/ / Language: Polski / Genre:thriller

Profesor

John Katzenbach

Akademicką karierę poświęcił badaniom nad strachem. Teraz nieznany mu strach mobilizuje go do ostatniego nadludzkiego wysiłku… Jak tylko drzwi się otworzyły, wiedział, że już po nim. Pozostały tylko dwa pytania: Jak długo to potrwa? I jak bardzo to będzie straszne? – Profesor psychologii Adrian Thomas dowiaduje się, że jego choroba nie da mu żadnej szansy… Jak tylko drzwi się otworzyły, wiedziała, że już po niej. Pozostały tylko dwa pytania: Jak długo to potrwa? I jak bardzo to będzie straszne? – Jennifer często uciekała z domu.Jednak zawsze wracała albo była przyprowadzana przez policję. Ale tym razem policja nie odnajduje Jennifer. Tym razem szesnastolatka jest w miejscu, gdzie nie znajdzie jej nikt… choć będą ją widzieć tysiące ludzi… Losy tych dwojga skazańców połączy przypadek, który każe profesorowi rozpocząć dramatyczne śledztwo. Akademicką karierę poświęcił badaniom nad strachem. Teraz strach mobilizuje go do ostatniego nadludzkiego wysiłku. Strach, że będzie za późno: dla niego i dla nieznanej mu dziewczyny… Najnowszy thriller psychologiczny wydany w Niemczech jeszcze przed premierą w USA i sprzedany już w 125 000 egzemplarzy. 12 tygodni na liście bestsellerów „Buchreporter". Już 100 000 sprzedanych egzemplarzy w Hiszpanii, Argentynie, Meksyku, Kolumbii, Chile, Urugwaju. 5 tygodni numer 1 argentyńskich list bestsellerów. Profesor Johna Katzenbacha wprowadza wysoki literacki thriller w jeszcze wyższe rejestry. „Hannoversche Allgemeine Zeitung” W swojej ostatniej powieści John Katzenbach genialnie gra naszymi pojęciami rzeczywistości i tożsamości. „Die Literarische Welt” John Katzenbach błyskotliwie wznosi się ponad monotonię i przewidywalność typowego thrillera z psychopatycznym seryjnym mordercą. „Bayerischer Rundfunk” Widać rękę mistrza. „Neue Presse”

John Katzenbach

Profesor

Przekład Tomasz Wilusz

Rozdział 1

Jak tylko drzwi się otworzyły, wiedział, że już po nim.

Widział to w szybko odwróconym wzroku, lekko zgarbionych ramionach, nerwowych, pospiesznych ruchach lekarza idącego przez gabinet. Pozostały tylko dwa pytania: Jak długo to potrwa? I jak bardzo to będzie straszne?

Nie musiał długo czekać na odpowiedzi.

Adrian Thomas patrzył, jak neurolog wertuje wyniki badań i siada za dużym dębowym biurkiem. Lekarz przechylił się w fotelu do tyłu, do przodu i wreszcie spojrzał w górę.

– Wyniki wykluczają większość typowych diagnoz…

Adrian spodziewał się tego. Rezonans magnetyczny. EKG. EEG. Krew. Mocz. USG. Tomografia mózgu. Seria badań funkcji poznawczych. Ponad dziewięć miesięcy temu po raz pierwszy zauważył, że zapomina rzeczy zwykle łatwe do zapamiętania – w sklepie elektrycznym stał przed regałem z żarówkami i nie miał bladego pojęcia, co zamierzał kupić; kiedy indziej na głównej ulicy miasta wpadł na dobrego znajomego z uczelni i zupełnie nie mógł sobie przypomnieć jego imienia, choć przeszło dwadzieścia lat ten człowiek zajmował sąsiedni gabinet. A potem, sześć dni temu, cały wieczór miło rozmawiał ze swoją dawno nieżyjącą żoną w salonie domu, w którym mieszkali od przeprowadzki do zachodniego Massachusetts. Siedziała przy kominku, w swoim ulubionym perskim fotelu w stylu królowej Anny. Kiedy dotarło do niego, co zrobił, zrozumiał, że żadne wydruki komputerowe ani kolorowe fotografie mózgu niczego nie wykażą. Mimo to sumiennie umówił się na pilną wizytę u swojego internisty, a ten natychmiast odesłał go do specjalisty. Cierpliwie odpowiedział na wszystkie pytania i dał się obmacać, opukać i prześwietlić.

W pierwszym szoku po tym, jak uświadomił sobie, że nieżyjąca żona zniknęła mu z oczu, uznał, że po prostu traci rozum – nienaukowe, nieprecyzyjne określenie psychozy bądź schizofrenii. Ale znowu nie miał wrażenia, że traci rozum. W zasadzie czuł się zupełnie nieźle. To, co się stało, wydawało się niegroźne, prawie jakby godziny przegadane z kimś, kto nie żyje od trzech lat, były przyjemnym zwyczajem – ot, rozmowa jak wiele innych, jakie często prowadzili przez lata małżeństwa. Gawędzili o jego pogłębiającej się samotności i o tym, dlaczego powinien dać parę wykładów pro bono na uniwersytecie, mimo że od jej śmierci był na emeryturze. Dyskutowali o nowych filmach, ciekawych książkach i o tym, co powinien wysłać siostrzenicom z Kalifornii na urodziny. Zastanawiali się, czy tego roku spróbować wymknąć się na Cape Cod na parę tygodni odpoczynku w czerwcu, zaraz po tym, jak tasergale i skalniki wyruszą w swoją doroczną wędrówkę, a zanim pojawią się żądne opalenizny tłumy objuczone lodówkami turystycznymi i parasolami plażowymi.

Kiedy siedział naprzeciwko neurologa, stwierdził w duchu, że popełnił straszliwy błąd, choć przez sekundę dopuszczając do siebie myśl, że halucynacja jest objawem choroby. Niepotrzebnie przeraził się tym sygnałem alarmowym i poszedł na badania. Powinien dostrzec plusy tego, co się stało. Został zupełnie sam i miło byłoby na resztę życia zaludnić swój świat osobami, które kiedyś kochał – czy nadal istnieją, czy nie.

– Pańskie objawy wskazują…

Nie chciał słuchać lekarza, który ma zakłopotaną, zbolałą minę i jest dużo młodszy od niego. To niesprawiedliwe, pomyślał, że dowie się o tym, że umrze, od kogoś tak młodego. Takie rzeczy powinien mówić siwowłosy dostojny medyk o dźwięcznym głosie znużonym latami doświadczenia, nie piskliwy chłopaczyna świeżo po podstawówce, taki co to nerwowo buja się na fotelu.

Nie podobał mu się ten sterylny, jasno oświetlony gabinet, z dyplomami w ramkach i drewnianymi biblioteczkami pełnymi medycznych tekstów, do których lekarz na pewno nigdy nie zajrzał. Adrian wiedział, że młody neurolog jest z tych, co wolą stuknąć parę razy w klawiaturę komputera albo blackberry, żeby znaleźć informacje. Rozejrzał się: gabinet wręcz nieznośnie czysty i uporządkowany, jakby naturalna brzydota śmiertelnej choroby nie miała tu wstępu. Popatrzył nad ramieniem mężczyzny przez okno i zobaczył wronę – lądowała wśród liści pobliskiej wierzby. Monotonny głos doktora jakby dobiegał z jakiegoś odległego świata, którego Adrian nie był już częścią. No, może był – małą. Nieistotną. Przez chwilę wyobrażał sobie, że to wrony powinien słuchać, potem zszokowany i zmieszany odniósł wrażenie, że rzeczywiście to ona do niego mówi. To, przekonał sam siebie, nieprawdopodobne, więc spuścił wzrok i zmusił się, żeby słuchać lekarza.

– …Przykro mi, profesorze Thomas – powiedział powoli neurolog. Ostrożnie dobierał słowa. – Sądzę, że to postępujące stadium stosunkowo rzadkiej choroby, znanej jako otępienie z ciałami Lewy'ego. Wie pan coś o niej?

Coś tam wiedział. Raz czy dwa słyszał tę nazwę, choć tak na gorąco nie pamiętał gdzie. Może jeden z innych pracowników katedry psychologii na uniwersytecie użył jej na zebraniu kadry, kiedy uzasadniał potrzebę przeprowadzenia jakichś badań albo uskarżał się na formalności związane z przyznawaniem grantów. Może pamiętał ją z młodości – pracował wtedy w szpitalu dla weteranów. Mimo to pokręcił głową. Lepiej usłyszeć wszystko bez żadnych upiększeń od kogoś bardziej kompetentnego, nawet jeśli ten ktoś jest zbyt młody.

Słowa leciały w przestrzeń między nimi jak gruz po wybuchu i zaśmiecały biurko: Stała. Postępująca. Szybkie pogarszanie się. Halucynacje. Utrata kontroli nad funkcjami fizjologicznymi. Utrata umiejętności logicznego myślenia. Utrata pamięci krótkotrwałej. Utrata pamięci długotrwałej.

I w końcu wyrok śmierci:

– …Przykro mi, że muszę to panu powiedzieć, ale zwykle to kwestia pięciu, siedmiu lat. Może. A ponieważ, jak sądzę, choroba rozwija się u pana od jakiegoś czasu, w tym przypadku to maksimum. Przeważnie wszystko dzieje się dużo szybciej… – Chwila przerwy, a po niej lizusowskie: – Jeśli chce pan zasięgnąć opinii drugiego specjalisty…

Dlaczego, zastanawiał się, miałby chcieć drugi raz usłyszeć złe wieści?

A potem jeszcze jeden, w sumie spodziewany cios:

– …Nie ma na to lekarstwa. Są pewne środki, mogą złagodzić część objawów… leki na alzheimera, nietypowe neuroleptyki zwalczające omamy i złudzenia… ale żaden z nich niczego nie gwarantuje, a większość nie daje istotnej poprawy. Warto jednak spróbować, żeby zobaczyć, czy przedłużą funkcjonowanie…

Adrian zaczekał, aż lekarz zrobi chwilę przerwy.

– Kiedy ja wcale nie czuję się chory – powiedział.

Neurolog skinął głową.

– To też, niestety, typowe. Jak na mężczyznę po sześćdziesiątce jest pan w doskonałej formie fizycznej. Ma pan serce dużo młodszego człowieka…

– Dużo biegam i ćwiczę…

– Cóż, to dobrze.

– Czyli co, jestem dość zdrowy, żeby obserwować, jak się sypię? Patrzeć, jak dogorywam, z miejsca w pierwszym rzędzie?

Doktor nie odpowiedział od razu.

– Tak… – wydusił wreszcie. – Ale niektóre badania wykazują, że regularne ćwiczenie umysłu w połączeniu z aktywnym trybem życia może opóźnić część szkodliwych procesów w płatach czołowych, które ta choroba atakuje.

Adrian skinął głową. Wiedział to. Wiedział też, że płaty czołowe odpowiadają za proces podejmowania decyzji i zdolność rozumienia otaczającego świata. W zasadzie to płaty czołowe czyniły go tym, kim do tej pory był, a teraz miały sprawić, że stanie się kimś innym, pewnie zmienionym nie do poznania. Nagle dotarło do niego, że wkrótce przestanie być Adrianem Thomasem.

Pochłonięty tą myślą nie słuchał neurologa, aż dobiegły go słowa:

– Ma pan kogoś do pomocy? Żonę? Dzieci? Krewnych? Niedługo będzie pan wymagał stałej, całodobowej opieki. Dobrze, gdybym jak najszybciej porozmawiał z pańskimi bliskimi, pomógł im zrozumieć, przez co pan będzie przechodził… – Lekarz sięgnął po bloczek recept i zaczął szybko wypisywać listę leków.

Adrian się uśmiechnął.

– Całą potrzebną mi pomoc mam w domu.

Pan Półautomatyczny Ruger kaliber 9 milimetrów, pomyślał. W górnej szufladzie stolika nocnego. Magazynek na trzynaście nabojów pełny, ale jedna kula wystarczy.

Lekarz mówił coś jeszcze o pielęgniarskiej opiece domowej i opłatach ubezpieczeniowych, przekazaniu pełnomocnictw i testamencie, długich pobytach w szpitalu i ogromnym znaczeniu następnych wizyt, lekach, które jego zdaniem nie spowolnią rozwoju choroby, ale i tak należy je brać, bo może choć trochę pomogą, ale Adrian zrozumiał, że tak naprawdę nie musi już go słuchać.

Na przedmieściach małego miasta uniwersyteckiego, w którym mieszkał Adrian, między dawnymi polami uprawnymi, dziś zabudowanymi nowoczesnymi, ekskluzywnymi rezydencjami, przycupnął mały rezerwat przyrody – obejmował skromne wzgórze, a właściwie zaledwie wybrzuszenie terenu, szumnie zwane przez miejscowych „górą”. Na szczyt góry Pollux wiodła ścieżka, wiła się przez las i ostatecznie wychodziła na punkt widokowy na dolinę. Adriana zawsze irytowało to, że obok góry Pollux nie było góry Kastor. Ciekawe, kto nadał wzgórzu tak pretensjonalną nazwę. Jakiś uczony typ, podejrzewał, zatrudniony na uczelni dwa wieki temu, w czasach, kiedy profesorowie w czarnych wełnianych surdutach i wykrochmalonych białych kołnierzach wpajali studentom wiedzę klasyczną. Jednak pomimo jego wątpliwości co do nazwy i trafności zaszczytnego miana „góra”, lubił to miejsce. Cichy zakątek uwielbiany przez miejskie psy, spuszczane tam ze smyczy, i ludzi, którzy chcieli zostać sami ze swoimi myślami. I to tam Adrian pojechał po wizycie u lekarza.

Zaparkował stare volvo na przydrożnym parkingu u wylotu ścieżki i ruszył pod górę. Kiedy indziej włożyłby traperki na to wczesnowiosenne błoto; a tak pewnie szybko zniszczy buty.

Powiedział sobie, że to już bez znaczenia.

Wokół niego dogasało popołudnie, zimno pieściło mu plecy. Nie był odpowiednio ubrany na spacer, tym bardziej że w Nowej Anglii każdy pełzający cień niósł jeszcze z sobą tchnienie zimy. Nie zważał na chłód ani na szybko przemakające buty.

Na ścieżce nie było nikogo. Żadnych rozbrykanych golden retrieverów, co to biegają po krzakach w poszukiwaniu jakiegoś zapachu. Tylko Adrian. Szedł równym tempem. Samotność mu odpowiadała. Naszła go dziwna myśl, że gdyby kogoś spotkał, poczułby potrzebę, żeby wyznać: „Mam chorobę, o której nigdy nie słyszałeś. Zabije mnie, ale przedtem wszystko mi odbierze”.

Przynajmniej w przypadku raka, pomyślał, albo choroby serca, człowiek może pozostać sobą tak długo, jak tylko da radę, podczas gdy choroba go morduje. Był zły i chciał się jakoś wyładować, w coś uderzyć, ale zamiast tego tylko maszerował pod górę.

Wsłuchał się w swój oddech. Równy. Normalny. Ani śladu wysiłku. To niesprawiedliwe. Wolałby udręczone sapanie, coś, co powiedziałoby mu, że jest nieuleczalnie chory.

Mniej więcej po półgodzinie dotarł na szczyt – jeśli to nie za duże słowo. Resztki światła słonecznego wysączały się znad wierzchołków wzgórz na zachodzie. Przysiadł na dużej skale łupkowej i spojrzał na odległą dolinę. Pierwsze oznaki wiosny w Nowej Anglii pojawiły się już na dobre. Widział wczesne kwiaty. Głównie żółte i fioletowe krokusy wyglądały z wilgotnej ziemi. Drzewa zieleniały pączkami, które zaciemniały gałęzie jak jedno-, dwudniowy zarost policzki. Klucz dzikich gęsi kierował się na północ. Ich hałaśliwe krzyki niosły się po bladoniebieskim niebie. Wszystko to było tak uderzająco normalne, że Adrian czuł się trochę głupio; to, co się z nim działo, nijak się miało do otaczającego go świata.

W oddali dostrzegł iglice kościoła na środku uczelnianego kampusu. Drużyna bejsbolowa już na pewno wyszła trenować odbicia – w hali, bo boisko wciąż było przykryte brezentem.

Swój gabinet miał na tyle blisko, że gdy otwierał okno w wiosenne popołudnia, słyszał odległy stukot uderzeń kijów w piłki. Po długiej zimie cieszyło to tak bardzo jak widok drozda, który krąży nad dziedzińcem w poszukiwaniu dżdżownicy.

Adrian odetchnął głęboko.

– Wracaj do domu – powiedział na głos. – Zastrzel się, dopóki wszystko, co sprawia ci przyjemność, jest rzeczywiste. Bo choroba ci to odbierze.

Zawsze uważał się za człowieka czynu i z zadowoleniem przyjmował natarczywą myśl o samobójstwie. Szukał argumentów przemawiających za tym, żeby się wstrzymać. Nie znalazł żadnego.

Może wystarczy zostać tutaj. Ładne miejsce. Jedno z jego ulubionych. W sam raz na śmierć. Ciekawe, czy w nocy zrobi się dość zimno, by zamarzł. Wątpił w to. Pewnie skończyłoby się na tym, że marznąc i kaszląc, doczekałby świtu – a wtedy najadłby się wstydu, nawet jeśli był jedyną osobą na świecie, dla której wschód słońca oznaczałby porażkę.

Pokręcił głową.

Rozejrzyj się, nakazał sobie. Zapamiętaj, co warte zapamiętania. Resztę zignoruj.

Spojrzał w dół, na buty – pokryte skorupą błota i przemoczone – i zastanawiał się, dlaczego nie czuje wilgoci na palcach u nóg.

Nie ma co zwlekać, stwierdził stanowczo. Wstał i strzepnął pył łupkowy ze spodni. Cienie przedzierały się przez krzaki i drzewa, na ścieżce w dół z każdą sekundą robiło się coraz ciemniej.

Obejrzał się na dolinę. Tam uczyłem. Tam mieszkaliśmy. Żałował, że nie może stąd zobaczyć loftu w Nowym Jorku, gdzie poznał żonę i po raz pierwszy się zakochał. Żałował, że nie może zobaczyć ulubionych miejsc z dzieciństwa i tych związanych z rozmaitymi wspomnieniami z młodości. Żałował, że nie może zobaczyć rue Madeleine w Paryżu i narożnego bistro, do którego podczas urlopów naukowych co rano chodzili z żoną na kawę. I apartamentu Marleny Dietrich w berlińskim hotelu Savoy – zatrzymali się tam, kiedy pojechał wygłosić wykład w Institut für

Psychologie. Tam też poczęli swoje jedyne dziecko. Wytężył wzrok, patrząc na wschód, w stronę domu na Cape, gdzie spędzali każde lato od czasów jego młodości, plaż, na których uczył się łowić na muchę skalniki, i pełnych pstrągów strumieni. Brnął wtedy pośród prastarych głazów przez wodę, co aż kipiała energią.

Żal tego wszystkiego.

Nic się na to nie poradzi.

Odwrócił się od tego, co mógł i czego nie mógł zobaczyć, i ruszył ścieżką w dół. W zapadającej ciemności szło się powoli.

Był raptem pół przecznicy od domu, jechał między rzędami skromnych, białych drewnianych domów. Ich mieszkańcy, jego sąsiedzi, stanowili eklektyczny zbiór. Osiedlili się tu pracownicy uczelni, agenci ubezpieczeniowi, dentyści, niezależni autorzy poradników biznesowych, instruktorzy jogi i trenerzy rozwoju osobistego. Zauważył dziewczynę. Szła poboczem.

Pewnie nie zwróciłby na nią większej uwagi, ale uderzyła go determinacja, z jaką kroczyła naprzód. Jakby doskonale wiedziała, czego chce. Miała popielato-blond włosy wsunięte pod jaskraworóżową czapkę Boston Red Sox. Jej ciemna parka była w paru miejscach rozdarta, dżinsy też. Najbardziej zaintrygował go jej plecak – wręcz pękał w szwach od ubrań. W pierwszej chwili pomyślał, że dziewczyna po prostu wraca do domu. Podwiózł ją tu popołudniowy autobus zabierający uczniów, którzy za karę musieli zostać po lekcjach w szkole. Ale zauważył, że do plecaka jest przytroczony duży pluszowy miś, a nie wyobrażał sobie, żeby ktokolwiek pokazał się w liceum z taką dziecinną zabawką. Taka osoba z miejsca stałaby się obiektem drwin.

Przejeżdżając obok, zerknął na jej twarz.

Młoda, jeszcze dziecko, ale piękna jak wszystkie nastolatki u progu przemiany. A przynajmniej tak sobie pomyślał, choć dawno nie miał kontaktów z młodzieżą poza salą wykładową.

Patrzyła prosto przed siebie, mocno skupiona.

Chyba nawet nie zauważyła jego samochodu.

Skręcił przed dom, ale nie wysiadł. Miał wrażenie, że pod determinacją dziewczyny – piętnasto-, szesnastoletniej, nie potrafił już precyzyjnie określać wieku młodych ludzi – coś się skrywa. Jej mina fascynowała go, pobudzała ciekawość.

Obserwował w lusterku wstecznym, jak pannica idzie szybkim krokiem na róg ulicy.

Wtedy dostrzegł coś, co trochę nie pasowało do jego cichej, bezwzględnie normalnej dzielnicy.

Ulicą powoli jechała biała furgonetka, jak mały wóz dostawczy, ale bez napisów reklamujących usługi elektryka albo malarza. Zerknął do szoferki – prowadziła kobieta, a na miejscu dla pasażera siedział mężczyzna. To go zaskoczyło. Powinno być na odwrót, pomyślał. Zaraz jednak uznał, że to seksistowski stereotyp. Oczywiście, że kobieta może prowadzić furgonetkę. I choć robiło się późno i wieczorny mrok szybko opadał pośród drzew, tak naprawdę nie było powodu sądzić, że ta furgonetka ma w sobie coś niezwykłego.

Aż do chwili, kiedy zwolniła i podążyła za dziewczyną jak cień. Ze swojego miejsca Adrian zobaczył, że samochód zatrzymuje się po drugiej stronie ulicy. Dziewczyna zniknęła mu z oczu, zasłonięta przez wóz.

Furgonetka raptownie ruszyła, skręciła za róg i wtopiła się w szarość zmierzchu tuż przed nocą.

Spojrzał raz jeszcze. Dziewczyny nie było.

Na ulicy została różowa bejsbolówka.

Rozdział 2

Jak tylko drzwi się otworzyły, wiedziała, że już po niej. Pozostały tylko dwa pytania: Jak długo to potrwa? I jak bardzo to będzie straszne?

Nieprędko pozna odpowiedzi. Na początku było jedynie dzikie, niepohamowane przerażenie, które przyćmiło wszystkie inne uczucia.

Jennifer Riggins nie od razu obejrzała się na jadącą obok furgonetkę. Skupiała się na tym, by dotrzeć do przystanku autobusowego przy szosie, kilkaset metrów dalej. Skrupulatnie opracowała plan ucieczki: lokalnym autobusem pojedzie do centrum miasta, potem może przesiąść się w inny, jadący do oddalonego o trzydzieści kilometrów Springfield. Z tamtejszego dworca, jak sądziła, dostanie się wszędzie. W kieszeni dżinsów miała ponad trzysta dolarów. Podbierała je powoli, ale konsekwentnie – po pięć, po dziesięć – z torebki matki i portfela jej faceta. Nie spieszyła się, zbierała pieniądze przez miesiąc i chowała do pudełka w szufladzie pod swoją bielizną. Nigdy nie kradła dużo naraz, żeby się nie zorientowali; same drobne kwoty, o których błyskawicznie zapominali. W końcu uzbierała tyle, ile sobie postanowiła. Wiedziała, że to wystarczy na podróż do Nowego Jorku, Nashville, a może nawet do Miami albo Los Angeles, więc tego ranka, przy okazji ostatniej kradzieży, wzięła tylko jeden banknot dwudziestodolarowy i trzy jednodolarowe, za to do swoich łupów dorzuciła kartę Visa matki. Nie była jeszcze pewna, dokąd pojedzie. W jakieś ciepłe miejsce – taką miała nadzieję. Byle tylko daleko stąd, gdzieś, gdzie będzie jej dużo lepiej. O tym właśnie myślała, kiedy furgonetka zatrzymała się obok niej. Mogę pojechać, dokąd zechcę…

– Hej, przepraszam… – powiedział mężczyzna w fotelu pasażera. – Ja tylko sekundę. Chciałbym się spytać o drogę.

Stanęła i odwróciła się twarzą do faceta w furgonetce. Pierwsze wrażenie: że rano się nie ogolił i że jego głos jest dziwnie wysoki i zbyt podekscytowany jak na tak błahe pytanie. I trochę się zirytowała, bo wolała nie tracić czasu; chciała uciec jak najdalej od domu, tej nadętej dzielnicy, tego nudnego miasteczka uniwersyteckiego, od matki, faceta matki, tego, jak na nią patrzył, i pewnych rzeczy, które robił, kiedy byli sami. Od szkoły i wszystkich znajomych dzieciaków – nienawidziła ich, dzień w dzień się z niej nabijały. Zamierzała zwiać, zanim zrobi się za ciemno, ale dopóki będzie dość ciemno, by nikt nie zauważył jej ucieczki. Pragnęła jeszcze tej nocy znaleźć się w jadącym dokądś autobusie, bo wiedziała, że do dziewiątej-dziesiątej matka obdzwoni wszystkie numery, jakie przyjdą jej do głowy, a potem może nawet zgłosi zaginięcie córki na policji. Tak robiła przy poprzednich okazjach. Wtedy policja obstawi dworzec autobusowy w Springfield, więc

Jennifer musiała się sprężać, zanim to się stanie. I takie chaotyczne myśli kotłowały jej się w głowie, kiedy zastanawiała się nad odpowiedzią.

– A czego państwo szukacie? – spytała.

Zauważyła, że facet się uśmiechnął.

Coś tu nie gra, pomyślała. Nie powinien się uśmiechać.

W pierwszej chwili sądziła, że gość rzuci jakąś ogólnie sprośną, seksistowską uwagę, coś obraźliwego albo poniżającego, obleśny tekst w stylu „Hej, mała, może się zabawimy…” Była na to gotowa i już się szykowała, żeby go spławić, odwrócić się i ruszyć dalej, ale lekko się zdziwiła, kiedy nad ramieniem mężczyzny zobaczyła, że za kierownicą siedzi kobieta w dzianej czapce na głowie. Choć młoda, w oczach miała coś ostrego, twardego jak granit, coś, czego Jennifer nigdy dotąd nie widziała i co ją natychmiast wystraszyło.

Babka trzymała w ręku małą kamerę wideo HD. Obiektyw był wymierzony w Jennifer.

To nie miało najmniejszego sensu, nic z tego nie rozumiała.

Usłyszała odpowiedź mężczyzny i to jeszcze bardziej zbiło ją z tropu. Spodziewała się, że koleś poda jakiś adres albo spyta, jak dojechać do drogi numer 9, ale on powiedział:

– Ciebie.

Bez sensu. Dlaczego mieliby jej szukać? Nikt nie znał jej planu. Matka tak szybko nie znalazłaby fałszywego listu przyczepionego magnesem do lodówki…

Dlatego Jennifer zawahała się w momencie, kiedy powinna się rzucić do rozpaczliwej ucieczki albo głośno wezwać pomoc.

Drzwi furgonetki gwałtownie się otworzyły. Mężczyzna wyskoczył z fotela, dużo szybciej, niż to się Jennifer wydawało możliwe.

– Hej! – zawołała. A przynajmniej później jej się zdawało, że powiedziała „hej”, ale nie wiedziała tego na pewno. Może po prostu zastygła w bezruchu. Przez głowę przemknęła jej myśl: To nie dzieje się naprawdę, i zaraz wyparł ją lodowaty, mroczny lęk, bo właśnie w tej chwili – kiedy zobaczyła, że coś się do niej zbliża – w pełni zrozumiała, o co chodzi.

Facet zdzielił ją w twarz. Zachwiała się. Ból eksplodował w oczach, przeszył ją falą gorąca. Zakręciło jej się w głowie i cały świat jakby zawirował wokół swojej osi. Poczuła, że traci przytomność, zatoczyła się do tyłu i zwisła bezwładnie, kiedy mężczyzna przytrzymał ją za ramiona, żeby nie upadła. Kolana ugięły się pod nią, barki i plecy miała jak z gumy. Nawet jeśli do tej pory zachowała gdzieś w sobie resztki sił, w tej chwili ulotniły się bez śladu.

Jak przez mgłę usłyszała odgłos otwieranych drzwi samochodu. Nieznajomy wepchnął ją na pakę. Trzasnęły drzwi. Wóz z impetem skręcił za róg i przyspieszył. Rzuciło ją na stalową podłogę. Czuła na sobie ciężar mężczyzny. Przygniatał ją, nie dawał się ruszyć. Ledwo mogła oddychać, gardło ścisnęło się z przerażenia. Nie potrafiła określić, czy się szamocze, czy walczy, krzyczy czy płacze. Półprzytomna nie wiedziała, co robi. Mocno wciągnęła powietrze, kiedy spowiła ją nieprzenikniona ciemność. Najpierw pomyślała, że już nie żyje, a potem, że zemdlała, w końcu jednak zrozumiała, że mężczyzna naciągnął jej na głowę czarną poszwę od poduszki, izolując ją od małego świata furgonetki. Czuła na wargach smak krwi, kręciło jej się w głowie i cokolwiek się z nią działo, wiedziała, że to dużo gorsze od wszystkiego, czego w życiu zaznała.

Przez poszwę przedarł się smród: mocny, oleisty zapach podłogi furgonetki, słodkawa woń potu przytrzymującego ją mężczyzny.

Gdzieś w głębi wiedziała, że coś ją bardzo boli, ale nie umiała stwierdzić co.

Próbowała ruszać rękami i nogami, młóciła nicość jak pies, który śni, że goni zająca.

– Nie, nic z tego… – stęknął mężczyzna.

A potem kolejna eksplozja w czaszce, za oczami. Ostatnie, co usłyszała, to głos kobiety.

– Nie zabij jej, na litość boską…

Te słowa odbiły się echem w jej głowie. Przestała nad sobą panować i szybko runęła w głęboką, ciemną, udającą śmierć otchłań nieświadomości.

Rozdział 3

Trzymał różową czapkę delikatnie jak żywą istotę i ostrożnie obracał ją w dłoniach.

Po wewnętrznej stronie daszka zobaczył nagryzmolone atramentem imię „Jennifer”, a dalej zabawny rysunek uśmiechniętego ptaka podobnego do kaczki i słowa „jest fajna”, jakby odpowiedź na pytanie. Żadnego nazwiska, numeru telefonu ani adresu.

Adrian siedział na brzegu łóżka. Obok niego, na tle ręcznie szytej, wielobarwnej narzuty, którą jego żona kupiła na jarmarku niedługo przed wypadkiem, odcinał się półautomatyczny ruger kaliber 9 milimetrów. W całej sypialni rozłożona była bogata kolekcja zdjęć żony i bliskich Adriana, na które chciał patrzeć podczas przygotowań. Aby nie pozostawić żadnych wątpliwości co do swoich zamiarów, pofatygował się do małego gabinetu, gdzie kiedyś pracował nad wykładami i planami zajęć, włączył komputer i odszukał w Wikipedii hasło „Otępienie z ciałami Lewy'ego”. Wydrukował tę notatkę i sczepił z kopią rachunku od neurologa.

Teraz trzeba już tylko, powiedział sobie, napisać stosowny list samobójczy – coś od serca, poetyckiego. Zawsze uwielbiał wiersze, nawet sam je tworzył. Zastawił półki biblioteczki zbiorami poezji, od współczesnej po starożytną, od Paula Muldoona i Jamesa Tate'a po Owidiusza i Katullusa. Przed kilkoma laty wydał własnym sumptem tomik swoich wierszy - Pieśni miłosne i szaleństwo; nie, żeby się łudził, że są dobre. Ale kochał pisać, czy to wierszem wolnym, czy regularnym, i wierzył, że to pomoże mu wyrazić dręczące go poczucie beznadziei i niechęć do stawienia czoła chorobie. Poezja zamiast odwagi, pomyślał. Przez chwilę był rozkojarzony. Zastanawiał się, gdzie położył swoją książkę. Stwierdził, że najlepiej zostawić ją na łóżku, obok zdjęć i pistoletu. Wtedy wszystko będzie jasne dla tego, kto znajdzie jego zwłoki.

Przypomniał sobie, że tuż przed tym, jak pociągnie za spust, musi zadzwonić pod 911 i zgłosić, że słyszał strzały w swoim domu. Policja przyjedzie po kilku minutach. Pamiętał, żeby zostawić drzwi wejściowe kusząco otwarte. Te środki ostrożności zapobiegną sytuacji, że jego ciało leży nieodnalezione przez wiele tygodni. Nie będzie rozkładu. Nie będzie smrodu. Wszystko załatwione tak schludnie i starannie, jak to możliwe. Tylko rozbryzgom krwi nie da się zapobiec, pomyślał. To nic. Policja to profesjonaliści, na pewno przywykli do takich widoków. W końcu nie będzie pierwszym podstarzałym profesorem w tej społeczności, który uznał, że utrata zdolności myślenia, rozumowania i rozumienia to wystarczający powód, by odebrać sobie życie. Choć tak na gorąco nie przypominał sobie żadnych kolegów po fachu o skłonnościach samobójczych. Dziwne. Na pewno jacyś byli.

Przez chwilę rozważał, czy nie napisać wiersza o swoich przygotowaniach: Ostatnie kroki przed ostatnim krokiem.

Dobry tytuł.

Adrian zakołysał się w przód i w tył, jakby liczył, że ten ruch wytrząśnie myśli tkwiące w mrocznych zakamarkach, do których już nie dosięgał. Być może zostały jeszcze jakieś drobiazgi do załatwienia przed samobójstwem – opłacić kilka zapomnianych rachunków, wyłączyć ogrzewanie i piecyk gazowy, zamknąć garaż, wynieść śmieci. Złapał się na tym, że przebiega w pamięci krótką listę czynności trochę jak typowy mieszkaniec przedmieścia przed przystąpieniem do sobotnich porannych prac domowych. Tknęła go dziwna myśl, że chyba dużo bardziej od własnej śmierci obawia się tego, że narobi bałaganu, który potem ktoś będzie musiał sprzątać.

Sprzątać bałagan po śmierci. Wspomnienia usiłowały się przebić przez mur jego organizacyjnych rozmyślań. Sam nieraz musiał sprzątać taki bałagan po innych. Odpędził kołaczące się w nim obrazy smutku i skupił się na zadaniu.

Spojrzał na zdjęcia rozłożone na łóżku i ustawione na pobliskim stoliku. Rodzice, brat, żona i syn: „Niedługo będę z wami”. Rzadko widywana siostra, siostrzenice, przyjaciele i znajomi z pracy: „Do zobaczenia później”. Jakby mówił bezpośrednio do ludzi patrzących na niego z fotografii. Dużo półuśmiechów i uśmiechów, zauważył; szczęśliwe chwile na grillach, weselach i wakacjach – wszystkie utrwalone na kliszy.

Rozejrzał się pospiesznie. Inne wspomnienia też wkrótce znikną na zawsze. Tych strasznych momentów, które zdarzały się w jego życiu za często. Pociągnij za spust, a to wszystko przepadnie. Spuścił wzrok i zobaczył, że wciąż mocno ściska w ręku różową czapkę.

Już odkładał ją na bok i sięgał po broń, ale znieruchomiał. To zmyli ludzi, pomyślał. Jakiś glina zacznie dociekać co on, u licha, robi z różową bejsbolówką Red Sox? Jeszcze dopatrzą się w tym tajemniczego morderstwa. Adrian chciał uniknąć wszelkich podejrzeń.

Znów podniósł czapkę do oczu tak, jak ogląda się klejnot pod światło, szukając w nim skaz.

Szorstka bawełna była ciepła w dotyku. Przejechał palcem po charakterystycznym B. Trochę przyblakły róż, brzegi wystrzępione. Dziewczyna musiała często nosić tę czapkę. Czyli z jakiegoś powodu była do niej przywiązana.

A to znaczyło, że nie porzuciłaby jej na poboczu drogi.

Co takiego zobaczył?

Odetchnął głęboko i odtworzył w pamięci wszystkie wrażenia z tego wieczoru. Obracał je w myślach prawie jak trzymaną w dłoniach czapkę: Dziewczyna ze zdeterminowaną miną. Kobieta za kierownicą. Mężczyzna obok. Chwila zawahania, kiedy podjechali do nastolatki. Raptowne przyspieszenie i zniknięcie. Porzucona czapka.

Co tam się wydarzyło?

Ucieczka? A może to tylko interwencja, jaką stosuje się wobec członków sekty albo narkomanów. Świętoszkowate typy zabierają człowieka i prawią mu kazania w tanim pokoju motelowym dotąd, aż biedak zgadza się zmienić swoje nastawienie, wiarę albo porzucić nałóg.

Nie, nie sądził, że właśnie to widział.

Prześledź wszystko jeszcze raz, nakazał sobie. Każdy szczegół, zanim po kolei ulecą ci z pamięci.

Tego się obawiał: że wszystko, co pamięta, i wszystko, co wydedukuje, rozproszy się w mgnieniu oka jak poranna mgła, gdy wgryzie się w nią słońce. Wstał, podszedł do biurka, odszukał długopis i mały notes oprawny w skórę. Na tych grubych, eleganckich białych kartkach zwykle robił notatki do swoich wierszy, zapisywał myśli, kombinacje stów albo rymy do późniejszego wykorzystania. Dostał ten notes w prezencie od żony i miał ją przed oczami, kiedy dotykał jego gładkiej powierzchni.

Ponownie odtworzył wszystko w pamięci i tym razem notował detale na czystej kartce:

Dziewczyna… Patrzyła prosto przed siebie i chyba nawet go nie zauważyła, kiedy ją mijał. Była czymś zaabsorbowana. Poznał to po jej spojrzeniu i tempie, w jakim szła. Miała plan – i nic poza nim się nie liczyło.

Kobieta i mężczyzna… Skręcił przed dom, zanim nadjechała biała furgonetka. Na pewno. Czy widzieli go w samochodzie? Nie. Mało prawdopodobne.

Chwila zawahania… Zdawało się, że śledzili dziewczynę, nawet jeśli tylko przez kilka metrów. Na pewno. Zupełnie jakby jej się przyglądali. Co stało się potem? Czy z nią rozmawiali? Zaprosili ją do furgonetki? Może była ich znajomą i zwyczajnie zaproponowali, że ją podwiozą. Nic ponadto.

Nie. O wiele za szybko odjechali.

Co zobaczył, kiedy skręcili za róg? Tablica rejestracyjna z Massachusetts: QE2D…

Próbował sobie przypomnieć pozostałe dwie cyfry, nie dał rady. Zanotował pierwsze cztery znaki. W sumie najlepiej pamiętał ostry odgłos przyspieszającej furgonetki.

A potem została czapka.

Trudno mu było sformułować w wyobraźni słowo „porwanie”, a nawet kiedy to zrobił, stwierdził, że ten wniosek jest po prostu głupi. Takie rzeczy nie zdarzały się w świecie, który znał. Żył w miejscu oddanym nauce, rozumowi, logice, a także – w mniejszym, ale istotnym stopniu – sztuce i pięknu. Należał do świata szkół i wiedzy. Porwanie – to okropne słowo pasowało do jakichś mrocznych zakątków, nieznanych w tej dzielnicy. Próbował sobie przypomnieć wszelkie przestępstwa, do jakich doszło w otaczających go rzędach spokojnych, zadbanych domów na przedmieściach. Z pewnością jakieś się zdarzały: utajona przemoc w rodzinie i wybryki nastolatków, rzeczy w sam raz do dramatów telewizyjnych. Gdzieś przy tych ulicach musiały się odbywać względnie dyskretne akty niewierności małżeńskiej i szkolne imprezy z narkotykami, gorzałą i seksem. Może niektórzy oszukiwali skarbówkę albo robili lewe interesy – mógł sobie wyobrazić, że do takich wykroczeń dochodzi za fasadą życia klasy średniej. Nie przypominał sobie jednak, by kiedykolwiek usłyszał wystrzał czy choć zobaczył na którejś z okolicznych ulic błyskające światła radiowozu.

Takie rzeczy działy się gdzie indziej. Widziało się je tylko w rozgorączkowanych doniesieniach wieczornych wiadomości z pobliskich miast bądź na czołówkach porannych wydań gazet.

Adrian spojrzał w dół na rugera. Spadek po bracie. Nikt nie wiedział, że ma pistolet. Nie zarejestrował go – mgliście uświadamiał sobie, że jego znajomi z uczelni byliby mocno zszokowani, że trzyma u siebie broń. To była solidna, brzydka spluwa, która nie pozostawiała wątpliwości co do tego, jakim celom służy. Adrian nie był myśliwym ani miłośnikiem broni. Gardził typowo prawicowym poglądem, że trzeba się zbroić przed terrorystami. Jego żona na pewno z biegiem lat zapomniała, że pistolet jest w domu, o ile w ogóle kiedykolwiek wiedziała o jego istnieniu. Nigdy z nią o nim nie rozmawiał, nawet po wypadku, kiedy trzymała się przy życiu, ale spojrzeniem błagała o ulgę.

Gdyby był odważny, oddałby jej tę ostateczną przysługę. Teraz to o własnym losie musiał zdecydować i wiedział, że postąpi jak tchórz, jeśli użyje tej broni w ten sam sposób, w jaki już raz jej użyto. Przez chwilę zastanawiał się, czy kiedy przyłoży lufę do skroni albo weźmie ją do ust i naciśnie cyngiel, będzie to dopiero drugi strzał oddany z tego pistoletu.

Czarna, metaliczna powłoka miała w sobie coś bezdusznego. Adrian zważył broń w ręku. Wydawała się ciężka i zimna jak lód.

Odłożył ją i jeszcze raz spojrzał na czapkę. Zdawało się, że w tej chwili przemawia tak głośno jak ruger. Czuł się, jakby znalazł się w samym środku sporu między dwoma przedmiotami, które zażarcie dyskutowały o tym, co powinien zrobić.

Zawahał się, odetchnął głęboko. Odniósł wrażenie, że w pokoju zrobiło się ciszej, jak gdyby myśli o samobójstwie robiły donośny hałas i teraz on nagle ustał.

Mógł się choć pobieżnie zainteresować sprawą, stwierdził. Czapka wręcz „żądała”, żeby zdobył się przynajmniej na tyle.

Podniósł słuchawkę telefonu i wybrał 911. Co za ironia: oto dzwoni w sprawie kogoś, kogo nie zna, a potem zadzwoni raz jeszcze, we własnej sprawie.

– Centrum Powiadamiania Ratunkowego. Czego dotyczy zgłoszenie? – odezwał się dyspozytor z wyćwiczonym spokojem.

– Właściwie to nic pilnego – powiedział Adrian. Starał się, żeby głos mu nie drżał ani nie brzmiał niepewnie jak u starca, którym nagle się stał po wizycie u neurologa. Chciał sprawiać wrażenie człowieka zdecydowanego i sprawnego umysłowo. -Dzwonię, bo chyba byłem świadkiem zdarzenia, które może zainteresować policję.

– Co to za zdarzenie?

Próbował sobie wyobrazić osobę na drugim końcu linii. Dyspozytor robił pauzy po każdym słowie, by mieć pewność, że został dobrze zrozumiany. Twardy, rzeczowy tembr, jakby te nieliczne słowa, których używał, miały na sobie obcisłe mundury z wysokim kołnierzem.

– Widziałem białą furgonetkę… I nastolatkę, Jennifer, tak jest napisane na daszku czapki, ale nie znam tej dziewczyny, choć na pewno mieszka gdzieś w pobliżu, i w jednej chwili stała tam, a zaraz potem zniknęła…

Adrian chętnie dałby sobie w twarz. Wszelkie jego zamiary, by być rozsądnym i zdecydowanym, błyskawicznie utonęły we wzburzonym morzu nieprzemyślanych i naprędce kleconych wyjaśnień. Ciekawe, czy to choroba tak zaszkodziła jego elokwencji.

– Rozumiem. I pańskim zdaniem co właściwie pan widział?

Coś piknęło w słuchawce. Rozmowa była nagrywana.

– …Czy ktoś zgłaszał zaginięcie dziecka w dzielnicy Hills? – spytał.

– Dzisiaj nie – odparł dyspozytor.

– Nikt?

– Tak jest. Przez całe popołudnie spokój. Przekażę pańską informację do dochodzeniówki, może zgłoszenie przyjdzie później. Sprawdzą to, jeśli zajdzie potrzeba.

– Pewnie coś mi się pomyliło. – Adrian odłożył słuchawkę, zanim dyspozytor zdążył go zapytać o nazwisko i adres.

Nic z tego nie rozumiał.

Wiedział, co zobaczył i że to było coś złego.

Podniósł głowę i wyjrzał przez okno. Zapadł zmrok, wzdłuż całej ulicy zapalały się światła. Pora kolacji, pomyślał. Rodziny zbierają się przy stole. Rozmawiają o tym, co wydarzyło się tego dnia w pracy i w szkole. Wszystko normalnie, żadnych niespodzianek. Nagle wyrzucił z siebie słowa, które rozbrzmiały w małej sypialni jak echo w kanionie.

– Nie wiem, co zrobić.

– Oczywiście, że wiesz, mój drogi – przekonywała jego żona. Była obok niego, w łóżku.

Rozdział 4

Zgłoszenie przyszło dopiero tuż po jedenastej wieczorem, kiedy detektyw Terri Collins poważnie się zastanawiała, czy nie pora spać. Dwoje jej dzieci już było w łóżkach – wcześniej sprawdziła, czy odrobiły lekcje, potem czytała im dotąd, aż zasnęły. Przed chwilą zrobiła ostatni matczyny obchód wieczoru – wsadziła głowę przez drzwi, wpuszczając do środka tylko tyle bladego światła z korytarza, by zobaczyć ich twarze i upewnić się, że smacznie śpią. Żadnych koszmarów. Równe oddechy. Żadnego pociągania nosem, które mogłoby zapowiadać przeziębienie. Czasem uczestniczyła w spotkaniach grupy wsparcia i tam poznała kilkoro samotnych rodziców, którzy praktycznie nie mogli się oderwać od swoich uśpionych dzieci. W nocy czuli się bezbronni, jakby wszelkie złe rzeczy, przez które znaleźli się w obecnej sytuacji, po zachodzie słońca miały większą swobodę działania. Czas na odpoczynek i regenerację zmienił się w porę niepewności, niepokoju i lęków.

Ale tej nocy jest jak należy.

Są bezpieczni.

Wszystko normalnie.

Zostawiła drzwi uchylone na parę centymetrów i poczłapała do łazienki, kiedy w kuchni zadzwonił telefon.

Pobiegła odebrać i zerknęła na zegar na ścianie. O tej porze to oznacza tylko kłopoty, stwierdziła w duchu.

Dzwonił nocny dyspozytor z komendy.

– Pani detektyw, na drugiej linii mam rozpaczającą kobietę. Zdaje się, że kiedyś już się z panią kontaktowała. Wygląda na to, że chodzi o kolejną ucieczkę z domu…

Terri Collins od razu odgadła, z kim dyspozytor chce ją połączyć. Może tym razem Jennifer zwiała na dobre, pomyślała. Ale to było nieprofesjonalne, a „ucieczka z domu” to tylko bezduszny skrót myślowy, określający zamianę znajomych koszmarów na inne, potencjalnie gorsze.

– Daj mi chwilę – poprosiła. Bez trudu przestawiła się z trybu matki na detektywa policji. Umiejętność dzielenia różnych sfer życia na schludne, uporządkowane sfery była jej mocną stroną. Zbyt wiele lat zbyt wielkiego zamętu wykształciło w niej palącą potrzebę prostoty i zorganizowania.

Zawiesiła połączenie z dyspozytorem i wybrała numer z listy przy telefonie w kuchni. Jedną z zalet tego, przez co przeszła, była nieformalna sieć pomocy. Zawsze mogła na kogoś liczyć. Szczęśliwie kobieta, do której zadzwoniła, to zawołany nocny marek.

– Cześć, Laurie, tu Terri. Przepraszam, że niepokoję o tej porze, ale…

– Wzywają cię i chcesz, żebym popilnowała dzieci?

Terri słyszała autentyczny entuzjazm w głosie przyjaciółki.

– Tak.

– Zaraz przyjadę. Nie na problemu. To dla mnie przyjemność. Długo cię nie będzie?

Terri się uśmiechnęła. Laurie chronicznie cierpiała na bezsenność i skrycie uwielbiała być wzywana w środku nocy, zwłaszcza do pilnowania dzieci, teraz, kiedy jej własne dorosły i się wyprowadziły. Wtedy przynajmniej mogła się czymś zająć, zamiast oglądać do rana telewizję albo snuć się po ciemnym domu i rozmawiać sama ze sobą o wszystkim, co poszło nie tak w jej życiu. Terri wiedziała, że to były długie rozmowy.

– Trudno powiedzieć. Co najmniej parę godzin. Ale pewnie dłużej. Może nawet całą noc.

– Wezmę szczoteczkę do zębów – odparła Laurie.

Terri zawiesiła rozmowę i znów połączyła się z dyspozytorem policji.

– Przekaż pani Riggins, że zjawię się u niej najpóźniej za pół godziny, żeby zbadać sprawę. Mundurowi są na miejscu?

– Już ich wysłałem.

– Daj im znać, że niedługo będę. Niech spiszą wstępne zeznania, żebyśmy zaczęli ustalać przebieg wydarzeń. I niech spróbują uspokoić panią Riggins – dodała, choć nie sądziła, żeby mogli tego dokonać.

– Zrozumiałem. – Dyspozytor się rozłączył.

Laurie wpadnie za kilka minut. Jak zwykle. Terri odłożyła słuchawkę. Przyjaciółka lubiła myśleć, że jest nieodłączną częścią każdego śledztwa, równie ważną jak technik czy specjalista od daktyloskopii badający miejsce zbrodni. Nieszkodliwe, użyteczne wyobrażenia. Terri wróciła do łazienki, ochlapała twarz wodą i przeczesała włosy szczotką. Mimo późnej pory chciała wyglądać porządnie, świeżo i wyjątkowo kompetentnie w obliczu bezmiaru rozpaczliwej paniki, z którą na pewno wkrótce się zetknie.

W oknach tylko gdzieniegdzie paliły się światła, kiedy Terri jechała ciemną ulicą przez dzielnicę Rigginsów. Jedynym domem, przy którym coś się działo, był jej cel; lampa na ganku świeciła jasno, jakieś postacie chodziły po salonie. Na podjeździe stał radiowóz, ale przybyli na miejsce policjanci nie włączyli koguta, więc wyglądał jak jeszcze jeden samochód oczekujący na poranny exodus z przedmieści do pracy i szkoły.

Terri zatrzymała swój wysłużony, sześcioletni, nieduży wóz. Zaczekała chwilę i odetchnęła głęboko, zanim zebrała rzeczy

– torbę z dyktafonem i oprawiony notes. Odznakę nosiła przyczepioną do paska torby. Kabura z bronią leżała na siedzeniu obok niej. Przytroczyła ją do paska dżinsów – najpierw upewniła się, że pistolet jest zabezpieczony i że w komorze nie ma naboju. Jeszcze jeden głęboki wdech i wyszła w noc. Ruszyła przez trawnik.

Odwiedzała to miejsce już dwa razy w ciągu ostatnich osiemnastu miesięcy.

Widziała, jak jej oddech zmienia się w parę. Temperatura spadła, ale nie aż tak, by typowy mieszkaniec Nowej Anglii zrobił coś więcej, niż tylko nieco ciaśniej owinął się płaszczem i może postawił kołnierz. Zimno miało w sobie klarowność; nie był to bezwzględny mróz zimy, ale wydawało się, że szyki bojowe w powietrzu wciąż są zwarte, mimo że wiosna przeprowadza już pierwsze nieśmiałe akcje zaczepne.

Terri żałowała, że nie wpadła do biura czteroosobowego wydziału dochodzeniowo-śledczego po akta rodziny Rigginsów, choć nie sądziła, by w raportach znalazł się jakikolwiek szczegół lub zapisek, którego nie zna na pamięć. Miała uporczywe wrażenie, że stało się coś zupełnie innego, niż wszyscy przypuszczali. „Nieletnia zbiegła z domu” – tak to opisze w dokumentacji i pod tym kątem wydział poprowadzi śledztwo. Świetnie wiedziała, jakie działania podejmie, znała wytyczne i procedury odnoszące się do tego rodzaju zaginięć. Domyślała się nawet, jak ta sprawa się zakończy. Tak naprawdę jednak chodziło tu o coś innego. Upór Jennifer musiał mieć jakieś podłoże; jeśli nastolatka tak zawzięcie podejmuje kolejne próby ucieczki, zapewne w tle czai się dużo gorsze przestępstwo. Terri nie sądziła, że je kiedykolwiek wykryje, bez względu na to, ile razy przesłucha panią Riggins i jej faceta i jak ciężko będzie pracowała nad tą sprawą.

Źle się czuła z myślą, że musi uczestniczyć w kłamstwie.

Na werandzie zawahała się, zanim zapukała do drzwi. Oczami wyobraźni zobaczyła dwójkę swoich dzieci – śpią nieświadome, że mamy nie ma w jej małej sypialni w głębi korytarza, gdzie zawsze spała lekkim snem, z otwartymi drzwiami, żeby w razie czego usłyszeć każdy podejrzany odgłos. Są jeszcze małe, pomyślała. Wszelkie troski i zmartwienia, jakich jej przysporzą – co nieuniknione – to na razie odległa przyszłość.

Jennifer zaszła już dalej na tej drodze.

Na tej i wielu innych. To tłumaczyło sytuację w tym domu.

Terri jeszcze raz zaczerpnęła zimnego nocnego powietrza, jakby brała ostatni łyk wody ze szklanki. Zapukała, pchnęła drzwi i szybko weszła do niedużego przedsionka. Wiedziała, że przy schodach na piętro wisi oprawione zdjęcie dziewięcioletniej Jennifer: różowa wstążka w starannie uczesanych włosach, między przednimi zębami urocza szpara. To zdjęcie z tych, które uwielbiają rodzice i nienawidzą nastolatki, ponieważ jednym i drugim przypominają te same czasy oglądane z różnych perspektyw i zniekształcone odmiennymi wspomnieniami.

Po lewej, w salonie, zobaczyła Mary Riggins i Scotta Westa – jej faceta. Siedzieli na krawędzi sofy. Scott luźno obejmował Mary ramieniem i mocno ściskał jej dłoń. W popielniczce na stoliku tliły się papierosy. Blat zastawiony był napojami w puszkach i opróżnionymi do połowy kubkami kawy. Z boku, wyraźnie skrępowani, stali dwaj mundurowi. Jeden to sierżant z nocnej zmiany, drugi – dwudziestodwuletni żółtodziób, służył dopiero od miesiąca. Najwyraźniej sierżant nadal wprowadzał młodego w tajniki zawodu. Kiwnęła im głową i zauważyła, że sierżant dyskretnie przewrócił oczami, kiedy Mary Riggins zawyła:

– Znowu to zrobiła, pani detektyw…

Słowa przeszły w kaskadę łez.

Terri odwróciła się do pani Riggins.

Mary od płaczu rozmazał się makijaż, czarne linie przecinały policzki i teraz jej twarz przypominała maskę na Halloween. Oczy miała napuchnięte od łez, przez co wyglądała na dużo starszą, niż była. Łzy to kłopot dla kobiet w średnim wieku – błyskawicznie wydobywają na wierzch skrzętnie ukrywane lata.

Zamiast kontynuować wyjaśnienia, Mary wtuliła twarz w ramię Scotta. Był trochę starszy od niej, siwowłosy. Wyglądał dystyngowanie nawet w dżinsach i wypłowiałej czerwonej koszuli roboczej w kratę. Pracował jako newage'owski terapeuta. Specjalizował się w holistycznym leczeniu niezliczonych schorzeń psychicznych i prowadził praktykę popularną wśród społeczności akademickiej, zawsze otwartej na nowe metody terapii – tak jak niektórzy na coraz to inne diety. Jeździł jaskrawoczerwoną sportową mazdą typu kabriolet i zimą często śmigał po dolinie ze złożonym dachem, zakutany w parkę i futrzaną czapkę uszatkę, co wydawało się czymś więcej niż tylko dziwactwem i miało posmak buntu. Policja w mieście doskonale znała Scotta Westa i jego dokonania; on i jego mazda zatrważająco regularnie zbierali mandaty za przekroczenie prędkości, poza tym nieraz trzeba było dyskretnie uprzątać skutki jego ekscentrycznych metod terapii. Kilka samobójstw. Konfrontacja z uzbrojonym w nóż paranoidalnym schizofrenikiem, który za radą Westa przestał brać lek przepisany przez lekarza i zamienił go na dziurawiec z lokalnego sklepu ze zdrową żywnością.

Tych papierosów, napojów w puszkach i kubków kawy nie powinno tu być, pomyślała Terri. Scott wyznawał zasady szkoły joga-pilates, a według niej dietetyczna cola i kawa ze Starbucksa to symbole odejścia od wielkich, głębokich, łagodnych sił natury. Zdaniem Terri jego poglądy miały więcej wspólnego z astrologią niż z psychologią.

Gdyby mogła, wyśmiałaby go i powiedziała coś o uzależniającym działaniu hipokryzji. Jednak już na początku służby w policji przekonała się, że ludzie chwytają się niezliczonych sprzeczności i wytykanie im tego rzadko coś daje. Chciała wierzyć, że sama jest chłodnooką pragmatyczką, w myśleniu logiczna i uporządkowana, a w sposobie bycia bezpośrednia. Jeśli przez to czasem wydawała się nieprzyjazna, cóż, trudno. Dość już miała w życiu namiętności, ekscentryzmu i szaleństwa. Wolała porządek i metodyczne działanie, bo, jak sądziła, to zapewnia jej bezpieczeństwo.

Scott wychylił się do przodu. Mówił wyćwiczonym głosem terapeuty – głębokim, spokojnym, rozsądnym. To miało sprawić, żeby widziała w nim sprzymierzeńca, choć Terri wiedziała, że jest dokładnie odwrotnie.

– Mary bardzo to przeżywa, pani detektyw. Mimo wszystkich naszych, praktycznie nieustających wysiłków… – tu urwał.

Terri przytaknęła. Odwróciła się do dwóch mundurowych. Sierżant podał jej kartkę w linie – mogła być z segregatora jakiegokolwiek ucznia liceum. Staranne pismo kogoś, kto chce mieć pewność, że każde słowo będzie wyraźne i czytelne. To nie wyglądało na pospieszne bazgrały nastolatki, która chce czym prędzej wyrwać się z domu, żeby robić to, co zapowiada w wiadomości zostawionej rodzicom. Nad tym listem pracowano. Może nawet to była trzecia-czwarta pieczołowicie wycyzelowana wersja. Terri sądziła, że gdyby dokładnie poszukała, znalazłaby brudnopisy w koszu na śmieci albo w pojemnikach za domem. Przeczytała list trzy razy, zanim cokolwiek powiedziała.

Mamo,

idę z koleżankami do kina, umówiłyśmy się w Mall. Zjem tam jakąś kolację i może przenocuję u Sarah albo Katie. Po filmie zadzwonię albo po prostu od razu przyjadę do domu. Nie wrócę za późno. Odrobiłam lekcje i do końca tygodnia nie mam nic zadane.

Bardzo rzeczowe. Bardzo zwięzłe. Całkowite kłamstwo.

– Gdzie to zostawiła?

– Przyczepiła magnesem do lodówki – powiedział sierżant. – Nie dałoby się tego nie zauważyć.

Terri przeczytała tekst jeszcze dwa razy. Uczysz się, co, Jennifer? Dokładnie wiedziałaś, co napisać.

Do kina – to sygnał dla matki, że Jennifer będzie miała wyłączoną komórkę; w ten sposób zyskiwała co najmniej dwie godziny, nikt nie mógł się niepokoić, że nie odbiera telefonu.

Z koleżankami – nieprecyzyjne, ale niebudzące podejrzeń. Dwa podane imiona, Sarah i Katie, to albo koleżanki gotowe ją kryć, albo takie, które same były nieosiągalne.

Zadzwonię – żeby matka i Scott siedzieli, czekali na telefon od niej i tracili cenne minuty.

Nic zadane – Jennifer odbierała matce główny pretekst, by do niej zadzwonić.

Dziewczyna sprytnie to rozegrała; zyskała na czasie, wskazała matce kilka fałszywych tropów i ukryła swój prawdziwy zamiar. Terri podniosła wzrok na panią Riggins.

– Dzwoniła pani do jej koleżanek? – spytała.

Odpowiedział Scott.

– Oczywiście, pani detektyw. Po ostatnim seansie obdzwoniliśmy wszystkie Sarah i Katie, jakie znamy, choć nie przypominamy sobie, żeby Jennifer kiedykolwiek mówiła o takich koleżankach. Potem skontaktowaliśmy się z każdym, o kim nam wspominała. Nikt nie był w centrum handlowym, nikt nie umówił się z Jennifer. Ostatnio widzieli ją zaraz po lekcjach.

Terri skinęła głową. Mądra dziewczyna.

– Jennifer nie ma zbyt wielu przyjaciółek – powiedziała Mary z żalem. – Nigdy łatwo nie zawierała znajomości, ani w gimnazjum, ani w liceum.

Terri domyśliła się, że kobieta powtarza słowa Scotta wypowiadane podczas wielu „rodzinnych” rozmów.

– Ale może być z kimś, kogą państwo nie znacie?

Matka i jej facet pokręcili głowami.

– Nie sądzicie, że może mieć chłopaka?

– Nie – stwierdził Scott. – Zauważyłbym coś.

Jasne, skomentowała w duchu Terri, ale się nie odezwała, tylko zrobiła jakąś notatkę.

Mary zebrała się w sobie, żeby coś powiedzieć i nie zalać się przy tym łzami. Jednak głos jej drżał – każde słowo wydawało się kruche, co idealnie oddawało trawiący ją strach.

– Kiedy w końcu poszłam do jej pokoju, bo, wie pani, może jest tam jeszcze jeden list albo w ogóle cokolwiek, zobaczyłam, że zniknął jej miś. Taki pluszowy, nazywała go Panem Futrzakiem. Śpi z nim co noc… Ojciec dał go jej niedługo przed śmiercią i nigdy, przenigdy nie odeszłaby bez niego…

To zbyt sentymentalne, pomyślała Terri. Jennifer, zabierając tego misia, popełniłaś błąd. Może jeden jedyny, ale zawsze. Gdyby nie to, miałabyś dwadzieścia cztery godziny, nie tylko te sześć, które udało ci się zyskać.

– Czy w ostatnich dniach wydarzyło się coś szczególnego, co mogłoby skłonić Jennifer do ucieczki? Jakaś ostra kłótnia… coś się stało w szkole…?

Mary tylko zaszlochała.

– Nie, pani detektyw – odparł pospiesznie Scott West. – Jeśli szuka pani jakiegoś bodźca zewnętrznego ze strony mojej lub Mary, który sprowokowałby Jennifer do takiego zachowania, zapewniam panią, że taki nie istnieje. Żadnych kłótni. Żadnych żądań. Żadnych humorów nastolatki. Nie dostała szlabanu. Nie została ukarana. Prawdę mówiąc, przez ostatnich kilka tygodni panował tu błogi spokój. Myślałem… jej matka też… że najgorsze już minęło i teraz pójdzie z górki.

To dlatego, że przygotowywała plany, wywnioskowała Terri.

Sądziła, że w kaskadzie pretensjonalnych samousprawiedliwień Scotta było co najmniej jedno kłamstwo, może nawet więcej. Wcześniej czy później je wykryje. Czy poznanie prawdy pomoże jej odnaleźć Jennifer, to już zupełnie inna sprawa.

– Jest bardzo trudną nastolatką, pani detektyw. Niezwykle wrażliwą i bystrą, ale przy tym mocno niezrównoważoną i zagubioną. Namawiałem ją na terapię, ale jak dotąd… no, sama pani wie, jak uparta potrafi być młodzież.

Terri wiedziała. Nie była tylko pewna, czy to upór jest głównym problemem.

– Nie domyślacie się państwo, dokąd mogła pojechać? Do krewnych? Do koleżanki, która przeprowadziła się do innego miasta? Wspominała kiedyś, że chciałaby zostać modelką w Miami, aktorką w Los Angeles albo pływać na kutrze w Luizjanie? Wszystko, nawet najbardziej błahe i luźne uwagi, może naprowadzić nas na właściwy trop.

Terri wiedziała też, co usłyszy w odpowiedzi. Te same pytania zadawała po obu poprzednich ucieczkach Jennifer. Jednak przy żadnej z tych okazji dziewczyna nie zapewniła sobie takiej przewagi na starcie jak teraz. Dlatego wtedy nie uciekła daleko; za pierwszym razem parę kilometrów, za drugim do najbliższego miasta. Dziś było inaczej.

– Nie, nie… – Mary Riggins załamała ręce, potem sięgnęła po następnego papierosa.

Scott spróbował ją powstrzymać, ale strząsnęła jego rękę, chwyciła paczkę marlboro i wyzywająco zapaliła, choć już jeden papieros tlił się w popielniczce, wypalony tylko do połowy.

– Nie, pani detektyw. Mary i ja zastanawialiśmy się, czy jest ktoś taki albo takie miejsce, ale nie wymyśliliśmy nic, co mogłoby pomóc.

Terri skinęła głową w zamyśleniu.

– Potrzebne mi aktualne zdjęcie – powiedziała.

– Proszę. – Scott podał jej coś, co najwyraźniej przygotował zawczasu.

Fotografia. Terri wzięła ją do ręki. Uśmiechnięta nastolatka. Co za kłamstwo.

– Chciałabym też obejrzeć jej komputer.

– Po co pani…? – zaczął Scott, ale Mary Riggins weszła mu w słowo.

– Jest na jej biurku. To laptop…

– Nie wiem, czy to nie naruszenie prywatności – sprzeciwił się Scott. – To znaczy, Mary, jak wyjaśnimy Jennifer, że pozwoliliśmy policji zabrać jej osobisty… – urwał.

Przynajmniej zdaje sobie sprawę, jakiego durnia z siebie robi. Choć może akurat nie ośmieszenia się najbardziej obawia, rozważała Terri.

Wtedy nagle zadała pytanie, którego pewnie nie powinna zadać.

– Gdzie pochowano jej ojca?

Chwila ciszy. Ustał nawet niemal nieprzerwany szloch Mary.

Kobieta zebrała się w sobie i usiadła prosto, jakby to, co chciała powiedzieć, wymagało zastrzyku siły albo dumy między łopatki, prosto w kręgosłup.

– Na North Shore, pod Gloucester… Ale jakie to ma znaczenie?

– Prawdopodobnie żadnego – odparła Terri. W głębi ducha jednak dodała: „właśnie tam poszłabym, gdybym była zbuntowaną nastolatką w depresji i chciałabym uciec z domu”. Czy nie pragnęłaby ostatni raz odwiedzić jedynego człowieka, który w jej mniemaniu naprawdę ją kochał, i się z nim pożegnać?

Lekko pokręciła głową, na tyle dyskretnie, żeby nikt w pokoju tego nie zauważył.

Cmentarz albo Nowy Jork, bo tam najłatwiej zniknąć z oczu.

Prawdę mówiąc, zastanawiała się, czy aby oba te miejsca nie są równie dobre, żeby zniknąć.

Rozdział 5

W biurze w Amsterdamie…

W sypialni w Bangkoku…

W gabinecie w Tokio…

W kafejce internetowej w Santiago…

Na laptopie w bibliotece uniwersytetu w Nairobi…

…I przesyłane do szerokoekranowego telewizora zamontowanego na ścianie luksusowego apartamentu na poddaszu w Moskwie. Pokój wypełniali uczestnicy przyjęcia, którzy sączyli zmrożoną wódkę z kryształowych kieliszków i jedli – jakżeby inaczej – kawior. Przyciszyli łomot muzyki techno i utkwili wzrok w ekranie. Dźwięk był wyłączony, leciała retransmisja meczu Dynama Kijów z Lokomotiwem Moskwa. Mężczyzna z imponującym wąsem à la Fu Manchu uniósł dłoń, nakazując zebranym milczenie. To jego impreza, jego apartament z widokiem na Park Gorkiego. Miał na sobie drogi czarny garnitur, rozchełstaną fioletową jedwabną koszulę, złotą biżuterię i obowiązkowego rolexa na nadgarstku. We współczesnym świecie, gdzie gangsterzy często wyglądem nie różnią się od biznesmenów i vice versa, mógł być jednym i drugim. Stojąca obok niego smukła, co najmniej dwadzieścia lat młodsza kobieta z fryzurą i nogami modelki, ubrana w luźną, wysadzaną cekinami suknię wieczorową, która nie skrywała jej chłopięcej sylwetki, powiedziała najpierw po rosyjsku, potem po francusku i na koniec po niemiecku: „Dostaliśmy wiadomość, że dzisiejszego wieczoru rozpoczyna się nowa seria naszego ulubionego serialu internetowego. Powinno to wielu z państwa zainteresować…” I zamilkła. Nie udzieliła żadnych dodatkowych wyjaśnień. Wszyscy stłoczyli się wokół telewizora, opadli na wygodne kanapy i przysiedli na krzesłach. To wskazywało, że wielu wie, co jest im oferowane. Mało tego, podniecenie w ich oczach kazało przypuszczać, że głównym punktem programu było właśnie wspólne oglądanie obrazów przesyłanych z komputera do apartamentu na poddaszu.

Na ekranie pojawiła się duża strzałka z napisem „Play”. Gospodarz najechał na nią kursorem i kliknął. Rozbrzmiała muzyka: Oda do radości Beethovena, grana na syntezatorze. Po chwili ukazało się duże zdjęcie młodego Malcolma McDowella z nożem w ręku, w roli Alexa, bohatera Mechanicznej pomarańczy w reżyserii Stanleya Kubricka. Fotografia zajmowała prawie cały ekran. McDowell ubrany był w biały jednoczęściowy kombinezon, miał podmalowane oczy, buty nabite ćwiekami i czarny melonik – współpraca aktora z reżyserem spopularyzowała ten styl na początku lat siedemdziesiątych.

Obraz powitały pojedyncze oklaski starszych uczestników przyjęcia – oni pamiętali książkę, kreację McDowella i film.

Zdjęcie młodego Alexa zniknęło i został sam czarny ekran, który, zdawało się, niecierpliwie pulsuje. Po kilku sekundach rozbłysły krzykliwe, czerwone, wypisane kursywą litery. Przecięły kadr jak nóż i wyryły w nim słowa: „Co będzie potem?”

Po chwili na ich miejscu ukazał się tytuł Seria numer 4.

I na ekranie pojawiło się nijakie piwniczne pomieszczenie. Obraz był dziwnie ziarnisty, prawie jednowymiarowy, mimo że rejestrowała go nowoczesna droga kamera o wysokiej rozdzielczości. Szara, nędzna piwnica. Żadnych okien. Niczego, co by wskazywało, gdzie konkretnie rozgrywa się ta scena. Całkowicie anonimowe miejsce. Widzowie skupieni przed telewizorem na początku widzieli tylko stare metalowe łóżko. Leżała na nim młoda kobieta, rozebrana do bielizny, z czarnym kapturem naciągniętym na twarz. Ręce i nogi miała skute kajdankami i przymocowane do obręczy przytwierdzonych do ścian jak w średniowiecznym lochu. Nie ruszała się, tylko ciężko oddychała. Dzięki temu widzowie przynajmniej na razie mogli być pewni, że żyje. Może była nieprzytomna albo odurzona, może spała; po mniej więcej minucie drgnęła, brzęknął krępujący ją łańcuch.

Jeden z uczestników przyjęcia wydał zduszony okrzyk. Ktoś zapytał po francusku: Est-ce que c'est vrai? Nikt jednak nie odpowiedział, chyba żeby za odpowiedź uznać milczenie i to, jak wszyscy wychylili się do przodu, żeby lepiej widzieć, co się dzieje.

Ktoś inny rzucił po angielsku: „To udawane. Dziewczyna musi być aktorką, zatrudnili ją specjalnie do tego webcastu…”

Kobieta z cekinami spojrzała na niego i pokręciła głową. Odpowiedziała z lekko słowiańskim akcentem, ale nienaganną angielszczyzną: „Wielu tak sądziło na początku poprzedniej serii. Z czasem jednak wszyscy się przekonują, że żaden aktor nie przyjąłby takiej roli”.

Spojrzała na ekran. Zakapturzona postać zadrżała i gwałtownie odwróciła twarz, jakby poza kadrem ktoś wszedł do pokoju. Łańcuchy się naprężyły.

Potem, niemal tak raptownie jak się pojawił, obraz zamarł, niczym zdjęcie ptaka uchwyconego w locie, i zniknął. Znów pojawiły się krwistoczerwone litery, tym razem ułożyły się w pytanie: „Chcesz zobaczyć więcej?”

