/ Language: Polski / Genre:prose_contemporary

Bez mojej zgody

Jodi Picoult

Anna została poczęta, by zostać dawczynią szpiku dla swej siostry, Kate. Nigdy nie kwestionowała tej roli, choć musi żyć tak, jakby była ciężko chora. Ma dopiero trzynaście lat, a już przeszła niezliczone zabiegi operacyjne, by jej starsza siostra miała szansę wyleczyć się z białaczki. Jak większość nastolatków, Anna zastanawia się, kim jest; inaczej jednak niż przeciętna nastolatka ma poukładane życie: istnieje właściwie wyłącznie jako dopełnienie siostry. Dlatego podejmuje decyzję, która zagrozi jej rodzinie i prawdopodobnie będzie mieć fatalne konsekwencje dla Kate. Powieść Picoult stawia wiele ważnych pytań. Co to znaczy być dobrym rodzicem, dobrą siostrą, dobrym człowiekiem? Czy rzeczywiście można robić wszystko, by ratować życie jednego dziecka, kosztem drugiego? Czy należy podążać za głosem serca, czy raczej pozwolić kierować sobą innym? W książce Jodi Picoult znów podejmuje kontrowersyjny temat – i robi to z wdziękiem, mądrością i wrażliwością. Jodi Picoult to bestsellerowa autorka „New York Timesa”, ceniona za przenikliwość psychologiczną i umiejętność wglądu w serca i umysły ludzkie. Tym razem opowiada historię rodziny dotkniętej nieszczęściem choroby dziecka.

Jodi Picoult

Bez mojej zgody

Tytuł oryginału MY SISTER’S KEEPER

Przełożył Michał Juszkiewicz

W książce wykorzystano fragmenty z:

Pisma Świętego wg Biblii Tysiącleci,

„Romea i Julii” Williama Shakespeare’a, przekł. J. Paszkowski,

„Hamleta” Williama Shakespeare’a, przekł. S. Barańczak,

„Króla Henryka VI” Williama Shakespeare’a, przekł. L. Ulrich,

„Raju utraconego” Johna Miltona, przekł. M. Słomczyński,

„O wojnie” Carla von Clausewitza, przekł. F. Schoener,

Wiersze Carla Sandburga, Edny St. Vincent Millay i D.H. Lawrence’a, przekł. K. Taukert.

Rodzinie Curranów,

najlepszym krewnym, z którymi nie łączą nas żadne więzy krwi.

Przyjmijcie wyrazy wdzięczności za to, że odgrywacie

tak wielką rolę w naszym życiu.

PODZIĘKOWANIA

Jako matka dziecka, które w ciągu trzech lat przeszło dziesięć operacji, chcę przede wszystkim złożyć podziękowania lekarzom i pielęgniarkom, codziennie niosącym pomoc i wsparcie rodzinom w najtrudniejszych momentach ich wspólnego życia. Dziękuję doktorowi Rolandowi Eaveyowi i personelowi pielęgniarskiemu na oddziale pediatrii kliniki stanowej w Massachusetts – dziękuję za szczęśliwe zakończenie, prawdziwe, nie literackie. Podczas pracy nad niniejszą powieścią jak zwykle uświadomiłam sobie, że wiem bardzo mało i muszę polegać na doświadczeniu i intelekcie innych ludzi. Za pozwolenie czerpania z życiowych doświadczeń, zarówno osobistych, jak i zawodowych, oraz za genialne literackie wskazówki dziękuję Jennifer Sternick, Sherry Fritzsche, Giancarlo Cicchettiemu, Gregowi Kachejianowi, doktorowi Vincentowi Guarerrze, doktorowi Richardowi Stone’owi, doktorowi Faridowi Bouladowi, doktorowi Erikowi Termanowi, doktorowi Jamesowi Umlasowi, Wyattowi Foxowi, Andrei Greene i doktorowi Michaelowi Goldmanowi, Lori Thompson, Synthii Follensbee, Robinowi Kallowi, Mary Ann McKenney, Harriet St. Laurent, April Murdoch, Aidanowi Curranowi, Jane Picoult oraz Jo – Ann Mapson. Za przyjęcie mnie na jedną noc do zastępu strażackiego, dzielnie stającego na posterunku do walki z ogniem, dziękuję Michaelowi Clarkowi, Dave’owi Hautanemi, Richardowi „Pokey” Lowowi i Jimowi Belangerowi (jemu także jestem winna złoty medal za korektę moich błędów). Za wsparcie, które czułam na każdym kroku, chcę podziękować Carolyn Reidy, Judith Curr, Camille McDuffie, Laurze Mullen, Sarze Branham, Karen Mender, Shannon McKennie, Paolo Pepe, Seale Ballenger, Anne Harris oraz nieustraszonemu personelowi działu sprzedaży wydawnictwa Atria. Za to, że pierwsza uwierzyła we mnie, dziękuję Laurze Gross. Najszczersze wyrazy wdzięczności kieruję pod adresem Emily Bestler – za jej nieocenione wskazówki oraz nieograniczone możliwości rozwijania skrzydeł. Dziękuję Scottowi i Amandzie MacLellanom oraz Dave’owi Cranmerowi, którzy pokazali mi radości i smutki codziennego zmagania się ze śmiertelną chorobą. Dziękuję za Waszą wielkoduszność. Zechciejcie też przyjąć ode mnie najlepsze życzenia długiego i zdrowego życia. Dziękuję też, jak zawsze, Kyle’owi, Jake’owi i Sammy’emu, a w szczególny sposób Timowi – za to, że jesteście tym, co najważniejsze.

PROLOG

Nie rozpoczynamy wojny lub, rozsądniej,

nie powinniśmy jej zaczynać bez postawienia sobie pytania,

co chcemy przez nią, a co podczas tej wojny osiągnąć.

Carl von Clausewitz, „O wojnie”

Moje najdawniejsze wspomnienie: mam trzy lata i usiłuję zabić swoją siostrę. Czasami obrazy powracają z niezwykłą wyrazistością. Przypominam sobie wtedy, że poszewka na poduszkę była szorstka, a spiczasty nos siostry wbijał mi się w dłoń. Oczywiście nie miała ze mną najmniejszych szans, lecz mimo to nie mogłam dopiąć swego. Uratował ją tata, który obchodził wieczorem nasze sypialnie, żeby powiedzieć wszystkim dobranoc. Zaprowadził mnie z powrotem do mojego łóżka. „To się nigdy nie wydarzyło” – powiedział.

Dorastałyśmy razem, ale mnie tak naprawdę nigdy nie było. Istniałam tylko jako dodatek do niej. W nocy przyglądałam się siostrze, przebijając wzrokiem mrok łączący nasze łóżka stojące pod przeciwległymi ścianami. Obmyślałam rozmaite sposoby, jak by to mogło się stać, i liczyłam je w myślach. Trucizna dosypana do płatków śniadaniowych. Zdradziecka fala powrotna, która porywa z kąpieliska na plaży i unosi na otwarte morze. Porażenie piorunem.

Koniec końców jednak nie zabiłam siostry. Poradziła sobie z tym sama.

Tak przynajmniej staram się myśleć.

PONIEDZIAŁEK

Bracie, jestem ogniem,

Który wzbiera pod dnem oceanu.

Nie spotkam cię, bracie –

Przynajmniej przez lata,

Może tysiące lat, bracie.

Wtedy cię ogrzeję,

Przytulę, otoczę kręgami,

Wchłonę i przemienię –

Może tysiące lat, bracie.

Carl Sandburg, „Krewni”

ANNA

Kiedy byłam mała, wcale nie chciałam się dowiedzieć, jak się robi dzieci. Wielką tajemnicę życia stanowiło dla mnie zupełnie inne pytanie: dlaczego. Rozumiałam dobrze mechanikę całego procesu; uświadomił mnie starszy brat Jesse, chociaż już wtedy byłam pewna, że przekręcił przynajmniej połowę szczegółów. Dzieciaki z mojej klasy, kiedy nauczycielka nie patrzyła, wyszukiwały w szkolnym słowniku wyrazy „penis” i „pochwa”, ale moją uwagę zawsze przyciągały zupełnie inne sprawy. Na przykład: dlaczego są takie mamusie, które mają tylko jedno dziecko i już, a tymczasem inne rodziny dosłownie rosną w oczach? Albo dlaczego ta nowa, Sedona, opowiada każdemu, kto tylko chce jej słuchać, że dostała imię na pamiątkę miejscowości wypoczynkowej, gdzie rodzice ją zmajstrowali? Mój tata zawsze powtarzał: „Miała szczęście, że nie wybrali się wtedy na wakacje do Jersey City”.

Mam już trzynaście lat, ale z wiekiem te subtelności wcale nie stały się dla mnie bardziej zrozumiałe. Przeciwnie, pogmatwały się jeszcze bardziej. Słyszałam o dziewczynie z ósmej klasy, która rzuciła szkołę, bo zdarzyła się jej „wpadka”, i o sąsiadce, która „postarała się o dziecko”, żeby tylko mąż nie założył sprawy rozwodowej. Mówię wam, gdyby na Ziemi wylądowali dziś kosmici i gruntownie zbadali przyczyny, dla których dzieci przychodzą na świat, doszliby do wniosku, że w większości wypadków powodem narodzin jest zbieg okoliczności, nieumiarkowane spożycie alkoholu w niewłaściwy wieczór, niestuprocentowa skuteczność środków antykoncepcyjnych albo jeszcze coś innego, co jest równie mało pochlebne jak wszystkie pozostałe przyczyny.

Ja natomiast przyszłam na świat w bardzo konkretnym celu. Nie zawdzięczam życia butelce taniego wina, przepięknej pełni księżyca ani przymusowi gorącej chwili. Urodziłam się, ponieważ lekarz specjalista zadbał o to, żeby jajeczko mojej matki i nasienie mojego ojca połączyły się w określony sposób, dając w rezultacie szczególną kombinację bezcennego materiału genetycznego. Kiedy Jesse opowiedział mi, jak się robi dzieci, ja, nieufna z natury, poszłam do rodziców, żeby się dowiedzieć, jak to jest naprawdę. Nie spodziewałam się jednak, że powiedzą mi aż tyle. Usiedli ze mną na kanapie i zaczęli, oczywiście, od tego, co zwykle się mówi w takich sytuacjach. A potem wyjaśnili mi, że wybrali ten jeden malutki embrion, który był mną, ponieważ właśnie on i tylko on mógł uratować życie mojej siostry Kate. „Kochamy cię dzięki temu jeszcze bardziej – powiedziała wtedy mama z naciskiem – bo dokładnie wiedzieliśmy, czego się po tobie spodziewać”.

Ale mnie zastanowiło co innego, a mianowicie, że wszystko wskazywało na to, że gdyby Kate była zdrowa, ja pewnie dalej fruwałabym sobie w niebie czy gdzie tam, czekając na przydział ciała, w którym mam spędzić jakiś czas na ziemi. W każdym razie z całą pewnością nie trafiłabym do tej rodziny. Bo ja, w odróżnieniu od reszty wolnych mieszkańców tego świata, nie znalazłam się tutaj przez przypadek. Jeśli jednak rodzice decydują się na dziecko z konkretnego powodu, to lepiej, żeby ten powód okazał się słuszny i trwały. Bo kiedy go zabraknie, życie takiego dziecka traci wszelki sens.

Lombardy to miejsca pełne rupieci. Gdyby jednak kiedyś zainteresowało was moje zdanie (bo jak dotąd wiem, że tak nie jest), powiedziałabym, że są to też wylęgarnie najrozmaitszych opowieści. Co mogło zmusić jakąś nieznaną osobę do sprzedaży „nienoszonego” pierścionka z brylantem? Komu tak bardzo potrzebne były pieniądze, że przyniósł tutaj pluszowego misia z jednym okiem? Idąc w stronę lady, zastanawiam się, czy ktoś tak kiedyś pomyśli na widok mojego medalionika z serduszkiem i czy zada sobie te same pytania.

Mężczyzna stojący przy kasie ma nos bulwiasty jak rzepa i małe oczka osadzone tak głęboko, że aż trudno mi sobie wyobrazić, w jaki sposób udaje mu się ogarnąć cały ten kram. Zauważa mnie.

– Czym mogę służyć? – pyta.

Czuję przemożną chęć, żeby odwrócić się na pięcie i wyjść, udając, że trafiłam tutaj przez pomyłkę. Uspokaja mnie tylko jedna myśl: wiem, że nie jestem pierwszą osobą, która staje przed tą ladą, trzymając w ręce przedmiot, z którym nigdy w życiu nie zamierzała się rozstawać.

– Chcę coś sprzedać – mówię.

– I pewnie sam się mam domyślić, co to takiego?

– Przepraszam… – Sięgam do kieszeni dżinsów i wyciągam wisiorek. Serduszko stuka o szybę lady, drobne ogniwa łańcuszka rozlewają się dookoła niego jak miniaturowa złocista kałuża. – To jest złote. Szesnaście karatów – informuję kupca w nadziei, że uwierzy w ten kit. – Nienoszone, jak nowe. – To nieprawda; dziś rano zdjęłam serduszko z szyi po raz pierwszy od siedmiu lat. Dostałam je od taty, po operacji pobrania szpiku kostnego. Powiedział, że kto daje swojej siostrze taki ogromny prezent, też na coś zasługuje. Miałam wtedy sześć lat. Widząc je na tej ladzie, mam niemiłe uczucie, że moja szyja jest kompletnie goła. Po karku biegnie dreszcz.

Właściciel lombardu unosi łańcuszek do oka, a ono nagle dziwnym sposobem rośnie do niemalże normalnych rozmiarów.

– Dwadzieścia.

– Dolarów?

– A czego, peso?

– To jest warte pięć razy tyle! Handlarz wzrusza ramionami.

– To nie mnie potrzebne są pieniądze.

Podnoszę wisiorek z lady, żeby z ciężkim sercem wręczyć go temu zdziercy. Nagle, rzecz niepojęta, moje palce zaciskają się kurczowo, same z siebie. Ze wszystkich sił próbuję je rozewrzeć drugą ręką. Wydaje mi się, że upływa dobra godzina, zanim serduszko razem z łańcuszkiem ląduje na wyciągniętej dłoni właściciela lombardu, który bierze go, nie odrywając wzroku od moich oczu. Jego spojrzenie jest teraz łagodniejsze.

– Powiedz, że go zgubiłaś – dorzuca do transakcji darmową poradę.

Gdyby pan Webster chciał kiedyś umieścić w swoim słowniku definicję wyrazu „dziwoląg”, wystarczyłoby napisać dwa słowa: „Anna Fitzgerald”. I nie chodzi tylko o to, że jestem chuda jak patyk, płaska jak deska, mam mysie włosy, które zawsze wyglądają, jakby były brudne, i twarz upstrzoną piegami jak dziecięcy rysunek, w którym łączy się kropki. Moich piegów nic nie rusza: ani sok z cytryny, ani kremy z filtrem, ani nawet, przyznaję to ze smutkiem, papier ścierny. A kiedy przyszłam na świat, Bóg musiał widocznie mieć bardzo kiepski dzień, bo dorzucił do tego przepięknego wizerunku równie wspaniałą oprawę: mój dom rodzinny.

Rodzice starali się, żebyśmy mieli normalny dom, ale „normalność” to pojęcie względne. Prawda jest taka, że pozbawiona byłam dzieciństwa. Kate i Jesse zresztą też, jeśli chodzi o ścisłość. Domyślam się, że mój brat mógł przeżyć cztery słoneczne szczenięce lata, zanim u Kate wykryto chorobę, bo od momentu kiedy to nastąpiło, wszyscy ścigamy się z czasem, żeby dorosnąć jak najszybciej. Wiecie, jaką wyobraźnię mają małe dzieci: oglądają kreskówki, wierzą w to, co widzą, i myślą sobie, że gdyby spadło im na głowę coś ciężkiego, dajmy na to kowadło, to po prostu samodzielnie zeskrobią się z chodnika i pomaszerują dalej. Ja nigdy w życiu nie wierzyłam w nic takiego. No bo jak, skoro przy stole w naszym domu śmierć zasiada praktycznie codziennie?

Kate jest chora na białaczkę, ostrą białaczkę promielocytową. Ściśle rzecz biorąc, to w tej chwili jest zdrowa, ale choroba czai się gdzieś pod jej skórą, jak niedźwiedź, który zapadł w sen zimowy i czeka na dzień, kiedy cały las znów zatrzęsie się od jego ryku. Diagnozę postawiono, kiedy miała dwa lata; teraz ma szesnaście. Wznowa, granulocyt, wenflon – te wyrazy na stałe zagościły w moim słowniku, chociaż nie natrafię na nie w żadnym teście predyspozycyjnym na koniec szkoły. Ja sama jestem dawcą allogenicznym, spokrewnionym i idealnie zgodnym. Kiedy tylko Kate potrzebuje białych krwinek, komórek macierzystych albo szpiku kostnego, żeby jej organizm dał się ogłupić i uwierzył, że jest zdrowy, biorą je ode mnie. Niemal za każdym razem, kiedy ona idzie do szpitala, ja też tam ląduję.

Chociaż w zasadzie to wszystko znaczy tylko tyle, że nie należy wierzyć w to, co o mnie mówią, a już pod żadnym pozorem nie można dawać wiary temu, co sama mówię o sobie.

Wchodzę po schodach. Z sypialni rodziców wynurza się moja matka wystrojona w nową suknię balową.

– No proszę. – Odwraca się do mnie plecami. – Właściwa osoba na właściwym miejscu.

Zapinam jej suwak i przyglądam się, jak mama wiruje, zarzucając rondem sukni. Byłaby piękną kobietą, gdyby tylko dostała w przydziale inne życie. Ma długie ciemne włosy i ramiona smukłe niczym prawdziwa księżniczka, ale jej usta są wiecznie skrzywione, jak po przełknięciu gorzkiej pigułki. Pojęcia wolnego czasu w zasadzie prawie nie zna, ponieważ kalendarz to u nas rzecz płynna – momentalnie może się wywrócić do góry nogami, jeśli u mojej siostry pojawi się jeden siniak albo poleci jej krew z nosa. Mama dysponuje tylko marną namiastką czasu dla siebie; spędza ją w Internecie, na zakupach w witrynie Bluefly.com. Zamawia tam fantazyjne suknie wieczorowe, których nigdy nie włoży i w których nigdzie nie pójdzie.

– I co ty na to? – pyta mnie.

Suknia mieni się wszystkimi kolorami zachodzącego słońca. To prawdziwa kreacja, z odsłoniętą górą, uszyta z materiału szeleszczącego przy każdym ruchu. Byłaby idealna dla jakiejś gwiazdy na galowy wieczór, na przejście po czerwonym dywanie, ale nie dla pani domu z przedmieścia Upper Darby, stan Rhode Island. Mama zbiera włosy z tyłu głowy i przytrzymuje je tak przez chwilę. Na jej łóżku leżą jeszcze trzy inne kreacje – jedna czarna, zmysłowa, druga naszywana dżetami i trzecia, która na oko jest o wiele za mała.

– Wyglądasz… – zaczynam.

„…na bardzo zmęczoną”. Zatrzymuję te słowa na końcu języka.

Mama nagle zastyga w kompletnym bezruchu. Pewnie jednak niechcący bezwiednie to powiedziałam. Widzę, jak podnosi rękę, żebym przez chwilę była cicho, nastawia bacznie ucha.

– Słyszałaś?

– A co miałam słyszeć?

– Kate.

– Nie.

Nie ma co liczyć na to, że mama uwierzy. Jeśli chodzi o Kate, ona nie wierzy w nic i nikomu. Idzie na górę i otwiera drzwi naszej sypialni. Kate leży na swoim łóżku, zanosząc się płaczem. W jednej chwili cały świat ponownie wali się w gruzy. Mój ojciec, z zamiłowania astronom amator, opowiedział mi kiedyś o czarnych dziurach, które mają taką masę, że pochłaniają wszystko, nawet światło. W chwilach takich jak ta w naszym domu tworzy się identyczna próżnia. Wciąga każdego, choćby się trzymał z całych sił i chwytał, czego popadnie.

– Kate! – Mama już jest na kolanach obok łóżka, a długie fałdy tej głupiej sukienki opływają ją jak obłok. – Kate, słoneczko, gdzie cię boli?

Kate zwija się na kocu, przyciskając kurczowo poduszkę do brzucha. Łzy leją się strumieniami po jej policzkach. Oddycha płytko, niepokojąco płytko. Stoję jak wryta na progu pokoju i czekam na polecenia. Dzwoń do taty do pracy. Dzwoń po pogotowie. Dzwoń do doktora Chance’a. Mama zbiera się na odwagę i potrząsa Kate za ramiona, żeby ta wreszcie coś odpowiedziała.

– Preston! – szlocha Kate pomiędzy jednym chlipnięciem a drugim. – Rzucił Serenę, rzucił ją na zawsze!

Dopiero teraz zauważamy, że telewizor jest włączony. Na ekranie widać blond przystojniaka, który rzuca spojrzenie kobiecie zalewającej się łzami prawie tak samo rozpaczliwie jak moja siostra, po czym wychodzi, trzaskając drzwiami.

– Ale gdzie cię boli? – dopytuje się mama, nie mogąc uwierzyć, że nie stało się nic gorszego.

– O, Boże… – Kate głośno pociąga nosem. – Czy ty zdajesz sobie sprawę, przez co oni musieli razem przejść? Masz pojęcie?

Czyli jednak wszystko w porządku. Czuję, jak żołądek, który podjechał mi do gardła, powraca na swoje miejsce. Normalność w tym domu jest jak za krótka kołdra, która raz grzeje tak jak trzeba, ale innym razem człowiek budzi się drżący i zziębnięty. A najgorsze jest to, że nigdy nie wiadomo, czy będzie tak czy tak. Przysiadam w nogach łóżka Kate. Mam dopiero trzynaście lat, ale już jestem wyższa od niej i różnym ludziom często się wydaje, że to ja jestem starsza. Kate w tym roku kocha się w aktorach z telenoweli – był już Callahan, Wyatt i Liam. Teraz najwidoczniej przyszła kolej na Prestona.

– Pamiętasz te listy z groźbami o porwaniu? – zagaduję ją, próbując wstrzelić się w temat. Orientuję się w perypetiach tej pary, bo musiałam nagrywać dla Kate ten serial, kiedy była w szpitalu na dializie.

– A wtedy o mały włos nie wyszła przez pomyłkę za jego brata bliźniaka? – dodaje Kate.

– A ten jego wypadek na łodzi? Pamiętacie? Umarł wtedy i nie było go przez całe dwa miesiące – włącza się mama. Faktycznie. Ona też to oglądała, w szpitalu, razem z Kate.

Dopiero w tym momencie Kate zauważa niecodzienny strój mamy.

– Co ty masz na sobie?

– Nic takiego. Właśnie chciałam to odesłać. – Mama staje przede mną, odwracając się plecami, żebym rozpięła suwak. Tak mocno rozwinięta mania zakupów przez Internet dla każdej innej kobiety byłaby sygnałem, że coś jest z nią nie tak i że trzeba zacząć się leczyć; dla mojej mamy jest to odskocznia od rzeczywistości, która pomaga zachować zdrowie psychiczne. Zastanawiam się, co ją w tym tak bardzo pociąga: możliwość przebrania się za kogoś innego czy raczej to, że w każdej chwili wszystko można odesłać, jeśli nie będzie odpowiadać. Mama przygląda się Kate jeszcze raz, twardszym wzrokiem.

– Na pewno nic cię nie boli?

Po wyjściu mamy Kate zaczyna blaknąć. Nie potrafię znaleźć lepszego słowa na opisania tego, co się z nią dzieje – z jej twarzy spływają wszystkie kolory, a cała sylwetka wtapia się w poduszki. Kiedy choroba powraca, moja siostra rozmywa się jeszcze bardziej. Boję się, że obudzę się pewnego ranka, a jej już w ogóle nie będzie widać.

– Suń się – mówi Kate. – Zasłaniasz mi.

Siadam więc na swoim łóżku.

– To tylko zwiastuny następnych odcinków.

– Chcę wiedzieć, co przegapię, jeśli umrę dziś w nocy.

Kładę się i poprawiam poduszki pod głową. Jak zwykle Kate poprzekładała na swoje łóżko wszystkie miękkie, a na moim zostały te, które uwierają w szyję jak worki wypchane kamieniami. Ma do tego prawo, bo jest starsza, bo jest chora, bo księżyc jest w znaku Wodnika – powód zawsze się znajdzie. Patrzę w ekran spod przymrużonych powiek. Chętnie poskakałabym po kanałach, ale wiem, że z Kate nie ma co o tym marzyć.

– Preston wygląda, jakby był zrobiony z plastiku.

– Tak? To dlaczego dziś w nocy szeptałaś jego imię z nosem w poduszce?

– Zamknij się – mówię.

– To ty się zamknij – odpowiada Kate, a potem uśmiecha się do mnie. – Ale wiesz, on chyba naprawdę jest homo. Szkoda chłopaka, zmarnuje się, bo siostry Fitzgerald są… – Urywa w pół zdania, krzywiąc się boleśnie. Przewracam się na bok, patrząc na nią uważnie.

– Kate?

– To nic, nic się nie dzieje – mówi Kate, masując dolną część pleców.

Nerki.

– Zawołać mamę?

– Jeszcze nie. – Kate wyciąga do mnie dłoń. Nasze łóżka stoją na tyle blisko siebie, że możemy się złapać za ręce, jeśli obie sięgniemy daleko. Wyciągam rękę do Kate. Kiedy byłyśmy małe, robiłyśmy kładkę ze złączonych ramion i sadzałyśmy na niej Barbie, ile tylko się zmieściło.

Ostatnio zaczęłam miewać koszmary. Śni mi się, że pokrojono mnie na drobne kawałeczki, których jest tak dużo, że nie można mnie już złożyć z powrotem.

Mój ojciec powtarza, że każdy ogień musi się wypalić, jeśli nikt nie otworzy okna i nie dostarczy mu paliwa. Coś mi się zdaje, że to, co chcę teraz zrobić, jest jak otwarcie takiego okna. Z drugiej strony, tato mówi też, że kto czuje za sobą ogień, musi uciekać, choćby musiał przebijać się przez ścianę. Zatem kiedy Kate zasypia po zażyciu lekarstw, wyjmuję spod materaca skórzany segregator zapinany na zamek błyskawiczny i chowam się w łazience, żeby nikt mnie nie nakrył. Kate już się do niego dobrała – wplotłam czerwoną nitkę pomiędzy ząbki zamka, żeby wiedzieć, kiedy ktoś myszkował w moich rzeczach bez pozwolenia. Nitka jest rozerwana, ale ze środka niczego nie brakuje. Odkręcam wodę w wannie, żeby było słychać, po co poszłam do łazienki, i siadam na podłodze. Wyjmuję pieniądze do przeliczenia.

Facet z lombardu dał mi dwadzieścia dolarów, więc razem mam sto trzydzieści sześć dolarów i osiemdziesiąt siedem centów. I tak nie starczy, ale coś się poradzi. Jak Jesse kupował tego swojego skasowanego jeepa, to też nie miał całych dwóch tysięcy dziewięciuset dolarów. Dostał pożyczkę z banku. Oczywiście wszystkie papiery musieli podpisać rodzice. Jeśli chodzi o mnie, chyba raczej nie będą skłonni tego zrobić. Przeliczam całą kwotę jeszcze raz, na wypadek gdyby banknoty uległy cudownemu rozmnożeniu, ale nic z tego: liczby to liczby i suma pozostaje ta sama. Po przeliczeniu pieniędzy zabieram się do czytania wycinków z gazet.

Campbell Alexander. Głupie nazwisko. Moim zdaniem tak mógłby się nazywać drogi drink w restauracji dla snobów albo jakiś dom maklerski. No, ale niezależnie od tego osiągnięcia zawodowe ma imponujące.

Mój brat nie mieszka w domu. Żeby się z nim zobaczyć, trzeba wyjść na zewnątrz – i o to właśnie mu chodzi. W wieku szesnastu lat Jesse wprowadził się na stryszek nad garażem, co stanowiło idealne rozwiązanie dla wszystkich: on nie chciał, żeby rodzice widzieli, co robi, a rodzice ze swojej strony wcale się nie palili, żeby patrzeć mu na ręce. Drogę do drzwi blokuje komplet zimowych opon, murek z kartonowych pudełek ustawionych jedno na drugim i dębowe biurko przewrócone na bok. Czasami wydaje mi się, że Jesse sam stawia tutaj te barykady i to tylko po to, żeby trudniej było do niego dotrzeć.

Przedzieram się jakoś przez cały ten bajzel i wchodzę na górę. Schody wibrują od niskich tonów głośno puszczonej muzyki. Zanim mój starszy brat raczy usłyszeć, że się dobijam, upływa prawie pięć minut.

– Czego? – warczy, uchyliwszy drzwi.

– Mogę wejść?

Po głębokim namyśle Jesse wpuszcza mnie do środka. Jego pokój tonie w brudnych ubraniach, starych czasopismach i pudełkach po chińszczyźnie na wynos. Wszędzie czuć ostry zapach, kojarzący mi się z wonią przepoconych butów łyżwiarskich. Porządek jest tylko w jednym miejscu – na półeczce, gdzie stoi kolekcja symboli marek samochodowych, duma mojego brata. Srebrny jaguar wyciągnięty w skoku, trójramienna gwiazda Mercedesa, mustang stający dęba – Jesse mówi, że wszystko to znalazł na ulicy. Nie jestem do tego stopnia głupia, żeby dać sobie wcisnąć taki kit.

Żeby było jasne: to nie jest tak, że moich rodziców w ogóle nie obchodzi Jesse ani kłopoty, w które notorycznie się pakuje. Im po prostu nie starcza już dla niego czasu, a jego problemy nie są wcale na szczycie hierarchii rodzinnych problemów.

Jesse zostawia mnie na progu i powraca do zajęć, w których mu przeszkodziłam. Na telewizorze stoi elektryczny rondel, ten sam, który zniknął z naszej kuchni kilka miesięcy temu. Z pokrywy sterczy miedziana rurka, przechodząc przez napełnioną lodem plastikową butelkę po mleku. Jej drugi koniec jest wetknięty do weka. Mój brat dopuszcza się różnych postępków na granicy prawa, ale nie można mu odmówić błyskotliwości. Podchodzę bliżej i wyciągam rękę, żeby dotknąć aparatury. W tej samej chwili Jesse odwraca się.

– Ejże! – Przyskakuje szybciej niż myśl i bije mnie po rękach. – Chcesz mi rozpieprzyć spiralę kondensacyjną?

– Czy to jest to, co mi się wydaje?

Mój brat uśmiecha się paskudnie.

– To zależy od tego, co ci się wydaje. – Wyjmuje słoik spod rurki. Krople płynu kapią na dywan. – Spróbuj.

Zbudował sobie destylator praktycznie z niczego, ale ten bimber, który w nim pędzi, jest całkiem mocny. Po pierwszym łyku moje gardło płonie żywym ogniem, a nogi robią się miękkie jak z waty. Opadam bezwładnie na kanapę.

– Ohyda – dyszę, kiedy tylko udaje mi się złapać oddech.

Jesse śmieje się i też pociąga ze słoika. Na niego ten napój nie działa tak jak na mnie.

– Powiesz wreszcie, czego chcesz?

– Skąd wiesz, że czegoś chcę?

– Stąd, że tutaj nikt nie przychodzi w celach towarzyskich – Jesse przysiada na poręczy kanapy – a gdyby chodziło o Kate, już dawno byś mi powiedziała.

– Sęk w tym, że tutaj chodzi o Kate. W pewnym sensie. – Wciskam mu w ręce wycinki z gazet. I tak nie umiem mu tego wszystkiego wyjaśnić lepiej, niż tam to napisano. Jesse przegląda je pobieżnie, po czym unosi głowę i wbija we mnie wzrok. Jego oczy są jasne, tęczówki niemal siwe, a ich spojrzenie potrafi tak zbić z tropu, że można zapomnieć, co się chciało powiedzieć.

– Nie próbuj tego. Na system nie ma mocnych – mówi mój brat z goryczą. – Każde z nas zna swoją rolę na wyrywki. Kate odgrywa Męczennicę. Ja jestem Spisany na Straty, a ty… Tobie przypadła rola Rozjemczyni.

Jesse sądzi, że zna mnie dobrze, ale ja jego wcale nie gorzej; wiem, że uwielbia się droczyć. Patrzę mu prosto w oczy.

– Co ty powiesz?!

Brat obiecuje poczekać na mnie na parkingu. Nieczęsto się zdarza, żeby zgodził się zrobić to, o co go proszę. Przypominam sobie najwyżej kilka takich sytuacji. Obchodzę cały budynek i staję przed frontowymi drzwiami. Wejścia pilnują dwie Chimery.

Biuro pana Campbella Alexandra znajduje się na trzecim piętrze. Drewniana boazeria na ścianach ma kolor podobny do maści klaczy kasztanki. Moje stopy zapadają się w grubym perskim dywanie na głębokość minimum dwóch centymetrów. Sekretarka siedząca za biurkiem nosi czarne lakierowane czółenka, wypolerowane na taki połysk, że mogę się w nich przejrzeć. Zerkam w dół, na swoje szorty ze starych dżinsów i trampki, które w zeszłym tygodniu z nudów pomalowałam flamastrami.

Sekretarka ma nieskazitelnie gładką skórę, idealnie kształtne brwi i usta koloru miodu. W obecnej chwili z tych ust leje się potok inwektyw pod adresem jej telefonicznego rozmówcy.

– Chyba nie myślisz poważnie, że powiem sędziemu coś takiego? Nie muszę zbierać za ciebie ochrzanu od Klemana… Otóż mylisz się, dostałam podwyżkę jako wyraz uznania dla moich wyjątkowo wysokich kompetencji oraz w nagrodę za to, że na co dzień grzebię się w jakichś gównianych sprawach. Ale skoro już o tym mowa, to… – Odsuwa słuchawkę od ucha; wyraźnie słychać trzask rozłączenia. – Skurwiel – mruczy kobieta pod nosem i chyba dopiero teraz zauważa, że stoję dwa kroki od niej. – W czym mogę pomóc? – Obrzuca mnie uważnym spojrzeniem od stóp do głów. Domyślam się, że na pierwszy rzut oka nie zrobiłam na niej piorunującego wrażenia. Unoszę dumnie brodę, starając się wypaść na luzie, chociaż średnio się tak czuję.

– Jestem umówiona z panem Alexandrem. Na godzinę szesnastą.

– Ale po tym, jak rozmawiałyśmy przez telefon – zaczyna sekretarka – myślałam, że jesteś…

Starsza, to chciałaś powiedzieć? Zakłopotany uśmiech.

– Nie prowadzimy spraw dla nieletnich. Taką mamy zasadę. Mogę służyć adresami kancelarii, które…

Biorę głęboki wdech.

– Bardzo przepraszam – przerywam jej – ale muszę się nie zgodzić. Smith kontra Whately, Edmunds przeciwko Szpitalowi Matki i Dziecka oraz Jerome przeciwko diecezji stanu Providence; wszystko to były sprawy z udziałem osób niepełnoletnich, a każda z nich zakończyła się pomyślnie dla strony reprezentowanej przez pana Alexandra. A przecież mówimy tylko o zeszłym roku.

Sekretarka patrzy na mnie, mrugając oczami. Po chwili jej twarz rozjaśnia szeroki uśmiech. Chyba mimo wszystko trochę się jej spodobałam.

– Właściwie nie widzę powodu, dlaczego nie miałabyś się z nim zobaczyć. – Wstaje zza biurka, żeby zaprowadzić mnie do gabinetu szefa.

