy ktoś, kto znał ofiarę, kto był w posiadaniu jej kodu i wiedział, jak funkcjonuje system monitoringu, zablokował kamerę, wszedł do domu i, jak się zdaje, coś stamtąd zabrał.

– Nie miałbym powodu, by robić coś takiego. Byłem w klubie, pani porucznik. Można to sprawdzić. Wchodząc i wychodząc, wprowadziłem swój kod dostępu.

– Członek klubu może to zrobić, nie wchodząc do środka. – Z przyjemnością patrzyła, jak twarz Redforda pochmurnieje. – Widział pan ozdobną, prawdopodobnie chińską szkatułkę, z której ofiara wyjmowała nieznaną panu substancję. W swoim zeznaniu twierdzi pan, że Pandora schowała ową szkatułkę do szuflady toaletki. My jednak jej tam nie znaleźliśmy. Czy jest pan pewien, że ta szkatułka istniała naprawdę?

W jego oczach był lodowaty chłód, ale pod nim kryło się coś jeszcze. Nie strach, na to jeszcze za wcześnie. Ale bez wątpienia nieufność i niepokój.

– Czy jest pan pewien, że opisywana przez pana szkatułka istniała naprawdę?

– Widziałem ją.

– A klucz?

– Klucz? – Sięgnął po dzbanek z wodą. Ręka mu co prawda nie drżała, ale umysł bez wątpienia pracował na zwiększonych obrotach. – Nosiła go na szyi, na złotym łańcuszku.

– Przy ofierze nie znaleziono żadnego łańcuszka ani klucza.

– Oznacza to, że zabrał go morderca, prawda, pani porucznik?

– Czy nosiła ten klucz na wierzchu?

– Nie, ona… – Urwał w pół zdania. – A to mnie pani podeszła, pani porucznik. Z tego, co wiem, nosiła go pod ubraniem. Ale, jak już nieraz mówiłem, nie ja jeden miałem okazję widzieć Pandorę w stroju Ewy.

– Za co pan jej płacił?

– Słucham?

– W ciągu ostatnich osiemnastu miesięcy przelał pan na konta ofiary ponad trzysta tysięcy dolarów. Dlaczego?

W jego oczach po raz pierwszy pojawił się strach.

– Chyba to moja sprawa, co robię ze swoimi pieniędzmi.

– Nieprawda. Nie kiedy chodzi o morderstwo. Czy Pandora pana szantażowała?

– To absurd.

– Moim zdaniem, miałoby to sens. Pandora wiedziała coś, co w razie ujawnienia mogłoby panu zaszkodzić. Sprawiało jej to dużą przyjemność. Co pewien czas wyciągała od pana jakieś drobne, a niekiedy nieco większe kwoty. Z tego, co wiem, Pandora za wszelką cenę dążyła do podporządkowania sobie innych. Każdemu w końcu zaczęłaby działać na nerwy. Ktoś, komu szczególnie zalazła za skórę, mógł w przypływie gniewu dojść do wniosku, że istnieje tylko jeden sposób, by się od niej uwolnić. Tak naprawdę nie chodziło o pieniądze, prawda, panie Redford? Chodziło o władzę, o panowanie nad sytuacją i o to, jak Pandora okazywała panu swoją wyższość.

Jego oddech stał się głębszy, ale twarz wciąż wydawała się kamienna.

– Powiedziałbym, że Pandora była zdolna do szantażu. Na mnie jednak nic nie miała, zresztą ja nie toleruję gróźb.

– W jaki sposób pan na nie reaguje?

– Człowiek na moim stanowisku może sobie pozwolić na to, by je ignorować. W tej branży sukces jest ważniejszy od plotek.

– No to za co płacił pan Pandorze? Za seks?

– Pani mnie obraża.

– Nie, człowiek na pańskim stanowisku nie musi płacić za seks. Z drugiej strony, mogłoby to dodać schadzkom pewnej pikanterii. Czy był pan kiedykolwiek w klubie Down and Dirty na East Endzie?

– Nie bywam na East Endzie, a już z całą pewnością nie mam w zwyczaju chodzić do podrzędnych nocnych klubów.

– Czyli jednak wie pan, o który klub chodzi. Czy był pan tam z Pandorą?

– Nie.

– Sam?

– Przecież powiedziałem, że nigdy tam nie byłem.

– Co pan robił dziesiątego czerwca około drugiej nad ranem?

– Cóż to za pytanie?

– Czy może pan udowodnić, gdzie pan wtedy przebywał?

– Nie wiem. Nie muszę odpowiadać na to pytanie.

– Czy płacił pan Pandorze za to, że pomagała panu w interesach?

– Tak, nie. – Zacisnął pięści pod stołem.

– Chciałbym się skonsultować z adwokatem.

– Oczywiście. Przerywamy przesłuchanie, by świadek mógł zgodnie z przysługującym mu prawem skontaktować się z adwokatem. Koniec.

– Uśmiechnęła się. – Lepiej niech pan powie swoim prawnikom wszystko, co pan wie. Niech pan to powie komukolwiek. A jeśli ta sprawa nie dotyczy tylko pana, radzę, by poważnie zastanowił się pan nad zmianą frontu. – Odsunęła się od stołu. – Automat jest na zewnątrz.

– Wolę skorzystać z mojego osobistego łącza

– powiedział zimno. – Czy jest tu jakiś pokój, w którym mógłbym na osobności porozmawiać z moim prawnikiem?

– Oczywiście. Proszę za mną.

Eve nadal udawało się unikać rozmowy z Whitneyem dzięki temu, że wciąż trzymała się z dala od swojej klitki. Wysłała tylko szefowi najświeższe informacje o postępach w śledztwie, a następnie zabrała Peabody i razem skierowały się do wyjścia.

– Napędziłaś Redfordowi niezłego stracha. Aż portkami trząsł.

– O to chodziło.

– Najlepsze było to, jak go podchodziłaś. Najpierw wszystko niby normalnie, gadka szmatka, po czym nagle bum. Znokautowałaś go, wspominając o tym klubie.

– Podniesie się. Mam jeszcze w zanadrzu wpłatę, jakiej dokonał na konto Fitzgerald, ale następnym razem będzie lepiej przygotowany. Jego adwokaci się o to postarają.

– Tak, a poza tym nie będzie już cię lekceważył. Myślisz, że on to zrobił?

– To możliwe. Nienawidził jej. Jeśli powiążemy go jakoś z handlem narkotykami… zobaczymy. -Tyle wątków do sprawdzenia, pomyślała Eve, a czasu coraz mniej; wstępne przesłuchanie Mavis przed sądem zbliżało się wielkimi krokami. Jeśli w ciągu najbliższych kilku dni nie uda się zdobyć przekonujących dowodów… – Oicę, żeby ta nieznana substancja została zidentyfikowana. Chcę wiedzieć, skąd pochodzi. Kiedy znajdziemy producenta, pójdziemy jego śladem.

– Czy wtedy włączysz do sprawy Casto? Pytam i zawodowej ciekawości.

– Ma dobrych informatorów. Podzielę się z nim, kiedy będzie czym się dzielić. – Zabrzęczało łącze. Eve się skrzywiła. – Cholera, cholera, cholera. To na pewno Whitney. Czuję to. – Przybrała spokojny wyraz twarzy i odebrała. – Dallas.

– Co ty robisz, do diabła?

– Melduję, że sprawdzam pewien trop. Jestem w drodze do laboratorium.

– Kazałem ci się stawić w moim gabinecie o dziewiątej zero zero.

– Przykro mi, panie komendancie, nie przekazano mi tej wiadomości, a dzisiaj jeszcze nie zaglądałam do swojego biura. Jeśli dotarł do pana mój raport, to wie pan, że cały poranek spędziłam w pokoju przesłuchań. Świadek obecnie rozmawia z adwokatem. Jestem przekonana, że…

– Przestań kręcić. Przed kilkoma minutami rozmawiałem z doktor Mirą.

Przeniknął ją dojmujący chłód.

– Tak jest.

– Muszę przyznać, że mnie rozczarowałaś – mówił powoli, wbijając w nią wzrok. – Jak mogłaś sugerować, abyśmy tracili nasz cenny czas na taką sprawę? Nie mamy zamiaru wszczynać oficjalnego śledztwa; nie będziemy też prowadzić nieoficjalnego dochodzenia. Sprawa jest zamknięta i tak już pozostanie. Czy wyrażam się jasno?

W jednej chwili spłynęły na nią ulga, poczucie winy i wdzięczność.

– Tak jest, ja… Tak. Rozumiem.

– Doskonale. Ostatnio ktoś z naszego wydziału przekazał mediom, a dokładnie Kanałowi 75, pewne informacje związane z prowadzoną przez ciebie sprawą. Przysporzyło nam to sporych kłopotów.

– Och. -Teraz uważaj, co mówisz, powiedziała sobie w duchu. Myśl o Mavis. – Nie wątpię.

– Wiesz, co wewnętrzne przepisy mówią na temat nieautoryzowanych przecieków do mediów.

– Tak jest.

– Co słychać u pani Furst?

– W telewizji wyglądała całkiem dobrze, panie komendancie.

Zmarszczył groźnie brwi, ale w jego oczach pojawiły się wesołe błyski.

– Miej się na baczności, Dallas. Aha, jeszcze jedno. Chcę cię widzieć w moim gabinecie o osiemnastej zero zero. Mamy konferencję prasową, do diabła.

– Doskonały unik – pogratulowała Peabody.

– 1 wszystko było prawdą, oprócz tego, że wybieramy się do laboratorium.

– Nie powiedziałam, do którego.