Dalej prośba o podanie szczegółów karty kredytowej i lista wariantów prenumeraty. Można było zapłacić za określoną liczbę minut, do godziny, albo za kilkugodzinny blok. Wykupić cały dzień albo i więcej. I jeszcze też wysoka opłata za, jak podawał opis: Seria numer 4: Pełny dostęp z interaktywnym menu. Na samym dole znajdował się duży elektroniczny zegar, także jaskrawoczerwony, ustawiony na 0.00. Obok widniał napis: „Dzień pierwszy”. Na oczach uczestników przyjęcia zegar przeskoczył jedną sekundę naprzód, potem drugą… Trochę przypominał elektroniczne urządzenie do mierzenia czasu trwania meczu tenisowego na Wimbledonie albo US Open.

A później podano komunikat: Przewidywana długość Serii numer 4 – tydzień do miesiąca.

Któryś z gości zawołał po rosyjsku: „Dawaj, Dimitrij! Wykup pełny pakiet… od początku do końca! Stać cię!” Tym słowom towarzyszyły nerwowe śmiechy, owacje i okrzyki zachęty. Wąsaty facet najpierw odwrócił się do zebranych z szeroko rozłożonymi rękami, jakby pytał o radę, po czym uśmiechnął się szeroko, pochylił głowę w lekkim, teatralnym ukłonie i wprowadził numer karty kredytowej. Na ekranie pojawiło się żądanie hasła. Mężczyzna skinął głową kobiecie z cekinami i wskazał na klawiaturę komputera. Piękna z uśmiechem wcisnęła kilka klawiszy. Można było sobie wyobrazić, że wpisała pieszczotliwy przydomek swojego kochanka. Gospodarz uśmiechnął się i dał znak stojącemu w głębi kelnerowi w białej marynarce, by napełnił kieliszki, a majętni goście czekali zafascynowani na ostateczne elektroniczne zatwierdzenie transakcji.

Podobnie jak inni widzowie, rozrzuceni po całym świecie.

Nie istniał typowy użytkownik strony cobedziepotem.com, choć procentowo pewnie było dużo mniej kobiet niż mężczyzn, a publiczny pokaz na przyjęciu w Moskwie stanowił wyjątek, nie regułę; większość klientów logowała się na osobności, by w ciszy i spokoju śledzić rozwój wypadków w Serii numer 4. System logowania opierał się na identyfikacji użytkownika poprzez osobiste hasła, podwójnie i potrójnie zabezpieczone. Wprowadzenie ich uruchamiało błyskawiczny przesył danych do rozmaitych serwerów w Europie Wschodniej i Indiach. To rozwiązanie – wykorzystujące najnowsze zdobycze elektroniki – oparło się niejednej próbie infiltracji przez policję. Ponieważ jednak witryna nie miała charakteru politycznego – czyli nie korzystały z niej organizacje terrorystyczne – i otwarcie nie rozpowszechniała dziecięcej pornografii, te nieśmiałe i rzadkie naloty były niegroźne. Mało tego, zainteresowanie policji nadawało jej pewien prestiż, uwiarygodniało ją w oczach internetowej społeczności.

Cobedziepotem.com wyszukiwała określonego typu klienta. Lista użytkowników składała się z ludzi gotowych zapłacić duże pieniądze za to, żeby śledzić przekaz łączący seks i dramaturgię w sposób niekoniecznie zgodny z prawem. Swoje usługi reklamowała w chat roomach i za pośrednictwem superszybkiej internetowej poczty pantoflowej.

Jej założyciele nie uważali się za przestępców, choć popełnili wiele przestępstw. Nie postrzegali siebie jako zabójców, choć zabijali. Tego, co robią, nigdy nie nazwaliby perwersją, choć wielu tak właśnie by to określiło. We własnym mniemaniu są nowoczesnymi przedsiębiorcami i po prostu świadczą specjalistyczną, bardzo rzadką usługę, która cieszy się wielkim popytem i budzi ogromne zainteresowanie w mrocznych zakamarkach świata i człowieka.

Michael i Linda poznali się pięć lat wcześniej na tajnej orgii w domu na przedmieściach Chicago. On – dość nieśmiały, cichy doktorant na informatyce; ona – menedżer niższego szczebla w agencji reklamowej. Dorabiała jako call-girl, żeby związać koniec z końcem. Ona miała niekonwencjonalne upodobania; jego fascynowały rzeczy, których nigdy nie ośmielił się spróbować. Ona miała słabość do bmw i środków pobudzających, otarła się nawet o uzależnienie; on jako nastolatek został aresztowany za kradzież małego jazgotliwego psa sąsiada. Zwierzę ugryzło go w kostkę pewnego ranka, kiedy szedł do szkoły. Policja podejrzewała, że Michael sprzedał psa – rasy bichon frise – wieśniakowi z Illinois, który dostarczał przynętę organizatorom walk pitbullów. Za dwadzieścia pięć dolarów gotówką. Zarzuty przeciwko Michaelowi zostały oddalone, bo tajny informator – ten co podał policji nazwisko chłopaka – okazał się zamieszany w przestępstwa poważniejsze od uprowadzenia psa. Kiedy nastoletni Michael wychodził z sądu jako wolny człowiek, z wyczyszczoną kartoteką, niejeden policjant pomyślał, że koleś wcześniej czy później tam wróci. Jak dotąd, się mylili.

Oboje wywodzili się z podejrzanych środowisk i mieli za sobą brutalną, burzliwą przeszłość, skutecznie skrywaną za fasadą, jaką prezentowali światu. Wzorowy student, przewodniczący grupy i ambitna bizneswoman. Wyrafinowani, świetnie wykształceni intelektualiści. Z pozoru dwoje ludzi, którzy wysoko zaszli mimo niskiego pochodzenia. Tak jednak postrzegali ich inni, oni natomiast niezależnie od siebie czuli, że to kłamstwo, ponieważ ich prawdziwe ja skrywało się w miejscach niedostępnych dla nikogo prócz nich samych. Ale tego dowiedzieli się o sobie dużo później. Noc, kiedy się poznali, poświęcona była innego rodzaju edukacji.

Na imprezie obowiązywały proste reguły: przyjść z osobą płci przeciwnej; używać tylko imion; nie wymieniać się telefonami ani adresami mejlowymi; w razie przypadkowego spotkania któregoś z uczestników w innych okolicznościach zachowywać się, jakby ten człowiek nie był kimś, z kim publicznie uprawiało się zwierzęcy, pornograficzny seks, tylko zupełnie obcą osobą.

Wszyscy przystali na te warunki. Choć tak naprawdę przestrzegano tylko pierwszego. Ten musiał zostać spełniony, inaczej człowieka nie wpuszczano do środka. To było miejsce schadzek, gdzie zapominano o lojalności i umiarze. Nikt, kto wchodził do schludnego, dwupoziomowego domu na przedmieściach, nie przykładał szczególnej wagi do zasad.

Nie brakowało sprzeczności. Na trawniku przed domem leżały dwa dziecięce rowery. Jedną z półek zajmowały książki doktora Seussa. W kącie kuchni były opakowania cheerios i frosted flakes – wciśnięte tam, żeby zrobić na blacie miejsce na lustro z kreskami kokainy dla gości. Telewizor w pokoju rodzinnym pokazywał mocne porno, choć tylko nieliczni spośród trzydziestu kilku gości zwracali większą uwagę na sfilmowane wersje tego, co sami w tym czasie robili. Szybko pozbywano się ubrań. Alkohol lał się strumieniami. Tabletki ecstasy rozdawało się jak zakąski. Najstarsi uczestnicy imprezy byli po pięćdziesiątce. Większość to trzydziesto- i czterdziestolatkowie, dlatego kiedy weszła Linda i zaczęła wyskakiwać z ciuchów, niejeden spojrzał na nią z zachwytem i natychmiast postanowił lepiej ją poznać.

Tak jak im przykazano, Michael i Linda przyszli z osobami towarzyszącymi. Za to wyszli już razem. Michael przyprowadził koleżankę ze studiów, doktorantkę na socjologii. Rzekomo chciała przeprowadzić badania w terenie, ale zwiała w popłochu, kiedy trzej nadzy i dostrzegalnie podnieceni faceci zagnali ją w kąt, gdzie – zupełnie niezainteresowani jej naiwnymi pytaniami o to, dlaczego tam są, i głusi na jej słabe protesty – zaczęli się do niej dobierać. Na imprezie obowiązywała też niepisana zasada, że nikogo nie wolno do niczego zmuszać. Sęk w tym, że interpretowano ją na wiele sposobów.

Partnerem Lindy był mężczyzna, który zamówił ją w agencji towarzyskiej. Postawił jej drogą kolację, a potem poinformował, gdzie zamierza spędzić resztę wieczoru. Obiecał zapłacić więcej niż zwykłą stawkę, wynoszącą półtora tysiąca dolarów. Zgodziła się, pod warunkiem że pieniądze dostanie gotówką z góry. Przemilczała fakt, że i tak poszłaby z nim za darmo. Ciekawość była dla niej jak gra wstępna. Na imprezie „towarzysz” szybko zniknął w bocznym pokoju, ze skórzanym pejczem i tylko w obcisłej czarnej jedwabnej masce na twarzy. Zostawił Lindę samą, ale nie narzekała na brak zainteresowania.

Ich spotkanie – jak wszystkie tego wieczoru – było przypadkowe. Po prostu nawiązane na odległość porozumienie dusz, wyczuwalne w spojrzeniu, leniwym wygięciu ciał w łuk, jedwabistym tonie głosu. Jedno słowo, lekkie skłonienie głowy, wzruszenie ramion – drobny, nasycony uczuciem gest w ciemnym pokoju oddanym rozpasaniu i orgazmowi, pełnym nagich mężczyzn i kobiet spółkujących we wszystkich wyobrażalnych pozycjach i stylach – oto, co zbliżyło ich do siebie. Każde z nich było z kimś innym, kiedy ich oczy się spotkały. Ani jemu, ani jej to, co robili, nie sprawiało szczególnej przyjemności. W pomieszczeniu, gdzie rozgrywały się sceny, o jakich większości ludzi zapewne się nie śniło, oboje trochę się nudzili. Kiedy jednak zobaczyli siebie nawzajem, w ich duszach zagrało coś głębokiego, może nawet przerażającego. Tej nocy nie uprawiali ze sobą seksu. Poprzestali na tym, że obserwowali się nawzajem w akcji. I pośród jęków i okrzyków rozkoszy dostrzegli w sobie jakąś tajemniczą determinację. W tym siedlisku nagiej żądzy połączyła ich więź, która omal nie eksplodowała. Nie odrywali od siebie oczu, nawet kiedy obcy ludzie obmacywali ich ciała. Wreszcie Michael przedarł się do niej przez kłąb spoconych postaci i aż się zdziwił swoją agresywnością. Zwykle trzymał się na uboczu, jąkał się, kiedy musiał coś powiedzieć czy się przedstawić, ale przy tym pozwalał, by pragnienia hulały w nim do woli. Lindę właśnie obśliniał jakiś facet, którego imienia nie znała. Kątem oka zobaczyła nadchodzącego Michaela. Intuicyjnie wiedziała, że nie przyszedł po to, by spenetrować jakiś jej otwór, i to przemówiło do jej wzburzonych uczuć. Bezceremonialnie uwolniła się od partnera. Jego nieudolne zabiegi i tak ją znudziły. Był zaskoczony, niespełniony i trochę zły, ale uciszyła jego żarliwe protesty jednym ostrym spojrzeniem. Podniosła się naga i wzięła nagiego Michaela za rękę, jakby znali się od lat. Praktycznie bez słowa opuścili imprezę. Przez jedną chwilę – kiedy trzymając się za ręce, ruszyli na poszukiwania swoich ubrań – wyglądali jak Adam i Ewa z renesansowego płótna przedstawiającego wygnanie z Raju.

Przez wszystkie następne wspólnie spędzone lata nie wracali myślą do tego pierwszego spotkania. Bardzo szybko odkryli w sobie namiętności, które wykraczały daleko poza seks, mroczne, ale za to elektryzujące.

Smród benzyny wdzierał się w jego nozdrza.

Michael ornai się nie zakrztusił. Odwrócił głowę, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza, ale w ciasnej, zamkniętej przestrzeni zostało go już niewiele. Od zapachu na chwilę zakręciło mu się w głowie i raz-dwa razy zakaszlał, ale nie przestawał chlustać wokół płynem. Kiedy benzyna na pofałdowanej podłodze rozbłysła wszystkimi kolorami tęczy, wysunął się na zewnątrz. Rozpaczliwie łapał powietrze i chłonął ciemność.

Jak tylko przejaśniło mu się w głowie, wrócił do pracy. Wylał jeszcze trochę benzyny na karoserię, przeszedł na przód furgonetki, upewnił się, że przednie siedzenia są całe mokre.

Usatysfakcjonowany rzucił na fotel pasażera czerwony kanister i rękawiczki chirurgiczne. Wziął wcześniej przygotowaną plastikową butlę z detergentem i benzyną nasączył sterczący z niej bawełniany lont, tak że powstała mała bomba napalmowa. Sięgnął do kieszeni po zapalniczkę.

Skorzystał z okazji, żeby się rozejrzeć. Był na zupełnym odludziu, za starą, zabitą dechami papiernią. Kiedyś dawała utrzymanie licznym mieszkańcom małego miasta nad strumieniem. Dziś stała ponuro jako pamiątka dawno minionych czasów i utraconych miejsc pracy, z popękanymi i powybijanymi szybami – dzieciaki przez lata rzucały w nie kamieniami. Przezornie zaparkował wóz z dala od budynku; nie chciał, żeby za szybko zauważono pożar. Chodziło mu tylko o to, żeby doszczętnie zniszczyć ukradzioną furgonetkę. Miał w tym pewną wprawę. To wcale nie było takie trudne.

Jeszcze raz sprawdził, czy o niczym nie zapomniał. W zaledwie kilka sekund odkręcił tablice rejestracyjne. Miały wylądować w pobliskim stawie. Potem rozebrał się do naga. Ubranie zwinął, nasączył je łatwopalną substancją i wrzucił do furgonetki. Zadrżał z zimna. Podpalił domowej roboty bombę i cisnął nią w otwarte drzwi samochodu. Odwrócił się szybko i zerwał do biegu; żwir i ubita ziemia chrzęściły mu pod nogami – miał nadzieję, że nie nadepnie na kawałek szkła i nie rozetnie sobie stopy. Za plecami usłyszał eksplozję prymitywnego ładunku. Zwolnił i rzucił okiem przez ramię, żeby upewnić się, że skradziona furgonetka płonie. Żółtoczerwone języki ognia strzelały z okien, pierwsze skłębione chmury szaroczarnego dymu wzlatywały w niebo. Uspokojony przyspieszył kroku. Chciało mu się śmiać – chętnie posłuchałby, jak jakiś zszokowany przechodzień opowiada sceptycznemu policjantowi, że widział, jak nagi facet ucieka w ciemności od wybuchającej furgonetki.

Wciąż jeszcze czuł niesioną lekkim podmuchem nocnego wiatru woń ognia, z nutą odurzającego fetoru substancji zapalających. Kto to powiedział w tym filmie? – nagle zapytał sam siebie. A tak. Major Kilgore: „Uwielbiam zapach napalmu o poranku”… Cóż, pomyślał, wieczorem jest równie ponętny i oznacza to samo: zwycięstwo.

Jego ubrania czekały na fotelu kierowcy w starym, zdezelowanym pikapie. Kluczyki były pod siedzeniem, tam gdzie je zostawił. Na wierzchu leżało małe opakowanie chusteczek odkażających – wolał takie, których używają starzy ludzie z hemoroidami. Choć nieperfumowane, szybko usuwały zapach benzyny. Otworzył drzwi i w kilka sekund wytarł całe ciało wilgotnymi chusteczkami. Minuta wystarczyła, by włożyć dżinsy, bluzę i bejsbolówkę. Raz jeszcze zerknął wkoło. Nikogo. Zgodnie z oczekiwaniami. Sto metrów dalej, za budynkiem, widział pnącą się ku niebu spiralę dymu w jaśniejszym odcieniu ciemności, a pod nią blask ognia. Wcisnął się za kierownicę i uruchomił silnik. Głęboko wciągnął powietrze nosem – tak jak przypuszczał, chusteczki odkażające zabiły zapach benzyny. Mimo to wyjął ze schowka odświeżacz powietrza w sprayu i spryskał wnętrze. Pewnie zbyteczny środek ostrożności. Gdyby jednak jakiś glina zatrzymał go za przekroczenie prędkości, zignorowanie znaku stopu, wymuszenie pierwszeństwa czy pod jakimkolwiek innym błahym pretekstem, nie chciał cuchnąć jak podpalacz.

Staranne rozważanie sytuacji, przewidywanie wszystkich ewentualności, dostrzeganie każdej kropli w morzu możliwości – to Michael lubił niemal najbardziej na świecie. To sprawiało, że serce biło mu szybciej.

Wrzucił bieg, opuścił czapkę prawie na oczy i chwilę dłubał przy słuchawkach podłączonych do iPoda. Ilekroć wyjeżdżał odwalać czarną robotę związaną z ich przedsięwzięciem, Linda lubiła przygotowywać mu specjalne zestawy piosenek. Na ekranie Menu zobaczył tytuł playlisty: Benzynowa muzyka. Zaśmiał się głośno. Odchylił się do tyłu, kiedy w głośnikach huknął kawałek Chrisa Whitleya, z ostrymi dźwiękami gitary hawajskiej. Muzyk uderzał w struny… „Jak chodzące tłumaczenie na ulicy kłamstw…” Święte słowa, pomyślał, wyjeżdżając z parkingu przy opuszczonym magazynie. Linda zawsze wiedziała, co chciał usłyszeć.

W plastikowej torbie na siedzeniu obok była karta kredytowa kobiety nazwiskiem Riggins, znaleziona w portfelu Numeru 4. Kilka drobiazgów do załatwienia po drodze i w Bostonie, i Michael wróci do Lindy. W szoferce zrobiło się ciepło, owiewało go rozgrzane powietrze z otworów wentylacyjnych. A na zewnątrz wciąż paskudnie zimno i wilgotno. Stwierdził, że następny webcast powinni nadawać z Florydy albo Arizony. Ale niepotrzebnie wybiegał myślą w przyszłość. Wiedział, że to błąd. Na razie liczyła się tylko obecna seria. Michael szczycił się tym, że potrafi skoncentrować się na celu; gdy już go obrał, wszystko poza tym przestawało się liczyć, nic nie mogło odwrócić jego uwagi, stanąć mu na przeszkodzie ani go zniechęcić. Sądził, że to samo o swojej pracy powiedziałby każdy uznany artysta lub biznesmen. Nie można napisać powieści, skomponować piosenki, sfinalizować przejęcia ani poszerzyć oferty bez pełnego zaangażowania.

Linda też to wiedziała.

Dlatego tak bardzo się kochali.

Mam wyjątkowe szczęście, pomyślał.

Teraz czekała go dwugodzinna podróż do miasta. W wiejskim domu, który wynajęli, na pewno wszystko gotowe. Możliwe, że już są prawie bogaci. Tak naprawdę jednak ani dla niego, ani dla niej pieniądze nie były najważniejsze. Cieszył się na myśl o początku Serii numer 4 i czuł, jak w jego wnętrzu rozchodzi się przyjemne ciepło, zupełnie inne od tego, które zapewniał system ogrzewania samochodu. Wybijało takt muzyki wypełniającej szoferkę pikapa.

Rozdział 6

Pod czarnym kapturem okrywającym głowę cały świat Jennifer skurczył się do dźwięków, które mogła usłyszeć, zapachów i smaków, które mogła poczuć, a każdy jej zmysł był ograniczony – łomotaniem serca, uporczywym łupaniem w skroniach, klaustrofobiczną ciemnością. Próbowała się uspokoić, ale pod jedwabistym materiałem szlochała spazmatycznie, a słone łzy ściekały jej po policzkach. Gardło miała wyschnięte i obolałe.

Rozpaczliwie pragnęła wezwać pomocy, choć wiedziała, że ta nie nadejdzie. Słowo „mama” wymknęło się z jej ust, ale poprzez ciemność widziała tylko swojego nieżyjącego ojca – stał tuż poza jej zasięgiem, jak gdyby na zewnątrz, za szklaną ścianą, przez którą nie przebijało się rozpaczliwe wołanie. Zakręciło jej się w głowie, prawie jakby stała na skraju przepaści, ledwo utrzymując równowagę zagrożoną przez dmący w plecy silny wiatr.

Jennifer, weź się w garść… nakazała sobie.

Nie była pewna, czy mówi na głos, czy tylko krzyczy w duchu do swoich bezładnych i bolesnych myśli, które tłumiły uczucia, nie dopuszczały rozsądku. Sama nie mogła poznać, czy dręczy ją ból, czy zwątpienie. Jedno wiedziała: musi zrozumieć coś z tego, co dzieje się poza kapturem.

Kazała sobie oddychać głęboko. Jennifer! Spróbuj!

To, że mówiła do siebie w trzeciej osobie, o dziwo, dodawało jej otuchy. W ten sposób umacniała w sobie poczucie, że żyje, że jest tym, kim była zawsze, że wciąż ma przeszłość, teraźniejszość i może przyszłość.

Jennifer, przestań płakać!

Przełknęła zatęchłe, gorące powietrze spod kaptura.

Dobrze. Dobrze…

Ale nie było łatwo. Minęły całe minuty, zanim się uspokoiła. Jęki i szloch przerażenia stopniowo cichły, aż w końcu niemal całkowicie ustały, choć nie zdołała powstrzymać drżenia – opanowało prawie każdy mięsień, zwłaszcza w nogach. W gwałtownych spazmach trzęsła się jak galareta. Myśli, spostrzeżenia i reakcje wydawały się zupełnie ze sobą niepowiązane. Żadnej synchronizacji. Żadnej koordynacji. Wszystko rozmyte, niekontrolowane. Nie potrafiła znaleźć w myślach nic, czego mogłaby się uchwycić, żeby zrozumieć, co się stało i co może się jeszcze stać.

Zadygotała, choć nie marzła; przeciwnie, w pomieszczeniu było strasznie gorąco. Czuła, jak oblewa ją ciepło, i dopiero teraz uzmysłowiła sobie, że jest prawie naga. Znów zadrżała na całym ciele. Nie przypominała sobie, kiedy ją rozebrali i przynieśli tutaj. Jedyne, co pamiętała, to widok pięści nadlatującej jak pocisk i uczucie, kiedy mężczyzna wrzucał ją na tył furgonetki. Miała zamęt w głowie. Czy ten koszmar wydarzył się naprawdę? Przez sekundę wyobrażała sobie, że to tylko sen i że musi jedynie zachować spokój, a lada moment obudzi się we własnym łóżku, potem zejdzie do kuchni, zrobi sobie kawę i znów weźmie się do planowania ucieczki z domu.

Czekała. Zacisnęła powieki pod kapturem i powiedziała sobie: Obudź się! Obudź się! Wiedziała jednak, że to na nic. Nie miała aż tyle szczęścia, żeby liczyć, że to wszystko rozpłynie się jak sen.

No dobrze, Jennifer, skup się na jednej rzeczy. Tylko jednej. Niech ta jedna rzecz stanie się dla ciebie rzeczywista. To będzie punkt wyjścia.

Nagle strasznie zachciało jej się pić. Oblizała językiem wargi – suche, spękane. Znów smak krwi. Nacisnęła językiem na zęby.

Żaden się nie ruszał. Zmarszczyła nos. Nie zabolało. No dobrze, przynajmniej wiesz już coś pożytecznego: nos nie jest złamany. Zęby są całe. Jeden plus.

Miała coś swędzącego na brzuchu i coś dziwnego na ramieniu – nie umiała określić co. To jeszcze bardziej zbiło ją z tropu.

Dobrze, trzeba ustalić dwie sprawy: po pierwsze – w jakim jest stanie, po drugie – gdzie się znajduje. Musi spróbować doszukać się sensu pośród ciemności, choć trochę ją rozjaśnić. Gdzie jest? Co się z nią dzieje?

Jednak te proste cele pozostawały poza jej zasięgiem. A im bardziej starała się panować nad sobą, tym trudniej jej to przychodziło. Zdawało się, że czerń pod kapturem przejmuje nad nią kontrolę, jakby kaptur zasłaniał nie tylko świat zewnętrzny, ale i nie pozwalał jej wejrzeć w głąb siebie. Miała wrażenie, że cały świat spływa do jej żołądka i zamalowuje umysł; oczami duszy widziała jedynie przerażającą nicość. I kiedy już ogarnęła ją rozpacz, dotarła do niej naprawdę paskudna myśl: Jennifer, ty żyjesz. Cokolwiek się z tobą dzieje – tego nie da się porównać z niczym, co kiedykolwiek przeżyłaś ani nawet co sobie wyobrażałaś. To nie skończy się szybko. Nie będzie łatwo. To dopiero początek.

Czuła się, jakby spadała po spirali. W wir. W dziurę w pustce wszechświata. Nogi jej zadrżały i nie dała rady powstrzymać nawrotu łez. Uległa lękowi i całym ciałem wstrząsnęły rozdzierające spazmy, gdy nagle usłyszała stłumiony odgłos otwieranych drzwi.

Przechyliła się w stronę dźwięku. Ktoś był w pokoju.

W tym ułamku sekundy pomyślała, że choć to samotność rozbudziła huczące w niej przerażenie, jednak wolała być sama, niż wiedzieć, że ktoś tu z nią jest. Jej plecy wygięły się w łuk, mięśnie się naprężyły; gdyby teraz się widziała, pomyślałaby, że ciało zareagowało na dźwięk tak samo, jak zareagowałoby na porażenie prądem.

Zestarzałem się, powiedział sobie Adrian. Przeglądał się w lustrze nad komodą żony. Było małe, w drewnianej ramie, i przez te wszystkie lata korzystała z niego właściwie tylko w sobotnie wieczory, kiedy chciała sprawdzić przed wyjściem, czy dobrze wygląda. Kobiety lubiły ten ostatni rzut oka; zanim wyruszyły w wielki świat, musiały być pewne, że wszystkie szczegóły pasują do siebie, tworzą spójną całość, uzupełniają się nawzajem. On sam nigdy nie przywiązywał tak wielkiej wagi do tego, jak widzą go inni. Nosił się niedbale – wymięta koszula, workowate spodnie, lekko przekrzywiony krawat – jak to naukowiec. Zawsze wyglądałem jak karykatura profesora, bo byłem profesorem. Człowiekiem nauki. Podniósł rękę i dotknął siwych pasm spływających z czubka głowy. Potarł dłonią szpakowaty zarost na podbródku. Przesunął palcem po bruździe wyżłobionej w skórze. Blizny pozostawione przez upływ czasu… i doświadczenia życiowe.

Za plecami znów usłyszał znajomy głos.

– Wiesz, co widziałeś.

Spojrzał w lustro.

– Cześć, Oposiku – odparł Adrian z uśmiechem. – Już to mówiłaś. Kilka minut temu.

A może przed godziną. Dwiema. Jak długo stał w sypialni, otoczony obrazami i wspomnieniami, z bronią w ręku?

Użył przydomka żony znanego tylko najbliższej rodzinie. Dorobiła się go w wieku dziewięciu lat, kiedy banda tych niewiele lepszych od szczurów stworzeń wprowadziła się na strych letniego domku rodziny. Cassie oznajmiła wtedy braciom, siostrom i rodzicom, że każda próba wyrzucenia nieproszonych gości spotka się z wszelkimi działaniami odwetowymi, na jakie może się zdobyć zdeterminowane dziecko, od łez po napady złości. Dlatego przynajmniej przez to jedno lato jej rodzina musiała znosić conocne skrobanie pazurów pod okapem, godzić się na zagrożenie bliżej nieokreślonymi chorobami i tłumić ogólne obrzydzenie do zwierząt, które miały niepokojący zwyczaj czajenia się w cieniu i bacznego obserwowania ludzi. Co się tyczy samych oposów, szybko odkryły zachwycający urok kuchni i korzystały z niego, zwłaszcza kiedy instynktownie wyczuły, że dziewięcioletnia dobrodziejka nadała im wyjątkowy status. Cała Cassandra, pomyślał Adrian. Zagorzała obrończyni.

– Adrianie, wiesz, co widziałeś – powtórzyła, tym razem dużo bardziej stanowczo. W jej głosie dźwięczał znajomy, natarczywy rytm. Przez wszystkie lata małżeństwa, kiedy naprawdę czegoś od niego chciała, zwykle wyrażała to tonem godnym piosenki folkowej z lat sześćdziesiątych.

Odwrócił się w stronę łóżka. Cassie leżała wyciągnięta w leniwej pozie i patrzyła na niego kusząco jak modelka artysty. Była najpiękniejszą halucynacją, jaką mógł sobie wyobrazić. Miała na sobie luźną chabrową sukienkę i nic ponadto. Wiatr nęcąco opinał materiałem jej ciało, choć okna były pozamykane i przez pokój nie przelatywał nawet najlżejszy podmuch. Adrianowi skoczyło tętno. Cassie, która patrzyła na niego z łóżka, miała nie więcej niż dwadzieścia osiem lat – tyle ile wtedy, kiedy się poznali. Jej skóra błyszczała młodością, każda krągłość, drobne piersi, wąskie biodra i długie nogi wydawały się wręcz namacalnymi wspomnieniami. Odrzuciła do tyłu gęste ciemne włosy i spojrzała na niego ze zmarszczonym czołem. Kąciki ust lekko wygięła w dół w dobrze znany mu sposób – znak, że mówiła śmiertelnie poważnie i że musiał pilnie słuchać każdego jej słowa. Już na początku ich wspólnego życia nauczył się, po czym poznać, kiedy Cassie ma do przekazania coś ważnego.

– Pięknie wyglądasz – powiedział. – Pamiętasz, jak pojechaliśmy w sierpniu na Cape i jednej nocy kąpaliśmy się nago w oceanie, a potem nie mogliśmy znaleźć ubrań, bo zniósł nas prąd?

Pokręciła głową.

– Pewnie, że pamiętam. To było nasze pierwsze wspólne lato. Pamiętam wszystko. Ale nie dlatego tu jestem. Wiesz, co widziałeś.

Adrian chętnie przesunąłby koniuszkami palców po jej skórze, żeby przypomnieć sobie każdy elektryzujący dotyk z dawnych czasów. Bał się jednak, że jak wyciągnie rękę, żona zniknie. Nie do końca rozumiał swój związek z tą halucynacją, nie wiedział, jakie rządzą tu zasady Miał jednak głęboką, przeszywającą jak prąd pewność, że nie chce, żeby Cassie odeszła.

– No, niezupełnie – odparł powoli. – Wcale nie jestem tego pewien.

– Oczywiście, to nie twoja specjalność. Nie całkiem. Nigdy nie byłeś takim specem, co lubi rozpracowywać seryjnych zabójców i terrorystów, a potem raczyć studentów makabrycznymi historyjkami. Ty wolałeś obserwować szczury w klatkach i labiryntach, analizować ich reakcje na bodźce. Ale na pewno wiesz dość o psychopatologii, żeby zbadać tę sprawę.

– To mogło być cokolwiek. A kiedy zadzwoniłem na policję, powiedzieli mi…

Cassie mu przerwała. Odchyliła głowę – kolejny znajomy gest, znak, że szuka odpowiedzi na suficie albo w niebie. Robiła tak, kiedy Adrian się przy czymś upierał. Była artystką i postrzegała zdarzenia okiem artystki: Narysuj kreskę, nanieś kolor na płótno – i już. Po szukaniu pomocy w niebiosach zawsze następowała cięta, stanowcza uwaga. Adrian uwielbiał ten jej nawyk, tę jej absolutną pewność.

– Nie obchodzi mnie, co ci powiedzieli. Ona tam stała, na poboczu, a potem zniknęła. To było przestępstwo. Musiało być. Widziałeś to na własne oczy. Przypadkiem. Ty jeden. I teraz masz kilka rozrzuconych kawałków bardzo trudnej układanki. Twój ruch. Złóż je w całość.

Adrian się zawahał.

– Pomożesz mi? Jestem chory. To znaczy, Oposiku, naprawdę chory. Nie mam pojęcia, jak długo jeszcze będę się trzymał. Wszystko wymyka mi się z rąk. Wszystko się rozłazi. Jeśli się tym zajmę… cokolwiek to jest… nie wiem, czy dożyję końca…

– Kilka minut temu zamierzałeś się zabić – ucięła Cassie, jakby to wyjaśniało całą sprawę. Zakręciła dłonią szeroki łuk i wskazała rugera.

– Chciałem być z tobą. I z Tommym, i z innymi. Uznałem, że nie ma sensu dłużej czekać…

– Ale zobaczyłeś tę dziewczynę na ulicy, a ona zniknęła i to się liczy.

– Nawet nie wiem, kim jest.

– To nieistotne. Zasługuje na szansę, żeby żyć. I ty jeden możesz jej ją dać.

– Ale… od czego zacząć…?

– Kawałki układanki. Uratuj ją, Adrianie.

– Nie jestem detektywem.

– Ale potrafisz myśleć jak detektyw, tylko lepiej.

– Jestem stary, chory, nie umiem już jasno myśleć.

– Umiesz na tyle, na ile to konieczne. Jeszcze ten jeden, ostatni raz. Potem będzie po wszystkim.

– Sam nie dam rady.

– Nie będziesz sam.

– Nigdy nikogo nie potrafiłem uratować. Ani ciebie, ani Tommy'ego, ani swojego brata, ani w ogóle żadnej osoby, którą kochałem. Jak mogę uratować kogoś, kogo nawet nie znam?

– Czy nie my wszyscy szukamy na to pytanie odpowiedzi?

Uśmiechała się. Wygrała ten spór i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Zawsze wygrywała, bo Adrian już w pierwszych minutach ich wspólnych lat odkrył, że dużo przyjemniej jest się z Cassie zgadzać niż kłócić.

– Byłaś taka piękna… – powiedział. – Nigdy nie rozumiałem, jak to możliwe, że ktoś tak piękny jak ty chce być ze mną.

Zaśmiała się.

– Kobiety wiedzą – odparła. – Dla mężczyzn to zagadka, ale dla kobiet nie. My wiemy.

Adrian się zawahał. Przez chwilę myślał, że łzy wzbierają mu w oczach. Ale właściwie nad czym miałby płakać? Może nad wszystkim.

– Tak mi przykro, Cassie. Nie chciałem się zestarzeć.

To zabrzmiało niedorzecznie. A jednak dziwnie miało sens.

Zaśmiała się. Na moment zamknął oczy, żeby wsłuchać się w ten dźwięk. Jakby orkiestra wznosiła się na wyżyny symfonicznej perfekcji.

– Nie cierpię być sam – wyznał. – To boli, że nie żyjesz.

– Ta sprawa zbliży nas do siebie.

Skinął głową.

– Tak. Chyba masz rację. – Spojrzał na komodę. Recepty od neurologa leżały ułożone w stos. Jeszcze niedawno zamierzał je wyrzucić. Teraz je podniósł. – Może… – zaczął wolno – coś z tego pozwoli mi zyskać trochę…

Odwrócił się, ale Cassie już nie było. Westchnął. Do roboty, powiedział sobie. Zostało tak mało czasu.

Rozdział 7

Zamknęła za sobą drzwi i znieruchomiała. Wzbierało w niej podniecenie i chciała chwilę się nim delektować.

Linda zwykle miała wszystko starannie uporządkowane; nawet swoje namiętności. Jak na kobietę o niekonwencjonalnych pragnieniach i egzotycznych gustach, przywiązywała wielką wagę do rutyny i dyscypliny. Lubiła planować swoje przyjemności, tak by na każdym kroku wiedzieć, czego się spodziewać i jak to będzie smakowało. To wcale nie tłumiło doznań, wprost przeciwnie, potęgowało je. Jakby te dwie części jej osobowości nieustannie toczyły ze sobą bój i każda ciągnęła ją w przeciwną stronę. Uwielbiała jednak napięcie, jakie to w niej wytwarzało; dzięki temu czuła się wyjątkowa i sądziła, że to właśnie czyni ją prawdziwie genialnym przestępcą, bo za takiego uważała siebie – i Michaela.

Wyobrażała sobie, że są z Michaelem jak Bonnie i Clyde w wersji Faye Dunaway i Warrena Beatty'ego. Samą siebie postrzegała jako osobę zmysłową, liryczną i uwodzicielską. Była to nie tyle arogancja, ile uczciwa ocena tego, jak wygląda i jakie wrażenie robi na mężczyznach.

Oczywiście, ci, którzy się na nią gapili, w ogóle jej nie obchodzili. Liczył się tylko Michael.

Powoli omiotła wzrokiem piwniczny pokój. Nagie białe ściany. Stare brązowe metalowe łóżko z białym prześcieradłem na spłowiałym szarym materacu. Przenośny sedes turystyczny w kącie. Niemiłosiernie jasne światło mocnych lamp pod sufitem. Smród środka odkażającego i świeżej farby w nieruchomym, gorącym powietrzu. Michael jak zwykle dobrze się spisał, przygotowując wszystko do rozpoczęcia Serii numer 4. Zawsze trochę ją to dziwiło, że zrobiła się z niego taka złota rączka – jego główną specjalnością były przecież komputery i operacje sieciowe, o nich uczył się na studiach. Świetnie też jednak posługiwał się wiertarką i młotkiem. Prawdziwie wszechstronny talent. Może dlatego tak mocno go kochała.

Linda uważała, że łączy ich więź, do której pasuje tylko określenie „wyjątkowa”.

Popatrzyła wkoło okiem detektywa: czy jest w tym pokoju coś, co pozwoliłoby ich zidentyfikować? Czy w tle nadawanego przez Internet obrazu mogło znaleźć się coś, co wskazywało, gdzie się znajdują i kim są?

Miała dość oleju w głowie, by wiedzieć, że taki drobiazg jak kształtka od rury, piecyk gazowy albo oprawa lampy może naprowadzić spostrzegawczego policjanta na ich trop – o ile ktokolwiek w ogóle będzie ich szukał. Kształtka z wymiarami podanymi w calach, nie centymetrach, podpowiedziałaby temu hipotetycznemu sprytnemu detektywowi – Linda często próbowała go sobie wyobrazić – że pomieszczenie znajduje się na terenie Stanów Zjednoczonych. Piecyk mógł zostać wyprodukowany dla sieci Sears i być modelem rozprowadzanym tylko we wschodniej części USA. Oprawa lampy mogła pochodzić z partii dostarczonej do miejscowego hipermarketu Home Depot.

Te szczegóły ściągnęłyby detektywa bliżej ich kryjówki. Tego fikcyjnego. Byłby po trosze panną Marple, a po trosze Sherlockiem Holmesem z domieszką sztucznego, powierzchownego telewizyjnego realizmu. Na przykład nosiłby się niechlujnie jak Columbo i dysponował najnowocześniejszym sprzętem. Krótko ostrzyżony twardziel jak Jack Bauer.

Oczywiście, przypomniała sobie, taki detektyw nie istnieje.

Jest tylko klientela. Ustawiali się w kolejce. Czekali w gotowości na autoryzację transakcji kartą kredytową, spragnieni Co będzie potem?

Linda pokręciła głową i wzięła głęboki wdech. Oglądanie świata przez wąski pryzmat paranoi działało podniecająco; fascynacja Serią numer 4 w dużej części brała się z całkowitej anonimowości miejsca akcji. Mieli idealnie czyste płótno, na które mogli nanieść swój program. Żaden z widzów nie zdołałby przewidzieć z jakąkolwiek dozą pewności, co się stanie – a to wciągało najbardziej. Linda wiedziała, że pornografia internetowa przeważnie opiera się na pełnym realizmie – prezentowane obrazy nie pozostawiały cienia wątpliwości, co się dzieje. Im chodziło o coś dokładnie odwrotnego. Najważniejsze to nagłe zwroty. Zaskakiwanie widza. Liczyła się kreatywność. Pomysłowość.

Głównym motywem mógł być seks.

Władza.

Kontrola.

Przemoc.

Życie, to na pewno.

I, być może, śmierć.

Temu właśnie zawdzięczali swój sukces.

Poprawiła materiał na twarzy; przy tej pierwszej okazji zdecydowała się na zwykłą czarną kominiarkę. Czapka zakrywała jej zmierzwione blond włosy i miała tylko wąską szczelinę na oczy. Takiego nakrycia głowy używali antyterroryści i Linda zamierzała nosić je regularnie w trakcie Serii numer 4, nawet jeśli było jej w nim duszno. Biały skafander ochronny z przetworzonego papieru marszczył się i szeleścił przy każdym kroku. Ale najważniejszej że skrywał jej sylwetkę; nikt nie potrafiłby stwierdzić, czy jest tęga, czy drobna, młoda czy stara. Linda wiedziała, że pod kombinezonem wygląda całkiem ponętnie; nosząc go, miała wrażenie, że drażni się sama ze sobą. Materiał szczypał nagą skórę jak kochanek przeplatający rozkoszne pieszczoty małymi dawkami bólu.

Wciągnęła rękawiczki chirurgiczne. Na nogach miała niebieskie sterylne nakładki – de rigueur w sali operacyjnej. Uśmiechnęła się pod maską: bo to jest sala operacyjna.

Zrobiła kilka kroków naprzód. Jestem piękna w zupełnie nowy sposób, pomyślała.

Odwróciła się w stronę postaci na łóżku. Jennifer, przypomniała sobie. Nie, już nie. Od tej pory to Numer 4. Wiek: szesnaście lat. Dziewczyna z przedmieścia, żyjąca w hermetycznej akademickiej społeczności, wybrana właściwie przypadkiem. Linda znała jej adres, numer telefonu domowego, imiona nielicznych koleżanek. Zdobyła te dane po starannym przejrzeniu zawartości plecaka, portfela i pamięci komórki.

Przeszła na środek pokoju, wciąż oddalona o kilka metrów od starego żelaznego łóżka. Michael osadził w ścianie obręcze do mocowania kajdanek. Jak reżyser sitcomu, nakreślił kredą na podłodze kilka ledwo widocznych linii – sygnalizowały, która kamera uchwyci jej obraz. Nakleił też iksy z kawałków taśmy klejącej w miejscach, gdzie najlepiej stanąć do poszczególnych ujęć. Profil. En face. Widok z góry. Doświadczenie nauczyło ich, że zawsze trzeba pamiętać, jakie ujęcia są wykonalne w danej sytuacji i co na nich będzie widać. Odbiorcy oczekiwali zmian perspektywy i profesjonalnego kadrowania.

Jako podglądacze oczekiwali tylko tego, co najlepsze. Nieustającej intymności.

W pokoju umieścili pięć kamer, choć od razu rzucała się w oczy jedynie główna – nieruchoma Sony HD na statywie, z obiektywem wymierzonym w łóżko. Pozostałe, miniaturowe, ukryli w suficie i dwóch kątach sztucznych ścian. Tylko jedna rejestrowała obraz przy drzwiach – zachowywali ją do budowania dramaturgii, na te chwile, kiedy będą wchodzić do pokoju. To zelektryzuje widzów, powie im, że lada chwila coś się wydarzy. Teraz ta kamera była wyłączona. To dopiero wstępna wizyta, zaledwie pierwszy krok w procesie orientacji.

Linda wyjęła z kieszeni mały elektroniczny pilot. Nasunęła palec na przycisk zatrzymywania transmitowanego obrazu. Zaczekała, aż Numer 4 w kapturze lekko odwróci się w jej stronę. Wtedy wcisnęła guzik.

Zorientują się, że dziewczyna coś usłyszała…

…Ale nie będą wiedzieli co.

Ona i Michael dawno się nauczyli, że suspens doskonale się sprzedaje.

Powoli ruszyła naprzód.

Dziewczyna śledziła jej ruchy przez maskę zakrywającą głowę. Jak dotąd nie powiedziała ani słowa. W obliczu strachu niektórzy bełkotali bez ładu i składu, błagali, cofali się do dzieciństwa; inni zdobywali się na posępne, zrezygnowane milczenie. Nie wiedziała, jak będzie z Numerem 4. Tak młodego obiektu jeszcze nie wykorzystali, więc dla niej i Michaela to też przygoda.

Linda stanęła w nogach łóżka. Mówiła matowym, monotonnym głosem, który skrywał jej podniecenie, nie za głośno, nie kładąc nacisku na żadne słowo. Pozostawała zimna jak lód. Miała wprawę w sztuce wygłaszania gróźb i jeszcze większą w ich spełnianiu.

– Nic nie mów. Nie ruszaj się. Nie krzycz, nie stawiaj oporu. Uważnie słuchaj, a nic ci się nie stanie. Jeśli chcesz przeżyć, wykonuj wszystkie polecenia, bez względu na to, czego dotyczą i co o nich sądzisz.

Dziewczyna na łóżku zesztywniała i zadrżała, ale nie pisnęła ani słowa.

– To najważniejsze zasady. Później poznasz następne. – Zawiesiła głos. Po trosze spodziewała się, że Jennifer zacznie błagać o darowanie życia, ta jednak milczała. – Od tej pory nazywasz się Numer 4. – Linda odniosła wrażenie, że usłyszała cichy jęk stłumiony przez czarny kaptur. To dopuszczalne, nawet zrozumiałe. – Jeśli zostaniesz o coś zapytana, masz odpowiedzieć. Rozumiesz?

Jennifer skinęła głową.

– Odpowiedz!

– Tak – wydyszała pospiesznie przez maskę.

Linda się zawahała. Próbowała sobie wyobrazić jej spanikowaną twarz. Nie jest tak jak w szkole, co, mała?

– Pozwól, że coś ci wyjaśnię, Numerze 4 – mówiła dalej beznamiętnym tonem. – Twoje dotychczasowe życie się skończyło. To, kim byłaś, kim chciałaś być, twoja rodzina, twoi przyjaciele… wszystko, co znajome… już nie istnieje. Jest tylko ten pokój i to, co tu się wydarzy. – I znów Linda uważnie obserwowała mowę ciała Jennifer, jakby w oczekiwaniu na znak, że została zrozumiana. – Od tej chwili należysz do nas.

Dziewczyna zesztywniała i zamarła. Ale nie krzyknęła jak inne. Zwłaszcza Numer 3 walczyła z nimi prawie na każdym kroku: szamotała się, gryzła, wrzeszczała, co oczywiście wcale nie było takie złe – choć już ustalili z Michaelem wszystkie konieczne reguły – bo tworzyło odmienny typ dramaturgii. Po prostu część przygody i jedna z głównych atrakcji. Każdy obiekt wymagał innych zasad. Każdy był od samego początku wyjątkowy. Czuła, jak podniecające ciepło rozchodzi się po całym jej ciele, ale stłumiła to doznanie. Spojrzała na Numer 4 na łóżku. Słucha uważnie, pomyślała.

Mądra dziewczyna.

Nieźle. Całkiem nieźle. Będzie niepowtarzalna.

Jennifer krzyczała w duchu, jakby nagle mogła uwolnić w sobie coś, co wyrażało jej przerażenie i sięgało poza maskę, poza łańcuchy, poza wszelkie ściany i sufity, dokądś, gdzie ktoś ją usłyszy. Myślała, że gdyby tylko zdołała wydobyć z siebie jakiś dźwięk, to pomogłoby jej przypomnieć sobie, kim jest i że nadal żyje. Ale nie zrobiła tego. Na zewnątrz tylko stłumiła szloch i mocno przygryzła wargę. Wszystko było pytaniem, nic odpowiedzią.

Czuła, że głos się zbliża. Kobieta? Tak. Kobieta z furgonetki? Tak, na pewno.

Usiłowała sobie przypomnieć, co wtedy widziała. Pamiętała, że mignął jej ktoś starszy od niej, ale nie stary jak jej matka. Czarna dziana czapka naciągnięta na włosy. Blond włosy. Chyba zauważyła też skórzaną kurtkę, ale nic więcej. Potem był cios w twarz, wstrząsnął nią i wszystko przyćmił.

– Masz… – usłyszała. Najwyraźniej coś jej podawano, ale nie miała pojęcia co. Dobiegło ją metaliczne ciachnięcie i uchyliła się odruchowo.

– Nie. Nie ruszaj się.

Zamarła.

Chwila przerwy – i coś pociągnęło za fałdy jej maski. Wciąż nie wiedziała, co się dzieje, ale słyszała odgłos nożyczek.

Kawałek maski oderwał się od jej twarzy, odsłonił usta. Mały otwór.

– Woda.

Słomka wsunęła się do szczeliny i uderzyła ją w wargi. Jennifer nagle poczuła, że strasznie jej się chce pić – miała tak sucho w gardle, że potrzeba zaspokojenia pragnienia chwilowo stała się ważniejsza niż cokolwiek innego. Uchwyciła słomkę językiem i ustami i mocno pociągnęła. Woda była słonawa, o posmaku, którego Jennifer nie rozpoznawała.

– Lepiej?

Skinęła głową.

– Teraz zaśniesz. Później dokładnie się dowiesz, czego od ciebie oczekujemy.

Jennifer poczuła kredowy smak na języku. Zakręciło jej się w głowie. Oczy uciekły gdzieś w głąb i kiedy znów zapadała się w wewnętrzną ciemność, pomyślała, że może została otruta, ale to wydawało jej się bez sensu. Nic nie miało sensu oprócz strasznego przeczucia, że kobieta i mężczyzna, od którego oberwała, realizują jakiś plan. Chciała coś krzyknąć, żeby zaprotestować albo choć usłyszeć swój głos. Zanim jednak zdążyła uformować słowa i przepchnąć je przez popękane, spierzchnięte wargi, poczuła się, jakby balansowała na krawędzi wąskiej półki skalnej. A kiedy niestarannie rozpuszczone w wodzie narkotyki naprawdę zaczęły działać, runęła w dół.

Rozdział 8

Musiała jednocześnie spieszyć się i zachowywać cierpliwość.

Terri Collins wiedziała, że szanse na odnalezienie Jennifer błyskawicznie maleją, musiała więc szybko podjąć te nieliczne działania, które mogły coś dać. Przepełniały ją jednak wątpliwości – nie tylko co do szybkiego sukcesu, ale i prawdziwych powodów, dla których Jennifer trzeci raz uciekła z domu. Zbyt wiele pytań, za mało odpowiedzi.

Kiedy wróciła do biura, dawno minęła północ, zbliżał się świt. Oprócz dyspozytora i dwóch policjantów na nocnej zmianie, w budynku nie było żywej duszy. Gliniarze pilnujący pobliskich uczelni i ulic na przedmieściach albo odbywali patrole, albo krzepili się kawą i słodyczami w Dunkin' Donuts.

Pospiesznie podeszła do swojego biurka. Natychmiast wybrała numery posterunków policji na dworcu autobusowym w Springfield i stacji kolejowej w mieście. Zadzwoniła też do koszar policji stanowej przy autostradzie i do Bostońskiej Policji Transportowej. Rozmowy były zwięzłe – rysopis Jennifer, krótka prośba o to, żeby jej wypatrywać, obietnica przefaksowania zdjęcia i komunikatu o zaginięciu. Oficjalnie policja potrzebowała kopii niezbędnych dokumentów, żeby zacząć działać; nieoficjalnie kilka telefonów i garść informacji przekazanych nocnym patrolom na dworcach autobusowych i autostradach mogły załatwić sprawę. Jeśli dopisze im szczęście – oby – patrol drogówki na Mass Pike zobaczy, jak zrezygnowana Jennifer łapie okazję przy zjeździe z autostrady, albo policjant przechodzący przez Dworzec Północny zauważy ją w kolejce do kasy. I wszystko mniej więcej dobrze się skończy: surową burą, przejażdżką radiowozem, spotkaniem wśród łez (ze strony matki) i dąsów (ze strony Jennifer), po czym życie wróci na utarte tory do czasu, aż Jennifer znów postanowi uciec.

Terri szybko pracowała nad tym, by spełnił się ten niemal różowy scenariusz. Rzuciła torebkę, odznakę, pistolet i notes na biurko w małym labiryncie boksów, zwanym przez policję uniwersyteckiego miasteczka Biurem Detektywów lub, sarkastycznie, Klubem Złotej Odznaki. Błyskawicznie wybierała numery i rzeczowo rozmawiała z dyspozytorami i oficerami dyżurnymi, używając swojego najlepszego ponaglającego tonu.

Potem zadzwoniła do Verizon Wireless. Wyjaśniła osobie z call center w Omaha, kim jest i dlaczego to pilna sprawa. Zażądała, żeby niezwłocznie informowano ją o każdym przypadku skorzystania z komórki Jennifer i o tym, która wieża sieci komórkowej przeprowadziła połączenie. Jennifer pewnie nie wiedziała, że jej telefon jest jak nadajnik radiolokacyjny. To bystra dziewczyna, pomyślała Terri, ale nie aż tak.

Poprosiła też nocną zmianę ochrony Bank of America, by dali znać, jeśli Jennifer spróbuje skorzystać ze swojej karty bankomatowej. Kredytowej nie miała – Mary Riggins i Scott West stanowczo stwierdzili, że to fanaberia dla bogatych, nie dla Jennifer. Terri nie bardzo w to wierzyła.

Próbowała wymyślić coś jeszcze, co zmniejszyłoby niewidzialność Jennifer. Wyszła już poza standardowe wytyczne – oficjalnie musiały minąć dwadzieścia cztery godziny, żeby osobę uznano za zaginioną, a ucieczki z domu nie traktowano jak przestępstwa. Jeszcze nie. Dopóki coś się nie stanie. I właśnie chodziło o to, by znaleźć Jennifer, zanim do tego dojdzie. Bo jeśli coś się stanie, to – Terri dobrze to wiedziała – prawie na pewno będzie to coś strasznego.

Ani przez moment nie łudziła się nadzieją, że dopisze im szczęście.

Kiedy już odbyła wszystkie rozmowy, podeszła do dużej czarnej stalowej szafki na dokumenty w kącie biura. W aktach rodziny Rigginsów była dokumentacja dwu poprzednich prób ucieczki. Po ostatniej Terri zostawiła teczkę w szufladzie ze sprawami w toku; tam papiery przeleżały ponad rok. Powinny trafić do archiwum, ale Terri już wtedy podejrzewała, że wcześniej czy później dojdzie do tego, co zdarzyło się tej nocy, nawet jeśli nie potrafiła konkretnie wyjaśnić dlaczego.

Wyjęła teczkę z szafki i wróciła za biurko. Większość istotnych informacji miała w pamięci – taką nastolatkę jak Jennifer nieprędko się zapomina – ważne jednak, by przejrzeć wszystkie szczegóły, bo któraś z poprzednich prób ucieczki może podsunąć wskazówkę co do tego, dokąd Jennifer wybiera się teraz. Dobra praca śledcza jest mozolna, konsekwentna i, w dużym stopniu, do bólu drobiazgowa. Terri chciała mieć pewność, że w raportach, które prześle na wyższe szczeble drabiny biurokratycznej, nie pominie niczego, co mogłoby zapewnić sukces.

A na sukcesie jej zależało, nawet jeśli rokowania są mizerne. Westchnęła głęboko. Niełatwo będzie znaleźć Jennifer. Bogiem a prawdą cała nadzieja w tym, że nastolatce skończą się pieniądze, zanim zostanie przymuszona do prostytucji, wciągnięta w narkotyki, zgwałcona albo zamordowana, i że zadzwoni do domu. No i z grubsza po wszystkim. Problem polegał na tym, że Jennifer tę ucieczkę zaplanowała. Była zdeterminowana. Uparta i inteligentna. Nie poddawała się przy pierwszej oznace kłopotów – na pewno miała to zapisane w DNA. Sęk w tym, że pierwsza oznaka kłopotów mogła zarazem być ostatnią.

Terri rozłożyła akta na biurku obok laptopa z pokoju Jennifer. Pokrywę zdobiły dwie jaskrawoczerwone nalepki z kwiatami i podłużna naklejka z hasłem „Ratujmy wieloryby”. W zwykłych okolicznościach musiałaby poczekać do rana, a potem poprosić prokuraturę stanową, żeby przysłali biegłego, który obejrzałby komputer. Biurokracja do kwadratu. Ale Terri chodziła jako wolny słuchacz na kurs dotyczący cyberprzestępczości zorganizowany przez lokalny uniwersytet i potrafiła dostać się na twardy dysk, skopiować jego zawartość i przenieść dane na pamięć USB. Otworzyła komputer.

Zerknęła w stronę okna. Brzask przesączał się już przez gałęzie dostojnego dębu rosnącego na skraju parkingu przed komisariatem. Długo patrzyła na drzewo. Zdawało się, że światło wyszukuje i przenika pączki liści i szorstką korę, ochoczo odgarniając cienie. Po ciężko przepracowanej nocy powinna być padnięta, ale adrenalina dawała jej dość energii, żeby jeszcze trochę pociągnąć. Kawa by pomogła, pomyślała. Przypomniała sobie, że musi niedługo zadzwonić do domu, upewnić się, że Laurie zrobiła dzieciom pobudkę, przygotowała im drugie śniadanie do szkoły i wygoniła je za drzwi w porę, by zdążyły na autobus. Przykro, że nie będzie jej w domu, gdy się obudzą – choć pewnie ucieszą się na widok Laurie. Zawsze się ekscytowały, kiedy ich matkę wzywano w środku nocy do jakiegoś przestępstwa. Terri na sekundę zamknęła oczy. Przez chwilę ogarnął ją niepokój: Czy Laurie odprowadzi dzieciaki na autobus? Chyba nie zostawi ich samych na poboczu…

Pokręciła głową. Wiedziała, że może polegać na przyjaciółce.

Strach, pomyślała, zawsze czai się tuż pod skórą i tylko czeka, żeby wyrwać się na wierzch.

Dotknęła włącznika komputera i maszyna ożyła. Jesteś tu, Jennifer? Co mi powiesz?

Zastanawiała się, czy każda kolejna minuta jest cenniejsza od poprzedniej. Tak, powinna zaczekać na oficjalną zgodę na oględziny komputera. Ale nie zaczekała.

Michael był niezmiernie zadowolony z siebie.

Po spaleniu skradzionej furgonetki zatrzymał się na parkingu przy autostradzie i podrzucił kartę biblioteczną Jennifer Riggins do damskiej ubikacji. Zanim to zrobił, sączył czarną kawę w bufecie między McDonaldem a zamkniętą budką z lodami i obserwował podróżnych przewalających się przez parking, aż nabrał pewności, że ubikacja jest pusta. Szybki rzut oka powiedział mu, że na krótkim korytarzu do dwojga drzwi z tabliczkami „Panie” i „Panowie” nie ma kamer. Mimo to na wszelki wypadek włożył ciemnoniebieską bejsbolówkę. Nisko opuścił daszek, żeby przesłonić twarz. Zmiął w dłoni tekturowy kubek, wyrzucił go do kosza i podszedł do drzwi oznaczonych „Panowie”. W ostatniej chwili skręcił do damskiej ubikacji. Spędził tam zaledwie kilka sekund – tyle wystarczyło, żeby upuścić kartę awersem do góry obok sedesu, gdzie zapewne znajdzie ją następna ekipa sprzątająca.

Bardzo możliwe, że po prostu wyrzucą ją do śmieci. Ale kto wie, może tego nie zrobią – a to by mu pasowało.

Z powrotem w pikapie usiadł za kierownicą i wyciągnął mały laptop. Na parkingu dało się bezprzewodowo połączyć z Internetem. Doskonale.

Tak jak furgonetka, z której skorzystali, komputer był kradziony. Trzy dni wcześniej Michael zwinął go ze stolika w stołówce uniwersyteckiej. Łatwizna. Wystarczyło zaczekać, aż jeden ze studentów zostawi laptop i pójdzie po cheeseburgera. Z frytkami, domyślał się Michael. Ważne było, żeby po kradzieży nie rzucić się od razu do ucieczki. To zwróciłoby uwagę. Wsunął więc komputer w czarny neoprenowy pokrowiec i przesiadł się do stolika na drugim końcu sali. Tam zaczekał, aż student wróci, zauważy, że laptop zniknął, i narobi rabanu. Wtedy wepchnął komputer w pokrowcu do plecaka i podszedł do grupki otaczającej wzburzonego studenta. „Stary, musisz wezwać ochronę, i to szybko”, poradził głosem starszego, doświadczonego kolegi. „Nie ma co czekać, trzeba to załatwić od razu”. Zawtórowały mu pomruki poparcia. I w następnych chwilach, kiedy z licznych kieszeni wyłoniły się komórki i zapanowało ogólne zamieszanie, Michael jakby nigdy nic wymknął się ze skradzionym laptopem nonszalancko schowanym w plecaku. Raźnym krokiem przemaszerował między studentami na parking, gdzie czekała Linda.

Niektóre kradzieże, pomyślał, są wyjątkowo proste.

Kilka stuknięć w klawisze i otworzył stronę rezerwacji biletów autobusowych. Wprowadził numer visy zabranej z portfela dziewczyny. Domyślał się, że „Mary” to jej matka.

Kupił bilet w jedną stronę na autobus do Nowego Jorku o drugiej w nocy. Chodziło o to, żeby zostawić mylny trop – na wypadek gdyby ktoś szukał Jennifer. Trop donikąd.

Wrzucił bieg i wyjechał z parkingu. Wiedział, że za dużym biurowcem na obrzeżach Bostonu jest kontener na śmieci opróżniany z samego rana. Zagrzebał komputer pod stertą odpadów. Każdy, kto będzie dość sprytny, by pójść śladem rezerwacji, znajdzie bardzo ciekawy adres IR

Następny przystanek – dworzec autobusowy w Bostonie. Był to stateczny, kwadratowy gmach spowity mgiełką spalin z silników Diesla, wypełniony gęstym, oleistym zapachem, rozświetlony bezlitosnymi neonami. Przepływał przez niego nieprzerwany strumień pasażerów. Autobusy wyjeżdżały na ulice, mijały największe atrakcje miasta i ruszały drogą 93 na północ lub południe bądź 90 na zachód. To wszystko kojarzyło się Michaelowi z upuszczonym na twardą podłogę termometrem, z którego wyciekają srebrzyste kropelki rtęci.

Na dworcu był system elektronicznego zakupu biletów, ale Michael zaczekał, aż wokół przypominającego bankomat automatu zbierze się kilka osób. Dołączył do nich, przeciągnął kradzioną kartę przez czytnik i pobrał bilet. Z wydrukowanym: „M. Riggins”. Miał pochyloną głowę. Wiedział, że prawie cały dworzec jest w polu widzenia kamer; jakiś policjant mógłby potem porównać czas wydania biletu z nagraniem pokazującym automat biletowy i zobaczyć, że nie Jennifer korzystała z maszyny. Ostrożnie, napomniał siebie w duchu.

Jak tylko odebrał bilet, poszedł do męskiej ubikacji. Szybko upewnił się, że jest sam, i zamknął się w kabinie. Otworzył plecak, wyjął inną kurtkę, kapelusz wędkarski z opadającym rondem, sztuczną brodę i wąsy. W kilka sekund zmienił swój wygląd, wyszedł z budynku i zaczaił się w ciemnym kącie.

Dworca pilnowali znudzeni policjanci. Byli głównie od tego, żeby wyłapywać bezdomnych – ci szukali ciepłego i bezpiecznego miejsca na nocleg, ale gardzili licznymi schroniskami.

Gliniarze mieli też z pewnością zapobiegać napadom na podróżnych, które potem niefortunnie trafiałyby na pierwsze strony gazet. Na dworcu panowała napięta atmosfera; Michael wyczuwał, że znajduje się na pograniczu normalności, przyzwoitości i występku, w jednym z tych miejsc, gdzie różne światy nieprzyjemnie ocierają się o siebie.

Sądził, że wygląda, jakby należał do kategorii ludzi porządnych – kamuflaż sprytnie ukrywał prawdę.

Czekał na niewygodnym czerwonym plastikowym krześle, przytupywał nerwowo i starał się nie rzucać w oczy, aż wreszcie zobaczył to, czego potrzebował: trzy dziewczyny w wieku studenckim z jednym rozkojarzonym chłopakiem. Cała czwórka niosła plecaki i najwyraźniej w ogóle nie przejmowała się, że już późno. Ale wyglądali też na porządnisiów, takich, co to będą chcieli zachować się przyzwoicie, kiedy znajdą coś, co do nich nie należy. Do kogoś zadzwonią. Właśnie o to chodzi. Spiętrzenie tajemnic.

Powoli wsunął się do kolejki za nimi, z postawionym kołnierzem, w nisko opuszczonym kapeluszu. Teraz wiedział na pewno, że kamery wszystko nagrywają. Cholerny akt patriotyczny, zażartował w duchu. Tyle że nietrudno znaleźć w Internecie posty o tym, gdzie te kamery są umieszczone i jak prowadzą obserwację. Zaczekał, aż grupka młodych ludzi stłoczy się przy okienku i zacznie przekonywać umęczonego nocnego kasjera, żeby obsłużył ich wszystkich naraz. Ukradkiem wyciągnął rękę do przodu i wsunął visę do odpiętej kieszonki jednego z plecaków.

Magiczna sztuczka, godna Houdiniego, pomyślał.

Uśmiechnął się. To, czego dokonali z Lindą, rzeczywiście było w pewnym sensie magiczne: oto sprawili, że Jennifer zniknęła.

Jej miejsce zajął nieruchomy obraz skutej kajdankami i zakapturzonej postaci. Numer 4.

Rozdział 9

Adrian stał po drugiej stronie lady i patrzył, jak aptekarka wprawnie wsypuje rozmaite pigułki do pojemników. Co jakiś czas spoglądała na niego i uśmiechała się słabo. Widział, że kobieta ma na końcu języka jakąś błahą uwagę, ale powstrzymuje się, ilekroć słowa już-już cisnęły jej się na usta. Znał tę minę z sali wykładowej – zwykle pojawiała się na twarzy studenta zabierającego się do wygłoszenia monologu, który mógł być na temat, ale i mógł dotyczyć jakiejś zupełnie niepowiązanej kwestii. Przez chwilę znów czuł się jak profesor. Chciał nachylić się i szepnąć coś w stylu „Wiem, na co te tabletki, i wiem, że ty też to wiesz, ale nie boję się śmierci. Ani trochę. Martwi mnie jedynie powolne dogorywanie i te prochy powinny ten proces spowolnić, choć na pewno nie spowolnią”.

Chętnie by to powiedział, ale milczał.

A może powiedział, tylko nie usłyszała. Nie był pewien.

Aptekarka musiała zauważyć jego wahanie i źle to zrozumiała. Podeszła do niego.

– To bardzo drogie leki. Nawet z pełnym ubezpieczeniem z uczelni. Strasznie mi przykro. – Przepraszała go za skandaliczne ceny leków, ale tak naprawdę wyrażała współczucie z powodu jego choroby.

– To nic – odparł. Zastanawiał się, czy czegoś nie dodać, na przykład: „Nie będą długo potrzebne”, ale znów tego nie zrobił.

Chwilę grzebał w portfelu, po czym podał kartę kredytową i patrzył, jak aptekarka obciąża jego konto kwotą kilkuset dolarów. Naszła go średnio dowcipna myśl: A gdyby tak tego nie spłacić? Niech pijawki spróbują potem wyciągnąć forsę od zaślinionego durnia, który nie pamięta, jaki jest dzień, a co dopiero, że kiedyś za coś płacił.

Adrian wyniósł papierową torbę z lekarstwami na słoneczny poranek. Rozerwał pojemnik i wytrząsnął na dłoń jedną tabletkę, potem dwie inne – miały zmniejszać uczucie dezorientacji; na razie wydawały się niepotrzebne, ale może to przekonanie było objawem tego, co zwalczały. Tylko zerknął na długą listę paskudnych skutków ubocznych każdego z lekarstw. Cóż, i tak na pewno nie mogły być gorsze od tego, co go czeka. W torbie miał też neuroleptyk – tej fiolki jednak nie otworzył i kusiło go, żeby ją wyrzucić. Wziął proszki do ust i przełknął.

To na początek, powiedział sobie w duchu.

– No dobrze, teraz, kiedy już to załatwiłeś, przejdźmy do rzeczy – odezwał się z werwą jego brat. – Pora ustalić, kim jest Jennifer.

Adrian powoli odwrócił się w stronę głosu brata.

– Cześć, Brian. – Nie mógł powstrzymać uśmiechu. – Miałem nadzieję, że wcześniej czy później się zjawisz.

Brian siedział z podciągniętymi kolanami na masce starego volvo Adriana i palił papierosa. Dym leniwie wzbijał się w błękitne niebo. Brian miał na sobie brudny, obszarpany, zbryzgany krwią mundur polowy i rozerwaną kamizelkę kuloodporną. U jego stóp leżał hełm z namalowaną pacyfą, a pod nią widniały nagryzmolone napisy „Diler śmierci” i „Złodziej serc”. Między nogami trzymał swój M16, kolbę oparł sobie na butach wojskowych. Twarz ociekała mu potem, był blady i chudy jak szkielet. Miał zaledwie dwadzieścia trzy lata. Siedział w podobnej pozycji jak na zdjęciu zrobionym przed laty – przez Larry'ego Burrowsa, fotoreportera magazynu „Life”, na krótko przed jego śmiercią. Dał je do oprawy i postawił na biurku, „na pamiątkę”, jak kiedyś powiedział Adrianowi, choć nie sprecyzował, na pamiątkę czego. Teraz fotografia leżała w zakurzonym pudle w piwnicy Adriana, z wieloma innymi rzeczami brata, włącznie ze Srebrną Gwiazdą – nikomu nie powiedział, że ją dostał.

Brian zszedł z maski, powoli, z wysiłkiem, jakby wyczerpany, ale też z tym nonszalanckim rozleniwieniem, które Adrian pamiętał z ich dzieciństwa. Brian nigdy się nie spieszył, nawet kiedy wokół wszystko się waliło. To jedna z jego największych zalet – zachowywał jasność umysłu, gdy inni panikowali, i Adrian zawsze kochał brata za ten jego spokój. Porwany przez niebezpieczny nurt Brian potrafił płynąć, kiedy inni miotali się i szli na dno. Przez całe dzieciństwo – były między nimi tylko dwa lata różnicy – ilekroć coś się działo, Adrian zawsze szukał u brata wskazówki, jak się zachować.

Dlatego jego śmierć była tym bardziej niezrozumiała.

Brian otrząsnął się jak pies, który niechętnie budzi się z głębokiego snu, i wskazał na prawy rękaw munduru, podwinięty po naszywkę z ukośną belką i końskim łbem z profilu – żółto-czarnym symbolem Pierwszej Kawalerii Powietrznej.

Rozprostował chude, umięśnione ręce i zarzucił broń na ramię. Na chwilę osłonił oczy i spojrzał prosto w ostry blask słońca.

– Miasto uniwersyteckie, braciszku. Nuda. Nie to, co Wietnam. – Prychnął na poły żartobliwie.

Adrian pokręcił głową.

– I nie to, co Harvard, i Wydział Prawa Uniwersytetu Columbia. I ta wielka firma z Wall Street, w której pracowałeś. I ten duży apartament na Upper East Side, gdzie… – urwał. – Przepraszam – dodał pospiesznie.

Brian się zaśmiał.

– Nie to, co wiele rzeczy. I nie przejmuj się. Jak chcesz pogadać o tym, dlaczego się zabiłem, cóż, jest na to jeszcze mnóstwo czasu. Na razie zdaje się, że mamy robotę. Początek śledztwa to największa harówka. Trzeba robić postępy, dopóki wszystko względnie świeże. Ruszyć z miejsca, zanim trop się zatrze. Sądzę, że już za długo zwlekasz. Nie słyszałeś, co powiedziała Cassie? Kazała ci ruszyć tyłek. No to do roboty. Dość ociągania się.

– Właściwie nie wiem, od czego zacząć. To wciąż bardzo…

– Przerażające? Niezrozumiałe? – Brat przerwał mu ze śmiechem. Często śmiał się, mówiąc o sprawach śmiertelnie poważnych, jakby w ten sposób rozładowywał towarzyszące im obawy. – Cóż, pigułki powinny pomóc. Może trochę spowolnią to, co się dzieje, a my przyjrzymy się temu, co wiemy…

– Kiedy ja tak naprawdę nic nie wiem.

Brian znów się uśmiechnął.

– Pewnie, że wiesz. To tylko kwestia pragmatyki. Trzeba pracować systematycznie, postrzegać każde pytanie jako lukę do wypełnienia.

– Zawsze byłeś świetnym organizatorem.

– W wojsku dobrze mnie wyszkolili. A na prawie jeszcze lepiej. Nigdy nie miałem z tym kłopotu.

– Pomożesz mi?

– Po to tu jestem. Jak Cassandra.

Adrian się zawahał. Nieżyjąca żona. Nieżyjący brat. Każde z nich będzie widzieć sprawy pod nieco innym kątem. Nie przejmował się, że ktoś w tej chwili go zobaczy, jak zawzięcie dyskutuje z nikim. On wiedział, z kim rozmawia.

Brian wyjął magazynek z M16 i postukał nim w maskę volvo, żeby upewnić się, że jest pełny. Adrian miał ochotę wyciągnąć rękę i dotknąć znoszonego ubrania brata. Czuł fetor wyschniętego potu, wrzodów tropikalnych i słaby zapach kordytu. Wszystko to wydawało się rzeczywiste i choć wiedział, że takie nie było, wcale mu to nie przeszkadzało.

