/ Language: Polski / Genre:thriller

Fiołki Są Niebieskie

James Patterson

Detektyw Alex Cross przybywa do mieszkania swojej zamordowanej partnerki i przyjaciółki, agentki FBI. Już wie, że za jej śmierć odpowiedzialny jest jego zaprzysięgły wróg, nieuchwytny psychopata, nazywający siebie Supermózgiem, który ma sumieniu wiele zbrodni. Prowadzone od dłuższego czasu śledztwo nie przyniosło dotąd rezultatów. Można przypuszczać, że ktoś celowo blokuje pracę policji…

James Patterson

Fiołki Są Niebieskie

Z angielskiego przełożył Witold Nowakowski

Tytuł oryginału: VIOLETS ARE BLUE

Copyright © James Patterson 2001

Dedykuję tę książkę mojemu kumplowi, który, co prawda, nie jest agentem FBI, lecz nosi naprawdę ekstra nazwisko: Kyle Craig.

Poza tym chcę wyróżnić kilkoro mecenasów sztuki:

Jima Heekina, Mary Jordan, Ferna Galperina, Marię Pugatch, Irenę Markocki, Barbarę Groszewski, Tony’ego Peysera i moją słodką Suzie.

Prolog

Bez ostrzeżenia

Rozdział 1

Nic nie zaczyna się tam, gdzie, naszym zdaniem, powinno. Toteż i tej sprawie nie dał początku brutalny mord popełniony na mojej dobrej przyjaciółce, agentce FBI, Betsey Cavalierre. Myślałem, że tak było. Popełniłem grubą i bolesną pomyłkę.

W środku nocy podjechałem pod dom Betsey, w Woodbridge, w stanie Wirginia. Nigdy tu przedtem nie byłem, lecz bez trudu trafiłem pod właściwy adres. Na ulicy stały karetki i wozy FBI. Wszędzie błyskały żółte i czerwone światła. Zdawało mi się, że ktoś pomalował trawnik i werandę w jaskrawe, groźne smugi.

Głęboko zaczerpnąłem tchu i wszedłem do środka. Chwiałem się, miałem kłopoty z utrzymaniem równowagi. Zobaczyłem wysoką blondynkę, Sandy Hammonds. Też pracowała w FBI. Teraz płakała. Przyjaźniła się z Betsey.

Na stole w przedpokoju leżał służbowy rewolwer Betsey i wydruk z terminami kolejnych sprawdzianów strzelania. Gorzka ironia.

Zmusiłem się, żeby przejść długim korytarzem, który pro-

Od razu wiedziałem, że tam dokonano zbrodni. Miejscowi policjanci i laboranci FBI kłębili się przy otwartych drzwiach niczym rój rozzłoszczonych os u wejścia do zniszczonego gniazda. Ale poza tym, w całym mieszkaniu panowała wręcz upiorna cisza. I to było właśnie najgorsze. Zresztą, jak zwykle.

Znów straciłem kogoś bliskiego – przyjaciółkę i współpracownika.

To już drugi taki przypadek w ostatnich dwóch latach.

A Betsey była dla mnie kimś więcej niż koleżanką z pracy.

Jak to się stało? Co to znaczy?

Dostrzegłem drobne ciało Betsey leżące na parkiecie i zamarłem ze zgrozy. Na moment odruchowo zakryłem twarz dłonią. Nie panowałem nad emocjami.

Morderca zdarł z niej bieliznę, lecz nie widziałem rozrzuconych strzępków materiału. Podbrzusze było pokryte krwią. Pastwił się nad nią. Używał noża. Miałem ochotę czymś ją przykryć, lecz nie potrafiłem się na to zdobyć.

Nic niewidzące, piwne oczy Betsey nieruchomo patrzyły w moją stronę. Pamiętam, jak je całowałem. Jak całowałem jej policzki. Zapamiętałem, jak się śmiała, wysokim, melodyjnym śmiechem. Stałem tak nad nią przez długą chwilę, zrozpaczony i przeraźliwie smutny. Chciałem, ale nie byłem zdolny się od niej odwrócić. Nie mogłem jej tak zostawić.

Kiedy tak stałem, usiłując wymyślić coś mądrego, nagle zadzwonił mi w kieszeni telefon komórkowy. Aż podskoczyłem. Machinalnie sięgnąłem po aparat, lecz nie od razu przytknąłem go do ucha. Nie miałem ochoty rozmawiać.

– Alex Cross – rzuciłem wreszcie.

Usłyszałem przefiltrowany przez maszynę głos i krew ścięła mi się w żyłach. Mimo woli zadrżałem.

– Wiem, kto mówi, i wiem, gdzie jesteś. U biednej, małej i zaszlachtowanej Betsey. Nie czujesz się jak marionetka.

– Dlaczego ją zamordowałeś?! – zawołałem. – Po co? W słuchawce rozległ się metaliczny śmiech i poczułem, że włos jeży mi się na głowie.

– Spróbuj to rozszyfrować. Wszak jesteś słynnym detektywem. Nazywasz się Alex Cross i rozwiązujesz najtrudniejsze sprawy. W twoje ręce wpadli Gary Soneji i Casanovą. Ty wyjaśniłeś zagadkę Jacka i Jill. Chryste, jestem pod wrażeniem.

– To może się spotkamy? – spytałem półgłosem. – Tu i teraz. Przecież wiesz, gdzie mnie znaleźć.

Supermózg znów się roześmiał, po cichu, niemal niesłyszalnie.

– A może lepiej zabiję twoją babkę i trójkę małych bachorów? Wiem, gdzie są. Dałeś im ochronę. Myślisz, że mnie powstrzymasz? John Sampson nie jest dla mnie godnym przeciwnikiem.

Przerwałem połączenie i wybiegłem na ulicę. Zadzwoniłem do Sampsona, do Waszyngtonu. Odebrał po drugim sygnale.

– Wszystko w porządku? – zapytałem bez tchu.

– W porządku, Alex. Żadnych kłopotów. Skąd ten alarm? Czy coś się stało?

– Powiedział, że was dopadnie… Ciebie, Nanę i dzieci. – Wziąłem głębszy oddech. – Supermózg.

– Nic z tego, bracie. Ze mną nie pójdzie mu tak łatwo. Niechby tylko spróbował…

– Uważaj, John. Tak, czy owak, natychmiast wracam do Waszyngtonu. Bądź ostrożny. To wariat. Zabił Betsey… i zbezcześcił zwłoki.

Zakończyłem rozmowę i pędem pobiegłem do mojego starego porsche. Telefon znów zadzwonił, zanim dopadłem samochodu.

– Tylko spokojnie, doktorze Cross. Słyszę, że jest pan zdyszany. Dzisiaj nic im nie zrobię. Zakpiłem sobie z pana. Zrobiłem sobie pieprzoną zabawę. Biegnie pan, prawda? To niech pan biegnie dalej. I tak się panu nie uda. Przede mną nie ma ucieczki. Chodzi mi właśnie o pana. Jest pan następny na mojej liście.

Część 1

Kalifornijskie zbrodnie

Rozdział 2

Wieczorna mgła niczym obłok siarki spłynęła na park Golden Gate w San Francisco. Porucznik Armii Stanów Zjednoczonych, Martha Wiatt, i jej chłopak, sierżant Davis 0’Hara, trochę przyspieszyli kroku. Wyglądali czarująco, a nawet pięknie w gasnącej poświacie słońca.

Martha usłyszała pierwszy niski pomruk i pomyślała, że to jakiś pies hasa po uroczej części parku, ciągnącej się od Haight-Ashbury aż do oceanu. Dźwięk dobiegał z tak daleka, że nie budził żadnych obaw.

– Psisko! – zawołała ze śmiechem do Davisa. Wbiegli na strome wzgórze, skąd rozciągał się wspaniały widok na most linowy, łączący San Francisco z hrabstwem Marin. Pod hasłem „psisko” w ich języku kryło się dosłownie wszystko, co rozmiarami przekraczało normę – od samolotów, poprzez narządy płciowe, aż do przedstawicieli psiej rodziny.

Wiedzieli, że za kilka minut most całkowicie zginie za zasłoną mgły. Teraz jednak był w pełnej krasie. Chętnie tu przychodzili. Było to jedno z ich ulubionych miejsc w San Francisco.

– Kocham biegać, uwielbiam mosty i cudne zachody słoń-

– Marny dowcip w feministycznym stylu – rzekł Davis, lecz uśmiechnął się od ucha do ucha, pokazując najbielsze zęby na świecie. Przynajmniej Martha nigdy nie widziała bielszych.

Ruszyła dróżką wśród zarośli. W czasie studiów na Uniwersytecie Pepperdine wygrywała biegi przełajowe i wciąż była w znakomitej formie.

– Już się tłumaczysz z przegranej? – zawołała.

– Zobaczymy! – odkrzyknął Davis. – Ten, kto przegra, stawia kolację u Abbeya.

– Już czuję smak dos equis. Mmmm… Ale dobre… Głośniejszy pomruk przerwał im dalszą rozmowę. Brzmiał dużo bliżej.

Żaden pies nie pokonałby takiej odległości w tak krótkim czasie. Może więc były aż dwa „psiska”?

– Mają tu jakieś koty? – spytał Davis. – Na przykład coś w rodzaju pumy?

– Jasne, że nie. Daj spokój. Jesteśmy w San Francisco, a nie w górach Montany. – Martha pokręciła głową. Krople potu skapnęły z jej krótko przystrzyżonych kasztanowych włosów. Nadstawiła ucha. Wydawało jej się, że słyszy czyjeś kroki. Maratończyk z psem?

– Wynośmy się z tego lasu – zaproponował Davis.

– Racja. Nie mam nic przeciw temu. Ostatnich gryzą psy! – krzyknęła, rzucając się do szybszego biegu.

– Kiepski żart, pani porucznik. Oj, kiepski… Zrobiło się trochę strasznie.

– Wielkich kotów tu nie widziałam, ale mam przed sobą przestraszonego kotka.

Znowu pomruk – tym razem bardzo blisko. Coś następowało im na pięty. Zbliżało się coraz prędzej.

– Zwiewamy, Davis! – z przestrachem zawołała Martha.

Rozdział 3

Porucznik Martha Wiatt gnała jak opętana. Davis zostawał coraz dalej. Nic w tym dziwnego. Martha dla zabawy brała udział w triatlonie. On pracował za biurkiem, chociaż – na Boga – całkiem nieźle wyglądał jak na księgowego.

– Pospiesz się! – krzyknęła do niego przez ramię. – Biegnij tuż przy mnie! Nie odstawaj!

Nie odpowiedział. To przynajmniej rozwiązywało kwestię, które z nich jest w lepszej kondycji i kto jest lepszym sportowcem. Martha, oczywiście, wiedziała to od dawna.

Tuż za sobą słyszała złowrogie warczenie i echo ciężkich kroków, stawianych wśród szeleszczących opadłych liści. Coś było bardzo blisko.

Ale co?

– Martha! Coś mnie dopadło! O, Boże! Uciekaj! Uciekaj! – wrzeszczał Davis. – Wynoś się stąd do diabła!

Poczuła przypływ adrenaliny. Wyciągnęła szyję, jakby atakowała niewidzialną linię mety. Ręce i nogi pracowały niczym sprawne tłoki. Ciężar ciała przeniosła w przód jak każda dobra biegaczka.

Znów usłyszała krzyki. Spojrzała w tył, ale Davis zniknął.

Głos Davisa wciąż dzwięczał jej w uszach. Ogarnięta paniką, gnała niemal na oślep, nie patrząc pod nogi. Potknęła się o wystający kamień i przekoziołkowała po stromym stoku. Na koniec uderzyła w pień młodego drzewa. Dopiero to ją zatrzymało.

Oszołomiona, z trudem dźwignęła się na nogi. Jezu, była zupełnie pewna, że połamała prawą rękę. Przycisnęła ją lewą do piersi i pokuśtykała dalej.

Wreszcie dotarła do szerokiej, przelotowej drogi, wijącej się w poprzek parku. Krzyki Davisa umilkły. Co się z nim stało? Musiała sprowadzić pomoc.

W oddali zobaczyła światła nadjeżdżającego samochodu i wybiegła na środek jezdni. Stanęła na podwójnym pasie. Czuła się jak wariatka. Na miłość boską, przecież to San Francisco!

– Stać! Błagam, stać! Hej! Hej! Hej! – Wymachiwała zdrową ręką i krzyczała co tchu w płucach. – Stać! Na pomoc!

Biała furgonetka pędziła wprost na nią, lecz po chwili skręciła, by stanąć na poboczu. Z szoferki wyskoczyło dwóch ludzi. Na pewno mi pomogą, pomyślała Martha. Na masce furgonetki widniał znak Czerwonego Krzyża.

– Na pomoc! Prędzej… – wołała Martha. – Mój chłopak miał wypadek.

Nieoczekiwanie sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót. Jeden z nadbiegających mężczyzn wymierzył jej cios pięścią. Upadła, zanim zorientowała się, co naprawdę zaszło. Z głuchym plaśnięciem, jak mokra piłka, uderzyła podbródkiem o beton. Niemal straciła przytomność, tak duża była siła zderzenia.

Spojrzała w górę, mrużąc oczy, żeby odzyskać ostrość widzenia. Pożałowała, że jej się to udało. Napotkała spojrzenie czerwonych ślepi. Zobaczyła szeroko rozwarte usta. Potworne!

Najpierw poczuła ugryzienie w policzek, a potem w szyję. Jak to możliwe? Zęby wpijały się w jej ciało, a ona krzyczała aż do bólu gardła. Wiła się, tłukła i kopała obu napastników, lecz nie zdołała się uwolnić. Dysponowali niespożytą siłą. Obaj warczeli jak zwierzęta.

– Rozkosz… – szepnął któryś prosto do ucha Marthy. – Czyż to nie piękne? Mieliście szczęście. Wybrano was spośród wszystkich pięknych ludzi z San Francisco. Davisa i ciebie.

Rozdział 4

Błękitne niebo rozpościerało się nad Waszyngtonem. Był cudny poranek. No, może niezupełnie cudny, bo Supermózg znów nabrał ochoty do rozmowy.

– Cześć, Alex. Tęskniłeś za mną? Cholernie mi ciebie brakowało… wspólniku.

Sukinsyn od tygodnia wydzwaniał do mnie co rano, strasząc i dokuczając. Czasem po prostu mnie przeklinał przez ładne kilka minut. Dzisiaj był w lepszym nastroju.

– Wiesz już, co będziesz robił? Masz jakieś konkretne plany?

Owszem. Chciałem go złapać. Właśnie siedziałem w wozie FBI, gotowy do natychmiastowej akcji. Rozmowa była namierzana, więc myślałem, że pościg nie potrwa zbyt długo. FBI miało sądowy nakaz na prowadzenie nasłuchu i działaliśmy ręka w rękę z operatorem sieci. Oprócz mnie, z tyłu furgonetki było jeszcze trzech federalnych i mój stary kumpel, John Sampson. Kiedy odezwał się Supermózg, wyruszyliśmy spod mojego domu przy Piątej Ulicy. Pojechaliśmy w stronę międzystanowej numer 395 North. Musiałem z nim rozmawiać dopóty.

– Była o wiele, wiele milsza – odparł. – Jakby stworzona do pieprzenia.

Jeden z techników mruknął coś za mną. Starałem się słuchać obu rozmów naraz.

– Facet w pełni zasłużył na swoje przezwisko – powiedział agent. – Przy tak silnym sygnale powinniśmy od razu go namierzyć. Tymczasem to nie wychodzi.

– Dlaczego? – spytał Sampson i przysunął się bliżej.

– Dokładnie nie wiem. Wciąż znajdujemy nowe źródła. Wygląda to tak, jakby się przemieszczał. Może dzwoni z komórki, na przykład z samochodu? Trudniej wyłapać taką rozmowę.

Zauważyłem, że skręciliśmy z D i wjechaliśmy do tunelu na Trzeciej. Gdzie on się schował?

– Coś ci się stało, Alex? – zapytał Supermózg. – Jesteś dziś jakiś roztargniony.

– Nieprawda. Ciągle cię słucham… wspólniku. Naprawdę lubię nasze poranne pogawędki.

– Dlaczego to jest takie trudne? – narzekał technik.

Bo macie do czynienia z Supermózgiem, durnie! – miałem ochotę krzyknąć.

Po prawej stronie zobaczyłem Washington Convention Center. Furgonetka rwała naprzód, mknąc ulicami miasta z szybkością dochodzącą do dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę.

Minęliśmy hotel Renaissance. Skąd, do cholery, dzwonił Supermózg?

– Chyba go mamy – podekscytowanym głosem powiedział młodszy z agentów. – Jest całkiem blisko.

Samochód stanął i powstało niewielkie zamieszanie. Sampson i ja sięgnęliśmy po broń. Koniec pościgu. Wprost nie wierzyłem, że wreszcie dopadłem wroga.

– Jezu Chryste, co za cholerne gówno! – krzyknął Sampson, bębniąc pięścią w bok furgonetki. Byliśmy pod budynkiem imienia J. Edgara Hoovera, przy Pennsylvania Avenue 935. Pod kwaterą główną FBI.

– Co się stało? – huknąłem na agentów. – Gdzie on, do diabła, się podziewa?

– Szlag by to trafił… Sygnał znów ucieka. Jest poza Waszyngtonem. Nie… wrócił znów do miasta. Chryste, zniknął za granicą!

– Żegnaj, Alex. Nie, raczej „do widzenia”. Już ci mówiłem: będziesz następny – powiedział Supermózg i przerwał połączenie.

Rozdział 5

Reszta dnia ciągnęła się w nieskończoność. Chyba wpadłem w lekką depresję. Potrzebowałem chwili odpoczynku od knowań Supermózgu.

Nie jestem pewien, gdzie, jak i kiedy wpadło mi to do głowy, lecz umówiłem się na randkę z pewną prawniczką z prokuratury okręgowej w Waszyngtonie. Elizabeth Moore była nieodparcie zabawną, tęgawą kobietą o bezpośrednim, ale miłym sposobie bycia. Swoim uroczym śmiechem zawsze skłaniała mnie do uśmiechu. Zjedliśmy małą kolację u Marcela, w Foggy Bortom. To najlepsze miejsce na taką wyprawę. Kuchnia była francuska, z lekko flamandzkim akcentem, więc moim zdaniem spędziliśmy uroczy wieczór. Byłem też święcie przekonany, że Elizabeth się ze mną zgadza.

Zamówiliśmy deser i kawę. Po odejściu kelnera Elizabeth delikatnie położyła rękę na mojej dłoni. Na stolik padało wątłe światło samotnej świeczki umieszczonej w kryształowym świeczniku.

– No dobrze, Alex – odezwała się Elizabeth – mamy za

Wiem to z własnego doświadczenia. Po co umawiasz się na randki?

Dobrze wiedziałem, o co chodzi, lecz przybrałem zdumioną minę.

– Problem? – Wzruszyłem ramionami i wreszcie pozwoliłem sobie na słaby uśmiech.

Elizabeth wybuchnęła śmiechem.

– Ile masz lat? Trzydzieści dziewięć? Czterdzieści?

– Czterdzieści dwa, ale dziękuję – odparłem.

– Pomyślnie przeszedłeś przez wszystkie małe próby, jakie dla ciebie wymyśliłam…

– Na przykład?

– Wybrałeś świetne miejsce na kolację. Romantyczne, lecz nie zanadto. Nie spóźniłeś się na spotkanie. Udawałeś, że się nie nudzisz, gdy mówiłam o rzeczach, które wyłącznie mnie interesują. Jesteś przystojny… chociaż to ostatnie nie ma większego znaczenia.

– Poza tym bardzo lubię dzieci – dodałem – i nawet chętnie miałbym ich trochę więcej. Przeczytałem wszystkie powieści Toni Morrison. W razie potrzeby umiem odetkać zlew i ugotować obiad.

– Daj spokój – powiedziała. – Co ukrywasz? Kelner przyniósł ciastka i kawę. Właśnie napełniał filiżankę stojącą przed Elizabeth, kiedy gdzieś u mojego biodra rozległ się pisk pagera.

O, Jezu…

Dopadli mnie.

Popatrzyłem na nią ponad stołem – i na moment przymknąłem powieki.

– Pozwolisz, że na chwilę wyjdę? Znam ten numer. To biuro FBI w Quantico. Nie będę za długo gadał. Zaraz wrócę.

Stanąłem tuż przed drzwiami wiodącymi do toalety i wyjąłem z kieszeni telefon komórkowy. Zadzwoniłem do Wirginii, do Kyle’a Craiga. Od wielu lat łączyła nas rzetelna przyjaźń, ale od czasu gdy stałem się łącznikiem między policją waszyngtońską a Federalnym Biurem Śledczym, widywałem go znacznie częściej. Nawet za często. Wciągał mnie w najpaskudniejsze sprawy w dziejach FBI. Nienawidziłem jego telefonów. Co zatem znów się stało?

Kyle doskonale wiedział, kto do niego dzwoni. Nawet mi nie powiedział „Cześć”.

– Alex, pamiętasz śledztwo, które prowadziliśmy razem niecałe półtora roku temu? Młoda dziewczyna „na gigancie”, powieszona w jakimś hotelu. Patricia Cameron. Teraz mamy podobną zbrodnię, tylko podwójną, w San Francisco. Zdarzyło się to zeszłej nocy, w parku Golden Gate. Okropny widok. Nic gorszego już dawno nie widziałem.

– Kyle – westchnąłem – właśnie jem kolację z atrakcyjną, cholernie miłą i ciekawą kobietą. Porozmawiamy jutro. Zadzwonię do ciebie. Dziś mam wolne od służby.

Roześmiał się. Czasami go rozśmieszałem.

– Wiem, Nana mi mówiła. Chodzisz z prawniczką? No to posłuchaj tego: Pewien prawnik spotyka diabła. Diabeł powiada: Zrobię cię wspólnikiem, ale w zamian oddasz mi duszę i dusze wszystkich twoich krewnych. Prawnik patrzy na diabła i pyta: A gdzie tkwi haczyk?

Po tym dowcipie Kyle opowiedział mi o podobieństwach pomiędzy mordem w San Francisco a starą sprawą z Waszyngtonu. Dowiedziałem się więcej, niż chciałem. Wciąż miałem przed oczami obrzękłą twarz Patricii Cameron. Przetarłem czoło, żeby odpędzić ten potworny widok.

Kyle lubił długo gadać. Kiedy skończył, wróciłem do stolika – i do Elizabeth.

Uśmiechnęła się z pobłażaniem i pokręciła głową.

– Już wiem, o co ci chodzi – powiedziała. Usiłowałem się roześmiać, choć żołądek miałem zaciśnięty w węzeł.

– Nie tak źle, jak to wygląda – odparłem. Tylko znacznie gorzej, droga Elizabeth.

Rozdział 6

Rankiem w drodze na lotnisko odwiozłem dzieci do szkoły. Jannie ma osiem lat, Damon niedawno skończył dziesięć. Kochane dzieci, lecz tylko dzieci. Dasz im troszeczkę, to wezmą więcej, a potem jeszcze więcej. Ktoś kiedyś – nie pamiętam, kto – powiedział: „Mali Amerykanie cierpią na nadmiar matki i na niedobór ojca”. W przypadku moich dzieci było wręcz odwrotnie.

– Kiedyś się przyzwyczaję – oznajmiła Jannie, gdy stanęliśmy przed głównym wejściem Sojourner Truth School. Z głośników w samochodzie sączył się nastrojowy głos Helen Folasade Adu, czyli Sade. To było bardzo miłe.

– Za bardzo się nie przyzwyczajaj. To aż pięć przecznic od naszego domu. Kiedy byłem chłopcem, w Karolinie Pomocnej, szedłem do szkoły aż osiem kilometrów wśród plantacji tytoniu.

– Prawda, prawda – wtrącił się Damon. – Tylko zapomniałeś dodać, że chodziłeś zupełnie boso.

– Rzeczywiście. Dziękuję, że mi przypomniałeś. Szedłem do szkoły boso aż osiem kilometrów wśród tych wrednych plantacji tytoniu.

Oboje wybuchnęli śmiechem. Ja też. Dobrze mi z nimi było. Ciągle je filmowałem z nadzieją, że jak już zaczną mnie ignorować w trudnym okresie dorastania, to na pociechę zostaną mi przynajmniej piękne wspomnienia. Bałem się także, że pewnego dnia zachoruję na NCNP, czyli przypadłość znaną pod pełniejszą nazwą „Ni Cholery Nie Pamiętam”. Szerzyła się coraz bardziej.

– W sobotę mam wielki koncert – powiedział Damon. Już drugi rok śpiewał w waszyngtońskim chórze chłopięcym i szło mu naprawdę dobrze. Myślałem nieraz, że może będzie drugim Lutherem Vandrossem lub Alem Greenem albo po prostu pierwszym Damonem Crossem.

– Do soboty na pewno wrócę. Możesz mi wierzyć. Za nic bym nie przegapił koncertu z twoim udziałem.

– Kilka już przegapiłeś – zauważył. Trochę mnie to ubodło.

– To byłem stary ja. Teraz już jestem nowy i dużo lepszy. Bywam na twoich koncertach.

– Jesteś okropnie śmieszny, tato – Jannie zachichotała Dzieciaki były bystre i cwane jak cholera.

– Przyjadę na występ Damona – obiecałem. – Pomóżcie babci w domu, bo przecież sami dobrze wiecie, że niedługo stuknie jej setka.

Jannie przewróciła oczami.

– Nana ma osiemdziesiąt lat i czuje się jak nastolatka. Sama tak mówi. Kocha gotować, zmywać naczynia i po nas sprzątać – powiedziała, całkiem udatnie naśladując złośliwe gęganie babci. – Daję słowo!

– A zatem do soboty. Już nie mogę się doczekać – zwróciłem się do Damona. Była to prawda i tylko prawda. Chór chłopięcy należał do najtajniejszych skarbów Waszyngtonu. Cieszyłem się, że mój syn wyśpiewał sobie miejsce w tak znakomitym gronie i że sprawiało mu to satysfakcję.

– No, dajcie buzi – poprosiłem. – I parę uścisków na drogę.

Damon i Jannie jęknęli chórem, lecz nachylili się w moją stronę. Bałem się, że już niedługo nie zechcą się przytulać i cmokać mnie w policzki, więc za każdym razem brałem kilka całusów na zapas. Warto zatrzymać chwilę szczęścia, zwłaszcza gdy chodzi o dzieci.

– Kocham was – powiedziałem, zanim otworzyłem drzwi samochodu. – Co wy na to?

– Też cię kochamy – zawołali Damon i Jannie.

– I dlatego, choć się wstydzimy, to jednak ci pozwalamy, żebyś nas obściskiwał na oczach całej klasy – dodała Jannie i pokazała mi język.

– Ostatni raz odwożę cię do szkoły – burknąłem z udawanym gniewem i też jej pokazałem język. Damon odwrócił się i pobiegł do swoich kolegów. Jannie popędziła za nim. Jeśli chodzi o mnie, dzieci rosną stanowczo za szybko.

Rozdział 7

Z lotniska zadzwoniłem do Kyle’a. Powiedział mi, że najlepsi fachowcy z Quantico w całym kraju szukają podobnych przypadków.

– Moim zdaniem, to bardzo poważna sprawa – powtarzał. Ciekaw byłem, czy wie coś więcej. Zazwyczaj nie mówił wszystkiego.

– Co ci się stało, Kyle? – spytałem. – Zerwałeś się z samego rana i już siedzisz przy robocie. Dlaczego tak przejmujesz się tym śledztwem?

– Przejmuję się, bo tu dzieją się doprawdy dziwne rzeczy. Nigdy przedtem nie miałem do czynienia z czymś takim. Poproszę Jamillę Hughes, żeby wyszła po ciebie na lotnisko. To jej sprawa, więc na pewno poda ci wszystkie dane. Jest bardzo dobra w tym, co robi. Musi być dobra, bo oprócz niej w wydziale zabójstw w San Francisco pracuje tylko jedna babka.

W samolocie lecącym z Waszyngtonu po raz kolejny przeczytałem raporty z miejsca zbrodni w parku Golden Gate. Otrzymałem je faksem dziś rano. Inspektor Hughes opisywała wszystko kompetentnie i ze szczegółami, chociaż flaki mi się wywracały przy lekturze niektórych fragmentów.

Na marginesie jej sprawozdania robiłem notatki. Traktowałem to jako pewien rodzaj stenogramu. Przy każdej sprawie pracowałem w ten sam sposób.

„O 3.20 rano w parku Golden Gate, w San Francisco, znaleziono zwłoki mężczyzny i kobiety. Dlaczego tam? W miarę możności iść do parku.

Obie ofiary zwisały głową w dół z gałęzi dębu. Po co je powieszono? Żeby utoczyć krew? A po co krew? Obrzęd oczyszczenia?

Ciała nagie i pokryte krwią. Dlaczego nagie? Gwałt? Zbrodnia na tle seksualnym? Czy po prostu zwykła brutalność? Chęć obnażenia ofiar przed oczami świata?

Nogi, ręce i pierś mężczyzny pokrywają głębokie rany. Wygląda na to, że ofiara została pogryziona. Mówiąc dokładniej – zagryziona!!!

Na ciele kobiety także widać ślady ukąszeń i cięte rany, bez wątpienia zadane jakimś ostrym narzędziem. Ofiara zmarła z wykrwawienia; straciła ponad czterdzieści procent krwi.

Małe czerwone plamki na kostkach obu ofiar, w miejscach otarcia sznurem, na którym wisiały ciała. Lekarz określił je jako wybroczynki (petechiae).

Ślady zębów na zwłokach mężczyzny wskazują na duże zwierzę. Czy to możliwe? Jaki drapieżnik mógłby zaatakować człowieka w parku, pośrodku wielkiego miasta? Łagodnie mówiąc, to czysta bzdura.

Biała substancja na nogach i brzuchu mężczyzny. Być może sperma. Kim był zabójca? Sadystą? Zboczeńcem?”.

Wróciłem myślą do sprawy z Waszyngtonu. Nie umiałem o niej zapomnieć.

Pewna szesnastolatka uciekła z domu, z Orlando, na Florydzie. Jej zmasakrowane zwłoki znaleziono w pokoju hotelowym w samym centrum stolicy. Nazywała się Patricia Dawn Cameron. Okoliczności zbrodni były zbyt podobne do morderstw w Kalifornii, żeby przejść nad tym do porządku. Dziewczyna była cała pogryziona i powieszono ją za nogi na haku od żyrandola.

Odnaleziono ją, gdy hak wyrwał się z sufitu i ciało z hukiem spadło na podłogę. Raport medyczny stwierdzał, że Patricia Cameron zmarła z upływu krwi – utraciła jej ponad siedemdziesiąt procent.

Pierwsze pytanie było oczywiste.

Po co komuś aż tyle krwi?

Rozdział 8

Tuż po wylądowaniu znalazłem się w zatłoczonej hali międzynarodowego portu lotniczego w San Francisco. Ciągle myślałem o krwi i dziwnych, straszliwych ukąszeniach. Rozejrzałem się za Jamillą Hughes. Wiedziałem tylko, że jest ładną, wysoką Murzynką.

Jakiś biznesmen w pobliżu bramki czytał Examinera. Na pierwszej stronie widniało tłustym drukiem: HORROR W PARKU GOLDEN GATE. DWOJE ZAMORDOWANYCH.

Nie znalazłem nikogo, kto by na mnie czekał, więc skierowałem się po znakach w stronę przystanku i postoju taksówek. Miałem jedynie ręczny bagaż, bo obiecałem przecież Damono wi, że w sobotę wrócę do domu. Dałem sobie rozkaz wymarszu i postanowiłem, że w przyszłości dotrzymam każdego przy rzeczenia. Poważnie.

Kiedy znalazłem się za bramką, podeszła do mnie jakaś kobieta.

– Przepraszam… detektyw Cross?

Zauważyłem ją tuż przed tym, zanim się odezwała. Była ubrana w dżinsy i skórzaną kurtkę, narzuconą na niebieski podkoszulek. Potem dostrzegłem, że pod pachą nosiła pistolet w kaburze. Miała około trzydziestu pięciu lat. Ładna, rzeczowa i cholernie miła jak na policjantkę z wydziału zabójstw. Ci na ogół bywają mrukliwi.

– Inspektor Hughes? – spytałem.

– Jamilla. – Wyciągnęła rękę i uśmiechnęła się na powitanie. Uśmiech też miała ładny. – Cieszę się, że pana poznałam. Szczerze mówiąc, to nie przepadam za pomysłami FBI, lecz pan cieszy się u nas niezłą opinią. Bieżąca sprawa przypomina tamto morderstwo w Waszyngtonie, więc… witam w San Francisco.

– Alex – odpowiedziałem. – Ja też się cieszę. – Potrząsnąłem jej prawicą. Dłoń miała silną, lecz bez przesady. – Właśnie myślałem o tamtym śledztwie – dodałem. – Twój raport przywołał niemiłe wspomnienia. Jak dotąd, nie znalazłem morderców Patricii Cameron. Możesz to dopisać do opinii o mnie, o której wspominałaś wcześniej.

Jamilla Hughes znów się uśmiechnęła. Szczerze. Na pewno nie udawała. W ogóle wydawała mi się całkiem szczera. Nie wyglądała na policjantkę. To chyba dobrze. Była zbyt normalna jak na gliniarza.

– Musimy się pospieszyć. Jesteśmy umówieni w kostnicy z dentystą weterynarzem. To dobry kumpel naszego lekarza sądowego. Wolisz to od uroków zwiedzania San Francisco?

Z uśmiechem pokręciłem głową.

– Prawdę mówiąc, właśnie po to przyleciałem. Czytałem o tym w jakimś przewodniku. „Kiedy już będziesz w San Francisco, to nie zapomnij zajrzeć do kostnicy!”.

– Nie ma kostnicy w przewodnikach – odparła Jamilla. – A szkoda. Czasami to ciekawsze niż przejażdżka tramwajem.

Rozdział 9

Niecałe pięćdziesiąt minut później byliśmy już w prosek torium słynnego Pałacu Sprawiedliwości w San Francisco, Poznałem tam głównego lekarza sądowego, Waltera Lee, i doktora Panga.

Allen Pang skrupulatnie zbadał oba ciała, nie mówiąc do nas ani słowa. Wcześniej obejrzał fotografie, wykonane na miejscu zbrodni. Był to niski łysy mężczyzna w grubych okularach w ciemnej oprawce. Zauważyłem, że w pewnej chwili Jamilla zmarszczyła nos i znacząco spojrzała na Waltera. Chyba obojt uważali Panga za dziwaka. Ja też miałem o nim całkiem podobne zdanie, jednak musiałem przyznać, że poważnie pod chodził do pracy.

– Dobrze, dobrze – rzekł pod nosem i odwrócił się w naszą stronę. – Jestem gotów opisać ten przypadek – oznajmił. – Zdjąłeś odciski śladów zębów, Walterze?

– Tak, zrobiliśmy to już na miejscu, w parku. W ciągu najbliższych dwóch dni dostanę pełne odlewy. Pobraliśmy też próbki śliny.

– Bardzo dobrze. To ci się chwali. Prawidłowy sposób działania. A teraz, za pozwoleniem, powiem wam, co ustaliłem Co prawda, to tylko domysły, lecz oparte na naukowych prze siankach.

– Wyśmienicie – powiedział Walter Lee cichym i dystyngowanym głosem. Miał na sobie biały fartuch z przezwiskiem „Smok” wyszytym na gómej kieszeni. Był wysoki – na oko mierzył ponad metr osiemdziesiąt – i ważył pewnie ze sto kilogramów. Wydawał się pewny siebie. – Z doktorem Pangiem znamy się od bardzo dawna – wyjaśnił na mój użytek. – Allen pracuje jako specjalista od zwierzęcego uzębienia w Centrum Weterynarii w Berkeley. Jest zaliczany do najlepszych fachowców na świecie. Mamy szczęście, że zgodził się nam pomóc.

– Jesteśmy panu bardzo wdzięczni, doktorze Pang – wtrąciła inspektor Hughes. – Świetnie, że jest pan z nami.

– Dziękujemy – przyłączyłem się do chóralnej litanii uwielbienia.

– Ależ proszę bardzo – odparł doktor Pang. – Nie bardzo wiem, jak zacząć… Może od tego, że mamy tu do czynienia z niezwykle interesującą sprawą. Zmarły mężczyzna został zagryziony – jestem tego prawie pewny – przez tygrysa. Ślady zębów na ciele kobiety wskazują na dwóch ludzi. Wygląda na to, że obaj sprawcy działali wspólnie ze zwierzęciem, zupełnie tak, jakby należeli do jednego stada. Niewiarygodne. Przedziwne, jeśli wolno mi użyć takiego słowa.

– Tygrys? – Tylko Jamilla wyraziła na głos dręczące nas wątpliwości. – Skąd ta pewność? Przecież to chyba niemożliwe.

– Możesz nam to wyjaśnić, Allenie? – poprosił Walter Lee.

– No cóż. Jak pewnie wszystkim wiadomo, człowieka zaliczamy do heterodontów, czyli stworzeń wyposażonych w zęby różnej wielkości i kształtu, przeznaczone do rozmaitych funkcji. Najważniejsze są nasze kły, osadzone pomiędzy ostatnim siekaczem a pierwszym zębem przedtrzonowym po obu stronach szczęki. Kłów używamy do rozrywania pożywienia.

Walter Lee skinął głową. Doktor Pang mówił dalej wyłącznie do niego. Zerknąłem na Jamillę. Mragnęła do mnie. Spodobało mi się, że ma poczucie humoru. Doktor Pang wyraźnie był w swoim żywiole.

– W odróżnieniu od ludzi, większość zwierząt należy do homodontów. Ich zęby są tej samej wielkości i kształtu, przeznaczone do tych samych celów. To jednak nie dotyczy wielkich kotów, zwłaszcza tygrysów. Zęby tygrysa świetnie pasują do jego zwyczajnej diety. W obu szczękach znajdziemy po sześć spiczasto zakończonych noży: dwa bardzo ostre kły, lekko wygięte do tyłu, i cztery przekształcone zęby trzonowe.

– Czy to ma jakieś znaczenie w świetle ostatnich wypadków? – zagadnęła Jamilla. Sam chciałem spytać o to samo.

Allen Pang energicznie pokiwał głową.

– Ależ tak! Oczywiście. Szczęki tygrysa są niezwykle silne, zdolne zmiażdżyć dość grabę kości. Poruszają się jednak tylko z góry na dół, a nie na boki. To oznacza, że tygrys może jedynie rwać pożywienie. Niezdolny jest do przeżuwania.

Zademonstrował nam to na własnej szczęce.

Głośno przełknąłem ślinę. Nagle spostrzegłem, że bezwiednie powtarzam ruchy doktora. Zbrodnia z udziałem tygrysa? Jak można w to uwierzyć?

Allen Pang umilkł na chwilę. Szybkim ruchem podrapał się w łysinę.

– Nie wiem tylko, jak ktoś zdołał oderwać zwierzę od ofiary – przyznał. – Dlaczego tygrys go usłuchał? Dlaczego nie pożarł ofiary?

– Niewiarygodne – westchnął Walter Lee i klepnął Panga w ramię. Potem popatrzył na mnie i Jamillę. – Jak to powiadają w Indiach? „Łap tygrysa, póki możesz”? Chyba dość trudno ukryć takie zwierzę w naszym kochanym San Francisco.

Rozdział 10

Wielki biały tygrys sapnął przeciągle. Przypominało to stłumiony gwizd. Syczący dźwięk wydobywał się gdzieś z głębi jego przepastnej gardzieli. Wydawał się pochodzić spoza tego świata. Ptaki odleciały z gałęzi cyprysu. Drobna zwierzyna uciekała najdalej, jak mogła.

Tygrys był długi na dwa metry, nie licząc ogona, muskularny i ważył nieco ponad dwieście sześćdziesiąt kilogramów. W dżungli polowałby zapewne głównie na dziki i jelenie, na antylopy lub bawoły. Lecz w Kalifornii nie było dżungli. Nie brakowało za to ludzi.

Nagle kot skoczył. Podłużne potężne ciało poruszało się niemal bez wysiłku. Młody chłopak o jasnych włosach nie próbował przed nim uciekać.

Wielka paszcza tygrysa rozwarła się na chwilę. Zwierzę zacisnęło szczęki na głowie chłopaka. Twarde zęby mogłyby mu zmiażdżyć czaszkę.

– Stój! Stój! Stój! – krzyknął młodzieniec. Dziwna rzecz… Tygrys znieruchomiał.

Tak po prostu. Na rozkaz.

– Wygrałeś – roześmiał się chłopak i poklepał zwierzę po grzbiecie. Tygrys uwolnił jego głowę.

Chłopak błyskawicznie wykonał unik w lewo. Poruszał się równie szybko i sprawnie jak tygrys. Teraz on skoczył. Zaatakował miękki biały brzuch tygrysa. Zatopił mu zęby w ciele.

– Mam cię, maleńki! Zwyciężyłem! Wciąż jesteś moim ukochanym niewolnikiem.

William Alexander spoglądał na to z dala. Obserwował młodszego brata z mieszaniną respektu i zaciekawienia. Michael był urodziwym młodzieńcem – jeszcze nie mężczyzną – niewiarygodnie zwinnym, atietycznym i niesłychanie silnym. Miał na sobie czarną koszulkę i spłowiałe niebieskie szorty. Mierzył sto dziewięćdziesiąt jeden centymetrów i ważył dziewięćdziesiąt pięć kilogramów. Był bez skazy. Zresztą w tym akurat nie odstawał od brata.

William odszedł parę kroków i popatrzył na odległe zielone wzgórza. Kochał tę okolicę. Kochał jej piękno i majestatyczny spokój, i wolność, jaką mu oferowała. Tu mógł robić wszystko, co tylko zechciał.

Zachowywał wewnętrzny spokój. Wciąż jeszcze się w tym wprawiał.

W dzieciństwie, wraz z Michaelem, żyli tutaj we wspólnocie hippisów. Ich rodzice byli hippisami. Wyznawali wolną miłość i wciąż ćpali, eksperymentując z własnym umysłem i ciałem. Wmawiali synom, że „świat zewnętrzny” jest groźny i źle urządzony. Matka uczyła Williama i Michaela, że seks jest możliwy z każdym, byle za obopólną zgodą. Bracia kochali się więc ze wszystkimi: z ojcem, matką i innymi mieszkańcami komuny. Swoiste pojęcie wolności przywiodło ich w końcu do złego i dwa lata siedzieli w poprawczaku o zaostrzonym rygorze. Aresztowano ich za prochy, ale za kratki poszli po napadzie. Ciążyło na nich podejrzenie popełnienia wielu poważniejszych przestępstw. Niczego im nie udowodniono.

William wciąż patrzył na dalekie wzgórza. Rozmyślał nad koncepcją znaną wśród wyznawców zen jako „niezmącony umysł”. Co dzień po trochu zrzucał z siebie plugawe brzemię przeszłości. Czekał chwili, gdy wyrwie się spod wpływu fałszywej etyki, mętnej moralności i innych pierdoł uznawanych przez cywilizację.

Był coraz bliżej prawdy. Podobnie jak Michael.

Miał już dwadzieścia lat.

Michael zaledwie siedemnaście.

Zabijali od pięciu lat i byli w tym coraz lepsi.

Byli niepokonani.

Nieśmiertelni.

Rozdział 11

Tej nocy obaj bracia polowali w Mili Valley, w hrabstwie Marin, w pięknej dolinie, pośród niskich wzgórz porośniętych bujną, soczystą zielenią i drzewami eukaliptusa. Jakieś sto metrów dalej, na stromym i skalistym zboczu, stała drewniana willa. Bracia bez trudu wspięli się po kamieniach. Ceglana ścieżka wiodła do podwójnych drzwi domu.

– Na krótko musimy zniknąć – powiedział William, nie odwracając głowy do Michaela. – Pan obarczył nas pewną misją. San Francisco to tylko początek.

– Świetnie – z uśmiechem odparł Michael. – Jak dotąd mi się podobało. A kim są ludzie, którzy mieszkają w tej wielkiej i pretensjonalnej chacie?

William wzruszył ramionami.

– Nikim. To tylko zwykły łup, nic więcej. Michael wydął usta.

– Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć?

– Pan kazał mi milczeć i nie brać ze sobą kota. Michael nie pytał o nic więcej. Był bezgranicznie posłuszny Panu.

Pan mówi ci, jak myśleć, czuć i postępować. Pan nie uznaje nad sobą żadnej władzy. Pan gardzi ludzkim światem i ty też masz nim gardzić.

Przed sobą mieli najlepszy przykład wspomnianego „ludzkiego świata”. Pełny sztafaż: starannie przystrzyżony i często podlewany trawnik, niewielki staw, w którym pływały złote karpie koi, i ciąg tarasów, podchodzących aż pod ściany domu. Willa była ogromna – pewnie miała co najmniej dwanaście pokoi. I to wszystko dla dwojga ludzi. Jak można być tak rozrzutnym?

William podszedł od razu do frontowych drzwi. Michael kroczył tuż za nim. W wysokim holu zobaczyli kryształowy żyrandol i kręte schody do nieba.

Gospodarzy znaleźli w kuchni. Pichcili późną kolację. Pracą dzielili się równo, jak przystało na dobrych małżonków.

– Zabawa dla japiszonów – roześmiał się William.

– A to co?! – zawołał mąż i uniósł obie ręce. Był potężnej postury i miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. W pierwszej chwili wyglądał jak kuchcik przy zlewie.

– Co wy tu, chłopcy, robicie? Wyjdźmy lepiej na zewnątrz.

– Pani mecenas? – William wskazał palcem na kobietę. Miała niewiele po trzydziestce, krótko obcięte blond włosy i wystające kości policzkowe. Smukła, o małych piersiach. – Sprawia nam pani kłopoty. – Uśmiechnął się. – Przyszliśmy na kolację.

– Ja też jestem prawnikiem – wtrącił dominujący samiec. – Nikt was tu nie zapraszał. Wynocha stąd! Słyszeliście? Natychmiast jazda za drzwi!

– Groziłaś Panu. – William wciąż zwracał się do kobiety. – To on nas tu przysłał.

– Arthurze… dzwonię na policję – odezwała się wreszcie do męża. Była bardzo zdenerwowana. Jej drobne piersi poruszały się w szybkim rytmie pod cienką koszulą. William spostrzegł w jej dłoni telefon komórkowy. Chyba go wyciągnęła sobie z tyłka, pomyślał i bardzo go to rozśmieszyło.

W jednej chwili znalazł się tuż przy niej. Michael równie zręcznie poradził sobie z mężem. Obaj bracia byli niewiarygodnie szybcy i silni. Wiedzieli o tym.

Warknęli głośno. Niemal zawsze w ten sposób straszyli ofiary.

– Mam pieniądze! Boże! Nie róbcie nam krzywdy! – głośno zawodził mąż, zupełnie jak baba.

– Wsadź sobie forsę w dupę – powiedział William. – Taki z niej dla nas pożytek. Tylko nie pomyśl czasem, że jestem psychopatą lub innym pospolitym durniem.

Wbił zęby w różową szyję szamoczącej się z nim kobiety. Od razu przestała walczyć. Ot, tak – zwyczajnie – już była jego. Spojrzała mu prosto w oczy i zwiotczała. Łza pociekła jej po policzku.

William nie podniósł głowy, póki nie zaspokoił głodu.

– Jesteśmy wampirami – szepnął do zamordowanej pary.

Rozdział 12

Drugiego dnia pobytu w San Francisco znalazłem się w niewielkim biurze Jamilli Hughes, w Pałacu Sprawiedliwości. Przejrzałem zeznania świadków i opis miejsca zbrodni w parku Golden Gate. Musiałem przyznać, że to dobra, fachowa robota. Byłem pod wrażeniem.

Samo morderstwo zadziwiało jednak swą tajemniczością. Nikt jeszcze nie wpadł na żaden dobry pomysł. Nikt nie podsunął rozwiązania. Przynajmniej o tym nie słyszałem. Wiedzieliśmy jedynie tyle, że dwoje młodych ludzi zginęło tragiczną śmiercią w przeokropny sposób. Ostatnio takie przypadki zdarzały się coraz częściej.

Koło południa zadzwonił mój telefon.

– Tylko sprawdzam, czy wszystko w porządku, Alex – odezwał się Supermózg. – Dobrze ci idzie w San Francisco? Piękne miasto. Chciałbyś w nim zostać trochę dłużej? A może w nim umrzeć? Jak się miewa inspektor Hughes? Podoba ci się? Ładna, prawda? Na pewno w twoim typie. Próbowałeś już ją przelecieć? Lepiej się pospiesz. Tempus fitgit.

Odłożył słuchawkę.

Wróciłem do pracy. Zagrzebałem się w niej po uszy na ładne parę godzin. Zanotowałem mały postęp.

Tuż po czwartej stanąłem przy oknie i – rozmawiając z Kyle’em – patrzyłem na ulicę. Zaczynały się godziny szczytu. Całkiem łagodnie, w stylu San Francisco. Kyle wciąż tkwił w Quantico, ale sercem i duszą był oddany sprawie.

Człowiek z jego pozycją zawsze mógł zażądać, aby go ną bieżąco włączono w dochodzenie. Tak też było i w tym przypadku. Znów mieliśmy pracować razem. Liczyłem na to.

Kątem oka zauważyłem jakieś poruszenie. Jamilla podeszła do mojego biurka. Wkładała skórzaną kurtkę, mocując się z drugim rękawem. Dokąd się wybierała?

– Poczekaj, Kyle – rzuciłem do słuchawki.

– Musimy jechać do San Luis Obispo – oznajmiła Jamil la. – Ekshumują tam jakieś ciało. To chyba ma coś wspólnego z naszym śledztwem.

Powiedziałem Kyle’owi, że muszę kończyć rozmowę. Życzył mi udanych łowów. Jamilla zwiozła mnie windą do garażi w podziemiach Pałacu Sprawiedliwości. Im dłużej ją obserwowałem w pracy, tym bardziej mi się podobała. Z entuzjazmem podchodziła do najtrudniejszych zadań. Detektywi na ogół już po paru latach tracą dawny zapał i wpadają w rutynę Ona była zupełnie inna. „Próbowałeś już ją przelecieć? Lepiej się pospiesz”.

– Zawsze jesteś taka nagrzana? – zapytałem, kiedy wsiedliśmy do niebieskiego saaba i pognaliśmy w stronę autostrady sto jeden.

– Na ogół zawsze – odpowiedziała. – Lubię swój zawód To ciężki kawałek chleba, ale ciekawy. Mówię zupełnie szczerze. Nie tęsknię za przemocą.

– Zwłaszcza w tej sprawie. Ciarki mnie przechodzą, kiedy widzę te wiszące ciała.

Zerknęła w moją stronę.

– A propos różnych zagrożeń… Zapnij pasy. Przed nami autostrada, a ja lubię szybką jazdę. To moje hobby. Niech cię nie zwiedzie karoseria saaba.

Nie żartowała. Tablice wskazywały, że do San Luis Obispo mamy niecałe trzysta osiemdziesiąt kilometrów. Przez większą część drogi lało jak z cebra. O wpół do dziewiątej wieczorem byliśmy już na miejscu.

– W jednym kawałku – zauważyła Jamilla i łobuzersko mrugnęła okiem, gdy skręcaliśmy z autostrady w stronę miasteczka.

Wokół nas roztaczał się sielski krajobraz. To właśnie tu ekshumowano zwłoki młodej dziewczyny. Zmarła z upływu krwi, zanim została powieszona.

Rozdział 13

San Luis Obispo było miasteczkiem studenckim. Bardzcj ładnym, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Znaleźliśmy Hi guera Street i skierowaliśmy się w stronę Osos. Mijaliśmj miejscowe sklepy, ale także kawiarnię Starbucks, księgarni) Barnes & Noble i Firestone Grill. Jamilla powiedziała mi, i każdą porę dnia da się tutaj rozpoznać po prostu po zapachui Popołudniami, nad Marsh Street, wisiał dym z wędzarni, a nocą, w okolicach browaru SLO, unosił się aromat słodu i jęczmienia.

Na posterunku czekała na nas detektyw Nancy Goodes. Byhj drobną ładną kobietą o mocno opalonej skórze, całkowicie pochłoniętą śledztwem. Prócz ekshumacji zajmowała się mor dem popełnionym na dwóch studentach Politechniki Kalifornijskiej. Z pozoru to nie pasowało do naszej obecnej sprawy ale któż to mógł wiedzieć na pewno? Nancy – jak wszyscy w wydziale zabójstw – nie użalała się na brak zajęć.

– Otrzymaliśmy zezwolenie na wykopanie ciała – powiedziała nam w drodze na cmentarz. Dobrze, że przestało padać i wieczór był ciepły, dzięki wiatrom wiejącym znad Santa Ana

– Możesz powiedzieć nam coś więcej? – spytała JarmT la. – Brałaś udział w śledztwie?

Nancy skinęła głową.

– Owszem, ale to samo usłyszysz od każdego gliniarza w mieście. To była przygnębiająca sprawa, cholernie ważna dla nas wszystkich. Mary Alice Richardson chodziła do liceum katolickiego. Jej ojciec był powszechnie lubianym lekarzem. Ona też była bardzo miła, ale dość szybko zeszła na złą drogę. Cóż mogę dodać? To tylko dzieciak. Miała piętnaście lat.

– Co to znaczy: „zeszła na złą drogę”? – zapytałem. Nancy Goodes westchnęła ciężko i mocniej zacisnęła usta.

Domyśliłem się, że dotknąłem niezabliźnionej rany.

– Wciąż opuszczała szkołę. Nieraz dwa, nawet trzy dni w tygodniu. Nie brakowało jej inteligencji, ale jej stopnie były wprost skandaliczne. Imponowało jej burzliwe życie – narkotyki w rodzaju ecstasy, ostra muzyka, czarna magia, pijaństwa i balangi. Niewykluczone, że próbowała kokainy. Aresztowano ją tylko raz, lecz rodzice przez nią mocno posiwieli.

– Byłaś na miejscu zbrodni? – spytała Jamilla. Mówiła łagodnym tonem, starannie dobierając słowa. Żadnej napastliwości.

– Niestety, tak. Dlatego też w obecnej chwili starałam się o ekshumację. Mary Alice zginęła rok i trzy miesiące temu. Nigdy… przenigdy nie zapomnę dnia, w którym ją znaleźliśmy.

Jamilla spojrzała na mnie, a ja na nią. Jeszcze nie znaliśmy wszystkich okoliczności śmierci nastolatki z San Luis Obispo. Poruszaliśmy się trochę po omacku.

– Morderca wyraźnie chciał, żeby ją znaleziono – ciągnęła Nancy. – Jako pierwsi natknęli się na nią dwaj studenci. Ścigali się brzegiem morza aż pod same wzgórza. Pewnie do dzisiaj mają koszmary po tym, co zobaczyli. Mary Ann wisiała głową w dół. Była zupełnie naga, ale zabójca pozostawił kolczyki w jej uszach i mały szafir w pępku. Nie chodziło więc o rabunek.

– A jej ubranie? – zapytałem.

– Leżało w pobliżu: spodnie moro, adidasy i podkoszulek Chili Peppers. Z tego, co wiemy, nic nie zginęło.

Zerknąłem na Jamille.

– Sprawca lub sprawcy mieli dobrą pamięć. Wygląda ni to, że nie szukali „pamiątek” i łupów. Trochę mi się to kłóć z typowym wizerunkiem seryjnego mordercy.

– To prawda – powiedziała Nancy. – Zgadzam się w stu procentach. Wie pan, co to są sznyty?

Skinąłem głową.

– Wiem – odparłem. – Blizny lub rany powstałe wskutek samookaleczenia. Zwykle na nogach albo przedramionach czasem na piersiach i plecach. Znacznie rzadziej na twarzy, gdyż delikwent nie lubi się tym afiszować. Nie chce, żeby g(powstrzymywano.

– No właśnie – westchnęła Nancy Goodes. – Mary Alic«robiła sobie sznyty. Sama lub z czyjąś pomocą. Miała ponad siedemdziesiąt blizn, rozsianych po całym ciele. Wszędzie z wyjątkiem twarzy.

Biały suburban skręcił w żwirową alejkę. Minęliśmy prze rdzewiała bramę.

– Jesteśmy na miejscu – oznajmiła Nancy. – Bierzmy się do roboty. Chciałabym mieć to już poza sobą. Nie lubię cmentarzy. Trochę mnie przygnębiają.

Też byłem przygnębiony.

Rozdział 14

Nie spotkałem jeszcze normalnej osoby, która by się nie bała nocą na cmentarzu. Sam uważam się za względnie normalnego, więc też ciarki chodziły mi po plecach. Detektyw Goodes miała rację – przygnębiająca sprawa. Tragiczny koniec życia ładnej młodej dziewczyny.

Tłem dla cmentarza były pofałdowane łąki u podnóża gór Santa Lucia. Wozy patrolowe z San Luis Obispo już stały wokół grobu Mary Alice Richardson. W pobliżu zobaczyłem samochód lekarza sądowego i dwie stare, poobijane ciężarówki bez żadnych oznaczeń.

W silnym świetle policyjnych reflektorów czterech grabarzy rozkopywało grób. Ziemia była tu czarna, tłusta i pełna dżdżownic. Kiedy dół osiągnął właściwą głębokość, do środka wprowadzono koparkę, by przejęła główną część pracy.

Policja, łącznie ze mną, nie miała nic do roboty. Mogliśmy tylko stać i patrzeć. Popijaliśmy kawę, gawędziliśmy, opowiadaliśmy kawałki z gatunku czarnego humoru, lecz nikomu nie było do śmiechu.

Wyłączyłem komórkę. Tu, na cmentarzu, nie chciałem z nikim gadać. Zwłaszcza z Supermózgiem.

Około pierwszej w nocy grabarze trafili na kamienną płytę, zakrywającą trumnę. Coś mnie zaczęło dławić, lecz patrzyłem dalej. Obok mnie stała Jamilla Hughes. Drżała na całym ciele ale nie odeszła. Nancy Goodes już dawno uciekła do samo chodu. Mądra dziewczyna.

Płytę podważono za pomocą łomów. Zajęczała ponuro, jakbj w wielkiej męce.

Otwór w ziemi był głęboki na niecałe dwa metry, tyle samo długi i szeroki na metr dwadzieścia.

Jamilla milczała. Ja również. Całą naszą uwagę pochłaniał) szczegóły ekshumacji. Mrugałem jak najęty w oślepiającyn świetle. Dyszałem ciężko i coś mnie drapało w gardle.

Przypomniały mi się fotografie zrobione na miejscu zbrodni Piętnastoletnia Mary Ann, wisząca przez kilka godzin, głów w dół, ponad pół metra nad ziemią. Wytoczono z niej całj krew. Była brutalnie gryziona i kłuta ostrym narzędziem, praw dopodobnie nożem.

Dziewczyny z Waszyngtonu nikt nie przebijał nożem. Co więc to mogło znaczyć? Skąd to odstępstwo od reguły? Po co im tyle krwi? W pewnej chwili uświadomiłem sobie, że wcale nie chcę znać odpowiedzi na te pytania.

Trumnę pieczołowicie obwiązano starą parcianą taśmą i be pośpiechu wydźwignięto na ziemię.

Z trudem łapałem oddech. Nagle poczułem się winny, że tu stoję. Przemknęło mi przez głowę, że nie powinniśmy zakłóca snu tej dziewczyny. To było świętokradztwo. Niech spoczywa w pokoju. Dosyć już wycierpiała.

– Wiem, wiem – mruknęła półgębkiem Jamilla. – Obrzydliwość. Czuję zupełnie to samo. – Lekko ujęła mnie za łokieć. – Ale trzeba to zrobić. Nie mamy wyboru. To jedyny sposób, by złapać morderców.

– Serio? – mruknąłem z przekąsem. – Myślisz pewnie że jak to powiesz, poczuję się trochę lepiej? Nic z tego.

– Biedna dziewczyna. Biedna mała – powiedziała Jamil la. – Wybacz nam, Mary Alice.

Właściciel miejscowego zakładu pogrzebowego osobiści otworzył trumnę. Potem odskoczył od niej, jakby zobaczył ducha.

Podszedłem bliżej, żeby także popatrzeć na zwłoki – i niemal jęknąłem ze zgrozy. Jamilla zakryła usta. Dwaj grabarze zrobili znak krzyża i nisko pochylili głowy.

Tuż przed nami, w białej powłóczystej sukience, leżała Mary Alice Richardson. Jasne włosy miała starannie zaplecione w warkocze. Wyglądała, jakby ją pochowano żywcem. Na całym ciele nie widać było ani śladu rozkładu.

– Zaraz to państwu wyjaśnię – odezwał się właściciel zakładu pogrzebowego. – Jestem dobrym znajomym Richardsonów. Pytali mnie, czy coś da się zrobić, aby ciało Mary zachować jak najdłużej. Jakby przewidywali, że ktoś kiedyś zechce znów ją zobaczyć. Pogrzebane zwłoki po odkopaniu są w różnym stopniu rozkładu. Wszystko zależy od środków użytych do ich konserwacji. Zastosowałem roztwór arszeniku. To sposób znany od zamierzchłych czasów. Rezultat widzą państwo sami.

Przerwał. Patrzyliśmy w napiętym milczeniu.

– Tak wyglądała Mary Alice w dniu pogrzebu. To tę dziewczynę zabito i powieszono.

Rozdział 15

O siódmej rano byliśmy już z powrotem w San Francisco. Nie wiedziałem, skąd Jamilla znalazła siły, żeby po nieprzespanej nocy zasiąść za kierownicą, ale radziła sobie całkiem nieźle. Zmuszaliśmy się do rozmowy, żeby tylko nie zasnąć. Nawet śmialiśmy się od czasu do czasu. Byłem zmęczony i oczy mi się kleiły. Kiedy wreszcie dotarłem do hotelu, rzuciłem się na łóżko i zamknąłem powieki, zobaczyłem przed sobą twarz Mary Alice Richardson.

Około drugiej po południu zjawiłem się w Pałacu Sprawiedliwości. Inspektor Hughes już siedziała przy swoim biurku i popijała kawę. Wyglądała na wypoczętą i świeżą. Nic dodać, nic ująć. Wciąż była zajęta śledztwem, chyba bardziej ode mnie. Miałem cichą nadzieję, że trochę jej to pomoże.

– Nie spałaś? – zagadnąłem, przystając przy niej na chwilę. Rozejrzałem się po jej gabinecie.

Dostrzegłem zdjęcie przystojnego, uśmiechniętego faceta. To bardzo dobrze, że znajdowała czas na prywatne życie. Możo nawet na miłość… Pomyślałem o Christine Johnson. Pewnie mieszkała teraz gdzieś na zachodnim wybrzeżu. Poczułem się skrzywdzony. Miłość mojego życia? Już nie. Niestety. Tuż po wyjeździe z Waszyngtonu usadowiła się w Seattle. Oznajmiła, że jej tam dobrze, i wróciła do pracy w szkole.

Jamilla wzruszyła ramionami.

– Obudziłam się koło południa i już nie mogłam zasnąć. Być może jestem trochę przemęczona. Lekarz sądowy z Luis Obispo ma nam dziś przesłać raport. Na razie posłuchaj, co przed chwilą przyszło e-mailem z Quantico. W Nevadzie i Kalifornii popełniono łącznie aż osiem morderstw takich jak w Golden Gate. Wszystkie ofiary były pogryzione, ale nie każdą powieszono. Pierwszy przypadek, jak dotąd, zdarzył się sześć lat temu, ale szukają jeszcze starszych.

– Gdzie to było? – spytałem. Spojrzała w notatki.

– W szacownej stolicy stanu, czyli w Sacramento… W San Diego, Santa Cruz, Las Vegas, Lakę Tahoe, San Jose, San Francisco i San Luis Obispo. To jakiś koszmar, Alex. Jedno takie morderstwo zupełnie wystarczy, żebym nie mogła zasnąć co najmniej przez miesiąc.

– Dodaj Waszyngton – powiedziałem. – Zadzwonię do FBI, żeby sprawdzili, co się działo na wschodnim wybrzeżu.

Uśmiechnęła się z niewinną minką.

– Już pogoniłam ich do pracy.

– Więc co robimy?

– A co w przerwach robią zazwyczaj gliniarze? Jedzą pączki i piją kawę – powiedziała, robiąc zabawną minę. Była piękna, nawet bardzo piękna, pomimo niewyspania.

Poszliśmy na późne śniadanie do Romy, tuż za rogiem. Rozmawialiśmy trochę o śledztwie, a potem zagadnąłem Jamillę ojej poprzednie sprawy. Była pewna siebie, lecz jednocześnie skromna. Bardzo mi się to podobało. Wydawała się jednak trochę roztargniona. Zjadła omlet i grzanki, wsparła dłoń na stoliku i nerwowo bębniła palcami po blacie. Była poirytowana. Myślała o pracy.

– Co się stało? – spytałem w końcu. – Coś przede mną ukrywasz.

Skinęła głową.

– Dzwonili do mnie z KRON-TV. Mają materiał do dziennika o zbrodniach w Kalifornii.

Zmarszczyłem brwi.!

– Kto puścił farbę, do ciężkiego diabła?; Wzruszyła ramionami.

