/ Language: Polski / Genre:thriller

Opowieść Szaleńca

John Katzenbach

Brutalne morderstwo w szpitalu psychiatrycznym. Prokurator Lucy Jones zaczyna śledztwo – żmudne i bezowocne. Wkrótce przekonuje się, że ma własne powody, by doprowadzić je do końca. I że tylko z pomocą dwóch pacjentów może schwytać zabójcę, który pod maską szaleństwa skrywa zimny umysł bezwzględnego zbrodniarza…

John Katzenbach

Opowieść Szaleńca

The Madman’s Tale

Przekład Przemysław Bieliński

Rayowi, który pomógł mi w opowiadaniu tej historii bardziej, niż się domyśla.

Część 1. Niewiarygodny Narrator

Rozdział 1

Nie słyszę już swoich głosów, więc jestem trochę zagubiony. Podejrzewam, że o wiele lepiej ode mnie wiedziałyby, jak opowiedzieć tę historię. Miałyby przynajmniej jakieś zdanie, sugestie i pomysły, co powinno być na początku, co na końcu, a co w środku. Mówiłyby mi, kiedy dodać więcej szczegółów, a kiedy pominąć zbędne informacje, co jest ważne, a co błahe. Upłynęło tyle czasu, że nie pamiętam wszystkiego i na pewno przydałaby mi się ich pomoc. Bardzo dużo się zdarzyło i trudno mi się zdecydować, gdzie co umieścić. A czasami nie jestem pewien, czy to, co wyraźnie pamiętam, w ogóle się wydarzyło. Wspomnienie, które w jednej chwili wydaje mi się solidne jak skała, w następnej staje się mgliste jak opar nad rzeką. To jeden z największych problemów szaleństwa: nigdy nie jesteś niczego pewien.

Przez długi czas uważałem, że wszystko zaczęło się od śmierci i na śmierci się skończyło, było odtąd dotąd, jak książki na półce, zamknięte z obu stron solidnymi podpórkami, ale teraz nie jestem tego już taki pewien. Może tak naprawdę tym, co wprawiło w ruch machinę zdarzeń wiele lat temu, kiedy byłem młody i naprawdę obłąkany, było coś o wiele mniejszego i trudniejszego do zauważenia, jak ukryta zazdrość albo niewidoczny gniew, albo o wiele większego i głośniejszego, jak układ gwiazd, przypływy mórz albo niepowstrzymany ruch Ziemi. Wiem, że zginęli ludzie, a ja miałem dużo szczęścia, że do nich nie dołączyłem – to było jedno z ostatnich spostrzeżeń, jakie poczyniły moje głosy, zanim nagle mnie opuściły.

Teraz leki mieszają ich szepty i jazgot. Raz dziennie posłusznie biorę psychotrop, jajowatą niebieską pigułkę, po której tak mi wysycha w ustach, że kiedy mówię, chrypię jak starzec, który wypalił za dużo papierosów, albo jak spalony słońcem dezerter z Legii Cudzoziemskiej, który przebrnął przez Saharę i błaga o łyk wody. Zaraz potem biorę obrzydliwy gorzki lek na poprawienie nastroju, żeby zwalczyć pojawiającą się czasami czarną, samobójczą depresję, w którą – według mojej kurator z opieki społecznej – w każdej chwili mogę popaść, niezależnie od tego, jak się naprawdę czuję. Szczerze mówiąc, mam wrażenie, że mógłbym wejść do jej gabinetu, podskoczyć i stuknąć obcasami radosny i zadowolony z życia, a ona i tak zapytałaby mnie, czy wziąłem swoją codzienną dawkę. Po tej bezdusznej, małej pigułce dostaję zaparcia i puchlinę, jakby zaciśnięto mi opaskę uciskową w pasie, a potem mocno ją napompowano. Dlatego muszę brać kolejny lek, moczopędny, i jeszcze jeden, przeczyszczający. Oczywiście po pigułce moczopędnej dostaję potwornej migreny, jakby ktoś wyjątkowo okrutny i wredny tłukł mi w czoło młotkiem, więc mam też w codziennej porcji powlekane kodeiną leki przeciwbólowe na ten mały efekt uboczny mojej kuracji, no i pędzę do łazienki, żeby zaradzić na poprzedni. A co dwa tygodnie dostaję silny środek antypsychotyczny w zastrzyku. Idę do pobliskiej kliniki i ściągam spodnie przed pielęgniarką, która zawsze uśmiecha się dokładnie tak samo i pyta dokładnie tym samym tonem, jak się dziś czuję, na co odpowiadam „bardzo dobrze”, niezależnie od tego, czy to prawda, bo dla mnie to zupełnie oczywiste, mimo szaleństwa, cynizmu i leków, że tak naprawdę pielęgniarka ma to gdzieś, ale uważa za swój obowiązek zapytać mnie o samopoczucie. Problem w tym, że antypsychotyk, który zapobiega moim złym czy nikczemnym zachowaniom – a przynajmniej tak mówią – wywołuje u mnie drżenie rąk, które trzęsą się jak u nieuczciwego podatnika przyłapanego przez kontrolę skarbową. Ściągają mi się też od niego kąciki ust, muszę więc brać środek rozluźniający mięśnie, żeby twarz nie zastygła mi w upiorną maskę. Wszystkie te konkokcje mieszają mi się w żyłach, szturmując różne niewinne i prawdopodobnie zupełnie zdezorientowane narządy napotkane w drodze do celu, a tym celem jest przytłumienie impulsów elektrycznych, które przeskakują w moim mózgu jak gromada niesfornych nastolatków. Czasami mam uczucie, że moja wyobraźnia przypomina kostkę domina, która nagle traci równowagę – najpierw chwieje się w przód i w tył, a potem przewraca i uruchamia długą reakcję łańcuchową innych kostek. I wszystko przewraca się we mnie klik klik klik.

Sytuacja wydawała się o wiele łatwiejsza, kiedy byłem młody i musiałem tylko słuchać głosów. Najczęściej nie były wcale takie złe. Zazwyczaj odzywały się słabo, jak gasnące echa w dolinie albo jak szepty dzieci, dzielących się sekretami w kąciku pokoju zabaw, chociaż kiedy napięcie rosło, szybko przybierały na sile. Poza tym, ogólnie rzecz biorąc, nie wymagały ode mnie zbyt wiele. To były raczej, powiedzmy, sugestie. Rady. Sondujące pytania. Czasami trochę natrętne, jak stara ciotka, z którą nie wiadomo, co zrobić na świątecznym obiedzie, ale i tak się ją zaprasza; czasem bełkocze coś niegrzecznie, bez sensu albo politycznie niepoprawnie, zazwyczaj jednak się ją ignoruje.

Na swój sposób głosy dotrzymywały mi towarzystwa, zwłaszcza w częstych okresach, kiedy nie miałem przyjaciół.

Raz miałem dwóch i odegrali oni pewną rolę w tej opowieści. Kiedyś myślałem, że najważniejszą, ale teraz nie jestem tego już pewien.

Inni, ze spotkań w czasach, o których lubię myśleć jako o latach największego obłędu, mieli jeszcze gorzej niż ja. Ich głosy wykrzykiwały rozkazy jak niewidoczni sierżanci musztry, tacy, co noszą ciemne, zielono-brązowe kapelusze z szerokim rondem, wciśnięte głęboko na czoło, tak że z tyłu widać wygolone potylice. Ruszaj się! Zrób to! Zrób tamto!

Albo gorzej: zabij się.

Albo jeszcze gorzej: zabij kogoś innego.

Głosy, które wrzeszczały na tych ludzi, należały do Boga, Jezusa, Mahometa albo psa sąsiada, albo do dawno nieżyjącej ciotecznej babki, albo kosmitów, albo do chóru archaniołów czy demonów. Te głosy były natarczywe, rozkazujące i nie dopuszczały żadnych kompromisów; po jakimś czasie umiałem rozpoznawać po natężonym wzroku, naprężeniu mięśni u tych ludzi, że słyszą coś bardzo głośnego i natrętnego i że rzadko jest to coś dobrego. W takich chwilach po prostu się oddalałem i stawałem przy drzwiach albo pod przeciwległą ścianą świetlicy, bo nieodmiennie dochodziło do nieszczęśliwych zdarzeń. Kojarzyło mi się to trochę z pewnym drobiazgiem, jaki zapamiętałem ze szkoły, jednym z tych dziwnych faktów, których nie zapomina się przez całe życie: na wypadek trzęsienia ziemi najlepiej schować się w drzwiach, bo konstrukcja otworu jest architektonicznie wytrzymalsza niż ściana i nie tak łatwo zawala się na głowę. Dlatego za każdym razem, kiedy widziałem, że kłębiące się w jakimś pacjencie emocje grożą wybuchem, znajdowałem sobie miejsce, w którym miałem największe szanse przetrwania. Potem mogłem już posłuchać własnych głosów, które ogólnie rzecz biorąc, dbały o mnie, często ostrzegając, kiedy powinienem uciekać i gdzieś się schować. Zachowywały się ciekawie – bardzo ostrożnie, i więc gdybym nie był tak głupi i nie odpowiadał im na głos, kiedy pojawiły się po raz pierwszy, nigdy by mnie nie zdiagnozowano i nie wysłano do zakładu. Ale to też część mojej opowieści, chociaż w żadnym razie nie najważniejsza; mimo to jednak brakuje mi ich, bo teraz jestem przeważnie całkiem sam.

W dzisiejszych czasach jest bardzo ciężko być szaleńcem w średnim wieku.

Albo eksszaleńcem, dopóki biorę pigułki.

Spędzam teraz dni na poszukiwaniach różnych form ruchu. Nie lubię zbyt długo tkwić w jednym miejscu. Dlatego chodzę szybkim krokiem po całym mieście, z parków do sklepów, do dzielnic przemysłowych, patrząc i obserwując, ale bezustannie pozostając w ruchu. Albo wyszukuję sobie miejsca, skąd widzę wodospad, szkolny mecz futbolu albo koszykówki, albo nawet dzieci grające w piłkę. Jeśli w zasięgu mojego wzroku coś się dzieje, mogę odpocząć. Inaczej się nie zatrzymuję – przez pięć, sześć, siedem albo więcej godzin dziennie. Przez codzienny maraton mam wytarte podeszwy butów, jestem chudy i żylasty. W zimie dostaję niewygodne, ciężkie buciory z opieki społecznej. Przez resztę roku noszę adidasy z miejscowego sklepu sportowego. Co kilka miesięcy właściciel podrzuca mi parę jakiegoś przestarzałego modelu, na miejsce tych, które schodziłem na strzępy.

Wczesną wiosną, kiedy tylko puszczają lody, idę do Falls, gdzie są jazy, i na ochotnika monitoruję powrót łososi do wododziału rzeki Connecticut. Wymaga to ode mnie przyglądania się tysiącom litrów wody przelewającym się przez tamę, żeby raz na jakiś czas dostrzec prącą pod prąd rybę, gnaną przemożnym instynktem powrotu do miejsca, w którym sama została spłodzona – i gdzie, w największej ze wszystkich tajemnic, sama złoży ikrę, a potem umrze. Podziwiam łososia, bo sam wiem, jak to jest być gnanym przez siły, których inni nie widzą, nie czują ani nie słyszą, i czuć imperatyw obowiązku większego niż własne ja. Psychotyczna ryba. Po latach przyjemnego spędzania czasu w wielkim oceanie słyszy potężny rybi głos, rozbrzmiewający gdzieś w środku i rozkazujący wyruszyć w niesamowitą podróż po własną śmierć. Doskonałe. Lubię sobie wyobrażać, że łososie są tak obłąkane jak kiedyś ja sam. Kiedy któregoś widzę, stawiam ołówkiem znaczek na formularzu, który dostaję od Służb Ochrony Przyrody, i czasem szepczę ciche pozdrowienie: witaj, bracie. Witaj w gronie szaleńców.

Wypatrywanie ryb wymaga wprawy, ponieważ są smukłe i srebrzystobokie po swoich długich podróżach przez słone wody oceanu. Są błyskami w lśniącej wodzie, niewidocznymi dla niewprawnego oka, zupełnie jakby jakaś widmowa siła pojawiła się w małym okienku, które obserwuję. Teraz już prawie wyczuwam obecność łososia, zanim zobaczę go u podstawy jazu. Liczenie ryb sprawia mi satysfakcję, mimo że czasem przez wiele godzin nie pojawia się ani jedna, a tych, które przypływają, jest zawsze za mało, by zadowolić strażników przyrody – patrzą tylko na wykazy i zniechęceni kręcą głowami. Ale moja umiejętność wypatrywania ryb przynosi też inne korzyści. To mój szef ze Służb Ochrony Przyrody zadzwonił do miejscowej komendy policji i powiedział, że jestem zupełnie nieszkodliwy, chociaż zawsze zastanawiało mnie, skąd takie przekonanie, bo sam szczerze wątpię w ogólną prawdziwość tego stwierdzenia. Jestem więc tolerowany na meczach i innych imprezach, a teraz, naprawdę, jeśli nie do końca mile widziany w tym małym, dawniej młynarskim miasteczku, to przynajmniej akceptowany. Nikt nie ma nic przeciwko moim codziennym zajęciom i jestem postrzegany nie tyle jak wariat, ile jako człowiek ekscentryczny, co, jak się przekonałem z upływem lat, jest wystarczająco bezpiecznym statusem.

Mieszkam w kawalerce opłacanej z państwowego subsydium. Urządziłem ją w stylu, który nazywam zbrukanym modernizmem. Ubrania mam z opieki społecznej albo od dwóch młodszych sióstr, które mieszkają kilka miast dalej i czasami, dręczone dziwnym, niezrozumiałym dla mnie poczuciem winy, czują potrzebę zrobienia czegoś dla mnie, więc plądrują szafy swoich mężów. Kupiły mi używany telewizor, który rzadko włączam, i radio, którego nieregularnie słucham. Co kilka tygodni przyjeżdżają z wizytą, przywożąc w plastikowych pudełkach lekko stęchłe posiłki własnej roboty; spędzamy ze sobą trochę czasu, rozmawiając niezręcznie, głównie o naszych starych rodzicach, którzy nie chcą mnie już widzieć, bo przypominam im o straconych nadziejach i goryczy, jaką niespodziewanie potrafi przynieść życie. Rozumiem to i staram się nie narzucać. Siostry sprawdzają, czy mam popłacone rachunki za ogrzewanie i prąd. Upewniają się, że pamiętam o realizowaniu czeków, które przychodzą od różnych zakładów opieki społecznej. Potem sprawdzają dwa razy dokładniej, czy na pewno wziąłem wszystkie leki. Czasami płaczą, jak sądzę, nad rozpaczą, w której żyję, ale to ich punkt widzenia, nie mój, bo tak naprawdę jest mi całkiem dobrze. Szaleństwo pozwala wyrobić sobie ciekawe podejście do życia. Na pewno sprawia, że człowiek łatwiej godzi się z kaprysami losu, za wyjątkiem chwil, kiedy działanie leków trochę słabnie, bo wtedy staję się trochę pobudzony i zły na to, jak życie mnie potraktowało.

Ale na ogół jestem, jeżeli nie szczęśliwy, to pogodzony z losem.

Ponadto dokonałem pewnych intrygujących odkryć, z których dość istotnym jest to, w jak dużym stopniu stałem się badaczem życia tego małego miasta. Bylibyście zaskoczeni, jak wiele się dowiaduję podczas codziennych wędrówek. Jeśli tylko mam oczy i uszy otwarte, zbieram najrozmaitsze strzępy informacji. Przez lata, które minęły, odkąd zwolniono mnie ze szpitala, po tym wszystkim, co się tam wydarzyło, nauczyłem się obserwować. Podczas moich wypraw dowiedziałem się, kto ma romans z sąsiadką, czyj mąż ucieka z domu, kto za dużo pije, kto bije dzieci. Wiem, kto cienko przędzie, a kto dostał trochę pieniędzy w spadku po rodzicach albo wygrał na loterii. Odkrywam, który nastolatek liczy na stypendium sportowe na studiach i która nastolatka za kilka miesięcy zostanie wysłana do dalekiej ciotki, by zrobić coś z niespodziewaną ciążą. Dowiedziałem się, którzy gliniarze dają ci spokój, a którzy szybko sięgają po pałkę albo bloczek mandatów, zależnie od wykroczenia. Do tego dochodzą też różne spostrzeżenia związane z tym, kim jestem i kim się stałem – na przykład fryzjerka pod koniec dnia gestem przywołuje mnie do swojego salonu i przystrzyga mi włosy, żebym lepiej wyglądał podczas moich codziennych podróży; kierownik lokalnego McDonalda, biegnie za mną z torbą hamburgerów i frytek i zna mnie na tyle, by wiedzieć, że wolę shaki waniliowe od czekoladowych. Szaleństwo i długie, piesze spacery to okno z najrozleglejszym widokiem na ludzką naturę; to tak, jakby miasto przepływało obok, niczym woda spływająca kaskadą ze śluzy jazu.

Nie myślcie sobie, że jestem do niczego nieprzydatny. Raz zauważyłem, że drzwi fabryki są otwarte, gdy zazwyczaj o tej porze były zamknięte na kłódkę; poinformowałem o tym policjanta, który potem sobie przypisał całą zasługę – udaremnienie włamania. Ale policja wręczyła mi dyplom za zapisanie numeru rejestracyjnego samochodu, którego kierowca pewnego wiosennego popołudnia potrącił rowerzystę i uciekł z miejsca wypadku. Mam też sukcesy w dziedzinie niezręcznie zbliżonej do kategorii „swój pozna swego” – pewnego jesiennego weekendu przechodziłem obok placu zabaw pełnego dzieci i zauważyłem mężczyznę kręcącego się przy furtce; od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. Gdyby dostrzegły go moje głosy, wykrzyczałyby ostrzeżenie, ale tym razem wziąłem to na siebie: poszedłem do znanej mi przedszkolanki, która czytała pismo dla kobiet trzy metry od piaskownicy i huśtawek, nie pilnując należycie podopiecznych. Okazało się, że mężczyzna został dopiero co zwolniony z więzienia, a tego samego dnia rano zarejestrowano go jako pedofila.

Tym razem nie dostałem dyplomu, ale przedszkolanka kazała dzieciom narysować siebie samych przy zabawie, a one wypisały na kolorowym obrazku podziękowania tym swoim cudownie zwariowanym pismem, jakie dzieci mają, zanim obarczymy je rozsądkiem i własnym zdaniem. Powiesiłem obrazek u siebie nad łóżkiem, gdzie wisi do teraz. Moje życie jest szare i ponure, a obrazek przypomina mi o kolorach, których mógłbym doświadczyć, gdyby los nie popchnął mnie ścieżką prowadzącą tu, gdzie jestem obecnie.

Tak mniej więcej wygląda moja egzystencja – człowieka żyjącego na obrzeżach normalnego świata.

I podejrzewam, że spędziłbym w ten sposób resztę swoich dni, i nie przyszłoby mi do głowy opowiadać o wydarzeniach, których byłem świadkiem gdybym nie dostał listu.

Był podejrzanie gruby, z wydrukowanym moim nazwiskiem na kopercie. Bardzo wyróżniał się wśród stosu reklamówek sklepu spożywczego i zniżkowych kuponów. Jeśli prowadzi się samotne życie jak ja, nie dostaje się dużo listów, kiedy więc przychodzi coś niezwykłego, to aż się prosi, żeby zostało zbadane. Wyrzuciłem niepotrzebne papierzyska i otworzyłem list, pałając ciekawością. Pierwsze, co zauważyłem, to że dobrze zapisali moje imię.

Drogi Panie Francis X. Petrel, Zaczynało się nieźle. Zwykle imię dzielone z płcią przeciwną wywołuje zamieszanie. Przywykłem dostawać listy z Medicare’u, zmartwionego, że nie otrzymał wyników mojego ostatniego rozmazu Papanicolau, i pytającego, czy robiłem badania na raka piersi. Przestałem już poprawiać ich komputery.

Komitet Zachowania Szpitala Western State zidentyfikował Pana jako jednego z ostatnich pacjentów, których wypisano z tej placówki, zanim została zamknięta na stałe około dwudziestu lat temu. Jak Pan zapewne wie, istnieje dążenie, by część szpitala zamienić w muzeum, a resztę terenu oddać pod inwestycje. W ramach tego dążenia komitet sponsoruje całodzienne badanie szpitala, jego historii, ważnej roli, jaką odegrał w naszym stanie, a także obecnego podejścia do leczenia psychicznie chorych. Zapraszamy Pana do wzięcia udziału w tym spotkaniu. Plan dnia obejmuje seminaria, odczyty i imprezy o charakterze rozrywkowym. Załączamy przybliżony program wystąpień. Jeśli może Pan być obecny, prosimy skontaktować się z podaną poniżej osobą przy najbliższej sposobności.

Zerknąłem na dół, na nazwisko i numer telefonu osoby, noszącej tytuł wiceprezesa Komisji Planowania. Potem zajrzałem do załącznika, który okazał się listą zajęć. Zaplanowano kilka mów polityków, w tym zastępcy gubernatora i przewodniczącego Stanowej Mniejszości Senackiej. Miały się odbyć panele dyskusyjne prowadzone przez lekarzy i historyków z kilku pobliskich college’ów i uniwersytetów. Moją uwagę zwróciła jedna pozycja: sesja zatytułowana Rzeczywistość szpitalnego doświadczenia – prezentacja. Obok podano nazwisko kogoś, kogo chyba pamiętałem z czasów własnego pobytu w szpitalu. Obchody miały się zakończyć występem orkiestry kameralnej.

Położyłem zaproszenie na stole i przez chwilę na nie patrzyłem. W pierwszym odruchu chciałem wyrzucić je do kosza razem z resztą pocztowego śmiecia, ale nie zrobiłem tego. Znów je podniosłem, przeczytałem po raz drugi, potem usiadłem na rozchwianym krześle w rogu pokoju i zacząłem się zastanawiać. Wiedziałem, że ludzie bez przerwy jeżdżą na uroczyste zjazdy. Spotykają się weterani wojen. Koledzy i koleżanki z liceum, na spotkaniu po dziesięciu czy dwudziestu latach, oglądają swoje rosnące w obwodzie brzuchy, łysiny i powiększone piersi. College’e wykorzystują zjazdy do wyciągania pieniędzy od wzruszonych do łez absolwentów, którzy potykając się, zwiedzają stare korytarze i wspominają tylko dobre chwile, zapominając o złych. Zjazdy są nieodłączną częścią normalnego świata. Ludzie bez przerwy próbują wrócić do czasów, które w ich wspomnieniach są lepsze, niż były naprawdę, i rozpalić na nowo uczucia, które dawno już wygasły.

Ja nie. Jednym ze skutków ubocznych mojego stanu jest stały zwrot w kierunku przyszłości. Przeszłość to rupieciarnia pełna niebezpiecznych i bolesnych wspomnień. Po co miałbym do nich wracać?

A mimo to wahałem się. Wpatrywałem się w zaproszenie z rozkwitającą fascynacją. Chociaż Szpital Western State był oddalony zaledwie o godzinę drogi, przez lata nie wróciłem tam ani razu. Wątpiłem, by zrobiła to choć jedna osoba, która spędziła za tamtymi drzwiami choć minutę.

Spojrzałem na swoją dłoń – lekko drżała. Może przestawały działać leki. Po raz drugi pomyślałem, że powinienem wyrzucić list do śmieci, a potem przejść się po mieście. To było niebezpieczne. Niepokojące. Zagrażało ostrożnej egzystencji, jaką udało mi się zbudować. Idź szybko, powiedziałem sobie. Podróżuj prędko. Wychodź swoje codzienne kilometry, bo to twoje zbawienie. Zostaw wszystko za sobą. Zacząłem wstawać, ale znieruchomiałem.

Sięgnąłem po słuchawkę telefonu i wystukałem numer do wiceprezes. Zaczekałem dwa sygnały, potem usłyszałem głos:

– Słucham?

– Z panią Robinson-Smythe poproszę – powiedziałem trochę zbyt szorstko.

– Jestem jej sekretarką. Kto mówi?

– Nazywam się Francis Xavier Petrel…

– O, pan Petrel, pewnie dzwoni pan w sprawie święta Western State…

– Zgadza się – powiedziałem. – Będę.

– Świetnie. Już pana łączę…

Ale ja odłożyłem słuchawkę, niemal przerażony własną impulsywnością. Zanim zdążyłem się rozmyślić, wypadłem na dwór. Biegłem przed siebie najszybciej, jak mogłem. Metry betonowego chodnika i czarnego makadamu autostrady znikały pod moimi podeszwami, sklepowe witryny i domy zostawały w tyle niezauważone, a ja zastanawiałem się, czy głosy kazałyby mi jechać na zjazd, czy nie.

Dzień był niezwykle gorący, nawet jak na koniec maja. Musiałem trzy razy się przesiadać, zanim dotarłem do miasta, a za każdym razem miałem wrażenie, że mikstura gorącego powietrza i spalin dieslowskiego silnika była coraz bardziej drażniąca. Smród większy. Wilgotność powietrza wyższa. Na każdym przystanku powtarzałem sobie, że bardzo źle robię, wracając do szpitala, ale potem, wbrew własnym wnioskom, jechałem dalej.

Szpital leżał na obrzeżach typowego, nowoangielskiego miasteczka uniwersyteckiego, z licznymi księgarniami, pizzeriami, chińskimi restauracjami i sklepami z tanią odzieżą, wzorowaną na wojskowej. Niektóre obiekty miały lekko obrazoburczy charakter – jak księgarnia z poradnikami o samopomocy i duchowym rozwoju, w której sprzedawca wyglądał, jakby przeczytał je wszystkie i w żadnej nie znalazł pomocnej wskazówki; albo bar sushi, trochę zapuszczony i wyglądający jak miejsce, w którym siekający rybę kucharz ma na imię Ted albo Paddy i mówi z południowym lub irlandzkim akcentem. Zdawało się, że żar słońca bije wprost z chodnika, pali ciepłem jak grzejnik w zimie, który ma tylko jedno fabryczne ustawienie: gorąco jak cholera. Biała koszula, jedyna, jaką miałem, lgnęła mi nieprzyjemnie do pleców; poluzowałbym krawat, gdybym się nie bał, że potem nie zdołam go poprawić. Miałem na sobie swój jedyny garnitur: niebieski, wełniany, pogrzebowy, który kupiłem w sklepie z używaną odzieżą na wypadek śmierci i pogrzebu rodziców, ale jak dotąd obojgu udawało się uparcie trzymać życia, więc to był pierwszy raz, kiedy go włożyłem. Na pewno nadawał się do trumny, bo bez wątpienia moim szczątkom byłoby w nim ciepło w zimnej ziemi. W połowie drogi na wzgórze, gdzie znajdował się szpital, przysięgałem już sobie, że to ostatni raz, kiedy dobrowolnie włożyłem ten garnitur. Nieważne, jak wściekną się moje siostry, kiedy zjawię się na stypie po rodzicach w szortach i obrzydliwie jaskrawej hawajskiej koszuli. Ale w sumie co mogły powiedzieć? W końcu jestem wariatem. To tłumaczy wszystkie dziwaczne zachowania.

W ramach wielkiego, specyficznego budowlanego żartu Szpital Western State postawiono na szczycie wzgórza, nad kampusem słynnego żeńskiego college’u. Budynki szpitala przypominają uniwersyteckie – dużo na nich bluszczu, są z cegły, mają białe kanciaste okna, trzy – i czteropiętrowe dormitoria, które otaczają czworokątne dziedzińce z ławkami i kępami wiązów. Zawsze podejrzewałem, że oba obiekty projektował ten sam architekt, a firma budująca szpital po prostu podkradała materiały z placu budowy college’u. Przelatująca wrona uznałaby, że budynki stanowią jedną całość. Nie dostrzegłaby różnic między dwoma kampusami, dopóki nie zajrzałaby do środka. Wtedy zobaczyła by czym się różnią.

Fizyczną linią demarkacyjną były: jednopasmowa, czarna asfaltowa droga, bez chodnika, wijąca się z jednej strony wzgórza, i zagroda jeździecka z drugiej, gdzie studenci lepiej sytuowani od innych – i tak dobrze sytuowanych – jeździli na swoich koniach. Boksy i przeszkody stały tam, gdzie widziałem je po raz ostatni, dwadzieścia lat temu. Samotny koń z jeźdźcem bez końca okrążali wybieg, przyspieszając przed każdym skokiem. Moebiusowska trasa. Słyszałem ciężki, chrapliwy oddech zwierzęcia trudzącego się w upale i widziałem długi jasny kucyk wystający spod czarnego toczka jeźdźca. Koszula dziewczyny była mokra od potu, a boki konia lśniły. Oboje wydawali się nieświadomi tego, co działo się nad nimi, na szczycie wzgórza. Minąłem ich, zmierzając w stronę namiotu w jasnożółte pasy, tuż za wysokim ceglanym murem i żelazną bramą szpitala. Przed namiotem stała tabliczka z napisem Rejestracja.

Gruba, zbyt wylewna kobieta za stolikiem z rozmachem przypięła mi do marynarki identyfikator. Dała mi też teczkę z przedrukami rozmaitych artykułów z gazet, szczegółowo opisujących plany inwestycji na dawnych terenach szpitala: miało tu stanąć luksusowe osiedle mieszkaniowe, ponieważ rozciągał się stąd widok na dolinę i odległą rzekę. Pomyślałem, że to dziwne. Przez cały czas, jaki tu spędziłem, ani razu nie dostrzegłem błękitnej wstążki rzeki. Oczywiście możliwe, że uznałbym to za halucynację. W teczce znalazłem też skróconą historię szpitala i kilka ziarnistych, czarnobiałych zdjęć pacjentów w trakcie kuracji bądź spędzających czas w świetlicy. Przyjrzałem się fotografiom, szukając znajomych twarzy, w tym własnej, ale nikogo nie poznałem, chociaż poznawałem wszystkich. Byliśmy kiedyś tacy sami. Różnił nas tylko stopień ubrania i nafaszerowania lekami.

W teczce był program dnia. Zobaczyłem, że sporo ludzi kieruje się do budynku – jak pamiętałem – dawnej administracji. Wyznaczoną na tę godzinę prezentację, zatytułowaną Kulturalne znaczenie Szpitala Western State, prowadził profesor historii. Zważywszy, że my, pacjenci, nie mogliśmy opuszczać terenu szpitala, a najczęściej siedzieliśmy pod kluczem w dormitoriach, zastanawiałem się, na jakiej podstawie profesor przygotował wystąpienie. Poznałem zastępcę gubernatora, otoczonego przez kilku asystentów. Z uśmiechem wymieniał uściski dłoni z innymi politykami, kiedy przechodził przez drzwi. Nie potrafiłem sobie przypomnieć, by ktokolwiek inny wprowadzany tym wejściem się uśmiechał. Tu właśnie przyprowadzało się delikwenta na początku i tu się go rejestrowało. Na samym dole kartki z programem widniało duże, wypisane drukowanymi literami ostrzeżenie, że wiele szpitalnych budynków jest w złym stanie i wchodzenie do nich grozi niebezpieczeństwem. Gości proszono o ograniczenie spacerów do budynku administracji i dziedzińców.

Zrobiłem kilka kroków w stronę grupy idącej na odczyt, potem się zatrzymałem. Patrzyłem, jak tłum się kurczy, pochłaniany przez budynek. Odwróciłem się i szybkim krokiem przeszedłem przez dziedziniec.

Uświadomiłem sobie bardzo prostą prawdę. Nie przyjechałem tu wysłuchiwać mów.

Znalezienie mojego starego budynku nie zajęło mi dużo czasu. Mogłem się tu poruszać z zamkniętymi oczami.

Metalowe kraty w oknach przerdzewiały, żelazo zmatowiało z brudu i upływu czasu. Jedna zwisała na pojedynczym zawiasie jak złamane skrzydło. Ceglany front też spłowiał, stał się bury i ziemisty. Pędy bluszczu, zazielenione na wiosnę, ledwie trzymały się ścian, zaniedbane i zdziczałe. Krzewy zdobiące wejście zmarniały, a wielkie, podwójne drzwi smętnie tkwiły w spękanej futrynie. Nazwa budynku wykuta w szarym granicie też ucierpiała: ktoś odłupał spory kawałek płyty, tak że widać było tylko litery Mherst. „A” na początku zamieniło się w poszarpaną bliznę.

Wszystkie dormitoria ochrzczono – co za czyjeś kosmiczne poczucie ironii – nazwami sławnych uczelni. Mieliśmy Harvard, Yale i Princeton, Williams i Wesleyan, Smith i Mount Holyoke i Wellesley, i oczywiście moje Amherst. Budynek nosił nazwę miasta i college’u, które z kolei nazwano tak na cześć brytyjskiego żołnierza lorda Jeffreya Amhersta, słynnego dzięki temu, że rozdawał indiańskim szczepom koce zarażone ospą. Jego dary szybko dokonały tego, czego dokonać nie mogły kule, świecidełka i negocjacje.

Na drzwiach ktoś przybił tabliczkę; podszedłem, żeby ją przeczytać. Najpierw było Uwaga, wypisane wielkimi literami. Potem następował bełkot inspektora budowlanego, sprowadzający się do stwierdzenia, że budynek został oficjalnie przeznaczony do rozbiórki. Dalej, równie wielkimi literami, stało: Nieupoważnionym wstęp wzbroniony.

Pomyślałem, że to interesujące. Kiedyś ludziom zamieszkującym ten budynek wydawało się, że to oni są przeznaczeni do usunięcia. Nikomu z nas nigdy nie przyszło do głowy, że te mury, kraty i zamki, definiujące nasze życie, same któregoś dnia znajdą się w identycznej sytuacji.

Wyglądało też na to, że ktoś jeszcze nie przestrzegał zakazu. Zamek rozwalono topornym łomem, a same drzwi były uchylone. Pociągnąłem je mocno – otworzyły się, skrzypiąc głośno.

W pierwszym korytarzu śmierdziało pleśnią. W rogu leżał stos pustych butelek po winie i piwie, co, jak uznałem, zdradzało naturę gości budynku: nastolatków szukających miejsca, w którym mogliby się upić z dala od czujnego wzroku rodziców. Ściany były poznaczone smugami brudu i dziwnymi, wysprejowanymi hasłami w różnych kolorach. Jedno z nich głosiło: Bad boys rządzą. Byłem skłonny się z tym zgodzić. Z sufitu zwisały rury, z nich zaś na linoleum podłogi kapała cuchnąca brudna woda. Śmieci i odpadki, kurz i brud zaściełały wszystkie kąty. Stęchły zapach starości i bezruchu mieszał się z wyraźnym odorem ludzkich odchodów. Podszedłem kilka kroków do przodu, ale musiałem się zatrzymać. W poprzek korytarza leżał duży kawał zawalonej ściany. Po lewej zobaczyłem główne schody. Były zasypane jeszcze większymi stosami śmieci. Zamierzałem przejść przez świetlicę i zajrzeć do sal terapeutycznych ciągnących się wzdłuż korytarza na parterze. Chciałem też zobaczyć cele na piętrze, gdzie nas zamykano i gdzie staczaliśmy boje z lekami i własnym szaleństwem. Prycze w dormitoriach, gdzie spaliśmy jak nieszczęśliwe dzieci na koloniach, w rzędach stalowych łóżek. Ale schody wyglądały na niepewne, jakby mogły zawalić się pod moim ciężarem.

Nie wiem, jak długo tam byłem. Przykucnięty, nachylony wyławiałem echa wszystkiego, co kiedyś widziałem i słyszałem. Zupełnie jak dawniej czas wydawał się mniej istotny, mniej naglący, jakby wskazówki zegarka zwolniły, a minuty niechętnie posuwały się naprzód.

Nawiedzały mnie duchy pamięci. Widziałem twarze, słyszałem głosy. Smaki i zapachy szaleństwa i zaniedbania powracały miarowymi falami jak przypływ. Wsłuchiwałem się w wirującą dookoła mnie przeszłość.

Kiedy żar wspomnień w końcu się przytłoczył, wstałem sztywno i powoli wyszedłem. Usiadłem na ławce pod drzewem na dziedzińcu, znów zwracając twarz w stronę swojego dawnego domu. Czułem się wyczerpany; z wysiłkiem wdychałem świeże powietrze, bardziej zmęczony, niż po codziennych pieszych wędrówkach po mieście. Nie odwróciłem się, dopóki nie usłyszałem za sobą kroków na ścieżce.

Niski, przysadzisty mężczyzna, nieco starszy ode mnie, z przerzedzonymi, przylizanymi czarnymi włosami, przetykanymi srebrem siwizny, zmierzał pospiesznie w moją stronę. Uśmiechał się szeroko, ale w oczach miał niepokój. Pomachał mi bojaźliwie.

– Tak myślałem, że cię tu znajdę – powiedział, sapiąc z wysiłku i gorąca. – Widziałem twoje nazwisko na liście w rejestracji. – Zatrzymał się nagle. – Witaj, Mewa – odezwał się po chwili.

Wstałem i wyciągnąłem rękę.

– Bonjour, Napoleonie – odparłem. – Nikt mnie tak nie nazywał od bardzo, bardzo dawna.

Uścisnął moją dłoń. Jego była lekko wilgotna, drżąca i słaba. To mógł być efekt leków. Ale uśmiech nie zniknął z jego twarzy.

– Mnie też – przyznał.

– Widziałem twoje prawdziwe nazwisko w programie – powiedziałem. – Wygłaszasz mowę?

Kiwnął głową.

– Nie wiem, jak mam stanąć przed tyloma ludźmi – przyznał. – Ale mój lekarz jest jednym z twórców całego tego planu inwestycji i to jego pomysł. Powiedział, że to będzie dla mnie pożyteczne doświadczenie. Porządna demonstracja pięknej drogi do całkowitego wyleczenia.

Zawahałem się.

– A ty jak myślisz? – zapytałem.

Napoleon usiadł na ławce.

– Myślę, że to on zwariował. – Zachichotał trochę szaleńczo piskliwym śmiechem, który łączył w sobie wesołość i zdenerwowanie i który pamiętałem z czasów, kiedy przebywaliśmy tu razem. – To, że wszyscy uważają cię za wariata, ma swoje dobre strony, bo nie można narobić sobie wstydu – dodał.

Zaśmiałem się razem z nim. Takie spostrzeżenie mógł zrobić tylko ktoś, kto był pacjentem szpitala dla umysłowo chorych. Usiadłem obok niego i obaj popatrzyliśmy na budynek Amherst. Po chwili Napoleon westchnął.

– Byłeś w środku?

– Tak. Straszny burdel. Czeka na rozwałkę.

– To samo myślałem wiele lat temu. A wszyscy uważali, że nie ma dla nas lepszego miejsca. Przynajmniej tak powiedzieli, kiedy mnie przyjmowali. Najnowocześniejsza placówka zdrowia psychicznego. Najlepszy sposób leczenia umysłowo chorych w otoczeniu rezydencjalnym. Co za bujda. – Wstrzymał oddech, potem dodał: – Cholerne łgarstwo.

Przytaknąłem.

– To im powiesz. W swojej mowie.

Pokręcił głową.

– Chyba nie to chcą usłyszeć. Rozsądniej będzie mówić im same przyjemne rzeczy. Pozytywne. Planuję serię obrzydliwych kłamstw.

Przez chwilę się nad tym zastanawiałem, potem się uśmiechnąłem.

– To może być oznaka zdrowia umysłowego – przyznałem. Napoleon się roześmiał.

– Pewnie masz rację.

Przez kilka chwil obaj milczeliśmy. Potem Napoleon powiedział smutnym głosem:

Nie wspomnę o morderstwach. I ani słowa o Strażaku, śledczej, która tu przyjechała, ani o tym, co się wydarzyło na końcu. – Spojrzał na budynek Amherst. – Zresztą i tak ty powinieneś o tym opowiadać, nie ja – dodał.

Nie odpowiedziałem.

Napoleon przez chwilę się nie odzywał.

– Myślisz jeszcze o tym, co się stało? – spytał.

Pokręciłem głową, ale obaj wiedzieliśmy, że to nieprawda.

– Czasami mi się to śni – przyznałem. – Ale trudno rozróżnić, co było naprawdę, a co nie.

– Racja – mruknął. – Wiesz, jedno nie daje mi spokoju – dodał powoli. – Nigdy się nie dowiedziałem, gdzie chowali ludzi. Zmarłych pacjentów. To znaczy, w jednej chwili byli w świetlicy albo łazili po korytarzach razem ze wszystkimi, a w następnej mogli nie żyć, ale co wtedy? Wiedziałeś?

– Tak – odpowiedziałem po dłuższej chwili. – Mieli mały cmentarzyk na skraju szpitala, pod lasem za administracją i Harvardem. Za ogródkiem. Teraz jest tam chyba boisko.

Napoleon otarł czoło.

– Dobrze wiedzieć – powiedział. – Zawsze się nad tym zastanawiałem.

Znów milczeliśmy przez kilka chwil.

– Wiesz, co mnie najbardziej przybiło? – odezwał się znów Napoleon. – Już po wszystkim, kiedy nas wypuścili, przenieśli do przychodni, kiedy dostaliśmy nowe leki… Wiesz, co mnie dobiło?

– Co?

– Że złudzenie, którego tak mocno się trzymałem przez tyle lat, okazało się nie tylko złudzeniem, ale do tego zwyczajnym, pospolitym złudzeniem. Że nie byłem jedynym człowiekiem, który uważał się za francuskiego cesarza. W Paryżu jest takich pełno. Nienawidziłem tego. Kiedy miałem złudzenia, byłem wyjątkowy. Jedyny w swoim rodzaju. Teraz jestem zwykłym facetem, który musi brać pigułki, któremu bez przerwy trzęsą się ręce, który nie potrafi utrzymać najprostszej pracy i którego rodzina pewnie chciałaby, żeby zniknął. Ciekawe, jak po francusku jest „puf!”

Chwilę się zastanawiałem.

– Wiesz, ja osobiście, o ile to cokolwiek znaczy, zawsze miałem wrażenie, że byłeś cholernie dobrym francuskim cesarzem. Czy to fałszywym, czy nie. A gdybyś to naprawdę ty rozkazywał oddziałom pod Waterloo, cholera jasna, wygrałbyś.

Napoleon zachichotał z ulgą.

– Mewa, wszyscy zawsze wiedzieliśmy, że umiałeś obserwować świat lepiej niż ktokolwiek inny. Ludzie cię lubili, chociaż byliśmy wariatami i mieliśmy zwidy.

– Miło mi to słyszeć.

– A Strażak? Był twoim przyjacielem. Co się z nim stało? Znaczy, po wszystkim.

Milczałem chwilę.

– Wyszedł. Wyprostował wszystkie swoje sprawy, przeniósł się na Południe i zbił dużą kasę. Założył rodzinę. Wielki dom, wielki wóz. Ogólnie sukces całą gębą. Kiedy ostatnio o nim słyszałem, był szefem jakiejś fundacji charytatywnej. Szczęśliwy i zdrowy.

Napoleon kiwnął głową.

– Mogę w to uwierzyć. A ta kobieta, która prowadziła śledztwo? Pojechała z nim?

– Nie. Została sędzią. Chwała, zaszczyty i tak dalej. Wspaniale się jej poukładało.

– Tak przypuszczałem.

Oczywiście to wszystko była nieprawda. Napoleon spojrzał na zegarek.

– Muszę wracać. Przygotować się na wielką chwilę. Życz mi powodzenia.

– Powodzenia – powiedziałem.

– Dobrze było znów cię zobaczyć – dodał. – Widać, nieźle sobie radzisz.

– Ty też – odparłem. – Świetnie wyglądasz.

– Naprawdę? Nie wydaje mi się. Zresztą nie sądzę, żeby ktokolwiek z nas świetnie wyglądał. Ale to nic. Dzięki za miłe słowa.

Wstałem i stanąłem obok niego. Obaj obejrzeliśmy się na Amherst.

– Ucieszę się, kiedy wreszcie go zburzą – odezwał się Napoleon z nagłą goryczą. – To było niebezpieczne, złe miejsce, nie wydarzyło się tam nic dobrego. – Potem odwrócił się do mnie. – Mewa, ty tam byłeś. Widziałeś wszystko. Opowiedz o tym.

– Kto by chciał słuchać?

– Ktoś taki mógłby się znaleźć. Spisz tę historię. Potrafisz.

– Niektóre historie lepiej zostawić niespisane – odparłem.

Napoleon wzruszył wąskimi ramionami.

– Jeśli ją spiszesz, stanie się prawdziwa. Jeśli to wszystko zostanie tylko w twoich wspomnieniach, to tak, jakby nigdy się nie wydarzyło. Jakby to był jakiś sen. Albo halucynacja wariatów. Nikt nam nie wierzy, kiedy coś mówimy. Ale jeśli to spiszesz, no, wtedy nabierze treści. Uwiarygodnisz to.

Pokręciłem głową.

– Kłopot w tym, że wariatowi bardzo trudno odróżnić, co prawdziwe, a co nie – powiedziałem. – I to się nie zmieniło tylko dlatego, że bierzemy dość pigułek, żeby jakoś sobie radzić.

Napoleon się uśmiechnął.

– Masz rację – przyznał. – A może nie. Nie wiem. Ale mógłbyś to opowiedzieć i może parę osób by ci uwierzyło, a to by już było dobrze. Dawnej, wtedy, nikt nam nie wierzył. Nawet kiedy braliśmy leki.

Znów spojrzał na zegarek i nerwowo zaszurał nogami.

– Powinieneś wracać – powiedziałem.

– Muszą wracać – powtórzył.

Staliśmy w niezręcznym milczeniu, aż się odwrócił i odszedł. W połowie ścieżki znów się odwrócił i niepewnie pomachał, jak wtedy, kiedy po raz pierwszy mnie zauważył.

– Opowiedz! – zawołał. A potem szybko odszedł, swoim zwykłym, trochę kaczkowatym chodem. Znów trzęsły mu się ręce.

Było już po zmroku, kiedy w końcu zamknąłem się w bezpiecznych czterech ścianach swojego małego mieszkanka. W żyłach pulsowało mi nerwowe zmęczenie, płynące krwiobiegiem obok czerwonych i białych krwinek. Spotkanie z Napoleonem i to, że użył mojego szpitalnego przezwiska wznieciły we mnie różne uczucia. Mocno się zastanawiałem, czy nie wziąć jakichś proszków. Wiedziałem, że mam takie, które powinny mnie uspokoić, gdybym za bardzo się wzburzył. Ale nie zrobiłem tego. „Opowiedz historię”, powiedział.

– Jak? – spytałem na głos ciszę mojego domu. Pytanie rozbrzmiało echem.

– Nie możesz jej opowiedzieć – przekonywałem sam siebie. A potem zadałem sobie pytanie: Dlaczego nie?

Miałem długopisy i ołówki. Brakowało mi papieru.

Wtedy przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Przez chwilę zastanawiałem się, czy to niejeden z moich głosów powrócił i szeptał do ucha szybkie sugestie i łagodne polecenia. Znieruchomiałem, nasłuchując uważnie. Spomiędzy odgłosów ulicy próbowałem wyłowić charakterystyczne tony znanych mi przewodników przebijających się przez mozolny warkot klimatyzatora w oknie. Ale nie umiałem ich wychwycić. Nie wiedziałem zresztą czy naprawdę się pojawiły. Przywykłem jednak do niepewności.

Wziąłem stare, odrapane krzesło i postawiłem je w rogu pokoju. Nie mam papieru, myślałem głośno. Ale mam białe ściany, gołe, bez plakatów ani obrazków.

Balansując na krześle, sięgałem prawie pod sam sufit. Ścisnąłem długopis i wychyliłem się do przodu. Potem zacząłem szybko pisać, drobnym, ściśniętym, ale czytelnym pismem:

Francis Xavier Petrel przyjechał do Szpitala Western State karetką. Zapłakany, ze związanymi i skutymi rękami i nogami. Padał ulewny deszcz, szybko zapadał zmrok. Francis miał dwadzieścia jeden lat i był przerażony bardziej niż kiedykolwiek w całym swoim krótkim i – aż do tej pory - dość nudnym życiu…

Rozdział 2

Francis Xavier Petrel przyjechał do Szpitala Western State karetką, zapłakany, ze związanymi i skutymi rękami i nogami. Padał ulewny deszcz, szybko zapadał zmrok. Francis miał dwadzieścia jeden lat i był przerażony bardziej niż kiedykolwiek w całym swoim krótkim i – aż do tej pory – dość nudnym życiu.

Dwaj mężczyźni, którzy przywieźli go do szpitala, podczas jazdy niewiele się odzywali. Psioczyli tylko pod nosem na nietypową pogodę i rzucali jadowite uwagi pod adresem innych kierowców, z których żaden najwyraźniej nie dorastał do ich standardów doskonałości. Mimo włączonego koguta ambulans sunął bez pośpiechu. Obaj mężczyźni wyglądali na znudzonych rutynową jazdą do szpitala. Jeden popijał gazowany napój z puszki, mlaskając głośno. Drugi gwizdał melodie popularnych piosenek. Pierwszy nosił presleyowskie baki, drugi miał gęstą lwią czuprynę.

Dla dwóch sanitariuszy mogła to być nudna podróż, ale dla młodego mężczyzny, z tyłu samochodu sztywnego z napięcia, z trudem łapiącego powietrze sprintera, było to coś zupełnie innego. Każdy dźwięk, każde wrażenie coś mu sygnalizowało, jedno bardziej przerażające od drugiego. Rytmiczny stukot wycieraczek brzmiał jak odgłos bębnów głęboko w dżungli, dudniących o zagładzie. Szum opon na śliskiej nawierzchni był syrenią pieśnią rozpaczy. Nawet świst własnego, pełnego wysiłku oddechu wydawał się echem w grobowcu. Więzy wpijały się chłopakowi w ciało; otworzył usta, by zawołać o pomoc, ale nie mógł krzyknąć. Zagulgotał tylko rozpaczliwie. Symfonię bezładu przebijała tylko jedna myśl – jeżeli przeżyje ten dzień, nigdy nie spotka go już nic gorszego.

Kiedy ambulans z dygotem zatrzymał się przed wejściem do szpitala, chłopak usłyszał jeden ze swoich głosów, wybijający się z odmętów strachu: Zabiją cię tu, jeśli nie będziesz uważał.

Mężczyźni z ambulansu wydawali się nieświadomi wiszącego nad nimi niebezpieczeństwa. Z trzaskiem otworzyli drzwi samochodu i, nie siląc się na delikatność, wyciągnęli Francisa na noszach na kółkach. Poczuł krople deszczu na twarzy, mieszające się z potem na czole. Potem dwaj mężczyźni wwieźli go przez szerokie, podwójne drzwi do świata ostrych i surowych świateł. Jechali korytarzem, kółka noszy piszczały na linoleum i na początku Francis widział tylko szary, łaciaty sufit. Był świadom, że na korytarzu są też inni ludzie, ale za bardzo się bał, żeby się do nich odwrócić. Zamiast tego wbijał wzrok w sufit i liczył świetlówki, pod którymi przejeżdżał. Kiedy dotarli do czwartej, sanitariusze stanęli. Francis zdał sobie sprawę, że ktoś podszedł do noszy.

– W porządku, panowie – usłyszał tuż nad głową. – Przejmiemy go.

Potem nagle pojawiła się nad nim wielka, okrągła, czarna twarz, pokazująca w uśmiechu szeroki rząd nierównych zębów. Twarz wystawała z białego pielęgniarskiego kitla, na pierwszy rzut oka o kilka numerów za małego.

– W porządku, panie Francis Xavier Petrel. Nie będzie pan nam sprawiał żadnych problemów, prawda?

Mężczyzna mówił śpiewnym tenorem, tak że jego słowa zawierały tyle samo groźby, ile rozbawienia. Francis nie wiedział, co odpowiedzieć.

Z drugiej strony noszy w jego polu widzenia pojawiła się niespodziewanie druga czarna twarz.

– Nie wydaje mi się, żeby ten chłopak robił nam trudności – oznajmił drugi mężczyzna. – Ani troszeńkę. Zgadza się, panie Petrel?

On też mówił z lekkim południowym akcentem.

Powiedz im, że tak! - krzyknął głos w uchu Francisa.

Francis spróbował pokiwać głową, ale miał kłopoty z poruszaniem szyją.

– Nie będę robił problemów – wykrztusił. Słowa zabrzmiały chrapliwie i szorstko, ale cieszył się, że może mówić. Dodało mu to trochę otuchy. Przez cały dzień bał się, że z jakiegoś powodu w ogóle straci możliwość porozumiewania się.

– To dobrze, panie Petrel. Zdejmiemy pana z noszy. Potem usiądziemy, grzecznie i spokojnie, na wózku. Jasne? Ale kajdanek z rąk i nóg na razie nie zdejmiemy. Najpierw pogada pan z lekarzem. Może da coś, żeby się pan od razu uspokoił. Wyluzował. A teraz spokojnie. Siadamy, niech pan zsunie nogi.

Rób, co ci każą!

Zrobił, co mu kazano.

Zakręciło mu się w głowie i przez chwilę miał wrażenie, że się chwieje. Poczuł, że za ramię łapie go wielka dłoń. Odwrócił się i zobaczył, że pierwszy pielęgniarz jest olbrzymi, mierzy dobrze ponad dwa metry i waży ze sto pięćdziesiąt kilo. Mężczyzna miał potężnie umięśnione ramiona i nogi jak beczki. Jego partner był żylastym, chudym człowieczkiem, przy swoim koledze prawie karłem. Nosił krótką bródkę i fryzurę afro, która nie powiększała jednak jego mizernej postury. We dwóch mężczyźni posadzili Francisa na wózku.

– W porządku – odezwał się mały. – Jedziemy do lekarza. Nic się pan nie boi. Teraz może się wydawać, że jest fatalnie, źle i paskudnie, ale niedługo będzie lepiej. Ma pan to jak w banku.

Francis mu nie uwierzył. W ani jedno słowo.

Pielęgniarze zawieźli go do małej poczekalni. Tam, za stalowym, szarym biurkiem siedziała sekretarka; kiedy wszyscy trzej pojawili się w drzwiach, podniosła wzrok. Robiła wrażenie rzeczowej, sztywnej osoby. Była w średnim wieku, ubrana w obcisły niebieski kostium. Miała trochę za mocno utapirowane włosy, trochę zbyt mocno podkreślone oczy i zbyt błyszczące usta, co nadawało jej niespójny wygląd pół bibliotekarki, pół dziwki.

– Pan Petrel, tak? – zwróciła się szorstkim tonem do dwóch czarnych pielęgniarzy, chociaż dla Francisa było oczywiste, że sekretarka nie oczekuje odpowiedzi, bo już ją zna. – Możecie wejść, doktor czeka.

Przejechali przez następne drzwi do następnego pomieszczenia trochę przytulniejszego; dwa okna na tylnej ścianie wychodziły na dziedziniec. Widać było chwiejący się na wietrze dąb, za nim zaś w oddali inne budynki, ceglane, z czarnymi, łupkowymi dachówkami, zlewające się z ponurą czernią nieba. Pod oknami stało olbrzymie drewniane biurko. W rogu pokoju był regał z książkami, a na szarej wykładzinie, przed ciemnoczerwonym, orientalnym dywanikiem stały dwa miękkie fotele. Na ścianie, obok portretu prezydenta Cartera, wisiało zdjęcie gubernatora. Francis błyskawicznie obejrzał to wszystko, kręcąc na wszystkie strony głową. Jego wzrok jednak szybko spoczął na niskim mężczyźnie, który wstał zza biurka, kiedy pielęgniarze wepchnęli pacjenta do gabinetu.

– Dzień dobry, panie Petrel. Jestem doktor Gulptilil – powiedział energicznie wysokim, prawie dziecięcym głosem.

Doktor był mocno zaokrąglony, zwłaszcza w barkach i w pasie; przypominał ściśnięty balonik. Był Hindusem albo Pakistańczykiem. Na szyi miał ciasno zawiązany, jaskrawoczerwony krawat. Nosił lśniącą czystością białą koszulę, ale niedopasowany, szary garnitur miał wystrzępione mankiety. Doktor sprawiał wrażenie człowieka, który stracił zainteresowanie swoim wyglądem w trakcie porannego ubierania się do pracy. Nosił grube okulary w czarnych oprawkach, a zaczesane do tyłu włosy zawijały mu się nad kołnierzem. Francis miał trudności z określeniem wieku lekarza. Doktor lubił podkreślać każde słowo machnięciem ręki, tak więc jego mowa wyglądała jak popis dyrygenta.

– Dzień dobry – odezwał się Francis niepewnie.

Uważaj, co mówisz! – krzyknął jeden z głosów.

– Wie pan, dlaczego tu trafił? – zapytał doktor. Wydawał się tym autentycznie zainteresowany.

– Nie jestem pewny – odparł Francis.

Doktor Gulptilil zajrzał w kartę.

– Najwyraźniej przestraszył pan kilka osób – powiedział powoli. – A one chyba uważają, że potrzebuje pan pomocy.

Mówił z delikatnym brytyjskim akcentem, angielszczyzną, która zerodowała przez lata spędzone w Stanach Zjednoczonych. W pokoju było ciepło; jeden z grzejników pod oknem syczał.

Francis pokiwał głową.

– To była pomyłka – oznajmił. – Nie chciałem. Wszystko trochę wymknęło mi się spod kontroli. Naprawdę to był wypadek. Zwykły błąd w ocenie. Chciałbym wrócić do domu. Przepraszam. Obiecuję, że się poprawię. Bardzo się poprawię. To była pomyłka. Nic nie znaczyła. Naprawdę. Przepraszam.

Doktor pokiwał głową, ale raczej nie w reakcji na odpowiedź Francisa.

– Czy słyszy pan w tej chwili głosy? – zapytał. Powiedz, że nie!

– Nie.

– Nie?

– Nie.

Powiedz mu, że nie wiesz, o czym mówi! Powiedz, że nigdy nie słyszałeś żadnych głosów.

– Nie do końca rozumiem, o co panu chodzi z tymi głosami – powtórzył Francis.

Bardzo dobrze!

– Pytam, czy słyszy pan głosy osób fizycznie nieobecnych. Czy może słyszy pan to, czego nie słyszą inni?

Francis gwałtownie pokręcił głową.

– To by było wariactwo – obruszył się. Zaczynał czuć się trochę pewniej.

Doktor przyjrzał się karcie, potem znów podniósł wzrok na Francisa.

– A więc dlaczego członkowie pana rodziny wiele razy zauważyli, że nie wiadomo do kogo pan mówi?

Francis poruszył się na wózku, zastanawiając się nad pytaniem.

– Może coś im się pomyliło? – W jego głosie znów pojawiła się niepewność.

– Nie sądzę – odparł doktor.

– Nie mam wielu przyjaciół – dodał Francis ostrożnie. – Ani w szkole, ani w sąsiedztwie. Inne dzieci zawsze zostawiały mnie w spokoju. Dlatego często mówię do siebie. Może to właśnie zauważyli.

Doktor pokiwał głową.

– Po prostu mówił pan do siebie?

– Tak. Zgadza się – powiedział Francis. Trochę się uspokoił. Dobrze, bardzo dobrze. Bądź tylko ostrożny.

Doktor drugi raz zajrzał w papiery. Lekko się uśmiechał.

– Ja też czasami mówię do siebie – przyznał.

– Proszę bardzo, sam pan widzi – odparł Francis. Zadrżał trochę i poczuł dziwny przypływ ciepła i zimna jednocześnie, jakby zła pogoda z zewnątrz w jakiś sposób dostała się tu za nim i pokonała pracowicie tłoczący ciepło grzejnik.

– Ale kiedy ja mówię do siebie, to nie jest rozmowa, panie Petrel. To bardziej przypomnienie, na zasadzie „Kupić mleko” albo wykrzyknik, na przykład „Au!”, „Cholera!”, a czasami, muszę przyznać, jeszcze grubsze słowa. Nie prowadzę dyskusji, nie zadaję pytań i nie udzielam odpowiedzi komuś, kogo nie ma. A to, obawiam się, według pana rodziny robi pan od wielu lat.

Teraz uważaj!

– Tak powiedzieli? – zdziwił się Francis przebiegle. – Dziwne. Doktor pokręcił głową.

– Mniej dziwne niż może się panu wydawać, panie Petrel.

Wyszedł zza biurka, zmniejszając dzielący ich dystans. Oparł się o blat, na wprost wciąż unieruchomionego w wózku Francisa; możliwość ruchu ograniczały chłopakowi kajdanki, ale również dwie czarne postacie – żaden z pielęgniarzy nie poruszył się ani nie odezwał, ale stali tuż za nim.

– Może wrócimy za chwilę do pana rozmów – kontynuował doktor Gulptilil. – Nie do końca bowiem rozumiem, jak może je pan prowadzić, nie słysząc żadnych odpowiedzi, i to mnie autentycznie martwi.

Strzeż się go, Francis! Jest przebiegły i nie planuje nic dobrego. Uważaj, co mówisz!

Francis pokiwał głową. Potem uświadomił sobie, że doktor mógł to widzieć. Zesztywniał i zobaczył, że Gulptilil zapisuje coś na kartce.

– W takim razie spróbujmy pójść w innym kierunku, panie Petrel – podjął lekarz. – Miał pan dzisiaj trudny dzień, nieprawdaż?

– Tak – przyznał Francis. Potem domyślił się, że powinien rozwinąć tę myśl, bo doktor milczał i przeszywał go wzrokiem. – Pokłóciłem się. Z matką i ojcem.

– Pokłócił się pan? Tak. Nawiasem mówiąc, czy może mi pan powiedzieć, jaki mamy dzień?

– Datę?

– Zgadza się. Datę kłótni, która dzisiaj wybuchła.

Francis przez chwilę mocno się zastanawiał. Potem znów spojrzał w okno i zobaczył drzewo wyginające się na wietrze, spastycznie machające gałęziami, jakby szarpał je niewidoczny lalkarz. Na gałęziach zawiązały się już pączki i Francis szybko wykonał w głowie kilka obliczeń. Skoncentrował się w nadziei, że któryś z głosów może znać odpowiedź, ale, jak to irytująco miały w zwyczaju, akurat wszystkie umilkły. Rozejrzał się po pokoju, szukając kalendarza czy innej pomocy, ale nic nie znalazł, spojrzał więc znów za okno, na kołyszące się drzewo. Zaokrąglony człowieczek wciąż cierpliwie czekał na odpowiedź, jakby od zadania pytania minęło kilka minut. Francis gwałtownie wciągnął powietrze.

– Przepraszam… – zaczął.

– Zamyślił się pan? – spytał doktor.

– Przepraszam – powtórzył Francis.

– Wyglądało na to, że przez jakiś czas był pan myślami gdzie indziej – oznajmił lekarz powoli. – Często zdarzają się takie epizody?

Powiedz, że nie!

– Nie. Wcale nie.

– Naprawdę? Zaskakujące. Mniejsza z tym, panie Petrel, miał mi pan coś powiedzieć.

– Pytał pan o coś? – spytał Francis. Był na siebie zły, że stracił wątek.

– Data, panie Petrel?

– Myślę, że jest piętnasty marca – odparł Francis spokojnym tonem.

– Ach, idy marcowe. Pora słynnych zdrad. Niestety, nie. – Doktor pokręcił głową. – Ale był pan blisko. A rok?

Francis znów zrobił w myślach kilka obliczeń. Wiedział, że ma dwadzieścia jeden lat i że miesiąc wcześniej obchodził urodziny. Zaryzykował.

– Tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty dziewiąty.

– Dobrze – odparł doktor Gulptilil. – Doskonale. A jaki jest dzień?

– Jaki dzień?

– Pytam o dzień tygodnia, panie Petrel. Jest… – Znów się zawahał. – Sobota.

– Nie. Przykro mi. Dzisiaj jest środa. Może to pan zapamiętać?

– Tak. Środa. Oczywiście.

Doktor potarł dłonią podbródek.

– Wróćmy teraz do dzisiejszego poranka i pana rodziny. To było coś więcej niż zwykła kłótnia, prawda?

Nie! Taka sama jak zawsze!

– Moim zdaniem nie było w niej nic niezwykłego…

Doktor podniósł wzrok z wyrazem lekkiego zaskoczenia na twarzy.

– Czyżby? To ciekawe. Bo z policyjnego raportu wynika, że groził pan swoim dwóm siostrom, a potem oznajmił, że zamierza się zabić. Że nie warto żyć i że wszystkich pan nienawidzi. A potem groził pan ojcu i matce, jeśli nie bezpośrednim atakiem, to czymś równie niebezpiecznym. Powiedział pan, że chce, żeby cały świat zniknął. To chyba pana dokładne słowa. Raport stwierdza dalej, że poszedł pan do kuchni, wziął duży nóż i zaczął wymachiwać tak, że rodzina uwierzyła, iż zamierza pan tą bronią zaatakować. Potem mocno rzucił pan nożem, a ostrze wbiło się w ścianę. Kiedy przyjechała policja, zamknął się pan w swoim pokoju i odmówił wyjścia. Głośno pan w nim rozmawiał i kłócił się, chociaż był pan tam zupełnie sam. Policjanci musieli wyważyć drzwi, prawda? Na koniec raport stwierdza, że stawiał pan opór także sanitariuszom z karetki, która przyjechała panu pomóc. Bronił się pan tak zaciekłe, że jeden z policjantów sam wymagał pomocy medycznej. Czy to krótkie podsumowanie dzisiejszych wydarzeń, panie Petrel?

– Tak – odparł ponuro Francis. – Przykro mi z powodu tego policjanta. Trafiłem go przypadkiem, nad okiem. Było dużo krwi.

– Owszem, bardzo niefortunny przypadek – przyznał doktor Gulptilil. – Dla pana i dla niego.

Francis pokiwał głową.

– A teraz może mi pan wyjaśni, dlaczego do tego wszystkiego doszło? Nic mu nie mów! Wszystko, co powiesz, obróci się przeciwko tobie! Francis znów spojrzał w okno i odszukał wzrokiem horyzont. Nienawidził słowa „dlaczego”. Prześladowało go przez całe życie. Francis, dlaczego nie masz żadnych przyjaciół? Dlaczego nie możesz dogadać się z siostrami? Dlaczego nie umiesz rzucać prosto piłką ani siedzieć spokojnie na lekcjach? Dlaczego nie uważasz, kiedy mówi do ciebie nauczyciel? Albo drużynowy. Albo ksiądz. Albo sąsiedzi. Dlaczego zawsze, codziennie przed wszystkimi się chowasz? Dlaczego jesteś inny, Francis, kiedy chcemy od ciebie tylko tego, żebyś był taki sam jak wszyscy? Dlaczego nie umiesz znaleźć pracy? Dlaczego nie chcesz chodzić do szkoły? Dlaczego nie możesz iść do wojska? Dlaczego nie umiesz się zachować? Dlaczego nie można cię kochać?

– Moi rodzice uważają, że powinienem coś z sobą zrobić. Od tego zaczęła się kłótnia.

– Zdaje pan sobie sprawę, że osiąga bardzo dobre wyniki we wszystkich testach? Zadziwiająco wysokie, interesująco wysokie. Być może więc ich nadzieje, związane z panem, nie są pozbawione podstaw?

– Pewnie tak.

– Czemu więc się pan z nimi kłóci?

– Rozmowa z moją rodziną nigdy nie wygląda tak rozsądnie jak nasza teraz – odparł Francis.

Doktor Gulptilil uśmiechnął się.

– Ach, panie Petrel, podejrzewam, że ma pan co do tego słuszność. Ale wciąż nie widzę powodu, dla którego dzisiejsza dyskusja tak dramatycznie się rozwinęła.

– Mój ojciec był bardzo kategoryczny.

– Uderzył go pan, prawda?

Do niczego się nie przyznawaj! On cię pierwszy uderzył! Powiedz tak!

– On mnie pierwszy uderzył – odparł posłusznie Francis.

Doktor Gulptilil zrobił kolejną notatkę na kartce. Francis się poruszył. Doktor spojrzał na niego.

– Co pan pisze? – spytał Francis.

– Czy to ważne?

– Tak. Chcę wiedzieć.

Nie daj mu się spławić! Dowiedz się, co on tam pisze! Na pewno nic dobrego!

– To tylko notatki z naszej rozmowy – wyjaśnił doktor.

– Myślę, że powinien mi pan je pokazać – stwierdził Francis. – Chyba mam prawo wiedzieć, co pan pisze.

Tak trzymaj! Doktor milczał.

– Jestem tutaj – ciągnął Francis – odpowiadam na pana pytania, teraz sam mam jedno. Dlaczego pisze pan coś o mnie i nie chce mi tego pokazać? To niesprawiedliwe.

Francis poruszył się na wózku i szarpnął krępujące go więzy. Poczuł, że w pokoju robi się coraz cieplej, jakby ktoś podkręcił grzejnik. Jeszcze przez chwilę się szamotał, ale bez skutku. Wziął głęboki oddech i opadł z powrotem na siedzenie.

– Jest pan pobudzony? – spytał doktor po długim milczeniu. Pytanie nie wymagało odpowiedzi, bo prawda była oczywista.

– To po prostu nie fair – odparł Francis, próbując wtłoczyć spokój w swoje słowa.

– Sprawiedliwość jest dla pana ważna?

– Tak. Oczywiście.

– Być może, panie Petrel, ma pan co do tego rację.

Znów obaj zamilkli. Francis znowu słyszał syk grzejnika. Potem pomyślał, że może to oddech dwóch pielęgniarzy, którzy przez całą rozmowę nawet nie drgnęli. Zaczął się nawet zastanawiać, czy to niejeden z jego głosów próbuje zwrócić na siebie uwagę, szepcząc coś tak cicho, że trudno było to usłyszeć. Wychylił się do przodu, jakby nasłuchiwał.

– Często się pan niecierpliwi, kiedy rzeczy idą nie po pana myśli?

– Czy to nie normalne?

– A uważa pan, że powinien krzywdzić ludzi, kiedy nie wszystko układa się zgodnie z pana życzeniem?

– Nie.

– Ale złości się pan?

– Każdy czasem się złości.

– Ach, panie Petrel, co do tego ma pan absolutną rację. Ale krytyczne w tym momencie pytanie brzmi: jak reagujemy, kiedy wzbiera w nas gniew? Myślę, że powinniśmy znów się spotkać i porozmawiać. – Doktor nachylił się lekko, próbując wprowadzić odrobinę poufałości. – Tak, myślę, że czeka nas jeszcze trochę dodatkowych rozmów. Zgadza się pan na to, panie Petrel?

Francis nie odpowiedział. Miał wrażenie, że głos doktora zanikł, jakby ktoś go po prostu ściszył albo jakby słowa dochodziły z bardzo daleka.

– Mogę zwracać się do pana po imieniu? – spytał lekarz.

Francis znów nie odpowiedział. Nie ufał swojemu głosowi, bo ten zaczynał zdradzać wzbierające w piersi emocje. Doktor Gulptilil bacznie przyglądał się pacjentowi przez chwilę.

– Powiedz, Francis, czy pamiętasz, o co cię prosiłem w trakcie naszej rozmowy? Co miałeś zapamiętać?

Pytanie sprawiło, że Francis znalazł się z powrotem w gabinecie. Spojrzał na doktora, który patrzył na niego przebiegle.

– Co?

– Prosiłem, żebyś coś zapamiętał.

– Nie pamiętam – warknął Francis. Doktor lekko kiwnął głową.

– A może mi przypomnisz, jaki mamy dzień tygodnia?

– Jaki dzień?

– Tak.

– Czy to ważne?

– Załóżmy, że tak.

– Jest pan pewien, że mnie o to już pytał? – Francis grał na zwłokę. Ale ten prosty fakt nagle wydał mu się niejasny, jakby przysłoniła go chmura.

– Owszem – odparł doktor Gulptilil. – Jestem pewien. Jaki mamy dzień?

Francis zamyślił się głęboko, zwalczając lęk, który nagle wyskoczył spomiędzy wszystkich innych myśli. Znów przez chwilę milczał w nadziei, że z pomocą przyjdzie mu któryś z głosów, ale tym razem też milczały.

– Myślę, że dziś sobota – każde słowo wymawiał ostrożnie, z wahaniem.

– Jesteś pewien?

– Tak. – Ale słowo to padło bez przekonania.

– Nie przypominasz sobie, jak mówiłeś mi przedtem, że jest środa?

– Nie. To by była pomyłka. Jest sobota. – Francisowi kręciło się w głowie, jakby pytania doktora zmuszały go do biegania w kółko.

– Raczej nie – mruknął doktor. – Ale to nieistotne. Zostaniesz u nas na jakiś czas, Francis, i jeszcze porozmawiamy o tych sprawach. Jestem pewien, że w przyszłości będziesz lepiej pamiętał różne rzeczy.

– Nie chcę tu zostawać – wypalił szybko Francis. Poczuł nagły przypływ paniki, połączonej z rozpaczą, wzbierającą jak przypływ. – Chcę wrócić do domu. Naprawdę. Pewnie tam na mnie czekają, niedługo kolacja, a rodzice i siostry lubią, kiedy wieczorem jemy wszyscy razem. Taka jest zasada, rozumie pan. O szóstej siada się do stołu, z umytymi rękami i twarzą. Jeśli się bawiło na dworze, trzeba się przebrać w czyste ubranie. Każdy siedzi gotowy do modlitwy. Błogosławimy jedzenie. Zawsze. Czasami to moje zadanie. Musimy podziękować Bogu za jego dary. Dzisiaj chyba moja kolej, tak, na pewno, więc muszę tam być i nie mogę się spóźnić.

Czuł szczypiące w oczach łzy i słyszał, że niektóre słowa dławi łkanie. To wszystko działo się nie z nim, ale z jego lustrzanym odbiciem, nieco innym i odległym od prawdziwego „ja”. Walczył z całych sił, żeby te różne części zeszły się i złączyły w jedno, ale nie było to proste.

– Może – powiedział łagodnie doktor Gulptilil. – Masz do mnie jakieś pytania?

– Dlaczego nie mogę wrócić do domu? – wykrztusił Francis przez łzy.

– Bo inni się o ciebie boją, Francis, i boją się ciebie.

– Gdzie ja jestem?

– W miejscu, gdzie znajdziesz pomoc – wyjaśnił doktor.

Kłamca! Kłamca! Kłamca!

Doktor Gulptilil spojrzał na dwóch sanitariuszy.

– Panie Moses, proszę razem z bratem zabrać pana Petrela do budynku Amherst. Wypisałem tu kilka leków i dodatkowe instrukcje dla tamtejszych pielęgniarek. Powinien być co najmniej trzydzieści sześć, może więcej, godzin na obserwacji, zanim zostanie przeniesiony na oddział otwarty.

Podał kartę mniejszemu z dwóch mężczyzn, który w odpowiedzi pokiwał głową.

– Jak pan każe, doktorze – powiedział pielęgniarz.

– Nie ma sprawy – dodał jego wielki partner, stając za wózkiem. Złapał za rękojeści i szybko obrócił pacjenta do wyjścia.

Francisowi zakręciło się w głowie. Chłopak zakrztusił się łkaniem, przepełniającym jego pierś.

– Niech się pan nic a nic nie boi, panie Petrel. Już niedługo wszystko będzie dobrze. Zaopiekujemy się panem – szepnął wielki mężczyzna.

Francis mu nie uwierzył.

Został przewieziony z powrotem przez gabinet do poczekalni, ze łzami spływającymi po policzkach i rękami drżącymi w kajdankach. Wykręcił się na wózku, próbując zwrócić na siebie uwagę małego albo dużego pielęgniarza; głos łamał mu się od strachu i wszechogarniającego smutku.

– Proszę – wykrztusił żałośnie. – Chcę do domu. Czekają na mnie. Błagam, zawieźcie mnie do domu.

Mniejszy pielęgniarz miał zaciętą, kamienną twarz, jakby nie słyszał prośby Francisa. Położył mu rękę na ramieniu.

– Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Będzie dobrze. Cicho, już cicho… – przemawiał jak do małego dziecka.

Ciałem Francisa wstrząsało łkanie pochodzące z głębi duszy. Sztywna sekretarka popatrzyła na pacjenta zza biurka ze zniecierpliwionym i surowym wyrazem twarzy.

– Cicho! – rozkazała.

Francis przełknął kolejny szloch, zakrztusił się, zakasłał.