– O co mu chodziło z tą sprawą, którą nie chciał się zająć? Wydawał się nieźle wkurzony. Prowadzisz jakieś inne śledztwo? Czy ma związek z zabójstwem Pandory?

– Nie, to stara sprawa. Stara i zamknięta.

– Szczęśliwa, że już po wszystkim, Eve skierowała wóz w stronę bramy centrum badawczego Futures Laboratories and Research, podlegającego Roarke Industries. – Porucznik Dallas, policja nowojorska

– powiedziała do skanera.

– Witamy panią, pani porucznik. Proszę zostawić samochód na niebieskim parkingu; stamtąd transporter C zabierze panią do kompleksu wschodniego, do szóstego sektora, na pierwszy poziom. Tam ktoś będzie na panią czekał.

Tym kimś okazał się android laboratoryjny, atrakcyjna brunetka o śnieżnobiałej skórze i niebieskich oczach, z odznaką, na której widniało imię Anna-6. Jej głos był melodyjny jak kościelne dzwony.

– Dzień dobry, pani porucznik. Mam nadzieję, że nie miała pani kłopotów z odnalezieniem nas.

– Nie, trafiłyśmy tu od razu.

– Cieszę się. Doktor Engrave czeka na panią w solarium. Jest tam bardzo przyjemnie. Proszę za mną.

– To android – szepnęła Peabody do Eve. Anna-

– 6 obejrzała się i na jej ustach pojawił się piękny uśmiech.

– Jestem nowym, eksperymentalnym modelem. Obecnie istnieje nas tylko dziesięć, wszystkie pracujemy tu, w tym kompleksie. Mamy nadzieję trafić na rynek w ciągu najbliższych sześciu miesięcy. Skonstruowanie nas wymagało długotrwałych, żmudnych badań i niestety nasz koszt wciąż przewyższa możliwości przeciętnego odbiorcy. Liczymy na zainteresowanie ze strony większych przedsiębiorstw, do czasu aż zaczniemy być produkowane seryjnie.

Eve przekrzywiła głowę na bok.

– Czy Roarke cię widział?

– Oczywiście. Roarke ocenia wszystkie nowe produkty. Brał aktywny udział w fazie projektowania.

– Nie wątpię.

– Proszę tędy – ciągnęła Anna-6, skręcając w długi korytarz o łukowym sklepieniu i ścianach w kolorze szpitalnej bieli. – Doktor Engrave uznała dostarczoną przez panią próbkę za wysoce interesującą. Jestem pewna, że jej pomoc bardzo się pani przyda. – Przystanęła przed miniekranem i wpisała kod. -Anna-6 – powiedziała. -Towarzyszą mi porucznik Dallas i jej asystentka.

Płytki rozsunęły się, ukazując wielkie pomieszczenie wypełnione roślinami i zalane sztucznym, ale pięknym światłem słonecznym. Słychać było cichy szum wody i brzęczenie rozleniwionych pszczół.

– Zostawię tu panie i wrócę, gdy będziecie chciały wyjść. Jeśli czegokolwiek sobie zażyczycie, należy o to po prostu poprosić. Doktor Engrave często zapomina poczęstować swoich gości.

– Idź, pouśmiechaj się gdzie indziej, Anno. – Rozdrażniony głos zdawał się dochodzić z kępy paproci. Anna-6 uśmiechnęła się tylko, zrobiła krok do tyłu i ściana zasunęła się ponownie. – Wiem, że androidy są przydatne, ale cholernie mnie denerwują. Tu jestem, w tawule.

Eve nieufnie podeszła do krzewu i rozchyliła gałęzie. Na czarnej, żyznej ziemi klęczała kobieta. Siwiejące włosy miała niedbale związane, a dłonie czerwone i brudne. Patrząc na kombinezon kobiety, trudno było uwierzyć, że pod pokrywającą go warstwą brudu kryje się czysta biel. Kiedy nieznajoma podniosła głowę, okazało się, że wąska twarz jest równie brudna jak ubranie.

– Oglądam moje dżdżownice. Sprawdzam, jak przyjmuje się nowy gatunek. – Podniosła wijącą się grudkę ziemi.

– To miło – stwierdziła Eve i odetchnęła z ulgą, gdy Engrave zagrzebała w ziemi ruchliwą bryłkę.

– Więc to ty jesteś gliną Roarke'a. Zawsze myślałam, że wybierze sobie jedną z tych laleczek czystej krwi, z cienkimi szyjami i wielkimi cycami. – Wydawszy wargi, zmierzyła Eve spojrzeniem. -Całe szczęście, że się myliłam. Problem polega na tym, że tamtym rasowym paniusiom ciągle trzeba dogadzać. Nie ma to jak dobry mieszaniec.

Doktor Engrave wytarła brudne ręce w brudne spodnie. Kiedy wstała, okazało się, że ma około półtora metra wzrostu.

– Grzebanie się w dżdżownicach to doskonała terapia. Ludzie powinni tego spróbować, może wtedy nie potrzebowaliby narkotyków.

– A propos narkotyków…

– Tak, tak, mam to tutaj. – Ruszyła przed siebie marszowym krokiem, po czym zaczęła zwalniać, krążąc wokół roślin. – Tej trzeba by trochę przyciąć gałęzie. Więcej azotu. Za mało podlewana. Silne korzenie. – Zatrzymała się wśród spiczastych liści, długich pędów, wielkich kwiatów. – Doszło do tego, że płacą mi za utrzymywanie ogrodu.

To przyjemna praca, choć ciężko ją dostać. Wie pani, co to jest?

Eve spojrzała na purpurowy kwiat w kształcie trąbki. Od razu go rozpoznała, ale zwęszyła w pytaniu doktor Engrave pułapkę.

– Kwiat.

– Petunia. Ha. Ludzie zapomnieli o tradycyjnym pięknie. – Podeszła do zlewu i umyła ręce, pozostawiając brud tkwiący pod krótkimi poszarpanymi paznokciami. – W dzisiejszych czasach wszyscy chcą egzotyki. Wszystko musi być większe, lepsze, inne. Grządka petunii daje dużo przyjemności, nie wymagając przy tym wiele wysiłku. Sadzi się je, nie oczekując, że staną się czymś, czym nie są, i czerpie się z tego radość. To najzwyklejsze w świecie kwiaty; nie usychają, jeśli spojrzy się na nie spode łba. Grządka petunii to jest coś. No dobrze.

Wspięła się na taboret ustawiony przy stole, gdzie znajdowały się narzędzia, naczynia, papiery, autokucharz, w którym migało światełko wskazujące, że jest pusty, oraz nowoczesny komputer.

– Przysłała mi tu pani niezwykle interesującą substancję. Nawiasem mówiąc, ten Irlandczyk, co mi ją przyniósł, od razu rozpoznał petunie.

– Feeney posiada wiele niezwykłych zdolności.

– Dałam mu ładne bratki dla żony. – Engrave włączyła komputer. – Zrobiłam już analizę próbki, którą przyniósł Roarke. Namówił mnie, żebym załatwiła to jak najszybciej. Też Irlandczyk. Boże, to kochani ludzie. Dobrze, wróćmy do tej próbki. Kiedy mam do czynienia z czymś takim, staram się prowadzić jak najdokładniejsze badania, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości. Dzięki drugiej próbce zyskałam więcej materiału do analizy.

– Czyli ma już pani wyniki…

– Nie poganiaj mnie, mała. Ulegam tylko przystojnym Irlandczykom. A poza tym nie lubię pracować dla policji. – Engrave uśmiechnęła się szeroko.

– Nie doceniają nauki. Założę się, że nawet nie znasz tabeli okresowej pierwiastków, co?

– Pani doktor, proszę… – Na szczęście, akurat w tej chwili na ekranie pojawił się wzór chemiczny.

– Czy ten komputer jest zabezpieczony?

– Tak, bez kodu nie można się do niego dostać. Roarke powiedział, że zastosowano w nim najnowocześniejsze zabezpieczenia. Przerzuciłam się na komputery, zanim ty przyszłaś na świat. – Odsunęła Eve brudną dłonią i wskazała drugi ekran. – Nie będę tracić czasu na gadanie o podstawowych pierwiastkach. Każde dziecko potrafiłoby je rozpoznać, więc pewnie i tobie się to udało.

– Chodzi o jedyny nieznany…

– Wiem, o co chodzi. Oto, na czym polega problem. – Zaznaczyła kilka czynników. – Nie zidentyfikowaliście tej substancji na podstawie wzoru, bo jest on zaszyfrowany. Bez klucza to zwyczajny bełkot. To, o co wam chodzi, mam tutaj. – Wyciągnęła małe szkiełko z wysypanym proszkiem. – Nawet wasze najlepsze laboratoria miałyby trudności z oczyszczeniem tego związku. Wygląda jak jedna substancja, pachnie jak inna. A kiedy wszystkie składniki zmiesza się ze sobą, reakcja powoduje zmianę właściwości. Wiecie cokolwiek o chemii?

– A to konieczne?

– Gdyby więcej ludzi rozumiało…

– Doktor Engrave, my usiłujemy zrozumieć motywy, jakimi kierował się morderca. Proszę powiedzieć mi, co to za substancja, a potem przejdziemy do kolejnych pytań.

– Ludzie w dzisiejszych czasach są tacy niecierpliwi – mruknęła Engrave, po czym wyjęła małe na-kryte naczynie. W środku znajdowało się kilka kropel gęstej białej cieczy. – Skoro was to nie obchodzi, nie powiem, co zrobiłam. Powiedzmy, że prze^ prowadziłam kilka testów, opierając się na podstawowej znajomości chemii, po czym wyizolowałam ten wasz nieznany związek.

