/ Language: Polski / Genre:prose_contemporary

Hańba

John Coetzee

Trudno uwierzyć, że koneser kobiecych wdzięków i wielbiciel poezji romantycznej częściej doświadcza nudy niż miłości. David Lurie, dwukrotnie rozwiedziony pięćdziesięciodwuletni profesor literatury na uniwersytecie w Kapsztadzie, świadomie burzy swój święty spokój. Nawiązuje romans z młodziutką studentką i wkrótce potem, zaskarżony przez nią, traci pracę i szacunek otoczenia. Wizyta u córki Lucy i zmiana trybu życia ujawniają, że nie potrafi znaleźć wspólnego języka z innymi. Nie radzi sobie też z poczuciem winy za tragedię, która spotkała Lucy. W końcu każde z nich będzie musiało znaleźć własny sposób na to, jak żyć z piętnem hańby. J. M. Coetzee otrzymał za Hańbę prestiżową nagrodę Bookera przyznawaną za najlepszą powieść anglojęzyczną roku. Jest pierwszym pisarzem w historii tej nagrody, któremu została ona przyznana dwukrotnie. Precyzyjny, klarowny język powieści doskonale oddaje znakomity przekład Michała Kłobukowskiego. .M. Coetzee urodził się w 1940 roku w Cape Town w RPA w rodzinie o korzeniach niemieckich i brytyjskich. Pierwszym językiem przyszłego pisarza był angielski. Na początku lat 60. Coetzee wyjechał do Anglii, gdzie pracował jako programista komputerowy. Potem studiował literaturę w Nowym Jorku. W 1984 roku otrzymał tytuł profesora literatury w Cape Town. W 2002 roku wyjechał do Australii, gdzie obecnie wykłada na Uniwersytecie w Adelajdzie. Jako pisarz Coetzee debiutował w 1974 roku, ale międzynarodowy rozgłos zyskała dopiero jego powieść opublikowana w 1974 roku – "Czekając na barbarzyńców". Pierwszą nagrodę Bookera dostał w 1983 roku za "Życie i czasy Michaela K.". Drugi raz uhonorowano go tą nagrodą w 1999 roku za "Hańbę". Jednym z najważniejszych tematów pisarstwa Coetzee jest dziedzictwo apartheidu i szerzej – temat dyskryminacji, rasizmu i przemocy na całym świecie.

John Maxwell Coetzee

Hańba

Disgrace

Tłumaczenie: Michał Kłobukowski

Uważa, że jak na mężczyznę w tym wieku – ma pięćdziesiąt dwa lata i jest rozwiedziony – problem seksu rozwiązał nie najgorzej. W każdy czwartek po południu jedzie autem do Green Point. Równo o drugiej naciska guzik domofonu przy wejściu do Windsor Mansions, przedstawia się i wchodzi. W drzwiach numeru sto trzynaście czeka na niego Soraya. On idzie prosto do sypialni, wypełnionej miłym zapachem i łagodnym światłem, i rozbiera się. Soraya wychodzi z łazienki, upuszcza szlafrok na podłogę, wślizguje się do łóżka i kładzie obok gościa.

– Tęskniłeś za mną? – pyta.

– Stale za tobą tęsknię – odpowiada on. Głaszcze jej ciało barwy ciemnego miodu, nietknięte słońcem; rozciąga ją na łóżku, całuje jej piersi; kochają się.

Soraya jest wysoka i szczupła, ma długie, krucze włosy i ciemne, jakby płynne oczy. Technicznie rzecz biorąc, mógłby być jej ojcem; ale z technicznego punktu widzenia ojcem może zostać dwunastolatek. Jest jej stałym klientem od ponad roku; nie widzi najmniejszego powodu do narzekań. Na pustyni tygodnia czwartek stał się oazą luxe et volupte. W łóżku Soraya nie jest wylewna. Temperament ma zdecydowanie spokojny, spokojny i potulny. W swoich ogólnych poglądach jest zaskakująco surową moralistką. Oburza ją widok turystek obnażających piersi („wymiona”, jak mówi) na publicznych plażach; uważa, że włóczęgów należałoby wyłapywać i zapędzać do pracy przy zamiataniu ulic. A on nie pyta, jak kobieta potrafi godzić te przekonania ze swoim fachem. Ponieważ czerpie z niej rozkosz, ponieważ rozkosz ta jest niezawodna, z czasem zaczyna coś do niej czuć. Wierzy, że ona w pewnym stopniu odwzajemnia to uczucie. „Czuć coś” to może nie to samo, co „kochać”, ale przynajmniej pokrewna emocja. Wziąwszy pod uwagę, jak mało obiecujące mieli początki, trzeba uznać, że obojgu się poszczęściło: jemu, że trafił na nią, a jej, że trafiła na niego. Zdaje sobie sprawę, że w jego uczuciach jest jakaś błoga gnuśność, a nawet zaślepienie. Mimo to nie wyrzeka się ich. Za półtoragodzinną sesję płaci czterysta randów, z czego połowę dostają Dyskretni Opiekunowie. Trochę szkoda, że trzeba im oddawać aż tyle. Ale cóż, są właścicielami numeru sto trzynaście i pozostałych mieszkań w Windsor Mansions; Soraya też w pewnym sensie jest ich własnością, a przynajmniej ta jej część, ta funkcja. On jednak czasem bawi się myślą, żeby poprosić ją o spotkanie, kiedy będzie miała wolne. Chciałby spędzić z nią wieczór, może nawet całą noc. Ale nie aż do rana. Za dobrze siebie zna, aby narażać ją na taki ranek po całej nocy – kazać jej znosić swój chłód, szorstkość, zniecierpliwienie, że nie jest wreszcie sam. Taki już ma temperament. Inny nie będzie – jest za stary, żeby się zmienić. Jego temperament ukształtował się raz na zawsze. Czaszka, a zaraz po niej temperament: dwie najtwardsze części ciała. Rób, jak ci dyktuje własny temperament. To nie filozofia: zbyt zaszczytne byłoby to miano. Po prostu reguła, taka sama jak reguła Świętego Benedykta. Zdrowie mu dopisuje, umysł ma jasny. Z zawodu jest – a przynajmniej był do niedawna – uczonym, a jeszcze i teraz czuje niekiedy, że studia naukowe zaprzątają go w najbardziej osobisty sposób. Żyje w granicach wytyczonych przez zarobki, temperament, możliwości emocjonalne. Czy jest szczęśliwy? Wydaje mu się, że pod większością względów – owszem, tak. Ale nie zapomniał ostatniego chóru z Edypa: „nikogo nie nazywaj szczęśliwym, póki nie umrze”. Jeśli idzie o seks, temperament ma dość duży, lecz nie jakoś szczególnie płomienny. Gdyby miał wybrać sobie totem, byłby to wąż. Swoje stosunki z Soraya przyrównuje do kopulacji węży: przewlekle, skupione, ale raczej wyabstrahowane i oschle, nawet w najgorętszych chwilach. Czy wąż jest także totemem Sorayi? Z innymi mężczyznami niewątpliwie staje się ona inną kobietą – la donna e mobile. Ale łączące ich powinowactwo temperamentu z pewnością nie może być udawane. Chociaż Soraya jest z zawodu kobietą lekkich obyczajów, on ufa jej – do pewnych granic. Podczas czwartkowych seansów rozmawia z nią dość swobodnie, czasem nawet się zwierza. Słyszała o najważniejszych faktach z jego życia. Zna dzieje obu małżeństw, wie o córce, o jej lepszych i gorszych momentach. Zna jego zdanie o wielu sprawach. Z życia, które sama prowadzi poza murami Windsor Mansions, nie zdradza żadnych szczegółów. Jest pewien, że Soraya to nie jej prawdziwe imię. Widać po niej, że urodziła dziecko, albo nawet kilkoro. Może wcale nie jest zawodową prostytutką. Niewykluczone, że pracuje w agencji tylko przez jedno czy dwa popołudnia w tygodniu, a poza tym żyje jak przyzwoita kobieta gdzieś na przedmieściu, w Rylands lub w Athlone. Byłoby to dziwne postępowanie jak na muzułmankę, ale w dzisiejszych czasach wszystko jest możliwe. On niewiele jej opowiada o swojej pracy, bo nie chce być nudny. Żyje z tego, że uczy na Politechnice Kapsztadzkiej, dawniej – uniwersytecie. Swego czasu wykładał języki nowożytne, ale odkąd w ramach wielkiej reorganizacji zamknięto katedry języków klasycznych i nowożytnych, jest adiunktem w dziedzinie komunikacji społecznej. Podobnie jak całej kadrze objętej reorganizacją, wolno mu co roku prowadzić jeden specjalistyczny kurs – niezależnie od liczby chętnych, gdyż podnosi to morale studentów. W tym roku tematem jego kursu jest poezja romantyczna. Oprócz tego prowadzi ćwiczenia z komunikacji społecznej dla grupy 101 i z zaawansowanej komunikacji społecznej dla grupy 201. Chociaż dzień w dzień poświęca całe godziny tej swojej nowej dziedzinie, absurdalna wydaje mu się jej podstawowa maksyma, sformułowana w podręczniku, którym posługuje się na zajęciach z grupą 101: „Społeczeństwo ludzkie stworzyło język, żebyśmy mogli komunikować sobie nawzajem swoje myśli, uczucia i zamiary”. Sam uważa (choć nie zdradza się z tym poglądem), że mowa ludzka wywodzi się z pieśni, a pieśń – z potrzeby wypełnienia dźwiękiem tej nazbyt dużej i dość pustawej przestrzeni, jaką jest dusza człowieka. W ciągu kariery trwającej od ćwierćwiecza wydał trzy książki, ale żadna nie wywołała żywszej czy choćby umiarkowanej reakcji: tematem pierwszej była opera (Boito a legenda Fausta: rodowód Mefistofelesa), drugiej – wizja jako eros (Wizja Ryszarda z St. Victor), a trzeciej – Wordsworth i historia (Wordsworth i brzemię przeszłości). Od kilku lat myśli czasem w niezbyt zobowiązujący sposób, żeby napisać coś o Byronie. Początkowo wydawało mu się, że będzie to kolejna książka, jeszcze jedna praca krytyczna. Ilekroć jednak próbował się do niej zabrać, obezwładniała go nuda. Prawda bowiem jest taka, że ma już dość krytyki, prozy mierzonej na metry. Chciałby pisać muzykę: utwór pod tytułem Byron we Włoszech, medytację o miłości między przeciwnymi płciami, utrzymaną w formie opery kameralnej. Kiedy siedzi naprzeciw studentów, przez głowę przemykają mu frazy, melodie, strzępy arii z nie *napisanego utworu. Nigdy nie był zbyt dobrym nauczycielem, a w tym zreorganizowanym i – według niego – wykastrowanym przybytku nauki jest bardziej niż kiedykolwiek nie na miejscu. Tak samo jednak rzecz ma się z jego kolegami z dawnych czasów, obarczonymi wychowaniem, które wcale nie ułatwia im zadań, jakie teraz przed nimi się stawia; ot, duchowni w epoce, gdy religia stała się przeżytkiem. Ponieważ sam nie szanuje materiału, który wykłada, nie robi wrażenia na studentach. Kiedy do nich mówi, patrzą na niego, jakby był przezroczysty, i nie pamiętają jego nazwiska. Jest bardziej zirytowany tą obojętnością, niż gotów byłby przyznać. Ale wywiązuje się co do joty ze zobowiązań wobec nich, wobec ich rodziców, wobec państwa. Miesiąc po miesiącu zadaje tematy prac pisemnych, które potem zbiera, czyta i poprawia, korygując błędy interpunkcyjne, ortograficzne i znaczeniowe, kwestionując niezbyt logiczną argumentację, opatrując każdą pracę krótką, przemyślaną recenzją. Nie przestaje uczyć, bo w ten sposób zarabia na życie; no i dlatego, że uczy go to pokory i uświadamia mu, kim właściwie jest w świecie. Dostrzega ironię sytuacji, w której ten, kto przychodzi, aby nauczać, sam dostaje najbardziej dotkliwą lekcję, natomiast ci, co zgłaszają się po naukę, nie uczą się niczego. O tym akurat aspekcie swojego zawodu nie wspomina Sorayi. Wątpi, czy w jej własnej pracy pojawia się zbliżonej miary ironia. W kuchni mieszkania w Green Point jest czajnik, plastikowe kubki, słoik rozpuszczalnej kawy i miseczka z porcjowanym cukrem w torebkach, a w lodówce zapas wody w butelkach. W łazience leży mydło i stos ręczników, a w szafie czysta zmiana pościeli. Soraya trzyma swoje przybory do makijażu w małej torbie podróżnej. Mieszkanie to służy jako miejsce schadzek, nic więcej – funkcjonalne, czyste, dobrze zorganizowane. Za pierwszym razem Soraya miała usta pociągnięte cynobrową szminką i mocno umalowane oczy. Nie spodobał mu się ten lepki makijaż, więc poprosił, żeby go starła. Posłuchała i już nigdy więcej się nie umalowała. Pojętna uczennica, uległa i elastyczna. Lubi jej dawać prezenty. Na Nowy Rok wybrał emaliowaną bransoletkę, a na święto Eid – malutką czaplę z malachitu, którą zauważył w sklepie z bibelotami. Cieszy go jej radość, szczera i naturalna. Jest zdumiony, że półtorej godziny kobiecego towarzystwa tygodniowo wystarcza, aby go uszczęśliwić, chociaż dawniej myślał, że potrzebna mu jest żona, dom, małżeństwo. Jego potrzeby okazały się w końcu całkiem niewielkie, niewielkie i przelotne jak potrzeby motyla. Żadnych emocji, albo tylko te najgłębsze, najmniej przeczuwane: basowe ostinato zadowolenia, trochę jak szmer pojazdów, który kołysze mieszczucha do snu; dla wieśniaków czymś takim jest nocna cisza. Myśli o Emmie Bovary, która wraca do domu nasycona, ze szklanym wzrokiem, spędziwszy całe popołudnie na brawurowym pierdoleniu. „Więc to jest błogość!” – stwierdza Emma, ze zdumieniem przyglądając się sobie w lustrze. „Więc to jest ta błogość, o której mówią poeci!” No cóż, gdyby pani Bovary, to nieszczęsne widmo, trafiła kiedyś do Kapsztadu, w któryś czwartek po południu zabrałby ją ze sobą, żeby jej pokazać inny rodzaj błogości: umiarkowanej, moderowanej. Aż tu w pewien sobotni ranek wszystko się zmienia. Załatwiając jakieś sprawy w śródmieściu, zahacza spojrzeniem o szczupłą postać, która idzie przed nim w tłumie na St. George’s Street. To Soraya, niewątpliwie, a po obu jej stronach dzieci, dwaj chłopcy. Wszyscy troje niosą jakieś paczki; widocznie byli na zakupach. Waha się, a potem rusza za nimi w pewnej odległości. Tamci wchodzą do restauracji rybnej Captain Dorego. Chłopcy mają lśniące włosy i ciemne oczy Sorayi. Są jej synami, nie może być inaczej. On tymczasem idzie dalej, zawraca i po raz drugi mija restaurację. Cała trójka siedzi za stołem przy oknie. Oczy Sorayi na moment spotykają się przez szybę z oczami mężczyzny. Zawsze był typem miejskim i swobodnie się czuł w rzece ciał, w której czyha eros, a spojrzenia migają jak strzały. Ale tego jednego, które wymienił z Soraya, natychmiast żałuje. Podczas randki w najbliższy czwartek żadne z nich nie wspomina o tym incydencie. Ale pamięć o nim wisi nad nimi i ich krępuje. Mężczyzna wcale nie chce burzyć tego, co dla Sorayi jest zapewne ryzykownym podwójnym życiem. Całym sobą popiera życie podwójne, potrójne, życie podzielone na przegródki. Jeśli stwierdza u siebie jakąkolwiek zmianę, to tylko tę, że czuje wobec kobiety większą tkliwość. „Nie zdradzę twojego sekretu” – miałby ochotę jej powiedzieć. Lecz ani on, ani ona nie potrafi zapomnieć o tym, co się stało. Wkraczają między nich dwaj mali chłopcy: cicho jak cienie bawią się w kącie pokoju, w którym ich matka łączy się z obcym mężczyzną. A on w jej ramionach staje się na moment ojcem malców: ojcem zastępczym, ojczymem, ojcem-cieniem. Kiedy potem wstaje z łóżka, czuje, jak spoglądają na niego ukradkiem, ciekawie. Chcąc nie chcąc, zaczyna myśleć o drugim ojcu, tym prawdziwym. Czy tamten ma jakiekolwiek pojęcie, co wyprawia jego żona? A może dobrowolnie wybrał błogą niewiedzę? On sam nie ma syna. Dzieciństwo spędził w rodzinie złożonej z kobiet. W miarę jak matka, ciotki i siostry jedna za drugą znikały, na ich miejsce kolejno pojawiały się kochanki, żony, córka. Towarzystwo kobiet sprawiło, że stał się ich wielbicielem i w pewnym stopniu kobieciarzem. Dzięki swojemu wzrostowi, zgrabnej budowie kośćca, oliwkowej cerze i falującym włosom nieuchronnie wywierał silniejszy lub słabszy, ale zawsze magnetyczny wpływ. Ilekroć spoglądał na kobietę w pewien sposób, z pewnym zamysłem, odwzajemniała spojrzenie: mógł na to liczyć. Tak właśnie żył; przez całe lata, przez całe dziesięciolecia trzymało go to w pionie. Aż tu pewnego dnia skończyło się. Nagle, bez ostrzeżenia, opuściła go moc. Spojrzenia, które dawniej odpowiedziałyby na jego spojrzenie, zaczęły przesuwać się po nim obojętnie, mijać go, jakby był przezroczysty. Z dnia na dzień stał się duchem. Jeśli pragnął kobiety, musiał się nauczyć, jak ją ścigać; często zdarzało się, że w ten czy inny sposób musiał jej płacić. Żył w nieustannej gorączce rozwiązłości. Romansował z żonami innych profesorów, podrywał turystki w barach na nabrzeżu albo w Club Italia, sypiał z kurwami. Sorayę poznał w mrocznym saloniku na tyłach biura Dyskretnych Opiekunów – żaluzje w oknach, po kątach rośliny w doniczkach, w powietrzu zastarzały dym. Była u nich zapisana w rubryce „Egzotyczne”. Na zdjęciu miała czerwony kwiat passiflory we włosach i leciuteńkie zmarszczki w kącikach oczu. „Tylko popołudnia”, stwierdzał dopisek. I właśnie to go do niej ostatecznie przekonało: obietnica pokojów ze spuszczonymi żaluzjami, chłodnych prześcieradeł, kradzionych godzin. Od początku go zadowalała – było dokładnie tak, jak chciał. Strzał w dziesiątkę. Przez cały rok nie musiał zgłaszać się do agencji z kolejnym zamówieniem. Aż tu nagle ten wypadek na St. George’s Street, a potem ta obcość. Soraya wciąż stawia się na spotkania, ale – w miarę jak stopniowo przeistacza się w jedną z wielu kobiet, a jego przemienia w jednego z wielu klientów – mężczyzna czuje narastający chłód. Ma swoje chytre wyobrażenia o tym, jak prostytutki rozmawiają między sobą o odwiedzających je mężczyznach, zwłaszcza o tych starszych. Wymieniają anegdoty, śmieją się, ale też wzdrygają, jak w środku nocy na widok karalucha w umywalce. Wkrótce i przed nim zaczną tak się wzdrygać, kapryśnie i złośliwie. Nieuchronnie go to czeka.

W czwarty czwartek po niefortunnym spotkaniu, gdy on już szykuje się do wyjścia, Soraya wygłasza spodziewany komunikat, na myśl o którym od dawna zbroił się w odwagę:

– Moja matka zachorowała. Biorę urlop, żeby się nią zająć. Nie będzie mnie tu w przyszłym tygodniu.

– A w następnym?

– Nie wiadomo. Zależy od jej stanu. Lepiej najpierw zadzwoń.

– Nie znam numeru.

– Zadzwoń do agencji. Będą wiedzieli.

Odczekuje kilka dni, a potem dzwoni do agencji. Soraya? Soraya od nas odeszła, odpowiada męski głos. Nie, nie możemy pana z nią skontaktować, to by było wbrew zasadom firmy. Chciałby pan poznać jakąś inną naszą hostessę? Mamy do wyboru mnóstwo egzotycznych typów – Malezyjki, Tajki, Chinki: co tylko pan chce.

Spędza wieczór z inną Soraya – widocznie jest akurat moda na to nom de commerce – w pokoju hotelowym na Long Street. Ta nowa ma najwyżej osiemnaście lat, jest niewprawna i w jego pojęciu prostacka.

– No więc co pan robi w życiu? – pyta dziewczyna, rozbierając się.

– Eksport-import – wyjaśnia on.

– Co pan powie.

Na swoim wydziale zauważył nową sekretarkę. Zaprasza ją na lunch do restauracji położonej w dyskretnej odległości od uczelni. Przy sałatce z krewetek słucha, jak kobieta narzeka na szkolę, do której chodzi jej syn. Handlarze narkotyków szwendają się po boisku, a policja nic. Już trzy lata temu ona i jej mąż zgłosili w konsulacie Nowej Zelandii, że chcą emigrować.

– Wam było łatwiej – mówi kobieta. – Mimo wszystkich niesprawiedliwości systemu wiedzieliście przynajmniej, na czym stoicie.

– Wam? Jakim „wam”?

– Waszemu pokoleniu. A teraz ludzie sami decydują, których praw chcą przestrzegać, a które łamać. Po prostu anarchia. I jak tu wychowywać dzieci w takim chaosie?

Na imię jej Dawn. Na drugiej randce wstępują do jego domu i idą do łóżka. Zupełna klapa. Kobieta pręży się i drze pazurami, żeby się bardziej nakręcić, pieni się z podniecenia, które w sumie go tylko odstręcza. On pożycza jej grzebień i odwozi ją z powrotem na uczelnię. Potem robi uniki, starając się omijać jej biuro, kiedy wie, że ona tam jest. Kobieta odpowiada zranioną miną, a potem go ignoruje. Powinien dać sobie z tym spokój, wycofać się z gry. Zastanawia się, ile właściwie miał lat Orygenes, kiedy się wykastrował? Może nie najwdzięczniejsze to rozwiązanie, ale starzenie się też nie jest wdzięcznym zajęciem. Człowiek przynajmniej oczyszcza pole, żeby się skupić na właściwym zadaniu starców: na przygotowaniach do śmierci. Czy można spytać o to lekarza? Musi to być dosyć prosta operacja: raz po raz przeprowadza się ją na zwierzętach, a im to jakoś specjalnie nie szkodzi, jeśli pominąć lekki osad smutku. Odcięcie, podwiązanie: kto ma pewną rękę i minimum flegmy, przy miejscowym znieczuleniu potrafiłby zapewne zoperować się sam, według podręcznika. Mężczyzna na krześle, który robi sobie ciach-ciach: niepiękny widok, ale z pewnego punktu widzenia wcale nie brzydszy niż widok tego samego mężczyzny gimnastykującego się na kobiecym ciele.

Jest jeszcze Soraya. Powinien zamknąć ten rozdział. Tymczasem zleca agencji detektywistycznej ustalenie namiarów kobiety. Już po kilku dniach zna jej prawdziwe imię, adres i numer telefonu. Dzwoni o dziewiątej rano, kiedy męża ani dzieci nie powinno być w domu.

– Soraya? – mówi. – Tu David. Co u ciebie? Kiedy cię znowu zobaczę?

Długa chwila ciszy.

– Nie wiem, kim pan jest – odpowiada w końcu kobieta. – Napastuje mnie pan w moim własnym domu. Rządzę, żeby pan tu nigdy więcej nie dzwonił, nigdy.

Rządzę. Chciała powiedzieć „żądam”. Jest zaskoczony ostrością jej tonu: przedtem nic nie wskazywało na to, że potrafiłaby tak się odezwać. Ale czego może spodziewać się drapieżnik, kiedy wedrze się do nory lisicy, do gniazda jej szczeniąt? Odkłada słuchawkę. Czuje przelotny cień zazdrości na myśl o jej mężu, którego nigdy nie widział. Bez czwartkowych interludiów tygodnie są płaskie jak pustynia. W niektóre dni nie wie, co ze sobą począć. Więcej teraz przesiaduje w uczelnianej bibliotece, czytając o szerokim kręgu osób z otoczenia Byrona – wszystko co mu wpadnie w ręce – i uzupełniając notatki, których ma już dwie grube teczki. Lubi ciszę, jaka panuje późnym popołudniem w czytelni, lubi też potem wracać pieszo do domu: rześkie zimowe powietrze, wilgotne, lśniące ulice. W pewien piątek właśnie tak wraca, dłuższą trasą przez stare ogrody uniwersyteckie, gdy nagle w alejce przed sobą spostrzega jedną ze swoich studentek, Melanie Isaacs. Właśnie z jej grupą ma zajęcia z romantyzmu. Nie najlepsza studentka, ale i nie najgorsza: zdolna, tyle że mało przejęta tematem. Dziewczyna wlecze się noga za nogą; on wkrótce ją dogania.

– Hej – mówi.

Ona kiwa głową i odpowiada uśmiechem, raczej chytrym niż nieśmiałym. Drobna i chuda, krótko ostrzyżona brunetka o kościach policzkowych szerokich prawie jak u Chinki i wielkich, ciemnych oczach. Zawsze się ubiera w sposób zwracający uwagę. Dziś ma na sobie minispódniczkę bordo, beżowy sweter i czarne legginsy; złote okucia paska harmonizują ze złotymi kulkami kolczyków. Jest nią lekko zauroczony. Nic wielkiego: prawie co semestr zadurza się w którejś ze swoich podopiecznych. Kapsztad: miasto obfitujące w piękno, w piękności. Czy ona wie, że ją sobie upatrzył? Pewnie tak. Kobiety są na to wrażliwe, czują ciężar pożądliwego spojrzenia.

Pogoda jest deszczowa; w rynsztokach wzdłuż alejki szemrze woda.

– Moja ulubiona pora roku, ulubiona pora dnia – mówi on. – Mieszka pani gdzieś w tej dzielnicy?

– Po tamtej stronie. Wynajmuję mieszkanie do spółki.

– Wychowała się pani w Kapsztadzie?

– Nie, w George.

– Mieszkam niedaleko stąd. Da się pani zaprosić na drinka?

Chwila ostrożnego milczenia.

– Dobrze. Ale muszę wrócić przed pół do ósmej.

Z ogrodów wchodzą do spokojnej dzielnicy willowej, do której przed dwunastoma laty wprowadził się z Rosalind. Odkąd się rozwiedli, mieszka tu sam.

Otwiera kluczem najpierw furtkę, później drzwi, i wpuszcza dziewczynę do środka. Zapala kilka lamp, bierze od niej torbę. W jej włosach widać krople deszczu. On patrzy z nieukrywanym zachwytem. Ona spuszcza oczy z tym samym co przedtem uśmiechem, wymijającym, może nawet odrobinę kokieteryjnym. On idzie do kuchni, otwiera butelkę Meerlustu, wyjmuje herbatniki i ser. Kiedy wraca do pokoju, dziewczyna stoi przy regale z książkami i przechyliwszy głowę, czyta tytuły. Gospodarz puszcza muzykę – kwintet klarnetowy Mozarta. Wino, muzyka: rytuał, który mężczyźni i kobiety odgrywają między sobą. W rytuałach nie ma nic złego – wymyślono je, żeby ułatwić niezręczne etapy przejściowe. Ale dziewczyna, którą sprowadził do domu, nie dość, że młodsza o trzydzieści lat, jest w dodatku studentką, jego własną studentką, wychowanką. Cokolwiek teraz między nimi zajdzie, potem będą musieli znowu się spotkać w rolach nauczyciela i uczennicy. Czy jest na to przygotowany?

– Podobają się pani ćwiczenia?

– Lubię Blake’a. Podobał mi się Wonderhorn.

– Wunderhorn.

– Ale nie przepadam za Wordsworthem.

– Nie powinna mi pani tego mówić. Wordsworth jest jednym z moich mistrzów.

To prawda. Jak sięga pamięcią, harmonie Preludium zawsze rozbrzmiewały echem w jego wnętrzu.

– Może pod koniec kursu bardziej się na nim poznam. Może wejdzie mi w krew.

– Może. Chociaż z moich własnych doświadczeń wynika, że poezja przemawia do człowieka albo od pierwszego wejrzenia, albo wcale. Błyskawiczne objawienie i równie błyskawiczna reakcja. Jak piorun. Jak zakochanie.

Jak zakochanie. Czy dzisiejsza młodzież jeszcze się zakochuje? A może to już przestarzały mechanizm, zbędny i dziwaczny, jak napęd parowy? Mężczyzna czuje, że nie jest na bieżąco, nie nadąża. Mógł nawet nie zauważyć, że zakochiwanie się zdążyło pięć razy wyjść z mody i wrócić do łask.

– Pani też pisze wiersze? – pyta.

– Owszem, pisałam, póki byłam w szkole. Niezbyt dobre. Teraz już nie mam czasu.

– A czymś się pani pasjonuje? Ma pani jakieś pasje literackie?

Dziewczyna marszczy brwi, słysząc to dziwne słowo.

– Na drugim roku przerabialiśmy Adrienne Rich i Toni Morrison. No i Alice Walker. Dosyć mnie to nawet wciągnęło. Ale nie żeby zaraz pasja.

A więc nie trafił na pasjonatkę. Czyżby w ten nader zawoalowany sposób próbowała go zniechęcić?

– Przyrządzę naprędce jakąś kolację – mówi. – Zje pani ze mną? Coś bardzo prostego.

Dziewczyna się waha.

– No, niech się pani zgodzi!

– Dobrze. Ale najpierw muszę zatelefonować.

Rozmowa trwa dłużej, niż się spodziewał. Siedząc w kuchni, słyszy szepty, przerywane chwilami ciszy.

– Jakie ma pani plany zawodowe?

– Chcę się zająć reżyserią i scenografią. Robię dyplom z teatru.

– A czemu chodzi pani na ćwiczenia z poezji romantycznej?

Dziewczyna zastanawia się, marszcząc nos.

– Wybrałam je głównie ze względu na atmosferę – mówi w końcu. – Nie chciałam znowu przerabiać Szekspira. Przerabiałam go w zeszłym roku.

Kolacja jest rzeczywiście prosta: makaron wstążki z anchois i sosem grzybowym. Krojenie grzybów powierzył dziewczynie, która poza tym tylko siedzi bezczynnie na taborecie i patrzy, jak gospodarz gotuje. Jedzą w jadalni; otwierają drugą butelkę wina. Melanie je bez zahamowań. Ma zdrowy apetyt jak na tak filigranową osóbkę.

– Zawsze pan sam sobie gotuje? – pyta.

– Mieszkam sam. Jeżeli nie ugotuję, nikt mnie nie wyręczy.

– Nienawidzę gotowania. Pewnie powinnam się nauczyć.

– Dlaczego? Skoro naprawdę tak pani nie cierpi gotować, proszę wyjść za mężczyznę, który gotuje.

Razem kontemplują ten obrazek: młoda mężatka, ekscentrycznie ubrana, z krzykliwą biżuterią, zamaszyście wchodzi drzwiami od frontu, węsząc niecierpliwie; jej mąż, bezbarwny Pan Poczciwiec, przewiązany fartuchem, stoi w zaparowanej kuchni i miesza coś w garnku. Zamiana ról: temat na mieszczańską komedię.

– To już wszystko – mówi mężczyzna, kiedy opróżnili salaterkę. – Deseru nie będzie, chyba że ma pani ochotę na jabłko albo na jogurt. Przepraszam. Nie wiedziałem, że będę miał gościa.

– I tak było miło – odpowiada ona, po czym dopija wino i wstaje.

– Proszę jeszcze nie odchodzić.

Bierze ją za rękę i prowadzi w stronę kanapy.

– Chcę pani coś pokazać. Lubi pani taniec? Nie żeby samej tańczyć, tylko oglądać. – Wsuwa kasetę do odtwarzacza. – Ten film nakręcił niejaki Norman McLaren. Dawno temu. Znalazłem go w wypożyczalni. Ciekawe, jaki się pani wyda. Siedzą obok siebie i patrzą. Na pustej scenie dwoje tancerzy stawia kroki przed stroboskopową kamerą. Widmowe ślady ich ruchów suną za nimi wachlarzem jak odciśnięty w powietrzu łopot skrzydeł. Pierwszy raz widział ten film przed ćwierćwieczem, ale wciąż jest urzeczony: chwilowe „teraz” i ciągnąca się za tą teraźniejszością przeszłość, obie ulotne, schwytane w tę samą przestrzeń. Chciałby, żeby dziewczyna też dała się urzec. Ale czuje jej obojętność. Kiedy film się kończy, dziewczyna wstaje i zaczyna się przechadzać po pokoju. Podnosi klapę pianina, uderza środkowe C.

– Gra pan? – pyta.

– Trochę.

– Klasykę czy jazz?

– Niestety, jazzu nie gram.

– Zagra mi pan coś?

– Nie teraz. Wyszedłem z wprawy. Kiedy indziej, jak już się lepiej poznamy.

Ona zagląda do jego pracowni.

– Mogę rzucić okiem? – pyta.

– Proszę zapalić światło.

On puszcza kolejną płytę: sonaty Scarlattiego, kocia muzyka.

– Ma pan mnóstwo książek o Byronie – mówi dziewczyna, wracając. – To pański ulubieniec?

– Piszę coś o nim. O jego pobycie we Włoszech.

– Umarł młodo?

– Miał trzydzieści lat. Oni wszyscy młodo umierali. Albo milkli. Albo wariowali i trafiali pod klucz. Ale Byron nie umarł we Włoszech, tylko w Grecji. Pojechał do Włoch, żeby uciec przed skandalem, i na stałe tam osiadł. Ustatkował się. Przeżył swój ostatni wielki romans. Wielu Anglików jeździło wtedy do Włoch. Wierzyli, że Włosi wciąż jeszcze są blisko własnej natury. Mniej skrępowani konwenansem, bardziej namiętni. Dziewczyna robi kolejną rundę po pokoju.

– To pańska żona? – pyta, zatrzymując się przed zdjęciem w ramce, które stoi na stoliku.

– Matka. Zdjęcie z młodości.

– Jest pan żonaty?

– Byłem. Dwa razy. Ale teraz nie jestem.

Nie mówi: teraz musi mi wystarczyć to, co się samo nawinie. Nie mówi: teraz muszą mi wystarczyć kurwy.

– Mogę panią poczęstować likierem?

Dziewczyna nie ma ochoty na likier, ale pozwala wlać sobie do kawy trochę whisky. Popija drobnymi łyczkami, a on pochyla się ku niej i dotyka jej policzka.

– Jest pani bardzo piękna – mówi. – Spróbuję panią namówić na małe szaleństwo. – Znowu jej dotyka. – Proszę zostać u mnie na noc.

Ona mierzy go niewzruszonym spojrzeniem znad krawędzi filiżanki.

– Dlaczego?

– Bo powinna pani.

– Dlaczego powinnam?

– Dlaczego? Dlatego, że uroda kobiety nie jest jej wyłączną własnością, lecz częścią bogactwa, które przynosi ona ze sobą na świat. Ma obowiązek dzielić się tym bogactwem.

Jego dłoń wciąż dotyka jej policzka. Dziewczyna nie odsuwa się, ale i nie ulega.

– A jeżeli już się nim dzielę? – pyta trochę jakby z zapartym tchem. Zawsze to jednak podnieca, kiedy jest się obiektem zalotów: podnieca, sprawia przyjemność.

– W takim razie powinna się pani dzielić szczodrzej.

Gładkie słowa, stare jak sama sztuka uwodzenia. Ale w tej akurat chwili on naprawdę w nie wierzy. Dziewczyna nie należy tylko do siebie. Piękno nie jest swoją wyłączną własnością.

– Od istot przecudnych łakniemy hojności – recytuje – iżby róża urody nigdy nie uwiędła.

Złe posunięcie. Jej uśmiech nie jest już figlarny i ruchliwy jak przed chwilą. Pentametr, którego kadencją niegdyś tak gładko sunęły wężowe słowa, teraz stwarza jedynie dystans. Mężczyzna przedzierzgnął się z powrotem w nauczyciela, dzierżawcę ksiąg, strażnika skarbów kultury. Dziewczyna odstawia filiżankę.

– Muszę już iść, ktoś na mnie czeka.

Chmury się rozwiały, świecą gwiazdy.

– Piękna noc – mówi on, otwierając kluczem ogrodową furtkę. Dziewczyna nie spogląda w górę. – Odprowadzić panią do domu?

– Nie.

– No to nie. Dobrej nocy. – Wyciąga ręce i obejmuje ją. Przez moment czuje na swoich żebrach dotyk jej drobnych piersi.

Potem dziewczyna wymyka mu się i znika.

I tu powinien sprawę zakończyć. Ale nie kończy. W niedzielę rano jedzie autem w stronę opustoszałego uniwersytetu i otwiera sobie drzwi dziekanatu. Z sekretarzyka wyjmuje kartę Melanie Isaacs i przepisuje dane osobiste: stałe miejsce zamieszkania, adres w Kapsztadzie, numer telefonu. Wykręca numer. W słuchawce rozlega się kobiecy głos.

– Melanie?

– Zaraz poproszę. Kto mówi?

– Proszę jej powiedzieć, że dzwoni David Lurie.

Melanie – melodia: fałszywy rym. Nie pasuje do niej to imię. Przenieść akcent. Melani: mroczna.

– Halo?

W tym jednym słowie słyszy całą jej niepewność. Za młoda. Nie będzie umiała z nim postępować; powinien dać jej odejść. Ale coś go opętało. Róża urody: wiersz trafia celnie jak strzała. Dziewczyna nie jest swoją własnością; on sam może też sobą nie włada.

– Myślałem, że może miałaby pani ochotę wybrać się ze mną na lunch – mówi. – Wstąpię po panią, powiedzmy, o dwunastej.

Ona ma jeszcze czas skłamać, wykręcić się. Ale zanadto jest skołowana i przepuszcza dogodną chwilę. Kiedy on przyjeżdża, dziewczyna czeka na chodniku przed blokiem, w którym mieszka. Ubrana jest w czarne legginsy i czarny sweter. Biodra ma szczupłe jak dwunastolatka. Zabiera ją nad Zatokę Hout, do portu. Podczas jazdy próbuje rozproszyć jej skrępowanie. Pyta ją, jakie jeszcze ma zajęcia na uczelni. Dziewczyna odpowiada, że gra w sztuce. To jedno z zadań dyplomowych. Próby pochłaniają mnóstwo czasu. W restauracji nie chce jej się jeść; ponuro patrzy na morze.

– Coś nie tak? Powie mi pani?

Dziewczyna kręci głową.

– Niepokoi panią to, co dzieje się między nami?

– Może.

– Niepotrzebnie. Zadbam o wszystko. Dopilnuję, żeby sprawy nie zaszły za daleko.

Za daleko. Co w ogóle znaczy „daleko”, co znaczy „za daleko” w takiej historii jak ta? Czy dziewczyna przykłada tę samą miarę, co on?

Zaczęło padać: płachty wody kołyszą się nad pustą zatoką.

– Idziemy? – pyta mężczyzna.

Wiezie ją do siebie. Na podłodze w salonie, przy dźwiękach deszczu grzechoczącego o szybę, kocha się z nią. Jej ciało jest wyraziste, nieskomplikowane, na swój sposób doskonałe; chociaż przez cały czas pozostaje bierna, jemu i tak jest dobrze; tak dobrze, że w szczytowym momencie osuwa się w bezbarwną nicość.

Przytomnieje, kiedy deszcz już nie pada. Dziewczyna leży pod nim z zamkniętymi oczami, z rękami bezwładnie rzuconymi za głowę, z lekko zmarszczonym czołem. On trzyma ręce pod jej szorstkim swetrem, na piersiach. Jej legginsy i majtki leżą splątane na podłodze; on ma spodnie spuszczone do kostek. „Po burzy” – myśli: scena prosto z George’a Grosza. Dziewczyna oswobadza się, odwracając twarz, zbiera swoje rzeczy i wychodzi z pokoju. Po kilku minutach wraca ubrana.

– Muszę już iść – szepcze.

On nie próbuje jej zatrzymać. Nazajutrz rano budzi się z uczuciem głębokiego błogostanu, który długo go nie opuszcza. Melanie nie pojawia się na zajęciach. On dzwoni ze swojego gabinetu do kwiaciarni. Róże? Może jednak nie. Zamawia goździki.

– Czerwone czy białe? – pyta kobieta. Czerwone? Białe?

– Proszę posłać dwanaście różowych – decyduje.

– Nie mam dwunastu różowych. Może posłać wszystkiego po trochu?

– Tak, niech będzie wszystkiego po trochu.

Przez cały wtorek pada deszcz z ciężkich chmur, które zachodni wiatr napędza nad miasto. Pod koniec dnia mężczyzna idzie przez halę Wydziału Komunikacji Społecznej i nagle spostrzega, że Melanie stoi w drzwiach, w zwartej grupie studentów czekających na przerwę w ulewie. Podchodzi do niej od tyłu i kładzie rękę na jej ramieniu.

– Zaczekaj tu na mnie – mówi. – Podwiozę cię do domu.

Po chwili wraca z parasolem. Kiedy idą przez plac ku parkingowi, przyciąga ją bliżej do siebie, żeby ją lepiej osłonić przed deszczem. Nagły poryw wiatru wywraca parasol na lewą stronę; niezgrabnie biegną razem do auta. Melanie ma na sobie żółty, śliski płaszcz nieprzemakalny; w samochodzie zdejmuje kaptur, odsłaniając zarumienioną twarz. Mężczyzna zauważa rytmiczne falowanie jej piersi. Dziewczyna zlizuje z górnej wargi kroplę deszczu. Przecież to jeszcze dziecko! – myśli on. – Zupełne dziecko! Co ja najlepszego wyprawiam? Ale jego sercem targa raptowna żądza. Na jezdni tłok, jak zwykle późnym popołudniem.

– Wczoraj tęskniłem za tobą – wyznaje mężczyzna. – Dobrze się czujesz?

Ona nie odpowiada, wpatrzona w wycieraczki.

Na czerwonym świetle mężczyzna ujmuje jej zimną dłoń.

– Melanie! – mówi, siląc się na lekki ton. Ale zapomniał już sztuki zalotów. Sam słyszy, że odezwał się kojącym tonem ojca, a nie kochanka.

Hamuje przed jej blokiem.

– Dziękuję – mówi dziewczyna, otwierając drzwiczki.

– Nie zaprosisz mnie do siebie?

– Moja kuzynka jest chyba w domu.

– A wieczorem?

– Mam próbę.

– No to kiedy cię zobaczę?

Dziewczyna nie odpowiada.

– Dziękuję – powtarza i zaraz wyślizguje się z auta.

W środę przychodzi na zajęcia i siada tam, gdzie zawsze. Dalej przerabiają Wordswortha, księgę szóstą Preludium: poeta w Alpach.

– Z nagiej grani – głośno czyta profesor – raz pierwszy ujrzeliśmy z chmur Rozpowity wierzchołek Mont Blanc, i zdjął nas żal, Że widok bezduszny bije w oczy, przytłacza Żywą myśl, ruguje ją bezpowrotnie.

– No właśnie. Majestatyczna biała góra, Mont Blanc, w końcu rozczarowuje. Czemu? Zacznijmy od niezwykłego określenia „rozpowity”. Czy ktoś może sprawdził je w słowniku?

Cisza.

– Gdybyście sprawdzili, dowiedzielibyście się, że imiesłów ten pochodzi od bezokolicznika „rozpowić”, „rozpowinąć”, który – jako przeciwieństwo czasownika „spowić”, „spowinąć” – znaczy „odsłonić”, „uwolnić od czegoś, co krępuje lub zasłania”. Rozpowijanie kończy się rozpowiciem, czyli „rozpowity” to forma dokonana… A zatem chmury rozwiały się, powiada Wordsworth. Ukazał się wierzchołek góry, a my na jego widok czujemy nagły żal. Dziwna reakcja u kogoś, kto wybrał się w Alpy. Skąd ten żal? Stąd, mówi poeta, że bezduszny obraz, czysto fizyczne zjawisko na siatkówce, wdarło się na miejsce czegoś, co dotychczas było żywą myślą. Jaką mianowicie? Znowu cisza. Nawet powietrze, w którym rozchodzą się jego słowa, wisi obojętną płachtą. Człowiek wpatrzony w górski szczyt: po co tyle w tym komplikacji? – mają ochotę spytać niezadowoleni słuchacze. Jaką może dać im odpowiedź? Co powiedział Melanie pierwszego wieczoru? Że bez błysku objawienia nic się nie zdarzy. Gdzież jest w tej sali błysk objawienia? Rzuca na nią szybkie spojrzenie. Siedzi ze spuszczoną głową, pochłonięta tekstem – tak się przynajmniej wydaje.

– Zwróćmy też uwagę na słowo „rugować”. Powtarza się ono kilka wersów niżej. Rugowanie to jeden z głębszych wątków w sekwencji alpejskiej. Wielkie archetypy umysłu, czyste idee, ustępują najzwyklejszym, zmysłowym obrazom, które uzurpują sobie prawo do ich miejsca… Ale na co dzień nie możemy przecież żyć w sferze czystych idei, oddzieleni jakby kokonem od doznań zmysłowych. W tej chwili nie pytamy o to, jak można zachować czystość wyobraźni, uchronić ją przed naporem rzeczywistości. Musimy zadać sobie pytanie, czy potrafimy znaleźć sposób, żeby obie te sfery mogły współistnieć… Spójrzcie na wers pięćset dziewięćdziesiąty dziewiąty. Wordsworth opisze o granicach postrzegania zmysłowego. Już wcześniej poruszaliśmy ten temat. Kiedy narządy zmysłów osiągają szczyt swoich możliwości, ich światło zaczyna gasnąć. Lecz w chwili gaśnięcia po raz ostatni rozbłyskuje jak strzelający wzwyż płomień świecy, pozwalając nam ujrzeć w przelocie to, co niewidzialne. To trudny fragment; można by go nawet uznać za sprzeczny z tym o Mont Blanc. Wydaje się jednak, że Wordsworth jak gdyby po omacku próbuje znaleźć równowagę: nie chodzi mu ani o czystą, spowitą chmurami ideę, ani o ściśle wizualny, wypalony na siatkówce efekt, który przytłacza nas i rozczarowuje swoją banalną wyrazistością. Poeta szuka obrazu zmysłowego, możliwie najbardziej ulotnego, żeby za jego pomocą poruszyć czy też zbudzić do życia ideę głębiej pogrzebaną w glebie pamięci. Przerywa. Tępe niezrozumienie. Zanadto wyrwał do przodu. I za szybko. Jak ich w to wciągnąć? I jak wciągnąć dziewczynę?

– To tak, jak z zakochaniem – mówi. – Gdybyście byli ślepi, w ogóle nie bardzo byście mogli się zakochać. Ale czy naprawdę chcecie widzieć kochaną osobę z całą tą zimną wyrazistością, na jaką pozwalają narządy wzroku? Może lepiej będzie dla was samych, jeśli spojrzycie przez woal, żeby ocalić archetypową, boską postać ukochanej. Trudno byłoby doszukać się czegoś takiego u Wordswortha, ale w ten sposób zdołał ich przynajmniej obudzić. Archetypy? – zastanawiają się. Boginie? Co on wygaduje? Co ten stary facet w ogóle wie o miłości? Powraca falą wspomnienie – ta chwila na podłodze, kiedy podciągnął jej sweter, odsłaniając idealnie zgrabne, drobne piersi. Dziewczyna po raz pierwszy od początku zajęć podnosi głowę; spotykają się wzrokiem i Melanie natychmiast dostrzega całą prawdę. Spuszcza oczy, zmieszana. – Wordsworth pisze o Alpach – ciągnie profesor. – U nas w kraju nie ma co prawda Alp, ale jakąś ich namiastką mogą być Góry Smocze czy – w mniejszej skali – Table Mountain. Wspinamy się na nie śladem poetów, z nadzieją, że uda nam się przeżyć chwilę objawienia, taką jak u Wordswortha, jedną z tych, o których wszyscy słyszeliśmy. – Teraz już tylko gada, byle zatrzeć ślady. – Ale chwile takie nie zdarzą się, jeśli jednym okiem nie spojrzymy ku wielkim archetypom wyobraźni, które nosimy w sobie. Dosyć! Robi mu się niedobrze na dźwięk własnego głosu. Współczuje dziewczynie, że musiała wysłuchiwać tych ukradkowych poufałości. Odprawia studentów, a potem zwleka, w nadziei, że uda mu się zamienić parę słów z Melanie. Ale ona wymyka się wraz z resztą grupy. Zaledwie tydzień temu była tylko jedną z paru ładnych twarzy na sali. A teraz zagościła w jego świecie jako żywa obecność. Widownia sali teatralnej zrzeszenia studentów pogrążona jest w ciemności. Mężczyzna niepostrzeżenie siada w ostatnim rzędzie. Byłby jedynym widzem, gdyby parę rzędów przed nim nie siedział łysiejący facet w mundurze woźnego. Zachód słońca w Globe Salon – tak brzmi tytuł sztuki, którą właśnie próbują. Jest to satyra na nowe stosunki w Afryce Południowej. Akcja toczy się w salonie fryzjerskim w Hillbrow, dzielnicy Johannesburga. Na scenie fryzjer w ostentacyjnie homoseksualnym typie obsługuje dwóch klientów: czarnego i białego. Wszyscy trzej gadają o niczym, żartują i obrzucają się zniewagami. Całość wydaje się podporządkowana regule katharsis – wszystkie stare, prostackie przesądy wydobywa się na światło dzienne i spłukuje gejzerami śmiechu. Na scenę wchodzi czwarta postać – dziewczyna w butach na koturnach, z włosami uczesanymi w kaskady kędziorów.

– Siadaj, skarbie, za momencik się tobą zajmę – mówi fryzjer.

– Ja w sprawie pracy – odpowiada dziewczyna. – Pan dał ogłoszenie.

Mówi z rażącym akcentem Kaaps – gra ją Melanie.

– Ach, no to weź miotłę i pokaż, co umiesz – fryzjer na to.

Dziewczyna spełnia polecenie i już po chwili chwiejnym krokiem krąży wśród dekoracji, pchając przed sobą miotłę, która w końcu zaplątuje się w jakiś kabel. Scenariusz przewiduje w tym miejscu raptowny błysk, a potem wrzaski i bieganinę, ale nie udaje się tego wszystkiego zsynchronizować. Na scenę wkracza reżyserka, a za nią młody człowiek w ubraniu z czarnej skóry, który zaczyna dłubać przy gniazdku w ścianie.

– Grajcie to z większą ikrą – mówi reżyserka. – Bardziej w klimacie braci Marx – zwraca się do Melanie. – Rozumiesz? – pyta.

Melanie kiwa głową. Woźny wstaje i z ciężkim westchnieniem wychodzi z sali. Profesor też powinien wyjść. Jest w tym coś niegodnego, że tak siedzi w ciemnościach i podgląda dziewczynę (słowo „lubieżnik” nasuwa mu się samo, nieproszone). Ale przecież ci starcy, do których grona zapewne niedługo dołączy – włóczędzy i rozbitkowie w poplamionych płaszczach, z popękanymi sztucznymi zębami i wyrastającymi z uszu włosami – też byli niegdyś bożymi dziećmi, zgrabnymi, przejrzystookimi. Czy można mieć im za złe, że do ostatniej chwili czepiają się swojego miejsca na słodkiej uczcie zmysłów?

Na scenie znów trwa próba. Melanie pcha przed sobą miotłę. Huk, błysk, zaniepokojone wrzaski.

– To nie moja wina – piszczy Melanie. – My gats, dlaczego zawsze wszystko na mnie zwalają?

A on po cichu wstaje i w ślad za woźnym wychodzi w ciemność na dworze.

Nazajutrz o czwartej po południu przychodzi do niej do domu. Melanie otwiera drzwi, ubrana w zmiętą bawełnianą koszulkę, szorty do jazdy na rowerze i kapcie w kształcie komiksowych wiewiórek, jego zdaniem idiotyczne, niegustowne. Nie uprzedził jej, że przyjdzie; jest zbyt zaskoczona, żeby stawić opór intruzowi, natrętowi. Kiedy ją bierze w ramiona, ręce zginają jej się jak marionetce. Słowa ciężkie jak maczugi bębnią w delikatny labirynt ucha.

– Nie, nie teraz! – mówi Melanie, usiłując się wyrwać. – Kuzynka niedługo wróci!

Ale jego nic nie może powstrzymać. Niesie ją do sypialni, strąca z jej stóp absurdalne kapcie i całuje bose stopy, zdumiony uczuciami, które dziewczyna w nim budzi. To chyba sprawka tej scenicznej zjawy – wszystko przez tę perukę, merdający tyłek, prostacką mowę. Dziwna miłość! A jednak ta strzała pochodzi z kołczanu Afrodyty, bogini spienionych fal, bez wątpienia. Dziewczyna nie stawia oporu. Tylko się odwraca: ukrywa usta, oczy. Daje się położyć na łóżku i rozebrać, nawet mu to ułatwia, podnosząc ręce, a potem biodra. Przenikają ją chłodne dreszcze; gdy zostaje naga, natychmiast zaszywa się pod pikowaną kołdrę – jak kret w swoim tunelu – i obraca się tyłem do mężczyzny. Nie jest to gwałt, niezupełnie, ale jednak coś niepożądanego, przed czym dziewczyna wzdraga się aż do szpiku kości. Tak jakby postanowiła odrętwieć, umrzeć w sobie na czas trwania aktu, niczym królik, któremu lis zaciska szczęki na karku. W ten sposób wszystko, co zostanie jej wyrządzone, odbędzie się – rzec by można – gdzieś daleko.

– Lada chwila wróci Pauline – mówi po fakcie. – Proszę cię. Musisz już iść.

On posłusznie wychodzi, ale kiedy wsiada do auta, ogarnia go takie tępe przygnębienie, że przez chwilę siedzi za kierownicą zupełnie oklapnięty, sparaliżowany.

Pomyłka, wielka pomyłka. Jest pewien, że Melanie dokładnie w tej samej chwili usiłuje obmyć się z tej pomyłki, z niego. Widzi, jak dziewczyna odkręca kran i wchodzi do wanny, z zamkniętymi oczami, niby lunatyczka. Sam też chętnie zanurzyłby się w kąpieli. Kobieta z klocowatymi nogami, ubrana w rozsądny kostium, mija go i wchodzi do domu. Czy to kuzynka Pauline? Współlokatorka, której dezaprobaty Melanie tak się obawia? Mężczyzna wyrywa się z odrętwienia i odjeżdża.

Nazajutrz Melanie nie przychodzi na ćwiczenia. Źle się składa, bo akurat mija połowa semestru i tego dnia studenci piszą kolokwium. Wypełniając potem arkusz ocen, profesor zaznacza, że dziewczyna była obecna i zaliczyła test na siedemdziesiąt. U dołu strony pisze ołówkiem dla własnej pamięci: „ocena tymczasowa”. Siedemdziesiąt: wynik niezdecydowany – ani dobry, ani zły. Melanie nie pojawia się przez cały następny tydzień. On raz po raz do niej telefonuje, ale nikt nie odbiera. Za to w niedzielę o północy – dzwonek do drzwi. To Melanie, ubrana na czarno od stóp do głów, w czarnej wełnianej czapeczce. Twarz ma napiętą; mężczyzna zbroi się w odwagę – spodziewa się gniewnych słów, gwałtownej sceny. Ale nic takiego nie następuje. Wręcz przeciwnie: to Melanie jest zakłopotana.

– Mogę tu dzisiaj przenocować? – pyta szeptem, unikając jego wzroku.

– Oczywiście, oczywiście – odpowiada, czując falę ulgi.

Wyciąga ręce i obejmuje dziewczynę, przyciskając ją do piersi. Jest sztywna i zimna.

– Chodź, zrobię ci herbatę.

– Nie, nie chcę herbaty ani nic. Jestem wykończona, chcę się tylko gdzieś walnąć.

Ściele jej łóżko w dawnym pokoju córki, całuje ją na dobranoc. I zostawia samą. Kiedy wraca do niej pół godziny później, śpi jak zabita, w ubraniu. Delikatnie zdejmuje jej buty i przykrywa ją. O siódmej rano, gdy zaczynają ćwierkać pierwsze ptaki, puka do jej drzwi. Już się obudziła i leży z prześcieradłem podciągniętym pod brodę. Wygląda mizernie.

– Jak się czujesz? – pyta on.

Wzruszenie ramion.

– Coś się stało? Chcesz porozmawiać?

Ona bez słowa kręci głową.

Mężczyzna siada na łóżku i przyciąga ją do siebie. W jego objęciach dziewczyna zaczyna żałośnie chlipać. On mimo to czuje mrowienie żądzy.

– No, no – szepcze pocieszająco. – Powiedz mi, co się stało. – Prawie jakby mówił: „Powiedz tatusiowi”.

Ona opanowuje się i usiłuje coś wykrztusić, ale ma zatkany nos. On podaje jej chusteczkę. – Mogę tu trochę zostać? – pyta dziewczyna.

– Zostać? – powtarza on z czujnością w głosie. Przestała płakać, lecz nadal wstrząsają nią przeciągłe, rozpaczliwe dreszcze. – Myślisz, że to dobry pomysł?

Dziewczyna nie mówi, czy to dobry pomysł, tylko mocniej przytula się do mężczyzny, wciskając w jego brzuch ciepłą twarz. Prześcieradło zsuwa się: Melanie nie ma na sobie nic prócz majtek i podkoszulka bez rękawów. Czy ona aby na pewno wie, co w tej chwili robi? Kiedy zaczepił ją pierwszy raz, w ogrodzie uniwersyteckim, wyobrażał sobie, że będzie to przelotny romans – szybki wskok, szybki wyskok. A teraz ma ją u siebie w domu, a za nią ciągnie się całe mnóstwo komplikacji. W co ona właściwie gra? Trzeba mieć się na baczności, to jasne. Ale cóż – od samego początku powinien był się strzec. Wyciąga się obok niej na łóżku. Ostatnia na świecie rzecz, jakiej mu potrzeba, to wspólne mieszkanie z Melanie Isaacs. Ale w tej chwili upaja go myśl, że dziewczyna co noc będzie na miejscu, co noc będzie mógł wśliznąć się do jej łóżka, tak jak teraz, wśliznąć się w nią. Ludzie się dowiedzą, bo zawsze w końcu się dowiadują; zaczną szeptać, może nawet wybuchnie skandal. No i co z tego? Płomień zmysłów ostatni raz strzeli w górę, zanim zgaśnie. Odwija przykrycie, wyciąga rękę i głaszcze dziewczynę po piersiach, po pośladkach.

– No pewnie, że możesz zostać – mruczy. – No pewnie.