Rozejrzał się po sali i zobaczył dwóch ludzi z policji stanowej, ubranych w szare bluzy, granatowe spodnie i wysokie do kolan, wypolerowane buty. Obaj byli postawni, wysocy, wyprężeni niemal na baczność, z krótko obciętymi włosami. Kapelusze z zawiniętymi rondami sztywno trzymali przy bokach. Obaj mieli lśniące jak lustra, brązowe skórzane pasy, biegnące ukośnie przez pierś, i wysoko przypięte rewolwery w kaburach. Ale uwagę Francisa zwrócił mężczyzna stojący pomiędzy nimi.

Był niższy od policjantów, ale solidnie zbudowany. Na oko około trzydziestki. Stał swobodnie, z rękami skutymi przed sobą, ale mową ciała umniejszał znaczenie więzów, sprawiając, że wyglądały bardziej na drobną niedogodność. Był ubrany w luźny, granatowy kombinezon z napisem Mci-boston wyszytym nad lewą kieszenią na piersiach. Na nogach miał stare, zużyte adidasy bez sznurówek. Spod przepoconej czapki baseballowej Boston Red Sox wystawały mu dość długie, ciemne włosy. Dwudniowy zarost okalał policzki i brodę. Ale Francisa najbardziej uderzyły oczy mężczyzny – biegały na wszystkie strony, czujne i uważne, jakby starały się dostrzec jak najwięcej szczegółów naraz. Wyrażały jakieś głębokie uczucia, co Francis zauważył od razu mimo własnej udręki. Nie potrafił tego nazwać; wyglądało, jakby mężczyzna zobaczył coś ogromnie, niewypowiedzianie smutnego, co czaiło się na samym skraju jego pola widzenia, więc cokolwiek widział albo słyszał, zabarwione było tym ukrytym cierpieniem. Oczy spoczęły na Francisie i mężczyzna zdobył się na słaby, współczujący uśmiech, który – zdawało się – przemawia bezpośrednio do chłopaka.

– Wszystko gra, kolego? – spytał. Każde słowo wymawiał z lekkim bostońsko-irlandzkim akcentem. – Jest aż tak źle?

Francis pokręcił głową.

– Chcę iść do domu, ale mówią, że muszę tu zostać - odparł. A potem, żałośnie i spontanicznie, poprosił: – Możesz mi pomóc?

Mężczyzna nachylił się lekko w jego stronę.

– Podejrzewam, że jest tu więcej takich, którzy chcieliby iść do domu, a nie mogą. Jak ja sam.

Francis popatrzył na niego. Nie wiedział dlaczego, ale spokojny ton głosu mężczyzny mu pomógł.

– Możesz mi pomóc? – powtórzył, krztusił się. Towarzysz niedoli uśmiechnął się smutno.

– Nie wiem, co mogę zrobić – powiedział. – Ale zrobię, co będę mógł.

– Obiecujesz? – spytał niespodziewanie Francis.

– Dobrze – odparł mężczyzna. – Obiecuję.

Francis odchylił się do tyłu na wózku, zamykając na chwilę oczy.

– Dziękuję – szepnął.

Sekretarka przerwała ich rozmowę.

– Panie Moses – zwróciła się ostro do mniejszego z dwóch pielęgniarzy. – Ten pan… – wskazała mężczyznę w kombinezonie – to pan… – Zawahała się lekko, jakby umyślnie nie chciała używać nazwiska mężczyzny -… to pan, o którym wcześniej rozmawialiśmy. Policjanci odeskortują go do doktora, ale proszę wrócić jak najszybciej, żeby zaprowadzić pacjenta do jego nowego miejsca zakwaterowania… – ostatnie słowa wymówiła z nutką sarkazmu w głosie -… kiedy tylko umieścicie pana Petrela w Amherst. Czekają tam na niego.

– Dobrze, proszę pani – powiedział większy z braci, jakby to była jego kolej odpowiedzieć, chociaż uwagi kobiety były skierowane do mniejszego. – Się robi, co pani każe.

Mężczyzna w kombinezonie znów spojrzał na Francisa.

– Jak się nazywasz? – spytał.

– Francis Petrel.

Nieznajomy uśmiechnął się.

– Ładne nazwisko. Petrel to mały morski ptak, popularny na Cape Cod. Latają tuż nad wodą, w letnie popołudnia nurkują w falach. Piękne zwierzęta. Białe skrzydła, które w jednej chwili szybko biją, a w drugiej szybują i wznoszą się bez wysiłku. Muszą mieć bystry wzrok, żeby wypatrzyć dobijaka albo menhadena. Ptak poetów. Umiesz tak latać, panie Petrel? Francis pokręcił głową.

– Aha – powiedział mężczyzna w kombinezonie. – W takim razie może powinieneś się nauczyć. Zwłaszcza jeśli za długo będziesz zamknięty w tym rozkosznym przybytku.

– Cicho! – przerwał jeden z policjantów szorstkim tonem. Aresztowany uśmiechnął się i spojrzał na policjanta.

– Bo co?

Funkcjonariusz nie odpowiedział, chociaż poczerwieniał. Mężczyzna odwrócił się z powrotem do Francisa, ignorując polecenie.

– Francis Petrel. Francis Mewa. To mi się bardziej podoba. Nie przejmuj się za bardzo, Francisie Mewo, niedługo znów się spotkamy. Obiecuję.

Francis wyczuł w słowach nieznajomego otuchę. Po raz pierwszy od tego strasznego poranka, który rozpoczął się krzykami i oskarżeniami, poczuł się, jakby nie był zupełnie sam. Jakby nieustanny zgiełk i jazgot, przez cały dzień wypełniający mu uszy, teraz przycichł. Usłyszał, że gdzieś w tle jego głosy mruczą coś z aprobatą, co jeszcze bardziej go uspokoiło. Ale nie zdążył się nad tym zastanowić, bo niespodziewanie wywieziono go z poczekalni na korytarz, a za nim rozległo się echo zatrzaskiwanych drzwi. Zadrżał w chłodnym przeciągu; przypomniał sobie, że od tej chwili zmieniło się wszystko, co wiedział o życiu, a wszystko, czego miał się dopiero dowiedzieć, było niejasne i ukryte. Przygryzł dolną wargę, żeby powstrzymać powracające łzy; przełknął je z trudem, żeby nie wydać żadnego dźwięku, i pozwolił się wywieźć z recepcji w głąb korytarzy Szpitala Western State.

Rozdział 3

Słabe światło poranka zaczęło się prześlizgiwać nad dachami sąsiednich domów, ukradkiem wsączając się do mojego skromnego mieszkania. Stałem przed ścianą i widziałem wszystkie słowa, które zapisałem poprzedniej nocy, pełznące w dół w jednej długiej kolumnie. Moje pismo było ściśnięte, jakby nerwowe. Słowa układały się w chwiejne linijki, trochę jak pole żyta, kiedy przechodzi nad nim powiew ciepłego wiatru. Zapytałem sam siebie: czy byłem aż tak przerażony, kiedy przyjechałem do szpitala? Odpowiedź była prosta: tak. I to o wiele bardziej niż to zapisałem. Pamięć często rozmywa wspomnienie bólu. Matka zapomina o mękach porodu, kiedy położna daje jej w ramiona dziecko, żołnierz nie pamięta bólu ran, kiedy generał przypina mu medal, a orkiestra zaczyna grać wojskowego marsza. Czy mówiłem prawdę o tym, co widziałem? Czy nie pomyliłem się w żadnym małym szczególe? Czy to naprawdę było tak, jak zapamiętałem?

Wziąłem ołówek, opadłem na kolana, na podłogę w miejscu, gdzie spędziłem pierwszą noc przy ścianie. Zawahałem się, potem zacząłem pisać:

Minęło co najmniej czterdzieści osiem godzin, zanim Francis Petrel obudził się w ponurej celi, szarej, obitej miękką wykładziną, opięty kaftanem bezpieczeństwa, z walącym sercem i spuchniętym językiem, spragniony czegoś zimnego do picia i czyjegoś towarzystwa…

Minęło co najmniej czterdzieści osiem godzin, zanim Francis Petrel obudził się w ponurej, szarej celi, obitej miękką wykładziną, opięty kaftanem bezpieczeństwa, z walącym sercem i spuchniętym językiem, spragniony czegoś zimnego do picia i czyjegoś towarzystwa. Leżał sztywno na stalowym łóżku i cienkim, poplamionym materacu izolatki. Patrzył na sufit i ściany koloru brezentu, badając swoją osobę oraz otoczenie. Poruszył palcami stóp, przesunął językiem po wyschniętych wargach, zaczął liczyć uderzenia serca, aż zauważył, że zaczyna bić wolniej. Środki, które mu wstrzyknięto, sprawiły, że czuł się pogrzebany, a przynajmniej przykryty jakąś gęstą, syropowatą substancją. Wysoko nad nim, za okratowaną osłoną świeciła pojedyncza żarówka. Światło raziło go w oczy. Wiedział, że powinien być głodny, ale nie był. Szarpnął się w więzach i od razu zrozumiał, że to na nic. Postanowił wołać o pomoc, ale najpierw szepnął do siebie: jesteście tam jeszcze?

Przez chwilę panowała cisza.

Potem usłyszał kilka głosów. Mówiły wszystkie naraz, niewyraźnie, jakby stłumione poduszką: Jesteśmy.

To dodało mu otuchy.

Musisz nas ukrywać, Francis.

Kiwnął głową. To było oczywiste. Miał sprzeczne uczucia, prawie jak matematyk, który widzi na tablicy trudne równanie z kilkoma możliwymi odpowiedziami. Głosy, które go prowadziły, wpakowały go też w tę kabałę i nie wątpił, że musi się z nimi ukrywać, jeśli chce wyjść ze Szpitala Western State. Rozważając ten dylemat, słyszał znajome głosy wszystkich tych, którzy podróżowali razem z nim w jego wyobraźni. Głosy miały własne osobowości: był głos rozkazujący, dyscyplinujący, zezwalający, głos troski, głos ostrzegający i uspokajający, głos wątpliwości i zdecydowania. Wszystkie miały własne ulubione tony i tematy; z czasem nauczył się nawet przewidywać, który z nich się odezwie, zależnie od sytuacji. Od czasu gniewnej konfrontacji z rodziną, odkąd wezwano policję i karetkę, wszystkie domagały się uwagi. Ale teraz musiał wytężać słuch, żeby je usłyszeć; w skupieniu zmarszczył brew.

Na swój sposób, pomyślał, zbierał się do kupy.

Leżał na łóżku w niewygodnej pozycji przez następną godzinę, odczuwając ciasnotę wąskiego pomieszczenia. W końcu w jedynych drzwiach ze zgrzytem otworzył się mały judasz. Ze swojego miejsca Francis mógł go dostrzec, robiąc skłon; przez kaftan bezpieczeństwa trudno było wytrwać w takiej pozycji dłużej niż kilka sekund. Najpierw zobaczył jedno oko, potem inne, patrzące na niego.

– Kto tam? – wydusił z siebie słabym głosem.

Nikt nie odpowiedział i judasz zamknął się z trzaskiem.

Według obliczeń Francisa minęło trzydzieści minut, zanim wizjer znów się otworzył. Francis po raz drugi zapytał „Kto tam” i tym razem chyba zadziałało, bo kilka sekund później usłyszał odgłos przekręcanego w zamku klucza. Drzwi otworzyły się ze zgrzytem i zobaczył większego z dwóch czarnych sanitariuszy, wciskającego się do celi. Mężczyzna się uśmiechał, jakby właśnie usłyszał dowcip, i skinął Francisowi głową, nie bez sympatii.

– Jak się pan ma, panie Petrel? – zapytał wesoło. – Przespał się pan? Jest pan głodny?

– Muszę się czegoś napić – zachrypiał Francis. Pielęgniarz kiwnął głową.

– To przez leki, które panu dali. Język jak spuchnięty, co?

Francis potaknął. Pielęgniarz cofnął się na korytarz i wrócił z plastikowym kubkiem wody. Usiadł na skraju łóżka i podniósł Francisa jak chore dziecko. Podał mu wodę. Była letnia, trochę słonawa, z lekko metalicznym posmakiem, ale w tej chwili samo uczucie wlewania czegoś do gardła i dotyk ramienia mężczyzny dodały Francisowi więcej otuchy, niż się spodziewał. Pielęgniarz najwyraźniej zdawał sobie z tego sprawę.

– Będzie dobrze, panie Petrel – powiedział cicho. – Panie Mewa. Tak pana nazwał ten nowy, i myślę, że to pasuje. Na początku jest tutaj trochę ciężko, trzeba się przyzwyczaić, ale da pan sobie radę. Od razu widać.

Położył Francisa z powrotem na łóżku.

– Teraz przyjdzie do pana doktor – dodał.

Kilka sekund później Francis zobaczył w drzwiach zaokrągloną sylwetkę Gulptilila. Lekarz się uśmiechnął.

– Francis Petrel – zaczął śpiewnie. – Jak się czujesz?

Dobrze – odparł Francis. Nie wiedział, co innego mógłby powiedzieć. Jednocześnie słyszał echa swoich głosów, nakazujących mu wyjątkową ostrożność. Wciąż nie były dostatecznie głośne, prawie jakby wykrzykiwały polecenia z drugiego brzegu jakiejś przepaści.

– Pamiętasz, gdzie jesteś? – spytał doktor. Francis kiwnął głową.

– W szpitalu.

– Tak – potwierdził z uśmiechem doktor. – Nietrudno to stwierdzić. Ale czy przypominasz sobie, w którym? I jak się tu znalazłeś?

Owszem, przypominał sobie. Sam akt odpowiedzi rozwiał mgłę, która zasłaniała mu pole widzenia.

– To Szpital Western State – wyrecytował. – A ja przyjechałem tu karetką po kłótni z rodzicami.

– Bardzo dobrze. A pamiętasz, jaki mamy miesiąc? I rok?

– Myślę, że jeszcze marzec. Tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego dziewiątego.

– Doskonale. – Doktor wyglądał na autentycznie zadowolonego. – Tak jak podejrzewałem, jesteś trochę lepiej zorientowany. Myślę, że dzisiaj będziemy mogli uwolnić cię z izolatki, zdjąć kaftan i zacząć integrować z pozostałymi.

– Chciałbym już jechać do domu – oznajmił Francis.

– Przykro mi, to jeszcze niemożliwe.

– Nie chcę tu zostawać – powiedział Francis. Drżenie, które zawładnęło jego głosem w dniu przyjazdu do szpitala, teraz groziło powrotem.

– To dla twojego dobra – odparł doktor.

Francis w to wątpił. Wiedział, że nie jest aż tak szalony, by się nie orientować, że to wszystko robiono dla dobra innych, nie jego. Nie powiedział tego na głos.

– Dlaczego nie mogę wrócić do domu? – spytał. – Nie zrobiłem nic złego.

– Przypominasz sobie atak kuchennym nożem? I swoje groźby? Francis pokręcił głową.

– To było nieporozumienie – powtórzył uparcie. Doktor Gulptilil uśmiechnął się.

– Oczywiście. Ale zostaniesz u nas tak długo, aż sobie uświadomisz, że nie wolno bez powodu grozić ludziom.

– Obiecuję, że już nie będę.

Świetnie. Ale w obecnych okolicznościach obietnica to trochę za mało. Muszę być przekonany. Całkowicie przekonany, niestety. Leki, które dostałeś, na pewno ci pomogą. Dzięki nim z czasem będziesz lepiej panował nad sytuacją i znów przystosujesz się do otoczenia. Potem może porozmawiamy o powrocie do społeczeństwa i jakiejś bardziej konstruktywnej roli. – Ostatnie zdanie wypowiedział powoli i dodał: – A co o twojej obecności tutaj sądzą głosy? Francis był na tyle przytomny, że pokręcił głową.

– Nie słyszę żadnych głosów – powiedział z uporem. W głowie usłyszał chóralne potakiwanie.

Doktor znów się uśmiechnął, pokazując nierówne rzędy białych zębów.

– Ach, znów nie jestem do końca pewien, czy ci wierzę. Mimo to – doktor się zawahał – myślę, że dasz sobie radę wśród innych. Pan Moses oprowadzi cię i zapozna z zasadami. Zasady są ważne. Nie ma ich wiele, ale trzeba ich przestrzegać. Stosowanie się do zasad i wzorowe uczestnictwo w naszej małej społeczności to oznaki zdrowia psychicznego. Im więcej możesz zrobić, by pokazać mi, że jesteś w stanie z powodzeniem tu funkcjonować, tym z każdym dniem będziesz bliżej powrotu do domu. Rozumiesz to równanie?

Francis energicznie pokiwał głową.

– Organizujemy tu różne zajęcia. Prowadzimy sesje grupowe. Od czasu do czasu będziesz miał indywidualne sesje ze mną. Do tego dochodzą zasady. Wszystko to razem wzięte stwarza wiele możliwości. Jeśli nie możesz się przystosować, wtedy, obawiam się, pobyt tu będzie długi i często nieprzyjemny… – Gestem wskazał izolatkę. – Ten pokój, na przykład, i inne środki bezpieczeństwa – kiwnął w stronę kaftana – to tylko ewentualności. Ale unikanie ich jest niezwykle ważne, by wrócić do zdrowia psychicznego. Jasne?

– Tak – powiedział Francis. – Dopasować się. Przestrzegać reguł. – Powtarzał to sobie w duchu jak mantrę albo modlitwę.

– Otóż to. Doskonale. Widzisz, już poczyniliśmy pewne postępy. Odwagi, chłopcze. Korzystaj z tego, co szpital ma do zaoferowania. – Doktor wstał. Skinął na pielęgniarza. – W porządku, panie Moses. Może pan uwolnić pacjenta. A potem proszę go zaprowadzić do dormitorium, dać ubranie i pokazać świetlicę.

– Tak jest – potaknął pielęgniarz z wojskową dyscypliną.

Doktor Gulptilil wyszedł z izolatki kaczym chodem, a pielęgniarz zajął się rozpinaniem klamer kaftana bezpieczeństwa, a potem odwijania jego rękawów, aż w końcu uwolnił Francisa. Chłopak przeciągnął się niezgrabnie i roztarł ramiona, jakby chciał przywrócić rękom trochę energii i życia. Niepewnie wstał, czując narastające zawroty głowy. Pielęgniarz musiał to zauważyć, bo potężną dłonią podtrzymał chłopaka. Francis czuł się trochę jak małe dziecko robiące pierwszy krok, tyle tylko, że bez radości i poczucia dokonania czegoś ważnego; miał w sobie jedynie zwątpienie i strach.

Poszedł za panem Mosesem korytarzem na trzecim piętrze budynku Amherst. Minęli sześć cel, wszystkie dwa na dwa i pół metra, ze ścianami wyłożonymi miękką wyściółką, każda z podwójnym zamkiem w drzwiach i judaszem. Francis nie potrafił stwierdzić, czy są zajęte, poza jedną gdy przechodzili obok niej, zza zamkniętych drzwi dobiegł ich potok stłumionych przekleństw, które rozpłynęły się w długim, bolesnym wrzasku. Połączenie cierpienia i nienawiści. Francis przyspieszył kroku, by nie zostawać w tyle za pielęgniarzem, na którym nieludzki ryk nie zrobił żadnego wrażenia. Olbrzymi Murzyn bez przerwy opowiadał o rozkładzie pomieszczeń w budynku, o szpitalu i jego historii. Minęli podwójne drzwi, prowadzące na szerokie, główne schody. Francis jak przez mgłę przypominał sobie wchodzenie na te schody dwa dni wcześniej, w odległej, jak mu się zdawało, i coraz mniej wyraźnej przeszłości, kiedy to wszystko, co myślał o swoim życiu, było zupełnie inne.

Konstrukcja budynku wydała się mu równie szalona jak jego mieszkańcy. Na najwyższych piętrach znajdowały się gabinety, magazyny i izolatki. Na parterze i pierwszym piętrze były przestronne, otwarte dormitoria, z prostymi stalowymi łóżkami; przy niektórych stały skrzynki na dobytek właściciela. W dormitoriach były też ciasne toalety i prysznice z wieloosobowymi kabinami, które, jak z miejsca spostrzegł Francis, nie zapewniały żadnej prywatności. Łazienki z napisami Mężczyźni i kobiety były też na obu końcach korytarzy. Zgodnie z nakazami skromności, kobiety mieszkały na północnym końcu korytarza, mężczyźni na południowym. Oddzielała ich od siebie duża dyżurka pielęgniarek, zabezpieczona drucianą siatką i zamykanymi na klucz, stalowymi drzwiami. Francis zauważył, że wszystkie drzwi były zaopatrzone w dwie, a czasem i trzy zasuwy, zamykane od zewnątrz. Kiedy się je zasunęło, nie było możliwości wydostania się od środka, chyba że miało się klucz.

Na parterze znajdowały się duża, otwarta sala – jak dowiedział się Francis, główna świetlica – kafeteria i kuchnia dość obszerna, by przygotowywać posiłki i karmić mieszkańców budynku Amherst trzy razy dziennie. Było też kilka mniejszych pokoi, jak się domyślił, przeznaczonych na sesje terapii grupowych. We wszystkich oknach napełniających Amherst światłem tkwiły od zewnątrz druciane siatki, tak że wpadające do środka promienie słońca rzucały dziwne, kraciaste cienie na śliskie, wypolerowane podłogi i błyszczące bielą ściany. W całym budynku pozornie na chybił trafił porozmieszczane były drzwi, czasami zamknięte, co zmuszało pana Mosesa do odczepiania od pasa wielkiego pęku kluczy, czasami zaś otwarte, więc wystarczyło je pchnąć i przejść bez przeszkód. Francis nie potrafił odkryć, jakie zasady rządzą ich zamykaniem i otwieraniem.

Dziwaczne więzienie, pomyślał.

Byli tu zamknięci, ale nie uwięzieni. Skrępowani, ale nie skuci kajdankami.

Podobnie jak pan Moses i jego mniejszy brat, którego minęli w korytarzu, pielęgniarki i pielęgniarze nosili białe ubrania. Mijali ich z rzadka lekarze, pomocnicy lekarzy, pracownicy społeczni i psychologowie. Ci zazwyczaj mieli na sobie sportowe marynarki i spodnie, czasem dżinsy. Prawie wszyscy, zauważył Francis, nosili pod pachami koperty, karty i brązowe teczki, i sprawiali wrażenie, jakby szli w dokładnie określonym celu, wykonać konkretne zadanie, przez co odróżniali się od ogółu mieszkańców budynku Amherst.

Wszędzie tłoczyli się pacjenci. Jedni zbijali się w ciasne grupki, inni stali z boku i spoglądali agresywnie na pozostałych. Wielu patrzyło czujnie na Francisa, kiedy ich mijał. Inni go ignorowali. Nikt się do niego nie uśmiechnął. Z trudem nadążał z oglądaniem nowego otoczenia. Musiał dostosowywać się do szybkiego tempa marszu, narzuconego przez pana Mosesa. Z tego, co zdołał zaobserwować, pacjenci byli bezładną, zupełnie przypadkową zbieraniną ludzi w najróżniejszym wieku i najróżniejszych gabarytów. Włosy jakby eksplodowały z czaszek, a brody spływały na torsy jak u ludzi na starych, spłowiałych fotografiach sprzed wieku. Cały budynek przypominał siedlisko najrozmaitszych przeciwieństw. Zewsząd chwytały Francisa spojrzenia dzikich oczu, zaraz potem, dla odmiany, napotykał tępe spojrzenia i twarze odwracające się do ściany, żeby uniknąć kontaktu wzrokowego. Otaczały go słowa i strzępy rozmów, prowadzonych czasem z innymi, a czasem z wewnętrznymi głosami. Do ubrania nikt chyba nie przywiązywał wagi; niektórzy nosili luźne szpitalne koszule i piżamy, inni zwyczajne, codzienne bluzy i spodnie. Jedni długie szlafroki i podomki, inni dżinsy i wzorzyste koszule. Wszystko było trochę niedopasowane, nie na miejscu, jakby kolorom brakło pewności, co pasuje do czego, albo coś było nie tak z rozmiarami – koszule za duże, spodnie za krótkie albo za obcisłe. Skarpety nie do pary. Paski do kratek. Wszędzie unosił się gryzący smród dymu papierosowego.

– Za dużo ludzi – mruknął pan Moses, kiedy zbliżali się do dyżurki pielęgniarek. – Łóżka mamy może dla dwóch setek, a ludzi wcisnęli nam tu prawie trzy. Można by pomyśleć, że ktoś zauważy, że coś się nie zgadza, ale gdzie tam.

Francis nie odpowiedział.

– Ale dla pana mamy łóżko – dodał pan Moses. Zatrzymał się przy dyżurce. – Wszystko będzie w porządeczku. Dzień dobry, moje panie – powiedział. Gdy dwie ubrane na biało pielęgniarki za siatką odwróciły się do niego, rzucił uprzejmie: – Jak zwykle wyglądacie pięknie i uroczo.

Jedna – stara, z siwymi włosami i kształtną, surową twarzą – zdobyła się na uśmiech. Druga, przysadzista, czarna, o wiele młodsza od koleżanki, prychnęła w odpowiedzi jak kobieta, która nieraz już słyszała miłe słówka, będące tylko podstępnymi pochlebstwami.

– Jak zwykle słodka gadka, a pewnie znów czegoś chcesz – mruknęła z udawanym oburzeniem.

Obie kobiety się uśmiechnęły.

– Ależ moje panie, zawsze chodzi mi tylko o to, by wnieść w wasze życie nieco radości i szczęścia – odparł pielęgniarz. – Jakżeby inaczej?

Pielęgniarki głośno się roześmiały.

– Nie ma mężczyzny, który nigdy niczego by nie chciał – stwierdziła rzeczowo czarna.

– Święte słowa – dodała szybko biała.

Pan Moses też się roześmiał, a Francis nagle poczuł się niezręcznie; nie wiedział, co ma ze sobą zrobić.

– Moje panie, przedstawiam wam pana Francisa Petrela, który u nas zamieszka. Panie Mewa, ta piękna młoda dama to panna Wright, a jej urocza towarzyszka to panna Winchell. – Podał im kartę. – Doktor przepisał kilka leków dla tego chłopca. Na moje oko, to co zwykle. - Odwrócił się do Francisa. – Ma pan kubek gorącej kawy rano, zimne piwko i talerz pieczonego kurczaka z chlebem kukurydzianym na koniec dnia. Pasuje? – Francis musiał zrobić zdziwioną minę, bo pielęgniarz szybko dodał: – Żartowałem.

Pielęgniarki popatrzyły na kartę, potem położyły ją na stosie innych w rogu biurka. Starsza, panna Winchell, wyjęła spod blatu małą, tanią walizkę, obitą kraciastym materiałem.

– Panie Petrel, rodzina zostawiła to dla pana. – Podała walizkę przez otwór w siatce. – Już przeszukałam – poinformowała pielęgniarza.

Francis wziął walizkę i powstrzymał cisnące się do oczu łzy. Od razu ją poznał. Dostał ją w prezencie w któreś Boże Narodzenie, a ponieważ nigdy nigdzie nie wyjeżdżał, trzymał w niej wszystko, co uznał za wyjątkowe albo niezwykłe. To była jego przenośna skrytka, skarbczyk rzeczy zgromadzonych w dzieciństwie, bo na swój sposób każdy z tych przedmiotów był podróżą samą w sobie. Sosnowa szyszka, znaleziona jesienią; komplet żołnierzyków; wierszyki dla dzieci nieoddane do biblioteki. Drżącymi rękami przesunął po krawędziach walizki z imitacji skóry i dotknął rączki. Dostrzegł, że wszystko, co dawniej było w środku, zostało wyjęte i zastąpione ubraniami. Od razu zrozumiał, że wszystkie jego skarby wysypano i wyrzucono do śmieci. Tak jakby rodzice spakowali jego całe życie w mały bagaż i dali mu jako krzyżyk na drogę. Dolna warga zaczynała mu drżeć. Poczuł się zupełnie osamotniony.

Pielęgniarki podały przez siatkę następne przedmioty: szorstkie prześcieradła i poszewki na poduszki, wełniany, oliwkowozielony koc z wojskowego demobilu, szlafrok, podobny do tych, jakie mieli inni pacjenci, i piżamę, również taką, jakie już widział. Położył to wszystko na walizce.

Pan Moses kiwnął głową.

– W porządku. Proszę zabrać swoje rzeczy. Co tam jeszcze mamy dla pana Mewy, moje panie?

Jedna z pielęgniarek znów zajrzała do karty.

– Lunch w południe. Potem przerwa aż do sesji grupowej w sali 101 o trzeciej, z panem Evansem. Wraca tutaj o czwartej trzydzieści i ma wolne. Kolacja o szóstej. Leki o siódmej. To wszystko.

– Zapamiętał pan, panie Mewa?

Francis kiwnął głową. Nie ufał własnemu głosowi. Słyszał w głębi siebie niosące się echem głosy, nakazujące mu słuchać poleceń, nie odzywać się i być czujnym. Poszedł za panem Mosesem do dużej sali, gdzie w rzędach stało trzydzieści czy czterdzieści łóżek. Wszystkie były posłane, z wyjątkiem jednego, niedaleko drzwi. Na łóżkach leżało z sześciu mężczyzn. Spali albo wpatrywali się w sufit. Ledwie na niego zerknęli, kiedy wszedł.

Pan Moses pomógł mu pościelić łóżko i upchnąć rzeczy w szafce. Znalazło się też w niej miejsce na małą walizkę. Urządzenie się w nowym miejscu trwało niecałe pięć minut.

– No, to tyle – oznajmił pan Moses.

– Co teraz ze mną będzie? – spytał Francis. Pielęgniarz uśmiechnął się trochę smutno.

– Teraz, Mewo, musisz zrobić tak, żeby ci się poprawiło. Francis kiwnął głową.

– Jak?

– To najtrudniejsze pytanie. Sam będziesz musiał na to wpaść.

– Co mam robić? – spytał Francis. Pielęgniarz nachylił się do niego.

– Nie wychylaj się. Czasami bywa tu trochę ciężko. Musisz wszystkich rozpracować i nikomu się nie narzucać. Nie próbuj za szybko szukać przyjaciół. Po prostu siedź cicho i przestrzegaj zasad. Jak będziesz potrzebował pomocy, przyjdź do mnie albo do mojego brata, albo do którejś z pielęgniarek, a my spróbujemy ci pomóc.

– Ale co to są za zasady? – spytał Francis.

Wielki pielęgniarz odwrócił się i wskazał planszę przymocowaną wysoko na ścianie.

Nie palić w salach sypialnych Nie hałasować Nie rozmawiać po 21.00

Szanować innych Szanować cudzą własność Francis przeczytał to dwa razy. Nie wiedział, dokąd iść ani co robić. Usiadł na krawędzi łóżka.

Jeden z mężczyzn leżących po drugiej stronie sali, wpatrzony w sufit i udający, że śpi, nagle wstał. Był bardzo wysoki – mierzył dobrze ponad dwa metry – miał zapadniętą pierś, kościste ręce, wystające spod obciętych rękawów wystrzępionej bluzy z logo New England Patriots, i chude nogi, sterczące z zielonych, chirurgicznych spodni piętnaście centymetrów za krótkich. Mężczyzna był o wiele starszy od Francisa, miał pozlepiane, siwiejące włosy, opadające strąkami na ramiona. Otworzył szeroko oczy, na pół przerażony, na pół wściekły. Podniósł trupio chudą rękę i wycelował palcem we Francisa.

– Przestań! – krzyknął. – Natychmiast przestań! Francis się skulił.

– Co mam przestać?

– Przestań! Wszystko widzę! Nie oszukasz mnie! Od razu się zorientowałem, jak tylko wszedłeś! Przestań!

– Ale nie wiem, co robię – zaskomlał żałośnie Francis.

Mężczyzna zaczął wymachiwać obiema rękami, jakby rozgarniał pajęczyny. Z każdym krokiem krzyczał coraz głośniej.

– Przestań! Przestań! Wszystko widzę! Ze mną ci się nie uda!

Francis rozejrzał się w poszukiwaniu drogi ucieczki albo kryjówki, ale za sobą miał tylko ścianę. Kilku innych mieszkańców dormitorium spało albo ignorowało to, co się działo.

Mężczyzna jakby urósł. Był coraz bardziej wściekły.

– Wiedziałem! Zorientowałem się! Jak tylko wszedłeś! Natychmiast przestań!

Francis zamarł. Wszystkie jego wewnętrzne głosy wykrzykiwały sprzeczne rady: Uciekaj! Uciekaj! On się na nas rzuci! Schowaj się! Rozglądał się gorączkowo, nadal szukając drogi ucieczki przed napaścią wysokiego mężczyzny. Próbował zmusić swoje mięśnie do działania, żeby przynajmniej wstać z łóżka, ale zamiast tego tylko skulił się jeszcze bardziej.

– Jak nie przestaniesz, to ja cię zatrzymam! – krzyknął mężczyzna. Wyglądał, jakby szykował się do ataku.

Francis podniósł ręce, żeby się bronić.

Chudzielec zagulgotał jakiś wojenny okrzyk i zebrał się w sobie, wypinając zapadłą pierś i machając rękami nad głową. Już miał skoczyć na Francisa, kiedy w sali rozległ się inny głos.

– Chudy! Przestań!

Mężczyzna zawahał się, potem odwrócił w stronę, z której dobiegł głos.

– Natychmiast przestań!

Francis był wciąż skulony pod ścianą i nie widział, kto to mówił.

– Co ty wyprawiasz?

– Ale to on. – Chudzielec zwrócił się do osoby, która weszła do dormitorium. Wydawało się, że się zmniejszył.

– Nie, to nie on! – padła szorstka odpowiedź.

Wtedy Francis zobaczył, że zbliżający się mężczyzna to ten sam, którego spotkał na samym początku swojego pobytu w szpitalu.

– Zostaw go w spokoju!

– Ale to on! Od razu się zorientowałem, jak tylko go zobaczyłem!

– To samo powiedziałeś mnie, kiedy tu trafiłem. Mówisz to każdemu nowemu.

Chudzielec zawahał się.

– Naprawdę? – spytał.

– Tak.

– Cały czas wydaje mi się, że to on – upierał się chudzielec, ale co dziwne, już bez przekonania. – Jestem prawie pewny – dodał. – Mówię ci, to może być on.

Mimo pewności zawartej w słowach ton głosu przepełniony był wahaniem.

– Ale dlaczego? – spytał tamten. – Skąd masz tę pewność?

– Po prostu kiedy wszedł, to było takie oczywiste, patrzyłem na niego, a potem… – Ucichł. – Może się mylę.

– Tak sądzę.

– Serio?

– Jasne.

Mężczyzna podszedł bliżej. Teraz szeroko się uśmiechał. Minął chudzielca.

– No, Mewa, widzę, że się już zadomowiłeś.

Francis kiwnął głową.

Mężczyzna odwrócił się do napastnika.

– Chudy, to jest Mewa. Poznałem go przedwczoraj w administracji. Nie jest tym, za kogo go bierzesz, tak samo jak ja nim nie byłem, kiedy mnie spotkałeś po raz pierwszy, zapewniam cię.

– A skąd ta pewność? – zapytał chudzielec.

– Widziałem, jak go przyjmowali, i zajrzałem do jego karty. Mówię ci, gdyby był synem szatana wysłanym tu, żeby czynić zło w murach szpitala, napisaliby o tym w karcie, bo inne rzeczy podali ze szczegółami. Miejsce urodzenia. Rodzina. Adres. Wiek. Co chcesz, wszystko tam było. Ani słowa o tym, że jest antychrystem.

– Szatan to wielki oszust. Jego syn pewnie dorównuje mu sprytem. Potrafiłby się ukryć. Nawet przed Pigułą.

– Możliwe. Ale byli ze mną policjanci, a oni są wyszkoleni w wypatrywaniu syna szatana. Mieliby ze sobą ulotki i plakaty, takie jak wieszają na ścianach poczty. Wiesz, o co mi chodzi? Wątpię, czy nawet syn szatana zdołałby się ukryć przed policją stanową.

Chudzielec uważnie wysłuchał wyjaśnień. Potem odwrócił się do Francisa.

– Wybacz. Najwyraźniej się pomyliłem. Już widzę, że nie możesz być tym, kogo wypatruję. Proszę, przyjmij moje najszczersze przeprosiny. Czujność jest naszą jedyną obroną przed złem. Trzeba być ostrożnym, dzień po dniu, godzina po godzinie. To wyczerpujące, ale nieodzowne.

Francisowi udało się wreszcie spełznąć z łóżka i wstać.

– Tak, oczywiście – wymamrotał. – Nic się nie stało.

Chudzielec uścisnął mu dłoń, potrząsając nią energicznie.

– Bardzo się cieszę, że cię poznałem, Mewo. Jesteś wspaniałomyślny, i najwyraźniej dobrze wychowany. Przykro mi, jeżeli cię wystraszyłem.

Wysoki mężczyzna nagle wydał się Francisowi o wiele mniej groźny. Był po prostu stary, obszarpany, trochę jak gazeta, która o wiele za długo leżała nieruszana na stole.

Suchotnik wzruszył ramionami.

– Mówią na mnie Chudy – powiedział. – Mieszkam tu. Francis kiwnął głową.

– Jestem…

– Mewa – wtrącił drugi mężczyzna. – Nikt tu raczej nie używa prawdziwego imienia i nazwiska.

Chudy przytaknął pospiesznie.

– Strażak ma rację, Mewa. Tylko ksywy, skróty i tak dalej.

Potem obrócił się na pięcie i szybkim krokiem wrócił do swojego łóżka, padł na nie i znów zaczął wpatrywać się w sufit.

– Nie jest chyba złym człowiekiem. Myślę, że w rzeczywistości, jeśli to słowo pasuje do tego przybytku, tak naprawdę jest zupełnie nieszkodliwy – oznajmił Strażak. – Przedwczoraj zrobił mi dokładnie to samo, krzyczał, machał rękami i zachowywał się, jakby zamierzał mnie udusić, aby uchronić wszystkich przed antychrystem, synem szatana czy kogoś tam innego. Jakiegokolwiek demona, który przypadkiem mógłby tu trafić. Rzuca się na każdego, kto tu wejdzie, a kogo nie pozna. Jak się nad tym zastanowić, to nie jest takie zupełne wariactwo. Wokół nas jest dużo zła i skądś się ono musi brać, moim zdaniem. Nie zaszkodzi być czujnym jak on, nawet tutaj.

– I tak dziękuję – powiedział Francis. Uspokajał się jak dziecko, które myślało, że zgubiło drogę, ale wypatrzyło gdzieś znajomy punkt krajobrazu i odzyskało orientację. – Ale nie wiem, jak się nazywasz…

– Już się nie nazywam – odparł mężczyzna. Powiedział to z najlżejszym odcieniem smutku, zastąpionym szybko kpiącym uśmiechem, zabarwionym odrobiną żalu.

– Jak możesz się nie nazywać? – spytał Francis.

– Musiałem stracić swoje imię i nazwisko. Dlatego tu trafiłem. Francis niewiele z tego zrozumiał. Mężczyzna z rozbawieniem pokręcił głową.

– Przepraszam. Ludzie zaczęli mnie nazywać Strażak, bo gasiłem pożary, zanim przyjechałem do szpitala.

– Ale…

– Kiedyś przyjaciele mówili na mnie Peter. A więc Peter Strażak, to musi wystarczyć Francisowi Mewie.

– Dobrze – zgodził się Francis.

– System nadawania imion trochę tu wszystko ułatwia, zobaczysz. Chudego już znasz. Dla kogoś, kto tak wygląda, trudno o bardziej oczywistą ksywę. Poznałeś też braci Moses, z tym że wszyscy nazywają ich tu Dużym Czarnym i Małym Czarnym, co też wydaje się stosownym rozróżnieniem. A Piguła… to przezwisko łatwiej wymówić i dobrze pasuje do naszego doktora, zważywszy na jego podejście do leczenia. Kogo jeszcze spotkałeś?

– Pielęgniarki na zewnątrz, za kratami…

– Ach, panna Błąd i panna Czujna?

– Wright i Winchell.

Zgadza się. Są też inne, na przykład siostra Mitchell, czyli Narzekalska, i siostra Smith, czyli Oścista, bo wygląda trochę jak nasz Chudy, i Krótka Blond, piękna kobieta. Jest też psycholog Evans, zwany panem Złym, którego już niedługo poznasz, bo to on mniej czy bardziej rządzi tym dormitorium. A wredna sekretarka Piguły nazywa się Lewis, ale ktoś nazwał ją Laską, czego ona najwyraźniej nie znosi, ale nie może na to nic poradzić, bo przezwisko przylgnęło do niej tak samo jak te ciasne sweterki, które nosi. Niezła z niej laska*. To może się wydawać skomplikowane, ale połapiesz się w kilka dni. Francis rozejrzał się szybko.

– Wszyscy tutaj to wariaci? – szepnął.

Strażak pokręcił głową.

– To szpital dla wariatów, Mewo, ale nie każdy tu jest wariatem. Niektórzy to po prostu starzy i zdziwaczali ludzie. Inni są opóźnieni w rozwoju, więc wolno się orientują, ale za co dokładnie tu trafili, to dla mnie tajemnica. Jeszcze inni mają chyba po prostu depresję. Albo słyszą głosy. Ty słyszysz głosy, Mewo?

Francis nie wiedział, co odpowiedzieć. Miał wrażenie, że gdzieś głęboko w nim toczy się debata; słyszał rzucane argumenty, przeskakujące między stronami jak iskry między elektrodami.

– Nie powiem – odparł z wahaniem.

Strażak kiwnął głową.

– Są rzeczy, które najlepiej zachowywać dla siebie. – Objął Francisa ramieniem i poprowadził do drzwi. – Chodź, oprowadzę cię po naszym nowym domu.

– A ty słyszysz głosy, Peter? – spytał Francis. Strażak pokręcił głową.

– Nie.

– Nie?

– Nie. Ale może by było dobrze, gdybym słyszał – wyznał. Uśmiechał się samymi kącikami ust w sposób, który Francis miał już niedługo dobrze poznać; uśmiech ten mówił wiele o samym Strażaku. Ten człowiek dostrzegał zarówno smutek, jak i wesołość w rzeczach, na które inni nie zwracali uwagi.

– Jesteś wariatem? – zapytał Francis. Strażak zaśmiał się cicho.

– A ty jesteś, Mewa? Francis wziął głęboki oddech.

– Może – odparł. – Nie wiem. Strażak pokręcił głową.

* W oryginale przezwiska tych osób brzmią podobnie do ich nazwisk, czego jednak nie sposób przełożyć na język polski. Czytelnikom znającym angielski zdradzę jednak, że panny Wright i Winchell przezwane zostały pannami Wrong i Watchful, siostra Mitchell to siostra Bitch-All, pannę Lewis nazywano panną Luscious, a doktor Gulptilil został doktorem Gulp-a-pillem. Pracownika społecznego Evansa zaś pacjenci nazywali panem Evil (przyp. tłum.).

– Nie wydaje mi się. Nie wydawało mi się też, kiedy cię pierwszy raz zobaczyłem. Nie jesteś przynajmniej poważnie szurnięty. Może trochę, ale co w tym złego?

Francis kiwnął głową. Słowa Strażaka dodały mu otuchy.

– Ale co z tobą? – ciągnął.

Strażak zawahał się.

– Jestem czymś o wiele gorszym – powiedział po chwili. – Dlatego tu trafiłem. Mają stwierdzić, co ze mną nie tak.

– Co może być gorszego od bycia wariatem? – spytał Francis.

Strażak odkaszlnął.

– Chyba nic się nie stanie, i tak byś się dowiedział, wcześniej czy później. Zabijam ludzi.

I z tymi słowami wyprowadził Francisa na szpitalny korytarz.

Rozdział 4

I to chyba by było na tyle. Duży Czarny powiedział, żebym się nie zaprzyjaźniał, żebym uważał, pilnował własnego nosa i przestrzegał zasad, a ja z całych sił starałem się dostosować do jego rad, za wyjątkiem tej pierwszej; kiedy o tym myślę, zastanawiam się, czy w tym punkcie też nie miał przypadkiem racji. Ale szaleństwo to także najgorszy rodzaj samotności, a ja byłem szalony i samotny, kiedy więc Strażak mnie przygarnął, z radością przyjąłem jego przyjaźń; zagłębiliśmy się w świat Szpitala Western State i nie pytałem Petera, co miał na myśli, kiedy powiedział to, co powiedział, chociaż domyślałem się, że niedługo się tego dowiem. W szpitalu bowiem wszyscy mieli jakieś tajemnice, ale mało komu udawało się zachować je dla siebie.

Moja młodsza siostra zapytała mnie raz, długo po tym, jak już zostałem wypuszczony, co było w szpitalu najgorsze. Po zastanowieniu odpowiedziałem: rutyna. Szpital istniał jako układ drobnych, niepowiązanych ze sobą chwil, które razem wzięte nie składały się zupełnie na nic. Stworzono je tylko i wyłącznie po to, by połączyć poniedziałek z wtorkiem, wtorek ze środą i tak dalej, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu. Wszyscy moi współtowarzysze niedoli zostali wysiani do szpitala przez rzekomo pragnących ich dobra krewnych albo bezduszny i nieskuteczny system opieki społecznej, po pobieżnej rozprawie sądowej, w której często nawet nie uczestniczyliśmy, na okres trzydziestu lub sześćdziesięciu dni. Szybko jednak przekonaliśmy się, że terminy te były takimi samymi złudzeniami jak głosy w naszych głowach, bo szpital mógł przedłużać wyrok sądu tak długo, jak długo uważano cię za zagrożenie dla innych, a w naszym przypadku uważano tak zawsze. Tak więc trzydziestodniowy okres leczenia łatwo mógł się zamienić w dwudziestoletni pobyt w szpitalu. Równia pochyła, od psychozy do starczej demencji. Niedługo po przybyciu do szpitala dowiadywaliśmy się, że jesteśmy jak przestarzała amunicja, magazynowana tak, żeby nikomu nie rzucała się w oczy, rdzewiejąca z każdą upływającą chwilą i coraz bardziej grożąca wybuchem. Pierwszą rzeczą, jaka docierała do człowieka zamkniętego w Szpitalu Western State, było największe z rządzących tam kłamstw – nikt tak naprawdę nie pomagał ci w powrocie do zdrowia, do domu. Dużo mówiono i dużo robiono, rzekomo by pomóc ci się przystosować, ale wszystko to była fikcja na pokaz, jak urządzane od czasu do czasu komisje zwolnień. Szpital był niczym smoła na drodze. Trzymał cię w miejscu. Pewien sławny poeta napisał kiedyś – całkiem ładnie i naiwnie - że dom to miejsce, w którym zawsze jesteś miłe widziany. Może dla poetów, ale nie dla szaleńców. Szpital istniał po to, by trzymać cię z dala od świata normalnych. Byliśmy wszyscy spętani lekami, które przytępiały nam zmysły, wyciszały głosy, ale nigdy nie pomagały poradzić sobie z halucynacjami, także w korytarzach niosły się echem rozedrgane zwidy i omamy. Najgorszym złem było jednak to, jak szybko się z nimi pogodziliśmy. Po kilku dniach w szpitalu nie przeszkadzało mi już, kiedy mały Napoleon stawał przy moim łóżku i zaczynał z ożywieniem opowiadać o ruchach wojsk pod Waterloo, i o tym, że gdyby tylko brytyjskie czworoboki pękły pod natarciem jego kawalerii albo gdyby Bluchera coś zatrzymało po drodze, albo gdyby stara gwardia nie ugięła się pod gradem szrapneli i karabinowych kul, cała Europa zmieniłaby się na zawsze. Nigdy nie miałem całkowitej pewności, czy Napoleon naprawdę uważał się za francuskiego cesarza, choć chwilami tak właśnie się zachowywał, czy po prostu wszystko to wynikało z jego obsesji, bo był małym człowieczkiem zamkniętym w wariatkowie, z nami wszystkimi, i bardziej niż czegokolwiek innego chciał w swoim życiu czegoś dokonać.

Wszyscy chcieliśmy; to była nasza największa nadzieja i marzenie – pragnęliśmy być kimś. Dręczyła nas jednak nieuchwytność tego celu, dlatego wybraliśmy zamiast niego złudzenia. Na moim piętrze mieliśmy sześciu Jezusów czy przynajmniej ludzi, którzy twierdzili, że są w stanie bezpośrednio się z Nim komunikować; jednego Mahometa, który trzy razy dziennie padał na kolana i modlił się do Mekki, chociaż często zwrócony w złym kierunku; kilku Jerzych Waszyngtonów i innych prezydentów, od Lincolna i Jeffersona po Johnsona i Cwanego Dicka, a do tego całkiem sporo takich, jak w rzeczywistości nieszkodliwy, lecz czasem przerażający Chudy, którzy bezustannie wypatrywali szatana i jego sług. Mieliśmy ludzi z obsesją na punkcie zarazków, bojących się niewidzialnych i wszechobecnych bakterii, takich, co wierzyli, że podczas burzy każda błyskawica wymierzona jest właśnie w nich, więc chowali się po kątach. Mieliśmy pacjentów, którzy nic nie mówili, całe dnie spędzali w całkowitym milczeniu, i takich, którzy bluzgali na prawo i lewo. Jedni myli ręce dwadzieścia i trzydzieści razy dziennie, inni w ogóle się nie kąpali. Byliśmy armią natręctw i obsesji, zwidów i rozpaczy. Jeden z mężczyzn, którego polubiłem, nosił pseudonim Gazeciarz. Chodził po korytarzach niczym współczesny herold, wykrzykując tytuły gazet jak encyklopedia bieżących wydarzeń. Na swój własny, szalony sposób pomagał nam zachować kontakt ze światem zewnętrznym i przypominał, że za murami szpitala też coś się dzieje. Była u nas nawet pewna słynąca ze znacznej tuszy kobieta, która potrafiła całymi godzinami grać w ping-ponga w świetlicy, przez większość czasu jednak rozmyślała nad sprawami związanymi z byciem bezpośrednim wcieleniem Kleopatry. Czasami zaś uważała się tylko za grającą w filmie Elizabeth Taylor. Tak czy inaczej Kleo potrafiła zacytować każde słowo z filmu, nawet kwestie Richarda Burtona, i całą sztukę Szekspira, jednocześnie rozgramiając w ping-ponga tego, kto ośmielił się z nią zmierzyć.

Kiedy o tym myślę, wydaje mi się to wszystko tak niedorzeczne, że mam ochotę głośno się roześmiać.

Ale wcale takie nie było. Tam panowało niewypowiedziane cierpienie.

Tego właśnie nie potrafią zrozumieć normalni ludzie. Tego, jak bardzo boli każde złudzenie. Jak rzeczywistość wymyka się z rąk. Ogromu desperacji i frustracji. Syzyf ze swoim kamieniem czułby się w Szpitalu Western State jak u siebie.

Chodziłem na codzienne sesje grupowe z panem Evansem, którego nazywaliśmy panem Złym. Chudy psycholog miał zapadłą pierś i władczy sposób bycia, zdający się sugerować, że jest od nas lepszy, bo wieczorem idzie do domu, a my nie, czego nie znosiliśmy, ale co niestety było prawdą. Podczas tych sesji zachęcano nas do mówienia otwarcie o tym, dlaczego jesteśmy w szpitalu i co byśmy zrobili, gdyby nas wypuszczono.

Wszyscy kłamali. Opowiadali cudowne, niczym nieskrępowane kłamstwa, optymistyczne, eskapistyczne, pełne entuzjazmu.

Wszyscy poza Peterem Strażakiem, który rzadko się odzywał. Siedział obok mnie, uprzejmie słuchając fantazjowania o znalezieniu regularnej pracy albo powrocie do szkoły, albo może zaangażowaniu się w program pomocy takim jak my. Wszystkie te rozmowy były jednym wielkim kłamstwem, zrodzonym z jednego jedynego, beznadziejnego pragnienia: robienia wrażenia normalnego. A przynajmniej normalnego na tyle, by wrócić do domu.

Z początku zastanawiałem się czasem, czy nie ma jakiegoś bardzo słabego porozumienia między tymi dwoma mężczyznami, bo pan Zły nigdy nie kazał Peterowi Strażakowi wziąć udziału w dyskusji, nawet kiedy zbaczała na coś interesującego, jak obecne wydarzenia na świecie, na przykład problem zakładników w Iranie, niepokoje wewnętrzne państw czy nadzieje Red Soksów na nadchodzący sezon – na tematy, na których Strażak się znał. Obaj żywili wzajemną wrogość, ale jeden był pacjentem, drugi administratorem, więc na początku ją ukrywali.

Nie wiedzieć czemu, bardzo szybko zaczęło mi się wydawać, że biorę udział w jakiejś desperackiej wyprawie do najdalszych bezludnych rejonów ziemi, ekspedycji odciętej od cywilizacji, zapuszczającej się coraz dalej od znajomych terenów w nieznane krainy. Niegościnne krainy.

Które niedługo miały się stać jeszcze bardziej niegościnne.

Ściana mnie przyzywała, chociaż w kącie kuchni zaczął dzwonić telefon. Wiedziałem, że to jedna z moich sióstr dzwoni zapytać, co u mnie, a u mnie oczywiście było tak jak zawsze jest i, jak przypuszczam, zawsze już będzie. Dlatego go zignorowałem.

W ciągu kilku tygodni resztki zimy wycofały się w ponurym odwrocie. Francis szedł korytarzem, szukając sobie jakiegoś zajęcia. Po prawej minął kobietę mamroczącą coś tonem pełnym skargi o straconych dzieciach i kołyszącą się w przód i w tył, z ramionami ułożonymi przed sobą, jakby trzymała w nich coś cennego, choć były puste. Przed Francisem starszy mężczyzna w piżamie, z pomarszczoną skórą i grzywą rozczochranych, srebrzysto-siwych włosów patrzył smutno na gołą ścianę, dopóki nie podszedł Mały Czarny, nie wziął go delikatnie za ramiona i nie odwrócił do zakratowanego okna. Nowy widok wywołał uśmiech na twarzy starca; Mały Czarny poklepał mężczyznę po ramieniu, dodając mu otuchy, potem podszedł do Francisa.

– Mewa, co u ciebie?

– Wszystko w porządku, panie Moses. Tylko się trochę nudzę.

– W świetlicy oglądają seriale.

– Nie przepadam za nimi.

– Nie lubisz seriali? Mógłbyś się zacząć zastanawiać, co się stanie z bohaterami i ich pokręconym życiem. Niespodzianki, tajemnica, zwroty akcji, wszyscy to lubią. A ciebie to nie interesuje?

– Pewnie powinno, panie Moses, ale sam nie wiem. Po prostu dla mnie to mało prawdziwe.

– To pograj w karty. Albo w gry planszowe.

Francis pokręcił głową.

– A może partyjka ping-ponga z Kleo?

Francis uśmiechnął się, nie przestając kręcić głową.

– Panie Moses, uważa mnie pan za aż takiego wariata? Mały Czarny parsknął śmiechem.

– Nie, Mewa. Nawet ty nie jesteś aż tak stuknięty – odparł.

– Dostanę przepustkę na dwór? – zapytał niespodziewanie Francis. Mały Czarny zerknął na zegarek.

– Zabieram na dwór kilka osób dzisiaj po południu. Posadzimy kwiatki, taki ładny dzień. Przejdziemy się. Złapiemy trochę świeżego powietrza. Idź do pana Evansa, może ci pozwoli. Ja nie mam nic przeciwko.

Francis znalazł pana Złego przed jego gabinetem, pogrążonego w rozmowie z doktorem Pigułą. Obaj wydawali się poruszeni, gestykulowali z ożywieniem i zawzięcie się kłócili. Dziwne, ale im zacieklej dyskutowali, tym ciszej mówili, aż w końcu, kiedy Francis do nich podszedł, syczeli na siebie jak dwa rozzłoszczone węże. Na nikogo nie zwracali uwagi, do Francisa dołączyło kilku innych pacjentów, którzy szurali nogami, chodzili w prawo i w lewo, i czekali, aż coś się wydarzy.

– Nie możemy pozwolić sobie na takie uchybienie, w żadnym wypadku. W pana interesie leży, żeby jak najszybciej się znalazły – powiedział w końcu ze złością Piguła.

– Najwyraźniej zginęły albo ktoś je ukradł – odparł pan Zły. – Nie moja wina. Będziemy szukać dalej, to wszystko, co mogę zrobić.

Piguła kiwnął głową, ale twarz zastygła mu w dziwnym, gniewnym grymasie.

– Tak zróbcie – warknął. – I mam nadzieję, że znajdziecie je jak najszybciej. Proszę poinformować ochronę, niech panu wydadzą nowy komplet. Ale to poważne naruszenie zasad.

Mały Hindus gwałtownie odwrócił się na pięcie i odszedł, ignorując wszystkich oprócz jednego mężczyzny, który podszedł do doktora, ale został odesłany niecierpliwym machnięciem ręki, zanim zdążył się odezwać. Pan Zły odwrócił się do pacjentów, równie poirytowany.

– Co? Czego chcecie?

Sam jego ton sprawił, że jedna z kobiet natychmiast załkała, a jakiś starzec pokręcił głową i odszedł korytarzem, mrucząc coś do siebie. Najwyraźniej wolał byle jaką rozmowę z nikim niż to, co mógłby usłyszeć od wściekłego psychologa.

Francis się jednak zawahał. Idź stąd! Idź natychmiast! – krzyczały ostrzegawcze głosy w jego głowie, ale on stał, a po chwili zebrał się na odwagę.

– Chciałbym prosić o przepustkę na dwór – zakomunikował. – Pan Moses zabiera dzisiaj po południu kilka osób do ogrodu. Chciałbym iść z nimi. Powiedział, że mogę.

– Chcesz wyjść na dwór?

– Tak. Proszę.

– A po co chcesz wychodzić na dwór, Petrel? Co takiego jest na dworze, że tak cię tam ciągnie?

Francis nie wiedział, czy Evans kpi sobie z niego, czy z samego pomysłu wyjścia za próg budynku Amherst.

– Ładny dzień dzisiaj. Pierwszy taki od dawna. Świeci słońce i jest ciepło. Świeże powietrze.

– Uważasz, że tam będzie ci lepiej niż tu, w środku, tak?

– Tego nie powiedziałem, panie Evans. Po prostu jest wiosna i chciałbym wyjść na dwór.

Pan Zły pokręcił głową.

– A ja myślę, że próbujesz dać nogę, Francis. Uciec. Wydaje ci się, że możesz prysnąć Małemu Czarnemu, kiedy tylko się odwróci, wspiąć po bluszczu i przeskoczyć przez mur, a potem zbiec ze wzgórza obok college’u i złapać autobus, który cię stąd zabierze. Wszystko jedno, jaki autobus, bo wszędzie jest lepiej niż tutaj; to właśnie moim zdaniem zamierzasz zrobić – powiedział. Mówił złośliwym, napastliwym tonem.

– Nie, nie, nie – odparł natychmiast Francis. – Chciałem tylko wyjść do ogrodu.

– Ty tak twierdzisz – ciągnął pan Zły. – Ale skąd mogę wiedzieć, że mówisz prawdę? Dlaczego mam ci ufać, Mewa? Co takiego zrobisz, żeby mnie przekonać?

Francis nie miał pojęcia, jak odpowiedzieć. Nie wiedział, że można udowodnić swoją prawdomówność inaczej, niż robiąc to, co się obiecało.

– Chcę po prostu wyjść na dwór – powtórzył. – Cały czas od przyjazdu siedzę w budynku.

– Uważasz, że zasługujesz na przywilej wyjścia na dwór? Co takiego zrobiłeś, żeby na niego zasłużyć, Francis?

– Nie wiem – odparł chłopak szczerze. – Nie sądziłem, że muszę na to zasłużyć. Chcę tylko wyjść na dwór.

– A co mówią twoje głosy, Mewa?

Francis cofnął się o krok, bo jego głosy krzyczały, z oddali, ale wyraźnie; rozkazywały mu jak najszybciej uciec, ale on się uparł, w rzadkim akcie oporu wobec wewnętrznego jazgotu.

– Nie słyszę żadnych głosów, panie Evans. Chciałem tylko wyjść na dwór. To wszystko. Nie zamierzam uciekać. Ani nigdzie jechać autobusem. Chcę tylko odetchnąć świeżym powietrzem.

Evans kiwnął głową, jednocześnie wykrzywiając usta w złym grymasie.

– Nie wierzę ci – parsknął, ale wyjął z kieszeni koszuli mały notes i napisał kilka słów. – Daj to panu Mosesowi. Udzielam ci pozwolenia na wyjście na dwór. Ale nie spóźnij się na sesję grupową.

Francis znalazł Małego Czarnego na papierosie pod dyżurką w korytarzu. Mężczyzna flirtował z dwiema pielęgniarkami, które akurat miały dyżur. Była to siostra Błąd i młodsza od niej kobieta, nowa pielęgniarka na stażu, nazywana Krótką Blond, bo strzygła włosy krótko w stylu piksie, w przeciwieństwie do koleżanek z bujnymi fryzurami, trochę od niej starszych i bardziej naznaczonych zmarszczkami i zwiotczeniem wieku średniego. Krótka Blond była młoda, szczupła i żylasta, a pod białym pielęgniarskim mundurkiem kryła chłopięce ciało. Miała bladą, prawie przezroczystą cerę i zdawało się, że delikatnie jarzy w świetle szpitalnych lamp. Mówiła cichym, ledwo słyszalnym głosem, który wpadał w szept, kiedy się denerwowała, co, jak zauważyli pacjenci, zdarzało się dość często. Stresowały ją duże, hałaśliwe grupy ludzi i z trudem dawała sobie radę w oblężonej dyżurce, kiedy przychodziła pora wydawania leków. To zawsze były trudne chwile, ludzie przepychali się do okienka w siatce, gdzie w małych, papierowych kubeczkach z nazwiskami pacjentów czekały posegregowane tabletki. Krótka Blond miała problemy z ustawieniem pacjentów w kolejkę, z uciszeniem ich, a największe, kiedy zaczynali się tarmosić, do czego dochodziło całkiem często. Krótka Blond radziła sobie o wiele lepiej sam na sam z pacjentem. Przynajmniej nie musiała nikogo przekrzykiwać. Francis ją lubił, po części dlatego że nie była dużo starsza od niego, przede wszystkim jednak jej głos działał na niego kojąco i przypominał matkę sprzed wielu lat, kiedy czytała wieczorami bajki. Przez chwilę próbował sobie przypomnieć, kiedy przestała, bo wspomnienie to nagle stało się bardzo odległe, prawie nierealne.

– Masz pozwolenie, Mewa? – spytał Mały Czarny.

– Proszę. – Francis podał kartkę, podniósł wzrok i zobaczył idącego korytarzem Petera Strażaka. – Peter! – zawołał. – Dostałem pozwolenie na wyjście na dwór. Może idź do pana Złego i zobacz, czy tobie też pozwoli.

Peter Strażak szybko do niego podszedł. Uśmiechnął się, ale pokręcił głową.

– Nic z tego, Mewa – powiedział. – To wbrew przepisom.

Mały Czarny przytaknął.

– Przykro mi, Strażak ma rację. Jemu nie wolno.

– Dlaczego? – zapytał Francis.

– Bo na takich jestem tu zasadach – odparł Strażak powoli i cicho. – Nie wolno mi wychodzić z zamknięcia.

– Nie rozumiem – stwierdził Francis.

– Tak orzekł sąd, kiedy mnie tu wysłał – ciągnął Strażak. W jego głosie pojawił się żal. – Dziewięćdziesiąt dni obserwacji. Ocena. Opinia psychologiczna. Testy; pokazami kleksa, a ja mam odpowiedzieć, że widzę tam dwoje ludzi uprawiających seks. Piguła i pan Zły pytają, ja odpowiadam, a oni to zapisują i któregoś dnia wysyłają do sądu. Ale nie wolno mi wychodzić z zamknięcia. Każdy ma swoje więzienie, tak jakby, Mewa. Moje jest po prostu trochę bardziej ograniczające niż twoje.

– To nic strasznego, Mewa – dodał Mały Czarny. – Mamy tu dużo ludzi, którzy nigdy nie wyjdą. To zależy od tego, za co się tu trafiło. Oczywiście są też tacy, co sami nie chcą wychodzić, ale mogliby, gdyby tylko poprosili. Po prostu nigdy nie proszą.

Francis rozumiał, a zarazem nie rozumiał. Spojrzał na Strażaka.

– To niesprawiedliwe – powiedział.

– Nie sądzę, żeby komukolwiek tak naprawdę chodziło o sprawiedliwość, Mewa. Ale zgodziłem się i dlatego jest jak jest. Dwa razy w tygodniu spotkanie z doktorem Pigułą. Sesje z panem Złym. Daję się obserwować. Spójrz, nawet w tej chwili, kiedy rozmawiamy, Mały Czarny, Krótka Blond i panna Błąd obserwują mnie i słuchają, co mówię, a wszystko, co zobaczą i usłyszą, może trafić do raportu, który Piguła wyśle do sądu. Dlatego muszę się pilnować, bo nigdy nie wiadomo, na co mogą zwrócić uwagę. Czy nie tak, panie Moses?

Mały Czarny kiwnął głową. Francis miał dziwne wrażenie, że rozmawiają o kimś innym, nie o człowieku, który przed nim stoi.

– Kiedy tak mówisz, nie wydajesz się wariatem – stwierdził.

Na tę uwagę Peter Strażak uśmiechnął się kpiąco, unosząc kącik ust, co nadało jego twarzy trochę krzywy, ale autentycznie spłoszony wyraz.

– O, rany – westchnął. – To straszne. Okropne – zagulgotał z głębi gardła. – W takim razie muszę być jeszcze ostrożniejszy. Bo muszę być właśnie wariatem.

Francis zupełnie się pogubił. Jak na kogoś pod obserwacją, Peter wydawał się beztroski, w przeciwieństwie do licznych w szpitalu paranoików, wierzących, że są nieustannie śledzeni, chociaż nie byli, i robiących co w ich mocy, by zmylić obserwatorów. Wierzyli oczywiście, że tymi szpiegami są ludzie z FBI, CIA albo KGB, albo że to kosmici, co diametralnie zmieniało ich sytuację. Strażak odwrócił się i poszedł do świetlicy. Francis pomyślał, że nawet gdyby Peter gwizdał albo szedł raźniejszym krokiem, to, co tak bardzo go zasmucało, jeszcze wyraźniej rzucałoby się w oczy.

Ciepłe słońce uderzyło Francisa w twarz. Duży Czarny dołączył do swojego brata na czele ekspedycji; jeden szedł na przodzie, drugi z tyłu, prowadząc przez teren szpitala dwunastoosobowy rząd pacjentów. Poszedł z nimi Chudy, mamrocząc, że jest czujny jak zwykle. I Kleo, która wpatrywała się w ziemię i zaglądała pod krzaki z nadzieją, że znajdzie żmiję, jak wyjaśniała każdemu, kto zauważył jej zachowanie. Francis podejrzewał, że mogła napotkać co najwyżej zwykłego pończosznika, ten jednak nie wystarczyłby jej do samobójstwa. W grupie było kilka starszych kobiet, które szły bardzo powoli, kilku starszych mężczyzn i trzech w średnim wieku; wszyscy oni należeli do pospolitej kategorii potarganych, wymiętych ludzi, od lat już nawykłych do szpitalnej codzienności. Na nogach mieli klapki albo robocze buty, a do tego piżamy pod wystrzępionymi bluzami i swetrami, nie pasującymi rozmiarem ani kolorem, co było szpitalną normą. Kilku mężczyzn szło z ponurymi albo rozzłoszczonymi minami, jakby drażniły ich łagodne promienie słońca. To właśnie przez to, pomyślał Francis, szpital był niepokojącym miejscem. Dzień, który powinien przynosić odprężenie i śmiech, wywoływał cichą wściekłość.

Dwaj pielęgniarze sunęli wolnym krokiem w kierunku tylnej części kompleksu, gdzie znajdował się mały ogród. Na piknikowym stoliku, popękanym i powyginanym po zimie, stały pudełka z nasionami i czerwone, dziecięce wiaderko z kilkoma plastikowymi motykami i łopatkami. Były tam też aluminiowa konewka i gumowy wąż, przykręcony do kurka wystającego wprost z ziemi na rurce. Już po chwili cała wycieczka pod nadzorem Małego i Dużego Czarnego na kolanach grabiła i spulchniała spłachetek ziemi. Francis zajmował się tym przez jakiś czas, potem zaczął się rozglądać.

Za ogrodem rozciągało się kolejne poletko, długi prostokąt otoczony starym drewnianym parkanem, kiedyś białym, lecz poszarzałym ze starości. Z twardej ziemi sterczały chwasty i nieprzystrzyżone kępy trawy. Francis domyślał się, że to coś w rodzaju cmentarza, bo stały tam dwa granitowe nagrobki, oba lekko przekrzywione, tak że wyglądały jak nierówne zęby. Dalej, za ogrodzeniem, rosły w rządzie drzewa, posadzone ciasno obok siebie, by tworzyć naturalną zaporą oraz zasłaniać płot z drucianej siatki.

Francis obejrzał się na szpital. Po lewej, częściowo zasłonięta przez dormitorium, znajdowała się siłownia; z jej komina w niebieskie niebo bił wąski pióropusz białego dymu. Do wszystkich budynków wiodły pod ziemią tunele kanałów grzewczych. Francis widział jakieś szopy z narzędziami. Pozostałe budynki wyglądały prawie identycznie; cegła, bluszcz i szare dachówki. Większość obiektów zamieszkiwali pacjenci, ale jeden przeznaczono na kwatery dla pielęgniarek stażystek, a kilka innych na mieszkania dla młodszych psychiatrów i ich rodzin. Te domki łatwo dało się odróżnić, bo wokół leżały porozrzucane zabawki, a przed jednym zbudowano piaskownicę. Niedaleko siedziby administracji stał także budynek ochrony, gdzie odmeldowywali się szpitalni strażnicy. Francis zauważył, że budynek administracji ma skrzydło z aulą, w której, jak się domyślał, odbywały się zebrania personelu i wykłady. Generalnie jednak kompleks był przygnębiająco jednorodny. Trudno powiedzieć, jaki efekt chciał osiągnąć projektant, budynki były bowiem rozmieszczone losowo w sposób niezgodny z racjonalnym planowaniem; jeśli dwa stały obok siebie, to trzeci już pod kątem do nich. Prawie tak, jakby zrzucono je tu z powietrza bez żadnego porządku.

Od frontu szpitalne terytorium zasłaniał wysoki mur z czerwonej cegły, ze zdobioną bramą z kutego żelaza. Francis nie widział wiszącego nad nią szyldu, ale i tak wątpił, by jakikolwiek tam zamieszczono. Uznał, że gdyby ktoś zbliżył się do szpitala i tak by wiedział, co to jest i czemu służy, więc szyld wydawał się zupełnie zbędny.

Francis zmierzył mur wzrokiem. Doszedł do wniosku, że ceglana bariera ma co najmniej trzy i pół albo cztery metry wysokości. Z boków i z tyłu szpital był ogrodzony drucianą siatką, w wielu miejscach przerdzewiałą, zwieńczoną kłębami kolczastego drutu. Oprócz ogrodu na terenie było też boisko, spłacheć czarnego asfaltu z koszem do koszykówki na jednym końcu i siatką do siatkówki na środku, ale jedno i drugie tkwiło smętnie powyginane i połamane, poczerniałe od długiego nieużywania i zaniedbania. Francis nie potrafił sobie wyobrazić, żeby ktoś z tego korzystał.

– Na co patrzysz, Mewa? – spytał Mały Czarny.

– Na szpital – odparł Francis. – Nie wiedziałem, że jest tak wielki.

– Za dużo mamy tu teraz ludzi – powiedział Mały Czarny cicho. – Wszystkie dormitoria pękają w szwach. Łóżka ściśnięte jedno obok drugiego. Ludzie nie mają co robić, łażą bez celu po korytarzach. Za mało gier. Za mało terapii. Wszyscy się ze sobą mieszają. To niedobrze.

Francis popatrzył na wielką bramę, przez którą wjechał ambulansem. Była szeroko otwarta.

– Zamykają ją na noc – wyjaśnił Mały Czarny, przewidując pytanie.

– Pan Evans podejrzewał, że będę próbował uciec – przyznał się Francis.

Mały Czarny uśmiechnął się i pokręcił głową.

– Wszyscy zawsze myślą, że ludzie stąd tylko patrzą, jak wiać, ale tak się nie dzieje – powiedział. – Pan Zły powinien to wiedzieć. Jest tu już od kilku lat.

– Dlaczego ludzie nie próbują uciekać? – zapytał Francis.

Mały Czarny westchnął.

– Znasz odpowiedź, Mewa. Nie chodzi o płoty ani o zamknięte drzwi, chociaż tych u nas nie brak. Jest dużo sposobów, żeby zamknąć człowieka. Zastanów się nad tym, Mewa. Powód, dlaczego zostają, nie ma nic wspólnego z prochami ani kłódkami. Po prostu mało kto tutaj ma dokąd uciekać. A kiedy nie ma dokąd iść, nikt nie idzie. Proste.

Z tymi słowami odwrócił się i spróbował pomóc Kleo w sadzeniu nasion. Nie wykopała dość głębokich ani wystarczająco szerokich bruzd. Wyglądała na zniechęconą i zawiedzioną, dopóki Mały Czarny nie wspomniał, że słudzy rozsypywali przed jej imienniczką płatki róż. Kleo zawahała się, potem podwoiła wysiłki i zaczęła ryć w żwirowatej, mokrej ziemi z autentyczną determinacją. Kleo była potężną kobietą. Nosiła jaskrawe, kolorowe, luźne bluzki okrywające jej wydatne kształty. Często kaszlała, za dużo paliła i miała rozczochrane, ciemne włosy do ramion. Kiedy szła, dziwnie szarpała się w przód i w tył; przypominała wtedy pozbawiony steru statek, znoszony z kursu uderzeniami wiatru i wysokimi falami. Zmieniała się jednak, kiedy brała do ręki paletkę do ping-ponga; jak za sprawą czarów traciła wtedy swoją masę i stawała się zwinna i szybka niczym kot.

Znów spojrzał na bramę, potem na innych pacjentów i powoli zaczął rozumieć, o czym mówił Mały Czarny. Jeden ze starszych mężczyzn nie radził sobie z motyczką, skakała w jego trzęsącej się dłoni. Inny stracił zainteresowanie kopaniem i wpatrywał się w rozkrzyczaną wronę, siedzącą na pobliskim drzewie.

Głęboko w duchu Francis usłyszał jeden ze swoich głosów, który powtarzał ponurym tonem to, co powiedział Mały Czarny, podkreślając każde słowo: Nikt nie ucieka, bo nikt nie ma dokąd. I ty też nie, Francis.

A potem chóralne potakiwanie.

Obrócił się gwałtownie, kręcąc głową na wszystkie strony. W tej sekundzie bowiem, w promieniach słońca i delikatnej, wiosennej bryzie, z rękami brudnymi od ogrodowej ziemi, zobaczył, jaka czeka go przyszłość. A widok ten przeraził go bardziej niż wszystko, co zdarzyło się do tej pory. Zrozumiał, że jego życie to cienka lina i musi się jej mocno trzymać. To było najgorsze uczucie, jakie kiedykolwiek miał. Wiedział, że jest obłąkany, a jednocześnie miał pewność, że nie może być. Uświadomił sobie, że musi znaleźć coś, co utrzyma go przy zdrowych zmysłach. Albo pomoże zachować zdrowych zmysłów pozory.

Głęboko odetchnął. Nie sądził, by to było łatwe.

Do tego, jakby podkreślając powagę sytuacji, jego wewnętrzne głosy kłóciły się głośno, jazgocząc i hałasując. Próbował je uciszyć, ale mu nie wychodziło. Dopiero po kilku chwilach wszystkie uspokoiły się na tyle, że zrozumiał, co każdy z nich mówi. Obejrzał się na innych pacjentów. Kilkoro uważnie mu się przyglądało. Musiał mamrotać coś na głos, próbując narzucić porządek wewnętrznej naradzie. Ale ani Duży Czarny, ani jego brat nie zwrócili chyba uwagi na niespodziewaną kłótnię, w której Francis brał udział.

Zauważył to natomiast Chudy. Kopał w ziemi kawałek dalej; nachylił się do Francisa.

