/ / Language: Polski / Genre:thriller

Podmuchy Wiatru

James Patterson

Doktor Frannie O’Neill spotyka w lesie niedaleko szpitala dziewczynkę. Jedenastolatka jest zadziwiająco silna i inteligentna. Ale nie to wprawia Frannie w największe zdumienie… Kilka dni później lekarkę odwiedza agent FBI. Kieruje śledztwem w sprawie szokujących eksperymentów genetycznych prowadzonych w tajnym laboratorium.

James Patterson

Podmuchy Wiatru

When The Wind Blows

Przekład: Tomasz Wilusz

Prolog

Pierwszy lot

1

– Proszą, niech ktoś mi pomoże! Czy ktoś mnie słyszy? Pomocy, błagam!

Max nie przestawała krzyczeć, mimo że zaczynały ją boleć płuca i gardło. Jedenastoletnia dziewczynka biegła co sił w nogach, byle dalej od znienawidzonej, okropnej „Szkoły”. Była silna, ale coraz bardziej zmęczona. Jej długie jasne włosy, rozwiane wiatrem, wyglądały niczym piękny jedwabny szal. Wydawała się ładna, mimo ciemnych, sinych kręgów pod oczami.

Wiedziała, że ci ludzie chcą ją zabić. Słyszała, jak przedzierają się przez chaszcze za jej plecami.

Obejrzała się gwałtownie przez prawe ramię, aż zabolała ją szyja. Przed oczami Max zamajaczył obraz Matthew, jej braciszka. Gdzie on jest? Rozstali się pod samą „Szkołą”, gdy z krzykiem rzucili się do biegu w różnych kierunkach.

Max bała się, że Matthew już nie żyje. Wujek Thomas pewnie go załatwił. Thomas zdradził ich obydwoje; było to dla niej tak bolesne, że nie mogła o tym myśleć.

Łzy płynęły po jej policzkach. Łowcy zbliżali się, słyszała ich ciężkie, szybkie kroki.

Pulsująca, pomarańczowoczerwona kula słoneczna chowała się za horyzont. Wkrótce zapadną nieprzeniknione ciemności i na przedgórzu Gór Skalistych zrobi się potwornie zimno. Max miała na sobie tylko prostą sukienkę z białej bawełny, bez rękawów i baletki na cienkiej podeszwie.

Szybciej, popędzała samą siebie, mimo zmęczenia. Na pewno możesz biec szybciej. Na pewno.

Kręta ścieżka zwężała się, omijając szerokim łukiem dużą, porośniętą mchem skałę. Max bez namysłu przedarła się przez gęstą plątaninę gałęzi i krzewów.

Nagle zatrzymała się. Dalej już nie mogła pójść.

Nad zaroślami wznosiło się ogrodzenie, wysokie na co najmniej trzy metry. Górą biegły trzy rzędy pozwijanego drutu kolczastego.

Metalowa tabliczka ostrzegała: UWAGA! OGRODZENIE POD NAPIĘCIEM.

Max skuliła się i objęła rękami kolana. Oddychała ciężko, chrapliwie, starając się powstrzymać łzy.

Łowcy byli już bardzo blisko. Słyszała, wyczuwała ich.

Wiedziała, co musi zrobić, ale na samą myśl o tym ogarniał ją paraliżujący strach. To było zakazane; nie wolno jej nawet o tym myśleć.

– Niech ktoś mi pomoże!

Ale w pobliżu nie znalazł się nikt, kto mógłby jej pomóc – nikt, oprócz niej samej.

2

Kit Harrison leciał z Bostonu do Denver. Był na tyle przystojny, żeby ściągać na siebie spojrzenia pasażerek samolotu: szczupły, metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, jasne rudawe włosy. Skończył wydział prawa na uniwersytecie w Nowym Jorku. A mimo to czuł się jak ostatnia oferma.

Siedział w ciasnym fotelu w środkowym rzędzie kabiny pasażerskiej boeinga 747 American Airlines. Był spocony jak mysz. Wyglądał tak żałośnie, że sympatyczna i uczynna stewardesa podeszła do niego i zapytała, czy dobrze się czuje. Może jest chory?

Kit zapewnił ją, że czuje się dobrze, ale to było kolejne kłamstwo, największe ze wszystkich. Stan, w jakim się znajdował, określano mianem wstrząsu pourazowego i czasem objawiał się nieprzyjemnymi atakami lęku. Po każdym z nich Kit czuł się, jakby miał umrzeć tu i teraz. I tak już od niemal czterech lat.

Owszem, jestem chory. Tyle że sprawy mają się znacznie gorzej, niż ktokolwiek może przypuszczać.

Widzi pani, nie powinienem być w drodze do Kolorado. Oficjalnie jestem na urlopie w Nantucket. W tej chwili powinienem odpoczywać, uspokajać skołatane nerwy, oswajać się z myślą, że wkrótce zapewne zostanę wylany z pracy, której poświęciłem dwanaście lat życia.

Oswajać się z myślą, że nie będę już agentem FBI, nie osiągnę sukcesu, że właściwie stanę się nikim.

Na jego bilecie widniało nazwisko Kit Harrison, naprawdę jednak nazywał się Thomas Anthony Brennan. Był agentem FBI i niegdyś wróżono mu wielką przyszłość. Teraz miał trzydzieści osiem lat i ostatnio zaczynał czuć się jak człowiek w średnim wieku.

Od tej chwili zapomni o swoim dawnym nazwisku. O pracy też.

Nazywam się Kit Harrison. Jadę do Kolorado, żeby polować i łowić ryby w Górach Skalistych. Będę się trzymał tej prostej historyjki. Tego kłamstewka.

Kit, Tom, czy jak mu tam, leciał samolotem po raz pierwszy od prawie czterech lat. Dokładnie od 9 sierpnia 1994 roku. Robił wszystko, by nie myśleć o tym, co stało się tamtego dnia.

Dlatego udawał, że śpi, podczas gdy pot spływał mu po twarzy i szyi, a lęk wypełniający serce przekraczał poziom krytyczny. Nie mógł uspokoić roztrzęsionych nerwów, nawet na kilka minut. Ale nie miał wyjścia. Musiał wejść na pokład tego samolotu.

Musiał pojechać do Kolorado.

A wszystko to wiązało się z dniem 9 sierpnia, prawda? Oczywiście, że tak. Wtedy właśnie rozpoczął się wstrząs pourazowy. To, co Kit robił teraz, robił dla Kim, Tommy’ego i Michaela – małego Mike’a.

Aha, no i przy okazji oddawał ogromną przysługę niemal wszystkim mieszkańcom tej planety. Może to i dziwne – ale prawdziwe, przerażająco prawdziwe. Jego zdaniem, to, co go tu ściągnęło, było najważniejszym wydarzeniem w dziejach ludzkości.

Chyba że oszalał.

Czego nie można było wykluczyć.

3

Pięciu uzbrojonych mężczyzn biegło cicho i zwinnie pośród skał, strzelistych osik i sosen żółtych, charakterystycznych dla tej części Gór Skalistych. Wiedzieli, że lada chwila dogonią tę małą. Przecież uciekała pieszo.

Biegli szybkim truchtem, ale od czasu do czasu mężczyzna na czele grupki przyspieszał nieco tempo. Wszyscy uważali się za dobrych tropicieli, ale on był z nich najlepszy. Urodzony przywódca. Bardziej skoncentrowany, opanowany od pozostałych, świetny łowca.

Mężczyźni wyglądali na spokojnych, ale w ich duszach czaił się lęk. Sytuacja wyglądała groźnie. Musieli schwytać tę dziewczynę i przyprowadzić ją z powrotem. Nie należało dopuścić do tego, by się tu znalazła. W obecnej sytuacji dyskrecja nabierała ogromnego znaczenia.

Dziewczyna miała zaledwie jedenaście lat, ale posiadała „dary”, co mogło poważnie utrudnić łowcom zadanie. Miała wyostrzone zmysły i była niezwykle silna jak na swój wiek i płeć. Istniała też możliwość, że spróbuje odfrunąć.

Nagle zobaczyli drobną sylwetkę, odcinającą się na tle ciemnoniebieskiego nieba.

– Tinkerbell. Północny zachód, pięćdziesiąt stopni – krzyknął dowódca grupy.

Mówili na nią Tinkerbell, choć nie znosiła tego przydomka. Reagowała tylko na imię Max, które nie było skrótem od Maxime czy Maksymilian, ale od Maximum. Może dlatego, że zawsze dawała z siebie wszystko. Zawsze szła na całość. Tak jak w tej chwili.

Widzieli ją dokładnie. Biegła ile sił w nogach. Była bardzo blisko ogrodzenia. Nie mogła wiedzieć o jego istnieniu. Nigdy jeszcze nie odeszła tak daleko od domu.

Wszyscy patrzyli na nią. Żaden z łowców nie był w stanie nawet na chwilę oderwać od dziewczynki oczu. Z unoszącymi się na wietrze włosami, zdawała się płynąć w górą stromego, skalistego zbocza. Poruszała się niezwykle zwinnie jak na tak małą dziewczynkę. Tutaj, na otwartym terenie, nie wolno jej było lekceważyć.

Harding Thomas, idący na czele, nagle zatrzymał się i podniósł rękę. Pozostali początkowo nie rozumieli, o co mu chodzi: myśleli, że dziewczyna już im się nie wymknie.

Ale wtedy oderwała się od ziemi i pofrunęła nad drutem kolczastym wieńczącym wysokie ogrodzenie.

Łowcy patrzyli na nią w niemym podziwie. Krew tętniła im w uszach. Nie mogli uwierzyć własnym oczom.

Dziewczynka rozłożyła szeroko białe, zakończone srebrzyście skrzydła. Powoli uniosła je ku górze. Ich rozpiętość wynosiła prawie trzy metry. Pióra połyskiwały w słońcu.

Max rozłożyła je na całą szerokość, wydawało się bez najmniejszego wysiłku. Była piękna, urodzona, by latać. Machała srebrzystobiałymi skrzydłami w górę, w dół, w górę, w dół. Powietrze zdawało się nieść ją naprzód, niczym liść na wietrze.

– Wiedziałem, że spróbuje uciec górą – warknął Thomas, zwracając się do pozostałych. – Szkoda.

Podniósł karabin do ramienia. Jeszcze sekunda, dwie, a dziewczyna zniknie za najbliższą ścianą kanionu.

Pociągnął za spust.

Księga pierwsza

Genezis 13:7

ROZDZIAŁ 1

Kiedy zauważyłam Keitha Duffy’ego i jego córeczkę, niosących ciężko ranną łanię do „Zwierzyńca”, jak nazywam mój mały szpital zwierzęcy w Bear Bluff w stanie Kolorado, mniej więcej pięćdziesiąt minut jazdy autostradą na północny zachód od Boulder, domyśliłam się, że nie będzie to zwykły dzień.

Z głośnika magnetofonu płynął chrapliwy głos Sheryl Crow. Kiedy zobaczyłam Duffy’ego z tym biednym zwierzęciem, stojącego jak osioł przed Abstrakcją, Biała Róża II, moim ulubionym plakatem Georgii O’Keefte, natychmiast wyłączyłam muzykę.

Już na pierwszy rzut oka było widać, że ciężko ranna łania jest w ciąży. Gdy Duffy z trudem ułożył ją na stole, toczyła wokół dzikimi ślepiami i rzucała się na wszystkie strony, choć niezbyt gwałtownie; wyglądało na to, że miała złamany kręgosłup w miejscu, gdzie uderzył ją chevy z napędem na cztery koła, którym jeździł Duffy.

Dziewczynka szlochała, a jej ojciec był wyraźnie przybity. Pomyślałam sobie, że i on w końcu pęknie.

– Pieniądze nie grają roli – powiedział.

Pieniądze rzeczywiście nie grały roli, ponieważ łani tak czy inaczej nie dałoby się uratować. Młody jeleń natomiast miał pewną szansę przeżycia. Jeśli do porodu zostało niewiele czasu. Jeśli płód nie został zbyt mocno poturbowany przez dwutonową ciężarówkę. I jeśli zostanie spełnionych jeszcze kilka warunków.

– Nie mogę uratować łani – powiedziałam do ojca dziewczynki. – Przykro mi.

Duffy skinął głową. Był budowniczym i jednym z miejscowych myśliwych. Ja uważałam go za tępaka. Najlepiej pasowało do niego określenie „bezmyślny”; choć może to właśnie było jego największą zaletą. Wyobrażałam sobie, jak musi się czuć ten człowiek, zazwyczaj przechwalający się upolowaną zwierzyną gdy słyszy, jak jego córeczka prosi, by uratować życie jakiejś tam łani. Jedną z wielu irytujących wad Duffy’ego było to, że od czasu do czasu zaglądał tu i bezczelnie mnie podrywał. Naklejka na zderzaku jego samochodu głosiła: POPIERAJ OCHRONĘ ŚRODOWISKA. URZĄDŹ BALANGĘ.

– A młode? – spytał.

– Może się uda – odparłam. – Pomóż mi dać jej narkozę, to zobaczymy.

Delikatnie wsunęłam maskę na pyszczek łani. Wcisnęłam pedał i przez rurkę z sykiem popłynął halotan. W brązowych ślepiach łani pojawił się strach i niewyobrażalny smutek. Wiedziała, co ją czeka.

Mała dziewczynka objęła brzuch łani i zaniosła się głośnym płaczem. Bardzo ją lubiłam. W jej oczach widać było siłę ducha. Przynajmniej córka udała się Duffy’emu.

– Cholera, cholera – zaklął. – Zauważyłem ją dopiero, jak wylądowała na klapie silnika. Zrób, co w twojej mocy, Frannie – dodał, zwracając się do mnie.

Delikatnie odciągnęłam dziewczynkę od łani. Wzięłam ją za ramiona i odwróciłam ku sobie.

– Jak masz na imię, kochanie?

– Angie – odparła, łykając łzy.

– Angie, posłuchaj mnie, kochanie. Łania niczego w tej chwili nie czuje, rozumiesz? To nie będzie jej bolało. Obiecuję.

Angie przytuliła się do mnie i przytrzymała z całej siły. Pogładziłam ją po plecach i powiedziałam, że będę musiała uśpić łanię, ale zrobię wszystko, żeby uratować małe.

– Proszę, proszę, proszę – powtarzała Angie.

– Będzie wam potrzebna koza. Do karmienia małego – informowałam Duffy’ego. – Może nawet dwie albo trzy.

– Żaden problem – odparł.

Kupiłby karmiące słonice, gdybym kazała mu to zrobić. Nade wszystko pragnął uszczęśliwić swoją córeczkę.

Poprosiłam ich, żeby wyszli i pozwolili mi pracować. Musiałam przeprowadzić krwawą, ciężką i paskudną operację.

ROZDZIAŁ 2

Kiedy Duffy przyszedł z ranną łanią do „Zwierzyńca”, była już siódma wieczorem; od tego czasu upłynęło około dwunastu minut. Nieszczęsne zwierzę leżało na stole nieprzytomne i bardzo mi go było szkoda. Moja siostra, Carole, zawsze nazywała mnie Mazgajowatą Frannie. Mój mąż, David, też lubił tak na mnie mówić.

Niecałe półtora roku temu David został zastrzelony na parkingu przed szpitalem komunalnym w Boulder. Wciąż nie mogłam się z tym pogodzić, wciąż ogarniała mnie rozpacz. Może byłoby mi lżej, gdyby policja schwytała zabójcę Davida, ale tak się nie stało.

Otworzyłam brzuch łani i przecięłam ścianę macicy. Wyciągnęłam małego jelenia, modląc się, bym nie musiała go uśpić.

Płód miał około sześciu miesięcy i na pierwszy rzut oka wydawało się, że jest zdrowy. Ostrożnie przeczyściłam palcami jego przewód oddechowy i nałożyłam na mały pyszczek maskę tlenową.

Puściłam tlen. Klatka piersiowa jelonka drgnęła. Zaczął oddychać.

I wtedy z jego pyszczka wyrwał się pisk. Boże mój, cóż za cudowny dźwięk. Powstało nowe życie. O rany, w takiej chwili zawsze ogarnia mnie wzruszenie. Mazgajowata Frannie.

Otarłam twarz z krwi, którą pochlapałam się w czasie operacji. Jelonek piszczał w maskę tlenową, a ja pozwoliłam tej małej sierotce wtulić się w matkę choćby na chwilę. A nuż jelenie mają dusze… niech matka pożegna się ze swoim dzieckiem.

Odłączyłam przewód, napełniłam strzykawkę i uśpiłam łanię. Nawet nie zorientowała się, kiedy życie z niej uleciało.

W lodówce stała puszka koziego mleka. Napełniłam nim butelkę i włożyłam ją na kilka sekund do kuchenki mikrofalowej.

Zdjęłam jelonkowi maskę tlenową i wsunęłam mu smoczek do pyszczka. Maleństwo zaczęło ssać. Jelonek był naprawdę piękny, miał śliczne brązowe ślepka. Boże, czasami naprawdę kocham to, co robię.

Duffy i jego córeczka siedzieli wtuleni w siebie na leżance w poczekalni.

Podałam Angie jelonka.

– Moje gratulacje – powiedziałam. – To dziewczynka.

Odprowadziłam całą trójkę do porysowanego i powyginanego auta. Dałam im puszkę koziego mleka, mój numer telefonu i pomachałam na pożegnanie. Pomyślałam sobie, jaka to ironia losu, że jelonek będzie jechał tym samym samochodem, który zabił jego matkę.

Marzyłam o gorącej kąpieli, lampce schłodzonego chardonnay, pieczonym kartoflu posmarowanym serem – drobnych przyjemnościach, jakie niesie ze sobą życie. W pewnym sensie byłam z siebie dumna. Już dawno nie czułam takiej satysfakcji, co najmniej od czasu, kiedy śmierć Davida całkowicie zmieniła wszystko wokół mnie.

Gdy ruszyłam z powrotem w stronę małego szpitala, uświadomiłam sobie, że na parkingu stoi samochód, błyszczący czarny jeep cherokee.

Drzwi otworzyły się i z samochodu wysiadł nieznajomy mężczyzna. Światło reflektorów padało na niego od tyłu, oblewając jasną poświatą.

Był wysoki, szczupły, ale umięśniony, i miał gęste jasne włosy. Szybko ogarnął spojrzeniem okolicę. Duży ganek ozdobiony karmnikami dla kolibrów i kilkoma rękawami wskazującymi kierunek wiatru. Mój sfatygowany górski rower. Dzikie kwiaty wokół budynku – łubin i stokrotki.

To, co powiem teraz, zabrzmi dość dziwnie. Widziałam tego człowieka pierwszy raz w życiu. Ale nie wiadomo dlaczego skoncentrował się na nim mój limbiczny mózg, mały idiotyczny narząd, tak prymitywny, że nie uznaje logicznego myślenia. Miałam irracjonalne wrażenie, że skądś znam tego człowieka. A moje serce, przez ostatnie kilka miesięcy twarde jak kamień, zadrżało i przez chwilę biło mocniej. Szczerze mówiąc, trochę mnie to wkurzyło.

Doszłam do wniosku, że nieznajomy zgubił drogę.

– Zamykamy już dzisiaj – powiedziałam.

Patrzył na mnie, niewzruszony.

Potem zapytał.

– Doktor O’Neill?

– Coś jestem panu winna? – odparłam. To stary dowcip, ale bardzo mi się podobał. Poza tym, musiałam odreagować ból, jaki sprawiło mi uśpienie łani.

Nieznajomy uśmiechnął się, jego niebieskie oczy rozbłysły, a ja zdałam sobie sprawę, że nie mogę oderwać od nich wzroku.

– Czy pani Frances O’Neill?

– Tak. Proszę mi mówić Frannie.

Choć nieznajomy miał kamienną twarz, wydawało mi się, że jest w niej też trochę ciepła. Jego oczy wpijały się we mnie. Miał zgrabny nos i kształtny podbródek. Wyglądał aż za dobrze. Był nieco podobny do Toma Cruise’a, miał w sobie też coś z Harrisona Forda. A przynajmniej tak to wyglądało tego wieczoru w światłach jeepa.

Nieznajomy zdjął wygnieciony kapelusz i jego jasne włosy rozbłysły w blasku reflektorów. Podszedł bliżej i stanął przede mną w całej okazałości; wyglądał niczym model ze zdjęcia w katalogu wysyłkowym L.L.Bean, albo firmy Eddie Bauer’s. Miał śmiertelnie poważną minę.

– Przysłała mnie tu agencja Hollander and Cowell.

– Jesteś handlarzem nieruchomości? – wychrypiałam.

– Przyszedłem w nieodpowiedniej chwili? – spytał. – Przepraszam. – Dobrze, że chociaż był grzeczny.

– Czemu tak uważasz? – spytałam.

Byłam świadoma, że moje dżinsy są przesiąknięte krwią, a bluza przypomina obraz Jacksona Pollocka.

– Aż strach pomyśleć, jak wygląda facet, któremu dałaś w kość – powiedział, oglądając mnie od stóp do głów. – A może odprawiasz jakieś rytuały?

– Niektórzy nazywają to weterynarią – odparłam. – Dobrze więc, o co chodzi? Dlaczego Hollander and Cowell przysyła cię o tak późnej porze?

Wskazał kciukiem centrum Bear Bluff, gdzie znajdowało się biuro agencji nieruchomości.

– Jestem twoim nowym lokatorem. Dziś po południu podpisałem wszystkie papiery. Ludzie z agencji mówili, że zostawiłaś wszystko w ich rękach.

Prawie zapomniałam o tym, że postanowiłam wynająć ten dom. Stał w lesie, mniej więcej czterysta metrów za kliniką i służył jako domek myśliwski do czasu, gdy wprowadziłam się tam z Davidem. Po jego śmierci zaczęłam sypiać w małym pokoiku w szpitalu. Wiele się wtedy zmieniło w moim życiu, i bynajmniej nie na lepsze.

– To jak? Mogę obejrzeć ten dom? – spytał człowiek z katalogu L.L.Bean.

– Za szpitalem jest ścieżka, która tam prowadzi. Idzie się cztery-pięć minut. Wiem, że to trochę uciążliwe, ale dom jest tego wart. Drzwi są otwarte.

– Mam go obejrzeć sam, bez przewodnika? – spytał.

– Chętnie bym ci pomogła, ale zanim pójdę spać, muszę jeszcze zarżnąć parę kurczaków i rzucić kilka zaklęć. Dam ci latarkę…

– Nie trzeba, mam swoją w samochodzie – powiedział.

Ruszył w stronę jeepa. Odprowadziłam go spojrzeniem. Miło się na niego patrzyło. Szedł pewnym, ale nie zawadiackim krokiem.

– Hej – krzyknęłam. – A jak masz na imię?

Obejrzał się i zawahał przez ułamek sekundy.

– Kit – powiedział wreszcie. – Kit Harrison.

ROZDZIAŁ 3

Nigdy nie zapomnę tego, co stało się potem. Było to dla mnie tak wielkim wstrząsem, że poczułam się, jakby ktoś kopnął mnie w żołądek, a może nawet w skroń.

Kit Harrison sięgnął do jeepa i uczynił coś strasznego – ze srebrzystego stojaka na broń wyjął strzelbę myśliwską. Co za sukinsyn.

Nie wierzyłam własnym oczom. Dostałam gęsiej skórki.

Krzyknęłam do niego, głośno, co nieczęsto mi się zdarza.

– Chwilę! Hej! Ty! Czekaj! Moment!

Zwrócił się do mnie twarzą. Miał całkowicie spokojną minę.

– Co? – spytał.

Czy rzucał mi wyzwanie? Był na tyle bezczelny?

– Słuchaj no. – Puściłam drzwi, które zatrzasnęły się głośno. Podeszłam do Harrisona. Nie ma mowy, żeby na mojej ziemi mieszkał ktoś, kto wozi ze sobą strzelbę myśliwską. Nie ma mowy! Po moim trupie. – Zmieniłam zdanie. Nic z tego nie będzie. Nie możesz zamieszkać w moim domu. Nie życzę sobie tam żadnych myśliwych. Żadnych ale!

Bez słowa odwrócił się i zatrzasnął schowek. Ten bezczelny typ zachowywał się, jakby nie słyszał, co do niego mówię.

– Przykro mi – powiedział nie patrząc na mnie. – Zawarliśmy umowę.

– Właśnie straciła ważność! Nie słyszałeś, co mówiłam?

– Umowa to umowa – odparł.

Wyciągnął z samochodu latarkę, czerwonawą torbę, drugą ręką zaś podniósł tę okropną strzelbę. Byłam jak w amoku, powtarzałam bez przerwy „Słuchaj no”. Ale on nie zwracał na mnie uwagi, wydawało się, że nic do niego nie dociera.

Zamknął nogą drzwi samochodu, włączył latarkę i jakby nigdy nic ruszył ścieżką w stronę lasu. Wkrótce rozpłynął się w ciemnościach.

Krew tętniła mi w uszach.

W moim domu zamieszkał cholerny myśliwy.

ROZDZIAŁ 4

Zapadał już zmrok, a łowcy ciągle nie mogli znaleźć ciała tej małej. Doskwierało im zimno i głód, byli wściekli jak cholera, no i bali się. Jeśli zawiodą, spotkają ich przykre konsekwencje.

Musieli znaleźć tę dziewczyną.

I chłopaka też – Matthew.

Pięciu łowców przedzierało się przez gęste zarośla, gdzie, jak im się zdawało, spadła ta dziewczyna. Powinna tu być! Musieli wytropić okaz zwany Tinkerbell i zniszczyć ją, jeśli jeszcze żyła po upadku z dużej wysokości.

Uśpić Tinkerbell, myślał Harding Thomas, prowadząc grupę poszukiwawczą. Był to eufemizm, który czynił takie chwile łatwiejszymi do zniesienia: uśpić kogoś. Tak, jak to się robi ze zwierzętami. To nie jest śmierć ani morderstwo – po prostu spokojny sen.

Wydawało mu się, że wie, w którym dokładnie miejscu dziewczyna spadła z nieba jak kamień, ale ciała nie było ani na ziemi, ani pośród gałęzi wysokich jodeł.

Nie mogli jej tu zostawić; nie wolno dopuścić do tego, by odnaleźli ją jacyś turyści. To dopiero byłaby tragedia.

– Tinkerbell, słyszysz mnie? Jesteś ranna, kochanie? Chcemy cię tylko zabrać do domu. To wszystko – krzyczał Thomas, starając się przybrać jak najłagodniejszy ton. Nie miał z tym kłopotu, bo naprawdę lubił Max i Matthew.

Imię „Tinkerbell” było pseudonimem, ale Thomas zawsze tak nazywał tę małą. Matthew natomiast był „Piotrusiem Panem”, a sam Thomas „wujkiem Tommym”.

– Tinkerbell, gdzie jesteś? Wyjdź do nas, proszę. Nie zrobimy ci krzywdy, kochanie. Nawet się na ciebie nie gniewam. To ja, wujek Tommy. Możesz mi zaufać. Komu zaufasz, jak nie mnie?

– Słyszysz? No chodź, mała. Wiem, że gdzieś tam jesteś. Zaufaj wujkowi Thomasowi. Nikt inny nie może ci pomóc.

ROZDZIAŁ 5

Max żyła. Niesamowite, niesamowite, niesamowite!

Ale była postrzelona i nie wiedziała, jak ciężko jest ranna. Pewnie nie bardzo, bo jeszcze nie zemdlała i wyglądało na to, że nie straciła wiele krwi.

Przez wiele godzin trzymała się czubka drzewa, ukryta wśród gęstych gałęzi. Miała nadzieję, że nikt jej nie widzi. Próbowała się nie ruszać. Być cicho. Pozostać nie zauważoną.

Max drżała na całym ciele. To wymykało się spod kontroli.

Pragnęła mieć przy sobie Matthew. Razem czuliby się o wiele pewniej. Zawsze sobie pomagali. W szkole byli nierozłączni. Pani Beattie, jedyna naprawdę miła osoba, którą tam poznali, nazywała ich „papużkami nierozłączkami” albo „Bolkiem i Lolkiem”. Po jej śmierci wszystko się popsuło. Strasznie.

Las roił się od ludzi. Tych złych – najgorszych, jakich można sobie wyobrazić. Było ich co najmniej pół tuzina. Łowcy – mordercy. Gorączkowo szukali jej i Matthew. Mieli karabiny i latarki.

A najgorszym z nich okazał się wujek Thomas. Udawał przyjaciela… ale to właśnie on zajmował się usypianiem. Był nauczycielem, naukowcem i po prostu mordercą.

– „Nic złego ci nie zrobimy, kochanie” – przedrzeźniała go, naśladując jego fałszywy, nieszczery ton.

Dobrze, że nie musiała patrzeć, jak przedzierają się przez zarośla. Miała doskonały słuch. Potrafiła wyodrębnić dźwięki różniące się od siebie częstotliwością o tysięczne części sekundy. To był jeden z jej najwspanialszych darów. Potrafiła wychwycić dochodzące z daleka bzyczenie komarów i gniewne trele strzyżyka. Słyszała szelest liści osiki dolatujący z odległości ośmiuset metrów. Ciekawe, czy Matthew jest gdzieś w pobliżu, myślała. Czy on też nadsłuchuje?

– Tinkerbell, słyszysz mnie?

Oczywiście, że słyszała tych żałosnych psycholi, którzy polowali na nią. Słyszała ich już z daleka. Słyszała każdy krok, każde kaszlnięcie i pociągnięcie nosem, każdy ich oddech, oby ostatni.

Jeden z łowców odezwał się. Max rozpoznała głos szczególnie nieprzyjemnego strażnika ze „Szkoły”.

– Szkoda, że nie wzięliśmy ze sobą psów.

– Dobra, dobra, nie mądrzyj się – prychnął ktoś inny i wybuchnął śmiechem. – To tylko dzieci. Jeśli nie potrafimy znaleźć jakiegoś tam gówniarza, to pora przejść na emeryturę.

Psy! Max o mało nie krzyknęła ze strachu. Psy potrafiłyby ją odnaleźć. Były w tym lepsze od ludzi. One też miały niezwykłe dary. Człowiek to najsłabszy gatunek. Może dlatego ludzie potrafili być najokrutniejszymi stworzeniami.

Znów zerwał się wściekły, zawodzący wiatr, a Max uświadomiła sobie, że jest jej zimno. Przywarła do drzewa, nadsłuchując bacznie. Rozmowy łowców ucichły. Na razie odeszli.

Powoli, zmagając się z bólem, zjechała po pniu sosny na dół i ostrożnie weszła w zarośla.

Potem zerwała się do biegu. Musiała znaleźć schronienie. Musiała odnaleźć Matthew, zanim będzie za późno.

ROZDZIAŁ 6

Jego trzyletni syn, mały Mike, z upodobaniem powtarzał, że „okrutnie się boi ciemności”. Kit uwielbiał to wyrażenie.

Zawsze, gdy słyszał te słowa z ust syna, wydawał z siebie radosny ryk i przyciskał Mike’a do piersi. Do dzisiaj Kit pamiętał te słodkie uściski. Na ich wspomnienie ogarniał go ból i poczucie pustki, jakby ktoś wyrwał mu duszę i wyrzucił ją na stos śmieci.

Znalazł się naprawdę w trudnej sytuacji. Prowadził śledztwo w sprawie, którą uważał za najważniejszą w swojej karierze – ale nie powinien tego robić. Odebrano mu ją, do licha. Kto wie, może już została oficjalnie zamknięta.

Dlatego też, owszem, „okrutnie się bał”.

Sprzęt do wspinaczki i ubrania zostawił w domku, tak, by wszystko wyglądało najzupełniej normalnie na wypadek, gdyby ktoś zechciał go obserwować albo przeszukać pokój. Było możliwe, a nawet bardzo prawdopodobne, że zdecyduje się na to Frannie O’Neill bądź ktokolwiek inny.

Domek był skromny, urządzony bez zbytniego przepychu, ale zaskakująco przytulny. W saloniku znajdował się kominek w stylu Rumford, wyrzeźbiony z wydobywanego w okolicy granitu. Na obramowaniu stały wyklepane młotkiem cynkowe latarnie. Łóżko przykryte było narzutą z baraniej skóry.

Kit zaciągnął zasłony i szybko się rozebrał. Wyłączył światło i położył się, wsuwając pod łóżko strzelbę. Właściwie miał ją tylko po to, by wyglądać na zwyczajnego myśliwego, ale przy okazji mogła się przydać do obrony. Na pewno nie zaszkodzi.

Powinienem być w Nantucket na urlopie. Dochodzić do siebie; odzyskiwać równowagę psychiczną. Może rzeczywiście należało tam pojechać. Ale tego nie zrobiłem, zgadza się? Już drugi raz schrzaniłem sprawę.

Pierwszy raz zdarzyło mi się to 9 sierpnia 1994 roku.

Zamknął oczy, ale nie zapadł w sen. Czekał.

Wspominał rozmowę z zastępcą dyrektora FBI. Doprowadził do tego spotkania bez wiedzy swojego bezpośredniego przełożonego.

Pamiętał najważniejsze fragmenty tej rozmowy tak wyraźnie, jakby to było wczoraj.

Zastępca dyrektora patrzył na niego z nie skrywaną wyższością i zdawał się nie dowierzać, że musi tracić czas dla jakiegoś podrzędnego agenta.

– Ja będę mówił, pan będzie słuchał, agencie Brennan.

– Cel tego spotkania jest inny – odparł wtedy Tom.

– Tak się panu wydaje, bo nie wie pan, dlaczego się spotkaliśmy.

– Nie, proszę pana, chyba nie.

– Idziemy panu na rękę ze względu na tragedię, jaka spotkała pana w życiu osobistym. Ale pan nam to utrudnia, prawie że uniemożliwia. Proszę mnie wysłuchać i niech pan słucha uważnie. Nie może się pan porywać z motyką na słońce. Zakończy pan to polowanie na czarownice. Krótko mówiąc, albo pan odpuści sobie sprawę zaginionych lekarzy, albo nie ma pan czego u nas szukać. Zrozumiano?

Kit leżał w ciemnościach. Może nie potrafił dokładnie powtórzyć słów zastępcy dyrektora, ale dobrze pamiętał ich sens. No i owszem, zrozumiał, czego się od niego wymaga.

Dlatego znalazł się tu, w Kolorado. Dokonał wyboru. Sumienie okazało się ważniejsze niż kariera.

Nie było już dla niego żadnej szansy.

ROZDZIAŁ 7

Kwadrans po jedenastej tej samej nocy Kit odrzucił na bok narzutę z baraniej skóry i wstał z łóżka.

Szybko ubrał się, nie zapalając światła. Wcisnął na siebie czarną koszulkę i czarne spodnie od dresu. Na głową włożył czarną czapkę z daszkiem, a na nogi trampki converse – takie, jakie nosił Larry Bird. Kit nie uznawał innej marki, odkąd skończył dziesięć lat i biegał po drogach i twardych nawierzchniach placów zabaw południowego Bostonu.

Księżyc był w pełni. Podszedłszy do okna, Kit obserwował zarośla, od lewej strony do prawej. Powtarzał tę czynność dotąd, aż upewnił się, że nikogo tam nie ma, że nikt nie obserwuje domku, nie czeka, aż główny lokator wyjdzie.

Kit otworzył drzwi i wyśliznął się na świeże, chłodne powietrze. Czuł się trochę jak Mulder, główny bohater serialu Z Archiwum X. Właściwie nie trochę, lecz bardzo; porównanie to wcale nie nastrajało go optymistycznie, ponieważ Mulder miał wyjątkowo nierówno pod sufitem.

Kit Harrison ruszył krętą ścieżką, wiodącą przez las do szpitala dla zwierząt. Wiedział, że Frances O’Neill mieszka tam od śmierci męża, Davida. O doktorze Davidzie Mekinie Kit też wiele słyszał. Prawdę mówiąc, wiedział o nim więcej niż o jego żonie. David Mekin studiował embriologię na M.I.T. w latach osiemdziesiątych. Potem podjął pracę w San Francisco. Kit miał tuzin kartek zapisanych najprzeróżniejszymi informacjami na temat doktora Mekina.

Przy okazji dowiedział się też co nieco o Frannie. Uzyskała stopień doktora weterynarii w stanowej uczelni w Fort Collins. Funkcjonował tam także najlepszy w kraju wydział biologii naturalnej i z tej właśnie dziedziny Frannie zrobiła specjalizację dodatkową. Uczelnia ta cieszyła się dobrą reputacją, zwłaszcza jeśli chodzi o chirurgię. Po przybyciu do Bear Bluff Frannie założyła grupę wsparcia dla właścicieli zwierząt, którzy utracili swoje pociechy. Do śmierci męża prowadziła dobrze prosperujący gabinet weterynaryjny. Była głównym żywicielem rodziny. Ostatnimi czasy niezbyt dobrze jej się wiodło.

Po niecałych trzech minutach Kit dotarł do domu doktor O’Neill. Ona nazywała go „Zwierzyńcem”. Tutaj wszystko naprawdę się zacznie.

Ganek zalany był jasną poświatą, a w jednym z okien, z boku domu paliło się migocące żółtawe światło. Przy drugim czatował kot, przyglądający się podejrzliwie intruzowi.

Kit przystanął, by zaczerpnąć powietrza, a może uspokoić nerwy. Rozejrzał się na wszystkie strony. Nikogo nie dostrzegł.

Musiał dostać się do szpitala zwierzęcego – ale dziś pewnie mu się to nie uda. Przyczaił się tuż za dwiema rosnącymi blisko siebie wysokimi sosnami. Od okna, z którego sączyło się światło, dzieliły go niecałe trzy metry.

Nagle Kit odskoczył do tyłu.

Jezu! Wystraszyła go na śmierć.

Frannie O’Neill stała w oknie, oblana łagodnym światłem. Była naga jak ją Bóg stworzył. Kit odetchnął głęboko. Tego się nie spodziewał. Czuł się zupełnie jakby ktoś dźgnął go palcem w oko.

Nie zauważyła go, na szczęście. Właśnie wycierała długie brązowe włosy puszystym białym ręcznikiem. Ładne włosy. Zresztą wszystko miała ładne.

Była o wiele atrakcyjniejsza, niż mu się początkowo wydawało. Bardzo ładne, żywe oczy. Szczupła, dobrze zbudowana. Doskonale zbudowana, prawdę mówiąc. Jej skóra połyskiwała w blasku lampy. Kit pamiętał ze swoich notatek, że doktor O’Neill miała trzydzieści trzy lata. Jej mąż, doktor David Mekin, zginął w wieku trzydziestu ośmiu lat. Został zamordowany.

Kit odwrócił się. Frannie jeszcze nie spała, więc dziś nie uda mu się przeszukać jej domu. Nie chciał patrzeć przez okno na nagą doktor O’Neill, jak jakiś obleśny gnojek. Wiele złego można by o nim powiedzieć, ale z pewnością nie był podglądaczem.

W drodze powrotnej do domku przez cały czas miał przed oczami Frannie O’Neill, jakby jej wizerunek zapamiętał na zawsze. Błysk w oczach Frannie wskazywał, że cechowało ją poczucie humoru, choć w czasie ich pierwszego spotkania nie mieli możliwości, by żartować. Była o wiele ładniejsza niż się spodziewał. I mogła okazać się zabójczynią.

ROZDZIAŁ 8

Wreszcie nastał wtorkowy poranek.

Anne Hutton czekała z niepokojem na tę chwilę, ale teraz czuła się dobrze, była zadziwiająco spokojna i w pełni gotowa.

Prawdę mówiąc, odwiedziny w klinice zapłodnień in vitro szpitala komunalnego w Boulder zawsze nastrajały ją optymistycznie. Wyglądało na to, że personel pomyślał o wszystkim i zwrócono nawet uwagę na elementy wystroju, aby wpływały pozytywnie na przyszłe matki. Miała wrażenie, że ci ludzie są wspaniali, a jej się poszczęściło.

Ściany w stylowej poczekalni były pomalowane na ciepły żółty kolor i ozdobione białymi ornamentami. Zawsze stały tu świeże kwiaty, a na stolikach leżały najnowsze numery pism, tych najbardziej odpowiednich dla przyszłych matek: „Mirabella”, „AD”, „Town amp; Country”, „Parents”, „Child”.

Członkowie personelu byli doskonale wyszkoleni i zawsze uśmiechnięci. Annie najbardziej lubiła opiekującego się nią lekarza, Johna Brownhilla. Właśnie z nim rozmawiała. Zadawał pytania, jakich należało się spodziewać w czasie badania kobiety w ósmym miesiącu ciąży. Doktor wydawał się ogromnie zainteresowany jej samopoczuciem. Czy miała skurcze, czy zdarzyło się coś niezwykłego?

– Nie, wszystko jest w porządku, odpukać – powiedziała Annie. Uśmiechnęła się, pełna optymizmu, który udzielał się jej od doktora Brownhilla i reszty personelu.

Doktor B. odwzajemnił uśmiech. Uśmiechał się dokładnie tak, jak należało, nie okazując wyższości.

– To wspaniale. Przeprowadzimy parę testów i zdążysz wrócić do domu na kolejny odcinek Rosie.

Choć Annie była w stosunkowo dobrym humorze, zdawała sobie sprawę, że jej sytuacja wciąż jest niepewna. Według doktora Brownhilla, miała za małe łożysko. Dziś on i asystująca mu pielęgniarka, Jilly, zamierzali, wykorzystując urządzenie monitorujące rytm serca płodu, sprawdzić, jak dziecko znosi skurcze. Na myśl o tym badaniu Annie czuła się trochę niepewnie, ale starała się być równie pogodna jak przemiły pan doktor i pielęgniarka.

Jilly wycisnęła przewodzący żel na brzuch pacjentki. Annie uświadomiła sobie, że z myślą o jej wygodzie substancja została podgrzana. O niczym tu nie zapominano. Następnie pielęgniarka bardzo delikatnie położyła dwa szerokie plastykowe paski na brzuchu Annie.

– Wygodnie ci? Możemy coś jeszcze dla ciebie zrobić? – spytał doktor Brownhill.

– Wszystko w porządku. Temperatura żelu jest idealna.

A potem zaczął się koszmar.

– Tętno dziecka spada – powiedział doktor Brownhill łamiącym się głosem. – Sto, dziewięćdziesiąt siedem, dziewięćdziesiąt pięć. – Zwrócił się do Jilly. – Narkoza, natychmiast. Trzymaj się, Annie. Trzymaj się mocno.

Potem wszystko poszło szybko i sprawnie, jak na te niezwykłe okoliczności. Świat rozpłynął się przed oczami Annie. Wkrótce straciła przytomność.

Niecałe czterdzieści minut później, o wiele wcześniej niż się tego spodziewano, doktor John Brownhill osobiście przyniósł nowo narodzone dziecko na oddział wcześniaków. Co prawda z testów przeprowadzonych na sali porodowej wynikało, że chłopiec jest zdrowy, ale trzeba było dmuchać na zimne.

Do krtani dziecka została wprowadzona czysta rurka, a na małą główkę wciśnięto maskę ciśnieniową. Dzięki temu tlen pod niskim ciśnieniem mógł być tłoczony do nie w pełni jeszcze rozwiniętych płuc.

Za pomocą plastykowej rurki włożonej do pępka przeprowadzono analizę krwi.

Do skóry niemowlęcia przyklejono elektroniczny termometr.

Do nosa wprowadzono rurkę, przez którą chłopiec miał być karmiony mlekiem, gdyby się okazało, że nie jest jeszcze w stanie ssać piersi.

Nad dzieckiem Annie Hutton krążył specjalista od intensywnej terapii niemowląt, sprawdzając, czy z małym wszystko w porządku.

– Wszystko gra. Chłopak ma się dobrze, John – powiedział doktorowi Brownhillowi jeden ze specjalistów. – A propos, jego głowa ma czterdzieści jeden centymetrów obwodu. Łebski chłopak, nie ma co.

– I bardzo dobrze.

John Brownhill opuścił oddział dla wcześniaków i wszedł dwa piętra wyżej, gdzie Annie Hutton dochodziła do siebie po cesarskim cięciu.

Dwudziestoczteroletnia matka nie wyglądała tak dobrze, jak jej synek. Kręcone włosy, mokre od potu, wisiały posklejane niczym strąki. Oczy były przygasłe, zamglone. Wyglądała tak, jak każda matka po cesarskim cięciu.

Doktor Brownhill podszedł do jej łóżka. Pochylił się nad nią i przemówił łagodnym, uspokajającym tonem. Nawet wziął pacjentkę za rękę.

– Annie, tak mi przykro. Nie mogliśmy go uratować – wyszeptał. – Straciliśmy twojego chłopczyka.

ROZDZIAŁ 9

Dziecko Annie Hutton zostało przywiezione do „Szkoły” w kilka godzin po narodzinach w klinice w Boulder. Grupa ludzi odzianych w stroje przypominające kombinezony kosmonautów wybiegła na spotkanie ambulansu. Błyskawicznie wniesiono dziecko do środka. Panowała atmosfera niezwykłego podniecenia, ożywienia, niemal radości.

Naczelny lekarz ze „Szkoły” nadzorował badanie i wszystko bacznie obserwował, od czasu do czasu udzielając obszernych wyjaśnień.

Sprawdzono tętno, oddech, kolor skóry, napięcie mięśni oraz odruchy. Wszystko było wręcz idealne.

Następnie chłopiec został zmierzony i zważony. Przeprowadzono badania, by sprawdzić, czy nie ma szmerów w sercu, przekrwienia serca, krwotoku podspojówkowego, żółtaczki, wrodzonego zwichnięcia biodra, złamania obojczyka, plam na skórze, a wreszcie, czy dziecko nie jest bezpłciowe.

Na prawym biodrze widniało znamię. Odnotowano je jako „skazę”.

Większość testów obejmowała koordynację ruchową chłopca, a także jego umiejętność manipulowania otoczeniem. Naczelny lekarz asystował przy każdym z nich, wygłaszając po zakończeniu stosowny komentarz.

– Obwód głowy wynosi czterdzieści jeden centymetrów. Tyle, co u dziecka czteromiesięcznego. Właśnie dlatego konieczne było cesarskie cięcie. Serce również jest większe od normalnego, i bardziej wydajne. Tętno nie sięga setki. To wprost cudowne. Prawdziwy mały mistrz.

– Ale popatrzcie na niego. To jest właśnie najważniejsze. Największa sensacja. On nas słucha i jest skoncentrowany. Widzicie? Popatrzcie na jego oczy. Noworodki nie skupiają wzroku na określonym punkcie i nie potrafią śledzić poruszających się przedmiotów. A on wodzi za nami spojrzeniem. Rozumiecie, co to znaczy?

– Noworodki nie są w stanie zapamiętać przedmiotów, które znikają z ich pola widzenia. A on to potrafi. Nie mam wątpliwości, że nas obserwuje. Spójrzcie na jego oczka. On już ma pamięć. To naprawdę superdziecko!

ROZDZIAŁ 10

Obudziłam się chwytając łapczywie powietrze i szlochając cicho na wspomnienie strasznego, bolesnego snu o moim mężu, Davidzie. Ostatnimi czasy tak właśnie zaczynał się każdy mój dzień.

Tak bardzo mi brakowało Davida. Tęsknota za nim doskwierała mi nieprzerwanie od tamtej nocy, półtora roku temu, kiedy jakiś ćpun zastrzelił go na opustoszałym parkingu w Boulder.

Przed jego śmiercią byliśmy nierozłączni. Jeździliśmy na nartach, i w Kolorado, i w innych zachodnich stanach. W niedziele odwiedzaliśmy klinikę dla imigrantów w Pueblo. Czytaliśmy tak wiele książek, że obydwa nasze domy mogły służyć za biblioteki publiczne. Mieliśmy tylu przyjaciół, że czasem nie wiedzieliśmy, co z nimi zrobić. Byliśmy szczęśliwi i żyliśmy pełnią życia praktycznie w każdej minucie każdego dnia.

Prowadziłam dobrze prosperującą klinikę weterynaryjną. Codziennie wczesnym rankiem robiłam objazd okolicznych farm i rancz, gdzie zajmowałam się końmi oraz innymi dużymi zwierzętami. Poza tym, ludzie z całego okręgu znosili do „Zwierzyńca” swoich małych ulubieńców. Zostałam nawet wybrana „Weterynarzem lat dziewięćdziesiątych” przez „Denver Post”.

A teraz wszystko się zmieniło, moje życie zmierzało w niewłaściwym kierunku, a ja nie potrafiłam temu zapobiec. Przez cały czas rozmyślałam o zabójstwie Davida. Bez przerwy zawracałam głowę policjantom z Boulder, aż w końcu kazali mi trzymać się od nich z daleka. Ostatnio rzadko składałam wizyty domowe, choć ludzie z okolicy wciąż przynoszą do szpitala swoje zwierzęta.

Wyskoczyłam z łóżka. Narzuciłam na plecy stary niebieski szlafrok w kratę i założyłam kapcie, które dostałam na Gwiazdkę od dwójki przemiłych dzieciaków jako wyraz wdzięczności za uratowanie ich pieska, mocno zmaltretowanego przez kojota.

Kapcie wyglądały jak łby spanieli. Tępe oczka podniesione ku górze, wystawione różowe języki, klapiaste uszy.

Włączyłam magnetofon i z głośników popłynął charakterystyczny, chrapliwy śpiew Fiony Apple; osiemnastoletnia dziewczyna, pełna cynizmu, złości i twórczego szaleństwa. Lubię takie piosenkarki.

Otworzyłam drzwi mojego „apartamentu” i weszłam do laboratorium. Powitał mnie w nim plakat z maksymą, którą wybrałam na hasło tego miesiąca: „Polowanie na lisy to nieopisany w swoim okrucieństwie pościg za czymś, co jest niejadalne”. – Oscar Wilde.

Wszystko po kolei. Najpierw nasypałam do ekspresu kawy o smaku orzechowo-waniliowym. Kiedy zaczęła się sączyć do kubka, ruszyłam na obchód mojego szpitala.

Frannie O’Neill, oto twoje życie.

Oddział numer jeden to pokój cztery na cztery z umywalką, jednym oknem i dwoma rzędami czystych, schludnych klatek. W tej chwili przebywali tu trzej lokatorzy: dwa psy i dzieląca klatkę z jednym z nich kura.

Pudel znów wyrwał sobie kroplówkę, mimo że założyłam mu obrożę. By mnie zrozumiał, sklęłam go używając wszystkich szesnastu francuskich słów, jakie znałam. Potem włożyłam rurkę na miejsce. Zmierzwiłam kłaki na łbie psiny i wybaczyłam mu.

– Je t’aime – powiedziałam.

Oddział numer dwa to nieco mniejsza kopia oddziału pierwszego, tyle że pozbawiona okien. Tutaj mieszkały te bardziej „egzotyczne” przypadki: królik z zapaleniem płuc, bez szans na wyleczenie; chomik, którego przysłano do mnie pocztą bez żadnego wyjaśnienia.

No i był jeszcze Frank, łabędź, którego moja siostra, Carole, uratowała ze stawu przy torze wyścigowym. Carole uważa się za świętą Teresę dziczy. W tej chwili pojechała na biwak ze swoimi córkami do jednego z parków narodowych. Niewiele brakowało, żebym wybrała się tam z nimi.

Kawa była gotowa. Wlałam jej sobie do kubka, dodałam mleka i cukru. Mmm, mmm, pyszne.

Pip pętał mi się pod nogami. Pip to mały terier, którego znaleźli miejscowi i przynieśli do mnie; prawdopodobnie został porzucony przez właścicieli. Wykonał przede mną taniec na tylnych łapach, świadom, że to lubię. Pocałowałam go i wsypałam do jego miski resztki rice chex, przysmaku dla psów.

– Smaczne?

– Hau.

– Cieszę się.

Wyszłam przed dom. Wtedy właśnie zobaczyłam czarnego jeepa. Facet z katalogu L.L.Bean. Kit Cośtam. Myśliwy znów znalazł się przed moim domem. Stał obok samochodu, ze strzelbą na ramieniu.

W oczy rzuciła mi się bezkształtna masa spoczywająca na klapie silnika.

O Boże, nie! On już coś ustrzelił! Zamordował zwierzę na mojej ziemi. Ten drań! Ten gnojek!

Widziałam już wiele zwierzęcych trucheł w tych lasach, ale nigdy nie na mojej ziemi, mojej prywatnej własności, mojej kryjówce przed szaleństwem tego świata.

– Hej, ty – krzyknęłam. – Hej. Hej, no!

Wściekła, rzuciłam się biegiem przez ganek. Przybysz cofnął się o krok i otworzył drzwi samochodu. Uświadomiłam sobie, że to, co zobaczyłam, nie mogło być zwierzęciem. Kolor się nie zgadzał.

To coś było ciemnoczerwone. Wyglądało na płócienny worek.

Na dźwięk mojego głosu mężczyzna zwrócił się twarzą do mnie. Machnął niedbale ręką i obdarzył mnie tym swoim niesamowitym uśmiechem. Ja w odpowiedzi wbiłam w niego wściekłe spojrzenie, które powinno go spalić na popiół.

– Dzień dobry! – krzyknął. – Boże, ależ tu pięknie. Jak w niebie, prawda?

Przytrzymując poły szlafroka, pochyliłam się i podniosłam „popogrzebówkę”, jak określam „Denver Post”, zawsze pełen złych nowin.

Potem odwróciłam się na pięcie i dziarsko szurając kapciami w kształcie spanieli wmaszerowałam do domu.

ROZDZIAŁ 11

Przede wszystkim należało zachować dyskrecję.

Choć tego popołudnia w Boulder było niesamowicie parno, w cieniu wysokich dumnych sosen otaczających duży i dobrze utrzymany ogródek pod domem doktora Francisa McDonougha panował miły chłód. A jeszcze przyjemniej było w basenie o długości dwudziestu metrów, wypełnionym migocącą w słońcu niebieską wodą, której temperatura sięgała dwudziestu stopni, jak prawie zawsze.

Basen otaczały białe żeliwne meble: duże wygodne otomany, kozetka przykryta kwiecistą narzutą. Wokół stały wazy z sezonowymi kwiatami oraz płócienne parasole.

Frank McDonough pływał w basenie. Choć minęło już niemal dwadzieścia lat od czasów, kiedy brylował w drużynie pływackiej na uniwersytecie w Berkeley, wciąż miał w zwyczaju regularnie sprawdzać swoje możliwości.

Doktor McDonough doskonale się czuł w Boulder. Z jego dużego domu roztaczał się widok na miasto i równiny na wschodzie. McDonough uwielbiał oddychać świeżym, orzeźwiającym powietrzem, zachwycało go czyste niebieskie niebo. Któregoś dnia nawet wybrał się do Narodowego Centrum Badań Atmosfery, by dowiedzieć się, dlaczego tak jest, dlaczego niebo tu jest niebieskie? Przed sześcioma laty przeprowadził się do Boulder z San Francisco i nie zamierzał tam wracać.

Zwłaszcza w tak piękny dzień jak ten, kiedy na tle czystego nieba odcinały się majestatyczne wierzchołki gór Flatiron, a jego żona, Barbara, miała wrócić za niecałą godzinę.

Po jej powrocie pewnie upieką okonia na grillu, otworzą butelkę wina zinfandel, może nawet zaproszą państwa Solie. Albo spróbują oderwać Frannie O’Neill od zwierzaków, którymi się zajmowała w Bear Bluff. Podobnie jak Frank, Frannie w czasie studiów pływała w drużynie uniwersyteckiej i doktor bardzo lubił jej towarzystwo. Poza tym, od tragicznej śmierci Davida martwił się o nią.

Zrobiwszy dziewięćdziesiątą rundkę, Frank McDonough zatrzymał się przy brzegu basenu. Coś poruszyło się przed domem. Przy grillu.

Ktoś tam był.

I to nie sam. Było tam kilku ludzi. Doktor McDonough poczuł w sercu ukłucie strachu. Co się dzieje, do licha?

Frank McDonough wystawił głowę z wody i ściągnął mokre gogle. Czterech mężczyzn ubranych najzwyczajniej w świecie – dżinsy, koszulki, lekkie kurtki – zbliżało się ku niemu szybkim krokiem.

– W czym mogę pomóc, panowie! – krzyknął. Zawsze starał się być miły, wierzyć w dobre zamiary wszystkich ludzi, okazywać wszystkim uprzejmość.

Nieznajomi nie odpowiedzieli. Cholernie to dziwne. Trochę denerwujące. Ciągle szli w stronę basenu. Nagle zerwali się do biegu.

Stojący na brzegu basenu stolik przewrócił się. Świece połamały się, gazety wylądowały na ziemi.

– Hej! Hej! – Patrzył na nich z niedowierzaniem.

Wszyscy czterej tak, jak stali, wskoczyli do basenu.

– Co to ma znaczyć? – McDonough zaczął krzyczeć na intruzów. Nie miał pojęcia, co się dzieje, i ogarnął go strach.

Rzucili się na niego jak stado psów na ofiarę. Złapali go za ręce i nogi, i boleśnie wykręcili. Rozległ się ohydny trzask; Frank miał wrażenie, że złamali mu lewy nadgarstek. Piekielnie go to bolało. Zdawał sobie sprawę, że ma do czynienia z niezwykle silnymi ludźmi, bo on sam nie był wymoczkiem, a mimo to poradzili sobie z nim jak z niesfornym dzieckiem.

– Hej! Hej! – krzyknął znowu, zachłystując się wodą. Odchylili mu głowę do tyłu, tak, że przed oczami miał niekończący się błękit nieba.

Następnie wepchnęli go pod wodę. McDonough próbował złapać choć odrobinę powietrza, ale jego usta wypełniły się chlorowaną wodą. Zakrztusił się.

Trzymali go pod wodą, nie puszczając ani na chwilę. Jego ręce i nogi uwięzione były w potężnym uścisku. Ci ludzie chcieli go utopić. O Boże, to nie miało najmniejszego sensu.

Próbował się szarpać.

Uwolnić się.

Uspokoić.

Frank McDonough usłyszał trzask łamanego karku. Nie był już w stanie dłużej walczyć. Czuł, jak opuszczają go siły, jak wypływa z niego życie.

Szeroko otwartymi oczami widział przed sobą ludzi w przemoczonych ubraniach, stojących w migocącej w słońcu niebieskiej wodzie. Jego płuca wypełniły się wodą. Miał wrażenie, że klatka piersiowa lada chwila rozpadnie się na drobne kawałki; prawdę mówiąc, chciał, by tak się stało. Może wtedy ustałby ten okropny ból.

I w tej chwili doktor Frank McDonough zrozumiał. Prawda była tak oczywista jak to, że zbliża się śmierć.

Chodziło o Tinkerbell i Piotrusia Pana.

Uciekli w trakcie jego dyżuru.

ROZDZIAŁ 12

Wciskając gaz do dechy, drogę z Bear Bluff do Boulder można pokonać w niecałe czterdzieści minut.

Robiłam wszystko, by zachować bystrość umysłu i zapanować nad nerwami, ale zupełnie mi to nie wychodziło. Byłam jak otępiała.

Ciągle miałam przed oczami Franka McDonougha, jakim go znałam od sześciu lat – uśmiechniętego, pełnego życia człowieka. Ostatnimi czasy – a właściwie przez ostatnie czterysta dziewięćdziesiąt trzy dni – rzadko wyjeżdżałam z Bear Bluff. A teraz musiałam pojechać do Boulder.

Frank McDonough nie żył. Powiedziała mi o tym jego żona, Barb, głosem nabrzmiałym od łez. Nie mogłam w to uwierzyć. Nie mogłam znieść tej bolesnej, przerażającej, okropnej myśli.

Najpierw David, a teraz Frank. To wydawało się niemożliwe.

Próbowałam skontaktować się z Gillian, moją najlepszą przyjaciółką, pracującą w szpitalu komunalnym w Boulder. Nie zastałam jej w domu, więc zostawiłam tylko wiadomość na automatycznej sekretarce. Miałam nadzieję, że wyrażałam się w miarę jasno.

Następnie zadzwoniłam na komórkę do mojej siostry, Carole, wypoczywającej pod namiotem ze swoimi córkami. Nie odebrała. Cholera, akurat teraz przydałoby mi się jej towarzystwo.

Już z daleka dało się słyszeć przenikliwe wycie syren wozów policyjnych. Frank i Barb McDonough mieszkają w pobliżu szpitala komunalnego, jako że obydwoje tam pracują. Barb jest pielęgniarką, a Frank naczelnym pediatrą.

Frank był pediatrą. O Boże, Frank nie żyje. Mój przyjaciel, przyjaciel Davida. Jak to się mogło stać?

Syreny policyjne wyły przeraźliwie. Miałam dziwne uczucie, że to mnie wzywają.

Ten dźwięk przywołał mnóstwo złych wspomnień. Przez wiele miesięcy zawracałam głowę policjantom z Boulder w sprawie śmierci Davida. Na Boga, próbowałam sama rozwiązać tę zagadkę. Rozmawiałam z parkingowymi, z lekarzami, którzy tamtego feralnego dnia późno wychodzili ze szpitala.

A teraz powróciły wszystkie bolesne wspomnienia związane z zabójstwem Davida. Nie mogłam tego znieść.

ROZDZIAŁ 13

– Jestem doktor O’Neill – powiedziałam, przeciskając się obok wysokiego, potężnie zbudowanego policjanta, stojącego na dobrze mi znanym, bielonym ganku. – Przyjaciółka Barb i Franka. Pani McDonough zadzwoniła po mnie.

– Ona jest w środku. Może pani wejść – odparł stróż prawa, zdejmując czapkę.

Nawet nie spojrzałam na dom ani ukochany ogród skalny Franka. Zamiast zielonego trawnika, przed domem rosły setki małych, kolorowych roślin, które nie wymagały częstego podlewania. Frank uważał, że trzeba oszczędzać wodę. Taki już był. Zawsze myślał o innych, planował naprzód.

Nie mogłam przyjąć do wiadomości tego, co się stało. Frank i Barb McDonoughowie byli naszymi najbliższymi przyjaciółmi, kiedy David pracował w szpitalu. Na wieść o jego śmierci natychmiast przyjechali do mnie. Barb, Carole i Gillian Puris siedziały wtedy ze mną przez całą noc. A teraz, w podobnych okolicznościach, to ja przybyłam do Boulder.

Kiedy weszłam na schody, jakaś kobieta wypadła z drzwi domu. Nie była to Barb McDonough.

– O Boże, Gillian – szepnęłam.

Gillian jest moją najlepszą przyjaciółką. Padłyśmy sobie w ramiona. Wtulone w siebie, rozpłakałyśmy się, usiłując jakoś pogodzić się z tą tragedią. Jak to dobrze, że Gillian też tu była.

– Jak on mógł się utopić? – wymamrotałam.

– Nie wiem, Frannie, nie wiem, jak to się stało. Miał skręcony kark. Pewnie próbował wskoczyć do płytkiej wody. Dobrze się czujesz? Nie, oczywiście, że nie. Tak jak biedna Barb. To takie straszne.

I rozszlochałyśmy się w swoich objęciach.

Gillian jest pracownikiem badawczym w szpitalu komunalnym w Boulder i wspaniałym człowiekiem. Jako prawdziwy geniusz, może sobie pozwolić na zachowanie godne buntownika bez powodu i ciągle wojuje ze szpitalnymi urzędasami, szakalami i osłami z administracji. Poza tym jest wdową i ma małego synka, Michaela, którego po prostu ubóstwiam.

Gillian miała na sobie szpitalne ciuchy i kitel, z przypiętą plakietką z nazwiskiem. Przyszła prosto z pracy. To musiał być dla niej długi, straszny dzień. Jak dla nas wszystkich.

– Muszę zobaczyć się z Barb – powiedziałam. – Gdzie ona jest, Gil?

– Chodź, zaprowadzę cię do niej. Trzymaj się mnie.

Weszłam za Gillian do dobrze mi znanego domu, w którym teraz było mroczno i cicho jak nigdy. Barb siedziała w kuchni razem z Gildą Haranzo. Gilda jest pielęgniarką na oddziale pediatrii w szpitalu. Należy do naszego grona.

– Och, Barb, tak mi przykro. Tak mi przykro – wyszeptałam. W takich chwilach trudno znaleźć odpowiednie słowa.

Padłyśmy sobie w objęcia.

– Wiesz, kiedy David odszedł, nie rozumiałam tego, co czułaś. Naprawdę nie rozumiałam. – Barb szlochała, wtulona w moją pierś. – Powinnam wtedy bardziej ci pomóc.