– Nie wiem. Najlepiej będzie, jak powiadomię mojego; kumpla z Emminera. Niech pierwszy poda tę wiadomość.

– Zaraz, zaraz – zaprotestowałem. – Wiesz, co robisz?

– Chyba wiem. Mam do niego pełne zaufanie. Trzyma się; faktów i nie przesadza. Pomyślmy teraz, czy jest coś takiego, co chciałbyś przekazać mordercom. Można dorzucić to do tekstu.

W biurze czekały na nas kolejne złe wieści. Mordercy znów i zabijali.

Rozdział 16

Kolejny mord, kolejne trupy. Dwa ciała wiszące za nogi.

Rozdzieliliśmy się z Jamillą zaraz po przyjeździe do Mili Valley. Każde z nas miało własny sposób przeprowadzania śledztwa, swoją, metodę działania. Byłem jednak zupełnie pewny, że dojdziemy do tych samych wniosków. Widziałem tego oznaki. Złe oznaki.

Zwłoki zwisały z wieszaka na miedziane garnki. Scenerią zbrodni była nowoczesna kuchnia w dużej eleganckiej willi. Dawn i Gavin Brody mieli po trzydziestce. Oboje byli prawnikami. Tak jak w poprzednich przypadkach zginęli z upływu krwi.

Pierwsza zagadka: oboje byli nadzy, lecz nic im nie zginęło. Mordercy zostawili całą biżuterię: dwa rolexy, obrączki, zaręczynowy pierścionek z brylantem i złote kolczyki, skrzące się brylancikami. Wyraźnie dali nam do zrozumienia, że nie szukają pieniędzy ani kosztowności.

Gdzie zatem były ubrania obu ofiar? Wytarto nimi ślady krwi, uprzątnięto miejsce zbrodni? Dlatego potem je zabrano?

Zabójcy wtargnęli do domu chyba tuż przed kolacją. Czy to miało coś symbolizować? Element czarnego humoru? Zwykły przypadek czy starannie wybrany moment? Żryj bogatych?

W kuchni tłoczyło się kilku miejscowych policjantów i techników z ekipy śledczej przysłanej przez FBI. Gliniarze z Mili Valley już narobili więcej szkód niż pożytku. Chcieli dobrze, ale na pewno nie mieli dotąd do czynienia z tak poważnym morderstwem. Zauważyłem ślady butów na kamiennej posadzce kuchni. Na pewno nie należały do Brodych.

Jamilla obeszła całe pomieszczenie i stanęła tuż przy mnie. Dosyć się napatrzyła. W milczeniu pokręciła głową. Nie musiała nic mówić. Policjanci, przez swoją nieudolność, pozbawili nas ważnych dowodów.

– To przechodzi ludzkie pojęcie – szepnęła do mnie. – Skąd u morderców tyle nienawiści? Pierwszy raz widzę coś podobnego. A ty, Alex?

Bez słowa popatrzyłem jej prosto w oczy. Niestety, widziałem.

Rozdział 17

Artykuł z opisem „szału” na zachodnim wybrzeżu ukazał się na pierwszej stronie San Francisco Examinera. Wywołał prawdziwe piekło.

William i Michael obserwowali to wszystko w telewizji. Byli dumni z siebie, chociaż w gruncie rzeczy już dawno przewidzieli taki rozwój wypadków. Liczyli na to. Wszystko szło zgodnie z planem.

Stali się wybrańcami. Powierzono im pewne zadanie. Dobrze spełniali swoją misję. Na pewno nie próżnowali.

Kolację zjedli w przydrożnym barze, w Woodland Hills, na północ od Los Angeles, przy zjeździe z międzystanowej numer 5. Wszędzie, gdzie się zjawiali, budzili powszechne zaciekawienie. Dlaczego nie? Byli wysocy, o jasnych włosach spiętych na karku w kucyk, smukli, lecz muskularni, i ubrani całkiem na czarno. Każdy z nich stawał się archetypem współczesnego młodzieńca: zwierzę zamknięte w ciele szlachetnego księcia.

A z ekranu telewizora płynęły kolejne wieści. Seria morderstw była głównym tematem wszystkich wieczornych dzienników. Wywiady i doniesienia zajmowały po kilka minut. Wystraszeni mieszkańcy Los Angeles, Las Vegas, San Francisco i San Diego pletli przed kamerami niestworzone bzdury.

Michael zmarszczył brwi i popatrzył na brata.

– Wszystko poprzekręcali. No, prawie wszystko. Co za banda kretynów! Pieprzeni idioci!

William ugryzł lekko przywiędłą kanapkę i ponownie wbił wzrok w telewizor.

– Telewizja i prasa zawsze kłamią, braciszku. To część większego problemu, który z czasem też warto naprawić. Choćby tak jak prawników z Mili Valley. Zjadłeś?

Michael jednym kęsem pochłonął resztkę na wpół surowego cheeseburgera.

– Zjadłem i wciąż jestem głodny.

William uśmiechnął się i pocałował brata w policzek.

– Chodź. Mam pewne plany na dzisiejszy wieczór. Michael ociągał się chwilę.

– Nie powinniśmy być ostrożniejsi? Przecież nas poszukują. Staliśmy się cennym łupem.

William wciąż się uśmiechał. Rozbrajała go naiwność Michaela. Lubił się z nim droczyć.

– Cennym? To mało powiedziane. Jesteśmy najważniejsi. Chodź, braciszku. Obaj jesteśmy głodni. Zasłużyliśmy na prawdziwą ucztę. Policja nie wie, gdzie nas szukać. Zapamiętaj sobie, że wśród gliniarzy aż roi się od głupców.

Wsiedli do białej furgonetki i wrócili tą samą drogą, którą poprzednio przyjechali do Woodland Hills. William żałował, że nie wzięli ze sobą tygrysa, ale kot nie wytrzymałby tak długiej jazdy. Zatrzymał samochód przed centrum handlowym i powoli odczytywał szyldy: Wal-Mart, Denny’s, Staples, Cicuit City, bank Wells Fargo. Nienawidził tych miejsc tak samo jak ludzi, którzy w nich bywali.

– Tu chcesz polować? – zapytał Michael. Z niedowierzaniem omiótł wzrokiem okolicę.

William pokręcił głową. Jasne włosy zatańczyły mu na ramionach.

– Oczywiście, że nie. Oni są nas niewarci. Może najwyżej ta blondyneczka w bardzo obcisłych dżinsach…

Michael przekrzywił głowę i oblizał usta.

– Może. Na przystawkę.

William wysiadł z samochodu i poszedł na drugi koniec parkingu. Kroczył dumnie, uśmiechnięty, z wysoko podniesioną głową. Micheal szedł za nim. Po chwili znaleźli się na tyłach banku Wells Fargo. Potem przeszli przez zatłoczony pojazdami parking przed barem Denny’s. William instynktownie poczuł zapach grubasów i smażonego boczku.

Szedł dalej. Michael poweselał, widząc, dokąd zmierzają. Już kiedyś się tak zabawiali.

Prosto przed nimi widniała smutna, czarno-biała tablica: Dom Pogrzebowy Sorel.

Rozdział 18

William w niespełna minutę otworzył tylne drzwi zakładu. Zrobił to niemal bez kłopotu, bo nikt nie myślał o alarmie.

– Teraz coś zjemy – powiedział do Michaela. Poczuł narastającą falę ekscytacji. Zmysł węchu zaprowadził go do, kostnicy. Tam, w chłodni, znalazł trzy ciała.

– Dwóch mężczyzn i kobieta – szepnął. Pospiesznie obejrzał zwłoki. Były świeże. Dwa ciała już przygotowano do zabalsamowania, trzecie było nietknięte. William dobrze wiedział, co się zazwyczaj robi w domach pogrzebowych. Proces balsamowania polegał przede wszystkim na zastąpieniu krwi roztworem formaliny. Pompy podłączano do żyły szyjnej i aorty. Następnie usuwano płyny z narządów wewnętrznych. Później pozostawała już tylko kosmetyka. Szczęki zszywano drutem. Usta, po uformowaniu, zlepiano specjalnym klejem. Pod powieki wkładano specjalne usztywnienia, teby zapobiec wpadaniu gałek ocznych w głąb ciała. William wskazał na centryfugę, której używano do odsączania kiwi i pozostałych płynów. Roześmiał się. – To nam dzisiaj nie będzie potrzebne. Miał wyostrzone wszystkie zmysły. Czuł się potężny i wspaniały. Znakomicie widział w półmroku. Wystarczała mu niewielka lampka, stojąca na stole.

Otworzył chłodnię i niemal pieszczotliwie wziął zwłoki w ramiona. Złożył je na porcelanowym stole. Miał przed sobą ciało kobiety nie starszej niż po czterdziestce.

Spojrzał na brata i lekko zatarł ręce. Głęboko zaczerpnął tchu. Już nieraz odwiedzali zakłady pogrzebowe. Świeży łup zawsze bywał lepszy, ale z braku laku…

A poza tym, zmarła wyglądała nieźle jak na swoje lata. Była nawet ładniejsza od tamtej biegaczki, która im się trafiła w parku, w San Francisco. Na małej karteczce, wiszącej na zwłokach, widniało imię i nazwisko: Diana Ginn.

– Mam nadzieję, że jakiś grabarz jej nie wykorzystał – powiedział William do brata. W zakładach pogrzebowych trafiali się różni ludzie. Niektórzy z nich, sfrustrowani zastałą codziennością, po kryjomu bezcześcili zwłoki. Wkładali palce do pochwy albo do odbytu. Niektórzy nawet nie stronili od chwili seksu w trumnie. Zdarzało się to znacznie częściej, niż można by sądzjć.

William poczuł narastające podniecenie. Nic nie mogło równać się z tym uczuciem. Wspiął się na stół i pochylił nad martwą kobietą.

Nagie ciało Diany było szare jak popiół, ale wystarczająco piękne w przyćmionym świetle lampy. Miała pełne, zsiniałe usta. Ciekawe, na co zmarła? Nie wyglądała na chorą. Nie doznała żadnych obrażeń, więc nie zginęła w wypadku.

William ostrożnie rozwarł jej powieki i spojrzał prosto w oczy.

– Witaj, maleńka Diano. Wiesz, że jesteś przepiękna? – szepnął z rozmarzeniem. – To nie są puste komplementy. Naprawdę tak uważam. Jesteś zupełnie wyjątkowa. W sam raz na dzisiejszą noc dla mnie i Michaela. Odwdzięczymy ci się tym samym.

Końcami palców leciutko przesunął po jej policzku, po smukłej szyi, po piersiach – które teraz, zamiast sterczeć w górę, wyglądały raczej jak dwie kupki budyniu. Spojrzał na jej wyraźnie zarysowane żyły. Cudowne. Niemal kręciło mu się w głowie z pożądania.

Wreszcie przykucnął nad nią. W tym samym czasie Michael pogłaskał czule jej drobne stopy i wąskie kostki. Powoli, prawie z uczuciem powiódł dłońmi po smukłych nogach. Jęczał cicho, jakby próbował ją wyrwać z uśpienia.

– Kochamy cię – wyszeptał wreszcie. – Wiemy, że nas słyszysz. Wciąż jesteś w środku, prawda Diano? O tym też wiemy. Czujemy to, co czujesz. Nie jesteśmy martwi.

Rozdział 19

Wciąż byłem pod wrażeniem żelaznej dyscypliny i ogromu pracy, jaki wzięła na siebie inspektor Jamilla Hughes. Co ją tak gnało? Jakieś koszmarne wspomnienie z przeszłości? A może coś znacznie bliższego? Może to, że była jedną z dwóch kobiet pracujących w wydziale zabójstw policji San Francisco? A może wszystko naraz? Wyznała mi, że od dwóch lat nie wzięła nawet dnia urlopu. Skądinąd, w moich uszach, brzmiało to dziwnie znajomo.

Kiedy ją znów spotkałem w Pałacu Sprawiedliwości, pochwaliłem ją ze dwa razy za rzetelną robotę. Zbyła to wzruszeniem ramion. Zauważyłem, że cieszyła się mirem wśród kolegów. Była kimś. Żadnego fałszu. Żadnych pokątnych żartów na jej temat. Dopiero później odkryłem, że miała przezwisko Jam. Nawet to do niej pasowało.

Po południu przez bite dwie godziny badałem zwyczaje tygrysów. Ogród zoologiczny i schroniska szukały wszystkich wielkich kotów, które mogły znaleźć się w Kalifornii. Jak dotąd, tygrys ludojad był naszym najlepszym śladem.

Ponownie spojrzałem w swoje notatki – i uderzyły mnie całkiem nowe rzeczy.

„Kto opiekował się tygrysem przed i po napadzie na Davisa O’Harę w parku Golden Gate? Weterynarz? Zawodowy treser?

Szczęki tygrysa są tak silne, że mogą skruszyć najtwardsze kości. A jednak ktoś oderwał zwierzę od ofiary.

Tygrysy są objęte ścisłą ochroną. Jest to gatunek na wymarciu. Ich populacja wciąż maleje ze względu na ciągłe zmiany w systemie naturalnym. Czyżby zabójcy należeli do partii »zielonych«?

Tygrysy są zabijane ze względu na rzekomą moc uzdrowicielską. Niemal każda część ich ciała ma przypisaną wartość, a czasem wręcz jest uważana za świętą.

W niektórych kręgach kulturowych, zwłaszcza w Afryce i Azji, tygrysa zaliczano do zwierząt magicznych. Czy to ma jakieś znaczenie dla obecnego śledztwa?”.

Straciłem poczucie czasu. Kiedy podniosłem głowę znad papierów, zobaczyłem, że jest już ciemno. Jamilla szła korytarzem prosto w moją stronę.

Miała na sobie czarną skórzaną kurtkę. Była gotowa do wyjścia. Zauważyłem szminkę na jej ustach. Wyszykowała się na randkę? Wyglądała olśniewająco.

– „Tygrys, tygrys w puszczach nocy” – wyrecytowała fragment poematu Blake’a.

Odpowiedziałem jej jedynym wersem, który udało mi się zapamiętać:

– „Powiedz, czy ten sam Stworzyciel w ciebie tchnął i w Jagnię życie?”. Przez chwilę spoglądała na mnie spod oka, a potem się uśmiechnęła.

– Para poetów-detektywów. Dobraliśmy się w korcu maku.

Chodźmy lepiej na piwo.

– Jestem skonany – westchnąłem. – Nie odpocząłem jeszcze po locie z Waszyngtonu, a poza tym mam masę papierów do przejrzenia…

Słuchałem siebie ze zdumieniem. Nie wiedziałem, po to mówię.

Jamilla machnęła ręką.

– Wszystko w porządku. Wystarczyło po prostu powiedzieć. I tak nie jesteś w moim typie. Zobaczymy się rano. I… dzięki za pomoc. Mówię serio. – Z uśmiechem odwróciła się ode mnie i poszła do windy. Zauważyłem jednak, że po drodze z niedowierzaniem kręciła głową.

Kiedy zniknęła, usiadłem przy biurku pod oknem. Miałem stąd widok na San Francisco. Westchnąłem ciężko i potrząsnąłem głową. Czułem znajomą ociężałość. Jak zwykle zostałem sam – i nie było w tym niczyjej winy. Co mi się stało, że nie dałem namówić się na piwo? Przecież Jamilla mi się podobała. Nie miałem żadnych innych planów i nie byłem aż tak zmęczony.

Znałem powód. To żadna tajemnica. W dwóch ostatnich sprawach wszedłem w bliższe układy z dwoma dziewczynami, z którymi pracowałem. Obie bardzo lubiłem – i obie zginęły.

Supermózg wciąż chodził na wolności.

A może przybył już do San Francisco?

Czy Jamilla była bezpieczna w swoim własnym mieście?

Rozdział 20

Następnego ranka, tuż po wschodzie słońca, obudził mnie natrętny dzwonek telefonu. Zaspany i na wpół przytomny, podniosłem słuchawkę.

Usłyszałem nieco zdyszany głos Jamilli.

– Wiesz, kto zadzwonił do mnie wczoraj późnym wieczorem? – spytała. – Tim, ten z Examinera. Trafił na jakiś ślad. Wydaje mi się, ze dobry.

Z grubsza opowiedziała mi o pewnym starym śledztwie. Próba morderstwa. Tym razem mieliśmy świadka. A zatem w drogę. Nawet nie zapytała, czy chcę jechać. To było już postanowione.

– Będę u ciebie za pół godziny – oznajmiła. – Najwyżej za czterdzieści minut. Jedziemy do Los Angeles. Ubierz się na czarno. Może zostaniesz nową gwiazdą?

Pomiędzy San Francisco a Los Angeles co godzinę latają samoloty linii United. O dziewiątej byliśmy na lotnisku. Niedługo potem dotarliśmy do Los Angeles. Przegadaliśmy całą podróż. Jamilla wynajęła samochód w biurze Budget i pojechaliśmy do Brentwood. Tu kiedyś mieszkał OJ. Simpson i – podobno zabił swoją byłą żonę. Ja jednak – podobnie ji Jamilla – szukałem dowodów w całkiem innej sprawie. Agent FBI z Los Angeles także nie próżnowali.

W drodze do Brentwood Jamilla zadzwoniła do Tima. Ciekawe, czy to nie jej chłopak? – przemknęło mi przez głowę.

– Masz dla nas coś nowego? – zapytała. Przez chwilę słuchała w milczeniu, a potem powtórzyła mi wszystko, co powiedział. Część z tego już znałem.

– Kobieta, do której jedziemy, padła ofiarą napadu. Umknęła z rąk dwóch bandytów. Miała niewiarygodne szczęście. Została mocno pogryziona w twarz, piersi, brzuch i szyję. Napastnicy byli mniej więcej po czterdziestce. Wydarzyło się to rok temu. Brukowa prasa przez kilka dni miała o czym pisać.

Nie odezwałem się ani słowem. Usiłowałem zapamiętać wszystkie szczegóły tej historii. Dziwny przypadek…

– Chcieli powiesić ją na drzewie. Tim przekopał sporo artykułów, ale nigdzie nie znalazł wzmianki o tygrysie. Na posterunku czeka na nas detektyw z LAPD. On nam poda więcej szczegółów. Prowadził śledztwo w tej sprawie.

Spojrzała na mnie. Widać było, że chowa coś w zanadrzu.

– I jeszcze jedno, Alex. Ta kobieta uparcie twierdzi, że napastnicy byli wampirami.

Rozdział 21

Z Glorią Dos Santos spotkaliśmy się w komisariacie w Brentwood. Był to piętrowy, betonowy gmach, nieciekawy jak prowincjonalna poczta. Detektyw Peter Kim czekał na nas w niewielkim pokoju przesłuchań, dźwiękochłonnym, o wyściełanych ścianach. Był szczupły i dość wysoki, na pewno jeszcze przed trzydziestką. Sposobem bycia i wyglądem bardziej przypominał młodego biznesmena niż policjanta.

Gloria Dos Santos wyraźnie nie darzyła go sympatią. Przez cały czas mówiła o nim „detektyw Fuhrman”. Powtarzała to niemal do znudzenia, aż wreszcie Kim zagroził, że jak nie przestanie, to ją wsadzi do celi.

Gloria miała na sobie krótką czarną sukienkę, czarne wysokie buty i skórzane opaski na nadgarstkach. Z tuzin kolczyków wpięła w strategiczne miejsca ciała. Czarne kręcone włosy sterczały jej niczym druty, z wyjątkiem paru kosmyków, opadających na ramiona. Była niska – mierzyła najwyżej metr sześćdziesiąt – i o zaciętej twarzy. Powieki miała fioletowe, a na rzęsach grubą warstwę tuszu. Wyglądała na wysportowaną – jak wszystkie inne ofiary.

Popatrzyła na Kima, potem na mnie i wreszcie na Jamillę Hughes. Z kwaśnym uśmiechem pokręciła głową. Nie polubiła nas – i bardzo dobrze. Nam też nie przypadła do gustu.

– Można palić w tej norze? – zapytała zgryźliwym tonem. – Wszystko jedno, i tak zapalę. Jak się wam nie podoba, to idę do domu.

– Pal, jak chcesz – odpowiedział Kim – i nie wyobrażaj sobie, że stąd wyjdziesz, zanim ci na to pozwolę.

Wyjął z kieszeni torebkę z ziarnami słonecznika i zaczaj je przeżuwać. Wydawał się niezłym dziwakiem.

Gloria zapaliła camela i dmuchnęła mu prosto w twarz gęstą chmurą dymu.

– Detektyw Fuhrman wie w tej sprawie na pewno nie mniej ode mnie. Nie możecie sobie z nim pogadać? To ekstra facet. Inteligent. Wystarczy go o to zapytać. Absolwent UCLA z jakimiś tam cumma cośtam.

– Chcemy wyjaśnić kilka dodatkowych kwestii – powiedziałem. – Dlatego przybyliśmy tutaj z San Francisco. Prawdę mówiąc, to przyleciałem aż z Waszyngtonu.

– Fajna wycieczka, Shaft – odpowiedziała. Miała przydomek dla każdego. – Szkoda, że na nic.

Parę razy przesunęła dłonią po twarzy, jakby usiłowała się dobudzić.

– Wiemy, że jesteś na odlocie – wtrąciła się Jamilla. – Nic nas to nie obchodzi. Wyluzuj się, dziewczyno. Zostałaś nieźle skrzywdzona.

Gloria parsknęła gniewnie.

– Nieźle? Złamana ręka i dwa żebra. Znokautowali mnie ze sześć razy. Na szczęście byłam na stoku wzgórza. Można powiedzieć: stromej góry. Sturlałam się, wstałam i wzięłam nogi za pas.

– W pierwszym zeznaniu oświadczyłaś, że nie widziałaś ich zbyt dobrze. Potem zeznałaś, że obaj mieli już dobrze po czterdziestce.

Wzruszyła ramionami.

– Nie wiem… Mgła była. Tak mi się wydawało. Wcześniej zajrzałam do Fang Clubu na West Pico. To jedyne miejsce, gdzie możesz spotkać wampira i potem jeszcze o tym opowiadać. Przynajmniej tak mówią. Kiedyś często łaziłam do różnych klubów grozy: Stigmata, Coven Thirteeen i Vampiricus w Long Beach. Pracowałam w Necromane. Co to jest Necromane? – spytała takim tonem, jakby była pewna, że chcemy odpowiedzi. – To taki sklep dla fanów śmierci. Można tam kupić trupie czaszki. Całkiem prawdziwe. Palce, włosy… Jak chcesz, to nawet cały szkielet.

– Nie chcę. – Jamilla pokręciła głową. – Ale raz byłam w takim sklepie, w San Francisco. Nazywał się Coroner.

Gloria spojrzała na nią z podziwem.

– Coś takiego? Niezła jesteś. Na pewno lubisz ostrą jazdę.

– Próbujemy ci pomóc – powiedziałem. – Chcemy…

– Gówno prawda, Shaft – przerwała mi w pół słowa. – Chcecie pomóc najwyżej sobie. Tkwicie w tym po uszy. Chodzi o trupy w San Francisco? Czytuję prasę. W dupie macie Glorię Dos Santos i jej kłopoty. A tych ostatnich nigdy mi nie brakuje. Bywa ich więcej, niż się spodziewasz.

– Dwoje ludzi zginęło w parku Golden Gate – odparłem. – Ktoś zmasakrował zwłoki. Czytałaś o tym? Podejrzewamy, że napadli cię ci sami sprawcy.

– No dobra, skoro tak, to powiem prosto z mostu… Napadły mnie dwa wampiry! Wszystko jasne? Wiem, że twój mały móżdżek tego nie pojmuje, lecz wampiry naprawdę istnieją. Egzystują gdzieś na poboczach naszego ludzkiego świata. Wszystkim się od ciebie różnią. Dwa z nich omal mnie nie zabiły. Polują w Beverly Hills. W Los Angeles codziennie kogoś zabijają! Piją krew. Powiadają, że to ich „pokarm”. Gryzą kości jak w barze KFP. Nie wiesz, co to za skrót? Kentucky Fried People! Widzę, że mi nie wierzysz. Lepiej mi uwierz, dla własnego dobra.

Ktoś cicho otworzył drzwi. Policjant w mundurze podszedł do detektywa Kima i szepnął mu coś na ucho.

Kim zmarszczył brwi. Zerknął na nas, a potem na Glorię.

– Powiadomiono nas o zbrodni w jednym z lepszych hoteli przy Bulwarze Zachodzącego Słońca. Zwłoki były pogryzione i wisiały na grubym sznurze.

Twarz Glorii Dos Santos wykrzywiła się w dzikim grymasie. Małe oczka ciskały błyskawice. Dziewczyna wpadła w szał i krzyknęła co sił w płucach:

– Przybyli tu po waszych śladach, łobuzy! Jeszcze nic do was nie dociera? Szli za wami! O Boże, na pewno wiedzą, że z wami rozmawiałam… Chryste Panie, zaraz mnie dorwą! Przez was już jestem trupem!

Rozdział 22

Przy poważniejszych sprawach lubiłem pracować z Kyle’em, więc ucieszyłem się, że dołączy do mnie i Jamilli. Mimo to mocno mnie zdziwiło, kiedy go zastałem na miejscu zbrodni w Beverly Hills. Zwłoki znaleziono w tym samym hotelu Chateau Marmont, w którym John Belushi zmarł z przedawkowania narkotyków.

Hotel wyglądał jak francuski zamek i wznosił się na sześć pięter nad Bulwarem Zachodzącego Słońca. Foyer zachowało wygląd z lat dwudziestych, lecz bardziej tchnęło starzyzną niż antykiem. Jak to kiedyś powiedział szef wielkiej wytwórni do aktora Williama Holdena: „Jeśli już musisz wpaść w kłopoty, zrób to przynajmniej w Chateau Marmont”.

Kyle czekał na nas przed drzwiami pokoju. Ciemne włosy miał gładko zaczesane do tyłu i wyglądało na to, że trochę się opalił. Niezwykła rzecz. Niemal go nie poznałem.

– To Kyle Craig z FBI – powiedziałem do Jamilli. – Zanim cię poznałem, był w moich oczach najlepszym specjalistą od zabójstw.

Kyle uścisnął dłoń Jamilli i weszliśmy do pokoju. Prawdę mówiąc, był to raczej wykwintny apartament. Dwie sypialnie, salon z kominkiem i oddzielny podjazd od strony ulicy.

Widok zwłok był równie ponury jak w poprzednich przypadkach. Przypomniał mi się pesymistyczny cytat z dzieła pewnego filozofa. Ta sama myśl wpadła mi do głowy w czasie nie mniej trudnego śledztwa w Karolinie Pomocnej. „Ludzki żywot musi być wynikiem błędu. Źle się zaczyna i z dnia na dzień pogarsza, aby na końcu dojść do najgorszego”. Moja prywatna filozofia być może była nieco weselsza niż Schopenhauera, lecz przychodziły takie chwile, że zupełnie się z nim zgadzałem.

„To co najgorsze” spotkało dwudziestodziewięcioletniego kierownika firmy płytowej. Denat nazywał się Jonathan Mueller i zwisał z żyrandola. Na jego szyi widniały ślady zębów. Nie zauważyłem ran od noża. Miał niemal przezroczystą i jakby woskową skórę. Nie żył zapewne od niedawna.

Podeszliśmy bliżej do wiszącego ciała. Kołysało się lekko i wciąż ociekało krwią.

– Ślady ugryzień znajdują się głównie na karku i szyi – zauważyłem. – Znów samozwańcze wampiry. Akt powieszenia zapewne jest częścią rytuału. Jakby podpisem.

– Okropieństwo – szepnęła Jamilla. – Wyssali mu całą krew. Pod pewnym względem przypomina to scenę gwałtu.

– Masz rację – mruknął Kyle. – Chyba go przedtem uwiedli.

W tej samej chwili zabrzęczał telefon w kieszeni mojej marynarki. Ktoś miał wyczucie czasu… Zanim odebrałem, spojrzałem na Kyle’a.

– To chyba on – powiedziałem. – Supermózg. Przyłożyłem słuchawkę do ucha.

– Jak ci się wiedzie w Los Angeles, Alex? – mechanicznym głosem zapytał Supermózg. – W gruncie rzeczy, wszędzie śmierć, prawda?

Skinąłem głową w stronę Kyle’a. Domyślił się, kto dzwoni. Supermózg.

Dał mi znak, żebym przekazał mu aparat. Marszcząc brwi, nasłuchiwał przez dłuższą chwilę. Wreszcie oddał mi telefon.

– Rozłączył się – powiedział. – Tak jakby wiedział, że nie rozmawia z tobą. Skąd to mógł wiedzieć? Jak nas wytropił? Alex, powiedz, czego on od ciebie chce?

Popatrzyłem na rozkołysane zwłoki. Nie potrafiłem odpowiedzieć na żadne z tych pytań. Czułem wewnętrzną pustkę.

Rozdział 23

Nadszedł piątek, a końca tej paskudnej i niewdzięcznej sprawy nadal nie było widać. Po południu zebrałem się na odwagę i zatelefonowałem do domu, do Waszyngtonu. Nana odebrała po drugim sygnale. Od razu pożałowałem, że to nie któreś z dzieci.

– Mówi Alex. Co słychać?

– Nie przyjedziesz jutro na koncert Damona, prawda? – spytała bez ogródek. – A może całkiem o tym zapomniałeś? Oj, Alex, Alex. Dlaczego o nas nie pamiętasz? To nie fair.

Kochałem ją, lecz czasami miałem serdecznie dość jej utyskiwań.

– Daj mi Damona – poprosiłem. – Chcę z nim porozmawiać.

– Ani się obejrzysz, a już nie będzie dzieckiem. Na pewno upodobni się do ciebie i przestanie kogokolwiek słuchać. Wtedy zobaczysz, co to znaczy. Na pewno pożałujesz.

– Już żałuję i czuję się cholernie winny. Błagam cię, nie pogarszaj mojej sytuacji.

– Od tego jestem, żeby ją pogarszać. Przestanę, jak ty też przestaniesz – odparła.

– Nano, tutaj giną ludzie. Wezwano mnie, bo w Waszyngtonie też ktoś zginął straszliwą śmiercią. To wciąż trwa. Muszę znaleźć jakiś punkt zaczepienia. Muszę próbować.

– Tak, giną ludzie. Ja to rozumiem. Ale inni ludzie rosną bez ojca zwłaszcza wtedy, gdy go bardzo potrzebują. Szczególnie że nie mają matki. Wiesz o tym? Nie dam rady wciąż zastępować im rodziców.

Zamknąłem oczy.

– Wszystko słyszałem. Uwierz lub nie, ale nawet nie mam zamiaru się z tobą kłócić. A teraz daj mi Damona – poprosiłem znowu. – Obiecuję ci, że zaraz po tym telefonie rozejrzę się za jakąś matką. Nawet pracuję z dobrą kandydatką. Na pewno ją polubisz.

– Damona nie ma. Powiedział tylko: „Podziękuj mu, jeśli nie przyjedzie”.

Pokręciłem głową i wbrew sobie zdobyłem się na wątły uśmiech.

– Twoja złośliwość jest zaraźliwa. Dokąd poszedł?

– Pograć w kosza z kolegami. W tym też jest niezły. Na pewno byłby dobrym skrzydłowym. Zauważyłeś?

– Ma zręczne ręce i szybki wypad. Już dawno to zauważyłem. Znasz tych kolegów?

– Pewnie, że znam. A ty? – przygadała mi Nana. Kiedy się czegoś uczepiła, była doprawdy bezlitosna. – To Louis i Jamal. Twój syn umie dobierać przyjaciół.

– Muszę już kończyć, Nano. Ucałuj ode mnie Damona i Jannie. I ukochaj małego Alexa.

– Sam ich ucałuj i ukochaj – odpowiedziała i pierwsza odłożyła słuchawkę. Nigdy tego przedtem nie robiła. No… może robiła, ale nie za często.

Długo nie byłem w stanie podnieść się z krzesła i myślałem o tym, co mi powiedziała. Jestem czy nie jestem winny stawianych mi zarzutów? Spędzałem z dziećmi więcej czasu niż inni ojcowie, ale jak słusznie podkreśliła Nana, wychowywały się bez matki. I szybko rosły. Chyba powinienem sprężyć się odrobinę i zacząć dotrzymywać raz danego słowa.

Zatelefonowałem do domu jeszcze kilka razy. Nikt nie odbierał. W końcu zacząłem podejrzewać, że to forma kary. Wreszcie około szóstej usłyszałem w słuchawce głos Damona. Właśnie wrócił z próby przed jutrzejszym koncertem. Na początek przywitałem go króciutkim rapem. Wiedziałem, że to uwielbia.

Roześmiał się, więc pierwsze lody zostały przełamane. Wybaczył mi. To dobry chłopak – najlepszy, jaki mi się trafił. Nagle pomyślałem o mojej żonie, Marii. To smutne, że nie mogła teraz zobaczyć Damona. Na pewno by ci się spodobał, Mario. Szkoda, że nie jesteś przy nim.

– Nana przekazała mi twoją wiadomość. Przepraszam. Chciałbym być jutro na koncercie. Wiesz przecież, że mówię prawdę. Ale niektórych rzeczy nie przeskoczę.

Damon westchnął teatralnie.

– Gdyby życzenia miały skrzydła – rzekł. To było jedno z ulubionych powiedzonek Nany. Słyszałem je już od dzieciństwa, gdy byłem jeszcze w jego wieku.

– Bij mnie, wal mnie, bij mnie – zacytowałem.

– Nieee… – westchnął znowu. – Nie ma takiej potrzeby. Wszystko w porządku, tato. Wiem, że praca jest dla ciebie bardzo ważna. Czasami tylko jest mi przykro. Takie życie.

– Kocham cię i chcę być z tobą. Na pewno nie przegapię następnych koncertów – powiedziałem.

– Trzymam cię za słowo – odparł Damon.

– Tym razem nie zawiodę.

Rozdział 24

Dochodziło już wpół do ósmej wieczorem, a ja wciąż tkwiłem w komisariacie w Brentwood. Byłem potwornie zmordowany. Przez cały dzień przeglądałem gruby plik raportów o sadystycznych zbrodniach, dokonanych aż w dziewięciu miastach w zachodniej części kraju. Plus jedna w Waszyngtonie. O tylu wiedzieliśmy. Dreszcz przebiegł mi po plecach – bynajmniej nie dlatego, że wierzyłem w wampiry.

Wierzyłem za to w inne okropności, które czasami ludzie wyrządzają ludziom. W ślady ugryzień, czarne rytuały, spuszczanie krwi i atak tygrysa. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, kim są mordercy. Nie umiałem ich zaszufladkować. Psychologowie z FBI też rozkładali ręce. Kyle mi to mówił. Dlatego właśnie tu przyjechał. Nic mu nie pasowało. Nie było żadnych precedensów dla takiej serii morderstw.

Jamilla przyszła za piętnaście ósma. W ciągu dnia pracowała po drugiej stronie korytarza. Wciąż wyglądała bardzo ładnie, lecz i na niej zmęczenie wycisnęło piętno. Znam pewną prawdę dotyczącą policyjnej pracy. Przy ciężkim śledztwie wszystkim wzrasta poziom adrenaliny. Stają się bardziej wyczuleni. Rosną emocje, a wraz z nimi spiętrzają się problemy. Przeszedłem przez to w swoim życiu, podobnie chyba jak Jamilla. Może dlatego w nasze układy wkradała się pewna czułość.

Pochyliła się w moją stronę. Poczułem wadą woń perfum.

– Muszę wracać do San Francisco, Alex. Jadę teraz wprost na lotnisko. Zostawiłam wam sporo notatek na aktach, które przejrzałam. Sprawdźcie je razem z Kyle’em. I coś ci powiem: moim zdaniem, w wielu przypadkach to nie są ci sami sprawcy. Potraktuj to jako mój dzisiejszy wkład w nasze dochodzenie.

– Skąd ci to przyszło do głowy? – zapytałem. Szczerze mówiąc, też odniosłem takie wrażenie. Nic konkretnego, zwykła reakcja na przedstawione nam dowody.

Jamilla potarła palcem grzbiet nosa. Czasami rozśmieszała mnie swoim zachowaniem.

– Wszystko się zmienia. Spróbuj porównać ostatnie zbrodnie z tymi sprzed dwóch lat lub sprzed roku. Wtedy mordercy działali zimno, ostrożnie i metodycznie. A teraz? Istna jatka. O wiele więcej gwałtu i przemocy.

– Zgadzam się z tobą. Dokładnie przejrzę wszystkie akta. To samo zrobi Kyle w Quantico. Coś jeszcze cię niepokoi? – spytałem.

Zastanawiała się przez chwilę.

– Dzisiaj rano doniesiono o innym dziwnym przestępstwie. Może to ma coś wspólnego z naszą sprawą. Chodzi o zakład pogrzebowy w Woodland Hills. Ktoś tam się włamał i zbezcześcił zwłoki. Naśladowca? Zostawiłam ci pełny raport. Muszę już pędzić, żeby złapać najbliższy samolot… Zadzwonisz do mnie?

– Na pewno. Obiecuję. Nie wywiniesz się od tej sprawy. Skinęła dłonią na pożegnanie i odeszła w głąb korytarza. Nie chciałem, żeby wyjeżdżała.

Jam.

Rozdział 25

Dziesięć minut po wyjściu Jamilli zjawił się u mnie Kyle. Wyglądał niczym wymięty, zaśniedziały profesor w średnim wieku, który wychynął z jakiegoś bibliotecznego lochu po wielu dniach spędzonych na szukaniu garści materiałów do przeglądu kryminalnego.

– Złamałeś szyfr? – spytałem. – To pozwól mi lecieć do domu. I tak zebrałem już niezły opieprz za to, że mnie tam nie ma.

– Nic nie złamałem – rzekł z wyrzutem i ziewnął. – Łeb mi pęka. Mam jakiś mały przeciek albo coś w tym stylu. – Zwinął dłoń w pięść i energicznie potarł się po głowie.

– Wierzysz w wampiry w stylu New Age? – zagadnąłem. – W przebierańców?

Uśmiechnął się pod wąsem, jak to miał w zwyczaju.

– Zawsze wierzyłem – odparł. – Nawet jak byłem mały. Wtedy gdy mieszkaliśmy w Wirginii, a potem w Karolinie Północnej. W wampiry, duchy, zombi i inne potwory nocy. Południowcy naprawdę wierzą w takie rzeczy. To część naszej spuścizny. Najbardziej lubimy duchy. W nie jestem w stanie wierzyć bez zastrzeżeń. Chciałbym, żeby to wszystko było historią o duchach.

– Może tak będzie? Wczoraj w nocy widziałem prawdziwą zbłąkaną duszę. Nazywała się Mary Alice Richardson. Zamordowano ją i powieszono w trakcie ponurej ceremonii.

Koło dziewiątej wyszliśmy wreszcie z komisariatu w Brentwood, żeby coś przegryźć i wypić ze dwa piwa. Cieszyłem się, że mam okazję pogadać trochę z Kyle’em. W głowie szumiało mi od złych myśli – kłębiły się tam jakieś strzępki wrażeń, oderwane od siebie wnioski i dziwne podejrzenia. Jednym słowem, zupełna paranoja. Do tego jeszcze Supermózg. Przecież mógł zadzwonić, przysłać faks albo e-maila…

W drodze do hotelu wstąpiliśmy do małego baru o nazwie Knoll. Było to ciche i spokojne miejsce, w sam raz na szczerą pogawędkę. Dawniej, podczas wspólnych przygód, często przesiadywaliśmy w takich właśnie knajpkach.

– Co porabiasz w stolicy, Alex? – zapytał Kyle, pociągnąwszy łyk anchor steam. – Wszystko w porządku? Trzymasz się jakoś? Wiem, że nie lubisz zostawiać dzieci i Nany. Przepraszam, że cię tu ściągnąłem, ale wierz mi, nic na to nie poradzę. Mamy do czynienia z cholernie poważną sprawą.

Byłem zbyt zmęczony, żeby się z nim sprzeczać.

– Mówiąc słowami Tigera Woodsa: „Dzisiaj zagrałem najwyżej na czwórkę”. Przyznam ci się, Kyle, że trochę jestem tym wszystkim skołowany. To dla mnie zupełna nowość. Niemiła niespodzianka.

Pokiwał głową.

– Nie mówię o dniu dzisiejszym – westchnął. – Chodzi mi raczej o całość. O pewien bilans… Co się dzieje? Wydajesz się jakiś spięty. Zwłaszcza w stosunku do mnie. Inni to też zauważyli. W zasadzie chodzi o drobiazgi… Na przykład o to, że już się nie udzielasz u Świętego Antoniego.

Popatrzyłem na niego. Napotkałem przenikliwe spojrzenie brązowych oczu. Wprawdzie był moim przyjacielem, lecz umiał zimno kalkulować. Czegoś ode mnie chciał. Ale czego? Co się znowu uległo w jego łepetynie?

– Bilans? Poniżej zera. Przepraszam, żartowałem. Wszystko gra. Dobrze mi z dziećmi, a mały Alex to najlepsze remedium na zmartwienia. Damon i Jannie jakoś sobie radzą. Tylko wciąż tęsknię za Christine. Bardzo mi jej brakuje. Teraz zwyczajnie jestem wkurzony, bo biorę udział w najpaskudniejszym, najbardziej popieprzonym śledztwie, jakie ktoś może sobie wyobrazić. A poza tym nic mi nie dolega.

– Wkurzasz się, bo jesteś najlepszy w tym, co robisz – zauważył Kyle. – Tak to już bywa. Twój instynkt i wysoki poziom inteligencji emocjonalnej… Wszystko to wyróżnia cię z tłumu gliniarzy.

– Może nie jestem już najlepszy? A może nigdy nie byłem? Przeróżne zbrodnie i morderstwa stały się nieodłączną częścią mego życia. Obawiam się, że się zmieniłem. Wiesz coś o Betsey Cavalierre? Są jakieś postępy w śledztwie? Przecież na pewno nie drepczecie w miejscu.

Kyle pokręcił głową i obrzucił mnie uważnym spojrzeniem.

– Nic nie udało się ustalić, Alex. Nic nie wiemy o Super-mózgu. Wciąż wydzwania o różnych porach dnia i nocy?

– Tak, lecz od tamtej pory ani razu nie wspomniał o Betsey.

– Znów założymy podsłuch. Sam wydam takie polecenie.

– To nic nie da.

Kyle nie spuszczał ze mnie wzroku. Zdawało mi się, że coś go gryzie, ale kto by to tam naprawdę wiedział.

– Myślisz, że cię obserwuje? Że cię śledzi? Potrząsnąłem głową.

– Czasami mam takie uczucie. Pozwól, że cię o coś spytam, skoro już jesteśmy razem. Po co mnie wciągasz w te ohydne sprawy? Najpierw Casanovą w Durnham, potem porwanie Dunne i Goldberga, banki i tak dalej. Teraz to całe gówno.

Nie wahał się z odpowiedzią.

– Jesteś najlepszy, Alex – powtórzył. – Twój instynkt niemal zawsze wiedzie cię wprost do celu. Popchnąłeś naprzód każde śledztwo. Sam rozwiązałeś większość zagadek. A jeśli nawet ci się nie udało, to i tak byłeś bardzo blisko. Dlaczego nie podejmiesz pracy w FBI? Mówię poważnie. Potraktuj to jako propozycję.

No i już wszystko się wydało. Kyle chciał mnie mieć przy sobie, w Quantico.

Roześmiałem się na całe gardło. Po krótkiej chwili Kyle też wybuchnął śmiechem.

– Przyznam ci się, że tym razem nie wiem, co zrobić – powiedziałem. – Czuję się całkiem zagubiony.

– To dopiero początek sprawy – odparł. – Oferta pozostanie aktualna bez względu na to, czy w tym przypadku wygramy, czy przegramy. Chcę, żebyś znalazł się w Quantico i dla mnie pracował. Jeśli się zgodzisz, będę cholernie zadowolony.

Rozdział 26

To była miła niespodzianka. Poszło im lepiej, niż się spodziewali. William i Michael jechali powoli za dwoma detektywami, którzy przed chwilą opuścili gmach komisariatu w Brentwood. Trzymali się daleko z tyłu, w bardzo bezpiecznej odległości. Nie bali się, że ich zgubią. Znali ich hotel. W razie czego, dobrze wiedzieli, gdzie ich szukać.

Poznali nawet ich nazwiska.

Kyle Craig, FBI. Szycha z Quantico. Specjalista od „trudnych przypadków”. Jeden z najlepszych pracowników biura.

Alex Cross, policjant z Waszyngtonu. Psychiatra, biegły sądowy.

William miał chętkę szepnąć im do ucha:.Jeśli polujesz na wampira, on zapoluje też na ciebie”.

To była prawda, chociaż brzmiała jak reguła. William nie cierpiał zasad i reguł. Wprowadzały element rutyny do wszystkich zamierzonych działań. Pozbawiały inicjatywy. Ograniczały osobowość, autentyzm i swobodę. A co najgorsze – to za ich przyczyną można cię było złapać.

William ostrożnie, niemal pieszczotliwie przydeptał pedał hamulca. Może nie trzeba śledzić i zabijać tych dwóch policyjnych kundli? Przecież w Los Angeles jest tyle ciekawszych rzeczy do roboty.

Było pewne szczególne miejsce, do którego lubili chodzić. Zwano je Kościołem Wampirów. Służyło tym, którzy „w duchu szukali smoka”. Był to naprawdę kościół – ogromna i wysoka nawa, pełna rzeźbionych wiktoriańskich mebli, ręcznie zdobionych złotych kandelabrów, czaszek i innych kości, a także gobelinów przedstawiających dzieje dawnych krwiopijców. Przychodzili tam głównie maniacy, lecz czasami zjawiał się jakiś autentyczny wampir. Taki jak William lub Michael.

W murach kościoła działy się podniecające, dziwne, sadoerotyczne rzeczy. Dławiący ból zamieniał się w ekstazę. William wspomniał swoją ostatnią wizytę i dreszcz rozkoszy przebiegł mu po plecach. Poznał młodzieńca, siedemnastolatka o jasnych włosach. Anioła, księcia. Tej nocy chłopak był ubrany zupełnie na czarno. Nawet włożył czarne szkła kontaktowe. Wyglądał przewspaniale. Chciał udowodnić Williamowi, iż rzeczywiście jest wampirem, więc nakłuł sobie główną żyłę i napił się własnej krwi. Potem zażądał od Williama, żeby przyłączył się do uczty. Miał to być akt zjednoczenia. Po pewnym czasie William i Michael powiesili chłopaka za nogi, chcąc wysączyć go do ostatniej kropli. Nie było w tym już nic z miłości ani uwielbienia dla anielskiego ciała. Poszli za głosem natury – za podszeptem sadystycznych instynktów.

Dwaj gliniarze weszli do baru Knoll. William oderwał się od wspomnień. Byli o krok od Bulwaru Zachodzącego Słońca. Zwykła knajpka. Nic ciekawego. W sam raz dla takich gości.

– Poszli na piwo – powiedział William do brata. – Męska przyjaźń.

Michael parsknął urywanym śmiechem.

– Bezzębni i bezbronni starcy – zachichotał z własnego dowcipu.

William przez chwilę patrzył na drzwi, za którymi zniknęli Kyle i Alex.

– Nie – odparł. – Lepiej być ostrożnym. Jeden z nich jest niebezpieczny. Czuję płynącą zeń energię.

Rozdział 27

Wreszcie trafiłem na jakiś ślad. Stało się to za sprawą Tima z redakcji Examinera. Ruszył pościg. Przynajmniej tak mi się zdawało. Następnego ranka pojechałem szosą sto jeden do Santa Barbara, niecałe dwieście kilometrów na północ od Los Angeles.

Z pewnym smutkiem i przygnębieniem spoglądałem w niebo. Gdy oddaliłem się od miasta, nabrało niebieskiej barwy. Zniknęła szarobura chmura smogu, wciąż wisząca nad Los Angeles.

W Bibliotece Davidsona, na Uniwersytecie Kalifornijskim w Santa Barbara, miał na mnie czekać niejaki Peter Westin. W tamtejszym księgozbiorze była ponoć największa w Stanach Zjednoczonych kolekcja dzieł o wampirach i o wampiryzmie. Tim załatwił mi spotkanie z Westinem. Uważał go za najlepszego eksperta w tej dziedzinie, choć ostrzegał mnie, że jest ekscentrykiem.

Peter Westin przyjął mnie w małym gabinecie, tuż obok czytelni głównej. Niedawno musiał przekroczyć czterdziestkę. Pojawił się spowity w czerń przemieszaną z fioletem. Nawet paznokcie miał pomalowane na jasnofioletowo. Wcześniej słyszałem od Jamilli, że prowadził sklep z odzieżą i biżuterią w niewielkim centrum handlowym zwanym El Paseo przy State Street w Santa Barbara. Wyglądał groźnie i ponuro. W długich czarnych włosach błyszczały mu pasemka siwizny.

– Jestem detektyw Alex Cross – powiedziałem, zamieniając z nim uścisk dłoni. Mógł malować sobie paznokcie, ale ręce miał niezwykle silne.

– Westin, potomek Vlada Palownika. Witam pana. Ogarnął nas już chłód nocy, zatem zapewne jest pan nieco głodny i marzy o odpoczynku – rzekł przesadnie teatralnym tonem.

Uśmiechnąłem się lekko, słysząc tę przemowę.

– To samo pewnie powiedziałby hrabia w starym filmie z Drakulą.

Westin pokiwał głową i pokazał w uśmiechu dwa rzędy równiutkich zębów. Nie miał kłów.

– Nawet w kilku. To oficjalne powitanie Transylwańskiego Stowarzyszenia Drakuli w Bukareszcie.

– Mają filię w Stanach? – zapytałem szybko.

– W Stanach i w Kanadzie. A poza tym w Afryce Południowej i nawet w Tokio. Wampiryzmem interesuje się kilkaset tysięcy ludzi. Dziwi się pan? Nie podejrzewał pan, że jest nas aż tak wielu?

– Kilka tygodni temu naprawdę tak myślałem – odpowiedziałem. – Teraz nic mnie już nie zaskoczy. Dziękuję panu, że zgodził się pan ze mną porozmawiać.

Usiedliśmy w czytelni przy wielkim dębowym stole. Westin podsunął mi do przejrzenia kilka opasłych książek o wampirach.

– Polecam panu Smak krwi – rozmowy z prawdziwymi wampirami Carol Page. Można powiedzieć, że autorka trafiła w sedno. – Pchnął książkę w moją stronę. – Spotkała się z wampirami i w rzeczowej formie, bez krzty sensacji, opisała swoje wrażenia. Początkowo była nieufna… trochę tak jak pan teraz.

– Ma pan rację, jestem sceptykiem – przyznałem. Opowiedziałem mu o ostatnim morderstwie w Los Angeles i zadałem dziesiątki pytań dotyczących wampirzego świata. Westin odpowiadał cierpliwie. Dowiedziałem się, że wampiry mają swoją subkulturę praktycznie w każdym wielkim mieście Ameryki i w kilku mniejszych, takich jak Santa Craz w Kalifornii, Austin w Teksasie, Savannah w Georgii, Batavia w stanie Nowy Jork i Des Moines w Iowa.

– Prawdziwy wampir – powiedział Westin – to ktoś obdarzony niezwykłym darem. Ktoś, kto potrafi przyswajać, wchłaniać i przekształcać energię, czyli siłę życia. Prawdziwy wampir to ktoś uduchowiony.

– Jak to połączyć z piciem krwi? – zapytałem. – O ile da się połączyć – dodałem spiesznie.

– Krew jest podobno największym źródłem energii – spokojnie odparł Peter Westin. – Gdybym, na przykład, wypił pańską krew, przejąłbym pańską siłę.

– Moją krew? – powtórzyłem.

– Tak. Jest pan pełen życia.

Wspomniałem mu o nocnym włamaniu do zakładu pogrzebowego na pomoc od Los Angeles.

– Co ze zwłokami osób, które zmarły dzień lub dwa dni wcześniej?

– Jeśli prawdziwy lub fałszywy wampir jest zdesperowany, taka krew także spełnia swoją rolę. Najpierw opowiem panu o prawdziwych wampirach. Większość z nich to samotne, wrażliwe i uległe istoty. Są atrakcyjni choćby ze względu na swoją amoralność, zakazane żądze, buntowniczość, siłę, erotyzm i swoiste podejście do zasad rządzących naszym życiem.

– Wciąż pan podkreśla słowo „prawdziwe”. Gdzie tkwi różnica?

– W dzisiejszych czasach większość młodych ludzi, żyjących na wzór wampirów, to zwykli przebierańcy. Eksperymentują, zbierają doświadczenia, łączą się w grupy z tymi, którzy podzielają ich zainteresowania. Jest nawet popularna gra pod nazwą Wampir: maskarada. Taki styl życia imponuje zwłaszcza nastolatkom. Wampiry mają ambiwalentny stosunek do rzeczywistości. A poza tym balują nocą – wykrzywił usta w grymasie przypominającym uśmiech – aż do pierwszego brzasku.

Ciekawiło mnie, dlaczego był ze mną szczery? Na ile sam poważnie podchodził do wampirów? Do jego sklepu przychodzili ludzie szukający jakiejś odmiany. A może sam był przebierańcem? Albo prawdziwym wampirem?

– Mit wampira powstał tysiące lat temu – ciągnął. – Znany jest w Chinach, Afryce, Ameryce Środkowej i Południowej. I oczywiście w centralnej Europie. Wielu ludzi w Stanach Zjednoczonych fetyszyzuje postać wampira za jej swoistą teatralność, ładunek erotyki i powiew romantyzmu. Wampiry kuszą także tym, że przekraczają bariery płci i rasy.

Uznałem, że czas przerwać tę przemowę i skupić się na morderstwach.

– A co pan powie o ostatnich wypadkach tu, w Kalifornii, i w Nevadzie?

Twarz wykrzywił mu grymas bólu.

– Był niejaki Jeffrey Dahmer, zwany Wampirem Kanibalem. Także Nicolas Claux, o którym pan mógł nie słyszeć. Mieszkał w Paryżu i pracował w zakładzie pogrzebowym. W połowie lat dziewięćdziesiątych udowodniono mu serię morderstw. Przyznał się do wszystkiego. Tuż po aresztowaniu z lubością opowiadał o tym, jak zżerał fragmenty zwłok przed pogrzebaniem. Stał się powszechnie znany w Europie jako „Wampir z Paryża”.

– A Rod Ferrell z Florydy? – zagadnąłem.

– O, właśnie. Dla niektórych stał się niemal bohaterem. Pełno o nim chociażby w Internecie. Razem z kilkoma innymi zatłukł na śmierć rodziców jednego z członków grupy. Potem wyciął na zwłokach symbole okultystyczne. Wiem o nim wszystko. Był opętany nianią otwarcia wrót piekła. Chciał zabić dziesiątki ludzi, żeby przejąć ich dusze i zyskać moc, potrzebną do wezwania szatana. Kto wie, może nawet mu się to udało?

Westin spoglądał na mnie przez dłuższą chwilę.

– Coś panu powiem, detektywie Cross. Niech mi pan wierzy bez zastrzeżeń. To bardzo ważne, by pan zrozumiał, że wśród wampirów, tak samo często jak wśród ludzi, zdarzają się psychopaci i zwykli mordercy.

Wzruszyłem ramionami.

– W takim przypadku warto podeprzeć się jakąś statystyką – odparłem. – Nie zapominajmy, że jakiś wampir lub pański „przebieraniec” zabił bez mała tuzin ludzi.

Westin posmutniał trochę.

– Tak, wiem. Dlatego z panem rozmawiam. Postanowiłem zadać mu ostatnie pytanie.

– Jest pan wampirem?

Przez moment zwlekał z odpowiedzią.

– Tak.

Dreszcz przebiegł mi po plecach. Facet mówił zupełnie poważnie.

Rozdział 28

Tej nocy w Santa Barbara, gdy zapadł zmrok, poczułem się bardziej nieswojo niż zazwyczaj. Tkwiłem w hotelu. Trochę czytałem przejmującą powieść Czekanie Ha Jina. Sam też czekałem. Dwa razy dzwoniłem do domu. Nie wiem, czy czułem się samotny, czy dręczyło mnie poczucie winy dlatego, że nie byłem na koncercie Damona.

A może to Peter Westin wzbudził we mnie strach swoim łakomym spojrzeniem ciemnych oczu i historiami o wampirach? W każdym razie, po tej rozmowie bardziej wierzyłem w upiory. Westin był dziwnym, niesamowitym, zapadającym w pamięć człowiekiem. Miałem przeczucie, że znów się spotkamy. Że ponownie będę mógł z nim porozmawiać.

Strach towarzyszył mi całą noc i nie zniknął, kiedy pierwsze promienie słońca padły na góry Santa Ynez. Gdzieś działo się coś potwornego. Gdzieś czyhało kilku zboczonych morderców. A może był to cały podziemny kult, blisko związany z wampirzą subkulturą? Nawet jeżeli nie, też nic to nie zmieniało. Znaczyło tylko, że nasze dochodzenie znalazło się w zawieszeniu.

O wpół do ósmej wbiłem się wypożyczonym samochodem w kleistą mgłę i gęstniejący ruch na drogach. Podśpiewywałem bluesa Muddy’ego Watersa. Doskonale pasował do mojego nastroju.

Wyjechałem z Santa Barbara i skierowałem się w stronę Fresno. Tam czekało mnie spotkanie z następnym „specjalistą”.

Jechałem ze dwie godziny. W Santa Maria skręciłem na sto sześćdziesiątą szóstą i zmierzałem dalej na wschód, przez Sierra Mądre, aż do skrzyżowania z dziewięćdziesiątą dziewiątą. Pierwszy raz oglądałem tę część Kalifornii. Bardzo mi się tu podobało. Krajobraz i kolory były zupełnie inne niż na wschodzie.

Wpadłem w stały rytm jazdy. Słuchałem płyty Jill Scott. Przez pewien czas myślałem o tym, czym przez ostatnie dwa lata stało się moje życie. Zauważyłem, że niektórzy z moich przyjaciół i znajomych zaczynają się o mnie martwić. Nawet mój stary druh John Sampson, chociaż nieskory do czułości, też dołączył do tego grona. Powiedział mi pewnego razu, że zupełnie o siebie nie dbam i szukam kłopotów. Zasugerował, że najwyższa pora, bym pomyślał o zmianie pracy. W zasadzie w każdej chwili mogłem przejść do FBI, lecz chyba nie o taką zmianę mu chodziło. Mógłbym na powrót zająć się psychiatrią w pełnym wymiarze godzin… Wznowić praktykę lub wykładać na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa, tam, gdzie zrobiłem dyplom i gdzie nadal miałem niezłe układy.

Poza tym przypomniałem sobie starą śpiewkę Nany – znajdź sobie kogoś, ustatkuj się, kochaj i bądź kochany.

Przecież próbowałem. Moja żona, Maria, przypadkowo zginęła w ulicznej strzelaninie w Waszyngtonie. Damon i Jannie byli bardzo mali. Sprawa nie została do końca wyjaśniona, a ja nigdy z tego się nie otrząsnąłem. I pewnie nie otrząsnę. Nawet teraz miałem łzy w oczach, gdy myślałem o Marii, o tym, co się z nią stało… o jej niepotrzebnej śmierci. Co za potworne marnotrawstwo zwykłego ludzkiego życia! Damon i Jannie zostali bez matki.

Cholernie chciałem kogoś znaleźć, ale nie miałem już więcej szczęścia. Znajomość z Jezzie Flanagan skończyła się jeszcze gorzej. Potem była Christine Johnson, matka małego Alexa. Pracowała jako nauczycielka i przeniosła się gdzieś na zachód.

Dobrze jej szło, kochała Seattle i ułożyła sobie życie. Wciąż miałem wobec niej mieszane uczucia. Przeze mnie doznała krzywdy. To była tylko moja wina. Oznajmiła zupełnie szczerze, że nie chce męża detektywa. Całkiem niedawno zacząłem się spotykać z agentką FBI, Betsey Cavalierre. Teraz Betsey nie żyła. Jej śmierć pozostawała zupełną zagadką. Z Jamillą Hughes bałem się nawet pójść do restauracji. Prześladowały mnie zmory przeszłości.

– Niezły z ciebie detektyw – mruknąłem pod nosem. Przed sobą zobaczyłem drogowskaz z napisem „Fresno”. To właśnie tam chciałem się dowiedzieć czegoś więcej o zębach.

Ściśle mówiąc: o kłach.

Rozdział 29

Napis nad drzwiami głosił „Tatuaże, kły i pazury”. Studio mieściło się na peryferiach średnio zamożnej dzielnicy, w centrum Fresno. Przez szybę widać było zaśmiecone wnętrze i stary fotel dentystyczny. Na fotelu kuliła się młoda dziewczyna, może czternasto – lub piętnastoletnia. Chudą pryszczatą twarz pochyliła nad kolanami i krzywiła się przy każdym ukłuciu igły.

Obok, na stołku, siedział młody człowiek w żółto-niebieskiej chustce na głowie. Robił tatuaż. Sięgnął po buteleczkę tuszu. Wzory, wiszące za nim na ścianie, przypominały mi rysunki spirografem, sprzedawane na szkolnej giełdzie.

Przez kilka minut stałem na ulicy i przyglądałem się robocie. Myślałem o fizycznym bólu, związanym z tatuażem i… morderstwami.

Liznąłem trochę podstawowej wiedzy na temat tatuaży. Mistrz skierował światło małej lampki prosto na kark dziewczyny. Miał dwie maszyny na pedały – jedną do konturów, drugą do cieni i kolorów. Na okrągłym stojaku pomiędzy maszynami mieściło się czternaście igieł. Im więcej igieł, tym barwniejszy efekt.

Jakiś krótko ostrzyżony przechodzień w średnim wieku na chwilę stanął koło mnie, zerknął w szybę i rzucił:

– To głupota. Głupi, kto na to patrzy.

I poszedł.

Ostatnio nie brakuje u nas krytyków. Wreszcie wszedłem do środka i obejrzałem dzieło mistrza. Był to mały, zielono-złoty celtycki symbol. Zapytałem, gdzie znajdę kły i pazury. Mistrz lekko poruszył głową i brodą wskazał korytarz po lewej stronie. Nie wyrzekł ani słowa.

Minąłem kilka gablotek. Kolczyki na język i do pępka, łącznie z takimi, co świeciły nocą, kastety, ciemne okulary, fajki, paciorki i plakat z dwoma najpopularniejszymi pazurami: Ogrem i Faustem.

Ciepło, ciepło, pomyślałem, idąc dalej. Nagle stanąłem twarzą w twarz z kolejnym mistrzem.

Chyba mnie oczekiwał, bo zaczął mówić, gdy tylko przekroczyłem próg jego królestwa.

– Zatem w końcu przybyłeś, pielgrzymie. Kiedy wchodzisz do najciekawszych, najbardziej niebezpiecznych wampirzych klubów w Los Angeles, Nowym Jorku, Nowym Orleanie i Houston, to wszędzie dostrzegasz kły. To jest dopiero widok, stary! Kły gotajskie, edwardiaóskie, wiktoriańskie, deliryczne… Wszystko, co tylko zechcesz. Byłem jednym z pierwszych w tym biznesie. Zacząłem w Laguna Beach i parłem na pomoc. Oto ja, Fresno Kid.

Kiedy wygłaszał tę przemowę, przyjrzałem się jego zębom. Miał przedłużone siekacze. Wyglądały tak, jakby mogły naprawdę zrobić krzywdę.

Nazywał się John Barreiro i był niskim, przeraźliwie chudym facetem, ubierającym się na czarno, tak jak Peter Westin. Nigdy w życiu nie napotkałem tak złowieszczej postaci.

– Wie pan, po co przyszedłem. Chodzi mi o morderstwa w parku Golden Gate – powiedziałem.

Pokiwał głową i uśmiechnął się szelmowsko.

– Wiem, z czym przychodzisz, pielgrzymie. Przysłał cię Peter Westin. Ma dar przekonywania, prawda? Pozwól za mną. – Zaciągnął mnie do ciasnego i zapchanego pokoiku na zapleczu. Ściany były niebieskie, a światło karmazynowe.

Barreiro tryskał niespożytą energią. Kiedy mówił, wciąż krążył po małym pomieszczeniu.

– W Los Angeles jest słynny Fang Club. Podobno to jedyne miejsce, gdzie można spotkać wampira i potem jeszcze o tym opowiadać. W weekendowe noce bywa tam od czterystu do pięciuset gości. Najwyżej pięćdziesięciu z nich to prawdziwe wampiry. A wszyscy paradują z kłami, nawet czeladnicy.

– To pańskie prawdziwe zęby? – spytałem.

– Chętnie pana ugryzę, by się pan przekonał – odparł i wybuchnął śmiechem. – Odpowiedź brzmi: tak. Przedłużyłem sobie siekacze i spiłowałem krawędzie. Gryzę. Piję krew. Jestem naprawdę zły, panie detektywie.

Skinąłem głową. Nie miałem wątpliwości, że mówił prawdę. Jego wygląd potwierdzał te słowa.

– Jeśli pan zechce, zrobię odlew pańskiego uzębienia i przyszykuję parę pięknych kłów. Będzie się pan wyróżniał z policyjnego tłumu. Stanie się pan kimś wyjątkowym.

Uśmiechnąłem się z tego żartu, lecz mu nie przerywałem.