– Wszystko będzie dobrze, Mewa – powiedział głosem łamiącym się od uczucia, które nagle wyrwało mu się chyba spod kontroli. – Wszystko. Dopóki będziemy stać na straży i wytężać wzrok. Trzeba bardzo uważać – ciągnął. – I ani na chwilę się nie odwracać. Jest wszędzie i może nadejść w każdej chwili. Musimy być czujni. Jak harcerze. Gotowi na jego nadejście.

Kościsty mężczyzna wydawał się bardziej pobudzony i zdesperowany niż zwykle.

Francis pomyślał, że wie, o czym Chudy mówi, ale potem zrozumiał, że to mogło być prawie wszystko, najpewniej obecność szatana na ziemi. Chudy miał tendencję do nagłego przechodzenia ze stanu maniakalnego podniecenia do cichej łagodności. W jednej chwili wymachiwał ramionami jak marionetka, której sznurki pociągają niewidzialne siły, a w następnej cichł, i przy swoim wzroście był nie groźniejszy od pokojowej lampy. Francis pokiwał głową, wyjął kilka nasion z torebki i wcisnął je w ziemię.

Duży Czarny wstał i otrzepał z ziemi biały pielęgniarski uniform.

– Dobrze, kochani – zaczął wesoło. – Polejemy tu trochę wody i wracamy. – Spojrzał na Francisa. – Mewa, co posiałeś?

Francis popatrzył na opakowanie nasion.

– Róże. Czerwone. Ładnie wyglądają, ale trudno je utrzymać. Mają ciernie – powiedział. Potem wstał, ustawił się w szeregu razem z innymi i pomaszerował z powrotem do dormitorium. Starał się wciągnąć do płuc i zmagazynować jak najwięcej świeżego powietrza, bo obawiał się, że minie jakiś czas, zanim znów wyjdzie.

Cokolwiek sprawiło, że Chudy stracił już i tak słaby kontakt z rzeczywistością, utrzymało się aż do grupowej sesji po południu. Zebrali się jak zwykle w jednej z pustych sal w Amherst, przypominającej trochę małą klasę; stało w niej ustawione w nierówne koło dwadzieścia kilka szarych, metalowych składanych krzeseł. Francis lubił siadać tak, by mógł wyglądać przez zakratowane okno, jeśli rozmowa robiła się nudna. Pan Zły przyniósł poranną gazetę, by zachęcić zgromadzonych do dyskusji o bieżących wydarzeniach, ale to tylko pobudziło Chudego jeszcze bardziej. Zajął miejsce naprzeciw Francisa, siedzącego obok Petera Strażaka, i bezustannie wiercił się na krześle. Pan Zły poprosił Gazeciarza, żeby przeczytał dzisiejsze nagłówki. Ten zrobił to z przesadną intonacją, jego głos unosił się i opadał przy każdym tekście. Dobrych wiadomości było niewiele. Sytuacja zakładników w Iranie pozostawała bez zmian. Protesty w San Francisco zamieniły się w zamieszki, dokonano licznych aresztowań, a policjanci w hełmach użyli gazu łzawiącego. W Paryżu i Rzymie antyamerykańscy demonstranci spalili flagi i kukły Wuja Sama, potem zaczęli demolować ulice. W Londynie władze użyły armatek wodnych przeciw podobnym demonstracjom. Indeks Dow Jones spadł na łeb na szyję, a w więzieniu w Arizonie wybuchł bunt, w wyniku którego ciężkie obrażenia odnieśli zarówno więźniowie, jak i strażnicy. Bostońska policja wciąż głowiła się nad kilkoma zabójstwami popełnionymi w zeszłym roku; nie odkryto żadnych nowych tropów w sprawie młodych kobiet, porwanych, zgwałconych, potem zamordowanych. Dwie osoby zginęły w kraksie trzech samochodów na trasie 91 pod Greenfield; ekolodzy wytoczyli proces miejscowemu zakładowi, zatrudniającemu wielu okolicznych mieszkańców, o wylewanie nieoczyszczonych ścieków do rzeki Connecticut.

Za każdym razem, kiedy Gazeciarz przerywał czytanie, a pan Zły starał się pobudzić dyskusję na ten czy inny temat, zniechęcająco podobny jeden do drugiego, Chudy kiwał energicznie głową i mamrotał:

– Widzicie? Proszę. O to właśnie mi chodzi!

Evans ignorował te uwagi, starając się wciągnąć w rozmowę pozostałych członków grupy. Tylko Peter Strażak zwrócił uwagę na Chudego.

– Staruszku, co się dzieje? – zapytał wprost.

Chudemu łamał się głos.

– Nie widzisz, Peter? Znaki są wszędzie! Niepokoje, nienawiść, wojny, zabijanie… – Odwrócił się gwałtownie do Evansa. – Nie ma w gazecie jakiegoś artykułu o głodzie?

Pan Zły się zawahał, a Gazeciarz wyrecytował z zadowoleniem:

– Sudańczycy zmagają się z klęską nieurodzaju. Susza i głód powodują masowe uchodźstwo. „New York Times”.

– Setki zmarłych? – spytał Chudy.

– Tak. Najprawdopodobniej – odparł pan Evans. – Może nawet więcej.

Chudy entuzjastycznie pokiwał głową.

– Widziałem już zdjęcia. Małe dzieci ze spuchniętymi brzuszkami, chudymi nóżkami i zapadniętymi oczami, pustymi i bez nadziei. I choroba, zawsze jest przy nas, razem z głodem. Nie trzeba nawet dokładnie czytać Księgi Objawienia, żeby wiedzieć, co się dzieje. Wszystkie znaki. – Opadł nagle na oparcie krzesła, rzucił długie spojrzenie w okratowane okno, wychodzące na teren szpitala, jakby chciał zapamiętać ostatnie promienie zachodzącego słońca. – Nie ma wątpliwości, że szatan tu jest. Blisko. Popatrzcie, co się dzieje na świecie. Gdzie spojrzeć, złe wiadomości. Kto inny mógłby być za to odpowiedzialny?

Splótł ręce na piersi. Oddychał szybko i gwałtownie. Na jego czole pojawiły się małe kropelki potu, jakby opanowanie każdej myśli, tłukącej się echem w jego głowie, wymagało wielkiego wysiłku. Reszta dwunastoosobowej grupy siedziała nieruchomo. Wszystkie spojrzenia utkwione były w wysokim mężczyźnie, który zmagał się z targającymi go obawami.

Pan Zły pospiesznie zmienił temat.

– Zajrzyjmy do działu sportowego – zaproponował. Wesołość w jego głosie była tak sztuczna, że prawie obelżywa.

Ale Peter Strażak na to nie pozwolił.

– Nie – zaprotestował z odcieniem gniewu w głosie. – Nie. Nie chcę dyskutować o baseballu, koszykówce czy miejscowych drużynach licealistów. Myślę, że powinniśmy porozmawiać o świecie wokół nas. Chudy ma rację. Wszystko, co czyha za tymi drzwiami, jest okropne. Nienawiść, morderstwa i zabijanie. Skąd to się bierze? Kto to robi? Kto jest jeszcze dobry? Może to nie dlatego, że przybył szatan, jak uważa Chudy. Może to dlatego, że wszyscy zmieniliśmy się na gorsze, a on nie musi nawet tu przybywać, bo odwalamy za niego całą robotę.

Pan Evans popatrzył na niego ze złością. Zmrużył oczy.

– Interesująca opinia – powiedział powoli, cedząc słowa. – Ale chyba wyolbrzymiasz problem. Tak czy inaczej ten temat nie mieści się w założeniach tej grupy. Mamy tu rozmawiać o sposobach powrotu na łono społeczeństwa. Nie o powodach, dla których należy się przed nim ukrywać, nawet jeśli sytuacja na świecie nie jest do końca taka, jak byśmy chcieli. Nie sądzę też, by służyło komukolwiek zgłębianie czyichś przywidzeń ani dawanie im wiary. – Ostatnie słowa skierował w szczególności do Strażaka i Chudego.

Twarz Petera zastygła w zaciętym grymasie. Zaczął coś mówić, potem przestał.

Ale w tę nagłą ciszę wkroczył Chudy. Głos mu drżał.

– Jeśli to my jesteśmy winni temu, co się dzieje, to nie ma już dla nas nadziei. – Był na krawędzi łez. – Żadnej.

Powiedział to z taką nieokiełznaną rozpaczą, że kilkoro innych pacjentów którzy do tej pory milczeli, teraz wydało stłumione okrzyki. Jakiś starszy mężczyzna zaczął płakać, a kobiecie z mocno podmalowanymi oczami, w różowej, wymiętej podomce i puchatych kapciach w kształcie króliczków, z piersi wyrwało się łkanie.

– Och, jakie to smutne – wymamrotała. – Jakie smutne.

Francis patrzył na psychologa, który próbował odzyskać kontrolę nad grupą.

– Świat jest taki, jaki zawsze był – stwierdził Evans. – Nas powinna interesować nasza w nim rola.

Niepotrzebnie to powiedział. Chudy zerwał się na równe nogi i zaczął wymachiwać rękami nad głową, tak jak pierwszego dnia pobytu Francisa w sali sypialnej.

– Właśnie o to chodzi! – krzyknął, płosząc co bardziej strachliwych członków grupy. – Zło jest wszędzie! Musimy znaleźć sposób, żeby go tu nie wpuścić! Musimy trzymać się razem. Założyć komitety. Wystawić straże. Zorganizować się! Współpracować! Obmyślić plan. Wznieść umocnienia. Strzec murów. Musimy dołożyć wszelkich starań, żeby nie wpuścić go do szpitala! – Wziął głęboki oddech i odwrócił się, zaglądając w oczy pozostałym członkom grupy.

Kilka głów przytaknęło. Miał rację.

– Możemy odeprzeć zło – ciągnął Chudy. – Ale tylko jeśli będziemy czujni. – Potem, wciąż roztrzęsiony wysiłkiem, jaki włożył w przemowę, usiadł i znów skrzyżował ręce na piersi.

Pan Evans spojrzał ze złością na Petera Strażaka, jakby to on był odpowiedzialny za wybuch Chudego.

– Dobrze – odezwał się powoli. – Peter. Powiedz nam. Czy uważasz, że chcąc nie wpuścić szatana w te mury, powinniśmy regularnie chodzić do kościoła?

Peter Strażak zesztywniał.

– Nie – odparł z namysłem. – Nie uważam…

– Nie powinniśmy się modlić? Chodzić na msze. Odmawiać zdrowaśki, Ojcze nasz i robić rachunek sumienia? W każdą niedzielę przystępować do komunii? Regularnie spowiadać się z grzechów?

Głos Petera Strażaka stał się bardzo cichy.

– Po tym wszystkim można się lepiej poczuć – przyznał. – Ale nie wierzę…

Pan Evans przerwał mu po raz drugi.

– Och, przepraszam – powiedział; każde jego słowo ociekało cynizmem. – Chodzenie do kościoła i uprawianie religijnego kultu w jakiejkolwiek zorganizowanej formie byłoby dla Strażaka wysoce nieodpowiednie, czyż nie? Bo Strażak ma mały problem z kościołami, zgadza się?

Peter poruszył się na krześle. Francis dostrzegł w jego oczach pełgającą furię, której nigdy przedtem tam nie widział.

– Nie z kościołami. Z Kościołem. Owszem, miałem problem. Ale go rozwiązałem, czy nie tak, panie Evans?

Dwaj mężczyźni przez chwilę mierzyli się wzrokiem.

– Tak. Chyba tak. I zobacz, dokąd cię to zaprowadziło.

W czasie kolacji Chudemu wyraźnie się pogorszyło.

Tego wieczoru podawano kurczaka w śmietanie, a raczej gęsty, szary sos ze śladowymi ilościami kurczaka. Rozgotowany groszek stracił w kuchennym żarze podobieństwo do warzywa. Pieczone ziemniaki różniły się od zamrożonych tylko tym, że były gorące, jakby wyjęto je ze spodu ogniska. Chudy siedział sam przy narożnym stoliku. Inni mieszkańcy budynku stłoczyli się z dala od niego, nie chcąc wchodzić mu w drogę. Jeden czy dwaj próbowali się do niego dosiąść, ale Chudy odpędził ich, machając rękami i warcząc trochę jak wyrwany ze snu stary pies.

Zwykły gwar rozmów wydawał się przytłumiony, szczęk talerzy i tacek brzmiał jakby ciszej. Kilka stolików przeznaczono dla starych, niedołężnych pacjentów, którzy wymagali pomocy, ale nawet czujne, uważne karmienie ich czy pomaganie tępo zapatrzonym w przestrzeni katatonikom wydawało się cichsze, spokojniejsze. Ze swojego miejsca, gdzie przeżuwał z niezadowoleniem pozbawione smaku jedzenie, Francis widział, że wszyscy pielęgniarze w sali zerkali co chwila na Chudego. Starali się mieć na niego oko, jednocześnie zajmując się innymi. W pewnym momencie na stołówce zjawił się Piguła; przez kilka chwil patrzył na Chudego, potem pospiesznie rozmówił się z Evansem. Zanim wyszedł, wypisał receptę, którą podał jednej z pielęgniarek.

Chudy wydawał się nieświadomy skupionego na sobie zainteresowania.

Mówił coś pod nosem, spierał się sam ze sobą i mieszał na talerzu jedzenie, które zmieniało się w szybko gęstniejącą breję. Napił się wody ze szklanki, raz czy dwa machnął na oślep ręką, pokazując coś przed sobą. Dźgał powietrze kościstym palcem, jakby szturchał nim kogoś w pierś, chcąc w ten sposób podkreślić to, co mówił do nieobecnego człowieka. Potem, tak samo gwałtownie, opuścił głowę, wbił wzrok w jedzenie i znów zaczął do siebie mamrotać.

Dopiero przy deserze – kwadratowych porcjach cytrynowej, zielonej galaretki – Chudy podniósł wreszcie głowę, jakby nagle zdał sobie sprawę z tego, gdzie jest. Obrócił się na krześle z wyrazem osłupienia i zaskoczenia na twarzy. Jego długie, siwe włosy, zazwyczaj opadające przetłuszczonymi lokami na ramiona, teraz wydawały się elektrycznie naładowane jak u postaci z kreskówki, która włożyła palec do gniazdka. Tyle że to nie był żart i nikt się nie śmiał. Chudy miał szeroko otwarte, oszalałe ze strachu oczy. Zaczął gwałtownie szukać czegoś na sali, potem utkwił wzrok w Krótkiej Blond, która niedaleko od stolika Chudego pomagała zjeść kolację starszej kobiecie. Siekała oślizłego kurczaka na małe kawałeczki i wkładała je chorej do ust jak niemowlakowi.

Chudy zerwał się gwałtownie z krzesła, które z łoskotem upadło na podłogę. Wyciągnął rękę i trupio chudym palcem wskazał młodą stażystkę.

– Ty! – wrzasnął z wściekłością.

Krótka Blond zaskoczona podniosła wzrok. Wskazała palcem siebie, a jej usta poruszyły się w bezgłośnym „ja?” Nie ruszyła się z miejsca. Pewnie dlatego, że miała małe doświadczenie. Każdy szpitalny weteran zareagowałby o wiele szybciej.

– Ty! – wrzasnął znów Chudy. – To musisz być ty!

Z drugiego końca sali Mały Czarny i jego brat rzucili się w ich kierunku. Ale przez rzędy stolików, krzeseł i tłum pacjentów był to bieg z przeszkodami. Krótka Blond wstała, wpatrzona w Chudego, który już szedł szybko w jej stronę, cały czas wskazując ją wyciągniętym palcem. Odsunęła się do ściany.

– To ty, wiem! – wrzeszczał Chudy. – Ty jesteś nowa! To ciebie nie sprawdzili! To ty, to musisz być ty! Zło! Zło! Wpuściliśmy ją do środka! Wynoś się! Wynoś! Uwaga! Nie wiadomo, co ona może zrobić!

Jego histeryczne ostrzeżenia jakby sugerowały innym pacjentom, że Krótka Blond ma jakąś zaraźliwą chorobę albo może wybuchnąć. Cała sala odsunęła się od dziewczyny w nagłym przypływie strachu.

Krótka Blond uciekła pod najbliższą ścianę i podniosła rękę. Francis widział zaczątki paniki w jej oczach, kiedy starzec zbliżał się coraz bardziej, wymachując rękami.

Zaczął odpędzać innych pacjentów; z wściekłości krzyczał coraz głośniej i piskliwiej.

– Nie martwcie się! Ja nas obronię!

Duży Czarny odpychał stoliki i krzesła, a Mały Czarny przesadził susem któregoś z pacjentów, który padł na kolana, zdjęty własnym, nieokreślonym przerażeniem. Nadbiegał też pan Zły. Siostra Błąd z inną pielęgniarką przeciskały się przez tłum pacjentów, którzy zbili się ciasno w kupę, nie wiedząc, czy patrzeć, czy uciekać.

– To ty! – powtórzył po raz setny Chudy, dochodząc do stażystki i nachylając się nad nią groźnie.

– Wcale nie! – zapiszczała Krótka Blond.

– Tak! – ryknął Chudy.

– Chudy! Przestań! – wrzasnął Mały Czarny.

Duży Czarny był coraz bliżej, jego twarz zastygła w obsydianową maskę determinacji.

– Wcale nie, wcale nie! – krzyczała altem Krótka Blond, osuwając się po ścianie.

I wtedy, kiedy Duży Czarny i pan Zły byli jeszcze o kilka metrów od nich, nastąpiła chwila ciszy. Chudy się wyprostował, wyciągając ręce w górę, jakby zamierzał się rzucić na stażystkę. Francis usłyszał krzyk Petera Strażaka, gdzieś blisko, ale nie wiedział, gdzie.

– Chudy, nie! Przestań!

I, ku jego zaskoczeniu, Chudy przestał.

Spojrzał na Krótką Blond i na jego twarzy pojawiło się zdumienie, zupełnie jakby oglądał wyniki eksperymentu, które nie wykazywały dokładnie tego, co według naukowca powinny. Skrzywił się z zaciekawieniem. Patrzył na Krótką Blond i o wiele ciszej, niemal uprzejmie, zapytał:

– To na pewno nie ty?

– Tak, tak, tak – wykrztusiła. – Na pewno!

Przyjrzał się dziewczynie uważnie.

– Nie rozumiem – powiedział ze smutkiem. Wyglądał, jakby w ułamku sekundy uszło z niego całe powietrze. W jednej chwili był mściwą potęgą, szykującą się do ataku, a w następnej małym dzieckiem, targanym burzą wątpliwości.

W tym momencie Duży Czarny wreszcie go dopadł i brutalnie wykręcił mu ramiona.

– Co ty, do cholery, wyprawiasz! – zawołał ze złością.

Mały Czarny, biegnący krok za bratem, skoczył między Chudego a stażystkę.

– Cofnij się! – rozkazał, a jego polecenie zostało natychmiast wykonane, bo Duży szarpnął Chudego w tył.

Mogłem się pomylić – tłumaczył Chudy, potrząsając głową. – Na początku to było takie wyraźne. A potem się zmieniło. Ni z tego, ni z owego. Sam nie wiem. – Odwrócił głowę do Dużego Czarnego, wykręcając chudą szyję. Jego głos przepełniały wątpliwości i smutek. – Myślałem, że to musi być ona. Musi. Jest najnowsza. Nie była tu od początku. Jest nowa. A my musimy bardzo uważać, żeby nie wpuścić zła. Musimy być bez przerwy czujni. Przepraszam – zwrócił się do Krótkiej Blond, która wstała i próbowała wziąć się w garść. – Byłem taki pewny. – Znów popatrzył na nią surowo, mrużąc oczy. – Cały czas nie wiem – powiedział sztywno. – Mogła kłamać. Pomocnicy szatana to doskonali kłamcy. Zwodzą nas, udają niewiniątka.

W jego głosie nie było już ani furii, ani zwątpienia.

Krótka Blond odsunęła się, nie spuszczając z oka Chudego, trzymanego przez potężnego pielęgniarza. Evansowi w końcu udało się przedrzeć przez salę. Mówił bezpośrednio do Małego Czarnego.

– Ma dostać dziś wieczorem środek uspokajający. Pięćdziesiąt miligramów nembutalu w kroplówce, razem z innymi lekami. Może powinniśmy go też zamknąć na noc w izolatce.

Chudy cały czas przyglądał się badawczo Krótkiej Blond, ale kiedy usłyszał słowo „izolatka”, obrócił się gwałtownie do pana Złego i gorączkowo pokręcił głową.

– Nie, nie, nic mi nie jest, naprawdę. Po prostu robiłem, co do mnie należy. Nie będę sprawiał kłopotów, obiecuję…

Ucichł.

– Zobaczymy – mruknął Evans. – Sprawdźmy najpierw, jak zareaguje na środek uspokajający.

– Nic mi nie będzie – upierał się Chudy. – Naprawdę. Nie będę robił kłopotów. Ani trochę. Proszę, nie zamykajcie mnie w izolatce.

Evans odwrócił się do Krótkiej Blond.

– Niech pani sobie zrobi przerwę – powiedział.

Szczupła stażystka pokręciła głową.

– Nic mi nie jest – odparła, zbierając resztki odwagi, i wróciła do karmienia starszej kobiety na wózku.

Francis zauważył, że Chudy wciąż się wpatrywał w dziewczynę, a w jego stanowczym spojrzeniu widać było coś, co wziął za niepewność, a co – jak później zdał sobie sprawę – mogło być wieloma różnymi uczuciami.

Wieczorny tłum przepychał się i narzekał przy wydawaniu lekarstw. Krótka Blond stała za siatką dyżurki, pomagając rozdawać pigułki, ale to inne, starsze i bardziej doświadczone pielęgniarki kierowały wydzielaniem wieczornych dawek. Kilkoro pacjentów głośno narzekało, jeden zaczął płakać, kiedy inny wypchnął go z kolejki, ale Francis miał wrażenie, że wybuch przy kolacji przygnębił większość mieszkańców Amherst, jeśli nie sparaliżował. Pomyślał, że w szpitalu najważniejsza jest równowaga. Leki równoważyły obłęd; wiek i zamknięcie równoważyły energię i pomysły. Wszyscy tu zaakceptowali pewną regularność, w której przestrzeń i działanie ograniczano, określano i dyscyplinowano. Nawet okazjonalne przepychanki czy sprzeczki, jak te przy wieczornym wydawaniu leków, były częścią skomplikowanego, szalonego menueta.

Francis zobaczył Chudego, który przyszedł pod dyżurkę w towarzystwie Dużego Czarnego. Kościsty mężczyzna kręcił głową.

– Nic mi nie jest, nic mi nie jest – usłyszał Francis jego narzekania. – Nie musicie mi nic dawać na uspokojenie…

Ale twarz Dużego Czarnego straciła swój zwykły, dobrotliwy wyraz. Francis usłyszał jego słowa:

– Chudy, musisz to zrobić grzecznie i po dobroci, bo inaczej wsadzimy cię w kaftan bezpieczeństwa i zamkniemy na noc w izolatce, a wiem, że tego nie chcesz. Więc weź głęboki oddech, podwiń rękaw i nie walcz z czymś, z czym nie powinno się walczyć.

Chudy kiwał głową, w tej chwili akurat pokorny, choć nadal czujnie zerkał na Krótką Blond pracującą w głębi dyżurki. Jeśli miał jakieś wątpliwości co do tego, czy stażystka może być dzieckiem szatana, dla Francisa było jasne, że nie rozwiały ich ani leki, ani perswazja. Chudy drżał, wydawał się ciągle pobudzony, ale nie opierał się siostrze Ościstej, która podeszła do niego ze strzykawką ociekającą lekarstwem, przetarła mu ramię alkoholem i sztywno wbiła igłę w skórę. Francis pomyślał, że to musiało boleć, ale Chudy niczym nie okazał, że zastrzyk był dla niego przykry. Spojrzał jeszcze raz przeciągle na Krótką Blond, potem pozwolił się odprowadzić Dużemu Czarnemu do dormitorium.

Rozdział 5

Na ulicy pod moim mieszkaniem wzmógł się wieczorny ruch. Słyszałem ryk diesli ciężarówek, co jakiś czas wycie klaksonu i nieustanny szum opon na asfalcie. W lato noc zapada powoli, wkrada się jak wstrętna myśl w przyjemnej chwili. Wyciągnięte cienie najpierw odnajdują zaułki, potem zaczynają pełznąć przez podwórka i chodniki, wspinać się po ścianach budynków i jak węże wślizgiwać się przez okna albo czają się w gałęziach drzew, aż w końcu ciemność nie zawładnie miastem. Szaleństwo, myślałem nierzadko, było trochę podobne do nocy, bo różnymi sposobami pochłaniało moje serce i moją wyobraźnię, czasem szybko i brutalnie, czasem znów powoli, subtelnie, tak że nawet się nie zorientowałem.

Próbowałem sobie przypomnieć: czy widziałem kiedyś noc ciemniejszą niż tamta w Szpitalu Western State? Albo bardziej przepełnioną szaleństwem?

Podszedłem do zlewu, nalałem wody do szklanki, upiłem łyk i pomyślałem: zapomniałem o zapachu ludzkich odchodów i koncentratów do czyszczenia. Smród uryny kontra smród środków dezynfekujących. Jak niemowlęta, starzy i zniedołężniali pacjenci nie panowali nad swoimi kiszkami, więc szpital cuchnął „wypadkami”. Żeby z tym walczyć, na każdym korytarzu znajdowały się co najmniej dwa schowki ze szmatami, mopami i wiadrami najmocniejszych, najbardziej żrących chemicznych środków czyszczących. Czasami można było odnieść wrażenie, że ktoś gdzieś zawsze szoruje podłogę. Bardzo mocne preparaty z ługiem wypalały oczy i szarpały płuca.

Trudno było przewidzieć, kiedy może dojść do „wypadku „. W normalnym świecie, jak przypuszczam, można bardziej lub mniej dokładnie zidentyfikować sytuacje stresowe i obawy, które u starszych osób zwykle powodują utratę kontroli, i coś przedsięwziąć, by te okoliczności usunąć. Wymagałoby to trochę logiki, wrażliwości, planowania i przewidywania. Nic wielkiego. Ale w szpitalu, gdzie wszystkie stresy i obawy rykoszetujące od ścian korytarzy były nieprzewidziane i rodziły się z przypadkowych myśli, zapobieganie wydawało się całkowicie niemożliwe.

Zamiast tego mieliśmy więc wiadra i żrące środki czyszczące.

A ponieważ personel musiał używać tych przedmiotów bardzo często, schowki rzadko zamykano na klucz. Oczywiście powinny być zamknięte, ale tak samo jak w przypadku tylu innych rzeczy w Szpitalu Western State, rzeczywistość zasad ustępowała przed szaleńczą praktyką.

Co jeszcze pamiętałem z tamtej nocy? Czy padało? Wiało?

Pamiętałem dźwięki.

W budynku Amherst przebywało blisko trzystu pacjentów w pomieszczeniach zaprojektowanych dla około jednej trzeciej tej liczby. Każdej nocy kilka osób przenoszono na trzecie piętro do izolatek, którymi straszono Chudego. Łóżka stały w ścisku, jedno obok drugiego, tak że pacjenci spali zaledwie kilkanaście centymetrów od siebie. Na jednej ścianie sali sypialnej ciągnął się rząd brudnych okien. Były zakratowane i zapewniały trochę wentylacji, chociaż mężczyźni śpiący pod nimi często je zamykali, bo bali się tego, co mogło czaić się po drugiej stronie.

Noc była symfonią strachu.

Chrapanie, pokasływanie i gulgotanie pomieszane z koszmarami. Ludzie mówili przez sen do nieobecnej rodziny, przyjaciół, bogów, którzy ignorowali ich modlitwy, do dręczących demonów. Zawsze ktoś płakał i łkał bez końca przez najciemniejsze godziny nocy. Wszyscy spali, nikt nie odpoczywał.

Byliśmy zamknięci na klucz z samotnością, jaką przynosi ze sobą noc.

Może to światło księżyca, przesączające się przez zakratowane okna, nie pozwoliło mi wtedy mocno zasnąć. Może wciąż byłem wzburzony tym, co wydarzyło się w ciągu dnia. Może moje głosy nie dawały mi spokoju. Często się nad tym zastanawiałem, bo wciąż nie wiem na pewno, co utrzymywało mnie w tym niezręcznym stanie między jawą a snem tamtej nocy. Peter Strażak jęczał, rzucał się na łóżku obok mojego. Noce były dla niego niełatwe; w dzień udawało mu się zachowywać zdrowy rozsądek, który w szpitalu wydawał się nie na miejscu. Ale w nocy coś zżerało go od środka. Kiedy wynurzałem się z kolejnych faz niepokoju, pamiętam, widziałem Chudego, kilka łóżek dalej – siedział ze skrzyżowanymi nogami jak Indianin na plemiennej naradzie i wpatrywał się w ścianę. Pamiętam, jak pomyślałem, że środki uspokajające nie podziałały, bo Chudy powinien spać czarnym, pozbawionym marzeń, narkotycznym snem. Cokolwiek jednak tak go zelektryzowało wcześniej, teraz z łatwością poradziło sobie z chemią. Zamiast więc spać, mężczyzna siedział i mamrotał coś do siebie, gestykulując jak dyrygent, który nie może zmusić orkiestry do gry we właściwym tempie.

Tak go zapamiętałem z tamtej nocy, samemu wahając się na granicy snu, aż do chwili, kiedy poczułem na ramieniu czyjąś dłoń. Potrząsnęła mną, żebym się obudził. To właśnie ta chwila, pomyślałem. Stąd zacznij.

Wziąłem ołówek i napisałem:

Francis spal niespokojnie, aż obudziło go niecierpliwe potrząsanie. Poczuł się, jakby czyjaś dłoń wywlokła go nagle z dziwnego, niespokojnego miejsca, przypominając mu, gdzie jest. Zamrugał, ale zanim jego wzrok przywykł do ciemności, Francis usłyszał głos Chudego. Kościsty mężczyzna szeptał cicho, ale żywo, z dziecinnym podnieceniem i radością:

– Jesteśmy bezpieczni, Mewa. Jesteśmy bezpieczni!

Francis spał niespokojnie, aż obudziło go niecierpliwe potrząsanie. Poczuł się, jakby czyjaś dłoń wywlokła go nagle z dziwnego, niespokojnego miejsca, przypominając mu, gdzie jest. Zamrugał, ale zanim jego wzrok przywykł do ciemności, Francis usłyszał głos Chudego. Kościsty mężczyzna szeptał cicho, ale żywo, z dziecinnym podnieceniem i radością:

– Jesteśmy bezpieczni, Mewa. Jesteśmy bezpieczni! - Jak skrzydlaty dinozaur przycupnął na krawędzi łóżka.

We wpadającym przez zakratowane okno świetle księżyca Francis dostrzegł na jego twarzy szaleńczy wyraz radości i ulgi.

– Bezpieczni przed czym, Chudy? – zapytał, chociaż już zadając to pytanie, uświadamiał sobie odpowiedź.

– Przed złem. – Chudy objął się ramionami. Potem majestatycznie podniósł lewą dłoń i przyłożył ją do czoła, jakby nacisk palców mógł powstrzymać część myśli i pomysłów, tak gorliwie wyrywających się na wolność.

Kiedy cofnął rękę, Francisowi wydało się, że na czole Chudego został ślad, prawie jak po sadzy. W słabym świetle nie było tego wyraźnie widać. Chudy też musiał coś poczuć, bo nagle spojrzał ze zdziwieniem na swoje palce.

Francis siadł prosto na łóżku.

– Chudy! – szepnął. – Co się stało?

Zanim wysoki mężczyzna zdołał odpowiedzieć, Francis usłyszał syk. To syczał Peter Strażak. On też się obudził, zsunął nogi z łóżka i nachylił się do współtowarzyszy.

– Chudy, mów szybko! Co się stało? – spytał szeptem. – Ale bądź cicho. Nie budź nikogo innego.

Chudy lekko potaknął. Ale kiedy się odezwał, słowa popłynęły wartkim, niemal radosnym strumieniem. Były pełne ulgi.

– Miałem widzenie, Peter. To musiał być anioł, zesłany prosto do mnie. Mewa, ta zjawa podeszła blisko, żeby mi powiedzieć…

– Co? – spytał cicho Francis.

– Że miałem rację. Od samego początku. Zło próbowało się tu dostać, Mewa. Było w szpitalu, tuż obok nas. Ale zostało zniszczone i jesteśmy już bezpieczni. – Powoli wypuścił powietrze. – Dzięki Bogu.

Francis nie wiedział, jak ma to rozumieć. Peter Strażak usiadł obok Chudego.

– Ta zjawa tu była? W tej sali? – spytał.

– Przy moim łóżku. Objęliśmy się jak bracia.

– Zjawa cię dotknęła?

– Tak. Była prawdziwa jak ty czy ja, Peter. Czułem jej życie. Jakby nasze serca biły tym samym rytmem. Ale była też nadprzyrodzona, Mewa.

Peter Strażak kiwnął głową. Potem powoli wyciągnął rękę i dotknął czoła Chudego, gdzie wciąż czerniały ślady sadzy. Roztarł coś w palcach.

– Widziałeś, jak zjawa wchodziła przez drzwi, czy pojawiła się z góry? – zapytał powoli, najpierw wskazując wejście do dormitorium, potem na sufit.

Chudy pokręcił głową.

– Nie. Po prostu przybyła, w jednej chwili, i stanęła przy moim łóżku. Wyglądała, jakby była cała skąpana w niebiańskim świetle. Ale nie widziałem dokładnie twarzy. Chyba coś ją przesłaniało. To musiał być anioł – wymamrotał podekscytowany. – Mewa, pomyśl tylko. Anioł, tutaj. W tej sali. W naszym szpitalu. Bronił nas.

Francis nic nie powiedział, ale Strażak kiwnął głową. Podniósł palce do nosa i mocno wciągnął powietrze. Zapach jakby go wystraszył; Peter gwałtownie odetchnął. Przez chwilę rozglądał się po sali. Potem zaczął mówić cichym, rozkazującym głosem, pełnym autorytetu, jak wojskowy dowódca w bezpośredniej bliskości wroga, kiedy niebezpieczeństwo może się czaić w każdym cieniu.

– Chudy. Idź do łóżka i czekaj, aż ja i Mewa wrócimy. Nic nikomu nie mów. Całkowita cisza, rozumiesz?

Chudy zaczął coś mówić, zawahał się.

– Dobrze – powiedział powoli. – Ale jesteśmy bezpieczni. Wszyscy. Nie sądzisz, że inni chcieliby się dowiedzieć?

– Najpierw upewnijmy się na sto procent, zanim rozbudzimy ich nadzieje – odparł Peter. Zabrzmiało to logicznie.

Chudy znów pokiwał głową. Wstał i wrócił do swojego łóżka. Kiedy do niego dotarł, odwrócił się i przytknął palec wskazujący do ust na znak zachowania ciszy. Peter uśmiechnął się do niego.

– Mewa – szepnął. – Chodź ze mną, natychmiast. I nie hałasuj!

W każdym jego słowie pęczniało nieokreślone napięcie, którego Francis nie umiał zgłębić.

Nie oglądając się na chłopaka, Peter Strażak zaczął się ostrożnie przekradać między łóżkami. Minął toaletę, gdzie pod drzwiami przeświecało ostre, rażące światło. Zmierzał w stronę jedynych drzwi sali sypialnej. Kilku mężczyzn się poruszyło, jeden podniósł głowę, ale przechodząc obok jego łóżka, Peter po prostu gładko go uciszył; tamten z cichym jękiem przewrócił się na drugi bok i zasnął.

Strażak doszedł do drzwi, obejrzał się i zobaczył, że Chudy znów siedzi ze skrzyżowanymi nogami na łóżku. Kościsty mężczyzna pomachał im ręką, zanim znów się położył.

Francis dołączył do Petera przy drzwiach.

– Są zamknięte na klucz – wyszeptał. – Zawsze zamykają na noc.

– Dzisiaj nie są zamknięte. – odparł powoli Peter. Na dowód złapał za klamkę i nacisnął ją lekko. Drzwi otworzyły się z cichym poszumem. – Chodź, Mewa – syknął.

W korytarzu panował mrok, gdzieniegdzie tylko słaba żarówka rzucała na podłogę mały łuk światła. Francisa w pierwszej chwili oszołomiła cisza. Korytarze Amherst zazwyczaj wypełniali ludzie, siedzieli, stali, spacerowali, palili papierosy, mówili do siebie, do nieistniejących osób, a nawet rozmawiali ze sobą nawzajem. Korytarze były żyłami szpitala, bezustannie pompującymi krew i energię do wszystkich centralnych narządów. Francis nigdy nie widział ich pustych. Uczucie samotności na korytarzu wydawało się niepokojące. Na Strażaku jednak nie robiło to wrażenia. Patrzył na środek korytarza, gdzie samotny, żółty blask biurowej lampki oznaczał dyżurkę pielęgniarek. Z miejsca, w którym stali, dyżurka wyglądała na pustą.

Peter dał krok do przodu, potem spojrzał na podłogę. Przyklęknął na jedno kolano i z wahaniem dotknął ciemnej plamy, tak samo jak dotknął sadzy na czole Chudego. Znów podniósł palce do nosa. Potem, bez słowa, gestem kazał Francisowi też się przyjrzeć.

Chłopak nie wiedział do końca, co takiego ma zobaczyć, ale pilnie uważał na wszystko, co robił Peter Strażak. Razem skradali się korytarzem w stronę dyżurki pielęgniarek, ale zatrzymali się w połowie drogi, przed jednym ze schowków.

Francis zajrzał do dyżurki – rzeczywiście była pusta. Zdziwił się, bo zawsze zakładał, że przynajmniej jedna osoba czuwa tam całą dobę. Strażak jednak patrzył na podłogę pod drzwiami schowka. Wskazał dużą plamę na linoleum.

– Co to? – spytał Francis.

Peter Strażak westchnął.

– Większe kłopoty niż kiedykolwiek miałeś – wysapał. – Słuchaj, cokolwiek jest za tymi drzwiami, nie krzycz. Po prostu przygryź język i ani słowa. I niczego nie dotykaj. Zrobisz to dla mnie? Mogę na ciebie liczyć?

Francis chrząknął potakująco, co nie przyszło mu łatwo. Czuł krew pulsującą w piersi, dźwięczącą echem w uszach, pełną adrenaliny i obaw. W tej samej sekundzie zdał sobie sprawę, że nie słyszał ani słowa od swoich głosów, odkąd Chudy go obudził.

Peter podszedł ostrożnie do drzwi składziku. Wyciągnął koszulę ze spodni od piżamy i owinął sobie dłoń luźnym materiałem, sięgając do klamki. Potem delikatnie otworzył drzwi.

Przed nimi rozdziawiła się czarna jak smoła paszcza schowka. Peter bardzo wolno wszedł do środka i sięgnął do włącznika światła na ścianie.

Nagły błysk był jak cios miecza.

Francisa oślepiło na sekundę, może nawet na krócej. Usłyszał, jak Peter Strażak przeklina zdławionym głosem.

Francis wychylił się do przodu, zaglądając do schowka nad ramieniem kompana. Potem się zachłysnął; strach i szok uderzyły w niego jak huragan. Odskoczył w tył; wydawało mu się, że z każdym oddechem wciąga do płuc rozgrzaną parę. Próbował coś powiedzieć, ale nawet „o Boże” zmieniło się w niski nieludzki jęk.

Na podłodze, na środku schowka, leżała Krótka Blond.

A raczej dawna Krótka Blond.

Była prawie naga, mundurek pielęgniarki został pocięty, zerwany z jej ciała i ciśnięty w kąt. Bieliznę miała wciąż na sobie, ale ściągniętą, tak że widać było piersi i srom. Leżała zwinięta na boku, niemal w pozycji płodowej, tyle tylko że jedną nogę miała podciągniętą, a drugą wyprostowaną, a pod jej głową i klatką piersiową rozlewało się wielkie jezioro ciemnej, bordowej krwi. Po bladej skórze spływały czerwone strumyki. Jedna ręka była wepchnięta sztywno pod ciało, druga leżała wyciągnięta – jakby Krótka Blond machała do kogoś w oddali – i spoczywała w kałuży krwi. Dziewczyna miała matowe włosy, prawie mokre, a jej skóra lśniła dziwnie, odbijając ostre światło jarzeniówki. Niedaleko leżało przewrócone wiadro ze środkiem czyszczącym. Gryzący smród atakował nozdrza. Peter Strażak nachylił się nad zwłokami, w ostatniej chwili jednak powstrzymał się przed zbadaniem pulsu, gdy obaj z Francisem zauważyli, że Krótka Blond miała poderżnięte gardło, wielką czerwono-czarną ranę, przez którą życie uciekło w kilka sekund.

Peter Strażak cofnął się na korytarz i stanął obok Francisa. Wziął długi, głęboko oddech, potem wypuścił z płuc powietrze, które zagwizdało mu cicho między zaciśniętymi zębami.

– Patrz uważnie, Mewa – powiedział ostrożnie. – Porządnie się przyjrzyj. Spróbuj zapamiętać każdy szczegół. Dobrze, Mewa? Możesz być drugą parą oczu, która to wszystko zarejestruje?

Francis powoli pokiwał głową. Śledził wzrokiem Petera Strażaka, który wrócił do schowka i bez słowa zaczął wskazywać różne rzeczy. Najpierw ranę, okrutnie szpecącą gardło Krótkiej Blond, potem przewrócone wiadro, pocięte i zerwane ubranie. Pokazał krew na bladym czole, równoległe linie opadające do oczu. Francis nie umiał sobie wyobrazić, skąd się wzięły. Peter Strażak zawahał się, potem zaczął ostrożnie przesuwać się w ciasnym pomieszczeniu i pokazywał palcem kolejne rzeczy, wszystkie elementy miejsca zbrodni, jak nauczyciel, który stuka niecierpliwie wskazówką w tablicę, żeby zwrócić na siebie uwagę rozgadanej klasy. Francis ogarniał wzrokiem to wszystko i utrwalał obrazy jak asystent fotografa.

Peter najdłużej pokazywał rękę Krótkiej Blond, wyciągniętą z dala od ciała. Francis nagle zauważył, że brakowało czterech opuszków palców, jakby ktoś je odciął i zabrał. Patrzył na to okaleczenie, oddychając spazmatycznie.

– Co widzisz, Mewa? – spytał w końcu Peter Strażak.

Francis utkwił spojrzenie w martwej kobiecie.

– Krótką Blond – odparł. – Biedny Chudy. Biedny, biedny Chudy. Musiało mu się wydawać, że naprawdę zabija zło.

– Myślisz, że to zrobił Chudy? – Peter pokręcił głową. – Przyjrzyj się uważniej – nakazał. – I powiedz, co widzisz.

Francis wpatrzył się niemal jak zahipnotyzowany w zwłoki na podłodze. Wbił wzrok w twarz kobiety i prawie zemdlał ze strachu, pomieszanego z podnieceniem i odległym poczuciem pustki. Uświadomił sobie, że nigdy przedtem nie widział nieżywego człowieka, nie z bliska. Przypomniał sobie, jak poszedł na pogrzeb ciotki, kiedy był mały; matka ściskała go mocno za rękę i przeprowadzała obok otwartej trumny, cały czas mrucząc, żeby nic nie mówił i nic nie robił, bo bała się, że syn zwróci na siebie uwagę jakimś niestosownym zachowaniem. Ale nic takiego nie zrobił, niewiele też udało mu się zobaczyć. Zapamiętał tylko biały, porcelanowy profil, który przelotnie dojrzał jak coś zauważonego za oknem pędzącego samochodu. Ale to, co widział teraz, było zupełnie czymś innym. Tym, co najgorsze w umieraniu.

– Widzę śmierć – szepnął.

Peter Strażak pokiwał głową.

– Tak, zgadza się – powiedział. – Śmierć. Do tego paskudna. Ale wiesz, co ja jeszcze widzę? – Mówił powoli, jakby odmierzając każde słowo wewnętrzną miarką.

– Co? – spytał Francis ostrożnie.

– Wiadomość – odparł Strażak. A potem, niemal z obezwładniającym smutkiem, dodał: – A zło wcale nie zostało zabite, Francis. Jest między nami, żywe tak samo jak ja i ty. – Wycofał się cicho na korytarz. – Teraz musimy wezwać pomoc.

Rozdział 6

Czasami śni mi się to, co widziałem. Czasami uświadamiam sobie, że już wcale nie śpię, tylko leżę zupełnie rozbudzony, a to nie sen, tylko wspomnienie, odciśnięte w mojej pamięci jak skamielina, co jest jeszcze gorsze. Wciąż widzę Krótką Blond oczyma wyobraźni, idealnie uchwyconą, jak na jednym ze zdjęć, które zrobiła policja później tej samej nocy. Ale podejrzewam, że policyjni fotografowie nie uzyskali takiego efektu artystycznego, jaki miała moja pamięć. Widzę śmierć Krótkiej Blond jak żywe, ale niedokładne wyobrażenie męczeństwa jakiegoś świętego, namalowane przez pośledniejszego artystę renesansu.

Pamiętam to tak… Skórę miała białą jak porcelana i idealnie czystą, twarz zastygłą w wyrazie spokoju i błogosławionego zadowolenia. Brakowało jej tylko aureoli nad głową. Jakby śmierć była jedynie większą niedogodnością, chwilą obrzydliwego cierpienia na nieuniknionej, rozkosznej i chwalebnej drodze do niebios. Oczywiście w rzeczywistości (którego to słowa nauczyłem się używać najrzadziej, jak się da) było zupełnie inaczej. Skórę miała poznaczoną ciemnymi smugami krwi, ubranie poszarpane i podarte, a rozerżnięte gardło rozwarte w parodii uśmiechu; jej twarz zastygła w przerażonym grymasie szoku i niedowierzania. Gargulec śmierci. Morderstwo w najohydniejszej postaci. Cofnąłem się od drzwi schowka, który noc wypełniła mnóstwem wibrujących, dręczących strachów. Znaleźć się blisko przemocy to tak, jakby ktoś przejechał człowiekowi po sercu papierem ściernym.

Za życia dobrze jej nie znałem. Lepiej miałem poznać młodą kobietę dopiero po jej śmierci.

Kiedy Peter Strażak odwrócił się od zwłok, krwi i wszystkich dużych oraz małych śladów morderstwa, nie wiedziałem, co się stanie. On musiał orientować się o wiele lepiej, bo natychmiast pouczył mnie raz jeszcze, żebym niczego nie dotykał, trzymał ręce w kieszeniach, a swoje zdanie zachował dla siebie.

– Mewa – powiedział – niedługo ludzie zaczną zadawać pytania. Bardzo wredne. I mogą je zadawać w wyjątkowo nieprzyjemny sposób. Będą twierdzić, że chcą tylko informacji, ale wierz mi, będą chcieli pomóc wyłącznie sobie samym. Odpowiadaj krótko i na temat, nie wyrywaj się z niczym ponad to, co widziałeś i słyszałeś tej nocy. Rozumiesz?

– Tak – przyznałem nie do końca zgodnie z prawdą. – Biedny Chudy – powtórzyłem.

Peter Strażak kiwnął głową.

– Zgadza się, biedny. Ale nie z tego powodu, o którym myślisz. W końcu osobiście i z bliska obejrzy sobie zło. Może wszyscy obejrzymy.

Poszliśmy razem korytarzem do pustej dyżurki pielęgniarek. Nasze bose stopy plaskały cicho o podłogę. Furtka z siatki, która powinna być zamknięta na klucz, stała otworem. Na podłodze leżało kilka papierów, ale mogły spaść z biurka, kiedy ktoś po prostu szybko się poruszył. O tym, że coś się tu stało, świadczyły jeszcze trzy rzeczy: szeroko otwarta szafka z lekami, rozrzucone plastikowe pudełka z pigułkami, zdjęta słuchawka z solidnego czarnego telefonu. Peter pokazał mi to wszystko tak samo jak wcześniej, kiedy badaliśmy schowek. Potem odłożył słuchawkę i od razu znów ją podniósł, żeby włączył się sygnał. Przez zero połączył się ze szpitalną ochroną.

– Ochrona? W budynku Amherst zdarzył się wypadek – zakomunikował szybko. – Lepiej niech ktoś tu natychmiast przyjdzie. - Gwałtownie się rozłączył, znów zaczekał na sygnał, po czym wykręcił 911. – Dobry wieczór – powiedział spokojnie sekundę później. - Chcę poinformować, że w budynku Amherst Szpitala Western State doszło do zabójstwa, w okolicach dyżurki pielęgniarek. – Przerwał. - Nie, nie podam swojego nazwiska. Powiedziałem już wszystko, co na razie musicie wiedzieć: rodzaj i miejsce zdarzenia. Reszta powinna być cholernie oczywista, kiedy tu przyjedziecie. Przywieźcie techników od zabezpieczania śladów, detektywów i kogoś z biura koronera. Podejrzewam też, że powinniście się pospieszyć. – Odłożył słuchawkę i odwrócił się do mnie. - Teraz będzie bardzo wesoło – powiedział z lekką kpiną i być może czymś więcej niż tylko zainteresowaniem.

To właśnie pamiętałem. Na ścianie napisałem:

Francis nie zdawał sobie sprawy z rozmiarów chaosu, jaki miał się rozpętać nad jego głową niczym nagła burza dusznego, letniego wieczoru…

Francis nie zdawał sobie sprawy z rozmiarów chaosu, jaki miał się rozpętać nad jego głową niczym nagła burza dusznego, letniego wieczoru. Do tej pory zbliżył się do przestępstwa najbardziej w chwili, gdy sam nieszczęśliwie wpakował się w kłopoty – wszystkie jego głosy jednocześnie na niego wrzeszczały, a świat odwrócił się do góry nogami; wybuchł wtedy i zagroził rodzinie, a potem sobie, kuchennym nożem, za co trafił do szpitala. Próbował wydobyć z pamięci, co takiego zobaczył i co to oznaczało, ale wydawało się, że to leży tuż poza zasięgiem myśli, w krainie szoku. Uświadomił sobie, że jego głosy mówią nerwowym, stłumionym tonem, gdzieś głęboko w głowie. Same słowa strachu. Przez chwilę rozglądał się w panice i zastanawiał, czy nie powinien po prostu uciec do swojego łóżka i tam zaczekać, ale nie mógł się poruszyć. Mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa. Poczuł się jak ktoś porwany i unoszony przez silny prąd. Razem z Peterem czekał przy dyżurce pielęgniarek; po kilku sekundach usłyszał charakterystyczny odgłos biegnących stóp i brzęk kluczy. Po chwili drzwi frontowe się otworzyły i do środka wpadło dwóch ochroniarzy. Obaj mieli latarki i długie czarne pałki. Byli ubrani w takie same, szare mundury koloru mgły. Przez chwilę ich sylwetki rysowały się w otwartych drzwiach. Wyglądali, jakby rozmywali się w słabym oświetleniu szpitalnego korytarza. Potem szybko zbliżyli się do dwóch pacjentów.

– Dlaczego nie jesteście w dormitorium? – zapytał pierwszy, potrząsając pałką. – Nie wolno wam wychodzić – dodał niepotrzebnie. – Gdzie dyżurna pielęgniarka?

Drugi go ubezpieczał, gotowy do ataku, gdyby Francis i Peter stwarzali zagrożenie.

– To wy wezwaliście ochronę? – zapytał ostro. Potem powtórzył pytanie partnera: – Gdzie dyżurna pielęgniarka?

Peter wskazał kciukiem schowek.

– Tam – powiedział.

Pierwszy ochroniarz, gruby mężczyzna z wojskową fryzurą i tłustą szyją, wylewającą się fałdami zza ciasnego kołnierzyka, wskazał Francisa i Petera pałką.

– Nie ruszać się, zrozumiano? – Odwrócił się do partnera. – Jak tylko któryś drgnie, dowal im.

Partner, żylasty, mały człowieczek z krzywym uśmiechem, odpiął od paska pojemnik z gazem paraliżującym. Gruby poszedł szybko korytarzem, dysząc z wysiłku. W lewej ręce trzymał latarkę, w prawej pałkę. Łuk światła wycinał ruchome plastry z szarego korytarza. Francis zauważył, że ochroniarz otworzył drzwi schowka, nie stosując zabezpieczeń, o których wcześniej pomyślał Peter.

Przez chwilę mężczyzna stał zmartwiały, z opadniętą szczęką. Potem chrząknął, powiedział „Jezu Chryste!” i zatoczył się w tył, kiedy snop światła latarki oświetlił zwłoki pielęgniarki. Potem szybko skoczył do przodu. Z miejsca, gdzie stali, zobaczyli, że strażnik chwyta nadgarstek Krótkiej Blond, żeby sprawdzić puls.

– Niech pan tego nie robi – powiedział cicho Peter. – Narusza pan miejsce zbrodni.

Mniejszy strażnik zbladł, chociaż nie widział jeszcze w pełni tego, co znajdowało się w schowku. Głos miał piskliwy ze zdenerwowania.

– Milczeć! – krzyknął. – Pieprzone świry, zamknąć się!

Gruby znów odskoczył w tył i odwrócił się do Francisa i Petera Strażaka. Był zszokowany. Mamrotał przekleństwa.

– Nie ruszać się! Cholera, nie ruszać się! – ryczał z wściekłością. Szedł do nich, wdeptując w jedną z kałuż krwi, na które tak bardzo uważał Peter. Złapał Francisa za ramię, obrócił go szarpnięciem, pchnął na siatkę. Trzasnął pałką po nogach. Francis runął na kolana. Ból wybuchł mu w oczach jak biały fosfor; chłopak zachłysnął się powietrzem, które kłuło niczym igły. Zakręciło mu się wściekle w głowie. Przez chwilę myślał, że zemdleje. Potem, kiedy odzyskał oddech, siła ciosu zmalała, pozostawiając tylko dudniący tępym bólem siniak na jego pamięci. Mniejszy strażnik natychmiast zrobił to samo, co jego partner – obrócił Petera Strażaka i uderzył go pałką w dół pleców. Efekt był ten sam; Peter, charcząc, padł na kolana. Obaj zostali natychmiast skuci kajdankami i rzuceni płasko na podłogę. Francis poczuł smród środka dezynfekującego, którym bezustannie zmywano korytarz.

– Pieprzone świry – klął strażnik. Potem wszedł do dyżurki i wykręcił numer. Zaczekał chwilę, aż ktoś po drugiej stronie odbierze. – Doktorze, mówi Maxwell z ochrony. Mamy duże kłopoty w Amherst. Niech pan tu szybko przyjdzie. – Zawahał się i dodał, najwyraźniej odpowiadając na pytanie. – Dwóch pacjentów zabiło pielęgniarkę.

– Nie! – wykrztusił Francis. – My nie…

Ale jego protest uciął mocny kopniak w udo, wymierzony przez mniejszego mężczyznę. Chłopak przygryzł wargi. Chciał się odwrócić do Petera Strażaka, ale bał się, że znów dostanie kopniaka, więc ani drgnął. Usłyszał odgłos syren w ciemności na zewnątrz, głośniejszy z każdą sekundą. Wycie zatrzymało się przed wejściem do Amherst, potem zniknęło jak zły sen.

– Kto wezwał gliny? – spytał mniejszy strażnik.

– My – odparł Peter.

– Jezu Chryste. – Strażnik znów kopnął Francisa i zamierzył się do kolejnego ciosu.

Chłopak przygotował się na ból, ale cios nie padł.

– Hej! Co wy wyrabiacie? – wykrztusił strażnik. Wymówił to jak polecenie, wręcz żądanie. Francisowi udało się lekko odwrócić głowę. Zobaczył, że Napoleon i kilku innych mężczyzn z dormitorium otworzyli drzwi i stali niepewnie w progu, nie wiedząc, czy wolno im wyjść na korytarz. Wycie syren musiało wszystkich pobudzić, pomyślał. W tej samej chwili ktoś włączył światło. Całe wnętrze zatopiło się w błysku. Z południowego końca budynku dobiegły piskliwe, żałosne wrzaski; ktoś zaczął walić w drzwi dormitorium kobiet. Stalowe płyty i zasuwy wytrzymały, ale dźwięk, niczym huk bębnów, niósł się echem po korytarzu.

– Cholera jasna! – krzyknął strażnik z wojskową fryzurą. – Wy! – Wskazał pałą Napoleona i innych lękliwych, ale ciekawych mężczyzn, którzy wyszli z sali sypialnej. – Do środka! Ale już!

Ruszył w ich stronę, wyciągając rękę jak policjant kierujący ruchem, potrząsając groźnie pałką. Francis zobaczył, że mężczyźni cofają się z lękiem. Strażnik rzucił się na drzwi, zatrzasnął je i zaryglował. Odwrócił się i pośliznął na jednej z ciemnych plam krwi na korytarzu. Dobijanie się do drzwi z żeńskiej części korytarza przybrało na sile, a Francis usłyszał dwa nowe głosy za swoją głową.

– Co tu się dzieje, do cholery?

– Co wy robicie?

Znów się odwrócił i za leżącym na podłodze Peterem Strażakiem dostrzegł dwóch mundurowych policjantów. Jeden z nich sięgał po broń; nie wyciągał jej, ale nerwowo odpiął klapę kabury.

– Dostaliśmy zgłoszenie zabójstwa – oznajmił drugi. Potem pewnie zobaczył krew na korytarzu, bo minął dyżurkę i podszedł do drzwi schowka.

Francis śledził go wzrokiem. Widział, jak mężczyzna zatrzymuje się przed samymi drzwiami. W przeciwieństwie jednak do strażników, policjant nic nie powiedział. Po prostu patrzył, podobny w tej chwili do wielu pacjentów, którzy gapili się w przestrzeń, widząc w niej to, co chcieli zobaczyć, a co nie było rzeczywistym obrazem.

Od tamtej chwili wszystko potoczyło się szybko i wolno zarazem. Francis miał wrażenie, że czas stracił władzę nad wydarzeniami tej nocy, a kolejność godzin została zaburzona. Szybko zamknięto go w sali do terapii, niedaleko schowka, w którym technicy rozkładali przybory, a fotografowie wypstrykiwali całe klisze zdjęć. Każdy błysk flesza był jak uderzenie błyskawicy na odległym horyzoncie i wywoływał krzyki i zamieszanie w zamkniętych dormitoriach, powiększając jeszcze napięcie. Francis został bezceremonialnie ciśnięty na krzesło przez mniejszego z dwóch strażników i pozostawiony sam sobie. Po kilku minutach przyszło do niego dwóch detektywów w cywilnych ubraniach i doktor Gulptilil. Francis cały czas był w piżamie i kajdankach, siedział na niewygodnym, drewnianym krześle. Domyślał się, że Peter Strażak jest w podobnej sytuacji, ale nie miał pewności. Wolałby nie zostawać z policjantami sam na sam.

Obaj detektywi nosili wymięte, źle dopasowane garnitury. Mieli krótko ostrzyżone włosy i kanciaste szczęki, twarde spojrzenie i ostry sposób mówienia. Byli podobnej budowy; Francis pomyślał, że gdyby spotkał tych mężczyzn po raz drugi, pewnie by ich pomylił. Nie dosłyszał nazwisk, kiedy się przedstawili, bo patrzył na doktora Gulptilila, szukając otuchy. Lekarz jednak siadł pod ścianą i milczał, po tym jak pouczył pacjenta, że ma powiedzieć detektywom prawdę. Jeden detektyw zajął miejsce obok Francisa, a drugi przysiadł na biurku przed chłopakiem. Prawie beztrosko kołysał nogą, ale siedział tak, żeby widać było wyraźnie czarną kaburę ze stalowoniebieskim pistoletem przy pasie. Uśmiechał się krzywo, przez co każde jego słowo brzmiało nieszczerze.

– A więc, panie Petrel, dlaczego był pan na korytarzu po zgaszeniu świateł? – zapytał.

Francis się zawahał. Przypomniał sobie wskazówki Petera Strażaka, a potem streścił to, jak obudził go Chudy, jak poszedł za Peterem na korytarz i znalazł ciało Krótkiej Blond. Detektyw najpierw pokiwał, a za chwilę pokręcił głową.

– Drzwi do dormitorium są zamknięte, panie Petrel. Jak co noc. – Zerknął na doktora Gulptilila, który gorliwie przytaknął.

– Dzisiaj nie były.

– Chyba panu nie wierzę.

Francis nie wiedział, co na to powiedzieć.

Policjant milczał przez chwilę, pozwalając ciszy rozpełznąć się po pokoju i zdenerwować Francisa jeszcze bardziej.

– Niech mi pan powie, Petrel… Mogę panu mówić Francis?

Chłopak pokiwał głową.

– Dobra, Franny. Jesteś młodym facetem. Uprawiałeś seks z kobietą przed dzisiejszym razem?

Francis odchylił się na krześle.

– Dzisiejszym razem? – spytał.

– Aha – mruknął detektyw. – To znaczy, przed dzisiejszym seksem z tą pielęgniarką. Miałeś kiedyś kontakty z dziewczynami?

Francis był zupełnie zdezorientowany. Głosy huczały mu w uszach, wykrzykując najróżniejsze sprzeczne rady. Spojrzał na Gulptilila, próbując dostrzec, czy tamten widzi kłębiący się w nim jazgot. Ale doktor wycofał się w cień i Francis nie mógł wypatrzyć jego twarzy.

– Nie – powiedział; jego odpowiedź szpeciło wahanie.

– Nie? Nigdy? Taki przystojniak jak ty? To przykre. Zwłaszcza kiedy ci odmówiła, założę się. A ta pielęgniarka nie była o wiele starsza od ciebie, prawda? Musiałeś się nieźle wkurzyć, kiedy ci odmówiła.

– Nie – powtórzył Francis. – To nie tak.

– Nie odmówiła ci?

– Nie, nie, nie.

– Chcesz powiedzieć, że zgodziła się na seks, a potem sama się zabiła?

– Nie. Pan nie rozumie.

– Jasne. Oczywiście. – Detektyw spojrzał na partnera. – A więc nie zgodziła się na seks, a ty ją zabiłeś? Tak było?

– Nie, to pomyłka.

– Franny, nic już nie rozumiem. Mówisz, że byłeś na korytarzu po zamknięciu drzwi, kiedy nie powinno cię tam być, w schowku leży zgwałcona i zamordowana pielęgniarka, a ty znalazłeś się poza dormitorium zupełnie przypadkiem? Przecież to bez sensu. Nie sądzisz, że mógłbyś trochę bardziej współpracować?

– Nie wiem – odparł Francis.

– Czego nie wiesz? Jak nam pomóc? Powiedz po prostu, co się stało, kiedy pielęgniarka ci odmówiła. To takie trudne? Wszystko będzie jasne i zamkniemy sprawę jeszcze dzisiaj.

– Tak. Albo nie – wykrztusił Francis.

– A może ty i twój kumpel postanowiliście we dwóch złożyć tej pielęgniarce nocną wizytę, a potem sprawa wymknęła się spod kontroli. Posłuchaj, Franny, bądźmy po prostu szczerzy. Umówmy się co do jednego, dobrze?

Co do czego? – spytał z wahaniem Francis. Słyszał, jak łamie mu się głos.

– Po prostu masz mówić prawdę.

Francis pokiwał głową.

– Świetnie – detektyw ciągnął cichym, łagodnym, uwodzicielskim głosem, prawie tak, jakby każde jego słowo słyszał tylko Francis. Wydawało się, że drugi policjant i doktor Piguła wyparowali z małego pokoju, a detektyw mówił dalej, kusząco jak syrena, sprawiając, że jedyną możliwą interpretacją była jego własna. – Może ona was podpuściła. Myśleliście, że będzie bardziej towarzyska, niż się okazała. Małe nieporozumienie. To wszystko. Nie dogadaliście się. A potem sprawy wymknęły się spod kontroli. Więc tak naprawdę to był tylko wypadek. Słuchaj, Franny, nikt nie będzie miał do ciebie pretensji. Ostatecznie za coś tu jesteś. Już zostałeś zdiagnozowany jako lekko szurnięty, więc nic nowego nie odkryjemy. Teraz odgadłem, Franny?

Francis wziął głęboki oddech.

– W żadnym wypadku – odparował ostro. Przeszło mu przez myśl, że sprzeciwienie się przekonującemu detektywowi było najodważniejszą rzeczą, jaką zrobił.

Detektyw szybko wstał, pokręcił głową i zerknął na partnera. Drugi mężczyzna przeskoczył przez pokój, zdawałoby się, jednym susem, huknął pięściami w stół i nachylił się do Francisa, wrzeszcząc i całego go opluwając.

– Cholera jasna! Ty świrze! Zabiliście ją i my to wiemy! Przestań pieprzyć głupoty i mów prawdę, albo dostaniesz taki łomot, że się zesrasz!

Francis szarpnął się w tył, odsunął razem z krzesłem, ale detektyw złapał go za koszulę i pociągnął do przodu. Chwycił go za włosy i uderzył jego głową o stół. Oszołomiony Francis odbił się od blatu i poczuł na wargach krew kapiącą z nosa. Otrząsnął się, próbując odzyskać zmysły, ale zakręcił nim silny cios otwartą dłonią w policzek. Ból przeszył twarz i pękł za oczami. Francis stracił równowagę i upadł na podłogę. Kręciło mu się w głowie, był zdezorientowany. Pragnął, żeby ktoś albo coś przyszło mu na pomoc.

Detektyw złapał go, podniósł, jakby chłopak nic nie ważył, i cisnął z powrotem na krzesło.

– A teraz, do cholery, mów prawdę!

Zamachnął się, gotów znów uderzyć przesłuchiwanego, ale wstrzymał rękę, jakby czekając na odpowiedź.

Wewnętrzne głosy Francisa rozpierzchły się po ciosach. Wykrzykiwały ostrzeżenia gdzieś z głębi niego, odległe i niewyraźne. Francis czuł się trochę tak, jakby stał na samym końcu pokoju pełnego nieznajomych ludzi, mówiących różnymi językami.

– Gadaj! – wrzasnął detektyw.

Chłopak nie odpowiedział. Zamiast tego zacisnął dłonie na ramie krzesła i przygotował się na następny cios. Detektyw podniósł rękę, potem ją opuścił. Chrząknął z rezygnacją i wycofał się. Na jego miejsce podszedł pierwszy mężczyzna.

– Franny, Franny powiedział kojąco. – Dlaczego tak złościsz mojego przyjaciela? Nie możesz wyjaśnić wszystkiego dzisiaj, żebyśmy mogli iść do domu i położyć się spać? Żeby wszystko wróciło do normy? W pewnym sensie! – uśmiechnął się, mierząc wzrokiem pomieszczenie. Nachylił się do Francisa i konspiracyjnie zniżył głos. – Wiesz, co się dzieje w pokoju obok, prawda?

Francis pokręcił głową.

– Twój kumpel, ten drugi, który brał udział w dzisiejszej zabawie, właśnie cię wsypuje.

– Wsypuje mnie?

– Obwinia cię za wszystko, co się stało. Mówi tamtym detektywom, że to był twój pomysł i że to ty gwałciłeś i mordowałeś, a on tylko patrzył. Próbował cię powstrzymać, ale ty nie chciałeś go słuchać. Zwala na ciebie winę za cały ten żałosny bałagan.

Francis przemyślał to, potem pokręcił głową. Sugestia detektywa była równie nieprawdopodobna i szalona, jak wszystko inne, co wydarzyło się tej nocy. Przesunął językiem po wargach i pod słonym smakiem krwi poczuł opuchliznę.

– Powiedziałem już, co wiem – wymamrotał.

Pierwszy detektyw się skrzywił, jakby nie mógł zaakceptować takiej odpowiedzi. Drugi podszedł bliżej i nachylił się do Francisa. Chłopak skulił ramiona w oczekiwaniu następnego ciosu, niezdolny się poruszyć ani bronić. Był całkowicie bezradny. Mocno zacisnął oczy.

Ale zanim cios spadł, skrzypnęły otwierane drzwi.

Dźwięk sprawił, że wszystko w pokoju zaczęło się dziać w dziwnym, zwolnionym tempie. Francis widział w drzwiach mundurowego policjanta i dwóch detektywów, nachylonych ku niemu w prowadzonej stłumionymi głosami rozmowie. Po chwili wymiana zdań stała się bardziej ożywiona, chociaż głosy pozostały ciche. W końcu pierwszy detektyw pokręcił głową i westchnął, prychnął cicho z obrzydzeniem i odwrócił się do Francisa.

– Hej, Franny, powiedz mi jedno: facet, który podobno cię obudził, ten, o którym mówiłeś na początku naszej pogawędki, to ten sam, który wcześniej zaatakował pielęgniarkę na kolacji? Rzucił się na nią na oczach całej zgrai?

Francis pokiwał głową.

Detektyw przewrócił oczami i zrezygnowany odrzucił głowę w tył.

– Cholera – mruknął. – Tracimy tu tylko czas. – Odwrócił się do doktora Gulptilila, wciąż kryjącego się w cieniu. – Dlaczego, do diabła, nie powiedział nam pan o tym wcześniej? – spytał ze złością. – Wszyscy tu macie nierówno pod sufitem?

Piguła nie odpowiedział.

– Cholera, coś jeszcze bardzo istotnego pan przemilczał, doktorze?

Piguła potrząsnął głową.

– Jasne – prychnął sarkastycznie detektyw. Wskazał Francisa. – Bierzemy go.

Mundurowy wypchnął chłopaka na korytarz. Francis zerknął w lewo. Z sąsiedniego pomieszczenia wychodziła inna grupa policjantów z Peterem Strażakiem. Peter miał czerwone, spore otarcie pod prawym okiem, ale dumnie i gniewnie patrzył przed siebie, jakby wszystkich policjantów miał w pogardzie. Francis żałował, że sam nie umie zachowywać się tak stanowczo. Pierwszy detektyw złapał go nagle za ramię i lekko odwrócił, żeby chłopak mógł zobaczyć Chudego, skutego kajdankami i trzymanego przez dwóch mundurowych. Za nim, daleko na końcu korytarza, sześciu szpitalnych strażników spędziło w ciasną grupę wszystkich mieszkających w Amherst mężczyzn, z dala od miejsca, w którym technicy fotografowali i obmierzali schowek. Spomiędzy policjantów wyłoniło się dwóch sanitariuszy. Wieźli czarny worek na zwłoki na przykrytych białym prześcieradłem noszach, takich samych, na jakich Francisa przywieziono do Szpitala Western State.

Zebrani pacjenci chóralnie jęknęli na ten widok. Kilku mężczyzn zaczęło płakać, inni się odwrócili, jakby nie patrząc, mogli uniknąć zrozumienia tego, co się stało. Jeszcze inni zesztywnieli, a kilku po prostu dalej robiło to, co do tej pory, czyli machało rękami, kiwało się, tańczyło albo wpatrywało w ściany. Francis słyszał, jak coś do siebie mamrotali. Skrzydło kobiet uciszono, ale kiedy zwłoki wyjechały, pacjentki, choć zamknięte, musiały coś wyczuć, bo łomotanie do drzwi natychmiast rozpoczęło się na nowo, rozgrzmiało jak werble na wojskowym pogrzebie. Francis obejrzał się na Chudego, który z osłupieniem wpatrywał się w przejeżdżające obok niego na noszach ciało pielęgniarki. W jasnym świetle korytarza Francis zobaczył ciemne smugi bordowej krwi na jego luźnej nocnej koszuli.

– To on cię obudził, Franny? – spytał pierwszy detektyw tonem człowieka przywykłego do wydawania poleceń.

Francis kiwnął głową.

– A kiedy cię obudził, wyszliście na korytarz, gdzie znaleźliście pielęgniarkę już martwą, tak? Potem wezwaliście ochronę, zgadza się?

Francis znów przytaknął. Detektyw spojrzał na policjantów stojących obok Petera Strażaka, którzy również pokiwali głowami.

– Nasz mówi to samo – odpowiedział jeden z nich na milczące pytanie.

Chudy drżał. Miał bladą twarz, a jego dolna warga trzęsła się ze strachu.

Spojrzał na krępujące go kajdanki, potem złożył ręce jak do modlitwy. Spojrzał przez korytarz na Francisa i Petera.

– Mewa – zawołał drżącym głosem, wyciągając błagalnie dłonie. – Opowiedz im o aniele. Opowiedz o aniele, który przyszedł do mnie w środku nocy i powiedział, żeby zająć się złem. Jesteśmy już bezpieczni, powiedz im, proszę, Mewa. – W jego głosie dźwięczała żałosna nuta, jakby każde słowo pogrążało go głębiej w rozpaczy.

Nagle detektyw wrzasnął na Chudego, który skulił się pod nawałą pytań, spadających na niego jak grad włóczni albo strzał.

– Skąd masz tę krew na koszuli? Skąd masz na rękach krew tej pielęgniarki?

Chudy spojrzał na swoje palce i pokręcił głową.

– Nie wiem – odparł. – Może przyniósł mi ją anioł?

Korytarzem nadszedł umundurowany mężczyzna z małą plastikową torebką. W pierwszej chwili Francis nie dostrzegł, co w niej było, ale kiedy policjant zbliżył się, chłopak rozpoznał małą, białą, trójrożną czapkę, jakie często nosiły pielęgniarki. Ta jednak wyglądała na pogniecioną, a jeden jej róg miał plamę w kolorze smug na koszuli Chudego.

– Chyba chciał sobie zachować na pamiątkę – mruknął policjant. – Znaleźliśmy to pod jego materacem.

– Znaleźliście nóż? – spytał detektyw. Mundurowy pokręcił głową.

– A opuszki palców? Policjant znów zaprzeczył.

Detektyw przez chwilę oceniał sytuację, potem odwrócił się na pięcie do Chudego, który wciąż kulił się pod ścianą, otoczony przez policjantów, niższych od niego, ale w tej chwili nad nim górujących.

– Skąd masz czapkę? – spytał. Chudy pokręcił głową.

– Nie wiem, nie wiem – załkał. – Nie brałem jej.

– Była pod twoim materacem. Po co ją tam włożyłeś?

Nie włożyłem, nie włożyłem.

– Nieważne – odparł policjant ze wzruszeniem ramion. – I tak mamy już więcej, niż nam trzeba. Niech ktoś przeczyta mu prawa. Zabieramy się z tego domu wariatów.

Policjanci zaczęli popychać i poganiać Chudego korytarzem. Francis widział panikę szarpiącą ciałem mężczyzny. Chudy miał skurcze, jakby przeszywał go prąd.

– Nie, proszę, ja nic nie zrobiłem. Proszę. Och, zło, zło jest wszędzie dookoła, proszę, nie zabierajcie mnie, tu jest mój dom, proszę!

Rozpaczliwe zawodzenia Chudego niosły się echem po korytarzu. Francis poczuł, że ktoś zdejmuje mu kajdanki. Podniósł wzrok i Chudy podchwycił jego spojrzenie.

– Mewa, Peter, proszę, pomóżcie mi – zawołał z ogromnym cierpieniem w każdym słowie. – Powiedzcie im, że to anioł. Przyszedł do mnie w środku nocy. Powiedzcie im. Pomóżcie mi, proszę.

A potem, popychany przez gromadę policjantów, zniknął za drzwiami budynku Amherst, połknięty przez resztki nocy.

Rozdział 7

Pewnie trochę tamtej nocy spałem, ale nie pamiętam samego zamykania oczu.

Nie przypominam sobie nawet oddychania.

Piekła mnie spuchnięta warga; nawet kiedy przepłukałem usta wodą, czułem smak krwi w miejscu, gdzie policjant mnie uderzył. Nogi miałem miękkie od ciosu pałki strażnika, a w głowie kręciło mi się po tym wszystkim, co zobaczyłem. Nie ma znaczenia, ile minęło lat od tamtej nocy, ile dni zmieniło się w dekady. Wciąż czuję ból po spotkaniu z władzami, które uznały mnie – choć tylko na chwilę – za zabójcę. Kiedy leżałem sztywno na swojej pryczy, trudno było mi skojarzyć Krótką Blond, która wcześniej tego samego dnia jeszcze żyła, ze zmasakrowaną postacią, wywiezioną w worku na zwłoki, a potem pewnie rzuconą na zimny stalowy stół, gdzie czekała na skalpel patologa. Tak samo trudno pogodzić mi te dwa obrazy dzisiaj. Prawie tak, jakby to były dwa różne byty, zupełnie do siebie niepodobne i niemające ze sobą prawie nic wspólnego.