Gdybym nawet do końca życia nic nie robiła, tylko czytała, to i tak miałabym marne szanse przekopać się przez księgozbiór zgromadzony w gabinecie Campbella Alexandra, dyplomowanego prawnika. Regały z literaturą fachową sięgają od sufitu do podłogi; wątpię, żebym zdołała przeczytać w życiu tyle słów, ile zgromadzono na tych półkach. Robię w pamięci szybkie obliczenia. Na każdej stronie niech będzie około czterystu słów, a każda z tych pozycji niech ma czterysta stron, nie więcej; na półce mieści się dwadzieścia tomów, a każdy regał ma sześć półek. Wychodzi jak nic dziewiętnaście milionów słów – i to tylko na jednej ścianie gabinetu.

Siedzę sama przez dłuższą chwilę. Mam sposobność rozejrzeć się trochę. Na biurku panuje wprost idealny ład. Nie widać żadnych fotografii – żony, dziecka, nawet własnej. Tylko na podłodze, jakby wbrew wszechobecnemu porządkowi, stoi duży kubek pełen wody.

Czym wytłumaczyć to zaniedbanie? Wymyślam różne powody. Ten kubek to basen służbowy dla armii biurowych mrówek. Prymitywny nawilżacz powietrza. Złudzenie optyczne.

W momencie kiedy już prawie uwierzyłam w to ostatnie i wyciągam rękę, żeby sprawdzić, czy ten kubek rzeczywiście tam stoi, drzwi nagle otwierają się z trzaskiem. Wychyliłam się przed chwilą z krzesła tak mocno, że teraz, wystraszona, praktycznie ląduję na podłodze, oko w oko z owczarkiem niemieckim, który przeszywa mnie wzrokiem, po czym podchodzi z godnością do stojącego na podłodze kubka i zaczyna pić.

Za nim do gabinetu wkracza sam Campbell Alexander, brunet, wzrostem co najmniej równy mojemu tacie, czyli mający około metra osiemdziesięciu, o kwadratowej szczęce i oczach przypominających dwie bryły lodu. Ściąga z ramion marynarkę i wiesza ją starannie na wieszaku zamocowanym na drzwiach. Wyciąga z szafki teczkę na dokumenty i podchodzi z nią do biurka. Nie poświęca mi ani jednego spojrzenia, nawet wtedy, kiedy odzywa się do mnie.

– Domyślam się, że jesteś harcerką i sprzedajesz ciastka. Nie kupię. Ale swoim zachowaniem zdobyłaś punkty na sprawność natręta. – Uśmiecha się szeroko, ubawiony własnym dowcipem.

– Niczego nie sprzedaję.

Campbell Alexander rzuca mi zaciekawione spojrzenie. Dotyka przycisku na biurowym telefonie.

– Kerri – pyta, usłyszawszy głos sekretarki – co toto robi w moim gabinecie?

– Chcę pana wynająć – oznajmiam.

Adwokat zdejmuje palec z przycisku.

– Śmiem wątpić.

– Nawet pan nie zapytał, czy naprawdę chcę wnieść pozew.

Wstaję i robię krok do przodu. Pies natychmiast reaguje, powtarzając moje ruchy jak w lustrze. Dopiero teraz wpada mi w oko kamizelka opinająca jego pierś, kamizelka z czerwonym krzyżem, jak u bernardynów, które noszą rum w małych baryłkach. Odruchowo wyciągam rękę, chcąc go pogłaskać.

– Nie rób tego – powstrzymuje mnie pan Alexander. – Sędzia to pies – przewodnik.

Moja ręka opada do boku.

– Przecież pan widzi.

– Dziękuję, że byłaś uprzejma to zauważyć.

– To co w takim razie panu dolega?

Momentalnie żałuję tego, co powiedziałam. Ileż to razy byłam świadkiem, jak Kate musiała odpowiadać na takie aroganckie pytania?

– Mam żelazne płuca – odpowiada szorstko Campbell Alexander. _ pies wyczuwa magnesy i ostrzega mnie przed nimi. Bądź teraz łaskawa opuścić mój gabinet. Moja sekretarka wyszuka dla ciebie kogoś, kto…

Ale ja, zanim stąd wyjdę, muszę coś wiedzieć.

– Naprawdę zaskarżył pan Boga? – Wyjmuję wszystkie swoje wycinki prasowe i rozkładam je przed nim na pustym blacie biurka.

Campbell Alexander bierze do ręki artykuł leżący na samym wierzchu. Na jego policzku drży nerwowo jeden mięsień.

– Pozwałem do sądu diecezję stanu Providence w imieniu wychowanka jednego z diecezjalnych sierocińców. Chłopiec był chory i musiał być poddany eksperymentalnej terapii, w której wykorzystuje się tkanki płodowe. Władze sierocińca odmówiły mu prawa do leczenia, twierdząc, że jest ono sprzeczne z postanowieniami soboru watykańskiego drugiego. Ale w gazetach napisali, że dziewięciolatek skarży Boga za życie przegrane na starcie, bo taki nagłówek lepiej wygląda na pierwszej stronie. – Nic nie mówię, patrzę tylko na niego. – Dylan Jerome – przyznaje w końcu prawnik – chciał oskarżyć Boga o zbyt mało, jego zdaniem, troskliwą opiekę nad nim.

Jak dla mnie, nie byłoby lepiej, gdyby w tej chwili na środku tego olbrzymiego mahoniowego biurka rozbłysła wszystkimi kolorami tęcza.

– Proszę pana – mówię po prostu – moja siostra ma białaczkę.

– Przykro mi to słyszeć. Nie zamierzam jednak ponownie składać pozwu przeciwko Panu Bogu, a nawet gdybym był skłonny to zrobić, powódka musi wystąpić osobiście.

Tak wiele muszę mu wyjaśnić. Zbyt wiele. Musi się dowiedzieć, że w żyłach siostry płynie moja krew; że pielęgniarki przytrzymują mnie siłą, żeby wbić mi igłę i wyssać ze mnie białe krwinki, bo Kate nie ma własnych; że potem przychodzi lekarz i mówi, że trzeba kłuć znowu, bo za pierwszym razem pobrali za mało. Muszę mu opowiedzieć o siniakach i głębokim bólu wewnątrz kości po tym, jak oddałam siostrze szpik; o igłach, przez które ładują mi czynnik wzrostu pobudzający produkcję komórek macierzystych, żeby było ich potem więcej dla niej. O tym, że chociaż jestem zdrowa, to czuję się jak obłożnie chora. Że urodziłam się tylko po to, żeby pobierano ode mnie substancje, których moja siostra potrzebuje, żeby przeżyć. Że nawet teraz, w tej chwili, podejmuje się decyzję o moim losie, a nikt nie uważa za stosowne zapytać o zdanie osoby, której najbardziej ona dotyczy.

Zbyt wiele mam mu do wyjaśnienia. Staram się więc, jak mogę, wypowiedzieć wszystko w jednym zdaniu.

– Nie chcę skarżyć Boga, tylko moich rodziców – wyjaśniam. – Chcę wytoczyć im proces o odzyskanie prawa do decydowania o własnym ciele.

CAMPBELL

Kiedy nie ma się nic oprócz młotka, wszystko wygląda jak gwóźdź.

To było ulubione powiedzonko mojego ojca, pierwszego Campbella Alexandra. Moim zdaniem ta sama zasada leży u podstaw amerykańskiego systemu prawa cywilnego. W dużym uproszczeniu można ją streścić następująco: człowiek zagoniony do narożnika zrobi wszystko, żeby wywalczyć sobie z powrotem miejsce na środku ringu. Niektórzy używają w tym celu własnych pięści, ale są też tacy, którzy wybierają drogę sądową. Tym ostatnim jestem winien szczególną wdzięczność.

Na skraju biurka Kerri zostawia karteczki z informacjami, kto do mnie dzwonił. Zgodnie z moim poleceniem pilne sprawy notuje na zielonych, mniej naglące na żółtych. Karteczki leżą w dwóch równych rządkach, jak sekwensy w pasjansie. Wpada mi w oko jeden znajomy numer, zapisany na zielonej kartce. Przesuwam ją do żółtych, marszcząc brew. Twoja matka dzwoniła już cztery razy!!! – napisała na niej Kerri. Po namyśle przedzieram karteczkę na pół i wrzucam do kosza na śmieci.

Naprzeciwko mnie siedzi dziewczynka. Czeka na moją odpowiedź, z którą celowo się ociągam. Powiedziała, że postanowiła pozwać do sądu swoich rodziców. Która nastolatka by nie chciała tego zrobić? Ale jej celem jest odzyskanie prawa do decydowania o własnym ciele. Takich spraw wystrzegam się jak ognia – wymagają więcej zachodu, niż są warte, a do tego trzeba niańczyć klienta. Wzdycham ciężko, podnosząc się zza biurka.

– Przypomnij mi swoje nazwisko.

– Nie przedstawiłam się jeszcze? – Dziewczynka prostuje się nieco w krześle. – Nazywam się Anna Fitzgerald.

Otwieram drzwi.

– Kerri! – ryczę do sekretarki. – Znajdź dla panny Fitzgerald numer poradni planowania rodziny.

– Co?! – Dziewczynka zrywa się na równe nogi. – Jakiego planowania rodziny?

– Dam ci jedną radę. Pozywanie rodziców do sądu za to, że nie chcą ci pozwolić na stosowanie pigułki antykoncepcyjnej albo na wykonanie zabiegu przerwania ciąży, to naprawdę zbędny trud. Równie dobrze mogłabyś strzelać z armaty do wróbla. Idź do poradni planowania rodziny. Od nich dostaniesz to, czego ci potrzeba, a w dodatku nie wydasz całego kieszonkowego.

Przyglądam się jej. Właściwie to po raz pierwszy, odkąd wszedłem do gabinetu, naprawdę na nią patrzę. To małe dziecko aż gotuje się z gniewu.

– Moja siostra umiera, a mama chce, żebym oddała jej nerkę – cedzi przez zęby. – Nie wydaje mi się, żeby garść darmowych prezerwatyw mogła rozwiązać ten problem.

Znacie to uczucie, kiedy trzeba podjąć życiową decyzję, ale nie ma się żadnej pewności, że postępuje się słusznie? Kiedy człowiek wybiera jedną z dróg, ale wciąż patrzy za siebie, na tę drugą, przekonany, że wybrał źle? W drzwiach staje Kerri, podając mi kartkę z numerem, o który prosiłem. Nie biorę go, tylko zamykam jej drzwi przed nosem i wracam do biurka.

– Nikt nie może cię zmusić, żebyś była dawcą narządów.

– Tak pan sądzi? – Dziewczynka zaczyna wyliczać, zaginając kolejno palce. – Zaraz po urodzeniu oddałam siostrze krew pępowinową. Kate ma białaczkę, ostrą białaczkę promielocytową. Dzięki moim komórkom choroba daje się na jakiś czas zaleczyć. Kiedy miałam pięć lat, nastąpił u niej nawrót. Trzy razy pobierano ode mnie limfocyty, bo lekarzom wciąż było za mało. Kiedy ta terapia przestała przynosić efekty, oddałam szpik kostny do przeszczepu. Potem Kate miała różne infekcje, a ja musiałam oddawać jej granulocyty. Przy kolejnym nawrocie oddałam jej komórki macierzyste pobrane z krwi obwodowej.

Słownictwem medycznym to dziecko mogłoby zawstydzić kilku ekspertów, którym płacę za konsultacje. Wyjmuję z szuflady notatnik.

– Zakładam, że zgodziłaś się być dawcą narządów dla siostry.

Chwila wahania, potem potrząśnięcie głową.

– Nikt nigdy nie prosił mnie o zgodę.

– Czy powiedziałaś rodzicom, że nie chcesz oddawać nerki?

– Oni mnie nie słuchają.

– Spróbuj. Może zaczną, jeśli poruszysz tę kwestię. Dziewczynka spuszcza głowę, a jej twarz znika pod kosmykami włosów.

– Oni przypominają sobie o moim istnieniu tylko wtedy, kiedy potrzebna jest moja krew albo co innego. Gdyby nie choroba Kate, w ogóle by mnie nie było.

Dziedzic na zapas. Był kiedyś taki zwyczaj, jeszcze w czasach, kiedy moi dalecy przodkowie mieszkali w Anglii. Płodzono drugie dziecko na wypadek śmierci pierworodnego. Bezduszne, ale niezwykle praktyczne. Nic dziwnego, że tej małej nie odpowiada rola ostatniego potomka rodu, ale spójrzmy prawdzie w oczy: niejedno dziecko przychodzi na świat z jeszcze mniej chwalebnych powodów. Obarcza się je zadaniem uzdrowienia źle dobranego małżeństwa, przedłużenia linii rodowej, dopełnienia wizerunku rodziców.

– Urodziłam się tylko po to, żeby ratować życie Kate – mówi dziewczynka tonem wyjaśnienia. – Moi rodzice poszli do lekarza specjalisty, a on wybrał dla nich embrion, który miał pełną zgodność genetyczną.

Na wydziale prawa są zajęcia z etyki, ale większość studentów lekceważy je, uznając albo za temat banalny, albo za sprzeczność samą w sobie. Rzadko bywałem na tych wykładach. Wystarczy jednak włączyć od czasu do czasu CNN, żeby wiedzieć, jakie kontrowersje wzbudzają badania nad komórkami macierzystymi. Projektuje się dzieci idealne, maluchy na zamówienie, które mają służyć jako zasobniki części zamiennych, a wszystko pod hasłem „Nauka jutra już dziś ratuje życie najmłodszym”.

Stukam piórem o blat biurka. Sędzia, mój pies, podchodzi i siada obok mnie.

– Co się stanie, jeśli nie oddasz siostrze nerki?

– Ona umrze.

– Jesteś z tym pogodzona?

Anna zaciska usta w wąską kreskę.

– Przyszłam do pana czy nie?

– Przyszłaś. Chcę tylko się dowiedzieć, dlaczego po tylu latach postanowiłaś z tym skończyć.

– Ponieważ – mówi Anna, patrząc w bok, na biblioteczkę – inaczej to nigdy się nie skończy.

Po tych słowach nagle o czymś sobie przypomina. Sięga do kieszeni i wyjmuje garść zmiętych banknotów i drobnych monet.

– Nie musi się pan martwić o swoje honorarium. Tutaj jest sto trzydzieści sześć dolarów i osiemdziesiąt siedem centów. Wiem, że to za mało, ale postaram się o więcej.

– Biorę dwieście za godzinę pracy.

– Dwieście dolarów?

– Banki nie przyjmują szklanych paciorków.

– Mogę wyprowadzać pańskiego psa i w ogóle…

– Pies – przewodnik musi wychodzić z właścicielem. – Wzruszam ramionami. – Coś wymyślimy.

– Nie może pan pracować dla mnie za darmo. – Dziewczyna jest uparta.

– Zgoda. Będziesz pucować klamki w moim gabinecie.

Nie można powiedzieć, że jestem szczególnie uczynnym człowiekiem. Chodzi raczej o to, że ta sprawa rozwiąże się sama. Powódka nie chce oddać nerki i żaden sędzia przy zdrowych zmysłach nie zmusi jej do tego. Nie muszę nawet przygotowywać się do procesu, bo rodzice wycofają się jeszcze przed pierwszą rozprawą i będzie po wszystkim. Ja natomiast zyskam szeroki rozgłos i reputację dobroczyńcy; będą tak o mnie mówić jeszcze za dziesięć lat.

– Złożę w twoim imieniu wniosek w sądzie rodzinnym o usamowolnienie w kwestii zabiegów medycznych.

– I co dalej?

– Nastąpi rozpatrzenie sprawy i sędzia wyznaczy kuratora procesowego, czyli…

– Specjalistę od pracy z dziećmi, zatrudnionego w sądzie rodzinnym, który podejmuje się bronić najlepszych interesów dziecka – recytuje Anna. – Innymi słowy kolejnego dorosłego, który będzie miał głos w podejmowaniu decyzji o moim losie.

– Takie jest prawo. Nie można tego obejść. Pamiętaj jednak, że kurator procesowy teoretycznie ma obowiązek troszczyć się o ciebie, nie o twoich rodziców ani o twoją siostrę.

Otwieram notatnik i kreślę w nim kilka zdań. Anna obserwuje mnie bacznie.

– Nie przeszkadza panu, że ma pan nazwisko na opak?

– Słucham? – spoglądam na nią, odrywając pióro od papieru.

– Campbell Alexander. Ma pan nazwisko jak imię, a imię jak nazwisko. – Anna zawiesza na chwilę głos. – I jeszcze tak samo nazywa się taka zupa w puszce.

– Czy to ma znaczenie dla sprawy, którą mam dla ciebie poprowadzić?

– Żadnego – przyznaje Anna – z tym wyjątkiem, że rodzice nie zrobili panu przysługi, wybierając takie imię.

Sięgam ponad blatem biurka i podaję jej moją wizytówkę.

– Zadzwoń, gdybyś chciała o coś spytać.

Dziewczyna bierze ode mnie wizytówkę i przesuwa palcami po wytłoczonych literach, układających się w moje nazwisko. Moje nazwisko na opak. Na opak? Trzymajcie mnie… Potem zleceniodawczyni zgarnia z biurka mój notatnik, oddziera kawałek kartki, zapisuje coś na nim moim wiecznym piórem i wręcza mi. Rzucam okiem:

– To na wypadek, gdyby pan chciał o coś spytać – mówi.

Wychodzę z gabinetu. Anny już nie ma. Kerri siedzi za swoim biurkiem, a przed nią leży rozłożony katalog.

– Wiesz, że w tych płóciennych torbach firmy L.L. Bean kiedyś przenoszono lód?

– Wiem. – A w tym lodzie chłodziła się na przykład wódka albo krwawa mary. Kursowało się z tym z domku letniskowego na plażę każdej soboty. To mi znów przypomina, że dzwoniła matka.

Kerri ma ciotkę, która jest wróżką. Ona sama też musi mieć cos takiego w genach, bo czasami jej dziwne zdolności dają o sobie znać. Ale Kerri długo już u mnie pracuje i zna większość moich tajemnic. Na ogół zawsze wie, o czym myślę.

– Powiedziała, że twój ojciec spotyka się z jakąś siedemnastką, że nie dba nawet o pozory dyskrecji, a ona wyprowadza się z domu i będzie mieszkać „Pod Sosnami”, chyba że zadzwonisz przed… – Kerri rzuca okiem na zegarek. – Oj.

– Ile razy w tym tygodniu groziła, że to zrobi?

– Tylko trzy – odpowiada Kerri.

– Więc nie wyrobiła jeszcze nawet średniej. – Pochylam się nad jej biurkiem i zamykam katalog. – Do pracy, panno Donatelli. Trzeba zarabiać na siebie.

– Co bierzemy?

– Sprawę tej dziewczynki. Nazywa się Anna Fitzgerald.

– Planowanie rodziny?

– Niezupełnie. – Potrząsam głową. – Będziemy ją reprezentować. Podyktuję ci wniosek o usamowolnienie w kwestii zabiegów medycznych. Złożysz go w sądzie rodzinnym jutro rano.

– Nie wygłupiaj się! Weźmiesz jej sprawę?

Kładę rękę na sercu.

– Czuję się szczerze urażony, że masz o mnie tak niskie mniemanie.

– Myślałam raczej o twoim portfelu. Czy rodzice małej o tym wiedzą?

– Dowiedzą się jutro.

– Jesteś skończonym durniem, wiesz?

– Proszę?

Kerri kręci głową z dezaprobatą.

– Gdzie ta dziewczyna się podzieje?

To pytanie zbija mnie z pantałyku. Faktycznie, do tej pory nie zastanawiałem się nad tym, że córka, która skarży własnych rodziców, nie będzie najszczęśliwsza, mieszkając z nimi pod jednym dachem, kiedy sąd już dostarczy im pozew.

Nagle u mojego boku wyrasta jak spod ziemi Sędzia i trąca mnie nosem w udo. Potrząsam głową. Jestem zły. Rozkład dnia przede wszystkim.

– Daj mi piętnaście minut – mówię do Kerri. – Zadzwonię, kiedy będę gotowy.

– Campbell – Kerri jest nieustępliwa – to dziecko nie poradzi sobie samo.

Wracam do gabinetu. Sędzia wchodzi za mną, przystając tuż za progiem.

– To nie mój problem – oświadczam, po czym zamykam drzwi, przekręcam klucz w zamku i czekam.

SARA

1990

Siniak na pleckach Kate ma rozmiar i kształt czterolistnej koniczynki. Widnieje dokładnie na samym środku, pomiędzy łopatkami. Zauważył go Jesse podczas wspólnej kąpieli w wannie.

– Mamusiu – pyta mnie – czy to znaczy, że Kate ma szczęście?

W pierwszej chwili wydaje mi się, że to brud. Próbuję zetrzeć plamkę, ale nie udaje się. Kate, moje dwuletnie kochanie, unosi główkę i wpatruje się we mnie błękitnymi oczkami.

– Boli? – pytam, a ona kręci głową, że nie.

Skądś spoza moich pleców dobiega mnie głos Briana, który relacjonuje dzisiejszy dzień. Czuć od niego ulotny zapach dymu.

– Facet kupił pudełko cennych cygar – opowiada – i ubezpieczył je od ognia na piętnaście tysięcy dolarów. Niedługo potem towarzystwo ubezpieczeniowe otrzymało żądanie wypłaty odszkodowania. Było tam napisane, że wszystkie cygara spłonęły, jedno po drugim, w serii niewielkich pożarów.

– To znaczy, że je wypalił? – dopytuję się, spłukując pianę z głowy Jessego.

Brian opiera się ramieniem o futrynę.

– No, tak. Kłopot w tym, że sędzia orzekł, że towarzystwo popełniło błąd, ubezpieczając cygara od ognia bez właściwego zdefiniowania dopuszczalnego przypadku spalenia.

– Hej, a teraz cię boli? – Jesse wbija kciuk w plecy siostry, dokładnie w tym miejscu, gdzie jest siniak.

Kate piszczy z bólu i rzuca się w wannie, ochlapując mnie wodą od stóp do głów. Wyjmuję ją z wody, śliską jak rybę, i podaję Brianowi.

Oboje mają bladą cerę i identyczne włosy koloru jasny blond. Pasują do siebie. Jesse jest bardziej podobny do mnie – szczupły, ciemne włosy, mózgowiec. Brian mówi, że dzięki temu rodzinka jest w komplecie: każdy rodzic ma swojego klona.

– Wyłaź natychmiast z wanny – rozkazuję Jessemu.

Mój czteroletni syn wstaje, ociekając wodą. Przy przekładaniu nogi przez szeroką krawędź wanny udaje mu się poślizgnąć, przewrócić i stłuc mocno kolano. Wybucha płaczem.

Owijam go ręcznikiem i przytulam, starając się nie przerywać rozmowy z mężem. To właśnie jest język małżeństwa: krótkie depesze alfabetem Morse’a, wystukiwane do siebie podczas kąpania i karmienia dzieci i nadawane wieczorem, kiedy opowiadamy im bajki na dobranoc.

– Kto wezwał cię na świadka? – pytam Briana. – Obrona?

– Oskarżyciel. Firma ubezpieczeniowa wypłaciła odszkodowanie, a potem pozwała klienta, zarzucając mu, że dwadzieścia cztery razy umyślnie podłożył ogień. Wystąpiłem jako biegły.

Brian z zawodu jest strażakiem. Potrafi dostrzec ślad po pierwszej iskrze w domu, z którego zostały tylko gołe ściany i podłoga. Znajduje zwęglone niedopałki, odsłonięte przewody elektryczne – każdy stos zajmuje się od jednej iskry. Trzeba tylko wiedzieć, czego szukać.

– Co zrobił sędzia? Odrzucił sprawę?

– Sędzia za każde podpalenie skazał go na rok więzienia. Razem dwadzieścia cztery lata – odpowiada Brian. Stawia Kate na podłodze i wkłada jej górę od piżamy.

W poprzednim życiu, zanim zostałam matką, byłam adwokatem w sądzie cywilnym. Przez pewien czas wydawało mi się, że właśnie to chcę robić w życiu, ale jednego dnia dostałam bukiecik pomiętych fiołków od małego szkraba. Zrozumiałam wtedy, że uśmiech dziecka, tak jak tatuaż, jest nieścieralnym, niezmywalnym dziełem sztuki.

Suzanne, moja siostra, nie chce nawet słyszeć „podobnych głupot”. Jej zdaniem, zdaniem specjalistki od finansów, taka osoba jak ja jest pomyłką w ewolucji ludzkiego mózgu. Ja natomiast uważam, że przede wszystkim trzeba określić, do czego ma się najlepsze predyspozycje, a tak się akurat składa, że ja znacznie lepiej nadaję się na matkę niż na prawniczkę. Czasami zastanawiam się, czy to tylko ja tak mam, czy może innym kobietom też zdarza się odkryć, że najlepsze w życiu może być nie to, co się zdobywa, ale to, co przychodzi samo.

Wycierając Jessego ręcznikiem, spoglądam w górę. Brian stoi nade mną i przygląda mi się uważnie.

– Brakuje ci tego, Saro? – pyta cichym głosem.

Owijam naszego syna ręcznikiem i całuję go w głowę.

– Jak borowania zębów – odpowiadam mężowi.

Kiedy następnego dnia budzę się rano, Briana już nie ma. Wyszedł do pracy. Pracuje na zmiany: dwie dzienne, dwie nocne, potem cztery dni wolne i od początku. Rzucam okiem na budzik. Niebywałe, już dziewiąta. Jeszcze dziwniejsze jest to, że dzieci dały mi spać tak długo. Narzucam na siebie szlafrok i zbiegam na dół. Jesse siedzi na podłodze i bawi się klockami.

– Ja już po śniadaniu – informuje mnie. – Tobie też zrobiłem.

No tak. Cały stół w kuchni zasypany płatkami zbożowymi, a pod szafką, w której je zwykle trzymamy, stoi chwiejne krzesło. Od lodówki aż do miski z płatkami ciągnie się szlaczek z rozlanego mleka.

– A gdzie Kate?

– Śpi – mówi Jesse. – Budziłem ją, ale nie chciała wstać.

Muszę mieć chyba naturalny alarm nastawiony na dzieci. To, że Kate spała dziś dłużej niż zwykle, automatycznie kojarzy mi się z tym, że ostatnio często pociągała noskiem, a potem przypomina mi się, że wczoraj wieczorem była bardzo śpiąca. Idę na górę, do sypialni mojej córeczki, wołając ją po imieniu. Kiedy wchodzę, Kate odwraca się w łóżku, patrząc na mnie rozespanymi jeszcze oczami.

– Wstawanko! – wołam wesoło i podciągam rolety. Słoneczny blask rozlewa się po pościeli. Siadam ma łóżku i masuję plecy Kate. – Ubieramy się – komenderuję, zdejmując jej przez głowę górę od piżamy.

Wzdłuż całego kręgosłupa mojej córki biegną rządkiem małe siniaczki, jak sznur sinoniebieskich korali.

– To anemia, prawda? – pytam lekarza pediatrę. – W jej wieku jest jeszcze za wcześnie na mononukleozę.

Doktor Wayne odrywa słuchawkę stetoskopu od szczupłej klatki piersiowej Kate i opuszcza jej różową koszulkę.

– To może być coś wirusowego. Pobiorę krew do analizy.

Jesse, który do tej pory siedział spokojnie i bawił się figurką żołnierza z urwaną głową, ożywia się nagle.

– Kate, wiesz, jak pobiera się krew?

– Jak?

– Igłą. Wielką, długą, grubą igłą jak do zastrzyku…

– Jesse – przerywam mu ostrzegawczym tonem.

– Jak do zastrzyku? – piszczy Kate. – I będzie bolało?

Córeczka ufa mi bezgranicznie. Zawsze prosi, żebym przeprowadziła ją przez ulicę, żebym pokroiła kotlecik na małe kawałeczki, to ja zawsze ją bronię przed strasznymi wielkimi psami, przed ciemnym pokojem i przed wybuchającymi petardami. Teraz patrzy na mnie szeroko rozwartymi oczami, w których czai się strach i nadzieja.

– To będzie taka malutka igiełka – przyrzekam jej.

Kiedy do pokoju wchodzi pielęgniarka, niosąc na tacce strzykawkę, probówki i gumową opaskę uciskową, Kate zaczyna krzyczeć. Biorę głęboki wdech.

– Kate, spójrz na mnie. – Mała milknie; jedynie cichutka czkawka daje znać o tym, jak bardzo się boi. – Nie będzie bolało, tylko przez chwilę zaszczypie.

– Oszukaństwo – syczy Jesse pod nosem.

Kate uspokaja się, ale tylko troszeczkę. Pielęgniarka układa małą na stole do badań i każe mi przytrzymać ją za ramiona. Patrzę, jak igła przebija białą skórę na rączce córeczki, słyszę jej krzyk, ale nie widać żadnej krwi.

– Przepraszam, kochanie – mówi pielęgniarka. – Muszę to zrobić drugi raz.

Wyciąga igłę i wbija ją ponownie. Kate krzyczy jeszcze głośniej.

Podczas napełniania dwóch pierwszych probówek Kate wyrywa się z całych sił. Przy trzeciej wiotczeje i leży bezwładnie. Naprawdę nie wiem, co jest gorsze.

Siedzimy w poczekalni. Niedługo mają już być wyniki badania krwi. Jesse leży na podłodze, na dywaniku, zbierając Bóg wie jakie zarazki po wszystkich chorych dzieciach, które przewinęły się przez ten pokój. Ja pragnę tylko jednego: żeby w drzwiach stanął lekarz, kazał zabrać Kate do domu i poić ją sokiem pomarańczowym, w dużych ilościach. Chcę zobaczyć w jego ręce receptę na celcor jak różdżkę w ręce czarodzieja.

Doktor Wayne wzywa nas do swojego gabinetu dopiero po godzinie.

– Wyniki nie są do końca jasne – mówi. – Szczególnie jeśli chodzi o liczbę białych krwinek. Jest znacznie poniżej normy.

– Co to oznacza? – W tej chwili przeklinam swoją głupotę, która kazała mi studiować prawo, a nie medycynę. Usiłuję przypomnieć sobie przynajmniej, od czego są białe krwinki.

– Może to być jakaś niewydolność układu odpornościowego. Równie dobrze jednak laboratorium mogło pomylić się przy testach. – Doktor Wayne głaszcze Kate po głowie. – Dla pewności wypiszę skierowanie na hematologię, do szpitala. Tam powtórzą badanie.

Chyba pan żartuje, myślę, ale nie mogę się zdobyć, żeby powiedzieć to na głos. W milczeniu biorę kartkę, którą podaje mi doktor Wayne. Nie jest to recepta, której tak wyczekiwałam, ale notatka z nazwiskiem. Ileana Farquad, Szpital Miejski w Providence, wydział Hematologii i Onkologii.

– Onkologia – czytam z niedowierzaniem na głos. – Przecież tam leczy się raka. – Patrzę wyczekująco na doktora Wayne’a. Chcę, żeby mnie uspokoił, chcę usłyszeć, że laboratorium, w którym robią badania krwi, po prostu znajduje się na oddziale onkologii i to wszystko.

Doktor Wayne milczy.

Od dyspozytora w centrali dowiaduję się, że Brian pojechał do wypadku. Jeszcze dwadzieścia minut temu był w jednostce. Waham się przez chwilę, patrząc na Kate, skuloną na plastikowym krzesełku w szpitalnej poczekalni. Pojechał do wypadku.

Każdy człowiek w życiu staje na rozdrożu. Są to momenty, kiedy zapadają ważne, rozstrzygające decyzje – a często podejmuje się je zupełnie bezwiednie. Na przykład można pozwolić sobie na chwilę dekoncentracji na skrzyżowaniu, czytając nagłówek w gazecie, i nie zauważyć samochodu, który jechał nieprzepisowo i spowodował wypadek. Można przypadkiem wejść do baru i przy kasie poznać swojego przyszłego męża, grzebiącego po kieszeniach w poszukiwaniu drobnych. Można też, tak jak ja w tej chwili, odwołać męża z pracy, pomimo że od kilku godzin powtarzam sobie, że nie stało się nic poważnego.

– Proszę go wezwać – mówię dyspozytorowi. – Jesteśmy w szpitalu.

Z Brianem u boku czuję się o wiele pewniej. Jesteśmy jak para wartowników, podwójna linia obrony. Przyjechaliśmy do szpitala miejskiego trzy godziny temu. Z każdą minutą coraz trudniej jest mi wmówić sobie, że doktor Wayne się pomylił. Jesse usnął na plastikowym krześle. Kate przeżyła kolejny koszmar pobierania krwi. Zrobiono jej też rentgen klatki piersiowej, bo wspomniałam, że jest przeziębiona.

– Pięć miesięcy – odpowiada Brian na pytanie lekarza stażysty, który siedzi obok z formularzem w rękach. – Prawda? – Odwraca się do mnie. – Tyle miała, kiedy pierwszy raz przewróciła się na brzuszek.

– Chyba tak. – Zdążyli już wypytać nas o wszystko, zaczynając od ubrań, które mieliśmy na sobie w tę noc, kiedy poczęliśmy Kate, a kończąc na tym, kiedy nauczyła się jeść łyżką.

– Pierwsze słowo? – pada kolejne pytanie.

Brian uśmiecha się.

– „Dada”.

– Chodziło mi o to kiedy.

– Aha. – Mój mąż marszczy brwi. – Niedługo przed pierwszymi urodzinami.

– Przepraszam – wtrącam się. – Czy może mi pan powiedzieć, na co wam te wszystkie informacje?

– Trzeba spisać historię przypadku, pani Fitzgerald. Musimy się dowiedzieć jak najwięcej o państwa córce. Pomoże nam to zrozumieć, co z nią jest nie tak.

– Państwo Fitzgerald? – Podchodzi do nas młoda kobieta w białym fartuchu lekarskim. – Jestem chirurgiem naczyniowym. Doktor Farquad prosiła, żeby zrobić Kate badania na układ krzepnięcia.

Na dźwięk swojego imienia Kate unosi główkę z moich kolan, mrugając oczami. Wystarczy jedno spojrzenie na biały fartuch i już maleńka chowa rączki w rękawy koszulki.

– Nie można pobrać krwi z palca?

– Nie. Tak naprawdę będzie najprościej.

Nagle przypominam sobie, że kiedy byłam w ciąży z Kate, maleństwo potrafiło czasami dostać czkawki. Trwało to godzinami. Każde drgnięcie brzucha, nawet najlżejsze, kompletnie wytrącało mnie z równowagi.

– Czy pani sądzi – mówię cicho – że to jest odpowiedź, którą chcę w tej chwili usłyszeć? Kiedy zamawia pani kawę w kawiarni, to czy będzie pani zadowolona, jeśli kelner przyniesie pani colę, bo stała na niższej półce i łatwiej było po nią sięgnąć? A kiedy chce pani zapłacić w sklepie kartą, to czy ucieszy panią, jeśli kasjer powie, że za dużo z tym zawracania głowy, i każe pani wyciągać gotówkę?

– Saro. – Głos Briana dobiega mnie z oddali, jak stłumiony szum wiatru.

– Uważa pani, że mnie jest łatwo tak siedzieć z dzieckiem i czekać na wyniki badań, nie wiedząc, po co je robicie? A ona? Myśli pani, że ją to bawi? Że ona też nie chciałaby, żeby to wszystko odbyło się jak najprościej?

– Saro. – Czuję dłoń Briana na ramieniu i dopiero wtedy dociera do mnie, że jestem cała rozdygotana.