Przez dwie pary drzwi słychać, że w jego sypialni dzwoni budzik. Melanie odwraca się tyłem i naciąga sobie prześcieradło na ramiona.

– Wychodzę – mówi mężczyzna. – Niedługo mam zajęcia. Spróbuj się jeszcze przespać. Wrócę w południe, to pogadamy.

Głaszcze ją po włosach, całuje w czoło. Kochankę? Córkę? Kim ona w głębi duszy stara się dla niego być? Co mu ofiarowuje?

Wróciwszy w południe, zastaje ją w kuchni: dziewczyna siedzi przy stole, je grzankę z miodem i pije herbatę. Wydaje się zupełnie zadomowiona.

– No – mówi on. – Dużo lepiej wyglądasz.

– Spałam jeszcze po twoim wyjściu.

– Powiesz mi wreszcie, o co chodzi?

Ona unika jego spojrzenia.

– Nie teraz – mówi. – Muszę iść, już jestem spóźniona. Następnym razem ci wytłumaczę.

– A kiedy będzie następny raz? – Wieczorem, po próbie. Dobrze?

– Tak.

Dziewczyna wstaje, zanosi filiżankę i talerz do zlewu (ale ich nie myje) i odwraca się przodem do mężczyzny.

– Na pewno nie masz nic przeciwko temu?

– Na pewno.

– Chciałam powiedzieć… wiem, naopuszczałam mnóstwo ćwiczeń, ale próby zabierają tyle czasu, że na nic więcej mi nie starcza.

– Rozumiem. Mówisz, że praca nad sztuka jest dla ciebie ważniejsza. Byłoby trochę lepiej, gdybyś mi to wcześniej wytłumaczyła. Przyjdziesz jutro na zajęcia?

– Tak. Obiecuję.

Obiecuje, ale wiadomo, że nie sposób będzie od niej wyegzekwować dotrzymanie tej obietnicy. Jest rozdrażniony, zirytowany. Dziewczyna źle się zachowuje, za dużo sobie pozwala; uczy się wyzyskiwać go i później też będzie go wyzyskiwała. Ale jeśli pozwoliła sobie na wiele, on pozwolił sobie na więcej; jeśli ona źle się zachowuje, on zachował się jeszcze gorzej. W ich związku – jeśli w ogóle można to nazwać związkiem – on prowadzi, a ona podąża za nim. Powinien o tym pamiętać.

Kocha się z nią jeszcze jeden raz, na łóżku w pokoju córki. Jest mu dobrze, tak dobrze, jak za pierwszym razem; zaczyna poznawać dynamikę jej ciała. Dziewczyna jest szybka i chciwa doznań. Jeśli dotąd nie wyczuł u niej w pełni rozwiniętego apetytu na seks, to tylko dlatego, że jest jeszcze młoda. Szczególnie zapamiętał, jak zahaczyła zgiętą nogą o jego pośladki, żeby go głębiej w siebie wciągnąć: poczuł, że napięte ścięgno po wewnętrznej stronie jej uda napina się, i zalała go fala radości i pożądania. Kto wie, myśli: może mimo wszystko jest jednak jakaś przyszłość.

– Często to robisz? – pyta potem dziewczyna.

– Co?

– Czy często sypiasz ze swoimi studentkami. Spałeś z Amandą? Nie odpowiada. Amanda to studentka z tej samej grupy, krucha blondynka. Ani trochę go nie interesuje.

– Dlaczego się rozwiodłeś?

– Rozwodziłem się dwa razy. Dwa małżeństwa i dwa rozwody.

– Co się stało z twoją pierwszą żoną?

– Długa historia. Kiedy indziej ci opowiem.

– Masz ich zdjęcia?

– Nie kolekcjonuję zdjęć. Nie kolekcjonuję kobiet.

– A mnie nie wziąłeś do swojej kolekcji?

– Nie. Oczywiście, że nie.

Dziewczyna wstaje i chodząc po pokoju, zbiera części garderoby, bez śladu zażenowania, jakby była sama. Przywykł do kobiet, które ubierają się i rozbierają z większym skrępowaniem. Ale kobiety, do których przywykł, nie są takie młode, tak idealnie zbudowane. Po południu tego samego dnia ktoś puka do drzwi jego gabinetu. Wchodzi jakiś młody człowiek, którego profesor nigdy przedtem nie widział. Siada nieproszony i rozgląda się po pokoju, z uznaniem kiwając głową na widok półek z książkami. Jest wysoki i żylasty; ma rzadką kozią bródkę i kolczyk w uchu; ubrany jest w czarną skórzaną kurtkę i takież spodnie. Sprawia wrażenie starszego niż większość studentów; wygląda na to, że będą z nim kłopoty.

– Więc to pan jest ten profesor – mówi. – Profesor David. Melanie opowiadała mi o panu.

– Coś takiego, i co na przykład panu powiedziała?

– Że ją pan rżnie.

Długa chwila milczenia. No to jesteśmy w domu, myśli mężczyzna. Powinienem był przewidzieć – za taką dziewczyną muszą się wlec jakieś przyległości.

– Kim pan jest? – pyta.

Gość ignoruje pytanie.

– Taki niby z pana spryciarz – ciągnie. – Rasowy kobieciarz. Dalej będzie pan miał taką sprytną minę, jak pańska żona się dowie, co pan namącił?

– Dosyć. Czego pan chce?

– Nie pan mi będzie mówił, co jest dosyć. – Słowa padają teraz szybciej, z pośpiechem i pogróżką. – I niech się panu nie zdaje, że może pan tak sobie włazić w cudze życie, a potem się z niego wynieść, kiedy panu wygodnie. Światło tańczy w czarnych oczach intruza, który pochyla się i zamaszystym ruchem obu rąk zmiata z biurka papiery, aż fruną w powietrzu. Profesor wstaje.

– Dosyć tego! Pora, żeby pan stąd sobie poszedł!

– Pora, żeby pan stąd sobie poszedł! – przedrzeźnia go chłopak. – Dobra. – Wstaje i spacerkiem idzie w stronę drzwi. – Do widzenia, profesorze Szlaja! Jeszcze pan zobaczy!

Potem wychodzi.

Rozrabiaka, myśli mężczyzna. W życie Melanie uwikłany jest rozrabiaka, więc teraz i ja wplątałem się w układ z tym jej rozrabiaką! Żołądek mu się burzy.

Chociaż czuwa do późna, dziewczyna nie przychodzi. Za to ktoś demoluje mu zaparkowany na ulicy samochód: dziurawi opony, wstrzykuje klej w zamki, zakleja przednią szybę gazetą, rysuje lakier. Zamki trzeba wymienić; w sumie kosztuje to aż sześćset randów.

– Domyśla się pan, czyja to sprawka? – pyta ślusarz.

– Nie mam pojęcia – pada zwięzła odpowiedź.

Po tym coup de main Melanie trzyma się z dala od niego. Nie dziwi go to: co prawda najadł się wstydu, ale ona też. Lecz w poniedziałek dziewczyna znowu przychodzi na zajęcia. Obok niej, rozparty na krześle, z rękami w kieszeniach, z wyzywającą swobodą rozsiadł się ten w czarnej skórze, jej chłopak. Zwykle w sali rozbrzmiewa szmer rozmów. Dziś wszyscy milczą. Profesorowi nie wydaje się prawdopodobne, żeby wiedzieli, co się święci, ale wyraźnie czekają, co zrobi z intruzem. No właśnie, co z nim zrobi? Widocznie zdemolowanie auta nie wystarczyło. Widocznie należy się spodziewać dalszych odcinków serialu. Co może w tej sytuacji zrobić? Zacisnąć zęby i płacić. Cóż innego mu pozostaje?

– Wracamy do Byrona – mówi, zagłębiając się w notatkach. – Jak dowiedzieliśmy się w zeszłym tygodniu, zła sława i skandal wpłynęły nie tylko na życie poety, lecz i na odbiór jego twórczości. Byronowi jako człowiekowi przypisywano cechy postaci, które stworzył – Harolda, Manfreda, a nawet Don Juana.

Skandal. Szkoda, że trafił mu się akurat ten temat, ale w obecnym stanie ducha nie zdoła nic innego zaimprowizować. Zerka ukradkiem na Melanie. Dziewczyna zazwyczaj pilnie notuje. Ale dziś tylko się garbi nad książką, mizerna i wyczerpana. Mimo woli robi mu się jej żal. Biedna ptaszynka, myśli. A przecież tuliłem ją do piersi! Kazał studentom przeczytać Larę. Sam też przygotował notatki na temat Lary. Nie sposób uniknąć omawiania tego poematu. Czyta na głos:

Obcy byt w ziemskim świecie, żądnym tlenu, Duch błędny, strącony spośród sfer lumenu; Twór mrocznych rojeń, onże sam kształtował Obierze, z których trafem się ratował.

– Kto mi skomentuje ten fragment? Co to za „błędny duch”? Czemu nazywa siebie „tworem”? Z jakiego pochodzi świata?

Dawno przestał go dziwić bezmiar ignorancji studentów: to posthistoryczni, postalfabetyczni postchrześcijanie, całkiem jakby dopiero wczoraj wykluli się z jaj. Nie oczekuje więc, że będą cokolwiek wiedzieli o upadłych aniołach ani o tekstach źródłowych, w których Byron mógł czytać o tych błędnych duchach. Spodziewa się, że w najlepszej wierze rzucą szereg hipotez, a on przy odrobinie szczęścia zdoła może stopniowo naprowadzić ich na tę właściwą. Dziś jednak odpowiada mu cisza, sumienne milczenie, wyraźnie skupione wokół intruza. Nie odezwą się. Nie podejmą gry profesora, póki intruz wśród nich siedzi, sądzi i szydzi.

– To Lucyfer – mówi profesor. – Anioł strącony z niebios. O życiu aniołów niewiele nam wiadomo, ale mamy prawo mniemać, że obchodzą się bez tlenu. Lucyfer, mroczny anioł, w swoich ojczystych rejonach nie potrzebuje oddychać. I oto nagle spada w ten nasz obcy świat, świat „żądny tlenu”. „Błędny”: taki, co wybiera własną drogę, żyje niebezpiecznie, a nawet sam stwarza dla siebie niebezpieczne sytuacje. Czytajmy dalej. Chłopak ani razu nie zajrzał do tekstu. Z uśmieszkiem, w którym można się dopatrzyć leciuteńkiego oszołomienia, słucha, co mówi profesor.

Potrafił nieraz Siebie się wyrzec, aby innych wspierać, Nie litość go jednak wiodła ni sumienie, Lecz myśli jakieś dziwne zwyrodnienie Kazało mu, podobne zwykłej dumie, Czynić, czego nikt lub mało kto umie; I za tymże impulsem w pokus chwilach, Duch jego takoż ku złu się nachylał.

– No więc jaką istotą jest Lucyfer?

Studenci z pewnością zdążyli już wyczuć prąd przepływający między profesorem a chłopakiem. Ostatnie pytanie skierowane jest właśnie do niego – wyłącznie do niego – a on, jak wyrwany ze snu, z powrotem powołany do życia, odpowiada:

– Lucyfer robi, co chce. Wszystko mu jedno – dobrze czy źle. Robi to, i już.

– No właśnie. Robi, co chce, nie odróżniając dobra od zła. Nie kieruje się pryncypiami, tylko impulsami, a źródło tych impulsów dla niego samego pozostaje ukryte. Przeczytajcie kilka wersów niżej: „Szał jego nie z głowy, lecz z serca pochodził”. Szalone serce. Czym ono jest? Zbyt wiele wymaga. Widzi, że chłopak chciałby bardziej wysilić intuicję. Chciałby pokazać, że zna się nie tylko na motocyklach i szpanerskich ciuchach. I może istotnie wie coś więcej. Może istotnie przeczuwa, co to znaczy mieć szalone serce. Ale tu, w sali uniwersyteckiej, wobec tylu obcych, nie nasuwają mu się odpowiednie słowa. Przecząco kręci głową.

– Mniejsza o to. Zauważcie, że autor nie oczekuje, że potępimy tę istotę o szalonym sercu, napiętnowaną jakąś zasadniczą skazą. Wręcz przeciwnie, prosi dla niej o zrozumienie i współczucie. Istnieją jednak pewne granice współczucia. Choć bowiem Lucyfer żyje między nami, nie jest jednym z nas. Jest dokładnie tym, za kogo się podaje: tworem, potworem. Byron w końcu zasugeruje, że Lucyfera nie sposób pokochać, a przynajmniej nie w głębszym, bardziej ludzkim tego słowa znaczeniu. Będzie on skazany na samotność. Z pochylonymi głowami notują, co powiedział. Byron, Lucyfer, Kain – to dla nich wszystko jedno. Kończą omawiać poemat. Profesor zadaje na następny raz pierwsze pieśni Don Juana i przerywa zajęcia przed czasem. Ponad głowami studentów woła:

– Melanie, mogę z tobą zamienić parę słów?

Staje przed nim ze ściągniętą twarzą, zmęczona. A on znowu się nad nią lituje. Gdyby byli sami, objąłby ją, spróbował pocieszyć. Powiedziałby: moja gołąbeczko. Ale pyta tylko:

– Porozmawiamy u mnie w gabinecie?

Prowadzi ją schodami na górę do gabinetu, a za nimi wlecze się jej chłopak.

– Zaczekaj tu – mówi Melanie do chłopaka, zamykając mu drzwi przed nosem.

Siada naprzeciw mężczyzny i zwiesza głowę.

– Moja droga – zaczyna profesor. – Wiem, że przeżywasz ciężkie chwile, i nie chcę ci jeszcze bardziej zatruwać życia. Ale muszę z tobą pomówić jako twój nauczyciel. Mam zobowiązania wobec swoich studentów, wobec wszystkich bez wyjątku. Co twój przyjaciel robi poza terenem uczelni, to jego sprawa. Ale nie mogę pozwolić, żeby burzył porządek moich zajęć. Powtórz mu to ode mnie. A ty sama będziesz musiała więcej czasu poświęcać nauce. I częściej przychodzić na ćwiczenia. I zaliczyć to kolokwium, które opuściłaś. Dziewczyna patrzy na niego zdumiona, wręcz zaszokowana, jakby mówiła: Odgrodziłeś mnie od wszystkich. Obarczyłeś mnie swoim własnym sekretem. Nie jestem już tylko studentką, jedną z wielu. Jak możesz do mnie mówić tym tonem? Kiedy wreszcie się odzywa, jej głos jest tak przygaszony, że ledwie go słychać.

– Nie mogę zaliczyć kolokwium, nie przeczytałam lektur. To, co chciałby powiedzieć, nie nadaje się do powiedzenia, przyzwoitość nie pozwala. Może najwyżej zrobić aluzję, z nadzieją, że dziewczyna zrozumie.

– Po prostu przyjdź napisać kolokwium, Melanie, tak jak wszyscy. Nie szkodzi, że nie jesteś przygotowana. Grunt, żeby to załatwić. Ustalmy termin. Może w poniedziałek, w czasie przerwy na lunch? Przez weekend zdążysz nadrobić zaległości w lekturach.

Dziewczyna spogląda mu w oczy wyzywająco, z zadartym podbródkiem. Albo nie zrozumiała, albo nie chce skorzystać z szansy.

– W poniedziałek, tu, u mnie w gabinecie – powtarza mężczyzna.

Ona wstaje i zarzuca torbę na ramię.

– Melanie, są sprawy, za które jestem odpowiedzialny. Przynajmniej zamarkuj to zaliczenie. Nie komplikuj sytuacji bardziej, niż to konieczne.

Odpowiedzialny: dziewczyna nie raczy skomentować tego słowa. Wieczorem wraca autem z koncertu i zatrzymuje się na światłach. Z warkotem mija go motocykl, srebrzysty Ducati, na którym jadą dwie postaci w czerni. Oboje mają na głowach hełmy, ale on i tak ich poznaje. Melanie siedzi na tylnym siodełku, z szeroko rozstawionymi kolanami, z wypiętymi pośladkami. Przebiega go szybki dreszcz pożądania. Byłem tam! – myśli. Zaraz potem motocykl wyrywa do przodu, unosząc ją w dal.

W poniedziałek dziewczyna nie stawia się na kolokwium. On natomiast znajduje w skrzynce pocztowej rezygnację na oficjalnym formularzu: Studentka 771010 ISAM pani M. Isaacs zrezygnowała z kursu COM 312 ze skutkiem natychmiastowym.

Zaledwie godzinę później odbiera u siebie w gabinecie telefon:

– Profesor Lurie? Ma pan czas chwilę porozmawiać? Nazywam się Isaacs, dzwonię z George. Moja córka chodzi do pana na zajęcia. Wie pan, Melanie.

– Tak, wiem.

– Panie profesorze, może pan zdoła nam jakoś pomóc. Melanie była taką dobrą studentką, a teraz mówi, że rzuci studia. Dla nas to straszny szok.

– Nie bardzo rozumiem.

– Chce rzucić studia i iść do pracy. A przecież szkoda trzy lata studiować z tak świetnymi wynikami, żeby potem odpaść przed samym końcem. Pozwolę sobie spytać, panie profesorze, czy nie mógłby pan z nią porozmawiać, trochę przemówić jej do rozsądku?

– A czy pan sam już rozmawiał z Melanie? Wie pan, co kryje się za tą jej decyzją?

– Oboje z żoną cały weekend przegadaliśmy z nią przez telefon, ale nie możemy od niej wydobyć nic sensownego. Gra w sztuce i jest w to bardzo zaangażowana, więc może się po prostu przepracowała, nie wytrzymała stresu. Zawsze tak się wszystkim przejmuje, panie profesorze, z natury taka już jest, że się angażuje. Ale jeśli pan z nią porozmawia, może uda się panu ją namówić, żeby się jeszcze zastanowiła. Ona tak pana szanuje. Nie chcemy, żeby tych kilka lat wyrzuciła do kosza.

A zatem Melanie – Melani, która nosi tanią biżuterię z Oriental Plaza i nie docenia Wordswortha, wszystkim się przejmuje. Nigdy by nie zgadł. Czego jeszcze nie odgadł z rzeczy, które jej dotyczą?

– Nie jestem pewien, panie Isaacs, czy to właśnie ja powinienem z nią porozmawiać.

– Na pewno właśnie pan, profesorze, tylko pan! Mówię panu, Melanie bardzo pana szanuje.

Szanuje? Nie jest pan na bieżąco, panie Isaacs. Pańska córka już dobrych parę tygodni temu straciła dla mnie szacunek, i nie bez powodu. Oto, jak powinien odpowiedzieć. Ale oświadcza tylko:

– Zobaczę, co uda mi się zdziałać.

Tak łatwo się nie wymigasz, mówi sobie potem. Isaacs, ojciec w dalekim George, też nie zapomni tej rozmowy, pełnej kłamstw i uników. Zobaczę, co uda mi się zdziałać. Czemu nie wyznał prawdy? To ja jestem zakałą, powinien był powiedzieć. Jak mogę wam pomóc, skoro sam jestem sprawcą waszego nieszczęścia?

Dzwoni do mieszkania Melanie i trafia na jej kuzynkę Pauline. Melanie jest nieosiągalna, lodowatym tonem oznajmia Pauline.

– Co to znaczy: „nieosiągalna”?

– To znaczy, że nie chce z panem rozmawiać.

– Proszę jej powiedzieć, że dzwonię w związku z jej rezygnacją ze studiów. Proszę powiedzieć, że podjęła bardzo pochopną decyzję.

Środowe zajęcia to zupełna klapa. W piątek idzie jeszcze gorzej. Słaba frekwencja; przychodzą tylko najpotulniejsi studenci, bierne owieczki. Nasuwa się tylko jedno wytłumaczenie: wszystko się wydało. W dziekanacie za jego plecami ktoś nagle pyta:

– Gdzie mogę znaleźć profesora Lurie?

– To ja – odpowiada bez namysłu.

Mężczyzna, który go zagadnął, jest drobny, chudy, zgarbiony. Ma na sobie za duży, granatowy garnitur i czuć od niego papierosami.

– Profesor Lurie? Rozmawialiśmy przez telefon. Nazywam się Isaacs.

– Tak. Dzień dobry. Może pójdziemy do mojego gabinetu?

– Nie ma potrzeby. – Tamten milknie na chwilę, zbiera się w sobie, robi głęboki wdech. – Panie profesorze – zaczyna, akcentując tytuł rozmówcy. – Może i jest pan strasznie wykształcony i tak dalej, ale postąpił pan źle. – Przerywa i kręci głową. – Źle.

Obie sekretarki nie kryją zaciekawienia. W dziekanacie jest też kilkoro studentów; wszyscy milkną, gdy intruz podnosi głos:

– Powierzamy wam nasze dzieci, bo wydaje nam się, że zasługujecie na zaufanie. Jeżeli nie możemy ufać uniwersytetowi, no to komu? Nigdy byśmy nie pomyśleli, że posyłamy córkę prosto w gniazdo żmij. Nie, profesorze Lurie, może pan i jest ważną figurą z całym mnóstwem tytułów naukowych, ale na pańskim miejscu bardzo bym się wstydził, Bóg mi świadkiem. Jeżeli pomyliłem adresy, ma pan teraz okazję odżegnać się od wszystkiego, ale chyba jednak dobrze trafiłem, widzę po pańskiej minie. Rzeczywiście ma okazję się odżegnać: ktokolwiek chce przemówić, niechaj przemówi. Ale on tylko stoi, jakby język połknął, a krew w uszach pulsuje mu, że aż dudni. Żmija: jak może zaprzeczyć, że nią jest?

– Przepraszam – odpowiada szeptem. – Mam coś pilnego do załatwienia.

Odwraca się jak drewniany manekin i odchodzi. Isaacs wychodzi za nim na zatłoczony korytarz.

– Panie profesorze! Profesorze Lurie! – woła. – Nie uda się panu tak łatwo uciec! To jeszcze nie koniec sprawy, zobaczy pan!

No i tak się to zaczyna. Nazajutrz rano – zdumiewający pośpiech! – z biura prorektora (do spraw studenckich) przychodzi nota, w której prorektor zawiadamia, że przeciwko profesorowi Luriemu wniesiono skargę na mocy artykułu 3.1 Regulaminu Uczelni. Profesor jest proszony o zgłoszenie się do biura prorektora w możliwie najszybszym dogodnym terminie. Do zawiadomienia – przysłanego w kopercie z nadrukiem „Poufne” – dołączono egzemplarz regulaminu. Artykuł 3 dotyczy szykanowania lub prześladowania z powodu przynależności rasowej, etnicznej bądź religijnej, płci, upodobań seksualnych bądź upośledzenia fizycznego. Artykuł 3.1 zajmuje się szykanowaniem lub prześladowaniem studentów przez wykładowców. W drugim z nadesłanych dokumentów opisane są zasady działania i kompetencje komisji dochodzeniowych. Lurie czyta z nieprzyjemnie bijącym sercem. W połowie lektury dekoncentruje się. Wstaje, zamyka drzwi gabinetu na klucz i siada z kartką w ręce, usiłując odgadnąć, jak doszło do tego, że dostał wezwanie. Ma całkowitą pewność, że Melanie sama nie zdobyłaby się na taki krok. Jest na to zbyt niewinna, zbyt nieświadoma swojej mocy. Musi za tym stać człowieczek w niedopasowanym garniturze i kuzynka Pauline, przyzwoitka-brzydula. Widocznie namówili ją, złamali jej opór, a w końcu zaprowadzili do biura administracji uczelni.

– Chcemy złożyć skargę – powiedzieli zapewne.

– Skargę? Jakiego rodzaju?

– W prywatnej sprawie.

– Chodzi o molestowanie – wtrąciła kuzynka Pauline. Melanie stała obok niej, stropiona. – Zawinił jeden z profesorów.

– Proszę iść do pokoju numer taki a taki.

W pokoju numer taki a taki Isaacs nabrał śmiałości.

– Chcemy złożyć skargę przeciwko jednemu z waszych profesorów.

– Czy państwo dobrze się zastanowili? Czy aby na pewno właśnie tak chcą państwo postąpić? – zgodnie z procedurą zapytali urzędnicy.

– Owszem, wiemy, czego chcemy – odparł Isaacs, przelotnie spoglądając na córkę, jakby sprawdzał, czy dziewczyna odważy się sprzeciwić.

Trzeba wypełnić formularz. Urzędnik kładzie go przed nimi na biurku, podaje pióro. Sięga po nie czyjaś ręka – ta sama, którą Lurie całował, którą poznał tak intymnie. Najpierw nazwisko powódki: MELANIE ISAACS, starannie wypisane drukowanymi literami. Ręka chwiejnie sunie wzdłuż pionowej kolumny rubryk, szukając tej, którą należy zaznaczyć. Tu – żółtym od nikotyny palcem wskazuje ojciec. Ręka porusza się teraz wolniej, nieruchomieje i stawia krzyżyk, znak słusznej sprawy: J’accuse. W następnej rubryce jest miejsce na nazwisko oskarżonego. DAVID LURIE, pisze ręka: PROFESOR. Wreszcie u dołu strony data i podpis: arabeska dużego M, potem I ze śmiałą pętlą u góry, I jak ostre cięcie w dół i flores końcowego s. Dokonało się. Dwa nazwiska na kartce papieru, jego i jej, obok siebie. Dwoje w łóżku, już nie kochankowie, lecz wrogowie.Telefonuje do biura prorektora i dowiaduje się, że ma się stawić o piątej, po godzinach przyjęć.

O wyznaczonej porze czeka w korytarzu. Aram Hakim, zadbany i młodzieńczy, wychodzi z pokoju i zaprasza go do środka. Są tam już dwie osoby: Elaine Winter, czyli dziekan jego wydziału, i Farodia Rassool z Wydziału Nauk Społecznych, przewodnicząca uczelnianej komisji do spraw dyskryminacji.

– Jest już późno, David, a wszyscy wiemy, dlaczego tu się zebraliśmy – mówi Hakim – więc przystąpmy od razu do rzeczy. Jak najlepiej będzie podejść do tej sprawy?

– Może by mi pan na przykład powiedział, czego dotyczy skarga?

– Dobrze. Mówię o skardze, którą złożyła pani Melanie Isaacs. A także – tu spogląda przelotnie na Elaine Winter – o wcześniejszych nieprawidłowościach związanych z jej osobą, Elaine?

Elaine Winter przejmuje pałeczkę. Nigdy nie lubiła Luriego; uważa go za relikt przeszłości, który trzeba usunąć – im szybciej, tym lepiej.

– Wątpliwości budzi regularność, z jaką pani Melanie Isaacs uczęszczała na zajęcia, David. Sama powiedziała mi przez telefon, że w zeszłym miesiącu była na ćwiczeniach tylko dwa razy. Jeśli to prawda, należało o tym donieść. Twierdzi też, że opuściła kolokwium w połowie semestru. A tymczasem – Elaine spogląda na plik dokumentów, które ma przed sobą – z pańskich not wynika, że uczęszczała bez zarzutu, a kolokwium zaliczyła na siedemdziesiąt. – Przygląda mu się kpiąco. – Więc jeśli nie istnieją dwie dziewczyny o tym nazwisku…

– Jest tylko jedna – odpowiada Lurie. – Nie mam jak się bronić.

Hakim gładko interweniuje.

– Przyjaciele, nie pora tu ani miejsce na wnikanie w istotę sprawy. Powinniśmy natomiast – tu rzuca okiem na obie kobiety – wyjaśnić kwestie proceduralne. Nie muszę panu mówić, David, że sprawa będzie rozpatrywana w sposób jak najściślej poufny. Ręczę za to. Pańskie nazwisko nie zostanie ujawnione, podobnie zresztą jak nazwisko pani Isaacs. Powoła się komisję celem ustalenia, czy istnieją podstawy do wszczęcia postępowania dyscyplinarnego. Będzie pan mógł zakwestionować jej skład, osobiście albo za pośrednictwem swojego prawnego zastępcy. Obrady będą miały przebieg niejawny. Tymczasem, póki komisja nie przedłoży swojej opinii rektorowi, a on nie podejmie odpowiednich kroków, wszystko toczy się dotychczasowym trybem. Pani Isaacs oficjalnie zrezygnowała z udziału w pańskich zajęciach, a pan ma się powstrzymać od jakichkolwiek z nią kontaktów. Czy coś pominąłem? Farodia? Elaine?

Doktor Rassool zacisnęła usta, kręci głową.

– Sprawy o molestowanie zawsze są skomplikowane, David. Skomplikowane i godne ubolewania, ale wierzymy, że nasza procedura jest słuszna i sprawiedliwa, więc będziemy się do niej stosować krok za krokiem, ściśle według przepisów. Proponuję tylko, żeby pan z nią się zapoznał i może postarał o pomoc prawną.

Lurie chce odpowiedzieć, ale Hakim podnosi rękę w ostrzegawczym geście.

– Proszę się z tym przespać, David – radzi.

Luriemu kończy się cierpliwość.

– Niech mi pan nie mówi, co mam robić, nie jestem dzieckiem.

Wychodzi wściekły. Ale budynek jest zamknięty, a odźwierny poszedł już do domu. Tylne drzwi też są zamknięte na klucz. Hakim musi go wypuścić. Pada deszcz.

– Proszę się schować pod mój parasol – zaprasza Hakim, a zanim wsiądzie do swojego auta, doda:

– Prywatnie, David, z całego serca panu współczuję. Naprawdę. Taka sprawa to może być istne piekło.

Lurie zna Hakima od lat, grywał z nim w tenisa, zanim dał sobie spokój z tym sportem, ale nie ma w tej chwili nastroju na męskie kumpelstwo. Z irytacją wzrusza ramionami i wsiada do swojego samochodu. Sprawa ma być rzekomo prowadzona w sposób tajny, lecz oczywiście nie jest, ludzie oczywiście gadają. Bo niby dlaczego milkną nagle wszystkie pogaduszki, kiedy Lurie wchodzi do pokoju wykładowców? Czemu młodsza koleżanka, z którą był dotąd w najserdeczniejszych stosunkach, odstawia filiżankę i wychodzi, a mijając go, patrzy przez niego jak przez szybę? Czemu na pierwszych ćwiczeniach z Baudelaire’a zjawia się tylko dwoje studentów?

Plotkarski młyn, myśli Lurie, obraca się dniem i nocą, mieląc ludzkie reputacje. Społeczność poczciwców rajcuje po kątach, przez telefon, za zamkniętymi drzwiami. Rozradowane szepty. Schadenfreude. Najpierw wyrok, potem proces. Po korytarzach Wydziału Komunikacji Społecznej chodzi z ostentacyjnie podniesioną głową.

Rozmawia z adwokatem, który prowadził jego sprawę rozwodową.

– Jedno sobie od razu wyjaśnijmy – mówi adwokat. – Ile prawdy jest w tych zarzutach?

– Sporo. Rzeczywiście miałem z tą dziewczyną romans.

– Poważny?

– A jeżeli poważny, to dla mnie lepiej czy gorzej? Począwszy od pewnego wieku, wszystkie romanse są poważne. Tak samo jak zawały.

– Ze względów strategicznych radziłbym jako adwokata zaangażować kobietę. – Wymienia dwa nazwiska. – Starać się o rozstrzygnięcie polubowne. Podejmie pan pewne zobowiązania, może na jakiś czas weźmie urlop, w zamian za co uniwersytet przekona dziewczynę albo jej rodzinę, żeby wycofała pozew. To najlepsze, na co pan może liczyć. Położyć uszy po sobie. Ograniczyć straty do minimum, poczekać, aż skandal ucichnie.

– Jakie by to miały być zobowiązania?

– Trening wrażliwości. Praca społeczna. Psychoterapia. Cokolwiek uda się panu wynegocjować.

– Psychoterapia? Potrzebna mi jest psychoterapia?

– Proszę mnie dobrze zrozumieć. Ja tylko mówię, że jedną z możliwości, jakie dostanie pan do wyboru, może być psychoterapia.

– Żeby mnie wykastrować? Wyleczyć? Uwolnić od niestosownych skłonności?

Adwokat wzrusza ramionami.

– Wszystko jedno.

Na uniwersytecie trwa Tydzień Walki z Gwałtem. Kobiety Przeciwko Gwałtowi, KoP-Go, oznajmia transparent nad głowami pikiety, która czuwa przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, solidaryzując się z „najnowszymi ofiarami”. W szparę pod drzwiami Luriego ktoś wsunął ulotkę: „KOBIETY MÓWIĄ BEZ OGRÓDEK”. U dołu nagryzmolony ołówkiem dopisek: „TWÓJ CZAS JUŻ MINĄŁ, CASANOVO”. Je kolację z Rosalind, swoją byłą żoną. Rozstali się przed ośmioma laty; pomału, ostrożnie z powrotem się zaprzyjaźniają, tak jakby weterani wojenni. Świadomość, że Rosalind wciąż mieszka w pobliżu, dodaje mu otuchy; ona być może czuje to samo. Ktoś, na kogo będzie można liczyć, kiedy wreszcie zdarzy się najgorsze: upadek w łazience, krew w kale. Rozmawiają o Lucy, jedynaczce z jego pierwszego małżeństwa, która mieszka teraz na farmie na Wschodnim Przylądku.

– Niewykluczone, że niedługo z nią się zobaczę – mówi Lurie. – Mam zamiar na trochę wyjechać.

– W trakcie semestru?

– Semestr już się kończy. Trzeba wytrzymać jeszcze tylko dwa tygodnie, nie więcej.

– Czy ten wyjazd jakoś się wiąże z twoimi problemami? Bo słyszałam, że je masz.

– Gdzie słyszałaś?

– Ludzie gadają, David. Wszyscy wiedzą o twoim najnowszym romansie, łącznie z najbardziej soczystymi szczegółami. Nikt nic ma interesu w tym, żeby spraw wyciszyć, nikt oprócz ciebie. Mogę ci powiedzieć, jakie idiotyczne to sprawia wrażenie?

– Nie, nie możesz.

– Ale i tak ci powiem. Idiotyczne i wstrętne. Nie wiem, jak wygląda twoje życie seksualne, i nie chcę wiedzieć, ale tak się tego nie robi. Ile ty właściwie masz lat… pięćdziesiąt dwa? Wydaje ci się, że młodej dziewczynie sprawia jakąkolwiek przyjemność łóżko z mężczyzną w twoim wieku? Myślisz, że miło jej patrzeć na ciebie, kiedy dostajesz…? Zastanawiałeś się nad tym? Lurie milczy.

– Nie oczekuj współczucia, David, ode mnie ani od nikogo. Nie spodziewaj się współczucia ani litości. To nie te czasy. Wszyscy zwrócą się przeciwko tobie, bo i czemu nie? Naprawdę, jak mogłeś?!

W rozmowie pojawił się dawny ton, ton ostatnich lat ich małżeństwa: namiętnie oskarżycielski. Nawet sama Rosalind musi zdawać sobie z tego sprawę. Ale może ma słuszność. Może młodym rzeczywiście przysługuje prawo do tego, aby oszczędzano im widoku starszych, gdy ci dostają się w szpony namiętności. Właśnie po to są przecież kurwy, żeby cierpliwie znosić ekstazy nieurodziwych.

– W każdym razie – ciągnie Rosalind – mówisz, że zobaczysz się z Lucy.

– Tak, pomyślałem, że kiedy skończy się dochodzenie, pojadę i trochę z nią pobędę.

– Dochodzenie?

– W przyszłym tygodniu komisja dochodzeniowa zbierze się na naradę.

– Bardzo szybko. A kiedy już zobaczysz się z Lucy, to co?

– Nie wiem. Nie jestem pewien, czy pozwolą mi wrócić na uniwersytet. Nie jestem pewien, czy sam będę chciał.

Rosalind kręci głową.

– Niezbyt chwalebny koniec kariery, nie sądzisz? Nie spytam cię, czy to, co dostałeś od tej dziewczyny, było warte aż takiej ceny. Jak zamierzasz wypełnić sobie czas? Co z twoją emeryturą?

– Jakoś się z nimi dogadam. Nie mogą mnie wyrzucić i zostawić bez grosza.

– Nie mogą? Nie bądź taki pewny. Ile lat ma ta twoja ukochana?

– Dwadzieścia. Pełnoletnia. Wystarczająco dorosła, żeby wiedzieć, czego chce.

– Podobno nałykała się proszków nasennych. Czy to prawda?

– Nic nie wiem o żadnych proszkach. Raczej wyssane z palca. Kto ci to mówił?

Kobieta ignoruje pytanie.

– Kochała się w tobie? Rzuciłeś ją?

– Nie. Ani jedno, ani drugie.

– No więc skąd ta skarga?

– Kto to może wiedzieć? Nie zwierzała mi się. Za kulisami toczyły się jakieś utarczki, w które nie byłem wtajemniczony. Zazdrosny chłopak. Oburzeni rodzice. Widać w końcu uległa naciskom. Zupełnie mnie to zaskoczyło.

– Powinieneś był to przewidzieć, David. Za stary jesteś, żeby zawracać głowę cudzym dzieciom. Powinieneś był spodziewać się najgorszego. W każdym razie wszystko to w sumie jest bardzo poniżające. Naprawdę.

– Nie spytałaś, czy ją kocham. Nie powinnaś przypadkiem i o to zapytać?

– Niech ci będzie. Czy jesteś zakochany w tej młodej kobiecie, która szarga twoje nazwisko?

– To nie jej sprawka. Nie miej jej za złe.

– Nie miej jej za złe! Po czyjej ty właściwie jesteś stronie? No pewnie, że mam jej za złe! Mam za złe wam obojgu. Cała ta historia jest haniebna od początku do końca. Haniebna i wulgarna. I nie jest mi przykro, że ci to powiedziałam. Dawniej w takim momencie wybiegłby, wściekły. Ale dziś tego nie robi. On i Rosalind obrośli grubą skórą, wzajemnie się na siebie uodpornili. Nazajutrz Rosalind dzwoni do niego.

– David, widziałeś dzisiejszego „Argusa”?

– Nie.

– No to przygotuj się na niemiłą wiadomość. Wydrukowali tekst o tobie.

– I co piszą?

– Sam przeczytaj.

Artykuł na trzeciej stronie: „Profesor oskarżony o molestowanie seksualne”, głosi nagłówek. Lurie opuszcza pierwsze linijki, „…ma stawić się przed komisją dyscyplinarną z powodu oskarżenia o molestowanie seksualne. Politechnika Kapsztadzka nie zdradza szczegółów tego najnowszego skandalu, który poprzedziły afery z defraudacją funduszy stypendialnych i podejrzenia, jakoby w mieszkaniach studentów działały gangi sutenerów. Z pięćdziesięciotrzyletnim Luriem – autorem książki o Williamie Wordsworcie, angielskim poecie opiewającym uroki przyrody – nie udało nam się skontaktować, żeby usłyszeć jego komentarz.” William Wordsworth (1770-1850), poeta opiewający uroki przyrody. David Lurie (1945-?), komentator i zhańbiony uczeń Williama Wordswortha. Błogosławiona niechaj będzie dziecina. Nie jest on wyrzutkiem. Błogosławiona dziecina.

Przesłuchanie odbywa się w pokoju komisji, z wejściem z gabinetu Hakima. Manas Mathabane, profesor religioznawstwa, który ma przewodniczyć dochodzeniu, osobiście wprowadza Luriego i wskazuje mu miejsce naprzeciw własnego, przy krótszym boku prostokątnego stołu. Na lewo od Davida siedzi Hakim, jego sekretarka i jakaś młoda kobieta, pewnie studentka; na prawo – troje członków komisji Mathabanego. Nie jest zdenerwowany. Wręcz przeciwnie – dość pewny siebie. Serce bije mu równo, spał dobrze. Próżność, myśli, niebezpieczna próżność hazardzisty; próżność i fałszywe przekonanie o własnej słuszności. Nie w takim nastroju powinien wchodzić w tę rozgrywkę. Ale wszystko mu jedno. Kiwa głową członkom komisji. Dwoje już zna: Farodię Rassool i Desmonda Swartsa, dziekana Wydziału Inżynierii. Trzecia członkini, jak wynika z dokumentów, które leżą przed Luriem, uczy w Szkole Biznesu.

– Niniejsze zgromadzenie, profesorze Lurie – zagaja Mathabane – nie ma żadnej władzy. Może najwyżej opiniować. Panu natomiast przysługuje prawo kwestionowania składu komisji. Pytam więc: czy wśród jej członków jest ktoś, kto pańskim zdaniem może być do pana uprzedzony?

– W sensie prawnym niczego nie kwestionuję – odpowiada Lurie. – Mam zastrzeżenia natury filozoficznej, ale pewnie uznano by je za bezzasadne.

Wszyscy zaczynają się wiercić i kręcić.

– Może lepiej ograniczmy się do sensu prawnego – oświadcza Mathabane. – Nie ma pan zastrzeżeń co do składu komisji. A czy ma pan coś przeciwko obecności obserwatora z grona studentów, z Koalicji Przeciw Dyskryminacji?

– Nie boję się komisji. Obserwatora też nie.

– Doskonale. A więc do rzeczy. Pierwszą powódką jest pani Melanie Isaacs, studentka kierunku teatralnego. Złożyła pozew, wszyscy państwo mają jego kopie. Powinienem może streścić jej oświadczenie? Profesorze Lurie?

– Czy dobrze rozumiem, panie przewodniczący, że pani Isaacs nie zjawi się osobiście?

– Wczoraj stanęła przed komisją. Jeszcze raz pozwolę sobie przypomnieć, że nie jest to proces, lecz dochodzenie. Nasza procedura nie jest tożsama z procedurą sądową. Czy zgłasza pan w związku z tym jakieś obiekcje?

– Nie.

– Druga skarga, związana z pierwszą – ciągnie Mathabane – wpłynęła z sekretariatu za pośrednictwem Biura Wyników Studenckich i dotyczy wiarygodności wyników pani Isaacs. Treścią skargi jest podejrzenie, że nie była ona obecna na wszystkich zajęciach, nie złożyła wszystkich prac pisemnych i nie zdała pewnych egzaminów, za które wystawił jej pan stopnie.

– I to już wszystko, co mi się zarzuca?

– Tak.

Lurie bierze głęboki wdech.

– Jestem pewien, że członkowie komisji mają lepsze rzeczy do roboty niż odgrzewanie historii, której prawdziwości nikt nie zamierza podważać. Przyznaję się do winy w obu sprawach. Proszę wydać werdykt, a potem niech każdy z nas zajmie się własnym życiem. Hakim nachyla się dc Mathabanego. Coś między sobą szepczą.

– Profesorze Lurie – mówi Hakim. – Powtarzam, jesteśmy komisją dochodzeniową. Nasza rola polega na tym, żeby wysłuchać obu stron i sformułować opinię. Nie mamy prawa o niczym decydować. Pytam po raz kolejny: czy nie byłoby lepiej, gdyby reprezentował pana ktoś, komu znana jest nasza procedura?

– Nie potrzebuję żadnych reprezentantów. Mogę wystąpić we własnym imieniu, czemu nie. Czy mam rozumieć, że musimy kontynuować przesłuchanie, chociaż przyznałem się do winy?

– Chcemy dać panu szansę przedstawienia pańskiego stanowiska.

– Już je przedstawiłem. Jestem winny.

– Czego?

– Wszystkiego, co mi się zarzuca.

– Zmusza nas pan do dreptania w kółko, profesorze Lurie.

– Wszystkiego, o co mnie oskarża pani Isaacs, i fałszowania wyników.

Do rozmowy włącza się Farodia Rassool.

– Twierdzi pan, profesorze Lurie, że uznaje oświadczenie pani Isaacs za prawdziwe, ale czy pan je w ogóle czytał?

– Nie mam ochoty czytać oświadczenia pani Isaacs. Uznaję je za prawdziwe. Nie widzę powodu, dla którego pani Isaacs miałaby kłamać.

– Ale czy nie byłoby rozsądnie, gdyby je pan jednak przeczytał, zanim potwierdzi pan jego prawdziwość?

– Nie. Są w życiu ważniejsze sprawy niż rozsądek.

Farodia Rassool siada wygodniej, opierając się plecami.

– Wszystko to jest jedna wielka donkiszoteria, profesorze Lurie, tylko czy pana na nią stać? Zdaje się, że będziemy musieli chronić pana przed samym sobą. – Kobieta posyła Hakimowi lodowaty uśmiech.

– Mówi pan, że nie zwracał się do nikogo z prośbą o poradę prawną. A czy pan w ogóle zasięgał czyjejkolwiek rady – na przykład księdza czy psychoterapeuty? Byłby pan skłonny poddać się psychoterapii?

Pytanie to zadaje młoda kobieta ze Szkoły Biznesu. Lurie cały się jeży.

– Nie, nie zasięgałem rady psychoterapeuty i nie mam zamiaru jej zasięgać. Jestem dorosły i niechętnie słucham rad. Nie trafiają do mnie. – Zwraca się w stronę Mathabanego. – Przyznałem się do winy. Czy jest jeszcze jakikolwiek powód, żeby dalej ciągnąć tę dyskusję? Mathabane i Hakim naradzają się szeptem.

– Padła propozycja – mówi Mathabane – żeby komisja zrobiła przerwę i przedyskutowała stwierdzenie profesora Luriego, w którym przyznaje się on do winy.

Wszyscy kolejno kiwają głowami.

– Profesorze Lurie, czy mogę prosić, żeby wyszedł pan na parę minut razem z panią van Wyk, a my przez ten czas się naradzimy?

Lurie i przedstawicielka studentów wychodzą do gabinetu Hakima. Nie odzywają się do siebie ani słowem; dziewczyna najwyraźniej czuje się niezręcznie. „TWÓJ CZAS JUŻ MINĄŁ, CASANOVO.” Co teraz sądzi o Casanovie, spotkawszy się z nim twarzą w twarz? Ktoś woła ich z powrotem. Atmosfera w pokoju jest nie najlepsza: jakby skwaszona, stwierdza w duchu Lurie.

– A zatem – zaczyna Mathabane – zreasumujmy: profesorze Lurie, potwierdza pan prawdziwość zarzutów wytoczonych przeciwko panu?

– Uznaję za prawdziwe wszystko, co zeznała pani Isaacs.

– Doktor Rassool, chce pani coś powiedzieć?

– Tak. Chcę zgłosić sprzeciw wobec odpowiedzi profesora Luriego, które wydają mi się zdecydowanie wymijające. Profesor Lurie twierdzi, że zgadza się z treścią zarzutów Ale kiedy próbujemy przyprzeć go do muru, żeby wyraźnie powiedział, z czym mianowicie się zgadza, słyszymy tylko finezyjne kpiny. W moim odczuciu znaczy to, że profesor Lurie uznaje słuszność zarzutów jedynie nominalnie. W przypadku, który ma takie podteksty jak ten, ogółowi społeczności należy się informacja… Lurie nie może tego przemilczeć.

– Nie ma w tym przypadku żadnych podtekstów – odszczekuje.

– Ogółowi społeczności należy się informacja – ciągnie kobieta, z wytrenowaną swobodą podnosząc głos i zakrzykując adwersarza – do czego właściwie profesor Lurie się przyznał, a tym samym, za co zostaje potępiony.

– Jeśli istotnie zostanie potępiony – wtrąca Mathabane.

– Jeśli zostanie potępiony. Nie spełnimy ciążącego na nas obowiązku, jeżeli nie wyrobimy sobie w tej kwestii absolutnie jasnego zdania i wydając opinię, nie sformułujemy z absolutną jasnością, za co mianowicie profesora Luriego spotyka potępienie.

– Co do nas, doktor Rassool, to chyba mamy wyrobione zdanie. Pozostaje tylko ustalić, czy profesor Lurie ma w głowie równie jasny obraz sytuacji, jak my.

– No właśnie. Wyjął mi pan to z ust. Mądrzej byłoby trzymać język za zębami, ale Lurie mówi:

– Nic pani do tego, co się dzieje w mojej głowie, Farodio. Tak naprawdę nie oczekuje pani ode mnie odpowiedzi, tylko spowiedzi. Otóż nie mam zamiaru się spowiadać. Złożyłem oświadczenie, tak jak powinienem. Jestem winien zarzucanych mi czynów. To cała moja deklaracja. Dalej się nie posunę.

– Panie przewodniczący, muszę zgłosić sprzeciw. Nie chodzi tu o kwestie czysto techniczne. Profesor Lurie przyznaje się do winy, a ja zadaję sobie pytanie, czy rzeczywiście do niej się poczuwa, czy tylko stwarza pozory, licząc, że sprawa utonie w masie papierzysk i pójdzie w zapomnienie? Bo jeśli stwarza pozory, to jestem za tym, żeby wymierzyć jak najsurowszą karę.

– Raz jeszcze pozwolę sobie przypomnieć, doktor Rassool – odpowiada Mathabane – że nie do nas należy wymierzanie kar.

– No to powinniśmy zalecić jak najsurowszą: zwolnienie ze skutkiem natychmiastowym, połączone z utratą wszelkich przywilejów i uprawnień.

– David? – odzywa się Desmond Swarts, który dotychczas milczał. – David, czy jest pan pewien, że postępuje w tej sytuacji najlepiej, jak można? – Swarts zwraca się do Mathabanego. – Panie przewodniczący, jak już mówiłem, kiedy profesora Luriego nie było w pokoju: jestem przekonany, że jako członkowie społeczności uniwersyteckiej nie powinniśmy traktować jednego z nas w sposób sztywny i formalny. David, czy na pewno nie chce pan poprosić o odroczenie, żeby zyskać czas do namysłu i może zasięgnąć czyjejś rady?

– Po co? Niby nad czym miałbym przemyśliwać?

– Nad powagą swojej sytuacji, bo nie jestem pewien, czy zdaje pan sobie z niej sprawę. Mówiąc bez ogródek, grozi panu utrata posady. W dzisiejszych czasach to nie żarty.

– No więc co mi pan radzi? Mam się pozbyć tego tonu, w którym doktor Rassool dopatruje się finezyjnej kpiny? Zacząć lać łzy skruchy? Czego trzeba, żebym się wyratował?

– Może trudno panu w to uwierzyć, David, ale my tu przy tym stole nie jesteśmy pańskimi wrogami. Każdy z nas miewa chwile słabości, jesteśmy tylko ludźmi. Takie sprawy jak pańska zdarzają się co pewien czas. Chcielibyśmy znaleźć sposób, żeby mógł pan dalej pracować w zawodzie.

Hakim wtrąca swobodnym tonem:

– Chcemy panu pomóc, David, znaleźć wyjście z sytuacji, która musi być dla pana koszmarem.

Są mu życzliwi. Chcą go uratować przed skutkami jego własnej słabości, zbudzić z koszmaru, w którym trwa. Nie chcieliby widzieć, jak żebrze na ulicy. Chcą, żeby znowu prowadził zajęcia ze studentami.

– W tym chórze dobrej woli – odpowiada – nie słyszę głosów kobiecych.

Cisza.

– Dobrze – mówi. – Wyspowiadam się. Cała ta historia zaczęła się pewnego wieczoru. Nie pamiętam dokładnie, kiedy, w każdym razie niedawno. Szedłem przez stare ogrody uniwersyteckie i tak się złożyło, że akurat przechodziła tamtędy młoda kobieta, o której mowa, pani Isaacs. Nasze drogi się przecięły. Padły między nami pewne słowa i wtedy stało się coś, czego – nie będąc poetą – nawet nie spróbuję opisać. Dość powiedzieć, że na scenę wkroczył Eros. Odtąd byłem już nie ten sam.

– Był pan nie ten sam jako kto? – ostrożnie pyta wykładowczyni ze Szkoły Biznesu.

– Nie byłem sobą. Nie byłem już pięćdziesięcioletnim, niepozbieranym rozwodnikiem. Wszedłem w służbę Erosa.

– Czy to właśnie przytacza pan na swoją obronę? Niepohamowany impuls?

– To nie jest żadna obrona. Chcieliście spowiedzi, więc się spowiadam. A impuls wcale nie był nie do pohamowania. Dawniej w podobnych sytuacjach nieraz sobie odmawiałem, wyznaję ze wstydem.

– Nie uważa pan – pyta Swarts – że życie uczelniane z natury rzeczy wymaga niejakich poświęceń? Że dla dobra ogółu musimy sobie odmawiać pewnych spełnień?

– Mówi pan o zakazie poufałości przekraczających barierę pokoleniową?

– Nie, niekoniecznie. Ale jako wykładowcy, sprawujemy władzę. Mam więc raczej na myśli zakaz łączenia wynikających z tego relacji zależności z relacjami seksualnymi. Bo czuję, że w tym przypadku właśnie coś takiego się stało. A jeżeli nie zakaz, to najwyższą ostrożność.

– Znowu zaczynamy dreptać w kółko, panie przewodniczący – wtrąca Farodia Rassool. – Owszem, profesor Lurie mówi: jestem winny; ale kiedy usiłujemy dowiedzieć się szczegółów, nagle okazuje się, że nie przyznaje się do wykorzystania młodej kobiety, tylko do impulsu, któremu nie zdołał się oprzeć. Ani słowa o zadanym bólu ani o długiej historii wyzysku, której epizod stanowi ta afera. Twierdzę zatem, że dalsza dyskusja z profesorem Lurie byłaby jałowa. Musimy potraktować dosłownie jego oświadczenie i wydać stosowną do tego opinię. „Wykorzystać”: czekał, aż padnie to słowo. Wypowiedziane drżącym głosem, z poczuciem słuszności. Kiedy Farodia na niego patrzy, kogóż widzi, że nastraja to ją na taki gniewny ton? Rekina wśród bezbronnych rybek? A może ma inną wizję: potężnego, grubokościstego samca, który przygniata sobą dziewczynkę-dziecinkę, wielką łapą tłumiąc jej krzyki? Co za absurd! I nagle sobie przypomina: przecież wczoraj też mieli zebranie tu, w tym samym pokoju, a ona siedziała przed nimi – Melanie, która ledwie sięga mu do ramienia. Nierówne siły: jak może zaprzeczyć?

– W zasadzie zgadzam się z doktor Rassool – oznajmia wykładowczyni ze Szkoły Biznesu. – Jeśli profesor Lurie nie chce nic więcej dodać, powinniśmy chyba pomału zmierzać do tego, żeby wydać orzeczenie.

– Zanim to zrobimy, panie przewodniczący – mówi Swarts – chciałbym raz jeszcze zwrócić się do profesora Lurie z gorącą prośbą, żeby się zastanowił, czy wyobraża sobie jakiejkolwiek treści oświadczenie, pod którym gotów byłby się podpisać?

– Dlaczego? Czemu tak wam zależy, żebym się podpisał pod oświadczeniem?

– Bo pomogłoby nam to ostudzić atmosferę, która zrobiła się tymczasem bardzo gorąca. Chcieliśmy rozstrzygnąć ten przypadek z dala od reflektorów i kamer. Cóż, nie udało się. Sprawa wzbudziła wielkie zainteresowanie, nabrała podtekstów, nad którymi nie możemy zapanować. Wszystkie oczy zwrócone są na uniwersytet, wszyscy patrzą, jak sobie z nią poradzimy. Moim zdaniem, w pańskich słowach, David, słychać taki ton, jakby uważał pan, że dzieje się panu krzywda. Otóż mocno się mylisz. My, członkowie komisji, staramy się raczej wypracować kompromis, dzięki któremu będzie pan mógł zachować posadę. Właśnie dlatego pytam, czy nie wyobraża pan sobie oświadczenia, które byłoby dla pana do przyjęcia, a nam pozwoliłoby zalecić karę nieco łagodniejszą niż ta najsurowsza, czyli zwolnienie z naganą.

– Pyta pan, czy się ukorzę i poproszę o łaskę?

Swarts wzdycha.

– David, szydzenie z naszych starań nic panu nie pomoże. Niech się pan zgodzi przynajmniej na odroczenie, żeby miał pan czas przemyśleć swoje stanowisko.

– Co by miało zawierać takie oświadczenie?

– Przyznanie, że postąpił pan źle.

– Przecież już to przyznałem. Bez zahamowań. Tak, jestem winny zarzucanych mi czynów.

– Niech się pan z nami nie bawi w kotka i myszkę, David. Jest pewna różnica między przyznaniem się do winy a oświadczeniem, że źle pan postąpił. Proszę nie udawać, że pan nie rozumie.

– I to was usatysfakcjonuje? Jeśli przyznam, że źle postąpiłem?

– Nie – mówi Farodia Rassool. – To by było całkiem na opak. Najpierw profesor Lurie musi złożyć oświadczenie, a dopiero potem zdecydujemy, czy należy uznać je za okoliczność łagodzącą. Nie będziemy prowadzić wstępnych negocjacji na temat treści oświadczenia. Powinien sformułować je sam, własnymi słowami. Wtedy będziemy mogli stwierdzić, czy wypłynęło z jego serca.

– I ma pani tyle zaufania do własnego osądu, że podejmuje się odgadnąć to ze słów, którymi się posłużę? Odgadnąć, czy oświadczenie wypłynęło z mojego serca?

– Zobaczymy, jakiej postawie da pan wyraz. Zobaczymy, czy będzie to wyraz skruchy.

– Doskonale. Wobec Melanie Isaacs nadużyłem przywilejów wynikających z mojego stanowiska służbowego. Postąpiłem źle i teraz tego żałuję. Jest pani usatysfakcjonowana?

– Nie chodzi o moją satysfakcję, profesorze Lurie, tylko o to, czy pan jest usatysfakcjonowany. Czy deklaracja, którą pan złożył, odzwierciedla pańskie szczere uczucia?

Lurie kręci głową.

– Wypowiedziałem słowa, których pani żądała, a teraz chce pani czegoś więcej: żebym dowiódł ich szczerości. Po prostu groteska. Takie żądanie wykracza poza granice prawa. Mam już tego dość. Trzymajmy się lepiej suchych przepisów, tak jak na początku. Przyznaję się do winy. Do niczego ponadto nie dam się skłonić.

– Dobrze – mówi przewodniczący Mathabane. – Jeżeli nikt nie ma już pytań do profesora Lurie, podziękuję mu za przybycie i go pożegnam.

W pierwszej chwili go nie poznają. Zszedł już do połowy schodów i dopiero teraz słyszy okrzyk: To on! – a potem spieszny tupot. Doganiają go na samym dole; ktoś nawet chwyta go za marynarkę, zmuszając, żeby zwolnił kroku.

– Profesorze Lurie, możemy z panem minutę porozmawiać? – pada pytanie.

Lurie je ignoruje i dalej przedziera się przez zatłoczony hali. Ludzie odwracają się, żeby spojrzeć na wysokiego mężczyznę, który idzie szybkim krokiem, próbując wymknąć się prześladowcom.

Jakaś kobieta zastępuje mu drogę.

– Stop! – mówi.

Lurie odwraca twarz, wyciąga rękę przed siebie. Błysk flesza.

Obchodzi go wkoło dziewczyna z koralikami bursztynu wplecionymi w proste włosy, które zwisają jej po bokach twarzy. Uśmiecha się, ukazując równe, białe zęby.