– Czy to on właśnie znajduje się w tym naczyniu?

– W postaci ciekłej, tak. Założę się, że wasz specjalista powiedział, że to jakaś Waleriana, z południowego zachodu Stanów Zjednoczonych.

Eve przeniosła na nią wzrok.

– No i?

– Wie, że dzwonią, ale nie wie, w którym kościele. To roślina, owszem, a waleriany użyto do zaszczepienia próbki w nowych warunkach. Jest to nektar, substancja, która nęci ptaki, pszczoły i wokół której kręci się świat. Nektar ten nie pochodzi z żadnej z tutejszych roślin.

– Tutejszych, to znaczy rosnących na obszarze Stanów Zjednoczonych?

– Tutejszych, czyli rosnących na całej Ziemi. Koniec, kropka. – Podniosła z ziemi roślinę w doniczce i postawiła ją z hukiem. -To właśnie wasze cudeńko.

– Jakie ładne – powiedziała Peabody, nachylając się nad bujnymi kwiatami o pofałdowanych płatkach, w kolorach od bieli po purpurę. Powąchała je, zamknęła oczy, po czym ponownie wciągnęła w nozdrza niezwykłą woń. – Boże, to cudowne. Zupełnie jak… – Zakręciło jej się w głowie. -Ależ to mocne.

– Żebyś wiedziała, że mocne. No już, wystarczy, bo będziesz nabuzowana przez godzinę. – Doktor Engrave odsunęła roślinę.

– Peabody? – Eve wzięła ją za rękę i potrząsnęła nią. – Ocknij się.

– Zupełnie jakby wychylić jednym haustem kieliszek szampana. – Dziewczyna przycisnęła dłoń do skroni. – Cudowne uczucie.

– To eksperymentalna hybryda – wyjaśniła En-grave. – Kryptonim Kwiat Nieśmiertelności. Ten egzemplarz ma czternaście miesięcy i ani na chwilę nie przestał kwitnąć. Hoduje się je w kolonii Eden.

– Usiądź, Peabody. Czyli substancją, która nas interesuje, jest nektar tej rośliny?

– Sam nektar jest silny i wywołuje u pszczół reakcję podobną do upojenia alkoholowego. Tak samo działają na nie przejrzałe owoce, na przykład strącone z krzaków brzoskwinie o dużej zawartości soku. Gdy nektar przyjmowany jest w zbyt dużych dawkach, pszczoły uzależniają się od niego.

– Pszczoły-ćpunki?

– Można to tak nazwać. Krótko mówiąc, nie mają ochoty zapylać innych kwiatuszków, bo ten za bardzo je pociąga. Wasze laboratorium nie potrafiło zidentyfikować nektaru, ponieważ hybryda, od której pochodzi, figuruje na liście zastrzeżonych upraw kolonii rolniczych i podlega jurysdykcji Galaktycznego Urzędu Ceł. Kolonia stara się o zmianę tej sytuacji, gdyż uruchomienie oficjalnego eksportu przyniosłoby wielkie zyski.

– Czyli bez zezwolenia nie wolno hodować Kwiatu Nieśmiertelności?

– Dotąd tak. Stosuje się go w medycynie, a także w kosmetyce. Nektar nadaje skórze połysk, elastyczność i odmłodzony wygląd.

– Ale to trucizna. Długotrwałe stosowanie wyniszcza układ nerwowy. Potwierdziło to nasze laboratorium.

– Podobnie jak arszenik, który dawniej łykały damy z towarzystwa, pragnące, by ich skóra była bielsza i czystsza. Dla niektórych ludzi nie ma nic ważniejszego niż uroda i młodość. – Doktor Engrave wzruszyła kościstymi ramionami. – W połączeniu z innymi składnikami zawartymi w tej substancji nektar jest środkiem aktywizującym. W wyniku reakcji powstaje mocno uzależniający narkotyk, powodujący zwiększenie żywotności, wzmożenie popędu seksualnego oraz wrażenie powrotu utraconej młodości. A ponieważ hybrydy, z których czerpie się nektar, rozmnażają się jak króliki, po zniesieniu kontroli substancja ta mogłaby być produkowana tanio i w dużych ilościach.

– Czy rozmnażałaby się w ziemskich warunkach?

– Oczywiście. Kolonia Eden produkuje rośliny przeznaczone do uprawy na Ziemi.

– Czyli wystarczy zdobyć kilka okazów tej rośliny – myślała Eve na głos – plus inne niezbędne związki chemiczne. No i założyć laboratorium.

– I mamy nielegalną substancję dla masowego odbiorcy. Płacisz – ciągnęła doktor Engrave z kwaśnym uśmiechem – i zyskujesz siły, piękność, stajesz się młoda i seksowna. Ten, kto wymyślił ten środek, zna się na chemii i ludzkiej naturze, wie, jakie zyski przynieść może marzenie o piękności.

– Zabójcza piękność.

– Owszem, po czterech-sześciu latach regularnego stosowania człowiek idzie do piachu. Jego układ nerwowy po prostu wysiada. Ale do tego czasu świetnie się bawi, a do kieszeni producenta płyną wielkie pieniądze.

– Skąd pani wie tak wiele o tym, jak mu tam, Kwiecie Nieśmiertelności, skoro uprawia się go tylko na terenie kolonii Eden?

– Bo jestem najlepsza w swojej dziedzinie, nie obijam się, a poza tym moja córka jest szefową pszczelarzy pracujących na Edenie. Oficjalne laboratorium, takie jak to, albo jakiś ekspert w dziedzinie ogrodnictwa może, przy pewnych ograniczeniach, sprowadzić egzemplarz tej rośliny do własnego użytku.

– Czy to znaczy, że one już są na Ziemi?

– Głównie imitacje, nieszkodliwe kopie, ale też parę autentyków. Oczywiście są pod ścisłą kontrolą; mogą być przechowywane tylko w zamkniętym pomieszczeniu, a ich stosowanie jest ściśle ograniczone. No, a teraz muszę wziąć się do sadzenia róż. Możesz zanieść ten raport i dwie próbki swoim geniuszom z komendy głównej. Nawet jeśli uda im się na tej podstawie dojść do właściwych wniosków, i tak zasłużyli na porcję batów.

– Dobrze się czujesz, Peabody? – Otwierając drzwi, Eve mocno trzymała swoją asystentkę za ramię.

– Tak, tylko jestem totalnie wyluzowana.

– Zbyt wyluzowana, żeby siadać za kółkiem – uznała Eve. – Chciałam, żebyś podrzuciła mnie do kwiaciarni. Dobrze, zastosujemy plan B: zjesz coś, żeby zneutralizować efekty wąchania kwiatków, a potem zawieziesz próbki i raport doktor Engrave do laboratorium.

– Dallas. – Głowa Peabody osunęła się na oparcie. – Czuję się naprawdę cudownie. Eve spojrzała na nią nieufnie.

– Nie będziesz mnie chyba całować? Peabody popatrzyła kątem oka na Eve.

– Nie jesteś w moim typie. Poza tym, nie mam szczególnej ochoty na seks. Po prostu jest mi dobrze. Jeśli tak właśnie działa ten środek, ludzie zwariują na jego punkcie.

– Tak. Ktoś zwariował już na tyle, by zabić troje ludzi.

Eve wpadła do kwiaciarni. Miała najwyżej dwadzieścia minut, jeśli chciała jeszcze dopaść pozostałych podejrzanych, pomęczyć ich, wrócić do komendy, sporządzić raport i zdążyć na konferencję prasową.

Zauważyła Roarke'a przy niskich, kwitnących drzewkach.

– Konsultant czeka.

– Przepraszam. – Ciekawiło ją, po co komukolwiek drzewka wysokości kilkunastu centymetrów. Patrząc na nie, czuła się jak wybryk natury. – Mam masę roboty.

– Sam dopiero co tu wszedłem. Czy rozmowa z doktor Engrave coś ci dała?

– Jeszcze jak. Ta kobieta jest niesamowita. – Weszła za nim pod pnące się po kracie wonne pędy. – Miałam okazję napatrzeć się na Annę-6.

– Ach, model Anna. To będzie hit.

– Zwłaszcza wśród nastoletnich chłopców. Roarke roześmiał się i puścił ją przodem.

– Mark, to moja narzeczona, Eve Dallas.

– Ach, tak. -Wyglądał jak dobrotliwy wujaszek, ale uścisk dłoni miał iście żelazny. – Zobaczymy, co się da zrobić. Ślub to nie jest prosta sprawa, a nie daliście mi zbyt wiele czasu.

– Miałam ten sam problem – mruknęła Eve. Mark parsknął śmiechem i pogładził swoją srebrzystą czuprynę.

– Usiądźcie, rozluźnijcie się, napijcie herbaty. Mam wam mnóstwo do pokazania.

Eve uznała, że w gruncie rzeczy nie ma nic przeciw temu. Lubiła kwiaty; nie wiedziała tylko, że jest ich tak cholernie dużo. Po pięciu minutach zaczęło jej się kręcić w głowie od tych wszystkich orchidei, lilii, róż i gardenii.

– Coś prostego – postanowił Roarke. -Tradycyjnego. Żadnych imitacji.

– Ależ oczywiście. Oto kilka hologramów, które mogą wam podsunąć parę pomysłów. Ślub ma się odbyć pod gołym niebem, więc sugeruję tuje i wistarie. Bardzo tradycyjne, o pięknym, staroświeckim zapachu.

Eve patrzyła na hologramy, usiłując wyobrazić sobie swój ślub z Roarkiem w cieniu tui. Poczuła dziwny ucisk w żołądku.