Pamiętam wyraźnie: leżałem bez ruchu w ciemności, czując bezlitosny ciężar każdej mijającej sekundy, świadomy, że całe dormitorium jest poruszone; zwyczajne nocne odgłosy niespokojnego snu rozbrzmiewały o wiele głośniej, podkreślone nerwowością i paskudnym napięciem, oklejającymi duszną atmosferę pokoju niczym świeża warstwa farby. Dookoła mnie ludzie wiercili się i rzucali, mimo dodatkowych porcji lekarstw, które rozdano, zanim zapędzono nas z powrotem do sal. Chemiczny spokój. A przynajmniej o to chodziło Pigule, panu Złemu i reszcie personelu; lęki i obawy zrodzone tamtej nocy nie dawały się jednak przytłumić. Wierciliśmy się, chrząkając i jęcząc, łkając i płacząc, wzburzeni i przerażeni. Wszyscy baliśmy się kilku pozostałych do świtu godzin i tego, co świt miał przynieść.

Wszyscy oprócz jednego nieobecnego, oczywiście. Nagłe zniknięcie Chudego z naszej małej, obłąkanej społeczności pozostawiło po sobie cień. Odkąd pojawiłem się w budynku Amherst, jeden czy dwóch naprawdę starych i zniedołężniałych mężczyzn zmarło z tak zwanych przyczyn naturalnych, które jednak trafniej byłoby nazwać „zaniedbaniem” i „samotnością”. Czasami zdarzał się cud i ktoś, komu zostało jeszcze trochę życia, był wypuszczany. O wiele częściej ochrona przenosiła kogoś, kto nie przestrzegał zasad albo tracił panowanie nad sobą, do jednej z izolatek na piętrze. Tacy wracali zwykle po kilku dniach ze zwiększonymi dawkami leków; bardziej powłóczyli nogami i mieli silniejsze skurcze mięśni twarzy. Tak więc zniknięcia się zdarzały. Ale nieobecność Chudego nie była zwyczajna i stąd właśnie zrodziły się targające nami uczucia, kiedy pierwsze promienie świtu zaczęły przesączać się przez kraty w oknach.

Zrobiłem sobie dwie grzanki z serem, nalałem wody z kranu do niezbyt czystej szklanki i oparłem się o kuchenny blat, jedząc. Zapomniany papieros dopalał się w przepełnionej popielniczce trochę dalej, a ja patrzyłem, jak wąska smużka dymu wznosi się w zatęchłe powietrze mojego mieszkania.

Peter Strażak palił.

Ugryzłem kanapkę i popiłem wodą. Kiedy spojrzałem na drugi koniec pokoju, on już tam był. Sięgnął po niedopałek mojego papierosa i podniósł go do ust.

– W szpitalu można było palić bez poczucia winy – powiedział, trochę przewrotnie. – W sumie, co gorsze: rak czy szaleństwo?

– Peter – powiedziałem. – Nie widziałem cię od lat.

– Tęskniłeś za mną, Mewa?

Kiwnąłem głową. Peter wzruszył ramionami, jakby mnie przepraszał.

– Dobrze wyglądasz, Mewa. Może trochę schudłeś, ale wcale się nie postarzałeś. - Wypuścił kilka kółek dymu i zaczął się rozglądać po pokoju. – A więc tu mieszkasz? Nieźle. Widzę, że wszystko jakoś się układa.

– Czy ja wiem? Idzie tak, jak można się było spodziewać.

– Zgadza się. To właśnie było niezwykłe w życiu wariata, prawda, Mewa? Mieliśmy pokręcone oczekiwania. Normalne rzeczy, jak utrzymanie pracy, założenie rodziny i chodzenie na mecze w niedzielne popołudnia, to najtrudniej było nam osiągnąć. A więc wszystko odwróciliśmy. Zrewidowaliśmy i okopaliśmy się na nowych pozycjach.

Wyszczerzyłem się w uśmiechu.

– Tak, właśnie tak. Na przykład posiadanie kanapy to duże osiągnięcie.

Peter odrzucił głowę w tył i zaśmiał się.

– Posiadanie kanapy i droga do zdrowia psychicznego. Brzmi jak tytuł jednej z prac, które pan Zły ciągle pisał do swojego doktoratu, którego nie skończył – Peter dalej się rozglądał – Masz przyjaciół?

Pokręciłem głową.

– Nie.

– Wciąż słyszysz głosy?

– Trochę, czasami. Właściwie tylko echa. Albo szepty. Prochy, którymi ciągle mnie faszerują, wyciszają cały jazgot.

– Chyba nie są aż takie złe, skoro ja tu jestem. - Peter mrugnął porozumiewawczo.

Rzeczywiście.

Peter podszedł do kuchennych drzwi i spojrzał na zapiski na ścianie. Poruszał się z tą samą atletyczną gracją, jaką zapamiętałem z godzin spędzonych na wspólnych spacerach w budynku Amherst. Peter Strażak nie powłóczył nogami ani się nie potykał. W ogóle się nie zmienił przez dwadzieścia lat. Tylko czapkę Red Soksów, którą wtedy często zakładał, teraz nosił w tylnej kieszeni dżinsów. Wciąż miał gęste i długie włosy, a uśmiech taki sam jak zapamiętałem, jakby niedawno usłyszał kawał i jeszcze nie minęło mu rozbawienie.

– Jak ci idzie opowieść? – spytał.

– Wszystko wraca.

Zaczął coś mówić, przerwał i wbił wzrok w kolumny słów wyskrobane na ścianie.

– Co im o mnie powiedziałeś? – spytał.

– Nie dość – odparłem. – Ale pewnie sami już doszli do tego, że nigdy nie byłeś szalony. Nie słyszałeś głosów. Nie miałeś zwidów, dziwacznych przekonań ani drastycznych myśli. A przynajmniej nie byłeś tak szalony jak Chudy, Napoleon, Kleo czy ktokolwiek inny. Nawet jak ja, skoro o tym już mowa.

Peter uśmiechnął się, lekko, krzywo.

– Porządny katolik liczna irlandzka rodzina z Dorchester, drugie pokolenie. Tata, który za dużo pił w sobotnie wieczory, i matka, która wierzyła w demokratów i siłę modlitwy. Służba publiczna, nauczyciele w podstawówkach, gliniarze i żołnierze. Regularna obecność na niedzielnej mszy, potem zajęcia z religii. Gromada ministrantów. Dziewczyny uczyły się stepowania i śpiewały w chórze. Chłopcy chodzili do szkoły z łaciną i grali w piłkę. Kiedy przyszedł pobór, od razu się zgłosiliśmy. Nie załatwialiśmy odroczek przez studia. I nie zapadaliśmy na choroby umysłowe. Przynajmniej nie do końca: Nie w taki możliwy do zdiagnozowania, wyraźny sposób, jaki lubi Piguła, kiedy może poczytać o twojej chorobie w Podręczniku diagnostycznym i dowiedzieć się, jak konkretnie ma cię leczyć. Nie, w mojej rodzinie każdy musiał być inny. Albo ekscentryczny. Albo trochę zdziwaczały, albo szurnięty.

– Nie byłeś taki znów inny, Peter – stwierdziłem.

Zaśmiał się krótko, z rozbawieniem.

– Strażak, który rozmyślnie podkłada ogień? W kościele, w którym go ochrzczono? A jakbyś to nazwał? To przynajmniej trochę dziwne, nie? Odrobinę więcej niż tylko niezwykłe, nie sądzisz?

Nie odpowiedziałem. Patrzyłem, jak Peter chodzi po moim małym mieszkaniu. Nawet jeśli tak naprawdę wcale go tam nie było, cieszyłem się z jego towarzystwa.

– Wiesz, co czasem nie dawało mi spokoju, Mewa?

– Co?

– W moim życiu było tyle chwil, po których powinienem oszaleć, konkretnych momentów naprawdę strasznych. Gdyby je zebrać do kupy, udałyby wariata z pianą na ustach. Chwile, kiedy dorastałem. Chwile na wojnie. Chwile śmierci. Chwile gniewu. A mimo to właśnie chwila, która wydawała się najbardziej logiczna, jasna i prosta, wysłała mnie do szpitala. - Przerwał, wciąż przyglądając się ścianie. – Kiedy miałem dziewięć lat – dodał cicho – umarł mój brat. Był zaledwie rok ode mnie starszy. Rodzina żartowała, że jesteśmy irlandzkimi bliźniakami. Ale włosy miał o wiele jaśniejsze, a skórę zawsze bladą. Ja mogłem cały dzień biegać, skakać, grać w piłkę, bawić się na dworze, a on ledwie oddychał. Astma, problemy z sercem i nerkami. Bóg chciał go w ten sposób wyróżnić, tak mi powiedziano. Uznano, że nie zrozumiem, dlaczego Bóg tak postanowił. Ja miałem dziewięć lat, on dziesięć, i obaj wiedzieliśmy, że umiera, ale to ignorowaliśmy. Śmialiśmy się, żartowaliśmy i ukrywaliśmy swoje małe tajemnice, jak to bracia. Kiedy zabierali go po raz ostatni do szpitala, powiedział mi, że będę musiał być chłopcem za nas obu. Tak bardzo chciałem mu pomóc. Prosiłem mamę, żeby lekarze wzięli dla Billy’ego moje prawe płuco i serce, a mnie dali jego, i że tak się zamienimy. Ale oczywiście nic takiego nie zrobili.

Słuchałem i nie przerywałem Peterowi, bo kiedy mówił, podszedł bliżej do zapisanej ściany, ale nie czytał nabazgranych słów, tylko wypowiadał własne. Zaciągnął się papierosem i powoli ciągnął dalej.

– W Wietnamie, Mewa… Opowiadałem ci o zwiadowcy, którego zastrzelili?

– Tak, Peter. Opowiadałeś.

– Powinieneś o tym napisać. O zwiadowcy i o moim zmarłym bracie. Myślę, że należą do tej opowieści.

– Będę musiał też wspomnieć o twoim bratanku i pożarze.

Pokiwał głową.

– Tak. Ale jeszcze nie teraz. Opowiedz im tylko o zwiadowcy. Wiesz, co najlepiej zapamiętałem z tamtego dnia? Że był cholerny upał. Nie taki, jaki znasz ty czy ja, czy ktokolwiek, kto wychowywał się w Nowej Anglii. Znaliśmy upały sierpniowe, kiedy żar lał się z nieba, a my chodziliśmy popływać w porcie. Ale tam panował chory, okropny, niemal trujący upał. Przedzieraliśmy się gęsiego przez dżunglę, a słońce było wysoko nad nami. Plecak ciążył, jakbym miał w nim nie tylko potrzebne rzeczy, ale i wszystkie moje ziemskie troski. Snajperzy kierowali się prostą zasadą: postrzelić zwiadowcę. Celować w nogi, nie w głowę. Na odgłos wystrzału wszyscy się chowali, poza sanitariuszem, a sanitariuszem byłem ja. Sanitariusz biegł pomóc rannemu. Za każdym razem. Wiesz, na szkoleniu uczyli nas, żeby nie ryzykować lekkomyślnie, ale zawsze biegliśmy. A wtedy snajper próbował trafić sanitariusza, bo zależało na nim całemu plutonowi, więc kiedy się go trafiło, wszyscy wyskakiwali z kryjówek i lecieli z pomocą. Bardzo prosta zasada. Jeden strzał daje sposobność zabicia wielu ludzi. I to się właśnie wydarzyło tamtego dnia. Postrzelili zwiadowcę. Słyszałem, jak mnie woła. Ale dowódca plutonu i dwóch innych mnie przytrzymało. Niewiele mi brakowało. Niecałe dwa tygodnie do skończenia tury. No i słuchaliśmy, jak tamten wykrwawia się na śmierć. Potem w raporcie napisaliśmy: to było nieuniknione. Nieprawda. Trzymali mnie, a ja się wyrywałem, protestowałem i błagałem, ale cały czas wiedziałem, że gdybym chciał, mógłbym się uwolnić, pobiec na pomoc. Wymagałoby to tylko odrobiny więcej wysiłku. A na to nie mogłem się zdobyć. Na tę odrobinę siły. Dlatego odegraliśmy w dżungli nasze małe przedstawienie, a obok umarł człowiek. Nawet go dobrze nie znałem. Dołączył do plutonu niecały miesiąc wcześniej. To nie tak, że słuchałem, jak umiera mój przyjaciel, Mewa. To był tylko jeden z kompanów. Wołał o pomoc i wołał, aż przestał, bo nie żył.

– Mógł nie przeżyć, nawet gdybyś do niego dobiegł. Peter uśmiechnął się i pokiwał głową.

– Jasne. Też tak sobie mówiłem. – Westchnął. – Całe życie miałem koszmary o ludziach wzywających pomocy. A ja nie pomagałem.

– Ale zostałeś strażakiem…

– Tak najprościej odprawić pokutę, Mewa. Wszyscy kochają strażaków. Powoli zniknął. Był poranek, przypomniałem sobie, zanim udało się nam porozmawiać. Budynek Amherst wypełniało słońce, mącące gęsty, unoszący się wciąż w powietrzu smród gwałtownej śmierci. Pacjenci chodzili po korytarzach, jak zwykle powłócząc nogami i garbiąc się, ale trochę ostrożniej niż zwykle. Poruszali się uważnie, bo wszyscy, mimo naszego obłąkania, wiedzieliśmy, że coś się wydarzyło i wyczuwaliśmy, że coś ma się jeszcze wydarzyć. Rozejrzałem się i znalazłem ołówek.

Był środek poranka, zanim Francisowi udało się porozmawiać z Peterem Strażakiem. Zwodnicze, oślepiające wiosenne słońce wpadało przez okna i stalowe kraty, wybuchając światłem na korytarzach i odbijając się od podłogi, z której zmyto wszystkie zewnętrzne ślady morderstwa. Ale osad śmierci czaił się w zatęchłym szpitalnym powietrzu; pacjenci poruszali się samotnie albo w małych grupach, w milczeniu unikając miejsc, w których mord pozostawił ślady. Nikt nie stąpał tam, gdzie rozlała się krew pielęgniarki. Wszyscy obchodzili schowek szerokim łukiem. Wydawało się, że samo podejście do miejsca zbrodni mogło skazić złem. Pozbawione życia rozmowy prowadzono przyciszonymi głosami. Pacjenci szurali trochę wolniej, jakby szpitalny oddział zamienił się w kościół. Nawet zwidy, które nękały tak wielu, osłabły, ustępując miejsca o wiele prawdziwszemu i bardziej przerażającemu szaleństwu.

Peter jednak stanął oparty o ścianę korytarza dokładnie naprzeciw drzwi schowka. Co jakiś czas mierzył spojrzeniem odległość między miejscem, w którym znaleziono zwłoki pielęgniarki, a tym, gdzie została zaatakowana, za siatką dyżurki pielęgniarek.

Francis podszedł do niego powoli.

– O co chodzi? – spytał cicho.

Peter Strażak ściągnął usta, mocno skoncentrowany.

– Powiedz, Mewa, czy to, według ciebie, w ogóle trzyma się kupy? Francis już miał odpowiedzieć, potem jednak się zawahał. Oparł się o ścianę obok Strażaka i zaczął patrzeć w tym samym kierunku.

– To jakby czytać książkę od ostatniego rozdziału – ocenił po chwili. Peter uśmiechnął się i pokiwał głową.

– Dlaczego?

– Wszystko jest na odwrót – wyjaśnił wolno Francis. – Nie tak jak w lustrze, ale jakbyśmy znali wniosek, ale nie wiedzieli, jak do niego doszliśmy.

– Mów dalej, Mewa.

Francis poczuł przypływ energii, kiedy jego wyobraźnia zaczęła przetwarzać obrazy z zeszłej nocy. Słyszał zgodny chór potakiwań i głosów zachęty.

– Niektóre rzeczy nie dają mi spokoju – wyznał. – Innych po prostu nie rozumiem.

– Tak?

– Na przykład, dlaczego Chudy miałby zabić Krótką Blond?

– Uważał, że była wcieleniem zła. Wcześniej tego samego dnia próbował ją zaatakować w stołówce.

– Owszem, a potem dali mu zastrzyk, który powinien go uspokoić.

– Ale nie uspokoił.

Francis pokręcił głową.

– Myślę, że uspokoił. Nie do końca, ale uspokoił. Kiedy ja dostałem taki zastrzyk, ledwie miałem siłę otworzyć oczy i rozejrzeć się dookoła. Nawet jeśli nie wstrzyknęli Chudemu całej dawki, to i tak by wystarczyło. Bo zabicie Krótkiej Blond wymagało siły. I energii. I czegoś jeszcze.

– Czegoś jeszcze?

– Powodu – dokończył Francis.

– Mów dalej. – Peter pokiwał głową.

– Jak Chudy wydostał się z dormitorium? Drzwi zawsze były zamknięte. A jeśli udało mu się je otworzyć, gdzie są klucze? I po co zawlókł Krótką Blond do schowka? To znaczy, jak to zrobił? I dlaczego miałby ją… – Francis zawahał się przed wyborem słowa -…napastować? I zostawiać tak, jak ją znaleźliśmy?

– Miał na ubraniu krew pielęgniarki. Pod jego materacem był jej czepek – argumentował Peter ze stoicką logiką policjanta.

Francis pokręcił głową.

– Nie rozumiem tego. Czepek. A co z nożem, którym zabił? Peter zniżył głos.

– O czym Chudy opowiadał, kiedy nas obudził?

– Powiedział, że przy jego boku pojawił się anioł i go objął.

Obaj zamilkli. Francis próbował wyobrazić sobie anioła, który budzi Chudego z niespokojnego snu.

– Myślałem, że to wymyślił. Po prostu sobie wyobraził.

– Ja też – przyznał Peter. – Ale teraz już nie jestem pewien.

Znów zaczął się wpatrywać w drzwi schowka. Francis też. Im dłużej patrzył, tym bardziej zbliżał się do tamtej chwili. Prawie tak, pomyślał, jakby za chwilę miał zobaczyć ostatnie sekundy Krótkiej Blond. Peter również musiał tego doświadczyć, bo zbladł.

– Nie chcę myśleć, że to mógł zrobić Chudy – powiedział. – To do niego zupełnie niepodobne. Nawet w najgorszych chwilach, a na pewno wczoraj był najstraszniejszy, nie stwarzał poważnego zagrożenia. Nie sądzę, żeby chciał kogoś zabić. Na pewno nie w podstępny, cichy, skryty sposób.

– Mówił, że zło trzeba zniszczyć. Wyraził to głośno, przy wszystkich. Peter pokiwał głową, ale w jego głosie brzmiało niedowierzanie.

– Myślisz, że mógłby kogoś naprawdę zabić, Mewa?

– Nie wiem. W pewnych okolicznościach chyba każdy mógłby zabić. Tak tylko przypuszczam. Nie znałem przedtem żadnego mordercy.

Na te słowa Peter się uśmiechnął.

– Znasz przecież mnie – powiedział. – Ale chyba powinniśmy poznać jeszcze jednego.

– Jeszcze jednego mordercę?

– Anioła – dodał Peter.

Następnego dnia, niedługo po popołudniowej sesji grupowej, do Francisa podszedł Napoleon. Mały człowieczek wyraźnie się wahał, biły od niego niezdecydowanie i zwątpienie. Lekko się jąkał, słowa jakby zawisały mu na końcu języka i nie dawały się wyartykułować z obawy, jak zostaną przyjęte. Wada wymowy Napoleona była bardzo interesująca, kiedy bowiem pogrążał się w historii i nawiązywał do swojego imiennika, zaczynał się wysławiać o wiele wyraźniej i bardziej precyzyjnie. Dla słuchającego problemem było rozróżnić myśli teraźniejsze od spekulacji na temat wydarzeń sprzed ponad stu pięćdziesięciu lat.

– Mewa? – zaczął Napoleon ze swoim zwykłym zdenerwowaniem.

– O co chodzi, Napciu? – odparł Francis.

Stali pod ścianą świetlicy, nie zajmując się niczym szczególnym. Mierzyli tylko własne myśli, jak to często robili mieszkańcy Amherst.

– Dręczy mnie jedna rzecz – wyznał Napoleon.

– To, co się stało, dręczy wszystkich – odparł Francis.

Napoleon przesunął dłonią po swoich pucołowatych policzkach.

– Wiesz, że Bonapartego uważa się za najbardziej błyskotliwego generała? Tak jak Aleksandra Wielkiego, Juliusza Cezara czy Jerzego Waszyngtona. Był kimś, kto swoim geniuszem tworzył postać świata.

– Tak. Wiem – odparł Francis.

– Ale nie rozumiem, dlaczego, skoro wszyscy uważają go za geniusza, pamięta się tylko jego porażki?

– Słucham…?

– Jego klęski. Moskwa. Trafalgar. Waterloo.

– Nie mam pojęcia, Napciu… – zaczął Francis.

– Naprawdę nie daje mi to spokoju – powiedział szybko Napoleon. – Dlaczego pamięta się tylko nasze klęski? Dlaczego porażki i odwroty znaczą więcej niż zwycięstwa? Myślisz, że Piguła i pan Zły w ogóle rozmawiają o naszych postępach w terapii albo po lekach? Nie sądzę. Uważam, że mówią tylko o naszych błędach i wszystkich drobnych oznakach, które świadczą, że wciąż musimy tu tkwić, zamiast o tym, co wskazuje, że nam się poprawia i może powinniśmy jednak wrócić do domu.

Francis pokiwał głową. To brzmiało logicznie.

Niski mężczyzna mówił dalej, wyzbywając się wahania i jąkania.

– Napoleon swoimi zwycięstwami zmienił mapę Europy. Powinno się o nich pamiętać. Tak mnie to złości…

– Nie wiem, czy możesz na to cokolwiek poradzić… – zaczął znów Francis, ale nie dane mu było skończyć.

Napoleon nachylił się do niego i zniżył głos.

– Piguła i pan Zły ignorują mnie i wszystkie te niezwykle ważne historyczne wydarzenia. Tak się tym wczoraj zdenerwowałem, że w nocy nie mogłem zasnąć…

To stwierdzenie przykuło uwagę Francisa.

– Nie spałeś?

– Nie.

– Widziałeś…?

Napoleon pokręcił głową.

– Usłyszałem, że ktoś otwiera kluczem drzwi, wiesz, moje łóżko stoi niedaleko, i zacisnąłem mocno oczy, bo powinniśmy spać, a nie chciałem, żeby ktoś mnie przyłapał i zwiększył dawkę leków. Więc udawałem.

– I co? – dopytywał się Francis.

Napoleon odchylił głowę, próbując zrekonstruować zapamiętane wydarzenia.

– Czułem, że ktoś przechodzi obok mojej pryczy. A potem, kilka minut później, wraca do wyjścia. Nasłuchiwałem odgłosu przekręcania klucza, ale nie. Po chwili zerknąłem, ledwie-ledwie uchyliłem oko, i zobaczyłem, jak ty i Strażak wychodzicie. Nie wolno nam opuszczać sali w nocy. Mamy leżeć w łóżkach i spać, więc się wystraszyłem, kiedy mnie minęliście. Próbowałem zasnąć, ale Chudy ciągle gadał do siebie. Potem przyjechała policja, zapaliło się światło i wszyscy zobaczyliśmy tę straszną rzecz.

– A więc nie widziałeś tamtego człowieka?

– Nie. Chyba nie. Było ciemno. Ale możliwe, że trochę podglądałem.

– I co zobaczyłeś?

– Mężczyznę w bieli. Nic więcej.

– Możesz powiedzieć, jakiego był wzrostu? Zauważyłeś jego twarz? Napoleon znów pokręcił głową.

– Dla mnie każdy jest wysoki, Mewa. Nawet ty. A twarzy nie widziałem. Kiedy przechodził obok mojej pryczy, zamknąłem oczy i schowałem głowę. Ale pamiętam jedną rzecz. Wydawało się, że ten ktoś unosi się w powietrzu. Był cały biały i frunął. – Mały człowieczek wziął głęboki oddech. – Niektóre trupy podczas odwrotu spod Moskwy zamarzały tak, że nabierały koloru lodu na stawie. Robiły się szarobiałe i przezroczyste zarazem. Jak mgła. Coś takiego pamiętam.

Francis przeanalizował słowa Napoleona. Zobaczył, że przez świetlicę idzie pan Zły, dając znak, że za chwilę rozpocznie się popołudniowa sesja grupowa. Zauważył też Dużego Czarnego i Małego Czarnego, przeciskających się przez gromadę pacjentów. Wzdrygnął się nagle na widok białych spodni i fartuchów pielęgniarzy.

Anioły, pomyślał.

Francis odbył jeszcze jedną krótką rozmowę, kiedy szedł na grupowe zajęcia. W korytarzu prowadzącym do jednej z mniejszych sal drogę zastąpiła mu Kleo. Zanim się odezwała, kiwała się przez chwilę w przód i w tył, jak prom dokujący przy nabrzeżu.

– Mewa, myślisz, że to Chudy załatwił Krótką Blond? – spytała.

Francis lekko pokręcił głową.

– Nie sądzę – odparł. – To było coś o wiele gorszego, niż potrafiłby zrobić.

Kleo głęboko westchnęła. Całe jej potężne ciało zadrżało.

– Uważałam go za dobrego człowieka. Trochę szurniętego jak my wszyscy, czasem zagubionego, ale dobrego. Nie wierzę, że byłby zdolny zrobić coś tak strasznego.

– Miał na ubraniu krew. Z jakiegoś powodu wybrał sobie Krótką Blond i uważał, że była wcieleniem zła, bał się tego. Pod wpływem strachu stajemy się nieprzewidywalni. Wszyscy. Założę się, że każdy zrobił coś nie tak, bo się bał, i dlatego właśnie tu trafił.

Kleo przytaknęła.

– Ale Chudy wydawał się inny. – Pokręciła głową. – Nie. Taki sam. A wszyscy się różnimy, i o to mi chodziło. Był inny na zewnątrz, ale tutaj był taki sam. A to, co się stało, było jak coś z zewnątrz, co przydarzyło się wewnątrz.

– Z zewnątrz?

– No wiesz, głupku. Z zewnątrz. Tam. – Kleo zatoczyła ręką szeroki łuk, symbolicznie wskazując świat poza murami szpitala.

Francis uznał, że ten pozorny bełkot Kleo ma sens, i udało mu się lekko uśmiechnąć.

– Chyba rozumiem, do czego zmierzasz – powiedział.

Kleo nachyliła się do niego.

– Coś się wydarzyło wczoraj w nocy w dormitorium dziewczyn. Nikomu nie mówiłam.

– Co takiego?

– Nie spałam. Nie mogłam zasnąć. Próbowałam powtarzać sobie wersy sztuki, ale to nic nie dawało, chociaż zazwyczaj pomaga. Dziwne. Zwykle, kiedy dochodzę do mowy Antoniusza w akcie drugim, oczy same mi się zamykają i zaczynam chrapać jak dziecko, tyle tylko że nie wiem, czy dzieci chrapią, bo nikt nigdy nie dopuścił mnie do swoich, wredne dziwki… Ale to już inna historia.

– A więc ty też nie mogłaś zasnąć.

– Wszyscy inni spali.

– I?

– Zobaczyłam, że drzwi się otwierają i jakaś postać wchodzi do środka. Nie słyszałam klucza w zamku, moje łóżko stoi z drugiej strony, pod samymi oknami, a tamtej nocy świecił księżyc, prosto na moją głowę. Wiedziałeś, że w dawnych czasach ludzie uważali, że jeśli zaśniesz ze światłem księżyca na czole, obudzisz się szalony? Może to prawda, Mewa. Cały czas śpię z głową w świetle księżyca i robię się coraz bardziej stuknięta, i nikt mnie już nie chce. Nigdzie nie chcieli ze mną rozmawiać, więc wysłali mnie tutaj. Zupełnie samą. Nikt mnie nie odwiedza. To niesprawiedliwe, prawda? Przecież ktoś powinien. Jaki to kłopot? Dranie. Przeklęte bydlaki.

– Ale ktoś wszedł do sali sypialnej?

– Dziwne. Tak. – Kleo zadrżała. – Wszedł, został kilka chwil, potem drzwi się zamknęły i tym razem, bo mocno nasłuchiwałam, usłyszałam klucz w zamku.

– Myślisz, że ktoś śpiący przy drzwiach mógł widzieć tego człowieka? – spytał Francis.

Kleo skrzywiła się i pokręciła głową.

– Już się rozpytałam. Dyskretnie, rozumiesz. Nie. Wszystkie spały. Po lekach, jak zabite. – Nagle się zaczerwieniła, a w jej oczach stanęły łzy. – Naprawdę lubiłam Krótką Blond – powiedziała. – Zawsze była dla mnie miła. Czasami recytowała ze mną sztukę, rolę Marka Antoniusza albo chóru. I Chudego też lubiłam. Zachowywał się jak prawdziwy dżentelmen. Otwierał drzwi i puszczał panie przodem w porze obiadu. Odmawiał modlitwę za cały stół. Zawsze zwracał się do mnie „panno Kleo”, był uprzejmy i grzeczny. I naprawdę leżało mu na sercu dobro nas wszystkich. Chronił nas przed złem. To logiczne. – Otarła oczy chusteczką, a potem wydmuchała nos. – Biedny Chudy. Od samego początku miał rację, ale nikt go nie słuchał, no i proszę. Musimy jakoś mu pomóc, bo w końcu próbował tylko nas obronić. Dranie. Przeklęte bydlaki.

Potem złapała Francisa za ramię i kazała mu się odprowadzić na sesję grupową.

W sali pan Zły ustawiał metalowe krzesła w koło. Gestem polecił Francisowi wziąć kilka ze stosu pod oknem; Francis puścił ramię Kleo i przeszedł przez pomieszczenie, a ona ostrożnie usiadła. Podniósł dwa krzesła i już miał się odwrócić, żeby je zanieść na środek sali, gdzie zbierała się grupa, kiedy jego uwagę przykuło poruszenie na zewnątrz. Z miejsca, w którym stał, widział główny wjazd i otwartą żelazną bramę. Na podjeździe prowadzącym do budynku administracji zatrzymał się właśnie duży czarny samochód. W sumie nic dziwnego – samochody i karetki przyjeżdżały i odjeżdżały przez cały dzień. Ale w tym jednym było coś wyjątkowego, czego Francis nie umiał dokładnie określić, ale coś przykuło jego uwagę. Trochę tak, jakby samochód emanował niepokojem.

Francis patrzył, jak wóz się zatrzymuje. Po chwili wysiadła z niego wysoka, ciemnoskóra kobieta w długim beżowym płaszczu i z czarną teczką, pasującą kolorem do jej opadających na ramiona włosów. Zatrzymała się, zmierzyła wzrokiem cały szpitalny kompleks, potem ruszyła przed siebie i stanowczym krokiem weszła na schody.

Rozdział 8

Powoli, jakby z oporami, wszystko wróciło do normy. To nie tak, zauważył w duchu Francis, że pacjenci nagle zrobili się krnąbrni czy nawet kłótliwi jak dzieci, które nauczyciel próbuje zmusić do uważania na nudnej lekcji. Byli raczej niespokojni i zdenerwowani. Za krótko spali, dostali za dużo leków, mieli za dużo wrażeń i niepewności. Starsza kobieta z rozczochranymi, siwymi, pozlepianymi w strąki włosami bez przerwy wybuchała płaczem; ocierała łzy rękawem, kręciła głową, uśmiechała się, mówiła, że już wszystko w porządku, a po kilku sekundach znów zaczynała łkać. Mężczyzna w średnim wieku, kiedyś kapitan kutra rybackiego, z twardym spojrzeniem i tatuażem nagiej kobiety na przedramieniu, odwracał się co chwila na krześle i oglądał z obawą na drzwi, jakby się spodziewał, że ktoś bezgłośnie wśliźnie się do pomieszczenia. Ci, którzy się jąkali, teraz jąkali się jeszcze bardziej. Ci, którzy łatwo wpadali w gniew, siedzieli sztywni i spięci. Ci, którzy często płakali, wydawali się szybsi w drodze do swojego załzawionego celu. Niemi osunęli się głębiej w milczenie.

Nawet Peter Strażak, zazwyczaj zarażający spokojem wszystkich uczestników sesji, nie mógł usiedzieć; kilka razy przypalał papierosa i zaczynał chodzić po obrzeżu koła. Kojarzył się Francisowi z bokserem, tuż przed pojedynkiem – rozgrzewającym się na ringu, wymierzającym prawe i lewe ciosy w nieistniejące szczęki, podczas gdy przeciwnik czeka w przeciwległym narożniku.

Gdyby Francis był weteranem szpitala psychiatrycznego, rozpoznałby wyraźny skok poziomu paranoi u wielu innych pacjentów. Wszystko wciąż pozostawało niewyartykułowane; przypominało czajnik, w którym woda zaczyna się już gotować, ale gwizdek jeszcze milczy. Coś jednak wisiało w powietrzu, trochę jak brzydki zapach w upalne popołudnie. Głosy Francisa krzykiem domagały się uwagi i uciszenie ich wymagało jak zwykle sporej siły woli. Czuł, że napinają mu się mięśnie ramion i brzucha, jakby w ten sposób wspomagały umysł w trzymaniu wyobraźni na wodzy.

– Myślę, że powinniśmy porozmawiać o wydarzeniach zeszłej nocy – zaczął wolno pan Evans. Okulary zsunęły mu się lekko, więc patrzył ponad nimi, skacząc wzrokiem od pacjenta do pacjenta.

Evans był jednym z tych ludzi, pomyślał Francis, którzy wygłaszają pozornie oczywiste stwierdzenia – na przykład konieczność porozmawiania o tym, co i tak zaprzątało myśli wszystkich – ale spojrzeniem sugerują, że chodzi im o coś zupełnie innego.

Jeden z mężczyzn natychmiast naciągnął koszulę na głowę i zakrył uszy dłońmi. Inni zaczęli się wiercić na krzesłach. Nikt z początku się nie odzywał; rozpełzające się po sali milczenie zdawało się Francisowi napięte jak wiatr wypełniający żagle łodzi – niewidzialne. Po chwili sam strzaskał tę ciszę.

– Gdzie jest Chudy? – zapytał. – Dokąd go zabrali? Co z nim zrobili? Panu Evansowi najwyraźniej ulżyło, że na pierwsze pytania tak łatwo odpowiedzieć. Odchylił się na oparcie metalowego krzesła.

– Chudy został zabrany do aresztu hrabstwa – oznajmił. – Przebywa w pojedynczej celi pod całodobową obserwacją. Doktor Gulptilil był u niego dzisiaj rano. Dopilnował, żeby Chudy dostawał leki w odpowiednich dawkach. Chudy ma się dobrze. Jest trochę spokojniejszy niż przed… – przerwał -… tym zajściem.

Grupa przez chwilę przyswajała to obwieszczenie. Z następnym pytaniem wyrwała się Kleo.

– Dlaczego nie przywiozą go z powrotem? Tu jest jego miejsce. Nie w więzieniu, za kratami, bez słońca, za to pewnie ze zgrają kryminalistów. Drani. Gwałcicieli i złodziei, założę się. Biedny Chudy. W rękach policji. Faszystowskich bydlaków.

– Dlatego że jest oskarżony o przestępstwo – odparł szybko Evans. Dziwnie uchylał się od użycia słowa „morderstwo”.

– Ale ja czegoś nie rozumiem – wtrącił się Peter Strażak dość cicho, żeby wszyscy odwrócili się do niego. – Chudy jest wariatem. Wszyscy widzieliśmy, jak się szarpał. Cierpiał na…

– Dekompensację – dokończył sztywno pan Zły.

– Wyjątkowo durne określenie – stwierdziła ze złością Kleo. – Po prostu głupie, durne, cholernie do niczego drańskie słówko.

– Właśnie – ciągnął Peter, nabierając rozpędu. – Coś się z nim działo. Wszyscy to wiedzieliśmy, przez cały dzień było z nim coraz gorzej i nikt nic nie zrobił, żeby mu pomóc. Więc eksplodował. A przecież trafił do szpitala przez swoje wcześniejsze problemy, więc dlaczego go oskarżyli? Czyżby wiedział, co robi?

Evans przygryzł wargę.

– To ustali prokurator hrabstwa – odparł po chwili. – Do tego czasu Chudy zostanie tam, gdzie jest…

– A ja uważam, że powinni go przywieźć z powrotem tu, gdzie ma przyjaciół – mruknęła Kleo gniewnie. – Tylko nas teraz zna. Nie ma żadnej rodziny oprócz nas.

Wszyscy mruknęli zgodnie.

– Nie możemy czegoś zrobić? – spytała kobieta z włosami posklejanymi w strąki.

Jej pytanie również wywołało pomruk aprobaty.

– Cóż, myślę, że powinniśmy dalej rozmawiać o problemach, przez które tu trafiliśmy – odparł pan Zły zupełnie nieprzekonująco. – Pracując nad powrotem do zdrowia, może znajdziemy sposób, żeby pomóc Chudemu.

– Cholerna głupota. – Kleo prychnęła z wyraźnym obrzydzeniem. – Idioci, durne bydlaki.

Francis nie był pewien, kogo konkretnie miała na myśli, ale nie mógł powiedzieć, że nie zgadza się z jej doborem słów. Kleo miała cesarską umiejętność trafiania w sedno sprawy w wyjątkowo pogardliwy i władczy sposób. Cała grupa zaczęła przeklinać. Sala wypełniła się złowrogim gwarem.

Pan Zły podniósł rękę, coraz bardziej zdesperowany.

– Takie gniewne gadanie nie pomoże Chudemu ani nikomu z nas – powiedział. – Więc dajmy sobie z tym spokój. – Machnął dłonią, jakby coś przecinał.

Francis przyzwyczaił się już do tego gestu; było to jedno z licznych zachowań psychologa, które podkreślało, kto tu jest normalny i kto z tej racji powinien sprawować kontrolę. I jak zwykle gest ten miał odpowiednio zastraszający skutek: grupa powoli się uspokoiła, wszyscy niechętnie opadli na krzesła, a iskra buntu zgasła w stęchłym powietrzu. Peter Strażak nie poddał się jednak nastrojowi. Siedział ze skrzyżowanymi ramionami i ściągniętymi brwiami.

– Myślę, że gniewnego gadania wcale nie jest za dużo – odezwał się w końcu, niezbyt głośno, ale z wyraźnym naciskiem. – I nie rozumiem, dlaczego miałoby nie pomóc Chudemu. Kto wie, co w tej chwili może mu pomóc albo nie? Moim zdaniem powinniśmy protestować jeszcze dobitniej.

Pan Zły odwrócił się do niego gwałtownie.

– Ty byś tak pewnie zrobił.

Obaj popatrzyli na siebie z nienawiścią; Francis dostrzegł, że niewiele brakuje, żeby doszło do czegoś poważniejszego. Potem, niemal tak samo nagle, wrażenie to zniknęło, bo pan Zły znów się odwrócił.

– Powinieneś zachować swoje opinie dla siebie. Tam, gdzie ich miejsce – powiedział z wyższością i lekceważeniem.

Cała grupa zamarła.

Peter zastanawiał się nad odpowiedzią, ale w tej chwili od strony drzwi dobiegł jakiś dźwięk.

Wszyscy popatrzyli w tamtą stronę. Do sali powoli wtoczył swoje cielsko Duży Czarny. Przez chwilę zasłaniał sobą wejście. Potem za nim weszła kobieta, którą Francis widział przez okno na początku sesji. Za nią z kolei pojawił się Piguła i, na końcu, Mały Czarny. Obaj pielęgniarze stanęli jak wartownicy przy drzwiach.

– Panie Evans – odezwał się Gulptilil. – Przepraszam, że przerywamy sesję…

– To nic – odparł Zły. – I tak mieliśmy właśnie kończyć.

Francisowi przeszło przez myśl, że coś dopiero się właśnie zaczynało. Tak naprawdę jednak nie słuchał rozmowy dwóch mężczyzn. Wpatrywał się w kobietę stojącą między braćmi Moses.

Miał wrażenie, że zauważa wiele rzeczy jednocześnie: była szczupła i wyjątkowo wysoka, miała z metr osiemdziesiąt pięć wzrostu; jej wiek oceniał na trzydzieści lat. Skóra w odcieniu jasnego, kakaowego brązu przypominała kolorem jesienne liście dębu, a oczy sprawiały wrażenie nieco orientalnych. Włosy opadały jej lśniącą, czarną falą za ramiona. Rozpięty beżowy płaszcz ukazywał niebieski kostium. W smukłych delikatnych dłoniach trzymała skórzaną teczkę i patrzyła przed siebie ze stanowczością, która musiała uciszyć nawet najbardziej rozkojarzonego pacjenta. Francisowi zdawało się, że jej obecność wygasiła omamy i obawy zajmujące wszystkie krzesła.

W pierwszej chwili pomyślał, że to najpiękniejsza kobieta, jaką w życiu widział; potem odwróciła się lekko i zobaczył, że bok jej twarzy znaczy długa, biała blizna. Szrama przecinała brew, przeskakiwała nad okiem, a potem zbiegała zygzakiem po policzku i kończyła się na linii szczęki. Znamię podziałało na niego jak zegarek hipnotyzera: nie mógł oderwać wzroku od poszarpanej linii, dzielącej twarz kobiety na dwie części. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie przypomina to oglądania dzieła jakiegoś szalonego artysty, który przerażony nieoczekiwaną doskonałością swojego obrazu, chwycił nóż i rzucił się na własną sztukę z niespodziewanym okrucieństwem.

Kobieta podeszła bliżej.

– Którzy to dwaj mężczyźni znaleźli ciało pielęgniarki? – zapytała. Lekka chrypka jej głosu przeszyła Francisa na wskroś.

– Peter. Francis – zawołał żywo doktor Gulptilil. – Ta młoda dama przyjechała tu aż z Bostonu, żeby zadać wam kilka pytań. Chodźcie z nami do biura.

Francis wstał i w tej samej chwili zdał sobie sprawę, że Peter Strażak patrzy na kobietę wzrokiem równie ostrym, jak jej.

– Znam cię – mruknął pod nosem.

Kobieta spojrzała na Petera, a jej czoło przelotnie zmarszczyło się w wyrazie rozpoznania. Potem, niemal tak samo szybko, na jej twarz powróciło niewzruszone, okaleczone piękno.

Obaj mężczyźni wyszli z kręgu krzeseł.

– Uważajcie – ostrzegła nagle Kleo. Potem zacytowała swoją ulubioną sztukę: – „Dzień jasny minął i dążymy w mroki”… – W sali zapadła cisza, a Kleo dodała ochrypłym, przepalonym głosem: – Uważajcie na drani. Oni zawsze coś knują.

Odsunąłem się od ściany i wszystkich zgromadzonych na niej słów, i pomyślałem: Proszę. Właśnie tak. Wszyscy znaleźliśmy się na swoich miejscach. Śmierć, myślę sobie, czasem jest jak algebraiczne równanie, długi ciąg czynników x i wartości y, mnożonych, dzielonych, dodawanych i odejmowanych, aż dochodzi się do prostej, lecz strasznej odpowiedzi. Zero.

Kiedy trafiłem do szpitala, miałem dwadzieścia jeden lat i nigdy nie byłem zakochany. Nigdy nie całowałem się z dziewczyną, nie czułem miękkości jej skóry pod palcami. Kobiety pozostawały dla mnie tajemnicą, szczytami gór tak samo nieosiągalnymi jak normalność. Mimo to przepełniały moją wyobraźnię. Tyle było sekretów: łuk piersi, kąciki ust uniesione w uśmiechu, dół pleców wygięty w zmysłowym ruchu. Nie wiedziałem nic, wyobrażałem sobie wszystko.

Tak wiele w moim obłąkanym życiu istniało poza moim zasięgiem. Przypuszczalnie powinienem się spodziewać, że zakocham się w najbardziej egzotycznej kobiecie, jaką miałem kiedykolwiek poznać. Powinienem też chyba rozumieć, że w tamtej jednej chwili, kiedy Peter Strażak i Lucy Kyoto Jones wymienili spojrzenia, nie wszystko zostało wypowiedziane, a porozumienie między nimi było głębsze, niż później to okazywali. Ale widziałem tylko ją; pojawiła się nagle w mojej namiastce życia i była najbardziej niezwykłą osobą, jaką widziałem. Wydawało się, że jarzy jak świeca – nieustannie się roztapiająca, skręcająca forma, przepływająca od jednego kształtu do drugiego.

Lucy Kyoto Jones była owocem porozumienia między czarnym amerykańskim żołnierzem a japońsko-amerykańską kobietą. Drugie imię nadano jej na część rodzinnego miasta matki. Stąd oczy w kształcie migdałów i kakaowa karnacja. O dyplomie ze Stanford i prawie ukończonym na Harvardzie miałem się dowiedzieć później.

O bliźnie na twarzy również miałem się dowiedzieć, bo człowiek który ją po sobie zostawił – tę i drugą, niewidoczną, schowaną głęboko we wnętrzu – pchnął Lucy na drogę, która zaprowadziła ją do Szpitala Western State z pytaniami bardzo niepopularnymi.

Podczas lat największego szaleństwa zrozumiałem, że można było znajdować się w pomieszczeniu, za ścianami, zakratowanymi oknami i zamkami w drzwiach, w otoczeniu innych wariatów albo nawet być wciśniętym samotnie do izolatki, ale tak naprawdę przebywało się gdzie indziej. Prawdziwe otoczenie tworzyły wspomnienia, związki, wydarzenia, wszelkiego rodzaju niewidoczne siły. Czasem omamy. Czasem halucynacje. Pragnienia. Sny i nadzieje albo ambicje. Czasem gniew. To bardzo ważne: zawsze rozpoznawać, z czego wzniesione są prawdziwe mury.

I tak właśnie było wtedy, kiedy siedzieliśmy w gabinecie Piguły. Wyjrzałem za okno mojego mieszkania i zobaczyłem, że jest późno. Światło dnia umknęło, ustępując miejsca gęstej, małomiasteczkowej nocy. W kawalerce miałem kilka zegarów, wszystkie od sióstr, które z nieznanej mi przyczyny najwyraźniej uważały, że kieruje mną ciągła i głęboko zakorzeniona potrzeba kontrolowania godziny. Pomyślałem, że słowa to jedyny czas, jakiego mi teraz trzeba, więc zrobiłem sobie przerwę. Zapaliłem papierosa i zebrałem zegary, odłączyłem je od kontaktów albo wyjąłem baterie, tak że wszystkie stanęły. Zauważyłem, że zatrzymały się mniej więcej w tej samej chwili – dziesięć po dziesiątej, jedenaście po dziesiątej, trzynaście po dziesiątej. Pozmieniałem ustawienie wskazówek na każdym z nich, żeby zatrzeć nawet sugestię podobieństwa. Każdy stał teraz na innej chwili. Roześmiałem się na głos. Czułem się tak, jakbym zapanował nad czasem i uwolnił się z jego oków.

Przypomniałem sobie, jak Lucy nachyliła się, przeszywając najpierw Petera, potem mnie, potem znów Petera surowym spojrzeniem, pozbawionym wszelkiej wesołości. Przypuszczam, że zamierzała zrobić na nas wrażenie swoją determinacją. Może myślała, że tak należy postępować z wariatami – zdecydowanie, jak z krnąbrnym szczeniakiem.

– Chcę wiedzieć o wszystkim, co widzieliście wczoraj w nocy – oznajmiła.

Peter Strażak zawahał się przed odpowiedzią.

– Może najpierw powiedziałaby nam pani, dlaczego interesuje panią to, co pamiętamy? W końcu obaj złożyliśmy zeznania miejscowej policji.

– Dlaczego interesuje mnie ten przypadek? – powtórzyła żywo. – Niedługo po tym, jak znaleziono ciało, zwrócono moją uwagę na pewne szczegóły, a po paru telefonach do tutejszych władz uznałam, że powinnam sprawdzić je osobiście.

– Ale to nic nie mówi – stwierdził Peter, lekceważąco wzruszając ramionami. Nachylił się do młodej kobiety. – Chce pani wiedzieć, co widzieliśmy, ale Mewa i ja leczymy już siniaki po pierwszym spotkaniu ze szpitalną ochroną i miejscowymi gliniarzami z wydziału zabójstw. Podejrzewam, że obaj mamy szczęście, że nie wepchnięto nas do izolatek w tutejszym areszcie, mylnie oskarżonych o poważną zbrodnię. A więc zanim zgodzimy się pani pomóc, proszę nam powiedzieć, dlaczego to panią interesuje. Tym razem bardziej szczegółowo, jeśli łaska.

Doktor Gulptilil miał na twarzy wyraz lekkiego szoku, jakby sama myśl, że pacjent może wypytywać kogoś zdrowego na umyśle, była wykroczeniem przeciw regulaminowi.

– Daj spokój, Peter – upomniał go sztywno. – Panna Jones jest prokuratorem w hrabstwie Suffolk. Myślę, że to ona powinna zadawać pytania.

Strażak kiwnął głową.

– Wiedziałem, że już gdzieś się spotkaliśmy – powiedział cicho do młodej kobiety. – Prawdopodobnie na sali sądowej.

Lucy przyglądała mu się przez chwilę.

– Siedzieliśmy naprzeciwko siebie na kilku rozprawach. Zeznawał pan w sprawie pożaru Andersona, może dwa lata temu. Byłam wtedy jeszcze zastępcą prokuratora, zajmowałam się wykroczeniami i jazdą po pijanemu. Wysłali nas, żebyśmy obejrzeli pana przesłuchanie. Peter się uśmiechnął.

– Przypominam sobie, że obroniłem się całkiem nieźle – powiedział. – To ja odkryłem, jak podpalacz podłożył ogień. Zrobił to bardzo sprytnie, wie pani? Rozgrzebał gniazdko elektryczne obok miejsca, gdzie w magazynie były składowane materiały łatwopalne, tak że ich własny produkt podsycił ogień. Wymagało to planowania. Ale z drugiej strony właśnie planowanie jest w podpalaniu najważniejsze. Podpalaczy najbardziej ekscytuje sam proces przygotowywania pożaru. Po tym poznaje się najlepszych.

– Dlatego kazali nam tam przyjść i patrzeć – powiedziała Lucy. – Bo uważali, że zostanie pan najlepszym inspektorem pożarowym w bostońskiej straży. Ale nic z tego nie wyszło, prawda?

– Och. – Peter uśmiechnął się szerzej, jakby w słowach Lucy Jones krył się żart, którego Francis nie usłyszał. – Można by się co do tego spierać. Wszystko zależy, jak się postrzega pewne rzeczy. Na przykład sprawiedliwość, co jest słuszne i tak dalej. Ale to nie moja historia tu panią ściągnęła, prawda, panno Jones?

– Owszem. Chodzi mi o morderstwo stażystki.

Peter popatrzył na panią prokurator. Potem zerknął na Francisa, na Dużego i Małego Czarnego, którzy stali pod ścianą, w końcu na Gulptilila siedzącego niespokojnie za biurkiem.

– Dlaczegóż to – zwrócił się wolno do Francisa – dlaczegóż to, Mewo, prokurator z Bostonu miałaby rzucać wszystko i jechać taki kawał do Szpitala Western State, żeby przepytać dwóch wariatów o śmierć, do której doszło poza jej jurysdykcją skoro już aresztowano i oskarżono podejrzanego? Coś musiało wzbudzić jej zainteresowanie, Mewo. Ale co? Co mogło skłonić pannę Jones, żeby przybyła tu w pośpiechu i zażądała rozmowy z dwójką świrów?

Francis spojrzał na Lucy Jones, która patrzyła na Petera Strażaka, wyraźnie zaintrygowana. Po długiej chwili odwróciła się do Francisa i z lekkim uśmieszkiem, przekrzywionym trochę w stronę blizny na twarzy, zapytała:

– Cóż, panie Petrel… Może pan odpowiedzieć na to pytanie?

Francis przez moment się zastanawiał. Wyobraził sobie Krótką Blond taką jak ją znaleźli.

– Ciało – odparł. Lucy się uśmiechnęła.

– Tak, istotnie. Panie Petrel… Mogę mówić Francis? Chłopak kiwnął głową.

– Co w związku z tym ciałem?

– Było w nim coś wyjątkowego.

– To prawdopodobne – podjęła Lucy. Spojrzała na Petera Strażaka. – Może pan zechce się włączyć?

– Nie – odparł Peter, krzyżując ramiona na piersi. – Mewie świetnie idzie. Niech mówi dalej.

Lucy wróciła spojrzeniem do Francisa.

– A więc…?

Francis opadł na chwilę na oparcie i równie szybko się wyprostował. Zastanawiał się, do czego mogła zmierzać. Zalewały go fale wspomnień Krótkiej Blond, jej skurczonych zwłok, poszarpanego ubrania. Uświadomił sobie, że to wszystko było układanką, a siedząca naprzeciw niego piękna kobieta stanowiła jeden z elementów.

– Brakujące części palców u dłoni – dodał. Lucy kiwnęła głową i nachyliła się do niego.

– Opowiedz mi o dłoni – poprosiła. – Jak, według ciebie, wyglądała? Doktor Gulptilil niespodziewanie się wtrącił.

– Policja robiła zdjęcia, panno Jones. Na pewno może je pani obejrzeć. Nie rozumiem, co…

Ucichł, bo kobieta gestem zachęciła Francisa do dalszej wypowiedzi.

– Wyglądały, jakby ktoś, ten morderca, je odciął – powiedział.

Lucy znów kiwnęła głową.

– Dobrze. Czy możesz mi powiedzieć, dlaczego ten oskarżony, jak on się nazywa…

– Chudy – podsunął Peter Strażak. Jego głos nabrał głębszego, solidniejszego tonu.

– Tak… dlaczego Chudy, którego obaj znaliście, miałby zrobić coś takiego?

– Nie. Nie było powodu.

– Nie przychodzi ci do głowy żaden motyw, dla którego zapragnąłby tak naznaczyć tę młodą kobietę? Nic wcześniej nie mówił? A może zauważyłeś coś w jego zachowaniu?

– Nie – odparł Francis. – Nic, co wiem o Chudym, nie pasuje do tego, jak zginęła Krótka Blond.

– Rozumiem. – Lucy pokiwała głową. – Czy zgodziłby się pan z tym stwierdzeniem, doktorze? – Odwróciła się do Gulptilila.

Absolutnie nie! – zaprzeczył z mocą. – Wcześniej ten mężczyzna zachowywał się bardzo gwałtownie. Próbował zaatakować stażystkę. Miał wyraźną skłonność do grożenia przemocą w wielu przypadkach w przeszłości, a w swoim stanie pobudzenia przekroczył granicę zahamowań, tak jak się tego obawiał personel.

– A więc nie zgadza się pan z oceną pacjentów?

– Nie. Policja znalazła dowody rzeczowe przy jego łóżku. A na nocnej koszuli miał krew zamordowanej pielęgniarki.

– Znam te szczegóły – powiedziała Lucy zimno. Odwróciła się do Francisa. – Moglibyśmy wrócić do odciętych palców, Francis? – spytała, wyraźnie uprzejmiej. – Opisz dokładnie, co widziałeś.

– Opuszki czterech palców, prawdopodobnie odcięte. Dłoń leżała w kałuży krwi. – Francis podniósł rękę przed twarz, próbując sobie wyobrazić, jak jego własna dłoń by wyglądała bez palców.

– Jeśli Chudy, wasz przyjaciel, to zrobił…

Peter jej przerwał.

– Mógł zrobić wiele rzeczy. Ale nie to. Na pewno też nie napastował tej dziewczyny seksualnie.

– Skąd wiesz?! – warknął ze złością doktor Gulptilil. – To czyste gdybanie. Widywałem tego rodzaju okaleczenia i zapewniam panią, że mogły zostać dokonane wieloma metodami. Nawet przypadkiem. Stwierdzenie, że Chudy nie byłby zdolny okaleczyć dłoni pielęgniarki, to tylko domysły! Widzę, do czego pani zmierza, panno Jones, i uważam, że to myślenie nie tylko do niczego nie prowadzi, ale też grozi zakłóceniem pracy całego szpitala!

– Naprawdę? – Lucy znów odwróciła się do lekarza. Zamilkła, potem spojrzała na pacjentów. Otworzyła usta, żeby zadać kolejne pytanie, ale Peter nie dopuścił jej do głosu.

– Wiesz, Mewo – zwrócił się do Francisa, ale patrzył na Lucy Jones – domyślam się, że nasza młoda pani prokurator widziała już niejedne podobnie okaleczone zwłoki.

Lucy Jones uśmiechnęła się, lecz bez cienia wesołości. To był, pomyślał Francis, jeden z tych uśmiechów, którymi maskuje się najróżniejsze uczucia.

– Zgadł pan, Peter – powiedziała.

Peter zmrużył oczy jeszcze bardziej i opadł na oparcie krzesła, jakby intensywnie się nad czymś zastanawiał. Potem znów się odezwał. Mówił do Francisa, ale jego słowa były tak naprawdę przeznaczone dla siedzącej naprzeciw niego kobiety.

– Myślę sobie też, Mewo, że nasz gość jest obarczony zadaniem znalezienia człowieka, który obciął palce innym kobietom. I dlatego pani prokurator tak szybko tu przyjechała i tak bardzo chce z nami porozmawiać. I wiesz, co jeszcze, Mewo?

– Co, Peter? – spytał Francis, chociaż już przeczuwał odpowiedź.

– Założę się, że nocą, w zupełnej ciemności swojej sypialni w Bostonie leżąc samotnie w łóżku, w splątanej i przepoconej pościeli, panna Jones śni koszmary o każdym z tych okaleczeń i tym, co mogą oznaczać.

Francis nic nie powiedział, a Lucy Jones powoli kiwnęła głową.

Rozdział 9

Odsunąłem się od ściany, upuszczając ołówek na podłogę. Brzuch bolał mnie od stresu przypominania. W gardle mi zaschło, czułem serce tłukące się w piersi. Odwróciłem się od słów zawieszonych na brudnobiałej farbie i poszedłem do małej łazienki. Odkręciłem gorącą wodę w umywalce, potem też prysznic. Ogarnęło mnie lepkie, wilgotne ciepło, a świat dookoła zaczął zamieniać się w mgłę. Tak zapamiętałem tamte chwile w gabinecie Piguły, kiedy prawda o naszej sytuacji zaczynała nabierać formy. Łazienka zaparowała i poczułem astmatyczną krótkość oddechu, taką samą jak tamtego dnia. Spojrzałem na swoje odbicie w lustrze. Coraz trudniej było stwierdzić, czy wyglądam tak jak teraz, starzejący się, łysiejący, z zaczątkami zmarszczek, czy tak, jak wyglądałem wtedy, kiedy miałem swoją młodość i swoje problemy, jedno przemieszane z drugim, a skórę i mięśnie napięte tak samo jak wyobraźnię. Za moim lustrzanym odbiciem były półki z lekarstwami. Czułem drżenie rąk, ale też, co gorsza, grzmiący, przypominający trzęsienie ziemi dygot gdzieś w środku, jakby na równinach mojego serca zachodził właśnie potężny sejsmiczny wstrząs. Wiedziałem, że powinienem wziąć leki. Uspokoić się. Odzyskać panowanie nad emocjami. Uciszyć wszystkie siły, które czaiły się pod skórą. Czułem szaleństwo, próbujące przejąć myśli. Jak wspinacz, rozpaczliwie szukający palcami zaczepienia na urwisku, który wie, że jeśli czegoś się nie chwyci, runie w otchłań.

Odetchnąłem przegrzanym powietrzem. Umysł miałem wypalony.

Usłyszałem głos Lucy Jones, kiedy pochylała się do mnie i do Petera.

– Z sennego koszmaru można się obudzić, Peter – powiedziała. – Ale myśli, które pozostają, kiedy groza już minie, to coś o wiele gorszego.

Peter przytaknął.

– Bardzo dobrze znam takie przebudzenia – powiedział cicho, ze sztywną oficjalnością, która w jakiś dziwny sposób stworzyła między nimi nić porozumienia.

To doktor Gulptilil rozpędził zbierające się w pomieszczeniu myśli.

– Proszę posłuchać – zaczął szorstkim, rzeczowym tonem. – Nie podoba mi się kierunek, w jakim zmierza ta rozmowa, panno Jones. Sugeruje pani coś, co bardzo trudno przyjąć do wiadomości.

Lucy Jones odwróciła się do niego.

– A co takiego, według pana, sugeruję? – spytała.

Odezwał się w niej prokurator, pomyślał Francis. Zamiast zaprzeczyć, zaprotestować albo udzielić wykrętnej odpowiedzi, odbiła pytanie z powrotem do doktora. Piguła, który nie był głupi, chociaż często mogło się wydawać inaczej, też musiał to spostrzec, tę technikę znaną również psychiatrom, bo niespokojnie poruszył się na krześle. Był ostrożny, z jego głosu zniknęło wysoko brzmiące napięcie, za to obłudne tony powróciły z pełną siłą.

– Uważam, że nie chce pani dostrzec okoliczności świadczących o czymś wręcz przeciwnym do tego, na co ma pani nadzieję. Doszło do nieszczęśliwego wypadku. Bezzwłocznie wezwano odpowiednie służby. Miejsce zbrodni zostało profesjonalnie zabezpieczone. Świadków dokładnie przesłuchano. Zebrano dowody. Chyba pora pozwolić, by proces sądowy ustalił resztę.

Lucy kiwnęła głową, zastanawiając się nad odpowiedzią.

– Panie doktorze, czy słyszał pan o Fredericku Abberlinie i sir Robercie Andersonie?

Piguła zawahał się. Francis niemal widział, jak doktor przerzuca w głowie indeks nazwisk, ale nic nie znajduje. Gulptilil nienawidził takich porażek. Był człowiekiem, który nie umiał okazywać żadnych słabości, nieważne jak drobnych czy mało znaczących. Przelotnie zmarszczył czoło, wydął wargi, poruszył się na krześle, raz czy dwa razy odchrząknął, potem pokręcił głową.

– Nie, przykro mi. Nic mi nie mówią te nazwiska. Ale, na Boga, jaki one mają związek z tą dyskusją?

Lucy nie odpowiedziała bezpośrednio.

– Być może, doktorze, wie pan coś o człowieku im współczesnym. O dżentelmenie znanym jako Kuba Rozpruwacz?

Gulptilil zmrużył oczy.

– Oczywiście. Pojawia się w przypisach wielu tekstów psychiatrycznych, głównie z powodu okrucieństwa zbrodni, jakich dokonywał. Tamte dwa nazwiska…

– Abberline to detektyw przydzielony do sprawy morderstw w dzielnicy Whitechapel w 1888 roku. Anderson był jego przełożonym. Zna pan wydarzenia z tamtego okresu?

Doktor wzruszył ramionami.

– Nawet dzieci w szkole wiedzą coś o Rozpruwaczu. Napisano o nim powieści, nakręcono filmy.

– Morderstwa zdominowały wiadomości. Napełniły ludzi strachem. Stały się modelem, do którego nawet dzisiaj przykłada się wiele podobnych zbrodni, chociaż w rzeczywistości były ograniczone do określonego obszaru i bardzo specyficznego rodzaju ofiar. Wywołany przez zabójstwa strach był nieproporcjonalnie wielki w stosunku do ich rzeczywistego znaczenia i wpływu na historię. Dzisiaj w Londynie można pojechać na wycieczkę z przewodnikiem po miejscach morderstw. Grupy dyskusyjne wciąż zajmują się rozpracowywaniem tamtych zbrodni. Takich ludzi nazywa się rozpruwaczologami. Minęło prawie sto lat, a ludzie wciąż są tym chorobliwie zafascynowani. Nadal pragną wiedzieć, kim Jack był naprawdę…

– Czemu ma służyć ta lekcja historii, panno Jones? Do czegoś pani zmierza, ale nikt z nas, jak sądzę, nie wie do czego.

Cięta odzywka nie zrobiła na Lucy żadnego widocznego wrażenia.

– Wie pan, co zawsze intrygowało kryminologów w zbrodniach Rozpruwacza, doktorze?

– Nie.

– Skończyły się tak samo nagle, jak się zaczęły.

– Tak?

– Jak kurek z grozą, odkręcony, a potem zakręcony. Pstryk! Ot, tak.

– Interesujące, ale…

– Niech mi pan powie, doktorze, z własnego doświadczenia, czy ludzie cierpiący na schorzenia kompulsywne, zwłaszcza popełniający seryjne zbrodnie, straszne, coraz brutalniejsze i okrutniejsze, czerpią ze swoich czynów satysfakcję, a potem nagle przestają je popełniać?

– Nie jestem psychiatrą sądowym, panno Jones – odparł żywo Gulptilil.

– Doktorze, z pana doświadczenia…

Gulptilil pokręcił głową.

– Podejrzewam, panno Jones – powiedział tonem wyższości – że tak samo dobrze jak ja, wie pani, że odpowiedź brzmi „nie”. To zbrodnie bez końca. Psychopatyczny morderca nie dochodzi do momentu krańcowego. Przynajmniej nie wewnętrznie, chociaż literatura zna przypadki, kiedy takie osoby, ogarnięte przemożnym poczuciem winy, odbierały sobie życie. Niestety, tak zdarza się niezwykle rzadko. Nie, ogólnie rzecz biorąc, seryjnych morderców można powstrzymać tylko środkami zewnętrznymi.

To prawda. Anderson i Abberline wysnuli na własny użytek teorię, że są trzy możliwości, tłumaczące kres zbrodni Rozpruwacza w Londynie. Być może morderca wyemigrował do Ameryki; to mało prawdopodobne, ale możliwe chociaż nie ma żadnych danych o podobnych morderstwach w Stanach w następnych latach. Druga teoria: zginął albo z własnej ręki, albo z cudzej, co też nie było zbyt przekonujące. Nawet w epoce wiktoriańskiej ludzie rzadko popełniali samobójstwa, do tego musielibyśmy założyć, że Rozpruwacza dręczyły jego skłonności, a nic o tym nie świadczy. Pozostaje trzecia możliwość, o wiele bardziej realna.

– Jaka?

– Że człowiek znany jako Rozpruwacz został zamknięty w szpitalu dla umysłowo chorych. A potem, nie mogąc się z niego wydostać, zniknął na zawsze w jego grubych murach. – Lucy przerwała. – Jak grube są tutaj mury, doktorze? – zapytała.

Piguła zareagował od razu. Zerwał się z fotela. Twarz wykrzywił mu grymas gniewu.

– To, co pani sugeruje, panno Jones, jest po prostu okropne! Niemożliwe! Że tutaj, w tym szpitalu, przebywa jakiś współczesny Rozpruwacz…!

– A gdzie znalazłby lepszą kryjówkę? – spytała Lucy cicho.

Piguła z trudem się opanował.

– Sugestia, że morderca, nawet sprytny, zdołałby ukryć swoje prawdziwe uczucia przed całym tutejszym personelem, jest niedorzeczna! Może byłoby to do pomyślenia w XIX wieku, kiedy psychiatria jeszcze raczkowała. Ale nie dziś! Wymagałoby to nieustannego wysiłku woli, wyrachowania i znajomości ludzkiej natury przekraczających możliwości każdego pacjenta. To, co pani sugeruje, jest po prostu niemożliwe.

Ostatnie słowa podkreślił z mocą maskującą jego własne obawy.

Lucy już miała coś odpowiedzieć, ale się powstrzymała. Sięgnęła po swoją skórzaną teczkę. Przetrząsała przez chwilę jej zawartość, potem odwróciła się do Francisa.

– Jak nazywaliście tę zamordowaną stażystkę? – spytała cicho.

– Krótka Blond – odparł Francis. Lucy pokiwała głową.

Tak. To by się zgadzało. Włosy miała krótko przystrzyżone… Mówiąc, jakby do siebie, wyjęła z teczki brązową kopertę, a z niej duże, kolorowe zdjęcia. Lucy przejrzała je na kolanach, wybrała jedno i rzuciła na biurko przed Pigułą.

– Osiemnaście miesięcy temu – powiedziała, kiedy zdjęcie sunęło po drewnianym blacie.

Z pliku wysunęła następne.

– Czternaście miesięcy temu.

Wyjęła trzecie.

– Dziesięć miesięcy temu.

Francis nachylił się do przodu i zobaczył, że każde zdjęcie przedstawiało młodą kobietę. Lśniące, czerwone strumienie krwi znaczyły gardła ofiar. Ubrania były porozrywane. Szeroko otwarte oczy wyrażały zgrozę. Wszystkie wyglądały jak Krótka Blond, a Krótka Blond wyglądała jak każda z nich. Były różne, a zarazem takie same. Francis przyjrzał się uważniej, kiedy na blat wjechały trzy następne zdjęcia – zbliżenia prawych dłoni ofiar. Potem zauważył: pierwszej brakowało jednego palca, drugiej dwóch, trzeciej trzech.

Zmusił się do oderwania wzroku i spojrzał na Lucy Jones. Miała zmrużone oczy i zacięty wyraz twarzy. Przez chwilę, pomyślał, emanowała jednocześnie żarem i lodowatym chłodem.

Powoli odetchnęła.

– Znajdę tego człowieka, doktorze – oznajmiła cichym, twardym głosem.

Piguła bezradnie patrzył na zdjęcia. Francis widział, że doktor ocenia powagę sytuacji. Po chwili Gulptilil sięgnął, zebrał wszystkie fotografie jak karciarz, który składa talię po przetasowaniu, ale dobrze wie, gdzie jest as pik. Ułożył je w stosik i postukał nim o biurko, żeby wyrównać krawędzie. Potem podał zdjęcia Lucy.

– Tak – powiedział wolno. – Wierzę, że go pani znajdzie. A przynajmniej będzie pani próbować.

Francis nie sądził, by Piguła naprawdę tak myślał. Potem zmienił zdanie: może niektóre rzeczy mówił poważnie, a inne nie. Ustalenie tego wydawało się bardzo trudne.

Doktor wrócił na swój fotel i odzyskał spokój. Przez chwilę bębnił palcami o blat biurka. Spojrzał na młodą prokurator i uniósł krzaczaste, czarne brwi, jakby spodziewając się następnego pytania.

– Będę potrzebowała pana pomocy – powiedziała w końcu Lucy.

Doktor Gulptilil wzruszył ramionami.

– Oczywiście. To nie ulega wątpliwości. Mojej i innych. Ale mimo dramatycznych podobieństw między zabójstwem w szpitalu a tymi, które tak teatralnie nam pani pokazała, uważam, że jest pani w błędzie. Sądzę, że na naszą stażystkę napadł pacjent, który został już aresztowany i oskarżony. Jednak aby sprawiedliwości stało się zadość, pomogę pani w każdy dostępny mi sposób, choćby po to, żeby panią uspokoić, panno Jones.

Francis znów miał wrażenie, że każde słowo wyrażało jedno, a znaczyło coś zupełnie innego.

– Zostanę tutaj, aż uzyskam jakieś odpowiedzi – oznajmiła Lucy.

Doktor Gulptilil wolno pokiwał głową. Uśmiechnął się niewesoło.

– Znajdowanie odpowiedzi chyba nie jest naszą specjalnością – stwierdził ponuro. – Pytań mamy aż w nadmiarze, ale odpowiedzi znaleźć tu o wiele trudniej. A już na pewno nie tak prawniczo precyzyjne, na jakich chyba pani zależy, panno Jones. Tak czy inaczej – ciągnął – pozostajemy do pani dyspozycji, w ramach naszych możliwości.

– Żeby przeprowadzić odpowiednie dochodzenie – odparła szorstko Lucy – jak pan słusznie zauważył, będę potrzebowała pomocy. I dostępu.

– Pozwolę sobie przypomnieć pani raz jeszcze: to szpital psychiatryczny, panno Jones – wytrajkotał doktor. – Nasze cele są zupełnie inne niż pani. I, jak sądzę, mogą być sprzeczne. A przynajmniej istnieje takie prawdopodobieństwo. Pani obecność tutaj nie może zakłócać sprawnego działania ośrodka. Nie wolno też pani działać tak obcesowo, by naruszać delikatny spokój wielu osób, które leczymy. – Przerwał, potem podjął ze śpiewną pewnością siebie. – Udostępnimy pani akta, jak pani sobie życzy. Ale co do wizyt na oddziale i przesłuchiwania potencjalnych świadków czy podejrzanych… cóż, musimy odmówić. Codziennie zajmujemy się pomaganiem ludziom dotkniętym poważnymi, czasem wyniszczającymi chorobami. Mamy podejście terapeutyczne, nie dochodzeniowe. Chyba nikt tu nie ma doświadczenia i umiejętności, których, jak sądzę, będzie pani potrzebować…

– Nieprawda – mruknął pod nosem Peter Strażak. W pomieszczeniu zapanowała niebezpieczna i niespokojna cisza. Wtedy Peter dodał mocnym, pewnym głosem: – Ja je mam.

Część 2. Świat Opowieści

Rozdział 10

Rękę miałem przykurczoną i obolałą jak całość mojego istnienia. Mocno ściskałem ogryzek ołówka, jakby to była lina ratunkowa, łącząca mnie z normalnością. A może szaleństwem? Coraz trudniej było mi odróżnić jedno od drugiego. Słowa, które wypisałem na ścianach, falowały jak rozgrzane powietrze nad czarną wstęgą autostrady w bezchmurne letnie południe. Czasem myślałem o szpitalu jak o innym wszechświecie, samoistnym, w którym wszyscy byliśmy maleńkimi planetami, utrzymywanymi na swoich orbitach przez potężne siły grawitacyjne, przemierzającymi przestrzeń własnymi drogami, a mimo to zależnymi od siebie, połączonymi, lecz niezależnymi. Uważałem, że jeśli zbierze się ze sobą ileś osób, nieważne po co, w więzieniu, w wojsku, na meczu koszykówki, klubowym spotkaniu, hollywoodzkiej premierze, zebraniu związkowym albo radzie nauczycielskiej, pojawia się wspólnota celu, łączące ogniwo. Ale w naszym przypadku to nie była prawda, bo jedyną rzeczą, która nas wszystkich łączyła, było pragnienie bycia kimś innym niż w rzeczywistości, a dla wielu z nas pozostawało to marzeniem niemożliwym do spełnienia. A dla wieloletnich pensjonariuszy nie była to nawet opcja pożądana. Baliśmy się otaczającego świata i jego tajemnic tak bardzo, że woleliśmy zaryzykować i narażać się na niebezpieczeństwa czyhające w murach ośrodka. Wszyscy byliśmy wyspami, każdy z własną historią, ciśnięci przez los w miejsce, które bardzo szybko stawało się coraz mniej bezpieczne.

Duży Czarny opowiedział mi kiedyś, kiedy staliśmy bezczynnie na korytarzu – po prostu czekając, aż coś się wydarzy, chociaż rzadko cokolwiek się wydarzało – że nastoletnie dzieci pracowników Szpitala Western State, mieszkających na terenie kompleksu, zawsze umawiały się na randkę w kampusie sąsiedniego college’u i mówiły, że ich rodzice tu pracują. Ale zawsze wskazywały szkołę, a nie szczyt wzgórza, gdzie spędzaliśmy dnie i noce. Nasze szaleństwo było ich stygmatem. Trochę tak, jakby bały się zarazić chorobami psychicznymi. Kto chciałby być taki jak my? Identyfikować się z naszym światem?

Odpowiedź na to pytanie przejmowała chłodem: jeden człowiek.

Anioł.

Wziąłem głęboki oddech, wciągnąłem i wypuściłem gorące powietrze. Minęło wiele lat, odkąd ostatni raz pozwoliłem sobie o nim pomyśleć. Spojrzałem na to, co napisałem, i zrozumiałem, że nie mogę opowiedzieć tych wszystkich historii, nie przedstawiając jego własnej, i było to odkrycie bardzo niepokojące. W mojej wyobraźni pojawiła się dawna nerwowość i prastary strach.

A wraz z nimi do pokoju wszedł on.

Nie jak sąsiad czy przyjaciel, czy nawet jak nieproszony gość, z pukaniem i uprzejmym, choćby wymuszonym, powitaniem. Nie skrzypnęły otwierane drzwi, nie odsunęło się krzesło, nikt się nie przedstawił. Ale mimo to on tu był. Odwróciłem się gwałtownie, najpierw w jedną, potem w drugą stronę, próbując wypatrzyć go w nieruchomym powietrzu dookoła, ale nie umiałem. Miał kolor wiatru. Głosy, których nie słyszałem od miesięcy, które we mnie uciszono, nagle zaczęły wykrzykiwać ostrzeżenia, nieść się echem w moich uszach, pędzić przez głowę. Czułem się jednak prawie tak, jakby wykrzykiwana przez nie wiadomość była w obcym języku; nie wiedziałem już, jak ich słuchać. Miałem straszne wrażenie, że coś ulotnego, ale ogromnie ważnego nagle przestało się zgadzać, a gdzieś bardzo blisko czai się niebezpieczeństwo. Czułem jego oddech na karku.