– Byłaś dla mnie wspaniała. Kocham cię. Bardzo cię kocham. – Mówiłam szczerą prawdę. Czułam się, jakbym to ja straciła najbliższą mi osobę.

Potem zaczęłyśmy się ściskać i pocieszać, jak najlepiej potrafiłyśmy. Wydawało się, że jeszcze nie tak dawno wszystkie miałyśmy mężów i spotykałyśmy się na grillach, imprezach dobroczynnych, pluskałyśmy się wesoło w basenie, czy po prostu rozmawiałyśmy godzinami.

Barb wreszcie oderwała się od nas i otworzyła kredens nad zlewem. Stamtąd wyciągnęła butelkę crown royal i nalała whisky do czterech dużych szklanek.

Wyjrzałam przez okno. W ogródku, wokół basenu stało kilku ludzi ze szpitala komunalnego w Boulder. Był tam Rich Pollett, główny radca prawny szpitala, a zarazem bliski przyjaciel Franka, z którym często jeździł na ryby.

Potem zauważyłam Henricha Kronera, dyrektora szpitala. Przyjaciele mówili na niego „Rick”. Henrich był snobem i uważał, że jego ograniczone horyzonty umysłowe czyniły go kimś niezwykłym; nie zdawał sobie sprawy, że było wręcz przeciwnie. Zdziwiłam się nieco na jego widok; pewnie zjawił się tu tylko dlatego, że dom państwa McDonough znajdował się blisko szpitala. Z drugiej strony, wszyscy bardzo lubili Franka.

Nagle w mojej pamięci odżyło wspomnienie, które jak nóż przeszyło mi serce. Kilka lat temu wybraliśmy się z Davidem, z Frankiem i Barbarą na spływ tratwą po spienionej rzece. Na koniec poszliśmy popływać. Frank doskonale czuł się w wodzie.

Jak to możliwe, by utopił się w basenie?

Jak to możliwe, by i Frank, i David, już nie żyli?

Sącząc orzeźwiającą whisky bezskutecznie usiłowałam znaleźć odpowiedzi na te pytania. Czułam się jak wirujący bąk, który nie może się zatrzymać. Wypiłam następnego drinka, potem jeszcze jednego, aż wreszcie popadłam w stan całkowitego odrętwienia.

Gillian zdawała się niepokoić o mnie w równym stopniu, co o Barbarę. Opiekowała się mną od śmierci Davida, a zwłaszcza od czasu, kiedy zaczęłam prowadzić moje prywatne śledztwo. Zupełnie jakbym była jej adoptowanym dzieckiem. Gillian zawsze przypominała mi Emmę Thompson, jak ją sobie wyobrażałam – inteligentna, ale wrażliwa, rozważna, a do tego zabawna.

– Przenocuj dzisiaj u mnie. Proszę, Frannie – powiedziała z błagalną miną. – Napalę w kominku. Będziemy rozmawiać, dopóki nie padniemy.

– Co nastąpiłoby błyskawicznie. Gil, nie mogę. – Potrząsnęłam głową. – Rano mają mi przywieźć rannego owczarka collie. A „Zwierzyniec” pęka już w szwach.

Gillian przewróciła oczami, ale po chwili uśmiechnęła się.

– No to przyjedź do mnie w najbliższy weekend. Tylko się nie wykręcaj. Będę czekała.

– Przyjadę. Słowo.

Pomogłam ułożyć Barbarę do snu; pocałowałam Gillian i Gildę na pożegnanie; potem wyruszyłam w drogę powrotną do domu.

ROZDZIAŁ 14

Z niebieskawoszarej mgły wyłonił się znajomo wyglądający znak: BEAR BLUFF: NASTĘPNY ZAKRĘT. Włączyłam prawy kierunkowskaz, zjechałam rampą na dół i poczułam, jak samochód podskakuje na dwóch poprzecznych garbach w drodze.

Potem skręciłam na Fourth of July Mine amp; Run Road, wąską dwupasmówkę wiodącą przez las do Bear Bluff. Bluff to mieścina, w której z reguły jest się tylko przejazdem. Znajduje się tu stacja benzynowa, sklep, wypożyczalnia kaset wideo, no i ja. Wszyscy po zmroku zwijamy interesy. Miejscowi mawiają: „Szczęściem jest zobaczyć Bear Bluff w lusterku wstecznym, ale długo się nie napatrzysz”.

Nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie znajdę się z powrotem w domu. Pragnęłam uciec w szczęśliwy sen. Czułam się nieobecna duchem, wszystko wokół wydawało się nierzeczywiste. No i za dużo wypiłam.

Nie oświetlona droga omijała szerokim łukiem skały wznoszące się ponad drzewami. Światła mojego wozu omiatały gęste zarośla, pośród których wiła się wąska nitka jezdni.

Zmniejszyłam nieco prędkość i skupiłam się na tym, by dotrzeć do domu w jednym kawałku.

W każdej chwili spomiędzy drzew mógł wyskoczyć jeleń czy inne stworzenie, a mój stan raczej nie pozwalał na podejmowanie decyzji w ułamku sekundy.

Nagle zauważyłam coś dziwnego, biały błysk w zaroślach po prawej stronie.

Delikatnie wcisnęłam hamulec. Zwolniłam jeszcze bardziej. Wbiłam wzrok w spowite mrokiem zarośla.

Miałam nadzieję, że się mylę, ale ten biały błysk przypominał nieco biegnącą dziewczynkę. O tej porze dzieci nie powinny kręcić się po lesie.

Zatrzymałam wóz. Jeśli dziewczynka zabłądziła, mogłam ją podwieźć do domu. Coś się tu jednak nie zgadzało. Może ktoś ją gonił?

Nie wyłączając silnika, wysiadłam z samochodu. Mgła podniosła się nieco, więc weszłam parę metrów w głąb lasu. Czułam się dość niepewnie.

Stój.

Patrz.

Słuchaj.

– Halo! – krzyknęłam. – Jest tam kto? Nazywam się Frannie O’Neill. Doktor O’Neill. Jestem weterynarzem.

Wtedy znów dojrzałam tę białą smugę; tym razem wyłoniła się zza wysokiego świerku. Przyjrzałam jej się dokładnie, wytężyłam wzrok, zmrużyłam oczy.

To rzeczywiście była dziewczynka!

Wyglądała na jedenaście-dwanaście lat, miała długie jasne włosy i ubrana była w luźną, poszarpaną i poplamioną sukienkę. Czy coś jej się stało? Z tej odległości nie wyglądała najlepiej.

Na pewno usłyszała moje wołanie i zobaczyła mnie. Zaczęła uciekać. Sprawiała wrażenie wystraszonej, jakby zrobiła coś złego i bała się, że spotka ją za to sroga kara. Nie widziałam jej wyraźnie. Mgła znów zaczęła opadać ku ziemi.

– Zaczekaj! – krzyknęłam. – Nie powinnaś tu być sama. Co robisz? Proszę, zaczekaj.

Nie posłuchała mnie. Przyspieszyła kroku, potknęła się o przewrócone drzewo, upadła na kolano. Coś krzyknęła, ale z tej odległości nie mogłam jej usłyszeć.

Serce zaczęło mi bić mocniej. Coś tu się nie zgadzało. Zaczęłam biec w stronę dziewczynki. Myślałam, że jest ranna. A może czegoś się naćpała? To miałoby sens. Może była starsza, niż się wydawało z tej odległości. W tej mgle niewiele mogłam zauważyć.

Sierp księżyca nie dawał wiele światła, więc nie mogłam mieć pewności, ale wydawało mi się, że dziewczynka miała dziwną budowę ciała. Coś pokrywało jej ramiona…

Stanęłam jak wryta. Moje serce zaczęło łomotać, jakby chciało wyrwać się z piersi. Słyszałam jego szalone bicie.

To niemożliwe.

Oczywiście, że to niemożliwe.

Prawie zaczęłam krzyczeć. Zaczerpnęłam powietrza, oparłam się o wysoki świerk.

Wyglądało na to, że dziewczynka ma srebrzystobiałe skrzydła.

ROZDZIAŁ 15

To, co zobaczyłam, przerastało moją wyobraźnię, zrozumienie, wiarę, a nawet zdolność do opisania tego słowami. Ramiona dziewczynki były złożone w dziwny sposób, ale kiedy je podnosiła – pióra rozkładały się na boki.

To było po prostu niemożliwe, ale przede mną stała skrzydlata dziewczynka!

Przed moimi oczami zaczęły tańczyć kolorowe, migocące, czerwonożółte plamy. Bez wątpienia wypiłam trochę za dużo whisky, ale pijana z pewnością nie byłam. A może…? Może śmierć Franka McDonougha tak mną wstrząsnęła, że miałam halucynacje?

Zamknij oczy, Frannie.

A teraz je otwórz, powoli…

Ona wciąż tu była! Nie dalej niż dwadzieścia metrów ode mnie. I bacznie mi się przypatrywała.

Tylko nie zemdlej, Frannie. Ani mi się waż, pomyślałam.

Bądź ostrożna. Bardzo ostrożna. Nie wykonuj żadnych nagłych ruchów, żeby jej nie spłoszyć.

Dziewczynka nieporadnie podniosła się na nogi. Jedno skrzydło było złożone za jej plecami, a drugie opadało ku ziemi. Czy była ranna?

– Hej – powiedziałam łagodnym tonem. – Nie bój się.

Mała jasnowłosa dziewczynka odwróciła się do mnie. Miała około metra pięćdziesiąt wzrostu. Jej duże, szeroko rozstawione oczy wpiły się we mnie. Stałyśmy na porosłej paprociami polanie, w świetle księżyca. Wokół mnie poruszały się dziesiątki cieni. Lekko oszołomiona, patrzyłam na dziewczynkę, oddychając nerwowo. Nie wiedziałam, która z nas bardziej się boi, ja czy ona.

Dziewczynka obrzuciła mnie ponurym spojrzeniem i znów zerwała się do ucieczki. Po chwili rozpłynęła się pośród drzew lasu otaczającego Fourth of July Road.

Biegłam za nią, aż zrobiło się tak ciemno, że wokół nie było prawie nic widać. Oparłam się o drzewo i próbowałam dokładnie przypomnieć sobie to, co zdarzyło się kilka minut temu. Nie potrafiłam. Miałam zbyt silne zawroty głowy.

Jakoś udało mi się wrócić do samochodu. Wsiadłam do środka i przez chwilę tkwiłam w ciemnościach.

– Nie widziałam żadnej skrzydlatej dziewczynki – wyszeptałam.

Nie mogłam widzieć.

Ale byłam pewna, że ją widziałam.

Kiedy wreszcie zdobyłam się na to, żeby uruchomić wóz, pojechałam na policję w pobliskim Clayton, mieścinie z około trzema tysiącami mieszkańców. Komisariat ten właściwie jest tylko placówką podlegającą głównemu biuru w Nederland. Zatrzymałam wóz na Miller Street, przecznicę dalej.

Naprawdę pragnęłam tam pójść, przejść ten kawałek dzielący mnie od komisariatu, ale w końcu nie zdobyłam się na odwagę.

Przecież prowadziłam samochód pod wpływem alkoholu. Było już dobrze po drugiej w nocy i w Clayton wszyscy smacznie spali.

Teraz, kiedy nie widziałam tej dziewczynki… nie byłam pewna, czy naprawdę ją zobaczyłam. Po prostu nie mogłam opowiedzieć o tym miejscowym glinom. Przynajmniej nie tej nocy. Może jutro.

Poszłam do domu i postanowiłam poczekać z ostateczną decyzją do rana.

ROZDZIAŁ 16

Kit był spocony jak mysz, podobnie jak w czasie lotu samolotem linii American Airlines z Bostonu. Niech to diabli, ciągle źle znosił latanie. Ale musiał do tego przywyknąć.

Pilot helikoptera Bell spojrzał na niego. Nie próbował nawet ukryć pogardliwego uśmieszku.

– Dobrze się pan czuje? Nigdy jeszcze nie siedział pan w takiej maszynie, co? Nie wygląda pan dobrze, panie Harrison. Może powinniśmy zawrócić?

Kit z trudem utrzymywał nerwy na wodzy. Ten pilot był dupkiem pierwszej klasy. Harrison miał już za sobą wiele lotów helikopterem; latał w czasie zamieci śnieżnych i gwałtownych burz, brał udział w niebezpiecznych misjach. Aż do sierpnia 1994 roku nie czuł strachu przed lataniem.

Do tamtego czasu był dobrym agentem, jednym z najlepszych. Zaradny, bystry, pracowity, twardy jak trzeba. Tak pisano o nim w aktach personalnych. No i co się z nim stało, do licha?

– Zawsze jestem taki zielony na twarzy. Czuję się dobrze. Wszystko w porządku – próbował zażartować z siebie.

– Jak sobie chcesz, Kermit. Ty płacisz za tę przyjemność.

Jasne, że to on płacił i nie mógł sobie pozwolić na wyrzucanie pieniędzy na kosztowne loty obserwacyjne, takie jak ten. Uznał jednak, że musi zapoznać się z okolicą, zobaczyć, jak to wszystko wygląda z góry, zbadać ukształtowanie terenu. To, co działo się gdzieś tutaj, miało niezwykłe znaczenie dla przetrwania ludzkiego gatunku. Gdyby Kit w to nie wierzył, nie przyjechałby tu.

Raz jeszcze powiódł spojrzeniem po czubkach drzew. Hektary sosen, tu i ówdzie przedzielonych osikowymi zagajnikami. Gdzieniegdzie dało się zauważyć stosy drzew przewróconych w zimie przez wiatr. No i, oczywiście, zaśnieżone szczyty górskie.

Gdzieś w tej okolicy znajdowało się laboratorium. Co do tego Kit nie miał wątpliwości. No to gdzie ono, do diabła, mogło być?

Helikopter przeleciał nad wielkim zbiornikiem wodnym. Następnie oczom Kita ukazał się ośrodek narciarski Eldora i miasteczko Nederland. Potem kolejny rezerwat – prawdopodobnie Barker, sądząc z mapy, jeśli dobrze ją trzymał. W oddali dało się zauważyć górę Flagstaff. Nieco bliżej znajdowała się Magnolia Road i Kanion Słońca.

Kit wiedział, czego szuka… końca ludzkiej cywilizacji. Nowego wspaniałego świata. Niczego więcej. A znajdował się on gdzieś w tej okolicy.

Harrison znów przypomniał sobie o doktorze Franku McDonoughu; był jednym z ludzi figurujących na liście podejrzanych. Znaleźli się na niej także David Mekin i jego żona. Kit pragnął porozmawiać z doktorem McDonoughem – pediatrą specjalizującym się w dziedzinie embriologii.

Niestety, spóźnił się o jeden dzień. To wszystko przez jego szefa, Petera Strickera. Nie, gdzie tam, Kit sam był sobie winny.

Doktor McDonough był czwartą ofiarą. Czterej lekarze zostali zamordowani. Czterej lekarze o podejrzanej przeszłości, zajmujący się dość tajemniczą działalnością.

W oddali pojawiło się dwoje lotniarzy. Wyglądali, jakby frunęli przez przestworza. Wydawali się wolni jak ptaki.

– Dobrze, wracajmy na ziemię – powiedział Kit do wynajętego pilota. Dobrze, że chociaż udało mu się zorientować w ukształtowaniu terenu. To był pierwszy dobry krok w śledztwie.

Pilot wyszczerzył zęby w uśmiechu i skierował kciuk w dół. Co za palant.

– Trzymaj flaki… Kermit.

P… się, królu niebios, pomyślał Kit. Nie wypowiedział tego na głos, bo nie chciał na takiej wysokości ryzykować kłótni z pilotem.

Helikopter runął w dół. Choć Kit zdawał sobie sprawę, że to fizycznie niemożliwe, miał wrażenie, iż jego żołądek spada szybciej niż sam helikopter.

Kiedy o dziesiątej trzydzieści Harrison opuszczał teren małego lotniska High Pines, był wściekły i rozgoryczony. Potrzebował pomocy, ale nie mógł zwrócić się z tym do FBI. Został sam, a to go naprawdę wkurzało.

ROZDZIAŁ 17

„Nie trać wiary i zmierzaj ku nieznanemu”. Tak niegdyś powiedział Oliver Wendell Holmes, a Kit wziął sobie tę maksymę do serca. Dlatego też znalazł się tu, w Górach Skalistych. Zmierzał ku nieznanemu i starał się nie tracić wiary.

Chciał poznać odpowiedzi na parę pytań, a może po prostu pragnął usłyszeć znajomy głos. Zadzwonił więc do waszyngtońskiego biura Petera Strickera. Wiedział, że niełatwo będzie uzyskać pomoc ze strony FBI, ale miał nadzieję, że mimo wszystko się uda.

Peter Stricker był szefem północno-wschodniego oddziału FBI. Kit wciąż uważał go za swojego przyjaciela. Jeszcze dwa i pół roku temu Peter był jego podwładnym.

Potem, kiedy świat Kita legł w gruzach, ich role się odwróciły. Przed tygodniem Peter ostrzegł go, że jeśli nie podporządkuje się ustaleniom FBI, wyleci z pracy. W dodatku wręczył mu to na piśmie.

Zresztą już wcześniej dawało się zauważyć, że coś jest nie w porządku. Po wypadku w 1994 roku Kit nie otrzymał zapowiadanego awansu – choć Bóg jeden wie, czy tragedia, jaka go spotkała, była jedyną tego przyczyną. Wydaje się, że zawinił raczej jego upór i niesubordynacja. A do tego dochodziła jeszcze obsesja na punkcie spraw, które go fascynowały albo przyprawiały o dreszcz przerażenia. Jak ta, z powodu której przyjechał do Kolorado. Dostrzegał obiecujące tropy, poważne problemy, możliwe rozwiązania, gdzie inni nie widzieli niczego.

Zawsze był „niekonwencjonalnym” agentem FBI. Zresztą, jak twierdzili jego przełożeni, właśnie dlatego został zwerbowany po ukończeniu studiów prawniczych na uniwersytecie w Nowym Jorku. W czasie rozmów kwalifikacyjnych powiedziano mu, że FBI stało się zbyt skostniałe i konserwatywne, a przez to przewidywalne. Kit miał być przykładem nowego typu agenta. I tak się stało! Przynajmniej przez pewien czas.

Przełożeni gorąco przekonywali go, że chcą zerwać z konwencjonalnym sposobem działania; ale kiedy Kit wreszcie został zatrudniony, odkrył, że FBI tak naprawdę nie chce się zmieniać. Prawdę mówiąc, to jego próbowano zmienić. A kiedy nie ugiął się pod naciskiem, jego przełożonym cholernie się to nie spodobało. Jeden z nich powiedział: „To nie my przyłączyliśmy się do ciebie, Tom. Ty dołączyłeś do nas. Może więc przestaniesz zgrywać primadonnę i zaczniesz tyrać jak inni?”

Wszystko przez to, że był inny. A przecież miał być inny. Taką zawarł umowę – a umów należy przestrzegać.

Tyle że ludzie z FBI tego nie robili.

Drażniły ich sztruksowe kurtki, czapki z daszkiem bez żadnego logo, dżinsy, trampki, w których uparcie przychodził do pracy i to nie tylko w piątki, kiedy obowiązywał strój nieformalny. No i nie mogli zrozumieć, czemu czytywał „poważne” książki takie jak Underworld i Mason amp; Ducon, oraz wszystko, co wychodziło spod pióra Toni Morrison. I dlaczego czasami przyjeżdżał do biura w Bostonie na rowerze wyścigowym marki Cannondale.

Kłuły ich w oczy jego przydługie włosy i dwudniowy zarost, a także lekko zawadiacki krok, który nie był przejawem arogancji; Kit po prostu zawsze chodził w rytm grającej mu w głowie muzyki.

Jednak w oczach funkcjonariuszy FBI najgorsze było to, iż okazywał, że lekceważy dyscyplinę. Od samego początku nazywano go wolnym strzelcem.

Co gorsza, prawdopodobnie nim był. Zarówno wtedy, gdy boksował w wadze średniej w Bostonie, jak i podczas studiów w Holy Cross, a potem na uniwersytecie w Nowym Jorku. Do licha, przecież był synem kierowcy autobusu, jednym z pięciu. Uniwersytet w Nowym Jorku czy nawet Holy Cross to nie miejsca dla niego. Dlaczegóż więc nie miałby mówić tego, co myśli?

W szkole uchodziło mu to płazem, ale w FBI już nie. Tam wolni strzelcy nie byli mile widziani. Nawet tacy, którzy w ciągu ostatnich pięciu lat wykryli sprawców co najmniej dwóch „nierozwiązywalnych” morderstw.

Och, przestań pieprzyć, powiedział sobie w duchu. Źródłem jego kłopotów była sprawa „eksperymentów na ludziach”, którą zajmował się przez ostatnie półtora roku, wbrew swoim przełożonym. Nagminnie sprzeciwiał się rozkazom, nawet tym, które płynęły z samej góry. Ciągle był nieposłuszny, a teraz jego sytuacja wyglądała jeszcze gorzej.

– Mówi Tom Brennan. Chciałbym rozmawiać z agentem Strickerem – powiedział, kiedy usłyszał w słuchawce głos przesadnie uprzejmej asystentki Strickera. – Jak się masz, Cindy? Jest Peter?

– Och, cieszę się, że cię słyszę, Tom. Zaczekaj chwileczkę. – Cindy jak zawsze była wyjątkowo miła. – Muszę sprawdzić, czy jest w swoim gabinecie. Zaraz wracam.

O dziwo, Stricker od razu podniósł słuchawkę. Mówił szeptem – jak zawsze. To zmuszało do uważnego słuchania. Charakterystyczny strickerowski syk.

– Tom. Fajnie, że dzwonisz. Co tam słychać w raju? Dobrze się bawisz w Nantucket? Powinieneś żeglować, uprawiać surfing, siedzieć na plaży, a nie zabawiać się telefonem.

– Dzwonię z plaży – Kit zmusił się, by wybuchnąć wesołym, rubasznym śmiechem. – Prawdę mówiąc, dość dobrze siebie traktuję. Jeszcze trochę, a zostanę mistrzem świata w leniuchowaniu. Jest tylko jeden mały problem.

– Jak zwykle. Zawsze jest jakaś drobnostka, coś, co nie daje ci spokoju. Tom, miałeś przestać się przejmować drobnostkami – pouczył go Stricker, jak zawsze łagodnym tonem. – Tak się umawialiśmy, prawda?

– Wiem, wiem. Masz rację. I cieszę się, że mogę tu parę tygodni posiedzieć w spokoju. Tyle że… dziś rano buszowałem po internecie. Rzuciła mi się w oczy wiadomość, że wczoraj w Kolorado utopił się niejaki doktor Frank McDonough. Trochę mnie to poruszyło. Słyszałeś coś o tym, Peter?

Stricker nie mógł już dłużej ukrywać swojej irytacji. Jego szept stał się nieco głośniejszy.

– Tom, proszę cię, odpuść sobie tę urojoną sprawę. Zapomnij choć na jakiś czas o internecie. Chryste, stary. Nie niszcz swojej kariery.

– Nie ma czego niszczyć. Tak czy inaczej, w grupie naukowców pracujących na Berkeley, o której ci opowiadałem, był jakiś McDonough. Jestem tego pewien. Mógłbyś poprosić kogoś, żeby to sprawdził? Może Michaela Fescoe? Albo Manny’ego Patino? Ot tak, żebym mógł spać spokojnie. Niech zobaczą, czy chodzi o tego samego McDonougha.

Czuł, że Strickerowi zdecydowanie nie podoba się ta rozmowa.

– Dobrze, Tom. Tyle mogę dla ciebie zrobić. Sprawdzę tego denata. Doktor Frank McDonough, zgadza się? Ty tam dalej walcz ze swoimi demonami. I opalaj się. Znajdź sobie jakąś miłą miejscową panienkę do zabawy. Czyń miłość, nie wojnę.

– Jeśli to ten sam McDonough, to mamy czwartego trupa, Peter. Doktorzy Kim, Heekin, Mekin, McDonough.

– Znam tę sprawę, Tom. Wiem, że widzisz gdzieś jakieś brakujące ogniwo, chociaż chłopaki z Quantico nie zgadzają się z tobą. Przejmuję pałeczkę. Ty wracaj na słońce i do morza.

– Dzięki za pomoc, Peter. Jesteś super. Zadzwonię jeszcze w sprawie McDonougha. Może jutro?

W słuchawce rozległo się ciężkie westchnienie Strickera. Choć wydawało się to niemożliwe, zaczął mówić jeszcze ciszej.

– Daj mi numer, pod którym można cię złapać. Zadzwonię, kiedy będę coś wiedział.

– Nie, nie ma sprawy. Ja zadzwonię. To naprawdę żaden problem. Zgłoszę się do ciebie jutro. No dobrze, słońce i morze wzywają mnie. Wiesz, nawet poznałem taką jedną dziewczynę. Niezła jest. Jeszcze raz dzięki, Peter.

Musiał mocno wytężyć słuch, żeby dosłyszeć odpowiedź Strickera.

– Żaden problem. Spróbuj się wyluzować. Obiecaj mi to, Tom. Nie musisz się już przejmować tą sprawą. Nie szalej. Tak się umawialiśmy. Zdobędę dla ciebie informacje na temat doktora McDonougha. Robię to przez wzgląd na naszą przyjaźń.

Kit odwiesił słuchawkę automatu i odetchnął głęboko. Fatalnie się czuł okłamując Petera – a ostatnimi czasy było to jego głównym zajęciem. Życie stało się pasmem kłamstw.

ROZDZIAŁ 18

Przestań, Matthew! Nie mąć mi teraz w głowie. Nie mam na to ochoty.

Max właśnie przypomniała sobie jedno z wielu głupawych powiedzonek Matthew: „Po co pilotom kamikadze kaski?” Wydawało jej się, że słyszy jego durnowaty śmiech. Ha-ha-ha! Zawsze śmiał się ze swoich idiotycznych żartów. Mały bałwan.

Ciągle nie mogła odnaleźć Matthew i nie wiedziała, gdzie go szukać. Może w tym nowoczesnym, eleganckim domu w zaroślach? A nuż będzie tam coś do jedzenia. I woda.

Myślała tylko o jedzeniu.

„O-ho, Spaghettios!” To było jej ulubione hasło reklamowe z telewizji. Doskonale znała wszystko, co pokazywali. Wszystkie programy, wszystkie głupie i głupsze reklamy, wszystkie postacie idiotycznych seriali. W szkole telewizja była dla niej jak piastunka, rodzice oraz setka najlepszych przyjaciół jednocześnie.

Max zatrzymała się, odpędzając natrętne myśli. Uważnie obejrzała dom stojący przed nią. Teraz bądź ostrożna. Bardzo ostrożna.

Dom wydawał się pusty, ale Max w głębi duszy czuła jakiś dziwny niepokój. Wokół rosły dzikie róże. Tylko nie wrzuć mnie w dzikie róże, zanuciła w duchu.

Przekradła się chyłkiem wzdłuż gąszczu krzewów i ruszyła pod górę, w kierunku nowoczesnej budowli z grubego szkła i solidnego drewna.

Nikogo w domu, nikogo w domu! Proszę, niech dom będzie pusty. Proszę, proszę.

I niech w środku będzie coś do jedzenia.

Z bijącym sercem weszła na palcach po drewnianych schodach na ganek znajdujący się na tyłach domu. Zajrzała do środka przez szklane drzwi, które przydałoby się dokładnie umyć. Max zwracała uwagę na takie rzeczy. Najważniejsze są szczegóły, prawda?

Zabronione, zabronione, zabronione, myślała. Nikt nie mógł jej zobaczyć. Nigdy. Ten, kto by ją ujrzał, zginąłby, tak jak ona.

Max chwyciła krawędzie rozsuwanych drzwi i pociągnęła. Miała bardzo sprawne palce. Tak została stworzona.

Drzwi ustąpiły, otworzyły się. Max była w środku!

Pułapka! pomyślała, ale było już za późno.

ROZDZIAŁ 19

Jak się okazało, nie była to pułapka. W domu nikt nie czyhał. Właściciele musieli być głupi albo nieostrożni, skoro wyjeżdżając zostawiali otwarte drzwi. Ale nikt z tego nie skorzystał, by zaczaić się na Max.

W domu panował bałagan. Mimo to nie ulegało wątpliwości, że mieszka tu jakaś rodzina. Można to było poznać po walających się wszędzie rzeczach, które z pewnością należały do dzieci. Rowery, rolki, gry wideo.

– Matthew – wyszeptała Max. Wbrew zdrowemu rozsądkowi miała nadzieję, że i on trafił do tego domu. Może gdzieś tu się ukrył. – Gdzie jesteś, młody? To ja. Max!

Weszła na palcach do kuchni. Lodówka buczała głośno. Lodówka – o Boże, nareszcie. Max zajrzała do środka, rozkoszując się chłodem i zimnym światłem żarówki. Jej oczy pożądliwie przebiegły po półkach.

Porwała puszkę z napojem gazowanym. „Sprite. Ustąp przed pragnieniem!”

Dobrze, chyba tak zrobię.

Na chwilę obudziło się w niej sumienie. Powiedziała sobie, że nie wolno kraść. Że grzeczne dzieci nie robią takich rzeczy.

A tam! Jestem ranna. Polują na mnie źli ludzie. Muszę coś zjeść i uzupełnić zapas płynów. Koniec, kropka.

Max napiła się i zaczęła pałaszować. Była głodna jak wilk. W czasie latania zużywało się mnóstwo energii.

Zdjęła folię ze szklanej miski. „O-ho, Spaghettios!” Włożyła zimny makaron do ust. Nie obchodziło jej to, że spaghetti jest zimne, najważniejsze, iż dawało się zjeść. Nie był to może smaczny posiłek – ale dla głodnego smak nie ma znaczenia.

A mleko? Juhu! Było i mleko. Powąchała je nieufnie – może być. Zaczęła pić prosto z kartonu.

Odkroiła sobie spory kawałek szarlotki.

W życiu nie jadła czegoś równie smakowitego. To ciasto było znakomite. Wygrałoby wszystkie konkursy, pomyślała. Uśmiechnęła się szeroko. Lubiła zabawy słowne, zresztą lubiła wszelkie zabawy. Była inteligentna – bardzo inteligentna. Taką ją stworzyli, nie?

Zajrzała do zamrażalnika.

O raju! Patrzcie, co my tu mamy! Lodowe batoniki klondike – pełne opakowanie! „Co byście zrobili, żeby dostać jeden z nich?”

Zjadła dwa, po jednym na każdą rękę. Potrzebowała cukru.

Nagle przeszedł ją dreszcz lęku. Pióra podniosły się jej na karku. Przygarbiła ramiona i zaczęła nasłuchiwać.

Czy łowcy byli blisko? Czy gdzieś tam czyhał wujek Thomas? Może zabierze ją z powrotem do „Szkoły” – a może po prostu uśpi.

Mimo wszystko pragnęła rozejrzeć się po domu. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, pomyślała.

Bezszelestnie ruszyła w głąb korytarza. Nie mogła oprzeć się pokusie – prawdziwy dom. I to pusty. Ależ atrakcja!

– Stary niedźwiedź mocno śpi… – szepnęła. Bawiła się w to, kiedy była jeszcze mała. Pewnie nauczyła ją tego pani Beattie, która najpierw była jej piastunką, a potem nauczycielką. Z nią wiązały się wszystkie dobre wspomnienia Max.

Za drzwiami na końcu korytarza znajdowała się łazienka. Fuj! W środku wszystko było czarne. Czarny sedes, czarna wanna, czarna umywalka, nawet czarne mydło. Max spojrzała z utęsknieniem na czarny i błyszczący prysznic, schowany za przezroczystą zasłoną. Dziewczynka była brudna i lepiła się cała. Kąpieli brakowało jej prawie tak bardzo jak snu. Pragnęła czuć, jak gorąca woda spływa po jej ciele i skrzydle, uszkodzonym tuż nad drugim stawem. Rana nie była głęboka – ot, draśnięcie i tyle.

Max odgarnęła długie jasne włosy z twarzy, założyła je za uszy i wytężyła słuch.

Nic. Cisza. Max była tego pewna. Jej palce natrafiły na włącznik światła. Pogładziła go delikatnie, po czym wcisnęła.

Czarną łazienkę zalało jasne światło. Jakie to dziwne.

W pierwszej chwili chciała uciec – ale wydało jej się to głupie. Przecież była sama. Weszła więc do łazienki i zamknęła za sobą drzwi. Na zamek.

Wtedy zobaczyła siebie w lustrze.

Drobną dziewczynkę ze skrzydłami tak pięknymi, jakich nikt nigdy jeszcze nie miał. Nigdy.

Musnęła dłonią włosy. Nachyliła się lekko do lustra.

– Jestem piękna – szepnęła. – Naprawdę. Jestem dobrą i ładną dziewczynką. Dlaczego więc ci ludzie chcą mnie zabić?

ROZDZIAŁ 20

Ze snu wyrwał mnie dzwonek telefonu Gillian.

– Nie podoba mi się to, że siedzisz tam w górach sama jak palec. Dobrze się czujesz, Frannie?

– Tak, oczywiście. Która godzina? Skąd dzwonisz?

– Ze szpitala, a niby skąd. Jest ósma. Dobrze spałaś?

– Jak niemowlę, Gil.

– Kłamiesz.

– Znasz mnie jak nikt – powiedziałam i parsknęłam śmiechem. Już prawie się obudziłam. Za oknem było pięknie.

– Cieszę się – odparła Gillian.

Kazałam jej wrócić do pracy, a kiedy odłożyłam słuchawkę, uderzyła mnie pewna myśl – może irracjonalna, ale bardzo niepokojąca. Zaczęłam się obawiać, że coś złego może spotkać Gillian, że wszystkim moim przyjaciołom grozi jakieś nieokreślone niebezpieczeństwo.

Wiedziałam, że to nie ma sensu. Ale mimo to lęk mnie nie opuszczał.

Pojechałam w miejsce, gdzie w nocy zatrzymałam samochód. Gdzie coś widziałam, a może coś sobie uroiłam… cóż to było?

Byłam bardzo wzruszona, może na lekkim kacu, może nawet nieco natchniona. Najbardziej zaintrygował mnie ten kac. Czyżbym wczoraj się upiła?

Czyżby śmierć Franka McDonougha wywarła tak silny wpływ na moją poranioną psychikę?

Szkopuł w tym, że im usilniej próbowałam wmówić sobie, iż nie widziałam tej małej, tym bardziej byłam przekonana, że zobaczyłam ją naprawdę.

Do głowy przyszły mi dwie myśli.

Wady wrodzone.

I nowy wspaniały świat biotechnologii.

Znałam się trochę na obydwu dziedzinach, więc jeżdżąc suburbanem po okolicy w poszukiwaniu mojej skrzydlatej znajomej przystąpiłam do chłodnej analizy. Weźmy pod uwagę nieprawidłowości genetyczne, wady, zaburzenia i wszelkiego rodzaju odchylenia od normy, pomyślałam. Przypomniałam sobie, że kiedyś z Davidem rozmawialiśmy o tym pół dnia. Skontaktowaliśmy się nawet z prestiżowym Mutter Museum, wchodzącym w skład filadelfijskiego college’u lekarzy.

Ludzie z Mutter przesłali nam materiały na temat przypadków deformacji, z jakimi zetknęli się w ostatnich latach. Meksykańscy chłopcy z małpią sierścią pokrywającą całe ciało, dzieci z dodatkowymi częściami ciała, ofiary zaburzeń w działaniu przysadki mózgowej jak karły czy giganci, czy też ludzie z chorobami skóry, bardziej przypominający jaszczurki niż ludzi.

Nie pamiętam dokładnie, dlaczego tak nas to zaintrygowało, ale wiem, że siedzieliśmy nad tym przez kilka weekendów. David nawet wyszukał w swojej bibliotece książkę pod tytułem „Anomalie i dziwy medycyny”. Zdaje się, że wciąż leżała gdzieś w domu, ale dziś rano nie udało mi się jej znaleźć. Może została w domku myśliwskim, razem z neandertalczykiem XX wieku, Kitem Harrisonem.

Krążąc po Bear Bluff i pobliskim Clayton, starałam się puścić wodze fantazji. Nie wykluczałam żadnej możliwości. Myślałam nawet o „pozaziemskich gościach”. W końcu wybiłam sobie z głowy spotkanie z kolejnym E.T., ale może nie powinnam tego zrobić.

Mam doskonałą pamięć. W liceum byłam najlepszą uczennicą w klasie; teraz odgrzebałam w pamięci więcej informacji niż się tego spodziewałam. Kiedyś miałam okazję badać hermafrodytę, dziecko z męskimi i kobiecymi narządami płciowymi. Zetknęłam się też z ludźmi i zwierzętami urodzonymi bez niektórych części ciała, a także z takimi, którzy tych części mieli za dużo. Widziałam dziewczynkę o dwu uszach po jednej stronie głowy. Chłopca z sześcioma palcami u nóg. Dziewczynkę z czterema piersiami. W szkole weterynaryjnej zobaczyłam na własne oczy, co substancje toksyczne i pestycydy mogą zrobić z bydłem. Jest to widok, jaki się nieprędko zapomina.

Widziałam też wiele zdjęć. Na jednym z nich pokazane były rogi wyrastające z ludzkiej głowy. Inne przedstawiało pasożytnicze ciało konia wyrastające ze zdrowego. Oglądałam również zdjęcie cielęcia o dwóch łbach. Czytając o dawnym Babilonie, natknęłam się na proroctwo: „Gdy na świat przyjdzie dziecię z głową lwa, oznaczać to będzie, że król nie ma przeciwników”. Kiedyś widziałam dziecko o lwich uszach.

Ale nigdy jeszcze nie widziałam dziewczynki z pięknymi srebrzystobiałymi skrzydłami! Może naprawdę była nie z tej ziemi.

Oczywiście, pozostawała jeszcze biotechnologia oraz inżynieria genetyczna. To, czym zajmował się David.

W tej dziedzinie nie mogłam się wykazać doskonałą pamięcią. David i ja w zasadzie nie mieliśmy przed sobą tajemnic, ale on nigdy nie lubił opowiadać o swojej pracy.

Teraz nagle wydało mi się to dziwne. Po powrocie do domu David zdawał się zapominać o pracy. Tymczasem ja zawsze lubiłam rozmawiać o „Zwierzyńcu”, czy na przykład o pięknym źrebaku, któremu o czwartej nad ranem pomogłam przyjść na świat.

Cóż więc wiedziałam o biotechnologii? Najogólniej rzecz biorąc, chodziło o uzyskanie kontroli nad naturalnymi procesami biologicznymi zachodzącymi w komórkach roślinnych i zwierzęcych. Badania nad krzyżowaniem gatunków także mieściły się w ramach biologii molekularnej. David był właśnie biologiem molekularnym, i to dobrym, choć fortuny na tym nie zbił.

Przypomniałam sobie parę rzeczy, o których mówił, a które mogłyby w jakiś sposób odnosić się do małej dziewczynki z – no, Frannie, wyduś to z siebie – pięknymi srebrzystobiałymi skrzydłami. Kiedy w kinie w Boulder obejrzeliśmy Park Jurajski, David powiedział mi, że genetyczne krzyżowanie gatunków jest o wiele bardziej realne od rekonstruowania dinozaurów. Mówił, że w niezależnych laboratoriach prowadzi się wiele takich eksperymentów. Niektóre z nich były nielegalne.

Biotechnologia stała się bez wątpienia nowym wyzwaniem dla nauki. Osiągnięcia w tej dziedzinie mogą gwałtownie przyspieszyć ewolucję i z pewnością do tego doprowadzą. Trzeba tylko zadać sobie pytanie, czy jesteśmy gotowi, emocjonalnie i moralnie, na to, co wkrótce człowiekowi uda się stworzyć. David w końcu przyznał, iż najpoważniejsze badania wciąż prowadzone są na muszkach owocowych, a mnie wtedy kamień spadł z serca.

David powiedział też coś, co mogło być interesujące w świetle tego, co wydarzyło się ostatniej nocy. Otóż stwierdził, że przy manipulacji genetycznej „zawsze coś idzie nie po myśli badaczy. Cały czas tak się dzieje, Frannie. To wkalkulowane ryzyko”.

Zawsze coś idzie nie po myśli badaczy.

ROZDZIAŁ 21

Tego dnia Kit miał ręce pełne roboty. Znów stał się agentem FBI działającym w terenie. Czuł się doskonale. Co prawda pracował w pojedynkę, ale udało mu się zerwać z długiej smyczy FBI, ograniczającej jego ruchy.

Postanowił zaryzykować i przesłuchał wdowę po Franku McDonoughu. Barbara McDonough zdawała się wiedzieć tyle, co wszyscy, ale im dłużej Kit z nią rozmawiał, tym bardziej był przekonany, że doktor McDonough został zamordowany. Zmarły był doskonałym pływakiem, gwiazdą college’u w pływaniu. Poza tym, ponoć skręcił sobie kark skacząc do płytkiej wody, ale jego żona twierdziła, że nigdy nie skakał do basenu.

Następnie Kit porozmawiał z trzema współpracownikami McDonougha ze szpitala komunalnego w Boulder. Poprosił też o przysługę swojego starego kumpla z Quantico; chciał, by ten sprawdził, którzy lekarze z okolic Boulder mieli cokolwiek wspólnego z McDonoughem. Kit szukał jakichś solidnych powiązań; pierwszego dnia niewiele więcej mógł dokonać.

Po powrocie z Boulder zauważył za domem Frannie O’Neill. Szła przez las. Była prawie piąta po południu.

Wydawała się zdenerwowana i rozkojarzona. Co prawda Kit za słabo ją znał, by poznać po wyrazie twarzy stan jej ducha, ale takie sprawiła na nim wrażenie. Gdzie ona się wybiera, do licha?

Szła szybkim krokiem przed siebie, jakby miała do wypełnienia jakieś zadanie. O co mogło chodzić? Kit doszedł do wniosku, że warto by to sprawdzić, a przez najbliższą godzinę-dwie nie miał nic do roboty.

Frannie miała na sobie szorty w kolorze khaki, czerwoną flanelową koszulę w kratę. Patrząc na nią Kit mimo woli przypomniał sobie, jak wyglądała ostatniej nocy. Ten obraz wciąż pozostawał w jego umyśle. Może dlatego, że był taki ładny.

Kit ruszył za Frannie przez las, pozostając w bezpiecznej odległości. Ona nie odwracała się, ale zdawała się czegoś wypatrywać. W dodatku szła tak szybko, że Kit w końcu stracił ją z oczu.

Szlag by to trafił.

Podniósł lornetkę do oczu. Rozejrzał się wokół, wypatrując Frannie O’Neill. Obrazy zmieniały się jak w kalejdoskopie: kora sosnowa, liście, skrawek niebieskiego nieba.

Wreszcie dostrzegł czerwoną flanelową koszulę. Frannie maszerowała szybkim krokiem przez las, z jasnoniebieskim plecakiem na ramionach. Miała skupioną twarz. Wyglądało na to, że nie zdaje sobie sprawy, iż jest obserwowana. A może…?

Co ona tu robiła, do diabła? Czy miało to coś wspólnego z pracą jej męża? Albo z jego śmiercią? A może ze śmiercią doktora McDonougha?

Frannie skręciła w prawo. Nie idź tam. Cholera! Cholera! Znów zniknęła pośród sosen, osik i karłowatych dębów. Wystarczyło śledzić ją przez kwadrans, by dojść do wniosku, że, aby nie stracić jej z oczu, trzeba trzymać się wyżej położonych terenów. Kit ruszył pod górę w nadziei, że znów gdzieś ją wypatrzy.

Po chwili zauważył Frannie. Słońce przedzierające się przez gałęzie drzew opromieniało jej twarz. Frannie O’Neill była bardzo ładna, to nie ulegało wątpliwości; prawdziwa piękność ze Środkowego Zachodu, a Kit takie lubił. Jej niebieskozielone oczy połyskiwały w słońcu. Ciągle czegoś szukała.

Wąska ścieżka, której się dotychczas trzymała, zrobiła się szersza, a potem zmieniła się w jeszcze szerszą piaszczystą drogę. Dokąd ona wiodła? Czy było tu coś ważnego? Jakiś budynek? Może laboratorium ukryte w sercu lasu? Czy Frannie O’Neill tu pracowała?

Tymczasem kobieta szła dalej, nawet nieco przyspieszając kroku. Ależ pędziła, kurczę blade. Wyglądało na to, że doskonale zna drogę.

Kit miał wrażenie, że słyszy warkot samochodów. Był tego prawie pewien.

– Co u licha? Samochody tutaj? – wymamrotał pod nosem.

Droga wychodziła na asfaltowy parking! Znajdował się on na tyłach małego sklepu. Wyglądało na to, że Frannie poszła na skróty przez las do Clayton. Co ona knuła?

Kit patrzył z pewnym niedowierzaniem, jak Frannie zatrzymuje się przy płaskim kamieniu na krawędzi lasu. Po chwili zaczęła wyjmować z niebieskiego plecaka małe pudełka, puszki, tekturowe talerzyki i stawiać je na ziemi.

– Co ona robi, do stu diabłów? – Nie miał pojęcia, co się dzieje. To było zupełnie bez sensu.

Ustawił ostrość lornetki. Przyjrzał się dokładnie zawartości plecaka. Doszedł go głos Frannie, mimo dzielącej ich sporej odległości. Był miły dla ucha, nawet w tych tajemniczych okolicznościach.

– Impreza! – krzyknęła.

Impreza? Jaka impreza? Ani to odpowiednia pora, ani miejsce na imprezę!

– No, chodźcie, moje małe.

Małe?

Dzieci?

Na oczach Kita Frannie wysypała zawartość puszek na talerzyki.

Nagle wokół pojawiło się mnóstwo kotów. Wychodziły spod samochodów, zza skrzyń na tyłach sklepu, z wysokiej trawy. Z podniesionymi ogonami, podbiegały do Frannie, odpowiadając na jej wezwanie.

– No to mamy balangę. Dobre kociaki – powiedziała. Nie chodziło o dzieci, ale o koty, pomyślał Kit.

Przyłożył lornetkę do oczu, patrząc w osłupieniu na stado zdziczałych kotów, czarnych jak węgiel, rudych, cętkowanych, w paski; znalazł się tam też posępny kocur kuśtykający na trzech łapach i małe kocię. Frannie była dla nich dobra. Wyglądała na sympatyczną, miłą osobę i tak też się zachowywała.

– Chodź, Mamuśko – Kit usłyszał jej wołanie. Frannie wręcz promieniała; jej oblicze rozjaśniał ciepły, serdeczny uśmiech. – Białas. Dryblas. Dziwadło. Siema, Suzie Q!

Tak, tę Frannie O’Neill trzeba mieć na oku. Bez wątpienia to ona jest kluczem do wszystkiego.

ROZDZIAŁ 22

Kit wreszcie wybuchnął śmiechem, prawdopodobnie po raz pierwszy od przyjazdu do Kolorado. Zawsze lubił śmiać się z samego siebie. Przez chwilę obserwował, jak Frannie mówi pieszczotliwie do kotów, jak je głaszcze, podczas gdy one pałaszują przyniesione im wiktuały. Patrzył na „imprezę”.

Nie, nieprawda, patrzył na Frannie O’Neill. Podziwiał ją za to, jak dobrze radziła sobie ze zwierzętami, wsłuchiwał się w jej dźwięczny głos, wspominał widok jej nagiego ciała. Jezu – zadurzył się w niej jak uczniak. Choć było to całkowicie nieszkodliwe uczucie, dopadło go w najmniej odpowiedniej chwili i miejscu.

Odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem ruszył przed siebie. Teraz nareszcie mógł przeszukać dom Frannie. Znów myślał i działał jak agent FBI. W głębi duszy miał nadzieję, że jeśli rozmyślnie zawiedzie zaufanie tej kobiety, uda mu się wybić ją sobie z głowy.

Oczywiście pani doktor nie zamknęła drzwi na klucz. Szybko więc przeszukał jej pokój. Był w tym dobry; Frannie nawet nie zauważy, że ktoś niepowołany znalazł się w jej domu. Mimo to, ogarnęło go pewne poczucie winy. A nuż ta dziewczyna nie wiedziała, czym zajmował się jej mąż? Nie, nie wolno mu było pochopnie skreślać jej z listy podejrzanych. Mogła po prostu dobrze udawać.

W czasie przeszukania robił notatki. Postępował zgodnie z ustaloną procedurą, choć wcale nie musiał.

Skromne ubrania: dżinsy, kowbojki, podkoszulki. Wszystko wskazywało na to, że Frannie niewiele wydaje na swoje potrzeby.

Mimo to miała dobry gust. Jej rzeczy były ładne, klasyczne – zresztą, tego należało się spodziewać.

Nieduża kolekcja domków dla ptaków. Po co jej to? Zdjęcia ślubne, jedno przedstawiające Frannie i Davida całujących się pod niebieskim parasolem. Mac Performa 575. Stary, tani model.

Tu i ówdzie ślady rozrzutności: czarna wieczorowa suknia z jedwabiu, pierścionek z diamentem i szafirem, buteleczka Eau d’Hermes.

Kit pomyślał, że właściwie nie miałby nic przeciwko temu, by zobaczyć Frannie w tej czarnej sukni, pachnącą tymi perfumami.

Nie znalazł żadnych zapisków – ani naukowych, ani jakichkolwiek innych. Żadnych prac Davida. Dziwne. Gdzie one mogły być? Przecież chyba ich nie wyrzuciła?

W sypialni leżało kilka otwartych książek: Gdyby życzenia były końmi: podręcznik weterynarza, Weterynaryjna epidemiologia, Bez śladu, W poszukiwaniu początków rodzaju ludzkiego, Północ w ogrodzie dobra i zła. Nic, co by w jakikolwiek sposób obciążało tajemniczą panią doktor; wręcz przeciwnie.

Kitowi rzucił się w oczy model łodzi, wykonany przez męża Frannie, podpisany, z datą u dołu. „Statek Davida – 22 marca 1969”. Wzruszająca pamiątka.

Do lodówki przyczepiony był narysowany ręką dziecka obrazek przedstawiający dziewczynkę i rozradowanego psa: „Dla doktor Frannie. Kochamy panią. Pani przyjaciele, Emily i Buster”.

Kit schował notes do tylnej kieszeni spodni, rozejrzał się po raz ostatni, po czym wyszedł z domu. W pewnym sensie, przeszukanie zakończyło się fiaskiem. Kit nabrał przekonania, że Frannie nie ma nic wspólnego z interesującą go sprawą.

A mimo to czuł, że jest na tropie czegoś wielkiego. Był tego pewien od samego początku.

Dlaczego nikt mu nie wierzył?

ROZDZIAŁ 23

Było już parę minut po dziesiątej i lasy wydawały się całkowicie opustoszałe, ale ja wiedziałam, że to tylko złudzenie. Znów myślałam o skrzydlatej dziewczynce.

Po raz Bóg wie który miałam ochotę zawiadomić o wszystkim szeryfa z Clayton, czy nawet policję stanową, ale jak mogłam to zrobić? Co bym im powiedziała? „Czołem. Ostatnimi czasy mieszkam samotnie w Bear Bluff. W zasadzie jestem zdrowa na ciele i umyśle. W ogóle wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, że widziałam taką małą dziewczynkę z takimi dużymi skrzydłami. Wiecie, tamtej nocy trochę wypiłam, bo byłam wstrząśnięta śmiercią przyjaciela. Chodźcie ze mną, może i wam uda się zobaczyć tę małą. Lepiej weźcie ze sobą wielką sieć – a nuż będziecie musieli mnie łapać!”

Mimo późnej pory, pracowałam w „Zwierzyńcu”, zastanawiając się, co powinnam zrobić – rozważałam wszystkie możliwości. Porozmawiałam przez komórkę z Barb McDonough i Gillian. Przed chwilą dałam narkozę dzikiej kotce, którą, kierowana odruchem serca, przyniosłam do domu z Clayton.

Zamierzałam usunąć jej jajniki. Zaczęłam od zgolenia sierści z jej brzucha. Całą uwagę skupiłam na elektrycznej maszynce, gdy nagle zza moich pleców dobiegł czyjś głos.

– Halo? Jest tam kto?

Podskoczyłam chyba ze trzy metry w górę. Moje nerwy były napięte do granic wytrzymałości. Jeszcze trochę i naprawdę zwariuję.

– Doktor O’Neill?

Zwróciłam się twarzą do drzwi i ujrzałam – kto by pomyślał? – Kita Harrisona. Spojrzałam na niego tak, że powinien na miejscu paść trupem, a przynajmniej odnieść ciężkie obrażenia.

– Widzisz, co przez ciebie zrobiłam? Proszę, wejdź.

Wszedł do środka. Spojrzał na moją małą pacjentkę.

– Nic nie widzę. Co się stało? – spytał.

– Przez ciebie zgoliłam jej sutek.

Skrzywił się i powiedział, że jest mu z tego powodu naprawdę przykro, co nastroiło mnie do niego nieco przychylniej. Kiedy patrzyłam w te jego cholerne niebieskie oczy, prawie byłam gotowa uwierzyć, że mówi szczerze. Harrison tymczasem wyjaśnił przepraszająco, że widząc otwarte drzwi domu zawołał mnie, a ja nie odpowiadałam.

– Czy to poważny uraz? – spytał, popatrując niepewnie na kotkę.

– Cóż – mruknęłam, nie patrząc na niego – striptizerką już na pewno nie będzie.

Prawdę mówiąc, rana była niegroźna. Sutki i tak miały się tej małej już na nic nie przydać. Zacisnęłam mocniej przewiązujące ją pasy, wytarłam brzuch kotki betadyną i przykryłam tułów sterylną gazą z otworem w miejscu, gdzie miałam wykonać cięcie.

– Poświeć mi – powiedziałam do Harrisona. – Proszę. – O dziwo, zrobił, co mu kazałam. Może liczył na to, że mnie przeleci. Wyglądał na takiego, co zawsze dostaje to, czego chce.

Przecięłam skalpelem skórę i zaczęłam dłubać w jamie brzusznej kotki. Zerknęłam kątem oka na Kita Harrisona, by sprawdzić, jak się trzyma. Niestety, wyglądało na to, że czuł się dobrze. Miałam nadzieję, że chociaż zemdleje.

Jego jasne włosy były wilgotne, jakby dopiero co je umył; pachniał tak, jak porządny, staroświecki amerykański przystojniak pachnieć powinien – mydłem Ivory. Nie dla niego Hermes Equipage.

– W jakiej sprawie tu przyszedłeś? – spytałam go, nie przerywając pracy. – Starczy ci ręczników? Ciepła woda jest? A jak tam obsługa?

– Domek jest w porządku – powiedział. – Bardzo mi się podoba. Dałbym mu cztery gwiazdki i pięć diamentów, a to najwyższa możliwa ocena.

Szkoda.

– Słyszałem, że w Clayton można nieźle zjeść.

– Owszem. Jeśli zostaniesz do kogoś zaproszony na kolację, co jest raczej mało prawdopodobne. Tutejsi krzywo patrzą na miastowych. Jest jeszcze „Danny’s Grill”. A w Villa Vittoria dają niezłą pizzę i spaghetti.

– Może, kiedy skończysz, pójdziesz ze mną coś przekąsić? Założę się, że udałoby się nam nawet wprosić do którejś z tych miłych gospodyń – powiedział.

– Nie, dzięki – odparłam, wymachując skalpelem. – Jeśli chcesz zrobić dla mnie coś miłego, to weź tę swoją flintę i wyjedź stąd.

Kit Harrison odkaszlnął.

– Wygląda na to, że nie zrobiłem na tobie dobrego wrażenia. A ty… ty tak naprawdę nic o mnie nie wiesz – dodał, stojąc za moimi plecami. – Nie wiesz, kim jestem.

Dokończyłam zabieg, opatrzyłam wiązadło maciczne i przystąpiłem do szycia. Kotka zaczęła mruczeć, co oznaczało, że odzyskuje przytomność. Musiałam się pospieszyć. Kiedy się ocknie, będzie syczeć i wyrywać się ze strachu.

Właściwie sama też trochę się bałam, a to wcale nie było przyjemne uczucie. Przeszedł mnie dreszcz niepokoju. Zostawiłam otwarte drzwi. Za moimi plecami siedział mężczyzna, o którym, jak sam stwierdził, nic nie wiedziałam.

Odwróciłam się do niego, ale już go nie było.

Wyszedł tak cicho, jak się pojawił.

ROZDZIAŁ 24

Max dobrze się spało w tym domu, czyjkolwiek był, w tym zagraconym, cudownym, wspaniałym, pełnym rozmaitych atrakcji domu. O świcie wyszła na ganek. Niebo było pomalowane w różne odcienie różu i czerwieni, przechodzące stopniowo w błękit.

– Dzień dobry, lesie! Dzień dobry, o piękne niebo! Witaj, słońce! Mam ochotę polecieć w Góry Skaliste. Kto by nie miał? Może dzisiaj znajdę Matthew.

Stała na drewnianej poręczy okalającej ganek. Wciąż miała na sobie białą sukienkę bez rękawów, w której uciekła. Była podekscytowana. Wprost idealny dzień na latanie.

Matthew? Matthew? Gdzie cię poniosło? Chodź, polatamy razem. No chodźże tu, Matthew. Proszę, żyj.

Wiatr uderzał hałaśliwie w strome wzgórze za domem i Max poczuła na nogach podmuch chłodnego prądu wznoszącego.

Uniosła lekko skrzydła. Próba mikrofonu, raz, dwa, trzy.

Chciała sprawdzić, czy ból będzie do zniesienia; czuła się jednak doskonale. Rana nie była groźna. Max doszła do wniosku, że chyba nic jej nie będzie.

Powietrze z cichym dudnieniem uderzyło w jej pióra. Serce zaczęło bić mocniej.

Max zaczerpnęła słodkiego, górskiego powietrza, przesyconego zapachem dzikich kwiatów, sosnowych igieł i zanim zdążyła odczuć lęk, oderwała się od ziemi.

Tym razem była przygotowana na towarzyszące startowi zawroty głowy i uczucie, jakby żołądek podchodził jej do gardła. Instynkt wziął górę. Zaczęła gwałtownie bić skrzydłami. To ma wyrównać siłę grawitacji, przypomniała sobie. Pani Beattie opowiedziała jej wszystko o lataniu. Tylko że w owym czasie Max nie mogła wypróbować tego w praktyce. W „Szkole” latanie było zabronione.

Kiedy wyrzucała ramiona w górę, kości ramieniowe obracały się bez oporu w swoich panewkach. Stawy łokciowe rozkładały się automatycznie, nadgarstki wyciągały, a pióra rozpościerały się.

No proszę, wznosiła się bez żadnego wysiłku! Ależ tu w górze było cicho. Max unosiła się w powietrzu i było to sto razy łatwiejsze od pływania. Ba, nawet od chodzenia.

Max wspięła się jeszcze wyżej na wirze termicznym. Powietrze zdawało się popychać ją od dołu. Wiedziała co nieco o wirach termicznych. W „Szkole” czytała wszystko, co wpadało jej w ręce, i dużo rzeczy zapamiętywała. Podobno była geniuszem. Zresztą, podobnie jak Matthew. No to gdzie on się podział, do licha?

Powietrze wypełniał śpiew ptaków, ale niewiele ich mogła dostrzec. Max bez wysiłku krążyła nad ziemią, pnąc się coraz wyżej. Latanie było wspaniałe. Zdecydowanie. Nic dziwnego, że go zakazano.

Inni musieliby się naćpać, żeby przeżyć coś takiego. Każde z piór Max było połączone bezpośrednio z jej układem nerwowym tak, że mózg kontrolował ich dokładne ustawienie.

Gdy dziewczynka znalazła się tak wysoko, że mogła zasłonić widoczny w dole dom koniuszkiem palca, doświadczyła kolejnego małego cudu.

Wzgórze za domem łączyło się z innymi, tworząc pasmo ciągnące się aż po horyzont. Uderzający w tę naturalną przeszkodę wiatr mógł skierować się tylko ku górze, więc wzdłuż całego pasma wzgórz powstała nieruchoma fala powietrza.

Max ruszyła w jej stronę. Wiatr rozwiewał jej długie jasne włosy, płynące za nią niczym strumień.

I nagle ziemia zaczęła się przesuwać. Ciszę mącił tylko szelest powietrza w skrzydłach Max. Szybowała w przestworzach, jakby nie dotyczyło jej prawo powszechnego ciążenia. Zresztą nie ona jedna skorzystała z pionowego prądu powietrza.

Towarzystwa dotrzymywał jej jastrząb z czerwonym ogonem, para sępów i stado wron. Jastrząb zaczął krążyć wokół Max, obserwując ją bacznie. Dziewczynka wbiła wzrok w jego ciemne, surowe ślepia.

– Wyluzuj się – powiedziała do ptaka.

Przeleciała nad czubkami drzew, zniżyła lot i wpadła w ciemnozielony gąszcz, muskając skrzydłami gałęzie.

Zaczęła robić ósemki między drzewami.

Co za frajda! Max czuła się tak, jakby połączyła się w jedno z naturą, z resztą wszechświata.

Była do tego stworzona!

Nagle zwolniła tempo lotu. Mimo to ziemia zbliżała się błyskawicznie. Nie udało się uniknąć twardego lądowania. Max poczuła przeszywający ból, promieniujący aż do rany na ramieniu. Spojrzała przed siebie i przez chwilę nie wierzyła własnym oczom.

To była ta sama kobieta.

Stała kilka metrów od niej.

ROZDZIAŁ 25

– Draniu, który to zrobiłeś, niech cię diabli wezmą! Żebyś sczezł, do cholery! – klęłam głośno, a echo niosło moje słowa po lesie.

Pochyliłam się i wyciągnęłam sidła spod mokrych, zabłoconych liści w wąwozie. Na szczęście nie złapał się w nie żaden zwierzak.

Nagle usłyszałam głośny szelest. Dźwięk dobiegał z bardzo bliska. Bez wątpienia zbliżało się jakieś duże zwierzę. A może to ten żałosny kłusownik?

Na chwilę zastygłam w bezruchu z pułapką w rękach. Odwróciłam się powoli.

– O mój dobry Boże – wyszeptałam.

Dziewczynka-ptak stała dwadzieścia kroków ode mnie. To ta sama, co wtedy, pomyślałam. Przyglądała mi się uważnie. Nie, przecież to niemożliwe, żebym ją widziała, powiedziałam sobie w duchu, ale dziewczynka nie znikała. I nie ulegało wątpliwości, że ma skrzydła.

Jej twarz i długie jasne włosy upodabniały ją nieco do Jessiki Dubroff, siedmioletniej dziewczynki-pilota, która zginęła tragicznie przed kilkoma laty, kiedy rozbił się prowadzony przez nią samolot. Obie miały w oczach taką samą siłę ducha i odwagę. Mała nieznajoma wyglądałaby jak najzupełniej normalne dziecko – gdyby nie jej piękne skrzydła.

Trzęsłam się jak galareta. Moje kolana dygotały jak nogi starego stołu kuchennego. To niemożliwe. To jakieś przywidzenie. Weź się w garść, Frannie. Odetchnij głęboko.

Dziewczynka zatrzymała się. Jej biała sukienka, bardziej przypominająca kitel lekarski, była brudna i postrzępiona, a włosy potargane.

Stała w całkowitym bezruchu, nie spuszczając ze mnie oczu. Jak jastrząb. Czy to ja ją znalazłam, czy było odwrotnie? Czy ona mnie śledziła?

Tym razem byłam trzeźwa jak świnia. I świeciło słońce.

To nie jest złudzenie. Ta dziewczynka istniała naprawdę istniała, tak jak ja czy inni ludzie – w pewnym sensie. I stała dwadzieścia kroków ode mnie.

Przez długą chwilę wpatrywałyśmy się w siebie. Miała zielone oczy. Przyglądała mi się nieufnie, ale bez lęku.

– Cześć – powiedziałam łagodnym tonem. – Nie odchodź. Proszę.

Jej oczy powędrowały nieco w dół, ku moim rękom.

Wciąż trzymałam w nich sidła. Paskudne metalowe szczęki połączone z rdzewiejącym łańcuchem. To urządzenie, którego jedynym przeznaczeniem było zadawanie mąk nieszczęsnym zwierzętom, wyglądało okropnie.

Na twarzy dziewczynki odmalował się strach. Odwróciła się i zaczęła iść szybkim krokiem.

Musiała pomyśleć, że ta pułapka należy do mnie! Nic dziwnego, że się przeraziła.

– To nie moje – krzyknęłam do niej. – Zaczekaj. Proszę.