– Może petunie?

Mark zamrugał oczami w zdziwieniu.

– Petunie?

– Podobają mi się. To takie zwyczajne kwiaty i nie udają czegoś, czym nie są.

– Tak, oczywiście. Bardzo urocze. Może w połączeniu z liliami. Co się tyczy koloru…

– Można u pana kupić Kwiat Nieśmiertelności? – spytała nagle.

– Nieśmiertelniki. – Oczy Marka rozbłysły. – To prawdziwy rarytas. Trudno je sprowadzić, ale są bardzo wytrzymałe i doskonale wyglądają w koszykach. Mam kilka imitacji.

– Nie chcemy żadnych imitacji – przypomniała mu Eve.

– Niestety, można je eksportować tylko w niewielkich ilościach, a do ich nabywania są uprawnieni wyłącznie kwiaciarze i ogrodnicy posiadający specjalne zezwolenia. Przechowywać je wolno jedynie w zamkniętym pomieszczeniu. A pani ślub ma się odbyć pod gołym niebem…

– Dużo ich pan sprzedaje?

– Nie, skąd. Kupują je tylko inni uprawnieni do tego eksperci w dziedzinie ogrodnictwa. Mam jednak coś, co jest równie piękne…

– Posiada pan dokumenty sprzedaży? Czy może pan zdobyć listę nabywców? Jest pan w sieci światowych dostawców, prawda?

– Naturalnie, ale…

– Muszę wiedzieć, kto w przeciągu ostatnich dwóch lat zamawiał nieśmiertelniki.

Mark posiał Roarke'owi zdumione spojrzenie.

– Moja narzeczona jest zapaloną ogrodniczką.

– Ach, tak. To może chwilę potrwać. Rozumiem, że chce pani nazwiska wszystkich nabywców.

– Wszystkich, którzy w przeciągu ostatnich dwóch lat zamawiali nieśmiertelniki z kolonii Eden. Może pan zacząć od mieszkańców Stanów Zjednoczonych.

– Proszę chwilę zaczekać. Zobaczę, co się da zrobić.

– Pomysł z tujami wydaje mi się niezły – oznajmiła Eve, zrywając się z miejsca, gdy Mark zniknął za drzwiami. – A ty co o tym sądzisz?

Roarke wstał i położył dłonie na jej ramionach.

– Może chcesz, żebym to ja zajął się dobraniem kwiatów? Zrobię ci niespodziankę.

– Będę twoją dłużniczką.

– Owszem. W piątek wybieramy się na pokaz Leonarda. Jeśli o tym nie zapomnisz, zaczniesz spłacać swój dług.

– Pamiętam o tym.

– I pamiętaj, że obiecałaś wziąć trzytygodniowy urlop na naszą podróż poślubną.

– Zdawało mi się, że była mowa o dwóch tygodniach.

– Zgadza się. Ale teraz jesteś moją dłużniczką. Może mi powiesz, skąd wzięła się ta twoja nagła fascynacja kwiatem z kolonii Eden? Czyżbyś odnalazła tę swoją nieznaną substancję?

– To nektar tej rośliny. Teraz łatwiej będzie powiązać ze sobą te trzy zabójstwa.

– Mam nadzieję, że o to pani chodziło. – Mark przyniósł zadrukowaną kartkę papieru. – Nie było bukietu.

Roarke odprowadził Eve wzrokiem.

– Znam jej gust – powiedział. – Czasem lepiej niż ona sama.

15

– Cieszę się, że znów pana widzę, panie Red-ford.

– Te wezwania stają się nieprzyjemnym zwyczajem. – Producent zajął miejsce przy stole w pokoju przesłuchań. – Za kilka godzin muszę być w Nowym Los Angeles. Mam nadzieję, że nie zabierze mi pani wiele czasu.

– Zawsze skrupulatnie sprawdzam swoje informacje. Nie chcę, by cokolwiek mi umknęło.

Spojrzała w kąt pokoju, gdzie stała Peabody, ubrana w oficjalny mundur. Każdy ruch Eve miał być obserwowany przez Whitneya i prokuratora, stojących po drugiej stronie lustra weneckiego. Albo załatwi tę sprawę tu i teraz, albo sama zostanie załatwiona.

Usiadła przy stole i skinęła głową do hologramu adwokata Redforda. Najwyraźniej sytuacja nie wydawała mu się dość poważna, by osobiście stawić się na przesłuchaniu.

– Czy ma pan przed sobą zeznanie pańskiego klienta?

– Tak. – Stalowooki mężczyzna na ekranie złożył swoje wypielęgnowane dłonie. – Mój klient w pełni współpracował z panią i pani wydziałem. Wyraziliśmy zgodę na to przesłuchanie tylko dlatego, że chcemy wreszcie zamknąć sprawę.

Wyraziliście zgodę, bo nie mieliście innego wyboru, pomyślała Eve, ale jej twarz nie wyrażała żadnych uczuć.

– Doceniamy pańską gotowość współpracy, panie Redford. Powiedział pan, że znał Pandorę i pozostawał z nią w intymnym związku.

– Zgadza się.

– Czy prowadził pan też z nią interesy?

– Wyprodukowałem dwa filmy wideo, w których grała Pandora. W planach był kolejny.

– Czy te produkcje odniosły sukces?

– Średni.

– A czy oprócz wspomnianych filmów prowadził pan z ofiarą jakiekolwiek inne interesy?

– Żadnych. – Na jego ustach pojawił się słaby uśmiech. – Nie licząc drobnej inwestycji o charakterze spekulacyjnym.

– To znaczy?

– Pandora postanowiła przygotować własną kolekcję kosmetyków i ubrań. Oczywiście potrzebne jej było wsparcie finansowe, a mnie jej pomysł zaintry- j gował na tyle, by zainwestować w to przedsięwzięcie.

– Dał jej pan jakieś pieniądze?

– Tak. W przeciągu ostatniego półtora roku zainwestowałem nieco ponad trzysta tysięcy.

No proszę, jednak znalazłeś jakieś wytłumaczenie, pomyślała Eve i odchyliła się do tyłu.

– Co się obecnie dzieje z kolekcją, którą według pana ofiara zamierzała wprowadzić na rynek?

– Nic. – Podniósł i opuścił ręce. – Zostałem wykiwany. Dopiero po śmierci Pandory dowiedziałem się, że nie istniała żadna kolekcja, nie było żadnych sponsorów prócz mnie ani żadnych projektów.

– Rozumiem. Panie Redford, jest pan uznanym producentem, człowiekiem, który na co dzień ma do czynienia z wielkimi sumami pieniędzy. Musiał pan poprosić Pandorę o biznesplan, statystyki, listę wydatków, prognozy przewidywanych zysków. Może nawet o próbki produktów.

– Nie. – Zacisnął usta i wbił wzrok w dłonie. – Nie zrobiłem tego.

– Mam uwierzyć, że po prostu dał jej pan pieniądze na uruchomienie przedsięwzięcia, o którym nie było żadnych wiarygodnych informacji?

– To rzeczywiście przynosi mi wstyd. – Podniósł głowę. – Mam ustaloną markę w swojej branży i jeśli ta informacja ujrzy światło dzienne, moja opinia zostanie poważnie nadszarpnięta.

– Pani porucznik – wtrącił się adwokat. – Reputacja jest dla mojego klienta niezwykle ważna. Jeśli ujawnione tu informacje wydostaną się poza te mury, będzie miało to dla niego wysoce niepożądane konsekwencje. Mogę załatwić nakaz utajnienia tej części zeznania i z pewnością to zrobię.

– Proszę bardzo. To naprawdę niezwykła historia, panie Redford. Może więc powie mi pan, jak to możliwe, by człowiek o takiej reputacji jak pańska, człowiek, który zgromadził tak wielki majątek, włożył trzysta tysięcy dolarów w nieistniejącą inwestycję?

– Pandora była piękną kobietą i miała wielki dar przekonywania. Była też niezwykle przebiegła. Na wszelkie moje pytania o biznesplany i statystyki udzielała wymijających odpowiedzi. Mimo to płaciłem dalej, bo uważałem ją za eksperta w tej branży.

– I dopiero po jej śmierci dowiedział się pan, że go oszukiwała.

– Zapytałem o nią paru ludzi, skontaktowałem się z jej agentem i adwokatem. – Wydął policzki i prawie udało mu się przybrać wygląd niewiniątka. – Nikt nic nie wiedział o żadnej kolekcji.

– Kiedy zdołał pan to zrobić? Zawahał się na ułamek sekundy.

– Dzisiaj po południu.

– Po naszej poprzedniej rozmowie? W czasie której zapytałam pana o przelewy na konto Pandory?

– Zgadza się. Przed udzieleniem odpowiedzi na dalsze pani pytania chciałem się upewnić, że nie zaszło jakieś nieporozumienie. Zgodnie z radą adwokata skontaktowałem się z byłymi współpracownikami Pandory i dowiedziałem się, że zostałem oszukany.

– Widzę, że nie tracił pan czasu. Czy ma pan jakieś hobby, panie Redford?

– Hobby?

– Człowiek piastujący tak odpowiedzialne stanowisko, żyjący w ciągłym stresie, musi od czasu do czasu jakoś się relaksować. Zbierać znaczki, bawić się komputerem albo pracować w ogródku.

– Pani porucznik – odezwał się adwokat znużonym głosem. – Jaki to ma związek ze sprawą?

– Interesuje mnie to, jak pański klient spędza wolny czas. Wiemy już, co robi w pracy. Może inwestycje spekulacyjne są dla pana czymś w rodzaju wentyla bezpieczeństwa?