– Co roku robię kilkaset kłów. Czasem klienci proszą o jeszcze jedną, dodatkową parę. Czasem chcą srebrne albo złote. Panu byłoby dobrze ze srebrnymi.

– Słyszał pan o ostatniej serii morderstw w Kalifornii? – zapytałem.

– Tak, słyszałem. A jakże. Od przyjaciół i od członków bractwa, takich jak Peter Westin. Wśród wampirów te wydarzenia wywołały spore poruszenie. Widzą w tym symbol nowych czasów. Być może nowy Pan nadchodzi.

Uniosłem rękę, żeby przestał mówić. Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach. Co takiego?

– Wampiry mają przywódcę?

Ciemne oczy mego rozmówcy stały się wąskie jak szparki.

– Pewnie, że nie. A nawet gdyby miały, to nic bym o tym nie powiedział.

– Ale jest przecież jakiś „Pan” – zaoponowałem. Łypnął na mnie ponuro i znów zaczął krążyć po izdebce.

– Mógłby pan zrobić kły tygrysa… dla człowieka? – spytałem.

– Pewnie, że mógłbym – odpowiedział. – I zrobiłem. Nagle rzucił się na mnie z niezwykłą gwałtownością. Jedną ręką złapał mnie za włosy, a drugą za ucho. Byłem o wiele wyższy i cięższy od niego, lecz zdołał mnie zaskoczyć. Ruszał się błyskawicznie i miał niemałą krzepę. Przysunął twarz do mojej szyi, szeroko otworzył usta… i zamarł.

– Lepiej nas nie lekceważyć, panie detektywie – zasyczał. Puścił mnie. – Wciąż jest pan zupełnie pewny, że kły panu niepotrzebne? Zrobię za darmo. Dla pańskiego dobra.

Rozdział 30

Biała zakurzona furgonetka mknęła przez pustynię Mpjave z szybkością stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Prowadził William. Z nastawionych na pełną moc głośników dudnił rap z płyty The Marshall Mathers LP. Samochód jechał drogą numer piętnaście w stronę Vegas. To miał być ich następny przystanek na trasie.

Dobry pomysł z tą furgonetką, pomyślał William. Była to karetka przeznaczona dla dawców krwi, oznaczona Czerwonym Krzyżem. Nadawało to ich działaniom pozory legalności. Przecież brali krew od każdego, kto zgodził się jej użyczyć.

– Już tylko kilka kilometrów – mruknął William do brata. Michael siedział rozparty, z bosą nogą wystawioną przez okno.

– Niby do czego? Do jakiejś kolejnej ofiary? Dobrze by było. Nudzi mi się i jestem potwornie spragniony – krzywił się i narzekał niczym kapryśny nastolatek, którym zresztą był. – Nie wciskaj mi ciemnoty. Myślałby kto, Slim Shady się znalazł. Tu nic nie ma.

– Sam zobaczysz – tajemniczo powiedział William. – Zaraz zapomnisz o nudzie. Możesz mi wierzyć.

Parę minut później wjechali na teren ośrodka spadochronowego, znanego jako strefa zrzutu. Michael zerwał się, zapiał z radości i zabębnił w deskę rozdzielczą. Straszny był z niego dzieciak.

– Odjazd na pełen gaz! – zawołał, zupełnie nieźle naśladując młodego Toma Cruise’a.

Uwielbiali spadochroniarstwo. Pierwsze skoki oddali wkrótce po wyjściu z więzienia. Mogli to robić całkiem legalnie, a emocje związane z lotem sprawiały, że na krótką chwilę zapominali o zabijaniu. Prędko wysiedli z furgonetki i weszli do płaskiego betonowego baraku, z pewnością pamiętającego dużo lepsze czasy.

William zapłacił za lot dwadzieścia dolarów. Na wąskim pasie startowym stały dwie maszyny typu Twin Otter, ale pilot był tylko jeden. Poza tym nikogo.

Pilot okazał się brunetką niewiele starszą od Williama. Miała dwadzieścia parę lat, jędrne i seksowne ciało, lecz małą, lisią i dziobatą twarz. Bracia wyraźnie jej się podobali. Tak jak wszystkim.

– Nie macie desek, więc nie surfujecie. Jakieś życzenia? – zapytała z silnym południowo-zachodnim akcentem. – A przy okazji… Mam na imię Callie.

– Wejdę w każdy układ! – zaoferował się Michael i wybuchnął hałaśliwym śmiechem. – Mówię całkiem poważnie, Callie. Lubimy wyzwania.

– W to akurat nie wątpię – powiedziała, przez chwilę patrząc mu prosto w oczy. – No to ruszajmy.

Wsiedli do samolotu.

Półtorej minuty później otter podskakiwał na wyboistym pasie. William i Michael wrzeszczeli jak szaleni i zanosili się donośnym śmiechem, wkładając spadochrony.

– Trzeba przyznać, że nieźle was wzięło! Lubicie latać? Lubicie akrobacje? – Callie usiłowała przekrzyczeć warkot silnika. Miała lekko chropawy głos, co – trzeba przyznać – trochę drażniło Williama. Chętnie zrobiłby jej dziurę w szyi, lecz w tym momencie nie byłoby to najmądrzejsze.

– Mniej więcej. Leć na pięć tysięcy metrów! – odkrzyknął.

– Hola, hola… Cztery zupełnie wystarczą. Temperatura i tak spadnie do trzech stopni. Każde następne trzysta metrów to dwa, trzy stopnie w dół. Na pięciu tysiącach zaczyna się niedotlenienie. Trochę to dla was za dużo… Macie za delikatną skórę.

– Sami wiemy, co dla nas dobre! Przerabialiśmy to już kiedyś! – zawołał Michael. Szczerzył zęby, bo był odrobinę zły, ale Callie prawdopodobnie wzięła to za uśmiech. Innym też to już się zdarzało.

William wcisnął jej w rękę następne dwadzieścia dolarów.

– Pięć tysięcy – powiedział z przekonaniem. – Nic się nie przejmuj. To dla nas nie pierwszyzna.

– Jak chcecie. To nie ja odmrożę sobie palce i uszy – odparła. – Pamiętajcie, że ostrzegałam.

– Nie martw się. Gorąca krew nas rozgrzeje. Dobrze latasz? Callie uśmiechnęła się.

– Zaraz się przekonamy, prawda? Powiedzmy, że już dawno nie jestem dziewicą.

William uważnie patrzył na przyrządy. Chciał mieć pewność, że na pewno polecą na właściwą wysokość. Callie gładko wyrównała lot na pięciu tysiącach metrów. Nie było wiatru, a w dole rozciągał się wspaniały widok. Samolot praktycznie leciał sam, bez pomocy.

– To nie najlepszy pomysł, chłopcy – odezwała się Callie. – Zimno tu jak cholera.

– Pomysł był dobry – zaoponował William. – W dodatku mam jeszcze lepszy!

Zaskoczył ją. Głęboko wbił zęby w jej szyję i przytrzymał. Szczęki miał silne jak imadło. Zaczai ssać. Rozpoczęła się iście niebiańska uczta…

Callie darła się wniebogłosy, szarpała się i kopała, ale nie mogła go odepchnąć. Jasnoczerwona krew tryskała po kabinie. William nie puszczał. Callie tak desperacko próbowała wstać z wąskiego fotela pilota, że wywichnęła sobie biodro.

Kilka razy kopnęła kolanami w tablicę i znieruchomiała. Jej piwne oczy stały się szkliste i martwe jak kamienie. Poddała się. William i Micheal zachłannie chłeptali krew. Napili się, lecz w ciasnej kabinie samolotu nie mogli do samego końca wysączyć swojej ofiary.

William otworzył drzwiczki. Poczuł na twarzy powiew mroźnego powietrza.

– Skacz! – wrzasnął do brata. Porzucili maszynę i pofrunęli w dół, w stronę ziemi.

Ich skok nie miał w sobie nic z upadku. O wiele bardziej przypominał swobodny lot niż spadanie.

W poziomie szybowali z prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę. Kiedy jednak ustawili ciało pionowo, szybkość wzrastała, zdaniem Wilłiama, do stu osiemdziesięciu, a może nawet do dwustu kilometrów na godzinę.

Wrażenie było wręcz niezwykłe, nieomal graniczące z cudem. Ich ciała drżały niczym wibrafony. Pulsowała w nich świeża krew Callie. Odjazd nie z tego świata.

Przy tej szybkości lekki ruch nogą w lewo odrzucał ciało w prawą stronę.

Lecieli pionowo w dół. Prawie do samej ziemi. Żaden z nich jeszcze nie pociągnął za linkę spadochronu. To było właśnie najpiękniejsze: możliwość nagłej śmierci. Pęd powietrza popychał ich i szarpał. Słyszeli tylko poszum wiatru. Pełna ekstaza.

Nie otwierali spadochronów. Jak długo jeszcze wytrzymają? Co się z nimi stanie?

Jedyne, co nas dzieli od doskonałości, myślał William, to fakt, że nie odczuwamy bólu. Ból daje nowe doświadczenia. Jest kluczem do rozkoszy, choć w przeciwieństwie do mnie i Michaela, niewielu to rozumie.

W ostatniej chwili szarpnęli za zaczepy i rozpięły się nad nimi czasze spadochronów. William poczuł, że coś go ciągnie w górę, lecz ziemia wciąż zbliżała się z wielką prędkością.

Wylądowali i przetoczyli się na plecy. Półtora kilometra dalej mały samolot z hukiem spadł na pustynię i eksplodował. – Żadnych dowodów – wycedził William. Oczy błyszczały mu radością i podnieceniem. – To dopiero była zabawa.

Rozdział 31

„Karmazynowy przypływ”. Tak właśnie William nazwał ich morderczą wyprawę. Znów byli w drodze i nic ich nie mogło powstrzymać przed ostatecznym wypełnieniem misji. Nic – ani deszcz, ani zawierucha, ani FBI.

Karetka ze znakami Czerwonego Krzyża jechała wolno przez Fremont Street w Las Vegas. Niemal zniknęła w roztańczonych światłach neonów. William i Michael mieli wrażenie, że stali się niewidzialni. Jak większość chłopców w ich wieku, czuli się nietykalni. Nikt ich nie mógł dopędzić, złapać i powstrzymać.

Wzrokiem chłonęli dosłownie wszystko – cudaczne fontanny, tryskające niemal przed każdym kasynem i hotelem, kaplicę z głośnikami, z których płynęła słodko Love Me Tender i jaskrawo pomalowane autobusy. Tuż przed nimi jechał autokar wycieczkowy z napisem „Zjednoczony Związek Dekarzy i Uszczelniaczy”.

– To prawdziwe miasto wampirów – powiedział William. – Czuję bijącą zeń energię. Nawet robactwo, które tutaj pełza po ulicach, czuje się jak nakręcone. Niezwykłe miejsce – pełne patosu, blichtru i przesady. Na pewno już je pokochałeś.

Michael klasnął w dłonie.

– Jestem w niebie. Tu sobie poszaleję.

– Taki był zamiar – przytaknął William. – Obaj poszalejemy.

O północy dotarli do nowej promenady, do Boulevard Las Vegas. Zatrzymali się przed hotelem Mirage. Wielka reklama, świecąca nad gwarną ulicą, zapowiadała pokaz magii w wykonaniu Charlesa i Daniela.

– To dobry pomysł? – zapytał Michael, kiedy podeszli do kasy. William puścił to mimo uszu i spokojnie odebrał zamówione wcześniej bilety. Obaj byli ubrani w czarne skórzane kombinezony, a na nogach mieli ciężkie robocze buty. Tu, w Vegas, nikt nie przywiązywał większej wagi do strojów. Zajęli dwa pierwsze miejsca, w pobliżu sceny. Spektakl miał się rozpocząć już za chwilę.

Teatr swoim wyglądem olśniewał i przytłaczał widza. Ogromna scena była szczelnie przykryta czarnym aksamitem. W tle stała wysoka na prawie dziesięć metrów metalowa konstrukcja, na której migotały wciąż zmienne obrazy. Sześciu techników obsługiwało potężne reflektory. Światło podkreślało olbrzymie rozmiary sali.

William zapalił cygaro od świecy stojącej na stoliku. – Pora na przedstawienie, braciszku – powiedział. – Pamiętaj o tym, co mówiłeś przedtem. Poszalejemy. A więc szalej.

Wejście magików okazało się ucztą dla oka. Charles i Daniel sfrunęli na scenę gdzieś spod dachu. Szybowali w powietrzu bez mała dwadzieścia metrów.

Potem zniknęli – a publiczność jak urzeczona nagrodziła ich burzą oklasków.

William i Michael cieszyli się wraz ze wszystkimi. William podziwiał szybkość, z jaką działały dźwigary hydrauliczne.

Charles i Daniel ponownie wkroczyli na scenę. Wiedli ze sobą dwa nieduże słonie, białego ogiera i wspaniałego tygrysa bengalskiego.

– To ja – szepnął William bratu na ucho. – Ja jestem tym pięknym kotem. Stoję u boku Daniela. Lepiej niech uważa…

Z głośników popłynęła komputerowa wersja Stairway to Heaven grupy Led Zeppelin. Dźwięki były równie krzykliwe jak dekoracje. Potężny system wentylacyjny usuwał z sali woń zwierzęcego kału i uryny, tłocząc w zastępstwie słodkawy zapach świeżej wanilii zmieszanej z migdałami.

Dwaj magicy na scenie sprzeczali się o drobiazgi.

William pochylił się w stronę pary siedzącej przy sąsiednim stoliku. Chłopak i dziewczyna, tak młodzi i piękni… Rozpoznał ich od razu, bo ostatnio grali w popularnym serialu telewizyjnym. Nie bardzo mógł się zdecydować, które z nich jest ładniejsze. Po prostu byli odlotowi. Znał ich nazwiska: Andrew Cotton i Dara Grey. Do diabła, przecież w wolnych chwilach czytał EW i popołudniówki.

– Czyż to nie cudne? – spytał. – Kocham magię. Cholernie mnie bawi. Zadziwiające!

Dara zerknęła w jego stronę. Już miała go usadzić, gdy napotkała jego spojrzenie. To wystarczyło, by schwytał ją w swoją sieć. Dopiero teraz przyjrzał jej się dokładniej. Miała na sobie błyszczącą niebieską sukienkę, szeroki pasek i pantofelki zdobione klejnotami. Do tego elegancka torebka od Fendiego. Całość diabelnie ładna, bardzo ładna. Do schrupania.

Zapowiadała się prawdziwa uczta.

Pozostawało jeszcze uwieść jej chłopaka. Kochany, stary Andrew…

Zabawa będzie aż do świtu.

Rozdział 32

Dwaj magicy niestrudzenie obrzucali się wyzwiskami. William oderwał wzrok od Dary i znowu popatrzył na scenę. Nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. Magiczny spektakl też pełnił ważną rolę w jego planach. Ważną jak diabli.

Charles i Daniel byli po czterdziestce. Obaj przystojni, choć o grubo ciosanych rysach – i pewni siebie, wręcz bezczelni, zwłaszcza w oczach zmanierowanej publiczności.

Daniel przemawiał do widzów niczym adwokat do ławy przysięgłych. Dla podkreślenia swoich słów wymachiwał długim błyszczącym mieczem.

– Zaliczamy się do najlepszych artystów na świecie. Może nawet jesteśmy najlepsi. Występowaliśmy w Madison Sąuare i Winter Garden w Nowym Jorku, w Magie Castle, w Palladium w Londynie i Crazy Horse Saloon w Paryżu. Pisały o nas gazety we Frankfurcie, w Sydney, Melbourne, Moskwie i Tokio.

Charles wydawał się znudzony tą napuszoną autoreklamą. Siadł na krawędzi sceny i ziewał, aż widać mu było migdałki. Wreszcie powiedział:

– Oni mają w nosie twoją karierę, Danielu. Nie potrafiliby odróżnić Houdiniego od Siegfrieda i Roya. Zrób jakąś tanią sztuczkę. Przecież po to tu właśnie przyszli. Takie sztuczki są dobre dla dzieci, a przecież mamy do czynienia z dziećmi! No, zrób sztuczkę! Chociaż jedną!

Daniel gwałtownym ruchem skierował miecz w jego stronę. Wykonał kilka groźnych ruchów.

– Ostrzegam cię, przyjacielu. William znowu pochylił się do sąsiadów.

– Teraz będzie najlepsze – szepnął. – Możecie mi wierzyć. Spod oka zerknął na aktora. Andrew szybko odwrócił wzrok, lecz było już za późno. Też wpadł w pułapkę. Teraz myślał wyłącznie o tym, jak dobrać się do Williama. Ale któż by go za to winił? Boże, jaki jestem głodny, pomyślał William. Mógłbym pić krew tu i teraz. Na scenie Daniel wydzierał się na Charlesa.

– Dość mam tych twoich przemądrzałych, złośliwych docinków! Nienawidzę cię!

– To kiepsko, bo dopiero zacząłem się rozkręcać. – William ułamek sekundy wcześniej wyrecytował odpowiedź Charlesa. – Jeszcze dowiesz się niejednego. I ty, i ci tam, na sali.

Andrew i Dana żywiołowym śmiechem nagrodzili ten mały występ. William całkowicie podbił ich serca. Andrew wprost nie mógł oderwać od niego wzroku. Biedaczysko.

Daniel niespodziewanie skoczył w stronę Charlesa. Wbił mu miecz w pierś. Charles krzyknął rozdzierającym głosem. Zabrzmiało to całkiem prawdziwie. Struga krwi buchnęła na scenę, zalewając czarny aksamit. Głuchy jęk rozległ się wśród wystraszonych widzów. Na sali zapanowała cisza.

William i Michael skręcali się ze śmiechu. Tak samo para aktorów. Sąsiedzi zaczęli sykać, żeby ich trochę uciszyć.

Daniel przeciągnął ciało Charlesa na drugi koniec sceny. Każdym ruchem podkreślał, że zmaga się z ciężarem. To było dramatyczne. Doszedł do rzeźnickiego stołu i położył ciało na blacie.

Chwycił topór, uniósł go oburącz i odrąbał Charlesowi głowę.

Publiczność wybuchnęła nieopisaną wrzawą. Wiele osób zakryło oczy.

– To wcale nie jest śmieszne! – ktoś krzyknął. William śmiał się jak oszalały, walił pięściami w uda i tupał w podłogę. Inni widzowie na próżno zwracali mu uwagę, żeby się uspokoił. Byli przerażeni, lecz chcieli więcej. Andrew i Dana też chichotali. Dana z rozbawieniem klepnęła Williama w ramię.

Daniel przesadnie teatralnym gestem wsadził głowę Charlesa do wiklinowego kosza. Potem ukłonił się. Publiczność wreszcie zrozumiała i posypały się gromkie brawa.

William zmarszczył brwi i pokręcił głową.

– Najlepsze już było. A teraz zakończenie.

Daniel przeniósł kosz z powrotem na koniec sceny. Szedł ostrożnie i bardzo powoli. Wreszcie wyłożył głowę Charlesa na duży srebrny półmisek.

– Dobrze, że miał go pod ręką – szepnął William do Dany. Daniel popatrzył na widzów.

– Wszystko już wiecie? Nie?… Naprawdę?… No, przecież on nie żyje.

– Kłamiesz! – zawołał William od stolika. – Wasz pokaz zdechł, ale Charles żyje! Niestety, nie wiadomo po co.

Głowa leżąca na półmisku drgnęła nagle. Charles otworzył oczy. Widzowie znów zaczęli klaskać. Iluzja była znakomita. Nikt przedtem nie widział takiej sztuczki.

– Boże – jęknął Charles. – Sam popatrz, co zrobiłeś. I to przy tylu świadkach. Nie unikniesz kary, morderco.

Daniel wzruszył ramionami.

– O mnie się nie martw. Nic mi się nie stanie. A wiesz dlaczego? Bo nikt tam o ciebie nie dba. Nikt cię nie lubi. W gruncie rzeczy, to oni sami siebie też nie lubią. Zasłużyłeś na taką śmierć, Charlesie.

– Publiczna egzekucja? – ponownie przemówiła głowa. – Pomóż mi, Danielu.

– Powiedz magiczne słowo – zażądał Daniel.

– Proszę, pomóż! – zawołał Charles. – Proszę… proszę… Pomożesz?

Daniel ostrożnie nakrył koszem głowę na półmisku. Potem znów przeszedł przez całą scenę. Pochylił się nad stołem i gestykulując zawzięcie, „przyczepił” głowę do tułowia. Charles zerwał się i chwycił go za rękę.

Stanęli razem pośrodku sceny i skłonili się publiczności.

– Panie i panowie! Oto Daniel i Charles, najlepsi magicy świata! – zawołali.

Tym razem gromkie brawa trwały dłużej niż przedtem. Ludzie wstawali z miejsc, klaskali i krzyczeli. Magicy wciąż się kłaniali.

– Buuuu! Buuuu! – pohukiwali William i Michael. – Oszukaństwo!

Kilku ochroniarzy ruszyło w ich stronę. William pochylił się do aktorskiej pary.

– Lubicie magię, teatr i przygodę? – spytał. – Jestem William Alexander, a to mój brat, Michael. Chodźmy stąd. Przenieśmy się gdzie indziej. Znajdziemy lepszą zabawę.

Andrew Cotton i Dara Grey podnieśli się od stolika. William i Michael ruszyli przodem. Ochroniarze dopadli ich, zanim doszli do wyjścia.

– Chcemy zwrotu pieniędzy za bilety – oznajmił William. – Charles i Daniel to oszuści.

Rozdział 33

– Do was czy do nas? – zapytał William, bardzo się starając, żeby wypadło to jak najgrzeczniej. Dana i Andrew byli mu potrzebni. Nie chciał ich teraz stracić.

– A gdzie mieszkacie? – spytała Dana. Była bardzo pewna siebie. Prawdziwa gwiazda lub bogini, przynajmniej we własnych oczach. Jeszcze jedna, pomyślał William.

– W Circus Circus – odparł.

– My w Bellagio – powiedział Andrew. – Wynajęliśmy apartament. Jedźmy więc do nas. To wspaniały hotel, najlepszy w Vegas. Mamy prochy – dodał po chwili. – MDMA. Pasuje?

– Mamy zabawki – wtrąciła Dara. Wyciągnęła rękę i delikatnie pogłaskała Williama po jasnych włosach. Miał ochotę zabić ją za tę zniewagę. W zamian jednak złożył szarmancki pocałunek na jej dłoni. Była pełna życia i gorącej, pulsującej krwi.

Apartament w Bellagio mieścił się na wyższym piętrze. Z okien roztaczał się widok na sztuczne jezioro z fontannami, które strzelały wodą na wysokość kilkudziesięciu metrów w rytm melodii z popularnego musicalu Chorus Linę. William uznał to za marnotrawstwo, zwłaszcza na pustyni. Rozejrzał się po pokoju i ze zdumieniem stwierdził, że nie jest najgorzej. Przynajmniej nie było wykładzin i ścian malowanych akrylami.

W kilku miejscach stały świeże kwiaty i patery z owocami. Boże, jaki był głodny! Nie miał jednak ochoty na jabłka i winogrona!

Dara zamknęła drzwi apartamentu i błyskawicznie zrzuciła z siebie koktajlową sukienkę od Boba Mackiego. Miała jędrne i opalone ciało. Zdjęła biustonosz. Też na pewno kosztował niemało.

William popatrzył na jej małe i twarde piersi, o mocno sterczących sutkach. Stała przed nim tylko w kremowych i skąpych majteczkach. I w pantofelkach na wysokim obcasie – chyba prosto z butiku Jimmy’ego Choosa.

Uśmiechnął się. Ech, ci aktorzy… Byli zabawni w swoim zapale, w udawanych, płaskich zapędach w sferę seksu i erotyki. Zupełnie by go nie zdziwiło, gdyby w tej samej chwili zza drzwi szafy wyłonił się charakteryzator. Zastanawiał się, jak wyglądają w łóżku Brad Pitt i Jennifer Aniston. Piękna blond nuda…

– Wasza kolej – z odcieniem drwiny oznajmiła Dara. – Pokażcie no, co tam macie. Zrzućcie łachy. Niech wszyscy się dobrze bawią.

– Na pewno się nie zawiedziesz – odparł William. Z uśmiechem zaczął się rozbierać. Przez chwilę rozwiązywał wysokie buty z cholewami, a potem powoli ściągnął skórzany kombinezon. – Nie masz ochoty zerwać ze mnie tego ubranka? – spytał.

Popatrzyła na niego, szeroko otwierając oczy. Andrew zresztą tak samo.

William rozwiązał bratu kucyk. Michael potrząsnął głową i długie jasne włosy opadły mu na ramiona. William przelotnie cmoknął go w policzek, później w łopatkę. Zdjął z niego ubranie.

– A niech mnie – wyszeptała Dara – jesteście piękni. William i Michael stali całkiem nadzy. Wysocy i muskularni, zdawali się wypełniać przestrzeń twardą, pulsującą męskością. Nie wstydzili się własnego ciała. Od dzieciństwa byli przyzwyczajem do nagości. Nie stronili także od swobodnego seksu z różnymi partnerami. Dara rozejrzała się z wolna po pokoju.

– Jestem w mniejszości – zauważyła – ale wcale nie czuję się pokonana.

Sięgnęła do torebki po kokę.

William delikatnie przytrzymał ją za rękę.

– To nie będzie potrzebne. Połóż się na łóżku. Zaufaj mi. Zaufaj sobie, Daro.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, w jego rękach pojawiły się cztery jedwabne szarfy – czerwone, niebieskie i srebrne. Przywiązał Darę do łóżka. Szamotała się trochę, udając, że się boi. Wszyscy z ogromną przyjemnością obserwowali jej mały występ. Andrew wydawał się trochę zagubiony. Jego niebieskie oczy miały nieobecny wyraz. Michael serdecznie objął go ramieniem.

– Więcej luzu, człowieku – szepnął mu na ucho. – Jesteś wśród przyjaciół. Andrew wyjął parę kajdanek z czarnej skórzanej torby leżącej na podłodze.

¦- To dla ciebie. Tak dla zabawy. Zgadzasz się?

Michael posłusznie wyciągnął ręce przed siebie.

– Tak dla zabawy – powtórzył ze śmiechem.

– Będzie ekstra, zobaczysz – dodał Andrew ściszonym gtosem. – Już czuję, że mnie bierze. Zaraz eksploduję.

– Nic nie wiesz – odparł Michael.

Stało się to tak szybko, że nikt by nie uwierzył. Michael wykonał nagle kilka błyskawicznych ruchów i Andrew poczuł tojdanki na swoich własnych rękach. Michael pociągnął go na P°dłogę i przytrzymał. William pospieszył mu z pomocą i jedwabną szarfą zakneblował ofiarę. Zdarli z niej ubranie. Andrew leżał bez ruchu, zupełnie obezwładniony. William skrępował mu nogi w kostkach.

– Zaufaj nam – wyszeptał. – To będzie coś wspaniałego. Nawet sobie nie wyobrażasz.

Patrzył, jak Michael wbija zęby w szyję młodego aktora. Tylko mały łyczek. Kilka kropli. Aperitrf.

Andrew Cotton wybałuszył oczy ze strachu i zaskoczenia. To był przecudny widok. Miał świadomość, że umrze. Wiedział, co się stanie w ciągu najbliższych paru minut.

Dara z kolei nie mogła dostrzec nic z tego, co działo się koło niej na podłodze.

– Hej tam! Co wyprawiacie? Na pewno jakieś świństwa. Dymacie się nawzajem? Zapomnieliście o mnie? Który tu wreszcie przyjdzie?

William wstał. Z zachwytem popatrzyła na jego nabrzmiały penis, niewiarygodnie płaski brzuch i zniewalający uśmiech.

– Diabeł z pudełka – mruknął.

– Pocałuj mnie, mój piękny diable – szepnęła, trzepocząc rzęsami. – Kochaj mnie. Andrew to przeszłość. Zapomnij o nim. Zapomnij o Michaelu. Chyba nie jesteś zakochany w swoim własnym bracie?

– A któż by go nie kochał? – odparł William. Klęknął na łóżku i powoli pochylił się nad Darą. Objął ją.

Dreszcz przebiegł jej ciało. Jeszcze nie wiedząc, już wiedziała. Jak wiele kobiet – oraz mężczyzn – będących jego żerem, pragnęła umrzeć nieświadoma, czego naprawdę pragnie. Widziała swoje odbicie w jego głębokich niebieskich oczach. Nigdy dotąd nie czuła się tak godna pożądania.

A on naprawdę jej pożądał. Tu i teraz, pragnął jej najbardziej w świecie. Wdychał jej woń – zapachy skóry, mydła, cytrynowych perfum i świeżej krwi, pulsującej w żyłach. Końcem języka musnął jej ucho. Miała wrażenie, że dotknął jej gdzieś w środku. Chociaż fizycznie było to niemożliwe, poczuła jego język w głębi swego ciała.

Nagle Michael rzucił na łóżko nieruchome ciało. Miejsca starczyło dla wszystkich. Andrew był spętany kolorową szarfą; ręce miał w kajdankach. Na jego szyi widniała poszarpana rana. Krew spływała mu na piersi. Nie żył.

Dara zaczęła rozumieć. William miał rację – niepotrzebna koka. Wciąż jej dotykał. Był tak ciepły, niemal gorący, że zakręciło jej się w głowie. Szarpnęła więzy, dysząc pożądaniem, gotowa dosłownie na wszystko.

– To dopiero początek – szepnął William, muskając ustami jej szyję. – Wstęp do dzikiej rozkoszy. Przyrzekam ci to, Daro.

Zlizał aromatyczny zapach perfum z jej ciała. Pocałował ją. A potem głęboko wbił zęby w jej grdykę.

Było cudownie. Przecudownie.

Ekstaza bólu.

Śmierć w ekstazie.

Nikt tego w pełni nie zrozumie, dopóki nie nadejdzie koniec.

Rozdział 34

Znów to się stało. Dwa kolejne nieludzkie morderstwa. Na lotnisku we Fresno czekał na mnie śmigłowiec FBI. Poleciałem nim do Las Vegas i przesiadłem się do samochodu. Kierowca, agent FBI nazwiskiem Carl Lenards, powiedział mi, że dyrektor Craig jest już na miejscu zbrodni. Potem przekazał resztę informacji.

Mordu dokonano w pięciogwiazdkowym, luksusowym hotelu Bellagio. W chwili otwarcia, w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym roku, był to najdroższy hotel na świecie. Ogromny i – aż do dzisiaj – bardzo bezpieczny i spokojny. Ewenement w Las Vegas. Żadnych gołych panienek ani pokątnych gangsterów w błyszczących garniturach.

Karetki i radiowozy miejscowej policji zajmowały niemal cały dojazd, od sześćset czwórki, aż po zjazd na Boulevard South. Stało tam także z pół tuzina wozów transmisyjnych. Na oko Ucząc, wokół hotelu tłoczyło się pięciuset lub sześciuset gapiów. Skąd takie dumy? Co tam się naprawdę stało? Z tego, co dotąd słyszałem, obie ofiary zmarły z upływu krwi, ale nie wisiały.

Gdy przeciskałem się przez ciżbę, spostrzegłem coś, co mną wstrząsnęło chyba nawet bardziej niż wieść o morderstwach.

Zauważyłem grupę ludzi ubranych jak wampiry – w czarne peleryny, cylindry, skórzane spodnie i buty z cholewami. Jeden z nich uśmiechnął się do mnie, błyskając długimi, złowieszczymi kłami. Oczy miał przesłonięte czerwonymi szkłami kontaktowymi. Chyba wiedział, kim jestem. – Cześć, kolego – parsknął złośliwym śmiechem. – Witaj w piekle.

Nic nie mogłem na to poradzić. Szedłem więc dalej, w stronę Bellagio. Ci przebierańcy wcale się nie przejmowali, że popełniono okrutną zbrodnię. Może byli wśród nich mordercy? Może teraz patrzyli na mnie? Co naprawdę chcieli zobaczyć? Dlaczego zabijali?. Miałem nadzieję, że policja z Vegas lub FBI filmują gapiów stojących przed hotelem. Kyle powinien o to zadbać. Ja byłem tutaj raczej z innych powodów. Kojarzyłem fakty na ogół pomijane przez zwykłych detektywów. Kyle Craig o tym dobrze wiedział. Znał zarówno moje mocne strony, jak i słabości. Apartament, w którym dokonano zbrodni, był duży i urządzony nawet z pewnym smakiem, jeśli brać pod uwagę tutejsze standardy. Zaraz po wejściu do łazienki mój wzrok padł na marmurową wannę, umieszczoną pod witrażem z koi szkiełek, wychodzącym na sztuczne jezioro z fon-:e leżały dwa ciała. Widziałem tylko czubki głów

Podszedłem bliżej. Para. Mężczyzna i kobieta, Pogryzieni i pocięci nożem. Zwłoki były prze-e.szono ich, bo po prostu nie było na czym. wannę ak krwi pozostało w niej niewiele, i tanina. Za dużo hałasu dla mnie. Policjanci; sanitariusze, laboranci, patolog, pracow-ner» i oczywiście FBI. 1 chUi skupienia.

Przez HIH atrywałWn się w wyblakłe, nieszczęsne ciała. Jak IKk PrzedA ofiary, także ci dwoje byli bardzo pi«

Chodząca doskonałość. Może właśnie dlatego zginęli? A jeśli nie, to jaki mógł być inny powód?

Dziewczyna miała dwadzieścia parę lat, nie więcej. Drobnej budowy, szczupła, jasnowłosa. Ważyła niecałe pięćdziesiąt kilogramów. Wąskie ramiona mógłbym jej zmierzyć linijką. Mordercy rozszarpali zębami jej małe piersi. Ciało wisiało w strzępach. Ślady ugryzień widniały też na całych nogach. Chłopak był niewiele od niej starszy. Blondynek o niebieskich oczach, opalony, o ładnej sylwetce. Też go pogryźli. Miał rozerwane gardło i rany na przegubach.

Nie znalazłem siniaków na rękach.

Dlaczego się nie bronili? Znali morderców.

– Widziałeś tę grupę zboczeńców, tam na dole? – zapytał Kyle. – Ten swoisty gabinet grozy?

Skinąłem głową.

– Jest środek dnia – odparłem. – Nie są niebezpieczni. Musimy raczej znaleźć tych, którzy kryją się w kryptach.

Kyle przytaknął i odszedł.

Kiedy zostałem już prawie sam, przez kilka godzin kręciłem się po apartamencie, zaglądając we wszystkie kąty. To była część mojej obsesji, stały rytuał na miejscu zbrodni. Być może czułem, że coś jestem winny zmarłym. Popatrzyłem przez okno na jezioro. Widziałem wszystko, nawet zestaw barw – żółtej, różowej i kremowej – dominujących w całym pokoju. Lustra w bogatych ramach, dyskretnie oświetlone. Świeże owoce i kwiaty.

Szafy były pełne ubrań. Zdążyli się rozpakować. Zrobiłem mały przegląd: sukienki od Boba Mackiego, pantofelki od Jimmy’ego Choo i Manola Blahnika, kilka spódnic. Wszystko drogie, modne i w najlepszym gatunku.

Nawet przez krótką chwilę nie oczekiwali śmierci.

Na widocznym miejscu na toaletce leżał stos żetonów z klubów Venetian i New York-New York. Pięćdziesiątki i setki. Mordercy ich nie wzięli. Zostawili także dwie pełne fiolki z kokainą, które znajdowały się w torebce dziewczyny. Karton papierosów Marlboro Lights.

Chcieli pokazać, że nie dla nich pieniądze i prochy? Że nie lubią hazardu? Że nawet nie palą? Więc co ich bawi? Krew? Morderstwa?

W torebce było jeszcze kilka przedartych biletów. Na pamiątkę? MGM Grand Adventures. Spektakl w Circus Circus, Folies Bergere w Tropicanie i wieczór magii z Siegfriedem i Royem. Pół buteleczki perfum Lolity Lempickiej.

W portfelu chłopaka znalazłem rachunki z restauracji. Le Cirąue w Bellagio, Napa, Palm, Spago w Caesars.

– Nie ma biletów ani rachunków z wczorajszą datą – poinformowałem Kyle’a. – Trzeba się dowiedzieć, gdzie byli. Pewnie tam poznali morderców. Zaprzyjaźnili się i wzięli ich do siebie.

Rozdział 35

Zadzwoniła moja komórka. Cholera jasna! Żeby to szlag trafił! Po jakie licho noszę przy sobie te gadżety? Kto przy zdrowych zmysłach chciałby być ciągle pod telefonem?

Zanim odebrałem, spojrzałem na zegarek. Jedenasta. Co za życie! Jak dotąd, zdołaliśmy jedynie ustalić, że Andrew Cotton i Dara Grey wpadli na parę drinków do Rum Jungle, a potem oglądali magiczny spektakl w Mirage. Widziano ich, jak rozmawiali z dwoma obcymi mężczyznami, lecz nic poza tym, bo na sali było dość ciemno. Ot, i wszystko. Ale to dopiero początek śledztwa.

Od wczesnego wieczoru siedziałem w Bellagio. Miałem serdecznie dość tej całej sprawy. Wolałbym już nigdy więcej nie oglądać tak brutalnych morderstw. Czytałem o podobnych zbrodniach, do jakich doszło w Paryżu i Berlinie, o „napastliwych pogryzieniach”, lecz co innego czytać, a co innego widzieć to na własne oczy.

– Alex Cross – rzuciłem do aparatu. Odwróciłem się w stronę okna, żeby raz jeszcze spojrzeć na jezioro i ciągnącą się za nim pustynię. Kojący widok w odróżnieniu od tego, co stało się w tutejszym hotelu.

– Mówi Jamilla. Obudziłam cię?

– Ależ skąd! Chociaż pewnie wolałbym, żeby tak było. Jestem na miejscu kolejnej zbrodni, w Las Vegas, i patrzę na pustynię. Też jeszcze nie śpisz – zauważyłem.

Ucieszyłem się, że ją słyszę. Mówiła spokojnie. Była spokojna. To ja miałem kłopoty.

– Czasami dłużej przesiaduję w pracy. Lepiej mi idzie, kiedy wszyscy pójdą już do domu. Zebrałam kilka nowych informacji dotyczących zabójstw.

Z tonu jej głosu wynikało, że to nic miłego.

– Mów, Jamillo. Słucham.

– Porozmawiałam z dwoma lekarzami, który badali ciała ofiar poprzednich ataków. Chyba znalazłam coś, co łączy zbrodnię w San Luis Obispo z morderstwem w San Diego.

Słuchałem jej ze skupieniem.

– W obu miastach bardzo poważnie potraktowano moją prośbę. Lekarze chcieli mi pomóc. Jak pamiętasz, w San Luis Obispo doszło do ekshumacji. To samo zrobił Guy Millner w San Diego. Nie będę cię zanudzała szczegółami. Prześlę raport kurierem. Dostaniesz go z samego rana.

– Świetnie. Żadnych faksów, ani nic takiego.

– Powiem ci z grubsza, co ustaliliśmy. W przypadku tych dwóch zbrodni ślady zębów są inne niż w Los Angeles i San Francisco. To były ludzkie zęby, Alex, lecz nie tych samych napastników. Jesteśmy tego zupełnie pewni. Dobrze rozumiesz, co to znaczy? Szukamy czterech sprawców. Co najmniej czterech. Dotąd udało się nam zidentyfikować cztery odrębne zestawy ludzkich zębów.

Próbowałem znaleźć choć odrobinę sensu w tym, co przed chwilą usłyszałem.

– Zwłoki były ekshumowane? To gdzie widniały ślady ugryzień? Na kościach?

– Tak. Lekarz to potwierdził. Szkliwo nazębne jest najtwardszą substancją w ludzkim ciele. Poza tym, jak sam dobrze wiesz, mogli używać protez.

– Kłów?

– Coś w tym rodzaju. Kości z San Diego zostały nadgryzione. Dlatego ślady są tak wyraźne.

– Nadgryzione?! – Wzdrygnąłem się.

– To ty jesteś psychiatrą. Gryzienie w tym przypadku oznacza kilkakrotną, silną i zamierzoną próbę dostania się do wnętrza kości. Ofiarą padł mężczyzna po pięćdziesiątce. To też nam trochę pomogło. Zdaniem lekarza, miał miększy szkielet ze względu na osteoporozę. Stąd głębsze ślady. Ale po co ktoś by to robił? Możesz to jakoś wytłumaczyć?

Zastanawiałem się przez chwilę.

– Zaraz, zaraz… A może szpik? Przecież jest wewnątrz kości i ma pełno naczyń krwionośnych.

– Fuj! – żachnęła się Jamilla. – Chyba masz rację. Obrzydliwość.

Rozdział 36

Zamordowanie pary aktorów odbiło się szerokim echem w prasie, radiu i telewizji.

Nagle mieliśmy setki doniesień do sprawdzenia i dziesiątki fałszywych tropów. Darę Grey i Andrew Cottona widywano ponoć niemal w każdym klubie i hotelu w Vegas. To było nam najmniej potrzebne. Ustaliliśmy, że na razie nie powiadomimy opinii publicznej o drugiej parze morderców. Kalifornia i Nevada nie były na to gotowe.

Kyle Craig postanowił spędzić jeszcze dwa dni na zachodzie. Ja zrobiłem to samo. Nie miałem wyboru. Sprawa była zbyt poważna, żeby ją lekceważyć. W pewnym momencie pracowało nad nią ponad tysiąc policjantów i agentów FBI.

Mordercy przestali zabijać.

Mogłoby się przecież wydawać, że po takim wstępie nastąpi eskalacja zbrodni. Sprawcy byli coraz zuchwalsi – i nagle zniknęli. A może po prostu zaczęli zakopywać zwłoki?

Codziennie rozmawiałem z ekspertami z Quantico. Nikt nie znajdował w tym żadnego wzorca. Żadnego sensu. Jamilla Hughes też nie trafiła na nowe informacje. Wszystkie teorie legły w gruzach.

Patrzyliśmy na siebie z osłupieniem.

Nie było kolejnych morderstw.

Dlaczego? Co się stało? Wystraszyli się nagonki w prasie? Może chodziło o coś innego? Gdzie się schowali? Ilu ich było?

Mogłem wracać do domu. To przynajmniej była jakaś dobra wiadomość, więc przyjąłem ją bez zastrzeżeń. Kyle łaskawie wyraził zgodę. Poleciałem do Waszyngtonu z poczuciem przegranej. Bałem się, że mordercy ujdą przed słuszną karą.

W poniedziałek o czwartej po południu stanąłem przed moim domem przy Piątej. Zauważyłem, że od frontu wyglądał przytulnie, choć nieco zaniedbanie. Pomyślałem sobie, że muszę go pomalować. Rynny też wymagały odświeżenia. Już się cieszyłem na tę robotę.

W środku panowała cisza. Wszyscy gdzieś poszli. Nie było mnie dwa tygodnie.

Chciałem dzieciom sprawić niespodziankę, lecz to był mój kolejny niedorzeczny pomysł. Ostatnimi dniami miewałem ich coraz więcej.

Obszedłem dom, zapamiętując wszystkie drobne zmiany, które tu zaszły pod moją nieobecność. Hulajnoga miała pęknięte tylne kółko. Biała tunika Damona, w której śpiewał w chórze, wisiała na poręczy schodów, zapakowana w plastikową torbę z nadrukiem pralni chemicznej.

Ogarnęło mnie poczucie winy. Widok pustego i cichego domu wpędzał mnie w grobowy nastrój. Popatrzyłem na zdjęcia wiszące na ścianie. Portret ślubny z Marią. Szkolne fotografie Damona i Jannie. Kilka mniejszych fotek małego Alexa, zrobionych polaroidem. Oficjalne zdjęcie chóru chłopięcego, które wykonałem w katedrze.

– Tato wrócił, tato wrócił – zaśpiewałem na melodię starego przeboju z lat sześćdziesiątych i zajrzałem do pokojów na piętrze.

Niestety, nie znalazłem nikogo, kto mógłby mi poprawić humor i posłuchać, jak nucę rock and rolla. Stąd było całkiem blisko na Kapitol i do Biblioteki Kongresu. Pamiętałem, że

Nana często tam chodzi z dziećmi. Może i dzisiaj z nimi się wybrała?

Westchnąłem. Po raz nie wiadomo który zadałem sobie pytanie, czy to nie najwyższa pora, by wreszcie odejść z policji? Był tylko jeden problem: nadal lubiłem swoją pracę. Chociaż ostatnio mi się nie powiodło, parę zagadek jednak rozwiązałem. W ciągu kilku minionych lat uratowałem sporo osób. FBI powierzało mi najtrudniejsze śledztwa. Potrząsnąłem głową, by przerwać ten ciąg przechwałek podpowiadanych przez urażoną dumę.

Wziąłem gorący prysznic i przebrałem się w zwykłą koszulkę, dżinsy i klapki. Poczułem się od razu lepiej, jakbym wzuł starą skórę. Niewiele brakowało, a byłbym uwierzył, że złowieszcze wampiry na zawsze zniknęły z mojego życia. W gruncie rzeczy chyba chciałem, by tak było. Żeby na wieki zasnęły w jakiejś norze.

Poszedłem do kuchni i wyjąłem z lodówki puszkę coli. Nana przyczepiła do drzwiczek dwa nowe arcydzieła: Spotkanie w środku galaktyki narysowane przez Damona i Marina Scurry śpieszy na ratunek pędzla Jannie.

Na stole leżała jakaś książka. Zerknąłem na tytuł. Dziesięć złych decyzji, które rujnują tycie czarnym kobietom. Nana znów znalazła sobie odpowiednią lekturę. Przerzuciłem parę kartek, chcąc sprawdzić, czy przypadkiem nie jestem taką „złą decyzją”.

Wyszedłem na werandę. Na bujanym fotelu Nany spała kotka Rosie. Ziewnęła, gdy mnie zobaczyła, lecz nie podeszła się przywitać. Za długo mnie nie widziała.

– Zdrajczyni – powiedziałem do niej. Podszedłem bliżej i podrapałem ją po szyi. Nie zaprotestowała.

Usłyszałem kroki przed domem. Szybko przeszedłem przez korytarz i otworzyłem frontowe drzwi. Światło moich oczu. Jannie i Damon popatrzyli na mnie.

– Kim pan jest?! – wrzasnęli chórem. – Co pan robi w naszym domu?

– Bardzo śmieszne – odpowiedziałem. – No, chodźcie się przywitać. Ukochajcie mnie. Szybko, szybko.

Rzucili mi się w ramiona. Byłem szczęśliwy. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Chwilę później bezwiednie przyszła mi do głowy niechciana myśl: Czy Supermózg wie, gdzie jestem? Czy nasz dom wciąż jest bezpieczny?

Rozdział 37

Życie – w najlepszym wydaniu – jest łatwe i przyjemne. Takie jak powinno. W sobotę rano zabrałem Nanę i dzieciaki do ich ulubionego miejsca w Waszyngtonie, czyli do wielkiego, cudownego i czasami wzniosłego kompleksu Smithsonian Institution. Razem doszliśmy do wniosku, że „Smitty”, jak go od dzieciństwa nazywała Jannie, będzie najlepszym miejscem na wspólną wyprawę.

Problem polegał tylko na tym, od czego powinniśmy zacząć?

Pozostawiliśmy wybór Nanie, która jako pierwsza miała wracać do domu, żeby położyć spać małego Alexa.

– Niech zgadnę – Jannie zrobiła zabawną minę – Muzeum Sztuki Afrykańskiej?

Nana pogroziła jej palcem.

– Nie, panno Wisenheimer. Mam ochotę zajrzeć do Galerii Sztuki i Techniki. To właśnie mój typ na dzisiaj. Zdziwiona? Wciąż nie wierzysz, że stara Nana może cię czymś zaskoczyć?

– Nana chce obejrzeć tę nową wystawę dawnej murzyńskiej fotografii! – wtrącił z przejęciem Damon. – Mówili nam o tym w szkole. Mają tam ekstrazdjęcia czarnoskórych kowbojów! Zgadłem?

– Zobaczysz nie tylko kowbojów – zauważyła Nana. – Sam się przekonasz. Na pewno będziesz przejęty i zdumiony.

A może zaczniesz robić więcej zdjęć? Ty też, Jannie… i Alex. Poza mną, nikt w tej rodzinie nie dba o fotografie.

Poszliśmy zatem do galerii i bawiliśmy się wspaniale. Zresztą jak zwykle. W chłodnym wnętrzu gospel z głośników mieszał się przyjemnie z tępym pomrukiem klimatyzatora. Widzieliśmy czarnych kowbojów i mnóstwo zdjęć plenerowych z najlepszego okresu nowojorskiego Harlemu.

Z zapartym tchem stanęliśmy przed wielką na dwa metry fotografią zrobioną z lotu ptaka. Przedstawiała grupkę pewnych siebie, ambitnych młodych Murzynów pod krawatem, w cylindrach i surdutach. Niezapomniany widok.

– Też bym złapała za aparat, gdybym to zobaczyła – zadeklarowała się Jannie.

Po obejrzeniu galerii przystaliśmy na jej propozycję, żeby odwiedzić Planetarium Einsteina. Czwarty czy piąty raz obejrzeliśmy Podróż do gwiazd. A może szósty lub siódmy? Kto by naprawdę to liczył? Potem Nana zabrała małego Alexa do domu, na popołudniową drzemkę, a my zwiedziliśmy Muzeum Awiacji i Astronautyki. Jannie nazwała tę część naszej wycieczki „Kosmiczno-kolejową wyprawą Damona”.

Lecz nawet jej się podobało. Samolot braci Wright szybował wysoko nad nami, zawieszony na drutach. Wspaniały widok. Światło padało na jego drewnianą konstrukcję i naciągnięte mocno płachty z białego płótna. Po prawej zwisał balon Breitling Orbiter 3, kolejny ważny punkt w historii aeronautyki – pierwszy balon, który obleciał świat bez lądowania. Dalej – „Mały krok człowieka”, czyli ważąca prawie trzydzieści ton kapsuła ładownika Apollo 11. Można było zachować dystans lub całkowicie poddać się czarowi chwili. Ja wybrałem to drugie. Wolałem pełną garścią czerpać z uroków życia.

Kiedy już obeszliśmy ów gabinet cudów, Damon zażądał, byśmy obejrzeli Lot na Mira na specjalnym ekranie w kinie Langleya. – Pewnego dnia polecę w kosmos – oznajmił.

– Moim zdaniem, to już od dawna jesteś kosmitą – zauważyła Jannie.

Potem z czystego szacunku dla Nany zwiedziliśmy Muzeum Sztuki Afrykańskiej. Damon i Jannie z zachwytem oglądali maski i uroczyste szaty, lecz najbardziej spodobał im się zbiór dawnych środków płatniczych: małych muszelek, bransolet i pierścieni. W muzeum było wyjątkowo cicho, kolorowo, chłodno i przestrzennie. Na ostatni przystanek wybraliśmy Salę Dinozaurów w Muzeum Przyrodniczym. Później jednak dzieci zgodnie oświadczyły, że musimy zobaczyć karmienie tarantuli w zoo Orkina. Na ścianie z namalowaną amazońską dżunglą zobaczyliśmy napis: „Nie oddamy Ziemi owadom – one już nią władają”.

– Ty to masz szczęście – powiedziała Jannie do brata. – Twoi krewni to władcy Ziemi.

Wreszcie około szóstej przeszliśmy przez Madison Drive w stronę Mali. Dzieci ucichły, zmęczone i głodne. Ja zresztą też. Urządziliśmy sobie piknik pod rozłożystym drzewem u stóp Kapitolu.

Od tygodni nie miałem tak dobrego dnia.

I żadnych telefonów.

Rozdział 38

Supermózg, jak to miał w zwyczaju, znowu śledził Alexa Crossa i jego rodzinę. Ostatnio weszło mu to prawie w nawyk.

Miłość równa się nienawiść, pomyślał. Dziwne równanie, lecz prawdziwe. Bardzo prawdziwe. To właśnie ono jest siłą napędową świata. Alex Crosstego nie wiedział. Lecz wkrótce pozna prawdę. Chryste Panie, co za pieprzony optymista! Można się wkurzyć.

Gdyby natomiast ktoś wejrzał w jego, Supermózgu, przeszłość, to bardzo prędko znalazłby właściwy klucz do wszelkich późniejszych wydarzeń. Zabawa w zbrodnię sprawiała mu przyjemność. Była jedną z najdłuższych w historii. Trwała ponad dwadzieścia osiem lat. Błędy, które popełnił w tym czasie, dawały się policzyć na palcach jednej ręki. A wskazówki były wyraźne.

Niestabilna i narcystyczna osobowość.

Od tego wszystko się zaczęło. I pewnie na tym skończy.

Przesadne poczucie własnej wartości.

O, tak. To też się zgadza.

Oczekuje posłuchu u innych, nie próbując pozyskać wpierw ich zaufania.

Żyje w świecie fantazji, wierząc w swój ogromny sukces, inteligencję, władzę i idealną miłość.

Wykorzystuje znajomych i przyjaciół.

To prawda. Żeruje na nich.

Pozbawiony współczucia.

Delikatnie mówiąc.

Proszę jednak wziąć pod uwagę, doktorze Cross i wy panowie, chętni do długotrwałych badań, że w tym przypadku – jak już wspominano – w grę wchodzi osobowość. Żadnej psychozy. Potrafię precyzyjnie, logicznie myśleć. Mam wręcz obsesję na punkcie myślenia. Układam plany według trzech wytycznych: konkurencja, krytycyzm, kontrola. Trzy „K”. Nie działam impulsywnie.

Oto garść pytań, które powinniście zadać:

Czy moi rodzice żyją? Odpowiedź: Tak i nie.

Czy byłem kiedyś żonaty? Odpowiedź: Tak.

Czy mam rodzeństwo? Odpowiedź: Absolutnie. Nota bene.

Skoro byłem żonaty, to czy mam dzieci? Odpowiedź: Dwójkę cherubinków. Rzec można American beauties. A propos, widziałem film. Uwielbiam Kevina Spaceya. Kocham go.

Czy jestem przystojny, czy też może mam jakąś niewielką, ukrytą skazę? Odpowiedź: Tak i tak!

A teraz do roboty. Pora wykreślić dwa trójkąty: miłości i nienawiści, doktorze. Ty też się w nich znajdziesz. Ty i twoja rodzina – Nana, Damon, Jannie i Alex junior. Wszystko, co kochasz i o czym myślisz, będzie wpisane w te trójkąty, otulone moją obsesją.

Odkryj to, zanim będzie za późno dla nas obu. Nie mówiąc o tych, których darzysz największym uczuciem.

Jestem teraz na Piątej, tuż przy twoim domu. Bez kłopotu mógłbym wejść do środka. Mógłbym cię zabić. Mógłbym zamordować całą twoją rodzinę, gdy odwiedziliście Smithsonian Institution. „Smitty”, jak mawia twoja córka.

To jednak byłoby zbyt proste. Nazbyt łatwe, naiwne. A przecież powinieneś wiedzieć…

Telefon w dłoni Supermózgu uparcie wybierał numer. Chciał się z kimś połączyć. Supermózg czekał cierpliwie.

Wreszcie Cross podniósł słuchawkę.

– Mam przesadne poczucie własnej wartości – oznajmił Supermózg.

Rozdział 39

Po przyjeździe do Waszyngtonu wróciłem do codziennych zajęć. Moi koledzy detektywi mieli mi trochę za złe, że przedkładam współpracę z FBI nad zwykłe obowiązki. Nie wiedzieli, że dostałem ofertę przeprowadzki na stałe do federalnych. Nie podjąłem jeszcze decyzji. Na razie wciąż byłem przypisany do zaułków i ulic stolicy.

W pracy szło mi zwyczajnie, a kiedy nadszedł piątek, wybrałem się na małą randkę. Dawno temu doszedłem do słusznego wniosku, że Maria i jej dwójka dzieci były czymś najlepszym, co mi się przydarzyło w życiu. Czasami trudno umówić się na randkę, nawet w młodym wieku, a co dopiero, jak się jest dzieciatym. Ja jednak wciąż próbowałem. Cholernie chciałem znów się zakochać, ustatkować i zmienić stare nawyki. Chyba nie różnię się od innych ludzi.

Często słyszałem utyskiwania ciotek: „Biedny Alex. Nie ma nikogo. Męczy się całkiem sam. Biedaczysko”.

To nie do końca była prawda. „Biedny Alex”. Akurat! Miałem przecież Damona, Jannie i juniora. I jeszcze Nanę. I kupę dobrych znajomych w Waszyngtonie. Łatwo nawiązywałem przyjaźń. Przykład – Jamilla Hughes. Mogłem wybierać wśród dziewcząt. Przynajmniej na razie.

Macy Francis znałem od dziecka. Była córką sąsiadów, więc dorastaliśmy razem. Potem zrobiła dyplom z filologii angielskiej na Harwardzie i z pedagogiki w Georgetown. Ja z kolei najpierw studiowałem w Georgetown, a doktorat zrobiłem na uniwerku Johnsa Hopkinsa.

Mniej więcej rok temu Macy wróciła do Waszyngtonu i objęła katedrę literatury w Georgetown. Spotkałem ją na przyjęciu u Sampsona. Przegadaliśmy wtedy ponad godzinę i stwierdziłem, że nadal ją lubię. Umówiliśmy się, że będziemy w kontakcie.

Zadzwoniłem do niej zaraz po powrocie z Kalifornii. Zapytałem, czy nie wybrałaby się ze mną na drinka lub kolację. Wybrała restaurację o nazwie Tysiąc Siedemset Osiemdziesiąt Dziewięć, znajdującą się w pobliżu jej mieszkania, w Georgetown.

Knajpka mieściła się na rogu Trzydziestej Szóstej i Prospect, w starym mieszczańskim domu. Przyszedłem pierwszy, lecz czekałem zaledwie parę minut. Macy podeszła do mnie i z uczuciem cmoknęła mnie w policzek. Potem zajęliśmy stolik. Ciągle czułem muśnięcie jej ust i subtelną woń perfum. Miała na sobie liliowy golf bez rękawów, czarną spódnicę i zamszowe pantofle bez pięt. W uszach nosiła małe kolczyki z brylantami.

Jak sięgnę pamięcią, zawsze dobrze się ubierała. Zawsze też wyglądała pięknie, a ja to zauważałem.

– Zdradzę ci pewną tajemnicę – powiedziała przy lampce wina. – Zobaczyłam cię u Sampsona i pomyślałam sobie: To jest Alex? Wygląda lepiej niż kiedykolwiek przedtem. Wybacz, lecz tylko to przyszło mi do głowy! – dokończyła ze śmiechem.

Uśmieliśmy się oboje. Miała równe i białe zęby. Piwne oczy połyskiwały humorem i inteligencją. W szkole była najlepszą uczennicą.

– To samo pomyślałem o tobie – przyznałem. – Lubisz swoją pracę? Dobrze ci idzie w Georgetown? Jezuici ci nie dokuczają?

Pokiwała głową.

– Ojciec powiedział mi kiedyś, że człowiek ma kupę szczęścia, gdy znajdzie coś, co lubi robić. Istny cud, jeśli jeszcze mu za to płacą. Mogę zatem uważać się za szczęściarę. A ty?

– Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, czy lubię swoją pracę – odpowiedziałem całkiem poważnie. – Może to kwestia przyzwyczajenia? Nie, chyba jednak ją lubię.

– Jesteś pracoholikiem? – zapytała. – Przyznaj się.

– Nie… No, może… czasem.

– Ale nie dzisiaj? Ani nie teraz?

– Nie, nie. Ten tydzień był dużo luźniejszy. Dziś mam ochotę na relaks. Jest mi potrzebny. – Znów się roześmiałem.

– Bardzo się cieszę. Dobrze cię widzieć, Alex.

Pogrążyliśmy się w luźnej rozmowie. W restauracji przebywali inni goście, ale było cicho i spokojnie. Do tego lokalu zazwyczaj zaglądali rodzice studentów z Georgetown. To było szczególne miejsce. Bardzo mi się tu podobało. W głębi duszy pochwaliłem wybór Macy.

– Pytałam o ciebie wśród dziewczyn – zachichotała. – Parę z nich odpowiedziało: „Alex? Nie do wyjęcia”. Jedna dodała: „Udaje białasa”, ale inne ją zakrzyczały. Powiedz sam… Miała rację?

Westchnąłem głośno.

– Zawsze mnie dziwiły takie etykietki. Pomyśl, przecież wciąż mieszkam tam, gdzie kiedyś. W Southeast nikt nie zgrywał i nie zgrywa białasa. Ja też nie.

Zgodziła się ze mną.

– Święte słowa. Niewielu ludzi zdaje sobie sprawę, jak wyglądało nasze dorastanie. Moje imię wzięło się z nazwy domu towarowego. Wierzysz w to?

– Wierzę. Przecież dorastaliśmy razem, Macy. Trąciłem kieliszkiem jej kieliszek. Wznieśliśmy toast.

– Chyba powinnam być zadowolona, że nie ochrzczono mnie Bloomingdale.

Raz czy dwa napomknąłem jej coś o kolacji, lecz wyraźnie wolała rozmowę przy winie. Znałem szefową tutejszej kuchni, Ris Lacoste, i uwielbiałem jej dania, zwłaszcza kraby w sałatce z krajanej kapusty. Palce lizać. W zamian wypiliśmy jeszcze po kieliszku i Macy zamówiła następną butelkę.

– Na pewno nie jesteś głodna? – zapytałem po pewnym czasie.

– Już ci mówiłam, że nie – odpowiedziała. – To naprawdę przyjemny wieczór – dodała z lekko wymuszonym uśmiechem. – Siedzimy sobie, wspominamy. Zgadzasz się ze mną?

Ależ tak! Bardzo mi się to wszystko podobało, lecz nie jadłem nic od śniadania i mój żołądek coraz natarczywiej przypominał o swoich prawach. Ślinka mi ciekła na myśl o gęstej, zawiesistej zupie fasolowej. Spojrzałem na zegarek. Wpół do jedenastej. Ciekawe, o której zamykają kuchnię?

Macy opowiadała mi o swoich mężach. Pierwszy był durniem i nieudacznikiem. Drugi, o wiele młodszy i z Grenady, okazał się jeszcze gorszy. Od kilku minut Macy zachowywała się nieco hałaśliwie. Parę osób przy barze spojrzało w naszą stronę.

– Zobacz sam, do czego doszłam w całym swoim życiu. Mam już trzydzieści siedem lat i wbrew sobie musiałam wrócić do pracy. Uczę na pierwszym roku! Czego? Literatury angielskiej i światowej. Dobry Boże, wolałam starszych studentów.

Wydawało mi się, że przedtem wspominała, że lubi swoją pracę. Może po prostu kpiła, a może ją źle zrozumiałem? W całkowitym milczeniu słuchałem jej zwierzeń. Po pewnym czasie dotarło do niej, że się nie odzywam. Położyła mi rękę na dłoni. Miała niezwykle delikatną, czekoladową skórę.

– Trochę mnie poniosło, Alex. Przepraszam. Za dużo mówię, prawda? Już mi na to nieraz zwracano uwagę. Jeszcze raz przepraszam.

– Nie widzieliśmy się od bardzo dawna. Mamy sobie wiele do powiedzenia.

Spojrzała na mnie pięknymi piwnymi oczami. Przykro mi było, że nie znalazła szczęścia w miłości i małżeństwie. Czasami to się zdarza nawet najwartościowszym ludziom. Macy chyba wciąż jeszcze się nie otrząsnęła.

– Świetnie wyglądasz – powtórzyła. – I umiesz słuchać, jak na mężczyznę. To bardzo ważne.

– Ty też jesteś piękna, Macy. Lubię, kiedy mi coś opowiadasz.

Ciągle trzymała mnie za rękę. Jej paznokcie lekko wbijały mi się w skórę. Było to nawet przyjemne. Nie bawiła się w niedomówienia. Przesunęła językiem po ustach i przygryzła dolną wargę. Sprawiła, że powoli zapomniałem o głodzie, krabach i zupie fasolowej. Bez jednego słowa patrzyła mi prosto w oczy. Byliśmy dorośli i bez zobowiązań. A co najważniejsze – podobała mi się, i to pod niejednym względem.

– Mieszkam zupełnie blisko – powiedziała. – Chociaż rzadko tam kogoś zapraszam. Chodź ze mną, Alex. Odprowadź mnie do domu.

Spacer rzeczywiście trwał niebyt długo. Może to i dobrze, bo Macy szła chwiejnym krokiem i miała kłopoty z mówieniem. Język jej się plątał. Ciasno objąłem ją w pasie, żeby nie upadła.

Mieszkała na parterze w niebrzydkiej kamienicy, w pobliżu uniwersytetu. Umeblowanie sprowadziła do minimum. Ściany pomalowane były na seledynowo. W kącie stało czarne błyszczące pianino. Zobaczyłem także oprawiony w ramki artykuł, wycięty z jakiegoś pisma. Ze zdjęcia patrzył na mnie kurator Rudy Crew. Poniżej tłustym drukiem zacytowano jego słowa: „Edukacja jest niczym innym jak upowszechnianiem wiedzy. Pytanie brzmi: komu tę wiedzę przekazać?”.