Lekarka stoi nad nami jeszcze przez chwilę, po czym odwraca się bez słowa i odchodzi rozgniewana. Jej chodaki tłuką o posadzkę. Kiedy tylko znika nam z oczu, moje wzburzenie przygasa.

– Saro – pyta Brian – co z tobą?

– Ze mną? Nie wiem, co ma być ze mną, bo nikt nam nie powiedział, co z naszą…

Mąż chwyta mnie w ramiona; między nami jest Kate, jak westchnienie. Brian ucisza mnie i zapewnia, że wszystko będzie dobrze. Nie wierzę mu. Po raz pierwszy w życiu mu nie wierzę.

Do pokoju wchodzi doktor Farquad, której nie widzieliśmy od kilku godzin.

– Słyszałam, że mają państwo wątpliwości w kwestii badań na układ krzepnięcia. – Przystawia sobie krzesło i siada naprzeciwko nas. – Morfologia krwi Kate wykazała pewne odchylenia. Liczba białych krwinek jest bardzo niska – tysiąc trzysta. Hemoglobina siedem i pół, hematokryt osiemnaście i cztery dziesiąte procent, płytki krwi osiemdziesiąt jeden tysięcy, a liczba neutrofilów – sześćset. Takie wyniki czasami sygnalizują chorobę z autoagresji. Jednak w rozmazie Kate stwierdziliśmy także dwanaście procent promielocytów i pięć procent blastów, czyli komórek niedojrzałych, a to już wskazuje na zespół białaczkowy.

– Białaczkowy – powtarzam za nią. To słowo jest miękkie i oślizgłe, jak glut w jajecznicy.

Doktor Farquad kiwa głową.

– Białaczka to rak krwi.

Brian nie spuszcza z niej wzroku.

– Co to oznacza?

– Proszę sobie wyobrazić szpik kostny jako przedszkole dla krwinek. Zdrowy organizm wytwarza krwinki, które zostają w szpiku, dopóki nie dojrzeją na tyle, żeby go opuścić i ruszyć do walki z chorobami, rozbijać zakrzepy, przenosić tlen – mają rozmaite funkcje. U osoby chorej na białaczkę krwinki opuszczają przedszkole zbyt wcześnie. Niedojrzałe krwinki krążą w krwiobiegu, ale nie mogą pełnić swoich funkcji. Zdarza się wykryć obecność promielocytów przy robieniu morfologii, ale badając krew Kate pod mikroskopem, wykryliśmy pewne nieprawidłowości. – Doktor Farquad przygląda się nam, to jednemu, to drugiemu. – Żeby to potwierdzić, będę musiała pobrać szpik do badania, ale wszystko wskazuje na to, że Kate ma ostrą białaczkę promielocytową.

Choć to pytanie ciśnie mi się na usta, nie znajduję sił, żeby je zadać. Mój język staje kołkiem w gardle. Robi to za mnie Brian, choć z wysiłkiem i dopiero po chwili:

– Czy nasza córka… Czy ona umrze?

Tłumię w sobie przemożną chęć, żeby chwycić doktor Farquad za ramiona i potrząsnąć. Chcę wykrzyczeć jej w twarz, że własną ręką rozetnę Kate żyły i sama utoczę z nich krew do badania na ten ich układ krzepnięcia – jeśli tylko dzięki temu ta kobieta wycofa się z tego, co przed chwilą powiedziała.

– Ostra białaczka promielocytową to bardzo rzadka podgrupa przewlekłej białaczki szpikowej. Rocznie stwierdza się tylko około tysiąca dwustu przypadków. Przeżywalność wśród pacjentów z tą chorobą wynosi od dwudziestu do trzydziestu procent, jeśli od razu rozpocznie się leczenie.

Słysząc ostatnie słowa doktor Farquad, momentalnie zapominam o liczbach. Chwytam się tej jednej informacji.

– Więc to się leczy – powtarzam jak echo.

– Tak. Przy zastosowaniu agresywnej terapii chory na białaczkę szpikową może przeżyć od dziewięciu miesięcy do trzech lat.

Nie dalej jak w zeszłym tygodniu przyglądałam się mojej śpiącej córeczce. Patrzyłam, jak przez sen zaciskała paluszki na strzępku satynowej poszewki, ulubionej przytulance, z którą rzadko kiedy się rozstawała. „Ona tego nigdy nie wyrzuci – szepnęłam wtedy Brianowi na ucho. – Wspomnisz moje słowa. Będę musiała podszyć tą szmatką jej suknię ślubną”.

– Musimy pobrać szpik. Podamy małej łagodny środek znieczulający. Kiedy zaśnie, możemy też pobrać krew do badania na układ krzepnięcia. – Doktor Farquad pochyla się ku nam, uśmiechając się ze współczuciem. – Muszę państwu powiedzieć, że dzieci rzadko poddają się statystykom. Z nimi nigdy nic nie wiadomo.

– No, dobra – mówi Brian, zacierając ręce, jakby był na meczu. – Dobra.

Kate odrywa główkę od mojej bluzki. Na policzkach ma rumieniec, a w oczach nieufność.

Na pewno zaszła jakaś pomyłka. Lekarzom pomyliły się probówki i zbadali krew innej osoby. Moje dziecko ma mięciutkie, lśniące włosy, a gdy się uśmiechnie, to jakby przeleciał kolorowy motylek. Tak nie wygląda ktoś umierający na raty.

Jest w moim życiu zaledwie od dwóch lat, ale wspólnych wspomnień, wszystkich chwil przeżytych razem – starczy na całą wieczność.

Kate leży twarzą w dół na stole do badań. Przypięli ją do niego dwoma długimi pasami i podłożyli pod brzuszek zwinięte prześcieradło. Obok stoi pielęgniarka, poklepując ją po dłoni, chociaż znieczulenie zaczęło już działać i maleńka śpi. Dolna część pleców i pośladki są odsłonięte – szpik kostny pobiera się długą igłą z grzebienia kości biodrowej.

Po jakimś czasie ktoś delikatnie odwraca jej główkę na drugą stronę. Papierowe prześcieradło jest wilgotne. Moja dwuletnia córka uczy mnie, że przez sen też można płakać.

W drodze powrotnej do domu nagle przyplątuje mi się dziwna myśl: cały świat jest jak dmuchana zabawka. Drzewa, trawa, domy, wystarczy nakłuć szpilką i bum! – będzie po nich. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że jeśli teraz skręcę ostro w lewo, to przejadę przez ten niski płotek i odbiję się od zjeżdżalni na placu zabaw, jakby była z gumy.

Mijamy ciężarówkę. Na boku ma duży napis: Batchelder Casket Company. Jedź bezpiecznie. Czy to nie jest przypadkiem sprzeczność interesów?

Kate siedzi z tyłu, zajadając chrupki w kształcie zwierzątek.

– Bawimy się – rozkazuje.

W lusterku wstecznym jej twarzyczka wydaje się lśnić. Ostrzeżenie: lusterko samochodowe oddala odbijane obiekty. Przyglądam się pierwszej chrupce, którą Kate wyciąga z paczki.

– Jak robi tygrys? – Udaje mi się wydobyć z siebie głos.

– Rrroarr! – Kate odgryza głowę chrupkowemu kotu i ponownie sięga do paczki.

– Jak robi słoń?

Kate chichocze, a potem trąbi przez nos.

Zastanawiam się, jak to będzie wyglądało. Może stanie się to we śnie? I czy Kate będzie płakać? Czy będzie przy niej wtedy jakaś miłosierna pielęgniarka, która poda jej coś przeciwbólowego? Przed oczami mam śmierć mojego dziecka, dziecka, które siedzi pół metra za mną i śmieje się radośnie.

– A jak robi żyrafa? – pyta Kate.

Jej dziecięcy głosik jest tak pełen życia.

– Żyrafy nic nie robią – odpowiadam.

– Dlaczego?

– Bo takie już się rodzą.

To ostatnie słowa, które mogę wydobyć ze ściśniętego gardła.

Gdy wchodzę do domu, słyszę dzwonek telefonu. Wracam od sąsiadki. Zgodziła się zaopiekować Jessem, kiedy pojedziemy z Kate do szpitala. Jesteśmy zupełnie nieprzygotowani na taką sytuację. Jedyne opiekunki, które czasem do nas przychodzą, uczą się jeszcze w szkole średniej. Wszyscy dziadkowie już nie żyją. Właściwie nigdy nie potrzebowaliśmy opieki do dzieci – sama się tym zajmuję.

Wchodzę do kuchni. Brian zdążył już na dobre rozgadać się przez telefon. Kabel plącze mu się między nogami. Pępowina.

– No właśnie – mówi. – Aż nie do wiary. Nie byłem w tym sezonie na ani jednym meczu. No, ale teraz, kiedy go sprzedali, po co chodzić na mecze? – Nastawiam wodę na herbatę. Nasze oczy się spotykają. – Sara ma się świetnie. Dzieci? Nie, wszystko w porządku. Dobra. Pozdrów ode mnie Lucy. Dzięki za telefon. – Odkłada słuchawkę. – Don Thurman – mówi tonem wyjaśnienia. – Pamiętasz go? Chodziliśmy razem do szkoły pożarniczej. Miły facet.

Patrzy mi w oczy, a z jego twarzy powoli znika sympatyczny uśmiech. Czajnik zaczyna gwizdać, ale żadne z nas nawet nie drgnie, żeby zestawić go z gazu. Krzyżuję ręce na piersi, nie odrywając wzroku od Briana.

– Nie mogłem, Saro – mówi mój mąż cicho. – Po prostu nie mogłem.

Leżymy w łóżku. Brian jest jak kamienny obelisk, czarny kształt odcinający się od ciemności nocy. Już od kilku godzin nie zamieniliśmy ani słowa, ale wiem, że tak jak ja mój mąż nawet nie zmrużył oka.

To wszystko dlatego, że nakrzyczałam na Jessego w zeszłym tygodniu. Że skrzyczałam go wczoraj, dziś wieczorem. To wszystko dlatego, że nie kupiłam Kate groszków, kiedy bardzo mnie prosiła, żebym kupiła jej groszki w sklepie spożywczym. To wszystko dlatego, że kiedyś, przez jedną krótką chwilę próbowałam sobie wyobrazić, jak by wyglądało moje życie, gdybym w ogóle nie zdecydowała się mieć dzieci. To wszystko dlatego, że nie potrafiłam docenić, jak wiele mam.

– Myślisz, że to nasza wina? – odzywa się Brian.

– Nasza wina? – Odwracam się w jego stronę. – Jak to?

– No, wiesz. Może mamy to w genach.

Milczę.

– Ci w tym szpitalu to konowały. – Brian zgrzyta zębami. – Pamiętasz, jak syn naszego komendanta złamał rękę? To była lewa ręka, a oni założyli mu gips na prawą.

Wbijam wzrok z powrotem w sufit.

– Chcę, żebyś wiedział jedno – oznajmiam twardo i nieco głośniej, niż miałam zamiar. – Nie pozwolę Kate umrzeć.

U mojego boku rozlega się okropny dźwięk, podobny do jęku rannego zwierzęcia albo do charkotu tonącego. Chwilę później Brian wtula twarz w moje ramię, a po mojej skórze płyną jego łzy. Oplata mnie ciasno rękami, jakby bał się, że upadnie.

– Nie pozwolę – powtarzam, ale sama słyszę, że mówię bez wielkiego przekonania.

BRIAN

Żeby temperatura płomienia wzrosła o dziesięć stopni, jego wielkość musi wzrosnąć dwukrotnie. Patrzę na iskry strzelające z komina spalarni niczym roje nowych, nieznanych nikomu gwiazd, a w głowie mam tylko tę jedną myśl. Za mną stoi, załamując ręce, dziekan wydziału medycznego Uniwersytetu Browna. Mam na sobie ciężki, gruby kombinezon, pod którym cały jestem zlany potem.

Podjechaliśmy dwoma wozami: strażackim z drabiną i karetką. Sprawdziliśmy budynek ze wszystkich czterech stron. W środku nie ma nikogo. Nikogo oprócz ciała zaklinowanego w komorze spalania, które jest przyczyną tego wszystkiego.

– To był potężny mężczyzna – mówi dziekan. – Tak się zawsze robi z obiektami po skończonych zajęciach z anatomii.

– Panie kapitanie! – woła Paulie, który dziś kieruje pracą pomp. – Red podłączył już sikawkę do hydrantu. Mam puścić wodę?

Nie zdecydowałem jeszcze, czy użyję wody. Konstrukcja tego pieca przewiduje spalanie resztek organicznych w temperaturze prawie dziewięciuset stopni Celsjusza. Powyżej i poniżej zaklinowanych wewnątrz zwłok szaleje ogień.

– No i co? – dopytuje się dziekan. – Będzie pan stał i czekał?

Tak właśnie myśli żółtodziób: z ogniem trzeba walczyć czynnie, ładując się do budynku z sikawką. Czasami takie zachowanie może jeszcze pogorszyć sytuację. W tym wypadku doszłoby do skażenia całego terenu odpadami niosącymi zagrożenie biologiczne. Nie można teraz otworzyć pieca. Musimy też dopilnować, żeby płomienie nie poszły kominem. Żaden ogień nie płonie wiecznie. W końcu musi się wypalić.

– Właśnie tak – odpowiadam dziekanowi. – Poczekam i zobaczę, co się stanie.

Kiedy mam nocną zmianę, jem dwa obiady dziennie. Pierwszy jest wcześniej niż zwykle – tak się umówiliśmy, żeby móc razem, całą rodziną, zasiąść do stołu. Dziś moja żona przyrządziła pieczeń wołową, tak wielką, że wygląda jak małe dziecko śpiące na obrusie. Sara woła wszystkich na obiad.

Kate zjawia się pierwsza. Wślizguje się na swoje miejsce za stołem.

– Cześć, malutka. – Ściskam jej dłoń. Odpowiada uśmiechem, który nie sięga oczu. – Co dziś porabiałaś?

Kate bawi się widelcem, przesuwając strączki fasoli po talerzu.

– Ratowałam kraje Trzeciego Świata, rozbijałam jądra atomowe i napisałam ostatnie rozdziały wielkiej amerykańskiej powieści obyczajowej. A także, rzecz jasna, byłam na dializie.

– Rzecz jasna.

Do stołu podchodzi Sara, wymachując nożem.

– Nie wiem, czym ci podpadłem – kulę się na krześle – ale bardzo cię za to przepraszam.

Żart nie zostaje doceniony.

– Pokrój mięso, bardzo cię proszę.

Biorę od niej nóż razem z widelcem do mięsa i kroję pieczeń na plastry. W kuchni pojawia się Jesse. Pozwoliliśmy mu wprowadzić się na strych nad garażem, ale w zamian za to musi jeść ze wszystkimi. Taką ma z nami umowę, nasz syn, który dziś ma oczy czerwone jak królik, a jego ubranie czuć wyraźnie słodkim dymem.

– No, popatrz tylko – słyszę za sobą głos Sary, ale kiedy się odwracam, żona nie patrzy na Jessego, tylko na mięso. – Niedopieczona. – Chwyta rondel gołymi rękami, jakby miała skórę z azbestu i pakuje pieczeń z powrotem do piekarnika.

Jesse sięga po miskę z tłuczonymi kartoflami i zaczyna nakładać je sobie na talerz, łyżka za łyżką.

– Okropnie cuchniesz – mruczy Kate, wachlując dłonią przed nosem.

Jesse nie zwraca na nią uwagi i ładuje łyżkę do ust. Zastanawiam się, co też ze mnie za ojciec, że w głębi serca jestem zadowolony, bo potrafię rozpoznać, co brał mój syn, i cieszę się, że palił trawkę, a nie łykał ecstasy albo pakował sobie w żyłę heroinę czy Bóg wie co jeszcze. Trawkę łatwo rozpoznać. Inne narkotyki nie dają tak silnych objawów zewnętrznych.

– Nie każdy lubi, jak wszędzie zajeżdża trawą – syczy Kate.

– Nie każdy dostaje dragi w szpitalu przez wenflon – odgryza się Jesse.

Sara unosi ręce.

– Nie zaczynajmy. Bardzo was proszę.

– Gdzie Anna? – pyta Kate.

– Nie ma jej w waszym pokoju?

– Nie widziałam jej od rana.

Sara staje w progu kuchni.

– Anna! Obiad!

– Patrzcie, co dziś kupiłam. – Kate demonstruje koszulkę, którą ma na sobie. Materiał jest ręcznie farbowany w kółka, w psychodelicznych kolorach. Na piersi widnieje obrazek: krab z podpisem „Rak”. – Rozumiecie? – pyta Kate.

– Jesteś spod Lwa – mówi Sara.

Słyszę, że zaraz się rozpłacze.

– Sprawdź, czy ta pieczeń już doszła – odzywam się, żeby zająć czymś jej uwagę.

W tym momencie do kuchni wchodzi Anna, rzuca się na krzesło i siedzi tam ze spuszczoną głową.

– Gdzie byłaś? – pyta ją Kate.

– Gdzieś. – Anna wbija wzrok w talerz, ale nie nakłada sobie niczego.

To nie jest jej zwykłe zachowanie. Z Jessem codziennie są przepychanki, Kate trzeba nieustannie pomagać, ale na Annę zawsze można liczyć. To jedyna pewna osoba w rodzinie. Anna przychodzi uśmiechnięta, opowiada o droździe z przetrąconym skrzydłem, którego znalazła w parku, zachwyca się, że ptak „się rumienił”, a potem przypomina sobie, że w supermarkecie widziała mamę pchającą wielki, poczwórny wózek: „Dwie pary bliźniaków naraz!”. Anna to nasza baza; taka głucha cisza z jej strony jest trudna do zniesienia.

– Coś się stało? – pytam.

Anna spogląda na Kate, pewna, że to pytanie było skierowane do siostry. Unosi brwi, wystraszona, kiedy spostrzega, że mówiłem do niej.

– Nie.

– Dobrze się czujesz?

Znów to samo: Anna dopiero po chwili domyśla się, że to do niej się mówi. To pytanie zwykle zadajemy Kate.

– Tak, wszystko w porządku.

– Pytam, bo nic nie jesz.

Anna patrzy na swój talerz, jakby teraz dopiero zauważyła, że jest pusty. Nakłada sobie kopiastą porcję jedzenia i zapycha usta fasolką szparagową.

Ni stąd, ni zowąd przypominam sobie nasze wspólne przejażdżki samochodem, kiedyś, kiedy dzieciaki były jeszcze małe. Upychaliśmy całą trójkę na tylnym siedzeniu, jak cygara w pudełku, a ja śpiewałem im tę starą piosenkę Laury Brannigan, w której podstawia się w refrenie różne imiona: Anna anna bo banna, banana fanna fo fanna, me my mo manna… („Chuck! – wył Jesse, tłumiąc chichot. – Wstaw imię Chuck!”).

– Hej. – Kate pokazuje palcem. – Gdzie masz swoje serduszko? To ode mnie je dostała, wiele lat temu. Anna sięga ręką do szyi.

– Zgubiłaś je? – pytam.

– A może nie miałam dziś ochoty go nosić? – Wzrusza ramionami.

O ile wiem, Anna nigdy się nie rozstawała z tym naszyjnikiem. Sara wyjmuje pieczeń z piekarnika i stawiana stole. Sięga po nóż do mięsa.

– A propos rzeczy, których nie mamy ochoty nosić. – Jej spojrzenie pada na Kate. – Idź się przebrać.

– Dlaczego?

– Bo tak.

– To nie jest powód.

Sara z rozmachem wbija nóż w mięso.

– Bo uważam, że to nie jest odpowiedni strój do obiadu.

– Wcale nie gorszy niż te koszulki z kapelami, które nosi Jesse. Co to było wczoraj? Grzmiące Cioty z Alabamy?

Jesse przewraca oczami. Widziałem takie spojrzenie na włoskich westernach, u konia, który okulał i czeka, aż go dobiją.

Sara piłuje pieczeń, która przedtem była niemal surowa, a teraz wygląda jak nadpalona belka.

– Patrzcie tylko – skarży się. – Wszystko do niczego.

– Co ty opowiadasz. – Nakładam na talerz plaster mięsa, który dal się oderwać od reszty i biorę do ust pierwszy kęs. Twarde jak podeszwa. – Znakomite. Poczekajcie chwilę, skoczę do remizy i przywiozę palnik. Po co masz się męczyć z tym nożem.

Sara mruga, zdziwiona, a potem parska śmiechem. Kate chichocze, nawet Jesse raczył skrzywić twarz.

A ja w tym momencie spostrzegam, że Anny już nie ma przy stole. Co gorsza, żadne z nas nawet tego nie zauważyło.

Jesteśmy na służbie we czterech. Siedzimy w kuchni. Red gotuje jakiś sos, Paulie czyta „ProJo”, a Cezar pisze list do dziewczyny, która miała w tym tygodniu zaszczyt stać się obiektem jego pożądania. Red przygląda mu się, po czym potrząsa głową z dezaprobatą.

– Powinieneś zapisać sobie ten list w komputerze i drukować w razie potrzeby.

Cezar to nie jest prawdziwe imię, tylko ksywka. Wymyślił ją dawno temu Paulie, bo Cezar to taki człowiek, który nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu.

– Tym razem to co innego – oznajmia.

– Jasne. Tym razem uczucie przetrwa całe dwa dni. – Red cedzi makaron nad zlewem. Jego twarz tonie w kłębach pary. – Fitz, zlituj się nad chłopakiem i udziel mu światłych wskazówek.

– Dlaczego ja?

Paulie zerka na mnie znad gazety.

– Domyśl się – mówi krótko.

Fakt. Żona Pauliego odeszła dwa lata temu z wiolonczelistą orkiestry symfonicznej, która przyjechała do Providence na gościnne koncerty. Red to zaprzysięgły stary kawaler, kobiety zna tylko z widzenia. A ja mam dwudziestoletni staż małżeński.

Red stawia talerz przede mną. Rozpoczynam wykład.

– Kobieta – oznajmiam – jest jak ognisko.

Paulie rzuca gazetę na stół.

– Uwaga! – huczy. – Słuchamy! Tao kapitana Fitzgeralda!

Ignoruję jego wygłupy.

– Ogień jest piękny, prawda? Od płomieni trudno oderwać wzrok. Dopóki się nad nim panuje, daje światło i grzeje. Do konfrontacji należy dążyć dopiero wtedy, kiedy wymknie się spod kontroli.

– Pan kapitan chce przez to powiedzieć – wtrąca Paulie – że nie można wystawiać kobiety na wiatr, bo się rozniesie. Red, masz trochę parmezanu?

Siadamy do obiadu, dla mnie już drugiego w tym dniu. Początek jedzenia zwykle oznacza, że za kilka chwil odezwie się sygnał alarmowy. Strażak pracuje w świecie, gdzie obowiązuje prawo Murphy’ego: kryzys zawsze następuje wtedy, kiedy żadną miarą nie można sobie na niego pozwolić.

– Fitz, a pamiętasz ostatni raz, kiedy truposz utknął nam w piecu? – pyta Paulie. – Jak jeszcze służyliśmy w ochotnikach?

Mój Boże, pamiętam. Facet ważył ze dwieście kilo albo i więcej. Zmarł na zawał we własnym łóżku. Pracownicy domu pogrzebowego wezwali straż pożarną, bo nie mogli sami poradzić sobie ze zniesieniem ciała po schodach.

– Spuściliśmy go przez okno na linach – wspominam na głos.

– Też mieli go skremować, ale był za wielki… – Paulie szczerzy zęby. – Zamiast do krematorium, zawieźli go do weterynarza, żebym tak zdrów był!

Cezar gapi się na niego, mrugając oczami.

– Po co?

– A co się robi ze zdechłym koniem, jak ci się wydaje, omnibusie?

Cezar myśli, łącząc zasłyszane wiadomości. W końcu jego twarz rozjaśnia zrozumienie.

– Bez jaj… – szepcze, po czym, jakby nagle się rozmyślił, odsuwa talerz ze spaghetti bolognese.

– Jak myślicie, komu każą czyścić komin u medyków? – pyta Red.

– Pewnie tym ze służby inspekcji pracy. Ale mają fart, biedaki. – Paulie się krzywi.

– Stawiam dziesięć dolców, że zadzwonią tutaj i powiedzą, że to należy do nas.

– Nie zadzwonią – wtrącam się – bo nie będzie czego czyścić. Tam już nic nie ma. Temperatura była zbyt wysoka.

– Przynajmniej wiemy na pewno, że to nie było podpalenie – mruczy Paulie pod nosem.

W zeszłym miesiącu mieliśmy plagę pożarów wywołanych umyślnie.

To widać od razu – w zgliszczach zostają plamy po łatwopalnych płynach, źródła płomieni znajdujemy w kilku różnych miejscach, wydziela się czarny dym albo w podejrzany sposób ogień koncentruje się w jednym miejscu. Podpalacze bywają też sprytni: kilka razy zdarzyło się, że materiały łatwopalne zgromadzono pod schodami, żebyśmy nie mogli do nich dotrzeć. Takie pożary są szczególnie groźne, ponieważ nie podlegają regułom, które na co dzień stosujemy w walce z ogniem. Podpalony budynek bardziej niż zwykle grozi zawaleniem i pogrzebaniem pod ruinami strażaków gaszących płomienie.

– A może jednak? – prycha Cezar. – Może to był podpalacz samobójca. Wlazł do komina i sam się podpalił.

– Albo koniecznie chciał zrzucić parę kilo – dodaje Paulie, a tamci dwaj parskają śmiechem.

– Przestańcie – przerywam im.

– Daj spokój, Fitz, to niezły dowcip…

– Więc może opowiesz go rodzinie tego człowieka.

Zapada niezręczna cisza. Widzę, że moim kolegom zabrakło słów. W końcu odzywa się Paulie, który zna mnie najdłużej.

– Znów coś złego się dzieje z Kate?

Z moją starszą córką zawsze dzieje się coś złego. Najgorsze jest to, że nigdy nie będzie lepiej. Wstaję od stołu i wkładam talerz do zlewu.

– Będę na dachu.

Każdy z nas ma jakieś hobby: Cezar lubi dziewczyny, Paulie gra na dudach, Red uwielbia gotować. Ja mam teleskop. Ustawiłem go na dachu remizy już bardzo dawno temu. Stąd mam najlepszy widok na niebo nocą.

Gdybym nie został strażakiem, byłbym astronomem. Wiem, że jak na moje możliwości umysłowe za wiele w tym zawodzie matematyki, ale jednak coś mnie pociąga w obserwacji gwiazd. W bezksiężycową noc na niebie widać tysiąc do tysiąca pięciuset gwiazd, a przecież są jeszcze miliony innych, nieodkrytych. Człowiek łatwo ulega złudzeniu, że to świat obraca się wokół niego, ale wystarczy spojrzeć w niebo, żeby zrozumieć, że wcale tak nie jest.

Anna tak naprawdę ma na imię Andromeda. Tak stoi w metryce, przysięgam. To nazwa konstelacji oraz imię księżniczki przykutej do skały na ofiarę morskiemu potworowi. Była to kara za grzech jej matki Kasjopei, która pyszniła się przed Posejdonem swoją urodą. Andromedę znalazł bohaterski Perseusz, przelatujący tamtędy w skrzydlatych sandałach. Zakochał się w niej i ocalił od śmierci. Na niebie Andromeda wznosi ręce skute łańcuchem.

Tak jak rozumiem tę historię, wszystko dobrze się skończyło. Kto by nie życzył tego swojemu dziecku?

Kiedy urodziła nam się Kate, marzyłem o tym, że kiedyś będzie z niej piękna panna młoda. Potem przyszła choroba, diagnoza – ostra białaczka promielocytowa – a ja w moich marzeniach zacząłem widzieć Kate na uroczystości wręczenia dyplomów ukończenia szkoły średniej. Potem nastąpił nawrót choroby i wszystkie te wizje wzięły w łeb: gorąco zapragnąłem zobaczyć jej piąte urodziny. Teraz nie mam już oczekiwań; w ten sposób każdego dnia moja córka przechodzi najśmielsze z nich.

Kate umiera. Przez bardzo długi czas nie chciałem dopuścić tego do wiadomości. Wszyscy kiedyś umrzemy, to prawda, ale takie rzeczy jak ta nie powinny się zdarzać. Dlaczego to ja mam żegnać Kate, a nie na odwrót?

To aż zakrawa na jakieś oszustwo. Po tylu latach walki i obalania wszelkich statystyk chorobowych Kate nie umrze na białaczkę. Ale to przepowiedział już doktor Chance, wiele lat temu. Nie ma w tym nic dziwnego – to zwyczajna rzecz, że organizm pacjenta w końcu męczy się walką z chorobą i narządy zaczynają odmawiać posłuszeństwa. U Kate zaczęło się od nerek.

Nastawiam teleskop na gwiazdę Barnarda i mgławicę M42, jaśniejące w mieczu Oriona. Gwiazdy to wielkie pożary, które płoną przez tysiąclecia. Niektóre żarzą się powoli, bez pośpiechu, jak czerwone karły. Są też takie gwiazdy jak błękitne olbrzymy, spalające paliwo tak szybko, że ich blask wyraźnie widać z wielkich odległości. Pod koniec, kiedy zasoby zaczynają się kurczyć, gwiazdy te spalają hel, który podkręca ich temperaturę coraz bardziej, aż do punktu, w którym eksplodują. Powstaje supernowa, jaśniejsza od najjaśniejszych galaktyk. Gwiazda umiera, ale wszyscy widzą jej śmierć.

Po obiedzie w domu pomagałem Sarze sprzątnąć w kuchni.

– Nie wydaje ci się, że z Anną jest coś nie tak? – zapytałem, odstawiwszy keczup do lodówki.

– Dlaczego? Bo zdjęła swoje serduszko?

– Nie. – Wzruszyłem ramionami. – Tak tylko pytam.

– Pomyśl o Kate, która ma chore nerki, i o Jessem, u którego nasilają się objawy socjopatii. W porównaniu z nimi Anna to okaz zdrowia.

– Widać było, że tylko czeka, żeby wstać od stołu.

Sara odwróciła się od kranu.

– Więc co to ma według ciebie oznaczać?

– Może to jakiś… chłopak?

Spojrzenie.

– Anna z nikim się nie spotyka. Dzięki Bogu.

– To może któraś koleżanka jej przygadała. – Właściwie dlaczego Sara tak się dopytuje? Co ja mogę wiedzieć o humorach trzynastolatek?

Sara wytarła ręce i włączyła zmywarkę.

– Takie już są nastolatki.

Kiedy spróbowałem sobie przypomnieć, jaka była Kate w wieku trzynastu lat, pamięć podsunęła mi tylko nawrót jej choroby i przeszczep komórek macierzystych. Zwykłe życie naszej starszej córki, to w okresach pomiędzy jednym leczeniem a drugim, zawsze było jakby na drugim planie.

– Muszę jutro zawieźć Kate na dializę – powiedziała Sara. – O której wrócisz do domu?

– Do ósmej powinienem już być, ale służba nie drużba. Nie zdziwiłbym się, gdyby nasz podpalacz objawił się ponownie.

– Brian, nie wydaje ci się, że Kate źle dziś wygląda?

Już chciałem powiedzieć, że dużo lepiej niż Anna, ale Sara pytała o co innego. Miałem ocenić, czy skóra Kate, zwykle o lekko pożółkłym odcieniu, nie jest dziś przypadkiem bardziej żółta niż wczoraj. Miałem się domyślić, dlaczego dziś brakło jej sił, żeby siedzieć prosto, skutkiem czego opierała się ciężko łokciami o stół.

– Kate wygląda świetnie – skłamałem, bo tyle mogłem zrobić dla mojej żony. Ona, kiedy trzeba, robi to samo dla mnie.

– Nie zapomnij powiedzieć im dobranoc, zanim wyjdziesz do pracy – rzekła Sara, odwracając się ode mnie, żeby wyjąć z szafki lekarstwa, które Kate bierze przed pójściem spać.

Dziś wszędzie panuje cisza. Tydzień ma własny rytm: szalone tempo nocnej zmiany w piątek czy w sobotę różni się wyraźnie od nocy niedzielnej i poniedziałkowej, bezczynnej i nudnej. Już wiem, że dziś będę mógł położyć się i przespać.

– Tato, jesteś tu? – słyszę głos Anny. Właz na dach się uchyla. – Red powiedział, że cię tu znajdę.

Drętwieję w ułamku sekundy.

– Co się stało?

– Nic. Chciałam… wpaść do ciebie.

Kiedy dzieci były młodsze, Sara przywoziła je tutaj bardzo często. Bawiły się w zatokach maszynowych, u stóp śpiących metalowych gigantów, a zasypiały na mojej pryczy w pokoju służbowym na piętrze. Latem, w wyjątkowo ciepłe noce, rozkładaliśmy tutaj, na dachu, stary koc. Leżeliśmy razem, dzieci między nami, i patrzyliśmy, jak zapada noc.

– Mama wie, gdzie jesteś?

– Podrzuciła mnie tutaj samochodem. – Anna podchodzi ostrożnie. Nigdy nie czuła się pewnie na wysokościach, a na tym dachu nie ma poręczy, tylko niski, kilkucentymetrowy gzyms. Nachyla się do teleskopu, zezując lekko. – Co to za gwiazda?

– Wega – odpowiadam, przyglądając się córce uważnie, po raz pierwszy od jakiegoś czasu. Nie jest już chuda jak szczapa; tu i ówdzie zaczynają pojawiać się krągłości, a jej gesty – na przykład to zakładanie włosów za ucho, kiedy pochyla się do teleskopu – nabrały gracji i lekkości jak u dorosłej kobiety. – Chcesz ze mną o czymś porozmawiać?

Anna zagryza mocno dolną wargę. Wbija wzrok w czubki butów.

– A może to ty byś porozmawiał ze mną?

Kładę więc na dachu kurtkę, sadzam na niej córkę i opowiadam jej o gwiazdach, o Wedze w gwiazdozbiorze Liry Orfeusza. Opowieści raczej nie trzymają mi się głowy; wyjątek stanowią historie związane z nazwami konstelacji. Opowiadam Annie o synu boga słońca, który śpiewem zaklinał zwierzęta i poruszał skały. Opowiadam o jego ukochanej żonie Eurydyce, którą kochał tak bardzo, że wydarł ją samej śmierci.

Kiedy kończę opowieść, oboje leżymy już na wznak na dachu.

– Mogę tu z tobą zostać? – pyta Anna.

– Jasne. – Całuję ją w głowę.

– Tato – szepcze, kiedy jestem już pewien, że usnęła – powiedz, czy im się udało?

Dopiero po chwili dociera do mnie, że pyta o Orfeusza i Eurydykę.

– Nie – przyznaję szczerze. Anna wzdycha.

– Tak myślałam.

WTOREK

Moja świeca spala się z dwóch końców

I zgaśnie jeszcze tej nocy;

Lecz, wszyscy mi drodzy i wszyscy mi wrodzy,

Daje światło o większej mocy!