– Nie. Pandora była moim pierwszym i ostatnim błędem. Nie mam czasu ani ochoty na hobby.

– Doskonale pana rozumiem. Dzisiaj ktoś mi powiedział, że więcej ludzi powinno hodować petunie. Osobiście nie wyobrażam sobie, jak można tracić czas na grzebaniu w ziemi i zajmowaniu się kwiatami. Nie żebym ich nie lubiła. Pan lubi kwiaty?

– Czasem się przydają. Dlatego właśnie zatrudniam ludzi, którzy ich doglądają.

– Przecież jest pan licencjonowanym ogrodnikiem.

– Ja…

– Złożył pan wniosek o licencję i otrzymał ją przed trzema miesiącami. Mniej więcej w tym samym czasie przesłał pan na konto Jerry Fitzgerald sto dwadzieścia pięć tysięcy dolarów. A dwa dni wcześniej zamówił pan w kolonii Eden Kwiat Nieśmiertelności.

– Zainteresowania mojego klienta nie mają związku z tą sprawą.

– Ależ mają, i to ścisły – odparowała szybko Eve – a to jest przesłuchanie, a nie proces. Nie należy wszędzie doszukiwać się logicznych związków. Po co był panu ten kwiat?

– Ja… to miał być prezent. Dla Pandory.

– Poświęcił pan mnóstwo czasu i pieniędzy, by uzyskać licencję, po czym zapłacił sporą sumę za sprowadzenie na Ziemię zakazanej rośliny, tylko po to, by podarować ją kobiecie, z którą pan od czasu do czasu sypiał? Kobiecie, która przez półtora roku wyciągnęła od pana ponad trzysta tysięcy dolarów?

– To była inwestycja. Tę roślinę kupiłem jako prezent.

– Gówno prawda. Panie mecenasie, wszelkie obiekcje proszę zachować dla siebie. Gdzie znajduje się teraz ten kwiat?

– W Nowym Los Angeles.

– Sierżant Peabody, proszę wysłać kogoś, by to skonfiskował.

– Zaraz, zaraz! – Redford odsunął się z krzesłem od stołu. – To moja własność. Zapłaciłem za nią.

– W swojej licencji wpisał pan nieprawdziwe dane. Nielegalnie nabył pan Kwiat Nieśmiertelności. Zostanie on skonfiskowany, a pan odpowie przed sądem. Peabody?

– Tak jest. – Powstrzymując się od uśmiechu, asystentka wyjęła komunikator i wydała odpowiednie polecenia.

– To nic innego jak psychiczne nękanie mojego klienta. – Adwokat groźnie zmarszczył brwi. – A te oskarżenia są bezpodstawne.

– Och, dopiero się rozkręcam. Wiedział pan o Kwiecie Nieśmiertelności, o tym, że służy on do produkcji narkotyku, który miał przynieść Pandorze wielką fortunę? Czy próbowała pozbawić pana udziału w zyskach?

– Nie wiem, o czym pani mówi.

– A może poczęstowała pana tym narkotykiem i popadł pan w uzależnienie? A wtedy na przykład przestała go panu dostarczać, żądała, żeby pan błagał ją o kolejną dawkę. W końcu miał pan tego dosyć i postanowił ją zabić.

– Nigdy nie tknąłem czegoś takiego! – wybuchnął Redford.

– Ale wiedział pan o istnieniu tego narkotyku. Wiedział pan, że Pandora go ma. W każdej chwili mógł pan zdobyć jego większą ilość. Może po pewnym czasie to pan postanowił zerwać współpracę z Pandorą, by wciągnąć w swoje interesy Jeny? Kupił pan Kwiat Nieśmiertelności. Wkrótce dowiemy się, czy zlecił pan przeprowadzenie analizy interesującej nas substancji. Mając tę roślinę, mógł pan uruchomić produkcję na własną rękę. Pandora przestała być panu potrzebna. Poza tym nie mógł pan zmusić jej do posłuszeństwa, prawda? Chciała więcej pieniędzy, więcej narkotyku. Dowiedział się pan, że używanie Nieśmiertelności kończy się śmiercią, ale po co czekać aż pięć lat? Gdyby Pandora umarła już teraz, miałby pan wolną rękę.

– Nie zabiłem jej. Skończyłem z nią, nie miałem powodu jej zabijać.

– Tamtej nocy był pan u niej. Poszedł pan z nią do łóżka. Miała ten narkotyk. Czy chwaliła się nim przed panem? Zabił pan dwoje ludzi, by ochronić siebie i swoją inwestycję, ale na pańskiej drodze wciąż stała Pandora.

– Nikogo nie zabiłem.

Eve zaczekała spokojnie, aż Redford skończy krzyczeć, a jego adwokat przestanie wyrzucać z siebie groźby i słowa sprzeciwu.

– Czy tamtej nocy poszedł pan za nią do mieszkania Leonarda, czy też ją pan tam zawiózł?

– Nigdzie nie poszedłem. Nawet palcem jej nie tknąłem. Gdybym chciał ją zabić, zrobiłbym to w jej domu, kiedy zaczęła mi grozić.

– Paul…

– Zamknij się, zamknij się – warknął Redford na swojego adwokata. – Ona próbuje wrobić mnie w morderstwo, na Boga. To prawda, pokłóciłem się z Pandorą. Chciała ode mnie więcej pieniędzy, o wiele więcej. Pokazała mi swoje zapasy narkotyku. To, co miała, było warte fortunę. Ale ja wtedy znałem już wyniki analizy. Pandora nie była mi potrzebna i powiedziałem jej to wprost. Kiedy produkt byłby gotowy do dystrybucji, reklamowałaby go Jerry. Pandora była wściekła, groziła, że puści mnie z torbami, że mnie zabije. Z wielką przyjemnością odwróciłem się na pięcie i wyszedłem.

– Zamierzał pan produkować i rozprowadzać nielegalną substancję?

– Jako środek do stosowania miejscowego – powiedział, ocierając usta grzbietem dłoni. – Po przeprowadzeniu wszystkich testów. Nie mogłem się oprzeć pokusie. Takie wielkie pieniądze! Groźby Pandory nic dla mnie nie znaczyły, rozumie pani? Nie mogła mnie zrujnować, bo wtedy zrujnowałaby siebie, a tego nigdy by nie zrobiła. Między nami wszystko było skończone. Kiedy usłyszałem, że nie żyje, otworzyłem butelkę szampana i wypiłem za zdrowie mordercy.

– To miło z pańskiej strony. A teraz zacznijmy od początku.

Pozostawiwszy Redforda w dziale rejestracji aresztantów, Eve weszła do gabinetu swojego przełożonego.

– Doskonale się spisałaś.

– Dziękuję panu. Wolałabym jednak przyskrzy-nić go za zabójstwo niż za handel narkotykami.

– To jeszcze może nastąpić.

– Liczę na to. Panie prokuratorze.

– Pani porucznik. – Prokurator podniósł się, kiedy Eve weszła do gabinetu, i wciąż stał nieruchomo. Jego dobre maniery na sali sądowej i poza nią były powszechnie znane. Nawet kiedy miażdżył swoich antagonistów, robił to z klasą. – Jestem pełen podziwu dla sposobu, w jaki prowadzi pani przesłuchania. Byłoby dla mnie wielkim zaszczytem wezwać panią na świadka w tej sprawie, ale nie sądzę, by doszło do procesu. Adwokat pana Redforda skontaktował się już z moim biurem. Będziemy negocjować.

– A w sprawie morderstwa?

– Nie możemy go o to oskarżyć. Brak dowodów – ciągnął, zanim zdążyła zaprotestować. – A motyw… wykazała pani, że Redford mógł to zrobić. Wciąż istnieje duże prawdopodobieństwo, że jest winien, ale na razie nie możemy postawić go w stan oskarżenia.

– Postawił pan jednak w stan oskarżenia Mavis Freestone.

– Na podstawie niezbitych dowodów – przypomniał jej.

– Wie pan, że ona tego nie zrobiła. Wie pan też, że wszystkie trzy ofiary były ze sobą związane.

– Spojrzała na Casto, rozpartego na fotelu. – Ludzie z wydziału nielegalnych substancji również to wiedzą.

– Muszę się zgodzić z panią porucznik – wycedził Casto. – Sprawdziliśmy, czy Mavis Freestone mogła mieć styczność z substancją znaną jako Nieśmiertelność, i nie znaleźliśmy niczego, co mogłoby ją łączyć z narkotykiem bądź którąkolwiek z dwóch pozostałych ofiar. Ma parę plam w życiorysie, ale to stare i drobne sprawy. Moim zdaniem, ta dama po prostu znalazła się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. – Obdarzył Eve uśmiechem. – Muszę poprzeć wniosek Dallas o wycofanie zarzutów wobec Mavis Freestone.

– Pańska opinia zostanie wzięta pod uwagę, poruczniku – powiedział prokurator. -Tymczasem zajmiemy się analizą wszystkich posiadanych przez nas informacji. W tej chwili nadal brak dowodów, które potwierdzałyby, że mamy do czynienia z trzema zabójstwami powiązanymi ze sobą. Jesteśmy jednak skłonni przychylić się do prośby adwokata pani Freestone o przeprowadzenie badań na wykrywaczu kłamstw, autohipnozę i sesję relaksacyjną. Ich wyniki będą miały wpływ na naszą ostateczną decyzję.

Eve odetchnęła głęboko. To było ze strony prokuratora wielkie ustępstwo.

– Dziękuję.