Usiadłem koło Macy na kanapie. Pieściliśmy się trochę. Podobał mi się sposób, w jaki mnie dotykała i jak mnie całowała. A jednak miałem wyrzuty sumienia. Wcale nie chciałem się z nią kochać. Przynajmniej nie dzisiaj. Nie była w najlepszej formie.

– Trudno znaleźć dobrego faceta – zamamrotała niewyraźnie. Przyciągnęła mnie bliżej. – Nie masz pojęcia, jak cholernie trudno. Zwłaszcza tutaj. Wszystko do dupy…

Jeżeli o mnie chodzi, to też na ogół miałem pewne kłopoty z doborem odpowiedniej kobiety. Wolałem jednak milczeć na ten temat. Może następnym razem?

– Lepiej już sobie pójdę, Macy – powiedziałem w pewnej chwili. – To było fajne spotkanie. Cholernie fajne.

– Mogłam się tego spodziewać! – krzyknęła. – Wiedziałam! Idź sobie, Alex. Idź sobie! Nie chcę cię, kurwa, więcej widzieć!

Zanim gniew na dobre zagościł w jej oczach, widziałem w nich coś pięknego. Teraz to znikło. Macy zaczęła płakać, a ja zdałem sobie sprawę, że to nie najlepszy moment, żeby ją pocieszać. Źle by to odebrała.

Wyszedłem, zostawiając za sobą błyszczące pianino i głębokie słowa kuratora Crew. Macy nie pasowała do mnie. Przynajmniej nie teraz.

Smutny wieczór.

Miałem ochotę jej powiedzieć, że naprawdę dobrą dziewczynę jest tak samo trudno znaleźć jak faceta.

Boże, jak ja nie cierpię umawiać się na randki.

Rozdział 40

Przez kilka kolejnych dni dręczyło mnie wspomnienie tamtego wieczoru z Macy. Powracało jak smutna piosenka, wciąż kołacząca się w głowie. Ani przez chwilę nie myślałem, że to się tak skończy. Nie podobało mi się to, co czułem, i to, co widziałem. Wciąż pamiętałem jej oczy, z których wyzierały jednocześnie ból, rozpacz i złość, nie dając się łatwo załagodzić.

W środę po pracy zgarnąłem Sampsona. Umówiliśmy się na parę drinków w barze U Marka, w pobliżu Piątej. Taka miejscowa mordownia. Blaszany sufit, podłoga z sosnowych desek, długi i podniszczony szynkwas mahoniowej barwy i wentylator, niemrawo mielący powietrze.

– Niech mnie szlag – mruknął Sampson po wejściu do baru, widząc, że siedzę w kącie zupełnie sam, przy kuflu foggy bottom, i zezuję na stary zegar Pabsta na ścianie. – Nie miej mi za złe, że to mówię, ale wyglądasz wprost tragicznie. Źle sypiasz? A może chodzi o to, że nie masz z kim sypiać?

– Też mi cholernie miło, że cię widzę – odpowiedziałem. – Siadaj i zamów sobie piwo.

Sampson wyciągnął swą wielgachną łapę, objął mnie za szyję i przytulił, jakbym był małym dzieckiem.

– Co się, do diaska, z tobą dzieje? – spytał.

Pokręciłem głową.

– Nie wiem. Polowanie na zachodnim wybrzeżu nie przyniosło żadnych rezultatów. Kompletne fiasko. Tak samo brak nowych informacji w sprawie morderstwa Betsey Cavalierre. Ostatnio miałem nieudaną randkę. Obiecałem sobie, że nie umówię się z kobietą do końca życia.

– Znam tę śpiewkę – przytaknął Sampson. Skinął na barmana, znanego nam ekspolicjanta, Tommy’ego DeFeo, i zamówił kufel budweisera.

– Z Kalifornii wróciłem z niczym. Mordercy po prostu zniknęli. Rozpłynęli się w powietrzu. A co u ciebie? Dobrze wyglądasz, jak na dzisiejsze czasy.

Wycelował mi palcem między oczy.

– Zawsze świetnie wyglądam. To dar niebios. I nie próbuj zmieniać tematu. Nie po to mnie tu wyciągnąłeś.

– Na litość boską, John. Przecież wiesz, że nie lubię mówić o kłopotach. Lepiej opowiedz mi o swoich. – Roześmiałem się. Sampson zachował poważną minę.

Popatrzył na mnie w milczeniu. Czekał.

– Byłbyś dobrym psychiatrą – mruknąłem.

– Tak? A propos, kiedy ostatni raz widziałeś się z doktor Finally?

Adele Finally była moją psychoterapeutką. Sampson też parę razy korzystał z jej usług. Byliśmy całkiem zgodni, że umiała pomóc. Bardzo ją lubiliśmy.

– Dawno. Chyba jest na mnie wściekła. Mówi, że się nie staram. Że nie przyznaję się do bólu, i tak dalej.

Sampson powoli pokiwał głową.

– No i co? – spytał.

– Nie powiedziałem, że się z nią zgadzam – odparłem z kwaśną miną.

Upiłem łyk piwa. Nawet nie najgorsze. Starałem się być wierny miejscowym browarom.

– Kiedy próbuję nad tym zapanować, to wzrasta konflikt między moją pracą a życiem, które chciałbym naprawdę prowadzić. Przegapiłem następny występ Damona, bo w tym samym czasie byłem w Kalifornii. Tak bywa na każdym kroku. Sampson trącił mnie w ramię.

– To jeszcze nie koniec świata. Damon wie, że go kochasz. Rozmawiałem z nim o tym. Nawet kilka razy. On już pogodził się z faktami. Teraz kolej na ciebie.

– Może za często przez ostatnie lata babrałem się w morderstwach? To zmienia.

Przytaknął z namysłem. Spodobała mu się ta odpowiedź.

– Wygląda na to, że trochę tracisz zapał. Czujesz się wypalony?

– Nie. Raczej mam wrażenie, że nie potrafię uwolnić się od koszmaru. Supermózg wciąż mnie prześladuje. Ciągle mi grozi. Wokół mnie tyle przypadkowych wydarzeń… Sam nie wiem, jak to powstrzymać.

Sampson popatrzył mi prosto w oczy. Wytrzymałem jego spojrzenie.

– Co powiedziałeś? Coś o przypadkach? Przecież nie wierzysz w przypadkowość zdarzeń.

– I to właśnie mnie przeraża. Jeśli chcesz znać prawdę, to jestem przekonany, że ktoś na mnie czyha. Tak jest już od bardzo dawna. To ktoś groźniejszy niż wampiry. Wciąż do mnie dzwoni. Niemal co dzień. Nikt nie potrafi go namierzyć.

Potarł czoło.

– Niby kto miałby cię nachodzić? Kto chciałby zadrzeć z Pogromcą Smoków? Chyba wyłącznie jakiś dureń.

– Mów, co chcesz, lecz to nie dureń – odparłem. – Możesz mi wierzyć.

Rozdział 41

Zasiedzieliśmy się w barze U Marka dłużej niż potrzeba. Wypiliśmy całe morze piwa i wyszliśmy gdzieś koło drugiej. Byliśmy na tyle mądrzy i trzeźwi, że zostawiliśmy samochody na parkingu i poszliśmy do domu piechotą. Zapowiadał się piękny spacer pod jasnym księżycowym niebem. Przypomniały mi się nasze młode lata, wspólnie spędzone w Southeast. Szliśmy tam, dokąd nam się podobało. Wreszcie złapaliśmy jakiś nocny autobus. Sampson wysadził mnie pod domem, a sam pojechał dalej, w stronę Navy Yard, do siebie.

Następnego ranka przed pracą musiałem wybrać się po samochód. Mały Alex już nie spał, więc Nana też wstała, żeby go przewinąć. Wypiłem jej pół kubka kawy i wsadziłem Alexa do wózka. Poszliśmy razem.

Dzień był pogodny i słoneczny. O siódmej rano nasza dzielnica miała wręcz sielankowy wygląd. Bardzo przyjemny. Już od trzydziestu lat mieszkałem na Piątej – od dnia, w którym Nana przeprowadziła się tu ze starego domu przy New Jersey Avenue. Wciąż kochałem to miejsce i wręcz uważałem je za kolebkę Crossów. Chyba nigdy bym się stąd nie wyniósł.

– Tatuś był wczoraj z wujkiem Johnem – powiedziałem do Alexa, pochylając się nad pasiastym, biało-niebieskim wózkiem. Jakaś całkiem niebrzydka pani minęła nas w drodze do pracy. Uśmiechnęła się, jakbym był najlepszym ojcem na świecie – tylko dlatego, że tak wcześnie rano wyszedłem z dzieckiem na spacer. W głębi ducha w to nie wierzyłem, lecz popuściłem wodze fantazji.

Mały Alex niedawno skończył dopiero dziewięć miesięcy, ale jest bardzo ciekawy świata i wciąż spogląda na przechodzących ludzi, na samochody i na chmury, płynące nad jego główką. Wprost uwielbia przejażdżki wózkiem. I ja też to bardzo lubię. Mizdrzę się do niego albo śpiewam dziecięce piosenki.

– Widzisz, jak wiatr porusza liśćmi tamtego drzewa? – zapytałem. Odwrócił główkę, jakby rozumiał każde słowo.

W gruncie rzeczy, nie mam pojęcia, ile naprawdę z tego rozumie, lecz zachowuje się bardzo mądrze. Damon i Jannie byli tacy sami, chociaż Jannie o wiele więcej gaworzyła. Buzia jej się nie zamykała. Do tej pory uwielbia mówić. Zawsze musi mieć ostatnie słowo i jeszcze jedno po ostatnim, tak samo jak jej babcia i tak samo – dopiero teraz to sobie przypomniałem – jak jej mama, Maria.

– Potrzebna mi twoja pomoc, brachu. – Schyliłem się nad wózkiem i znów zacząłem mówić do Alexa.

Spojrzał na mnie i uśmiechnął się od ucha do ucha. Wal, tatusiu. Możesz na mnie liczyć.

– Wymyśl coś, żebym pozbierał się do kupy. Daj mi coś cennego. Coś, co zajęłoby moją uwagę. Zrobisz to?

Ani na chwilę nie przestał się uśmiechać. Pewnie, że zrobię, tato. Nie ma sprawy. Już wszystko załatwione. Jestem twoim prawdziwym skarbem. Możesz na mnie polegać.

– Dobry chłopak. Wiedziałem, że mnie nie zawiedziesz. Po prostu rób to, co robisz. Nie mogło mi się przytrafić nic lepszego. Kocham cię, mój mały.

W czasie tej krótkiej pogawędki odniosłem przykre wrażenie, że coś na kształt bagiennej mgły znad rzeki Anacostii zakłóca moje myśli. Zwykły przypadek, przypomniałem sobie. Jedna z tych złych rzeczy, które prześladują mnie już dwa lata.

To był paskudny okres. Śmierć Betsey Cavalierre. Supermózg. Wampiry.

Potrzebowałem chwili odpoczynku, łyku świeżego powietrza.

Tego samego ranka w biurze czekała na mnie wiadomość. Wampiry znów mordowały. Teraz jednak scenariusz był inny. Gra weszła w nową fazę.

Zbrodnia wydarzyła się w Charleston, w Karolinie Południowej.

Zabójcy powrócili na wschodnie wybrzeże.

Część 3

Zabójstwo na południu

Rozdział 42

Do Charleston doleciałem tuż przed dziesiątą rano. Wiadomość o morderstwie znalazła się na pierwszych stronach Post and Courier i USA Today.

W jasnej, sterylnie czystej i nadmiernie skomercjalizowanej hali dworca lotniczego panowała atmosfera napięcia i strachu. Pasażerowie wyglądali na mocno przestraszonych. Wielu z nich chyba nie spało tej nocy.

Niektórzy przypuszczali pewnie, że tajemniczy zbrodniarz dopadnie ich w poczekalni lub w kafejce, przy szklance coli. Morderstwa dokonano w samym centrum miasta. Nikt nigdzie nie czuł się bezpieczny.

Wynająłem samochód i pojechałem do miejsca zwanego Colonial Lakę. Wczoraj, około szóstej rano, zamordowano tam dwie osoby, męża i żonę. Wybrali się na jogging. Byli to młodzi ludzie – ślub wzięli zaledwie cztery miesiące temu. Od razu uderzała zbieżność tej zbrodni z wydarzeniami w parku Golden Gate.

Nigdy przedtem nie byłem w Charleston, chociaż sporo o nim czytałem. Długo nie trwało, zanim sam odkryłem, że miasto jest po prostu piękne. Kiedyś było niewiarygodnie wręcz bogate, głównie za sprawą bawełny, ryżu i niewolników. Co prawda, większość dochodów pochodziła z eksportu ryżu, ale niewolnicy – których przywożono do portu Charleston i transportowano stamtąd na południe – okazali się równie dobrym towarem. Majętni plantatorzy urządzali tutaj wystawne bale, koncerty i maskarady. Kilku kuzynów Nany sprzedano w Charleston na targu niewolników.

Wśród uroczych wiktoriańskich domów i ogrodów znalazłem parking przy Beaufain Street. Było tu bardzo ładnie, niemal idyllicznie. I to miała być sceneria dla ponurej zbrodni? Co przyciągnęło tu morderców? Czy podziwiali piękno, czy może wręcz przeciwnie, pałali doń nienawiścią? Co można wydedukować z ich postępowania? Żyli w świecie mrocznej fantazji? Uważali się za bohaterów horroru?

O ile w całym Charleston panowała atmosfera grozy, to w okolicach Colonial Lakę strach graniczył wręcz z paniką. Ludzie spoglądali na siebie podejrzliwie, zimnym i nieprzyjemnym wzrokiem. Ani uśmiechów, ani typowej dla południowców życzliwości.

Powiadomiłem Kyle’a, że spotkamy się nad jeziorem. Popatrzyłem na szeroką alejkę nad brzegiem i na żelazne ławki. Jeszcze do wczoraj był to sielski obraz, tchnący poczuciem bezpieczeństwa. Dzisiaj na skrzyżowaniu Beaufain i Rutledge ulicę przegrodzono żółtą policyjną taśmą. Miejscowi przedstawiciele prawa kręcili się po okolicy i zaglądali ludziom w oczy, jakby myśleli, że mordercy wrócą na miejsce przestępstwa.

Wreszcie znalazłem Kyle’a pod dużym rozłożystym drzewem. Ranek był ciepły, choć znad oceanu wiała chłodna bryza, pachnąca solą i rybami. Kyle jak zwykle miał na sobie białą koszulę i granatowy krawat. W takich chwilach zawsze mi przypominał aktora i dramaturga Sama Sheparda – tylko że dzisiaj wyglądał raczej nieszczególnie. Był spięty i zmęczony. Coś go gnębiło. Czy tylko morderstwa?

– Dzisiejszy ranek chyba niewiele różni się od wczorajszego – powiedziałem. – Tyle tylko, że morderstwa dokonano wcześniej. Żadnych świadków? Ze wstępnego raportu wynika, że nikt nic nie widział.

– Jakiś staruszek twierdzi, że zauważył dwóch mężczyzn uciekających z parku – z westchnieniem odparł Kyle. – Ma już po osiemdziesiątce. Od razu wydawało mu się, że byli mocno zakrwawieni, ale pomyślał, że to niemożliwe. Po chwili znalazł zwłoki.

Powiodłem wzrokiem po okolicy Colonial Lakę. Słońce świeciło już tak jasno, że musiałem osłonić oczy. Ptaki śpiewały w gałęziach drzew. Prawie cały park miałem przed sobą.

– W biały dzień? – zapytałem. – Co to za wampiry? Kyle spojrzał na mnie z ukosa.

– Chyba w to nie wierzysz?

– Wręcz przeciwnie. Znam prawdziwych maniaków wampiryzmu. Niektórzy z nich są przekonani, że są wampirami. Nawet piłują sobie zęby. Mają kły, którymi mogą zadawać niebezpieczne rany. Nie wiem tylko, czy są zmiennokształtni – dodałem z cierpkim humorem. – W przeciwnym razie, nasz staruszek zamiast dwóch mężczyzn zobaczyłby dwa nietoperze, uciekające przed słonecznym światłem. To tylko dowcip, Kyle. Co ze świadkiem? Mówił coś więcej?

– Niewiele. Podobno byli bardzo młodzi. Może dwudziesto-, trzydziestoletni. To oczywiście nam nic nie pomoże. Szli szybko, ale chyba się nie przejmowali tym, że ich ktoś zobaczył. To wszystko, Alex – westchnął Kyle. – Świadek ma już osiemdziesiąt sześć lat i jest mocno przejęty tym całym zamieszaniem wokół jego osoby.

– Za to sprawcom nie można odmówić zuchwałości – zauważyłem. – Albo głupoty. Ciekawe, czy to ci sami, których ścigaliśmy w Nevadzie i Kalifornii?

Kyle uniósł głowę. Coś jeszcze miał mi do powiedzenia.

– Moi ludzie w Quantico tyrali przez pół nocy. Znaleźli kilkanaście podobnych przypadków. Tu, na wschodnim wybrzeżu. Wcale nie w Kalifornii.

– Znasz jakieś daty? – zapytałem.

– To właśnie najciekawsze. Morderstwa trwają już od dawna, lecz nikt przed nami nie wpadł na to, żeby połączyć je ze sobą. Najstarsza zbrodnia miała miejsce przed jedenastoma laty.

Rozdział 43

Podczas kolacji dołączyła do nas stara przyjaciółka. Prawdę mówiąc, był to pomysł Kyle’a, który nawet zarezerwował stolik w Grille na North Tyron.

Kate McTiernan praktycznie nie zmieniła się od czasu polowania na psychopatę, zwanego Casanovą, w Durham i Chapel Hill, w Karolinie Północnej. Przeżyła wtedy napad i porwanie, bo przestępca uznał ją za najpiękniejszą dziewczynę w całych południowych stanach.

Poza tym, była nieprzeciętnie inteligentna. Ukończyła studia medyczne i podjęła praktykę pediatryczną, ale ciągle myślała o chirurgii.

Kiedy podeszła do naszego stolika, zastała nas przy rozmowie. Właśnie się kłóciliśmy o to, jak pokierować dalszym śledztwem.

– Cześć, chłopcy.

Jej piękną twarz okalały długie ciemne włosy. Dłuższe, niż miała przedtem. W ciemnych oczach czaił się błysk rozbawienia. Wprost tryskała energią i urodą, ale wiedziałem, że gdzieś w duszy chowa niezatarty ślad.

– Dajcie już spokój – powiedziała. – Za bardzo przejmujecie się pracą. Wyłuzujcie się trochę, przynajmniej na dziś wieczór.

Popatrzyliśmy na nią ze zdumieniem, szczerząc zęby jak idioci. Wiele przeszliśmy razem złego i dobrego, by teraz móc się spotkać na kolacji w Charleston.

– Co za przypadek! – zawołała. – Właśnie przyjechałam na sympozjum medyczne. – Usiadła.

– Alex nie wierzy w przypadki – zauważył Kyle.

– Nie szkodzi. Najważniejsze, że jesteśmy razem, złączeni bożą pomocą, za co chwalmy Pana.

– Widzę, że masz znakomity humor – rzekł Kyle. Sam też w tej chwili nie wyglądał na ponuraka.

– A czym mam się martwić? Przede wszystkim, bardzo się cieszę, że was znów widzę. A poza tym, na wiosnę wychodzę za mąż! Mój kochany Thomas oświadczył mi się dwa dni temu.

Kyle wymamrotał jakieś gratulacje, a ja natychmiast skinąłem na kelnera i zamówiłem butelkę szampana. W ciągu następnych paru minut Kate opowiedziała nam niemal wszystko o Thomasie. Dowiedzieliśmy się, że prowadzi niewielką księgarnię w Karolinie Północnej, że maluje pejzaże i że – zdaniem Kate – w obu tych dziedzinach jest wyjątkowo dobry.

– Pewnie, że w tym, co mówię, nie jestem obiektywna, ale z drugiej strony lubię pogrymasić. Thomas ma talent. To świetny facet. Jak tam Nana i twoje dzieci, Alex? Co słychać u Louise, Kyle? – spytała. – Powiedzcie mi jak najwięcej. Ogromnie się za wami stęskniłam.

Pod koniec kolacji już wszyscy byliśmy w szampańskich nastrojach. Po raz kolejny przyznawałem w duchu, że Kate to prawdziwa dusza towarzystwa. Potrafiła rozruszać nawet Kyle, który na ogół nie przepadał za zabawą. Przez cały czas nie odrywał od niej wzroku.

Tuż po jedenastej wyszliśmy z restauracji i uściskaliśmy się na pożegnanie.

– Macie być na weselu – oznajmiła Kate, energicznie przytupując nogą. – Kyle przyjedzie z Louise, a ty, Alex, przywieziesz swoją nową dziewczynę. Przyrzekacie?

Przyrzekliśmy. Nie zostawiła nam wyboru. Przez chwilę spoglądaliśmy za nią, jak szła do samochodu. Na domowe wizyty jeździła starym niebieskim volvo.

– Bardzo ją lubię – powiedziałem, choć było to oczywiste.

– Ja też – dorzucił Kyle, wciąż patrząc za odjeżdżającym samochodem. – To wspaniała dziewczyna.

Rozdział 44

Wreszcie udało się ułożyć fragment łamigłówki. Miałem nadzieję, że to pomoże nam w walce z wampirami. Pod wieczór następnego dnia agenci FBI przedstawili listę dwunastu miast na wschodzie Stanów Zjednoczonych, w których od tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego roku zanotowano serię morderstw połączonych z pogryzieniami. Przepisałem ją do notatnika i zamyśliłem się głęboko. Co łączyło te wszystkie miasta?

Atlanta

Birmingham

Charleston

Charlotte

Charlottesville

Gainesville

Jacksonville

Nowy Orlean

Orlando

Richmond

Savannah

Waszyngton

Długa Usta. To poważny problem. Poza tym, pasmo zbrodni ciągnęło się przez dekadę. W tym tkwiła jeszcze większa, groźniejsza tajemnica.

Lista miast, z których donoszono o podobnych napadach, nie zakończonych jednak morderstwem, okazała się jeszcze dłuższa. Popatrzyłem na nią z zakłopotaniem. Wydawało mi się, że mam do czynienia z jakimś niewiarygodnym spiskiem.

Nowy Jork

Boston

Filadelfia

Pittsburgh

Virginia Beach

White Plains

Newburgh

Trenton

Atlanta

Newark

Atlantic City

Tom’s River

Baltimore

Princeton

Miami

Gainesville

Memphis

College Park

Charlottesville

Rochester

Buffalo

Albany

Wydział zabójstw w Quantico pracował przez całą dobę. Kyle był przekonany, że w najbliższym czasie na obu listach pojawią się kolejne miasta i nowe, wcześniejsze daty.

W Atlancie, Gainesville, Nowym Orleanie i Savannah, w różnych latach zdarzyły się po dwie zbrodnie. Najgorsza sytuacja była w Charlotte, w Karolinie Pomocnej. Trzy tajemnicze morderstwa, począwszy od osiemdziesiątego dziewiątego roku. Może to właśnie tam wszystko się zaczęło?

FBI rozesłało agentów do wszystkich dwunastu miast z pierwszej listy. Siły specjalne skierowano do Charlotte, Atlanty i Nowego Orleanu.

Skończyłem robotę w Charleston. Niewiele się dowiedziałem. Nie podano wiadomości do prasy, żeby nie budzić niepotrzebnej paniki. Chcieliśmy tę sytuację utrzymać jak najdłużej.

Wieczorem wybrałem się do Spooky Tooth. Było to jedyne miejsce w Charleston, w którym zbierali się miłośnicy horrorów i wampirów. Odkryłem tam niewielkie grono młodych ludzi, przeważnie nastolatków – gimnazjalistów i licealistów. Porozmawiałem z właścicielem. Wypytałem go o klientów. Przyznał, że to zbuntowana młodzież, lecz zaprzeczył, żeby ktoś z nich był zdolny do morderstwa.

Następnego dnia wróciłem do Waszyngtonu. Wieczorem, o wpół do ósmej, wybrałem się wraz z Naną, Jannie i Alexem na występ chóru chłopięcego.

Koncert przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Damon znalazł się w gronie śpiewaków, których oddzielnie wymieniono w programie, z imienia i nazwiska. Cudnie wykonał solową partię, pod tytułem The Ash Grove.

– Widzisz, co tracisz? – szeptem spytała Nana, pochylając się w moją stronę.

Rozdział 45

William i Michael bardzo lubili południową część Stanów Zjednoczonych. Dzikie przestrzenie, powiew wolności… Czuli się tu jak u siebie. A najważniejsze, że wszystko szło zgodnie z planem.

Przybyli do Savannah w stanie Georgia. Minęli Oglethorpe Street i zatrzymali się na słynnym cmentarzu Colonial Park. Potem pojechali do Abercorn, wzdłuż Perry Street, przez place Chippewa i Orleans.

– To wszystko stoi na trupach – William tłumaczył bratu. – Całe dzielnice zbudowano na dawnych cmentarzach.

Savannah niemal bez uszczerbku przetrwało wojnę secesyjną i dziś należało do najlepiej zachowanych zabytków na południu.

William uwielbiał tu bywać. Cieszył się, że stąd pochodzi następna ofiara. Taki posiłek będzie prawdziwą rozkoszą, pomyślał. Przyjemne z pożytecznym. Zapatrzony w historyczne miejsca, przestał zwracać uwagę na nazwy ulic. Podziwiał stare kolonialne domy, dziewiętnastowieczne kościoły, bramy z kutego żelaza, pełne greckich motywów, i kwiaty, kwiaty, kwiaty… Szczególnie podobały mu się dawne rezydencje: Green-Meldrim, Hamilton-Turner i pierwsza willa Joe Odoma.

– Piękno i elegancja – powiedział do brata. – Mógłbym tu mieszkać. Kto wie, może pewnego dnia przeniesiemy się tutaj na stałe? Co o tym sądzisz?

– Jestem głodny. Spróbuj może już teraz znaleźć nam jakieś lokum – ze śmiechem odparł Michael. – Rzućmy kotwicę i wypróbujmy, co Savannah ma najlepszego.

William zatrzymał furgonetkę na ulicy zwanej West Bay. Wysiedli obaj, żeby rozprostować nogi.

Podeszły do nich dwie młode dziewczyny w koszulkach z napisem „Liceum Plastyczne w Savannah” i krótko obciętych dżinsach. Były cudownie opalone, miały długie zgrabne nogi i zdawały się pozostawać na bakier z całym światem.

– Można tu oddać krew? – zapytała niższa z kokieteryjnym uśmieszkiem. Wyglądała najwyżej na szesnaste – lub siedemnastolatkę. Miała kolczyk w wardze i szopę ogniście rudych, sztywno sterczących włosów.

– Słodziutki z ciebie kąsek – zauważył Michael, patrząc jej prosto w oczy.

– Różnie mnie już określali, ale nie jako „słodziutką” – odpowiedziała i zerknęła na przyjaciółkę. – Nie, Carla?

Carla skinęła głową.

William obrzucił dziewczyny taksującym spojrzeniem. Nie. Nie są warte zachodu. W Savannah powinni trafić na coś lepszego.

– Niestety, mamy teraz przerwę – powiedział uprzejmym tonem i uśmiechnął się miło, wręcz uwodzicielsko. – Obiadową – dodał. – Może trochę później? Na przykład dziś wieczorem. Wpadniecie?

– Nie jarzysz – ucięła mała. – Cała ta gadka to tylko rozruch.

William powoli przesunął dłonią po karku. Wciąż się uśmiechał.

– Ależ wiem o tym. Masz mi za złe, że próbuję podtrzymać tę gadkę? Mało jest dzisiaj tak fajnych dziewczyn. Tak jak mówiłem, wpadnijcie później. Krwi nam na pewno nie zabraknie.

Zabrał Michaela i poszli nad rzekę, na RWerfront Plaża. Nie patrzyli na łodzie i barki ani nawet na udekorowany jak do gali parowiec „Savannah River Queen” z ogromnym kołem łopatkowym, ani na rzeźbę „Pożegnanie” – młodą dziewczynę z wyciągniętą ręką, jakby machała odpływającym żeglarzom. Przyglądali się ludziom, przechadzającym się po skwerze. Szukali łupu, chociaż zdawali sobie sprawę, jak niebezpieczny byłby atak za dnia, w obecności świadków. Trafili na pchli targ, gdzie wśród straganów z rozmaitymi starociami i dziełami sztuki współczesnej kręciło się kilku żołnierzy i sporo kobiet. Niektóre bardzo ładne.

– Muszę coś przegryźć – stwierdził w końcu William. – Może tam, w tym pieprzonym przepięknym parku?

– Ten by pasował – rzekł Michael i wskazał na szczupłego chłopca w czarnym podkoszulku i obszarpanych dżinsach. – A może coś na przekąskę? Co powiesz o tym dwulatku, bawiącym się w piaskownicy? Mniam, mniam… Schrupałbym go, bo mnie już mdlić zaczyna od słodkich zapachów.

Williamowi udzielił się humor brata.

– To pralinki. Polecam raczej coś z grilla. Podobno bardzo smaczne – powiedział.

– Nie mam ochoty na wołowinę – pokręcił nosem Michael.

– No cóż – ustąpił William. – Niech ci będzie. Co zamawiasz? Wybór należy do ciebie.

Michael bez namysłu wyciągnął palec przed siebie.

– Znakomicie – wyszeptał William.

Rozdział 46

Znowu. Kolejne potworne morderstwo – tym razem w Savannah. Kyle i ja polecieliśmy do Georgii błyszczącym czarnym śmigłowcem marki Bell, z którego byłby dumny Darth Vader. Kyle nie chciał tracić ani chwili. Nie dał mi czasu do namysłu.

Nawet z góry portowe miasto urzekało swoim widokiem. Labirynt domów, rezydencji i ultranowoczesnych sklepów, a do tego rzeka zakolami płynąca wśród złotych łanów w stronę Atlantyku. Dlaczego mordercy wybierali właśnie takie miejsca – piękne i pełne ludzi? Dlaczego działali w tych, a nie innych miastach?

Był pewien powód, na który do tej pory nikt z nas nie zwrócił najmniejszej uwagi. Może zabójcy grali w makabryczną grę z pogranicza świata fantazji? Jak ich, do diabła, rozgryźć?

Samochód FBI zawiózł nas do katedry pod wezwaniem świętego Jana Chrzciciela, w zabytkowej dzielnicy East Harris. Wśród szacownych domów stały dziesiątki policyjnych radiowozów i parę ambulansów.

– Autostrady wokół Savannah są kompletnie zakorkowane – powiedział do mnie Kyle, kiedy przebijaliśmy się przez nie mniejsze korki wokół kościoła. – To najpotworniejsza zbrodnia, jakiej tu dokonano od czasów książki Johna Berendta albo wydarzeń, które ją poprzedziły. Moim zdaniem, powinna ściągnąć jeszcze więcej turystów. Może nasze wampiry swoimi wybrykami chcą przebić Północ w ogrodzie dobra i zła?

– Miejscowe władze i mieszkańcy niechętnie widzą takich gości – odparłem. – Słuchaj, Kyle, co się właściwie dzieje? Jakaś banda działa tuż pod naszym nosem. Usiłują nam coś przekazać. Wybierają najpiękniejsze miasta. Mordują w parkach, w luksusowych hotelach, a teraz nawet w katedrze. Chcą, byśmy ich dopadli? Czy też może odwrotnie, wierzą, że nikt ich nie złapie?

Kyle uniósł głowę i spojrzał na dzwonnicę.

– A może jedno i drugie? Zgadzam się z tobą, że z jakichś względów nie dbają o alibi. Dlatego właśnie cię tu ściągnąłem. Znasz się na rzeczy. Tylko ty jeden jesteś w stanie wejrzeć w ich chory umysł.

Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że oni chcą, aby ich złapać. Ale dlaczego?

Rozdział 47

Wysiedliśmy z samochodu i stanęliśmy przed głównymi drzwiami katedry Świętego Jana. Złocisto-biały napis nad portalem głosił: „Jedna rodzina, jedna wiara”.

Podwójne wieże wznosiły się wysoko nad dachami Savannah. Kościół zbudowano w stylu francuskiego gotyku – miał wysokie łuki i przypory, wspaniałe witraże i ołtarz z włoskiego marmuru. Obejrzałem dosłownie wszystko. Jak do tej pory, nic nie zwróciło mojej szczególnej uwagi.

Morderstwo odkryto niecałe dwie godziny temu. Wsiedliśmy do śmigłowca natychmiast po komunikacie nadanym przez policję w Savannah. Trąbiono już o tym w telewizji.

Zapach kadzidła wiercił mnie w nosie. Zwłoki zauważyłem zaraz po wejściu do katedry. Jęknąłem cicho i żołądek podjechał mi do gardła. Ofiarą był tym razem dwudziestojednoletni mężczyzna, znany mi z poprzednich doniesień, student historii sztuki z Uniwersytetu Georgia, Stephen Fenton. Mordercy zostawili mu portfel i pieniądze. Niczego nie ukradli, z wyjątkiem koszuli.

Katedra była olbrzymia; bez wątpienia mogła pomieścić z tysiąc wiernych. Światło, padające przez witraże, rysowało wielobarwne wzory na kamiennych płytach podłogi. Już z daleka widziałem, że ofiara ma rozerwane gardło. Ciało było zmaltretowane i okaleczone, tak jak w poprzednich przypadkach. Leżało u podnóża trzynastej stacji drogi krzyżowej. Na posadzce widniały ślady krwi, ale nie za wiele.

Pili krew tu, w katedrze? Dopuścili się świętokradztwa? Odrzucali wszelką religię? Czy szli własną drogą krzyżową?

Podeszliśmy do ciała. Obok, w nawie, leżał plastikowy worek. W pobliżu czekała ekipa śledcza z wydziału zabójstw w Savannah. Byli mocno zniecierpliwieni. Chcieli możliwie szybko odwalić swoją robotę i wynieść się stąd do diabła. Przez nas musieli niepotrzebnie czekać. Miejscowy lekarz kończył oględziny ciała.

Przykucnęliśmy przy nim. Włożyłem gumowe rękawiczki. Kyle prawie nigdy ich nie używał. Rzadko dotykał czegoś na miejscu zbrodni. Zastanawiałem się dlaczego? Mimo to, miał niezłego nosa.

No tak… Byliśmy dobrzy, ale żaden z nas jeszcze nie wpadł na to, gdzie szukać morderców i gdzie znów uderzą. Z każdą kolejną zbrodnią to pytanie wracało do mnie jak bumerang. O co chodziło w tej masakrze?

– Jadą w zasadzie na odruchach – zwróciłem się do Kyle’a. – Sądzę, że są przed trzydziestką. Mają najwyżej po dwadzieścia lat, a może są jeszcze młodsi. Nie zdziwiłbym się, gdybyśmy w rezultacie znaleźli dwóch nastolatków.

– Toby się nawet zgadzało – odparł po cichu, przyglądając się obrażeniom na ciele studenta. – Niczego się nie boją. Są jak zwierzęta wypuszczone z klatki. Jak tygrysy. Najpierw w Kalifornii, a teraz tu, na wschodzie. Kłopot w tym, że nie wiemy, jak dawno się to zaczęło, ilu ich jest naprawdę i skąd się właściwie wzięli.

– Trzy podstawowe punkty. Trzy pytania, na które nie znamy odpowiedzi. Ciągle sprawdzacie kluby dla wampirów? Może pogrzebać w Internecie? Ktoś przecież musi coś wiedzieć.

– Sęk w tym, że ci, co nawet wiedzą, nie chcą puścić pary z gęby. Uwierz mi, Alex, ponad trzystu ludzi skierowałem do tej jednej sprawy. Więcej się nie da.

Popatrzyłem na drewnianą płaskorzeźbę stacji. Przedstawiała Jezusa w chwilę po zdjęciu z krzyża, złożonego w ramionach Marii. Korona cierniowa. Ukrzyżowanie. Rany. Krew. Może krew miała tu jakieś znaczenie? Życie wieczne? Ciekawe. W Santa Barbara słyszałem od Petera Westina, że niektóre wampiry są „uduchowione”. Więc może to mord rytualny? Albo czysty przypadek. Pewnie powinienem znów porozmawiać z Westinem. Wiedział o wampirach dużo więcej niż inni.

Fenton miał na sobie spodnie koloru khaki i nowe markowe buty Reeboka. Zbadałem rany na jego szyi. Znalazłem też ślady zębów na lewym ramieniu i na piersiach. Jeden z morderców – a może obaj – był rozeźlony do granic szału.

– Po co zabrali koszulę? – zapytał Kyle. – To samo zrobili w Marin.

– Może dlatego, że przesiąkła krwią – odparłem, wciąż patrząc na rany. – To byli bez wątpienia ludzie, choć atakują jak zwierzęta. Na wzór tygrysa? To właśnie tygrys pełni tu kluczową rolę. Jest symbolem… Ba, ale czego?

Zadzwoniła komórka Kyle’a. To Supermózg, pomyślałem zupełnie odruchowo. Pewnie mnie szuka. Kyle trzymał aparat przy uchu niespełna dwadzieścia sekund.

Potem popatrzył na mnie.

– Jedziemy do Charlotte. Mamy kolejną zbrodnię. Już są w Karolinie Północnej.

– A niech ich szlag trafi! Co tu się, do cholery, dzieje?! Pobiegliśmy do wyjścia. Gnaliśmy, jakby nas ktoś gonił.

Rozdział 48

Każde okrutne morderstwo – albo seria morderstw – budzi lęk, ale jednocześnie niemal w obsceniczny sposób przyciąga powszechną uwagę. Wystarczy sobie przypomnieć wyczyny Jeffreya Dahmera w Milwaukee, zabójstwo Gianniego Versacego i następującą zaraz po tym serię zbrodni Andrew Philipa Cunanana. Rosjanin, Andriej Czikatiło, uważany był za najgorszego. A teraz ta krwawa masakra na obu wybrzeżach Stanów Zjednoczonych.

Dobrze, że śmigłowiec wciąż na nas czekał. Błyskawicznie przenieśliśmy się z Savannah do Charlotte. Jeszcze w powietrzu Kyle połączył się przez radio ze swoimi ludźmi na ziemi, oblegającymi jakąś zrujnowaną farmę, dwadzieścia kilometrów od miasta. Nigdy nie widziałem go tak podnieconego, nawet przy sprawie Casanovy i Dżentelmena Podrywacza.

– Chyba coś mamy! – zawołał. – Do naszego przybycia nikt stamtąd nie wyjdzie. Bardzo mi się to podoba.

– Zobaczymy – odparłem. – Wcale nie jestem pewien, czy na pewno to ci sami.

Przestałem snuć teorie. Dlaczego właśnie Charlotte, w Karolinie Pomocnej? To byłby czwarty przypadek w tej samej okolicy. Wszystkie drogi prowadzą do Charlotte? A niby dlaczego?

Kyle nasłuchiwał dalszych raportów i podawał mi najważniejsze szczegóły.

– Wczoraj w nocy ktoś napadł na śpiących rodziców pewnego siedemnastolatka. Zostali zatłuczeni na śmierć. Narzędzie zbrodni znaleziono przy zwłokach. Ciała są pogryzione. Zabójcą było duże zwierzę lub człowiek o bardzo ostrych, być może metalowych zębach. – Zrobił pełną zwątpienia minę. W dalszym ciągu nie wierzył w wampiry.

– Chłopak schował się na opuszczonej farmie, w pobliżu rzeki Loblolly. Z tego co wiemy, jest z nim tam cała grupka dzieciaków, nawet dwunasto – i trzynastolatki. To koszmar, Alex. Wszyscy czekają już tylko na nas. Co zrobić z tymi gówniarzami?

Dziesięć minut później wylądowaliśmy na rozległej łące porośniętej kwiatami. Od farmy, w której zapewne ukrył się morderca, dzieliło nas pięć kilometrów. Scena jak z pościgu za Bonnie i Clyde’em. Grubo po piątej stanęliśmy w lesie okalającym farmę. Zaczęło się już ściemniać.

Dom był drewniany, jednopiętrowy i gęsto zarośnięty wistarią i mirtem. W naszej kryjówce na ziemi leżały sosnowe szyszki, orzechy hikorowe i coś, co w lokalnej gwarze nosiło nazwę „małpich kulek”. Wszystko to razem wywoływało u mnie niezbyt miłe wspomnienia z lat dzieciństwa, spędzonych tu właśnie, na południu. Moi rodzice zmarli młodo, zaledwie po trzydziestce. Nawet spotkałem się z teorią, snutą przez moją terapeutkę, że ciągle myślę o własnej śmierci, widząc w tym śmierć rodziców. Supermózg był chyba podobnego zdania, tyle tylko, że chciał jeszcze to poprzeć czynami.

Dach starego domu opadał stromo. Wąskie okno na poddaszu miało dwie wybite szyby. Białe okapy, obłażące z farby, trzymały się całkiem nieźle, ale w dachu ziały wielkie dziury, od biedy zaklejone papą. Zgroza, zgroza, zgroza.

FBI podkreślało z mocą, że „mieszkańcy” farmy są nieletni. Większość z nich prawdopodobnie nie ukończyła dwudziestego roku życia. Na dobrą sprawę, nie wiadomo było, kto jest w środku i czy był notowany. Brakowało także dowodów na to, że ktoś tam ma coś wspólnego z naszymi morderstwami. Doszliśmy więc do wniosku, że na razie posiedzimy cicho i poczekamy, co będzie dalej. Może ktoś przyjdzie albo wyjdzie? Poruszaliśmy się po cienkim lodzie. Sprawa nabrałaby rozgłosu rangi politycznej, gdyby jakiś małolat zginął lub ucierpiał z rąk federalnych.

W lesie panował idealny spokój. Dom zdawał się drzemać, co też było trochę dziwne, zważywszy na gnieżdżącą się w nim dzieciarnię. Żadnych śmiechów, ostrego rocka ani zapachów z kuchni. Migotały tylko przyćmione światła.

Bałem się, że morderca uciekł. Że przybyliśmy za późno.

Rozdział 49

Ktoś szeptał mi coś do ucha. To był Kyle.

– Ruszamy, Alex. Pora działać.

O czwartej rano dał sygnał do ataku. Zakazał wszelkiej strzelaniny. Mógł rządzić nawet miejscową policją.

Znalazłem się w grupie agentów federalnych, ubranych w granatowe kurtki. Nikt z nas nie czuł się zbyt pewnie. Krok za krokiem wyszliśmy z sosnowego lasu i podkradliśmy się w stronę domu. Mieliśmy do przebycia jakieś pięćdziesiąt metrów. Dwóch snajperów, zagrzebanych w ziemi mniej więcej w połowie drogi, zameldowało nam przez radio, że na farmie wciąż panuje cisza. Cisza przed burzą?

– To gówniarze – przypomniał nam Kyle na kilka sekund przed wymarszem. – Mimo to uważajcie na siebie.

Pełzliśmy na czworakach, aż poza snajperów. Potem zerwałem się wraz z innymi i ruszyliśmy biegiem. Z trzech stron wpadliśmy do budynku.

Kyle był razem ze mną w tej części oddziału, która weszła przez drzwi frontowe. Ktoś rzucił petardy. Na parterze rozległy się krzyki. Słyszałem piskliwe głosy, ale na razie żadnych strzałów.

W domu zapanował nagle chaos. Zakłębiło się od nastolatków – nagich lub w samej bieliźnie. Musiało ich tu spać co najmniej dwadzieścioro. Nie mieli prądu, tylko świece. Wszędzie śmierdziało moczem, trawką, pleśnią, woskiem i tanim winem. Na ścianach wisiały plakaty Insane Clown Posse i Killah Priest.

Maleńka sień z wybitą ścianą łączyła się wprost z pokojem. Dzieciaki spały tu na kocach lub na gołej podłodze. Teraz zrywały się z głośnym wrzaskiem:

– Świnie! Gliny! Spieprzać!

Na piętrze było ich jeszcze więcej. Bronili się pięściami, ale na szczęście nikt nie strzelał. Nikt też nie odniósł groźnych obrażeń. Pod tym względem to była nietypowa akcja.

Jakiś chudzielec skoczył na mnie z przeraźliwym wrzaskiem. Miał czerwone oczy. Szkła kontaktowe. Warczał głucho i z ust płynęła mu pienista ślina. Chwytem za głowę rzuciłem go na ziemię, skułem go i kazałem mu się uspokoić, zanim sam sobie zrobi krzywdę. Ważył nie więcej niż sześćdziesiąt kilo, lecz był żylasty i silniejszy, niż na to wyglądał.

Jeden z agentów z mojej grupy miał nieco więcej pecha. Złapał rudą dziewczynę o pokaźnej tuszy. Ugryzła go w policzek. Potem wbiła mu zęby w pierś. Z okrzykiem bólu próbował ją oderwać, ale przyssała się do niego, jak pies do smacznej kości.

Szarpnąłem ją i skułem jej ręce na plecach. Była ubrana w czarną koszulkę z napisem: „Pieprzonych Wesołych Świąt!”. Całe jej ciało pokrywały liczne tatuaże z wyobrażeniem czaszek i węży.

– Ty śmieciu! – krzyczała mi prosto w twarz. – Ty śmierdzący chuju!

– Nasz jest w piwnicy! – zawołał Kyle. – Morderca. Irwin Snyder.

Pobiegłem za nim przez zrujnowaną i od dawna nieczynną kuchnię. Stanęliśmy przed koślawymi drewnianymi drzwiami prowadzącymi do piwnicy.

Wyciągnęliśmy pistolety. Po tym, co każdy z nas usłyszał o morderstwie, nikt nie kwapił się wejść tam pierwszy. Gwałtownym ruchem otworzyłem drzwi i zajrzeliśmy do ciemnego wnętrza.

Było nas czterech: Kyle, ja i jeszcze dwóch agentów. Daliśmy trzy ostrożne kroki po rozchwianych schodach.

W mrocznej piwnicy panowała cisza. Jeden z federalnych poświecił latarką.

Ujrzeliśmy mordercę. On też nas zobaczył.

Rozdział 50

Dobrze zbudowany chłopak w zniszczonej czarnej skórzanej kurtce i czarnych dżinsach kulił się w kącie piwnicy. Czekał na nas. W ręku trzymał łom. Nagle podskoczył, wywijając żelastwem nad głową. Warczał jak zwierzę. To musiał być Irwin Snyder, ten sam, który zeszłej nocy zabił swoich rodziców. Miał dopiero siedemnaście lat. Co mu strzeliło do głowy?

Wyszczerzył złote kły i błysnął czerwonymi oczami. Też nosił szkła kontaktowe. W nosie i brwiach połyskiwało mu co najmniej tuzin maleńkich, złotych i srebrnych kółeczek. Był muskularny i mierzył prawie metr osiemdziesiąt. Musiał brylować na boisku, zanim na dobre nie porzucił szkoły.

Wciąż warczał. Nawet nie zauważył, że stoi w cuchnącej kałuży zastałej wody. Miałem wrażenie, że oczy wpadły mu gdzieś w głąb czaszki.

– Precz! – krzyknął. – Sami nie wiecie, w jakie gówno się wpakowaliście! Nic wam do tego! Spierdalać! Won z naszego domu!

Groźnie kołysał ciężkim, zardzewiałym łomem. Staliśmy nieruchomo. Chciałem usłyszeć jak najwięcej, co miał nam do powiedzenia.

– Co to za gówno? – zapytałem.

– Wiem, kim jesteś! – wypalił, aż się zapluł. Dyszał w morderczym szale. Był naćpany do nieprzytomności.

– Kim? – spytałem. Skąd mógł wiedzieć?

– Pieprzony Cross – wycedził i w obłąkanym uśmiechu odsłonił metalowe zęby. Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach, gdy usłyszałem tę odpowiedź. – Reszta to pieski z FBI. Wszystkim wam warto dobrać się do dupy! I tak się stanie. Cross… Krzyż… – zakpił. – Tu nie miejsce dla krzyża.

– Dlaczego zabiłeś rodziców? – spytał Kyle, stojący po drugiej stronie schodów.

– Dałem im wolność! – zarechotał Snyder. – Teraz bujają w obłokach.

– Bzdury – mruknąłem. – Wcale w to nie wierzę. Znów warknął jak pies na łańcuchu.

– Mądrala z ciebie – rzucił z uznaniem.

– Po co ich gryzłeś metalowymi kłami? Co widzisz, patrząc na tygrysa? – zadałem dwa pytania naraz.

– Znasz prawdę, bo inaczej w ogóle byś nie pytał! – odparł i wybuchnął śmiechem. Prawdziwe zęby miał pożółkłe i poplamione nikotyną. Na jego brudnych czarnych dżinsach znać było jakieś szare smugi, jakby popiołu. W skórzanej kurtce brakowało nitów. W piwnicy cuchnęło starym, zepsutym mięsem. Co oni tu wyprawiali? W gruncie rzeczy, wolałbym tego nie wiedzieć.

– Dlaczego zabiłeś rodziców? – powtórzyłem pytanie Kyle’a.

– Chciałem być wolny! – wrzasnął. – Chciałem iść śladem Tygrysa!

– Kim jest Tygrys? Co to wszystko znaczy? Popatrzył na mnie rozbieganym wzrokiem.

– Dowiesz się, i to niedługo. Ale będziesz tego żałował. Rzucił łom i sięgnął do kieszeni. Skoczyłem na niego. Miał nóż w prawej dłoni. Zrobiłem szybki unik, żeby mnie nie trafił.

Nie zdążyłem; ostrze rozharatało mi rękę. Zabolało jak wszyscy diabli. Snyder wydał okrzyk triumfu. Znów ruszył na mnie. Szybki, zwinny i silny.

Za drugim razem zdołałem wytrącić mu nóż z ręki, ale mnie ugryzł w prawe ramię. Celował w szyję! W tej samej chwili dopadł go Kyle i dwaj pozostali.

– Cholera jasna! – ryknąłem z bólu. Uderzyłem chłopaka w twarz. Tylko mocniej zacisnął zęby. Teraz na mojej dłoni. Boli!

Federalni mieli sporo kłopotów, żeby go obezwładnić. Bali się, że ich też pogryzie. Snyder rzucał się jak oszalały i miotał na nas przekleństwa.

– Teraz należysz do nas! – wrzasnął w moją stronę. – Witaj w klubie! Ciesz się! Może spotkasz Tygrysa? – zawył i wybuchnął śmiechem.

Rozdział 51

Pomimo bólu głowy bite cztery godziny przesiedziałem z Irwinem Snyderem w czterech ścianach małej, niemal przyprawiającej o klaustrofobię izby przesłuchań aresztu miejskiego w Charlotte. Kyle towarzyszył mi przez pierwszą godzinę, ale to nie dawało żadnych rezultatów, więc poprosiłem go, żeby sobie poszedł. Snyder miał kajdanki na rękach i nogach, więc na dobrą sprawę nie musiałem się go obawiać. Ciekaw byłem, jak on się czuje?

Rwała mnie dłoń i ramię, ale były pilniejsze sprawy niż użalanie się nad sobą. Snyder słyszał, że zjawię się w Charlotte. Od kogo? Co jeszcze wiedział? Co go łączyło z całą resztą tego bałaganu?

Chłopak miał bladą, chorowitą cerę, zwichrzoną kozią bródkę i skąpe bokobrody. Wodził za mną inteligentnym spojrzeniem ciemnych, rozbieganych oczu.

Potem pochylił się i wsparł głowę na plastikowym stole. Zaraz szarpnąłem go za włosy i zmusiłem, żeby usiadł prosto. Klął równo przez minutę. Później zażądał adwokata.

– Boh, prawda? – zapytałem. – Więc lepiej mnie nie prowokuj. Nie pokładaj mi się na stole. To nie pora na drzemkę. To także nie zabawa.

Uniósł rękę, pokazał mi środkowy palec i znów próbował się położyć. W ten sam sposób przez długie lata całkiem bezkarnie stawiał się rodzicom i nauczycielom. Dobra metoda, ale nie tutaj i nie ze mną. Jeszcze mocniej szarpnąłem go za tłuste czarne włosy.

– Coś mi się zdaje, mój kochasiu, że nie rozumiesz po angielsku. Z zimną krwią zabiłeś dwie osoby. Jesteś mordercą.

– Adwokata! – wrzasnął. – Adwokata! Próbują mnie tu torturować! Gliniarz mnie bije! Adwokata! Mam niezbywalne prawo do obrony!

Wolną ręką ująłem go pod brodę. Splunął na mnie. Nie zwróciłem na to najmniejszej uwagi.

– Słuchaj, co mówię! Wszyscy twoi kumple z farmy trafili do komisariatu. Tylko my dwaj zostaliśmy tutaj. Nikt poza mną cię nie usłyszy. Nie będziesz bity, ale za to ze mną porozmawiasz.

Znowu szarpnąłem – na tyle mocno, żeby nie wyrwać mu garści włosów. Snyder jęknął, chociaż wiedziałem, że nie zrobiłem mu zbyt wielkiej krzywdy.

– Zatłukłeś młotkiem ojca i matkę. Dwa razy mnie ugryzłeś. Śmierdzisz, że aż nos odpada. Wcale za tobą nie przepadam, lecz jednak z chęcią cię wysłucham.

– Znajdź jakąś maść na ugryzienia – burknął. – Pamiętaj, że cię ostrzegałem.

Jeszcze się stawiał, ale zrobił unik, gdy wyciągnąłem rękę w stronę jego głowy.

– Kto ci powiedział, że będę w Charlotte? Skąd wiesz, jak się nazywam? Gadaj!

– Spytaj Tygrysa, kiedy się spotkacie. Poznasz go szybciej, niż się spodziewasz.

Rozdział 52

Stało się jasne, że Irwin Snyder nie popełnił poprzednich morderstw. Zaledwie raz lub dwa razy w życiu wyjechał z Karoliny. Kontakt ze światem utrzymywał głównie za pośrednictwem Internetu. I oczywiście był za młody, żeby go oskarżać o zbrodnie sprzed jedenastu lat.

Zabił jednak ojca i matkę. Nie okazywał skruchy. Tygrys kazał mu to zrobić. To wszystko, co udało mi się od niego wyciągnąć. Nie chciał powiedzieć, w jaki sposób nawiązał pierwszy kontakt z osobą lub grupą osób, która przejęła nad nim władzę.

Już w czasie przesłuchania Snydera i pozostałych zaczęła mnie swędzieć ręka. Wkrótce swędzenie przerodziło się w dokuczliwy ból dłoni i ramienia. Ślady ugryzień były zaczerwienione, ale bez strupów. Najgorszą ranę miałem na ramieniu – zęby przebiły marynarkę i wżarły się głęboko w ciało. Kazałem to sfotografować technikom z laboratorium.

Nie poszedłem na ostry dyżur. Po prostu nie było na to czasu. Tymczasem ręka bolała mnie coraz mocniej. Przed południem ledwo mogłem zacisnąć pięść. Pewnie nie zdołałbym pociągnąć za spust pistoletu. „Teraz należysz do nas” – powiedział mi Irwin Snyder.

Do jakiej grupy, sekty albo bandy mógł należeć? Gdzie był

Tygrys? Czy chodziło tutaj o jedną, czy o więcej osób? Po południu wziąłem udział we wspólnym zebraniu agentów FBI i policji z Charlotte. Wniosek ogólny: nic nie wiemy. FBI grzebało w Internecie w poszukiwaniu wiadomości mówiących o Tygrysie albo w ogóle o tygrysach.

Późnym wieczorem poleciałem z powrotem do Waszyngtonu. Trochę przespałem się w samolocie. Niewiele mi to pomogło. Kiedy tylko stanąłem w drzwiach własnego domu, zadzwonił telefon. Ki diabeł?

– Wrócił pan, doktorze Cross? To dobrze. Witam, witam. Trochę stęskniłem się za panem. Jak tam było w Charlotte?

Rzuciłem słuchawkę i wybiegłem na dwór. Nikogo nie zauważyłem. Na całej Piątej panował idealny spokój, chociaż oczywiście łobuz mógł się czaić w mroku, w pobliżu domu. Skąd by inaczej wiedział, że właśnie przyjechałem?

Stanąłem na chodniku i wbiłem wzrok w ciemność. To, że go nie widziałem nie znaczyło, że on mnie nie widział. Ktoś na pewno mnie obserwował. Ktoś się przede mną chował.

– Tak, wróciłem! – krzyknąłem. – Chodź, to może mnie dostaniesz! Załatwmy to tu i teraz! Powtarzam ci: chodź, draniu!

Nie odpowiedział. Nie zawołał.

Za sobą usłyszałem czyjeś ciche kroki. To Supermózg. Odwróciłem się jak oparzony.

– Co ty tutaj wyprawiasz, Alex? Kiedy przyjechałeś? Z kim rozmawiasz?

To była Nana, drobna i bardzo przestraszona. Podeszła bliżej i uściskała mnie z całej siły.

Rozdział 53

Obudziłem się koło szóstej rano w bardzo kiepskim stanie. Ślady ugryzień okazały się mocno zaognione. Czułem w nich pulsowanie. Z ranki na dłoni sączyła się paskudna maź zmieszana z ropą. Ręka mi spuchła niczym bania. Niedobrze. Jeszcze choroba mi potrzebna.

Pojechałem na ostry dyżur do szpitala Świętego Antoniego. Tam okazało się, że mam gorączkę. Termometr pokazywał trzydzieści osiem stopni i sześć kresek.

Badał mnie jakiś wysoki Pakistańczyk, doktor Prahbu. Wyglądał jak jeden z synów z filmu Wojny domowe. Powiedział mi, że prawdopodobną przyczyną obrzęku są bakterie gronkowców powszechnie występujące w ustach.

– Jak doszło do ugryzień? – spytał. Pomyślałem sobie, że moja odpowiedź raczej na pewno nie przypadnie mu do gustu.

– Łapałem wampira.

– Dość żartów, doktorze Cross. Kto pana ugryzł? – zapytał po raz drugi. – Jestem poważnym lekarzem, a to jest poważna rana. Muszę znać prawdę.

– Ależ ja wcale nie żartuję! Prowadzę śledztwo w sprawie zabójstw, o popełnienie których są podejrzani fani wampirów. Ugryzł mnie chłopak ze sztucznymi kłami.

– No dobrze, panie detektywie. Skoro pan się upiera…

Poddał mnie kompleksowemu badaniu krwi: hematokryt, hemoglobina, krwinki czerwone, krwinki białe, granulocyty, MCHC, OB, przeciwciała. Powiedziałem mu, że potrzebuję kopii wszystkich wyników. Szpital nie chciał dać mi ich do ręki, lecz wreszcie zmiękli i wysłali je faksem do Quantico.

Potem dali mi receptę na coś, co się nazywało keflex, i kazali wracać do domu. Chorą rękę miałem trzymać w górze i co cztery godziny zmieniać okład. Czułem się tak paskudnie, że po powrocie od razu położyłem się do łóżka. Nie ciągnęło mnie do roboty. Leżałem więc tak i słuchałem porannej audycji Elłiot in the Morning. Nana z dziećmi czuwali przy mnie. Miałem mdłości. Przez cały dzień uparcie odmawiałem jedzenia. Nie mogłem spać i ani myśleć, tak mnie swędziało ramię. Przez kilka godzin majaczyłem w malignie.

„Teraz należysz do nas”.

Wreszcie usnąłem, lecz obudziłem się przed pierwszą w nocy. W godzinie duchów. Czułem się jeszcze gorzej. Zdawało mi się, że zaraz zadzwoni telefon i znów usłyszę głos Supermózgu.

Ktoś był w moim pokoju.

Westchnąłem cicho, kiedy zobaczyłem kto to.

Jannie siedziała przy moim łóżku jak zawodowa pielęgniarka.

– W zeszłym roku też byłeś przy mnie, gdy się rozchorowałam – powiedziała. – Śpij już, tatusiu. Musisz odpocząć. I nie zmieniaj się przy mnie w wampira.

Nic na to nie odpowiedziałem. Nie mogłem wykrztusić słowa. Zapadłem w sen.

Rozdział 54

Nikt się tego nie spodziewał. Dlatego to było piękne. Ba, wspaniałe! Koniec Alexa Crossa.

Najwyższa pora. A może nawet lekkie spóźnienie? Cross musiał umrzeć.

Supermózg krążył po domu Crossa. Już od początku przewidywał, że to będzie niezwykłe doświadczenie. Nie zawiódł się. Nigdy przedtem nie czuł tak przeogromnej siły, jak wówczas, kiedy tuż po trzeciej w nocy stanął w ciemnym salonie. Wygrał tę bitwę. Triumfował. Cross został pokonany. Jutro na wieść o jego śmierci cały Waszyngton pogrąży się w żałobie.

Supermózg mógł zrobić wszystko. Od czego by tu zacząć?

Warto usiąść i pomyśleć. Nie ma powodu do pośpiechu. A gdzie usiąść? Oczywiście! Na ulubionym miejscu Crossa, tam, na tarasie, przy pianinie. Tu zawsze lubił odpoczywać i bawić się ze swoimi dziećmi. Lizus. Sentymentalny dureń.

Supermózg miał ochotę zagrać, na przykład coś z Gershwina. Pokazałby temu Crossowi, że nawet w tym jest dużo lepszy. Chciał zapowiedzieć swoje wejście w najbardziej dramatyczny sposób. To było dobre, wręcz przepyszne. Och, niech ta noc trwa jak najdłużej!

Może czymś jeszcze ją upiększyć? Przecież taką chwilę naprawdę warto potem smakować wiele razy, wspominać ją i na zawsze zachować na pamiątkę. Tylko dla siebie.

Supermózg wsparł się na ręku. Jego związek z Alexem Crossem dało się zawrzeć w dwóch trójkątach. Nawet teraz miał je przed oczami, siedząc na miękkim krześle, zadowolony z życia. Chryste Panie, wreszcie był w swoim żywiole, szczęśliwy, przeszczęśliwy…

Ja MIŁOŚĆ

Wróg (brat)Ojciec (Alex)

Ja MIŁOŚĆ kobiety Alexa (babka, przyjaciółki)brat (Alex)

Znakomity model psychologiczny – zwarty, jasny i przejrzysty. Dobrze wyjaśniał bieg wypadków, przewidzianych na dzisiejszy wieczór. Doktor Cross byłby zadowolony.

Może mu to wyjaśnić? Niech dowie się tuż przed śmiercią. Supermózg naciągnął gumowe rękawiczki i plastikowe ochraniacze na buty. Sprawdził, czy pistolet jest prawidłowo nabity. Wszystko gotowe. Poszedł na górę – Dżentelmen, Supermózg, Svengali, Moriarty.

Doskonale znał rozkład domu Crossa. Nawet nie potrzebował światła. Unikał niepotrzebnych hałasów. Nie pozostawiał po sobie żadnych śladów, które zwróciłyby uwagę FBI lub policji.

Cross i jego rodzina mieli zginąć w szczególnie przemyślany sposób. Co za niezwykły triumf! Co za wspaniały pomysł! Zanim dotarł na pierwsze piętro, znał już kolejność zabójstw. Tak, był zdecydowany. mały Alex

Jannie

Damon

Nana i na końcu – Cross

Doszedł do końca korytarza i przystanął. Nasłuchiwał przez chwilę, zanim otworzył drzwi sypialni. Żadnego dźwięku. Powoli nacisnął klamkę.

A to co? Niespodzianka? Chryste Panie!

Nie cierpiał takich niespodzianek. Dbał o dokładność i porządek. Lubił mieć wszystko pod kontrolą.

Przy łóżku Crossa siedziała Jannie. Głowę wsparła na złożonych rękach. Spała. Pilnowała swojego taty. Strzegła go od najgorszego.

Supermózg bardzo długo, może nawet z półtorej minuty, obserwował tę parę. W lewym rogu pokoju paliła się nocna lampka.

Cross miał zabandażowane dłoń i ramię. Pocił się we śnie. Był ranny i chory. W takim stanie nie nadawał się na przeciwnika. Zabójca westchnął. Rozczarowanie walczyło w nim o lepsze ze smutkiem i desperacją.

Nie, nie, nie! Wszystko na opak. Miało być całkiem inaczej. Cholera!

Pomału zamknął drzwi sypialni i szybko wrócił po własnych śladach. Wyśliznął się z domu. Nikt nie mógł wiedzieć o nocnej wizycie. Nawet sam Cross.

Jak zwykle, nikt go nie rozpoznał. Nikt go nie podejrzewał.

Przecież był Supermózgiem.

Rozdział 55

Budziłem się kilka razy w ciągu minionej nocy. W pewnej chwili odniosłem wrażenie, że ktoś wdarł się do domu. Wyczułem czyjąś obecność. Nie mogłem jednak nic zrobić.

A potem, po czternastu godzinach snu, obudziłem się już na dobre. Czułem się trochę lepiej. Nawet udało mi się zebrać myśli. Byłem jednak kompletnie wyczerpany. Rwało mnie w stawach i miałem kłopoty z widzeniem. Słyszałem za to jakąś muzykę – Erykah Badu, moja ulubiona.

Ktoś zapukał do drzwi sypialni.

– Już się ubrałem! – zawołałem. – Kto tam? Weszła Jannie. Na czerwonej plastikowej tacy przyniosła mi śniadanie, złożone z jajek, płatków kukurydzianych, soku pomarańczowego i gorącej kawy. Uśmiechała się z wyraźną dumą. Odpowiedziałem uśmiechem. Moja dzielna dziewczynka. Potrafiła być bardzo grzeczna – pod warunkiem, że tego chciała.