– Możemy chwilę porozmawiać? – pyta.

– O czym?

Dziewczyna wysuwa ku niemu magnetofon. Lurie odpycha go.

– O tym, jak było – wyjaśnia ona.

– Co jak było?

Znowu błysk flesza.

– No, wie pan. Jak było na przesłuchaniu.

– Nie mam na ten temat żadnych komentarzy.

– A na jaki by pan miał?

– W ogóle niczego nie chcę komentować.

Zaczynają się wokół niego tłoczyć obiboki i ciekawscy. Jeśli chce się stąd wydostać, będzie musiał przecisnąć się między nimi.

– Żałuje pan? – pyta dziewczyna, przysuwając magnetofon. – Przykro panu z powodu tego, co pan zrobił?

– Nie. To było wzbogacające przeżycie.

Uśmiech nie znika z twarzy dziewczyny.

– Więc zrobiłby pan to samo jeszcze raz?

– Raczej nie będę miał okazji.

– A gdyby się jednak trafiła?

– Niepoważne pytanie.

Dziewczyna pragnie złowić jeszcze więcej słów i napchać nimi brzuch swojej maszynki, ale chwilowo nie ma pomysłu, jak skłonić Luriego do dalszych wywnętrzeń.

– Co on powiedział, że jakie to było przeżycie? – pyta ktoś sotto voce.

– Wzbogacające. Chichot.

– Spytaj go, czy przeprosił – woła ktoś inny do dziewczyny.

– Już pytałam.

Spowiedź, przeprosiny – skąd ten głód upokorzeń? Zapada cisza. Krążą wokół niego niczym myśliwi, którzy osaczyli dziwaczne zwierzę i nie wiedzą, jak je wykończyć.

Fotografia ukazuje się nazajutrz w studenckiej gazecie, z podpisem: „No i kto w końcu wyszedł na osła?” W kadrze Lurie z oczami wzniesionymi ku niebu po omacku wyciąga rękę w stronę obiektywu. Już sama ta poza wydaje się dostatecznie komiczna, ale tym, co czyni ze zdjęcia istną perłę, jest odwrócony kosz na śmieci, który trzyma mu nad głową uśmiechnięty od ucha do ucha młody człowiek. Zwodnicze właściwości perspektywy sprawiają, że Lurie wygląda, jakby paradował z koszem na głowie niby w oślej czapce. Jakie ma szansę w konfrontacji z takim wizerunkiem?

„Komisja nie ujawnia werdyktu” – obwieszcza nagłówek. „Komisja dyscyplinarna badająca sprawę o molestowanie i zachowanie niezgodne z etyką zawodową, jakie zarzuca się profesorowi Davidowi Luriemu z Wydziału Komunikacji Społecznej, nie ujawniła wczoraj swojego werdyktu. Przewodniczący Manas Mathabane powiedział tylko, że wyniki dochodzenia przekazano rektorowi, aby ten podjął stosowne kroki.

Tuż po przesłuchaniu Lurie (53 lata) wdał się w utarczkę słowną z członkiniami Stowarzyszenia Kobiety Przeciwko Gwałtowi i określił swoje przeżycia ze studentkami jako «wzbogacające». Początek całej aferze dały skargi, jakie przeciwko Luriemu – znawcy poezji romantycznej – złożyły studentki z grupy, z którą prowadził zajęcia.” W domu dzwoni telefon: to Mathabane.

– David, komisja przekazała swoją opinię rektorowi, a on polecił mi jeszcze jeden jedyny raz skontaktować się z panem. Gotów jest powstrzymać się od skrajnych posunięć, mówi, pod warunkiem, że sam pan wyda oświadczenie satysfakcjonujące i z naszego, i z pańskiego punktu widzenia.

– Manas, przecież już to przerabialiśmy. Ja…

– Chwileczkę. Proszę mnie wysłuchać do końca. Mam przed sobą szkic oświadczenia, które spełniłoby nasze wymagania. Jest całkiem krótkie. Mogę je panu przeczytać?

– Proszę.

Mathabane czyta: „Przyznaję bez zastrzeżeń, że w istotny sposób pogwałciłem prawa ludzkie powódki i nadużyłem władzy powierzonej mi przez Uczelnię. Szczerze przepraszam obie poszkodowane strony i gotów jestem ponieść każdą stosowną karę, jaka zostanie mi wymierzona.”

– „Każdą stosowną karę”: co to znaczy?

– O ile dobrze zrozumiałem, nie straci pan posady. Najprawdopodobniej zaproponują panu urlop. To, czy z czasem znów zacznie pan prowadzić zajęcia, będzie zależało od pana, a także od decyzji pańskiego dziekana i kierownika katedry.

– I tyle? To już cały układ?

– Tak przynajmniej zrozumiałem. Jeżeli podpisze się pan pod tym oświadczeniem, które będzie miało charakter prośby o łaskę, rektor chętnie tak właśnie je potraktuje.

– Tak, czyli jak?

– Jako przejaw skruchy.

– Manas, kwestię skruchy dokładnie przerobiliśmy wczoraj. Powiedziałem panu, co o tym sądzę. Odmawiam. Stawiłem się przed oficjalnie powołanym trybunałem, przed organem prawnym. I w obliczu tego świeckiego trybunału przyznałem się do winy, złożyłem całkowicie świecką deklarację. Powinna wystarczyć. Skrucha nie ma tu nic do rzeczy. Skrucha to coś z innego świata, z innej sfery dyskursu.

– Miesza pan dwie różne sprawy, David. Nikt panu nie każe odczuwać skruchy. To, co dzieje się w pańskiej duszy, dla nas jako członków komisji, którą nazywa pan świeckim trybunałem, pozostaje jedną wielką niewiadomą, ale my też przecież jesteśmy ludźmi, więc tego i owego może się domyślamy. Prosimy tylko, żeby pan złożył oświadczenie.

– Skłaniacie mnie do przeprosin, które mogą nie być szczere?

– Szczerość nie jest tu żadnym kryterium. Tę kwestię, jak już mówiłem, musi pan rozstrzygnąć we własnym sumieniu. Rzecz w tym, czy jest pan gotów publicznie przyznać się do błędu i podjąć pewne kroki, żeby go naprawić.

– Teraz to już naprawdę dzielimy włos na czworo. Oskarżyliście mnie, a ja przyznałem, że zarzuty są słuszne. Niczego poza tym ode mnie nie potrzebujecie.

– Nie. Chcemy czegoś więcej. Niedużo więcej, ale jednak trochę. Mam nadzieję, że zdobędzie się pan na to, żeby spełnić nasze życzenie.

– Przykro mi, nic z tego.

– David, nie mogę dłużej chronić pana przed panem samym. Mam już tego dość, podobnie jak reszta komisji. Chce pan trochę czasu do namysłu?

– Nie.

– Dobrze. W takim razie powiem tylko, że może się pan spodziewać wiadomości od rektora.

Odkąd postanowił odejść, mało co go zatrzymuje. Opróżnia lodówkę, zamyka dom na wszystkie spusty i już w południe jedzie autostradą. Postój w Oudtshoorn, wyjazd o pierwszym brzasku: późnym rankiem jest bliski celu – miasta Salem przy szosie z Grahamstown do Kenton, biegnącej przez Wschodni Przylądek. Niewielka farma jego córki mieści się na końcu krętej, bitej drogi, kilkanaście kilometrów za miastem: pięć hektarów ziemi, w większości zdatnej pod uprawę, pompa napędzana wiatrem, stajnie, przybudówki i długi, rozległy dom mieszkalny z werandą, pomalowany na żółto, pokryty dachem z cynkowanej blachy. Od frontu granicę wytycza druciany plot oraz kępy nasturcji i pelargonii; poza tym przed domem jest tylko piach i żwir. Na podjeździe stoi stary volkswagen kombi; Lurie parkuje swój samochód tuż za nim. Z cienia werandy wychodzi na słońce Lucy. Ojciec nie od razu ją poznaje. Od ostatniego spotkania minął rok, przez ten czas utyła. Biodra i piersi ma teraz (Lurie szuka najstosowniejszego słowa) obfite. Chodzi boso i wyraźnie to lubi; zbliża się z otwartymi rękami, żeby przywitać ojca, obejmuje go i całuje w policzek.

Jaka miła, myśli on, mocno ją ściskając; jakie miłe powitanie na końcu długiej podróży! Dom – duży, ciemny i nawet w samo południe chłodny – pochodzi z czasów licznych rodzin, kiedy goście zjeżdżali całymi wozami. Przed sześcioma laty Lucy wprowadziła się do niego jako członkini komuny, plemienia młodych ludzi, którzy sprzedawali w Grahamstown wyroby ze skóry i suszone na słońcu gliniane naczynia, a między zagonami kukurydzy hodowali marihuanę. Kiedy komuna się rozpadła, a niedobitki przeniosły się do New Bethesda, Lucy wraz ze swoją przyjaciółką Helen pozostała na farmie. Twierdziła, że pokochała to miejsce; chciała zagospodarować je, jak należy. Pomógł jej kupić farmę. A teraz zobaczył ją – kwiaciasta sukienka, bose stopy i tak dalej – w domu pełnym zapachu pieczonego chleba: z dziecka bawiącego się w gospodarowanie wyrosła solidna wieśniaczka, boervrou.

– Dam ci pokój Helen – mówi Lucy. – Rano zagląda tam słońce. Nie masz pojęcia, jakie chłodne są tej zimy poranki.

– A co u Helen? – pyta Lurie.

Helen – rosła kobieta o smutnym wyglądzie, głębokim głosie i złej cerze – jest starsza od jego córki. Nigdy nie potrafił zrozumieć, co Lucy w niej widzi; po cichu życzy sobie, żeby znalazła kogoś lepszego, albo żeby ją znalazł ktoś lepszy.

– Od kwietnia znowu mieszka w Johannesburgu. Jestem sama, tyle że mam pomocnika.

– Nic mi nie mówiłaś. Nie denerwujesz się, kiedy mieszkasz tak bez nikogo?

Lucy wzrusza ramionami.

– Są przecież psy. Wciąż jeszcze coś znaczą. Im więcej psów, tym skuteczniej odstraszają. A zresztą, gdyby ktoś rzeczywiście chciał się tu wedrzeć, nie wiem, czemu dwie osoby miałyby być w lepszej sytuacji niż jedna.

– Bardzo filozoficzne podejście.

– Owszem. Kiedy wszystko inne zawodzi, trzeba filozofować. – Ale masz chyba jakąś broń.

– Mam karabin. Pokażę ci. Kupiłam od sąsiada. Jeszcze ani razu z niego nie strzeliłam, ale go mam.

– Brawo. Uzbrojona filozofka. Pochwalam.

Psy i karabin; chleb w piecu i plony na zagonach. Ciekawe, że on i jej matka, dwoje mieszczuchów, intelektualistów, wydało na świat taki atawistyczny owoc, krzepką młodą osadniczkę. Ale może to wcale nie oni wydali ją na świat: może historia miała w tym większy udział. Lucy podaje mu herbatę, jest głodny: pochłania dwie wielkie pajdy chleba z dżemem z opuncji, też domowej roboty. Je, czując na sobie spojrzenie córki. Musi uważać: dla dziecka nie ma nic wstrętniejszego niż ciało któregoś z rodziców, widziane w akcji. Chociaż sama też ma niezbyt czyste paznokcie. Wiejski brud: pewnie zaszczytny, myśli Lurie.

Rozpakowuje walizkę w pokoju Helen. Szuflady są puste; w ogromnej starej szafie wisi tylko niebieski kombinezon. Widocznie Helen wyjechała na dłużej.

Lucy oprowadza go po obejściu. Przypomina mu, że trzeba oszczędzać wodę i uważać, co się wpuszcza do zbiornika fermentacyjnego. Lurie zna już tę lekcję, ale sumiennie słucha. Potem córka prowadzi go do psiarni. Podczas jego ostatniej wizyty był tylko jeden boks. Teraz jest ich pięć, solidnych, na betonowej podmurówce, z cynkowanymi prętami i rozpórkami, z grubej siatki, w cieniu młodych eukaliptusów. Psy żywo reagują na widok Lucy: dobermany, owczarki alzackie, bulteriery, rottweilery, psy na lwy.

– Same stróże – mówi Lucy. – Psy robocze, na krótkie terminy: dwa tygodnie, tydzień, czasem tylko na weekend. Wychuchane pieszczoszki zjawiają się raczej w czasie letnich wakacji.

– A koty? Kotów nie przyjmujesz?

– Nie śmiej się. Nimi też mam zamiar się zająć, tylko że to jeszcze wymaga pewnych przygotowań.

– Dalej trzymasz ten swój stragan na targu?

– Tak, w każdą sobotę rano. Zabiorę cię ze sobą.

Z tego żyje: z przechowalni psów, ze sprzedaży kwiatów, warzyw i owoców. Najprostszy sposób, jaki może być.

– A psom się nie nudzi? – Lurie wskazuje płową buldożkę, która leży sama w boksie, z łbem opartym na wyciągniętych łapach, ponuro patrzy na przechodzących i nawet wstać jej się nie chce.

– Katy? Jej państwo ją porzucili. Dali nogę. Od miesięcy zalegają z płaceniem. Sama nie wiem, co z nią zrobić. Pewnie spróbuję znaleźć dla niej jakiś dom. Dąsa się, ale poza tym to całkiem dobry pies. Codziennie wychodzi na spacer, żeby jej nie brakowało ruchu. Wyprowadzam ją ja sama albo Petrus. Zgodnie z umową.

– Petrus?

– Poznasz go. To mój nowy pomocnik. Od marca właściwie wspólnik. Niesamowity facet.

Spacerują wzdłuż tamy, a raczej błotnistego wału, przy którym beztrosko dryfuje kacza rodzina. Mijają pasiekę, a potem przechodzą przez ogród: klomby kwiatów i grządki zimowych warzyw – kalafiorów, kartofli, buraków ćwikłowych i liściowych, cebuli. Idą na skraj posiadłości obejrzeć pompę i zbiornik z wodą. Od dwóch lat deszcze sprzyjają, poziom wody się podniósł. Lucy ze swobodą o tym wszystkim opowiada. Nowa rasa farmerki z pogranicza. Dawniej bydło i kukurydza. Dziś psy i żonkile. Im bardziej wszystko się zmienia, tym bardziej trwa bez zmian. Historia się powtarza, chociaż w skromniejszej wersji. Może i historia czegoś się nauczyła.

Wracają wzdłuż wąskiego kanału nawadniającego. Bose stopy Lucy wczepiają się palcami w czerwoną ziemię, zostawiając wyraźne ślady. Mocna kobieta, zakorzeniona w swoim nowym życiu. Dobrze! Skoro właśnie ją po sobie pozostawił – tę córkę, tę kobietę – może się nie wstydzić.

– Nie musisz mnie zabawiać – mówi po powrocie do domu. – Przywiozłem ze sobą książki. Potrzebny mi tylko stół i krzesło.

– Masz coś konkretnego na warsztacie? – ostrożnie pyta Lucy. Jego praca nie należy do tematów, które często poruszają.

– Mam pewne plany. Chcę napisać coś o ostatnich latach Byrona. Nie książkę, przynajmniej nie taką, jak moje poprzednie. Raczej utwór sceniczny. Słowa i muzykę. Z postaciami, które będą rozmawiać i śpiewać.

– Nie wiedziałam, że masz jeszcze w tej dziedzinie jakieś ambicje.

– Pomyślałem, że sprawię sobie tę przyjemność. Ale tu chodzi o coś więcej. Człowiek chciałby zostawić jakiś ślad. Przynajmniej mężczyzna. Kobietom idzie to łatwiej.

– Niby dlaczego?

– Chcę powiedzieć, że łatwiej im jest wydać na świat coś, co będzie żyło własnym życiem.

– Czy ojcostwo zupełnie się nie liczy?

– Ojcostwo… nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ojcostwo w porównaniu z macierzyństwem to dosyć abstrakcyjna sprawa. Ale poczekajmy, zobaczmy, co z tego wyjdzie. Gdyby coś rzeczywiście miało wyjść, ty pierwsza usłyszysz. Pierwsza i pewnie ostatnia.

– Muzykę też sam napiszesz?

– Głównie zapożyczę. Nie mam pod tym względem żadnych zahamowań. Z początku myślałem, że ten temat trzeba będzie zorkiestrować z przepychem. Powiedzmy, jak u Straussa. A to by przekraczało moje możliwości. Ale teraz skłaniam się w przeciwnym kierunku, w stronę bardzo skąpego akompaniamentu – skrzypce, wiolonczela, obój albo może fagot. Na razie to wszystko zresztą wyłącznie pomysły. Nie napisałem dotąd ani jednej nuty – zaprzątało mnie co innego. Musiałaś słyszeć o moich kłopotach.

– Roz wspomniała coś przez telefon.

– Nie będziemy teraz tego rozgrzebywali. Innym razem.

– Na zawsze odszedłeś z uczelni?

– Złożyłem rezygnację. Poproszono mnie, żebym ją złożył.

– Będzie ci brakowało uniwersytetu?

– Czy będzie mi brakowało? Nie wiem. Nienadzwyczajny był ze mnie wykładowca. Czułem, że mam coraz słabszy kontakt ze studentami. Nie chcieli słuchać tego, co miałem do powiedzenia. Więc może nie będzie mi brakowało. Może będę się cieszył nagłą wolnością.

W drzwiach stoi jakiś mężczyzna, wysoki, w niebieskim kombinezonie, kaloszach i wełnianej czapce.

– Wejdź, Petrus, poznaj mojego ojca – mówi Lucy. Petrus wyciera buty. Mężczyźni podają sobie ręce. Twarz pobrużdżona, wysmagana niepogodą, sprytne spojrzenie. Czterdzieści lat? Czterdzieści pięć? Petrus zwraca się w stronę Lucy.

– Płyn do oprysku – wyjaśnia. – Przyszłem po płyn do oprysku.

– Jest w aucie. Poczekaj tu, zaraz przyniosę. Lurie zostaje sam na sam z Petrusem.

– Więc to pan zajmuje się psami – mówi wreszcie, żeby jakoś wypełnić ciszę.

– Psami i ogrodem. Tak. – Petrus szeroko się uśmiecha. – Jestem ogrodnik i psiarz. – Chwilę się namyśla. – Psiarz – powtarza, delektując się tym słowem.

– Dopiero co przyjechałem z Kapsztadu. Czasem niepokoi mnie to, że córka mieszka tu tak zupełnie sama. To bardzo odludne miejsce.

– Tak – przyznaje Petrus. – Jest niebezpiecznie. – Milknie na moment. – W dzisiejszych czasach wszystko jest niebezpiecznie. Ale tutaj chyba nic nie grozi – kończy, znowu się uśmiechając. Lucy wraca z niedużą butelką.

– Znasz proporcje: łyżeczka na dziesięć litrów wody.

– Tak, znam. – Petrus wychodzi, pochylając się w niskich drzwiach.

– To chyba porządny człowiek – stwierdza Lurie.

– Ma głowę na karku.

– Mieszka na twojej ziemi?

– On i jego żona zajmują starą stajnię. Doprowadziłam tam prąd. Całkiem wygodnie im się mieszka. Petrus ma drugą żonę w Adelaide, i dzieci, niektóre już dorosłe. Czasem tam jeździ, żeby z nimi trochę pobyć. Lurie zostawia Lucy, która ma to i owo do zrobienia, i idzie przejść się aż do szosy biegnącej w stronę Kenton, jest chłodny zimowy dzień, słońce już się chowa za czerwonymi wzgórzami, upstrzonymi rzadką, wypełzłą trawą. Nędzny kraj, nędzna ziemia, myśli Lurie. Wyjałowiona. Zdatna tylko dla kóz. Czyżby Lucy naprawdę miała zamiar spędzić tu resztę życia? Oby to był tylko przejściowy etap. Mija go grupka dzieci wracających ze szkoły. Mówi im dzień dobry; odpowiadają powitaniem. Wiejskie obyczaje. Kapsztad zaczyna już odchodzić w przeszłość. Znienacka powraca wspomnienie dziewczyny: zgrabne małe piersi ze sterczącymi sutkami, gładki, płaski brzuch. Przenika go dreszcz pożądania. Cokolwiek to było, najwidoczniej jeszcze nie wygasło.

Wraca do domu i kończy rozpakowywanie. Już dawno nie mieszkał z kobietą. Będzie musiał się pilnować, dbać o porządek. „Obfita” to łaskawy epitet, jeśli idzie o Lucy. Wkrótce będzie po prostu gruba. Zapuściła się, jak to zazwyczaj bywa, kiedy człowiek przestaje uprawiać miłosne pole. Quest devenu ce front pali, ces cheveux blonds, sourcils voutes? Kolacja jest prosta: zupa z chlebem, a potem słodkie kartofle. Lurie na ogół ich nie lubi, ale Lucy tak je jakoś przyprawia skórką cytrynową, masłem i angielskim zielem, że robią się jadalne, więcej niż jadalne.

– Zostaniesz tu jakiś czas? – pyta dziewczyna.

– Tydzień? Powiedzmy, tydzień? Wytrzymasz ze mną aż tyle?

– Możesz zostać, ile chcesz. Boję się tylko, że się zanudzisz.

– Nie zanudzę się.

– A po tygodniu dokąd pojedziesz?

– Jeszcze nie wiem. Może po prostu na włóczęgę, długą włóczęgę.

– Ja w każdym razie zapraszam.

– To miło z twojej strony, moja droga, ale chciałbym, żebyśmy pozostali przyjaciółmi. A przewlekłe wizyty szkodzą przyjaźni.

– A gdybyśmy się umówili, że nie jesteś tu z wizytą, tylko korzystasz z ostoi? Zgodziłbyś się w niej zaszyć na bliżej nieokreślonych warunkach?

– Ostoja, czyli azyl? Bez przesady, Lucy. Nie jestem uchodźcą.

– Roz twierdzi, że zrobiła się wokół ciebie paskudna atmosfera.

– Sam to na siebie ściągnąłem. Zaproponowano mi kompromis, ale się nie zgodziłem.

– Jaki kompromis?

– Reedukację. Przebudowę osobowości. Kryptonim „psychoterapia”.

– Czyżbyś był taki doskonały, że odrobina psychoterapii jest dla ciebie nie do przyjęcia?

– Zanadto mi się kojarzy z maoistowskimi Chinami. Odszczekiwanie, samokrytyka, publiczne kajanie. Jestem staroświecki, wolałbym, żeby mnie po prostu postawili pod mur i rozstrzelali. Miałbym wszystko z głowy.

– Zaraz rozstrzelali? Za romans ze studentką? To trochę skrajne rozwiązanie, nie sądzisz, David? Przecież ciągle odchodzą jakieś takie romanse. A przynajmniej odchodziły za moich studenckich lat. Gdyby każda afera kończyła się procesem, wykładowcy zostaliby zdziesiątkowani.

Lurie wzrusza ramionami.

– Czasy są purytańskie. Sfera prywatna jest przedmiotem zainteresowania ogółu. Szacunkiem cieszą się niewyżyci. Niewyżyci i sentymentalni. Chcieli urządzić widowisko z biciem się w piersi, skruchą, w miarę możności – ze łzami. Po prostu spektakl telewizyjny. Nie poszedłem im na rękę.

Miał zamiar dodać: w gruncie rzeczy chcieli mnie poddać kastracji – ale te słowa nie przechodzą mu przez gardło, przynajmniej nie w obecności córki. Prawdę mówiąc, własna tyrada słyszana cudzymi uszami wydaje mu się nagle melodramatyczna i przesadna.

– Czyli każda strona uparła się przy swoim. Tak?

– Mniej więcej.

– Nie powinieneś być taki nieugięty, David. W nieugiętości nie ma nic bohaterskiego. Jest jeszcze czas, żebyś zmienił zdanie?

– Nie, zapadł ostateczny werdykt.

– Bez odwołania?

– Bez odwołania. Ja zresztą wcale się nie skarżę. Przyznawszy się do nikczemnych czynów, nie można w zamian oczekiwać powodzi współczucia. W każdym razie nie wtedy, kiedy już się przekroczyło pewien wiek. W pewnym wieku człowiek robi się po prostu nieapetyczny. I tyle. Trzeba zakasać rękawy i jakoś przeżyć resztę życia. Odsiedzieć wyrok.

– No to szkoda. Zostań tu, jak długo zechcesz. Na dowolnych zasadach.

Wcześnie idzie spać. W środku nocy budzi go gromadne ujadanie. Zwłaszcza jeden pies szczeka natrętnie, mechanicznie, nieustannie; inne dołączają do niego, cichną, ale zaraz potem znów zaczynają szczekać, nie chcąc uznać swojej porażki.

– Czy tak jest co noc? – zwraca się rano z pytaniem do Lucy.

– Człowiek z czasem się przyzwyczaja. Przykro mi.

Lurie kręci głową.

Zdążył już zapomnieć, jakie chłodne bywają zimowe ranki na wyżynach Wschodniego Przylądka. Nie przywiózł odpowiedniej garderoby: musi pożyczyć sweter od Lucy. Z rękami w kieszeniach przechadza się wśród grządek kwiatów. Szosą do Kenton niewidoczne auto przejeżdża z rykiem, który jeszcze chwilę po tym wisi w nieruchomym powietrzu. Wysoko w górze leci klucz gęsi. Co by tu zrobić z tym mnóstwem czasu?

– Masz ochotę się przejść? – słyszy za sobą głos Lucy.

Zabierają trzy psy: dwa młode dobermany, które Lucy trzyma na smyczy, i buldożkę, tę porzuconą. Suka kładzie uszy po sobie, usiłując się wypróżnić. Nic z tego.

– Ma problemy – stwierdza Lucy. – Muszę jej dać lekarstwo.

Suka dalej się wysila, wywiesza język i ukradkiem rozgląda się wokoło, jakby się wstydziła, że ktoś jej się przygląda. Schodzą z drogi między niskie krzewy, a potem idą przez rzadki las sosnowy.

– Ta historia z dziewczyną – mówi Lucy. – To było coś poważnego?

– Przecież Rosalind wszystko ci opowiedziała.

– Bez szczegółów.

– Ona pochodzi z tych okolic. Z George. Była w jednej z grup, z którymi miałem ćwiczenia. Zaledwie przeciętna studentka, ale bardzo ładna.

– Czy to było coś poważnego?

– Z pewnością miało poważne skutki.

– Ale teraz już skończone? Nie tęsknisz za nią?

Czy naprawdę skończone? A może wciąż jeszcze tęskni?

– Kontakty między nami ustały – mówi.

– Dlaczego cię zadenuncjowała?

– Nie powiedziała mi. Nie miałem okazji spytać. Znalazła się w trudnej sytuacji. Zastraszana przez chłopaka, kochanka czy eks-kochanka. Na zajęciach też była napięta atmosfera. A potem jej rodzice usłyszeli, co się święci, i zwalili się do Kapsztadu. Widocznie nie wytrzymała presji.

– A w dodatku byłeś jeszcze ty.

– Tak, jeszcze byłem ja. Chyba nie miała ze mną lekko.

Doszli do bramy z tablicą „SAPPI Industries – wstęp wzbroniony pod groźbą kary sądowej”. Zawracają.

– No cóż – mówi Lucy. – Zapłaciłeś za to wszystko. Może nie będzie tak znowu źle o tobie myślała, kiedy zacznie wspominać tę całą historię. Kobiety potrafią zdumiewająco łatwo wybaczać. Zapada milczenie. Czyżby Lucy, jego własne dziecko, próbowała go pouczać, jakie są kobiety?

– Przychodziło ci do głowy, żeby jeszcze raz się ożenić?

– Masz na myśli małżeństwo z kimś z mojego pokolenia? Nigdy nie byłem stworzony do małżeństwa, Lucy. Sama widziałaś.

– Tak. Ale…

– Ale co? Nie uchodzi pasożytować na dzieciach?

– Nie w tym rzecz. Tylko że w miarę upływu czasu będzie ci coraz trudniej, a nie coraz łatwiej.

Nigdy jeszcze nie rozmawiał z Lucy o swoim życiu intymnym. Nie idzie mu to łatwo. Ale jeśli nie z nią, to z kim porozmawia?

– Pamiętasz Blake’a? – pyta. – „Raczej zamordować niemowlę w kołysce, niż hołubić niewyżyte pragnienia”?

– Po co mi to cytujesz?

– Niewyżyte pragnienia potrafią objawiać się w równie wstrętnej postaci u starych, jak u młodych.

– Czyli?

– Od każdej kobiety, z którą byłem blisko, nauczyłem się czegoś o sobie. W tym sensie stałem się dzięki nim lepszym człowiekiem.

– Nie będziesz twierdził, mam nadzieję, że to działa w obie strony i ze twoje kobiety dzięki znajomości z tobą też stały się lepsze.

Rzuca jej ostre spojrzenie. Lucy uśmiecha się.

– To tylko żart – mówi.

Wracają asfaltową szosą. W miejscu, gdzie odchodzi od niej droga prowadząca na farmę Lucy, wisi malowany szyld, którego przedtem nie zauważył: CIĘTE KWIATY. CYKADY. I strzałka: l KM.

– Cykady? – pyta Lurie. – Myślałem, że nie wolno nimi handlować.

– Nie wolno wykopywać tych, które żyją w stanie dzikim. Ale ja hoduję je z jaj. Pokażę ci.

Idą dalej. Młode psy szarpią się na smyczach, suka wlecze się z tyłu i dyszy.

– A ty? Właśnie tego chcesz od życia? – Lurie macha ręką w stronę ogrodu, w stronę domu, którego dach iskrzy się w słońcu.

– To mi wystarczy – cicho odpowiada Lucy.

Jest sobota, dzień targowy. Lucy budzi go o piątej, zgodnie z umową, podając kawę. Grubo okutani dla ochrony przed zimnem idą do ogrodu, a tam już Petrus przy świetle lampy halogenowej ścina kwiaty. Lurie proponuje, że go zastąpi, ale niebawem palce mu grabieją i nie może wiązać kwiatów w pęki. Oddaje sznurek Petrusowi i odtąd już tylko owija i pakuje. Przed siódmą, kiedy świt dotyka wzgórz, a psy zaczynają niemrawo się ruszać, praca jest ukończona. Samochód załadowano skrzynkami kwiatów, workami kartofli, cebuli, kapusty. Lucy prowadzi, Petrus zostaje na miejscu. Ogrzewanie nie działa; usiłując coś dostrzec przez zaparowaną przednią szybę, Lucy skręca na szosę do Grahamstown. Lurie siedzi obok córki i je kanapki, które przygotowała. Kapie mu z nosa; ma nadzieję, że ona tego nie zauważa. A więc nowa przygoda. Córka, którą woził niegdyś do szkoły i na lekcje tańca klasycznego, do cyrku i na lodowisko, zabiera go na wycieczkę, pokazuje mu, jak wygląda życie, pokazuje mu ten inny, nieznany świat. Na Donkin Square dzierżawcy stoisk ustawiają już stoły na krzyżakach i wykładają towar. Pachnie przypalonym mięsem. Nad miastem wisi zimna mgła; ludzie zacierają ręce, tupią, klną. Panuje ostentacyjnie dobroduszna atmosfera, wobec której Lucy ku wielkiej uldze Luriego zachowuje dystans. Wygląda na to, że znaleźli się w rolniczej części targowiska. Na lewo od nich trzy Afrykanki sprzedają mleko, masę i masło, a także kości na zupę, trzymane w wiadrze przykrytym mokrą szmatką. Na prawo urzęduje stare małżeństwo Afrykanerów, z którymi Lucy wita się, mówiąc im Tanie Miems i Oom Koos, oraz mały, najwyżej dziesięcioletni pomocnik w kominiarce na głowie. Podobnie jak Lucy, mają do sprzedania kartofle i cebulę, a prócz tego dżemy w słoikach i inne przetwory, suszone owoce, paczkowaną herbatę buchu i tę z miodunki krzewiastej, różne zioła. Lucy przywiozła dwa składane stołki z płóciennymi siedzeniami. Ona i Lurie piją kawę z termosu, czekając na pierwszych klientów. Zaledwie przed dwoma tygodniami prowadził ćwiczenia, tłumacząc znudzonej młodzieży tego kraju, jaka jest różnica między „pić” a „wypić”, co znaczy „spalany”, a co „spalony”. Forma dokonana, oznaczająca czynność doprowadzoną do końca. Jakie to wszystko wydaje się teraz dalekie! Żyję, dożywam, żyłem. Kartofle Lucy leżą w wielkim koszu, wymyte do czysta. Te, które sprzedają Koos i Miems, upstrzone są grudkami ziemi. Przez kilka porannych godzin córka Luriego zgarnia prawie pięćset randów. Raz po raz ktoś kupuje od niej kwiaty; o jedenastej Lucy obniża ceny i pozbywa się reszty towaru. Przy straganie z mlekiem i mięsem też panuje ożywiony ruch; ale parze staruszków, którzy siedzą obok siebie jak drewniane figury, bez cienia uśmiechu na twarzach, idzie gorzej. Wiele klientek Lucy zna ją z imienia: są to przeważnie kobiety w średnim wieku, które odnoszą się do niej trochę zaborczo, jakby jej powodzenie było także ich powodzeniem. A ona za każdym razem dokonuje prezentacji:

– Proszę poznać mojego ojca. David Lurie, gość z Kapsztadu.

– Musi pan być dumny z córki, panie Lurie – mówią klientki.

– Tak, jestem ogromnie dumny – odpowiada.

– Bev prowadzi schronisko dla zwierząt – mówi Lucy po jednej z takich rozmów. – Czasem jej pomagam. Wracając, wstąpimy do niej, jeżeli nie masz nic przeciwko temu. Nie poczuł sympatii do Bev Shaw, przysadzistej, energicznej kobietki z czarnymi piegami, sztywnymi, krótko przystrzyżonymi włosami i głową wyrastającą jakby prosto z barków. Nie lubi kobiet, które nie starają się podobać. Nieraz już czuł tego rodzaju niechęć do przyjaciółek Lucy. Nie ma czym się chlubić: uprzedzenie, które zagnieździło się w jego umyśle, zapuściło korzenie. Umysł Luriego stał się przytułkiem dla starych myśli, gnuśnych, zubożałych, bez żadnego innego schronienia. Trzeba by je przepędzić, wyprzątnąć lokal do czysta. Ale jemu nie zależy, a może zależy mu nie dość.

Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami, niegdyś aktywna instytucja dobroczynna w Grahamstown, musiało zaniechać działalności. Lecz w jego dawnym lokalu garstka wolontariuszy pod wodzą Bev Shaw dalej prowadzi klinikę. Lurie nie ma nic przeciwko miłośnikom zwierząt, z którymi Lucy związana jest od niepamiętnych czasów. Bez nich świat niewątpliwie byłby gorszy. Kiedy więc Bev Shaw otwiera drzwi kliniki, David robi dobrą minę do złej gry, chociaż budzi w nim odrazę buchający z wnętrza odór kociego moczu, psiego świerzbu i płynu dezynfekującego. Dom jest dokładnie taki, jak go sobie wyobrażał: śmieciarskie meble, pełno rozmaitych bibelotów (porcelanowe pastereczki, krowie dzwonki, zrobiona ze strusich piór miotełka do odganiania much), jazgot radia, szczebiot ptaków w klatkach, wszędzie pod nogami plączą się koty. Prócz Bev Shaw, jest i Bill Shaw: nie mniej od niej przysadzisty, popija herbatę, siedząc przy stole w kuchni; twarz ma czerwoną jak burak, włosy srebrzyste, a na sobie sweter z miękkim kołnierzem.

– Siadaj, siadaj, Dave – zaprasza. – Napij się herbaty, rozgość się.

Lurie wcześnie zaczął dzień, jest zmęczony, ostatnią rzeczą, na jaką miałby ochotę, jest gadanie o byle czym z tymi ludźmi. Rzuca Lucy znaczące spojrzenie.

– My tylko na chwilę, Bill – mówi dziewczyna. – Wezmę trochę lekarstw i lecimy.

Przez okno Lurie widzi podwórko za domem Shawów: z jabłonki spadają robaczywe owoce, panoszą się chwasty, w zagrodzie z arkuszy cynkowanej blachy, drewnianych tablic i starych opon kury drapią ziemię, a w kącie drzemie stworzenie osobliwie podobne do antylopy dujker.

– I co ty na to? – pyta Lucy, kiedy znów jadą autem.

– Nie chciałbym być nieuprzejmy. Trudno zaprzeczyć, że stanowią swoistą subkulturę. Nie mają dzieci?

– Nie, nie mają. Nie lekceważ Bev. Nie jest głupia. Robi niesłychanie wiele dobra. Od lat jeździ do D. Village, przedtem z ramienia Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, a teraz na własną rękę.

– Chyba z góry skazana jest na porażkę.

– Tak. Nie dostaje już żadnych dotacji. Na liście narodowych priorytetów nie ma miejsca dla zwierząt.

– Domyślam się, że jest zrozpaczona. Ty pewnie też.

– Tak. Nie. A zresztą, czy to ważne? Zwierzęta, którym pomaga, nie czują rozpaczy, tylko wielką ulgę.

– No to cudownie. Przykro mi, moje dziecko, po prostu nie bardzo potrafię się tym zainteresować. Twoja działalność, jej działalność jest godna podziwu, ale dla mnie dobroczyńcy zwierząt są trochę jak jacyś chrześcijanie. Wszyscy tacy radośni i pełni dobrych intencji, aż po pewnym czasie człowieka korci, żeby pójść w świat i odrobinę sobie pogwałcić i poplądrować. Albo kopnąć kota. Sam się sobie dziwi, że tak nagle wybuchnął. Przecież wcale nie jest w złym humorze, skądże znowu.

– Uważasz, że powinnam się zająć ważniejszymi sprawami – mówi Lucy. Wyjechali już na drogę; dziewczyna prowadzi, nie patrząc na niego. – Wydaje ci się, że skoro jestem twoją córką, powinnam robić z własnego życia lepszy użytek.

Lurie już kręci głową.

– Nie… nie… nie… – mamrocze.

– Uważasz, że powinnam malować martwe natury albo uczyć się rosyjskiego. Nie podoba ci się, że przyjaźnię się z takimi ludźmi, jak Bev i Bill Shaw, bo oni nie zachęcą mnie do wznioślejszego życia.

– To nieprawda, Lucy.

– Owszem, prawda. Oni rzeczywiście nie zachęcą mnie do wznioślejszego życia, bo wznioślejsze życie po prostu nie istnieje. Jedynym istniejącym życiem jest to, które dzielimy ze zwierzętami. Taki właśnie wzór próbują dać światu ludzie pokroju Bev. Taki właśnie wzór staram się naśladować. Podzielić się ze zwierzętami częścią naszego ludzkiego uprzywilejowania. Nie chcę odrodzić się po śmierci jako pies albo świnia i prowadzić takie życie, do jakiego pod naszą władzą zmuszone są psy czy świnie.

– Lucy, kochanie, nie złość się. Tak, masz rację, inne życie nie istnieje. A co do zwierząt, to oczywiście, bądźmy dla nich dobrzy. Ale nie zatracajmy poczucia proporcji. Należymy do innej sfery stworzeń niż zwierzęta. Niekoniecznie do wyższej, po prostu do innej. Więc jeśli już mamy być dla nich dobrzy, róbmy to ze zwykłej wielkoduszności, a nie z poczucia winy czy z obawy przed karą. Lucy nabiera w płuca powietrza. Wydaje się, że zaraz odpowie na ojcowskie kazanie, ale w końcu nic nie mówi. Zajeżdżają przed dom, milcząc.

Siedzi w pokoju od frontu i ogląda w telewizji mecz piłkarski. Wynik bezbramkowy – obie drużyny grają, jakby nie chciały wygrać. Sprawozdawca raz po raz przerzuca się z sotho na xhosa i z powrotem, a Lurie nie rozumie z tych języków ani słowa. Ścisza fonię, aż głos komentatora zamienia się w szept. Sobotnie popołudnie w Afryce Południowej: czas poświęcony mężczyznom i ich przyjemnościom. Lurie zapada w drzemkę. Kiedy się budzi, obok niego na kanapie siedzi Petrus z butelką piwa w ręku. Zanim usiadł, podkręcił dźwięk.

– Bushbucks – oświadcza. – To moja drużyna. Bushbucks przeciwko Sundowns.

Ci ostatni egzekwują rzut rożny. Zamieszanie pod bramką. Petrus jęczy i łapie się za głowę. Kiedy kurz się rozwiewa, bramkarz Bushbucksów leży na ziemi, przykrywając piersią piłkę.

– Dobry jest! Dobry! – mówi Petrus. – To dobry bramkarz. Muszą go zatrzymać w drużynie.

Mecz kończy się bez bramek. Petrus przełącza na inny kanał. Boks: dwóch małych ludzików, tak maleńkich, że ledwie sięgają sędziemu do piersi, okrąża się nawzajem, doskakuje, obrabia pięściami. Lurie wstaje i bez pośpiechu przechodzi do tylnej części domu. Lucy leży na swoim łóżku i czyta.

– Co czytasz? – pyta David. Ona spogląda na niego pytająco, a potem wyjmuje z uszu stopery. – Co czytasz? – powtarza jej ojciec, po czym dodaje: – Nie układa nam się, prawda? Mam wyjechać?

Lucy uśmiecha się i odkłada książkę na bok. Tajemnica Edwina Drooda: nie tego by się po niej spodziewał.

– Siadaj – mówi ona.

Lurie siada na łóżku i od niechcenia głaszcze ją po nagiej stopie. Zgrabna stopa, kształtna. Foremne kości, takie same jak u jej matki. Kobieta w kwiecie wieku, pociągająca mimo ciężkiej budowy i niekorzystnego ubioru.

– Z mojego punktu widzenia, David, układa nam się doskonale. Cieszę się, że tu jesteś. Musi po prostu minąć trochę czasu, zanim przystosujesz się do wiejskiego tempa. Kiedy znajdziesz sobie coś do roboty, nie będziesz już tak się nudził.

On z roztargnieniem kiwa głową. Pociągająca, myśli, a mimo to stracona dla mężczyzn. Powinien czuć się temu winny? A może tak czy owak sprawy potoczyłyby się tą właśnie koleją? Od dnia, gdy jego córka przyszła na świat, nie czuł do niej nic prócz najbardziej spontanicznej, najbardziej szczodrej miłości. Niemożliwe, żeby jej nie zauważyła. Czyżby ta miłość była dla niej nie do zniesienia? Okazała się ciężarem ponad siły? Przytłaczała ją? Czyżby Lucy dostrzegła w niej coś złowrogiego?

Próbuje sobie wyobrazić, co dziewczyna przeżywa ze swoimi kochankami, a one z nią. Nigdy za żadną myślą nie bał się podążyć aż do końca jej krętego szlaku, więc i teraz się nie boi. Czy spłodził kobietę namiętną? Z czego jego córka potrafi czerpać w sferze zmysłów, a z czego nie? Czy on i ona umieliby porozmawiać również i o tym? Lucy nigdy nie robiła ze swojego życia tajemnicy. Czemu mieliby nie być ze sobą szczerzy, zakreślać sobie nieprzekraczalne granice w czasach, gdy nikt inny ich nie zakreśla?

– Kiedy znajdę sobie coś do roboty, powiadasz – mówi, wracając z wewnętrznej podróży. – Co proponujesz?

– Mógłbyś pomóc przy psach. Na przykład krajać dla nich mięso. Zawsze miałam przed tym opory. No i jest jeszcze Petrus. Urządza się na własnej ziemi. Mógłbyś mu pomóc.

– Pomóc Petrusowi. To mi się podoba. Podoba mi się historyczna pikanteria tego pomysłu. Myślisz, że będzie mi płacił dniówkę?

– Spytaj go. Na pewno ci zapłaci. Parę miesięcy temu dostał zapomogę z Wydziału Spraw Rolnych. W sam raz tyle, żeby mógł kupić ode mnie hektar z kawałkiem. Nie mówiłam ci? Granica przechodzi przez tamę. Zbiornik jest wspólny. Działka między nim a płotem należy do Petrusa. Na wiosnę ocieli mu się krowa. Petrus ma dwie żony, a może żonę i dziewczynę. Jeżeli mądrze rozegrał sprawę, to ma szansę dostać drugą zapomogę na budowę domu. Mógłby wtedy wyprowadzić się ze stajni. Według standardów Wschodniego Przylądka jest zamożny. Powiedz, żeby ci płacił. Stać go. Nie jestem za to pewna, czy mnie samą jeszcze stać na pensję dla niego.

– Dobrze, zajmę się mięsem dla psów i zgłoszę się do Petrusa z łopatą. Co jeszcze?

– Możesz pomóc w klinice. Rozpaczliwie potrzeba im wolontariuszy.

– Czyli miałbym pomagać Bev Shaw.

– Tak.

– Nie sądzę, żebym mógł z nią się dogadać.

– Wcale nie musisz się z nią dogadywać. Wystarczy, że jej pomożesz. Ale nie licz na zapłatę. Będziesz musiał pracować z czystej dobroci serca.

– Mam wątpliwości, Lucy – Podejrzanie mi to brzmi: trochę jak propozycja pracy społecznej. Zadośćuczynienia za dawne niegodziwości.

– Możesz mi wierzyć, David, że zwierzęta z kliniki nie będą dociekać twoich motywów. Nie spytają cię o nie i będzie im wszystko jedno, co tobą powoduje.

– Dobrze, podejmę się. Pod warunkiem, że nie będę musiał przy okazji stać się kimś lepszym. Nie dojrzałem do tego, żeby dążyć do poprawy. Chcę dalej być sobą. Na tych warunkach zgadzam się. – Dłonią, którą wciąż trzyma na stopie córki, mocno ściska jej kostkę, – jasne? Lucy uśmiecha się do niego ze słodyczą: nie sposób inaczej tego nazwać.

– Czyli koniecznie chcesz dalej być zły. Szalony, zły, jeden z tych, których niebezpiecznie jest znać. Nikt nie zażąda, żebyś się zmienił, obiecuję.

Przekomarza się z nim tak samo, jak dawniej przekomarzała się jej matka. Po matce ma dowcip, może nawet ostrzejszy. Luriego zawsze pociągały dowcipne kobiety. Dowcipne i piękne. Mimo najlepszych chęci nie znalazł ani odrobiny dowcipu u Melani. Ale jaka za to była piękna. Znowu przeszywa go ten lubieżny dreszczyk. Czuje na sobie baczne spojrzenie Lucy. Widać nie zdołał ukryć tego dreszczu. Ciekawe. Wstaje i wychodzi na podwórko. Młodsze psy strasznie się cieszą na jego widok i zaczynają biegać w tę i z powrotem po swoich boksach, skomląc ochoczo. Ale stara buldożka ledwie się rusza.

Lurie wchodzi do jej boksu i zamyka za sobą drzwi. Suka podnosi łeb, spogląda na niego i znów kładzie głowę na łapach; ma stare, obwisłe sutki.

Lurie kuca i łaskocze ją za uszami.

– Zostawili nas, co? – mruczy.

Wyciąga się obok niej na gołym betonie. Nad sobą ma blady błękit nieba. W mięśniach czuje nagły luz.

I tak zastaje go Lucy. Widocznie zasnął: pierwsze, co stwierdza po przebudzeniu, to że weszła do boksu, niosąc kankę z wodą, a suka wstała i obwąchuje jej stopy.

– Zaprzyjaźniasz się? – pyta Lucy.

– Nie łatwo z nią się zaprzyjaźnić.

– Biedna stara Katy, jest w żałobie. Nikt jej nie chce, a ona o tym wie. O ironio, w całej tutejszej okolicy ma pewnie dzieci, które chętnie gościłyby ją u siebie. Niestety, nie mogą jej zaprosić. Same są tylko częścią umeblowania, systemu alarmowego. Robią nam ten zaszczyt, że traktują nas jak bogów, a my w zamian traktujemy je jak przedmioty. Wychodzą z boksu. Suka osuwa się na ziemię i zamyka oczy.

– Ojcowie Kościoła długo nad nimi debatowali i w końcu uznali, że zwierzęta nie mają dusz – zauważa Lurie. – Ich dusze są przykute do ciał i razem z ciałami umierają. Lucy wzrusza ramionami.

– Nie jestem pewna, czy sama mam duszę. Choćby mi się jakaś dusza ukazała, nie poznałabym, że to ona.

– Nieprawda. Jesteś duszą. Wszyscy jesteśmy duszami. Nawet jeszcze przed narodzeniem.

Córka jakoś dziwnie na niego patrzy.

– Co z nią zrobisz? – pyta Lurie.

– Z Katy? Pewnie zatrzymam ją na stałe, jeżeli nie będzie innego wyjścia.

– Nigdy nie usypiasz zwierząt?

– Nie. Bev je usypia. Nikt inny nie chce, więc się podjęła. Okropnie dużo ją to kosztuje. Nie doceniasz jej. To dużo ciekawsza osoba, niż ci się zdaje. Nawet według twoich własnych pojęć.

Według jego pojęć: co to właściwie są za pojęcia? Te, według których małe, kluchowate kobietki o brzydkich głosach zasługują na to, żeby traktować je jak powietrze? Lurie czuje nagły cień żalu: nad Katy, samiuteńką w swoim boksie; nad sobą, nad wszystkimi. Wzdycha głęboko, nie próbując stłumić tego westchnienia.

– Wybacz mi, Lucy – mówi.

– Wybaczyć ci? Niby co? – dziewczyna uśmiecha się lekko, z kpiną.

– Że byłem jednym z dwojga śmiertelników, których wyznaczono, żeby sprowadzili cię na świat, i nie okazałem się lepszym przewodnikiem. Ale zgoda, pomogę Bev Shaw. Pod warunkiem, że nie będę musiał mówić na nią „Bev”. Głupie imię. Dobre dla krowy. Kiedy mam zacząć?

– Zadzwonię do niej.

Tablica przed wejściem do kliniki oznajmia: Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami, punkt 1529. Niżej wypisane były godziny przyjęć, ale zaklejono je taśmą. Przed drzwiami ludzie czekają w kolejce, niektórzy ze zwierzętami. Lurie ledwie zdążył wysiąść z auta, a już zewsząd otaczają go dzieci – jedne próbują wyżebrać trochę drobnych, inne po prostu patrzą. Przedziera się przez ciżbę i nagłą kakofonię: dwa psy warczą na siebie i kłapią zębami, a ich panowie usiłują je powstrzymać. W małej poczekalni o gołych ścianach panuje ścisk. Lurie musi przejść nad czyimiś nogami, żeby się dostać do środka.

– Pani Shaw? – pyta.

Jakaś stara kobieta skinieniem głowy wskazuje plastikową kotarę, zastępującą drzwi do gabinetu. Na krótkim sznurze trzyma kozła, który nerwowo łypie oczami w stronę psów, stukając kopytami po twardej podłodze. W gabinecie wisi ostry odór moczu. Bev Shaw pracuje przy niskim stole ze stalowym blatem. Przyświecając sobie cienką latarką, zagląda do gardła młodemu mieszańcowi, który wygląda jak krzyżówka szakala z psem na lwy. Na blacie klęczy bosy chłopczyk, najwidoczniej właściciel: przytrzymuje psi łeb, przyciskając go łokciem do własnych żeber, i usiłuje nie dopuścić, żeby zwierzę zamknęło pysk. Z gardzieli wydobywa się niski, bulgoczący warkot; potężne lędźwie prężą się. Lurie niezręcznie przyłącza się do tej szamotaniny: chwyta psa za zadnie łapy i ściska je razem, tak że pies musi usiąść.

– Dziękuję – mówi Bev Shaw. Twarz ma zarumienioną. – Zrobił mu się ropień od wklinowanego zęba. Nie mamy antybiotyków, więc… pilnuj, żeby się nie ruszał, boytjie!… więc możemy tylko przekłuć wrzód i liczyć, że się jakoś zagoi.

Dłubie w psim pysku lancetem. Pies jednym gwałtownym szarpnięciem wyrywa się Luriemu, nieomal wyrywa się z uścisku chłopca. Lurie chwyta zwierzę, które skrobie łapami, usiłując zeskoczyć ze stołu; na ułamek sekundy oczy Davida napotykają spojrzenie rozwścieczonych, przerażonych ślepiów.

– Na bok. O, właśnie tak – dyryguje Bev Shaw. Z uspokajającym pomrukiem wprawnie podcina psu łapy i układa go na boku. – Pasek – mówi. Lurie owija paskiem leżącego psa, a Bev zapina sprzączkę. – No dobrze. Niech pan pomyśli coś pocieszającego, coś mocnego. One potrafią wywęszyć ludzkie myśli.

Lurie pochyla się nad psem, przygniatając go całym swoim ciężarem. Ręką zawiniętą w starą szmatę dziecko znowu ostrożnie rozwiera zwierzęciu szczęki. Pies ze zgrozą przewraca ślepiami. Czują ludzkie myśli, co za bzdura!

– No, no! – mruczy Lurie. Bev Shaw znowu szturcha lancetem. Pies krztusi się, cały sztywnieje, a potem się rozluźnia.

– A teraz – mówi Bev – musimy pozwolić, żeby natura zrobiła swoje.

Rozpina sprzączkę i zwraca się do dziecka: brzmi to jak bardzo niepewna próba mówienia w języku xhosa. Pies już wstał i kuli się pod stołem. Na blacie zostały bryzgi krwi i śliny; Bev ściera je szmatą. Chłopiec łagodnie wyprowadza psa z gabinetu.

– Dziękuję, panie Lurie. Ma pan dobrą aurę. Czuję, że lubi pan zwierzęta.

– Czy lubię zwierzęta? Jadam je, więc widać je lubię, a przynajmniej niektóre ich części.

Bev ma na głowie masę drobnych kędziorków. Czy sama je zwija szczypcami? Mało prawdopodobne: musiałaby na to poświęcać kilka godzin dziennie. Pewnie same się kręcą. Nigdy nie widział z bliska takiej tessitury. Uszy Bev pokryte są czerwono-fioletowym filigranem żył. Nos też. Podbródek wyrasta prosto z piersi, jak u gołębia garłacza. Całość wybitnie niepowabna. Kobieta zastanawia się nad jego słowami, których ton chyba uszedł jej uwagi.

– Tak, w tym kraju jemy mnóstwo zwierząt – mówi. – Chyba niezbyt dobrze nam to robi. Nie bardzo wiem, jak im się z tego wytłumaczymy.

A po krótkiej pauzie pyta:

– Bierzemy się za następnego?

Wytłumaczymy? Kiedy? Na Sądzie Ostatecznym? Chętnie więcej by o tym usłyszał, ale teraz nie pora. Kozioł – dorodny, w siłę wieku – ledwie chodzi. Jedną połowę moszny ma żółto-fioletową, spuchniętą jak balon; z drugiej połowy została tylko bryła zakrzepłej krwi i brudu. Poszarpały go psy, wyjaśnia stara kobieta. Jest jednak pełen werwy, pogodny, bojowy. Bev Shaw go bada, a on tymczasem zwięźle strzela bobkami na podłogę. Jego pani stoi przy nim, trzymając go za rogi, i udaje, że udziela mu reprymendy. Bev Shaw dotyka moszny wacikiem. Kozioł wierzga.

– Mógłby pan spętać mu nogi? – pyta Bev, pokazując, jak to należy zrobić.

Lurie przywiązuje prawą zadnią nogę do prawej przedniej. Kozioł znowu próbuje wierzgnąć, ale się zatacza. Bev delikatnie przemywa ranę. Kozioł drży, beczy, wydając szkaradny dźwięk, niski i ochrypły.

Kiedy spod warstwy brudu wyłania się rana, Lurie widzi, że roi się w niej od białych robaków, wymachujących w powietrzu ślepymi głowami. Wzdryga się.

– Mucha plujka – stwierdza Bev Shaw. – Co najmniej od tygodnia. – Sznuruje usta. – Dawno temu trzeba było go przyprowadzić – mówi do kobiety.

– Tak – odpowiada tamta. – Psy przychodzą co noc. Bardzo, bardzo źle. Pięćset randów kosztuje taki chłop.

Bev Shaw prostuje się.

– Nie wiem, co tu możemy poradzić – mówi. – Mam za mało doświadczenia, żeby spróbować amputacji. Może zaczekać do czwartku, aż przyjdzie doktor Oosthuizen, ale stary cap w każdym razie wyjdzie z tego bezpłodny, a nie wiem, czy to po jej myśli. No i jeszcze antybiotyki. Czy gotowa jest na nie się wykosztować?

Znowu klęka obok kozła, pochyla głowę i własnymi włosami głaszcze go po gardle. Kozioł dygocze, ale stoi w miejscu. Bev daje znak staruszce, żeby puściła rogi. Tamta spełnia polecenie. Kozioł zastyga w bezruchu.

– No i co powiesz, przyjacielu? – szepcze Bev. – Co powiesz? Czy już dosyć?

Kozioł stoi i ani drgnie, jak zahipnotyzowany. Bev Shaw dalej głaszcze go głową. Wygląda, jakby sama też wpadła w trans. Wreszcie bierze się w garść i wstaje.

– Obawiam się, że jest już za późno – mówi do kobiety. – Nie potrafię go wyleczyć. Niech pani zaczeka do czwartku, aż przyjdzie lekarz, albo zostawi mi kozła. Mogę pomóc mu spokojnie usnąć. Pozwoli mi na to. Mam tak zrobić? Mam go tu zatrzymać?

Kobieta waha się, a potem kręci głową. Zaczyna ciągnąć kozła w stronę drzwi.

– Będzie go pani mogła potem sobie zabrać – dodaje Bev Shaw. – Ja mu tylko pomogę odejść, nic więcej.

Chociaż stara się panować nad głosem, Lurie słyszy w nim nutę porażki. Kozioł też słyszy ten ton: wierzga, usiłując zerwać pętający go sznur, miota się i staje dęba, a z tyłu dynda mu obleśna bania. Kobieta rozplątuje pęta i rzuca je pod ścianę. Oboje wychodzą.

– O czym tu właściwie była mowa?

Bev Shaw odwraca głowę, żeby ukryć twarz, i wydmuchuje nos.

– Nic takiego. Mam jeszcze wystarczający zapas letalu, żeby obsłużyć najcięższe przypadki, ale nie możemy niczego narzucać właścicielom. To ich zwierzę, wolą je zarżnąć po swojemu. Jaka szkoda! Taki porządny stary cap, dzielny, uczciwy i pewny siebie!

Letal: nazwa leku? Luriemu bez trudu mieści się w głowie, że firmy farmaceutyczne mogą wpaść na taki pomysł. Nagła ciemność, jak wody Lety.

– On może rozumieć więcej, niż się pani zdaje – mówi. Ku własnemu zaskoczeniu próbuje ją pocieszyć. – Może już to zawczasu przeżył. Urodził się, rzec by można, z gotowym przeczuciem. Jesteśmy przecież w Afryce. Kozy żyją tu od zarania czasów. Nie trzeba im mówić, do czego służy stal i ogień. Wiedzą, w jakiej postaci śmierć nawiedza kozę. Od urodzenia są przygotowane.