– Jesteśmy po jednej stronie, pani porucznik. W związku z tym najlepiej będzie, jeśli przed konferencją prasową dokładnie ustalimy nasze wspólne stanowisko.

W czasie przygotowań do konferencji Eve podeszła do Casto.

– Dzięki za to, co dla mnie zrobiłeś. Wzruszył ramionami.

– Przedstawiłem tylko swoją opinię. Mam nadzieję, że to pomoże twojej przyjaciółce. Moim zdaniem Redford jest winny. Albo sam wszystkich zabił, albo komuś za to zapłacił.

Chciała w to uwierzyć, ale po chwili powoli potrząsnęła głową.

– Zabójstwo na zlecenie. Nie, morderca był zbyt nieudolny, zbyt agresywny jak na zawodowca. Tak czy inaczej, dzięki za wsparcie.

– Jeśli chcesz, możesz uznać to za formę rewanżu za włączenie mnie do śledztwa w sprawie jednej z największych afer narkotykowych tej dekady. Kiedy winni trafią za kratki i opinia publiczna pozna wszystkie szczegóły, wreszcie dochrapię się belek kapitańskich.

– No to z góry gratuluję.

– Ciebie też to dotyczy. Znajdziesz mordercę, Eve, a potem obydwoje będziemy sławni.

– Znajdę go, oczywiście. – Ku jej zdumieniu Casto pogładził ją po włosach.

– Ładnie wyglądasz. – Błysnął uśmiechem i schował ręce do kieszeni. – Jesteś absolutnie pewna, że musisz wyjść za mąż?

Przekrzywiając głowę, odwzajemniła uśmiech.

– Słyszałam, że zaprosiłeś Peabody na kolację.

– Och, prawdziwy z niej klejnot. Mam słabość do silnych kobiet, Eve, i musisz mi wybaczyć, że jestem nieco rozczarowany, że nie poznałem cię wcześniej.

– Może powinnam uznać to za komplement?

– Zauważyła, że Whitney daje jej znak, i westchnęła ciężko. – O, cholera. Zaczynamy.

– Człowiek czuje się jak wielka, mięsista kość, nie? – mruknął Casto, kiedy drzwi otworzyły się, ukazując stado dziennikarzy.

Konferencja dobiegła końca i Eve uznałaby, że odwaliła tego dnia kawał dobrej roboty, gdyby Nadine nie dopadła jej na podziemnym parkingu.

– Osoby niepowołane nie mają tu wstępu.

– Dallas, nie chrzań. – Reporterka, siedząca wygodnie na klapie silnika samochodu Eve, uśmiechnęła się szeroko. – Może mnie podrzucisz?

– Nie będę jechała obok gmachu Kanału 75.

– Kiedy Nadine wciąż patrzyła na nią z uśmiechem, Eve zaklęła i otworzyła drzwi. – Wsiadaj.

– Dobrze wyglądasz – powiedziała Nadine.

– Kto ci modelował włosy?

– Przyjaciółka przyjaciółki. Nadine, dość już się dzisiaj nagadałam o mojej fryzurze.

– Dobrze porozmawiajmy więc o zabójstwach, narkotykach i pieniądzach.

– Przez ostatnie czterdzieści pięć minut o niczym innym nie mówiłam. – Eve pokazała odznakę do kamery monitoringu i wyjechała na ulicę. – Zdaje się, że przy tym byłaś.

– Tak, ale słyszałam same wymijające odpowiedzi. Co to za zgrzyt?

– Uroki jazdy moim wspaniałym wozem.

– Ach, tak, znowu obcięli wam budżet, co? Wyrazy współczucia. O co chodzi z tym nowym wątkiem w śledztwie?

– Nie wolno mi o tym mówić.

– Aha. Co to za sprawa z Paulem Redfordem?

– Jak już wspomniałam podczas konferencji prasowej, Redford jest oskarżony o oszustwo, posiadanie rośliny, której hodowanie jest zabronione, oraz zamiar produkcji i dystrybucji nielegalnej substancji odurzającej.

– A jaki to ma związek ze śmiercią Pandory?

– Nie wolno mi…

– Dobrze, dobrze. Cholera jasna. – Nadine usiadła wygodniej i zmarszczyła brwi, obserwując samochody stojące w korku. – Może pójdziesz na wymianę?

– Może. Co miałabym ci zaoferować?

– Chcę zrobić wywiad z Mavis Freestone. Eve nawet nie odpowiedziała. Prychnęła tylko.

– Dallas, pozwól jej przedstawić opinii publicznej swoją wersję wydarzeń.

– Pieprzyć opinię publiczną.

– Będę to mogła zacytować? Ty i Roarke otoczyliście Freestone szczelnym murem. Nikt nie może się do niej dostać. Przecież wiesz, że potraktuję ją fair.

– Tak, otoczyliśmy ją. Nie, nikt nie może się do niej dostać i nie dostanie się. I wiem, że prawdopodobnie potraktowałabyś ją uczciwie, ale ona nie rozmawia z mediami.

– To jej decyzja czy twoja?

– Odwal się, Nadine, bo każę ci wysiąść.

– Tylko przekaż jej moją prośbę. O nic więcej nie proszę, Dallas. Powiedz jej, że chcę, by opowiedziała swoją historię przed kamerami.

– No dobra, zmień kanał.

– Nasz dyżurny łowca plotek zdobył informację, która może cię zainteresować.

– Wręcz pasjonują mnie żywoty bogatych idiotów.

– Dallas, spójrz prawdzie w oczy, wkrótce staniesz się jedną z nich. – Nadine parsknęła śmiechem, widząc grymas złości na twarzy Eve. – Chryste, uwielbiam się z tobą drażnić. Tak łatwo cię wyprowadzić z równowagi. W każdym razie chodzi o to, że zakochana parka, o której ostatnimi czasy wiele się mówiło, rozeszła się.

– Płonę z ciekawości.

– Spłoniesz na popiół, jak powiem ci, że ta zakochana parka to Jerry Fitzgerald i Justin Young.

Wiadomość ta zaintrygowała Eve na tyle, że postanowiła jednak nie zostawiać swojej pasażerki na najbliższym przystanku autobusowym.

– Mów dalej.

– Posprzeczali się na próbie przed pokazem Leonarda, na oczach wszystkich. Ponoć doszło do rękoczynów.

– Pobili się?

– Według mojego informatora nie były to czułe pieszczoty! Jerry uciekła do swojej garderoby. A propos, zajęła garderobę przeznaczoną dla gwiazdy wieczoru. Justin, wściekły, wybiegł z sali z na-puchniętym okiem. Kilka godzin później widziano go na Maui, w towarzystwie jakiejś blondynki. Też modelki. Młodszej od Jerry.

– O co się pokłócili?

– Nikt tak naprawdę nie wie. Zdaje się, że poszło o seks. Jerry oskarżała Younga, że ją zdradza, on mówił to samo o niej. Nie zamierzała puścić mu tego płazem i vice versa. Ona już go nie potrzebowała, on jej też nie.

– Bardzo interesujące, Nadine, tylko że nic z tego nie wynika. – Ale dlaczego stało się to akurat w tym momencie?, pomyślała Eve.

– Może tak, może nie. Ale wiesz, to dziwne. Nieczęsto się zdarza, by gwiazdy, na których skupia się uwaga opinii publicznej, traciły panowanie nad sobą na oczach świadków. Albo strasznie się wkurzyli, albo odstawili niesamowitą szopkę.

– Jak już mówiłam, to interesujące. – Eve zatrzymała się pod bramą siedziby Kanału 75. – No, tutaj wysiadasz.

– Mogłabyś mnie podwieźć pod drzwi.

– Podjedź tramwajem, Nadine.

– Wiem, że sprawdzisz informację, którą ci dałam, może więc powiesz mi coś w zamian. Dallas, wiele razem przeszłyśmy.

To prawda.

– Nadine, w tej chwili stąpam po bardzo cienkiej linie. Nie mogę stracić równowagi.

– Niczego nie podam do publicznej wiadomości, dopóki nie wyrazisz na to zgody.

Eve zawahała się, po czym potrząsnęła głową.

– Nie mogę. Mavis jest mi zbyt bliska. Dopóki nie zostanie w pełni oczyszczona z zarzutów, nie mogę ryzykować.

– Czy na to się zanosi? No, Dallas, nie bądź taka.

– Nieoficjalnie biuro prokuratora zamierza ponownie rozpatrzyć postawione jej zarzuty. Ale nie wycofa ich, przynajmniej na razie.

– Macie innego podejrzanego? Czy to Redford?

– Nadine, nie bądź upierdliwa. Jesteś prawie przyjaciółką.

– Cholera jasna. Dobra, zawrzyjmy układ. Jeśli jakakolwiek informacja, którą ci przekazałam albo przekażę, pomoże w śledztwie, oddasz mi w zamian przysługę.

– Podeślę ci coś, Nadine, kiedy tylko to będzie możliwe.

– Chcę, żebyś udzieliła mi wywiadu na dziesięć minut przed ujawnieniem wyników śledztwa przez media.

Eve nachyliła się, otworzyła drzwi po stronie Nadine.

– No to na razie.

– Pięć minut. Cholera jasna, Dallas. Pięć króciutkich minut.

Co oznaczało zwiększoną oglądalność i tysiące dolarów.

– Pięć minut może być. Co prawda, nie wiem, kiedy i czy w ogóle uda się zamknąć to śledztwo. Nic więcej nie mogę obiecać.

– Nie martw się, znajdziesz mordercę. – Nadine wysiadła, wyraźnie zadowolona, po czym pochyliła się i zajrzała do samochodu. – Wiesz, Dallas, ty nigdy nie chybiasz. Rozwiążesz tę sprawę. Martwi i niewinni to twoja specjalność.