W gabinecie zapadła cisza. Zza zamkniętych drzwi dobiegł nagły stukot klawiszy maszyny do pisania. Gdzieś w głębi budynku administracji przerażony pacjent wydał z siebie długie, pełne skargi wycie; po chwili ucichło. Peter Strażak przesunął się do przodu na krześle jak dziecko, które zna odpowiedź na pytanie nauczyciela i bardzo chce jej udzielić.

– Zgadza się – powiedziała Lucy Jones cicho.

Wydawało się, że jej słowa tylko wzmogły intensywność ciszy.

Jak na człowieka uczonego w psychiatrii, doktor Gulptilil chlubił się pewną polityczną przebiegłością, wykraczającą być może poza decyzje medyczne.

Posiadał niezwykłą zdolność wycofania się i zanalizowania danej chwili z emocjonalnego dystansu, prawie tak, jakby stał na wieży strażniczej i patrzył w dół, na dziedziniec. Obok siebie widział młodą kobietę, stanowczo obstającą przy swoich przekonaniach i planach, zupełnie innych niż jego własne. Nosiła blizny, które lśniły z gorąca. Po drugiej stronie siedział pacjent o wiele mniej szalony niż większość przebywających w szpitalu, a zarazem o wiele bardziej zagubiony niż oni, za wyjątkiem może człowieka, na którego młoda kobieta tak zawzięcie polowała – o ile człowiek ten naprawdę istniał, w co doktor Gulptilil poważnie wątpił. Pomyślał, że ta dwójka może okazać się przyczyną poważnych kłopotów. Zerknął też na Francisa i nagle przyszło mu do głowy, że ten najprawdopodobniej zostanie wciągnięty w całą sprawę przez pozostałych dwoje, co, jak podejrzewał, niekoniecznie musi wyjść chłopakowi na dobre.

Doktor Gulptilil kilka razy odchrząknął i poruszył się w fotelu. Za każdym zakrętem widział nadchodzące kłopoty. Miały one w sobie pewną wybuchowość, której ujarzmienie wymagało dużych nakładów czasu i energii. Nie w tym rzecz, że doktor wyjątkowo cenił sobie pracę dyrektora szpitala, ale kultywował rodową tradycję wywiązywania się z obowiązków połączoną z niemal religijnym poświęceniem stałemu rytmowi pracy, a etat w budżetówce łączył kilka ważnych dla niego cech. Nie najmniej istotną z nich były regularne, cotygodniowe wypłaty oraz płynące z tego korzyści, pozbawione zarazem sporego ryzyka, jakie wiązało się z otwarciem własnego gabinetu i życiem nadzieją, że okoliczni neurotycy zaczną zapisywać się na wizyty w odpowiedniej liczbie.

Już miał się odezwać, kiedy jego wzrok padł na zdjęcie stojące w rogu biurka. Była to studyjna fotografia żony i ich dwojga dzieci, syna w pierwszej klasie podstawówki i córki, która właśnie skończyła czternaście lat. Na zdjęciu, zrobionym niecały rok wcześniej, dziewczynka miała długie czarne włosy, opadające falą na ramiona i sięgające do połowy pleców. Dla jego ludu była to tradycyjna oznaka wielkiej urody, nieważne, jak daleko mieszkaliby od rodzinnego kraju. Dawniej często siadał i przyglądał się, jak jej matka przeciągała grzebieniem przez kaskady czarnych lśniących włosów. Tamte chwile minęły. W porywie buntu, tydzień wcześniej, córka wymknęła się do miejscowego fryzjera i obcięła się na chłopczycę, wyłamując się z rodzinnej tradycji i obowiązującej w tym roku mody. Żona Gulptilila płakała przez bite dwa dni, a on został zmuszony do wygłoszenia surowego kazania – generalnie zignorowanego – oraz wymierzenia kary, polegającej na położeniu szlabanu na wszystkie zajęcia pozaszkolne na dwa miesiące i ograniczeniu przywilejów telefonicznych do spraw związanych z odrabianiem lekcji. Córka wybuchnęła gniewem i rzuciła kilka przekleństw, których sama znajomość u dziewczynki mocno ojca zaskoczyła. Wzdrygnął się, kiedy dotarło do niego, że wszystkie ofiary miały krótkie włosy. Chłopięce fryzury. Były szczupłe, jakby nie do końca przekonane do własnej kobiecości. Jego córka wyglądała bardzo podobnie – wciąż chuda i kanciasta, z ledwie zaznaczającymi się krągłościami. Dłoń lekko mu zadrżała, kiedy o tym pomyślał. Wiedział też, że stawiała zacięty opór wszelkim próbom ograniczenia jej swobody poruszania się po terenie szpitala. Przygryzł wargę. Strach, pomyślał niespodziewanie, nie jest właściwością psychiatrów; jest przypisany pacjentom. Strach jest irracjonalny i pasożytuje na nieznanym. Zawód doktora polegał na gromadzeniu wiedzy, badaniach i spokojnym wykorzystywaniu obu tych rzeczy w najróżniejszych sytuacjach. Spróbował pozbyć się nagłego lęku, ale ten opuścił go bardzo niechętnie.

– Panno Jones, co konkretnie pani proponuje? – zapytał sztywno. Lucy wzięła głęboki oddech, zanim odpowiedziała, dając sobie chwilę na zebranie myśli.

– Znaleźć człowieka, który według mnie jest odpowiedzialny za te zbrodnie. To morderstwa w trzech różnych jurysdykcjach we wschodniej części stanu, po nich nastąpiło to w szpitalu. Uważam, że morderca pozostaje na wolności mimo aresztowania podejrzanego. Żeby tego dowieść, muszę mieć dostęp do akt pacjentów. Chcę też przeprowadzać przesłuchania na oddziałach. Poza tym… – W jej głosie po raz pierwszy pojawiło się wahanie -… będę potrzebowała kogoś, kto zajmie się identyfikowaniem tego człowieka od środka. – Zerknęła na Francisa. – Bo myślę, że ten ktoś przewidział mój przyjazd. I że zmieni swoje zachowanie, kiedy się dowie, że prowadzę śledztwo. Musi być ktoś, kto zdoła to zauważyć.

– Co dokładnie ma pani na myśli, mówiąc o przewidywaniu? – spytał Piguła.

– Podejrzewam, że morderca zabił stażystkę w taki, a nie inny sposób, ponieważ wiedział o dwóch rzeczach: że z łatwością może zwalić winę na kogoś innego, nieszczęśnika, którego nazywacie Chudym, i że ktoś taki jak ja mimo to zacznie go tu szukać.

– Przepraszam, ale…

– Musiał wiedzieć, że jeśli śledczy w poprzednich sprawach go tropili, to tutaj też przyjadą.

W pomieszczeniu znów zaległa cisza.

Lucy wbiła wzrok we Francisa i Petera Strażaka, przyglądając się obu mężczyznom nieobecnym spojrzeniem. Pomyślała, że mogła trafić na wiele gorszych kandydatów do zrobienia tego, co zamierzała, chociaż martwiła ją nieco zmienność jednego z nich i delikatność drugiego. Popatrzyła też na braci Moses. Duży Czarny i Mały Czarny stali w głębi pokoju. Domyślała się, że pielęgniarzy mogłaby wtajemniczyć także w swój plan, chociaż nie miała pewności, czy potrafiłaby kontrolować ich równie skutecznie jak obu pacjentów. Doktor Gulptilil pokręcił głową.

– Myślę, że przypisuje pani temu człowiekowi, którego istnienia wciąż nie jesteśmy pewni, zbrodnicze wyrachowanie wykraczające daleko poza to, czego mamy prawo się spodziewać. Jeśli ktoś chce, żeby zbrodnia uszła mu płazem, dlaczego miałby zapraszać kogoś, żeby go szukał? To tylko zwiększa możliwość, że zostanie złapany i postawiony przed sądem.

– Ponieważ dla niego zabijanie jest tylko jednym z elementów przygody. A przynajmniej tak podejrzewam.

Lucy nie rozwinęła tej myśli, bo nie chciała, by ktoś ją zapytał, jakie były pozostałe elementy tego, co nazywała „przygodą”.

W tym momencie dla Francisa sytuacja nabrała głębi. Czuł, że w gabinecie pojawiają się silne prądy, i przez chwilę miał wrażenie, że wciąga go niewidzialny wir. Mimowolnie rozprostował palce stóp, jak pływak w falach przyboju, szukający dna w pianie pod sobą.

Wiedział, że Piguła nie życzy sobie obecności pani prokurator w swoim szpitalu. Szpital – mimo tego że wszyscy byli tu szaleni – wciąż pozostawał jednostką biurokratyczną, podległą gryzipiórkom i krytykantom samorządu stanowego. Nikt, kogo utrzymanie zależy od chwiejnych machinacji stanowej legislatury, nie chce, by cokolwiek zakłócało jego spokój. Francis widział, że lekarz wierci się niespokojnie na krześle, próbując wytyczyć drogę przez potencjalnie ciernisty polityczny gąszcz. Gdyby Lucy Jones miała rację, a Gulptilil odmówił jej dostępu do szpitalnych akt, wtedy sam Piguła ryzykował katastrofą, gdyby morderca znów kogoś zabił, a prasa to zwęszyła.

Francis się uśmiechnął. Cieszył się, że nie jest w sytuacji dyrektora. Gdy doktor Gulptilil rozważał swój problem, chłopak zerknął na Petera Strażaka. Mężczyzna wydawał się spięty. Naładowany. Jakby ktoś podłączył go do prądu i wcisnął włącznik. Kiedy się odezwał, mówił cicho, choć wyjątkowo ostrym tonem.

– Doktorze Gulptilil – powiedział powoli. – Jeśli zrobi pan to, co proponuje panna Jones, a jej uda się znaleźć tego człowieka, praktycznie cała zasługa przypadnie w udziale panu. Jeśli ona i pomocnicy zawiodą, mało prawdopodobne, by choć część winy spadła na pana. Porażka zostanie przypisana wyłącznie pannie Jones i tym wariatom, którzy próbowali jej pomóc.

Doktor rozważył to i kiwnął głową.

– Tak, Peter… – Odkaszlnął raz czy dwa. -… Chyba masz rację. Być może nie jest to do końca sprawiedliwy układ, ale mimo wszystko to prawda. – Powiódł wzrokiem po zebranych. – Oto, na co pozwalam – ciągnął z namysłem ale z każdym słowem nabierając pewności siebie. – Panno Jones, oczywiście będzie pani miała dostęp do wszystkich akt, o ile zachowa pani bezwzględną poufność danych pacjentów. Może pani także wyizolować z wybranej przez siebie grupy podejrzanych, których należy przesłuchać. Podczas przesłuchań będę obecny albo ja, albo pan Evans. To jedyna sprawiedliwa możliwość. Pacjenci, nawet ci podejrzani o przestępstwa, mają swoje prawa. A jeśli któryś sprzeciwi się przesłuchaniu, nie będę go zmuszać. Albo będę nalegał, by towarzyszył mu adwokat. Wszelkie decyzje o charakterze medycznym, które mogą okazać się konieczne podczas tych rozmów, podejmuje personel. Zgadza się pani?

– Oczywiście, doktorze – odparła Lucy, może nieco zbyt pospiesznie.

– Poza tym – ciągnął Gulptilil – nalegam, by działała pani szybko. Chociaż wielu naszych pacjentów, właściwie większość z nich, to przypadki chroniczne, i szansa, że zostaną zwolnieni szybciej niż za kilka czy kilkanaście lat, jest niewielka, znaczna część innych odzyskuje równowagę, zostaje wyleczona i wraca do domów. Nie jestem w stanie stwierdzić, w której z tych grup znajduje się pani podejrzany, chociaż mogę mieć pewne przypuszczenia.

Lucy znów kiwnęła głową.

– Innymi słowy – ciągnął doktor – trudno stwierdzić, czy zostanie tu choćby chwilę dłużej, skoro pani przyjechała. Nie przestanę też wypuszczać pacjentów, którzy się kwalifikują do wypisu, tylko dlatego że prokurator przeszukuje szpital. Rozumie pani? Nie wolno nam zakłócać codziennych działań ośrodka.

Lucy chyba znów chciała coś powiedzieć, ale się nie odezwała.

– Dobrze, co do pomocy innych pacjentów w pani… – Przyjrzał się przeciągle Peterowi Strażakowi, potem Francisowi. -… Dochodzeniu… Cóż, nie wolno mi oficjalnie na coś takiego przystać, nawet gdybym dostrzegał pożyteczność tego rozwiązania. Może pani jednak robić, co uważa za stosowne, oczywiście nieoficjalnie. Nie będę stawał na drodze. Ani im, skoro o tym mowa. Ale nie mogę przyznać tym pacjentom żadnej władzy ani specjalnego statusu, rozumie pani? Nie przerwę też ich leczenia. – Spojrzał na Strażaka, potem zatrzymał wzrok na Francisie. – Sytuacja każdego z tych panów jest inna – powiedział. – Trafili do szpitala w różnych okolicznościach i przebywają tu na różnych zasadach. Korzystanie z ich pomocy raczej przysporzy pani kłopotów.

Lucy machnęła ręką, jakby chciała skomentować tę uwagę, ale zawahała się. Kiedy się odezwała, w jej głosie pobrzmiewała sztywna oficjalność, podkreślająca zgodę.

– Oczywiście. Całkowicie to rozumiem.

Znów na chwilę zapadła cisza.

– Nie muszę chyba mówić – podjęła Lucy – że powód mojego pobytu tutaj, to, co mam nadzieję osiągnąć i jak chcę to osiągnąć, pozostaje tajemnicą.

– Myśli pani, że ogłosiłbym publicznie, że w szpitalu chodzi sobie groźny morderca? – spytał Gulptilil. – Bez wątpienia wywołałoby to panikę, a w niektórych przypadkach mogłoby cofnąć proces leczenia o całe lata. Musi pani prowadzić śledztwo najdyskretniej, jak to możliwe, choć obawiam się, że plotki i domysły pojawią się niemal natychmiast. Wywoła je sama pani obecność w tych murach. Zadawanie pytań zrodzi niepewność. To nieuniknione. Oczywiście, część personelu trzeba poinformować, w mniejszym czy większym stopniu. To niestety również nieuniknione i nie umiem przewidzieć, jak może wpłynąć na pani dochodzenie. Mimo to życzę szczęścia. Wydzielę jedną z sal terapeutycznych w budynku Amherst, niedaleko miejsca zbrodni, gdzie będzie pani mogła przeprowadzać przesłuchania. Wystarczy, że przed każdą rozmową powiadomi pani przez pager z dyżurki pielęgniarek mnie lub pana Evansa. W porządku?

Lucy kiwnęła głową.

– Brzmi rozsądnie. Dziękuję, doktorze – dodała. – Doskonale rozumiem pana obawy i będę się bardzo starała zachować swoje działania w tajemnicy. – Przerwała, bo uświadomiła sobie, że nie minie wiele czasu, zanim cały szpital zrozumie, dlaczego się tu znalazła. A przynajmniej ci jego mieszkańcy, którzy pozostawali w wystarczającym kontakcie z rzeczywistością by w ogóle się tym przejąć. Uświadomiła sobie również, że musi się przez to jeszcze bardziej spieszyć. – Myślę też, że choćby dla wygody, powinnam przez ten czas zamieszkać tu, w szpitalu.

Doktor przez krótką chwilę to rozważał. Na jego ustach pojawił się paskudny uśmieszek, jednak zaraz zniknął. Francis podejrzewał, że jako jedyny to zauważył.

– Oczywiście – powiedział Gulptilil. – Mamy wolną sypialnię w budynku stażystów.

Francis zrozumiał, że doktor nie musi precyzować, kto był jej dotychczasowym mieszkańcem.

Kiedy wrócili, na korytarzu budynku Amherst stał Gazeciarz. Uśmiechnął się na ich widok.

– Nauczyciele z Holyoke rozważają nowy układ związkowy – oznajmił z ożywieniem. – „Springfield Union-News”, strona B-l. Cześć, Mewa, co robisz? Soksi stawiają w weekend czoło Jankesom; problem z miotającymi, „Boston Globe”, strona D-l. Idziesz na spotkanie z panem Złym? Szukał cię i nie wyglądał na zadowolonego. Kim jest twoja przyjaciółka? Bardzo ładna babka. Chciałbym ją poznać.

Pomachał ręką i uśmiechnął się nieśmiało do Lucy Jones, potem wyjął spod pachy gazetę, rozłożył ją i ruszył przed siebie korytarzem, trochę jak pijany, ze wzrokiem wbitym w druk, skupiony na zapamiętywaniu każdego słowa. Minął dwóch mężczyzn, jednego starego, drugiego w średnim wieku, ubranych w luźne, szpitalne piżamy; żaden z nich w obecnym dziesięcioleciu nie czesał włosów. Obaj stali na środku korytarza, niedaleko siebie, i cicho mówili. Wyglądali, jakby rozmawiali ze sobą, dopóki człowiek nie przyjrzał się ich oczom; wtedy okazywało się, że nie rozmawiali z nikim, a już na pewno nie ze sobą nawzajem, i że każdy z nich jest zupełnie nieświadomy obecności drugiego. Francisowi przeszło przez myśl, że tacy ludzie są częścią architektury szpitala tak samo jak meble, ściany czy drzwi. Kleo nazywała katatoników katonami; Francis uznał to określenie za równie dobre, jak każde inne. Zobaczył, jak idąca korytarzem kobieta nagle się zatrzymuje. Potem rusza. Zatrzymuje się. Rusza. Zachichotała i poszła swoją drogą, ciągnąc za sobą długą, różową podomkę.

– To nie jest świat, jakiego mogła się pani spodziewać. – Francis usłyszał słowa Petera Strażaka.

Lucy miała wielkie oczy.

– Wie pani coś o szaleństwie? – spytał Peter.

Pokręciła głową.

– Nie miała pani w rodzinie żadnej szurniętej ciotki Marty ani wujka Freda? Dziwaka kuzyna Timmy’ego, który lubił męczyć małe zwierzątka? Może sąsiada, który mówił do siebie albo wierzył, że prezydent jest kosmitą?

Pytania Petera sprawiły, że Lucy się rozluźniła. Pokręciła głową.

– Chyba mam szczęście – powiedziała.

– No, Mewa może panią nauczyć wszystkiego, co musi pani wiedzieć o szaleństwie – stwierdził Peter i się zaśmiał. – Jest ekspertem, prawda, Mewa?

Francis nie wiedział, co powiedzieć, więc tylko przytaknął bez słowa. Na twarzy prokurator zobaczył niekontrolowane uczucia i pomyślał, że wpaść do Western State z pomysłami to jedno, ale zrobić z nimi cokolwiek to już coś zupełnie innego. Lucy miała wyraz twarzy kogoś, kto mierzy wzrokiem wznoszący się przed nim szczyt z mieszaniną powątpiewania i pewności siebie.

– A więc – ciągnął Peter – skąd zaczniemy, panno Jones?

– Stąd – powiedziała energicznie. – Od miejsca zbrodni. Muszę się rozejrzeć tam, gdzie popełniono morderstwo. Potem przyjrzę się całemu szpitalowi.

– Wycieczka? – spytał Francis.

– Dwie wycieczki – odparł Peter. – Jedna, podczas której obejrzymy budynek – zatoczył ręką duże koło – i druga, która zacznie badać to. – Postukał się w czoło.

Mały Czarny i jego brat odprowadzili ich z powrotem do Amherst, ale tam ich zostawili i pogrążyli się w rozmowie przy dyżurce pielęgniarek. Duży Czarny zniknął potem w jednej z przyległych sal sesyjnych, a Mały z uśmiechem podszedł do grupy.

– To cholernie niezwykła sytuacja – zagaił przyjaznym tonem.

Lucy nie odpowiedziała, a Francis próbował wyczytać z twarzy małego mężczyzny, co ten naprawdę myślał o bieżących wydarzeniach. Okazało się to, przynajmniej na początku, niemożliwe.

– Mój brat poszedł przygotować pani nowe biuro, panno Jones – oznajmił Mały Czarny. – A ja uprzedziłem dyżurne pielęgniarki, że zostanie tu pani co najmniej kilka dni. Jedna z nich pokaże pani później drogę do budynku stażystów. Domyślam się też, że pan Evans przeprowadza właśnie długą i ponurą rozmowę z dyrektorem i że niedługo będzie chciał porozmawiać z panią.

– Pan Evans jest psychologiem?

– Tego budynku. Zgadza się.

– I sądzi pan, że nie będzie zachwycony moją obecnością? – Lucy uśmiechnęła się kpiąco.

Mały Czarny pokiwał głową.

– Musi pani coś zrozumieć…

– Co takiego?

– No, Peter i Mewa mogliby opowiedzieć o tym tak samo dobrze jak ja, ale żeby nie przedłużać: w szpitalu najważniejsze jest, żeby wszystko toczyło się gładko i bez problemów. Wszystko co inne, niezwykłe, denerwuje ludzi.

– Pacjentów?

Tak, pacjentów. A jeśli pacjenci są zdenerwowani, zdenerwowany jest personel medyczny. Personel się denerwuje, to denerwują się administratorzy. Rozumie pani? Ludzie nie lubią problemów. I dotyczy to wszystkich. Stukniętych. Starych. Młodych. Normalnych. A jakoś mi się nie wydaje, żeby zamierzała pani omijać kłopoty, panno Jones. Myślę nawet, że będzie wręcz odwrotnie. – Mały Czarny powiedział to z szerokim uśmiechem, jak dobry żart. Lucy Jones zauważyła to i uniosła lekko ramiona.

– A pan? I pana wielki brat? Co wy dwaj o tym myślicie?

Mały Czarny zaśmiał się krótko.

– To, że on jest duży, a ja mały, nie znaczy, że nie przychodzi nam to samo do głowy. Nie, proszę pani. Myślenie nie ma nic wspólnego z wyglądem. – Wskazał grupki pacjentów chodzących po korytarzu, a Lucy Jones dostrzegła prawdę w jego słowach. Pielęgniarz odetchnął i popatrzył na prokurator. Kiedy się odezwał, mówił cicho, żeby nikt inny nie słyszał. – Może obaj myślimy, że stało się tu coś złego, i wcale nam się to nie podoba, bo jeśli tak rzeczywiście było, to w pewien sposób my jesteśmy temu winni. A więc może nie byłoby źle, jeśli zrobi tu pani mały kipisz.

– Dziękuję – powiedziała Lucy.

– Niech mi pani jeszcze nie dziękuje – odparł Mały Czarny. – I proszę pamiętać: kiedy to wszystko się skończy, ja, mój brat, pielęgniarki, lekarze i większość pacjentów, ale nie wszyscy, ciągle tu będziemy, a pani nie. Więc niech pani na razie nikomu za nic nie dziękuje. Bardzo dużo zależy jeszcze od tego, komu konkretnie zrobi pani ten kipisz, jasne?

Kiwnęła głową.

– Zrozumiałam aluzję – odparła i podniosła wzrok. – Domyślam się, że to pewnie pan Evans? – dodała pod nosem.

Francis odwrócił się i zobaczył pana Złego, idącego szybkim krokiem w ich kierunku. Psycholog emanował przyjacielskością, uśmiechał się i szeroko rozkładał ramiona. Francis nie ufał mu ani przez chwilę.

– Panno Jones – powiedział Evans szybko. – Pani pozwoli, że się przedstawię.

Uścisnęli sobie dłonie.

– Czy doktor Gulptilil powiadomił pana o powodzie mojej obecności? – spytała Lucy.

– Wyjaśnił, że podejrzewa pani, iż w sprawie zamordowania pielęgniarki aresztowano być może niewłaściwą osobę, co osobiście uważam za podejrzenie śmiechu warte. Tak czy inaczej, jednak już tu pani jest. Podobno chodzi o swego rodzaju śledztwo uzupełniające.

Lucy przyjrzała się uważnie psychologowi. Jego odpowiedź, choć w sensie szczegółowym nieco odbiegała od prawdy, w szerszym zarysie była jednak trafna.

– A więc mogę liczyć na pana pomoc? – spytała.

– Jak najbardziej.

– Dziękuję – powiedziała.

– Chciałaby pani przejrzeć akta pacjentów budynku Amherst? Możemy zacząć w tej chwili. Mamy jeszcze trochę czasu do kolacji i wieczornych zajęć.

– Najpierw wolałabym zrobić obchód – powiedziała.

– Jestem gotów.

– Miałam nadzieję, że oprowadzi mnie tych dwóch pacjentów. Pan Zły pokręcił głową.

– Wydaje mi się, że to nie najlepszy pomysł. Lucy nie odpowiedziała.

– Cóż – podjął Evans, przerywając milczenie. – Peterowi i Francisowi nie wolno, niestety, opuszczać tego piętra. A wszyscy pacjenci, niezależnie od ich statusu, mają zakaz wychodzenia na zewnątrz, dopóki nie zniknie niepokój wywołany morderstwem i aresztowaniem Chudego. Sprawę dodatkowo komplikuje pani obecność na oddziale; cóż, przykro mi to mówić, ale przedłuża ona mały kryzys, który przeżywamy. Dlatego na razie pozostajemy w stanie podwyższonej gotowości. Nie jest to do końca to samo, co więzienne zabezpieczenia, ale ich złagodzona, nasza wersja. Poruszanie się po terenie szpitala zostało ograniczone. Do czasu, aż uda nam się opanować stan pobudzonych pacjentów.

Lucy zaczęła odpowiadać, ale umilkła. W końcu spytała:

– Cóż, na pewno mogą pokazać mi miejsce zbrodni i całe to piętro, opowiedzieć, co widzieli i zrobili, tak samo, jak opowiedzieli policji. To chyba nie wykracza poza ustalone zasady, prawda? A potem być może pan albo któryś z braci Moses oprowadzi mnie po całym terenie i sąsiednich oddziałach?

– Oczywiście – odparł pan Zły. – Krótki obchód, potem długi. Wszystko ustalę.

Lucy odwróciła się do Petera i Francisa.

– Opowiedzcie mi jeszcze raz o tamtej nocy – poprosiła.

Mewa – powiedział Peter, zastępując drogę panu Złemu. – Prowadź. Miejsce zbrodni w schowku zostało skrupulatnie wyczyszczone, a kiedy Lucy otworzyła drzwi, ze środka buchnął ostry zapach niedawno użytego środka dezynfekującego; nie było już tam śladu zła, które zapamiętał Francis. Przedsionek piekła przywrócono do normalności; nagle stał się zupełnie niegroźny. Płyny czyszczące, mopy, wiadra, żarówki, miotły, stosy pościeli i zwinięty gumowy wąż poukładano równo na półkach. W świetle lampy pod sufitem podłoga błyszczała. Nie było na niej żadnych śladów krwi Krótkiej Blond. Francisa odrzuciło trochę to, jak czysto i zwyczajnie wszystko wyglądało. Przeszło mu przez myśl, że zamiana schowka z powrotem w schowek była niemal równie obsceniczna jak czyn, który został tu dokonany.

Lucy przesunęła palcem po podłodze w miejscu, gdzie leżały zwłoki, jakby dotykając zimnego linoleum, mogła nawiązać kontakt z życiem, które wysączyło się z ciała.

– A więc tu umarła? – spytała, odwracając się do Petera. Nachylił się obok prokurator i szepnął sekretnym tonem:

– Tak. Ale chyba była już nieprzytomna.

– Dlaczego?

– Bo nic nie wskazywało, że doszło tu do szamotaniny. Myślę, że środki odkażające zostały rozchlapane specjalnie, żeby wprowadzić wszystkich w błąd.

– Po co ktoś miałby oblewać zwłoki środkami odkażającymi?

– Żeby zatrzeć swoje ślady. Lucy kiwnęła głową.

– To brzmi rozsądnie.

Peter spojrzał na nią, potarł dłonią podbródek i wstał, lekko kręcąc głową.

– A w pozostałych sprawach, którymi się pani zajmowała… Jak tam wyglądały miejsca zbrodni?

Lucy Jones uśmiechnęła się ponuro.

– Dobre pytanie – przyznała. – Ulewny deszcz – ciągnęła cicho. – Burza. Wszystkie morderstwa popełniono na dworze, w czasie deszczu. O ile dało się ustalić, dokonano ich w jednym miejscu, potem przenoszono zwłoki w inne, ukryte, ale łatwe do znalezienia. Przypuszczalnie wcześniej wybrane. To bardzo utrudniło pracę analityków. Deszcz zmył prawie wszystkie ślady. A przynajmniej tak mi powiedziano.

Peter rozejrzał się po schowku, potem wycofał.

– Tutaj morderca sam zrobił sobie deszcz.

Lucy też wyszła z pomieszczenia. Spojrzała w kierunku dyżurki pielęgniarek.

– A więc, jeśli była walka…

– Doszło do niej tam.

Lucy obejrzała się na wszystkie strony.

– A hałas?

Francis do tej pory milczał. Ale po pytaniu Lucy Peter odwrócił się do niego.

– Mewa, ty powiedz.

Francis się zaczerwienił, nagle wyróżniony, i w pierwszej chwili pomyślał, że nie ma bladego pojęcia; otworzył usta, żeby to powiedzieć, i zamknął je z powrotem. Zastanowił się i dostrzegł odpowiedź.

– Dwie rzeczy, panno Jones. Po pierwsze, ściany są grubo izolowane, a drzwi stalowe. Wszelkie dźwięki z trudem się przez nie przedostają. W szpitalu jest zazwyczaj dużo hałasu, ale w większości jest wytłumiony. Ale co ważniejsze, na co by się zdało wołanie o pomoc? – W głębi ducha usłyszał rumor własnych głosów. Powiedz jej! – krzyczały. Powiedz jej, jak to jest! – Ludzie krzyczą tu bez przerwy – ciągnął. Mają koszmary. Boją się. Widzą i słyszą, a czasem tylko czują różne rzeczy. Wszyscy są tu już chyba przyzwyczajeni do hałasów. A więc gdyby ktoś zawołał „na pomoc!”… – Przerwał na chwilę. – Pewnie nikt nie zwróciłby na to uwagi. Gdyby wrzasnął „morderstwo!” albo po prostu krzyknął, nie byłoby to nic niezwykłego. A nikt nigdy nie przychodzi, panno Jones. Nieważne, jak człowiek się boi ani jak mu źle. Tutaj każdy sam radzi sobie z własnymi koszmarami.

Pani prokurator zrozumiała, że chłopak mówił z własnego doświadczenia. Uśmiechnęła się do niego i zobaczyła, że Francis pociera ręce, trochę ze zdenerwowania, ale też z podniecenia wywołanego chęcią pomocy. Nagle pomyślała, że w Szpitalu Western State musi być bardzo dużo różnych strachów, nie tylko ten jeden, na który polowała. Zastanawiała się, czy będzie musiała poznać je wszystkie.

– Chyba masz talent do poezji, Francis – powiedziała. – Mimo to musi ci być ciężko.

Głosy, które w ostatnich dniach były tak ciche, teraz wrzeszczały; ich słowa odbijały się echem w przestrzeni za oczami Francisa.

– Pomogłoby pewnie, panno Jones – niemal krzyknął, żeby je uciszyć – gdyby pani zrozumiała, że chociaż siedzimy tu wszyscy razem, każdy z nas jest naprawdę samotny. Chyba o wiele bardziej niż ktokolwiek inny.

Tak naprawdę chciał powiedzieć: „bardziej, niż ktokolwiek na całym świecie”.

Lucy przyjrzała mu się uważnie. Zrozumiała jedno: w zewnętrznym świecie, kiedy ktoś wzywa pomocy, świadek zdarzenia reaguje. To zwykły ludzki odruch. Ale w Szpitalu Western State wszyscy bez przerwy wzywali pomocy. Każdy ciągle jej potrzebował. Ignorowanie tych wołań, nieważne, jak rozpaczliwych czy przejmujących, było tak naprawdę szpitalną rutyną.

Otrząsnęła się z klaustrofobii, która ją nagle ogarnęła. Odwróciła się do Petera i zobaczyła, że stoi z ramionami skrzyżowanymi na piersi, ale i uśmiechem na twarzy.

– Powinna pani zobaczyć dormitorium, w którym spaliśmy, kiedy to się stało – odezwał się po chwili.

Poprowadził ją korytarzem, zatrzymując się tylko po to, by wskazać miejsca, gdzie zebrały się kałuże krwi. Ale te ślady też usunięto.

– Policja uważała, że te plamy krwi zostawił za sobą Chudy – poinformował cicho. – Do tego były rozchlapane, bo idiota z ochrony po nich łaził. Pośliznął się nawet w jednej, upadł i rozmazał ją po całym korytarzu.

– Co pan pomyślał? – spytała Lucy.

– Że to trop. Prowadzący do Chudego, ale nie przez niego zostawiony.

– Miał krew pielęgniarki na piżamie.

– Anioł go objął.

– Anioł?

– Tak go nazwał. Anioł, który pojawił się przy jego łóżku i powiedział mu, że zło zostało zniszczone.

– Myśli pan…

– To chyba oczywiste, co myślę, panno Jones.

Weszli do dormitorium. Francis pokazał, gdzie stoi jego łóżko, Petera Strażaka też. Pokazali też Lucy łóżko Chudego, z którego zdjęto pościel i materac, tak że została tylko stalowa rama ze sprężynami. Małą skrzynkę na ubrania i rzeczy osobiste również zabrano – skromna przestrzeń osobista Chudego w dormitorium została obrana do szkieletu. Francis zobaczył, że Lucy zapisuje odległości, mierzy wzrokiem odstępy między łóżkami, drogę do wejścia, drzwi do przyległej łazienki. Przez chwilę było mu trochę wstyd, kiedy pokazywał pani prokurator, gdzie mieszkają. Uświadomił sobie boleśnie, jak niewiele mają prywatności w zatłoczonym pomieszczeniu i jak bardzo odarto ich z człowieczeństwa. Rozgniewało go to i speszyło, gdy patrzył, jak młoda kobieta rozgląda się po sali.

Jak zwykle kilku mężczyzn leżało na łóżkach, gapiąc się w sufit. Jeden mamrotał coś do siebie, jakby prowadził ożywioną rozmowę. Drugi przekręcił się na bok, żeby popatrzeć na Lucy. Inni po prostu ją zignorowali, zatopieni w myślach. Francis zauważył jednak, że Napoleon wstaje i z chrząknięciem toczy swoje korpulentne ciało w ich stronę najszybciej, jak mógł.

Podszedł do Lucy, potem ukłonił się z nieco groteskowym wdziękiem.

– Tak rzadko mamy tu gości – zaczął. – Zwłaszcza tak pięknych. Witam.

– Dziękuję – odparła.

– Czy ci dwaj dżentelmeni dobrze się panią opiekują? Lucy się uśmiechnęła.

– Tak. Jak dotąd byli bardzo uprzejmi. Napoleon zrobił zawiedzioną minę.

– Cóż, to dobrze – stwierdził. – Ale gdyby tylko czegoś pani potrzebowała, niech się pani nie waha poprosić. – Poklepał kieszenie piżamy. – Wygląda na to, że zapomniałem swoich wizytówek – powiedział. – Czy studiowała może pani historię?

Lucy wzruszyła ramionami.

– Raczej nie. Chociaż chodziłam na zajęcia z historii Europy. Napoleon uniósł brwi.

– Wolno zapytać, gdzie?

– W Stanford.

– W takim razie powinna pani zrozumieć… – Zatoczył szeroki łuk jedną ręką, drugą zaś przycisnął nagle do boku. – Zaczęły działać potężne siły. Równowaga świata wisi na włosku. Chwile zamierają, olbrzymie, sejsmiczne konwulsje wstrząsają ludzkością. Historia wstrzymuje oddech; bogowie zmagają się w polu. Żyjemy w czasach wielkich zmian. Drżę na myśl o ich znaczeniu.

– Wszyscy robimy, co w naszej mocy – odparła Lucy.

– Oczywiście. – Napoleon skłonił się w pas. – Każdy z nas gra swoją rolę na wielkiej scenie historii. Mały człowiek może się stać wielki. Drobna chwila przytłacza swoim ogromem. Pozornie nieistotna decyzja czasem zawraca prądy czasu. – Nachylił się do panny Jones i zniżył głos do szeptu. – Czy zapadnie noc? Czy Prusacy zdążą uratować Żelaznego Księcia?

– Myślę, że Blucher przybędzie na czas – odparła Lucy z pewnością siebie.

– Tak – powiedział Napoleon, mrugając okiem. – Pod Waterloo tak było. Ale dzisiaj? – Uśmiechnął się tajemniczo, pomachał Peterowi i Francisowi, potem odwrócił się i odszedł.

Peter odetchnął z ulgą, a na jego twarzy pojawił się kpiący uśmiech.

– Założę się, że pan Zły słyszał każde słowo – szepnął do Francisa. – Że Napcio dostanie dzisiaj zwiększoną dawkę leków.

Mówił cicho, ale dość głośno, by słyszała go Lucy Jones i, jak podejrzewał Francis, pan Evans, który przyszedł za nimi do sali sypialnej.

– Wydaje się całkiem przyjazny – oceniła Lucy. – I nieszkodliwy.

Pan Zły podszedł bliżej.

– Słuszne spostrzeżenie, panno Jones – przyznał z ożywieniem. – Tak właśnie jest z większością leczonych tu osób. Są niebezpieczni dla samych siebie. Dla nas, personelu, problem polega na tym: kto z nich jest zdolny do przemocy. W kim kołatają się gwałtowne skłonności. Czasami tego właśnie szukamy.

– Ja również tego właśnie szukam – powiedziała Lucy.

– Oczywiście – zgodził się pan Evans, zerkając na Petera Strażaka. – W niektórych przypadkach odpowiedzi już znamy.

Obaj mężczyźni popatrzyli na siebie wrogo, jak zawsze. Potem pan Zły wyciągnął rękę i delikatnie wziął Lucy Jones pod ramię, ze staroświecką galanterią, która – zważywszy na okoliczności – znaczyła coś zupełnie innego.

– Proszę – zachęcił. – Pozwoli pani, że oprowadzę ją po pozostałej części szpitala, chociaż niewiele się ona różni od tego, co jest tutaj. Po południu mamy sesje grupowe i kolację, zostało niewiele czasu.

Przez chwilę Lucy sprawiała wrażenie, jakby zamierzała wysunąć rękę z uścisku psychologa. Potem pokiwała głową.

– Oczywiście – powiedziała. Zanim jednak wyszła, odwróciła się do Francisa i Petera Strażaka. – Będę miała do panów jeszcze kilka pytań. Może jutro rano. Dobrze?

Obaj przytaknęli.

– Nie jestem pewien, czy tych dwóch może pani w ogóle pomóc – stwierdził pan Evans, kręcąc głową.

– Może tak, może nie – odparła. – To się okaże. Jedno jest pewne, panie Evans.

– Co takiego?

– W tej chwili tylko ich dwóch o nic nie podejrzewam.

Francis miał tej nocy trudności z zaśnięciem. Zwyczajne odgłosy chrapania i skomlenia, nocne akordy dormitorium, wytrącały go z równowagi. A przynajmniej tak myślał, aż – leżąc na plecach i gapiąc się w sufit – zdał sobie sprawę, że to nie zwyczajność nocy mu przeszkadza, tylko to, co zaszło w ciągu dnia. Jego własne głosy były spokojne, ale miały mnóstwo pytań. Zastanawiał się, czy poradzi sobie z tym, co go czeka. Nigdy nie uważał się za człowieka, który zwraca uwagę na szczegóły, dostrzega prawdziwe znaczenia słów i czynów, tak jak Peter i Lucy Jones. Robili na nim wrażenie osób panujących nad swoimi pomysłami, czego on mógł im tylko zazdrościć. Jego własne myśli były jak wiewiórki, bezustannie zmieniały kierunek, zawsze czmychały w tę czy inną stronę, pędzone wewnętrznymi, niezrozumiałymi dla niego siłami.

Westchnął i obrócił się na bok. Wtedy zobaczył, że nie tylko on nie śpi. Peter Strażak siedział na swoim łóżku, oparty plecami o ścianę; ramionami obejmował podciągnięte pod brodę kolana. Wpatrywał się przed siebie. Francis dostrzegł, że wzrok Petera jest utkwiony w rzędzie okien; Strażak wyglądał przez żelazne kraty i mleczne szkło na niewyraźne snopy księżycowego światła i czarną noc. Francis chciał coś powiedzieć, ale nie zrobił tego, bo wyobraził sobie, że cokolwiek wyrwało Petera tej nocy ze snu, musiało być siłą, której lepiej nie stawać na drodze.

Rozdział 11

Czułem, że anioł czyta każde słowo, ale cisza pozostawała niezmącona. Kiedy jest się wariatem, czasem cisza przypomina mgłę - skrywa zwyczajne, codzienne rzeczy, znajome widoki i dźwięki, rozmywa i zniekształca kontury. Przypomina często przejeżdżaną drogę, która wydaje się nagle skręcać w prawo, podczas gdy mózg krzyczy, że w rzeczywistości trasa biegnie prosto. Szaleństwo to chwila wątpliwości, kiedy nie wiedziałem, czy mam ufać swoim oczom, czy swojej pamięci, bo jedno i drugie mogło popełniać groźne błędy. Czułem pot na czole. Otrząsnąłem się jak mokry pies, próbując pozbyć się lepkiego, rozpaczliwego wrażenia, które anioł przyniósł do mojego mieszkania wraz ze swoją obecnością.

– Zostaw mnie – powiedziałem, tracąc nagle wszelką siłę i pewność siebie. - Zostaw mnie! Już raz z tobą walczyłem! – krzyknąłem. – Nie muszę walczyć znowu!

Trzęsły mi się ręce i miałem ochotę zawołać Petera Strażaka. Ale wiedziałem, że jest zbyt daleko. Zacisnąłem dłonie w pięści, żeby ukryć ich dygot.

Kiedy wziąłem głęboki oddech, ktoś załomotał do drzwi. Uderzenia przypominające wystrzały wyrwały mnie ze szponów iluzji, więc wstałem; zakręciło mi się w głowie; przez chwilę musiałem łapać równowagę. Kilkoma szybkimi krokami przeszedłem przez pokój.

Znów ktoś załomotał.

– Panie Petrel! - usłyszałem głos. – Panie Petrel! Wszystko w porządku?

Przycisnąłem czoło do drewnianych drzwi. Były chłodne w dotyku, jakbym miał gorączkę. Powoli przejrzałem katalog znanych mi głosów. Którąś z sióstr poznałbym od razu. Wiedziałem, że to nie rodzice, bo oni nigdy mnie nie odwiedzali.

– Panie Petrel! Panie Petrel! Wszystko okej?

Uśmiechnąłem się. Usłyszałem drobne „h „przed ostatnim słowem.

Moim sąsiadem z naprzeciwka jest Ramon Santiago. Pracuje w miejskim przedsiębiorstwie oczyszczania. Ma żonę Rosalitę i śliczną córeczkę Esperanzę, która wydaje się bardzo mądrym dzieckiem, bo ze swojej grzędy matczynych ramion przygląda się światu z iście profesorską uwagą.

– Panie Petrel?

– Wszystko w porządku, panie Santiago, dziękuję.

– Na pewno?

Rozmawialiśmy przez zamknięte drzwi i czułem, że Ramon jest tuż po drugiej stronie, oddalony ode mnie o kilka centymetrów.

– Proszę, niech pan otworzy. Chcę tylko sprawdzić, czy wszystko w porządku.

Znów zapukał. Odrobinę uchyliłem drzwi. Napotkałem jego wzrok. Mężczyzna dokładnie mi się przyjrzał.

– Dotarły do nas krzyki – wyjaśnił. – Jakby ktoś szykował się do bójki.

– Jestem sam - odparłem.

– Słyszałem, jak pan mówi. Jakby się pan z kimś kłócił. Na pewno wszystko w porządku?

Ramon Santiago był szczupłym mężczyzną, ale kilka lat codziennego dźwigania ciężkich pojemników na śmieci tuż przed świtem sprawiło, że rozrosły mu się barki i ręce. Byłby groźnym przeciwnikiem i podejrzewałem, że rzadko musiał uciekać się do konfrontacji, żeby zostać wysłuchany.

– Tak. Dziękuję.

– Nie za dobrze pan wygląda, panie Petrel.

– Miałem ostatnio trochę stresu. Przepadło mi kilka posiłków.

– Mam do kogoś zadzwonić? Może do pana sióstr? Pokręciłem głową.

– Proszę, panie Santiago, to ostatnie osoby, jakie chciałbym oglądać. Uśmiechnął się do mnie.

– Wiem. Krewni. Czasami można przez nich oszaleć. – Kiedy tylko to słowo padło z jego ust, zrobił przerażoną minę, jakby właśnie mnie obraził.

Zaśmiałem się.

– Ma pan rację. Można. A w moim przypadku tak właśnie było. Myślę, że któregoś dnia znów do tego doprowadzą. Ale na razie wszystko w porządku.

W dalszym ciągu uważnie mi się przyglądał.

– A jednak trochę mnie pan martwi. Bierze pan leki? Wzruszyłem ramionami.

– Tak – skłamałem.

Widziałem, że mi nie uwierzył. Dalej na mnie patrzył, utkwił wzrok w mojej twarzy, jakby w każdej zmarszczce szukał czegoś, co by zdradzało chorobę. Nie odrywając ode mnie spojrzenia, rzucił przez ramię kilka słów po hiszpańsku. W drzwiach naprzeciwko zobaczyłem jego żonę z dzieckiem. Rosalita wyglądała na trochę wystraszoną; pomachała mi niepewnie. Dziecko odwzajemniło mój uśmiech. Potem pan Santiago znów zaczął mówić po angielsku.

– Rosie - odezwał się stanowczo, ale bez złości. - Przynieś panu Petrelowi ryż i kurczaka. Naszemu sąsiadowi przyda się solidny posiłek.

Kiwnęła głową, uśmiechnęła się do mnie nieśmiało i zniknęła w mieszkaniu.

– Naprawdę, panie Santiago, to bardzo miło z pana strony, ale nie trzeba…

– Nie ma problemu. Arkoz eon polio. Tam, skąd pochodzę, panie Petrel, to lekarstwo na wszystko. Jesteś chory, dostajesz kurczaka z ryżem. Wywalili cię z roboty, dostajesz kurczaka z ryżem. Masz pęknięte serce?

– … kurczak z ryżem – dokończyłem za niego.

– Właśnie, sto procent racji.

Obaj się zaśmialiśmy.

Rosie wróciła kilka chwil później z parującym kurczakiem i górą żółtego ryżu. Wziąłem papierowy talerz, lekko ocierając dłonią o jej dłoń; pomyślałem, że minęło sporo czasu, odkąd czułem dotyk innego człowieka.

– Nie musicie państwo… – zacząłem, ale sąsiedzi zgodnie pokręcili głowami.

– Na pewno nie chce pan, żebym do kogoś zadzwonił? Jeśli nie do rodziny, to może do opieki społecznej? Do przyjaciela?

– Nie mam już zbyt wielu przyjaciół, panie Santiago.

– O, panie Petrel, troszczy się o pana więcej ludzi, niż się panu wydaje – powiedział.

Znów pokręciłem głową.

– Może do kogoś innego? – dopytywał nieustępliwie.

– Nie. Naprawdę.

– Na pewno nikt się panu nie naprzykrzał? Słyszałem podniesione głosy. Jakby zaczynała się bójka…

Uśmiechnąłem się, bo rzeczywiście ktoś mnie dręczył. Tyle tylko, że ten ktoś nie istniał. Uchyliłem drzwi szerzej i pozwoliłem Ramonowi zajrzeć do środka.

– Jestem całkiem sam, przysięgam – powiedziałem.

Wzrok mężczyzny przemierzył pokój i zatrzymał się na zapisanej ścianie. Myślałem, że Santiago coś powie, ale się rozmyślił. Położył mi dłoń na ramieniu.

– Jeśli będzie pan potrzebował pomocy, panie Petrel, niech pan tylko zapuka do moich drzwi. O dowolnej porze. W dzień czy w nocy. Jasne?

– Dziękuję, panie Santiago. - Kiwnąłem głową. - I dziękuję za obiad. Zamknąłem drzwi i wziąłem głęboki oddech, wciągając w nozdrza zapach jedzenia. Nagle wydało mi się, że minęło kilka dni, odkąd ostatnio jadłem. Może tak było naprawdę, chociaż pamiętałem kanapki z serem. Ale kiedy to było? Znalazłem w szufladzie widelec i zabrałem się do specjalności Rosality. Zastanawiałem się, czy arroz eon polio, cudowny lek na tyle duchowych przypadłości, może pomóc i mnie. Ku mojemu zaskoczeniu, każdy kęs dodawał mi sił. Jedząc, dostrzegłem postępy, jakie poczyniłem na ścianie. Kolumny opowieści.

I uświadomiłem sobie, że znów jestem całkiem sam.

On wróci. Nie miałem co do tego żadnych wątpliwości. Czaił się, bezcielesny, w przestrzeni tuż poza zasięgiem mojej świadomości. Unikając mnie. Kryjąc się przed rodziną Santiago i arroz eon polio. Chował się przed moją pamięcią. Ale w tej chwili, na szczęście, miałem tylko ryż, kurczaka i słowa. Pomyślałem: cała ta gadka w gabinecie Piguły o utrzymaniu wszystkiego w tajemnicy była niczym więcej jak pustką na pokaz.

Nie potrwało długo, a wszyscy pacjenci i personel dowiedzieli się o obecności Lucy Jones w budynku Amherst. Nie chodziło tylko o jej wygląd; ubierała się w luźnie, ciemne spodnie i sweter, nosiła elegancką skórzaną teczkę, która mocno kontrastowała z niechlujnym charakterem szpitala. Nie chodziło też o wzrost i posturę ani charakterystyczną bliznę na twarzy, co wyróżniało ją spośród innych. To była raczej kwestia tego, jak poruszała się korytarzami, stukając obcasami o wyłożoną linoleum podłogę, z czujnością w oczach, wypatrując znaku, który mógłby ją poprowadzić w żądanym kierunku. Czujność Lucy nie wynikała z paranoi, zwidów czy głosów. Nawet katoni, stojący w kątach lub podpierający ściany, albo zniedołężniali starcy, przykuci do wózków, wszyscy pozornie pogrążeni we własnych światach, albo umysłowo niedorozwinięci, którzy tępo patrzyli na otoczenie, w dziwny sposób zauważali, że Lucy działała pod wpływem sił równie potężnych jak te, z którymi zmagali się oni sami, ale jakoś bardziej właściwych. Należących do świata rzeczywistego. Kiedy więc przechodziła obok, pacjenci odprowadzali kobietę wzrokiem, nie przerywając mamrotania i bełkotu, ale obserwując ją z uwagą, kontrastującą z ich chorobami. Nawet podczas posiłków, które Lucy spożywała w stołówce razem z pacjentami i personelem, czekając ze wszystkimi w kolejce na talerz byle jakiego, taśmowego jedzenia, była kimś z zewnątrz. Siadała przy stoliku w rogu, skąd mogła obserwować pozostałych, plecami do żółtozielonej ściany z pustaków. Czasami ktoś się do niej dosiadał, na przykład pan Zły, wykazujący duże zainteresowanie wszystkim, co robiła, albo Mały Czarny czy Duży Czarny, którzy każdą rozmowę natychmiast sprowadzali na sport. Czasami dosiadała się do jednej z pielęgniarek, ale ich nakrochmalone białe mundurki i spiczaste czepki wyróżniały Lucy jeszcze bardziej. A gdy rozmawiała z którymś ze swoich towarzyszy, bezustannie rzucała ukradkowe spojrzenia na resztę sali. Francisowi kojarzyła się wtedy z jastrzębiem, wysoko krążącym na powietrznych prądach, patrzącym w dół i próbującym wypatrzyć jakieś poruszenie wśród zwiędłych, brązowych łodyg wczesnej, nowoangielskiej wiosny.

Nie dołączał do niej nikt z pacjentów, w tym, na początku, Francis i Peter Strażak. To był pomysł Petera. Powiedział jej, że nie ma powodu ujawniać od razu, że ze sobą współpracują, chociaż wszyscy i tak mieli niedługo się o tym dowiedzieć. Dlatego, przynajmniej przez pierwszych kilka dni, Francis i Peter na stołówce nie zwracali na Lucy uwagi.

W odróżnieniu od Kleo.

Kiedy Lucy niosła tackę do punktu zwrotu naczyń, wielka pacjentka ją zaczepiła.

– Wiem, po co tu przyjechałaś! – oznajmiła głośnym i wyraźnie oskarżycielskim tonem i gdyby nie była to zwykła, obiadowa pora szczęku talerzy, tacek i sztućców, jej głos mógłby zwrócić uwagę całej sali.

– Wiesz? – odparła Lucy spokojnie. Minęła Kleo i zaczęła zeskrobywać do kosza resztki jedzenia z grubego, białego talerza.

– Tak – ciągnęła Kleo pewnym siebie głosem. – To oczywiste.

– Naprawdę?

– Jasne. – Kleo zaczęła nabierać opryskliwości i brawury, które czasem daje szaleństwo, wyłączające wszystkie hamulce.

– W takim razie może powinnaś mi powiedzieć, co myślisz.

– Aha! Oczywiście. Chcesz przejąć władzę nad Egiptem!

– Egiptem?

– Egiptem! – Kleo machnięciem ręki wskazała całą salę; gest był pełen zniecierpliwienia nad oczywistością sytuacji, co początkowo zmyliło Lucy. – Moim Egiptem. A potem szybko uwieść Marka Antoniusza i Cezara, bez wątpienia. – Chrząknęła głośno, skrzyżowała ramiona na piersi, stojąc jak blok skalny na drodze Lucy, a potem dodała, jak niemal zawsze: – Dranie. Przeklęte bydlaki.

Lucy Jones popatrzyła na nią ze zdziwieniem i pokręciła głową.

– Nie, w tym się zdecydowanie mylisz. Egipt jest bezpieczny w twoich rękach. Nigdy nie przeszłoby mi nawet przez myśl rywalizować z kimkolwiek o koronę ani o miłości czyjegoś życia.

Kleo opuściła ręce na biodra i przyjrzała się Lucy.

– Dlaczego miałabym ci wierzyć? – spytała.

– Musisz przyjąć moje słowo.

Wielka kobieta zawahała się, potem podrapała w kołtuny na głowie.

– Jesteś człowiekiem godnym i prawym? – spytała znienacka.

– Podobno tak – odparła Lucy.

– Piguła i pan Zły powiedzieliby to samo, ale im nie ufam.

– Ja też nie – szepnęła Lucy, nachylając się lekko do Kleo. – W tym się zgadzamy.

– W takim razie, skoro nie chcesz podbijać Egiptu, po co tu jesteś? – spytała Kleo znów agresywnym tonem, biorąc się pod boki.

– W twoim królestwie jest zdrajca – oznajmiła Lucy powoli.

– Jakiego rodzaju zdrajca?

– Najgorszego.

Kleo kiwnęła głową.

– To ma coś wspólnego z aresztowaniem Chudego i zamordowaniem Krótkiej Blond, prawda?

– Tak.

– Widziałam go – oznajmiła Kleo. – Niezbyt dobrze, ale widziałam. Tamtej nocy.

– Kogo? Kogo widziałaś? – spytała Lucy, nagle czujna.

Kleo uśmiechnęła się porozumiewawczo, potem wzruszyła ramionami.

– Jeśli potrzebujesz mojej pomocy – zaczęła, stając się nagle uosobieniem wyniosłości; jej głos ociekał królewską dumą – musisz poprosić o nią we właściwy sposób, w odpowiednim czasie, we właściwym miejscu. – Kleo cofnęła się, zamaszystym gestem zapaliła papierosa i odwróciła się na pięcie z satysfakcją na twarzy.

Lucy wydawała się nieco zdezorientowana, dała krok w jej stronę, ale Peter Strażak zatrzymał panią prokurator. Właśnie w tej chwili przyniósł swoją tackę do kosza, chociaż Francis widział, że przyjaciel prawie nie tknął jedzenia. Peter zaczął skrobać talerz, a potem wrzucił sztućce przez otwór do pojemnika.

– To prawda – usłyszał Francis jego słowa. – Widziała anioła tamtej nocy. Opowiedziała nam, że wszedł do dormitorium kobiet, stał tam przez chwilę, potem wyszedł, zamykając za sobą drzwi na klucz.

Lucy Jones kiwnęła głową.

– Dziwne zachowanie – powiedziała, chociaż nawet ona zdawała sobie sprawę, że takie spostrzeżenie jest bezużyteczne w szpitalu dla umysłowo chorych, gdzie każde zachowanie było w najlepszym wypadku dziwne, a w najgorszym okropne. Spojrzała na Francisa, który do nich podszedł.

– Mewa, powiedz mi: dlaczego ktoś, kto właśnie popełnił brutalną zbrodnię, zadał sobie tyle trudu, żeby zatrzeć ślady i zwalić winę na kogoś innego; dlaczego ktoś, kto powinien chcieć jak najszybciej zniknąć i się ukryć, wchodzi do sali pełnej kobiet i ryzykuje, że mogłyby go zapamiętać?

Francis pokręcił głową. Czy rzeczywiście mogły go zapamiętać? – zapytał się w myślach. Słyszał kilka swoich głosów, zachęcających go, żeby odpowiedział na pytanie, ale zignorował je i spojrzał Lucy w oczy. Wzruszyła ramionami.

– Zagadka – mruknęła pod nosem. – Ale wcześniej czy później trzeba ją wyjaśnić. Myślisz, że umiałbyś znaleźć dla mnie odpowiedź, Francis?

Kiwnął głową. Zaśmiała się lekko.

– Mewa jest pewny siebie. To dobrze – powiedziała.

Potem wyprowadziła ich na korytarz.

Zaczęła znów coś mówić, ale Peter podniósł dłoń.

– Mewa, nie powtarzaj nikomu, co widziała Kleo. – Odwrócił się do Lucy. – Kiedy Francis pierwszy raz z nią rozmawiał, a ona wspomniała, że człowiek, którego szukamy, był w damskim dormitorium, nie potrafiła opisać anioła. Wszyscy byli mocno podenerwowani. Może teraz, skoro miała trochę czasu, żeby przemyśleć tamtą noc, mogłaby powiedzieć nam coś ważnego. Lubi Francisa. Myślę, że byłoby mądrze, gdyby poszedł i porozmawiał z nią raz jeszcze. Poza tym pacjenci nie zwracaliby na nią uwagi, bo kiedy tylko zacznie ją pani przesłuchiwać, wszyscy się domyślą, że Kleo może mieć z tym wszystkim jakiś związek.

Lucy przemyślała słowa Petera i kiwnęła głową.

– Racja. Francis, dasz sobie radę sam?

– Tak – odparł chłopak, ale wcale nie był pewny siebie, wbrew temu, co powiedziała Lucy. Nie potrafił sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek próbował wydobyć z kogoś jakieś informacje.

W tym momencie przeszedł obok nich Gazeciarz. Zatrzymał się, zrobił piruet – jego buty zaskrzypiały na linoleum – i powiedział:

– „Union-News”: załamanie rynku po niepomyślnych prognozach gospodarczych.

Potem znów zamaszyście obrócił się na pięcie i ruszył dalej przed siebie, halsując korytarzem z gazetą rozpiętą przed sobą jak żagiel.

– Jeśli pójdę porozmawiać z Kleo, co ty będziesz robił, Peter? – spytał Francis.

– Co ja będę robił? Raczej „czego bym sobie życzył”. Chciałbym, Mewa, zerknąć na dokumenty, które przywiozła ze sobą panna Jones.

Lucy nie odpowiedziała. Peter odwrócił się do pani prokurator.

– Byłoby nam łatwiej, gdybyśmy poznali szczegóły tej dokumentacji. Jeśli w ogóle mamy się pani na coś przydać.

Lucy znów się zawahała.

– Dlaczego pan myśli… – zaczęła, ale Peter nie dał jej dokończyć.

Uśmiechał się niedbale, co oznaczało – przynajmniej dla Francisa – że uznał coś za zabawne, a zarazem trochę niezwykłe.

– Przywiozła pani ze sobą akta z tego samego powodu, z którego ja bym je przywiózł. Albo ktokolwiek, kto pracowałby nad sprawą opierającą się prawie na samych przypuszczeniach. Dlatego że musi pani upewniać się na nowo co do podobieństw, niemal na każdym etapie. I dlatego że pani szef, panno Jones, będzie chciał szybko zobaczyć postępy. Prawdopodobnie to szef jak wszyscy przełożeni: niezbyt cierpliwi i z bardzo konkretnym wyobrażeniem na temat tego, na co jego asystenci powinni z pożytkiem poświęcać czas. Dlatego też najpierw powinna pani ustalić wszelkie wspólne wątki poprzednich morderstw i tego, do którego doszło tutaj. Dlatego właśnie uważam, że powinienem zobaczyć te dokumenty.

Lucy wzięła głęboki oddech.

– Ciekawe, pan Evans dzisiaj rano poprosił mnie o to samo, używając niemal identycznych argumentów.

– Wielkie umysły myślą podobnie – skwitował Peter z nieskrywanym sarkazmem.

– Odmówiłam jego prośbie.

Peter się zawahał.

– To dlatego że nie jest pani jeszcze przekonana, czy można mu zaufać. – Na końcu zdania prawie się roześmiał.

Lucy też wydawała się rozbawiona.

– Mniej więcej to właśnie powiedziałam pani Kleo.

– Ale Mewa i ja należymy, no, do innej kategorii, prawda?

– Tak. Dwóch niewinnych. Jeśli jednak pokażę wam te…

– Rozzłości pani Evansa. Trudno.

Na twarzy Lucy pojawiła się ciekawość.

– Tak mało pana obchodzi, kogo pan wkurza, Peter? – spytała powoli. – Zwłaszcza że to człowiek, którego opinia o pana stanie psychicznym może zaważyć na pana przyszłości…

Peter zrobił minę, jakby miał się głośno roześmiać. Przeczesał dłonią włosy, wzruszył ramionami i pokręcił głową z tym samym, krzywym uśmiechem.

– Krótka odpowiedź na to pytanie brzmi „tak”. Zupełnie mnie nie obchodzi, kogo wkurzam. Evans mnie nienawidzi. I zawsze będzie mnie nienawidził. Nie za to, kim jestem, tylko za to, co zrobiłem. Więc nie mam większych nadziei, że się zmieni. I chyba nie mam nawet prawa tego oczekiwać. Do tego prawdopodobnie nie jest jedynym członkiem klubu Wrogów Petera, tylko najbardziej oczywistym i, jeśli wolno dodać, najbardziej wrednym.

Nic, co mógłbym zrobić, tego nie zmieni. A więc dlaczego miałbym się nim przejmować?

Lekki uśmiech wykrzywił bliznę na twarzy Lucy. Francis niespodziewanie pomyślał, że najciekawsze w skazie jej urody jest to, jak tę urodę skaza podkreśla.

– Za dużo gadam? – spytał Peter, wciąż szeroko uśmiechnięty.

– Co takiego mówią o Irlandczykach?

– Wiele rzeczy. Ale głównie to, że lubimy słuchać własnego głosu. To najgorsza ze wszystkich oklepanych opinii. Niestety, oparta na stuleciach prawdy.

– Zgoda – powiedziała Lucy. – Francis, idź porozmawiać z panną Kleo, a Peter pójdzie ze mną do mojego małego biura.

Francis się zawahał.

– Oczywiście, jeśli nie masz nic przeciwko temu – dodała Lucy. Pokiwał głową. Dziwne uczucie, pomyślał. Naprawdę chciał jej pomóc, bo za każdym razem, kiedy na nią patrzył, wydawała mu się jeszcze piękniejsza. Ale był trochę zazdrosny, że Peter będzie mógł pójść z panią prokurator, a on sam musi szukać Kleo. Zawrzały w nim głosy, wciąż stłumione. Zignorował je jednak i po chwili wahania ruszył korytarzem w stronę świetlicy, gdzie za stołem do ping-ponga spodziewał się znaleźć Kleo, jak zwykle szukającą ofiar do ogrania.

Francis miał rację. Kleo stała w głębi sali, za stołem. Naprzeciw siebie, po drugiej stronie, ustawiła trójkę pacjentów, dała im paletki i wydzieliła obszar, za który każdy z nich miał być odpowiedzialny. Pokazała też, jak mają przykucnąć, trzymać paletki i przenosić ciężar ciała na pięty w oczekiwaniu na zagranie. Był to, jak zauważył Francis, skrócony kurs gry w tenisa stołowego. Do tego, jak się domyślał, zupełnie niepotrzebny. Przeciwnikami Kleo byli starsi mężczyźni, z tłustymi, rzadkimi włosami i obwisłą skórą, poznaczoną brązowymi plamami wieku. Każdy z nich z nieszczęśliwą miną skupiał się na instrukcjach, przytłoczony odpowiedzialnością. Proste zadania stały się niemal niewykonalne tuż przed rozpoczęciem gry i widać było, że im bardziej mężczyźni chcą sprostać wymaganiom Kleo, tym mniej są do tego zdolni, nieważne, jak dobrze ich przyuczyła.

– Gotowy? – spytała Kleo trzykrotnie, zaglądając każdemu z przeciwników w oczy i szykując się do ataku.

Mężczyźni niechętnie kiwnęli głowami.

Płynnym ruchem nadgarstka Kleo wyrzuciła piłeczkę do góry. Potem jej paletka wystrzeliła do przodu z prędkością atakującej żmii; piłka uderzyła o blat z głośnym trzaskiem, przeskoczyła siatkę, odbiła się znów po drugiej stronie, zakręciła i przemknęła dokładnie między dwoma przeciwnikami, którzy nawet nie drgnęli.

Francis pomyślał, że Kleo eksploduje. Poczerwieniała, a jej górna warga podwinęła się z wściekłości. Po chwili jednak huragan gniewu zniknął. Jeden z mężczyzn przyniósł małą białą piłeczkę i rzucił nad stołem do Kleo. Złapała ją, położyła na zielonym blacie i przykryła paletką.

– Dzięki za grę. – Westchnęła, a złość na jej twarzy zastąpiła rezygnacja. – Do waszej pracy nóg wrócimy innym razem.

Wszyscy trzej starsi panowie odetchnęli z ulgą i rozeszli się po sali.

Świetlica była zatłoczona i działo się w niej jak zwykle mnóstwo dziwnych rzeczy. Zakratowane okna na jednej ze ścian wpuszczały do jasnego, przestrzennego pomieszczenia promienie słońca i, od czasu do czasu, łagodny powiew wiatru. Lśniące bielą ściany odbijały w przestrzeń światło i energię. Pacjenci w najróżniejszych ubraniach, od wszechobecnych piżam i kapci, po dżinsy i płaszcze, kręcili się po całej sali. Wszędzie stały tandetne kanapy i fotele z czerwonej i zielonej imitacji skóry; zajmowali je mężczyźni i kobiety, którzy po cichu czytali mimo panującego wokół gwaru. A przynajmniej wyglądali, jakby czytali, bo z rzadka tylko przewracali kartki. Na solidnych drewnianych stolikach leżały stare numery pism i postrzępione powieści w miękkich okładkach. W dwóch rogach sali wisiały telewizory; wokół każdego utworzył się wianuszek regularnych widzów, pochłaniających opery mydlane. Oba odbiorniki zagłuszały się wzajemnie, nastawione na inne kanały, jakby bohaterowie każdego z seriali konkurowali z drugim programem. Taki układ wprowadzono po niemal codziennych awanturach między zwolennikami obu filmów.

Francis się rozglądał. Niektórzy pacjenci grali w gry planszowe jak monopol czy ryzyko, kilkoro w szachy i warcaby, a jeszcze inni w karty. Ulubioną grą karcianą w świetlicy były kierki. Piguła zabronił pokera, bo za często jako żetonów używano papierosów i niektórzy pacjenci zaczęli je gromadzić. To musieli być ci mniej szaleni, pomyślał Francis, albo tacy, którzy przyjeżdżając do szpitala, nie zostawili za drzwiami wszystkiego, co łączyło ich ze światem zewnętrznym. On sam należał do tej kategorii; chór jego wewnętrznych głosów zgodził się z tą klasyfikacją. Dalej, oczywiście, byli katoni, włóczący się dookoła, rozmawiający z nikim i ze wszystkimi jednocześnie. Niektórzy tańczyli. Inni powłóczyli nogami. Jeszcze inni chodzili szybkim krokiem w tę i z powrotem. Ale wszyscy żyli we własnym świecie i podążali za wizjami tak odległymi, tak nierzeczywistymi, że Francis mógł jedynie zgadywać, co takiego widzieli. Kiedy na nich patrzył, robiło mu się smutno. Trochę też go przerażali, bo bał się, że może się stać taki sam jak oni. Czasami, myślał, waga jego życia przechylała się bardziej w ich stronę niż w stronę normalności. Uważał współmieszkańców za zgubionych.

Nad wszystkim unosiła się niebieskawa mgiełka papierosowego dymu. Francis nie znosił świetlicy i starał się jej unikać.

Tu wszystkie niekontrolowane myśli puszczano luzem.

Kleo oczywiście rządziła przy stole do ping-ponga i w jego bezpośredniej okolicy.

Żywiołowość i groźny wygląd potężnej kobiety odstraszały większość pacjentów. Francisa zresztą również, do pewnego stopnia. Jednocześnie jednak uważał, że Kleo ma w sobie żywotność, której innym brakowało i którą lubił; wiedział, że potrafiła być zabawna i często udawało się jej rozśmieszać innych, co w szpitalu stanowiło rzadką i cenną umiejętność. Wypatrzyła go i wyszczerzyła się w szerokim uśmiechu.

– Mewa! Spróbujesz się ze mną? – spytała.

– Tylko jeśli mnie zmusisz – odparł Francis.

– A więc nalegam. Zmuszam cię. Proszę… Podszedł do stołu i podniósł paletkę.

– Muszę z tobą porozmawiać o tym, co widziałaś zeszłej nocy.

– W nocy morderstwa? Przysłała cię ta prokurator? Kiwnął głową.

– To ma coś wspólnego ze zdrajcą, którego szuka?

– Zgadza się.

Kleo przez chwilę się namyślała, potem podniosła małą, pingpongową piłkę i przyjrzała się jej uważnie.

– Zrobimy tak – powiedziała. – Możesz mnie pytać w trakcie gry. Dopóki nie skusisz, ja będę odpowiadać. Taka mała gra w grze, rozumiesz?

– Sam nie wiem… – zaczął Francis, ale Kleo zbyła jego protest nonszalanckim machnięciem ręki.

– To będzie wyzwanie – dodała.

Z tymi słowami zaserwowała. Francis wychylił się nad zielonym stołem i odbił piłeczkę. Kleo bez trudu przyjęła podanie; rozległ się rytmiczny stukot.

– Myślałaś o tym, co wtedy widziałaś? – spytał Francis, wyciągając się nad stołem.

– Oczywiście – odparła Kleo. – I im więcej o tym myślę, tym bardziej mnie to intryguje. W naszym Egipcie wiele się dzieje. Rzym też ma tu swoje interesy, nieprawdaż?

– Jak to? – spytał Francis, tym razem chrząkając z wysiłku, ale nie wypadając z gry.

– To co widziałam, trwało zaledwie kilka sekund – ciągnęła Kleo – ale myślę, że bardzo dużo powiedziało.

– Mów dalej.

Kleo odbiła następną piłkę trochę mocniej i pod mniejszym kątem, tak że Francis musiał przyjąć ją bekhendem, co zrobił, ku własnemu zaskoczeniu. Kleo zaśmiała się wesoło, bez trudu odparowując kontrę przeciwnika.

– To, jak wszedł, jak się rozejrzał, co zrobił – wysapała – powiedziało mi, że raczej się nie bał.

– Nie rozumiem.

– Oczywiście, że rozumiesz – stwierdziła Kleo, tym razem posyłając mu łatwo piłkę na środek stołu. – Wszyscy się tu czegoś boimy, prawda, Mewa? Albo tego, co tkwi w nas samych, albo tego, co tkwi w innych, albo tego, co jest na zewnątrz. Boimy się zmian. Boimy się, że nic się nie zmieni. Martwiejemy na każde odstępstwo od normy, przeraża nas zmiana codzienności. Każdy chce być inny, ale to zarazem zagrożenie największe ze wszystkich. A więc kim jesteśmy? Żyjemy w świecie tak niebezpiecznym, że się nas wyparł. Teraz pojmujesz?

Wszystko, co powiedziała Kleo, pomyślał Francis, to prawda.

– Chcesz powiedzieć, że jesteśmy jeńcami?

– Więźniami. Jasne – stwierdziła Kleo. – Wszystko nas więzi. Ściany. Lekarstwa. Własne myśli. – Tym razem uderzyła piłkę trochę mocniej, ale tak, by Francis mógł ją odebrać. – Ale człowiek, którego widziałam, nie był więźniem. A jeśli był, wtedy to, co sobie wyobraża, jest zupełnie inne niż w przypadku reszty.

Francis trafił piłką w siatkę. Potoczyła się z powrotem do niego.

– Punkt dla mnie – oznajmiła Kleo. – Serwuj.

Francis posłał piłeczkę nad stołem i znów przestrzeń wypełniło rytmiczne stukanie.

– Nie bał się, kiedy otwierał drzwi do waszego dormitorium… – myślał głośno.

Kleo złapała piłkę w powietrzu, przerywając grę. Nachyliła się do Francisa.

– Ma klucze – szepnęła. – Klucze do czego? Do drzwi w budynku Amherst? Czy dalej? Do innych dormitoriów? Schowków? Biura w budynku administracji? A mieszkania personelu? Czy jego klucze pasują do ich drzwi? Czy może otworzyć bramę wjazdową, Francis? I po prostu stąd wyjść, kiedy tylko chce? – Znów zaserwowała.

Francis przez chwilę się zastanawiał.

– Klucze to władza, prawda?

Klik, klik, odbijała się piłeczka od stołu.

– Dostęp zawsze oznacza władzę – oświadczyła Kleo stanowczym tonem. – Klucze wiele mówią – dodała. – Zastanawiam się, skąd je wziął.

– Po co przyszedł do waszej sali, ryzykując, że ktoś go zobaczy? Kleo nie odpowiadała przez kilka odbić piłki nad siatką.

– Może dlatego, że mógł. Francis znów się zastanowił.

– Jesteś pewna, że nie poznałabyś go, gdyby znów się zjawił? – spytał. – Przypomniałaś sobie, jakiego był wzrostu, jakiej budowy? Pamiętasz cokolwiek, co go wyróżniało? Coś, czego moglibyśmy szukać…

Kleo pokręciła głową. Wzięła głęboki oddech i pozornie skupiła się na grze, z każdym uderzeniem nabierając szybkości. Francis był nieco zaskoczony, że dotrzymuje jej tempa, odbija strzały, zwinnie przesuwa się w lewo i w prawo, bekhend i forhend, za każdym razem pewnie trafiając w piłkę. Kleo z uśmiechem tańczyła na boki, z baletowym wdziękiem, kontrastującym z jej masą.

– Ale Francis, ty i ja nie musimy znać jego twarzy, żeby go rozpoznać – powiedziała po chwili. – Musimy tylko zauważyć jego nastawienie. To będzie coś tutaj niespotykanego. W tym miejscu. W naszym domu. Nikt inny tego nie wytropi, prawda, Mewa? Tylko my, kiedy już to zauważymy – dodała – będziemy dokładnie wiedzieli, na co patrzymy.

Francis wyciągnął rękę i odbił piłkę trochę za mocno. Poleciała za stół. Kleo błyskawicznie złapała ją w powietrzu.

– Trochę za mocno – oceniła. – Ale strzał był ambitny, Mewa.

W miejscu pełnym strachu, pomyślał Francis, szukali człowieka, który niczego się nie bał. W rogu sali nagle odezwały się podniesione głosy. Francis odwrócił się, słysząc ton wściekłości. Powietrze przeszył głośny szloch, a zaraz po nim pełen złości wrzask. Francis odłożył paletkę i odsunął się od stołu.

– Coraz lepiej sobie radzisz, Mewa – zachichotała Kleo; jej śmiech nałożył się na odgłosy awantury. – Powinniśmy jeszcze kiedyś pograć.