– Zawsze sądziłem, że powinienem tam pojechać jak ty.

Brian prychnął.

– Do Wietnamu? Zła wojna w złym momencie. Nie bądź stary i głupi. Wylądowałem tam z niewłaściwych powodów. Romantyzm, emocje, źle ulokowane poczucie obowiązku… może akurat ten powód nie był niewłaściwy… ale lojalność, honor i wszystkie te piękne słowa przypisywane ludziom, co idą na wojnę… Drogo za to zapłaciłem. Wiesz o tym.

Adrian poczuł się, jakby dostał burę. Zawsze zapominał języka w gębie i jąkał się, kiedy próbował rozmawiać ze starszym bratem o uczuciach. Brian pod każdym względem wydawał się tak doskonały, tak godny podziwu. Wojownik. Filantrop. Człowiek prawa i rozsądku. Nawet kiedy obaj wydorośleli i Adrian zdobył na studiach gruntowną wiedzę o zespole stresu pourazowego i atakach mrocznej depresji, które nieustannie nękały Briana, trudno mu było przełożyć teorię z sali wykładowej na praktyczne rady dla kogoś, kogo kocha. Tak wiele chciał powiedzieć, ale słowa zawsze zamierały mu na ustach i spadały w otchłanie zapomnienia.

Brian nasadził hełm na głowę i zsunął go trochę do tyłu, żeby omieść spojrzeniem niebieskich oczu parking przed apteką.

– Dobre miejsce na zasadzkę – stwierdził w roztargnieniu. – No, nic się na to nie poradzi. Pierwsze pytanie: Kim jest Jennifer? Trzeba się tego dowiedzieć. Potem zajmiemy się pytaniem: Dlaczego?

Adrian skinął głową. Zerknął w stronę różowej czapki Red Sox na siedzeniu samochodu. Brian podążył za jego wzrokiem.

– No właśnie – podchwycił od razu. – Ktoś ją rozpozna. Mówisz, że szła pieszo?

– Tak. Spieszyła się na przystanek.

– Czyli wyruszyła z twojej dzielnicy?

– To byłoby logiczne.

– Cóż… Od tego zacznij. Wytycz sobie jakiś teren. Powiedzmy, sześć przecznic, parę kilometrów, a potem działaj systematycznie. Zapisuj adresy odwiedzonych domów i komentarze ludzi. Ktoś zobaczy tę czapkę, usłyszy imię i wskaże ci właściwy kierunek.

– Przecież to z pięćdziesiąt, siedemdziesiąt pięć domów… Dużo dzwonków do wciśnięcia.

– I wciśniesz wszystkie po kolei.

Adrian pokiwał głową.

– Słuchaj, Audie. – Brian użył zdrobnienia z dziecięcych lat. – Praca śledcza to głównie zdzieranie butów. To nie Hollywood, nic pasjonującego. Zwykła harówka. Wysiłek fizyczny. Przekształcasz przypuszczenia w szczegóły i fakty, a potem zbierasz je do kupy. Większość śledztw to puzzle. Według autorów kryminałów i producentów telewizyjnych przypominają te składane z tysiąca elementów reprodukcje Mony Lisy albo mapy świata. Częściej jednak są jak drewniane układanki z klocków, które daje się przedszkolakom. Dopasuj klocki do wyciętej sylwetki krowy albo kaczki. Tak czy inaczej, kiedy kończysz, widzisz całość. I dlatego sprawia to taką satysfakcję. – Zrobił krótką przerwę. – Pamiętasz, jak ci opowiadałem o dochodzeniu, które tam prowadziłem? To było pierwszego lata po moim powrocie, na Cape. Rozpaliliśmy ognisko na plaży, wypiliśmy kilka piw za dużo i rozmowa zeszła na ten temat… Chodzi o tę historię, kiedy cztery razy przesłuchałem całe dwa plutony, zanim prawda zaczęła wychodzić na jaw…

Adrian to pamiętał. Brian rzadko mówił o swoim pobycie w Wietnamie i walkach, które widział jako żołnierz żandarmerii. Rok 1969. Sprawa o gwałt. Bulwersująca i moralnie niejednoznaczna – ofiara należała do Wietkongu, Brian nie miał co do tego wątpliwości, oskarżeni również. Innymi słowy, była wrogiem – choć brakowało niezbitych dowodów. I dlatego, cokolwiek ją spotkało, cóż… zapewne na to zasłużyła. A przynajmniej tak to sobie usprawiedliwiało pięciu żołnierzy, którzy w wiejskiej chacie brali ją jeden po drugim dotąd, aż prawie wyzionęła ducha, więc zostało im tylko jedno realne wyjście. W takich sprawach próżno szukać moralnej słuszności, a ustalenie prawdy o czymś, co wydarzyło się na marginesie wojny, nikomu nie przynosi korzyści. Zgwałcono kobietę. Dowódca kazał przeprowadzić śledztwo. Brian znalazł winnych. I nic. Sporządził raport. Wojna trwała dalej. Ludzie ginęli.

Brat zarzucił karabin na ramię.

– Tam. – Wskazał w głąb drogi. – To może męczące, ale konieczne. Będziesz pamiętał, o co pytać? Lepiej, żebyś nie zapomniał…

– Musisz mi podpowiadać – odparł Adrian. – Rzeczy wylatują mi z głowy, kiedy nie uważam.

– Będę przy tobie – zapewnił go Brian.

Adrian chciał wyrazić żal, że przed laty nie mógł obiecać bratu tego samego. Nie było go u boku Briana, kiedy ten potrzebował jego wsparcia. Ot, i wszystko. Na tę myśl zachciało mu się płakać i zrozumiał, że to znak, że nie w pełni kontroluje swoje rozchwiane emocje. Przecież nie mógł zalać się łzami w słoneczny, bezchmurny, łagodny poranek, stojąc na parkingu apteki w małym, tętniącym życiem pasażu handlowym na skraju swojego miasta. Wzbudziłby niepożądane zainteresowanie. To nie byłoby wskazane.

Nie dla detektywa, którym musiał się stać.

Wsunął się za kierownicę i ruszył do swojej dzielnicy. Nawet w jasnym wiosennym słońcu nagle wydała mu się dużo bardziej mroczna i tajemnicza niż kiedykolwiek przypuszczał, że to możliwe.

Zapukał do dwudziestu drzwi. Prawie połowa się nie otworzyła, a za pozostałymi nie czekało nic ciekawego. Ludzie odnosili się do niego uprzejmie – sądzili, że ma coś na sprzedaż albo zbiera datki na jakiś szlachetny cel, jak czysta woda czy ratowanie wielorybów. Kiedy pokazywał im czapkę i mówił imię dziewczyny, robili wielkie oczy.

Był sam, przed nim kroczył Brian. Jego brat założył przeciwsłoneczne okulary i szedł z wigorem młodzieńca, więc zwykle wyprzedzał go o kilka kroków.

Adrian czuł się strasznie staro – choć nie był zmęczony i skrycie cieszył się z tego, jak twarde mięśnie jego nóg naprężały się bez skargi, kiedy dotrzymywał kroku duchowi swojego brata.

Zatrzymał się, pozwolił, by poranne promienie zalały mu twarz. Spojrzał w górę, na snopy światła tańczące z cieniami. Odwieczna walka – między sprowadzaniem światła a odnajdowaniem ciemności. Przypomniało mu to pewien wiersz; jego ulubieni pisarze zawsze sięgali po symbolikę z pogranicza dobra i zła.

– Yeats – powiedział na głos. – Brian, czytałeś Walkę Cuchulaina z morzem?

Brat zdjął karabin z ramienia i zatrzymał się półtora metra przed Adrianem. Kucnął, przykląkł na jedno kolano wpatrzony prosto przed siebie, jakby obserwował ścieżkę w dżungli, nie dzielnicę na przedmieściu.

– Mhm. Jasne. Zajęcia z poetyckich tradycji w poezji współczesnej na drugim roku. Z tego, co kojarzę, też się na nie zapisałeś i zaliczyłeś na lepszą ocenę.

Adrian przytaknął.

– Najbardziej podobał mi się ten moment, kiedy bohater uprzytamnia sobie, że zabił jedynego syna… ratunkiem było tylko szaleństwo. Dlatego został zaczarowany, i uzbrojony w miecz i tarczę stanął do walki z morskimi falami…

– …”Fala niezwyciężona…” – Brian zacytował słowa poety. Uniósł pięść, jakby zatrzymywał gestem cały pluton idący za nim gęsiego, nie swojego brata. Utkwił wzrok w ścieżce wyłożonej czerwonymi cegłami. – Idź przodem, Audie – szepnął. – Zajrzyj do tego domu. – Mówił cicho, ale stanowczo jak dowódca.

Adrian podniósł głowę. Jeszcze jeden zadbany drewniany domek na przedmieściach, praktycznie taki sam jak wszystkie pozostałe. Z jego własnym włącznie.

Westchnął i podszedł do drzwi. Brata zostawił na chodniku. Dwa razy nacisnął dzwonek i kiedy już miał odwrócić się i odejść, wewnątrz usłyszał szybkie kroki. Drzwi uchyliły się i stanął twarzą w twarz z kobietą w średnim wieku. W dłoni trzymała ścierkę do naczyń, miała przekrwione oczy i potargane blond włosy. Pachniała dymem i lękiem. Wyglądała, jakby nie spała od miesiąca.

– Przepraszam, że przeszkadzam – wyjąkał.

Kobieta zajrzała mu za plecy. Głos jej drżał, ale próbowała być uprzejma.

– Proszę pana, nie interesują mnie Świadkowie Jehowy, mormoni ani scjentologia. Dziękuję, ale nie, dziękuję…

Zaczęła zamykać drzwi.

– Nie, nie – powiedział Adrian.

Z tyłu usłyszał stanowczą komendę brata: Pokaż jej czapkę!

Wyciągnął różową bejsbolówkę przed siebie. Kobieta znieruchomiała.

– Znalazłem to na ulicy. Szukam…

– Jennifer – wymamrotała kobieta.

Natychmiast wybuchnęła płaczem.

Rozdział 10

Kiedy Terri Collins wreszcie dostała się na twardy dysk komputera i ostrożnie skopiowała wszystko, żeby niczego przy tym nie zniszczyć, był już późny poranek i choć zdrzemnęła się na kanapie przed pokojem przesłuchań, to i tak padała z nóg. Wokół niej biuro obudziło się do życia. Pozostali trzej detektywi z małej jednostki siedzieli za biurkami, rozmawiali przez telefony, przeglądali akta prowadzonych śledztw. Do Terri przyszło też wezwanie od komendanta. Żądał meldunku o aktualnym stanie dochodzenia. Usiłowała więc naprędce sklecić jakąś analizę zniknięcia Jennifer. Żeby dalej prowadzić tę sprawę, musiała przynajmniej stworzyć wrażenie, że doszło do przestępstwa – w przeciwnym razie szef każe jej zrobić to, co już zrobiła, czyli rozesłać zdjęcie, rysopis i stosowne ogólnostanowe i ogólnokrajowe komunikaty, a potem wrócić do śledztw, które w odróżnieniu od tego mogły się zakończyć aresztowaniem i wyrokiem skazującym.

Z poczuciem winy spojrzała na stertę akt w rogu biurka. Trzy napaści na tle seksualnym. Jedna napaść zwykła – bójka w barze podczas meczu Jankesów z Red Soksami, napad z użyciem broni (po co studentowi z Concord, ekskluzywnej podmiejskiej dzielnicy Bostonu, nóż sprężynowy?). Kilka spraw związanych z narkotykami, poczynając od małej torebki marihuany, a kończąc na kilogramie kokainy, którą student próbował sprzedać tajniakowi. Wszystkim tym dochodzeniom należało poświęcić uwagę, a już napaściom na tle seksualnym szczególnie. Z grubsza były takie same – dziewczyny za dużo wypiły w domu studenckim albo na imprezie w akademiku i zostały wykorzystane. Ofiary bez wyjątku wahały się, sądziły, że w pewnym sensie same zawiniły. Może, pomyślała Terri. Piwo lało się strumieniami, hamulce puściły, dziewczyny zaczęły prowokacyjnie tańczyć i pewnie posłuchały nawoływań „pokaż cycki!”, częstych na takich imprezach w kampusie. Ale sprawy nie powinny zajść aż tak daleko. Terri czekała na wyniki toksykologii i podejrzewała, że w próbkach zostanie wykryte ecstasy. Wszystkie te zdarzenia zaczynały się podobnie: „Hej, mała, postawię ci drinka…” Zatłoczona sala, łomot muzyki, ciasno ściśnięte ciała. Dziewczyna nawet nie zauważa, że sączony z plastikowego kubka drink jakoś dziwnie smakuje. Skład: jedna część wódki, dwie części toniku, tabletka gwałtu.

Nie cierpiała patrzeć, jak seksualni drapieżcy wymykają się sprawiedliwości, kiedy speszone i otrzeźwiałe dziewczyny i ich zawstydzeni rodzice wycofują zarzuty kryminalne, które starannie udokumentowała. A potem zamieszani w to chłopcy, kiedy już zostaną maklerami na Wall Street, lekarzami czy innymi szanowanymi profesjonalistami, na pewno będą chełpić się dokonywanymi za młodu podbojami. Uważała, że jako policjantka ma obowiązek dopilnować, żeby droga na szczyt kosztowała ich trochę potu i blizn.

Poszła nalać sobie czwartą kawę tej długiej nocy, przechodzącej w długi dzień.

Inne sprawy powinny mieć pierwszeństwo, pomyślała.

Wyciągnięcie Jennifer Riggins z bagna emocjonalnego, które zrodziło potrzebę ucieczki, zdecydowanie wykraczało poza zakres kompetencji detektywa.

Nie mogła jednak zdobyć się na to, by ot tak pozwolić dziewczynie uciec. Terri za dobrze znała statystyki.

I znała pragnienie ucieczki tak dogłębnie, że nigdy tego nie zapomni.

Raz sama musiałaś uciekać. Dlaczego uważasz, że w tym przypadku jest inaczej?

Odpowiedziała sama sobie: Nie miałam szesnastu lat. Byłam dorosła, z dwójką małych dzieci.

Albo: prawie dorosła.

A mimo to musiałaś uciec, prawda?

Z tym pytaniem huczącym w głowie zwaliła się na fotel za biurkiem. Bujała się, próbując sobie wyobrazić, dokąd uciekła Jennifer. Wychyliła się do przodu i pociągnęła duży łyk kawy.

Na kubku było duże czerwone serce i napis „Najlepsza mama na świecie” – przewidywalny prezent na Dzień Matki od dzieci. Wątpiła, czy te słowa są zgodne z prawdą, ale robiła, co w jej mocy, by takie się stały.

Po sekundzie westchnęła, wzięła pendrive'a ze skopiowaną zawartością twardego dysku laptopa Jennifer i podłączyła go do swojego komputera. Potem odchyliła się na oparcie i zaczęła badać życie szesnastolatki w nadziei, że na ekranie przed nią zacznie się rysować swoista mapa drogowa.

Konto Jennifer na Facebooku wyglądało zaskakująco. Pod Znajomi figurowała grupka jej kolegów i koleżanek ze szkoły. Poza tym kilka gwiazd rocka i popu, od – co mogło dziwić – Lou Reeda, starszego od jej matki, do Feist i Shanii Twain. Terri spodziewała się raczej Jonas Brothers i Miley Cyrus, ale gusty Jennifer leżały zdecydowanie poza głównym nurtem. W rubryce Lubię wpisała „wolność”, w Nie lubię – „pozerzy”. W świecie panny Riggins to słowo pewnie odnosiło się do wielu ludzi.

W części Profil Jennifer zacytowała kogoś o pseudonimie Fajnalaska99, kto napisał na swoim koncie facebookowym: „…wszyscy w szkole nienawidzą jednej takiej dziewczyny…”

I odpowiedziała: „To zaszczyt być nienawidzonym przez takich jak ona. Nigdy nie chcę być typem człowieka, którego mogłaby polubić”.

Terri się uśmiechnęła. Buntowniczka z mnóstwem powodów, żeby zwiać. Poczuła trochę niegliniarskiego szacunku dla tej zaginionej i z tym większym smutkiem myślała o tym, co najprawdopodobniej spotka Jennifer na ulicach. Wtedy ucieczka przestanie się wydawać świetnym pomysłem. Może dziewczyna się opamięta i zadzwoni do domu – bez względu na to, jak straszna to będzie perspektywa.

Dalej przeglądała zawartość twardego dysku. Jennifer zagrała na próbę w kilka gier i sprawdziła w Wikipedii i na Google pewne informacje, prawdopodobnie potrzebne do szkoły. Skorzystała nawet z opcji tłumaczenia tekstu – pewnie robiła pracę domową z hiszpańskiego. Wyglądało na to, że nie była jakoś szczególnie uzależniona od komputera. Miała konto Skype, ale lista kontaktów świeciła pustką.

Terri szybko przejrzała referat z historii Stanów Zjednoczonych na temat kolei podziemnej i wypracowanie z angielskiego o Wielkich nadziejach Dickensa – dokumenty odnalezione w katalogu Worda. Spodziewała się, że to teksty skopiowane z Internetu, ale – ku jej miłemu zaskoczeniu – myliła się. Jennifer zazwyczaj pracowała samodzielnie. W tych czasach to raczej wyjątek niż reguła.

Najwyraźniej lubiła też rymowanki. Ściągnęła sobie wierszyki Shela Silversteina i Ogdena Nasha – dziwny wybór jak dla współczesnej nastolatki. Terri znalazła plik o nazwie Sześć wierszy dla Pana Futrzaka, z rymowanymi dwuwierszami i haiku. Jennifer napisała to dla swojego misia. Niektóre – było ich dużo więcej niż sześć – całkiem zabawne. Terri się uśmiechnęła. Bystra dziewczyna, pomyślała znowu.

Grzebała dalej. Jennifer regularnie odwiedzała strony wegańskie i newage'owe – najprawdopodobniej po to, by spróbować zrozumieć swoją matkę i przyszywanego ojczyma, kochanka matki.

Sprawdziła historię komputera. Liczyła, że znajdzie szczery pamiętnik pełen tęsknot zagubionej nastolatki, ale nic z tego. Szukała dokumentu, który wskazywałby na plan Jennifer, jeśli to nie za duże słowo. Na darmo. Znalazła zdjęcia, ale większość przedstawiała dziewczynę i kilka jej przyjaciółek – roześmiane tuliły się do siebie i wygłupiały na imprezach, choć na każdym Jennifer trzymała się trochę na uboczu. Terri przeglądała kolejne obrazy i w końcu natrafiła na kilka nagich fotek. Jennifer pstryknęła je samej sobie. Nie więcej niż rok temu. Zapewne postawiła aparat cyfrowy na stosie książek, a potem przed nim pozowała. Fotografie nie były zbyt seksowne – wydawało się raczej, że nastolatka robi je po to, by dokumentować przemiany zachodzące w jej ciele. Smukła, z ledwo widocznymi wzgórkami piersi. Długie nogi – na zdjęciach nieśmiało je krzyżowała, tak że rysował się tylko dyskretny cień włosów łonowych. Jakby wstydziła się tego, co robi, choć była sama w swoim pokoju. Na dwóch fotografiach przybrała nastoletnią wersję seksownej, kuszącej miny – z którą wydawała się jeszcze młodsza i bardziej dziecinna.Terri uważnie obejrzała wszystkie JPG-i. Otwierała jeden po drugim na ekranie, spodziewając się, że gdzieś pojawi się nagi chłopak. Chciała wierzyć, że dzieci w tym wieku nie są aktywne seksualnie. Myślała tak jako matka. Jako detektyw z wieloletnim stażem wiedziała jednak, że rodzice nawet sobie nie wyobrażają, jak wielkie doświadczenie ich pociechy mają w tych sprawach. Seks oralny. Seks analny. Seks grupowy. Seks tradycyjny. Dzieciaki znały to wszystko, często z autopsji. Terri skrycie cieszyła się, że jedyne prowokacyjne zdjęcia na komputerze przedstawiały tylko Jennifer.

Na chwilę przerwała i pomyślała, że w tych obrazach jest jakiś smutek. Jennifer fascynowało to, w kogo się przeobraża – ale jej nagość była przede wszystkim nagością samotności.

Już kończyła przeglądać zawartość komputera, kiedy rzuciły jej się w oczy dwa tematy w historii wyszukiwań w Google. Pierwszy to Lolita Nabokowa – książka spoza szkolnej listy lektur. Drugi to „mężczyźni, którzy się obnażają”.

I tu mnóstwo wyników. Ponad osiem milionów pozycji. Jennifer jednak sprawdziła tylko dwie: Yahoo Answers i psychologiczne forum dyskusyjne z linkiem do serii publikacji Wydziału Psychiatrii uniwersytetu Emory na temat podglądaczy i ekshibicjonistów. Napisane żargonem medycznym, za trudne dla szesnastolatki, choć Jennifer to najwyraźniej nie odstraszyło.

Terri odchyliła się na oparcie. Nie potrzebowała wiedzieć nic więcej. Miała przed sobą przestępstwo. Nie dałaby rady go udowodnić – słowo Jennifer przeciwko słowu Scotta. Nawet matka – to co, że niesłusznie – prawdopodobnie uwierzyłaby jemu, nie córce. Ale ono w pełni wyjaśniało pragnienie, by spakować rzeczy i uciec w siną dal.

Terri wróciła do wierszy dla Pana Futrzaka. Jeden z nich zaczynał się: „Widzisz to, co widzę ja…”

Może tak było. Ale miś za cholerę nie zezna tego w sądzie.

Zadzwonił telefon na biurku. Komendant domagał się meldunku. Terri wiedziała, że musi bardzo ostrożnie dobierać słowa. Scott był znany w mieście i miał wielu wpływowych przyjaciół w lokalnych władzach. Pewnie w różnych okresach leczył połowę rady miejskiej, o ile to można nazwać leczeniem.

– Zaraz przyjdę – powiedziała.

Zabrała część notatek i ruszyła do wyjścia. W połowie drogi do drzwi znów usłyszała dzwonek telefonu. Stłumiła przekleństwo i pobiegła z powrotem do biurka. Podniosła słuchawkę przy piątym sygnale, tuż zanim włączyła się poczta głosowa.

– Detektyw Collins – rzuciła.

– Tu Mary Riggins. – Szloch. Dyszenie.

Z trudem kontrolowany głos, w którym brzmiało gwałtowne wzburzenie.

– Tak, pani Riggins. Właśnie wybieram się do komendanta…

– Ona nie uciekła. Jennifer porwali, pani detektyw – na poły wyszlochała, na poły wykrzyczała matka na drugim końcu linii.

Terri nie spytała od razu o szczegóły ani o to, skąd Mary to wie. Słuchała sączących się ze słuchawki dźwięków matczynej udręki. Miała wrażenie, że to jakiś koszmar. Nie orientowała się tylko jaki.

Rozdział 11

Jennifer obudziła się z wrażeniem, że coś się zmieniło, i dopiero po chwili załapała, że ma wolne ręce, a nogi nie są już przykute do łóżka. Wynurzając się z narkotycznej mgły, czuła się jak ktoś, kto wdrapuje się na strome wzgórze – chwyta się ziemi i gałęzi, podczas gdy grawitacja ściąga go w dół.

Sięgnęła do twarzy. Nadal miała kaptur. Dotknęła jedwabistego materiału. Chciała go chwycić, zerwać z głowy, zobaczyć, gdzie jest – ale rozsądek jej podpowiadał, żeby tego nie robić. Odetchnęła głęboko. Coś ją dusiło. Powoli opuściła dłonie. Obroża. Z taniej skóry, nabita kolcami i ciasno zaciśnięta na szyi.

Wymacała koniec łańcucha z nierdzewnej stali, który ją przytrzymywał w miejscu, ale pozostawiał pewną swobodę ruchów. Sięgnęła do kostek; kajdanki zniknęły.

Przejechała palcami po skórze. Szukała ran i obrażeń, ale żadnych nie znalazła, choć to nie znaczyło, że ich nie ma. Ubrana była tylko w skąpą bieliznę. Powoli położyła się z powrotem na łóżku, wpatrzona wewnątrz kaptura w punkt, gdzie według jej wyczucia powinien być sufit, nad sufitem dach, a nad dachem niebo.

Rozeznała się w sytuacji. Lepiej niż przedtem – nie leży już z rozkrzyżowanymi ramionami i nogami, ręce są wolne. Wciąż jednak była do czegoś przykuta. Nagle uprzytomniła sobie, że musi natychmiast skorzystać z toalety; i że nadal strasznie jej się chce pić. Wiedziała, że powinna być głodna, ale strach wypełniał jej żołądek. Czuła ból w miejscu, gdzie dostała cios; chyba zrobił się siniec. Jednak żyje. Tak jakby. Wciąż nie miała pojęcia, co się z nią stało. Pamiętała jedynie jak przez mgłę krótką rozmowę – z jakiegoś powodu istotną. Zasady. Kobieta mówiła o zasadach. Jennifer odnosiła wrażenie, że ta rozmowa odbyła się innego dnia, innego roku, może nawet we śnie. Jej wyobraźnię zalały rozmaite wyjaśnienia, co jedno to straszniejsze. Usilnie starała się wymazać je z głowy. Powiedziała sobie, że choć pod kapturem wszystko się wydaje puste i beznadziejne, to wciąż oddycha, a to już coś. Ostrożnie przesunęła palcami po łańcuchu połączonym z obrożą na szyi. Zdała sobie sprawę, że może się ruszać, ale tylko na tyle, na ile pozwoli łańcuch. Na razie nie próbowała skorzystać z tej nowo odkrytej wolności.

Naszła ją wielka pokusa, by pociągnąć za łańcuch, zobaczyć, czy da się go od czegoś tam oderwać. Zwalczyła ją jednak. To byłoby wbrew zasadom.

– Obudziła się!

Mężczyzna zgarbiony nad monitorem komputera w Londynie zesztywniał. Siedział sam w małym gabinecie w głębi swojego apartamentu, za biurkiem zawalonym propozycjami, figurkami i schematycznymi rysunkami. Był rysownikiem i nieopodal stał wysoki stół, na którym od czasu do czasu wykonywał ilustracje piórkiem i tuszem – choć ostatnio przeważnie pracował na komputerze wyposażonym w nowoczesne oprogramowanie. Samotnik, wolny strzelec. Pracował we własnym mieszkaniu i cieszył się dużym wzięciem. Gdyby chciał, zafundowałby sobie jaguara. Żałował, że nie ma u boku kogoś, z kim mógłby podzielić się swoim zadziwieniem; ale to mijałoby się z celem, pomyślał. Serię numer 4 należy podziwiać, kontemplować i przetrawiać w samotności, z dala od ludzi.

Uważnie patrzył na postać na ekranie. Numer 4 wydawała się rozkosznie młoda, jeszcze dziecko. On sam miał dzieci z nieudanego małżeństwa, ale rzadko je widywał i w tym momencie myślami był daleko od nich. Podziwiał smukłą sylwetkę Numeru 4, poczuł gwałtowny przypływ podniecenia. Wyobrażał sobie jej perłową gładką skórę i jego lewa dłoń drgnęła, próbując pieścić Numer 4 przez monitor. Jak na zawołanie, kamera zrobiła zbliżenie. Numer 4 wyciągała ręce jak ślepiec poszukujący czegoś namacalnego, co mógłby odczytać opuszkami palców. Ilekroć dotykała nicości – powietrza przed sobą – albo czegoś konkretnego, choćby ściany, do której była przykuta łańcuchem, rysownika przeszywał przyjemny dreszcz.

– Próbuje wybadać, gdzie jest… – powiedział na głos, znów do nikogo. – Ale nie ma szans…

Numer 4 trzymała się blisko łóżka. Wyglądała, jakby bawiła się w ciuciubabkę. Gdy tylko się poruszyła, choćby lekko, mężczyzna w Londynie nachylał się bliżej ekranu. W pewnym sensie był równie samotny jak ona, choć wiedział, że wielu innych ludzi na całym świecie ogląda Numer 4 w takim samym skupieniu jak on.

Była więźniem ich fantazji.

Jennifer instynktownie rozumiała, że panika nic nie da, ale odparcie fal strachu wymagało wielkiego wytężenia woli. Oddychała ciężko, serce biło coraz mocniej. Czuła pot, łzy i wszystko, co związane z lękiem. Musiała się wysilić, żeby powstrzymać drżenie dłoni. Jej ciałem wstrząsały mimowolne ruchy, spazmy, drgnienia, dreszcze. Nie mogła nad nimi zapanować. Wydawało jej się, jakby w tej chwili były dwie Jennifer; ta, która usiłowała pojąć coś z tego, co się dzieje, i druga, która chciała ulec czarnej rozpaczy.

Aby przeżyć, wiedziała, że ta pierwsza musi zwyciężyć.

Kontekst. Dostosuj się do tego, co możesz zrozumieć.

Nigdy nie widziała Patricka McGoohana w serialu Więzień. Nigdy nie poszła do biblioteki, żeby przeczytać Kolekcjonera Johna Fowlesa. Nie miała zielonego pojęcia o Barbarze Jane Mackle i poświęconych jej artykułach, książce i filmie telewizyjnym. Nie oglądała nawet horrorów z serii Piła, popularnych wśród nastoletnich chłopców, dla których połączenie makabry, sadyzmu i golizny było najlepszą rozrywką. Nie widziała też łagodniejszej odmiany tego samego, przedstawionej w Truman Show. Sir Alec Guinness prażący się w blaszanej skrzyni za to, że odmówił wydania swoim oficerom rozkazu, by budowali most na rzece Kwai razem z szeregowymi, dla niej nie istniał. Nic nie wiedziała o tego typu sztuce, literaturze i kryminalnym podłożu zniewolenia. W dzieciństwie nie miała żadnego zwierzaka, nawet złotej rybki w akwarium, która stale wpada na szklane ścianki w próbach poznania granic swojego świata.

Trudno więc było jej do czegoś porównać swoją sytuację.

Instynkt podpowiadał jednak pewne rzeczy – i choć niewyartykułowane, dodawały jej sił. Przypomniała sobie, że trzy razy odważyła się uciec. Teraz jest następna okazja, jeśli tylko zwalczy pokusę, by ulec przerażeniu. Powoli wciągnęła i wypuściła powietrze, uspokajając się.

Opuściła dłonie i dotknęła boków łóżka. W ciemności pod kapturem wyobraziła sobie metalową ramę i materac. Pod sobą miała szorstkie bawełniane prześcieradło. Pewnie surowo białe, pomyślała.

No dobrze. Zobaczmy, co się da wymacać.

Ostrożnie zsunęła nogi z łóżka i potarła podłogę palcami nóg. Cementowa, zimna w dotyku.

Jak podłoga piwnicy, stwierdziła w duchu. Odnosiła niejasne wrażenie, że powiedziała to głośno. Ciekawe, czy te słowa rzeczywiście wyleciały przez mały, wycięty w kapturze otwór, przez który podano jej zaprawioną narkotykami wodę. Zdezorientowana nie mogła się rozeznać, czy myśli formują się w artykułowane dźwięki i wychodzą jej z ust. Może tak. Może nie.

Poruszyła nogami na boki, żeby sprawdzić, czy są jakieś przeszkody. Nie było.

Nakazała sobie wstać. Powtórzyła polecenie. Chciała usłyszeć własny głos. Powiedziała więc cicho:

– No, wstawaj. Dasz radę.

Kiedy wychwyciła różnicę między słowami wypowiedzianymi a pomyślanymi, dodało jej to trochę pewności siebie. Dźwignęła się na nogi.

Niemal od razu ją zemdliło.

Kręciło jej się w głowie, jakby czerń przed oczami nagle stała się płynna. Zachwiała się lekko i omal nie gruchnęła z powrotem na materac albo na cementową podłogę. W końcu jednak złapała równowagę, zawroty głowy powoli ustały i poczuła, że odzyskuje władzę w osłabionych mięśniach. Żałowała, że nie jest silniejsza, jak choćby niektórzy napakowani sportowcy z jej szkoły.

Oddychając ciężko, ostrożnie zrobiła krok naprzód. Trzymała ręce wyciągnięte przed siebie. Nie dosięgały niczego.

Machnęła nimi w prawo, w lewo i uderzyła dłonią w ścianę. Odwróciła się lekko i ruszyła wzdłuż niej po omacku. Pod palcami czuła płaską płytę gipsową. Słyszała brzęk – to pewnie rozciągał się łańcuch opasujący szyję. Ocierał się o stolik przy łóżku.

Uderzyła w coś kolanem i stanęła. Przez jedwabny kaptur przebił się silny zapach środka odkażającego. Bardzo ostrożnie schyliła się i jak ślepiec obmacała przeszkodę.

Sedes turystyczny. Siedzenie, trójnożna podstawa. Po kilku sekundach w jej myślach uformował się obraz napotkanego przedmiotu. Poznała, co to jest, dzięki łutowi szczęścia – kiedy była mała, ojciec zabrał ją pod namiot i strasznie wtedy narzekała, że każe się jej korzystać z czegoś tak prymitywnego, i to na powietrzu.

Teraz nie posiadała się z radości. Bolał ją pęcherz; a kiedy rozpoznała, co stoi u jej stóp, zaczął natarczywie domagać się ulgi.

Znieruchomiała. Czy ktoś ją obserwuje? Przypuszczała, że zasady pozwalają skorzystać z toalety. Nie wiedziała, czy może liczyć na prywatność. Ogarnęło ją poczucie urażonej godności nastolatki. Kultura osobista walczyła ze wstydem. Jennifer źle się czuła na myśl, że ktoś może ją widzieć.

Pęcherz jej pękał. Zdała sobie sprawę, że nie ma wyboru.

Stanęła nad sedesem, jednym szybkim ruchem ściągnęła majtki i usiadła.

Każda sekunda ulgi przejmowała ją wstrętem.

Przy monitorach w pokoju bezpośrednio nad więzieniem Jennifer, Michael i Linda oglądali każdy jej ruch. Nieporadne, niepewne, wykonywane po omacku czynności były cudownie niespieszne. Wyczuwali, jak dreszcze napięcia i fale fascynacji rozchodzą się w mrocznym świecie ich programu. Oboje doskonale zdawali sobie sprawę, że dla setek ludzi oglądanie Jennifer stanie się narkotykiem.

I, jak każdy dobry diler, wiedzieli, jak utrzymać podaż na odpowiednim poziomie, by zrównoważyć popyt.

Rozdział 12

Terri Collins zerknęła na starca siedzącego w kącie salonu. Niemożliwe, że jestem tu z jego powodu, pomyślała.

Adrian Thomas poruszył się niespokojnie pod jej wzrokiem. Nieustępliwe spojrzenie pani detektyw wyrażało coś więcej niż tylko sceptycyzm. Różne myśli ciągnęły go w różne strony; oby tylko nie pogubił się jak wtedy, kiedy zadzwonił na policję. Odtworzył w pamięci swoje nieliczne spostrzeżenia i przechowywane w głowie szczegóły jak aktor przed wyjściem na scenę. Próbował złożyć wszystkie wrażenia w spójną ocenę tego, co zobaczył, żeby pani detektyw nie wzięła go za pomylonego staruszka, nawet jeśli nim był. Kiedy odwróciła się do Mary Riggins i Scotta Westa, ukradkiem zerknął za siebie w nadziei, że

Brian przyczaił się gdzieś w kącie i poradzi mu, jak zachowywać się wobec policjantki. On wiedziałby, co powiedzieć. W tej chwili jednak Adrian był sam – a przynajmniej bez pomocy.

– Pani Riggins – odezwała się powoli Terri. – Porwania to skomplikowane przestępstwa. Porywaczom zwykle chodzi o okup albo o to, żeby odzyskać utracone po rozwodzie dziecko.

Mary zaprzeczyła ruchem głowy, choć nikt jej o nic nie pytał.

– Jest jeszcze trzeci typ porwania – wtrącił Scott i spojrzał na policjantkę gniewnie. – Na tle seksualnym.

Terri przytaknęła.

– Rzadki. Jak porażenie piorunem.

– Myślę, że na tym powinniście się skupić – nie ustępował Scott.

– Tak, ale najpierw chciałabym wykluczyć inne…

– I tracić czas? – warknął.

Widziała, że zależy mu na tym, żeby zbadała ten wątek. Irytowało ją tylko, że wymusza to na niej człowiek, który sam prawdopodobnie robił rzeczy na pograniczu przestępstwa seksualnego. Postanowiła przejść do kontrataku.

– A może jest w tej sprawie coś, o czym mi państwo nie powiedzieli… – Zawiesiła głos i skierowała wzrok na Scotta. – Może w pańskiej praktyce… – zaczęła pomału, ale stopniowo się rozpędzała, w miarę jak z jej ust wychodziły kolejne słowa -…był jakiś pacjent, zły, niezadowolony albo nawet psychopata… który chciałby pana skrzywdzić i wybrał Jennifer na narzędzie zemsty…

Scott natychmiast uniósł dłoń.

– To wysoce nieprawdopodobne. Doskonale znam swoich pacjentów i żaden z nich nie dopuściłby się czegoś takiego.

– Cóż… – ciągnęła Terri. – Na pewno miał pan… przypadki, które zakończyły się nie w pełni zadowalająco?

– Oczywiście – prychnął. – Każdy rozsądny terapeuta zdaje sobie sprawę, że nie wszystkim pacjentom pomoże. Niepowodzenia są nieuniknione…

– Czyli nie należy wykluczać, że jedno z tych „niepowodzeń” może żywić do pana urazę? – spytała i bacznie obserwowała reakcję Scotta.

– To niedorzeczne, pani detektyw. – Mówił bardzo oficjalnym tonem. – Sama myśl, że któryś z moich podopiecznych uknuł tak przemyślną zemstę… nie. Niemożliwe. Gdyby ktoś żywił do mnie aż taką urazę, wiedziałbym o tym.

Jasne, prychnęła w duchu Terri. Musiała przypomnieć samej sobie, że cokolwiek sądzi o Scotcie, nie może to rzutować na ocenę sytuacji. Nie wolno jej też zadawać pytań na podstawie informacji uzyskanych z komputera Jennifer. Ale one kiedyś padną. Już nie mogła się doczekać.

– Tak czy owak, niewykluczone, że w którymś momencie poproszę pana o listę nazwisk.

Scott zbył to lekkim machnięciem ręki. Może to był znak zgody, może nie. Albo ani jedno, ani drugie. Terri tak czy tak nie liczyła, że facet spełni jej prośbę.

Znów odwróciła się do Mary Riggins.

– A co może mi pani powiedzieć o krewnych nieżyjącego męża?

Mary zrobiła zmieszaną minę.

– Cóż, nasze stosunki nie są idealne, ale…

– Ze względu na Jennifer?

– Tak. Jej dziadkowie narzekają, że za rzadko ją do nich przywożę. Mówią, że jest wszystkim, co im zostało z ich syna. Poza tym nigdy nie żyłam dobrze z jej ciotkami. Nie mam pojęcia dlaczego, ale chyba obwiniają mnie o jego śmierć. Ale nie aż tak, żeby…

Terri zauważyła, że Mary Riggins nie używa imienia swojego zmarłego męża. David. Niby drobiazg, ale to wydało jej się dziwne. Odetchnęła głęboko i mówiła dalej.

– Ich nazwiska i adresy też mogą być potrzebne. – Zawahała się. Szukała podłoża przestępstwa i jak dotąd usłyszała kilka rzeczy, które ewentualnie świadczyłyby o tym, że w tym domu skrywa się coś, co przyczyniło się do zniknięcia Jennifer.

To jednak nie wystarczało. – A co z okupem? – spytała. – Zakładam, że nikt nie zażądał od państwa pieniędzy?

Mary Riggins gwałtownie pokręciła głową.

– Nie jesteśmy jakimiś bogaczami… to znaczy, zwykle uprowadza się dzieci biznesmenów Albo polityków. Albo kogoś, kto ma dostęp do dużych pieniędzy, prawda?

– Może. – Terri słyszała znużenie w swoim głosie. Uznała, że to nieprofesjonalne.

– Przestępcy seksualni – powtórzył Scott ze złością. – Ilu ich mieszka w okolicy?

– Kilku. Zdobędę listę. Zdajecie sobie państwo sprawę, że prawdopodobieństwo, że Jennifer uprowadził z ulicy anonimowy przestępca, seryjny zabójca albo gwałciciel, jest znikome? Takie przypadkowe porwania zdarzają się w zasadzie tylko w filmach i…

– Ale się zdarzają – wtrącił Scott.

– Tak.

– Nawet w tej okolicy… – ciągnął.

– Tak. Nawet w tej okolicy – odparła Terri.

Scott triumfował. Terri widziała wiele powodów, żeby go nie lubić. Aż dziw, że ludzie wierzyli, że ten człowiek jest im w stanie pomóc.

– Na pewno znikają studenci z college'u i uniwersytetu… -upierał się.

– Owszem. Młodzi ludzie, którzy mają kłopoty z alkoholem, narkotykami, narzeczonymi i własną psychiką. W każdym przypadku…

– A co z tą dziewczyną z sąsiedniego miasta… tą, której ciało znaleziono w lesie sześć lat po tym, jak zniknęła…

– Znam sprawę. Dwa stany dalej aresztowano notowanego przestępcę seksualnego. Przyznał się do zabójstwa. I o ile wiem, nie było podobnej zbrodni na naszym terenie…

– O ile pani wie… – znów przerwał jej Scott.

– Tak. O ile wiem.

– Ale, pani detektyw… proszę wysłuchać profesora Thomasa… – wtrąciła Mary.

Terri znów odwróciła się w stronę starca. Patrzył przed siebie pustym wzrokiem, jakby myślami błądził zupełnie gdzie indziej.

Jego oczy wydawały się zasnute szarą mgłą, oparami czegoś, czego nie potrafiła rozpoznać. To ją niepokoiło.

– Proszę jeszcze raz opowiedzieć, co pan widział – zażądała. – Ze wszystkimi szczegółami.

Adrian powiedział jej o zdeterminowanej minie Jennifer i o furgonetce – że pojawiła się znikąd, zwolniła i powoli ruszyła śladem dziewczyny. Najlepiej jak umiał, opisał kobietę za kierownicą i mężczyznę, który zniknął z pola widzenia. Wspomniał, że wóz zatrzymał się na chwilę i odjechał z piskiem opon. I wreszcie opowiedział o różowej czapce na poboczu. To ona doprowadziła go na ulicę Jennifer, do jej domu i w końcu do tego salonu. Starał się mówić zwięźle i precyzyjnie; chciał, żeby jego relacja była wierna i rzeczowa. Nie przedstawił żadnego z wniosków, które wyciągnął, zmuszony przez duchy żony i brata; niech pani detektyw sama do nich dojdzie.

Widział, że im dłużej mówi, tym większa jest rozpacz matki dziewczyny i wściekłość jej faceta.

Tymczasem policjantka z każdym kolejnym szczegółem wydawała się coraz spokojniejsza. Jak zawodowy pokerzysta chytrze ukrywała to, co naprawdę myśli.

Kiedy przerwał, opuściła głowę i przejrzała notatki. W tej chwili usłyszał szept.

– Chyba jej nie przekonałeś – powiedział Brian.

Adrian nie odwrócił się w stronę dźwięku. Nie odrywał oczu od pani detektyw.

– Myśli o tym, to dobrze. Ale po prostu w to nie wierzy. Na razie – ciągnął Brian stanowczym, pewnym głosem.

Adrian ukradkiem zerknął w bok.

Brat siedział obok niego na kanapie. Brian – teraz już nie żołnierz z Wietnamu, ale dojrzały, nowojorski radca prawny. Jego piaskowe włosy trochę się przerzedziły, dystyngowana siwizna oprószyła kosmyki spływające na uszy i kołnierz koszuli. Zawsze nosił długie włosy – niezwiązane w koński ogon starego hipisa, tylko w antyestablishmentowym nieładzie. Miał na sobie drogi niebieski garnitur w prążki i szytą na miarę koszulę, za to krawat poluzowany. Odchylił się do tyłu i założył nogę na nogę.

– Nie, nic z tego. Ileż ja razy widziałem takie unikanie wzroku. Zwykle to znak, że klient chce cię okłamać, ale na początku ma z tego powodu wyrzuty sumienia. Ona w tej chwili myśli, że sprawa, którą uważała za prostą, ot, ucieczka nastolatki z domu, może rzeczywiście okazać się czymś dużo większym. Nie jest jednak pewna, a chce zrobić wszystko, jak trzeba, bo w razie błędu pożegna się z premią. – Brian mówił melodyjnym głosem, prawie jakby jego ocena detektyw Collins była jednym z wierszy, które Adrian tak lubił. – Wiesz, Audie. Nie będzie lekko.

– No to co dalej? – Adrian zabronił sobie spoglądać w bok, ale zrobił to, bo chciał zobaczyć twarz brata.

– Słucham? – spytała Terri i popatrzyła na niego, zanim zdążył odwrócić się z powrotem.

– Nie, nic. Tak tylko głośno myślę.

Detektyw dalej gapiła się na niego, tak długo, że poczuł się niezręcznie. Ani matka dziewczyny, ani jej kochanek terapeuta nie zwrócili uwagi na tę krótką wymianę zdań. Byli zbyt pochłonięci własnym koszmarem, by zajmować się cudzym.

– Bystra – zauważył Brian z nutą uznania. – Zna się na rzeczy, nie wie tylko, co właściwie musi zrobić. Na razie. Wytłumacz jej to, Audie. Matka i jej obleśny kochanek… oni nic nie znaczą. Zupełnie nic. Ale ta detektyw owszem. Pamiętaj o tym.

Adrian skinął głową, ale nie miał pojęcia, co powiedzieć. Mógł jedynie opisać, co dokładnie zobaczył, i niech sama wyciągnie wnioski.

– Teraz zada ci parę szczegółowych pytań – szepnął mu na ucho Brian. – Potrzebuje więcej informacji, żeby mieć z czym pójść do szefa. I próbuje cię wybadać. Chce się zorientować, na ile jesteś wiarygodnym świadkiem.

– Profesorze Thomas – zagaiła nagle Terri. – Chociaż może woli pan, żebym mówiła „doktorze”…

– Wszystko jedno.

– Ma pan doktorat z psychologii, prawda?

– Tak, ale nie prowadzę terapii jak doktor West. Ja byłem raczej od myszy w labiryntach i tym podobnych. Ot, szczur laboratoryjny…

Uśmiechnęła się, jakby to określenie rozładowało część napięcia w pokoju, choć wcale tak się nie stało.

– Oczywiście. Chciałabym tylko, żeby wyjaśnił mi pan parę rzeczy. Tak naprawdę nie widział pan, że Jennifer siłą wciągnięto do furgonetki…

– Nie.

– Nie widział pan, żeby ktokolwiek ją złapał, uderzył czy w ogóle użył wobec niej przemocy.

– Nie. Była i zniknęła. Z miejsca, gdzie siedziałem, nie zdołałem dojrzeć, co się z nią dokładnie stało.

– Słyszał pan krzyk? Odgłosy szamotaniny?

– Przykro mi, ale nie.

– Czyli mogła wsiąść do tej furgonetki dobrowolnie?

– Odniosłem inne wrażenie, pani detektyw.

– I nie sądzi pan, by mógł rozpoznać kierowcę albo pasażera?

– Nie wiem. Widziałem ich tylko z profilu, a i to przez kilka sekund. W półmroku. Robiło się ciemno.

– Nie, Audie, to nieprawda. Widziałeś dość. Raczej rozpoznałbyś tych ludzi, gdybyś ich znowu zobaczył.

Adrian zaczął się odwracać do brata, żeby zaprotestować, ale w porę się powstrzymał. Miał nadzieję, że policjantka nie zauważyła jego nerwowych ruchów.

Terri Collins skinęła głową.

– Dziękuję. Bardzo pan pomógł. Odezwę się do pana, jak sprawdzę jeszcze parę rzeczy.

– Dobra jest – rzucił Brian. Wychylony do przodu prawie dotykał ramienia Adriana. Był wyraźnie ożywiony. – Naprawdę dobra. Ale niestety cię spławia, Audie.

Zanim Adrian mógł cokolwiek dodać, odezwał się Scott.

– Jaki będzie pani następny krok, pani detektyw? – spytał tak rzeczowym tonem, jakby oznajmiał: „oczekujemy wyników”.

Adrian domyślał się, że inni musieli płacić za przywilej słuchania tego faceta.

– Spróbuję się czegoś dowiedzieć o opisanym przez profesora Thomasa podejrzanym pojeździe. To coś konkretnego, czym będę się mogła zająć. Poszukam też podobnych porwań w stanowych i federalnych bazach danych. Gdyby ktoś się z państwem skontaktował, proszę zachować ostrożność.

– Nie wezwie pani na pomoc FBI? Może przydałoby się założyć podsłuch na nasze telefony?

– Na to jeszcze trochę za wcześnie. Ale pojadę na komendę i omówię to ze swoim szefem.

– Myślę, że Mary i ja powinniśmy przy tym być – obruszył się Scott.

– Jak pan chce.

– Pracowała już pani kiedyś nad porwaniem, pani detektyw?

Terri się zawahała. Nie zamierzała powiedzieć prawdy, która brzmiała „nie”. To tylko pogorszyłoby sytuację i według policyjnego regulaminu popełniłaby duży błąd.

– Pojadę z panią i zobaczę, jak komendant zareaguje… – Odwrócił się do Mary. – Ty zostań tutaj. Siedź przy telefonie.Zwracaj uwagę na wszystko, co wyda ci się podejrzane.

W odpowiedzi Mary tylko zaszlochała, ale ten odgłos wyrażał zgodę.

Adrian zdał sobie sprawę, że jak dla nich – Scotta i pani detektyw – jego rola się zakończyła. Usłyszał, jak Brian zmienia pozycję na kanapie obok niego.

– A nie mówiłem? – wycedził cicho. – Ten palant myśli, że jesteś tylko starym pierdołą, który przypadkiem zobaczył coś ważnego. A policjantka uważa, że usłyszała już wszystko, co miałeś do powiedzenia. Typowe.

– Co mam zrobić? – spytał Adrian. Nagle stwierdził, że tak jak przedtem nie jest pewien, czy powiedział to na głos, czy tylko pomyślał.

– Nic. I wszystko – odparł nieżyjący brat. – W sumie to nie tylko od ciebie zależy, Audie. Choć w dużej mierze tak. Ale bez obaw. Mam pewne pomysły.

Adrian pokiwał głową. Rozejrzał się za marynarką. Na pewno zdjął ją, kiedy wszedł, i zostawił na kanapie. A może zawiesił na oparciu krzesła? Rozejrzał się i zorientował, że przez cały czas miał ją na sobie. Uśmiechnął się, ale ktoś w pokoju zauważył jego krępujące roztargnienie.

Rozdział 13

Większość swojej kariery naukowej Adrian poświęcił badaniom strachu. Był to dużo bardziej złożony przedmiot, niż przypuszczał, przystępując do swoich studiów. Zainteresował się tym zagadnieniem prawie pięćdziesiąt lat wcześniej, w trakcie prawdziwie koszmarnego lotu do domu po pierwszym semestrze na uczelni. Zamiast wpaść w przerażenie, zafascynowany patrzył na reakcje innych pasażerów, gdy samolotem trzęsło i rzucało po czarnym, zaciągniętym chmurami burzowymi niebie. Pochłonięty obserwacją zapomniał o strachu. Modlitwy. Wrzaski. Zbielałe kłykcie. Szlochy. W pewnym momencie samolot runął w dół z takim pędem, że aż bebechy się poprzewracały. Wycie silnika prawie zagłuszyło wszystkie krzyki. Adrian spojrzał dokoła i poczuł się jak jedyny przytomnie myślący szczur w przerażającym labiryncie.

Już jako profesor przeprowadził niezliczone doświadczenia w laboratorium, by zidentyfikować czynniki postrzegania, które pobudzają przewidywalne reakcje mózgu. Badania wizualne. Słuchowe. Dotykowe. Część funduszy pochodziła z grantów rządowych – a ściśle od wojska, i zresztą nikt tego specjalnie nie krył, siły zbrojne zawsze szukają sposobów, żeby oduczyć żołnierzy strachu. Dlatego lata spędzone przez Adriana na uczelni upływały między salami zajęciowymi, wykładami i laboratorium, gdzie pracował do późnej nocy otoczony przez asystentów. Wszystko to było satysfakcjonujące, często intrygujące i dawało nadzwyczajne poczucie spełnienia. Tyle tylko, że kiedy przeszedł na emeryturę, zrozumiał, że wie o przedmiocie swoich badań dużo i bardzo mało zarazem. Wiedział, jak i dlaczego, dajmy na to, widok węża wywołuje u części badanych osobników przyspieszony oddech i tętno, pocenie się, zawężenie pola widzenia i niemal paniczny strach. Przeprowadził systematyczne studia nad odwrażliwianiem. Najpierw pokazywał badanym – zawsze byli to studenci psychologii – zdjęcia węży z „National Geographic” i pluszowych węży, by ostatecznie przejść do węży prawdziwych, i mierzył, na ile oswojenie się z widokiem zagrożenia zmniejsza strach. Robił też tak zwane badania ekspozycyjne: znienacka stawiał ochotników przed dużą liczbą obiektów ich lęku. Przypominało to trochę scenę z Poszukiwaczy zaginionej arki, w której Indiana Jones znalazł się w jamie pełnej węży. Adrian nie lubił tego typu eksperymentów. Za dużo potu i krzyku. Wolał wolniejsze tempo badań laboratoryjnych.

Brian, zanim się zabił, często żartobliwie drwił z pracy Adriana. „Na wojnie nauczyłem się, że strach to nasz największy sprzymierzeniec, powiedział mu kiedyś. „Chroni nas, kiedy tego potrzebujemy, uczy nas widzieć świat może trochę w sposób wypaczony przez nadmiar ostrożności, ale ona, bracie, zazwyczaj wyciąga twój tyłek z kłopotów i pozwala dożyć jutra”.

Brian lubił mieszać palcem kostki lodu w szklance whisky. Ich grzechotem podkreślał swoje słowa. „Kiedy uważasz, że powinieneś się czegoś bać, to, do licha, powinieneś się bać, bo tylko wtedy będziesz mógł działać z sensem”.

Adrian przypomniał to sobie, kiedy szedł przez swój stary kampus. Uśmiechnął się i pomyślał o tym, jak bardzo tęskni za charakterystycznym stylem mówienia brata. W jednej chwili Brian perorował jak ubrany w tweed filozof z Oksfordu, by zaraz potem przybrać ton szorstkiego, klnącego jak szewc chłopaka z ulicy. Prawo było w sam raz dla niego. Mógł zostać aktorem, tyle tylko że nie cierpiał wykonywać poleceń i gdyby jakiś pretensjonalny reżyser próbował nim dyrygować, zaraz zszedłby ze sceny. Świetnie jednak potrafił wcielać się w role niezbędne do spraw, jakie prowadził. Dzielił czas między reprezentowanie hojnie płacących firm i pracę pro bono dla Amerykańskiej Unii Praw Obywatelskich i Centrum Obrony Praw Obywatelskich na Południu.

Organizacje te zlecały mu obronę skazanych na śmierć – wielu niesłusznie – którzy bez Briana nie mieliby większych szans, żeby uniknąć krzesła elektrycznego.

Potrafił sprawić, by każdy zobaczył w nim człowieka podobnego sobie.

Adrian pokręcił głową. Może ta zdolność mimikry nie była aż tak doskonała, bo pewnego ranka jego brat, którego uważał za najsilniejszego gościa na świecie, przystawił do skroni lufę pistoletu kaliber 9 milimetrów i pociągnął za spust.

Nie zostawił listu. To nie w porządku, sądził Adrian. Powinien się wytłumaczyć.

Jako psycholog własne życie poświęcił rozwiązywaniu zagadek. Dlaczego się boimy? Dlaczego zachowujemy się tak, a nie inaczej? Co sprawia, że czujemy to, co czujemy? Skąd bierze się strach?

A mimo to teraz, kiedy jego świadome życie dobiegało końca, wciąż nie znał odpowiedzi na najważniejsze nurtujące go pytania i choroba coraz bardziej utrudniała ich poszukiwanie.

Szedł przed siebie. Na chodnikach kampusu panował ruch. Adrian zawsze potrafił czytać ten rytm jak słowa na kartach książki. Jednym się spieszyło – ci byli spóźnieni na zajęcia; inni snuli się powoli, pokazywali, że zadane prace oddali i mają święty spokój.

Tego dnia Adrian kroczył pomału, statecznie – po części dlatego, że wiek dyktował mu takie tempo, ale i przez to, że przeglądał wspomnienia i usiłował zaplanować swoje następne posunięcie.

– Brian? – wykrztusił na głos. – Chyba potrzebuję twojej pomocy.

Dwie studentki uśmiechnęły się do niego i znów skupiły uwagę na telefonach komórkowych. Szły razem, ramię w ramię, dwie towarzyszki, ale rozmawiały z niewidocznymi znajomymi.

Niewiele się różnią ode mnie, stwierdził. Tyle że mój rozmówca nie żyje.

Czasem, po kilku drinkach, przy przygaszonych światłach brat opowiadał pewną historię. Słuchało tylko kilka osób, bo była przeznaczona wyłącznie dla tych, którzy go kochali. Rozgrywała się podczas patrolu w dolinie A Shau.

„Byliśmy zaledwie dwa kilometry od bazy. Ostatni odcinek drogi po długim, nudnym dniu. Upał jak cholera, gorąco, chciało nam się pić, padaliśmy z nóg”.

Adrian się rozejrzał. Spodziewał się zobaczyć przy sobie Briana, bo głos w jego uszach, powtarzający wiele razy opowiadaną historię, brzmiał tak, jakby rozlegał się tuż obok. Ale Briana nigdzie nie było.

„Innymi słowy, Audie, najlepszy moment i idealna sytuacja, by stracić czujność”.

„Patrol składał się z dwudziestu żołnierzy; w poprzednim tygodniu trzy razy bez przeszkód pokonali tę samą trasę. Brian opisał scenerię: siedemdziesiąt pięć metrów z przodu gęsta kępa ciemnych drzew na prawo od rozległego pola ryżowego, po lewej kilka chat i ścieżka do pobliskiej wioski. Paru chłopów pracowało późnym popołudniem na polu. Same znajome, niegroźne obrazy. Nic niezwykłego”.

Brian zawsze powtarzał te ostatnie słowa co najmniej trzy razy. „Nic niezwykłego. Nic niezwykłego. Nic niezwykłego”.

Zupełnie jakby to była klątwa.

Nieludzko zmęczeni chcieli jak najszybciej wrócić do bazy ogniowej, zjeść coś, odpocząć, może trochę się obmyć. Nie istniał żaden powód, by się zatrzymać, tłumaczył bratu.

Jednak tego dnia – Brian zawsze pamiętał, że to był wtorek – zarządził postój. Żołnierze, których prowadził, zwalili się na ziemię. Plecaki po dwadzieścia pięć kilo i upał czterdzieści stopni osłabiają proces decyzyjny, mówił. „Może powinieneś to zbadać”, dodawał. Ludzie trochę narzekali – postój często dużo bardziej męczy niż dalszy marsz. Żołnierze ponuro sączyli wodę z prawie pustych manierek i palili papierosy, a Brian obserwował przez lornetkę linię drzew. Mocno skoncentrowany, pomału przesuwał wzrokiem po każdym kształcie i cieniu. Nie dostrzegł nic. Zupełnie nic. Wtedy poczuł się jeszcze gorzej.

„Audie, to się czasem po prostu wie. Widzisz, że wszystko jest tak, jak być powinno, ale coś ci mówi, że to nieprawda. I takie właśnie poczucie ogarnęło mnie tego dnia. Wszystko było w zbyt idealnym porządku. Zdecydowanie”.

I dlatego wyznaczył na mapie współrzędne kępy drzew, a potem przekazał je bazie ogniowej – okłamując oficera artylerii, że zauważył ruch w zaroślach.

Pierwszy pocisk wylądował za blisko, zabił dwóch chłopów i wyrzucił w powietrze krwawe szczątki bawołu. Brian nie przejął się tym morderstwem, spokojnie skorygował przez radio współrzędne celu i po kilku sekundach dżunglą wstrząsnęły eksplozje. Ziemia drżała. Powietrze wypełnił świst spadających pocisków. Wybuchy rozerwały drzewa na strzępy. W niebo wzbił się śmiercionośny deszcz kawałków drewna i metalu.

Po paru chwilach ostrzał ustał.

Żołnierze z jego plutonu nie palili się, żeby oglądać zniszczenia, ale kazał im to zrobić. Przeszli w milczeniu obok ciał chłopów. Połyskujące wnętrzności i części ciał leżały rozrzucone wśród zielonych pędów kwitnącego ryżu. Krew jak ropa naftowa unosiła się na powierzchni wody zalewającej pole. Z wioski zaczęli wyłaniać się ludzie i pierwsze odległe jęki rozpaczy wypełniły żar popołudnia.

I wtedy ich oczom ukazał się koszmar.

Jak się okazało, pośród drzew, dokładnie tam, gdzie Brian skierował ogień artylerii, czyhała na nich co najmniej kompania żołnierzy armii Wietnamu Północnego. Gdziekolwiek spojrzeć, widzieli fragmenty ciał. Rozerwane na strzępy, zaplątane w kikutach drzew. Głowy. Ręce. Nogi. Rozszarpane torsy. Ledwo rozpoznawalne, a przy tym jakże charakterystyczne skutki bezpośredniego trafienia pociskiem z haubicy kaliber 75. Wszędzie pełno krwi i zniszczonego sprzętu. Kilku rannych postękiwało. Inni może wycofali się w głąb dżungli, żeby się przegrupować albo umrzeć. Nieważne. Briana nic to nie obchodziło.

Jego ludzie milczeli. Słychać było tylko pojedyncze gwizdnięcia i przyspieszone oddechy, kiedy brnęli w kałużach krwi.

Szli za dowódcą od jednego ukrytego stanowiska do drugiego i dobijali rannych wrogów. Twierdził, że nie pamięta, by wydał taki rozkaz, ale musiał to zrobić. Po wszystkim policzył zabitych. Przeszło siedemdziesięciu ośmiu; ważne zwycięstwo w bitwie, która bitwą nie była. Zwyczajna rzeź. Każdy żołnierz z plutonu wiedział, że gdyby weszli na to pole ryżowe tak jak zwykle, zginęliby w zasadzce. Od tego czasu nikt nie kwestionował instynktu Briana. Tak powiedział bratu.

Dowództwo dało mu order.

Tylko że, pomyślał Adrian, zawsze mówił o tym nie z dumą, lecz ze smutkiem.

Jego brat, stwierdził, był więźniem własnej przeszłości.

Zastanawiał się, czy to samo mógłby powiedzieć o sobie.

– Myślę, że tak, Audie.

Odwrócił się, ale tylko słyszał brata, nie widział go.

Grupki studentów przechodziły z sali do sali, odległy zegar wybił trzecią. Adrian pamiętał, że o tej samej porze jego brat wydał rozkaz ostrzału, który ocalił życie plutonu.

Przyspieszył kroku. W uniwersyteckim architektonicznym miszmaszu nowoczesność sąsiadowała z tradycją. Z budynków o mocno zaokrąglonych kształtach rozciągał się widok na bujne trawniki i stare drewniane domy przerobione na akademiki.

Adrian cieszył się, że niewiele się zmieniło od czasu, kiedy przeszedł na emeryturę.

Wydział Psychologii mieścił się w jednym z bardziej nowoczesnych gmachów. Zbudowany z cegły na planie kwadratu miał szerokie drzwi i nieciekawą, choć obrośniętą bluszczem fasadę. Adrianowi zawsze podobało się to, że budynek jest niepozorny, nie bije po oczach jak siedziby wydziałów ekonomicznego i chemicznego. Uważał, że taki nijaki gmach zapewnia większą swobodę rozważań. Te ściany ukrywały całą ich inteligencję, zamiast krzyczeć o niej światu.

Wszedł po schodach na drugie piętro.

Przypomniał sobie, że ma pójść do pokoju 302, i bezgłośnie powtórzył nazwisko człowieka, z którym zamierzał się spotkać.

Choć był to stary znajomy i przyjaciel, Adrian nie chciał okazywać żadnych śladów choroby w murach swojego dawnego wydziału. Niczego nie pomyl, napomniał się w duchu. Żadnego szczegółu.

Zapukał, pchnął drzwi.

– Roger? – Wszedł do pomieszczenia.

Schludny, łysy, tyczkowaty mężczyzna o wzroście koszykarza pochylał się nad monitorem komputera. Obok siedziała atrakcyjna dziewczyna, lekko zdenerwowana. Gabinet był pełen książek poupychanych na czarnych stalowych regałach. Jedną ze ścian zajmowała kolekcja listów gończych wydanych przez FBI. Naprzeciwko nich wisiał oprawiony plakat Milczenia owiec, podpisany czarnym atramentem przez reżysera i scenarzystę.

– Adrian! Słynny profesor Thomas! Wejdź! Wejdź! – Profesor Roger Parsons wstał i uścisnął mu dłoń na powitanie.

– Nie chciałem przeszkodzić w konsultacjach…

– Nie, skąd, nie przeszkadzasz. Właśnie omawialiśmy z panną Lewis jej pracę, nawiasem mówiąc bardzo przyzwoitą…

Adrian podał rękę studentce.

– Tak sobie pomyślałem, Roger, że chętnie zasięgnąłbym twojej fachowej rady…

– Oczywiście! Dobry Boże, tak dawno cię tu nie widzieliśmy… i nagle ta niespodziewana przyjemność. Co u ciebie? I jak mogę ci pomóc?

– Mam wyjść, panie profesorze? – wtrąciła dziewczyna.

Parsons spojrzał na gościa. Adrian odetchnął z ulgą, że ominie go pierwsze z pytań starego przyjaciela.

– Czy panna Lewis wie coś o nietypowych kryminalnych wzorcach zachowań?

– O tak, zdecydowanie – zagrzmiał Roger Parsons.

– Wobec tego niech zostanie.

Panna Lewis poruszyła się lekko, trochę zbita z tropu, ale wyraźnie zadowolona, że może uczestniczyć w rozmowie. Adrian zastanawiał się, czy dziewczyna go zna, ale nawet jeśli nie znała, jego dawny współpracownik natychmiast ją doinformował.

– Adrian to jeden z naszych najwybitniejszych profesorów, mentor nas wszystkich. Jego imieniem zostanie nazwany pokój wykładowców – oznajmił. – I jesteśmy wielce zaszczyceni, że do nas wpadł, nawet z pytaniem czy dwoma.

– Chciałbym wiedzieć więcej o psychopatologii.

– Hm, profesor sam siebie nie docenia. Ale służę wsparciem. Co cię interesuje?

– Przestępcy działający w parach – odparł Adrian cicho. -Duety mężczyzna i kobieta…

Roger skinął głową.

– Ach… fascynujące. Jest kilka stosownych profilów. O jakie przestępstwo chodzi?

– Przypadkowe uprowadzenie. Porwanie nieznajomej osoby z ulicy.

Brwi Rogera Parsonsa wygięły się ku górze.

– Nietypowe. Niezwykle rzadkie.

– Tak też sądziłem.

– A cel porwania?

– Na razie niejasny.

– Pieniądze? Seks? Zboczenie?

– Nie wiem. Jeszcze nie.

– Pewnie wszystkie trzy. I nie tylko – rozmyślał na głos Parsons. – Na pewno nic dobrego, prawdopodobnie coś bardzo złego.

Adrian skinął głową i jego kolega po fachu natychmiast przybrał suchy ton wykładowcy akademickiego.

– To mocno utrudnia sprawę. Wszystko, co wiemy o tego typu przestępcach, przeważnie ustalamy już po ich schwytaniu. Można powiedzieć, że dopasowujemy elementy psychologicznej układanki po fakcie. Dopiero wtedy sytuacja staje się jasna i oczywista.

– Teraz nie ma takiej możliwości. Trzeba działać na podstawie strzępków informacji.

Roger Parsons wyciągnął długie nogi i się zamyślił.

– Chodzi o kogoś, kogo znasz… nie pytasz czysto teoretycznie, prawda?

– I tak, i nie. Ofiarą jest młoda osoba, którą przelotnie spotkałem. Pomagam sąsiadom. – Po chwili wahania Adrian dodał: – Ważne, żebyś zachował dyskrecję. Pani też – zwrócił się do dziewczyny; wyglądała na lekko przerażoną obrotem, jaki przybierała ta rozmowa. – Chodzi o przestępstwo, które… – zawiesił głos -…się rozwija. Nie potrafię określić jak.

– Ofiara… co o niej wiesz?

– Młoda. Nastolatka. Bardzo trudna. Bardzo inteligentna. Bardzo atrakcyjna.

– A policja…

– Bada sprawę. Są uporczywie konkretni, a to raczej nie pomoże.

Roger przytaknął.

– Masz rację. Fakty mogą wyjaśnić przestępstwo, kiedy jest ciało. Ale to nie ten przypadek?

– Na razie tak.

– Dobrze. I jesteś absolutnie pewien, że uprowadzili ją obcy ludzie, nie ktoś znajomy?

– Mhm. Jestem pewien. Przynajmniej na tyle, na ile to możliwe.

Młodszy profesor znów się zamyślił.

– Chcesz usłyszeć, co sądzę? Oczywiście, to czyste spekulacje…

Adrian nie odpowiedział. Wiedział, że nie musi.

– Cóż, najprawdopodobniej chodzi o seks, rzecz jasna. Ale też o poczucie władzy. Ta para pewnie czerpie z niewolenia innych erotyczną przyjemność. Przeżywana we dwoje, podsyca ich podniecenie. W grę może wchodzić wiele czynników. Potrzeba dużo więcej informacji, żeby sporządzić precyzyjny portret psychologiczny…

– W zasadzie nic więcej nie potrafię powiedzieć. Jeszcze nie.

Roger wciąż był głęboko zamyślony.

– Jedna sprawa, Adrianie… i jakby co, nie powołuj się na mnie… ale na twoim miejscu skupiłbym się na celu i spróbował zrozumieć to, co opisujesz.

– Na celu?

– Cóż, w jaki sposób ofiara daje porywaczom poczucie wielkości, ważności i władzy? Poza seksualnymi gierkami, co właściwie chcą na tym zyskać… bo coś takiego na pewno jest. Utajone lub nie. Moc. Władza. W tego rodzaju przestępstwach w grę wchodzi mnóstwo czynników psychologicznych. Niestety, same nieprzyjemne.

– Co może zrobić policja, żeby rozwiązać…

Roger pokręcił głową.

– Małe szanse. Przynajmniej dopóki nie znajdą ciała. Albo dopóki dziecko nie ucieknie porywaczom, tak jak w przypadku tej sekty mormonów bigamistów. Tyle że na ogół tak się nie dzieje. Ucieczka w tej sytuacji to niezwykle trudna rzecz. Siedzimy w wygodnych domach i myślimy sobie: czemu ofiara po prostu nie uciekła i nie wezwała policji?, ale taki krok wymaga przełamania psychologicznych barier, które bardzo ciężko pokonać. Nie, to wcale nie jest łatwe…

– Czyli policja…

Parsons machnął ręką, jakby odbijał piłkę tenisową.

– Kiedy znajdą dziewczynę, żywą albo martwą, dojdą po nitce do kłębka. Albo i nie. Tak czy owak, nie liczyłbym na szczęśliwe zakończenie.

Adrian skinął głową. Jest coś jeszcze. W uchu dźwięczał mu głos brata.

– Jest coś jeszcze – dodał Roger Parsons cicho, jakby jemu też podpowiadali umarli.

Adrian czekał na ciąg dalszy.

– Sprawy tego typu to wyścig z czasem.

– Wyścig z czasem?

– Tak. Dopóty, dopóki ofiara zapewnia podniecenie, rozkosz, namiętność i co tam jeszcze, jest dla porywaczy wyjątkowo cenna. Jednak… kiedy to przeminie… albo kiedy im się znudzi lub przestanie zaspokajać ich potrzeby… stanie się bezwartościowa. A wtedy jej się pozbędą.

– Uwolnią ją?

– Nie. Niekoniecznie.

Na chwilę zapadła cisza i dwaj profesorowie pogrążyli się w zadumie. Nagle usłyszeli, jak młoda studentka gwałtownie wciąga powietrze, jakby w gabinecie zrobił się przeciąg. Odwrócili się w stronę panny Lewis.

Miała spuszczoną głowę, jak gdyby krępowała się coś powiedzieć. I poczerwieniały jej policzki – wstydziła się własnych myśli?

– Ian Brady i Myra Hindley – zaczęła cicho i niepewnie. – Rok 1966. Anglia. Morderstwa na wrzosowiskach.

Roger Parsons z entuzjazmem klasnął w dłonie.

– Tak – jego głos nagle zagrzmiał w małym gabinecie. – Otóż to, panno Lewis. Brawo. Celne spostrzeżenie. Adrianie, od tego zacznij.

Studentka zdobyła się na uśmiech, słysząc pochwałę profesora, choć Adrian pomyślał, że to w pewnym sensie musi być trudne, w tak młodym wieku znać nazwiska i potworne zbrodnie seryjnych zabójców.