– Tak pan sądzi? – pyta Bev. – Bo ja nie jestem pewna. Myślę, że nikt, nikt z nas nie jest gotów na śmierć, jeżeli nie ma go kto odprowadzić.

Wszystko zaczyna się układać w spójną całość. Luriemu pomału świta, jakiego mianowicie zadania podjęła się ta mała, brzydka kobiecina. Ten ponury budynek to nie lecznica – Bev jest zbyt wielką dyletantką, żeby mogła nieść skuteczną pomoc – tylko wrota ostatniej ucieczki. Lurie przypomina sobie historię… zaraz, zaraz, o kim to właściwie? Czy to święty Hubert udzielił schronienia jeleniowi, który z tętentem kopyt wbiegł do jego kaplicy, zdyszany i spłoszony, uciekając przed myśliwskimi psami? Bev Shaw nie gra roli weterynarza, lecz kapłanki: z głową napchaną frazesami Ery Wodnika podejmuje absurdalne wysiłki, żeby ulżyć niedoli afrykańskich zwierząt. Lucy myślała, że jej przyjaciółka wyda się Luriemu interesująca. Ale Lucy się myli. „Zainteresowanie” to nie jest w tym przypadku właściwe słowo.

Całe popołudnie spędza w gabinecie, pomagając, na ile potrafi. Obsłużywszy ostatnich pacjentów, Bev Shaw oprowadza go po podwórku. W awiarium siedzi tylko młody rybołów ze skrzydłem wziętym w łupki, poza tym wyłącznie psy: nie te zadbane, rasowe, które trzyma Lucy, lecz sfora wychudzonych kundli: tłoczą się w dwóch boksach, przepełnionych do granic możliwości, szczekając, ujadając, skomląc, skacząc z podniecenia. Lurie pomaga kobiecie nasypać suchego pokarmu i nalać wody do koryt. Opróżniają dwa dziesięciokilogramowe worki.

– Jak pani za to płaci? – pyta.

– Kupujemy hurtem. Czasem urządzamy kwestę. Dostajemy darowizny. Prowadzimy darmowy punkt sterylizacji i mamy za to stały zasiłek z publicznych pieniędzy.

– A kto sterylizuje?

– Doktor Oosthuizen, nasz weterynarz. Ale przychodzi tylko na jedno popołudnie tygodniowo.

Lurie patrzy, jak psy jedzą. Dziwi się, że tak mało walczą między sobą. Małe i słabe trzymają się na uboczu, pogodzone z losem, czekając na swoją kolej.

– Cały kłopot w tym, że jest ich po prostu za dużo – mówi Bev Shaw. – One tego oczywiście nie rozumieją, a my nie mamy jak im wytłumaczyć. Jest ich za dużo według naszych pojęć, a nie według ich własnych. Gdyby im zostawić swobodę, mnożyłyby się bez końca, aż zabrakłoby miejsca na ziemi. Dla nich mieć liczne potomstwo to nic złego. Im liczniejsze, tym jest weselej. Koty są tego samego zdania.

– I szczury.

– Tak, szczury też. A propos: po powrocie do domu proszę sprawdzić, czy nie złapał pan pcheł.

Jeden z psów, najedzony do syta, z błyskiem dobrobytu w oczach, obwąchuje przez siatkę palce Luriego, a potem je oblizuje.

– Psy to wielcy egalitaryści, prawda? – mówi mężczyzna. – Najmniejszego rozwarstwienia. Żaden nie jest aż taki znowu wyniosły i potężny, żeby nie mógł obwąchać cudzego tyłka. – Kuca, pozwalając, aby pies obwąchał mu twarz, niuchnął oddech. Wydaje mu się, że zwierzęciu inteligentnie patrzy z oczu, chociaż w rzeczywistości wcale pewnie inteligencją nie grzeszy. – Czy wszystkie umrą?

– Te, których nikt nie zechce. Uśpimy je.

– I to pani je usypia.

– Tak.

– I nie wzbrania się pani?

– Bardzo. Strasznie. Sama bym nie chciała, żeby uśpił mnie ktoś, kto by się nie wzbraniał. A pan by chciał?

Lurie milczy.

– Wie pani, dlaczego córka mnie tu przysłała? – pyta po chwili.

– Wspomniała mi, że ma pan kłopoty.

– Więcej niż kłopoty. Można by pewnie powiedzieć, że się zhańbiłem.

Uważnie przygląda się kobiecie. Ma wrażenie, że poczuła się niezręcznie; ale może tylko tak mu się zdaje.

– I teraz, kiedy już pani to wie, dalej uważa pani, że mogę się przydać? – pyta.

– Jeżeli jest pan gotów… – Bev rozkłada ręce, składa je i znowu rozkłada. Nie wie, co powiedzieć, a on nie przychodzi jej z pomocą.

Dotychczas bywał u córki tylko z krótkimi wizytami. Teraz dzieli z nią dom, życie. Musi się pilnować, żeby chyłkiem nie powróciły stare nawyki, rodzicielskie odruchy: wkładanie papieru toaletowego na wałek w łazience, gaszenie świateł, spędzanie kota z kanapy. Ćwicz, zanim nadejdzie starość, przykazuje sobie. Ćwicz przystosowanie. Ćwicz, przyda ci się w domu starców. Udaje, że jest zmęczony, i po kolacji wycofuje się do swojego pokoju; dobiegają go tam stłumione odgłosy własnego życia Lucy: otwieranie i zamykanie szuflad, radio, szmer rozmowy telefonicznej. Czy dzwoni do Johannesburga, rozmawia z Helen? Czy jego obecność nie pozwala tym dwóm kobietom zejść się z powrotem? Czy ośmieliłyby się położyć razem do łóżka, póki on jest w domu? A gdyby nocą łóżko zaskrzypiało, czy byłyby zakłopotane? Na tyle zakłopotane, żeby przestać? Ale jakie on ma w ogóle pojęcie o tym, co kobieta robi z kobietą? Może im skrzypienie łóżka nie jest do niczego potrzebne. I co on wie o tych akurat dwóch kobietach – o Lucy i Helen? Może sypiają ze sobą ot tak, jak dzieci, tuląc się do siebie, dotykając, chichocząc, raz jeszcze przeżywając dziewczęce lata – raczej siostry niż kochanki. Razem w łóżku, razem w wannie, razem pieką pierniczki, nawzajem przymierzają swoje ubrania. Miłość safijska: wymówka, żeby się utuczyć. Prawdę rzekłszy, wcale nie lubi wyobrażać sobie córki w namiętnym uścisku z inną kobietą, i to w dodatku nieładną. Lecz czy byłby szczęśliwszy, gdyby miała kochanka? Czego właściwie dla niej pragnie? Na pewno nie tego, żeby na zawsze pozostała dzieckiem, wiecznie niewinnym, wieczną córeczką tatusia. Ale jest przecież ojcem, taka już jego dola, a w miarę, jak ojciec się starzeje, coraz bardziej zwraca się – trudna rada – ku córce. Staje się ona jego drugim zbawieniem, oblubienicą jego odrodzonej młodości. Nic dziwnego, że w baśniach królowe próbują zaszczuć własne córki na śmierć! Wzdycha. Biedna Lucy! Biedne córki! Co za los, co za brzemię! To samo synowie – oni też muszą mieć swoje strapienia, chociaż o tym akurat mniej mu wiadomo. Gdyby tak mógł zasnąć. Ale jest zziębnięty i ani trochę nie chce mu się spać. Wstaje, zarzuca na ramiona kurtkę i wraca do łóżka. Czyta listy Byrona z roku 1820. Otyły, podtatusiały trzydziestodwulatek mieszka w Rawennie z małżeństwem Guicciolich: z Teresą, swoją kontentą, krótkonogą kochanką, i jej ugrzecznionym, nieżyczliwym mężem. Letnie upały, herbata pita późnym popołudniem, prowincjonalne plotki, ledwie skrywane ziewanie. „Kobiety siedzą kręgiem, a mężczyźni grają w tego koszmarnego faraona”, pisze Byron. Cudzołóstwo pozwala na nowo odkryć całą nudę małżeństwa. „Trzydziestka zawsze wydawała mi się nieprzekraczalną granicą, za którą nie sposób naprawdę żarliwie rozkoszować się namiętnościami.” Znowu wzdycha. Jak krótko trwa lato, zanim nadejdzie jesień, a potem zima! Czyta, chociaż minęła już północ, ale sen i tak nie przychodzi.

Środa. Lurie wstaje wcześnie, ale Lucy i tak jest już na nogach. Zastaje ją w chwili, gdy dziewczyna przygląda się dzikim gęsiom pływającym po zbiorniku.

– Ależ one są piękne – mówi Lucy. – Wracają tu co roku. Zawsze ta sama trójka. Cieszę się, że mnie odwiedzają. Że właśnie mnie wybrały.

Trójka. Byłoby to jakieś rozwiązanie. On, Lucy i Melanie. Albo on, Melanie i Soraya. Jedzą razem śniadanie, a potem idą z dwoma dobermanami na spacer.

– Myślisz, że mógłbyś tu na stałe zamieszkać? W tej części świata? – znienacka pyta Lucy.

– A bo co? Potrzebny ci nowy psiarz?

– Nie, ja nie o tym. Z pewnością mógłbyś dostać pracę na Uniwersytecie Rhodesa. Musisz przecież tam mieć jakieś koneksje. Albo w Port Elizabeth.

– Nie sądzę, Lucy. Popyt na mnie się skończył. Skandal będzie się za mną wlókł, nie odczepię się od niego. Nie, gdybym szukał pracy, musiałaby to być jakaś mało widoczna posadka: buchalter, jeżeli w ogóle jeszcze istnieją buchalterzy, albo psiarczyk.

– Ale jeżeli nie chcesz, żeby ludzie rozdmuchiwali ten skandal, czy nie powinieneś się bronić? Przecież jeżeli uciekniesz, plotki będą się tylko mnożyć, prawda?

W dzieciństwie Lucy zachowywała się cicho i skromnie – obserwowała ojca, ale nigdy, o ile mu wiadomo, go nie osądzała. A teraz, w połowie drogi między dwudziestką a trzydziestką, zaczęła zaznaczać swoją odrębność. Psy, ogród, książki o astrologii, bezpłciowe ubrania: w każdym z tych rekwizytów Lurie dostrzega deklarację niezależności, przemyślaną, zamierzoną. Podobnie jak w tym, że odwróciła się od mężczyzn. Układa sobie życie po swojemu. Wyłania się z cienia, jaki dotąd rzucał ojciec. Dobrze! To mu się podoba!

– Tak to widzisz? – pyta. – Wydaje ci się, że uciekam z miejsca zbrodni?

– W każdym razie wycofałeś się. Praktycznie rzecz biorąc, co za różnica?

– Nie rozumiesz najważniejszego, kochanie. Sprawa, o którą chcesz, żebym walczył, jest już nie do wygrania. Basta. Nie w naszych czasach. Gdybym próbował zabrać w niej głos, nikt by mnie nie wysłuchał.

– Nieprawda. Nawet jeżeli jesteś, jak twierdzisz, moralnym dinozaurem, ludzie są ciekawi, co taki dinozaur ma do powiedzenia. Przynajmniej ja jestem ciekawa. Jaką to sprawę chcesz przedłożyć? Posłuchajmy.

Lurie waha się. Czyżby naprawdę chciała, żeby znowu obnażył przed nią jakąś intymną stronę samego siebie?

– Podstawą mojej obrony jest prawo do pożądania – mówi w końcu. – Powołuję się na boga, którego moc każe drżeć nawet najmniejszym ptaszkom.

Widzi siebie w mieszkaniu dziewczyny, w sypialni: na dworze leje, stojący w kącie grzejnik zalatuje parafiną, a on klęczy nad Melanie i ściąga z niej ubranie, ściąga bluzkę z jej rąk, opadających bezwładnie jak ręce nieboszczyka. Służyłem Erosowi: tak właśnie chciałby powiedzieć, ale czy się ośmieli? Za moim pośrednictwem działał bóg. Co za próżność! A jednak nie kłamstwo, niezupełnie. W całej tej nieszczęsnej aferze była pewna wielkoduszność, która ze wszystkich sił starała się rozkwitnąć. Gdyby tylko wiedział, że potrwa to tak krótko! Próbuje od innej strony, tym razem wolniej.

– Kiedy byłaś mała, kiedy mieszkaliśmy jeszcze w Kenilworth, nasi sąsiedzi mieli psa, goldena. Nie wiem, czy pamiętasz.

– Mgliście.

– Za każdym razem, kiedy w okolicy pojawiała się suka, pies podniecał się i przestawał słuchać swoich państwa, a oni z regularnością godną samego Pawłowa bili go. Powtarzało się to, aż w końcu biedak już zupełnie nie wiedział, co ma robić. Ledwo zwęszył sukę, zaczynał uganiać się po ogrodzie, z uszami położonymi po sobie, z podwiniętym ogonem. Skomlał i szukał, gdzie by się schować. Przerywa.

– Nie rozumiem, co ma z tego niby wynikać – mówi Lucy. No bo rzeczywiście, co z tego wynika?

– Całe to widowisko miało w sobie coś tak nikczemnego, że doprowadzało mnie do rozpaczy. Moim zdaniem psa można ukarać za konkretne wykroczenie, na przykład jeżeli pogryzie kapeć. Sam pies uzna taką karę za sprawiedliwą – pogryzł kapeć, więc dostał lanie. Ale z żądzą sprawa ma się zupełnie inaczej. Żadne zwierzę nie dopatrzy się sprawiedliwości w karze wymierzonej za to, że posłuchało własnego instynktu.

– Czyli samcom trzeba pozwolić, żeby podążali za swoimi instynktami bez żadnych ograniczeń? Czy taki stąd płynie morał?

– Nie, nie taki. A nikczemność widowiska z Kenilworth polegała na tym, że nieszczęsny pies znienawidził w końcu własną naturę. Odtąd bicie stało się niepotrzebne. Gotów był sam się ukarać. W tym momencie lepiej byłoby go zastrzelić.

– Albo wysterylizować.

– Może. Ale w najskrytszej głębi duszy myślę, że wolałby dostać kulę. Kto wie, czy nie wolałby śmierci od tych dwóch wariantów życia, które mu dano do wyboru: albo zaprze się własnej natury, albo spędzi resztę swoich dni, człapiąc po salonie, wzdychając, obwąchując kota i obrastając sadłem.

– Zawsze tak to odczuwałeś, David?

– Nie, nie zawsze. Zdarzało mi się czuć coś wręcz przeciwnego – że żądza to brzemię, bez którego świetnie moglibyśmy się obejść.

– Szczerze mówiąc – oświadcza Lucy – byłabym skłonna zgodzić się z tym poglądem.

Lurie czeka na dalszy ciąg, ten jednak nie następuje.

– Tak czy owak – mówi za to Lucy – wracając do tematu, relegowano cię, no i święty spokój. Twoi koledzy znów mogą swobodnie oddychać, a kozioł ofiarny tuła się po pustyni. Stwierdzenie? Pytanie? Czy Lucy naprawdę uważa, że on jest po prostu kozłem ofiarnym?

– To chyba nie najlepsze porównanie – ostrożnie odpowiada Lurie. – Wyganianie kozłów skutkowało, póki stała za nim potęga religii. Kozła obarczano grzechami całego miasta i wypędzano, a miasto było odtąd oczyszczone. Sposób działał, bo wszyscy wiedzieli, jak ten rytuał interpretować, wszyscy łącznie z bogami. A potem bogowie wymarli i nagle trzeba było oczyścić miasto bez boskiej pomocy. Okazało się, że potrzebne są prawdziwe czyny, a nie symbole. Narodził się cenzor, w rzymskim tego słowa znaczeniu. Hasłem dnia stała się czujność: czujny nadzór wszystkich nad wszystkimi. Odtąd zamiast oczyszczenia stosowano czystkę.

Zaczyna go ponosić; wpadł w ton wykładu.

– W każdym razie – podsumowuje – cóż to takiego robię na pustyni, pożegnawszy się z miastem? Jestem psim felczerem.

Prawą ręką kobiety, która specjalizuje się w sterylizacji i eutanazji. Lucy śmieje się.

– Bev? – mówi. – Wydaje cię się, że Bev jest częścią aparatu represji? Przecież ona patrzy na ciebie z nabożnym lękiem! Jesteś profesorem. Nigdy w życiu nie znała staroświeckiego profesora. Boi się przy tobie odezwać, bo jeszcze narobi błędów gramatycznych.

Ścieżką w ich stronę idą trzej mężczyźni, a może dwóch mężczyzn i chłopiec. Idą szybko, wyciągając nogi, jak to wieśniacy Pies u boku Lucy zwalnia kroku, jeży sierść.

– Mamy powody do niepokoju? – pyta szeptem Lurie.

– Nie wiem.

Lucy skraca dobermanom smycze. Mężczyźni są tuż, tuż. Skinienie głową, parę słów powitania i już poszli dalej.

– Co to za jedni? – pyta Lurie.

– Nigdy ich na oczy nie widziałam.

Dochodzą do granicy plantacji i zawracają. Trzech nieznajomych nigdzie nie widać. Zbliżając się do domu, słyszą ujadanie psów w boksach. Lucy przyspiesza kroku.

Tamci trzej czekają na nich przed domem – mężczyźni w pewnym oddaleniu, a chłopak przy boksach: syczy na psy i wykonuje raptowne, groźne gesty. Rozwścieczone zwierzęta szczekają i klapią zębami. Pies idący obok Lucy usiłuje zerwać się ze smyczy. Nawet stara buldożka, którą Lurie mniej czy bardziej przygarnął, cicho warczy.

– Petrus! – woła Lucy. Ale po Petrusie nie ma śladu. – Odejdź od psów! – woła dziewczyna. – Hamba!

Chłopak bez pośpiechu odchodzi i dołącza do mężczyzn. Ma płaską twarz bez wyrazu i świńskie oczka; ubrany jest w kwiaciastą koszulę, workowate spodnie i żółty słomkowy kapelusik. Obaj mężczyźni mają na sobie robocze kombinezony. Ten wyższy jest przystojny, uderzająco przystojny: wysokie czoło, rzeźbione policzki, szerokie, rozdęte nozdrza. Nadejście Lucy uspokaja psy. Dziewczyna otwiera trzeci boks i wpuszcza do niego dobermany. Odważny gest, myśli Lurie; tylko czy aby rozsądny?

– Czego chcecie? – pyta Lucy, zwracając się do mężczyzn.

– Musimy zatelefonować – mówi młody.

– Dlaczego musicie zatelefonować?

– Jego siostra – odpowiada chłopak, niewyraźnym gestem wskazując za siebie – ma ciężki wypadek.

– Wypadek?

– Tak, bardzo ciężki.

– A co to za wypadek?

– Dziecko.

– Jego siostra rodzi dziecko?

– Tak.

– Skąd jesteście?

– Z Erasmuskraal.

Lucy i jej ojciec porozumiewają się spojrzeniem. Erasmuskraal, mała osada na terenie należącym do spółki leśnej, bez prądu ani telefonu. Historyjka brzmi wiarygodnie.

– A dlaczego nie zadzwoniliście z biura spółki?

– Nikt tam nie jest.

– Zostań na dworze – szepcze Lucy do ojca, po czym pyta chłopaka:

– Który z was chce zatelefonować?

Chłopak wskazuje wysokiego, przystojnego.

– Wejdź – mówi Lucy. Otwiera kluczem kuchenne drzwi i wchodzi, a za nią wysoki mężczyzna. Po chwili drugi przepycha się, ocierając się o Luriego, i też wchodzi do domu.

Coś tu jest nie tak, Lurie natychmiast to wyczuwa.

– Lucy, wracaj! – woła, wahając się, czy wejść za nią, czy czekać przed domem, bo tu przynajmniej może mieć chłopca na oku.

Z domu odpowiada mu cisza.

– Lucy! – znowu woła Lurie i już ma wejść, kiedy rozlega się stukot zamykanej od wewnątrz zasuwy.

– Petrus! – krzyczy Lurie, ile ma sił w płucach.

Chłopak obraca się na pięcie i pędzi do drzwi frontowych. Lurie wypuszcza z ręki smycz.

– Bierz go! – woła. Buldożka ociężałym kłusem goni chłopca. Przed domem Lunę ich dogania. Chłopak znalazł gdzieś tyczkę od fasoli i trzyma buldożkę w szachu.

– Szuu…szuu… szuu…! – dyszy, dźgając tyczką powietrze. Suka próbuje go zajść to z lewej, to z prawej, cicho warcząc.

Lurie zostawia ich i biegnie z powrotem do drzwi kuchennych. Dolna połowa nie jest zaryglowana: wystarcza kilka mocnych kopnięć, żeby się otworzyła. David na czworakach wpełza do kuchni. Dostaje cios w czubek głowy. Ma jeszcze czas pomyśleć: Skoro nie straciłem przytomności, to nic mi nie jest; ale zaraz wiotczeją mu ręce i nogi, po czym osuwa się bezwładnie. Czuje, że ktoś wlecze go po podłodze. Urywa mu się film. Leży twarzą do ziemi na zimnych kaflach. Próbuje wstać, ale jakoś nie bardzo może ruszyć nogami. Znowu zamyka oczy.

Jest w toalecie, w domu Lucy Wstaje, kręci mu się w głowie. Drzwi zamknięte, klucz znikł. Siada na zamkniętej klapie sedesu i usiłuje się pozbierać. W domu cisza; psy szczekają, ale raczej z poczucia obowiązku niż z wściekłości.

– Lucy! – krzyczy ochryple. – Lucy! – woła, tym razem głośniej. Próbuje kopnąć drzwi, ale jeszcze nie doszedł do siebie, nie ma zresztą miejsca, żeby się zamachnąć, a drzwi są stare i solidne. A więc nastał w końcu dzień próby. Nadszedł bez ostrzeżenia, bez fanfar, a Lurie znalazł się w samym jądrze konfliktu. Serce tak mu łomocze, jakby po swojemu, bezrozumnie wiedziało, co się dzieje. Jak przejdą tę próbę, on i serce? Jego córka jest w rękach intruzów. Jeszcze minuta, jeszcze godzina i będzie za późno; cokolwiek jej teraz robią, zostanie wyryte w kamieniu i wrośnie w przeszłość. Ale teraz nie jest za późno. Lurie musi coś zrobić właśnie teraz. Chociaż wytęża słuch, nie słyszy ani szmeru. Lecz gdyby jego dziecko wołało, choćby całkiem bezgłośnie, przecież by usłyszał! Wali w drzwi.

– Lucy! – woła. – Lucy! Powiedz coś do mnie!

Drzwi otwierają się i uderzają go, aż traci równowagę. Stoi przed nim drugi mężczyzna, ten niższy, trzymając za szyjkę pustą litrową butelkę.

– Kluczyki – mówi.

– Nie.

Mężczyzna go popycha. Lurie zatacza się do tyłu i siada ociężale. Tamten podnosi butelkę – ze spokojną miną, bez cienia gniewu. Po prostu robi swoje: skłania kogoś, żeby mu coś oddał. Jeśli będzie musiał w tym celu uderzyć człowieka butelką, to uderzy – uderzy tyle razy, ile będzie trzeba – i nawet stłucze butelkę, jeżeli inaczej się nie da.

– Bierz – mówi Lurie. – Bierzcie wszystko. Tylko zostawcie w spokoju moją córkę.

Tamten bez słowa bierze kluczyki i znów zamyka go w toalecie.

Wstrząsa nim dreszcz. Niebezpieczna trójka. Czemu od razu tego nie wyczuł? Ale nie robią mu krzywdy, przynajmniej jak dotąd. Czy jest szansa, że łup, który znajdą w domu, wystarczy im? Czy jest szansa, że Lucy też nie skrzywdzą? Zza domu słychać ludzkie głosy. Psy szczekają teraz głośniej, są bardziej podniecone. Lurie staje na sedesie i wygląda przez zakratowane okienko. Drugi mężczyzna właśnie znika za rogiem, niosąc karabin Lucy i wypchany worek na śmieci. Trzaskają drzwiczki auta. Lurie poznaje znajomy dźwięk: to jego własne auto. Mężczyzna wraca z pustymi rękami. Przez chwilę on i David patrzą sobie prosto w oczy.

– Hai! – mówi tamten, uśmiecha się ponuro i wykrzykuje parę słów. Wybuch śmiechu. Po chwili do mężczyzny dołącza chłopak i teraz obaj stoją pod oknem, obserwując więźnia i omawiając jego dalszy los.

Lurie zna włoski, zna francuski, ale żaden z tych języków nie pomoże mu tu, w najczarniejszej Afryce. Jest bezradny jak kukła ze strzelnicy, postać z kreskówki, misjonarz w sutannie i korkowym kasku, czekający z modlitewnie złożonymi dłońmi i z oczami wzniesionymi ku niebu, podczas gdy dzikusy jazgoczą we własnym narzeczu, zanim go wrzucą do kotła z wrzątkiem. Działalność misyjna: co po niej zostało, po tym ogromnym przedsięwzięciu wychowawczym? Na oko sądząc, nic a nic. Zza węgła od strony drzwi frontowych wyłania się ten wysoki, z karabinem w ręku. Swobodnym, wprawnym ruchem wsuwa nabój do komory i wpycha lufę w oko siatki ogradzającej boks. Największy owczarek alzacki chwyta ją zębami, pieniąc się z wściekłości. Słychać potężny huk wystrzału; krew i mózg rozpryskują się po całym boksie. Ujadanie na chwilę milknie. Człowiek strzela jeszcze dwa razy. Jeden pies, trafiony w pierś, ginie na miejscu; drugi, z rozległą raną gardła, siada ociężale, kładzie uszy po sobie i wodzi spojrzeniem za tą istotą, która nawet nie fatyguje się, żeby zadać coup de grace. Zapada cisza. Pozostałe trzy psy nie mają gdzie się schować, cofają się tylko w głąb boksu i kręcą się w kółko, skomląc cicho. Człowiek bez pośpiechu kładzie jednego po drugim. Korytarzem zbliżają się kroki, drzwi toalety znowu się otwierają i staje w nich drugi mężczyzna; za jego plecami Lurie widzi chłopaka w kwiaciastej koszuli, który wyjada lody z plastikowej rynienki. David usiłuje przecisnąć się między tamtymi dwoma, mija mężczyznę i ciężko pada na ziemię. Widocznie podstawili mu nogę: pewnie trenują takie sztuczki, kiedy kopią piłkę. Leży jak długi, a oni od stóp do głów oblewają go jakimś płynem. Oczy go pieką, próbuje je obetrzeć. Rozpoznaje zapach: spirytus metylowy. Usiłuje wstać, ale tamci wpychają go z powrotem do toalety. Słyszy trzask zapałki i nagle cały kąpie się w chłodnych, błękitnych płomieniach. Czyli jednak mylił się! On i jego córka tak łatwo się nie wykaraskają! Może spłonąć, może umrzeć; a jeśli jemu grozi śmierć, to może umrzeć także Lucy, zwłaszcza ona!

Bije się po twarzy jak szaleniec; włosy trzeszczą mu na głowie, zajmując się ogniem; ciska się i miota, wydając z siebie nieartykułowane ryki, za którymi nie kryją się żadne słowa, tylko strach. Próbuje wstać, ale tamci znów powalają go na ziemię. Na chwilę odzyskuje wzrok i kilkanaście centymetrów od swojej twarzy widzi nogawkę niebieskiego kombinezonu i but. Nosek buta jest lekko zadarty, a z traktorowej podeszwy sterczą źdźbła trawy. Po grzbiecie dłoni Luriego bezszelestnie tańczy płomień. David z trudem dźwiga się na kolana i zanurza rękę w muszli. Za nim zamykają się drzwi i klucz przekręca się w zamku.

Wisi oklapnięty nad muszlą, spryskując sobie wodą twarz, ochlapując głowę. Czuć swąd przypalonych włosów. Wstaje i klepiąc się dłońmi po ciele, gasi ostatnie płomienie, które skaczą mu po ubraniu. Obmywa twarz tamponami z mokrego papieru. Oczy go pieką, jedna powieka puchnie i zaczyna już się zamykać. Przesuwa dłonią po głowie i na czubkach palców osiada mu czarna sadza. Została mu chyba tylko kępka włosów nad uchem; całą skórę głowy ma obolałą. Wszystko jest obolałe, wszystko spalone. Spalone, spalane.

– Lucy! – krzyczy. – Jesteś tam?

Nachodzi go wizja córki, szamoczącej się z dwoma mężczyznami w niebieskich kombinezonach, odpierającej ich napaść. Cały aż się skręca w środku, usiłując wymazać ten obraz. Słyszy, że ktoś zapuszcza silnik jego auta, a potem opony zgrzytają po żwirze. Czy to już koniec? Czyżby tamci odjeżdżali?

– Lucy! – krzyczy raz po raz, aż wreszcie zaczyna słyszeć we własnym głosie nutę szaleństwa.

W końcu, chwała Bogu, klucz przekręca się w zamku. Nim Lurie otworzy drzwi, Lucy odwróci się do niego tyłem, jest w szlafroku, boso, włosy ma mokre.

On idzie za nią przez kuchnię: lodówka jest otwarta, jedzenie porozrzucane po całej podłodze. Dziewczyna stoi w tylnych drzwiach domu i patrzy na zmasakrowane psy w boksach.

– Moje biedactwa, moje biedactwa! – słychać jej szept.

Lucy otwiera pierwszy boks i wchodzi do środka. Pies z rozszarpanym gardłem o dziwo jeszcze oddycha. Ona pochyla się nad nim i coś do niego mówi. Zwierzę lekko macha ogonem.

– Lucy! – znowu woła jej ojciec, a ona dopiero teraz na niego spogląda. Marszczy brwi.

– Rany boskie, co oni ci zrobili? – pyta.

– Moje najdroższe dziecko! – mówi Lurie. Wchodzi za nią do boksu i próbuje wziąć ją w ramiona. Ona delikatnie, lecz stanowczo wymyka się z jego objęć.

W salonie wszystko poprzewracane, u niego w pokoju też. Brakuje różnych rzeczy: znikła kurtka, najlepsze buty – a to dopiero początek.

Przegląda się w lustrze. Brązowy popiół – bo tyle tylko zostało z włosów – pokrywa miejsce, gdzie rosły, i czoło. Pod warstwą popiołu skóra przybrała kolor gniewnego różu. Lurie jej dotyka: boli, i zaczyna z niej się sączyć osocze. Jedna powieka puchnie i stopniowo się zamyka; brak brwi i rzęs. Idzie do łazienki.

– Nie wchodź – mówi Lucy przez zamknięte drzwi.

– Nic ci nie jest? Nic ci się nie stało?

Głupie pytania; ona nie odpowiada. Lurie próbuje zmyć popiół pod kranem w kuchni, całymi szklankami lejąc sobie wodę na głowę. Czuje, jak po plecach cieknie mu wąska strużka; zaczyna trząść się z zimna. Takie rzeczy zdarzają się co dzień, co godzina, co minuta, mówi sobie, w całym kraju. Ciesz się, że uszedłeś z życiem. Ciesz się, że nie siedzisz teraz uwięziony w aucie, które odjeżdża pełnym gazem, ani nie leżysz na dnie wąwozu, z kulą w głowie. I ciesz się w imieniu Lucy. Zwłaszcza w jej imieniu. Ryzykuje każdy, kto cokolwiek posiada: samochód, buty, paczkę papierosów. Wszystkiego jest za mało, żeby starczyło dla wszystkich – za mało samochodów, butów, papierosów. Za dużo ludzi, za mało rzeczy. To, co jest, musi wejść w obieg, żeby każdy mógł się nacieszyć chociaż przez jeden dzień. Tak przynajmniej głosi teoria; trzymaj się teorii i tej pociechy, którą ona z sobą niesie. Nie ludzkie zło, tylko ogromny układ krążenia, w którego funkcjonowaniu litość i zgroza nie odgrywają żadnej roli. Tak trzeba patrzeć na życie w tym kraju: schematycznie. Inaczej można zwariować. Samochody, buty; także kobiety. W panującym systemie musi być jakaś nisza, w której zmieszczą się kobiety i to, co im się przytrafia. Lucy podeszła do niego od tyłu. Ma na sobie luźne spodnie i płaszcz od deszczu; włosy zaczesała do góry, twarz ma czystą, bez wyrazu. Lurie patrzy jej w oczy.

– Moja najdroższa, najdroższa… – mówi i nagle dławią go łzy.

Lucy nawet palcem nie kiwnie, żeby go pocieszyć.

– Twoja głowa wygląda strasznie – stwierdza. – W szafce w łazience jest oliwka dla dzieci. Posmaruj sobie. Zabrali twój samochód?

– Tak. Chyba pojechali w stronę Port Elizabeth. Muszę zadzwonić na policję.

– Nie da się. Rozbili telefon.

Zostawia go samego. On siada na łóżku i czeka. Wciąż jeszcze się trzęsie, chociaż owinął się kocem. Jeden nadgarstek mu spuchł i boleśnie pulsuje. Lurie nie pamięta, jak się w niego uraził. Na dworze już się ściemnia. Całe popołudnie przeleciało jakby w mgnieniu oka. Wraca Lucy.

– Spuścili powietrze z opon volkswagena – oznajmia. – Pójdę pieszo do Ettingera. Niedługo wrócę. – Przerywa. – David, kiedy ludzie zaczną się dopytywać, czy byłbyś łaskaw mówić tylko o sobie, tylko o tym, co ciebie samego spotkało? On nie rozumie.

– Mów o tym, co cię spotkało, a ja będę mówiła o tym, co przydarzyło się mnie – powtarza Lucy.

– Popełniasz błąd – odpowiada Lurie głosem, który szybko przechodzi w chrypienie.

– Nieprawda – mówi Lucy.

– Moje dziecko, moje dziecko! – woła on, wyciągając do mej ręce.

Widząc, że córka nie ma zamiaru podejść, odkłada koc, wstaje i bierze ją w ramiona. W jego objęciach jest sztywna jak słup, nieugięta.

Ettinger to opryskliwy starzec, który mówi po angielsku z wyraźnym akcentem niemieckim. Jego żona nie żyje, dzieci wróciły do Niemiec i z całej rodziny tylko on został w Afryce. Zajeżdża swoją małą furgonetką z Lucy na siedzeniu obok kierowcy i czeka, nie wyłączając silnika.

– Ja tam nigdzie się nie ruszam bez mojej beretty – zauważa, kiedy jadą już drogą do Grahamstown. Poklepuje przypiętą na biodrze kaburę. – Najlepiej sam się ratuj, człowieku, bo policja cię nie uratuje, już nie te czasy, spokojna głowa. Czy Ettinger ma rację? Czy gdyby Lurie miał broń, uratowałby Lucy? Bardzo wątpi. Gdyby miał broń, pewnie by już teraz nie żył. Oboje by nie żyli. Zauważa, że leciutko drżą mu ręce. Lucy siedzi z rękami założonymi na piersiach. Czy to dlatego, że ona też drży? Myślał, że Ettinger zawiezie ich na policję. Ale Lucy, jak się okazuje, powiedziała mu, żeby jechał do szpitala.

– W twojej sprawie czy w mojej? – pyta Lurie.

– W twojej.

– A policja nie zechce mnie zobaczyć?

– Nie możesz im powiedzieć niczego, czego ja bym nie powiedziała. Prawda?

W szpitalu Lucy zamaszystym krokiem wchodzi drzwiami z napisem NAGŁE WYPADKI i wypełnia formularz, wyręczając ojca, którego potem sadza w poczekalni. Cała jest siłą i zdecydowaniem, podczas gdy jemu drżą już nie tylko ręce, ale całe ciało.

– Jeżeli nie zechcą cię zatrzymać na oddziale, czekaj tu, aż po ciebie wrócę – poucza go Lucy.

– A co będzie z tobą?

Lucy wzrusza ramionami. Nawet jeśli w środku drży, nie widać tego po niej. Lurie znajduje wolne miejsce; obok siedzą dwie krzepkie dziewczyny: wyglądają jak siostry, jedna trzyma w objęciach pojękujące dziecko; z drugiej strony siedzi mężczyzna z dłonią przykrytą krwawym tamponem. David jest dwunasty w kolejce. Zegar na ścianie wskazuje za kwadrans szóstą. Lurie zamyka zdrowe oko i zapada w półomdlenie, ale słyszy, jak dwie siostry szepczą między sobą, chuchotantes. Kiedy otwiera oko, na zegarze dalej jest za kwadrans szósta. Zepsuty? Nie: wskazówka minutowa drga i staje na piątej czterdzieści sześć. Dopiero po dwóch godzinach wzywa go pielęgniarka, a potem jeszcze musi zaczekać na swoją kolej i wreszcie przyjmuje go młoda Hinduska – jedyny lekarz na tym dyżurze.

Stwierdza, że oparzenia głowy nie są zbyt poważne, chociaż trzeba uważać, żeby nie wdała się infekcja. Więcej czasu poświęca oku. Powieki się skleiły; kiedy je rozdziela, towarzyszy temu straszliwy ból.

– Ma pan szczęście – mówi lekarka, kończąc badanie. – Oko nie uszkodzone. Gdyby chlusnęli benzyną, byłaby całkiem inna historia.

Kiedy Lurie wychodzi z gabinetu, głowę ma opatrzoną i obandażowaną, na oku też opatrunek, a do nadgarstka przylepioną torebkę z lodem. W poczekalni ku swemu zdziwieniu zastaje Billa Shawa. Bill, o głowę niższy od niego, mocno chwyta go za ramiona.

– Szokujące, absolutnie szokujące – mówi. – Lucy jest u nas w domu. Miała zamiar sama po ciebie przyjechać, ale Bev nie chciała nawet o tym słyszeć. Jak się czujesz?

– W porządku. Lekkie oparzenia, nic groźnego. Przykro mi, że popsuliśmy wam wieczór.

– Nie gadaj bzdur – odpowiada Bill Shaw. – Niby po co ma się przyjaciół? Na naszym miejscu zrobilibyście to samo.

Mówi to bez cienia ironii, a jego słowa zapadają Luriemu w pamięć i odtąd uparcie w niej tkwią. Otóż Bill Shaw wierzy, że gdyby ktoś go obił po głowie i podpalił David Lurie pojechałby do szpitala i usiadł w poczekalni, nie mając przy sobie nawet gazety, którą mógłby poczytać, a wszystko po to, żeby Billa Shawa odwieźć do domu. Bill Shaw wierzy, że skoro napili się kiedyś razem herbaty, David jest jego przyjacielem i zobowiązani są nawzajem się wspierać. Czy Bill Shaw ma rację, czy się myli? Czyżby Bill Shaw, urodzony w Hankey, niespełna dwieście kilometrów stąd, zatrudniony w sklepie z narzędziami, za mało dotąd widział świata, aby wiedzieć, że istnieją mężczyźni, którzy niełatwo się zaprzyjaźniają, a cała ich postawa wobec męskiej przyjaźni skażona jest sceptycyzmem? Współczesny friend pochodzi od staroangielskiego freond, ten zaś od czasownika freon, kochać. Czy zdaniem Billa Shawa wypicie herbaty przypieczętowuje miłosną więź? Ale gdyby nie Bill i Bev Shaw, gdyby nie stary Ettinger, gdyby nie takie czy inne więzi, gdzie byłby teraz Lurie? Na zrujnowanej farmie, przy strzaskanym telefonie, wśród martwych psów.

– Szokująca historia – powtarza Bill Shaw, gdy już siedzą w samochodzie. – Makabra. Strasznie jest przeczytać o czymś takim w gazecie, ale dopiero jak padnie na kogoś ze znajomych… – Bill kręci głową. – Dopiero wtedy dociera do człowieka. Całkiem, jakby znowu wybuchła wojna.

Lurie nie fatyguje się, żeby odpowiedzieć. Ten dzień jeszcze nie skonał, jeszcze żyje. Wojna, makabra – każde słowo, jakim próbuje się go podsumować, znika w jego czarnej gardzieli. Bev Shaw wita ich na progu. Mówi, że Lucy wzięła środek uspokajający i położyła się; lepiej nie zawracać jej głowy, niech odpocznie.

– Była na policji?

– Tak, rozesłali list gończy za twoim autem.

– A u lekarza?

– Tak, była, wszystko załatwione. A co z tobą? Lucy mówi, że jesteś strasznie poparzony.

– Owszem, mam trochę oparzeń, ale lżejszych, niż się na pozór wydaje.

– No to powinieneś coś zjeść i odpocząć.

– Nie jestem głodny.

Bev napuszcza dla niego wodę do staroświeckiej wanny – wielkiej, żeliwnej. Lurie zanurza w parującej wodzie swoje blade ciało, wyciąga się jak długi i próbuje się rozluźnić. Ale kiedy przyjdzie pora, żeby wyjść z kąpieli, poślizgnie się i o mało nie upadnie, słaby jak niemowlę, z zawrotem głowy. Musi zawołać Billa Shawa i ścierpieć to upokorzenie, że ktoś pomaga mu wyjść z wanny, wytrzeć się i włożyć pożyczoną piżamę. Potem słyszy, jak Bill i Bev rozmawiają półgłosem, i wie, że to o nim mowa. W szpitalu dano mu do domu fiolkę tabletek przeciwbólowych, paczkę opatrunków na oparzenia i małą aluminiową podpórkę pod głowę. Bev Shaw układa go na kanapie, która zalatuje kotami; Lurie ze zdumiewającą łatwością zasypia. W środku nocy budzi się, niezmącenie przytomny. Przed chwilą miał wizję: przemówiła do niego Lucy; jej słowa – „Chodź do mnie, ratuj mnie!” – wciąż jeszcze brzmią mu w uszach. Stała z wyciągniętymi rękami, z mokrymi włosami zaczesanymi do tyłu, w polu białego światła. Wstaje, potyka się o krzesło i z hałasem je przewraca. Gdzieś zapala się lampa, staje przed nim Bev Shaw w nocnej koszuli.

– Muszę pomówić z Lucy – bełkocze David: ma sucho w ustach, opuchnięty język.

Otwierają się drzwi do pokoju Lucy, która wcale nie wygląda tak, jak w wizji swojego ojca. Twarz ma obrzmiałą od snu i zawiązuje pasek szlafroka, najwyraźniej pożyczonego.

– Przepraszam, miałem sen – wyjaśnia Lurie. Słowo „wizja” brzmi mu nagle zbyt staroświecko, dziwacznie. – Zdawało mi się, że mnie wołasz.

Lucy kręci głową.

– Nie wołałam cię – mówi. – Idź spać.

Oczywiście ma rację. Jest trzecia nad ranem. Lurie nie może jednak nie zauważyć, że córka już drugi raz w ciągu tej samej doby zwróciła się do niego jak do dziecka – albo starca. Usiłuje zasnąć, ale nie może. Widocznie te tabletki tak działają, mówi sobie: nie żadna wizja, nawet nie sen, po prostu chemiczna halucynacja. Mimo to postać kobiety w świetlnym polu wciąż przed nim stoi. „Ratuj mnie!” – woła wyraźnie, dźwięcznie, jakby z bliska. Czyżby dusza Lucy rzeczywiście opuściła jej ciało i przyszła do Davida? Czy ludzie nie wierzący w istnienie dusz mają jednak dusze, które mogą prowadzić niezależne życie? Do wschodu słońca jeszcze parę godzin. Boli nadgarstek, palą oczy, skóra na głowie piecze, cała podrażniona. Lurie ostrożnie włącza lampę i wstaje. Owija się kocem, popycha drzwi pokoju Lucy i wchodzi. Przy łóżku stoi krzesło; Lurie siada. Zmysły mu mówią, że Lucy nie śpi. Co on właściwie robi? Czuwa nad swoją córeczką, pilnuje, żeby nie spotkała jej krzywda, odgania złe duchy. Po dłuższym czasie czuje, że Lucy zaczyna się rozluźniać. Jej usta rozchylają się z cichym mlaśnięciem i rozlega się leciuteńkie chrapanie.

Rano. Bev Shaw podaje mu śniadanie – płatki kukurydziane i herbatę – po czym znika w pokoju Lucy.

– Jak ona się czuje? – pyta Lurie po powrocie gospodyni.

Zamiast odpowiedzi Bev Shaw tylko zwięźle kręci głową. Jakby mówiła: nic ci do tego. Miesiączka, poród, gwałt i jego pokłosie: sprawy krwi; kobiece brzemię, kobiecy rewir. Lurie nie po raz pierwszy zadaje sobie pytanie, czy kobiety nie byłyby szczęśliwsze, gdyby żyły w czysto kobiecych wspólnotach, przyjmując wizyty mężczyzn tylko wtedy, kiedy same by zechciały. Może niesłusznie uważa Lucy za lesbijkę. Może ona zwyczajnie woli towarzystwo kobiet. A może w ogóle lesbijki to po prostu kobiety, którym mężczyźni są niepotrzebni. Nic dziwnego, że tak zajadle potępiają gwałt – ona i Helen. Gwałt, boga chaosu i pomieszania, który bezcześci osobność. Zgwałcić lesbijkę to coś jeszcze gorszego, niż zgwałcić dziewicę: cięższy cios. Czy tamci trzej wiedzieli, co robią? Czy rozeszły się plotki?

O dziewiątej, kiedy Bill Shaw wyszedł już do pracy, Lurie puka do drzwi pokoju Lucy. Leży, odwrócona twarzą do ściany. On siada przy niej, dotyka jej policzka, mokrego od łez.

– To niełatwy temat – zaczyna – ale powiedz, byłaś u lekarza?

Lucy siada i głośno wyciera nos.

– Wczoraj wieczorem byłam na badaniu w rejonie – mówi.

– A czy twój lekarz zabezpieczy cię przed wszystkim, co może wyniknąć?

– Nie lekarz, tylko lekarka – odpowiada Lucy. – Nie – dodaje głosem łamiącym się od gniewu. – Jakim cudem lekarz mógłby kogokolwiek zabezpieczyć przed wszystkim? Miej trochę rozumu!

Lurie wstaje. Skoro postanowiła się zirytować, on też tak potrafi.

– Przepraszam, że spytałem – mówi. – Jakie mamy plany na dziś?

– Plany? Wrócić na farmę i posprzątać.

– A potem?

– Żyć tak jak przedtem.

– Na farmie?

– Oczywiście, że na farmie.

– Bądź rozsądna, Lucy. Sytuacja się zmieniła. Nie możemy ot tak, po prostu ruszyć z tego samego miejsca, w którym nam przerwano.

– Czemu nie?

– Bo to nie jest dobry pomysł. Bo to nie jest bezpieczne.

– Nigdy nie było bezpieczne, a zresztą to nie jest żaden pomysł, dobry ani zły. Nie po to wracam, żeby zrealizować jakiś pomysł czy ideę. Po prostu wracam i już.

Siedzi na łóżku, w pożyczonej koszuli nocnej, z wyprężoną szyją, z błyskiem w oczach, twarzą w twarz z ojcem. Wcale nie jest jego małą córeczką, już nie.

Zanim wyruszą, trzeba mu zmienić opatrunki. W małej, ciasnej łazience Bev Shaw odwija bandaże. Oko wciąż jest zamknięte od opuchlizny, a na głowie porobiły się bąble, ale obrażenia są mniej poważne, niż mogłyby być. Najbardziej boli krawędź prawego ucha, zdaniem młodej lekarki ze szpitala jedyna część ciała, która rzeczywiście zajęła się żywym ogniem. Bev przemywa sterylnym roztworem różową, pozbawioną naskórka głowę, po czym nakłada pęsetką żółty, natłuszczony opatrunek. Delikatnie namaszcza fałdy powieki i ucho. Pracuje, nie odzywając się ani słowem. Lurie przypomina sobie kozła, którego widział w klinice, i zastanawia się, czy zwierzę czuło ten sam spokój, oddając się w ręce Bev.

– Już – oświadcza wreszcie kobieta, cofając się.

Lurie uważnie przegląda się w lustrze: na głowie ma schludny biały czepek, oko zasłonięte opatrunkiem.

– Tip-top – stwierdza, ale myśli: jak mumia. Znowu próbuje poruszyć temat gwałtu:

– Lucy mówi, że była wczoraj u swojej internistki.

– Tak.

– Istnieje niebezpieczeństwo ciąży – nie daje za wygraną Lurie. – Istnieje niebezpieczeństwo choroby wenerycznej. Istnieje niebezpieczeństwo AIDS. Czy nie powinna wybrać się do ginekologa?

Bev Shaw przestępuje z nogi na nogę, skrępowana.

– Musisz ją samą spytać – mówi.

– Już pytałem. Nie umiem od niej wydobyć nic sensownego.

– To spytaj jeszcze raz.

Minęła jedenasta, ale nic nie wskazuje na to, żeby Lucy miała zamiar wyjść ze swojego pokoju. Lurie bez celu wałęsa się po ogrodzie. Stopniowo pogrąża się w jakimś szarym nastroju. Chodzi nie tylko o to, że nie wie, co ze sobą zrobić. Wczorajsze zdarzenia wstrząsnęły nim do głębi. Drżączka i słabość to jedynie najwcześniejsze, najbardziej powierzchowne objawy tego wstrząsu. Czuje, że gdzieś w jego wnętrzu posiniaczono i zmaltretowano jakiś istotny narząd – może nawet samo serce. Po raz pierwszy w życiu ma przedsmak starości, kiedy będzie doszczętnie znużony, wyzuty z wszelkich nadziei i pragnień, zobojętniały na to, co niesie przyszłość. Siedzi oklapnięty na plastikowym krześle, wśród smrodu kurzych piór i gnijących jabłek, czując, jak kropla za kroplą uchodzi zeń zainteresowanie światem. Mogą minąć tygodnie, może miesiące, zanim do reszty się wykrwawi, ale krwawić już zaczął. A kiedy krwawienie się zakończy, zostanie jak wyschnięta w pajęczej sieci mucha, krusząca się pod lada dotknięciem, lżejsza od ryżowej plewy, gotowa odlecieć z wiatrem. Nie może liczyć na pomoc córki. Ona sama musi cierpliwie, w milczeniu przedrzeć się z ciemności na powrót ku światłu. A póki Lucy nie zdoła wrócić do siebie, brzemię odpowiedzialności za ich wspólną codzienność spoczywa na nim. Ale przytłoczyło go zbyt nagle. Nie jest gotów wziąć na siebie cały ten ciężar: farmę, ogród, psy. Przyszłość Lucy, jego własna przyszłość, przyszłość kraju – zobojętniały mu; chciałby powiedzieć: pies to wszystko trącał, nic mnie nie obchodzi. A trójce nieznajomych gości życzy jak najgorzej – oby dosięgło ich zło, gdziekolwiek teraz są; poza tym jednak woli o nich nie myśleć. To po prostu efekt następczy, mówi sobie, reakcja na napaść. Organizm sam się niebawem naprawi, a ja, duch tkwiący w tym organizmie, znów stanę się dawnym sobą. Wie jednak, że prawda jest inna. Zgaszono w nim przyjemność, jaką czerpał z życia. Zaczął dryfować ku swojemu końcowi, jak liść na powierzchni strumienia, jak puch mlecza na wietrze. Widzi to całkiem wyraźnie i świadomość ta napełnia go (cóż za natrętne słowo!) rozpaczą. Z jego ciała uchodzi żywotna krew, a na jej miejsce wdziera się rozpacz, która jest jak gaz, bezwonny, bez smaku, bez wartości odżywczej. Wdychasz go, rozluźniają ci się mięśnie i już się nie przejmujesz, chociaż twojego gardła właśnie dotyka stal. Dzwonek do drzwi: dwaj młodzi policjanci w nowiutkich mundurach, gotowi zacząć dochodzenie. Lucy wychodzi ze swojego pokoju, umęczona, we wczorajszym ubraniu. Nie chce śniadania. Bev odwozi ich na farmę, a policjanci jadą za nimi swoją furgonetką. Martwe psy leżą w boksie, tam gdzie padły. Buldożka Katy nie uciekła: przelotnie zauważają, że czai się przy stajni, wyraźnie woląc się nie zbliżać. Po Petrusie ani śladu. Policjanci wchodzą do domu, zdejmują czapki i wtykają je sobie pod pachy. Lurie trzyma się na uboczu: niech Lucy opowie im taką wersję, jaką sama wybierze. Słuchają z uszanowaniem, jeden zapisuje każde słowo; długopis nerwowo pomyka po kartkach notesu. Są mniej więcej jej rówieśnikami, ale czują się przy niej nieswojo, jak wobec istoty skalanej, której skalanie może na nich przeskoczyć i ich zbrukać. Mężczyzn było trzech, recytuje Lucy, a raczej dwóch mężczyzn i jeden chłopiec. Podstępem wdarli się do domu, zabrali (wylicza) pieniądze, odzież, telewizor, odtwarzacz kompaktowy, karabin z amunicją. Kiedy jej ojciec stawił opór, zaatakowali go, oblali spirytusem i próbowali podpalić. Potem zastrzelili psy i odjechali jego autem. Opisuje mężczyzn i mówi, jak byli ubrani; opisuje też samochód. Przez cały czas patrzy na Luriego – może dodaje jej to sił, a może mówi mu tym spojrzeniem: „spróbuj tylko powiedzieć, że było inaczej”.

– Jak długo trwał incydent? – pyta jeden z policjantów.

– Dwadzieścia, może trzydzieści minut – odpowiada Lucy. Obydwoje wiedzą, że to nieprawda. W rzeczywistości zdarzenie trwało o wiele dłużej. O ile dłużej? Akurat o tyle czasu, ile potrzebowali intruzi, żeby załatwić sprawę z panią domu.

Mimo to Lurie nie przerywa. To wszystko i tak bez znaczenia: ledwie słucha, kiedy Lucy opowiada swoją historyjkę. W głowie zaczynają mu się krystalizować słowa, które już od wczorajszego wieczoru krążą gdzieś na obrzeżach pamięci. Dwie staruszki pod kluczem w wychodku (Od poniedziałku aż do niedzieli). Że siedzą zamknięte, ludzie nie wiedzieli. Pod kluczem w wychodku, a jego córkę tymczasem wykorzystywano. Piosenka, którą zapamiętał z dzieciństwa, wróciła i drwiąco wytyka go palcem. Co też się może dziać tam w środku? Tajemnica Lucy; jego hańba. Policjanci ostrożnie przemierzają dom, robią oględziny. Ani śladu krwi, żadnych przewróconych mebli. Rozgardiasz w kuchni uprzątnięty (czy to Lucy posprzątała? kiedy?). Za drzwiami ubikacji dwie wypalone zapałki, których ci dwaj nawet nie zauważają. W pokoju Lucy dwuosobowe łóżko odarte z pościeli. Miejsce zbrodni, stwierdza w duchu Lurie; policjanci tak jakby odczytali jego myśl, bo odwracają wzrok i idą dalej. Spokojny, cichy dom w zimowy ranek: nic więcej i nic mniej.

– Detektyw przyjedzie zdjąć odciski palców – mówią na odchodnym. – Proszę starać się niczego nie dotykać. Jeżeli przypomną sobie państwo jeszcze o jakichś skradzionych przedmiotach, proszę dać znać na komisariat. Tuż po ich odjeździe zjawiają się monterzy, żeby naprawić telefon, a potem przyjeżdża stary Ettinger.

– Nikomu z nich nie można ufać – mówi mrocznym tonem o nieobecnym Petrusie. Obiecuje przysłać chłopaka, żeby doprowadził volkswagena do stanu używalności.

Dawniej Lurie nieraz widywał, jak Lucy wścieka się, ilekroć padało przy niej słowo „chłopak”. Ale tym razem dziewczyna nie reaguje.

David odprowadza Ettingera do drzwi.

– Biedna Lucy – mówi Ettinger. – To musiało być dla niej straszne. Ale i tak mogło się gorzej skończyć.

– Naprawdę? Jak?

– Mogli ją ze sobą zabrać.

Działa to na Luriego jak kubeł zimnej wody. Niegłupi facet z tego Ettingera. W końcu zostaje z Lucy sam na sam.

– Pochowam psy, jeżeli mi pokażesz, gdzie – proponuje. – Co powiesz właścicielom?

– Prawdę.

– A czy ubezpieczenie pokryje koszta?

– Nie mam pojęcia. Nie wiem, czy regulamin polisy przewiduje coś takiego jak masakra. Będą musiała sprawdzić.

Chwila milczenia.

– Lucy, dlaczego nie mówisz całej prawdy?

– Powiedziałam całą prawdę. Cała prawda to właśnie to, co opowiedziałam.

Lurie z powątpiewaniem kręci głową.

– Oczywiście masz swoje powody, ale czy jesteś pewna, że z szerszego punktu widzenia to właśnie jest najlepsza strategia?

Lucy nie odpowiada, a on nie nalega, przynajmniej chwilowo. Ale jego myśli podążają za trzema intruzami, za trzema napastnikami, za mężczyznami, którzy – chociaż zapewne nigdy więcej ich nie zobaczy – na zawsze pozostaną częścią jego życia, obecni w życiu jego córki. Tamci trzej będą śledzić, co pisze się w gazetach, słuchać plotek. Przeczytają, że są poszukiwani jako sprawcy napadu rabunkowego – i niczego więcej. W końcu im zaświta, że na ciało kobiety spuszcza się zasłonę milczenia. „Zanadto jej wstyd”, powiedzą sobie. „Tak jej wstyd, że nie wygada.” I zachichoczą z lubością, wspominając swój wyczyn. Czy Lucy gotowa jest dać im tę satysfakcję? Kopie dół w miejscu, które mu wskazała, tuż przy granicy farmy. Grób dla sześciu dorosłych psów: chociaż ziemię niedawno przeorano, zajmuje mu to prawie godzinę; jeszcze nie skończył, a już bolą go plecy, ręce i znowu dokucza nadgarstek. Przywozi na taczkach martwe psy ten z rozszarpanym gardłem wciąż szczerzy zakrwawione zęby. Jak strzelanie do ryb w beczce, myśli Lurie. Czyn godzien pogardy, ale zapewne rozkoszny – w kraju, w którym psy tak się hoduje, żeby warczały, ledwie zwęszą czarnego. Popołudnie wypełnione satysfakcjonującą pracą, upajającą jak każda zemsta. Kolejno wrzuca do dołu psie zwłoki, a następnie go zasypuje. Kiedy wraca do domu, Lucy właśnie ustawia łóżko polowe w zatęchłej spiżarce.

– Dla kogo to? – pyta jej ojciec.

– Dla mnie.

– A czemu nie w wolnym pokoju?

– Brakuje desek w suficie.

– A ten duży pokój na tyłach domu?

– Lodówka za bardzo hałasuje.

Nieprawda. Lodówka ledwie mruczy. Lucy nie chce tam spać nie z powodu samej lodówki, tylko jej zawartości: ochłapów, gnatów, rzeźnickich odpadków dla psów, które już ich nie potrzebują.

– Idź do mojego pokoju – proponuje Lurie. – Ja tu będę spal.