Edna St. Vincent Millay,

„Pierwsza figa”

z tomu „Kilka fig spośród ostów”

ANNA

Kiedy byłam młodsza, wyobrażałam sobie, że żyję w rodzinie zastępczej, a moi prawdziwi rodzice mieszkają gdzie indziej. To wcale nie było trudne: Kate jest podobna do taty, Jesse do mamy – dosłownie jak zdarta skóra, a ja? Zbieranina genów recesywnych, co to nie wiadomo skąd się wzięła. Siedzę w szpitalnej stołówce, przed sobą mam talerz gumowatych frytek i salaterkę z galaretką. Rozglądam się po stolikach dookoła i tak sobie myślę: może od moich prawdziwych rodziców dzieli mnie tylko ta jedna taca i kawałek blatu? Zaraz mnie rozpoznają, rozpłaczą się z radości, a potem raz dwa zabiorą stąd. Pojedziemy do naszego zamku w Monako albo w Rumunii, gdzie czeka na mnie pokojówka pachnąca czystą, świeżą pościelą, owczarek szwajcarski i osobisty, prywatny telefon. Problem w tym, że pierwszą osobą, do której bym z niego zadzwoniła, żeby pochwalić się tą nagłą odmianą losu, byłaby Kate.

Kate trzy razy w tygodniu jeździ na dializy. Każdy zabieg trwa dwie godziny. Podłączają jej kateter do żyły podobojczykowej, w to samo miejsce, gdzie kiedyś nosiła cewnik centralny; nawet wygląda podobnie. Ta rurka biegnie do maszyny, która wyręcza jej chore nerki. Krew Kate (a ściśle rzecz biorąc, moja) wypływa jedną rurką, a wraca drugą, już oczyszczona. Podobno to wcale we boli. Najgorsza w całym zabiegu jest nuda. Kate zwykle bierze ze sobą discmana ze słuchawkami, a czasami wymyślamy sowę jakieś zabawy. Każe mi na przykład wyjść na korytarz i kiedy tylko zobaczę jakiegoś przystojniaka, wrócić i opisać go. Inny pomysł: mam śledzić oddziałowego i dowiedzieć się, jakie strony odwiedza w Internecie i czyje gołe zdjęcia sobie ściąga. Kiedy moja siostra nie może ruszyć się z łóżka, ja jestem jej oczami i uszami.

Dziś Kate zabrała ze sobą żurnal. Ciekawe, czy zdaje sobie sprawę z tego, że za każdym razem, kiedy odwraca kartkę i widzi kolejną wydekoltowaną modelkę, dotyka tego miejsca na mostku, gdzie ona ma podpięty kateter, a one nie.

– Patrzcie – mówi mama. – Znalazłam coś ciekawego. – Pokazuje nam broszurkę zabraną z tablicy ogłoszeń wiszącej u drzwi pokoju, w którym Kate ma zabiegi. Broszurka nosi tytuł „Ty i twoja nowa nerka”. – Wiecie, że stara nerka zostaje na miejscu? Przeszczepiają nową zaraz obok niej.

– Koszmar. – Kate się krzywi. – Wyobraźcie sobie, że koroner bada wasze zwłoki, otwiera, a tam… trzy nerki. Nie dwie, tylko trzy.

– Po to właśnie robi się przeszczepy, żeby koroner nie miał za dużo pracy przy badaniu naszych zwłok – odpowiada jej mama.

Nerka, której dotyczy rozmowa, w tej chwili jest częścią mojego ciała.

Ja też czytałam tę broszurkę.

Operacja usunięcia nerki do przeszczepu jest podobno względnie bezpieczna, ale moim zdaniem lekarz specjalista, autor tego tekstu, pisząc go, musiał chyba ciągle myśleć o takich zabiegach jak wszczepienie płuco – serca albo usunięcie guza mózgu. W moim pojęciu bezpieczna operacja odbywa się w przychodni, w gabinecie lekarza, nie wymaga znieczulenia i trwa pięć minut – coś jak usunięcie kurzajki albo plombowanie zębów. Bo kiedy wyjmują nerkę do przeszczepu, od wieczora przed operacją nie można nic jeść, a do tego trzeba brać środki przeczyszczające. W szpitalu dostaje się znieczulenie, które teoretycznie może spowodować wylew, zawał i uszkodzić płuca. Operacja trwa cztery godziny i nie jest znowu taka prosta: jeden na trzy tysiące pacjentów umiera na stole. Ci, którzy przeżyją, muszą zostać w szpitalu przez cztery dni, a czasem nawet przez cały tydzień, choć i tak pełna rekonwalescencja trwa od czterech do sześciu tygodni. No i są jeszcze długoterminowe efekty uboczne takiej operacji: zwiększone ryzyko podwyższonego ciśnienia, niebezpieczeństwo komplikacji podczas ciąży i inne. Zalecane jest też wstrzymanie się od czynności, które mogą narazić na uszkodzenia pozostałą nerkę, pracującą teraz za dwie.

I jeszcze jedno: kiedy usuwają kurzajkę albo plombują ząb, korzysta na tym pacjent, nikt inny.

Słychać pukanie i po chwili w drzwiach pojawia się znajoma twarz szeryfa Verna Stackhouse’a. Szeryf, tak jak strażak, jest pracownikiem służby publicznej; mój ojciec i Vern znają się dobrze z pracy i różnych imprez organizowanych w ich środowisku. Vern kiedyś często u nas bywał, dostawaliśmy od niego prezenty na Gwiazdkę. Niedawno uratował tyłek Jessemu, który znów się w coś wpakował; zamiast przekazać go wymiarowi sprawiedliwości, przywiózł naszego brata prosto do domu. Kiedy ma się w rodzinie umierające dziecko, ludzie patrzą przez palce na to, co się robi.

Twarz Verna przypomina suflet; jest cała pozapadana. Szeryf stoi z niepewną miną, jakby czekał na pozwolenie, żeby wejść.

– Dzień dobry – mówi. – Cześć, Saro.

– Vern! – Mama zrywa się na równe nogi. – Ty w szpitalu? Co się stało?

– Nic, nic… Jestem na służbie.

– Pewnie doręczasz komuś wezwanie – domyśla się mama.

– No właśnie. – Vern przestępuje w zakłopotaniu z nogi na nogę. Napoleońskim gestem wsuwa rękę za guziki munduru. – Strasznie mi przykro, ale muszę to zrobić, Saro. – Podaje mamie dokument.

W jednej chwili cała krew odpływa mi z ciała, jakbym to ja była Kate. Nie mogę nawet drgnąć.

– Co to ma… Ktoś pozwał mnie do sądu? – Głos mamy jest cichy, o wiele za cichy.

– Nie czytam urzędowych pism. Ja je tylko doręczam. Miałem cię na liście, więc musiałem… Gdybym mógł coś… jakoś… – Vern urywa w pół zdania i wycofuje się tyłem do drzwi, mnąc w dłoniach czapkę.

– Mamo – odzywa się Kate. – Mamo, co się dzieje?

– Nie mam pojęcia. – Mama rozkłada papiery. Stoję na tyle blisko, że bez trudu mogę czytać jej przez ramię. U góry strony biegnie oficjalny nagłówek: STAN RHODE ISLAND I PROVIDENCE PLANTATIONS. SĄD RODZINNY OKRĘGU PROVIDENCE. W IMIENIU ANNY FITZGERALD.

WNIOSEK O USAMOWOLNIENIE W KWESTĘ ZABIEGÓW MEDYCZNYCH.

O, jasna cholera. Moje policzki płoną żywym ogniem; serce zaczyna walić jak młot. Czuję się dokładnie tak samo jak wtedy, kiedy dyrektor szkoły wysłał upomnienie moim rodzicom, bo narysowałam na marginesie podręcznika od matmy karykaturę pani Toohey z ogromnym zadem, prosto z natury. Nie, wróć; tamto to był pryszcz. Teraz jest milion razy gorzej.

„Wnosi się o to, aby nasza klientka mogła w przyszłości osobiście podejmować wszelkie decyzje w kwestiach zdrowotnych”.

„Wnosi się o to, aby nie zmuszać jej do poddawania się operacjom, które nie są korzystne dla jej zdrowia ani nie przynoszą jej żadnego pożytku”.

„Wnosi się o to, aby zaprzestać poddawania jej zabiegom medycznym na rzecz jej siostry Kate”.

Wzrok mamy spoczywa na mnie.

– Anno – słyszę jej szept. – Co to ma znaczyć, do diabła?

A więc zaczęło się. Uczucie jest takie, jakbym dostała pięścią prosto w żołądek. Potrząsam głową. Nie znajduję słów, które mogłabym w tej chwili powiedzieć.

– Anno! – Mama rusza w moją stronę.

Nagle Kate zaczyna krzyczeć.

– Mamo, boli! Wezwij pielęgniarkę!

Mama błyskawicznie odwraca się w pół kroku. Kate wije się na łóżku; twarz ma zasypaną włosami. Wydaje mi się, że patrzy na mnie, ale przez te włosy nie widzę dokładnie.

– Mamusiu… – jęczy. – Proszę cię…

Przez krótką chwilę mama jest rozdarta pomiędzy mną a nią. Patrzy to na mnie, to na Kate. Wisi pomiędzy nami jak bańka mydlana.

Moja siostra skręca się z bólu, a ja czuję ulgę. Chyba nie najlepiej to o mnie świadczy.

Wybiegam z pokoju. Dostrzegam jeszcze tylko kątem oka, że mama naciska raz po raz przycisk wzywający pielęgniarkę, jakby to był spust zapalnika bomby.

Nie mogę pójść ani do stołówki, ani do holu, bo tam będą mnie szukać. Idę schodami na szóste piętro, na porodówkę. Na korytarzu jest tylko jeden telefon; w tej chwili używa go jakiś facet.

– Dokładnie trzy kilo! – chwali się do słuchawki, a na twarzy ma uśmiech tak szeroki, że aż się boję, że rozsadzi mu twarz. – Prześliczna.

Czy moi rodzice zachowywali się tak samo? Czy tato rozsyłał wici do wszystkich znajomych? Czy liczył moje palce, żeby się upewnić, że wszystkie są na swoim miejscu, że jest ich dokładnie tyle, ile ma być? Czy mama pocałowała mnie w głowę i nie chciała oddać pielęgniarce do umycia? Czy może obojętnie pozwoliła, żeby mnie zabrali, bo główna nagroda była już bezpieczna, spięta zaciskami w pępowinie, pomiędzy moim brzuchem a łożyskiem?

Świeżo upieczony tatuś w końcu odkłada słuchawkę, śmiejąc się bez widocznego powodu.

– Moje gratulacje – mówię, choć tak naprawdę chcę powiedzieć co innego: wolałabym mu poradzić, żeby wziął to swoje maleństwo, mocno je przytulił, żeby zawiesił srebrny księżyc nad jej łóżeczkiem i wypisał jej imię gwiazdami na nocnym niebie. Niech uczyni wszystko, żeby nigdy w życiu nie przyszło jej nawet do głowy zrobić mu to, co ja zrobiłam rodzicom.

Dzwonię do Jessego i proszę, żeby po mnie przyjechał. Po dwudziestu minutach jego wóz staje przed głównym wejściem do szpitala. Szeryf Stackhouse już wie, że się zgubiłam; czeka na mnie u drzwi.

– Mama zamartwia się o ciebie. Wezwała ojca z pracy i wywróciła cały szpital do góry nogami.

Biorę głęboki wdech.

– W takim razie najlepiej będzie, jeśli powiadomi ją pan, że nic mi nie jest. – Z tymi słowami wskakuję do szoferki i zatrzaskuję drzwi, które otworzył mi Jesse.

Ruszamy. Brat zapala papierosa, choć podobno zapewniał mamę, że rzucił palenie. Puszcza swoją muzykę i wybija rytm otwarta dłonią na kierownicy. Wyłącza radio dopiero po zjeździe z autostrady, na szosie prowadzącej do Upper Darby. Zwalnia też dopiero tam.

– No i co? – pyta. – Dostała spazmów?

– Wezwała tatę z pracy.

W naszej rodzinie odwołanie ojca ze służby to ciężki grzech. Jaki kryzys rodzinny można porównać z katastrofami, które on ma w pracy na co dzień?

– Ostatni raz coś takiego zdarzyło się wtedy – informuje mnie Jesse – kiedy u Kate wykryli chorobę.

– Super. – Krzyżuję ręce na piersi. – To mi poprawiłeś nastrój.

Jesse tylko się uśmiecha.

– Siostrzyczko – puszcza kółko z dymu – witaj po ciemnej stronie.

Wpadają do domu jak burza. Kate ledwie udaje się rzucić mi jedno spojrzenie; tata natychmiast każe jej iść na górę, do naszego pokoju. Mama z trzaskiem rzuca na stolik torebkę i klucze do samochodu. W dwóch krokach jest przy mnie.

– No dobrze. – Z trudem wypycha słowa przez zaciśnięte do granic możliwości gardło. – Co się tutaj wyprawia?

Przełykam ślinę.

– Wynajęłam adwokata.

– To już wiem. – Mama chwyta słuchawkę i wyciąga ją w moją stronę. – Zadzwoń do niego i podziękuj za współpracę.

Kosztuje mnie to naprawdę bardzo wiele, ale udaje mi się potrząsnąć przecząco głową i upuścić słuchawkę na kanapę.

– Anno, przysięgam ci, że…

– Saro. – Głos ojca wbija się klinem pomiędzy nas dwie. Odskakujemy od siebie jak rozcięte połówki jabłka. – Dajmy jej się wytłumaczyć. Przecież uzgodniliśmy, że najpierw jej wysłuchamy, tak czy nie?

Garbię się.

– Ja już nie mogę.

Wystarczy. Mama momentalnie wybucha.

– Myślisz, że ja mogę? Kate też pewnie by wolała, żeby było inaczej, ale nie mamy żadnego wyboru.

Cały kłopot w tym, że jedno z nas ma wybór, a tym kimś jestem ja. Dlatego właśnie nikt nie może mnie wyręczyć. Mama staje nade mną.

– Poszłaś do adwokata i poskarżyłaś się, że jesteś biedna i pokrzywdzona. To nieprawda. Wszyscy przez to cierpimy. Każde z nas…

Ręce taty zaciskają się mocno na jej ramionach. Mama milknie, a on kuca przede mną. Czuję od niego zapach dymu. Zostawił czyjś płonący dom, żeby gasić płomienie we własnym – tej jednej rzeczy się wstydzę.

– Kochanie, wiemy, że zrobiłaś to, co uważasz za słuszne…

– Mów za siebie – przerywa mu mama.

Ojciec zaciska powieki.

– Saro, zamknij się, do jasnej cholery. – Znów spogląda na mnie. – Możemy się porozumieć we trójkę czy musi zrobić to za nas adwokat?

Na te słowa łzy napływają mi do oczu, ale cóż, spodziewałam się tego, więc podnoszę głowę i pozwalam im płynąć.

– Ja już nie mogę, tatusiu.

– Czy ty w ogóle nie rozumiesz – pyta mama – jakie będą tego konsekwencje?

Moje gardło zaciska się jak migawka w aparacie fotograficznym. Jeśli znajdę jakieś argumenty na swoją obronę, będę musiała je przeciskać przez szparę wielkości łebka od szpilki. Wy mnie w ogóle nie widzicie, myślę, i nagle dociera do mnie, że powiedziałam to na głos. Za późno.

Cios spada tak szybko, że aż umyka oczom. Policzek płonie żywym ogniem, a głowa odskakuje w tył. Dostałam w twarz od własnej matki. Ślad po tym uderzeniu pali mnie jeszcze długo po tym, jak zniknął ze skóry. Tak za pamięci: wstyd ma pięć palców.

Kiedy Kate miała osiem lat, a ja pięć, pokłóciłyśmy się i w końcu stanęło na tym, że nie chcemy dłużej dzielić wspólnego pokoju. Problem w tym, że u nas nigdy nie było za dużo miejsca, a Jesse nie mieszkał wtedy jeszcze na strychu nad garażem, tylko w domu, ze wszystkimi, więc nie było wolnych pokojów. Sytuacja wydawała się bez wyjścia, ale Kate, starsza i mądrzejsza, wymyśliła, że podzielimy nasz pokój na pół.

– Którą stronę wybierasz? – zapytała dyplomatycznie. – Możesz wziąć, którą chcesz.

Zdecydowałam się na tę stronę pokoju, gdzie stało moje łóżko. Poza tym tutaj było też pudło, w którym trzymałyśmy nasze Barbie i półki z przyborami do pisania i rysowania. Kate chciała wziąć stamtąd flamaster, ale wtedy zwróciłam jej uwagę, że to już jest po mojej stronie.

– W takim razie podaj mi go – rozkazała.

Podałam jej czerwony pisak, a Kate wspięła się na biurko, sięgając w górę najwyżej, jak tylko mogła. – Pamiętaj – ostrzegła – że jak już to zrobię, to musisz zostać po swojej stronie, a ja nie mogę wchodzić na twoją. Tak?

Skinęłam skwapliwie głową, bo byłam zapalona do tego pomysłu tak samo jak ona. Miałam przecież dostać wszystkie najlepsze zabawki. Kate będzie mnie prosić, żeby mogła przyjść na moją stronę – i to bardzo szybko.

– Przysięgasz?

Wypowiedziałyśmy formułkę przysięgi. Kate narysowała nierówną linię biegnącą od sufitu po ścianie, blacie biurka i jasno – brązowym dywanie, aż do nocnego stolika pod przeciwległą ścianą. Kiedy skończyła, oddała mi flamaster.

– I pamiętaj – powiedziała – że kto łamie przysięgę, ten jest oszukańcem.

Usiadłam na podłodze po mojej stronie. Wyjęłam wszystkie nasze Barbie, co do jednej. Zaczęłam je stroić, robiąc z tego wielkie przedstawienie, tak żeby tylko jej pokazać, że teraz wszystkie są moje. Kate przysiadła na krawędzi swojego łóżka z kolanami pod brodą. Patrzyła na mnie, nawet nie drgnąwszy – aż do momentu kiedy mama z dołu zawołała nas na obiad.

Wtedy Kate uśmiechnęła się do mnie i wyszła z pokoju. Drzwi były po jej stronie.

Podeszłam do linii, którą narysowała na dywanie i nadepnęłam na nią bosą stopą. Nie chciałam wyjść na oszukańca, ale nie uśmiechało mi się też, że do końca życia nie będę mogła wyjść z pokoju.

Nie wiem, jak długo mama czekała, aż raczę zejść na obiad. Kiedy ma się pięć lat, każda sekunda dłuży się w nieskończoność. Wreszcie stanęła w progu i zobaczyła linię na ścianach i na dywanie. Zacisnęła powieki, jakby modląc się o cierpliwość, po czym podeszła do mojego łóżka i wzięła mnie na ręce. Zaczęłam się jej wyrywać.

– Zostaw mnie! – krzyczałam. – Nie będę mogła tu wrócić!

Po chwili mama dała za wygraną. Wyszła, ale zaraz wróciła z naręczem ściereczek, ręczników i poduszek. Porozrzucała je na podłodze po stronie Kate.

– Chodź – wyciągnęła rękę, ale ja ani drgnęłam. Mama przeszła więc przez linię i usiadła obok mnie na łóżku. – Ten staw należy do Kate, zgoda – powiedziała – ale rosną na nim moje lilie. Po ich liściach można przejść na drugą stronę.

Wstała. Wskoczyła na rozłożoną na podłodze kuchenną ścierkę, a z niej na poduszkę z kanapy. Obejrzała się na mnie przez ramię; patrzyła tak, dopóki nie stanęłam na tej samej ścierce co ona poprzednio. Poprowadziła mnie z niej na poduszkę, z poduszki na rękawicę kuchenną, którą Jesse uszył w pierwszej klasie, i tak dalej, aż do samych drzwi. Proste i pewne rozwiązanie: wystarczyło iść po śladach matki.

Stoję pod prysznicem. Drzwi są zamknięte na zamek, ale Kate wie, jak go otworzyć z zewnątrz. Wchodzi do łazienki.

– Chcę z tobą porozmawiać – oświadcza.

Wystawiam głowę zza plastikowej zasłony.

– Potem, jak skończę. – Chcę zyskać na czasie, żeby przygotować się do tej rozmowy, chociaż i tak w ogóle nie mam na nią specjalnej ochoty.

– Nie, teraz. – Kate siada na zamkniętym sedesie. Wzdycha ciężko. – Anno… To, co chcesz zrobić…

– Już to zrobiłam – poprawiam ją.

– Możesz to wszystko cofnąć, jeśli tylko zechcesz.

Jak to dobrze, że jest tutaj tyle pary, bo za nic w świecie nie chciałabym, żeby Kate mogła teraz zobaczyć moją twarz.

– Wiem – odpowiadam szeptem.

Kate milczy przez długą chwilę. Jej myśli, tak samo jak moje, gonią jedna drugą, jak szczur doświadczalny na kole w laboratorium goni własny ogon. Chwytamy się wszelkich możliwych rozwiązań, ale żadne nie jest dobre.

Po chwili znów wychylam się zza zasłony. Kate ociera oczy i spogląda na mnie.

– Nie rozumiesz – pyta – że jesteś moją jedyną przyjaciółką?

– Wcale nie – zaprzeczam natychmiast, ale przecież wiem tak samo dobrze jak ona, że to nieprawda. Kate zbyt rzadko pojawiała się w szkole, żeby dobrać sobie jakąś grupę koleżanek, w której mogłaby się odnaleźć. Znajomości, które zawarła podczas tamtego długiego okresu, kiedy czuła się całkiem dobrze, nie przetrwały próby czasu, zresztą z wzajemnością. Okazało się, że przeciętne dziecko nie bardzo wie, jak się zachować w obecności kogoś, komu w każdej chwili grozi śmierć, a z drugiej strony Kate też trudno było ze szczerym zapałem rozmawiać o testach predyspozycyjnych na koniec szkoły albo o zjazdach absolwentów, kiedy nie mogła mieć żadnej pewności, że ich dożyje. Miała oczywiście kilka znajomych, ale kiedy zapraszała je do nas, to z reguły było tak, że przychodziły jak na ścięcie, siedziały na skraju jej łóżka i liczyły minuty, kiedy będą już mogły sobie pójść, dziękując Bogu, że nie przytrafiło się im to samo.

Prawdziwy przyjaciel nie potrafi użalać się nad tobą.

– Nie jestem twoją przyjaciółką – mówię ostro, zaciągając zasłonę z powrotem. – Jestem twoją siostrą.

Udana ze mnie siostrzyczka, nie ma co. Podstawiam twarz pod prysznic, żeby Kate nie zauważyła, że też płaczę.

Nagle zasłona odjeżdża na bok ze świstem. Stoję przed Kate całkowicie obnażona.

– O tym właśnie chciałam porozmawiać – mówi ona. – Jeśli nie chcesz już być moją siostrą, nie ma sprawy, ale nie mogę stracić twojej przyjaźni.

Zaciąga zasłonę. Spowijają mnie kłęby pary wodnej. Po chwili słyszę szczęk klamki i cichy trzask zamykanych drzwi. Na nogach czuję powiew zimnego powietrza.

Ja także nie mogę znieść myśli, że mogłabym utracić ją na zawsze.

Tej nocy, kiedy Kate już śpi, wstaję i podchodzę do jej łóżka. Sprawdzam, czy oddycha, trzymając dłoń nad jej twarzą. Ciepłe tchnienie rozgrzewa moją skórę. Mogłabym opuścić dłoń, teraz, w tej chwili, zasłonić nos i usta, przytrzymać, kiedy będzie się wyrywała. Czym to będzie się różniło od tego, co już zrobiłam?

Słyszę kroki w korytarzu. Momentalnie chowam się pod kołdrę, do mojej bezpiecznej kryjówki. Odwracam się plecami do drzwi, żeby nie zdradzić się drżeniem powiek, kiedy wejdą rodzice.

– Nie mogę w to uwierzyć – szepcze mama. – Nie mogę uwierzyć, że mogła to zrobić.

Tata milczy, jakby go w ogóle nie było. Przez chwilę nie jestem pewna, czy przyszedł z mamą, czy nie.

– To samo co z Jessem – znów odzywa się mama. – Ona to robi dlatego, żeby ściągnąć na siebie uwagę. – Czuję na sobie jej wzrok, wzrok obcy, jakby patrzyła na stworzenie, które widzi pierwszy raz w życiu. – Może trzeba ją dokądś zabrać, żeby nie czuła, że o nią nie dbamy. Wybierzmy się we trojkę do kina albo na zakupy. Niech zobaczy, że nie musi robić nam głupich numerów, żebyśmy zwrócili na nią uwagę. Jak myślisz?

Tata nie odpowiada od razu.

– A jeśli – odzywa się cicho – to wcale nie jest głupi numer?

Znacie to uczucie, kiedy jest ciemno i nagle zapada taka cisza, że człowiek ma wrażenie, jakby zupełnie stracił słuch? Tak właśnie ja się czuję w tej chwili. Kiedy mama wreszcie się odzywa, jej słowa ledwo do mnie docierają:

– Brian, na miłość boską… Po czyjej ty jesteś stronie?

I odpowiedź taty:

– Kto tu mówi o stronach?

Ale to nawet ja już wiem. Zawsze są dwie strony. Zwycięska i przegrana. Ktoś daje, żeby ktoś inny mógł mieć.

Po chwili drzwi się zamykają i znika światło tańczące na suficie. Odwracam się na plecy, mrugając oczami – przy moim łóżku stoi mama.

– Myślałam, że sobie poszłaś – szepczę.

Mama siada w nogach łóżka. Chcę się odsunąć, ale ona kładzie mi rękę na łydce. Zamieram.

– I o czym jeszcze sobie myślałaś, Anno?

Czuję, jak ściska mi się żołądek.

– Myślę… Wydaje mi się, że mnie teraz nienawidzisz.

Nawet w ciemnościach widzę, jak błyszczą jej oczy.

– Och, Anno – wzdycha moja mama – jak możesz nie wiedzieć, że cię kocham, i to bardzo?

Wyciąga do mnie ręce, a ja przytulam się do niej, jakbym znów była małym dzieckiem, które mieści się na kolanach u mamusi. Wciskam twarz w jej obojczyk. Pragnę w tej chwili jednej rzeczy: żeby czas cofnął się trochę, żebym znów była małą dziewczynką, która wierzy święcie w każde słowo swojej mamy, nie analizuje, nie domyśla się i nie próbuje czytać między wierszami.

Mama przytula mnie mocniej.

– Pójdziemy do sędziego i wszystko wyjaśnimy – mówi. – Wszystko da się naprawić.

Kiwam głową, bo to są właśnie te słowa, które chciałam usłyszeć.

SARA

1990

Zupełnie nieoczekiwanie wizyta na oddziale onkologii dziecięcej przynosi mi pewną pociechę. Patrzą na mnie tutaj jak na swojego; jesteśmy w jednym klubie. Wszyscy ci ludzie – od przemiłego parkingowego po tabuny dzieciaków ganiających po korytarzach z różowymi miskami w kształcie nerki pod pachą, jakby to były pluszowe misie – byli tu przed nami. A w grupie zawsze raźniej.

Jedziemy windą na trzecie piętro, gdzie mieści się gabinet doktora Harrisona Chance’a. „Chance”, czyli przypadek. Co za nazwisko! Dlaczego nie doktor Victor?

– Spóźnia się – mówię do Briana, zerkając na zegarek chyba już po raz dwudziesty. Na parapecie stoi zbrązowiała, usychająca zielistka. Mam nadzieję, że ten doktor Chance z ludźmi obchodzi się lepiej.

Kate powoli zaczyna wariować. Żeby ją zabawić, biorę z zasobnika gumową rękawiczkę i dmucham z niej balonik z kogucim grzebykiem. Na pokrywie zasobnika widnieje całkiem spora nalepka zakazująca robić z rękawiczkami właśnie to, co ja przed chwilą. Odbijamy sobie balonik, udając, że gramy w siatkówkę. Nagle do pokoju wchodzi doktor Chance, bez słowa przeprosin za spóźnienie.

– Witam państwa – mówi. Jest wysoki i chudy jak szczapa, ma błyszczące niebieskie oczy, powiększone przez grube szkła i zaciśnięte usta. Łapie balonik, którym bawiła się Kate. Marszczy brew. – No cóż, widzę, że mamy tutaj niejaki problem.

Wymieniamy z Brianem spojrzenia. Czy ten nieczuły, zimny człowiek ma być tym, który poprowadzi nas do walki, naszym generałem, naszym wybawcą? Zanim jednak zdołamy wykrztusić z siebie cokolwiek na nasze usprawiedliwienie, doktor Chance bierze do ręki flamaster i wymalowuje na gumie własną karykaturę, pamiętając nawet o okularach w drucianej oprawie.

– Proszę – podaje go Kate z uśmiechem, który całkowicie odmienia go w naszych oczach.

Moją siostrę Suzanne widuję najwyżej dwa razy do roku. Dzieli nas niecała godzina jazdy samochodem – i wielka przepaść dotycząca przekonań natury filozoficznej.

Z tego, co wiem, Suzanne dostaje olbrzymią pensję za pomiatanie ludźmi. Teoretycznie rzecz biorąc, odebrałyśmy identyczne wykształcenie. Nasz ojciec zmarł nagle, kosząc trawnik, w dniu swoich czterdziestych dziewiątych urodzin. Mama nigdy do końca nie doszła do siebie po tym ciosie. Dziesięć lat starsza ode mnie Suzanne wzięła na siebie jej obowiązki. Pilnowała, żebym odrabiała prace domowe, przekonała mnie do złożenia papierów na studia prawnicze, wpajała mi, że w życiu najważniejsze jest mierzyć wysoko. Była mądra, piękna i w każdej sytuacji wiedziała, jak się zachować. Potrafiła znaleźć logiczne wyjście z każdej katastrofy, co legło u podstaw jej kariery, która stanowiła nieprzerwane pasmo sukcesów. Wszędzie czuła się jak u siebie, czy to w sali posiedzeń zarządu, czy na przebieżce w parku. Nie było dla niej rzeczy trudnych. Kto by nie chciał mieć takiego wzoru do naśladowania?

Zbuntowałam się przeciwko niej. Po raz pierwszy – poślubiając mężczyznę bez wyższego wykształcenia. Po raz drugi i trzeci – zachodząc w ciążę. Mam wrażenie, że kiedy świadomie porzuciłam ścieżkę mającą uczynić ze mnie drugą Glorię Allred, Suzanne miała wszelkie powody czuć się rozczarowana. Z drugiej strony, ja miałam pełne prawo sądzić, że źle mnie oceniała – aż do tej pory.

Nie chcę przez to powiedzieć, że Suzanne nie kocha swojego siostrzeńca i siostrzenicy. Przysyła im rzeźby z Afryki, muszle z Bali, czekoladę ze Szwajcarii. Jesse marzy o tym, żeby mieć taki sam gabinet z wielkimi oknami, kiedy będzie duży. Kiedy to słyszę, powtarzam mu, że nie wszyscy mogą być tacy jak ciocia Zanne, chociaż tak naprawdę chcę powiedzieć, że to ja nie mogę być taka jak ona.

Nie pamiętam już, która z nas pierwsza przestała oddzwaniać. Tak było po prostu łatwiej. Jednak kiedy rozmowa, tak jak teraz, ma dotyczyć tematu zbyt trudnego, żeby w ogóle o nim rozmawiać, nie ma nic gorszego niż taka długotrwała cisza, obciążająca nić wzajemnego porozumienia jak ciężkie koraliki. Ostatecznie więc zbieram się przez cały tydzień, aby zadzwonić do siostry. Wybieram bezpośredni numer.

– Gabinet Suzanne Crofton, słucham? – W słuchawce odzywa się męski głos.

– Czy… – waham się przez chwilę. – Czy zastałam panią Crofton?

– Jest na spotkaniu.

– Proszę… – biorę głęboki oddech – proszę jej powiedzieć, że dzwoni siostra.

W następnej chwili w moich uszach rozbrzmiewa jej miękki, opanowany głos:

– Sara. Dawno cię nie słyszałam.

To do niej pobiegłam, kiedy po raz pierwszy dostałam okres. To ona pomagała mi sklejać szczątki pierwszego złamanego serca. To ją budziłam w środku nocy, kiedy nie mogłam sobie przypomnieć, na którą stronę tata czesał przedziałek albo jak śmiała się nasza mama. Nieważne, co jest teraz; kiedyś Suzanne była moją najlepszą przyjaciółką. Byłyśmy nierozłączne.

– To ty, Zanne? – pytam. – Co słychać?

Trzydzieści sześć godzin po postawieniu oficjalnej diagnozy stwierdzającej u Kate ostrą białaczkę promielocytową Brian i ja możemy zadać pierwsze pytania. Kate zostaje ze szpitalną opiekunką, a my idziemy na spotkanie z zespołem złożonym z lekarzy, pielęgniarek i psychiatrów. Zdążyłam już zauważyć, że to właśnie pielęgniarki będą odtąd zawsze służyć nam odpowiedzią w rozpaczliwych chwilach niepewności. Lekarze tylko siedzą i wiercą się, jakby mieli coś pilnego do załatwienia; one natomiast traktują nas tak, jakbyśmy byli pierwszą parą rodziców, która znalazła się w podobnej sytuacji, jakby to wcale nie było ich tysięczne spotkanie tego typu.

– Białaczka to taka choroba – tłumaczy nam jedna z pielęgniarek – przy której, zanim się wbije pierwszą igłę, trzeba już mieć zaplanowane krok po kroku trzy kolejne terapie. Ta konkretna odmiana jest wyjątkowo słabo przewidywalna, więc należy myśleć z wyprzedzeniem. Ostra białaczka promielocytowa stwarza też większe trudności, gdyż jest oporna na chemioterapię.

– To znaczy? – pyta Brian.

– W typowych przypadkach białaczki pochodzenia szpikowego za każdym nawrotem udaje się doprowadzić do remisji choroby, jeśli tylko stan narządów wewnętrznych na to pozwala. Terapia wyniszcza organizm, ale można bezpiecznie zakładać, że przyniesie oczekiwane rezultaty. Białaczka promielocytowa nie daje takich możliwości. Każdą terapię można zwykle zastosować tylko raz. Nie możemy zrobić nic więcej.

– Chce pani powiedzieć – Brian przełyka ślinę – że nasza córeczka umrze?

– Chcę tylko powiedzieć, że niczego nie można być pewnym.

– Jak więc to będzie wyglądało?

Odpowiada mu inna pielęgniarka.

– Kate rozpocznie chemioterapię. Potrwa to tydzień. Mamy nadzieję, że uda się doprowadzić do zniszczenia komórek nowotworowych i do remisji choroby. Dziewczynka prawdopodobnie będzie reagować wymiotami na podawane jej środki. Będziemy starać się ograniczyć je do minimum, podając jej antyemetyki. Straci też włosy.

W tym momencie z mojej piersi wyrywa się cichy szloch. To tak nieistotny szczegół, ale jednak jest czytelny jak transparent. Każdy będzie wiedział, co się stało naszej Kate. A dopiero pół roku temu pierwszy raz zaprowadziłam ją do fryzjera; pamiętam dobrze złociste krążki jej loczków, leżące na podłodze jak monety z cennego kruszcu.

– Nie jest wykluczone, że dostanie rozwolnienia. Bardzo możliwe, że wda się jakieś zakażenie, ponieważ jej układ odpornościowy będzie wyłączony. Wtedy konieczna będzie hospitalizacja. Chemioterapia może też wywołać zaburzenia rozwojowe. Mniej więcej dwa tygodnie po jej zakończeniu poddamy Kate chemioterapii konsolidacyjnej, a następnie przeprowadzimy kilka kursów leczenia podtrzymującego. Ich liczba będzie zależała od wyników okresowych badań szpiku kostnego.

– A potem? – dopytuje się Brian.