Rozdział 14

Nawet w ciemności ogarniającej jej świat, Jennifer tworzyła w myślach obraz otoczenia. Towarzyszyły temu pierwsze przebłyski zrozumienia, co się z nią dzieje. Wiedziała, że jest w piwnicy i że z jakiegoś powodu zachowano ją przy życiu. Wiedziała też, że nic w ciągu szesnastu lat jej życia nie przygotowało jej na to, co ją spotkało.

Potem miała nadzieję, że się jednak myli, choć nie była pewna, co do czego chce się mylić.

Splotła palce na brzuchu jak do modlitwy. Później wolno rozłączyła dłonie i zacisnęła je w pięści.

Kiedy skupiała się na tym, co rzeczywiste – łóżko, łańcuch, obroża na szyi, sedes turystyczny – potrafiła nakreślić w myślach zniekształcony obraz swojego otoczenia. Gdy tylko jednak popuszczała wodze wyobraźni i zastanawiała się, co z nią będzie, ogarniał ją strach. Czuła, że jeszcze moment, a zaleje się łzami, a nawet zemdleje z przerażenia. Miotała się między racjonalnością i cierpieniem.

Żyję. Wciąż żyję, powtarzała sobie w duchu.

W chwilach opanowania usiłowała wyostrzyć słuch i węch. Zdawała sobie sprawę, że możliwości dotyku są ograniczone, ale i on w końcu może coś jej powie.

Siedziała na brzegu łóżka. Pod palcami nóg czuła zimny cement podłogi. Z głodu burczało jej w brzuchu, ale nie wiedziała, czy dałaby radę cokolwiek zjeść. Znów strasznie chciało jej się pić, ale czy ośmieliłaby się wziąć kolejny łyk wody – nawet gdyby ją poczęstowano?

Ciszę w pokoju mącił tylko jej oddech.

Tak naprawdę są dwa pokoje, pomyślała. Ten czarny pod maską i ten, w którym ją trzymają. Musi się jak najwięcej dowiedzieć o jednym i drugim. Jeśli tego nie zrobi – jeśli będzie tylko biernie czekała, nie pozostanie jej nic oprócz rozpaczy.

…I oczekiwania na koniec? jakikolwiek będzie.

W każdej sekundzie walczyła z panicznym strachem.

Powiedziała sobie, że nie ma sensu wracać do tego, co się stało, a jeśli nawet, to tylko po to, by spróbować sporządzić w myślach portret dwojga ludzi, którzy ją zabrali. Kiedy jednak przywołała obraz samej siebie, jak idzie we wczesnym wiosennym zmroku chodnikiem przez swoją dzielnicę, zapadła się w ciemność głębszą od tej wewnątrz kaptura. Oderwano ją od wszystkiego, co znała, i nawet krótkie wspomnienie rodzinnych stron omal nie zatrzymało bicia jej serca. Kręciło jej się w głowie, ale powtarzała sobie z naciskiem, że musi się skupić. Nauczyciele ze szkoły, której tak bardzo nienawidziła, zawsze mówili z pretensją: „Jennifer, musisz się skoncentrować na temacie lekcji. Byłabyś dobrą uczennicą, gdybyś tylko…”

No dobrze, pomyślała, jakby w odpowiedzi na ich wyrzuty. Teraz się skoncentruję.

Usiadła więc nieruchomo i spróbowała. Oczy mężczyzny. Nisko opuszczona czapka kobiety. Wysocy czy niscy? Jak ubrani? Odetchnęła głęboko i oto znów czuła zapach tego faceta i leżała przygnieciona do podłogi furgonetki. Nie mogła oddychać, miażdżona siłą porywacza. Nie zdołała się powstrzymać; zaczęła gwałtownie przeciągać rękami po całym ciele, jakby usiłowała zetrzeć z siebie wrażenie, że mężczyzna ją w jakiś sposób naznaczył. Drapała się po ramionach, jak gdyby spowijał je trujący bluszcz. Kiedy jednak poczuła pod palcami obrzęk i po skórze pociekła krew, zmusiła się, żeby przestać. To wymagało więcej siły, niż sądziła, że ma.

No dobrze. Kobieta… Jej matowy głos przerażał. Weszła do piwnicznego pokoju i mówiła o zasadach, ale nie o tym, jak ich przestrzegać. Jennifer usiłowała przywołać w pamięci każde jej słowo, wszystkie jednak ginęły we mgle narkotyku, którym ją uśpiono.

Tak, to wydarzyło się naprawdę. Kobieta stała nad nią, dała jej pić, kazała przestrzegać zasad. To była rzeczywistość, nie sen, nie koszmar. Jennifer nie obudzi się nagle w swoim łóżku w środku nocy, nie usłyszy przez cienkie ściany, jak matka i Scott ukradkiem uprawiają seks. Pamiętała, jak strasznie to ją wkurzało – a jednocześnie tęskniła za tym. Czuła się jak uwięziona w półśnie, spierała się sama ze sobą i po raz pierwszy przyszło jej do głowy, że może już nie żyje.

Lekko wychyliła się do przodu. Ja nie żyję, powiedziała sobie. Tak to właśnie musi wyglądać. Nie ma nieba. Nie ma aniołów, trąb ani bram raju wznoszących się nad kłębami obłoków.

Jest tylko to.

Gwałtownie wstrzymała oddech. Nie. Nie. Czuła ból tam, gdzie się podrapała. A więc żyje. Ale w jakim stopniu, tego nie potrafiła określić, a na pytanie, jak długo jeszcze, odpowiedź była niemożliwa.

Zmieniła pozycję i próbowała sobie przypomnieć, co mówiła kobieta. Liczyła, że to da jej jakąś wskazówkę. Jednak każda fraza, każdy ton, każda komenda wydawały się odległe i słabe, i Jennifer mimo woli wyciągnęła ręce, jakby zamierzała wychwycić te słowa z powietrza.

„Jeśli chcesz przeżyć, wykonuj polecenia”.

Tak właśnie powiedziała kobieta. Godząc się na wszystko, co ją spotka, Jennifer mogła przeżyć.

Ale jakie polecenia?

Nie pamiętała, co właściwie ma robić. Wstrzymała oddech i nagle wezbrał w niej szloch – wyrwał się z ust i rozbił w pył całe jej opanowanie.

Przeszedł ją mocny dreszcz przerażenia.

Walczyła z samą sobą; jakiś fragment jej duszy chciał zapaść się w otchłań rozpaczy i zwyczajnie skapitulować przed zgrozą sytuacji, ona jednak usilnie odpierała to pragnienie. Nie wiedziała, jaki jest cel tego boju, ale tłumaczyła sobie, że dopóki walczy, dopóty żyje, a to zapewne dobrze.

Ale z czym właściwie ma walczyć i jak, to było dla niej zagadką.

Jestem Numerem 4. Robią to nie pierwszy raz.

Żałowała, że nie wie więcej o więzieniach i o tym, jak ludzie w nich funkcjonują. Słyszała i czytała, że niektórzy przeżyli w niewoli wiele miesięcy, nawet lat, zanim uciekli. Ludzie gubili się w dżunglach, na szczytach górskich, na morzu. Człowiek może przetrwać, przekonywała samą siebie. To prawda. To możliwe. Ta myśl pozwoliła jej poskromić niemal nieodpartą pokusę, by zwinąć się w kłębek na łóżku i czekać, aż znowu spotka ją coś strasznego.

Potem powiedziała sobie: byłaś w więzieniu i dlatego uciekałaś. Wtedy ci się udało. Czyli… wiesz więcej, niż ci się wydaje.

Zmieniła pozycję na brzegu łóżka.

Sedes. Gdyby chcieli mnie zabić od razu, nie wstawiliby sedesu.

Uśmiechnęła się. Cenne spostrzeżenie.

Nakazała sobie wszystko zmierzyć – wtedy każda rzecz, której dotknie, każdy dźwięk i zapach staną się bardziej rzeczywiste. Sedes – on był rzeczywisty. Stał sześć kroków od łóżka. Kiedy na nim siadała, łańcuch zaciskał się wokół jej szyi – czyli to jedna granica. Na razie nie sprawdzała, co jest w przeciwnym kierunku, ale musi to zrobić. Domyślała się, że łóżko stoi pośrodku pokoju. Jak kątomierz kreślarski, mogła się poruszać tylko w obrębie półkola.

Nasłuchiwała jakiegokolwiek dźwięku. Uniosła głowę jak zwierzę w lesie, które wychwyciło zapach albo hałas nakazujący głębokim instynktom być w pogotowiu. Wstrzymała oddech, by słyszeć wyraźnie.

Nic.

– Halo? – zawołała. Jej głos, choć stłumiony przez kaptur, niósł się dość daleko, żeby ktokolwiek, kto tu wejdzie, go usłyszał. – Jest tu ktoś?

Nic.

Wypuściła płytki oddech i wstała.

Jak przedtem, trzymała ręce wyciągnięte przed siebie. Tym razem jednak pamiętała, by liczyć kroki i pilnować, żeby były równe. Czterdzieści centymetrów, przypomniała sobie, by precyzyjniej wymierzyć odległość.

Przycisnęła dłonie do ściany i ruszyła w stronę sedesu. Jeden. Dwa. Trzy… sześć kroków, zanim dotknęła go kolanem. Schyliła się i przesunęła palcami po jego powierzchni. Zgodnie z jej oczekiwaniami, łańcuch zaczął się zaciskać. No dobrze, a teraz w bok.

Natychmiast chwyciło ją przerażenie. Dotyk ściany pod dłońmi dawał pewne poczucie bezpieczeństwa, pomagał zachować równowagę. Bez tego Jennifer czuła się jak w otchłani, ślepa, trzymająca się tylko na opasującym gardło łańcuchu. Zaczerpnęła tchu i zmusiła się, by odejść od swojej podpory i teraz już dobrze poznanego sedesu.

Nie próbowała przypisać żadnej wartości temu, co robi. Wiedziała tylko, że to z jakiegoś powodu ważne. Że to coś, co powinno się zrobić. A to, że skupiała się na odległościach, zapewniało jej poczucie, iż stara się sobie pomóc. Potem pewnie musi zrobić więcej. To jednak przynajmniej jakiś początek.

Piętro wyżej Michael i Linda leżeli nago na łóżku, wciąż spoceni po seksie, z ciałami rozpalonymi podnieceniem. Na narzucie przed nimi stał laptop i oboje z przejęciem wpatrywali się w ekran.

W ich pokoju było jedno podwójne łóżko zasłane poplamioną i wymiętą w miłosnym szale pościelą. Na podłodze walały się dwie solidne walizki i płócienne worki marynarskie z ubraniami. Pokój oświetlała nieosłonięta żarówka. Ogólnie pusto jak w klasztornej celi, pomijając jeden drewniany stół w kącie. Na blacie kolekcja broni – dwa magnum 357 i trzy pistolety półautomatyczne kaliber 9. Obok nich strzelba kaliber 12 i znajomy kształt AK-47. Wokół rozrzucone pudełka nabojów i zapasowe magazynki. Dość broni dla sześciu osób.

Komputer, najnowszy model Apple, był bezprzewodowo połączony z głównym studiem w przyległym pomieszczeniu.

– Puść sygnał ostrzegawczy – nakazała Linda. Nachyliła się bliżej ekranu, wbiła wzrok w obraz. Obserwowała, jak Jennifer niepewnie odsuwa się od ściany obok sedesu. – To naprawdę super – dodała z podziwem.

Teraz Michael nie patrzył na Jennifer. Podziwiał wypięte w łuk plecy Lindy. Przesunął palcem w górę jej kręgosłupa i wzdłuż ramion, odgarnął włosy, pocałował ją w kark.

– Nie zapomnij o klientach – mruknęła prawie jak kot.

– Kilka sekund mogą poczekać – odparł i powiódł językiem w stronę jej ucha.

Zachichotała i się uchyliła. Usiadła po turecku na łóżku. Wzięła komputer i teatralnie postawiła go sobie między nogami, zasłaniając łono. Lekko schyliła się nad laptopem, jej nagie piersi zwisły nad ekranem.

– No dobrze… – powiedziała z szerokim uśmiechem. – Może jeśli tak zrobię… bardziej się skupisz na pracy…

Michael skinął głową i się zaśmiał.

– A żebyś wiedziała…

Wcisnął sekwencję klawiszy – wysłał elektroniczny sygnał do wszystkich abonentów cobedziepotem.com. Ten sygnał – to mogła być dowolna piosenka albo dźwięk z udostępnionej listy – informował, że Numer 4 się obudziła. Wielu korzystało z dodatkowej usługi: powiadomienia przesłanego pod numer prywatnej komórki.

– Proszę. Już każdy wie. To co, zasłużyłem na nagrodę?

– Zaraz – odparła Linda. – Najpierw musimy zobaczyć, co zrobi.

Michael wykrzywił twarz, jakby miał się rozpłakać, i Linda znów się roześmiała.

– To nie potrwa długo – zapewniła.

Odwrócił się w stronę ekranu i przez chwilę obserwował Jennifer.

– Myślisz, że to znajdzie? – Nie wyjaśnił, o co chodziło, tylko wskazał na ekran laptopa.

– Położyłam to w takim miejscu, że może dosięgnąć, jeśli dojdzie do samego końca.

– To trochę zależy od tego, jak dobry z niej poszukiwacz – stwierdził Michael.

Linda skinęła głową.

– Nie znoszę, kiedy siedzą i nic nie robią – powiedziała. – Numer 3 ciągle mnie wkurzała…

Michael milczał. Dobrze pamiętał, jak bardzo Lindę drażniły niektóre zachowania Numeru 3, co doprowadziło do zaskakujących zmian formuły programu.

– Powinienem zrobić odjazd kamerą, żeby wszyscy mogli zobaczyć, że to tam jest.

Linda przytaknęła.

– Tylko powoli… bo nie zrozumieją. Położyłam to tak, że trzeba się dobrze przyjrzeć, żeby załapać, co to. Ale kiedy się zorientują, o co chodzi… – Nie musiała kończyć.

Michael przeciągnął się i westchnął.

– Lepiej pójdę do drugiego pokoju. Pokombinuję z kątami kamery.

Linda odłożyła laptop. Teraz to ona wyciągnęła rękę i przejechała paznokciami po piersi Michaela. Wychyliła się do przodu i pocałowała go w udo.

– Najpierw praca, potem zabawa.

– Jesteś nienasycona – odparł. – To mi się podoba.

Podniosła ręce nad głowę i prowokacyjnie wygięła się do tyłu. Nachylił się i ją pocałował.

– Kuszące – mruknął.

– Ale najpierw praca – przypomniała. Powoli złączyła nogi i się zaśmiała.

Zwlekli się z łóżka i poczłapali boso schodami na dół, jak dzieci w bożonarodzeniowy poranek. Salon, w którym Michael urządził główne studio – jak pozostałe pokoje w wynajętym domu

– był skąpo umeblowany. Najwięcej miejsca zajmował długi stół z trzema dużymi monitorami komputerowymi. Kable rozpełzały się na wszystkie strony, wiły się po drewnianej podłodze i znikały w wywierconych otworach. Michael ustawił tu też głośniki i kilka dżojstików, klawiatury i ograniczniki przepięć. Stół montażowy i stół mikserski. Krótko mówiąc, zgromadził cały nowoczesny sprzęt niezbędny do nadawania przez Internet. Zaraz za oknem tkwiła czasza przenośnej anteny. Ogólnie atmosfera jak w centrum dowodzenia albo na planie filmowym; dużo drogiego specjalistycznego sprzętu, wszystko sterowane z dwóch czarnych foteli Aeron przed głównym komputerem.

W pomieszczeniu było chłodno, więc Linda poszła do sieni po podbite sztucznym futrem parki, żeby mieli czym okryć nagość. Jedną włożyła na siebie, drugą zarzuciła pochylonemu nad monitorem Michaelowi na ramiona. Wyjrzała w ciemność za oknem. Nie widziała nic prócz czarnej pustki; między innymi dlatego wynajęli ten dom.

– Myślisz, że Numer 4 w ogóle wie, która godzina? – zagadnęła.

– Gdzie tam. – Po chwili namysłu dodał: – Pamiętaj, żeby jej nie pomagać. No wiesz, nie podawać rano śniadania, a wieczorem czegoś, co skojarzy z kolacją. Mieszaj kolejność posiłków… na przykład daj jej trzy razy z rzędu płatki, a potem hamburgery. Tak będzie zdezorientowana.

– Wiem, głuptasie.

Michael się uśmiechnął. Lubił rozmawiać z nią o sposobach manipulowania Numerem 4. To sprawiało mu największą frajdę. Linda też się tym podniecała i dzięki temu ich seks stawał się bardziej nieokiełznany, namiętny. Kiedy ten żar przygasał, to był znak, że pora kończyć.

Wziął dżojstik oznakowany kawałkiem białej taśmy z napisem „Kamera 3” i lekko nim poruszył. Ujęcie na jednym z monitorów zmieniło się – ukazywało przedmiot leżący obok łóżka, po drugiej stronie od sedesu. Michael pchnął dżojstik do przodu, żeby zrobić zbliżenie.

Linda siedziała obok, jej paznokcie szybko stukały w klawiaturę.

Na głównym monitorze – na nim widzieli to, co abonenci – pojawił się tekst pisany przez Lindę. Czerwone litery nałożyły się na obraz Jennifer, która chodziła po omacku, z wyciągniętymi rękami.

„Jest coś, co Numer 4 ma znaleźć…”

„Co to takiego?”

Kamera 3 na chwilę skierowała się na mały, bezkształtny przedmiot na cementowej podłodze. Leżał na skraju zasięgu łańcucha. Jennifer dzieliło od niego jeszcze półtora metra; żeby na to natrafić, musiała szukać na granicy dostępnego dla niej obszaru. Linda pisała dalej.

„Czy Numer 4 to znajdzie?”

Michael się zaśmiał.

– Nie przerywaj – szepnął.

„Czy to pomoże Numerowi 4?”

Linda zapamiętale uderzała w klawisze.

„A może zaszkodzi?”

– Teraz daj im wybór – podsunął Michael.

Kliknęła parę razy i na ekranie pojawiło się okienko.

„Znajdzie”. A obok kwadracik, aby zaznaczyć tę odpowiedź.

„Nie znajdzie”. I następny kwadracik. Potem jeszcze dwie opcje: „Pomoże” „Zaszkodzi”

Linda zerknęła w bok. Elektroniczny licznik na drugim monitorze pokazywał wyniki sondy.

– Wygląda na to, że co do pierwszego nie mają wątpliwości – oznajmiła, kiedy liczby w poszczególnych rubrykach rosły. – Ale są podzieleni, czy to jej pomoże, czy zaszkodzi. – Znów się uśmiechnęła. – Wiedziałam, że to dobry pomysł – stwierdziła. – Wszyscy się logują i fascynuje ich to jak diabli.

Michael koncentrował się na kamerach.

Patrzyli na centralny monitor. Jennifer powoli szła w stronę kamery. Ręce miała wyciągnięte do przodu, wyprostowane palce nie dotykały niczego oprócz powietrza. Jej postać powiększała się na ekranie. Dłonie dziewczyny wydawały się oddalone o centymetry, kiedy wreszcie się zatrzymała. Łańcuch nie dał jej pójść dalej. Czubki palców prawie sięgały głównej kamery.

– Padną z zachwytu… – szepnęła Linda.

Kamera studiowała ciało Jennifer; na chwilę zatrzymała się na jej małych piersiach i zjechała niżej, na krocze. Bielizna wyglądała, jakby była głównie po to, by kusić. Linda wyobrażała sobie, że widzowie z całego świata wyciągają ręce do Numeru 4, jak gdyby dało się jej dotknąć przez monitory. Michael intuicyjnie wiedział, że tak właśnie się dzieje, i wprawnie manewrował obiektywami, tworząc taniec obrazów. Taniec dostojny jak walc.

Jennifer cofnęła się i przesunęła trochę w lewo.

– Ach, ma szansę… – Linda zerknęła na liczniki, które błyskawicznie szły w górę. – Chyba to znajdzie.

Michael pokręcił głową.

– Nie. To leży na podłodze. Jeśli nie trąci tego palcem u nogi… Nie myśli w trzech wymiarach. Musi sprawdzać, co jest na górze i na dole, jeśli chce naprawdę poznać otoczenie.

– Podchodzisz do tego zbyt naukowo – obruszyła się Linda. – Znajdzie, zobaczysz.

– Zakład? Zaśmiała się.

– O co?

Michael na chwilę odwrócił się od monitora. Uśmiechnął się jak każdy kochanek.

– Ty zdecyduj – powiedział.

– Jak wygram, coś wymyślę. – Linda dotknęła jego dłoni na dżojstiku, pogładziła palce. To była swoista obietnica i Michael zadrżał z rozkoszy.

Potem znów przenieśli wzrok na ekran, żeby zobaczyć, czy Numerowi 4 się uda. Czy nie.

Jennifer liczyła w duchu każdy krok. Stąpała ostrożnie. Łóżko było za jej plecami, ale chciała dotrzeć do ściany, żeby przynajmniej poznać granice swojej przestrzeni. Każdy mały krok stawał się kolejną liczbą w jej głowie.

Trzymała ręce wysunięte przed siebie i lekko poruszała nimi na boki, ale dotykała tylko pustki.

Stale czuła ucisk na gardle i wyobrażała sobie, że jest trochę jak pies na uwięzi; nie zamierzała jednak zerwać się z łańcucha.

Doliczyła w myślach do osiemnastu, kiedy trąciła coś palcem u lewej nogi.

Nagle i niespodziewanie. Omal się nie przewróciła.

Przedmiot wydawał się miękki, pokryty futrem i żywy. Zatoczyła się do tyłu. Głowę wypełniły jej obrazy. Szczur!

Pragnęła uciec, ale nie mogła. Chciała wskoczyć z powrotem na łóżko, przekonana, że to zapewniłoby jej bezpieczeństwo. Ogarnął ją paniczny strach. Wyrzuciła ręce w bok, natrafiła na pustkę. Uprzytomniła sobie, że krzyknęła raz, może dwa razy, i że jej usta pod kapturem są szeroko otwarte.

Zapomniała o odliczaniu. Liczby wyleciały jej z głowy. Zrobiła krok i zupełnie straciła orientację. Nie wiedziała już, gdzie ściana, a gdzie łóżko. Ciemność pod kapturem wydawała się mroczniejsza, bardziej przytłaczająca, i Jennifer krzyknęła: „Idź sobie!”, najgłośniej, jak mogła.

Zdawało się, że jej głos rozbrzmiewa echem w pokoju, zaraz jednak zastąpił go łomot adrenaliny w uszach, donośny jak ryk wezbranej rzeki. Serce tłukło się w jej piersi, czuła, że cała drży. Dotknęła łańcucha – pomyślała, że powinna użyć go jak liny ratowniczej i wzdłuż niego, ręka za ręką, wrócić na łóżko, a tam jak najszybciej podnieść nogi z podłogi, żeby to coś, co tu z nią było, nie mogło się do niej dobrać.

Zaczęła to robić, ale znieruchomiała. Wytężyła słuch.

Nie wychwytywała odgłosu uciekających małych nóg.

Zaczerpnęła tchu. Kiedyś w ścianach jej domu żyła cała rodzina myszy. Matka i Scott sumiennie porozkładali wszędzie pułapki i trutkę, żeby się ich pozbyć. W tej chwili jednak Jennifer pamiętała przede wszystkim charakterystyczne skrobanie małych pazurów, które w środku nocy rozlegało się w murach.

Tu podobnego dźwięku nie było.

Druga myśl: to coś nie żyje, jest martwe.

Zamarła w bezruchu, znów nastawiła uszu.

Słyszała jednak tylko własny ciężki oddech.

Co to było?

Już nie myślała, że szczur, choć przecież siedziała uwięziona w piwnicy.

Przypomniała sobie uczucie, kiedy trąciła przedmiot palcem u nogi, i starała się coś na tej podstawie wywnioskować. Zobaczyć w wyobraźni kształt. Na próżno.

Następny głęboki wdech.

Wycofasz się, powiedziała sobie, to będziesz tkwiła na łóżku przerażona, bo się nie dowiesz, co się tam czai.

I tak źle, i tak niedobrze. Miała wybór: albo trwać w niepewności, albo dotknąć tego martwego czegoś i spróbować ustalić co to.

Drgnęła. Trzęsły jej się ręce. Po plecach przebiegały ciarki, było jej gorąco i zimno zarazem, pociła się, a mimo to marzła. Wróć tam. Przekonaj się.

W ustach jej zaschło jeszcze bardziej, jeśli to w ogóle możliwe. Od wyboru, wobec którego ją postawiono, kręciło jej się w głowie.

Nie jestem odważna. Jestem tylko dzieckiem, mówiła sobie.

Pomyślała jednak, że pod kapturem nie może już być dzieckiem.

– Dawaj, Jennifer – szepnęła do siebie. Totalny koszmar. Ale jeśli się nie przekona, co potrąciła, koszmar stanie się jeszcze gorszy.

Zrobiła jeden krok. Drugi. Nie wiedziała, jak daleko przedtem odskoczyła do tyłu. Teraz, zamiast mierzyć odległość, wystawiała lewą nogę naprzód i poruszała nią na boki jak baletnica albo pływaczka, która sprawdza temperaturę wody.

Bała się, co znajdzie, bała się, że to zniknęło. Zdecydowanie wolała, żeby to było coś martwego, a nie żywe stworzenie.

Nie potrafiła określić, po jakim czasie wreszcie wymacała tę rzecz. Może minęło kilka sekund. Może cała godzina. Nie wiedziała, jak szybko szła.

Kiedy jej palec u nogi dotknął przedmiotu, zwalczyła pokusę, żeby to odkopnąć.

Zebrała siły i zmusiła się, by klęknąć. Cement drapał jej kolana.

Wyciągnęła dłonie w stronę przedmiotu.

Pokryty futrem. Solidny. Nieożywiony.

Cofnęła dłonie. Cokolwiek to było, nie stanowiło bezpośredniego zagrożenia. Kusiło ją, żeby po prostu zostawić to na miejscu. Wtedy jednak odezwało się w niej coś innego, coś zaskakującego, i tym razem pozwoliła, żeby jej palce dłużej zatrzymały się na tym znalezisku.

To coś znajomego.

Objęła kształt dłońmi i przyciągnęła do siebie. Poruszył się w jej rękach. Jakby czytała alfabet Braille'a, przesunęła po miękkiej powierzchni palcami. Lekkie rozdarcie. Postrzępiony brzeg.

Już wiem.

Natychmiast rozpoznała co to.

Przycisnęła przedmiot do piersi.

– Pan Futrzak… – jęknęła cicho.

Jej miś.

Nie mogła się powstrzymać. Szlochała spazmatycznie i głaskała wytartą zabawkę – jedyną pamiątkę z dzieciństwa, którą zdecydowała się zabrać ze sobą, kiedy uciekła z domu.

Rozdział 15

Terri Collins powiedziała sobie, że musi zachować profesjonalizm. Przypomniała sobie, żeby trzymać się faktów, nie spekulacji.

Ale nie miała nic oprócz wątpliwości.

Po powrocie na komendę zaczęła od opisanej przez Adriana furgonetki. Postąpiła wbrew logice małomiasteczkowego policjanta, którą wykształciła w sobie przez lata, i Scott, typ człowieka, co w najbłahszych zdarzeniach upatruje wielkich rządowych spisków bądź demonicznych intryg, uznał, że to po prostu zbyt wygodne. Była zaskoczona, kiedy mejlem dostała odpowiedź od policji stanowej z Massachusetts, że tablice rejestracyjne zaczynające się od QE skradziono przed blisko trzema tygodniami z sedana na długoterminowym parkingu międzynarodowego lotniska imienia Logana.

Dlatego kiedy komputer zasygnalizował, że przyszła odpowiedź, i zobaczyła pojedynczą linijkę tekstu, wychyliła się do przodu, jakby tylko z bliska mogła rzetelnie ocenić wartość widniejącej przed nią informacji.

Kradzież zgłoszono z opóźnieniem, bo złodziej, nie bacząc na ryzyko, poświęcił czas, by przymocować do samochodu biznesmena inne tablice. Te z kolei zwędzono miesiąc wcześniej z oddalonego o sto pięćdziesiąt kilometrów centrum handlowego w zachodnim Massachusetts. Biznesmen pewnie nawet by nie zauważył, że podmieniono mu tablice rejestracyjne – jak często ogląda się rejestracje własnego samochodu? – gdyby policja nie zatrzymała go za jazdę pod wpływem alkoholu. Podwójna robota papierkowa – tablice skradzione w innej części stanu, odnalezione na pojeździe prowadzonym przez awanturującego się, aroganckiego pijaka, który nie dość, że nawymyślał policjantowi drogówki, to jeszcze nie potrafił wytłumaczyć, co się stało z jego własnymi tablicami rejestracyjnymi – stworzyła w wydziale komunikacji biurokratyczny węzeł gordyjski.

Gwizdnięto dwa komplety tablic rejestracyjnych. Ciekawe. Ktoś podejmował szczególne środki ostrożności.

– Cóż, to już coś – powiedziała.

Profesor źle zapamiętał liczbę i trzecią literę, pomyślała. „Quod Erat” się zgadzało, ale „Demonstrandum” już nie, choć stwierdziła, że to typowe dla naukowca z doktoratem z Ligi Bluszczowej i tak nieskazitelną reputacją, by po „QE” automatycznie oczekiwać „D”. Skutek uboczny wykształcenia.

Mimo to, zgodność dwóch liter i zgłoszona kradzież skłoniły ją, by poszerzyć zakres poszukiwań. Weszła do baz danych stanów Massachusetts, New Hampshire, Rhode Island i Vermontu, żeby sprawdzić, czy gdzieś ostatnio zginęła biała furgonetka. Jeśli ktoś zamieszany w to przypadkowe porwanie zadał sobie trud, by zdobyć dwa komplety tablic rejestracyjnych, to najprawdopodobniej poruszał się wyłącznie kradzionymi autami.

Zaginęły trzy auta: nowy van z parkingu salonu samochodowego w Bostonie, dwunastoletni rzęch z kempingu w New Hampshire i trzyletnia furgonetka, która odpowiadała opisowi Adriana, z wypożyczalni samochodów w centrum Providence.

Ten ostatni przypadek był ciekawy. Duży park samochodowy – dwadzieścia, może trzydzieści pojazdów, wszystkie o podobnym wyglądzie, zaparkowane w rzędach, w głębi parkingu w jakiejś podupadłej dzielnicy. Jeśli złodziej nie zostawił wyraźnych śladów – rozerwana siatka, łańcuch przecięty nożycami do metalu – mogły minąć dwadzieścia cztery godziny, zanim wypożyczalnia przeprowadziła inwentaryzację i zauważyła brak jednego wozu. A jeśli pracownicy byli mało kompetentni, mogło to potrwać nawet dłużej.

Żadnego z trzech pojazdów nie odnaleziono – nic zaskakującego. Wiele przestępstw wymagało jednorazowego skorzystania z kradzionej furgonetki: szybkie włamanie do sklepu elektronicznego, przewiezienie ładunku marihuany do Bostonu. Po zakończeniu roboty wóz zwykle porzucano.

Znów poszerzyła zakres poszukiwań.

Jedna informacja zwróciła jej uwagę. Straż pożarna z Devens w Massachusetts została wezwana do pożaru samochodu tej samej marki i modelu, co furgonetka skradziona w Providence, podpalonego za opuszczoną fabryką. Czekano na potwierdzenie, czy to poszukiwany wóz, bo podejrzany pojazd doszczętnie spłonął. Takich spraw policja zazwyczaj nie traktowała priorytetowo, minie więc sporo czasu, zanim rzeczoznawca firmy ubezpieczeniowej pojedzie na skład wraków nieopodal Devens. Tam odszuka wśród brudnych, zwęglonych szczątków jeden z wybitych numerów seryjnych, które przetrwały pożar, a potem porówna go z numerem zaginionego auta, żeby wypożyczalnia mogła dostać odszkodowanie.

Wszystko to dałoby się załatwić dużo szybciej – oczywiście – gdyby Terri skontaktowała się z policją stanową i poinformowała, że furgonetka została użyta do uprowadzenia nieletniej… O ile do uprowadzenia doszło.

Pewności jeszcze nie miała, ale już prawie skłonna była uwierzyć, że rzeczywiście dzieje się coś niezwykłego.

Wstała od biurka i podeszła do mapy ściennej. Przesunęła po niej palcem. Z Providence na ulicę, gdzie zniknęła Jennifer, a stamtąd do opuszczonej, zapomnianej części Devens. Trójkąt obejmował wiele kilometrów, liczne drogi przecinające tereny wiejskie. Gdyby ktoś chciał podróżować niezauważony, nie znalazłby bardziej odludnych tras.

Wróciła do komputera i wcisnęła kilka klawiszy. Chciała sprawdzić jeszcze jeden szczegół: datę wezwania straży do pożaru.

Wbiła wzrok w ekran. Czuła pustkę w żołądku, jakby dawno nic nie jadła, nie spała i przebiegła długą drogę.

Straż pożarna odebrała anonimowe zgłoszenie zaraz po północy – czyli już następnego dnia po zniknięciu Jennifer. Kiedy jednak dotarli na miejsce, z samochodu został tylko zwęglony wrak. Ktokolwiek podpalił auto, zrobił to dużo wcześniej.

Zaczęła liczyć w pamięci: przychodzi zgłoszenie. Dyspozytor uruchamia alarm w sypialniach członków ochotniczej straży pożarnej. Ci przyjeżdżają do remizy, wkładają kombinezony i ruszają do pożaru. Jak długo to wszystko trwało?

Terri zadała sobie w duchu serię szybkich pytań. Tak właśnie pracowała: obejrzeć każdy dowód z dwu perspektyw – swojej, jako detektywa, i anonimowego przestępcy. Ważne, by wczuć się w sposób myślenia przeciwnika, bo wtedy odpowiedzi przychodzą same. Spytała więc siebie: Czy ktoś wiedział, że straż przyjedzie z opóźnieniem? Czy dlatego spalił furgonetkę w tym konkretnym miejscu?

Możliwe. Gdybym chciała się pozbyć raz tylko użytego samochodu, nie wybrałabym miejsca, w które strażacy mogliby dotrzeć, zanim płomienie zrobią swoje…

Terri wyczytała w protokole zdarzenia, że zdaniem kapitana straży użyto „niezidentyfikowanych substancji przyspieszających spalanie”.

W furgonetce nie zachowały się żadne włosy, odciski palców, włókna ani ślady DNA, pomyślała.

Wstała od komputera i przeszła przez ciasne biuro do wysłużonego, poplamionego ekspresu, nieodzownego każdemu detektywowi policyjnemu. Nalała sobie czarnej kawy i przełknęła gorzki łyk. Zwykle dodawała dwie kostki cukru i pokaźną porcję śmietanki, ale dziś nie miała ochoty na słodycz.

Wróciła za biurko. Jej torba wisiała na oparciu krzesła. Sięgnęła do niej i wyjęła mały skórzany futerał. W środku, w plastikowych kieszonkach, trzymała kilka zdjęć dwójki dzieci. Obejrzała wszystkie po kolei, wspominając okoliczności, w jakich zostały zrobione. To było na urodzinach. To, kiedy pojechaliśmy pod namiot do Acadii. To dwa lata temu, kiedy spadł pierwszy śnieg.

Czasem pomagało, kiedy przypominała sobie, dlaczego pracuje w policji.

Wzięła zdjęcie z policyjnej ulotki informującej o zaginięciu Jennifer. Wiedziała, że błędem jest tworzenie emocjonalnych powiązań. Każdy, kto chce zajść wysoko w policji, szybko się uczy, że dom to dom, a praca to praca, i że kiedy te dwie strefy kolidują ze sobą, nie przynosi to niczego dobrego, bo nie można podejmować decyzji na chłodno, ze spokojem.

Spojrzała na fotografię Jennifer. Pamiętała rozmowę z nastolatką po jej drugiej próbie ucieczki z domu. Na nic się zdała, bo dziewczyna, przy wszystkich swoich problemach, była bystra, zdeterminowana i przede wszystkim twarda. Zahartowało ją dorastanie w mieście ludzi pretensjonalnych, ekscentrycznych i afektowanych.

I nie chodziło tu o sztuczną, śmiechu wartą hardość rozkapryszonej nastolatki, w stylu „zrobię sobie tatuaż i jestem super, bo nawrzucałam facetce od anglika i palę fajki za plecami rodziców”. Teraz pomyślała, że sama też taka była w tym wieku. I że postępowaniem Jennifer przynajmniej w części powodowały te same emocje, które jej samej ocaliły życie, kiedy uciekła od znęcającego się nad nią mężczyzny. Jakby widziała w tej młodej dziewczynie siebie.

Westchnęła głęboko. Powinnaś natychmiast zostawić tę sprawę, powiedziała sobie. Oddaj ją innemu glinie i trzymaj się z dala. Nie patrzysz obiektywnie.

To było jednocześnie słuszne i nie. Nie wiedzieć czemu, nabrała przekonania, że jest odpowiedzialna za Jennifer.

Po prostu tak czuła i za nic w świecie nie mogła oddać tej sprawy komuś innemu i o niej zapomnieć.

Pełna sprzecznych myśli na temat tego, jak postąpić, szybko napisała do szefa mejl. Kopię zamierzała przesłać kierownikowi zmiany. „Trwa badanie dowodów wskazujących, że nie mamy do czynienia z typową ucieczką z domu. Konieczne jest dalsze dochodzenie. Możliwe, że dziewczyna została uprowadzona. Prześlę szczegóły, jak zbiorę więcej informacji. Ocena sytuacji później”.

Podpisała się i już miała wysłać wiadomość, ale się rozmyśliła. Nie chciała niepokoić komendanta, przynajmniej na razie. Bała się też, że sprawa wycieknie do lokalnych mediów; wtedy ani by się obejrzała, a już przed komendą stawiłaby się telewizja, prasa i fanatycy blogów poświęconych przestępczości. Wszyscy będą domagać się wywiadów, aktualnych informacji i praktycznie uniemożliwiać policji robienie czegokolwiek użytecznego – z uratowaniem Jennifer włącznie.

O ile w ogóle istnieje na to szansa.

Zamarła. Pomyślała o kartonach mleka ze zdjęciami zaginionych, stronach internetowych typu Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, materiałach telewizyjnych, nagłówkach w prasie i stwierdziła: to nic nie pomaga.

Odetchnęła głęboko. Zwykle nie pomaga. Ale czasem… Ucięła te rozważania. Nie ma co gdybać, dopóki nie wiadomo na pewno, z czym mamy do czynienia.

Skasowała w mejlu zdanie: „Możliwe, że dziewczyna została uprowadzona”.

Musiała znaleźć coś konkretnego, bo szef od razu zapyta: „Na jakiej podstawie tak sądzisz?”

Zostało jeszcze dużo roboty komputerowej. Należy sprawdzić te nieliczne znane szczegóły pod kątem podobieństw z innymi przestępstwami. Przyjrzeć się wszystkim notowanym przestępcom seksualnym w obrębie wyznaczonego trójkąta i poszukać meldunków o zboczeńcach grasujących w okolicy. Czy zdarzyły się jakieś fałszywe alarmy? Czy jacyś rodzice złożyli doniesienie o takim czy innym podejrzanym typie krążącym po okolicy? Terri zdawała sobie sprawę, że czeka ją nawał pracy, którą trzeba wykonać szybko i sprawnie.

Bo jeśli Jennifer porwano, czas uciekał. O ile w ogóle jest jeszcze czas. Może po prostu doszło do gwałtu, a potem do morderstwa. Zwykle tak to się odbywa. Porwana, wykorzystana i w końcu martwa.

Próbowała odepchnąć tę wizję.

Zawahała się. Przecież w furgonetce było dwoje ludzi. Tak twierdził ten starzec.

Nie widziała w tym sensu. Drapieżcy działają sami, usiłują osnuć swoje żądze ciemnością i mgłą.

Poruszyła się niespokojnie na krześle. Może w Europie Wschodniej albo Ameryce Łacińskiej zdarzają się porwania na zlecenie handlarzy ludźmi, ale nie w Stanach Zjednoczonych, a już na pewno nie w miasteczkach uniwersyteckich w Nowej Anglii.

Czyli co zostaje?

Nie wiedziała.

Pomyślała o Mary Riggins i Scotcie Weście – uznała, że jej nie pomogą. Scott tylko skomplikowałby sytuację swoimi żądaniami i opiniami bardziej, niż już to zrobił. Mary wpadłaby w jeszcze większą panikę na dźwięk słów „przestępca seksualny”.

Pozostawała więc tylko jedna osoba.

Nie wiedziała, co z Adrianem Thomasem jest nie tak. Trochę przypominał pełgający płomyk. Wydał jej się rozkojarzony, dziwnie zagubiony, jakby nie bardzo wiedział, gdzie jest i co właściwie jej opowiada – jakby przebywał gdzie indziej, w równoległym wszechświecie. Coś z nim jest nie w porządku, na pewno. Może to ze starości. Może taki sam los czeka nas wszystkich.

Szlachetna myśl, w którą tak naprawdę sama nie wierzyła. Cóż, kiedy logicznie rzecz biorąc, w tej chwili tak naprawdę tylko do niego mogła się zwrócić.

Rozdział 16

Naprawdę straszni ludzie, pomyślał.

Oczywiście słowo „straszni” w najmniejszym stopniu nie oddaje tego, co zrobili. Jest zbyt sterylne.

Adrian wpatrywał się w zdjęcia Myry Hindley i Iana Brady'ego na obwolucie Encyklopedii współczesnych morderców, pożyczonej od znajomego profesora psychopatologii. Był zafascynowany i przerażony jednocześnie. Książka zawierała tyle makabrycznych szczegółów, podanych w tak stężonej, przytłaczającej dawce, że stawały się błahe, niemal zwyczajne. „Tę osobę zamordowano siekierą. Krzyki tej ofiary nagrano. Robili pornograficzne zdjęcia. To dziecko wrzucono do płytkiego grobu na wrzosowisku”. Czytanie dziennikarskich opisów przypominało przechadzkę po polu bitwy. Widzisz jednego trupa – to okropne i poruszające, ciężko oderwać wzrok. Widzisz sto – przestaje to cokolwiek znaczyć.

Strony zaszeleściły jak suche liście niesione jesiennym wiatrem, kiedy Adrian otworzył encyklopedię na haśle Morderstwa na wrzosowiskach.

Jak każdy dobry naukowiec, zanurzył się w interesującym go temacie. Starał się dowiedzieć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Nauczyciele z biegiem lat uczą się przyswajać kontrowersyjny, nawet odrażający materiał w taki sposób, by potem móc go w stosownie przetworzonej formie przedstawić uczniom. Cieszył się, że umiejętność szybkiego zdobywania wiedzy jeszcze go nie opuściła, w odróżnieniu od tak wielu innych intelektualnych sprawności.

Adrian większą część nocy i poranka spędził w otoczeniu książek i w Internecie. Teraz już mógłby inteligentnie mówić o osobliwych więziach między przestępcami działającymi w parach. Do czego może zmusić człowieka miłość? – pytał sam siebie. Do rzeczy szlachetnych? Czy potwornych?

Jednocześnie miał nadzieję, że nikt nie przyjdzie i nie spyta go, ile to jest sześć plus dziewięć albo jaki dziś dzień tygodnia, tydzień miesiąca, miesiąc, a nawet rok – bo nie sądził, że zdołałby na to poprawnie odpowiedzieć, nawet przy niewidzialnym i subtelnym wsparciu bliskich zmarłych. Duchy są pomocne – ale w ograniczonym stopniu, stwierdził. Wciąż nie miał pewności, na ile użyteczne są ich podszepty.

Rozsądek mówił mu, że każda halucynacja bierze się ze wspomnień, z doświadczenia, z przypuszczeń, co Cassie, Brian czy ktokolwiek inny mógł kiedyś powiedzieć albo co mógłby powiedzieć teraz, gdyby żył. Rozumiał, że wszystkie te wizje, z pozoru rzeczywiste, to skutek zderzeń, krótkich spięć i pozrywanych połączeń między związkami chemicznymi w jego rozregulowanych płatach czołowych – ale mimo to pomagały, a o nic więcej nie prosił.

Głos wyrwał go z zadumy.

– I co tam piszą?

Adrian spojrzał na drugi koniec gabinetu – w drzwiach stała Cassie. Blada, stara, zrezygnowana. W oczach miała smutek, który pamiętał z przepełnionych rozpaczą dni poprzedzających wypadek. Seksowna, smukła i uwodzicielska Cassie z ich pierwszych wspólnych lat zniknęła bez śladu. Jej miejsce zajęła zmęczona, chora kobieta, która rozpaczliwie pragnęła śmierci. Widząc ją w takim stanie, Adrian wstrzymał oddech i wyciągnął do niej ręce; chciał ją pocieszyć, choć przecież w tych ostatnich wspólnych miesiącach nigdy mu się to nie udało.

Czuł w oczach łzy, pominął więc jej pytanie i usiłował powiedzieć coś, co – jak sądził – powinien jej powiedzieć przed śmiercią. A może powiedział to setki razy, tylko nie dość dobitnie.

– Cassie – zaczął powoli. – Tak mi przykro. Ani ty, ani ja, ani w ogóle nikt nie zdołałby temu zapobiec. Robił dokładnie to, co chciał…

Zbyła tę wymówkę machnięciem ręki.

– Nie chcę tego słuchać – odparowała ostro. – Tego kłamstwa, że nie mogliśmy nic poradzić. Można było porozmawiać albo coś zrobić. Tommy zawsze cię słuchał.

Adrian zamknął oczy. Wiedział, że jeśli je otworzy, automatycznie zwrócą się w kąt biurka, gdzie stoi zdjęcie: jego syn Tommy w birecie i todze w słoneczny dzień zakończenia studiów; w tle ściany oplecione bluszczem. Obraz pełen nadziei i optymizmu.

Głos Cassie przeciął początek bolesnych wspomnień. Powoli odemknął powieki i spojrzał na nią. Uparta i stanowcza – jak zawsze, kiedy czuła, że ma rację. Rzadko brał jej to za złe. Uważał to za przywilej artystki. Jeśli wiesz, gdzie umieścić tę pierwszą, decydującą smugę koloru na czystym białym płótnie – coś, na co sam raczej nigdy by się nie odważył – to wolno ci wyrażać opinie, jakkolwiek drastycznie sformułowane.

– Wszystkie te książki, strony internetowe… czego się z nich dowiedziałeś? – spytała znowu.

Poprawił okulary do czytania opuszczone na koniec nosa. Aktorski gest profesora uniwersyteckiego.

– Że razem zabili pięciu ludzi. – Zawahał się. – Pięciu ludzi, których lokalna policja zdołała zidentyfikować. Ofiar mogło być więcej. Niektórzy kryminolodzy sądzą, że nawet osiem. Brytyjskie gazety… to było w latach 1963-64… nazwały to „końcem niewinności”.

– Ludzi?

Adrian pokiwał głową.

– Tak, racja. Trzeba być precyzyjnym. Dzieci. W wieku od dwunastu do szesnastu-siedemnastu lat.

– Czyli rówieśnicy Jennifer.

– Mhm. Ale sądzę, że to zbieg okoliczności.

– O ile pamiętam, jako nauczyciel nie znosiłeś zbiegów okoliczności i twierdziłeś, że tak naprawdę nie istnieją. Psychologowie lubią wyjaśnienia, nie przypadki.

– Może freudyści…

– Adrian, proszę cię.

– Przepraszam, Cassie. To miał być żart.

Uśmiechnął się blado do nieżyjącej żony. Stała w drzwiach jak zwykle, kiedy nie chciała mu przerywać pracy, ale koniecznie musiała o coś spytać. Tkwiła niepewnie między jednym pomieszczeniem a drugim, jakby pytanie mniej mu przeszkodziło, jeśli zada je z pewnego oddalenia.

– Nie wejdziesz? – Wskazał ręką na krzesło.

Cassie zaprzeczyła ruchem głowy.

– Czeka mnie za dużo roboty.

Pewnie zrobił lekko zasmuconą minę, bo jej ton złagodniał.

– Audie, wiesz, że czasu jest mało. I dla ciebie, i dla Jennifer.

– Tak – zgodził się. – Wiem. Tylko że…

– Tylko że co?

– Chodzi o to, jak przekuć wiedzę w działanie. Ci dwoje, mordercy z wrzosowisk, Brady i Hindley, wpadli, kiedy postanowili wciągnąć do swojej chorej spółki trzecią osobę i facet, którego zwerbowali, zadzwonił na policję. Tak długo, jak byli we dwójkę, dawali oparcie sobie nawzajem, nic im nie groziło. Dopiero kiedy zachciało im się zaimponować komuś innemu, kto okazał się trochę mniej skory do zabijania od nich… zostali złapani.

– Mów dalej… – Cassie uśmiechnęła się delikatnie, jej kąciki ust niemal niezauważalnie poszły w górę.

Tak zawsze było w ich związku. Artystka w niej nie pozwalała mu bujać w obłokach akademickich rozważań; znajdowała praktyczne zastosowanie dla wszystkich jego prac laboratoryjnych. Wezbrała w nim namiętność. Dlaczego nie miałby kochać kobiety, która nadawała jego wyobrażeniom wagę? Zalały go uczucia i jak podczas wielu rozmów przy kolacji, w ogródku, zimą przy kominku, zaczął się rozkręcać.

– Psychodynamika par morderców jest zagadką. Niewątpliwie ogromną rolę gra seks. Jednak więź wydaje się dużo głębsza. To właśnie próbuję zrozumieć. Każdy związek to taki polityczny mechanizm kontroli i równowagi; wszystko jest jawne, omawiane, analizowane i tak dalej. Przynajmniej z pozoru. Oprócz tego jednak, Cassie, istnieje swoisty mechanizm motywacyjny.

Polega to na tym, że mężczyzna nie robiłby tego, co robi, gdyby nie było przy nim kobiety, która nadaje jego działaniom dodatkowy, przerażający wymiar. To coś więcej niż przyzwolenie; to zejście w głąb mroku.

Cassie prychnęła, ale wciąż się uśmiechała. Nie ruszając się z progu, wskazała na książki.

– Nie teoretyzuj, Adrian – powiedziała. Znów nie mógł powstrzymać uśmiechu. Jej ton głosu niósł się echem przez wszystkie lata, które spędzili razem. – To nie badania naukowe. Nie piszesz pracy, nie szykujesz się do wykładu. Gra idzie o życie dziewczynki.

– Kiedy muszę zrozumieć…

– Tak. Ale tylko po to, żeby móc działać – przerwała mu Cassie.

Przytaknął i zaprosił ją gestem.

– Wejdź – szepnął. – Dotrzymaj mi towarzystwa. Te rzeczy… – machnął ręką nad encyklopedią -…przerażają mnie.

– I słusznie. – Została w drzwiach.

– Ta sprawa… to wydarzyło się w latach sześćdziesiątych…

– No i? Co się zmieniło?

Nie odpowiedział. Pomyślał tylko: Nie jesteśmy tak naiwni jak wtedy.

Cassie musiała to usłyszeć albo wyczuć, bo szybko wtrąciła:

– Nie. Ludzie się nie zmienili. Tylko metody.

Adrian czuł się wykończony, jakby im więcej dowiadywał się o tej serii zabójstw, tym bardziej tracił siły.

– Jak zmienić wiedzę jednego rodzaju, tę książkową, w wiedzę, która pozwoli odnaleźć Jennifer? – spytał.

Cassie się uśmiechnęła. Jej twarz złagodniała.

– Wiesz, kogo powinieneś o to spytać – odparła.

Adrian zakołysał się lekko na krześle. Tak, chodziło jej o Briana. Pytanie tylko, jak przywoływać jedną z tych halucynacji, kiedy potrzebuje kogoś, kto wskazałby mu właściwą drogę.

Zerknął na materiały dotyczące morderstw i nagle odsunął je na bok, niedaleko, tylko o kilkanaście centymetrów, jak gdyby nie chciał się czymś od nich zarazić. Odwrócił się w stronę szafy z książkami i sięgnął za teksty i podręczniki, na jeden z regałów z poezją. W każdej z licznych pękających w szwach biblioteczek w małym domu była co najmniej jedna półka poświęcona tomom wierszy, bo nie mógł przewidzieć, kiedy przyda mu się zastrzyk erudycji.

Przebiegł palcami po grzbietach książek. Nie wiedział, czego szuka, ale czuł ogromną potrzebę, by znaleźć odpowiedni wiersz. Coś, co pasuje do jego nastroju i sytuacji.

Jego dłoń zatrzymała się na antologii wierszy poetów wojennych. Skazanych na zgubę młodych ludzi walczących w okopach I wojny światowej. Wyjął ją i otworzył na chybił trafił. Zobaczył Dulce et Decorum Est Wilfreda Owena. Przeczytał: „…szli skrwawieni…”

Tak, to o mnie, pomyślał

Przeczytał strofy trzy razy, zamknął oczy i wziął głęboki wdech.

Najpierw poczuł zapach.

Gęsty, ciemny olej, smak rdzy na języku, dym i niewiarygodny żar, jakby cały świat gotował się na silnym ogniu i zbliżał do wrzenia. Zakasłał gwałtownie. Pod powiekami czuł smród – duszący, ohydny. Mało się nim nie udławił. Nakazał sobie się ocknąć, jakby to wszystko było snem, ale wtedy szarpnęło nim najpierw do przodu, potem do tyłu, i nagle rozległ się zgrzytliwy dźwięk – przebijał się przez ni to rzężenie, ni to ryk pracującego silnika. Adrianem miotało jak rozbitkiem na wzburzonym morzu. Wyciągnął rękę do góry, żeby się czegoś przytrzymać, kiedy nad uchem usłyszał głos, tak znajomy, że byłby mu wręcz muzyką, gdyby nie smród, potężny hałas i gwałtowne wstrząsy.

– Trzymaj się, tato, będzie dużo gorzej.

Adrian poderwał powieki.

Nie siedział już za biurkiem, otoczony książkami i publikacjami, poezją i zdjęciami, z głową pełną wspomnień.

Telepał się na ciasnym tylnym siedzeniu humvee.

Coś huknęło i silnik przyspieszył. Adrian odwrócił się do człowieka, który siedział ściśnięty obok niego.

– Tommy! – Musiał krzyknąć ze zdziwienia, bo syn zaśmiał się głośno i w tej samej chwili jedną dłonią chwycił poręcz w suficie, a drugą próbował przytrzymać kamerę.

Czarny hełm z kevlaru zsunął się chłopakowi prawie na oczy. Granatową kamizelkę kuloodporną miał podciągniętą po szyję. Wygląda młodo, pomyślał Adrian. Wygląda pięknie.

– Musimy się streszczać, tato, zbliżamy się do miejsca, w którym umrę.

Kierowca – młody marine w mundurze polowym i ciemnych okularach przeciwsłonecznych – rzucił przez ramię kilka gorzkich słów.

– Pieprzona mina pułapka zagrzebana w piachu. Takiej nie da się zauważyć. Zero szans. Przesrane jak w Falludży.

To chyba był żart, bo niektórzy zaśmiali się nerwowo.

Adrian spojrzał na pozostałych marines stłoczonych na tylnym siedzeniu pojazdu. Patrzyli przez okna na surową piaszczystą okolicę, z bronią w pogotowiu, ale wszyscy pokiwali głowami na znak zgody.

– Od razu widać, że miejsce w sam raz na zasadzkę… – stwierdził jeden.

Adrian nie mógł dostrzec jego twarzy, ale w ostrym głosie brzmiało poczucie rezygnacji, jakby żołnierz wiedział, że nikt nie może zapobiec temu, co się stanie. Strzelec obsługujący ciężki karabin na dachu schylił się i ze śmiechem zajrzał do kabiny. Gogle pokryte piachem, zęby brudne od kurzu. Miał nie więcej niż dwadzieścia jeden lat.

– W ogóle nie powinniśmy jechać na tę akcję! – krzyknął przez ryk silnika i wiatru wpadającego przez otwarte okna. – Od początku było jasne, że to się źle skończy.

Siedzący obok kierowcy czarny porucznik o twardych oczach odłożył radiotelefon i odwrócił się do stłoczonego za nim oddziału.

– Gęby na kłódkę! – zakomenderował ostro. – Wiecie, nie wszyscy zginiemy. Ty, Masters i ty, Mitchell, wyjdziecie z tego z paroma zadrapaniami i rozbitym nosem. Co do ciebie, Simms, pewnie, szkoda twoich nóg, ale przynajmniej przeżyjesz i samolot zabierze cię do domu. A nasi rozwalą całą kupę brudasów, kiedy wezwę wsparcie lotnicze, zanim mnie załatwią, więc dość narzekania.

Porucznik nagle się rozchmurzył i z szerokim uśmiechem wskazał na Tommy'ego.

– A dzięki temu reporterzynie będziecie sławni. No nie tak, Tommy?

Chłopak się uśmiechnął.

– To się rozumie.

Jeden z marines przechylił się w bok i klepnął Tommy'ego w udo.

– Zrobi z nas zasrane gwiazdy Internetu! – Zaśmiał się i spojrzał w celownik swojej broni.

Adrianem rzuciło w bok, kiedy pojazd przyspieszył i podskoczył na kawałkach gruzu. Mignęły mu domy z gliny i cegły, osmalone ściany podziurawione pociskami z broni ciężkiej. Pobocze zasłane było poszatkowanymi palmami. Przy drodze stały spalone samochody. Powykrzywiany, dymiący wrak, w którym trudno było rozpoznać czołg, tkwił do połowy w rowie. Z włazu zwisały częściowo wysunięte, zwęglone zwłoki. Adrian usłyszał, jak ktoś mruknął: „Nie zadzieraj z lotnikami…”, kiedy przejeżdżali obok.

Tommy wychylił się do przodu. Dużą kamerę Sony wzniósł jak broń i usiłował filmować nad ramieniem kierowcy, gdy wóz pędził w stronę skupiska nędznych, niskich budynków. Wszędzie pełno kurzu i dymu, smród utrzymywał się w nozdrzach Adriana.

– No, strasznie cuchnie! – zawołał Tommy, wciąż filmując. – Ale człowiek się przyzwyczaja. Poza tym to tylko kordyt z wybuchów, może trochę płonącej ropy. Poczekaj, aż poczujesz smród trupów, które przeleżały kilka dni w upale. – Opuścił kamerę. – Wiesz, zdobyłem nagrodę. Nagram wszystko, wybuch i potem całą walkę. Nawet kiedy dostałem, trzymałem palec na wyzwalaczu, żeby kamera kręciła dalej. Zanim wrzucili ten materiał do Internetu… słyszałeś, że miał prawie trzy miliony odsłon?… prezenter wieczornych wiadomości wezwał wszystkich do siebie i palnął podniosłą mowę. Taką o roli korespondenta wojennego, o Franku Caprze i Erniem Pyle'u, o potrzebie docierania do prawdy. Opowiadał o reporterach w Wietnamie… wujek Brian pewnie część z nich znał… szli na pole bitwy tylko z nikonem na szyi albo notesem w dłoni, nawet bez kamizelki kuloodpornej. Mówił o tradycji i poświęceniu, w jego ustach brzmiało to wręcz tak, jakby zawód reportera był wyższym powołaniem jak posługa kapłańska. Jednak ty i ja, tato, wiemy, że tak naprawdę przyjechałem tutaj, bo kochałem robić zdjęcia i kochałem emocje, a nic tak nie pozwala łączyć jednego z drugim jak towarzyszenie oddziałowi twardzieli z marines, nawet jeśli przypłacasz to życiem.

– Zgadza się. Niezłe z nas twardziele! – potwierdził strzelec, przekrzykując huk wiatru.

– Tommy… – Głos uwiązł Adrianowi w gardle.

– Nie, tato, musisz mnie wysłuchać, bo teraz wszystko potoczy się szybko. Spróbuję jeszcze pogadać z tobą później, kiedy nie będzie takiego zamieszania. Ale muszę ci coś powiedzieć…

– Tommy, proszę…

– Nie, tato, słuchaj…

Humvee przyspieszył. Marine za kierownicą wydał cichy okrzyk bojowy.

– Zaraz się zacznie – rzucił. – Trzymać się kutasów, podciągnąć gacie i szykować się.

Adrian nie rozumiał, jak można przed faktem mówić o własnej śmierci, choć wiedział, że przecież ci ludzie tak naprawdę zginęli sześć lat wcześniej. Mocno przylgnął do ściany humvee, który wjechał w chmurę piaskowego kurzu. Obok słyszał spokojny, pewny głos Tommy'ego.

– Wróć do tego, co zobaczyłeś, kiedy czytałeś encyklopedię. Jest tam wszystko, czego potrzebujesz. Musisz tylko pomyśleć bardziej nowocześnie.

– Ale, Tommy… – zaczął Adrian, syn jednak gwałtownie odwrócił się do niego. Na jego twarzy był niepokój.

– Tato! Pomyśl o tym, dlaczego tu przyjechałem…

– Byłeś reżyserem filmów dokumentalnych. Dostałeś zgodę na to, żeby towarzyszyć marines. Pamiętam, jak się cieszyłeś…

– Nie rób z tego takiej wielkiej sprawy.

– Tommy, brak mi ciebie. A twoja matka już nigdy potem nie doszła do siebie… To ją zabiło.

– Wiem, tato, wiem. Utrata dziecka wszystko zmienia. Dlatego Jennifer jest tak cholernie ważna.

– Ale ja umieram, Tommy. I…

Jeden z marines, czuwający przy karabinie maszynowym wystawionym przez okno, odwrócił się.

– Hej, dziadek! Każdy umiera od urodzenia. Weź się w garść! Słuchaj Tommy'ego. Dobrze gada.

Pozostali mruknęli z aprobatą. Siedzieli zgarbieni nad bronią.

– Jennifer, tato. Skup się na Jennifer. Ja odszedłem. Mama odeszła. Wujek Brian odszedł. Inni też. Przyjaciele. Krewni. Psy… – Zaśmiał się, choć Adrian nie widział w tym nic śmiesznego. – Wszyscy odeszliśmy. Ale Jennifer nie. Jeszcze nie. Wiesz to. Czujesz to. W całej tej wiedzy, w tych wykładach, jest coś, co ci mówi, że ona nie odeszła. Jeszcze nie.

– Kurde, zaczyna się… – ryknął nagle kierowca.

Tommy złapał ojca za kolano. Adrian czuł nacisk jego dłoni. Rozpaczliwie pragnął objąć syna, znaleźć sposób, żeby osłonić go przed tym, co się zaraz stanie. Wyciągnął do niego dłonie, ale z jakiegoś powodu – nie potrafił zrozumieć dlaczego – nie mógł go dosięgnąć. Jego ręce bezradnie machały w powietrzu.

– Najważniejsze jest to, co widzisz, tato. I możliwość pokazania tego, co robisz. To właśnie sprawia największą frajdę. A kiedy dzielisz się tym z całym światem, daje ci to moc, siłę. Sprawia, że stajesz się twardy. Z tego rodzi się pasja. Przypomnij sobie, co czytałeś o tej angielskiej parze sprzed pięćdziesięciu lat. Zdjęcia. Taśmy. Pomyśl, po co to robili? No, tato, to twoja działka. Powinieneś to wiedzieć…

– Ale, Tommy…

– Nie, tato, nie ma czasu. Zaraz się zacznie. Nie pamiętasz, jak raz ci mówiłem, dlaczego chcę filmować świat? Bo to najczystsza prawda. Kiedy kręciłem ujęcia, nikt nie mógł mi zarzucić, że są nieprawdziwe czy niezgodne z rzeczywistością. Dlatego wszyscy to robiliśmy. Dzięki temu czuliśmy się ważniejsi. Obiektyw nie kłamie, tato. Przemyśl to. Jezu! Zaczyna się!

Adrian chciał odpowiedzieć, ale eksplozja rozdarła powietrze. Humvee uniósł się, jakby nic już nie łączyło go z ziemią ani światem. Wnętrze wozu natychmiast wypełniło się dymem i płomieniami, siła wybuchu odrzuciła Adriana do tyłu. Myślał, że stracił przytomność, bo spowiła go ciemność. Zapachy, smaki wydawały się silniejsze, w uszach rozbrzmiewało przenikliwe dzwonienie. Kręciło mu się w głowie. Miał wrażenie, że ugrzązł w piachu i pyle. Próbował rozejrzeć się za Tommym, ale wypatrzył tylko dziwne powykrzywiane kształty – przed kilkoma sekundami marines, teraz poskręcane ciała, rozerwane na strzępy i zmiażdżone wskutek wybuchu bomby ukrytej na drodze.

I wtedy, jakby ktoś jakimś cudem przewinął film do przodu, znalazł się na zewnątrz. Bîadoniebieskie niebo w górze, nieznośny upał, hałas i coś, co w pierwszej chwili wziął za rój owadów, a co tak naprawdę, zorientował się, było ogniem z broni lekkiej. U jego stóp marine z urwaną nogą krzyczał i czołgał się w stronę niskiego wału ziemnego. Adrian obrócił się szybko, wciąż wypatrując syna, i zobaczył, jak porucznik marines rozmawia przez radiotelefon. Facet głośno krzyczał, ale Adrian nie mógł dosłyszeć jego słów. Hałas narastał, zagrzmiały ciężkie karabiny z pozostałych humvee w kolumnie. Adrian zatkał uszy i zawołał: „Tommy! Tommy!”

Odwracając się, zauważył syna. Krew lała się obficie z uszu Tommy'ego. Ciągnął za sobą bezwładną nogę. I nadal filmował – tak jak mówili. Trzymał kamerę na ramieniu i nagrywał przebieg potyczki. Adrian zorientował się, że ma otwarte usta i próbuje krzyknąć imię syna, jednak z gardła nie wychodził żaden dźwięk. Widział, jak Tommy kieruje obiektyw w stronę porucznika marines, ten leżał w kałuży krwi zmieszanej z kurzem. Wtedy Adrian usłyszał wycie nadciągających myśliwców. Podniósł oczy i zobaczył charakterystyczne sylwetki dwóch warthogów. Nadlatywały na niskim pułapie od strony słońca. Wyglądały jak czarne plamy nad horyzontem. Wokół świszczały kule i wybuchały pociski, ale wszystko działo się jakoś wolno, niemal flegmatycznie. Znów spojrzał w miejsce, gdzie przedtem widział Tommy'ego, i próbował krzyknąć: „Kryj się!” Ale Tommy był na otwartym terenie. Adrian usiłował pobiec do niego; przeszło mu przez myśl, żeby nakryć syna własnym ciałem, osłonić go przed tym, co się dzieje, ale jego nogi nie chciały się ruszyć.

– Tommy – wyszeptał. Widział małe kwiaty kurzu pędzące w kierunku syna. Wiedział, że to kule z karabinu maszynowego. Ktoś strzelał z oddalonej o pięćdziesiąt metrów chaty stojącej pod torem lotu warthogów. Gdyby tylko bombowce przyleciały trochę szybciej, pomyślał Adrian. Gdyby otworzyły ogień sekundę-dwie wcześniej. Gdyby…

Linia kul nieubłaganie posuwała się w stronę jego syna. Adrian patrzył, jak Tommy filmuje własną śmierć. Nastąpiła chwilę przed tym, jak chata zniknęła w kuli ognia.

Czas jest zbyt okrutny, pomyślał Adrian

Ukrył twarz w dłoniach. Nie chciał dopuścić do oczu i wyobraźni pędzących ku niemu obrazów. I w tej nagłej ciemności cały hałas i przerażenie pry snęły, zanikły jak końcówka piosenki w radiu. Kiedy cofnął dłonie i otworzył oczy, był sam, z powrotem w cichym gabinecie, otoczony książkami o morderstwie.

Adrian czuł, jakby coś w nim umarło.

Chciał coś powiedzieć synowi. Rozejrzał się za Cassie, ale jej nie było. Przez chwilę miał wrażenie, że siła eksplozji uszkodziła mu słuch; jego uszy wypełniało brzęczenie. Nie ustępowało, coraz głośniejsze, tak dotkliwe, że chciało mu się krzyczeć z bólu, i nagle uświadomił sobie, że to dźwięk dzwonka u drzwi.

Rozdział 17

Zasnęła – nie wiedziała, na jak długo: minuty, godziny, dni? – ale obudził ją płacz dziecka.

Nie wiedziała, co robić. To był słaby odgłos, bardzo daleki, i nie od razu poznała co to. Przycisnęła Pana Futrzaka mocniej do piersi. Wykręciła szyję w jedną, potem w drugą stronę, próbując ustalić, skąd dobiega płacz. Miała wrażenie, że trwał długo – choć tak naprawdę mogła to być sekunda-dwie. Wreszcie ucichł. Ciekawe, co to znaczy. Jennifer miała małe doświadczenie w opiece nad dziećmi. Nie miała rodzeństwa, więc jej wiedza o niemowlętach ograniczała się do tych podstawowych instynktów, które istnieją w każdym. Weź dziecko na ręce. Ukołysz dziecko. Nakarm dziecko. Uśmiechnij się do dziecka. Połóż dziecko spać.

Ostrożnie zmieniła pozycję, żeby nie zrobić żadnego hałasu, który mógłby zagłuszyć ten dźwięk. Głos dziecka – nawet niezadowolonego, domagającego się zainteresowania – budził w niej mieszane uczucia. Coś znaczył i usiłowała dojść co właściwie. Zmusiła się, żeby być wnikliwa, zorganizowana, racjonalna i uważna.

Starała się rozgonić opary snu.

Przez chwilę myślała, że może ten płacz jej się przyśnił. Po kilku sekundach stwierdziła: nie, jest prawdziwy.

Jednak coś innego było nie tak. Pokręciła głową i niepokój przedarł się przez rzednące koszmary. O co chodzi? O co chodzi? Chciała krzyknąć na cały głos.

Coś się zmieniło.

Czuła to. Włosy zjeżyły jej się na karku. Oddech stał się chrapliwy, spanikowany. Gwałtownie wciągnęła powietrze i nagle wrzasnęła jak rażona prądem.

Jej głos rozbrzmiał echem w pokoju. To przeraziło ją jeszcze bardziej.

Drgnęła. Dygotały jej ręce, plecy zesztywniały. Zagryzła spierzchnięte, spękane wargi.

Kaptur zniknął.

Wciąż jednak panowała ciemność.

Z początku miała wrażenie, że widzi – że to pokój jest czarny. Potem zrozumiała, że nie. Coś nadal zasłania jej oczy.

Zdziwiła się. Dlaczego tak długo jej zajęło, by zauważyć, że kaptur zastąpiło coś innego? W każdym razie tak było. Ta zmiana musiała czemuś służyć, ale Jennifer pojęcia nie miała czemu. Wiedziała, że to oznacza coś ważnego – ale co? Odpowiedź pozostawała dla niej nieuchwytna.

Ostrożnie odchyliła się do tyłu i podniosła dłonie do twarzy. Przesunęła palcami po policzkach, sięgnęła do oczu. Kaptur zastąpiła jedwabna maska zawiązana z tyłu głowy. Obmacała węzeł. Zaplątały się w niego kosmyki włosów. Dotknęła łańcucha na szyi. To się nie zmieniło. Zorientowała się, że bez większego trudu może zdjąć maskę. Pewnie wyrwałaby sobie przy tym garść włosów, ale mogłaby zobaczyć, gdzie jest. Delikatnie położyła Pana Futrzaka na łóżku obok siebie i wsunęła palce pod miękki materiał. Nagle zamarła.

Gdzieś w oddali znów płakało dziecko.

To nie miało sensu. Jak małe dziecko może być powiązane z tym, co się z nią dzieje?

Próbowała uporządkować myśli. Płacz dziecka oznaczał, że była… gdzie? W mieszkaniu? W domu na ciasno zabudowanej ulicy? Czyżby mężczyzna i kobieta, którzy ją porwali, mieli dziecko? Dziecko kojarzyło się z rodzicielstwem, odpowiedzialnością, czymś normalnym – a w tym, co ją spotkało, nie było nic normalnego. Dziecko to minivany, łóżeczka, wózki i spacery w parku, ale to wszystko zdawało się częścią innego świata. Kaptur zniknął. Teraz jestem w masce. Mogę ją zdjąć. Może tego właśnie chcą. Może nie. Nie wiem. Chcę robić, co każą, ale nie wiem, czego oczekują.

I nagle zatkało ją, jakby dostała pięścią w brzuch.

Byli tu. W tym pokoju. Kiedy spałam. Zdjęli kaptur, włożyli mi tę maskę i nawet mnie nie obudzili. O mój Boże…

Chyba już setny raz nie mogła powstrzymać łez. Gwałtownie łapała powietrze. Szlochała. Łzy wsiąkały w materiał na jej twarzy. Wyciągnęła rękę po Pana Futrzaka i szepnęła do niego:

„Dzięki Bogu, że cię tu mam, ty jeden dajesz mi poczucie, że nie jestem sama”.

Kołysała się w przód i w tył, zrozpaczona i samotna, aż w końcu opanowała spazmatyczne falowanie piersi. Jej oddech stał się wolniejszy. Rozpaczliwe, gwałtowne, wstrząsające ciałem wdechy ustały.