Martwi i niewinni, pomyślała Eve i przeszedł ją dreszcz. Szkoda tylko, że wśród martwych było tylu winnych.

Księżycowa poświata sączyła się przez świetlik w dachu, zalewając łóżko. Roarke odsunął się od Eve. Nigdy jeszcze kochając się z nią, nie był tak spięty. Istniało po temu wiele powodów, a przynajmniej tak to sobie tłumaczył, gdy Eve jak zwykle wtuliła się w niego. W domu roiło się od ludzi. Wesoła gromadka Leonarda zajęła całe skrzydło. Sam Roarke miał na głowie kilka nowych przedsięwzięć i umów, które pragnął sfinalizować przed ślubem.

No i zbliżał się ten wielki dzień. Każdy facet na jego, Roarke'a, miejscu byłby równie rozkojarzony.

Ale przynajmniej wobec siebie Roarke zawsze był brutalnie szczery. Wiedział więc, że jego nerwowość miała tylko jedną przyczynę. Przez cały czas bowiem oczami wyobraźni widział Eve pobitą, zakrwawioną i załamaną.

I bał się, że dotykając jej, przywoła tamten koszmar, zmieni coś pięknego w potworność.

Eve poruszyła się, po czym podniosła się na łokciu i spojrzała na niego. Jej twarz wciąż była rozogniona, oczy ciemne.

– Nie wiem, co powinnam ci powiedzieć. Powiódł palcem po jej podbródku.

– O czym?

– Nie jestem ze szkła. Nie ma powodu, żebyś traktował mnie, jakbym była ranna.

Zmarszczył brwi, wściekły na siebie. Nie zdawał sobie sprawy, że jego uczucia są aż tak czytelne, nawet dla niej. A to nie poprawiło mu nastroju.

– Nie wiem, o czym mówisz. – Podniósł się, pragnąc nalać sobie drinka, na którego nie miał najmniejszej ochoty, ale Eve wzięła go za ramię.

– Ostrożność nie jest w twoim stylu, Roarke. – Była wyraźnie zaniepokojona. – Jeśli twoje uczucia wobec mnie zmieniły się ze względu na to, co zrobiłam, co sobie przypomniałam…

– Nie obrażaj mnie – rzucił ze złością. Eve poczuła ulgę na widok gniewnych ogników w jego j oczach.

– A co mam o tym myśleć? Dziś dotknąłeś mnie l po raz pierwszy od tamtej nocy. Przypominało to j bardziej pielęgnację chorego niż…

– Czułość ci nie odpowiada?

Przebiegły z niego facet, pomyślała. Spokojny! czy podekscytowany, zawsze potrafi obrócić wszystko na swoją korzyść. Nie zabierając ręki z jego ra-J mienia, spojrzała mu głęboko w oczy.

– Myślisz, że nie widzę, jak się hamujesz? Nie chcę, żebyś się hamował. Nic mi nie jest. Czuję się doskonale.

– Ale ja nie. – Wyrwał ramię z jej uścisku. -Ja nie. Niektórzy są bardziej ludzcy od innych i potrzebują trochę więcej czasu, by dojść do ładu ze swoimi uczuciami. Nie mówmy już o tym.

Jego słowa były dla niej jak policzek. Eve skinęła głową, położyła się i odwróciła plecami do niego.

– Dobrze. Chcę jednak, żebyś wiedział, że to, co spotkało mnie w dzieciństwie, to nie był seks. To plugastwo.

Zacisnęła powieki i zmusiła się, by zasnąć.

16

O świcie zabrzęczało łącze. Eve odebrała, nie otwierając oczu.

– Dallas.

– Wiadomość dla porucznik Eve Dallas. Na tyłach Sto Osiemnastej, dom numer dziewiętnaście, znaleziono ciało mężczyzny. Prawdopodobnie został zamordowany. Proszę natychmiast tam jechać.

Poczuła nerwowy ucisk w żołądku. Nie była na służbie, nie powinna dostać wezwania.

– Przyczyna zgonu?

– Pobicie. Ofiara pozostaje niezidentyfikowana ze względu na rozległe obrażenia twarzy.

– Przyjęłam. A niech to szlag. – Zwiesiła nogi z łóżka i ku swojemu zdumieniu zauważyła, że Roarke już nie śpi i ubiera się. – Co ty robisz?

– Zabieram cię na miejsce zbrodni.

– Jesteś cywilem. Nie masz tam czego szukać

– powiedziała, wciągając dżinsy.

W odpowiedzi tylko spojrzał na nią.

– Pani wóz jest w naprawie, pani porucznik.

– Eve zaklęła pod nosem. Zupełnie o tym zapo-mniała. – Podwiozę cię. Podrzucę – sprecyzował Roarke. – Po drodze do biura.

– Jak sobie chcesz. – Przypięła kaburę z pistoletem.

Okolica nie należała do uroczych. Domy ozdobione krzykliwymi graffiti miały powybijane szyby i były osłonięte poszarpanymi płachtami, za pomocą których znakowano budynki przeznaczone do wyburzenia. Mimo to wciąż mieszkali w nich ludzie, przyczajeni w obskurnych pokojach, kryjący się przed patrolami, naćpani tym, co dawało im największego kopa.

Na całym świecie mnóstwo jest takich dzielnic, rozmyślał Roarke, stojąc w bladym świetle słońca za policyjnym ogrodzeniem. On sam spędził dzieciństwo w jednej z nich, znajdującej się wiele tysięcy kilometrów od Nowego Jorku, po drugiej stronie Atlantyku.

Rozumiał reguły rządzące życiem mieszkających tu ludzi, dławiące ich poczucie beznadziejności oraz przemoc, z którą stykali się na co dzień, a której efekty Eve właśnie oglądała.

I kiedy patrzył na nią, stojąc pośród wyrzutków społecznych, rozespanych prostytutek i znudzonych gapiów, uświadomił sobie, że ją również rozumie.

Ruchy Eve były szybkie, zdecydowane, a jej twarz wydawała się pozbawiona wszelkich uczuć, ale w oczach, badających szczątki tego, co kiedyś było człowiekiem, krył się autentyczny żal. Roarke widz" w niej silną, zdolną i hardą kobietę. Nauczyła się: ze swoimi ranami. Nie potrzebowała go po to, by jej uleczyć, ale by mogła pogodzić się z ich istnieniem.

– Nieczęsto można cię spotkać w takiej okolicy;! Roarke.

Roarke odwrócił wzrok i ujrzał Feeneya.

– Bywałem w gorszych.

– Jak my wszyscy. – Kapitan westchnął i wyją z kieszeni słodką bułkę zawiniętą w papier. – Mas ochotę coś przekąsić?

– Nie, dzięki.

Feeney połknął bułkę w trzech kęsach.

– Lepiej zobaczmy, co ta mała knuje. – Przeszedł na drugą stronę ogrodzenia, klepiąc się po przyczepionej do piersi odznace, by uspokoić znerwicowanych policjantów pilnujących miejsca zbrodni.

– Dobrze, że media jeszcze tu nie dotarły

– mruknął.

Eve podniosła na niego oczy.

– Nikogo nie obchodzi kolejne zabójstwo w tej dzielnicy. Przynajmniej dopóki nie wyjdzie na jaw, w jaki sposób zginęła ofiara. – Jej dłonie były uwalane krwią. – Masz zdjęcia? – Kiedy fotograf skinął głową, Eve wsunęła ręce pod ciało. – Przewrócimy go na plecy, Feeney.

Ofiara leżała twarzą do ziemi; z widocznej w potylicy dziury wielkości pięści wypłynęły krew i mózg. Od drugiej strony nieboszczyk nie wyglądał ani trochę korzystniej.

– Nie miał przy sobie żadnych dokumentów

– oznajmiła Eve. – Peabody jest w sąsiednim budynku i wypytuje mieszkańców, czy znali tego faceta albo cokolwiek widzieli.

Feeney przeniósł wzrok na tylną ścianę domu i jego oczom ukazały się dwa brudne, zakratowane okna. Następnie rozejrzał się po betonowym dziedzińcu, na którym znaleziono ciało. Znajdowały się tu urządzenie do recyklingu, zresztą zepsute, worek ze śmieciami, jakieś odpadki, zardzewiały metal.

– Nieciekawy pejzaż – skwitował. – Wiadomo już, kim był denat?

– Zdjęłam mu odciski, jeden z policjantów poszedł je sprawdzić. Znaleźliśmy już narzędzie zbrodni. Żelazna rurka, wrzucona pod urządzenie do recyklingu. – Mrużąc oczy, obejrzała ciało. – Po zabójstwach Boomera i Hetty Moppett morderca zabrał narzędzie zbrodni ze sobą. W mieszkaniu Leonarda pozostawił je z wiadomych powodów. A teraz igra z nami, Feeney. Schował narzędzie zbrodni w takim miejscu, że znalazłaby je ślepa ropucha. Co o tym sądzisz? – Wsunęła palec pod szeroką szelkę w jaskrawym różowym kolorze.

Feeney mruknął coś pod nosem. Nieboszczyk był wystrojony według najnowszej mody. Szorty w barwach tęczy, sięgające kolan, mieniąca się koszula, drogie, ozdobione paciorkami sandały.

– Miał dość pieniędzy, by tracić je na niegu-stowne ubrania. – Feeney powtórnie ogarnął spojrzeniem budynek. – Jeśli tu mieszkał, nie inwestował w nieruchomości.