– Nie wiem, czy dasz radę coś zjeść, tatusiu – powiedziała. – Zrobiłam ci śniadanie. Tak na wszelki wypadek – dodała.

– Dziękuję ci, kochanie. Czuję się już odrobinę lepiej – odparłem. Udało mi się usiąść na łóżku. Zdrową ręką wepchnąłem sobie pod plecy dodatkową poduszkę.

Jannie ostrożnie postawiła tacę na moich kolanach. Pochyliła się i cmoknęła mnie w zarośnięty policzek.

– Ktoś tu powinien się ogolić.

– Jesteś kochana.

– Przez cały czas jestem taka, tatusiu. A może masz ochotę na małe odwiedziny? Popatrzymy, jak jesz, dobrze? Będziemy bardzo grzeczni. Żadnych kłótni, nic takiego.

– Marzyłem o tym.

Wróciła zaraz, trzymając na rękach małego Alexa. Za nią wszedł Damon i uniósł rękę na przywitanie. Razem usiedli na łóżku i zgodnie z obietnicą byli bardzo grzeczni. To najlepsze lekarstwo na wszelkie przypadłości.

– Jedz, póki gorące – poradziła mi Jannie. – Schudłeś jak szczapa.

– No właśnie – poparł ją Damon. – Jesteś chudy i spięty.

– Wyśmienite. – Uśmiechnąłem się do nich, ostrożnie przełykając niewielkie kęsy śniadania. Miałem nadzieję, że mnie nie zemdli. Pogłaskałem małego Alexa po główce.

– Ktoś cię otruł, tatusiu? – dopytywała się Jannie. – Co ci się naprawdę stało?

Z westchnieniem pokręciłem głową.

– Nie wiem, maleńka. Ugryzł mnie pewien chłopiec, a potem wdała się infekcja.

Skrzywili się jak na komendę.

– Nana nazywa to septicemią, czyli zatruciem krwi – powiedział Damon. Widać na własną rękę prowadził badania naukowe.

– Nawet nie będę się z nią sprzeczał. Teraz nie jestem dla niej przeciwnikiem.

Może nigdy nie byłem?

Popatrzyłem na gruby opatrunek na prawym ramieniu. Skóra wokół bandaża była chorobliwie żółta.

– To jakieś zakażenie – wyjaśniłem. – Ale już mi przeszło. Wracam do was.

Wciąż jednak pamiętałem słowa Irwina Snydera: „Teraz należysz do nas”.

Rozdział 56

Wieczorem wreszcie wstałem z łóżka i zwlokłem się na dół, na kolację. Za ten wyczyn w nagrodę od Nany dostałem pieczone kurczęta w zawiesistym sosie, świeże bułeczki i domowy jabłecznik. Sporo zjadłem i ze zdziwieniem stwierdziłem, że mi lepiej.

Po kolacji ułożyłem do snu małego Alexa. Wpół do dziewiątej wróciłem do swojej sypialni. Wszyscy doszli do wniosku, że jestem zmęczony i że poszedłem się położyć.

Ja jednak nie mogłem zasnąć. W głowie szumiało mi od natłoku złych myśli, związanych z morderstwami. Miałem wrażenie, że pomału zbliżamy się do czegoś bardzo ważnego. A może tylko tak mi się zdawało?

Przez dwie godziny siedziałem przy komputerze. Nie miałem kłopotów z koncentracją. Byłem pewny, że istnieje nić łącząca wszystkie miasta, w których dokonano zbrodni. Tylko jak na nią wpaść? Co przegapiliśmy? Każdy drobiazg sprawdzałem dziesiątki razy. Przejrzałem plany lotów, trasy autobusowe i na końcu rozkłady pociągów. Prawdopodobnie to nie miało sensu, ale przecież mogło się na coś przydać. W gruncie rzeczy i tak nie miałem nic lepszego o roboty.

Sprawdziłem listę większych firm i przedsiębiorstw i tu trafiłem na sporo powiązań, nie prowadzących jednak do niczego konkretnego. Federal Express, American Express, Gap, Limited, McDonaWs, Sears i JC Penney działały praktycznie w całym kraju. Co z tego?

Potem zasiadłem do map i przewodników. W ten sposób dotrwałem niemal do północy i nic nie wymyśliłem. Tylko rozbolała mnie głowa i znów poczułem świerzbienie w ręce. W całym domu panowała cisza.

Przejrzałem kalendarz imprez, meczy, spotkań autorskich, koncertów rockowych i przedstawień, także cyrkowych. W dziale „rozrywka” coś zwróciło moją baczną uwagę. Oprzytomniałem, choć przed chwilą już miałem zamiar się położyć. Usiłowałem zachować spokój, ale serce waliło mi jak młotem. Najpierw sprawdziłem informacje z zachodniego wybrzeża. Potem ze wschodniego. Jest. Być może.

Wreszcie znalazłem jakieś powiązanie – dwóch artystów, którzy zimą i wczesną wiosną występowali na zachodzie, a potem na wschodzie. Trasa tournće obejmowała wszystkie miasta z mojej listy. Jezu…

Ich kariera zaczęła się przed piętnastu laty.

Byłem niemal pewien, że to ma związek z morderstwami.

Chodziło o dwóch magików, znanych jako Charles i Daniel.

Tych samych, których Andrew Cotton i Dara Grey oglądali w Las Vegas w dniu swojej śmierci.

Wiedziałem nawet, gdzie odbędzie ich kolejny występ. Być może już tam byli.

Nowy Orlean.

Zatelefonowałem do Kyle’a.

Rozdział 57

Trwające jedenaście lat pasmo zagadkowych morderstw doprowadziło mnie do tego miejsca.

Nowy Orlean, Luizjana.

Nocny klub Howl.

Dwaj iluzjoniści występujący jako Charles i Daniel.

Nie nadawałem się do podróży, więc zostałem w Waszyngtonie. Wściekałem się jak cholera, że nie mogę jechać do Nowego Orleanu. Traciłem najważniejszy moment. Na szczęście był tam Kyle. Bez wątpienia brylował pod moją nieobecność, ale nie miałem mu tego za złe. W końcu musiał dbać o swoją karierę, zwłaszcza że chodziło o tak poważną sprawę.

Tego wieczoru sześciu agentów kręciło się wśród widzów oglądających występ Charlesa i Daniela. Klub Howl mieścił się wśród starych magazynów, na tyłach Julia Street. Zwykle organizowano tam koncerty. Nawet dzisiaj w ceglano-betonowych murach rozbrzmiewały rytmy zydeco i bluesa. Paru turystów próbowało przemycić nieco geaux z Bourbon Street. Odmówiono im wejścia „do końca życia”.

Stare cressidy, colty i kilka sportowych wozów, stojących na parkingu, były widomym znakiem, że wśród bywalców klubu dominują studenci z Tulane i Loyola. Nad hałaśliwym i ruchliwym tłumem gości unosiła się gęsta chmura dymu. Tu i ówdzie migały bardzo młode twarze. Właścicielom klubu nieraz stawiano zarzut, że zbyt często wpuszczają nieletnich. Oni woleli jednak przekupić policjantów, niż stosować się do postanowień prawa.

Nagle zapadła głucha cisza. Wyraźnie zabrzmiał pojedynczy okrzyk:

– Niech mnie szlag trafi! Patrzcie na to!

Biały tygrys wszedł na przykrytą czarnym aksamitem scenę.

Nie był na smyczy. Zjawił się zupełnie sam, bez tresera. Rozgadany przed chwilą tłum trwał teraz w nabożnym milczeniu.

Wielki kot powoli uniósł łeb i ryknął. Jakaś dziewczyna w obcisłej różowej bluzce zapiszczała ze strachu. Tygrys znów ryknął.

Na scenę wskoczył drugi tygrys i stanął koło pierwszego. Warknął głucho i popatrzył na widzów. Ci, którzy stali lub siedzieli tuż pod samą sceną, wycofywali się pospiesznie, zabierając piwo.

Tym razem ryk tygrysa rozległ się gdzieś za ich plecami. Wszyscy zamarli. Ile drapieżników w sumie krążyło po klubie? Gdzie były? Co się właściwie działo?

Mrok, panujący poza kręgiem światła rzucanym przez reflektory, wydawał się głębszy niż przedtem. Kto wie, co się w nim kryło? Nikt nie chciał ryzykować nagłego spotkania z bestią. Nagle światło zaczęło wyprawiać dziwne harce. Lampy przesunęły się w prawo, a potem w lewo. Oślepieni ludzie dłońmi zakrywali oczy. Mieli wrażenie, że cała scena zbliża się w ich stronę.

Zaszemrali. Byli bliscy paniki.

Tygrysy zniknęły!

Pośrodku sceny, tam, gdzie przed chwilą prężyły się dwa wielkie koty, stało teraz dwóch magików w czarnych, lamowanych złotem smokingach. Uśmiechali się, jakby po trochu kpili z publiczności.

Pierwszy przemówił wyższy z nich, czyli Daniel:

– Proszę państwa, nie ma najmniejszych powodów do obaw. Nazywamy się Daniel i Charles, jesteśmy najlepszymi prestidigitatorami świata! Postaramy się to udowodnić. Niech zapanuje magia!

Wśród widzów rozległy się oklaski, krzyki i pohukiwania. Na ten wieczór zaplanowano aż dwa przedstawienia. Każde z nich trwało półtorej godziny. Agenci FBI niezmordowanie krążyli w tłumie. Był z nimi Kyle Craig. Inny oddział agentów czekał na ulicy. Charles i Daniel wykonali kilka efektownych sztuczek, które zatytułowali Hołd dla Houdiniego. Przedstawili także własną wersję Wesołej wdówki Carla Hertza.

Publiczność była zachwycona. Niemal wszyscy wychodzili z klubu pod wrażeniem, zarzekając się, że tu wrócą z rodziną albo przyjaciółmi. To samo działo się po każdym występie Charlesa i Daniela – od jednego do drugiego wybrzeża Stanów Zjednoczonych.

Teraz jednak nadeszła pora na FBI. Po drugim przedstawieniu Charles i Daniel udali się do srebrnej limuzyny, zaparkowanej w zaułku od strony kulis. Po drodze chyba się pokłócili, bo słychać było wyzwiska i głośne narzekania.

Wreszcie srebrzysta limuzyna wyjechała z zaułka. Za nią sunął sznur samochodów FBI. Przejechali przez zatłoczone śródmieście Nowego Orleanu i skierowali się nad jezioro Pontchartrain. Kyle Craig przez cały czas był w kontakcie ze swoimi ludźmi.

Limuzyna stanęła przed jakąś dawną rezydencją, w której trwało huczne przyjęcie. Nad szerokimi trawnikami, wśród dwustu – i trzystuletnich dębów, dudnił rock. Goście krążyli po łagodnym stoku, opadającym aż do ciemnych, połyskujących wód jeziora.

Szofer wysiadł i teatralnym gestem otworzył tylne drzwi samochodu. Agenci federalni wybałuszyli oczy ze zdumienia, gdy z wnętrza wyskoczyły dwa białe tygrysy.

Charlesa i Daniela nie było. Zniknęli.

Rozdział 58

Charles i Daniel zjawili się w małym prywatnym klubie w Abita Springs, w Luizjanie, jakieś osiemdziesiąt kilometrów od Nowego Orleanu. Było to miejsce, o którym nie wspominano ani w Times-Picayune, ani w żadnym z błyszczących folderów, dostępnych we wszystkich większych i mniejszych hotelach Nowego Orleanu.

Niejaki George Hellenga z wyraźnym entuzjazmem powitał gości. Był dziobaty, miał gęste czarne brwi i ciemne, zapadnięte oczy. Na dodatek nosił barwione szkła kontaktowe, żeby je jeszcze przyciemnić. Chociaż ważył około stu pięćdziesięciu kilogramów, swoje cielsko wtłaczał w czarną skórzaną kurtkę i spodnie kupione w sklepie Big & Tali w Houston. Nisko pokłonił się obu przybyszom i wyznał szeptem, że ich wizyta to prawdziwy zaszczyt.

– I bardzo dobrze – uciął Charles. – Mieliśmy ciężki dzień. Przecież wiesz, po co tu jesteśmy, więc przestań gadać i bierz się do roboty.

W życiu prywatnym poza sceną brał na siebie cały ciężar rozmów, zwłaszcza z takimi żałosnymi prostakami jak George Hellenga. Wspomniany George nisko spuścił głowę i wskazał im drogę na dół. To oni tu rozkazywali, on był jedynie niewolnikiem. Jemu podobni czekali w innych miastach, wprost marząc o tym, aby choć przez chwilę móc służyć swoim panom.

Zeszli po schodach. Daniel uśmiechnął się z zadowoleniem na widok nowego jeńca. Podszedł do niego.

– Przyjechałem – powiedział. – Cholernie miło mi cię poznać. Masz klasę.

Chłopak wyglądał najwyżej na dziewiętnastolatka. Był wysoki – mierzył pewnie z metr osiemdziesiąt – jasnowłosy, krótko ostrzyżony, o szczupłych, zgrabnych kończynach i pełnych ustach, w których błyszczały cieniutkie srebrne kolczyki. Wargi miał karminowe. Urzekające.

– Strasznie się dąsa. Smutno wygląda. Uwolnij go – powiedział Daniel do niewolnika Hellengi. – Jakże nazywa się ów biedaczek?

– Edward Haggerty, panie. Nowicjusz, z Luizjany. Twój uniżony sługa – odparł zapytany, dygocząc jak osika.

Edward był przykuty do ceglanej ściany. Biodra okalała mu srebrna przepaska, miał też na kostce srebrną bransoletę. I nic więcej. Smukły, opalony, sprawiał wrażenie istoty doskonałej.

George Hellenga niespokojnie popatrzył na swojego pana.

– Jak go uwolnię, może uciec.

Daniel wyciągnął ręce do pięknego chłopca i objął go delikatnie, niczym małe dziecko. Pocałował go w policzek, czoło i czerwone usta.

– Nie uciekniesz? – zapytał miękkim i proszącym tonem.

– Nie – cicho odparł chłopiec. – Ja tu się nie liczę. Ty jesteś moim panem.

Daniel uśmiechnął się. To była właściwa odpowiedź.

Rozdział 59

Z samego rana zadzwonił telefon. Niechętnie podniosłem słuchawkę. To był Kyle. Tym samym co zwykle, spokojnym i rzeczowym tonem oznajmił mi, że zeszłego wieczoru Charles i Daniel znikneli. Był wściekły na swoich ludzi. Nigdy nie słyszałem go tak wkurzonego. Jak do tej pory, z Nowego Orleanu nie napłynęły żadne doniesienia o nowej zbrodni. Obaj magicy zjawili się koło szóstej rano w swoim domu, w Garden. Gdzie byli przez całą noc? Co robili? Przecież na pewno coś musieli robić.

Kolejny dzień spędziłem w Waszyngtonie, z wolna dochodząc do siebie po zatruciu. Na własną rękę skreśliłem szkic osobowości Charlesa i Daniela. Przesłałem go do FBI dla porównania z wynikami z Quantico. Istotne było, że na pewno występowali w Savannah, Charleston i Las Vegas. Wkrótce potem dostałem odpowiedź, że tournće magików obejmowało przynajmniej połowę miast, w których dokonano zbrodni. Co więcej, wszystkie morderstwa dokładnie zbiegały się w czasie z występami Charlesa i Daniela. Tygrysy przywożono tylko wówczas, kiedy ich pobyt w danym miejscu trwał dłużej niż tydzień. W Nowym Orleanie planowali zostać aż trzy tygodnie. Wynajęli dom na terenie Garden.

Każdą informacją dzieliłem się z Quantico. Akta wciąż pęczniały. Kopie sprawozdań wysyłałem faksem do Jamilli Hughes, do San Francisco. Bardzo chciała przyjechać do Nowego Orleanu, ale jej szef jeszcze nie podjął decyzji.

Zadzwoniłem do Kyle’a. Zżymał się i kręcił nosem, ale w końcu obiecał pomóc. Powiedział, że szepnie komu trzeba słówko w jej sprawie. Przecież, jakby nie było, wszystko zaczęło się na jej terenie.

Miałem serdecznie dość ciągłego siedzenia w domu. Zdawało mi się, że utknąłem w nim już na zawsze. Wszystkie ważniejsze wydarzenia przechodziły mi koło nosa. Jedynym pocieszeniem były dla mnie zabawy z małym Alexem, Damonem i Jannie. Jeśli jednak chodzi o śledztwo, to czułem się trochę zapomniany.

Po południu wybrałem się do szpitala Świętego Antoniego, na rozmowę z doktorem Prahbu. Zbadał mnie i z ociąganiem stwierdził, że mogę wracać do pracy. Przykazał jednak, abym przez najbliższe, dni za bardzo się nie przemęczał.

– Kto pana pogryzł? – dopytywał się uparcie. – Do tej pory mi pan tego nie powiedział.

– Ależ mówiłem, panie doktorze! – odparłem. – Wampiry. W Karolinie Pomocnej.

Podziękowałem mu za pomoc, wróciłem do domu i zacząłem się pakować do wyjazdu do Nowego Orleanu. Czułem się jeszcze nie najlepiej, ale nie mogłem już wytrzymać. Tym razem Nana mnie nie ofuknęła. Cały mój wyjazd zbyła milczeniem. Wciąż była zła, że od razu nie poszedłem do lekarza.

Wczesnym wieczorem wylądowałem na międzynarodowym lotnisku w Nowym Orleanie. Starą żółtą taksówką dojechałem do Dauphine Orleans. W recepcji czekała na mnie wiadomość. Z pewnym wahaniem rozerwałem niewielką kopertę. Nie były to jednak złe wieści. Wkrótce miałem się spotkać z panią inspektor Hughes.

List był typowy dla Jamilli.

„Przyjeżdżam do Nowego Orleanu. Mamy ich. Możesz być o tym przekonany”.

Rozdział 60

Jeszcze tej samej nocy spotkałem się z Jamillą w hotelu Dauphine. Ubrana była w biały pokoszulek, czarną skórzaną kurtkę i zwykłe dżinsy. Wyglądała na świeżą i wypoczętą. Sam też czułem się zupełnie nieźle.

Zjedliśmy razem kolację, złożoną z soczystego befsztyka, jajek i piwa. Jak zwykle, przy Jamilli czułem się bardzo dobrze. Co chwila wybuchaliśmy śmiechem. O wpół do jedenastej pojechaliśmy do Howl. Charles i Daniel mieli występować o jedenastej i o pierwszej. A co potem? Jeszcze jedna sprytna sztuczka ze znikaniem?

Byliśmy zdecydowani ich dopaść. Niestety, najpierw trzeba było zdobyć dowód, że to oni są mordercami. W obławie brało udział ponad dwustu agentów FBI, nie licząc miejscowej policji. Coś przecież musiało się wydarzyć. Na razie musieliśmy czekać, aż Charles i Daniel zgłodnieją.

Był piątek, wiec do Howl zwaliły nieprzebrane tłumy. Muzyka z olbrzymich głośników wibrowała aż pod sufitem. Wśród gości przeważali młodzi zbuntowani z papierosem w ustach i nieodłączną butelką piwa w ręce. Niektórzy próbowali tańczyć. Czarno odziani rockerzy z ukosa spoglądali na przylizanych studentów. Ci z kolei odpowiadali im tym samym i atmosfera uległa zagęszczeniu. Na proscenium kucnął fotograf z OffBeat. Czekał na występ.

Zajęliśmy z Jamillą miejsce przy małym stoliku i zamówiliśmy piwo. Oprócz nas w lokalu znajdowało się co najmniej dwunastu federalnych. Kyle czekał na zewnątrz, w samochodzie. Poprzednią noc spędził w klubie, lecz wyróżniał się z tłumu gości. Za bardzo przypominał gliniarza.

Dym i ciężka woń perfum zaczęły drapać mnie w gardle. Upiłem łyk zimnego piwa, żeby to jakoś przełknąć. Wciąż czułem tępy ból w dłoni i ramieniu.

Nie miałem jednak kłopotów z koncentracją. Czułem się zdecydowanie lepiej niż przedtem. Cieszyło mnie, że ponownie pracuję z Jamillą. Wiedziałem, że w trudnych chwilach będę mógł liczyć na jej radę.

– Na rozkaz Kyle’a aż sześć ekip chodzi za magikami – powiedziałem do niej. – Są śledzeni przez całą dobę. Na pewno nam się nie wymkną.

– FBI na sto procent uważa ich za morderców? – spytała. – Nie ma co do tego żadnych wątpliwości? Zgarniamy ich i zamykamy?

– Wątpliwości są – przyznałem – ale raczej niewielkie. Na dobrą sprawę, nigdy nie wiadomo, czym kieruje się Kyle. Ja jestem jednak o tym przekonany. Tak samo ludzie w Quantico.

Uniosła butelkę do ust i przyjrzała mi się spod oka.

– Dobrze znasz Kyle’a? Skinąłem głową.

– Dużo pracowaliśmy razem przez ostatnie lata. Mamy niezłe wyniki. Chociaż… W zasadzie nikt go naprawdę nie zna.

– Nigdy nie potrafiłam dogadać się z FBI – westchnęła. – Taka już jestem.

– Tam, w Waszyngtonie, to ja dbam o to, żeby nie było większych zatargów między policją a federalnymi – roześmiałem się. – To część mojej pracy. Kyle jest cwany. Czasami trudno go rozgryźć.

Powoli wypiła łyk piwa.

– W przeciwieństwie do innych osób siedzących przy tym stole.

– Ćo najmniej dwóch – uzupełniłem. Roześmieliśmy się oboje.

Jamilla zerknęła na scenę.

– Gdzie oni są? Dlaczego się spóźniają? A może mamy ich wytupać?

Okazało się to niepotrzebne. Chwilę później jeden z magików ukazał się na scenie.

Był to Charles – naprawdę wyglądał jak morderca.

Rozdział 61

Charles był ubrany w obcisły czarny kombinezon i ciężkie skórzane buty z cholewami. W uchu nosił brylantowy kolczyk, a w nosie – złoty cekin. Pogardliwie popatrzył na publiczność. Trwało to dosyć długo. Z wolna wodził wzrokiem po sali, lecz nikt nie przypadł mu do gustu.

Zdawało mi się, że dwukrotnie spojrzał w naszą stronę. Jamilla miała to samo wrażenie.

– Tak, tak. Też cię widzę – powiedziała, urągliwym ruchem unosząc do ust butelkę piwa. – Myślisz, że wiedzą o nas? – spytała.

– Być może. Dobrzy są w tym, co robią. Jak dotąd, nie złapano ich.

– Ciekawe. Na szczęście, obaj cierpią na raka żołądka i za parę miesięcy umrą w straszliwych bólach. Na zdrowie. – Znów się napiła.

Charles stanął na krawędzi sceny i pochylił się nad stolikiem, przy którym siedziała jakaś para. Wyglądali na studentów.

– I na co się tak gapicie? – powiedział głosem wzmocnionym przez mikrofon. – A może chcecie, żeby zamienił was w ropuchy? Trochę awansujecie w łańcuchu pokarmowym. – Wybuchnął gardłowym rechotem, nieprzyjemnie świdrującym mi w uszach. Jak na mój gust, trochę przesadzał, ale dzieciakom się to podobało. Rozległy się śmiechy i okrzyki. Na parę chwil zniknęła otoczka cywilizacji. Zło było modne i prawdziwe. Zło było pożądane.

Spojrzałem na Jamillę.

– Widzi w nich tylko przekąskę? Ciekawy sposób myślenia. Minutę później na scenę wkroczył Daniel. Zjawił się tak po prostu, bez zapowiedzi i fanfar. Zdziwiło mnie to, bo słyszałem, że ich występy na ogół były prawdziwą feerią efektów i świateł. Więc skąd te zmiany? Specjalnie dla nas? Wiedzieli, że są śledzeni?

– Są tutaj tacy, którzy nas nie znają? Jestem Daniel. Tak jak Charles, przyszedłem na świat w San Diego i od dwunastego roku życia zajmuję się czarną magią. Stanowimy doskonały zespół. Znamy ulubioną sztuczkę Houdiniego, zwaną Znikający magik. Znamy Skrzynię mieczy. Wesołą wdówkę Carla Hertza i Kokon DeKolty. Umiem złapać zębami kulę wystrzeloną z magnum. Charles zresztą potrafi to samo. I co? Jesteśmy dobrzy? Chcielibyście teraz być na naszym miejscu?

Odpowiedział mu chóralny okrzyk. Muzyka przycichła. Słychać było jedynie bęben, wybijający rytm melodii.

– Za chwilę obejrzycie popisowy numer, którym Harry Houdini zazwyczaj kończył swoje występy w Paryżu i Nowym Jorku. My dajemy go na otwarcie. To chyba wystarczy za wszelkie komentarze.

Światła zgasły. Scena pogrążyła się w zupełnej ciemności. Jakaś dziewczyna wrzasnęła głośno z wyraźnie udawanym strachem. Rozległy się nerwowe śmiechy. Wszyscy zastanawiali się: co dalej?

Jamilla trąciła mnie łokciem.

– Nic się nie bój. Jestem przy tobie. W razie czego na pewno cię obronię.

– Będę o tym pamiętał. Dzięki.

Na scenie zajaśniały maleńkie jasne punkciki. Były dosłownie wszędzie. A potem zapalono światła. Przez minutę nic się nie działo.

Daniel wypadł zza kulis na ognistym białym ogierze. Od stóp do głów ubrany był na niebiesko – łącznie z cylindrem, który uniósł grzecznie, pozdrawiając zachwyconą publiczność.

– Nieźle, nieźle – z uznaniem mruknęła Jamilla. – Robi wrażenie. Co jeszcze?

Na scenę weszło ośmioro ludzi – mężczyzn i kobiet – w śnieżnobiałych frakach. Wprowadzili dwa białe tygrysy. Show ruszył pełną parą. Rumak stanął dęba, a dwie dziewczyny rozłożyły ogromny azjatycki wachlarz i zasłoniły nim błękitnego jeźdźca. Nie odrywałem oczu od estrady.

– Jezu – szepnęła Jamilla. – Co oni wyprawiają?

– Przecież słyszałaś, zrzynają z Houdiniego. Robią to bardzo dobrze.

Dziewczyny powoli złożyły wachlarz. Daniel zniknął. Zamiast niego, na białym koniu siedział Charles.

– Jeszcze raz: Jezu – powtórzyła Jamilla. – Jak oni to zrobili?

Strój Charlesa, choć nadal czarny, połyskiwał srebrem i złotem. Magik jak mógł, starał się okazać wzgardę publiczności. Oni to jednak uwielbiali. Kochali go. Buchnęły kłęby dymu i głośny jęk zachwytu wydarł się z piersi widzów.

Na scenie zjawił się Daniel. Stał tuż obok Charlesa i pięknego konia. Sztuczka wykonana zaiste po mistrzowsku. Ludzie zrywali się z miejsc i klaskali. Omal nie ogłuchłem od wrzawy i gwizdów.

– To dopiero początek! – krzyknął Daniel. – Najlepsze jeszcze przed wami!

Jamilla popatrzyła na mnie ze strapioną miną.

– Oni są dobrzy, Alex. Wiem, co mówię, bo widziałam Siegfrieda i Roya. Dlaczego występują w takich nędznych klubach? Dlaczego nie pokuszą się o coś więcej?

– Bo nie chcą – odpowiedziałem. – Tu rozglądają się za ofiarami.

Rozdział 62

Tego dnia obejrzeliśmy oba pokazy magii. Chyba najbardziej zdumiewał nas niesamowity spokój i wiara w siebie, okazywane przez Charlesa i Daniela. Tuż po drugim występie obaj wrócili do domu. Z naszych doniesień wynikało, że do rana nigdzie nie wychodzili. Nic z tego nie rozumiałem. Jamilla zresztą także.

Około trzeciej w nocy pojechaliśmy do Dauphine. Pod domem magików przez cały czas warowały dwie grupy federalnych. Byliśmy tym już mocno zmęczeni. Tyle ludzi, środków i wszystko, cholera, na nic.

Chciałem zaprosić Jamillę do siebie, na jeszcze jedno małe piwo, ale w końcu zrezygnowałem. Zbyt wiele spraw miałem teraz na głowie. Może z wiekiem stałem się ostrożniejszy? A może trochę mądrzejszy. Nie, skądże.

Wstałem o szóstej i zrobiłem parę notatek. Dowiedziałem się bowiem kilku rzeczy, o których pewnie wolałbym nie wiedzieć. I nie chodziło o magiczne sztuczki. Podobno w wampirzym świecie teren otaczający rezydencję władcy, regenta lub mistrza zwano domeną albo lennem. Policja nowoorleańska, w porozumieniu z FBI, obstawiła niemal całą dzielnicę Garden, w której mieszkali Daniel Erickson i Charles Defoe.

Dom stał przy LaSalle, w pobliżu Szóstej. Zbudowany z szarego kamienia, mógł pomieścić co najmniej dwadzieścia pokoi.

Wzniesiono go na niewielkim wzgórzu, na podobieństwo zamku, i otoczono grubym zewnętrznym murem. Nikt z nas nie chciał głośno przyznać, że wierzy w wampiry, ale panowało powszechne przekonanie, że to właśnie Charles i Daniel są sprawcami tych potwornych morderstw.

Całe dwa dni spędziłem z Jamillą, obserwując ich dom i lenno. Braliśmy po dwie zmiany naraz – i nic się nie zdarzyło. W takich chwilach najczęściej przypomina mi się scena z Francuskiego łącznika, w której Gene Hackman kuli się na ulicy z zimna, a podejrzany – handlarz narkotyków – w tym samym czasie zjada wykwintny obiad w nowojorskiej restauracji.

Dobrze przynajmniej, że przy LaSalle i w Garden było na co popatrzeć. Tu, od połowy dziewiętnastego wieku, mieściły się rezydencje plantatorów bawełny i trzciny cukrowej. Stuletnie i dwustuletnie domy zachowały się niemal bez szwanku. Większość z nich była biała, lecz znalazłem też kilka w zgoła pastelowych barwach, rodem, wypisz, wymaluj, z basenu Morza Śródziemnego. Tabliczki, wiszące na żelaznych bramach na użytek „wycieczkowiczów”, zawierały najczęściej ciekawostki z życia dawnych właścicieli.

Ja jednak prowadziłem śledztwo, chociaż tuż obok mnie była piękna Jamilla Hughes.

Rozdział 63

W czasie długich godzin, które spędziliśmy razem na LaSalle, okazało się, że mamy wiele wspólnych tematów. Rozmawialiśmy więc niemal bez przerwy. O czym? O wszystkim: o życiu policjantów, o giełdzie, filmach, gotyku i o polityce. Potem przeszliśmy do spraw bardziej prywatnych. Dowiedziałem się, że Jamilla od szóstego roku życia wychowywała się bez ojca. Po prostu uciekł z jakąś inną. Ja z kolei opowiedziałem jej o swoich rodzicach. O tym, że młodo zmarli. Rak płuc w połączeniu z wódką to zabójcza mieszanka. Do tego jeszcze rozpacz i poczucie krzywdy.

– Przez dwa lata pracowałem jako psychiatra – dodałem. – Prowadziłem regularną praktykę, z tabliczką na drzwiach, i tak dalej. W tamtych czasach moich sąsiadów nie było stać na lekarza. Nie miałem żadnych pacjentów, bo biali nie chodzili do czarnych po poradę. Zaczepiłem się więc w policji. Tylko na próbę. Nie myślałem, że mi się to spodoba, ale po pewnym czasie wsiąkłem. Kiepska sprawa.

– Co cię wciągnęło do tej roboty? – zaciekawiła się Jamilla. Naprawdę umiała słuchać. – Pamiętasz może coś szczególnego? Jakiś wypadek?

– Chyba tak. W mojej dzielnicy, w Southeast, w Waszyngtonie, zastrzelono dwóch ludzi. W policyjnym raporcie napisano, że zginęli, bo mieli jakieś „powiązania z handlem narkotykami”. To oznaczało, że dochodzenie będzie zwyczajną formalnością. W podtekście – że cała sprawa od razu pójdzie ad acta. Tak zresztą bywa do tej pory. Jamilla westchnęła ciężko.

– Tak samo jest w San Francisco. Wszyscy się chwalą swoim intelektem, ale jak tylko dzieje się coś złego, to natychmiast odwracają głowy. Aż mnie skręca, gdy o tym myślę.

– Kłopot w tym, że znałem obu zabitych. Dobrze wiedziałem, że nie byli dilerami. Pracowali w małym sklepie muzycznym. Może czasem palili trawkę, ale nic poza tym.

– Też znam takich.

– Podjąłem śledztwo na własną rękę. Pomógł mi kumpel z policji, John Sampson. Nauczył mnie, że we wszystkich sprawach najlepiej kierować się wyczuciem. Dowiedziałem się, że jeden z zabitych chodził z pewną dziewczyną, która jakoby wcześniej była dziewczyną dilera. Zacząłem kopać nieco głębiej, zupełnie na czują. I wiesz, co się okazało? Że to właśnie ów gangster był podwójnym mordercą. Od czasu gdy rozwiązałem tę zagadkę, odciąłem się od przeszłości. Znalazłem robotę dla siebie. Wiedziałem, że będę w tym dobry, chociażby ze względu na moje wcześniejsze wykształcenie. Lubię porządek – cokolwiek to znaczy.

– Wygląda na to, że masz cholernie uporządkowane życie. Dzieci, babcia, przyjaciele – powiedziała Jamilla.

Nie podjąłem tego tematu. Powód był oczywisty: żadne z nas nie pozostawało w stałym związku; nie miało to nic wspólnego z naszą pracą.

Rozdział 64

Niezwykle rzadko zdarza się zbrodnia chociaż trochę nie przypominająca innych, i jest to jedyny element wnoszący spokój do pracy policjanta. Na ogół wszystko pasuje do schematu i da się porównać do wcześniejszych wypadków. Te morderstwa były jednak całkiem odmienne – pozornie przypadkowe, straszne, trwające już ponad dekadę i czasami różniące się od siebie. Przy początkowym założeniu, że sprawców jest co najmniej kilku, śledztwo okazało się wyjątkowo trudne.

Następnego ranka Kyle wciągnął mnie w poważną rozmowę na ten temat. Był w złym nastroju, więc nic dziwnego, że z utęsknieniem czekałem, aż skończy i pozwoli mi zabrać się do pracy. Po wymianie poglądów i wspólnych narzekaniach mogłem wreszcie dołączyć do Jamilli, jak zwykle warującej w Garden.

Kupiłem pudło krispy kremes i w ten prosty sposób zyskałem sobie dozgonną wdzięczność zarówno Jamilli, jak i wszystkich agentów FBI, obserwujących dom magików. Każdy z nich dostał porządnego pączka. Cały mój zakup zniknął w kilka minut.

– Cholera, że też musieliśmy trafić na domatorów! – mimo woli westchnęła Jamilla pod adresem Charlesa i Daniela.

– Poczekaj trochę. Jeszcze widno. Na pewno wciąż śpią w swoich trumnach – odpowiedziałem.

Uśmiechnęła się i potrząsnęła głową. W jej pięknych ciemnych oczach zamigotały wesołe ogniki.

– Niezupełnie. Ten niższy, Charles, całe rano przesiedział w ogrodzie. W ogóle się nie boi słońca.

– Może to Daniel jest wampirem? Udzielnym księciem na tę okolicę? W końcu to on, jak wieść gminna głosi, odpowiada za większość sztuczek.

– Za to Charles niemal pół dnia spędził przy telefonie. Organizował jakąś imprezę. Coś w twoim stylu – dla fetyszystów. Stroje dowolne. Może być skóra albo guma, peleryna albo koronki. Co wybierasz? – spytała.

Roześmiałem się.

– Dżinsy – odparłem z udawaną zadumą – sztruks i trochę czarnej skóry. Mam skórzany pokrowiec na samochód. Może nieco zniszozony, ale nadal wygląda paskudnie.

Teraz ona się roześmiała.

– Wypadłbyś zabójczo w roli czarnego księcia.

– A ty? Masz jakieś ciuchy, o których powinniśmy wiedzieć?

– No cóż… Przyznaję – mam dwie skórzane kurtki, parę szortów i wysokie, jeszcze nie spłacone buty. Pamiętaj, że jestem z San Francisco. Tam dziewczęta wprost muszą nadążać za modą.

– To także dotyczy chłopców.

Minął następny długi dzień. Obserwowaliśmy dom aż do zmroku. Koło dziewiątej zmienili nas federalni.

– Chodźmy coś przegryźć – zaproponowałem.

– Mógłbyś inaczej dobierać słowa – mruknęła. Roześmieliśmy się oboje, lecz troszeczkę nieszczerze.

Nie chcieliśmy odchodzić za daleko od domu magików, więc wybraliśmy Camellia Grill, w River Bend, przy South Carrollton Avenue. Z zewnątrz lokal wyglądał jak mały dom plantatora. W środku okazał się schludnym i przyjemnym barem, z długim szynkwasem, przy którym stały wysokie stołki, przybite do podłogi. Obsługiwał nas szarmancki kelner w śnieżnobiałym kitlu i czarnym krawacie. Zamówiliśmy kawę i omlety. Te ostatnie okazały się wręcz przepyszne, lekkie i puszyste, o wielkości zwiniętej gazety. Jamilla dodatkowo wzięła czerwoną fasolę z ryżem. Skoro już była w Nowym Orleanie…

Bardzo nam smakowało. Nawet kawa okazała się wyśmienita. Dobrze mi było z Jamillą. Może trochę za dobrze? Rozmowa szła nam jak po maśle, a krótkie momenty ciszy zdarzały bardzo rzadko. Jeden z moich przyjaciół mawia, że prawdziwa miłość bywa tylko wtedy, gdy masz kogoś, z kim możesz przegadać całą noc, aż do białego rana. Niegłupie.

– Ciągle nic – mruknęła Jamilla, zerknąwszy na telefon. Siedzieliśmy przy kawie. Słyszałem, że w porze obiadu i kolacji przed Camellią stały kolejki. Na szczęście, trafiliśmy w lukę.

– Jak myślisz, co się tam dzieje w tym wielkim ponurym domu? Co psychopaci robią w wolnych chwilach?

Poznałem ich co najmniej kilku. Nie było ustalonego wzorca.

– Niektórzy są żonaci. Zdaniem żon, tworzą udane związki. Gary Soneji miał córeczkę. Geoffrey Shafer dochował się aż trójki dzieci. Jak to jest, że w pewnej chwili twój mąż, ojciec albo sąsiad okazuje się zimnym mordercą? Nie umiem sobie wyobrazić czegoś potworniejszego. Sęk w tym, że takie rzeczy naprawdę się zdarzają. Sam byłem tego świadkiem.

Kelner dolał nam kawy. Jamilla upiła łyk i odstawiła filiżankę.

– Charles i Daniel cieszą się powszechną sympatią – zauważyła. – Sąsiedzi uważają ich za nieszkodliwych dziwaków, bardzo dbałych – uwaga, tu będzie najlepsze – o dobro miejscowej społeczności. Willa należy do Daniela. Dostał ją w spadku po ojcu, malarzu i ekscentryku. Chodzą słuchy, że Charles jest kochankiem Daniela, lecz z drugiej strony wciąż są widywani w towarzystwie młodych pięknych kobiet.

– Westin mi mówił, że dla wampirów płeć nie ma żadnego znaczenia – odparłem. – Wampirzyce są tak samo groźne. Coś mi tu jednak ciągle nie pasuje. Nie potrafię zapełnić pewnej istotnej luki – a nawet kilku.

– Magiczna podróż biegnie szlakiem zbrodni – przypomniała Jamilla.

– Wiem o tym i wcale nie próbuję podważyć zdobytych przez nas dowodów.

– Ale masz swoje słynne przeczucie.

– Dlaczego „słynne”? Po prostu coś jest nie tak. Martwi mnie, że nie potrafię dotrzeć do sedna. Wciąż nie znajduję odpowiedzi na wiele ważnych pytań. Choćby na takie: dlaczego nagle wyzbyli się czujności? Przez całe lata nikt ich nie mógł złapać, a dzisiaj pod ich domem czeka tłum federalnych.

Dokończyliśmy kawę, ale wcale nie chciało nam się wychodzić. W restauracji było pustawo. Zapełniała się dużo później, po zamknięciu innych lokali. Nikt nas nie wyrzucał, a przed sobą mieliśmy perspektywę dalszego wysiadywania pod domem Charlesa i Daniela.

Jamilla ciekawiła mnie z wielu różnych względów, lecz przede wszystkim chodziło o to, że miała podobne doświadczenia. Równie mocno kochała policyjną robotę. Tak jak ja miała rodzinę i znajomych, a jednak czuła się samotna. Dlaczego?

– Co ci jest? – zapytała, patrząc na mnie z niekłamaną troską. Intuicyjnie wyczuwam dobrych ludzi. Takich jak ona. Co do tego nie było żadnych wątpliwości.

– Zamyśliłem się – odparłem – ale już jestem z powrotem.

– A gdzie byłeś w czasie tej krótkiej wycieczki?

– We Horencji. To dla mnie najpiękniejsze miasto świata.

– We Florencji – powtórzyła jak echo. – We Włoszech?

– Szczerze mówiąc, myślałem o naszych podobnych życiowych doświadczeniach.

Powoli pokiwała głową.

– Ja też. Co się w ogóle z nami dzieje, Alex? Wciąż powtarzamy te same błędy?

– Wciąż chcemy złapać dwóch morderców. Tu, w Nowym Orleanie. I co ty na to?

Jamilla wyciągnęła rękę i poklepała mnie po policzku.

– O tym także myślałam – powiedziała z zażenowaniem. – Mamy przerąbane.

Rozdział 65

Supermózg widział Crossa, który przed chwilą wysiadł z samochodu. Miał go w zasięgu wzroku.

Alex Cross i piękna Jamilla Hughes wrócili na posterunek po przerwie na obiad. Ciekawe, jak też im się układało? Może zostaną kochankami? To właśnie była skaza na charakterze Crossa – szukał miłości i chciał, żeby go kochano.

A teraz znów znalazł się pod domem Charlesa i Daniela.

Chyba coś gryzło wspaniałego Crossa. A może tylko chciał zażyć nieco ruchu po sutej kolacji i w samotności zastanowić się nad niektórymi aspektami śledztwa? Przecież wiadomo, że w głębi ducha był odludkiem. To tak jak ja, pomyślał Supermózg.

Cudowna rzecz – i niebezpieczna.

Poszedł za Crossem w głąb ciemnej ulicy. Tutejsze domy były skromniejsze i typowe dla tej części Nowego Orleanu.

W powietrzu unosił się odurzający zapach róż, jaśminu i gardenii. Supermózg głęboko zaczerpnął powietrza. Och, jak przyjemnie. Sto lat temu woń kwiatów niwelowała przykry odór bijący z pobliskich rzeźni. Supermózg dobrze znał historię swojego kraju. W ogóle dużo wiedział. Idąc w bezpiecznej odległości za Crossem, od niechcenia myślał o wielu różnych sprawach. Potrafił wykorzystać zebrane informacje.

Słyszał łoskot tramwaju jadącego kilka przecznic dalej, przez St. Charles Avenue. Zgrzytanie kół tłumiło jego i tak ciche kroki.

Spodobał mu się spacer z Crossem. Może to właśnie moja noc? – przemknęło mu przez głowę i od razu poczuł przypływ adrenaliny.

Z wolna doganiał swoją ofiarę. Tak, to na pewno dzisiaj. Tu i teraz.

Miał niewielką nadzieję, że w ostatniej chwili Cross, wiedziony dziwnym instynktem, obejrzy się przez ramię. To byłoby wspaniałe, wzniosłe i głębokie. Pełne ironii. Cross okazałby się godnym przeciwnikiem.

Supermózg przemykał chyłkiem od cienia do cienia. Był już zaledwie parę metrów od Crossa. W mgnieniu oka mógł pokonać dzielącą ich odległość.

Cross zatrzymał się przed starym cmentarzem Lafayette, czyli tak zwanym Miastem Zmarłych. Przez bramę widać było okazałe rodzinne krypty i grobowce.

Supermózg też stanął. Chłonął tę chwilę, sekunda po sekundzie.

Na bramie wisiała tablica z emblematem policji nowoorleańskiej i napisem: Teren patrolowany.

Supermózg podejrzewał, że to nieprawda. A zresztą… W gruncie rzeczy to było bez znaczenia. W nosie miał całą policję, nie tylko z Nowego Orleanu.

Cross rozejrzał się, lecz nie dostrzegł skrytego w mroku przeciwnika. Skoczyć na niego czy nie skoczyć? – rozmyślał morderca. A może doszłoby do walki? To nieważne. I tak by wygrał. Cross westchnął cicho. Ostatni oddech na tej ziemi? Co za metafora!

Cross odwrócił się tyłem do bramy cmentarza i skręcił w boczną ulicę. Wracał na swój posterunek. Szedł do inspektor Hughes.

Supermózg ruszył za nim, ale zaraz zrezygnował. To jednak niewłaściwa chwila. Wyrok na razie został odroczony.

Powód? W uliczce było zbyt ciemno. Zbrodniarz nie mógłby popatrzeć w martwe oczy swojej ofiary.

Rozdział 66

Następny dzień przyniósł niespodziankę. Na pewno nikt się tego nie spodziewał. Mnie to wytrąciło zupełnie z równowagi. Z samego rana zgromadziliśmy się w miejscowej kwaterze FBI na krótką odprawę. Ze trzydzieści osób zasiadło w wielkiej, skąpo umeblowanej sali, z oknami wychodzącymi na błotnistą Missisipi.

O dziewiątej Kyle palnął krótką przemowę do agentów, którzy pełnili służbę przez całą minioną dobę. Potem przeszedł do rozdzielania zadań. Dbał o szczegóły. W takich chwilach był w swoim żywiole. Mówił krótko, rzeczowo i bezbłędnie, spokojnym, lecz rozkazującym tonem.

Kiedy skończył albo myślał, że skończył, czyjaś dłoń wystrzeliła w górę.

– Za pozwoleniem, panie Craig, ani słowem nie wspomniał pan o mnie. Co mam dzisiaj robić?

To była Jamilla Hughes. Nie wyglądała na uszczęśliwioną. Kyle zbierał już swoje notatki. Powoli wsunął plik papierów do dużej czarnej teczki.

– To zależy od doktora Crossa – rzucił, prawie nie podnosząc głowy. – Proszę jego zapytać.

Popatrzyłem na niego z osłupieniem. Faktycznie, czasem bywał oschły, ale nigdy nie zachowywał się w tak nieprzyjemny sposób. To było niepotrzebne.

– Gówno prawda! – Jamilla wstała z krzesła. – Pańska odpowiedź mnie nie zadowala, panie Craig. Nie mówię już o aroganckim i zbyt wyniosłym tonie.

Agenci wybałuszyli oczy. Żaden z nich nie ośmieliłby się dyskutować z Kyle’em. Krążyły plotki, że jest pewniakiem na stanowisko dyrektora. Zresztą powszechnie uważano, że w pełni na to zasługuje. Był sprytniejszy niż niejeden z jego poprzedników – i pracował najciężej z nas wszystkich.

– Nie podważam zasług doktora Crossa – ciągnęła Jamilla – ale to właśnie ja, w Kalifornii, zaczęłam tę całą sprawę. Nie czekam, żeby ktoś klepał mnie po plecach i obsypał pochwałami. Za to uprzejmie dziękuję. Przyjechałam tu jednak po to, by włączyć się do śledztwa. Proszę zatem o trochę szacunku i przydział odpowiednich zadań. Zauważyłam już, niestety, że poza mną jest tylko jedna agentka w całej pańskiej grupie. Przeprosiny mi niepotrzebne – zakończyła i ruchem ręki odrzuciła wszystko, co Kyle mógłby mieć na swoją obronę.

Nie wywarło to na nim większego wrażenia.

– Płeć nie gra dla mnie żadnej roli – odparł. – W tym przypadku jestem podobny do tak zwanych wampirów. Doceniam pani rolę w początkowym etapie dochodzenia, ale jak już wspomniałem wcześniej, odnośnie dalszych zadań musi się pani konsultować z doktorem Crossem. Chyba że woli pani wrócić do domu. To tyle. Dziękuję wszystkim. – Zasalutował swoim ludziom. – Udanych łowów. Mam nadzieję, że dzisiaj nam się powiedzie.

Byłem zupełnie zaskoczony, zarówno jego odpowiedzią, jak i wybuchem Jamilli. Poczułem się nieswojo, kiedy podeszła do mnie po zamknięciu odprawy.

– Ależ on działa mi na nerwy! Grrrr – warknęła, skrzywiła się i pokręciła głową. – Wiem, że czasami mnie ponosi, lecz tym razem na pewno nie miał racji. Coś z nim jest nie tak. I po jaką cholerę się czepia? Dlatego, że pracuję z tobą? – Wzięła głęboki oddech. – Cóż więc robimy, doktorze Cross? Nie porzucę śledztwa z powodu jakiegoś idioty.

– Przepraszam cię za to, co zaszło, Jamillo. Lepiej pomówmy o naszych zadaniach.

– Nie bądź taki protekcjonalny.

– Nie jestem. A ty zejdź z mównicy. Jeszcze nie ochłonęła po sprzeczce z Kyle’em.

– To wróg kobiet – powiedziała. – Możesz mi wierzyć. A poza tym, liczą się dla niego wyłącznie trzy K: konkurencja, krytycyzm, kontrola. To go upodabnia do wielu innych mężczyzn.

– Powiedz mi szczerze, co o nim myślisz? I w ogóle o mężczyznach?

Wreszcie zdobyła się na wątły uśmiech.

– Szczerze i obiektywnie myślę, że ten twój przyjaciel to nadęty dupek, upozowany na twardziela. Jeśli zaś chodzi o pozostałych mężczyzn, to nie kieruję się z góry określoną opinią. Każdy przypadek rozpatruję oddzielnie.

Rozdział 67

Dwa prawdziwe wampiry, we własnej opinii, były nie do pokonania. William i Michael przybyli do Nowego Orleanu. Od pierwszej chwili doszli do wniosku, że to miasto należy do nich. Młodzi książęta, o długich jasnych włosach, w czarnych spodniach, czarnych koszulach i lśniących wysokich butach. Tu, jeśli wszystko pójdzie dobrze, chcieli zakończyć swoją misję. A co mogłoby im w tym przeszkodzić?

William powoli jechał przez French Quarter. Rozglądali się za łupem. Samochód sunął słynnymi ulicami: Burgundy, Dauphine, Bourbon, Royal i Chartres. Zagrzmiała głośna muzyka Readysexgo – Supernatural Blonde, a potem Radio Tokyo.

Wreszcie wysiedli przy Riverwalk i dalej poszli na piechotę. Kiedy skręcili na Marketplace, William myślał, że się porzyga. Tu Banana Republic, tam Eddie Bauer, Limited, Sharper Image, Gap… Tandeta, szmira i głupota dominowały na każdym kroku.

– Co chcesz zrobić? – zwrócił się do Michaela. – Tylko popatrz na to bajoro w samym sercu przecudnego miasta.

– Więc zapolujmy na klientów! Chętnie się pożywię w jakiejś przymierzami, choćby w Banana Republic. To całkiem niezły pomysł.

– Nie! – sprzeciwił się William. Chwycił brata za rękę. – Zbyt ciężko obaj harowaliśmy, żeby to teraz zaprzepaścić. Potrzebujemy chwili oddechu.

Nie mogli już więcej zabijać. Przynajmniej nie teraz. Nie tak blisko domu Charlesa i Daniela. Rzeczywiście nadeszła pora na krótki odpoczynek. William pojechał Bonnet Carre Spillway aż do granic Nowego Orleanu. Potem pociągnął dalej, międzystanową numer dziesięć, w głąb prawdziwej Luizjany.

To, czego szukał, znajdowało się mniej więcej godzinę jazdy od miasta. Wspinaczka wprawdzie nie była trudna, lecz przynajmniej miała w sobie posmak ryzyka. Wymagała szczególnej uwagi. Każdy błąd mógł skończyć się upadkiem i śmiercią.

Obaj wybrali najprostszy i zarazem najniebezpieczniejszy sposób wspinania – bez lin, haków i żadnych zabezpieczeń.

– Ale z nas twardziele! – roześmiał się Michael i zawył jak opętany, kiedy dotarli mniej więcej do połowy sześćdziesięciometrowej skały. Twardzielami określano najbardziej zajadłych wspinaczy. Najlepszych – a to pobudzało wyobraźnię braci.

– Są starzy weterani i młodzi śmiałkowie! – odkrzyknął mu William.

– Tak, ale nie ma starych śmiałków! – ryknął śmiechem Michael.

Wspinaczka okazała się o wiele trudniejsza, niż początkowo przypuszczali. Wymagała niezłych umiejętności. Bywało, że szli trawersem, to znów pięli się pionowo w górę, dociskając ciała do skały i korzystając nawet z najmniejszych punktów zaczepienia.

– Jesteśmy nie do pokonania! – krzyczał Michael co sił w phicach. Zapomniał o tym, że był głodny i że rozglądał się za ofiarami. Teraz liczył się tylko wyczyn. Walka o przetrwanie, o władzę nad słabością.

W pewnym momencie stanęli przed koniecznością wyboru. Dotarli bowiem do takiego miejsca, z którego – po paru następnych ruchach – nie było już odwrotu. Na pewno nie tą samą drogą. Mogli iść tylko naprzód, aż do szczytu, albo zawrócić.

– I co ty na to, braciszku? – zapytał William. – Sam decyduj. Zrób, co ci serce dyktuje.

Michael śmiał się tak szaleńczo, że aż musiał oburącz przytrzymać się skały. Spojrzał w dół – prosto w oblicze pewnej śmierci.

– Ani mi w głowie rezygnować! Nie spadniemy, bracie. Nigdy nie spadniemy. Będziemy żyli wiecznie.

Wspięli się na sam szczyt, skąd widać było cały Nowy Orlean. To miasto należało do nich.

– Jesteśmy nieśmiertelni! Nigdy nie umrzemy! – krzyknęli w szum wiatru.

Rozdział 68

Patrzyłem na ogromne i szumiące dęby. Na pękate magnolie i obwisłe, szerokolistne bananowce. Nic innego nie miałem do roboty. Obława trwała. Jamilla z lekka zaczęła się powtarzać. Ja zresztą również. Uśmieliśmy się z tego oboje. Tylne siedzenie samochodu zasłane było gazetami, a zwłaszcza Times-Picayune. Wszystkie już dawno przeczytane, od deski do deski.

– Nie ma żadnych dowodów na to, że Charles i Daniel są mordercami. Wszystko razem to jedna wielka hipotetyczno-teoretyczna bzdura. Widzisz w tym jakiś sens? Bo ja nie. – Jamilla mówiła chyba tylko po to, aby mówić, lecz słuchałem jej z ciekawością. Chcąc nie chcąc, dotknęła sedna. – To się nie zdarza. Nie mogą być aż tak bezbłędni.

Nasz samochód stał cztery przecznice na pomoc od domu przy LaSalle. Od domeny. Gdyby coś się stało, znaleźlibyśmy się tam dosłownie w parę sekund. Ale nic się nie działo. W tym rzecz. Charles i Daniel niemal nie opuszczali swej dwustuletniej posiadłości. Wychodzili najwyżej po zakupy albo do jakiejś ekskluzywnej restauracji w śródmieściu – mieli niezły gust i takież upodobania.

Próbowałem znaleźć jakąś sensowną odpowiedź na pytania Jamilli.

– Nic w tym dziwnego, że nie znaleźliśmy śladów, które wiązałyby ich z dawnymi morderstwami. Przecież oboje dobrze wiemy, że po pewnym czasie wprost nie sposób odtworzyć zeznań i dowodów. Nie rozumiem tylko, dlaczego to samo dotyczy też najświeższych zbrodni.

– Ciągle się nad tym zastanawiam. Mieliśmy świadków w Las Vegas i Charleston. Nikt z nich nie rozpoznał na zdjęciach Charlesa i Daniela. Dlaczego? Gdzie tkwi błąd?

– A może nie działają sami? – westchnąłem. – Może znudziło im się mordowanie wyłącznie na własną rękę?

– Już nie są głodni? Nie chcą krwi ofiar? To niby po co wciąż zabijają? To jakiś symbol lub fragment kultu? A może sami tworzą zupełnie nową mitologię? Na litość boską, Alex, co to za potwory?!

Nie potrafiłem na to odpowiedzieć. Prawdę mówiąc, nikt tego nie potrafił. Siedzieliśmy więc w samochodzie, pod domem Charlesa i Daniela, i czekaliśmy na ich posunięcie.

Jak do tego doszło, że znaleźliśmy się aż tutaj? Kto nas tu sprowadził?

Rozdział 69

William uznał to za okropnie śmieszne. O Boże, jakie śmieszne! Wręcz nie do opisania. Spod oka patrzył na tajników czatujących pod gabinetem grozy Charlesa i Daniela. Nie wytrzymał. Niczym udzielny książę, z papierosem w ustach przeszedł się ulicą, butny i zadufany w sobie, nie znający strachu przed nikim i niczym. Był ponad to. Tymczasem Michael uciął sobie drzemkę.

William rozejrzał się, jakby miał nadzieję, że ujrzy któregoś ze znanych i bogatych mieszkańców dzielnicy. Może słynnego Trenta Reznora z Ninę Inch Nails lub jakiegoś palanta z Real World, z MTV?

Przy krawężniku stały dwa lincolny. Ciekawe, czy magicy już wiedzą, że są śledzeni? William uśmiechnął się i pokręcił głową. Chciałby teraz znać myśli Charlesa i Daniela. Byli ostrożni. Jak zwykle. Przez całe lata kroczyli ścieżką zbrodni, nie zostawiając żadnych śladów. I co dalej? Chyba pora spłacić zaciągnięte długi.

Doszedł do najbliższego rogu i skręcił na południe. Większość tutejszych domów miała ganki, gęsto porośnięte dzikim winem. Nagle zobaczył doprawdy wspaniały okaz człowieka. Był to samiec, najwyżej dwudziestojednoletni, bez koszuli, o muskularnym, lśniącym od potu torsie. William przyjrzał mu się z uznaniem. Młodzieniec mył samochód – srebrzyste bmw, jak z filmów z Jamesem Bondem.

Widok jędrnego ciała, ruchliwego gumowego węża i błyszczącego auta podziałał na Williama jak impuls elektryczny. Jednak wziął się w garść i z wolna poszedł dalej.

A potem, tuż przed skrzyżowaniem, spotkał dziewczynę. Miała może piętnaście łat, siedziała na werandzie i głaskała perskiego kota. Była ładna. Nawet bardzo ładna.

Długie ciemne włosy opadały jej na niewielkie piersi. Nosiła krótką kurtkę z imitacji wężowej skóry, skąpą bluzeczkę, nie zakrywającą brzucha, i ciemne obcisłe dżinsy, podkreślające linię bioder. Do tego koliste kolczyki, lśniące srebrem i złotem, pierścionki na palcach u nóg i kolorowe bransoletki. Typowa nastolatka – z tą różnicą, że nie grzeszyła brakiem urody. Przeciwnie, zwalała z nóg swoim widokiem, i na pewno zdawała sobie z tego sprawę.

William przystanął.

– Ładny kot! – zawołał do niej i uśmiechnął się bezczelnie. Uniosła głowę i wówczas zobaczył, że miała takie same przenikliwe zielone oczy jak jej ulubieniec. Obrzuciła go taksującym spojrzeniem. Niemal poczuł jej wzrok na swojej skórze. Spodobał jej się. Podobał się wielu ludziom, bez względu na wiek i płeć.

– Boisz się? – spytał z uśmiechem. – Bierz, jeśli czegoś pragniesz. I rób tak zawsze. Za tę lekcję nie żądam najmniejszej opłaty.

– Udzielasz nauk? – zapytała, nie schodząc z werandy. – Nie wyglądasz na nauczyciela.

– Sam też jeszcze wiele się uczę.

Miał na nią ogromną ochotę. Była nie tylko piękna, ale też doświadczona, pełna seksu i obdarzona nieomylnym instynktem. Dorosła, pomimo młodego wieku. W przeciwieństwie do innych dziewcząt nie trwoniła urody i talentu. Nie musiała mówić nic więcej, nawet nie musiała się uśmiechać. Wystarczyło mu, że patrzyła.

Podziwiał jej pewność siebie. Był pod urokiem lekko drwiącego spojrzenia zielonych oczu. Z milczącym rozbawieniem patrzył, jak wypinała małe piersi. Przecież, na dobrą sprawę, nie dysponowała żadną inną bronią. Niewiele brakowało, a wdarłby się do domu i dopadł ją od razu, tutaj, na werandzie. Gryzłby, rozlewał krew po czystych, białych deskach…

Nie. Jeszcze nie teraz. Musiał poczekać. Boże, wprost nienawidził takich sytuacji! Chciał być sobą. Chciał wykorzystać swoją siłę, użyczyć jej swojego daru.

Wreszcie, ogromnym wysiłkiem woli, odwrócił się, aby odejść. Wiele go to kosztowało. Nie chciał porzucać pięknej ofiary.

Zza jego pleców dobiegł głos dziewczyny:

– Boisz się? – zapytała z bezlitosnym śmiechem. Wyszczerzył zęby i powoli popatrzył w jej stronę. Zawrócił. Podszedł do niej.

– Masz szczęście – powiedział. – Zostałaś wybrana.

Rozdział 70

Coś wreszcie musiało się wydarzyć. O siódmej rano siedziałem sam w ogródku Cafć Du Monde, po drugiej stronie Jackson Sąuare. Jadłem drożdżówkę posypaną cukrem pudrem i piłem kawę z lekką domieszką cykorii. Patrzyłem na wysokie wieże katedry Świętego Ludwika i słuchałem pohukiwania statków płynących po Missisipi.

Gdybym nie miał pretensji do całego świata, byłby to zapewne całkiem przyjemny poranek. Rozpierał mnie nadmiar energii, której, niestety, nie mogłem na niczym wyładować.

Prowadziłem już trudne i niewdzięczne śledztwa. Tym razem jednak nic nie rozumiałem. Zbrodnie, zapoczątkowane przed jedenastu laty, ciągle pozostawały w sferze tajemnicy. Nikt nie znał motywów, którymi kierowali się mordercy.

W kwaterze FBI czekała na mnie zła wiadomość. Zaginęła pewna piętnastolatka, mieszkająca o kilka ulic od magików. Podejrzewano, że uciekła z domu, aleja miałem złe przeczucia. Od jej zniknięcia minęła już niecała doba.

Wszedłem na górę, na odprawę. Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej i zapytać, dlaczego nikt od razu mnie o tym nie zawiadomił. W sali panowało wyczuwalne napięcie. W gruncie rzeczy nie mogło być gorzej. Śledziliśmy dwóch potencjalnych morderców, ale nie mogliśmy ich aresztować. Oni tymczasem, tuż pod naszym nosem, prawdopodobnie dokonali jeszcze jednej zbrodni.

Usiadłem obok Jamilli. Popijaliśmy gorącą kawę i przeglądaliśmy poranne wydanie Times-Picayune. Ani słowa o zaginionej nastolatce. Widać policja nowoorleańska do samego rana czekała, że dziewczyna się znajdzie.

Kyle był zły jak diabli. Po prostu wychodził z siebie. Krążył po sali i prawą ręką nerwowo przeczesywał ciemne włosy. Nie mogłem go za to winić – w końcu całe śledztwo opierało się na współpracy policji i federalnych. Gliniarze w paskudny sposób złamali tę umowę.

– Chociaż raz szczerze podzielam uczucia pana Craiga – powiedziała Jamilla. – Miejscowi się nie popisali.

– Zupełnie niepotrzebnie straciliśmy ładne parę godzin – przytaknąłem. – Co za bajzel! Za chwilę będzie jeszcze gorzej.

– A może to nasza szansa? Ciekawe, czy zdołalibyśmy wejść na dzisiejsze przyjęcie? Co o tym myślisz? Nie zaszkodzi spróbować – szepnęła. – Z tego co wiem o takich balach, wszyscy będą przebrani, prawda? Więc ktoś z nas powinien się tam wkręcić. Trzeba działać. Przecież nie możemy czekać w nieskończoność.

Kyle patrzył na nas od dłuższego czasu.

– Czy możemy przystąpić do odprawy? – spytał podniesionym tonem.

– Pod przewodnictwem pana Craiga – złośliwie szepnęła Jamilla. Co ją tak w nim irytowało? Inna rzecz, że ostatnio naprawdę był dziwny, ale składałem to na karb przemęczenia śledztwem. Coś go gryzło.

– Pogadaj z nim o tym pomyśle – powiedziałem. – Na pewno cię wysłucha. Zwłaszcza teraz, po zaginięciu tej dziewczynki.

– Wątpię. Ale z drugiej strony… Najwyżej mnie wyrzuci.

Popatrzyła na Kyle’a.

– Moim zdaniem, możemy dziś wieczorem wmieszać się w tłum gości i wśliznąć do domu Charlesa i Daniela. Co mamy do stracenia? A może przy okazji znajdziemy zaginioną?

Kyle namyślał się przez moment.

– Zgoda. Zobaczmy, co jest w środku.