Wypuściłam te przeklęte sidła z rąk i ruszyłam w górę stromej ściany wąwozu za dziewczynką. Szła szybko. Daleko z przodu mignęła mi jej biała sukienka.

Skąd ona się wzięła, na Boga? Czyżby to, co się z nią stało, było wynikiem jakiejś niesamowitej wady genetycznej? A może raczej eksperymentu? Zawsze coś idzie nie po myśli badaczy, przypomniałam sobie słowa Davida.

Wydawało się, że ziemia na złość chce utrudnić mi wspinaczkę. Kamienie usuwały się spod nóg i spadały na dno wąwozu. Powiedziałam sobie, że nie wolno mi biec. Dziewczynka pomyślałaby, że chcę ją schwytać. Mimo to, w końcu zerwałam się do biegu. Nie mogłam jej stracić z oczu.

– Nie zrobię ci krzywdy – krzyknęłam. – Jestem weterynarzem, lekarką.

Ku mojemu zdziwieniu, dziewczynka przyspieszyła kroku. Dlaczego? Dlatego, że powiedziałam jej, iż jestem lekarką? Przedzierałam się przez gęste zarośla tak szybko, jak tylko mogłam, ale wkrótce ślad po małej nieznajomej zaginął.

Ogarnęło mnie głębokie poczucie klęski. Miałam dwie doskonałe okazje, by nawiązać z nią kontakt. A jeśli już więcej jej nie zobaczę? Czy oprócz mnie widział ją ktoś jeszcze?

Wtedy usłyszałam trzask łamanej gałęzi.

Dobiegł znad mojej głowy.

Spojrzałam w górę.

Dziewczynka siedziała na solidnym konarze wysokiego dębu. Nie mogła mieć więcej niż jedenaście czy dwanaście lat. Znów bacznie mnie obserwowała. Czy miała po temu jakiś powód? Dlaczego? Nie wiadomo skąd przyszedł mi na myśl David. Co mogło go łączyć z tą małą dziewczynką?

– Proszę, nie uciekaj. Nie zrobię ci krzywdy. Te sidła nie były moje, chciałam je usunąć. Ja też nie znoszę ludzi, którzy zostawiają w lesie takie rzeczy. Jestem Frannie. A jak ty masz na imię?

Nie odpowiedziała. Byłam ciekawa, czy w ogóle potrafi mówić, a jeśli tak, to jak brzmi jej głos. Dziewczynka jednak tylko rozpostarła swoje wspaniałe skrzydła; przypominały skrzydła orła, a może anioła.

Nagle zeskoczyła z gałęzi. To było coś niesamowitego. Wyglądała jak akrobata, najlepszy, jakiego widziałam czy kiedykolwiek zobaczę.

I na moich oczach wzbiła się w powietrze.

Frunęła niczym ptak. Chociaż nie, raczej leciała tak, jak leciałaby mała dziewczynka, czy też każdy człowiek, który potrafiłby to robić. Szybowała w przestworzach.

A moje życie zmieniło się bezpowrotnie.

ROZDZIAŁ 26

Dziewięcioletni Matthew, przyczajony na stromych kamiennych schodach wiodących do jakiegoś lochu, dygotał jak pajac na sprężynie. Drżenie nie opuszczało go, odkąd uciekli z Max ze „Szkoły” i rozłączyli się, by trudniej ich było złapać.

Max, ty pójdziesz w prawo.

Matthew, ty w lewo.

To nasza najlepsza okazja. No, ruszaj!

Któregoś dnia znów się spotkamy.

Matthew był ciekaw, czy rzeczywiście zobaczy jeszcze swoją starszą siostrę. Nie potrafił sobie wyobrazić, że mogłoby być inaczej; nie widział jej raptem dwa dni, a już za nią tęsknił.

Nigdy dotąd nie rozstawali się na dłużej niż kilka godzin. W „Szkole” rozłąka była dla nich najcięższą z możliwych kar. Wujek Thomas, ten podstępny łajdak, doskonale o tym wiedział. Udawał przyjaciela, ale teraz to właśnie on ich szukał. I chciał ich uśpić.

Matthew musiał zająć myśli czymś innym. Nie mógł leżeć tu, w tej ciemnej, wilgotnej kryjówce i zamartwiać się, że nie ma przy nim Max. Najgorsze, że wszystkie miłe wspomnienia wiązały się właśnie z nią. Owszem, trochę tęsknił do telewizora w świetlicy, i paskudnego żarcia, jakim karmiono ich w „Szkole”, ale tylko dlatego, że umierał z głodu. No i ciepło wspominał panią Beattie, ale ona nie żyła. Prawdopodobnie została zamordowana.

Usiłując poprawić sobie humor, powtórzył w myślach dowcip, głupią zagadkę: Skoro pieniądze nie trzymają się głupca to skąd on je bierze? Tym razem jednak nie zaśmiał się, leżąc z twarzą wciśniętą w ziemię.

Obiecali sobie z Max, że gdzieś, w jakiś sposób się znajdą, i ta myśl dodawała mu sił. Marzył o tym, żeby znowu ujrzeć uśmiech swojej siostry. Brakowało mu nawet jej bezustannej paplaniny, która zazwyczaj tak go irytowała.

Matthew przechylił głowę i wytężył słuch. Gdzieś w pobliżu, przy ziemi rozległ się jakiś dźwięk. Szelest liści? Kroki?

Wiatr w drzewach, nic innego. Chłopiec odetchnął z ulgą. I wtedy…

– Matthew Wielki? No, wychodź, mały. Wiem, że gdzieś tu jesteś. Widzę twoje ślady. Mam cię na muszce, synu. Jest z tobą twoja śliczna siostrzyczka?

To był wujek Thomas. Matthew zaczął się trząść jeszcze mocniej. Zrobiło mu się niedobrze, nie mógł złapać oddechu i pomyślał sobie, że umrze na atak serca, choć ma dopiero dziewięć lat.

– Zawsze byłeś dobrym dzieckiem. Obydwaj o tym wiemy, mały. No, wyjdź stamtąd, a potraktuję cię ulgowo. Jak bum cyk cyk.

Matthew naprawdę zawsze był grzeczny, posłuszny. Nie spodobało mu się to, że ten obrzydliwiec Thomas powiedział „jak bum cyk cyk”. To wyrażenie zarezerwowane było dla nich, Matthew i Max. Tak przypieczętowywali składane sobie obietnice.

Ale teraz sytuacja była bez wyjścia. Matthew nie miał dokąd uciec. Chłopiec wstał. Trząsł się jak osika: dygotały mu nogi, ręce, mięśnie twarzy, a nawet tyłek. Poza tym był brudny, okropnie śmierdział i z tego powodu czuł się dość głupio.

Wychylił się ze swojej kryjówki.

Zobaczył wujka Thomasa. Było z nim paru jego ludzi. Matthew pragnął im zaufać. Nawet w pewnym sensie chciał wrócić do domu.

– Ach, tu jesteś, Matthew. Tu jesteś – powiedział wujek Thomas. Mówił przyjemnym dla ucha, przyjacielskim tonem.

Wujek Thomas utkwił wzrok w jasnowłosym chłopcu, który ruszył w jego kierunku. Matthew był ładnym dzieckiem, jak jego siostra. Miał kremowe skrzydła, usiane srebrzystymi i granatowymi cętkami. Niezwykły okaz.

Matthew uwielbiał opowiadać dowcipy i teraz też nie oparł się pokusie. W ten sposób maskował swój strach.

– Czy strzelając do mima – powiedział – należy użyć tłumika? Ha-ha-ha.

Wujek Thomas pociągnął za spust. Tłumik był niepotrzebny. Matthew, jak zawsze grzeczny, runął na ziemię.

Księga druga

Tinkerbell żyje

ROZDZIAŁ 27

Harding Thomas usiadł na ziemi przy małym Matthew. Mówił łagodnym, niemal czułym tonem.

– Przykro mi, że musiałem potraktować cię pistoletem obezwładniającym. Wiesz, że kocham i ciebie, i Max.

Z zaczerwienionych oczu Matthew wciąż płynęły łzy. Aż żal było na niego patrzeć, ale Thomas zdawał sobie sprawę, że nie mógł sobie pozwolić na sentymenty. Miał ważne zadanie do wykonania.

– Już ci nie wierzę – szepnął Matthew.

– Kiedyś mi wierzyłeś, Matthew. Byliśmy przyjaciółmi. Przyszedłem po ciebie dlatego, że wciąż uważam się za twojego przyjaciela. Inni radzili, żeby cię uśpić, ale ja się na to nie zgodziłem. Nie mógłbym ci tego zrobić, synu. Teraz chcę, żebyś pomógł mi w odnalezieniu Max. Tylko dzięki twojej pomocą możemy ją uratować.

Matthew mówił tak cicho, że ledwie go było słychać.

– Co mam zrobić? Jak mogę uratować siostrę?

Thomas z aprobatą pokiwał głową i uśmiechnął się do chłopca.

– Chcę, żebyś wzniósł się nad wierzchołki drzew i zawołał Max. Tylko ty możesz ją uratować.

Pokazał chłopcu coś, co wyglądało jak duża szpula żyłki.

– Słuchaj mnie uważnie – powiedział Thomas – tej linki nie da się zerwać. Na Pacyfiku łowi się na nią półtonowe tuńczyki. Wypuszczę cię na sto metrów. Rozumiemy się?

– Tak, wujku Thomasie.

– Jesteś dobrym chłopcem i pomagasz mi uratować Max. Tylko tobie może się to udać. Nie zapominaj o tym.

Wujek Thomas przymocował linkę do kamizelki opasującej klatkę piersiową i biodra Matthew. Drugi koniec przywiązał do grubego dębu stojącego wysoko na zboczu góry. Pułapka na Max została zastawiona.

Thomas pociągnął za żyłkę, aby upewnić się, że jest dobrze umocowana. Wychowywał się na wsi. Znał się na zwierzętach i ptakach, wiedział, jak należy się z nimi obchodzić.

– No już, możesz lecieć. Masz moje zezwolenie. Możesz też zawołać swoją siostrę. No, ruszaj! Leć, Matthew.

Matthew spełnił jego polecenie. Nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie oderwie się od ziemi. Z dumą rozpostarł skrzydła i zaczął biec, tak szybko, jak potrafił, aż do chwili, kiedy uznał, że nabrał wystarczającej szybkości, by wznieść się w powietrze.

Zaczął mocno machać rozłożonymi skrzydłami i nagle poszybował ku niebu. Przez chwilę krążył powoli nad ziemią, zmierzając niespiesznie po spirali w stronę wschodzącego słońca.

Przez kilka sekund wydawało mu się, że znów jest wolny. Prawie zapomniał, co robi, dlaczego znalazł się w powietrzu.

Ale wtedy usłyszał głos wujka Thomasa, dochodzący z kryjówki w lesie. Matthew nawet przez chwilę mu nie wierzył. Tam w dole czekali ludzie, uzbrojeni w karabiny. To był pluton egzekucyjny. Ci mordercy zastrzelą Max, gdy tylko znajdzie się w ich polu widzenia.

– Zawołaj ją! Czemu cię nie słychać, Matthew?

Matthew odleciał możliwie najdalej od Thomasa, by nie słyszeć jego drwiącego głosu.

Myślał: Widzisz mnie, Max? Patrzysz, jak latam? Jesteś gdzieś w pobliżu?

Wreszcie zaczął krzyczeć na cały głos.

– Max! Max! Max! Słyszysz mnie? – wołał. – Słyszysz?

Matthew wiedział już, co musi uczynić, żeby uratować Max. Zaczął wydzierać się jeszcze głośniej.

– Nie zbliżaj się. Trzymaj się z daleka ode mnie. Max! To pułapka! Jest tu wujek Thomas i cała reszta. Uciekaj stąd, Max! Oni mają broń.

ROZDZIAŁ 28

Max była zbyt daleko, żeby usłyszeć przestrogi swojego brata. Budził się kolejny dzień. Noc upłynęła spokojnie; Max nie została ani schwytana, ani rozerwana na drobne kawałeczki i pożarta przez niedźwiedzia czy rysia.

Zjadła obfite śniadanie, a potem przez pewien czas grała w Tomb Raidera II. Bardzo podobała jej się bohaterka gry, Lara Croft. Max zapragnęła być taka jak ona.

Około wpół do ósmej rano opuściła kryjówkę. Chciała rozejrzeć się po okolicy.

Przyczaiwszy się za krzewem obwieszonym soczystymi borówkami zobaczyła coś, co wzbudziło jej zaciekawienie i strach jednocześnie. Kilka razy zamrugała powiekami. Jej serce biło tak mocno, jakby chciało wyskoczyć z piersi.

Przez gałęzie widać było dwójkę małych dzieci. Były bardzo podobne do Max – właściwie do niej i Matthew. Najwyraźniej wyszły sobie na poranny spacer po lesie, tak jak ona. Czy już ją zauważyły?

Dziewczynka miała na sobie dżinsowe ogrodniczki, koszulkę z napisem: RED DIRT i tenisówki. Fajnie wyglądała, nie ma co. Jej rude włosy spięte były na czubku głowy i schowane pod purpurową chustą, spod której wymykały się okalające twarz kosmyki. Dziewczynka miała pomalowane lakierem paznokcie na kolor borówek.

Chłopiec wyglądał na nie więcej niż cztery-pięć lat i przypominał Matthew sprzed paru lat. Malec zapamiętale wybijał kijkiem na aluminiowym wiaderku skoczny rytm i śpiewał piosenkę, której Max nigdy dotąd nie słyszała.

„A-rumpty-rump-dump A-rumpty-rump-dump”.

Max dostała gęsiej skórki. Coś jej mówiło, że powinna stąd uciec, ale nie mogła ruszyć się z miejsca. Musiała tu zostać. Chciała pogawędzić z tymi dzieciakami. Bardzo, ale to bardzo potrzebowała pomocy, no i znała wiele tajemnic, którymi mogła się podzielić. I to jakich. Co w tej sytuacji zrobiłaby Lara Croft?

„A-rumpty-rump-dump”.

Bała się, choć sama nie wiedziała, czego. Była większa od tych dzieci i o wiele silniejsza. Co do tego nie miała wątpliwości. Posiadała niezwykłe zdolności. Była też zapewne mądrzejsza od tych brzdąców. Nie ma to wprawdzie żadnego znaczenia, no ale fakt pozostaje faktem.

Chłopczyk podniósł głowę znad swojego aluminiowego bębenka i jego niebieskie oczy napotkały spojrzenie zielonych oczu Max. Nieporadnie cofnął się o krok i zaczął krzyczeć.

– Hej! Widzę cię! Hej! Kto ty jesteś? Hej!

Max była tak spłoszona, że też krzyknęła, a dzieci zawtórowały jej donośnym wrzaskiem.

Pierwsza opanowała się dziewczynka. Złapała swojego brata za rękę i przyciągnęła do siebie.

– Kim jesteś? Weszłaś na naszą ziemię. Znaki wiszą na drzewach. Musiałaś je widzieć!

Dziewczynka miała pewnie około ośmiu lat. Sapała ciężko, była czerwona na twarzy, ale, jako starsza siostra, opiekująca się swoim braciszkiem, starała się nie okazywać lęku.

Max była pod wrażeniem. Boże, jakże pragnęła porozmawiać z tymi dziećmi, pobawić się z nimi. Chciała mieć kogoś, z kim mogłaby zamienić parę słów.

– Kim jesteś? – powtórzyła dziewczynka.

Dobre pytanie, pomyślała Max. Nie czekając na jej odpowiedź, dziewczynka mówiła dalej. Nerwowo wyrzucała z siebie słowa, ale Max to nie przeszkadzało.

– Ja nazywam się Elizabeth Ellers. To mój młodszy brat, Bailey. Ma pięć lat. Ja mam dziewięć. A co ty tu robisz? No, powiedz coś wreszcie.

Mały Bailey zmierzył nieznajomą od stóp do głów, po czym puścił rękę Elizabeth i podszedł bliżej. Zatoczył szeroki krąg wokół Max.

Ona zaczęła obracać się razem z nim, tak, by nie mógł dobrze przyjrzeć się jej skrzydłom.

– Co się stało z twoimi ramionami? – wykrztusił.

Max zawahała się. Co te dzieciaki sobie pomyślą, kiedy zobaczą jej skrzydła? Czy miała dość odwagi, by je pokazać? Chciała to zrobić. Naprawdę.

Wzruszyła ramionami i zgięła łokcie. Potem powoli odchyliła przedramiona, rozkładając skrzydła. Pióra z cichym szelestem przyjęły odpowiednie ustawienie.

Poplamione borówkami usta Elizabeth i Baileya otworzyły się szeroko. Bailey krzyknął z podziwu i włożył purpurowe palce do buzi.

Max wiedziała, że jej skrzydła są piękne. Lotki były ułożone w rzędy; chorągiewki piór stykały się ze sobą, tworząc nieprzepuszczającą powietrza barierę. Od dołu skrzydła porastał puch, spod którego przebłyskiwała skóra, różowa od świeżo utlenionej krwi.

Ooochhh!

ROZDZIAŁ 29

– Ja cię kręcę! – krzyknął Bailey.

Cóż to miało oznaczać? „Ja cię kręcę”? To jakieś powiedzenie popularne wśród dzieciaków z Kolorado? Pewnie tak. „Ja cię kręcę”? A niech mu będzie.

Max wyciągnęła palce wskazujące, co sprawiło, że jej skrzydła rozłożyły się w pełni. Ich rozpiętość była niemal półtora raza większa niż jej wzrost.

– Ochhh!

Bailey odruchowo postąpił krok do tyłu, nie odrywając od Max szeroko otwartych niebieskich oczu. Prawdę mówiąc, ładniutki był z niego brzdąc.

– Są prawdziwe? – Elizabeth Ellers wreszcie zebrała się na odwagę, by przemówić. – Na takie wyglądają.

Max uśmiechnęła się szeroko. Chciała, by te dzieciaki ją polubiły.

– Jasne, że tak.

– Zrób to – wyszeptał Bailey. – Proszę cię. Pokaż nam, jak latasz.

Elizabeth patrzyła Max prosto w oczy.

– Nie powiemy nikomu. – Podobnie, jak jej brat, mówiła szeptem, jakby byli na mszy odprawianej pod gołym niebem. – Słowo.

Chłopczyk pokiwał głową z poważną miną: w górę, w dół, w górę, w dół, potem na boki. Następnie szybkim ruchem ręki zrobił na sercu znak krzyża.

– Przysięgam na Pana Boga. Proszę, zrób to.

– Jeśli to zrobię, nie wolno wam nikomu o tym powiedzieć. Wszystko musi pozostać między nami – powiedziała Max. – Poza tym, nie przysięgaj na Pana Boga. To grzech.

– Nic nie powiemy – odparł chłopiec.

– Jeśli złamiecie obietnicę, wszędzie was znajdę.

– Jesteś wampirem czy co? – spytał Bailey. Znów wyglądał na lekko wystraszonego. Jego oczy stały się rozbiegane.

– A jakże. Nie no, coś ty, wcale nie jestem wampirem. A ty? Może jesteś karłowatym Marsjaninem? Przyleciałeś z Marsa?

Elizabeth parsknęła śmiechem. Max miała ochotę ją uściskać.

– Dobrze trafiłaś. On naprawdę jest z Marsa. Jak masz na imię?

– Och… Tinkerbell.

Dzieci zaniosły się głośnym śmiechem. Max chciała popisać się swoimi umiejętnościami, ale pragnęła też powiedzieć swoim nowym znajomym coś o sobie. Lubiła dzielić się z innymi. Zawsze była rozważną, uprzejmą dziewczynką. Wierzyła, że bez odrobiny dobroci życie nie miałoby sensu. W „Szkole” nauczyła się jednej pożytecznej maksymy: jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.

Max popatrzyła przed siebie. Ścieżka była równa, nie leżały na niej żadne kamienie, a spod ziemi nie wystawały zdradliwe korzenie. Dziewczynka zaczęła biec.

Po czterech czy pięciu krokach poczuła, jak grube krawędzie skrzydeł przecinają powietrze. Prąd wznoszący pociągnął ją ku górze i oderwała się od ziemi.

– Ja cię kręcę! – krzyknęła, niepewna, czy dzieciaki zrozumieją dowcip.

Poleciała pionowo w górę, po czym zanurkowała, kierując się prosto na Elizabeth i Baileya. Dzieci uchyliły się instynktownie, a Max wybuchnęła radosnym śmiechem. Uwielbiała bawić się ze swoimi rówieśnikami.

I bardzo, ale to bardzo chciała zdradzić im swoje tajemnice. Tyle że gdyby to zrobiła, znaleźliby się w niebezpieczeństwie. I żadne obietnice milczenia nic by nie dały.

Max zaczęła bić skrzydłami, góra-dół, góra-dół. Teraz unosiła się w powietrzu! Zaczęła krążyć nad ziemią, obrysowując kontur płynącej po niebie chmury. Lekko przechyliła się w lewo, potem w prawo.

Elizabeth i Bailey Ellersowie patrzyli na nią w osłupieniu, przesłaniając oczy dłonią.

Kiedy Max patrzyła z tej wysokości, dzieciaki wydawały jej się bardzo małe, ale dokładnie widziała ich podniesione ku górze głowy i szeroko otwarte usta. Zdawała sobie sprawę, że nie mogą jej pomóc. One same były bezbronne i lepiej, żeby o pewnych rzeczach nie wiedziały. Nigdy nie wybaczyłaby sobie, gdyby z jej powodu spotkała je jakaś krzywda.

Pomachała im na pożegnanie.

– Nikomu nic nie powiemy! – krzyknął chłopiec. – Przysięgam na… nic.

– Wróć do nas – zawtórowała mu Elizabeth. – Moglibyśmy zostać przyjaciółmi.

Ledwie zniknęli z jej pola widzenia, a Max już zaczęła strasznie za nimi tęsknić. Bailey i Elizabeth. Miłe dzieciaki. Dobrzy ludzie. Może rzeczywiście zostaliby przyjaciółmi, gdyby mogła dłużej z nimi pobyć.

No, a poza tym oczywiście tęskniła za Matthew. Bardzo jej go brakowało. Czuła się, jakby miała wielką dziurę w piersi.

Kiedy tak unosiła się wysoko nad złocistymi łąkami przylegającymi do lasu, samotność coraz silniej dawała jej się we znaki. Głęboko w duszy Max wiedziała, że nie powinna być sama.

W końcu jest tylko małym dzieckiem.

„A-rumpty-rump-dump.

A-rumpty-rump-dump”.

ROZDZIAŁ 30

Dźwigając Davida na plecach brnęłam przez spowitą bielą, znajomo wyglądającą pustynię. Słońce wyglądało jak wielki zegar na niebie; wskazówka odmierzała sekundy dzielące życie od śmierci. Już kiedyś tu byłam.

– Szybciej, Frannie. Proszę – wydyszał David, z twarzą wciśniętą w mój policzek. – Przykro mi, kochanie, ale musisz się pospieszyć. Mamy mało czasu.

Byłam zmęczona, okropnie zmęczona, ale nie mogłam go zostawić.

– Trzymaj się – powiedziałam do niego. – Proszę. – Po moim karku spływała ciepła, lepka ciecz. Krew Davida. Łzy pociekły mi po policzkach.

– Jestem tu – odparł. – Zawsze będę przy tobie.

Jego nogi wlokły się po piachu. Był okropnie ciężki. Nie zatrzymując się, przycisnęłam go mocniej do siebie. Bolały mnie mięśnie rąk. Na plecach czułam słabe bicie jego serca.

David jak zwykle zaczął snuć wspomnienia o naszym małżeństwie. Byliśmy tacy szczęśliwi… Zarabialiśmy na życie robiąc to, co lubiliśmy; zamierzaliśmy mieć dziecko, a może nawet dwójkę lub trójkę, gdyby los okazał się łaskawy.

– Szkoda, że nie mieliśmy dzieci, Frannie. Niepotrzebnie tak długo z tym zwlekaliśmy.

– Przestań – powiedziałam. – David, nie mów tak. Nie chcę tego słyszeć.

Ale on mówił dalej.

– Pamiętasz naszą piątą rocznicę ślubu? Pojechaliśmy wtedy do tej przytulnej małej gospody w Vermont, wiesz, o którą mi chodzi. Kochaliśmy się cały dzień, Frannie. Śniadanie, lunch i kolację zjedliśmy w łóżku – przypomniał.

– Oczywiście, że pamiętam, Davidzie. Nigdy tego nie zapomnę.

David zaczął nucić pod nosem piękną, zapadającą w pamięć melodię z Mężczyzny i kobiety, naszego ulubionego filmu. Obejrzeliśmy go pięć czy sześć razy. Nagle zatrzymałam się w pół kroku.

– Jesteśmy na miejscu? – spytał David.

Spojrzałam przed siebie. Jak okiem sięgnąć, widać było tylko połyskujący w słońcu piach.

– Tak – odparłem. – Jesteśmy na miejscu.

Ostrożnie opuściłam Davida na ziemię i rozłożyłam mu ręce. Z jego dłoni i stóp płynęła krew; w piersi, przy sercu, widniała rozległa rana po kuli.

– Przepraszam za to, co zrobiłem – powiedział David. – Tak mi przykro, Frannie. – Nie wiedziałam, o co mu chodzi, ale pokiwałam głową.

Rozebrałam się do naga i zwinęłam ubrania w rulon i wsunęłam je pod głowę Davida. Moje serce wypełniał głęboki smutek.

– Dziękuję – wyszeptał David i spojrzał na mnie z miłością. – Wiedziałem, że nie pozwolisz mi umrzeć.

I wtedy umarł – jak każdego poranka.

Budzik stojący na parapecie wyrwał mnie ze snu, który jak zawsze wydawał się przerażająco rzeczywisty. Tak naprawdę jednak David umarł na parkingu w Boulder, nie na jakiejś tajemniczej pustyni.

Otworzyłam oczy. Byłam w moim pokoiku w szpitalu dla zwierząt. Kurczowo trzymałam się wezgłowia łóżka. Miałam załzawione oczy i mokre policzki. Czułam silny ból w piersi, jak od ciosu młotkiem. Przypomniałam sobie, że jeszcze nie tak dawno uważałam swoje życie za udane. Miałam kogoś, kogo kochałam i kto kochał mnie.

Odrzuciłam wymięte koce na bok. Przed oczami stanął mi obraz, który nieco mnie poruszył. Sen, koszmarna wizja powoli zaczynała się rozpływać, ale niepokój pozostał.

Widziałam jasnowłosego mężczyznę w dżinsowej koszuli, o promiennym uśmiechu. Widziałam, jak odwracam się ku niemu.

Szybko wyskoczyłam ze zburzonej pościeli. Dlaczego nagle zrobiło mi się wstyd?

Opędziłam się od myśli o Kicie Harrisonie i podeszłam do okna wychodzącego na las. Otworzyłam je na oścież i odetchnęłam głęboko. Powietrze wypełniał zapach sosen i trawy.

Słaby podmuch wiatru muskał moją wilgotną skórę. Poczułam się nieco lepiej. Kiedy już miałam odwrócić się od okna, usłyszałam przerażający dźwięk, który zmroził mi krew w żyłach.

ROZDZIAŁ 31

Z pobliskich zarośli dobiegało przeraźliwe, przeciągłe wycie. Błyskawicznie wcisnęłam na siebie dżinsy, traperki i koszulę, tę samą, którą nosiłam poprzedniego dnia.

Wpadłam na chwilę do małego laboratorium, napełniłam strzykawkę chlorowodorkiem ketaminy i wrzuciłam ten środek znieczulający do plecaka. Pip głośnym szczekaniem domagał się śniadania, ale musiał poczekać. Nie miałam chwili do stracenia.

– Zaraz wracam – krzyknęłam i wybiegłam z domu.

Przenikliwe wycie wdzierało się brutalnie w uszy. Moje buty nasiąknęły rosą i kilka razy pośliznęłam się, ale biegłam, ile sił w nogach.

Kierowałam się w stronę, z której dobiegał ten przerażający dźwięk, prawie pewna, gdzie szukać jego źródła i co się stało.

Za kliniką las opada ku głębokiemu strumieniowi, mogącemu uchodzić nieomal za małą rzekę. Spływający zboczem śnieg wyżłobił w ziemi głębokie wąwozy, które latem są suche i częściowo wypełnione ściółką. Idealne miejsce dla drapieżników polujących na gryzonie.

I kłusowników.

Jękliwe wycie stało się głośniejsze, a potem nagle ucichło; nieszczęsny zwierzak usiłował zaczerpnąć powietrza. Gdy skowyt rozległ się znowu, poczułam się, jakby lada chwila miało mi pęknąć serce.

Przeszłam przez krawędź wąwozu i wreszcie ujrzałam lisa. Piękne, rudobrązowe zwierzę wisiało na przedniej łapie i rozpaczliwie wymachiwało drugą szukając punktu zaczepienia. Był to straszny, bolesny widok.

Wiedziałam już, co się stało.

Stalowe szczęki sideł zacisnęły się na łapie lisa. Zwierzę, próbując wyrwać się z pułapki, zaczęło się cofać, aż zsunęło się z krawędzi wąwozu. Teraz wisiało bezradnie, ocierając się i obijając o zbocze.

Aż ścisnęło mnie w żołądku. Ta lisica przeżywała okropne, bezsensowne męki. I po co? By ktoś, kto wybiera się do Aspen czy Denver mógł sprawić sobie drogie futro? Na litość boską, nic nie usprawiedliwiało zadawania zwierzęciu takiego bólu, który doprowadzał do szaleństwa.

– Trzymaj się – powiedziałam łagodnym tonem. – Już idę.

O Boże, nie zrobię ci krzywdy, lisku.

Łańcuch od pułapki był dwukrotnie obwiązany wokół drzewa i sczepiony kłódką. Przez chwilę szarpałam nią z całej siły, ale nic to nie dało.

– Szlag by to trafił!

Przyszło mi do głowy, żeby wciągnąć lisicę na łańcuchu, ale wiedziałam, że wtedy pogryzłaby mnie. Poza tym, zapomniałam zabrać rękawic, a ona mogła być wściekła.

Szybko rozejrzałam się za bezpiecznym zejściem na dół. Zbocze wąwozu pokrywały odłamki skały łupkowej. Wypatrzyłam miejsce, w którym – jak mi się zdawało – można było bezpiecznie stanąć, i postanowiłam zaryzykować. Nic z tego. Kamienie usunęły mi się spod nóg i zjechałam na tyłku trzy metry w dół.

Narobiłam przy tym tyle hałasu, że przerażona lisica zaczęła szarpać się jeszcze gwałtowniej. Rozpaczliwie kłapała zębami, a z jej pyska leciała ślina. Łapa całkowicie zniknęła w pułapce. Sidła zaciskały się na odsłoniętej kości.

– Wszystko będzie dobrze, mała.

Stojąc bezpośrednio pod lisicą, gorączkowo rozmyślałam, usiłując znaleźć sposób na wstrzyknięcie jej ketaminy. Na wysokości moich ramion biegła półka skalna, ale była zbyt wąska. Obawiałam się, że przytrzymując się jej nie dam rady wbić strzykawki w nogę cierpiącego zwierzęcia.

Jego nie ustający skowyt był dla mnie nie do zniesienia. Lada moment lisica wpadnie w stan szoku, a wkrótce potem zdechnie.

Wiedziałam, że sama jej nie uratuję.

ROZDZIAŁ 32

Piłka odbita przez Kita leciała szerokim łukiem nad słynną ścianą „Green Monster” w bostońskim Fenway Park. Dwaj synowie obserwowali go z miejsc usytuowanych przy linii biegnącej od pierwszej bazy do drugiej. Nagle wszystko zniknęło i jakiś natarczywy dźwięk wyrwał Kita ze snu.

Ktoś dobijał się do drzwi domku. Kit położył dłoń na kolbie leżącego pod łóżkiem karabinu i przysunął go do siebie.

– Tak? Kto tam? – krzyknął i usiadł na łóżku, po czym wyjrzał przez okno. Jego oczom ukazała się Frannie O’Neill, nachmurzona, jak zwykle. A mimo to zawsze wyglądała doskonale.

O co teraz chodziło? Czego chciała?

Założył dżinsy, zasunął rozporek, zapiął guzik. Łomotanie do drzwi rozległo się ponownie. Gdzie jest jakaś czysta koszula? A, chrzanić to.

– Idę.

Otworzył drzwi, ale zanim zdołał zapytać, jaką zbrodnię tym razem popełnił, Frannie wyrzuciła z siebie potok ledwo zrozumiałych słów.

– Potrzebuję pańskiej pomocy – powiedziała na koniec. – Proszę. Naprawdę musi mi pan pomóc, panie Harrison.

„Panie Harrison?”

– Jasne. Żaden problem. Tylko założę buty – powiedział i wskoczył z powrotem do pokoju po tenisówki.

Następnie ruszył w ślad za nią, z obnażoną piersią, w kierunku skalistego wąwozu znajdującego się kilkaset metrów w głąb lasu. Ledwo nadążał za Frannie. Ależ żwawo przebierała tymi długachnymi nogami. Teraz to jestem dla niej „pan Harrison”, pomyślał.

– Co u… – urwał w pół zdania.

Wystarczyła sekunda czy dwie, żeby zorientować się, czym był futrzany strzęp, zwisający z paskudnych metalowych szczęk.

– O Jezu, Frannie.

Lis wyglądał okropnie. Kit dopiero teraz pojął, dlaczego Frannie darzyła myśliwych taką nienawiścią, dlaczego tak się na niego wściekała, odkąd tu przyjechał – ze strzelbą.

Rudobrązowa sierść nieszczęsnego zwierzęcia była nasiąknięta i poplamiona krwią. Stalowe szczęki ściągnęły futro i skórę z przedniej łapy. Lis z trudem łapał powietrze. Z jego pyska dobywało się chrapliwe, słabe warczenie.

– Nie mogę jej dosięgnąć – wydyszała Frannie. – Próbowałam. Sama nie dam rady.

Wyglądała, jakby lada chwila miała wybuchnąć płaczem, a Kit poczuł, że i jego coś ściska za gardło. Ta młoda lisica na własnej skórze doświadczyła bezinteresownego okrucieństwa, do jakiego zdolni są tylko ludzie. W sercu Kita rozgorzał gniew. Jak można zadać niewinnemu zwierzęciu takie męki?

– Co mam zrobić? Jak mógłbym pomóc?

Frannie trzymała w ręku strzykawkę.

– Muszę wbić jej to w łapę.

– Dobra. Kapuję.

Kit zbiegł na dno stromego, błotnistego wąwozu, po czym ogarnął spojrzeniem zbocze. Następnie wszedł z powrotem na górę.

Kucnął nad lisicą, wiszącą około metra pod krawędzią wąwozu, i oszacował na oko jej rozmiary i wagę. Następnie szybko rozejrzał się po okolicy, wypatrując złamanej gałęzi.

– To może się udać – powiedział po chwili do Frannie.

Gałąź, którą wziął do ręki, miała mniej więcej metr długości i zaledwie kilka centymetrów średnicy.

Frannie patrzyła na niego ze zdumieniem.

– Co ty robisz? Co może się udać?

Łatwiej było to zademonstrować, niż wyjaśnić. Kit położył się i ostrożnie wysunął głowę i ramiona za krawędź wąwozu.

– Proszę, bądź ostrożny – usłyszał głos Frannie.

Kit podstawił gałąź pod ociekający pianą pyszczek lisicy. Jej ślepia zasnuły się mgiełką. Kit nie był pewien, czy ona zdaje sobie w ogóle sprawę z jego obecności.

Musnął gałęzią jej pyszczek.

Lisica szarpnęła się gwałtownie, zatopiła kły w gałęzi, usiłując ją przegryźć.

Czy to cholerstwo wytrzyma? Kit powoli, powoli zaczął podnosić lisicę… aż wyłoniła się zza krawędzi wąwozu.

– Daj jej zastrzyk, szybko – wydyszał.

Frannie wyrosła przy nim i wbiła igłę w tylną łapę zwierzęcia. Wcisnęła tłok. Lisica szarpnęła się, po czym zwiotczała, gdy lek zaczął działać.

Kit złapał ją, kiedy osunęła się w jego ramiona niczym puszysta, wypchana zabawka.

– Dobra robota – powiedziała Frannie. – Boże, udało się.

Wzięła lisicę od niego i ostrożnie ułożyła na ziemi. Kit zwolnił mechanizm zaciskowy sideł i Frannie delikatnie wyciągnęła łapę zwierzęcia spomiędzy żelaznych kleszczy.

– Doskonale. O rany. Dzięki. Dzięki. Doskonały z ciebie sanitariusz.

– Nie ma za co. Fajnie się z tobą pracowało. Cieszę się, że mogliśmy pomóc tej małej.

I stał się dziw nad dziwy – Frannie O’Neill obdarzyła Kita uśmiechem.

Opłaciło się czekać.

ROZDZIAŁ 33

– Juhu!

Max znów szybowała w przestworzach. Ciągnęło ją do puszystych chmur, poganianych przez świszczący w uszach wiatr, i pięknego, błękitnego nieba nad Górami Skalistymi. Zresztą, któż by nie chciał znaleźć się tu, w górze? Spokojnie, bez wysiłku, płynęła po nieboskłonie, patrząc na jezioro rozciągające się pod nią, na zalesione zbocza okolicznych gór.

Czarna tafla wody zdawała się przyciągać ją do siebie. Powietrze nad jeziorem było cieplejsze w wyższych partiach. Pani Beattie, jej nauczycielka i przyjaciółka, dużo mówiła o prądach powietrznych i wpływie temperatury na lot. Max wszystko dokładnie pamiętała; doskonała pamięć była jednym z jej darów.

Rozłożone skrzydła dziewczynki kładły się wydłużonym cieniem na ciemnych czubkach drzew. Max patrzyła na ten cień, próbowała ścigać się z nim. Wyciągnęła ręce na bok, potem do przodu i do tyłu, jak przy wiosłowaniu. Z każdą chwilą coraz szybciej leciała nad zakrzywioną powierzchnią ziemi.

Pani Beattie, pomyślała. „Szkoła”, mój dawny dom.

Pamiętała wszystko, co się tam wydarzyło, choć wcale nie chciała. Z tym miejscem wiązało się tak dużo nieprzyjemnych wspomnień, że można w nich było przebierać do woli.

Któregoś ranka pani Beattie przyszła do małego pokoju, w którym spali Max i Matthew. Pani Beattie od trzech lat prowadziła z nimi zajęcia. Przedtem opiekowały się nimi piastunki i różni nauczyciele, którzy zmieniali się co pewien czas. Żaden z nich nie okazywał dzieciom wiele miłości ani troski. Takie zasady obowiązywały w „Szkole”. Liczyła się tylko nauka, praca, dyscyplina, badania, badania, badania.

– Max… Matthew – wyszeptała tamtego ranka pani Beattie. Max przebudziła się, zanim nauczycielka zdążyła dojść do jej łóżka.

– Już nie śpimy – burknął Matthew. – Słyszeliśmy pani kroki.

– Oczywiście, oczywiście, mój drogi. Mam wam coś do powiedzenia. Nie przerywajcie mi, dopóki nie skończę.

Stało się coś niedobrego – Max wyczuła to od razu. Ale nie odezwała się. Matthew też milczał.

– Czasem nawet dobrym ludziom może przytrafić się nieszczęście – szepnęła pani Beattie. Była nie tylko nauczycielką, ale i lekarką. Robiła różne testy, zwłaszcza na inteligencję – Stanforda-Bineta, WPPSI-R, WISC III, Testy Beery’ego, Akt III i wszelkie inne.

– Chcą nas uśpić, zabić, prawda? Spodziewaliśmy się tego – Matthew nigdy nie potrafił długo utrzymać języka za zębami.

– Nie, mój drogi. Obydwoje jesteście wyjątkowymi, cudownymi dziećmi. Nie musicie się bać. Ale, kochani moi, ostatniej nocy został uśpiony mały Adam. Przykro mi, że muszę wam to powiedzieć.

– Och, nie, nie Adam! Tylko nie Adam! – rozpaczał Matthew.

Dzieci mocno wtuliły się w panią Beattie. Szloch wyrwał się z ich piersi. Adam był małym, niezwykle bystrym chłopczykiem, o pięknych niebieskich oczach.

– Muszę już iść, drodzy moi. Nie chciałam, żebyście o tym, co się stało, dowiedzieli się z ust pana Thomasa. Kocham cię, Max. Ciebie też, Matthew. – Przycisnęła ich mocno do siebie. – Nie myślcie o mnie źle.

Wkrótce potem pani Beattie także zniknęła. Któregoś dnia po prostu nie zjawiła się w „Szkole”. Nikt więcej o niej nie słyszał. Max była pewna, że pani Beattie została uśpiona.

Dziewczynka otrząsnęła się z zamyślenia. Uświadomiła sobie, że leci za szybko, w ogóle nie patrząc przed siebie. Wspomnienie „Szkoły” wytrąciło ją z równowagi.

Zmieniła kierunek lotu i zaczęła piąć się ku słońcu. Oślepiona jego blaskiem, Max frunęła coraz wyżej, nabierając chłodnego i bardziej rozrzedzonego powietrza.

Wreszcie, kiedy nie miała już siły dalej się wznosić, wykonała pętlę, po czym rzuciła się w dół.

Spadała prosto ku migocącej błękitnej tafli jeziora.

Jej skrzydła zdawały się przyklejone do ciała. Powietrze huczało w uszach. Płuca piekły jak palone żywym ogniem. Po chwili Max uderzyła w wodę pod idealnym kątem.

Wodowanie!

Niesamowite!

Boże, ależ ona uwielbiała latać.

ROZDZIAŁ 34

Harding Thomas wpadł do „Quik Stop” w Bear Bluff, by uzupełnić zapas kofeiny i cukru w organizmie.

– Kawę, czarną jak moje serce – powiedział do sprzedawcy.

Wtedy właśnie usłyszał paplaninę dwóch rudowłosych dzieciaków, stojących z matką przy lodówce wypełnionej lodami Ben amp; Jerry.

Thomas nie słuchał tego, co mówią te maluchy, dopóki nie dobiegły go słowa:

– Była jak duży, piękny ptak, mamo. Jak Power Ranger, tylko że prawdziwa.

Harding Thomas natychmiast cały zamienił się w słuch. Z wrażenia o mało co nie upuścił kawy. Trochę wylało mu się na buty.

Matka dwójki dzieciaków sunęła w stronę kasy, nie podnosząc głowy znad ostatniego numeru pisma „People”. Jej klapki uderzały w podniszczone ciemnobrązowe linoleum. Wyglądała na mniej więcej trzydzieści pięć lat. Znad obszernych szortów zwieszały się wałki tłuszczu. Trzeba jednak przyznać, że dzieciaki miała ładne.

Thomas porwał snickersa z półki przy ladzie i też ruszył w stronę kasy. Stanął za nieznajomą z dwójką dzieci.

Maluchy nie odzywały się. Mamusia ani chybi kazała im się zamknąć. Dobra rada, ale nieco spóźniona.

– Przypadkiem usłyszałem, co mówiły pani dzieci. Latająca dziewczynka z kosmosu, co? – powiedział Thomas, uśmiechając się ciepło. – Zupełnie jak w „Star”. – Wskazał palcem jeden z wyłożonych obok lady brukowców.

– Ale my naprawdę widzieliśmy latającą dziewczynkę – upierał się chłopiec. No proszę, od razu się zdradził. – Prawda, Elizabeth?

Jego siostra przeszyła go gniewnym spojrzeniem, ale on wcale się tym nie przejął. Thomas popatrzył na dzieci z niedowierzaniem, co przyszło mu bez trudu. Chciał wyciągnąć z tych maluchów więcej szczegółów, a zawsze doskonale radził sobie z dziećmi.

Do sklepiku weszło dwóch umorusanych błotem rowerzystów, z kaskami w rękach. Thomas miał nadzieję, że niczego nie usłyszą. Na szczęście, skierowali się w głąb sklepu.

– Oj, Bailey, Bailey – powiedziała kobieta. – Co ja z tobą mam?

Zwróciła się twarzą do Thomasa i przygładziła dłonią farbowane włosy.

– Niedawno oglądali „Hook”. Nie minęło parę dni, a mały zobaczył Tinkerbell latającą nad lasem. Tak przynajmniej mówi. Pewnie to dobrze. – Uśmiechnęła się. – Ma wybujałą wyobraźnię, a podobno takie dzieci są najbardziej twórcze.

W głosie chłopca dało się słyszeć urażoną dumę i oburzenie.

– Ja wcale nie zmyślam! Widzieliśmy tę dziewczynę w lesie, niedaleko moczarów, tam, gdzie rosną borówki. Mówiła, że ma na imię Tinkerbell i latała wysoko nad drzewami. Słowo honoru.

Harding Thomas miał wrażenie, że wie, o które miejsce chodzi. Kilka razy przeczesał te moczary ze swoimi ludźmi, ale nie znaleźli tam żadnego śladu po Max. Rzucił dwa banknoty dolarowe na ladę i powiedział: „To na razie” do kobiety i jej dzieci.

ROZDZIAŁ 35

Thomas ruszył kremowym range-roverem za starym, wysłużonym pikapem marki Isuzu, do którego wsiadła spotkana w sklepie kobieta z dwójką dzieci. Wyraźnie jej się nie spieszyło, więc nietrudno było ją śledzić.

Jadąc za pikapem, Thomas zaczął snuć wspomnienia. Dawno, dawno temu prowadził wykłady w Akademii Sił Powietrznych. Dosłużył się stopnia kapitana. Któregoś dnia skontaktował się z nim doktor Peyser i zaproponował współpracę. Opowiedział o swoich marzeniach, i Harding Thomas od razu zrozumiał, o co chodzi, a co ważniejsze, uwierzył, że jest to osiągalne. Zresztą, nie on jeden. Uwierzył, że to marzenie, ta wizja jest warta, by ją chronić. Dlatego pojechał za rodziną Ellersów.

Kiedy pikap zjechał na zrytą koleinami, zarośniętą chwastami drogę, Thomas zrozumiał, dlaczego kobieta tak ociągała się z powrotem do domu. Budynek wyglądał bowiem okropnie.

Kremowa farba schodziła płatami ze wszystkich ścian. Ganek zapadał się w ziemię i wyglądało na to, że nie najbezpieczniej jest na nim stać. Trawa rosnąca wokół domu miała pół metra wysokości. Na skrzynce na listy widniało mocno już wyblakłe nazwisko Ellers.

Kobieta i dzieciaki wysiadły z pikapu. Thomas podjechał bliżej i zatrzymał wóz. Pani Ellers, zaniepokojona, podniosła głowę. Dzieci zareagowały tak samo.

Harding Thomas wyskoczył z rovera, wyrzucił ręce w górę i uśmiechnął się ciepło. Odgrywał rolę dobrego wujka Thomasa. Kiedy to było konieczne, potrafił zaskarbić sobie zaufanie innych.

– Hej. Cześć, dzieciaki, pamiętacie mnie? Nie ma powodu do niepokoju. No, uśmiechnijcie się, jesteście w „Ukrytej kamerze”! Właśnie przyszło mi do głowy, co mogliście widzieć w lesie. Pomyślałem, że to może być dla was ważne.

– Wcale nie mówiłam, że coś widziałam – zaprotestowała dziewczynka – bo nic nie widziałam. Mój brat też nie. On zawsze buja w obłokach. Lubi zmyślać różne historyjki i tyle.

– Proszę pana, nie sądzę, żeby… – Kobieta zaczęła coś mówić.

– Dzieci widziały jedenastoletnią skrzydlatą dziewczynkę – przerwał jej Harding Thomas. – Wierzę chłopcu. Prawdę mówiąc, ja też ją widziałem. Chciałbym powiedzieć wam wszystko, co wiem na jej temat, a wy możecie odwdzięczyć mi się tym samym. Mogę wejść na parę minut? Słowo daję, to sprawa niezwykłej wagi. Choć może wydać się to pani dziwne, dzieci mówią prawdę.

Harding Thomas wyjął portfel i kartę, według której był prawnikiem zatrudnionym w Departamencie Sprawiedliwości. Oczywiście wcale tam nie pracował, ale skąd Ellersowie mieli o tym wiedzieć.

Musiał ich przesłuchać, a potem, niestety, wyeliminować.

Widzieli Tinkerbell.

Weszli do domu. Harding Thomas starał się, by w czasie przesłuchania atmosfera była jak najmniej napięta.

– Wiem, że to dziwne i trochę straszne – powiedział do dzieci. – Sam jestem poruszony.

– Może napije się pan kawy? – spytała kobieta. Thomas nie był pewien, czy dzieciaki dały się nabrać na fałszywą kartę identyfikacyjną, ale wyglądało na to, że ich matka szybko wyzbyła się wszelkich podejrzeń.

– Proszę, niech mi pani mówi Thomas – powiedział – i owszem, chętnie napiję się kawy. Dopiero co jedną w siebie wlałem, a w tych okolicznościach druga nie zaszkodzi.

Kobieta poszła do kuchni, by zrobić kawę – zapewne rozpuszczalną lurę, ale nie miało to większego znaczenia. Najważniejsze, że Thomas został w pokoju sam z dziećmi.

– Możecie nazywać mnie wujkiem Tommym – zwrócił się do nich.

– Niczego nie widzieliśmy – nie ustępowała dziewczynka. – Mojego brata powinno się zamknąć u czubków.

– Widzieliśmy skrzydlatą dziewczynkę. Widzieliśmy, jak lata! – oznajmił chłopczyk, unosząc podbródek.

– Nieprawda. – Jego siostra spiorunowała go spojrzeniem.

Harding Thomas uderzył pięścią w stół.

– A właśnie że tak! Widzieliście tę dziewczynę, widzieliście, jak lata. A teraz powiecie mi wszystko, albo zrobię coś złego i wam, i waszej mamie. Spójrzcie mi w oczy, a zobaczycie, że ja nie żartuję.

Dzieci spostrzegły natychmiast, że on nie żartuje, a potem powiedziały wszystko, co wiedziały o skrzydlatej dziewczynce.

ROZDZIAŁ 36

Kit przyjechał do Boulder. Znów zaczynał czuć się jak prawdziwy agent, jak Tom Brennan sprzed lat.

Zaparkował czarnego jeepa na zatłoczonej bocznej uliczce kilka przecznic od szpitala komunalnego. W Boulder jak w tyglu mieszali się ze sobą hipisi, dla których wciąż trwały lata sześćdziesiąte, entuzjaści zdrowego trybu życia, przedstawiciele „pokolenia X”, a także stosunkowo normalnie wyglądający ludzie z dziada pradziada zamieszkujący Góry Skaliste.

Jednak Kit zamiast patrzeć na przechodniów niemal bez przerwy oglądał się przez ramię, obawiając się, że ktoś za nim idzie, że ktoś już zdołał go wytropić.

Musiał porozmawiać z doktorem Johnem Brownhillem z oddziału zapłodnień in vitro w szpitalu. Doktor Brownhill dawniej współpracował z dwoma lekarzami zamordowanymi w San Francisco i Cambridge Massachusetts. Kit wspominał o tym w swoich raportach, które składał dla FBI.

Poczekalnia kliniki okazała się bardzo przytulna. Ściany pomalowane były na łagodny żółty kolor, a na stolikach stały świeże kwiaty. Przyszłe matki miały dobrze się tu czuć; nawet Kitowi udzieliła się atmosfera tego miejsca. Mógł się nieco odprężyć, skoro miał okazję.

– Pan doktor zaprasza do siebie, panie Harrison – powiedziała atrakcyjna, wysoka ciemnoskóra recepcjonistka, uśmiechnięta i miła.

Wszyscy ludzie, których Kit tu spotkał, wydawali się tacy jak ona, uczynni i emanujący spokojem.

– Pierwsze drzwi na prawo. Trafi pan bez trudu.

Kit ruszył pewnym krokiem w głąb wyłożonego beżowym dywanem korytarza. Stanął pod drzwiami gabinetu doktora Brownhilla. Odetchnął głęboko i nacisnął klamkę. No to jazda, pomyślał.

Doktor Brownhill na pierwszy rzut oka robił dobre wrażenie. Jego długie, rudobrązowe włosy były już tu i ówdzie poprzetykane srebrzystymi pasemkami. Miał rumianą cerę i robił wrażenie wysportowanego. Podniósłszy głowę, obdarzył Kita szerokim, ujmującym uśmiechem. Jego pacjentki na pewno go uwielbiały.

– Proszę wybaczyć moją ciekawość, panie Harrison. Przyszedł pan tu sam. Czy chodzi o pańską żonę? A może przyjaciółkę?

Kit nadal nie był pewien, w jaki sposób zacząć rozmowę z doktorem Brownhillem. Miał do wyboru wiele możliwości.

– Jestem wysokiej rangi agentem FBI – powiedział pewnym siebie tonem, jakiego rzadko używał podczas pracy. – Przyjechałem do Kolorado w związku ze śledztwem w sprawie zabójstwa.

Prawy policzek doktora Brownhilla drgnął lekko. Trwało to zaledwie ułamek sekundy, ale nie uszło uwagi Harrisona.

– Nie rozumiem – powiedział Brownhill. – Zabójstwo?

Kit patrzył na niego z kamienną twarzą.

– Przyjechał pan tu z San Francisco? Pracował pan w szpitalu przy tamtejszym uniwersytecie. W klinice zapłodnień in vitro.

Brownhill skinął głową.

– Przeprowadziłem się tu przed pięcioma laty i ani trochę tego nie żałuję. Mimo to nadal nie bardzo rozumiem, dlaczego FBI chce ze mną rozmawiać. Prowadzi pan śledztwo w sprawie zabójstwa? Ja daję skrzywdzonym przez naturę ludziom nadzieję na upragnione dziecko.

Kit patrzył w oczy doktora Brownhilla, starając się cokolwiek z nich wyczytać.

– Czy pracując w San Francisco zetknął się pan z doktorem Jamesem Kimem?

– Tak, znałem go. Niestety, niezbyt dobrze. Mniej więcej w tym samym okresie mieszkaliśmy w Kalifornii i tyle. Proszę przejść do rzeczy. Czekają na mnie pacjentki.

Kit skinął głową ze zrozumieniem.

– Przesłuchiwałem doktora Kima w maju. Był zamieszany w prowadzenie nielegalnych eksperymentów. Powiedział mi, że tu, w Kolorado, ukrywa się niejaki doktor Anthony Peyser. Mówił, że z nim współpracowaliście.

Doktor Brownhill potrząsnął głową.

– Zaraz, zaraz. To nieprawda. Owszem, doktor Peyser został oskarżony o nieetyczne postępowanie, kiedy był kierownikiem laboratorium na uniwersytecie w Berkeley. Ja z tym laboratorium ani prowadzonymi tam eksperymentami nie miałem nic wspólnego. Nigdy nie postawiono mi żadnych zarzutów i jak widać, wcale się nie ukrywam.

Kit zniżył głos.

– Słyszał pan, że James Kim nie żyje? Przed tygodniem został zamordowany w Kalifornii. Między innymi dlatego tu jestem.

John Brownhill wydawał się naprawdę zaskoczony.

– Nie, nie słyszałem. Przykro mi z powodu jego śmierci. Nadal jednak nie rozumiem, czego pan ode mnie oczekuje. Nie mam pojęcia, co się stało z doktorem Peyserem.

Doktor Brownhill podniósł się zza biurka. Kit uniósł rękę.

– Jeszcze jedno. To ważna sprawa, panie doktorze. Czy moglibyśmy porozmawiać o doktorze Davidzie Mekinie? Pracował pan z nim i tu, i w San Francisco. Przyjaźniliście się. David Mekin również został zamordowany. Czy to także zbieg okoliczności?

Doktor Brownhill wstał z krzesła.

– Proszę wybaczyć, ale czekają na mnie pacjenci. David Mekin był moim przyjacielem i nie chcę wracać do jego śmierci.

Kit z ociąganiem podniósł się, po czym wyszedł z kliniki. Był przekonany, że osiągnął to, co zamierzał.

Wzbudził niepokój pracującego tam lekarza, przyparł go do muru. Narobił zamieszania, a to dobry początek.

ROZDZIAŁ 37

Nad wzgórzami na wschód od Gór Skalistych zapadła noc. Na ciemnogranatowym niebie migotały setki gwiazd. Tropiciele przyczaili się na skraju polany, obok stojącego tam domku.

Mieli noktowizory i wyglądali jak policjanci albo komandosi przygotowujący się do ataku.

Znaleźli tę dziewczynę. Wypatrzyli ją niedaleko moczarów.

Na polanie stał dom, o jakim marzą wszystkie japiszony. Dwuspadowy dach, ogromne okna wychodzące na góry. Właścicielami byli nuworysze z południowej Kalifornii, którzy przyjeżdżali tu tylko na weekendy.

Harding Thomas zwrócił uwagę na wszystkie szczegóły. Było już po dziesiątej, w domu panowały ciemności. Tylko z pokoju na dole sączyło się szaroniebieskie światło.

Stał tam włączony telewizor. Tinkerbell uwielbiała oglądać telewizję. W „Szkole” nazywała telewizor swoją „mamą i tatą”, „niańką”, a nawet „kumpelką”.

– Bierzemy ją – szepnął Thomas do pozostałych. – Ma jedenaście lat, ale jest silna – ostrzegł. – Silniejsza niż większość ludzi. Ma zmodyfikowaną klatkę piersiową i ramiona.

– Jest superdziewczyną, czy co? – spytał ktoś.

– A żebyś wiedział – odparł Harding Thomas. – Jeśli coś spieprzysz, przekonasz się o tym na własnej skórze. Po prostu nie myślcie o niej jak o jedenastoletniej dziewczynce.

Wąskie schody skrzypiały przy każdym kroku. Harding Thomas ominął donice z geranium stojące na antresoli. Stały tu trzy pary łyżew, Roces Barcelonas.

Łowcy nasunęli noktowizory na oczy i szybko weszli po skrzypiących schodach na piętro. Potem jeszcze szybciej przemknęli pośród metalowych mebli. Byli to ci sami ludzie, którzy zabili doktora Franka McDonougha w jego basenie.

Z okna wciąż sączyło się migocące światło. Thomas zajrzał do środka i jego oczom ukazał się przestronny pokój.

Lampy halogenowe, wszystkie pogaszone. Teleskop na trójnogu. Magnetowid DUB. Fotele, na których leżały jutowe poduchy z napisami: WYPRODUKOWANO W GWATEMALI, 25 KG i WYPRODUKOWANO W JEMENIE, 25 KG.

Pod samym oknem stała sofa. Leżała na niej Max. Spała, wtulona w swoje skrzydła.

– Dzięki Bogu – wyszeptał Harding Thomas.

ROZDZIAŁ 38

Skrzypienie wyrwało Max z drzemki. Dźwięk dochodził z zewnątrz, z ganku. Natychmiast wytężyła słuch.

Nie otwierała oczu, ale była już w pełni skoncentrowana i zdawała sobie sprawę, że dzieje się coś niedobrego. Zimny cień przesłonił księżyc.

Max ostrożnie otworzyła oczy, skierowała wzrok ku górze i zobaczyła go. Wujek Thomas. Ten zdrajca, ten przewrotny łgarz.

Stał przy oknie. Było z nim trzech-czterech ludzi. Tropiciele! Łowcy! Mordercy!

Rozsądek i instynkt podpowiadały jej to samo: uciekaj.

Uciekaj, uciekaj, uciekaj stąd!

Ale tym razem nie mogła po prostu odfrunąć. Sufit był za nisko, a wokół stały ciężkie meble.

Jesteś silna. Niesamowicie silna.

Udowodnij to!

Max błyskawicznie sturlała się z sofy, przewracając stolik. Na podłogę pospadały leżące na nim pisma – „Los Angeles”, „Variety”, „Hollywood Reporter”, „Details”.

Rozległ się brzęk szyby, wybitej metalowym krzesłem. Max odruchowo zasłoniła twarz. Na podłogę spadł deszcz odłamków szkła. Kilka z nich poraniło ręce Max, ale niezbyt głęboko.

– Nie! – krzyknęła na cały głos. – Zostawcie mnie! Idźcie stąd!

Zobaczyła przed sobą długi korytarz łączący salon z sypialnią.

Bądź silna! Uciekaj!

Biała jak kość smuga światła księżycowego wypływała z uchylonych drzwi sypialni na końcu korytarza. Obok widać było jacuzzi znajdujące się pośrodku jasnozielonego tarasu. Max rzuciła się ile sił w nogach w stronę sypialni.

Nie oglądaj się! Biegnij, biegnij, biegnij! Jesteś szybsza, niż im się wydaje. I kto wie, może wcale nie chcą cię zabić, myślała gorączkowo.

W sypialni było otwarte okno – jej ocalenie. Na wszelki wypadek nie zamykała go. Jak się okazało, słusznie.

Oderwała się od podłogi. Leciała z dużą prędkością będąc w zamkniętym pomieszczeniu, a to już przekraczało granice zdrowego rozsądku.

Nie wiedziała, czy jej się uda. Czy to możliwe?

Ale zanim zdążyła się nad tym zastanowić, wystrzeliła z otwartego okna niczym rakieta opuszczająca silos, tyle że silos okazał się niewiele większy od rakiety. Skrzydło Max uderzyło we framugę. Posypały się drzazgi. Poturbowane ramię Max przeszył silny ból.

– Au! – krzyknęła.

Ale znów była w powietrzu – i znów ktoś do niej strzelał. Próbowali ją zabić? A może chcieli tylko przestrzelić jej skrzydło, żeby nie mogła uciec?

– Pieprz się, wujku Thomasie! – wrzasnęła na cały głos, nie odwracając się. – Niech cię diabli wezmą.

– Mam Matthew! – odkrzyknął. – Tak, dorwałem twojego braciszka. Wracaj. Mam Piotrusia Pana.

ROZDZIAŁ 39

Max drżała jak osika. Schowała się w koronie najwyższej, najbardziej rozłożystej sosny, jaką udało jej się wypatrzyć. Doszła do wniosku, że skoro nie widzi swoich prześladowców, to i oni nie mogą jej widzieć. Czy tak było rzeczywiście? Oby.

Czy wujek Thomas krzyczał, że ma Matthew? A może tylko się przesłyszała?

Czy ci ludzie chcieli ją zabić, czy tylko zabrać z powrotem do „Szkoły”?

Max wiedziała tylko, że do „Szkoły” przyjechali „goście”, którzy mieli obejrzeć ją i Matthew. Dokładnie ich zbadać, porozmawiać o nich… a co potem?

Max nie mogła powstrzymać drżenia; szczękała zębami tak gwałtownie, że aż ją rozbolały. Zaczęła płakać. Nie potrafiła zdusić w sobie rozpaczy. Szlochała jak małe dziecko.

Mały bobas! – mówiła sobie w duchu. Beksa lala! Beksa lala! No, płacz dalej, wypłakuj oczy!

Leżała na brzuchu, trzymając się kurczowo solidnego, sękatego konara. Zmęczenie coraz bardziej dawało jej się we znaki. Po chwili oczy dziewczynki zamknęły się. Wystarczył moment, by cały organizm po prostu się wyłączył.

Max zasnęła. Przynajmniej jej nie uśpili. I nie dała się złapać. Na razie.

Kiedy otworzyła oczy, miała w głowie straszny zamęt. Nie mogła uwierzyć, że była na tyle nieostrożna, by zasnąć. Ile czasu upłynęło? Minuty? Godziny? Gdzie był wujek Thomas i strażnicy? Jego wierni słudzy?

Wciąż panował mrok. Max obejmowała sękaty konar, jakby był jej jedynym przyjacielem na całym świecie. Mniej więcej półtora kilometra dalej na tle skąpanego w blasku księżyca nieba odcinała się sylwetka domu, w którym mała uciekinierka dotąd się ukrywała. Wszystkie światła były zgaszone.

W lesie nie dostrzegła żadnych poruszających się postaci. Panowała niczym niezmącona cisza. Ani śladu łowców i wujka Thomasa.

Dopiero kiedy Max nabrała pewności, że nic jej na razie nie grozi, zdała sobie w pełni sprawę z powagi sytuacji. Domek na polanie nie mógł już służyć jej za kryjówkę. Znów była bezdomna. Tęskniła za Matthew; na samą myśl o nim oczy Max wypełniły się łzami.

Co powiedział Thomas? „Dorwałem twojego braciszka”?

Czy „Dostałem twojego braciszka”?

Musiała się skupić, przypomnieć sobie, jak dokładnie się wyraził.

Czy jej młodszy brat żył, czy też już go uśpili?