I natychmiast zaczyna wynosić swoje rzeczy z dotychczasowej sypialni. Ale czy rzeczywiście chce się wprowadzić do tej celi, w której rogu piętrzą się pudła z pustymi słoikami na przetwory? Do izdebki z maleńkim okienkiem wychodzącym na południe? Jeżeli w pokoju Lucy wciąż jeszcze straszą duchy gwałcicieli, trzeba je przecież wygnać, zamiast pozwalać, żeby znalazły tam azyl. Przenosi więc swoje rzeczy do dawnej sypialni córki. Zapada wieczór. Nie są głodni, ale jedzą. Jedzenie to rytuał, a dzięki rytuałom łatwiej jest wszystko znieść. Lurie znowu pyta – najłagodniej, jak potrafi:

– Lucy, kochanie, czemu nie chcesz powiedzieć, co ci zrobili? Przecież to była zbrodnia. Paść ofiarą zbrodni to nic wstydliwego. Nie ty wybrałaś, że właśnie ciebie mają napaść. Jesteś niewinna.

Siedząc naprzeciw niego przy stole, Lucy robi głęboki wdech, zbiera się w sobie, a potem wypuszcza powietrze i kręci głową.

– Mogę zgadywać? – pyta on. – Czy próbujesz o czymś mi w ten sposób przypomnieć?

– O czym?

– O tym, co kobiety cierpią z winy mężczyzn.

– Nawet by mi do głowy nie przyszło. Cała ta historia nie ma nic wspólnego z tobą, David. Pytasz, dlaczego nie złożyłam na policji skargi w pewnej sprawie. Powiem ci – pod warunkiem, że obiecasz nigdy więcej nie wracać do tego tematu. Otóż z mojego punktu widzenia to, co mnie spotkało, jest sprawą czysto osobistą. Kiedy indziej, gdzie indziej, można by ją uznać za sprawę dotyczącą ogółu. Ale nie tu i teraz. To moja sprawa, wyłącznie moja.

– Tu, czyli gdzie?

– W Południowej Afryce.

– Nie zgadzam się. Nie zgadzam się z twoim postępowaniem. Wydaje ci się, że skoro pokornie pogodziłaś się z tym, co cię spotkało, jesteś w innej sytuacji niż tacy farmerzy, jak Ettinger? Wydaje ci się, że to, co tu zaszło, było rodzajem egzaminu i jeżeli pomyślnie go zdasz, dostaniesz dyplom i glejt na przyszłość, albo znak, który będziesz mogła sobie wymalować na nadprożu, żeby odegnał zarazę? Nie takie są reguły zemsty, Lucy. Zemsta jest jak pożar. Im więcej pochłonie, tym bardziej robi się zachłanna.

– Przestań, David! Nie chcę słuchać tej gadaniny o zarazach i pożarach. Nie chodzi mi tylko o to, żeby uratować własną skórę. Jeżeli tak myślisz, to w ogóle nie widzisz sedna problemu.

– No więc mi pomóż. Dążysz do jakiejś formy jednostkowego zbawienia? Masz nadzieję teraźniejszym cierpieniem odkupić zbrodnie przeszłości?

– Nie. Wciąż mnie nie rozumiesz. Wina i zbawienie to abstrakcje. A ja nie kieruję się w swoim postępowaniu abstrakcjami. Póki nie postarasz się tego dostrzec, nie mogę ci pomóc.

Lurie próbuje odpowiedzieć, ale ona nie dopuszcza go do głosu.

– Umówiliśmy się, David. Nie chcę dalej ciągnąć tej rozmowy.

Nigdy jeszcze nie byli sobie tak dalecy, rozdzieleni takim morzem jadu. Jest wstrząśnięty.

Nowy dzień. Ettinger dzwoni z propozycją, że pożyczy im broń „na tymczasowo”.

– Dziękuję – odpowiada Lurie. – Zastanowimy się.

Wyciąga narzędzia Lucy i naprawia kuchenne drzwi, jak potrafi. Powinni wziąć przykład z Ettingera i założyć kraty, bramy, ogrodzić całą posiadłość. Zamienić farmę w fortecę. Lucy powinna kupić pistolet i krótkofalówkę, zapisać się na lekcje strzelania. Ale czy da się namówić? Mieszka tu, bo kocha tę ziemię i dawny sposób życia, styl landliche. Lecz jeśli ten styl skazany jest na zagładę, cóż jej takiego pozostanie, co by mogła kochać? Katy daje się wywabić z kryjówki i dostaje stałe miejsce w kuchni. Spotulniała i zalękniona, nie odstępuje Lucy ani na krok, stale jej depcząc po piętach. Życie z chwili na chwilę płynie inaczej niż przedtem. Dom wydaje się obcy, zbezczeszczony; oboje nieustannie mają się na baczności i nasłuchują. A potem wraca Petrus. Stara ciężarówka rzęzi na zrytym koleinami podjeździe i zatrzymuje się przy stajni. Z szoferki wysiada Petrus w przyciasnym garniturze, a za nim żona i kierowca. Obaj mężczyźni wyładowują z ciężarówki tekturowe pudła, słupy nasączone kreozotem, arkusze ocynkowanej blachy, zwój plastikowych rur, a na końcu – z wielkim hałasem i zamieszaniem – dwie na wpół wyrośnięte owce, które Petrus przywiązuje do słupka ogrodzeniowego. Ciężarówka szerokim łukiem okrąża stajnię i z łoskotem odjeżdża. Petrus i jego żona znikają w stajni. Nad kominem z azbestowej rury wznosi się pióropusz dymu. Lurie nie przestaje obserwować. Po pewnym czasie żona Petrusa wychodzi ze stajni i zamaszystym, swobodnym ruchem wylewa z wiadra pomyje. Przystojna kobieta, myśli David; do twarzy jej w tej długiej spódnicy i w turbanie upiętym wysoko, według wiejskiej mody. Przystojna kobieta i szczęściarz mężczyzna. Ale gdzie oni byli przez cały ten czas?

– Petrus wrócił – mówi do Lucy. – Z całym transportem budulca.

– To dobrze.

– Dlaczego cię nie uprzedził, że wyjeżdża? Nie wydaje ci się podejrzane, że akurat wtedy zniknął?

– Nie mogę mu rozkazywać. Sam sobie jest panem. Uwaga ni w pięć, ni w dziewięć, ale on nie naciska. Postanowił nie naciskać na Lucy w żadnej sprawie, przynajmniej chwilowo. Zamknęła się w sobie, nie okazuje żadnych uczuć, nie zdradza najmniejszego zainteresowania tym, co dzieje się wokół niej. Chociaż Lurie nie ma pojęcia o prowadzeniu gospodarstwa, to właśnie on musi wypuszczać kaczki z zagrody, zawiadywać systemem śluz i doprowadzać wodę do ogrodu, żeby nie wysechł. Lucy godzinami leży na łóżku, patrząc w przestrzeń albo przeglądając stare czasopisma, których zgromadziła chyba niewyczerpany zapas. Niecierpliwie je kartkuje, jakby szukała czegoś, czego w nich nie ma. Po Edwinie Droodzie ani śladu. Lurie spostrzega, że Petrus kręci się przy tamie, ubrany w kombinezon roboczy. Dziwne, że jeszcze nie zgłosił się do Lucy. David podchodzi bliżej, padają słowa powitania.

– Pewnie pan słyszał. Mieliśmy tu grubsze włamanie we środę, kiedy pana nie było.

– Tak. – mówi Petrus. – Słyszałem. Ciężka, bardzo ciężka sprawa. Ale teraz już z wami wszystko dobrze.

Czy z Davidem rzeczywiście wszystko jest już dobrze? Albo z Lucy? Petrus pyta czy raczej stwierdza fakt? Jego słowa nie brzmią pytająco, ale Lurie musi je potraktować jako pytanie, bo inaczej po prostu nie uchodzi. Pytanie tylko, jaka jest tu odpowiedź?

– Żyję – mówi. – A póki człowiek żyje, to pewnie wszystko z nim dobrze. No więc tak, owszem, ze mną wszystko w porządku. – Urywa, czeka, pozwalając nabrzmieć ciszy, którą Petrus powinien wypełnić kolejnym pytaniem: A jak tam Lucy? Przeliczył się.

– Czy Lucy pojedzie jutro na targ? – pyta Petrus.

– Nie wiem.

– Bo jak nie pojedzie, to straci swój stragan. Może tak się to skończyć.

– Petrus pyta, czy pojedziesz jutro na targ – mówi potem Lurie do córki. – Boi się, że w przeciwnym razie możesz stracić stoisko.

– Pojedźcie może we dwóch – proponuje Lucy. – Ja nie czuję się na siłach.

– Jesteś pewna? Szkoda by było opuścić dzień targowy. Lucy nie odpowiada. Woli nie pokazywać się ludziom, a on już wie, dlaczego. Powodem jest hańba. Powodem jest wstyd. To właśnie osiągnęli niespodziewani goście; to właśnie uczynili tej pewnej siebie, nowoczesnej, młodej kobiecie. Plotka jak plama rozlewa się po okolicy. Nie do kobiety należy jej rozprzestrzenianie, lecz do nich – to oni są właścicielami scenariusza, który mówi, jak wzięli ją w karby, jak pokazali jej, po co jest kobieta.

Lurie też nie bardzo się kwapi, żeby się ludziom pokazać z zapuchniętym okiem i białym czepcem na głowie. Ale dla dobra Lucy odsiaduje swoje obok Petrusa za straganem, znosząc spojrzenia ciekawskich, uprzejmie odpowiadając tym spośród znajomych Lucy, którzy chcą mu złożyć wyrazy współczucia.

– Tak, straciliśmy auto – mówi. – I oczywiście psy, wszystkie oprócz jednego. Nie, mojej córce nic nie jest, po prostu nie najlepiej dzisiaj się czuje. Nie, nie mamy nadziei, policja i tak nie nadąża, zresztą sami wiecie. Tak, na pewno jej przekażę.

Czyta w „Heraldzie” notatkę o swojej i Lucy przygodzie. Tamtych trzech określono mianem „nieznanych napastników”. „Trzej nieznani napastnicy zaatakowali panią Lucy Lourie i jej starszawego ojca w ich niewielkiej posiadłości nieopodal Salem, a następnie uciekli, zabierając odzież, urządzenia elektroniczne i karabin. Pod wpływem dziwacznego kaprysu rabusie zastrzelili sześć psów obronnych, zanim odjechali toyotą corolla rocznik 1993, numer rejestracyjny CA 507644. Panu Lourie, który podczas napadu odniósł lekkie obrażenia, udzielono pomocy w Settlers Hospital, po czym zwolniono go do domu.” Jest zadowolony, że starszawego ojca pani Lourie w żaden sposób nie skojarzono z Davidem Lurie, uczniem Williama Wordswortha, poety opiewającego uroki przyrody, do niedawna wykładowcą Politechniki Kapsztadzkiej. Przy samej sprzedaży niewiele ma do roboty. To Petrus szybko i sprawnie rozkłada towary na straganie; to Petrus wie, co ile kosztuje, przyjmuje od klientów pieniądze i wydaje resztę. Właściwie tylko Petrus pracuje, a Lurie siedzi i grzeje sobie dłonie. Jak za dawnych czasów: baas en Klaas. Z tą różnicą, że Lurie nie próbuje Petrusowi rozkazywać. Petrus sam robi, co jest do zrobienia, i tyle. Mimo to utarg mają mniejszy niż zazwyczaj – niecałe trzysta randów. Wszystko przez to, że Lucy nie przyjechała, nie ma co do tego cienia wątpliwości. Skrzynki z kwiatami i torby pełne warzyw trzeba załadować z powrotem do volkswagena. Petrus kręci głową.

– Niedobrze – mówi.

Jak dotąd w żaden sposób nie wyjaśnił, czemu go wtedy nie było. Wolno mu przychodzić i odchodzić, jak sam chce; skorzystał z tej swobody, a teraz ma prawo milczeć. Nasuwają się jednak pewne pytania. Czy wie, kim byli nieznajomi? Czy to jemu wymknęło się jakieś słówko, które sprawiło, że upatrzyli sobie Lucy, a nie na przykład Ettingera? Czy wiedział z góry, co zamierzają zrobić? Za dawnych czasów można by było to wszystko Petrusowi wygarnąć. Za dawnych czasów można by było dać się ponieść nerwom i kazać mu pakować manatki, a na jego miejsce nająć kogoś innego. Ale chociaż Petrus pobiera pensję, nie jest już, ściśle rzecz biorąc, najemnym parobkiem. Właściwie trudno powiedzieć, kim jest – ściśle rzecz biorąc. Jego pozycję najtrafniej chyba określa słowo „sąsiad”. Petrus jest sąsiadem, który akurat teraz pracuje za wynagrodzeniem, bo mu to chwilowo odpowiada. Sprzedaje swoją pracę na mocy umowy, niepisanej umowy, w której nie ma klauzuli przewidującej zwolnienie na podstawie nie potwierdzonych podejrzeń. Wszyscy troje żyją w całkiem nowym świecie – David, Lucy i Petrus. Petrus to wie, i wie także David, a to, że David wie, też nie jest dla Petrusa żadną tajemnicą. A jednak David czuje się z Petrusem jakoś swojsko; byłby nawet gotów – chociaż ma się przy tym na baczności – go polubić. Petrus jest człowiekiem z tego samego pokolenia, co on. Z pewnością wiele przeżył, z pewnością niejedno mógłby opowiedzieć. David chętnie wysłuchałby kiedyś opowieści Petrusa. Ale wolałby, żeby nie była wciśnięta w wąskie ramy angielszczyzny. Coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że angielski nie jest odpowiednim środkiem wyrazu dla południowoafrykańskiej prawdy. Fragmenty angielskiego kodu długości całych zdań z czasem zgrubiały, straciły giętkość i przestały być wymowne czy wręcz wymawialne. Język zesztywniał, niczym dinozaur, który wyzionął ducha i zapadł się w błoto. Gdyby opowieść Petrusa sprowadzić do tego, co daje się wysłowić po angielsku, zabrzmiałaby artretycznie, nieaktualnie. W Petrusie podoba się Luriemu twarz – twarz i dłonie. Jeśli istnieje coś takiego, jak uczciwy trud, to Petrus nosi na sobie jego znamiona. Jest cierpliwy, energiczny, sprężysty. To prawdziwy wieśniak, paysan, człowiek wsiowy. Matacz i kombinator, a z pewnością też i kłamca, jak wieśniacy na całym świecie. Potrafi uczciwie się trudzić i równie uczciwie knuć. Lurie ma swoje własne podejrzenia co do planów Petrusa, tych bardziej długofalowych. Petrus nie zadowoli się tym, żeby już zawsze tylko orać swoje półtora hektara. Lucy rzeczywiście wytrzymała dłużej niż jej przyjaciele hipisi, cyganie, ale w oczach Petrusa wciąż jeszcze jest zielona – to amatorka, entuzjastka życia na farmie, a nie prawdziwa farmerka. Petrus chciałby zagarnąć jej ziemię. A potem grunta Ettingera, a przynajmniej dość dużą ich część, żeby wypasać na nich bydło. Z Ettingerem będzie miał trudniejszą przeprawę. Lucy jest tu tylko chwilowo; ale Ettinger to taki sam wieśniak jak Petrus, człowiek wychowany na roli, uparty, eingewurzelt. Lecz i on kiedyś umrze, a jego syn uciekł. Tu akurat Ettinger pokpił sprawę. Porządny wieśniak dba o to, żeby spłodzić wielu synów. Petrus ma wizję przyszłości, w której nie przewidziano miejsca dla takich ludzi jak Lucy. Ale niekoniecznie trzeba go z tego powodu uważać za wroga. Na wsi tak już jest, zawsze tak było, że jedni sąsiedzi knują coś przeciwko drugim, życzą im plagi szkodników, nieurodzaju, ruiny finansowej, a mimo to w razie kryzysu przyjdą z pomocą. Najgorsza, najbardziej mroczna wersja byłaby taka, że sam Petrus zwerbował tych trzech nieznajomych, żeby dali Lucy nauczkę, a w nagrodę obiecał im bogaty łup. Ale Lurie nie wierzy w tę wersję, wydaje mu się zbyt prosta. Najprawdziwsza prawda, podejrzewa, ma wymiar dużo bardziej (przez chwilę szuka właściwego określenia)… antropologiczny, a żeby jej dociec, przeniknąć aż do dna, trzeba by drążyć miesiącami, cierpliwie, niespiesznie rozmawiać z dziesiątkami ludzi, no i nie obeszłoby się bez tłumacza. Wierzy natomiast, że Petrus, owszem, wiedział, że coś się kroi; wierzy, że Petrus mógł ostrzec Lucy, gdyby tylko chciał. To dlatego tak się uczepił tego tematu. To dlatego naprzykrza się Petrusowi. Petrus opróżnił betonowy zbiornik i teraz oczyszcza go z glonów. Nieprzyjemne zajęcie, ale Lurie ofiarowuje się z pomocą. W przyciasnych gumowcach córki schodzi do zbiornika, ostrożnie stąpając po śliskim dnie. Przez pewien czas on i Petrus zgodnie pracują, skrobiąc, drapiąc, wygarniając łopatami błoto. A potem David przerywa robotę. – Wie pan co, Petrus – mówi. – Trudno mi uwierzyć, że tamci ludzie nikogo tu nie znali. Trudno mi uwierzyć, że zjawili się tak całkiem znikąd, zrobili swoje i znikli jak duchy. I że wybrali akurat nas tylko dlatego, że byliśmy pierwszymi białymi, jakich spotkali tamtego dnia. Co? Nie mam racji?

Petrus lubi palić fajkę, staroświecką fajeczkę z wygiętym cybuchem i miseczką zamykaną srebrnym wieczkiem. Prostuje się, wyjmuje fajkę z kieszeni kombinezonu, podnosi wieczko, ugniata tytoń w fajce i ssie koniec cybucha, nie zapalając. Z zadumą spogląda na betonową ścianę tamy, na wzgórza, na rozległą równinę. Twarz ma niewzruszenie spokojną.

– Policja musi ich znaleźć – mówi wreszcie. – Policja musi ich znaleźć i wsadzić do więźnia. To robota dla policji.

– Ale policja nie znajdzie ich, jeżeli jej się nie pomoże. Ci ludzie wiedzieli o istnieniu leśnej osady. Jestem pewien, że wiedzieli też to i owo o Lucy. A niby skąd mieliby wiedzieć, gdyby byli w tych stronach zupełnie obcy?

Petrus woli uznać to pytanie za retoryczne. Chowa fajkę do kieszeni, odstawia łopatę i sięga po miotłę.

– To było coś więcej niż kradzież, Petrus – nie daje za wygraną David. – Przyszli tu nie tylko po to, żeby zrabować rzeczy. I nie tylko po to, żeby tak mnie urządzić. – Dotyka palcem bandaży, a potem opatrunku zasłaniającego oko. – Chcieli zrobić coś jeszcze. Wie pan, o co mi chodzi, a jeżeli nie, to na pewno się pan domyśli. Nie może się pan spodziewać, że po tym, co zrobili, Lucy będzie spokojnie żyła tak, jak dawniej. Jestem jej ojcem. Chcę, żeby ich schwytano, postawiono przed sądem i ukarano. Czy to coś złego? Czy to coś złego, że chcę sprawiedliwości? Jest mu wszystko jedno, jakim sposobem wydobędzie z Petrusa odpowiedź – chce ją usłyszeć i już. – Nie, to nic złego.

Przenika go fala gniewu, tak silna, że jest nią zupełnie zaskoczony. Chwyta łopatę i zaczyna wygarniać z dna zbiornika całe płaty zielska i błota, rzucając je przez ramię, ponad mur. Sam tak się nakręcasz, aż w końcu naprawdę się wściekniesz, upomina się w duchu. Przestań! Ale w tym akurat momencie najchętniej złapałby Petrusa za gardło. Gdyby na miejscu mojej córki znalazła się twoja żona – ma ochotę mu powiedzieć – nie ubijałbyś teraz tytoniu w fajeczce i nie ważyłbyś słów tak roztropnie. Gwałt: oto wyraz, który chciałby wydębić od Petrusa. Chciałby usłyszeć, jak Petrus mówi: Tak, to był gwałt. Tak, to było coś oburzającego.

W milczeniu, ramię w ramię kończą robotę. W ten sposób spędza na farmie kolejne dni. Pomaga Petrusowi oczyścić system nawadniający. Nie dopuszcza, żeby ogród zniszczał. Pakuje towar do sprzedania na targu. Pomaga Bev Shaw w klinice. Zamiata podłogę, gotuje posiłki, robi wszystko to, co Lucy robić przestała. Jest zajęty od świtu do zmroku. Oko goi mu się zdumiewająco szybko: już po tygodniu znowu jest sprawne. Gojenie oparzeń zabiera więcej czasu. Lurie długo jeszcze nosi biały czepek na głowie i bandażuje ucho. Odsłonięte wygląda jak nagi, różowy mięczak: nie jest pewien, kiedy odważy się wydać je na łup ludzkich spojrzeń.

Kupuje kapelusz dla ochrony przed słońcem, a trochę i po to, żeby ukryć twarz. Próbuje się oswoić z tym, że wygląda dziwacznie – a nawet gorzej niż dziwacznie, bo odrażająco: dołączył do grona tych żałosnych stworzeń, na które dzieci gapią się na ulicy. – Dlaczego ten facet tak dziwnie wygląda? – zwracają się z pytaniem do swoich matek, które muszą je wtedy uciszać. Do sklepów w Salem jeździ jak najrzadziej, a do Grahamstown tylko w soboty. Stał się nagle odludkiem, zaszył w wiejskiej pustelni. Koniec wędrówki. Choć kochamy najgoręcej, choć księżyca pała moc. Któż mógł przewidzieć, że tak szybko i raptownie skończy się wędrowanie, kochanie! Nie ma powodu sądzić, że o jego i Lucy nieszczęściu krążą już plotki w Kapsztadzie. Nie chce jednak dopuścić, żeby Rosalind usłyszała tę wiadomość w jakiejś przeinaczonej wersji. Dzwoni do niej dwa razy, bez powodzenia. Za trzecim razem telefonuje do biura podróży, w którym pracuje jego była żona. Dowiaduje się, że wyjechała na Madagaskar, zrobić rekonesans; podają mu numer faksu jej hotelu w Antananarivo. Układa komunikat: „Lucy i ja mieliśmy pechową przygodę. Skradziono mi samochód, a przy okazji doszło do szamotaniny i trochę oberwałem. Nic poważnego – oboje jesteśmy zdrowi, chociaż w lekkim szoku. Wolałem dać ci znać, bo a nuż zaczną się plotki. Mam nadzieję, że dobrze się bawisz.” Pokazuje ten list Lucy, żeby go zaaprobowała, a potem daje go Bev Shaw z prośbą o wysłanie. Do Rosalind, do najczarniejszej Afryki. Z Lucy wciąż niedobrze. Dziewczyna czuwa po całych nocach, twierdząc, że nie może zasnąć; za to popołudniami ojciec zastaje ją na kanapie, śpiącą z kciukiem w ustach, jak dziecko. Przestała się interesować jedzeniem: to David musi ją namawiać, żeby jednak coś zjadła, i gotować jakieś nieznane potrawy, bo Lucy nie tyka mięsa. Nie po to tu przyjechał; nie po to, żeby ugrzęznąć na głębokim odludziu i odstraszać demony, niańczyć córkę, troszczyć się o upadającą farmę. Jeśli miał jakikolwiek cel, to raczej ten, żeby samemu wziąć się w garść, zebrać siły. A tymczasem z dnia na dzień coraz bardziej się zatraca. Demony go nie omijają. Miewa swoje własne koszmary: tarza się w łóżku pełnym krwi albo zdyszany, z bezgłośnym krzykiem ucieka przed mężczyzną o twarzy przypominającej jastrzębia, maskę z Beninu, Totha. Pewnej nocy wstaje i w półśnie, w półobłędzie ściąga pościel z łóżka, a nawet odwraca materac wierzchem do spodu, szukając plam. No i ten pomysł z Byronem. Z książek, które przywiózł z Kapsztadu, zostały mu raptem dwa tomy listów – reszta była w bagażniku ukradzionego auta. Biblioteka publiczna w Grahamstown może służyć tylko wyborem wierszy. Ale czy on w ogóle musi jeszcze czytać? Czegóż więcej powinien się dowiedzieć o tym, jak Byron i jego znajoma spędzali czas w dawnej Rawennie? Czy jeszcze nie dojrzał do tego, żeby wymyślić Byrona takiego, jakim był on w rzeczywistości, Byrona i Teresę? Prawdę rzekłszy, już od miesięcy odkłada to na później: odwleka chwilę, gdy będzie musiał stawić czoło pustej stronicy, wydobyć pierwszą nutę, przekonać się, ile jest wart. Ma już w głowie fragmenty miłosnych duetów, linie melodyczne partii wokalnych, sopranu i tenoru, które bez słów mijają się i owijają wokół siebie jak węże. Melodia bez kulminacji, szept gadzich łusek, gadzich gani po marmurowych schodach; a w tle pulsuje baryton poniżonego męża. Czy właśnie tutaj wreszcie ożyje to mroczne trio – nie w Kapsztadzie, lecz w starej Kaffrarii?

Dwie młode owce przez cały dzień stoją uwiązane przy stajni, na kawałku gołej ziemi. David czuje, że ich pobekiwanie, monotonne i nieustanne, zaczyna go w końcu drażnić. Podchodzi do Petrusa, który postawił rower do góry kołami i coś przy nim majstruje.

– Te owce – mówi David. – Nie lepiej by je było uwiązać gdzieś, gdzie mogłyby skubać trawę?

– To owce na przyjęcie – odpowiada Petrus. – W sobotę je zarżnę, bo wydajemy przyjęcie. Oba z Lucy koniecznie musicie przyjść. – Ociera dłonie ze smaru. – Zapraszam was na przyjęcie.

– Na sobotę?

– Tak, w sobotę wydaję przyjęcie. Wielkie przyjęcie.

– Dziękuję. Ale nawet jeżeli owce mają iść pod nóż, nie mogłyby tymczasem poskubać trawy?

W godzinę później wciąż stoją uwiązane w tym samym miejscu i żałośnie beczą. Petrusa nigdzie nie widać. Doprowadzony do ostateczności, Lurie odwiązuje zwierzęta i ciągnie je w stronę zbiornika, nad którym rośnie bujna trawa. Długo piją, a potem bez pośpiechu zaczynają się paść. Są to czarnolice owce rasy perskiej, podobnej wielkości i maści, podobne nawet w ruchach. Zapewne bliźniaczki, od urodzenia przeznaczone na rzeź. No cóż, nic szczególnego. Kiedy ostatnio się zdarzyło, że owca padła ze starości? Owce nie rządzą sobą, ich życie nie jest ich własnością. Istnieją po to, żeby był z nich pożytek, z każdego grama owczych ciał: mięso zjedzą ludzie, kości utrze się na mączkę i nakarmi nią drób. Nic się nie wymknie, może z wyjątkiem pęcherzyka żółciowego, bo jego nikt nie zje. Kartezjusz powinien był na to wpaść. Dusza zawieszona w ciemnej, gorzkiej żółci, ukryta.

– Petrus zaprosił nas na przyjęcie – oznajmia David córce. – Czemu je wydaje?

– Pewnie z okazji nabycia praw do ziemi. Działka oficjalnie przechodzi na jego własność w przyszłym miesiącu, pierwszego. Dla niego to wielki dzień. Powinniśmy przynajmniej na chwilę się pokazać i dać im jakiś prezent.

– Ma zamiar zarżnąć dwie owce. Nigdy bym nie pomyślał, że raptem dwie owce wystarczą.

– Petrus to skąpiradło. Za dawnych czasów przy takiej okazji zarżnęłoby się wołu.

– Nie jestem pewien, czy mi się podoba jego postępowanie. Przywiózł do domu rzeźne zwierzęta, żeby się zapoznały z ludźmi, którzy je zjedzą.

– A jak byś wolał? Żeby je zarżnięto w jatce, to byś nie musiał o tym myśleć?

– Tak.

– Obudź się, David. Jesteśmy na wsi. Jesteśmy w Afryce. Lucy zrobiła się ostatnio kąśliwa; jej ojciec nie potrafi tego niczym usprawiedliwić. W odpowiedzi zwykłe wycofuje się i milknie. Bywają okresy, kiedy mijają się w domu jak dwoje obcych ludzi. Mówi sobie, że musi być cierpliwy, że za Lucy wciąż wlecze się cień napaści, że tylko upływ czasu pozwoli jej znów wrócić do siebie. A jeśli to mylna diagnoza? Jeśli po takim napadzie człowiek nigdy już do siebie nie wraca, lecz przemienia się w zupełnie inną, mroczniejszą osobę? Zmienne nastroje Lucy mogą też mieć bardziej złowrogie wyjaśnienie, o którym Lurie nie umie przestać myśleć.

– Lucy – pyta jeszcze tego samego dnia, znienacka. – Czy ty może coś przede mną ukrywasz, co? Czy aby czegoś nie złapałaś od tych mężczyzn?

Lucy siedzi na kanapie, w piżamie i szlafroku, bawiąc się z kotem. Minęło południe. Kot jest młody, żwawy, figlarny. Dziewczyna macha mu przed nosem paskiem od szlafroka. Kot trzepie łapką w pasek, zadając szybkie, lekkie ciosy, raz-dwa-trzy-cztery.

– Mężczyzn? – pyta Lucy. – Jakich mężczyzn?

Macha paskiem w bok, a kot daje nura w ślad za jej ruchem. Jakich mężczyzn? Serce staje mu w piersi. Oszalała? Nie chce pamiętać?

Ale ona, jak widać, tylko się z nim przekomarza.

– Nie jestem już dzieckiem, David – mówi. – Byłam u doktora, zrobiłam badania, zrobiłam wszystko, co w granicach rozsądku jest wykonalne. Teraz mogę już tylko czekać.

– Rozumiem. A czy trafnie się domyślam, na co mianowicie czekasz?

– Tak.

– Jak długo to potrwa? Lucy wzrusza ramionami.

– Miesiąc. Trzy miesiące. Może dłużej. Nauka jeszcze nie określiła maksymalnej długości takiego oczekiwania. Kto wie, może do końca życia.

Kot szybkim susem atakuje pasek, ale zabawa już się skończyła.

Lurie siada obok córki; kot zeskakuje z kanapy i odchodzi na sztywnych łapach. David bierze Lucy za rękę. Kiedy siedzi tak blisko niej, zalatuje go lekko nieświeża, niedomyta woń.

– Na pewno nie do końca życia, kochanie – mówi. – Przynajmniej to cię ominie.

Resztę dnia owce spędzają nad zbiornikiem, tam gdzie je uwiązał. Nazajutrz rano znów stoją na gołej ziemi koło stajni. Pożyją pewnie do sobotniego ranka, czyli jeszcze dwie doby. Dosyć żałosny sposób na przeżycie ostatnich dwóch dni, jakie ma się przed sobą. Wiejskie obyczaje – tak kwituje to Lucy. Luriemu nasuwają się inne słowa: obojętność, nieczułość. Skoro wieś może osądzać miasto, to i miastu wolno osądzić wieś. Przyszło mu do głowy, żeby odkupić owce od Petrusa. Ale co to da? Petrus kupi nowe zwierzęta na ubój, a zarobioną różnicę schowa do kieszeni. A co Lurie zrobi z owcami, kiedy już je wykupi z niewoli? Puści je wolno na publicznej drodze? Zamknie w psich boksach i będzie karmił sianem? Między nim a dwiema persjankami wytworzyła się chyba swojego rodzaju więź – sam nie wie, jak do tego doszło. Nie jest to żadna serdeczność. W gruncie rzeczy wcale nie czuje się związany z akurat tymi dwiema owcami, których nie potrafiłby nawet wyszukać spośród całego stada. A jednak – nagle i bez powodu – ich los nabrał dla niego znaczenia. Lurie stoi przed nimi, pod prażącym słońcem, czekając, aż ucichnie mu szum w głowie, czekając na znak. W ucho jednej z owiec usiłuje wleźć mucha. Ucho drga. Mucha odlatuje, zatacza koło, wraca, siada. Ucho znowu drga.

Lurie zbliża się o krok. Zaniepokojona owca cofa się, na ile łańcuch pozwala. David przypomina sobie, jak Bev Shaw trącała głową starego kozła z poszarpanymi jądrami, głaskała go, pocieszała, wnikała w jego życie. Jak jej się udaje ta komunia ze zwierzętami? Widocznie jest w tym jakaś sztuczka, której on nie zna. Może trzeba być innego typu osobą, mniej skomplikowaną. Słońce praży go w twarz całą mocą swojej wiosennej promienności. Czy muszę się zmienić? – w duchu zadaje sobie pytanie David. Czy muszę stać się taki, jak Bev Shaw? Rozmawia potem z Lucy.

– Zastanawiam się nad tym przyjęciem Petrusa. W sumie wolałbym tam nie iść. Czy mogę bez nieuprzejmości zrobić unik?

– Chodzi o te owce?

– Tak. Nie. Nie zmieniłem poglądów, jeśli o to pytasz. Dalej nie wierzę, że zwierzęta istnieją jako naprawdę indywidualne byty. Nad tym, które z nich przeżyją, a które zginą, z mojego punktu widzenia nie warto rozdzierać szat. A jednak…

– A jednak…?

– A jednak w tym akurat przypadku jakoś mnie to niepokoi. Nie umiem powiedzieć, dlaczego.

– No cóż, nie licz na to, że Petrus i jego goście z szacunku dla ciebie i twojej wrażliwości wyrzekną się baranich kotletów.

– Nie żądam aż tyle. Po prostu wołałbym nie być na przyjęciu, przynajmniej nie tym razem. Przepraszam. Nigdy sobie nie wyobrażałem, że w końcu uderzę w taki ton.

– Wiesz, David, Bóg postępuje tajemniczo.

– Nie kpij ze mnie.

Coraz bliżej sobota, dzień targowy.

– Otwieramy tym razem stoisko? – pyta Lurie.

Lucy wzrusza ramionami.

– Sam zdecyduj – mówi.

David postanawia nie otwierać stoiska. Nie docieka przyczyn decyzji córki; właściwie przyjął ją z ulgą. W sobotnie południe przygotowania do uroczystości u Petrusa zaczynają się od przyjazdu pół tuzina kobiet, ubranych odświętnie jak do kościoła – tak przynajmniej wydaje się Luriemu. Kobiety rozpalają za stajnią ognisko. Niebawem wiatr przynosi odór gotujących się flaków, David zgaduje więc, że czyn się dokonał, i to aż dwukrotnie, czyli już po wszystkim. Czy powinien opłakiwać ofiary? Czy stosowne jest opłakiwanie śmierci stworzeń, które same wzajemnie się nie opłakują? Zaglądając we własne serce, znajduje w nim tylko jakiś nieokreślony smutek. Za blisko, myśli: mieszkamy za blisko Petrusa. To tak, jakby się miało wspólny dom z obcymi ludźmi, wspólne hałasy, wspólne zapachy.

Puka do drzwi Lucy.

– Przejdziesz się trochę? – pyta.

– Dziękuję, nie mam ochoty. Zabierz Katy.

Bierze ze sobą buldożkę, ta jednak tak się wlecze i dąsa, że zirytowany zapędza ją z powrotem na farmę, a sam rusza szybkim krokiem, żeby zatoczyć ośmiokilometrową pętlę i porządnie się zmęczyć. O piątej zaczynają przybywać goście – autami, taksówkami, pieszo. Lurie obserwuje ich zza Branki w kuchennym oknie. Większość gości to rówieśnicy gospodarza – stateczni, masywni. Wszyscy jakoś szczególnie skaczą wokół jednej staruszki: Petrus w niebieskim garniturze i jaskraworóżowej koszuli wychodzi aż na drogę, żeby ją powitać. Dopiero po zmroku zaczyna się pojawiać młodzież. Wiatr niesie szmer rozmów, śmiech i muzykę, która Luriemu przypomina Johannesburg z czasów jego własnej młodości. Całkiem znośna, myśli David. Właściwie całkiem niezła.

– Już pora – mówi Lucy. – Idziesz?

Ubrana jest w nietypowy dla siebie sposób: sukienka do kolan i buty na wysokich obcasach, sznur korali z malowanego drewna i takież kolczyki. Lurie nie jest pewien, czy mu się to wszystko razem podoba.

– Dobrze, pójdę. Jestem gotów.

– Nie wziąłeś z miasta garnituru?

– Nie.

– No to przynajmniej załóż krawat.

– Myślałem, że jesteśmy na wsi.

– Tym bardziej trzeba się wystroić. To w jego życiu wielki dzień.

Lucy trzyma w ręku małą latarkę. Idą ścieżką prowadzącą do domu Petrusa, ojciec z córką ramię w ramię. Ona oświetla drogę, on niesie ich wspólny dar.

W otwartych drzwiach przystają z uśmiechem. Petrusa nie widać, ale mała dziewczynka w odświętnej sukience podchodzi do nich i wprowadza ich do środka.

Stara stajnia nie ma sufitu ani prawdziwej podłogi, lecz jest przynajmniej przestronna i zelektryfikowana. Lampy z abażurami i obrazki na ścianach (Słoneczniki Van Gogha, Dama w błękitnej sukni Tretchikoffa, Jane Fonda w kostiumie Barbarelli, Doctor Khumalo strzelający gola) łagodzą ponury nastrój wnętrza. Prócz Lucy i jej ojca nie ma żadnych białych. Ludzie tańczą przy staromodnym afrojazzie, który Lurie słyszał jeszcze przed wyjściem z domu. Rzucają ciekawe spojrzenia na dwoje nowo przybyłych – a może tylko na jego biały czepek. Lucy zna niektóre kobiety. Zaczyna przedstawiać je Luriemu. Potem zjawia się Petrus i staje przy nich. Nie nadskakuje, nie proponuje nic do picia, mówi natomiast:

– Nigdy więcej psów. Nie jestem już psiarz.

Lucy uznaje to za żart; czyli tak jakby wszystko w porządku.

– Przynieśliśmy wam prezent – oznajmia. – Ale może powinniśmy go dać twojej żonie. To coś do domu.

Z kąta kuchennego, jeśli tak należy go nazwać, Petrus wywołuje żonę. Lurie po raz pierwszy widzi ją z bliska. Jest to młoda kobieta – młodsza od jego córki – o twarzy raczej miłej niż ładnej, nieśmiała, w widocznej ciąży. Podaje rękę Lucy, ale nie jej ojcu; nie patrzy mu też w oczy. Lucy mówi do niej parę słów w języku xhosa i wręcza paczkę. Tymczasem skupiło się wokół nich kilkoro gapiów.

– Musi rozpakować – mówi Petrus.

– Właśnie, musisz rozpakować – przytakuje Lucy. Ostrożnie, żeby nie podrzeć ozdobnego papieru w mandoliny i laurowe gałązki, młoda żona rozpakowuje podarunek. Jest to tkanina w dość ładny wzór w stylu Aszanti.

– Dziękuję – szepcze po angielsku.

– To narzuta na łóżko – mówi Lucy do Petrusa.

– Lucy to nasza dobrodziejka – stwierdza Petrus, a potem powtarza, zwracając się wprost do niej:

– Jesteś nasza dobrodziejka.

Lurie ma wrażenie, że to niesmaczne, obosieczne słowo warzy nastrój chwili. Ale czy do Petrusa wolno mieć pretensje? Język, z którego czerpie z taką pewnością siebie, jest – choć Petrus tego nie wie – znużony, kruchy, zżarty od środka jakby przez termity. Można już tylko polegać na wyrazach jednosylabowych, a i to nie na wszystkich. Cóż począć? Były nauczyciel komunikacji społecznej nie widzi, co by tu się dało zrobić. Jeśli już, to należałoby zacząć od podstaw, od ABC. Zanim powrócą wielkie słowa, zrekonstruowane, oczyszczone, znowu godne zaufania – Luriego dawno nie będzie wśród żywych. Wzdryga się, jakby śmierć przeszła po jego śladach.

– A dziecko? Kiedy spodziewa się pani dziecka? – pyta żonę Petrusa.

Kobieta patrzy na niego, nie rozumiejąc.

– W październiku – wtrąca Petrus. – Dziecko urodzi się w październiku. Mamy nadzieję, że chłopiec.

– O. A co ma pan przeciwko dziewczynkom?

– Modlimy się o chłopca – mówi Petrus. – Zawsze najlepiej, jak pierwszy rodzi się chłopiec. Może wtedy pokazać siostrom… nauczyć je zachowania. Tak. – Urywa. – Dziewczyna bardzo kosztowna. – Pociera kciukiem o palec wskazujący. – Nic tylko pieniądze, pieniądze, pieniądze.

Minęło wiele czasu, odkąd Lurie ostatnio widział ten gest. Dawniej używali go Żydzi: pieniądze-pieniądze-pieniądze, z takim samym znaczącym przechyleniem głowy. Ale Petrus w swojej naiwności może nic nie wiedzieć o tym wycinku europejskiej tradycji.

– Chłopcy też bywają kosztowni – zauważa Lurie, ot tak, dla podtrzymania rozmowy.

– Kup im to, kup im tamto – ciągnie Petrus, który rozpędził się i już nie słucha, co się do niego mówi. – W dzisiejszych czasach mężczyzna nie płaci za kobietę. Ale ja płacę. – Przesuwa dłonią nad głową żony, która skromnie spuszcza oczy. – Ja owszem, płacę. Ale to jest po staroświecku. Ubrania, ładne rzeczy, tak czy owak: płacić, płacić, płacić. – Znowu pociera palcem o palec. – Nie, chłopak lepszy. Tylko pańska córka jest wyjątek. Pańska córka tak samo dobra jak chłopak. Prawie! – śmieje się z własnego żartu. – Hej, Lucy! Lucy uśmiecha się, ale Lurie wie, że jest zażenowana.

– Pójdę potańczyć – mamrocze dziewczyna, odchodząc. Tańczy sama, w tym solipsystycznym stylu, który ostatnio się przyjął. Wkrótce dołącza do niej młody mężczyzna, wysoki, gibki, starannie ubrany. Tańczy naprzeciw niej, strzelając palcami, błyskając zębami w uśmiechu, zalotnie.

Z dworu zaczynają wchodzić kobiety, niosąc tace z mięsem pieczonym na ruszcie. W powietrzu rozchodzą się smakowite wonie. Do stajni wlewa się nowa partia gości, młodych, hałaśliwych, ani trochę nie staroświeckich. Przyjęcie nabiera rozmachu. W ręce Luriego trafia talerz z jedzeniem. Lurie podaje go Petrusowi.

– Nie – mówi Petrus. – Jest dla ciebie. Inaczej całą noc będziemy podawać sobie talerze w tę i nazad. Petrus i jego żona spędzają wiele czasu z Luriem, dbając, żeby czuł się jak u siebie w domu. Dobrzy ludzie, myśli. Wsiowi ludzie. Rzuca okiem w stronę Lucy. Młody mężczyzna tańczy teraz zaledwie kilkanaście centymetrów od niej: wysoko podnosi nogi i mocno nimi tupie, wymachuje rękami, świetnie się bawi. Lurie trzyma w ręku talerz z dwoma baranimi kotletami, pieczonym kartoflem, plastrem dyni i porcją ryżu obficie polanego sosem. Znajduje krzesło, na którym udaje mu się przycupnąć obok chudego staruszka o kaprawych oczach. Zjem to, mówi sobie. Zjem, a później poproszę o wybaczenie. Raptem staje przy nim Lucy, dysząc pospiesznie, z napiętą twarzą.

– Możemy wyjść? – pyta. – Oni tu są.

– Jacy oni?

– Widziałam jednego z nich za domem. Słuchaj, David, nie chcę tu robić żadnych awantur, ale czy możemy natychmiast wyjść?

– Potrzymaj. – David oddaje jej talerz i tylnymi drzwiami wychodzi na dwór.

Na dworze jest prawie tyle samo gości, co wewnątrz: skupili się przy ognisku i rozmawiają, piją, śmieją się. Ktoś stoi po drugiej stronie ogniska i patrzy na Luriego. W jednej chwili wszystko staje się jasne. David zna tę twarz, zna ją w sposób wręcz intymny. Przepycha się wśród stłoczonych ciał. Jednak zrobię awanturę, myśli. Szkoda, że akurat w takim dniu. Ale pewnych spraw nie da się odwlec. Podchodzi do chłopaka i staje przed nim. To ten trzeci, terminator o tępym wyrazie twarzy, karny pies.

– Znam cię – ponuro oświadcza Lurie.

Chłopak wcale się nie spłoszył. Wręcz przeciwnie, sprawia takie wrażenie, jakby czekał na tę chwilę, zbierając siły, żeby jej sprostać. Głos, który wydobywa się z jego gardła, jest ochrypły z wściekłości.

– Coś ty za jeden? – pyta, ale w rzeczywistości mówi co innego: Jakim prawem tu przyszedłeś? Całe jego ciało promieniuje brutalnością.

Podchodzi do nich Petrus i szybko mówi coś w języku xhosa. Lurie kładzie mu dłoń na rękawie. Petrus milknie i wściekle na niego łypie.

– Wiesz, kto to jest? – pyta go Lurie.

– Nie, nie wiem, co to jest – gniewnie odpowiada Petrus. – Nie wiem, o co to całe zamieszanie. No; o co?

– On… ten zbir… był tu już kiedyś, razem ze swoimi kumplami. To jeden z tamtych. Ale niech lepiej sam ci powie, o co tu chodzi. Niech ci powie, czemu go szuka policja.

– To nieprawda! – krzyczy chłopak. Znowu zwraca się do Petrusa, tryskając potokiem gniewnych słów. Muzyka dalej rozpościera się w nocnym powietrzu, ale nikt już nie tańczy: goście gromadzą się wokół tych trzech, pchają się, poszturchują, wtrącają swoje trzy grosze. Atmosfera jest niedobra.

– On mówi, że nie wie, o co ci w ogóle chodzi – oświadcza Petrus.

– Kłamie. Doskonale wie, o co mi chodzi. Lucy zaświadczy. Ale Lucy oczywiście nie zaświadczy. Jak on może oczekiwać, że jego córka wystąpi wobec tych wszystkich obcych ludzi, stanie przed chłopakiem, wskaże go palcem i powie: Tak, to jeden z nich. Jeden z tych, którzy mi to zrobili.

– Zadzwonię na policję – oznajmia Lurie. Wśród gapiów rozlega się niechętny szmer.

– Zadzwonię na policję – powtarza David, zwracając się wprost do Petrusa, który słucha z kamienną twarzą.

W obłoku milczenia Lurie wraca do stajni, gdzie czeka na niego Lucy.

– Chodźmy – mówi David.

Goście rozstępują się przed nimi. Nie mają już przyjaznych min. Lucy zapomniała latarki: po ciemku zbaczają z drogi; dziewczyna musi zdjąć buty; brnąc przez kartoflane pole wracają do domu. Lurie ma już w ręku słuchawkę, ale Lucy go powstrzymuje.

– Nie, David, nie rób tego – mówi. – Petrus nic tu nie zawinił. Jeżeli zadzwonisz na policję, popsujesz mu cały wieczór. Bądź rozsądny.

David jest zdumiony, tak bardzo zdumiony, że zwraca się przeciwko córce.

– Na miłość boską, jak możesz mówić, że Petrus nie zawinił? W ten czy inny sposób to on ściągnął tu tamtych trzech. I jeszcze ośmiela się znowu ich zapraszać. Niby czemu miałbym być rozsądny? Naprawdę, Lucy, nic a nic z tego wszystkiego nie rozumiem. Nie rozumiem, czemu nie oskarżyłaś ich o to, co rzeczywiście zrobili, i czemu teraz osłaniasz Petrusa. On wcale nie jest niewinny. Jest z nimi.

– Nie krzycz na mnie, David. To moje życie. To ja muszę tu żyć. Wszystko, co mnie spotkało, jest moją sprawą, moją i tylko moją, a nie twoją, i jeżeli do czegokolwiek mam prawo, to do tego, żeby się nie poddawać takiemu przesłuchaniu, jak w tej chwili, nie musieć się usprawiedliwiać – przed tobą ani przed nikim innym. A Petrus nie jest jakimś tam najmitą, którego mogę wylać, bo moim zdaniem zadaje się z nieodpowiednimi ludźmi. To już przeszłość, przeminęło z wiatrem. Jeżeli chcesz zadrzeć z Petrusem, najpierw się upewnij, czy rzeczywiście znasz prawdę. Nie możesz wezwać policji. Nie pozwolę na to. Zaczekaj do rana. Zaczekaj, aż Petrus opowie ci swoją wersję tej całej historii.

– Ale ten chłopak tymczasem zniknie!

– Nie zniknie. Petrus go zna. A zresztą tu, na Wschodnim Przylądku, nikt nie znika. Tutaj to się po prostu nie zdarza.

– Lucy, Lucy, błagam cię! Chcesz wynagrodzić dawne krzywdy, ale nie tędy droga. Jeżeli teraz nie upomnisz się o swoje prawa, nigdy już nie będziesz mogła podnieść głowy. Równie dobrze możesz spakować walizki i wyjechać. A jeżeli delikatność nie pozwala ci dzisiaj wezwać policji, to w ogóle nie powinniśmy byli jej w to mieszać, tylko siedzieć cicho i czekać na następny napad. Albo sami poderżnąć sobie gardła.

– Przestań, David! Nie potrzebuję przed tobą się bronić. Przecież ty nawet nie wiesz, co się właściwie stało.

– Nie wiem?

– Nie, nie masz najmniejszego pojęcia. Uspokój się i zastanów. A co do policji, to ci tylko przypomnę, dlaczego w ogóle ją wezwaliśmy: ze względu na ubezpieczenie. Zameldowaliśmy o napadzie, bo inaczej nie dostalibyśmy odszkodowania.

– Zdumiewasz mnie, Lucy. To zwykła nieprawda i dobrze o tym wiesz. A co do Petrusa, powtarzam: jeżeli w tym momencie się ugniesz, jeżeli nie podołasz, nigdy w życiu sobie tego nie darujesz. Jesteś zobowiązana wobec siebie, wobec przyszłości, wobec swojej godności osobistej. Pozwól mi zadzwonić po policję. Albo sama zadzwoń.

– Nie.

„Nie”: to jej ostatnie słowo. Idzie do swojego pokoju, zamyka Luriemu drzwi przed nosem, odgradza się od niego. Krok za krokiem, tak nieuchronnie, jakby byli małżeństwem, oddalają się od siebie i David nic na to nie poradzi. Nawet ich kłótnie przybrały ton sprzeczek między mężem i żoną, którzy znaleźli się w pułapce i nie mają z niej dokąd umknąć. Jakże Lucy musi żałować, że z nią zamieszkał! Na pewno marzy, żeby się wyniósł – im szybciej, tym lepiej. Ale ona też prędzej czy później będzie musiała się stąd wynieść. Jako samotna kobieta na farmie nie ma przed sobą przyszłości – to przecież jasne. Nawet dni Ettingera, mimo ze wyposażył się w broń, drut kolczasty i systemy alarmowe, są policzone. Jeśli Lucy ma chociaż odrobinę rozumu, wycofa się, zanim spotka ją los gorszy niż śmierć. Ale ona oczywiście nie da za wygraną. Jest uparta, no i cała pogrążona w tym życiu, które sama sobie wybrała. Lurie wymyka się z domu. Ostrożnie stąpając w ciemnościach, podchodzi do stajni od tyłu. Wielkie ognisko wygasło, muzyka umilkła. Grupka ludzi stoi przy tylnych drzwiach, dość szerokich, żeby zmieścił się w nich traktor. Lurie ponad ich głowami zagląda do wnętrza. Pośrodku stajni stoi jeden z gości, mężczyzna w średnim wieku, z ogoloną głową i byczym karkiem. Ma na sobie ciemny garnitur, a wokół szyi złoty łańcuch, na którym wisi medal wielkości pięści: właśnie takie medale wręczano tubylczym wodzom jako symbole ich urzędu. Symbole produkowane hurtem w jakiejś odlewni w Coventry czy w Birmingham; po jednej stronie skwaszony profil: Wiktoria, regina et imperatrix; po drugiej – antylopy gnu albo ibisy w butnych pozach. Medale dla wodzów Rozsyłane po całym imperium: do Nagpuru, na Fidżi, na Złote Wybrzeże, do Kaffrarii. Mężczyzna przemawia, wygłasza krągłe okresy, które wznoszą się i opadają. Lurie nie ma pojęcia, co tamten mówi, ale od czasu do czasu następuje pauza, a potem rozlega się przytwierdzający pomruk słuchaczy, wśród których – młodych i starych – panuje chyba nastrój spokojnej satysfakcji. Lurie rozgląda się. Chłopak stoi nieopodal, tuż za progiem, po wewnętrznej stronie. Omiata Davida nerwowym spojrzeniem. Inni także kierują ku niemu wzrok: ku temu obcemu, niedopasowanemu. Mężczyzna z medalem marszczy brwi, przez chwilę się waha, podnosi głos. Luriemu wcale nie przeszkadza ich zainteresowanie. Niech wiedzą, że jeszcze tu jestem, myśli, niech wiedzą, że nie przyczaiłem się we dworze. A jeżeli im to popsuje radość ze spotkania, no to najwyżej. Sięga ręką do białego czepka. Po raz pierwszy cieszy się, że go ma, że go nosi na własnej głowie.

Nazajutrz przez cały ranek Lucy go unika. Do spotkania z Petrusem, które obiecała, nie dochodzi. Aż tu po południu sam Petrus puka do kuchennych drzwi, w roboczych butach i w kombinezonie. Pora kłaść rury, mówi rzeczowo, jakby nigdy nic. Postanowił przeciągnąć rury z PCV od zbiornika z wodą do miejsca, gdzie zamierza zbudować swój nowy dom; dwieście metrów odległości. Chciałby pożyczyć narzędzia, i czy David pomógłby mu dopasować regulator?

– Nie znam się na regulatorach. Nie znam się na hydraulice – odpowiada Lurie. Nie ma najmniejszej ochoty pomagać Petrusowi.

– To nie hydraulika – mówi tamten. – To tylko kładzenie rur. Wystarczy przeciągnąć rury.

Kiedy idą w stronę tamy, Petrus opowiada o różnych rodzajach regulatorów, o zaworach ciśnieniowych i złączach; wymawia te słowa kwieciście, popisując się znajomością rzeczy. Mówi, że nowa rura będzie musiała przejść przez ziemię Lucy; dobrze, że Lucy się zgodziła. Jest „przyszłościowa”.

– To przyszłościowa pani, a nie przeszłościowa.

O przyjęciu ani o chłopaku z rozbieganymi oczami nie wspomina. Jakby całe to zdarzenie w ogóle nie miało miejsca. Wkrótce się wyjaśnia, jaka rola przypadnie Luriemu podczas pracy przy tamie. Potrzebny jest Petrusowi wcale nie w charakterze doradcy od hydrauliki czy kładzenia rur, lecz jako pomagier, który coś potrzyma, poda narzędzia – właściwie zwykły handlanger. Nie ma nic przeciwko temu. Petrus dobrze pracuje i obserwując go, można się sporo nauczyć. Sęk w tym, że Lurie zdążył już trochę się zniechęcić do samego Petrusa. Ten ględzi o swoich planach, a David okazuje mu rosnącą oziębłość. Nie chciałby wylądować razem z nim na bezludnej wyspie. A już z całą pewnością nie chciałby być żoną tego władczego typa. Na oko sądząc, młoda żona jest chyba szczęśliwa, ale ciekawe, jakie historie miałaby do opowiedzenia starsza. Wreszcie nie wytrzymuje i przerywa potok słów Petrusa.

– Ten młody człowiek, co był u ciebie wczoraj wieczorem. – mówi. – Jak on się nazywa i gdzie teraz jest?

Petrus zdejmuje czapkę i ociera czoło. Akurat dziś paraduje w czapce z daszkiem i ze srebrnym godłem Południowoafrykańskich Kolei i Portów. Ma chyba całą kolekcję nakryć głowy.

– Widzisz, David – zaczyna, marszcząc brwi. – Powiedziałeś, że on złodziej, a to bardzo ciężki zarzut. Chłopak strasznie o to na ciebie zły. Tak wszystkim mówi. A ja muszę dopilnować, żeby był spokój. Więc i dla mnie to bardzo ciężki układ.

– Wierz mi, Petrus, nie mam zamiaru wplątywać cię w tę sprawę. Powiedz mi tylko, jak chłopak się nazywa i gdzie go można znaleźć, a ja przekażę te dane policji. Później pozostanie nam tylko czekać, aż policja przeprowadzi dochodzenie i odda go razem z jego kumplami w ręce sprawiedliwości. Ani ty, ani ja nie będziemy w to wplątani. O wszystkim zadecyduje sąd. Petrus przeciąga się, wystawiając twarz ku słońcu.

– Przecież z ubezpieczenia dostaniesz nowy samochód – mówi.

Czy to pytanie? Czy raczej oświadczenie? Jaką właściwie grę prowadzi Petrus?

– Z ubezpieczenia nie dostanę nowego samochodu – tłumaczy Lurie, siląc się na cierpliwość. – Nawet przyjmując, że firma ubezpieczeniowa jeszcze nie zbankrutowała, chociaż w całym kraju tyle aut pada łupem złodziei, to i tak da mi tylko część sumy, na którą sama wyceni mój stary wóz. Czyli za mało na nowy. A zresztą chodzi o zasadę. Nie możemy powierzyć wymiaru sprawiedliwości firmom ubezpieczeniowym. To nie ich sprawa.

– Ale od chłopaka nie wydostaniesz swojego starego auta. On nie może ci go oddać. Nawet nie wie, gdzie jest twoje stare auto. Przepadło i tyle. Najlepiej kup sobie nowe za pieniądze z ubezpieczenia, to znowu będziesz miał czym jeździć.

Jakim sposobem zabrnął w tę ślepą uliczkę? Próbuje od innej strony.

– Pozwól, że spytam, Petrus, czy ten chłopak to jakiś twój krewny?

– A właściwie dlaczego – ciągnie tamten, ignorując pytanie – chcesz go zaciągnąć na policję? On za młody, żeby go wsadzić do więźnia.

– Może stanąć przed sądem, jeżeli ma osiemnaście lat. A choćby i szesnaście.

– Nie, nie ma osiemnastu.

– Skąd wiesz? Na moje oko ma osiemnaście, nawet więcej.

– Wiem, wiem! To jeszcze chłopiec, nie może iść do więźnia, podług prawa, takiego chłopca nie można zamknąć we więźniu, trzeba go puścić!

Petrus najwidoczniej uważa, że to rozstrzygający argument. Ociężale przyklęka na jedno kolano i zaczyna instalować złączkę przy rurze wylotowej.