Rozdział 71

Takie rzeczy zdarzają się tylko w Nowym Orleanie. Przez część dnia starałem się zdobyć zaproszenia, potem zaś przystąpiliśmy do mierzenia kostiumów. Bal zaczynał się o północy, ale słyszeliśmy, że większość gości przychodzi dopiero przed drugą.

To była dla nas długa noc. Zabawa z wolna zaczęła się rozkręcać, lecz my cierpliwie czekaliśmy jeszcze dwie godziny, zanim dołączyliśmy do tłumu. Mniej więcej połowa gości składała się z młodzieży w wieku studenckim – chociaż widziałem jeszcze młodsze twarze – pozostali byli po trzydziestce. Na podjeździe stawały smukłe limuzyny i inne drogie wozy. Stroje prezentowały się nader malowniczo: obszerne peleryny, cylindry, aksamitne wiktoriańskie suknie, gorsety, laski i tiary.

Wśród wampirów dominowała czerń. Smukłe, niemal bezpłciowe ciała spowite były w aksamit i skórę. Jedynie z rzadka błysnęła gdzieś biała koronka, zdobiąca rąbek czarnej sukni. Kolczyki w uszach, nosie, pępku. Obroże, czarna szminka i gruby makijaż na twarzach mężczyzn i kobiet.

Dosłownie zewsząd spoglądały na mnie krwistoczerwone oczy. Próbowałem omijać je wzrokiem. Z ukrytych w ogrodzie głośników dobiegały dźwięki piosenki pod tytułem Pistol Grip Pump. Kły błyskały na każdym kroku. Lała się sztuczna krew.

Kitka dziewcząt nosiło na szyjach fioletowe lub czarne opaski pewnie po to, by ukryć ślady ukąszenia.

W środku było jeszcze weselej. Goście zwracali się do siebie per „sir Nicholasie”, „panienko Annę”, „baronowo”, „książę Williamie”, „mistrzu Ormson”. Podeszła do nas jakaś posągowa dama i zmierzyła spojrzeniem Jamillę. Miała sztucznie przyciemnioną skórę i nosiła jedynie wąską przepaskę na biodrach. Żelazisty odór zakrzepłej krwi mieszał się z zapachem garbowanej skóry i oleistą wonią zatkniętych na ścianie pochodni.

Jamilla nie okazywała zdenerwowania. Zuch dziewczyna. Ubrana była w krótką obcisłą sukienkę, skórzane buty i czarne pończochy. Wyglądała bardzo seksownie. Czarną pomadkę i skórzane opaski na ręce kupiła w tak zwanym Little Shop of Fantasy, na Dumaine Street. Pomogła mi wybrać kostium: sięgającą podłogi pelerynę, fular, czarne spodnie i buty wysokie do kolan.

Nikt nie zwracał na nas zbytniej uwagi. Przeszukaliśmy cały parter, a potem, wraz z dużą grupą gości, zeszliśmy do piwnicy. Wszędzie płonęły pochodnie. Wokół nas piętrzyły się kamienne ściany. Granitową posadzkę w pewnych miejscach zastępowało zwykłe klepisko. Loch był zimny, wilgotny i oślizły.

– Jezu, Alex – szepnęła mi do ucha Jamilla. Mocno ścisnęła mnie za rękę. – Gdybym sama tego nie widziała, to chybabym nie uwierzyła.

W tym momencie całkowicie podzielałem jej uczucia. Tłumek, otaczający nas w piwnicy, bez przerwy szczerzył długie kły i wyglądał naprawdę groźnie. Wątłe światło biło od pochodni i kandelabrów z żarówkami udającymi świece. Dostrzegłem także kilka ludzkich czaszek, przymocowanych wprost do ściany. Bez wątpienia były prawdziwe.

Tak na wszelki wypadek rozejrzałem się wokół siebie, szukając drogi ucieczki. Okazało się, że to niełatwe. Tłum gęstniał z każdą chwilą. Ogarnęło mnie poczucie klaustrofobii. Ciekawe, czy ktoś dzisiaj umrze? – przemknęło mi przez głowę. Kto?

– Skłońcie się, bo Pan nadchodzi! – zabrzmiało tubalnym basem.

Rozdział 72

W podziemnej krypcie zapanowała pełna napięcia cisza. Miałem niemiłe uczucie, że zaraz zobaczę coś, czego nie powinienem widzieć. W tej samej chwili do piwnicy weszli Daniel Ericksoni Charles Defoe.

Weszli, to mało powiedziane. Raczej wkroczyli, w iście operetkowym stylu, niczym dwaj cygańscy królowie. Wierni poddani z szacunkiem pochylili głowy. Charles i Daniel prezentowali się wręcz znakomicie. Charles był nagi do pasa, ubrany tylko w wąskie czarne spodnie i wysokie buty. Muskularny, wytwarzał wokół siebie dwuznacznie erotyczną aurę. Daniel nosił obcisły czarny surdut, czarne spodnie i czarny jedwabny krawat. Także był nieźle umięśniony, lecz dużo węższy w talii.

Przed nimi, na łańcuchu, prężył się biały tygrys. Jamilla spojrzała na mnie.

– Robi się coraz ciekawiej – szepnęła.

Daniel przystanął i wdał się w rozmowę z kilkoma młodzieńcami. Przypomniałem sobie, że wśród ofiar pierwszych zbrodni nie było kobiet. Tygrys stał zaledwie trzy metry ode mnie. Jaką rolę pełnił w tej ponurej zabawie? Miał być symbolem? Ba, ale czego?

Charles podszedł bliżej i stanął obok Daniela. Coś mu szepnął. Obaj wybuchnęli śmiechem i potoczyli wzrokiem po piwnicy.

Daniel przemówił wreszcie, czystym i donośnym głosem. Miał charyzmę. Od razu widać było, że przywykł do rozkazów.

– Jestem Panem. Cóż za żywotne zgromadzenie! – powiedział. – Czuję energię wypełniającą te pradawne mury. To mnie podnieca.

Przerwał.

– Moc, którą przywołałem, nie zna ograniczeń. Uwierzcie w to. Uwierzcie w siebie. Dzisiejsza noc jest całkiem wyjątkowa. Chodźcie ze mną do następnej sali. Wstąpcie na następny poziom. Niech idą za mną ci, co wierzą – a jeszcze lepiej, niedowiarki.

Rozdział 73

Nigdy nie byłem świadkiem czegoś podobnego. W nabożnym milczeniu rozglądaliśmy się z Jamillą po obszernym lochu oświetlonym elektrycznym światłem. Wokół nas błyskały kły. Biały tygrys wydał groźny pomruk. Przed oczami miałem widok poszarpanego ciała.

Jeśli polujesz na wampira…

Co nas czekało w tej krypcie? Po co to całe zgromadzenie? Kim naprawdę były upiorne stwory, otaczające nas setkami?

Daniel i Charles zajęli miejsca u boku dwóch wysokich i przystojnych młodzieńców, odzianych w czarne szaty. Obaj chłopcy byli niespełna dwudziestoletni. Wyglądali jak młodzi bogowie. Widzowie podeszli bliżej, żeby zobaczyć, co się stanie.

– Oto nowi książęta wampirów! – ogłosił Daniel śmiertelnie poważnym tonem. W ten sam sposób zachowywał się często na scenie. – Złóżcie im pokłon!

– Nasi książęta! – piskliwym głosem zawołała jakaś kobieta w pierwszym rzędzie. – Czarni książęta! Wielbię was!

– Cisza! – huknął Charles. – Zabierzcie stąd tę głupią krowę. Wymierzcie jej odpowiednią karę.

Światła mignęły raz, a potem zupełnie zgasły. Zniknęły płonące pochodnie. Po omacku chwyciłem dłoń Jamilli i przylgnęliśmy do najbliższej ściany.

Nic nie widziałem. Poczułem zimny ucisk w piersi.

– Co się, do diabła, dzieje, Alex?

– Nie wiem. Trzymaj się mnie jak najbliżej.

W ciemnościach zapanował chaos. Rozległy się przeraźliwe krzyki. Ktoś głośno strzelił z bata. Strach i zgroza. Kompletne szaleństwo.

Wyciągnęliśmy pistolety, chociaż i tak na nic się nie przydawały w mroku.

Minęła co najmniej minuta. Wszystko spowijała nieprzenikniona ciemność. Czas dłużył się w nieskończoność. Bałem się, że ktoś mnie dziabnie nożem albo ugryzie.

Gdzieś w oddali zawarczała prądnica. Światła zamigotały, zgasły, zapaliły się i znów zgasły. Po chwili zapaliły się już na stałe.

Kolorowe koła tańczyły mi przed oczami. A potem…

Magicy zniknęli.

– Morderstwo! – ktoś krzyknął. – Boże, obaj nie żyją!

Rozdział 74

Przepchnąłem się przez wystraszony dum. Ludzie rozstępowali się przede mną, nie stawiając oporu. Wreszcie zobaczyłem ciała. Dwaj młodzieńcy w czarnych powłóczystych szatach leżeli martwi na podłodze. Mieli poderżnięte gardła. Krew rozlała się wokół nich szeroką kałużą. A gdzie Charles i Daniel?

– Policja! – zawołałem głośno. – Proszę ich nie dotykać. Cofnąć się.

Kilkoro gości usiłowało chyłkiem zbliżyć się do trupów. Łaknęli krwi? A więc to była tylko część rytuału? Ślad prowadzący do potwornych zbrodni?

– Nie ma obawy! – rozległ się czyjś okrzyk. – Jest ich tylko dwoje!

– Ale będziemy strzelać – powiedziała donośnie Jamilla.

– Jazda, do tyłu! – wrzasnąłem głośniej. – Gdzie się podzieli Charles i Daniel?

Groźny tłum wciąż sunął w naszą stronę, więc strzeliłem na postrach. Huk zadudnił echem pod powałą krypty. Znów wybuchła panika. Goście pchali się do drzwi, jeden przez drugiego. Nie mieli jednak szans ucieczki, bo na zewnątrz czekali federalni.

Pobiegliśmy z Jamillą do następnego lochu i wypadliśmy na wąski korytarz. Paliły się tu tylko świece. Charles i Daniel uciekli tędy, gdy zapadły egipskie ciemności. Znali ten dom jak własną kieszeń.

Po obu stronach mrocznego tunelu ciągnęły się maleńkie cele. Przypominało mi to dawne katakumby. Wszystko pełne pajęczyn i wilgoci. Straszne.

– Jak tam? W porządku? – zerknąłem na Jamillę.

– Na razie tak – odpowiedziała, strzelając na boki oczami – ale ciarki chodzą mi po plecach.

Usłyszałem głos Kyle’a. Wołał nas. FBI wdarło się do piwnicy.

– Co się tam dzieje, Alex? Widzisz coś?

– Jeszcze nie. Charles i Daniel zwiali pod osłoną mroku. Nie pozostało po nich ani śladu.

Posuwaliśmy się powoli, sprawdzając każde pomieszczenie. Większa część piwnicy pełniła rolę magazynu. Niektóre lochy były całkiem puste, smętne i wilgotne, niczym stare grobowce. Wręcz demoniczne, pomyślałem. Upiorne jak cholera.

Kopnąłem następne drzwi. Zajrzeliśmy do środka. Jamilla jęknęła głucho i otworzyła usta w bezgłośnym okrzyku.

– Jezu, Alex! – szepnęła. – Co to wszystko znaczy?! Objąłem ją za ramiona. Sam nie wierzyłem własnym oczom.

Broniłem się przed tym widokiem. Poczułem, że kolana się pode mną uginają.

Charles i Daniel leżeli na podłodze. Zostali zamordowani. Nie mogłem wydobyć głosu. Kyle wszedł zaraz po nas, nie mówiąc ani słowa.

Podszedłem bliżej, chociaż wiedziałem, że obaj na pewno nie żyją. Ktoś poderżnął im gardła. Oprócz tego widziałem głębokie ślady zębów.

Kto zatem był teraz Panem?

Część 4

Łowy

Rozdział 75

Następnego dnia po południu Jamilla musiała wracać do San Francisco. Wcale nie ukrywała, że czuje się rozbita i zmęczona. Odwiozłem ją na lotnisko. Przez całą drogę rozmawialiśmy tylko o morderstwach. To zakrawało już na obłęd.

Ubiegła noc zmieniła wszystko. Niemal na naszych oczach ktoś zabił głównych podejrzanych. Po sprawcach tych przeokropnych zbrodni można było spodziewać się wszystkiego. Zabójcom może brakowało sprytu, lecz wciąż nas czymś zaskakiwali.

– Dokąd teraz pojedziesz, Alex? – zapytała, kiedy skręciłem na lotnisko.

Roześmiałem się.

– To niby ja wyjeżdżam?

– Daj spokój. Przecież wiesz, o czym mówię.

– Dzień lub dwa zostanę tutaj, zobaczę, czy się na coś przydam. Wszyscy goście – a przynajmniej ci, których złapano – znaleźli się pod kluczem. Czekają na przesłuchanie. Ktoś z nich powinien coś wiedzieć.

– Pod warunkiem, że w ogóle skłonisz ich do mówienia. Może w tej sytuacji policja Nowego Orleanu będzie współpracować? Do tej pory się ociągali.

Popatrzyłem na nią z uśmiechem.

– Wiesz, jacy są gliniarze. Czasem potrafią być uparci. Może to potrwa nieco dłużej, lecz dostaniemy wszystko, czego chcemy. Pewnie dlatego Kyle woli mieć mnie przy sobie.

Naburmuszyła się, słysząc imię „Kyle”. W gruncie rzeczy nie chciała wyjeżdżać.

– Cholera, że też muszę teraz wracać do domu! Nie zostawię tej sprawy w połowie. Tim pisze właśnie do Examinera nowy artykuł o zbrodniach w Kalifornii. A może jednak faktycznie wszystko tam się zaczęło? Pomyśl nad tym.

– Jedenaście lat temu, może wcześniej – rzekłem z zadumą. – Kto zabijał? Daniel Erickson i Charles Defoe? Czy ktoś inny? To jakaś forma kultu?

Jamilla rozłożyła ręce.

– Nie mam pojęcia! – przyznała. – Pustka w głowie. Postanowiłam, że prześpię cały lot, żeby odpocząć.

Rozmawialiśmy jeszcze chwilę. Spytałem ją o Tima.

– To tylko dobry kumpel – usłyszałem w odpowiedzi. Uścisnęliśmy sobie ręce przy stanowisku odpraw American Airlines. Jamilla pochyliła się i cmoknęła mnie w policzek.

Lekko objąłem ją za szyję. Staliśmy tak kilka sekund. To było bardzo miłe. W wyjątkowo krótkim czasie wspólnie przeżyliśmy wiele dobrego i złego. Razem narażaliśmy życie.

– Kochany Alex – powiedziała. – Wzór męskiego honoru. Dzięki za krispy kremes i za wszystko inne.

– Zadzwoń czasem – odparłem. – Dobrze?

– Oczywiście. Możesz na mnie liczyć. Na pewno cię nie zawiodę.

A potem odwróciła się i odeszła w głąb hali odlotów zatłoczonego międzynarodowego dworca lotniczego w Nowym Orleanie. Już za nią zatęskniłem. Myślałem o niej jak o najbliższej przyjaciółce.

Przez chwilę spoglądałem za nią, a później wróciłem do biura FBI i rzuciłem się w wir roboty. Jeszcze raz przejrzałem wszystkie notatki, które zrobiliśmy z Kyle’em. Potem we dwóch przeczytaliśmy to znowu od początku, aby naocznie się przekonać, że tkwimy po uszy w gównie. Zgadzaliśmy się co do jednego – że praktycznie nie ma żadnego wyjaśnienia, co naprawdę się stało z Charlesem i Danielem. Tego nikt nie wiedział. Nikt nie chciał złożyć zeznań – a może nikt nic nie widział?

– Mordercy chcieli nam pokazać, że mają nad nami władzę. Nad wszystkimi. Że są lepsi pod każdym względem, fizycznym i psychicznym. Że nie znają strachu – powiedziałem. Prawdę mówiąc, wcale nie byłem tego pewny. Po prostu myślałem na głos.

– Całe zdarzenie przypominało magiczną sztuczkę – odparł Kyle. – Moim zdaniem, nieprzypadkowo. Co o tym sądzisz, Alex? Widzisz tu powiązania z magią?

– Owszem, ale nie w kategorii „sztuczki”. Daniel i Charles nie żyją. Oprócz nich zginęło jeszcze wielu ludzi. Ciągnie się to latami.

– Zabrnęliśmy w ślepą uliczkę. To właśnie chciałeś powiedzieć?

– Tak. I wcale mi się to nie podoba.

Rozdział 76

Pracowałem do późnej nocy. Nie znalazłem niczego nowego. Koło dziewiątej zaczęła doskwierać mi samotność; czułem się lekko rozdrażniony. Zadzwoniłem do domu, ale nikogo nie zastałem. Z początku trochę mnie to zaniepokoiło, lecz potem przypomniałem sobie, że właśnie dzisiaj były urodziny ciotki Tii. Nana musiała pojechać z dziećmi do nowego domu ciotki, w Chapel Gate, na północ od Baltimore.

Nie kupiłem jej nawet prezentu. Szlag by trafił. Skończony dureń. Tia nigdy nie zapominała o moich urodzinach, nawet wtedy, gdy jako mały chłopiec przeprowadziłem się do Waszyngtonu. Wówczas podarowała mi zegarek, który nosiłem do tej pory. Zadzwoniłem do Maryland i oczywiście musiałem chwilę porozmawiać z gośćmi. Ze śmiechem namawiali mnie, żebym wpadł na przepyszne ciasto, pytali się, gdzie jestem i kiedy wracam do domu.

Nie miałem dla nich zbyt pocieszających wieści.

– Wrócę, jak tylko mi się uda – powiedziałem. – Tęsknię za wami. Zamiast tu siedzieć, wolałbym teraz być z wami, na przyjęciu.

W drodze do hotelu postanowiłem raz jeszcze zajrzeć do willi zamordowanych magików. Co mnie właściwie tam ciągnęło? Sam nie wiedziałem. Czy popadłem w obsesję na punkcie zbrodni? Przed bramą stało dwóch miejscowych policjantów. Wyglądali na mocno znudzonych. Żaden z nich na pewno nie cierpiał na obsesję.

Pokazałem im legitymację i przepuścili mnie do środka. Nie ma sprawy, doktorze Cross.

Miałem ledwo uchwytne przeczucie, że przeoczyliśmy coś bardzo ważnego. Ekipa śledcza przesiedziała tu kilka godzin. Ja zresztą także. Nie znaleźliśmy niczego konkretnego. Lenno. Domena. Ten stary dom emanował złe fluidy. Może przydałby mi się jakiś talizman?

Przeszedłem przez ogromną, bogato zdobioną sień i wszedłem do salonu. Moje kroki rozbrzmiewały echem po pustych pomieszczeniach. Wciąż się zastanawiałem, co przegapiliśmy. Ściślej: co ja przegapiłem?

Główna sypialnia znajdowała się na piętrze, nad schodami. Nic się w niej nie zmieniło od czasu, kiedy tu byłem przedtem. Po jakie licho więc wróciłem? Wielki otwarty pokój wypełniony był mrocznymi obrazami. Niektóre z nich wisiały na ścianach, ale większość stała podparta na podłodze. Magicy sypiali w łóżku, a nie w trumnach, które znaleźliśmy w lochach.

Jeszcze raz przetrząsnąłem szafę. W pewnej chwili trafiłem na coś, czego na pewno przedtem tu nie było. Co do tego nie miałem najmniejszych wątpliwości. Wśród butów leżały dwie miniaturowe lalki, przedstawiające Charlesa i Daniela.

Miały głębokie „rany” na szyi, twarzy i piersiach. W tych samych miejscach, co na zwłokach.

Kto podłożył te wstrętne zabawki? Co właściwie miały oznaczać? Co się działo w Nowym Orleanie? Kto zakradł się do tego domu po opieczętowaniu? Miałem szczerą ochotę zadzwonić do Kyle’a. Nie wiem, dlaczego tego nie zrobiłem.

Nie chciałem sam, w dodatku nocą, wracać do podziemi. Byłem tu jednak, więc postanowiłem udać się na szybki obchód. Przecież na zewnątrz stało dwóch policjantów.

Co nam uniknęło?

Od jedenastu lat trwała seria okrutnych i gwałtownych morderstw.

Ktoś zabił dwóch głównych podejrzanych.

Ktoś podrzucił lalki w ich pokoju.

Zszedłem na dół i wkroczyłem w pajęczą sieć korytarzy, rozciągającą się na wszystkie strony. Nowy Orlean leży prawie dwa metry poniżej poziomu morza. W podziemnych przejściach i piwnicach panowała wieczna wilgoć. Krople wody zbierały się na murach.

Coś zaszurało, więc się zatrzymałem. Usłyszałem jakby echo kroków. Sięgnąłem do kabury wiszącej pod pachą i wydobyłem glocka.

Nasłuchiwałem czujnie. Nic. Znowu szuranie.

Myszy lub szczury, pomyślałem. Pewnie jedno i drugie. Na pewno.

Coś mi kazało iść dalej. Przecież musiałem kontynuować śledztwo. Nie mogłem tak po prostu odejść. Co chciałem sobie udowodnić? Że się nie boję? Że nie jestem podobny do ojca, który stchórzył przed własnym życiem?

Szedłem powoli, krok za krokiem, nasłuchując najdrobniejszych dźwięków.

Słyszałem kapanie wody gdzieś w mrocznym tunelu.

Wyciągnąłem z kieszeni stare zippo i zapaliłem kilka pochodni wiszących na kamiennym murze. Mimowolnie oczami wyobraźni widziałem rany na ciałach ofiar. Ślady ugryzień. Trupy Charlesa i Daniela. Siebie samego pogryzionego przez szaleńca z Charlotte. „Teraz już należysz do nas”.

Skąd to zło, ogarniające coraz większe połacie kraju?

Co kierowało mordercami?

I gdzie teraz oni się ukryli?

Nie usłyszałem ich, jak nadchodzili. Nie dostrzegłem żadnego ruchu.

Ktoś mnie uderzył – dwa razy. Napastnicy w ułamku sekundy wyłonili się z ciemności. Jeden zaatakował mnie w twarz i szyję. Drugi rzucił się do kolan. Działali zespołowo. Razem.

Z głuchym jękiem jak długi runąłem na ziemię. Dech mi zaparło. Na szczęście upadłem na tego, który mnie trzymał za nogi. Usłyszałem suchy trzask, jakby pękającej kości. Potem wrzask. Wyzwoliłem się z objęć napastnika.

Zerwałem się na równe nogi, ale drugi wciąż siedział mi na karku. Gryzł mnie. Jezu, tylko nie to!

Zakląłem i rzuciłem się plecami na ścianę. Jeszcze raz. Co to za szaleńcy? Co za pijawka siedziała mi na ramionach?

Sukinsyn wreszcie mnie puścił. Odwróciłem się na pięcie i wyrżnąłem go prosto w głowę kolbą pistoletu. Poprawiłem solidnym lewym sierpowym. Zwalił się jak wór mąki.

Dyszałem ciężko, rozgrzany walką. Obaj się nie ruszali. Wymierzyłem do nich z pistoletu i zapaliłem jeszcze jedną pochodnię. Tak już lepiej. Światło zawsze pomaga.

Zobaczyłem chłopaka i dziewczynę, mniej więcej siedemnastoletnich. Oczy niczym czarne dziury. Chłopak musiał mierzyć ponad metr osiemdziesiąt.

Miał na sobie biały podkoszulek z napisem „Marlboro Racing First to Finish” i czarne, workowate, mocno poplamione dżinsy.

Dziewczyna była dużo niższa, szeroka w biodrach. Miała ufarbowane na czarno włosy, przetykane rudymi pasemkami i błyszczące od brylantyny.

Potarłem ręką po karku i ze zdziwieniem stwierdziłem, że nie zostałem pogryziony. Nie popłynęła ani odrobina krwi.

– Aresztuję was! – krzyknąłem do leżących. – Cholerni krwiopijcy.

Rozdział 77

Wampiry? Tak należało nazwać te straszydła?

Mordercy? Skrytobójcy?

Dziewczyna nazywała się Annę Elo, a chłopak – John „Jack” Masterson. Do niedawna uczyli się w liceum katolickim w Baton Rouge, lecz pół roku temu uciekli z domu i szkoły. Oboje mieli po siedemnaście lat. Dzieciaki.

Tego samego dnia przesłuchiwałem ich przez trzy godziny plus dodatkowo cztery następnego ranka. Elo i Masterson nie chcieli z nikim gadać. Nie powiedzieli ani słowa. Wciąż nie wiadomo było, jak weszli do domu magików ani dlaczego mnie zaatakowali. Nie wiedziałem nawet, czy to właśnie oni podrzucili do szafy tajemnicze lalki.

Sztywno siedzieli w izbie przesłuchań, za prostym drewnianym stołem, i tępo patrzyli w przestrzeń. Zawiadomiliśmy ich rodziców. Z nimi także nie chcieli rozmawiać. Jedynie Annę w pewnej chwili powiedziała do ojca:

– Pieprz się.

Ciekawe, czy kult wampirów zaspokajał wszystkie jej potrzeby? Czy stanowił remedium na złość i gniew?

W tym samym czasie w sąsiednich pomieszczeniach przesłuchiwano uczestników tragicznego balu. Większość z nich na co dzień miała „zwykłą pracę” w Nowym Orleanie. Byli wśród nich barmani i kelnerki, recepcjoniści, informatycy, aktorzy, a nawet nauczyciele. Wielu bało się, że ich wampirze alter ego szybko wyjdzie na jaw, więc zeznawali bez oporów. Niestety, nikt z nich nie wiedział nic nowego o Charlesie i Danielu ani o morderstwach.

To była ciężka noc. W przesłuchaniach uczestniczyło ponad dwudziestu policjantów z miejscowego wydziału zabójstw i agentów FBI. Wymienialiśmy między sobą notatki i życiorysy aresztowanych. Staraliśmy się wyłapać każdą niekonsekwencję. Ujawnialiśmy oczywiste kłamstwa. Sporządziliśmy także listę świadków, którzy – naszym zdaniem – najłatwiej ulegali presji. Zmienialiśmy się podczas zeznań. Odsyłaliśmy ich do celi tylko po to, żeby zaraz wezwać, zanim zdążyli zasnąć. Przypieraliśmy ich do muru.

– Brakuje nam solidnych gumowych pałek – mruknął jeden z tajniaków, gdy czekaliśmy na Annę Elo, po raz szósty wyciągniętą z celi. Nabywał się Mitchell Sams, był Murzynem po pięćdziesiątce. Gruby, twardy, skuteczny oraz cyniczny jak diabli.

Przyprowadzono Annę Elo. Poruszała się jak lunatyczka albo zombi. Ciemne oczy okalały głębokie cienie. Na jej opuchniętych ustach widniała zakrzepła krew.

Sams podszedł do niej.

– Witaj, ślicznotko. Miło mi znowu widzieć twoją bladą gębę. Wyglądasz chujowo. Potraktuj to jako komplement. Kilku twoich kolesi, łącznie z twoim chłopakiem, pękło dzisiejszej nocy i zaczęło sypać.

Dziewczyna odwróciła głowę i pustym, nieruchomym wzrokiem popatrzyła na ceglaną ścianę.

– Nie dam się nabrać na takie kłamstwa – powiedziała. Uciekłem się do pomysłu, który przyszedł mi do głowy już jakąś godzinę temu. Przed rozmową z Annę wypróbowałem go na kilku innych aresztantach.

– Wiemy o nowym Panu – oznajmiłem rzeczowym tonem. – Wrócił do Kalifornii. Nie ma go tutaj. Ani ci nie pomoże, ani cię nie skrzywdzi.

Dziewczyna złożyła ręce i przygarbiła się na krześle, ale jej twarz pozostawała nadal bez wyrazu. Na jej ustach pojawiły się krople krwi. Prawdopodobnie znów je przygryzła.

– Kto wierzy w te pieprzone oszustwa? Ja nigdy nie uwierzę.

W tym momencie do pomieszczenia wpadł jeden z detektywów. Miał rozbiegany wzrok, dwudniowy zarost na brodzie i policzkach i ciemne plamy potu pod pachami jasnoniebieskiej koszuli.

– Popełniono kolejne morderstwo – rzucił do Samsa. – Takie samo jak przedtem.

Annę Elo zaklaskała powoli, w jednostajnym rytmie.

– To świetnie – powiedziała.

Rozdział 78

Sam pojechałem na miejsce zbrodni. Miałem wrażenie, że uczestniczę w czymś odległym i nierealnym. Tryby w mojej głowie obracały się wolno, z niesłychaną precyzją. Zadawałem sobie pytanie: dokąd nas to wszystko zaprowadzi? Nie znałem odpowiedzi. Byłem zupełnie przybity.

Dom okazał się właściwie dawną przybudówką do okazałej rezydencji. Z balkonikiem na pierwszym piętrze na pierwszy rzut oka przypominał miły pensjonat. Wokół rosły magnolie i bananowce. Nie brakowało też żelaznego płotu, jaki widziałem wszędzie we French Quarter.

Na miejscu zgromadziła się już połowa policji nowoorleańskiej. Stało też kilka karetek z jaskrawo migającymi światłami. Dziennikarze przybyli równo z nami. Wiadomo, nocna zmiana.

Detektyw Sams zjawił się parę minut przede mną. Spotkaliśmy się w korytarzu na piętrze, przed sypialnią, w której dokonano mordu. Dom zbudowano z wielką dbałością o szczegóły – starannie dekorując sufity, balustrady, drzwi i podcienia. Właściciel – albo właścicielka – kochał swoje lokum i lubował się w folklorze. Zwłaszcza w Mardi Gras. Wszędzie na ścianach wisiały pióra, dzioby, kostiumy i kolorowe maski.

– Źle to wygląda – powiedział Sams. – O wiele gorzej niż zwykle. Ofiarą padła policjantka z wydziału narkotyków, Maureen Cooke. Trochę nam pomagała w sprawie Charlesa i Daniela. Jak zwykle, brakowało rąk do pracy.

Zaprowadził mnie do sypialni. Pokój był mały, ale przytulny, z błękitnym jak niebo sufitem. Ktoś mi kiedyś wspominał, że właśnie taki kolor wprowadza w błąd owady.

Maureen Cooke była ruda, szczupła i wysoka, mniej więcej po trzydziestce. Zwisała głową w dół z żyrandola. Paznokcie miała pomalowane na czerwono. Mordercy rozebrali ją do naga. Pozostawili tylko delikatną srebrną bransoletkę.

Krwawe ślady znaczyły jej całe ciało, lecz żadnych plam nie zobaczyłem ani na podłodze, ani gdzie indziej.

Podszedłem do niej.

– Przykre – szepnąłem pod nosem. Ot, zgasło ludzkie życie. Zginęła jeszcze jedna policjantka.

Spojrzałem na Mitchella Samsa. Wyraźnie czekał, aż coś powiem pierwszy.

– To nie musieli być ci sami sprawcy – oznajmiłem, potrząsając głową. – Ślady ugryzień są inne, bardziej powierzchowne. Coś się zmieniło.

Odszedłem na bok i obejrzałem cały pokój. Dostrzegłem kilka starych fotografii E.J. Bellocqa z cyklu Prostytutki ze Storyville. Dziwna kolekcja, ale pasująca do policjantki z wydziału narkotyków. Nad samym łóżkiem wisiały dwa chińskie wachlarze. Pościel była zmięta, jakby ktoś tu nocował. A może nikt nie posłał jej już od wczoraj?

Ktoś zadzwonił na moją komórkę. Kciukiem wdusiłem klawisz połączenia. Miałem zdrętwiałe ręce i byłem bardzo śpiący.

– Znalazł ją pan, doktorze Cross? I co pan o tym sądzi? Jak można powstrzymać tę przerażającą serię okrutnych morderstw? Niech pan mi powie, co pan zrobi. Na pewno już pan coś wymyślił.

To był Supermózg. Skąd wiedział?

– Dopadnę cię, parszywy draniu! – wrzasnąłem do słuchawki. – Możesz być pewien, że cię dopadnę!

Przerwałem połączenie, a potem w ogóle wyłączyłem telefon. Rozejrzałem się po pokoju. W drzwiach stał Kyle Craig i przyglądał mi się uważnie.

– Dobrze się czujesz, Alex? – szepnął.

Rozdział 79

Wróciłem do hotelu Dauphine o wpół do czwartej rano. Byłem zbyt zmęczony i przepracowany, żeby spokojnie zasnąć. Serce waliło mi jak młotem. W recepcji czekała wiadomość, że inspektor Hughes dzwoniła z San Francisco.

Wyciągnąłem się na łóżku i zatelefonowałem do Jamilli. Zamknąłem oczy. Chciałem posłuchać jakiegoś przyjaznego głosu. Zwłaszcza jej głosu.

– Mam dla ciebie coś ciekawego – powiedziała po przywitaniu. – W tak zwanym, ha, ha, wolnym czasie baczniej przyjrzałam się Santa Cruz. Pytasz, dlaczego Santa Cruz? Bo właśnie tam zanotowano kilka niewyjaśnionych zniknięć. Sporo tego. Alex, tam się coś dzieje. Coś, co pasuje do całej reszty.

– Santa Cruz było na pierwszej liście – odparłem. Próbowałem skupić się na rozmowie. Nie mogłem sobie dobrze przypomnieć, gdzie leży miasto o tej nazwie.

– Masz dziwny głos. Jesteś zmęczony? – spytała.

– Dopiero parę minut temu ściągnąłem do hotelu. To była ciężka noc.

– Idź spać! To poczeka. Dobranoc.

– Nie. I tak nie zasnę. Opowiedz mi o Santa Cruz. Chcę to od razu usłyszeć.

– Dobrze. Rozmawiałam z porucznikiem Conoverem z tamtejszej policji. Bardzo ciekawa pogawędka. W dodatku nieźle wkurzająca. Dawno wiedzieli o zniknięciach. Zauważyli także, że od roku giną zwierzęta na okolicznych farmach. Oczywiście, nikt nie wierzy w wampiry. Ale… Santa Cruz zyskało pewną sławę. Wśród nastolatków nosi nazwę wampirzej stolicy Stanów Zjednoczonych. Czasem dzieciaki mają rację.

– Muszę zobaczyć twoje notatki – odparłem. – Teraz spróbuję się trochę przespać, ale podeślij mi wszystko, co wyciągnęłaś od tych z Santa Cruz. Dasz radę?

– Tim obiecał mi, że zdobędzie potrzebne akta. Jutro mam wolne. Pewnie tam pojadę.

Szeroko otworzyłem oczy.

– Jeśli naprawdę chcesz to zrobić, to koniecznie weź kogoś ze sobą! Na przykład Tima. Mówię poważnie. – Opowiedziałem jej o policjantce, zabitej tutaj, w Nowym Orleanie. – Nie jedź sama. Wciąż nie wiemy, z czym tak naprawdę mamy do czynienia.

– Dobrze, dobrze – obiecała, ale nie bardzo jej wierzyłem.

– Bądź ostrożna, Jamillo. Mam złe przeczucia.

– To ze zmęczenia. Lepiej się prześpij. Dawno wyrosłam już z pieluch.

Rozmawialiśmy jeszcze kilka minut, lecz nie wiedziałem, czy ją przekonałem. Była uparta jak każdy dobry gliniarz z wydziału zabójstw.

Zamknąłem oczy i nie wiadomo kiedy zasnąłem.

Rozdział 80

Jamilla przypomniała sobie zdanie z klasycznej powieści grozy Nawiedzony, napisanej przez Shirley Jackson. Bardzo lubiła tę książkę, chociaż ostatnio na jej podstawie powstał kiepski film. „To, co tam chodziło, chodziło całkiem samo”, brzmiał ostatni fragment. To idealnie pasowało do nastroju Jamilli. Może nawet do jej całego życia?

Stary wysłużony saab mknął szosą prowadzącą do Santa Cruz. Jamilla zbyt długo ściskała kierownicę. Kark jej zesztywniał i rozbolały ramiona. Mimo obaw i wątpliwości nie potrafiła i nie chciała zrezygnować z dochodzenia. Gdzieś tam czaili się mordercy. Będą zabijać dopóty, dopóki ktoś ich nie powstrzyma, pomyślała. Byłoby dobrze, gdyby właśnie mnie się to udało.

Chciała zabrać ze sobą Tima, aktualnego chłopaka, ale właśnie pisał do Examinera spory reportaż o ostatnich protestach rowerzystów. Poza tym, nie była pewna, czy tak długo by z nim wytrzymała. Wprawdzie Tim miał niemało zalet, nie umywał się jednak do Alexa. Jamilla skręciła z szosy numer jeden w stronę Santa Cruz. Była zupełnie sama. Cholernie sama, pomyślała. Jak zwykle.

Przed wyjazdem zawiadomiła Tima, co zamierza zrobić, i uzbroiła się po same zęby. Tak jak mówiła Alexowi, już dawno wyrosła z pieluch. Po same zęby, powtórzyła w myślach. Fe, okropność. Wzdrygnęła się na to słowo. Przypomniała sobie poszarpane rany na ciałach pogryzionych ofiar.

Zawsze lubiła Santa Cruz. W osiemdziesiątym dziewiątym roku tu było epicentrum wielkiego trzęsienia ziemi Loma Prieta. Sześć i dziewięć dziesiątych w skali Richtera, sześćdziesięciu trzech zabitych. A jednak miasto dźwignęło się z gruzów i wróciło do życia. Tutejsi ludzie byli uparci. Stawiali domy nie wyższe niż dwa piętra, o konstrukcji przeciw wstrząsowej. Kalifornia w najlepszym wydaniu.

Jamilla zatrzymała wzrok na muskularnym, jasnowłosym chłopcu, który przed chwilą wysiadł z volkswagena. Na dachu samochodu leżała deska surfingowa. Blondyn przełknął ostatni kawałek pizzy i wszedł do pobliskiej księgarni. Kalifornia w najlepszym wydaniu.

A do tego różnobarwny dum – posthippisi, technokraci, turyści, surferzy i studenci. Niezła mieszanina. Tylko gdzie szukać kryjówki tych przeklętych wampirów? Może już wiedzą, że przyjechała specjalnie do Santa Cruz, aby dobrać im się do tyłka? Może chowają się wśród przechodniów, których mijała na ulicy?

Najpierw wybrała się do miejscowego komisariatu policji. Porucznik Harry Conover był zaskoczony jej widokiem. Nie wyobrażał sobie, by policjant – albo policjantka – prowadził śledztwo w tak niekonwencjonalny sposób.

– Przecież mówiłem pani, że dokładnie przejrzałem wszystkie akta dotyczące tak zwanych „wampirów”. Miałbym kłamać? – spytał. Z rezygnacją pokręcił głową. Miał długie jasne włosy i piękne brązowe oczy. Na pewno nie przekroczył jeszcze czterdziestki. W moim wieku, pomyślała Jamilla. Urodzony kobieciarz, zaborczy i zadufany w sobie.

– Ależ skąd! Nikt pana nie oskarża o kłamstwo. Mam dzisiaj wolne, a ta sprawa nie daje mi spokoju. Przyjechałam więc… Harry. To chyba lepsze od e-maila? Co jeszcze możesz mi przekazać?

Wyczuwała, co chciał powiedzieć. „Lepiej skorzystaj z wolnego dnia i najzwyczajniej ciesz się życiem”. Nieraz słyszała to już przedtem. Może i racja? Ale nie teraz. Najpierw trzeba zakończyć śledztwo.

– Czytałam raport mówiący o tym, że tutejsze upiory żyją wspólnie, jakby w komunie. Gdzie ich szukać? – spytała.

Conover pokiwał głową bez najmniejszego zainteresowania. Niemal otwarcie przyglądał się Jamilli. Widać było, że lubi kobiece piersi.

– Nikt tego nigdy nie potwierdził – odparł. – Dzieciaki, owszem, włóczą się w większych grupach, ale nic nie wiem o komunie. Mamy tu parę modnych lokali, takich jak Catalyst albo Palookaville. Dużo dzieciaków kręci się na Pacific Street.

Nie poddawała się. Nigdy.

– A gdyby jednak były takie miejsca, w których koczują młodzi ludzie, to gdzie, na przykład, mogłabym je znaleźć?

Conover westchnął ciężko. Sprawiał wrażenie poirytowanego. Jamilla zaliczyła go do tych policjantów, którzy zbytnio się nie przemęczają. Z miejsca wyleciałby ze służby, gdyby miała nad nim jakąkolwiek władzę. Potem na pewno by narzekał, że trafił na feministkę. Zorientowała się, że jest leniwy i tępawy. Budził w niej niechęć. Przecież od niego zależało, czy nie zginą kolejni ludzie. Naprawdę tego nie rozumiał?

– Może gdzieś wśród okolicznych wzgórz – wycedził wreszcie półgłosem. – Albo na północ, przy Boulder Creek. Naprawdę nie wiem, co odpowiedzieć.

Pewnie, że nie wiesz, Harry.

– Gdzie byś poszukał najpierw? – nalegała. Gdybyś miał jaja, dodała w myślach.

– Nie zaprzątałbym sobie tym głowy. Owszem, przyznaję, było parę zniknięć, ale odnotowano je w każdym mieście na terenie Kalifornii. Dzisiejsza młodzież jest zupełnie inna niż za naszych czasów. O wiele bardziej niespokojna. Nie wierzę, żeby w Santa Cruz działo się coś złego. To nieprawda, że nasze miasto jest, jak niektórzy utrzymują, „stolicą wampirów” na zachodnim wybrzeżu. Możesz mi wierzyć. W Santa Cruz na pewno nie znajdziesz wampirów. Jamilla kiwnęła głową, jakby na zgodę.

– Zacznę od wzgórz – powiedziała. Conover zasalutował z lekką drwiną.

– Jeśli przed siódmą skończysz łapać duchy, to zadzwoń. Pójdziemy na małego drinka. Przecież masz wolne, prawda?

Uśmiechnęła się lekko.

– Jeśli skończę przed siódmą, zadzwonię. Dziękuję ci za pomoc, Harry.

Co za palant! – uznała.

Rozdział 81

Wkurzyła się. A kto by się nie wkurzył na jej miejscu? W dzień wolny od pracy odwalała czyjąś robotę. Zaparkowała saaba w pustej bocznej ulicy, w pobliżu Metro Center, naprzeciwko baru Asti. Straciła z oczu rzekę San Lorenzo, lecz zapach wody dochodził nawet z daleka.

Ledwo wysiadła z samochodu, tuż przy niej zjawili się dwaj młodzi ludzie. Wzięli ją w środek.

Popatrzyła na nich z ukosa. Niemal wyrośli spod ziemi. Blond włosy, spięte w kucyki. Studenci? Surferzy? – pomyślała. Miała nadzieję, że się nie myli.

Byli wysocy, dobrze umięśnieni, ale nie wyglądali na kulturystów. Cechowało ich naturalne piękno, nasuwające myśl o Erosie, Hermesie lub Apollinie. Harmonia ciała. Zmysłowość. Rzeźba w marmurze.

– Mogę w czymś pomóc? – zapytała. – Szukacie plaży? Wyższy z nich odpowiedział z niezachwianą pewnością siebie, podszytą ledwo uchwytną drwiną.

– Ależ nie, dzięki! Nie bawi nas pływanie na desce. Mieszkamy tutaj. A pani?

Ubrani byli w czarne podkoszulki, dżinsy i buty do wspinaczki. Obaj mieli niebieskie oczy i świdrowali ją przenikliwym wzrokiem. Młodszy wyglądał najwyżej na szesnastolatka. Poruszali się niby wolno, lecz z utajoną sprężystością. Jamilli wcale się to nie podobało. Nikt nie zjawił się w pustym zaułku, kto mógłby przyjść jej z pomocą.

– W takim razie to może ja was zapytam o plażę? – zaryzykowała.

Przewaga była po ich stronie. Stali tak blisko, że nie zdołałaby sięgnąć po pistolet. Nie mogła się nawet ruszyć, żeby któregoś z nich nie potrącić.

– Zróbcie mi trochę miejsca – powiedziała. – Cofnijcie się.

Starszy popatrzył na nią z uśmiechem. Miał zmysłowe usta.

– Jestem William – przedstawił się. – A to mój brat, Michael. Szuka nas pani, inspektor Hughes?

Och, nie… Jezu… Jamilla próbowała wyrwać broń ukrytą w kaburze na plecach. Złapali ją. Zabrali jej pistolet tak łatwo, jakby była dzieckiem. Działali zdumiewająco szybko – i byli zdumiewająco silni. Momentalnie rozciągnęli ją na ziemi i skuli kajdankami. Skąd je mieli? Zabrali policjantce zabitej w Nowym Orleanie?

– Nie próbuj krzyczeć, bo ci kark złamię – powiedział starszy, suchym i rzeczowym tonem.

Młodszy odezwał się dopiero teraz. Był tak blisko, że Jamilla wyraźnie widziała jego długie zwierzęce kły.

– Jeśli polujesz na wampira, on zapoluje też na ciebie – warknął.

Rozdział 82

Zakneblowali ją i brutalnie rzucili na tył furgonetki. Samochód ruszył z miejsca z głośnym chrzęstem.

Jamilla próbowała zapamiętać szczegóły. Odliczała sekundy i minuty. Początkowo jechali przez miasto, zatrzymując się na skrzyżowaniach. Potem samochód pomknął szybciej, po gładkiej szosie. Chyba wjechali na trasę numer jeden.

Później skręcili na wyboistą, prawdopodobnie polną drogę. Cała jazda trwała mniej więcej czterdzieści minut.

Porywacze wnieśli Jamillę do wiejskiego domu na jakimś ranczo lub farmie. Zobaczyła tłum ludzi. Śmieli się z niej. Dlaczego? Mieli kły. Jezu… William położył ją na kanapie w małym pokoju i wyjął jej z ust knebel.

– Przyszłaś zobaczyć Pana? – szepnął, zbliżając twarz do jej twarzy. – Popełniłaś poważny błąd. To cię zabije.

Uśmiechnął się z jawnym okrucieństwem. Miała wrażenie, że chciał ją pożreć, a może uwieść? William dotknął jej policzka długim i szczupłym palcem. Lekko przesunął dłonią po jej szyi i spojrzał jej prosto w oczy.

Jamilla była przerażona. Chciała uciec, ale nie mogła. Wokół niej zgromadziło się z tuzin wampirów – patrzyły na nią jak na smaczny kąsek.

– Nie znam waszego Pana – wyjąkała. – Kto to taki? Wypuśćcie mnie.

Bracia spojrzeli po sobie z uśmieszkiem.

– Pan jest naszym przywódcą – powiedział William. Był spokojny i pewny siebie.

– Naszym? To znaczy kogo? – zapytała.

– Wszystkich, którzy idą za nim – odparł. Wybuchnął śmiechem, najwyraźniej rozkoszując się jej lękiem. – Wampirów. Takich jak ja i Michael. I wielu innych, w wielu, wielu miastach. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak jesteśmy silni. Pan udziela prostych nakazów, co mamy myśleć i co czynić. Nie ma nad sobą żadnych zwierzchników. Jest wyższą istotą. Trochę zaczynasz już to rozumieć? Ciągle chcesz stanąć przed obliczem Pana?

– Jest tutaj? – spytała. – Gdzie mnie przywieźliście? William wciąż patrzył na nią uwodzicielskim wzrokiem.

Obrzydliwość. Potem pochylił się niżej.

– To ty jesteś detektywem. Powiedz mi, gdzie się znalazłaś? Czy tutaj mamy szukać Pana?

Jamilla dostała mdłości. Myślała, że zwymiotuje. Potrzebowała więcej miejsca.

– A po co mnie tu przywlekliście? – zapytała, żeby podtrzymać tę rozmowę. Chciała choć trochę zyskać na czasie.

William wzruszył ramionami.

– Byliśmy tu od zawsze – odparł. – Żyliśmy jak w komunie. Hippisi pełni marzeń o nowej Kalifornii, prochy, trawka, muzyka Joni Mitchell. Nasi rodzice też byli hippisami. Nie znaliśmy innego życia i sposobu myślenia, więc siłą rzeczy polegaliśmy wyłącznie na sobie. Zżyliśmy się z moim bratem. Lecz tak naprawdę, to jesteśmy niczym. Żyjemy, aby służyć Panu.

– Pan zawsze mieszkał w tej komunie? Pokręcił głową i popatrzył na nią z powagą.

– Tu zawsze były wampiry. Trzymały się na uboczu, z dala od pozostałych. Jeśli ktoś chciał, to mógł się do nich przyłączyć. To my szliśmy do nich, a nie odwrotnie.

– A ilu ich jest teraz?

William spojrzał na Michaela i wzruszył szerokimi ramionami. Obaj się roześmieli.

– Legiony! Jesteśmy wszędzie.

Niespodziewanie William ryknął i rzucił jej się do szyi. Jamilla mimo woli krzyknęła z przerażenia.

Nie dotknął jej. Zatrzymał się tuż przed nią, wciąż warcząc jak dzikie zwierzę. Nagle zamiauczał, wysunął język i polizał ją po policzku. Potem po ustach i po oczach. Nie wierzyła, że to wszystko dzieje się naprawdę.

– Powiesimy cię i wysączymy aż do ostatniej kropli. Co ciekawsze – będzie ci się to bardzo podobało. Umrzesz w ekstazie, Jamillo.

Rozdział 83

Wróciłem do Waszyngtonu na w pełni zasłużony, jednodniowy wypoczynek. Dlaczego nie? Była sobota, a ja już od dawna nie widziałem dzieci.

Po południu zabrałem Damona i Jannie do Corcoran Gallery of Art. Oczywiście z początku krzywili się, jak mogli, że idą do muzeum, ale później nie chcieli wyjść z Pałacu Złota i Światła. Byli oczarowani. Typowe.

Do domu wróciliśmy około czwartej. Nana powiedziała mi, że mam zadzwonić do Tima Bradleya z San Francisco Examinera. Chwileczkę… Czy to się nigdy nie skończy? Po jakie licho mam rozmawiać z chłopakiem Jamilli?

– Mówił, że to bardzo ważne – oznajmiła Nana. Piekła dwa placki z wiśniami. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, pomyślałem z nagłym rozrzewnieniem.

W Kalifornii była pierwsza. Zadzwoniłem do Tima, do redakcji. Odebrał niemal natychmiast.

– Bradley.

– Tu mówi Alex Cross.

– Cześć. Miałem nadzieję, że pan się odezwie. Jestem kolegą Jamilli Hughes.

Tyle to sam wiedziałem.

– Co u niej słychać? – zapytałem. – Wszystko w porządku?

– Po co pan pyta? Wczoraj pojechała do Santa Cruz. Wiedział pan o tym?

– Coś mi wspominała. Wzięła kogoś ze sobą? – spytałem. – Prosiłem ją, żeby tak zrobiła.

– Nie – odparł oschle. – Wciąż powtarza, że już dawno wyrosła z pieluch. I zawsze ma przy sobie ogromny rewolwer.

Zmarszczyłem brwi i pokręciłem głową.

– Więc co się stało? Co chciał mi pan przekazać?

– Może to nic takiego, ale Jamilla zwykle działa z niezwykłą dokładnością. Obiecała do mnie zadzwonić, a tym razem tego nie zrobiła. To było wczoraj. Cztery godziny temu zakręciłem do pana. Trochę się niepokoję. Pomyślałem, że pan wie lepiej ode mnie, co zrobić w takiej sytuacji.

– Zachowywała się tak już przedtem? – zapytałem.

– Chodzi o to, czy pracowała w dni wolne od służby? Tak. To cała Jam. Ale zawsze dotrzymywała każdego przyrzeczenia.

Nie chciałem martwić go więcej niż potrzeba, ale sam byłem mocno zdenerwowany. Powróciłem myślami do przeszłości. W ostatnich latach straciłem dwie bliskie osoby, a ich śmierć nie została wyjaśniona. Supermózg twierdził, że to on zabił Betsey Cavalierre. Do tego dochodziła jeszcze Maureen Cooke w Nowym Orleanie. Co się działo z Jamillą Hughes?

– Zadzwonię do komisariatu w Santa Cruz. Jamilla podała mi nazwisko i numer do porucznika z tamtejszego wydziału zabójstw. Chyba nazywał się Conover. Sprawdzę to w swoim notatniku. Zaraz to zrobię.

– Dobrze. Dziękuję panu. Bądźmy w stałym kontakcie – powiedział Tim. – Naprawdę jestem bardzo wdzięczny.

Zapewniłem go, że to nic takiego, i pięć minut później zatelefonowałem do komisariatu w Santa Cruz. Poprosiłem o połączenie z porucznikiem Conoverem. Okazało się, że ma wolny dzień. Narobiłem więc nieco rabanu, podpierając się nazwiskiem Kyle’a. Dyżurny sierżant, acz niechętnie, dał mi domowy numer Conovera.

Ktoś podniósł słuchawkę i usłyszałem głośną muzykę. Chyba U2.

– Mamy imprezę nad basenem. Przyjdź do nas – powiedział jakiś męski głos. – Albo daj znać w poniedziałek. No to na razie.

W słuchawce zapanowała cisza. Zadzwoniłem ponownie.

– Z porucznikiem Conoverem – oznajmiłem urzędowym tonem. – Mówi detektyw Alex Cross. To nagły przypadek. Chodzi o inspektor Jamillę Hughes z wydziału zabójstw w San Francisco.

– O cholera – dało się słyszeć po drugiej stronie, a potem: – Tu Conover. Kto mówi?

W oszczędnych słowach wyjaśniłem, kim jestem i co robię. Miałem wrażenie, że Conover albo jest pijany, albo na najlepszej drodze do upicia się. Co prawda, miał wolny dzień, ale w Santa Cruz dopiero dochodziła druga po południu.

– Pojechała na wzgórza, aby polować na wampiry – oznajmił i roześmiał się kpiąco. – W Santa Cruz nie ma wampirów, kolego detektywie. Można mi wierzyć. Nic jej nie będzie. W tej chwili już na pewno wraca do San Francisco.

– Jak do tej pory były dwa tuziny morderstw w wampirzym stylu. – Próbowałem go jakoś wyrwać z oparów zamroczenia. – Sprawcy pili krew ofiar.

– Powiedziałem wszystko, co wiem – oświadczył. – Najwyżej mogę tam wysłać kilka wozów patrolowych – dodał.

– Proszę to zrobić. Ja w tym czasie zawiadomię FBI. Oni przynajmniej wierzą w takie rzeczy. Kiedy ostatni raz widział pan inspektor Hughes?

Namyślał się przez chwilę.

– Nie pamiętam. Co najmniej dwadzieścia cztery godziny temu.

Odłożyłem słuchawkę. Nie polubiłem Conovera. Na nowo przemyślałem wszystko, co wydarzyło się od dnia, w którym poznałem Jamillę. Zakręciło mi się w głowie. Cały czas poruszaliśmy się po omacku, błądząc po nieznanym terenie. Co gorsza, Supermózg wciąż czyhał gdzieś w pobliżu.

Zatelefonowałem do Kyle’a i do American Airlines. Potem zawiadomiłem Tima Bradleya, że wybieram się do Kalifornii.

Santa Cruz.

Stolica wampirów.

Jamilla była w opałach. Czułem to przez skórę.

Rozdział 84

W czasie długiego lotu z Waszyngtonu do Kalifornii uświadomiłem sobie, że Supermózg od dwóch dni zostawił mnie spokoju. To dziwne. A może też gdzieś podróżował? Quepasa, Supermózgu? Może był ze mną w samolocie, w drodze do San Francisco? Przypomniałem sobie stary kawał o paranoi. Facet zwierza się psychiatrze, że nikt go nie lubi. To niemożliwe, odpowiada lekarz. Rozmawiał pan już z niktem?

Ze mną było jeszcze gorzej. W pewnej chwili wstałem z fotela i przeszedłem się po pokładzie, spoglądając na pasażerów. Żadnej znajomej twarzy. Supermózgu nie było. Kłów u nikogo także nie widziałem. Z wolna popadałem w obłęd.

Przyleciałem na międzynarodowy dworzec lotniczy w San Francisco i spotkałem się z federalnymi. Powiedzieli mi, że Kyle jest w drodze z Nowego Orleanu. Ostatnio coraz częściej namawiał mnie, żebym zmienił pracę i przeniósł się do FBI. Ze względów czysto finansowych miałbym na pewno lepiej. Agenci zarabiah więcej od policjantów. Godziny pracy też były wygodniejsze. Postanowiłem, że po zakończeniu śledztwa porozmawiam o tym z Naną i z dziećmi. Miałem przeczucie, że niedługo już będzie po wszystkim. Ciekawe, skąd mi się to wzięło?

Odjechałem z lotniska długim granatowym wozem, wraz z trzema agentami. Siedziałem z tyłu, w towarzystwie Roberta Hatfielda, starszego agenta z San Francisco. Pokrótce podał mi ostatnie ustalenia.

– Zlokalizowaliśmy miejsce pobytu tak zwanych wampirów. To stare ranczo u podnóża gór, na północ od Santa Cruz, blisko oceanu. Do tej pory nie wiemy, czy to właśnie tam przetrzymywana jest inspektor Hughes. Nikt jej nie widział.

– Co to za okolica? – zapytałem. Hatfield wyglądał młodo, trudno było dokładnie określić jego wiek. Był pomiędzy trzydziestką a pięćdziesiątką. Bardzo wysportowany. Starannie ostrzyżony. Najwyraźniej dbał o swój wygląd.

– Niemal pustkowie. Ze dwa duże rancza, a poza tym jedynie skały, drapieżne ptaki i pumy.

– A nie tygrysy?

– Ciekawe, że o to pan pyta. W miejscu, o którym mowa, trzymano dzikie zwierzęta: niedźwiedzie, wilki, tygrysy i nawet ze dwa słonie. Z tego co wiem, były tresowane dla potrzeb filmu i reklamy. Właścicielami rancza byli dawni hippisi, siedzący tam od lat sześćdziesiątych. Na swoją działalność mieli zgodę Departamentu Spraw Wewnętrznych. Prowadzili liczne interesy, między innymi z Tippi Hedren i z Siegfnedem i Royem.

– Zwierzęta wciąż są na tym terenie?

– Nie. Przedsiębiorstwo upadło jakieś pięć lat temu. Właściciele zniknęli. Nikt nie chciał kupić ziemi. To jakieś dwadzieścia dwa hektary, nie nadające się prawie do niczego. Zresztą, sam pan zobaczy.

– A co się stało z mieszkańcami zoo?

– Wiele zwierząt trafiło do innych ośrodków związanych z przemysłem filmowym. Część wzięła chyba Brigitte Bardot, a część ogród zoologiczny w San Diego.

Usadowiłem się wygodniej w fotelu i raz jeszcze zacząłem analizować tę sprawę. Nieoczekiwanie znów zaświtał mi promyk nadziei. Zastanawiałem się, czy jakiś tygrys przypadkiem nie został na ranczu. Puściłem wodze fantazji. W Azji i Afryce wampir o wiele częściej zmienia się w tygrysa niż w nietoperza. Tygrysy budzą większy strach niż małe latające ssaki. To samo można powiedzieć o okrutnie zmaltretowanych ciałach, które napawają przerażeniem. Santa Cruz chciało dorównać swojej sławie i rzeczywiście stać się stolicą wampirzego świata.

Po drodze minęliśmy farmę i niewielką winnicę. Poza tym nic ciekawego. Hatfield powiedział mi, że latem okoliczne wzgórza stają się złotobrązowe, niczym afrykańska sawanna.

Próbowałem nie myśleć o Jamilli i o jej losie. Dlaczego przyjechała sama? Co nią powodowało? Aż tak była podobna do mnie? Gdyby zginęła, nigdy bym sobie tego nie wybaczył.

Samochód wreszcie zjechał z głównej drogi. Rozejrzałem się, ale nigdzie nie dostrzegłem żadnych zabudowań. Same wzgórza. Jastrząb lekko szybował po przejrzyście błękitnym niebie. Odludna, cicha i bardzo piękna okolica.

Skręciliśmy w polną drogę i przez ponad półtora kilometra rzucało nami na wybojach. Minęliśmy stare ogrodzenie z drutu kolczastego. Zardzewiałe resztki ciągnęły się wzdłuż drogi przez jakieś sto metrów, potem zniknęły i znów się pojawiły.

Nagle zobaczyliśmy sześć samochodów, czekających po obu stronach szlaku. Były to głównie dżipy, bez żadnych oznaczeń.

Pośrodku drogi stał Kyle Craig. Wsparł się pod boki i spoglądał na mnie z uśmiechem, jakby w zanadrzu chował jakąś tajemnicę.

Na pewno tak było.

Rozdział 85

– Coś mi się zdaje, że właśnie na to czekaliśmy – powiedział na przywitanie. Uścisnęliśmy sobie ręce. Przy każdym spotkaniu Kyle przestrzegał tej małej ceremonii. Wyglądał na spokojniejszego niż w zeszłym tygodniu.

– Coś ci pokażę – rzekł. – Chodź.

Poszedłem za nim wzdłuż zardzewiałego drutu do połamanej bramy. Wskazał palcem spłowiały rysunek, przedstawiający tygrysa. Sylwetka była mocno stylizowana, ale nie ulegało wątpliwości, że chodzi o wielkiego kota. Trafiliśmy na tygrysie leże.

– Tutejsza grupa ma nowego i potężnego Pana. Niestety, nie ustaliliśmy jego tożsamości. Poprzednim Panem był Daniel Erickson. Dwaj jego dawni podopieczni właśnie wrócili z Nowego Orleanu. Nareszcie można dopasować fragmenty układanki.

Popatrzyłem na niego spod oka i pokręciłem głową.

– Skąd to wszystko wiesz, Kyle? Kiedy tu przyjechałeś? Co jeszcze przede mną ukrywasz? I dlaczego? – spytałem w duchu.

– Dzwonili do mnie z miejscowej policji. Przyłapali jednego z tych „nieżywych”, jak tylko gówniarz wysunął nos za bramę. To wagarowicz z pobliskiej szkoły, mniej popaprany niż cała reszta. Wszystko wyśpiewał.

– Ten cały Pan jest teraz z nimi?

– Chyba tak. Nasz jeniec go nie widział. W odróżnieniu od dwóch, którzy wrócili z Nowego Orleanu, nie należy do wewnętrznego kręgu wtajemniczenia. A tamci, to dopiero bestie! Gruchnęła wieść, że to oni zabili Charlesa i Daniela. Ponoć zupełni psychopaci.

– Wierzę. – Poprzez gałęzie sosen i cyprysów popatrzyłem na odległe ranczo. – Co z Jamillą?

Kyle szybko spojrzał w bok.

– Znaleźliśmy w mieście jej samochód. Poza tym ani śladu. Złapany gówniarz też nic nie wie. Powiedział tylko, że wczoraj wieczór było tam jakieś zamieszanie. Siedział w piwnicy, razem z kilkoma młodszymi upiorami. Podejrzewali, że policja wdarła się na teren domu. Ale potem zapanowała cisza. Nie wiemy nic pewnego.

– Mogę z nim porozmawiać, Kyle?

Nie patrzył ną mnie. Najwyraźniej nie miał ochoty odpowiadać.

– Zabrali go do Santa Cruz – mruknął. – Musiałbyś wpaść do miasta. Jak chcesz, to jedź, ale pamiętaj, że już z nim rozmawiałem. Wystraszył się nie na żarty.

Kyle zachowywał się co najmniej dziwnie. Jednak nikt tak jak on nie znał się na złoczyńcach i psycholach. Wszyscy byli przekonani, że już niedługo zajmie fotel dyrektora biura. Ja tylko zastanawiałem się, jak zdoła to pogodzić z pasją do pracy w terenie.

– Wiem, że się o nią martwisz. Na dobrą sprawę, moglibyśmy wejść tam nawet od razu, ale lepiej poczekać. Zróbmy to po północy albo tuż przed świtem. Skąd wiadomo, że ją tam znajdziemy?

Przerwał na chwilę. Zerknął w stronę budynków.

– Chcę wiedzieć, czy polują w stadzie. Chcę poznać odpowiedzi na parę zasadniczych pytań. Czym się kierują? Jakie są motywy ich postępowania? A przede wszystkim, chcę mieć pewność, że tym razem dorwiemy Pana.

Rozdział 86

To była długa, zimna i pełna napięcia noc. Nie mogłem doczekać się chwili, gdy już będzie po wszystkim. A może po prostu niecierpliwiłem się, że wciąż nie rozpoczynamy akcji? Przy okazji dowiedziałem się czegoś ciekawego. Prawniczka zamordowana w Mili Valley prowadziła sprawę o przejęcie prawa własności do tutejszych gruntów. Pewnie właśnie dlatego zginęła razem z mężem.

Zza drzew i skał obserwowałem ranczo przez lornetkę. Wpatrywałem się tak długo, aż mnie rozbolały oczy. Do jedenastej wieczorem nikt stamtąd nie wyszedł. Nie zobaczyłem też straży. Mieliśmy do czynienia albo z wariatami, albo z ludźmi zbyt mocno wierzącymi w siebie. A może byli po prostu niewinni? Może znów zabrnęliśmy w ślepą uliczkę?

Próbowałem nie myśleć o Jamilli, ale nie bardzo mi to wychodziło. Nie wierzyłem, że mogli ją zabić. Chyba że Kyle coś już wiedział i nie chciał mi powiedzieć… To by częściowo wyjaśniało jego dziwne zachowanie.