Kiedy Francis dotarł do gabinetu Lucy, zdążył się trochę zastanowić nad tym, czego się dowiedział. Zastał Lucy opartą o ścianę za prostym, szarym, metalowym biurkiem. Miała skrzyżowane na piersi ramiona i patrzyła na Petera. Strażak siedział pochylony nad rozłożonymi przed sobą trzema dużymi, brązowymi, tekturowymi teczkami. Na biurku leżały duże błyszczące zdjęcia, czarnobiałe, wyraźne plany miejsc zbrodni, ze strzałkami, kółkami i notatkami, i formularze zapisane szczegółami. Raporty biura koronera i zdjęcia z powietrza. Kiedy Francis wszedł do pokoju, Peter z rozdrażnieniem podniósł wzrok.

– Cześć, Francis - powiedział. – Wskórałeś coś?

– Może trochę – odparł Francis. – Rozmawiałem z Kleo.

– Podała dokładniejszy opis?

Francis pokręcił głową. Wskazał stosy dokumentów i zdjęć.

– Sporo tego – powiedział. Nigdy wcześniej nie widział dokumentacji dochodzenia w sprawie morderstwa; zrobiła na nim duże wrażenie.

– Owszem, ale niewiele mówi – odparł Peter. Lucy przytaknęła.

– Z drugiej strony, mówi całkiem dużo – dodał Strażak. Lucy skrzywiła się, jakby ta uwaga uraziła ją albo zaniepokoiła.

– Nie rozumiem – powiedział Francis.

– Cóż – zaczął Peter powoli, ale z każdym słowem nabierał rozpędu. – Mamy tu trzy zbrodnie, popełnione w trzech różnych policyjnych jurysdykcjach, prawdopodobnie, bo ciała po śmierci zostały przeniesione, co oznacza, że nie wiadomo bezwzględnie, komu przydzielić sprawę, co z kolei zawsze oznacza biurokratyczny bałagan, nawet jeśli udział w dochodzeniu bierze policja stanowa. Ofiary zostały znalezione w różnym stadium rozkładu, zwłoki były wystawione na działanie warunków atmosferycznych, więc badania laboratoryjne są bardzo utrudnione albo po prostu niemożliwe. O ile można wywnioskować z raportów detektywów, mamy do czynienia z ofiarami wybranymi losowo, ponieważ zabitych kobiet nic nie łączy oprócz budowy ciała, fryzury i wieku. Krótkie włosy, szczupła sylwetka. Jedna była kelnerką, jedna studentką, jedna sekretarką. Nie znały się nawzajem. Nie mieszkały niedaleko siebie. Nie miały ze sobą nic wspólnego oprócz niefortunnego faktu, że wszystkie wracały samotnie do domu różnymi środkami komunikacji miejskiej, metrem albo autobusem, i że każda musiała od przystanku czy stacji iść do domu kilka przecznic ciemnymi uliczkami.

– Cierpliwemu człowiekowi – dodała Lucy – łatwo było je wyszukać i śledzić.

Peter zawahał się, jakby słowa pani prokurator obudziły w nim wątpliwość. Francis widział, że w jego przyjacielu kiełkuje jakiś pomysł, lecz Peter nie wie, czy wypowiedzieć go głośno. W końcu, po kilku chwilach, odchylił się do tyłu.

– Różne jurysdykcje. Lokalizacje. Agencje. Wszystko to razem…

– Zgadza się – wtrąciła ostrożnie Lucy, jakby nagle zaczęła uważać na słowa.

– Interesujące – odparł Peter. Potem znów nachylił się nad materiałami powoli przyglądając się całości. Po chwili zamarł i wybrał trzy fotografie prawych dłoni ofiar. Przez moment przyglądał się zmasakrowanym palcom. Pamiątki – powiedział z ożywieniem. – Raczej klasyka.

– To znaczy? – spytał zdezorientowany Francis.

– Z badań nad wielokrotnymi mordercami wynika – wyjaśniła cicho Lucy – że jedną z ich charakterystycznych cech jest potrzeba zabrania czegoś ofierze, żeby później przeżywać to doświadczenie na nowo.

– Zabrania czegoś?

– Kosmyka włosów. Kawałka ubrania. Części ciała.

Francis zadrżał. Poczuł się nagle młody, młodszy niż kiedykolwiek, i zdziwił się, jak to możliwe, że tak niewiele wie o świecie, a Peter i Lucy, starsi od niego o osiem, najwyżej dziesięć lat, wiedzą tak dużo.

– Ale wspomniałeś, że mimo wszystko sporo się z tych dokumentów dowiedziałeś – powiedział. – Czego?

Peter spojrzał na Lucy i przez krótką chwilę patrzyli sobie w oczy. Francis przyjrzał się uważnie młodej prokurator i pomyślał, że swoim pytaniem zatarł jakiś podział. Wiedział, że są chwile, kiedy zebrane i wypowiedziane słowa nagle tworzą mosty i powiązania, i podejrzewał, że to właśnie jedna z takich chwil.

– Wszystko to mówi nam, Francis – zwrócił się Peter do chłopaka, ale nie odrywał wzroku od młodej kobiety – że anioł Chudego wie, jak popełniać zbrodnie, żeby stworzyć olbrzymie problemy ludziom, którzy chcieliby go powstrzymać. Oznacza to, że jest inteligentny. I nieźle wykształcony, a przynajmniej biegły w sprawach zabijania. Kiedy się nad tym zastanowić, są dwa sposoby rozwiązywania zagadki morderstwa, Mewa. Pierwszy, najlepszy i prowadzący do jedynego słusznego wniosku to duża liczba dowodów i śladów zebranych na miejscu zbrodni. Odciski palców, nitki z ubrania, krew i narzędzie zbrodni, może nawet zeznania naocznych świadków. Potem to wszystko się zestawia z wyraźnymi motywami, na przykład chęcią zdobycia pieniędzy z polisy, napadem albo kłótnią poróżnionej pary.

– A drugi sposób? – spytał Francis.

– To znalezienie podejrzanego, a potem odkrycie tego, co go łączy z wydarzeniami.

– Czyli na odwrót.

– Zgadza się – powiedziała Lucy.

– Czy to trudniejszy sposób? Peter westchnął.

– Trudny? Tak. Niemożliwy? Nie.

– To dobrze. – Francis spojrzał na Lucy. – Zmartwiłbym się, gdyby nasz cel okazał się niemożliwy do osiągnięcia.

Peter wybuchnął śmiechem.

– Tak naprawdę, Mewa, musimy tylko znaleźć sposób, jak odkryć kim jest anioł. Spiszemy listę podejrzanych, potem będziemy ją zawężać, aż zdobędziemy mniejszą lub większą pewność, kto to jest. A przynajmniej dojdziemy do kilku nazwisk potencjalnych morderców. Następnie przyłożymy do każdego z nich to, co wiemy o zbrodni. Na pewno jeden będzie się spośród nich wyróżniał. Wszystkie elementy wskoczą na miejsce, nie wiemy tylko, jak i kiedy to nastąpi. Ale w tym stosie papierów, raportów i dowodów jest coś, co zapędzi go w pułapkę.

Francis wziął głęboki oddech.

– O jaki konkretnie sposób ci chodzi? – spytał.

Peter wyszczerzył się w uśmiechu.

– Widzisz, mój młody przyjacielu, to właśnie cała zagadka. To musimy ustalić. Jest tu gdzieś ktoś, kto nie jest tym, za kogo wszyscy go biorą. Czai się w nim szaleństwo zupełnie innego rodzaju, Mewa. A on cholernie dobrze je ukrywa. Musimy tylko odkryć, kto udaje.

Francis popatrzył na Lucy, która kiwała głową.

– To, oczywiście, o wiele łatwiej powiedzieć, niż zrobić – dodała powoli.

Rozdział 12

Czasami linia demarkacyjna między snem i jawą zaciera się. Ciężko mi je od siebie odróżnić. Podejrzewam, że dlatego właśnie muszę brać tyle leków, jakby rzeczywistość można było wzmocnić chemicznie. Wchłaniasz ileś tam miligramów tej czy tamtej pigułki i świat z powrotem staje się wyraźny. To smutna prawda; lekarstwa najczęściej robią to, co powinny. I tak sobie myślę, że generalnie to dobrze. Wszystko zależy od tego, na ile człowiek ceni sobie wyrazistość rzeczywistości. W chwili obecnej nie ceniłem jej w ogóle.

Nie wiem, ile godzin spałem na podłodze w pokoju. Zabrałem z łóżka poduszkę i koc, a potem położyłem się obok moich słów, nie chcąc ich opuszczać, prawie tak jak rodzic boi się zostawić na noc chore dziecko. Podłoga była twarda jak deska i kiedy się obudziłem, stawy protestowały bólem przeciwko takiemu traktowaniu. Przez okna do mieszkania wpadało światło świtu, jak herold obwieszczający trąbką nowinę. Wstałem do pracy, może niezupełnie odświeżony, ale przynajmniej trochę mniej śpiący.

Przez chwilę rozglądałem się dookoła, upewniając się, że jestem sam.

Anioł był gdzieś niedaleko, wiedziałem o tym. Nie uciekł. To nie było w jego stylu. Nie schował się też znów za moimi plecami. Wszystkie zmysły miałem wyostrzone mimo kilkugodzinnego snu. Znajdował się blisko. Obserwował. Czekał. Gdzieś niedaleko. Ale pokój był pusty, przynajmniej na razie, i poczułem ulgę. Jedyne echa, jakie słyszałem, to swoje własne.

Próbowałem przekonać samego siebie, że powinienem zachować bardzo dużą ostrożność. W Szpitalu Western State występowaliśmy przeciwko niemu we troje. A i tak szanse nie były wyrównane. Teraz, samotny w moim mieszkaniu, bałem się, że nie dam rady znów stawić mu czoła.

Odwróciłem się do ściany. Przypomniałem sobie, jak zadałem Peterowi pytanie, i jego odpowiedź, udzieloną pogodnym tonem. „Praca detektywa polega na spokojnym, uważnym badaniu faktów. Twórcze myślenie zawsze jest mile widziane, ale tylko w granicach wyznaczonych przez znane detale”.

Roześmiałem się na głos. Tym razem nie udało mi się powstrzymać ironii.

– Ale nie to zadziałało, prawda? – spytałem.

Może w prawdziwym świecie, zwłaszcza dzisiaj, z testami DNA, mikroskopami elektronowymi i technikami analizy sądowej wspartymi nauką, technologią i nowoczesnymi możliwościami, odnalezienie anioła nie byłoby takie trudne. Pewnie okazałoby się nawet łatwe. Włóż odpowiednie substancje do probówki, dodaj trochę tego i trochę tamtego, przepuść całość przez gazowy chronometr, użyj technologii kosmicznej, idź po komputerowy wydruk i gotowe. Ale wtedy, w Szpitalu Western State, nie mieliśmy tych wszystkich rzeczy. Ani jednej.

Mieliśmy tylko siebie.

W samym budynku Amherst przebywało prawie trzystu pacjentów mężczyzn. W innych budynkach liczba ta była dwa razy większa, a całość męskiej populacji szpitala osiągała niemal dwa tysiące sto osób. Kobiet było mniej, sto dwadzieścia pięć w Amherst, trochę ponad dziewięćset w całym szpitalu. Pielęgniarki, stażystki, pielęgniarze, ochrona, psychologowie i psychiatrzy zwiększali liczbę przebywających w szpitalu do przeszło trzech tysięcy. Nie był to najludniejszy świat, pomyślał Francis, ale mimo wszystko spory.

Po przyjeździe Lucy Jones Francis nabrał zwyczaju przyglądania się spacerującym korytarzami mężczyznom z nowym rodzajem zainteresowania. Nie dawała mu spokoju myśl, że jeden z nich jest mordercą; zaczął się gwałtownie odwracać za każdym razem, kiedy ktoś zbliżył się do niego z tyłu.

Wiedział, że to bez sensu. Zdawał sobie też sprawę, że boi się nie tego, czego powinien. Ale ciężko było mu się pozbyć poczucia nieustannego zagrożenia.

Dużo czasu spędził, próbując nawiązać ze współmieszkańcami kontakt wzrokowy, choć wszelkie okoliczności zdecydowanie temu nie sprzyjały. Zewsząd otaczały go najróżniejsze przypadki chorób umysłowych, o różnych stopniach nasilenia, i nie miał pojęcia, jak zmienić swój sposób postrzegania tych chorób, by wypatrzyć tę jedną, zupełnie inną od pozostałych. Harmider, który robiły jego głosy, powiększał tylko rosnące podenerwowanie. Czuł się trochę tak, jakby strzelały w nim elektryczne impulsy, odbijały się chaotycznie, usiłując znaleźć sobie spokojne miejsce. Choć usilnie próbował, nie udawało mu się odpocząć i był coraz bardziej zmęczony.

Peter Strażak nie sprawiał wrażenia osoby równie spiętej. Właściwie, zauważył Francis, im gorzej czuł się on sam, tym Peter wyglądał lepiej. W jego głosie pojawiła się większa stanowczość, zaczął szybciej chodzić po korytarzu. Zniknął ulotny smutek, który miał w sobie, kiedy pojawił się w szpitalu. Peter był pełen energii, czego Francis mu zazdrościł, bo sam czuł jedynie strach.

Ale czas spędzony z Lucy i Peterem w małym gabinecie sprawił, że udało mu się nad tym zapanować. W niewielkim pomieszczeniu nawet jego głosy cichły i był w stanie słuchać tego, co miały mu do powiedzenia.

Najpierw, jak wyjaśniła Lucy, należało opracować metodę zawężenia liczby potencjalnych podejrzanych. Przejrzała historię choroby każdego pacjenta i ustaliła, kto miałby sposobność zabicia tamtych trzech kobiet, co, jak sądziła, było powiązane z zamordowaniem Krótkiej Blond. Lucy znała daty trzech pierwszych zabójstw. Każde nastąpiło kilka dni lub tygodni przed znalezieniem ciał. Przeważająca większość pacjentów w tym czasie przebywała w zamknięciu. Długoterminowych, zwłaszcza starych, łatwo było wyeliminować z procesu dochodzenia.

Lucy nie podzieliła się tą wiadomością ani z doktorem Gulptililem, ani z panem Evansem, chociaż Peter i Francis wiedzieli, co robiła. Wywołało to pewne napięcie, kiedy poprosiła pana Złego o dane pacjentów budynku Amherst.

– Oczywiście – powiedział. – Główne akta trzymam u siebie w szafkach. Może pani przyjść je przejrzeć w dowolnym momencie.

Lucy stała przed swoim gabinetem. Było wczesne popołudnie, a pan Zły od rana przychodził już dwa razy. Pukał głośno do drzwi i pytał, czy może w czymś pomóc. Przypominał od razu Francisowi i Peterowi, że ich sesje grupowe odbędą się jak zwykle i że mają się na nich pojawić.

– W takim razie chodźmy teraz – powiedziała Lucy. Ruszyła przed siebie korytarzem, ale pan Zły natychmiast ją zatrzymał.

– Tylko pani – zakomunikował sztywno. – Tamci dwaj nie.

– Pomagają mi – zaoponowała Lucy. – Wie pan o tym.

Pan Zły pokiwał głową, ale zaraz potem energicznie zaprzeczył.

– Tak, być może – powiedział powoli. – To się jeszcze okaże. Jak pani wie, mam pewne wątpliwości. Mimo to nie daje im to prawa wglądu w karty chorych. Zawierają one poufne dane osobiste, zebrane podczas sesji terapeutycznych, a nie mogę pozwolić, by czytali je inni pacjenci naszego małego szpitala. Byłoby to z mojej strony naruszenie zasad etyki zawodowej i pogwałcenie praw stanowych dotyczących ochrony danych osobowych. Powinna pani o tym wiedzieć, panno Jones.

Lucy zawahała się, rozważając jego słowa.

– Przepraszam. Ma pan oczywiście słuszność. Założyłam po prostu, że może ze względu na wyjątkowość sytuacji da nam pan taryfę ulgową.

Evans się uśmiechnął.

– Oczywiście. Chcę pani zapewnić jak największą swobodę w walce z wiatrakami. Ale nie wolno mi łamać prawa i nie może pani prosić o to mnie ani żadnego innego kierownika dormitorium.

Pan Zły miał długie ciemne włosy i okulary w drucianych oprawkach, nadające mu niechlujny wygląd. Żeby złagodzić to wrażenie, często nosił krawat i białą koszulę, chociaż buty zawsze miał brudne i zdarte. Zachowywał się trochę tak, pomyślał Francis, jakby nie chciał, by kojarzono go ani ze środowiskiem buntu, ani krainą statecznego spokoju. Niechęć przynależności do żadnego z tych światów stawiała pana Evansa w trudnym położeniu.

– Oczywiście, nie będę tego robić – powiedziała Lucy posłusznie.

– Zwłaszcza że wciąż czekam, aż wykaże mi pani, że ta poszukiwana mityczna persona rzeczywiście tu jest.

Lucy uśmiechnęła się lekko.

– A jakie dokładnie dowody chciałby pan zobaczyć? – spytała, kiedy milczenie zaczęło się robić niezręczne.

Evans również się uśmiechnął, jakby słowna szermierka sprawiała mu przyjemność. Pchnięcie. Parada. Cios.

– Coś więcej niż tylko przypuszczenie – odparował. – Może wiarygodnego świadka, chociaż skąd miałaby go pani wziąć w szpitalu dla umysłowo chorych, trudno mi sobie wyobrazić… – Zaśmiał się, jakby to był żart. -… Albo może narzędzie zbrodni, którego jak dotąd nie odnaleziono. Coś konkretnego. Solidnego… – Znów zrobił wesołkowatą minę niczym uczestnik przedstawienia, urządzonego wyłącznie dla jego uciechy. – Oczywiście, jak pewnie już się pani zorientowała, panno Jones, „konkretny” i „solidny” nie są pojęciami pasującymi do naszego małego światka. Wie pani tak samo dobrze jak ja, że statystycznie rzecz biorąc, umysłowo chorzy są o wiele bardziej skłonni zrobić krzywdę sobie niż komuś innemu.

– Być może człowiek, którego szukam, nie jest umysłowo chory, według pana dokładnej definicji – powiedziała Lucy. – Należy do zupełnie innej kategorii.

– Cóż, może tak – odparł Evans żywo. – Właściwie to bardzo prawdopodobne. Ale tutaj mamy aż w nadmiarze ludzi i tej pierwszej kategorii, a nie z drugiej. - Ukłonił się lekko i zatoczył ręką krótki łuk, wskazując swój gabinet. – Wciąż ma pani ochotę przejrzeć karty? – spytał.

Lucy odwróciła się do Petera i Francisa.

– Muszę to zrobić. A przynajmniej zacząć. Spotkamy się później.

Peter spojrzał ze złością na pana Evansa, który nie popatrzył w jego stronę, lecz poprowadził Lucy Jones korytarzem, odpędzając podchodzących do niego pacjentów. Francisowi skojarzył się z człowiekiem wyrąbującym sobie maczetą drogę przez dżunglę.

– Byłoby miło, gdyby się okazało, że to tego sukinsyna szukamy – mruknął pod nosem Peter. – To by było naprawdę niezłe, zostałbym tu dla samej tej satysfakcji. – Wybuchnął krótkim śmiechem. – Cóż, Mewa. W życiu nigdy nie ma aż tak dobrze. Wiesz, jak to mówią: „Uważaj, żeby twoje życzenia się nie spełniły”. – Cały czas, kiedy to mówił, nie spuszczał oka z pana Evansa idącego korytarzem. Odczekał kilka chwil. – Porozmawiam z Napoleonem – dodał i westchnął. – Przynajmniej dowiem się, jak to wszystko wygląda z perspektywy XVIII wieku.

Francis poszedłby z nim, ale zawahał się, a Peter odwrócił się na pięcie i pomaszerował do świetlicy. W tym momencie chłopak zauważył Dużego Czarnego. Pielęgniarz stał oparty o ścianę i palił papierosa; jego biały uniform lśnił w promieniach słońca wpadającego przez okna. Skóra Dużego Czarnego wydawała się przez to jeszcze ciemniejsza; Francis zobaczył, że pielęgniarz im się przyglądał. Podszedł do niego, a olbrzym odepchnął się od ściany i rzucił papierosa na podłogę.

– Paskudny nałóg – parsknął. – Tak samo śmiertelny jak wszystko inne tutaj. Może. Więc lepiej nie zaczynaj i ty, tak jak zaczęli wszyscy, Mewa. Sporo tu paskudnych przyzwyczajeń. I nie bardzo można z nimi cokolwiek zrobić. Staraj się trzymać z dala od złych nawyków, Mewa, to wcześniej czy później stąd wyjdziesz.

Francis nie odpowiedział. Patrzył, jak pielęgniarz spogląda wzdłuż korytarza, zatrzymując wzrok najpierw na jednym pacjencie, potem na drugim, ale tak naprawdę skupiał się na czymś zupełnie innym.

– Dlaczego oni się nienawidzą, panie Moses? – spytał po chwili Francis.

Duży Czarny nie odpowiedział wprost.

– Wiesz, czasami, na południu, gdzie się urodziłem, trafiały się staruszki, które potrafiły przeczuwać zmiany pogody. Wiedziały, kiedy nad wodą rozpęta się sztorm. Zwłaszcza w porze huraganów chodziły, węszyły w powietrzu, śpiewały albo recytowały zaklęcia, czasami rzucały kawałki kości i muszelki na szmatki. Trochę jak wiedźmy. Teraz, kiedy jestem wykształconym człowiekiem, żyjącym we współczesnym świecie, Mewa, wiem, że nie należy wierzyć w te czary i inkantacje. Ale sęk w tym, że one się nigdy nie myliły. Jeśli nadciągał sztorm, wiedziały o tym pierwsze. To one kazały ludziom zaganiać bydło do obór, wzmacniać dachy, przygotować trochę wody w butelkach na wypadek nieszczęścia, którego nikt inny nie dostrzegał. A nadchodziło, zawsze, bez wyjątku. To absurd, kiedy się nad tym zastanowić; to zupełnie logiczne, kiedy się nie zastanawiasz. – Uśmiechnął się i położył dłoń na ramieniu Francisa. – Jak myślisz, Mewa? Patrzysz na tych dwóch, na to, jak się zachowują, i też przeczuwasz nadchodzącą burzę?

– Dalej nie rozumiem, panie Moses.

Olbrzym pokręcił głową.

– Powiem tak: Evans ma brata. I być może to, co zrobił Peter, ma coś wspólnego z tym bratem. Dlatego, kiedy Peter tu trafił, Evans załatwił wszystko tak, żeby to on odpowiadał za jego ocenę. Dopilnował, żeby Peter wiedział, że cokolwiek by chciał, on, Evans, postara się, żeby tego nie dostał.

– Ale to niesprawiedliwe – zaprotestował Francis.

– Nie mówiłem, że coś tu jest sprawiedliwe, Mewa. W ogóle nie wspominałem o sprawiedliwości. Powiedziałem tylko, że być może ma to jakiś związek z tymi paskudnymi kłopotami, które nas czekają, prawda?

Duży Czarny wsadził dłoń do kieszeni. Kiedy to zrobił, zadzwonił pęk kluczy przy jego pasku.

– Panie Moses, te klucze… Są do wszystkich drzwi?

Moses kiwnął głową.

– Tak. Do Amherst. Do innych dormitoriów też. Do ochrony. Sal sypialnych. Nawet do izolatek. Chcesz otworzyć frontową bramę, Francis? Tego właśnie potrzebujesz.

– Kto ma takie klucze?

– Przełożone pielęgniarki. Ochrona. Pielęgniarze, tacy jak ja i mój brat. Główny personel.

– Zawsze wiadomo, gdzie są wszystkie komplety?

– Teoretycznie. Ale wiesz, to, co ludzie powinni robić, i to, co dzieje się naprawdę, to czasem dwie różne rzeczy. Zwłaszcza tutaj. – Zaśmiał się. – Zaczynasz zadawać pytania jak panna Jones i Peter. On wie, jak zadawać pytania. A ty się uczysz.

Francis uśmiechnął się na ten komplement.

– Zastanawiam się, czy żadnych kluczy nigdy nie brakuje – powiedział. Duży Czarny pokręcił głową.

– Źle sformułowałeś pytanie, Mewa. Spróbuj jeszcze raz.

– Czy jakichś kluczy brakuje?

– O, to właściwe pytanie. Tak. Jednego kompletu brakuje.

– Ktoś ich szukał?

– Owszem. Ale może „szukał” to złe słowo. Ludzie zajrzeli w miejsca, które przyszły im do głowy, potem dali sobie spokój.

– Kto je zgubił?

– Ależ nikt inny jak nasz dobry przyjaciel, pan Evans. – Olbrzymi pielęgniarz roześmiał się głośno, a kiedy odrzucił głowę w tył, spostrzegł zbliżającego się do nich swojego brata. – Hej – zawołał. – Mewa zaczął się wszystkiego domyślać.

Francis zobaczył, że pielęgniarki za siatką dyżurki na środku korytarza podniosły wzrok i uśmiechnęły się, jakby usłyszały żart. Mały Czarny też się wyszczerzył.

– Wiesz co, Francis? – powiedział.

– Co takiego, panie Moses?

– Spróbuj pojąć, jak ten świat działa. – Pielęgniarz szerokim machnięciem ręki wskazał cały szpital. – Zrozum to wszystko porządnie i do końca, a uwierz mi, zrozumienie świata na zewnątrz, za tymi murami, nie będzie dla ciebie wcale takie trudne. Jeśli będziesz miał szansę.

– A co powinienem zrobić, żeby dostać szansę, panie Moses?

– To najważniejsze pytanie, no nie, braciszku? Wszyscy tutaj zadają je sobie bez przerwy, każdej minuty, każdego dnia. Co zrobić, żeby dostać szansę. Są na to sposoby, Mewa. Więcej niż jeden. Ale nie ma żadnych zasad, prostych „tak” i „nie”. Musisz znaleźć własną drogę. Znajdziesz ją, Mewa. A wtedy po prostu nią pójdź. To największy problem, prawda?

Francis nie wiedział, jak odpowiedzieć, ale pomyślał, że starszy pielęgniarz na pewno się myli. Nie uważał też, by zdołał pojąć jakikolwiek świat. Usłyszał kilka swoich głosów, głęboko w duchu, i spróbował dosłyszeć, co mówią, bo podejrzewał, że mają coś do powiedzenia. Ale kiedy się skupił, zauważył, że obaj pielęgniarze mu się przyglądają, widzą na jego twarzy to, co dzieje się w duszy, i przez chwilę poczuł się nagi. Uśmiechnął się więc najuprzejmiej, jak potrafił, i poszedł przed siebie korytarzem, szybkim krokiem, do wtóru werbla tłukących się w nim wątpliwości.

Lucy siedziała za biurkiem w gabinecie pana Evansa, a on przeszukiwał jedną z czterech szafek z aktami, ustawionych pod ścianą. Patrzyła na ślubne zdjęcie w rogu. Zobaczyła Evansa, z krócej przyciętymi i uczesanymi włosami, w granatowym prążkowanym garniturze, podkreślającym chudą sylwetkę. Stał obok młodej kobiety w białej sukience, ledwie skrywającej zaawansowaną ciążę. Panna młoda miała na potarganych ciemnych włosach wianek z kwiatów. Oboje tkwili pośrodku grupy ludzi w różnym wieku, od bardzo starych do bardzo młodych; wszyscy mieli usta wykrzywione w uśmiechu, który, jak uznała Lucy, można było nazwać jedynie wymuszonym. Wśród nich stał mężczyzna w powłóczystych szatach księdza, odbijających swoim złotym brokatem światło lampy błyskowej fotografa. Trzymał dłoń na ramieniu Evansa; Lucy spostrzegła jego uderzające podobieństwo do psychologa.

– Ma pan brata bliźniaka? – spytała.

Evans podniósł wzrok, zobaczył, że Lucy patrzy na zdjęcie, i odwrócił się do niej z naręczem żółtych teczek.

– Rodzinna cecha – powiedział. – Moje córki to też bliźniaczki.

Lucy rozejrzała się, ale nie zobaczyła nigdzie fotografii. Evans spostrzegł pytające spojrzenie pani prokurator.

– Mieszkają ze swoją matką. Powiem tylko, że przechodzimy ciężki okres.

– Przykro mi – mruknęła; nie dodała, że to nie jest powód, by nie powiesić na ścianie zdjęcia córek.

Evans wzruszył ramionami. Rzucił teczki na biurko. Upadły z głuchym łomotem.

– Kiedy dorasta się jako bliźniak, człowiek przyzwyczaja się do wszystkich dowcipów. Nigdy się nie zmieniają. Dwie krople wody. Jak ich państwo rozróżniacie? Macie obaj te same pomysły? Kiedy przez całe życie się wie, że na górze piętrowego łóżka śpi ktoś, kto jest lustrzanym odbiciem, zaczyna się inaczej patrzeć na świat. I lepiej, i gorzej, panno Jones.

– Byliście panowie identyczni? – spytała, właściwie tylko dla podtrzymania rozmowy, bo jeden rzut oka na zdjęcie dawał odpowiedź.

Pan Evans zawahał się, zmrużył oczy, a w jego głosie pojawił się wyraźny chłód.

– Kiedyś tak. Teraz już nie.

Lucy uniosła pytająco brwi.

Evans odkaszlnął.

– Niech pani spyta swojego nowego kolegą detektywa. Zna odpowiedź o wiele lepiej niż ja. Peter Strażak, ten, co zaczyna od gaszenia pożarów, ale potem sam je roznieca, wszystko pani wyjaśni.

Lucy nie wiedziała, co powiedzieć, więc po prostu przysunęła do siebie akta. Pan Evans usiadł naprzeciw pani prokurator. Odchylił się na krześle, swobodnie skrzyżował nogi i przyglądał się młodej kobiecie. Jego spojrzenia przeszywały powietrze jak pociski. Intensywność wzroku psychologa zaczęła przeszkadzać Lucy.

– A może by mi pan pomógł? – zaproponowała nagle. – To nie będzie trudne zadanie. Na początek chciałabym wyeliminować mężczyzn, którzy przebywali w szpitalu, kiedy popełniano pierwsze trzy morderstwa. Innymi słowy, jeżeli tu byli…

– To nie mogli być gdzie indziej – wtrącił obcesowo. – Teoretycznie wystarczyłoby porównać daty.

– Tak.

– Tyle tylko że pewne aspekty sytuacji mogą to nieco utrudnić. Lucy przez chwilę milczała.

– Jakie aspekty? Evans potarł podbródek.

– Niektórzy pacjenci zgłosili się do szpitala dobrowolnie. Mogą go opuszczać, na przykład na weekendy, za zgodą odpowiedzialnych za nich członków rodziny. Właściwie nawet coś takiego popieramy. Dlatego niewykluczone, że ktoś, kto według papierów jest tu na stałe, w rzeczywistości spędził jakiś czas na zewnątrz. Oczywiście pod nadzorem. Przynajmniej teoretycznie. Na pewno nie ma takiej możliwości w przypadku ludzi odesłanych tu z wyroku sądu. Ani tych, których personel uznał za niebezpiecznych. Jeśli trafiło się tu przez akt przemocy, nie można wyjść, nawet na wizytę do domu. Chyba że, oczywiście, ktoś z personelu uzna, że to dopuszczalny element terapii. Ale to też zależy od tego, jakie leki pacjent akurat przyjmuje. Można posłać na noc do domu kogoś, kto bierze pigułki. Z zastrzykiem już nie. Rozumie pani?

– Chyba tak.

Do tego regularnie przeprowadzamy niby sądowe posiedzenia, żeby oficjalnie usprawiedliwić czyjeś dalsze zatrzymanie lub zwolnienie – ciągnął Evans, trochę się rozkręcając. – Ze Springfield przyjeżdża publiczny obrońca, który razem z doktorem Gulptililem i przedstawicielem stanowego oddziału Służby Zdrowia Psychicznego zasiada w komisji, trochę jak w przypadku komisji zwolnień warunkowych. Takie też odbywają się od czasu do czasu i mają bardzo nieregularne efekty.

– Co to znaczy „nieregularne”?

– Wypuszczamy ludzi, bo ich stan się stabilizuje, a potem, za kilka miesięcy, są u nas z powrotem, kiedy tracą kompensację. Leczenie chorób umysłowych przypomina trochę chodzenie w obrotowych drzwiach. Albo na automatycznej bieżni.

– Ale pacjenci z budynku Amherst…

– Nie wiem, czy mamy w chwili obecnej pacjentów, których stan społeczny i umysłowy pozwalałby wypuścić na przepustkę. Może paru, w najlepszym wypadku. Musiałbym sprawdzić, czy ktoś ma teraz wyznaczony termin posiedzenia. Nie orientuję się też, jak to jest w przypadku mieszkańców pozostałych budynków. Proszę spytać innych psychologów.

– Myślę, że powinniśmy się skupić na tym budynku – powiedziała Lucy z ożywieniem. – W końcu morderstwo popełniono w Amherst i podejrzewam, że też tutaj jest najprawdopodobniej morderca.

Pan Evans uśmiechnął się nieprzyjemnie, jakby dostrzegł w słowach pani prokurator żart, którego ona nie była świadoma.

– Dlaczego tak pani zakłada?

– Sądziłam po prostu…

Evans nie dał jej dokończyć.

– Jeśli ta mityczna persona jest tak sprytna, jak pani uważa, przemieszczanie się z budynku do budynku późno w nocy nie powinno stanowić dla niej problemu.

– Ale teren szpitala patroluje ochrona. Chyba zauważyłaby kogoś, kto chodziłby między budynkami?

– Podobnie jak wiele instytucji państwowych borykamy się, niestety, z brakami kadrowymi. A ochrona patroluje teren o regularnych porach i nie tak znów trudno byłoby jej uniknąć, jeśli komuś by właśnie na tym zależało. Poza tym są inne sposoby przemieszczania się tak, żeby nikt tego nie widział.

Lucy znów się zawahała, uświadamiając sobie, że powinna w tym momencie zadać pytanie; Evans wykorzystał milczenie pani prokurator, żeby wygłosić własną opinię.

– Chudy… – Lekko, niemal nonszalancko machnął ręką. – Chudy miał motyw, sposobność i chęć, cały był we krwi pielęgniarki. Nie rozumiem, dlaczego tak bardzo upiera się pani przy szukaniu kogoś innego. Zgadzam się, że Chudy to pod wieloma względami sympatyczny człowiek. Ale też paranoidalny schizofrenik, a w przeszłości dopuszczał się już przemocy. Zwłaszcza wobec kobiet, w których widział sługi szatana. W dniach bezpośrednio poprzedzających zbrodnię dostawał niewystarczające dawki leków. Gdyby mogła pani przejrzeć jego akta medyczne, które zabrała policja, znalazłaby tam pani mój wpis, sugerujący, że Chudy mógł jakoś ukryć fakt, że nie otrzymuje odpowiednich dawek. Poleciłem, żeby podawać mu leki dożylnie, bo doustne się nie sprawdzają.

Lucy znów nie odpowiedziała. Chciała powiedzieć Evansowi, że samo okaleczenie dłoni pielęgniarki w jej oczach oczyszczało Chudego z zarzutów. Ale nie podzieliła się z nim tą uwagą.

Evans przysunął teczki w stronę pani prokurator.

– Mimo to – powiedział – jeśli przejrzy pani te akta… i tysiąc innych w pozostałych budynkach… może pani wyeliminować pewne osoby. Na pani miejscu przyłożyłbym mniejszą wagę do dat, a większą do diagnoz. Wykluczyłbym umysłowo upośledzonych. I katatoników, którzy nie reagują ani na leki, ani na elektrowstrząsy. Po prostu nie są fizycznie zdolni do tego, co pani podejrzewa. Tak samo pewne zaburzenia osobowości wykluczają to, czego pani szuka. Z przyjemnością odpowiem na wszystkie pytania. Ale najtrudniejsze… cóż, tu musi pani radzić sobie sama. – Odchylił się do tyłu i zaczął obserwować Lucy, kiedy przysunęła pierwszą teczkę, otworzyła ją i przeglądała zawartość.

Francis stał oparty o ścianę pod gabinetem pana Złego, nie wiedząc, co ma robić. Nie minęło dużo czasu, kiedy zobaczył Petera Strażaka. Peter podszedł, też oparł się o ścianę i wbił spojrzenie w drzwi, które dzieliły ich od Lucy ślęczącej nad dokumentacją. Odetchnął wolno, z cichym gwizdem.

– Rozmawiałeś z Napoleonem? – spytał Francis.

– Chciał zagrać w szachy. No to zagrałem, i skopał mi tyłek. Ale detektyw powinien umieć grać w szachy.

– Dlaczego?

– Bo zwycięska strategia ma nieskończoną liczbę wariacji, a mimo to dostępność ruchów jest ograniczona przez bardzo konkretne możliwości każdej figury. Skoczek może tak… – Poruszył ręką do przodu i w bok. – A goniec tak… – Machnął dłonią na ukos. – Grasz w szachy, Mewa?

Francis pokręcił głową.

– Powinieneś się nauczyć.

Kiedy tak rozmawiali, zatrzymał się obok nich potężny, mocno zbudowany mężczyzna, który mieszkał w dormitorium na drugim piętrze. Miał wyraz twarzy charakterystyczny dla upośledzonych umysłowo; łączył w sobie pustkę i zdziwienie, jakby mężczyzna chciał dostać odpowiedź na jakieś pytanie ale wiedział, że nie zdoła jej pojąć. W budynku Amherst i całym Szpitalu Western State było sporo takich ludzi; Francis się ich bał, bo znajdowali się w stanie chwiejnej równowagi: łagodni, a zarazem zdolni do nagłej, niewytłumaczalnej agresji. Szybko nauczył się omijać ich szerokim łukiem. Teraz niedorozwinięty mężczyzna otworzył szeroko oczy i wykrzywił się w gniewnym grymasie, jakby był wściekły, że świat w tak wielkim stopniu pozostaje poza jego możliwościami pojmowania. Zagulgotał cicho, wpatrując się intensywnie we Francisa i Petera. Peter popatrzył równie przenikliwie.

– Na co się gapisz? – zapytał.

Mężczyzna wymamrotał coś trochę głośniej.

– Czego chcesz? – powtórzył Peter. Odsunął się od ściany, napinając mięśnie.

Niedorozwinięty chrząknął przeciągle jak dzikie zwierzę stające naprzeciw rywala. Dał krok do przodu, garbiąc ramiona. Jego twarz wykrzywiła się; Francis pomyślał, że ograniczenia wyobraźni upośledzonego atlety czynią go jeszcze bardziej przerażającym, bo wszystko, co posiadał, w miarę swoich skromnych możliwości, to gniew. I nie było sposobu ustalić, co go spowodowało. Po prostu wybuchł w tej chwili, w tym miejscu. Niedorozwinięty zacisnął dłonie i wściekle zamachał pięściami, jakby okładał niewidzialną zjawę.

Peter dał jeszcze krok do przodu i zatrzymał się.

– Nie rób tego, kolego – ostrzegł. Mężczyzna najwyraźniej szykował się do ataku.

Nie warto – dodał Peter, ale przygotował się do walki. Niedorozwinięty podszedł o krok bliżej, potem stanął. Wciąż pochrząkując z wściekłości, nagle rąbnął się pięścią w bok głowy. Odgłos uderzenia poniósł się echem po całym korytarzu. Mężczyzna uderzył się jeszcze raz i kolejny. Z jego ucha pociekła wąska strużka krwi.

Peter ani Francis nie drgnęli.

Upośledzony krzyknął. W jego głosie była nuta tryumfu, ale też udręki. Francis nie wiedział, czy to wyzwanie, czy sygnał.

Gdy echa krzyku ucichły, mężczyzna znieruchomiał. Westchnął i wyprostował się. Spojrzał na Francisa i Petera. Potrząsnął głową, jakby chciał przejrzeć wyraźnie na oczy. Nagle zmarszczył w zdziwieniu czoło. Pewnie w jego głowie pojawiło się jakieś niezwykle ważne pytanie i, w tym samym olśnieniu, rozbłysła odpowiedź. Potem ni to prychnął, ni się uśmiechnął i niespodziewanie poszedł swoją drogą, coś do siebie mamrocząc.

Francis i Peter odprowadzili go wzrokiem.

– O co mu chodziło? – spytał Francis drżącym głosem.

Peter pokręcił głową.

– O nic – powiedział cicho. – Tutaj nigdy nic nie wiadomo. Trudno stwierdzić, dlaczego ktoś dostał ataku szału. Jezusie, Mario, Józefie święty, Mewa. To najdziwniejsze miejsce, w jakie można mieć nieszczęście kiedykolwiek trafić. Niech je szlag.

Obaj znów oparli się o ścianę. Peter wyglądał na wzburzonego napaścią, do której nie doszło.

– Wiesz, Mewa, kiedy byłem w Wietnamie, myślałem, że to nieźle pokręcone miejsce. Właściwie w każdej chwili mogło się wydarzyć coś dziwnego. I śmiertelnie niebezpiecznego. Ale tam przynajmniej miało to sens. My byliśmy po to, żeby zabijać ich, a oni, żeby zabijać nas. Logiczne, chociaż zboczone. A kiedy wróciłem do domu i wstąpiłem do straży, wiesz, czasem w pożarze różnie to bywa. Walą się ściany. Zapadają podłogi. Wszędzie żar i dym. Ale jest w tym jakiś kosmiczny porządek. Ogień płonie według pewnego wzorca, podsycają go określone rzeczy i jeśli znasz reguły działania, najczęściej możesz się przygotować. Ale tu jest zupełnie inaczej. Tutaj wszystko pali się bez przerwy. Pozostaje jednak zamaskowane i zaminowane.

– Biłbyś się z nim?

– A miałbym wyjście?

Peter rozejrzał się po pacjentach chodzących po budynku.

– Jak tu w ogóle można przeżyć? – zapytał. Francis nie umiał odpowiedzieć.

– Nie wiem, co tak naprawdę mamy robić – szepnął.

Peter pokiwał głową; na jego usta powrócił nagle krzywy uśmiech.

– To, mój młody, stuknięty przyjacielu, może być najtrafniejsze zdanie, jakie kiedykolwiek wypowiedziałeś.

Rozdział 13

Lucy wyszła z gabinetu pana Evansa. W prawej ręce niosła żółty notes. Miała wyraźnie niezadowoloną minę. Na pierwszej stronie notesu widniała długa, pospiesznie spisana lista nazwisk. Lucy szła szybkim krokiem, jakby poganiał ją niepokój. Podniosła wzrok, kiedy zauważyła czekających na nią Francisa i Petera Strażaka. Podeszła do nich, smutno kręcąc głową.

– Wydawało mi się, głupio, jak się okazuje, że wystarczy porównać daty z danymi szpitalnego archiwum. A to nie takie proste. W szpitalnym archiwum panuje kosmiczny bałagan, a poza tym cała dokumentacja nie znajduje się w jednym miejscu. Czyli czeka mnie dużo nudnej roboty. Cholera.

– Pan Zły nie okazał się tak pomocny, jak twierdził? – zapytał z rozbawieniem Peter; ton jego głosu sprawił, że w pytaniu była już zawarta odpowiedź.

– Chyba tak – odparła Lucy.

– Cóż – powiedział Peter, żartobliwie naśladując brytyjski akcent Piguły. – Jestem wstrząśnięty. Po prostu wstrząśnięty…

Lucy szła dalej korytarzem, krokiem równie pospiesznym jak tempo jej myśli.

– A więc – ciągnął Peter – czego udało się pani dowiedzieć?

– Że będę musiała sprawdzić wszystkie pozostałe budynki, nie tylko Amherst. Poza tym trzeba znaleźć akta pacjentów, którzy mogli wyjść na weekendową przepustkę w naszym przedziale czasowym. Żeby skomplikować sprawę jeszcze bardziej, nie jestem wcale pewna, czy istnieje jedna, główna lista, która by mi to ułatwiła. Spisałam za to podejrzane osoby z tego budynku. Czterdzieści trzy nazwiska.

– Wyeliminowała pani kogoś z powodu wieku? – spytał Peter, głosem już pozbawionym wesołości.

Lucy kiwnęła głową.

– Tak. Dziadków nie ma sensu przepytywać.

– Myślę… – powiedział wolno Peter, pocierając prawą dłonią policzek, jakby tarciem mógł uwolnić tkwiące w głowie pomysły – że powinniśmy wziąć pod uwagę jeszcze jeden ważny czynnik.

Lucy spojrzała na niego z zaciekawieniem.

– Budowa fizyczna – wyjaśnił krótko.

– To znaczy? – spytał Francis.

– Chodzi mi o to, że do popełnienia zbrodni, z jaką mamy tu do czynienia, potrzeba trochę siły. Napastnik musiał obezwładnić Krótką Blond, potem zawlec ją do schowka. W dyżurce były ślady walki, więc wiemy, że nie podkradł się do pielęgniarki od tyłu i nie ogłuszył jej jednym ciosem. Właściwie chyba zależało mu na szamotaninie.

Lucy westchnęła.

– To prawda. Im bardziej się z nią szarpał, tym bardziej się podniecał. To by się zgadzało z tym, co wiemy o tego typu osobowościach.

Francis zadrżał. Miał nadzieję, że nikt tego nie zauważył. Nie potrafił tak zimno i swobodnie rozmawiać o rzeczach rodem z najgorszego koszmaru.

– A więc wiemy, że szukamy kogoś dość silnego – ciągnął Peter. – Wobec tego od razu odpada sporo ludzi stąd, bo chociaż Gulptilil pewnie by się z tym nie zgodził, raczej nie trafiają tu fizycznie sprawni. Nie za wielu mamy tu kulturystów i maratończyków. Powinniśmy też ograniczyć liczbę kandydatów do jakiegoś przedziału wiekowego. Poza tym, jak sądzę, jeszcze jeden czynnik mógłby skrócić listę. Diagnoza. Kto trafił tu za akty przemocy. Kto cierpi na schorzenie, które wywołałoby chęć lub potrzebę popełnienia morderstwa.

– Też o tym pomyślałam – wtrąciła Lucy. – Kiedy stworzymy portret człowieka, którego szukamy, wszystko się nam wyklaruje. – Odwróciła się do Francisa. – Mewa, będę potrzebowała twojej pomocy.

Francis nachylił się do pani prokurator.

– Jakiej?

– Chyba nie pojmuję szaleństwa – powiedziała.

Francis musiał zrobić zmieszaną minę, bo Lucy się uśmiechnęła.

– Och, nie zrozum mnie źle. Nie mam problemu z językiem psychiatrii, kryteria diagnozy, planami leczenia i tekstami medycznymi. Ale nie wiem, jak to wygląda od środka, z pozycji patrzącego. Myślę, że ty w tym mi pomożesz. Muszę wiedzieć, kto byłby w stanie popełnić te zbrodnie.

– Jak pani chce… – mruknął Francis niepewnie.

Peter za to kiwał głową, jakby widział coś, co było oczywiste dla niego i powinno być oczywiste dla Lucy, ale co wciąż umykało Francisowi.

– Na pewno da sobie radę. Ma wrodzony talent. Prawda, Mewa?

– Postaram się.

Gdzieś w głębi siebie Francis usłyszał stłumiony gwar, jakby jego mieszkańcy prowadzili gwałtowny spór. Potem odezwał się jeden z głosów. Powiedz im. Możesz. Powiedz im, co wiesz. Zawahał się, ale po chwili zaczął mówić, a słowa pochodziły z jakiegoś wewnętrznego źródła.

– Musi pani zdać sobie sprawę z jednej rzeczy – zaczął powoli, ostrożnie. Lucy i Peter popatrzyli na niego, jakby trochę zaskoczeni faktem, że włączył się do rozmowy.

– Z jakiej? – spytała Lucy.

Francis kiwnął głową w stronę Petera.

– Peter ma chyba rację. Napastnik musi być silny, a tu nie ma za dużo ludzi, którzy wyglądaliby na dość krzepkich, żeby pokonać kogoś takiego jak Krótka Blond. To znaczy, tak pewnie jest. Ale nie do końca. Jeśli anioł słyszał głosy rozkazujące mu zaatakować Krótką Blond i tamte inne kobiety, no, to nieprawda, że musiał być tak silny, jak sugeruje Peter. Kiedy słyszy się głosy i one każą coś zrobić, to znaczy, naprawdę krzyczą kategorycznie nakazują, no to ból, trudności, siła, to wszystko schodzi na drugi plan. Po prostu robi się to, co każą. Nie ma żadnych przeszkód. Gdyby głos kazał pani podnieść samochód albo głaz, no to zrobiłaby to pani albo zabiła się, próbując. A więc nie musi być tak, jak sugeruje Peter. To może być ktokolwiek, bo znalazłby potrzebną siłę. Głosy powiedziałyby mu, gdzie jej szukać.

Przerwał i usłyszał w sobie dudniące echo: Zgadza się. Dobrze powiedziane, Francis.

Peter spojrzał na przyjaciela uważnie, potem uśmiechnął się szeroko. Stuknął Francisa w ramię.

Lucy też się uśmiechnęła.

– Będę o tym pamiętać, Francis. – Westchnęła głęboko. – Dzięki. Myślę, że możesz mieć rację. To tylko potwierdza fakt, że nie prowadzimy zwyczajnego śledztwa. Zasady są tu trochę inne, prawda?

Francis poczuł ulgę i zadowolenie, że na coś się przydał. Wskazał swoje czoło.

– Tutaj też są inne – powiedział.

Lucy dotknęła jego ramienia.

– Będę pamiętać – powtórzyła i pokręciła głową. – Musicie się dla mnie dowiedzieć czegoś jeszcze.

– Proszę mówić – rzucił Peter pospiesznie.

– Evans dał do zrozumienia, że są sposoby, żeby poruszać się nocą między budynkami bez zwracania na siebie uwagi ochrony. Mogę zapytać go wprost, co miał na myśli, ale wolałabym ograniczyć jego udział do minimum…

– Rozumiem – powiedział szybko Peter. Może trochę za szybko.

Lucy spojrzała na niego ostro.

– Cały czas się zastanawiam, czy nie moglibyście zbadać tego z punktu widzenia pacjentów. Kto wie, jak niepostrzeżenie się przemieszczać po terenie? Co się ryzykuje? I komu by na tym zależało?

– Uważa pani, że anioł przyszedł z innego budynku?

– Chcę się dowiedzieć, czy mógł.

Peter znów kiwnął głową.

– Rozumiem – powtórzył. Zaczął mówić coś jeszcze, przerwał. – Dowiemy się, czego damy radę – obiecał po chwili.

– To dobrze – odparła energicznie Lucy. – Idę do doktora Gulptilila. Zamierzam dokładniej przyjrzeć się różnym datom. Każę się oprowadzić po innych oddziałach, zobaczę, czy zdołam stworzyć listę nazwisk podejrzanych pacjentów.

– Można wyeliminować mężczyzn ze zdiagnozowanym upośledzeniem – poradził Peter. – Zawęzi pani pole działania. Ale tylko z ciężkim upośledzeniem.

Lucy znów kiwnęła głową.

– Słusznie. Spotkajmy się w moim gabinecie przed obiadem, zobaczymy, co uda się nam wskórać.

Odwróciła się i odeszła szybkim krokiem. Francis zauważył, że pacjenci schodzili pani prokurator z drogi. W pierwszej chwili pomyślał, że ludzie muszą się bać Lucy, czego nie rozumiał, potem jednak uświadomił sobie, że raczej płoszyła ich jej obcość. Ona była normalna, oni nie. Chodziło o to, co sobą reprezentowała – egzystencja tej kobiety sięgała poza mury szpitala. Obecność Lucy, pomyślał, podważała logikę istnienia świata, w którym wszyscy tu żyli. I to wydawało się najbardziej niepokojące.

Francis przyjrzał się uważnie twarzom niektórych pacjentów i zrozumiał, że w budynku bardzo niewiele osób naprawdę pragnęło zburzenia spokoju ich świata, co przynosiła ze sobą Lucy. W Szpitalu Western State pacjenci i personel kurczowo trzymali się codziennej rutyny, bo tylko w ten sposób można było zapanować nad siłami, które zmagały się we wnętrzu każdego z chorych. Dlatego właśnie tak wielu ludzi tkwiło tu przez tyle lat – bo bardzo szybko pojmowali, co jest niebezpieczne. Pokręcił głową. Wszystko tu stało do góry nogami, pomyślał. Szpital był miejscem pełnym zagrożeń, nieustannie bulgoczącym kotłem konfliktów, wściekłości i szaleństwa; a mimo to stwarzał pozory otoczenia mniej niebezpiecznego niż świat zewnętrzny. Lucy należała do świata zewnętrznego. Francis odwrócił się i zobaczył, że Peter Strażak też odprowadza ją wzrokiem. Jego twarz wyrażała poczucie frustracji, zrodzonej przez uwięzienie. Oboje byli tacy sami, pomyślał Francis. Żyli w innym świecie.

Zastanawiał się, czy on sam też pasuje do tej kategorii.

Po chwili Peter odwrócił się i lekko pokręcił głową.

– Będzie ciężko, Mewa – powiedział.

– Co masz na myśli?

– Lucy się wydaje, że to zupełnie prosta sprawa. Dała nam zadanie, żebyśmy mieli zajęcie i mogli się skupić. Ale tu chodzi o coś więcej.

Francis wyczekująco spojrzał na Petera.

– Kiedy tylko zaczniemy wypytywać ludzi, rozejdą się słuchy i wcześniej czy później dotrą do kogoś, kto rzeczywiście wie, jak przechodzić z budynku do budynku po zmroku, kiedy wszyscy teoretycznie są zamknięci, nafaszerowani lekami i śpią. To ktoś, kogo szukamy. Wtedy będziemy narażeni na atak. – Peter wziął głęboki oddech i wolno wypuścił powietrze z płuc. – Pomyśl tylko – mruknął cicho, pod nosem. – Wszyscy mieszkamy w budynkach rozsianych po całym terenie szpitala. Tu jemy. Chodzimy na sesje. Spędzamy wolny czas. Śpimy. A każdy budynek jest taki sam.

Jeden w drugi. Małe, zamknięte światy w większym zamkniętym świecie. Kontakty między nimi są ograniczone do minimum. Cholera jasna, twój rodzony brat mógłby siedzieć w budynku obok, a ty byś o tym nie wiedział. Więc po co ktokolwiek miałby przechodzić do innego budynku, który jest dokładnie taki sam, z jakiego wyszedł? Przecież nie jesteśmy gangsterami odsiadującymi dożywocie bez prawa łaski i kombinującymi, jak by tu zwiać. Tutaj nikt nie myśli o ucieczce. Dlatego ktoś ewentualnie chciałby przejść z jednego budynku do drugiego wyłącznie z takiego powodu, którym się właśnie zajmujemy. A za każdym razem, kiedy zadamy komuś pytanie, zasugerujemy aniołowi, że dążymy do zawężenia liczby podejrzanych. A wtedy, cóż… – Peter się zawahał. – Nie wiem, czy anioł kiedykolwiek zabił mężczyznę. Prawdopodobnie tylko te kobiety, o których wiemy.

Duży Czarny i siostra Błąd urządzili tego popołudnia w świetlicy warsztaty malarskie zamiast regularnej sesji grupowej pana Złego. Nie wyjaśniono, gdzie się podział Evans. Lucy też nie było w budynku. Tuzinowi członków grupy rozdano duże, białe płachty grubego, szorstkiego papieru. Potem usadzono ich w luźnym kręgu i dano do wyboru akwarele albo kredki świecowe.

Peter przyglądał się całemu przedsięwzięciu podejrzliwie, ale Francis uznał to za przyjemną odmianę po wysiadywaniu na spotkaniach, których jedynym celem – jak zaczął przypuszczać – było podkreślanie szaleństwa pacjentów na tle normalności pana Evansa. Kleo się niecierpliwiła, jakby już wiedziała, co zamierza narysować, a Napoleon nucił pod nosem marszową melodię, przyglądając się czystej karcie na swoich kolanach i pocierając palcami jej krawędzie.

Siostra Błąd stanęła na środku kręgu. Wszystkich pacjentów traktowała jak dzieci, czego Francis nie znosił.

– Pan Evans chciałby, żebyście spędzili ten czas na rysowaniu autoportretu – oznajmiła z ożywieniem. – Czegoś, co mówiłoby, jak widzicie siebie samych.

– Nie mogę narysować drzewa? – spytała Kleo. Wskazała rząd okien świetlicy, pełnych rozszczepionego blasku popołudniowego słońca.

Za szybą i drucianą siatką Francis widział jedno z drzew rosnących na dziedzińcu. Kołysało się w lekkiej bryzie; wiosenny powiew poruszał młodymi zielonymi liśćmi.

– Nie, chyba że uważasz się za drzewo – odparła siostra Błąd, stwierdzając coś tak oczywistego, że aż przytłaczającego.

– Drzewo Ideowe? – spytała Kleo. Uniosła pulchne ramię i napięła mięśnie jak kulturysta. – Bardzo mocne drzewo.

Francis wybrał paletę akwarelek. Niebieski. Czerwony. Czarny. Zielony. Pomarańczowy. Brązowy. Mały, papierowy kubek z wodą postawił przy sobie na podłodze. Zerknął jeszcze na Petera, który niespodziewanie nachylił się nad swoim papierem i zawzięcie nad czymś pracował. Wreszcie Francis zajął się własną czystą kartką. Umoczył pędzelek w wodzie, potem w czarnej farbie. Gdy narysował podłużny owal, zajął się domalowywaniem rysów.

W głębi świetlicy jakiś mężczyzna stał twarzą do ściany i mamrotał coś monotonnie, przerywając tylko co kilka minut, żeby zerknąć na grupę i zaraz wrócić do swojej dziwnej modlitwy. Francis dostrzegł tego samego upośledzonego, który wcześniej w korytarzu przymierzał się do bójki. Atleta przeszedł przez salę, pochrząkując. Co jakiś czas zerkał w stronę wyimaginowanych wrogów, raz za razem uderzając pięścią w otwartą dłoń. Francis odwrócił się z powrotem do swojego rysunku; delikatnie przesuwał pędzelek po papierze, z satysfakcją obserwując, jak na środku karty pojawia się postać.

Pracował w skupieniu. Starał się namalować sobie uśmiech, ale wyszedł mu przekrzywiony, jakby połowa twarzy z czegoś się cieszyła, a druga była pogrążona w żalu. Oczy patrzyły na niego uważnie; pomyślał, że wie, co się w nich kryje. Francis uznał, że namalował Francisa może trochę za bardzo zgarbionego, zbyt zrezygnowanego. Ale to było mniej ważne niż próba pokazania, że Francis na papierze miał uczucia, marzenia i pragnienia, wszystkie emocje, które wiązał ze światem zewnętrznym.

Nie odrywał wzroku od obrazu, dopóki siostra Błąd nie oznajmiła, że do końca zajęć zostało tylko kilka minut.

Zerknął w bok. Peter z uwagą kończył swoje dzieło. Przedstawiało parę dłoni zaciśniętych na kratach ciągnących się przez całą wysokość karty. Nie było twarzy, ciała, żadnego śladu całego człowieka. Tylko palce owinięte na grubych czarnych prętach, dominujących na papierze.

Siostra Błąd wzięła autoportret Francisa i przez chwilę go oglądała.

Duży Czarny podszedł do pielęgniarki i zajrzał jej przez ramię. Uśmiechnął się.

– Cholera, Mewa – mruknął. – Niezła robota. Chłopak ma talent, o którym nikomu nie mówił.

Pielęgniarka i pielęgniarz przeszli dalej, zbierając prace. Francis stanął obok Napoleona.

– Napciu, jak długo tu jesteś? – spytał.

– W szpitalu?

– Tak. I w Amherst. – Gestem wskazał świetlicę. Napoleon zastanawiał się przez chwilę.

– Dwa lata, Mewa. Chyba że trzy. Nie jestem pewien. Długo – dodał smutno. – Bardzo długo. Traci się poczucie czasu. A może tutaj tego właśnie chcą. Nie wiem.

– Pewnie dobrze się orientujesz, jak tu wszystko działa, prawda? Napoleon ukłonił się lekko, niemal wdzięcznie.

– Niestety, to biegłość, której wolałbym nie posiadać. Ale masz rację.

– Gdybym chciał przedostać się z tego budynku do innych, jak musiałbym się do tego zabrać?

Pytanie trochę spłoszyło Napoleona. Cofnął się o krok i pokręcił głową. Otworzył usta i zaczerwienił się.

– Nie podoba ci się tu, z nami?

Francis gwałtownie zaprzeczył.

– Nie o to chodzi. Późno w nocy. Po lekach, po zgaszeniu świateł. Gdybym na przykład chciał się dostać do innego budynku… Tak, żeby mnie nikt nie widział… Mógłbym to zrobić?

Napoleon rozważył pytanie.

– Chyba nie – odparł powoli. – Zawsze jesteśmy zamykani.

– Ale gdybym nie był zamknięty…

– Zawsze jesteśmy zamknięci.

– Ale gdyby… – upierał się Francis, trochę już zirytowany.

– To ma coś wspólnego z Krótką Blond, prawda? I z Chudym. Ale Chudy nie mógł się wydostać z dormitorium. Oprócz tej nocy, kiedy zginęła Krótka Blond, bo wtedy drzwi były otwarte. Nigdy przedtem nie słyszałem, żeby były otwarte. Nie, nie da rady wyjść. Nikt nie może. Zresztą, kto by chciał?

– Ktoś mógł. Ktoś wyszedł. I ktoś chciał. Ktoś ma klucze. Napoleon zrobił przerażoną minę.

– Pacjent ma klucze? – wyszeptał. – Pierwsze słyszę.

– Tak myślę – powiedział Francis.

– Niemożliwe. Nie wolno nam mieć kluczy. – Napoleon przestąpił z nogi na nogę, jakby ziemia pod podeszwami jego wytartych kapci zrobiła się gorąca. – Gdybyś jednak wyszedł na zewnątrz, to znaczy z budynku, uniknięcie patroli ochrony byłoby raczej łatwe. Nie wyglądają przecież na najbystrzejszych na świecie, prawda? Muszą też chyba meldować się w tych samych miejscach, o tej samej porze co noc. No, nawet ktoś tak obłąkany jak my dałby sobie z tym radę, gdyby miał jakikolwiek plan… – Zachichotał cicho, niemal tracąc panowanie nad sobą, rozbawiony radykalnym stwierdzeniem, że strażnicy ochrony są niekompetentni. Ale potem ściągnął mocno brwi. – Ale nie w tym byłby problem, prawda, Mewa?

– A w czym? – spytał Francis.

– Główne wejście jest na wprost dyżurki pielęgniarek. Tak samo we wszystkich innych budynkach, prawda? A nawet gdyby dyżurny pielęgniarz albo pielęgniarka spali, odgłos otwieranych drzwi by ich obudził.

– A wyjścia awaryjne?

– Chyba są zabite na głucho. – Pokręcił głową. – Chociaż to pewnie wbrew przepisom przeciwpożarowym – dodał. – Powinniśmy zapytać Petera. Założę się, że on wie.

– Raczej tak. Ale mimo to, nawet gdyby ktoś chciał, uważasz, że to niemożliwe?

– Może jest jakaś inna droga. Tylko po prostu nic o niej nie słyszałem. I nigdy nie obiło mi się o uszy, że ktoś chciałby przechodzić z jednego miejsca do drugiego, Mewa. Bo po co, skoro wszystko, czego potrzebujemy i z czego moglibyśmy skorzystać jest tu, na miejscu?

To przygnębiające pytanie, pomyślał Francis. A także nieprawdziwe. Był ktoś, czyje potrzeby wykraczały poza te, o których mówił Napoleon. Francis zapytał sam siebie, prawdopodobnie po raz pierwszy: czego potrzebuje anioł?

To Peter zauważył człowieka od napraw, kiedy wychodziliśmy ze świetlicy. Później często się zastanawiałem, czy wszystko potoczyłoby się inaczej, gdybyśmy mogli przyjrzeć się dobrze temu, co tamten człowiek robił, ale szliśmy na spotkanie z Lucy, a to zawsze miało najwyższy priorytet. Później całymi godzinami, może dniami, po prostu rozmyślałem nad zawiłością tamtych wydarzeń – jakby jedna czy druga rzecz mogła wyjść inaczej, gdyby któreś z naszej trójki umiało dostrzec tę tak ważną złożoność. Czasem szaleństwo polega na fiksacji, skupianiu się na jednej myśli. Obsesja Chudego na punkcie zła. Potrzeba rozgrzeszenia u Petera. Pragnienie sprawiedliwości Lucy. Ci dwoje oczywiście nie byli szaleni, a przynajmniej nie w sposób znany mi albo Pigule, albo nawet panu Złemu. Ale to ciekawe, jak potrzeby tak potężne potrafią przeobrazić się w obłęd. Różnica polega na tym, że niełatwo je zdiagnozować jak moje szaleństwo. Mimo to widok człowieka od napraw, faceta w średnim wieku, z podkrążonymi oczami, w szarej koszuli i spodniach, grubych, roboczych buciorach, z kurzem na ciemnych włosach i poplamionym olejem ubraniu powinien do nas jakoś przemówić. Mężczyzna w brudnej dłoni niósł drewnianą skrzynkę na narzędzia, a zza paska zwieszała mu się wytytłana szmata. Podzwaniał cicho kluczami uderzającymi o plastikową żółtą latarkę, zawieszoną przy pasku. Miał zadowolony wyraz twarzy jak człowiek, który dostrzega nagle koniec długiej i mozolnej pracy. Odwrócił się do Dużego i Małego Czarnego, zapalając papierosa.

– Już niedługo - usłyszeliśmy jego słowa. - Prawie skończyłem. Cholera, co za draństwo.

Potem poszedł do schowka w drugim końcu korytarza niż ten, z którego zabrano zwłoki Krótkiej Blond.

Kiedy wracam myślą do tamtych chwil, widzę tyle różnych znaczących drobiazgów. Małych chwil, które powinny być dużymi momentami. Człowiek od napraw. Upośledzony mężczyzna. Nieobecny administrator. Człowiek mówiący do siebie. Inny, pozornie śpiący w fotelu. Kobieta, która uważała się za wcielenie starożytnej egipskiej władczyni. Byłem młody i nie rozumiałem, że tego rodzaju zbrodnia jest jak mechaniczny pas transmisyjny. Nity i nakrętki, śruby i bolce, wszystko zazębia się razem i tworzy pęd, posuwa się naprzód pod kontrolą sił przypominających trochę wiatr; niewidzialnych, a mimo to pozostawiających ślady – zmięta kartka papieru nagle wznosi się i opada na chodnik; gałąź sunie najpierw w jedną stronę, potem w drugą stronę, dalekie, ciemne chmury burzowe gnają przez złowrogie niebo. Długo trwało, zanim to spostrzegłem.

Peter to wiedział, tak samo Lucy. Może to ich właśnie ze sobą łączyło, przynajmniej z początku. Byli czujni i bezustannie wypatrywali wszystkich sygnałów, które mogłyby im powiedzieć, gdzie szukać anioła. Ale później, już po wszystkim, pomyślałem, że tak naprawdę łączyło ich coś bardziej złożonego. To, że przybyli do Western State niemal w tej samej chwili, nieświadomi, czego potrzebowali. Oboje mieli w sobie wielką wyrwę, a anioł ją wyzwolił.

Siedziałem po turecku na środku swojego pokoju.

Świat wokół mnie wydawał się wyciszony i spokojny. Nie dobiegał nawet płacz dziecka z mieszkania Santiagów. Za oknem panowała smolista czerń. Noc była gęsta jak teatralna kurtyna. Nasłuchiwałem odgłosów ruchu na ulicy, ale nawet one pozostawały stłumione. Znikły dieslowskie porykiwania przejeżdżających ciężarówek. Spojrzałem na swoje dłonie i pomyślałem, że za parę godzin zacznie świtać. Peter powiedział mi kiedyś, że ostatnie ciemności nocy przed rankiem to pora, w jakiej najczęściej umierali ludzie.

To była pora anioła.

Wstałem, wziąłem ołówek i zacząłem rysować. Po kilku minutach miałem gotowego Petera, takiego, jakim go zapamiętałem. Potem zabrałem się do portretu Lucy. Chciałem widzieć w niej czyste piękno, więc trochę oszukiwałem, kiedy przyszło do rysowania blizny. Zrobiłem ją trochę mniejszą niż w rzeczywistości. Po kilku chwilach byli ze mną dokładnie tacy, jakimi ich pamiętałem z tamtych pierwszych dni. Nie takimi, jakimi się wszyscy staliśmy.

Lucy Jones nie dostrzegała żadnego skrótu, który mógłby ją zbliżyć do poszukiwanego mężczyzny. A przynajmniej niczego prostego i oczywistego jak lista pacjentów zdolnych popełnić wszystkie cztery morderstwa. Pozwoliła więc doktorowi Gulptililowi oprowadzać się po terenie szpitala i w każdym z budynków przeglądała akta pacjentów. Eliminowała wszystkich cierpiących na starczą demencję i uważnie badała listę mężczyzn zdiagnozowanych jako głęboko upośledzeni. Wykreślała też każdego, kto przebywał w szpitalu dłużej niż pięć lat. Przyznawała w duchu, że w tym wypadku tylko zgaduje. Ale uznała, że każdy, kto spędził tyle czasu w murach szpitala, był prawdopodobnie tak przesycony antypsychotykami i spętany szaleństwem, że raczej nie potrafiłby funkcjonować w zewnętrznym świecie z choćby skromnym powodzeniem. Anioł natomiast działał sprawnie w obu środowiskach. Im więcej o tym myślała, tym bardziej była przekonana, że musi znaleźć kogoś, kto mógłby dobrze sobie radzić w obu światach.

Z pewną konsternacją doszła do przekonania, że nie może wyeliminować członków personelu. W tym przypadku problemem miało być przekonanie dyrektora, żeby udostępnił jej dane pracowników; wątpiła, żeby się na to zgodził bez dowodów sugerujących, że ktoś z lekarzy, pielęgniarek albo pielęgniarzy jest powiązany ze sprawą. Idąc obok niskiego, hinduskiego psychiatry, nie słuchała tak naprawdę jego monotonnego buczenia o zaletach zamkniętych ośrodków dla umysłowo chorych. Zamiast tego zastanawia się, co dalej.

Późną wiosną w Nowej Anglii wieczorami pojawia się ponury, ciężki mrok, jakby świat nie był przekonany do przejścia z ciemnych miesięcy zimy w lato. Ciepłe, południowe powiewy, unoszone przez prądy powietrza mieszają się z falami chłodu napływającymi z Kanady. Jedno i drugie przypominało niemile widzianych imigrantów, szukających nowego domu. Po terenie szpitala rozpełzały się cienie, nieuchronnie ogarniając wszystkie budynki. Lucy zrobiło się jednocześnie zimno i gorąco, trochę tak, jakby miała gorączkę.

Na listach z kolejnych budynków miała ponad dwustu pięćdziesięciu potencjalnych podejrzanych i martwiła się, że około setki nazwisk mogła odrzucić zbyt pochopnie. Domyślała się, że dojdzie do tego jeszcze około trzydziestu osób z personelu, ale nie była gotowa, żeby się do tego zabrać. Wiedziała, że zniechęci to do niej dyrektora, którego pomocy wciąż potrzebowała.

Kiedy zbliżyli się do Amherst, Lucy zdała sobie nagle sprawę, że nie słyszała żadnych nawoływań ani krzyków z mijanych budynków. A może słyszała je, ale nie zareagowała. Zapisała to sobie w pamięci i pomyślała że szpitalny świat bardzo szybko sprowadził dziwaczność do rutyny.

– Poczytałem co nieco o typie człowieka, którego pani ściga – powiedział doktor Gulptilil, kiedy przechodzili przez dziedziniec.

Ich buty stukały o czarny asfalt ścieżki; Lucy zobaczyła, jak strażnik ochrony zasuwa na noc szpitalną bramę.

– To ciekawe – ciągnął Gulptilil – jak mało uwagi literatura medyczna poświęca temu morderczemu fenomenowi. Jest na ten temat niewiele opracowań. Policja podjęła pewne wysiłki w kierunku tworzenia profili charakterologicznych, ale ogólnie rzecz biorąc, diagnozy i plany leczenia seryjnych morderców do tej pory były ignorowane. Społeczność psychiatrów, musi pani to zrozumieć, panno Jones, nie lubi tracić czasu na psychopatów.

– Dlaczego, doktorze?

– Bo nie da się ich leczyć.

– W ogóle?

– Tak. A przynajmniej klasycznych psychopatów. Nie reagują na antypsychotyki tak jak schizofrenicy. Ani, skoro o tym mowa, jak pacjenci ze schorzeniem bipolarnym, obsesyjno-kompulsywnym, kliniczną depresją albo jakąkolwiek inną zdiagnozowaną chorobą, na którą wynaleziono lekarstwa. Nie, proszę nie myśleć, że psychopata nie cierpi na żadne dające się zdiagnozować choroby umysłu. Nic podobnego. Jednak brak ludzkich cech, tak chyba najlepiej to określić, umieszcza ich w innej kategorii, mało znanej. Nie poddają się planom leczenia, panno Jones. Bywają nieszczerzy, manipulują, zwodzą, często cierpią na manię wielkości. Ich impulsy nie podlegają ograniczeniom przyjętych norm społecznych i moralnych. Muszę przyznać, są przerażający. Bardzo niepokoją jako przypadki kliniczne. Psychiatra Hervey Cleckley napisał na ten temat interesujące opracowanie, które z przyjemnością pani pożyczę. To chyba rozstrzygająca i najdokładniejsza pozycja o tego typu ludziach. Ale bardzo nieprzyjemna w czytaniu, panno Jones, bo Cleckley sugeruje, że nie można nic zrobić. Klinicznie, ma się rozumieć.

Lucy zatrzymała się pod budynkiem Amherst. Niski doktor odwrócił się do niej, lekko przekrzywiając głowę, jakby czegoś nasłuchiwał. Powietrze przeszył samotny, piskliwy krzyk, dobiegający z jednego z sąsiednich budynków, ale oboje go zignorowali.

– Ilu pacjentów zdiagnozowano jako psychopatów? – spytała nagle Lucy. Doktor pokręcił głową.

– Ach, spodziewałem się tego pytania.

– A jak brzmi odpowiedź?

– Niektórzy zdiagnozowani psychopaci nie nadawaliby się do leczenia metodami, jakie tu stosujemy. Nie pomaga im też pobyt w zamkniętym ośrodku, długotrwałe podawanie psychotropów ani nawet niektóre bardziej radykalne metody terapii, do jakich czasami się uciekamy, na przykład elektrowstrząsy. Nie reagują też na tradycyjne formy leczenia, psychoterapię czy nawet… – Zachichotał cicho w charakterystyczny dla siebie, pełen wyższości sposób, który Lucy zdążyła już uznać za irytujący. -… Czy nawet psychoanalizę. Nie, panno Jones, psychopaci nie nadają się do Szpitala Western State. Ich miejsce jest raczej w więzieniach.

Lucy się zawahała.

– Ale nie twierdzi pan, że żadnych tu nie ma, prawda?

Gulptilil uśmiechnął się przebiegle.

– Nikomu czarno na białym nie wpisano takiej diagnozy, panno Jones – odparł. – Są przypadki, gdzie stwierdzono skłonności psychopatologiczne, ale drugorzędne w stosunku do wiele poważniejszych schorzeń psychicznych.

Lucy się skrzywiła, rozzłoszczona wykrętami doktora. Gulptilil odkaszlnął.

– Ale, oczywiście, jeśli pani podejrzenia są słuszne, w co wiele osób wątpi, wtedy najwyraźniej jest tu jeden pacjent, w którego przypadku popełniono poważny błąd w diagnozie.

Otworzył kluczem frontowe drzwi i przepuścił Lucy z nieznacznym ukłonem i nieco wymuszoną galanterią.

Rozdział 14

Późnym wieczorem Lucy poszła do swojego małego pokoiku na pierwszym piętrze dormitorium stażystów. Każdy jej krok spowijała ciemność. Dormitorium było niepozornym budynkiem; stało samotnie w ocienionym rogu, niedaleko siłowni, skąd bezustannie dobiegało buczenie i unosiły się pióropusze dymu, tuż obok szpitalnego cmentarzyka. Wydawało się, że pogrzebani tam zmarli sprawiali, iż wszystkie dźwięki wokół rozbrzmiewały jakby ciszej. Budynek był ceglany, kwadratowy i pozbawiony wdzięku, dwupiętrowy, ze ścianami porośniętymi bluszczem i z wysokimi, białymi doryckimi kolumnami przed głównym wejściem. Przebudowano go pięćdziesiąt lat wcześniej, potem znów, pod koniec lat czterdziestych i na początku pięćdziesiątych, tak więc wszystko, co pozostało z oryginalnej architektury – czyjejś wspaniałej posiadłości na wzgórzu – było już tylko wspomnieniem.