– Potem będziemy obserwować – włącza się doktor Chance. – W przypadku ostrej białaczki promielocytowej trzeba uważać na wszelkie możliwe objawy nawrotu choroby. Musicie ją państwo przywieźć na pogotowie, kiedy tylko zauważycie u niej krwotok, gorączkę, napady kaszlu lub jakieś zakażenie. Dalsze leczenie może się różnie potoczyć. Będziemy dążyć do tego, żeby organizm Kate zaczął produkować zdrowy szpik kostny. Gdyby za pomocą chemioterapii udało się – co jest raczej mało prawdopodobne – doprowadzić do całkowitej remisji na poziomie komórkowym, będziemy mogli przeszczepić Kate jej własne komórki szpikowe. Taki zabieg nazywa się przeszczepem autologicznym. Jeśli zaś dojdzie do wznowy, możemy próbować przeszczepić jej zdrowy szpik od innego dawcy. Czy ona ma rodzeństwo?

– Brata – odpowiadam. Nagle straszliwa myśl świta mi w głowie. – Czy on też może być chory?

– To bardzo mało prawdopodobne. Może się jednak okazać, że jej brat nadaje się na dawcę do przeszczepu allogenicznego. W przeciwnym razie umieścimy Kate w ogólnokrajowym rejestrze dawców niespokrewnionych. Muszą państwo jednak wiedzieć, że najlepiej sprawdzają się przeszczepy od członków rodziny. W przypadku przeszczepu od obcego dawcy ryzyko śmierci gwałtownie rośnie.

Specjaliści zasypują nas informacjami, z których każda jest jak igła wbita prosto w ciało, jedna po drugiej, tak szybko, że przestaję już nawet czuć, jak wielki ból sprawiają. Mówią nam: „Nie próbujcie myśleć sami. Oddajcie dziecko w nasze ręce, bo bez nas ono umrze”. Na każdą odpowiedź, której nam udzielają, mamy nowe pytanie.

Czy odrosną jej włosy?

Czy doczeka do pierwszej klasy?

Czy może się bawić ze znajomymi?

Czy doszło do tego, bo mieszkamy w niezdrowej okolicy?

Czy to nasza wina, że dziecko zachorowało?

– Jak to się stanie… – słyszę nagle własny głos. – Jak ona umrze?

Doktor Chance przygląda mi się.

– To zależy od tego, jaka choroba ją pokona – wyjaśnia. – Przy infekcji wystąpią zaburzenia oddechowe i trzeba będzie podłączyć ją do respiratora. Jeśli nastąpi krwotok, straci przytomność i wykrwawi się. Jeśli któryś z narządów przestanie działać, objawy będą zależne od zagrożonego układu. Często te czynniki występują jednocześnie.

– Czy ona będzie świadoma tego, co się dzieje? – pytam, choć tak naprawdę chcę powiedzieć co innego: „Jak ja to przeżyję?”.

– Proszę pani – mówi doktor Chance, jakby usłyszał moje niewypowiedziane pytanie. – Mamy tu w tej chwili dwadzieścioro dzieci. Dziesięcioro umrze w ciągu kilku lat. Nie wiem, w której grupie znajdzie się Kate.

Aby Kate przeżyła, coś w niej musi umrzeć. Tak działa chemioterapia; jej celem jest eliminacja wszystkich komórek dotkniętych białaczką. Leki i kroplówki wprowadza się do systemu przez cewnik centralny wczepiony trzema ostrymi zębami w ciało pod obojczykiem. Przez niego także pobiera się krew. Patrzę na wszystkie te rurki wyrastające ze szczuplutkiej klatki piersiowej Kate; przypominają mi się filmy science fiction.

Zrobiono jej spoczynkowe EKG, żeby upewnić się, że serce zniesie chemioterapię. Zakropiono oczka deksametazonem, bo jeden z leków, które dostaje, powoduje zapalenie spojówek. Przez cewnik pobrano już pierwszą próbkę krwi, aby sprawdzić działanie nerek i wątroby.

Pielęgniarka zawiesza torebkę z kroplówką na stojaku i gładzi Kate po głowie.

– Czy ona będzie to czuła? – pytam.

– Ani trochę. Hej, Kate, spójrz tutaj. – Pielęgniarka wskazuje na torebkę z daunorubicyną, nakrytą ciemnym pokrowcem chroniącym przed światłem. Czarny plastik jest upstrzony kolorowymi nalepkami, które robiła razem z Kate, kiedy czekaliśmy na zabieg. Przy łóżku jednej ze starszych, nastoletnich dziewczynek widziałam nalepkę z napisem „Zbawienie i chemia dla każdego”.

Do żył mojej córeczki wpływają kroplami: daunorubicyną, 50 mg w 25 cm3 pięcioprocentowego roztworu glukozy; cytarabina, 46 mg w pięcioprocentowej glukozie, kroplówka ciągła, dwadzieścia cztery godziny na dobę; allopurynol, 92 mg. Innymi słowy – trucizna. Wyobrażam sobie wielką bitwę, która rozpoczyna się w ciele Kate. Przed oczyma mam armie w lśniących zbrojach i poległych, którzy opuszczają pole bitwy wraz z potem.

Powiedziano nam, że zanim Kate dostanie torsji, powinno upłynąć kilka dni. Zaczyna wymiotować po dwóch godzinach. Brian wzywa pomoc. Zjawia się pielęgniarka.

– Przyniosę jej reglan – mówi i już jej nie ma.

Kiedy Kate nie wymiotuje, to płacze. Siedzę na skraju łóżka i przytrzymuję ją na kolanach. Pielęgniarki nie mają czasu, żeby jej doglądać, bo w szpitalu i tak brakuje personelu. Podłączają torebkę z antyemetykiem do kroplówki i czekają kilka chwil, żeby zobaczyć pierwsze reakcje chorej, ale w końcu znów ktoś je wzywa i muszą wracać do swoich obowiązków. Reszta zostaje na naszej głowie. Brian, który zawsze musiał wychodzić z pokoju, kiedy któreś z naszych dzieci dostawało biegunki, teraz jest wzorem sprawności i zorganizowania: ociera Kate czoło i buzię chusteczkami, podtrzymuje jej szczupłe ramiona. „Wyjdziesz z tego”, mruczy pod nosem za każdym razem, kiedy mała zwraca. Nie wiem, czy mówi do niej, czy do siebie.

Ja również zadziwiam samą siebie. Zaciskam zęby i na przekór wszystkiemu tanecznym krokiem udaję się do umywalki, żeby spłukać miskę – nerkę. Wracam z nią w pląsach. Jeśli chce się przestać myśleć o nadchodzącym tsunami, trzeba skupić całą uwagę na układaniu worków z piaskiem.

Nie ma innego sposobu, żeby nie oszaleć.

Brian przywiózł Jessego do szpitala na pobranie krwi do analizy. Wymaga ono tylko niewielkiego nakłucia w palec. Jesse tak się wyrywa, że Brian sam nie może go utrzymać; muszą mu pomóc dwaj pielęgniarze. Krzyki małego słychać w całym szpitalu. Stoję obok z rękami na piersi i mimo woli wciąż myślę o Kate, która dopiero dwa dni temu przestała płakać podczas zabiegów.

Próbkę krwi Jessego zbada specjalista. Oceni pod mikroskopem sześć różnych białek. Jeśli będą one takie same jak u Kate, Jesse wykaże identyczność antygenów układu HLA. Oznacza to, że będzie się nadawał na dawcę szpiku kostnego dla swojej chorej siostry. W głowie krąży mi jedno pytanie: jakie są szanse sześciokrotnego trafienia w takiej loterii?

Tak samo nikłe, odpowiadam sobie, jak zachorowania na białaczkę.

Chirurg naczyniowy zabiera pobraną krew, a Brian i pielęgniarze puszczają Jessego. Malec zrywa się ze stołu i przypada do mnie.

– Mamusiu, zobacz, zrobili mi kuku w paluszek. – Wyciąga do mnie dłoń z maleńką ranką zalepioną kolorowym plasterkiem. Dotykam jego twarzy. Jest rozpalona i lśni od łez.

Przytulam synka. Szepczę mu do ucha słowa, które trzeba powiedzieć. Ale tak mi trudno, tak trudno wzbudzić w sobie współczucie dla niego.

– Niestety – mówi doktor Chance. – Syn nie wykazał zgodności.

Mój wzrok wędruje w stronę zwiędłej, zbrązowiałej rośliny, która wciąż stoi na parapecie. Ktoś powinien ją wreszcie wyrzucić i zamiast niej przynieść tu storczyki albo strelicje, które rzadko kwitną.

– Być może uda się znaleźć niespokrewnionego dawcę w ogólnonarodowym rejestrze dawców szpiku.

Brian sztywnieje, marszcząc brwi.

– Przecież powiedział pan, że przeszczep od dawcy niespokrewnionego nie jest bezpieczny.

– To prawda – przyznaje doktor Chance – ale czasem nie ma innego wyjścia.

Odrywam wzrok od podłogi.

– A jeśli w rejestrze nie ma zgodnego dawcy?

– Cóż… – Onkolog pociera czoło. – Wtedy będziemy się starać utrzymać Kate przy życiu, dopóki dawca się nie znajdzie albo nie opracuje się innej metody leczenia.

Rozmawiamy o mojej córeczce, a on mówi tak, jakby chodziło o jakąś maszynę, o samochód z zatkanym gaźnikiem, o samolot, w którym zacięło się podwozie. Nie mogę tego znieść. Odwracam twarz i pierwszą rzeczą, jaką widzę, jest źle rozwinięty liść zwiędłej rośliny, opadający z parapetu na podłogę jak samobójca rzucający się z okna. Wstaję bez słowa wyjaśnienia, zabieram doniczkę i wychodzę z gabinetu doktora Chance’a. W przedpokoju mijam jego sekretarkę i innych truchlejących ze strachu rodziców, czekających ze swoimi chorymi dziećmi na wizytę. Przystaję przy pierwszym pojemniku na śmieci, jaki wpada mi w oczy, i wyrzucam do niego roślinę razem z wyschniętą na wiór, wyjałowioną ziemią. W ręce zostaje mi terakotowa doniczka. Patrzę na nią i mam wielką ochotę roztrzaskać ją o podłogę. W tej chwili słyszę za sobą głos:

– Saro – pyta doktor Chance – dobrze się czujesz?

Odwracam się powoli. Czuję, jak do oczu napływają mi łzy.

– Czuję się świetnie. Jestem zdrowa. Czeka mnie długie, długie życie.

Przepraszam go i oddaję mu doniczkę. Doktor kiwa głową i podaje mi chusteczkę, wyjętą z kieszeni.

– Miałam nadzieję, że Jesse będzie mógł ją uratować. Bardzo chciałam, żeby tak było.

– Wszyscy tego chcieliśmy – odpowiada doktor Chance. – Coś ci powiem. Dwadzieścia lat temu średnia przeżywalność dzieci chorych na białaczkę była jeszcze mniejsza. Poza tym znam wiele takich rodzin, gdzie jedno dziecko nie wykazuje zgodności, ale drugie tak.

Nie mamy więcej dzieci, chcę mu powiedzieć, ale milknę, nie wypowiedziawszy ani słowa. Dociera do mnie, że doktor mówi o dzieciach, których jeszcze nie mam, o dzieciach, których nigdy nawet nie miałam w planach. Odwracam się do niego, a w oczach mam nieme zapytanie.

– Brian będzie się martwił, dlaczego tak długo nas nie ma. – Doktor Chance rusza z powrotem do gabinetu. Unosi trzymaną doniczkę. – Czy mogłabyś mi polecić – pyta swobodnym tonem – jakieś rośliny, które miałyby u mnie szanse na przeżycie?

Bardzo łatwo jest zacząć myśleć, że skoro cały twój świat nagle zamarł w miejscu, to wszystkich dookoła powinno spotkać to samo. Nic z tych rzeczy: śmieciarze opróżnili nasze pojemniki i tak jak zwykle ustawili je na skraju chodnika. Czeka na nas rachunek za wywóz nieczystości, zatknięty w drzwiach. Na stole w kuchni leży równy stosik listów z całego tygodnia. To wprost zadziwiające. Życie toczy się dalej.

Kate wychodzi ze szpitala równo tydzień po skierowaniu na chemioterapię indukcyjną. Wciąż nosi cewnik centralny, wijący się pod jej bluzką jak wąż. Pielęgniarki na pożegnanie starają się dodać mi otuchy i recytują długą listę zaleceń, których mamy przestrzegać. Dowiaduję się, kiedy wzywać pogotowie, a kiedy nie, kiedy mamy wrócić na następną chemioterapię, jakie środki ostrożności zachować, ponieważ w czasie chemii Kate będzie w stanie immunosupresji.

Następnego dnia, o szóstej rano, Kate wchodzi na paluszkach do naszej sypialni. Stara się nie robić hałasu, ale i tak budzimy się w jednej chwili.

– Co się stało, kochanie? – pyta Brian.

Kate nie odpowiada, przesuwa tylko dłonią po głowie. Na podłogę opada wielki kłąb włosów, płynąc w powietrzu jak mikroskopijna chmura burzowa.

– Skończyłam – mówi Kate.

Od jej wyjścia ze szpitala upłynęło kilka dni. Siedzimy przy obiedzie. Kate nawet nie tknęła fasoli ani klopsików. Wstaje od stołu i wybiega w pląsach do swojego pokoju.

– Ja też. – Jesse podnosi się z krzesła. – Mogę już iść?

Brian wkłada do ust kolejny kęs. Przełyka go, zaciskając zęby.

– Najpierw zjesz jarzynki.

– Nie znoszę fasoli.

– Ona też za tobą nie przepada.

Jesse wskazuje wzrokiem talerz Kate.

– A ona może nie jeść? To niesprawiedliwe.

Brian odkłada widelec na brzeg talerza.

– Tak uważasz? – odpowiada cichym, złowrogim głosem. – Chcesz, żeby było sprawiedliwie? W porządku. Następnym razem zabierzemy cię razem z Kate do szpitala i każemy pobrać ci szpik kostny. Kiedy będziemy w domu wyjmować jej cewnik do przepłukania, tobie też zrobimy coś, co boli tak samo. A przy następnej chemioterapii…

– Brian! – przerywam mu.

Mój mąż milknie równie nagle, jak przed chwilą wybuchł. Przyciska drżącą dłoń do czoła i spogląda na Jessego, który uciekł od stołu, wystraszony, i schował się pod moim ramieniem.

– Przepraszam cię, Jess – mówi. – Ja…

Nie kończy. Wstaje i wychodzi z kuchni.

Przez długą chwilę siedzimy w milczeniu. W końcu Jesse odwraca się do mnie.

– Czy tatuś też jest chory?

Muszę się mocno zastanowić, zanim mu odpowiem.

– Wszystko będzie dobrze – uspokajam synka.

Obchodzimy mały jubileusz: upłynął już tydzień od powrotu Kate ze szpitala. W środku nocy budzi nas łomot. Zrywamy się i biegniemy na wyścigi do jej pokoju. Mała leży pod kołdrą i ma tak silne dreszcze, że strąciła lampkę z nocnego stolika. Kładę dłoń na jej czole.

– Rozpalone – mówię Brianowi.

Do tej pory często się zastanawiałam, jak to będzie wyglądać, kiedy Kate zacznie mieć jakieś dziwne objawy i po czym poznam, że trzeba zabrać ją do lekarza. Teraz, kiedy patrzę na nią, nie mogę pojąć, jak mogłam być tak głupia, żeby nie wiedzieć, że rozpoznam chorobę natychmiast, na pierwszy rzut oka.

– Jedziemy na pogotowie – decyduję, chociaż widzę, że Brian już zawija Kate w kołdrę i podnosi z łóżeczka. Wsiadamy z nią do samochodu i dopiero, kiedy silnik już chodzi, przypominamy sobie o Jessem. Nie możemy zostawić go samego w domu.

– Ty jedź. – Brian czyta w moich myślach. – Ja z nim zostanę – mówi, ale nie odrywa oczu od Kate.

Dosłownie kilka minut później Jesse kuli się już na tylnym siedzeniu, pytając, dlaczego wstajemy, kiedy słonko jeszcze śpi. Pędzimy do szpitala.

Po przyjeździe na pogotowie kładziemy go do snu na zestawionych krzesłach i przykrywamy naszymi płaszczami. Patrzymy, jak lekarze uwijają się wokół rozgorączkowanej Kate jak pszczoły na łące pełnej kwiatów, wysysając z niej najrozmaitsze płyny. Wykonują posiewy na wszystkie możliwe drobnoustroje i robią jej nakłucie lędźwiowe w celu wykluczenia możliwości infekcji i zapalenia opon mózgowych. Wchodzi technik – radiolog z przenośnym aparatem rentgenowskim. Musi zrobić prześwietlenie klatki piersiowej, żeby sprawdzić, czy to nie jest zakażenie płuc.

Po wywołaniu kliszy oglądamy ją na negatoskopie na korytarzu. Na zdjęciu żebra Kate są cieniutkie jak zapałki. Prawie w samym centrum widnieje wielka szara plama. Czuję, jak miękną mi kolana. Chwytam się kurczowo ręki Briana.

– To jest guz. Nastąpi! przerzut. Lekarz kładzie mi dłoń na ramieniu.

– Pani Fitzgerald – słyszę jego głos. – To jest serce Kate.

Pancytopenia to takie wymyślne słówko, które oznacza, że organizm Kate nie dysponuje w tym momencie żadnymi mechanizmami obronnymi przed zakażeniem. Doktor Chance wyjaśnia nam, że to rezultat udanej chemioterapii – przeważająca większość białych krwinek została zniszczona. Ma to także drugi skutek: wdaje się sepsa, zakażenie po chemioterapii, w takiej sytuacji już nie prawdopodobna, lecz stuprocentowo pewna.

Kate dostaje tylenol na zbicie gorączki. Pobierają jej krew, mocz i robią posiew plwociny, aby przepisać odpowiednie antybiotyki. Drgawki ustają dopiero po sześciu godzinach, ale były tak silne, że aż baliśmy się, że mała wypadnie z łóżka.

Pielęgniarka – ta sama, która kilka tygodni temu zaplatała jedwabiste włoski Kate w cienkie warkoczyki, żeby ją rozbawić – mierzy jej temperaturę i odwraca się do mnie.

– Saro – słyszę – możesz już odetchnąć.

Twarz Kate jest bledziutka i skurczona. Wygląda jak te odległe księżyce, które Brian lubi oglądać przez teleskop, tak samo jak one zimna, nieruchoma i odległa. Moja córeczka wygląda tak, jakby umarła… Nachodzi mnie straszna myśl: czy nie lepiej byłoby oglądać ją w trumnie, niż patrzeć, jak się męczy?

– Hej. – Brian gładzi mnie po głowie wolną ręką. Na drugim ramieniu kołysze Jessego. Już prawie południe, a my wciąż jesteśmy w piżamach. Nie pomyśleliśmy, żeby zabrać ze sobą ubrania na zmianę. – Zabieram małego na dół do stołówki. Zjemy obiad. Przynieść ci coś?

Potrząsam przecząco głową. Przysuwam krzesło do łóżka Kate i poprawiam kołdrę okrywającą jej nogi. Biorę ją za rączkę i przykładam do swojej, porównując.

Kate rozchyla powieki, dwie wąskie szparki. W pierwszym momencie nie może poznać, gdzie jest.

– Kate – szepczę. – Jestem przy tobie. – Malutka odwraca głowę i patrzy na mnie. Unoszę jej rękę do ust i wyciskam pocałunek w samym środku dłoni. – Jesteś bardzo dzielna. – Uśmiecham się do niej. – Kiedy będę duża, chcę być taka jak ty.

Wtedy dzieje się dziwna rzecz. Kate potrząsa główką, bardzo mocno. Odzywa się; jej głosik jest jak piórko drżące na wietrze, ulotny jak nić babiego lata.

– Nie, mamusiu – mówi – bo byłabyś chora.

Pierwszy z moich snów jest taki: kroplówka podłączona do cewnika centralnego w piersi Kate jest odkręcona zbyt mocno. Jej ciało wzbiera roztworem soli fizjologicznej jak nadmuchiwany balon. Usiłuję odłączyć kroplówkę, ale trzyma mocno. Przyglądam się, jak rysy mojej córeczki wygładzają się, zamazują i zacierają, aż w końcu jej twarz staje się bladym owalem, który mógłby należeć do pierwszej lepszej osoby na świecie.

W drugim ze snów rodzę dziecko. Jestem na oddziale porodowym; moje ciało otwiera się, serce pulsuje nisko, w samym brzuchu. Czuję nagłe parcie i w następnej chwili maleństwo jest już na zewnątrz.

– Dziewczynka – oznajmia położna, podając mi noworodka. Odsuwam rąbek różowego kocyka i zamieram.

– To nie jest Kate – mówię.

– Oczywiście, że nie – zgadza się pielęgniarka. – Ale to pani córeczka.

W szpitalu zjawia się nasz anioł stróż. Wchodzi do pokoju, w którym leży Kate. Ma na sobie kostium od Armatniego i warczy do słuchawki telefonu komórkowego.

– Sprzedawaj – mówi moja siostra głosem nieznoszącym sprzeciwu. – Nie obchodzi mnie jak, Peter. Możesz sobie ustawić stoisko na środku Fanueil Hall. Masz mi sprzedać te akcje. – Suzanne rozłącza się i wyciąga do mnie ręce. Wybucham płaczem. – Hej – mówi uspokajającym tonem – chyba nie myślałaś, że cię posłucham i będę siedzieć w domu?

– Ale…

– Są na tym świecie telefony, są faksy. Mogę pracować u was. Kto inny zajmie się Jessem?

Brian i ja spoglądamy po sobie; o tym faktycznie nie pomyśleliśmy. Brian, wzruszony, wstaje i obejmuje Zanne ramieniem. Wychodzi mu to dość niezręcznie. Jesse przyskakuje do cioci.

– Adoptowałaś trzecie dziecko, Saro? – Śmieje się moja siostra. – Jesse nie mógł aż tak urosnąć… – Odrywa małego od kolan i pochyla się nad łóżkiem śpiącej Kate. – Na pewno mnie nie pamiętasz – szepcze, a oczy jej błyszczą. – Ale ja pamiętam ciebie.

Pozwalam jej przejąć ster. To najprostsza rzecz pod słońcem. Zanne zabawia Jessego grą w kółko i krzyżyk. Przez telefon zmusza pobliską chińską restaurację do przysłania obiadu do szpitala, choć nie prowadzą oni usług dostawczych. Siedzę na łóżku obok Kate i rozkoszuję się autorytetem mojej siostry. Pozwalam sobie uwierzyć, że ona potrafi naprawić nawet to, wobec czego ja jestem bezsilna.

Jest wieczór. Zanne zabrała już Jessego do domu. Brian i ja siedzimy po obu stronach łóżka Kate, jakby ona była obrazkiem, a my jego ramami.

– Wiesz… – szepczę. – Tak się zastanawiałam…

Brian porusza się na krześle.

– Nad czym?

Pochylam się, żeby spojrzeć mu prosto w oczy.

– Nad kolejnym dzieckiem.

Brian marszczy brwi.

– O, Boże. – Wstaje i odwraca się ode mnie. – O, Boże.

Ja też wstaję.

– Chyba mnie nie zrozumiałeś.

Brian staje przede mną. Twarz ma ściągniętą bólem.

– Jeśli Kate umrze, i tak nic nam jej nie zastąpi.

Kate porusza się przez sen, szeleszcząc pościelą. Zmuszam się, żeby wyobrazić ją sobie jako czterolatkę, w kostiumie na Halloween; jako dwunastolatkę, pierwszy raz kładącą sobie błyszczyk na wargi; jako dwudziestolatkę, kręcącą się po pokoju w akademiku.

– Wiem – odpowiadam mężowi. – Musimy więc zrobić wszystko, żeby nie umarła.

ŚRODA

Powróżę ci z popiołu, jeśli chcesz.

Popatrzę w ogień i wyczytam z

Popielatych rzęs,

Z czerwonych i czarnych języków I pasków,

Skąd się bierze ogień

I jak biegnie do samego morza.

Carl Sandburg, „Ogniste stronice”

CAMPBELL

Każdy, jak sądzę, ma dług wdzięczności wobec swoich rodziców. Pytanie brzmi: jak wielki? Zadaję je sobie, słuchając paplaniny matki. Tematem dnia jest dziś najnowszy romans ojca. Nie po raz pierwszy żałuję, że nie mam rodzeństwa, choćby tylko dlatego, że gdybym je miał, takie telefony o świcie budziłyby mnie raz, dwa razy w tygodniu, ale nie siedem.

– Mamo – przerywam potok słów – wątpię, żeby ona naprawdę miała szesnaście lat.

– Nie doceniasz swojego ojca, Campbell.

Być może; zdaję sobie jednak sprawę, że mój ojciec jest także sędzią federalnym. Możliwe, że fantazjuje na temat pensjonarek, ale nigdy nie posunie się do tego, żeby złamać prawo.

– Mamo, muszę już wychodzić, bo spóźnię się do sądu. Jeszcze dziś odezwę się do ciebie. – Po tych słowach rozłączam się, zanim zdąży coś powiedzieć.

Co z tego, że nie idę dziś do sądu. Biorę głęboki wdech i potrząsam głową. Sędzia wpatruje się we mnie.

– Kolejny dowód na to, że pies jest mądrzejszy od człowieka – mówię na głos. – Kiedy dorasta, zrywa kontakty z matką.

Udaję się do kuchni, po drodze zawiązując krawat. Moje mieszkanie to istne dzieło sztuki. Jest urządzone skromnie, ale elegancko, a każda rzecz, jaka się w nim znajduje, jest z najwyższej półki: czarna skórzana kanapa zaprojektowana na zamówienie; telewizor z płaskim kineskopem, zawieszony na ścianie; gablotka, w której trzymam pod kluczem kolekcjonerskie pierwodruki powieści takich autorów jak Hemingway i Hawthorne, z autografami. Ekspres do kawy sprowadziłem z Włoch, a w lodówce można przechowywać żywność w temperaturze poniżej zera. Otwieram drzwi. Moim oczom ukazuje się samotna cebula, butelka keczupu i trzy pudełka czarno – białej kliszy fotograficznej.

Wcale mnie to nie dziwi. Rzadko jadam w domu. Sędzia nie poznałby smaku psiej karmy, tak jest przyzwyczajony do dań z restauracji.

– Może wybierzemy się do Rosie’s? – proponuję mu. – Co ty na to?

Zakładam mu uprząż psa – przewodnika. Sędzia szczeka. Żyje ze mną już od siedmiu lat. Kupiłem go od tresera psów policyjnych, ale został ułożony specjalnie dla mnie. A dlaczego tak go nazwałem? Cóż, który adwokat nie marzy o tym, żeby od czasu do czasu móc wezwać sędziego na dywanik?

Restauracja Rosie’s to nieosiągalne marzenie sieci Starbucks: urządzona w oryginalnym, eklektycznym stylu, przyciąga gości, którzy na pierwszy rzut oka mogą przy kawie czytać klasyków rosyjskiej literatury w oryginale, bilansować na laptopie budżet spółki albo pisać scenariusze. Bywamy tam z Sędzią dość często i zwykle dostajemy nasz ulubiony stolik na tyłach sali. Zamawiamy dwie kawy z ekspresu i dwa rogaliki z czekoladą, flirtując przy tym bezwstydnie z dwudziestoletnią Ofelią, kelnerką. Ale dziś coś jest nie tak: Ofelii nigdzie nie widać, a przy naszym stoliku siedzi jakaś kobieta i karmi bajglem dziecko w wózku. Tego już za wiele; wytrąca mnie to z równowagi do tego stopnia, że Sędzia musi siłą zaciągnąć mnie do stołka przy barze. W tej chwili to jedyne wolne miejsce w całym lokalu. Można stąd wyjrzeć przez okno na ulicę.

Dopiero siódma trzydzieści, a już cały dzień zepsuty.

Podchodzi do nas młodzieniec o szkieletowatej posturze heroinisty. Jego brwi przypominają karnisze, tyle w nich kolczyków. W ręce trzyma notes. Zatrzymuje się i zauważa Sędziego, który położył się u moich stóp.

– Sorka, stary. Z psami nie wolno.

– To pies – przewodnik – wyjaśniam. – Gdzie jest Ofelia?

– Nie ma jej. Uciekła wczoraj ze swoim kochasiem. Chcą się pobrać.

Uciekła, żeby wyjść za mąż? To tak się wciąż robi?

– A kim jest jej wybranek? – pytam z ciekawości, choć to nie moja sprawa.

– To taki upolityczniony rzeźbiarz. Robi popiersia światowych przywódców z psiej kupy. Wymyślił sobie taką formę przekazu dla wyrażenia swoich przekonań.

Przez krótką chwilę współczuję biednej Ofelii. Możecie mi wierzyć: miłość jest równie piękna i równie trwała jak tęcza. Zachwyca od pierwszego wejrzenia, ale wystarczy mrugnąć i już po niej.

Kelner sięga do tylnej kieszeni i podaje mi plastikową kartę.

– Proszę. Menu alfabetem Braille’a.

– Nie jestem niewidomy. Proszę dwie kawy z ekspresu i dwa rogaliki.

– To po co ci pies, skoro tak?

– Jestem chory na SARS – mówię. – Pies liczy osoby, które zarażam.

Widzę, że chłopak nie wie, czy żartuję, czy mówię poważnie. Wycofuje się z niepewnym wyrazem twarzy i idzie do kuchni po moją kawę.

Z tego miejsca widać, co się dzieje na ulicy; stolik, który zwykle zajmuję, stoi w głębi sali. Obserwuję starszą panią, która właśnie o włos uniknęła potrącenia przez taksówkę. Przed oknem restauracji przechodzi tanecznym krokiem chłopak, niosąc na ramieniu magnetofon trzy razy większy od jego głowy. Dwie bliźniaczki w mundurkach prywatnej szkoły parafialnej oglądają magazyn młodzieżowy i chichoczą. Widzę także kobietę o bujnych, falujących, kruczoczarnych włosach, która oblewa się kawą. Upuszczony papierowy kubek toczy się po chodniku.

Wszystko we mnie zamiera. Wydaje mi się, że ją poznaję; muszę zobaczyć, czy to jest ta osoba, o której myślę. Czekam, aż nieznajoma podniesie głowę, ale ona odwraca się ode mnie i zaczyna wycierać zalaną spódnicę papierową serwetką. Autobus przecina świat na pół, a w mojej kieszeni odzywa się komórka.

Spoglądam na wyświetlacz; spodziewałem się tego. Nie odbieram telefonu od matki. Wyłączam aparat i szukam wzrokiem kobiety zza okna, ale zniknęła razem z autobusem.

Otwieram drzwi biura, od progu warkliwym głosem rzucając Kerri polecenia.

– Zadzwoń do Osterlitza i dowiedz się, czy będzie mógł zeznawać w procesie Weilanda. Zdobądź listę powodów, którzy zaskarżyli spółkę New England Power w ciągu ostatnich pięciu lat. Zrób mi kopię zeznania z Melbourne. Zadzwoń do sądu i spytaj Jerry’ego, który sędzia będzie obecny na rozpatrzeniu wniosku córki Fitzgeraldów.

Dzwoni telefon. Kerri rzuca mi spojrzenie.

– A propos córki Fitzgeraldów. – Wskazuje głową w stronę drzwi prowadzących do mojego prywatnego gabinetu. Na progu stoi Anna Fitzgerald. W jednej ręce trzyma butelkę płynu do czyszczenia, w drugiej irchową szmatkę. Poleruje gałkę w drzwiach.

– Co ty robisz? – pytam.

– To, co mi pan kazał. – Anna opuszcza głowę, spoglądając na psa. – Cześć, Sędzia.

– Telefon do ciebie na drugiej linii – mówi Kerri.

Rzucam jej wymowne spojrzenie – dlaczego w ogóle wpuściła tutaj to dziecko, przerasta moje zdolności pojmowania – i próbuję otworzyć drzwi, ale gałka ślizga mi się w ręku od tego środka, którym Anna ją wysmarowała. Przez chwilę szarpię się z drzwiami, aż w końcu dziewczyna łapie gałkę przez szmatkę i otwiera je przede mną.

Sędzia obchodzi gabinet dookoła, szukając najwygodniejszego miejsca na podłodze. Dotykam mrugającego przycisku na biurkowym telefonie.

– Campbell Alexander, słucham.

– Mówi Sara Fitzgerald, matka Anny.

Przyjmuję tę wiadomość ze spokojem, spoglądając na jej córkę, polerującą gałkę u drzwi, nie dalej niż półtora metra ode mnie.

– Witam, pani Fitzgerald. – Tak jak się spodziewałem, Anna przerywa pracę.

– Dzwonię do pana, ponieważ… Widzi pan, zaszło pewne nieporozumienie.

– Czy złożyli już państwo odpowiedź na wniosek?

– To nie będzie konieczne. Rozmawiałam wczoraj z Anną. Po naszej rozmowie córka zrezygnowała z dalszego prowadzenia sprawy. Zrobi wszystko, co w jej mocy, żeby ratować siostrę.

– Tak pani uważa. – Mój głos nabiera zimnego, urzędowego tonu. – Niestety, tak się jednak nieszczęśliwie składa, że wiadomość o zaniechaniu postępowania muszę otrzymać bezpośrednio od klienta. – Patrzę Annie w oczy i unoszę brew. – Czy orientuje się pani, gdzie w tej chwili jest pani córka?

– Wyszła pobiegać – informuje mnie Sara Fitzgerald. – Ale po południu stawimy się w sądzie. Porozmawiamy z sędzią i wszystko się wyjaśni.

– Zatem do zobaczenia. – Odkładam słuchawkę i spoglądam na Annę, krzyżując ręce na piersi. – Chcesz mi może o czymś powiedzieć?

Anna wzrusza ramionami.

– Nic szczególnego nie przychodzi mi na myśl.

– Twoja matka jest nieco odmiennego zdania. Chociaż, z drugiej strony, jest również przekonana, że właśnie uprawiasz bieg po zdrowie.

Anna ogląda się na Kerri, która siedzi za biurkiem w przedpokoju i, rzecz jasna, chłonie każde nasze słowo. Zamyka drzwi i podchodzi do mojego biurka.

– Po tym, co się stało wczoraj wieczorem, nie mogłam jej powiedzieć, że idę do pana.

– A co się stało wczoraj wieczorem? – Anna nagle milknie, a ja tracę cierpliwość. – Posłuchaj mnie. Jeśli planujesz wycofać pozew… Jeśli niepotrzebnie tracę dla ciebie czas… To byłbym ci wdzięczny, gdybyś zechciała uczciwie powiedzieć mi o tym teraz, w tej chwili. Bo ja nie jestem psychologiem rodzinnym ani kumplem ze szkoły. Jestem twoim adwokatem, a gdzie jest adwokat, tam musi być sprawa. Pytam cię więc jeszcze raz: czy zmieniłaś zdanie co do tego procesu?

Wbrew oczekiwaniom moja tyrada nie odbiera Annie zdecydowania i nie kładzie kresu całej sprawie, zanim jeszcze zdążyła się ona na dobre rozpocząć. Ku mojemu zaskoczeniu dziewczyna spogląda na mnie spokojnym, opanowanym wzrokiem.

– Czy nadal chce mnie pan reprezentować?

Przytakuję, chociaż głos rozsądku odradza mi to stanowczo.

– W takim razie nie – słyszę. – Nie zmieniłam zdania.

Kiedy po raz pierwszy popłynąłem z ojcem na regaty, miałem czternaście lat. Z całych sił starał się mnie zniechęcić: byłem za młody i niedojrzały, a pogoda stanowczo zbyt niepewna. Ja jednak wiedziałem, co tak naprawdę chciał przez to powiedzieć: z taką załogą nie miał szans na wygraną. Dla mojego ojca liczyli się tylko najlepsi. Reszta równie dobrze mogła nie istnieć.