– Petrus, moja córka chce być dobrą sąsiadką. Dobrą obywatelką i dobrą sąsiadką. Kocha Wschodni Przylądek. Chce tu sobie ułożyć życie i ze wszystkimi się dogadać. Ale jakie ma szansę, skoro w każdej chwili mogą ją napaść zbiry, którym potem wszystko ujdzie płazem? Nie mów, że nie rozumiesz!

Petrus usiłuje dopasować złączkę. W skórze na jego dłoniach widać głębokie, chropawe pęknięcia; przy pracy cicho postękuje; nic nie wskazuje na to, że usłyszał choćby jedno słowo.

– Lucy nic tu nie grozi – oświadcza nagle. – Nic jej nie będzie. Możesz ją zostawić samą, jest bezpieczna.

– Ależ co ty mówisz, Petrus, wcale nie jest bezpieczna! To przecież jasne. Wiesz, co tu się stało dwudziestego pierwszego.

– Tak, wiem, co się stało. Ale teraz już wszystko w porządku.

– Kto mówi, że wszystko w porządku?

– Ja.

– Ty to mówisz? I ty będziesz ją chronił?

– Będę.

– Tamtym razem jej nie uchroniłeś.

Petrus powleka rurę grubszą warstwą smaru.

– Twierdzisz, że wiesz, co się stało, ale wtedy jej nie uchroniłeś – powtarza David. – Wyjechałeś, zaraz potem przyszli tamci trzej dranie, a teraz zaczyna wyglądać na to, że jeden z nich to twój kumpel. I co ja mam sobie myśleć?

Nigdy jeszcze nie był tak bliski tego, żeby wprost oskarżyć Petrusa. Ale właściwie czemu miałby się hamować?

– Chłopak nic nie winien – oświadcza Petrus. – On nie kryminalista. Nie złodziej.

– Mówię nie tylko o kradzieży. Popełniono tu jeszcze inne przestępstwo, znacznie cięższe. Skoro twierdzisz, że wiesz, co się stało, musisz też wiedzieć, co mam na myśli.

– On nic nie winien. Jest za młody. Jedna wielka pomyłka i tyle.

– Wiesz to na pewno?

– Wiem.

Rura weszła na miejsce. Petrus nakłada i zaciska obejmę, po czym wstaje, prostuje grzbiet.

– Ja wiem – powtarza. – Mówię ci. Wiem.

– Wiesz. Znasz przyszłość. Jak mogę z tym dyskutować? Powiedziałeś swoje. Jestem ci tu jeszcze potrzebny?

– Nie, została sama łatwa robota, muszę tylko wkopać rurę w ziemię.

Pomimo wiary Petrusa w system ubezpieczeniowy nic się nie posuwa w sprawie meldunku, który złożył Lurie. A on bez samochodu czuje się na farmie jak w pułapce.

Pewnego popołudnia w klinice wywnętrza się przed Bev Shaw.

– Lucy i ja nie żyjemy ze sobą w zgodzie – mówi. – Zresztą chyba nic dziwnego. Rodzice i dzieci nie są stworzeni do tego, żeby mieszkać razem. W normalnej sytuacji już dawno bym wrócił do Kapsztadu. Ale nie mogę zostawić Lucy samej na farmie. Nie jest tam bezpieczna. Próbuję ją namówić, żeby przekazała opiekę nad farmą Petrusowi i wzięła sobie urlop. Ale nie chce mnie słuchać.

– Dzieci trzeba w pewnym momencie wypuścić z rąk, David. Nie możesz wiecznie czuwać nad Lucy.

– Wypuściłem ją z rąk już dawno temu. Zawsze byłem najmniej opiekuńczym z ojców. Ale teraz jest inna sytuacja, obiektywnie niebezpieczna dla Lucy. Wyraźnie nam to uzmysłowiono.

– Wszystko będzie dobrze. Petrus się nią zaopiekuje.

– Petrus? A jaki on ma w tym interes, żeby nią się opiekować?

– Nie doceniasz go. Harował jak niewolnik, kiedy urządzał jej ogród. Bez Petrusa nigdy by nie osiągnęła tego, co ma. Nie twierdzę, że zawdzięcza mu wszystko, ale na pewno sporo.

– Niewykluczone. Pytanie, ile Petrus zawdzięcza Lucy? – To poczciwy facet. Możesz na nim polegać.

– Polegać na Petrusie? On nosi brodę, pali fajkę i chodzi z laską, więc uważasz go za staroświeckiego Kafra. Ale rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Petrus wcale nie jest staroświeckim Kafrem, a tym bardziej poczciwym facetem. Moim zdaniem nie może się doczekać, kiedy Lucy wreszcie zwinie interes. Jeżeli chcesz dowodów, spójrz choćby na to, co spotkało ją i mnie. Petrus może i nie był pomysłodawcą, ale nie sposób zaprzeczyć, że przymknął oko, że nas nie ostrzegł, że postarał się w porę ulotnić.Jego zajadłość zdumiewa Bev Shaw.

– Biedna Lucy – szepcze kobieta. – Tyle wycierpiała! – Wiem, co wycierpiała. Byłem przy tym. Spogląda na niego rozszerzonymi oczami.

– Ależ skąd, David, nie byłeś. Sama mi powiedziała. Nie byłeś przy tym.

Nie byłeś przy tym. Nie wiesz, co się stało. Jest zaskoczony. Niby gdzie go nie było – zdaniem Bev Shaw, zdaniem Lucy? W pokoju, w którym intruzi dopuszczali się okropności? Czy tym kobietom się zdaje, że on nie wie, czym jest gwałt? Czy im się zdaje, że nie cierpiał wraz z córką? Cóż takiego mógł zobaczyć na własne oczy oprócz tego, co sam potrafi sobie wyobrazić? A może myślą, że gdy chodzi o gwałt, żaden mężczyzna nie umie postawić się w sytuacji kobiety? Jakkolwiek brzmi prawdziwa odpowiedź, jest oburzony, że traktują go jak obcego. Kupuje mały telewizor na miejsce tego, który skradziono. Wieczorami, po kolacji, on i Lucy siadają obok siebie na kanapie i oglądają wiadomości, a potem film czy inną rozrywkę, jeśli jest do wytrzymania. To prawda, że jego wizyta trwa już zbyt długo – oboje tak uważają. Znużyło go mieszkanie w walizce, nieustanne nasłuchiwanie, czy na ścieżce nie chrzęści żwir. Chciałby znów siedzieć za własnym biurkiem, spać we własnym łóżku. Ale Kapsztad jest daleko, prawie jak w innym kraju. Pomimo rad Bev, pomimo zapewnień Petrusa, pomimo uporu córki, Lurie nie dojrzał jeszcze do tego, żeby ją porzucić na pastwę losu. Tu właśnie mieszka, przynajmniej chwilowo: tu i teraz. Zdążył już zupełnie odzyskać wzrok w oparzonym oku. Skóra na głowie też się goi – nie trzeba już nakładać na nią natłuszczonych opatrunków. Tylko ucho wymaga jeszcze codziennych zabiegów. A zatem czas naprawdę leczy wszystkie rany. U Lucy też zapewne trwa proces leczenia, a jeśli nie leczenia, to przynajmniej zapominania: wspomnienie fatalnego dnia zabliźnia się, obrasta ziarniną, która spowija je i zapieczętowuje, aż kiedyś dziewczyna będzie mogła wreszcie powiedzieć: wtedy, kiedy nas „obrabowano” – i rzeczywiście pamiętać wyłącznie rabunek.

Stara się spędzać dnie na dworze, żeby w domu Lucy mogła swobodniej odetchnąć. Pracuje w ogrodzie; kiedy ogarnia go zmęczenie, siada przy tamie, obserwując sukcesy i porażki kaczej rodziny, posępnie rozmyślając nad projektem Byron. Nie robi postępów. Łapie tylko oderwane fragmenty. Pierwsze słowa pierwszego aktu nadal stawiają opór; pierwsze nuty wciąż są nieuchwytne jak pasma dymu. Chwilami obawia się, że osoby dramatu, które od ponad roku towarzyszą mu niczym widma, zaczynają rozpływać się w nicości. Nawet najbardziej powabna z nich – Margarita Cogni, którą pragnąłby usłyszeć, miotającą namiętnym kontraltem obelgi pod adresem Teresy Guiccioli, tej suki, kochanicy Byrona – też się wymyka. Ich strata napełnia go rozpaczą, szarą, jednostajną i w sumie błahą jak ból głowy. Kiedy tylko może, jeździ do kliniki Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami i robi wszystko, co nie wymaga żadnych umiejętności: karmi, sprząta, myje podłogi.

W klinice zajmują się głównie psami, rzadziej kotami: dla zwierząt gospodarskich D Village posiada, zdaje się, swoją własną weterynaryjną mądrość, własną farmakopeę, własnych uzdrowicieli. Psy trafiają do kliniki chore na nosówkę, z połamanymi łapami, z zainfekowanymi ukąszeniami, ze świerzbem, z objawami zaniedbania, dobrotliwego lub złośliwego; trafiają tu ze starości, z niedożywienia, z pasożytami jelit, głównie jednak przez własną nadmierną płodność. Jest ich po prostu za dużo. Kiedy ludzie przywożą psa, nie mówią wprost: „Przywiozłem go, żebyście go zabili”, ale tego właśnie oczekuje się od personelu: że zrobi z psem porządek, usunie go ze świata, wyprawi w niepamięć. To, czego się w istocie wymaga, to Losung (niemiecki zawsze usłużnie podsunie odpowiednio neutralną abstrakcję): sublimacja, taka jak wtedy, gdy z wody sublimuje się alkohol i nie pozostaje żaden osad ani smak. Toteż w niedzielne popołudnia drzwi kliniki zamyka się na klucz, a potem Lurie pomaga Bev Shaw losen te psiska, które w danym tygodniu uznano za nadliczbowe. Jednego po drugim wybiera z boksu na tyłach budynku i prowadzi albo niesie do gabinetu. Każdemu z nich w jego ostatnich minutach Bev poświęca bezgraniczną uwagę: głaszcze, przemawia, próbuje ułatwić odejście. Jeśli psy rzadko ulegają tym czarom, to dlatego, że przeszkadza im obecność Davida, który wydziela nieodpowiedni zapach („One potrafią wywęszyć ludzkie myśli”), swąd wstydu. Ale to właśnie David je trzyma, żeby stały nieruchomo, zanim igła trafi w żyłę, narkotyk uderzy w serce, łapy się ugną, a ślepia zmętnieją. Myślał, że przywyknie. Ale jakoś nie przywykł. Im więcej ma za sobą egzekucji, w których uczestniczył, tym bardziej jest roztrzęsiony. Gdy w pewien niedzielny wieczór wraca do domu volkswagenem Lucy, musi aż przystanąć na poboczu, żeby wziąć się w garść. Po twarzy płyną mu niepohamowane łzy; drżą ręce. Nie rozumie, co się z nim dzieje. Jeszcze do niedawna zwierzęta były mu mniej lub bardziej obojętne. Chociaż w pewien abstrakcyjny sposób potępia okrucieństwo, nie umie powiedzieć, czy sam z natury jest okrutny, czy dobry. Jest po prostu nijaki. Przypuszcza, że ludziom, których obowiązki zawodowe wymagają okrucieństwa – na przykład pracownikom rzeźni – stopniowo zaskorupiają się dusze. Pod wpływem nawyku człowiek twardnieje: zazwyczaj pewnie tak bywa, ale raczej nie w przypadku Luriego. Chyba nie ma daru twardnienia. To, co dokonuje się w gabinecie, wstrząsa całym jestestwem Davida. Psy wiedzą, że wybiła ich godzina: jest o tym przekonany. Chociaż cała operacja odbywa się cicho i bezboleśnie, chociaż Bev Shaw ma same dobre myśli, a on też stara się nie mieć żadnych innych, chociaż świeżo wykonane zwłoki chowa się do hermetycznych worków, psy na podwórku potrafią wywęszyć, co się dzieje w klinice. Kładą uszy po sobie, spuszczają ogon, jakby i one czuły hańbę umierania; zapierają się wszystkimi czterema łapami, tak że trzeba je przeciągnąć, przepchnąć albo przenieść przez próg. Na stole jedne wściekle kłapią zębami w prawo i w lewo, inne skomlą żałośnie; ale żaden nie patrzy wprost na igłę w dłoni Bev Shaw, bo skądś wiedzą, że ta właśnie igła wyrządzi im straszliwą krzywdę. Najgorsze są te, które go obwąchują i usiłują lizać po ręce. Nigdy nie lubił lizania, toteż w pierwszym odruchu ma ochotę się odsunąć. Po co udawać przyjaciela, skoro w rzeczywistości jest się mordercą? Ale potem ustępuje. Bo i czemu stworzenie, nad którym zawisł już cień śmierci, miałoby czuć, że człowiek wzdryga się przed zetknięciem z nim, jakby sam dotyk takiego zwierzęcia przerażał? Daje im więc się lizać, jeśli chcą, tak jak Bev Shaw głaszcze je i całuje, jeżeli tylko jej na to pozwolą. Nie jest, ma nadzieję, sentymentalny. Stara się patrzeć bez sentymentów na zwierzęta, które zabija, i na Bev Shaw. Pilnuje się, żeby głośno nie stwierdzić: „Nie wiem, jak ty to robisz”, bo w odpowiedzi usłyszałby: „Ktoś przecież musi”. Nie wyklucza, że w najskrytszej głębi Bev Shaw wcale nie jest aniołem-wyzwolicielem, lecz diabłem; że pod pozorami współczucia kryje się u niej serce żylaste jak u rzeźnika. Stara się nie wykluczać żadnej możliwości. Ponieważ Bev Shaw zadaje cios igłą, on zajmuje się usuwaniem szczątków. Nazajutrz rano po każdej morderczej sesji jedzie wyładowanym volkswagenem do Settlers Hospital i powierza zwłoki w czarnych workach płomieniom krematorium. Prościej byłoby wozić worki do krematorium natychmiast po sesji i zostawiać je, żeby się nimi zajęli szpitalni palacze. Trzeba by jednak wtedy porzucić je na wysypisku razem z całym plonem weekendu: śmieciami ze szpitalnych oddziałów, padliną zgarniętą z poboczy dróg, cuchnącymi odpadkami z garbarni – przypadkową, a zarazem okropną mieszanką. Nie umie się przemóc, żeby wydać martwe psy na taką sromotę. Toteż w niedzielne wieczory ładuje worki na tył volkswagena Lucy i przywozi na farmę; przez całą noc leżą w aucie, a w poniedziałek rano wiezie je do szpitala. Sam je tam układa, pojedynczo, na wózku podajnika, uruchamia korbą mechanizm, kiedy zaś wózek mija stalową bramkę i wjeżdża w płomienie, Lurie naciska dźwignię, żeby go opróżnić, i za pomocą tej samej korby przyciąga go z powrotem, a robotnicy, których w ten sposób wyręcza, stoją i patrzą. W pierwszy poniedziałek, kiedy tam pojechał, zostawił im tę robotę. Zwłoki przez noc zesztywniały. Martwe łapy więzły między prętami wózka, a gdy ten wracał z przejażdżki do pieca, często przywoził z powrotem psa, osmalonego, wyszczerzonego, cuchnącego przypaloną sierścią, obnażonego, bo plastikowa osłona już doszczętnie spłonęła. Po kilku takich próbach robotnicy zaczęli przed załadunkiem obtłukiwać worki spodnią stroną łopat, żeby połamać skostniałe kończyny. Właśnie wtedy wmieszał się w to i całą pracę wziął na siebie. W piecu krematoryjnym pali się antracytem; elektryczny wiatrak wsysa powietrze w przewody – Lurie przypuszcza, że cała konstrukcja pochodzi z lat sześćdziesiątych, kiedy to zbudowano szpital. Krematorium pracuje przez sześć dni w tygodniu, od poniedziałku do soboty włącznie. Siódmego dnia odpoczywa. Kiedy ekipa przychodzi do pracy, wygarnia wczorajszy popiół i rozpala od nowa. Zanim wybije dziewiąta rano, w wewnętrznej komorze jest tysiąc stopni Celsjusza – wystarczająco gorąco, żeby kość zwapniała. Do późnego ranka uzupełnia się wsad; mija całe popołudnie, nim piec ostygnie. Lurie nie wie, jak nazywają się robotnicy, podobnie jak i oni nie znają jego imienia. Jest dla nich po prostu człowiekiem, który w pewien poniedziałek przywiózł worki z Opieki nad Zwierzętami i odtąd zjawia się w każdy poniedziałkowy ranek, o coraz wcześniejszej porze. Przyjeżdża, robi swoje i odjeżdża; nie należy do społeczności, która pomimo płotu z siatki, bramy zamkniętej na kłódkę i tablicy z trójjęzycznym tekstem skupia się wokół krematorium. Siatkę bowiem dawno już rozpruto, a na bramę i tablicę nikt po prostu nie zwraca uwagi. Kiedy rano pojawiają się salowi z pierwszymi workami szpitalnych odpadków, cały tłumek kobiet i dzieci już czeka, żeby przegarnąć wysypisko w poszukiwaniu strzykawek, szpilek, bandaży zdatnych jeszcze do uprania – wszelkiego rodzaju drobiazgów, na które jest popyt, a zwłaszcza lekarstw w pigułkach, gdyż można je spieniężyć w sklepach muti albo przehandlować na ulicy. Są też włóczędzy, którzy za dnia kręcą się po przyległym do szpitala terenie, nocą zaś sypiają pod ścianą krematorium, a może nawet w samym jego tunelu, szukając ciepła. Lurie wcale nie stara się o przyjęcie do tego bractwa. Ilekroć jednak przyjeżdża, tamci są już na miejscu; a jeśli nie interesują ich transporty, które przywozi na wysypisko, to tylko dlatego, że żadnej części martwego psa nie da się sprzedać ani zjeść. Czemu podjął się tej pracy? Żeby ulżyć Bev Shaw? Gdyby tylko o to szło, dość byłoby zwalić worki na wysypisku i odjechać. Przez wzgląd na psy? Ale one przecież już nie żyją; a zresztą, co psom wiadomo o honorze i dyshonorze? Czyli robi to dla siebie. Ponieważ tak mu nakazuje własne wyobrażenie o świecie jako miejscu, w którym ludzie nie obtłukują zwłok łopatami, żeby nadać im kształt ułatwiający dalszą obróbkę? Psy trafiają do kliniki, bo nikt ich nie chce: „albowiem jest nas zbyt wielkie mnóstwo”. I wtedy on wkracza w ich życie. Choć może i nie jest dla nich wybawicielem – tym, dla którego nie jest ich zbyt wielkie mrowie – czuje się na siłach zatroszczyć się o nie, kiedy nie mogą już, zupełnie nie mogą zatroszczyć się o siebie, kiedy nawet Bev Shaw umywa od nich ręce. Psiarz, powiedział kiedyś o sobie Petrus. No cóż, teraz Lurie został psiarzem – psim grabarzem; psim psychopomposem; harijanem. Ciekawe, że taki egoista jak on zgodził się oddawać martwym psom tę posługę. Muszą przecież istnieć inne, skuteczniejsze sposoby ofiarowywania siebie światu – lub wyobrażeniu o świecie. Można by na przykład przez więcej godzin dziennie pracować w klinice. Można by próbować wytłumaczyć dzieciom z wysypiska, żeby nie faszerowały się truciznami. Nawet gdyby bardziej przysiadł fałdów nad librettem o Byronie, dałoby się to od biedy uznać za wyświadczoną ludzkości przysługę. Ale do tamtych zadań są inni chętni – do opieki nad zwierzętami, do resocjalizacji, nawet do pisania o Byronie. Lurie ratuje honor trupów, bo nikt inny nie jest dość głupi, żeby się tego podjąć. A on taki właśnie powoli się staje: głupi, stuknięty, niepoprawny. Zrobili już wszystko, co mieli zaplanowane na tę niedzielę w klinice. Volkswagen stoi, wyładowany martwym bagażem. Na odchodnym Lurie zmywa jeszcze podłogę w gabinecie.

– Daj, ja to zrobię – mówi Bev Shaw, wracając z podwórka. – Na pewno chcesz już jechać do domu.

– Nie spieszy mi się.

– Ale przywykłeś chyba do innego rodzaju życia?

– Do innego rodzaju życia? Nie wiedziałem, że ono dzieli się na rodzaje.

– Chcę powiedzieć, że tutejsze życie musi cię strasznie nudzić. Na pewno brak ci ludzi z twojego kręgu. No i przyjaciółek.

– Przyjaciółek, powiadasz. Przecież Lucy mówiła ci chyba, dlaczego wyjechałem z Kapsztadu. Tamtejsze przyjaciółki nie przyniosły mi wiele szczęścia.

– Nie bądź dla niej surowy.

– Surowy dla Lucy? Nie umiałbym się na to zdobyć.

– Nie dla Lucy, tylko dla tej młodej kobiety z Kapsztadu. Lucy mówi, że była tam młoda kobieta, która narobiła ci mnóstwo kłopotów.

– Owszem, była pewna młoda kobieta. Ale kłopoty są w tym przypadku moim własnym dziełem. Narobiłem ich tej młodej kobiecie co najmniej tyle, ile ona mnie.

– Lucy mówi, że musiałeś zrezygnować z posady na uniwersytecie. To na pewno było trudne. Żałujesz?

Co za wścibstwo! Ciekawe, jak powiew skandalu podnieca kobiety. Czy ta pospolita, mała istota myśli, że nie jest zdolny jej zaszokować? A może poddawanie się szokom to jeszcze jeden z obowiązków, jakie bierze na siebie – trochę jak zakonnica, która sama się kładzie, żeby ją zgwałcono, bo w ten sposób ze światowej sumy gwałtów odejmuje przynajmniej jeden?

– Czy żałuję? Sam nie wiem. To, co zdarzyło się w Kapsztadzie, w końcu sprowadziło mnie tutaj. Nie powiem, żebym był tu nieszczęśliwy.

– Ale na bieżąco, kiedy to wszystko się działo, czy żałowałeś?

– Na bieżąco? Czyli znaczy w ogniu spełnienia? Jasne, że nie. Wtedy nie ma miejsca na wątpliwości. Zresztą sama na pewno wiesz.

Bev się rumieni. Już dawno nie widział, żeby kobieta w średnim wieku zarumieniła się tak dokładnie. Aż po cebulki włosów.

– Mimo wszystko Grahamstown musi ci się wydawać bardzo spokojne – mruczy ona. – Przez kontrast.

– Nie narzekam. Tu przynajmniej nie czyhają na mnie żadne pokusy. A zresztą nie mieszkam w Grahamstown, tylko na farmie z córką.

Nie czyhają na mnie żadne pokusy: co za gruboskórność, powiedzieć tak do kobiety, nawet brzydkiej. Ale brzydkiej nie dla każdego. Musiał być taki czas, kiedy Bill Shaw widział coś w młodej Bev. Może i inni mężczyźni. Usiłuje ją sobie wyobrazić młodszą o dwadzieścia lat, taką jak w czasach, gdy ta twarz z zadartym nosem i podbródkiem, ta głowa osadzona na krótkiej szyi musiała sprawiać fertyczne wrażenie, a piegowata skóra wyglądała banalnie, ale zdrowo. Pod wpływem impulsu wyciąga rękę i przesuwa palcem po ustach Bev. Kobieta spuszcza oczy, ale się nie wzdraga. Wręcz przeciwnie – odpowiada, muskając ustami jego dłoń; można by nawet powiedzieć, że ją całuje, nie przestając wściekle się rumienić. I to wszystko. Na tym poprzestają. Mężczyzna bez słowa wychodzi z kliniki. Słyszy, jak Bev gasi światła. Nazajutrz po południu kobieta dzwoni do niego.

– Czy możemy się spotkać w klinice o czwartej – mówi. Nie jest to pytanie, lecz komunikat nadany wysokim, zdławionym głosem. A po co? – o mało nie pyta David, ale ma dość rozumu, żeby ugryźć się w język. Jest jednak zaskoczony. Gotów byłby się założyć, że Bev jeszcze nigdy nie podążała tą drogą. W swojej niewinności wyobraża sobie pewnie, że właśnie tym sposobem dochodzi do cudzołóstwa: kobieta dzwoni do natręta i zgłasza gotowość.

W poniedziałki klinika jest zamknięta. Lurie otwiera drzwi, wchodzi i przekręca klucz w zamku. Bev Shaw stoi w gabinecie chirurgicznym, tyłem do Davida. Mężczyzna bierze ją w objęcia; ona ociera się uchem o jego podbródek; on muska ustami jej mocno skręcone kędziorki.

– W szafie leżą koce – mówi Bev. – Na dolnej półce.

Dwa koce, jeden różowy, drugi szary: ukradkiem wyniosła je z domu kobieta, która przez ostatnią godzinę zapewne kąpała się, pudrowała i namaszczała pachnidłami, szykując się na to spotkanie; która, jak przypuszcza Lurie, pudruje się i namaszcza w każdą niedzielę, a w szafie trzyma koce – bo a nuż. I myśli, że skoro on, David, pochodzi z wielkiego miasta, skoro wlecze się za nim skandal, to widocznie chadza do łóżka z wieloma kobietami i spodziewa się, że każda, która stanie na jego drodze, zechce z nim się położyć. Mają do wyboru stół operacyjny i podłogę. Lurie rozkłada koce na podłodze, szary pod spodem, różowy na wierzchu. Gasi światło, wychodzi z pokoju, sprawdza, czy tylne drzwi są zamknięte na klucz, czeka. Słyszy szelest ubrania, które Bev z siebie zdejmuje. Bev. Ani mu się śniło, że prześpi się kiedyś z kobietą o takim imieniu. A ona leży pod kocem, tylko głowa wystaje. Nawet teraz, niemal po ciemku, nie jest ani trochę czarująca. David ściąga slipy, wślizguje się pod koc i przesuwa dłońmi po jej ciele. Bev właściwie nie ma piersi. Jest krzepka, prawie bez talii, jak baryłka. Chwyta go za rękę i coś mu podaje. Prezerwatywa. Wszystko zawczasu przemyślane, od początku do końca. O zbliżeniu z nią David może powiedzieć przynajmniej tyle, że spełnił obowiązek. Beznamiętnie, ale i bez niesmaku. Czyli w sumie Bev Shaw może być z siebie zadowolona. Ziściło się wszystko, co zamierzyła. Wspomogła Davida Lurie, tak jak mężczyznę może wspomóc kobieta; z Lucy Lurie, swojej przyjaciółki, zdjęła na chwilę brzemię uciążliwej wizyty.

Obym nie zapomniał tego dnia, mówi sobie David, kiedy już leżą obok siebie, wyczerpani. Po słodkim, młodym ciele Melanie Isaacs – oto, na co mi przyszło. Oto do czego będę musiał przywyknąć, a z czasem jeszcze bardziej spuścić z tonu.

– Późno już – mówi Bev Shaw. – Muszę iść.

Mężczyzna zsuwa z siebie koc i wstaje, z niczym się nie kryjąc. Niech Bev do syta się napatrzy na swojego Romeo, myśli, na jego zgarbione barki i chuderlawe golenie. Rzeczywiście jest późno. Na horyzoncie osiadła resztka purpurowej poświaty; w górze wisi księżyc; w powietrzu unosi się dym; ponad kawałkiem ugoru, od strony pierwszych rzędów chat, niesie się gwar głosów. W drzwiach Bev po raz ostatni przytula się do Davida, kładąc mu głowę na piersi. On jej na to pozwala, tak jak pozwolił jej na wszystko, czego pragnęła. Jego myśli podążają ku Emmie Bovary, która przeżywszy swoje pierwsze wielkie popołudnie, paraduje przed lustrem. „Mam kochanka! Mam kochanka!” – śpiewa w duchu Emma. No cóż, niech biedna Bev Shaw wróci do domu i też sobie trochę pośpiewa. A David powinien przestać ją nazywać „biedną Bev Shaw”. Bo jeśli ona jest biedna, to on jest zupełnym bankrutem.

Petrus pożyczył traktor – Lurie nie ma pojęcia, skąd – i podłączył do niego starą talerzówkę, która rdzewiała za stajnią, zanim jeszcze farmę przejęła Lucy. W kilka godzin przeorał całą swoją ziemię. Wszystko to załatwił bardzo szybko i metodycznie; wcale nie po afrykańsku. Za dawnych czasów, czyli dziesięć lat temu, borykałby się z tym przez wiele dni, orząc pługiem zaprzężonym w woły. Jakie szansę ma Lucy w konkurencji z tym nowym Petrusem? Petrus najpierw pojawił się jako kopacz, tragarz, nosiwoda. A teraz ma za dużo roboty, żeby zajmować się takimi rzeczami. Gdzie ona znajdzie kogoś, kto będzie kopał, dźwigał, podlewał? Gdyby to była partia szachów, Lurie powiedziałby, że Lucy przegrała na wszystkich frontach. Jeśliby miała chociaż odrobinę rozumu, wycofałaby się: zwróciłaby się do Banku Rolnego, wynegocjowała jakiś układ, przepisała farmę na Petrusa, wróciła do cywilizacji. Mogłaby otworzyć pensjonat dla psów gdzieś na przedmieściu; mogłaby poszerzyć zakres usług i zacząć przyjmować koty. Mogłaby nawet wrócić do tego, co ona i jej przyjaciele robili w hipisowskich czasach: do wyplatanek w plemienne wzory, do plemiennego garncarstwa i koszykarstwa; do sprzedawania koralików turystom. Pokonana. Nietrudno wyobrazić sobie Lucy za dziesięć lat: będzie otyłą kobietą o twarzy pobrużdżonej smutkiem, noszącą dawno już niemodne ubrania, przemawiającą do swoich czworonożnych ulubieńców, jadającą samotnie. Niezbyt udane życie. Ale i tak lepsze niż spędzanie całych dni w trwodze przed kolejną napaścią, od której nie uchronią jej psy ani telefon – bo nikt nie podniesie słuchawki.

Lurie zaczepia Petrusa, zastawszy go w miejscu, w którym tamten postanowił wybudować swoją nową rezydencję, na niewielkim wzniesieniu z widokiem na dom Lucy. Geodeta już tu był, teren jest opalikowany.

– Nie będziesz chyba sam budował? – pyta David.

Petrus chichocze.

– Nie, budowa to robota kwalifikowna – odpowiada. – Murowanie, tynkowanie. Do tych rzeczy potrzeba kwalifikownego robotnika. Ja tylko wykopię doły pod fundamenty. To akurat potrafię sam. To nie taka kwalifikowna robota, w sam raz dla chłopaka. Do kopania wystarczy chłopak.

Petrus wymawia to słowo ze szczerym rozbawieniem. Sam był kiedyś chłopakiem do posług, ale już nim nie jest. Może teraz się bawić w chłopaka, tak jak Maria Antonina bawiła się w dojarkę. Lurie przechodzi do sedna.

– Gdybyśmy oboje, Lucy i ja, wrócili do Kapsztadu, zgodziłbyś się prowadzić jej część farmy? Płacilibyśmy ci pensję albo mógłbyś dostawać jakiś procent. Mieć udział w zyskach.

– Muszę prowadzić farmę Lucy – stwierdza Petrus. – Muszę być rządca farmy.

Wypowiada te słowa, jakby ich nigdy przedtem nie słyszał, jakby nagle wyskoczyły niby królik z kapelusza.

– Tak, możemy cię nazywać rządcą farmy, jeżeli chcesz.

– A Lucy kiedyś wróci.

– Na pewno wróci. Jest bardzo przywiązana do tej farmy. Nic ma zamiaru z niej rezygnować. Ale ostatnio przeżywa ciężkie chwile. Potrzebuje odpoczynku. Wakacji.

– Nad morzem – mówi Petrus i uśmiecha się, odsłaniając zęby żółte od nikotyny.

– Tak, nad morzem, jeżeli zechce. – Davida drażni ten zwyczaj Petrusa, żeby zawsze coś pozostawić niedopowiedziane. Przez pewien czas myślał, że może się z Petrusem zaprzyjaźnić. Ale teraz go nie cierpi. Rozmawiać z tym człowiekiem to tak, jakby się waliło pięściami w worek piasku.

– Nie rozumiem, dlaczego którykolwiek z nas miałby mieć prawo do kwestionowania decyzji Lucy, jeżeli przyjdzie jej ochota wyjechać na urlop – mówi. – Ani ty nie masz tego prawa, ani ja.

– Jak długo muszę być rządca farmy?

– Jeszcze nie wiem, Petrus. Jeszcze tego nie omówiłem z Lucy. Na razie tylko badam grunt, sprawdzam, czy byś się zgodził.

– I muszę odwalać całą robotę. Karmić psy, sadzić warzywa, jeździć na targ…

– Petrus, po co zaraz robić listę. Nie będzie żadnych psów. Pytam cię tylko ogólnie, czy gdyby Lucy wyjechała na wakacje, gotów byłbyś zająć się farmą?

– A jak ja muszę jeździć na targ, kiedy nie mam volkswagen?

– To szczegół. Szczegóły możemy omówić później. Chcę tylko, żebyś mi ogólnie odpowiedział, tak czy nie.

Petrus kręci głową.

– To za dużo, za dużo – stwierdza.

Znienacka przychodzi wiadomość z policji, od sierżanta Esterhuyse z Port Elizabeth. Odzyskano samochód Luriego. Stoi na parkingu przy komisariacie w New Brighton. Właściciel może go zidentyfikować i upomnieć się o zwrot. Aresztowano dwóch mężczyzn.

– To wspaniale – mówi Lurie. – Już prawie straciłem nadzieję.

– Nie, proszę pana, muszą minąć dwa lata, nim wypadnie z rejestru.

– W jakim jest stanie? Sprawny?

– Tak, da się nim jeździć.

W całkiem dla siebie nowym stanie uniesienia Lurie jedzie razem z Lucy do Port Elizabeth, a stamtąd do New Brighton; na miejscu pytają, jak trafić na Van Deventer Street, i zajeżdżają przed komendę policji – płaski, warowny budynek, ogrodzony dwumetrowym parkanem, zwieńczonym kłębami drutu ostrego jak brzytwa. Dobitne znaki zabraniają parkowania przed komendą. David i Lucy parkują w sporej odległości.

– Zaczekam w aucie – mówi dziewczyna.

– Jesteś pewna, że to dobry pomysł?

– Nie podoba mi się to miejsce. Zaczekam.

Lurie zgłasza się w biurze skarg i według uzyskanych tam wskazówek idzie labiryntem korytarzy do działu kradzieży pojazdów. Sierżant Esterhuyse, pulchny blondynek, szuka czegoś w jego aktach, a potem prowadzi go na dziedziniec, na którym dziesiątki aut stoją, stykając się zderzakami. Obaj zaczynają chodzić między szeregami aut.

– Gdzieście go znaleźli? – pyta David.

– Tu, w New Brighton. Miał pan szczęście. Starsze corolle ci dranie zwykle patroszą i sprzedają na części.

– Mówił pan, że kogoś aresztowaliście.

– Dwóch facetów. Ktoś nam ich nadał. Znaleźliśmy dom pełen kradzionego towaru. Telewizory, magnetowidy, lodówki, co tylko pan chce.

– A gdzie są teraz ci dwaj?

– Wyszli za kaucją.

– Czy nie byłoby sensowniej zadzwonić do mnie, zanim ich wypuściliście? Mógłbym ich wtedy zidentyfikować. Skoro już się wydostali, po prostu znikną. Przecież sam pan o tym wie. Policjant usztywnia się i milczy. Zatrzymują się przed białą corolla.

– To nie moje auto – stwierdza David. – Moje miało kapsztadzką rejestrację. Ma pan to w aktach – dodaje, wskazując palcem cyfrę w dokumencie: CA 507644.

– Złodzieje przelakierowują auta. Zakładają fałszywe tablice. Przekładają z jednego na drugie.

– Tak czy owak to nie mój wóz. Może go pan otworzyć?

Policjant otwiera auto. W środku czuć mokrymi gazetami i pieczoną kurą.

– W moim nie ma radia ani magnetofonu – mówi David. – To nie mój samochód. Jest pan pewien, że mój gdzieś tu nie stoi?

Obchodzą resztę parkingu. Samochodu Luriego nigdzie nic ma. Esterhuyse drapie się po głowie.

– Sprawdzę – obiecuje. – Widocznie zaszła pomyłka. Proszę mi zostawić swój numer telefonu, to dam panu znać.

Lucy siedzi za kierownicą volkswagena; oczy ma zamknięte. Kiedy David stuka w szybę, dziewczyna otwiera drzwi.

– Pomyłka – mówi Lurie, wsiadając. – Mają jakąś corolle, ale nie moją.

– Widziałeś tych ludzi?

– Jakich ludzi?

– Mówiłeś, że aresztowali jakichś dwóch.

– Wypuścili ich za kaucją. A zresztą, skoro to nie moje auto, ci, których aresztowano, nie mogą być tymi samymi, którzy ukradli mój wóz.

Długa cisza.

– Czy to aby logiczny wniosek? – pyta wreszcie Lucy.

Zapuszcza silnik i wściekle szarpie kierownicą.

– Nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo ci zależy, żeby ich aresztowano – mówi David. Słyszy irytację we własnym głosie, ale w żaden sposób nie próbuje jej pohamować. – Jeżeli zostaną złapani, oznacza to proces i wszystko, co procesowi zwykle towarzyszy. Będziesz musiała złożyć zeznania. Jesteś na to gotowa?

Lucy gasi silnik. Z kamienną twarzą usiłuje powstrzymać łzy.

– Zresztą ślady się już zatarły. Nasi przyjaciele nie dadzą się złapać, skoro policja jest w takiej rozsypce. Więc nie zawracajmy sobie głowy.

Rozkręca się. Coraz bardziej zrzędzi i nudzi, ale trudno, nie ma innej rady.

– Lucy, naprawdę już pora, żebyś zdała sobie sprawę, wobec jakiego stoisz wyboru. Albo zostaniesz w domu pełnym wstrętnych wspomnień i będziesz dalej przetrawiać to, co cię spotkało, albo odsuniesz cały ten epizod w przeszłość i gdzie indziej zaczniesz od nowego rozdziału. Tak jak ja to widzę, nie masz innych możliwości. Wiem, że chciałabyś zostać, ale czy nie powinnaś przynajmniej zastanowić się nad tą drugą drogą? Czy nie możemy racjonalnie o tym pomówić?

Lucy kręci głową.

– Nie mogę już dłużej rozmawiać, David, po prostu nie mogę – mówi cicho, pospiesznie, jakby się bała, że słowa wyschną. – Wiem, że mętnie się wyrażam. Chętnie bym ci to wszystko wytłumaczyła, ale nie potrafię. Ty jesteś sobą, a ja sobą, więc nie potrafię. Przepraszam. I przykro mi, że z twoim autem tak wyszło. Przykro mi, że spotkał cię zawód.

Składa głowę na rękach; jej ramionami wstrząsa zrezygnowane westchnienie. Luriego znów przebiega znajome uczucie: apatia, zobojętnienie, ale zarazem nieważkość, jak by coś go wyżarło od środka i została tylko zwietrzała łupina serca. Jakim cudem, myśli, człowiek w takim stanie ducha ma znaleźć słowa i muzykę, które wskrzeszą umarłych? W odległości niecałych pięciu metrów siedzi na chodniku kobieta w obszarpanej sukience i w kapciach, prażąc ich wściekłym spojrzeniem. Lurie opiekuńczym gestem kładzie dłoń na ramieniu Lucy. Moja córka, mówi sobie w duchu, moja najukochańsza córka. Którą wypadło mi prowadzić. Która pewnego dnia będzie musiała prowadzić mnie.

Czy ona potrafi wywęszyć jego myśli?

W końcu to on siada za kierownicą. W połowie drogi do domu Lucy o dziwo zaczyna mówić:

– Tyle w tym było osobistego zaangażowania. Tyle osobistej nienawiści. Właśnie ta nienawiść najbardziej mnie zdumiała. Reszta była… do przewidzenia. Ale za co mnie tak nienawidzili? Przecież nawet ich nigdy przedtem nie widziałam.

Lurie czeka na dalszy ciąg, ale dalszego ciągu nie ma, przynajmniej chwilowo.

– Przemawiała przez nich historia – podsuwa wreszcie. – Historia niesprawiedliwości. Spróbuj przyjąć taki punkt widzenia, jeżeli ci to pomoże. Mogłaś mieć wrażenie, że kryje się za tym coś osobistego, ale to była tylko spuścizna po przodkach.

– Wcale mi się od tego nie robi lżej. Szok w żaden sposób nie chce minąć. To szokujące uczucie, że ktoś mnie nienawidzi. W trakcie.

W trakcie. Czy David trafnie się domyśla, o co jej chodzi?

– Wciąż jeszcze się boisz? – pyta ją.

– Tak.

– Boisz się, że wrócą?

– Tak.

– Wydawało ci się, że jeżeli nie oskarżysz ich przed policją, to nie wrócą? Coś takiego sobie powiedziałaś?

– Nie.

– No to co, jak nie to?

Dziewczyna milczy.

– Lucy, wszystko mogłoby być takie proste. Zlikwiduj ten swój psi pensjonat. Natychmiast. Zamknij dom na klucz, zapłać Petrusowi, niech go pilnuje. Weź sobie urlop na pół roku albo na rok, póki nie poprawi się sytuacja w tym kraju. Wyjedź gdzieś za morze. Do Holandii. Ja zapłacę. Po powrocie możesz się rozejrzeć, jak sprawy stoją, i zacząć od nowa.

– Jeżeli teraz wyjadę, David, nigdy tu nie wrócę. Dziękuję ci, ale to żadne rozwiązanie. Nie możesz mi zaproponować niczego, czego sama już sto razy nie przemyślałam.

– No więc co zamierzasz?

– Nie wiem. Ale niezależnie od tego, na co w końcu się zdecyduję, chcę tę decyzję podjąć samodzielnie, a nie pod naciskiem. W grę wchodzą sprawy, których po prostu nie rozumiesz.

– Czego na przykład nie rozumiem?

– Przede wszystkim tego, co mnie wtedy spotkało. Przejmujesz się mną i jestem ci za to wdzięczna. Wydaje ci się, że coś zrozumiałeś, ale w sumie nie rozumiesz. Bo po prostu nie jesteś w stanie.

Lurie zwalnia, a potem zjeżdża na pobocze.

– Nie zatrzymuj się – mówi Lucy. – Nie tutaj. To niedobry odcinek, za duże ryzyko.

Lurie przyspiesza.

– Przeciwnie, rozumiem aż nazbyt dobrze – oświadcza. – Wypowiem wreszcie to słowo, którego dotychczas unikaliśmy. Zostałaś zgwałcona. Wielokrotnie. Przez trzech mężczyzn.

– No i?

– Bałaś się o swoje życie. Bałaś się, że jak już cię wykorzystają, to cię zabiją. Usuną. Bo jesteś dla nich niczym.

– No i? – powtarza dziewczyna głosem zniżonym do szeptu. – A ja nic nie zrobiłem. Nie obroniłem cię.

To jego własne wyznanie.

– Nie miej do siebie pretensji, David – z lekkim, niecierpliwym machnięciem ręki odpowiada Lucy. – Nikt nie mógł od ciebie wymagać, żebyś mnie wyratował. Gdyby przyszli tydzień wcześniej, byłabym w domu sama. Ale masz rację, rzeczywiście nic dla nich nie znaczyłam, zupełnie nic. Czułam to.

Chwila milczenia.

– Oni chyba już przedtem to robili – ciągnie Lucy, teraz już równiejszym tonem. – Przynajmniej dwaj starsi. Wydaje mi się, że są przede wszystkim gwałcicielami. Kradną tylko przy okazji. Ot tak, na boku. A głównie gwałcą.

– Myślisz, że wrócą?

– Myślę, że mieszkam na ich terenie. Już raz mnie naznaczyli. Wrócą po mnie.

– Skoro tak, absolutnie nie możesz zostać.

– Czemu nie?

– Bo tylko byś ich w ten sposób zachęciła do kolejnej wizyty.

Lucy pogrąża się w długiej, ponurej zadumie i dopiero potem odpowiada:

– Ale pomyśl, David, czy nie można spojrzeć na to od innej strony? Bo jeżeli… jeżeli właśnie taką cenę trzeba zapłacić za to, że się zostaje? Może oni właśnie tak na to patrzą; może i ja powinnam tak na to popatrzeć. We mnie widzą dłużniczkę, a w sobie poborców należności, podatku. Niby czemu miałoby mi być wolno tu żyć bez płacenia? Może właśnie coś takiego sobie mówią.

– Nie wątpię, że mówią sobie wiele różnych rzeczy. W ich interesie leży wymyślanie bajeczek, którymi mogą się usprawiedliwiać. Ale zaufaj własnym odczuciom. Powiedziałaś, że z ich strony czułaś wtedy tylko nienawiść.

– Nienawiść… Wiesz, David, jeżeli chodzi o mężczyzn i seks, nic mnie już nie dziwi. Może mężczyźni bardziej się podniecają seksem, jeżeli akurat nienawidzą kobiety. Jesteś przecież mężczyzną, powinieneś wiedzieć. Kiedy kopulujesz z obcą kobietą, kiedy ją osaczysz, powalisz, weźmiesz pod siebie, wleziesz na nią całym swoim ciężarem, czy nie jest to trochę jak zabójstwo? Wbicie noża; a potem wyjście, pozostawienie zakrwawionego ciała… czy sprawca nie czuje się przy tym trochę tak, jakby popełnił morderstwo, jakby je popełnił bezkarnie? Jesteś przecież mężczyzną, powinieneś wiedzieć – czy tak się mówi do ojca? Czy ona i on są po tej samej stronie?

– Może tak bywa – odpowiada Lurie. – Czasem, U niektórych mężczyzn.

A potem szybko, bez namysłu pyta:

– Czy z obydwoma było tak samo? Jak walka ze śmiercią?

– Oni się nawzajem podjudzają. Pewnie właśnie dlatego robią to w kilku. Jak psy, całą sforą.

– A trzeci, ten chłopak?

– Wzięli go ze sobą, żeby się uczył.

Minęli tablicę z napisem „Cykady”. Niewiele czasu zostało.

– Gdyby byli biali, nie mówiłabyś o nich w ten sposób – stwierdza David. – Gdyby to były na przykład jakieś białe zbiry z Despatch.

– Nie mówiłabym?

– Nie. Nie mam ci tego za złe, zresztą nie w tym rzecz. To, o czym teraz mówisz, to coś całkiem nowego. Niewolnictwo. Oni chcą, żebyś była ich niewolnicą.

– Nie niewolnictwo. Podporządkowanie. Poddaństwo.

Lurie kręci głową.

– Nie dasz rady, Lucy – mówi. – Sprzedaj farmę. Sprzedaj ją Petrusowi i odejdź stąd.

– Nie.

Na tym rozmowa się kończy, Ale słowa Lucy rozbrzmiewają mu w pamięci. Zakrwawione ciało. O co jej chodzi? Czyżby jednak trafny był ten jego sen, w którym śniło mu się krwawe łoże, krwawa kąpiel? Głównie gwałcą. Myśli o trzech intruzach, którzy odjechali nie taką znów starą toyotą z tylnym siedzeniem zawalonym rozmaitymi dobrami domowego użytku, a ich penisy, ich oręż, leżały w ciepłym zaciszu między nogami swoich panów, mrucząc (to słowo samo mu się nasuwa) z rozkosznej sytości. Mieli wszelkie powody do zadowolenia z pracowitego popołudnia; musieli pewnie czuć, że nie minęli się z powołaniem. Pamięta, jak w dzieciństwie rozmyślał nad słowem „gwałt”, pojawiającym się w doniesieniach prasowych, i usiłował odgadnąć, co ono właściwie znaczy, zastanawiał się, co litera ł, zazwyczaj tak łagodna, robi w tym rzeczowniku, który napawa ludzi taką grozą, że nikt nigdy głośno go nie wypowiada. Gwałt, rapt, porwanie. W pewnym albumie w bibliotece była reprodukcja obrazu zatytułowanego Porwanie Sabinek: jeźdźcy w kusych rzymskich pancerzach, kobiety spowite przeźroczystymi woalami wymachują rękami i zawodzą. Co to całe upozowanie miało wspólnego z samym gwałtem, który – jak już wtedy podejrzewał Lurie, a polega po prostu na tym, że mężczyzna przygniata sobą kobietę i w nią się wciska? Myśli o Byronie. Wśród legionu księżniczek i podkuchennych, w które Byron się wcisnął, niejedna z pewnością uważała, że ją zgwałcił. Ale na pewno żadna nie miała powodu się obawiać, że na koniec seansu gwałciciel poderżnie jej gardło. Z pozycji Dava, z pozycji Lucy, Byron wydaje się doprawdy staroświecki. Lucy była przerażona, o mało nie umarła ze strachu. Głos uwiązł jej w gardle, zabrakło tchu, odrętwiały wszystkie członki. To tylko przywidzenie – powiedziała sobie, kiedy ją powalili na łóżko – to nie rzeczywistość, tylko sen, koszmar. A oni napawali się jej strachem, delektowali, robili wszystko, co mogli, żeby ją zranić, przerazić, jeszcze bardziej zatrwożyć. Zawołaj te swoje psy! – powiedzieli. – No jazda, wołaj! Nie ma psów? No to sami pokażemy ci psy!Nie rozumiesz, nie byłeś przy tym, mówi Bev Shaw No cóż, myli się. Lucy w końcu jednak słusznie się domyśliła: David, owszem, rozumie; potrafi, jeśli się skupi, jeśli się zatraci, znaleźć się na miejscu akcji, stać się tamtymi mężczyznami, zamieszkać w nich, tchnąć w nich swego ducha. Pytanie tylko, czy umie też być kobietą? W samotni swojego pokoju pisze list do córki:

Najdroższa Lucy!

Chociaż kocham cię jak nikogo na świecie, coś ci muszę powiedzieć. Jesteś o krok od niebezpiecznego błędu. Chcesz się ukorzyć przed historią. Ale droga, którą obrałaś, jest błędna. Utracisz na niej wszelki honor, nie będziesz potrafiła ze sobą żyć. Błagam, posłuchaj mnie.

Twój ojciec

Pół godziny później w szparę pod jego drzwiami wsuwa się koperta.

David, mój drogi, widać nie słuchałeś, co mówię. Nie jestem tą osobą, którą znasz. Jestem martwa i jeszcze nie wiem, co mnie przywróci do życia. Wiem tylko, że nie mogę stąd odejść. Nie rozumiesz tego, a ja nie widzę, co jeszcze mogłabym zrobić, żebyś zrozumiał. To tak, jakbyś się uparł siedzieć w kącie, do którego nie dociera słońce. Przypominasz mi jednego z trójki szympansów – tego, co zasłania oczy łapami. Owszem, niewykluczone, że obrałam błędną drogę. Ale jeżeli teraz porzucę farmę, to odejdę pokonana i przez resztę życia będę czuła smak tej porażki. Nie mogę wiecznie być dzieckiem. A ty nie możesz wiecznie być ojcem. Wiem, że masz dobre chęci, ale nie jesteś przewodnikiem, jakiego mi potrzeba, przynajmniej nie w tej chwili.

Twoja Lucy

Tak wygląda ta wymiana poglądów; tak brzmi ostatnie słowo Lucy.

Praca przy zabijaniu psów na ten dzień dobiegła końca, przy drzwiach piętrzy się stos czarnych worków, a w każdym spoczywa jedno ciało i jedna dusza. Lurie i Bev Shaw leżą na podłodze gabinetu, trzymając się w objęciach. Za pół godziny Bev wróci do swojego Billa, a Lurie zacznie ładować worki do auta.

– Nic mi nie opowiadałeś o swojej pierwszej żonie – mówi kobieta. – Lucy też nigdy o niej nie wspomina.

– Była Holenderką. Przynajmniej tyle Lucy musiała ci powiedzieć. Ewelina. Ecie. Po rozwodzie wróciła do Holandii. Potem wyszła za mąż. Lucy nie żyła w zgodzie z ojczymem. Spytała, czy nie mogłaby wrócić do Afryki Południowej.

– Czyli wybrała ciebie.

– Poniekąd. Mnie, a zarazem pewne otoczenie, pewien horyzont. A teraz próbuję ją namówić, żeby znowu wyjechała, chociaż na trochę. Ma w Holandii rodzinę, znajomych. Holandia to może i nie najciekawszy kraj do mieszkania, ale przynajmniej nie rodzi koszmarów.

– No i?

Lurie wzrusza ramionami.

– Chwilowo nie ma ochoty słuchać żadnych moich rad. Podobno nie jestem dobrym przewodnikiem.

– Ale przecież byłeś nauczycielem.

– Tylko tak, mimochodem. Nigdy nie miałem do tego powołania. A już z pewnością nie pretendowałem do roli kogoś, kto uczy ludzi, jak żyć. Byłem, jak to dawniej nazywano, uczonym. Pisałem książki o nieboszczykach. W to się naprawdę angażowałem, a uczyłem tylko po to, żeby zarobić na życie.

Bev czeka na dalszy ciąg, ale David nie ma ochoty mówić dalej. Słońce się zniża, robi się zimno. Nie kochali się dziś: w gruncie rzeczy przestali już udawać, że to właśnie razem robią. A u Luriego w głowie Byron, sam jeden na scenie, bierze oddech, żeby zaśpiewać. Wkrótce wyruszy do Grecji. Ma trzydzieści pięć lat i zaczyna rozumieć, że życie jest cenne. Sunt lacrimae rerum, et mentem mortalia tangunt – tak zabrzmią słowa Byrona, David jest tego pewien. Muzyka jeszcze się nie pojawiła, dopiero majaczy na horyzoncie.

– Nie martw się – mówi Bev Shaw. Leży z głową na piersi Davida – może słyszy bicie jego serca, którego rytmowi dotrzymuje kroku heksametr. – Bill i ja zaopiekujemy się nią. Często będziemy zaglądać na farmę. No i jest przecież Petrus. Będzie miał oczy otwarte.

– Ojczulek Petrus.

– Tak.

– Ona twierdzi, że nie mogę wiecznie być ojcem. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak miałbym w tym życiu przestać być ojcem Lucy.

Bev przeczesuje palcami szczecinę na jego głowie.

– Wszystko będzie dobrze – szepcze. – Zobaczysz.

Dom stoi w osiedlu, które przed piętnastoma lub dwudziestoma laty, kiedy było nowe, musiało zapewne wyglądać dość smętnie, dziś jednak sprawia bardziej korzystne wrażenie, bo wzdłuż trotuarów ciągną się trawniki, rosną drzewa, a przez mury z gazobetonu przelewają się pnącza. Numer osiem na Rustholme Crescent ma malowaną furtkę i domofon. Lurie naciska guzik.

– Halo? – odzywa się młody głos.

– Szukam pana Isaacsa. Nazywam się Lurie.

– Jeszcze nie wrócił.

– Kiedy można się go spodziewać?

– Lada chwila.

Słychać brzęczyk, a potem pstryknięcie zamka; Lurie popycha furtkę i wchodzi.

Ścieżka prowadzi do drzwi wejściowych, w których stoi szczupła dziewczynka, obserwując przybysza. Ubrana jest w szkolny mundurek: granatowa bluza, białe podkolanówki, bluzka z marynarskim kołnierzykiem. Ma oczy Melanie, jej szerokie kości policzkowe, jej ciemne włosy; i jest co najmniej równie piękna. To ta młodsza siostra, o której Melanie wspominała – ta, której imienia Lurie nie może sobie teraz przypomnieć.

– Dzień dobry. Jak myślisz, kiedy ojciec wróci?

– Lekcje kończą się o trzeciej, ale on zwykle zostaje w szkole do późna. Nie ma problemu, niech pan wejdzie.

Przytrzymuje otwarte drzwi i przepuszcza go, przywierając plecami do ściany. Dwoma palcami z wdziękiem trzyma kawałek ciasta, który właśnie jadła. Na górnej wardze widać okruszki. Lurie ma raptem ochotę wyciągnąć rękę, żeby je strzepnąć; w tej samej chwili wspomnienie starszej siostry oblewa go jak gorąca fala. Boże, ratuj – myśli David. – Co ja tu w ogóle robię?

– Może pan usiąść, jeżeli pan chce.

Lurie siada. Meble lśnią, pokój jest nieznośnie schludny.

– Jak ci na imię? – pyta.

– Desiree.

Desiree: teraz sobie przypomniał. Pierworodna Melanie, cała w ciemnych odcieniach, a potem Desiree – Upragniona. Doprawdy, wystawili bogów na wielką pokusę, dając córce takie imię!

– Nazywam się David Lurie. – Przygląda jej się uważnie, ale dziewczynka niczym nie zdradza, że to nazwisko cokolwiek jej mówi. – Jestem z Kapsztadu.

– Moja siostra mieszka w Kapsztadzie. Studiuje.

On potakująco kiwa głową. Nie mówi: owszem, znam twoją siostrę, znam ją dobrze. Myśli za to: owoc z tego samego drzewa, prawdopodobnie aż do najbardziej intymnych detali. Ale nie bez różnic: inna pulsacja krwi, inne porywy namiętności. Z obiema naraz w łóżku: doznanie godne króla. Wzdryga się lekko i spogląda na zegarek.

– Wiesz co, Desiree? – mówi. – Chyba spróbuję złapać twojego ojca w szkole, jeżeli mi powiesz, jak tam trafić.

Szkoła stanowi jedną całość z budynkiem mieszkalnym – niskim gmachem z licówki, ze stalowymi framugami okien i azbestowym dachem. Otacza ją piaszczysty czworokąt, ogrodzony drutem kolczastym. Na jednym z filarów przy wejściu można przeczytać: ES. MARAIS. Napis na drugim filarze obwieszcza: SZKOŁA ŚREDNIA.

Cały teren wokół szkoły jest wyludniony. Lurie błąka się, aż wreszcie spostrzega tabliczkę z napisem BIURO. W środku siedzi pulchna, niemłoda sekretarka i robi sobie manicure.

– Szukam pana Isaacsa – mówi Lurie.

– Panie Isaacs! – woła kobieta. – Ma pan gościa. Pan wchodzi – dodaje, zwracając się do Luriego.

Isaacs siedzi za biurkiem; zaczyna wstawać, ale zastyga w pół ruchu i wpatruje się w przybysza, zbity z tropu.

– Pamięta mnie pan? Jestem David Lurie, z Kapsztadu.

– Aha – mówi Isaacs i z powrotem siada. Ma na sobie ten sam zbyt obszerny garnitur: szyja niknie w czeluściach marynarki, z której głowa wyziera niby łepek schwytanego do worka ptaka o spiczastym dziobie. Okna są zamknięte, w pokoju czuć zastarzały dym z papierosów.

– Jeżeli nie chce mnie pan widzieć, zaraz sobie pójdę – mówi Lurie.

– Nie – odpowiada Isaacs. – Niech pan siada. Sprawdzam tylko obecność. Pozwoli pan, że dokończę?

– Proszę bardzo.

Na biurku stoi fotografia w ramce. Lurie nie widzi jej ze swojego miejsca, ale wie, co to za obrazek: Melanie i Desiree, ojcowskie oczka w głowie, i matka, która je urodziła.