O pomocy dwóch mężczyzn wyszło z tygrysem na spacer. Przyjrzałem im się przez noktowizor. Byłem prawie zupełnie pewny, że widziałem ich w Nowym Orleanie. Chyba byli na balu. Skręcili na otwartą równinę za domem.

Jeden z nich stanął na czworakach i potoczył się w wysoką trawę. Kot skoczył za nim. Bawili się. Jezu Chryste… Niewiarygodne. Przypomniałem sobie, że w parku Golden Gate ktoś odciągnął tygrysa od ofiary.

Dwadzieścia minut później odprowadzili zwierzę do komórki po drugiej stronie domu. Uściskali trzystukilogramowego kota, jakby był wielkim psiskiem. Światła w budynkach paliły się aż do drugiej w nocy. Do moich uszu dobiegały dźwięki ostrego rocka. Z czasem okna ściemniały.

Nikt nie wyszedł na nocne łowy.

W dalszym ciągu nie wiedzieliśmy, czy Jamilla znajduje się wewnątrz. Ani na chwilę nie zmrużyłem oka. FBI ciągle zbierało informacje o mieszkańcach rancza. Co, na litość boską, działo się tam na dole?

Nikt nie potrafił zidentyfikować Pana. Dotarły do nas za to wiadomości o dwóch blondynach z kucykami. William i Michael Alexander byli synami pary hippisów pracujących tutaj jako treserzy. Ich – matka studiowała zoologię. Dorastali wśród dzikich zwierząt. William do dwunastego roku życia chodził do szkoły w Santa Cruz. Michael do dziewiątego. Potem uczyli się wyłącznie w domu. Do miasta przyjeżdżali boso, ubrani w marokańskie szaty. Uważano ich za inteligentnych, ale dziwnych i bardzo skrytych. Potem wplątali się w jakieś kłopoty i zamknięto ich w poprawczaku. Podobno sprzedawali narkotyki. Przyłapano ich na włamaniu.

Około trzeciej Kyle przysiadł się do mnie na skałach.

– Trochę zzieleniałeś – zauważyłem.

– Dzięki. Długa noc. Długi miesiąc. Boisz się o nią, prawda? – spytał. Grał teraz rolę obserwatora. Był chłodny i beznamiętny. Typowy Kyle. Rozum ponad emocjami. – Nic więcej nie wiem, Alex. Powiedziałem ci wszystko.

– Wciąż widzę zwłoki Betsey Cavalierre. Nie chcę oglądać czegoś podobnego. Masz rację, bardzo się boję o Jamillę. A ty? Co teraz czujesz, Kyle?

– Jeśli wciąż żyje, nie ma powodów, żeby zabili ją dzisiejszej nocy. Nie trzymają jej po próżnicy.

.Jeśli wciąż żyje”.

Kyle klepnął mnie w ramię.

– Prześpij się trochę, jeżeli zdołasz – powiedział. – Odpocznij.

Poszedł. Kiedy jednak spojrzałem w jego stronę, zauważyłem, że mnie obserwuje.

Oparłem się o pień dębu i nakryłem kurtką. Usnąłem gdzieś tak pomiędzy trzecią i wpół do czwartej. We śnie widziałem Betsey Cavalierre i moją poprzednią przyjaciółkę, Patsy Hampton. Obie zginęły. Wreszcie ujrzałem Jamillę. Chryste, tylko nie ona. Tego bym nie wytrzymał.

Poczułem, że ktoś koło mnie stoi, więc otworzyłem oczy.

To był Kyle.

– Wyruszamy – powiedział. – Pora znaleźć kilka odpowiedzi.

Rozdział 87

Od budynków dzieliło nas jakieś czterysta metrów. Nie mieliśmy gdzie się schować na płaskiej, otwartej przestrzeni. Tu zabito Jamillę? – przemknęło mi przez głowę.

– Może wciąż żyje – szepnął Kyle, jakby czytał w moich myślach. Co jeszcze wiedział? Co ukrywał?

– Zastanawiałem się nad postępowaniem braci Alexander – powiedziałem. – Nigdy nie grzeszyli przesadną ostrożnością. Charles i Daniel na odwrót, starannie zacierali ślady. Mordowali przez jedenaście lat i nikt ich nie złapał. Ba, nikt ich nawet o to nie podejrzewał.

– Sądzisz, że nowy Pan zastawił na nich pułapkę?

– Raczej tak. Zauważ, że kolejnych morderstw dokonano we wszystkich miastach na trasie tournće. To była już robota braci. Pan chciał, byśmy złapali Charlesa i Daniela.

– To po co ich zabito w Nowym Orleanie?

– A jeśli mamy do czynienia z parą psychopatów? Mogli to zrobić na konkretny rozkaz. Trzeba zapytać Pana.

– Są przekonani, że nikt ich nie powstrzyma. I tu się mylą – rzekł Kyle. – Już po nich.

W tej samej chwili spotkała nas niespodzianka. Drzwi domu nagle stanęły otworem i na podwórko wyszło kilku mężczyzn ubranych na czarno. Braci wśród nich nie było. Wsiedli do samochodów, parkujących zygzakiem obok na trawniku i podjechali pod główne wejście.

Kyle natychmiast sięgnął po krótkofalówkę.

– Przygotować się – rzucił do snajperów schowanych wśród skał za nami.

– Kyle – szepnąłem – pamiętaj o Jamilli. Nie odpowiedział.

Ktoś znów otworzył drzwi. Z domu wysunęły się ciemne postacie, ubrane w płaszcze z kapturem. Szły parami.

W każdej parze jeden z idących trzymał pistolet wymierzony w głowę drugiego.

– O, cholera – zakląłem pod nosem. – Wiedzą o nas. Nie wiedzieliśmy, kto jest kim, i czy naprawdę prowadzą zakładników. Próbowałem rozpoznać Jamillę, choćby po sposobie chodzenia. Była z nimi? Wciąż żyła? Poczułem ogromny ciężar na sercu. Nigdzie jej nie widziałem.

– Ruszamy. Teraz! – zakomenderował Kyle przez radio. – Naprzód. Naprzód!

Zakapturzone postacie dochodziły już do samochodów. Jeden z zakładników nagle osunął się na ziemię. Tylko jeden.

– To ona! – zawołałem.

– Zlikwidować drugiego z pary! – warknął Kyle. Huknął strzał. Zakapturzony zwalił się na ziemię. Zbiegliśmy stromym wzgórzem w kierunku zabudowań.

Niektórzy z mieszkańców rancza zaczęli do nas strzelać. Nikogo nie trafili. Federalni nie odpowiedzieli ogniem.

Potem rozległy się strzały na wzgórzach. Kilku zakapturzonych leżało na ziemi, zabitych lub rannych. Inni podnieśli ręce na znak, że się poddają.

Wciąż wpatrywałem się w tę postać, którą uznałem za Jamillę. Wstała z trudem, zachwiała się i omal znów nie upadła. Kaptur zsunął się jej z głowy. To naprawdę była Jamilla. Popatrzyła na wzgórza i też uniosła ręce.

Pędziłem do niej co sił w nogach. Rozejrzałem się, szukając braci – i Pana.

Podbiegłem do Jamilli. Masowała obolały przegub. Drżała na całym ciele, więc okryłem ją swoją kurtką.

– Wszystko w porządku?

– Nie wiem. Powiesili mnie na belce. Co za niewiarygodna scena… Nie uwierzysz. Och, Alex, myślałam, że nie żyję!

– Gdzie Pan? – spytałem.

– Może w środku. Tam chyba jest drugie wyjście.

– Rozejrzę się. Ty zostań tutaj. Pokręciła głową.

– Nigdy w życiu. To rewanż. Idę z tobą.

Rozdział 88

Przeszukaliśmy cały główny budynek i dużą, stojącą nieco na uboczu szopę. Nie znaleźliśmy tam nikogo: ani maruderów, ani Williama lub Michaela. Ani tajemniczego Pana. Jamilla wciąż była roztrzęsiona, lecz nie odstępowała mnie nawet na krok.

– Jesteś pewny, że żaden z braci nie wyszedł razem z innymi? – zapytała. – Dwaj wysocy blondyni, z włosami spiętymi w kucyk?

– Gdyby tak było, już dawno wpadliby w ręce Kyle’a. Nie. Lepiej zajrzyjmy do tamtej komórki. Co jest w środku?

Jamilla potrząsnęła głową.

– Nie zwiedzałam całego rancza. Po przyjeździe od razu trafiłam do ciemnicy. Zaczepiłam się tam na dłużej, jeśli tak można powiedzieć.

Szarpnąłem drzwi komórki. Zobaczyłem grzejniki i pompę. W całym niewielkim pomieszczeniu mocno śmierdziało uryną. Mysz uciekła do dziury w ścianie. Skrzywiłem się i pokręciłem głową nad tym, co potem zobaczyłem. Dwa ciała leżały rozkrzyżowane pod przeciwległą ścianą. Dwaj chłopcy, zaledwie kilkunastoletni. Byli zupełnie nadzy, jeśli nie liczyć kolczyków na piersiach i twarzach.

Pochyliłem się nad nimi.

– Dzieci ulicy. Wysączono z nich całą krew.

Na rękach, twarzach i szyjach widniały ślady ugryzień. Ciała były białe niczym alabaster.

Zamglone oczy nieruchomo patrzyły na mnie. Szybko odwróciłem głowę. Nic już nie mogłem dla nich zrobić. Tuż obok zakurzonych maszyn, zapewniających wodę, ciepło i wentylację, zobaczyłem zardzewiałą pokrywę włazu.

Przeszedłem na drugą stronę, kucnąłem i przypatrzyłem się temu uważniej. Pokrywa była nie zamknięta. Uniosłem ją bez większego trudu.

Mrok. Cisza. Co się tam kryło? Kto się chował?

Spojrzałem na Jamillę i zaświeciłem latarką w głąb otworu. Dziura była wystarczająco duża, by pomieścić człowieka. Zobaczyłem metalową drabinkę. Tunel.

Na samym dole widniały wyraźne ślady butów. Przeszło tędy co najmniej dwóch ludzi.

– Zawiadom Kyle’a – poleciłem Jamilli. – Sprowadź pomoc.

W mgnieniu oka znalazła się za drzwiami. Biegła. Wpatrywałem się w ciemniejący otwór i zastanawiałem się, czy ktoś stamtąd nie patrzy na mnie.

Rozdział 89

Czekałem tak długo, jak mogłem, a potem powoli wpełzłem do otworu. Zacząłem schodzić po solidnej metalowej drabince.

Droga prowadziła pionowo w dół. Poświeciłem sobie latarką. Zobaczyłem wydeptaną podłogę i pordzewiałe blaszane ściany. Ze stropu zwisały poduczone żarówki. Wąski tunel zdawał się ciągnąć w nieskończoność.

Na górze wciąż nie było słychać żadnych głosów, więc powoli i ostrożnie poszedłem parę kroków dalej. W jednej ręce trzymałem latarkę, w drugiej – glocka. Co chwila oglądałem się za siebie, czy nie widać gdzieś Kyle’a lub Jamilli. Gdzie oni się podziewali?

Zrobiłem jeszcze kilka kroków i natknąłem się na jakąś padlinę. Głęboko zaczerpnąłem tchu i zaświeciłem w tamtą stronę.

Spojrzało na mnie jakieś oko.

Po chwili rozpoznałem, że to młoda sarna. Została z niej tylko głowa i część barku. Przypomniało mi się, że tygrysy pożerają swój łup od zadu, zjadając go razem z kośćmi. Znów zobaczyłem ślady butów. W półmroku nie byłem pewny, czy szło tędy dwóch, czy więcej ludzi. Wśród nich dostrzegłem mniejsze odciski, okrągłe i jakby kocie. Jezu…

Poszedłem dalej, mrużąc oczy, żeby przywyknąć do ciemności. Szkło zgrzytało mi pod nogami. Ktoś specjalnie potłukł żarówki.

Nagle rozległ się ryk tygrysa. O mały włos nie zgubiłem latarki! Rzadko zachowywałem się w ten sposób, lecz w przeszłości nigdy nie znalazłem się blisko tygrysa. Ryk odbił się głośnym echem od metalowych ścian tunelu. Byłem zupełnie zbity z tropu. Nie wiedziałem, co dalej robić.

Tygrys ryknął ponownie. Stałem jak wrośnięty w ziemię. Nie mogłem ruszyć się z miejsca. Miałem ochotę zwiewać, gdzie pieprz rośnie, ale wiedziałem, że to głupi pomysł. W tym tunelu kot dopadłby mnie z łatwością. Zresztą gdzie indziej także.

Siedział przede mną, w smolistym mroku, i obserwował mnie z ukrycia. Zgasić latarkę? – pomyślałem. Lepiej nie. Gdy nadejdzie, będę go widział. Wbiłem wzrok w ciemność i stałem sztywno, jakby to miało mi w czymś pomóc. Glocka trzymałem w wyciągniętej ręce. Zastanawiałem się, czy można zabić tygrysa z pistoletu, choćby nawet takiego? Nie znałem na to odpowiedzi; nigdy nie ćwiczyłem strzelania do wielkich kotów. Opadły mnie wątpliwości.

Tygrysa nadal nie widziałem, ale wyobrażałem sobie trzydzieści zębów w jego paszczy. Dokładnie pamiętałem rany na ciałach ofiar w parku Golden Gate.

Ktoś krzyknął. Ktoś był w tunelu. Głos dochodził zza moich pleców.

– Alex? Gdzie jesteś? Alex?

Jamilla była coraz bliżej. Powoli wypuściłem oddech.

– Nie ruszaj się – wyszeptałem. – Nic nie rób. Tutaj jest tygrys.

Sam nadal stałem jak skamieniały. Nie wiem nawet, czy w tamtej chwili umiałbym się ruszyć. Zachodziłem w głowę, czy tygrys też był przerażony? Był tu Pan? Dwaj bracia? A może ktoś zupełnie inny?

– Alex?

To Kyle. Mówił szeptem, ale skoro ja go słyszałem…

– Stój tam, gdzie jesteś, Kyle. Posłuchaj mnie. Jeżeli nie chcesz mojej śmierci, to nie wykonuj żadnych niepotrzebnych ruchów.

Wszystko wydarzyło w ciągu paru sekund.

Niespodziewanie tygrys na mnie skoczył. Z pełną szybkością? Może z niepełną? W każdym razie cholernie szybko. Niczym cień – smuga futra.

Znienacka zjawił się w kręgu światła rzucanego przez latarkę. Przedstawiał sobą straszny widok: napięte mięśnie, zabójcza szybkość, błyszczące zęby i szeroko rozstawione gorejące oczy. Pędził ku mnie jak zabójczy pocisk.

Jego potężne, wyprężone cielsko znamionowało niespożytą siłę. Zdawał się frunąć jakiś metr nad ziemią, jakby był nie do powstrzymania.

Nie miałem czasu i miejsca na popełnienie błędu. Nie zdążyłem pomyśleć, co chcę zrobić. To się po prostu stało. Szarpnąłem za spust pistoletu. Oddałem trzy szybkie strzały. Zdawało mi się, że celowałem w łeb i tułów.

Na kocie to nie zrobiło żadnego wrażenia. Nawet nie zwolnił. Moje kule go nie powstrzymały. Zatem nie miałem czym się bronić, dokąd uciekać i gdzie się schować.

Tygrys wpadł na mnie i przewrócił jak szmacianą lalkę. Czekałem, aż potężne szczęki zacisną się na moim ciele i pogruchoczą kości. Chyba krzyczałem. Naprawdę nie wiem, co się wówczas stało. Nigdy w życiu tak się nie bałem. Nawet odrobinę.

Kot pobiegł dalej! To było zupełnie bez sensu. Nic już nie rozumiałem. Gdzieś w głębi tunelu rozległ się donośny łoskot. Zwierzę runęło na ziemię. Zastrzeliłem tygrysa.

Rozdział 90

– Cholera! A niech to szlag! – wyrwało się Jamilli. A potem się uśmiechnęła. – Jezu, zupełnie w to nie wierzę.

Popatrzyła na olbrzymie i groźne zwierzę, które chciało mnie zabić i samo zginęło.

Obok niej stał Kyle. Podszedłem do nich sztywno, na zdrętwiałych nogach. Tygrys leżał skręcony, w poprzek wąskiego tunelu. Nie ruszał się. Już nigdy się nie poruszy.

– A gdzie są nasi Zagubieni Chłopcy? Gdzieś tam dalej? – zapytał Kyle. – Widziałeś Pana?

– Nie widziałem niczego oprócz śladów i kota. Chodźmy – wykrztusiłem.

Tunel okazał się o wiele dłuższy, niż początkowo przypuszczałem. Nie wiedziałem, dokąd prowadzi. W stronę szosy? Na wzgórza? Czy do Pacyfiku?

– Moi ludzie patrolują całą okolicę w promieniu pół kilometra – odezwał się Kyle. – Niestety, musieliśmy się mocno rozproszyć. To mi się wcale nie podoba.

Nic nie odpowiedziałem. Wciąż jeszcze byłem roztrzęsiony i w nie najlepszej formie po przygodzie z tygrysem. Serce dudniło mi jak pompa nastawiona na cały regulator. Pewnie pozostawałem w szoku.

– Alex? – rozległ się głos Jamilli. – Słyszysz nas? Wszystko w porządku?

– Zaraz dojdę do siebie. Dajcie mi małą chwilę. Idźmy dalej.

Wkrótce zobaczyliśmy maleńką plamkę światła na końcu tunelu. To było pocieszające. Ale gdzie wyjdziemy?

– Nie wiem, jak to daleko – przyznałem – ani co jest przed nami.

Otarłem się o coś nogą. Potem ramieniem. Odskoczyłem jak oparzony, dygocząc na całym ciele. To była tylko jakaś klapa, stercząca ze ściany. Niby nic takiego, ale porządnie się wystraszyłem.

A potem dostrzegłem fragment krajobrazu: dwa cyprysy przygięte na wietrze i plamę szarego nieba.

Mieliśmy do pokonania jeszcze jakieś czterdzieści metrów. Najtrudniej zawsze się wedrzeć na terytorium wroga. Tym razem niebezpieczeństwo czaiło się przy wyjściu z ciemnego tunelu.

Odwróciłem się do Jamilli i Kyle’a.

– Pójdę pierwszy – szepnąłem.

Strzelałem dużo lepiej od Kyle’a i byłem silniejszy od Jamilli. Przynajmniej tak mi się zdawało. A poza tym, w ostatnich latach wszystko kończyło się w ten sam sposób. Gary Soneji, Casanovą, Geoffrey Shafer, a teraz bracia Alexander wraz ze swoim Panem… Zawsze lazłem gdzieś pierwszy. Po co to robię? Jak długo wytrzymam?

– Nie zapominaj, że to zwykli ludzie – powiedziała Jamilla. – Też krwawią i umierają.

Chciałem wierzyć, że miała rację. Cichaczem, szybko pomknąłem naprzód. Przystanąłem przy samym wylocie. Wziąłem głęboki oddech. Dwadzieścia jeden, dwadzieścia… Dalej, na spotkanie wielkiego, groźnego świata.

Nie wiem dlaczego, ale wypadłem na światło dzienne z opętańczym wrzaskiem. Krzyczałem ile sił w płucach. A może wiem? Po prostu bałem się dwóch wariatów, obłąkanego kultu i ich Pana. Może krwawili, ale na pewno nie byli ludźmi. Nie byli podobni do nas.

Znalazłem się w małej kotlinie ze wszystkich stron otoczonej niskimi wzgórzami. Nikogo nie zobaczyłem. Żadnych śladów czyjejś obecności. A przecież ktoś musiał być w tunelu. Ktoś zaprowadził tam tygrysa.

W ślad za mną wyszli Jamilla i Kyle. Na ich twarzach widniało głębokie rozczarowanie, zmieszane z grozą i zmęczeniem.

Wtem usłyszałem jakiś dźwięk.

Zza wzgórza wyjechała czarna furgonetka. Gnała wprost na mnie. Miałem wybór: albo z powrotem skoczyć do tunelu, albo odważnie stawić czoło jasnowłosym mordercom. Siedzieli w środku. Widziałem ich przez przednią szybę.

Nie poruszyłem się ani o centymetr.

Rozdział 91

Twarze morderców było wyraźnie widać za grubą szybą. Uniosłem broń i wycelowałem. Kyle i Jamilla zrobili to samo. Czarny ford pędził w naszą stronę, jakby zmuszając nas do strzału.

Więc strzeliliśmy. Szyba pokryła się siecią drobnych pęknięć. Kule zabębniły o maskę i dach samochodu. Huk wystrzałów łomotał mi w uszach. Czułem gryzący zapach prochu.

Furgonetka naraz stanęła, a potem zaczęła się cofać. Strzelałem dalej, do kierowcy. Samochód oddalał się na tylnym biegu, zygzakiem, w prawo i lewo. Biegłem pod górę, coraz cięższym krokiem, jakbym miał nogi z ołowiu.

Nie mogli uciec. Nie tym razem. Przycisnęliśmy ich zbyt mocno. Gdyby umknęli, znów by zabijali. Ten, kto ich nasłał, był szaleńcem i potworem, takim samym jak oni sami.

Kyle i Jamilla wspinali się kilka kroków za mną po pochyłym, trawiastym zboczu. Miałem wrażenie, że cała nasza trójka porusza się w zwolnionym tempie. Furgonetka tańczyła wściekle na boki. Czekałem, aż się wywróci na jakimś większym wyboju. Usłyszałem zgrzyt przekładanych biegów i nagle skoczyła naprzód, znów na nas, nabierając pełnej prędkości.

Przyklęknąłem na jedno kolano, starannie wymierzyłem i oddałem trzy strzały. W popękanej szybie pojawiły się trzy nowe dziury.

– Na bok, Alex! – krzyknęła Jamilla. – Szybko! Uciekaj, Alex!

Furgonetka była coraz bliżej. Nie uskoczyłem. Strzeliłem jeszcze raz, tam, gdzie powinien siedzieć kierowca. I jeszcze raz.

Czarny samochód rósł mi w oczach. Wydawało mi się, że czuję na twarzy żar bijący z silnika. Pot spływał mi po czole i szyi. Przez głowę przelatywały mi wariackie myśli. Przecież wampira można zabić tylko drewnianym kołkiem lub ogniem. Ewentualnie zniszczyć jego siedzibę, w której za dnia sypia w trumnie.

Nie wierzyłem w wampiry.

Ale wierzyłem w zło. Jego przejawy widziałem dostatecznie często, żeby uwierzyć. Ci dwaj byli mordercami. To wszystko.

Niemal w ostatniej chwili uskoczyłem przed rozpędzoną furgonetką. Pobiegłem za nią, wciąż z nadzieją, że w końcu się przewróci. I tak się stało. Miałem ochotę krzyczeć z radości.

Samochód rąbnął na bok, przekoziołkował i wykonał jeszcze jedno salto. Po pewnym czasie znieruchomiał. Leżał na drzwiach od strony kierowcy. Czarny dym buchnął spod maski. Ze środka nikt nie wychodził.

Potem wyskoczył młodszy z braci. Twarz miał pokrytą krwią i sadzą. Nic nie powiedział, tylko spojrzał na nas i zaryczał jak ranne zwierzę. Chyba zupełnie popadł w obłęd.

– Uspokój się, bo będę strzelać! – krzyknąłem do niego. Sprawiał wrażenie, że mnie nie słyszy. Był ogarnięty ślepym szałem. Miał długie, ostre, zakrwawione kły. Czyja to krew? Jego własna? Spojrzał na mnie czerwonymi oczami.

– William nie żyje! – wrzasnął. – Zabiliście mi brata! Zginaj, bo był lepszy od was!

Potem skoczył – a ja poczułem, że nie mogę do niego strzelić. Michael Alexander był obłąkany; nie odpowiadał za swoje czyny. Wciąż warczał i toczył z ust pianę. Oczy mu się zapadły w głąb głowy, mięśnie napięły jak postronki. Nie mogłem zabić tej udręczonej duszy. W gruncie rzeczy nie wyrósł jeszcze z wieku chłopięcego. Zebrałem się, żeby go powalić. Miałem nadzieję, że mi się to uda.

Wtedy wypalił Kyle. Tylko raz.

Pocisk trafił Michaela dokładnie w nasadę nosa. Pośrodku jego twarzy wykwitła czarna, krwawa dziura. Nie zdziwił się ani nie szarpnął – po prostu zgasł. Po chwili zwalił się na ziemię. Na pewno nie żył.

Pomyliłem się co do Kyle’a – potrafił strzelać. Okazał się mistrzem. Postanowiłem później to przemyśleć. Na razie nie miałem czasu.

Niespodziewanie usłyszałem czyjś głos. Dochodził z wnętrza furgonetki. Ktoś tam tkwił uwięziony. William? Czyżby nie zginaj?

Pomału, z pistoletem w dłoni, podszedłem do przewróconego samochodu. Silnik wciąż dymił. Bałem się, że lada chwila może nastąpić wybuch.

Wspiąłem się na rozchwiany wrak i otworzyłem pogniecione drzwi. Zobaczyłem Williama. Leżał zabity, z zakrwawioną twarzą. To ja go zastrzeliłem.

A potem napotkałem czyjeś gniewne spojrzenie. Para oczu łypała na mnie z rozwścieczonej twarzy. Rozpoznałem ją niemal natychmiast. Wzdrygnąłem się, chociaż myślałem, że nic mnie już nie zdziwi.

– To pan? – bąknąłem.

– Zabiłeś ich, więc sam zginiesz! – zaskrzeczał upiór. – Zginiesz! Zginiesz, Cross!

Patrzyłem na Petera Westina, specjalistę od wampirów, którego przed kilkunastoma dniami poznałem w Santa Barbara. Był poturbowany i ranny. Krwawił, lecz zachowywał niezmącony spokój, nawet gdy wymierzyłem mu w głowę z pistoletu. Jak zawsze chłodny, władczy i wyniosły. Przypomniałem sobie naszą rozmowę w Bibliotece Davidsona, w Santa Barbara. Wtedy powiedział mi, że jest wampirem. Już mu wierzyłem. Znalazłem właściwe słowa.

– Jesteś Panem.

Rozdział 92

Tej nocy w areszcie miejskim w Santa Cruz dwa razy próbowałem wyciągnąć coś od Westina. Kyle chciał go zabrać na wschodnie wybrzeże, ale wątpiłem, czy mu się to uda. Kalifornia miała do niego większe prawa. Westin siedział przede mną ubrany w czarną aksamitną koszulę i czarne skórzane spodnie. Był blady jak ściana. Przez cienką skórę na skroniach prześwitywały mu niebieskie żyły. Zmysłowe usta wydawały się czerwieńsze niż u innych ludzi. „Pan” nie wyglądał raczej na człowieka. Podejrzewałem, że to był z góry zamierzony efekt.

Wszystkich denerwowało przebywanie z nim w jednym pomieszczeniu. Rozmawiałem o tym z Jamillą. Miała te same wrażenia. Peter Westin nie przejawiał żadnych ludzkich uczuć: współczucia, wzgardy, głębszych emocji, samozaparcia ani skruchy. Był Panem w całym znaczeniu tego słowa. Mordercą, widmem i krwiopijcą.

– Nie mam zamiaru cię tu straszyć tradycyjnymi pogróżkami – powiedziałem znaczącym tonem.

Sprawiał wrażenie, że mnie nie słucha. Znudzony? Obojętny? Cwany jak wszyscy diabli? W roli Pana stanowił wręcz niezwykłą postać: butny, władczy, wyniosły i zniewalający. Miał przenikliwe oczy. W Santa Barbara na mój użytek odegrał niezłą komedię – udając nieszkodliwego naukowca-maniaka, ślęczącego wśród starych książek.

Przechylił głowę i z uwagą na mnie popatrzył. Szukał czegoś, lecz nie wiedziałem czego. Przez kilka sekund wytrzymałem jego uparte spojrzenie. To go zdenerwowało.

– Spierdalaj – burknął wreszcie.

– O co chodzi? – spytałem powoli. – Co ci nie pasuje, Peter? Nie jestem godzien z tobą rozmawiać?

Uśmiechnął się – co gorsza, jakby z odrobiną ciepła. Kiedy chciał, potrafił być czarujący. Sam doświadczyłem tego w Santa Barbara.

– Co z tego, że pogadamy? – spytał. – Co z tego, że ci powiem, w co wierzę i co naprawdę czuję? Przecież i tak nic nie zrozumiesz. – Znów się uśmiechnął. – Byłbyś o wiele bardziej przybity i skołowany.

– Spróbuj – mruknąłem. Milczał.

– Wiem, że brak ci Williama i Michaela. Kochałeś ich, chociaż próbujesz tego nie okazać – powiedziałem. – Trochę cię już poznałem. Mocno przeżywasz pewne rzeczy.

Westin królewskim ruchem niemal niedostrzegalnie skinął głową. Bolał nad śmiercią Williama i Michaela. Tu na pewno się nie pomyliłem. Szczerze żałował, że ich stracił.

– Tak, Cross – odezwał się po dłuższej chwili. – Są takie sprawy, które przeżywam głębiej, niż to możesz sobie wyobrazić. Nie masz o tym pojęcia. Skąd mógłbyś wiedzieć, co myślą podobni do mnie?

Umilkł na dobre. Nie miał nic więcej mi do powiedzenia. Śmiertelnicy go nie rozumieli. Zostawiłem go i wyszedłem. Gra skończona.

Część 5

Fiołki są niebieskie

Rozdział 93

Poczułem ulgę, ale tylko po części. Sprawa serii morderstw została zakończona. Peter Westin trafił za kratki. Zrobiliśmy, co tylko można, by zniszczyć jego sektę. Presja zniknęła. Krwawienie zostało powstrzymane.

Z Jamillą pożegnałem się wczoraj. Obiecaliśmy sobie, że nadal będziemy w kontakcie. Z samego rana pojechałem na lotnisko, żeby złapać samolot z San Francisco do Waszyngtonu. Nareszcie wracałem do domu. Jak to dobrze.

Wciąż jeszcze pozostawały liczne, niezałatwione sprawy. Obawiałem się, że w gruncie rzeczy i tak nie poznamy pełnej prawdy o tajemniczej sekcie morderców z Kalifornii. Nikt nigdy nie wie tyle, ile powinien – to najprostsza z podstawowych zasad, rządzących życiem detektywa, chociaż starannie pomijana w filmach i telewizji. Scenarzyści na pewno wychodzą z założenia, że zakończenia byłyby mniej ciekawe, gdyby osadzać je w rzeczywistości.

Charles i Daniel poznali Westina podczas występów w Los Angeles. Westin wprawdzie miał własnych wyznawców, w Santa Cruz i Santa Barbara, lecz udawał wiernego sługę do czasu, gdy poczuł się na tyle silny, by stać się nowym Panem. Z jego rozkazu William i Michael odwalili czarną robotę. Podejrzewano, że grupy „wiernych” rozproszone są niemal w stu miastach, na terenie całego kraju. Dziś, w dobie Intemetu, nie było to niemożliwe.

Coś mnie gryzło. Nie wiedziałem wprawdzie, o co chodzi, ale z przedziwnym niepokojem zdążałem na lotnisko. Strach i zgroza… Przed czym? Czego się bałem?

Mój samolot miał wystartować z czterdziestopięciominutowym opóźnieniem. Wróciłem do głównej hali. Ogarnęły mnie czarne myśli. Wierciłem się niespokojnie.

Pierwsze morderstwa w San Francisco.

Pieprzony Supermózg.

Jamilla. Była tutaj, właśnie w San Francisco. Ale to całkiem inna sprawa.

Co za cholera?

Drgnąłem nagle. Coś sobie przypomniałem. Pewnie wiedziałem o tym od początku. Zadzwoniłem do Jam, do Pałacu Sprawiedliwości. Tam powiedziano mi, że wzięła wolny dzień.

Zatelefonowałem do niej do domu. Nikt nie odbierał. Może jak zwykle wybrała się pobiegać? Przecież nieraz mi o tym wspominała. Albo poszła na randkę z Timem Bradleyem z Examinera. To już nie moja sprawa.

A może moja?

Gdzie ona się podziała?

Groziło jej coś czy po prostu popadłem w paranoję? Ostatnio miałem dużo wrażeń. Za ciężko pracowałem. Nie potrzeba mi nowych zmartwień.

Chyba jednak nie powinienem lekceważyć przeczucia. Podszedłem do stanowiska American Airlines i odwołałem swoją rezerwację. Zadzwoniłem do Nany. Powiedziałem jej, że jeszcze przez kilka godzin muszę zostać w San Francisco.

– Wrócę wieczorem – dodałem na zakończenie. – Ktoś tutaj ma kłopoty.

– Najprędzej ty – burknęła Nana. – Do widzenia, Alex. Odłożyła słuchawkę. Była zła, bo wolałaby mnie już widzieć w domu, lecz ja z kolei chciałem zapobiec nieszczęściu. Wynająłem samochód. Przez cały czas powtarzałem sobie, że jestem głupi jak but. Przypomniały mi się słowa Charlesa Mansona: „Totalna czujność to także totalna paranoja”. Jego „przemowy” uważałem zawsze za obłąkańczy bełkot, ale tym razem mógł mieć rację. W końcu z własnego doświadczenia znał się na paranoi.

Coś mi mówiło, że Jamilla znalazła się w niebezpieczeństwie. Nie mogłem pozbyć się tego przeczucia. Nie potrafiłem też go zignorować. Było tak silne, że aż mi wibrowało w głowie. To właśnie moja słynna cecha, której musiałem być powolny.

Pomyślałem o Patsy Hampton – i jej śmierci.

Pomyślałem o Betsey Cavalierre – i jej zabójstwie.

I o detektyw Maureen Cooke w Nowym Orleanie.

Zbyt długo pracowałem w wydziale zabójstw, żeby wciąż wierzyć w przypadki. Na dobrą sprawę nie miałem żadnych podstaw do podejrzeń, że jakiś maniak specjalnie przybył do Kalifornii, by zamordować Jamille Hughes.

Po prostu czułem to przez skórę.

„Totalna czujność…”

Przecież był jeszcze Supermózg, prawda? Chodziło mi właśnie o niego. Ciągle czekałem, że zadzwoni. Chciałem go dorwać, tu i teraz. Byłem gotowy.

Rozdział 94

W drodze z lotniska nieustannie przekraczałem dozwoloną prędkość. Parę razy dzwoniłem do Jamilli z komórki. Wciąż nie odpowiadała. Zimny pot spływał mi po plecach. Bałem się jak wszyscy diabli.

Zastanawiałem się, co robić. Mogłem prosić o pomoc policję w San Francisco, ale ten pomysł nie przypadł mi do gustu. Gliniarze to na ogół takie dziwne stworzenia, które w swojej pracy kierują się logiką i podejrzliwie traktują przeczucia. Moje dawne sukcesy w walce z psycholami dały mi pewną sławę w Waszyngtonie, ale tu była Kalifornia.

Mogłem zadzwonić do FBI – tego też nie zrobiłem. Miałem ku temu parę powodów, także związanych z silnym przeczuciem. Silniejszym, niżbym sobie życzył.

Postanowiłem, że zatrzymam się za rogiem Texas Street, przy której mieszkała Jamilla. Najpierw jednak wjechałem na Potrero Hill. Skręciłem jakieś sześć przecznic od mieszkania Jamilli i przeczesałem wszystkie sąsiednie ulice. Istny eklektyzm architektoniczny – obok uroczych drewnianych domków z początku dwudziestego wieku stały trzy-, czteropiętrowe bloki, połyskujące oknami z aluminium. W dali widziałem zatokę, dźwigi przy nabrzeżu i część Oakland. Minąłem New Potrero Market, J.J. Mac’s i ulubioną restaurację Jamilli, North Star. Nigdzie jej nie spotkałem.

Na ulicy panował ścisk. Miałem nadzieję, że mimo wszystko uda mi się gdzieś zaparkować. I że nagle ujrzę Jamillę, idącą z torbą z zakupami lub wracającą z parku, po joggingu.

Nie zobaczyłem jej. Do cholery, gdzie miałem jej teraz szukać? Musiała dzisiaj wziąć urlop?

Wmawiałem sobie, że nic jej nie jest, wciąż jednak dręczyły mnie wspomnienia o Patsy Hampton i Betsey Cavalierre.

W ciągu dwóch lat zginęły dwie dziewczyny.

Nie wierzyłem w przypadki.

Patsy została zamordowana przez angielskiego dyplomatę, niejakiego Shafera. Tego byłem niemal zupełnie pewny. Śmierć Betsey do tej pory czekała na wyjaśnienie. I to mnie właśnie martwiło. Pomyślałem o Supermózgu. W jaki sposób stałem się nieodłączną częścią świata jego wyobraźni? Kiedy? Dlaczego? Pewnej letniej nocy odebrałem telefon: „Betsey Cavalierre nie żyje. To mnie nazywasz Supermózgiem. To przezwisko do mnie pasuje. Jestem najlepszy w tym, co robię”.

Morderca używał noża. Pociął ją wszędzie, nawet w pachwinach. To wskazywało, że nienawidził kobiet. Jak do tej pory, miałem do czynienia tylko z jednym podobnym przypadkiem – z Casanovą w Karolinie Północnej. Lecz Casanovą na pewno zginaj i nie mógł zabić Betsey Cavalierre. A jednak… Coś mi mówiło, że istniał pewien związek między Casanovą i śmiercią Betsey. Jaki?

Dwie przecznice od domu Jamilli, w pobliżu Osiemnastej Ulicy, znalazłem wolne miejsce do zaparkowania. Mieszkała w starej, niedawno odnowionej, wiktoriańskiej kamienicy z potrójnymi oknami, tak charakterystycznymi dla wielu domów w San Francisco. Cicha, spokojna okolica. Na drzewach wisiały zgrabne tabliczki z napisem „Przyjaciele miejskiego lasu”.

Znów do niej zadzwoniłem. Cisza.

Serce waliło mi jak młotem. Zimny pot wciąż płynął mi po plecach. Musiałem działać. Podszedłem do frontowych drzwi i wdusiłem przycisk domofonu. Nic. Cholera. Dlaczego wciąż nie wracała?

Na trawnikach, wzdłuż całej ulicy, widać było napisy „Bezpieczne sąsiedztwo”. Miałem nadzieję, że tak jest naprawdę. Modliłem się w duchu, żeby ta dzielnica była tak spokojna, jak na to wyglądała.

Wróciłem do samochodu. Czekałem. Kręciłem młynka palcami. Z minuty na minutę wkurzałem się coraz bardziej. Myślałem o Supermózgu i o śmierci Betsey; o Casanovie, Dżentelmenie Podrywaczu i o Kate McTiernan, uprowadzonej kiedyś w Karolinie. Dlaczego właśnie to mi się teraz przypomniało? Co to miało wspólnego z obecną sytuacją? Przed oczami przelatywały mi okropne sceny, które zapamiętałem z miejsca zbrodni.

Nie. Tylko nie Jamilła. To nie może się znowu zdarzyć.

Gdy tak siedziałem, przygryzając wargi, rozległ się pisk telefonu. Odebrałem od razu.

To był on. Znów się zabawiał. Zdawał się stać tuż koło mnie.

– Gdzie pan jest, doktorze Cross? Myślałem, że od razu pan wróci do domu, do krewnych i znajomych. Najwyższa na to pora. Tu nie ma pan już nic do roboty. Nic pan nie zdziała. Nic a nic. Nie chcemy przecież, żeby coś się stało Nanie i pańskim dzieciom. Prawda? To byłoby najgorsze. Prawda? Najgorsze.

Rozdział 95

Natychmiast zatelefonowałem do Waszyngtonu, do Nany. Niestety, albo wyszła, albo wciąż była na mnie zła i nie odbierała. Szlag by trafił! Podnieś słuchawkę, błagałem ją w myślach.

Dzwoniłem raz po raz. Głucha cisza. Odbierz! Odbierz! Powiedz coś, do cholery!

Pot zalewał mi kark i czoło. Nie, to jakiś koszmar. Sprawdzały się moje najgorsze obawy. Co mogłem zrobić na odległość?

Zatelefonowałem do Sampsona i poprosiłem go, żeby jak najszybciej pojechał do mnie do domu i oddzwonił. Nie pytał o nic.

– Zaraz podeślę tam radiowóz. Będą za parę minut. Sam też już jadę. Nie martw się, Alex – powiedział.

Niecierpliwie czekałem na jego telefon. Nie mogłem się opędzić od najczarniejszych obrazów i myśli. Byłem bezradny. Nie umiałem pomóc Jamilli – jeśli znalazła się w niebezpieczeństwie – ani własnej rodzinie, gdzieś tam, w Waszyngtonie.

Pomyślałem o Supermózgu. Jak działał w przeszłości? Wyśmiewał się i dręczył, groził… i zabijał, kiedy najmniej się tego spodziewałem. Zadawał cios prosto w serce.

Kiedy najmniej się tego spodziewałem.

Czyny, nie słowa.

Potworne morderstwa.

Wiedział, że nie wróciłem od razu do Waszyngtonu. Skąd miał pewność, że nadal jestem w San Francisco?

Nie mogłem się skoncentrować. Może był tutaj, na tej ulicy? Może mnie obserwował? Już raz dał dowód, że potrafi mnie śledzić, sam pozostając w ukryciu. Wyzywał mnie na pojedynek?

Zapiszczała komórka. Serce skoczyło mi do gardła. Niezgrabnie chwyciłem słuchawkę.

– Cross.

– Wszystko w porządku, Alex. Jestem w twoim domu, razem z Naną i dziećmi. Nic im się nie stało. Stoją przy mnie.

Zamknąłem oczy i westchnąłem z ulgą.

– Daj mi Nanę do telefonu – powiedziałem do Sampsona. – I niech się nie wykręca. Muszę jej wyjaśnić, co ma robić dalej.

Rozdział 96

Sampson obiecał zostać z Naną i dziećmi do czasu, aż wrócę. Tylko jemu mogłem całkowicie zaufać. Z nim były na pewno bezpieczne. Mimo to, ciągle dręczyła mnie niepewność. Za nic w świecie nie chciałem wyjeżdżać z Kalifornii, póki nie dowiem się, co z Jamillą.

Przemogłem się i zadzwoniłem do Tima Bradleya, do redakcji Examinera. Nie wiedział, gdzie jej szukać. Nie miał pojęcia, że wzięła wolne. Może po prostu chciała uciec z miasta i na chwilę zapomnieć, że jest detektywem?

W końcu doszedłem do wniosku, że całkiem niepotrzebnie zostałem w San Francisco. Im dłużej tkwiłem na ulicy, tym bardziej byłem o tym przekonany. To chyba skutek przemęczenia pracą. Dałem się ponieść wyobraźni.

Za każdym razem, gdy chciałem odjechać, stawał mi przed oczami widok bestialsko okaleczonych zwłok Betsey Cavalierre.

Nie osiągnąłbym w pracy niczego, gdybym nie słuchał przeczuć.

Przeczucia, gniecenie w dołku, minione doświadczenia.

A może przede wszystkim upór?

Trwałem więc nadal na posterunku. Parę razy wysiadłem z samochodu i przeszedłem się po ulicy. Wsiadałem znowu.

Znów czekałem. Czułem się trochę głupio, ale nie zamierzałem zrezygnować. Pogadałem chwilę z Sampsonem. W domu nadal było wszystko w porządku. Sampson sprowadził do pomocy jeszcze jednego detektywa z wydziału zabójstw, Jerome’a Thurmana. Znałem go. Podwójna garda przed domniemanym atakiem Supermózgu. To wystarczy?

A potem zobaczyłem Jamillę. Przyjechała swoim starym saabem. Z radości klasnąłem w dłonie. Walnąłem w deskę rozdzielczą. Tak! Była bezpieczna! Dzięki Ci, Boże w Niebiosach.

Zatrzymała się opodal domu i wysiadła. Miała ze sobą sportową torbę z emblematem Uniwersytetu San Francisco. Krótka granatowa koszulka, szare spodnie od dresu, włosy związane w kucyk. Z trudem się powstrzymałem, żeby nie podbiec do niej i jej serdecznie nie uściskać. Zostałem jednak w samochodzie. Jak dobrze, że ją widzę. Nie zginęła z rąk Supermózgu.

Rozejrzałem się po ulicy, żeby sprawdzić, czy nikt jej nie śledził. Coś mi podpowiadało, że w zasadzie mogę już wracać do Waszyngtonu. I wówczas znowu przypomniała mi się Betsey. Zabito ją dopiero po zakończeniu śledztwa.

Dlaczego wtedy? Dlaczego właśnie ona? Niemal nie chciałem poznać na to odpowiedzi.

Odczekałem, żeby Jamilla weszła do mieszkania, i zadzwoniłem do niej z komórki.

– Tu Jamilla Hughes. Nie rozłączaj się. Po usłyszeniu sygnału zostaw dla mnie wiadomość.

Cholera jasna! Jak ja nie cierpię tych maszyn! W domu nie miałem sekretarki.

– Jamillo, mówi Alex Cross. Odezwij się do mnie. To bardzo ważne. Będę…

– Cześć, Alex. Gdzie jesteś? Jak się czujesz? – zapytała wesoło, co tym razem było zupełnie nie na miejscu, jeśli wziąć pod uwagę obecny stan moich nerwów.

– Wysłuchaj uważnie tego, co ci powiem. – Wyjaśniłem jej sytuację w krótkich, rzeczowych słowach, jakbym nadal mówił do automatu. W końcu przyznałem się do najgorszego – że siedzę w samochodzie niemal tuż pod jej drzwiami.

– Na miłość boską, wejdź do środka! – powiedziała. W jej głosie nie było śladu nagany ani nawet zdziwienia. – Chyba trochę przesadzasz. Chodź, pogadamy o tym. Przemyślimy to razem.

– Nie, lepiej będzie, jak jednak tu zostanę. Mam nadzieję, że nie weźmiesz mnie za wariata. Morderca Betsey skontaktował się ze mną po jej śmierci. Z tego co wiem, Supermózg może być teraz w San Francisco. Zabił ją zaraz po zakończeniu śledztwa. Maureen Cooke też zginęła w Nowym Orleanie już po zabójstwie Charlesa i Daniela.

To ją zastanowiło.

– Wiesz co, Alex? Faktycznie jesteś trochę kopnięty, ale podzielam twoje obawy. Rozumiem, do czego zmierzasz… i dziękuję, że się o mnie troszczysz. To, co spotkało Betsey, było naprawdę straszne.

Cieszyłem się, że przynajmniej mogę z nią porozmawiać. Gdy skończyliśmy, wygodniej rozsiadłem się w samochodzie i nadal patrzyłem na ulicę. Przez lata nauczyłem się ufać instynktowi, nawet wbrew logice i radom znajomych. Sam nie wiem, ile razy myślałem o Betsey. Ile razy zastanawiałem się, kto ją zabił? Teraz też właśnie nad tym łamałem sobie głowę.

Siedziałem tak przez kilka godzin. Parę razy rozmawiałem z Jamilla. Namawiała mnie, żebym do niej przyszedł. Twardo odpowiadałem „nie”.

– Pozwól, że zrobię to po swojemu, Jam.

Było już późno i z wolna zacząłem przysypiać. Zauważyłem, że zgasiła światło. Bardzo dobrze. Przynajmniej jedno z nas zachowywało się normalnie.

Wciąż czekałem. Miałem przeczucie, że zaraz coś się zdarzy. Coś wielkiego, wstrętnego i bolesnego zarazem. Coś, czego bym wolał raczej nie oglądać. Trzymałem w ręku koniec sznura i bałem się zań pociągnąć. Już wolałem polegać na „słynnym instynkcie”. No i proszę, gdzie mnie zaprowadził. To już trwało zbyt długo.

Nagle go zobaczyłem – i wszystko się ułożyło. Fragmenty łamigłówki wskoczyły na swoje miejsca, tworząc czytelny obraz. Tu już nie tylko chodziło o śmierć Betsey, ale także o Casanovę i Kate McTiernan. O to, że zawsze był o krok przede mną.

Morderca przyszedł do Jamilli.

Supermózg był w San Francisco.

Pociemniało mi w oczach ze strachu. Poczułem nagle straszne rozczarowanie, smutek i niechęć. Zachciało mi się wymiotować.

To był Kyle Craig. Obserwował mieszkanie Jamilli. Skradał się jak psychopata. Cholerny Supermózg. Przyszedł, żeby ją zabić.

Jak miałem go powstrzymać?

Rozdział 97

– Nie śpisz, Jamillo? – zapytałem cichym, pełnym napięcia głosem. Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach. Nie mogło być gorzej. Jednym okiem spoglądałem na Kyle’a. Obserwował mieszkanie JamillL A żeby go szlag trafił!

– Teraz już nie. Nieprawda, i tak nie mogłam zasnąć. Gdzie jesteś, Alex? Tylko mi nie mów, że wciąż na dole. Co się dzieje?

– Słuchaj uważnie. Supermózg stoi na ulicy. Widzę go. Podejrzewam, że za jakiś czas spróbuje wejść do budynku. Muszę to zrobić przed nim, a nie chcę, żeby mnie zobaczył. Jest tu gdzieś jakieś tylne wyjście?

A potem jej zdradziłem nazwisko mordercy. Rozzłościła się nie na żarty. Posłała zgrabną wiązankę pod adresem Kyle’a.

– Wiedziałam, że z nim coś nie tak! Ale żeby tyle… Dorwiemy sukinsyna. Nie będzie aż tak cwany.

Powiedziała mi, gdzie znaleźć wyjście awaryjne i schody pożarowe. Pobiegłem tam, korzystając z osłony każdego cienia. Miałem nadzieję, ze Kyle mnie nie zauważył. Musiałem jednak pamiętać, że był Supermózgiem.

Był bardziej cwany i mądrzejszy od wszystkich moich poprzednich przeciwników.

O wiele lepiej ode mnie znał sztukę inwigilacji.

I nie popełniał błędów. Przynajmniej do dzisiaj.

Z łatwością znalazłem tylne drzwi domu. Wbiegłem po schodach. Starałem się nie robić hałasu. Nie miałem pojęcia, gdzie jest teraz Kyle.

Kiedy dobiegłem do jej mieszkania, zobaczyłem, że drzwi są otwarte. Serce zamarło mi na chwilę. Poczułem mdłości.

– Jamilla?

Natychmiast wyjrzała przez szparę.

– Wchodź. Nic mi nie jest. Dopadniesz go. Już nam się nie wymknie.

Wsunąłem się do mieszkania. Nie zapalaliśmy światła. W półmroku widziałem fragment salonu, kuchnię i wyjście na niewielki taras. Po drugiej stronie balkonowego okna stała mała ławeczka. Dom Jamilli. Miejsce, w którym miała zginąć. Po kryjomu wyjrzałem na zewnątrz. Kyle zniknął. Ruszył do akcji.

Jamilla wcale nie wyglądała na wstrząśniętą – raczej na złą i zagniewaną. Wyciągnęła służbowy rewolwer. Przygotowała się na wszystko.

Do mnie to jeszcze jakby nie dotarło. Czułem się lekko zagubiony. Bieg wydarzeń wydawał mi się zupełnie nierealny. Nerwy miałem napięte jak postronki. Kyle Craig był moim przyjacielem. Pracowaliśmy razem przy kilkunastu sprawach.

– Po co tu przylazł, Alex? – spytała mnie Jamilla. – Dlaczego się mnie uczepił? Nie rozumiem tego kretyna. Co ja mu zrobiłam?

Popatrzyłem jej prosto w oczy, zastanawiałem się przez chwilę, aż wreszcie wypaliłem:

– To nie chodzi o ciebie, Jamillo. W gruncie rzeczy, to wojna między nami. Między mną a Kyle’em. Należę do jego świata – do jego baśni, którą sobie codziennie opowiada. Chce udowodnić, że jest lepszy. Że naprawdę jest Supermózgiem.

Rozdział 98

Supermózg już wykonał następne posunięcie, chociaż wiedział, że to zaledwie maleńkie pół kroku w jego ogromnym planie. Cofnął się. Odszedł kawałek drogi od domu Jamilli i wspiął się na niskie wzgórze za Jackson Playground. Stąd mógł spokojnie obserwować okna jej mieszkania, drzwi balkonowe i taras.

Uwielbiał to – nieokiełznaną projekcję woli i własnej jaźni wobec maluczkiego świata. Już od ponad dziesięciu lat postępował dokładnie w ten sam sposób. Nikt go na niczym nie przyłapał – ba, nikt nie podejrzewał, kim jest naprawdę.

Cross znalazł się w mieszkaniu; to utrudniało bądź ułatwiało sprawę. Tu należało podjąć kolejną decyzję. Zaryzykować wszystko? Zmienić plany? Przez całe lata Supermózg żył podwójnym życiem. Robił, co chciał, gdzie chciał i kiedy. Pokochał wolność. Ilu poza nim jadło ten przepyszny owoc? Był policjantem i złoczyńcą. Ale może czas na odmianę? Może to życie stało się zbyt spokojne, nazbyt przewidywalne? Kyle uwielbiał polowania – w tym był podobny do Casanovy i Dżentelmena Podrywacza, dwóch dobrze mu znanych, utalentowanych zbrodniarzy, z których jeden działał w Karolinie Północnej, drugi zaś – południowej Kalifornii. Zgadzał się z Casanovą, że mężczyźni to urodzeni łowcy. Zatem polował, na mężczyzn i kobiety, i cieszył się zabijaniem. Zrobił jednak wyraźny postęp.

Polował także na zabójców. Eliminował konkurencję. Zwyciężał na ich własnym polu.

Znał Casanovę na całe lata przedtem, zanim ów straszny, sadystyczny morderca został zlikwidowany przez doktora Crossa. Bawił się w zbrodnię z Casanovą i Dżentelmenem Podrywaczem. „Ja ci buzi dam, ty mi buzi dasz”. Nawet pokochał jedną z ofiar – młodą Kate McTiernan. Wciąż miał do niej sentyment. Słodka, kochana Kate. Dla każdego był trochę kimś innym, wcielał się w różne role. A to dopiero początek.

Był Supermózgiem – ale także pomagał łapać człowieka uznanego przez wszystkich za Supermózg. Czyż można mówić o większej perfidii?

Był nieuchwytnym mordercą z Baltimore, Cincinnati, Roanoke, Wirginii i Filadelfii. W końcu jednak znudziły go te miasta i epizody, które w nich odgrywał. Był mężem Louise, ojcem Bradleya i Virginii. Piął się po szczeblach w FBI, miał jednak pewien problem: doszedł do wniosku, że go złapią. Wierzył w to, chociaż w gruncie rzeczy otaczali go sami idioci. Tak wiele ról, tak wiele różnych twarzy… Czasami sam się zastanawiał, kim Kyle Craig jest naprawdę?

Gra z Crossem dobiegała końca. Lubił go drażnić, lubił wsadzać mu szpile. Niech wie, kto jest tutaj prawdziwym detektywem. Jednak ostatnio trochę przesadził. To się stało, gdy zabił Betsey Cavalierre. Swoją agentkę. Co prawda, było to nieuniknione. Betsey zaczynała go z wolna podejrzewać, kiedy uganiał się za Supermózgiem. Musiała odejść, musiała umrzeć.

To samo Cross. Był wierny swoim przyjaciołom, ufał im – i to stanowiło jego największą słabość. Lecz nawet Cross musiał w końcu domyślić się całej prawdy. Może już się domyślił? Przecież nie bez powodu zjawił się aż tutaj, by obserwować mieszkanie Hughes. Nie potrafił inaczej. Chciał być dobrym i opiekuńczym gliniarzem z zasadami. Co za paskudne marnotrawstwo intelektu! Szkoda… Na pewno byłby lepszym przeciwnikiem.

Cross widział mnie na ulicy, myślał Kyle. Co teraz? Już poczuł przypływ adrenaliny. To bardzo dobrze. Zdawał sobie sprawę, że zostało mu niewiele czasu. Co robić? Oboje byli w mieszkaniu Hughes. Miał ich jak na talerzu.

Nie wolno stracić takiej przewagi.

Wykonał następny ruch.

Rozdział 99

– Wiesz, nigdy go nie lubiłam, Alex – powiedziała Jamilla, kiedy czekaliśmy w ciemnym mieszkaniu. – Wydawał mi zimny i nieludzki. Jak robot. Już przy pierwszym spotkaniu wyczułam instynktownie, że nie lubi kobiet.

– Ja jednak go lubiłem. Niestety – westchnąłem. – Jest sprytny jak diabli. Wydzwaniał do mnie jako Supermózg, nawet gdy byliśmy razem. W gruncie rzeczy, to chciałbym się dowiedzieć, co tak naprawdę mu dolega. Na pewno nie jest wariatem w potocznym znaczeniu tego słowa. Działa według starannie obmyślonego planu. Po raz pierwszy czekam, żeby do mnie zadzwonił.

– Uważaj, bo czasami takie życzenia się spełniają – odparła.

Siedzieliśmy obok siebie na podłodze za regałem w salonie. Była tam także ławeczka gimnastyczna. Nic wymyślnego, jakiś starszy model. Obok leżały trzy – i pięciokilogramowe hantle, kilka czasopism i stare egzemplarze Chronicie.

Miałem nadzieję, że Kyle nie może zajrzeć do mieszkania. Że nie zabrał lornetki ani karabinu z lunetą z noktowizorem. Wiedziałem, że potrafi strzelać z dużej odległości. Udowodnił to podczas mojego starcia z Michaelem. Był ekspertem w wielu rozmaitych dziedzinach.

Na wszelki wypadek postanowiliśmy nie zbliżać się do okien.

– Ciągle nie mieści mi się w głowie, że był do tego zdolny – powiedziała z namysłem Jamilla. – Prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się o nim wszystkiego.

– Na pewno stanie się rozmowny, gdy tylko go złapiemy. Będzie się chwalił. Jeśli tu przyjdzie, to trochę z niego wyciągniemy.

– Myślisz, że wie o tobie? Wie, że jesteś tutaj? Westchnąłem ciężko i wzruszyłem ramionami.

– Raczej tak. Jedno jest pewne: nie zrobi niczego, czego się po nim spodziewamy. Zawsze tak postępuje. Tylko po tym można go rozpoznać.

Zastanawiałem się, czy nie wezwać posiłków. Jamilla była przekonana, że to by go spłoszyło. Chciał nas dopaść? To proszę bardzo. Bierz się do roboty, draniu. Dalej, jazda, bo czekamy.

Siedzieliśmy zatem w ciemnościach i było nam całkiem dobrze. Po pewnym czasie Jamilla wzięła mnie za rękę. Przytuliliśmy się do siebie.

– Tu przynajmniej jest nam wygodniej niż w samochodzie na ulicy – szepnęła.

– Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, prawda?

Minęła czwarta, kiedy na zewnątrz usłyszeliśmy jakiś cichy hałas. Jamilla popatrzyła na mnie. Ścisnęliśmy broń w dłoniach.

Pierwszy raz zadałem sobie poważne pytanie, czy zdołam strzelić do człowieka, którego jeszcze do niedawna uważałem za przyjaciela. Nie podobało mi się to uczucie. Nie byłem pewny swojej reakcji i tego najbardziej się bałem.

Ciche kroki rozległy się na tarasie. Na swój sposób poczułem ulgę. Wreszcie doszło do spodziewanej konfrontacji. Kyle nadchodził. Baśń, którą snuł tak długo, całe jego urojone życie domagało się teraz spełnienia. Może już popadł w paranoję? To by dawało nam przewagę.

– Bądź ostrożna – szepnąłem, dotykając dłoni Jamilli. -

Spróbuj na to popatrzeć z jego punktu widzenia. Myśli, że ma nas tam, gdzie zechciał.

Intruz fachowo poradził sobie z balkonowymi drzwiami. Był szybki i zdecydowany. Zdałem sobie sprawę, że musiał już od dawna obserwować to mieszkanie. Wiedział, gdzie są tylne schody, i po nich wspiął się na taras.

Zamek w drzwiach ustąpił z cichym trzaśnięciem. Potem nastąpiła cisza.

– Jesteśmy lepsi – wyszeptała Jamilla. – Tym razem wygramy.

Czekaliśmy ukryci w mroku. Drzwi otworzyły się z nieznośną powolnością. Kyle wszedł do środka. Sunął nisko zgarbiony. Nie widział nas, lecz my go widzieliśmy.

Wpadłem na niego całym rozpędem, całym ciężarem ciała. Włożyłem w to wszystkie siły. Uderzyliśmy z hukiem o ścianę, aż zadygotał cały pokój. Szklanki i książki pospadały z półek. Byłem zaskoczony, że nie przebiliśmy muru.

Z całej siły walnąłem go łokciem w podbródek. Poskutkowało. Kyle też miał niezłą krzepę, ale tym razem nad nim górowałem. Uderzyłem go krótkim, twardym ciosem z prawej strony. Dostał prosto w szczękę. Poprawiłem w żołądek. Myślałem, że mu wyjdą flaki.

Uniosłem rękę do ponownego ciosu, lecz w tej samej chwili Jamilla zapaliła światło – i oniemiałem. Dreszcz przebiegł mi po całym ciele.

To nie był Kyle.

Rozdział 100

– Padnij! Na ziemię! Odejdź od okna! – krzyknąłem do Jamilli.

Bałem się, że Kyle może do niej strzelić. Na pewno czaił się gdzieś na zewnątrz. Jamilla natychmiast rzuciła się na ziemię, twarzą w moją stronę. Intruz też na mnie patrzył. Nie wstawał. Wyglądało na to, że jest zaskoczony nie mniej ode mnie. Kim był, do ciężkiej cholery? Co się tu w ogóle działo? Gdzie Kyle?

Jamilla celowała mu prosto w pierś. Była upiornie spokojna; rewolwer nawet nie drgnął w jej dłoni. Po moim uderzeniu intruz obficie krwawił z nosa. Był dobrze zbudowanym, krótko ostrzyżonym Murzynem o nieco jaśniejszej karnacji, mniej więcej po trzydziestce.

W głowie kręciło mi się od natłoku myśli.

– Kim ty jesteś? Kim jesteś, do diabła?! – wrzasnąłem na niego. Gapił się na mnie ze zdumieniem.

– FBI – wysapał. – Agent federalny. Odłóżcie broń. Natychmiast.

– A ja jestem z policji w San Francisco i na pewno nie odłożę broni! – krzyknęła Jamilla. – Co robisz w moim mieszkaniu? – Widziałem, że jej umysł pracował na najwyższych obrotach. Na pewno nie były to najprzyjemniejsze myśli. – Gadaj!

Pokręcił głową.

– Nie muszę odpowiadać na wasze pytania. W lewej tylnej kieszeni mam portfel. Znajdziecie tam odznakę i legitymację. Powtarzam, jestem agentem!

– Leż! – warknąłem ostrzegawczo. – Na zewnątrz może być snajper. Przysłał cię tu Kyle Craig? – spytałem.

Wystarczyło spojrzeć na jego twarz, żeby domyślić się odpowiedzi. Agent jednak milczał uparcie.

– Nie muszę z wami rozmawiać – powtórzył.

– Zobaczymy – ostatnie słowo jak zwykle należało do Jamilli.

Jedyne, co mogłem zrobić w takiej sytuacji, to zadzwonić do FBI. Zrobiłem to.

Zaraz po piątej rano zjawiło się w mieszkaniu czterech agentów z miejscowego oddziału FBI w San Francisco. W dalszym ciągu omijaliśmy okna, chociaż byłem niemal zupełnie pewny, że Kyle’a już tam nie ma. Pewnie w ogóle wyjechał z miasta. Znów był o krok przed nami. Powinienem wiedzieć – i po trochu wiedziałem – że wymyśli coś niezwykłego.

Nasi agenci przez bite dwie godziny próbowali go złapać przez telefon – a kiedy im się to nie udało, byli kompletnie zszokowani. Po trochu zaczynali wierzyć, że to Kyle przez minione lata zamordował kilkanaście osób. Ustalili też, że to właśnie on wysłał człowieka do Jamilli. Powiedział mu, że w środku leżą trupy miejscowej policjantki i doktora Alexa Crossa.

Potem zrobiło się gorąco.

Pierwszy podłożyłem ogień.

Rozdział 101

O wpół do ósmej rano odebrałem telefon od dyrektora FBI, Ronalda Burnsa, z Waszyngtonu. Burns rozmawiał ze mną ostrożnie, ale wiedziałem, że by nie zadzwonił, gdyby nie miał ważnych dowodów, wskazujących na winę Kyle’a. Wciąż dręczyło mnie poczucie krzywdy, ale to był normalny objaw. W końcu to Kyle okazał się szaleńcem; ze mną było wszystko w porządku.

– Niech mi pan powie jak najwięcej, panie dyrektorze – poprosiłem. – Znam Kyle’a, lecz są sprawy, o których nie mam pojęcia. Muszę wiedzieć wszystko. To bardzo ważne.

Burns nie odpowiedział od razu. Po drugiej stronie słuchawki zapanowała długa cisza. Był przyjacielem Kyle’a. Lub przynajmniej uważał go za przyjaciela. Wszyscy pomyliliśmy się jak diabli. Ktoś, kogo darzyliśmy największym zaufaniem, oszukał nas i wykorzystał.

W końcu Burns zaczai mówić.