Z zamyślenia wyrwał ją dziwny, wysoki dźwięk, z każdą chwilą coraz głośniejszy. Hummmmmmmmmm. Tak to mniej więcej brzmiało.

Podniósłszy głowę, Max zobaczyła sunące po niebie małe światełka. Hałas wciąż się wzmagał.

Czy to ptak? Czy samolot? To… samolot!

W czasie pobytu w „Szkole” Max lubiła patrzeć na przelatujące po niebie samoloty. American Airlines, America West, United, mniejsze odrzutowce i samoloty śmigłowe. Na ich widok Max zawsze pragnęła wznieść się w powietrze. Ale to było zakazane. Latasz – umierasz! – tak brzmiało motto „Szkoły”. Pomysłowe, co?

Na nieboskłonie migotały gwiazdy, a księżyc w pełni miał dobrotliwą minę. Wydawało się, że patrzy prosto na nią. Wyglądał na porządnego gościa, ale ostatnimi czasy Max nie ufała nikomu.

Przyszedł jej do głowy pewien pomysł. Być może szalony. Idź na maksa, pomyślała. To było jej życiowa credo; od pewnego czasu miała okazję stosować je w praktyce.

Stanęła na szerokim, solidnym konarze i zakołysała się lekko na piętach. Wciąż miała na nogach baletki, mocno już sfatygowane.

Rozłożyła skrzydła i uniosła je nad głową, odetchnęła głęboko raz, potem drugi.

– Latasz, umierasz – szepnęła.

Potem odbiła się od gałęzi i wzleciała w powietrze.

ROZDZIAŁ 40

Niesamowite!

Max leciała z prędkością pocisku, przecinając chłodne, wilgotne powietrze. Chłód kąsał jej policzki, drażnił nos, sprawiał, że z oczu płynęły łzy.

Boże, latanie było takie fajowe, takie wspaniałe. Nie wyobrażała sobie, że to tak cudowne uczucie. Zresztą, nikt nie mógłby sobie tego wyobrazić, to trzeba przeżyć. Rozkosz lotu przyćmiła wszystkie myśli, stłumiła wszelkie inne doznania. Max dała się jej ponieść. Rozłożyła skrzydła, a powietrze zdawało się ciągnąć ją ku górze, jakby z własnej woli.

Jej kciuki same wiedziały, co robić. Zachowywały się jak sloty w samolocie – przesączały strumień powietrza przez szczeliny i kierowały go nad skrzydła, powodując powstanie siły nośnej.

Max pięła się coraz wyżej; jeszcze nigdy nie była tak wysoko nad ziemią. Wszystko w dole wydawało się małe i jakże odległe. Znalazła się prawie na tej samej wysokości, co nadlatujący z rykiem samolot.

Obracające się śmigła wytwarzały potężny wir powietrzny. Max pierwszy raz w życiu uświadomiła sobie, jak wielka moc jest uśpiona w tej stworzonej przez człowieka maszynie. I choć dziewczynka biła skrzydłami z całej siły, ciągle tkwiła w tym samym miejscu.

Wtedy ujrzała przed sobą jasno oświetlony kokpit. Dzieliło ją od niego dwadzieścia, może trzydzieści metrów. Dokładnie widziała jego wnętrze.

Pilot zwrócił się w jej kierunku. Max miała wrażenie, że ją widział – przez ułamek sekundy. Pewnie nawet nie był pewien, co właściwie zobaczył.

Max mrugnęła do niego. Zrobiła śmieszną minę. Zawsze lubiła się wygłupiać i w tej chwili też nie oparła się pokusie.

Potem złączyła skrzydła i wykonała przemyślną pętlę, odlatując na bezpieczną odległość od samolotu.

Widziałeś to, ważniaku za sterami? Ja nie potrzebuję żadnej sztucznej maszyny, by latać. Wystarczy mi trochę wolnej przestrzeni.

Jestem do tego stworzona.

ROZDZIAŁ 41

Zapukałam do drzwi domku, domku, który należał do mnie, a w którym dawno, dawno temu mieszkaliśmy z Davidem. To, co miałam zrobić, wydawało mi się jednym z większych głupstw w moim życiu, a przecież zdarzyło mi się rozmawiać z gęśmi i wiewiórkami.

Ale skoro Kit Harrison bez wahania pomógł mi w ciężkiej sytuacji i był diabelnie przystojny, uznałam, że powinnam przyjąć jego zaproszenie na kolację. Obiecał, że sam coś upichci.

Na tę okazję wystroiłam się w batystową koszulę i czyste dżinsy. Schludne, dość starannie wyprasowane ciuchy – rzecz nie do pomyślenia. Skropiłam się nawet perfumami Hermes, które kiedyś kupiłam w Aspen. A w ręku trzymałam butelkę niezłego pinot noir.

Bardzo, bardzo to dziwne. Jak można iść z butelką wina w gościnę do własnego domu?

Kiedy Kit Harrison otworzył drzwi, od razu zwróciłam uwagę na trzy rzeczy: jego gładko ogoloną twarz, schludnie przycięte włosy i zapach starego dobrego mydła Ivory.

– Kto ci ściął włosy? – spytałam.

– Co, nie podoba ci się moja nowa fryzura? – powiedział i nachmurzył się.

Zdziwiłam się, że jest tak drażliwy na tym punkcie. To do niego nie pasowało. Ten facet ciągle mnie czymś zaskakiwał. Na początku za ostro się z nim obeszłam, ale on zadziwiająco dobrze to zniósł.

– Byłem w zakładzie fryzjerskim Bob’s Hair Joint. W mieście – wyjaśnił Kit. – Aż tak źle wyglądam?

– Nie, skąd. Szczerze mówiąc, wyglądasz świetnie. Bob Hatfield odwalił kawał dobrej roboty.

– Dzięki – odparł Kit i obdarzył mnie tym swoim uśmiechem a la Tom Cruise w filmie Jerry Maguire, szelmowskim i nieśmiałym zarazem. Wziął ode mnie wino, otworzył zamaszystym gestem butelkę i napełnił dwa kieliszki.

– To ty świetnie wyglądasz – powiedział. – Słowo daję.

– Dziękuję. – Teraz to ja byłam nieśmiała i delikatna. W moim własnym domu.

Kit podał mi kieliszek z mojego własnego kompletu, kupionego, jeśli pamięć mnie nie zawodziła, w Marshall Fields’ w Chicago. Upiłam mały łyk wina, po czym podeszłam do lodówki i wyjęłam parę kostek lodu.

– Chcesz rozcieńczyć tego sikacza – powiedział Kit, szczerząc zęby w uśmiechu. – I dobrze. Lepiej, żeby sytuacja nie wymknęła się nam spod kontroli.

– Nie o to chodzi. Zawsze pijam wino z lodem – skłamałam. Kiedyś lubiliśmy z Davidem sobie poszaleć, czy to w Boulder, czy tu, w Bear Bluff, czy w Denver. Dobrze nam się żyło. Przynajmniej przez pewien czas.

Dzisiaj po raz pierwszy od półtora roku byłam w tym pokoju z mężczyzną i wszystko wokół przypominało mi Davida; półki uginające się od książek, tapczan, akwarele na ścianach, przedstawiające w przygaszonych barwach pejzaże północnego Wisconsin. Tak wiele godzin strawiłam na rozmyślaniach o bezsensownym zabójstwie mojego męża. Odczuwałam pewien niepokój, ale nie mogłam zdradzić tego Kitowi. Dawało mi się też we znaki lekkie poczucie winy, choć nie było po temu żadnego powodu. A może…?

Zaczęłam wesoło trajkotać o lisicy, którą uratowaliśmy z sideł, o tym, jak sobie radzi, a kiedy temat się skończył, zapytałam, czy mogę pomóc w przygotowaniu kolacji.

– Myślę, że mam wszystko pod kontrolą. W każdym razie dziękuję – powiedział. Jak się okazało, w kuchni nie tyle miał wszystko pod kontrolą, co sprawował niepodzielną władzę; ujarzmiał piersi kurczaka, fasolkę z czosnkiem, pieczone na grillu czerwone ziemniaki i sałatkę z soi. Zapach tego wszystkiego sprawiał, że mój język stawał na tylnych łapach i służył.

Kit był odwrócony plecami do mnie. Całe szczęście. Odetchnęłam głęboko. Sama się dziwiłam, czemu jestem taka nerwowa, podekscytowana, czemu targają mną tak silne uczucia.

Wyjmując sztućce z szuflady, niechcący otarłam się o tyłek Kita. Twardy, umięśniony, miły w dotyku. Znów wstrzymałam oddech.

– Gdzie się nauczyłeś gotować? – spytałam.

– Wszystko, co umiem, zawdzięczam matce i żonie. Moja matka specjalizowała się we włoskiej kuchni. Potem poszerzyłem swoje kulinarne kwalifikacje i gotowaliśmy z żoną na zmianę. Fajnie było.

To zbiło mnie nieco z tropu. Nie przyszło mi do głowy, że on może być żonaty, jakoś nie potrafiłam zobaczyć go w roli męża. Matka Włoszka? Nic o mnie nie wiesz, mówił.

– Moja żona nie żyje – powiedział wtedy Kit.

– Przykro mi. – Mówiłam szczerze. Wzruszył mnie tym, że gotował dla niej. David nigdy by na coś takiego się nie zgodził.

– Tak. Minęły już prawie cztery lata. – Na jego twarzy wyrył się ból. Kochał ją. To było oczywiste.

– Co się wtedy stało, Kit? A może wolisz o tym nie mówić?

– Nie, teraz już mogę – powiedział i uśmiechnął się z przymusem. – Od czasu do czasu nawet lubię zgrywać męczennika.

– Surowo się oceniasz, co?

– Może i tak. To był wypadek. Katastrofa samolotu – wyjaśnił tak cichym głosem, że ledwie go słyszałam. Zupełnie, jakby mówił do siebie. – Moja żona i dwaj synkowie. – Westchnął i na moich oczach o mało co się nie rozkleił.

W domku było tak cicho, że skwierczenie kurczaka i uderzenia wiatru we framugi okienne brzmiały niemal jak eksplozje. Chciałam wziąć Kita w ramiona, dać mu trochę ciepła, sprawić, żeby ból i smutek zniknęły z jego niebieskich oczu.

– Miałem zawieźć ich do Nantucket. Wakacje z rodziną, ciągle odkładane. Ten wyjazd im się należał. Nagle okazało się, że muszę jeszcze trochę popracować. Najważniejsza dla mnie była, no wiesz, kariera. Polecieli tam samolotem beze mnie. – Spuścił oczy. – Między Rhode Island i Nantucket samolot spadł do wody. To było dziewiątego sierpnia dziewięćdziesiątego czwartego roku.

– Tak mi przykro – powiedziałam.

Kiedy przypomniałam sobie, jak traktowałam Kita Harrisona, ogarnęło mnie głębokie poczucie winy. Od samego początku byłam dla niego niesprawiedliwa i teraz tego żałowałam.

ROZDZIAŁ 42

Kit nie zamierzał rozpamiętywać przeszłości; ja również, przynajmniej przez ten jeden wieczór. Przez następne półtorej godziny rozmawialiśmy całkiem rozluźnieni i często wybuchaliśmy radosnym śmiechem. Dobrze się czułam w jego towarzystwie, imponował mi swoją wiedzą z różnych dziedzin: Cosi fan tutte, muzyka rockabilly, wychowywanie dzieci, zawodowa liga hokeja, literatura faktu, beletrystyka, antyki i tak dalej, i tak dalej.

Jego życiorys też był dość interesujący. To, co powiedział o sobie, wystarczyło, żeby mnie zaintrygować. Jego ojciec pochodził z Irlandii i był kierowcą autobusu w Bostonie; matka Włoszka pracowała zaś jako pielęgniarka w szpitalu dziecięcym. Obecnie rodzice mieszkali w Vero Beach na Florydzie i było im tam jak w raju. Kit miał czterech braci, jak stwierdził: „Wszyscy byli mądrzejsi i przystojniejsi ode mnie”. Studiował w Holy Cross College w Worcester, w stanie Massachusetts, a potem przeniósł się na wydział prawa w Dartmouth, jakoś tak się złożyło”. Następnie trafił na uniwersytet w Nowym Jorku. Później przyszła praca w FBI. Jak się okazało, Kit jest agentem FBI, który przyjechał do Kolorado na urlop.

Czułam jednak, że coś przemilczał, ale mogłam się mylić, a poza tym, czemu miałby mówić mi o sobie wszystko tylko dlatego, że zaczęliśmy się do siebie odzywać.

– Zróbmy sobie przejażdżkę w świetle księżyca – powiedziałam, kiedy skończyliśmy jeść; lepszej kolacji nie dostałabym w większości drogich restauracji w Denver. Nie miałam ochoty wracać już do domu. – Kiedyś zapraszałeś mnie do Clayton na drinka. Pojedźmy tam dzisiaj. Ja stawiam.

Kit uznał, że to dobry pomysł, pojechaliśmy więc jego jeepem do „Villa Vittoria”. To całkiem przytulna knajpka, w której zblazowani tubylcy i jeszcze bardziej zblazowani turyści żyją ze sobą w stosunkowo dobrej komitywie.

Tego wieczoru jeden ze starszych kelnerów grał na pianinie i śpiewał, jeśli tak to można nazwać. Dobrze znałam Angelo: był to przemiły człowiek, doskonały kelner, ale beznadziejny wokalista. Powiązania rodzinne z właścicielem restauracji w pewnym stopniu pozwalały zrozumieć, dlaczego w te wieczory, kiedy knajpa świeciła pustkami, dopuszczano go do pianina.

Usiedliśmy z Kitem przy kontuarze, możliwie najdalej od Angelo. Staraliśmy się rozmawiać, nie zważając na jego zawodzenie, ale ponieważ wył do mikrofonu, nie dało się go przekrzyczeć. Wreszcie zaczęliśmy się śmiać, dyskretnie, by Angelo nie zauważył, że to jego wokalizy tak na nas działają.

– On umiera – szepnęłam. – Tak mi go żal.

– Wypłasza klientów, aż miło. Nigdy jeszcze nie widziałem występu na żywo, który wywierałby tak piorunujący efekt – powiedział Kit i wstał ze stołka. – Miej oko na wszystko. Zaraz wracam.

Zaintrygowana, patrzyłam, jak Kit podchodzi do Angelo i zaczyna z nim rozmawiać. Po chwili obydwaj zachichotali radośnie i spojrzeli na mnie znacząco. Co znowu? Wcale mi się to nie podobało. Co ci dwaj knuli?

– Jeden z naszych szanownych gości prosi o utwór Nel blu dipinto di blu, znany także pod tytułem Volare – oznajmił Angelo. Przeszły mnie ciarki, kiedy wyobraziłam sobie, jak ta piękna stara piosenka będzie brzmiała w jego interpretacji. – A w wykonaniu partii wokalnej wspomoże mnie adept konserwatorium muzycznego Nowej Anglii, pan Kit Harrison.

„Adept konserwatorium muzycznego Nowej Anglii”?

Angelo zagrał krótki wstęp do starej piosenki Domenico Modugno i okazało się, że całkiem nieźle gra na pianinie. A jak zabrzmi głos Kita? I czy stworzą dobry duet?

Kit pochylił się nad mikrofonem; wyglądało na to, że doskonale wie, co robi. Wydawał się pewny siebie.

– Chciałem zadedykować tę piosenkę pani doktor Frannie O’Neill. Jest wspaniałym weterynarzem i zawsze można na nią liczyć. Mam nadzieję, że moja interpretacja tego znanego utworu okaże się godna jej uznania.

Lekko skinęłam głową i uśmiechnęłam się niepewnie. Naprawdę nie wiedziałam, co mówić czy choćby myśleć. O Kicie Harrisonie. A zwłaszcza o całej tej sytuacji.

Kit zaczął śpiewać. Doskonale mu to wychodziło. Miał piękny tenor i przez cały czas w pełni kontrolował swój głos.

Konserwatorium Nowej Anglii? To jakiś żart? Wszyscy goście restauracji zamilkli i patrzyli na Kita, zasłuchani. Nawet miejscowi troglodyci ze swoimi panienkami nie oparli się czarowi tej melodii.

Kiedy przebrzmiał ostatni akord, rozległy się oklaski i prośby o bis. Artyści nisko pokłonili się publiczności i Kit podszedł do mnie.

– No i co, signora?Podobało się? – spytał.

Nie mogłam nawet zdobyć się na złośliwość.

– Dziękuję ci. Byłeś wspaniały, magnifico. Jestem wzruszona. Konserwatorium Nowej Anglii?

– Właściwie bar niedaleko konserwatorium. Nazywał się „Sparks”. Dorabiałem tam w czasie studiów.

Zamyśliłam się. Kit i ja razem wyciągnęliśmy z sideł lisicę. Zaprosił mnie na kolację do Clayton. Okazał mi wiele ciepła, przez co znów poczułam, że komuś na mnie zależy, ale zarazem obawiałam się, że za bardzo się odkrywam, że to wszystko dzieje się za szybko. Wzruszenie ścisnęło mnie za gardło.

– Znów milczysz – zauważył. – Proszę, powiedz coś. Nie chciałem, żeby mój śpiew wywarł taki efekt.

– Zamyśliłam się – odparłam. Nie mogłam się zdradzić, że myślałam o tym, jak wielkie wrażenie na mnie robił. Dlatego powiedziałam co innego. Zaufaj mi, mówił, kiedy razem usiłowaliśmy wyciągnąć ranną lisicę z sideł. Doszłam do wniosku, że mu ufam. – Parę dni temu widziałam w lesie coś niezwykłego – zaczęłam. – Coś, co wyda ci się absolutnie niewiarygodne. Aż trudno mi uwierzyć, że ci o tym mówię. Tobie, czy komukolwiek innemu.

Zawiesiłam głos. Na twarzy Kita odmalował się lekki niepokój. Patrzył na mnie z uwagą.

– Co zobaczyłaś, Frannie? Dokończ, co chciałaś powiedzieć.

Popatrzyłem uważnie w niebieskie oczy Kita.

Boże, pomóż mi.

Przygryzłam wargę.

A jeśli popełniałam błąd?

„Nic o mnie nie wiesz” – mówił.

– Widziałam małą dziewczynkę… miała jedenaście czy dwanaście lat. Takie dzikie dziecko. A najbardziej niezwykłe, Kit, było to, że ona miała skrzydła. Ta dziewczynka miała skrzydła jak ptak.

Kit otworzył lekko usta, nie odrywając ode mnie oczu. Zaczęłam żałować, że zdradziłam mu swój sekret, ale nie mogłam cofnąć raz wypowiedzianych słów. Było za późno.

– Wiem – rzuciłam pospiesznie. – To brzmi niewiarygodnie, Kit, ale widziałam ją tak jak teraz widzę ciebie. To była mała skrzydlata dziewczynka. I widziałam, jak lata.

ROZDZIAŁ 43

Kit czuł się, jakby dostał obuchem w głowę. Starał się tego nie okazywać. Powtarzał sobie w duchu, że jest zawodowcem, agentem FBI, inteligentnym, stosunkowo zdrowym na umyśle człowiekiem.

Czyli przeczucie go nie zawiodło; w tej okolicy rzeczywiście działo się coś niezwykłego. Słusznie postąpił podążając tropem, który prowadził aż do Kolorado. Dlaczego, do diabła, FBI odebrało mu to śledztwo? To nie miało sensu. Jezu, Jezu! Frannie O’Neill widziała skrzydlatą dziewczynkę. To też było ważne; oznaczało bowiem, że ona nie mogła z tym mieć nic wspólnego. Chyba.

– Kiedy to się stało? – spytał. Nie chciał przesłuchiwać Frannie, ale musiał dowiedzieć się, co właściwie widziała. Skrzydlata dziewczynka? Eksperymenty na ludziach? Jakiego rodzaju eksperymenty? Co tu się działo?

– Wierzysz mi? – spytała Frannie ze zdumieniem, po czym na jej twarzy odbiła się ulga.

Kitowi przemknęło przez myśl, że gdy ona tak na niego patrzy, mógłby uwierzyć, że ziemia jest płaska, księżyc jest z niebieskiego sera oraz że istnieje coś takiego jak miłość od pierwszego wejrzenia, happy end i latające dziewczynki.

– Tak, wierzę ci, Frannie – powiedział.

– To dobrze, bo widziałam tę dziewczynkę dwa razy.

Frannie sama wyglądała jak dziecko, kiedy, podekscytowana, opowiadała o swoich spotkaniach z małą nieznajomą. Opisując dziewczynkę, zaczęła nawet machać rękami, by zademonstrować, jak wyglądała podczas lotu. Frannie mówiła szybciej niż zwykle, a jej oczy były okrągłe jak talerze.

Nie ulegało wątpliwości, że jest niewinna. Kit miał ochotę powiedzieć jej wszystko, co wiedział, a czego nie powinien zdradzić nikomu, zwłaszcza kobiecie, której mąż mógł być zamieszany w tę sprawę. Mimo to, nie powinienem jej okłamywać, pomyślał. Nigdy więcej. Nie mogę jej tego robić.

– Wiesz co? Jutro, z samego rana – powiedział wreszcie – pójdziemy poszukać tej dziewczynki. Razem. Zobaczysz, znajdziemy ją.

– Czyli naprawdę mi wierzysz? – spytała Frannie. Na jej twarzy wciąż malowało się zdumienie, ale i nadzieja.

– Słowo honoru – odparł Kit i mrugnął do niej porozumiewawczo. – A poza tym w FBI nauczono mnie odróżniać, kiedy przesłuchiwany mówi prawdę, a kiedy kłamie.

Potem wziął Frannie w ramiona i delikatnie ją pocałował. A Frannie O’Neill nareszcie udało się zaskoczyć Kita, bo nieoczekiwanie odwzajemniła pocałunek.

Księga trzecia

Dwadzieścia cztery kosy, zapiekane w cieście [1]

ROZDZIAŁ 44

Brzęk tłuczonego szkła wdarł się w ciszę zalegającą dom na ekskluzywnym przedmieściu Denver. Hałas wyrwał doktora Richarda Andreossiego z popołudniowej drzemki.

Mały Sam spał spokojnie na jego piersi. Razem śnili cudowne, słodkie sny.

Odłamki tłuczonego szkła spadały deszczem na drewnianą posadzkę. Jezu, ten dźwięk dochodzi z gabinetu.

Doktor Andreossi delikatnie zdjął Sama ze swojej piersi, tak, by go nie obudzić. Następnie ułożył dziecko na poduszkach.

– Zaraz wracam, Sam – szepnął. – Śpij sobie. Ciii, dziecino, ciii.

Richard Andreossi już od dłuższego czasu zamierzał ściąć gałąź, która przy każdym silniejszym podmuchu wiatru uderzała w okno gabinetu. Zawsze jednak był zbyt zajęty, zbyt zmęczony opieką nad Samem, swoimi ojcowskimi obowiązkami. Czterdziestosiedmioletnie mięczaki nie nadają się do tego, myślał sobie, ale Megwin bardzo chciała mieć dziecko, no i teraz nie było już odwrotu.

Wciągnął niebieskie kraciaste szorty na swój duży brzuch i włożył stare wytarte tenisówki. Znów rozległ się jakiś hałas. Czyżby lampa się przewróciła? Co się dzieje, do diabła?

Może jakieś zwierzę dostało się do domu? Wiewiórka? Mały ptak? Doktor Andreossi szurając nogami podszedł w stronę drzwi gabinetu i zajrzał do środka.

Upłynęło kilka sekund, zanim zdał sobie sprawę, co tam się dzieje, a i wtedy nie do końca był to w stanie zrozumieć.

Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w szarym dresie z kapturem i butach nike systematycznie zrzucał wszystko na podłogę, robiąc w gabinecie potworny bałagan. Wydawało się, że tylko o to mu chodzi. Doktor Andreossi od razu go rozpoznał.

– Co ty tu robisz, do diabła? – spytał po chwili. – Czemu tu przyszedłeś? Czego chcesz?

Intruz pozrzucał z antycznego biurka część leżących tam grubych ksiąg i kartek z różnymi zapiskami. Doktor Andreossi poczuł na karku i biodrach strużki potu.

Oszacował na oko odległość dzielącą go od intruza. Bał się o własną skórę, ale w tej chwili ważniejsze było bezpieczeństwo małego Sama.

– Nawet o tym nie myśl – powiedział mężczyzna. – Nie jesteś wystarczająco szybki. – Nagle wyciągnął pistolet, jak jakiś rewolwerowiec z Dzikiego Zachodu. Wycelował go prosto w twarz doktora.

– Czego chcesz ode mnie? – Doktor Richard Andreossi szybko rozważył wszystkie logiczne możliwości. Był inteligentnym człowiekiem, a jego mózg pracował na pełnych obrotach.

– Niczego. Zupełnie – odparł człowiek z pistoletem w ręku, półautomatycznym smith amp; wessonem. – Niczego już nie możesz zrobić. Dwoje dzieci uciekło ze szkoły. Zawiodłeś nas w najmniej odpowiednim momencie.

Nagle doktor Andreossi uzmysłowił sobie, że za chwilę umrze. Jego ciało zmieniło się w bryłę lodu, głowa stała się lekka. Wszystko w nim krzyczało: Sam, Sam, Sam.

– Moje dziecko? – wyszeptał. – Na tapczanie.

– Nie martw się. Megwin niedługo wróci – odparł intruz o zimnych oczach. – Twojemu dziecku nic się nie stanie. Nie zrobilibyśmy mu krzywdy. Nie jesteśmy potworami.

I wtedy Harding Thomas trzykrotnie pociągnął za spust.

ROZDZIAŁ 45

Max bała się jak nigdy, ale nie zamierzała pozwolić, by strach powstrzymał ją przed zrobieniem tego, co zrobić należało. Musiała postępować jak dorosły człowiek. Zamierzała wrócić na miejsce zbrodni, czyli inaczej mówiąc – do domu. Trzeba było sprawdzić, czy trzymają tam Matthew i czy nie zabrali stamtąd różnych rzeczy. Bardzo ważnych rzeczy, nie da się ukryć. Do domu wracamy, do domu.

Oczywiście, latanie nocą, bez radaru czy autopilota było wyjątkowo niebezpieczne i niezbyt rozważne. Chmury zasnuły niebo, lada chwila mogło zacząć padać i Max myślała sobie, że przydałoby się jej trochę więcej światła.

Uważaj! Niewiele brakowało, żeby wylatując z poszarpanej połaci mgły uderzyła głową prosto w zbocze wzgórza. Szybko skręciła w lewo, gwałtownie wymachując skrzydłami. Następnie wzbiła się ponad chłodną, nieprzejrzystą warstwę powietrza. Mało brakowało. Oj, jak mało.

Wbrew sobie, zaczęła myśleć o „Szkole”. „Wujek” Thomas mówił, że została zorganizowana na wzór szkół wojskowych. Max wiedziała, że Thomas kiedyś był żołnierzem, prowadził zajęcia w Akademii Sił Powietrznych, a nawet miał dzieci, już dorosłe. Ona i Matthew mieszkali w małym internacie. Ich każdy dzień był dokładnie rozplanowany: śniadanie, nauka, badania, ćwiczenia, lunch, praca, nauka, następne badania, kolacja, nauka i spać. A potem wszystko od nowa. I jeszcze raz. I jeszcze.

Tak wyglądało ich życie, dopóki w „Szkole” nie zjawiła się pani Beattie. Pomagała im i w nauce, i w wypełnianiu tych denerwujących testów, a do tego wprowadziła do rozkładu dnia coś zupełnie nowego: zabawę. Pani Beattie nigdy nie służyła w wojsku. Bardzo ją kochali. Aż pewnego dnia została uśpiona.

Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy do „Szkoły” przybyła pani Beattie, pojawiły się rozmaite udogodnienia. Sprowadzono „wagonik” do zabawy. Do tego nowy komputer apple. A podczas weekendów dzieci chodziły do warsztatu, gdzie mogły do woli dłubać w drewnie, i do pracowni artystycznej. Max domyślała się, że „sztuka” to tylko jeszcze jedna forma testu, ale nie przejmowała się tym zbytnio. Gdyby inne testy były równie fajne, nie miałaby powodu, by na nie narzekać.

W „Szkole” zastosowano najnowocześniejszą technikę – wszechobecne komputery pilnowały, by wszystko sprawnie działało. Światła, termostaty i zamki funkcjonowały na podstawie ściśle ustalonego planu. Wszędzie było pełno kamer systemu bezpieczeństwa. Strażnicy mogli przez swoje telefony komórkowe kazać otworzyć dowolne drzwi, a nawet puścić wodę w łazienkach.

Może dlatego teraz Max tak bardzo cieszyła się wolnością.

Nagle w dole pojawiła się „Szkoła”. Max była już prawie w domu. Leciała bez wysiłku, z rozłożonymi skrzydłami. Po chwili rzuciła się w dół, ku dobrze jej znanym budynkom. Teraz albo nigdy. Maksimum, działaj, nie gadaj.

Coś było nie tak – od razu to wyczuła. Szybko uniosła się ku górze, zaczęła gwałtownie machać skrzydłami, a potem bezszelestnie wylądowała w zaroślach.

Dostała gęsiej skórki ze strachu. Z trudem łapała powietrze. O Boże, o Boże, tego właśnie obawiała się najbardziej.

Jacyś mężczyźni w ciemnych dresach wynosili z budynków ciężkie pudła i ładowali je na duże szare ciężarówki, które wyglądały niemal tak strasznie jak oni. Wszystko wskazywało na to, że opuszczają to miejsce, wyprowadzają się, zamykają „Szkołę”.

Zbyt wielu ich się tu kręciło. Max nie miała szans, by podkraść się bliżej budynków, a co dopiero wejść do środka.

Głosy strażników dochodziły nawet z pobliskich zarośli, więc Max na wszelki wypadek wycofała się w głąb lasu. Musiała to zrobić – nie mogła teraz dać się złapać. Miała ochotę wybuchnąć płaczem, ale uznała, że w tej chwili nie wolno jej się załamać.

Nie mogę dać się złapać. Nie mogę! Jestem ich jedyną nadzieją, powiedziała sobie w duchu. Tylko ja mogę o wszystkim opowiedzieć.

Obudziła w sobie gniew, a gniew dodał jej sił. Jak zawsze.

Pospiesznie schowała się głębiej w chaszczach.

Na razie mogła czuć się bezpiecznie. Nie miała pojęcia, która jest godzina, ale wyglądało na to, że niedługo wzejdzie słońce. Zrobiło się już na tyle jasno, by widzieć, co się dzieje, a zarazem być widzianym przez typów krążących po lesie.

Coś poruszyło się za jej plecami. Ktoś tam był. I zbliżał się szybkimi krokami.

Max odwróciła się – i poniewczasie uświadomiła sobie, jak bardzo się pomyliła. Miała o wiele większe kłopoty, niż jej się wydawało. To był koniec. Ucieczka nie wchodziła w grę.

Puma stała za blisko, niecałe trzy metry od Max. Miała szarobrązową sierść, około półtora metra długości i ważyła co najmniej sto kilogramów. Stała nieruchomo, wpatrzona w Max.

Między dziewczynką a drapieżnikiem rozpoczęła się gra o życie. Zasady były nieskomplikowane: nie spuszczaj oczu z przeciwnika, nie bój się wykonać pierwszego ruchu, a najogólniej rzecz biorąc rób cokolwiek, byle nie okazywać panicznego strachu.

Puma zaczęła warczeć i odsłoniła wielkie, potężne, żółtobrązowe kły. Max nie była pewna, czy zwierzę jej się boi, czy też wyczuło, że ma do czynienia z niezwyczajnym przeciwnikiem. W każdym razie wielki kocur nie rzucał się do ataku.

Max przyszło do głowy, że mogłaby spróbować rozpędzić się i wzbić w powietrze. W górze byłaby bezpieczna. Może wyszłaby z tej konfrontacji bez szwanku.

Puma nie przestawała warczeć. Jej paszcza była lekko rozwarta. Zwierzę i człowiek stali w całkowitym bezruchu, nie odrywając od siebie wzroku. Max nie miała pojęcia, jak wybrnąć z tej patowej sytuacji.

Musiała złapać oddech. Zaczynała się dusić, a to ograniczało jej możliwości ucieczki. Musiała zaryzykować.

Powoli zaczerpnęła powietrza – i wtedy puma zaatakowała. Rzuciła się na Max szybko jak błyskawica. Wybrała najlepszy moment na atak. Instynkt!

Max krzyknęła, ale był to okrzyk wściekłości, a nie strachu.

Odskoczyła w bok – nawet nie wiedziała, że potrafi tak szybko i zwinnie się poruszać. Jeszcze nigdy nie miała okazji tego sprawdzić.

Jestem szybka – jak ten kot, pomyślała z nadzieją, która po chwili przerodziła się w absolutną pewność.

Wielka puma zaryła pazurami w ziemię i odwróciła się, jednym płynnym ruchem. Wyglądała na nieco zaskoczoną.

Max z całej siły uderzyła ją w łeb. Puma zatoczyła się w bok, ale po chwili znów rzuciła się do ataku.

Max nieco uniosła i odchyliła skrzydło do tyłu. Następnie po raz drugi uderzyła pumę, tym razem prosto w szczękę. Aż nie mogła uwierzyć, że to takie przyjemne uczucie. Zwierzę, zamroczone, na chwilę straciło orientację.

To dało Max dość czasu, by przebiec parę kroków i wznieść się w powietrze. Puma, rozwścieczona ucieczką swojej ofiary, rzuciła się za nią i wyskoczyła do góry, jakby też chciała pofrunąć. Potężne szczęki kłapnęły, ale pochwyciły tylko powietrze.

Max pięła się ku górze, dopóki nie poczuła się całkowicie bezpieczna. Wtedy obejrzała się na pumę i pokazała jej język.

– Miau – rzuciła i odleciała.

ROZDZIAŁ 46

Przeczesywaliśmy z Kitem porośnięte lasami wzgórza wznoszące się nad autostradą Peak-to-Peak, która biegnie u ich podnóża aż do tych prawdziwych, wysokich gór, znajdujących się na zachodzie. Jak dotąd, niczego nie znaleźliśmy. Byliśmy jak ogary, które zgubiły trop.

Nigdy nie zdarzyło mi się odgrywać roli tropiciela. Zresztą, obydwoje czuliśmy się dość dziwnie, a to, że byliśmy tu razem, jeszcze potęgowało wrażenie.

Ale prezentowaliśmy się nieźle. Kit miał na sobie zielone szorty i niewiele ponadto. Było tak gorąco, że zaraz po wymarszu ściągnął koszulkę z napisem: UNIWERSYTET DARTMOUTH. WYDZIAŁ PRAWA. Ja wystroiłam się w szorty w kolorze khaki, traperki i mój szczęśliwy podkoszulek; ale na razie szczęścia mi nie przyniósł.

Ta dziewczynka musiała gdzieś być, ale gdzie? Gdzie ja ukryłabym się na jej miejscu? Co może myśleć jedenasto- dwunastoletnie dziecko?

Strasznie byłam ciekawa jej losów. W dzieciństwie zapisałam się do zuchów, potem, już w liceum, zdobyłam naukową nagrodę Westinghouse i zaliczyłam zaawansowany kurs biologii; gdybym miała taki kaprys, mogłam pójść na medycynę i leczyć ludzi. Chciałam wiedzieć wszystko o skrzydlatej dziewczynce. Zresztą, kto by nie chciał? Kto mógłby się oprzeć ciekawości?

Przyjemny chłód poranka przerodził się w typowy skwar letniego popołudnia. Zapragnęłam choć na chwilę zdjąć ciężki plecak i odetchnąć.

Z boku dobiegało ciche posapywanie Kita. Dobrze, że w tej chwili nie patrzyłam w jego niebieskie oczy.

Ostatniego wieczoru pocałowałam go, bo po pierwsze rozczuliłam się, a po drugie, wlałam w siebie trochę za dużo whisky. Kit miał w sobie coś niezwykłego, pewną wrażliwość, której nie dostrzegałam u innych znanych mi mężczyzn, a której początkowo nie chciałam zauważyć także u niego.

Może zmienił się pod wpływem tego, co spotkało jego żonę i dzieci, ale ja miałam wrażenie, że taki, jak teraz, był zawsze. Z drugiej strony, sam stwierdził: „nie wiesz, kim jestem”.

– No i co? – spytał, kiedy znaleźliśmy się na szczycie małego pagórka. – Którędy teraz? Masz jakiś pomysł?

Jasne, miałam mnóstwo doskonałych pomysłów.

– Stawiam na południowe zbocze tamtego wzgórza – powiedziałam. – Gdybym starała się wymknąć pościgowi, schowałabym się w miejscu, z którego miałabym widok na całą dolinę.

– Mówisz o tamtym zboczu? – spytał i przewrócił oczami.

– To tylko trzy, cztery kilometry drogi – pocieszyłam go.

– „Tylko trzy, cztery kilometry”? – wyszeptał z niedowierzaniem.

Śmieszne. Kit miał poczucie humoru, ale potrafił, kiedy trzeba, zachować powagę, co podobało mi się w nim jeszcze bardziej. Poprzedniego wieczoru wyznał mi, że tak naprawdę nie jest myśliwym, ale przecież mimo to nie wiedziałam o nim zbyt wiele, prawda?

– Jeśli się sprężymy, możemy dotrzeć tam w parę godzin – powiedziałam. – Mówię poważnie.

– Ąj, aj, kapitanie. Wedle rozkazu.

– Zuch chłopak. Tacy właśnie zdobywali Dziki Zachód.

Po dwóch godzinach wędrówki w górę i w dół skalistych zboczy, nareszcie znaleźliśmy się po zawietrznej stronie wzgórza, od którego pochodziła nazwa miasta: Bear Bluff.

– Odpocznijmy chwilę – zaproponowałam.

Kit, połyskujący od potu, wyglądał jeszcze lepiej niż zwykle. Zdaje się, że doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Rzadko spotyka się ludzi takich jak on, trochę zarozumiałych, ale wcale przez to nie irytujących. Był pewny siebie, ale miał w sobie też odrobinę pokory, i to mi się podobało.

– Nie musisz mnie rozpieszczać – powiedział z szerokim uśmiechem. – Jestem w niezłej formie jak na mieszczucha.

Roześmiałam się. Jasne, jesteś w niezłej formie, pomyślałam. Bez względu na to, skąd pochodzisz.

Zdjęłam plecak i spojrzałam na zegarek. Było parę minut przed piątą. Wygrzebałam z torby parę mandarynek i rzuciłam jedną Kitowi. Niezbyt celnie, co prawda, ale i tak udało mu się ją złapać.

– Dobry refleks – zauważyłam, szczerząc radośnie zęby jak nie przymierzając wioskowa idiotka. Inna sprawa, że przy Kicie lubiłam się wygłupiać. To chyba oznaczało, iż mam do niego zaufanie.

Pożerając słodkie mandarynki, rozglądałam się wokół. Niczego niezwykłego jednak nie zobaczyłam. Wygnieciona trawa w miejscu, gdzie zapewne spały jelenie. Płytka jaskinia, za mała, by człowiek mógł się w niej schronić. Sępy krążące nad naszymi głowami.

Co spodziewałam się tu znaleźć?

Przysypane pierzem gniazdo małej dziewczynki, z wielkim łożem i kolekcją lalek Barbie?

Kit podszedł do mnie. Poczułam bijącą od niego woń mandarynek i potu.

– Frannie – powiedział cicho. Miał naprawdę miły głos. Łagodny baryton. Mogłam go słuchać godzinami, jak poprzedniego wieczoru.

– Tak?

Wyciągnął rękę ku najbardziej stromej części zbocza.

– Spójrz. Tam, w górze. Widzisz coś?

Odwróciłam głowę we wskazanym kierunku.

Tuż nad kępą sosen i skał w połowie zbocza widać było jakieś duże, latające stworzenie.

Nie był to jastrząb ani myszołów.

Z wrażenia odebrało mi mowę.

Skrzydlata dziewczynka!

Szybowała wysoko nad nami niczym orzeł, ale wyglądała o wiele piękniej.

– O Boże – powtarzał Kit, wodząc za nią pełnym zachwytu spojrzeniem. – Ona naprawdę istnieje.

ROZDZIAŁ 47

Kit był w stanie głębokiego szoku i zdawał się nie przyjmować do wiadomości tego, co widzi. On i Frannie patrzyli w niemym podziwie na dziewczynkę, która wyglądała jak zupełnie normalne dziecko, tyle że miała skrzydła i potrafiła latać.

Leciała na wysokości około stu pięćdziesięciu metrów nad ziemią.

Ruszyli za nią.

By nie tracić jej z oczu, musieli w pocie czoła zdobywać kolejne wzgórza i czołgać się po kamienistych zboczach.

Bardzo szybko odkryli, że z jednego punktu do drugiego najłatwiej dostać się drogą powietrzną.

Ogarniając spojrzeniem strome zbocze wzgórza, Kit nie mógł pojąć, jak to się dzieje, że Frannie znajduje oparcie dla nóg tam, gdzie on widzi tylko gładkie skały, zwiastujące pewną śmierć, a co najmniej połamane kości. Włożył z powrotem koszulkę, jakby spodziewał się, że ochroni go w razie upadku.

Nie był tradycjonalistą. Nie raziło go to, że kobieta jest w czymś od niego lepsza, ale do pewnych granic. Tymczasem powiedzieć, że Frannie była w dobrej formie, to za mało – ona była w doskonałej formie. We wspinaczce prezentowała poziom zgoła olimpijski.

Dobrze chociaż, że nie okazywała swojej wyższości. Wręcz przeciwnie, ciągle starała się służyć mu pomocą i dodawać odwagi.

– Nie patrz w dół – powiedziała. – Patrz na mnie.

– To da się zrobić – odparł. – No, i widok będzie ładniejszy. Dzięki za radę. Teraz wszystko pójdzie mi trochę łatwiej.

Patrz na Frannie. Rób to, co ona. Widzisz? Frannie nie spada na łeb, na szyję. Ty też tego nie rób.

Podciągnął się na półce skalnej, wymacał gruby korzeń i zacisnął na nim dłoń. Następnie wsunął stopę w wąską szczelinę. Jak dotąd, nieźle sobie radził. Wtedy się pośliznął.

Zaczął zsuwać się w głąb kamienistej otchłani. O nie, Jezu, nie.

Udało mu się pochwycić cienką gałąź, która pod jego ciężarem zgięła się wpół.

Na szczęście, wytrzymała.

– No, L.L.Bean, dasz radę – krzyczała do niego Frannie. – Tylko bądź ostrożny. Nie trać koncentracji.

Zasapany, mając przed oczami obraz swojego ciała, roztrzaskanego o skały, powoli zaczął piąć się ku górze. Taki już był… nigdy nie poddawał się bez walki. Z trudem wgramolił się na półkę skalną. W zwyczajnych okolicznościach rzuciłby jakąś złośliwą uwagę, ale teraz był zbyt wyczerpany, by wydobyć z siebie głos.

– Jak ty mnie nazwałaś? – wydyszał wreszcie.

– O czym ty mówisz?

Kit z trudem uniósł się na rękach i wstał. Chwiejnym krokiem podszedł do Frannie, która siedziała na kamieniu i masowała stopy. Miała ładne palce u nóg, długie, szczupłe i bardzo giętkie.

– Czemu powiedziałaś na mnie „L.L.Bean”?

Popatrzyła na niego mrużąc oczy i wzruszyła ramionami.

– To chyba przez te twoje ciuchy. Są nowe, prosto spod igły, typowe dla mieszczuchów. Jak z katalogu firmy L.L.Bean.

– Ranisz moje uczucia.

Frannie nie wytrzymała. Zgięła się wpół, ujęła pod boki i wybuchnęła gromkim śmiechem. Po jej policzkach popłynęły łzy. Kit spojrzał na nią i jego sapanie przerodziło się w chrapliwy, radosny rechot.

– To nie było aż tak śmieszne – powiedziała Frannie, kiedy wreszcie odzyskała głos.

– Wiem – wykrztusił Kit. – To wcale nie było śmieszne. Widać mamy marne poczucie humoru.

I znów wybuchnęli histerycznym śmiechem.

Frannie pierwsza przyszła do siebie. Otarła twarz z łez. Następnie wygrzebała z plecaka apteczkę i rzuciła ją Kitowi.

– Twój brzuch. Masz krew na koszuli. Ojej. Nie mogę znieść widoku krwi – zażartowała.

Kit posmarował spirytusem otarcie naskórka na brzuchu. Nawet się nie skrzywił. Frannie patrzyła na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Kiedy skończył dezynfekować ranę, mruknął: „Au” i uśmiechnął się.

Po chwili powiódł spojrzeniem po okolicznych wzgórzach.

– Cóż, nie udało nam się jej dogonić. Znów gdzieś zniknęła.

– Ciągle się zastanawiam, kim są jej rodzice – powiedziała Frannie. – Skąd ona się wzięła? Gdzie mieszka?

Kit nie odpowiedział.

Frannie przyjrzała mu się uważnie.

– Zaraz, zaraz. Ty coś o niej wiesz, zgadza się?

Kit westchnął ciężko.

– Wiedziałem, że dzieje się tu coś dziwnego. Ja… ten… jestem agentem FBI, Frannie. Mówiłem ci o tym wczoraj. Przyjechałem do Kolorado w związku ze sprawą, którą prowadziłem. Już od trzech lat nad nią siedzę.

Frannie zbladła.

– Co takiego? Jaką sprawą? – wyrzuciła z siebie. – A ja co? Jestem podejrzana?

– Nie szalej, uspokój się. Posłuchaj, co mam do powiedzenia. Wszystko zaczęło się w Cambridge, Massachusetts, przynajmniej tak mi się wydaje. Doktor Anthony Peyser prowadził tam eksperymenty, których celem, jak sądzimy, było przyspieszenie ludzkiego rozwoju.

– To znaczy, że chciał wpłynąć na ewolucję człowieka, Kit? O to chodzi?

– Coś w tym stylu. Nie jesteśmy pewni. Peyser, przy współpracy grupy studentów, których sam dobrał, prowadził jakieś ważne badania. W końcu nastąpił w nich przełom, chociaż na czym polegał, nie wiem. Potem jednak ci sami badacze wpadli w tarapaty w Bostonie. Oskarżono ich o eksperymentowanie na ludziach – włóczęgach, bezdomnych, a nawet studentach potrzebujących pieniędzy. Cel uświęca środki, i tak dalej. Pewnie słyszałaś co nieco o małych laboratoriach, a nawet uniwersyteckich centrach badawczych, którym niedawno postawiono ten sam zarzut. Wojsko ma też sporo na sumieniu.

– Tak, czytałam o tym. Jak chyba każdy. Czyli od samego początku wiedziałeś o istnieniu tego gangu lekarzy. Dlatego uwierzyłeś mi, kiedy powiedziałam ci o tej dziewczynce, prawda?

– Ufam ci i tyle. Dlatego wiedziałem, że nie kłamiesz. Może więc i ty mi choć trochę zaufasz? – powiedział. – Umowa stoi?

– Tutaj rozbijemy się na noc – odparła sucho Frannie.

Kiedy chciała, potrafiła być twarda. Ale to mu się w niej nawet podobało.

ROZDZIAŁ 48

Musiałam jeszcze to wszystko przemyśleć, ale na razie nie miałam powodu, by nie wierzyć Kitowi. Prawdę mówiąc, budził moje zaufanie. Dobrze mu patrzyło z oczu.

– Idę do spożywczego – powiedziałam i ruszyłam w stronę lasu. – Trzeba ci czegoś?

– „Denver Post”, orzechowych M amp;M, środków uspokajających – zażartował.

– Pilnuj ognia.

Kit skinął głową, wydał z siebie gardłowy pomruk godny jaskiniowca i obdarzył mnie jednym ze swoich olśniewających uśmiechów. Miał ich wiele w swoim repertuarze. Wciąż nie mogłam ochłonąć ze zdumienia, że tak dobrze nam jest ze sobą.

Niecałe sto metrów od obozu płynął strumień. Stanęłam na brzegu i naciągnęłam linkę na składaną wędkę, którą zawsze noszę w plecaku. Kotłująca się woda wpływała do małego stawu; już tu kiedyś byłam, może z Davidem.

W ściółce na brzegu roiło się od dżdżownic. Nadziałam jedną na haczyk i zarzuciłam wędkę. Teraz pozostawało tylko czekać, aż przypłynie kolacja.

Już po paru minutach złowiłam sporego pstrąga. Odcięłam żyłkę, zostawiłam rybę w wodzie, założyłam nową linkę i znowu zarzuciłam wędkę. Pstrąg miał zaledwie trzydzieści parę centymetrów długości, ale przez następne pół godziny nic już nie złowiłam, a poza tym nadciągał zmierzch.

Jeden średni pstrąg będzie musiał wystarczyć na kolację. Na szczęście przezornie zabrałam ze sobą parę ziemniaków i pomidorów, więc jakoś to będzie.

Szósty zmysł podpowiadał mi, że dziewczynka jest gdzieś blisko. Za każdym razem, kiedy się pokazywała, wydawało się, że igra z nami, albo ma zamiar nas tu przyprowadzić. Dlaczego? Czyżby chciała, żebyśmy ją znaleźli? A może pragnęła nam coś pokazać? Ale co? Gdzie mieszkała? Z czego żyła? Czy chciała nam zdradzić jakąś tajemnicę?

Wyjęłam pstrąga z zimnego strumienia, szybko zabiłam go kamieniem, napełniłam menażkę wodą i ruszyłam w drogę powrotną.

Kit siedział przy ognisku. Agent FBI. Prowadzi sprawę, o której nie bardzo chce mówić. Cóż, w tej okolicy rzeczywiście można by ukryć laboratorium. Naćpani hipisi całe lata koczowali w tych lasach.

– Ładne ognisko – powiedziałam. Naprawdę było imponujące.

– Nawet nie tknąłem zapałek.

Jak się okazało, już włożył ziemniaki w palenisko. Mężczyzna pilnujący ogniska domowego – to dopiero! Podałam mu menażkę z wodą i pokazałam rybę. Kit gwizdnął przeciągle. Kobieta – myśliwy; to dopiero!

Położyłam rybę na płaskim kamieniu i zaczęłam ją patroszyć. Kit oblizał z lubością swoje piękne usta.

– Podzielę się z tobą moim pstrągiem, ale pod jednym warunkiem – zaznaczyłam.

Spojrzał na mnie z zaciekawieniem i znowu się uśmiechnął. Przynajmniej dobrze się bawił.

– Powiesz mi, co tu jest grane, to dostaniesz jeść. Tylko nie wciskaj kitu.

– W porządku – zgodził się. – Wygrałaś, doktor O’Neill. Ale zanim cokolwiek powiem, chcę widzieć połowę tej ryby na moim talerzu.

– Zgoda – odparłam.

Wrzuciłam rybę na patelnię, którą następnie postawiłam na rozżarzonych węglach. W powietrzu natychmiast rozniósł się cudowny aromat, od którego aż ślinka ciekła.

Podeszłam do Kita i kucnęłam przy nim. Jakby na zawołanie, słońce zaczęło zachodzić. Na niebie, jak za pociągnięciem pędzla, pojawiły się wielobarwne smugi.

– O rany – szepnął Kit. – W Bostonie czegoś takiego już nie uświadczysz.

Ogarnęło mnie dziwne zadowolenie, jakbym to ja namalowała ten zachód słońca. Przez krótką chwilę ta przygoda wydawała mi się czymś wspaniałym, niezwykłym. Wszystko było cudowne.

Ryba upiekła się bardzo szybko. Wyjęłam ziemniaki z popiołu i pokroiłam pomidora. Kit poukładał wszystko na talerzach.

Jedząc kolację, podziwialiśmy wspaniały widok, roztaczający się z naszego obozowiska, i cicho rozmawialiśmy. Wrzuciliśmy ości do ognia i zaparzyliśmy kawę. Kit, zgodnie ze swoją obietnicą, zaczął opowiadać wszystko, co wie.

Nie zagłębiał się w szczegóły, ale wyjaśnił, że po prostu nie może. Wszystko zaczęło się w nielegalnym laboratorium, założonym pod koniec lat osiemdziesiątych przez grupę studentów i kilku profesorów MIT. Nie ulega wątpliwości, że były tam prowadzone eksperymenty na ludziach. Na czele tej radykalnej grupy stał niejaki Anthony Peyser. Powiedziałam Kitowi, że nigdy nie słyszałam tego nazwiska, a podany przez niego rysopis nie pasuje do żadnego z moich znajomych.

– Prokuratura bostońska postawiła im nawet jakieś zarzuty, ale policja nie znalazła żadnych znaczących dowodów. Grupa bez problemu przeniosła się do San Francisco, potem do New Jersey, a następnie spędziła trochę czasu w Anglii, być może, aby zdobyć fundusze na swoją działalność. Stamtąd naukowcy wrócili do Bostonu.

– Za drugim razem ich dopadłem, a przynajmniej tak mi się zdawało. Prowadzili eksperymenty na bezdomnych, którym wmawiali, że są nieuleczalnie chorzy. Kilku z tych biedaków przedwcześnie zmarło. Jednak wszyscy naukowcy zamieszani w tę sprawę zostali zwolnieni za kaucją, a potem przepadli jak kamień w wodę.

– Aż do teraz?

– Jeden z członków grupy skontaktował się z kilkoma dawnymi wspólnikami. Kto wie, może nie pierwszy raz. Wydaje mi się, że dręczyły go wyrzuty sumienia. Ciekaw jestem, dlaczego. W każdym razie skontaktował się z doktorem Jamesem Kimem z San Francisco i doktorem Heekinem z Cambridge, a niedługo potem obydwaj zginęli. Ci ludzie naprawdę nie lubią świadków, Frannie. Są skrupulatni, jak na naukowców przystało.

Ciarki przeszły mi po plecach. Zrozumiałam, co Kit chce przez to powiedzieć.

On sam zawiesił głos i wbił wzrok w niknącą za horyzontem tarczę słońca. Wiedziałam, że nie powiedział mi jeszcze wszystkiego.

Choć wydało mi się to dziwne, zdałam sobie sprawę, że już po mnie. Ot tak! Musiałam przyznać się sama przed sobą, że lubię patrzeć na twarz Kita, jakby wyciosaną z kamienia, że podobają mi się jego oczy, w których czaiła się łagodność. Nawet David tak na mnie nie działał. Mogłam snuć na ten temat długie rozważania, szukać logicznego wytłumaczenia, ale łatwiej było po prostu przyznać, że zadurzyłam się w Kicie Harrisonie.

– I to wszystko, co wiesz? – spytałam. – Dajesz słowo?

– To wszystko, co wiem na pewno, Frannie. Zresztą, czego więcej spodziewałaś się za połowę pstrąga?

– No dobrze, niech ci będzie. Jak tam to twoje zadrapanie na brzuchu?

– Grałem w rugby w Holy Cross, w Bostonie i waszyngtońskich ligach amatorskich. Myślę, że jakoś to przeżyję.

Nachmurzyłam się nieco. Nie lubiłam, kiedy ktoś zgrywał przy mnie twardziela.

– Posmarowałeś je maścią odkażającą?

– To nie jest aż tak groźna rana, pani doktor. To zadrapanie, otarcie naskórka.

W gęstniejącym mroku krążyły świetliki. Dawno, dawno temu, dużo o nich wiedziałam, ale w tej chwili wszystko wyleciało mi z głowy. Myślałam tylko o złotych włosach porastających pierś L.L. Beana i zadrapaniu, które było skazą na idealnie gładkiej skórze. Przypomniał mi się dotyk jego miękkich warg.

Czułam coraz większe podniecenie. O rany!

Nie miałam pod ręką żadnych chorych zwierząt, którymi mogłabym się zająć, niczego, co zwróciłoby moje myśli na inne tory. Miałam ochotę na papierosa, chociaż nie palę. Drink też by się przydał.

– Myślę, że powinnam rzucić okiem na to zadrapanie – powiedziałam wreszcie, nie wiedzieć czemu szeptem.

Myślałam, że Kit nie zareaguje. Po chwili jednak odkaszlnął znacząco.

– Czy chcesz to zrobić jako lekarz? – spytał.

– Nie, jako towarzysz podróży – udało mi się wykrztusić.

– No dobrze – odparł. – Oddaję się w twoje ręce. Niech no zdejmę tę koszulę.

– Fajnie.

W jego niebieskich oczach pojawiły się wesołe błyski.

– Doktor O’Neill? Czy mi się zdaje, czy powiedziała pani przed chwilą: „Fajnie”?

– Jeszcze raz powtarzam, mów mi Frannie. I owszem, dokładnie tak się wyraziłam. Fajnie.

ROZDZIAŁ 49

Max obserwowała ich z bezpiecznej odległości; przynajmniej miała nadzieję, że jest w swojej kryjówce bezpieczna. Przez głowę, z prędkością chyba z miliona kilometrów na godzinę, przemykały jej setki myśli.

Ciepłe łzy płynęły po jej policzkach, a ona nie mogła ich powstrzymać. Bardzo ją to denerwowało. Nie cierpiała okazywać słabości i prawie nigdy jej się to nie zdarzało, ale przez ostatnich kilka dni tak wiele przeżyła. Stała się uciekinierką.

Max wiedziała, że to głupie, ale mimo to nie przestawała płakać. Jeden obraz szczególnie nie dawał jej spokoju. Wciąż miała przed oczami tę nieszczęsną rybę, która zginęła od ciosu kamieniem. Ta lekarka zabiła ją z zimną krwią. Była taka sama, jak ludzie ze „Szkoły”. Zimna, zimna, zimna.

Jak ona mogła zabić tę rybę? Jak mogła ją uśpić?

Przecież to było żywe stworzenie.

Pewnie miało dzieci i spokojnie sobie mieszkało w tym pięknym strumieniu.

A teraz nie żyło, bo pani doktor postanowiła je uśpić.

Max siedziała na gałęzi i szlochała, dygocząc na całym ciele. Nigdy już nie będzie bezpieczna. Czuła się strasznie samotna i ogarniał ją głęboki smutek. Tak bardzo tęskniła za Matthew, że myśli o nim sprawiały jej ból. Świat za murami „Szkoły” był przerażający, tak jak opisywał go wujek Thomas. Ale słuchając jego opowieści nie najadła się nawet w połowie tyle strachu, co przez ostatnich parę dni.

Dobrze, że chociaż znalazła bezpieczną kryjówkę, z której mogła obserwować tych dwoje, mężczyznę i kobietę, siedzących przy buchającym ogniu. Choć niechętnie, ale musiała przyznać, że smażąca się ryba pachniała doskonale. Z żołądka Max dobyło się głośne burczenie, co przypomniało jej, jak dawno niczego nie miała w ustach.

Pragnęła mieć kogoś, z kim mogłaby porozmawiać.

Lekarka i jej przyjaciel siedzieli na krawędzi wzgórza i patrzyli na zachód słońca. Opadające ku horyzontowi słońce było w kolorze pomarańczowej marmolady, zmieszanej z dżemem z winogron. J-E-Ś-Ć, pomyślała Max. D-Ż-E-M. Kiedy tak siedziała, podziwiając ten sam zachód słońca, co dwoje nieznajomych, czuła się, jakby była razem z nimi. Może źle ich oceniła? Gdyby poszła do nich i grzecznie poprosiła, czy pomogliby jej? Lubiła myśleć, że życie mogłoby się okazać tak proste. Ale wiedziała, że to mrzonki.

Bacznie obserwowała mężczyznę i kobietę, pogrążonych w rozmowie. Widać było, że się lubią.

Max miała mieszane uczucia w stosunku do tej lekarki. Bardzo chciała jej zaufać. Tak nakazywał instynkt. Ale z drugiej strony, jakże mogła dać wiarę słodkim słówkom, bezustannie powtarzanym jak zaklęcie: „nie bój się, nic złego ci nie zrobię”?

Potem ci dwoje zaczęli jeść kolację; na ten widok Max poczuła wilczy głód. Wsłuchała się w ich rozmowę; udało jej się nawet wychwycić parę słów. „…Cierń w boku…za wzgórzem…maścią odkażającą…”

Pragnęła usiąść przy tych ludziach i zjeść chociaż pieczonego kartofla. Ziemniaki też były żywymi stworzeniami, ale mówi się trudno.

Max nachyliła się do przodu, chcąc lepiej ich widzieć. Co tam się dzieje? Co oni robią?

Lekarka podeszła do mężczyzny i kucnęła przy nim. Następnie zaczęła go rozbierać; najpierw zdjęła mu koszulę. Mężczyzna jednak był silniejszy od lekarki i powalił ją na ziemię! Co on jej robił?

Położył się na ładnej lekarce, ale ona nie odepchnęła go, nawet nie próbowała z nim walczyć. Najpierw wybuchnęli śmiechem, a potem zaczęli się całować.

– Tokują – wyszeptała Max.

ROZDZIAŁ 50

Uklękłam przy Kicie z apteczką w dłoni. Zaczęłam ostrożnie rozpinać jego koszulę, a potem wyciągnęłam ją ze spodni. Kit skrzywił się z bólu, wywołanego tarciem szorstkiego materiału o ranę.

– Przepraszam – powiedziałam. – Przepraszam.

– Nic się nie stało, Frannie. Ból to moja specjalność.

Blask bijący od ogniska tańczył na napiętych mięśniach jego klatki piersiowej, porośniętej jasnymi włosami. Sięgnęłam niezgrabnie po maść i o mało jej nie upuściłam. Zakrętka wylądowała na ziemi.

Wycisnęłam sobie maść na palce i ostrożnie dotknęłam skóry Kita. Dziwne. Palce mi lekko drżały. Nie słyszałam nic prócz swojego oddechu, ale byłam w pełni skoncentrowana na tym, co robię.

Dlatego zdziwiłam się, kiedy Kit delikatnie chwycił mnie za rękę.

– Co, boli? – spytałam.

Potrząsnął głową.

– Nie, ale dłużej już tego nie wytrzymam, Frannie.

Następnie objął mnie w talii, uniósł i położył na ziemi, pośród traw i igieł sosnowych. Trzeba przyznać, że był silny – ważył pewnie z dziewięćdziesiąt kilogramów – ale przy tym bardzo czuły.

Chwyciłam go mocno za szyję. Kit przyciągnął mnie do siebie i w moje udo wpiła się jego męskość. Nie odczuwałam najmniejszego strachu i ani trochę się nie wahałam. To mnie zdziwiło, a właściwie zaszokowało, ale cóż, stało się.

Wpiłam się pożądliwie w usta Kita; były tak słodkie i świeże, jak sobie to wyobrażałam. Pragnęłam poczuć słony smak jego języka, pragnęłam, by mnie dotykał, by jego jednodniowy zarost drapał moje policzki. Pożądałam Kita tak, że dla mnie samej było to potężnym zaskoczeniem.

Kit delikatnie musnął dłonią moje piersi, ale w pieszczotach przeszkadzały nam ubrania. Z moich ust wyrwał się cichy jęk. Chciałam, by Kit jak najszybciej mnie rozebrał. Pociągnęłam jedną ręką podkoszulek ku górze, drugą zmagając się z jego szortami. Już dawno tak się nie czułam.

Kit spojrzał na mnie. Jego oczy były ciepłe, szczere, i, co najważniejsze, uczciwe. W tej chwili uświadomiłam sobie, jak bardzo mi na nim zależy. Poczułam się jak rażona gromem. W najśmielszych marzeniach nie przewidywałam, że mogłoby spotkać mnie coś takiego. Było to trochę przerażające, ale jednocześnie cudowne i niewiarygodnie podniecające.

Nadszedł czas, by odreagować dwa lata rozpaczy i tłumienia uczuć. Kit zacisnął dłoń na pasku moich szortów, usiłując go rozpiąć. Następnie rozsunął mi rozporek. Nie opierałam się. Topniałam pod jego dotykiem.

Kit zsunął mi szorty po kolana. Poczułam na udach chłodny podmuch wiatru. Zadygotałam. To była cudowna chwila, jeszcze piękniejsza dzięki temu, że nadeszła tak nagle, zupełnie niespodziewanie.

Wyciągnęłam rękę do jego paska. Zaczęłam zmagać się ze sprzączką, kiedy usłyszałam, że Kit wymawia moje imię. Aż dreszcz mnie przeszedł.

– Frannie, Frannie. Zaczekaj. Przestań.

„Zaczekaj”? „Przestań”?

Zmusiłam się, by spojrzeć Kitowi w twarz. Wydawało się, że ktoś nagle włączył światło. Zamrugałam oczami w zdumieniu. „Zaczekaj”? „Przestań”?