– No więc – mówi Isaacs, zamykając ostatni dziennik. – Czemu zawdzięczam tę przyjemność?

Lurie myślał, że będzie spięty, ale właściwie jest całkiem spokojny.

– Kiedy Melanie złożyła skargę – wyjaśnia – władze uczelni przeprowadziły oficjalne dochodzenie, w wyniku którego zrezygnowałem z posady. Ot i cała historia; na pewno ją pan słyszał.

Isaacs wpatruje się w niego zagadkowo, niczego po sobie nie pokazując.

– Od tamtej pory nie mogę się pozbierać. Akurat dzisiaj przejeżdżałem przez George i przyszło mi na myśl, żeby wstąpić i z panem pomówić. Pamiętam, że podczas naszego ostatniego spotkania było… gorąco. Ale pomyślałem, że mimo to zajrzę tu i powiem, co mi leży na sercu.

Jak dotąd mówi prawdę. Rzeczywiście chce powiedzieć, co mu leży na sercu. Pytanie tylko, co to właściwie jest? Isaacs trzyma w ręku Bic, tani długopis. Przesuwa po nim palcami w dół, odwraca go i znowu przesuwa palcami, raz po raz, ruchem raczej mechanicznym niż zniecierpliwionym.

– Zna pan tę sprawę w wersji Melanie – ciągnie Lurie. – Chciałbym panu przedstawić swoją wersję, jeżeli jest pan gotów jej wysłuchać… Zaczęło się to bez żadnej premedytacji z mojej strony. Zaczęło się jako przygoda, jedna z tych niespodziewanych, drobnych przygód, jakie miewa pewien typ mężczyzn, a przynajmniej ja je miewam i to one dają mi napęd. Przepraszam, że mówię w ten sposób. Staram się być szczery… Ale w przypadku Melanie zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Kiedy to wspominam, przychodzi mi na myśl ogień. Melanie roznieciła we mnie ogień.

Urywa. Długopis wciąż tańczy. Niespodziewana, drobna przygoda. Pewien typ mężczyzn. Czy mężczyzna po drugiej stronie biurka miewa przygody? Im dłużej Lurie mu się przygląda, tym bardziej w to wątpi. Nie zdziwiłby się, gdyby się okazało, że Isaacs pełni jakąś funkcję w kościele, diakona lub akolity – cokolwiek znaczy słowo „akolita”.

– Ogień. Cóż w tym szczególnego? Jeśli ogień zgaśnie, bierze się zapałkę i rozpala nowy. Tak dawniej o tym myślałem. Ale w zamierzchłej przeszłości ludzie oddawali ogniowi cześć. Nigdy pochopnie nie dopuszczali, żeby wygasł płomień, płomień-bóg. Właśnie taki rodzaj płomienia roznieciła we mnie pańska córka. Nie dość gorący, żebym spłonął, niemniej jednak prawdziwy: prawdziwy ogień.

Spalony – spalany – wypalony.

Długopis znieruchomiał.

– Panie Lurie – ojciec dziewczyny mówi to z krzywym, bolesnym uśmiechem. – Nie pojmuję, co też pana napadło, żeby przyjść do mojej szkoły i opowiadać mi jakieś historie…

– Przepraszam, to oburzające, zdaję sobie sprawę. Już skończyłem. Tyle tylko chciałem powiedzieć na swoją obronę. Jak się miewa Melanie?

– Melanie ma się dobrze, skoro już pan pyta. Telefonuje co tydzień. Wróciła na studia, dostała specjalne zezwolenie, w tej sytuacji nie robiono jej trudności, sam pan rozumie. W wolnych chwilach dalej zajmuje się teatrem i ma niezłe wyniki. Czyli u niej wszystko w porządku. A u pana? Co zamierza pan robić po odejściu z zawodu?

– Ja też mam córkę, pewnie to pana zainteresuje. Moja córka ma farmę. Przewiduję, że trochę u niej pomieszkam i będę jej pomagał. Mam też książkę do dokończenia, coś w rodzaju książki. W ten czy inny sposób zadbam, żeby nie brakowało mi zajęć.

Urywa. Isaacs patrzy na niego z wyrazem, w którym Lurie dostrzega przenikliwość i wytężoną uwagę.

– Ha! – cicho mówi Isaacs, a dźwięk ten ulatuje z jego ust jak westchnienie. – Tak zatem padają mocarze!

Padają? Owszem, jest to upadek, trudno zaprzeczyć. Ale „mocarze”? Czy słowem tym można określić Luriego? Wydaje mu się, że jest ledwie widoczny i coraz bardziej stapia się z tłem; postać z marginesu historii.

– Może to dobrze robi człowiekowi – odpowiada – jeśli od czasu do czasu upadnie. Byle tylko nie potłukł się na kawałki.

– Dobrze. Dobrze. Dobrze – powtarza Isaacs, nie spuszczając z niego uważnego spojrzenia. Lurie po raz pierwszy dostrzega w nim lekkie podobieństwo do Melanie: kształtne usta i wargi. Pod wpływem impulsu wyciąga rękę i próbuje uścisnąć tamtemu dłoń, ale w końcu głaszcze tylko jej grzbiet. Chłodna, bezwłosa skóra.

– Panie Lurie – mówi Isaacs. – Czy chciałby mi pan coś jeszcze powiedzieć… oprócz historii o tym, co zaszło między panem a Melanie? Wspomniał pan, że coś panu leży na sercu.

– Na sercu? Nie. Nie, wstąpiłem tylko, żeby się dowiedzieć, jak się miewa Melanie. – David wstaje. – Dziękuję, że mnie pan zechciał przyjąć. Jestem panu wdzięczny. – Wyciąga rękę, tym razem jawnie. – Do widzenia.

– Do widzenia.

Stoi w drzwiach, a nawet zdążył już wyjść do sekretariatu, który tymczasem opustoszał, gdy wtem Isaacs woła:

– Panie Lurie! Chwileczkę! Gość wraca.

– Jakie ma pan plany na wieczór?

– Na dziś wieczór? Zatrzymałem się w hotelu. Nie mam żadnych planów.

– Proszę przyjść do nas, zjemy coś razem. Zjemy kolację.

– Nie sądzę, żeby pańska żona się ucieszyła.

– Możliwe. Bardzo możliwe, że się nie ucieszy. Ale mimo to proszę przyjść. Przełamiemy się chlebem. Jadamy o siódmej. Napiszę panu adres.

– Nie ma potrzeby. Już byłem u pana w domu i poznałem pańską córkę. To ona mnie tu skierowała.

Isaacs słucha bez mrugnięcia.

– To dobrze – mówi.

Drzwi frontowe otwiera sam Isaacs.

– Proszę wejść, proszę bardzo – mówi, wprowadzając gościa do salonu. Żony nigdzie ani śladu, młodszej córki też.

– Przyniosłem ofiarę – oświadcza Lurie, podając gospodarzowi butelkę wina.

Isaacs dziękuje mu, ale chyba nie bardzo wie, co zrobić z winem.

– Czy mogę panu nalać? Pójdę i otworzę. – Wychodzi z pokoju; z kuchni słychać szepty. Isaacs wraca. – Zdaje się, że gdzieś zapodzialiśmy korkociąg. Ale Dezzy pożyczy od sąsiadów.

Abstynenci, to jasne. Powinien był przewidzieć. Skąpy, drobnomieszczański domek, gospodarny, rozsądny. Auto umyte, trawnik przystrzyżony, oszczędności w banku. Cała energia skoncentrowana na tym, żeby wyprawić w pomyślną przyszłość dwie drogocenne córki: bystrą Melanie, która hołubi teatralne ambicje; i Desiree, tę piękność. Wspomina, jak Melanie w pierwszy wieczór bliższej z nim znajomości siedziała obok niego na kanapie, pijąc kawę z naparstkiem whisky, która w jego zamyśle miała ją – jak sam to z pewnym ociąganiem nazywa – zwilżyć. Jej zgrabne, drobne ciało; seksowne ubranie; oczy błyszczące z podniecenia. Zapuściła się w las, w którym grasuje dziki wilk. Piękna Desiree wchodzi, niosąc butelkę i korkociąg. Podchodząc do mężczyzn, na moment przystaje z wahaniem, zdając sobie sprawę, że powinna jakoś się przywitać.

– Tato? – mamrocze, odrobinę zbita z tropu, wysuwając przed siebie rękę, w której trzyma butelkę.

A zatem dowiedziała się, kim jest przybysz. Rozmawiali o nim, może nawet doszło do scysji z powodu niepożądanego gościa, którego imieniem jest ciemność.

Ojciec mocno chwycił ją za rękę.

– Desiree – mówi. – To jest pan Lurie.

– Jak się masz, Desiree.

Dziewczynka odgarnia włosy z twarzy. Spotyka się z nim spojrzeniem, wciąż jeszcze zakłopotana, ale silniejsza, odkąd ojciec wziął ją pod skrzydło.

– Dzień dobry – szepcze, a on myśli; Mój Boże, mój Boże! Ona zaś nie potrafi ukryć przed nim, co przemyka jej przez głowę: Więc to jest ten facet, przy którym moja siostra się rozebrała! Więc to z nim robiła tę rzecz! Z tym starym dziadem!

Jadalnia mieści się w osobnym pokoiku z okienkiem do kuchni. Na stole cztery nakrycia z najlepszymi sztućcami; płoną świece.

– Siadajmy, siadajmy! – zaprasza Isaacs. Żona wciąż się nie pokazuje. – Przepraszam na chwilę.

Znika w kuchni. Lurie zostaje sam na sam z Desiree, twarzą w twarz przy stole. Dziewczynka zwiesza głowę, już nie taka odważna.

Po chwili wchodzą oboje rodzice. Lurie wstaje.

– Jeszcze nie zna pan mojej żony. Doreen, to nasz gość, pan Lurie.

– Dziękuję, że zechciała mnie pani przyjąć u siebie w domu.

Pani Isaacs jest niska i już trochę korpulentna, tak jak wiele kobiet koło czterdziestki; nogi ma pałąkowate, więc chodzi lekko rozkołysanym krokiem. Ale Lurie natychmiast rozumie, skąd wzięła się uroda jej córek. Ich matka musiała być za młodu prawdziwą pięknością.

Kobieta ma niewzruszoną minę, unika wzroku gościa, ale odpowiada leciutkim skinieniem głowy. Posłuszna; dobra żona i pomocnica. „I będziecie jako jedno ciało.” Czy córki wdadzą się w nią?

– Desiree – komenderuje matka. – Chodź i pomóż mi podać do stołu.

Dziecko z ulgą zsuwa się z krzesła.

– Panie Isaacs, robię tylko zamieszanie w pańskim domu – stwierdza Lurie. – To miło, że mnie pan zaprosił, bardzo jestem wdzięczny, ale lepiej już pójdę.

Isaacs odpowiada uśmiechem, w którym ku zaskoczeniu Luriego widać promyk wesołości.

– Niech pan siada, niech pan siada! Uda nam się! Poradzimy sobie! – Pochyla się w stronę gościa. – Musi pan być silny!

Desiree i jej matka wracają, niosąc potrawy: kurczaka w bulgocącej duszeninie z pomidorów, nad którą unosi się aromat imbiru i kminu, ryż oraz cały zestaw sałatek i marynat. Właśnie takie jedzenie, jakiego najbardziej mu brakowało u Lucy.

Butelkę wina stawiają przed gościem wraz z jednym jedynym kieliszkiem.

– Czy tylko ja będę pił? – pyta Lurie.

– Proszę – mówi Isaacs. – Niech się pan częstuje.

Lurie nalewa sobie kieliszek. Nie lubi słodkich win, kupił Late Harvest, bo wyobrażał sobie, że utrafi w gust gospodarzy. No cóż, tym gorzej dla niego.

Trzeba jeszcze przebrnąć przez modlitwę. Isaacsowie biorą się za ręce; Lurie nie ma wyboru: też musi wyciągnąć lewą rękę do ojca dziewczyny, prawą do matki.

– Oby Pan pozwolił nam odczuć szczerą wdzięczność za dary, które wkrótce otrzymamy – mówi Isaacs.

– Amen – odpowiadają żona i córka. David Lurie także mamrocze „amen” i puszcza dwie dłonie: chłodną jak jedwab dłoń ojca i drobną, pulchną, ciepłą od pracy dłoń matki.

Pani Isaacs rozdziela porcje.

– Proszę uważać, gorące – mówi, nakładając na talerz Luriemu. Przez resztę wieczoru ani razu się do niego nie odezwie.

David stara się wywiązywać z roli gościa, prowadzić zajmującą rozmowę, wypełniać chwile milczenia. Opowiada o Lucy, o psim pensjonacie, o pasiece i o planowanym sadzie, o tym, jak w każdą sobotę rano jeździ na targ. Wspomina o napadzie, ale w złagodzonej wersji, przyznając tylko, że skradziono mu samochód. Mówi o Towarzystwie Opieki nad Zwierzętami, ale nie o szpitalnym krematorium ani o swoich kradzionych popołudniach z Bev Shaw.

Sklecona w ten sposób historia rozwija się bez jakichkolwiek cieni. Wiejskie życie w całej swojej idiotycznej prostocie. Jakże chciałby, żeby to była prawda! Znużyły go już cienie, komplikacje, skomplikowani ludzie. Kocha córkę, ale nieraz żałuje, że nie jest prostsza – prostsza, bardziej uporządkowana. Mężczyzna, który ją zgwałcił, przywódca bandy, był właśnie taki. Jak ostrze tnące wiatr. Przez chwilę widzi samego siebie rozciągniętego na stole operacyjnym. Błyska skalpel; rozcinają go od gardła aż po krocze; widzi to wszystko, ale nie czuje bólu. Brodaty chirurg pochyla się nad nim, marszcząc brwi. Co ma znaczyć ten cały bałagan? – warczy. Szturcha palcem pęcherz żółciowy. Co to takiego? Wycina pęcherz i odrzuca go na bok. Szturcha palcem serce. A to co znowu?

– Czy pańska córka prowadzi farmę zupełnie sama? – pyta Isaacs.

– Jest tam człowiek, który jej czasem pomaga. Petrus. Afrykanin. – Opowiada im o Petrusie, o solidnym, rzetelnym Petrusie, co ma dwie żony i umiarkowane ambicje.

Jest mniej głodny, niż się spodziewał. Rozmowa utyka, ale jakoś udaje się przebrnąć przez kolację. Desiree przeprasza i wychodzi, żeby odrobić lekcje. Pani Isaacs sprząta ze stołu.

– Czas na mnie – oświadcza Lurie. – Rano muszę wcześnie wyruszyć.

– Zaraz, niech pan jeszcze trochę posiedzi – mówi Isaacs.

Zostają sami. Lurie nie może już dłużej się wymigiwać.

– Co do Melanie – zaczyna.

– Tak?

– Jeszcze tylko słowo i zaraz kończę. Wierzę, że między nią a mną mogło inaczej się ułożyć, mimo różnicy wieku. Ale czegoś nie zdołałem z siebie dać, czegoś… – przez chwilę szuka właściwego słowa, po czym dodaje: -…lirycznego. Brak we mnie liryzmu. Zbyt łatwo radzę sobie z miłością. Nawet kiedy płonę, nie śpiewam. Nie wiem, czy pan mnie rozumie. I tego właśnie żałuję. Żałuję, że pańska córka musiała z mojego powodu przeżyć to, co przeżyła. Ma pan wspaniałą rodzinę. Przepraszam za ból, który zadałem panu i pańskiej żonie. Proszę o wybaczenie. „Wspaniała” to nie najcelniejsze określenie. Prędzej „wzorowa”.

– Czyli – stwierdza Isaacs – w końcu pan jednak przeprosił. Ciekaw byłem, kiedy wreszcie się pan na to zdobędzie. – Chwilę się zastanawia. Nie usiadł na swoim miejscu, a teraz zaczyna przechadzać się po pokoju. – Żałuje pan. Mówi pan, że zabrakło w panu liryzmu. Gdyby był w panu ten liryzm, nie znaleźlibyśmy się w dzisiejszej sytuacji. A ja powiadam, no cóż, wszyscy żałujemy, jak nas przyłapią. O, wtedy to już bardzo żałujemy. Ale nie należy pytać, czy nam żal. Istotne pytanie dotyczy tego, jaką dostaliśmy nauczkę? Pytanie brzmi, co teraz zrobimy, skoro już zaczęliśmy żałować?

Lurie chce odpowiedzieć, ale tamten podnosi rękę.

– Czy mogę w pańskiej obecności użyć słowa „Bóg”? Nie jest pan jednym z tych ludzi, których wyprowadza z równowagi dźwięk boskiego imienia? Otóż pytanie brzmi, czego Bóg żąda od pana oprócz głębokiego żalu? Ma pan jakiś pomysł, panie Lurie?

Chociaż rozprasza go to, że Isaacs chodzi tam i z powrotem, David stara się uważnie dobierać słowa.

– Na ogół w takiej sytuacji twierdziłbym – mówi – że po przekroczeniu pewnego wieku człowiek jest już za stary, żeby czegokolwiek nowego się nauczyć. Potrafi tylko ponosić karę za karą.

Ale może to nieprawda, przynajmniej nie zawsze. Czekam, co się okaże. Jeśli idzie o Boga, jestem niewierzący, więc to, co pan nazywa Bogiem i boskimi życzeniami, muszę określić po swojemu. A wedle mojego własnego nazewnictwa ponoszę teraz karę za to, co zaszło między mną a pańską córką. Popadłem w stan pohańbienia, z którego niełatwo mi będzie się podźwignąć. Nie próbowałem uniknąć tej kary. Nie śmiem przeciwko niej się burzyć. Na odwrót, dzień w dzień odbywam ją całym sobą, usiłując zaakceptować hańbę jaką swoją kondycję. Czy pańskim zdaniem Bogu wystarczy, że żyję pod brzemieniem bezterminowej hańby?

– Nie wiem, panie Lurie. Na ogół w takiej sytuacji odpowiedziałbym: nie mnie proszę pytać, tylko Boga. Ale skoro pan się nie modli, nie ma pan jak Go spytać. Czyli Bóg musi znaleźć własny sposób, żeby panu to jakoś powiedzieć. Jak pan sądzi, panie Lurie, czemu pan tu trafił? David milczy.

– Powiem panu. Przejeżdżając przez George, uświadomił pan sobie, że mieszka tu rodzina pańskiej studentki, więc pomyślał pan: czemu nie? Chociaż nie leżało to w pańskich planach, jest pan teraz u nas w domu. Musi pan pewnie być zaskoczony. Mam rację?

– Niezupełnie. Nie powiedziałem panu prawdy. Nie przypadkiem przejeżdżałem przez George. Przyjechałem tu wyłącznie z jednego powodu: żeby z panem porozmawiać. Od dłuższego czasu o tym myślałem.

– Owszem, przyjechał pan, żeby ze mną porozmawiać, jak pan twierdzi, ale czemu właśnie mnie pan wybrał? Ze mną łatwo się rozmawia, aż za łatwo. Wie o tym każde dziecko w szkole. U Isaacsa wszystko uchodzi płazem. Tak mówią między sobą. – Znów się uśmiecha, tym samym krzywym uśmiechem, co przedtem. – Więc z kim pan tak naprawdę chciał tu mówić? Teraz Lurie jest już pewien: nie podoba mu się ten człowiek, nie podobają mu się jego sztuczki.

Wstaje i chwiejnym krokiem idzie przez pustą jadalnię, a potem dalej korytarzem. Przez szparę w uchylonych drzwiach słyszy ciche głosy. Popycha drzwi. Desiree i jej matka siedzą na łóżku i robią coś z motkiem wełny. Zaskoczone widokiem intruza, milkną.

A on z namaszczeniem klęka i dotyka czołem podłogi. Wystarczy? – myśli. Czy to wystarczy? A jeśli nie, czego jeszcze trzeba?

Podnosi głowę. Tamte dwie wciąż siedzą na łóżku, zastygłe w bezruchu. Spotyka się wzrokiem z matką, potem z córką, i znowu przeskakuje ta iskra, prąd pożądania.

Dźwiga się z kolan, trzeszcząc trochę bardziej, niż by chciał.

– Dobranoc – mówi. – Dziękuję za gościnę. Dziękuję za poczęstunek.

O jedenastej w jego pokoju hotelowym dzwoni telefon: Isaacs.

– Telefonuję, żeby panu życzyć siły na przyszłość. – Pauza. – O jedną rzecz nie zdołałem jak dotąd pana spytać, panie Lunę. Nie liczy pan chyba, że wstawimy się za panem u władz uczelni?

– Że się państwo wstawią?

– Tak. Na przykład po to, żeby panu przywrócono stanowisko.

– Nawet mi to do głowy nie przyszło. Skończyłem już z uczelnią.

– Bo drogę, którą pan kroczy, wyznaczył Bóg. Nie naszą rzeczą jest się do tego mieszać.

– Rozumiem.

Wraca do Kapsztadu szosą N2. Nie było go niecałe trzy miesiące, ale przez ten czas slumsy zdążyły przekroczyć autostradę i rozciągnąć się na wschód od lotniska. Sznur samochodów musi zwolnić, czekając, aż jakieś dziecko spędzi kijem z jezdni zabłąkaną krowę. Wieś, myśli Lurie, nieubłaganie wdziera się do miasta. Wkrótce na Rondebosch Common znów będzie pasło się bydło; wkrótce historia zatoczy pełne koło.Czyli wrócił. Ale nie czuje się, jakby był z powrotem w domu. Nie wyobraża sobie, żeby miał znowu zamieszkać przy Torrance Road, w cieniu uniwersytetu, i odtąd przemykać się jak przestępca, robiąc uniki przed dawnymi kolegami. Będzie musiał sprzedać dom i przeprowadzić się do mieszkania w tańszej dzielnicy. W jego finansach panuje chaos. Nie płaci żadnych rachunków, odkąd wyjechał. Żyje na kredyt, który lada dzień się wyczerpie.Kres włóczęgi. Co następuje, kiedy kończy się włóczęga? Widzi siebie jako siwowłosego, zgarbionego starca, który powłócząc nogami, drepcze do narożnego sklepu po swoje pół litra mleka i pół bochenka chleba; widzi siebie, jak z miną bez wyrazu siedzi za biurkiem w pokoju pełnym żółknących papierów, czekając, aż popołudnie sczeźnie, będzie mógł sobie ugotować kolację i pójść do łóżka. Życie emerytowanego naukowca, bez nadziei, bez żadnych widoków: czy gotów jest przystać na coś takiego? Otwiera kluczem furtkę. Ogród zarośnięty, skrzynka na listy zapchana broszurami, reklamami. Chociaż dom jest stosunkowo solidnie ufortyfikowany, całymi miesiącami stał pusty: przesadą byłoby oczekiwać, że nikt go przez ten czas nie odwiedził. I rzeczywiście, Lurie otwiera drzwi wejściowe, wciąga nosem powietrze i natychmiast czuje, że coś jest nie tak. Serce zaczyna mu łomotać z niezdrowego podniecenia. Nic nie słychać. Ktokolwiek tu zaglądał, już sobie poszedł. Ale jak się dostał do środka? Chodząc na palcach z pokoju do pokoju, niebawem to ustala. Kraty w jednym z tylnych okien wyrwano i wygięto, a szyby wybito: powstała wystarczająco duża dziura, żeby przedostało się dziecko, a nawet drobnej budowy mężczyzna. Do podłogi przywarła warstwa piachu i liści nawianych przez wiatr. Chodzi po domu, podliczając straty. Sypialnia splądrowana, szafy zioną pustką. Przepadła aparatura muzyczna, taśmy, płyty i sprzęt komputerowy. W pracowni ktoś włamał się do biurka i do sekretarzyka; wszędzie porozrzucane papiery. Kuchnię odarto ze wszystkiego: ze sztućców, naczyń, co mniejszych urządzeń. Znikł zapas alkoholi. Nawet kredens, w którym trzymał konserwy, jest pusty. Nie było to zwykłe sobie włamanie, lecz prawdziwy najazd: intruzi wtargnęli, oczyścili dom i wycofali się, objuczeni torbami, pudłami, walizkami. Łup; odszkodowanie wojenne; kolejny incydent wielkiej kampanii nowego podziału dóbr. Kto w tej chwili chodzi w jego butach? Czy Beethoven i Janaćek znaleźli sobie nowe domy, czy też ciśnięto ich na wysypisko? Z łazienki dobiega wstrętny odór. Gołąb, który wleciał przez okno i nie umiał trafić do wyjścia, wyzionął ducha w umywalce. Lurie ostrożnie przekłada cuchnącą stertę kości i piór do plastikowej torebki, którą następnie zawiązuje. Lampy poodcinano, telefon głuchy. Musi się zakrzątnąć, bo inaczej spędzi noc w ciemnościach. Ale jest tak przygnębiony, że nie potrafi się zmobilizować. A niech to wszystko diabli porwą, myśli, po czym zapada się w fotel i zamyka oczy. Kiedy nadciąga zmierzch, dźwiga się z fotela i wychodzi. Na niebie widać pierwsze gwiazdy. Pustymi ulicami, przez ogrody ciężkie od woni werbeny i żonkili idzie w stronę miasteczka uniwersyteckiego. Ma jeszcze klucze do gmachu, w którym mieści się Wydział Komunikacji Społecznej. Dobra pora, żeby się zjawić jak widmo: korytarze są wyludnione. Jedzie windą na czwarte, do swojego gabinetu. Z drzwi usunięto tabliczkę z jego nazwiskiem. DR S. OTTO, obwieszcza nowa. Spod drzwi bije słabe światło. Puka. Cisza. Otwiera kluczem drzwi i wchodzi. Pokój jest całkiem odmieniony. Znikły książki i obrazy Luriego, zostały gołe ściany i tylko na jednej wisi powiększony do rozmiarów plakatu wycinek z komiksu: Superman ze zwieszoną głową wysłuchuje łajania Lois Lane. Jakiś młody człowiek, którego Lurie nigdy przedtem nie widział, siedzi w półmroku za komputerem i marszczy brwi.

– Kim pan jest? – pyta.

– Nazywam się David Lurie.

– Tak? No i?

– Przyszedłem zabrać swoją pocztę. Dawniej to był mój gabinet.

„W przeszłości”, nieomal dodaje.

– Ach, racja. David Lurie. Przepraszam, nie skojarzyłem. Całą pocztę schowałem do pudła. I różne pańskie rzeczy, które tu znalazłem. – Macha ręką, wskazując pudło. – O, tam.

– A moje książki?

– Są na dole, w magazynie.

Lurie podnosi pudło.

– Dziękuję – mówi.

– Nie ma za co – odpowiada młody doktor Otto. – Da pan sobie radę?

Lurie niesie ciężkie pudło do biblioteki, żeby tam przejrzeć pocztę. Ale kiedy staje przy barierce i wsuwa do maszyny kartę, okazuje się, że jest już nieważna. Będzie musiał przejrzeć korespondencję na ławce w hallu.

Jest tak wytrącony z równowagi, że nie może zasnąć. O świcie rusza w stronę góry, na długi spacer. Ostatnio padało, strumienie są wezbrane, Wciąga w płuca upajającą woń sosen. Od dziś jest wolnym człowiekiem, nie krępują go żadne zobowiązania prócz tych, które ma wobec siebie. Czas leży przed nim, do roztrwonienia wedle własnego widzimisię. Jest to niepokojące uczucie, lecz on zakłada, że stopniowo przywyknie. Pobyt u Lucy nie przemienił go w amatora wiejskiego życia. Jest jednak parę rzeczy, za którymi tęskni – na przykład kacza rodzina: Mama Kaczka halsuje po powierzchni zbiornika odgrodzonego tamą, dumnie wypinając pierś, a za nią pracowicie wiosłują Ene, Due, Rike i Fake, ufne, że póki ona jest z nimi, nic im nie grozi. O psach woli nie myśleć. Od poniedziałku psy zwalniane z życia w murach kliniki będą rzucane w ogień bez ceregieli, bez ceremonii żałobnych. Czy ta zdrada zostanie mu kiedykolwiek wybaczona? Wstępuje do banków, zanosi do pralni mnóstwo brudów. W sklepiku, w którym od lat kupuje kawę, sprzedawca udaje, że go nie poznał. Sąsiadka, podlewając ogród, metodycznie odwraca się tyłem, Myśli o tym, jak William Wordsworth podczas pierwszej wizyty w Londynie poszedł obejrzeć pantomimę, w której Jack Olbrzymobójca nonszalancko maszerował po scenie, wymachując mieczem, chroniony wypisanym na piersi słowem „Niewidzialny”. Wieczorem dzwoni z automatu do Lucy.

– Pomyślałem, że zadzwonię, bo a nuż zaczęłabyś się martwić – mówi. – U mnie wszystko w porządku. Pewnie trochę potrwa, nim się zakorzenię. Na razie obijam się po domu jak groch w butelce. Tęsknię za kaczkami.

Nie wspomina o włamaniu. Po co miałby ją obarczać swoimi kłopotami?

– A Petrus? – pyta. – Opiekuje się tobą czy dalej jest pochłonięty budową domu?

– Owszem, pomaga. Wszyscy bardzo mi pomagają.

– W każdej chwili mogę wrócić, gdybyś mnie potrzebowała. Wystarczy, że powiesz.

– Dziękuję, David. Może nie teraz, ale kiedyś, owszem. Któż by zgadł po jej narodzeniu, że własny ojciec będzie się jeszcze przed nią czołgał, prosząc, żeby go przygarnęła?

W supermarkecie nagle stwierdza, że stoi w kolejce tuż za Elaine Winter, dziekanem swojego dawnego wydziału. Elaine ma pełen wózek sprawunków, a on – tylko koszyk. Kobieta nerwowo odpowiada na jego powitanie.

– A jak wydział radzi sobie beze mnie? – pyta Lurie, siląc się na pogodny ton.

Wręcz znakomicie – brzmiałaby najszczersza odpowiedź. Znakomicie sobie bez pana radzimy. Ale Elaine jest zbyt uprzejma, żeby powiedzieć coś takiego.

– Och, trudności jak zwykle – mówi niejasno.

– Udało wam się kogoś zatrudnić?

– Przyjęliśmy jednego nowego pracownika na zasadzie kontraktu. To młody człowiek.

Poznałem go, mógłby odpowiedzieć. Skończony kutasina, mógłby dodać. Ale sam też jest dobrze wychowany.

– W czym się specjalizuje? – pyta tylko.

– W lingwistyce stosowanej. W metodyce nauczania języków.

Żegnajcie, poeci, żegnajcie, martwi mistrzowie. Którzy, musi przyznać, niezbyt umiejętnymi byli dla niego przewodnikami. A liter, których niezbyt umiejętnie słuchał.

Kobieta stojąca przed nimi w kolejce nie spieszy się z płaceniem. Elaine zdążyłaby jeszcze zadać następne pytanie, które powinno brzmieć: A jak pan sobie radzi, David? Na co on by odpowiedział: Znakomicie, Elaine, naprawdę znakomicie. Lecz ona proponuje:

– Może zamieniłby się pan ze mną miejscami? Ma pan tak mało rzeczy – dodaje, wskazując jego koszyk.

– Wykluczone, Elaine – mówi David, a potem z niejaką przyjemnością przygląda się, gdy ona wykłada zakupy na taśmę: nie tylko sprawunki w rodzaju chleba czy masła, ale i drobne smakołyki, jakie funduje sobie samotnie mieszkająca kobieta – lody śmietankowe (a w nich prawdziwe migdały, prawdziwe rodzynki), importowane z Włoch ciasteczka, batony czekoladowe, a także paczkę podpasek higienicznych.

Płaci kartą. Przez barierkę macha Luriemu na pożegnanie. Z widoczną ulgą.

– Do widzenia! – woła Lurie nad głową kasjerki. – Proszę wszystkich ode mnie pozdrowić!

Ale ona nie ogląda się za siebie.

Zgodnie z pierwotnym zamysłem opera miała być zbudowana wokół postaci Lorda Byrona i jego kochanki, Contessy Guiccioli. Tkwiąc w pułapce raweńskiej Villa Guiccioli podczas dusznego, upalnego lata, szpiegowani przez zazdrosnego męża Teresy, ci dwoje wędrują po ponurych salonach i śpiewają o swojej daremnej namiętności. Teresa czuje się jak w więzieniu; kipi tłumioną niechęcią i naprzykrza się Byronowi, żeby porwał ją gdzieś, gdzie będzie mogła żyć inaczej. On sam pełen jest wątpliwości, choć ma zbyt wiele rozsądku, aby głośno dać im wyraz. Podejrzewa, że uniesienia, jakich doznawali we wczesnej fazie romansu, nigdy się nie powtórzą. Nad jego życiem zawisła martwa cisza; zaczyna odczuwać niejasną tęsknotę za emeryckim spokojem; gdyby zaś ten okazał się nieosiągalny, niech już będzie apoteoza, śmierć. Podniosłe arie Teresy nie rozniecają w nim żadnej iskry; z kolei jego własna partia wokalna, mroczna i zawiła, omija kochankę, przenika przez nią jak przez powietrze, przelatuje nad jej głową. Tak sobie to umyślił: jako kameralną sztukę o miłości i śmierci; osoby: namiętna młoda kobieta i niegdyś namiętny, dziś wyzuty z pasji, starszy od niej mężczyzna; jako fabułę prezentowaną na podkładzie skomplikowanej, niespokojnej muzyki, śpiewaną w angielszczyźnie, która nieustannie ciąży ku zmyślonemu włoskiemu. Formalnie rzecz biorąc, nie jest to zła koncepcja. Postaci dobrze się nawzajem równoważą: tkwiąca w pułapce para, odtrącona kochanka, która dobija się do okien, zazdrosny mąż. Także willa, w której ulubione małpy Byrona leniwie zwieszają się z żyrandoli, a pawie robią szum, krążąc wśród ozdobnych neapolitańskich mebli, ma w sobie akurat odpowiedni koktajl bezczasowości i rozkładu. A jednak – ani przedtem u Lucy na farmie, ani teraz w mieście – pomysł ten nie wciąga go bez reszty. Jest w nim coś chybionego – coś, co nie płynie prosto z serca. Kobieta, która skarży się gwiazdom, że z powodu szpiegowskich podchodów służby ona i jej kochanek muszą dawać upust namiętnościom w komórce na miotły… kogo to obchodzi? Lurie potrafi znaleźć odpowiednie słowa dla Byrona, ale Teresa, jaką dostał w spadku od historii – młoda, zachłanna, samowolna, wybuchowa – nie pasuje do muzyki, którą sobie wymarzył, a której harmonie, soczyście jesienne, lecz obwiedzione ironią, rozbrzmiewają cieniem w jego wewnętrznym uchu. Próbuje innej drogi. Odkładając na bok całe stronice notatek, które dotąd porobił, porzucając fertyczną, wcześnie rozkwitłą, świeżo upieczoną mężatkę i jej brańca, angielskiego milorda, próbuje uchwycić Teresę w wieku średnim. Ta nowa Teresa jest przysadzistą, niską wdówką, która osiadła wraz z leciwym ojcem w Villa Gamba i teraz prowadzi dom, mocno sznurując sakiewkę i pilnując, żeby służba nie kradła cukru. Byron w tej nowej wersji już od dawna nie żyje; jedyną rzeczą, na jakiej opierają się pretensje Teresy do nieśmiertelności, pociechą jej samotnych nocy, jest stojący pod łóżkiem kufer, w którym trzyma listy i pamiątki – swoje, jak je nazywa, reliquie – a który jej cioteczne wnuczki mają otworzyć po śmierci właścicielki i z nabożnym zdumieniem przejrzeć zawartość. Czy tej właśnie bohaterki szukał od samego początku? Czy starsza Teresa zawładnie jego sercem – takim, jakie jest ono teraz? Mijający czas obszedł się z nią niełaskawie. Z tym ciężkim biustem, krępym tułowiem i przykrótkimi nogami wygląda raczej jak wieśniaczka, contadina, niż arystokratka. Cerę, którą niegdyś zachwycał się Byron, plami dziś gorączkowy rumieniec; latem dręczą Teresę takie napady astmy, że z trudem łapie oddech. W swoich listach do niej Byron nazywa ją „Przyjaciółką”, potem „Ukochaną” i wreszcie „Ukochaną na wieki”. Istnieją też jednak kontrlisty, których Teresa nie może dosięgnąć i spalić. W tych drugich listach, adresowanych do angielskich przyjaciół, Byron frywolnym tonem wymienia ją wśród swoich włoskich zdobyczy, pokpiwa z jej męża i napomyka o kobietach z tego samego co ona kręgu, z którymi się przespał. W ciągu lat, jakie minęły od jego śmierci, przyjaciele pisali pamiętnik za pamiętnikiem, opierając się na listach zmarłego. Wedle wersji zawartej w tych pamiętnikach Byron, odbiwszy mężowi młodą Teresę, wkrótce się nią znudził; stwierdził, że kochanka ma pusto w głowie; został z nią wyłącznie z poczucia obowiązku; i właśnie w ucieczce przed nią pożeglował do Grecji, na spotkanie śmierci. Potwarze te ranią ją do żywego. Lata spędzone z Byronem stanowią w jej życiu szczyt. Jedynie miłość Byrona wyróżnia ją spośród ludzi. Bez niego jest niczym: kobietą przejrzałą; nie ma żadnych widoków na przyszłość, dożywa reszty swoich dni w nudnej, prowincjonalnej mieścinie, przyjmuje wizyty przyjaciółek i nawzajem je odwiedza, masuje ojcu nogi, ilekroć go rozbolą, i sypia samotnie. Czy Lurie potrafi wykrzesać ze swojego serca uczucie do tej zwykłej, pospolitej kobiety? Czy umie pokochać ją dość mocno, żeby napisać dla niej muzykę? A jeśli nie umie, to co mu pozostało? Wraca do sceny, którą musi teraz umieścić na początku utworu. Schyłek jednego z wielu upalnych dni. Teresa stoi w oknie na piętrze domu swojego ojca, patrząc ponad romańskimi mokradłami i zaroślami kosówki ku Adriatykowi, który połyskuje w słońcu. Koniec preludium; cisza; Teresa bierze oddech. „Mio Byron”, śpiewa głosem wibrującym od smutku. Samotny klarnet odpowiada jej, cichnie, milknie. „Mio Byron”, znów woła kobieta, tym razem z większą mocą. A gdzież on jest, ten jej Byron? Na zawsze stracony, brzmi odpowiedź. Błąka się pośród cieni. I ona także jest stracona – Teresa, jaką kochał, dziewiętnastolatka o puklach blond, która tak radośnie oddawała się władczemu Anglikowi, a potem głaskała go po czole, kiedy leżał z głową na jej nagiej piersi i oddychał głęboko, drzemiąc po wybuchu wielkiej namiętności. „Mio Byron”, trzeci raz śpiewa Teresa; i oto skądś, z podziemnych czeluści, odpowiada głos chwiejny i odcieleśniony, głos ducha, głos Byrona. „Gdzie jesteś?” – pyta. I dodaje słowo, którego kobieta nie chce słyszeć: secca, suche. „Dziś już suche jest to, co było źródłem wszystkiego.”Tak wątle, tak niepewnie brzmi głos Byrona, że Teresa musi powtarzać mu jego własne słowa, wspierając go z oddechu na oddech, przywracając do życia – swoje dziecko, swojego chłopca. „Jestem tutaj” – śpiewa, podtrzymując go, ratując przed upadkiem. „To ja jestem twoim źródłem. Pamiętasz, jak razem odwiedziliśmy źródło Arqua? Razem, ty i ja. Byłam twoją Laurą. Pamiętasz?”

I tak to musi odtąd iść – Teresa będzie użyczała głosu swojemu kochankowi, a Lurie, mieszkaniec splądrowanego domu, będzie użyczał głosu Teresie. Kulawi wspierać będą chromych, z braku lepszego wyjścia. Pracując najszybciej, jak potrafi, mocno trzymając się Teresy, usiłuje naszkicować pierwsze stronice libretta. Byle przenieść słowa na papier, mówi sobie. Potem już łatwiej pójdzie. Będzie wtedy czas, żeby poszukać czegoś u mistrzów – na przykład u Glucka; ściągnąć od nich parę melodii, a może – kto wie? – także parę ogólniejszych pomysłów. Ale stopniowo – w miarę, jak jego więź z Teresą i ze zmarłym Byronem staje się coraz pełniejsza – uświadamia sobie, że kradzione pieśni nie wystarczą, że ci dwoje będą domagać się własnej muzyki. No i – o dziwo – muzyka sama przychodzi, powolutku, po kawałku. Czasem zarys jakiejś frazy nasunie się, gdy Lurie jeszcze nie przeczuwa, jaki powinien być w tym miejscu tekst; innym razem to właśnie słowa wywołują z niebytu kadencję; niekiedy cień melodii, która od wielu dni szybowała tuż poza zasięgiem słuchu, rozpościera się i cudownie objawia. Co więcej, w miarę, jak akcja zaczyna się rozwijać, z niej samej wyłaniają się modulacje i przejścia, które David czuje we krwi, nawet jeśli braki techniczne nie pozwalają mu ich zrealizować.

Siada przy pianinie i bierze się do roboty, próbując sklecić i zapisać początek partytury. Ale dźwięk pianina ma w sobie coś, co mu przeszkadza: jest nazbyt okrągły, fizyczny, bogaty. Ze strychu, ze skrzynki pełnej starych książek i zabawek córki David wyciąga dziwne, miniaturowe bandżo o siedmiu strunach; kupił je na ulicy w Kwa Mashu, dla Lucy, kiedy była mała. I właśnie przy pomocy tego instrumentu zaczyna notować melodie, które Teresa – już to żałobnie, już to gniewnie – śpiewać będzie zmarłemu kochankowi, a bladogłosy Byron na tę samą nutę odpowie jej z krainy cieni. Im głębiej Lurie wchodzi za Contessą w jej podziemny świat, własnym śpiewem podpowiadając jej słowa albo nucąc przeznaczoną dla niej linię melodyczną, tym bardziej nieodłącznie – ku jego zdumieniu – zrasta się z nią głupie brzdąkanie bandża. Bez hałasu porzuca soczyste arie, którymi pragnął ją obdarzyć; a stąd już tylko krok do tego, żeby włożyć instrument w jej własne dłonie. Zamiast paradować po scenie, Teresa siedzi teraz, patrząc ponad mokradłem w stronę piekielnych bram i trzymając na podołku mandolinę, na której akompaniuje sobie podczas lirycznych wzlotów; a z boku sceny dyskretne trio w spodniach za kolana (wiolonczela, flet, fagot) wypełnia antrakty i wtrąca między strofy oszczędny komentarz.

Siedząc przy własnym biurku i patrząc na zarośnięty ogród, Lurie zdumiewa się nad tym, czego uczy go małe bandżo. Przed pół rokiem wyobrażał sobie, że zajmie w Byronie we Włoszech widmowe miejsce – gdzieś między Teresą a Byronem: między pragnieniem, by przedłużyć lato namiętnego ciała, a wymuszonym powrotem z otchłani długiego snu zapomnienia. Ale mylił się. W końcu nie erotyzm i nie elegia najsilniej do niego przemawia, lecz komizm. David nie pojawia się w operze pod postacią. Teresy, Byrona ani nawet takiego czy innego koktajlu tych dwojga: obecny jest w samej muzyce, w płaskim, blaszanym pobrzękiwaniu strun bandża, w głosie, który usiłuje się wzbić, oderwać od groteskowego instrumentu, wciąż jednak musi zawracać, powściągany jak ryba na żyłce. A więc to jest sztuka, myśli, i w ten właśnie sposób odbywa się jej praca! Jakie to dziwne! Jakie fascynujące! Spędza całe dnie w mocy Byrona i Teresy, żywiąc się czarną kawą i płatkami śniadaniowymi. Lodówka stoi pusta, łóżko nie zaścielone; po podłodze mkną liście, które wpadły przez wybite okno. Mniejsza z tym, myśli Lurie: niech umarli pochowają swoich umarłych. „Z cudzej poezji nauczyłem się miłości”, śpiewa Byron pękniętym głosem, monotonnie, dwanaście sylab na dźwięku C. „Lecz życie, dziś już wiem (chromatyczne zejście do F), to całkiem co innego.” Plum-plam-plim – brzęczy bandżo. „Czemu, ach, czemu tak do mnie mówisz?” – śpiewa Teresa, zakreślając długi, pełen wyrzutu łuk. Plim-plam-plum – brzęczą struny. Teresa pragnie być kochana, kochana miłością nieśmiertelną; pragnie zostać wyniesiona do poziomu niegdysiejszych Laur i Flor. A Byron? Będzie wierny aż do śmierci, ale niczego więcej nie obiecuje. „Niech łączy ich więź, póki jedno nie skona.” „My love”, śpiewa Teresa, nadmuchując tę tłustą, angielską monosylabę, której nauczyła się w łóżku poety. Plum – echem odpowiadają struny. Kobieta zakochana, nurzająca się w miłości; kotka na dachu, siedzi i wyje. Proteiny złożone kłębią się we krwi, aż obrzmiewają genitalia, dłonie pocą się i chrypnie głos, gdy dusza miota w niebo swoje tęsknoty. Po to właśnie była Soraya i inne – żeby wyssały mu z krwi proteiny złożone, zostawiając go z jasnym umysłem, suchego – tak jak wysysa się jad żmii. Teresa w ojcowskim domu w Rawennie na swoje nieszczęście nie ma nikogo, kto by z niej wyssał jad. „Przyjdź do mnie, mio Byron – woła – przyjdź do mnie, kochaj mnie!” A Byron, wygnany z życia, blady jak duch, odpowiada szyderczym echem: „Daj mi, daj mi, daj mi spokój!” Przed laty, kiedy Lurie mieszkał we Włoszech, odwiedził ten sam las między Rawenną a wybrzeżem Adriatyku, gdzie przed półtorawieczem Byron i Teresa jeździli konno. Gdzieś wśród tamtejszych drzew musi być miejsce, w którym Anglik po raz pierwszy zadarł kiecki swojej osiemnastoletniej pięknotce, dopiero co wydanej za innego. Mógłby choćby jutro polecieć do Wenecji, wsiąść w pociąg do Rawenny i wędrując starymi dróżkami koniarzy, minąć ten właśnie zakątek. Wymyśla muzykę (albo to muzyka jego wymyśla), ale nie historię. Na tych oto sosnowych igłach posiadł Byron swoją Teresę – „nieśmiałą niczym gazela”, jak o niej mawiał – mnąc jej ubranie, sypiąc piaskiem w bieliznę (konie przez cały czas stały nieopodal, bynajmniej nie zaciekawione), i zrodziła się z tego taka namiętność, że Teresa przez resztę doczesnego żywota wyła do księżyca, ogarnięta gorączką, od której on także zaczął wyć – na swój sposób. Teresa prowadzi; on podąża za nią ze strony na stronę. Aż tu pewnego dnia z ciemności wylania się jeszcze jeden głos, którego dotąd nie słyszał i nawet nie miał nadziei usłyszeć. Po słowach poznaje, że to córka Byrona, Allegra; ale skąd, z jakiego miejsca w nim samym przemawia? „Czemuś mnie zostawił? Chodź i zabierz mnie stąd!” – woła Allegra. „Taki żar, taki żar, taki żar!” – skarży się we własnym rytmie, który natarczywie wcina się między głosy kochanków. Wołanie uciążliwej pięciolatki nie doczeka się odpowiedzi. Niepiękną, niekochaną, zaniedbaną przez sławnego ojca, przekazywano sobie z rąk do rąk i wreszcie oddano pod opiekę zakonnicom. „Taki żar, taki żar!” – zawodzi mała ze swojego łóżeczka w klasztorze, w którym zabija ją la malaria. „Czemu o mnie zapomniałeś?” Czemu ojciec nie chce jej odpowiedzieć? Ponieważ ma już dość życia; ponieważ woli wrócić tam, gdzie jego miejsce – na drugi brzeg, we władztwo śmierci, i po staremu zapaść w sen. „Moja biedna dziecinka!” – śpiewa Byron, chwiejnie, niechętnie, za cicho, żeby go mogła usłyszeć. Siedząc w cieniu, na uboczu, trio instrumentalistów gra motyw, który sunie krokiem kraba – jedna linia melodyczna w górę, druga w dół: motyw Byrona.

Dzwoni Rosalind.

– Lucy mówi, że wróciłeś do miasta. Co się nie odzywasz?

– Jeszcze się nie nadaję do życia społecznego – pada odpowiedź.

– A czy kiedyś w ogóle się nadawałeś? – oschle pyta Rosalind.

Spotykają się w kawiarni w Claremont.

– Schudłeś – stwierdza Rosalind. – Co ci się stało w ucho?

– Nic poważnego – odpowiada Lurie i odmawia bliższych wyjaśnień.

Podczas rozmowy Rosalind raz po raz zahacza spojrzeniem o zniekształcone ucho. Jest pewien, że wzdrygnęłaby się, gdyby musiała go dotknąć. Nie jest typem samarytanki. Najlepsze wspomnienia, jakie mu po niej zostały, to wciąż jeszcze te z ich pierwszych wspólnych miesięcy: parne letnie noce w Durbanie, prześcieradła wilgotne od potu, długie, blade ciało Rosalind miota się po łóżku, owładnięte konwulsyjną rozkoszą, którą trudno było odróżnić od bólu. Dwoje sensualistów: oto, co ich łączyło, póki trwało.Rozmawiają o Lucy, o farmie.

– Zdawało mi się, że mieszka tam z przyjaciółką – mówi Rosalind. – Z Grace.

– Z Helen. Helen wróciła do Johannesburga. Podejrzewam, że zerwały na dobre.

– Czy Lucy jest bezpieczna na takim odludziu?

– Nie, nie jest bezpieczna, musiałaby oszaleć, żeby w tej sytuacji mieć poczucie bezpieczeństwa. Ale i tak tam zostanie. To teraz dla niej punkt honoru.

– Mówiłeś, że ukradli ci samochód.

– Moja własna wina. Powinienem był bardziej uważać.

– Zapomniałam ci powiedzieć: słyszałam, jak przebiegł twój proces. Znam wersję zza kulis.

– Mój proces?

– Dochodzenie, postępowanie, nazwij to, jak chcesz. Podobno nie najlepiej się zachowałeś.

– Naprawdę? A skąd wiesz? Myślałem, że to sprawa poufna.

– Mniejsza o to, skąd. Słyszałam, że wywarłeś złe wrażenie. Byłeś zanadto sztywny i opancerzony.

– Nie starałem się wywrzeć dobrego wrażenia. Broniłem pewnej zasady.

– Bardzo możliwe, David, ale przecież wiesz chyba z doświadczenia, że w żadnym procesie nie chodzi o zasady, tylko o to, żeby jak najkorzystniej wypaść. Otóż według moich informacji wypadłeś niekorzystnie. Jakiej to zasady tak broniłeś?

– Wolności słowa. Wolności milczenia.

– Brzmi to bardzo górnolotnie. Ale ty zawsze znakomicie potrafiłeś się oszukiwać, David. Świetnie oszukiwałeś innych i siebie też nie gorzej. Czy aby nie chodziło tu po prostu o to, że przyłapali cię z opuszczonymi spodniami?

Lurie nie daje się sprowokować.

– A zresztą obojętne, jaka to była zasada, dla twoich słuchaczy okazała się za mało zrozumiała. Uznali, że po prostu gmatwasz sprawę. Powinieneś był zwrócić się do kogoś, kto by tobą pokierował. Z czego masz zamiar żyć? Zabrali ci emeryturę?

– Odzyskam to, co dotąd zainwestowałem. Sprzedam dom. Dla mnie i tak za duży.

– A czym sobie wypełnisz czas? Poszukasz jakiejś pracy?

– Raczej nie. Mam pełne ręce roboty. Coś piszę.

– Książkę?

– Prawdę mówiąc, operę.

– Operę! To dla ciebie całkiem nowe przedsięwzięcie. Mam nadzieję, że przyniesie ci mnóstwo pieniędzy. Zamieszkasz u Lucy?

– Ta opera to tylko hobby, niezobowiązująca dłubanina. Nie przyniesie mi pieniędzy. A u Lucy nie zamieszkam. To nie byłby dobry pomysł.

– Czemu nie? Zawsze się nieźle dogadywaliście. Czy coś się stało?

Rosalind jest wścibska, ale taka już jest: nigdy nie wahała się zadawać dociekliwych pytań.

– Dziesięć lat sypiałeś ze mną w jednym łóżku – powiedziała kiedyś. – Czemu miałbyś mieć przede mną sekrety?

– Lucy i ja dalej się dogadujemy – odpowiada Lurie. – Ale nie aż tak, żeby razem mieszkać.

– Całe życie masz ten problem.

– Tak.

Milkną i zastanawiają się nad całym jego życiem, każde ze swojego punktu widzenia.

– Widziałam tę twoją dziewczynę – mówi Rosalind, zmieniając temat.

– Moją dziewczynę?

– Twoją ukochaną. Melanie Isaacs – tak się chyba nazywa? Gra w sztuce w Dock Theatre. Wiedziałeś o tym? Rozumiem, czemu na nią poleciałeś. Duże, ciemne oczy. Ciało sprytnej łasiczki. Dokładnie w twoim typie. Pewnie myślałeś, że to będzie kolejny szybki romans, drobny grzeszek. No i patrz, do czego cię doprowadził. Własne życie wyrzuciłeś na śmietnik, a co zyskałeś?

– Wcale nie wyrzuciłem życia na śmietnik, Rosalind. Bądź rozsądna.

– Właśnie że wyrzuciłeś! Straciłeś pracę, ludzie mieszają cię z błotem, znajomi cię unikają, ukrywasz się na Torrance Road jak żółw, który boi się wytknąć głowę ze skorupy. Miernoty niegodne tego, żeby ci wiązać sznurowadła, robią sobie z ciebie żarty. Chodzisz w nie uprasowanej koszuli, Bóg wie, kto cię tak ostrzygł, masz… – Rosalind przerywa tę tyradę. – Skończysz jako jeden z tych smutnych staruszków, co grzebią w kubłach na śmietnikach.

– Skończę w dziurze w ziemi – mówi Lurie. – Tak jak i ty. Jak my wszyscy.

– Przestań, David, i tak już jestem wystarczająco zdenerwowana, nie chcę się wdawać w kłótnie. – Rosalind zbiera swoje paczki. – Jak ci się znudzi chleb z dżemem, zadzwoń, to ci coś ugotuję.

Wzmianka o Melanie Isaacs wyprowadza go z równowagi. Nigdy nie miał skłonności do przewlekłych uwikłań. Zakończone romanse natychmiast zostawia za sobą. Ale w historii z Melanie jest coś niedomkniętego. Gdzieś głęboko w sobie Lurie przechowuje jej woń, woń samicy. Czy ona też pamięta jego zapach? Dokładnie w twoim typie, powiedziała Rosalind, która coś przecież o tym wie. A jeśli jego droga znów przetnie się z drogą Melanie? Czy błyśnie iskra uczucia – znak, że romans nie dobiegł końca? Lecz sam pomysł, żeby raz jeszcze przedłożyć Melanie swoją sprawę, jest szalony. Czemu miałaby rozmawiać z mężczyzną, którego potępiono jako jej prześladowcę? A zresztą, co o nim pomyśli – o tym błaźnie z komicznie zniekształconym uchem, z nie ostrzyżonymi włosami, ze zmiętym kołnierzykiem?