Lucy niosła kartonowe pudło z kilkudziesięcioma teczkami z danymi pacjentów, wyselekcjonowanych z listy, którą systematycznie spisywała. Wśród nich były akta Petera Strażaka i Francisa. Zabrała je, korzystając z nieuwagi Evansa. Miała nadzieją, że zaspokoi swoją ciekawość przyczyn, które zaprowadziły jej dwóch partnerów do szpitala dla umysłowo chorych.

Ogólnie rzecz biorąc, zamierzała zapoznać się z tym, co zazwyczaj trafiało do akt, a dopiero potem przesłuchiwać pacjentów. Nie widziała na razie innej możliwości. Nie miała żadnych dowodów – chociaż wiedziała, że gdzieś muszą być. Nóż albo jakiś inny bardzo ostry przedmiot, pomyślała. Narzędzie zbrodni na pewno zostało dobrze ukryte. Tak jak zakrwawione ubrania lub but ze śladami krwi. I cztery czubki palców.

Lucy zadzwoniła z pytaniem o nie do detektywów, którzy aresztowali Chudego. Żaden z nich jej nie pomógł. Jeden twierdził, że Chudy odciął palce, a potem spuścił w toalecie. Dużo wysiłku bez żadnego wyraźnego powodu, dziwiła się. Drugi, unikając wyrażenia swoich myśli wprost, tańczył wokół sugestii, że Chudy być może zjadł odcięte fragmenty ciała.

– W końcu facet jest kompletnie szurnięty – skwitował.

Żaden z nich nawet nie próbował zastanawiać się nad innymi możliwościami.

– Da pani spokój, panno Jones – powiedział pierwszy. – Mamy drania. Poszedłby pod sąd, gdyby nie fakt, że to świr.

Karton z teczkami był ciężki; Lucy oparła go na kolanie, otwierając drzwi do budynku. Jak dotąd, nie spotkała się jeszcze z żadnymi przypadkami zachowania, które należałoby bliżej zbadać. W szpitalu wszyscy byli dziwni. Przestawały tu działać zwyczajne prawa rozsądku. W świecie poza szpitalem znalazłby się jakiś sąsiad, który zauważył coś dziwnego. Albo kolega z pracy. Może krewny, kryjący dręczące go wątpliwości.

Nic z tego. Tutaj musiała odkryć nowe szlaki, przechytrzyć mordercę, który – wierzyła w to – krył się w szpitalu. Była pewna, że w tej grze odniesie sukces. To nie powinno okazać się zbyt trudne, myślała, przechytrzyć wariata. Albo kogoś, kto udaje psychicznie chorego. Problemem, uświadomiła sobie ze zniechęceniem, było ustalenie zasad tej gry.

Kiedy tylko zasady staną się jasne, wygram, myślała, wspinając się po schodach, wolno, stopień po stopniu. Czuła narastające wyczerpanie tak jak po długiej i wyniszczającej chorobie. Nauczono ją, że wszystkie śledztwa sprowadzały się do tego samego – przewidywalnej rozgrywki w ściśle określonych ramach. I tak było, kiedy przeglądała księgi rachunkowe korporacji migającej się od płacenia podatków albo szukała rabusia napadającego na banki, handlarza dziecięcą pornografią czy oszusta. Jedno prowadziło do drugiego, potem do trzeciego, aż wszystkie elementy układanki wskakiwały na swoje miejsca. Nieudane śledztwa brały się stąd, że któreś z tych ogniw było ukryte, a ktoś wykorzystał jego brak. Lucy westchnęła i wzruszyła ramionami. Najważniejsze, powiedziała sobie, to stworzyć wrażenie presji, tak żeby anioł popełnił błąd.

Popełni na pewno, pomyślała zimno.

Postanowiła najpierw poszukać w kartach informacji o drobnych aktach przemocy. Nie sądziła, by ktoś zdolny do zamordowania człowieka potrafił całkowicie ukryć swoją skłonność do gniewu, nawet w szpitalu. Musi być jakiś ślad. Wybuch. Groźba. Trzeba tylko rozpoznać ten znak, kiedy się na niego natrafi, powiedziała sobie. Nawet w wypaczonym świecie szpitala dla umysłowo chorych ktoś musiał zauważyć coś, co nie pasowało do akceptowanych tu wzorców zachowania.

Była też całkowicie przekonana, że wpadnie na trop, kiedy zacznie zadawać pytania. Ufała w swoją umiejętność docierania pytaniami do prawdy. Nie zastanawiała się nad różnicą między przesłuchiwaniem osoby normalnej i szaleńca.

Klatka schodowa trochę przypominała Lucy niektóre dormitoria na Harvardzie. Echo jej kroków odbijało się od betonowych stopni; Lucy nagle uświadomiła sobie, że jest sama, w zamkniętej przestrzeni. Przeszył ją grot strasznych wspomnień. Gwałtownie wstrzymała oddech. Wolno wypuściła powietrze z płuc, jakby w ten sposób mogła wyrzucić z pamięci chwile, które skuły lodem jej serce. Rozejrzała się gorączkowo dookoła, myśląc „Już tu byłam”, jednocześnie, niemal w tej samej chwili, odrzucając to skojarzenie. Do wnętrza pozbawionego okien nie dochodził żaden szmer spoza budynku. Już drugi raz tego dnia zaskoczył ją jakiś dźwięk. Za pierwszym razem uświadomiła sobie, że w szpitalu panuje nieustanna kakofonia odgłosów. Jęki, wrzaski, nawoływania i mamrotania. Po krótkim czasie przywykła do ciągłego gwaru. Stanęła jak wryta.

Dźwięk ciszy, pomyślała, jest równie niepokojący jak krzyk.

Wokół niej gasły echa; słyszała własny chrapliwy oddech. Zaczekała, aż ogarnie ją zupełna cisza. Wychyliła się za czarną, żelazną balustradę, spojrzała w górę i w dół, upewniając się, że jest sama. Nikogo nie widziała. Jasne oświetlenie schodów nie tworzyło żadnych cieni, w których można by się schować. Stała nieruchomo jeszcze chwilę, próbując pozbyć się ogarniającej ją klaustrofobii. Miała wrażenie, że ściany minimalnie się do siebie zbliżyły. Na klatce schodowej było chłodno; uznała, że nie dochodzi tu ogrzewanie z dormitonum. Zadrżała. Potem znów pomyślała, że zupełnie nie ma racji, bo nagle poczuła pot skraplający się pod pachami.

Potrząsnęła głową, jakby tym gwałtownym ruchem mogła się pozbyć dręczącego ją wrażenia. Czułą lepkość dłoni. Pocieszyła się, że bycie jedną z nielicznych w okolicy rozsądnych osób bez wątpienia mogło wywołać nerwowość i że po prostu wróciło do niej to wszystko, co widziała i czego doświadczyła przez pierwsze dni w szpitalu.

Znów wypuściła wolno powietrze i zaszurała stopą, jakby chcąc przywołać wrażenie normalności i codzienności.

Ale szelest, jaki wywołała, zmroził ją niczym powiew arktycznego powietrza.

Pamięć paliła jak kwas.

Z trudem przełknęła ślinę, upominając się w duchu, że miała zasadę nie wracać do tego, co wydarzyło się wiele lat temu. Nie było sensu rozdrapywać ran, przypominać sobie strachu ani na nowo przeżywać głębokiego upokorzenia. Powtórzyła sobie mantrę, którą wymyśliła po tym, jak została napadnięta: „Jesteś ofiarą tylko wtedy, gdy na to pozwolisz”. Bezwiednie zaczęła podnosić rękę do blizny na policzku. Czuła miejsce, w którym ją zraniono; przypomniała sobie ucisk szwów zakładanych na ostrym dyżurze, ściągających rozcięte płaty skóry. Pielęgniarka cicho dodawała jej otuchy. Po drugiej stronie białej kotary stała dwójka detektywów, mężczyzna i kobieta. Czekali, aż lekarze zajmą się najpierw oczywistymi, krwawiącymi ranami, a potem tymi o wiele gorszymi, wewnętrznymi. Wtedy po raz pierwszy usłyszała określenie „zestaw gwałciciela”, ale nie po raz ostatni; w ciągu kilku lat poznała znaczenie tych słów osobiście i zawodowo. Znów wolno odetchnęła. Najgorsza noc jej życia też zaczęła się na takiej klatce schodowej. Natychmiast odpędziła tę myśl.

Jestem sama, powtórzyła sobie w duchu. Zupełnie sama.

Zgrzytając zębami, wciąż nerwowo nasłuchując każdego podejrzanego odgłosu, ruszyła do drzwi, otworzyła je barkiem i weszła na pierwsze piętro dormitorium. Jej pokój – przejęty po Krótkiej Blond – przylegał do klatki schodowej. Lucy postawiła pudło na podłodze i wyjęła z kieszeni klucz, który dostała od doktora Gulptilila.

Wsunęła klucz do zamka i zamarła.

Drzwi były otwarte. Uchyliły się na kilka centymetrów, ukazując wąski pasek ciemności wzdłuż krawędzi.

Lucy cofnęła się gwałtownie na środek korytarza.

Rozejrzała się i nachyliła lekko, próbując kogoś wypatrzyć albo wyłowić jakiś dźwięk. Ale nagle straciła wzrok i słuch. Wszystkie zmysły słały jej ostrzeżenia.

Lucy nie wiedziała, co robić.

Trzy lata w biurze prokuratora hrabstwa Suffolk oskarżania w sprawach przestępstw na tle seksualnym wiele ją nauczyły. Szybko wspinając się po szczeblach kariery, aż do zastępcy dyrektora wydziału, nieustępliwie rozpracowywała szczegóły kolejnych przypadków. Ciągła styczność ze zbrodnią uruchomiła w niej swego rodzaju codzienny mechanizm testujący. Każdą, najdrobniejszą nawet czynność przykładała do wewnętrznego standardu: „Czy to będzie ten mały błąd, który stworzy komuś sposobność do popełnienia przestępstwa?” Wiedziała więc, że nie powinna chodzić sama po ciemnym parkingu w nocy ani otwierać drzwi bez sprawdzenia, kto puka. Pamiętała, żeby zamykać okna i zachować ciągłą czujność, a czasem wyjąć służbowy pistolet. Chodziło również o niepowtarzanie tych drobnych błędów, które zrobiła tamtej strasznej nocy za czasów studenckich.

Przygryzła wargę. Broń była zamknięta w futerale, w torbie w pokoju.

Znów wytężyła słuch, wmawiając sobie, że wszystko w porządku, chociaż irracjonalny i przerażony wewnętrzny głos upierał się, że jest wręcz przeciwnie. Postawiła na podłodze pudło z teczkami i odsunęła je nogą na bok. Ostrzegawczy krzyk w jej głowie nie milkł.

Zignorowała go i wyciągnęła rękę do klamki.

Potem, z dłonią na mosiądzu, znieruchomiała.

Gdyby metal był rozgrzany do czerwoności, nie zwróciłaby na to uwagi.

Wolno odetchnęła i cofnęła się o krok.

Drzwi były zamknięte, teraz są otwarte, analizowała w duchu. Co robić?

Znów się cofnęła. Potem nagle się odwróciła i ruszyła przed siebie korytarzem. Rozglądała się na lewo i prawo, wytężała słuch. Przyspieszyła kroku, już prawie biegła. Wykładzina tłumiła tupot. Wszystkie pozostałe pokoje na piętrze były zamknięte i ciche. Dotarła do końca korytarza, zdyszana, potem zbiegła po schodach, wybijając obcasami szybki rytm na stopniach. Klatka schodowa była identyczna z tą na drugim końcu, którą weszła kilka minut temu, pusta i pełna ech. Lucy pchnęła ciężkie drzwi i po raz pierwszy usłyszała czyjeś głosy. Ruszyła w ich stronę, przeskakując po dwa stopnie naraz. Przy frontowym wejściu na parterze stały trzy młode kobiety. Wszystkie pod kolorowymi rozpinanymi swetrami miały białe mundurki pielęgniarek; zaskoczone podniosły wzrok, kiedy Lucy do nich podbiegła.

Uspokoiła trochę oddech, wachlując się dłońmi.

– Przepraszam…

Kobiety patrzyły na nią bez słowa.

– Przepraszam, że przeszkadzam w rozmowie – wysapała. – Jestem Lucy Jones, prokurator przysłana tu, żeby…

– Wiemy, kim pani jest, panno Jones, i co pani tu robi – przerwała jej jedna z pielęgniarek. Była wysoka, czarnoskóra, miała szerokie, muskularne ramiona i ciemne włosy. – Coś się stało?

Lucy kiwnęła głową i wzięła głęboki oddech, próbując zapanować nad sobą.

– Nie jestem pewna – powiedziała. – Wróciłam tu i zastałam otwarte drzwi do swojego pokoju. Rano na pewno je zamykałam, kiedy szłam do budynku Amherst…

– To niedopuszczalne – stwierdziła jedna z pielęgniarek. – Nawet jeśli wchodziła tam sprzątaczka albo ktoś od napraw, powinni zamknąć za sobą drzwi.

– Panie wybaczą – powiedziała Lucy – ale byłam tam sama i…

Wysoka, czarna pielęgniarka ze zrozumieniem pokiwała głową.

– Wszyscy jesteśmy trochę nerwowi, panno Jones, nawet po aresztowaniu Chudego. Takie rzeczy nie powinny się zdarzać w szpitalu. Może pójdziemy z panią na górę i sprawdzimy, co się stało?

Nikt nie musiał rozwijać sformułowania „takie rzeczy”, żeby było zrozumiałe. Lucy westchnęła.

– Dziękuję. To bardzo uprzejme z pań strony. Naprawdę będę wdzięczna.

Wszystkie cztery weszły na górę, maszerując razem jak stadko ptaków. Pielęgniarki dalej rozmawiały, właściwie plotkowały, o parze pracujących w szpitalu lekarzy, i żartowały o oślizłości adwokatów, którzy przyjechali w tym tygodniu na posiedzenia komisji zwolnień. Lucy szła przodem, szybkim krokiem zmierzając wprost do swoich drzwi.

– Naprawdę jestem wdzięczna – powtórzyła. Nacisnęła klamkę i pchnęła drzwi.

Osłupiała; były zamknięte. Załomotały w futrynie, ale się nie otworzyły.

Znów pchnęła.

Pielęgniarki popatrzyły na nią trochę dziwnie.

– Były otwarte – wymamrotała Lucy. – Na pewno.

– Teraz są zamknięte – stwierdziła czarna pielęgniarka.

– Ale jestem pewna, że… Nacisnęłam klamkę i zanim przekręciłam klucz w zamku, drzwi się uchyliły – wyjaśniła Lucy, ale bez przekonania. Nagle ogarnęły ją wątpliwości.

Zapadło niezręczne milczenie. Lucy wsunęła klucz do zamka i otworzyła drzwi. Trzy pielęgniarki stanęły za panią prokurator.

– Może wejdźmy do środka i rozejrzyjmy się? – zaproponowała jedna z nich.

Lucy pchnęła drzwi i weszła do pokoju. W środku było ciemno; pstryknęła przełącznik na ścianie. Światło natychmiast zalało małe pomieszczenie. Był to wąski, skromnie urządzony pokoik, przypominający mnisią celę: gołe ściany, ciężka komoda, pojedyncze łóżko, małe, brązowe, drewniane biurko i krzesło z twardym oparciem. Walizka Lucy leżała otwarta na środku łóżka, na czerwonej, sztruksowej narzucie – jedynej plamie żywszego koloru w całym wnętrzu. Wszystko inne było albo brązowe, albo białe jak ściany. Pod okiem trzech pielęgniarek Lucy zajrzała do środka pustej szafy. Potem przeszła do łazienki i sprawdziła kabinę prysznica. Przyklękła nawet i zajrzała pod łóżko, chociaż wszystkie cztery widziały, że nikt się tam nie schował. Lucy wstała, otrzepała się i odwróciła do trzech pielęgniarek.

– Przepraszam – powiedziała. – Jestem pewna, że drzwi były otwarte, i miałam wrażenie, że ktoś czeka na mnie w pokoju. Niepotrzebnie panie tu ciągnęłam…

Ale wszystkie trzy pokręciły głowami.

– Nie ma pani za co przepraszać – odezwała się czarna.

– Nie, przepraszam – zaprotestowała uparcie Lucy. – Ale drzwi były otwarte. A teraz są zamknięte. – W głębi ducha nie miała pewności, czy to prawda.

Pielęgniarki milczały. Czarna wzruszyła ramionami.

– Tak, wszyscy jesteśmy trochę nerwowi. Zawsze lepiej się upewnić, niż później żałować.

Pozostałe zamruczały coś zgodnie.

– Już w porządku? – zapytała pielęgniarka.

– Tak. Dzięki za troskę – odparła Lucy nieco sztywno.

– Jeżeli będzie pani jeszcze kiedyś potrzebować pomocy, niech pani po prostu kogoś znajdzie. Proszę się nie wahać. W takich przypadkach najlepiej ufać własnym przeczuciom.

Pielęgniarka nie wyjaśniła, co miała na myśli, mówiąc o „takich przypadkach”.

Kobiety wyszły. Lucy zamknęła się w pokoju. Było jej trochę wstyd; odwróciła się i oparła plecami o drzwi. Popatrzyła dookoła. Nie myliłaś się, pomyślała. Ktoś tu był. Czekał. Albo się rozglądał.

Zerknęła na swoją torbę. Podeszła do niewielkiego stosiku ubrań i przyborów toaletowych, które ze sobą przywiozła. W tej samej sekundzie uświadomiła sobie, że czegoś brakuje. Nie wiedziała czego, ale była pewna, że z pokoju coś zabrano.

To byłeś ty, prawda?

Właśnie wtedy próbowałeś powiedzieć Lucy coś ważnego o sobie, a ona tego nie zauważyła. To było coś najwyższej wagi i przerażającego, o wiele bardziej niż wszystko, co czuła, kiedy zatrzaskiwała za sobą drzwi. Cały czas myślała jak człowiek normalny, i to była jej największa słabość.

Peter Strażak patrzył na przeciwległą ścianę sali sypialnej, z całych sił próbując oddzielić ból odległego wspomnienia od zadania, którym miał się zająć. Jego myśli mąciła niepewność. Uważał się za człowieka zdecydowanego i stanowczego, więc wątpliwości bardzo go drażniły. On i Mewa spontanicznie zaproponowali Lucy pomoc, ale zastanawiał się, czy postąpił właściwie. W swoim entuzjazmie nie brał pod uwagę porażki i z całych sił próbował odnaleźć drogę, która mogła dać im sukces. Gdzie tylko sięgnął myślą, napotykał ograniczenia i utrudnienia, a nie wiedział, jak mieliby je pokonać.

Uważał się za jedynego pragmatyka w szpitalnym świecie.

Westchnął. Była późna noc, a on siedział oparty o ścianę, z nogami wyciągniętymi na łóżku, słuchając otaczających go odgłosów snu. Nawet noc nie daje wytchnienia w cierpieniu, pomyślał. Mieszkańcy szpitala nie byli w stanie uciec od swoich problemów, nieważne, jak duże dawki narkotyków przepisywał im Piguła. Peter pomyślał, że to właśnie jest najbardziej zdradzieckie w chorobie umysłowej: osiągnięcie stanu, w którym można w ogóle zacząć myśleć o wyzdrowieniu, wymagało tak dużo siły woli i gruntownego leczenia, że stawało się dla większości iście herkulesowym wyzwaniem, a dla niektórych czystą niemożliwością. Usłyszał przeciągły jęk i już miał spojrzeć w tamtą stronę, ale powstrzymał się, bo rozpoznał jęczącego. Smuciło go czasem, kiedy Francis rzucał się we śnie. Chłopak nie zasługiwał na cierpienia, które czyhały na niego w mroku.

Samego siebie nie zaliczał do tej kategorii.

Próbował się rozluźnić, ale nie potrafił. Zastanawiał się przez chwilę, czy gdyby zamknął oczy, z dźwięków wydawanych przez niego przez sen biłaby taka sama męka. Różnica, mówił sobie, między nim a pozostałymi polegała na tym, że on był winny, a oni prawdopodobnie nie.

Nagle, nie wiadomo skąd, poczuł słodkawy, ciężki zapach jakiegoś środka zapalającego. W pierwszej chwili pomyślał, że to benzyna, potem że płyn do zapalniczek.

Wrażenie było tak silne, że niewiele brakowało, a zerwałby się z łóżka. W pierwszym odruchu chciał podnieść alarm, zorganizować ludzi i wyprowadzić ich, zanim wybuchnie pożar. Oczyma wyobraźni zobaczył nagle czerwone i żółte jęzory płomieni, szukające paliwa na łóżku, ścianach, podłodze. Wyobraził sobie rozpaczliwe charczenie w sali zasnutej gęstymi kłębami dymu. Drzwi były zamknięte na klucz, jak co noc; słyszał ogarniętych paniką mężczyzn, wrzeszczących, wzywających pomocy i tłukących o ściany. Wszystkie mięśnie w jego ciele napięły się, a potem, tak samo nagle, rozluźniły, kiedy wciągnął powietrze do płuc i zdał sobie sprawę, że zapach jest halucynacją. Tak jak te, które dręczyły Francisa i Napcia, czy nawet jak te wyjątkowo okropne, nękające Chudego.

Czasami Peterowi wydawało się, że całe jego życie określały zapachy. Odór piwa i whiskey, ciągnący się za ojcem, wymieszany ze smrodem zaschniętego potu i brudu po ciężkiej pracy na budowie. Czasem od ojca czuć było gęstym zapachem ropy, kiedy naprawiał jakieś maszyny. A wtulenie się w jego potężną pierś oznaczało nos pełen stęchłej woni papierosów, które w końcu go zabiły. Matka z kolei zawsze pachniała rumiankiem, bo z całych sił zwalczała ostry odór detergentów, używanych do prania. Czasami, pod ciężkim zapachem jej ulubionych mydeł Peter wychwytywał lekką nutę bielinki. Matka pachniała o wiele lepiej w niedziele, kiedy kąpała się rano, potem piekła ciasta w kuchni, tak że do kościoła szła osnuta ziemistym, chlebowym zapachem, natarczywie czystym, jakby tego właśnie chciał Bóg. Kościół kojarzył się Peterowi też ze sztywnym ubraniem pod biało-złotą szatą ministranta i kadzidłem, od którego czasem kichał. Przypominał sobie te wszystkie zapachy, jakby przyszły razem z nim do szpitala.

Z wojny zapamiętał zupełnie nowy zestaw. Ciężki odór dżungli, roślin i mięsa, kordytu i fosforu po strzelaninach. Lepki smród dymu i napalmu w oddali, wymieszany z przyprawiającym o klaustrofobię zapachem wszechobecnych zarośli. Przyzwyczaił się do smrodu krwi, wymiocin i odchodów, tak często towarzyszącego umieraniu. W wioskach, przez które przechodzili, napotykał aromaty egzotycznej kuchni, a na zalanych polach zapachy bagiennego niebezpieczeństwa. Nad bazami unosił się ostry, znajomy zapach marihuany i szczypiący w oczy smród środków do czyszczenia broni.

Był to świat zapachów nieznanych i niepokojących.

Kiedy wrócił do kraju, odkrył, że ogień też ma dziesiątki różnych zapachów. Palące się drewno pachniało inaczej niż płonące chemikalia czy topiący się w żarze beton. Pierwsze liźnięcia płomieni wydobywały inny zapach niż ogień, który rósł i rozkwitał. A wszystko to z kolei było odmienne od ciężkiego smrodu zwęglonych belek i poskręcanego metalu, który pozostawał, kiedy ogień pokonano i zduszono. Peter znał też specyficzny zapach wyczerpania. Kiedy zapisał się na kurs inspektora pożarowego, najpierw nauczono go korzystać z własnego nosa, bo benzyna, którą często stosowano do podpaleń, pachniała inaczej niż nafta, a ta z kolei różniła się wonią od wszystkich pozostałych środków używanych do siania zniszczenia. Niektóre z tych zapachów były delikatne, z nieuchwytnym, subtelnym bukietem; inne oczywiste i amatorskie, zwracające na siebie uwagę już w pierwszych chwilach, kiedy tylko weszło się na gruzy pogorzeliska.

Peter użył zwykłej benzyny, kupionej na stacji kilometr od kościoła. Zapłacił kartą kredytową na swoje nazwisko. Zależało mu, by nikt nie miał żadnych wątpliwości, kto jest autorem tego konkretnego pożaru.

W półmroku dormitorium domu wariatów Peter Strażak pokręcił głową, chociaż sam nie miał pewności, czemu przeczy. Tamtej nocy zapanował nad swoim morderczym szałem i zignorował wszystko, co wiedział na temat ukrywania źródła pożaru, wszystko, czego nauczył się o ostrożności i subtelności. Zostawił po sobie trop tak wyraźny, że nawet najbardziej niedoświadczony inspektor nie miałby problemu ze znalezieniem sprawcy. Podłożył ogień, potem przeszedł przez nawę za zakrystię, wykrzykując ostrzeżenia, ale przekonany, że jest sam. Zatrzymał się, gdy usłyszał, że ogień zachodzi go od tyłu, i spojrzał w górę, na witraż w oknie, który nagle rozbłysnął życiem, odbijając płomienie. Peter się przeżegnał, jak robił to już tysiące razy, i wyszedł na zewnątrz. Na trawniku przed kościołem stał chwilę, aż pożar wybuchł z pełną siłą. Później. W ciemności, na schodach wejściowych domu swojej matki czekał na przybycie policji. Wiedział, że zrobił dobrą robotę i że nawet najlepsza brygada strażaków nie ugasi pożaru, dopóki nie będzie po wszystkim.

Nie przypuszczał jednak, że ksiądz, którego tak znienawidził, był w środku. Na połówce w kancelarii, a nie w domu, we własnym łóżku, gdzie powinien być, jak zwykle. Spał w objęciach mocnego środka nasennego, bez wątpienia przepisanego mu przez lekarza parafianina, martwiącego się, że ojczulek chodzi blady i mizerny, a jego kazania są pełne niepokoju. Nic dziwnego, że takie były. Peter Strażak wiedział, co ksiądz zrobił jego małemu bratankowi, i ze wszystkich parafian tylko on mógł pociągnąć tego człowieka do odpowiedzialności. To właśnie nigdy nie dawało Peterowi spokoju: dlaczego ksiądz nie wybrał sobie innej ofiary, niespokrewnionej z nikim, kto by zareagował. Peter zastanawiał się też, czy środek, który nie pozwolił księdzu się obudzić, kiedy wokół niego szalała rycząca śmierć, nie był tym samym środkiem, który Piguła zwykł przepisywać swoim pacjentom. Przypuszczał, że tak – symetria tego faktu wydawała mu się przyjemnie, prawie zabawnie ironiczna.

– Co się stało, to się nie odstanie – wyszeptał.

Rozejrzał się, żeby sprawdzić, czy nikogo nie obudził.

Spróbował zamknąć oczy. Wiedział, że musi się przespać, a mimo to nie miał nadziei, że sen przyniesie mu odpoczynek.

Westchnął i zsunął nogi z łóżka. Postanowił pójść do łazienki i napić się wody. Potarł dłońmi twarz, jakby w ten sposób mógł zetrzeć część wspomnień.

A kiedy to zrobił, nagle odniósł wrażenie, że jest obserwowany.

Wyprostował się gwałtownie i rozejrzał uważnie po sali.

Większość mężczyzn spowijała ciemność. Światło padające z okien rozjaśniło jeden kąt sali. Peter wodził wzrokiem w tę i z powrotem po łóżkach śpiących niespokojnie szaleńców, ale nie widział żadnego, który by nie spał, a z całą pewnością żadnego, który patrzyłby w jego stronę. Usiłował zlekceważyć dziwne wrażenie, ale nie mógł. Wypełniło jego żołądek nerwową energią. Wszystkie zmysły nagle zaczęły wywrzaskiwać ostrzeżenia. Próbował się uspokoić, bo zaczynał podejrzewać u siebie zaczątki paranoi takiej samej jak u otaczających go mężczyzn, ale wtedy kątem oka dostrzegł drobne poruszenie.

Obejrzał się i zobaczył twarz, zaglądającą do środka przez małe okienko w drzwiach wejściowych. Ich oczy się spotkały. Potem, tak samo nagle, twarz zniknęła.

Peter zerwał się z łóżka i podbiegł slalomem do drzwi w półmroku między łóżkami. Przycisnął twarz do grubego szkła i wyjrzał na korytarz. Widział tylko kilka metrów w każdą stronę; zobaczył pustkę.

Pociągnął za klamkę. Drzwi były zamknięte.

Poczuł ogarniającą go potężną falę gniewu i frustracji. Zacisnął zęby i pomyślał, że to, na czym mu zależało, zawsze pozostawało poza jego zasięgiem, za zamkniętymi drzwiami.

Słabe światło, cienisty mrok, grube szkło – to wszystko nie pozwalało Peterowi dostrzec choć drobnego szczegółu nieznajomej twarzy. Zachował tylko wrażenie wściekłości w oczach, które na niego spoglądały. Bezlitosny i zły wzrok; chyba po raz pierwszy Peter pomyślał, że może Chudy nie mylił się we wszystkich swoich protestach i odezwach. Coś złego dostało się nieproszone do szpitala; Peter zdawał sobie sprawę, że to zło wie o nim wszystko. Próbował sobie wmówić, że świadomość tego oznacza siłę. Ale podejrzewał, że to wcale nie musi być prawda.

Rozdział 15

Kiedy nadeszło południe, byłem wyczerpany. Za mało snu. Za dużo naelektryzowanych myśli, rykoszetujących w mojej wyobraźni. Zrobiłem sobie krótką przerwę; siedziałem po turecku na podłodze, paląc papierosa. Byłem przekonany, że promienie słońca wpadające przez okna i niosące ze sobą codzienną dawkę dokuczliwego upału odpędziły anioła. Niczym stwór z gotyckiej powieści, był istotą nocy. Odgłosy dnia, gwar przechodniów, dieslowski ryk silnika ciężarówki albo autobusu, syrena radiowozu w oddali, pacnięcie o chodnik gazety ciśniętej przez gazeciarza, głośne rozmowy dzieci idących do szkoły, wszystko to razem go odpędziło. Obaj wiedzieliśmy, że byłem o wiele słabszy w ciszy godzin nocnych. Noc przynosi ze sobą zwątpienie. Ciemność rodzi strach. Spodziewałem się, że anioł wróci, kiedy tylko zajdzie słońce. Nie wymyślono jeszcze pigułki, która potrafiłaby usunąć objawy samotności i odosobnienia nadchodzące z końcem dnia. Na razie jednak byłem bezpieczny, przynajmniej na tyle, na ile mogłem się spodziewać. Nieważne, ile zamków i kłódek zamontowałbym w drzwiach, nie powstrzymałyby moich najgorszych obaw. Kiedy to sobie uświadomiłem, roześmiałem się na głos.

Przejrzałem tekst na ścianie i pomyślałem: pozwoliłem sobie na stanowczo zbyt dużo dopowiedzeń. Peter Strażak wziął mnie na bok, następnego dnia zaraz po śniadaniu, i szepnął mi do ucha:

– Widziałem kogoś. W okienku głównego wejścia. Zaglądał do środka, jakby wypatrywał któregoś z nas. Nie mogłem zasnąć, leżałem na łóżku i nagle wydało mi się, że jestem obserwowany. Podniosłem wzrok. Wtedy go zobaczyłem.

– Poznałeś go? – spytałem.

– Nie miałem szans. – Peter powoli pokręcił głową. – W jednej chwili tam był, a kiedy zerwałem się z łóżka, zniknął. Podszedłem do okienka i wyjrzałem na zewnątrz, ale nikogo nie zobaczyłem.

– A dyżurna pielęgniarka?

– Jej też nie widziałem.

– Gdzie była?

– Nie wiem. W łazience? Na spacerze? Może u dyżurnej piętro wyżej? Zasnęła przy biurku?

– I co o tym myślisz? – spytałem; w mój głos zaczęło się wkradać zdenerwowanie.

– Chciałbym, żeby to była halucynacja.

– A była?

Peter uśmiechnął się i potrząsnął głową.

– Nie ma tak dobrze.

– Jak sądzisz, kto to był? Zaśmiał się, ale bez wesołości.

– Mewa, przecież wiesz, kto to według mnie był.

Zatrzymałem się, wziąłem głęboki oddech i przemocą uciszyłem wewnętrzne głosy.

– Po co przyszedł do drzwi?

– Chciał nas zobaczyć.

To zapamiętałem zupełnie wyraźnie. Pamiętałem, gdzie staliśmy, w co byliśmy ubrani. Peter miał na głowie czapkę z logo Red Soksów, zsuniętą lekko na tył głowy. Przypominałem sobie, co tego ranka jedliśmy: naleśniki, które smakowały jak tektura polana gęstym, słodkim syropem, mającym więcej wspólnego z laboratorium chemika żywienia niż z nowoangielskim klonem. Zgasiłem papierosa na podłodze mieszkania i zacząłem przeżuwać wspomnienia, zamiast jedzenia, którego bez wątpienia potrzebowałem. To mi wtedy powiedział. Całą resztę wymyśliłem. Nie mógłbym przysiąc na Biblię, że tamtej nocy Peter tkwił uwięziony w pajęczynie bezsenności przez to, co zrobił tyle miesięcy wcześniej. Nie powiedział mi wprost, że z tego właśnie powodu nie mógł zasnąć, więc kiedy zaczął mieć wrażenie, że ktoś mu się przygląda, stał się czujny. Nie wiem, czy w ogóle wtedy o tym myślał. Ale teraz, wiele lat później, doszedłem do wniosku, że tak po prostu musiało być. I mogło, bo przecież Peter tkwił spętany wspomnieniami. Nie minęło wiele czasu i wszystko to się ze sobą powiązało, więc uświadomiłem sobie, że chcąc opowiedzieć jego historię, moją i Lucy, muszę dopuszczać się pewnych dowolnych dopowiedzeń. Prawda to śliska rzecz i wcale nie potrafię się nią sprawnie posługiwać. Nikt szalony nie potrafi. A więc jeśli zapiszę coś dobrze, może się okazać, że jest źle. Że wyolbrzymiam. Może wydarzyło się to trochę inaczej, niż zapamiętałem. Niewykluczone że moja pamięć jest do tego stopnia rozciągnięta i umęczona lekami, że nigdy już nie uda mi się uchwycić prawdy.

Myślę, że tylko romantyczni poeci twierdzą, że szaleństwo wyzwala. W rzeczywistości jest odwrotnie. Każdy głos, jaki słyszałem, strach, który czułem, każde złudzenie, każdy przymus tworzą moją smutną osobę, wygnaną z rodzinnego domu i wysłaną w pętach do Szpitala Western State – żadna z tych rzeczy nie miała nic wspólnego z wolnością, wyzwoleniem czy choćby pozytywną wyjątkowością. Szpital Western State był po prostu miejscem, w którym nas zatrzymywano na czas, kiedy tworzyliśmy własne, wewnętrzne miejsce odosobnienia.

Nie była to prawda w przypadku Petera, bo jego nigdy nie ogarnęło takie szaleństwo jak resztę z nas.

Nie była to też prawda w przypadku anioła.

A Lucy, na swój sposób, stanowiła łącznik między nimi dwoma.

Staliśmy przed stołówką, czekając na Lucy. Peter wyglądał, jakby się intensywnie zastanawiał, odtwarzał w myślach to, co widział i co się wydarzyło poprzedniej nocy. Patrzyłem na niego, jak brał każdy odłamek tych kilku chwil, podnosił do światła i powoli obracał. Postępował niczym archeolog, który natrafił na relikt i delikatnie zdmuchuje z niego kurz czasu. Myślał, że ustawiając przedmiot swoich rozwiązań pod odpowiednim kątem, mógłby dostrzec, czym on naprawdę jest.

Odwrócił się do mnie.

– Wiemy teraz jedno: anioł nie mieszka z nami w dormitorium. Może być z którejś z sal na górze. Może przychodzić z innego budynku, chociaż jeszcze nie wiem, jak. Ale przynajmniej wykluczamy ludzi od nas. Poza tym dowiedział się jakoś, że jesteśmy w to wszystko zamieszani, ale nas nie zna, więc obserwuje.

Odwróciłem się na pięcie.

Za nami, oparty o ścianę, ze wzrokiem wbitym w sufit stał katon. Mógł słuchać Petera, ale równie dobrze jakiegoś wewnętrznego głosu. Nie dało się tego stwierdzić. Niedołężny staruszek, któremu opadły spodnie od piżamy, przeszedł obok nas, śliniąc się trochę i potykając, jakby nie pojmował, że problemy z chodzeniem sprawiają mu spuszczone do kostek spodnie. Wielki, niedorozwinięty mężczyzna, który groził nam poprzedniego dnia, nadszedł ciężkim krokiem za starcem, ale kiedy spojrzał na nas z ukosa, w jego oczach widniał strach; po gniewie i agresji nie było już śladu. Pewnie zwiększyli mu dawki leków, pomyślałem.

– Skąd mamy wiedzieć, kto nas obserwuje? – spytałem. Obracałem głową na prawo i lewo; poczułem przeszywające mnie ostrze chłodu, kiedy uświadomiłem sobie, że dowolny z setek zapatrzonych tępo przed siebie mężczyzn może tak naprawdę mierzyć swoje siły i brać mnie za cel.

Peter wzruszył ramionami.

– No, to dopiero sztuka, co? My szukamy, ale to anioł obserwuje. Po prostu bądź czujny. Coś się wydarzy.

Podniosłem wzrok i zobaczyłem Lucy Jones. Wchodziła frontowym wejściem do Amherst. Zatrzymała się, żeby porozmawiać z jedną z pielęgniarek; podszedł do nich Duży Czarny. Lucy podała mu parę teczek z wierzchu przepełnionego pudła, które ze sobą przyniosła, i postawiła na błyszczącej podłodze. Peter i ja ruszyliśmy w jej stronę, ale zostaliśmy zatrzymani przez Gazeciarza. Zbliżył się w podskokach i zagrodził nam drogę. Okulary miał trochę przekrzywione, kosmyk włosów sterczał mu z głowy jak antena statku kosmicznego. Uśmiechał się tak samo dziwacznie, jak wyglądał.

– Złe wieści, Peter – oznajmił, chociaż się uśmiechał, jakby w ten sposób chciał trochę złagodzić informację. – Jak zwykle złe wieści.

Peter nie odpowiedział, a Gazeciarz zrobił zawiedzioną minę i przekrzywił głowę.

– Dobra – powiedział powoli. Potem spojrzał na Lucy Jones i zaczął się mocno koncentrować. Wyglądało to tak, jakby przypominanie wymagało wysiłku fizycznego. Po kilku chwilach natężania się jego twarz wykrzywił uśmiech.

– „Boston Globe”, dwudziesty września 1977. Dział wiadomości lokalnych, strona 2B: Nie chce być ofiarą; absolwentka prawa z Harvardu mianowana szefem wydziału przestępstw na tle seksualnym.

Peter znieruchomiał, potem odwrócił się do Gazeciarza.

– Co jeszcze pamiętasz?

Gazeciarz znów się zawahał, podnosząc ciężary swojej pamięci, potem wyrecytował:

– Lucy K. Jones, lat dwadzieścia osiem, pracownik wydziału wykroczeń drogowych i drobnych przestępstw z trzyletnim stażem, została mianowana szefem nowo utworzonego wydziału przestępstw na tle seksualnym biura prokuratora hrabstwa Suffolk, oznajmił dzisiaj jego rzecznik. Panna Jones, która w roku 1974 ukończyła wydział prawa na Harvardzie, będzie odpowiadać za ściganie przestępców seksualnych i współdziałać z wydziałem zabójstw w sprawach morderstw wynikłych z gwałtów, dodał rzecznik. – Gazeciarz wziął głęboki oddech. – Podczas konferencji prasowej panna Jones oznajmiła, że ma wyjątkowe kwalifikacje do objęcia tego stanowiska, ponieważ została ofiarą takiej napaści na pierwszym roku studiów. Zaczęła pracę w biurze prokuratora, wyjaśniła, mimo licznych propozycji ze strony firm prawniczych, ponieważ mężczyzna, który ją zaatakował, nigdy nie został aresztowany. Jej spojrzenie na przestępstwa na tle seksualnym, powiedziała, wynika ze znajomości emocjonalnych szkód, jakie może spowodować gwałt, oraz rozczarowania działaniami wymiaru sprawiedliwości, który nie potrafi radzić sobie z takimi przypadkami. Stwierdziła, że chce stworzyć wydział, który stanie się wzorem dla innych biur prokuratorskich w całym stanie i kraju… – Gazeciarz zawahał się. - Było tam też zdjęcie. I jeszcze coś. Próbuję sobie przypomnieć.

Peter kiwnął głową.

– Nie było dalszego ciągu w dziale Styl Życia ani niczego takiego? – spytał.

Gazeciarz znów przeszukał pamięć.

– Nie… - odparł powoli. Uśmiechnął się szeroko, potem, jak zwykle, pospiesznie się oddalił, szukając egzemplarza codziennej gazety.

Peter odprowadził mężczyznę wzrokiem, potem odwrócił się do mnie.

– No, to wyjaśnia jedno i zaczyna tłumaczyć drugie, prawda, Mewa? Też tak uważałem, ale zamiast odpowiedzieć, zapytałem:

– Co?

– No, po pierwsze, bliznę na policzku – odparł Peter. Blizna, oczywiście.

Powinienem pamiętać o bliźnie.

Siedząc w swoim mieszkaniu, wyobrażając sobie białą krechę na twarzy Lucy Jones, powtórzyłem ten sam błąd, który popełniłem lata temu. Widziałem skazę na idealnej cerze i zacząłem się zastanawiać, jak to okaleczenie zmieniło życie Lucy. Pomyślałem, że chciałbym choć raz dotknąć błyszczącej szramy.

Zapaliłem następnego papierosa. Szczypiący dym unosił się spiralą w powietrzu. Mógłbym tak siedzieć jeszcze długo, zatopiony we wspomnieniach, gdyby ktoś nie załomotał do drzwi.

Zerwałem się na równe nogi. Moje myśli się rozpierzchły zastąpione zdenerwowaniem. Ruszyłem w stronę wejścia i usłyszałem swoje imię, wykrzyczane ostrym tonem.

– Francis! – I znów seria uderzeń o grube drewno. – Francis! Otwieraj! Jesteś tam?

Zatrzymałem się, rozważając interesujące zestawienie żądania: „Otwieraj!” i następującego zaraz po nim pytania: „Jesteś tam? „W najlepszym wypadku powinno być na odwrót.

Oczywiście rozpoznałem głos. Zaczekałem chwilę, bo podejrzewałem, że w ciągu kilku sekund usłyszę drugi, również znajomy.

– Francis, proszę. Otwórz drzwi.

Siostra Numer Jeden i Siostra Numer Dwa. Megan, która jako dziecko była szczupła i wymagająca, ale wyrosła na kogoś o posturze zawodowego Jutbolisty i rozwinęła taki sam temperament, i Colleen, o połowę od niej mniejsza i nieśmiała, z rodzaju tych, co łączą w sobie lękliwość i oszałamiającą nieporadność, przejawiającą się nawet w najprostszych życiowych czynnościach. Nie miałem cierpliwości do żadnej z nich.

– Francis, wiemy, że tam jesteś, masz natychmiast otworzyć!

I znów łup, łup, łup w drzwi.

Oparłem czoło o twarde drewno, potem się odwróciłem i przywarłem do niego plecami, jakbym w ten sposób mógł powstrzymać siostry od wejścia. Po chwili znów się odwróciłem.

– Czego chcecie? – zapytałem głośno. Siostra Numer Jeden:

– Żebyś otworzył! Siostra Numer Dwa:

– Sprawdzić, czy wszystko w porządku. Do przewidzenia.

– Wszystko w porządku – skłamałem z łatwością. - Jestem zajęty. Przyjdźcie kiedy indziej.

– Francis, bierzesz lekarstwa? Otwieraj natychmiast! - W głosie Megan było tyle władczości i stanowczości, ile w głosie sierżanta musztry piechoty morskiej w wyjątkowo upalny dzień w bazie Parris Island.

– Francis, martwimy się o ciebie!

Colleen martwiła się chyba o wszystkich. Martwiła się nieustannie o mnie, o swoją rodzinę, o rodziców i siostrę, ludzi, o których czytała w porannej gazecie albo oglądała w wieczornych wiadomościach, o burmistrza i gubernatora, i pewnie o prezydenta też, i sąsiadów albo rodzinę mieszkającą kilka domów dalej, dla której przyszły ciężkie czasy. Taki miała styl – zamartwianie się. To ona była najbliżej moich rodziców. Zawsze zabiegała o ich aprobatę dla wszystkiego, co zrobiła, i pewnie wszystkiego, o czym pomyślała.

– Mówiłem już – odparłem ostrożnie, nie podnosząc głosu, ale też nie otwierając drzwi. – Nic mi nie jest. Jestem po prostu zajęty.

– Czym? – spytała Megan.

– Swoim projektem. – Przygryzłem wargi. To się nie uda, pomyślałem. Nic z tego. Na pewno zacznie naciskać jeszcze bardziej, bo obudziłem jej ciekawość.

– Projektem? Jakim projektem? Twój opiekun powiedział ci, że możesz zająć się jakimś projektem? Francis, otwieraj natychmiast! Przejechałyśmy taki kawał, bo się o ciebie martwimy, i jak nie otworzysz…

Nie musiała kończyć groźby. Nie wiedziałem, co mogła zrobić, ale podejrzewałem, że cokolwiek planowała, musiało być najgorszym wariantem w tej sytuacji. Uchyliłem więc drzwi i ustawiłem się w szparze, żeby nie wpuścić ich do środka, z ręką na klamce, gotów w każdej chwili zatrzasnąć drzwi.

– Widzicie? Jestem, we własnej osobie. Taki sam jak zwykle. Taki byłem wczoraj i taki będę jutro.

Siostry uważnie mi się przyjrzały. Żałowałem, że nie doprowadziłem się trochę do porządku, zanim poszedłem otworzyć. Nieogolona twarz, pozlepiane brudne włosy i żółte od nikotyny palce musiały robić złe wrażenie. Spróbowałem poprawić koszulę, ale uświadomiłem sobie, że w ten sposób tylko zwracam uwagę na swój niechlujny wygląd. Colleen zachłysnęła się na mój widok. Zły znak, pomyślałem. Megan tymczasem próbowała zajrzeć mi nad ramieniem i domyśliłem się, że zobaczyła pismo na ścianach. Zaczęła otwierać usta, znieruchomiała, rozważyła to, co zamierzała powiedzieć, i zaczęła od nowa.

– Bierzesz lekarstwa?

– Oczywiście.

– Wszystkie? – wysylabizowała, jakby mówiła do wyjątkowo opóźnionego dziecka.

– Tak. – Dla podkreślenia kiwnąłem jeszcze głową. Tej kobiecie łatwo było kłamać. Nie czułem nawet wyrzutów.

– Chyba ci nie wierzę, Francis.

– Wierz, w co chcesz.

Zła odpowiedź. W myślach kopnąłem się w kostkę.

– Znów słyszysz głosy?

– Nie. W ogóle. Skąd ci to przyszło do głowy?

– Jesz coś? Wysypiasz się? – To mówiła Colleen. Mniej natarczywie, ale bardziej sondująco.

– Trzy posiłki dziennie, pełne osiem godzin co noc. Pani Santiago przygotowała mi wczoraj talerz kurczaka z ryżem – mówiłem rześkim tonem.

– Co ty tam robisz? – chciała wiedzieć Megan.

– Spisuję historię swojego życia. Nic specjalnego. Pokręciła głową. Nie uwierzyła mi, dalej wyciągała szyję.

– Dlaczego nie chcesz nas wpuścić? – spytała Colleen.

– Potrzebuję trochę prywatności.

– Znów słyszysz głosy – stwierdziła Megan z przekonaniem. – Po prostu to wiem.

Zawahałem się.

– Skąd? - spytałem. – Też je słyszysz?

To oczywiście rozeźliło ją jeszcze bardziej.

– Masz nas natychmiast wpuścić!

Pokręciłem głową.

– Chcę być sam - odparłem, na co Colleen wyglądała, jakby miała się za chwilę rozpłakać. – Chcę, żebyście zostawiły mnie w spokoju. Właściwie po co przyjechałyście?

– Mówiłyśmy. Martwiłyśmy się o ciebie – powiedziała Colleen.

– Dlaczego? Ktoś wam kazał?

Siostry spojrzały na siebie, potem odwróciły się do mnie.

– Nie. - Megan starała się wtłoczyć w swój głos przekonanie. - Po prostu tak długo się nie odzywałeś…

Uśmiechnąłem się. Teraz kłamaliśmy już wszyscy troje.

– Byłem zajęty. Jeśli chcecie się ze mną spotkać, niech wasi ludzie zadzwonią do mojej sekretarki, spróbuję was wcisnąć przed Świętem Pracy.

Nawet się nie roześmiały na mój żart. Zacząłem zamykać drzwi, ale Megan podeszła bliżej i zatrzymała je ręką.

– Co to jest? - spytała, wskazując ścianę. – Co ty tam piszesz?

– To moja sprawa, nie wasza - odparłem.

– Piszesz o matce i ojcu? O nas? To niesprawiedliwe!

Trochę mnie zatkało. Pierwsza diagnoza – siostra miała większą paranoję niż ja.

– Dlaczego uważasz – zapytałem powoli – że jesteście na tyle interesujący, żeby o was pisać?

A potem zamknąłem drzwi, pewnie trochę za mocno, bo huk zabrzmiał w małym mieszkaniu jak wystrzał.

Znów zaczęły się dobijać, ale je zignorowałem. Kiedy wracałem do ściany, słyszałem w głowie mruczenie znajomych głosów, gratulujących mi tego, co zrobiłem. Zawsze lubiły, kiedy okazywałem niezależność i sprzeciw. Ale zaraz potem rozległ się odległy, niosący się echem drwiący śmiech, coraz wyższy, wymazujący znajome dźwięki. Przypominał trochę krakanie wrony, niesione silnym wiatrem, przelatujące nad moją głową. Zadrżałem i skuliłem się prawie tak, jakbym mógł uchylić się przed dźwiękiem.

Wiedziałem, kto to był.

– Możesz się śmiać! – krzyknąłem na anioła. – Ale kto inny jeszcze wie, co się stało?

Francis usiadł naprzeciwko Lucy przy biurku, a Peter krążył w głębi małego gabinetu.

– A więc, pani prokurator – odezwał się Strażak z odrobiną niecierpliwości w głosie – co teraz?

Lucy wskazała kilka teczek.

– Myślę, że pora zacząć rozmowy z pacjentami. Tymi, którzy w przeszłości dopuszczali się przemocy.

Peter kiwnął głową, ale wyglądał na skonsternowanego.

– Na pewno, kiedy zaczęła pani czytać te rzeczy, uświadomiła sobie, że pod to kryterium podchodzą niemal wszyscy, oprócz niedołężnych i niedorozwiniętych, a oni też mogą mieć jakieś wpisy. Musimy znaleźć cechy dyskwalifikujące. Myślę, panno Jones… – zaczął, ale przerwała mu, podnosząc rękę.

– Peter, od tej pory mów mi po prostu Lucy – zaproponowała. – W ten sposób nie będę musiała się zwracać do ciebie po nazwisku, bo wiem z akt że twoja tożsamość ma pozostać nie tyle ukryta, ile, powiedzmy… zawoalowana, zgadza się? Z powodu złej sławy w dużej części wielkiej Wspólnoty Massachusetts. Wiem też, że po przybyciu tutaj powiedziałeś Gulptililowi, że nie masz już nazwiska, co on zinterpretował jako chęć nieprzynoszenia twojej dużej rodzinie bliżej nieokreślonego wstydu.

Peter zatrzymał się i przez chwilę Francis miał wrażenie, że jego przyjaciel się rozgniewa. Jeden z głosów zawołał: Teraz uważaj!; Francis bez słowa przyglądał się pozostałej dwójce. Lucy uśmiechała się, jakby wiedziała, że zawstydziła Petera, a on wyglądał jak ktoś, kto próbuje wymyślić właściwą ripostę. Po chwili oparł się o ścianę i uśmiechnął, niemal identycznie jak pani prokurator.

– Dobrze, Lucy – odparł powoli. – Niech będzie po imieniu. Ale powiedz mi jedno. Nie sądzisz, że przesłuchiwanie pacjentów ze skłonnościami do przemocy czy nawet takich, którzy zachowywali się agresywnie po przybyciu do szpitala, będzie bezowocne? Inaczej: ile masz czasu, Lucy? Ile czasu możesz poświęcić na szukanie tu odpowiedzi?

Uśmiech Lucy nagle zniknął.

– Dlaczego o to pytasz?

– Bo zastanawiam się, czy twój szef w Bostonie wie, co ty tu tak naprawdę robisz.

W małym pokoiku zapadła cisza. Francis uważał pilnie na każdy ruch swoich towarzyszy: na wyraz ich oczu i to, co się za nimi kryło, na układ ramion i barków, mogący wskazywać, że myślą coś innego, niż mówią.

– Dlaczego uważasz, że nie mam pełnego poparcia mojego biura?

– A masz? – zapytał Peter wprost.

Francis zobaczył, że Lucy zamierza odpowiedzieć najpierw tak, potem inaczej, potem jeszcze inaczej.

– Mam i nie mam – powiedziała w końcu.

– To dwa różne wyjaśnienia, Lucy.

Kiwnęła głową.

– Moja obecność tutaj nie jest jeszcze wynikiem oficjalnego dochodzenia. Uważam, że należy je rozpocząć. Inni nie są przekonani. A ściślej rzecz biorąc, nie są pewni, czy sięga tu nasza jurysdykcja. Dlatego, kiedy chciałam wybrać się do szpitala, w moim biurze wybuchł spór. Skończyło się na tym, że pozwolono mi jechać, ale nieoficjalnie.

– Domyślam się, że nie przedstawiłaś tych okoliczności Gulptililowi.

– Dobrze się domyślasz, Peter.

Peter znów zaczął krążyć po pokoju, jakby ruch mógł dodać rozpędu jego myślom.

– Ile czasu potrzebujesz, zanim szpitalna administracja się tobą zmęczy albo twoje biuro cię odwoła?

– Niewiele.

Peter znów jakby się zawahał, przebierając wśród możliwych reakcji. Francis pomyślał, że Peter widział fakty i jak przewodnik górski w przeszkodach dostrzegał możliwości, a postęp mierzył czasami pojedynczymi krokami.

– A więc – mruknął Peter, jakby do siebie – Lucy przyjechała do szpitala przekonana, że jest tu przestępca. I chce go znaleźć, bo… jest nim zainteresowana. Tak?

Lucy przytaknęła. Z jej twarzy zniknęło wszelkie rozbawienie.

– Czas spędzony w Western State nie wpłynął na twoje umiejętności detektywistyczne.

– Och, myślę, że wpłynął. – Nie rozwinął: poprawił czy pogorszył. – A dlaczego jesteś nim tak zainteresowana?

Po dłuższej chwili milczenia Lucy opuściła głowę.

– Peter, nie znamy się chyba dość dobrze. Ale ujmę to tak: osobnik, który popełnił tamte trzy morderstwa, zakpił z mojego biura.

– Zakpił?

– Tak. Na zasadzie „nie złapiecie mnie”.

– Nie powiesz nic więcej?

– Nie teraz. To szczegóły, których chciałabym użyć w ewentualnym akcie oskarżenia. A więc…

Peter nie dał jej dokończyć.

– Nie chcesz zdradzać szczegółów dwóm wariatom. Lucy wzięła głęboki oddech.

– A ty chciałbyś opowiadać, jak rozlałeś benzynę w kościele? I po co? Oboje znów przez chwilę milczeli. Potem Peter odwrócił się do Francisa.

– Mewa, co łączy ze sobą te zbrodnie? Francis zdał sobie sprawę, że to test.

– Po pierwsze, wygląd ofiar – powiedział szybko. – Wiek i to, że były same: wszystkie chodziły tymi samymi trasami, o tej samej porze, w pojedynkę. Były młode, miały krótkie włosy i szczupłą budowę ciała. Znaleziono je w innym miejscu niż popełniono zbrodnię, wystawionym na działanie pogody, co komplikuje sprawę dla policji. I w różnych jurysdykcjach, a to kolejny problem. I wszystkie były tak samo okaleczone. Brakowało im części palców. – Wziął głęboki oddech. – Mam rację? Lucy Jones kiwnęła głową, a Peter Strażak się uśmiechnął.

– W każdym calu – przyznał. – Musimy być czujni, Lucy, bo młody Mewa ma o wiele lepszą pamięć do szczegółów i zmysł obserwacji, niż wszyscy mu przypisują. – Przerwał i zamyślił się na chwilę. Znów zaczął coś mówić, jednak rozmyślił się w ostatniej chwili. – W porządku, Lucy. Powinnaś zachować dla siebie informacje, które mogłyby nam pomóc. Na razie. Wobec tego, co dalej?

– Musimy wpaść na sposób, jak znaleźć tego człowieka – powiedziała sztywno, ale z lekką ulgą, jakby zrozumiała w tej chwili, że Peter zamierzał zadać jeszcze jedno czy dwa pytania, które poprowadziłyby rozmowę w innym kierunku.

Francis nie wiedział, czy w jej słowach była wdzięczność. Zauważył natomiast, że dwójka jego towarzyszy przyglądała się sobie, rozmawiając bez słów, jakby oboje rozumieli coś, co jemu akurat umykało. Poza tym dostrzegł jeszcze ważną rzecz: Peter i Lucy poczynili jakieś ustalenia, które w jego oczach umieściły ich oboje na tym samym planie egzystencji. Peter był trochę mniej pacjentem domu wariatów, a Lucy trochę mniej prokuratorem. Oboje nagle stali się partnerami.

– Problem w tym – zaczął ostrożnie Peter – że on znalazł nas pierwszy.

Rozdział 16

Jeśli Lucy była zaskoczona słowami Petera, nie od razu dała to po sobie poznać.

– Co konkretnie masz na myśli? – zapytała.

– Anioł chyba już wie, że tu jesteś. I zorientował się nawet, po co przyjechałaś. W szpitalu nie ma wielu tajemnic. Dokładniej mówiąc, tu trochę inaczej brzmi definicja tajemnicy. Dlatego podejrzewam, że anioł jest absolutnie świadom, że na niego polujesz, mimo obietnic poufności Gulptilila i Evansa. Jak sądzisz, ile te obietnice wytrzymały? Dzień? Dwa? Założę się, że każdy, kto może wiedzieć, już wie. Podejrzewam też, że nasz przyjaciel anioł zdaje sobie sprawę, że Mewa i ja pomagamy ci w śledztwie.

– Jak doszedłeś do tych wniosków? – spytała powoli Lucy z podejrzliwością, którą Francis zauważył, ale Peter zignorował.

– No, to oczywiście głównie przypuszczenia – odparł. Ale jedna rzecz prowadzi do drugiej…

– A jaka jest ta pierwsza „rzecz”? – spytała Lucy.

Peter szybko opowiedział Lucy o twarzy, którą zobaczył w okienku. Opisując nocne wydarzenia, uważnie przyglądał się Lucy, jakby chciał dobrze uchwycić jej reakcję.

– Dlatego też, jeśli wie o Mewie i o mnie, wie też o tobie – zakończył. – Trudno powiedzieć, ale… no, to by było na tyle.

Wzruszył lekko ramionami, ale w oczach miał pewność przeciwstawiającą się mowie jego ciała.

– O której to się stało? – spytała Lucy.

– Późno. Dobrze po północy. – Peter zauważył jej wahanie. – Chcesz się podzielić z nami jakimiś szczegółami?

Lucy milczała przez chwilę.

– Ja też chyba miałam wizytę wczoraj wieczorem. Peter wyprostował się, jakby trochę zaniepokojony.

– Jak to?

Lucy wzięła głęboki oddech. Opowiedziała, jak poszła do budynku stażystek i zastała swoje drzwi otwarte, potem zamknięte, kiedy wróciła. Była przekonana, że coś zostało zabrane, choć wyglądało na to, że wszystko leży nietknięte na swoim miejscu. Dokładnie przejrzała swoje rzeczy. Niczego nie brakowało.

– Wszystko wydawało się w porządku – powiedziała żywo. – A mimo to nie mogę się pozbyć wrażenia, że czegoś nie ma.

Peter kiwnął głową.

– Powinnaś sprawdzić raz jeszcze. Kradzież ubrania byłaby oczywista. A może zniknęło coś bardziej subtelnego, na przykład… – zamyślił się na chwilę -…włosy z grzebienia. Albo wziął twoją szminkę i przejechał ją sobie po piersi. Albo psiknął na grzbiet dłoni perfumami. Coś w tym rodzaju.

Lucy wyglądała na trochę wstrząśniętą tą sugestią; poruszyła się niespokojnie na krześle, jakby nagle zrobiło się gorące, ale zanim odpowiedziała, Francis energicznie pokręcił głową.

– O co chodzi, Mewa? – spytał Peter.

Chłopak lekko się zająknął.

– Chyba nie masz racji, Peter – powiedział cicho. – On nie musi niczego wykradać. Ani ubrań, ani szczoteczki do zębów, włosów, bielizny, perfum, niczego, co Lucy ze sobą przywiozła, bo już zabrał jej coś większego i o wiele ważniejszego. Po prostu na razie tego nie zauważyła. Może dlatego że nie chce.

Peter się uśmiechnął.

– A co to takiego, Mewa? – spytał powoli, niezbyt głośno, ale z dziwnym zadowoleniem w głosie.

– Zabrał jej prywatność – odparł Francis lekko drżącym głosem. Wszyscy troje milczeli przez chwilę, przyswajając jego słowa.

– A potem coś jeszcze – dodał ostrożnie.

– Co? – zapytała ostro Lucy. Poczerwieniała lekko na twarzy i zaczęła stukać ołówkiem o blat biurka.

– Może też twoje bezpieczeństwo.

Cisza w małym pokoju zrobiła się przytłaczająca. Francis miał wrażenie, że tym, co powiedział, przekroczył jakąś granicę. Peter i Lucy byli zawodowymi śledczymi, a on nie, i zaskoczyło go, że w ogóle znalazł w sobie odwagę, żeby się odezwać, a co dopiero wypowiedzieć tak prowokującą sugestię. Cicho! – krzyknął gdzieś z głębi umysłu jeden z jego bardziej natarczywych głosów. Zamknij się! Nie wychylaj się! Siedź w ukryciu! Uważaj! Nie wiedział, czy ma go słuchać, czy nie. Po chwili pokręcił głową.

– Pewnie nie mam racji. Tak mi po prostu nagle przyszło do głowy, nie zastanawiałem się nad tym…

Lucy podniosła rękę.

– Myślę, że to bardzo słuszna uwaga, Mewa – oznajmiła tonem wykładowcy, w jaki czasem wpadała. – Powinnam ją sobie zapamiętać. Ale co z tą drugą wizytą, z twarzą w okienku, patrzącą na ciebie i Petera? Co o tym sądzisz?

Francis zerknął z ukosa na przyjaciela, który kiwnął głową i zrobił zachęcający gest.

– Mógł się nam przyjrzeć w każdej innej chwili, Francis. W świetlicy albo przy jedzeniu, albo nawet w drodze na sesje grupowe. Co tam, bez przerwy włóczymy się po korytarzach. Miał wiele okazji, żeby nas obserwować. Pewnie nawet to robił. Tyle tylko, że o tym nie wiemy. Po co ryzykować wizytę w nocy?

– Pewnie oglądał nas za dnia, Peter, masz rację – rozważał dalej Francis. – Ale dla niego to nie to samo.

– Dlaczego?

– Bo w ciągu dnia jest tylko jeszcze jednym pacjentem.

– Tak? Jasne, ale…

– Ale w nocy może być znów sobą.

Peter odezwał się pierwszy, głosem pełnym podziwu.

– Wychodzi na to, że tak jak się spodziewałem, Mewa rozumie. – Uśmiechnął się lekko.

Francis wzruszył ramionami. Właśnie usłyszał komplement i uświadomił sobie, że w ciągu dwudziestu jeden lat, jakie spędził na tej planecie, bardzo rzadko ktoś go chwalił. Aż do tej chwili spotykał się tylko z krytyką, narzekaniami i podkreślaniem jego oczywistych niedociągnięć. Peter nachylił się i szturchnął go żartobliwie w ramię.

– Będzie jeszcze z ciebie świetny glina, Francis – powiedział. – Może trochę dziwny z wyglądu, ale niemal doskonały. Brakuje ci irlandzkiego akcentu, o wiele większego brzucha, pucołowatych, czerwonych policzków, pałki do wymachiwania i ciągoty do pączków. Nie, uzależnienia od pączków. Ale wcześniej czy później do tego dojdziesz. – Odwrócił się do Lucy. – To mi podsuwa pewien pomysł.

Lucy też się uśmiechała, bo trudno było nie uznać za zabawny obrazu żałośnie chudego Francisa w roli krzepkiego „krawężnika”.

– Przydałby nam się jakiś pomysł – powiedziała. – Bardzo by się przydał. Peter milczał, ale przez chwilę poruszał przed sobą dłonią jak dyrygent albo matematyk, wypróbowujący w powietrzu nowy wzór, z braku tablicy, na której mógłby zapisać liczby i równania. Potem przysunął sobie krzesło i usiadł przodem do oparcia; podkreślił w ten sposób, pomyślał Francis, ważność tego, co zamierzał powiedzieć.

– Nie mamy żadnych dowodów rzeczowych, tak? A więc nie tędy droga. Nie możemy też liczyć na pomoc, zwłaszcza ze strony miejscowej policji, która zbadała miejsce zbrodni i aresztowała Chudego, tak?

– Zgadza się – mruknęła Lucy.

– I nie wierzymy też, mimo zapewnień Piguły i pana Złego, że nam pomogą.

– Tak. Myślę, że to jasne: próbują zdecydować, jakie podejście stworzy najmniej problemów.

– Właśnie. Nietrudno ich wyobrazić sobie obu siedzących w gabinecie Piguły, z panną Laską robiącą notatki, obmyślających sposoby, jak ochronić własne tyłki we wszystkich ewentualnościach. Dlatego jak na razie niewiele przemawia na naszą korzyść. Nie wiemy nawet, od czego zacząć, żeby nie zabrnąć w ślepą uliczkę.

Peter był pełen pomysłów. Francis widział iskrzącą od przyjaciela energię.

– Czym jest dochodzenie? – zapytał retorycznie Peter, patrząc Lucy w oczy. – Ja je prowadziłem, ty też. Rozpoczynamy od solidnego, konkretnego, zdecydowanego podejścia. Zbieramy kolejno dowody. Cegiełka po cegiełce budujemy obraz przestępstwa. Każdy jego szczegół, od zamysłu do wykonania, zostaje wtłoczony w racjonalną ramę, co w efekcie daje odpowiedź. Czy nie tego nauczyli cię w biurze prokuratora? Że zgromadzenie możliwych do udowodnienia faktów eliminuje wszystkich z wyjątkiem podejrzanego? Takie są zasady, prawda?

– Wiem i ty to wiesz. Ale do czego konkretnie zmierzasz?

– Dlaczego sądzisz, że anioł o tym nie wie?

– Dobrze. Tak. Prawdopodobnie. I?

– A więc musimy odwrócić wszystko do góry nogami.

Lucy spojrzała na niego z ukosa. Ale Francis wyczuł, do czego zmierza Peter.

– On chce powiedzieć, że nie powinniśmy trzymać się żadnych zasad – stwierdził ostrożnie.

Peter kiwnął głową.

– Jesteśmy w domu wariatów, Lucy. Wiesz, co się tu nie uda?

Nie odpowiedziała.

– Zastosować rozsądku i organizacji pracy, jaka sprawdza się w zewnętrznym świecie – wyjaśnił. – Tutaj rządzi szaleństwo, więc potrzebne nam śledztwo, które odbija szpitalne realia. Takie, które będzie pasować do Western State. Musimy dostosować to, co robimy, do miejsca, w którym jesteśmy. Innymi słowy, kiedy wejdziesz między wrony…

– A jaki ma być nasz pierwszy krok? – spytała Lucy. Było jasne, że jest gotowa wysłuchać, ale niekoniecznie od razu się na wszystko godzić.

– Dokładnie taki, jak wymyśliłaś – odparł Peter. – Przesłuchamy ludzi. Będziesz ich przepytywać. Zaczniesz miło, oficjalnie i zgodnie z przepisami. A potem zwiększysz ciśnienie. Zaczniesz oskarżać ludzi bez powodu. Przekręcać wypowiedzi. Odwracać paranoję pacjentów przeciwko nim. Zachowywać się tak nieodpowiedzialnie i oburzająco, jak się da. Zasiej niepokój. Wszystko stanie na głowie. A im bardziej zakłócimy zwykłe funkcjonowanie szpitala, tym mniej bezpiecznie będzie się czuł anioł.

Lucy kiwnęła głową.

– To już jakiś plan. Chociaż nie wyobrażam sobie, żeby Gulptilil się na to zgodził.

– Pieprzyć doktorka – warknął Peter. – Oczywiście, że się nie zgodzi. I pan Zły też nie. Ale to nie może ci przeszkodzić.

Lucy przez chwilę mocno się nad czymś zastanawiała, potem parsknęła śmiechem.

– Dlaczego nie?

Odwróciła się do Francisa.

– Nie pozwolą Peterowi brać udziału w przesłuchaniach. Ale ty, to co innego, Francis. Myślę, że powinieneś mi towarzyszyć. Będziesz ty i Evans albo gruby pan doktor we własnej osobie, bo zażądał, żeby ktoś kontrolował sytuację, takie są zasady ustalone przez Gulptilila. Jeśli narobimy dość dymu, to może zobaczymy ogień.

Nikt, oczywiście, nie dostrzegał tego, co widział Francis, czyli niebezpieczeństw wiążących się z takim podejściem. Ale nic nie powiedział; uciszył swoje wewnętrzne głosy, zdenerwowane i pełne wątpliwości, i nagiął się do tego, co wymyślono.

Czasami wiosną – kiedy już wypuszczono mnie ze Szpitala Western State i kiedy osiadłem w moim małym miasteczku – gdy szedłem do jazu liczyć powracające łososie dla agencji ochrony przyrody, zauważałem srebrzyste, połyskujące sylwetki ryb i zastanawiałem się, czy wiedziały, że akt powrotu do miejsca, w którym się urodziły, by odnowić cykl istnienia, będzie je kosztował życie. Z notesem w ręku liczyłem ryby, często zwalczając chęć, by jakoś je ostrzec. Zastanawiałem się, czy jakiś głęboki, genetyczny impuls mówił im, że powrót do domu oznacza śmierć. Czy raczej to wszystko stanowiło podstęp, na który się godziły? Czy pragnienie rozrodu okazywało się tak silne, że nie dopuszczało do ich świadomości dramatycznego finału? A może były jak żołnierze, którym wydano niemożliwy do wykonania i prowadzący ich na śmierć rozkaz, a jednak postanowili, że ofiara jest ważniejsza od życia?

Czasami drżała mi ręka, kiedy stawiałem kolejne znaczki na arkuszu. Przepływało przede mną tyle śmierci. Czasami wszystko nam się myli. To, co wydaje się olbrzymim niebezpieczeństwem jak wielki ocean, jest tak naprawdę bezpieczne. A to, co znamy, nasz dom, bywa o wiele groźniejsze.

Wydawało się, że światło wokół mnie przygasa. Odsunąłem się od ściany i podszedłem do okna. Czułem, że pokój za mną zaczynają wypełniać wspomnienia. Wiała wieczorna bryza, delikatny podmuch ciepła. Jesteśmy definiowani przez ciemność, pomyślałem. Każdy może sportretować wszystko w świetle dnia. Ale dopiero w nocy, kiedy świat zasypia, wychodzi na wolność nasze prawdziwe „ja „.

Nie wiedziałem już, czy jestem wyczerpany, czy nie. Podniosłem wzrok i rozejrzałem się po pokoju. Byłem sam, ale to nie miało potrwać długo. Wcześniej czy później wszyscy oni się tu stłoczą. A anioł wróci. Pokręciłem głową.

Lucy, przypomniałem sobie nagłe, sporządziła listę prawie siedemdziesięciu pięciu nazwisk. Z tymi właśnie mężczyznami chciała porozmawiać.

Lucy sporządziła listę prawie siedemdziesięciu pięciu pacjentów całego Szpitala Western State, którzy mogli być zdolni do popełnienia morderstwa. Kandydaci do przesłuchania wykazywali wrogość wobec kobiet: zadawali ciosy w domowych awanturach, grozili lub napastowali. Za cel swoich ataków wybierali sąsiadkę albo krewną i winili ją za swoje szaleństwo. Lucy wciąż po cichu uważała, że morderstwa były dokonane na tle seksualnym. Obowiązująca w kryminalistyce teza głosiła, że wszystkie przestępstwa na tle seksualnym wynikały w pierwszym rzędzie ze skłonności do przemocy, a dopiero potem z folgowania żądzom. Lucy uważała, że nie ma sensu odrzucać wszystkiego, czego nauczyła się od chwili, kiedy sama została ofiarą, a później przeprowadziła dziesiątki rozpraw. W salach sądowych stawała naprzeciw różnych mężczyzn, a każdy z nich mniej lub bardziej przypominał tego, który ją napadł. Miała na koncie wyjątkową liczbę skazań i spodziewała się, że mimo przeszkód, jakie tworzył szpital, znów odniesie sukces. Pewność siebie była jej kartą przetargową.

Idąc do budynku administracji, zaczęła rysować sobie w myślach portret człowieka, na którego polowała. Szczegóły, takie jak siła fizyczna, pozwalająca obezwładnić Krótką Blond, i wiek – dość młody, by pałać morderczym entuzjazmem, dość dojrzały, by nie popełniać głupich błędów. Była przekonana, że zabójca miał doświadczenie i wrodzoną inteligencję. Takich przestępców trudno przyprzeć do muru. Umysł Lucy analizował wszystkie elementy dręczących ją zbrodni; powtarzała sobie, że jeśli stanie twarzą w twarz z tym właściwym człowiekiem, natychmiast go rozpozna.

Tym bardziej że anioł chce, by go rozpoznano. Będzie zarozumiały, myślała, i arogancki; zależy mu, by pokonać ją w intelektualnym pojedynku.

Była o tym przekonana o wiele dogłębniej, niż domyślali się Peter czy Francis, czy w ogóle ktokolwiek inny w całym szpitalu. Kilka tygodni po drugim morderstwie biuro prokuratora otrzymało dwa odcięte palce – w najbardziej przyziemny sposób, codzienną pocztą. Morderca włożył je do zwykłej, foliowej torebki i zapakował do bąbelkowej koperty, jaką można kupić w każdym sklepie papierniczym w Nowej Anglii. Adres odbiorcy został napisany na maszynie: SZEF WYDZIAŁU PRZESTĘPSTW SEKSUALNYCH.

Do makabrycznych szczątków dołączona była kartka. Z maszynowo wypisanym pytaniem: Tego szukasz?, i nic więcej.

Na początku Lucy była pełna optymizmu, kiedy krwawe pamiątki przekazano do laboratorium. Po niedługim czasie ustalono, że należały do drugiej ofiary i zostały usunięte po jej śmierci. Zidentyfikowano typ elektrycznej maszyny do pisania, sears 1132, model z 1975 roku. Dużo nadziei dawał stempel pocztowy, ponieważ należał do głównej poczty południowego Bostonu. Z nieustępliwością i systematycznością, które mniej lub bardziej dokładnie opisał Peter Strażak, Lucy i dwójka śledczych z biura namierzyli wszystkie searsy 1132 sprzedane w Massachusetts, New Hampshire, Rhode Island i Vermont w ciągu sześciu miesięcy przed datą morderstwa. Przepytali też pracowników poczty, żeby sprawdzić, czy któryś z nich pamięta, jak przyjmował tę konkretną paczkę. Ani jedno, ani drugie śledztwo nie zaowocowało żadnymi tropami.