– Chyba powariowaliśmy – wydyszał. – Przecież nie wiem, gdzie będę w przyszłym tygodniu. – Westchnął ciężko. – Nawet nie wiem, gdzie będę jutro.

Miałam ochotę zapytać: „i co z tego”, ale ugryzłam się w język. Ogarnął mnie niewypowiedziany smutek. Jakaś mała cząstka mojego umysłu, która zachowała zdolność rozsądnego myślenia, podpowiedziała mi, że nie będę kochała się z Kitem i że niełatwo się z tym pogodzę. Z pewnością nigdy nie zapomnę ani tej nocy w górach, ani jego.

Skinęłam głową.

– Dobrze – powiedziałam.

– Dobrze?

– Dobrze. Masz rację. Nie pomyślałam. Powstrzymajmy się, zanim popełnimy duży błąd.

– Przepraszam – wyszeptał z twarzą w moich włosach. – Naprawdę chcę to zrobić. Uwielbiam być z tobą. Tylko że…

Położyłam mu palec na ustach.

– Nic nie mów – powiedziałam. Potem długo leżeliśmy wtuleni w siebie, dotąd, aż ucichło łomotanie naszych serc. Nie udało mi się jednak w pełni ochłonąć.

Pocałowaliśmy się znowu, tym razem delikatniej, bardziej konwencjonalnie. Na znak, że możemy zostać przyjaciółmi? Po chwili wstałam i podciągnęłam szorty.

Znalazłam śpiwór tam, gdzie go zostawiłam przed kilkoma godzinami, i położyłam po drugiej stronie ogniska. Jak to możliwe, że jeszcze niedawno było mi tak dobrze, a teraz ogarniał mnie tak głęboki smutek?

– Frannie – powiedział Kit.

– Hm? – mruknęłam chrapliwym szeptem. „Hm”?

– Połóż się tu, koło mnie.

Zawahałam się. Potrząsnęłam w milczeniu głową. Chyba dawała o sobie znać moja urażona duma. „Zaczekaj”? „Przestań”?

– Zrób to – poprosił i dodał, już łagodniejszym tonem: – Proszę. Jestem gliną, pamiętasz? Ty jesteś osobą cywilną. Mam broń. Muszę cię widzieć, żeby zapewnić ci bezpieczeństwo.

Aha. Rzeczywiście, on miał broń.

W tej chwili tylko to się liczyło. Chrzanić mój doktorat z weterynarii. Cóż z tego, że byłam szybsza, lepsza we wspinaczce od tego faceta i że spędziłam w tych górach wiele nocy, bez pistoletu i mężczyzny. Podniosłam śpiwór i rozłożyłam go obok Kita. Zrobiłam, o co mnie prosił.

– Przepraszam – wyszeptał, zanim zapadłam w sen. – Naprawdę mi przykro.

Prawdziwy z ciebie dżentelmen, Kit.

ROZDZIAŁ 51

Kit nie wierzył własnym oczom. Dzieci latały. Wyglądały pięknie, niczym para aniołów.

Wykonały pełną gracji pętlę i wtedy serce Kita ścisnęło przeczucie, że lada chwila mogą runąć na ziemię. Znajdowały się ponad sto metrów nad ziemią.

Rozejrzał się w poszukiwaniu Frannie, ale nigdzie jej nie było. Nie miał pojęcia, dokąd mogła pójść.

Zaczął krzyczeć, w nadziei, że dzieci go usłyszą.

– Mike, Tom! Wracajcie! Proszę, wróćcie na ziemię, zanim spadniecie. To ja, wasz tatuś. Tatuś chce, żebyście zeszli na ziemię.

Ale dzieci nie słyszały go. Były za wysoko, za daleko.

Nagle zaczęły spadać, runęły w dół niczym głazy.

Żaden z chłopców nie miał skrzydeł.

Kit chciał uratować swoich synów, ale złapać mógł tylko jednego. Musiał dokonać wyboru, i nie potrafił. Musiał zdecydować się, któremu z nich uratować życie, a którego skazać na pewną śmierć.

Na jego oczach Mike i Tom roztrzaskali się o ziemią. Nie udało mu się uratować żadnego. Nagle, nie wiadomo skąd, pojawiły się karetki pogotowia, wozy policyjne i wrak małego samolotu.

Kit znalazł się na miejscu katastrofy. Był w zadymionej kabinie samolotu i patrzył na powyginane, zgniecione fotele, pośród których leżały ciała pasażerów.

Zobaczył swoją żonę i synków. Dotknął ich delikatnie, nie mogąc uwierzyć, że naprawdę nie żyją.

I wtedy obudził się. Jego oczom ukazało się zaróżowione świtem niebo. Był w Kolorado. W górach.

Frannie O’Neill nachylała się nad nim.

– Ciii – szepnęła. – Ona tam jest. Widzę ją.

ROZDZIAŁ 52

Max obudziła się gwałtownie.

Nie wiedziała, jak długo spała. Słońce wyłoniło się już zza horyzontu. Miała mokre policzki i trzęsła się z zimna.

Czuła się mała, samotna i nikomu niepotrzebna. Brakowało jej Matthew; tęskniła nawet za tą okropną „Szkołą”.

Nie! Nie wolno mi tak myśleć. Nie mogę ulec słabości. Słabi przegrywają! – powiedziała sobie w duchu. Ja nie jestem słaba.

Max podniosła rękę, chcąc otrzeć policzki i wtedy poczuła, że cała jest omotana czymś, co przypominało pajęczynę. Fe! Próbowała zerwać z siebie to klejące się paskudztwo, ale nie mogła odczepić nitek od twarzy.

Co jest grane? Co się dzieje? Otworzyła szeroko oczy. O Boże!

Zauważyła nad sobą pochylone sylwetki. Ludzie! I to nie wiadomo ilu!

Zasłaniali sobą słońce. Minęło parę sekund, zanim Max zdała sobie sprawę, co się dzieje. Wtedy nabrała powietrza w płuca i zaczęła krzyczeć.

Wrzeszczała na cały głos. To ich wystraszyło. Sylwetki cofnęły się. Teraz Max widziała ich wyraźnie; to była kobieta-doktor i ten mężczyzna. Podkradli się do niej, kiedy spała. Dranie! Zbiry!

Max znowu krzyknęła, tak głośno, jak nigdy w życiu nie krzyczała. Jej umysłem owładnął paniczny strach. Nie była w stanie zebrać myśli, szarpała się tylko gwałtownie na wszystkie strony. To jednak sprawiało, że liny z każdą chwilą coraz mocniej wpijały się w jej palce, skrzydła, nogi, stopy.

O Boże, o Boże, o Boże, co to jest? Co mogę zrobić? – myślała gorączkowo. Musiała uciec!

Tkwiła w jakiejś mocnej sieci. Złapali ją. Zbiry!

Max zaczęła się cofać, aż poczuła za plecami pień osiki. Przywarła doń mocno i spróbowała wstać. Liście zaszeleściły głośno. Dziewczynka płakała i piszczała, biła skrzydłami ile sił, raniła się, próbowała jakoś zranić tych ludzi, którzy ją złapali. Jednak nie potrafiła. Byli zbyt przebiegli – jak to ludzie.

Lekarka coś do niej mówiła, ale Max nie mogła, nie chciała jej słuchać.

Za nic nie dopuści do tego, by ją uśpili! Nie podda się! Nie jest słaba!

Mężczyzna próbował ją przytrzymać, ale Max odtrąciła jego rękę. Następnie zamachnęła się na niego, przypominając sobie, jak wujek Thomas tak samo rzucał się na nią z łapami, kiedy chciał jej pokazać, kto tu rządzi, postawić na swoim.

Mężczyzna znów wyciągnął do niej rękę. Zamarkował atak z jednej strony, po czym przyskoczył do Max. Podstępny, przebiegły człowiek!

Próbował ją złapać i pokonać. Max ugryzła go w rękę i z jego ust wyrwało się soczyste przekleństwo.

Zaczęła wymachiwać swoimi umięśnionymi nogami, usiłując go kopnąć, ale nie mogła trafić.

– Uspokój się – mówił nieznajomy. – Jezu, Frannie, ależ ona jest silna.

Znów wyciągnął do niej rękę i próbował złapać ją za głowę, za skrzydła.

Przed oczami wciąż miała obrzydliwą twarz wujka Thomasa. Fuj! Fuj!

Max zasłoniła głowę, skuliła się, ale w żaden sposób nie mogła wyrwać się z tej strasznej sieci.

Och, popełniłam straszny błąd, myślała Max. Nie powinnam ich obserwować. Powinnam tylko odpocząć.

Lekarka coś do niej mówiła, a przynajmniej próbowała mówić. Typowa lekarska gadanina. Zawsze ten łagodny ton, prawie szept, i kłamstwa obficie płynące z ust. Zupełnie jak wujek Thomas i jego zbiry.

– Wszystko będzie dobrze. Proszę, zaufaj nam. Proszę cię, kochanie. Nie zrobimy ci krzywdy.

Kłamcy! Przecież właśnie robicie mi krzywdę!

Max znów zaczęła krzyczeć – jeszcze głośniej niż poprzednio. Żadnych słów – tylko nieartykułowany krzyk!

Jej głos niósł się w górskim powietrzu w dal i powracał, odbijając się od skał, jakby echo chciało z niej zadrwić.

To było nie fair. Zupełnie!

Lekarka podchodziła coraz bliżej. Max zauważyła coś w jej dłoni. Nie był to pistolet, ale coś równie niebezpiecznego.

Nie, to było o wiele gorsze.

Max wiedziała, co to jest.

Strzykawka!

Max nie pozwoli się uśpić.

NIE! NIE! NIE! NIE ZBLIŻAJ SIĘ DO MNIE! UGRYZĘ CIĘ! ZABIJĘ!

Wpiła się pałającym nienawiścią wzrokiem w twarz kobiety. Następnie zwróciła oczy na mężczyznę, który zaszedł ją z drugiej strony. Nie wiedziała już, na kogo patrzeć, które z ich dwojga jest dla niej większym zagrożeniem.

Spojrzała na lekarkę, po czym znów popatrzyła na mężczyznę. Coraz trudniej było ich obserwować.

Lekarka krzyknęła.

– Przewróć ją na ziemię, Kit. Teraz!

Max chciała wołać o pomoc, ale wiedziała, że nic to jej nie da. Nie było nikogo, kto mógłby jej pomóc. Może oprócz Matthew. O Boże, gdzie był jej dzielny młodszy brat?

Zaczerpnęła powietrza i otworzyła usta, by znów krzyczeć. Krzyk jednak uwiązł jej w gardle.

ROZDZIAŁ 53

Schwytaliśmy dziewczynkę w sieć, a właściwie kilka sieci, jakich zazwyczaj używa się do łapania dużych ptaków, które mają zostać zaobrączkowane.

Sieć jest na tyle lekka, że nie uszkadza skrzydeł i nie zgniata za mocno piór. Z każdym ruchem ofiara coraz bardziej się w nią zaplątuje i w zasadzie może się tylko szarpać. A dziewczynka szarpała się, i to jak!

Czułam się, jakbym miała za chwilę przeżyć trzeci – a może czwarty – atak serca w ciągu ostatnich kilku dni.

Byłam wystarczająco blisko dziewczynki, by jej dotknąć. I to właśnie zrobiłam. Przekonałam się, że jest prawdziwa. Że istnieje. Była z krwi i kości, i miała prawdziwe skrzydła, z którymi w jakiś sposób łączyły się schowane pod nimi ręce. Obydwie kończyny górne wyglądały na dobrze rozwinięte i całkowicie sprawne.

Dziewczynka bezustannie szarpała się w sieci i mimo to wcale nie opadała z sił, a mnie zmęczenie coraz bardziej dawało się we znaki. Powietrze wypełniło się chmurą białych i srebrzystoniebieskich piór. Zaczęłam się obawiać, że mała w końcu zrobi sobie krzywdę. Wpadła w prawdziwy szał.

– Wszystko będzie dobrze – powiedziałam. – Nie zrobimy ci krzywdy. Jestem lekarką. Wszystko będzie dobrze.

Ale albo mnie nie rozumiała, albo mi nie wierzyła, bo niewiarygodnie szeroko otworzyła usta i znów zaczęła krzyczeć. Z jej ust wydobył się najokropniejszy dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszałam, ni to zwierzęce, ni to ludzkie wycie, przypominające nieco krzyki samic fok albo wielorybów, gdy ich małe są w niebezpieczeństwie.

Byłam ciekawa, czy dziewczynka ma ludzką krtań, ptasi organ głosowy, czy też jedno i drugie. Ptaki zamiast strun głosowych mają na końcu krtani worek powietrzny, który kurcząc się wypycha powietrze na zewnątrz. I być może właśnie miałam okazję usłyszeć efekt działania takiego narządu.

Choć od tych wrzasków rozbolały mnie uszy, nie mogłam się nasycić jej widokiem.

Tak jak myślałam, wszystko w niej było ludzkie – tylko proporcje się nie zgadzały. Miała okrągłe, niezwykle bystre i inteligentne oczy; wyglądało na to, że nie pozbawiona jest także rzutkiego umysłu, choć mogło to być złudzenie. Jej jasne włosy sięgały niżej ramion i były tego samego koloru, co część piór, ponieważ pióra i włosy zbudowane są z tego samego materiału – keratyny.

Podczas gdy ja syciłam się jej widokiem, dziewczynka wymachiwała rękami, próbując uderzyć Kita.

Przyjrzałam się jej niesamowitym, cudownym kończynom górnym. Na pierwszy rzut oka przypominały ludzkie ręce, ale miały krótsze przedramiona. Palce natomiast były wydłużone i pokryte piórami aż po same czubki.

Dlatego, że służą do latania, Frannie!

Jezu, Jezu. Ona była prawdziwym cudem. Nie mogła istnieć – a mimo to miałam ją przed oczami. Jak to się mogło stać? Jak to możliwe, że tu była?

Spod śnieżnobiałych skrzydeł dziewczynki wyłaniały się niebieskie i srebrzyste pióra połyskujące w promieniach wschodzącego słońca. W mojej duszy zrodziło się dziwne uczucie – coś jakby zazdrość. Ta dziewczynka była tak piękna i posiadała tak wspaniały dar.

Mogła robić to, o czym prawie wszyscy marzymy – latać. Na Boga, jak to się stało? Czy była cudem? Aniołem? Nie. Anioł mógłby zniknąć, wydostać się z sieci.

Ocknęłam się z zadumy. Nie czas to i nie miejsce na rozmyślania.

Paniczny strach powodował, że dziewczynka nie panowała nad sobą. Mogła uszkodzić sobie skrzydła, a nawet popaść w stan głębokiego szoku. Widziałam na własne oczy zwierzęta, które zdychały ze strachu. Wydawało się, że ich serca po prostu pękały.

Kiedy Kit próbował ją dotknąć, mała wyraźnie czuła się zagrożona. Kiedy natomiast ja wyciągałam do niej rękę, bała się, ale nie tak bardzo. To o czymś świadczyło – ale o czym? Czyżby skrzywdzili ją jacyś mężczyźni? Gdzie to się mogło stać? Kto to mógł zrobić?

– Trzymaj sieć – powiedziałam do Kita. – Nie puszczaj jej.

Następnie popędziłam ile sił w nogach do obozu. Musiałam uspokoić tę dziewczynkę, ale Bóg jeden wiedział, jak miałam trafić igłą w jej żyłę. Bóg jeden wiedział, ja natomiast nie miałam pojęcia.

Kiedy po chwili przybiegłam z powrotem do Kita, sytuacja wyglądała tak, jak przedtem; dziecko, przerażone, bezustannie szarpało się w sieci. Twarz dziewczynki stała się jeszcze bardziej czerwona niż wcześniej i żyły wystąpiły jej na czoło. Powiedziałam Kitowi, że będzie musiał ją położyć na ziemi.

On rzucił coś o „biegu do linii końcowej”, a ja wiedziałam wystarczająco dużo o futbolu amerykańskim, by domyślić się, o co chodzi. Znów zaczęłam mówić do dziewczynki. Starałam się przybrać jak najłagodniejszy ton jakbym chciała obłaskawić wystraszonego, narowistego konia, by złapać go za uzdę. Byłam zaklinaczem ptaków.

Kit stanął za plecami dziewczynki. Dobrze. Teraz oby tylko nie spuszczała ze mnie oczu.

Czekałam z wyjęciem strzykawki do ostatniej chwili.

Dziewczynka zauważyła ją i znów zaczęła krzyczeć i szarpać się na wszystkie strony. Kit natychmiast rzucił się niczym rasowy futbolista, pochwycił ją i podniósł z ziemi. Następnie przeturlał się w bok, trzymając małą mocno w ramionach i własnym ciałem zamortyzował jej upadek.

Złapaliśmy ją! Złapaliśmy ją!

I co teraz?

ROZDZIAŁ 54

Miałam wrażenie, że przed moimi oczami przewija się jakiś straszny, ale fascynujący sen, w którym uczestniczę, choć sama nie bardzo mogę w to uwierzyć. Dziewczynka walczyła z Kitem jak dobrze zbudowany mężczyzna. Była niezwykle silna, odważna, a do tego uparta i zdecydowana uciec nam za wszelką cenę. Może to kolejna wskazówka co do jej pochodzenia, a także co do sposobu, w jaki uciekła na wolność.

Na szczęście, Kit przewyższał siłą większość mężczyzn, i był akurat tym jednym na sto, który jest tego w pełni świadom. Powalił dziewczynkę na ziemię, nie czyniąc jej najmniejszej krzywdy. Była silna, ale mnie intrygowało to, czy jest też lekka – aby mogła latać. Ciekawe, czy miała pneumatyczne kości.

Przypadłam do niej i wbiłam strzykawkę w żyłę. Ciało dziewczynki natychmiast zwiotczało. Jej przenikliwe krzyki wciąż niosły się echem po górach, ale z każdą chwilą były coraz słabsze.

Po chwili straciła przytomność.

Dopiero kiedy zauważyłam, że Kit ściska swoją prawą dłoń pod pachą, krzywiąc się z bólu, zdałam sobie sprawę, że dziewczynka go ugryzła. Niedobrze. To mogło się źle skończyć. Złapałam go za rękę i obejrzałam ugryzione miejsce. Wyraźnie widać było ślady zębów, ale skóra na szczęście pozostała nienaruszona. Czyżby mała nie chciała go zranić? Jeśli tak, to dlaczego?

– Nie najlepiej wyglądasz – powiedziałam.

– Nic mi nie jest, Frannie. Zajmij się nią.

Odetchnęłam głęboko i wzięłam się do pracy. Pościągaliśmy sieci z dziewczynki. Zbadałam jej puls, był w normie, sześćdziesiąt cztery uderzenia na minutę. Spała twardym snem, ale na jak długo?

Odgarnęłam z jej twarzy długie, mokre kosmyki włosów. Miała sine kręgi pod oczami, a jej wargi były suche i spękane. Znów tknęło mnie dziwne przeczucie, że była bita. Aż niedobrze mi się zrobiło na tę myśl.

– Jak długo będzie spała? – spytał Kit.

– Nie jestem pewna, ale jeśli ma przemianę materii jak, powiedzmy, duży pies, nie obudzi się przez parę godzin. Zresztą, skąd ja mogę wiedzieć?

Kit skinął głową i przez chwilę patrzyliśmy w milczeniu na uśpioną dziewczynkę. Nie mogliśmy oderwać od niej oczu. Byłam ciekawa, o czym myśli Kit, co on właściwie wie. Wydawał się pogrążony w zadumie, a może po prostu oniemiał z wrażenia. Położyłam mu dłoń na ramieniu.

– Znieśmy ją z gór – powiedziałam.

Błysnęła mi szalona myśl, godna dziecka ze szkółki niedzielnej: może ten mały anioł naprawdę był wysłannikiem Boga. Ale w takim razie, jaką wiadomość miał do przekazania? I komu?

ROZDZIAŁ 55

Harding Thomas był wściekły. Rozrzucił nogą stos popiołu z ogniska. Nad ziemię wzbiła się szara chmura sadzy.

Trudno powiedzieć, kiedy ognisko zostało zgaszone i kto przy nim siedział.

Ale tuż obok, na ziemi, leżało długie białe pióro. Ona tu była i to niedawno.

Thomas zwrócił się do Matthew, którego chciał użyć jako przynęty, ale jak dotąd nie spełniał swojego zadania.

– Twoja siostra gubi swoje cenne pióra.

– Chciałbyś, żeby zgubiła wszystkie – prychnął Matthew, ale w jego oczach pojawił się strach. Wiedział, co go czeka. – Jest od ciebie kilka razy sprytniejsza.

– Być może. Ale i tak niedługo ją znajdziemy. Jest niedaleko stąd.

Thomas włożył białe pióro za pasek czapki i wyjął z pokrowca telefon komórkowy. Nie chciał dzwonić do tego człowieka, ale musiał. Było to jego obowiązkiem. Wcisnął kilka klawiszy i uzyskał połączenie. Odbiór był doskonały.

– Ona wciąż tu jest, nie na widoku, ale bardzo blisko – powiedział Thomas do słuchawki, ważąc każde słowo. – Niestety, istnieje możliwość, że ktoś jej pomaga. Ktoś mógł znaleźć ją w lesie, albo to ona kogoś znalazła. Nie, nie wiemy tego na pewno, nie wiem też, kto to mógłby być. Może jacyś turyści. Wkrótce się tego dowiemy. W każdym razie mają pecha, sukinsyny.

ROZDZIAŁ 56

Dawka ketaminy przestała działać i dziewczynka dosłownie obijała się o ściany. Mój domek stał na tyle daleko od reszty wsi, że prócz nas nikt nie mógł słyszeć hałasu, jaki robiła ta mała. Jednak to nie hałas był naszym największym zmartwieniem. Baliśmy się, że ona coś sobie zrobi.

Siedziałam przy zamkniętych drzwiach pokoju gościnnego. Przemawiałam do niej najłagodniej jak potrafiłam, a przynajmniej taką miałam nadzieję.

Oczywiście, nie miałam pojęcia, co powiedzieć, od czego zacząć, a nawet w jaki sposób porozumieć się z nią. Ale wiedziałam, że ta rozmowa prawdopodobnie będzie najważniejsza w całym moim życiu.

– Mam na imię Frannie – zaczęłam, starając się mimo niesprzyjających okoliczności pozyskać jej zaufanie. – Chciałabym się z tobą zaprzyjaźnić. Pragnę ci pomóc. Przepraszam za to, co stało się tam, w górach.

Łomot ucichł na chwilę, a za chwilę rozległ się znowu, tym razem nawet głośniejszy i bardziej gwałtowny.

– Naprawdę przykro mi z powodu tego, co się stało, kochanie. Jesteś tu bezpieczna, nawet jeśli odniosłaś inne wrażenie. Musieliśmy cię złapać, żeby ci pomóc. Nie mam zamiaru przetrzymywać cię tu wbrew twojej woli.

Jednak hałas nie cichł, a powietrze przeszywały piskliwe, wściekłe wrzaski. Nie miałam pojęcia, czy dziewczynka rozumie, co do niej mówię. W każdym razie nie wyglądało na to.

Mimo to nie przestawałam mówić.

Powoli, spokojnie, wytłumaczyłam jej, że jestem weterynarzem, lekarką, która opiekuje się zwierzętami. Akurat to było prawdą, i pomyślałam sobie, że to dobry punkt wyjścia.

– Chciałabym dowiedzieć się czegoś o tobie – powiedziałam. – Odkąd zobaczyłam cię tamtej nocy na drodze, bardzo się o ciebie martwiłam. Na pewno jesteś głodna. Mam rację? Ciekawe, czy gdzieś są jacyś ludzie, którzy cię kochają i starają się ciebie odszukać…

Uciszyła się na chwilę. Odetchnęłam z ulgą. Czyżby wreszcie zrozumiała?

Ale wtedy hałas rozległ się na nowo. Dziewczynka zaczęła kopać ściany a ja obawiałam sie, że jeszcze trochę, a dom się rozleci. Jej wcześniejszy wybuch był niczym w porównaniu z tym, co teraz wyprawiała. Wydała z siebie przenikliwy pisk, tak głośny, że nie wytrzymałyby go najgrubsze szyby.

Zniżyłam głos. Nie wiedziałam nawet, czy ona mnie słyszy, ale znów zaczęłam mówić.

– Jesteś głodna? – spytałam. – Mój kolega jest doskonałym kucharzem i właśnie przygotowuje lunch. Spaghetti z sosem pomidorowym. Lubisz spaghetti?

Zawiesiłam głos i wstrzymałam oddech.

A po chwili do moich uszu dobiegło szlochanie. Zamiast histerycznego wrzasku, słyszałam cichy, pełen rozpaczy płacz dziecka. Myślałam, że serce mi pęknie.

Czy rozumiała, co do niej mówię? Czasem tak mi się wydawało, ale nie wiedziałam tego na pewno. Naprawdę chciałam jej pomóc. O dziwo – chciałam też, żeby ona mnie polubiła.

Wiedziałam, co muszę teraz zrobić. Odetchnęłam głęboko.

– Za chwilę otworzę drzwi. Obiecuję, że nie zrobię ci krzywdy. Obiecuję, obiecuję… Nie zrób mi nic złego, dobrze?

Uchyliłam drzwi i zajrzałam do pokoju. Dziewczynka siedziała zgarbiona na łóżku pod ścianą. Bałam się, że zaraz skoczy na mnie. O Jezu! Przemknęło mi przez myśl, że jest większa niż niektóre pumy.

Nie bój się jej, a przynajmniej nie okazuj tego.

Ostrożnie wśliznęłam się do pokoju. Moje nogi w tej chwili były rozdygotanym i niezbyt godnym zaufania środkiem transportu. Zaschło mi w ustach.

I wtedy zrobiłam coś, co było nie do pomyślenia – zamknęłam za sobą drzwi.

Mazgajowata Frannie.

Przykucnęłam, aby nie stać dziewczynce nad głową. Zwierzęta czują się wtedy mniej zagrożone. Cóż z tego, skoro byłam całkowicie bezbronna. Nie sądziłam jednak, by ona chciała mnie zaatakować.

Zauważyłam, że po jej policzkach płyną łzy. Wyczerpana, pogrążona w rozpaczy, wyglądała okropnie. Pociągała nosem, miała czkawkę i płakała jednocześnie. Wydawała się tak ludzka, i tak zrozpaczona. Bardzo mi było jej żal, a nie wiedziałam, jak mogłabym pomóc.

To tylko mała dziewczynka. Sama jak palec, pogrążona w głębokim smutku. Co się z nią stało? – myślałam.

– O rany – powiedziałam łagodnym tonem. – Chciałabym wiedzieć, co mogę dla ciebie zrobić. Naprawdę, naprawdę, nie zamierzam cię skrzywdzić. Kita też nie musisz się obawiać.

Dziewczynka wytarła twarz w ramię. Poczułam się raźniej widząc ten typowo dziecinny gest. Mała wciąż wpatrywała się we mnie. Miała niezwykle piękne, zielone oczy pełne łez.

Po chwili otworzyła usta. Wydawało się, że chce mi coś powiedzieć. O co chodziło?

– Chciałabym prosić o trochę spaghetti.

ROZDZIAŁ 57

„Chciałabym prosić o trochę spaghetti”.

Dziewczynka potrafiła mówić.

Kit musiał to zobaczyć. W tej chwili. Chciałam, by ją zobaczył i usłyszał. Wielki Boże! Chciałam, by usłyszał to cały cywilizowany świat. Wtedy właśnie doszedł mnie głos Kita.

– Frannie, sos jest gotowy.

Miałam chyba w tej chwili strasznie głupią minę. Ale starałam się zachować spokój.

– Może zasiądziemy do stołu? Zdaje się, że spaghetti jest już gotowe.

– Chciałabym umyć ręce – odparła.

Umyć ręce? Rozmawiałyśmy ze sobą, jakby nigdy nic. O Boże.

– Chwileczkę – krzyknęłam do Kita.

On wciąż niczego się nie spodziewał. Mój głos zmienił się w chrapliwy skrzek, ale Kit chyba mnie usłyszał. Otworzyłam drzwi przed dziewczynką i puściłam ją przodem. Prosiłam, by okazała mi zaufanie; ja musiałam odpłacić jej tym samym. Postąpiła parę kroków naprzód, odwróciła się i spojrzała na mnie pytająco.

– Ach, zapomniałabym – powiedziałam z uśmiechem. – Idź w prawo.

Odwzajemniła uśmiech. Serce stopniało mi ze wzruszenia. Była niesamowicie piękna, a do tego wprost przeurocza. Na Boga, przecież to tylko mała dziewczynka, przypomniałam sobie. Nie mogła mieć więcej niż jedenaście, dwanaście lat.

Dałam jej czysty ręcznik i myjkę.

– Dziękuję – powiedziała i zamknęła za sobą drzwi łazienki. Słyszałam, jak się myje, i wydawało mi się to tak nierzeczywiste. Rozległ się szum wody płynącej z kranu, a po chwili ucichł. Jasny gwint, sama prawie nie mogłam w to uwierzyć.

Po kilku minutach klamka poruszyła się i dziewczynka otworzyła drzwi. Powoli wyłoniła się z łazienki, ostrożnie wychylając się zza framugi. Boże, ona była naprawdę niezwykła. Jej bystre oczy wwiercały się we mnie. Miała różowe, lśniące policzki. Cóż za piękna dziewczyna. Jak, u licha, zdarzył się ten cud? Jak to możliwe?

– Chodźmy. Jedzenie czeka – oznajmiłam.

– Spaghetti? Czy sam sos? – spytała, po czym wyszczerzyła radośnie zęby.

Uśmiechnęłam się do niej.

Zrozumiałam, o co chodzi. To był żart.

– No, nieźle – skomentowałam. – Dowcipna jesteś.

– Wiem – odparła. – Wszyscy mi to mówią.

Jacy „wszyscy”? Kogo miała na myśli?

Wyciągnęłam rękę.

– Tędy. Prosto, w głąb korytarza.

ROZDZIAŁ 58

Kiedy wchodziłyśmy do jadalni, Kit właśnie niósł herbatę do stołu. Na nasz widok stanął jak wryty, wypuścił dzbanek z ręki, ale zręcznie złapał go tuż nad podłogą. Dobry refleks.

Błyskawicznie odzyskał panowanie nad sobą, jak na agenta FBI przystało. Ostrożnie postawił dzbanek z herbatą na stole i wytarł w spodnie mokre dłonie.

– Cześć – powiedział. – Widzę, że wyjaśniliśmy sobie nasze małe nieporozumienia.

– Może – odparła dziewczynka. – Zobaczymy.

Kitowi dosłownie opadła szczęka z wrażenia. O całe kilkanaście centymetrów.

– Ach, tak. Cóż, miło to słyszeć.

Nie mógł zrozumieć, jak to się stało, że dzika bestia, która jeszcze przed kilkoma godzinami próbowała połamać mu kości i pogryzła go, teraz zaczęła z nim rozmawiać. W dodatku okazała się dowcipna i wygadana. Gdzie nauczyła się mówić i kto wtajemniczył ją w arkana savoir-vivre’u?Skąd ona się wzięła?

– To mój przyjaciel Kit – wyjaśniłam dziewczynce.

– Cześć – rzuciła cicho. – Ty tu gotujesz, zgadza, się?

Kitowi znów z wrażenia opadła szczęka. Skinął głową.

– Tak, to prawda. Robię tu za kuchtę i posługacza.

Odsunęłam jej krzesło.

– Dziękuję – powiedziała i usiadła. No proszę, była grzeczna.

Jakby nigdy nic, poszłam do kuchni. Tam, korzystając z tego, że jestem sama, wzięłam kilka głębokich oddechów, by odzyskać panowanie nad sobą. Zaniosłam do jadalni miskę z sałatką, sztućce, serwetki, talerzyk dla naszego małego gościa.

Bałam się, że lada chwila ręce czy nogi odmówią mi posłuszeństwa. Miałam wilgotne dłonie i czułam się jak rozbitek w kosmosie. Wszystko widziałam tak, jakbym patrzyła przez lunetę. Poza tym, nie było źle.

Próbując zamieszać sałatkę, nie mogłam oderwać oczu od dziewczynki.

– Kit – powiedziałam.

Spojrzał na ranie z niezrozumieniem.

– Tak, Frannie?

– Spaghetti – przypomniałam mu. – Niektórzy z nas umierają z głodu.

– Ach, rzeczywiście. – Potknął się o krzesło, dostawił je z powrotem do stołu i poszedł do kuchni. Zaraz potem wrócił, niosąc w ręku misę pełną parującego makaronu.

Dziewczynka ani na chwilę nie spuszczała z nas oczu. Ja wciąż próbowałam zachowywać się spokojnie, choć serce waliło mi w piersi jak stary szyb naftowy. Czy ona w ogóle nam ufała? Czy nagle zerwie się od stołu? Czy będzie próbowała uciec z domku?

– Mogę wziąć twój talerz? – spytał Kit z niesamowitym spokojem.

Dziewczynka skinęła głową. Kit nałożył jej dużą porcję makaronu, który następnie polał sosem pomidorowym. Po chwili usiadł, obsłużył mnie, a potem siebie.

Dziewczynka patrzyła na niego swoimi idealnie okrągłymi, jasnozielonymi oczami. Czekała na coś. O co jej mogło chodzić? Wsłuchiwaliśmy się bacznie w każde jej słowo. Co powie nam teraz? Jaki sekret wyjawi?

– Proszę bardzo – powiedział Kit i uśmiechnął się olśniewająco. – Jedz.

– Sos? Czy spaghetti? – spytała z kamienną twarzą.

Kit nie zrozumiał żartu, ale my parsknęłyśmy śmiechem. Ta mała nie dość, że była bystra, to jeszcze doskonale potrafiła znaleźć się w towarzystwie. Gdzie się tego nauczyła? Gdzie dorastała? Nie ulegało wątpliwości, że miała już do czynienia z dorosłymi.

Złożyła dłonie na stole i zamknęła oczy.

– Dziękujemy Ci, Panie, za to dobre jedzenie, za to pyszne spaghetti. Amen – wyszeptała.

Łzy pociekły mi z oczu.

ROZDZIAŁ 59

Max huśtała się na starym fotelu bujanym stojącym na ganku, jakby była najzwyklejszą w świecie małą dziewczynką, odpoczywającą w piękny letni dzień.

Na uszach miała słuchawki marki Koss, z których płynęła piosenka Meredith Brooks pod tytułem Bitch. Max zachowywała się spokojnie – a przynajmniej spokojniej niż przedtem. Chciała zaufać tym dwojgu ludziom, Frannie i Kitowi, ale wciąż się bała, była podejrzliwa i chyba trochę świrnięta.

Boisz się swojego cienia, co, Maximum? – drwiła z siebie w duchu.

Wysoki, jasnowłosy mężczyzna – Kit – był w domu i rozmawiał z kimś przez telefon. Ciekawe, z kim, pomyślała Max z niepokojem. Robił naprawdę dobre spaghetti – lepszego w życiu nie jadła – ale nie znaczyło to, że mogła mu powiedzieć to, co wiedziała, zdradzić najgłębsze, najmroczniejsze tajemnice, prawdę, całą prawdę i tylko prawdę o „Szkole”.

Frannie wyszła na spacer. Powiedziała, że wróci za dziesięć minut. Obiecała, że przyniesie jakąś niespodziankę. Zobaczymy. Ciekawe, co to będzie.

Max doskonale wiedziała, że nie wszystkie niespodzianki są miłe. Żeby tylko! Jak dotąd, spotykały ją prawie same przykre niespodzianki.

Chciała, by Frannie i Kit jej pomogli, ale najpierw musiała dowiedzieć się, czy naprawdę są dobrzy i godni zaufania. Była zadowolona z tego, że zdawali się jej ufać. To czyniło sytuację bardziej znośną. Frannie pozwoliła Max wchodzić i wychodzić z domu, kiedy tylko zechce. Ta pani doktor wydawała się całkiem sympatyczna. Zresztą, Kit też.

Drzwi „Szkoły” zawsze były zaryglowane, przypomniała sobie Max. Przeszedł ją dreszcz. Obudziły się tłumione dotąd nieprzyjemne wspomnienia.

Max i Matthew nazywali swój dom szkołą latania. Z dwóch, powodów. Po pierwsze, dlatego, że obydwoje bardzo pragnęli odfrunąć stamtąd w cholerę. Po drugie, dlatego, że w „Szkole” nie wolno im było latać. I stąd wzięła się szkoła latania. Jako protest!

Nikomu nie pozwalano wyjść poza mury „Szkoły”. Za to groziło uśpienie.

A mimo to Max trafiła tutaj i nie została uśpiona. Żyła. I słuchała Meredith Brooks.

Kiedy jeden, jedyny raz strażnicy zapomnieli zamknąć drzwi – nigdy przedtem nie zdarzyło im się żadne, najmniejsze nawet niedopatrzenie – Max i Matthew uciekli. Wzięli skrzydła za pas, jak powiedział, a właściwie zakrzyknął radośnie Matthew.

Max podciągnęła kolana pod brodę. Miała na sobie czarne, elastyczne spodnie Frannie, które bardzo jej się podobały. Obszerna niebieska bluza Kita z napisem FBI też była ładna i wygodna.

W duszy Max zrodziło się niejasne podejrzenie. Niebieska bluza przykrywała jej skrzydła, żeby nie dało się ich rozłożyć i odlecieć.

Z drugiej strony, była czysta i ładnie pachniała, a Max wcale nie miała ochoty na latanie. Przynajmniej nie w tej chwili. Teraz chciała tylko siedzieć w bujanym fotelu, słuchać rock and rolla i jeść ciasteczka czekoladowe, aż zaczną jej wychodzić nosem. Boże – nieograniczona liczba ciastek. Co za pomysł.

Ze słuchawek płynęły kolejne utwory. Max podobał się rytm muzyki rockowej. Zbliżony był do rytmu jej serca. I o to właśnie chodziło, nie?

Pomyślała sobie, że zdradzi Frannie jeden z sekretów „Szkoły”, jeśli jej „niespodzianka” okaże się miła.

Ale tylko jeden.

Może powie jej o Matthew.

A może o Adamie? Albo o nieszczęsnej Ewie? O tej strasznej nocy, kiedy obydwoje zostali uśpieni.

Może Kit i Frannie pomogliby jej odnaleźć Matthew.

Zacisnęła odruchowo pięści. Z trwogą przypomniała sobie, co bezustannie wbijano jej do głowy w „Szkole”: jeśli zacznie mówić, wpadnie w poważne tarapaty.

A oprócz niej, zginąć mogli wszyscy ludzie, z którymi rozmawiała.

ROZDZIAŁ 60

Pip pędził przez las, ciągnąc mnie za sobą jak lokomotywa miniaturowego pociągu. Las wypełniał donośny śpiew cykad. Wydawało mi się, że śnią jakiś niezwykły sen, ale to nie był sen, prawda?

– Nie pędź tak, durniu – krzyknęłam, ale Pip puścił moje słowa mimo uszu.

Na plecach niosłam mnóstwo najprzeróżniejszych dupereli – ubrania dla Max, małą czarną torbę, aparat z trzydziestopięciomilimetrowym obiektywem – a Pipowi strasznie się spieszyło do domu.

Smycz wysunęła mi się z ręki i pies wyrwał naprzód, ujadając donośnie.

– Pip! Ty gnojku!

Mała nie mogła go usłyszeć ze słuchawkami na uszach. Rzuciłam plecak na ziemię i zerwałam się do biegu, ale było już za późno. Pip skoczył na nią. Dobry Boże. Czy ona domyśli się, że to tylko mały, rozochocony pies? Że nie trzeba go się bać?

Wtedy doszedł mnie jej śmiech i piskliwe szczekanie skorego do zabawy psiaka; pomyślałam z ulgą, że cudowniejszego dźwięku w życiu nie słyszałam. Przynajmniej tak mi się wydawało w tej chwili.

Kiedy stanęłam u podnóża schodów prowadzących na ganek, zaniepokojony Kit wypadł z drzwi domku. Uśmiechnął się, kiedy się zorientował w sytuacji.

– Czy to jest ta niespodzianka? – spytała dziewczynka, obśliniana przez rozradowanego psa.

– Pip, pamiętaj o dobrych manierach – napomniałem go. – Tak, to on.

– W „Szkole” też są psy. Bandit i Gomer.

Spojrzałam kątem oka na Kita. Ten szczegół należało zapamiętać.

– To Pip – wyjaśniłam. – Miły z niego szczeniak.

Dziewczynka uśmiechnęła się.

– Cześć, Pip – powiedziała.

Wzięła do ręki patyk i Pip oszalał z radości; przypadł do ziemi, zaczął gwałtownie wymachiwać swoim krótkim ogonem i ujadać jak wariat, którym zresztą był. Dziewczynka zamyśliła się na chwilę.

– Jestem Max – odezwała się wreszcie. Po raz pierwszy usłyszeliśmy jej imię. Potem rzuciła patyk. – Pip, aport.

ROZDZIAŁ 61

Musiałam zbadać Max, by sprawdzić, czy nie jest ranna bądź niedożywiona. Nie mogłam się tego doczekać. Serce waliło mi w piersi jak młotem. Wielu lekarzy oddałoby duszę diabłu za samą możliwość obejrzenia tak niezwykłej istoty; zresztą, kto wie, może znaleźli się i tacy, którzy to właśnie uczynili.

Stremowana stanęłam przed drzwiami do pokoju gościnnego. Przed chwilą zastanawialiśmy się z Kitem, czy oddać Max w ręce „władz”, czyli miejscowej policji, a może zawieźć ją na stanowy uniwersytet w Boulder.

– Przecież jestem policjantem – przekonywał Kit. Był zdecydowanie przeciwny oddawaniu Max komukolwiek. – A na razie, nie wiem, komu możemy zaufać. Staram się tego dowiedzieć. Proszę, daj mi jeszcze dzień czy dwa. Chcę sprawdzić parę rzeczy.

Po tych słowach wcale nie poczułam się pewniej, choć sama nie byłam skłonna zaufać miejscowej policji. Obawiałam się, że ta sprawa przerasta prowincjonalnych stróżów prawa. Od samego początku zresztą tak mi się wydawało.

Dlatego Max siedziała za Drzwiami Numer Jeden i czekała, aż ją zbadam. Powiedziała mi, że to dla niej nic nadzwyczajnego – przyzwyczaiła się do regularnych badań.

Ale dla mnie to była wielka chwila.

Kit został w salonie i wydzwaniał po różnych ludziach z całego kraju. Miał ze sobą kilka notatników, wypełnionych informacjami na temat nielegalnie działającej grupy naukowców, która mogła schronić się w pobliżu. Przesłuchał już kilkunastu lekarzy, znających poszczególnych jej członków. Powiedział mi, że to śledztwo przypomina mu próbę przejścia z jednego krańca kraju w drugi siecią ślepych uliczek. Przyznał, że jest sfrustrowany i obawia się tego, co wkrótce może się zdarzyć. Nie mieliśmy pojęcia, w co się pakujemy.

Zapukałam delikatnie do drzwi.

– Proszę – usłyszałam głos Max.

Weszłam do środka, z czarną torbą w ręku, starając się nie okazywać zdenerwowania.

Max odłożyła pismo „People”, które, jak twierdziła, czytywała regularnie i, ponieważ już wcześniej rozmawiałam z nią o badaniu, zaczęła się rozbierać, nim zdążyłam o to poprosić. Jedna myśl wciąż nie dawała mi spokoju: kto badał ją przedtem?

To, co zobaczyłam, zaparło mi dech w piersiach. Byłam podekscytowana, ale też bardziej niespokojna niż zwykle, a nawet nieco wystraszona. Czułam się, jakbym nagle została członkiem Narodowego Komitetu do spraw Bioetyki. Ta mała przejdzie do historii medycyny, pomyślałam. To prawdziwy cud.

Dziewczynka stojąca przede mną nie miała sutków, ani nawet śladu po piersiach. Okazało się, że pod sukienką, którą miała na sobie, kiedy widziałam ją po raz pierwszy, a teraz pod obszerną bluzą Kita krył się tors niemal dwukrotnie pojemniejszy od mojego.

To zrozumiałe, myślałam sobie, przygotowując się do badania. Max musiała nabrać dużej masy mięśniowej, żeby mogła latać. Poza tym, mięśnie odpowiedzialne za lot łączą się zazwyczaj z czymś bardzo solidnym; mógł to być dobrze rozbudowany mostek albo obojczyk w kształcie litery Y. Jak to się stało? Kto ją stworzył – i dlaczego? Aż strach pomyśleć.

Podeszłam do niej.

– Wezmę stetoskop – wyjaśniłam, a ona skinęła głową na znak przyzwolenia.

Miała szerokie ramiona, a mięśnie piersiowe łączyły się z rozbudowanym mostkiem, zwanym grzebieniem. Niesamowite. Kiedy przyłożyłam stetoskop do jej pleców, zrobiła głęboki wdech i powoli wypuściła powietrze z ust.

Dokładnie wiedziała, co należy robić. Była przyzwyczajona do regularnych badań. Kto ją badał? Z jakiego powodu? Czym właściwie była ta „Szkoła”?

– Czy stetoskop nie jest za zimny? – spytałam.

– Nie – odparła. – Ciepły jak grzanka.

Doskonale mówiła jak na dziecko w jej wieku. Potrafiła wyrażać się barwnie i trafnie. Swoje wypowiedzi okraszała humorem i ironią. Była inteligentna. Dlaczego? Jak to się stało? Kto nauczył ją mówić? Kto pokazał, jak należy się zachować w towarzystwie? Jak być uprzejmą i miłą dla innych?

– Mogłabyś zrobić jeszcze jeden głęboki wdech? – spytałam.

Max skinęła głową i spełniła moją prośbę. Była taka posłuszna i grzeczna. Po prostu kochane dziecko.

Kiedy przyłożyłam stetoskop do jej piersi, nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Nie miała charakterystycznych dla ssaków płuc pracujących na zasadzie miechu. Jej płuca były stosunkowo małe, a z tego, co dało się słyszeć, wynikało, że połączone są z pęcherzami powietrznymi, zarówno przednimi, jak i tylnymi. Coś niesamowitego! O samych jej płucach mogłabym napisać książkę.

Nie mogłam być tego stuprocentowo pewna, ale logicznie rozumując dochodziło się do wniosku, że jej kości muszę być pneumatyczne, a także, że wnika w nie część pęcherzy powietrznych.

– Dziękuję, Max. Świetnie.

– W porządku. Rozumiem. Jestem dziwadłem. – Wzruszyła ramionami.

– Nie, po prostu jesteś wyjątkowa.

Odwróciłam ją twarzą do mnie i przyłożyłam stetoskop do jej piersi. Jezu. Serce biło z częstotliwością sześćdziesięciu czterech uderzeń na minutę, ale za to jak. Dosłownie waliło jak młotem.

Max miała serce godne wyczynowca. Było ogromne. Pewnie ważyło parę kilogramów. Zupełnie jak serce dość dużego konia.

Tak wielkie serce mogło pompować dużą ilość krwi. Łańcuch połączonych ze sobą pęcherzy powietrznych wskazywał na to, że powietrze płynęło tylko w jednym kierunku. Duże serce i spora powierzchnia oddychania umożliwiały sprawną przemianę dwutlenku węgla w tlen. To byłam w stanie zrozumieć. Takie rozwiązanie miało sens. Dzięki temu Max mogła bez odpoczynku pokonywać duże odległości, a jej komórki nasycały się tlenem nawet na dużych wysokościach, gdzie powietrze jest bardzo rozrzedzone.

Jakby na zawołanie, Max zaczęła bić skrzydłami.

ROZDZIAŁ 62

– To rzeczywiście nie pierwsze twoje badanie – powiedziałam i uśmiechnęłam się do niej. Była świetna. Zawsze na luzie, grzeczna i dowcipna.

– Przechodziłam przez to już z milion razy – odparła Max.

Podniosła stopę z ziemi i zastygła w tej pozycji.

Weszłam na stołek i znów przyłożyłam stetoskop do jej piersi. Serce biło tak szybko, że nie byłam w stanie policzyć uderzeń. Przestałam nasłuchiwać i spojrzałam na Max z podziwem. Z wrażenia na chwilę odebrało mi mowę.

– Mogę bez trudu zwiększyć rytm do dwustu na minutę – powiedziała i mrugnęła do mnie. – Fajnie, co?

– Jeszcze jak – odparłam. Położyłam dłonie na jej biodrach. – No dobrze – szepnęłam. – Na razie damy sobie z tym spokój. Dziękuję.

– Proszę bardzo.

Max przestała bić skrzydłami i opadła na podłogę. Zmierzyłam jej wzrost. Starałam się, by nie widziała, jak jestem podekscytowana.

– Metr czterdzieści cztery – oznajmiła.

Zgadzało się co do centymetra. Nogi były nieproporcjonalnie długie w porównaniu z rękami. Palec serdeczny zrastał się częściowo z małym, ale dało się to dostrzec tylko przy uważnej obserwacji. Palce nóg łączyła cienka błona.

Wszystko to umożliwiało wykorzystanie dłoni i stóp jako swojego rodzaju mechanizmów sterujących, które zastępowały ogon. Jej szyja była bardzo giętka, a tylna część nóg częściowo upierzona. To też pomagało w lataniu. Ułatwiało sterowanie.

Poza tym Max miała o wiele lepszy refleks ode mnie – czy kogokolwiek innego – i doskonały wzrok. Wyglądało na to, że mała łączy w sobie najlepsze cechy ludzi i ptaków.

Tak jak sądziłam, jej skrzydła były doskonale zbudowane. Gdybym miała rozpoznać je z zawiązanymi oczami, pomyślałabym, że należą do dużego ptaka, przelatującego wielkie odległości, na przykład jastrzębia albo któregoś z rybołowów. Czy Max była połączeniem człowieka z jastrzębiem? I jak do tego doszło?

Wzięłam do ręki centymetr krawiecki, a Max, bez pytania, rozłożyła skrzydła.

– Dwieście osiemdziesiąt centymetrów – powiedziała z dumą. Jej cichy głos brzmiał miło dla ucha, niczym szelest wiatru wiejącego pośród wyschniętych łodyg kukurydzy.

– Dziękuję – odparłam. – Rozpiętość nieco ponad dwa metry osiemdziesiąt. – Największe skrzydła, jakie kiedykolwiek widziałam u jedenastoletniej dziewczynki.

Poprosiłam Max, żeby się położyła. Obmacałam jej brzuch; wszystkie organy, choć małe, były na swoim miejscu.

To także wydawało się logiczne. Lot możliwy jest tylko pod warunkiem, że skrzydła są w stanie unieść ciężar ciała. Stąd wzięły się silne mięśnie piersiowe i małe organy; poza tym, jeśli nie myliłam się w swoich przewidywaniach, jej kości powinny być nie tylko lekkie i pneumatyczne, ale też bardzo wytrzymałe, aby znieść trudy lotu.

Doskonały projekt, pomyślałam.

Max została przecież zaprojektowana, nieprawdaż?

– Zrobisz badanie miednicy? – spytała.

Robiono jej takie badania? Byłam wstrząśnięta, ale starałam się to ukryć.

– Nie – odparłam. – Nie mam takiego zamiaru.

– Aha. Cóż, sama mogę ci powiedzieć, co i jak – stwierdziła, wciągając spodnie. Wyszczerzyła zęby w uśmiechu. – Jestem jajorodna.

Jajorodna. To tłumaczyło brak piersi. Gdyby mogła się rozmnażać, nie wydawałaby na świat żywego potomstwa. I nie karmiłaby swoich dzieci, gdyż wykluwałyby się one z jaj.

ROZDZIAŁ 63

W głowie miałam straszliwy mętlik. Czułam się tak, jakby głowa oderwała się od reszty ciała i zaczęła krążyć po stałej orbicie. Tak bardzo pragnęłam poznać tajemnicę tej magicznej istoty. A teraz, kiedy już ją zbadałam, nie potrafiłam przyjąć do wiadomości tego, czego się dowiedziałam. Max była superdziewczynką, prawda?

Idealnym projektem.

Ale przez kogo wmyślonym?

Potrzebny był mi aparat rentgenowski i sprzęt do analizy krwi. Musiałam skontaktować się z ekspertami z dziedziny medycyny i zoologii, którzy pomogliby w interpretacji danych. Po zakończonym badaniu liczba niewiadomych powiększyła się znacząco.

– No to może powiesz mi, Max, skąd się właściwie wzięłaś? – zapytałam, chowając stetoskop do torby.

Obdarzyła mnie złośliwym uśmiechem.

– Z kapusty – stwierdziła. – Bocian mnie tam zostawił.

Nagle zmrużyła swoje zielone oczy.

– Jak to jest, że ja mam skrzydła, a ty nie? – spytała.

– Nie wiem. To właśnie jest najbardziej frapujące.

Max wyglądała jakby ją ktoś skrzywdził. Czy myślała, że ją okłamuję? Że usiłuję coś zataić? Sądząc po jej zasmuconej minie, liczyła na szczerą, pełną odpowiedź. Najwyraźniej „oni” utrzymywali pochodzenie dziewczynki w tajemnicy nawet przed nią samą.

– Spróbuję się dowiedzieć prawdy. – Daj mi trochę czasu. To wszystko na razie trochę mnie przytłacza. Proszę, zaufaj mi choć trochę, Max.

– Nie ufam nikomu – odburknęła. W jej oczach pojawił się błysk złości, goryczy i bólu.

Czy dotychczas mieszkała z naukowcami? Młodymi ludźmi? Pracownikami laboratorium? Zauważyłam, że używała kolokwializmów, charakterystycznych dla języka młodzieży. Co pewien czas przeplatałam swoje wypowiedzi rozmaitymi metaforami, by dyskretnie sprawdzić jej zasób słownictwa.

– Myślisz, że dorośli wciskają ci kit, co? – spytałam.

Max wzruszyła ramionami.

– Nieważne. Pójdę pobawić się z Pipem, dobrze? Mogę? Czy to dozwolone? A może muszę zostać w domu, skoro nie jestem ci już potrzebna do badania?

– Nie, Max. Idź się pobaw.

Wybiegła z pokoju. Była wściekła. Czy to z mojego powodu, czyżbym powiedziała coś niestosownego? W każdym razie w jej oczach błysnęły łzy. Max potrafiła płakać, co mnie bardzo zaskoczyło. Wyobraziłam sobie jastrzębia szybującego w przestworzach i opłakującego los ziemi, brutalnie niszczonej przez człowieka. Albo samicę rudzika rozpaczającą nad rannym pisklęciem, któremu nie mogła pomóc.

Znalazłam Kita w saloniku, tam gdzie go zostawiłam. Na mój widok odłożył słuchawkę.

– Co się stało? Mała wyglądała tak, jakby płakała.

– Nie powiedziała mi, skąd pochodzi – odparłam cicho. – Ale to, co wykazały moje badania, jest po prostu niesamowite. Kit, ona przejdzie do historii medycyny. Bez względu na to, skąd się wzięła.

– Powiedz, czego się dowiedziałaś – rzucił i wpatrzył się we mnie uważnie. Był przecież policjantem.

– Nie wiem, od czego zacząć. Wydaje mi się, że Max jest istotą ludzką, stworzoną, by latać. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że jest człowiekiem. Ma mózg człowieka, żywi ludzkie uczucia, ale łączy w sobie organy ludzkie i ptasie. Wydaje się jednak, że bliższa jest człowiekowi. A z tą „Szkołą”, o której mówiła, związani są naukowcy.

Kit zasępił się.

– Skąd wiesz?

– Jest przyzwyczajona do badań. Zna wiele terminów medycznych. Nie wiem, skąd, nie wiem, po co. Powiedziała mi, że jest jajorodna. Rozumiesz? Ona składa jaja.

Zapadła cisza, przerywana tylko dobiegającymi sprzed domu wesołymi okrzykami Max i ujadaniem Pipa.

– Chcesz przez to powiedzieć, że jest jakąś krzyżówką człowieka z ptakiem? Czy to możliwe? – wyszeptał Kit.

– Nie, nie sądzę. Jest tylko jeden mały, ale przekonujący szczegół…

– I mamy go przed oczami – dokończył za mnie Kit. – Mój Boże.

Spojrzeliśmy na Max, która wzięła Pipa na ręce.

Rozległ się trzepot skrzydeł i dziewczynka wzbiła się w powietrze. Poszybowała nad czubkami drzew, niosąc na rękach Pipa, który zdawał się nie mieć nic przeciwko temu.

ROZDZIAŁ 64

Przede wszystkim należało zachować dyskrecję. Od tej chwili nie można było pozwolić sobie na najmniejsze niedopatrzenie. Naprawiano popełnione dotychczas błędy i ograniczano do minimum ich konsekwencje.

Do Denver zaczęli się zjeżdżać ważni „goście”, możliwie najbardziej dyskretnie. Każdy etap podróży tych ludzi był dokładnie zaplanowany, ale jeszcze więcej wysiłku włożono w zatajenie ich pobytu w tej okolicy, nie tylko przed opinią publiczną, ale i wspólnikami w interesach, a nawet rodzinami.

Każdy z nich wiedział, jak wysoka jest stawka. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że sam fakt, iż mogą uczestniczyć w tym ważnym wydarzeniu, jest zaszczytem nawet dla tak wysoko postawionych ludzi, jak oni. Byli świadomi, co grozi im w razie wpadki. Owszem, wszystkiemu gorąco zaprzeczą, ale w końcu zostaną rzuceni psom na pożarcie.

Dwie najważniejsze persony przyjechały do Denver jako małżeństwo, co było najprostszym, ale zarazem najlepszym kamuflażem. Najliczniejsza grupa składała się z czterech Niemców, którzy podawali się za zapalonych wędkarzy, wybierających się na ryby na kontynentalny dział wodny.

Dwaj podróżni przyjechali w imieniu wielkiej tokijskiej korporacji. Gdyby ktoś pytał, wybierali się na szekspirowski festiwal w Kolorado. Zamieszkali w hotelu „Historie Inn” w Boulder i w czasie swoich spacerów pstrykali zdjęcie za zdjęciem jak typowi turyści z Krainy Wschodzącego Słońca. Kolejny przybysz był przedstawicielem jednej z największych i najważniejszych firm we Francji. Jak sam twierdził, przyjechał na festiwale, które odbywały się w Chatauqua i Niwot. Pozostali przyjezdni zgodzili się zamieszkać w okolicznych miasteczkach, jak Lafayette, Nederland, Louisville, Longmont, Blackhawk.

Przybyli z Londynu małżonkowie postanowili wypocząć na łonie natury i rozbili namiot na terenie parku narodowego Gór Skalistych, około osiemdziesięciu kilometrów na południowy zachód od Denver. Wpływowy szef firmy z Bernardsville w stanie New Jersey wybrał pełen przepychu kurort Gold Lake Mountain.

Każdemu z gości przydzielono określone miasto. Nakazano im ubierać się i zachowywać jak typowi turyści; mieszkać w małych hotelikach i gospodach jak „Black Dog” „Bed amp; Breakfast”, „Hotel Boulderado”, „Pod Krzewem Róży”. I choć wszyscy goście byli ważnymi figurami w swoich kręgach, zrobili to, co im kazano.

Niewygody nie grały roli, kiedy lada dzień miało nastąpić wydarzenie o ogromnym znaczeniu dla całej ludzkości.

ROZDZIAŁ 65

Nie mogło być żadnych dowodów.

Wszyscy świadkowie musieli zostać wyeliminowani.

Harding Thomas szedł na czele grupy łowców, przeczesujących teren między Rough Rider Road a autostradą Peak-to-Peak. Prowadzili ze sobą psy tropiące, które wcześniej zostały zapoznane z zapachem skrzydlatej dziewczynki. Mężczyźni szli w parach, w trzymetrowych odstępach. W większości byli to dawni oficerowie. Dość łatwo dali się przekonać, że ćwiczenie, w którym uczestniczą, jest niezbędne dla bezpieczeństwa narodowego, a nawet przetrwania Stanów Zjednoczonych.

Przemaszerowawszy całą długość wyznaczonego sektora, łowcy przeszli do następnego. Systematycznie przeszukiwali cały las, usiłując odnaleźć jakikolwiek ślad zaginionej dziewczynki.

Tego dnia nie rozmawiali, nie dowcipkowali, a nawet nie palili papierosów. Ciszę burzył tylko trzask gałęzi miażdżonych przez ich ciężkie buty oraz węszenie gorliwych, dobrze wytresowanych psów.

Po drugiej stronie autostrady Peak-to-Peak ku niebu pięły się wzniesienia przedgórza Gór Skalistych. Nad nimi krążyły dwa helikoptery, wyposażone w sprzęt umożliwiający obserwację terenu w podczerwieni. Na ekranie pojawiały się wszystkie ciepłokrwiste organizmy, znajdujące się w zasięgu urządzenia. Jeleń, łoś, niedźwiedzie, zające, ptaki, wszystkie stworzenia duże i małe.

Mała nie miała szans ucieczki. Prawdopodobieństwo, by jej się udało, było niemal zerowe. Nie mogła długo ukrywać się przed okiem kamery widzącej w podczerwieni, ani przed łowcami, tropicielami i specjalnie przeszkolonymi psami.

Ale w jakiś sposób do tej pory jej się to udawało. Zupełnie jakby rozpłynęła się w powietrzu.

Łowcy chodzili po lesie już od ładnych kilku godzin. Słońce pospiesznie opadało za horyzont; to jednak nie miało znaczenia. Poszukiwania będą trwały całą noc, jeśli to okaże się konieczne. Ściągnięto do pomocy zaniepokojonych całą sprawą lekarzy i naukowców z rejonu Boulder. Ludzi, którzy pracowali w „Szkole” i którym można było zaufać.

Gdyby ktoś pytał, mieli mówić, zresztą zgodnie z prawdą, że szukają małej dziewczynki, która zabłądziła w lesie.

Max mogła wszystko zepsuć.

ROZDZIAŁ 66

Czułam się jak nurek, któremu nagle zabrakło powietrza. Po prostu nie mogłam złapać oddechu. Kit zasugerował, że powinnam zająć się czymś na parę godzin, a potem odsapnąć; ja uznałam, że to niezły pomysł.

Zresztą i tak miałam spotkać się z Gillian. Umówiłyśmy się tej nocy, kiedy Frank McDonough utopił się w swoim basenie. Gillian wręcz zmusiła mnie, żebym zgodziła się wpaść do niej. Okoliczności śmierci Franka ciągle nie dawały mi spokoju. Po prostu nie mogłam sobie wyobrazić, jak on mógł utonąć.

Jedną z przyczyn, dla których nie odwiedzam Gillian częściej, jest fakt, że mieszka o ponad godzinę drogi ode mnie. Kiedy jechałam do niej, opadły mnie ponure myśli. Najpierw zginął David; potem Frank; a teraz zaczęłam niepokoić się o Gillian. Logicznie rozumując, nie było po temu żadnych powodów, ale miałam przeczucie, że może grozić jej niebezpieczeństwo.

Bałam się, że zobaczę przed jej domem wozy policyjne i karetki pogotowia. Pocieszałam się, iż to mało prawdopodobne. Ale podobnie było ze śmiercią Davida. I Franka.

Postanowiłam myśleć pozytywnie. Niech rozum zatriumfuje nad obłędem. Zawsze lubiłam Gillian. Po śmierci Davida nikt nie okazał mi więcej serca od niej, nawet moja siostra Carole. Mogłam rozmawiać z Gillian całymi godzinami, nawet przez telefon, ale spotkania twarzą w twarz zawsze były najlepsze. Obydwie straciłyśmy mężów – ona przed dwoma laty. Między innymi to nas do siebie zbliżyło – a ostatnio łączące nas więzy stały się o wiele mocniejsze.

Kiedy wreszcie dotarłam do jej domu, stojącego pośród wzgórz, czułam się bardziej ożywiona i niespokojna niż się spodziewałam. Był jeden szkopuł: Kit kazał mi przysiąc, że nikomu nie powiem ani słowa o Max. Choć zgadzałam się z nim, że na razie trzeba zachować jej istnienie w tajemnicy, pomyślałam sobie, iż ciężko będzie spotkać się z Gillian i nie podzielić się z nią naszym niezwykłym odkryciem. Przemilczenie tego faktu wydawało się nieomal kłamstwem.

Prawdę mówiąc, chciałam sprawdzić, czy nie dałoby się z niej czegoś wyciągnąć. Gillian to zacna, bardzo praktyczna kobieta, która skończyła medycynę na U.C.L.A. i zrobiła doktorat z biologii na Uniwersytecie Stanford. Jest chodzącą encyklopedią, nie tylko w dziedzinie nauk medycznych, ale także ekonomii, astronomii, Denver Nuggets, Colorado Rockies; o czymkolwiek by się mówiło, Gillian wie wszystko.