Ojciec pływał na przepięknym jachcie klasy USA – 1, zbudowanym z mahoniu i drewna tekowego, kupionym w Marblehead od J. Geilsa, tego rockowego klawiszowca. Był to, inaczej mówiąc, obiekt marzeń, wyznacznik pozycji i symbol wtajemniczenia opakowany w miodowozłotą gładź drewna i oślepiający nieskazitelną bielą żagla.

Ruszyliśmy z kopyta, przecinając linię startową pod pełnym żaglem równo z wystrzałem startera. Starałem się w każdej chwili być tam, gdzie należało: korygowałem ster, zanim jeszcze ojciec zdążył wydać mi polecenie, pomagałem przy zwrotach i przy halsach, aż od wysiłku rwały mnie mięśnie. I być może wszystko skończyłoby się szczęśliwie, gdyby nie burza, która nadeszła od północy, przynosząc ścianę deszczu i wiatr wzburzający trzymetrowe fale, po których zjeżdżaliśmy jak po stromych pagórkach.

Obserwowałem ojca uwijającego się w żółtym sztormiaku, jakby nie zauważał szalejącej ulewy. Ja marzyłem tylko o jednym: wczołgać się do jakiejś dziury, zwinąć w kłębek i umrzeć. Jemu na pewno nawet nie przyszło to do głowy.

– Campbell! – usłyszałem jego ryk. – Zmieniamy kurs!

Ale zwrot pod wiatr oznaczał kolejną piekielną huśtawkę.

– Campbell – powtórzył ojciec. – Rusz się.

Nagle przed nami otworzyła się głęboka dolina. Łódź zwaliła się w nią z taką prędkością, że straciłem oparcie pod nogami. Ojciec rzucił się do steru, odpychając mnie na bok. Na jedną chwilę, krótką, lecz cudowną, żagle znieruchomiały. Potem bom śmignął na drugą stronę, a jacht pomknął halsem w kierunku przeciwnym niż nasz kurs.

– Podaj koordynaty – rozkazał ojciec.

Prowadzenie nawigacji oznaczało, że mam zejść pod pokład, gdzie były mapy, i obliczyć kurs, który doprowadzi nas do następnej boi na trasie wyścigu. W zamkniętej, dusznej kajucie poczułem się jednak jeszcze gorzej. Otworzyłem mapę, ale nie zdążyłem nawet rzucić okiem. Zwymiotowałem prosto na nią.

Ojciec zaczął mnie szukać tylko dlatego, że długo nie wracałem z obliczonym kursem. Wsunął głowę do kajuty i zobaczył mnie na podłodze, siedzącego w kałuży własnych wymiocin.

– No nie – mruknął pod nosem i poszedł.

Zebrałem wszystkie siły i zmusiłem się do wyjścia za nim na pokład. Zmagał się z kołem sterowym i udawał, że mnie nie widzi, a kiedy zrobił zwrot, nie ostrzegł mnie ani słowem. Żagiel przeleciał na drugą stronę, rozpruwając niebo na dwoje. Bom huknął mnie w tył głowy. Straciłem przytomność.

Ocknąłem się w chwili, gdy ojciec mknął już ku linii końcowej, ścigając się z inną łodzią. Przestało padać, jeszcze tylko mżyło. Ojciec ukradł wiatr współzawodnikowi, który stracił prędkość i został w tyle. Wygraliśmy z przewagą kilku sekund.

Kazał mi posprzątać po sobie, a potem wysadził na przystani, polecił wziąć taksówkę i jechać do siedziby jachtklubu. Sam popłynął tam łodzią płaskodenną, żeby świętować zwycięstwo. Dojechałem na miejsce dopiero po godzinie. Ojciec był w wyśmienitym humorze, popijał whisky z kryształowego pucharu, który był nagrodą w tych regatach.

– Hej, Cam, idzie twoja załoga – zawołał jeden z jego znajomych. Mój ojciec zasalutował mi pucharem, wziął głęboki łyk, po czym z takim rozmachem postawił naczynie na blacie, że urwał ucho.

– Szkoda nagrody – mruknął ktoś pod nosem.

Ojciec odpowiedział mu, ani na chwilę nie spuszczając ze mnie wzroku.

– Faktycznie szkoda – przyznał.

Praktycznie co trzeci samochód w Rhode Island ma na tylnym zderzaku czerwono – białą naklejkę z napisem upamiętniającym jedną z ofiar głośniejszych wypadków drogowych, do jakich doszło w naszym stanie: „Moja przyjaciółka Katy DeCubellis zginęła potrącona przez pijanego kierowcę”, „Mój przyjaciel John Sisson zginął potrącony przez pijanego kierowcę”. Takie naklejki można dostać na szkolnych festynach, u fryzjera albo od kwestarza. To nic, że nie znało się dzieciaka, który zginął; są one wyrazem solidarności i skrytej radości, że to nie nas, lecz kogoś innego spotkał tak tragiczny los.

W zeszłym roku na zderzakach pojawiły się naklejki ku pamięci nowej ofiary wypadku drogowego, Deny DeSalvo. Znałem ją z widzenia, w przeciwieństwie do innych zabitych. Miała dwanaście lat i była córką sędziego. Podobno jej ojciec przeżył załamanie podczas procesu, który odbył się zaraz po pogrzebie dziewczynki, i wziął trzymiesięczny urlop, żeby uporać się z bólem po stracie dziecka. Przypadek zrządził, że właśnie tego sędziego wyznaczono do prowadzenia sprawy Anny Fitzgerald.

Wchodząc do Kompleksu Garrahiego, gdzie ma siedzibę sąd rodzinny okręgu Providence, zastanawiam się, czy człowiek tak ciężko doświadczony przez życie będzie na siłach sądzić w sprawie, w której wygrana mojej klientki doprowadzi do śmierci jej nastoletniej siostry.

U wejścia stoi nowy strażnik, potężny facet z szyją grubą jak pień sekwoi i odpowiednio żywym pomyślunkiem.

– Bardzo mi przykro – mówi. – Psów nie wpuszczamy.

– To mój pies – przewodnik.

Strażnik jest zaskoczony i speszony. Pochyla się, żeby zajrzeć mi w oczy. Odpowiadam takim samym spojrzeniem.

– Jestem krótkowzroczny. Pies pomaga mi czytać znaki drogowe.

Obchodzimy tego cerbera i udajemy się korytarzem do sali rozpraw.

Za drzwiami stoją woźny sądowy i matka Anny Fitzgerald, rozmawiająca z nim jak z uczniakiem, któremu trzeba utrzeć nosa. Domyślam się, że to właśnie jest matka mojej klientki, chociaż prawdę mówiąc, w niczym nie przypomina stojącej tuż obok córki.

– Jestem przekonana, że sędzia zrozumie. To wyjątkowa sytuacja. – Sara Fitzgerald spiera się z urzędnikiem, a jej mąż przysłuchuje się rozmowie, stojąc samotnie kilka kroków za nią.

Anna dostrzega mnie. Na jej twarzy pojawia się ulga. Zwracam się do woźnego:

– Jestem Campbell Alexander – mówię. – W czym problem?

– Właśnie usiłuję wytłumaczyć pani Fitzgerald, że tylko adwokaci mają wstęp do gabinetu sędziego.

– Ja występuję w imieniu Anny – informuję go.

– A kto reprezentuje panią? – pyta woźny Sarę Fitzgerald.

Matka Anny przez chwilę wygląda, jakby była na krawędzi załamania. Odwraca się do męża.

– Im dalej, tym gorzej – mówi cicho.

– Na pewno chcesz w to brnąć? – pyta on, potrząsając głową.

– Czy chcę? Nie, nie chcę. Muszę.

Te słowa nagle otwierają mi oczy.

– Zaraz – zwracam się do niej. – To pani jest prawnikiem?

Sara obrzuca mnie wzrokiem.

– Zgadza się.

Patrzę na Annę z niedowierzaniem.

– A ty nie wspomniałaś mi o tym ani słowem?

– Przecież pan nie pytał – szepcze dziewczyna.

Woźny wręcza nam formularze do wyrobienia przepustek, a potem wzywa szeryfa.

– Vern. – Sara uśmiecha się na jego widok. – Miło cię widzieć.

Coraz lepiej.

– Cześć. – Szeryf całuje ją w policzek, podaje rękę jej mężowi. – Witaj, Brian.

A więc matka Anny nie tylko jest prawnikiem, ale na dodatek ma w garści cały personel sądowy.

– Czy już się państwo przywitali? – pytam cierpko. Sara Fitzgerald wywraca oczami, rzucając szeryfowi wymowne spojrzenie, mówiące: „Ten facet to osioł, ale co robić?”. Proszę Annę, żeby nigdzie nie odchodziła, i udaję się wraz z jej matką do gabinetu sędziego.

Sędzia DeSalvo jest niewysoki, ma zrośnięte brwi i przepada za kawą z mlekiem.

– Dzień dobry – wita się z nami. – Z pieskiem na salę rozpraw?

– To pies – przewodnik, wysoki sądzie – wyjaśniam i nie czekając, co mi odpowie, rozpoczynam zwyczajową sympatyczną pogawędkę, która poprzedza każde takie spotkanie we wszystkich sądach w Rhode Island. Nasz stan nie jest duży, a środowisko prawników mamy jeszcze mniejsze. Prawdopodobieństwo trafienia w rozprawie na sędziego, który okaże się szwagrem lub stryjem twojej asystentki, jest u nas tak duże, że takie przypadki nikogo już nie dziwią. Podczas rozmowy zerkam co chwila na Sarę. Trzeba jej pokazać, kto tutaj ma prawo czuć się jak u siebie, a kto nie. Jeśli nawet ona była adwokatem, to nie pracowała w zawodzie co najmniej od dziesięciu lat, bo tyle trwa już moja praktyka.

Jest wyraźnie zdenerwowana. Mnie w palcach rąbek bluzki, co nie uchodzi uwagi sędziego DeSalvo.

– Nie wiedziałem, że wróciła pani do zawodu – zagaduje ją.

– Nie miałam wyjścia, wysoki sądzie. Powódka to moja córka.

Słysząc te słowa, sędzia kieruje wzrok na mnie.

– Czy może pan przybliżyć nam tę sprawę?

– Młodsza córka państwa Fitzgerald wniosła o usamowolnienie w kwestii zabiegów medycznych.

Sara potrząsa głową.

– To nieprawda, panie sędzio. – Mój pies podnosi głowę na dźwięk swojego imienia. – Rozmawiałam z Anną. Przyznała mi się, że wcale nie chciała tego robić. Miała wtedy zły dzień i potrzebowała, żeby ktoś poświęcił jej trochę uwagi. Trzynaście lat, zna pan ten wiek – kończy Sara, wzruszając ramionami.

W gabinecie zapada cisza tak przeraźliwa, że wyraźnie słyszę bicie własnego serca. Sędzia DeSalvo nie może wiedzieć, jakie są trzynastolatki. Jego tragicznie zmarła córka miała tylko dwanaście lat.

Sara oblewa się pąsem. Oczywiście wie o Danie DeSalvo; nie ma w tym stanie człowieka, który by o niej nie słyszał. O ile się nie mylę, sama ma na zderzaku naklejkę z jej nazwiskiem.

– Najmocniej przepraszam. Nie chciałam…

Sędzia nie patrzy na nią.

– Panie Alexander, kiedy ostatni raz rozmawiał pan ze swoją klientką?

– Wczoraj rano, wysoki sądzie. Była w moim gabinecie, kiedy jej matka zadzwoniła, aby powiadomić mnie, że cała ta sprawa to nieporozumienie.

Jak można się było spodziewać, Sarze Fitzgerald opada szczęka ze zdziwienia.

– Niemożliwe. Wyszła tylko na dwór pobiegać sobie trochę.

Spoglądam na nią.

– Jest pani tego pewna?

– Tak myślałam…

– Panie sędzio – mówię. – Pragnę wykazać, że z tego właśnie powodu wniosek Anny Fitzgerald jest uzasadniony. Własna matka nigdy nie wie, gdzie podziewa się jej córka. Dotyczące mojej klientki decyzje w kwestiach medycznych również zapadają bez poszanowania…

– Proszę przestać – sędzia przerywa mi i zwraca się do Sary. – Córka powiedziała pani, że chce wycofać wniosek?

– Tak.

Teraz sędzia spogląda na mnie.

– A panu powiedziała, że chce kontynuować rozprawę?

– Zgadza się.

– W takim razie najlepiej będzie, jeśli porozmawiam z nią osobiście.

Sędzia wstaje i wychodzi z gabinetu. Idziemy za nim. Anna siedzi z ojcem na ławce w korytarzu. Jedno sznurowadło ma rozwiązane. Dobiega mnie jej głos:

– Co mam w głowie, koloru zielonego? – Po tych słowach dziewczynka podnosi wzrok i dostrzega nas.

– Anno… – zaczynam i dokładnie w tym samym momencie jej matka wypowiada to samo słowo.

Mam urzędowy obowiązek wyjaśnić mojej klientce, że sędzia DeSalvo chce porozmawiać z nią przez chwilę w cztery oczy. Muszę udzielić jej instrukcji, co ma powiedzieć, żeby prowadzący nie odrzucił sprawy, zanim zdążymy wywalczyć to, o co nam chodzi. Jestem jej adwokatem; jako klientka Anna powinna stosować się do moich zaleceń.

Ale kiedy wypowiadam jej imię, ona nie patrzy na mnie.

Patrzy na swoją matkę.

ANNA

Tak sobie myślę, że na mój pogrzeb nie przyjdzie nikt oprócz rodziców, cioci Zanne i być może pana Ollincotta, który uczy w naszej szkole wiedzy o społeczeństwie. Kiedy to sobie wyobrażam, przed oczyma staje mi cmentarz, gdzie leży moja babcia. Byliśmy na jej pogrzebie, dlatego myślę akurat o tym miejscu, choć to i tak bez sensu, bo to jest w Chicago. W dniu mojego pogrzebu łagodne wzgórza otaczające cmentarz będą zielone, jak zasłane aksamitem, a posągi bogów i pomniejszych aniołów otoczą wielkie brązowe rozprucie w ziemi, które za chwilę połknie to wszystko, czym byłam.

Wyobrażam sobie zapłakaną mamę w toczku a la Jackie Onasis z czarną woalką. Tatę podtrzymującego ją pod ramię. Kate i Jessego wpatrzonych w lakierowane drewno trumny, przepraszających w myślach Boga za wszystkie podłe rzeczy, które mi zrobili, wszystkie przykrości, jakie musiałam od nich znosić. Może jeszcze zjawiłoby się kilku chłopaków z naszej drużyny hokejowej, kurczowo ściskając w rękach lilie, jakby to były ich ostatnie deski ratunku. Wspominaliby mnie na głos, połykając łzy napływające do oczu.

Na dwudziestej czwartej stronie naszej lokalnej gazety ukazałby się nekrolog. Gdyby przeczytał go Kyle McFee, to wtedy być może też by przyszedł na mój pogrzeb. Wyobrażam sobie jego piękne rysy ściągnięte cierpieniem i bolesnym rozpamiętywaniem tego, jak by to mogło być, gdybyśmy byli razem. I kwiaty: groszek pachnący, lwie paszcze i niebieskie kule hortensji. Mam nadzieję, że ktoś zaśpiewałby „Amazing Grace”, ale całą, nie tylko tę najbardziej znaną pierwszą zwrotkę. A po pogrzebie dni będą płynąć jak zawsze, z drzew opadną liście, potem przyjdą śniegi, a pamięć o mnie tylko co jakiś czas wzbierze jak fala przypływu.

Na pogrzeb Kate stawią się wszyscy: pielęgniarki ze szpitala, z którymi przyjaźnimy się od dawna, znajomi z kliniki onkologicznej, wdzięczni losowi za to, że to jeszcze nie ich kolej, ludzie, którzy pomagali nam gromadzić pieniądze na leczenie. Zbierze się tylu żałobników, że trzeba będzie zamknąć przed nimi bramy cmentarza, a koszy z kwiatami będzie tyle, że część z nich odsprzeda się na cele dobroczynne. W gazecie wydrukują artykuł o krótkim, tragicznym życiu Kate Fitzgerald.

Wspomnicie moje słowa. Napiszą o tym na pierwszej stronie.

Sędzia DeSalvo ma na nogach klapki, takie same jak noszą piłkarze w szatni po zdjęciu korków. Z niewiadomego powodu poprawia to nieco moje samopoczucie. Ten cały budynek, sala rozpraw, a teraz rozmowa w cztery oczy z sędzią zdążyły mnie już kompletnie rozstroić; miło mi zatem spotkać kogoś, kto tak jak ja nie do końca tutaj pasuje.

Sędzia wyjmuje puszkę z lilipuciej lodówki i pyta, czego bym się napiła.

– Najchętniej coli – odpowiadam.

– A czy wiesz – sędzia otwiera puszkę – że jeśli włoży się mleczny ząb do szklanki z colą, to po kilku tygodniach całkiem się rozpuści? Tyle w niej kwasu węglowego. – Uśmiecha się do mnie. – Mój brat jest dentystą. Mieszka w Warwick i co roku pokazuje tam tę sztuczkę przedszkolakom.

Pociągam łyk napoju i wyobrażam sobie, jak rozpuszcza mi wszystko w środku. Sędzia DeSalvo, zamiast zasiąść za swoim biurkiem, zajmuje miejsce na krześle obok mnie.

– Powiem ci, z czym mam problem, Anno – mówi. – Twoja mama powiedziała, że postąpisz tak, a twój prawnik – że zupełnie odwrotnie. W normalnej sytuacji uznałbym, że matka zna cię lepiej niż facet poznany dwa dni temu. Faktem jednak jest, że poznałaś go w konkretnym celu, mianowicie postanowiłaś skorzystać z usług, które on świadczy. Dlatego sądzę, że powinienem wysłuchać, co masz do powiedzenia na ten temat.

– Mogę pana o coś zapytać?

– Oczywiście – pada odpowiedź.

– Czy koniecznie musi odbyć się proces?

– No cóż… Jeżeli twoi rodzice wyrażą zgodę na usamowolnienie, to będzie po sprawie – mówi sędzia.

Tak dobrze to nigdy nie będzie.

– Kiedy jednak złoży się pozew, wtedy pozwani, czyli w tym wypadku twoi rodzice, muszą stawić się w sądzie. Jeśli są oni zdania, że nie jesteś gotowa, aby podejmować takie decyzje na własną rękę, muszą przedstawić mi powody, dlaczego tak sądzą, inaczej ryzykują, że wydam wyrok zaoczny na twoją korzyść.

Kiwam głową. Obiecywałam sobie po sto razy, że będę trzymać fason. Jeżeli się teraz rozkleję, to sędzia nigdy w życiu nie uwierzy, że jestem zdolna do podejmowania jakichkolwiek decyzji na własną rękę. Poczyniłam bardzo mocne postanowienia, ale na widok puszki napoju jabłkowego w ręce sędziego moje myśli nagle skręcają na boczny tor.

Całkiem niedawno Kate była w szpitalu na badaniu nerek. Zajmowała się nią nowa pielęgniarka. Wręczyła jej kubeczek na próbkę moczu ze słowami: „Jak wrócę, to ma już być pełne”. Kate nie przepada za kategorycznymi poleceniami wydawanymi wyniosłym tonem; postanowiła dać kobiecie nauczkę. Wysłała mnie do automatu z napojami, żebym przyniosła puszkę napoju jabłkowego – tego samego, który w tej chwili pije sędzia DeSalvo. Napełniła nim kubeczek, a kiedy zjawiła się pielęgniarka, uniosła go pod światło i zmrużyła oczy:

– Trochę to mętne. Trzeba jeszcze raz przefiltrować.

Podniosła kubeczek do ust i wypiła wszystko jednym haustem.

Pielęgniarka pobladła śmiertelnie i wypadła z pokoju, a my śmiałyśmy się tak długo, że aż dostałyśmy kolki. Bawiło nas to przez cały dzień, aż do samego wieczora; wystarczyło, że spojrzałyśmy na siebie i od razu puszczały nam nerwy. Czuję, że mnie też za chwilę puszczą.

– Anno? – pyta sędzia DeSalvo i stawia tę głupią puszkę z napojem jabłkowym na stole, przy którym siedzimy. Wybucham płaczem.

– Nie mogę oddać siostrze nerki. Nie mogę i już.

Sędzia DeSalvo bez słowa podaje mi pudełko chusteczek higienicznych. Ugniatam z nich kulkę, wycieram oczy i nos. Przez chwilę panuje cisza; sędzia czeka, aż złapię oddech.

– Posłuchaj mnie, Anno. Nie ma w tym kraju takiego szpitala, gdzie bez zgody dawcy zabrano by narząd do przeszczepu.

– A jak pan myśli, kto podpisuje dokumenty? – pytam. – Nie dziecko. Dziecko jedzie prosto na blok operacyjny. Podpisują je rodzice.

– Nie jesteś już małym dzieckiem. Masz prawo się na to nie zgodzić.

– Jasne. – Czuję, że z powrotem się rozklejam. – Kiedy po dziesiątym nakłuciu ma się już dość igieł i próbuje się o tym powiedzieć, to dorośli mówią z wymuszonym uśmiechem, że tak już wyglądają te zabiegi i że nikt sam z siebie nie prosi, żeby go kłuć dziesięć razy z rzędu. – Wycieram nos chusteczką. – Dziś mam oddać nerkę, jutro będzie coś innego. Zawsze tak jest.

– Twoja mama powiedziała mi, że chcesz wycofać wniosek. Czy to znaczy, że mnie okłamała?

– Nie – przełykam ślinę.

– Dlaczego w takim razie ty ją okłamałaś?

Na to pytanie istnieje tysiąc odpowiedzi. Wybieram najprostszą.

– Bo ją kocham.

I znów cała jestem we łzach.

– Przepraszam – mówię. – Bardzo przepraszam.

Sędzia wpatruje się we mnie, marszcząc czoło.

– Wiesz, co zrobię? Wyznaczę pewną osobę do współpracy z twoim prawnikiem. Tym sposobem będę miał dwójkę doradców, którzy pomogą mi zdecydować, co jest dla ciebie najlepsze. Odpowiada ci to?

Odgarniam włosy, które zasypały mi całą twarz, i zakładam je za ucho. Czoło i policzki mam tak rozpalone, że wydają się spuchnięte.

– Tak – mówię.

– Dobrze. – Sędzia wciska włącznik telefonu wewnętrznego i wydaje polecenie, aby przyprowadzić wszystkich do gabinetu.

Mama wchodzi pierwsza i od razu rusza w moim kierunku, ale Campbell i jego pies zagradzają jej drogę. Campbell spogląda na mnie pytająco i unosi pięść z kciukiem skierowanym ku górze; chce wiedzieć, czy dobrze mi poszło.

– Ponieważ nie mam pewności co do zaistniałej sytuacji – odzywa się sędzia DeSalvo – zamierzam wyznaczyć kuratora procesowego, który spędzi dwa tygodnie z rodziną państwa Fitzgerald. Nie potrzebuję chyba dodawać, że od obu stron oczekuję pełnej współpracy. Po zapoznaniu się ze sprawozdaniem kuratora zarządzę rozpatrzenie sprawy. Gdyby do tego czasu wydarzyło się coś, o czym powinienem się dowiedzieć, wtedy będzie na to odpowiednia pora.

– Dwa tygodnie… – mówi mama. Wiem, o czym w tej chwili myśli. – Panie sędzio, z całym szacunkiem, dwa tygodnie to bardzo dużo, zważywszy na ciężką chorobę mojej córki.

Nie poznaję własnej matki. Widziałam ją już pod różnymi postaciami. Była tygrysem, walczącym z biurokracją resortu zdrowotnego, który zawsze jest zbyt powolny jak na jej potrzeby. Była skałą, na której wszyscy znajdowaliśmy oparcie. Była pięściarzem, wyćwiczonym w uchylaniu się przed ciosami wymierzanymi przez los. Ale po raz pierwszy widzę ją jako prawnika.

Sędzia DeSalvo kiwa głową.

– Dobrze. Zarządzam rozpatrzenie sprawy na przyszły poniedziałek. W tym czasie proszę o dostarczenie historii choroby Kate…

– Wysoki sądzie – przerywa Campbell Alexander – nie muszę chyba zwracać uwagi wysokiego sądu na niezwykłe okoliczności tej sprawy. Moja klientka mieszka pod jednym dachem z adwokatem pozwanej strony, co stanowi rażące naruszenie zasad sprawiedliwości.

Słyszę, jak mama syczy gniewnie.

– W żadnym wypadku nie pozwolę sobie odebrać dziecka.

Jak to: odebrać? A gdzie ja się podzieję?

– Nie mogę mieć pewności, że adwokat przeciwnej strony nie będzie się starał obrócić istniejących warunków na swoją korzyść, wysoki sądzie. Widzę tutaj możliwość wywierania nacisku na moją klientkę – recytuje Campbell bez mrugnięcia okiem.

– Panie Alexander, nic mnie nie skłoni do zabrania tego dziecka z domu rodzinnego – oznajmia sędzia DeSalvo, ale potem zwraca się do mojej mamy: – Pani Fitzgerald, nie wolno pani rozmawiać o tej sprawie z córką, chyba że w obecności jej adwokata. Jeśli pani odmówi lub jeżeli dotrze do mnie, że złamała pani ten zakaz, mogę być zmuszony do sięgnięcia po znacznie bardziej drastyczne metody.

– Rozumiem, wysoki sądzie – mówi mama.

– Zatem – sędzia DeSalvo wstaje – do zobaczenia w przyszłym tygodniu. – Wychodzi z gabinetu, a jego klapki klekoczą cicho o posadzkę.

Kiedy tylko drzwi się za nim zamykają, odwracam się do mamy. Chcę powiedzieć, że zaraz wszystko jej wyjaśnię, ale słowa więzną mi w gardle. Nagle czuję, jak mokry, zimny nos pakuje mi się w dłoń. To Sędzia. Dzięki niemu moje rozszalałe serce uspokaja się nieco.

– Muszę porozmawiać z moją klientką – odzywa się Campbell.

– W tej chwili pańska klientka jest moją córką – odpowiada mama, bierze mnie za rękę i ściąga z krzesła. Na progu udaje mi się zebrać dość sił, żeby obejrzeć się na niego. Jest wściekły. Właściwie mogłam go uprzedzić, że tak to się skończy. Córka to karta, która przebija wszystko. W każdej grze.

Trzecia wojna światowa wybucha natychmiast. Wywołuje ją nie morderstwo arcyksięcia i nie szalony dyktator; wystarczy przeoczony zakręt w lewo.

– Brian – mówi mama, wyciągając szyję – minąłeś North Park Street.

Tata mruga oczami, wyrwany z zamyślenia.

– Mogłaś mi powiedzieć, że dojeżdżamy.

– Mówiłam.

Bez zastanowienia nad konsekwencjami wtrącania się w czyjąś sprzeczkę – i to po raz kolejny – odzywam się:

– Ja nie słyszałam.

Mama błyskawicznie odwraca głowę.

– W tej chwili jesteś ostatnią osobą, której komentarzy życzę sobie wysłuchiwać.

– Ja tylko…

Mama unosi dłoń; ten gest jest jak zamknięcie przegrody w taksówce. Widzę jeszcze, jak potrząsa głową.

Zwijam się w kłębek na tylnym siedzeniu. Leżę na boku, tyłem do kierunku jazdy, tak żeby widzieć tylko ciemność.

– Brian – słyszę głos mamy. – Znów przejechałeś ten zakręt.

Wchodzimy do domu. Mama niemal wbiega; jak burza przemyka obok Kate, która otworzyła nam drzwi; nie zwraca uwagi na Jeskego rozwalonego przed telewizorem. Nasz braciszek ogląda, zdaje się, kodowany kanał Playboya. Zatrzymuje się dopiero w kuchni. Otwiera szafki i zamyka je z głośnym trzaskiem. Wyjmuje jedzenie z lodówki i ciska je na stół.

– Hej – tata próbuje zagadnąć Kate – jak się czujesz?

Kate ignoruje pytanie i przeciska się obok niego w drzwiach do kuchni.

– Jak poszło?

– Chcesz wiedzieć, jak poszło? – Mama świdruje mnie spojrzeniem. – Może zapytaj siostrę?

Kate odwraca się do mnie z niemym zapytaniem w oczach.

– Coś dziwnie przycichłaś, kiedy sędzia cię nie słyszy – parska mama.

Jesse wyłącza telewizor.

– O, w mordę. – Patrzy na mnie. – Dałaś się zmusić do gadki z sędzią?

Mama zaciska powieki.

– Wiesz co, Jesse, może byś tak poszedł na spacer?

– Nie musisz mi tego powtarzać – odpowiada Jesse lodowatym tonem i już go nie ma. Po chwili dobiega nas trzask zamykanych drzwi. Bardzo to wszystko wymowne.

– Saro – tata wchodzi do kuchni – nie możemy się teraz denerwować.

– Jak mam się nie denerwować, kiedy moja własna córka wydaje wyrok śmierci na swoją siostrę?

Zapada taka cisza, że słychać wyraźnie szum lodówki. Słowa, które wypowiedziała mama, wiszą w powietrzu jak przejrzałe owoce na gałęzi drzewa; dopóki nie spadną i nie rozbryzną się na podłodze, nikt nie śmie nawet drgnąć. W końcu echo tych fatalnych słów cichnie. Mama rusza szybkim krokiem w stronę Kate, już w biegu wyciągając do niej drżące dłonie.

– Przepraszam. Nie chciałam tego powiedzieć. Wcale tak nie myślę.

W mojej rodzinie mówienie tego, czego nie chciało się powiedzieć, i niemówienie tego, co powinno zostać powiedziane, ma długą i bolesną tradycję. Kate zakrywa usta dłonią i wycofuje się tyłem z kuchni. Wpada na tatę, który niezgrabnie próbuje ją chwycić, wyrywa mu się i biegnie na górę. Słyszymy huk zatrzaskiwanych drzwi. Mama, rzecz jasna, biegnie za nią.

A co robię ja? To, co umiem najlepiej. Uciekam w przeciwnym kierunku.

Pralnia samoobsługowa to najprzyjemniej pachnące miejsce na świecie. Kiedy tam przychodzę, czuję się jak w deszczowy niedzielny poranek, kiedy nie trzeba wstawać z łóżka. To miejsce pachnie równie miło jak trawnik świeżo skoszony przez tatę – rozkosz dla nosa. Kiedy byłam mała, siadałam na kanapie i patrzyłam, jak wyjmuje się pranie z suszarki, a mama przyrzucała mnie jeszcze ciepłymi ubraniami. Zwijałam się w kłębek pod nimi i udawałam, że to skóra, a ja jestem bijącym pod nią sercem.

W pralniach samoobsługowych podoba mi się jeszcze jedna rzecz: przyciągają samotnych ludzi jak magnes. Na krzesłach w tyle sali leży jakiś facet, chyba zemdlał. Na nogach ma glany, a na koszulce napis: „Nostradamus był optymistą”. Przy blacie do składania ubrań stoi kobieta z naręczem męskich koszul z przypinanym kołnierzykiem. Pociąga nosem, połykając łzy. Wystarczy, że w pralni samoobsługowej zbierze się dziesięć osób i już są szanse, że nie będzie się tym, kto w życiu ma najgorzej.

Siadam na krześle naprzeciwko ludzi, którzy korzystają z pralek. Próbuję dopasować piorące się ubrania do ludzi, którzy na nie czekają. Różowe majtki i koronkowa koszula nocna muszą należeć do dziewczyny, która czyta jakiś romans. Czerwone wełniane skarpety i koszula w kratę to ten śpiący student – oberwaniec. Koszulki piłkarskie i śpioszki nosi maluch, który cały czas podaje mamie białe ściereczki, jedną po drugiej. Mama rozmawia przez komórkę i jest nieobecna. Dziwne: ma własny telefon, a nie stać jej na pralkę i suszarkę?

Czasami dla zabawy próbuję sobie wyobrazić, kim bym była, gdyby ubrania wirujące w najbliższej pralce należały do mnie. W tych grubych dżinsach mogłabym pracować w Phoenix jako dekarz; miałabym silne ramiona i plecy opalone na brązowo. Gdybym prała tę pościel w kwiaty, byłabym studentką kryminalistyki z Harvardu, która przyjechała do domu na wakacje. W tamtej atłasowej pelerynce chodziłabym na przedstawienia baletu i miałabym karnet do teatru. A potem próbuję wyobrazić sobie, że jestem tymi ludźmi i robię to, co oni zwykle robią. Nie mogę. Nie potrafię zobaczyć się w innej roli niż w roli dawczyni dla Kate, oddającej jej siebie, raz za razem.

Jesteśmy jak bliźniaczki syjamskie, choć nie widać miejsca, w którym jesteśmy zrośnięte. Tym trudniej będzie nas rozdzielić.

Podnoszę wzrok. Stoi nade mną dziewczyna, która prowadzi tę pralnię. W wardze ma kolczyk, a na głowie ufarbowane na niebiesko dredy.

– Czego ci trzeba? – pyta.

Powiem wam prawdę. Boję się usłyszeć własną odpowiedź.

JESSE

Jestem dzieckiem, które bawiło się zapałkami. Podkradałem je z półki nad lodówką i chowałem się w łazience rodziców. Wiecie, że płyn do czyszczenia wanien marki Jean Nate się pali? Gdy go rozlać na podłodze, wystarczy jedna zapałka. Daje ładny, błękitny płomień, a kiedy już alkohol wypali się do końca, gaśnie.

Kiedyś Anna nakryła mnie w łazience. „Hej, zobacz”, powiedziałem i wypisałem płynem na podłodze jej inicjały. Kiedy je podpaliłem, nie uciekła z krzykiem, żeby poskarżyć rodzicom, tylko usiadła obok mnie, na brzegu wanny. Wzięła butelkę, wyrysowała płynem esy – floresy na kafelkach i powiedziała, że chce zobaczyć to jeszcze raz.

Anna jest dla mnie jedynym dowodem, że naprawdę należę do tej rodziny, że nie jestem podrzutkiem, że nie zostawiła mnie nocą na progu domu Fitzgeraldów jakaś parka w stylu Bonnie i Clyde’a. Na pierwszy rzut oka wszystko nas różni, ale wewnątrz jesteśmy właściwie tacy sami: pozornie prości, a tak naprawdę nie do rozgryzienia.

Kij wam w ryj. Tyle razy te słowa przychodziły mi do głowy, że powinienem wydziargać je sobie na czole. Żyję w przelocie; codziennie pruję moim jeepem po szosach, aż płuca zaczną rwać z bólu. Dziś zasuwam sto pięćdziesiąt na godzinę po autostradzie numer 95. Lawiruję między samochodami, ocierając się o nie o włos. Kierowcy wrzeszczą na mnie zza zamkniętych szyb. Odpowiadam im, pokazując środkowy palec.

Ileż problemów by to rozwiązało, gdybym walnął w barierkę i stoczył się ze skarpy! Nie myślcie, że nie zastanawiałem się nad tym. W moim prawie jazdy stoi informacja, że jestem dawcą organów. No, jeśli już, to wolałbym zostać dawcą – męczennikiem. Wiem, że martwy jestem sto razy więcej wart niż żywy; u mnie całość to znacznie mniej niż suma poszczególnych części. Ciekawe, komu się trafi moja wątroba, płuca, może nawet na oczy znajdzie się chętny? Ciekawe, komu się tak pofarci i dostanie to wielkie nic, które u mnie robi za serce.