I kiedy szloch przycichł, rozległ się przeciągły, rozdzierający serce lament dziecka. Niósł się echem przez ciemność jej świata. Odległy. Nieuchwytny.

Przechyliła głowę, żeby lepiej wychwycić ten dźwięk, ale nadal nie rozpoznawała w nim nic znajomego. To było tak, jakby przez sekundę-dwie płacz dziecka przypomniał jej o świecie, który istniał poza przesłaniającą oczy ciemnością. Potem – tak szybko, jak szybko wdarł się do jej świadomości – ucichł, pozostawiając ją w tej samej mrocznej otchłani niepewności.

Raz jeszcze stawiła opór emocjom. Dość łez. Dość płaczu. Nie jesteś małym dzieckiem.

Nie pozwoliła sobie pomyśleć: a może jednak jestem.

Przez jedną przerażającą chwilę miała wrażenie, że to ona płacze, że to jej własne krzyki i lamenty, że słyszy samą siebie, że cofnęła się do wieku niemowlęcego.

Wzięła głęboki wdech. Nie, powiedziała sobie. To nie ja. Ja jestem tutaj. A dziecko tam.

Przejmij kontrolę, nakazała sobie.

Inna rzecz, że mówiła to już nieraz, i dotąd nie wiedziała, nad czym ma przejąć kontrolę.

Była też dość bystra, by zauważyć, że ilekroć zmuszała się do tego, by zapanować nad emocjami, zdarzało się coś, co jej w tym przeszkadzało i wtrącało ją z powrotem w pustą rozpacz skrytą wewnątrz ciemności.

Robią to specjalnie, stwierdziła.

Znów wytężyła słuch. Nie potrafiła określić, czy dźwięki wydawane przez dziecko dodają jej otuchy, czy ją przerażają. Niewątpliwie znaczyły coś ważnego, a mimo to nie mogła ich zinterpretować. Aż płakać jej się chciało z frustracji. W porę jednak przypomniała sobie, że po wszystkim, co ją dotąd spotkało, zalewała się łzami – i nic a nic to nie pomogło.

Osunęła się na łóżko. Spragniona, głodna, przerażona i obolała – choć nie mogła ustalić, co konkretnie ją boli. Czuła się, jakby przebito jej serce. Ale jeszcze gorsza od tego – prawie – była suchość w gardle; nie piła nic od czasu, kiedy dostała wodę z narkotykami (kiedy? rok temu?). Ostatni posiłek jadła w południe w dniu swojej ucieczki z domu. Kiedykolwiek to było.

Rozumiała, że jest więźniem – ale jakim, gdzie? Pomyślała, że nawet najgorsi mordercy zamknięci na zawsze w celi wiedzą, dlaczego tam są. Przed oczami stanął jej obraz wyrwany z jakiegoś filmu. Nie miał tytułu, gwiazd ani fabuły. Pamiętała tylko, jak więzień pieczołowicie wydrapywał w ścianie kreskę – znak, że upłynął kolejny dzień. Ona nie mogła zrobić nawet tego. Wiedza to luksus, dotarło do niej.

Wciąż jednak nie mogła nic z tego zrozumieć.

Słyszała, że ma wykonywać polecenia.

Ale nikt nie kazał jej nic robić.

Im więcej o tym wszystkim myślała, tym bardziej nerwowo wbijała palce w wytarte futro Pana Futrzaka. Dotyk misia w jakiś sposób do niej przemawiał. W pewnym sensie, powiedziała sobie, to jedyna pamiątka życia, jakie prowadziła do czasu, kiedy drzwi furgonetki otworzyły się i ten mężczyzna ją zdzielił. Była prawie naga, w pokoju, którego nie widziała. Były drzwi. To wiedziała. Był sedes. To wiedziała. Gdzieś było dziecko. To wiedziała. Podłoga była cementowa. Łóżko skrzypiało. Łańcuch zaciskał się na jej szyi, kiedy robiła sześć kroków w prawo lub w lewo. Było gorąco.

Żyła i miała swojego misia.

Głęboko odetchnęła w ciemności. No dobrze, Panie Futrzaku, od tego zaczniemy. Ty i ja. Tak jak zawsze, odkąd tata umarł i zostawił nas samych z mamą.

Nie wiedziała, jak długo jeszcze pożyje.

Nie wiedziała, co ją czeka.

Nie wiedziała, do czego jest im potrzebna – ale była potrzebna.

Wtedy po raz pierwszy zastanowiła się, czy ktokolwiek jej szuka.

I ledwie ta myśl przyszła jej do głowy, znów usłyszała płacz dziecka. Pojedynczy, piskliwy, rozpaczliwy krzyk. Jak poprzednio, ucichł i zostawił ją samą z Panem Futrzakiem. Nie zdawała sobie z tego sprawy, ale ten dźwięk jej pomógł, bo oderwał ją od najbardziej przygnębiającego pytania: Skąd ktokolwiek miałby wiedzieć, gdzie jej szukać?

– Puść to jeszcze raz – polecił Michael. Majstrował przy głównej kamerze i myślał, że trzeba naprawić kilka drobiazgów w elektronicznym systemie dostrajania. – Nie chcę przedobrzyć. Krótki urywek…

Linda wcisnęła kilka klawiszy. Dziecko znów zapłakało.

– Jesteś pewien, że słyszy?

– Mhm. Na sto procent. Zobacz, jak odwraca głowę.

Linda nachyliła się w stronę obrazu z głównej kamery.

– Fakt – stwierdziła. – Klienci też słyszą?

– Tak. Ale jak ona będą się musieli postarać, żeby zrozumieć, o co chodzi.

Linda się uśmiechnęła.

– Nie lubisz ułatwiać im zadania, co?

– To nie w moim stylu – odparł Michael ze śmiechem.

Położył dłonie na karku, splótł palce i przeciągnął się jak zwykły mól biurowy, który za długo siedział przed komputerem.

– Spodoba im się, że Numer 4 tak krzyczy. Wtedy staje się to dla nich bardziej rzeczywiste.

Co ciekawe, Michael gardził licznymi abonentami Co będzie potem? Uważał ich fascynację za swoisty nałóg, słabość, choć bez skrupułów przyjmował od nich pieniądze i dostarczał im to, czego chcieli. Sądził, że sposób, w jaki spełniali swoje fantazje, tylko podkreślał ich niedostatki. Ogromną większość z tysięcy ludzi płacących za transmisję stanowili, jak przypuszczał, samotni, wypaczeni faceci, którzy nie mieli własnego życia i dlatego wciągali się w tworzoną przez niego historię.

Za to Linda prawie w ogóle nie myślała o klienteli – a przynajmniej nie tak, jak Michael. Nie widziała w nich ludzi o mrocznych żądzach, które przyciągały ich na stronę internetową cobedziepotem.com; dla niej byli tylko kwotami spływającymi z różnych krajów. Piętnastocyfrowymi numerami kart kredytowych. Linda kalkulowała jak typowy człowiek interesu – tylu i tylu abonentów to tyle i tyle dolarów przelanych na założone przez nią anonimowe konta w rajach podatkowych. Rzadko się zastanawiała, kto tam jest i ogląda – a jeśli już, to tylko po to, by analizować statystyki i upewniać się, że pomysły Michaela są dość mocne, by nadać Serii numer 4 dramaturgię.

Michael odpowiadał za scenariusz. Ona zajmowała się finansami. Oba aspekty miały zasadnicze znaczenie dla sukcesu. Ich związek w jej mniemaniu pokazywał, jak powinna wyglądać prawdziwa miłość. W wolnych chwilach i między kolejnymi seriami lubiła czytać fanziny i pisma plotkarskie o gwiazdach filmowych; szczególną uwagę zwracała na to, kto jest z kim, kto rozstaje się z partnerem. I tak tydzień po tygodniu. Pasjonowała się życiem Brada, Angeliny, Jen czy Paris. Namiętnie próbowała zgadnąć, co zrobią tym razem i w jakiej kompromitującej sytuacji dadzą się przyłapać. To właśnie uznawała za swoją największą wadę: że poważnie traktowała romanse i rozstania celebrytów. Sądziła jednak, że to niegroźna wada.

Często marzyła o tym, żeby zostać gwiazdą. Wyobrażała sobie, że gdyby tylko ludzie uświadomili sobie sukces Co będzie potem, o niej i Michaelu pisano by w „Us” albo „People”.

Żałowała, że kryminalny charakter ich przedsięwzięcia uniemożliwia im zdobycie sławy. Uważała, że to, co robią, jest na tyle ważniejsze od tego, komu to robią, że powinno się uczynić dla nich wyjątek. Sprzedawali fantazje. To powinno być warte czegoś więcej niż pieniędzy. Jak dla niej, byli gwiazdami. Po prostu świat o tym nie wiedział.

Michael zdawał sobie sprawę, że Linda pragnie rozgłosu. Sam wolał, żeby pozostali anonimowi – choć chciał też zadowolić ją na wszystkie możliwe sposoby.

– Pora nakarmić dziewczynę – powiedział.

– Ty czy ja? – spytała Linda.

Michael sięgnął za rząd komputerów i przewertował plik notatek – bardzo luźny scenariusz. Zawsze musiał mieć wszystko przygotowane: dlatego zadał sobie trud, żeby spisać wiele elementów Serii numer 4 na długo przed jej rozpoczęciem. Na tych kartkach – nazywał je Instrukcją oddziaływania na widza – znajdowały się listy kontrolne i wykazy rzeczy do zrobienia. Chciał wierzyć, że jest skrupulatny, ale przy tym posiada nieodzowną każdemu twórcy giętkość umysłu. Kiedyś, jeszcze na studiach, chodził na zajęcia z wiedzy o filmie i napisał pracę o tym momencie w Na nabrzeżach, gdy Marlon Brando podniósł upuszczoną przez Eve Marie Saint białą rękawiczkę, a reżyser, Elia Kazan, miał dość wyczucia, by nie przerywać filmowania sceny, której nie zapisał w scenariuszu, a która przeszła do klasyki kina. Zrobiłbym tak samo, często mówił sobie Michael. To nie w jego stylu, krzyknąć: „Cięcie!” i poprzestać na czymś przewidywalnym. Był elastyczny. I kiedy na ekranie przed sobą widział, jak Numer 4 szlocha z misiem w objęciach, myślał sobie, że on w niczym nie ustępuje najwybitniejszym reżyserom – tworzy coś unikalnego, prawdziwego i dużo bardziej dramatycznego i nieprzewidywalnego, niż to się wydawało możliwe.

– Ty idź – zdecydował po chwili. – Ciągle jest przerażona. Kiedy ja tam wejdę, szok musi być maksymalny.

– Ty tu rządzisz – powiedziała Linda.

– Gdzie tam – odparł ze śmiechem.

Odsunął się od komputerów i podszedł do stołu, gdzie leżała broń. Chwilę szukał, po czym wziął magnum 357. Podał go Lindzie i wrócił do papierów. Szybko je przekartkował

– Masz – powiedział. – Przeczytaj to…

Linda przebiegła oczami po tekście.

– Nie ma sprawy. – Uśmiechnęła się szeroko i spojrzała na zegar. Właśnie minęła północ. – Chyba czas na śniadanie – stwierdziła.

Linda powoli otworzyła drzwi i weszła do piwnicy. Była ubrana jak poprzednio, w szeleszczący skafander ochronny i czarną kominiarkę, która zasłaniała wszystko oprócz oczu. Niosła tacę, taką jakie są w każdej stołówce. Na tacy plastikowa butelka wody z oderwaną etykietką i półmisek owsianki, przygotowanej według znanego na całym świecie amerykańskiego przepisu. Obok pomarańcza. Żadnych sztućców.

Zauważyła, że Numer 4 odwraca się w jej stronę i sztywnieje na dźwięk otwieranych drzwi.

Stanęła na jednym z iksów narysowanych kredą na podłodze. Usłyszała cichy szum – to Michael zmieniał kąt ustawienia kamery.

– Siedź spokojnie. Nie ruszaj się – poleciła.

Potem powtórzyła to samo po niemiecku, francusku, rosyjsku i turecku.

Słabo znała języki. Nauczyła się na pamięć pewnych zwrotów i przekleństw, bo od czasu do czasu się przydawały. Wiedziała, że ma kiepski akcent – ale co z tego. Kiedy mówiła po angielsku, czasem używała brytyjskiego, nie amerykańskiego słownictwa – na przykład „lift” zamiast „elevator” czy „bonnet” zamiast „hood”. Nie wierzyła, żeby te drobne zmiany mogły zwieść wytrawnego śledczego, który korzysta z systemów rozpoznawania głosu. Michael zapewnił ją jednak, że raczej nie ma zagrożenia, że zainteresuje się nimi jakakolwiek wyspecjalizowana komórka policji. Jak na wiecznego studenta przystało, dokładnie przeanalizował wszystkie dylematy kompetencyjne wynikające z ich serialu internetowego. Był przekonany, że żaden wydział policji tak naprawdę nie ma dość cierpliwości, by przyjrzeć się temu, co robią.

Działali, pomyślała, w najbardziej szarej z szarych stref.

– Twarzą do przodu. Ręce do boków.

I znów wydała te polecenia w kilku językach, w innej kolejności niż poprzednio. Na pewno zrobiła kilka błędów. To nic.

– Położę ci na kolanach tacę. Kiedy pozwolę, będziesz mogła jeść.

Zobaczyła, że Numer 4 kiwa głową.

Podeszła do łóżka i powoli opuściła tacę. Stała nieruchomo, czekała. Numer 4 zaczęła drżeć, jej mięśnie naprężały się spazmatycznie. To musi boleć, pomyślała. Numer 4 jednak trzymała usta zaciśnięte – pomijając mimowolne ruchy wywołane strachem – wypełniała każde polecenie.

– W porządku – powiedziała Linda. – Możesz jeść.

Upewniła się, że nie zasłania żadnej z kamer. Niby nie robiła nic nadzwyczajnego, po prostu karmiła dziewczynę, ale wiedziała, że widownia ogląda to z zapartym tchem. Właśnie dlatego ich transmisje internetowe cieszyły się taką popularnością. Doprowadzali do tego, że najprostsze, najbardziej rutynowe czynności stawały się czymś szczególnym. Jeśli każdy posiłek mógł być ostatnim w życiu Numeru 4, nadawało mu to zupełnie nowe znaczenie. Widzowie to rozumieli – i ta świadomość nieodparcie przyciągała ich do ekranów. Przez to, że los Numeru 4 był wielką niewiadomą, najzwyklejsze rzeczy stawały się pasjonujące.

Na tym polegał geniusz ich dzieła.

Linda patrzyła, jak Numer 4 wyciąga dłonie do tacy i odnajduje półmisek, pomarańczę i butelkę wody. Najpierw dziewczyna sięgnęła po wodę i piła chciwie, w zapamiętaniu. Zaszkodzi jej, pomyślała Linda. Ale nic nie powiedziała. Zresztą, Numer 4 sama z siebie zaczęła pić nieco wolniej, jakby zorientowała się, że musi zostawić sobie trochę wody na koniec posiłku. Obmacała półmisek z owsianką. Zawahała się i jej palce poszukały na tacy sztućca. Kiedy żadnego nie znalazła, otworzyła usta. Pewnie chciała zadać pytanie – ale się rozmyśliła.

Uczy się, zrozumiała Linda od razu. Nieźle.

Jennifer podniosła półmisek i zaczęła zgarniać owsiankę dłonią do ust. Najpierw ostrożnie – ale kiedy już poczuła smak, szybko spałaszowała resztę i wylizała naczynie do czysta.

Miły akcent, stwierdziła Linda. Widzom się spodoba.

Nie odchodziła od łóżka. Kiedy Numer 4 zaczęła obierać pomarańczę, Linda powoli wyjęła magnum spod skafandra. Próbowała zgrać swoje ruchy z ruchami Numeru 4 tak, by pistolet wyłonił się w tej samej chwili, kiedy dziewczyna wgryzie się w owoc.

Podniosła broń, kiedy Jennifer wzięła pomarańczę do ust. Patrzyła, jak sok ścieka z warg dziewczyny.

Odciągnęła kurek, odbezpieczając broń.

Na ten dźwięk Numer 4 znieruchomiała w połowie kęsa.

Nie wie co to, pomyślała Linda, ale rozumie, że coś śmiertelnie niebezpiecznego.

Numer 4 zastygła z pomarańczą oddaloną o centymetry od twarzy. Cała drżała.

Linda zrobiła krok do przodu i zbliżyła lufę pistoletu na milimetry od punktu między oczami Numeru 4; prawie dotknęła opaski. Chwilę zaczekała, po czym przycisnęła pistolet do czoła dziewczyny.

Zapach oleju ochronnego, nacisk lufy – Numer 4 na pewno pozna co to, uznała Linda.

Trwała w tej pozycji. Słyszała, jak w młodej piersi wzbiera cichy jęk. Nastolatka nic jednak nie powiedziała i nie ruszała się, choć każdy jej mięsień naprężał się do granic wytrzymałości.

– Bum! – szepnęła Linda. Dość głośno, by wychwyciły to mikrofony, choć ledwo ledwo.

Powoli opuściła kurek. Przerysowanymi ruchami odsunęła pistolet od twarzy Numeru 4 i schowała go pod skafander.

– Koniec posiłku – oznajmiła głośno.

Wyjęła resztki pomarańczy z dłoni Numeru 4 i podniosła tacę z jej kolan. Dreszcz przeszedł dziewczynę od stóp do głów. Miała nadzieję, że kamery to złapały. Strach dobrze się sprzedaje.

Niespiesznie, z cichym, wytłumionym odgłosem kroków na twardym cemencie, wyszła z pokoju. Numer 4 została sama na łóżku.

W reżyserce piętro wyżej Michael uśmiechał się szeroko. Na liście dyskusyjnej wrzało. Dużo opinii, dużo reakcji. Później musi wszystkie przejrzeć. Zawsze przywiązywał szczególną wagę do lektury rozmów między klientami w chatroomie specjalnie przygotowanym na okazję Serii numer 4.

Linda odetchnęła głęboko, zamknęła oczy i ściągnęła kominiarkę. Jestem aktorką, pomyślała.

Ani Linda, stojąca za drzwiami piwnicy, ani Michael, który czuwał przy monitorach, nie zauważyli tego, co stało się potem. Część klientów widziała to na swoich komputerach. Gdy tylko odgłos zamykanych drzwi powiedział jej, że znów jest sama, Numer 4 położyła się z powrotem. Sięgnęła po misia i przytuliła go; trzymała sfatygowanego pluszaka między swoimi małymi piersiami, głaskała go po głowie jak małe dziecko i szeptała do niego prawie bezgłośnie. Żaden z oglądających nie za bardzo rozumiał, co dziewczyna mówi, choć niektórzy trafnie odgadli, że raz po raz powtarza jedną frazę. Nie mogli jednak wiedzieć, że były to słowa: „Na imię mam Jennifer na imię mam Jennifer na imię mam Jennifer na imię Jennifer”.

Rozdział 18

Terri Collins chodziła w tę i z powrotem po podjeździe, a Adrian pokazywał jej, skąd widział furgonetkę. Byli przed jego domem. Zaszurała nogami i kopnęła poniewierający się po ziemi kamyk, kiedy profesor wsunął się za kierownicę swojego samochodu, żeby zademonstrować, gdzie wtedy zaparkował.

– I tu właśnie był pan tego wieczoru, kiedy zniknęła Jennifer?

Adrian skinął głową. Poznał, że pani detektyw odmierza w pamięci kąty widzenia i odległości, wyobraża sobie cienie, które wtedy padały na ulicę.

– Nie widzi tego – powiedział Brian.

Siedział w fotelu pasażera. On też patrzył w miejsce, gdzie furgonetka zwolniła, zatrzymała się, a potem przyspieszyła.

– W jakim sensie? – szepnął Adrian.

– W takim – zagrzmiał Brian stanowczo – że nie pozwala sobie zobaczyć tego przestępstwa. Jeszcze nie. Gapi się w to miejsce, ale nadal szuka powodów, dla których to się nie wydarzyło, nie odwrotnie. To zadanie dla ciebie, mój bracie. Przekonaj ją.

Spraw, żeby zrobiła następny krok. Musisz myśleć logicznie. Musisz być stanowczy. No, Audie.

– Ale…

– Niech zobaczy to, co ty tamtego wieczoru. Tak jak robi każdy śledczy, choć niechętnie się do tego przyznają, bo to w najgorszym razie wydaje się szalone, a w najlepszym dziwaczne. Wyobrażają sobie wszystko, co się stało, tak jakby przy tym byli… i to im mówi, gdzie dalej szukać.

Brian znów był w wyblakłym mundurze polowym. Oparł znoszone buty wojskowe na desce rozdzielczej. Rozsiadł się wygodnie i palił papierosa. Młody Brian. Starszy Brian. Martwy Brian. Adrian stwierdził, że jego brat to halucynacja kameleon. Z Wietnamu na Wall Street. Tak samo było z Cassie i Tommym i tak będzie z każdym gościem z jego przeszłości, który odwiedzi go w krótkim czasie, jaki mu pozostał. Adrian zaczerpnął tchu i poczuł gryzący swąd dymu. Zapach mieszał się z lepką tropikalną wilgocią; wydawało się, że Brian przyniósł dżunglę ze sobą. Rześkie wczesnowiosenne powietrze Nowej Anglii zniknęło bez śladu.

– Dlaczego nikt inny nic nie widział? – zagadnęła Terri Collins.

Adrian nie był pewien, czy ma odpowiedzieć na to pytanie, zadane cichym głosem, skierowane bardziej do padających z nieba promieni niż do niego.

– Nie wiem – odparł. – Ludzie wracają do domu. Chcą zjeść kolację. Zobaczyć się z rodziną. Zamykają drzwi i odcinają się od świata. Kto wygląda na ulicę o tej porze? Kto wypatruje czegoś niezwykłego? Niewielu, pani detektyw. Ludzie potrzebują rutyny. Potrzebują normalności. Tego oczekują. Jednorożec mógłby przebiec ulicą i pewnie by nie zauważyli. – Zamknął na chwilę oczy. Miał nadzieję, że jego słowa nie wyczarują kłusującego ulicą białego mitycznego stworzenia z rogiem, które on jeden będzie widział.

– Ktoś musiał coś zauważyć – ciągnęła Terri, jakby w ogóle go nie usłyszała.

Adrian zaczął się zastanawiać, czy odpowiedział jej na głos, czy tylko w myśli.

– Ale nikt tego nie widział. Tylko ja.

Detektyw odwróciła się do niego. Akurat to usłyszała, stwierdził.

– Czyli na czym stoimy? – spytała.

Tak naprawdę nie liczyła, że jej odpowie. Patrzyła, jak profesor wierci się na fotelu i wysiada z samochodu. Kiedyś przesłuchiwała schizofrenika w trakcie ataku psychotycznego. Bez przerwy rozglądał się na boki, bo słyszał dźwięki niesłyszalne dla innych. Mimo to w końcu cierpliwie wyciągnęła z niego wiarygodny rysopis złodzieja. Wiele razy penetrowała pamięć studentów, którzy wiedzieli, że stało się coś złego – najczęściej gwałt – ale nie byli pewni, co właściwie widzieli i słyszeli. Za dużo narkotyków. Za dużo gorzały. Najprzeróżniejsze rzeczy zaśmiecały uwagę. Kiedy jednak rozmawiała z Adrianem, przechodziły ją lekkie, nieprzyjemne ciarki. Był drobny, smukły, kruchy – jakby coś go trawiło od środka. Miała dziwne wrażenie, że z sekundy na sekundę profesor gaśnie. Na coś cierpiał, ale nie wiedziała na co.

Adrian odetchnął głęboko.

– To ważne – szepnął Brian. – Nie strać jej zainteresowania, Audie. Nie daj jej odejść. Będziesz jej potrzebował, żeby znaleźć Jennifer. Wiesz to. Nie odstrasz jej.

– Myślę, pani detektyw, że to piekielnie duży problem – powiedział Adrian na tyle chłodno i stanowczo, na ile potrafił. – Jeśli rzeczywiście byłem świadkiem porwania… a tak sądzę… to, cóż… takie porwania w tych okolicach raczej się nie zdarzają.

– O to chodzi – pochwalił go Brian.

– Słucham – odparła Terri.

– Porwanie przypadkowe. Psychologowie nie cierpią tego słowa. Tak naprawdę jest tylko wymówką dla braku reakcji. Widzi pani, moje zadanie… i każdego nauczyciela… polega na tym, aby pokazać, że nic nie dzieje się przypadkiem. Jeśli rozebrać wszelkie szczegóły na czynniki pierwsze, w końcu dociera się do prawdy, która pokazuje nieuchronność czynu. W ostatecznym rozrachunku wszystko ma swój sens. Ktoś planuje podróż samolotem. Ten zostaje uprowadzony i uderza w południową wieżę

World Trade Center. Może i jest w tym trochę pecha, że podróżny wybrał właśnie ten lot, tego dnia. Ale to ma swój sens. Ktoś musiał gdzieś być o określonej porze i wybór tego samolotu uznał za logiczny. Prawdopodobieństwo, że osoba stojąca za nim w kolejce okaże się nihilistycznym terrorystą samobójcą, było znikome, ale policzalne. Decydujące czynniki… wszystko, co uczyniło jednego człowieka terrorystą, a drugiego ofiarą… z punktu widzenia psychologii układają się w klarowny schemat. I taka jest prawda. Terri cofnęła się o krok.

– Mówi pan, jakby wygłaszał wykład.

– Teraz! – naciskał Brian głośnym scenicznym szeptem. – Masz ją w garści!

– Tak. To jest wykład. Ale jeśli chcemy mieć choć cień szansy, żeby uratować Jennifer, musi pani wejść na moje terytorium.

– Dobrze – ocenił Brian. – Jest zaintrygowana.

Detektyw Collins rozważała coś przez chwilę. Brian mówił ożywionym tonem – pewnie jak wtedy, kiedy dowodził żołnierzami na wojnie albo wyciągał w sądzie prawdę z opornego świadka.

– Teraz – nalegał brat. – Pomyśl o tym, co powiedział ci Tommy.

Adrian się zawahał. Miał ochotę odwrócić się do Briana i spytać: „Co? Co powiedział mi Tommy, zanim rozerwało go na strzępy?” A potem szybko przypomniał sobie słowa syna: „Najważniejsze jest to, co widzisz”.

– Pani detektyw. Jeśli Jennifer porwano na tej ulicy, w tej dzielnicy, tylko po to, żeby została zabawką jakiegoś wynaturzonego mordercy w ciemnym, ukrytym, odległym miejscu… cóż, to równie dobrze może pani wrócić do domu i czekać, aż ktoś znajdzie ciało tej dziewczyny za tydzień, miesiąc, rok, dziesięć lat. I wiemy już, że nie uprowadzono jej dla okupu, bo matka nie dostała wiadomości od porywaczy. Nie stoi za tym też nikt z rodziny Jennifer, bo ich relacje nie były aż tak napięte. Pytała pani jej ojczyma o jego praktykę… nawiasem mówiąc, bardzo zręcznie… ale gdyby tu krył się motyw porwania, dziś już byśmy o tym wiedzieli. To znaczy, gdyby ktoś chciał nękać albo ukarać Scotta Westa, musiałby dać znać, że o to mu chodzi, inaczej jego cel pozostawałby niejasny. Zostaje więc tylko jedna, bardzo nikła nadzieja: że Jennifer porwano z innego powodu. Jakiego? To musimy ustalić, bo tylko tak ją znajdziemy. Żywą. – Adrian wydawał się zdeterminowany i roztargniony jednocześnie. – Jennifer, pani detektyw… była komuś do czegoś potrzebna. Wszelkie inne wyjaśnienia są bezużyteczne, bo prowadzą do tego samego wniosku: nie żyje. Czyli, logicznie rzecz biorąc, nie ma sensu się nimi zajmować. Jedyne wyjście to przyjąć założenie, że dziewczyna żyje, i to z jakiegoś konkretnego, jasno sprecyzowanego powodu. W przeciwnym wypadku oboje tylko tracilibyśmy czas.

– Brawo! – wypalił Brian.

Adrian drgnął lekko, bo zabrzmiało to jak krzyk tuż nad jego uchem.

Terri myślała, że to kompletne wariactwo i że stary profesor – którego lekko wybałuszone oczy mrugały pospiesznie, a dłonie drżały od jakiejś niewidzialnej elektrycznej siły – najwyraźniej stracił rozum, nawet jeśli nie potrafiła tego fachowo zdiagnozować. Rozejrzała się po okolicy, jakby się spodziewała, że w tej chwili podjedzie biała furgonetka, zwolni, drzwi się otworzą i wypadnie Jennifer, trochę poturbowana, może napastowana seksualnie, ale w takim stanie, że wystarczy trochę miłości, terapii i środków przeciwbólowych, by doszła do siebie.

Wokół niej zapadała ciemna noc. Stary profesor był jak ptak, który przycupnął na cienkiej gałązce pomysłu. Jakie mam inne wyjście? – pomyślała.

– W porządku – powiedziała. – Wysłucham pana.

Krótka pauza i Adrian pokiwał głową. Był trochę zaskoczony, że pani detektyw jest skłonna go wysłuchać, i trochę niepewny, bo nie wiedział, co powie.

– Czujesz? – syknął Brian bez złośliwości. – Ten powiew. To jak nadzieja dla Jennifer.

Adrian przytrzymał Terri Collins drzwi i wprowadził ją do środka z gęstniejącej ciemności. Zawahał się, jakby w oczekiwaniu, aż wejdzie też Brian, ale nieżyjący brat został na schodach, półtora metra od niego.

– Nie mogę wejść – powiedział krótko, jakby to było oczywiste.

Adrian musiał mieć zaskoczoną minę, bo Brian szybko dodał:

– Nawet halucynacje rządzą się swoimi prawami, Audie. Te zmieniają się nieco, zależnie od okoliczności i, że tak powiem, danych na wejściu. Zresztą, pewnie już to wiedziałeś. Mimo to trzeba ich przestrzegać.

Adrian skinął głową. Uznał, że to ma sens, choć nie potrafił stwierdzić dlaczego.

– Słuchaj, teraz już sobie poradzisz. Na pewno. Znasz się na ludzkim zachowaniu, znasz się na przestępcach, a twój kumpel z uniwerku wskazał ci jedyny trop, który daje cień szansy na sukces, więc musisz to wykorzystać, żeby przekonać tę policjantkę. Poradzisz sobie.

– Nie wiem…

Usłyszał w uchu szept żony.

– Dasz radę, skarbie… – W głosie Cassie brzmiała niezmącona pewność i kiedy Adrian spojrzał na Briana, zobaczył, że duch zacisnął pięść w geście zachęty; widać i on ten szept wyłapał.

– Tutaj? – spytała Terri Collins.

Adrian otrząsnął się ze wspomnień.

– Tak. Na prawo. Usiądźmy w salonie. Napije się pani kawy?

Zaproponował to bez zastanowienia. Nagle zorientował się, że chyba nie ma kawy, a nawet gdyby miał, nie bardzo pamiętał, jak się ją parzy. Przez chwilę był zagubiony, w ogóle nie orientował się, gdzie jest kuchnia. Odetchnął głęboko, przypomniał sobie, że mieszka w tym domu od lat i że kuchnia znajduje się zaraz za jadalnią, przed małą łazienką na parterze. Schody prowadzą na górę, do jego sypialni i gabinetu. Wszystko jest tam, gdzie być powinno.

Detektyw Collins pokręciła głową.

– Nie. Przejdźmy od razu do rzeczy. – Weszła do salonu zawalonego książkami, kubkami z niedopitą kawą, półmiskami z owsianką w zsiadłym mleku, talerzami z resztkami jedzenia. Tu i ówdzie poniewierały się sztućce, piętrzyły stosy papierów. Telewizor – ustawiony na kanał sportowy – grał ze ściszonym dźwiękiem. Nieruchome powietrze wypełniała stęchlizna zamkniętego pomieszczenia. Prawie bałagan, pomyślała. Ale nie całkiem. Te wszystkie przedmioty nie tworzyły jeszcze nieładu, którego nie dałoby się uprzątnąć w jedno popołudnie. Pokój i, jak się domyślała, cały dom, odzwierciedlał cechę wspólną dzieciom, które nie zważają na porozrzucane zabawki i ubrania, i starym ludziom otaczającym się wzruszającymi pamiątkami i bibelotami. Ani jedni, ani drudzy nie dbają o porządek.

– Ostatnio mieszkam sam – wyjaśnił Adrian. – Przepraszam za bałagan.

– Mam małe dzieci. Przywykłam. – Zsunęła papiery z krzesła. Siadając, zauważyła, że na egzemplarzach „Boston Globe” sprzed trzech tygodni leżą częściowo wypełnione formularze od lekarza. Próbowała je przeczytać, nie dała rady. – No dobrze – zaczęła. – Niech pan powie, co pańskim zdaniem możemy zrobić.

Adrian też poprzekładał jakieś książki i gruchnął na fotel. Miał nagły, chwilowy odpływ myśli i słyszał, jak pewność siebie ulatnia się z jego głosu. Był zadowolony z tego, jak dynamicznie przedstawił problem wtedy, na zewnątrz. Sądził, że mówił z mocą, stanowczo. Teraz jednak słyszał, że do jego słów wkrada się niezdecydowanie.

– Widzi pani… – Zawahał się. – Ja naprawdę chcę, żeby ona przeżyła. Jennifer…

Detektyw Collins uniosła dłoń, żeby go uciszyć.

– Chcieć… i mieć na to wpływ to dwie zupełnie różne rzeczy.

Adrian przytaknął.

– To ważne. Ważne dla mnie. Muszę ją znaleźć. Ja już długo nie pociągnę, ale ona jest młoda. Przed nią całe życie. Nawet jeśli do tej pory było ciężkie, nie znaczy, że powinno się przedwcześnie skończyć…

– Tak – odparła Terri. – Ale to truizmy. Nie pomagają w śledztwie.

Adrian czuł się niezręcznie. Tak naprawdę nigdy nie miał do czynienia z policjantem. Kiedy Brian się zabił, nowojorski wydział zabójstw załatwił wszystko szybko, sprawnie i nienachalnie, bo sprawa była oczywista. Gdy Cassie miała wypadek, skontaktował się z nim policjant drogówki – taktowny, bezpośredni i rzeczowy. Później, przez te długie tygodnie, które minęły, zanim w końcu umarła, policja nie interesowała się nimi. A co do Tommy'ego… cóż, dostali tylko zdawkowy telefon. Rzecznik wojskowy przedstawił okoliczności śmierci syna i datę przybycia samolotu z jego trumną. Adrian na chwilę zamknął oczy i pośród ciemności usłyszał kakofonię ech, jakby mówiło do niego wiele głosów naraz; trudno mu było połapać się w plątaninie słów, tonów i nalegań.

– Dobrze się pan czuje, profesorze?

Otworzył oczy.

– Tak. Przepraszam, pani detektyw…

– Na chwilę jakby się pan wyłączył.

– Tak?

– Tak.

Adrian spojrzał na nią pytająco.

– Jak długo byłem…

– Ponad minutę. Może dwie.

Adrian pomyślał, że to niemożliwe. Zamknął oczy tylko na sekundę. Nie dłużej.

– Dobrze się pan czuje, profesorze? – powtórzyła Terri. Starała się usunąć ze swojego głosu wszelkie ślady ostrego tonu policjantki i mówić bardziej jak matka pochylona nad gorączkującym dzieckiem.

– W porządku. Nic mi nie będzie.

– Mam inne wrażenie. Nie moja sprawa, ale…

– Dostałem nowe leki. Dopiero się do nich przyzwyczajam.

Nie sądził, że detektyw Collins uwierzy.

– Może powinien pan porozmawiać ze swoim lekarzem. Gdyby prowadził pan samochód i nagle…

Adrian wszedł jej w słowo.

– Przepraszam. Proszę dać mi zebrać myśli. Na czym stanęliśmy?

Terri chciała dokończyć swój wykład o niebezpieczeństwach prowadzenia samochodu w jego stanie. Ale ugryzła się w język i wróciła do głównego wątku.

– Jennifer… i dlaczego mielibyśmy…

– Oczywiście. Jennifer. Oto, do czego zmierzam: prawie każdy znany nam obojgu scenariusz kończy się prostym rozwiązaniem złożonego równania. Śmiercią. Dlatego, z punktu widzenia naukowca, nie ma większego sensu rozpatrywać tych wariantów, nawet jeśli to one są najbardziej prawdopodobne, bo dają straszny wynik końcowy. Trzeba więc spojrzeć na to z drugiej strony. Czy jest jakieś równanie, którego rozwiązaniem byłoby życie?

– Nadal słucham.

– Tak, oczywiście. A zatem, co wiemy… – Adrian urwał i zastanowił się, co właściwie wie. Spojrzał na Terri Collins i zauważył, że lekko wysunęła się do przodu na krześle. W tej samej chwili poczuł, że coś napiera na niego z boku. Pragnął tam spojrzeć. Okazało się jednak, że nie musi, bo żona objęła go ramieniem i szepnęła z naciskiem: „Tu nie chodzi o Jennifer… chodzi o to: czym jest, nie: kim jest. Powiedz jej…” -Tak też zrobił. – Pani detektyw, może to rodzaj przestępstwa, w którym nie chodzi o konkretną osobę, tylko o określony typ osoby.

Terri powoli wyjęła notes. Miała wrażenie, że profesor poruszył się niespokojnie w fotelu. Teraz siedział zgarbiony, jakby wytrącony z równowagi; mówił jednak z sensem.

– Co wiemy: szesnastolatka zostaje uprowadzona z ulicy. Wszystkie informacje, jakie zebrała pani o Jennifer i jej rodzinie, tak naprawdę nie grają roli, prawda? Musimy ustalić dwie rzeczy: dlaczego ktoś szukał osoby takiego typu i czemu właśnie w tej dzielnicy. Potem trzeba się zastanowić, dlaczego wybór padł na Jennifer. Wiemy, że w samochodzie siedzieli mężczyzna i kobieta. W grę wchodzi więc bardzo wąski zakres przestępstw, z których większość kończy się morderstwem. – Mówił znów stanowczym, akademickim, pewnym głosem. Pamiętał ten ton z setek tysięcy godzin w salach zajęć. Znał go tak dobrze jak swoje ulubione poezje, sonety Szekspira czy wiersze Frosta. Czuł się dużo lepiej, wiedząc, że to, co w nim zanikało, teraz powraca.

– Ale jeśli kończy się morderstwem…

– Powiedziałem tylko, że tak się kończy.

– Ale…

– Musimy w tym przeszkodzić.

– Jak?

– Jest tylko jeden sposób. Przyjąć, że celem uprowadzenia jest coś innego niż morderstwo. Że obecność Jennifer ma znaczenie niepowiązane z tym, jaki koniec ją czeka. Nam pozostaje ten cel zidentyfikować i pójść jego tropem. W przeciwnym razie równie dobrze możemy czekać, aż znajdą ciało. – Po chwili wahania poprawił się. – Nie ciało. Jennifer.

– W porządku. Jaki może być ten cel?

Adrian poczuł, że żona szturchnęła go łokciem i ścisnęła za ramię. Spojrzał w bok i miał wrażenie, że pożyczona od znajomego Encyklopedia morderstwa na jego oczach wzniosła się w powietrze i nagły gwałtowny podmuch zaczął przewracać stronice.

Makbet, pomyślał. Ta scena, kiedy lady Makbet przywidziało się narzędzie zbrodni. „Czy widzę sztylet przed sobą?” Tylko że tutaj, przed nim, wisiało hasło w książce dokumentującej nieprzerwane pasmo zbrodni i tragedii.

– Mam pewien pomysł – powiedział Adrian. – Może jedyny.

Rozdział 19

Tego wieczoru Terri Collins wróciła do domu przekonana, że Adrian zupełnie zwariował i że szaleństwo to w tej sytuacji prawdopodobnie jedyne realistyczne wyjście.

Ledwie pchnęła drzwi, dwójka jej dzieci wyskoczyła jak z procy sprzed telewizora. Natychmiast zasypał ją grad dziecięcych potrzeb i żądań – większość wiązała się z koniecznością wysłuchania relacji o tym, co działo się w szkole, na placu zabaw albo na lekcji czytania. To było trochę tak, jakby ktoś wszedł do kina w trakcie filmu i w skupieniu starał się wychwycić dość szczegółów, by odtworzyć przegapione wydarzenia niezbędne do tego, aby zrozumieć fabułę. Laurie – jej przyjaciółka i opiekunka do dzieci – krzątała się w kuchni przy zlewie pełnym naczyń i wykrzyknęła coś – po części powitanie, a po części pytanie, czy Terri jest głodna. Terri podziękowała za jedzenie.

– Aresztowałaś jakichś bandytów? – spytał starszy z dwójki dzieci, ośmiolatek rozpierany chłopięcą energią.

Jego siostra, dwa lata młodsza i tak cicha, jak on był głośny, jedną ręką uczepiła się nogi mamy, a drugą wymachiwała kolorowym rysunkiem.

– Nie, dzisiaj nie – odpowiedziała Terri. – Może jutro się uda. Albo pojutrze.

– Prawdziwych bandytów?

– Jak zawsze. Tylko tych najgorszych.

– To dobrze. – Ośmiolatek oderwał się od niej i wrócił na swoje miejsce przed telewizorem.

Terri patrzyła, jak synek idzie przez pokój. W każdym geście chłopca, w tonie, jakim wypowiadał każde słowo, w każdej minie szukała śladów jego ojca. Czuła się trochę tak, jakby miała w domu odbezpieczony granat. Nie wiedziała, jakie cechy syn odziedziczył po jej byłym mężu, ale to ją przerażało. Genetyka potrafi być okrutna. Mały już miał swobodny uśmiech ojca i jego niewymuszony urok – wszyscy go lubili, w szkole i na osiedlu.

Bała się, że to tylko pozory, że wyrośnie na czarującego potwora jak jego ojciec. Ten przy ludziach zawsze chodził uśmiechnięty, wyluzowany, dowcipkował, ale gdy tylko zostawali sami, stawał się ponury, zamknięty w sobie i zaczynał ją tłuc. Tej części jej życia nie poznał nikt. To była tajemnica i kiedy Terri uciekła, zostawiła za sobą wiele osób, rodzinę, przyjaciół, znajomych z pracy, którzy na pewno dociekali: „Jak to możliwe?” i „Przecież to bez sensu”.

Sęk w tym, że to miało sens. Tylko o tym nie wiedzieli.

Patrzyła na swojego syna, gdy klapnął na fotel i sięgnął po książkę z obrazkami. Zastanawiała się: Czy uciekłam wystarczająco wcześnie? Myśl, że jej były mąż mógł zaszczepić dziecku jakąś infekcję, która jak dżuma czekała w uśpieniu na właściwy moment, by z furią zaatakować, nie dawała jej spać po nocach. Dzień w dzień czekała na telefon ze szkoły, na głos w słuchawce: „Zdaje się, że mamy problem”. I co wieczór, gdy takiego telefonu nie było, czuła ulgę i od nowa zaczynała się bać, że zadzwonią jutro.

Udało jej się uciec; spakowała się i wyszła, kiedy był przez kilka godzin zajęty. Zachowała ostrożność. W poprzedzających ucieczkę tygodniach nie dawała po sobie poznać, co planuje, ostentacyjnie trzymała się nudnej rutyny, tak by niczego się nie spodziewał. Zostawiła wszystko oprócz garści pieniędzy i dzieci. Resztę mógł sobie zabrać. Nie zależało jej.

Bez końca powtarzała w duchu swoją mantrę: „Zacznij od nowa. Zacznij od nowa”.

Później wywalczyła nakaz sądowy zakazujący mu zbliżać się do niej i ugodę rozwodową, która ograniczyła jego kontakty z dziećmi. Potem przedłożyła wszystkie niezbędne papiery jego dowódcy w bazie w Karolinie Północnej, gdzie stacjonowała Pierwsza Dywizja Powietrznodesantowa. Wytrzymała kilka sesji z wojskowymi psychologami – którzy mniej lub bardziej subtelnie próbowali ją przekonać, żeby wróciła do męża. Odmawiała bez względu na to, jak często nazywali go „amerykańskim bohaterem”.

Za dużo już mamy bohaterów, myślała.

Ucieczka nigdy jednak nie mogła być pełna i ostateczna – taka wymagałaby ukrywania się, zmiany tożsamości i ciągłych przeprowadzek, koniecznych, aby zachować anonimowość w świecie lubującym się w upublicznianiu wszystkiego o wszystkich. Jej eksmąż nigdy całkowicie nie zniknie z ich życia. To po części dlatego podjęła przerwaną naukę i tak ciężko pracowała, by zostać policjantką. Pistolet półautomatyczny w torbie i odznaka były niewypowiedzianym ostrzeżeniem, które – miała nadzieję – służyło za barierę między nim a wszelką trucizną, jaką chciał im podać.

Uściskała oboje dzieci i zmówiła krótką modlitwę dziękczynną za kolejny bezpieczny dzień. Miała ochotę zapalić świeczkę w kościele i poprosić Boga, by jej były mąż został alkoholikiem, narkomanem albo wrócił do Iraku czy Afganistanu, gdzieś, gdzie są kule, bomby i wszechobecna śmierć.

Okrutne, bezduszne, niegodne myśli. Miała to gdzieś.

Terri zagoniła dzieci do ich zajęć: rysowania, czytania, oglądania telewizji – a sama poszła do kuchni. Laurie, na której mogła niezawodnie polegać od chwili, kiedy odebrała zgłoszenie o zaginięciu Jennifer, nakładała jedzenie na talerz.

– Pewnie nie mówiłaś prawdy – stwierdziła.

Terri spojrzała na podgrzany klops i sałatkę. Wzięła talerz, chwyciła nóż i widelec i na stojąco, oparta plecami o szafki, zaczęła jeść.

– To ty powinnaś być detektywem – powiedziała między kęsami.

Laurie skinęła głową. Dla kogoś, kto spędzał z Raymondem Chandlerem, Arthurem Conan Doyle'em i Jamesem Ellroyem tyle czasu co ona, to był nie lada komplement.

W sąsiednim pokoju dzieci zajęły się czymś w ciszy – swoisty sukces. Terri zaczęła nalewać sobie mleko, ale zmieniła zdanie i znalazła opróżnioną do połowy butelkę białego wina. Wzięła z półki dwa kieliszki.

– Zostaniesz chwilę?

Laurie skinęła głową.

– Jasne. Białe wino i układanie dzieci do snu. Nie mogłabym sobie wymarzyć lepszego wieczoru. Bylebym tylko wróciła przed telewizor, zanim zacznie się CSI.

– Te seriale… wiesz, że nijak się mają do rzeczywistości.

– Mhm. Ale są trochę jak krótkie moralitety. W średniowieczu lud zbierał się przed kościołem, a aktorzy odgrywali sceny z Biblii, żeby krzewić nauki typu „Nie będziesz zabijał”. Dziś włączamy telewizor i oglądamy Horatia Jakmutam w Miami albo Gusa w Las Vegas. I te filmy mówią mniej więcej to samo, tylko w bardziej nowoczesny sposób.

Zaśmiały się.

– Dziesięć minut! – zawołała Terri do dzieci w sąsiednim pokoju. Tak jak się spodziewała, odpowiedziały jej jęki protestu. Wiedziała, że Laurie ma ochotę spytać o prowadzone teraz śledztwo, ale przez grzeczność nie chce pierwsza poruszyć tego tematu. Wzięła kęs klopsa. – Uciekinierka z domu – odparła na niezadane pytanie. – Ale nie możemy być pewni. Może to porwanie. Może ktoś pomógł jej uciec. Na razie to niejasne.

– A co ty sądzisz? – spytała Laurie.

Terri się zawahała.

– Większość dzieci, które znikają, jest uprowadzana z jakiegoś powodu. I zazwyczaj się odnajdują. Tak przynajmniej mówią statystyki.

– Ale…

Terri zajrzała do pokoju, żeby się upewnić, że syn i córka nie słyszą.

– Nie jestem optymistką – powiedziała cicho. Nadziała na widelec trochę sałatki i pociągnęła duży łyk wina. – Jestem realistką. Licz na najlepsze, oczekuj najgorszego.

Laurie pokiwała głową.

– Szczęśliwe zakończenia…

– Chcesz happy endu, oglądaj telewizję – ucięła Terri. Zabrzmiało to ostrzej, niż powinno, ale po rozmowie z profesorem widziała wszystko w szarych i czarnych barwach. – Tam prędzej go znajdziesz.

To niezwykła metoda prowadzenia śledztwa, stwierdziła.

Zrobiło się późno, Laurie wyszła ze swoim zwykłym apelem „dzwoń o każdej porze dnia i nocy…”, dzieci spały, a Terri sączyła już trzecią lampkę białego wina, otoczona książkami i artykułami, z laptopem przy łokciu. Trwała w dziwnym stanie między wyczerpaniem a fascynacją.

„Widzi pani, przestępstwo, które się wydarzyło na moich oczach… to był tylko początek. Scena pierwsza. Akt pierwszy. Wchodzą antagoniści. I te nieliczne informacje, które mamy, prawdopodobnie prowadzą donikąd. Zwłaszcza jeśli sprawcy są doświadczeni w tym, co robią”.

Głos starego profesora rozbrzmiewał echem w zaciszu jej małego, zadbanego, zagraconego zabawkami domu, „…doświadczeni…” Nie powiedziała mu o kradzionej furgonetce ani o podpaleniu – ogień najpewniej strawił wszelkie pozostawione przez nieuwagę ślady. Takie środki ostrożności podejmuje ktoś, kto wie, co robi.

„Musimy rozważyć przestępstwo, które jest w toku teraz, kiedy rozmawiamy”.

Profesor bez opamiętania snuł szalone domysły i stawiał niedorzeczne hipotezy. Jednak w tym wszystkim tkwiły zalążki sensu. Słuchała go uważnie, szukała wskazówek, które naprowadziłyby ją na rozwiązanie dwóch zagadek. Pierwsza wydawała się oczywista: Co z nim jest nie tak? Druga dużo bardziej skomplikowana: Jak odnaleźć taką Jennifer, dziewczynę wyrwaną ze świata?

Postanowiła po prostu cierpliwie wysłuchać profesora. Był inteligentny, spostrzegawczy i znakomicie wykształcony. Fakt że co rusz się dekoncentrował, jakby nagle przenosił się do innego świata, i odpowiadał na niewypowiedziane pytania i uwagi – był względnie niegroźny. Coś w jego niezbornych wywodach mogło naprowadzić ją na właściwy trop.

Na kolanach trzymała otwartą Encyklopedię morderstwa. Dwa razy przeczytała artykuł o morderstwach na wrzosowiskach i wyszukała na Internecie szczegółowe informacje o tej zbrodni. Zawsze zadziwiało ją to, jakie rzeczy można wyszperać w zakamarkach cyberświata. Natrafiła na zdjęcia z sekcji zwłok, plany miejsc zbrodni i oryginały policyjnych dokumentów, wszystko to zamieszczone na różnych stronach internetowych poświęconych seryjnym morderstwom i dewiacjom seksualnym. Kusiło ją, by zamówić którąś z kilku książek o Myrze Hindley i Ianie Bradym

– ale nie chciała, żeby takie opracowania zajmowały miejsce na półce obok Kota w kapeluszu, O czym szumią wierzby i Kubusia Puchatka.

Pamiętała, by wykasować z komputera wszystkie linki do stron o morderstwach, które odwiedziła. Po co je zostawiać? A nuż jej najstarsza pociecha wie, jak się takie rzeczy otwiera. Dzieci to naturalni podglądacze, ale wszelka ciekawość musi mieć granice. Tak samo podeszłaby do tego każda rozsądna matka.

Jednak nawet kiedy kliknięciami myszy odesłała wszystko do komputerowego czyśćca, to, co przeczytała, nie dawało jej spokoju.

Parę zabójców zgubiła potrzeba podzielenia się swoim bestialstwem z innymi.

„To właśnie jest klucz”, powiedział Adrian. „Chcieli wyjść poza swój związek. Gdyby dzielili się zamiłowaniem do tortur tylko ze sobą nawzajem, mogliby zabijać w zasadzie bez końca”.

Terri słuchała wykładu profesora i robiła notatki.

„Bez jakiegoś błędu w planowaniu czy przypadkowego świadka… działaliby całymi latami”.

Nie znała się na tego typu zbrodniach, choć na studiach omawiali słynne morderstwa i seryjne zabójstwa. Po kilku latach zajmowania się banalną przestępczością miasteczka uniwersyteckiego większość z tego zapomniała.

„Jeśli wezmę dwa identyczne białe szczury i postawię je w identycznej sytuacji psychologicznej, wówczas można zbadać różnice ich reakcji na identyczne bodźce. Wystąpią jednak pewne podobieństwa, punkty odniesienia, na podstawie których można dokonać pomiarów”.

Był ożywiony. Przypuszczała, że mówiąc, widział samego siebie, jak otoczony studentami stłoczonymi w ciemnym laboratorium obserwuje zachowanie zwierząt i pieczołowicie analizuje ich reakcje.

„…Wtedy, kiedy podobne szczury w identycznej sytuacji zaczynają od tych norm odbiegać, robi się ciekawie”.

Tyle że zniknięcie Jennifer to nie eksperyment laboratoryjny.

Przynajmniej tak mi się wydaje, pomyślała i odchyliła się na oparcie krzesła. Odetchnęła głęboko i zaczęła się zastanawiać, czy może się mylić.

Była w trudnym położeniu. Przypomniała sobie, że musi być ostrożna. Kochała swoją pracę, ale wiedziała, że każde śledztwo jest decydujące dla kariery. Schrzanisz sprawę gwałtu w kampusie, wracasz do radiowozu. Spaprzesz śledztwo dotyczące narkotyków czy włamania, to w tak małej jednostce prędko tej plamy nie zmażesz. Zamiast machać złotą odznaką drobnym opryszkom i studentom, którzy narozrabiali po pijaku, odbierałaby telefony.

W głębi ducha była wściekła na Jennifer. Do cholery! Czemu po prostu nie paliłaś trawy i nie szwendałaś się po nocy jak inne zbuntowane nastolatki? Dlaczego nie mogłaś pić, uprawiać seksu bez zabezpieczeń i tak przebrnąć przez wiek nastoletni? Dlaczego musiałaś uciec?

Padała z nóg. Zasnęłaby już, gdyby nie nakładające się na siebie obrazy dwojga morderców sprzed pół wieku i Jennifer. Chciała obiecać: „Znajdę cię”, ale wiedziała, że to wciąż mało prawdopodobne.

Szef jej wydziału siedział za biurkiem. Na ścianie za nim wisiało zdjęcie: on w stroju bejsbolisty otoczony wianuszkiem dzieci. Rozgrywki Ligi Dziecięcej. Nieopodal stał tani, ale lśniący puchar, a oprawiona tabliczka ogłaszała komendanta: „Najlepszym Trenerem Świata” – na niej widniało wiele niewprawnych podpisów. Resztę ściany zajmowały świadectwa ukończenia licznych szkół i kursów: programu rozwoju zawodowego FBI, Fitchburg State College i dyplom John Jay College – dość prestiżowej uczelni. Komendant lubił nosić w pracy mundur, ale tego dnia był w garniturze, zdecydowanie za ciasnym na jego pokaźny brzuch i ramiona ciężarowca. Miała wrażenie, że lada moment facet pęknie jak postać z kreskówki, która nadyma się jak balon.

Sączył kawę i bębnił ołówkiem w jej skromny raport.

– Terri – zaczął powoli. – Więcej tu pytań niż odpowiedzi.

– Tak jest.

– Sugerujesz, że powinniśmy wezwać stanowych albo federalnych?

Spodziewała się tego pytania.

– Myślę, że powinniśmy poinformować ich o sytuacji. Ale bez mocnych dowodów będą tak bezradni jak ja.

Nosił okulary. Ciągle zakładał je i zdejmował – zdejmował, kiedy mówił, zakładał, kiedy czytał – i tak był w ciągłym ruchu.

– Czyli rozumiem, że…

– Nastolatka ucieka z domu. Po raz trzeci. Mało wiarygodny świadek twierdzi, że widział, jak uprowadzono ją z ulicy. Furgonetką. Dalsze dochodzenie wykazuje, że skradziony pojazd podobny do tego samochodu mógł zostać spalony kilka godzin po zniknięciu dziewczyny.

– No i?

– No i tyle. Żadnego żądania okupu. Żadnej wiadomości od zaginionej ani nikogo innego. Innymi słowy, jeśli doszło do przestępstwa, tu trop się urywa.

– Jezu. Co sądzisz?

– Sądzę… – Zawahała się. Już miała odpowiedź na końcu języka, kiedy dotarło do niej, że to, co teraz powie, jest niebezpieczne. Musiała dobrze chronić swoją pozycję. – Sądzę, że powinniśmy postępować ostrożnie.

– Czyli jak?

– Świadek… profesor Thomas, emerytowany wykładowca uniwersytecki… dołączyłam do raportu potwierdzające to dokumenty… uważa, że powinniśmy zbadać przypadki uprowadzeń na tle seksualnym. Sprawdzić wszystkich potencjalnych przestępców seksualnych. Może tam znajdzie się jakiś punkt zaczepienia. Jednocześnie dobrze byłoby rozesłać więcej komunikatów o zaginięciu dziewczyny. Nie zaszkodziłoby też, gdybyś poinformował o sprawie swojego łącznika z biura FBI w Springfield. Niewykluczone, że chcieliby w tym uczestniczyć…

– Wątpię. Przynajmniej nie bez czegoś bardziej konkretnego.

Terri milczała. Wiedziała, że szef jeszcze nie skończył.

– No dobra, pracuj dalej nad tą sprawą. To twój priorytet. Większość tych uciekinierów w końcu się odnajduje. Miejmy nadzieję, że ludzie, których zauważył profesor, to jacyś koledzy, tylko matka dziewczyny nic o nich nie wie. Zbierajmy dalej informacje i czekajmy na telefon w stylu „jestem spłukana i chcę do domu”.

Przytaknęła. Szef dostrzegał te same problemy co ona. Chciał się upewnić, że nigdy nie będzie musiał stanąć przed kamerami i dziennikarzami i wyznać: „Nie zrobiliśmy wszystkiego, co należało…” Widziała, jak policjanci z innych dystryktów w podobnych okolicznościach żegnają się z karierą. Jej szef – nawet z mocnym poparciem burmistrza i rady miejskiej – z pewnością nie zamierzał jako następny stanąć pod pręgierzem krytyki ze strony mediów.

Ani też wystąpić przed radą miejską, nawet na zamkniętej sesji, i zameldować: „Panowie, możliwe, że w naszym ładnym, cichym miasteczku mamy seryjnego zabójcę…”, bo to byłoby pod każdym względem równie groźne.

A zatem, jak podejrzewała, tak naprawdę chciał jej powiedzieć: „Rób, co w twojej mocy. Sprawdź wszystkie ewentualności. Trzymaj się regulaminu. Ale nie ryzykuj. Nie szalej. Zachowaj spokój, nie spraw mi zawodu…”

„…Bo jeśli coś pójdzie nie tak, wszystko zwalę na ciebie”.

– Dam znać, jeśli dowiem się czegoś istotnego.

– Koniecznie – odparł. Poluźnił krawat.

Przemówienie, domyśliła się Terri. Może u masonów albo w lokalnym Lions Club. To takie organizacje zwykle lubią wysłuchiwać policyjnych statystyk i zapewnień, że policja fachowo i profesjonalnie podchodzi do każdej sprawy. A nikt nie mówi o tym tak przekonująco jak szef.

Postanowiła zrobić dwie rzeczy. Sprawdzić niewyjaśnione sprawy. Może była jakaś druga Jennifer. A potem namierzyć wszystkich zarejestrowanych przestępców seksualnych w swoim zasięgu. Dużo wizyt, pomyślała. Ale bez tego się nie obejdzie.

Wstała i wyszła z gabinetu szefa. Nie wspomniała ani słowem o teoriach profesora Thomasa. Większość przestępstw wpisuje się w schematy, normy statystyczne, ramy, potem przyszli policjanci się ich uczą w sali zajęć, by następnie tę wiedzę zastosować w praktyce. On chce wyjść poza te ograniczenia, pomyślała.

Nie ma sensu tego robić, stwierdziła. Z drugiej strony, nie ma sensu tego nie robić.

Rozdział 20

Michael był zadowolony.

Skrzynka odbiorcza z reakcjami na Serię numer 4 była zapchana pomysłami, propozycjami i żądaniami. Przeróżnymi: od subtelnego „Muszę zobaczyć jej oczy…” po znacznie bardziej przewidywalne „Ruchaćruchaćruchaćją” i złożone „Zabić ją. Zabić ją już!”

Michael długo pracował nad każdą odpowiedzią. Wiedział, że to ważne. Jak każdy dobry przedsiębiorca obsługujący niejednorodną klientelę, pilnował, by ci, co tylko dawali sugestie, dostawali tak samo starannie sformułowane, przekorne odpowiedzi, jak widzowie, którzy na dobre wciągnęli się w Serię numer 4.

Michael zawsze był wyczulony na potrzeby abonentów tkwiących w sieci obsesyjnych i kompulsywnych pragnień generowanych przez Co będzie potem? Lubił wyobrażać sobie siebie jako pisarza nowej epoki, poetę przyszłości. Uważał, że tradycyjni autorzy, którzy poświęcają miesiące i lata na tworzenie historii na papierze, są dinozaurami i nieuchronnie zmierzają ku zagładzie. Sam z dumą używał innego języka – ten nie był zawężony do angielskiego, rosyjskiego czy japońskiego. Nie ograniczały go ramy płótna, jego pociągnięcia pędzlem stale się zmieniały, przeobrażały. W odróżnieniu od reżysera filmowego, nie musiał zmieścić się w żadnym budżecie i tworzył obrazy pełne niepewności i zaskoczenia. Nie był przywiązany do żadnego dialektu ani środka wyrazu. On – artysta nowoczesny – łączył film, wideo, Internet, słowa i performance w jedno mieszane medium, a jego przekaz zwracał się ku przyszłości, nie czasom minionym. Myślał o sobie jako po części dokumentaliście, po części producencie i w stu procentach nowatorze. Jego projekt był spontaniczny.

W najmniejszym stopniu nie przejmował się tym, że dzieło opiera się na przestępstwie. Postęp w sztuce zawsze wymaga ryzyka, myślał.

Linda spała zagrzebana w wymiętej pościeli. Cicho, miarowo, spokojnie oddychała. Jej długie nogi były odkryte, skóra połyskiwała. Leżała na boku, z poduszką przyciśniętą do brzucha, a pod prześcieradłem, którym owinęła plecy i ramiona, rysowała się krągłość piersi. Wyobrażał sobie, że Linda ma szczęśliwe sny, pełne prostych magicznych obrazów.

Czasem, kiedy spała, łapał się na tym, że na nią patrzy. Wtedy odnosił wrażenie, że widzi, jak Linda się starzeje, jak jej idealnie gładka skóra blednie i pokrywa się zmarszczkami, a jędrne ciało wiotczeje. Wyobrażał sobie, jak razem dożywają starości, a potem stwierdzał, że to niemożliwe; zawsze pozostaną młodzi.

Od czasu do czasu zerkał na monitory, by sprawdzić, co u Numeru 4. Wyglądało na to, że też śpi – a przynajmniej od godziny prawie się nie ruszała. Podejrzewał, że jej sny są niespokojne. Numer 1 i Numer 2 często krzyczały przez sen. Numer 3 jęczała, szarpała więzy – przedsmak oporu, jaki stawiała im na jawie. Przez to Seria numer 3 skończyła się wcześniej, niż tego sobie życzył – bo Numer 3 po prostu kosztowała ich za dużo sił i zdrowia. Jednak nawet w tym krótkim czasie wiele się od Numeru 3 nauczył – i zdobyte doświadczenie wykorzystywał w podejściu do Numeru 4.

Wcisnął kilka klawiszy i zrobił zbliżenie. Numer 4 miała lekko rozchylone usta, jej szczęka była jak zabetonowana. Zaraz zacznie krzyczeć, uznał.

Są krzyki spowodowane tym, co się człowiekowi śni. Są krzyki wywołane tym, co go spotyka na jawie. Nie był pewien, które gorsze. Numer 4 wie, pomyślał.

Westchnął i przeczesał palcami swoje długie włosy. Poprawił okulary na nosie. Zastanowił się, czy ma dość czasu na szybki prysznic. Zauważył, że Numer 4 drgnęła i jej ręka mimowolnie powędrowała do łańcucha na szyi. Śni, że tonie, domyślił się. Albo że się dusi. A może że pogrzebano ją żywcem.

Patrzył dalej, przekonany, że Numer 4 za kilka minut się obudzi. Sny były tak wyraziste, tak przerażające, że często powodowały raptowne przebudzenie. Przynajmniej tak mu się wydawało.

Jednym z problemów związanych z podtrzymywaniem dezorientacji – Michael wiedział, że to zasadniczy element całego programu – było to, że dziewczyna budziła się o przedziwnych porach, wytrącona ze zwykłego rytmu: wstajesz rano, w dzień czuwasz, nocą śpisz. Miało to swoje plusy – Serię numer 4 oglądano w wielu strefach czasowych, w wielu częściach świata, a mimo to wszyscy widzowie, gdziekolwiek kto przebywał, wcześniej czy później oglądali sobie na żywo coś frapującego. To jednak utrudniało życie jemu i Lindzie – musieli zmieniać się na warcie, żeby jedno z nich mogło się przespać. Ich pasja do projektu brała się między innymi z tego, że dzielili się spostrzeżeniami i podnieceniem, które towarzyszyło tworzeniu wspólnego dzieła. Najlepsze chwile jednak często przychodziły wtedy, gdy czuwało tylko jedno z nich, a to było frustrujące.

W ich pierwszych dwóch podejściach do cobedziepotem.com ta ciągłość akcji okazała się ogromnym mankamentem. Czuli się wyczerpani – i ostatecznie ledwo starczyło im sił, żeby zakończyć program.

Po długich dyskusjach Michael i Linda rozwiązali tę kwestię za pomocą elektroniki. Nagrywali wydarzenia, nagrywali chwile snu, tworzyli programy w programie – tak że główny wątek Serii numer 4 był stale odnawiany, cofany, odtwarzany. Michael stał się specjalistą od Final Cut i innych programów do montażu. Nauczył się też sklejać różne sekwencje, więc kiedy w transmisji robiły się dłużyzny, wysyłał widzom coś ciekawszego.

Michael wpadł na ten pomysł, kiedy analizował współczesne porno. Odkrył, że ludzie mogą na okrągło oglądać jeden i ten sam film pokazujący spółkujących aktorów, jakby każdy jęk i każda pieszczota za każdym razem zaczynały się od nowa.

Miał jednak dość rozsądku, by zrozumieć, że nawet najbardziej śmiała pornografia w końcu powszednieje. Co tu dużo mówić: była przewidywalna. Doszedł do tego, że potrafił wskazać schemat całej kolekcji wideo dostępnej w Internecie – tyle i tyle minut jeden element aktu seksualnego, potem drugi i trzeci – następowały w wojskowym porządku – aż do nieuchronnej, kończącej się w szeroko otwartych ustach kulminacji.

Michael za wszelką cenę chciał wyłamać się z tej konwencji.

Piękno Serii numer 4 leżało w jej nieprzewidywalności.

Nikt nigdy nie odgadnie, co wydarzy się przed kamerą. Nikt nie przewidzi dalszego ciągu. Nie będą mogli odgadnąć czasu trwania serii, nie znajdą jej głównego motywu.

Prawie naga nastolatka przykuta łańcuchem do ściany w nijakim pomieszczeniu… to jak płótno, na którym można narysować wszystko.

Był z tego niezwykle dumny. Z Lindy też. To ona nalegała, żeby do Serii numer 4 wzięli „…kogoś młodego, świeżego…” Przekonywała, że związane z tym zwiększone ryzyko to nic w porównaniu z rozgłosem, jaki zyskają w Internecie – co poszerzy bazę ich klientów. Nieustępliwa i zdeterminowana wykorzystała całą wiedzę zdobytą na studiach biznesowych i w praktyce zawodowej, by wzmocnić swoje argumenty.

W tej kwestii – jak w wielu innych – Michael musiał przyznać jej rację.

Numer 4 będzie najciekawszym dramatem ze wszystkich, które stworzyli.

Linda poruszyła się za jego plecami. Uśmiechała się przez sen. Uśmiechnął się do niej; miał ochotę pogłaskać ją po nodze, ale kiedy już wyciągał rękę, rozmyślił się. Potrzebuje odpoczynku, stwierdził. Nie powinien jej przeszkadzać.

Znów odwrócił się do komputera. Przyszedł mejl od kogoś, kto podpisał się nickiem Magicman88, z propozycją: „Numer 4 powinna się gimnastykować, żebyśmy mogli w pełni podziwiać jej figurę”.

Michael odpisał: „Tak. Wszystko w swoim czasie”.

Lubił dawać abonentom poczucie, że pomagają kontrolować sytuację, i zapisał w scenariuszu, by kazać Numerowi 4 zrobić kilka pompek, przysiadów i pobiegać w miejscu.

Rozsiadł się wygodnie w fotelu i zaczął się zastanawiać: Jeśli każę jej się gimnastykować, co o tym pomyśli?

Ciekawe: Czy owca, gdy dają jej więcej jedzenia, wie, że tuczą ją na rzeź?

– Nie – szepnął na głos. – Będzie przekonana, że to służy czemuś innemu. Nie dostrzeże w tym teatru.

Linda przewróciła się na drugi bok. Miło mu się zrobiło, że jest wyczulona nawet na jego szept.

Na monitorze zobaczył, że Numer 4 podnosi dłoń do twarzy. Jej palce dotknęły przepaski na oczach. Wydawało się jednak, że to tylko bezwiedny ruch, i Michael uznał, że dziewczyna nadal śpi.

Uważał, że między innymi z tego bierze się jego geniusz. Potrafił sobie wyobrazić psychologiczne skutki każdej czynności rozgrywającej się na ekranie. Brał pod uwagę nie tylko to, jak wpłynie na Numer 4, ale i jak odbiorą ją widzowie. Chciał, żeby utożsamiali się z Numerem 4 i jednocześnie pragnęli nią manipulować.

Kontrola była wszystkim.

Znów zerknął na monitor, po czym zatrzymał wzrok na Lindzie. Kiedy zaczęli pracować nad pomysłami, które doprowadziły do powstania Serii numer 1, dogłębnie poznał realia niewoli. Przeczytał wszystkie prace o syndromie sztokholmskim. Chłonął pamiętniki jeńców wojennych, zdobył odtajnione analizy armii amerykańskiej na temat warunków życia w Hanoi Hilton. Udało mu się nawet dostać instrukcje CIA dotyczące przesłuchiwania najważniejszych jeńców i oceny związanego z tym ryzyka. Czytał spisane ustne relacje naczelników więzień i biografie ludzi, których więzili. Poznał prawdę o Ptaszniku z Alcatraz i dziś mógłby precyzyjnie wytłumaczyć każdemu profesorowi historii filmu, w czym pamiętna kreacja Burta Lancastera odbiegała od rzeczywistości.

Sądził, że wie o zniewoleniu tyle co najwięksi eksperci. Ta pewność swojej wiedzy zawsze wywoływała u niego uśmiech.

Różnica między nim a profesjonalistami polegała na tym, że oni szukali informacji, chcieli zadać ból albo po prostu musieli czymś zająć czas.

On i Linda tworzyli sztukę. Byli wyjątkowi.

Znów się poruszyła; Michael po cichu wstał i poszedł do łazienki. Prysznic mnie odświeży, powiedział sobie. Musiał być w pełni przytomny podczas następnej dramatycznej chwili, która czekała Numer 4.

Przejrzał się w małym lustrze nad umywalką. Napiął żylaste mięśnie i stwierdził, że jest ascetycznie chudy jak mnich, a może zapalony długodystansowiec. Odgarnął kosmyki włosów z twarzy i pogładził postrzępioną brodę. Miał długie palce; dawniej myślał, że wprost stworzone do tego, by tańczyły po klawiszach fortepianu. Dziś wygrywały muzykę na klawiaturze komputera. Ochlapał twarz wodą. Chyba był trochę za blady. Musimy z Lindą częściej wychodzić na powietrze, pomyślał, nie być takimi odludkami. Może jak już skończą Serię numer 4, odpoczną na południu. W gorących, wilgotnych tropikach Kostaryki albo w innym egzotycznym miejscu, choćby na Tahiti. Pieniędzy starczy na wszelkie luksusy. Seria numer 4 jak dotąd biła rekordy popularności. Stale przybywało abonentów. Ludzie logowali się za pomocą numerów kart kredytowych, stan konta rósł. Michael przypomniał sobie, że musi przygotować skrót najważniejszych do tej pory wydarzeń, by nowi widzowie byli na bieżąco. Postanowił się ogolić; puścił gorącą wodę pełnym strumieniem. Lustro niemal od razu zaparowało. Nałożył na twarz piankę do golenia, naszykował brzytwę i zacytował jeszcze jeden klasyczny film.

– „Pora zacząć show!” – szepnął śmiało.