Pocztowcy niewiele pomogli. Jeśli za maszynę zapłacono czekiem lub kartą kredytową, Sears miał to gdzieś zapisane. Ale 1132 był niedrogim modelem, a ponad jedna czwarta maszyn sprzedanych w badanym okresie została kupiona za gotówkę. Poza tym śledczy dowiedzieli się, że praktycznie wszystkie z pięćdziesięciu punktów sprzedaży w Nowej Anglii miały nowy model 1132 na wystawie, gdzie można było go sobie wypróbować. Wystarczyłoby podejść do maszyny w ruchliwe, sobotnie popołudnie, włożyć kartkę w wałek i napisać, co się chce, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi, nawet sprzedawcy.

Lucy miała nadzieję, że człowiek, który przysłał palce, zrobi to znów z pierwszą ofiarą albo trzecią. Nic z tego.

Uznała to za najgorszy rodzaj drwiny: wiadomością nie były słowa ani nawet szczątki – lecz była nią przesyłka, której nie dało się wyśledzić.

W efekcie Lucy zagłębiła się w literaturę dotyczącą Kuby Rozpruwacza, który wyciął fragment nerki zabitej przez siebie prostytutce Catherine Eddowes, znanej też jako Kate Kelly, i wysłał ją do londyńskiej Metropolitan Police z kpiącym liścikiem, zamaszyście podpisanym. Lucy zaniepokoił fakt, że obecnie poszukiwany morderca znał ten przypadek. Sporo jej to powiedziało, ale odcisnęło też piętno na wyobraźni. Lucy nie podobała się myśl, że ściga człowieka znającego historię, bo to sugerowało sporą inteligencję. Większość przestępców, których z zimną krwią posłała do więzienia, wyróżniała się głupotą. W wydziale przestępstw seksualnych przyjęto regułę, że to, co pchało mężczyznę do popełnienia takiego czynu, czyniło go jednocześnie niechlujnym i nieostrożnym.

Te cztery morderstwa, pomyślała Lucy, w pewien dziwny sposób wymykały się ustalonej zasadzie. Francis miał rację, kiedy Peter zapytał go, co je ze sobą łączyło. Ale Lucy nie mogła się pozbyć wrażenia, że nie chodziło tylko o włosy, budowę ciała czy okrucieństwo, choć na to wskazywał zdrowy rozsądek.

Szła jedną ze ścieżek łączących szpitalne budynki, pogrążona w rozmyślaniach o człowieku, którego Peter i Francis nazywali aniołem. Nie zwracała uwagi na piękny dzień, na jasne promienie słońca, które odnajdywały pączki na gałęziach drzew, ogrzewając świat obietnicą lepszej pogody. Jej umysł lubił sortować i szufladkować, rygorystycznie wyszukiwać detale; w tej chwili nie postrzegał temperatury, słońca i budzącego się nowego życia, zamiast tego analizował i rozpracowywał stojące przed Lucy przeszkody. Logika, zasady, regulaminy i prawa prowadziły pannę Jones przez całe dorosłe życie. Propozycja Petera przeraziła ją, chociaż Lucy bardzo uważała, żeby tego nie okazać. W duchu przyznawała, że pomysł nie był pozbawiony sensu, bo nie wiedziała, co robić dalej. Uważała, że przedstawiony plan odzwierciedla własną pasję Petera i nie wynika z racjonalnych przesłanek.

Ale siebie samą uważała za szachistkę, a lepszego gambitu na otwarcie nie umiała wymyślić. Powtórzyła sobie, żeby pozostać niezależną, bo tylko w ten sposób, jak sądziła, mogła panować nad biegiem wypadków.

Kiedy tak szła ze spuszczoną głową, zatopiona w rozmyślaniach, nagle wydało jej się, że słyszy swoje imię.

Długie, przeciągłe wołanie: „Luuuuuucccyyyyyy…”, niesione łagodnym, wiosennym wiatrem, wijące się wśród koron drzew rosnących na terenie szpitala.

Zatrzymała się gwałtownie i obróciła. Na ścieżce za nią nie było nikogo. Spojrzała w prawo, w lewo, wyciągnęła szyję, nasłuchując, ale dźwięk ucichł.

Cóż, była spięta, więc pewnie się przesłyszała. To mógł być po prostu krzyk wewnętrznej męki, niczym się nieróżniący od setek innych, niesionych codziennie z wiatrem przez szpitalny świat.

Potem powiedziała sobie, że to nieprawda.

To było jej imię.

Spojrzała w okna najbliższego budynku. Zobaczyła pacjentów patrzących tępo w jej stronę. Powoli odwróciła się do innych dormitoriów. Amherst było daleko. Williams, Princeton i Yale bliżej. Na niewzruszonych ceglanych murach wypatrywała jakichś wskazówek. Ale wszystkie budynki milczały, jakby jej uwaga zakręciła kurek strachu i zwidów.

Lucy stała jak wryta. Po chwili rozbrzmiały przekleństwa, potem czyjeś rozgniewane głosy i wysokie wrzaski. To właśnie spodziewała się usłyszeć; wcześniejsza cisza, której tak naprawdę nie było, prawdopodobnie zrównywała ją z większością populacji szpitala, zauważyła z ironią. Ruszyła dalej, odwracając się plecami do wszystkich okien i par oczu, które mogły ponuro śledzić jej każdy krok albo wpatrywać się pustym wzrokiem w zachęcający błękit nieba. Nie było sposobu, by ją odróżnić.

Rozdział 17

Peter Strażak stał z tacą na środku stołówki i przyglądał się otaczającej go, bulgoczącej, wulkanicznej aktywności. Posiłki w szpitalu były ciągiem drobnych potyczek, te zaś – odbiciem wielkich, wewnętrznych wojen, które toczył każdy pacjent. Żadne śniadanie, obiad ani kolacja nie mijały bez incydentu. Awantury zdarzały się równie regularnie, jak niedosmażona jajecznica czy pozbawiona smaku sałatka z tuńczyka.

Po prawej widział zniedołężniałego starca, szczerzącego się szaleńczo i zapluwającego mlekiem. Pielęgniarka bezustannie wkładała wiele wysiłku, żeby mężczyzna się zakrztusił. Po lewej dwie kobiety kłóciły się o miskę zielonej galaretki. Mały Czarny cierpliwie próbował rozstrzygnąć, dlaczego miska była tylko jedna, a chętne dwie, i nie dopuścić, żeby obie kobiety – z wyglądu prawie identyczne, z poskręcanymi strąkami siwych włosów, w niebiesko-różowych podomkach – skoczyły sobie do gardeł. Żadna nie chciała cofnąć się dziesięć czy dwadzieścia kroków do kuchni i wziąć drugą miskę galaretki. Ich wysokie, piskliwe krzyki mieszały się ze szczękiem talerzy i sztućców; z kuchni, gdzie przygotowywano posiłek, bił parny gorąc. Po chwili jedna z kobiet niespodziewanie wyciągnęła rękę i cisnęła miską galaretki o podłogę. Naczynie roztrzaskało się z hukiem przypominającym wystrzał.

Peter przeszedł do swojego stolika w rogu, gdzie mógł siedzieć plecami do ściany. Napoleon już tam był; Peter podejrzewał, że Francis też niedługo się pojawi, chociaż nie wiedział, gdzie chłopak się podziewa. Usiadł i podejrzliwie popatrzył na porcję zapiekanki z makaronem. Miał pewne wątpliwości co do jej pochodzenia.

– Napciu, powiedz mi coś – zagadnął, szturchając jedzenie widelcem. – Co w taki piękny dzień jak dzisiaj jadłby żołnierz Wielkiej Armii Republiki?

Napoleon z entuzjazmem szturmował zapiekankę, jak maszyna pakując kolejne porcje brei do ust. Na pytanie Petera zwolnił, potem przestał jeść, żeby się zastanowić.

– Mięso z puszki – odparł po chwili. – Niebezpieczne świństwo, zważywszy na warunki sanitarne tamtych czasów. Albo soloną wieprzowinę. Na pewno chleb. To była podstawa ich wyżywienia, razem z twardym serem, który żołnierze nosili w plecakach. Popijaliby pewnie czerwonym winem albo wodą, ze strumienia lub studni. Jeśli plądrowali okolicę, co robili często, mogli ukraść z pobliskiej farmy kurczaka albo gęś, upiec ją na rożnie albo ugotować.

– A jeśli mieli iść do bitwy? Dostawali specjalny posiłek?

– Nie. Raczej nie. Zazwyczaj chodzili z pustymi brzuchami, a często, jak w Rosji, przymierali głodem. Zaopatrzenie armii zawsze było problemem.

Peter podniósł do oczu bezkształtny kawałek czegoś, co serwowano jako kurczaka. Zastanawiał się, czy mógłby iść do bitwy, gdyby jego siłą napędową miała być taka zapiekanka.

– Powiedz mi, Napciu, uważasz, że jesteś wariatem? – spytał niespodziewanie.

Mały człowieczek znieruchomiał. Spora porcja klusek ociekających sosem zatrzymała się tuż przed jego ustami. Napoleon zastanowił się. Po chwili odłożył widelec i westchnął.

– Chyba tak, Peter – powiedział trochę smutno. – W niektóre dni bardziej niż w inne.

– Opowiedz mi coś o tym – poprosił Peter.

Napoleon pokręcił głową; zniknęły resztki jego entuzjazmu.

– Lekarstwa kontrolują omamy. Na przykład dzisiaj. Zdaję sobie sprawę, że nie jestem cesarzem. Wiem tylko dużo o człowieku, który nim był. I o tym, jak dowodzić armią. I co się stało w 1812 roku. Dzisiaj jestem tylko zwykłym historykiem amatorem. Ale jutro… nie wiem. Bo na przykład wieczorem schowam lekarstwa pod językiem, a potem wypluję. Wszyscy tu się uczą takich sztuczek. A może dawka będzie trochę za mała. To też się zdarza. Pielęgniarki mają tak dużo pigułek do rozdania, że czasem nie pilnują dobrze, kto co dostaje. I już naprawdę potężne złudzenie nie potrzebuje dużo gleby, żeby się zakorzenić i zakwitnąć.

Peter przez chwilę się nad tym zastanawiał.

– Brakuje ci tego?

– Czego?

– Złudzeń. Czujesz się kimś wyjątkowym, kiedy je masz, i zwykłym, kiedy mijają?

Napoleon się uśmiechnął.

– Tak. Czasami. Ale czasem też bolą, i to nie tylko dlatego, że widzisz, jakie są straszne dla wszystkich dookoła. Fiksacja staje się tak potężna, że zaczyna nad tobą panować. Czujesz, jakby w środku rozciągała ci się gumka. Wiesz, że w końcu musi pęknąć, ale za każdym razem, kiedy jesteś przekonany, że trzaśnie i wszystko ci się w środku wysypie, ona rozciąga się jeszcze trochę. Powinieneś zapytać Mewę. On chyba lepiej to rozumie.

– Zapytam. – Peter znów się zawahał. Zobaczył idącego w ich stronę Francisa. Chłopak poruszał się jak żołnierz z patrolu w Wietnamie – jakby nie był pewny, czy ziemia, po której stąpa, nie jest zaminowana. Francis halsował między kłótniami i złością, odrzucany trochę w prawo, trochę w lewo przez gniew i halucynacje, unikając mielizn demencji i niedorozwoju. W końcu dotarł do stolika i usiadł ciężko z westchnieniem ulgi. Stołówka była niebezpiecznym polem minowym kłopotów, pomyślał Peter.

Francis dźgnął widelcem szybko tężejącą masę na talerzu.

– Chyba nie chcą, żebyśmy się roztyli – mruknął.

– Ktoś mi mówił, że spryskują jedzenie torazyną – oznajmił Napoleon konspiracyjnym szeptem, nachylając się do Petera i Mewy. – W ten sposób mają pewność, że będziemy spokojni i pod kontrolą.

Francis spojrzał na dwie kobiety pozbawione galaretki. Wciąż na siebie wrzeszczały.

– Wątpię – odparł. – Wystarczy popatrzeć, co się dzieje.

– Mewa, jak myślisz, o co one się kłócą? – zapytał Peter, dyskretnie wskazując dwie pacjentki.

Francis podniósł wzrok, zawahał się i wzruszył ramionami.

– O galaretkę?

Peter się uśmiechnął. Potem pokręcił głową.

– Naprawdę sądzisz, że warto się pobić o miseczkę głupiej zielonej galaretki?

Francis uświadomił sobie, że Peter pyta na poważnie. Przyjaciel zwykł obudowywać duże pytania małymi. Francis podziwiał tę cechę, bo świadczyła o umiejętności wychodzenia myślą poza mury budynku Amherst.

– Chodzi o to, żeby coś mieć, Peter – powiedział powoli. – Coś namacalnego, tutaj, gdzie tak niewiele rzeczy należy do pacjenta. Nie chodzi o galaretkę, lecz jej posiadanie. O coś, co przypomina o świecie, który na nas czeka, jeśli tylko zdołamy posiąść dość drobiazgów, by zamienić się z powrotem w ludzi. Cóż, o to chyba warto walczyć, prawda?

Peter milczał, rozważając słowa Francisa. Obie kobiety nagle zalały się łzami.

Peter nie odrywał od nich wzroku i Francis pomyślał, że każdy taki incydent musiał ranić Strażaka na wskroś, bo on tu nie pasował. Zerknął na Napoleona, który wzruszył ramionami, uśmiechnął się i wesoło wrócił do jedzenia. On tu pasuje. Ja pasuję. Wszyscy tu pasujemy, za wyjątkiem Petera, rozważał Francis. Głęboko w duchu Strażak musi się bardzo bać, że im dłużej zostaje w szpitalu, tym bliższy jest temu, że się do nas upodobni. Francis usłyszał w głowie chór przytakiwań.

Gulptilil spojrzał z powątpiewaniem na listę nazwisk, którą Lucy rzuciła mu na biurko.

– To wygląda jak przekrój przez dużą część naszej populacji, panno Jones. Czy wolno zapytać, jakie kryteria selekcji pani przyjęła, wybierając akurat tych pacjentów?

Mówił sztywnym, nieprzyjaznym tonem; w zestawieniu z jego świergoczącym, śpiewnym głosem ta pretensjonalność brzmiała śmiesznie.

– Oczywiście – odparła Lucy. – Ponieważ nie przyszedł mi do głowy żaden czynnik determinujący natury psychologicznej, na przykład jakieś konkretne schorzenie. Oparłam się więc na przypadkach przemocy wobec kobiet. Każdy z siedemdziesięciu pięciu mężczyzn z tej listy zrobił coś, co można uznać za wrogie wobec płci przeciwnej. Niektórzy, rzecz jasna, posunęli się dalej niż inni, ale wszystkich łączy ten jeden wspólny czynnik.

Lucy mówiła tonem tak samo nadętym, jak przedtem doktor; wyćwiczyła tę umiejętność podczas pracy w biurze prokuratora i często korzystała z niej w sytuacjach oficjalnych. Bardzo niewielu biurokratów nie jest onieśmielonych przez kogoś, kto potrafi mówić ich językiem lepiej niż oni sami.

Gulptilil jeszcze raz przejrzał kolumny nazwisk. Lucy zastanawiała się, czy doktor potrafi przypisać każdemu teczkę i twarz. Takie sprawiał wrażenie, ale wątpiła, by aż tak bardzo interesowały go detale działania szpitala. Po chwili westchnął.

– Oczywiście, pani stwierdzenie dotyczy także dżentelmena już aresztowanego i podejrzanego o morderstwo – powiedział. – Mimo to, panno Jones, spełnię pani prośbę. Ale po raz kolejny muszę zauważyć, że to walka z wiatrakami.

– Zawsze to coś, od czego można zacząć, doktorze.

– Można też na tym skończyć, moim zdaniem – odparł Gulptilil. – Co, obawiam się, szybko nastąpi, kiedy zacznie pani szukać u tych ludzi informacji. Spodziewam się, że będzie to dla pani frustrujące zajęcie. – Uśmiechnął się, dość nieprzyjemnie. – Cóż, panno Jones, jak mniemam, chciałaby pani rozpocząć przesłuchania jak najszybciej? Pomówię z panem Evansem, może też z braćmi Moses, którzy zaczną przyprowadzać pacjentów. W ten sposób zaoszczędzimy pani wielu przeszkód, na jakie tu pani trafi.

Lucy wiedziała, że doktor Gulptilil mówił o chorobach psychicznych, ale jego słowa można było odebrać na wiele różnych sposobów. Uśmiechnęła się i pokiwała głową.

Kiedy wróciła do Amherst, Duży Czarny i Mały Czarny czekali na nią na korytarzu pod dyżurką na parterze. Obok nich stali Peter i Francis. Niedbale oparci o ścianę sprawiali wrażenie dwóch znudzonych nastolatków, szukających kłopotów na rogu ulicy. Ale to, jak Peter rzucał spojrzenia na boki, obserwując najmniejszy ruch i mierząc wzrokiem każdego przechodzącego pacjenta, kontrastowało z ich swobodną pozą. Nie zobaczyła nigdzie pana Evansa, co, pomyślała, było pomyślną okolicznością, zważywszy na prośbę, jaką miała do dwóch pielęgniarzy.

– Gdzie Evans? – spytała najpierw.

Duży Czarny odchrząknął.

– Idzie tu z innego budynku. Zebranie kadry pomocniczej. Powinien być w każdej chwili. Szef polecił, żebyśmy przyprowadzali pani ludzi.

– Zgadza się.

– A jeśli nie będą mieli ochoty się z panią widzieć, co wtedy? – spytał Mały Czarny.

– Proszę nie dawać im takiej możliwości. Ale jeśli zaczną się rzucać albo tracić panowanie nad sobą… no, ja mogę przyjść do nich.

– A gdyby nadal odmawiali?

– Nie przewidujmy problemów, dopóki ich nie mamy, co?

Potężny pielęgniarz przewrócił oczami, ale nic nie powiedział, chociaż dla Francisa było jasne, że obecność Dużego Czarnego w szpitalu służyła w głównej mierze właśnie temu: przewidywaniu problemów, zanim do nich doszło.

– Spróbujemy. – Brat olbrzyma westchnął przeciągle. – Trudno powiedzieć, jak ludzie zareagują. Nigdy tu niczego takiego nie robiliśmy. Może nie napotkamy żadnych kłopotów.

– Jeśli się nie zgodzą, trudno, wymyślimy coś innego. – Lucy wzruszyła ramionami. Potem nachyliła się lekko i zniżyła głos. – Mam pomysł. Zastanawiam się, czy możecie mi panowie pomóc i zachować to w tajemnicy.

Obaj bracia natychmiast na siebie spojrzeli. Mały Czarny odpowiedział za nich obu.

– Brzmi to tak, jakby chciała nas pani prosić o przysługę, która mogłaby nas wpakować w kłopoty.

Lucy kiwnęła głową.

– Mam nadzieję, że niezbyt wielkie.

Mały Czarny wyszczerzył się szeroko, jakby usłyszał dowcip.

– Temu, kto prosi, zawsze się wydaje, że nie chce zbyt wiele. Ale, panno Jones, słuchamy dalej. Nie mówimy tak. Nie mówimy nie. Słuchamy.

– Zamiast przyprowadzać mi każdą osobę we dwóch, chciałabym, żeby poszedł tylko jeden z panów.

– Generalnie ochrona uważa, że eskorta musi być dwuosobowa. Po jednym z każdej strony. Takie są szpitalne zasady.

Zaraz wyjaśnię, o co mi chodzi. – Lucy podeszła krok bliżej, tak że tylko oni mogli ją słyszeć, co było prawdopodobnie niepotrzebnym w szpitalu, lecz naturalnym zachowaniem w przypadku niewielkiego spisku, który uknuła. – Nie mam wielkich nadziei, że te przesłuchania cokolwiek dadzą, i tak naprawdę zamierzam skorzystać ze wsparcia Francisa bardziej, niż sobie z tego zdaje sprawę powiedziała powoli, a pozostali spojrzeli szybko na chłopaka; Francis się zaczerwienił, jakby wyróżniła go nauczycielka, w której się podkochiwał. – Ale jak wczoraj zauważył Peter, tak naprawdę nie mamy żadnych konkretnych dowodów. Chciałabym spróbować coś w tej sprawie zrobić.

Obaj Czarni słuchali już uważnie. Peter też przysunął się bliżej, jeszcze bardziej zacieśniając ich krąg.

– Prosiłabym – ciągnęła Lucy – żebyście panowie podczas mojej rozmowy z tymi pacjentami sprawdzili dokładnie ich łóżka i szafki. Robiliście już takie przeszukania?

Mały Czarny kiwnął głową.

– Oczywiście, panno Jones. Na tym, między innymi, polega nasza urocza praca.

Lucy zerknęła na Petera, który z wyraźnym trudem powstrzymywał się od komentarza.

– Poza tym – dodała powoli – bardzo bym sobie życzyła, żeby w tych przeszukaniach brał udział Peter. To znaczy, żeby nimi kierował.

Pielęgniarze popatrzyli po sobie.

– Peter na swojej teczce ma plakietkę „zakaz wychodzenia”, panno Jones – oznajmił Mały Czarny. – Nie może opuszczać budynku Amherst, chyba że w wyjątkowych okolicznościach. A co to są wyjątkowe okoliczności, określają doktor Gulptilil albo Evans. A Evans nie pozwolił mu nawet ani razu wyjść na dwór.

– Podejrzewają, że może próbować uciec? – spytała Lucy trochę tak, jakby ustalała wysokość kaucji przed sądem.

Mały Czarny pokręcił głową.

– To bardziej kara, bo Peterowi postawiono poważne oskarżenia w tej części naszego wspaniałego stanu, która podlega pani jurysdykcji. Trafił tu z wyroku sądu na ocenę psychologiczną, a ten „zakaz wychodzenia” to moim zdaniem część zarządzonej procedury.

– Da się to jakoś obejść?

– Wszystko da się obejść, panno Jones, jeśli bardzo komuś zależy.

Francis znów zauważył, że jego przyjaciel chciałby się odezwać, ale z rozsądku woli nic nie mówić. Spostrzegł też, że ani Duży Czarny, ani jego brat nie odmówili jeszcze prośbie Lucy.

– Dlaczego uważa pani, że musi w tym brać udział Peter, panno Jones? Dlaczego nie mogę to być tylko ja albo mój brat? – spytał cicho Mały Czarny.

Z kilku powodów – powiedziała Lucy, być może trochę zbyt pospiesznie. – Po pierwsze, jak panowie wiecie, Peter był dobrym śledczym. Wie jak, gdzie i czego szukać. Zna sposoby zabezpieczenia dowodów, gdybyśmy na jakieś trafili. A ponieważ jest wyszkolony w zbieraniu materiału dowodowego, mam nadzieję, że wypatrzy coś, co pan albo pana brat moglibyście przeoczyć…

Mały Czarny wydął wargi. Wyglądało, że zgadza się tym, co mówiła pani prokurator. Lucy potraktowała to jako zachętę i mówiła dalej.

– Następny powód: wolałabym panów na nic nie narażać. Powiedzmy, że coś znajdziecie. Macie obowiązek poinformować o tym Gulptilila, który wtedy przejmie kontrolę nad dowodami. Najprawdopodobniej więc zginą lub zostaną zniszczone. Jeśli Peter coś znajdzie, no cóż, to zwykły wariat, jakich tu pełno. Może to zostawić, dać mi sygnał, a potem załatwimy legalny nakaz rewizji. Pamiętajcie panowie, mam nadzieję, że dojdziemy do punktu, w którym wkroczy policja i dokona aresztowania. Muszę przestrzegać pewnych zasad prowadzenia śledztwa. Rozumiecie panowie, do czego zmierzam?

Duży Czarny roześmiał się na głos, chociaż nie było w tym nic śmiesznego, może oprócz „zasad prowadzenia śledztwa” w domu wariatów. Jego brat złapał się za głowę.

– Rany, panno Jones, mam wrażenie, że zanim się to wszystko skończy, wpakuje nas pani w kłopoty po same uszy.

Lucy tylko się do nich szeroko uśmiechnęła, a w jej oczach pojawił się przyjazny, zachęcający błysk. Francis po raz pierwszy zauważył, jak trudno odmówić prośbie pięknej kobiety.

Dwaj pielęgniarze popatrzyli po sobie. Po chwili Mały Czarny wzruszył ramionami i odwrócił się do Lucy.

– Powiem tak, panno Jones. Mój brat i ja zrobimy, co się da. Evans ani Piguła nie mogą się o tym dowiedzieć. – Przerwał, pozwalając na chwilę wymownego milczenia. – Peter, przyjdź do nas porozmawiać na osobności. Wpadł mi do głowy pewien pomysł…

Peter kiwnął głową.

– A właściwie czego mamy szukać? – spytał Duży Czarny.

Na jego pytanie odpowiedział Peter.

– Przede wszystkim zakrwawionych ubrań albo butów. Dalej noża albo jakiejś broni ręcznej roboty. Cokolwiek to jest, będzie ostre jak diabli, bo przecięło ciało i kość. I brakującego kompletu kluczy, bo nasz anioł potrafi przechodzić przez zamknięte drzwi, kiedy tylko chce. Poza tym wszystkiego, co może powiedzieć nam o zbrodni, za którą biedny Chudy poszedł siedzieć. Albo co nakierowałoby nas na poprzednie morderstwa, na które zwróciła uwagę Lucy, w innej części stanu. Na przykład wycinki z gazet. Część ubrania kobiety. Nie wiem. Ale jest gdzieś tam jeszcze jedna rzecz, której brakuje – powiedział. – A właściwie kilka rzeczy.

– Co to takiego? – spytał Duży Czarny.

– Cztery odcięte czubki palców – odparł Peter chłodno.

Francis wiercił się zakłopotany w małym gabinecie Lucy, starając się unikać nieprzyjaznego spojrzenia pana Evansa. W pokoju zalegała ciężka cisza, jakby ktoś zostawił włączony grzejnik, podczas gdy na zewnątrz było ciepło, a w środku zrobił się lepki, niezdrowy upał. Francis spojrzał na Lucy: była zaprzątnięta jedną z teczek pacjentów; przerzucała kartki z odręcznymi notatkami i zapisywała coś w żółtym notesie.

– Nie powinno go tu być, panno Jones. Mimo pani przekonania, że mógłby pomóc, i pozwolenia doktora Gulptilila, cały czas uważam, że to wysoce niewłaściwe włączać pacjenta do takiego przedsięwzięcia. Z całą pewnością wszelkie wnioski, jakie wyciągnie, będą mniej wartościowe niż te, które ja czy inny członek personelu szpitala mógłby wnieść do przesłuchań.

Evansowi udało się popaść w nadęty ton, który nie był zwyczajny w jego sposobie wyrażania się. Pan Zły zazwyczaj mówił z irytującym sarkazmem, podkreślającym różnice między nim a pacjentami. Francis podejrzewał, że Evans używa pretensjonalnie dużych słów i klinicznej terminologii na zebraniach personelu szpitala. Sprawianie wrażenia ważnego, uświadomił sobie, to nie to samo, co bycie ważnym. Jak zwykle w głowie zaszemrał mu chór głosów aprobaty.

Lucy podniosła wzrok znad papierów.

– Zobaczmy, jak pójdzie – powiedziała po prostu. – Jeśli wynikną jakieś problemy, zawsze możemy coś zmienić.

Potem znów nachyliła się nad teczką. Evans jednak nie dał się zbyć.

– A kiedy ten siedzi tu z nami, gdzie jest drugi?

– Peter? – spytał Francis.

Lucy znów podniosła głowę.

– Wysłałam go, żeby zajął się bardziej przyziemnymi i nudnymi aspektami dochodzenia – wyjaśniła. – Mimo tego, że działamy trochę nieoficjalnie, zawsze jest do zrobienia wiele nużących, ale koniecznych rzeczy. Zważywszy na jego doświadczenie, uznałam, że nada się do tego doskonale.

Evans jakby się uspokoił. Bardzo sprytna odpowiedź, pomyślał Francis. Zrozumiał, że kiedy będzie trochę starszy, może nauczy się, jak mówić nie do końca prawdę, a zarazem nie kłamać.

Minęło jeszcze kilka sekund nieprzyjemnej ciszy, potem ktoś zapukał do drzwi i szeroko je otworzył. Duży Czarny wyglądał niczym gigant przy mężczyźnie, którego Francis rozpoznawał z jednego z dormitoriów na górze.

– Pan Griggs – oznajmił, szeroko się uśmiechając. – Na samej górze listy. Wielką dłonią lekko pchnął mężczyznę, kierując go do środka, a potem ze skrzyżowanymi na piersiach rękami stanął pod ścianą, skąd mógł obserwować przebieg wydarzeń.

Griggs stanął na środku pokoju i zawahał się. Lucy wskazała mu krzesło, stojące tak, że Francis i pan Zły mogli przyglądać się reakcjom mężczyzny na zadawane mu pytania. Griggs był żylastym, muskularnym, łysiejącym człowiekiem w średnim wieku, z długimi palcami i zapadniętą klatką piersiową. Jego słowom często towarzyszył astmatyczny poświst. Pacjent rozglądał się ukradkiem po pokoju, co nadawało mu wygląd płochliwej wiewiórki wypatrującej niebezpieczeństwa. Griggs zmierzył Lucy przeszywającym spojrzeniem, potem się rozluźnił. Z wyrazem irytacji na twarzy wyciągnął przed siebie nogi.

– Dlaczego tu jestem? – zapytał.

– Jak pewnie pan wie – odpowiedziała Lucy szybko – pojawiło się kilka niewyjaśnionych kwestii w sprawie zamordowania pielęgniarki stażystki w tym budynku. Miałam nadzieję, że będzie pan mógł rzucić jakieś światło na ten incydent.

Mówiła głosem rzeczowym, rutynowym, ale Francis widział w jej postawie i wzroku, że nie bez powodu wybrano tego pacjenta jako pierwszego. Lucy musiała znaleźć w jego aktach coś dla siebie ważnego.

– Nic nie wiem – odparł Griggs. Poruszył się nerwowo i machnął ręką. – Mogę już iść?

Na karcie pacjenta Lucy widziała takie określenia, jak „dwubiegunowy” i „depresja”, „skłonności antyspołeczne” i „problem z panowaniem nad gniewem”. Griggs był pęczkiem kłopotów, pomyślała. Pociął kobietę brzytwą w barze po tym, jak zafundował jej kilka drinków, a ona odmówiła jego niedwuznacznej propozycji. Potem stawiał zaciekły opór aresztującym go policjantom. Po przybyciu do szpitala groził Krótkiej Blond i kilku innym pielęgniarkom niepewną i niesprecyzowaną, ale niezaprzeczalnie straszliwą zemstą za każdym razem, kiedy próbowały go zmusić do wzięcia lekarstw, przełączenia telewizora w świetlicy na inny program czy zaprzestania dręczenia innych pacjentów, co robił niemal codziennie. Każdy z tych przypadków został sumiennie wpisany w jego akta. Znajdowała się tam również informacja, że Griggs wmawiał swojemu obrońcy z urzędu, że bliżej nieokreślone głosy kazały mu pociąć wspomnianą kobietę. To twierdzenie zaprowadziło go do Western State zamiast do miejscowego więzienia. Dodatkowy wpis, odręcznym pismem Gulptilila, kwestionował prawdziwość oświadczeń pacjenta. Griggs był, krótko mówiąc, człowiekiem pełnym gniewu i kłamstw co w oczach Lucy czyniło go pierwszorzędnym kandydatem. Uśmiechnęła się.

– Oczywiście – powiedziała. – A więc w noc zabójstwa…

Griggs nie dał jej dokończyć.

– Spałem na górze. Pod kołderką. Ogłuszony tym gównem, które nam tu dają.

Lucy zerknęła na żółty notes, potem utkwiła wzrok w pacjencie.

– Tamtej nocy odmówił pan przyjęcia leków. Zapisano to w aktach.

Griggs otworzył usta, zaczął coś mówić, potem się rozmyślił.

– To nie znaczy, że nie wziąłem – odezwał się w końcu. – Oprychy, takie jak… ten tu – machnął na Dużego Czarnego – nie dają człowiekowi spokoju. – Griggs pewnie użyłby innego określenia na wielkiego pielęgniarza, gdyby się go nie bał. – Zmuszają do łykania piguł. Więc wziąłem. Kilka minut później byłem już w krainie snów.

– Nie lubił pan tej pielęgniarki. Griggs wyszczerzył zęby.

– Żadnej nie lubię. To nie sekret.

– Dlaczego?

Bo nami pomiatają. Każą robić różne rzeczy. Jakbyśmy byli nikim. Griggs mówił w liczbie mnogiej, ale Francis był przekonany, że chodziło mu tylko o niego samego.

– Kobietę łatwiej pobić, prawda? – spytała Lucy.

Pacjent wzruszył ramionami.

– Myśli pani, że dałbym radę pobić jego? – Znów wskazał Dużego Czarnego.

Lucy nie odpowiedziała, zamiast tego lekko się nachyliła.

– W ogóle nie przepada pan za kobietami. Griggs prychnął.

– Za panią na pewno – powiedział cichym, nienawistnym głosem.

Lubi pan krzywdzić kobiety, prawda? Tylko roześmiał się świszcząco. Utrzymując spokojny, rzeczowy ton, Lucy zmieniła kierunek.

– Gdzie był pan w listopadzie? – zapytała niespodziewanie. – Jakieś szesnaście miesięcy temu?

– Co?

– Słyszał pan.

– Myśli pani, że pamiętam, co było tak dawno?

– To dla pana problem? Bo mogę to cholernie szybko sprawdzić.

Griggs poruszył się niespokojnie na krześle, próbując zyskać trochę czasu. Francis widział, że żylasty mężczyzna mocno się koncentruje, jakby próbował dostrzec za mgłą jakieś niebezpieczeństwo.

– Pracowałem na budowie w Springfield – odparł. – W ekipie drogowców. Naprawa mostu. Paskudna robota.

– Był pan kiedyś w Concord?

– Concord?

– Słyszał pan.

– Nie, nigdy. To w drugim końcu stanu.

– Kiedy zadzwonię do szefa tamtej brygady, nie dowiem się, że miał pan dostęp do firmowej ciężarówki, prawda? I nie powie mi, że wysyłał pana w okolice Bostonu?

Griggs wyglądał na trochę przestraszonego i zmieszanego, jakby napadły go wątpliwości.

– Nie – warknął. – Łatwe roboty dostawali inni. Ja harowałem w wykopach.

Pani prokurator nagle wyjęła jedno ze zdjęć zamordowanych kobiet. Francis zobaczył, że fotografia przedstawia drugą ofiarę. Lucy wstała, nachyliła się nad biurkiem i podsunęła zdjęcie Griggsowi pod nos.

– Pamięta pan to? – zapytała. – Przypomina pan sobie, jak to robił?

– Nie – odparł już mniej pewnie i odważnie. – Kto to?

– Pan mi powie.

– Nigdy jej nie widziałem.

– Myślę, że pan widział.

– Nie.

– Cóż, szef brygady skrupulatnie wpisywał miejsca pobytu swoich pracowników. A więc z łatwością udowodnimy, że był pan w Concord. Tak samo jak to, że nie wziął pan żadnych leków tego wieczoru, kiedy została zabita pielęgniarka. Trochę papierkowej roboty i wypełniamy puste miejsca. Spróbujmy jeszcze raz: pan to zrobił?

Griggs pokręcił głową.

– Ale gdyby pan mógł, to by zrobił. Znów zaprzeczył.

– Pan kłamie.

Griggs powoli wziął głęboki oddech, ze świstem napełniając płuca powietrzem. Kiedy się odezwał, w jego głosie słychać było piskliwy ton z trudem powstrzymywanego gniewu.

– Nie zabiłem żadnej dziewczyny; nigdy jej nie widziałem; a jeśli pani twierdzi, że jestem mordercą, to pani kłamie.

– Co pan robi kobietom, których pan nie lubi? Uśmiechnął się obrzydliwie.

– Po prostuje chlastam.

Lucy opadła na oparcie krzesła i kiwnęła głową.

– Jak tę pielęgniarkę?

Griggs znów pokręcił głową. Potem rozejrzał się po pokoju, przyjrzał najpierw Evansowi, potem Francisowi.

– Nie odpowiem już na żadne pytania – oznajmił. – Chcecie mnie o coś oskarżyć, proszę bardzo.

– Dobrze – powiedziała Lucy. – Na razie jest pan wolny. Ale może znów się spotkamy.

Griggs się nie odezwał. Wstał, zebrał w ustach trochę śliny, jakby zamierzał splunąć na Lucy Jones. Duży Czarny od razu to wychwycił, bo kiedy Griggs dał krok do przodu, złapał go za ramię z siłą imadła.

– Jesteś wolny – powtórzył Duży Czarny spokojnie. – Nie rób niczego, co rozzłościłoby mnie jeszcze bardziej.

Griggs strząsnął jego rękę i odwrócił się. Francis pomyślał, że pacjent coś jeszcze powie, ale mężczyzna tylko popchnął krzesło, aż zaszurało po podłodze, i wyszedł.

Lucy zignorowała tę drobną manifestację buntu i zaczęła pisać w żółtym notesie. Pan Evans też notował coś w swoim. Lucy to zauważyła.

– Nie da się całkiem wykluczyć. Co pan pisze?

Francis milczał, a Evans podniósł wzrok. Miał na twarzy wyraz zadowolenia z siebie.

– Co piszę? – spytał. – No, na początek notatkę, żeby zwiększyć Griggsowi dawki na najbliższych kilka dni. Pani pytania wyraźnie go pobudziły i moim zdaniem pewnie się agresywnie odegra, prawdopodobnie na słabszym pacjencie. Na przykład jednej ze starszych kobiet. Albo kimś z personelu. To równie możliwe. Mogę mu na krótki czas zwiększyć dawki, tak aby gniew się nie ujawnił.

Lucy przestała pisać.

– Co pan zamierza?

– Uspokoić go na jakiś tydzień. Może dłużej.

Pan Zły się zawahał.

– Wie pani – dodał, wciąż pewnym siebie i zadowolonym głosem – mogłem pani zaoszczędzić pracy. Owszem, Griggs odmówił przyjęcia leków w noc morderstwa. Ale ta odmowa oznacza, że dostał tego samego wieczoru zastrzyk dożylny. Widzi pani drugą notatkę w karcie? Ja ją zrobiłem, nadzorowałem procedurę. A więc kiedy mówi, że spał, gdy doszło do morderstwa, zapewniam, że nie kłamie. Był uśpiony. – Znów przerwał. – Może są jacyś inni pacjenci do przesłuchania, przy których mógłbym pani z góry pomóc?

Lucy podniosła wzrok znad papierów. Francis widział po jej minie, że nie tylko nie znosiła tracić czasu, lecz też nie cierpiała panującej w szpitalu sytuacji. Pomyślał, że to musi być dla niej trudne, bo nigdy wcześniej nie była w tego typu miejscu. Potem uświadomił sobie, że bardzo niewielu tak zwanych normalnych ludzi odwiedziło kiedykolwiek szpital dla umysłowo chorych.

Przygryzł wargę, powstrzymując się, żeby nic nie powiedzieć. W głowie mu huczało, przewalały się tam wyraziste obrazy dopiero co zakończonego przesłuchania. Nawet jego głosy milczały, bo – kiedy słuchał tamtego pacjenta – zaczął widzieć różne rzeczy. To nie były halucynacje ani złudzenia. Zobaczył furię i nienawiść, pogardliwe zadowolenie w oczach tamtego, kiedy pokazano mu zdjęcie trupa. Dostrzegł człowieka zdolnego do wielkiego zła. Jednocześnie jednak ujrzał człowieka o wielkiej, strasznej słabości, który zawsze chciał, ale rzadko robił. Nie tego, którego szukali, bo rozpierający Griggsa gniew był oczywisty. Francis podczas tego pierwszego przesłuchania zrozumiał, że w aniele nic nie będzie oczywiste.

W tej samej chwili, kiedy Francis siedział porażony tym, co zobaczył, rzeczami wykraczającymi daleko poza mały gabinet, w którym Lucy, pan Zły i on przeprowadzili przesłuchanie, Peter Strażak i Mały Czarny kończyli przeszukiwanie skromnego dobytku pacjenta Griggsa. Peter zmienił swoje zwykłe ubranie, włącznie ze sponiewieraną czapką bostońskich Red Soksów, na śnieżnobiałe spodnie i kurtkę szpitalnego pielęgniarza. To Mały Czarny zaproponował Peterowi kamuflaż. Każdy musiałby się dokładnie przyjrzeć, żeby spostrzec, że osoba w uniformie to tak naprawdę Peter, a nie pielęgniarz. W świecie pełnym halucynacji i przywidzeń spowodowałoby to pewne wątpliwości. Peter miał nadzieję, że dzięki przebraniu jest wystarczająco kryty, by wykonać zadanie, które przydzieliła mu Lucy. Wiedział jednak, że jeśli zostanie zauważony przez Pigułę, pana Złego albo ktokolwiek innego, kto dobrze go zna, natychmiast wyląduje w izolatce, a Mały Czarny dostanie surową naganę. Chudy pielęgniarz nie przejął się tym zbytnio. Stwierdził, że „niezwykłe okoliczności wymagają niezwykłych rozwiązań”. Peter dostrzegł w nim większą głębię charakteru, niż początkowo przypuszczał. Mały Czarny przypomniał także, że jest mężem zaufania tutejszego związku zawodowego, a jego brat sekretarzem, co dawało im pewne szanse, gdyby zostali przyłapani.

Samo przeszukanie okazało się bezowocne.

Przetrząśnięcie rzeczy osobistych pacjenta, zebranych w otwartej walizce pod łóżkiem, nie trwało długo. Peter przesunął też rękami po posłaniu, sprawdzając, czy w pościeli i materacu nie ma czegoś, co wiązałoby mężczyznę ze zbrodnią. Sprawnie przeszukał całe otoczenie, wypatrując innych miejsc, w których można było schować na przykład nóż. To również nie nastręczyło żadnych trudności, ale też nie przyniosło rezultatów.

Peter wstał i pokręcił głową. Mały Czarny bez słowa dał znak, żeby wracali do miejsca, w którym byli umówieni z jego bratem.

Peter przytaknął, dał krok do przodu, potem nagle się odwrócił i rozejrzał po sali. Jak zwykle kilku mężczyzn leżało na łóżkach ze wzrokiem utkwionym w suficie, pogrążonych w marzeniach, których mógł się tylko domyślać. Jakiś starzec kołysał się w przód i w tył, płacząc. Inny wyglądał, jakby ktoś opowiedział mu właśnie kawał, bo obejmował się rękami i chichotał. Jeszcze inny, potężny, niedorozwinięty mężczyzna, którego Peter spotkał już na korytarzu, siedział na skraju łóżka, w odległym rogu sali, zgięty wpół, ze wzrokiem wbitym w podłogę. Nagle się wyprostował, rozejrzał tępo dookoła i odwrócił. Peter nie wiedział, czy mężczyzna się zorientował, że przeszukują czyjeś łóżko, czy nie. Nie było sposobu ustalić, co docierało do niedorozwiniętego. Możliwe że to, co robili, zostało po prostu zignorowane, zagubiło się w niemal całkowitej niewzruszoności, która nim owładnęła. Ale, uświadomił sobie Peter, równie niewykluczone że mężczyzna, w głębi otępionego umysłu, powiązał jakoś nieobecność pacjenta wyprowadzonego do pokoju przesłuchań z przeszukaniem jego łóżka. Peter nie wiedział, czy pacjent podzieliłby się swoim spostrzeżeniem z innymi, czy nie. Obawiał się jednak, że gdyby dotarło to do człowieka, na którego polowali, ich zadanie stałoby się o wiele trudniejsze. Gdyby mieszkańcy szpitala dowiedzieli się, że różne miejsca są przeszukiwane, jakoś by się to na nich odbiło. Jak bardzo, nie był pewny. Peter nie przeszedł do następnego w tym ciągu rozumowania bardzo ważnego wniosku: że gdyby anioł dowiedział się, co Peter robi, mógłby podjąć próbę ingerencji w te działania.

Ogarnął wzrokiem grupę mężczyzn w sali. Zastanawiał się, czy wieści rozejdą się po szpitalu szybko, czy wcale.

– Chodź, Peter – mruknął Mały Czarny. – Zabieramy się stąd.

Peter kiwnął głową i szybkim krokiem poszedł za pielęgniarzem.

Rozdział 18

Później tego samego dnia, a może następnego, w każdym razie w którymś momencie procesji obłąkańców doprowadzanych do gabinetu Lucy Jones, dotarło do mnie, że nigdy wcześniej tak naprawdę nie brałem w niczym udziału.

Kiedy się nad tym zastanowiłem, uznałem, że wokół istnieje mnóstwo najróżniejszych powiązań – a mimo to na zawsze pozostawałem z nich wyłączony. Dla dziecka wykluczenie go ze wszystkiego to straszna rzecz. Może nawet najgorsza.

Kiedyś mieszkałem na typowej, podmiejskiej ulicy: dużo parterowych i jednopiętrowych, pomalowanych na biało domków, z równo przystrzyżonymi trawnikami, może grządką kwiatów pod oknem i małym basenem na podwórku. Autobus szkolny zatrzymywał się w naszej okolicy dwa razy, żeby wszystkie dzieci miały blisko. Popołudniami cała ulica rozbrzmiewała gwarem, głośnym przypływem młodości chłopców i dziewczynek w dżinsach przetartych na kolanach. Tylko w niedziele chłopcy wychodzili z domów w niebieskich swetrach, białych, wykrochmalonych koszulach i poliestrowych krawatach, a dziewczynki w sukienkach z falbankami i zakładkami. Potem wszyscy zbieraliśmy się, wraz z rodzicami, w jednym z pobliskich kościołów. To była typowa mieszanka zachodniego Massachusetts: głównie katolicy, którzy poświęcali czas na rozważania, czy jedzenie mięsa w piątek to grzech, do tego trochę baptystów i episkopalian. W naszej okolicy mieszkało nawet kilka rodzin żydowskich, ale oni musieli jechać na drugi koniec miasta do synagogi.

Wszystko to było niewiarygodnie, przytłaczająco, kosmicznie typowe. Typowa dzielnica zamieszkana przez typowe rodziny, które głosowały na demokratów, zachwycały się Kennedymi i chadzały w ciepłe, wiosenne wieczory na mecze ligowe, nie tyle żeby popatrzeć, ile żeby porozmawiać. Typowe marzenia. Typowe aspiracje. Typowość w każdym względzie, od pierwszych godzin poranka, po ostatnie godziny nocy. Typowe obawy, typowe zmartwienia. Rozmowy jak przykute łańcuchami do normalności. Nawet typowe tajemnice skrywane za typowymi fasadami pozorów. Alkoholik. Damski bokser. Ukryty homoseksualista. Wszystko typowe, bez przerwy.

Za wyjątkiem, oczywiście, mnie.

O mnie rozmawiano przyciszonymi głosami, takim samym tonem, jaki zwykle rezerwowano dla przekazywania wstrząsających wiadomości: że dwie ulice dalej wprowadziła się rodzina czarnych, że widziano burmistrza wychodzącego z motelu z kobietą, z całą pewnością nie żoną.

Przez te wszystkie lata ani razu nie zaproszono mnie na urodzinowe przyjęcie. Nigdy nie poproszono, żebym został na noc. Nie zabrano na rodzinny wypad na lody. Nikt do mnie wieczorem nie dzwonił, żeby pogadać o szkole, sporcie albo o tym, kto kogo pocałował na potańcówce w siódmej klasie. Nigdy nie grałem w zespole, nie śpiewałem w chórze ani nie maszerowałem w orkiestrze. Jesienią nie kibicowałem na piątkowych meczach, nigdy też nie włożyłem źle leżącego smokingu i nie poszedłem na bal maturalny. Moje życie było niezwykłe przez nieobecność wszystkich tych drobiazgów, które składają się na normalność u innych.

Nie byłem w stanie powiedzieć, czego nienawidziłem bardziej – nieuchwytnego świata, z którego wyszedłem i do którego nigdy nie mogłem wrócić, czy samotnego świata, w którym kazano mi żyć: liczba mieszkańców jeden, nie licząc głosów.

Przez tyle lat słyszałem, jak wołają moje imię: Francis! Francis! Francis! Wyjdź! Wyobrażałem sobie, że tak mniej więcej wołałyby mnie dzieci z okolicy w ciepłe, lipcowe wieczory, kiedy słońce powoli zachodzi, a upał unosi się w powietrzu aż do kolacji. Nigdy tak nie zrobiły. Cóż, w sumie trudno mieć do nich pretensje. Nie wiem, czy na ich miejscu bym chciał, żebym wyszedł się pobawić. A w miarę jak dorastałem, dojrzewały też moje głosy; zmieniały się, jakby dotrzymywały mi kroku z każdym mijającym rokiem.

Wszystkie te myśli rodziły się gdzieś w przezroczystym świecie między snem a jawą, bo nagle otworzyłem oczy w swoim mieszkaniu. Musiałem przysnąć, oparty plecami o niezapisany fragment ściany. Zwykle te wszystkie myśli były tłumione przez leki. Zdrętwiał mi kark. Wstałem niepewnie. Dzień wokół mnie zblakł i znów byłem sam, nie licząc wspomnień, duchów i znajomego mamrotania dawno niesłyszanych głosów. Wszystkie zdawały się rozradowane tym, że odzyskały władzę nad moją wyobraźnią. To było trochę tak, jakby ocknęły się razem ze mną; wyobrażałem sobie, że tak budziłaby się obok mnie prawdziwa kochanka, gdybym kiedykolwiek miał prawdziwą kochankę. W uszach mojej wyobraźni głośno domagały się uwagi, trochę jak rozentuzjazmowany tłum na aukcji.

Przeciągnąłem się niespokojnie i podszedłem do okna. Wyjrzałem na pełznące przez miasto strzępy nocy tak samo, jak robiłem to już dziesiątki razy, tyle tylko, że teraz skupiłem się na jednym cieniu, za przysadzistym, ceglanym budynkiem sklepu z częściami samochodowymi. Patrzyłem, jak skraj ciemności się przesuwa. Pomyślałem, że to straszne, iż każdy cień był tylko minimalnie podobny do budynku, drzewa czy idącego szybkim krokiem człowieka, który go zrodził. Nabiera własnego kształtu, nawiązującego do oryginału, ale niezależnego. Taki sam, a inny. Cienie, stwierdziłem, mogą mi powiedzieć bardzo dużo o moim świecie. Może bliżej mi było do bycia jednym z nich, niż do bycia żywym. Potem, kątem oka, zauważyłem radiowóz. Sunął powoli moją ulicą.

Nagle przestraszyłem się, że jadą mnie sprawdzić. Czułem, że dwie pary oczu w zaciemnionym samochodzie unoszą się, omiatają wzrokiem fasadę budynku jak dwa zestawy reflektorów, potem nieruchomieją dokładnie na moim oknie. Rzuciłem się w bok i skuliłem przy ścianie.

Jechali po mnie. Byłem pewny, tak samo jak tego, że po dniu przychodzi noc, a po nocy dzień. Przeszukałem wzrokiem mieszkanie, próbując znaleźć sobie jakąś kryjówkę. Wstrzymałem oddech. Miałem wrażenie, że każde uderzenie mojego serca dudni jak róg przeciwmgielny. Próbowałem mocniej wcisnąć się w ścianę, jakby mogła mnie zamaskować. Czułem obecność policjantów za drzwiami.

A potem nic.

Nie rozległo się niecierpliwe łomotanie do drzwi.

Nie usłyszałem głośnego „Policja!”, pojedynczego słowa, które mówi wszystko od razu.

Otoczyła mnie cisza. Po chwili dyskretnie wyjrzałem przez okno i zobaczyłem pustą ulicę.

Nie było samochodu. Ani policjantów. Tylko jeszcze więcej cieni.

Na chwilę znieruchomiałem. Czy radiowóz w ogóle się tam pojawił?

Wolno odetchnąłem. Wmawiałem sobie, że nic się nie stało, nie ma się czym przejmować. Dokładnie to samo próbowałem sobie wmówić tyle lat temu w szpitalu.

Wciąż miałem w pamięci twarze, nawet jeśli bez nazwisk. Powoli, przez tamten dzień i następny, Lucy przesłuchiwała mężczyzn posiadających według niej elementy profilu, który budowała głęboko w głowie. Mężczyzn pełnych gniewu. Był to na swój sposób przyspieszony kurs poznawczy jednego plastra naszej szpitalnej klienteli, odciętego z krawędzi. Do tamtego gabinetu spędzano najróżniejsze przypadki psychicznych chorób, sadzano je na krześle, czasem przy udziale lekkiego szturchnięcia ze strony Dużego Czarnego, przy wtórze drobnego gestu Lucy i kiwnięcia głową przez pana Evansa.

Co do mnie – ja zawsze siedziałem cicho i słuchałem.

Obserwowałem paradę niemożliwości. Niektórzy pacjenci byli ostrożni, bezustannie zerkali na boki, udzielali wymijających odpowiedzi. Inni wydawali się przerażeni, kulili się na krześle, z potem na czole, z drżeniem w głosie, a każde pytanie Lucy uderzało w nich jak młot, nieważne, jak było rutynowe, łagodne czy nieznaczące. Jeszcze inni zachowywali się agresywnie, ciągle podnosili głos, krzyczeli w złości i, w niejednym przypadku, walili pięściami w biurko, unosząc się urażoną godnością i niewinnością. Kilku nic nie mówiło, patrzyło tępo przed siebie, jakby każde stwierdzenie czy pytanie Lucy pochodziło z zupełnie innego planu egzystencji, jakby nie znaczyło nic w żadnym znanym im języku, więc odpowiedź była niemożliwa. Niektórzy reagowali bełkotem, inni zmyślaniem, jedni złością, drudzy strachem. Kilku gapiło się w sufit albo naśladowało rękami gest duszenia kogoś. Jedni patrzyli na zdjęcia zwłok ze strachem, inni z niepokojącą fascynacją. Ktoś natychmiast się przyznał: „To ja, to ja”, bez przerwy bełkotał, nie pozwalając Lucy zadać choćby jednego z pytań, mogących wskazywać, że to rzeczywiście on popełnił zbrodnię. Inny nic nie powiedział, wyszczerzył się tylko i włożył sobie rękę w spodnie, żeby się podniecić; dopiero zniechęcający ucisk wielkiej dłoni Dużego Czarnego na ramieniu zmusił go, żeby przestał. Przez cały ten czas pan Zły siedział obok Lucy. Kiedy tylko Duży Czarny wyprowadzał kolejnego pacjenta za drzwi, psycholog podawał argumenty wykluczające danego pacjenta. W jego podejściu widoczna była irytująca wyrazistość; miał być pomocny i udzielać informacji, a w rzeczywistości przeszkadzał i mącił. Pan Zły, pomyślałem, był prawie tak sprytny, jak mu się zdawało, i nie tak głupi, jak uważali niektórzy z nas, co, jak myślę teraz, po tylu latach, stanowiło bardzo niebezpieczną kombinację.

Podczas kolejnych przesłuchań ogarnęło mnie dziwne przeświadczenie: zacząłem widzieć. To było tak, jakbym potrafił uzmysłowić sobie, wyobrazić, skąd bierze się każde cierpienie. I jak wszystkie te nawarstwiające się cierpienia z biegiem lat przekształciły się w obłęd.

Poczułem, że nad moim sercem zalega ciemność.

Każde włókno ciała krzyczało, żebym wstał i uciekał, wydostał się z tego pokoju, że wszystko, co widziałem, słyszałem i pojmowałem, było straszne, że nie miałem prawa ani chęci gromadzić tych informacji. Ale pozostałem nieruchomy. Nie mogłem nawet drgnąć, bojąc się w tej chwili siebie samego tak bardzo, jak bardzo bałem się tamtych przesłuchiwanych mężczyzn, z których każdy zrobił kiedyś coś strasznego.

Nie byłem taki jak oni. A mimo to byłem podobny.

Za pierwszym razem, kiedy Peter Strażak wyszedł z budynku Amherst, zakręciło mu się w głowie i musiał chwycić się poręczy, żeby nie upaść. Oblało go jasne światło słońca, ciepły, późnowiosenny wiatr zmierzwił mu włosy, zapach hibiskusów kwitnących wzdłuż ścieżek wypełnił jego nozdrza. Zatrzymał się niepewnie na szczycie schodów prowadzących do bocznych drzwi, trochę jak pijany albo jakby przez wszystkie tygodnie spędzone w budynku obracano go wokół własnej osi i dopiero teraz przestano nim kręcić. Słyszał warkot samochodów przejeżdżających drogą za murem szpitala a z drugiej strony pokrzykiwania dzieci bawiących się na trawniku przed budynkami personelu. Wytężył słuch. Spoza wesołych głosów dobiegła go muzyka z radia. Motown, pomyślał. Coś z uwodzicielsko wyraźnym rytmem i przypominającymi syreny harmoniami w refrenie.

Po obu stronach Petera stali Mały Czarny i jego wielki brat.

– Peter, pochyl się – szepnął ponaglająco mniejszy z pielęgniarzy. – Nikt nie może ci się dobrze przyjrzeć.

Strażak był ubrany w białe spodnie i krótki fartuch laboratoryjny tak samo jak dwaj pielęgniarze, chociaż oni mieli na nogach przepisowe, czarne buty na grubej podeszwie, a on wysokie, płócienne adidasy do koszykówki, i każdy biegły w przebierankach by to zauważył. Peter kiwnął głową i trochę się zgarbił, ale trudno mu było długo wpatrywać się w ziemię. Minęło za wiele tygodni, odkąd przebywał na dworze, a jeszcze dłużej, odkąd mógł gdziekolwiek pójść bez kajdanków krępujących każdy krok.

Po prawej widział grupkę pacjentów pracujących w ogródku. Na zapuszczonym asfalcie dawnego boiska pół tuzina innych chodziło w tę i z powrotem wokół resztek siatki do siatkówki. Dwaj pielęgniarze palili papierosy, niedbale pilnując szurających nogami ludzi, którzy unosili twarze do ciepłego, popołudniowego słońca. Jedna chuda kobieta w średnim wieku tańczyła, zataczając szerokie łuki rękami, dając krok to w prawo, to w lewo, w walcu bez rytmu ani celu, ale z elegancją godną renesansowego dworu.

System przeszukiwania opracowali sobie wcześniej. Mały Czarny uprzedzał inne budynki przez wewnątrzszpitalny interkom, potem wchodzili przez boczne wejście. Duży Czarny szedł po kolejnego podejrzanego z listy Lucy, a Peter i Mały Czarny przetrząsali łóżko i rzeczy osobiste pacjenta. Ustalił się następujący podział ról: Mały Czarny wypatrywał innych pielęgniarzy albo pielęgniarek, którzy mogliby się nimi zainteresować, a Peter szybko przeglądał żałośnie skromny zbiór rzeczy, jakie udało się zebrać przesłuchiwanemu mężczyźnie. Był w tym bardzo dobry, działał szybko i potrafił wymacać ubrania, papiery i pościel, prawie w ogóle nie robiąc bałaganu. Podczas pierwszych przeszukań we własnym budynku przekonał się, że nie da rady utrzymać tego w sekrecie przed wszystkimi – jakiś pacjent zawsze stał w kącie, siedział na łóżku albo tkwił przyklejony do ściany, skąd mógł widzieć całą salę i sprawdzać przez okno, czy przypadkiem ktoś się nie podkrada. Szpitalna paranoja nie zna granic, myślał Peter. Problem polegał na tym, że podejrzliwość w kontekście szpitala dla umysłowo chorych nie była tym samym, czym w prawdziwym świecie. W Western State paranoja stanowiła normę i akceptowaną przez wszystkich część codzienności, tak samo regularną i spodziewaną, jak posiłki, bójki i łzy. Duży Czarny zobaczył, że Peter podnosi oczy do słońca, i uśmiechnął się.

– Zapomina się, co? – powiedział cicho. – W taki ładny dzień jak ten. Peter kiwnął głową.

– W taki dzień jak ten – ciągnął olbrzym – to nie fair być chorym.

– Wiesz, Peter – włączył się nieoczekiwanie Mały Czarny – w taki dzień jak ten jest tu jeszcze gorzej niż zwykle. Wszyscy czują smak namiastki tego, czego im brakuje. Zimny dzień. Deszczowy. Wietrzny i śnieżny. Wtedy pacjenci wstają rano i nie robią problemów. Nigdy nie zwracają na nic uwagi. Ale w piękny dzień każdemu jest ciężko.

Peter nie odpowiedział.

– A zwłaszcza takim, jak twój młody przyjaciel – dodał Mały Czarny. – Mewa cały czas ma nadzieję, marzy. I nie, że daleko mu jeszcze do normalnego świata.

– On wyjdzie – powiedział Peter. – I to prędko. Niemożliwe, żeby trzymano go tu aż tak długo.

Duży Czarny westchnął.

– Chciałbym, żeby to była prawda. Mewa ma ogromne kłopoty.

– Francis? – spytał Peter z niedowierzaniem. – Ależ on jest nieszkodliwy. Każdy głupi to widzi. Przecież ten chłopak w ogóle nie powinien tu trafić…

Mały Czarny pokręcił głową, jakby żadne słowo Petera nie było prawdą, a on sam nie mógł pojąć tego, co rozumieją pielęgniarze, ale nic nie powiedział. Peter zerknął na główne wejście do szpitala, na bramę z kutego żelaza i gruby, ceglany mur. W więzieniu, pomyślał, odosobnienie zawsze było kwestią czasu. Czyn określał jak długiego. Mógł to być rok albo dwa, dwadzieścia albo trzydzieści lat, ale zawsze chodziło o skończony okres, nawet dla tych skazanych na dożywocie, bo w końcu, nieodwołalnie, nadchodziła komisja zwolnień warunkowych albo śmierć. W szpitalu tak nie było. Długość pobytu tutaj określało coś o wiele bardziej nieuchwytnego i trudniejszego do uzyskania.

Duży Czarny chyba odgadł myśli Petera, ponieważ znów się odezwał, głosem, w którym wciąż pobrzmiewał smutek.

– Nawet jeśli załatwi sobie rozmowę, ma przed sobą długą drogę, zanim go stąd wypuszczą.

– To bez sensu – stwierdził Peter. – Francis jest bystry i nie skrzywdziłby nawet muchy…

Tak – przerwał Mały Czarny. – I cały czas słyszy głosy, mimo leków, i nie rozumie, dlaczego tu trafił, a pan Zły bardzo go nie lubi, chociaż nie wiem dlaczego. Wszystko to razem, Peter, oznacza, że twój przyjaciel tu zostanie i że nie wyznaczą mu żadnego terminu rozmowy. W przeciwieństwie do niektórych innych pacjentów. A na pewno do ciebie.

Peter zaczął coś mówić, potem zacisnął usta. Przez chwilę szli przed siebie w milczeniu; Strażak próbował wygnać ciepłem dnia chłodne myśli, które zasiali w nim dwaj pielęgniarze.

– Mylicie się – powiedział w końcu. – Obaj się mylicie. On wyjdzie. Wróci do domu. Ja to wiem.

– W domu nikt go nie chce – zauważył Duży Czarny.

– W przeciwieństwie do ciebie – powtórzył Mały Czarny. – Każdy chce Strażaka dla siebie. Gdzieś w końcu trafisz, ale nie tutaj.

– Aha – odparł Peter gorzko. – Z powrotem do więzienia. Tam, gdzie moje miejsce. Na dwadzieścia lat albo dożywocie.

Mały Czarny wzruszył ramionami, jakby chciał dać do zrozumienia, że Peter może nie tyle coś pokręcił, ile minął się z prawdą. Przeszli jeszcze kilka kroków w stronę budynku Williams.

– Pochyl się – rozkazał Mały Czarny, kiedy zbliżyli się do bocznego wejścia.

Peter znów opuścił głowę i wbił wzrok w zakurzoną ścieżkę. Nie było to łatwe, bo każdy promień słońca na plecach przypominał mu o innych miejscach, a każdy powiew ciepłego wiatru – o szczęśliwszych czasach. Szedł i powtarzał sobie, że niczemu nie służyło wspominanie, kim kiedyś był i kim się stał, że powinien teraz tylko wyglądać tego, co go czekało. Było to trudne, bo za każdym razem, kiedy patrzył na Lucy, widział życie, które mogło być jego udziałem, ale wymknęło mu się z rąk. Pomyślał, nie pierwszy raz, że każdy kolejny krok zbliżał go tylko do jakiegoś napawającego grozą urwiska.

Mężczyzna siedzący naprzeciwko Lucy uśmiechnął się pusto.

– Pamięta pan pielęgniarkę, którą nazywano Krótką Blond? – spytała po raz drugi.

Mężczyzna zakołysał się i cicho jęknął. Nie był to jęk potakujący ani przeczący, lecz po prostu sygnalizujący słuchanie. A przynajmniej Francis nazwałby ten dźwięk jękiem, ale tylko z braku lepszego słowa, bo przesłuchiwany pacjent w najmniejszym stopniu nie sprawiał wrażenia przejętego czymkolwiek, ani pytaniem, ani twardym krzesłem, ani obecnością pani prokurator. Był potężny, barczysty, miał krótko przycięte włosy i szeroko otwarte oczy, nadające twarzy wyraz ciągłego zdziwienia. W kąciku ust zebrało mu się trochę śliny; kołysał się do rytmu, który rozbrzmiewał tylko w jego uszach.

– Odpowie pan na jakiekolwiek pytania? – spytała Lucy Jones ze zniecierpliwieniem.

Mężczyzna uparcie milczał; słychać było tylko ciche skrzypienie krzesła na którym kołysał się w przód i w tył. Francis spojrzał na jego dłonie, wielkie i sękate jak u starca, co zupełnie nie pasowało, bo milczący człowiek był prawdopodobnie niewiele starszy od niego. Francis czasami myślał, że w szpitalu zmieniały się nawet normalne zasady starzenia. Młodzi ludzie wyglądali jak starzy. Starzy wyglądali jak wiekowi. Mężczyźni i kobiety, którzy powinni tryskać witalnością, włóczyli się, jakby ciążyło im brzemię lat, podczas gdy niektórzy, co stali już u kresu życia, mieli potrzeby i prostotę dzieci. Francis zerknął przelotnie na własne dłonie, żeby sprawdzić, czy wyglądają mniej więcej tak, jak powinny. Potem znów przeniósł wzrok na ręce przesłuchiwanego. Łączyły się z potężnymi przedramionami i węźlastymi, muskularnymi ramionami. Każda nabrzmiała żyła świadczyła o ledwie powstrzymywanej sile.

– Coś nie tak? – spytała Lucy.

Mężczyzna znów chrząknął, nisko, warcząc Francis przywykł już do słuchania takich dźwięków w świetlicy. Zwierzęcy odgłos wyrażał coś prostego jak głód albo pragnienie. Był pozbawiony ostrości, którą mógłby mieć, gdyby zrodził się pod wpływem gniewu.

Evans nachylił się i wziął od Lucy teczkę. Szybko przebiegł oczami po kartkach.

– Przesłuchiwanie tego osobnika chyba nic nie da – oznajmił ze źle skrywanym zadowoleniem.

– Czemu? – zapytała Lucy ze złością, odwracając się do niego. Evans wskazał róg teczki.

– Zdiagnozowane głębokie upośledzenie. Nie widziała tego pani?

– Widziałam akty przemocy wobec kobiet – odparła Lucy chłodno. – W tym incydent, kiedy powstrzymano go w samym środku seksualnej napaści na dziecko, i drugi, kiedy mocno uderzył kobietę.

Evans spojrzał na akta. Kiwnął głową.

– Tak, tak – powiedział pospiesznie. – Ale to, co zostaje zapisane w aktach, nie zawsze jest precyzyjnym odtworzeniem prawdziwych zdarzeń. W przypadku tego mężczyzny dziewczynka była jego sąsiadką. Często się z nim bawiła i go prowokowała. Niewątpliwie sama ma pewne problemy, a rodzina postanowiła nie składać żadnych skarg. W drugim przypadku chodziło o jego matkę. Popchnął ją podczas kłótni o to, że nie chciał wykonać jakiegoś domowego obowiązku. Kobieta uderzyła się o kant stołu i dlatego została odwieziona do szpitala. Nasz pacjent nie zdawał sobie sprawy z własnej siły. Myślę również, że brak mu przestępczej inteligencji, której pani szuka. Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale pani teoria morderstwa chyba zakłada, że zabójcą jest człowiek sprytny i wyrachowany. Lucy wyjęła teczkę z rąk Evansa.

– Proszę odprowadzić pacjenta do sali – zwróciła się do Dużego Czarnego. – Pan Evans ma rację.

Duży Czarny podniósł mężczyznę za łokieć. Ten się uśmiechnął.

– Dzięki za pomoc – rzuciła Lucy.

Mężczyzna nie zrozumiał chyba ani słowa, ale ton głosu musiał być dla niego oczywisty, bo wyszczerzył się szeroko i pomachał ręką potem posłuszne wyszedł za Dużym Czarnym na korytarz. Uśmiech nie zniknął z jego ust.

Lucy odchyliła się do tyłu.

– Wolno nam idzie – westchnęła.

– Od początku miałem wątpliwości – przypomniał Evans.

Francis zobaczył, że Lucy zamierza coś odpowiedzieć. W tym momencie usłyszał dwa, może trzy swoje głosy. Krzyczały jednocześnie: Powiedz jej! Dalej, powiedz! - więc nachylił się i odezwał po raz pierwszy od kilku godzin.

– To nic, Lucy – powiedział powoli, potem trochę przyspieszył. – Nie o to chodzi.

Pan Evans zrobił gniewną minę, jakby Francis mu przerwał. Lucy odwróciła się do chłopaka.

– Co masz na myśli?

– Nieważne co opowiadają – wyjaśnił Francis. – Tak naprawdę nie ma też znaczenia, o co pytasz: o noc morderstwa, czy gdzie byli, czy znali Krótką Blond, czy zachowywali się brutalnie w przeszłości. To nie o to chodzi. Cokolwiek powiedzą, usłyszą, jakkolwiek zareagują, powinnaś słuchać czegoś zupełnie innego niż słów.

Jak Francis mógł się domyśleć, pan Evans machnął lekceważąco ręką.

– Uważasz, że nie jest ważne, co mają do powiedzenia, Mewa? Skoro tak, po co to całe przedstawienie?

Francis skulił się na krześle, obawiając się sprzeciwić panu Złemu. Wiedział, że istnieją ludzie, którzy zapamiętują wszystkie przykrości i afronty, potem za nie odpłacają; Evans był jednym z nich.

– Słowa nic nie będą znaczyły – powiedział Francis powoli, niezbyt głośno. – Żeby znaleźć anioła, musimy mówić innym językiem. To zupełnie różny sposób porozumiewania się i jeden z tych ludzi, którzy tu przychodzą, będzie się nim posługiwał. Musimy go tylko rozpoznać, kiedy się pojawi – ciągnął ostrożnie. – Ale to nie będzie coś, czego się spodziewamy.

Evans parsknął cicho, potem wyjął notes i zapisał coś na kartce w linię. Lucy Jones miała już odpowiedzieć Francisowi, ale odwróciła się do psychologa.

– Co pan zanotował? – spytała, wskazując notes.

– Nic takiego.

– Och, a jednak coś – nie dała za wygraną. – Przypomnienie, żeby po drodze do domu kupić mleko? Decyzja, żeby zmienić pracę? Maksyma, gra słów, kalambur albo wierszyk?

– Spostrzeżenie na temat naszego młodego przyjaciela – odparł obojętnie Evans. – Uwaga, że przywidzenia Francisa wciąż trwają. Czego dowodem była wypowiedź o tworzeniu nowego języka.

Lucy zdenerwowała się i już miała odpowiedzieć, że ona zrozumiała wszystko, co Francis powiedział, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Zerknęła na chłopaka i zobaczyła, że każde słowo Evansa wypaliło się w jego świecie lęków. Nic nie mów, upomniała się w duchu. Tylko wszystko pogorszysz.

Chociaż nie potrafiła sobie wyobrazić, co konkretnie musiałoby się stać, żeby położenie Francisa było jeszcze gorsze.

– Dobrze, kto następny? – zapytała.

– Hej, Strażak! – zawołał Mały Czarny cicho, ale ponaglającym tonem. – Pospiesz się. – Spojrzał na zegarek, potem podniósł wzrok i postukał palcem w tarczę. – Musimy się stąd zabierać.

Peter przeszukiwał posłanie jednego z potencjalnych podejrzanych Lucy; wyprostował się, trochę zaskoczony.

– Dlaczego tak szybko? – zapytał.

– Piguła – syknął Mały Czarny. – Niedługo zacznie obchód. Musimy cię zaprowadzić z powrotem do Amherst i zdjąć z ciebie te ciuchy, zanim doktor zacznie się włóczyć po szpitalu.

Peter kiwnął głową. Wsunął ręce pod krawędź łóżka i pomacał materac od spodu. Obawiał się między innymi, że aniołowi udało się wyciąć kawałek materaca i schować broń oraz trofea w środku. Sam by tak zrobił, pomyślał, gdyby miał coś do ukrycia przed pielęgniarzami, pielęgniarkami czy wścibskimi pacjentami.

Nic nie wymacał i pokręcił głową.

– Skończyłeś? – spytał Mały Czarny.

Peter dalej sprawdzał każde wybrzuszenie, żeby upewnić się, czy wypukłość materaca jest na pewno tym, czym powinna. Widział, że z drugiego końca sali przygląda mu się zwyczajowa zbieranina pacjentów. Część bała się Małego Czarnego, bo zbili się w kącie. Kilku siedziało bezczynnie na krawędziach łóżek, wpatrując się w pustkę, jakby zamieszkiwany przez nich świat był gdzieś indziej.

– Tak, już kończę – wymamrotał Peter do pielęgniarza, który znów postukał w zegarek.

Nic podejrzanego, pomyślał. Teraz pozostało tylko szybko przeszukać dobytek mężczyzny. Peter wyciągnął skrzynkę spod stalowej ramy łóżka. Przetrząsnął zawartość. Nie znalazł nic bardziej podejrzanego niż skarpetki, rozpaczliwie domagające się prania. Już miał wstać, kiedy coś przykuło jego wzrok.

Na dnie skrzynki leżała biała koszulka, złożona w kostkę. Na pierwszy rzut oka niczym nie różniła się od tanich ciuchów sprzedawanych w marketach całej Nowej Anglii. Wielu mężczyzn w szpitalu nosiło podobne pod grubszymi, zimowymi koszulami w chłodniejsze miesiące.

Ta koszulka miała jednak na piersi wielką ciemnoczerwoną plamę.

Peter widywał już takie zabrudzenia. Na szkoleniu inspektora pożarowego. Podczas służby w dżungli Wietnamu.

Przez chwilę pocierał materiał palcami, jakby dotyk mógł mu powiedzieć coś więcej. Mały Czarny stał tuż obok; w jego głosie pojawiło się napięcie.

– Peter, idziemy! Nie chcę się potem tłumaczyć szefowi.

– Panie Moses – powiedział wolno Peter. – Proszę spojrzeć.

Mały Czarny podszedł bliżej i zajrzał Strażakowi przez ramię. Zagwizdał cicho.

– To może być krew, Peter – szepnął. – Na pewno wygląda jak krew.

– Tak też pomyślałem.

– To nie jest jedna z tych rzeczy, których mieliśmy szukać? – spytał Mały Czarny.

– W rzeczy samej – odparł Peter cicho.

Potem ostrożnie poskładał koszulkę i ułożył ją w tym samym miejscu, w którym leżała, zanim ją wyciągnął. Wsunął skrzynkę pod łóżko, mając nadzieję, że stoi tak samo, jak przedtem. Potem wstał.

– Chodźmy – ponaglił.

Zerknął na małą grupkę mężczyzn po drugiej stronie sali, ale po pustych oczach, które odwzajemniły jego spojrzenie, nie potrafił stwierdzić, czy cokolwiek zauważyli.

Rozdział 19

Peter zrzucił z siebie biały uniform pielęgniarza tuż za drzwiami budynku Amherst. Mały Czarny wziął od niego workowate spodnie i luźną kurtkę, złożył je i wcisnął pod pachę, a Peter tymczasem wciągnął pogniecione dżinsy.

– Schowam to, dopóki nie będziemy mieli pewności, że Gulptilil skończył obchód i możemy wracać do roboty – poinform