Poza tym jest wspaniałą mamą i chyba to mi się w niej najbardziej podoba.

W tej chwili zobaczyłam ją. Była cała i zdrowa. Wysiadając z samochodu ujrzałam też jej synka, Michaela, który pluskał się w basenie. Od razu lepiej się poczułam.

Odetchnij. Zaczerpnij świeżego powietrza, wyrzuć z siebie wszystkie zmartwienia, uspokajałam się w duchu, ale łatwiej było powiedzieć niż zrobić.

– Wzięłaś kostium kąpielowy? – spytała Gillian. Miała na sobie jednoczęściowy obcisły kostium w niebiesko-czarne paski i wyglądała doskonale jak na pięćdziesięciojednoletnią kobietę. Zresztą, trudno się dziwić; od trzydziestu lat dzień w dzień przebiega osiem kilometrów. Kiedy miała czterdzieści parę lat, wzięła udział w nowojorskim maratonie.

– A owszem – powiedziałam. Zdjęłam bluzę i szorty, by udowodnić, że mówię prawdę. Miałam na sobie jednoczęściowy, całkiem ładny kostium w czerwone i białe pasy.

Gillian gwizdnęła przeciągle i zaklaskała w dłonie. Ta to potrafi podnieść na duchu, nie ma co.

– No proszę! Frannie, wspaniale wyglądasz.

Pokręciłam głową i zaczęłam zgrywać się na Jimmy’ego Stewarta, najlepiej jak potrafiłam.

– Pałętałam się trochę po górach i tak dalej, kapujesz. Dużo roboty w szpitalu dla futrzaków. Pewnie gdzieś zgubiłam te parę kilosów. – Się wie.

– No, własnym uszom nie wierzę. Coś jeszcze zmieniło się w twoim życiu – zauważyła Gillian i parsknęła śmiechem. Jej uśmiech zawsze wydawał mi się cudowny. – Czyżby pani doktor ufarbowała włosy? Jeśli tak, to trzeba przyznać, że wyglądają doskonale. Oj, chyba na coś się zanosi.

Zgadłaś, Gil. Szkoda tylko, że nie mogę ci powiedzieć, na co. Z basenu wyłonił się czteroletni blondasek, cały mokry, uśmiechnięty od ucha do ucha. Podbiegł do mamy, przerywając nam rozmowę, ale zrobił to z takim wdziękiem, że nie wydawał się niegrzeczny. Michael miał zaledwie dwa lata, kiedy jego ojciec umarł na chorobę wieńcową w szpitalu komunalnym w Boulder. Mimo to tragedia nie odbiła się negatywnie na psychice dziecka.

– Co, robaczku? – spytała Gil. – Przywitaj się z ciocią Frannie.

– Cześć, ciociu! – promieniał Michael. Pochyliłam się i pocałował mnie. Naprawdę prześliczny z niego robaczek. – Bawię się w fokę – oznajmił. – Moje focze imię to Czarny Nos. A to… – powiedział, wskazując nadmuchiwany ponton -…jest Islandia. Fajnie, co?

– Tylko, żebyś się nie przeziębił – odparłam z szerokim uśmiechem. – W Islandii jest bardzo zimno.

Michael zeskoczył z deski do basenu i zwinnie, niemal bezszelestnie wśliznął się do wody.

– Jest taki milutki – powiedziałam.

Gillian znów spojrzała mi głęboko w oczy i coś tam wypatrzyła. Widziałam, jak pracuje jej umysł.

– Zakochałaś się – stwierdziła oskarżycielskim tonem. – Tak, oczywiście. Jestem tego pewna.

– Nie. Nie ma mowy. Daj sobie spokój – zaprzeczyłam, krzywiąc się.

– Oczywiście, że się zakochałaś. W tej chwili powiedz… co, Michael? Dobrze, zmierzę ci czas. Nigdzie nie odchodź – rzuciła do mnie. – Przejrzałam cię na wylot.

Gillian przeszła na drugi koniec basenu. Naprawdę była w doskonałej formie. Wyciągnęła przed siebie rękę ze stoperem.

– Na miejsca, gotowi, start.

Czarny Nos dał nurka i przepłynął pod wodą niemal pół długości basenu. Wreszcie tuż za Islandią wynurzył się na powierzchnię.

Trochę kręciło mi się w głowie. Boże, ależ miałam wieści. Miałam ochotę krzyknąć do przyjaciółki: „Może chcesz usłyszeć historię o innym niesamowitym dzieciaku? O niezwykłej małej dziewczynce? Chętnie opowiem ci o niej; jest przemiła i dowcipna – i potrafi śmigać nad czubkami drzew nie dostając przy tym zadyszki”.

– No, Frannie, mów. Lepiej sama mi powiedz, co się z tobą dzieje – ostrzegła Gillian, siadając na krzesełku obok mnie – bo i tak wszystkiego się dowiem. Dlatego mów. Przyznaj się.

– No cóż – zaczęłam – skoro tak, to oszczędzę sobie mąk. Może rzeczywiście troszeczkę się zakochałam.

Powiedziałam jej wszystko o Kicie, a przynajmniej to, co mogłam. Oczywiście, ani słowem nie wspomniałam o Max. Nie zdradziłam też, że Kit jest z FBI.

ROZDZIAŁ 67

Kit był zaniepokojony i jeszcze bardziej spięty niż zwykle, a do tego dostawał mdłości.

Dawało mu się we znaki coś, co w żartach określał mianem „FBI-chandry”; była to pewna słabość, kontrastująca z jego hardym na co dzień charakterem. Cały dzień spędził z małą Max, starając się zachować stoicki spokój. Miał nadzieję, że dziewczynka da mu jakieś wskazówki co do jej pochodzenia. Jak dotąd, nic z tego.

Skontaktował się z biurem Petera Strickera; jak się okazało, o doktorze Franku McDonoughu mogli mu powiedzieć niewiele ponad to, że pracował z Jamesem Kimem w Kalifornii, a tyle Kit już wiedział. Poprzedniego dnia zagonił do pracy wszystkich swoich znajomych z Waszyngtonu i Quantico, ale nie udało im się znaleźć nic szczególnego.

Nie było dobrze. Kit znalazł się w paskudnej sytuacji. Powinien powiedzieć Strickerowi o Max, ale coś go przed tym powstrzymywało. Może szósty zmysł, choroba psychiczna, albo podświadome dążenie do zniszczenia własnej kariery.

Tak czy inaczej, szefowie z FBI, w odróżnieniu od niego, nie przykładają szczególnej uwagi do emocjonalnego aspektu pracy. Kit był świadom, że wielu ludzi uznałoby jego metody śledcze za niewłaściwe, ale nikt spoza FBI nie wiedział, jak Biuro działało naprawdę. Nikt obcy nie doświadczył tego na własnej skórze. Nikt też nie widział pogardliwej miny Petera Strickera, nie słyszał nuty cynizmu pobrzmiewającej w jego głosie.

Kiedy Frannie wróciła od przyjaciółki, Gillian, zjedli kolację we troje. Tego wieczoru znów było spaghetti. Frannie wydała się bardziej rozluźniona niż zwykle. Po kolacji wybrali się na spacer w świetle księżyca. Max jak z rękawa sypała nazwami większości oglądanych po drodze drzew, kwiatów i krzewów. Wyglądało na to, że kiedy się rozkręci, lubi mówić.

– Niesamowite – zdumiała się Frannie. – Więcej wiesz o tym lesie niż ja.

– Dużo czytam – odparła Max i wzruszyła ramionami. – A poza tym łatwo wszystko zapamiętuję.

– Czy w „Szkole” miałaś jakieś lekcje? – spytał Kit, kiedy zawrócili w stronę domku.

Księżyc wisiał nad pogrążonymi w mroku wierzchołkami drzew niczym ogromny biały talerz.

– A jak myślisz? – odpowiedziała pytaniem Max. Przyspieszyła kroku, ale nie wzbiła się w powietrze.

– Mam pomysł – rzucił Kit, kiedy byli już blisko domu – wybierzmy się na przejażdżkę, pozwiedzamy okolice. Co ty na to, Max?

– Doskonale! – krzyknęła Max, niezmiernie podekscytowana. Jej zielone oczy rozbłysły z radości. Podskoczyła w górę i tam została. – Nigdy jeszcze nie siedziałam w samochodzie! Nigdy w życiu!

ROZDZIAŁ 68

Zmieściliśmy się we trójkę na przednim siedzeniu jeepa. Było już po północy, więc Kit uznał, że nic nam raczej nie grozi. Na drodze wyjazdowej z Bear Bluff nie było żadnego samochodu. Na razie szczęście nam sprzyjało. Max, z nosem utkwionym w szybie, dosłownie promieniała z radości.

Godzinę później wjechaliśmy do opustoszałego o tej porze Denver. Wiele razy już oglądałam rozświetloną neonami panoramę miasta. Daniels and Fisher Tower, drapacz chmur wzorowany na weneckiej kampanili, oraz stanowy Kapitol ze złoconą kopułą wrzynały się w ciemne niebo. W głębi rysował się kontur pięknej katedry pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia. A w tle, mimo panującego mroku, doskonale widać było majestatyczne wierzchołki Gór Skalistych.

Miałam wrażenie, że Kit próbuje zaskarbić sobie przychylność Max i chyba mu się to udawało. Zdawaliśmy sobie sprawę, że przyjeżdżając w środku nocy do miasta podejmujemy pewne ryzyko, ale niezbyt wielkie.

Obserwowałam Max kątem oka. Niemal bez przerwy kręciła głową w zachwycie.

– Patrzcie na te budynki, światła, na wszystko. Nie wiedziałam, że na świecie jest tyle wysokich domów.

Pokazaliśmy jej halę McNichols Sports Arena, Larimer Square, stadion Mile-High. Max kazała Kitowi zatrzymać samochód, bo chciała obejrzeć budynek z czerwonej cegły, ozdobiony krzykliwymi, kolorowymi malunkami. Szkoła. Ładna, spokojna szkoła.

Max dużo wiedziała o miastach, choć żadnego jeszcze nie widziała na własne oczy. Czytała o nich w „Szkole”. Nasza przejażdżka po Denver była najwspanialszą przygodą w jej życiu. Zdobywała masę nowych informacji, godnych tego, by zachować je w pamięci.

Wskazałam ręką unikatowy budynek nazywany „Kasą”, wielki, srebrzysty prostokąt z zaokrąglonym dachem. Nagle Max zasłoniła uszy dłońmi. Miała niezwykle wyostrzony słuch. Z góry dobiegł hałas, o wiele głośniejszy od warkotu silnika samochodowego. Przemknął nad naszymi głowami i oddalił się.

– To helikopter – powiedział Kit łagodnym, uspokajającym tonem. – Nie ma się czego bać, Max. Widzisz te wielkie litery na kadłubie?

Max skinęła głową.

– Wiadomości – KUSA – odczytała.

– KUSA to tutejsza telewizja. Ludzie, którzy siedzą w helikopterze, rejestrują i przesyłają obrazy do głównego studia. Dzięki nim wiemy, co dzieje się na świecie, a przynajmniej w okolicach Denver. Pewnie gdzieś wydarzył się jakiś wypadek. Coś musiało się stać, skoro krążą nad miastem o tej porze.

– Ten helikopter wygląda jak wielkie, dziwaczne ptaszysko – powiedziała Max. – Nic dziwnego, że ludzie chcą nim latać. Ja bym chciała. Fajnie byłoby się z nim ścigać. Hej, wy tam – co powiecie na wyścig? I tak byście przegrali!

Kit zatrzymał wóz, by Max mogła lepiej przyjrzeć się helikopterowi, który skierował się na zachód. Ten zaprawiony w bojach agent FBI czerpał wiele radości z wprowadzania małej dziewczynki w tajniki nie znanego jej dotąd świata. Ciekawiło mnie, czy przebywając z Max wspominał radosne chwile spędzone ze swoimi dziećmi. Kiedy patrzył na nią, w jego oczach dało się zauważyć wzruszającą czułość.

– Pani Beattie opowiadała nam o helikopterach. Kochałam ją. Zdaje się, że została uśpiona – wyszeptała Max z głębokim smutkiem.

Bez pytania otworzyła drzwi na oścież.

– Max – krzyknęłam. – Max! Max!

Za późno. Max wyskoczyła z samochodu. Przebiegła chodnikiem kilka metrów, po czym oderwała się od ziemi. Powietrze wypełnił łopot skrzydeł. Czym prędzej wysiedliśmy z jeepa. Na naszych oczach Max pięła się wyżej i wyżej. Miałam wiele powodów, by odczuwać lęk. Denver często nawiedzają silne wiatry, nawet w lecie. Poza tym, ktoś mógł zobaczyć Max.

– Max! – krzyczałam. Cholera, cholera, cholera. Była już za daleko.

Kit przyłożył dłonie do ust i zaczął krzyczeć ze mną. Musiała nas słyszeć; miała wszak doskonały słuch. Zachowywała się jednak tak, jakby nasz głos do niej nie dochodził.

Leciała niemal pionowo ku górze, wzdłuż ściany wysokiego, cienkiego, trzydziesto – czy czterdziestopiętrowego budynku. Był to niesamowity widok, trzeba przyznać. Intrygowało mnie, czy Max widzi swoje odbicie w ciemnych szybach okien i usiłowałam sobie wyobrazić, jakie to uczucie tak latać nad miastem.

Kiedy Max zaczęła krążyć wokół drapacza chmur, helikopter zniknął już w oddali. Dziewczynka zajrzała do kilku biur. Po chwili poszybowała w stronę innego budynku, którego rozświetlone okna tworzyły napis: DO BOJU, ROCKIES!

Pewnie widziała stamtąd całe Denver. Strumień Cherry Creek wpływający do Platte River. Park rozrywki Elitch Gardens znajdujący się w oddali.

Miałam nadzieję, że nikt jej nie zobaczy, a gdyby nawet komuś to się udało, to nie uwierzy własnym oczom. Tak jak ja za pierwszym razem.

Max wykonała kilka akrobatycznych pętli. Potem sfrunęła ku nam lotem nurkowym, tuż nad ziemią wyrównała lot i wylądowała przy samym jeepie.

– Ale frajda! – powiedziała i wybuchnęła perlistym, radosnym śmiechem. – Dziękuję, dziękuję wam. Marzyłam o tym od małego.

Wsiedliśmy do jeepa.

Max objęła mnie swoimi delikatnymi, opierzonymi rękami i całą drogę powrotną spędziła w moich ramionach.

ROZDZIAŁ 69

Leżąc w ciepłym łóżku w domku Frannie, Max wracała myślami do cudownej nocy spędzonej w Denver. Wreszcie przeżyła coś miłego. Frannie i Kit byli dla niej tacy dobrzy, zupełnie jak rodzice, których nigdy nie miała.

Nagle Max zesztywniała. Przechyliła głowę na bok. Nadchodzili. Słyszała ich, wyczuwała każdą częścią swojego ciała, że są blisko.

Wszystkie zmysły ostrzegały ją, że ktoś podkrada się do domku. To nie było złudzenie wywołane strachem. Chciała krzykiem ostrzec Frannie i Kita, ale się powstrzymała.

Nie pozwól, by napastnicy wiedzieli, że zdajesz sobie sprawę z ich obecności.

Wyśliznęła się spod koca i podeszła do najbliższego okna. Wyjrzała na zewnątrz. Księżyc wisiał wysoko na niebie. Rozległ się trzask łamanych gałązek. Spomiędzy drzew wyłonił się jakiś mężczyzna.

Poznała go od razu – był to jeden z najokrutniejszych strażników. Czyli ludzie ze „Szkoły” w końcu ją odnaleźli. I przyszli też po Frannie i Kita.

Max, przerażona i wściekła zarazem, błyskawicznie oderwała się od podłogi i wyfrunęła z małej sypialni. Znów latała pod dachem.

Rzuciła się ku sypialniom po drugiej stronie domku. Tam spali Frannie i Kit. Nie mieli tak wyostrzonych zmysłów jak ona. Pocieszające było to, że to samo dotyczyło tych drani ze „Szkoły”.

Zabronione! Zabronione! Nie wolno jej latać! Ale kogo obchodzi to, co mówią strażnicy! Nie oni tu rządzą. Teraz Max sama decyduje o własnym losie.

Pip pojawił się nie wiadomo skąd i zaczął piskliwie ujadać. On też wiedział. Wyczuł niebezpieczeństwo, wyczuł ludzi ukrywających się w lesie. Dobry pies!

Szczekanie obudziło Kita. Wypadł z pokoju z pistoletem w dłoni. Jego oczom ukazała się Max, lecąca korytarzem prosto na niego.

– Jezu, Max!

– Oni nadchodzą, Kit! Są bardzo blisko. Jest ich dużo. Przyszli tu po nas!

– Kto nadchodzi, Max?

– Nie teraz! Proszę. Chodźmy. Chodźmy. Oni nas zabiją. Zabiją nas wszystkich!

Frannie wyszła z drugiego pokoju. Na jej twarzy malowało się zdumienie.

– Proszę! Zaufajcie mi! – przekonywała Max i w tej właśnie chwili dotarło do niej, jak wiele tych dwoje ludzi dla niej znaczy.

– Ubierz się, Frannie. – Kit kiwnął głową. – Wyjdziemy przez tylne drzwi. Tam stoi jeep. Ja poprowadzę. Nie oglądajcie się za siebie. Po prostu biegnijcie, ile sił w nogach. – Wykrzykując te słowa, zakładał ubranie.

Kit złapał Max za rękę. Rzucili się do drzwi. Frannie, która biegła przodem, otworzyła je na oścież. Wszyscy czworo – z Pipem – wypadli z domu w mrok. Nikt się nie obejrzał.

Silnik jeepa, niby zwiastun dobrej fortuny, zaskoczył od razu. Kiedy wóz z piskiem opon wyjechał z parkingu, padły strzały. Rozległ się głośny brzęk; trafiona pociskami tylna szyba rozbiła się w drobny mak. Jeep podskakiwał na wyboistej, piaszczystej drodze. Kit przedzierał się przez grad kul, jakby robił to nie pierwszy raz.

Uciekli.

Frannie i Kit zaufali mi, myślała Max, a to wszystko zmieniało.

ROZDZIAŁ 70

Nic nie daje takiego kopa, jak świadomość, że ktoś do ciebie strzela i nie trafia. Nie pamiętam, kto to powiedział, ale kimkolwiek był, miał całkowitą rację.

Szalejące tornado wydarzeń ostatniej nocy zmieniło nas nie do poznania. Cudem uniknąwszy śmierci, wyglądaliśmy fatalnie, a czuliśmy się jeszcze gorzej. Nie mogłam pogodzić się ze straszną myślą, że ktoś chce nas zabić. To nie mogło się zdarzyć – a jednak się zdarzyło. Ktoś strzelał do samochodu Kita, do nas. Ktoś próbował zabić Max, Kita i mnie. Nigdy jeszcze nie spotkało mnie coś tak przerażającego.

Zaszyliśmy się w obskurnym motelu przy Interstate 70. Zdaje się, że byliśmy w Idaho Springs, słynącym z takich przybytków. Przezornie zamknęliśmy drzwi na klucz i łańcuch, ale nie poczuliśmy się ani trochę bezpieczniej. Liche, żółtozielone zasłony zakrywały okno. Ciemności zalegające pokój rozpraszała tylko migocąca poświata bijąca z ekranu telewizora.

Max dziwnie obojętnie zareagowała na to, co się wydarzyło. Leżała w łóżku przykryta pod brodę, a Kit siedział przy niej na krześle.

Wiedziałam, jak bardzo ją lubi, ale w tej chwili toczyli ze sobą ciężki bój. Kit był przekonany, że zginiemy, jeśli Max nie powie nam, skąd pochodzi, Max z kolei szczerze wierzyła, że jeśli to zrobi, i tak czeka ją śmierć.

Kit przeistoczył się w typowego agenta FBI – chłodnego zawodowca, skoncentrowanego na swoim zadaniu. Nie widziałam go jeszcze w tej roli.

– Odpowiedz na moje pytania, Max. Wkrótce będziesz musiała komuś zaufać. Wkrótce, to znaczy teraz. Max, mówię do ciebie.

– Wiem, do kogo mówisz. Po prostu nie podoba mi się twój ton – odparła dziewczynka.

I w tej chwili puściły jej nerwy. Zeskoczyła z łóżka, pobiegła do łazienki i zamknęła się w środku.

– Zostaw mnie! Mówisz zupełnie, jak tamci. „Zaufaj mi” – przedrzeźniała Kita. – Dlaczego miałabym komukolwiek zaufać? Nie jestem taka, jak ty, Kit! Nie zauważyłeś?

– Proszę, Kit, to tylko mała dziewczynka – powiedziałam cicho, głosem, w którym pobrzmiewało napięcie i strach, zrodzone z szalonych przeżyć ostatniej godziny.

Potrząsnął głową.

– Nie. Ona nie jest tylko małą dziewczynką. Na nasze nieszczęście, jest kimś o wiele ważniejszym. Ludzie umierają z jej powodu. My sami ledwo uniknęliśmy śmierci, Frannie. Musimy odnaleźć tę „Szkołę”, w której ją przetrzymywano, a przynajmniej ja muszę to zrobić.

Rozzłościł mnie swoimi słowami.

– Nie bądź taki, Kit. Ja też muszę znaleźć tę tak zwaną „Szkołę”. Przypominam ci, że siedzę w tej sprawie po uszy.

Za każdym razem, kiedy patrzyłam na Max, pragnęłam mocno ją do siebie przytulić; wiedziałam jednak, że Kit ma rację. Taka z niej była zwyczajna mała dziewczynka, jak z naszej eskapady zwyczajna wycieczka. Nie wiedzieliśmy wprawdzie, kim właściwie jest ani dlaczego znalazła się tu, z nami. Tylko ona mogła nam to wyjaśnić, ale milczała jak kamień.

Kit odwrócił się i potknął o kosz na śmieci pełen opakowań po jedzeniu z McDonalda. Podniósłszy go z podłogi, energicznym ruchem ręki cisnął nim mocno o ścianę. Następnie kopnął przewrócony kosz jeszcze kilka razy.

Odruchowo zasłoniłam ręką uszy. Kiedy dorastałam na farmie w Wisconsin, mój tata czasami tracił panowanie nad sobą. Zwykle ciskał wtedy na oślep różnymi przedmiotami, ale nigdy niczym cennym; i ani razu nikogo nie uderzył, nawet nie dał klapsa. Może dlatego nieszczególnie bałam się, obserwując łagodny, wręcz zabawny atak złości Kita.

– Coś się stało? – spytałam, kiedy hałas ucichł.

Jeśli liczyłam na to, że zmuszę go do uśmiechu albo poprawię mu nastrój, srodze się myliłam.

– Nie chciałem jej wystraszyć – powiedział Kit łamiącym się głosem. – Ja naprawdę ją lubię, Frannie. To fajny dzieciak. Tyle że… wszyscy możemy zginąć.

– Wiem. Ona też to wie. Nic jej nie będzie. – Max reagowała na zagrożenie natychmiastową ucieczką. Wiedziałam, że tak zachowują się ludzie, którzy doświadczyli w swoim życiu przemocy. Co spotkało tę nieszczęsną, małą dziewczynkę? Kto ją skrzywdził, i jak? Musieliśmy dowiedzieć się czegoś więcej na temat tej „Szkoły”. Gdzie się znajdowała. Jak funkcjonowała. Co tam się odbywało. Kim byli zatrudnieni w niej ludzie.

Kit podszedł do drzwi łazienki i delikatnie zapukał.

– Max, przepraszam, jeśli zachowywałem się, jakbym był wściekły – powiedział łagodnym, zatroskanym tonem. – Byłem wściekły. Niepokoję się o ciebie, a bez twojej pomocy nie wiem, co robić.

Zza drzwi łazienki nie dobiegał żaden dźwięk. Max milczała. Czasami rzeczywiście zachowywała się jak mała dziewczynka.

– Proszę, wyciągnij ją stamtąd – poprosił mnie Kit szeptem. – Spróbuj chociaż. Proszę cię, Frannie, pomóż mi.

ROZDZIAŁ 71

Powoli podeszłam do drzwi łazienki. Nie wiedziałam, co powiedzieć, w głowie miałam zupełną pustkę. Pewna byłam jednego: nie wolno mi kłamać. Przez chwilę stałam pod zamkniętymi drzwiami, zbierając myśli. Kiedy wreszcie otworzyłam usta, słowa popłynęły same, prosto z serca.

– Max, obiecuję, że nikt cię nie zmusi, byś cokolwiek robiła wbrew swojej woli. Ja to wiem, ty to wiesz. Razem znajdziemy rozwiązanie naszego problemu. Nie sądzisz, że to uczciwe? Masz inny pomysł?

Przez długą chwilę panowała cisza. Max czasami potrafiła być niezwykle uparta. Nagle gałka w drzwiach powoli zaczęła się obracać. Max wyszła z łazienki, nie patrząc na nas.

– Przepraszam. Przestraszyłam się i tyle – szepnęła i położyła się z powrotem na łóżku. Mimo tego, co przeżyła, w głębi duszy wciąż pozostawała małą, przemiłą dziewczynką.

Pip wskoczył na łóżko i Max przytuliła go do siebie. Usiadłam za nią i zaczęłam delikatnie gładzić jej pióra. Ptaki robią to, by odpowiednio ustawić mikroskopijne haczyki na krawędziach piór, tak, żeby były ściśle ze sobą połączone. Zastanawiałam się, jak przełamać impas, by znów jej nie zdenerwować.

– Już dobrze, Max – szepnęłam.

– Wcale nie, Frannie. Nie znasz całej prawdy.

Zdradź nam swoje tajemnice, Max. My tobie zaufaliśmy. Okaż nam więc choć odrobinę zaufania.

– Jacy są ludzie ze „Szkoły”? – spytałam po chwili. – Nie musisz od razu mówić wszystkiego. Czy to naukowcy? Lekarze? A może nauczyciele?

– Tak jakby – powiedziała. – Nauczyli mnie pracować ze szkiełkami. Dawali mi różne naukowe sprawy, ale w wolnym czasie mogłam czytać, co chcę. Kazali mi pracować. Większość z nich to naukowcy. Lekarze.

Kit chodził po pokoju, z wzrokiem wbitym w podłogę. Kiedy usłyszał słowo „szkiełka”, zatrzymał się w pół kroku.

– Co masz na myśli mówiąc „szkiełka”? O jakie „szkiełka” chodzi, Max?

– Takie, które ogląda się pod mikroskopem. W laboratoriach. Pozwolili mi tam pracować. Miałam dopasowywać allele.

Słuchałam jej z rosnącym napięciem. W głowie miałam straszny mętlik. Allele to alternatywne postacie genu. To, co Max dotąd powiedziała o „Szkole”, było niewiarygodnie przerażające.

– Lekarze pracują nad chromosomami? – spytałam. – Dlaczego to robią? Wiesz?

– Oczywiście. Chcą udoskonalić gatunek – powiedziała ze wzruszeniem ramion.

– Jaki gatunek? – spytał Kit. Nasza rozmowa niepostrzeżenie zmieniła się w przesłuchanie. Czułam się jak policjant.

Twarz Max zrobiła się blada jak ściana.

– Gdybym powiedziała, wielu ludzi mogłoby mieć kłopoty – odparła. – Ostrzegano mnie. Nie wolno niczego mówić ludziom z zewnątrz – wymamrotała.

Następnie przysłoniła dłońmi oczy i rozpłakała się. Natychmiast wzięłam ją w ramiona.

– Proszę, zaufaj nam, Max. Musisz komuś zaufać. Wiesz, że to prawda, kochanie.

Zaczęłam kołysać dziecko, piękną małą skrzydlatą dziewczynkę. Czułam się, jakbym znów była w „Zwierzyńcu” i opiekowała się chorymi i rannymi zwierzętami. Tam było moje miejsce.

Max powiedziała coś z twarzą wciśniętą w moją szyję. Z trudem dosłyszałam słowa, ale nie miałam wątpliwości, że zrozumiałam je właściwie.

– Ja chcę do domu – wyszeptała.

Księga czwarta

Szkoła latania

ROZDZIAŁ 72

Ja chcę do domu.

Nie ulegało wątpliwości, że te słowa z trudem przeszły Max przez gardło. W jej ustach brzmiały całkowicie niewinnie, ale ja wiedziałam, jak wiele się za nimi kryje. Pospiesznie opuściliśmy motel numer sześć.

Pędziliśmy autostradą z prędkością ponad stu trzydziestu kilometrów na godzinę, przez cały czas modląc się, by nie złapał nas jakiś zbłąkany policjant z drogówki.

Jechaliśmy do „Szkoły”.

Siedziałam na tylnym siedzeniu z Max. Mała była wyraźnie wystraszona, więc tuliłam ją mocno do siebie. Serce łomotało w jej piersi. Biedna Max. Zwyczajna mała dziewczynka. Wplątana wbrew swojej woli i wiedzy w coś, co przerastało nas wszystkich.

Mówiąc do niej, delikatnie ją głaskałam, w nadziei, że nieco się uspokoi. Powiedziałam Max, że dorastałam na farmie w północnym Wisconsin i spytałam, czy kiedykolwiek widziała prawdziwą krowę.

– U nas w „Szkole” nie ma krów – odparła – ale widziałam je w telewizji.

Opowiedziałam jej więc o hodowanych przez moich rodziców krowach, przemiłych stworzeniach o wiecznie lepiących się ozorach i błyszczących oczach. Pamiętałam nawet ich imiona i cechy charakteru. Max z nie skrywanym zainteresowaniem słuchała opisów Kwiecistej Mućki, Nellie Tup-Tup, Markizy Luizy i naszego łaciatego buhaja, Równiachy.

Opowiedziałam jej o tym, jak wstawałyśmy z moją siostrą, Carole Anne, o piątej rano, żeby pomóc ojcu; jak latem myłyśmy krowy i włączałyśmy wentylator, żeby nie było im gorąco. Ale najbardziej zafascynowało ją to, jak brałyśmy od nich mleko.

Kiedy przedstawiałam jej uroki porannego dojenia krów, Max wydawała z siebie głośne, radosne okrzyki. Miała cudowny, zaraźliwy śmiech. Max była wręcz zachwycona światem, do tej pory znanym jej tylko z ekranu telewizora. A śmiech pozwalał nam zapomnieć o tym, co nas spotkało.

Wymyśliłam głupawą historyjkę o czekoladowych krowach dających czekoladowe mleko. Kit włączył się do zabawy.

– Powiedz jej o miętowych krowach – rzucił i puścił do nas oczko.

– Wariaci jesteście – powiedziała Max. – Ale to mi się podoba. Bardzo dobrze się przy was czuję.

– My też lubimy być z tobą – stwierdziłam.

– A jak – dorzucił Kit i skinął głową.

Jeep pędził przez powoli przerzedzający się mrok wczesnego poranka. Zaczęłam udawać przed sobą, że ta wyprawa jest tak naprawdę tylko najzwyklejszą w świecie wycieczką – kiedy nagle Max zesztywniała. Wychyliła się do przodu.

Po chwili wskazała wąską drogę odbijającą od autostrady tuż za nawisem skalnym.

– Skręć tu, Kit.

– Skąd wiesz, że to tędy? – spytałam.

Nie wątpiłam, że ma rację, ale byłam ciekawa. Nigdy jeszcze nie jechałam tą drogą. Mieszkałam niedaleko stąd, ale jakoś nie zwracałam na nią uwagi.

Max wzruszyła ramionami i spojrzała mi głęboko w oczy. W jednej chwili stała się śmiertelnie poważna, tak, jak to ona potrafiła.

– A ty nie wyczuwasz z daleka tej farmy, na której kiedyś mieszkałaś?

– Ona jest bardzo daleko stąd – powiedziałam. – Nie potrafię jej znaleźć bez mapy.

– Ja wyczuwam „Szkołę” – odparła Max. – Wiem dokładnie, gdzie jest. Widzę drogę do niej w moich myślach.

Kiedy dotarło do mnie pełne znaczenie jej słów, oniemiałam z wrażenia. Coś ścisnęło mnie za gardło. Podobnie jak gołębie, koty i migrujące zwierzęta, które dzięki nawigacji inercyjnej, czy Bóg wie czemu, są w stanie wrócić w to samo miejsce, z którego wyruszyły, Max potrafiła odnaleźć swój dom!

ROZDZIAŁ 73

– Zatrzymaj wóz – powiedziała, zanim Kit zdążył skręcić.

Kit spełnił jej polecenie. W głosie Max pobrzmiewała jakaś dziwna, stanowcza nuta.

– A teraz posłuchajcie mnie – wyszeptała. – Dalej nie możecie iść. Jeśli was złapią, to zabiją. Mówię poważnie.

– Wiem, że to bardzo poważna sprawa – stwierdził Kit. – I dlatego właśnie pójdziemy z tobą, maleńka. Zabierzemy ze sobą bardzo poważny pistolet – dodał i wyjął broń z kabury. – Muszę tam pójść, Max. To mój obowiązek. Po to przyjechałem do Kolorado.

– Ja też nie mogę stąd po prostu odejść – zwróciłam się do Max. – Nie zostawię ciebie i Kita. Nie ma mowy.

Max skinęła głową. Nie była zadowolona, ale zdawała sobie sprawę, że nie odejdziemy. Byliśmy razem na dobre i złe.

Kit obrócił kierownicę i zjechaliśmy z głównej drogi, która nie zasługiwała na to miano. Znaleźliśmy się w miejscu, które nazywało się Podgórskim Przesmykiem, była to kręta drożyna pnąca się ku wzniesieniom przedgórza Gór Skalistych. Gdzieś tu znajdowała się „Szkoła”. Max wydawała się tego całkowicie pewna.

– Skręć w prawo – powiedziała nagle. – A potem mnie wypuść.

– Nic z tego, Max – upierał się Kit. – Przecież już o tym rozmawialiśmy.

– Uparciuch z ciebie, Kit.

– I kto to mówi.

Szosa, z każdą chwilą coraz bardziej zaniedbana, w końcu przeszła w nie oznakowaną polną drogę, która wiodła w nieznane – nigdzie nie dostrzegłam żadnych drogowskazów ani budynków. Prezentowała się jednak wystarczająco złowieszczo, by skłonić nas do dalszej jazdy.

Każdy zakręt był dla Kita wyzwaniem. W ciemnościach świeciły ślepia zwierząt. Jelenie i inne leśne stwory rozsądnie czekały, aż przejedziemy, a potem przemykały na drugą stronę drogi. Kiedy tak pięliśmy się wyżej i wyżej ku wierzchołkom gór, Max wreszcie zaczęła opowiadać o miejscu, z którego pochodziła.

– „Szkoła” kilka razy zmieniała swoją siedzibę. Wiem, że najpierw była w stanie Massachusetts, a potem w Kalifornii, no i w końcu przenieśliśmy się tutaj. Codziennie chodziłam na lekcje i na początku nawet mi się to podobało. Uczyła mnie pani Beattie. Ona też była lekarką, ale powiedziała nam, że nie musimy jej nazywać „panią doktor”. Naprawdę kochała mnie i Matthew, a my kochaliśmy ją. Według testów Stanforda-Bineta jesteśmy geniuszami. Powiedziano nam jednak, że to nie nasza zasługa, tak samo jak to, że umiemy latać. Tak zostaliśmy stworzeni. W końcu byliśmy tylko okazami doświadczalnymi.

Oddech Max stał się szybki. Moja ręka prawie zdrętwiała w jej uścisku. I choć Max przekonywała nas, żebyśmy zawrócili, wiedziałam, że wcale tego nie chciała. Za bardzo się bała, by poradzić sobie sama.

– Wypuśćcie mnie – powiedziała nagle i złapała mnie za łokieć. – Muszę wysiąść. Muszę! Proszę, Kit? Już, teraz! Obiecuję, że nie odlecę. Przysięgam.

Delikatnie trąciłam Kita w ramię. Zatrzymał wóz na wąskim poboczu.

Znajdowaliśmy się na zupełnym odludziu – otaczały nas strzeliste jodły, surowe skały i zewsząd dobiegało bzyczenie cykad.

Otworzyłam drzwi i Max wygramoliła się z samochodu.

Była szybka i zwinna, a do tego strasznie silna jak na swój wiek. Niemal wszystko, co robiła, wprawiało mnie w osłupienie. Oby tylko nie odfrunęła, powtarzałam w duchu.

Max wspięła się na dach jeepa. Nad naszymi głowami rozległ się tupot jej nóg. A następnie usłyszeliśmy donośny łopot skrzydeł.

– Co ona robi? – spytaliśmy niemal jednocześnie.

Wtedy Max wzbiła się w powietrze. Bez żadnego wysiłku.

– O Jezu – wyszeptał Kit. Wyjął mi to z ust. – Spójrz na nią. Patrz. Mam nadzieję, że dotrzymamy jej tempa.

– Musimy. Ruszaj.

Kit wcisnął pedał gazu, jeep niezgrabnie wtoczył się na drogę i zaczął wspinać się pod górę. Podążaliśmy za Max, a przynajmniej próbowaliśmy.

Wychyliłam się przez szybę, jak dziecko. Pip zrobił to samo. Nie mogłam oderwać oczu od srebrzystobiałych skrzydeł Max. Chłodne powietrze owiewało moją twarz. Czułam się prawie tak, jakbym sama leciała. Jakby dusza wyrwała się z mojego ciała i szybowała gdzieś tam wysoko.

Jeep wjechał do długiego, ciemnego tunelu z wiszących nad drogą konarów sosen i jodeł. Max zboczyła na lewo, gdzie pojawiła się kolejna boczna dróżka, wąska i pełna kolein.

Max prowadziła nas do swojego domu. Nasze życie spoczywało w jej rękach.

ROZDZIAŁ 74

„Szkoła” była blisko. Max czuła to na swoim języku – ten gorzki smak, najohydniejszy ze wszystkich. Miała wrażenie, że jakaś zabójcza trucizna krąży w jej krwi.

Dziewczynka sfrunęła na ziemię. Jeep z piskiem hamulców zatrzymał się tuż za nią. Frannie i Kit wyskoczyli z auta. Pip, jak zwykle, zaczął szaleć. W normalnych okolicznościach zareagowałaby uśmiechem, wybuchem radości. Teraz jednak co innego zaprzątało jej umysł.

– O co chodzi, kochanie? – krzyknęła Frannie. Zawsze była taka troskliwa i nigdy nikomu nie próbowała rozkazywać.

Max czuła się, jakby była przewiązana w talii sznurem i ktoś przyciągał ją do siebie. Mięśnie jej szyi i ramion napięły się jak postronki. Z własnej nieprzymuszonej woli wracała do „Szkoły”. Może dzięki temu wszystkie tajemnice ujrzą światło dzienne – a ona zdobędzie wolność.

Albo i nie!

Postanowiła przez jakiś czas pozostać na ziemi. Tak prawdopodobnie było bezpieczniej. Frannie i Kit szli szybkim krokiem za nią.

Nie oglądała się na nich, nie musiała. Słyszała, jak ciężko oddychają, słyszała przyspieszone bicie ich serc. Wyczuwała, że z każdą chwilą lęk coraz bardziej daje im się we znaki. Nareszcie poznają prawdę. Zobaczą wszystko na własne oczy. Miała nadzieję, że są na to przygotowani.

Nagle zatrzymała się.

Zauważyła barierę dzielącą ją od jej dawnego życia – ogrodzenie z drutu kolczastego. Na jego widok powróciły przerażające wspomnienia. Oczami duszy zobaczyła wujka Thomasa, okropnych strażników i zrobiło jej się niedobrze.

Byli już prawie na miejscu. Max czuła się tak, jakby „Szkoła” ją obserwowała, czekała na nią i śmiała się, bo wiedziała, że ona kiedyś tu w końcu wróci.

Ogrodzenie miało trzy metry wysokości i było zwieńczone pozwijanym ostrym drutem kolczastym. Po drugiej stronie znajdowało się wszystko, co Max znała, kochała i całym sercem nienawidziła. Przypomniała sobie, jak obserwowała ciężarówki zatrzymujące się pod „Szkołą”. Może wszyscy już stąd wyjechali.

Biała metalowa tabliczka głosiła: CAŁKOWITY ZAKAZ WSTĘPU. WŁASNOŚĆ RZĄDU STANÓW ZJEDNOCZONYCH. INTRUZI ZOSTANĄ ZASTRZELENI.

Max zwróciła się do Frannie i Kita.

– Jesteśmy na miejscu.

ROZDZIAŁ 75

Max wpatrywała się w nas szeroko otwartymi ze strachu oczami.

– Oni nie żartują – powiedziała. – Kilku intruzów zginęło, wierzcie mi. Jeszcze możecie zawrócić. Myślę, że powinniście to zrobić.

– Nie zostawimy cię samej – uciął Kit.

Pip szczekał i kręcił się w kółko przy ogrodzeniu. Nagle po drugiej stronie pojawiły się dwa dobermany. Obnażyły kły i zaczęły szczekać i warczeć.

Kit odciągnął mnie od siatki i wściekle ujadających psów.

Aż ciarki mnie przeszły, nie tylko z powodu tych dwóch dobermanów. Właściwie nimi się nie przejęłam.

Siatka zwieńczona drutem kolczastym i psy wartownicze w sercu lasu wystarczały, by obudzić w człowieku niepokój, ale na widok słów: INTRUZI ZOSTANĄ ZASTRZELENI umieszczonych tuż pod napisem WŁASNOŚĆ RZĄDU STANÓW ZJEDNOCZONYCH zrobiło mi się niedobrze. Już w tej chwili niewiele brakowało, byśmy zostali uznani za intruzów, a wkrótce mieliśmy się nimi stać.

– Czy to jest „Szkoła”? – spytałam, ale Max mnie nie słuchała. Jej uwagę całkowicie zaabsorbowały dwa rozszczekane dobermany.

– Bandit, Gomer, to ja! – krzyknęła do nich. – Przestańcie! Natychmiast! Do nogi, już!

O dziwo, ujadanie stało się słabsze, po czym nagle ucichło. Psy podejrzliwie obwąchały Max, a po chwili zaczęły radośnie szczekać.

– Nie bójcie się – powiedziała nam. – To moi przyjaciele. Robią dużo hałasu, ale są niegroźni. – Uśmiechnęła się szeroko.

– Da się jakoś przejść przez to ogrodzenie? – spytałam Kita.

Zaczął coś mówić, ale Max nie dała mu dokończyć.

– Frannie! – Pociągnęła mnie za rękę. – Coś jest nie tak z Banditem i Gomerem. Coś złego im się stało. Proszę, rzuć na nie okiem.

Podeszłam bliżej, ale nie musiałam badać psów, by wiedzieć, co się z nimi stało. Miały wyleniała sierść bez połysku, wystające żebra; została z nich dosłownie skóra i kości.

– Są głodne – wyjaśniłam Max.

Nie powiedziałam całej prawdy. Psy były niedożywione. Jakiś okrutny drań je głodził.

Kit wrócił z krótkiego spaceru wzdłuż siatki.

– Nie znalazłem żadnego otworu czy wejścia – powiedział. – Pójdę jeszcze kawałek w drugą stronę, może tam coś będzie.

– Chyba mogłabym was przenieść – zaproponowała Max. Jej pomysł wydał mi się tak zaskakujący, że o mało nie wybuchnęłam śmiechem.

– Wiem, że to mogłoby się udać. Jestem silniejsza, niż wam się wydaje – upierała się. Mówiła śmiertelnie poważnie.

– Nie ma mowy – powiedział Kit. Miał rację. To niemożliwe, by ważąca czterdzieści kilogramów dziewczynka uniosła dorosłego człowieka dwa razy cięższego od niej.

– Ale ja naprawdę dałabym radę – Max nie ustępowała. – Za mało o mnie wiesz. Ja znam swoje możliwości.

Słuchając Max, zmieniłam zdanie. Nie brałam pod uwagę czynnika stresu. Stres powoduje wydzielanie adrenaliny. A poza tym, któż mógł wiedzieć, jak silna jest Max naprawdę?

– Najpierw spróbuję z tobą – powiedziała do mnie.

– To chyba nie jest najlepszy pomysł, Max.

Wzruszyła ramionami.

– Jak sobie chcesz. Najwyżej sama przelecę na drugą stronę.

Wgramoliłam się po siatce na wysokość pół metra. Wtedy Max objęła mnie w talii swoimi umięśnionymi nogami. Była rzeczywiście silna. Boże, jakie to dziwne.

Czułam się tak, jakby skrzydła Max stały się moimi. Zatrzepotała nimi mocno i oderwałyśmy się od siatki. Zawisłyśmy w powietrzu, a potem powoli zaczęłyśmy piąć się ku górze.

Czułam na twarzy podmuch wiatru. W tej okolicy nigdy nie jest szczególnie ciepło; w dodatku z każdą chwilą robiło się coraz zimniej. Ja jednak zapomniałam o wszystkim; liczyło się tylko to, że lecę i do tego w tak niezwykły sposób. Przez krótką, króciusieńką chwilę wyobrażałam sobie, że sama unoszę się nad ziemią.

Wznosiłyśmy się coraz wyżej. Na sekundę czy dwie znów zawisłyśmy w powietrzu. A potem zaczęłyśmy lecieć. Na niewielką co prawda odległość, ale, dobry Boże, ja naprawdę leciałam.

ROZDZIAŁ 76

Max postawiła mnie na ziemi za siatką. Spojrzałam na groteskowo, a zarazem posępnie wyglądające rządki pozwijanego drutu kolczastego. Uczepiłam się siatki i czekałam, aż serce przestanie wyrywać mi się z piersi. Rozejrzałam się, ale nie zobaczyłam Max.

Dziewczynka była już po drugiej stronie ogrodzenia. Próbowała oderwać od ziemi Kita. Jej nogi ledwo, ledwo go obejmowały. Sapała ciężko. Wydawało się niemożliwe, by mogła unieść się z nim nad ziemię, ale z drugiej strony, nie wierzyłam, by to samo udało jej się ze mną.

Nie wiedziałam, jak wiele Max jest w stanie znieść. Biła skrzydłami, ile sił, ale Kit nie drgnął nawet o centymetr.

– Max, proszę, przestań. On jest dla ciebie za ciężki – krzyknęłam do niej. – Zrobisz sobie krzywdę.

– Nie, wcale nie. Nie masz nawet pojęcia, jaka jestem silna, Frannie. Taką mnie stworzono.

Tymczasem dwa psy zaczęły podkradać się do mnie. Prawdę mówiąc, były za blisko, żebym mogła czuć się bezpiecznie. Suka kręciła się niespokojnie, zataczając półkola w piachu. Pies miał małe, załzawione ślepia i stał jak przykuty do ziemi około metra ode mnie.

Z jego gardła wydobył się głuchy warkot. Błysnęły białe kły.

– Och, przestań – powiedziałam mu. – Znajdź sobie coś lepszego do roboty. – Z psami, które szczerzą kły i warczą, potrafiłam sobie poradzić.

Popatrzyłam z powrotem na Max i Kita, którzy wciąż jeszcze tkwili na siatce. Dziewczynka wreszcie dała za wygraną i pozostawiwszy ciężkiego mężczyznę na ogrodzeniu sfrunęła bezpiecznie na ziemię.

– Niewiele brakowało, kochanie – krzyknęłam do Max. Mimo to była wyraźnie zdenerwowana. Nie lubiła przegrywać. Czy to „oni” taką ją stworzyli?

Po chwili przeleciała z powrotem nad siatką i dołączyła do mnie. Kazała psom zostać na miejscu i poklepała je po łbach powtarzając „dobry piesek, dobry piesek”. Okazywała im dużo ciepła, ale potrafiła też być wobec nich stanowcza; pewnie dlatego nie przeszkodziły jej w ucieczce ze „Szkoły”.

Max skierowała się na północ, przyspieszając kroku.

Żeby nie stracić jej z oczu, musiałam nieomal biec. Wąska droga ginęła pośród drzew. Kiedy pozostawiałyśmy za sobą jedną gęstą kępę, natychmiast wyrastała przed nami następna, całkowicie zasłaniająca widok.

Ściana jodeł przechodziła w zagajnik brzozowy, który z kolei ustępował miejsca gajowi pełnemu osik błyszczących niczym zasłona ze szklanych paciorków. Łomotanie mojego serca zagłuszało tupot nóg. Nagle znalazłyśmy się na rozległej, skąpanej w słońcu polanie.

Przed nami rozciągał się dworek myśliwski, a może ośrodek wypoczynkowy z przełomu wieków. W kamiennej fasadzie było mnóstwo okien. Przed wejściem wznosiły się białe kolumny. Patyna obficie pokrywała stary dach.

Spojrzałam na Max. Jej źrenice wyglądały jak dwa ledwo widoczne punkciki. Przypomniałam sobie, że ptaki zwężają źrenice, kiedy czują się zagrożone.

– Co to za budynek? – spytałam.

– To Centralne Laboratorium Sztucznie Wywoływanych Mutacji – wyjaśniła. – Szkoła Badań Genetycznych. Ja tu mieszkam.

ROZDZIAŁ 77

W dziwnym, niesamowitym dworku, w którym Max mieszkała i Bóg wie, co z nią robiono, panowała grobowa cisza.

Nigdzie nie widać było strażników, samochodów ani ciężarówek. Wyglądało na to, że nic nam nie grozi.

– Tu jest za cicho. Zdecydowanie za cicho – powiedziała szeptem Max. – Gdzieś powinni się kręcić strażnicy. Ale gdyby tu byli, zobaczyłybyśmy ich z daleka.

– Jak myślisz, co się stało, Max?

– Nie wiem. Nigdy nie było tu tak pusto.

Podkradłyśmy się z Max brzegiem polany do dworku. Następnie szybko podbiegłyśmy do ściany i chyłkiem podeszłyśmy do dębowych drzwi od wschodniej strony budynku. Za oknami nie dostrzegłyśmy nikogo. Wyglądało na to, że dom jest pusty.

Poczułam się nieco pewniej. Odetchnęłam głęboko, po czym chwyciłam metalową klamkę. Drzwi otworzyły się. Weszłyśmy z Max do dziwacznego budynku i ciężkie wrota zamknęły się za nami.

Uderzył nas odór zgnilizny, tak odrażający, że aż ogarnęły mnie mdłości.

– Coś umarło – powiedziała Max.

Miała rację. Nie ulegało wątpliwości, że gdzieś tu znajdowały się jakieś zwłoki. Coś rozkładało się wewnątrz budynku i wypełniało powietrze silnym, drażniącym smrodem. Zasłoniłyśmy dłońmi nosy i usta, i ruszyłyśmy w głąb budynku.

– Pewnie wentylator się zepsuł – powiedziała Max. Nie wydawała się zbytnio przejęta trupim odorem.

Rozejrzałam się po pomieszczeniu, szukając kamer. Wiedziałam, że muszą gdzieś tu być, ale nie mogłam ich wypatrzyć. Czy ktoś obserwował nas w tej chwili?

Domyślałam się, że małe pomieszczenie, w którym się znalazłyśmy, wykorzystywane było do odkażania. Przy drzwiach stał duży pojemnik na śmieci, wypełniony jasnożółtymi fartuchami. Na hakach wisiały kitle. Stąd wniosek, że pracowali tu ludzie nauki, jeśli w ogóle zasługiwali na to miano. Lekarze. Naukowcy. W tym pomieszczeniu prowadzili swoje nielegalne eksperymenty.

Pod ścianą stała otwarta metalowa szafa wypełniona czystymi kitlami, a obok znajdowały się półki, na których spoczywały buty na gumowych podeszwach. Szafki na ubrania były puste.

Dobry Boże, gdzie ja trafiłam? Co to za miejsce?

Max wskazała drzwi, wiodące do kolejnego pomieszczenia, i przywołała mnie skinieniem ręki. Ten budynek przywodził mi na myśl obozy zagłady. Tu usypiano ludzi. Tu prowadzono na nich eksperymenty.

Ruszyłyśmy w głąb szerokiego korytarza. Max w swoich baletkach bezszelestnie stąpała po podłodze, ale moje buty głośno skrzypiały. Z zawieszonej pod sufitem długiej świetlówki sączyło się migocące światło, rozjaśniające szeroki korytarz z mnóstwem odgałęzień, wyłożony beżowo-niebieskim linoleum.

Znalazłyśmy się w pomieszczeniu na pierwszy rzut oka przypominającym warsztat.

– Max? Co to jest?

– A, to biura. Tu zajmowano się interesami. Nic ważnego. Nudziarstwo.

– Jakimi interesami?

Wzruszyła ramionami.

– No, takimi nudnymi. Po prostu interesami.

Wszelkie stare elementy wystroju, które kiedyś znajdowały się w tej części budynku, zostały dawno temu usunięte. Nie było już ani drewnianych boazerii, ani kominka, ani ząbkowanych karniszy. Ich miejsce zajęły meble charakterystyczne dla biur. Na matowych szarych stolikach tkwiły komputery. Moją uwagę przykuł dzbanek do kawy, stojący na szafce. Był pęknięty, a na dnie utworzyła się warstwa gęstej czarnej mazi.

Podniosłam kubek z jednego z biurek. Widniał na nim napis KAWA DLA O.B.: Niebieski krąg pleśni wskazywał na to, że kubek stoi tu już co najmniej od kilku dni. Gdzie jest O.B.? Kim jest O.B.?

I skąd wydobywał się ten smród? Co się stało w tej tak zwanej „Szkole”? Jakie interesy były tu prowadzone?

Spojrzałam na Max, ale ona już ruszyła dalej. Była w swoim domu. Najwyraźniej wszystko to, co na mnie robiło wstrząsające wrażenie, jej wydawało się całkowicie normalne. W zalegającej wnętrze budynku ciszy mój oddech strasznie głośno świszczał. Zaczęłam nasłuchiwać. Miałam przeczucie, że gdy tylko się odwrócę, ktoś wyskoczy z zamkniętego pokoju i rzuci się na mnie. Ale nic takiego się nie stało.

Max otworzyła kolejne drzwi. Rozległ się cichy trzask. Czyżby ktoś nas fotografował? Serce wciąż waliło w mojej piersi jak młotem. Byłam coraz bardziej zmęczona i świat rozmywał mi się przed oczami. Gdzie był Kit? Czy nic mu się nie stało?

– Tutaj pracuję – oznajmiła Max. – Zwykle roi się tu od lekarzy.

ROZDZIAŁ 78

Weszłyśmy do przestronnego pomieszczenia, które miało chyba z osiemnaście metrów długości i dziewięć szerokości. Obiegłam spojrzeniem wnętrze. Było to standardowe laboratorium, ale wyposażone w najnowocześniejszy, bardzo drogi sprzęt. Kto to wszystko ufundował? Kto finansował całe przedsięwzięcie?

Znajdowało się tu kilkanaście stanowisk pracy, o jakich większość naukowców może tylko marzyć. Na stołach walały się szkiełka. Półki zastawione były nowoczesnymi mikroskopami.

Zauważyłam superczułą wagę i kilka areometrów. W laboratorium znajdowały się również laserowe spektrografy, zbiorniki, w których hodowano kultury bakterii, ultrawirówki. Nie skąpiono tu pieniędzy na sprzęt.

W głosie Max zabrzmiała duma.

– To moje stanowisko, Frannie. Chodź, zobacz. Nauczono mnie, że powinnam stać się użyteczna dla innych i byłam. Dobrze pracowałam.

– Nie wątpię, kochanie.

Max z dumą usiadła na wysokim metalowym stołku. Jej własne stanowisko pracy. Włączyła światło. Na biurku stała mała tabliczka z napisem: TINKERBELL ŻYJE.

Następnie Max pokazała mi, w jaki sposób za pomocą szklanej pipety przenosiła krople roztworu DNA z tacy z małymi otworami na płytki z pożywką.

– W tym naczyniu izolujemy chromosomy – wyjaśniła.

Nie rozpoznałam chromowanego urządzenia, które wskazała, ale był to nowy model. Zanim zdążyłam zadać kolejne pytania, Max zeskoczyła ze stołka.

– Chodźmy – powiedziała. – Jest jeszcze wiele do oglądania.

Ruszyłam za nią.

– Już idę.

– Wiem. Mam bardzo czuły słuch.

– Zauważyłam. Kim jest Tinkerbell?

Max spojrzała na mnie ponurym wzrokiem.

– Właściwie nikim. Ona już nie żyje.

Tinkerbell, myślałam sobie. Czyżby to tak nazywano Max w „Szkole”? Pewnie nie podobał jej się ten przydomek. Zapewne ci tak zwani naukowcy posługiwali się nim w czasie badań laboratoryjnych.

Przeszłyśmy przez mniejsze pomieszczenie pełne stalowych zbiorników kriogenicznych. Co oni tu zamrażali, u licha? W kolejnym, jeszcze mniejszym pomieszczeniu, znajdowało się kilka urządzeń do badania krwi.

Nie, ludziom, którzy tu pracowali, nie wystarczał wysłużony uniwersytecki sprzęt. Ktoś szczodrze finansował ich działalność. Któż to mógł być? Skąd zainteresowanie pracą tych naukowców?

– Myszy – wyjaśniła Max, wskazując drzwi do sąsiedniego pomieszczenia. – To sala Myszki Miki. Obrzydlistwo. Zatkaj nos, Frannie. Ja nie żartuję. Ostrzegam cię.

Odór śmierci zdawał się wydobywać właśnie z tego pomieszczenia. Wstrzymałam oddech, ale to niewiele pomogło. Bałam się, że zaraz zwymiotuję. Z trudem powstrzymałam mdłości.

Zajrzałam przez oszklone drzwi do środka i spostrzegłam niezliczone metalowe szafki, po dwanaście półek w każdej. Jak okiem sięgnąć, widać było klatki, tysiące klatek wyściełanych cedrowymi wiórkami, w których leżały skulone myszy.

Sala Myszki Miki wyglądała jak pokój z najstraszniejszego horroru; w życiu nie widziałam nic bardziej przerażającego. Nic nie mogło się z tym równać. Max poczerwieniała na twarzy. Wydawało się, że zupełnie o mnie zapomniała. Mówiła do siebie, powtarzając jakieś niezrozumiałe frazy.

Udało mi się wychwycić tylko słowa „maleństwa” i „uśpione”.

Weszłyśmy do środka. Od razu uświadomiłam sobie, że myszy nie były zwyczajnymi zwierzętami laboratoryjnymi. Z ich ciał, w najbardziej niespodziewanych miejscach, wyrastały dziwne guzy. Niektóre ze zwierząt miały dodatkowe kończyny i zostały dziwnie oznakowane.

Pod względem genetycznym myszy są tak podobne do ludzi, że to aż przerażające. Ich genotyp w osiemdziesięciu pięciu procentach niczym nie różni się od ludzkiego. Dlatego właśnie można je zarażać ludzkimi przypadłościami: rakiem, chorobami serca, dystrofią mięśniową – a z ich reakcji wnioskować, jak najlepiej leczyć te choroby u ludzi.

Kocham zwierzęta, ale z drugiej strony wiele zyskałam dzięki badaniom na nich prowadzonym. Mogłabym z równym zapałem stanąć po stronie zwolenników, jak i przeciwników eksperymentów na zwierzętach. Jednak nie potrafię znaleźć w sobie zrozumienia dla okrucieństwa. Bez względu na przesłanki, jakimi kieruje się naukowiec, jest odpowiedzialny za los swoich zwierząt.

Zaczęłam zdejmować klatki jedną po drugiej, potrząsając nimi.

– Nie ma w nich pokarmu. Wszystkie zwierzęta zdechły z głodu – szepnęłam.

– Zostały uśpione – powiedziała Max. Jej oczy zaszkliły się łzami.

To był niezapomniany widok – piękna mała dziewczynka opłakująca los martwych myszy.

ROZDZIAŁ 79

Max nie lubiła płakać, nie lubiła okazywać słabości. Nie chciała zdradzić się przed Frannie z tym, że zaczynała odchodzić od zmysłów ze strachu, przerażały ją własne myśli, a w jej duszy rozgorzał dziki gniew. Nikt nie powinien mieć prawa robić takich rzeczy.

Jej zmysły w tej chwili były niezwykle wyostrzone. Wzrok, słuch, węch, dotyk. Tak samo jak wówczas, gdy uciekała ze „Szkoły”. Wcześniej nie wiedziała, że posiada tak wspaniały dar.

W powietrzu unosiły się zapachy przypalonej kawy, rozmaitych związków chemicznych, nagrzanego metalu oraz dolatujący z bliskiej odległości odór rozkładającego się ciała.

To wszystko ją przerażało. Jak Harding Thomas i reszta tych kretynów mogli coś takiego zrobić? Czy to dlatego, że ona uciekła? Czy przez nią zginęły te wszystkie stworzenia? Och, proszę, niech się okaże, że to nie stało się przeze mnie.

Krótsza wskazówka zegara wiszącego nad zbiornikami kriogenicznymi stała w miejscu, jakby czas też umarł.

Max szła dalej. Kiedy znalazła się w dobrze jej znanym Głównym Biurze Nadzoru, opadły ją wspomnienia. Przed oczami Max stanął wujek Thomas, głaszczący ją swoją ogromną dłonią po głowie. Często powtarzał, że jest „w głębi duszy naukowcem”. Kochał swoją małą Tinkerbell, a przynajmniej tak mówił. Była taką mądrą dziewczynką. Kochana mała Tink.

Kłamca! – pomyślała. Morderca. Drań – niższa forma życia od ameby.

Miała ochotę skulić się w kłębek i popłakać sobie. Gdzie byli wszyscy, wujek Thomas i cała reszta? Czy ukrywali się przed nią? Czy ją obserwowali? Bardzo lubili obserwować kogoś, aby nagle wyskoczyć znikąd i złapać delikwenta w najmniej spodziewanym momencie.

W „Szkole” panował rygor, tak jak w szkołach wojskowych, przynajmniej takich, jakie pokazywano w filmach. Każdy dzień był rozplanowany co do minuty. Max uczyła się, pracowała, robiła testy, ćwiczyła albo oglądała telewizję. Nigdy nie darzono jej miłością, nie dodawano otuchy, nie nagradzano wysiłków. Była tylko jednym z okazów, tyle że miała dość oleju w głowie, by stać się użyteczna. I wiedzieć w głębi ducha, że jest czymś więcej niż tylko okazem.

Za Głównym Biurem Nadzoru korytarz rozgałęział się w dwie strony. Max odruchowo skręciła w prawo. Znała drogę, znała ten budynek jak własną kieszeń. Trafiłaby wszędzie nawet z zawiązanymi oczami.

Dwadzieścia kroków, dziesięć, pięć. Zaczynamy odliczanie.

Aż wreszcie stanęła przed ciężkimi metalowymi drzwiami z napisem ŻŁOBEK.

Dosłyszała za sobą jakiś dźwięk i wstrzymała oddech. Jej umysł pracował na przyspieszonych obrotach. Tak, to bez wątpienia kroki. Ktoś nadbiegał! I to szybko! Więcej niż jedna osoba.

Max zwróciła się do Frannie. W jej oczach błysnął strach. Była przygotowana na najgorsze. I nagle parsknęła śmiechem. To tylko Kit i Pip. Co za ulga. Znów mogła spokojnie odetchnąć. Jak to dobrze, że razem stawią czoło temu, co może ich wkrótce spotkać.

– W końcu jakoś dostaliśmy się do środka – wydyszał Kit.

Max nie wiedziała, co myśleć. W tej chwili jednak nie miało to znaczenia.

– Kit, Frannie – powiedziała – a teraz patrzcie. To ważne. Proszę. Oto, dlaczego tu wróciłam.

Max otworzyła drzwi „Żłobka” i krzyknęła.

ROZDZIAŁ 80

Odskoczyłam do tyłu.

Kiedy zobaczyłam, co znajdowało się za drzwiami, i ja chciałam krzyczeć, a zarazem, choć może dziwnie to zabrzmi, dziękować Bogu.

W klatkach, pod brudnymi kocami leżało czworo dzieci. Wszystkie żyły i wszystkie miały skrzydła.

– Peter, Ikar, Wendy! – pisnęła Max i rzuciła się do klatek. – Oz!

– Och, Peter, biedaku. Wendy! – krzyknęła otwierając klatkę, w której było dwoje maluchów. Peter i Wendy, wtuleni w siebie, siedzieli w kącie, mrużąc oczy przed światłem.