Z niepokojem stwierdzam, że udało mi się dotrzeć do zjazdu z autostrady nawet bez jednej obcierki. Skręcam i pomykam Allens Avenue. Jest tam jedno przejście podziemne, w którym mieszka Dan. Dan to weteran z Wietnamu. Jest bezdomny. Zbiera baterie, które inni ludzie wyrzucają na śmieci. Nazywają go Duracell Dan. Nie mam pojęcia, po jaką cholerę gromadzi ten złom, wiem tylko, że otwiera każdą sztukę. Mówi, że w paluszkach AA Energizera CIA przekazuje swoim tajnym agentom wiadomości, a ulubiona firma FBI to od lat niezmiennie Eveready.

Mam z Danem taką umowę: kilka razy w tygodniu przynoszę mu duży zestaw z McDonalda, a on w zamian pilnuje moich rzeczy. Zastaję go skulonego nad podręcznikiem astrologii, który uważa za swój manifest.

– Sie masz, Dan. – Wysiadam z samochodu i podaję mu torbę z big makiem i całym zestawem. – Co słychać?

Dan patrzy na mnie z ukosa.

– Księżyc jest w znaku Wodnika. – Wkłada frytkę do ust. – Po kiego grzyba wyniosło mnie dziś z wyra?

A to nowina. Dan ma łóżko.

– Bardzo mi przykro – mówię. – Masz moje zabawki?

Dan wskazuje głową beczki schowane za betonowym słupem. Trzyma w nich moje rzeczy. Puszka z kwasem nadchlorowym gwizdniętym ze szkolnej pracowni chemicznej jest nietknięta; w drugiej beczce znajduję poszewkę z trocinami. Zabieram puszkę, poszewkę wkładam pod pachę i idę z tym do samochodu. Dan czeka przy drzwiach.

– Dzięki – mówię.

Dan opiera się o drzwi, żebym nie mógł otworzyć.

– Mam dla ciebie wiadomość.

Czuję nieprzyjemny skurcz w żołądku, chociaż wiem, że ten facet z reguły pieprzy od rzeczy.

– Od kogo? – pytam.

Dan rozgląda się po ulicy, potem znów patrzy na mnie.

– No, wiesz. – Nachyla się bliżej. – Pomyśl dwa razy.

– To jest ta wiadomość?

– No. – Dan kiwa głową. – Pomyśl dwa razy albo popij dwa razy. Nie jestem pewien.

– Tej drugiej rady mógłbym posłuchać. – Śmieję się, odpychając go lekko, żeby dał mi wejść do wozu. Jest bardzo wątły i lekki, chociaż na takiego nie wygląda; ma się wrażenie, że w środku jest pusty, jakby wszystko, co tam miał, już dawno się zużyło i wyparowało. W zasadzie dziwię się, że i mnie jeszcze wiatr nie porwał. – Na razie – żegnam się z Danem i włączam silnik. Jadę do pewnego magazynu, który mam na oku już od jakiegoś czasu.

Staram się wyszukiwać miejsca podobne do mnie: rozległe, puste, zapomniane przez wszystkich lub prawie wszystkich. Ten magazyn znalazłem w okolicy Olneyville. Kiedyś należał do jakiejś firmy eksportowej. Teraz jest zamieszkany: żyje w nim wielopokoleniowa rodzina szczurów. Zostawiam samochód w bezpiecznej odległości, żeby nikt go nie przyuważył. Chowam poszewkę z trocinami pod kurtką i ruszam do drzwi.

Wychodzi na to, że jednak czegoś się nauczyłem od mojego kochanego staruszka: strażak wie, jak dostać się tam, gdzie go nikt nie prosi. Zamek daje się bez wysiłku otworzyć wytrychem. Teraz pozostaje już tylko wybrać miejsce, gdzie najlepiej będzie zacząć. Dziurawię poszewkę i grubymi krechami wypisuję trocinami na podłodze moje inicjały: JBF. Potem biorę puszkę z kwasem i spryskuję nim trociny.

Nigdy wcześniej nie robiłem tego za dnia, w pełnym świetle.

Wyjmuję z kieszeni paczkę meritsów i wkładam jednego do ust. W zapalniczce mam już tylko resztkę gazu; muszę pamiętać, żeby ją napełnić. Dopalam papierosa i wstaję. Pociągam jeszcze raz i rzucam niedopałek prosto w trociny. Wiem, że pójdzie szybko, więc od razu ruszam biegiem. Po chwili za mną wznosi się ściana ognia. Na pewno będą szukać śladów, tak jak zawsze, ale po tym niedopałku i po moich inicjałach nie pozostaną żadne ślady. Cała podłoga się stopi, a ściany wygną się i w końcu runą.

Pierwszy wóz strażacki dojeżdża na miejsce, zanim jeszcze zdążę dobiec do samochodu i wyjąć z bagażnika lornetkę.

Ogień zdążył już osiągnąć swój cel: wyrwał się na wolność. Szyby w oknach popękały, z dziur bije ciemny dym, przysłaniając słońce.

Kiedy miałem pięć lat, po raz pierwszy zobaczyłem łzy mojej mamy. Stała przy oknie w kuchni i udawała, że wcale nie płacze. Słońce właśnie wschodziło, podobne do napęczniałej pomarańczowej bulwy. „Co robisz, mamo?” – zapytałem. Dopiero po latach zrozumiałem to, co wtedy odpowiedziała. Co miały znaczyć słowa „czarno to widzę”, skoro przecież kuchnię zalewały pierwsze promienie wschodzącego słońca.

W tej chwili niebo jest czarne od gęstego dymu. Wali się dach, tryskając snopami iskier. Na miejsce przybywa drugi zastęp strażaków – to ci, których wezwano prosto z domów, sprzed telewizora, oderwano od obiadu, wyciągnięto spod prysznica. Przez lornetkę widzę nazwisko Fitzgerald wypisane lśniącymi odblaskowymi literami na plecach kombinezonu. Mój ojciec bierze w dłonie wąż strażacki, gruby od wody. Wsiadam do samochodu i odjeżdżam.

W domu zastaję mamę oszalałą z nerwów. Ledwo zaparkowałem, a ona już wybiega na podwórko.

– Dzięki Bogu – mówi. – Musisz mi pomóc.

Nie ogląda się nawet, czy idę za nią, więc domyślam się, że chodzi o Kate. Drzwi do pokoju dziewczyn zostały wkopane do środka, drewniane odrzwia są potrzaskane. Siostra leży bez ruchu na łóżku. Wtem wstrząsa się gwałtownie, szamocze jak lewarek w ręku i wymiotuje krwią na koszulkę. Na jej kołdrze w kwiaty dostrzegam krwistoczerwone maki, których wcześniej tam nie było.

Mama klęka obok łóżka, odgarnia jej włosy z twarzy, a kiedy Kate wymiotuje ponownie całym strumieniem krwi, ociera jej usta ręcznikiem.

– Jesse – odzywa się spokojnym, rzeczowym tonem – ojciec dostał wezwanie. Jest nieosiągalny. Zawieziesz nas do szpitala, bo ja muszę siedzieć z tyłu z Kate.

Wargi Kate lśnią czerwienią jak dojrzałe wiśnie. Biorę siostrę na ręce. Sama skóra i kości, które widać dobrze pod obcisłą koszulką.

– Anna wybiegła z domu, a Kate zamknęła się w pokoju – opowiada mama, biegnąc obok mnie. – Zostawiłam ją na chwilę, żeby doszła do siebie, ale potem usłyszałam, że kaszle. Musiałam do niej wejść.

Więc wyłamałaś drzwi, kończę w myślach. Jakoś w ogóle mnie to nie dziwi. Mama otwiera drzwi samochodu, żebym mógł posadzić Kate na tylnym siedzeniu. Wyjeżdżam z podwórka i puszczam się przez miasto jeszcze szybciej niż zwykle. Jesteśmy już na autostradzie. Do szpitala, byle szybciej.

Dziś rano, kiedy rodzice pojechali z Anną do sądu, ja zostałem z Kate. Włączyliśmy telewizor. Kate chciała oglądać swoją ulubioną telenowelę, ale kazałem jej spieprzać i przełączyłem na kodowany kanał Playboya. Teraz, kiedy pędzę z nią na ostry dyżur, nie zwracając uwagi na światła, żałuję, że nie dałem jej oglądać tego durnego tasiemca. Staram się nie patrzeć na jej twarz, podobną do malutkiej białej monety lśniącej w lusterku wstecznym. Mogłoby się wydawać, że po tylu latach życia ze śmiertelnie chorą osobą człowiek jest z tym obyty i przygotowany na chwile takie jak ta. A mnie w tym momencie pulsuje w głowie jedno pytanie, to pytanie, którego nie wolno nam zadawać: Czy to już? Czy to już? Czy to już?

Mama wyskakuje z samochodu natychmiast, kiedy tylko wyhamowuję przed wejściem na pogotowie. Popędza mnie, żebym szybciej wyciągnął Kate z tylnego siedzenia. Wchodzimy do środka. Musimy przedstawiać niezły widok: ja z zakrwawioną siostrą na rękach i nasza matka, łapiąca pierwszą pielęgniarkę, która nawija jej się pod rękę. Pada krótkie polecenie:

– Potrzebne są płytki krwi.

Zabierają ją z moich rąk. Jeszcze przez kilka chwil po tym, jak pielęgniarki, mama i Kate zniknęły za zasłoną, stoję z uniesionymi, naprężonymi rękoma, usiłując oswoić się z faktem, że niczego już w nich nie ma.

Doktor Chance jest onkologiem; znam go. Doktora Nguyena nie znam; jest specjalistą w jakiejś innej dziedzinie. Słyszymy od nich to, czego sami się już domyśliliśmy: to jest agonia. Choroba nerek osiągnęła końcowe stadium. Mama stoi obok łóżka, ściskając kurczowo stojak na kroplówki.

– Czy jest jeszcze czas na przeszczep? – pyta, jakby pozew Anny, proces i sąd absolutnie nic dla niej nie znaczyły.

– Stan Kate jest bardzo poważny – odpowiada doktor Chance. – Już przedtem nie było pewności, czy zdoła przeżyć taką ciężką operację. Teraz szanse powodzenia są jeszcze mniejsze.

– Ale zrobicie to, jeśli znajdzie się dawca? – pyta dalej mama.

– Zaraz – odzywam się nagle; w gardle czuję taką suchość, jakby było wyłożone słomą. – A czy moja nerka się nada?

Doktor Chance potrząsa głową.

– W zwyczajnym przypadku dawca nerki nie musi mieć pełnej zgodności. Niestety, przypadek twojej siostry nie jest zwyczajny.

Lekarze wychodzą. Czuję na sobie wzrok mojej matki.

– Jesse. – Słyszę jej głos.

– Nie myśl sobie, że bym to zrobił. Tak tylko pytałem. No, wiesz… żeby wiedzieć.

Ale wewnątrz czuję, że pali mnie ogień tak samo gorący jak te pierwsze płomienie wybuchające w magazynie. Z jakiej racji wydało mi się, że po tylu latach naraz mogę być coś wart? Jak mogłem pomyśleć, że potrafię pomóc siostrze, skoro nie wiem nawet, jak pomóc sobie samemu?

Kate otwiera oczy. Wpatruje się we mnie. Oblizuje wargi, wciąż pokryte skorupą zaschłej krwi. Wygląda przez to jak wampir. Upiorny, makabryczny, ale nieśmiertelny. Gdyby tylko mogło tak być.

Nachylam się nad nią, bo wiem, że w tej chwili brak jej sił, żeby przepchnąć słowa przez powietrze, które nas dzieli. „Powiedz”, czytam z ruchu warg – Kate specjalnie nie dobywa głosu, żeby nie zwrócić uwagi mamy.

„Powiedz?” – odpowiadam jej tak samo bezgłośnie; muszę się upewnić, że dobrze ją zrozumiałem.

„Powiedz Annie”.

Ale w tym momencie drzwi otwierają się z trzaskiem. Wpada ojciec, napełniając pomieszczenie zapachem dymu. Jego włosy, ubranie, skóra – wszystko cuchnie dymem tak mocno, że aż spoglądam w górę w obawie, że zaraz włączy się instalacja przeciwpożarowa.

– Co się stało? – pyta, podchodząc prosto do łóżka.

Wymykam się z pokoju, bo nie jestem tam już nikomu potrzebny. W windzie wisi znak z napisem „Zakaz palenia”. Staję wprost pod nim i zapalam papierosa.

Powiedz Annie. Ale co?

SARA

1990 – 1991

Może to czysty przypadek, a może taka karma; siedzimy trzy w salonie fryzjerskim i wszystkie jesteśmy w ciąży. Tworzymy rządek pod kloszami suszarek, ręce mamy założone na brzuchu. Wyglądamy jak trzy posążki Buddy.

– Najbardziej podobają mi się imiona Freedom, Low i Jack – mówi dziewczyna obok mnie.

– A jeśli nie urodzi się chłopiec? – pyta kobieta, która siedzi z mojej drugiej strony.

– To są imiona i dla chłopczyka, i dla dziewczynki.

Powstrzymuję się od uśmiechu.

– Głosuję za Jackiem.

Dziewczyna zerka przez okno. Pogoda jest dziś pod psem.

– Sleet to ładne imię. – „Sleet”. Deszcz ze śniegiem, taki jak dziś za oknem. – Sleet – powtarza dziewczyna w zamyśleniu, wypróbowując brzmienie słowa: – Sleet, pozbieraj zabawki. Sleet, kochanie, nie marudź, bo się spóźnimy na koncert. – Z kieszeni ciążowych ogrodniczek wygrzebuje ogryzek ołówka i kartkę, na której gryzmoli to imię.

Kobieta po mojej lewej stronie uśmiecha się do mnie.

– To pani pierwsze?

– Trzecie.

– Ja też rodzę trzeci raz. Mam już dwóch chłopców. Tym razem liczę na szczęście.

– Ja mam chłopca i dziewczynkę – mówię jej. – Pięć lat i trzy.

– A wie pani, co teraz się urodzi?

Wiem o tym dziecku wszystko, począwszy od płci, a skończywszy na rozmieszczeniu chromosomów, także tych, które są odpowiedzialne za pełną zgodność jej tkanek z tkankami Kate. Wiem dokładnie, co się urodzi. Cud.

– Dziewczynka – odpowiadam.

– Ale pani zazdroszczę! Nam z mężem lekarz na USG nie mógł nic powiedzieć. Gdyby to miał być następny chłopiec, to chyba bym nie donosiła go przez całe pięć miesięcy. – Wyłącza suszarkę i odsuwa ją na bok. – Wybrała już pani jakieś imiona?

To dziwne, ale nie. Jestem w dziewiątym miesiącu ciąży. Miałam mnóstwo czasu na rozważania, na marzenia, a tak naprawdę nie zaplanowałam niczego w związku z tym dzieckiem. Kiedy myślałam o mojej młodszej córce, brałam pod uwagę wyłącznie to, co będzie mogła zrobić dla starszej siostry. Nie przyznałam się do tego nawet Brianowi, który co wieczór przykłada ucho do mojego wielkiego już brzucha i wyczekuje drgnięć, zwiastujących – jak mu się wydaje – narodziny pierwszej kobiety, która wejdzie do składu drużyny Patriots jako rozgrywająca. Ale ja też planuję dla niej coś wielkiego: postanowiłam, że uratuje życie swojej siostrze.

– Jeszcze czekamy – odpowiadam mojej rozmówczyni.

Czasem wydaje mi się, że nie robimy nic innego.

W zeszłym roku, kiedy Kate zakończyła trwającą trzy miesiące chemioterapię, pozwoliłam sobie uwierzyć, że naprawdę się nam udało; byłam na tyle głupia. Doktor Chance stwierdził, że wystąpiły oznaki remisji i że teraz należy tylko czekać i uważać na to, co będzie się działo. Na krótki czas moje życie całkiem powróciło do normy: woziłam Jessego na treningi piłkarskie, pomagałam Kate w zajęciach przedszkolnych, brałam nawet gorące kąpiele dla odprężenia.

Ale jakiś głos wewnętrzny mówił mi, że to jeszcze nie koniec. Ten głos nakazywał mi co rano uważnie oglądać poduszkę Kate, na wypadek gdyby znów zaczęły wypadać jej włosy – nawet kiedy już zaczęły na dobre odrastać, mocno kędzierzawe i ze skręconymi końcówkami. Ten sam głos kazał mi iść do genetyka poleconego przez doktora Chance’a. Doprowadzić do zapłodnienia in vitro mojej komórki jajowej nasieniem Briana. A później począć embrion, o którym specjalista orzekł, że wykazuje stuprocentową zgodność tkankową z organizmem Kate. Na wszelki wypadek.

Podczas rutynowego badania szpiku kostnego okazało się, że nastąpił nawrót na poziomie komórkowym. Na pierwszy rzut oka Kate wyglądała jak zwyczajna trzylatka, ale rak znów zaczynał toczyć jej organizm, niszcząc postępy poczynione dzięki chemioterapii.

Kate siedzi na tylnym siedzeniu samochodu, wymachuje nogami i bawi się telefonem zabawką. Jesse siedzi obok niej i wygląda przez okno.

– Mamo, a czy autobusy spadają na ludzi?

– Jak liście z drzew?

– Nie. Chciałem wiedzieć, czy mogą się na kogoś… przewrócić. – Jesse pokazuje ręką, jak autobus się przewraca.

– Tylko kiedy wieje bardzo silny wiatr albo kiedy kierowca jedzie za szybko.

Synek kiwa głową. Moje wytłumaczenie przekonało go, że jest bezpieczny w tym wszechświecie. Mija chwila.

– Mamo, a jaka jest twoja ulubiona liczba?

– Trzydzieści jeden – odpowiadam. Tego dnia mam termin porodu. – A twoja?

– Dziewięć, bo to jest cyferka i można mieć tyle lat, i tak wygląda szóstka do góry nogami. – Cisza trwa tylko tyle czasu, ile potrzeba na zaczerpnięcie oddechu. – Mamo, a czy my mamy takie specjalne nożyczki do mięsa?

– Tak, mamy.

Skręcam w prawo. Mijamy cmentarz; poprzekrzywiane kamienie nagrobne sterczą rzędem, podobne do pożółkłych zębów.

– Mamo – pyta Jesse – czy to tutaj pójdzie Kate?

To jest zwykłe dziecięce pytanie, niewinne tak jak wszystkie pytania, które zadaje Jesse. Pomimo to czuję, jak miękną mi kolana. Zjeżdżam na pobocze, włączam światła awaryjne, po czym odpinam pas i odwracam się.

– Nie, Jess – odpowiadam synkowi. – Kate zostanie z nami.

– Państwo Fitzgerald? – pyta reżyser programu. – Witam. Proszę usiąść tutaj.

Zajmujemy miejsca w studiu telewizyjnym, do którego zaproszono nas ze względu na niekonwencjonalną metodę poczęcia naszego dziecka. Dziwnym sposobem, walcząc o zdrowie Kate, nieświadomie staliśmy się tematem ogólnonarodowej debaty naukowej.

Brian bierze mnie za rękę. Podchodzi do nas Nadya Carter, dziennikarka prowadząca program.

– Za chwilę zaczynamy. Puściłam już materiał o Kate. Zadam państwu tylko kilka pytań i będzie po wszystkim.

W ostatniej chwili Brian wyciera sobie policzki rękawem koszuli. Słyszymy głośny jęk makijażystki stojącej za reflektorem oświetlającym plan.

– Za żadne skarby – szepcze mi Brian do ucha – nie pokażę się w ogólnokrajowej sieci z różem na twarzy.

Kamera ożywa zupełnie niepostrzeżenie, inaczej, niż się spodziewałam. Tylko delikatne wibracje, które czuję w stopach i ramionach, dają znać, że maszyna pracuje.

– Panie Fitzgerald – zaczyna Nadya – przede wszystkim proszę nam powiedzieć, dlaczego zdecydowali się państwo na wizytę u genetyka.

Brian spogląda na mnie.

– Nasza trzyletnia córeczka Kate choruje na bardzo ostrą odmianę białaczki. Za poradą onkologa próbowaliśmy znaleźć dawcę szpiku kostnego. Niestety, starszy brat Kate nie ma zgodności genetycznej. Istnieje, co prawda, narodowy rejestr dawców szpiku, lecz zanim znajdzie się ktoś odpowiedni dla Kate, może już być… za późno. Uznaliśmy, że warto sprawdzić, czy młodsze rodzeństwo Kate nie wykaże zgodności.

– Kate nie ma młodszego rodzeństwa – zauważa Nadya.

– Jeszcze nie – odpowiada Brian z naciskiem.

– Co zadecydowało, że zwrócili się państwo o pomoc do genetyka?

Chodziło o czas – odpowiadam szczerze, bez ogródek. – Nie możemy pozwolić sobie na to, żeby co rok płodzić nowe dziecko w nadziei, że okaże się ono odpowiednim dawcą dla Kate. Specjalista genetyk zbadał cztery embriony. Mieliśmy szczęście: jeden z nich wykazał pełną zgodność z organizmem starszej siostry. Poddałam się zapłodnieniu in vitro.

Nadya zerka w notatki.

– Otrzymali państwo wiele listów pełnych krytyki, prawda?

Brian kiwa głową.

– Ludzie uważają, że chcieliśmy mieć dziecko na zamówienie.

– A nie jest tak?

– Nie chcemy, żeby nasza córka miała niebieskie oczy, była wysoka, kiedy dorośnie, ani żeby miała iloraz inteligencji dwieście. Poprosiliśmy lekarzy o konkretne cechy, lecz nie są to tak zwane wzorcowe cechy ludzkie. Są to cechy organizmu Kate. Nie chcemy mieć superdziecka. Chcemy ratować życie naszej córeczki.

Ściskam go mocno za rękę. Boże, jak ja go kocham.

– Pani Fitzgerald, co pani powie swojej młodszej córce, kiedy dorośnie? – pyta Nadya.

– Przy odrobinie szczęścia – odpowiadam – powiem jej, żeby przestała dokuczać siostrze.

Pierwszych skurczów dostaję w sylwestra. Emelda, moja pielęgniarka, żeby czymś mnie zająć, opowiada o znakach zodiaku.

– To będzie Koziorożec – mówi, masując mi ramiona.

– To dobrze?

– Koziorożce zawsze kończą to, co zaczęły.

Wdech, wydech.

– Dobrze… o tym… wiedzieć – mówię.

Na oddziale rodzą jeszcze dwie kobiety. Jedna z nich, dowiaduję się od Emeldy, siedzi ze ściśniętymi nogami i przetrzymuje poród. Chce doczekać do północy. Dziecko urodzone w Nowy Rok dostaje darmowe pieluszki i bon oszczędnościowy w wysokości stu dolarów od Citizens Banku na przyszłą edukację.

Emelda wychodzi do recepcji. Zostajemy sami. Brian bierze mnie za rękę.

– Jak się czujesz?

Uśmiecham się z trudem, bo czuję kolejny skurcz.

– Wolałabym, żeby było już po wszystkim.

Brian uśmiecha się do mnie. No tak, wyszłam przecież za strażaka i ratownika paramedycznego w jednej osobie. Dla niego rutynowy poród w szpitalu to nic szczególnego. Gdyby odeszły mi wody podczas katastrofy kolejowej albo gdybym rodziła na tylnym siedzeniu taksówki…

– Wiem, o czym myślisz – przerywa mi Brian, chociaż nie odezwałam się ani słowem. – Mylisz się. – Unosi moją dłoń do ust, całuje kostki palców.

Wtem czuję szarpnięcie, jakby ktoś zwolnił kołowrót kotwicy, którą noszę w sobie. Jej łańcuch, gruby jak pięść, rwie przez moje podbrzusze.

– Brian – z trudem łapię oddech – sprowadź lekarza.

Po chwili zjawia się położnik. Kładzie dłoń pomiędzy moimi nogami i spogląda na zegar ścienny.

– Jeśli poczeka pani jeszcze chwilę, to dziecko będzie sławne – mówi.

Potrząsam głową.

– Proszę je przyjąć – mówię. – Bez chwili zwłoki. Lekarz zerka na Briana.

– Liczą państwo na ulgi podatkowe?

To, na co ja liczę, nie ma nic wspólnego z urzędem skarbowym. Czuję, jak główka przeciska się na zewnątrz. Lekarz podtrzymuje ją, odwija z szyi dziecka pępowinę pełną tej wspaniałej krwi, wyciąga jedno ramię, potem drugie.

Unoszę się z wysiłkiem, żeby zobaczyć, co się tam dzieje.

– Pępowina – przypominam mu. – Proszę uważać.

Lekarz przecina pępowinę i szybko wynosi życiodajną krew, żeby schować ją bezpiecznie w lodówce. Poczeka tam, aż Kate będzie gotowa, żeby ją przyjąć.

Przygotowanie do przeszczepu zaczyna się rankiem pierwszego dnia po narodzinach Anny; jest to dzień zerowy. Schodzę z porodówki na oddział radiologii, żeby zobaczyć się z Kate. Obie mamy na sobie żółte jałowe fartuchy; małą to bawi.

– Mamo, zobacz – mówi. – Wyglądamy tak samo.

Kate jest pod wpływem środków uspokajających, które dostała od pediatry. Nie ma czucia w nogach. W każdej innej sytuacji byłby to zabawny widok: kiedy tylko próbuje stanąć, przewraca się. Nagle uderza mnie myśl: tak właśnie wygląda dziewczyna, kiedy po raz pierwszy podchmieli sobie na imprezie w szkole średniej albo na studiach. Szybko jednak sprowadzam się na ziemię: Kate może nie doczekać tego wieku.

Kiedy przychodzi radiolog, żeby zabrać małą na naświetlanie, Kate przywiera z całych sił do mojej nogi.

– Kotku – uspokaja ją Brian – wszystko będzie dobrze, zobaczysz.

Kate potrząsa główką i zaciska palce jeszcze mocniej. Przyklękam przed nią, a ona rzuca mi się w ramiona.

– Nie spuszczę cię z oka nawet na chwilę – obiecuję.

Bunkier do radioterapii jest olbrzymi. Na ścianach wymalowano tropikalne drzewa. Akceleratory liniowe są wbudowane w sufit i zagłębienie pod stołem do zabiegów, który wygląda jak zwykłe łóżko polowe przykryte prześcieradłem. Radiolog kładzie na piersi Kate grube ołowiane ciężarki w kształcie ziaren fasoli i prosi, żeby leżała spokojnie. Obiecuje jej, że kiedy będzie już po wszystkim, dostanie naklejkę.

Przyglądam się córeczce przez grubą szybę ochronną. Promienie gamma, białaczka, rodzicielstwo. Najskuteczniej zabija to, czego nie można zobaczyć.

Onkologia też ma swoje prawo Murphy’ego, nigdzie niezapisane, lecz funkcjonujące w powszechnej świadomości: żeby wyzdrowieć, trzeba najpierw swoje odchorować. Dlatego jeśli organizm ciężko znosi chemioterapię, a po napromieniowaniu schodzi skóra – to bardzo dobrze, bo w przeciwnym razie, gdyby zabiegi spowodowały tylko przejściowe mdłości, a ból byłby do zniesienia, mogłoby to oznaczać, że organizm jakimś sposobem wydalił środki, które mu podano i cała terapia poszła na marne.

Według tych kryteriów Kate do tej pory z całą pewnością powinna wyzdrowieć. Zeszłoroczna chemioterapia to absolutnie nic w porównaniu z obecnymi zabiegami. Mała dziewczynka, która nigdy nie miała nawet kataru, teraz jest wrakiem, cieniem samej siebie. Naświetlania trwały trzy dni; Kate dostała po nich nieustającej biegunki i trzeba było założyć jej pieluchę. Z początku wstydziła się tego, ale teraz czuje się już tak źle, że przestała się tym przejmować. Po naświetlaniach przyszła kolej na chemioterapię, od której jej gardło szczelnie wypełniło się śluzem. Żeby mogła oddychać, musi mieć w ustach odsysacz, którego łapie się kurczowo, jakby to było koło ratunkowe. Kiedy nie śpi i jest przytomna, ciągle płacze.

Szóstego dnia liczba białych krwinek i neutrofilów zaczyna spadać na łeb na szyję. Od tej chwili Kate pozostaje w ścisłej izolacji. Może ją teraz zabić pierwszy lepszy zarazek, więc trzymamy ją z daleka od wszelkich zarazków. Nie wolno jej odwiedzać; ci nieliczni, których wpuszcza się do jej pokoju, muszą włożyć specjalne fartuchy i maski, w których wyglądają jak kosmonauci. Jeśli Kate chce pooglądać książeczki, musi nałożyć gumowe rękawiczki. W pokoju nie może być żadnych roślin ani kwiatów, bo przenoszą one bakterie, które w tej chwili są dla małej zabójcze. Każda zabawka, którą Kate bierze do ręki, musi być wyszorowana płynem antyseptycznym. Pluszowy miś, z którym sypia, został zafoliowany. Folia szeleści przez całą noc; Kate często budzi się od tego hałasu.

Brian i ja czekamy na korytarzu u drzwi pokoju, w którym leży Kate. W tej chwili maleńka śpi, jest więc czas, żeby poćwiczyć robienie zastrzyków. Mam do tego pomarańczę. Po przeszczepie Kate będzie musiała przyjmować dożylnie czynnik wzrostu – to będzie odtąd moje zadanie. Przebijam igłą grubą skórę owocu, cisnąc aż do momentu, kiedy poczuję, że opór zelżał, co oznacza, że dosięgłam miąższu. Moje zastrzyki będą płytkie, podskórne. Muszę uważać, żeby wbijać igłę pod właściwym kątem i żeby nie naciskać za mocno, ale też nie za słabo; od prędkości wbijania igły zależy to, czy będzie boleć mniej czy bardziej. Oczywiście pomarańcza nie krzyczy i nie płacze, kiedy coś źle zrobię. Pielęgniarki uspokajają mnie, że prawdziwe zastrzyki wyglądają bardzo podobnie.

Brian bierze ze stolika drugą pomarańczę i zaczyna ją obierać.

– Zostaw to!

– Jestem głodny – mąż wskazuje głową na owoc, który trzymam w dłoniach – a ty przecież masz już pacjenta.

– To nie jest moja pomarańcza. Ktoś ją tu zostawił. Bóg raczy wiedzieć, czym jest nafaszerowana.

Nagle zza rogu wychodzi doktor Chance. Zbliża się ku nam, a za nim idzie Donna, pielęgniarka z onkologii, machając torbą do kroplówki napełnioną szkarłatnym płynem.

– Trzeba odwirować. – Uśmiecha się do nas.

Odkładam pomarańczę. Idziemy razem do przedpokoju salki, w której leży Kate. Przebieram się w kombinezon, dzięki któremu będę mogła zbliżyć się na pięć kroków do córki. Po kilku minutach kroplówka wisi już na stojaku, podłączona do centralnego cewnika w piersi Kate. Czuję rozczarowanie: taki ważny moment, a mała nawet się nie obudziła. Staję po jednej stronie łóżka, Brian przechodzi na drugą. Wstrzymuję oddech. Tam, w okolicy bioder, a dokładnie w grzebieniu kości biodrowej, tworzy się szpik kostny. To musi być jakiś cud, że te komórki macierzyste pobrane od Anny wejdą do krwiobiegu Kate przez żyłę w klatce piersiowej, ale niewiadomym sposobem trafią tam, gdzie trzeba. – No tak. – Doktor Chance chrząka. Wszyscy wpatrujemy się w krew pępowinową, cieknącą kroplami przez plastikowe rurki. Każda kropla jest jak uderzenie dzwonu przeznaczenia.

JULIA

To niemożliwe, że kiedyś dzieliłam z tą kobietą łono matki. Upłynęły dopiero dwie godziny, odkąd siostra wprowadziła się do mnie, a ja zaczynam mieć problemy z udowodnieniem pokrewieństwa samej sobie. Isobel zdążyła już poukładać moje płyty według roku wydania, pozamiatać pod kanapą i wyrzucić mi połowę rzeczy z lodówki.

– Daty są przyjaciółmi człowieka – słyszę jej ciężkie westchnienie. – Masz tutaj jogurt, który pamięta jeszcze rządy demokratów.

Zatrzaskuję drzwi i liczę do dziesięciu. Nic to jednak nie daje; kiedy Izzy wpada do kuchni i bierze się do czyszczenia kuchenki gazowej, wychodzę z siebie.

– Sylvia jest czysta – zwracam jej uwagę.

– O, właśnie! Kuchenka: Sylvia. Lodówka: Smilla… Po co nam imiona dla sprzętów kuchennych?

Mnie, nie nam. To są moje sprzęty, nie nasze, do jasnej cholery.

– Teraz rozumiem, dlaczego Janet z tobą zerwała – mruczę pod nosem.

Izzy spogląda na mnie, uderzona moimi słowami.

– Jesteś okropna, okropna! Powinnam była od razu po urodzeniu zaszyć mamę grubą nicią!

Biegnie do łazienki, zalewając się łzami.

Isobel jest ode mnie starsza o trzy minuty. Ale to ja zawsze zajmowałam się nią, nie odwrotnie. Jestem jej bombą atomową: kiedy coś sprawia przykrość mojej siostrze, rozwalam to w drobny mak. Tak było, kiedy dokuczał jej któryś z naszych braci (a miałyśmy sześciu, i to wszystkich starszych) i tak jest teraz, kiedy złej Janet po siedmiu latach zaangażowanego związku nagle odwidział się homoseksualizm. Kiedy dorastałyśmy, Izzy była grzeczną córeczką i wzorem wszelkich cnót; to ja rozrabiałam, biłam się, na złość rodzicom goliłam głowę na zero i nosiłam wojskowe glany do szkolnego mundurka. A teraz obie mamy po trzydzieści dwa lata i co się okazuje? Ja jestem szczurem wyścigowym, a Izzy projektantką biżuterii ze śrubek i spinaczy do papieru. I do tego lesbijką. Kto by pomyślał.

Izzy jeszcze nie wie, że drzwi do łazienki nie zamykają się na klucz. Wchodzę, staję za nią i czekam, aż skończy myć twarz i zakręci kran z zimną wodą. Podaję jej ręcznik.

– Wcale tak nie myślę – mówię.

– Wiem. – Izzy rzuca mi spojrzenie odbite w lustrze. Dla większości ludzi jesteśmy nie do odróżnienia, zwłaszcza teraz, kiedy mam taką pracę, w której nie mogę nosić ekstrawaganckich ciuchów ani fryzur.

– Ty przynajmniej kogoś miałaś – zauważam. – Bo ja na ostatniej randce byłam tego samego dnia, kiedy kupiłam ten jogurt.

Izzy odwraca się do mnie. Kąciki jej ust drżą, wyginając się ku górze.

– A czy deska klozetowa też ma imię?

– Zastanawiałam się, czy Janet by pasowało – odpowiadam.

Siostra parska śmiechem.

Słyszymy dzwonek. Idę do pokoju odebrać telefon.

– Witaj, Julio, mówi sędzia DeSalvo. Mam sprawę, w której będzie mi potrzebny kurator procesowy. Pomyślałem o tobie. Zechcesz mi pomóc?

Zaczęłam pracować jako kurator procesowy rok temu. Zdecydowałam się na to z prostego powodu: praca ochotnicza w organizacjach nonprofitowych jest co prawda przyjemna, ale przyjemność przyjemnością, a czynsz czynszem. Kurator procesowy to pracownik sądowy, który bierze udział w procesie z udziałem osoby nieletniej jako obrońca jej interesów. Ta praca nie wymaga studiów prawniczych, konieczne jest w niej za to silne poczucie moralności, no i serce. A to już dyskwalifikuje większość prawników, którzy chcieliby ewentualnie ubiegać się o taką posadę.