Tak jak przedtem, Jennifer nie była pewna, czy wciąż śni, czy się obudziła. Czuła, że za czarną kurtyną, która zasłania jej oczy, wszystko zaczyna się rozmywać, jakby nie było już na tym świecie niczego stałego, żadnej siły łączącej rzeczy ze sobą, jakby nawet grawitacja osłabła. Nie wiedziała, czy to dzień, czy noc, poranek czy wieczór. Nie pamiętała, ile dni jest uwięziona. Czas, miejsce, to, kim jest, wszystko zanikało z minuty na minutę. Sen nie oznaczał odpoczynku. Jedzenie nie zaspokajało głodu. Picie nie gasiło pragnienia. Pozostawała pogrzebana pod przepaską na oczach, skuta łańcuchem.

Jej palce milionowy już raz objęły Pana Futrzaka. On jeden przypominał o tym, co było rzeczywiste w jej życiu do czasu, kiedy została porwana.

Czubkami palców łaskotała sfatygowanego syntetycznego misia. Zastanawiała się, dlaczego pozwolili go zatrzymać. Na pewno nie po to, żeby jej pomóc. To musiało być im do czegoś potrzebne i przemknęło jej przez myśl, żeby wyrzucić znajomą maskotkę w pustkę, gdzie nigdy jej nie znajdzie. Taki gest oporu. Pokazałaby temu facetowi i tej kobiecie, że nie zamierza poddać się bez walki i pozwolić, by robili z nią, co chcą.

Mocno ścisnęła tułów pluszaka i napięła mięśnie jak miotacz szykujący się do rzutu piłką.

Wstrzymała oddech.

Nie! – krzyknęła nagle w duchu.

A może zrobiła to na głos. Nie wiedziała.

Nasłuchiwała echa, na próżno.

Przytuliła misia do piersi i wodziła palcami po jego plecach.

– Przepraszam – szepnęła na głos. – Nie chciałam. Nie wiem, dlaczego pozwolili mi cię znaleźć, ale jesteś i tkwimy w tym razem. Jak zawsze.

Jennifer obróciła głowę, jakby spodziewała się usłyszeć odgłos otwieranych drzwi albo płacz dziecka, ale nie rozległ się żaden dźwięk. Słyszała tylko bicie własnego serca i wyobrażała sobie, że jej pluszak też to słyszy.

Poczuła się trochę lepiej na dźwięk swojego głosu, nawet jeśli szybko ucichł. To jej przypomniało, że nadal potrafi mówić – a więc wciąż jest sobą, może w małej, ale za to ważnej części.

Prawie się roześmiała. Wiele było wieczorów, kiedy leżała w łóżku przy zgaszonym świetle, otoczona nocą, i przytulona do Pana Futrzaka wylewała z siebie wszystkie żale i krzywdy, jakby on jeden na całym świecie rozumiał to, przez co ona przechodzi. Wiele rozmów przez wiele lat, o wielu problemach. Zawsze trwał przy niej, od chwili, kiedy rozerwała kolorowy papier z napisem „Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin”. Ojciec – już wtedy ciężko chory – dość nieudolnie zapakował i wręczył jej zabawkę. To był ostatni prezent, jaki od niego dostała, zanim zabrali go do szpitala. Ot, i cała historia: podarował jej misia i umarł, a ona znienawidziła matkę, że nic nie poradziła na raka, który go zamordował.

Jennifer wzięła wdech i pogłaskała misia. Może i są mordercami, pomyślała ostro, jakby telepatycznie przekazując te słowa pluszakowi. Ale nie są rakiem.

Powiedziała sobie, że tak naprawdę tylko tego się boi. Raka.

Kolejne głębokie westchnienie i zmieniła pozycję na łóżku.

– Musimy widzieć – szepnęła do poszarpanego ucha misia. – Musimy zobaczyć, gdzie jesteśmy. Jeśli nie będziemy widzieć, możemy umrzeć.

Zawahała się. Te słowa ją zaniepokoiły, pewnie dlatego, że były prawdziwe.

– Rozejrzyj się uważnie – ciągnęła cicho. – Zapamiętaj wszystko. A potem powiedz mi, co zobaczyłeś.

Wiedziała, że to bez sensu, ale pokręciła głową misia na boki tak, by szklane paciorki jego oczu obejrzały więzienie. Niby to głupie i dziecinne, ale poczuła się dużo lepiej i wróciło jej sił na tyle, że kiedy usłyszała odgłos otwieranych drzwi, nie zesztywniała tak szybko jak poprzednio, a oddech nie stał się chrapliwy. Odwróciła się w stronę dźwięku z nadzieją, że to rutynowe odwiedziny z posiłkiem czy piciem, ale i z obawą, że może to być zapowiedź czegoś nowego.

I wtedy zrozumiała, że cokolwiek ją czeka, nie nastąpi szybko i nagle. Na tę myśl ręka drgnęła jej ze strachu. Była jednak dość bystra, żeby się domyślić, że każda mijająca sekunda, każdy nowy element wprowadzany do jej ciemnego świata może jej i pomóc, i zaszkodzić.

Rozdział 21

Adrian leżał skulony na łóżku, z głową na łonie nagiej żony. Była w szóstym miesiącu ciąży. Głęboko wciągał powietrze, rozróżniając poszczególne zapachy, jakby każdy mówił coś innego o osobowości Cassie. Jego żona nuciła jakąś odkurzoną piosenkę Joni Mitchell z lat sześćdziesiątych, relikt niemal już zapomnianej epoki. Powoli głaskała jego splątane siwe włosy w rytmie melodii, odgarniała je z czoła i delikatnie wodziła palcami wokół jego uszu. To było dużo więcej niż zmysłowe.

Trwał w bezruchu i wspominał te dawno minione chwile, kiedy leżeli razem po uprawianiu miłości. Wyczerpanie, które narastało.

Miał ochotę zamknąć oczy, runąć w bezdenne otchłanie swojej duszy i umrzeć, tu i teraz. Gdyby dało radę siłą woli zmusić serce, by przestało bić, zrobiłby to bez wahania.

Cassie nachyliła ku niemu głowę.

– Pamiętasz, ile godzin mogłeś tak leżeć i czekać, aż poczujesz, jak Tommy kopie?

Pamiętał. Ani jednej zmarnowanej sekundy. Najszczęśliwsze momenty jego życia. Możliwości wydawały się nieograniczone. Obronił doktorat, zaczął pracę na uniwersytecie. Cassie miała za sobą swoją pierwszą wystawę, w prestiżowej nowojorskiej galerii przy Piątej Alei, i recenzje – w „Art World” i „New York Timesie” – były pełne uznania, żeby nie powiedzieć entuzjastyczne. Jego poetycki nałóg – często myślał o tym jak o narkotyku – zaczynał rozwijać się w najlepsze. Odkrywał Yeatsa i Longfellowa, Martina Espadę i Mary Jo Salter. Wkrótce miał im się urodzić syn. Cieszył się każdym dniem, witał pierwsze promienie porannego słońca z niewyczerpaną energią. Zaczął biegać po wschodzie, dziesięć kilometrów w szybkim tempie, po to tylko, by wysiłkiem fizycznym rozładować radosne oszołomienie. Nawet członkowie uniwersyteckiej drużyny w biegach przełajowych – a ci uważali bieganie za najbardziej pożyteczną obsesję na świecie

– sądzili, że nowy profesor psychologii, który co rano zostawia ich daleko w tyle, ma nierówno pod sufitem.

– Tyle wtedy było do kochania – powiedziała Cassie lirycznym tonem.

– Ale to wszystko przepadło.

Otworzył oczy i zobaczył, że jest sam i że głowę trzyma na zmiętej poduszce, nie na łonie żony. Wyciągnął rękę, jakby mógł chwycić Cassie i zatrzymać ją taką, jaką ją zachował we wspomnieniach.

Czuł jej dłoń w swojej dłoni, ale jej nie widział.

– Masz pracę do wykonania – oznajmiła z werwą. Zdawało się, że jej głos rozbrzmiewa za nim, nad nim, pod nim i w nim jednocześnie. – No, Audie, liczy się każda sekunda.

Cassie była. Cassie nie było. Adrian usiadł prosto.

– Jennifer – powiedział.

– Zgadza się. Jennifer.

– Ledwo pamiętam jej imię – odparł.

– Nie, Audie, pamiętasz. Widzisz ją w myślach. I widzisz, kim była. Pamiętasz jej pokój? Jej rzeczy? Różową czapkę? Pamiętasz to wszystko. A ja jestem tu, żeby ci przypomnieć. Znajdź ją.

Słowa poniosły się echem, jakby wypowiedziane na skraju ogromnego kanionu. Słyszał je nie po raz pierwszy, i tak jak przedtem już otwierał usta, by zaprotestować, że jest zbyt stary, chory i zagubiony, ale zrozumiał, że Cassie nie chce słuchać jego wymówek. Jak zawsze.

Wyjrzał na zewnątrz. Świat wciąż tkwił w okowach nocy. Na pewno jest zimno, pomyślał. Ale to już nie bezlitosny ziąb zimy. Na zewnątrz poczułbym wiosnę. Ukrytą w ciemności, ale obecną.

Wstał, żeby wyjść z domu, ale tego nie zrobił. Spojrzał w lustro na starej komodzie Cassie. Schudł – to przez chorobę. Starał się pamiętać, że musi się zdrowo odżywiać. Ciekawe, czy przespał kilka godzin, czy kilka minut. Weź leki, nakazał sobie. Przestaniesz mieć zwidy. Zdawał sobie sprawę, że małe są szanse, by tak się stało, bez względu na to, ile pigułek weźmie. Poza tym lubił wizyty duchów. Na pewno sprawiały mu więcej frajdy niż umieranie. Czuł się jak uparty starzec – ale w sumie, do cholery, to chyba nie takie złe. Mimo to podszedł do komody, odszukał tabletki, które podobno pomagały w walce z otępieniem, odpędził myśl, że nie pamięta, kiedy je ostatnio brał, i łyknął całą garść. Wymaszerował z sypialni, poszedł do gabinetu, odsunął na bok papiery i książki i zasiadł przed komputerem. Obok siebie rozłożył tylko mapę obszaru obejmującego sześć stanów. Massachusetts. Connecticut. Vermont. Rhode Island. New Hampshire. Maine. Odwrócił się do komputera i zajrzał do spisu zarejestrowanych przestępców seksualnych w każdym z nich.

Nawet się nie domyślał, że detektyw Collins w tym samym czasie robiła prawie to samo.

Wcisnął kilka klawiszy i kliknął na nazwisko.

Na ekranie przed nim pokazało się zdjęcie policyjne. Mężczyzna o nieufnym, świdrującym spojrzeniu. Rzedniejące włosy, ziemista cera. Tak właśnie Adrian wyobrażał sobie takich ludzi. Niżej zobaczył listę aresztowań, wyroków i rozpraw sądowych. Był też adres zamieszkania i krótki opis preferencji. Dalej ocena zagrożenia, jakie mężczyzna stanowił dla społeczeństwa, i analiza jego sposobu działania. Wszystko napisane zwięźle i precyzyjnie, w policyjnym stylu, bez upiększania i głębszych refleksji o rzeczywistych skutkach czynów tego człowieka. Obnażył się przed centrum handlowym – to zwróciło uwagę Adriana. Żadnej wzmianki o tym, jaki to miało wpływ na sprawcę i na ofiary.

Adrian odchylił się na oparcie i westchnął głęboko. Może te wszystkie fakty powiedziałyby coś psychologom policyjnym, pomyślał. On jednak całe życie badał zachowania. Czy chodziło o szczura laboratoryjnego, czy o człowieka, jego zadanie polegało na tym, aby przypisać każdej czynności określone znaczenie. Czynności jako takie może rozpoznać każdy – żadna sztuka, nie trzeba do tego wiedzy. On musiał je zinterpretować, wskazać, jak wiążą się z innymi i wyciągnąć z nich wnioski na przyszłość.

Kliknął na inne zdjęcie. Następny mężczyzna: masywny, brodaty, burza kędzierzawych włosów, ciało pokryte tatuażami. Wiele z nich pokazano na zbliżeniach – smoki ziejące ogniem, zbrojne w miecze walkirie, emblematy motocyklowe. Dokumentację znów zamykały informacje o przestępstwie.

Tak jak w przypadku człowieka o ziemistej twarzy, Adrian wbił wzrok w zdjęcie i uznał, że z samego wizerunku niczego się nie dowie.

Żaden obraz na monitorze nic mu nie powie o ludziach, którzy porwali Jennifer.

– Skoro tak… – Cassie nachyliła się nad jego ramieniem, żeby czytać informacje na ekranie razem z nim – pozostaje ci chyba tylko jedno rozwiązanie. – Na policzku czuł jej gorący oddech.

Skinął głową.

– Ale…

– Czy nie mówiłeś zawsze, że masz mieszane uczucia co do czytania wyników cudzych doświadczeń? Tak naprawdę ufałeś tylko własnym eksperymentom. Kiedy badałeś strach i jego emocjonalne następstwa, czy nie powtarzałeś, że musisz wszystko sam zobaczyć?

Cassie zadawała pytania, na które już znała odpowiedzi. Jej stara metoda. Ciągle ją stosowała – i to skutecznie.

Adrian zawahał się. Męczące pytania nękały jego wyobraźnię. Zanim mógł się powstrzymać, spytał o coś, co nosił w sobie od lat.

– To nie był wypadek, prawda? Wtedy, kiedy jechałaś samochodem, miesiąc po śmierci Tommy'ego. To wcale nie był wypadek, mam rację? Chciałaś tylko, żeby tak to wyglądało. Straciłaś panowanie nad samochodem i wpadłaś na drzewo w deszczową noc. Tylko że wcale nie straciłaś nad nim panowania. To miało być samobójstwo, którego żaden glina ani agent ubezpieczeniowy nie nazwie samobójstwem. Ale się nie udało, co? Przyznaj, nie spodziewałaś się, że ockniesz się w szpitalu jako kaleka.

Adrian wstrzymał oddech. Wyrzucił z siebie potok słów jak zbyt podekscytowany uczeń i było mu wstyd. Chciał jednak usłyszeć odpowiedzi Cassie.

– Oczywiście, że nie – prychnęła. – A skoro zawsze znałeś prawdę, czemu takie to dla ciebie ważne, żeby ją usłyszeć?

Nie wiedział, co na to odpowiedzieć.

– Nigdy o tym nie rozmawialiśmy – stwierdził. – Zawsze chciałem, ale nie wiedziałem, jak cię o to spytać, kiedy żyłaś…

– Ledwo ledwo…

– Tak. Jako kaleka…

– Bardziej z powodu śmierci Tommy'ego niż przez to, że jechałam setką i rąbnęłam w jakiś cholerny dąb. Tak to już jest, Audie. Wiesz o tym.

– Zostawiłaś mnie zupełnie samego.

– Nie. Nigdy. Tylko umarłam, to wszystko. Musiałam. Przyszedł na mnie czas. Nie mogłam się pogodzić ze śmiercią Tommy'ego. A ty nie wierzyłeś, że dam radę. Ale się mylisz…

– Jak to?

– Nigdy nie byłeś sam.

– Czuję się tak teraz, kiedy też umieram.

– Naprawdę?

Dłonie Cassie pomasowały jego ramiona; łagodnie ugniatały ciało i mięśnie. Wydawała się starsza, rozbita psychicznie jak wtedy, kiedy dostali wiadomość o śmierci ich jedynego dziecka. Całymi dniami wpatrywała się w zdjęcie Tommy'ego, potem obsesyjnie szukała w komputerze informacji o innych reporterach, kamerzystach i dziennikarzach w Iraku. Chciała, żeby oni wszyscy też zginęli, bo wtedy śmierć jej dziecka nie byłaby taka wyjątkowa i przez to stałaby się mniej straszna. Miał wrażenie, że sam teraz zachowuje się podobnie, tyle że w innym celu: żeby znaleźć coś, co powiedziałoby mu, gdzie szukać Jennifer. Nachylił się do komputera i wprowadził nowe kryterium wyszukiwania.

– Kto by przypuszczał… – wymamrotał cicho, zaskoczony. Wpisał do rejestru nazwę swojego małego miasteczka uniwersyteckiego i wyskoczyła lista siedemnastu notowanych przestępców seksualnych. Mieszkali w promieniu kilku kilometrów od uczelni i wszystkich szkół podstawowych. – Kiedy wpuszczałem szczura do labiryntu i robiłem mu zastrzyk… – zaczął. Cassie była blisko, czuł ją przy sobie i widział jej odbicie w monitorze, ale za bardzo się bał, żeby się odwrócić, bo myślał, że wtedy spłoszyłby jej ducha, a lubił mieć ją u boku.

Zawahał się i parsknął śmiechem. Znajome słowa: -…zawsze chciałem go spytać…

– …Co czułeś? Co myślałeś? Dlaczego zrobiłeś to, co zrobiłeś? – Cassie dokończyła za niego z lekkim melodyjnym śmiechem, który rozpoznał z lepszych czasów.

Głośno klepnęła go w plecy, jakby na znak końca masażu.

– A zatem… – usłyszał jej mocny głos. – Idź, spytaj szczura.

Rozdział 22

Adrian musiał czekać tylko pół godziny, zanim człowiek, którego wybrał z listy siedemnastu zarejestrowanych przestępców seksualnych, pojawił się w drzwiach swojego domu i szybko poszedł do samochodu. Pora była wczesna, mężczyzna miał na sobie tani czerwony krawat i niebieski rozpinany sweter. Niósł wytartą czarną teczkę ze skóry i dla Adriana niczym się nie różnił od innych mieszkańców terenów tuż poza granicą miasteczka uniwersyteckiego, którzy wyruszają jak co rano do nudnej, ale za to stałej pracy zapewniającej małą, ale niezbędną pensję.

W wyglądzie mężczyzny – i ulicy, przy której mieszkał – nie było niczego szczególnego. Już niemłody, ale jeszcze nie w średnim wieku, drobny, niewysoki, piaskowe włosy, okulary w czarnych oprawkach. Pod pachą niósł prostą szarą kurtkę, jakby nie wierzył, że zrobi się cieplej. Miał nijaki wygląd urzędnika, nadawałby się w sam raz na sprzedawcę używanych samochodów albo sortowacza poczty.

Adrian patrzył z auta zaparkowanego po drugiej stronie ulicy, jak facet wsiada do małego beżowego japońskiego wozu. Parterowy wiejski dom, w którym mieszkał z matką – tak wynikało z wydruku Adriana – był schludny, odsunięty od ulicy i świeżo pomalowany. W rzędach ceglanych donic przy drzwiach rosły wczesne niebieskie i żółte kwiaty.

Krótko mówiąc, z pozoru przeciętny człowiek z typowego domu na nijakim osiedlu. Okolica bliższa wiejskiego świata farm i zaoranych pól przygotowywanych do siewu kukurydzy niż gęsto upakowanej energii miasteczka uniwersyteckiego, w którym on i Cassie wychowywali Tommy'ego i uczyli nieprzebraną rzeszę studentów. Ten mężczyzna żył obok głównego nurtu, nawet jeśli główny nurt, jaki znał Adrian – zatłoczone kawiarnie, pizzerie z samymi miejscami stojącymi, księgarnie i sklepy z rękodziełem – był dość banalny. Nie taki jak w Nowym Jorku, Bostonie czy nawet Hartfordzie. Bez codziennych godzin szczytu, bez szaleńczego pracoholizmu, bez niepohamowanego parcia na sukces. Świat akademicki, który dominował w mieście Adriana, był ambitny – ale za szczyt ambicji uważał stały etat profesorski.

Jednak obserwowany człowiek nie należał do żadnego znanego Adrianowi świata.

Był jakby odrębny.

To, że wydaje się przeciętniakiem, nie znaczy, że nim jest, przypomniał sobie Adrian. Zawahał się, co robić.

– Ruszaj szybko! Jedź za sukinsynem – naciskał Brian. – Musisz zobaczyć, gdzie pracuje. Musisz go rozgryźć!

Adrian zerknął w lusterko wsteczne i zobaczył odbicie swojego nieżyjącego brata. To był Brian – adwokat w średnim wieku. Wychylony do przodu machał rękami, jakby pchał Adriana do czynu, popędzał go. Długie włosy miał zmierzwione, potargane, jak gdyby przesiedział całą noc za biurkiem. Jedwabny prążkowany krawat od Brooks Brothers wisiał mu luźno na szyi. Głos był naglący i mocno zniecierpliwiony.

Adrian natychmiast wrzucił bieg i ruszył za przestępcą seksualnym. Brat osunął się na oparcie wyczerpany, ale pełen ulgi.

– Dobrze. Do licha, Audie, nie możesz być tak… niezdecydowany. W tej sprawie z Jennifer trzeba działać dynamicznie. Dlatego od tej pory, ile razy będziesz chciał przyjrzeć się komuś, czemuś, jakiemuś dowodowi albo informacji powoli, spokojnie i ostrożnie jak typowy profesor i uczony, cóż… każ sobie do cholery trochę się pospieszyć.

Głos Briana słabł, stawał się niemal piskliwy, jakby każde słowo wymagało wytężonego wysiłku. Z początku Adrian pomyślał, że może brat jest chory… ale przypomniał sobie, że Brian nie żyje.

Zjechał starym volvo na ulicę.

– Nigdy jeszcze nikogo nie śledziłem – stwierdził głośno Adrian i dodał gazu. Silnik volvo zaprotestował wyciem.

– To nic trudnego. – Brian westchnął i się odprężył. Samo to, że ruszyli naprzód, wyraźnie rozładowało w nim napięcie. -Gdybyśmy naprawdę zamierzali trzymać się w ukryciu, no wiesz, przeprowadzić akcję profesjonalnie, mielibyśmy trzy samochody. Jechałyby za nim na zmianę, przejmowały go jeden po drugim. Ta sama metoda sprawdza się, kiedy chcesz śledzić kogoś pieszo, na ulicy. Ale my nie będziemy aż tak kombinować. Po prostu jedź za nim tam, dokąd się wybiera.

– I co potem?

– To się okaże.

– A jak się domyśli, że go śledzę?

– Wtedy zobaczymy. To nic nie zmieni. Tak czy owak, porozmawiamy sobie z gościem.

Adrian dostrzegł, że brat wpatruje się w wydruk z komputera i czyta wszystkie szczegóły po kolei.

– Rozumiem, czemu wybrałeś tego typa. – Brian zaśmiał się lekko.

Adrian nie przypominał sobie, żeby na którejkolwiek ze stron rejestru było coś zabawnego.

– Chodzi o podobieństwo wieku – powiedział na głos, kiedy skręcił za róg i znów przyspieszył, żeby nie stracić celu. – Został skazany za trzy różne przestępstwa. Ofiarami były dziewczyny w wieku od trzynastu do piętnastu lat…

– Prawdziwy aniołek – stwierdził Brian z nutą sarkazmu, tonem prawnika, który ma fakty i dowody po swojej stronie.

Dokładnie to samo powiedział sobie Adrian, kiedy przejrzał listę siedemnastu mężczyzn. Sztuka polegała na tym, żeby spojrzeć na nich okiem naukowca i skupić się nie na szczegółach czynów, tylko na leżących u podłoża zaburzeniach. Większość stanowili gwałciciele. Niektórzy mieli problemy rodzinne. Ten był inny. Miał na koncie zarzut posiadania pornografii dziecięcej. Eksżona wycofała oskarżenie przeciwko niemu – chodziło o coś w związku z jego pasierbicą. Do tego kilka razy trafił do aresztu za obnażanie się.

Same szczury. Ale jeden szczur inny niż pozostałe.

– Obnażał się przed nimi.

– Flecista. Tak gliny nazywają takich gości – powiedział Brian z nutą przechwałki. – Przynajmniej w mieście. Chociaż tu, na zadupiu, pewnie też.

– Być może. Ale spójrz na ostatni wyrok, Brian, a zobaczysz… – Adrian zamilkł. Zerkał to na jasnobrązowy samochód przed nim, to na brata czytającego na tylnym siedzeniu.

– Ach, zamknęli go za… No, no, Audie, jestem pod wrażeniem. Szybko się uczysz.

– Bezprawne pozbawienie wolności.

– Mhm – mruknął na potwierdzenie Brian. – To mniej poważny zarzut niż porwanie… ale coś z tej samej parafii, nie?

– Tak sądzę.

– Nastolatki – prychnął. – I zachciało mu się jedną porwać, co? Ciekawe, co zamierzał potem zrobić? Cóż, to wiele mówi. – Zaśmiał się. – Ale jest jeden problem…

– Wiem. Brak wspólnika. To właśnie muszę zrozumieć…

– Nie trać go z oczu, Audie. Jedzie do miasta.

Ruch się nasilał. Kilka sedanów i pikap przyblokowały mężczyznę w jasnobrązowym samochodzie. Z autobusem szkolnym na ogonie, Adrian manewrował autem, starając się dotrzymać tempa śledzonemu.

– Pamiętam, Brian, jak miałeś ten drogi wóz sportowy…

– Jaguara. No, fajna bryka.

– Gdybyśmy go teraz mieli, łatwiej byłoby nadążyć…

– Sprzedałem go.

– Tak. Nigdy nie mogłem zrozumieć dlaczego. Wydawało mi się, że jesteś w nim szczęśliwy.

– Za szybko jeździłem. Zawsze. Zbyt brawurowo. Jak tylko siadałem za kierownicą, zapominałem nie tylko o ograniczeniach prędkości, ale i o zdrowym rozsądku. Przy setce szalałem, przy stu pięćdziesięciu traciłem rozum, przy dwustu wyłaził ze mnie prawdziwy psychopata. Uwielbiałem ten pęd. Czułem się wtedy wolny. Ale było oczywiste, że w końcu się zabiję. Tyle razy mało nie straciłem panowania nad kierownicą. Wiedziałem, że za bardzo się narażam, że to zbyt niebezpieczne, więc go sprzedałem. Największy błąd w moim życiu. Piękny samochód… dużo lepiej byłoby użyć go do… – urwał i ukrył twarz w dłoniach. – Wybacz, Audie. Zapomniałem. Tak zrobiła Cassie. – Jego głos wydawał się odległy, cichy. – Ona i ja byliśmy zupełnie do siebie niepodobni. Wiem, myślałeś, że się nie lubimy, ale to nieprawda. Po prostu widzieliśmy w sobie nawzajem coś, co nas przerażało. Kto by pomyślał, że oboje opuścimy ten padół w podobny sposób?

Adrian chciał coś powiedzieć, ale nie mógł znaleźć słów. Łzy wzbierały mu w oczach. Słyszał tylko ból w głosie brata, taki sam jak ból w głosie żony, który pamiętał do dziś.

– Dlaczego tego nie zauważyłem? Przecież jestem psychologiem. Mam kwalifikacje…

Brian się zaśmiał.

– Czy Cassie cię z tego nie rozgrzeszyła? Powinna. Hej, uważaj! Gość skręca. A niech mnie. Robota w sam raz dla takiego dziwoląga, nie sądzisz?

Adrian nie odpowiedział. Zobaczył, że beżowy samochód skręca przed hipermarket budowlany – duży magazyn zajmował prawie całą przecznicę na peryferiach miasta. Patrzył, jak mężczyzna wjeżdża na tyły, za tabliczkę z napisem „Parking dla pracowników”.

Adrian zatrzymał się przed sklepem. Zaczekał kwadrans w ciszy. Brian chyba spał na tylnym siedzeniu. Przynajmniej halucynacja milczała. Adrian myślał, co by tu kupić, żeby móc udawać, że cała ta wyprawa ma jakiś inny cel. Tak naprawdę chodziło tylko o to, żeby się upewnić, czy mężczyzna jest w pracy.

– Chodźmy – zwrócił się do Briana. – Trzeba sprawdzić, czy tu zostanie.

Wysiadł i przeszedł przez gigantyczny parking, szurając nogami po makadamie. Przyjeżdżały pikapy i minivany. Do środka wchodzili pracownicy budowlani, hydraulicy, stolarze i zagonieni mężczyźni w typie tatusiów z przedmieścia. Ruszył za nieprzerwanym strumieniem ludzi. Nie oglądał się, czy Brian idzie za nim, choć czuł się samotny, nawet wśród tłumu.

W ogromnym wnętrzu miał chwilę zwątpienia. Sklep był olbrzymi, podzielony na dziesiątki działów – ogrodniczy, pokrycia dachowe, sprzęt kuchenny, narzędzia elektryczne… Niezmierzona ilość towarów i urządzeń zalegała regał za regałem. To tu, to tam przemykali mężczyźni i kobiety w czerwonych kamizelkach z identyfikatorami; wskazywali klientom drogę, udzielali rad. Kasy pikały przy nabijaniu zakupów. Adrian zaczął chodzić w tę i we w tę wzdłuż szeregów płytek i boazerii, zlewów z nierdzewnej stali i kranów, szpachlówek, młotków i wiertarek. Już miał dać za wygraną, kiedy zobaczył swój cel. Mężczyzna, którego szukał, pracował w dziale z elektroniką użytkową i akurat prowadził żywą rozmowę z parą w typie majsterkowiczów, w wieku około trzydziestu lat. Klient kręcił nosem, ale jego partnerka wydawała się mocno przejęta, jakby szczerze wierzyła, że z odpowiednimi narzędziami i instrukcjami sami dadzą radę wymienić instalację elektryczną w domu. Facet miał minę, jaką czasem widzi się u młodych mężów, których obarcza się brzemieniem ponad ich siły, ale nijak nie mogą temu zapobiec. Adrian uśmiechnąłby się, nawet zaśmiał z tego obrazu – nie raz był w takiej samej sytuacji z Cassie – ale gdyby tych dwoje wiedziało, z kim rozmawiają, odskoczyliby z przerażeniem.

Patrzył jeszcze kilka sekund, aż w końcu odwrócił się i wyszedł. Postanowił wrócić za osiem godzin, kiedy przestępca seksualny skończy pracę. Czuł się, jakby coś osiągnął, ale nie był pewien co. Może to po prostu wrażenie zbliżenia się do kogoś, kto mu podpowie, czego powinien szukać.

Jednak niełatwo będzie to z niego wyciągnąć i Adrian nie miał pojęcia, jak tego dokona.

Przez resztę dnia czekał niecierpliwie. Następne materiały wprowadziły go głębiej w świat perwersji. Dalsze badania motywów i elementów tworzyły profil osobowości dewiacyjnej. A w tym wszystkim nie znalazł nic, co wskazałoby mu, gdzie szukać Jennifer. Nie musiał słyszeć nacisków Cassie i Briana, żeby się pospieszył, że czas ucieka, że każda sekunda przybliża dziewczynę do śmierci – o ile jeszcze żyje. Wciąż go pospieszali. I słusznie. Albo nie. Trudno stwierdzić. Po prostu przyjął, że wciąż jest szansa, żeby ją ocalić. Alternatywa była zbyt straszna.

Ocal ją, pomyślał w duchu. Jeszcze nigdy nie ocaliłeś nikogo oprócz siebie.

I naraz zdjął go strach, że jeśli przestanie szukać, Cassie, Brian, a nawet Tommy znikną i zostawią go samego z nieskładnymi, skotłowanymi wspomnieniami i chorobą, która do oporu wykręcała je na wszystkie strony jak gumkę recepturkę.

Dlatego teraz już sam – ciekaw, gdzie Brian, dlaczego Cassie nie wychodzi z domu i dlaczego Tommy odwiedził go tylko raz, i pełen nadziei, że syn jeszcze wróci do świata jego urojeń – znów znalazł się przed hipermarketem budowlanym. Wokół dogasał dzień i Adrian obawiał się, że może nie zauważyć, kiedy mężczyzna wyjdzie ze sklepu.

Mniej więcej wtedy, gdy według jego wyliczeń skończył się ośmiogodzinny dzień pracy, beżowy samochód wyłonił się zza budynku. Adrian trzymał się za nim najbliżej, jak mógł, i obserwował mężczyznę przez przednią szybę, choć w miarę jak zapadał zmrok, przychodziło mu to coraz trudniej.

Spodziewał się, że przestępca wróci do zadbanego domu. Może po drodze zrobi zakupy, ale poza tym dotrze do celu bez żadnych przystanków.

Mylił się.

Mężczyzna skręcił w boczną ulicę i pojechał do miasta. Adrian, zaskoczony, nieostrożnie odbił jego śladem na prawy pas. Ktoś – pewnie student – zatrąbił na niego ostro.

Stare volvo z trudem nadążało.

Beżowy samochód był jakieś trzydzieści metrów z przodu, na ulicy zaraz za główną arterią miasta. Wzdłuż niej biura, bloki mieszkalne i jedna lub dwie pracownie artystyczne tuż za kościołem kongregacyjnym i serwisem komputerów. Śledzony wóz wjechał na mały parking i wsunął się między kilkoma samochodami na jedyne wolne miejsce.

– Co on robi? – spytał Adrian na głos. Liczył, że Brian mu odpowie, ale brata nie było. – Brian, do cholery! – krzyknął. – Potrzebuję twojej pomocy, już, teraz! Co dalej robić?

Na tylnym siedzeniu panowała cisza.

Adrian zaklął i dodał gazu. Stracił kilka minut, zanim znalazł miejscówkę na płatnym parkingu przecznicę dalej. W mieście wprowadzono rozmaite ograniczenia parkowania, żeby studenci nie zastawiali chodników. Latem wiało tu pustką. W ciągu roku akademickiego nie było gdzie wcisnąć szpilki.

Adrian wygramolił się z samochodu i trzasnął drzwiami. Najszybciej, jak mógł, wrócił w miejsce, gdzie ostatnio widział swój cel.

Z ulicy dostrzegł beżowy samochód. Przestępca zniknął jednak bez śladu. W pobliżu stał tylko jeden stary budynek – dostojny, drewniany biały piętrowy dom podzielony na biura. Adrian wypatrzył szerokie wejście w miejscu dawnych drzwi i poszedł tam. Przecież mężczyzna musiał być gdzieś w środku. Tylko gdzie?

W budynku na ścianie wisiała tablica z sześcioma nazwiskami. Nagłówek głosił: „Poradnia zdrowia psychicznego”.

Trzej psychologowie, trzej terapeuci.

W holu cicho. Tylko generator szumu białego szemrał w kącie. Naprzeciwko kilku krzeseł stała kanapa – i tak cały hol zmieniał się w poczekalnię. Trzy gabinety na parterze, trzy pozostałe piętro wyżej. Nie było recepcjonistki. To u terapeutów typowe. Ludzie wiedzieli, na kiedy są umówieni, i rzadko przychodzili z więcej niż pięciominutowym wyprzedzeniem. Inaczej niż u innych lekarzy, tu nie kazano im długo czekać.

Czyli jeden z sześciu, pomyślał Adrian.

Nie miał jak ustalić, do którego gabinetu poszedł mężczyzna. Spojrzał na tablicę z nazwiskami terapeutów. O większości z nich słyszał.

Ale jednego nawet spotkał: Scotta Westa.

– A zatem… – szepnął mu na ucho Brian wyraźnie zadowolony z siebie, jakby od początku wiedział, co Adrian znajdzie w tym budynku – facet matki Jennifer leczy znanego przestępcę seksualnego. Interesujące. Ciekawe, czy raczył wspomnieć o tym detektyw Collins, kiedy go przesłuchiwała?

Adrian nie odwrócił się do brata. Czuł go za plecami. Nie spytał też „gdzie byłeś, kiedy cię wzywałem?” Skinął głową, ale odpowiedział z wahaniem.

– Może być w jednym z pozostałych gabinetów.

– Jasne – przyznał Brian. – Może. Ale ja tak nie sądzę. I ty też nie.

Rozdział 23

Kiedy detektyw Collins podniosła wzrok, ku swojemu zaskoczeniu zobaczyła Adriana Thomasa. Stał w drzwiach dochodzeniówki. Towarzyszył mu mundurowy. Funkcjonariusz wzruszył ramionami, posyłał jej spojrzenie „nie miałem wyboru”, po czym wskazał ją profesorowi.

Terri właśnie odłożyła słuchawkę po rozmowie z Mary Riggins, która – jak zwykle zapłakana, zrozpaczona i niepewna – poinformowała, że właśnie dostała wiadomość z wydziału bezpieczeństwa Visy, że ktoś oddał jej zaginioną kartę kredytową do banku w Maine. „Zapłacono nią za bilet na autobus do Nowego Jorku”, dodała Mary Riggins ponuro.

Terri skrupulatnie zanotowała wszystkie szczegóły i numer telefonu do wydziału bezpieczeństwa firmy wydającej karty kredytowe. Nie bardzo rozumiała, jak to się stało, że karta udała się w jedną stronę, a bilet w drugą. To nielogiczne. Dało jej to jednak nowy punkt zaczepienia – i właśnie szukała numeru telefonu posterunku policji na dworcu autobusowym w Bostonie, kiedy zobaczyła Adriana.

Jej biurko było zasłane dokumentami i świstkami z notatkami ze śledztwa w sprawie Jennifer. Szybko zgarnęła papiery w stos i odwróciła wierzchem na dół. Domyśliła się, że profesor to zauważył i wiedział, dlaczego to zrobiła, przygotowała więc od razu odpowiedź, którą mogłaby grzecznie zbyć wszelkie jego dociekania. Nie zamierzała mu wspomnieć o karcie Visa. Adrian jednak bez przywitania spytał:

– Dostała już pani aktualną listę pacjentów Scotta Westa? Pamiętam, że pani o nią prosiła.

Lekko zbił ją z tropu. Nie zdawała sobie sprawy, że profesor tak uważnie jej słuchał, kiedy spotkali się ze Scottem i Mary w ich domu.

Adrian przerwał chwilę ciszy drugim pytaniem:

– Mówił, że da ją pani i wyśmiał sugestię, że któryś z jego pacjentów mógł mieć związek ze zniknięciem Jennifer, prawda?

Skinęła głową. Czekała na następne pytanie Thomasa, on jednak tylko się pochylił i przeszył ją wzrokiem. Jak sądziła, kiedyś takie spojrzenie rezerwował dla opornych nieprzygotowanych studentów. Mówiło: „Źle. Spróbuj jeszcze raz”.

Wzruszyła ramionami. Nadal unikała jednoznacznej odpowiedzi.

– Ma tę listę przynieść jutro. Ale nie będzie mi wolno ujawnić panu żadnych danych…

– A co z rejestrem przestępców seksualnych? Chyba jasno powiedziałem, że to powinien być następny krok.

Profesor jeszcze nigdy nie zachowywał się wobec niej tak stanowczo. Nie wiedziała, jak zareagować. Do tej pory sądziła, że Thomas chce się poruszać w strefach spekulacji, teorii i domysłów. Oto uczony w tweedowej marynarce z łatami na łokciach, który najlepiej czuje się w gabinecie, otoczony książkami i pracami naukowymi, pyka fajkę i tylko od czasu do czasu podsuwa jakieś spostrzeżenia albo opinie – tak jak wtedy, kiedy wygłosił wykład o Myrze Hindley, Ianie Bradym i „morderstwach na wrzosowiskach”. Tego się spodziewała. Nie sądziła, że kiedykolwiek odwiedzi ją w pracy. Wydawał się jakiś inny – jak koszula, która skurczyła się w praniu. Ten sam, ale zmieniony nie do poznania.

– Przeglądam rejestry, profesorze. I dużo czytałam o tej brytyjskiej sprawie z lat sześćdziesiątych. Jednak konkretny związek między nią a zniknięciem Jennifer jest może oczywisty dla profesora uniwersytetu, ale policjant…

Wyćwiczona gadka gliny: odpowiadać tak, by nie powiedzieć nic.

– Mark Wolfe. Mówi to coś pani? – przerwał jej szybko profesor.

Zawahała się. To nazwisko miało w sobie coś elektrycznego, jakby mały ładunek prądu. Coś, co brzęczało w głębi jej pamięci. Nie od razu jednak skojarzyła, o kogo chodzi.

Adrian nie czekał na odpowiedź.

– Notowany przestępca seksualny. Seryjny ekshibicjonista. Szczególnie upodobał sobie nastolatki. Mieszka pod miastem. Pomogło?

Brzęczenie narastało. Wiedziała, że to nazwisko jest na jednej z kartek, które ukryła przed Adrianem. Skinęła głową i jednocześnie próbowała naszkicować w pamięci portret tego człowieka. Okulary. Grube okulary w czarnych oprawkach. Pamiętała je ze zdjęcia policyjnego.

Odchyliła się na fotelu i wskazała Adrianowi wolne miejsce. Nie usiadł. Odnosiła wrażenie, że profesor jest jakiś sztywny. Zastanawiała się, gdzie się podziało jego rozkojarzone, rozbiegane, nieobecne spojrzenie. I kiedy powróci.

– Widziałem go dzisiaj…

– Widział go pan?

– Tak. I…

– Skąd pan wiedział, kto to jest?

Adrian wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza plik zmiętych kartek. Podał je Terri. Wydrukowane dane okolicznych przestępców seksualnych, dostępne dla każdego, kto umie przeprowadzić proste wyszukiwanie w Internecie.

– Wolfe… dlaczego wybrał pan właśnie jego?

– Uznałem, że to najbardziej logiczny kandydat. Z punktu widzenia psychologa.

– A cóż to za punkt widzenia, profesorze?

– Ekshibicjoniści żyją w dziwnym świecie fantazji. Podniecają się i zaspokajają seksualnie, gdy obnażą się przed kobietami… w przypadku tego człowieka bardzo młodym. Wyobrażają sobie, że te, gdy zobaczą ich nagość, automatycznie poczują do nich pociąg, nie odrazę, jak to oczywiście dzieje się w rzeczywistości.

Akt obnażania się pobudza wyobraźnię.

Terri słyszała w każdym jego słowie wyważony ton wykładowcy.

– No dobrze, wszystko to pięknie, ale co on ma wspólnego…

– Dziś po pracy poszedł na terapię do Scotta Westa.

Terri nie zareagowała od razu. Zasada numer jeden w pracy gliniarza: utrzymuj minę pokerzysty. Tak naprawdę aż się w niej zagotowało. Słowa profesora zasługiwały na uwagę z kilku powodów. Skąd wiedział, że to było po pracy? Dlaczego go śledził? Odęła usta i postanowiła zachować zimną krew.

– No i? – spytała.

– Nie wydaje się to pani dziwne? Może nawet istotne dla śledztwa?

– Owszem, profesorze.

Odrobina niechętnej szczerości.

– Z tego, co pamiętam, upierał się, że żaden z jego obecnych i byłych pacjentów nie może mieć nic wspólnego z…

– Tak. Też to słyszałam, profesorze Thomas. Ale stawia pan hipotezy, których ja na razie wolałabym… – urwała. Nie chciała wyjść na idiotkę.

Adrian zmrużył oczy, skupił na niej wzrok.

– Nie sądzi pani, że wypadałoby to sprawdzić? – Ostatnie słowo powiedział z naciskiem.

– Tak. Tak sądzę.

Na chwilę zapadła cisza.

– Pani detektyw, jeśli nie będzie pani jej szukać, ja się tym zajmę.

– Szukam, profesorze. Ale to nie tak, że zajrzę pod kamień, do szuflady czy za drzwi i tam będzie. Zniknęła i są pewne sprzeczne elementy… – Znów przerwała w pół zdania. Sięgnęła pod papiery zgromadzone na biurku i wzięła przygotowaną przez siebie ulotkę. U góry, pod słowem „Zaginęła”, zdjęcie Jennifer. Dalej: jej najważniejsze dane, numery kontaktowe. Takie ogłoszenia ogląda się na co dzień w komisariatach policji. Są tylko trochę obszerniejsze od własnej roboty ogłoszeń o zaginionym psie lub kocie, rozwieszanych na drzewach i słupach telefonicznych na przedmieściach. – Szukam – powtórzyła. – Rozesłałam to do wszystkich jednostek policji w Nowej Anglii.

– Jak starannie będą prowadzić poszukiwania?

– Chyba nie liczy pan, że na to odpowiem?

– Pani detektyw, jest różnica między szukaniem kogoś a czekaniem, aż ktoś zgłosi, że tego kogoś zauważył.

Zmrużyła oczy. Nie podobało jej się, że jakiś facet poucza ją, na czym polega jej praca.

– Znam tę różnicę, profesorze – odparła zimno.

Adrian wbił wzrok w zdjęcie Jennifer. Uśmiechała się, na pozór wolna od wszelkich trosk.

I on, i detektyw Collins wiedzieli, że ten obraz kłamie.

Adrian zawahał się. Zobaczył, że jego dłoń zaciska się i zaczyna miąć ulotkę, jakby się bał, że jeśli jej mocno nie chwyci, wysunie mu się z ręki.

Cofnął się o krok. W głowie huczały mu dziwne dźwięki – nie znajome głosy, tylko odgłosy rwanego papieru albo wyginającego się metalu. Czuł w sobie pustkę, dotkliwy głód, choć tak naprawdę nie miał ochoty nic jeść. Mięśnie jego ramion naprężyły się, plecy zesztywniały, jak gdyby za długo stał zgarbiony. To było coś jak przemęczenie biegacza, skutek nadmiernego wysiłku w upalny dzień. Walczył z pragnieniem, żeby odpocząć. Przekonywał samego siebie, że nie może teraz przestać, zrobić sobie przerwy, zamknąć oczu nawet na chwilę, bo wtedy straci Jennifer na zawsze.

Jennifer jest taka sama jak wszystkie moje halucynacje, pomyślał. Kiedyś istniała, dziś musiał mocno się wysilać, by nie dać jej zniknąć. Wciąż była rzeczywista, ale ledwo ledwo, i wszystko, co mogło nadać jej realność, przybliżało go do celu – do odnalezienia dziewczyny.

Różowa bejsbolówka. Teraz żałował, że oddał ją matce Jennifer. To coś rzeczywistego, namacalnego. Ciekawe, czy zdołałby jak pies gończy wywęszyć na czapce zapach nastolatki i podążyć jego tropem.

Oddychał szybko.

Znany przestępca seksualny powiązany z rodziną Jennifer. To musi coś znaczyć. Nie wiedział co.

– Profesorze?

Pójdzie sam.

– Profesorze?

Stanie twarzą w twarz z tym człowiekiem. Zmusi go, by wyznał mu coś, co pomoże odszukać Jennifer.

– Profesorze!

Spojrzał w dół – ściskał krawędź biurka detektyw Collins tak mocno, że aż zbielały mu kłykcie.

– Tak?

– Dobrze się pan czuje?

Terri patrzyła, jak czerwona twarz Adriana powoli odzyskuje normalny kolor. Odetchnął głęboko.

– Słucham? Czy coś…

– Sprawiał pan wrażenie, jakby był myślami gdzie indziej. A potem próbował pan podnieść moje biurko. Nic panu nie jest? Na pewno?

– Tak. Przepraszam. To starość. I te nowe leki, o których pani mówiłem. Czasem bywam rozkojarzony.

Spojrzała na niego. Nie jest aż tak stary, pomyślała. I kłamie. Powoli wypuścił powietrze.

– Przepraszam, pani detektyw. Bardzo się wciągnąłem w tę sprawę. Ona mnie, hm, fascynuje. Mam nieodparte wrażenie, że moja wiedza i doświadczenie w psychologii mogą się przydać. Nie wątpię, że macie swoje procedury i musicie przestrzegać reguł. W moim fachu to też ważne. Wiedza bez ustanowionego schematu postępowania często jest bezużyteczna, bez względu na to, jak cenna się wydaje.

Terri odebrała to jako kolejny wykład, ale tym razem jej to tak nie drażniło. Ten stary człowiek chce dobrze, stwierdziła w duchu. Nawet jeśli co rusz odpływa myślami, jakoś się dogadujemy. I to nie leki tak na niego działają. Patrzyła na Adriana w skupieniu, usiłowała wyczuć, dlaczego jest tak roztargniony. On jednak inaczej zinterpretował jej spojrzenie. Wzruszył ramionami.

– Jeśli pani chce, po prostu zajmę się tym sam…

Tego nie chciała.

– Od takich spraw jest policja.

Uśmiechnął się.

– Oczywiście. Ale z mojego punktu widzenia, policyjne metody w tym przypadku na niewiele się zdadzą.

– Proszę?

– Pani detektyw, pani wciąż usiłuje ustalić, do jakiego przestępstwa doszło, żeby przypisać je do określonej kategorii i zająć się nim zgodnie z przyjętą procedurą. Ja nie mam takich ograniczeń. Wiem, co widziałem. Znam się na zachowaniu człowieka, przez całe życie badałem reakcje zwierząt i ludzi na określone bodźce. Dlatego pani postępowanie w tej sytuacji niezbyt mnie zaskakuje.

Terri zatkało.

– Cóż, widać byłem naiwny, sądząc, że policja cokolwiek zrobi – ciągnął Adrian.

Terri uważnie mu się przyglądała. Nie rozumiała, jak to możliwe, że profesor w jednej chwili jest skoncentrowany, stanowczy i konkretny, a zaraz potem sprawia wrażenie, jakby wiatr, którego nie widziała, nie czuła ani nie słyszała, wywiał go w zupełnie inne miejsce.

– Chyba już pójdę…

– Moment. Dokąd chce pan iść?

– Cóż, nieczęsto miałem okazję rozmawiać z przestępcami seksualnymi. Przynajmniej świadomie, bo tak naprawdę nigdy nie wiemy wszystkiego o ludziach, z którymi stykamy się na co dzień. Ale ten mężczyzna to dla mnie dobry punkt wyjścia.

– Nie – sprzeciwiła się ostro Terri. – To będzie utrudnianie śledztwa.

Adrian pokręcił głową i uśmiechnął się cierpko.

– Doprawdy? Nie sądzę. Mam wrażenie, że nie życzy sobie pani mojej pomocy, więc pozostaje mi pójść swoją drogą.

Terri gwałtownie złapała Adriana za rękę. To nie był brutalny chwyt twardego gliniarza, który zamierza zastraszyć podejrzanego; po prostu nie chciała, żeby wyszedł.

– Proszę poczekać. Chyba nie dość dobrze się zrozumieliśmy. Wie pan, że mam pracę do wykonania i…

– Ta sprawa mnie interesuje. Uczestniczę w niej bez względu na to, co pani o tym sądzi. Nie byłbym taki pewien, czy pani pracę można stawiać wyżej od mojej fascynacji.

Terri westchnęła. Dobry policjant potrafi wyczuć, na ile dany człowiek będzie uciążliwy, a na ile pomocny. Wszystko wskazywało, że Adrian będzie po trosze taki i taki.

Typowe. Przecież mieszka i pracuje w społeczności akademickiej, a tu chyba każdy uważa, że wszystko wie najlepiej.

– Profesorze, spróbujmy załatwić to jak należy… – Zdawała sobie sprawę, że uchyla drzwi, które pewnie powinny pozostać zatrzaśnięte, ale w tej chwili nie widziała innego wyjścia. Naprawdę nie chciała, by ten półobłąkany profesor pchał się z butami w te poszukiwania warte zachodu czy niewarte.

Lepiej dać mu posmakować rzeczywistości i mieć to już z głowy, pomyślała.

Z doświadczenia wiedziała, że przez kulturę popularną ludzie – niestety – mają wyidealizowany obraz pracy śledczej. Kiedy się przekonują, że w rzeczywistości to żmudna papierkowa robota i solidne, chłodne analizowanie szczegółów i faktów, zwykle rezygnują z uczestnictwa w dochodzeniu i ochoczo wracają do swojego stałego zajęcia.

Przelotnie zerknęła na zbiór dokumentów na biurku. Właśnie zamierzała zadzwonić na posterunek policji na dworcu autobusowym w Bostonie i poprosić o nagrania z monitoringu z nocy zniknięcia Jennifer i momentu kupna biletu. Westchnęła w duchu. Cóż, teraz to musi kilka godzin poczekać.

– W porządku, profesorze – powiedziała. – Pojadę zadać kilka pytań, może pan się ze mną zabrać. Na przyszłość jednak, kiedy będzie pan miał jakieś pomysły, proszę najpierw do mnie zadzwonić, zanim pan się tu zjawi. I koniec z tym prywatnym śledztwem. Nie chcę, żeby pan śledził ludzi. Nie chcę, żeby pan kogokolwiek przesłuchiwał. Nie chcę, żeby pan w ogóle się tym zajmował. Musi mi pan to obiecać.

Adrian się uśmiechnął.

Żałował, że Cassie i Brian nie słyszą, jak pani detektyw robi to skromne ustępstwo. Nie było ich. Trudno. Może nie muszą wszystkiego słyszeć, żeby rozumieć sytuację.

– Myślę, że ma to sens – powiedział spokojnie.

Niczego nie obiecał, ale to stwierdzenie wyraźnie zadowoliło panią detektyw. Z przyjemnością użył słowa „sens”. Wkrótce zapewne przestanie dostrzegać sens w czymkolwiek, ale do tego czasu ani myślał tracić go z oczu.

– Ostrzegam – powiedziała Terri. – Proszę odzywać się tylko, jeśli pana o coś spytam. Jest pan tu po to, żeby obserwować. Mówić będę ja.

Spojrzała na siedzącego obok starca. Przytakiwał na zgodę, ale tak naprawdę nie oczekiwała, że będzie przestrzegał jej reguł. Popatrzyła na dom, przed którym parkował mały beżowy samochód. W wieczornym zmroku wszystkie cienie wydawały się szersze. Kilka zapalonych wewnątrz świateł walczyło z zapadającą nocą. Z jednego pokoju sączyła się metaliczna szara poświata telewizora. Za cienką zasłoną w oknie salonu poruszała się jakaś postać.

– No dobrze, profesorze. To praca śledcza w najprostszym wydaniu. Żadnego przystojnego aktora jasnowidza prowadzącego dochodzenie. Ja zadaję pytania. On odpowiada. Czasem mówi prawdę, czasem pewnie kłamie. Tak dozuje jedno i drugie, żeby nie narobić sobie kłopotów. Proszę uważnie słuchać i tyle.

– Tak po prostu zapukamy do drzwi? – spytał Adrian.

– Tak.

– Wolno nam?

– Tak. To notowany przestępca. Jego kurator dał nam zielone światło. Wolfe nie może nic na to poradzić. Gdyby zaczął podskakiwać, tylko przysporzyłby sobie kłopotów. A niech mi pan wierzy, profesorze, nie chce kłopotów, jakich mogłabym mu narobić.

Adrian skinął głową. Rozejrzał się przekonany, że Brian jest w pobliżu. Ilekroć zdarzało się coś, co miało choćby luźny związek z prawem, brat albo się zjawiał, albo w uchu Adriana rozbrzmiewał jego głos, udzielający prawniczych porad. Ciekawe, czy Brian stanąłby po stronie pani detektyw – czy też jego skrajnie liberalne poglądy kazałyby mu bronić przestępcy seksualnego.

– Chodźmy – zdecydowała wreszcie Terri. – Element zaskoczenia… Proszę trzymać się tuż za mną.

Pchnęła drzwi samochodu i szybko ruszyła przez ciemność. Słyszała, że Adrian usiłuje za nią nadążyć. Zatrzymała się przy drzwiach domu i załomotała w nie pięścią.

– Policja! Otwierać!

Szuranie wewnątrz domu. Po kilku sekundach drzwi otworzyły się i kilkanaście lat starsza od Adriana kobieta spojrzała przez ciemność na panią detektyw i jej towarzysza. Była otyła, włosy miała nieuczesane, siwe; w jednych miejscach wydawały się sztywne, twarde, a w innych cienkie, miękkie. Nosiła grube okulary, jak jej syn.

– O co chodzi? – spytała i nie czekając na odpowiedź, dodała: – Oglądam swoje seriale. Dlaczego nie zostawicie nas w spokoju?

Detektyw Collins przecisnęła się koło niej do sieni.

– Gdzie Mark? – rzuciła.

– W domu.

– Muszę z nim porozmawiać.

Terri dała Adrianowi znak, żeby do niej dołączył, i weszła zdecydowanym krokiem do małego salonu.

W powietrzu wisiał lekki zapach stęchlizny, jakby rzadko otwierano tu okna, ale sam pokój był czysty i schludny. Ręcznie szydełkowane narzuty leżały na podniszczonych, wytartych meblach. Kontrastował z nimi wielki nowoczesny telewizor o wysokiej rozdzielczości; zajmował prawie pół pomieszczenia, na stojaku szwedzkiej produkcji. Przed ekranem ustawiono dwa wysłużone fotele z regulowanym oparciem. Właśnie – przy ściszonym dźwięku – leciał odcinek Seinfelda. Przy jednym z foteli Adrian dostrzegł dużą miękką torbę wypchaną włóczką i druty do robótek. Na ścianie wisiały zdjęcia w ramkach; dawało się na nich prześledzić upływ czasu – ukazywały rodziców z dzieckiem, od jego wczesnych lat do współczesności. Matka-ojciec-dziecko, matka-ojciec-dziecko, matka-ojciec-dziecko i tak do momentu, kiedy dziecko miało jakieś dziewięć lat; wtedy ojciec zniknął z fotografii. Ciekawe, czy odszedł na skutek śmierci, czy rozwodu. Poza tym wszystko wydawało się najzupełniej normalne i przeciętne – niegodne uwagi pod każdym względem prócz jednego. Z jakiegoś powodu, całkowicie ukrytego w zwyczajności tego domu, to dziecko wyrosło na przestępcę seksualnego.

Adrian stwierdził, że ten pokój ma w sobie dużo więcej zagadek niż odpowiedzi. Zastanawiał się, czy detektyw Collins też to spostrzegła. Wydawała się zdecydowana, wymagająca, a jej sztywne żądania, jak sądził, były obliczone jedynie na to, żeby zrobić wrażenie.

Za ich plecami kobieta poczłapała na poszukiwania syna. Na ekranie Kramer i Elaine gorąco namawiali Jerry'ego do czegoś, na co nie miał ochoty. Druty leżały na fotelu, tam gdzie kobieta je zostawiła. Adrian czuł, że coś się gotuje.

– Bądź czujny – szepnęła Terri.

Odwróciła się i zobaczyła Marka Wolfe'a w korytarzu prowadzącym do małego aneksu jadalnego i kuchni.

– Nie zrobiłem nic złego – tak brzmiały jego pierwsze słowa. A potem: – Kto to? – Wskazał na Adriana.

Rozdział 24

Przed posiłkiem musiała ćwiczyć. Kobieta weszła do pokoju i kazała jej wstać z łóżka. Jennifer najpierw robiła pajacyki, potem brzuszki, a na koniec biegała w miejscu – trochę jak na wuefie w podstawówce, tylko bez liczenia na głos.

Po wszystkim pot jej ściekał z czoła i ciężko dyszała; nie rozumiała, dlaczego kazali ćwiczyć, ale to na pewno dobrze na nią podziałało. Pojęcia nie miała, czemu chcą, żeby w ogóle robiła cokolwiek, co mogło poprawić jej kondycję – ale jeśli na tym korzysta, nieważne, czy to ma jakiś cel. Mało tego, kiedy kobiet stwierdziła: „Na razie wystarczy”, Jennifer wykonała jeszcze pięć szybkich głębokich skłonów. Chciała się rozciągnąć. Liczyła, że to się przyda. Kobieta wtedy rzuciła ostro: „Powiedziałam, dość!” Jennifer bez słowa wdrapała się z powrotem na łóżko, z cichym brzękiem łańcucha na szyi, i w nagrodę dostała kolację.

W tej chwili kończyła posiłek – zimne spaghetti z tłustymi klopsikami z puszki – i piła wodę z butelki, przez cały czas świadoma, że kobieta jest z nią w pokoju, obserwuje i czeka. Kiedy jadła, nie było żadnych rozmów ani gróźb. Z tego, co Jennifer mogła stwierdzić, jej sytuacja się nie zmieniła. Nadal miała na sobie tylko skąpą bieliznę, nie licząc przepaski na oczy i obroży z łańcuchem na szyi. Znała już na pamięć drogę do oddalonego o półtora metra sedesu turystycznego. Ktoś musiał go opróżnić, kiedy spała. I Bogu dzięki. Silna woń środka odkażającego tłumiła zapach jedzenia, o ile w ogóle czymkolwiek pachniało.

W każdych innych okolicznościach zmarszczyłaby nos, zaprotestowała i nie wzięła tego paskudztwa do ust. Tak jednak postąpiłaby w swoim poprzednim życiu, które wydawało się bezpowrotnie utracone. To Jennifer z jej rojeń albo wspomnień miała ojca, którego zabił rak, marudną matkę i zboczonego przyszłego ojczyma, nijaki dom na przedmieściach i mały pokój, gdzie ukrywała się ze swoimi książkami, komputerem i pluszakami i marzyła o innym, ciekawszym życiu. Tamta Jennifer chodziła do nudnej szkoły i nie miała żadnych przyjaciół. Tamta Jennifer głęboko nienawidziła swojej codziennej egzystencji. Tamta Jennifer jednak zniknęła. Może kiedyś żyła, dziś już nie. Nowa Jennifer, uwięziona Jennifer zdawała sobie sprawę, że musi kurczowo trzymać się życia. Jeśli tamci każą jej ćwiczyć, będzie ćwiczyć. Cokolwiek dadzą do jedzenia, zje, bez względu na smak.

Wylizała półmisek do czysta, żeby nie zostawić okruszka; potrzebowała wszystkiego, co dodałoby jej sił.

Znieruchomiała, kiedy usłyszała odgłos otwieranych drzwi.

Kobieta schyliła się z cichym szelestem, zabrała tacę i ruszyła do wyjścia. Jennifer obróciła głowę w stronę dźwięku i czekała, aż nastąpi jakaś wymiana słów.

Usłyszała szepty. Nie mogła wychwycić o czym.

Doleciało jakieś chlupotanie. Próbowała sobie wyobrazić, co to może być. Brzmiało jak nadciągająca fala.

Wyczuła, że ktoś idzie przez pokój. Nie ruszała się, ale zdała sobie sprawę z czyjejś bliskości. Pociągnęła nosem. Zapach mydła.

– No dobrze, Numerze 4, musisz się obmyć.

Wydała zduszony okrzyk.

To był głos mężczyzny, nie kobiety. Zimny, monotonny.

– Pół metra od brzegu łóżka stoi wiadro z wodą. Tu masz ręcznik i myjkę. A tu mydło. Stań obok wiadra. Umyj się. Nie próbuj odsłonić oczu. Stoję obok.

Jennifer skinęła głową. Gdyby była starsza – gdyby zaliczyła pracę w Korpusie Pokoju, szkolenie wojskowe, kurs survivalu czy choćby harcerstwo – potrafiłaby się umyć tylko kostką mydła i małą ilością wody. Ale kiedy jeździła pod namiot z ojcem, zanim umarł, zawsze mieli w pobliżu łazienki i prysznice albo przynajmniej rzekę czy staw, żeby się wykąpać. Tym razem jest inaczej. Zrozumiała, że najważniejsza będzie precyzja.

Ostrożnie zwiesiła nogi z łóżka. Palcem u nogi wymacała wiadro. Schyliła się i dotknęła wody. Letnia. Zadygotała.

– Rozbierz się.

Zamarła.

Przeszyła ją fala gorąca. Nie chodziło o wstyd. Raczej o upokorzenie.

– Nie, ja… – zaczęła.

– Nie pozwoliłem ci mówić, Numerze 4 – warknął mężczyzna.

Podszedł bliżej. Wyobraziła sobie, że zacisnął pięść i że lada moment ją pobije. Albo zrobi coś gorszego.

Sparaliżowało ją elektryczne wręcz zmieszanie. Kotłowały się w niej zahamowania, których mieć już nie powinna, pragnienie, by zachować resztki poczucia własnego ja, wątpliwości co do tego, gdzie jest i czego się od niej oczekuje, i nieustające pytanie „jak przeżyć?”

– Woda stygnie – ponaglił głos.

Nigdy się nie rozbierała przed chłopakiem ani dorosłym mężczyzną.

Czuła, że oblewa się rumieńcem, że jej skóra czerwienieje z zażenowania.

Nie chciała być naga – nawet jeśli już teraz niedużo jej do tego brakowało i pewnie obserwowali ją, kiedy korzystała z sedesu. Jednak myśl, że miałaby zdjąć te dwie ostatnie skąpe części ubrania, budziła w niej przerażenie silniejsze od wstydu. Bała się, że potem ich nie znajdzie albo że mężczyzna je zabierze i wtedy ona tak zostanie całkiem goła.

Jak małe dziecko, pomyślała.

I w tej samej chwili zrozumiała, że nie ma wyboru. Mężczyzna wyraził się jasno.

Jakby na podkreślenie tego rzucił:

– Czekamy, Numerze 4.

Powoli rozpięła stanik i położyła go na brzegu łóżka. Potem zdjęła majtki. To prawie bolało. Jedną dłoń natychmiast opuściła, usiłując zasłonić łono. Drugą zakryła małe piersi. Czuła na sobie oczy mężczyzny, ich spojrzenie paliło, przesuwało się po jej skórze, oglądało ją jak kawałek mięsa.

– Do roboty – zażądał.

Schyliła się wstydliwie. Zamoczyła i namydliła myjkę w wodzie. Potem wstała i powoli, systematycznie, zaczęła się myć. Stopy. Nogi. Brzuch. Piersi. Pachy. Szyję. Twarz – tak, by nie zsunąć opaski, z całą skromnością, na jaką było ją stać.

Ku jej zdumieniu, dotyk piany z mydła wydał się wręcz erotyczny. Mycie się sprawiało jej przyjemność, jakiej w życiu nie zaznała. Pokój, łańcuch na szyi, łóżko – wszystko zniknęło. Tak jakby zmywała z siebie strach. Jej zahamowania szybko się ulotniły. Przejechała myjką po piersiach, potem po kroczu i udach. Czuła się, jak gdyby ktoś ją pieścił. Kąpiel nago w słonych falach na Cape, zabawa w wartkim nurcie rzeki w gorące sierpniowe popołudnie – to uczucia, które mogła porównać z tym, czego doznawała w tej chwili. Mocno szorowała skórę, pragnęła zetrzeć wierzchnią warstwę, zrzucić ją jak wąż naskórek; chciała lśnić. Była świadoma, że mężczyzna patrzy, ale ilekroć poczucie wstydu usiłowało zmącić rozkosz mycia się, powtarzała sobie w duchu: „Pieprz się pieprz się pieprz się pieprz się, bydlaku”, jak jakąś mantrę. Wtedy czuła się jeszcze lepiej.

Sięgnęła do ramienia i nagle usłyszała:

– Nie. Tam nie.

Znieruchomiała.

Mężczyzna mówił dalej – cicho, ale stanowczo.

– Na podbrzuszu, przy biodrze, blisko krocza wyczujesz coś w rodzaju plastra. Nie ruszaj tego.

Jennifer wymacała to, co opisał głos. Skinęła głową.

– Moje włosy – powiedziała. Rozpaczliwie pragnęła umyć włosy.

– Kiedy indziej – stwierdził.

Myła się dalej, na przemian myjką i mydłem. Jeszcze raz ochlapała twarz. Krawędzią myjki – nie bacząc na ohydny smak – przetarła zęby i dziąsła. Opłukała każdą część ciała, do której mogła sięgnąć, raz, potem drugi.

– Wystarczy – zdecydował mężczyzna. – Włóż myjkę do wiadra. Wytrzyj się ręcznikiem. Ubierz się. Wróć do łóżka.

Wykonała polecenie. Przetarła ciało szorstkim bawełnianym ręcznikiem. Potem, jak niewidomy, po omacku odszukała obok łóżka bieliznę i włożyła ją, żeby choć odrobinę zakryć swoją nagość.

Odgłos podnoszonego wiadra, potem stłumione kroki w stronę drzwi.

Nie wiedziała, co ją w tym momencie opętało. Może sprawił to przypływ energii, którą gimnastyka dostarczyła sercu i mięśniom, może siła po jedzeniu, a może fakt, że po „kąpieli” czuła się jak nowo narodzona; w każdym razie odchyliła głowę, sięgnęła dłonią do twarzy i pod wpływem impulsu uniosła krawędź przepaski, tylko na ułamek sekundy.

Michael odstawił wiadro, zdjął czarne obcisłe kalesony i kominiarkę. Włożył znoszone dżinsy i wszedł na górę, do reżyserki. Linda pisała coś w zapamiętaniu, wciąż w swoim szeleszczącym skafandrze ochronnym. Nie podniosła głowy.

– Zobacz, jaki ruch w interesie! – powiedziała skupiona na klawiaturze.

Forum cobedziepotem.com wypełniały wiadomości z całego świata. Pasja, podniecenie, fascynacja do kwadratu. Widzowie zachwycali się nagością Numeru 4, jej gimnastyką, tym, jak dziko rzuciła się na jedzenie. To były wyznania miłości.

Całkiem sporo osób chciało dowiedzieć się czegoś więcej o dziewczynie. „Kim ona jest?” „Skąd pochodzi?”

Michaela i Lindę niepokoiły te prośby. Wiedzieli, że jest cienka granica między anonimowością a zdemaskowaniem. Że muszą być ostrożni wobec żądań, które płyną z ukrytych miejsc.

„Czuję, jakby była moją własnością” – wyznał mężczyzna z Francji. Linda puściła wiadomość przez tłumacza Google. „Jak mój samochód, mój dom czy moja praca – muszę poznać Numer 4 jeszcze bliżej. Ona należy do mnie”.

Inny widz, ze Sri Lanki, napisał: „Więcej zbliżeń. Maksymalnych zbliżeń. Przez cały czas musimy mieć ją jeszcze bliżej siebie”.

Michael zrozumiał, że to prośba techniczna – łatwo ją spełnić przy użyciu dowolnej kamery w pokoju. Był też jednak dość bystry, by wiedzieć, że „zbliżenie” oznacza też coś innego niż tylko kąt kamery.

Odwrócił się do Lindy.

– Chyba trzeba pomyśleć, w jakim kierunku to poprowadzić – stwierdził. – Wychodzi na to, że nie obejdzie się bez zmian w scenariuszu. – Spojrzał na kolejne wpisy. -Ważne, żebyśmy zawsze mieli wszystko pod kontrolą. Trzeba trzymać się scenariusza. Planu. Tam musi to wyglądać spontanicznie… – Wskazał ekran. -…Ale my zawsze musimy wiedzieć, do czego zmierzamy.

Linda była niepewna i podniecona jednocześnie. W miarę jak mówiła, jej głos nabierał mocy.

– Numer 4 może być naszą jak dotąd najpopularniejszą postacią. Zarobimy na niej. Dużo. Ale to jest też niebezpieczne.

Michael skinął głową. Dotknął grzbietu jej dłoni.

– Musimy być ostrożni. Ludzie chcą więcej widzieć, więcej wiedzieć, ale my musimy być ostrożni. – Zaśmiał się, choć nie mówił żartem. – Kto by pomyślał, że porwanie nastolatki wywoła taką… – zawahał się. – Nie wiem. Fascynację? To właściwe słowo? Czy wszyscy na świecie pragną uwodzić szesnastolatki?

Linda parsknęła śmiechem.

– Może i tak – odparła. – Chociaż „uwodzić” to złe określenie. – Spojrzała na Michaela. Zawsze urzekało ją to, jak wykrzywiał górną wargę, kiedy coś go rozbawiło. Sądziła, że na całej ziemi tylko im dwojgu udało się zachować czystość.

Wszyscy inni byli spaczeni, perfidni. Ona i Michael mieli siebie. Ramiona jej drgnęły, dreszcz przebiegł po plecach. Wierzyła, że każda minuta Serii numer 4 przybliża ich do siebie.

Miała wrażenie, jakby przebywali we dwoje w zupełnie innym wymiarze egzystencji. Czysty erotyzm. Czysta fantazja. Niebezpieczeństwo ją podniecało.

Znów odwróciła się do ekranu i dokończyła pisać odpowiedź. Poprzestała na: „Dziś Numer 4 żyje – ale co będzie jutro?”

Kliknęła na „wyślij” i odpowiedź pomknęła przez Internet do tysięcy abonentów.

Zanim wstała od komputerów, jeszcze raz rzuciła okiem na ekran. Numer 4 była z powrotem na łóżku, ściskała pluszowego misia. Linda zauważyła, że usta dziewczyny się poruszają, jakby ta rozmawiała ze swoją maskotką. Podgłośniła dźwięk z umieszczonych w pokoju mikrofonów, ale niczego nie usłyszała. Pewnie Jennifer nie mówiła na głos.

– Widziałeś? – Linda wskazała na monitor z obrazem transmitowanym na żywo.

Michael skinął głową.

– Naprawdę jest zupełnie inna niż poprzednie – przyznał.

– Mhm. Nie płacze, nie marudzi, nie krzyczy i… – Linda urwała, spojrzała na Numer 4. – Przynajmniej już nie.

Michael zamyślił się głęboko.

– Trzeba przygotować dla niej więcej materiału, bo jest taka… – zamilkł.

Oboje byli świadomi, że Numer 4 jest dużo bardziej jakaś, nie wiedzieli jednak jaka.

Linda odwróciła się i nagle zaczęła chodzić w tę i z powrotem po pokoju.

– Musimy być ostrożni – powtórzyła, zaciskając pięść. – Trzeba dać im więcej do oglądania. Ale nie za dużo, bo kiedy przyjdzie koniec…

Nie musiała dopowiadać reszty. Michael doskonale zdawał sobie sprawę z tego dylematu. Nie można sprawiać, żeby ludzie coś pokochali, a potem kazać im patrzeć, jak to umiera, pomyślał.