– Chodźcie do mnie – powiedziała Max łagodnym tonem. – Chodźcie do Max. – Głosiki dzieci były ciche, ale pełne miłości; przypominały nieco ptasie trele.

Max otworzyła następną klatkę. W drzwiach pojawił się mały chłopiec i po chwili wygramolił się ze swojego więzienia.

– Ikar! – krzyknęła Max. – Sprowadziłam pomoc.

– Gdzie Matthew? – spytał chłopiec.

– Nie wiem. Na razie nie mówmy o tym. Jak się czujesz? Wszystko w porządku?

– Jestem zdrów jak stado krów – powiedział Ikar i uśmiechnął się. Niesamowite.

Maleństwa jak na komendę przypadły do Max i uczepiły się jej. Wyszeptały słowa powitania, wydały z siebie przenikliwe, wysokie okrzyki. A potem, wszystkie dzieci-ptaki razem rozpłakały się ze szczęścia.

Kiedy pomagałam Max uwolnić dzieci z klatek, przechodziły mnie dreszcze. Te maleństwa były tak piękne, tak rozkoszne. Czułam się, jakbym odnalazła bezcenny skarb w najmniej oczekiwanym miejscu. Każde z dzieci było cudem.

Uspokoiłam roztrzęsione nerwy na tyle, by obejrzeć dzieci okiem lekarza; były niedożywione i odwodnione, ale nic ponadto. Gdybyśmy znaleźli je nieco później, mogło być z nimi o wiele gorzej. Podbiegłam do umywalki i dałam im wody. Zamknięto je tu, by umarły z wycieńczenia, jak myszy w laboratorium. Czworo pięknych małych dzieci, skazanych na śmierć.

Moje oczy spoczęły na chłopcu, który wyglądał na siedem lat. Był szeroki w ramionach i miał jasnobrązowe skrzydła, a jego szyję i barki porastały niewykształcone pióra, zlewające się z opadającymi na kark kasztanowymi włosami.

Skóra chłopca była wilgotna, jego twarz posiniała od płaczu, ale w wielkich okrągłych oczach nie dało się zauważyć strachu.

– Jestem Ozymandias – powiedział, unosząc hardo podbródek. – Coś ty za jedna? Jesteś naukowcem? Parszywym łapiduchem?

– Mam na imię Frannie – odparłam – a to mój przyjaciel Kit. Przyszliśmy tu z Max.

– To moi przyjaciele, Oz – wyjaśniła Max – choć może trudno w to uwierzyć.

– Cześć, Oz. Ozymandiasie. – Kit wyciągnął rękę do chłopca, który uścisnął ją po chwili wahania.

Max wypchnęła z szeregu małą dziewczynkę. Była rumianym cherubinkiem w wieku około czterech lat, o czarnych, równo przyciętych włosach i oczach w kształcie migdałów. Miała na sobie sukienkę bez rękawów, taką samą, jaką nosiła Max, gdy ujrzałam ją po raz pierwszy. Mała dziewczynka wyciągnęła do mnie białe skrzydła, z niebieskimi końcami. Cudo.

Jej pióra zaszeleściły niczym taftowa spódniczka baletnicy podczas piruetu.

– Mama? – powiedziała dziewczynka tak, że serce mało mi nie pękło.

– Tak nazywa wszystkie kobiety – wyjaśniła Max. – Nigdy nie miała matki. Jak my wszyscy.

Serce mi się krajało, kiedy patrzyłam na tego małego aniołka. Moje oczy znów napełniły się łzami. Nigdy nie będę w stanie ująć w słowa tego, co czułam w tej chwili.

– Ma na imię Wendy. Wendy, to jest Frannie – przedstawiła nas sobie Max.

– Powinnaś zobaczyć mojego brata! – powiedziała nagle Wendy cichym, piskliwym głosem i wskazała Petera, który był niemal idealną jej kopią.

Jeden z chłopców, mniej więcej w wieku Max, trzymał się na uboczu. Miał jasne włosy, okalające twarz i opadające na ramiona. Był szczupły, wysoki.

Uprzytomniłam sobie, że choć wszystkie te dzieci mają skrzydła, to wieloma cechami różnią się między sobą. Co to mogło oznaczać? Na pewno coś ważnego, ale na razie nie miałam pojęcia, co.

Wyciągnęłam rękę do chłopca, ale syknął, kiedy go dotknęłam. Nic dziwnego, że się mnie bał. Jak mógł komukolwiek zaufać? Jak którekolwiek z tych dzieci mogło nam zaufać?

Dopiero po usilnych namowach Max Ikar pozwolił, bym się do niego zbliżyła.

– Nigdy nie zrobiłabym ci krzywdy – zapewniłam go.

– Już nieraz to słyszałem – odparł. – Wszyscy oni tak mówią. Kłamcy!

Ikar odgarnął z twarzy swoje jasne włosy i wtedy zobaczyłam, że jego tęczówki są martwe. Spojrzałam na Max, a ona powiedziała mi to, czego już się domyśliłam.

– Ikar jest niewidomy.

– Taa, jestem tak jakby niedorobiony – powiedział chłopiec. – Jak my wszyscy.

ROZDZIAŁ 81

Kit zostawił Frannie i Max z dziećmi, a sam wyruszył zwiedzać budynek. Musiał dowiedzieć się jak najwięcej na temat tego, co tu się odbywało. Wszedł do jakiegoś gabinetu. Bez wątpienia pracował tu jakiś ważniak. W oczy rzucała się tabliczka z napisem: NICZEGO NIE BIERZ ZA DOBRĄ MONETĘ. KWESTIONUJ WSZYSTKO.

– Sam na to wpadłem – mruknął pod nosem Kit.

Kit bał się o dzieci i Frannie. Strach z każdą chwilą się potęgował. Kit czuł się tak, jakby zobowiązał się opiekować cudzymi dziećmi i zapewnić im bezpieczeństwo. Traktował tę odpowiedzialność bardzo poważnie, i to było główną przyczyną jego lęku.

Rozejrzał się po gabinecie. Nie było tu żadnych zdjęć ani pamiątek. Nic o charakterze osobistym.

Kto tu urzędował? Musiał to być człowiek wysoko postawiony. Gabinet, z oknem wychodzącym na laboratorium, miał około sześciu metrów długości i sześciu szerokości. Podłogę przykrywał puszysty, srebrzystoszary dywan. Stało tu dębowe biurko, a nad nim na ścianie wisiała tablica z płyty korkowej.

Przyczepione do niej kartki papieru przykuły uwagę Kita. Miał przed sobą niezwykłą kolekcję wykonanych tuszem rysunków przedstawiających coś, co wyglądało jak projekty usprawnień ludzkich części ciała i organów. Ten, kto to narysował, jest bardzo dobrym artystą, pomyślał Kit i wzdrygnął się. Przeszedł go zimny dreszcz. Ten, kto wykonał te rysunki – chce być Bogiem.

Wziął do ręki kopertę. W środku znajdowały się rysunki oczu o różnych kształtach, przedstawionych w przekroju poprzecznym i podłużnym.

Da Vinci byłby z tego dumny, myślał Kit.

Kolejne rysunki wyobrażały nogę w różnych pozycjach; niektóre wymagały takiej giętkości, że zdawało się to przekraczać ludzkie możliwości. Na następnej kartce widniała ręka z rozłożonymi palcami. Na nią naklejona była folia, na której naszkicowano nową kończynę.

Nowa ręka? Ulepszona? Czy to właśnie widzę?

Na szkicu mięśnie były dłuższe, a palce miały bardziej opływowe kształty. Wyglądało to jak zmodyfikowana wersja obecnie stosowanego urządzenia. Kit musiał z niechęcią przyznać, że to naprawdę fascynujące.

Zupełnie jakby jakiś wielce utalentowany projektant części ciała pracował nad modelami na przyszły sezon.

Te szkice tak zaabsorbowały Kita, że niewiele brakowało, by nie zauważył pęku kluczyków wiszącego na metalowej pluskiewce. Przez cały czas miał je przed sobą. Pochwycił je tak gwałtownie, że o mało nie zerwał płyty ze ściany. Kluczyki oznakowane były małymi, starannie wykaligrafowanymi literkami.

Pierwszy z nich otwierał szufladę biurka. Kit szarpnął ją tak mocno, że wypadła na podłogę, a jej zawartość rozsypała się na wszystkie strony.

Jak się okazało, były tam spinacze, monety, znaczki i długopisy – to, co znaleźć można w każdym biurku. Pośród nich leżał składany scyzoryk. Kit schował go do kieszeni. Mógł się przydać.

Drugi z kluczy pasował do zamka w drzwiach długiej szarej metalowej szafki stojącej obok biurka. W środku stały litrowe butelki, na pierwszy rzut oka szczelnie pozamykane.

Wziął pierwszą z nich oznakowaną napisem: WIEKI i obejrzał ją pod światło.

W ciemnym płynie unosiło się kilkanaście embrionów nie większych od kulek.

Kit przez chwilę obawiał się, że nie wytrzyma nerwowo. Tu, w schludnym gabinecie jakiegoś ważniaka. Odwrócił się i odetchnął ciężko. Uspokoiwszy się nieco, powtórnie obejrzał embriony.

Ludzkie, pomyślał. Małe martwe dzieci w szafce? A niech ich szlag!

Zmusił się, by obejrzeć dokładnie główki i miniaturowe palce embrionów, kołyszące się w płynie. Żołądek podszedł mu do gardła.

Kit wyciągnął z szafki następny słój, trzymając go ostrożnie w dwu rękach. Ten oznakowany był napisem: WIEK2. Zawierał embriony, niemal identyczne jak w poprzednim pojemniku. WIEK3 i WIEK4 niczym nie różniły się od dwóch poprzednich słojów.

Szafka wypełniona była po brzegi pojemnikami zawierającymi embriony tak do siebie podobne, że Kit nie potrafił ich rozróżnić.

Wziął do ręki trzeci klucz i włożył go do zamka szafki stojącej po lewej stronie biurka. Rozległ się cichy trzask i Kit wysunął górną szufladę.

W środku znajdowały się alfabetycznie poukładane dokumenty: korespondencja wewnątrzbiurowa, brudnopis pracy bez tytułu.

Druga szuflada zawierała pisma medyczne z lat osiemdziesiątych oraz wycinki ze „Spiegla” i jeden z londyńskiego „Timesa”.

W głębi dolnej szuflady Kit znalazł notatniki wypełnione różnymi wzorami i danymi, opisanymi naukowym żargonem. To wszystko było irytująco niezrozumiałe, ale na pierwszy rzut oka wydawało się ważne. Kit postanowił wziąć ze sobą kilka mniejszych notatników.

Przeglądając dokumenty, Kit nagle poczuł się nieswojo. Tu było za cicho. Dlaczego laboratorium zostało opuszczone? Porzucone? Czemu pozostawiono tu dzieci-ptaki?

Embriony w butlach nie żyły już od dłuższego czasu. Niektóre z rysunków upstrzone były odchodami much. We wszystkich rękopisach roiło się od przypisów, znaczków i skreśleń, jakby ich autorzy zaczynali pracę nad nimi, przerywali ją, zaczynali od nowa, po czym rezygnowali.

A jak to wszystko wiązało się z Max i czwórką innych dzieci? Tych, które pozostawiono na pastwę losu w klatkach, zagłodzone i leżące we własnych odchodach? Tych, które prawdopodobnie miały zostać uśpione?

Kit usłyszał za sobą jakiś dźwięk i odwrócił się. To była tylko Frannie. Chciał od razu powiedzieć jej wszystko.

– Chodź i rzuć okiem na to, co znalazłem. Powiedz, co o tym sądzisz.

ROZDZIAŁ 82

– Arogancja tych ludzi jest absolutnie zdumiewająca. To przekracza ludzkie pojęcie – rzuciłam ze złością. Łapczywie oglądałam rysunki porozwieszane na ścianach.

Kit wyrzucił na podłogę dokumenty z pudła. Podniósł kilka przewiązanych sznurkiem plików, by podzielić się ze mną swoim odkryciem.

– To pudło jest pełne rysunków i szkiców skrzydeł. Wszelkiego rodzaju. Tu powstawały projekty. Niesamowite, co?

– To są raczej nowe wersje niż projekty – powiedziałam, przeglądając rysunki. – Człowiek, który to projektował, bawi się w Boga.

– To ta grupa z Bostonu i Cambridge, wygnańcy z M.I.T. Uznają tylko zasady, które sami ustalili. Zawsze tak robili. Anthony Peyser wierzy, że stoi ponad nami wszystkimi i ponad prawem. Spójrz na to.

Pokazał mi kilka pism do pracowników. U dołu każdego z nich widniały odręcznie wypisane inicjały A.P… Anthony Peyser.

Zaczęłam się usilnie zastanawiać, czy którykolwiek z moich znajomych mógł być owym doktorem Peyserem. Nikt nie pasował do tej roli, a zetknęłam się z większością lekarzy i naukowców pracujących w tej okolicy. David znał ich wszystkich. Gdzie Peyser mógł się ukrywać? Czy to jego gabinet? Czy on był tym tajemniczym projektantem?

Kit usiadł przy komputerze. Wystukał coś na klawiaturze i na ekranie monitora pojawił się katalog.

– Uruchomiłem kilka losowo wybranych plików. Komputer ani razu nie zażądał wpisania hasła. Zupełnie jakby ktoś zostawił szeroko otwarte drzwi. Dlaczego? Klucze do szuflad wisiały na tablicy ogłoszeń i… dlaczego?

– Nie pytaj mnie. Sama tego nie pojmuję. Jeszcze.

Spojrzałam na stos notatników leżących na podłodze. Człowiek, który sporządził te notatki, doskonale posługiwał się cienkopisem. Rysunki wykonane były z dbałością o anatomiczne szczegóły, ale dało się w nich wyczuć rękę artysty. Czy doktor Anthony Peyser pracował w tym gabinecie? Takie miałam wrażenie. A.P. tu był.

Wzięłam do ręki jeden z rysunków ułożonych na stosie przede mną. Przedstawiał on małego chłopca, niemowlę, z sercem wyrastającym poza klatkę piersiową, sercem wręcz olbrzymim. Obejrzałam uważnie ten szkic. Dobitnie pokazywał, dlaczego korzyści z inżynierii tkankowej wciąż pozostawały problematyczne. Nikt nie wiedział, w jaki sposób kontrolować wzrost komórek.

Ale nawet gdyby ten poważny problem został rozwiązany, to od wykształcania organów ludzkich u zwierząt laboratoryjnych do wyposażania dzieci w skrzydła była daleka droga. A w przypadku Max nie chodziło tylko o to, że miała skrzydła. Cały jej układ sercowo-płucny był ptasiego pochodzenia, co zdawało się wskazywać, że wszystko w niej zostało od początku do końca zaprojektowane.

Myśli przemykały mi przez głowę z prędkością miliona kilometrów na godzinę. Czułam, że jeszcze chwila, a kompletnie postradam zmysły. Cały świat został wywrócony do góry nogami. Ktoś usiłował zanegować wszystko, w co nauczyliśmy się wierzyć i co zaakceptowaliśmy.

Niczego nie bierz za dobrą monetę. Kwestionuj wszystko. Do tego to się sprowadzało. Ewolucja miała przebiegać po myśli człowieka.

Rozważałam bulwersujące możliwości, których wcześniej nawet nie śmiałam sobie wyobrazić. Jedno skrzydlate dziecko mogło powstać w wyniku pomyłki natury, ale teraz, kiedy zobaczyłam pozostałe cztery, musiałam przyjąć do wiadomości, że podejmowane są świadome próby stworzenia nowej istoty. I, z pomocą Boga albo wbrew Niemu, komuś się to udało. Ktoś wziął na siebie rolę Boga.

Co ci ludzie stworzyli?

ROZDZIAŁ 83

Kit zawzięcie pracował przy komputerze. Jak wielu młodszych wiekiem agentów FBI, znał się na tym co nieco. Nawet lubił komputery i potrafił sobie z nimi poradzić. Znalazł i uruchomił netscape. W miejscu na adres internetowy wpisał: about:global.

Na ekranie pojawiła się lista wszystkich stron, które użytkownik komputera odwiedził w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Kit szybko ją przejrzał. Podobne czynności wykonywał w czasie śledztwa, które prowadził przed wyjazdem z Bostonu.

Jego uwagę zwrócił adres: www.ncbi.nbm.n.h.gov. Krył się pod nim Genebank, prowadzony przez rząd rejestr wszystkich poznanych sekwencji genów.

Odszukał wszystkie najważniejsze słowa zaznaczone na czerwono; nimi właśnie zainteresował się poprzedni użytkownik. Takich terminów było kilka. Kit najpierw sprawdził „taksonomię”. Potem kliknął myszą na słowo „drzewo”. Następnie w miejscu przeznaczonym na termin, którego komputer ma szukać w sieci, wpisał łacińską nazwę rodziny ptaków: Aves.

Ktoś zaglądał pod: Apopidae (jerzyki), Laridae (mewy), Columbidae (gołębie) oraz Hirundinidae (jaskółki).

Krąg poszukiwań zawężał się coraz bardziej.

Kit wrócił do listy about:global. Następnie wszedł na stronę Laboratorium w Cold Spring Harbor. Rzucił okiem na kilka artykułów, po czym zajrzał pod: Publikacje DSHL – Badania Genomu.

Wszedł do numeru z września 1997 roku i znów poczuł się zbity z tropu. Poprzedni użytkownik okazał zainteresowanie pracą pod tytułem: Belgijskie i piemonckie bydło o podwójnych mięśniach.

Bydło? Przestał pisać i zamyślił się nad dziwacznym artykułem.

– Frannie. Chodź tu na chwilę – powiedział, nie odrywając oczu od ekranu.

Pokazał jej wszystko, co robił do tej pory, a potem wrócił do ostatniego artykułu.

– O co chodzi z tym bydłem? Dlaczego ktoś stąd miałby być tym zainteresowany? Rozumiesz coś?

– Trochę – odparła Frannie. Doczytała artykuł do końca i powtórnie przestudiowała najważniejsze fragmenty. Zastanowiła się nad tym, co właśnie sobie przyswoiła. – A niech mnie… – wykrztusiła wreszcie. – Chyba już wiem. W każdym razie mam szaloną teorię. Chcesz jej wysłuchać?

Kit skinął głową.

– W tym artykule jest mowa o zmutowanym krowim genie. Komuś udało się wytworzyć podwójne mięśnie piersiowe u krów. A teraz wyjaśnię ci moją teorię. Otóż wydaje mi się, że w ten sam sposób można było rozbudować mięśnie piersiowe Max na tyle, by utrzymywały jej ciężar, a zarazem skrzydła. Mamy przed sobą częściową odpowiedź na pytanie, w jaki sposób ją stworzono.

ROZDZIAŁ 84

Przez kilka minut przeglądaliśmy z Kitem pliki w komputerze, ale nie znaleźliśmy już nic interesującego. Ruszyliśmy więc w dalszą wędrówkę po „Szkole”. Ci aroganccy, całkowicie amoralni ludzie, których tu zatrudniono, w żywe oczy drwili ze wszystkiego, co dla mnie było święte. Marzyłam o tym, by stanąć oko w oko z jednym z nich i udusić go gołymi rękami.

Stanęliśmy przed zamkniętymi drzwiami oznakowanymi złowieszczo wyglądającą metalową tabliczką z napisem: TYLKO DLA AUTORYZOWANEGO PERSONELU. Kit bez wahania wyważył je silnym kopnięciem.

– Wstęp wolny – mruknął.

Natychmiast rozległo się wycie alarmów, dobiegające ze wszystkich stron. Weszliśmy do środka. Ohydny smród ludzkich fekaliów owionął nas niczym cuchnąca chmura. Ciemności zalegające pomieszczenie rozpraszał blask bijący od jarzących się linii pełznących przez niewidoczne ekrany monitorów.

Wymacałam włącznik światła i salę zalała jasna poświata.

Pracując ze zwierzętami zetknęłam się z wieloma przypadkami ludzkiego okrucieństwa i zaniedbania. Ale to, co ujrzałam w tej chwili, było nieporównanie bardziej przerażające.

Znajdowaliśmy się w sali przywodzącej na myśl oddział intensywnej terapii dziecięcej. Stało tu mnóstwo nowoczesnej aparatury do podtrzymywania życia, a także kilkanaście małych łóżek. Wszystkie urządzenia były bardzo kosztowne.

Powoli potrząsnęłam głową. To chyba jakiś koszmar. Starałam się powstrzymać łzy, ale przychodziło mi to z trudem. Spojrzałam na Kita. Był blady jak ściana.

W łóżeczkach leżały martwe i umierające dzieci. Gdziekolwiek spojrzeć, leżały ofiary szwankujących układów: krwionośnego, oddechowego bądź moczowego. Donośny pisk dobywający się z elektronicznych urządzeń miał sygnalizować personelowi medycznemu wszelkie problemy, a tych było co niemiara; puste kroplówki, wyłączone wentylatory i aparaty do dializy. Małych pacjentów pokrywały skrzepnięte wymiociny i odchody.

Wreszcie zaczęłam krzyczeć. Nie mogłam przestać. Kit przygarnął mnie do siebie. Wzięłam kilka głębokich oddechów, by odzyskać panowanie nad sobą.

– Musimy coś dla nich zrobić – szepnęłam. – Nie możemy ich tak zostawić. Nie mogę.

– Wiem, wiem – odparł. – Zrobimy, co się da, Frannie.

Ściany pokoju pomalowane były na jasnożółty kolor, a pod sufitem biegł szlak przedstawiający cudaczne postacie z filmów rysunkowych. Wesołe obrazki sprawiały, że sala robiła jeszcze bardziej przygnębiające wrażenie. Na tablicy wiszącej obok lodówki wisiały wykonane kredkami rysunki, a do ścian poprzyczepiano nalepki z uśmiechniętymi buziami. To mnie dobiło. Po prostu dobiło. Zmusiłam się, by zajrzeć do pierwszego łóżeczka. Moim oczom ukazała się wymachująca rączkami mała, najwyżej kilkumiesięczna dziewczynka, pozbawiona twarzy.

Z brzuszka dziewczynki wychodziła sonda do karmienia, ale połączony z nią zbiornik był pusty. Delikatnie położyłam dłoń na główce dziecka. Zielona linia na monitorze kontrolującym pracę serca podskoczyła.

Dziewczynka była świadoma mojej obecności.

– Cześć, dziecinko – wyszeptałam. – Cześć, słodziutka.

Otworzyłam lodówkę, a następnie szafkę. Znalazłam bandaże, rurki i strzykawki, ale nigdzie nie było jedzenia.

Zdesperowana, podbiegłam do drugiego łóżeczka. Leżący tam nie żył, a jego ciało ulegało rozkładowi. Miał głowę wielkości piłki do siatkówki i mięśnie dziecka cztero – czy nawet pięcioletniego.

– Biedactwo.

Wyciągnęłam wtyczkę z monitora, wyszarpnęłam cewnik z głowy maleństwa. Następnie przykryłam twarz chłopczyka kocem.

W trzecim łóżeczku znalazłam kolejne martwe dziecko, które wyglądałoby najzupełniej normalnie, gdyby nie skóra, porozrywana w wielu miejscach; rosła za wolno w porównaniu z tempem rozwoju kości.

Powieki dziecka były wywrócone na drugą stronę; jego nic nie widzące, wytrzeszczone oczy wpatrywały się we mnie. Przed śmiercią, której przyczyną najprawdopodobniej była posocznica, maleństwo musiało przejść niewiarygodne cierpienia. W czwartym łóżeczku leżały bliźnięta zrośnięte biodrami. Jedno już umarło, a ponieważ organy wewnętrzne były wspólne dla obydwojga, drugie wkrótce również czekała śmierć.

Delikatnie położyłam dłoń na chłodnym policzku żyjącego jeszcze dziecka. Malec otworzył oczy.

– Cześć, malutki. Jak się masz.

Bez leków i sprzętu medycznego nic nie mogłam dla niego zrobić. Zapłakana, ruszyłam dalej.

Przy następnym łóżku zwisała rurka do dializy, do której niegdyś podłączona była mała istota o małpich rysach twarzy, niedożywiona, odwodniona i znajdująca się w stanie śpiączki.

Wszędzie wokół leżały dzieci tak zdeformowane, że trudno w to uwierzyć. Jeśli przeczucie mnie nie myliło, największą tragedią było to, iż rozwinęły się ze zwyczajnych ludzkich zygot. Te dzieci mogły być całkowicie normalne, ale zostały poddane mutacji. Tutaj prowadzono eksperymenty na ludziach, i to na wielką skalę.

Kit chodził od łóżka do łóżka, odłączając przewody elektryczne i rurki. Nic więcej nie mogliśmy dla tych dzieci zrobić.

Nagle w laboratorium zjawiła się Max. Bałam się, że ten makabryczny widok wywoła u niej szok. Chciałam jej tego oszczędzić, ale było już za późno. W jej oczach pojawił się smutek, ale i zrozumienie.

– Oni uśpili te dzieci – wyszeptała. – Robią to ze wszystkimi wadliwymi egzemplarzami. Zawsze tak było. Teraz już wiesz.

„Oni”! Kimkolwiek byli – nienawidziłam ich ze wszystkich sił. Zacisnęłam pięści.

– Trzeba się stąd wynieść – powiedział Kit. – Oni muszą tu wrócić. Nie zostawią tak tego wszystkiego, bo ktoś mógłby to znaleźć.

Spojrzałam na Kita.

– Ani żadnych świadków.

ROZDZIAŁ 85

Max, reszta dzieci, Kit i ja mknęliśmy przez las, pośród strzelistych jodeł, jakbyśmy bawili się w dziwaczną wersję chowanego. My musieliśmy się ukryć, a „Oni” wkrótce na pewno wyruszą, aby nas znaleźć. Byliśmy świadkami potwornych zbrodni.

Otaczające nas góry i lasy wyglądały pięknie jak nigdy. Cóż za ironia losu! Przez gałęzie przedzierało się lekko przyćmione światło słoneczne. Sójki i muchołówki ćwierkały wesoło. Słychać było szelest liści poruszanych lekkim wiatrem, który niósł woń sosen. Ale wszystko wydawało się tak przerażające, jak nieoczekiwana wyprawa do głębin Hadesu. Poznaliśmy straszną prawdę – a przynajmniej jej część.

Dzieci pogwizdywały sobie, a ja zupełnie nie mogłam pojąć, dlaczego. Max zdawała się im przewodzić i jak na razie dobrze sobie radziła w tej roli.

Zwróciłam się do Kita.

– Czemu one gwiżdżą?

Potrząsnął głową.

– Nie mam pojęcia.

Nagle Max zaczęła krzyczeć.

– Nadchodzą! To ochrona! Łowcy! Zaufajcie mi. Szybciej! Uciekajcie stąd! Biegiem!

Porwałam dziecko stojące najbliżej – Wendy – i pobiegłam wąską ścieżką wiodącą w głąb lasu.

Kit złapał Ikara i wyszarpnął pistolet z kieszeni; nigdy jeszcze nie czułam takiej ulgi na widok tej strasznej broni. Chłopiec był tak wystraszony, że nie zaprotestował.

– Wendy, spójrz! – krzyknął Peter do swojej siostry. – W górę! – Stał jak wrośnięty w ziemię, nie mogąc oderwać oczu od Max, która wzbiła się w powietrze.

Choć wiele razy już widziałam, jak lata, to i tym razem zaparło mi dech w piersiach, gdy ujrzałam ten cudowny, niezapomniany widok. Wiedziałam, co czuje Peter, ale nie mieliśmy czasu, by gapić się na Max.

– Peter! – krzyknęłam. – Chodź tu! W tej chwili! Rusz się!

Nie puszczając Wendy, i jego wzięłam na ręce. Obydwoje przywarli do mnie. Nie byli ciężcy, ale swoje ważyli.

Ukryłam się w kępie krzaków. Wokół nas rozległy się odgłosy wystrzałów. W grubym pniu stojącego nieopodal drzewa pojawiła się duża, ciemna dziura. Podniosłam dzieci z ziemi i zerwałam się do biegu.

Obejrzawszy się zobaczyłam, jak Max rzuca się z drzewa na jednego z napastników. Miał na sobie brązowo-zielony strój maskujący, jak wielu myśliwych i adeptów survivalu pętających się po tej okolicy. Max runęła na niego całym impetem. Czterdziestokilogramowy ciężar spadający z wysokości czterech metrów przygniótł nieznajomego do ziemi z taką siłą, jakby to nie była dziewczynka, ale stalowy sejf.

Rozległ się trzask łamanych kości. Mężczyzna padł na ziemię i zaczął się wić, wyjąc z bólu. Nie było mi go ani trochę żal.

Na długą chwilę zapadła cisza, niemal równie przerażająca jak odbijający się echem huk wystrzałów. Ilu ludzi nas ścigało? Gdzie byli?

Nagle Kit kucnął, przyjmując pozycję do strzału. Pociągnął za spust. Kolejny strażnik padł na ziemię jak ścięte drzewo, trzymając się za ramię.

Chwyciły mnie mdłości. Byłam niewygodnym świadkiem. Jak my wszyscy.

Nagle ziemia gwałtownie zadrżała. Potężny wybuch wstrząsnął lasem. Z najwyższym trudem udało nam się utrzymać na nogach.

Wydawało się, że powietrze rozwiera się przed nami. Przez las przebiegła fala gorąca. Poczułam dym i serce zamarło w mojej piersi.

Pożar.

Obok nas, z tętentem przemknęły dwa jelenie. Na niebie pojawiły się czarne chmury ptaków. Las nagle zapełnił się przerażonymi zwierzętami i ludźmi.

– „Szkoła”! – krzyknęła Max. – To się stało w „Szkole”.

– Wybuchła bomba – wrzasnął Kit. – Pozbywają się dowodów. Chcą puścić wszystko z dymem. Nie zatrzymujcie się! Biegnijcie dalej! W tej chwili nic nie możemy zrobić.

Zebraliśmy dzieci razem i poganiając je, rzuciliśmy się do dalszej ucieczki. Potykając się, ślizgając i przewracając na ziemię, zsunęliśmy się zboczem wzgórza do małej doliny. Następnie wspięliśmy się z trudem na sąsiednie wzniesienie i znów zbiegliśmy na dół. Uciekaliśmy, dopóki nam starczyło sił, a nawet dłużej.

Pięcioro dzieci, dwoje dorosłych – siedmiu świadków.

ROZDZIAŁ 86

Zatrzymaliśmy się, by odpocząć; znaleźliśmy schronienie pod formacją skalną, która wyglądała tak, jakby niewzruszenie stała w tym miejscu od zarania dziejów. Byliśmy zmęczeni, zasapani i nie mogliśmy wydobyć z siebie głosu. Nasze niedawne skromne zwycięstwo dawało nam tylko chwilę wytchnienia, nic więcej. Uciekliśmy kilku typom z ochrony, i co z tego?

Minęło pięć, potem dziesięć minut, ale nie pojawiał się żaden ze strażników. Przynajmniej na razie.

Kit wdrapał się na wysokie, rozgałęzione drzewo, by rozejrzeć się po okolicy. Byłam pod wrażeniem zwinności, z jaką śmigał w górę i w dół po pniu. Ciągle czymś mnie zaskakiwał.

– Nikogo nie widać – oznajmił. – Ale to o niczym nie świadczy. Wiedzą, że obarczeni dziećmi nie możemy daleko uciec.

Max wyrosła u mojego boku i zaczęła natarczywie klepać mnie w ramię.

– Powinnam nauczyć je latać – powiedziała. – To nie sprawi im trudności, Frannie. Muszę to zrobić. Będzie im łatwiej uciec przed strażnikami. Tak jak mnie.

Dzień chylił się ku końcowi, a ja bałam się o dzieci. Nie wyobrażałam sobie dalszej wędrówki w ciemnościach. Do tej pory las był dla mnie miejscem, w którym znajdowałam schronienie. Teraz zobaczyłam go w zupełnie innym świetle.

– Zmrok zapada szybko – ostrzegłam Max. Nie chciałam jej straszyć, ale liczyłam, że zrozumie, co mam na myśli.

– Na razie nie jest tak źle – odparła. – Wzeszedł księżyc. Proszę, zaufaj mi. Mam wyczucie w tych sprawach. Poza tym w ciemnościach widzimy lepiej od ciebie.

Byłam pełna podziwu dla Max. Zaledwie parą dni temu szarpała się bezradnie w sieci, w którą ją złapaliśmy. Teraz brała na siebie odpowiedzialność za swoich małych uczniów. Ufałam jej osądowi oraz instynktowi.

Czuła, że nadszedł czas, by wypchnąć pisklęta z gniazda. Zapewne miała rację. Cudownie byłoby zobaczyć to na własne oczy.

Pierwszy lot!

ROZDZIAŁ 87

Zebraliśmy się na spłaszczonym wierzchołku skały. Na niebie wisiał srebrzysty księżyc. Wyglądał złowieszczo, niczym kandelabr w scenie otwierającej Upiora w operze. Noc była piękna, ale świadomość grożącego nam niebezpieczeństwa sprawiała, że każdy kształt wyłaniający się z mroku przejmował nas strachem.

– A robi się to tak – powiedziała Max z mocą. – Wszystko zaczyna się w głowie. Musicie wysłać swój umysł w górę, pozwolić mu opuścić ciało. Skrzydła zrobią resztę. Dzisiaj świetnie się zabawimy. Przelecimy przed księżycem, jak te dzieciaki na rowerach w E. T… Pamiętacie tamtą scenę?

– Ekstra! – krzyknął Ikar. – Ja chcę być E.T. Jestem głównym bohaterem. Zamawiam!

Pozostałe dzieci przewróciły oczami, ale nikt nie protestował. Nie mogłam się nadziwić temu, jak silna więź łączy te dzieciaki. Były jak drużyna – a może stado.

Spojrzałam na krzywą wieżę z prążkowanego łupka, wznoszącą się pięć metrów nad ziemią. Była na tyle wysoka, że ktoś, kto miał doświadczenie w lataniu, mógł zeskoczywszy z niej wytworzyć wystarczającą siłę nośną; gdyby jednak mniejszym dzieciom to się nie udało, groził im niebezpieczny upadek. Wstrzymałam oddech. Mimo to miałam pełne zaufanie do Max.

– Obserwujcie mnie! – krzyknęła do pozostałych dzieciaków. – Zapomnijcie o głodzie. Róbcie dokładnie to samo, co ja.

Najpierw zaczęła bić skrzydłami, nie ruszając się z miejsca. Następnie, kiedy powiał nieco silniejszy wiatr – po prostu wyszła poza krawędź skały.

– Oooo! – zawyły dzieci z podziwem. – Ale super! Ooooo! Jak fajnie!

Max przez chwilę bez wysiłku krążyła wokół skały. Spojrzała w dół, by upewnić się, czy oczy wszystkich zwrócone są na nią. Potem przeszła do kolejnej części pokazu.

Wzbiła się ku wierzchołkom drzew. Był to niesamowity widok. Aż ciarki przeszły mi po plecach. Nogi uginały się pode mną. Ale za nic nie chciałabym przegapić tego widowiska.

Kierując się rozsądkiem albo instynktem, Max ograniczyła się do zademonstrowania podstaw latania. Nie wykonywała żadnych skomplikowanych ewolucji, nie popisywała się swoimi umiejętnościami. Z wdziękiem wykonała idealną pętlę, po czym wróciła do swoich małych podopiecznych.

– Ja też tak umiem – stwierdził Peter i dumnie wyprężył pierś. – To żadna sztuka.

– Skoro tak, to ja też – powiedziała Wendy. – Całe życie chciałam latać.

– Co dzień i co noc latam w marzeniach – wtrącił Ikar.

Te dzieci były dla siebie takie dobre i kochane. Jak ktokolwiek mógłby chcieć zrobić im krzywdę?

– Lepiej, żebym ja poleciał pierwszy – odezwał się Oz, usiłując wepchnąć się przed mniejsze od niego bliźnięta.

– Nie, ja! – upierał się Peter i twardo pilnował swojego miejsca.

– Chodź tu, Peter – powiedziała Max zdecydowanym tonem. – Przez cały czas, w każdej sekundzie będę przy tobie. Ejże, maluchy, szkoda czasu na wasze wygłupy! Chodźcie tu do mnie, ale to już!

– Oooo! Wściekła się – zauważył Peter i zrobił zeza.

– Jak policzę do trzech, wszyscy razem skoczymy – dodała Max. – Jakieś uwagi? Jeśli tak, to zachowajcie je dla siebie.

Stałam za plecami dzieci. Prawdę mówiąc, miałam wielką ochotę zakrzyknąć: „A potem ja!”. Też chciałam polecieć. Owładnęło mną poczucie, że tego wieczora wszystko jest możliwe.

Księżyc zalewał okolicę jasną poświatą i wszystko było widać jak na dłoni. Dzieci nagle oderwały się od skały, cała piątka. Wszystkie razem.

– Popatrz na to – wyszeptał Kit. – O rany. – Delikatnie ścisnął mnie za rękę.

Jęknęłam z zachwytu. To był Peter! Początkowo jego ruchy wydawały się niepewne, co nie mogło dziwić. Nagłe runął jak kamień w dół!

– Hej… poooomocy! – krzyknął.

Max zanurkowała i znalazła się pod nim.

Zręcznie objęła go w biodrach i chłopiec zaczął machać skrzydłami ile sił. Dawał z siebie wszystko.

– Pchaj powietrze w dół – tłumaczyła mu Max. – Usuń je z drogi, po co ma ci przeszkadzać. – Uczyła go, co należy robić. – Spokojnie, Peter. Rozluźnij mięśnie. Pamiętaj, jesteś stworzony do latania!

I wtedy Peter wyrównał lot. Max dała mu wystarczająco dużo pewności siebie. Przez chwilę unosił się w powietrzu, a potem stopniowo zaczął piąć się ku górze. Pozostałe dzieci radziły sobie nieźle. Purpurowoniebieskie niebo stanowiło doskonałe tło do tego pokazu.

– Mój Boże, Frannie – powiedział Kit. – Nikt jeszcze czegoś takiego nie oglądał na własne oczy. Nawet ci porąbani naukowcy.

– Patrz na te dzieciaki!

Nie doszło do żadnego nieszczęśliwego wypadku. Dzieci latały swobodnie, tak, jakby od lat nie robiły nic innego. Max tłumaczyła im najprostsze rzeczy: jak zakręcać czy jak wytwarzać opór powietrza. Podobnie jak w czasie marszu przez las, i teraz dzieci pogwizdywały sobie.

– Ćwi-iiir. Ćwi-iiir.

W pierwszej chwili nie dotarło to do mnie. Teraz wiedziałam już, że gwizdanie pozwalało Ikarowi widzieć.

– Ćwi-iiir.

Dzieci przeleciały razem nad głęboką, groźnie wyglądającą przepaścią. Zaczęły krążyć i ustawiły się w powietrzu w ósemkę. Obserwowałam je z zapartym tchem.

– Ikar, tu jestem! – krzyknęła Max.

Ikar zagwizdał.

– Ja cię czuję – powiedział po chwili, a jego głos niósł się echem po lesie. – Czuję, jak poruszasz się w powietrzu!

I choć było zbyt ciemno, żeby dało się wyraźnie zobaczyć jego twarz, mogłabym przysiąc, że Ikar radośnie się uśmiecha.

ROZDZIAŁ 88

Przyłożyłam dłonie do ust i krzyknęłam głośno i wyraźnie do Max:

– Pora wracać. Zgoda, Max? W tej chwili.

Odetchnęłam z ulgą, kiedy pokiwała skrzydłami na znak, że mnie słyszy, i rozkazała swojej małej eskadrze wylądować. Jej mali podopieczni spoczęli na ziemi jeden po drugim, przy akompaniamencie okrzyków najczystszej radości, jaką tylko dzieci są zdolne czuć i okazywać.

Właściwie to, że im rozkazywałam, obudziło we mnie wyrzuty sumienia, zwłaszcza kiedy przypominałam sobie, iż w „Szkole” wymagano od nich bezwzględnego posłuszeństwa. Ale nie miałam wyjścia. Wciąż nie byliśmy bezpieczni. Zdawałam sobie sprawę, że lada chwila mogą się tu pojawić uzbrojone zbiry, jeśli już nie czaiły się gdzieś w pobliżu.

Wyściskałam wszystkie maluchy i nawet Pip szalał z radości. Nie mieliśmy jednak czasu, by upajać się tą niezwykłą chwilą.

Powietrze z minuty na minutę robiło się coraz chłodniejsze, jak to bywa w górach pod koniec lata. Kit nie chciał rozpalać ogniska, niestety, słusznie. Ogień mógłby zdradzić miejsce naszego pobytu. Ale bez niego będzie nam o wiele zimniej.

Znaleźliśmy stosunkowo dobrą kryjówkę pod osłoną dwóch dużych głazów. Oczyściliśmy ją z kamyków, gałązek i przygotowaliśmy miejsce do spania.

Naznosiliśmy do kryjówki masę liści i kawałków drewna, by ogrzać się w nocy. Dzieci owinęły się skrzydłami, w ten sposób chroniąc się przed chłodem.

– Jutrzejszą noc spędzimy w wygodniejszym miejscu – zapowiedziałam dzieciom. – Może w moim domu. – A może nie.

– Obiecujesz? – spytał Oz.

Gdybym mogła, obiecałabym mu naleśniki w słodkiej polewie, morze mleka, prawdziwe łóżko oraz długie i szczęśliwe życie. Ale nie miałam pojęcia, co przyniesie najbliższych dwadzieścia minut.

– Idźcie spać – odparłam, kładąc dłoń na głowie Oza. – Przyjemnych snów.

Oz skrzywił usta w cynicznym uśmieszku, ale nie mogłam mieć o to do niego pretensji. Wypowiedziałam tylko swoje życzenie, ale niczego nie obiecałam. Odprowadziłam spojrzeniem Oza, który dołączył do pozostałych dzieci-ptaków. Wszystkie były posiniaczone, podrapane, a ja nie miałam nawet bandaża. Nie miałam nawet starego koca, którym mogłabym je przykryć.

Kiedy usłyszałam, że Max zaczyna odmawiać modlitwą, przygryzłam wargi, żeby przestały drżeć. Dzieci przyłączyły się do niej i dodawały imiona do listy tych, których Bóg ma błogosławić. Nie rozpoznałam żadnego z wymienionych imion – oprócz pani Beattie – i trudno było powiedzieć, czy chodzi o ludzi, czy też zwierzęta, o żywych, czy o martwych. Tak mało wiedziałam o przeszłości tych dzieciaków.

– I niech Bóg błogosławi Frannie i Kita, naszych przyjaciół. I małego Pipa, naszego czworonożnego druha.

Kto w tym przybytku zdeprawowania zwanym przewrotnie „Szkołą” nauczył dzieci się modlić? Czy dokonała tego pani Beattie? A może instynkt? Byłam ciekawa, czy Bóg słucha tych modlitw. Te niezwykłe dzieci potrzebowały Go, znajdowały się pod Jego ochroną, mimo że najprawdopodobniej powstały wbrew Jego woli. Był to zawiły problem filozoficzny, który wolałam pozostawić teologom.

Kiedy pozostałe dzieci zapadły w sen, Max usiadła koło mnie i Kita. Kit spytał ją chyba już z pięćdziesiąty raz o „Szkołą”. Chciał wiedzieć, kim byli zatrudnieni tam ludzie. Max ciągle mówiła o nich „Oni”. Bała się wszystkiego, co miało jakikolwiek związek ze „Szkołą”. Ci ludzie tak wytresowali tę małą dziewczynkę, by nigdy nie śmiała zdradzić ich mrocznych tajemnic.

Kit nie ustawał jednak w staraniach, by wydobyć z niej choć część prawdy.

– Oni nas uśpią – powiedziała wreszcie. – Naprawdę nie żartują.

– Skąd to wiesz, Max? – spytałam. Miałam nadzieję, modliłam się, by opowiedziała mi jakąś historyjkę z dreszczykiem; jakąś opowiastkę z doktorem Frankensteinem w roli surowego ojca.

– Zabijają myszki w takich specjalnych słojach. – Mówiąc te słowa, Max patrzyła wprost na mnie. Miała śmiertelnie poważny wyraz twarzy. Nagle zbladła. – I mają taki słój dla każdego z nas.

Zaparło mi dech w piersi. Wiedziałam, czym są owe „słoje”, o których mówiła. Były to pojemniki wypełnione tlenkiem węgla. Stosowano je do zabijania myszy, które nie nadawały się już do wykorzystania w laboratoriach.

– Ale przecież nie uśpiliby takich dzieci, jak ty – zaprotestowałam.

– Właśnie że tak – odparła Max. Jej zmrużone oczy wpijały się w moją twarz. – Oni zawsze usypiają wadliwe egzemplarze. – Jej głos był ledwo słyszalny, jakby mówiła do siebie.

– Ewa została uśpiona. Adam też… i wydaje mi się, że to samo spotkało mojego brata, Matthew.

ROZDZIAŁ 89

Siedziałam oparta plecami o głaz i próbowałam nieco ochłonąć. Zwykle nie przeklinam, ale powtarzałam w myśli: o cholera, o cholera, o cholera Cóż za niezwykły dzień. Uświadomiłam sobie, że od dobrych kilku godzin serce wciąż wali mi w piersi jak młotem. Zupełnie opadłam z sił. Wiedziałam, że muszę się przespać.

A mimo to nie mogłam zamknąć oczu. Zaczynałam się rozklejać.

Byłam przybita i oszołomiona tym, co usłyszałam od Max – dzieci takie, jak ona, regularnie usypiano.

„Oni zawsze usypiają wadliwe egzemplarze” – poinformowała mnie. To standardowa procedura.

„Adam został uśpiony. Ewa też „.

Ale kim były te dzieci o tak wiele mówiących imionach? Dlaczego zostały zabite? Co sprawiło, że uznano je za wadliwe egzemplarze?

Kit usiadł obok mnie. Wyglądał na zmęczonego i strapionego; nie dziwiłam się temu.

– Muszę ci coś wyznać – powiedział chrapliwym szeptem. – Nie chcę tego dłużej ukrywać.

Tego się nie spodziewałam. Nie w tej chwili.

– Czego nie chcesz ukrywać? – Wbiłam w niego wzrok. Czułam się już bardzo nieswojo. Nie miałam ochoty na żadne wyznania, ale Kit nie mógł cofnąć raz wypowiedzianych słów.

– Przestaniesz czytać mi w oczach? – zapytał.

– Wcale tego nie robię. No dobrze, robię, ale już nie będę. Przynajmniej spróbuję. Mów, co masz mi do powiedzenia.

Siedział ze skrzyżowanymi nogami, naprzeciwko mnie. Zastanawiał się jeszcze nad czymś, a po chwili zaczął mówić.

– Przed kilkoma tygodniami w San Francisco w swojej sypialni zamordowany został pewien genetyk. Razem z nim zginęła dziewczyna, z którą mieszkał. Zabójstwo było szczególnie brutalne. Morderca dołożył wszelkich starań, by wyglądało na spartaczone włamanie, które zakończyło się krwawą jatką. Oczywiście, nie dałem się na to nabrać. Otóż ten zamordowany genetyk – ciągnął Kit – dopomógł w odkryciu „genu-promotora”. Gen ów prawdopodobnie wykorzystywany był w badaniach prowadzonych w „Szkole”.

Wiedziałam, że promotory umożliwiają przeniesienie materiału genetycznego z jednego organizmu do drugiego. Działają one mniej więcej tak, jak klucze służące do otwierania zamka DNA; żaden z nich nie jest jednak kluczem uniwersalnym. Każda modyfikacja oryginalnego kodu genetycznego wymaga zastosowania innego rodzaju promotora.

– Kto ci o tym powiedział? – spytałam. – Dlaczego nie mogłeś mi tego zdradzić parę dni temu, Kit? Co jeszcze przede mną ukrywasz?

– Opowiem ci, ale pod warunkiem, że o nic nie będziesz pytać – powiedział Kit.

Westchnęłam.

– Zgoda.

– Mam nadzieję, że kiedy skończę, wszystko zrozumiesz.

– Oby.

– Ten genetyk, niejaki James Kim, powiedział w zaufaniu swojemu znajomemu z M.I.T., że uczestniczy w pracach grupy biologów, funkcjonującej w ramach sieci podziemnych laboratoriów. Prowadzono w nich nielegalne eksperymenty, które przynosiły ogromne zyski. Kim współpracował z zespołem naukowców działającym w okolicy Boulder. Niedyskrecja kosztowała go życie. I życie pracownika M.I.T., któremu wyjawił swój sekret.

– Zaraz, zaraz, Kit, czy mam przez to rozumieć, że wiedziałeś o eksperymentach prowadzonych na ludziach? – spytałam. – Wiedziałeś o tym, zanim odnaleźliśmy „Szkołę”? Proszę, powiedz mi całą prawdę.

Kit potrząsnął głową.

– Nie, niczego nie wiedziałem na pewno. Przyjechałem do Kolorado, żeby odnaleźć nielegalnie działający zespół naukowców, który tu właśnie miał swoją kryjówkę, jeśli w ogóle istniał. Nie wiedziałem, czy uda mi się wytropić tych ludzi; nie wiedziałem też, co zrobię, jeśli ich w końcu znajdę. Nadał nie wiem. I nie miałem pojęcia, że w „Szkole” dzieją się takie przerażające rzeczy. Nie wiedziałem o istnieniu Max. Kto mógłby wyobrazić sobie, a nawet wymarzyć coś takiego?

Usiadłam prosto, oparta o niewygodną skałę. O dziwo, zmęczenie minęło.

– Kit, może powiesz mi wreszcie, co tu się właściwie dzieje? Boję się, że zaraz oszaleję. Wiem, że moje życie jest zagrożone. Wiem też, że tym dzieciom grozi wielkie niebezpieczeństwo. Po prostu powiedz prawdę. Zasługuję chyba na to, nie sądzisz?

– Frannie, ja naprawdę próbuję. Problem polega na tym, że nic nie jest czarne ani białe. Niektóre sprawy bardzo trudno wytłumaczyć.

– Dlaczego? Bo początkowo tak dobrze ci wychodziło okłamywanie mnie?

Westchnął i powoli skinął głową.

– Tak, właśnie dlatego. A także dlatego, że zazwyczaj nie kłamię. Tym razem miałem powód, by to zrobić.

Żołądek podszedł mi do gardła. Nie mogłam opędzić się od myśli o przerażających zbrodniach, morderstwach popełnionych z zimną krwią, o tym, co zobaczyłam na tym strasznym oddziale pediatrycznym w „Szkole”. Co takiego Kit chciał mi powiedzieć? Co jeszcze wiedział?

– Kit. Mów. Już – ponagliłam go.

Westchnął ciężko.

– Dobrze. Otóż uważam, że David także brał w tym udział. Dlatego właśnie zginął. Twój mąż został zamordowany przez ludzi, z którymi pracował.

– O Boże! – Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że obejmuję się mocno ramionami. Jeszcze trochę i nie wytrzymam, pomyślałam. Jeszcze trochę. Kręciło mi się w głowie. W mojej pamięci odżyły wspomnienia tego, co zdarzyło się półtora roku temu, kiedy dotarły do mnie wieści o śmierci Davida. Patrzyłam z niedowierzaniem na Kita, skąpanego w bladej księżycowej poświacie. Byłam w stanie głębokiego szoku; nie chciałam uwierzyć w to, co usłyszałam. Jak David mógł być zamieszany w coś tak okropnego? Jak mógł okłamywać mnie tak przekonująco i tak długo?

– Co jeszcze? – wyszeptałam. Czułam, że Kit nie powiedział mi wszystkiego. Widziałam to w jego oczach.

– Po pierwsze – zaczął – jestem tu nieoficjalnie. FBI odebrało mi tę sprawę. I nie nazywam się Kit Harrison.

ROZDZIAŁ 90

Czułam się zdradzona i skrzywdzona. Chciałam uciec od tego człowieka, kimkolwiek był, ale zmęczenie za bardzo dawało mi się we znaki. Chyba doznałam szoku. A poza tym bałam się… Kita Harrisona.

Z trudem udało mi się wydobyć z siebie głos.

– Proszę, zostaw mnie samą.

– Nazywam się…

Odpędziłam go machnięciem ręki.

– Nie obchodzi mnie to. To bez znaczenia.

On nagle uniósł się złością.

– Ja naprawdę pochodzę z Bostonu. Przez pewien czas pracowałem w Waszyngtonie. Od dwunastu lat jestem agentem FBI. Niewiele brakowało, żeby mnie wywalili na bruk za to, że nie chciałem zrezygnować z prowadzenia tego przeklętego śledztwa. Nie powinno mnie tu być. Moi przełożeni sądzą, że jestem na wczasach w Nantucket. Frannie, ja naprawdę staram się robić to, co jest słuszne.

Spojrzałam na niego, wpijając się wzrokiem w te zwodnicze niebieskie oczy.

– To właśnie do Nantucket wybierała się twoja żona z dziećmi, kiedy ich samolot runął do wody?

Skinął głową. Jego twarz płonęła, a wokół oczu utworzyły się czerwone obwódki.

– Frannie, przepraszam cię za wszystko. Przykro mi z powodu twojego męża. Zazwyczaj nie kłamię. Właściwie nigdy nie kłamię. Tym razem nie miałem wyboru. Przyznaję, mam obsesję na punkcie tej sprawy. Zajmuję się nią od paru lat.

– Jesteś pewien co do Davida? – szepnęłam.

– Tak. Rozmawiałem z pewną pracownicą M.I.T., która słyszała co nieco o tej nielegalnej grupie. Podała mi nazwisko twojego męża i utrzymywała, że został zamordowany. Poza tym, David znał doktora Kima w czasie pobytu w San Francisco. Przykro mi, że muszę ci o tym powiedzieć.

Podniosłam oczy na ciemne, ponure niebo. Nie mogłam dłużej tego słuchać. Musiałam zmienić temat.

– Jak myślisz, co się stało z ludźmi, którzy nas ścigali?

Kit, czy jak się tam nazywał, potrząsnął głową.

– Może wybuch w „Szkole” i ogień odwróciły ich uwagę. Wiedzą, że nie uciekniemy im, ciągnąc za sobą piątkę dzieci.

– Może jedno z nas powinno pójść przodem – zaproponowałam.

Znów potrząsnął głową. Przyglądał mi się uważnie.

– Frannie, powiedz mi, co sądzisz o laboratoriach w „Szkole”. Co twoim zdaniem tam się działo? Na co zwróciłaś szczególną uwagę? To dla mnie ważne.

Próbowałam zebrać myśli, skoncentrować się, ale nie było to łatwe.

– Najpierw przeżyłam szok. Potem czułam głównie smutek. Jakby ktoś wniknął w moją duszę. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że między innymi prowadzono tam eksperymenty na ludziach.

– Jak to „między innymi”?

Już w „Szkole” uderzyła mnie pewna myśl. Była tak przerażająca, że nie chciałam jej przyjąć do wiadomości. Mimo to, nie dawała mi spokoju.

– Bez względu na to, jak ci tak zwani naukowcy manipulowali genami, te dzieci musiały mieć rodziców. One nie zostały stworzone w kolbach laboratoryjnych. Trochę tego, trochę tamtego. Włosy, oczy, kolor skóry i w pewnym stopniu inteligencję dziedziczą po swoich rodzicach. Max, Oz, Peter, Wendy, Ikar – te wszystkie dzieciaki mają ojców i matki. Jestem tego pewna.

Kit nie odrywał ode mnie oczu.

– Proszę, mów dalej, Frannie. Muszę to usłyszeć, muszę wiedzieć, co podejrzewasz. Próbuję ułożyć diabelnie skomplikowaną układankę.

– Coś takiego jak dziecko z probówki nie istnieje. Przynajmniej jeszcze nie. Dziecko rozwijać się może tylko w łonie matki. Nawet zmodyfikowane biologicznie mysie embriony muszą być wszczepione żywym myszom, by mogły rosnąć. Max i pozostałe dzieci rozwijały się w kobiecych łonach. One wszystkie mają matki.

Moje powieki robiły się coraz cięższe. Dłużej nie mogłam walczyć z sennością. Niestety, nie opuszczały mnie koszmarne myśli. Kim były kobiety, które uczestniczyły w tych eksperymentach? Skąd pochodziły genetycznie zmodyfikowane embriony? Gdzie znajdowały się teraz matki tych dzieci?

– Jak nazywasz się naprawdę? – wyszeptałam wreszcie. Musiałam się tego dowiedzieć.

– Na imię mam Tom – usłyszałam. – Tom Brennan, Frannie. Przykro mi, że cię okłamywałem. Przykro mi też z powodu Davida.

Skinęłam głową. Zbierało mi się na płacz, ale uparcie powstrzymywałam łzy. Przed moimi oczami błysnął obraz Davida.

– Mnie też – powiedziałam.

ROZDZIAŁ 91

Było wpół do dziesiątej. Kit/Tom, pogrążony w głębokim zamyśleniu, krążył wokół kryjówki, wypatrując intruzów. Odpukać, na razie nieźle się spisywał w roli agenta. Udało mu się zapewnić swoim podopiecznym bezpieczeństwo – ale na jak długo?

Miał w tej chwili na głowie mnóstwo zmartwień, ale najbardziej dręczyło go to, że okłamał Frannie, że ją zawiódł.

Puk. Coś uderzyło go w głowę. Odskoczył do tyłu i rozejrzał się.

Po chwili dostrzegł w górze znajomą postać. Max kołysała się na konarze. Rzuciła w niego szyszką sosnową.

– Dowcipnisia. Co słychać? Oprócz szelestu liści! – krzyknął.

Uśmiechnęła się do niego.

– Chcę ci coś pokazać. – Wyciągnęła rękę w kierunku odległego wzgórza spowitego w czerwonej poświacie. – Ciągle się pali.

Kit musiał zobaczyć to na własne oczy. Oparł stopę na pniu, podciągnął się na nisko wiszącym konarze i usiadł okrakiem w rozwidleniu gałęzi. Szybko i zwinnie piął się coraz wyżej, aż znalazł się obok Max.

– Łatwiej byłoby ci tu przyfrunąć – powiedziała i zrobiła zabawną minę.

– Nie wolno mi latać, Max. Nikt nie może dowiedzieć się, że jestem Supermanem. Przynajmniej na razie.

– A, chyba że tak. Obiecuję, że nikomu nie zdradzę twojej tajemnicy. Uhaha. – Roześmiała się tak jak Matthew, i natychmiast tego pożałowała. Po chwili przesunęła się, by zrobić miejsce na gałęzi dla Kita.

– Na razie ja przejmę wartę – powiedział. – Zejdź na dół, prześpij się. Przyda ci się trochę odpoczynku.

– Nie mogę spać – odparła Max. – Zawsze późno zasypiałam. Bałam się, że mnie uśpią. Cały czas mam o tym koszmary. Dlatego nie sypiam za wiele.

– Na razie nic nam nie grozi – powiedział.

Max zmarszczyła brwi.

– Chrzanisz.

Kit uśmiechnął się.

– Trochę tak. Co słychać w tej łepetynie? – spytał, klepiąc dziewczynkę po głowie.

– Za dużo dla mojego dobra, zwłaszcza teraz. Nienawidziłam tej parszywej „Szkoły”, ale to był mój parszywy dom.

Skinął głową.

– Na świecie jest wiele ładniejszych miejsc. Słowo. Sama zobaczysz.

Max westchnęła głęboko.

– Bardzo lubię Frannie. Nawet ciebie lubię – czasami. Na przykład teraz – przekomarzała się z nim. – Czy zamierzasz pokryć Frannie? – spytała nagle.

Kit wybuchnął śmiechem. Nie mógł się powstrzymać; miał nadzieję, że nie zranił uczuć Max.

– No to jak? – upierała się. – Mnie możesz zaufać. Słowo honoru, że nic nikomu nie powiem.

– Frannie nawet nie chce ze mną rozmawiać – zdradził jej w zaufaniu.

– Dlaczego?

– Dlatego, że… – powiedział, powoli cedząc słowa -…trzymałem pewne sprawy przed nią w tajemnicy, bo uważałem, że to konieczne.

Max skinęła głową.

– Aha, rozumiem. To tak, jak z tymi sekretami, których ja miałam nikomu nie zdradzać? Ale ty upierałeś się, żebym ci o nich jednak powiedziała?

– No, mniej więcej. Zrozumiałem aluzję. – Ależ była bystra.

Max skinęła głową z wyraźnym zadowoleniem. Polizała palec i pokazała Kitowi, że jest jeden zero dla niej.

– Mówił ci już ktoś, że jesteś niesamowicie inteligentna?

Max uśmiechnęła się, mile połechtana tym komplementem.

– Wendy i Peter są ode mnie mądrzejsi. Ja zdobyłam tylko sto czterdzieści dziewięć punktów w teście Stanforda-Bineta. Oni łapią się do przedziału punktowego dla największych geniuszy. Adam zaś i Ewa byli po prostu nieziemscy. Ale to ich nie uratowało. Zawsze się zastanawiałam, dlaczego. Ciebie to nie ciekawi?

– Dużo rzeczy mnie ciekawi, Max. Dlatego zadaję tak wiele głupich pytań. Domyślasz się, dlaczego ich uśpiono?

Max potrząsnęła głową.

– Pamiętam noc, kiedy to się stało. Musiał wystąpić jakiś błąd, jakaś usterka. Zostali odrzuceni. Coś z nimi było nie w porządku.

– Z każdym z nas coś jest nie w porządku – powiedział Kit. – Nikt nie jest idealny. To czyni nas interesującymi.

– Wiem. To akurat rozumiem. Naprawdę lubię twoje wady.

Oparła się o niego. Kit poczuł, jak spowija go jakieś dziwne ciepło. Byli zupełnie jak ojciec i córka. Razem wpatrywali się w łunę widoczną na horyzoncie. To tam płonął ogień. Tam czyhało niebezpieczeństwo. W tej chwili Kit pomyślał o Tommym i Mike’u. Swoich synach. Nie chciał ich wspominać, nie w tej chwili.

– Naprawdę bardzo cię lubię – powiedziała Max. – Masz oczy dobrego człowieka. Wiem, że nie skrzywdziłbyś nikogo, gdybyś nie musiał. Taki już jesteś.

– Dziękuję – odparł i potarł nosem jej policzek. – Mimo wszystko, jedno z nas powinno się przespać. No już, zmykaj stąd.

– Nie jestem śpiąca – upierała się Max. – Poza tym widzę i słyszę lepiej niż ty. Słuszniej będzie, jeśli to ja zostanę na czatach.

Kit uśmiechnął się.

– Pewnie masz rację – zgodził się. Pozwolił swoim oczom zamknąć się powoli i było to cudowne uczucie. – Tak naprawdę mam na imię Tom – wyszeptał.

– A ja jestem Maximum. Sam zobaczysz, dlaczego.

ROZDZIAŁ 92

Miałam gorączkowy, koszmarny sen. Uciekałam ile sił w nogach przed kimś, czy przed czymś – David też tam był – kiedy poczułam, że Pip ciągnie mnie mocno za rękaw.

– Przestań, Pip. Przecież nie jesteś w domu. Idź, wysikaj się sam. Bądź grzeczny. No, jazda stąd.

Beształam go, odpychałam od siebie, ale nic to nie dawało. Tak natarczywy był z niego kurdupel, że w końcu zmusiłam się, żeby otworzyć oczy.

Nie wiedzieć czemu w głębi duszy spodziewałam się, że zobaczę przy sobie Davida, ale oczywiście tak się nie stało.

Wzięłam głęboki oddech, poczułam okropny smród i zaczęłam się krztusić. Zupełnie jak w moim śnie, powietrze było gorące, czarne i duszące. Nie miałam pojęcia, czy jest dzień, czy noc; wiedziałam tylko, że zasnęłam przy świetle księżyca, a teraz księżyc zniknął. Nie widziałam ani nieba, ani nawet drzew, których gałęzie zwisały nade mną, kiedy zapadałam w sen.

Miałam wrażenie, że nagle oślepłam. Spowijała mnie ciężka, niemal czarna mgła.

– Hej? Jest tu kto?! – krzyknęłam.

Nagle, ku swojemu przerażeniu, uświadomiłam sobie, co się stało. To dym całkowicie przesłonił księżyc, niebo, a nawet pobliskie drzewa. Był wszędzie, dusił mnie, oślepiał, ograniczał pole widzenia do kilkudziesięciu centymetrów we wszystkich kierunkach. Las płonął.

Usłyszałam szczekanie Pipa; najwyraźniej chciał, żebym poszła za nim. Z trudem podniosłam się z ziemi.