Zaślubiny Kronosa z Harmonią: wbrew naturze. Proces wytoczono mu właśnie po to, żeby ukarać ten czyn – powiedzmy sobie szczerze, bez owijania w bawełnę. Postawiono go przed sądem za to, że prowadził taki a nie inny tryb życia. Za czyny wbrew naturze: za to, że puszczał w obieg stare nasienie, zmęczone, bez własności ożywczych, contra naturam. Jeśli starcy będą się parzyć z młodymi kobietami, jaka przyszłość czeka gatunek? W gruncie rzeczy o to właśnie szło w akcie oskarżenia. Połowa literatury mówi o tym: o młodych kobietach, które usiłują wywinąć się spod ciężaru starców, dla dobra gatunku. Wzdycha. Młodzi biorą się w ramiona, w zapamiętaniu, pochłonięci muzyką zmysłów. To nie jest kraj dla starców. Lurie ostatnio jakoś ciągle wzdycha. Żal: żałosna nuta jak na finał. Zaledwie przed dwoma laty w obecnym budynku Dock Theatre była chłodnia, w której wisiały zwłoki świń i wołów, czekając, aż ruszą w zamorską podróż. Dziś jest to modne miejsce, odwiedzane przez ludzi spragnionych rozrywki. Lurie spóźnia się, siada więc na swoim miejscu akurat w chwili, gdy światła zaczynają przygasać. „Oszałamiający sukces, na żądanie publiczności znowu w programie”, głoszą afisze reklamujące nową inscenizację Zachodu słońca w Globe Salon. Scenografia jest bardziej stylowa, reżyseria bardziej profesjonalna, główną rolę gra inny aktor niż w poprzedniej wersji. Mimo to dla Luriego ta sztuka ze swoim prostackim humorem i jawnie polityczną tendencją jest tak samo nie do wytrzymania, jak przedtem. Melanie dalej gra Glorię, początkującą fryzjerkę. W różowym kaftanie i rajstopach ze złotą nitką, jaskrawo umalowana, z upiętą na głowie zawiłą piramidą włosów, wychodzi na scenę, chwiejąc się na wysokich obcasach. W kwestiach, które jej zadano, nie ma nic zaskakującego, ale podaje je zręcznie, nigdy za późno ani za wcześnie, z jękliwym akcentem Kaaps. Jest znacznie pewniejsza siebie niż dawniej – dobra w tej roli, trzeba przyznać, autentycznie utalentowana. Czyżby przez tych kilka miesięcy, kiedy Luriego nie było w mieście, dorosła i odnalazła się? „Wszystko, co mnie nie zabija, dodaje mi sił.” Może proces dla niej także był ciężką próbą; może i ona wtedy cierpiała, ale w końcu wyszła zwycięsko. Gdyby tylko dostał jakiś znak. Gdyby dostał znak, wiedziałby, co zrobić. Gdyby na przykład ten niedorzeczny kostium spłonął na niej, strawiony zimną, dyskretną pożogą, i stanęłaby przed nim w potajemnym, jedynie dla niego przeznaczonym objawieniu, naga i doskonała jak tej ostatniej nocy w dawnym pokoju Lucy. Urlopowicze, wśród których usiadł, rumiani, wygodnie rozparci w swoich opasłych cielskach, delektują się oglądaną sztuką. Podoba im się Melanie-Gloria. Chichoczą, słuchając ryzykownych żartów, ryczą ze śmiechu, ilekroć bohaterowie obrzucają się obelgami i zniewagami. Chociaż to jego rodacy, czuje się między nimi tak obco, że już bardziej nie można, całkiem jakby się pod kogoś podszywał. Ale kiedy się śmieją z tekstów Melanie, chcąc nie chcąc, rumieni się z dumy. Moja! – miałby ochotę powiedzieć sąsiadom, jakby była jego córką. Znienacka wraca sprzed lat wspomnienie autostopowiczki, którą zgarnął z szosy N1 na przedmieściach Trompsburga i podwiózł kawałek; była to dwudziestoparoletnia, samotna turystka z Niemiec, opalona i zakurzona. Dojechali do Touws River i zatrzymali się w hotelu; nakarmił ją, przespał się z nią. Pamięta jej długie, sprężyste nogi; pamięta miękkość jej włosów, ich pierzastą lekkość między swoimi palcami. Następuje nagła, bezdźwięczna eksplozja i oto, jakby zapadł się w sen na jawie, chlusta rzeka obrazów – rzeka kobiecych twarzy poznanych na obu kontynentach, a niektóre nawiedzają go z tak odległych epok, że ledwo je rozpoznaje. Jak liście unoszone wiatrem mijają go w bezładnym locie. „Piękne pole ludu pełne” – setki żywotów splątanych z jego własnym. Wstrzymuje oddech, pragnąc, żeby wizja trwała. Co też się z nimi stało, z wszystkim tymi kobietami, żywotami? Czy i one czasem, a przynajmniej niektóre z nich, pogrążają się znienacka w oceanie pamięci? Ta Niemka – czy to możliwe, że w tejże chwili wspomina mężczyznę, który gdzieś w Afryce wziął ją z pobocza i spędził z nią noc?„Wzbogacające przeżycie”: gazety uczepiły się tego określenia i zaczęły je wydrwiwać. Głupio, że mu się wymknęły akurat te słowa, w takich okolicznościach, ale teraz, w tej chwili, gotów byłby upierać się przy swoim. Owszem, Melanie, dziewczyna z Touws River; Rosalind, Bev Shaw, Soraya: każda z nich czymś go wzbogaciła, i inne także, nawet najmniej ważne, nawet te, z którymi mu nie wyszło. Jego serce wzbiera wdzięcznością, jakby w piersi rozkwitł mu kwiat. Skąd przychodzą takie chwile? To z pewnością hipnagogi; ale co takie powiedzenie właściwie wyjaśnia? Jeśli Lurie daje się prowadzić, jakiż bóg jest jego przewodnikiem? Sztuka mozolnie się rozwija. Akcja dotarła do momentu, gdy Melanie zawadza szczotką do podłogi o kabel. Błysk magnezji i oto na scenie zapada ciemność. Jesus Christ, jou dom meid! – skrzeczy fryzjer. Lurie siedzi w odległości dwudziestu rzędów od Melanie, ale ma nadzieję, że w tym momencie dziewczyna czuje z daleka jego woń, potrafi wywęszyć jego myśli. Lekkie puknięcie w głowę przywołuje go z powrotem do świata. Po chwili znowu coś przelatuje i trafia w fotel tuż przed nim: kulka z papieru ugniecionego ze śliną, wielkości laskowego orzecha. Trzecia uderza go w kark. Nie ma wątpliwości, że ktoś specjalnie w niego celuje. Powinien pewnie obejrzeć się za siebie z wściekłością i warknąć: Kto to zrobił? Albo sztywno patrzeć na wprost, udając, że niczego nie zauważa. Czwarta kulka odbija się od jego ramienia. Mężczyzna siedzący w sąsiednim fotelu ukradkiem rzuca zdumione spojrzenie. Na scenie akcja posuwa się do przodu. Fryzjer imieniem Sidney rozdziera fatalną kopertę i głośno czyta ultimatum, które postawił mu właściciel budynku. Do końca miesiąca ma zapłacić zaległy czynsz, bo inaczej będzie musiał zamknąć lokal.

– I co teraz zrobimy? – lamentuje Miriam, kobieta od mycia głów.

– Sss – dobiega syk zza pleców Luriego, na tyle cichy, że nie słychać go w przednich rzędach. – Sss.

Lurie ogląda się za siebie i dostaje papierową kulką w skroń. Pod tylną ścianą stoi Ryan, chłopak Melanie, ten z kolczykiem w uchu i z kozią bródką. Spotykają się wzrokiem.

– Profesor Lurie! – ochryple szepcze Ryan. Chociaż zachowuje się oburzająco, sprawia całkiem swobodne wrażenie. Na ustach błąka mu się lekki uśmieszek.

Spektakl trwa, ale wokół Luriego zrobiło się wyraźne poruszenie.

– Sss – znowu syczy Ryan.

– Cicho! – woła siedząca o dwa miejsca dalej kobieta, zwracając się do Luriego, który dotąd ani pisnął.

Po drodze musi sforsować pięć par kolan („Przepraszam… Przepraszam…”), odprowadzany niechętnymi spojrzeniami i gniewnymi pomrukami, zanim dotrze do przejścia, odnajdzie drzwi i wyjdzie prosto w wietrzną, bezksiężycową noc. Słyszy za sobą jakiś odgłos. Odwraca się. W ciemności jarzy się papieros – Ryan wyszedł za nim na parking.

– Może byś tak się wytłumaczył? – zaczepnym tonem pyta Lurie. – Może byś wytłumaczył swoje szczeniackie zachowanie?

Ryan zaciąga się papierosem.

– Chciałem ci tylko oddać przysługę, profesorku. Wciąż jeszcze niczego żeś się nie nauczył?

– A niby czego miałem się nauczyć?

– Że lepiej trzymać się swoich.

Swoich – a kimże jest ten chłopak, że mówi Luriemu, kto dla niego może być swój? Co on wie o sile, która sprawia, że obcy ludzie padają sobie w ramiona i stają się dla siebie nawzajem swoi, krewni, wyrwani spod dyktatu jakkolwiek pojętego rozsądku? Omnis gens quaecumque se in se perficere vult. Płodne nasienie w pędzie ku samodoskonaleniu gna w głąb kobiecego ciała, iżby zaszczepić młody pęd. Pęd, popęd. A Ryan mówi:

– Daj jej spokój, facet! Melanie napluje ci w oko, jeżeli cię zobaczy. – Upuszcza papierosa i zbliża się o krok. Pod gwiazdami tak roziskrzonymi, jakby płonęły żywym ogniem, stoją twarzą w twarz.

– Znajdź sobie inne życie, profesorku. Szczerze radzę.

Wolno jedzie przez Main Road w Green Point. Napluje ci w oko – tego się nie spodziewał. Dłoń, którą trzyma na kierownicy, drży. Egzystencjalne wstrząsy – musi nauczyć się traktować je mniej serio. Prostytutki wyległy na ulicę; pod światłami na skrzyżowaniu spotyka się wzrokiem z wysoką dziewczyną w mikroskopijnej spódniczce z czarnej skóry. Czemu nie, myśli, akurat w tę noc objawień? Parkują w ślepym zaułku na stoku Signal Hill. Dziewczyna jest pijana, a może pod wpływem narkotyków – nie udaje się mu wydobyć od niej ani jednego sensownego zdania. Ale obsługa nie pozostawia nic do życzenia. Potem dziewczyna leży z twarzą na jego podbrzuszu i odpoczywa. Jest młodsza, niż mu się wydawało w świetle latarni, jeszcze młodsza od Melanie. Kładzie jej rękę na głowie. Drżenie ustało. Jest senny, zaspokojony; i dziwnie opiekuńczy. Więc tylko tyle trzeba! – myśli. – Jak mogłem zapomnieć? Nie jest złym człowiekiem, ale dobrym też nie. Ani zimnym, ani gorącym, nawet w swoich najgorętszych chwilach. Nie ma porównania z Teresą, a choćby i z Byronem. Bez ognia. Czy taki właśnie werdykt wyda na niego wszechświat, taksując go wszechwidzącym okiem? Dziewczyna porusza się, siada.

– Gdzie mnie wieziesz? – bełkocze.

– Z powrotem, tam, gdzie cię znalazłem.

Z córką podtrzymuje kontakt telefoniczny. Ilekroć rozmawiają, Lucy wyraźnie stara się go zapewnić, że na farmie wszystko w porządku, a on usiłuje sprawiać takie wrażenie, jakby jej wierzył. Lucy mówi mu, że ciężko pracuje przy grządkach kwiatów, które właśnie rozkwitły, jak to wiosną. Psi pensjonat pomału odżywa. Dostała na przechowanie dwa psy, a ma nadzieję dostać więcej. Petrus zajęty jest swoim domem, ale nie aż tak, żeby nie mógł jej trochę pomóc. Często ją odwiedzają Shawowie. Nie, nie potrzebuje pieniędzy. Ale Lurie dręczy się myślą o pewnym tonie, który słychać w jej głosie. Dzwoni do Bev Shaw.

– Tylko ciebie mogę o to spytać – mówi. – W jakiej formie jest Lucy, tak naprawdę?

Bev Shaw ma się na baczności.

– A co ci powiedziała?

– Twierdzi, że wszystko gra. Ale mówi głosem z zaświatów. Jakby brała jakieś środki uspokajające. Bierze?

Bev Shaw przemilcza to pytanie. Przyznaje jednak – i chyba starannie dobiera przy tym słowa – że zaszły pewne „zmiany”.

– Jakie zmiany?

– Nie mogę ci powiedzieć. Nie naciskaj, David. Będziesz musiał usłyszeć to bezpośrednio od Lucy.

Dzwoni do córki.

– Muszę pojechać do Durbanu – kłamie. – Jest szansa, że dostanę tam pracę. Mogę zatrzymać się u ciebie parę dni?

– Bev z tobą rozmawiała?

– Bev nie ma z tym nic wspólnego. Mogę przyjechać?

Leci samolotem do Port Elizabeth i wypożycza auto. Po dwóch godzinach skręca z szosy w drogę, która prowadzi na farmę, na farmę Lucy, na jej skrawek ziemi.

Czy jest to i jego ziemia? Lurie nie ma takiego poczucia. Pomimo spędzonego tu czasu czuje się jak w obcym kraju. To i owo się zmieniło. Druciany płot, niezbyt fachowo postawiony, wyznacza granicę między działkami Lucy i Petrusa. Po stronie tego ostatniego pasą się dwie chuderlawe jałówki. Jego dom stał się widomym faktem. Szary, nijaki, stoi na wzniesieniu po wschodniej stronie starego domu; rano musi pewnie rzucać długi cień. Lucy otwiera drzwi, ubrana w bezkształtny kitel, który równie dobrze mógłby być nocną koszulą. Straciła swoją dawną zdrową rześkość. Ma ziemistą cerę, nie umyte włosy. Pozwala się objąć i nawet odwzajemnia uścisk, ale bez odrobiny ciepła.

– Wejdź – mówi. – Właśnie parzyłam herbatę.

Siadają razem przy kuchennym stole. Lucy nalewa herbatę i podsuwa Luriemu paczkę imbirowych chrupek.

– Opowiedz mi o tej propozycji z Durbanu – prosi. – Zostawmy to na później. Przyjechałem tu, Lucy, bo się o ciebie martwię. Dobrze się czujesz?

– Jestem w ciąży.

– Co takiego?

– Jestem w ciąży.

– Z kim? Od kiedy? Od tamtej pory?

– Od tamtej pory.

– Nie rozumiem. Myślałem, że o to zadbałaś, ty i twój lekarz rejonowy.

– Nie.

– Jak to, nie zadbałaś? Naprawdę nic w tej sprawie nie zrobiłaś?

– Owszem, zadbałam. Zadbałam o wszystko, co się mieści w granicach rozsądku, oprócz tego, co mi właśnie teraz sugerujesz. Ale ciąży nie przerwę. Nie czuję się na siłach przeżyć to jeszcze raz.

– Nie wiedziałem, że masz takie przekonania. Nigdy mi nie mówiłaś, że sprzeciwiasz się przerywaniu ciąży. A zresztą, skąd w ogóle ten problem? Myślałem, że wzięłaś Ovral.

– To nie ma nic wspólnego z przekonaniami. A poza tym nigdy nie twierdziłam, że wzięłam Ovral.

– Mogłaś mi wcześniej powiedzieć. Dlaczego to przede mną zataiłaś?

– Dlatego, David, że nie potrafiłabym stawić czoła kolejnemu twojemu wybuchowi. Nie mogę układać sobie życia, kierując się tym, czy aprobujesz moje decyzje. Już dłużej tak nie mogę. Zachowujesz się, jakby wszystko, co robię, było częścią fabuły, którą jest twoje życie. Ty jesteś w niej głównym bohaterem, a ja postacią epizodyczną, która pojawia się dopiero w połowie akcji. Otóż wbrew temu., co sobie myślisz, ludzie nie dzielą się na pierwszo- i drugoplanowych. Nie jestem drugoplanowa. Mam własne życie, równie ważne dla mnie, jak twoje jest ważne dla ciebie, i w tym moim życiu to ja podejmuję decyzje.

Wybuchowi? A czy sama właśnie teraz nie wybuchnęła?

– Dosyć już, Lucy – przerywa Lurie i sięgając ręką przez stół, ujmuje jej dłoń. – Więc masz zamiar urodzić to dziecko?

– Tak.

– Dziecko jednego z tych mężczyzn?

– Tak.

– Dlaczego?

– Dlaczego? Jestem kobietą, David. Myślisz, że nienawidzę dzieci? Mam opowiedzieć się przeciwko dziecku, bo jego ojciec jest tym, kim jest?

– Zdarzają się takie przypadki. Kiedy się spodziewasz urodzić?

– W maju. Pod koniec maja.

– I to nieodwołalna decyzja?

– Tak.

– No dobrze. Nie ukrywam, że mnie to zaszokowało, ale będę cię wspierał, cokolwiek postanowisz. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Pójdę się teraz przejść. Porozmawiać możemy później. A czemu nie teraz? Ponieważ jest roztrzęsiony. Ponieważ istnieje ryzyko, że on także mógłby wybuchnąć. Nie czuje się na siłach, mówi, przeżyć to jeszcze raz. Czyli raz już przerwała ciążę. Nigdy by nie pomyślał. Kiedy to mogło się stać? Gdy jeszcze mieszkała w rodzinnym domu? Czy Rosalind o tym wiedziała, a jego nie dopuszczono do sekretu? Banda trzech. Trzej ojcowie w jednym. Gwałciciele, a rabusie tylko przy okazji, powiedziała o nich Lucy – gwałciciele, a zarazem poborcy podatków, którzy włóczą się po okolicy, napadając kobiety i folgując swoim brutalnym zachciankom. Otóż pomyliła się. Nie zgwałcili jej, tylko się z nią sparzyli. Nie kierowała nimi zasada przyjemności, lecz jądra, worki wezbrane nasieniem, które aż do bólu pragnęło się doskonalić. I oto – patrzcie państwo! – dziecko! Sam już nazywa je „dzieckiem”, chociaż to na razie zaledwie robak w łonie jego córki. Jakie też dziecko może się począć z nasienia, które wciśnięto w ciało kobiety nie z miłością, ale z nienawiścią, nasienia chaotycznie pomieszanego, żeby kobietę splugawić, naznaczyć jak psią uryną? Ojciec, który nie miał dość rozumu, żeby spłodzić syna: czy tak właśnie zakończy się ta cała historia, czy tak właśnie dobiegnie kresu jego linia, niby woda wsiąkająca cienką strużką w ziemię? Kto by pomyślał! Dzień jak co dzień, czyste niebo, łagodne słońce, a jednak wszystko nagle wygląda inaczej, zupełnie inaczej! Stoi na dworze, oparty o ścianę przy drzwiach do kuchni, kryjąc twarz w dłoniach, i przez chwilę tłumi gwałtowny szloch, a potem wybucha płaczem. Wprowadza się do dawnego pokoju Lucy, którego ona sama nie zajęła z powrotem. Przez resztę popołudnia unika jej, bojąc się, że wyrwie mu się jakieś popędliwe słowo. Przy wieczornym posiłku następuje kolejna rewelacja.

– Aha – mówi Lucy. – Ten chłopak znowu tu jest.

– Chłopak?

– Tak, ten, z którym się wdałeś w awanturę na przyjęciu u Petrusa. Mieszka u niego i mu pomaga. Ma na imię Pollux.

– A nie Mncedisi? Albo Nqabayakhe? Żadna językołamka, tylko po prostu Pollux?

– P-O-L-L-U-X. I czy moglibyśmy chociaż chwilę odpocząć od tej twojej straszliwej ironii, David?

– Nie wiem, o co ci chodzi.

– Oczywiście, że wiesz. Jeszcze w dzieciństwie całymi latami mnie nią dręczyłeś. Niemożliwe, żebyś zapomniał. W każdym razie Pollux, jak się okazuje, jest bratem żony Petrusa. Nie wiem, czy rodzonym, autentycznym bratem. Ale Petrus ma wobec niego pewne obowiązki, rodzinne zobowiązania.

– Czyli wszystko pomału wychodzi na jaw. I oto młody Pollux wraca na miejsce zbrodni, a my musimy udawać, że nic się nie stało.

– Nie unoś się, David, to nic nie da. Petrus twierdzi, że Pollux rzucił szkołę i nie może znaleźć pracy. Chcę cię tylko ostrzec, że się tu kręci. Na twoim miejscu omijałabym go z daleka. Podejrzewam, że coś z nim jest nie tak. Ale nie mogę kazać mu się stąd wynieść, nie mam takiej władzy.

– Zwłaszcza… – Lurie nie kończy.

– Zwłaszcza, że co? No, powiedz.

– Zwłaszcza, że on może być ojcem dziecka, które w sobie nosisz. Lucy, twoja sytuacja staje się śmieszna, a nawet gorzej: złowroga. Nie wiem, jak możesz tego nie dostrzegać. Błagam cię, wynieś się z farmy, zanim będzie za późno. To jedyne przytomne wyjście, jakie ci zostało.

– Przestań mówić „farma”, David. To tylko kawałek ziemi, na którym uprawiam ogród. Oboje wiemy, że tak jest. Ale nie, nie wyniosę się stąd.

Lurie z ciężkim sercem kładzie się do łóżka. Między nim a Lucy nic się nie zmieniło, nie zaleczyło. Warczą na siebie, jakby nigdy stąd nie wyjeżdżał.

Jest rano. Lurie przełazi przez nowo wzniesiony płot. Za starą stajnią żona Petrusa rozwiesza pranie.

– Dzień dobry – mówi Lurie. – Molo. Szukam Petrusa. Kobieta unika jego wzroku, ale leniwym gestem wskazuje w stronę placu budowy. Ruchy ma powolne, ociężałe. Niebawem urodzi: nawet on to widzi.

Petrus właśnie szkli okna. Należałoby odbyć przewlekły ceremoniał powitalny, ale Lurie nie ma na to nastroju.

– Wiem od Lucy, że ten chłopak znowu tu jest – mówi. – Pollux. Ten, co ją napadł.

Petrus oskrobuje nóż do czysta i odkłada go.

– To mój krewny – oświadcza. – I przez to, co się wtedy stało, mam mu powiedzieć, żeby sobie stąd szedł?

– Twierdziłeś, że go nie znasz. Okłamałeś mnie.

Petrus wtyka fajkę między zęby żółte od nikotyny i energicznie ją ssie. Po chwili wyjmuje cybuch z ust i szeroko się uśmiecha.

– Okłamałem – przyznaje. – Ja tobie okłamałem. – Znowu zaczyna ssać cybuch. – A dlaczego ja muszę tobie okłamać?

– Nie pytaj mnie, Petrus, lepiej spytaj samego siebie. Dlaczego kłamiesz?

Uśmiech znika.

– Wyjeżdżasz, a teraz wracasz. Dlaczego? – Patrzy wyzywająco. – Nie masz tu żadnej roboty. Przyjeżdżasz zaopiekować się o swoje dziecko. No więc ja też się opiekuję o swoje dziecko.

– Twoje dziecko? To ten cały Pollux jest teraz twoim dzieckiem?

– Tak. On jest dziecko. Należy do mojej rodziny, do moich ludzi.

A więc to tak. Koniec kłamstw. „Moi ludzie.” Nie mógłby żądać bardziej bezpośredniej odpowiedzi. No cóż, Lucy to z kolei „jego ludzie”.

– Mówisz, że źle się stało – ciągnie Petrus. – Ja też mówię, że źle. Ale to już skończone. – Wyjmuje fajkę z ust i zapalczywie dźga cybuchem powietrze. – Skończone.

– Wcale nie skończone. Nie udawaj, że nie wiesz, o co mi chodzi. Nic tu nie jest skończone. Wręcz przeciwnie, to dopiero początek. A ciąg dalszy będzie trwał długo po mojej i twojej śmierci.

Petrus patrzy na niego z zadumą i wcale nie udaje, że nie rozumie.

– On z nią ożeni – mówi wreszcie. – Ożeni z Lucy, tylko na razie za młody jeszcze, za młody, żeby żenić. To jeszcze dziecko.

– Niebezpieczne dziecko. Młody bandzior. Szakal, nie chłopak.

Petrus kwituje te obelgi lekceważącym machnięciem ręki.

– Tak, jest za młody, za młody. Może kiedyś będzie mógł żenić, ale nie teraz. Za to ja ożenię.

– Z kim mianowicie się ożenisz?

– Z Lucy.

Lurie nie wierzy własnym uszom. A więc to jest puenta, o to szło w tej całej walce z cieniem; o tę odżywkę, o ten cios! A Petrus stoi i widać, że nie ustąpi ani o krok: pykając pustą fajkę, czeka na odpowiedź.

– Ożenisz się z Lucy – ostrożnie mówi Lurie. – Wytłumacz mi, co przez to rozumiesz. Nie, czekaj, lepiej nie tłumacz. To nie jest coś, co chciałbym usłyszeć. My nie załatwiamy spraw w ten sposób.

My: mało brakowało, a byłby powiedział: My, ludzie Zachodu.

– Tak, rozumiem, rozumiem. – Petrus aż chichocze z uciechy. – Ale i tak tobie mówię, a ty pomów z Lucy. W ten sposób sprawa się skończy, skończy się cała ta złość.

– Lucy wcale nie chce wychodzić za mąż. Nie chce być żoną mężczyzny. W ogóle nie zechce się zastanawiać nad takim rozwiązaniem. Nie mogę powiedzieć tego wyraźniej. Ona chce żyć własnym życiem.

– Tak, wiem – zgadza się Petrus.

I może naprawdę wie. Lurie byłby głupcem, gdyby go nie doceniał.

– Ale tutaj – dodaje Petrus – to niebezpieczne, za dużo niebezpieczne. Kobieta musi być żeniona.

– Starałem się zbyt ostro nie zareagować – mówi potem Lurie, relacjonując Lucy całe zdarzenie. – Chociaż ledwo wierzyłem własnym uszom. To był szantaż, czysty, zwykły szantaż.

– Nie, to nie był szantaż. Co do tego się mylisz. Mam nadzieję, że nie poniosły cię nerwy.

– Nie, nie poniosły. Obiecałem przekazać ci propozycję, i tyle. Powiedziałem, że wątpię, czy cię zainteresuje.

– Czułeś się urażony?

– Perspektywą, że zostanę teściem Petrusa? Nie. Zdumiony, zaskoczony, oszołomiony, ale nie urażony, licz mi to na plus.

– Bo muszę ci powiedzieć, że to nie pierwszy raz. Petrus już od jakiegoś czasu robi aluzje. Sugeruje, że byłabym o wiele bezpieczniejsza, gdybym dołączyła do jego domowników. To nie żart ani groźba. Mówi poniekąd serio.

– Nie wątpię, że w pewnym sensie mówi poważnie. Pytanie tylko, w jakim? Czy wie, że ty…

– Pytasz, czy wie o moim stanie? Nic mu nie mówiłam. Ale on i jego żona z pewnością zdążyli już dodać dwa do dwóch.

– I mimo to nie zmieni zdania?

– A niby dlaczego miałby zmienić? Dzięki temu będę tym silniej związana z rodziną. A zresztą nie stara się o mnie, tylko o farmę. Farma to mój posag.

– Ale przecież to istna groteska, Lucy! Przecież on już jest żonaty! Sama mi mówiłaś, że ma nawet dwie żony. Jak możesz w ogóle brać pod uwagę taką ewentualność?

– Chyba nie rozumiesz, David, o co tu chodzi. Petrus nie proponuje mi kościelnego ślubu, po którym nastąpi miodowy miesiąc na Dzikim Wybrzeżu. Proponuje sojusz, układ. Ja wnoszę ziemię, a w zamian za to wolno mi będzie wpełznąć pod jego skrzydło. W przeciwnym razie, przypomina mi Petrus, zostaję bez żadnej ochrony i jestem łatwym łupem.

– I to ma nie być szantaż? A strona osobista? Czy w tej ofercie nie ma żadnej strony osobistej?

– Pytasz, czy będzie oczekiwał, że zacznę z nim sypiać? Nie jestem pewna, czy sam miałby ochotę ze mną spać, chyba że chciałby w ten sposób jeszcze dobitniej uprzytomnić mi, jaki jest układ. Ale szczerze mówiąc, nie, nie chcę spać z Petrusem. Zdecydowanie nie.

– No to nie musimy dalej o tym rozmawiać. Czy mam mu powtórzyć od ciebie, że jego oferta została odrzucona bez żadnych wyjaśnień?

– Nie. Czekaj. Zanim potraktujesz go z góry, chwilę zastanów się obiektywnie nad moją sytuacją. Otóż z obiektywnego punktu widzenia jestem samotną kobietą. Nie mam braci. Mam co prawda ojca, ale on mieszka daleko, a zresztą według miar, które tutaj się liczą, jest bezsilny. Kogo mogę poprosić o ochronę, o opiekę? Ettingera? Prędzej czy później znajdą go z kulą w plecach. Praktycznie rzecz biorąc, zostaje mi wyłącznie Petrus. Może i nie jest grubą rybą, ale zawsze grubszą od takiej płotki, jak ja. No i przynajmniej go znam. Nie mam co do niego żadnych złudzeń. Wiem, w co się pakuję.

– Lucy, właśnie sprzedaję dom w Kapsztadzie. Gotów jestem wysłać cię do Holandii. Albo dać ci wystarczającą sumę, żebyś mogła znowu się urządzić w jakimś bezpieczniejszym miejscu. Pomyśl o tym. Jakby go w ogóle nie słyszała.

– Idź z powrotem do Petrusa – mówi. – Złóż mu następującą propozycję. Powiedz, że zgadzam się oddać pod jego opiekę. Powiedz, że na temat stosunków między nami może rozgłosić każdą wersję, jaka mu odpowiada, a ja nie będę jej podważała. Jeżeli chce, żebym uchodziła za jego trzecią żonę, niech tak będzie. Za konkubinę – proszę bardzo. Ale w takim razie dziecko też stanie się jego dzieckiem. Będzie należało do rodziny. Jeśli chodzi o ziemię, powiedz, że przepiszę ją na niego pod warunkiem, że dom zachowam dla siebie. Będę na jego ziemi dzierżawczynią.

– Bywoner.

– Tak, będę bywoner. Ale dom ma być mój, powtarzam. Nikt do niego nie wejdzie bez mojej zgody. Nawet Petrus. I będę dalej prowadziła psi pensjonat.

– To niewykonalne, Lucy. W świetle prawa to nie do przeprowadzenia. Dobrze wiesz.

– No więc co proponujesz?

Siedzi w szlafroku i w kapciach, z wczorajszą gazetą na kolanach. Włosy zwisają jej w strąkach; wpędziła się ostatnio w rozlazłą, niezdrową otyłość. Coraz bardziej przypomina te kobiety, które snują się po korytarzach domów opieki, szepcząc coś do siebie. Po co Petrus ma sobie zawracać głowę negocjacjami? Przecież ona tu się nie utrzyma: wystarczy ją zostawić własnemu losowi, to z czasem sama spadnie jak zgniły owoc.

– Już ci przedstawiłem swoją propozycję. Nawet dwie.

– Nie, nie ruszę się stąd. Idź do Petrusa i powtórz mu, co przed chwilą ode mnie usłyszałeś. Powiedz, że zrzekam się ziemi. Powiedz, że może ją sobie wziąć razem z tytułem własności i całą resztą. Będzie zachwycony. Zapada między nimi milczenie.

– Jakie to poniżające – mówi wreszcie Lurie. – Takie wielkie nadzieje, a potem taki koniec.

– Owszem, poniżające. Ale może to dobry punkt wyjścia, żeby zacząć na nowo. Może właśnie z tym muszę się pogodzić. Zacząć od podstaw. Od zera. I to bezwzględnego. Po prostu od zera. Bez żadnych kart w ręku, bez broni, bez majątku, bez praw, bez godności.

– Jak pies. – Właśnie. Jak pies.

Jest późny ranek. Lurie wraca ze spaceru z buldożką Katy. O dziwo, przez cały czas za nim nadążała – może to on teraz wolniej chodzi, a może ona szybciej się rusza. Po dawnemu niucha i sapie, ale już go to nie złości tak jak kiedyś. Gdy zbliżają się do domu, Lurie spostrzega, że chłopiec – ten, którego Petrus zaliczył do „swoich ludzi” – stoi zwrócony twarzą do tylnej ściany budynku. Początkowo wydaje mu się, że tamten oddaje mocz, ale potem zdaje sobie sprawę, że chłopak zagląda przez okienko łazienki, podpatrując Lucy. Katy zaczęła warczeć, ale chłopiec jest tak pochłonięty widokiem, że ją ignoruje. W końcu się odwraca, lecz suka i Lurie już siedzą mu na karku. Mężczyzna policzkuje go otwartą dłonią.

– Ty świnio! – krzyczy i zaraz znowu uderza, aż chłopak się zatacza. – Ty wstrętna świnio!

Chłopiec próbuje rzucić się do ucieczki, raczej ze strachu niż z bólu, ale zaplątuje się we własne nogi. Buldożką natychmiast go dopada. Zaciska żeby na jego łokciu; zapiera się przednimi łapami i ciągnie, warcząc. Chłopak z bolesnym okrzykiem próbuje się wyrwać. Kilkakrotnie wali sukę pięścią, lecz te słabe ciosy nie robią wrażenia na Katy. W powietrzu wciąż dźwięczy to słowo: świnia! Lurie nigdy jeszcze nie czuł tak pierwotnej wściekłości. Najchętniej wymierzyłby chłopcu zasłużoną karę: solidne lanie. Wyrażenia, których przez całe życie unikał, nagle wydają się trafne i sprawiedliwe: Dać mu nauczkę. Pokazać, gdzie jego miejsce. A więc tak to jest, myśli! Tak to jest, kiedy człowiek dziczeje! Daje chłopakowi zdrowego, tęgiego kopniaka, aż tamten pada bokiem na ziemię. Pollux! Co za imię!

Katy zmienia pozycję – okracza chłopca i z ponura zawziętością szarpie go za rękę, rozdzierając koszulę. On usiłuje ją odepchnąć, ale suka nie ustępuje.

– Ya ya ya ya ya! – krzyczy z bólu chłopak. – Zabiję cię! – woła.

Nagle zjawia się Lucy

– Katy! – mówi rozkazującym tonem.

Suka spogląda na nią zezem, ale dalej robi swoje. Lucy klęka i chwyta ją za obrożę, mówiąc coś cicho, z naciskiem. Buldożka z ociąganiem rozluźnia szczęki.

– Nic ci się nie stało? – pyta Lucy.

Chłopak jęczy z bólu. Z nosa ciekną mu gluty.

– Zabiję cię! – powtarza, ciężko dysząc.

Wygląda, jakby miał się rozpłakać.

Lucy podwija rękaw jego koszuli. Widać ślady psich kłów; na ciemną skórę występują perliste krople krwi.

– Chodź, pójdziemy to przemyć – mówi kobieta. Chłopak wciąga nosem smarki i łzy, kręcąc głową.

Lucy ma na sobie tylko płaszcz kąpielowy. Kiedy wstaje z kolan, pasek się rozwiązuje i nagle widać nagi biust. Kiedy Lurie ostatnio widział piersi swojej córki, były to nieśmiałe, różane pączki sześcioletniej dziewczynki. Teraz są ciężkie, krągłe, nieomal mleczne. Wszyscy nieruchomieją. Lurie się gapi; chłopak też się gapi, całkiem bezwstydnie. Mężczyzna znów czuje wzbierającą wściekłość, która zaćmiewa mu wzrok. Lucy odwraca się do nich tyłem i owija szlafrokiem. Chłopak jednym szybkim ruchem dźwiga się z ziemi i odskakuje na bezpieczną odległość.

– Wszystkich was pozabijamy! – krzyczy. Odwraca się, z rozmysłem depcząc grzędę kartofli, przełazi pod drucianym płotem i odchodzi w stronę domu Petrusa. Znowu idzie tym swoim zadzierzystym krokiem, chociaż trzyma się jeszcze za zraniony łokieć.

Lucy ma rację. Coś z nim jest nie tak. Nie po kolei w głowie. Porywcze dziecko w młodym męskim ciele. Ale nie koniec na tym: cała sprawa ma jeszcze jeden aspekt, którego Lurie nie rozumie. Bo niby dlaczego Lucy staje w obronie chłopca? A ona mówi:

– To nie może dalej tak trwać, David. Jakoś ścierpię Petrusa i tych jego aanhangers, wytrzymam z tobą, ale do was wszystkich na raz już nie mam zdrowia.

– Gapił się na ciebie przez okno. Zdajesz sobie sprawę?

– Ma zaburzenia umysłowe. Jest jak chore dziecko.

– I to ma być wymówka? Usprawiedliwienie tego, co ci zrobił?

Usta Lucy poruszają się, ale nie słychać słów.

– Nie ufam mu – ciągnie Lurie. – To cwaniak. Węszy po kątach jak szakal i tylko patrzy, co by tu przeskrobać. Dawniej mieliśmy osobne określenie na takich jak on. Mówiło się, że są niedorozwinięci. Niedorozwinięci umysłowo. Niedorozwinięci moralnie. Powinno się go oddać do zakładu.

– To ryzykowna gadanina, David. Jeżeli chcesz tak myśleć, proszę, zachowaj te myśli dla siebie. A zresztą to, co o nim sądzisz, nie ma żadnego znaczenia. On tak czy owak tu jest, nie rozwieje się jak dym, jest żywą istotą. – Lucy staje twarzą w twarz z Luriem, mrużąc oślepione słońcem oczy. Katy osuwa się na ziemię u jej nóg, lekko zdyszana, zadowolona z siebie, ze swoich wyczynów. – Nie możemy tak dalej, David. Sprawy jakoś się ułożyły i znowu było spokojnie, póki nie wróciłeś. A ja potrzebuję wokół siebie spokoju. Wszystko zrobię, wszystko poświęcę, byle tylko mieć spokój.

– A między innymi poświęcisz mnie? Lucy wzrusza ramionami.

– Ja tego nie powiedziałam, to twoje własne słowa.

– Skoro tak, spakuję walizki.

Jeszcze kilka godzin po incydencie czuje mrowienie w dłoni, którą bił chłopca. Na myśl o nim i o jego pogróżkach aż pieni się z gniewu. A jednocześnie wstyd mu za siebie. Bezapelacyjnie się potępia. Nikomu nie dał nauczki, a już na pewno nie chłopcu. Powiększył tylko rozdźwięk między sobą a Lucy. Pokazał jej się targany namiętnością, a córce widok ten najwyraźniej się nie spodobał. Powinien ją przeprosić. Ale nie potrafi. Zdaje się, że stracił samokontrolę. Pollux ma w sobie coś, co doprowadza go do furii: brzydkie, matowe ślepka, bezczelność, i jeszcze ta myśl, że chłopak – niczym chwast – zdołał omotać swoimi korzeniami Lucy wraz z całym jej istnieniem. Jeśli Pollux raz jeszcze znieważy jego córkę, Lurie znowu go uderzy. „Du must dein Leben andern!”: musisz zmienić swoje życie. No cóż, jest już za stary, żeby posłuchać tej maksymy, za stary, żeby stać się kim innym. Lucy może zdoła ugiąć się przed nawałnicą; on nie potrafi, przynajmniej nie z honorem.

I dlatego musi słuchać Teresy. Niewykluczone, że ona jedna może go jeszcze ocalić. Honor to już nie jej problem. Wypina piersi ku słońcu; gra na bandżo w obecności służących, nie zważając na ich głupie uśmieszki. Żywi nieśmiertelne tęsknoty i na głos je wyśpiewuje. Nie zamierza umierać.

Lurie zjawia się w klinice, akurat gdy Bev Shaw z niej wychodzi. Obejmują się, ostrożnie, jak nieznajomi. Aż trudno uwierzyć, że niegdyś leżeli nadzy, trzymając się nawzajem w ramionach.

– Wpadłeś tylko z wizytą czy zostaniesz dłużej? – pyta Bev.

– Zostanę, ile będzie trzeba. Ale nie mam zamiaru mieszkać u Lucy. Nie możemy się dogadać. Znajdę sobie pokój w mieście.

– Przykro mi. A z czego właściwie biorą się te zgrzyty?

– Między mną a Lucy? Z niczego, mam nadzieję. Z niczego takiego, czego nie dałoby się naprawić. Problemem są ludzie, którzy ją otaczają. Kiedy dołączam do tej zbieraniny, robi się nas za dużo. Za dużo i za ciasno. Jak pająki w butelce.

Przypomina mu się scena z Inferno: wielkie bagna nad Styksem, w których dusze gotują się jak grzyby. „Vedi l’anime di color cui vinse l’ira.” Dusze owładnięte gniewem, podgryzające się wzajemnie. Kara stosowna do zbrodni.

– Mówisz o tym chłopaku, który zamieszkał u Petrusa. Owszem, mnie też się on nie podoba. Ale póki jest tam Petrus, Lucy nic się nie stanie. Może przyszła pora, David, żebyś się odsunął i dał jej poszukać własnych rozwiązań. Kobiety łatwo się przystosowują. Lucy też jest elastyczna. I młoda. Żyje bliżej ziemi niż ty. Niż my oboje. Lucy elastyczna? Pierwsze słyszy.

– Ciągle mi mówisz, żebym się odsunął – mówi. – Gdybym od początku trzymał się na uboczu, gdzie by teraz była Lucy?

Bev Shaw milczy. Czyżby widziała w nim coś, czego on sam nie dostrzega? Skoro ufają jej zwierzęta, czy i on powinien jej zaufać, zgłosić się po naukę? Zwierzęta jej ufają, a ona wykorzystuje tę ufność, żeby je likwidować. Jaka stąd nauka?

– Gdybym rzeczywiście się odsunął – ciągnie Lurie, zacinając się – a na farmie zdarzyłaby się jakaś kolejna katastrofa, jak bym mógł dalej ze sobą żyć?

Bev wzrusza ramionami.

– Czy o to głównie chodzi, David? – pyta cicho.

– Nie wiem. Już nie wiem, o co głównie chodzi. Czuję się, jakby między moim pokoleniem a generacją Lucy opadła kurtyna. Nawet nie zauważyłem, kiedy.

Następuje długa chwila milczenia.

– W każdym razie – mówi wreszcie Lurie – nie mogę mieszkać u Lucy, więc szukam pokoju. Jeżeli usłyszysz o czymś do wynajęcia w Grahamstown, daj mi znać. Przyszedłem głównie powiedzieć, że chętnie pomogę w klinice.

– Pomoc się przyda – odpowiada Bev Shaw.

Kolega Billa Shawa sprzedaje Luriemu półtonową furgonetkę. David płaci czekiem na tysiąc randów i wypisuje drugi czek, na siedem tysięcy, do spieniężenia z końcem miesiąca.

– Co pan chce nią wozić? – pyta sprzedawca.

– Zwierzęta. Psy.

– Będzie pan musiał zagrodzić skrzynię od tyłu paroma prętami, żeby nie wyskoczyły. Znam kogoś, kto może zamontować takie pręty.

– Moje psy nie skaczą.

Według dokumentów furgonetka ma dwanaście lat, ale silnik, sądząc po dźwięku, chodzi dość gładko. A zresztą, mówi sobie Lurie, nie musi starczyć na wieczność. W ogóle nic nie musi starczyć na wieczność. Z ogłoszenia w „Grocott’s Mail” znajduje pokój w domu niedaleko szpitala. Melduje się jako Lourie, płaci czynsz za miesiąc z góry i oświadcza gospodyni, że przyjechał do Grahamstown odbyć kurację na oddziale dziennym. Nie mówi, na co ta kuracja, ale wie, że kobieta podejrzewa raka.

Pieniądze lecą mu przez palce jak woda. Nie szkodzi. W sklepie ze sprzętem turystycznym kupuje grzałkę, mały piecyk gazowy i aluminiowy garnek. Niosąc to wszystko po schodach do swojego pokoju, spotyka gospodynię.

– Nie pozwalamy gotować w pokojach, panie Lourie – mówi kobieta. – Bo jeszcze by, wie pan, wybuchł pożar.

Pokój jest ciemny, duszny, zagracony, a materac gruzłowaty. Ale Lurie wie, że się przyzwyczai, tak jak przyzwyczaił się do innych rzeczy.

Prócz niego jest tylko jeden lokator, emerytowany nauczyciel. Przy śniadaniu witają się, a poza tym ani słowa. Lurie zjada śniadanie, jedzie do kliniki i spędza w niej cały dzień, wszystkie dni tygodnia, łącznie z niedzielami. I właśnie tam ostatecznie się zadomawia, a nie w pensjonacie. Na pustym, ogrodzonym placyku za kliniką urządza sobie coś w rodzaju nory, wstawiając stół, stary fotel od Shawów i plażowy parasol dla ochrony przed najgorszym słońcem. Przywozi też gazowy piecyk, żeby mieć na czym zaparzyć herbatę albo podgrzać puszkę konserw: spaghetti z pulpetami, atun z cebulą. Dwa razy dziennie karmi zwierzęta; wyprząta boksy, a czasem przemawia do zwierzaków; poza tym czyta, drzemie, a gdy zostaje sam, brzdąka na bandżo Lucy melodie, które kiedyś odda Teresie Guiccioli.

Póki dziecko się nie urodzi, tak właśnie będzie żył. Pewnego ranka patrzy w górę i widzi twarze trzech małych chłopców, którzy podglądają go zza betonowego muru. Wstaje z fotela; psy zaczynają szczekać; chłopcy zeskakują na ziemię i czmychają, krzycząc z podniecenia. Dopiero będą mieli co opowiadać w domu: jakiś stary wariat siedzi wśród psów i śpiewa sam do siebie! Rzeczywiście wariat. Jak ma wytłumaczyć tym chłopcom, ich rodzicom, ludziom z D Village, co właściwie takiego zrobiła Teresa i jej kochanek, że zasłużyli, aby ponownie sprowadzono ich na ten świat? Teresa w białej koszuli nocnej stoi przy oknie sypialni. Oczy ma zamknięte. Trwa właśnie najczarniejsza godzina nocy: kobieta głęboko oddycha, wciągając w płuca szmer wiatru i porykiwania ogromnych ropuch.

– Che vuol dir – śpiewa głosem ledwie wznoszącym się ponad szept. – Che vuol dir questa solitudine immensa? Edio – śpiewa dalej – che sono?

Cisza. „Solitudine immensa” nie odpowiada. Nawet muzycy w rogu sceny siedzą cichutko jak trzy popielice.

– Chodź! – szepcze Teresa. – Chodź do mnie, błagam cię, mój Byronie!

Szeroko rozkłada ręce, obejmując ciemność, obejmując wszystko, co ciemność raczy przynieść.

Chce, żeby przyleciał do niej na wietrze, spowił ją sobą, wtulił twarz w zagłębienie między jej piersiami. To znów dla odmiany woli, żeby przybył na skrzydłach świtu, pojawił się na horyzoncie jako słoneczny bóg, który zarzuci na nią blask swojego ciepła. W każdym razie gorąco pragnie jego powrotu.

Siedząc przy stole na podwórku psiarni, Lurie wsłuchuje się w smutny, spadzisty łuk błagań Teresy, która stoi naprzeciw ciemności. W tej porze miesiąca przeżywa ciężki czas – jest obolała, w nocy nawet oka nie zmrużyła, dręczy ją tęsknota. Pragnie, żeby ją ktoś uwolnił – od bólu, od letniego skwaru, od Villi Gamby, od ojcowskich napadów złego humoru, od wszystkiego. Sięga po leżącą na krześle mandolinę. Tuląc ją w objęciach jak dziecko, wraca do okna. Plum-plim – dźwięczy w jej ramionach mandolina, cichutko, żeby nie zbudzić ojca. Plum-plim – kwacze bandżo na nędznym podwórku w Afryce. Niezobowiązująca dłubanina, powiedział w rozmowie z Rosalind. Skłamał. Ta opera to wcale nie hobby, już nie. Pochłania go dniami i nocami. Lecz choć trafiają się dobre momenty, prawda jest taka, że Byron we Włoszech zdąża do nikąd. Żadnej akcji, żadnej progresji, tylko ta długa, utykająca kantylena, którą Teresa ciska w puste powietrze, z przerywnikami w postaci jęków i westchnień Byrona, dobiegających niekiedy zza kulis. Mąż i druga kochanka, przedmiot zazdrości, poszli w zapomnienie, jakby ich nie było. Impuls liryczny w autorze może i nie obumarł, ale po kilkudziesięcioletnim głodowaniu wypełza ze swojej pieczary stłamszony, skarlały, koślawy. Luriemu brak wiedzy muzycznej, brak energii, a bez nich nie da się wyrwać Byrona we Włoszech z monotonnej koleiny, którą wlecze się od początku, i wreszcie zaczyna brzmieć, jakby go pisał lunatyk.

Lurie wzdycha. Miło byłoby wrócić do społeczeństwa z triumfem, jako autor ekscentrycznej opery kameralnej. Tak się jednak nie stanie. Musi powściągnąć swoje nadzieje, liczyć co najwyżej na to, że z kłębowiska dźwięków wzbije się niczym ptak choć jedna prawdziwa nuta nieśmiertelnej tęsknoty. Kwestię należnego jej uznania pozostawia przyszłym uczonym, jeśli w przyszłości będą jeszcze istnieli uczeni. Sam tej nuty nie usłyszy, gdy się ona pojawi, jeżeli w ogóle się pojawi – za dużo wie o sztuce i o jej ścieżkach, aby tego oczekiwać. Chociaż owszem, przyjemnie by było, gdyby Lucy dożyła chwili, gdy zabrzmi niezbity dowód, i nabrała o ojcu trochę lepszego mniemania. Biedna Teresa! Biedna, zbolała dziewczyna! Wydobył ją z grobu, obiecał drugie życie, a teraz sprawia jej zawód. Ma nadzieję, że będzie umiała znaleźć dla niego w swym sercu przebaczenie. Wśród psów zamkniętych w boksach jest jeden, którego szczególnie polubił: młody, powłóczący lewą zadnią łapą, bezwładną aż od biodra. Nie wie, czy pies taki już się urodził. Żadna z osób odwiedzających schronisko nie kwapi się adoptować kalekę. Przysługujący mu czas łaski dobiega końca; niebawem psiak będzie musiał pójść pod igłę. Kiedy Lurie czyta albo pisze, czasem wypuszcza go z boksu: niech sobie na swój pokraczny sposób pohasa po podwórku albo utnie drzemkę u stóp człowieka, do którego jednak w żadnym sensie nie należy; David pilnuje się, żeby nie nadać mu imienia (chociaż Bev Shaw mówi o psie: „Driepoot”); ale czuje wielkoduszną serdeczność, płynącą ku niemu od zwierzęcia, które samowolnie, bezwarunkowo go adoptowało; wie, że pies oddałby za niego życie. Psa fascynuje dźwięk bandża. Ilekroć Lurie trąca struny, zwierzę siada wyprostowane, przechyla łeb i słucha. Kiedy David nuci partię Teresy i głos mu nabrzmiewa uczuciem (jak gdyby grubiała krtań: czuje łomotanie krwi w gardle), pies mlaska wargami i wygląda, jakby lada chwila też miał zaśpiewać – albo zawyć. Czy się odważy? Czy ośmieli się wprowadzić psa do utworu i pozwolić, żeby zwierzę wypuściło do nieba swój własny lament między strofami Teresy, usychającej z miłości? Czemu nie? Wszak w dziele, które nigdy nie doczeka się inscenizacji, wszystko chyba jest dozwolone?

W sobotnie poranki zgodnie z umową jeździ na Donkin Square i pomaga Lucy przy straganie. Potem funduje jej lunch. Lucy coraz wolniej się rusza. Jej twarz stopniowo przybiera pochłonięty sobą, spokojny wyraz. Jak dotąd ciąża nie jest widoczna, ale skoro Lurie dostrzega jej objawy, ile jeszcze minie czasu, zanim sokolookie córy Grahamstown także je zauważą?

– Jak sobie radzi Petrus? – pyta.

– Skończył już dom, brak tylko sufitów i kanalizacji. Pomału się wprowadzają.

– A ich dziecko? Chyba niedługo powinno się urodzić?

– W przyszłym tygodniu. Idealna koordynacja.

– Petrus robi jeszcze jakieś aluzje?

– Aluzje?

– Na twój temat. Na temat twojego miejsca w tym całym układzie.

– Nie.

– Może coś się zmieni, kiedy dziecko… – leciuteńkim gestem wskazuje córkę, jej ciało -…się urodzi. Będzie to przecież dziecko tej ziemi. Nie zdołają się tego wyprzeć.

Zapada między nimi długie milczenie.

– Już je kochasz?

Chociaż są to jego własne słowa, z jego ust, sam jest nimi zaskoczony.

– Dziecko? Nie. Jak mogłabym je kochać? Ale z czasem pokocham. Miłość sama wyrośnie. Można to spokojnie powierzyć Matce Naturze. Postanowiłam być dobrą matką, David, Dobrą matką i dobrym człowiekiem. Ty też powinieneś spróbować być dobry.

– Dla mnie chyba już na to za późno. Jestem tylko starym garusem, który odsiaduje resztę wyroku. Ale ty się staraj. Przeszłaś już kawał drogi.

Być dobrym człowiekiem. Niezłe postanowienie w mrocznych czasach. Na mocy milczącej umowy Lurie chwilowo nie odwiedza farmy swojej córki. Ale pewnego dnia, w tygodniu, przejeżdża kawałek szosą do Kenton, zostawia furgonetkę przy zjeździe w boczną drogę, a dalej idzie pieszo, nie drogą, lecz na przełaj przez veld.

Z grzbietu ostatniego wzgórza rozpościera się widok na farmę: widać stary dom, równie solidny jak dawniej, stajnię, nowy dom Petrusa, starą tamę, a na powierzchni zbiornika drobne punkciki: te mniejsze to pewnie kaczki, a większe – dzikie gęsi, przybyłe do Lucy w odwiedziny z daleka.

Z tej odległości grzędy kwiatów wyglądają jak jednolicie ubarwione prostokąty: karmazyn, czerwień karneolu, popielaty błękit. Sezon kwitnienia w pełni. Pszczoły muszą być w siódmym niebie. Petrusa nigdzie nie widać, ani jego żony, ani chłopaka – tego szakala, co się z nimi włóczy. Ale Lucy pracuje wśród kwietników; a gdy Lurie rusza w dół po zboczu, spostrzega także buldożkę – płową plamę na ścieżce nieopodal ogrodniczki. Dochodzi do płotu i zatrzymuje się. Lucy stoi tyłem do niego, jeszcze go nie widzi. Ma na sobie jasną letnią sukienkę, wysokie buty i słomkowy kapelusz z rozłożystym rondem. Kiedy się pochyla, przycinając, przystrzygając lub podwiązując, Lurie widzi mleczną, niebiesko żyłkowaną skórę i szerokie, bezbronne ścięgna po spodniej stronie jej kolan: najmniej urodziwą część kobiecego ciała, najmniej wymowną, a przez to może najbardziej wzruszającą. Lucy prostuje się, przeciąga i znowu pochyla. Praca w polu; wieśniacze obowiązki, od niepamiętnych czasów. Jego córka staje się wieśniaczką. Wciąż jeszcze go nie zauważyła. A pies obronny? Pies obronny chyba drzemie. Więc to tak: była niegdyś zaledwie maleńką kijanką w ciele matki, i oto jest, solidna w swoim istnieniu, bardziej solidna niż kiedykolwiek był jej ojciec. Przy dobrych układach długo jeszcze pożyje, długo po jego śmierci. A kiedy on umrze, ona – przy dobrych układach – wciąż jeszcze tu będzie, zajęta swoją zwykłą krzątaniną wśród kwietników. Z jej zaś ciała wyłoni się tymczasem inne istnienie, które – znowu przy dobrych układach – okaże się równie solidne, równie długowieczne. I tak będzie się ciągnąć ta linia istnień, w której jego własny udział, jego dar, musi nieuchronnie maleć, aż w końcu będzie można właściwie całkiem o nim zapomnieć. Dziadek. Józef. I kto by to pomyślał! Którą z ładnych dziewczyn ma teraz szansę zwabić, żeby poszła do łóżka z dziadkiem? Cicho wymawia jej imię.

– Lucy!

Ona nie słyszy. I na czym będzie polegać to, że zostanie dziadkiem? Jako ojcu niezbyt mu się udało, chociaż starał się bardziej niż większość. Jako dziadek też pewnie wypadnie poniżej przeciętnej. Brak mu starczych cnót: zrównoważenia, dobrotliwości, cierpliwości. Ale może te cnoty pojawią się, gdy inne go opuszczą: na przykład cnota namiętności. Będzie musiał raz jeszcze zajrzeć do Wiktora Hugo, który opiewał dziadkowanie. Może znajdzie u niego coś, czego warto się nauczyć. Wiatr ustaje. Następuje chwila całkowitej ciszy, którą najchętniej przedłużyłby w nieskończoność: łagodne słońce, popołudniowy bezruch, pszczoły uwijające się w kwietnym polu; a w samym środku obrazu młoda kobieta, das ewig Weibliche, w ledwie widocznej ciąży, ze słomkowym kapeluszem na głowie. Gotowa scena dla jakiegoś Sargenta czy Bonnarda. Obaj byli takimi jak i on mieszczuchami; ale nawet mieszczuch umie rozpoznać piękno, gdy je zobaczy, i zapatrzyć się w nie bez tchu. Prawda jest taka, że nigdy nie miał zbyt dobrego oka do wiejskiego życia, chociaż tyle się naczytał Wordswortha. W ogóle do niczego nie miał dobrego oka, prócz ładnych dziewczyn; i dokąd go to zaprowadziło? Czy już za późno, żeby wyszkolić oko? Odchrząkuje.

– Lucy – powtarza, tym razem głośniej.

Czar prysł. Lucy prostuje się, robi pół obrotu, uśmiecha się.

– Cześć – mówi. – Nie słyszałam, jak podszedłeś.

Katy podnosi łeb i krótkowzrocznymi ślepiami patrzy w stronę Luriego.

A on przełazi przez płot. Suka ociężale zbliża się do niego i obwąchuje mu buty.

– Gdzie furgonetka? – pyta Lucy. Jest zarumieniona od pracy i może troszkę opalona. Nagle wygląda jak okaz zdrowia.

– Zaparkowałem i przeszedłem się kawałek. – Wstąpisz na herbatę?

Zaprasza go jak gościa. Dobrze. Gościnność, goszczenie: nowa płaszczyzna, nowy początek. Znowu niedziela. On i Bev Shaw odbywają kolejną sesję Losung. Kobieta wnosi koty, jednego za drugim, a potem psy: stare, ślepe, chrome, kalekie, okaleczone, ale też i młode, zdrowe – wszystkie, które już za długo są w schronisku. Kolejno ich dotyka, mówi do nich, pociesza je i unicestwia, a później odsuwa się i patrzy, jak Lurie chowa ich zwłoki w szczelnych całunach z czarnego plastiku. On i Bev nie odzywają się do siebie. Nauczył się tymczasem – tak, od niej się nauczył – poświęcać całą uwagę zabijanemu zwierzęciu i dawać mu to, czego już nie wzbrania się nazwać po imieniu: miłość. Zawiązuje ostatni worek i zanosi go pod drzwi. Dwadzieścia trzy. Został jeszcze tylko młody pies – ten, co lubi muzykę, ten, który (gdyby mu pozwolono) dawno już przycwałowałby w ślad za swoimi towarzyszami do budynku kliniki, do gabinetu ze stołem o cynkowym blacie, gdzie wciąż wisi w powietrzu bogata mieszanka zapachów, a wśród nich woń, z jaką nigdy dotąd się nie spotkał: zapach konania, miękki, krótkotrwały zapach uwolnionej duszy. Czego pies nie zdoła rozpracować (nigdy w życiu, choćby przeżył jeszcze nie wiem ile niedziel, myśli Lurie), czego własny nos mu nie powie, to tego, jak można wejść do pokoju, który na pozór wydaje się całkiem zwyczajny, i więcej stamtąd nie wyjść. Coś tam się wydarza – coś, o czym nie wypada mówić. Dusza przemocą wyszarpnięta z ciała na krótką chwilę zawisa w powietrzu, wijąc się i skręcając; a potem jakiś powiew ją wysysa i już jej nie ma. Pies nie zdoła pojąć, co właściwie dzieje się w pokoju nie będącym właściwie pokojem, lecz dziurą, przez którą wycieka się ze sfery istnienia.To jest z dnia na dzień coraz trudniejsze, powiedziała kiedyś Bev Shaw. Trudniejsze, ale też łatwiejsze. Człowiek przyzwyczaja się do rosnących trudności, przestaje się dziwić, że coś, co było skrajnie trudne, staje się coraz trudniejsze. Lurie może ocalić młodego psa, jeśli zechce, na jeszcze jeden tydzień. Ale prędzej czy później przyjdzie chwila, ta nieunikniona chwila, kiedy będzie musiał przynieść go do gabinetu Bev Shaw (i może rzeczywiście przyniesie go na rękach, może zrobi to dla niego), pogłaskać i odgarnąć mu sierść, żeby igła trafiła w żyłę, i szeptać do niego, i podtrzymać go w momencie, gdy zdumiewająco ugną się pod nim łapy; potem zaś, kiedy dusza uleci, zgarnąć go ze stołu i zapakować do worka, a nazajutrz wtoczyć worek w płomienie, w których będzie spalany, spalony. Zrobi to wszystko dla młodego psa, kiedy przyjdzie na niego pora. Będzie to niewiele, mniej niż niewiele: nic. Przechodzi przez gabinet.

– To był już ostatni? – pyta Bev Shaw.

– Jeszcze jeden.

Otwiera drzwi boksu.

– Chodź – mówi, pochylając się z otwartymi ramionami. Pies radośnie kręci kalekim tułowiem, obwąchuje Luriemu twarz, liże go po policzkach, ustach, uszach. Lurie nie robi nic, żeby temu przeszkodzić. – Chodź – powtarza.

Niosąc go na rękach jak jagnię, wraca do gabinetu.

– Myślałam, że przedłużysz mu życie jeszcze o tydzień – mówi Bev Shaw. – Poddajesz go?

– Tak, poddaję.

John Maxwell Coetzee

***