– Był handlarzem narkotyków – uznała Eve. – Średniego szczebla. Tu mieszkał, bo tu prowadził interesy. – Podniosła się, wycierając zakrwawione dłonie w dżinsy. Podszedł do niej umundurowany policjant.

– Udało nam się zidentyfikować denata na podstawie odcisków palców, pani porucznik. To Lamont Ro vel Karaluch. Ma bogatą przeszłość. Głównie narkotyki. Posiadanie, produkcja z zamiarem sprzedaży, kilka napadów.

– Ktoś korzystał z jego usług? Czy był czyimś szpiclem?

– W aktach nie ma nic na ten temat.

Eve zerknęła na Feeneya, który mruknął coś cicho na znak, że zrozumiał jej niemą prośbę. Postara się zdobyć tę informację.

– Dobra, zapakujmy go do worka i przewieźmy j do kostnicy. Chcę jak najszybciej dostać raport tok- j sykologiczny. Wpuśćcie tu ekipę śledczą. – Eve jesz- j cze raz rozejrzała się po miejscu zbrodni. Jej spój-J rżenie padło na Roarke'a. – Podwieziesz mnie,] Feeney?

– Jasne.

– Zaraz wracam. – Podeszła do Roarke'a, stojącego za barykadą. – Wydawało mi się, że wybierałeś się do biura.

– Bo tak właśnie jest. Skończyłaś już?

– Zostało mi jeszcze parę rzeczy do zrobienia. Feeney mnie podwiezie.

– To ten sam zabójca, prawda?

Zaczęła mu tłumaczyć, że to sprawa policji, po czym wzruszyła ramionami. Jeszcze godzina i media tak czy inaczej dostaną tę wiadomość w swoje zachłanne łapy.

– Całkiem prawdopodobne, zważywszy, że z twarzy denata została galareta. Muszę…

Wtedy do jej uszu dobiegł krzyk. Długie, przeciągłe wycie, którym można by wiercić dziury w stali. Z budynku wypadła kobieta ubrana w czerwone majtki i nic poza tym. Staranowała dwóch policjantów sączących kawę, po czym rzuciła się w stronę tego, co zostało z Karalucha.

– Tylko tego jeszcze brakowało – mruknęła Eve i pobiegła, usiłując przeciąć drogę rozpędzonej kobiecie. Niecały metr od ciała skoczyła na nią i razem wylądowały na twardym betonowym podłożu.

– To mój facet. – Kobieta rzucała się jak stukilogramowa ryba w sieci, bijąc Eve wielkimi dłońmi. – To mój facet, ty suko.

W interesie porządku publicznego, dla dobra śledztwa, a zarazem w obronie własnej, Eve z całej siły rąbnęła napastniczkę pięścią w tłustą szczękę.

– Pani porucznik. Wszystko w porządku? – Umundurowani policjanci pomogli Eve się podnieść. – Jezu, wyskoczyła znikąd. Przepraszamy…

– Przepraszacie? – Eve wyrwała im się z rąk i przeszyła ich wściekłym spojrzeniem. – Przepraszacie? Wy bezmózgie dupki! Jeszcze dwie sekundy i zatarłaby wszystkie ślady. Kiedy następnym razem trafi się wam zadanie trudniejsze od kierowania ruchem, nie stójcie jak bałwany. A teraz wezwijcie lekarza, niech rzuci okiem na tę kretynkę. Potem znajdźcie jej jakieś ciuchy i zawieźcie ją na komendę. Dacie sobie z tym radę?

Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się i kuśtykając, podeszła do Roarke'a. Dżinsy miała porwane, jej krew mieszała się z krwią nieboszczyka, a oczy wciąż rzucały gniewne iskry.

– Z czego się tak cieszysz? – burknęła ze złością.

– Zawsze uwielbiam patrzeć na ciebie przy pracy. – Nagle wziął twarz Eve w obie ręce i wpił się w jej usta pocałunkiem tak gwałtownym, że aż nogi się pod nią ugięły. – Sama chciałaś, żebym się nie hamował – powiedział, gdy spojrzała na niego zdumionym wzrokiem. – Niech lekarz obejrzy i ciebie.

Po kilku godzinach została wezwana do gabinetu Whitneya. Wybrała się tam razem z Peabody.

– Przepraszam cię, Dallas. Powinnam ją była zatrzymać.

– Jezu, Peabody, daj sobie spokój. Byłaś w innej części budynku.

– Powinnam liczyć się z tym, że któryś z mieszkańców powie jej, co się stało.

– Tak, każdemu z nas przydałaby się magiczna kula. Słuchaj, ten babsztyl nabił mi tylko kilka guzów, to dla mnie normalka. Casto już przyszedł?

– Jest w terenie.

– Nadal masz na niego chrapkę? Usta Peabody drgnęły.

– Ostatnią noc spędziliśmy razem. Mieliśmy tylko zjeść kolację, ale na tym się nie skończyło. Słowo daję, nie spałam tak dobrze od dzieciństwa. Nie wiedziałam, że seks działa tak kojąco.

– Trzeba było mnie zapytać.

– W każdym razie, zaraz po tym, kiedy dostałam wiadomość o znalezieniu ciała, ktoś zadzwonił do Casto. Domyślam się, że on zna ofiarę, może będzie w stanie nam pomóc.

Eve burknęła coś w odpowiedzi. Nie musiały czekać w poczekalni przed gabinetem komendanta; od razu wpuszczono je do środka. Whitney wskazał im krzesła.

– Pani porucznik, zdaję sobie sprawę, że wysłała pani już do mnie pisemny raport, ale chciałbym usłyszeć o wszystkim od pani osobiście.

– Tak jest. – Podała miejsce zbrodni, nazwisko i rysopis ofiary, szczegółowy opis narzędzia zbrodni i zadanych nim ran, a także prawdopodobny czas zgonu. – Rozmowy sierżant Peabody z mieszkańcami budynku były jak dotąd bezowocne, ale zamierzamy spróbować raz jeszcze. Konkubina zamordowanego udzieliła nam kilku użytecznych informacji.

Whitney uniósł brwi. Eve wciąż miała na sobie zaplamioną koszulę i poszarpane dżinsy.

– Słyszałem, że były z nią pewne kłopoty.

– Nic takiego. – Eve uznała, że dwóm policjantom, którzy nie dopełnili obowiązków, wystarczy jej reprymenda. Nie było potrzeby ściągać na nich oficjalnej nagany. -To była licencjonowana prostytutka. Miała za mało kredytów, żeby załatwić sobie nowe zezwolenie. Poza tym ćpa. Kiedy w związku z tym trochę ją przycisnęliśmy, udało się z niej to i owo wyciągnąć. Zeznała, że do około pierwszej w nocy była razem ze swoim konkubentem. Wypili trochę wina i wzięli Egzotykę. Potem Ro powiedział, że musi wyjść, bo umówił się z klientem. Ona wzięła trochę Dobijacza i straciła przytomność. Biorąc pod uwagę, że koroner we wstępnym raporcie stwierdza, że śmierć nastąpiła około drugiej w nocy, wszystko się zgadza.

– Dowody wskazują, że Ro zginął tam, gdzie znaleziono jego ciało dzisiejszego ranka. Jest wysoce prawdopodobne, że zamordował go ten sam człowiek, który zabił Moppett, Boomera i Pandorę.

Eve zaczerpnęła tchu.

– Wielu świadków, włącznie ze mną, może potwierdzić, że w czasie, kiedy popełniono zabójstwo, Mavis Freestone znajdowała się daleko od miejsca zbrodni.

Whitney przez chwilę milczał, wpatrując się w twarz Eve.

– Jestem pewien, że pani Freestone jest niewinna. Biuro prokuratora okręgowego podziela tę opinię. Dostałem już wstępną analizę testów przeprowadzonych przez doktor Mirę na pani Freestone.

– Testów? – Eve zerwała się na równe nogi. – Jakich testów? Przecież były zaplanowane na poniedziałek.

– Zostały przełożone – odparł spokojnie Whitney. – Zakończyły się o trzynastej.

– Dlaczego nikt mnie o tym nie poinformował? – Na wspomnienie własnych doświadczeń z testami zakotłowało jej się w żołądku. – Powinnam w nich uczestniczyć.

– Uznaliśmy, że dla dobra wszystkich zainteresowanych lepiej, żeby ciebie tam nie było. – Uniósł rękę. – Zanim stracisz panowanie nad sobą, narażając się na zarzut niesubordynacji, pozwól mi dokończyć. Otóż doktor Mira stwierdza w swoim raporcie, że pani Freestone pomyślnie przeszła wszystkie testy. Badanie na wykrywaczu kłamstw wykazało, że mówiła prawdę. Na podstawie pozostałych testów doktor Mira uznała, że pani Freestone jest osobą niezdolną do tak brutalnego zachowania, jakie cechowało zabójcę Pandory. Krótko mówiąc, nasz ekspert wnioskuje, by wszystkie zarzuty zostały wycofane.

– Wycofane. – Eve usiadła, czując pieczenie w oczach. – Kiedy to-nastąpi?

– Biuro prokuratora zamierza rozpatrzyć raport doktor Miry. Nieoficjalnie mogę ci powiedzieć, że jeśli nie pojawią się jakieś nowe dane, stojące w sprzeczności z przedstawionymi w raporcie wnioskami, zarzuty przeciw pani Freestone zostaną wycofane w poniedziałek. -Widząc, jak Eve powstrzymuje drżenie, był pełen podziwu dla jej opanowania. – Argumenty oskarżenia są bardzo przekonujące, ale szalę na jej korzyść przeważył raport doktor Miry oraz dowody zebrane w dochodzeniach w sprawie zabójstw, które prawdo