– Jest taka młoda – powiedział. -1 taka… – zawahał się, po czym dodał: -…świeża.

Tak, pierwsze trzy były inne, przyznała w duchu Linda. Numer 4 przykuwała uwagę widzów z powodów, które dopiero zaczynała rozumieć. Chciała kogoś „bez ostrych kantów”. Pochwycenie takiej zdobyczy było bardziej ryzykowne, ale i bardziej satysfakcjonujące. Zrobiła krok naprzód i objęła kochanka. Serce zabiło jej mocniej. To nie było to samo uczucie, co wtedy gdy Michael późną nocą wsuwał się do łóżka zmęczony, ale pełen zapału. Nie przypominało to też zadowolenia, które przychodziło, kiedy podliczała ich zyski. To wydawało się czymś niezwykłym. Spodziewała się, że Numer 4 będzie – w rozsądnych granicach – jak inne, teraz jednak po raz pierwszy stwierdziła, że Jennifer jest dużo lepsza, dużo dojrzalsza i zdecydowanie bardziej intrygująca. To dopiero paradoks, pomyślała. Numer 4 była sporo młodsza od Numerów 1 do 3. Uprowadzili ją w innych okolicznościach, z innym zamiarem.

Sądziła, że dzięki Numerowi 4 znaleźli się u progu czegoś wyjątkowego, czego sobie nawet nie wyobrażała, a już na pewno nie przewidywała.

Zadrżała z podniecenia.

Ryzyko jest jak miłość.

Michael czuł chyba to samo co ona. Nagle schylił się i musnął ustami jej usta – delikatnie, sugestywnie. Natychmiast pociągnęła go w stronę łóżka. Jak para nastolatków śmiali się, chichotali, ogarniało ich poczucie, że są artystami, którzy tworzą coś, co dalece przerasta prawdę.

Namiętność błyskawicznie przyćmiła ich uwagę; gdyby nie to, zobaczyliby wiadomość ze Szwecji. Klient o nicku Blond9Inch napisał jedną linijkę tekstu w nieznanym im ojczystym języku: „Uniosła opaskę. Chyba wyjrzała…”

Dalej następowały dziesiątki innych, dużo bardziej przewidywalnych wpisów, w rozmaitych językach, wszystkie z komentarzami na temat różnych części ciała Numeru 4 i pełne sugestii, co Linda i Michael powinni zrobić w najbliższej przyszłości. Dlatego spostrzeżenie Blond9Incha pozostało niezauważone.

Rozdział 25

Fakt, że Mark Wolfe, przestępca seksualny po trzech wyrokach, seryjny ekshibicjonista, sprawiał wrażenie człowieka tak normalnego, zaskoczył Adriana, ale nie stojącą obok panią detektyw.

– Nic nie zrobiłem – powtórzył Wolfe. – A ten to kto?

Nadal wskazywał Adriana, a pytania kierował do Terri Collins. Z drugiego końca pokoju dobiegł głos matki.

– O co chodzi? Zaraz zaczyna się nasz serial. Marky, wyproś tych ludzi. Czy już czas na kolację?

Mark Wolfe odwrócił się niecierpliwie. Wziął ze stolika pilot i wyłączył telewizor. Jerry, Elaine i Kramer zniknęli wraz ze swoimi rozterkami.

– Już jedliśmy – powiedział. – Do serialu jest jeszcze trochę czasu. Państwo za minutę-dwie wyjdą. – Wpił się wzrokiem w detektyw Collins. – No i? O co chodzi?

– To ja porobię na drutach – oznajmiła matka. Zrobiła krok w stronę fotela. Obok leżała zauważona wcześniej przez Adriana torba wypchana włóczką i skrawkami materiału.

– Nie – uciął Mark Wolfe. – Nie teraz.

Adrian zerknął na starszą kobietę. Na twarzy miała krzywy półuśmiech. W jej głosie brzmiała obawa, nawet wzburzenie, ale usta się uśmiechały. Wczesny początek alzheimera, pomyślał nagle. Ta błyskawiczna diagnoza go poruszyła; alzheimer atakował tę samą część mózgu i niszczył wiele tych samych procesów myślowych co jego choroba. Był po prostu bardziej podstępny, cierpliwy, a przez to trudniejszy do opanowania. Jego zabójca atakował bezlitośnie i szybko; tę kobietę, niepewną: śmiać się czy płakać, trawiło coś tak upartego jak poranny przypływ, który stopniowo zalewa piaszczystą plażę. Kiedy patrzył na matkę Wolfe'a, czuł się trochę, jakby przeglądał się w krzywym zwierciadle. Widział samego siebie, ale niewyraźnie. Obawiał się, że jeszcze trochę, a wpadnie w panikę. Nie mógł oderwać oczu od rozczochranej kobiety, aż do chwili, gdy usłyszał głos detektyw Collins.

– To profesor Thomas – poinformowała. – Pomaga mi w śledztwie. Mamy do pana kilka pytań.

I znów Mark Wolfe odpowiedział jak zdarta płyta.

– Nic nie zrobiłem… – tyle że tym razem dodał: -…nic złego.

Stanowczy głos pani detektyw jakby ściągnął Adriana znad krawędzi przepaści. Profesor skupił wzrok na przestępcy. Złapał się na tym, że zmaga się z własną pamięcią, przekonuje samego siebie, że dawniej godzinami obserwował zachowanie zwierząt laboratoryjnych, a potem prowadził niezliczone doświadczenia na ochotnikach. Analizował różne typy i poziomy strachu, interpretował szeroki zakres zachowań. Teraz muszę zrobić to samo, wmawiał sobie. Przyglądał się mężczyźnie: wypatrywał charakterystycznych objawów wewnętrznej paniki, szukał oznak kłamstwa, nasłuchiwał niuansów wskazujących, że facet oszukuje. Drgnienie powieki. Ruch głowy. Zmiana tonu głosu. Drżenie ręki. Pot na czole.

– Zgodnie z warunkami pańskiego zwolnienia musi pan mieć stałe zatrudnienie…

– Mam pracę. Wiecie o tym. Sprzedaję elektronikę i AGD.

– I nie wolno panu przebywać na placach zabaw i w pobliżu szkół…

– Widzieliście, żebym złamał jakąś zasadę?

Adrian zauważył, że Wolfe nie odpowiedział: „Nie, nie byłem na żadnym placu zabaw ani w pobliżu żadnej szkoły”. Liczył, że nie umknęło to Terri Collins.

– I ma pan obowiązek raz w miesiącu zgłaszać się do kuratora…

– Tak robię.

Oczywiście, ten jeden telefon zapewnia ci wolność, skomentował w duchu Adrian.

– Powinien pan też poddawać się terapii…

– Mhm. Wielkie rzeczy.

Terri się zawahała.

– I co, pomaga?

– Nie wasz interes – wypalił.

Adrian przypuszczał, że Terri Collins wybuchnie gniewem, ale ona zachowała matowy, spokojny, urzędniczy ton. Był pod wrażeniem.

– Ma pan obowiązek odpowiedzieć na moje pytania, czy to się panu podoba, czy nie, w przeciwnym razie złamie pan warunki zwolnienia. Jak pan chce, mogę zaraz zadzwonić do pańskiego kuratora i spytać, co sądzi o pańskiej odmowie rozmowy ze mną. Tak się składa, że wpisałam do notesu jego numer.

Adrian domyślał się, że to blef, ale nieustępliwy ton w głosie pani detektyw wskazywał, że sama groźba skontaktowania się z kuratorem wystarczy.

Wolfe się zawahał.

– Pan doktor mówił, że terapia to sprawa poufna. Między nim a mną.

– Tak jest w większości przypadków. Nie w pańskim.

Wolfe zerknął niepewnie na matkę, która zasiadła w fotelu przed szerokoekranowym telewizorem, jakby Adriana, detektyw Collins i jej syna w ogóle nie było w pokoju. Właśnie sięgała po pilot.

– Mamo! – zawołał nagle. – Nie teraz. Idź do kuchni.

– Kiedy już czas – zaprotestowała.

– Niedługo. Ale jeszcze nie.

Kobieta niechętnie wstała i wyszła. Zaczęła krzątać się w kuchni. Po chwili dobiegł stamtąd brzęk szkła tłukącego się w zlewie i jęk frustracji, który przeszedł w potok przekleństw. Syn spojrzał w tamtym kierunku z chmurną miną. Jakby przewidując jego reakcję, matka krzyknęła:

– To nic takiego. Zaraz posprzątam.

– Szlag by to trafił – wycedził Wolfe. – Ciągle to samo. -Odwrócił się i przeszył wzrokiem Terri Collins. – Sama pani widzi, jak mi ciężko. Ona jest chora, a ja muszę… – przerwał. Zrozumiał, że panią detektyw ani trochę nie obchodzą trudy życia z osobą tkwiącą w mackach tej choroby.

– Pańska terapia – przypomniała ostro.

– Chodzę co tydzień – odparł ponuro. – Robię postępy. Tak twierdzi doktor.

– Proszę wytłumaczyć, co pan przez to rozumie – zażądała Terri.

Wolfe zrobił lekko zdezorientowaną minę.

– Postępy to postępy i tyle.

– Wyrażaj się bardziej precyzyjnie, Mark.

Adrian zauważył, że zwróciła się do niego po imieniu. Rozbrajające.

– Cóż… – zaczął Wolfe. – Nie jestem pewien, co…

Patrzyła na niego groźnie. Charakterystyczne spojrzenie detektywa: „musisz się lepiej postarać”. Prawie takim samym wzrokiem Adrian mierzył dobrze zapowiadających się studentów, którzy zawodzili jego oczekiwania.

– …Pomaga mi pohamować moje pragnienia – powiedział Wolfe.

„Pragnienia” to marny substytut „żądz”, pomyślał Adrian.

– Jak?

– Rozmawiamy.

– Mówiłeś, że jak się twój doktor nazywa?

– Nie mówiłem.

– Dlaczego?

Wzruszył ramionami.

– Chodzę do doktora Westa. Ma gabinet w mieście. Chce pani jego numer i adres?

– Nie. Już mam.

Adrian słuchał uważnie. Terapia kognitywno-behawioralna. Terapia awersyjna. Terapia realistyczna. Terapia akceptacji. Programy dwunastu kroków. Znał całe mnóstwo programów terapeutycznych i ich małą skuteczność w przypadkach takiej parafilii jak ekshibicjonizm. Chciałby usłyszeć, jak newage'owski terapeuta Scott West leczy kogoś dotkniętego prehistoryczną przypadłością.

– Gdzie poznałeś doktora Westa?

– W jego gabinecie.

– Spotykacie się też gdzieś indziej?

Przestępca na chwilę się zawahał. Błąd.

– Nie.

Terri milczała. Srogie spojrzenie.

– Spróbujmy jeszcze raz… Spotykacie się…

– Raz zabrał mnie na przejażdżkę.

– Dokąd?

– Mówił, że to część terapii. Że to bardzo ważne, żebym pokazał samemu sobie, że panuję nad…

– Dokąd cię zabrał? Wolfe odwrócił wzrok.

– Przewiózł mnie koło paru szkół.

– Których?

– Jedna to liceum, druga to podstawówka dwie przecznice dalej. Nazwy nie pamiętam.

– Na pewno?

Kolejne zawahanie.

– Imienia Kennedy'ego.

– Nie Wildwood School ani Fort River?

– Nie – wymamrotał. – Obok tych nie przejeżdżaliśmy.

Collins chwilę milczała.

– Ale ich nazwy znasz i założę się, że adresy też.

Odwrócił głowę, ale nie ruszył się z miejsca. Nie musiał nic mówić, odpowiedź była oczywista. Adrian sądził, że facet mógłby też podać rozkład dnia w każdej ze szkół – o której lekcje się zaczynają, o której kończą i kiedy dzieci wychodzą na długiej przerwie na plac zabaw. Pani detektyw coś sobie powoli zanotowała i wróciła do tematu.

– Czyli przejechaliście koło szkół. Zatrzymywaliście się?

– Nie.

Adrian wiedział, że to kłamstwo.

– Skazali cię za bezprawne uwięzienie… – zaczęła Terri.

– Tylko podwiozłem tę dziewczynę – przerwał. – To wszystko. Palcem jej nie dotknąłem…

– Podwiozłeś ją z rozpiętym rozporkiem.

Zasępił się i zacisnął usta.

– Byłeś kiedyś u doktora w domu?

Ten zwrot rozmowy wyraźnie go zaskoczył.

– Nie – wykrztusił.

– Wiesz, gdzie mieszka?

– Nie.

– Poznałeś jego rodzinę?

– Nie. To nie jest częścią terapii.

– O czym rozmawiacie?

– Pyta mnie, co myślę i czuję, kiedy widzę… – zaciął się na tym słowie i wziął głęboki wdech. – Chce, żebym opowiadał o wszystkim, co mi przychodzi do głowy. Mówię mu prawdę.

Jest ciężko, ale uczę się panować nad sobą. Nie potrzebuję… – znów zamilkł.

Adrian był wręcz zahipnotyzowany tym, jak Terri ciągnie przestępcę za język, a jednocześnie nie daje po sobie poznać, do czego zmierza. Kiedy jednak usłyszał ostatnie słowa Wolfe'a, coś drgnęło w głębi jego wyobraźni. Nie był pewien, co takiego, miał tylko wrażenie, że to niezmiernie istotne. Próbował sobie przypomnieć własne badania prowadzone w laboratoriach. Bodziec, pomyślał. Reakcje badanego pozostawały w normie, dopóki nie pojawiał się dodatkowy bodziec. Wtedy zdolność do panowania nad emocjami zmieniała się, a czasem zanikała zupełnie. Kiedy w kinie widzimy, jak z ciemności wyskakuje oprych z nożem, krzyczymy. Kiedy tracimy panowanie nad samochodem na oblodzonej jezdni, tętno, aktywność gruczołów, fale mózgowe, wszystko to się wzmaga, bo walczymy z panicznym strachem. Utrata panowania. Zastanawiał się, czy jego żona była przerażona, kiedy wpadła samochodem na dąb. Nie, pomyślał, odczuła ulgę, bo sądziła, że tego właśnie chciała. Adrian przechylił głowę, nasłuchując głosu żony, ale nie wychwycił żadnego dźwięku. Było za to co innego. Uczucie, jakby ktoś położył dłoń na jego ramieniu i chciał zmusić go do tego, żeby się odwrócił i coś zobaczył. Uścisk niby-dłoni stawał coraz bardziej natarczywy. Adrian jednak dalej patrzył na ekshibicjonistę. Coś tak zwyczajnego jak widok grupki uczniów u tego człowieka wywoływało fantazje. Inni widzieli bawiące się dzieci. Mark Wolfe widział obiekty pożądania. Adrian nagle zapragnął znienawidzić zamiast zrozumieć. Nienawiść jest dużo łatwiejsza.

– Pani detektyw, mam się już lepiej. Doktor West mi pomógł. Może pani nie wierzyć, ale taka jest prawda. Proszę go spytać.

Terri skinęła głową.

– Nie omieszkam. Zdajesz sobie sprawę, że nawet przejeżdżając obok tych szkół ze swoim terapeutą, złamałeś warunki zwolnienia?

– On mówił co innego. Że mój kurator się na to zgodził. Poza tym nie zatrzymywaliśmy się.

Terri znów pokiwała głową. Nie wierzy mu, stwierdził Adrian. I ma rację.

– W porządku, sprawdzę. To wszystko. – Zamknęła notes i skinęła ręką na Adriana. Nagle znieruchomiała i spytała: – Kto to jest Jennifer Riggins?

Mark Wolfe był wyraźnie zbity z tropu.

– Kto?

– Jennifer Riggins. Gdzie ona jest?

– Nie znam żadnej…

– Jeśli kłamiesz, wrócisz za kratki.

– Nie znam tego nazwiska. Nigdy go nie słyszałem.

Terri znów wyjęła notes i coś sobie zapisała.

– Okłamywanie funkcjonariusza policji to przestępstwo, rozumiesz?

– Mówię prawdę. Nie wiem, o kim pani mówi.

Adrian widział w jego twarzy wiele rzeczy. To nadzwyczajne, jak facet miesza prawdę z kłamstwami, pomyślał.

– Coś mi się widzi, że jeszcze tu do ciebie wrócę – powiedziała Terri. – Nie planujesz nigdzie wyjechać, co?

To nie było pytanie. To był rozkaz. Odwróciła się do Adriana.

– No dobrze, profesorze, na dzisiaj wystarczy.

Adrian sądził, że miał ze sto pytań, na gorąco jednak żadne nie przychodziło mu do głowy. Zrobił krok naprzód i odniósł wrażenie, że ktoś szepcze mu na ucho. Brian. Na pewno on. Zatrzymał się.

– Ma pan komputer? – wypalił. Wolfe przytaknął.

– Do czego go pan używa?

– Do niczego. Korzystam z poczty elektronicznej, sprawdzam wyniki sportowe.

– Kto do pana pisuje?

– Znam trochę ludzi. Z niektórymi się przyjaźnię.

– Nie wątpię – prychnęła Terri. – Zabiorę go.

– Musi pani mieć nakaz.

– Jesteś pewien?

Wolfe się zawahał.

– Przyniosę go. Jest w moim pokoju.

– Pójdziemy z tobą.

Poszli za Wolfe'em przez kuchnię. Łypnął spode łba na matkę, kiedy spytała:

– Mogę już robić na drutach? Kim są twoi znajomi?

Otworzył drzwi swojej sypialni. Adrian zobaczył porozrzucane ubrania robocze. Kilka wymiętych świerszczyków, parę książek, małe biurko z laptopem. Wolfe poszedł odłączyć komputer od prądu. Podał go Terri.

– Kiedy mogę…

– Jutro albo pojutrze. Hasło?

Wolfe milczał.

– Hasło! – powtórzyła ostrzej.

– Candyman – odparł.

Wzięła komputer.

– No, no. Faktycznie robisz postępy. – Wsunęła laptop pod pachę.

Za łatwo go oddał, pomyślał Adrian. Nie mógł tego zrozumieć. Mimo to szybko odwrócił się i usiłował zobaczyć, co pokój mówi o jego właścicielu. Żałował, że nie może odczytać tytułów książek. Podejrzewał, że jedna z szuflad jest pełna płyt. Sam pokój jednak był surowy, pusty. Łóżko, komoda, biurko i twarde drewniane krzesło. Mało rzeczy, które cokolwiek mówiły.

I może to właśnie wiele mówiło.

Kiedy odwrócił się, żeby wyjść za panią detektyw i ekshibicjonistą, usłyszał szept. Substytut.

Ta myśl przemknęła bardzo szybko, przeleciała mu przez głowę prawie jak piasek przez palce.

Obejrzał się. Nikogo. Nie potrafił odgadnąć, co to słowo miało znaczyć. Zaniepokojony wyszedł za detektyw Collins i przestępcą.

Stary profesor i Terri jechali w milczeniu.

Detektyw Collins położyła komputer na tylnym siedzeniu świadoma, że to tak naprawdę żaden dowód i że przeszukanie jego zawartości zapewne okaże się stratą czasu. Dręczył ją związek między przestępcą a Scottem Western – ale na razie widziała w tym wyłącznie czysty zbieg okoliczności. Była pewna, że Mark nie powiedział jej całej prawdy, ale nie wyczuła żadnego kłamstwa, które mogłoby naprowadzić ją na taki czy inny trop. Bębniła palcami w kierownicę, jadąc w ciemności do domu profesora.

Cały czas dziwnie milczał.

– Co pana gryzie? – spytała raptownie.

Wydawało się, że zanim odpowiedział, musiał ujarzmić zaprzątające go myśli albo wspomnienia.

– Jennifer – odparł cicho. – Jakie są szanse na to, że ją znajdziemy, pani detektyw?

– Małe. Wbrew temu, co się ludziom wydaje, w naszym społeczeństwie nie tak trudno zniknąć. Ani sprawić, żeby ktoś zniknął.

Adrian się zamyślił.

– Sądzi pani, że w tym komputerze jest coś…

Nie dała mu dokończyć.

– Nie.

Odwrócił się do niej, jakby oczekiwał bardziej szczegółowej odpowiedzi. Uległa.

– Na pewno będą jakieś bulwersujące rzeczy. Może zwykła pornografia. Nie zdziwiłabym się, gdyby w jakimś pliku ukryto porno z dziećmi. Albo jeszcze coś innego, co wskazuje, że poczciwy doktor West nie jest tak dobrym terapeutą, za jakiego się zapewne ma… ale coś o Jennifer? Nie. Nie sądzę. Sprawdzę. Ale nie jestem optymistką.

Adrian pomału pokiwał głową.

– Całe to spotkanie dało mi do myślenia – powiedział głosem tylko trochę głośniejszym od szeptu. – Nigdy jeszcze nie rozmawiałem z takim człowiekiem. Pouczające doświadczenie.

– Usłyszał pan coś, co by nam pomogło? – Terri zadała to pytanie bardziej przez grzeczność. Nie sądziła, że rzeczywiście mógł zauważyć coś ważnego.

– To tak pracują detektywi? Aż tak szybko przetwarzają informacje…?

Zaśmiała się.

– To nie sala wykładowa, profesorze. Często czasu jest mało i trzeba jak najszybciej zdobyć odpowiedzi. W wydziale zabójstw mówi się o pierwszych czterdziestu ośmiu godzinach. Rany, jest nawet program telewizyjny pod tym tytułem. Zależnie od przestępstwa ten czas może być krótszy albo dłuższy. Ale po jego upływie trzeba mieć jeśli nie odpowiedzi, to chociaż pojęcie o tym, gdzie ich szukać. – Spoważniała i westchnęła. – W przypadku Jennifer ten czas dawno minął.

– Potrzeba jej więcej czasu – powiedział Adrian ni stąd, ni zowąd. – Oby go miała.

Terri uświadomiła sobie, że nie czuje niechęci do tego starego człowieka. Na pewno szczerze chciał pomóc. To było dla niej swoistym objawieniem; cywile przez swoją nieporadność zazwyczaj tylko zawadzają policji. Za dużo oglądają telewizji i wmawiają sobie, że naprawdę coś wiedzą. Przeszkadzają, nie pomagają. Tak ją uczono i tak wynikało z jej doświadczeń. Z drugiej strony, obok niej siedział stary człowiek, który płynnie przechodził od przenikliwych spostrzeżeń poprzez uporczywe nalegania do odlotu na inną planetę, ale w niczym nie przypominał większości natrętów i świętoszków, z jakimi musiała się użerać.

Zatrzymała wóz przed jego domem.

– Transport pod same drzwi – powiedziała.

– Dziękuję. – Adrian wysiadł. – Gdyby pani się czegoś dowiedziała, proszę zadzwonić…

– Profesorze, pracę śledczą niech pan zostawi mnie. Jeśli będę potrzebowała pańskiej pomocy, dam znać.

Miała wrażenie, że był głęboko zawiedziony.

Jennifer zniknęła, a on wini za to siebie, pomyślała Terri.

Jest różnica między policją, dla której najstraszniejsze tragedie są częścią codziennej rutyny, a ludźmi, którzy przypadkiem stykają się z jakimś przestępstwem i sądzą, że to czyni ich kimś wyjątkowym. Tak dalece wykracza to poza ich codzienność, że nie tylko fascynuje, ale i może stać się obsesją. Jednak dla takiej policjantki jak Terri to, co się stało, było normalne. Tragiczne, ale normalne.

Adrian odsunął się od samochodu i patrzył za nim dotąd, aż zniknął w oddali.

– Dobry z niej glina – stwierdził z uznaniem Brian. – Ale ma ograniczone możliwości. Superbystry, obdarzony wrodzoną intuicją detektyw intelektualista to wymysł autorów kryminałów. Gliny tak naprawdę zajmują się rozwiązywaniem prostych łamigłówek. Kółko i krzyżyk, nie szachy.

Adrian powlókł się w stronę drzwi.

– Tam, w tym domu, to byłeś ty? – spytał.

– Oczywiście – przyznał Brian. Mówił z ociąganiem, jakby czekał na następne pytanie. Adrian odwrócił się do swojego nieżyjącego brata. To był Brian adwokat, właśnie poprawiał jedwabny krawat i ostre kanty w spodniach od garnituru za dwa tysiące dolarów. Podniósł wzrok. – Czegoś się dowiedziałeś.

– Ale detektyw mówiła…

– Daj spokój, Audie, przecież tu od początku nie chodziło o to, żeby znaleźć winnego. Przynajmniej na razie. Najważniejsze to dowiedzieć się, gdzie szukać Jennifer. A żeby tego dokonać, trzeba sobie wyobrazić, kto mógł ją porwać. I dlaczego.

Adrian skinął głową.

– Tak.

– A sympatyczna pani detektyw z miasteczka uniwersyteckiego nie myśli tymi kategoriami, nawet jeśli na oko jest całkiem kompetentna.

Adrian musiał przyznać mu rację. Było zimno. Ciekawe, gdzie się ukrywa ciepło wiosny. Powietrze wydawało się zwodnicze, obiecywało jedno, a przynosiło coś innego. Zdradliwa pora roku.

– Audie!

Odwrócił się do Briana.

– Jest coraz trudniej – wyznał. – To tak, jakby mnie ubywało, z godziny na godzinę, z dnia na dzień.

– Dlatego tu jesteśmy.

– Chyba jestem zbyt chory.

– Nie chrzań, Audie – zaśmiał się Brian. – Ja nie żyję i wcale nie zwalniam tempa.

Adrian się uśmiechnął.

– Co widziałeś w domu tego degenerata?

– Starą cierpiącą kobietę… – urwał. Co właściwie widział? – Człowieka, który zachowuje się, jak gdyby nie miał nic do ukrycia, choć tak naprawdę pewnie chce ukryć wszystko.

Brian uśmiechnął się szeroko i klepnął brata w plecy.

– Co to znaczy?

– To znaczy, że coś przeoczyłem.

Brian przystawił palec do skroni, dokładnie w tym miejscu, gdzie przytknął lufę pistoletu, który teraz leżał na biurku Adriana. Udał, że strzela, ale wyraźnie nie dostrzegł w tym geście ironii.

– Chyba obaj wiemy, co robić – powiedział.

Adrian skulił się na siedzeniu. Miał nadzieję, że jego poprzednia wizyta nie nasunęła Markowi Wolfe'owi myśli, że ktoś może go obserwować. Plamy cienia słały się na ziemi w miejscach, gdzie drzewa, które powoli zieleniały, zasłaniały wschodzące słońce. Świat za oknem samochodu wydawał się może nie nagi, ale i nie ubrany. Czasem Adrian myślał, że w trakcie zmiany pór roku są chwile, kiedy natura jakby czeka na zezwolenie, zgodę na to, by ruszyć pełną parą i zastąpić zimę wiosną.

Nie wiedział, ile pór roku mu zostało. Nie miał też pojęcia, jak długo jeszcze będzie w stanie je rozróżniać.

Poruszył się na siedzeniu, żeby spytać o to Briana, ale brat już zniknął. Zastanawiał się, czemu nie może przywoływać halucynacji, kiedy ich potrzebuje. Byłby spokojniejszy, gdyby miał kogoś, z kim mógłby porozmawiać. Chciał, żeby pewny głos Briana wzmógł jego własną determinację.

Myślał, że to, co zamierza zrobić, balansuje na granicy przestępstwa. Jeśli nie jest zabronione, to powinno być. Jest też niemoralne, a z tym kto jak kto, ale brat, ważny adwokat, zdecydowanie mógł mu pomóc. Prawnicy zawsze lepiej sobie radzą z moralnymi odcieniami szarości.

– Brian?

Cisza. Spodziewał się tego.

Wyjrzał znad dolnej krawędzi szyby. Mark Wolfe zaraz wyjdzie, powiedział sobie i zadrżał.

Pomyślał o bracie. W dzieciństwie zawsze zadziwiało go to, że Brian nie znał strachu. Cokolwiek Adrian robił z kolegami – pływali, grali w piłkę czy rozrabiali – Brian nieodłącznie trzymał się z nimi i pierwszy wyrywał się do każdej psoty. Kiedyś rodzice wezwali ich na rozmowę. Briana tylko skarcili i wysłali do pokoju. Adrian wysłuchał dłuższego kazania. „Masz pilnować młodszego brata” i „Adrian, jak mogłeś mu pozwolić…” Nie potrafił wyjaśnić, że mimo dzielącej ich różnicy wieku, to Brian stał na czele bandy. Na opak, pomyślał. Nasze dzieciństwo było na opak. Potem jednak powiedział na głos:

– Ale to nadal nie tłumaczy, dlaczego się zastrzeliłeś.

Pomyślał, że wszystko w jego życiu było tajemnicą, oprócz pracy. Dlaczego Cassie go kochała? Dlaczego Tommy umarł? Dlaczego nie zauważył, że z Brianem dzieje się coś złego, i go nie powstrzymał?

Stwierdził, że jego choroba ma jeden plus. Wszystkie te pytania, cały nękający go smutek, znikną we mgle zapomnienia. Wypuścił powietrze. Ja już nie żyję, uznał.

Trzasnęły drzwi samochodu.

Zerknął w tamtą stronę – Mark Wolfe wyjeżdżał tyłem na ulicę, tak jak poprzedniego dnia. Po chwili zniknął w oddali.

Adrian spojrzał na zegarek – prezent od żony z okazji dwudziestej piątej rocznicy ślubu. Wodoodporny, choć Adrian rzadko wchodził do wody. Odporny na wstrząsy, choć nigdy go nie upuścił. Bateria z dożywotnią gwarancją. Cóż, bardzo możliwe, że zegarek nadal będzie mierzył czas, kiedy ja już odejdę, powiedział sobie.

Postanowił odczekać piętnaście minut. Patrzył jak zahipnotyzowany na sekundnik, który niepowstrzymanie wędrował dookoła tarczy.

Kiedy nabrał pewności, że Mark Wolfe pojechał do pracy w hipermarkecie budowlanym, wysiadł z wozu i szybko podszedł do zadbanego domku.

Głośno zapukał, wcisnął dzwonek.

Kiedy zza uchylonych drzwi wyjrzały lekko nieprzytomne oczy matki Wolfe'a, Adrian podszedł bliżej.

– Marka nie ma – powiedziała natychmiast.

– To nic. – Adrian stanowczo naparł na drzwi. – Przysłał mnie, żebym trochę z tobą posiedział.

– Naprawdę? – Zmieszanie. Adrian wykorzystał okazję. Miał wrażenie, że zna chorobę kobiety lepiej od swojej własnej.

– Oczywiście. Jesteśmy starymi znajomymi. Chyba mnie pamiętasz, co? – Nie czekał na odpowiedź. Bezceremonialnie wtargnął do domu i od razu poszedł do salonu, gdzie stanął prawie dokładnie w tym samym miejscu co poprzedniego wieczoru.

– Nie pamiętam cię – stwierdziła. – A Mark ma niewielu znajomych.

– Niedawno rozmawialiśmy.

– Kiedy?

– Wczoraj. Pamiętasz.

– Nie…

– I prosiłaś, żebym przyszedł znowu, bo tyle jeszcze miałaś do powiedzenia.

– Prosiłam…

– Tak długo rozmawialiśmy. O różnych rzeczach. Na przykład o twoich robótkach. Miałaś mi pokazać, co teraz robisz.

– Lubię dziergać. Lubię robić rękawiczki. Rozdaję je dzieciom sąsiadów.

– Założę się, że to Mark je roznosi.

– Tak. To prawda. Dobry z niego chłopiec.

– Oczywiście. Najlepszy. Cieszy się, że może sprawiać dzieciom radość.

– I dlatego w zimie rozdaje im rękawiczki. Ale teraz…

– Jest wiosna. Koniec z rękawiczkami. Do jesieni.

– Zapomniałam; jesteś kolegą Marka?

– Chciałbym, żebyś zrobiła mi rękawiczki.

– Tak. Robię rękawiczki dzieciom.

– A Mark je roznosi. Jaki dobry chłopiec.

– Tak. Jest dobry. Zapomniałam, jak ci na imię.

– I ogląda z tobą telewizję.

– Mamy swoje ulubione seriale. Marka ciekawią takie specjalne programy. Oglądamy razem wszystkie śmieszne seriale, które są wcześnie, i śmiejemy się, bo ludzie w nich wplątują się w dziwaczne kłopoty. A potem każe mi iść spać. Jego programy zaczynają się późno.

– Czyli ogląda twoje ulubione seriale z tobą, a potem swoje w dużym telewizorze.

– On go kupił. Jakbyśmy mieli tu gości. Niewielu znajomych nas odwiedza.

– Ale ja jestem twoim znajomym i przyszedłem.

– Tak. Wyglądasz staro, jak ja.

– Bo jestem stary. Ale teraz już się zaprzyjaźniliśmy, prawda?

– Chyba tak.

– Jakie są te jego programy?

– Nie pozwala mi patrzeć.

– Ale czasem nie możesz zasnąć, co? I przychodzisz tutaj…

Uśmiechnęła się.

– Jego programy są… – Zaśmiała się głośno. – Nie powinnam używać takich słów. – Zrobiła zawstydzoną, dziecinną minę. Chwilami wydawała się stara i schorowana, chwilami zachowywała się jak dziecko.

Adrian zrozumiał, że właśnie czegoś się dowiedział i usiłował poukładać to sobie w głowie. Czuł, że jego żona, syn, brat, wszyscy razem otaczają go, obecni i nieobecni jednocześnie, i próbują wyjaśnić mu, w czym rzecz, pobudzić jego spostrzegawczość. Spojrzał na kobietę. Dwoje szaleńców, pomyślał. Ja rozumiem ją, ale ona nie rozumie mnie.

Stwierdził, że to tak, jakby próbować dogadać się w obcym języku. I to przypomniało mu o Tommym, który zginął w odległym kraju, znanym mu tylko z obrazów przemykających po ekranie. Na tę myśl odwrócił się w stronę telewizora. W głowie kołatało mu się coś, co powiedziała kobieta, i coś, co usłyszał z ust syna – a właściwie jego ducha.

Dzierganie. Ona robi na drutach.

– Gdzie twój komputer? – spytał. – Trzymasz go razem z robótką?

Kobieta się uśmiechnęła.

– Oczywiście. – Podeszła do fotela. Torba z włóczką i skrawkami materiału stała dokładnie w tym samym miejscu, w którym Adrian widział ją poprzedniego wieczoru. Pani Wolfe podała mu ją. Pod motkiem różowej i czerwonej włóczki tkwił mały laptop Apple z podłączonymi kablami.

Adrian spojrzał na telewizor. Wysyła matkę do łóżka i podłącza komputer do tego wielkiego ekranu, domyślił się.

– Zaniosę go Markowi – powiedział. – Jest mu pilnie potrzebny.

– Zostawia go w domu – odparła. – Zawsze.

– Tak, ale dziś po pracy ma go zawieźć policjantce. Tej co tu wczoraj była. Tak się umówili.

Adrian wiedział, że jego kłamstwa będą skuteczne, mimo oporu staruszki. To perfidne, pomyślał. Przez głowę przebiegło mu powiedzenie pamiętane z dzieciństwa: „Łatwe jak zabrać cukierka dziecku”.

Wziął komputer i ruszył do drzwi.

Będzie zabezpieczony? – zastanawiał się.

Hasło? Mark Wolfe na głupca nie wyglądał. Adrian pamiętał też pogardliwą minę detektyw Collins, kiedy zabrała komputer, który ekshibicjonista oddał bez żadnego oporu. Candyman. Jakie to oczywiste. Hasło obciążone tyloma skojarzeniami, że każdy, kto badał maszynę, musiał uznać, że skrywają się pod nim obciążające dowody, gdy tak naprawdę nie było tam nic prócz niewinnego, mrocznego ślepego zaułka.

Komputer w jego rękach – komputer matki Wolfe'a – był tym właściwym. Adrian spojrzał na siwowłosą kobietę o oszalałych oczach.

– Czy Mark miał w dzieciństwie jakiegoś zwierzaka…

– Psa, wabił się Butchie…

Adrian uśmiechnął się. Butchie. To jedna możliwość.

– Musiał go uśpić – ciągnęła pani Wolfe. – Butchie polował i gryzł ludzi.

Jak twój syn.

Stara kobieta nagle zrobiła minę, jakby zbierało jej się na płacz. Po chwili zastanowienia Adrian ostrożnie zadał następne pytanie.

– A jak miała na imię córka sąsiada? Pamiętasz, ta, co mieszkała w domu obok, a może kawałek dalej, kiedy Mark był nastolatkiem?

Pomarszczona twarz natychmiast się zmieniła. Spochmurniała.

– To jak ćwiczenie pamięci, prawda? Ostatnio dużo rzeczy zapominam…

– Ale tę dziewczynę kojarzysz, prawda?

– Nie lubiłam jej.

– Na imię miała…

– Sandy.

– To od niej zaczęły się kłopoty Marka?

Skinęła głową.

Sandy. Ciekawe, czy Mark Wolfe ma poczucie ironii. Adrian ruszył do drzwi z laptopem pod pachą. Ale zanim sięgnął do klamki, znieruchomiał.

– Jak ci na imię? – spytał. Uśmiechnęła się.

– Rose.

– Od róży?

– Miałam takie rumianiutkie policzki, kiedy byłam młoda i mój mąż… – Zakryła usta dłonią.

– Co się z nim stało?

– Zostawił nas. Nie pamiętam. To bolało. Byliśmy sami. Ciężkie czasy. Ale teraz Mark się mną opiekuje. To dobry chłopiec.

– Tak, to prawda. Kto was zostawił?

– Ralph. On nas zostawił. Zawsze byłam różą Ralpha. Mówił, że nigdy nie przestanę kwitnąć, ale odszedł i wcale już nie kwitnę.

„Różaralpha”, pomyślał Adrian. Może.

– Świetnie się z tobą rozmawiało, Rose. Wrócę tu jeszcze, to pogadamy o twoich robótkach. Może zrobisz mi rękawiczki.

– Bardzo chętnie.

Rozdział 26

Jennifer śpiewała cicho Panu Futrzakowi, kiedy drzwi się otworzyły. Nie była to konkretna piosenka, a raczej mieszanka kołysanek i dziecięcych przyśpiewek, jakie pamiętała. Row, Row, Row Your Boat i Itsy Bitsy Spider zlewały się z The Bear Went Over the Mountain i I'm a Little Teapot. Do tego od czasu do czasu dorzucała kolędy. Cicho nuciła i śpiewała każdy urywek tekstu, każdy wierszyk, każdy fragment melodii, który mogła sobie przypomnieć. Pomijała rap i rock and roli, bo raczej nie sądziła, by podniosły ją na duchu. Wstrzymała oddech, kiedy przerwał jej dźwięk otwieranych drzwi, ale zaraz znów zaczęła śpiewać. Stopniowo podnosiła głos: „Dzisiaj w Betlejem, dzisiaj w Betlejem wesoła nowina, że Panna czysta, że Panna czysta porodziła syna…”

– Numerze 4, słuchaj uważnie.

– „Niech mu gwiazdka pomyślności nigdy nie zagaśnie, niech mu gwiazdka… „

– Numerze 4, przestań śpiewać, bo zrobię ci coś złego.

Monotonny kobiecy głos. Jennifer wiedziała, że to realna groźba.

Zamilkła.

– Dobrze – powiedziała kobieta.

Jennifer miała ochotę się uśmiechnąć. Drobne gesty buntu, powiedziała sobie. Rób, co każą, ale…

– Słuchaj uważnie – podjęła kobieta.

Wiem, gdzie jesteś, pomyślała Jennifer. Nie wiedziała dlaczego, ale to było dla niej ważne.

Krótki rzut oka spod opaski dodał jej sił. Zorientowała się w otoczeniu. Dowiedziała się o wycelowanej w nią kamerze wideo. Obrzuciła wzrokiem nagie białe ściany, szarą podłogę. Szybko oszacowała wielkość pomieszczenia i, co najważniejsze, zobaczyła swoje ubrania w stosie obok drzwi. Starannie złożone, leżały obok plecaka, jakby czekały na nią po praniu. To nie to samo, co być ubraną, ale sama świadomość, że w każdej chwili może włożyć swoje dżinsy i bluzę, obudziła w niej nadzieję.

Kamera dała jej do myślenia.

Czuła na sobie jej nieruchome oko, obserwowało ją.

Rozumiała, co to znaczy: nie ma prywatności.

Na tę myśl poczerwieniała i poczuła się skalana. Zaraz jednak dotarło do niej, że ten, kto ją obserwuje, tak naprawdę widzi nie ją, Jennifer, tylko więźnia. Ona sama wciąż pozostaje anonimowa. Ukryta. Może jej ciało jest odsłonięte, ale nie ona, Jennifer. Czuła różnicę między tym, kim jest, i tym, co robi. Jedno nie miało nic wspólnego z drugim. To, co widać z zewnątrz, robi sobowtór Jennifer – Numer 4. Prawdziwa Jennifer ściska misia, śpiewa piosenki i usiłuje dociec, gdzie ją więziono. Wiedziała, że musi ciężko pracować nad tym, by chronić prawdziwą Jennifer, i jednocześnie sprawić, żeby fałszywa Jennifer wydawała się rzeczywista mężczyźnie i kobiecie. Jej oprawcom.

Kiedy zobaczyła kamerę, zrozumiała jeszcze jedno: jest potrzebna. Jakikolwiek dramat się tu rozgrywa – ona gra w nim główną rolę.

Nie wiedziała, jak długo to utrzyma ją przy życiu. Ale przynajmniej miała trochę czasu i z całą pewnością zamierzała go wykorzystać.

– Numerze 4, w nogach łóżka postawię krzesło. Masz do niego podejść i usiąść.

Zwiesiła nogi z łóżka. Wstała. Przeciągnęła się, uniosła jedną nogę, potem drugą, naprężyła mięśnie. Kilka razy wspięła się na palce. Wykręciła rękę za plecy, żeby rozciągnąć tułów. To samo z drugą ręką. Czuła, jak mięśnie kurczą się i rozluźniają, jak sztywność uchodzi z kości.

– Nie pora na ćwiczenia, Numerze 4. Rób, co mówię, natychmiast.

Zatoczyła głową – to na rozluźnienie karku – i ostrożnie przeszła na koniec łóżka, trzymając się ramy. Wyciągnęła rękę, wymacała drewniane oparcie i wsunęła się na krzesło. Siedziała skromnie, z dłońmi złożonymi na podołku i ściśniętymi kolanami, trochę jak nieposłuszna uczennica na katechezie, bojąca się zakonnicy.

Czuła, że kobieta zbliża się do niej. Lekko odwróciła się w jej stronę. Czekała na dalsze instrukcje.

Cios był nieoczekiwany i brutalny.

Wymierzony otwartą dłonią w policzek. Omal nie zrzucił jej na podłogę. Szok wydawał się równie dotkliwy jak uderzenie. Pod opaską widziała gwiazdy, twarz tętniła bólem, jakby prąd poraził zakończenia nerwowe. Była zamroczona, kręciło jej się w głowie. Łapała powietrze, jakby się dusiła. Wydała cichy, zwierzęcy jęk bólu, ale nie miała pojęcia, czy rozbrzmiał echem w pokoju, czy tylko pod jej czaszką. Przytrzymała się siedzenia. Próbowała odzyskać równowagę, bo wiedziała – choć niby skąd? – że gdyby upadła, zostałaby skopana i pobita.

Chciała coś powiedzieć, ale z ust zamiast słów wydarł się tylko zduszony szloch.

– Rozumiemy się trochę lepiej, Numerze 4? – spytała kobieta.

Przytaknęła.

– Kiedy wydaję polecenie, masz je wykonać. Chyba już ci to tłumaczyliśmy.

– Tak. Ja tylko chciałam… nie myślałam, że…

– Dość.

Zamilkła.

– Dobrze. Mam do ciebie kilka pytań. Odpowiesz na nie precyzyjnie. Nie podawaj informacji, o które nie poproszę.Trzymaj głowę prosto i patrz przed siebie.

Znów przytaknęła. Wyczuła, że kobieta nachyla się ku niej, i usłyszała ni to szept, ni to syk.

– Na pierwsze pytanie odpowiesz „osiemnaście”.

Zamrugała pod opaską, zaskoczona. Zrozumiała: to miałam słyszeć tylko ja.

Kobieta z szelestem odsunęła się kawałek do tyłu. Nastąpiła chwila ciszy. Jennifer sztywnymi ruchami robota wróciła do pozycji uczennicy i spojrzała prosto przed siebie, choć widziała tylko czerń opaski.

– Świetnie. Numerze 4, powiedz, ile masz lat.

Zawahała się.

– Osiemnaście – wykrztusiła. – Kłamstwo, które oszczędziło jej bólu.

Kobieta mówiła dalej.

– Wiesz, gdzie jesteś?

– Nie.

– Wiesz, dlaczego tu jesteś?

– Nie.

– Wiesz, co się z tobą stanie?

– Nie.

– Wiesz, jaki dziś dzień? Możesz podać datę, godzinę albo choć określić, czy to dzień, czy noc?

Pokręciła głową i znieruchomiała.

– Nie – powiedziała. Tym razem jej głos łamał się lekko, jakby słowo „nie” było drogą porcelaną, która przy najmniejszej nieostrożności mogła się potłuc.

– Jak długo tu jesteś, Numerze 4?

– Nie wiem.

– Boisz się?

– Tak.

– Boisz się śmierci?

– Tak.

– Chcesz żyć?

– Tak.

– Co zrobisz, żeby przeżyć?

Chwila namysłu. W grę wchodziła tylko jedna odpowiedź.

– Wszystko.

– Doskonale.

Głos kobiety dochodził z odległości paru metrów. Zapewne stanęła za kamerą tak, by Jennifer mówiła do obiektywu. Poczuła się trochę pewniej. Filmują mnie. To, że przynajmniej w części rozumiała, co się z nią dzieje, pomagało. Naprężyła mięśnie. Nie wiedzą, jak silna potrafię być, powiedziała sobie. Wtedy w jej wyobraźnię wkradły się wątpliwości. Sama nie wiem, jak silna potrafię być. Chciało jej się płakać, kusiło ją, żeby dłużej nie powstrzymywać szlochu i rozpaczy. Pragnęła z tym walczyć… ale jak? Tkwiła uwięziona między dwoma przeciwnymi biegunami. Kobieta bezlitośnie wydawała kolejne pytania.

– Numerze 4, wstań.

Zrobiła, co jej kazano.

– Zdejmij majtki.

Ogarnęła ją niepewność, która opanowała dłonie. Wyczuła jednak, że kobieta zaciska pięść i szykuje się do kolejnego ciosu – wykonała więc polecenie. Powiedziała sobie, że to jak wizyta u lekarza albo przebieranie się w szatni po intensywnych ćwiczeniach. Nie musi się wstydzić nagości. Jednak pod opaską nawet ona wiedziała, że to kłamstwo. Czuła na sobie przenikliwe spojrzenie kamery. Była upokorzona. Łzy wezbrały jej w oczach i wtedy kobieta powiedziała:

– Możesz wrócić na miejsce.

Chwyciła cienkie majtki, podciągnęła je i usiadła. Odnosiła wrażenie, jakby coś jej odebrano. Było jeszcze gorzej niż wtedy, kiedy mężczyzna kazał jej się myć nago. Teraz przeprowadzali inspekcję. Badanie mięsa.

– Zanim weszłaś do tego pokoju, czego się najbardziej bałaś?

Musiała pomyśleć. Przepełniał ją wstyd.

– Czego się najbardziej bałaś, Numerze 4? – powtórzyła kobieta natarczywym tonem.

Jennifer rozpaczliwie szukała odpowiedzi.

– Pająki. Nie znoszę pająków. Kiedy byłam mała, ugryzł mnie pająk i spuchła mi twarz, i od tego czasu…

– To konkretna rzecz, której się boisz, Numerze 4. Ale jaki jest twój najgorszy lęk?

Chwila ciszy.

– Czasem się bałam, że zamkną mnie w pomieszczeniu pełnym pająków.

– Mogę to zrobić, Numerze 4…

Mimo woli zadrżała. Wiedziała, że kobieta nie kłamie, że potrafi być jeszcze bardziej okrutna niż do tej pory. A mężczyzna najpewniej dużo gorszy.

– Ale jaki jest twój największy lęk, Numerze 4?

To pytanie tłukło się w jej głowie. Nie mogła zrozumieć: Co było nie tak z moją odpowiedzią?

Jedno lub dwa słowa uwięzły jej w gardle i zakaszlała. Wpadła na inny pomysł.

– Że nigdy się nie wyrwę z małej mieściny, w której mieszkam, i utknę tam na zawsze.

Kobieta milczała. Jennifer uznała, że może zaskoczyła ją swoją odpowiedzią.

– Czyli w domu było ci źle?

Głowa Jennifer poruszyła się w górę i w dół.

– Tak.

– Co ci się nie podobało?

– Wszystko.

Kobieta znów mówiła ostrożnie. Jej głos bił w Jennifer. Miarowy rytm pytań był jak seria ciosów prosto w serce.

– I dlatego chciałaś uciec?

– Tak.

– Nadal chcesz uciec, Numerze 4?

Szloch ściskał pierś Jennifer. Nie wiedziała, czy kobieta ma na myśli ucieczkę z domu, czy z tego więzienia. Ta niepewność powodowała cierpienie.

– Chcę po prostu żyć – powiedziała drżącym głosem.

Kobieta zaczekała trochę, potem znów pytała bezlitośnie.

– Co w swoim życiu kochałaś, Numerze 4?

Napłynęły wspomnienia z dzieciństwa. Widziała nieżyjącego ojca; stał w spowijającej ją ciemności, tyle że teraz żywy, i ze znajomym promiennym uśmiechem kiwał, żeby do niego podeszła. Pamiętała przyjęcia i place zabaw. Wspominała zwyczajne chwile, pikniki, rodzinny wyjazd do Fenway Park na mecz bejsbolowy i hot dogi. Pewnego razu na szkolnej wycieczce na pobliską farmę wczołgała się do zagrody, w której suka karmiła nowo narodzone szczenięta, i podziwiała delikatną energię życia. Widziała siebie z matką, której – jak sądziła – nie miała już powodu kochać. Pływały w rzece w parku stanowym. Mały wodospad lał zimną wodę na ich głowy, ale nie zważały na gęsią skórkę, tak było cudownie. Wszystkie te obrazy wirowały wokół niej, jakby znalazła się w samym środku szybkiego filmu akcji. Wzięła gwałtowny wdech. Te myśli należały do niej i wiedziała, że musi je chronić.

– Nic – powiedziała.

Kobieta się zaśmiała.

– Każdy coś kocha, Numerze 4. Powtarzam: co kochałaś?

Rozmaite obrazy mieszały się ze sobą. Potok wspomnień. Coś kazało Jennifer odpędzić je, zachować w ukryciu.

– Miałam kota… – odparła z ożywieniem. – To znaczy, znalazłam bezpańskiego kociaka. Kotkę. Była taka mokra, chuda, zagubiona. Pozwolili mi ją zatrzymać. Nazwałam ją Socks, bo miała białe skarpetki na łapkach. Karmiłam ją mlekiem, co noc spała na moim łóżku. Przez wiele lat była moim najlepszym przyjacielem.

– Co się stało z Socks, Numerze 4?

– Kiedy miała siedem lat, zachorowała. Weterynarz nie mógł jej uratować. Umarła i pomogłam ją pochować. Wykopaliśmy w ogródku dół i tam ją włożyliśmy. Płakałam całymi dniami. Rodzice proponowali, że kupią mi nowego kota, ale ja nie chciałam nowego, chciałam tego, który umarł. – Zawahała się, po czym dodała z mocą: – Proszę. Właśnie to kochałam.

– Wzruszające, Numerze 4.

Miała ochotę odpowiedzieć: „pytałaś, to masz”, ale bała się, że znów oberwie. Ukryła drwiący uśmiech, ale w duchu czuła złośliwą satysfakcję. Historię Socks zmyśliła od początku do końca.

Nie było żadnego kota, suko. Żadnego zdechłego kota. Pierdol się.

– I ostatnie pytanie…

Jennifer się nie ruszyła. Czekała.

– Numerze 4, czy jesteś dziewicą?

Jej język nagle stał się ciężki i poczuła kwaśny smak na ustach. Kilka razy oblizała wyschnięte wargi. Nie wiedziała, jaka jest właściwa odpowiedź. Prawdziwa brzmiała „tak”, ale czy to dobrze, czy źle? Strach wkradł się do jej serca. Na tę niejasną aluzję do seksu zrobiło jej się duszno. Chcą mnie zgwałcić, pomyślała.

– Czy jesteś dziewicą, Numerze 4?

Czy jeśli odpowie „nie”, zabrzmi to jak zachęta? Jeśli da im do zrozumienia, że uprawiała już seks, czy uznają to za przyzwolenie? Czy naiwność pomoże jej, czy zaszkodzi?

Nie chciała decydować. Obie odpowiedzi wydawały się złe.

– Tak – wydusiła w końcu, lekko łamiącym się głosem.

Kobieta się zaśmiała.

– Możesz wrócić do łóżka – powiedziała. Z nutą drwiny.

Rozdział 27

Traf chciał, że mniej więcej w tym samym czasie w dwu różnych miejscach Adrian i Terri patrzyli na komputery, które należały do tego samego człowieka, ale dochodzili do odmiennych wniosków.

Jedno widziało same ślepe zaułki.

Drugie – nieograniczone możliwości.

Na komputerze, który stał pośrodku biurka, Terri znalazła w zasadzie to, czego się spodziewała. Trochę marnej pornografii – nic, co zaskoczyłoby ją wyjątkową egzotyką czy mroczną prowokacyjnością. I jeszcze lista przeważnie nudnych linków do stron sportowych, chat roomów medycznych dla opiekunów osób chorych na alzheimera, zagranicznego serwisu bukmacherskiego i popularnych gier internetowych, jak Full Tilt Poker i World of Warcraft. W jej odczuciu nic tutaj nie wskazywało, że Mark Wolfe wrócił do przestępczej działalności. Nic nie sugerowało też jednoznacznie, że mógł się posunąć do czegoś gorszego albo że miał jakikolwiek związek z zaginioną Jennifer. I nawet jeśli wzdrygała się lekko na pornografię, którą znalazła, domyślała się, że podobne rzeczy są w komputerach domowych połowy policjantów z jej wydziału.

Była gotowa uznać, że zmarnowała czas na sprawdzanie Marka Wolfe'a i jego związku z przyszłym ojczymem zaginionej dziewczyny. Co gorsza, elektroniczne poszukiwania Jennifer właściwie utknęły w martwym punkcie, mimo zapału starego profesora. Wiedziała, że musi pójść tropem karty kredytowej, którą zwrócono w Maine. Wątpiła jednak, czy coś z tego wyniknie.

Zamknęła komputer i powoli wypuściła powietrze. Cały problem w tym, że musi oddać to cholerstwo Wolfe'owi. Sięgnęła po telefon i zadzwoniła do hipermarketu.

– Poproszę z Markiem Wolfe'em – powiedziała do recepcjonistki. – Mówi detektyw Collins, dzwonię w sprawie śledztwa o molestowanie seksualne.

Uprzykrzenie Wolfe'owi życia stało się jednym z jej priorytetów. Nie sądziła, żeby współpracownicy znali jego przeszłość, i zastanawiała się, ile czasu upłynie, zanim recepcjonistka wspomni na przerwie na kawę, że do jednego ze sprzedawców dzwoniła policja. To da początek domysłom, a z nich szybko zrodzą się najprzeróżniejsze paskudne plotki. Ani trochę się nie przejmowała tym, że narobi mu kłopotów. Owszem, to niezbyt szlachetne podejście, ale miała to gdzieś.

– Możesz przyjść do mojego biura po swój komputer – oznajmiła obcesowo, kiedy Wolfe wziął słuchawkę. – Będę tu do szóstej.

W odpowiedzi tylko coś burknął.

Miała trochę czasu do jego wizyty, więc odsunęła komputer ze złością i wzięła wydruk z karty kredytowej. Wybrała numer banku w Waterville w stanie Maine.

Komputer jest jak krzywe zwierciadło, pomyślał Adrian. Pokazuje może zniekształcony i zamazany, ale jednak prawdziwy obraz człowieka.

Sztuka w tym, żeby znaleźć do niego klucze.

Dzięki informacjom od matki Wolfe'a udało mu się uzyskać dostęp do części zabezpieczonych hasłem plików. „Robótkirose” otworzyło wrota, za którymi skrywała się kolekcja zdjęć młodych, mniej i bardziej rozebranych kobiet w wyzywających pozach. Najpierw pomyślał: pornografia dziecięca – ale zorientował się, że to nie do końca to. Zdjęcia były prowokacyjne, rozpalały wyobraźnię. Oglądając je, czuł się nieswojo, ale zmusił się, żeby je uważnie przejrzeć do końca. Wtedy się zorientował, że tylko miały nasuwać skojarzenie z dziećmi. Modelki były wygolone i nieśmiałe, wybrane z uwagi na swoje drobne ciała i dziecięce twarze. Jednak tylko wyglądały bardzo młodo. Adrian domyślał się, że fotografowano je kilka dni albo tygodni po ich osiemnastych urodzinach, by uniknąć oskarżenia o pornografię dziecięcą. Kolejne zdjęcia robiły się coraz ostrzejsze. Na niektórych z modelkami spółkowali nastoletni chłopcy, na innych mężczyźni w średnim wieku, a nawet dużo starsi. Szczyt perwersji, stwierdził w duchu.

Pliki pod hasłem „Robótkirose” bulwersowały – ale sądził, że ani nie uruchomiłyby alarmu w komputerach Interpolu, ani nawet nie zwróciłyby uwagi lokalnej policji. Znalazł link do stron Osiemnastki i Już dorosłe. Nawet tam nie zajrzał.

Część plików nie chciała się otworzyć. Żałował, że nie zna się na komputerach jak młodsi. Wypróbował różne kombinacje z imieniem „Sandy”. Uznał, że jeśli przebiło się przez mgłę choroby pani Wolfe, musiało być często używane w tym domu. I może połączone z jakimś innym słowem zapewni dostęp do czegoś w tym komputerze. Ale wszystkie warianty zostały odrzucone.

Przeszłość staje się teraźniejszością i wpływa na przyszłość. Dla psychologów było to coś w rodzaju mantry. Rzeczy, zdarzenia, ludzie zapadają w pamięć i wywierają wpływ na działania podejmowane w teraźniejszości i marzenia o przyszłości. Mark Wolfe nie różnił się od innych niczym poza tym, że skaza na jego psychice była bardziej zjadliwa i obudziła uśpiony w nim potencjał. Skąd się wzięła, pozostawało tajemnicą. Jak obecnie dawała o sobie znać – to wynikało z obrazów na ekranie komputera. Dokąd go zaprowadzi – nie wiadomo.

Adrian wpisał hasło „ZabićSandy”. Wyskoczyły kolejne zdjęcia.

Wlepił wzrok w fotografię – pochylona młoda dziewczyna brała do ust członek starca. Na ten widok poczuł potrzebę, żeby umyć ręce i przynieść sobie szklankę wody z lodem.

Zaczął odsuwać się od biurka. Pomyślał, żeby poszukać tomiku poezji; poczytać subtelne rymowane wiersze, coś czystego i szlachetnego. Może sonety Szekspira, zasugerował sobie w duchu. Albo Byrona. Wersety, które mówią o miłości jedwabistymi słowami. Pooglądać obrazy, które rozniecają namiętność – nie zdjęcia włochatych facetów wpychających nabrzmiałą męskość już kobietom, choć jeszcze dzieciom.

Poruszył się na miejscu, ale znieruchomiał, kiedy usłyszał szept syna:

– Ale, tato, nie dość dobrze się przyjrzałeś. Jeszcze nie.

Rozejrzał się szybko z rozłożonymi rękami, jakby chciał objąć ducha syna i przycisnąć go do piersi, ale był sam. Choć zdawało się, że głos Tommy'ego rozlega się tuż obok.

– Co widzisz? – spytał syn. Mówił melodyjnym tonem dziewięciolatka, nie jak dorosły.Adrian pamiętał, że uwielbiał słyszeć, jak mały Tommy go woła. To było jak zaproszenie do podzielenia się tajemnicą, coś cennego jak klejnot.

– Tommy, gdzie jesteś?

– Tutaj. Obok ciebie.

Jego głos jakby przebijał się przez gęstą mgłę. Adrian rozpaczliwie pragnął włożyć rękę w opary i dotknąć syna. Jeszcze tylko ten jeden raz. To wszystko. Jeden raz. Jeden uścisk.

– Tato! Skup się! Co widzisz?

– Ohydną pornografię – odparł lekko skrępowany, że syn ogląda to samo co on.

– Nie, to coś więcej. Dużo więcej.

Musiał mieć zdziwioną minę, bo usłyszał westchnienie syna. Brzmiało jak podmuch wiatru przelatujący przez cichy dom.

– No, tato, powiąż to, kim jesteś, z tym, co widzisz.

Adrian nic z tego nie rozumiał. Był naukowcem. Badaczem. Przeprowadzał doświadczenia. Tego właśnie uczył przez długie dziesięciolecia. A tu, na ekranie, miał powyginane ciała. Nagość. Dosłowność. Miłość odartą z tajemnicy, ograniczoną do twardej rzeczywistości, niepozostawiającą nic wyobraźni.

– Tommy, przykro mi, nie rozumiem. Teraz jest mi dużo trudniej. Nie kojarzę faktów…

– Walcz z tym, tato. Bądź silniejszy. Weź więcej tych pigułek. Może pomogą. Zmuś się, żeby pamiętać.

Głos Tommy'ego raz po raz się zmieniał. Tommy dziecko. Dorosły Tommy. Adrian miotał się między jednym i drugim.

– Staram się.

Chwila zawahania, jakby syn o czymś myślał. Adrian pragnął go zobaczyć i łzy przesłoniły mu oczy. To nie w porządku, pomyślał. Innych widzę, ale teraz jest tu Tommy i nawet się nie pokaże. To trochę przypominało ten wielki dylemat znany wszystkim rodzicom: pewnego dnia patrzą na swoje dziecko i widzą, że jest już dorosłe, żyje własnym życiem we własnym świecie, dziwnym i niezrozumiałym. Ludzie, których najbardziej kochamy, stają się nam obcy, pomyślał.

– Tato, kiedy czytasz wiersz…Adrian obrócił się na krześle, jakby liczył, że jeśli szybko rzuci okiem na pokój, choć przez moment dostrzeże syna.

– Co próbujesz zobaczyć w słowach?

Westchnął. Głos Tommy'ego był przytłumiony i odległy, słuchanie go sprawiało ból. Ciarki przebiegały Adrianowi po skórze.

– Chciałem być przy tobie. Nie mogę znieść myśli, że umarłeś gdzieś na drugim końcu świata i że nie było mnie z tobą. Nie potrafię pogodzić się z tym, że nie mogłem nic na to poradzić. Że nie zdołałem cię ocalić.

– Poezja, tato. Pomyśl o wierszach.

Sapnął ciężko. Spojrzał na zdjęcie Tommy'ego nad biurkiem. Rozdanie świadectw po szkole średniej. Fotka pstryknięta ukradkiem, kiedy syn nie patrzył. Szeroko uśmiechnięty, przed sobą widział tylko nieograniczone możliwości, jakie niósł świat, nie troski i zmartwienia. Adrian miał wręcz wrażenie, że to zdjęcie do niego mówi, teraz, w tej chwili, choć natarczywy głos Tommy'ego dobiegał zza jego głowy.

– Co widzisz w wierszach?

– Słowa. Rymy. Obrazy. Metafory. Sztukę, która przywołuje idee. Uwodzi. Nie wiem, Tommy, co konkretnie…

– Pomyśl, tato. Jak wiersz może ci pomóc znaleźć Jennifer?

– Nie wiem. A w ogóle może?

– Dlaczego nie?

Adrian pomyślał, że wszystko jest na opak. Tommy był ich jedynym dzieckiem i to Adrian go chronił, motywował, wskazywał mu drogę. Teraz jednak role się odwróciły – to on stał się dzieckiem, a Tommy wiedział rzeczy jemu nieznane. A właściwie to nie tak: Adrian te rzeczy wiedział, tylko nie dawał rady ich dosięgnąć, więc Tommy, choć nie żył, przybył pomóc mu je odszukać.

Zastanawiał się przez chwilę: Czy zmarli zawsze są przy nas i nam pomagają?

– Co widzisz?

Odwrócił się z powrotem do komputera.

– Zdjęcia.

– Nie, tato. Tak naprawdę nie chodzi tu o obraz. Jak w wierszu, rzecz w tym, jak ten obraz jest postrzegany.

Adrian wziął głęboki wdech. Pamiętał te słowa. Przez wiele lat prowadził na uczelni popularne zajęcia Strach i sposoby jego wykorzystania we współczesnym społeczeństwie. Skupiał się nie tylko na fizjologicznej naturze lęku, ale z czasem objął też filmy i literaturę grozy. Analizował strach jako część popkultury. To było seminarium dla magistrantów, bardzo lubiane. Studenci spędzali zbyt wiele wieczorów zgarbieni nad białymi myszami w laboratoriach i byli zachwyceni, że mogą dla odmiany sobie posiedzieć i posłuchać wywodów Adriana o Szczękach, Piątku trzynastego i Upiornej opowieści Petera Strauba. Słowami, które przytoczył jego syn, zakończył swój ostatni wykład.

– Tak, Tommy, wiem, ale…

– Jennifer, tato.

– Tak. Jennifer. Ale jak to…

– Tato, pomyśl. Skup się, v

Adrian wziął z rogu biurka żółty notes. Złapał długopis i napisał:

„Jennifer ucieka z domu.

Obcy ludzie uprowadzają ją z ulicy.

Jennifer znika.

Nikt nie żąda okupu.

Jennifer zaginęła”.

To przypominało wiersz. Zaginiona Jennifer.

Adrian spojrzał na nagie postaci na ekranie. Ci ludzie nie kopulowali ze sobą, bo się kochali, pożądali czy choćby dlatego, że chcieli przyjemności.

Pieniądze. Ekshibicjonizm. Albo jedno i drugie.

– Ale żądania okupu nie było, prawda, tato? – Tommy zniżył głos do szeptu.

– Ale jak można zarobić na… – urwał. Cały świat zarabia na seksie.

– Powiąż fakty, tato. Powiąż fakty. – Tommy wręcz błagał.

Czuł się głupi, niedouczony. Myślenie szło mu jak po grudzie.

– Jak mam… – zaczął, ale syn wszedł mu w słowo.

– Wiesz, kto ci to może powiedzieć. Ale niełatwo będzie to z niego wyciągnąć. Weź coś, co ci pomoże. Co go przekona.

Adrian skinął głową. Zamknął komputer i schował go do torby. Włożył płaszcz. Spojrzał na zegarek. Wpół do siódmej. Nie miał pojęcia: rano czy wieczorem. Liczył, że zorientuje się na zewnątrz. Nie wiedział dlaczego, ale był pewien, że Tommy z nim nie pójdzie. Może Brian. Rozejrzał się za Cassie, bo przydałoby mu się słowo wsparcia i zachęty. Zawsze byli dzielniejsi ode mnie, pomyślał. Moja żona. Mój syn. Jednak głos Tommy'ego ucichł, a ona się nie zjawiła. Dopiero po chwili poczuł jej obecność. Miał wrażenie, że stoi przed nim, gdzieś go ciągnie.

– Idę, idę – mruknął, jakby go ponaglała. Kiedy byli młodzi, zdarzało się, że ślęczał nad jakimś studium psychologicznym, artykułem naukowym lub jednym ze swoich wierszy, a ona nagle wchodziła do pokoju, bez słowa brała go za rękę i, z lekkim skinieniem głowy i cichym śmiechem, prowadziła do łóżka, gdzie kochali się dziko. Tym razem jednak w sypialni na górze czekała inna, pilniejsza potrzeba i czuł, że Cassie stanowczo ciągnie go w tamtą stronę.

Było ciemno. Za drzwiami słyszał podniesione w gniewie głosy. Krzyczał głównie Mark Wolfe, jego matka lamentowała żałośnie w odpowiedzi. Adrian w skupieniu stał na zewnątrz przez kilka minut, pozwalając, by chłód nocy wniknął w jego ciało. Drzwi tłumiły odgłosy kłótni na tyle, że docierała do niego tylko jej gwałtowność, nie temat, choć domyślał się, że miała coś wspólnego z komputerem w jego torbie.

Zastanawiał się, czy poczekać na chwilę ciszy. W końcu zapukał.

Krzyki natychmiast ustały.

Znów zapukał i cofnął się o krok. Podejrzewał, że kiedy drzwi się odemkną, cały skumulowany w środku gniew zwali się na niego jak fala na plażę. Usłyszał zgrzyt zamka i zalało go światło, kiedy drzwi rozwarły się na oścież.

Nastąpiła chwila ciszy.

– A niech mnie – wycedził Wolfe.

Adrian skinął głową.

– Mam coś pańskiego – oznajmił po prostu.

– Nie mów. Dawaj to. – Wolfe wyciągnął ręce, jakby chwytając profesora za płaszcz, mógł odzyskać swój komputer.

Adrian nie wiedział, kto wykrzykuje mu instrukcje do ucha – Brian? Tommy? – ale cofnął się poza zasięg przestępcy i nagle zauważył, że trzyma w dłoni pistolet brata i mierzy prosto w Wolfe'a.

– Mam pytania – wyrzucił z siebie.

Wolfe odskoczył do tyłu. Spojrzał na broń. Jej obecność podziałała jak koc narzucony na jego wściekłość.

– Założę się, że nawet nie umiesz się tym posługiwać – wykrztusił.

– Na pańskim miejscu nie wystawiałbym tej teorii na próbę – odparł Adrian pedantycznie. Zszokowała go lodowata wymowa każdego z tych słów. Powinien być przerażony, nerwowy, może nawet zniedołężniały wskutek swojej choroby, tymczasem jednak, o dziwo, był w pełni skupiony. Całkiem przyjemne uczucie, musiał przyznać.

Wolfe nie odrywał oczu od pistoletu. Wyglądał, jakby wahał się, czy uskoczyć z linii strzału, czy rzucić się do przodu i wyrwać napastnikowi broń. Zamarł jak na stop-klatce.

Adrian lekko uniósł pistolet, wycelował w twarz Wolfe'a.

– Nie jesteś gliną. Jesteś profesorem, na litość boską. Nie możesz mi grozić.

Adrian skinął głową. Czuł się cudownie opanowany.

– Gdybym pana zastrzelił, myśli pan, że ktoś by się przejął? – spytał. – Jestem stary. Trochę stuknięty. To bez znaczenia, co się ze mną stanie. Ale pańska matka… cóż, ona pana potrzebuje, prawda? A pan, panie Wolfe, jest jeszcze młody. Czy rzeczywiście warto teraz umrzeć? Nawet nie wie pan, czego chcę.

Wolfe się zawahał. Adrian zastanawiał się, czy ten przestępca kiedykolwiek widział broń z bliska. Czuł się, jakby wszedł do jakiejś dziwnej, równoległej rzeczywistości, która nie ma nic wspólnego ze znanym mu hermetycznym światem akademickim.

To było coś dużo bardziej prawdziwego. To wrażenie powinno go przejmować wstrętem i przerażać, ale nic takiego w sobie nie rozpoznawał. Wydawało mu się, że czuje bliskość brata.

– Przyszedłeś tu i ukradłeś komputer…

Adrian milczał.

– Co z ciebie za czub. Jest chora. Przecież widzisz. Nie panuje nad swoim… – urwał. Warknął jak ranny pies. – Chcę go odzyskać. Nie masz prawa zabierać komputera mojej matki.

– Czyjego? – Adrian wskazał lufą na torbę. – Może powinienem go zanieść detektyw Collins. Lepiej ode mnie zna się na tych rzeczach. Na pewno szybko ustali, do czego pan go używał. Najbardziej zainteresują ją katalogi Robótkirose i Zabićsandy, nie sądzi pan? Czyli tak naprawdę wybór należy do pana. Co mam zrobić?

Wolfe stał w drzwiach sprężony do ataku. Adrian widział, jak twarz mężczyzny się wykrzywia. Ludzie, którzy prowadzą sekretne życie, ukryte pod codzienną, trywialną, rutynową egzystencją, zawsze wzbraniają się, żeby otworzyć jakiekolwiek okno, które mogłoby odsłonić ich prawdziwe oblicze i pragnienia. Wszystkie te perwersyjne myśli kołaczące się w duszy, tajone przed władzami, znajomymi, rodziną. Wyczuwał, że Mark Wolfe teraz jest w takiej sytuacji. Przestępca przełknął ślinę. Twarz wciąż miał zaciętą gniewem, ale głos już opanowany.

– W porządku. Komputer jest mój. Prywatny.

– Może pan go sobie wziąć – powiedział Adrian. – Ale chcę czegoś w zamian.

– Czego? – burknął niechętnie Wolfe.

– Lekcji – odparł Adrian.

Rozdział 28

Dziecko znów zaczęło płakać. Żałośnie. Dużo głośniej niż poprzednio.