– To chyba zaczęło się jeszcze przy Buziaczkach. A może wcześniej? Wie pan zapewne, że Kyle studiował na Uniwersytecie Duke. Tam poznał Dżentelmena Podrywacza, czyli Willa Rudolpha. W czasie dochodzenia spowodował śmierć dziennikarki z Los Angeles Times, Beth Lieberman. Za bardzo zbliżyła się do Rudolpha.

Zamknąłem oczy i potrząsnąłem głową. Pomagałem przy tamtej sprawie. Słyszałem, że Kyle studiował na Duke, ale nie wiedziałem o jego kontaktach z zabójcą, terroryzującym Los Angeles. Podejrzewałem go przelotnie, lecz na wszystko miał alibi. Oczywiście, że miał.

– Dlaczego wcześniej mi pan o tym nie powiedział? – spytałem. Próbowałem zrozumieć motywy FBI. Jak dotąd, nie udawało mi się to.

– Zwróciliśmy na niego baczniejszą uwagę dopiero po zabójstwie Betsey Cavalierre. Wciąż nie mieliśmy jednak żadnych wyraźnych dowodów. Nie wiedzieliśmy, czy jest mordercą, czy naszym najlepszym agentem.

– Boże… – wyrwało mi się. – Przecież jednak mogliśmy porozmawiać! Wręcz powinniśmy. A teraz uciekł. Co chce mi pan przekazać? Zmieniam się w słuch.

– Alex, wie pan to samo co ja, a może nawet dużo więcej. Liczyłem na to, że pan mi coś powie.

Po rozmowie z Burnsem zadzwoniłem do Sampsona i poinformowałem go o sytuacji. Nowiny nim wstrząsnęły. Okazało się, że już dawno zabrał Nanę i dzieci z naszego domu przy Piątej. Tylko my dwaj wiedzieliśmy, gdzie ich szukać.

– Wszystko w porządku? – spytałem. – Nic wam nie potrzeba?

– Chyba żartujesz! – obruszył się. – Jeszcze nigdy nie widziałem Nany tak wkurzonej. Gdyby tu teraz przyszedł Kyle Craig, to raczej stawiałbym na Nanę. A dzieciaki są po prostu super. Wprawdzie nie wiedzą, o co chodzi, lecz domyślają się, że to coś złego.

– Nie zostawiaj ich ani na chwilę, John – ostrzegłem go ponownie. – Ani na sekundę. Następnym lotem wracam do Waszyngtonu. Nie wiem, jak Kyle mógłby cię wyśledzić, ale nie wolno go nie doceniać. Jest niebezpieczny. Z jakichś powodów uwziął się na mnie, a może i na moich krewnych. Jeśli się dowiem, co mu dolega, to może zdołam go powstrzymać.

– A jeśli nie? – zapytał Sampson. Nie odpowiedziałem na to pytanie.

Rozdział 102

Znów pożegnałem się z Jamillą Hughes. Za każdym razem było to trudniejsze. Dużo wspólnie przeszliśmy w bardzo krótkim czasie. Zmusiłem ją do obietnicy, że przez następne kilka dni będzie na siebie bardzo uważała. Przyrzekła mi to. Potem wreszcie wróciłem na lotnisko i wsiadłem do samolotu.

Kyle przestał do mnie wydzwaniać, ale to wcale mnie nie uspokoiło. Nie wiedziałem, gdzie się teraz znajduje i co robi.

Może nadal mnie obserwował? Może wraz ze mną przyleciał do Waszyngtonu? Nie powinienem o tym myśleć. Rzecz w tym, że nie potrafiłem.

Może spoglądał na mnie przez lornetkę, kiedy szedłem do domu ciotki Tii, w Chapel Gate, w stanie Maryland, niecałe dwadzieścia pięć kilometrów na pomoc od Baltimore? Skąd mógłby wiedzieć, że tam jestem? No, w gruncie rzeczy to był jego zawód. Jak miał ominąć mnie i Sampsona? To chyba raczej niemożliwe. Chociaż w jego przypadku nikt nie mógł być niczego pewny.

Dzieciom nawet spodobały się te niezwykłe wakacje. Nie musiały chodzić do szkoły. Ciotka Tia zawsze je rozpieszczała, podobnie jak mnie, kiedy byłem mały.

– Tak jak dawniej, tak jak dawniej – mruczała, dając nam w środku dnia po kawałku gorącego ciasta lub wręczając niespodziewany prezent. Nana też była w milszym nastroju niż zwykle. Chyba lubiła „małą siostrzyczkę”. Tia miała „zaledwie siedemdziesiąt osiem” lat, więc była młodsza od Nany. Żywa i bardzo nowoczesna jak na swoje lata, uwielbiała pichcić przeróżne potrawy. Pierwszego dnia zrobiły z Naną spaghetti z serem gorgonzola, sałatkę z brokułów i przepyszny piernik. Jadłem tak, jakby to miał być mój ostatni posiłek w życiu.

A potem dokazywałem z dziećmi aż do jedenastej. Nieprzyzwoita pora – już dawno powinny być w łóżkach. Bawiliśmy się znakomicie. Zdecydowanie wolę mówić właśnie o takich sprawach, a nie o morderstwach. Więc jeszcze trochę: jestem ojcem i ponad życie kocham Damona, Jannie i Alexa. To chyba coś tłumaczy.

Następnego dnia pojechałem do Waszyngtonu. Nad bezpieczeństwem mojej rodziny czuwali agenci FBI. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że kiedyś będę musiał sam korzystać z tej formy ich pomocy. Prawdę mówiąc, bałem się jak cholera.

Po południu zjawiłem się w kwaterze głównej FBI i dowiedziałem się, że ponad czterystu federalnych otrzymało rozkaz znalezienia i schwytania Kyle’a Craiga. Jak dotąd, żaden przeciek nie trafił do prasy. Burns chciał, żeby tak zostało. Ja również. A najbardziej czekałem na to, że Kyle wpadnie w nasze ręce, zanim znów kogoś zabije.

Na przykład kogo? Gdzie szukał następnej ofiary?

Rozdział 103

– Christine? Tu Alex – powiedziałem. Coś mnie ściskało w dołku. – Przepraszam, że cię niepokoję. To bardzo ważne, inaczej bym nie dzwonił. – Nie kłamałem. Ten telefon kosztował mnie wiele nerwów.

– Co z małym Alexem? – zapytała zaniepokojonym tonem. – A z Naną?

– Nie, nie. U nich wszystko w porządku – napomknąłem ostrożnie.

Zapadło niezręczne milczenie. Kiedyś byliśmy zaręczeni i planowaliśmy ślub. Potem Christine ze mną zerwała, bo nie mogła na co dzień wytrzymać z detektywem z wydziału zabójstw. Zbyt często miewaliśmy podobne rozmowy.

– Niedobrze, Alex – westchnęła. – Co się stało? Znów się pojawił Geoffrey Shafer? – spytała. Wyczuwałem drżenie w jej głosie. Nic dziwnego. Shafer ją kiedyś porwał i uwięził.

– Nie, to nie on.

Opowiedziałem jej o Kyle’u. Znała go, nawet lubiła, więc spadło to na nią jak grom z jasnego nieba. Przed kilku laty skrzywdziło ją podobne monstrum. Nigdy mi w pełni nie wybaczyła, że wciągnąłem ją w tamtą aferę. Nie mogłem jej za to winić. Bywały chwile, że sam miałem żal do siebie. Teraz z kolei przypomniałem sobie, jak bardzo ją kiedyś kochałem. A może nadal kocham?

– Znasz jakieś bezpieczne miejsce, gdzie mogłabyś przeczekać? – spytałem. – Jedź tam. To bardzo ważne. Kyle jest potwornie groźny, Christine.

– Och, Alex. Przecież dlatego przyjechałam tutaj, żeby czuć się zupełnie bezpieczna. Po co na nowo wkraczasz w moje życie?

Zapewniła mnie, że najbliższe dni spędzi u przyjaciela. Ostrzegłem ją, żeby nie wymieniała przez telefon żadnych adresów ani nazwisk. Rozpłakała się i odłożyła słuchawkę. Czułem się jak zbity pies; było mi potwornie głupio. Krótka rozmowa przywołała wszystkie najgorsze chwile z naszej znajomości.

Następnie zatelefonowałem do Jamilli. Wmawiałem sobie, że chcę sprawdzić, czy nic jej się nie stało, lecz w gruncie rzeczy chciałem z nią porozmawiać. Na równi ze mną po uszy tkwiła w tej sprawie. Niestety, nie zastałem jej w domu. Nagrałem się na sekretarkę. Powiedziałem, że się bardzo martwię i że ostrożność nie zawadzi.

Zadzwoniłem niemal do wszystkich, na których mi zależało. Do wszystkich, którzy mogli mieć jakiś kontakt z Kyle’em.

Ostrzegłem parę przyjaciół-detektywów, Rakeema Powella i Jerome’a Thurmana, z waszyngtońskiej policji. Wątpliwe było, żeby to właśnie ich Kyle próbował zabić, ale wolałem nie zostawiać żadnej otwartej furtki.

Porozmawiałem także z moją główną wtyczką w Washington Post, czyli z Zacharym Scottem Taylorem. Od lat żyliśmy w ogromnej przyjaźni. Usiłował naciągnąć mnie na wywiad, ale odpowiedziałem mu, że nic z tego. Kyle był zazdrosny o artykuły, jakie Zach wypisywał o mnie. Sam mi to kiedyś powiedział. To stwarzało dodatkową groźbę.

– Mówię poważnie – upomniałem Zacha. – Nie próbuj go nie docenić. Jesteś na jego czarnej liście, więc musisz mieć się na baczności.

Następni byli Scorse i Reilly z FBI, z którymi pracowałem w czasie śledztwa w związku z porwaniem Maggie Rosę Dunne i Michaela Goldberga. Już słyszeli o łowach na Kyle’a, lecz nie martwili się o własne bezpieczeństwo. Aż do teraz.

Zadzwoniłem do mojej siostrzenicy Naomi, uprowadzonej kiedyś przez Casanovę. Była prawnikiem w Jacksoiwille, na Florydzie. Miała całkiem fajnego chłopaka, Setha Samuela Taylora. Zamierzali się pobrać gdzieś pod koniec roku.

– Kyle lubi niszczyć ludziom szczęście – powiedziałem. – Bądź ostrożna. Wiem, że na pewno będziesz.

Zadzwoniłem do Kate McTiernan, do Karoliny Pomocnej. Przypomniałem sobie nasze ostatnie spotkanie podczas wspólnej kolacji z Kyle’em. Czy to miało głębsze znaczenie? A kto to mógł teraz wiedzieć? Kate obiecała, że będzie uważać. Przy okazji mi przypomniała, że ma trzeci dan w karate. Lecz Kyle ją lubił – i to chyba niepokoiło mnie najbardziej. Moje obawy rosły z minuty na minutę.

– Pilnuj się, Kate. Kyle to najgorszy wariat, jaki mi się trafił.

Skontaktowałem się z Sandy Greenberg z Interpolu, która już nieraz pracowała z Kyle’em. Wręcz była zszokowana, że okazał się mordercą. Przyrzekła, że będzie czujna, dopóki go nie złapiemy, i zaoferowała wszelką pomoc, gdyby zaszła potrzeba.

Kyle Craig był zimnym, bezlitosnym zabójcą.

Moim współpracownikiem i przyjacielem, pomyślałem.

Ciągle nie mogłem w to uwierzyć. Próbowałem ułożyć listę potencjalnych ofiar.

1. Ja

2. Nana i dzieci

3. Sampson

4. Jamilla

Potem jednak przyszło mi do głowy, że podchodzę do tego z własnego punktu widzenia, niekoniecznie spójnego z zamiarami Kyle’a. Spróbowałem więc znowu:

1. Rodzina Kyle’a – wszyscy

2. Ja – i moja rodzina

3. Dyrektor Burns z FBI

4. Jamilla

5. Kate McTiernan

Siedziałem sam w pustym domu przy Fifth Street i zastanawiałem się, co mam robić. Doprowadzało mnie to do szału. Czułem, że kręcę się w kółko.

Kyle był zdolny do wszystkiego.

Rozdział 104

Wreszcie zadzwonił.

– Zabiłem ich i nic nie poczułem. Zupełnie nic. Lecz ty poczujesz, Alex. W pewnym sensie, to ty jesteś winny. Nikt inny, tylko ty. Nawet nie chciałem ich zabijać. Ale musiałem. Tak zwykle dzieje się w thrillerach. Przyznaję, że wymknęło się to spod kontroli.

Słuchałem tych okropnych wyznań kwadrans po piątej rano. Spałem zaledwie trzy godziny, kiedy obudził mnie terkot telefonu. Wpadłem w panikę. Serce waliło mi tak głośno, że słyszałem każde uderzenie.

– Kogo zabiłeś? – spytałem Kyle’a. – Kogo? Powiedz mi, kto to był. Powiedz!

– A co to za różnica? Przecież i tak już nie żyją. Nic na to nie poradzisz. Możesz mnie najwyżej złapać. Pomogę ci w tym. Czy nie to właśnie chciałeś usłyszeć? Czy to nie będzie trochę ciekawsze? Trochę uczciwsze? – Wybuchnął obłąkańczym śmiechem. Chryste Panie, nigdy nie słyszałem, żeby stracił nad sobą panowanie.

Pozwoliłem mu mówić dalej. Czułem, jak się nadymał. Tego mu było właśnie potrzeba.

Kogo zabił? Boże, kogo zamordował? Mówił przecież co najmniej o dwóch osobach.

– Z reguły działaliśmy razem, jak w zespole. Złapać samego siebie. Byłby to mój największy triumf! Myślałem nad tym. Puściłem wodze fantazji. Sam przeciw sobie. Może być coś lepszego? – Znów się roześmiał.

Postanowiłem sobie w duchu, że już więcej nie zapytam, kogo zabił. Mógłby się zdenerwować i przerwać połączenie. Głowa mi puchła od natłoku myśli. Bałem się. Christine? Kate? Jamilla?

Ktoś z FBI? Kto? Kto, na Boga?! Miej sumienie, ty potworze. Pokaż, że zachowałeś choć trochę człowieczeństwa.

– Nie jestem słynnym terapeutą. Nie mam twojego wykształcenia, ale wysnułem pewną teorię. Nazwijmy ją amatorską – ciągnął. – Tu chyba chodzi o współzawodnictwo. O braterską rywalizację. Sądzisz, że to możliwe, Alex? Wiesz co? Miałem młodszego brata. Pojawił się w najgorszej chwili i zdławił mój kompleks Edypa. Byłem zaledwie dwuletnim malcem, a on odgrodził mnie od rodziców. Na twoim miejscu bym to sprawdził. Zatelefonuj do Quantico. Możesz się na mnie powołać.

Cedził słowa spokojnym, niemal beznamiętnym tonem. Drwił ze mnie – jako detektywa i psychiatry. Ręce drżały mi jak w febrze. Miałem dość.

– Kogo zabiłeś tym razem?! – ryknąłem do słuchawki. – Kogo?!

Wykończył mnie. Ze szczegółami opowiedział o ostatnim morderstwie. Byłem pewien, że mówił prawdę.

Potem rozłączył się. Kląłem w żywy kamień.

Chwilę później, zupełnie otępiały, z błędnym wzrokiem, siedziałem w samochodzie i gnałem przez Waszyngton na miejsce nowej zbrodni.

Rozdział 105

– Nie! Nie! Nie!

Tego się nie spodziewałem. Miałem wrażenie, że ktoś wbił mi nóż w serce i wiercił nim w otwartej ranie. To Kyle znęcał się nade mną. Co mi chciał przez to przekazać? Jakby mówił: To dopiero początek. Spodziewaj się najgorszego.

Stałem jak skamieniały w drzwiach sypialni Zacha i Liz Taylorów. Oczy miałem pełne łez. Straciłem parę najlepszych przyjaciół. Bywałem u nich dziesiątki razy – na różnych przyjęciach, obiadach i pogaduszkach do późnej nocy. Oni także często wpadali do mnie, na Piątą. Zach był ojcem chrzestnym małego Alexa.

Dobrze chociaż, że zginęli szybko. Kyle pewnie bał się wpadki. Wiedział, że nie może zbyt długo zabawić w eleganckim mieszkaniu w dzielnicy Adams-Morgan.

Tak czy owak, zabił Taylorów strzałami w głowę. Nie znęcał się nad ciałami. Prawie bez trudu zrozumiałem, co usiłował mi powiedzieć: „Nie chodzi o nich”.

To sprawa tylko między nami.

Zupełnie nie dbał o Liz i Zacha. To chyba było najgorsze. Zabijał z upiorną łatwością, niemal od niechcenia, wyłącznie po to, żeby mnie skrzywdzić.

To dopiero początek.

Spodziewaj się najgorszego.

Wokół nie było żadnych śladów furii. Żadnych uczuć. Miałem wrażenie, że Kyle tuż po zabójstwie jakby się zawahał. Och, Kyle, Kyle. Miejże dla nas litość.

Rozejrzałem się po pokoju. Nie robiłem notatek. Były niepotrzebne – wszystko nazbyt mocno wryło mi się w pamięć, z najdrobniejszymi szczegółami. Tego widoku nie zapomnę aż do końca życia.

Twarze ofiar były częściowo rozerwane. Przemogłem się, żeby na nie spojrzeć. Przypomniałem sobie, jak bardzo się kochali. Zach powiedział mi kiedyś: „Liz to jedyna znana mi osoba, z którą wytrzymuję nawet długą jazdę”. Rozmawiali ze sobą bardzo często i nigdy nie brakowało im tematów. Patrząc na ich nieruchome ciała, poczułem przeraźliwą pustkę. Odeszli razem. Co za okropna strata. Horror.

Podszedłem do dużego okna, wychodzącego na ulicę. Zdawało mi się, że wkroczyłem do nierealnego świata. Widziałem neon Cafe” Lautrec. Kawiarnia była jeszcze zamknięta. Pomyślałem o uciekającym Kyle’u. Co odczuwał? Dokąd się kierował?

Chciałem go złapać i powstrzymać. Nie. Zamierzałem go zabić. Chciałem, żeby przed śmiercią cierpiał najgorsze katusze.

Ktoś podszedł do mnie. Był to sierżant Ed Lyle z ekipy śledczej.

– Przykro mi, panie Cross. Czego pan od nas oczekuje? Jesteśmy gotowi do pracy.

– Szkice, wideo, fotografie – powiedziałem. Prawdę mówiąc, było to wcale niepotrzebne. Po co mi nowe koszmarne zdjęcia? Po co dowody?

Znałem mordercę.

Rozdział 106

Wróciłem do domu około pierwszej po południu. Spać mi się chciało, lecz drzemałem tylko dwie godziny. Potem wstałem i niespokojnie krążyłem po pokojach.

Obszedłem wszystkie. Za wszelką cenę chciałem przerwać ten łańcuch zbrodni, lecz nie wiedziałem, od czego zacząć. Przed oczami migały mi nazwiska z listy domniemanych ofiar: moja rodzina, Sampson, Christine, Jamilla Hughes, Kate Mc-Tiernan, Naomi i rodzina Kyle’a.

Wciąż widziałem Zacha i Liz. Najlepsze lata mieli jeszcze przed sobą, ale zginęli – i to przeze mnie. Wreszcie poszedłem do łazienki i zacząłem wymiotować. Chociaż to dobre. Myślałem, że wyrzygam flaki. Z trzaskiem zamknąłem szafkę nad zlewem, omal nie rozbijając lustra.

Przez cały czas Kyle był pieprzony krok do przodu, nie mam racji? – pomyślałem z wściekłością. Taki chojrak? Przez całe lata pogrywał sobie ze mną jak kot z myszą.

Wierzył w siebie. Za każdym razem udawało mu się jakoś umknąć. Robił, co chciał. I co teraz? Kogo zabije? Kogo? Kogo?

Jak zdołał zniknąć z domu Taylorów? Jak mógł pozostać niewidzialny, skoro szukało go aż tylu ludzi?

Miał kupę forsy – zadbał o to, gdy wziął na siebie rolę Supermózgu. Co zaplanował?

Większą część nocy i cały ranek przesiedziałem przy komputerze. Biurko stało tuż pod oknem. Widział mnie? Nie, chyba nawet on nie podjąłby takiego ryzyka. Czy mogłem być czegokolwiek pewny?

Z pewnością nie zawahałby się przed zbrodnią na większą skalę. Gdzie by uderzył? Na Waszyngton? Nowy Jork? Los Angeles? Chicago? A może na rodzinne Charlotte, w Karolinie Północnej? Albo raczej gdzieś w Europie? Londyn?

Miał rodzinę. Byli bezpieczni? Żona, syn i córka. Któregoś lata byliśmy razem na wakacjach w Nags Head. Kilka razy odwiedzałem ich w domu, w Wirginii. Bardzo się zaprzyjaźniłem z żoną Kyle’a, Louise. Obiecałem, że jeśli zdołam, złapię go żywego. Teraz jednak się zastanawiałem, czy dotrzymam tego przyrzeczenia. Czy chcę dotrzymać? Co właściwie zrobię, kiedy znajdę Kyle’a?

Mógł zwrócić się przeciw rodzicom, zwłaszcza że obarczał ojca winą za swoje zbrodnie. William Hyland Craig był kiedyś generałem, a potem, już w Charlotte, prezesem dwóch spółek spod znaku Fortune 500. Teraz udzielał dobrych porad za dziesięć – lub dwadzieścia tysięcy od łebka i zasiadał w zarządzie kilku koncernów. Za młodu często bijał Kyle’a za każde przewinienie. Uczył go dyscypliny i nienawiści.

Braterska rywalizacja? Kyle napomknął o tym w ostatniej rozmowie ze mną. Od dziecka konkurował ze swoim młodszym bratem, aż do tragicznej śmierci Blake’a w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym pierwszym roku. Oficjalnie mówiono wówczas, że to wypadek na polowaniu. A jeśli Kyle zabił Blake’a? Co w takim razie ze starszym bratem, który wciąż mieszkał w Karolinie Pomocnej?

Jaka w tym była moja rola? Może Kyle we mnie dostrzegł wcielenie Blake’a? Uważał mnie za młodszego brata? Od samego początku chciał być ode mnie lepszy. Próbował mną powodować. Kobiety, z którymi się spotykałem, postrzegał jako zagrożenie, jako ekstremalny wariant wspomnianej rywalizacji. To dlatego zabił Betsey Cavalierre. A co z Maureen Cooke w Nowym Orleanie? A z Jamillą?

Pomyślałem sobie, że warto rozpracować taki teoretyczny model trójkąta rodzinnego, z udziałem moim i Kyle’a.

Krok do przodu.

Przynajmniej jak dotąd.

Gdyby próbował zabić rodziców albo brata, to natychmiast wpadłby w nasze ręce. Byli w Charlotte pod czujną opieką agentów FBI.

Kyle na pewno o tym wiedział. Nie był głupi – tylko perfidny i okrutny.

Krok do przodu.

To chyba – w moim rozumieniu – stanowiło właściwy klucz do świata jego wyobraźni. Nie wykonywał oczywistych ruchów. Zawsze był jeden, a czasem dwa ruchy przed tobą. Jak mu się to udawało? Co zrobi teraz, w trudnej sytuacji? Nie umiałem wyzbyć się podejrzeń, że ktoś musiał mu pomagać. Może miał wspólnika nawet w FBI?

W końcu zasnąłem ze zmęczenia. Obudził mnie telefon stojący w sypialni. Była trzecia w nocy. A żeby go szlag trafił. Czy ten bydlak nigdy nie sypia?

Podniosłem słuchawkę, nacisnąłem widełki i wyciągnąłem wtyczkę ze ściany.

Pieprz się, Kyle. Dość tych pogaduszek.

Od dzisiaj to moja gra. Teraz ja ustalam zasady.

Rozdział 107

Rankiem wypiłem morze czarnej kawy i pomyślałem o naszej ostatniej wspólnej sprawie – o Danielu i Charlesie, Westinie i braciach Alexander. Jakie to miało znaczenie w świecie marzeń Kyle’a? Zostaliśmy wplątani w makabryczną historię. Wciągnął mnie w to, a potem próbował kontrolować. Wykorzystywał śledztwo do rozgrywki ze mną. Ciekawe, czy to właśnie wtedy nastąpił początek końca?

Próbowałem poskładać fragmenty układanki z psychologicznego punktu widzenia. Być może reszta sama wyjdzie. Właśnie – być może. Z Kyle’em nigdy nic nie wiadomo. Kiedy widział wyraźny schemat, to starał się go przełamać. Jeśli zrozumiał, co się z nim dzieje, mógł to obrócić na swoją korzyść.

Koło południa zadzwoniłem do jego starszego brata, Martina, radiologa, mieszkającego na obrzeżach Charlotte. Był czas, kiedy myślałem, że to właśnie tutaj Daniel i Charles zapoczątkowali serię okrutnych morderstw. A może Kyle maczał w tym palce? Znali się wcześniej?

Martin Craig był chętny do pomocy, ale w końcu przyznał zupełnie szczerze, że od dziesięciu lat nie rozmawiał z bratem.

– Ostatni raz widzieliśmy się na pogrzebie Blake’a – powiedział. – Nie lubię swojego brata, detektywie Cross. I on mnie też nie lubi. Nie sądzę, żeby pałał do kogoś sympatią.

– Ojciec naprawdę go tak często karcił? – zapytałem.

– Taka jest wersja Kyle’a, ale prawdę mówiąc, ja tego nie widziałem. Matka też nie. Kyle zawsze opowiadał niestworzone rzeczy, w których był albo wielkim bohaterem, albo żałosną ofiarą. Matka zazwyczaj mawiała, że mój brat jest pierwszym po Bogu.

– I miała rację? Podziela pan tę opinię?

– Detektywie Cross, mój brat nie wierzył w Boga i nikomu nie ustępował pola.

Rozmawialiśmy dłuższą chwilę o wzajemnych relacjach w ich rodzinie. Kyle bez przerwy współzawodniczył z braćmi i uważał, że dla rodziców oni zawsze są zwycięzcami. Grał w pierwszej piątce w drużynie koszykówki, ale to Martin zawsze rzucał najwięcej punktów, był gitarzystą w miejscowym zespole i prowadził bujne życie towarzyskie. Raz wszystkich trzech braci-koszykarzy opisano w lokalnej gazecie, lecz więcej miejsca poświęcono Blake’owi i Martinowi. Zdali na studia, ale Blake i Martin poszli na medycynę, a Kyle wybrał prawo, jakby na przekór ojcu. W czasie rozmowy ze mną czasem wspominał o tych sprawach. Z wolna zacząłem rozumieć, skąd się wzięło jego zamiłowanie do fantazji.

– Czy to możliwe, że Blake zginaj z ręki pańskiego młodszego brata? – spytałem w końcu.

– Podobno zginaj na polowaniu – ponuro odparł Martin Craig. – Detektywie Cross, musi pan wiedzieć, że na co dzień Blake był rozsądnym i skrupulatnym chłopcem. Niemal tak skrupulatnym jak Kyle. Na pewno sam się nie postrzelił. Jestem głęboko przekonany, że Kyle miał z tym coś wspólnego. Dlatego zresztą od dziesięciu lat nie utrzymuję z nim żadnych kontaktów. Mój brat jest Kainem. Jest mordercą, i chcę, byście go złapali. Chcę go zobaczyć na krześle elektrycznym. Zasłużył na to.

Rozdział 108

Nic nie zaczyna się tam, gdzie powinno. Przypomniałem sobie, że to Kyle udzielił niemal wszystkich wywiadów w prasie i telewizji po tym, jak schwytaliśmy Petera Westina na wzgórzach pod Santa Gruz. Lubił błyszczeć w światłach reflektorów. Chciał być jedyną gwiazdą. I w pewien sposób dopiął swego. Świecił zabójczo dokuczliwym blaskiem.

Wpadłem na pewien znośny pomysł, na tyle dobry, że mógł wprawić Kyle’a w lekkie zakłopotanie. Skontaktowałem się z FBI i przegadałem to z dyrektorem Burnsem. Był zadowolony.

Na szesnastą zwołano konferencję prasową w centrali FBI. Burns wygłosił krótkie oświadczenie i przedstawił mnie dziennikarzom. Wspomniał oględnie, że wezmę udział w polowaniu na Kyle’a Craiga i że na pewno uda się go schwytać i postawić przed obliczem sprawiedliwości.

Miałem na sobie czarną skórzaną kurtkę, zapiętą pod samą szyję. Niespiesznym krokiem zbliżyłem się do mikrofonów. Celebrowałem tę całą scenę. Chciałem wyglądać na ważniaka. To ja – nie Kyle – byłem teraz gwiazdą. To były moje łowy. Jemu zaś wyznaczono rolę zgonionej ofiary.

Usłyszałem monotonne buczenie kamer, błysnęło kilka fleszy – i to wszystko. Czułem na sobie cyniczne, taksujące spojrzenia dziennikarskiej braci. Czekali, że odpowiem im na te pytania, na które sam nie znałem odpowiedzi. Nerwy miałem napięte jak postronki.

Przemówiłem grobowym i tak autorytatywnym tonem, na jaki tylko mogłem się zdobyć:

– Nazywam się Alex Cross. Pracuję w wydziale zabójstw policji w Waszyngtonie. Przez ostatnie pięć lat prowadziłem wspólne dochodzenia z agentem specjalnym, Kyle’em Craigiem. Znam go bardzo dobrze. – Podałem kilka szczegółów z naszych poprzednich akcji. Starałem się, żeby wypadło to nadzwyczaj wiarygodnie. Grałem rolę wszechwiedzącego psychiatry-detektywa.

– Kyle pomógł mi rozwiązać kilka trudnych zagadek. Był moim kompetentnym zastępcą i świetnym pomocnikiem. Czasami zbytnio się zapalał, ale pracował bez wytchnienia. Wierzę, że wkrótce go złapiemy, ale… Kyle – zwróciłem się wprost do kamery – jeśli mnie teraz widzisz, to postaraj się słuchać do końca. Poddaj się, a ja ci pomogę. Zawsze mogłeś zwrócić się do mnie o poradę. Przyjdź do mnie. To twoja jedyna szansa.

Przerwałem, powiodłem wzrokiem po sali i pomału zszedłem ze sceny. Flesze błyskały raz po raz. Naprawdę stałem się gwiazdorem. Tego właśnie oczekiwałem.

Dyrektor Burns wspomniał jeszcze o tym, że ma na względzie publiczne bezpieczeństwo i że do akcji skierowano setki wyszkolonych agentów. Na koniec podziękował mi za wystąpienie.

Stałem tuż obok niego i gapiłem się prosto w kamery. Dobrze wiedziałem, że Kyle będzie na mnie patrzył. Miałem nadzieję, że mój występ doprowadzi go do wściekłości.

Przesłanie było czyste i jasne. Rzuciłem mu wyzwanie.

Przyjdź, zabij mnie, jeśli zdołasz – bo już nie jesteś Super-mózgiem. To ja nim jestem.

Rozdział 109

Czekałem.

Następnego dnia pojechałem odwiedzić Nanę i dzieci.

Ciotka Tia mieszkała w małym drewnianym żółtym domku, z białymi aluminiowymi okiennicami. Domek stał przy cichej uliczce w Chapel Gate, czyli – mówiąc słowami ciotki – „na wsi”. W okolicy nie zauważyłem żadnych znaków, że ten teren strzeżony jest przez FBI. To bardzo dobrze. Fachowa robota.

Dowódcą grupy był Peter Schweitzer. Miał znakomitą reputację. Przywitał mnie w drzwiach i przedstawił sześciu innym agentom, ukrytym w domu.

Po sprawdzeniu wszystkich zabezpieczeń, poszedłem przywitać się z Naną i dziećmi. „Cześć, tato”, „Tatuś!”, „Dzień dobry, Alex”. Wszyscy cieszyli się na mój widok. Nawet Nana. Zjedliśmy w kuchni ogromne śniadanie. Tia upiekła kiełbaski i usmażyła naleśniki. Uściskała mnie z całego serca, a potem wszyscy mnie tulili i nie chcieli puścić. Przyznaję, że mi się to podobało. Potrzebowałem odrobiny rodzinnego ciepła. – Nie mogą się tobą nacieszyć, Alex! – zawołała Tia i klasnęła w ręce, jak to zawsze miała w zwyczaju.

– To dlatego, że bardzo rzadko mamy okazję go widywać – dociął mi Damon.

– Sprawa dobiega końca – powiedziałem, mając nadzieję, że to prawda. Sam jeszcze w to nie wierzyłem. – Tu przynajmniej trzy razy dziennie macie prawdziwą ucztę. – Roześmiałem się i podziękowałem Tii dodatkowym uściskiem.

Po śniadaniu posiedziałem z nimi jeszcze ponad godzinę. Gadaliśmy niemal bez przerwy, lecz tylko raz ktoś wspomniał o kłopotach i o tym, co nas spotkało.

– Kiedy wrócimy do domu? – spytał Damon. Wszyscy spojrzeli na mnie, czekając na odpowiedź. Nawet mały Alex obrócił główkę w moją stronę.

– Nie chcę was oszukiwać – odparłem. – Najpierw musimy znaleźć Kyle’a. Dopiero potem pomyślimy o powrocie.

– I wszystko będzie tak jak przedtem? – zapytała Jannie. Przejrzałem jej podstęp.

– Nawet lepiej – odpowiedziałem. – Wkrótce nastąpią wielkie zmiany. To wam obiecuję.

Rozdział 110

O dziesiątej rano wyleciałem z lotniska w Waszyngtonie do Charlotte w Karolinie Północnej. Chciałem się spotkać z rodziną Craigów. A może Kyle też tam gdzieś krążył? Wcale by mnie to nie zdziwiło.

William Craig z premedytacją wyjechał na czas mojej wizyty. Miejsce, w którym wychowywali się Kyle i jego bracia, było typowym majątkiem ziemskim, z kamiennym domem górującym nad posiadłością o obszarze ponad szesnastu hektarów. Ktoś ze służby wspomniał mi przy okazji, że samo pomalowanie wszystkich płotów na biało kosztowało ponad piętnaście dolarów od metra.

Miriam Craig oczekiwała mnie na tylnej werandzie, wychodzącej na ogród pełen polnych kwiatów, z kamienistym strumykiem szemrzącym wśród krzewów. Wprost znakomicie panowała nad swymi uczuciami, co mnie trochę zdziwiło, choć chyba nie powinno. Wiele się od niej dowiedziałem na temat jej rodziny.

– Jeśli zarzuty, o których słyszę, w pełni odpowiadają prawdzie, to chcę podkreślić, że żadne z nas nie miało najmniejszego pojęcia, co naprawdę dzieje się w sercu Kyle’a – oznajmiła. – Wydawał mi się nieco odległy, zamknięty w sobie, introwertyczny, jak to by pan powiedział. Nic jednak nie wskazywało na to, że mógłby sprawiać jakieś kłopoty. Uczył się dobrze i był niezłym sportowcem. Bardzo pięknie grał na pianinie.

– O tym akurat nie wiedziałem – przyznałem, chociaż przypomniało mi się, że parę razy, kiedy siadałem do pianina, nie mógł powstrzymać się od uwag. – Czy chwalili go państwo za postępy w szkole? Za sukcesy sportowe? Chłopcom na ogół trzeba takich pochwał, choć sami tego na głos nie przyznają.

Pani Craig poczuła się lekko urażona.

– Zupełnie nie chciał o tym słyszeć. Stwierdzał jedynie „wiem” i odchodził. Tak jakby miał nam za złe, że mówimy o rzeczach oczywistych.

– Braciom szło nieco lepiej?

– Jeśli chodzi o stopnie, to tak. Lecz wszyscy trzej należeli do grona świetnych uczniów. Nauczyciele obdarzyli Kyle’a mianem „myśliciela”. Miał chyba najwyższy iloraz inteligencji, jeśli pamiętam, to sto czterdzieści dziewięć. Od dziecka przejawiał bardzo silną wolę.

– Nie było żadnych widomych znaków, że dzieje się z nim coś złego?

– Nie, detektywie Cross. Proszę mi wierzyć. Wiele o tym myślałam.

– Pani mąż zgadza się z panią?

– Rozmawialiśmy o tym nawet wczoraj. Mamy to samo zdanie. Jest tylko trochę rozdrażniony tą całą sytuacją. Musi pan wiedzieć, że ojciec Kyle’a to bardzo dobry, ale dumny człowiek. Bardzo dobry.

Potem poszedłem odwiedzić Martina Craiga. Spotkaliśmy się w białej jak śnieg sali konferencyjnej prywatnego szpitala klinicznego w Charlotte. Craig był współwłaścicielem kliniki.

– Kyle był okrutny i samolubny. Blake zresztą także – powiedział, popijając herbatę.

– W jaki sposób okrutny? – spytałem.

– Nie chodzi tu dręczenie zwierząt ani nic w tym stylu. Lubił zwierzęta. Był za to okrutny dla ludzi. Rozrabiał w szkole.

Znęcał się nad innymi. Nikt go nie lubił. O ile dobrze sobie przypominam, nie miał żadnych bliższych przyjaciół. To dziwne, prawda? Przez całe życie nie miał przyjaciela. Coś panu powiem, detektywie Cross. Na pierwszym roku studiów na ogół sypiał w garażu, bo w domu był nie do wytrzymania. Ojciec go tam wyrzucał.

– Dosyć surowa kara – zauważyłem. To było dla mnie coś nowego. Kyle nigdy mi o tym nie wspominał. Pani Craig także. Powiedziała tylko, że jej mąż jest dobrym człowiekiem, cokolwiek to mogło znaczyć.

– Nie – sprzeciwił się Martin Craig. – Szczerze mówiąc, zasługiwał na gorsze traktowanie. Na dobrą sprawę, w wieku trzynastu lat powinien zostać wyrzucony z domu. To potwór. Był potworem i został nim do tej pory.

Rozdział 111

Co zrobi Kyle? To pytanie zmieniło się niemal w obsesję. Wciąż powracało do mnie jak bumerang. Tuż po powrocie do domu wpadło mi do głowy, że powinienem jechać do Seattle. Miałem okropnie złe przeczucia. Jechać czy nie jechać? A jeśli to Christine Johnson będzie następną ofiarą? Kyle wiedział, gdzie i jak uderzyć, żeby sprawić jak najwięcej bólu. Znał mnie – a ja go w ogóle nie znałem.

Kogo więc teraz wybrał? Christine? Może Jamillę? Skąd mogłem wiedzieć, co naprawdę myślał?

Krok do przodu.

Żeby go szlag trafił.

A może przyjdzie po prostu do mnie? Może wystarczy, że zostanę w domu i zaczekam, aż się pokaże?

Głowa mnie rozbolała od nadmiaru pytań. Co każdy z nas przegapił w pościgu za Kyle’em? Czego chciał zbrodniarz? Na czym mu zależało? Jakie były motywy jego postępowania? Kogo – poza mną – wpisał jeszcze na listę swoich ofiar?

Kyle lubił wszystkim narzucać swoją wolę, lecz jednocześnie tęsknił do wyuzdanych i zakazanych rozkoszy. Kiedyś łaknął po prostu seksu, gwałtu, pieniędzy – milionów dolarów – i zemsty na tych, których nienawidził.

Położyłem się o wpół do drugiej w nocy, ale – niespodzianka! – w ogóle nie mogłem zasnąć. Gdy zamykałem oczy, majaczyła przede mną twarz Kyle’a. Spoglądał na mnie z góry, ze źle ukrywaną drwiną. Nigdy dotąd nie miałem do czynienia z tak aroganckim indywiduum. Był najgorszy z najgorszych. Naszły mnie wspomnienia. Przypominałem sobie nasze długie rozmowy, filozoficzne rozważania, słowem – wszystko. Zapaliłem nocną lampkę przy łóżku i zrobiłem kilka notatek. Kyle pracował niezwykle metodycznie, kierując się logiką, ale czasem potrafił mnie zaskoczyć jakimś zupełnie niekonwencjonalnym działaniem lub pomysłem. Choćby na przykład w Santa Cruz. Wojna z wampirami wydawała mi się czymś odległym. Kyle ściągnął mnie tam, żebym go oglądał w chwili największego triumfu. Chodziło mu tylko o to. Chciał mi pokazać, że jest najlepszy. Chciał osobiście aresztować Petera Westina.

Nagle zadałem sobie następne pytanie. Naprawdę dobre.

Komu nie mógł narzucić swojej woli?

Jakie były jego najgłębsze marzenia? Najmroczniejsze fantazje? Skryte oczekiwania? Na czym przejechał się w przeszłości?

Najgorsze jeszcze przed nami. Zaczął od Liz i Zacha. Szykował się do następnej jatki?

A potem przypomniałem sobie naszą dawną rozmowę, tuż po ukończeniu arcytrudnego śledztwa. Dokładnie pamiętałem to, co wówczas powiedział. Jego słowa głośno dfwięczały mi w uszach.

Chwyciłem za słuchawkę i szybko wystukałem numer. Miałem cichą nadzieję, że jeszcze nie jest za późno. Być może znałem nazwisko następnej ofiary.

Tylko nie to, Kyle. Boże, tylko nie to!

Rozdział 112

Chyba zupełnie mi odbiło. Sześć godzin gnałem międzystanową numer dziewięćdziesiąt pięć do Nags Heads w Karolinie Północnej. Żeby nie zasnąć, niemal bez przerwy nerwowo zmieniałem programy w radiu. Wmawiałem sobie, że Kyle nie zechce tego tak szybko zakończyć. Przecież świetnie się bawił; wspiął się na szczyt sławy.

Byłem już kiedyś w Karolinie Pomocnej, z Kate McTiernan. Kyle wtedy także się tu zjawił. Ścigaliśmy maniakalnego zabójcę, zwanego Casanovą. W lesie w pobliżu Chapel Hill przetrzymywał osiem porwanych kobiet. Sądziłem wówczas, że Kyle stoi po naszej stronie. Potem jednak się okazało, że był wspólnikiem Casanovy. Tyle wiedziałem na pewno.

Tuż przed wieczorem dotarłem do Outer Banks. Jadąc w kierunku oceanu, myślałem o różnych rzeczach: o słodkich bułeczkach z Nags Head Market, o drugich spacerach, które odbywaliśmy z Kate po Coąuina Beach, i o pięknych, niemal nieziemskich plażach w Jockey’s Ridge. Podziwiałem Kate. W dalszym ciągu byliśmy dobrymi przyjaciółmi i dzwoniliśmy do siebie przynajmniej dwa razy w miesiącu. Zawsze przysyłała moim dzieciom prezenty na Gwiazdkę i urodziny. Pracowała w okręgowym ośrodku zdrowia w Kitty Hawk i spotykała się z pewnym księgarzem. Wkrótce mieli się pobrać. Mieszkali zaledwie kilka kilometrów dalej, w Nags Head.

Kyle już dawno zwrócił uwagę na Kate McTiernan. Cholernie mu się podobała.

– Pokochałbym ją, gdyby nie Louise i dzieci – powiedział kiedyś. – Kto wie, może dla niej nawet się rozwiodę? Przy niej byłbym naprawdę szczęśliwy. Ona by mnie uratowała.

Potem przyjechał ją odwiedzić w Nags Head. Podejrzewałem, że ją obserwował. Drażniło go, że nie mógł mieć jej tylko dla siebie. Że mu jej odmówiono. Znał także moje uczucia.

Już jesteś tutaj, prawda, Kyle? Jeśli cię nie ma, to niedługo będziesz.

Ostrzegłem ją poprzedniej nocy. Potem jednak pomyślałem sobie, że to nie wystarczy. Zadzwoniłem do niej z komórki, z samochodu, i bez ogródek kazałem jej się wynosić z Nags Head. Nieważne, że znała karate i że miała ileś tam czarnych pasów. Zamierzałem zająć jej miejsce; poczekać na Kyle’a w jej domu. Wiedziałem, że nie zamierzał więcej na nią patrzeć. Jeśli tu jechał – to po to, by zabić.

Westchnąłem ciężko, wjeżdżając do miasta. Wszystko było znajome, piękne i spokojne. Ciche – jakby nic złego nie mogło się tu przytrafić.

Najgorsze jeszcze przed nami, myślałem. Właśnie dlatego najpierw zabił Zacha i Liz Taylorów. To na początek. Zapowiedź tego, co mnie miało czekać.

Skręciłem w wąską brukowaną drogę, wijącą się pośród piaszczystych wydm, smaganych wiatrem. Wciąż ani śladu Kyle’a. Pod numerem tysiąc dwadzieścia jeden stał piętrowy drewniany domek, z oknami wprost na ocean. Stylowy i malowniczy, w sam raz pasujący do Kate. Gdyby Kyle zdołał ją skrzywdzić, nigdy bym sobie tego nie wybaczył.

Z masztu na dachu zwisała flaga Szkocji. To też cała McTiernan. Na podjeździe, tak jak sobie życzyłem, stało jej sześcioletnie volvo, a w domu paliły się światła. Były dla mnie niczym latarnia morska. Liczyłem na to, że przyciągną Kyle’a.

Niech myśli, że ktoś jest w domu.

Wszystko razem wydawało mi się jakimś surrealistycznym snem. Nerwy miałem napięte do ostatnich granic. Włos zjeżył mi się na karku. Wiedziony szóstym zmysłem, czułem, że Kyle jest w pobliżu. Wiedziałem o tym, wyczuwałem każdym centymetrem ciała. Był tu naprawdę? Czy to jedynie moja chora wyobraźnia? W gruncie rzeczy, co gorsze?

Wprowadziłem samochód do garażu i zamknąłem ciężkie drewniane drzwi. W piersiach ziała mi zimna dziura. Z trudem łapałem oddech. Nie potrafiłem zebrać myśli.

Potem wszedłem do domu Kate McTiernan. Miałem kłopoty z zachowaniem pełnej równowagi. Zatoczyłem się w prawo.

Zadzwonił telefon.

Wyciągnąłem glocka i rozejrzałem się po kuchni, szukając Kyle’a. Nie było tam nikogo. Widocznie jeszcze nie przyszedł.

Gdzie się ukrywał?

Najgorsze jeszcze przed nami.

Naprawdę byłem tym razem na to przygotowany?

Rozdział 113

Podniosłem słuchawkę telefonu i ze złości kopnąłem kolanem w stół.

– Wszędzie cię szukałem, Alex – spokojnie powiedział Kyle. W jego głosie pobrzmiewał cień dobrotliwej nagany. Nie miał wyrzutów sumienia i nie dręczyło go poczucie winy. Wręcz zdumiewał mnie swoją arogancją. Gdyby był tutaj, to po prostu dałbym mu w mordę.

– I w końcu mnie znalazłeś – westchnąłem. – Gratuluję. Nie umiem się przed tobą schować. Zawsze mnie czymś zaskoczysz. Jesteś prawdziwym Supermózgiem, Kyle.

– Wiem. Trochę się o ciebie bałem. Chciałem powiedzieć ci ”Do widzenia” w normalny, cywilizowany sposób. Znikam, jak tylko zakończymy tę małą przygodę. A koniec już naprawdę blisko. Cieszysz się?

– Powiesz mi, gdzie teraz jesteś? – spytałem.

Milczał przez pół sekundy. Poczułem, jak adrenalina przelewa się przez moje ciało. Nogi miałem jak z waty. Bałem się, że za chwilę usłyszę coś strasznego.

– Może powiem? Przecież na dobrą sprawę, w niczym mi to nie zaszkodzi. Hm. Niech pomyślę. Wszędzie jest krew, Alex. Tak, krew… Straszna masakra. Majstersztyk zbrodni. Gary Soneji, Shafer, Casanovą – to byli zwykli amatorzy. Ja jestem lepszy. To moje największe dzieło. Możesz mi wierzyć, bo wiem, co mówię. Znam się na tym – i w takich sprawach stać mnie na obiektywizm.

Serce waliło mi jak oszalałe. Krew zaszumiała mi w uszach; miałem zawroty głowy. Ciężko oparłem się o kredens.

– Gdzie jesteś, Kyle? Powiedz mi to, do diabła!

– Może u ciotki Tii, gdzieś na obrzeżach Baltimore? – spytał. Roześmiał się jak obłąkany. – W Chapel Gate. Piękne miasteczko.

Kolana ugięły się pode mną i głuchy jęk wyrwał mi się z piersi. Zobaczyłem swoją rodzinę – Nanę, Jannie, Damona i Alexa. Dlaczego nie byłem z nimi? Jak Kyle przedarł się przez ochronę? W jaki sposób ominął Sampsona? Nie. To niemożliwe. Na pewno mu się nie udało.

– Kłamiesz, Kyle.

– Naprawdę? Niby dlaczego miałbym kłamać? Pomyśl rozsądnie. Przecież to nie ma sensu.

Najgorsze jeszcze przed nami. Musiałem zadzwonić do Tii. Nie powinienem był ich zostawiać.

Gdzieś nade mną rozległ się przeraźliwy wrzask. Co się dzieje?

Spojrzałem w górę. Nie wierzyłem własnym oczom. Kyle wyskoczył przez klapę w strychu. Wciąż wrzeszczał. W jednym ręku trzymał szpikulec do lodu, w drugim – telefon komórkowy.

Uniosłem rękę, żeby się osłonić, ale zrobiłem to za wolno. Zaskoczył mnie. Nie pomyślałem o tym, żeby wcześniej popatrzeć na sufit.

Szpikulec wbił mi się w pierś pod jakimś dziwnym kątem. Spazmatyczny ból przeszył mi całe ciało. Runąłem na podłogę. Trafił mnie w serce? Zabił? W ten sposób to się wszystko kończy?

Kyle drugą ręką uderzył mnie prosto w twarz. Zgrzytnęły kości. Miałem wrażenie, że lewy policzek zapadł mi się do środka.

Kyle uniósł pięść do drugiego ciosu. Chciał mnie ukarać, a szaleńcza furia potęgowała jego siły. Uroił sobie, że jest bohaterem. Był chory. Wciąż nie mogłem do końca uwierzyć, że popełniał tak okropne zbrodnie.

Zepchnij go! – coś krzyknęło we mnie. Na pewno ci się uda!

Kolejny cios o milimetry minął się z moją twarzą. Uchyliłem głowę tylko na tyle, żeby nie dać się trafić. Przeżywałem koszmarne chwile. Z piersi sterczała mi żelazna rączka szpikulca.

Jedną ręką złapałem Kyle’a za kaptur i kołnierz kurtki, a drugą – za czarne włosy. Pociągnąłem go i rzuciłem na bok.

Udało mi się podnieść, nie zwalniając uchwytu. Obaj dyszeliśmy ciężko i mruczeliśmy coś pod nosem. Czułem, że słabnę. Krew coraz większą plamą rozlewała mi się po koszuli.

Jednym szarpnięciem obróciłem Kyle’a plecami do siebie i pchnąłem go głową naprzód w szklaną szafkę kuchenną, ze starannie ustawionymi naczyniami. Rozleciała się pod uderzeniem. Posypało się szkło i drzazgi.

Pociągnąłem Kyle’a za włosy. Ostre odłamki szkła poraniły mu twarz i szyję. Za wszelką cenę chciałem, żeby cierpiał. Za Betsey Cavalierre, za Taylora i jego żonę, za wszystkich, których zamordował przez minione lata. Za tych, którzy ponieśli śmierć z rąk bezlitosnego monstrum. Z rąk Supermózgu, Kyle’a Craiga.

– Moje oczy! Moje oczy! – krzyknął. Nareszcie go zabolało.

Wziąłem zamach i uderzyłem go prawym sierpowym. Przyciągnąłem go bliżej siebie. Biłem go i biłem, a kiedy mi się wysuwał, podtrzymywałem go i znowu biłem. Nie pozwoliłem, żeby upadł. Tłukłem go jak oszalały. Nie wiem, skąd wykrzesałem tyle energii i siły. Chciałem ukarać go za wszystko: za morderstwa, za okrutną zdradę, za to, że wciąż za mną łaził, za ból i strach, który ściągnął na moją rodzinę i wiele innych rodzin.

Bezwładnie zwisał mi w ramionach, więc wreszcie go puściłem. Osunął się na podłogę. Ciężko dysząc, stanąłem nad nieruchomym ciałem, wyczerpany, zbolały i jeszcze pełen strachu. Co teraz? Wydawało mi się, że jestem kimś innym. Kim? A może raczej – czym się teraz stałem? Jaki miał na mnie wpływ widok tych okropnych zbrodni?

Odsunąłem się o dwa kroki od leżącego Kyle’a. Z lewej piersi wciąż sterczał mi szpikulec do kruszenia lodu. Trzeba go wyjąć, pomyślałem. Wiedziałem jednak, że sam nie powinienem tego robić. Musiałem iść do szpitala. Może doktor Kate McTiernan się mną zajmie?

Podniosłem słuchawkę telefonu. To było dla mnie bardzo ważne.

Dobry początek, prawda? Na pewno.

Nareszcie byłem sam na sam z Supermózgiem. Mieliśmy sobie dużo do powiedzenia. Od dawna na to czekałem – i domyślałem się, że on także.

Rozdział 114

Stałem nad Kyle’em i rozmyślałem o tym, że w gruncie rzeczy wcale go nie znam. Cholernie głupie uczucie. Był przeklętym, zboczonym psychopatą, który śledził mnie przez całe lata i zabił mnóstwo ludzi, w tym kilku moich przyjaciół.

– Ty pieprzony draniu – szepnąłem przez zaciśnięte zęby.

Pierwszy raz pracowaliśmy razem w Waszyngtonie, prowadząc śledztwo w sprawie podwójnego porwania. Napisałem o tym nawet książkę, pod tytułem Pająk nadchodzi. Kyle też w niej występował. Potem, w zasadzie dzięki niemu, wziąłem udział w pościgu za mordercą-porywaczem o pseudonimie Casanovą, działającym w Research Triangle, w pobliżu Uniwersytetów Duke i Karoliny Północnej. To właśnie wtedy poznaliśmy Kate McTiernan. Od tamtej pory Kyle wciąż mnie potrzebował. Zarekomendował mnie nawet na łącznika pomiędzy centralą FBI a dyrekcją policji w Waszyngtonie. Nie miałem pojęcia dlaczego. Teraz już wszystko stało się jasne.

Odzyskał przytomność. Wykrzywił usta w pogardliwym, fałszywie współczującym uśmiechu.

– Wiem, wiem. To cholernie boli – powiedział, patrząc mi prosto w twarz. – Myślałeś, że jesteśmy ze sobą bardzo zżyci. Uważałeś mnie za przyjaciela.

Milczałem. Spojrzałem w jego zimne oczy. Co tam ujrzałem?

Jedynie nienawiść i wzgardę. Nie był zdolny do ludzkich uczuć. Nie miał sumienia.

Parsknął śmiechem. Z trudem się powstrzymałem, żeby mu znów nie przyłożyć. Co go tak rozbawiło? Co znów przede mną ukrywał? Co zrobił?

Zaklaskał powoli.

– Brawo, Alex. Ciągle jestem dla ciebie cennym obiektem badań? Więc zapamiętaj sobie, że zawsze byłem górą.

– Nie tym razem – przypomniałem mu. – Przegrałeś.

– Jesteś tego zupełnie pewny? – spytał. – A może znów cię pokonam, kolego? Skąd możesz wiedzieć?

– Nic nie zdziałasz, kolego – powiedziałem z naciskiem. – Wciąż jednak dręczy mnie kilka pytań. Odpowiedz na nie. Przecież zdajesz sobie sprawę, o czym teraz mówię.

W dalszym ciągu się uśmiechał.

– Karolina Północna. Podejrzewałeś mnie, bo studiowałem na tej samej uczelni, co Dżentelmen Podrywacz. To były słuszne domysły. Znaliśmy się we trójkę: on, ja i Casanovą. Polowałem wraz z nimi; zabijaliśmy razem. Jednak wypuściłeś mnie z sieci. Taki z ciebie detektyw. A potem rabowałem banki. Supermózg w akcji… I oczywiście zamordowałem uroczą Betsey Cavalierre. Miałem niezłą zabawę. To twoja wina, Alex.

Ciągle patrzyłem w jego bezlitosne oczy.

– Dlaczego właśnie ją wybrałeś na ofiarę? – spytałem głucho.

Obojętnie wzruszył ramionami.

– Bo to najlepszy sposób. Zadaję ból, a potem patrzę, jak ofiara miota się i cierpi. Szkoda, że teraz się nie widzisz. Masz taki piękny wyraz oczu. To dla mnie bezcenna chwila.

Przerwał, a potem podjął znowu:

– Nie oczekuję zrozumienia, ale zastanów się przez moment, czy widziałeś mnie kiedyś bez koszuli? Pozwól, że sam odpowiem: nie widziałeś. A to dlatego, że całe ciało mam pokryte bliznami. Ojciec, ogólnie szanowany biznesmen i generał, szef wielu spółek, bił mnie latami. Uważał mnie za wyrodnego syna. I wiesz co? Miał zupełną rację. Ojcowie znają się na takich sprawach. Spłodził potwora. To też o nim świadczy. Uśmiechnął się. A może to był grymas bólu. Zamknął oczy.

– Wróćmy jednak do pięknej agentki Cavalierre. Zaczęła sprawdzać moje alibi na czas porwań i napadów popełnianych przez Supermózg. Mała spryciara, do tego bardzo ładna. Naprawdę cię lubiła, Alex. Byłeś jej wymarzonym, słodziutkim czarnym cukiereczkiem. Odbierała mi ciebie. Stwarzała zagrożenie. Dociera to do ciebie, Cross? Czy też może mówię za szybko? Nic nie stoi na bakier z logiką, prawda? Mała Betsey. Wbiłem w nią nóż. To samo miałem zamiar zrobić z Jamillą. Może zrobię?

Uniosłem glocka i wymierzyłem mu prosto w czoło. Ręka mi drżała.

– Nie, Kyle. Nie zrobisz.

Rozdział 115

Wszystko zmierzało do tej właśnie chwili. Wszystkie sztuczki i triki, którymi Kyle karmił mnie przez ostatnie lata. Wyciągnąłem dygoczącą rękę tak daleko, że końcem lufy dotknąłem jego czoła. Prawdę mówiąc, nie bardzo wiedziałem, co robię.

– Spodziewałem się, że do tego dojdzie. Ktoś z nas musiał przejąć kontrolę nad sytuacją. Nareszcie dzieje się coś ciekawego – powiedział Kyle. – Co dalej?

Przycisnął głowę do lufy pistoletu.

– Strzelaj, Alex. Jeśli zabijesz mnie w ten sposób, to znaczy, że wygrałem. Cholernie mi się to podoba. Nagle stałeś się mordercą.

Niech sobie gada, pomyślałem. Supermózg – kompletny oszołom.

– Pozwól, że powiem ci brutalną prawdę – rzekł. – Jesteś gotów? Ile wytrzymasz?

– Oświeć mnie, Kyle. Mów, co zechcesz. Chętnie cię wysłucham.

– Proszę bardzo. Wiesz, ilu mężczyzn na całym świecie pragnęłoby się ze mną zamienić? Wszyscy. Ucieleśniam ich najskrytsze fantazje, ich małe, paskudne marzenia. Całkowicie panuję nad swoim otoczeniem. Nie żyję według zasad spisanych przez moich przodków. Mam własny świat, w którym wszystko robię wyłącznie dla siebie. Każdy chciałby być na moim miejscu. Możesz mi wierzyć. Przestań więc udawać faceta z zasadami! Rzygać się chce na ten widok. Pokręciłem głową.

– Przykro mi, Kyle. Zupełnie nie podzielam twoich oczekiwań. To tylko mrzonki i rojenia wyrosłe na gruncie wybujałego egocentryzmu.

– Daj spokój. Oszczędź mi tej psychologii dla ubogich. Też masz takie marzenia. Lubisz pościgi i dreszcz emocji towarzyszący polowaniu. To twoje życie. Nie widzisz tego? Chryste, człowieku. Przecież uwielbiasz łowy! Kochasz to! Kochasz!

Przez kilka minut patrzyliśmy na siebie, zamknięci w niewielkiej kuchni. Wprost dyszeliśmy wzajemną nienawiścią. Kyle roześmiał się nagle. Roześmiał, to za mało – ryknął śmiechem na całe gardło. Zabawiał się moim kosztem.

– W dalszym ciągu nic nie pojmujesz, prawda? Jesteś głupi. Prymitywny. Nic na mnie nie masz; żadnego dowodu. Za kilka dni wyjdę na wolność. Znów będę robił, co tylko zechcę. Wyobrażasz sobie, co to znaczy? Spełnię wszystkie swoje marzenia. No co? Nie cieszysz się, Alex? Bracie, przyjacielu… Chciałem, byś się dowiedział, kim naprawdę jestem. Bez tego nie ma zabawy. Żebyśmy spotkali się w takich okolicznościach jak dzisiaj. Dążyłem do tego. Zależało mi na tym bardziej niż na czymkolwiek innym. A kiedy wyjdę, będziesz wiedział, że wciąż cię obserwuję. Że wciąż kryję się gdzieś w cieniu. Widzisz? Wygrałem i tym razem. Chciałem, żebyś mnie złapał, durniu! Co teraz powiesz?

Popatrzyłem mu prosto w oczy. Od najmłodszych lat lubiłem tę zabawę – kto pierwszy umknie wzrokiem? Kto zamruga? W końcu puściłem do niego perskie oko.

– Mam cię – odparłem. Wziąłem głębszy oddech.

– Co powiem? – zapytałem. – Przede wszystkim to, że popełniłeś pierwszą grubą pomyłkę. Nie przewidziałeś wszystkich możliwości. Przegapiłeś istotny szczegół. Wiesz może jaki, Supermózgu? Przecież jesteś rozsądnym facetem. Pomyśl trochę.

Dałem krok w tył. Teraz to ja drwiąco się uśmiechałem. Czekałem chwilę, ale widziałem, że mnie nie zrozumiał. Dalej był ciemny jak tabaka w rogu.

– Patrz uważnie.

Wyjąłem z kieszeni komórkę. Uniosłem ją tak, aby widział, że przez cały czas była włączona.

– Zadzwoniłem do domu, zanim zaczęliśmy rozmawiać. Każde twoje słowo zostało zarejestrowane na automatycznej sekretarce. Mam twoje zeznania, Kyle. Wszystko, co do joty. Przegrałeś, chory i żałosny sukinsynu. Przegrałeś, Supermózgu.

Kyle zerwał się z podłogi. Znowu musiałem mu przyłożyć. Wyszedł mi najpiękniejszy cios w całym moim życiu. Przynajmniej tak mi się zdaje. Kyle ciężko upadł na podłogę, stracił dwa przednie zęby.

Tak też wyglądał we wszystkich gazetach, które doniosły o aresztowaniu. Słynny Supermózg, bez dwóch zębów, krzywiący się do fotografów.

Rozdział 116

Mogłem wreszcie odpocząć i na moment zapomnieć, że jestem policjantem. Kyle Craig siedział w pilnie strzeżonej celi więzienia Lorton. Prokurator stwierdził, że ma więcej dowodów niż potrzeba, żeby sąd orzekł o winie oskarżonego. Wynajęty za ciężkie pieniądze adwokat z Nowego Jorku krzyczał tylko, że jego klient nie popełnił żadnej zbrodni, ale padł ofiarą perfidnego spisku. Czyż to nie cudowne? Proces miał być największym w Waszyngtonie – może także największym w całym kraju.

Mnie z kolei wcale nie chciało się myśleć o Kyle’u, o procesie i o psychopatach. Od tygodni nie chodziłem do pracy i byłem z tego bardzo zadowolony. Bardzo. Rana goiła się całkiem nieźle. Będę miał bliznę na pamiątkę. Większość czasu spędzałem w domu. Pomalowałem zewnętrzne ściany. Byłem na dwóch kolejnych koncertach Damona. Cieszyłem się każdą chwilą.

Grałem w piłkę z Jannie i czytałem małemu Alexowi Księżycową dobranocką i Kota Prota. Pobierałem lekcje gotowania u najlepszej kucharki w całym Waszyngtonie, czyli u Nany – i zostawało mi jeszcze trochę czasu na moje sprawy. Ze dwa razy całkiem przyjemnie pogawędziłem sobie z Christine. Obiecałem, że jej zaraz poślę najładniejsze zdjęcia Alexa

Juniora. Za tydzień miała przyjechać Jamilla. Brała udział w jakiejś konferencji. Nie zamierzałem ingerować w jej prywatne życie.

Przed jedenastą wieczorem zasiadłem na werandzie, przy pianinie. Dom przy Piątej Ulicy był pogrążony w ciszy. Wszyscy poza mną już dawno spali.

Telefony milczały. Sprawiało mi to cichą, osobistą radość.

Nikt nie zapukał. Nikt nie przyszedł z kolejną okropną wieścią, której wolałbym nie usłyszeć.

Nikt mnie nie śledził, ukryty w cieniu. A jeśli nawet ktoś z przechodniów spojrzał w stronę domu, to nie było w tym nic groźnego.

Skupiłem się na kompozycjach granych przez D’Angelo: The Linę, Send It On i Devil’s Pie. Poszło mi całkiem nieźle.

A jutro? Jutro też będzie wielki dzień, pomyślałem.

Z samego rana zamierzałem zrezygnować z pracy w policji.

Lecz to nie koniec. Było coś jeszcze, coś bardziej osobistego. Chyba się zakochałem.

Ale to już temat na osobną historię, którą może opowiem innym razem.

James Patterson

***