– Kit! Kit! Gdzie jesteś? – krzyczałam, potykając się o pnie i głazy. – Pali się!

Nareszcie doszedł mnie jego głos.

– Tutaj. Tu jestem. Kierunek wiatru musiał się zmienić. Ogień dopadł nas w mgnieniu oka.

Wciąż nie mogłam wypatrzyć Kita. Dzieci też nigdzie nie było widać. Oczy piekły mnie i łzawiły. Nie widziałam dalej niż na parę kroków. Czułam się, jakbym wpadła w pułapkę i została całkowicie odcięta od świata.

Usłyszałam jakiś dźwięk. Łoś. Spojrzałam mu prosto w ślepia – zamglone i wypełnione strachem. Zwierzę czuło się zagubione, tak jak ja. Po chwili zerwało się do ucieczki.

W tej chwili usłyszałam odgłos ognia. Był to cichy, hipnotyczny, niemal melodyjny pomruk. Powoli zaczynałam widzieć coraz lepiej. Dym nie był tak gęsty, jak na wyżej położonych terenach. Płomienie barwiły niebo na czerwono. Spojrzawszy ku północy, dostrzegłam na odległym zboczu rzędy wyschniętych, osmolonych drzew.

Stojące nieopodal drzewo zajęło się i zaczęło płonąć z głośnym sykiem. Wielki konar runął na ziemię. Iskry strzelały wysoko w powietrze niczym fajerwerki.

Nie ulegało wątpliwości, że podczas gdy spaliśmy, wiatr zmienił kierunek. Płomienie zapewne od ładnych paru godzin pochłaniały kolejne połacie lasu, z każdą chwilą przybierając na sile. A teraz ognisty potwór był już duży. Ogromny. Tamtym ludziom udało się pozbyć wszelkich dowodów. Spłonęły razem ze „Szkołą”.

Krzyknęłam powtórnie.

Tym razem usłyszałam czyjś kaszel. Dzieci były blisko. Ale gdzie?

– Max? Ikar, Oz? Max?

Dostrzegłam Kita.

– Znalazłem bliźnięta – powiedział, wytaczając się zza zasłony dymu. Niósł dzieci na ramionach, przewieszone jak worki. Rzeczywiście był silny.

Pip znów zaczął warczeć. Obnażył swoje małe kły. Jego sierść pokryta była sadzą i popiołem.

Padł strzał. Ujrzeliśmy błysk. Ktoś strzelał nie zważając na szalejącą pożogę. Gdzie był? Z której strony?

Kolejny konar wylądował na ziemi pośród deszczu pomarańczowozłotych iskier. Pip zaskomlał.

– Ruszajmy. Ruszajmy! – krzyknął Kit.

Zerwaliśmy się do ucieczki.

ROZDZIAŁ 93

Mocno przyciskałam Wendy do siebie. Na razie udawało nam się uciekać przed rozszalałym żywiołem. Prawdopodobnie wiatr często zmieniający kierunek na jakiś czas skierował ogień w inną stronę.

Przystanęłam, by zorientować się, gdzie jesteśmy, kiedy usłyszałam krzyk Max:

– Uwaga. Uważajcie. Strażnicy!

Dwaj mężczyźni przeczesywali rozciągającą się u naszych stóp dolinę.

Przez chwilę nie wierzyłam własnym oczom. Znałam ich obydwu. Pracowali w szpitalu komunalnym w Boulder. Byli znajomymi Davida.

Ten wyższy, brodaty, o przyprószonych siwizną włosach, ubrany w niebieską kurtkę z napisem: L.A. DODGERS, na głowie miał czapkę i nosił okulary bez oprawek. Jego towarzysz był niższy, ale cięższy, jak Humpty-Dumpty we flanelowym podkoszulku i obszernych spodniach w kolorze maskującym.

Ten wyższy to doktor Michael Vaughan. Pracował na oddziale neurologii. Mężczyzna z brzuszkiem miał na imię Bobby; nazwiska nie pamiętałam. Był naczelnym pielęgniarzem na porodówce. Poznałam go na jakimś przyjęciu; pokazywał wszystkim zdjęcia dzieci, przy których porodach asystował. Moje dzieci, mówił o nich z dumą.

To znajomi Davida. Spotykaliśmy się z nimi.

Łzy nabiegły mi do oczu, i to nie tylko z powodu gryzącego dymu. Ogarnęło mnie nagle poczucie, że zostałam zdradzona. Usiłowałam sobie wmówić, że ci dwaj są tylko ochotnikami poszukującymi ludzi ocalałych z pożaru. Byłoby wspaniale, gdyby doktor Vaughan i Bobby okazali się szarymi zjadaczami chleba, zaniepokojonymi o losy bliźnich. Wystarczyłoby gwizdnąć na nich i wkrótce powrócilibyśmy z tej dziczy do antybiotyków, czystej pościeli i ciepłego pożywienia.

Ale intuicja nie pozwalała mi krzyknąć: „Hej, tu jesteśmy”.

Kit także się nie odzywał, podobnie jak cała piątka dzieci.

Nagle wyciągnął rękę w lewo; skierowawszy tam wzrok, zobaczyłam nasz ratunek: czarnego jeepa. Naszego jeepa.

Niestety, Vaughan z pielęgniarzem także go zauważyli. Próbowali otworzyć drzwi.

Kit wcisnął magazynek do pistoletu. Miał ponurą, ściągniętą twarz. Był w pełni skoncentrowany.

Podniósł pistolet do strzału. Vaughan i Bobby odeszli od jeepa. Czegoś szukali – czyżby nas? W skupieniu wodzili oczami po zaroślach. Dzięki Bogu, niczego nie zauważyli. Odetchnęłam głęboko.

Spostrzegłam kątem oka coś błyszczącego. Odruchowo odskoczyłam w tył. Co znowu?

Kit trzymał w ręku kluczyki do samochodu.

– Co cię skłoniło do zamknięcia wozu?

Obdarzywszy mnie uśmiechem, który dawno nie gościł na jego ustach, Kit powiedział:

– My, mieszczuchy, zawsze tak robimy.

ROZDZIAŁ 94

Wbrew zdrowemu rozsądkowi, liczyliśmy na to, że nikt nie szuka Kita. Mieliśmy nadzieję, że „oni” nie wiedzą, kim jest, ani w jakim celu przyjechał do Kolorado. Niepokoił nas brak zainteresowania tą sprawą ze strony FBI, a szczególnie to, że została odebrana Kitowi. Mieliśmy więc zmartwień co niemiara.

Nasza sytuacja nie wyglądała dobrze. Wgramoliliśmy się do jeepa i Kit wcisnął gaz do dechy. Wóz z dużą szybkością pomknął wąską, krętą serpentyną. Dzieci były zachwycone i domagały się, by Kit jechał jeszcze szybciej.

Za ostrym zakrętem nad przepaścią zobaczyłam stojącą przy drodze grupkę ludzi. Autostopowicze? Wyglądali dosyć niegroźnie.

Wtedy jednak rozpoznałam ich i serce zamarło mi w piersi. Oni wszyscy też pracowali w szpitalu w Boulder. Niektórzy z nich mieli w uszach słuchawki, połączone z małymi mikrofonami.

Trzech mężczyzn i kobieta – lekarze ze szpitala komunalnego w Boulder. Ze słuchawkami na wędrówkę po kraju? Szlag by to trafił. Nigdy nie byłam zwolenniczką spiskowej teorii dziejów, ale nie mogłam nie uwierzyć w to, co widziałam na własne oczy.

– Pochylcie głowy. Proszę, schowajcie się! – powiedziałam do dzieci. – Tak, żeby was nie było widać przez okno.

Lekarze podejrzliwie popatrzyli na naszego pędzącego jeepa, ale dzieci nie wychyliły się i wyglądało na to, że te łapiduchy z piekła rodem niczego nie zauważyły.

– Oni wszyscy pracują w szpitalu komunalnym w Boulder – przekazałam Kitowi złe wieści. – To budzi we mnie coraz większe obrzydzenie. Chciałabym, żeby to był tylko zły sen.

Kit dodał gazu i dzieci znów zaczęły radośnie pokrzykiwać. Nawet w tych okolicznościach potrafiły doskonale się bawić. Nie znały strachu. W końcu udało nam się jakimś cudem zjechać do podnóża gór w jednym kawałku; wyglądało na to, że nikt nas nie zauważył.

Przypomniałam sobie, że Oz, bliźniaki oraz Ikar, nigdy dotąd nie wyszli poza mury „Szkoły”. Wszystko dla nich było zupełnie nowe. Dzieciaki były podekscytowane chyba nawet bardziej ode mnie.

– Witajcie w Bear Bluff, w stanie Kolorado – powiedziałam. Odwróciłam się i usiłowałam się uśmiechnąć. – Właściwie całkiem przyjemnie się tu mieszka.

– Tu jest straszniej niż w „Szkole” – wycedziła Max grubym, chrapliwym głosem, po czym parsknęła śmiechem. – Żartuję. To ładna mieścina. Jeśli lubicie jeść surowe mięso. Spodoba wam się tutaj. Jak mi tu kaktus wyrośnie!

– Boję się – zaświergotała Wendy. Patrzyła przez okno wybałuszonymi oczami i rzeczywiście wyglądała na śmiertelnie przerażoną.

– Ja też – zawtórował jej Peter.

– Gumisie, gapimy się! – powiedziała do nich Max. Musiało to być jakieś ich powiedzonko, przynoszące szczęście, rodzaj zaklęcia.

– Gumisie, gapimy się! – powtórzyły pozostałe dzieci. – Gumisie, gapimy się! Gumisie, gapimy się!

Niestety, okazało się, że Max miała zdecydowanie rację, kiedy mówiła, że jest tu strasznie.

Z naprzeciwka nadjeżdżały dwa wojskowe jeepy. Wojsko? Czyżby też było zamieszane w tę sprawę? Jak to możliwe? Kim byli: „Oni”? Czy to są wszyscy oprócz „nas”?

– Schylcie głowy – szepnęłam i dzieci schowały się posłusznie. Ja na wszelki wypadek zrobiłam to samo.

Rzężące wojskowe jeepy minęły nas jakby nigdy nic.

– Kit, proszę, powiedz mi, że nic gorszego już nie może nas spotkać – powiedziałam, gdy znaleźliśmy się na drodze wiodącej do mojego domu. Musiałam wziąć lekarstwa i środki medyczne ze „Zwierzyńca”, by opatrzyć zadrapania i sińce, których nabawiliśmy się w czasie ucieczki przez góry.

– Jeśli zauważysz gdzieś pracowników szpitala lub starych znajomych, daj mi znać – poprosił.

Pokonaliśmy ostatni zakręt dzielący nas od „Zwierzyńca”. Kit przyhamował – po czym dodał gazu. Jeep wyskoczył naprzód. Przemknęliśmy w zawrotnym pędzie obok szpitala dla zwierząt, obok mojego domu.

– Kit, stój! Musimy się tu zatrzymać! – krzyknęłam. – Kit, zatrzymaj wóz! Natychmiast! – powtórzyłam.

– Frannie, nie! Nic z tego. Nie możemy tu stanąć – powiedział, nie zdejmując nogi z gazu. Tyłem wozu rzucało na wszystkie strony.

Wiedziałam, że Kit ma rację, ale nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam. Myślałam, że serce mi w końcu naprawdę pęknie.

Spalili mój dom, mój szpital, wszystko, co do mnie należało. Puścili z dymem „Zwierzyniec”. Wszystkie moje nieszczęsne zwierzaki zostały w środku.

Księga piąta

Podmuchy wiatru

ROZDZIAŁ 95

Minęliśmy „Zwierzyniec”, gnając z prędkością ponad stu kilometrów na godzinę. Miałam w sercu ogromną pustkę i ogarniały mnie mdłości. Wiedziałam, że Kit postąpił słusznie, nie zatrzymując się przed moim domem, ale ta świadomość nie przynosiła mi ukojenia.

Max nachyliła się ku mnie.

– Och, Frannie, tak mi przykro. To wszystko przeze mnie.

– Przykro nam, Frannie – zawtórowały jej pozostałe dzieci.

Siedzący z tyłu Pip był wyraźnie niespokojny. Głośno ujadał i wył, kiedy mijaliśmy nasz dawny dom, a właściwie to, co z niego zostało.

A niech ich diabli. Niech ich szlag trafi. Kto to zrobił? Kto za tym stał? Kimkolwiek byli ci ludzie, miałam ochotę zrobić im coś naprawdę strasznego. Czułam, że mam do tego prawo. Nigdy jeszcze nie ogarniał mnie tak silny gniew i nienawiść, jak w tej chwili.

– Wiem, dokąd możemy pojechać – wykrztusiłam wreszcie, kiedy znaleźliśmy się w odległości mniej więcej półtora kilometra od mojego dawnego domu. – Wiem, gdzie będziemy bezpieczni, przynajmniej przez pewien czas. Dopóki czegoś nie wymyślimy.

Wytłumaczyłam Kitowi, jak dojechać do domu mojej siostry Carole. Mieszkała w Radcliff, mieście położonym około trzydziestu pięciu kilometrów na południowy zachód od Bear Bluff. Tam nic nam nie będzie grozić, przynajmniej dzisiaj.

Carole po rozwodzie z mężem, Charliem, przeprowadziła się z Milwaukee do Kolorado. Mieszkała na małej farmie ze swoimi dwiema córkami, Meredith i Brigid, psami, dwiema gęśmi – Grahamem i Krakersem – oraz królikiem Thumperem. Wszyscy zawsze mówili nam, że na pierwszy rzut oka widać, iż jesteśmy siostrami.

Pojechałabym do Carole wcześniej, przynajmniej, żeby szczerze pogadać, ale akurat wybrała się z córkami na dwutygodniowy biwak do rezerwatu przyrody Gunnison. Nie byłam pewna, czy już wróciły; może tak byłoby nawet lepiej.

Ale kiedy podjechaliśmy do domu mojej siostry, zobaczyłam ją w ogródku. Była prawie niewidoczna pośród pochylonych słoneczników. Wokół niej w powietrzu pląsały trzmiele.

– Kit, zatrzymaj wóz tutaj, dobrze? Sama podejdę do domu. Muszę przygotować Carole na to spotkanie.

– A co, nie lubi dzieci? – rzuciła Max.

– Ależ lubi. Zwierzęta zresztą też.

Wysiadłam i ruszyłam w stronę mojej siostry. Nie byłam pewna, czy postępuję właściwie. Ostatnimi czasy zresztą niczego już nie byłam pewna. W ciągu ostatnich kilku godzin dowiedziałam się, że w okolicy mieszka wielu ludzi, którym nie mogę ufać. Dotarło do mnie, z jak wielkimi trudnościami borykał się Kit prowadząc tę sprawę.

Moja siostra, Carole, jest ode mnie o pięć lat starsza, a poza tym wspaniała z niej babka. Jej mąż, Charlie, radiolog, przez swoją głupotę stracił ją i dzieci. Carole trafnie to podsumowała: „Przespał swoją szansę”.

– Kupiłaś sobie rodzinkę w sklepie, czy jak? – spytała, patrząc wymownie na jeepa. Miała na sobie ubłocone buty, kraciaste szorty, starą dżinsową koszulę i sfatygowany słomkowy kapelusz. Jej czoło i policzki były upaćkane kremem do opalania. Za plecami Carole suszyły się ręczniki i kostiumy kąpielowe, wyprane po powrocie z wyprawy do Gunnison. – Oczywiście, oczywiście, możesz ich wszystkich tu przyprowadzić, Frances. Ale kim są te dzieci? Czyżby za kierownicą siedział mężczyzna? Czy mnie wzrok nie myli?

Skinęłam głową.

– Ma na imię Kit… to znaczy Tom.

Carole lekko uniosła brwi.

– Uhm. Kit, Tom, wszystko jedno. A reszta?

O rany, o rany, o rany. Reszta?

– Carole, to naprawdę bardzo dziwna sprawa. Jestem twoją siostrą. Ufasz mi, zgadza się?

– W granicach rozsądku, owszem. Mam nadzieję, że nie wyszłaś za mąż za faceta z mnóstwem dzieci, Frannie? Proszę, powiedz mi, że tego nie zrobiłaś. A zresztą, co mi do tego – mruknęła, odgarniając z twarzy kosmyki włosów. – Ale nie zrobiłaś tego, co?

Położyłam dłoń na jej ramieniu. Nie, to nie wystarczało. Potrzeba mi było czegoś więcej. Wzięłam moją siostrę w ramiona i mocno przytuliłam do siebie.

– Kochana, dobrze się czujesz? Ty drżysz – powiedziała z twarzą wtuloną w mój policzek. – Drżysz na całym ciele.

– Ktoś nas ściga – szepnęłam. – Nie żartuję. To nie jest jakiś tam głupi dowcip. A jeśli chodzi o te dzieci w samochodzie… Carole, mój Boże, Carole. One… tego… one… hmmm. A, zresztą, co będę owijać w bawełnę. Te dzieciaki mają skrzydła i potrafią latać.

ROZDZIAŁ 96

Kolacja u mojej siostry zazwyczaj odbywa się w wyjątkowo swobodnej atmosferze; trudno, żeby było inaczej, skoro do jadalni w każdej chwili może wmaszerować niczym spóźniony gość Thumper, albo jedna z gęsi. Nad stołem wisi maksyma, która doskonale oddaje klimat tego domu: JEŚLI NIEBO SPADNIE NAM NA GŁOWY, BĘDZIEMY MOGLI ŁAPAĆ SKOWRONKI.

A niebo naprawdę waliło się na nas.

Musiałam jednak przyznać, że Carole doskonałe sobie radziła w trudnych sytuacjach. Kit też. Podobnie jak Meredith i Brigid, które są najmilszymi, najgrzeczniejszymi i najmądrzejszymi dzieciakami, jakie znam.

– W taki sposób odpłacasz mi się za Franka Łabędzia? – spytała Carole i wybuchnęłyśmy śmiechem. Kit zawtórował nam, choć nie mógł rozumieć żartu. Przed wyjazdem na wycieczkę ze swoimi córkami, Carole przyniosła mi starego, ciężko rannego łabędzia.

Między jednym kęsem a drugim opowiedziałam Carole w skrócie całą historię, oszczędzając jej i sobie drastycznych szczegółów, i zapewniłam, że wyjedziemy najwcześniej, jak to będzie możliwe. Postanowiłyśmy także, że Carole i dzieciaki zadekują się na tydzień w rezerwacie Gunnison – na wszelki wypadek.

Po kolacji musieliśmy z Kitem wyjechać na jakiś czas. To był jego pomysł. Mieliśmy spotkać się z Henrichem Kronerem, dawnym przełożonym Davida ze szpitala komunalnego w Boulder, który do tego zajmował jedno z wysokich miejsc na sporządzonej przez Kita liście podejrzanych. Kroner studiował embriologię w Bostonie pod kierunkiem doktora Anthony’ego Peysera.

Henrich przyjechał do Kolorado z M.I.T. W Bostonie nie postawiono mu żadnych zarzutów. Obecnie mieszkał w Boulder ze swoją przyjaciółką, Jilly, która była pielęgniarką na oddziale pediatrii i pracowała w szpitalnej klinice zapłodnień in vitro.

Myśli o wszystkich zamordowanych w „Szkole” dzieciach nie dawały mi spokoju. Wszystkie zostały odrzucone, jako wadliwe egzemplarze. Pielęgniarka na oddziale pediatrii? To nie mógł być czysty przypadek.

Obawialiśmy się, że jeep Kita teraz już mógłby zostać rozpoznany, więc pożyczyliśmy należące do Carole chevy. Przed wpół do dziesiątej znaleźliśmy się przed domem doktora Kronera. Jeśli on i Jilly byli w domu, na pewno jeszcze nie spali. Przypomniałam sobie, że widziałam Henricha u Barbary McDonough tej nocy, kiedy zginął Frank. Kolejny zbieg okoliczności? Wątpliwe.

W luksusowym, ogromnym domu paliły się światła. Na podjeździe stał czarny mercedes, którym jeździł Henrich Kroner.

Ruszyliśmy w stronę domu brukowaną ścieżką. Stanęliśmy pod drzwiami i Kit kilka razy wcisnął dzwonek.

Nikt nie otwierał. Przez szybę widziałam wnętrze salonu: sosnowe meble i dywaniki w jasnych barwach, przedruki malowideł Audubona, proste, ciężkie drzwi, posadzka z sosnowej klepki. Nigdzie ani śladu Henricha ani Jilly. Przeszedł mnie dreszcz.

– Doktorze Kroner! – krzyknęłam wreszcie. – To ja, Frannie O’Neill. Henrich Kroner, Jilly, jesteście tam? Jest ktoś w domu?

Odpowiedziała mi cisza. Tylko z ogrodu dolatywało głośne cykanie świerszczy i cykad.

– Spróbujmy wejść od tyłu – powiedział Kit i zniknął za rogiem domu.

Odetchnęłam głęboko i ruszyłam za nim. Nie chciałam być sama.

– Jestem tuż za tobą, Kit.

Nagle zatrzymał się w pół kroku i o mało na niego nie wpadłam.

– O Jezu – wyszeptał. – Zostań tam, Frannie. Nie podchodź, proszę. To straszne.

Z miejsca, w którym stałam, widać było Henricha i Jilly, zalanych krwią. Leżeli na żółtych, pokrytych czerwonymi plamami szezlongach.

Jilly została trafiona w gardło. Henrich otrzymał postrzał w prawe oko.

Moje serce ścisnęło się na ten widok; miałam sucho w ustach. Chciałam zakryć oczy, ale tego nie zrobiłam. Musiałam wszystko dokładnie obejrzeć, by w razie potrzeby móc to opisać. Gdybym miała zeznawać w sądzie, powinnam być dobrym świadkiem.

Kit delikatnie trącił mnie w ramię.

– Dobrze się czujesz, Frannie?

Nie za bardzo, pomyślałam. Widziałam na własne oczy wiele martwych zwierząt, ale nie przygotowało mnie to na widok dwojga brutalnie zamordowanych ludzi, których w dodatku znałam.

– Jakoś sobie radzę. Na razie trzymam się na nogach – wyszeptałam.

– Dwie kule na każdą ofiarę. Rany wlotowe oddalone od siebie o parę centymetrów – wymamrotał Kit.

– To stało się przed chwilą. Ciała nie są sztywne ani pokryte plamami. Gdybyśmy przyjechali parę minut wcześniej, natknęlibyśmy się na zabójców. Albo oni na nas.

Nie przyjaźniłam się z Henrichem Kronerem ani Jilly, jednak dobrze ich znałam. Nie przepadałam za Henrichem, ale kilka razy zapraszał mnie i Davida na przyjęcia.

Sama siedziałam w jednym z tych żółtych szezlongów. Ciekawe, czy kiedykolwiek był tu doktor Anthony Peyser? Czy to on jest odpowiedzialny za śmierć tych ludzi?

Przez głowę przewijały mi się ponure myśli, jak zwykle pod wpływem stresu. Przypomniałam sobie, że widziałam Kronera w domu państwa McDonoughów tej nocy, kiedy zginął Frank. Mnie także odwiedził po śmierci Davida. Teraz nabrałam podejrzeń, że nie był to przypadek. Okropność.

– Musimy wrócić do domu Carole – powiedziałam i chwyciłam Kita za rękę. – Musimy zabrać stamtąd ją i dzieciaki.

„Oni” pozbywali się wszystkich świadków.

ROZDZIAŁ 97

Kit odczuwał lęk, ale ze wzglądu na Frannie starał się tego nie okazywać. Zatrzymał wóz przy sklepiku na Baseline Road w Boulder. W ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin miał okazję zastosować w praktyce wszystkie umiejętności nabyte w czasie pracy w FBI, a także nieco je rozszerzyć. Przypomniało mu się porzekadło, które poznał w czasie szkolenia w Quantico: „Siedem razy upadniesz, za ósmym wstaniesz”.

– To nie potrwa długo – powiedział, otwierając drzwi chevy. – Spróbują pogadać z Peterem Strickerem z FBI. Muszę go przekonać, żeby mi uwierzył, a to nie będzie łatwe.

– Dobrze – odparła Frannie – ale proszę, pospiesz się. Boję się o Carole i dzieci.

Kit ruszył szybkim krokiem w stronę automatu telefonicznego przed jasno oświetlonym sklepem. Wciąż nie opuszczało go przeświadczenie, że może liczyć w tej sprawie tylko na siebie. Cóż, taki los. Najgorsze, że w pojedynkę miał ograniczone możliwości działania. Dlaczego, u diabła, odebrano mu tę sprawę? To nie miało najmniejszego sensu i było cholernie niepokojące.

Nie chciał rozmawiać z Peterem Strickerem. Nawet teraz. Kit zdawał sobie sprawę, że dzwoniąc do niego sam się naprasza, by jego przełożony zwymyślał go, próbował zastraszyć i po raz kolejny odmówił udzielenia pomocy. Tak to wyglądało już od ponad roku. W kółko to samo.

Mimo że w Waszyngtonie było już po siódmej, Kit postanowił najpierw zadzwonić do gabinetu Strickera. Miał co prawda numer domowy swojego szefa – w końcu byli przyjaciółmi, a jakże – ale korzystał z niego tylko w ostateczności. Bez potrzeby nie należało tego robić.

Sekretarka Petera podniosła słuchawkę po pierwszym dzwonku.

– Cindy, mówi Tom Brennan. Muszę porozmawiać z Peterem. To pilne.

– Pan Stricker wyjechał – powiedziała sekretarka. – Proszę zostawić wiadomość, przekażę mu, kiedy wróci.

Kit zaczął wydzierać się do słuchawki.

– Cholera jasna, Cindy, tu giną ludzie. Wezwij Petera przez pager w tej chwili. Zaczekam. Tym razem nie dam się spławić. Powiedz mu, że miały miejsce kolejne zabójstwa i to jego wina, do cholery.

Cindy zadziwiająco szybko udało się wezwać szefa. Kit był ciekaw, czy Stricker przez cały ten czas siedział w swoim gabinecie. Najprawdopodobniej tak.

W słuchawce rozległ się znajomy szept Strickera.

– Tom, o co chodzi? – Kit żałował, że nie może go dosięgnąć przez światłowodowe łącza i udusić.

– Miało miejsce kolejne zabójstwo. Dwa zabójstwa. Nie, właściwie to było ich o wiele więcej. Na razie nic nie mów, daj mi dokończyć to, co mam do powiedzenia. Ani słowa!

– Tom, gdzie jesteś?

– Powiedziałem, ani słowa, do jasnej cholery!

– Rozumiem. Oczywiście. Mów dalej.

– No dobrze. Otóż wcale nie jestem w Nantucket. Nie spędziłem tam nawet chwili. Jestem w Kolorado, i dobrze, bo właśnie tu FBI powinno mnie wysłać. To ty powinieneś mnie wysłać, Peter, gdybyś poważnie traktował moje ostrzeżenia.

– Byłeś świadkiem morderstwa. Mówiłeś, że…

– Zamknij się, do diabła. Tak, właśnie wyszedłem z domu doktora Henricha Kronera. On i jego panienka nie żyją. To nasza wina. Nie, to twoja wina. Kroner kiedyś pracował dla Anthony’ego Peysera.

– W porządku, rozumiem. Gdzie teraz jesteś, Tom? Gdzie dokładnie znajduje się dom doktora Kronera?

– Zapomnij o Henrichu Kronerze. On nie żyje. Już ci mówiłem. Peter, oni zabijali dzieci. Niszczyli embriony. Prowadzą eksperymenty na ludziach. Widziałem to na własne oczy. Widziałem to straszne laboratorium, w którym pracowali. Ja tam byłem.

– Tom, gdzie, u licha, jesteś? – Peter Stricker wreszcie nie wytrzymał i podniósł głos.

– Jestem w pieprzonej budce telefonicznej w sercu Piekła, i wiesz co? Są tu nawet sklepy! Chcę pięćdziesięciu agentów, i to już! Ściągnij wszystkich z Denver. Powiedz im, żeby pojechali do Bear Bluff, stan Kolorado. Niech czekają na mnie w ruinach „Zwierzyńca”. To klinika dla zwierząt. Nie da się jej nie zauważyć, bo ktoś spalił ją na popiół. Powiedz swoim ludziom, że to ja się z nimi skontaktuję – nie odwrotnie. Od tej chwili ja przejmuję dowództwo!

Stricker westchnął.

– No dobrze, rozumiem. Wyślemy tam ludzi.

Kit odwiesił słuchawkę i odetchnął głęboko. No, nareszcie jakieś dobre wieści. Nadjeżdżała odsiecz.

ROZDZIAŁ 98

Kit wyszedł z budki telefonicznej po zakończeniu niezwykle ożywionej rozmowy i podbiegł truchtem do samochodu. O dziwo, wyglądał nieco lepiej. Wróciły mu kolory. Powiedział, że jego dawny szef wreszcie go wysłuchał.

– Nie wiem, czy uwierzył we wszystko, ale przynajmniej częściowo dał się przekonać. Przyśle tu agentów.

Nie mogłam wyzbyć się wrażenia, że trafiłam do toczącego się w świecie rzeczywistym filmu przypominającego Inwazję porywaczy ciał. Zaczynałam szczerze wierzyć, że nie mogę ufać nikomu, kto mieszkał w Boulder i okolicznych mieścinach.

Pospiesznie wróciliśmy z Boulder do domu Carole. Moja siostra zobaczyła światła nadjeżdżającego samochodu i czekała na nas pod drzwiami.

– U nas wszystko w porządku, Frannie – powiedziała. Pewnie wyczytała niepokój z mojej twarzy. – Dzieciaki były grzeczne. Nikt nie latał.

– Tak, ale ty, Meredith i Brigid musicie stąd natychmiast odfrunąć. Kolejny lekarz ze szpitala nie żyje. Doktor Henrich Kroner.

Carole i jej córki spakowały się w kwadrans, co było ich nowym rekordem. Miałam wyrzuty sumienia, że wplątałam je w tę sprawę, ale i tak musiałyby stąd wyjechać. Ci ludzie, którzy deptali mi po piętach, bez większych trudności mogli dowiedzieć się, kim jest moja siostra, jeśli już tego nie wiedzieli, i zdobyć jej adres. Rezerwat Gunnison był w tej chwili dla niej najbezpieczniejszą kryjówką.

Wyściskałyśmy się mocno, próbując nie płakać. Potem wszyscy wylegli przed dom i pomachali mojej siostrze i jej córkom. Ich samochód rozpłynął się w mroku. Prosiłam Opatrzność, by były bezpieczne, byśmy i my byli bezpieczni.

Ale sama w to nie wierzyłam. Wydarzyło się zbyt wiele zła, a my za dużo wiedzieliśmy.

ROZDZIAŁ 99

Doktor Anthony Peyser powoli gramolił się z ciemnoszarego mercedesa. Na jego twarzy widać było, jak dużym jest to dla niego wysiłkiem. Peyser miał już grubo ponad siedemdziesiąt lat i choć uważany za geniusza, nie mógł zatrzymać procesu starzenia się i usunąć skutków życia w ciągłym napięciu.

Wolnym krokiem podszedł do mężczyzn oczekujących jego przybycia na małej, porośniętej krzewami polanie. Pomachał do nich ręką na powitanie; wyglądał na zwykłego, sympatycznego staruszka.

– Nie złapaliśmy jej jeszcze – rzucił Harding Thomas, zanim Peyser zdążył cokolwiek powiedzieć.

– Na to wygląda – odparł doktor i uśmiechnął się blado. – Cóż, to mnie nie dziwi. W innych okolicznościach, kto wie, może nawet byłbym z tego zadowolony. Dziewczynka ma ptasi instynkt samozachowawczy i umiejętność latania, oraz ludzki rozum. Na każdym kroku udowadnia wam swoją wyższość, prawda? Oczywiście, że tak. Wspaniała dziewczynka.

– Dostaniemy ją – powiedział Thomas.

Peyser skinął głową i wydął cienkie wargi.

– Nie mam co do tego wątpliwości. Szukała pomocy u ludzi i to będzie jej zgubą. W końcu popełniła błąd.

Harding Thomas przytaknął. Jak zwykle, doktor miał rację.

– Schwytajcie ją żywcem, jeśli to możliwe. Można za nią dostać grube pieniądze – powiedział Peyser. – Ale jeśli to wam się nie uda, zabijcie ją. To samo dotyczy wszystkich, którzy ją widzieli. Korzyści, jakie wynikną z naszej pracy, będą wystarczającym usprawiedliwieniem podjętych przez nas działań. Nadchodzą najważniejsze dni w historii ludzkości.

ROZDZIAŁ 100

Tę noc spędziliśmy w domu Carole. Spaliśmy fatalnie; wszyscy obudziliśmy się przed świtem. Kit musiał pojechać do „Zwierzyńca” i postanowiliśmy mu towarzyszyć; doszliśmy do wniosku, że lepiej trzymać się razem.

Posiłki podobno były już w drodze. Mieliśmy spotkać się z agentami FBI w „Zwierzyńcu”. Kit zajrzał tam koło północy, ale nikogo nie zastał.

Przed czwartą opuściliśmy dom Carole. Boczne drogi, którymi się przekradaliśmy, zalegał złowieszczy mrok. Ani w Radcliff, ani w Bear Bluff nie było ulicznych latarni.

O czwartej czterdzieści pięć znaleźliśmy się przy „Zwierzyńcu”. Wjechaliśmy na znajomą drogę, ale Kit nie zatrzymał się przy ruinach. Przejeżdżając obok, dokładnie je zlustrował.

– Nikogo nie widzę. Może Stricker jednak mi nie uwierzył. Co za dupek.

Zawróciliśmy i podjechaliśmy z powrotem do mojego dawnego domu. W pobliżu nie było żywej duszy. Ludzie z FBI jeszcze tu nie dotarli.

– Zatrzymaj wóz, Kit. Muszę się tu rozejrzeć.

To był mój dom i nie mogłam zostawić go bez pożegnania. Kit skręcił na podjazd.

Wzięłam jego latarkę.

– To nie potrwa długo.

Wyskoczyłam z jeepa i weszłam na osmalone schody. Jedna myśl przyćmiła wszystkie inne: to był mój dom, moje miejsce pracy, a moje nieszczęsne zwierzaki zostały zamknięte w środku i spalone żywcem.

Budynek wciąż się tlił, a w powietrzu unosił się silny, drażniący odór spalenizny. Mój dom przestał istnieć. Z trudem dawało się go rozpoznać.

Kiedy wreszcie zdobyłam się na to, by zajrzeć do środka, przeżyłam spore zaskoczenie. Zaświeciłam latarką i… okazało się, że zwierzęta zniknęły. Ktoś wypuścił je z klatek przed podłożeniem ognia. Poczułam ulgę.

– Frannie – usłyszałam za moimi plecami głos Kita. – Dobrze się czujesz?

– Musiałam to zobaczyć – szepnęłam przez ściśnięte gardło. Zakryłam nos chusteczką, ale to niewiele dało. Na języku czułam ostry, nieprzyjemny smak sadzy.

Płomienie strawiły wszystko. Po meblach, dywanach i zasłonach zostały tylko czarne resztki; nic nie dało się uratować. Ściany i sufit pokrywały czarne bąble.

Kit objął mnie od tyłu. Wyczuł, że potrzeba mi ciepła. Odwróciłam się i spojrzałam mu w oczy.

– Kit, może nie zrobili tego ci sami ludzie. Ten, kto spalił mój dom, wypuścił zwierzęta z klatek. Ci dranie ze „Szkoły” nie zrobiliby tego.

– Może ogień podłożyli lekarze z Boulder – zasugerował – a nie ci strażnicy, czy łowcy.

– A może ci młodzi żołnierze, których widzieliśmy wczoraj – podzieliłam się z nim swoim szalonym podejrzeniem.

– Chodźmy stąd – powiedział cicho. – Zaczekamy na zewnątrz. Tu już niczego nie ma.

– Wiem. Dzięki, że pozwoliłeś mi to zobaczyć – szepnęłam. Nie opierałam się, kiedy wyciągnął mnie z ruin domu, razem z którym spłonęło kilka lat mojego życia.

Wyszedłszy na ganek, zastygliśmy w bezruchu.

„Oni” czekali na nas. Zamiast oczekiwanych agentów FBI, ujrzeliśmy łowców – strażników ze „Szkoły”. Na moim podjeździe stało z pół tuzina podpalaczy i morderców. Mieli ze sobą Max i pozostałe dzieci.

ROZDZIAŁ 101

– Trzymajcie łapy z dala od nich! – krzyknął Kit. – To tylko dzieci.

Strasznie mi tym zaimponował. Ci ludzie mieli karabiny, pistolety, a Kit wydawał im polecenia. Nie dał się zastraszyć.

O dziwo, strażnicy pilnujący Ozymandiasa i Max puścili dzieci i nawet cofnęli się o kilka kroków. Ubrani byli tak, jakby wybierali się na polowanie – w traperki, poplamione i wymięte spodnie w kolorze maskującym, grube kamizelki, jakie noszą myśliwi. W żaden sposób nie można było odgadnąć, kim są. Wojsko? FBI? Najemnicy? W każdym razie żadnego z tych ludzi nie widziałam w szpitalu komunalnym w Boulder.

– Zejdźcie tu do nas! – Mężczyzna, który wypowiedział te słowa, był potężnie zbudowany i wyglądał na mniej więcej pięćdziesiąt lat. Miał ospowatą, poprzecinaną bliznami twarz, a jego oczy przypominały czarne kulki. To musiał być wujek Thomas, o którym tak wiele słyszałam od Max. – Już dosyć narobiliście kłopotów! – krzyknął gromkim głosem. – Zaraz was stamtąd po prostu zestrzelę.

– My narobiliśmy kłopotów? – zdziwiłam się. – Nie rozśmieszaj mnie.

– Jesteś mordercą! – krzyknęła Max do mężczyzny, który trzymał ją za włosy. Wiła się na wszystkie strony, usiłując mu się wyrwać. – I do tego dupkiem. Nawet większy z ciebie dupek niż morderca, wujku Thomasie!

Thomas uśmiechnął się i prawie udało mu się zrobić minę dobrotliwego wujaszka.

– Dziękuję ci, Tinkerbell. – Spojrzał na nas i wypchnął Max do przodu. – Hej, wy tam, chodźcie tu. No, ruszcie się, bo zastrzelę jednego z dzieciaków.

– On to zrobi, Frannie. Jest tchórzem i bezmózgim osiłkiem. To zwykła, nikomu niepotrzebna świnia.

Zeszliśmy z Kitem z ganku i dołączyliśmy do reszty jeńców. Nie mieliśmy wyboru. Strażnicy mierzyli do nas z karabinów. Liczyliśmy na to, że spotkamy tu ludzi z FBI, ale zamiast nich ujrzeliśmy tych bandziorów.

Na podjazd skręciły dwa terenowe auta. Za nimi pojawił się czarny RV.

– Znasz tych ludzi? – spytałam Max.

– Tak – syknęła. – Chociaż wolałabym ich nie znać. To strażnicy. Pilnują porządku w „Szkole”. Trzymają wszystkich w ryzach. Wiążą dzieci, a potem je usypiają. A szefem tych parszywców jest wujek Thomas.

Zwróciła twarz ku stojącemu przy niej mężczyźnie.

– Jesteś najgorszym z najgorszych. Zdradziłeś nas. Kłamiesz za każdym razem, kiedy otwierasz usta.

– Jesteś niegrzeczna, mała – powiedział i zaciął gniewnie usta. Podniósł rękę, by uderzyć Max.

Wtedy rzuciłam się na niego. Opanowała mnie dzika wściekłość. Thomas był zaskoczony moim desperackim atakiem. Kit bez wahania włączył się do walki. Uderzył jednego ze strażników łokciem w nos. Następnie obalił na ziemię osiłka o budowie atlety, który wygrażał nam kolbą karabinu. Trzeci strażnik jednak był szybszy i przystawił lufę pistoletu do skroni Kita.

Max zaczęła uciekać. Pobiegła w stronę lasu rozciągającego po drugiej stronie domu. Zaczęła machać skrzydłami i wzbiła się w powietrze. Przy każdym kolejnym locie wydawała się silniejsza i sprawniejsza.

– Nie strzelajcie! Proszę, nie strzelajcie do niej! – wydzierałam się na cały głos prosto w ucho Thomasa.

– Zestrzelcie ją – krzyknął. – Nie wahajcie się. Strąćcie ją.

Dwaj strażnicy zaczęli strzelać, kiedy Max oderwała się od ziemi. Nie poleciała jednak prosto w górę, tylko pomknęła jak strzała ku wysokim jodłom. Po chwili zniknęła za kępą drzew.

Część strażników pobiegła za nią; niestety, kilku zostało z nami.

– Do wozu! Już! Szybciej, bo zastrzelimy was na miejscu – rozkazał Thomas i uderzył mnie otwartą dłonią w głowę. Zabrzęczało mi w uszach i zachwiałam się. Nie spodziewałam się tego ciosu.

– No to mnie zastrzel! – Wendy postąpiła krok do przodu, dumnie prężąc swoją małą pierś. – Strzel mi prosto w twarz. Zabij mnie.

– Mnie też zastrzel! – krzyknął Peter. – Bums, i po mnie! Myślisz, że się boję? No, na co czekasz? Zabij sobie jeszcze jednego dzieciaka.

– Właściwie to chciałem zacząć od niego. – Thomas wskazał pistoletem Ikara. – Tego ślepego. Hej, Ikar!

– Wsiądźcie do samochodu – powiedziałam do dzieci. – Już! W tej chwili! Ikar, ty pierwszy. Błagam.

Dzieci spojrzały na mnie, a ja chciałam jakoś dodać im otuchy, powiedzieć, że to nic takiego, że wszystko będzie dobrze. Wiedziałam jednak, iż byłoby to kłamstwem. Pod czujnym okiem Thomasa, mierzącego do nas z pistoletu, wsiedliśmy do furgonetki.

– No to po ptakach – szepnął Ikar, siedzący obok Kita. – Wszyscy zginiemy.

ROZDZIAŁ 102

Zostaliśmy brutalnie wepchnięci do ciasnej, pogrążonej w półmroku kabiny furgonetki, która nieodparcie kojarzyła mi się z karawanem. Przypomniałam sobie, co powiedział mi Kit: „Oni” chcą się wszystkich pozbyć. Nie mogą zostawić przy życiu żadnych świadków.

Silnik karawanu zakrztusił się, po chwili jednak zapalił. Wóz wyjechał tyłem z mojego podjazdu. Kierowca skręcił w prawo. Bear Bluff znajdował się w przeciwnym kierunku. Dokąd jechaliśmy?

– Oni nas uśpią – powiedział Ozymandias beznamiętnym tonem.

Tego właśnie bałam się najbardziej.

– Kogo ci ludzie usypiali w „Szkole”? – spytał go Kit. Nawet w tak beznadziejnej sytuacji zachowywał się jak rasowy agent; usiłował zbierać informacje, by dojść prawdy.

– Nie wolno nam o tym mówić – ostrzegła Wendy. W jej oczach czaił się lęk.

– Zabijali mnóstwo stworków – powiedział Peter ze wzruszeniem ramion.

– Czym są te stworki? – spytałam Petera.

– To zwierzątka, które są trzymane w laboratoriach. Zwłaszcza nowo narodzone maluchy. Nazywamy je po prostu stworkami. Albo laborzętami – odparł Oz. – Spytaj o to Max. Ona tam pracowała. Aha, nie ma jej tu. Nie martwcie się, ona jest bystra. Da sobie radę.

Skinęłam głową.

– Wiem. A co z Adamem i Ewą? – spytałam. – Kim oni byli?

– Naszymi najbliższymi przyjaciółmi – wyjaśnił Peter głosem pełnym smutku. – Byli w moim wieku. Urodziliśmy się w tym samym roku. Tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym.

– Zostali uśpieni – powiedział Oz. Przejechał palcem po gardle i wywalił język z ust. – Najlepiej o nich zapomnieć. Co z oczu, to z serca. Jedni śpią, inni płaczą.

– Jedni śpią, inni płaczą – powtórzyły dzieci. – Jedni śpią, inni płaczą.

W moim umyśle rysował się coraz wyraźniejszy i bardziej przerażający obraz „Szkoły”. Młodsze dzieci chętniej o niej opowiadały niż Max. Nie bały się tak bardzo jak ona.

– Jezu, Frannie – powiedział Kit, kładąc rękę na mojej dłoni. – Biedne dzieci. Nie domyślasz się, dokąd jedziemy? W którym kierunku?

Potrząsnęłam głową i westchnęłam.

– Z powrotem w góry. Zdaje się, że na zachód. Nic więcej nie jestem w stanie powiedzieć.

Tymczasem w uszach wciąż miałam słowa powtarzane przez dzieci. Jedni śpią, inni płaczą.

Albo inaczej – gdy wszyscy śpią, nie płacze nikt.

ROZDZIAŁ 103

Furgonetka niemal przez pół godziny z trudem pięła się pod górę. Nagle zatrzymała się. Silnik zgasł. Zamarłam. Dotarliśmy na miejsce. Na pewno nie przywieziono nas do „Szkoły” – więc gdzie?

Rozległ się trzask zamykanych drzwi samochodu. Następnie usłyszałam chrzęst butów na żwirze i chrapliwe męskie głosy.

– Gdziekolwiek jesteśmy, jechaliśmy niecałą godzinę – szepnął Kit. Siedzieliśmy sztywno w tylnej części furgonetki. Na razie nie mogliśmy nic zrobić. To poczucie bezradności mnie dobijało.

– Jak tam, wszystko w porządku? – spytałam dzieci. Starałam się sprawiać wrażenie pewnej siebie i zachowywać się tak, jakbym przynajmniej do pewnego stopnia panowała nad sytuacją. Zdałam sobie sprawę, że odkąd odnalazłam te dzieci, obudził się drzemiący we mnie instynkt macierzyński.

– Nie jesteśmy w pobliżu naszej gównianej „Szkoły”. Czuję to – powiedział Oz głosem, po chłopięcemu buńczucznym i pełnym entuzjazmu jednocześnie.

– To niedobre miejsce – dodał Ikar. – Ja zawsze wyczuwam takie rzeczy.

– Tu jest be, co, Ikar? – zażartował Oz i zrobił minę do swojego niewidomego przyjaciela.

Drzwi furgonetki otworzyły się ze skrzypieniem. Słońce oślepiło nas na chwilę. Zmrużyliśmy oczy.

Na zewnątrz stali uzbrojeni ludzie o twarzach jak księżyce w pełni. W walce z nimi nie mielibyśmy najmniejszych szans.

– Nie musicie mierzyć do nas z tych karabinów – powiedziałam.

– Przybywamy w pokoju – dodał Ikar.

Jeden ze strażników podszedł do nas.

– Wysiądźcie z wozu. – Mówił tonem wojskowego; ciekawe, z jakiej armii? – Wszystko pójdzie o wiele łatwiej, jeśli będzie pani wykonywać polecenia, a nie je wydawać. Wy wszyscy – wysiadać! Szybko!

– To małe dzieci. Boją się broni – stwierdził Kit. – Ma pan dzieci? Czy którykolwiek z was ma dzieci?

– Niech pan wysiądzie z tego wozu, do cholery, agencie Brennan. Wiemy, kim pan jest. A poza tym, owszem, mam dwójkę dzieci. Teraz zamknijcie się wszyscy.

Spojrzałam raz jeszcze na dzieci. Miały ściągnięte twarze, ale nie okazywały zbyt wielkiego strachu. Może w „Szkole” nauczyły się przyjmować ze spokojem wszystko, co zgotuje im los.

– Dobra, wychodzimy. Wysiadamy z furgonetki – powiedziałam. Jednak ledwie znalazłam się na zewnątrz, głos uwiązł mi w gardle. Jeśli wcześniej mogłam mieć jakieś wątpliwości, teraz wiedziałam już, że trafiłam do jakiegoś koszmaru. Nogi wrosły mi w ziemię.

Wiedziałam, gdzie jesteśmy. Nie rozumiałam, dlaczego nas tu przywieziono i chyba nie chciałam rozumieć, ale doskonale znałam to miejsce. Boże.

– Och, Kit – wymamrotałam.

– Co się stało, Frannie?

Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem. Nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Staliśmy przed domem Gillian po zachodniej stronie Sugarloaf Mountain. Tu mieszkała moja przyjaciółka. Jeszcze parę dni temu pływałam w jej wielkim, migocącym w słońcu basenie. Patrząc na zachód widać było dział kontynentalny, a ku północy rozciągał się Four Mile Canyon.

Na dużym, dobrze mi znanym parkingu stało pełno ciężarówek, samochodów i uzbrojonych strażników. Wypatrzyłam też kilku ludzi, których znałam ze szpitala komunalnego w Boulder.

Na jednego z nich zwróciłam szczególną uwagę. Wysiadał właśnie z granatowego land-rovera. Zauważyłam w lewym górnym rogu przedniej szyby szpitalną naklejkę. Taką samą David przyczepił do naszego samochodu.

Ale David był jednym z nich, zgadza się? On też był parszywym draniem. Och, Davidzie, Davidzie, jak mogłeś?

– To doktor John Brownhill. – Wskazałam go Kitowi.

Brownhill nawet na mnie nie spojrzał, nawet nie zwrócił oczu w naszym kierunku.

– Mieliśmy okazję się poznać. W czym się specjalizuje? Dzieciobójstwie? – spytał Kit.

– Jest dyrektorem kliniki zapłodnień in vitro w Boulder – mruknęłam do siebie. Te dzieci musiały mieć matki, pomyślałam po raz nie wiadomo który. Jakieś kobiety wydały je na świat; to dlatego doktor John Brownhill był tutaj. Ci ludzie go potrzebowali.

Nagle przed domem pojawiła się Gillian Puris. Moja przyjaciółka. Tak zimna i wyniosła, że wydawała się zupełnie obcą osobą. Obok niej stał jej syn Michael. Machał do kogoś z ganku; w pierwszej chwili pomyślałam, że do mnie.

Ale myliłam się!

ROZDZIAŁ 104

– To Adam! Nic mu nie jest! Tam, stoi przed domem. Adam żyje! – Wendy i Peter wydawali z siebie radosne, piskliwe dźwięki. Dzieci były podekscytowane i ożywione; ucieszyły się na widok tego chłopca – syna Gillian.

Znały go i domyślałam się, skąd – ze „Szkoły”! Michael też stamtąd pochodził. To on był tym Adamem, o którym wszyscy opowiadali.

Mały chłopiec nagle wyrwał się Gillian. Musiał być silny. Rzucił się biegiem w stronę Petera i Wendy.

– Adam! Adam! Tu jesteśmy – krzyczały bliźniaki.

W pierwszej chwili przez twarz Gillian przemknął niepokój, który szybko zastąpiła wściekłość.

– Michael, stój! – krzyknęła, ale szczupły, jasnowłosy chłopiec pędził jak błyskawica do swoich przyjaciół, swoich zaginionych compadres, kumpli ze „Szkoły”.

Michael śmiał się radośnie. Wyglądał jak niewinne, rozbrykane dziecko. Nigdy jeszcze nie widziałam, by zachowywał się po prostu jak mały chłopiec. Padł w objęcia Wendy i Petera i we trójkę zaczęli tańczyć na środku drogi, wydając z siebie nieartykułowane dźwięki, które tylko te maluchy zdawały się rozumieć.

Odwróciłam się od nich i spojrzałam na Gillian. Miała takie zimne, bezduszne oczy. Po raz pierwszy ujrzałam jej skrzętnie dotąd skrywane oblicze, i nie byłam na to przygotowana. Kim jest ta kobieta, którą uważałam za bliską mi osobę? Czułam się tak, jakbym miała w żołądku ciężki kamień. Ona tylko udawała moją przyjaciółkę, by obserwować mnie po śmierci Davida.

– To Adam! Nasz przyjaciel! – krzyknął mi w ucho Ikar. Z radości oderwał się od ziemi i wzleciał na wysokość półtora metra. Zawisł w powietrzu. – Adam żyje! Czy to nie wspaniałe? Co lepszego mogłoby nas spotkać?

Nagle Ikar otrzymał potężny cios. Jeden ze strażników uderzył go w głowę. Rąbnął tego małego chłopczyka pięścią. Biedny Ikar bezwładnie runął na ziemię. Nie ruszał się.

Tego już było dla Kita za wiele. Uderzył strażnika prosto w szczękę. Dwaj pozostali, klnąc głośno, rzucili się na Kita, zasypując go gradem ciosów. Potem wymierzyli w niego karabiny, ale on się nie uspokoił. Wydzierał się na nich. Dzieci też krzyczały.

Tymczasem ja uklękłam przy biednym Ikarze. Bałam się, że mogło mu się coś stać, ale jego nie widzące oczy na szczęście były otwarte. Wyglądało na to, że już doszedł do siebie.

– Bezmózg – rzucił do strażnika, dając upust złości. Prawdziwy mały wojownik. – I to miał być cios?

– Zuch z ciebie, Ikarze – powiedziałam. – Ale uspokój się trochę.

– Nie wolno latać! – huknął strażnik, patrząc znacząco na Ikara. Mężczyzna był czerwony na twarzy; żyły napęczniały mu na karku. – Znacie przepisy. Latanie jest zabronione. Powtarzaliśmy wam to tysiące razy.

– Przepisy się zmieniły – warknął Ikar.

Nie zamierzał ustąpić. Przygarnęłam malca do siebie, pragnąc zasłonić go przed kolejnymi ciosami. Instynkt macierzyński rozbudził się we mnie ze zdwojoną siłą.

Gillian szła szybkim krokiem w moim kierunku.

– Nie powinno do tego dojść – rzuciła w moją stronę. – Przykro mi, Frannie.

– Jasne. To kwestia wyczucia – odburknęłam i zdałam sobie sprawę, że jestem wściekła. – Niestety, David i Frank McDonough zawiedli. Zabrakło im wyczucia i tyle.

Miałam ochotę krzyczeć na Gillian i na strasznego potwora zwanego wujkiem Thomasem, ale zmusiłam się, by zachować spokój i nie okazywać złości. Sytuacja była zbyt niebezpieczna. Wokół nas stali uzbrojeni strażnicy. Zdawali się tylko czekać na okazję, by sobie postrzelać.

– Cześć, ciociu Frannie! – usłyszałam z dołu.

Michael objął mnie za nogi i mocno się przytulił. Był pięknym małym chłopcem. Zawsze go ubóstwiałam i nie mogłam się nachwalić, ale w tej chwili, szczerze mówiąc, trochę się go bałam. Wszystko mnie przerażało. A najbardziej Gillian. Moja tak zwana przyjaciółka okazała się bezdusznym potworem.

Nic nie było tym, czym się wydawało; co za koszmar!

Michael to Adam.

Bóg jeden wie, kim jest Adam.

A Gillian nie była moją przyjaciółką. Tyle razy rozmawiałyśmy ze sobą, śmiałyśmy się i płakałyśmy razem. I pomyśleć, że przez cały ten czas miałam tuż obok wroga, najgorszego z nich. Może nawet przyszło jej do głowy, by mnie zabić?

Pochyliłam się i pocałowałam Michaela w policzek.

– Czyli Peter i Wendy są twoimi przyjaciółmi? – spytałam.

– Najlepszymi – oznajmił.

Gillian przerwała naszą rozmowę.

– Masz pójść do swojego pokoju i nie wychodzić, dopóki ci nie pozwolę – powiedziała surowym tonem. Nie znałam jej od tej strony. – Idź już, Michael. Natychmiast!

Chłopiec podniósł oczy na swoją matkę. Biologiczną matkę? – pomyślałam. Wydawał się zdezorientowany i zraniony, i nie można go było za to winić.

– Mamusiu – spytał najzupełniej niewinnie – czy chcesz ich uśpić? Proszę, nie rób tego. To moi przyjaciele. Oni będą grzeczni!

I wtedy chłopczyk zaczął płakać gorzkimi łzami. Wzruszenie ścisnęło mnie za gardło. On naprawdę bał się o swoich przyjaciół. Gillian jak gdyby nieco zmiękła. Wreszcie zauważyłam w niej cień osoby, którą znałam. Po chwili jednak wyciągnęła rękę w stronę domu.

– Powiedziałam, żebyś poszedł do swojego pokoju, więc zrób to. No, już! – krzyknęła. – To rozkaz.

Podążyłam spojrzeniem za jej wyciągniętą ręką i z wrażenia zaparło mi dech.

– Och, Gillian, nie – jęknęłam.

Na ganku stało kolejne małe dziecko. Tym razem była to dziewczynka. Wyglądała niemal identycznie, jak Michael. To zapewne Ewa. W mojej pamięci odżyło wspomnienie umierających w „Szkole” dzieci. Nieudanych eksperymentów. Wadliwych egzemplarzy. I jakby tego wszystkiego było mało, teraz ujrzałam to dziecko.

Koszmar nie zakończył się na tym. Po jednym szokującym odkryciu następowało kolejne. Ku swojemu zdumieniu, rozpoznałam człowieka stojącego w drzwiach za plecami Ewy. Był to doktor Carl Puris, mąż Gillian! Ale to niemożliwe! Carl Puris zmarł przed dwoma laty na chorobę serca.

Usłyszałam głos Kita.

– To Anthony Peyser – powiedział. – Doktor Peyser żyje i ma się doskonale. Wreszcie znalazłem tego sukinsyna.

ROZDZIAŁ 105

Maximum. Maximum. Idź na całość. Pędź szybko jak wiatr. Nawet szybciej!

Zmagając się z ogarniającym ją strachem, Max rozpostarła skrzydła i rzuciła się w dół między dwiema wysokimi jodłami. Zagłębiała się dalej i dalej w las, dopóki nie uznała, że jest na tyle bezpieczna, by wylądować.

Dopiero wtedy się obejrzała.

Nikogo nie zobaczyła.

Znów była sama. Prawdą mówiąc, nie poprawiło jej to nastroju. Ani trochę. Instynkt ostrzegał ją, żeby uciekła stąd, odleciała tak szybko, jak tylko potrafi.

Musiała jakoś uzyskać pomoc, ale nie miała pojęcia, jak to zrobić. Do kogo miała się zwrócić, teraz, gdy nie mogła liczyć na dobre rady Frannie i Kita? Czy kiedykolwiek powiedzieli jej coś, co teraz mogłoby okazać się pomocne? Jakie nauki wyciągnęła ze swoich doświadczeń? W jej umyśle kłębiły się dziesiątki pytań, na które nie znała odpowiedzi.

Max nie wiedziała dokładnie, jakie stosunki panowały w „Szkole”, ale była bystra i lubiła węszyć. Wyczuła, że Adam jest wyjątkowy. Wcześniej myślała, iż został uśpiony, ale tak się jednak nie stało. Adam mieszkał w tym dużym domu w górach. Razem z przyjaciółką Frannie. Czy to oznaczało, że Frannie też jest w to zamieszana? A Kit? Komu Max mogła zaufać? Skąd uzyskać pomoc? Skąd, skąd, skąd? Myśl, myśl, myśl, dziewczyno!

Ale jak na złość nic nie przychodziło jej do głowy. Miała w niej zupełną pustkę. Wreszcie postanowiła się pomodlić.

– Drogi Boże, Ojcze, proszę, pomóż mi i moim przyjaciołom. Modlimy się do Ciebie co dzień, ale nic dobrego nas jeszcze nie spotkało. Nie chcę narzekać, ale może to odpowiednia chwila, by wreszcie coś się zmieniło. W porządku?

Wiele o Bogu słyszała i bardzo lubiła wyobrażać sobie, że ktoś taki jak On naprawdę istnieje. Od wielu lat co niedziela chodziła do kościoła – telewizyjnego. Teraz potrzebowała dowodu na istnienie Boga. Chciała, by jej modlitwy choć raz zostały wysłuchane; była przekonana, że na to zasługuje. Wszystkie dzieci ze „Szkoły” na to zasługiwały. Od zawsze.

Nagle przypomniała sobie coś, co powiedział jej wujek Thomas. Często to powtarzał, jak wiele innych swoich powiedzonek; „wbił jej to do głowy”. Uwielbiał się wymądrzać, palant jeden. A powiedział: „Bóg pomaga tym, którzy pomagają sobie”.

ROZDZIAŁ 106

Zabrano nas jak skazańców w głąb wielkiego domu, rozciągającego się na zboczu góry. Wiedziałam, że został on zbudowany na starej kopalni. W okolicy góry Sugarloaf nie było to niczym niezwykłym. Miejscowe dzieciaki od lat bawiły się w nieczynnych sztolniach. Strażnicy oddzielili mnie i Kita od czwórki skrzydlatych dzieci. Wendy i Peter zaczęli szlochać, ale ludzie z ochrony pozostali niewzruszeni.

– Wszystko będzie dobrze, maleństwa – próbowałam dodać dzieciom otuchy.

– Wcale, że nie. Wiemy o tym – lamentowały maluchy.

Prawdopodobnie miały rację. Niestety, były obdarzone doskonałym instynktem; potrafiły wyczuć zagrożenie i, być może, odgadnąć prawdziwe zamiary niektórych ludzi.

Pod domem kryły się dwa poziomy piwnic o grubych, betonowych i metalowych ścianach. Nigdy ich dotąd nie widziałam; nie miałam pojęcia o istnieniu tych podziemi. Kolejne oszustwo. Z Gillian nic nie było takie, jakim się wydawało.

Zwracałam uwagę na wszystkie szczegóły; ciągle pamiętałam, że kiedyś mogę zostać ważnym świadkiem. Do ściany przytwierdzona była jasnoczerwona skrzynka z napisem: KOC BEZPIECZEŃSTWA. Wszędzie wisiały białe kitle i okulary ochronne. Na stalowych drzwiach widniał napis: PRYSZNICE OCHRONNE. Z każdą chwilą umacniałam się w przekonaniu, że znajdujące się w Nowym Meksyku ogromne bunkry Departamentu Obrony są nieporównanie mniej nowoczesne i gorzej wyposażone od tego tajemniczego podziemnego kompleksu. W jego budowę włożono masę pieniędzy.

Przechodząc obok jakiegoś laboratorium, zajrzałam do środka. Nowoczesny wystrój. Połyskujące blaty, białe ściany. Jasne światło bijące z lamp fluorescencyjnych. Kilku naukowców krzątało się przy zbiorniku z kulturami bakterii; w takim urządzeniu komórki mogły być przez bardzo długi okres utrzymywane przy życiu.

Poczułam silne szturchnięcie w plecy. Strażnik popędził nas gestem ręki.

Zabrano nas do jednego z pomieszczeń znajdujących się w pobliżu miejsca, które jeden ze strażników nazwał Laboratorium North Woods. Oz, Ikar, Wendy i Peter trafili gdzie indziej. Nikt nie chciał nam powiedzieć, gdzie.

– Uśpicie nas? – spytałam ironicznym tonem czarnobrodego strażnika, który stanął przy drzwiach do naszego pokoju.

– Nie wątpię, że taka decyzja zostanie podjęta – odparł. Rozejrzał się po pozostałych strażnikach, mierzących do mnie i Kita z karabinów. – Gdyby to ode mnie zależało, najpierw bym cię zerżnął. Jesteś trochę za płaska, jak na mój gust, ale masz zgrabną dupcię.

Wybuchnął rubasznym śmiechem. Inni strażnicy zawtórowali mu. Potem drzwi zamknęły się z trzaskiem za mną i Kitem.

– Co się stało ze Strickerem, u licha? – powiedział Kit i uderzył dłonią w ścianę. – Tamten facet przed domem to doktor Peyser. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

– Tutaj go znaliśmy jako Carla Purisa. Byłam na jego pogrzebie w Boulder. Boże, łeb mi pęka.

– Peyser miał przyjaciółkę, niejaką Susan Parkhill. Ona też jest uznanym biologiem. Podejrzewam, że Susan Parkhill i twoja dobra znajoma Gillian to ta sama osoba.

Wzięłam Kita za rękę. Tak długo musiał samotnie brnąć przez to potworne bagno, przeciwstawiając się nieprzychylnemu losowi i potężnym mocom. Dopiero teraz zrozumiałam, przez co przeszedł.

Rozległo się głośne pukanie do drzwi. Niemal natychmiast otworzyły się szeroko. Stanął w nich jeden ze strażników.

– Gillian chce z panią rozmawiać – oznajmił. – Tylko z panią, doktor O’Neill.

ROZDZIAŁ 107

Coraz lepiej wychodziło mi odkrywanie prawdziwej istoty rzeczy, ciemnej strony życia w tej okolicy, którą jeszcze nie tak dawno uważałam za „Raj Odzyskany”.