Dźwięk za ścianą wyrwał Jennifer z półsnu. Nie wiedziała, jak długo drzemała – może dwanaście minut, może dwanaście godzin. Nie odróżniała już dnia od nocy. Przez nieustanną ciemność pod opaską straciła poczucie czasu. Stale była zdezorientowana. Czuła się jak w pierwszych chwilach po przebudzeniu, kiedy w pamięci wciąż pozostaje jakiś wyjątkowo wyrazisty i niepokojący sen. Drgnęła, wsłuchując się w ten dźwięk.

Potem odważyła się na coś, czego dotąd nie robiła. Mocno chwyciła Pana Futrzaka i zwiesiła nogi z łóżka. Wciąż przykuta łańcuchem do ściany, zaczęła chodzić to w jedną, to w drugą stronę. Usiłowała dokładniej określić odległość i kierunek, z którego dobiegał płacz dziecka.

Pomyślała, że w oku kamery musi wyglądać jak zwierzę, które próbuje samym węchem rozpoznać zagrożenie. Była dotkliwie świadoma, że ma do dyspozycji tylko część swoich zmysłów, i powiedziała sobie, że musi ich używać najlepiej, jak się da. Nie od razu zdała sobie sprawę ze znaczenia tego, co robi, ale to dodało jej sił.

Krzyki stawały się coraz głośniejsze. Po chwili – tak nagle jak się zaczęły – ucichły, jakby smutek, który je wywołał, ulotnił się bez śladu. Znieruchomiała między sedesem a pustką, z głową nadal przechyloną w stronę, skąd dobiegał płacz. I nagle doszedł ją nowy, zupełnie inny dźwięk.

Śmiech.

Śmiech dzieci.

Zamarła, próbowała wstrzymać oddech. Odgłosy dziecięcej zabawy to narastały, to cichły, jakby dzieci na przemian zbliżały się i uciekały. Przypomniało jej się, jak w podstawówce za karę zostawiali ją na przerwie w szkole, podczas gdy reszta klasy wychodziła na plac zabaw. Wtedy przez otwarte okno – które było dla niej za wysoko, żeby mogła wyjrzeć – wpadały radosne okrzyki, dość głośne, by sobie wyobrazić, jak koledzy dokazują. Berek. Gra w piłkę. Skakanka. Bujanie się na drabinkach.

Jennifer nie wiedziała, czy te śmiechy są rzeczywiste, czy tylko przywołane z pamięci. Znów poczuła się zdezorientowana;

zdawała sobie sprawę, że jest w jakiejś piwnicy, ale nagle odniosła wrażenie, że jednocześnie tkwi uwięziona w szkole, która istniała tylko w jej przeszłości.

Powiedziała sobie, że to nie może być prawdziwe. Ale te dźwięki wydawały się tak autentyczne…

Odgłosy zabawy były bardzo blisko; niemal miała wrażenie, że może ich dotknąć. Przywoływały ją, zapraszały, żeby się przyłączyła.

Niepewnie wyciągnęła wolną rękę.

Gdyby zdołała wychwycić dźwięk z powietrza, mogłaby położyć go sobie na dłoni, pogłaskać, obmacać, jakoś go zrozumieć, a potem stać się jego częścią.

Błędem było łudzić się, że ten dźwięk przeniesie ją daleko stąd. Wydawało się to jednak kuszące i możliwe. Wysunęła rękę, wyciągnęła palce z nadzieją.

Wiedziała, że nie ma tam nic, tylko stęchłe powietrze piwnicy, ale nie mogła się powstrzymać. To brzmienie było tuż-tuż.

Gdzie nie spodziewała się niczego – coś wyczuła.

Coś gładkiego; w dotyku przypominało papier.

Wydała stłumiony okrzyk i cofnęła rękę. Jakby dotknęła drutu pod napięciem. Ktoś tu jest! – przemknęło jej przez świadomość.

Usłyszała cichy, ostry szept. Dobiegł z ciemności jak błyskawica, co przecina rozprażone letnie niebo. Był jak blizna na tle odległych odgłosów zabaw.

– Nigdy nie jesteś sama.

I w czerni przed jej oczami nastąpiła eksplozja. Czerwony ból i nagły szok wywołane potężnym ciosem pięścią w szczękę. Zatoczyła się do tyłu i gruchnęła na łóżko. Zakręciło jej się w głowie i omal nie upuściła Pana Futrzaka. Uderzenie ją ogłuszyło; spadło tak nagle, że zniosła je jeszcze gorzej niż ten cios podczas porwania, bo było niespodziewane w inny sposób. Pełne pogardy. Dotkliwe.

Nie wiedziała, czy płakać, czy nie. Skuliła się w kłębek. Czuła słony smak łez, z wargi ciekła strużka krwi.

Powietrze w pokoju było naelektryzowane, gorące.

– Drugi raz zmusiłaś mnie, żebym cię uderzyła, Numerze 4. Więcej tego nie rób, bo stać mnie na coś dużo gorszego.

Kobieta mówiła matowym, monotonnym głosem. Jak zwykle. Jennifer tego nie rozumiała. Gdyby kobieta była zła, miałaby piskliwy głos. Ton zdradzałby też poirytowanie. Jennifer nie ogarniała tego, jak może mówić z takim spokojem w tak nienormalnej sytuacji.

Wstrzymała oddech. To głos mordercy, pomyślała. Zadrżała na całym ciele.

Zaczekała – trochę spodziewała się następnego ciosu, ten jednak nie nastąpił. Usłyszała za to głuchy huk zamykanych drzwi.

Została na miejscu i nasłuchiwała. Próbowała rozróżnić dźwięki, choć łomotanie serca i dzwonienie w uszach zagłuszały prawie wszystko. Słyszała swoje żałosne łkanie. Zmusiła się do ogromnego wysiłku – aż napięły jej się mięśnie brzucha i nóg – by dać odpór natarczywej rozpaczy. Kobieta, pomyślała, albo zamknęła za sobą drzwi, albo została w środku i teraz stoi przy łóżku z ręką podniesioną do następnego ciosu.

Jennifer krztusiła się w stęchłym powietrzu.

Różne uczucia rywalizowały w niej o pierwszeństwo. Ból. Przerażenie. Rozpacz. I wreszcie determinacja. Ta ostatnia zdołała uciszyć wszystkie pozostałe i Jennifer poczuła, że jej tętno się uspokaja. Wydawało jej się, że ma siniaka na podbródku, ale ból zelżał.

Ubranie kobiety szeleści przy każdym ruchu, przypomniała sobie. Jej nogi szurają na cementowej podłodze. Zawsze bierze głęboki wdech, zanim zaczyna mówić, zwłaszcza kiedy szepcze.

Powoli, pewnie, wyeliminowała wszystkie własne dźwięki i zaczęła nasłuchiwać.

Cisza ją przytłaczała. Była sama pomimo tego, co powiedziała kobieta. Pomimo kamery, która ciągle obserwowała.

Radosny śmiech z placu zabaw ustał. Chwila ciszy, po czym raz jeszcze odległy płacz dziecka. Nagle umilkł.

Biznesmen z Tokio pił ciepłą i słabą szkocką, którą rozcieńczono wodą na długo przed tym, jak kostki lodu w szklance się roztopiły. Zapłacił grube pieniądze za całą butelkę, podejrzewał jednak, że tak naprawdę była to tylko tania, lokalna podróbka. Skrzywił się z obrzydzeniem. W jednej dłoni miał iPhone'a, w drugiej drinka. Siedział na odkrytej werandzie w wiklinowym fotelu, który drapał jego nagą skórę. Tajska prostytutka sumiennie tkwiła między jego nogami i zaspokajała go z przejaskrawionym, sztucznym entuzjazmem, jakby nic na tym świecie nie mogło jej sprawić większej rozkoszy. Brzydził się każdym fałszywym pomrukiem i jękiem, jaki wydawała. Brzydził się potem perlącym się na jego piersi. Nie znał imienia dziewczyny i nie chciał znać. Jej pieszczoty znudziłyby go, gdyby nie obrazy oglądane na ekranie telefonu.

Biznesmen był w średnim wieku. W domu, wraz z jego zaniedbywaną żoną, czekała na niego córka, mniej więcej rówieśniczka Tajki, która teraz dogadzała mu językiem, i Numeru 4. Nie myślał jednak o swoim dziecku, a jeśli nawet, to tylko po to, by przypomnieć sobie, żeby przywieźć jej prezent z podróży. Coś kolorowego i jedwabnego. Odpędził myśli i wbił wzrok w wyświetlacz iPhone'a. Erotyzm Serii numer 4 pobudzał go bardziej od tajskiej prostytutki. Nagły cios w twarz Numeru 4 rozpalił w nim emocje. To było coś nieoczekiwanego, dramatycznego, zupełnie zaskakującego. Poruszył się na fotelu i spojrzał w dół, na kruczoczarne włosy Tajki. W wyobraźni połączył prostytutkę i Numer 4 w jedno. Jego dłoń zacisnęła się w pięść. Przelotnie przyszło mu do głowy, żeby uderzyć dziewczynę – tak tylko, by zobaczyć, jakie to uczucie. Myśli o bólu i przyjemności zlały się ze sobą; wyciągnął rękę i wplótł dłoń we włosy Tajki. Chciał za nie szarpnąć, żeby krzyknęła. Powstrzymał się jednak. Numer 4, przypomniał sobie, nawet nie pisnęła, kiedy oberwała. Przy innych okazjach płakała, czasem wrzeszczała, raz nawet bardzo głośno, tym razem jednak, kiedy dostała cios, upadła na plecy, ale zachowała stoickie milczenie.

Godna podziwu dyscyplina.

Odchylił się na oparcie i zamknął oczy. Przez chwilę próbował sobie wyobrazić, że Tajka zniknęła i że to Numer 4 pracuje między jego nogami.

Wypuścił powietrze. Całe jego ciało przeszedł dreszcz. Z nowo odkrytym entuzjazmem zatracił się w swoich pomieszanych fantazjach.

Linda była zła. Bolała ją ręka, a Michael nie okazał jej współczucia, jakiego od niego oczekiwała.

– Numer 4 ma szczękę boksera – mruknęła. – Cholera. – Uderzając Jennifer, rozcięła sobie mały palec o jej zęby. Krew lała się pulsującym strumieniem z rany przy paznokciu. Linda ssała ją i narzekała.

Ku jej niezadowoleniu, Michael uśmiechał się szeroko. Szukał w apteczce środka dezynfekującego i plastra.

– Jak masz ją bić pięścią, lepiej wkładaj rękawice ochronne – doradził. – Leżą na stole przy głównym komputerze. – Znalazł to, czego szukał. – Trochę zapiecze. – Nasypał nadtlenku sodu na ranę. – Wiesz, że jama ustna to jedno z największych siedlisk bakterii w ludzkim ciele?

– Oglądasz za dużo Discovery – odparła Linda.

– …I że ukąszenie smoka z Komodo może cię zabić nie dlatego, że jest jadowite, tylko że wywołuje infekcję, z którą nie radzą sobie współczesne antybiotyki?

– Animal Planet? – spytała. Skrzywiła się, kiedy środek dezynfekujący kapnął na rozciętą skórę. – To co, do następnej serii ukradniemy smoka?

– Przepraszam. – Michael spojrzał na oczyszczoną ranę. -Dość głęboka. Chcesz pojechać na pogotowie, żeby założyli ci szwy? Do najbliższego szpitala jest pewnie ze czterdzieści pięć minut drogi, ale szycie może okazać się konieczne.

Pokręciła głową, jednak spytała:

– A ty co sądzisz?

– W zasadzie wszystko jedno. Jeśli ucisnąć ranę, zagoi się, ale dzień-dwa będzie bolało.

Owinęła palec małą myjką i przeszła przez sypialnię do okna.

– A trzeba coś stamtąd przywieźć? – Wskazała ranną ręką w dal.

Michael zerknął wkoło i zrobił w pamięci szybką inwentaryzację.

– Nic pilnego. Jedzenia wystarczy, chociaż wykwintnym bym go nie nazwał. Broń jest. Cała potrzebna elektronika jest. Chyba kilka dni wytrzymamy.

– W takim razie nigdzie nie jedziemy – zadecydowała. -Dopóki rzeczywiście nie będziemy czegoś potrzebowali. Nie ma sensu pokazywać się ludziom.

Jeszcze chwilę została przy oknie. Było późne popołudnie i lekki wiatr szarpał pierwszymi liśćmi w szpalerze drzew wzdłuż żwirowego podjazdu prowadzącego do drogi – tędy w razie pilnej potrzeby mogli pojechać do miasta. Na prawo stała sypiąca się murowana stodoła. W środku zostawili przykrytego plandeką mercedesa. Zdezelowany pikap Michaela czekał na dworze. Takich wozów pełno w tych okolicach – schłostanych przez srogie zimy, używanych na wielu wyboistych drogach, podniszczonych. Myślała, że dzięki temu pikapowi wyglądają swojsko, przeciętnie – podobnie jak i tanim dżinsom i bluzie. A tak naprawdę byli jedwabiem i haute couture. Linda kochała świat iluzji, w który weszli z okazji Serii numer 4. Sympatyczna młoda para wynajęła odludny wiejski dom w zapomnianej i nieodwiedzanej części Nowej Anglii. Agentowi nieruchomości powiedzieli, że Michael kończy doktorat, a ona rzeźbi – to połączenie intelektualizmu z egzotyką ucięło wszelkie pytania o potrzebę samotności. A właśnie tego głównie wymagali. Fałszywe nazwiska. Fałszywa przeszłość. Praktycznie całą transakcję załatwili przez Internet. Do jedynego bezpośredniego kontaktu doszło wtedy, kiedy Linda wpadła do biura pośrednika i zapłaciła gotówką za półroczny wynajem. Ktoś podejrzliwy mógłby się zdziwić na widok pliku studolarówek, który wyjęła – ale w tych czasach, gdy gospodarką co rusz wstrząsały kolejne głośne kryzysy, widok prawdziwych pieniędzy gasił dociekania.

Nikt nie widział, jak rozładowują drogi sprzęt audiowideo. Nikt nie był dość blisko, by słyszeć odgłosy prac budowlanych, gdy Michael przygotowywał studio, gdzie filmowali Numer 4.

W pewnym sensie żyli w takim odosobnieniu jak Numer 4. Dla Lindy to poczucie posiadania własnego świata, w którym mieli władzę, stało się częścią przyjemności. Wszystko działo się w starym wiejskim domu, wiele kilometrów od najbliższego dużego miasta. Żadnych wścibskich sąsiadów przyłażących z zapiekanką, żeby się zaprzyjaźnić. Nic ich nie łączyło z tym miejscem. Nie mieli przyjaciół. Ani znajomych. Nie należeli do żadnego świata poza Serią numer 4. I Linda pilnowała, by świat zewnętrzny trzymał się od nich z dala.

Obejrzała palec w świetle wpadającym przez okno. Oby nie zrobiła się blizna. Zawrzał w niej głęboki gniew, wściekłość na Numer 4 za to, że nieumyślnie zostawiła ślad na jej skórze. Każda skaza na jej ciele przerażała ją. Zawsze pragnęła być doskonała.

– Nic mi nie jest – powiedziała, choć sama nie bardzo w to wierzyła. W tej chwili chciała zrobić Numerowi 4 coś takiego, żeby ją popamiętała.

– Daj, zabandażuję – zaproponował Michael.

Wyciągnęła rękę a on ujął ją jak pan młody przed ołtarzem. Czule. Zmienił swoje podejście. Koniec ze śmiechem. Odwrócił jej palec do światła i wytarł go wacikiem. Potem uniósł jej dłoń i ucałował jak średniowieczny dworzanin.

– Myślę… – odezwała się Linda powoli i na jej usta wreszcie wypłynął uśmiech – że czas, by Numer 4 nauczyła się czegoś innego.

Skinął głową.

– Nowa groźba? – spytał. Uśmiechnęła się.

– Stara w nowej wersji.

Rozdział 29

Adrian machnął pistoletem w stronę wnętrza domu – właściwie niepotrzebnie wskazywał przestępcy, gdzie ma iść. Ciężar broni wydawał się zmienny – w jednej chwili była lekka, niemal zwiewna, by zaraz potem stać się ciężka jak żelazne kowadło. Zmusił się, żeby sprawdzić, czy niczego nie przeoczył: Pełny magazynek? Jest. Kula w komorze? Jest. Broń odbezpieczona?

Tak. Palec na spuście? Jest.

Gotowość do tego, żeby strzelić?

Wątpił, czy zdoła to zrobić, wbrew swoim groźbom i nawet biorąc pod uwagę zło, jakie Mark Wolfe wyraźnie skłonny był wyrządzić niewinnym dzieciom. Słyszał szept Briana: „Jeśli go zastrzelisz, aresztują cię. Kto wtedy będzie szukał Jennifer? Pozostanie zaginiona na zawsze”.

Praktyczny prawniczy argument brata. I jego rzeczowy ton. A mimo to Adrian wiedział, że Briana z nim nie ma, nie w tej chwili. Jestem sam, pomyślał. Potem zaprzeczył: Nie, wcale nie. Usiłował opanować mętlik w głowie.

Spojrzał na ekshibicjonistę, który unikając jego wzroku, wsunął się z powrotem do salonu. To było niemal ponad jego siły przebywać w towarzystwie człowieka tak obojętnego na skutki swoich żądz. Zwykli ludzie myślą o konsekwencjach. Markowie Wolfe'owie tego świata nie. Dla nich liczą się tylko własne potrzeby.

Pistolet nagle wydał mu się zimny, a zaraz potem niemal rozgrzany do czerwoności, jakby wyjęty prosto z oczyszczającego ognia. Mocniej ścisnął rękojeść. Ale może ja jestem taki sam. Szedł naprzód i nadal robił sobie wykłady w duchu.

Mężczyzna uśmiechał się szeroko – objaw choroby, której Adrian mógł się tylko domyślać. Jego własna przynajmniej ma swoją nazwę, diagnozę i rozpoznawalny schemat niszczenia ciała i umysłu. Obsesja Marka Wolfe'a wkraczała na inny obszar – taki, w którym medycyna traci grunt pod nogami i zastępuje ją coś mrocznego.

Naszła go dziwna myśl, że obaj są skazani na zgubę – tylko innego formatu.

– No dobrze, staruszku – odezwał się Wolfe z drwiącą poufałością. – Przestań machać tą armatą i mów, co chcesz wiedzieć.

Wszedł do salonu. Właściwie nic w jego głosie nie wskazywało, żeby czuł się poważnie zagrożony przez Adriana, choć pistolet drżał w powietrzu między nimi.

– Ale najpierw komputer.

Adrian się zawahał.

– Aż taki jest ważny?

Wolfe się uśmiechnął.

– Nie byłoby cię tu z tą spluwą, gdybyś nie znał odpowiedzi na to pytanie.

Za jego plecami Rose weszła do salonu ze ścierką do naczyń w ręku. Uśmiechnęła się na widok Adriana.

– O, Marky, jest twój przyjaciel – zawołała z entuzjazmem.

Wolfe nie odrywał oczu od profesora.

– To prawda, mamo – odparł powoli. – Mój dobry znajomy znów przyszedł nas odwiedzić. Przyniósł twój komputer.

Rose albo nie widziała pistoletu, albo nie rozumiała, dlaczego Adrian go trzymał, bo słowem o nim nie wspomniała.

– Pooglądamy razem telewizję? – spytała.

– Tak, mamo. Myślę, że po to profesor przyszedł. Chce posiedzieć z nami przed telewizorem. Możesz zacząć robić na drutach.

Kobieta uśmiechnęła się i poszła na swój fotel. Po kilku sekundach usiadła ciężko i w tle rozległ się subtelny stukot dziergających drutów.

– Swoich rzeczy jej nie pokazuję – wyjaśnił Wolfe. – Nawet jeśli nie bardzo kojarzy co to. Wysyłam ją do łóżka, zanim się podłączam.

Wzruszające, pomyślał Adrian. Chowa pornografię przed matką. Dobry synek.

– A więc… – zaczął i równie szybko zamilkł.

– Będziesz musiał poczekać, profesorku. Mój dom, moje zasady.

Adrian skinął głową. Poszedł usiąść na wytartej sofie.

– Poczekamy razem – stwierdził. Nadal mierzył pistoletem w pierś Wolfe'a.

– Wiesz… – powiedział powoli Wolfe i jego twarz zmarszczyła się w lekkim uśmiechu. – Tacy ludzie jak ja tak naprawdę nie są niebezpieczni. Jesteśmy po prostu… ciekawi. Doktor West nie tłumaczył ci tego?

Nie niebezpieczni. Co za kłamstwo, krzyknął Adrian w duchu. Na zewnątrz jednak zachowywał – miał nadzieję – pokerową twarz.

– Nie rozmawiałem o panu z doktorem Western – odparł.

W oczach Wolfe'a mignęło zaskoczenie.

– To ciekawe. – Usiadł ciężko naprzeciwko Adriana i wziął pilot. Wycelował nim w dekoder kablówki pod szerokoekranowym telewizorem i kiedy urządzenie budziło się do życia, mruknął: -…Bo szanowny pan doktor wydaje mi się w gruncie rzeczy taki sam jak ty.

– To znaczy? – spytał Adrian, kiedy na ekranie pojawiła się lista kanałów.

– Chce się uczyć – odparł Wolfe. Z jego ust wyrwał się szybki wybuch śmiechu. – Tyle tylko, że nie musi mnie trzymać na muszce, żeby się dowiedzieć tego, czego chce.

Adrianowi kręciło się w głowie. Chciał pomocy. Potrzebował pomocy. Jednak wszyscy jego nieżyjący goście milczeli. Spodziewał się, że tylko tymczasowo. Ktoś mi pomoże. Na pewno. Nie pozwolą, żebym za długo był sam.

– Co pan sądzi, profesorze? – spytał nagle Wolfe. – MASH czy może stary Mary Tyler Moore Show? Moja matka raczej nie łapie humoru Simpsonów.

Nie czekał na odpowiedź. Wcisnął guzik i ekran wypełniły śmigłowce. Wojskowe maszyny w kolorze khaki krążyły nad zboczem wzgórza w południowej Kalifornii, które udawało Koreę z lat pięćdziesiątych. Z głośników popłynęła znajoma muzyka.

– O, dobrze – zawołała Rose wesoło. – To Sokole Oko i major Burns. – Druty zastukotały energiczniej, kiedy wychyliła się w stronę telewizora.

– Pamięta ich – wyjaśnił Wolfe. – Radara. Gorące Wargi. Trapera Johna i Klingera. Ale nie imię własnej siostry. Ani żadnego z moich kuzynów. Wszyscy stali się obcy. Fakt faktem, nie pojawiają się tak regularnie jak Alan Alda i Mike Farrell. Ani oni, ani nikt inny. Jesteśmy tylko we dwoje. Sami. Oprócz ludzi na ekranie. To jej jedyni przyjaciele.

Adrian pomyślał: To samo mógłby powiedzieć o sobie i ludziach, których ogląda w telewizji.

Przestępca odwrócił się, żeby śledzić akcję serialu. Zachowywał się prawie tak, jakby ani profesora, ani pistoletu nie było już w pokoju. Ale Adrian zauważył, że kiedy wsunął sobie między nogi torbę z komputerem Rose, Wolfe zesztywniał. Nie wiedział, jak długo będzie w stanie utrzymać broń w ręku, i zastanawiał się, czy jak balast wciągnie go w jakąś otchłań.

Cały wieczór przesiedzieli przed telewizorem. Oglądali stare sitcomy. Postacie z Szpitala Wojskowego numer 4077 zastąpił najpierw Archie Bunker, a potem Diane i Sam z serialu Zdrówko. Przez dwie godziny na ekranie trwały wygłupy. Rose często się śmiała, czasem nawet z dowcipów, ale wydawało się, że i bez nich bawiłaby się doskonale. Mark Wolfe rozsiadł się wygodnie, nie bacząc na wymierzoną w siebie broń. Adrian wiercił się na kanapie, jednym okiem śledził komedie, drugim obserwował Wolfe'a. Nigdy jeszcze nie trzymał drugiego człowieka na muszce. Miał wrażenie, że nie za dobrze mu to wychodzi, ale uznał, że w sumie to chyba nieistotne.

Cała ta scena wyglądała surrealistycznie.

Czuł się, jakby uczestniczył w jakimś awangardowym przedstawieniu, ale nie miał suflera, który podsuwałby mu właściwe kwestie.

Pokój wypełniła muzyka kończąca Zdrówko. Mark Wolfe wziął pilot i wyłączył telewizor.

– Na dzisiaj wystarczy, mamo – powiedział. – Profesor i ja musimy dokończyć pewne sprawy, Ty już idź spać.

Rose posmutniała.

– Na dziś koniec?

– Tak.

Westchnęła i schowała robótkę do koszyka. Podniosła głowę.

– Dzień dobry…? – zagadnęła gościa. – Jest pan kolegą Marka?

Adrian milczał.

– Do łóżka, mamo – ponaglił Wolfe. – Jesteś zmęczona. Musisz wziąć leki i położyć się spać.

– Już?

– Tak.

– A kolacja?

– Przecież jadłaś.

– To teraz seriale.

– Nie, mamo. Na dziś koniec.

Wolfe wstał. Podszedł do matki, dźwignął ją z fotela i odwrócił się do Adriana. Profesor wciąż trzymał broń przed sobą, ale cel, w jakim to robił, jakoś mu umknął pośród sztucznych, sitcomowych salw śmiechu i kłopotów Rose z pamięcią.

– Idziesz mnie przypilnować? – rzucił do niego Wolfe. – Czy zaczekasz, aż wrócę?

Adrian wstał. Wiedział, że nie powinien tracić przestępcy z oczu. Choć właściwie dlaczego – to w tym teatrze absurdu pozostawało zagadką. Uśmiechnął się do Rose.

– No to chodźmy. – Wolfe wziął matkę za rękę.

Adrian poczuł się, jakby zapraszano go na jakiś tajemny rytuał – jak antropolog, który wreszcie zdobył zaufanie prastarego plemienia Indian amazońskich. Z odległości półtora metra przyglądał się, jak mężczyzna przygotowuje matkę do snu. Syn pomógł jej się rozebrać na tyle, na ile pozwalała przyzwoitość. Wycisnął pastę do zębów na szczoteczkę. Starannie ułożył tabletki w rządku na komodzie i podał szklankę wody. Dopilnował, żeby kobieta skorzystała z toalety. Cierpliwie czekał za drzwiami łazienki i wykrzykiwał: „Podtarłaś się?” „Spuściłaś wodę?” Potem pomógł jej się położyć do łóżka – wszystko w obecności Adriana, bo ten nadal stał z bronią, półtora metra dalej. Thomas czuł się trochę jak niewidzialny duch.

Niewiele widział w życiu rzeczy, które przeraziły go bardziej od rytuału przygotowywania Rose do snu. Nie dlatego, że była zdziecinniała – choć była. Chodziło o to, że zatraciła świadomość codziennych rutynowych czynności. Jej poczucie rzeczywistości zanikało. W każdej chwili Rose pokazywała Adrianowi, co nieuchronnie czeka jego samego. Ze mną będzie tak samo. Ba, gorzej, myślał.

Trzymał się z boku. Skrępowany. Miał poczucie, że bez opamiętania wtargnął w coś tak intymnego, że nawet nie potrafi tego nazwać.

Przestępca nawet czule pocałował matkę w czoło. Wyłączył światło w sypialni, odwrócił się do Adriana.

– A widzisz? – spytał retorycznie. – Tak to właśnie jest. Co wieczór. – Przecisnął się obok profesora. Poszedł z powrotem do salonu. – Zamknij – mruknął i machnął ręką w stronę drzwi sypialni.

Adrian odwrócił się i jeszcze raz zerknął na majaczącą w ciemności postać leżącej kobiety.

– Może tej nocy umrze we śnie – dodał Wolfe. – Ale pewnie nie.

Adrian zamknął Rose i poszedł za nim.

– Ta policjantka… ta, z którą przyszedłeś poprzednio, jest jak wszystkie gliny. Lubią mnie nękać. Zabierają mi komputer. Oglądają moje pisma. Wypytują o terapię. Zawracają mi głowę w pracy. Pilnują, żebym nie robił czegoś, co im się nie podoba, nie odwiedzał szkół, placów zabaw i tak dalej. Chcą mnie zmusić, żebym przestał być sobą. – Zaśmiał się. – Niedoczekanie. – Wolfe spojrzał na Adriana. – To co, chcesz, żebym cię oprowadził po swoim życiu, hę? – Nie czekał na odpowiedź, tylko wrócił do salonu, podszedł do okna i opuścił żaluzje. – Wiesz, że dzień w dzień wstaję rano i chodzę do pracy jak grzeczny więzień na warunkowym?

Adrian skinął głową. Trzymał pistolet wymierzony przed siebie.

– A teraz widziałeś mnie i moją mamuśkę. Stare sitcomy i zmienianie pampersów. Fajnie, co?

Adrian czuł, że pistolet trzęsie mu się w dłoni. Próbował chwycić go pewniej.

– Nie zastrzelisz mnie – stwierdził Wolfe. – Mało tego, dasz mi to, czego chcę, bo inaczej ci nie pomogę. A potrzebujesz pomocy, prawda, profesorze? – wypowiedział to drwiącym, zaczepnym tonem.

Adrian milczał. Zamierzał jeszcze bardziej wysunąć pistolet do przodu. Nie rozumiał, dlaczego Wolfe nie boi się broni. Próbował rozwiązać to równanie w pamięci. Pistolet to odpowiedni bodziec. Gwałtowna, bolesna śmierć. Reakcja powinna być doskonale czytelna i jednoznaczna. Obezwładniający, nieopanowany strach. Ale taka nie była. Dlaczego?

– Pora więc dobić targu, profesorze.

– Nie targuję się z takimi jak pan – odparł słabo. Żałośnie nieprzekonujące, stwierdził w duchu.

– Pewnie. Zapukałeś do moich drzwi, bo planowałeś coś sprzedać. Albo kupić. Musimy tylko ustalić warunki transakcji, zanim przejdziemy do sedna. – Wolfe wydawał się odprężony jak na człowieka trzymanego na muszce. – Chcę odzyskać komputer matki. Z oczywistych powodów. Twardy dysk jest mój i tylko mój. To rzeczy osobiste. A teraz mów, czego ty oczekujesz, to uzgodnimy cenę.

– Muszę kogoś znaleźć.

– Jasne. Zatrudnij prywatnego detektywa.

– To ja jestem prywatnym detektywem.

Wolfe wybuchnął krótkim ostrym śmiechem.

– Nie wyglądasz. Nie licząc tej ciężkiej artylerii, którą mi tu wymachujesz. Pierwsza sprawa: powinieneś trzymać broń dwiema rękami. Wtedy chwyt jest pewniejszy i łatwiej celować. – Uśmiechnął się. – Proszę bardzo. Pierwsza lekcja gratis.

Adrian bił się z myślami. Mógł opuścić broń, schować ją, zacząć negocjować. Mógł też spróbować zastraszyć faceta tak, jak wyobrażał sobie, że zrobiłaby Terri Collins, ale wątpił, czy ma w sobie surowość policjanta niezbędną, żeby to wypadło wiarygodnie. Tkwił w potrzasku i kiedy rozważał swoje możliwości, nagle usłyszał szept Briana: Wykorzystaj to, kim byłeś, kim jesteś i kim będziesz… Może poskutkuje.

Skinął głową i poczuł, że brat pomaga mu trzymać broń. Podniósł pistolet i wymierzył prosto w Wolfe'a. Spojrzał na niego nad lufą i powoli zacisnął palec na cynglu. Starał się mówić lekko drżącym głosem.

– Jestem chory. Bardzo chory. Niedługo umrę.

Przestępca spojrzał na niego pytająco.

– Pańska matka… jak bardzo pan jej ufa? Myśli pan, że jest świadoma tego, co robi? Gdyby to ona wymachiwała pistoletem, na ile mógłby pan być pewien, że nie pociągnęłaby niechcący za spust i nie rozwaliła panu głowy, a i tak nie miałaby bladego pojęcia, dlaczego i jak to się stało? A nawet gdyby drasnęła pana tylko w brzuch, sądzi pan, że wiedziałaby, że powinna zadzwonić na pogotowie? Czy też raczej zaczęłaby robić na drutach i oglądać telewizję?

Oczy Wolfe'a zwęziły się w szparki, drwiący uśmiech zniknął z twarzy.

– Cóż… – powiedział Adrian powoli. – Ja mam z grubsza to samo co pańska matka. Tylko jeszcze gorsze. Przez to zachowuję się nieprzewidywalnie. Całkiem więc prawdopodobne, że lada moment zapomnę, po co tu przyszedłem, i ta, jak pan to elokwentnie ujął, ciężka artyleria wypali, bo nie będę pamiętał, czego od pana chcę. Przypomnę sobie tylko, że ogólnie niezła z pana gnida i zasługuje pan, żeby trafić prosto do piekła. Taki właśnie jestem. Niestabilny. Jakbym stał na śliskim pokładzie miotanej falami łodzi. I nie mam czasu się targować.

Wolfe lekko się cofnął. Adrian mówił szybko, jego głos podnosił się i opadał jak fale, które przywołał, żeby przemówienie brzmiało bardziej poetycko.

To powinno dać mu do myślenia i rozwalić go psychicznie, prychnął Brian z radością. Dobra robota, Audie. Wytrąciłeś go z równowagi. Teraz dobij drania.

– W porządku, profesorze. – Wolfe kalkulował tak szybko jak Adrian. – Niech pan gada, w czym rzecz.

– Chcę, żeby oprowadził mnie pan po swoim świecie. Świecie mroku.

Mężczyzna skinął głową.

– To duże miejsce. Strasznie duże, profesorze. Muszę wiedzieć dlaczego.

– Różowa czapka – odparł Adrian. Bezsensowna odpowiedź. Ale przez to niepokojąca dla Wolfe'a. Zrobił krok naprzód. Pistolet ściskał oburącz na wysokości oczu. – O to chodziło? – spytał. – Rozumiem. Rzeczywiście tak lepiej trzymać broń.

Wolfe znów się cofnął. Adrian zauważył, że po twarzy faceta przebiegł cień strachu.

– Nie zabijesz mnie.

– Pewnie nie. Ale chyba nie opłaca się panu ryzykować.

W pokoju na chwilę zapadła cisza. Adrian wiedział, co przestępca teraz powie. Tak naprawdę istniało tylko jedno logiczne wyjście z sytuacji. A to, o co prosił z pistoletem w ręku, nie było aż tak straszne.

– No dobrze, profesorze. Zróbmy, jak pan chce.

Ustępstwo. Pewnie nieszczere, ale Adrian stwierdził, że przynajmniej udało mu się wyrównać układ sił. Wkrótce wkroczą na terytorium Wolfe'a. Jednak tajemnica Adriana – jak bardzo jest nieobliczalny? – złamała zimną, racjonalną osobowość przestępcy. Adrian nigdy nie uważał się za osobę jakoś szczególnie przebiegłą, ale przy tej okazji nie mógł powstrzymać uśmiechu. Szaleństwo umierającego miało odrobinę większą siłę przebicia od psychopatycznych żądz Wolfe'a. Teraz trzeba tylko połączyć jedno z drugim.

Przesunął torbę z komputerem w stronę mężczyzny.

– Niech pan pokaże – zażądał.

– Co?

– Wszystko.

Wolfe wzruszył ramionami, ale zdradził go zapał, z jakim sięgnął po komputer.

Czas rozpłynął się w kaskadzie obrazów. Każdy inny, a jednak wszystkie takie same. Różne rasy, pozycje, perwersje, młode i stare ciała zalały ekran telewizora podłączonego do laptopa Rose. Jak maestro dyrygujący orkiestrą, Wolfe pokazywał Adrianowi, co skrywa się w głębinach Internetu. Oszałamiający, bezkresny ocean otępiającego seksu. Udawana namiętność, w której chodzi tylko i wyłącznie o jawną pornografię, nie o prawdziwą bliskość.

Wolfe okazał się wytrawnym przewodnikiem. Wergiliuszem Adriana we wszystkich jego dociekaniach.

Nie wiedział, jak długo to trwało. Stracił rachubę. A skrępowanie, jakie budził w nim ten pokaz obnażonej intymności, szybko prysło. Powtarzalność studziła emocje.

Wolfe wcisnął parę klawiszy i obrazy na ekranie zmieniły się. Spoglądała na nich kobieta w obcisłej czarnej skórze. Zapraszała miłośników pejcza. Wstęp za jednorazową opłatą. Niecałe czterdzieści dolarów.

– Proszę patrzeć uważnie, profesorze – polecił Wolfe.

Wpisał następne komendy i pojawiła się inna kobieta w skórze. Ta też oferowała sadystyczne doznania, tyle że za sześćdziesiąt euro, i mówiła po francusku. Następna szybka seria uderzeń w klawisze. Trzecia kobieta w skórze podawała swoją cenę w jenach, usługi zachwalała po japońsku.

To była dla Adriana wymowna lekcja poglądowa.

– Czyli musi mi pan powiedzieć, czego szuka. Konkretnie. – Wolfe uśmiechnął się szeroko. Wyraźnie dobrze się bawił.

Otwierał stronę za stroną. Dzieci. Starcy. Grubasy. Tortury. – Co pana intryguje? Co fascynuje? Co kręci? Przyprawia o szybsze bicie serca? Cokolwiek to jest, można to gdzieś znaleźć.

Adrian przytaknął, zaraz jednak zmienił zdanie i pokręcił głową.

– Proszę pokazać, co interesuje pana.

Przestępca poruszył się niespokojnie.

– Nie sądzę, żebyśmy mieli te same pragnienia. A raczej nie chce pan wejść ze mną aż tak głęboko.

Adrian się zawahał. Dzięki pistoletowi zaszedł bardzo daleko; teraz jednak, kiedy patrzył Wolfe'owi w oczy, stwierdził, że ten nie wpuści go do swojego prywatnego świata nawet pod groźbą broni. Musiał go podejść od innej strony.

Czuł za plecami obecność brata, jakby Brian chodził z kąta w kąt, usiłując rozgryźć ten dylemat. Słyszał tupot jego nóg na twardej drewnianej posadzce, mimo że na podłogach w całym domu leżała wykładzina. Adrian wyczuł, że brat się zatrzymuje, nachyla nad nim i szepcze mu na ucho jak doradca królowi. Przekonaj go, Audie. Skuś go.

Łatwiej powiedzieć niż zrobić.

– Ale jak?

Musiał powiedzieć to na głos, bo Wolfe zesztywniał z zaskoczenia.

Kogo obaj znacie?

Adrian skinął głową.

– To ma sens – stwierdził. – On nie wie, dlaczego tak naprawdę tu jestem.

– Z kim pan rozmawia? – spytał Wolfe nerwowo.

Thomas nie odpowiedział.

– Muszę znaleźć Jennifer. Jest młoda. Szesnaście lat. Piękna.

– Nie rozumiem. To do mnie?

– Jennifer zniknęła – ciągnął Adrian. – Ale gdzieś jest. Muszę ją znaleźć.

– Ta Jennifer to pańska wnuczka czy ktoś taki?

– Muszę ją znaleźć. Jestem odpowiedzialny. Mogłem ich powstrzymać, nie pozwolić, żeby ją zabrali, ale nie zareagowałem dość szybko.

– Ktoś porwał tę Jennifer?

– Tak.

– Stąd?

– Mhm. Sprzed mojego domu.

– I myśli pan, że ją znam? Nonsens. Dostałem zakaz zbliżania się do nieletnich.

– Zna ją pan, choć sam pan tego nie wie. Pan w tym tkwi.

– Mówi pan od rzeczy, profesorze.

– Nieprawda. Po prostu pan tego nie rozumie. Jeszcze nie.

Mężczyzna skinął głową. To z jakiegoś powodu zabrzmiało logicznie.

– A gliny…

– Szukają. Ale nie wiedzą gdzie.

Wolfe wydawał się zdezorientowany i odrobinę zaniepokojony.

– I myśli pan, że ona jest gdzieś tutaj? – Wskazał na komputer.

Adrian przytaknął.

– To moja jedyna nadzieja. Jeśli ktoś porwał Jennifer, żeby ją wykorzystać i zabić, wszystko stracone. Ale jeśli ktoś zabrał ją, żeby… może zarobić pieniądze… zanim się jej pozbędzie, wtedy, cóż…

– Profesorze, jeśli ta dziewczyna gra w pornosach, kręci sekstaśmy czy w ogóle działa w tej branży, kurde, za cholerę jej nie znajdziemy. To jak szukać igły w stogu siana. Są miliony stron z milionami dziewczyn, które ochoczo specjalizują się we wszystkim, co ludziom strzeli do głowy. Tu można znaleźć wszystko pod słońcem, do wyboru, do koloru. Beznadziejna sprawa.

– Na pewno nie jest ochotniczką. Nie robi tego z własnej woli.

Wolfe zawahał się. Siedział z lekko rozchylonymi ustami, potem skinął głową.

– To zawęża zakres poszukiwań – przyznał.

Adrian rozejrzał się po małym salonie, jakby szukał porady u jednego z głosów. Tak naprawdę jednak zastanawiał się, co powiedzieć, by nie wyjawić za dużo. Kiedy się w końcu odezwał, jego głos był zniżony, ostry.

– Teraz rozumiem. – Zmrużył oczy i skupił wzrok na przestępcy. W tle słyszał, jak Brian go podjudza. – Musi pan oglądać zdjęcia. Tylko do tego ma pan dostęp, co, panie Wolfe? Zdjęcia to nie to samo co rzeczywistość… ale to na razie wystarczający substytut, zgadza się? Patrzy pan i puszcza wodze wyobraźni. To pomaga panu panować nad sobą, prawda? Bo musi pan grać na zwłokę. Nie może pan wrócić do więzienia, nie teraz, kiedy jest potrzebny matce. Ale to nadal w panu siedzi, ta wielka żądza. Tego nie da się ukryć. Musi pan więc ją jakoś rozładować, bo takie pragnienia same nie znikają. I to właśnie zapewnia panu komputer. Okazję, by fantazjować, spekulować i ogólnie zachowywać jakąś równowagę do czasu, aż coś się w pańskim życiu zmieni i znów będzie pan mógł robić to, czego pragnie. I nie ma pan z tego powodu wyrzutów sumienia, bo przecież chodzi pan do pracy i spotyka się z terapeutą i uważa, że całkowicie zamydlił mu oczy, czy nie tak? Bo domyślił się pan, że fascynuje go mroczna strona seksu i może pan go tak zamotać, że zgodzi się na wszystko. Chodzi o kontrolę, prawda, panie Wolfe? W tej chwili trzyma pan wszystko w swoim życiu pod kontrolą i czeka pan na właściwy moment, żeby wrócić do tego, o czym marzy pan nade wszystko – zamilkł.

Niech ci pokaże! - Brian pienił się obok niego.

– Proszę otworzyć jeden z tych osobistych plików – polecił Adrian.

Pistolet znów poszedł w górę. Tym razem jednak zdawało się, że świeci w jego dłoni. Adrian postanowił, że jeśli zajdzie potrzeba, to go użyje. Wolfe musiał to wyczuć.

Wykrzywił się gniewnie, ale bardzo mało przekonująco.

Zerknął na komputer, potem na ekran telewizora. Wcisnął kilka klawiszy. Pojawiło się zdjęcie bardzo młodej – może jedenastoletniej – dziewczyny. Naga patrzyła z ekranu wstydliwie, a przy tym jakby kusząco, wymownie, z miną, którą na twarzy dwa razy starszej kobiety uznano by za profesjonalną.

Wolfe wypuścił powietrze.

– Myśli pan, że mnie zna, co, profesorze?

– Na tyle, na ile potrzebuję. Wie pan o tym.

Mężczyzna milczał.

– Są miejsca… – zaczął powoli -…gdzie zaspokaja się niezwykłe gusty. Wyjątkowo głęboko ukryte miejsca. Nie chce pan tam wchodzić.

– Chcę – sprzeciwił się Adrian. – Tam jest Jennifer.

Wolfe wzruszył ramionami.

– Oszalał pan.

– To prawda. I może dobrze.

– Jeśli tę dziewczynę porwali, profesorze, i nawet jeśli gdzieś tam jest… – wskazał na komputer – lepiej po prostu przyjąć, że już nie żyje. Bo wcześniej czy później tak skończy.

– Jak my wszyscy – odparł Adrian. – Pan. Ja. Pańska matka. Na każdego kiedyś przychodzi czas. Ale jeszcze nie na Jennifer. Nie teraz.

Powiedział to z przekonaniem opartym tylko na przypuszczeniach.

Wolfe wydawał się zaintrygowany i niechętny jednocześnie – jakby te dwa sprzeczne uczucia toczyły w nim bój.

– I co pańskim zdaniem mogę zrobić? – spytał, choć to pytanie rozbrzmiewało w pokoju przez cały wieczór.

Adrian czuł na ramionach dłonie brata. Brian go ściskał i jakby popychał do przodu.

– Oto, czego chcę, panie Wolfe. Niech pan użyje swojej wyobraźni. Tak samo jak zawsze, kiedy przechodzi pan obok szkolnego podwórka podczas długiej przerwy…

Wolfe zesztywniał.

– Niech pan postawi się na miejscu kogoś innego. Proszę się zastanowić, kim byłby pan, gdyby miał Jennifer w swoich rękach. Proszę mi powiedzieć, co by pan z nią zrobił, jak i gdzie, i dlaczego. I niech pan sobie wyobrazi, że u pańskiego boku jest kobieta. Młoda kobieta, która pana kocha i pragnie panu pomóc.

Przestępca słuchał uważnie.

– …I chcę, panie Wolfe, żeby wyobraził pan sobie, jak mógłby zarobić na Jennifer.

– Czyli że mam…

– Ma pan być tym, kim jest. Tylko jeszcze bardziej.

– I jeśli to zrobię, to co?

Adrian się zamyślił.

Daj mu to, czego chce, podszepnął Brian.

– To znaczy co? – spytał Adrian.

Wolfe znów mu się uważnie przyjrzał.

Tacy jak on chcą tylko jednego, oznajmił Brian pewnym głosem.

Prywatności, pomyślał Adrian.

– Nie zdradzę detektyw Collins, czym się pan zajmuje. Nie powiem jej o komputerze pańskiej matki. Ani jej, ani nikomu innemu. Jak już znajdzie pan Jennifer, będzie pan mógł znowu być sobą i czekać dnia, kiedy wszystkich omami na tyle, by przestali zwracać na pana uwagę.

Wolfe się uśmiechnął. Całkiem życzliwie.

– No to dobiliśmy targu, profesorze.

Rozdział 30

Terri Collins cały ranek oglądała ziarniste czarno-białe obrazy z monitoringu dworca autobusowego i słuchała niezbornych kłamstw dwóch studentów. Nieudolnie usiłowali znaleźć niewinne wytłumaczenie faktu, że czujny policjant drogówki znalazł na tylnym siedzeniu ich samochodu kilkanaście komputerów, telewizorów i konsoli PlayStation. Zatrzymał ich za przekroczenie prędkości. Jakim trzeba być idiotą, żeby tak gnać po włamaniu? – zastanawiała się. Wystarczyło rozdzielić dwóch młodzieńców i przesłuchiwać dotąd, aż w ich wersjach pojawią się rozbieżności.

Terri znalazła chwilę, by skontaktować się z szefem ochrony uczelni, uprzedziła też dyspozytorów, żeby spodziewali się telefonów od wzburzonych studentów, którzy po powrocie z weekendu odkryją, że ich wynajęte mieszkania zostały splądrowane.

Co roku prowadziła kilka tego typu spraw – głupota takich włamań piekielnie ją nudziła. Czasem zastanawiała się, jak to jest, że rok w rok w rozmaitych kampusach pojawiają się nowi studenci, którzy szczerze wierzą, że oni pierwsi wpadli na genialny pomysł obrobienia kolegów. Wiedziała, że wcześniej czy później jeden z dwóch mężczyzn – właściwie jeszcze chłopców – wsypie drugiego i opowie o całym idiotycznym planie. Wypisała już formularze aresztowania, ale sądziła, że efekty będą mizerne. Posiedzą dzień-dwa w areszcie, a potem wymiar sprawiedliwości znajdzie sposób, by pod takim czy innym warunkiem ich wypuścić. Obaj będą się musieli gęsto tłumaczyć przed rodziną i przyszłymi pracodawcami. To już wasz problem, kretyni, pomyślała.

Szybko uwinęła się z papierkową robotą. To oderwało ją na jakiś czas od obrazów na ekranie, które fascynowały ją i głęboko niepokoiły jednocześnie, zarówno z uwagi na to, co pokazywały, jak i to, czego nie pokazywały.

Pierwsza sprawa: ani śladu Jennifer.

Musiała odbyć serię rozmów telefonicznych, żeby odszukać osobę, która przyniosła kartę kredytową matki Jennifer do banku w Lewiston w stanie Maine. Traf chciał, że to też była studentka. Przedstawiła całą historię – zupełnie niedorzeczną, a mimo to niewątpliwie prawdziwą. Dziewczyna pojechała do Bostonu ze swoim chłopakiem i dwiema koleżankami, żeby odwiedzić znajomych z liceum. Wracali nocnym autobusem, w mieście pełnym college'ów i uniwersytetów rzecz najzupełniej normalna. I potem stało się coś racjonalnie niewytłumaczalnego: rozpakowując plecak, studentka znalazła kartę kredytową wydaną przez bank, w którym nie miała konta, na nazwisko, którego nie znała. Skąd ten kawałek plastiku wziął się w zewnętrznej kieszeni plecaka, stanowiło zagadkę.

W innych okolicznościach dziewczyna po prostu by wyrzuciła visę, ale tak się składało, że tego dnia musiała pójść do swojego banku, więc zostawiła kartę kasjerowi. Ten sumiennie zadzwonił do wydziału bezpieczeństwa banku, który wydał kartę, a oni skontaktowali się z Mary Riggins.

Długi, kręty trop.

Kartą zapłacono za bilet do Nowego Jorku. Mekki uciekinierów.

Detektyw nie mogła tego zrozumieć. Dlaczego porywacze zwyczajnie nie wyrzucili karty?

Pomyłka?

Nie.

Chodziło o zmylenie tropu.

Trzy razy spytała studentkę, czy ona albo jej znajomi widzieli na dworcu nastolatkę, która odpowiadałaby rysopisowi Jennifer. Za każdym razem odpowiedź brzmiała: „Nie”.

Czy widziała kogoś innego? Kogoś, kto rzucał się w oczy? Podejrzanego?

Nie i nie, i nie.

Myśli kłębiły się w głowie Terri. W zimną determinację wdarł się niepokój. W wyobraźni przemykały jej dziwne pomieszane obrazy; wcześniej tego dnia rozmawiała z najgłupszymi możliwymi przestępcami, teraz zastanawiała się, czy jest na tropie przestępcy wyjątkowo przebiegłego. Czuła się jak uwięziona między dwoma biegunami: koszmarem i nudną rutyną. Gdzieś pośrodku znajdowała się Jennifer.

Nagranie z monitoringu było niewyraźne. Filmując z góry, pod kątem, trudno o precyzję.

Zauważyła mężczyznę – skorzystał z automatu do biletów w chwili, kiedy kartą matki Jennifer zapłacono za bilet do Nowego Jorku. Nie dało się go rozpoznać na żadnym z kadrów – choć Terri wiedziała, że wyspecjalizowane komórki policji mają sprzęt do obróbki zdjęć, który pozwoliłby lepiej zobaczyć jego twarz.

Na późniejszym ujęciu ten sam mężczyzna siedział samotnie i czekał na autobus. Zgarbiony. Nisko opuszczona czapka przesłaniała mu twarz.

Krótko mówiąc, wiedział, że jest filmowany, i pilnował, by żadna z kamer go nie uchwyciła, a zarazem starał się nie budzić podejrzeń.

Zobaczyła trójkę studentów – to pewnie ci, co wracali do Maine. Stali w kolejce do kasy biletowej. Za nimi ustawił się inny mężczyzna – przynajmniej w odróżnieniu od tamtego miał brodę. Przewinęła nagranie do przodu dość daleko, by zobaczyć, że nieznajomy nie doszedł do okienka. Wysunął się z kolejki – nie po to, żeby przejść do mniej obleganej kasy albo skorzystać z automatu. Z tego, co mogła dostrzec, opuścił dworzec głównym wyjściem, zamiast pójść na stanowiska autobusów.

Spojrzała raz jeszcze.

Mężczyzna nie miał bagaży, nie licząc małego plecaka.

Odtwarzała nagranie raz po raz i starała się zapamiętać wszystkie szczegóły Mężczyzny numer 1 i Brodacza numer 2. Ich budowę ciała, chód, zgarbione ramiona i osłonięte czapką twarze.

Próbowała wyobrazić sobie człowieka opisanego przez Adriana. Na razie nie miała podstaw, by sądzić, że mężczyzna na niewyraźnym nagraniu z monitoringu i tamten facet z furgonetki to ta sama osoba.

Jednak to jedyny logiczny wniosek, przekonywała samą siebie.

Odsunęła od siebie raport z włamania i zebrała wszystkie informacje o zaginionej Jennifer. To była bezładna mieszanina oderwanych faktów, nie tyle układanka, co szczątki rozbitego samolotu, powykrzywiane, osmalone kawałki. Teraz inspektorzy muszą ułożyć całość, która powie im coś konkretnego o tym, co się wydarzyło.

„Zbuntowana nastolatka – uciekinierka z domu.

Stary człowiek.

Spalona furgonetka.

Brak żądania okupu.

Żadnych rozmów z telefonu komórkowego.

Bilet autobusowy donikąd.

Przebrany mężczyzna w miejscu, gdzie powinna być Jennifer”.

Terri zabujała się na krześle. Czuła, że opuszcza ją zawodowy sceptycyzm. Jest takie szczególne poczucie rozpaczy, kiedy detektywi uświadamiają sobie, że mają do czynienia z najgorszą możliwą zbrodnią – taką, która łączy w sobie anonimowość i zło. Przestępstwa rozwiązuje się, idąc po nitce do kłębka – ktoś coś widzi, ktoś coś wie, ktoś coś mówi, ktoś zostawia ślady na miejscu zbrodni – aż powstaje spójny obraz całości. Zawsze jest jakiś logiczny ciąg i on wytycza drogę detektywa.

Ze zniknięciem Jennifer było zupełnie inaczej.

Jedyny konkretny wniosek, jaki mogła wyciągnąć, to taki, że nie wie, co robić.

Było jednak oczywiste, że musi się postarać bardziej niż dotychczas. Popatrzyła na biurko, jakby w nadziei, że rozwiązanie samo wpadnie jej w oczy. Podniosła głowę i rozejrzała się po swoim boksie ozdobionym zdjęciami rodziny i kolorowymi dziecięcymi akwarelami i rysunkami. Obrazki jaskrawo kontrastowały z zimnymi, szarymi raportami i komunikatami FBI.

Uważała, że wypełniła wszystkie zadania jak należy. Zgodnie z wytycznymi kierownictwa. Tak jak zrobiłby to każdy funkcjonariusz.

Nic z tego nie przybliżyło jej do odnalezienia Jennifer.

Wychyliła się do przodu, jakby chwycił ją skurcz żołądka.

Jennifer zniknęła. Terri przypomniała sobie, jak nastolatka siedziała naprzeciwko niej po jednej z poprzednich prób ucieczki. Ponura, niekomunikatywna dziewczyna czekała ze złością, aż przyjadą matka i jej facet i zabiorą ją z powrotem tam, skąd tak rozpaczliwie pragnęła uciec. Nie zamierzała wysłuchiwać kazań o tym, jaki popełniła błąd. Terri zdała sobie sprawę, że to wtedy trzeba było uratować Jennifer. Wystarczyło, by wychyliła się nad biurkiem i poprosiła: „Powiedz coś, Jennifer”, nawiązała z nią kontakt. A co robi teraz? Włącza do akt kolejne papiery i raporty, przyjmuje bezużyteczne zeznania niezrównoważonego emerytowanego profesora, przesłuchuje przestępcę seksualnego, który nie ma żadnego związku z uciekinierką, rozsyła zapytania do wszystkich służb jak leci, na zasadzie szukania igły w stogu siana. Zrozumiała jednak, że tak naprawdę tylko czeka na dzień, kiedy myśliwy polujący na jelenie znajdzie szkielet Jennifer w ciemnym lesie albo jakiś rybak, co przeczesuje bosakiem jezioro w poszukiwaniu okoni, wyłowi jej rozkładające się zwłoki.

A i to jeśli dopisze mi szczęście, pomyślała.

Wcisnęła kilka klawiszy i na monitorze pokazał się obraz mężczyzny z dworca autobusowego. Klikała powiększenie dotąd, aż twarz wypełniła ekran.

No dobrze, pora dowiedzieć się, coś ty za jeden.

Łatwiej pomyśleć niż zrobić. Mimo to sięgnęła po telefon, żeby zadzwonić do laboratorium policji stanowej. Mogli puścić to nagranie przez jakiś program do rozpoznawania twarzy. Może jej się poszczęści, choć sama w to nie wierzyła. Zdawała sobie sprawę, że to raczej nie spodoba się jej zwierzchnikom. Z jednej strony, to ją martwiło, z drugiej – wcale.

Mark Wolfe szybko przeszedł przez rozległy, wylany makadamem parking. Profesor czekał przy swoim samochodzie. Czuł, że Brian jest obok; prawie słyszał jego przyspieszony oddech i przez chwilę dziwił się, czym brat się tak denerwuje – zawsze panował nad sobą, nigdy się nie spieszył, nigdy nie niepokoił. I wtedy Adrian zorientował się, że to on sam tak ciężko dyszy.

Przestępca rozglądał się nieufnie. Adriana naszła dziwna myśl, że w swoim domu Mark Wolfe był niezwykle pewny siebie, ale na otwartym terenie jak zwierzę preriowe musiał co kilka sekund zadzierać głowę i wypatrywać drapieżników. Nie, to nie tak, stwierdził. To Wolfe jest drapieżnikiem.

Twarz mężczyzny wykrzywiał uśmiech.

– Nie mogę sobie zrobić długiej przerwy – oznajmił. – Nie chciałbym przegapić wielkiej wyprzedaży AGD. Hej, profesorze, może potrzebuje pan wielkoekranowego telewizora i systemu surround? Są w promocji, załatwię dużą zniżkę.

W jego słowach nie było krzty szczerości.

– To nie potrwa długo – odparł Adrian.

Wyjął ulotkę od detektyw Collins i podał ją Wolfe'owi.

– Szukam tej dziewczyny – wyjaśnił.

Wolfe obejrzał zdjęcie.

– Śliczna… – Wymówił to tak, jakby myślał: w sam raz. W jego ustach zabrzmiało to obleśnie. Adrian ledwo powstrzymał dreszcz obrzydzenia. – Uciekła z domu, tak?

– Nie. Tego nie powiedziałem. Wspominałem, że wcześniej uciekała z domu. Teraz ją porwano.

Wolfe czytał szczegóły na ulotce, powtarzając je pod nosem: „wzrost metr sześćdziesiąt pięć, waga pięćdziesiąt osiem kilo, włosy rudawo-złote, znaków szczególnych brak, ostatnio widziana…” Tu urwał.

– Wie pan, z moją… – zawahał się -…przeszłością, gdyby jakiś glina znalazł u mnie tę ulotkę, miałbym takie same kłopoty jak… – znów zamilkł.

– Zawarliśmy umowę – przypomniał Adrian. – Chyba nie chce pan, żebym poszedł na policję i zaczął opowiadać o pańskim drugim komputerze i o tym, co na nim jest.

Wolfe skinął głową, ale jego odpowiedź mroziła krew dużo bardziej od treści ich umowy.

– Jasne, rozumiem. Czyli to jest ta mała, którą według pana wykorzystują. Ja mam szukać jej w sieci.

– Widzi pan, alternatywą jest…

– Wiem. Że ją zerżnęli i zabili. Albo coś gorszego.

Wolfe drgnął lekko. Adrian nie potrafił określić: mimowolny odruch obrzydzenia czy dreszcz rozkoszy? Może jedno i drugie. Może oba te uczucia rządziły Wolfe'em równocześnie. Chyba właśnie tak.

– Wie pan, całe to pieprzenie o filmach snuff to tylko miejska legenda. Totalna lipa. Wymysł. Nieprawda.

Powtarzał słowa dla podkreślenia ich wagi, ale efekt byt odwrotny od zamierzonego. Patrz, co kryje się za słowami. Za pozycją, w jakiej stoi. Tonem, jakiego używa. Tym, jak się wierci. Adrian sądził, że to właśnie powiedziałaby mu Cassie, i miał wręcz wrażenie, że jego myśli mają melodyjny ton jej głosu.

Przyjrzał się przestępcy i podniósł wzrok. Bezchmurne, błękitne niebo zapowiadało ładną pogodę. Równe smugi kondensacyjne przelatującego odrzutowca odcinały się skłębioną bielą na jasnym tle. Ludzie podróżują z dużą prędkością w różne miejsca. Zdał sobie sprawę, że sam nigdy już nie poleci samolotem, nigdy nie odwiedzi egzotycznego kraju. Był poruszony widokiem prostej drogi, którą maszyna pokonuje z taką łatwością, gdy on sam brnie w bagnie choroby i zwątpienia. Chciał wiedzieć, jakie kroki powinien poczynić, w którym kierunku i ile kilometrów zostało mu do przebycia.

Audie, słuchaj uważnie!

Ostre słowa brata ściągnęły go z powrotem na ziemię.

No, Audie, skup się!

Czuł się, jakby Brian popychał go naprzód.

– Wszystko w porządku, profesorze?

– Tak.

– Cóż, problem polega na tym, żeby rozróżnić, co jest prawdziwe, a co nie. To właśnie cały kłopot z Internetem. To miejsce, gdzie kłamstwo, fantazja i różnego rodzaju banialuki sąsiadują z dobrymi, wiarygodnymi informacjami. Trudno oddzielić jedne od drugich. Nawet w świecie seksu, rozumie pan. Co jest prawdziwe? Co nie?

– Filmy snuff…

– Jak mówiłem, wielka lipa. Ale… – Wolfe ostrożnie dobierał słowa, jakby smakował każde z nich, zanim je wypowie. -…ale te wszystkie mity… one tylko stwarzają możliwości, jeśli łapie pan, co mam na myśli.

– Proszę jaśniej.

– Filmy snuff nie istnieją. Ale jak tylko FBI czy Interpol ogłaszają: „Filmy snuff to legenda miejska…”, to, zamiast zamknąć dyskusję, jedynie nasuwa ludziom pomysły. Tak to jest z Internetem. Istnieje po to, żeby robić coś z czegoś innego. Ktoś mówi, że coś jest nieprawdą, a ktoś inny, może na drugim końcu świata, stara się wykazać, że wcale nie. Na przykład może pornosy z zabijaniem tak naprawdę nie istnieją, ale… Człowiek otwiera rano gazetę i… co widzi? Jacyś gówniarze w Europie Wschodniej czy gdzieś sfilmowali, jak pobili kogoś na śmierć. Dla zabawy. Albo goście z Kalifornii zabili przed kamerą autostopowiczkę, którą wcześniej zmuszali do różnych rzeczy. Albo… teraz rozumie pan? Terrorysta odcina głowę zakładnikowi. Film o tym trafia do Internetu. CIA i wojsko biorą go pod lupę. Ale kto jeszcze? Każdy może go zobaczyć.

– Co pan chce przez to powiedzieć?

– To, że jeśli mała… – spojrzał na ulotkę i jego twarz przeciął lubieżny uśmiech -… Jennifer jest wykorzystywana, to ma sens. I że to może być transmitowane z domu obok albo z drugiego końca świata.

– Jak pan będzie jej szukał? – spytał Adrian.

– Mam swoje sposoby. Niech pan dalej stuka w klawisze. To może trochę kosztować.

– Kosztować? Jak to?

– Myśli pan, że jedni ludzie wykorzystują drugich za nic? Tylko dlatego, że lubią? Może niektórzy, owszem. Ale inni chcą zarobić. A wstęp na te strony, cóż…

– Zapłacę.

Wolfe znów się uśmiechnął.

– Pewnie drogo wyjdzie…

W uszach Adriana znów rozbrzmiały rozkazy brata. Sięgnął do tylnej kieszeni i wyciągnął portfel. Wyjął kartę kredytową i dał ją Wolfe'owi.

– Jakiego hasła używać? – spytał przestępca.

Adrian wzruszył ramionami. Nie było co się kryć.

– „Psychprof” – odparł. – I niech pan zapisuje wszystko, za co będzie płacił. Jedna transakcja za dużo i idę prosto na policję.

Wolfe skinął głową, ale nawet ten gest mógł być nieszczery. Adriana to nie obchodziło. I tak nie pożyję dość długo, by przejmować się rachunkami. Usłyszał, że Brian prychnął, jakby to go rozbawiło.

– Musi się pan spieszyć. Nie wiem, ile czasu jej zostało.

Wolfe wzruszył ramionami.

– Jeśli jest czyjąś zabawką i facet chce się nią dzielić…

– Facet i kobieta… – wtrącił Adrian.

– Racja. Dwoje ludzi. To może ułatwić zadanie. W każdym razie, jeśli chcą się nią dzielić z innymi, to dobrze, bo wiadomo, że gdzieś tam musi być, a o to panu przecież chodzi. – Znów się zaśmiał. Miał śmiech, który przenika przez ściany jak wystrzelony z bliska pocisk, a potem przechodzi w cyniczny chichot kogoś, kto zna tajemnicę i nie zamierza jej wyjawić. – To właśnie daje panu szansę, profesorze – dodał z szerokim uśmiechem.

– Co?

– To, że dzisiejszy świat jest taki, jaki jest. Nic tak naprawdę nie dzieje się w sekrecie. Wszyscy chcą się pokazać. Każdy ma swoje pięć minut sławy, co? Hm, to prawda.

Warhol, pomyślał Adrian. Przestępca seksualny cytujący Warhola.

– Jest jednak jeden kłopot.

A może Marshall McLuhan. Nagle Adrian nie mógł sobie tego przypomnieć. Woody Allen. Zmusił się, żeby skupić się na Wolfie.

– Jaki?

– Jeśli podejdzie pan za blisko, spróbuje przełamać tę starą elektroniczną barierę, porywacze mogą się domyślić, że ktoś szuka dziewczyny, a wtedy stanie się towarem uszkodzonym.

Adrian gwałtownie wciągnął powietrze.

– A towary uszkodzone…

Przestępca mówił dalej, ale Adrian zauważył, że głos mężczyzny się zmienił; usta artykułowały słowa, ale głos brzmiał jak Briana. Adrian przestrzegł samego siebie, żeby nie robić zagubionej miny, tylko słuchać.

– No, nie wiem, jak pan… – dodał powoli Wolfe – ale jak mnie coś zepsuje się w lodówce, wyrzucam to.

Rozdział 31

Jennifer siedziała na brzegu łóżka z oczami mocno zaciśniętymi pod opaską i próbowała sobie przypomnieć swój pokój. Z precyzją rysownika zaczęła odtwarzać każdy kąt, każdy kształt i każdy kolor. Zabawki. Obrazy. Książki. Poduszki. Plakaty. Biurko ustawione tak, jak jej najlepiej pasowało; narzuta w czerwone, niebieskie, zielone i fioletowe kwadraty. Na komodzie zdjęcie zrobione jej podczas meczu piłki nożnej, kiedy główkowała piłkę. Niespiesznie poskładała wszystkie elementy w jedną całość;

nie chciała przeoczyć nawet najdrobniejszego szczegółu. Delektowała się każdym wspomnieniem – fabuły i bohaterów książki przeczytanej w dzieciństwie; bożonarodzeniowego poranka, kiedy dostała pierwsze kolczyki. Jakby pomału malowała w wyobraźni obraz swojej przeszłości. To pomagało jej przypomnieć sobie, że Numerem 4 jest dopiero kilka dni, za to Jennifer była przez wiele lat.

To była nieustająca walka.

Opaska, nawet kiedy zdołała spod niej wyjrzeć i ukradkiem rzucić okiem po swoim więzieniu, wydawała się granicą jej świata. Czasem, kiedy budziła się po drzemce, musiała podjąć ogromny wysiłek, żeby przypomnieć sobie cokolwiek ze swojej przeszłości. To, czego dotykała, co czuła, co słyszała – wszystko, co zapamiętała ze swojej celi i co było filmowane – uzmysławiało jej, że jest więźniem chwili. Bała się, że nie było Jennifer wczoraj. Że nie będzie Jennifer jutro. Że jest tylko Jennifer tu i teraz. W głębi ducha wiedziała, że toczy zażarty bój o przetrwanie. Nie miała jednak pojęcia, co próbuje pokonać. Łatwiej być zagubionym marynarzem dryfującym po zimowym morzu. On przynajmniej wie, że musi walczyć z nurtem i falami i że jeśli nie utrzyma się na powierzchni, utonie.

W duchu szlochała. Na zewnątrz zachowywała spokój.

Powiedziała sobie: Mam tylko szesnaście lat. Chodzę do liceum. Wiedziała, że nie zna świata. Nie jeździła do egzotycznych krajów, nie widziała niezwykłych miejsc. Nie była żołnierzem, szpiegiem ani nawet przestępcą – nie miała doświadczeń, do których mogłaby się odwołać, żeby zrozumieć swoje uwięzienie. To powinno ją sparaliżować, ale, o dziwo, tak się nie stało. Co nieco umiem, stwierdziła. Potrafię stawiać opór. Nawet jeśli to kłamstwo, trudno. Była zdeterminowana wykorzystać wszystko, co wie – nawet jeśli tego jest mało – żeby sobie pomóc.

Aby to się powiodło, musiała najpierw przypomnieć sobie całe swoje życie do chwili, kiedy podjechała furgonetka, z której wychylił się mężczyzna. Wszystko, co dobre i co złe. Każdy element jest równie cenny, uznała. Gniew na matkę, pogarda dla mężczyzny, który najpewniej zostanie jej ojczymem – te uczucia tylko zwiększały determinację.

Obok komody stoi czarna metalowa lampa z czerwonym abażurem. Kolorowy kilim przykrywa stary, wytarty, poplamiony dywan. Najgorsza plama jest tam, gdzie wylałam pomidorową – nie powinnam zupy wynosić z kuchni, ale to zrobiłam. Mama nakrzyczała na mnie. Powiedziała, że jestem nieodpowiedzialna. Miała rację. Ale i tak się z nią kłóciłam. Ile było kłótni? Jedna na dzień? Nie. Więcej. Kiedy wrócę do domu, wyściska mnie i opowie, jak strasznie płakała, kiedy zniknęłam, a ja wtedy poczuję się lepiej. Tęsknię za nią. Nie sądziłam, że kiedykolwiek się do tego przyznam. Tęsknię za nią. Ma już trochę siwych włosów, tylko kilka kosmyków. Zapomina je ufarbować. Nie wiem, czy jej powiedzieć. Mogłaby być piękna. Powinna być piękna. Czy ja będę ładna? Może teraz płacze. Może jest z nią Scott. Jego nadal nienawidzę. Tata już by mnie znalazł, ale nie może. Czy Scott w ogóle mnie szuka? Czy ktokolwiek mnie szuka? Tata, ale on już nie żyje. To okropne. Okradziono mnie. Rak. Chciałabym, żeby ten facet i ta baba dostali raka. Pan Futrzak wie. Kładłam się z nim do łóżka. On pamięta, jak wyglądał pokój. Jak się stąd wydostaniemy?

Wiedziała, że kamera śledzi każdy jej ruch. Że mężczyzna i kobieta – nie była pewna, którego z nich bardziej się boi – mogą ją w tej chwili obserwować. Mimo to po cichu – jakby liczyła, że jeśli zachowa ostrożność, nikt niczego nie zauważy – przesunęła czubkami palców po łańcuchu wokół szyi i po obręczy w ścianie.

Jedno ogniwo. Dwa. Obmacała każde z nich. Śliskie w dotyku. Mogła je sobie wyobrazić. Srebrne, błyszczące, pewnie kupione w sklepie zoologicznym. Ogniwa nie na tyle ciężkie i mocne, żeby utrzymać pitbulla czy dobermana. Na nią jednak wystarczały.

Dotknęła obręczy osadzonej w ścianie. Płyta gipsowa, domyśliła się.

Raz, kiedy pokłóciła się z matką – bo za późno wróciła do domu – rzuciła w ścianę przyciskiem do papieru. Uderzył w nią z głuchym hukiem i spadł na podłogę. W ścianie została spora dziura. Matka musiała wezwać fachowca, żeby to naprawił. Płyta gipsowa nie jest mocna. Może udałoby się wyrwać pierścień? Czuła, jak jej usta poruszały się, gdy zadawała sobie to pytanie, ale w pokoju nie rozległ się żaden dźwięk. Ten facet na pewno o tym pomyślał, stwierdziła. Nie rzuciłam tego przycisku jak dziewczyna, przypomniała sobie. Kiedy byłam mała, tata nauczył mnie rzucać piłkę. Kochał bejsbol. Dał mi czapkę Red Sox. Pokazał mi, jak się rzuca. Ręka daleko do tyłu. Zegnij łokieć. Usztywnij ramię. Dociągnij rzut. To jest fastball. Sto trzydzieści na godzinę.