– Julio, jesteś tam?

Dla sędziego DeSalvo poszłabym do roboty byle gdzie, nawet w supermarkecie. To on pociągnął za sznurki, żebym dostała tę pracę.

– Co tylko pan sobie życzy – odpowiadam. – O co chodzi?

Sędzia wprowadza mnie w temat. Informacje w rodzaju „usamowolnienie w kwestii zabiegów medycznych”, „trzynastolatka” i „matka po studiach prawniczych” szybko wylatują mi z głowy. Dwie rzeczy przykuwają moją uwagę: wzmianka „pilne” i nazwisko adwokata.

Boże, nie. Tego zrobić nie mogę.

– Będę tam za godzinę – obiecuję sędziemu.

– To dobrze. Wydaje mi się, że dziewczyna potrzebuje kogoś, kto będzie trzymał jej stronę.

– Kto dzwonił? – pyta Izzy, wyjmując z torby swój miniaturowy warsztat pracy, pudełko pełne narzędzi, kawałków drutu i małych pojemniczków z metalowymi częściami, które ustawiane kolejno na stole wydają odgłos podobny do zgrzytania zębami.

– Sędzia – odpowiadam. – Trzeba pomóc pewnej dziewczynie.

Jednej rzeczy nie mówię siostrze: że tą dziewczyną jestem ja.

W domu państwa Fitzgeraldów nie ma nikogo. Dzwonię dwa razy. To na pewno jakaś pomyłka. Z tego, co przekazał mi sędzia DeSalvo, wynika, że ta rodzina przechodzi głęboki kryzys, tymczasem na razie nic na to nie wskazuje: dom jest dobrze utrzymany, a na trawniku rosną starannie pielęgnowane kwiaty.

Odwracam się i chcę wracać do samochodu; w tej chwili ją zauważam. Wygląda raczej jak dziecko niż nastolatka, jest chuda i trochę kanciasta. Przeskakuje nad każdą szczeliną w chodniku.

– Cześć – zagaduję ją, kiedy podchodzi bliżej. – Nazywasz się Anna?

Głowa w górze, bystre spojrzenie.

– Być może.

– Jestem Julia Romano. Sędzia DeSalvo poprosił mnie, żebym została twoją kuratorką procesową. Wiesz, kto to taki? Sędzia powiedział ci?

Anna mruży oczy.

– W Brockton była jedna dziewczyna, którą porwał facet podający się za znajomego jej mamy. Powiedział, że ma zawieźć ją do mamy do pracy.

Sięgam do torby, grzebię w niej chwilę i wyciągam prawo jazdy oraz plik papierów.

– Proszę bardzo – mówię. – Jak sobie życzysz.

Anna najpierw przygląda mi się uważnie, a potem rzuca okiem na to tragiczne zdjęcie, które zrobiłam do prawa jazdy. Czyta kopię wniosku o usamowolnienie, którą zabrałam z sądu rodzinnego, udając się tutaj. Jeśli nawet jestem psychopatyczną morderczynią, to trzeba przyznać, że dobrze się przygotowałam. Podoba mi się jednak, że Anna nie ufa nieznajomym; oznacza to, że jest rozważna i nie działa bezmyślnie. Jeśli zastanawia się tak długo nad tym, czy może gdzieś ze mną pójść, to zapewne równie dokładnie przemyślała sobie, jak będzie wyglądało jej wyplątywanie się z rodzinnych sieci.

W końcu Anna oddaje mi z powrotem wszystkie dokumenty, które jej wręczyłam.

– A w domu nikogo nie ma? – pyta. – Gdzie są wszyscy?

– Nie wiem. Myślałam, że ty mi powiesz.

Wzrok Anny wędruje do drzwi. Widzę, że zaczęła się denerwować.

– Mam nadzieję, że nie chodzi o Kate.

Przekrzywiam głowę, przyglądając się tej dziewczynce, która już zdążyła mnie zadziwić.

– Masz chwilkę? – pytam. – Chciałabym z tobą porozmawiać.

Po wejściu do zoo najpierw mija się wybieg dla zebr. Ze wszystkich zwierząt w części z fauną afrykańską zebry zawsze lubiłam najbardziej. Słonie mijam obojętnie, gepardy zawsze się chowają, za to zebry po prostu zniewalają mnie swoim urokiem. Gdyby nagle nasz świat stracił wszystkie barwy, zebry odnalazłyby się w nim jak mało które stworzenia.

Mijamy duikery błękitne, antylopy bongo oraz coś, co nazywa się golec, i nie chce wyjść ze swojej norki. Często zabieram do zoo dzieci, które mi przydzielono. Tutaj łatwiej im się otworzyć w rozmowie ze mną. Kiedy siedzimy twarzą w twarz w sądzie czy nawet w kawiarni przy ciastkach, rzadko zdobywają się na szczerość. A w zoo, oglądając gibony skaczące po gałęziach jak gimnastycy na olimpiadzie, opowiadają mi o swoich rodzinach, nie myśląc nawet o tym, co robią.

Coś mi się jednak zdaje, że z tak dojrzałym dzieckiem jak Anna nie miałam jeszcze do czynienia. Wizyta w zoo, jak się okazuje, nie jest dla niej jakąś niesamowitą atrakcją. Chyba trzeba było raczej zabrać ją do kina albo na przechadzkę po sklepach.

Spacerujemy po krętych ścieżkach ogrodu zoologicznego. Anna odzywa się tylko zapytana. Kiedy interesuję się zdrowiem siostry, odpowiada mi grzecznie. Potwierdza, że jej mama faktycznie występuje w roli obrońcy strony pozwanej. Uprzejmie dziękuje, kiedy kupuję jej lody.

– Masz jakąś ulubioną rozrywkę? – pytam.

– Hokej – pada odpowiedź. – Grałam na bramce.

– Grałaś?

Wzruszenie ramion.

– Im się jest starszym, tym trener robi się mniej wyrozumiały. Nie można opuszczać meczów, a ja nie lubię sprawiać zawodu całej drużynie.

Ciekawe ujęcie problemu.

– A twoi znajomi? Grają jeszcze?

– Jacy znajomi? – Anna potrząsa głową. – Kiedy siostra musi odpoczywać, nie można nikogo zapraszać do domu. Wystarczy, że mama raz przyjedzie po ciebie na imprezę o drugiej w nocy, bo trzeba jechać do szpitala, i już nikt więcej cię nie zaprosi. Pani pewnie skończyła średnią szkołę już jakiś czas temu i tego nie pamięta, ale w tym wieku ludzie myślą, że dziwactwa są zaraźliwe.

– Ale masz kogoś, z kim możesz porozmawiać?

Spojrzenie.

– Kate – mówi Anna, a po chwili pyta, czy mam telefon komórkowy.

Wyjmuję aparat z torebki i podaję jej.

Anna wystukuje numer szpitala, z pamięci.

– Szukam pacjentki – mówi do słuchawki. – Kate Fitzgerald. – Spogląda w moją stronę. – Rozumiem, dziękuję. – Wciska klawisz i oddaje mi telefon. – W rejestracji nic nie wiedzą.

– To chyba dobrze?

– Informacje o nowych pacjentach czasami idą do centrali kilka godzin.

Opieram się o poręcz przy wybiegu dla słoni.

– Widzę, że martwisz się o siostrę – zauważam. – Jesteś pewna, że zniesiesz to, co może się wydarzyć, kiedy przestaniesz jej pomagać?

– Ja wiem, co się wtedy wydarzy – odpowiada Anna ponurym głosem. – Nigdy nie mówiłam, że to wszystko mi się podoba. – Unosi twarz.

W spojrzeniu tym dostrzegam wyzwanie, żebym spróbowała jej coś zarzucić.

Przyglądam się dziewczynce przez chwilę. Co ja bym zrobiła, gdybym nagle się dowiedziała, że Izzy potrzebuje mojej nerki, części wątroby, szpiku kostnego? Odpowiedź nie wymaga nawet zastanowienia: jak najszybciej jedziemy do szpitala i robimy, co trzeba.

To prawda; lecz byłby to mój wybór, moja decyzja.

– Czy rodzice zapytali cię chociaż raz, czy chcesz pomagać siostrze w taki sposób?

Wzruszenie ramion.

– Niby tak… Rodzice bardzo dobrze umieją zadawać pytania, na które sami już sobie odpowiedzieli. Na przykład: „To chyba nie z twojej winy cała klasa nie mogła za karę wyjść na przerwę?” albo „Zjesz brokułów, prawda?”.

– Czy rodzice wiedzą, że nie jesteś zadowolona z decyzji, które podjęli za ciebie?

Anna odpycha się od poręczy i rusza dalej, pod górę.

– Może kilka razy im o tym powiedziałam. Ale przecież Kate też jest ich córką.

Fragmenty tej układanki zaczynają pasować do siebie. Podejmując decyzje w imieniu dziecka, rodzice zazwyczaj mają na względzie to, co jest dla niego najlepsze. Jeśli jednak w tych wyborach zaślepiają ich potrzeby drugiego dziecka, wszystko się wali, grzebiąc głęboko pod gruzami ofiary – właśnie takie jak Anna.

Pozostaje pytanie: czy Anna postanowiła złożyć pozew do sądu, ponieważ uważa, że sama potrafi zatroszczyć się lepiej o własne zdrowie niż jej rodzice, czy może jest to rozpaczliwe wołanie o to, żeby chociaż raz jej wysłuchano?

Zatrzymujemy się przed wybiegiem dla niedźwiedzi polarnych. Mieszkają tu dwa misie, Trixie i Norton. Anna ożywia się po raz pierwszy, odkąd tutaj jesteśmy. Roziskrzonym wzrokiem wodzi za Kobe, synkiem Trixie, najmłodszym podopiecznym naszego zoo. Kobe klepie łapką mamę wygrzewającą się na kamieniach, próbuje wciągnąć ją do zabawy.

– Ostatnio urodził się tutaj mały niedźwiadek polarny – mówi Anna. – Oddali go do innego zoo.

Faktycznie, przypominam sobie, że czytałam o tym w „ProJo”. Całe wydarzenie posłużyło do przeprowadzenia dużej kampanii promocyjnej na rzecz stanu Rhode Island.

– Jak pani sądzi: czy on myśli, że to była kara, bo był niegrzeczny?

Na szkoleniu dla kuratorów procesowych uczą nas zwracać uwagę na objawy depresji. Poznajemy mowę ciała, gestów, oznaki wahań nastroju, uczymy się rozpoznawać nagłe zobojętnienie. Widzę, jak Anna zaciska dłonie na metalowej barierce. Jej oczy mętnieją; przypominają stare, nieczyszczone złoto.

Niezależnie od tego, jak ta sprawa się skończy, myślę, to i tak Anna będzie najbardziej poszkodowana. Zapłaci za to albo utratą siostry, albo własnego zdrowia, fizycznego i psychicznego.

– Czy możemy już pojechać do domu? – słyszę jej cichą prośbę.

W miarę jak zbliżamy się do domu Fitzgeraldów, Anna coraz bardziej odsuwa się ode mnie. Udana sztuczka, wziąwszy pod uwagę, że odległość między nami wcale się nie zwiększa. Dziewczynka wygląda przez okno, obserwując rozmazane ulice przemykające za szybą, i kuli się, przywierając coraz mocniej do drzwi.

– Co pani teraz zrobi? – pyta.

– Porozmawiam ze wszystkimi zaangażowanymi w tę sprawę. Z twoją mamą, z twoim tatą, bratem i siostrą. I z twoim adwokatem.

Dojeżdżamy przed dom. Na podjeździe stoi teraz rozklekotany jeep, a drzwi są otwarte. Wyłączam silnik, ale Anna ani drgnie, nie rozpięła nawet pasa.

– Odprowadzi mnie pani?

– Dlaczego?

– Bo inaczej mama mnie zabije.

Ta nowa Anna, spłoszona i wystraszona, to zupełnie inna osoba niż tamta dziewczyna, z którą spędziłam ostatnią godzinę. Ta sprzeczność mnie zastanawia: jak można jednocześnie mieć odwagę wytoczyć komuś proces i bać się panicznie własnej matki?

– Dlaczego sądzisz, że tak będzie?

– Wymknęłam się dziś z domu i nie powiedziałam jej, dokąd idę.

– Często tak robisz?

Anna potrząsa głową.

– Zazwyczaj robię to, co mi każą.

No cóż. I tak wcześniej czy później czeka mnie rozmowa z Sarą Fitzgerald. Wysiadam z samochodu i czekam, aż Anna do mnie dołączy. Ruszamy ścieżką w stronę drzwi frontowych, mijając piękne klomby wypielęgnowanych kwiatów.

Inaczej wyobrażałam sobie tego wroga. Przede wszystkim matka Anny nie dorównuje mi wzrostem; jest też szczuplejszej budowy ciała niż ja. Ma ciemne włosy i rozgorączkowane oczy. Przechadza się nerwowym krokiem po salonie. Słysząc pierwsze skrzypnięcie otwieranych drzwi, podbiega do Anny i chwyta ją za ramiona.

– Na miłość boską – krzyczy, potrząsając córką – gdzie cię poniosło?! Czy ty nie rozumiesz, że…

– Przepraszam, pani Fitzgerald – mówię – pani pozwoli, że się przedstawię. – Wyciągam rękę, postępując krok do przodu. – Jestem Julia Romano, kurator procesowy wyznaczony przez sąd rodzinny.

Matka sztywnym gestem obejmuje Annę za ramiona – drętwy pokaz rodzicielskiej czułości.

– Dziękuję, że odwiozła ją pani do domu. Na pewno chce się pani dowiedzieć wielu rzeczy, ale w tej chwili…

– Prawdę mówiąc, to pragnęłam porozmawiać z panią. Sędzia dał mi niecały tydzień na złożenie sprawozdania, więc gdyby zechciała pani poświęcić mi kilka minut…

– Nie mam kilku minut – mówi szybko i ostro Sara Fitzgerald. – Trafiła pani na bardzo zły moment. Siostra Anny znów jest w szpitalu. – Spogląda w stronę córki, stojącej w drzwiach do kuchni. I co, cieszysz się teraz, pytają jej oczy.

– Przykro mi to słyszeć.

– Mnie też jest przykro – mówi Sara, odchrząkując lekko. – Miło mi, że odwiedziła pani Annę. Rozumiem, że to należy do pani obowiązków, ale ta sprawa rozwiąże się sama. To nieporozumienie. Za dzień lub dwa sama pani to usłyszy od sędziego DeSalvo.

Odstępuje na krok, jakby wyzywając mnie – i Annę – żebyśmy spróbowały zaprzeczyć. Rzucam spojrzenie Annie; dziewczynka patrzy na mnie i ledwo dostrzegalnie kręci głową. Rozumiem, co to ma znaczyć: prosi, żebym w tej chwili już nie drążyła sprawy.

Kogo ona chce bronić – mamę czy może siebie?

W moim mózgu rozlega się sygnał alarmowy: Anna ma trzynaście lat. Anna mieszka z matką. Matka Anny jest adwokatem pozwanej strony. Czy to możliwe, żeby mieszkając z nią pod jednym dachem, Anna nie uległa naciskom Sary Fitzgerald?

– Zadzwonię jutro – obiecuję Annie, po czym, bez pożegnania z panią Fitzgerald, wychodzę z domu i udaję się tam, gdzie miałam nadzieję nigdy nie trafić.

Biuro Campbella Alexandra wygląda dokładnie tak, jak się spodziewałam: znajduje się na ostatnim piętrze wieżowca krytego ciemnym szkłem, na samym końcu korytarza wyłożonego perskim dywanem, za podwójnymi drzwiami z mahoniu, które stanowią zaporę przed motłochem. Za masywnym biurkiem w przedpokoju siedzi dziewczyna o rysach lalki z porcelany. Spod grzywy jej loków wystaje słuchawka. Mijam ją bez słowa, kierując się w stronę zamkniętych drzwi, jedynych w tym pomieszczeniu oprócz tych, którymi weszłam.

– Ej! – słyszę za sobą. – Tam nie wolno!

– Jestem umówiona – informuję ją.

Campbell siedzi przy biurku i pisze coś na kartce, prowadząc pióro wściekle energicznymi ruchami. Rękawy koszuli ma podwinięte aż do łokci. Jego włosy domagają się strzyżenia.

– Kerri – rzuca, nie podnosząc głowy – przejrzyj akta sprawy Jenny’ego Jonesa. Spróbuj znaleźć dowód na to, że miał brata bliźniaka, o którym nic nie…

– Witaj, Campbell.

Najpierw przestaje pisać. Potem podnosi głowę.

– Julia.

Zrywa się na równe nogi, jak uczniak przyłapany na gorącym uczynku.

Przechodzę przez próg i zamykam za sobą drzwi.

– Jestem kuratorem procesowym wyznaczonym do sprawy Anny Fitzgerald.

Pies, którego przedtem nie zauważyłam, zajmuje miejsce u boku Campbella.

– Słyszałam, że poszedłeś na prawo… Harvard. Stypendium przez cały czas nauki.

– Providence nie jest duże… Miałem nadzieję… – Campbell milknie. Po chwili odzywa się ponownie, kręcąc głową: – Byłem pewien, że wpadniemy na siebie wcześniej czy później. Myślałem tylko, że wcześniej.

Uśmiecha się. Nagle znów mam siedemnaście lat, powraca ten czas, kiedy zrozumiałam, że miłość kpi sobie z zasad, a nic nie ma większej wartości niż to, czego zdobyć nie można.

– Unikać kogoś to żadna sztuka – odpowiadam chłodnym tonem. – Sam chyba wiesz o tym najlepiej.

CAMPBELL

Nic mnie nie rusza, naprawdę, aż do momentu, kiedy dyrektor szkoły średniej w Ponaganset zaczyna udzielać mi przez telefon wykładu na temat politycznej poprawności.

– Na miłość boską – warczy do słuchawki – jak będzie wyglądać nasza szkoła w oczach innych, kiedy grupa studentów indiańskiego pochodzenia nazwie swoją drużynę baseballową „Białasy”?

– Owi „inni”, o których pan mówi, pomyślą sobie zapewne to samo, co myśleli wtedy, gdy nadał pan uczniom szkoły oficjalny przydomek „Wodzowie plemienia Ponaganset”.

– Ten przydomek ma już ponad trzydzieści lat – oburza się dyrektor.

– Tak, natomiast ci uczniowie są członkami plemienia Narragansettów od urodzenia.

– Nazwa, którą wybrali, jest obraźliwa i politycznie niepoprawna.

– Bardzo mi przykro – zauważam – ale w tym kraju nie można zaskarżyć nikogo za niepoprawność polityczną, w przeciwnym razie przed laty otrzymałby pan wezwanie do sądu. Z kolei amerykańska konstytucja zapewnia obywatelom Stanów Zjednoczonych, w tym także potomkom rdzennej ludności kontynentu, różne prawa, przede wszystkim zaś prawo do zgromadzeń i prawo do wolności słowa. Co za tym idzie, drużynie Białasów nie można będzie zabronić spotykania się, nawet jeśli zdoła pan spełnić swoją śmieszną groźbę i wnieść sprawę do sądu. A skoro już mowa o wymiarze sprawiedliwości, to proszę zastanowić się nad złożeniem pozwu grupowego przeciwko ludzkości jako takiej, bo jak sądzę, nie pozostanie pan obojętny na tak rażąco rasistowskie nazwy jak Biały Dom, Góry Białe czy też idiomatyczne wyrażenie „biały kruk”. – W słuchawce zapada martwa cisza. – Czy mam rozumieć, że mogę poinformować mojego klienta o zmianie pańskiej decyzji? A może nadal chce pan złożyć sprawę do sądu?

Dyrektor rzuca słuchawkę. Wciskam klawisz telefonu wewnętrznego.

– Kerri, zadzwoń do Erniego Rybołowa i powiedz mu, że może przestać się martwić.

Zabieram się do stosu papierów zalegających na biurku. Pod nim leży zwinięty w kłębek Sędzia. Wygląda jak pleciony dywanik. Wzdycha przez sen, a jedna łapa mu drży.

To jest życie, powiedziała mi kiedyś, przypatrując się szczeniakowi goniącemu za własnym ogonem. Następnym razem chcę zostać psiakiem.

Zaśmiałem się. Zobaczysz, że będziesz kotem, oświadczyłem. Koty są samowystarczalne i nie potrzebują nikogo.

Ja potrzebuję ciebie, usłyszałem w odpowiedzi.

No cóż, odparłem. Może ja zostanę krzewem kocimiętki.

Przecieram mocno powieki kciukami. To fakt, że nie dosypiam; najpierw zagapiłem się w restauracji na obcą kobietę, teraz to… Rzucam Sędziemu zagniewane spojrzenie, jakby to była jego wina. Muszę wracać do pracy. Co ja tam zapisałem w notesie? Nowy klient, handlarz narkotykami, schwytany na gorącym uczynku. Oskarżenie przedstawiło dowód – nagranie wideo. Od skazania nic go nie wybroni, chyba żeby miał brata bliźniaka, o którym nie słyszał nigdy i od nikogo, nawet od matki.

Zastanówmy się. A gdyby tak…

Słyszę dźwięk otwieranych drzwi. Bez podnoszenia głowy wydaję Kerri polecenie: „Przejrzyj akta sprawy Jenny’ego Jonesa. Spróbuj znaleźć dowód na to, że miał brata bliźniaka, o którym nic nie…”.

– Witaj, Campbell.

Tracę rozum. Bezsprzecznie muszę już tracić rozum, bo mam przed sobą Julię Romano, którą ostatni raz widziałem piętnaście lat temu. Nosi teraz dłuższe włosy, a dookoła jej ust widać cieniutkie kreski, jak nawiasy wokół słów, których nigdy nie usłyszałem, bo nie było mnie przy niej. Udaje mi się wreszcie wydobyć z siebie głos.

– Julia.

Julia zamyka drzwi. Na ten dźwięk Sędzia zrywa się na równe nogi.

– Jestem kuratorem procesowym wyznaczonym do sprawy Anny Fitzgerald.

– Providence nie jest duże… Miałem nadzieję… Byłem pewien, że wpadniemy na siebie wcześniej czy później. Myślałem tylko, że wcześniej.

– Unikać kogoś to żadna sztuka – pada riposta. – Sam chyba wiesz o tym najlepiej. – Nagle widzę, że cały jej gniew ulatnia się w jednej chwili. – Przepraszam. To było nie na miejscu.

– Dawno się nie widzieliśmy – zagajam, chociaż tak naprawdę chcę tylko zapytać, co się z nią działo przez te piętnaście lat. Czy nadal pije herbatę z mlekiem i z cytryną? Czy jest szczęśliwa? – Już nie masz różowych włosów – wyduszam z siebie, bo jestem kretynem.

– Nie mam – odpowiada. – Przeszkadza ci to?

Wzruszam ramionami.

– Chodzi mi o to, że… właściwie… – Jak zwykle braknie słów, kiedy naprawdę trzeba coś powiedzieć. – Podobał mi się tamten kolor wyznaję.

– Niestety, różowe włosy nie przysparzają autorytetu na sali sądowej.

Uśmiecham się.

– Od kiedy to troszczysz się o to, co inni o tobie myślą? – pytam rozbawiony.

Julia nie odpowiada, ale wyczuwam jakąś nagłą zmianę. Spadła temperatura w pokoju czy może to ten mur, który nagle wyrósł między nami?

– Zamiast rozgrzebywać przeszłość, proponuję porozmawiać o Annie. – Julia wybiera rozwiązanie dyplomatyczne.

Kiwam głową. Czuję się tak, jakbyśmy toczyli tę rozmowę w autobusie, na ławce pełnej ludzi, a między nami siedział ktoś obcy, którego oboje postanowiliśmy nie zauważać; rozmawiamy przez niego i dookoła niego, rzucając na siebie ukradkowe spojrzenia, kiedy wiemy, że drugie nie patrzy. Jak mam się skupić na sprawie Anny Fitzgerald, skoro potrafię myśleć tylko o tym, czy Julia obudziła się kiedyś w ramionach jakiegoś mężczyzny i czy przez moment, zanim sen rozwiał się do końca, nie wydawało jej się może, że to ja?

Sędzia wyczuwa napięcie. Wstaje i podchodzi do mnie. Julia chyba dopiero teraz zauważyła, że nie jesteśmy w gabinecie sami.

– To twój wspólnik?

– Współpracownik – potrząsam głową. – Ale pisali o nim w „Law Review”.

Julia sięga do łba Sędziego, drapie go za uchem. Cholerny szczęściarz.

– Nie rób tego, proszę. – Marszczę brwi. – To pies – przewodnik. Nie wolno go głaskać.

Julia spogląda na mnie ze zdziwieniem. Zmieniam temat, zanim zdąży zapytać o szczegóły.

– Chciałaś porozmawiać o Annie. – Sędzia trąca mnie nosem w dłoń. Mocno.

Julia krzyżuje ramiona na piersi.

– Odwiedziłam ją w domu.

– I co?

– Trzynastolatki są pod silnym wpływem rodziców. Matka Anny wydaje się mieć całkowitą pewność, że do procesu nie dojdzie. Mam przeczucie, że będzie się starała wybić go córce z głowy.

– Znajdę na to sposób – mówię.

Julia znów spogląda na mnie, tym razem podejrzliwie.

– Jaki?

– Usunę Sarę Fitzgerald z domu.

– Żartujesz czy mówisz poważnie? – Julia jest zaskoczona.

Sędzia zaczyna szarpać mnie za ubranie. Nadal nie reaguję, więc szczeka dwa razy.

– Nie widzę powodu, dla którego to moja klientka powinna wyprowadzić się z domu. To nie ona zlekceważyła polecenia sędziego. Zdobędę tymczasowy nakaz sądowy zabraniający Sarze Fitzgerald wszelkich kontaktów z Anną.

– Campbell, to jest jej matka!

– W tym tygodniu występuje jako adwokat strony pozwanej. Skoro usiłuje wpłynąć na moją klientkę, należy jej się upomnienie.

– To nie jest twoja klientka, tylko dziecko, które ma trzynaście lat, a jego świat właśnie wali się w gruzy. Chcesz odebrać jej wszystko, na czym może się oprzeć? Czy ty w ogóle zadałeś sobie trud, żeby ją choć trochę poznać?

– Oczywiście – kłamię.

Sędzia kładzie się u moich stóp i zaczyna skamleć. Julia spogląda na niego.

– Co mu jest?

– Nic. Posłuchaj: do mnie należy obrona praw Anny. Mam wygrać dla niej ten proces i zrobię to.

– Nie wątpię. Może tylko niekoniecznie mając na względzie jej dobro. Bo wygranie procesu liczy się dla ciebie najbardziej. Cóż to za ironia, że dziecko, które potrzebuje pomocy, bo jest wykorzystywane i zmuszane do poświęceń na rzecz innej osoby, musiało trafić akurat do ciebie!

– Co ty możesz o mnie wiedzieć? – Zaciskam zęby.

– Niewiele, to fakt, ale czyja to wina?

A mieliśmy nie rozgrzebywać przeszłości. Przebiega mnie nagły dreszcz. Chwytam Sędziego za obrożę.

– Przepraszam – rzucam Julii i wychodzę. Zostawiam ją, tak jak to już raz zrobiłem.

Szkoła Wheelera nie była w zasadzie niczym innym jak fabryką wypuszczającą w świat damy z towarzystwa oraz przyszłych rekinów finansjery. Wszyscy byliśmy podobni, identyczni z wyglądu i z zachowania. Wakacje spędzaliśmy czynnie.

Byli w tej szkole, rzecz jasna, tacy, którzy wybijali się z jednolitego tłumu. Byli stypendyści, którzy nosili kołnierzyki postawione na sztorc i trenowali wykłócanie się o wszystko, ale nie widzieli, że bardzo dobrze zdajemy sobie sprawę, że nie są z tej samej gliny co my. Byli gwiazdorzy, tacy jak Tommy Boudreaux, który w trzeciej klasie dostał propozycję grania w drużynie Detroit Redwings. Było też kilku świrów; ci podcinali sobie żyły albo popijali walium wódką. Znikali po takich zajściach ze szkoły równie cichutko, jak się po niej wcześniej snuli.

Byłem już w szóstej klasie, kiedy Julia Romano trafiła do Wheelera. Chodziła w ciężkich wojskowych butach, a pod szkolną marynarką nosiła koszulkę z nadrukiem „Numerek za friko”. Potrafiła w mgnieniu oka wbić sobie do głowy cały sonet. Podczas przerw, kiedy my chowaliśmy się przed dyrektorem i popalaliśmy papierosy, Julia wspinała się na dach sali gimnastycznej, siadała pod rurą grzewczą i zaczytywała się Henrym Millerem i Nietzschem. Wszystkie dziewczyny w szkole miały identycznie żółte i proste włosy, które zaczesywały do tyłu, przytrzymując opaską; wyglądało to jak paczka makaronu. Włosy Julii były burzą niesfornych czarnych loków. Miała ostre rysy twarzy i nie uznawała makijażu – nie podoba ci się, to nie patrz. W lewej brwi nosiła kolczyk ze srebrnego drutu, cieniutkiego jak włos. Jej zapach przywodził na myśl świeże, rosnące ciasto.

Krążyły o niej różne plotki: jedni mówili, że wyrzucono ją z żeńskiego poprawczaka; inni, że jest cudownym dzieckiem, a na wstępnym teście predyspozycyjnym przed przyjęciem do szkoły zdobyła maksymalną liczbę punktów; miała też podobno być dwa lata młodsza niż cały nasz rocznik; byli też tacy, którzy twierdzili, że miała tatuaż. Ale tak naprawdę nikt nie wiedział, co o niej myśleć. Mówili o niej „pokręcona”, bo nie była taka jak wszyscy.

Pewnego dnia Julia Romano pojawiła się w szkole z włosami ściętymi na krótko i ufarbowanymi na różowo. Że ją zawieszą w prawach ucznia, to było pewne, czekaliśmy tylko kiedy. Okazało się jednak, że w gąszczu nakazów i zakazów dotyczących ubioru w szkole Wheelera nikt nie pomyślał o ustaleniu norm określających przyzwoitą fryzurę. Zacząłem się wtedy zastanawiać, dlaczego ani jeden chłopak w szkole nigdy nie zrobił sobie dredów, i nagle zrozumiałem, że to nie dlatego, że zabroniono nam się wyróżniać, ale dlatego, że sami tego nie chcieliśmy.

Tego samego dnia siedziałem w stołówce z grupką kumpli z drużyny żeglarskiej. Były z nami też ich dziewczyny. Julia Romano przeszła obok naszego stolika.

– Ej – zaczepiła ją jedna z dziewczyn. – Bolało?

– Co bolało? – Julia zwolniła kroku.

– Jak cię przeciągali przez maszynę do robienia lukru.

– Wybacz, złotko, ale nie stać mnie, żeby strzyc się w tym samym burdelu co wy – odparowała Julia bez zmrużenia oka i odeszła. Usiadła w kącie sali, przy tym samym stoliku co zawsze i jak zawsze sama. Przy obiedzie zwykle układała pasjansa. Jej karty miały na grzbietach wizerunki świętych.

– O, w mordę – powiedział jeden z moich kumpli. – Z taką to lepiej nie zaczynać.

Zaśmiałem się, bo wszyscy się śmiali, ale jednocześnie przyglądałem się Julii Romano, która usiadła przy swoim stoliku. Jednak zamiast jeść, odstawiła tacę na bok i zaczęła rozkładać karty. Ciekawe, pomyślałem, jak to jest być człowiekiem, który ma w głębokim poważaniu to, co ludzie o nim myślą.

I tak pewnego popołudnia, chociaż byłem kapitanem, urwałem się z treningu żeglarskiego i zacząłem śledzić Julię. Starałem się trzymać dystans, żeby mnie nie zauważyła. Poszedłem za nią wzdłuż Blackstone Boulevard i dalej, na cmentarz Swan Point, na sam szczyt najwyższego wzgórza. Julia wyjęła z plecaka książki i segregator, po czym wyciągnęła się na trawie przed stojącym tam samotnym grobem.

– Możesz już wyjść – powiedziała, a ja nieomal odgryzłem sobie język, bo pomyślałem, że zaraz zjawi się duch. Dopiero po chwili zrozumiałem, że mówiła do mnie. – Jak zapłacisz ćwierć dolca, to pozwolę ci nawet popatrzeć z bliska.

Wyszedłem zza wielkiego dębu, z rękami wbitymi głęboko w kieszenie. Teraz, kiedy już tu za nią przyszedłem, nagle doszedłem do wniosku, że nie wiem po co.

– Ktoś z rodziny? – Skinąłem głową w stronę nagrobka.

Obejrzała się przez ramię.

– Aha. Kiedy moja babcia płynęła „Mayflower”, miała krzesło obok tej pani. – Zwróciła ku mnie swoją twarz, składającą się z samych kątów i ostrych krawędzi. – Nie grasz dziś przypadkiem w krykieta, co?

– Nie grywam w krykieta, tylko w polo. – Zmusiłem się do uśmiechu. – Umówiłem się tutaj z koniem.

Nie załapała żartu… a może wcale jej nie rozśmieszył?

– Czego chcesz? – zapytała.

Nie mogłem się przyznać, że ją śledziłem.

– Pomóż mi – odpowiedziałem. – Z pracą domową. Z angielskiego.

Prawdę mówiąc, to nie miałem pojęcia, co było zadane. Wyciągnąłem kartkę z jej segregatora i odczytałem z niej na głos: „Jesteś świadkiem tragicznego wypadku. Zderzyły się cztery samochody, ciała leżą na chodniku, ludzie jęczą z bólu. Czy masz moralny obowiązek zatrzymać się, aby udzielić im pomocy?”.

– Z jakiej racji mam komuś pomagać? – zapytała.

– Z prawnego punktu widzenia nawet nie powinnaś, bo jeśli wyciągając kogoś z samochodu, spowodujesz jeszcze cięższe obrażenia, będzie można cię zaskarżyć.

– Pytałam, dlaczego mam tobie pomagać.

Papier spłynął na ziemię.

– Nie masz o mnie najlepszej opinii, prawda?

– Nie mam żadnej opinii o żadnym z was. Jesteście bandą płytkich idiotów, którzy woleliby umrzeć, niż pokazać się publicznie z kimś, kto nie jest taki sam jak wy.

– A ty przypadkiem nie zachowujesz się tak samo?

Przez długą chwilę patrzyła mi w oczy. Potem zaczęła zbierać swoje rzeczy i upychać je w plecaku.

– Masz własny fundusz powierniczy, tak? – powiedziała. – Skoro potrzebna ci pomoc, to zapłać za korki.

Postawiłem stopę na jednym z podręczników leżących na ziemi.

– Więc jak brzmi twoja odpowiedź?

– Wybij sobie z głowy, żebym miała udzielać ci korepetycji.

– Pytałem, czy zatrzymałabyś się, żeby pomóc ofiarom wypadku.

Jej ręce zamarły.

– Tak. Bo nawet jeśli według prawa nikt nie ponosi odpowiedzialności za drugiego człowieka, to i tak trzeba pomagać tym, którzy potrzebują pomocy.

Usiadłem obok niej. Blisko. Tak blisko, że czułem, jak jej skóra wibruje tuż przy moim ramieniu.

– Naprawdę w to wierzysz?

– Tak. – Opuściła głowę.

– Skoro tak – powiedziałem – to czy możesz teraz odejść?

Już po wszystkim. Wycieram twarz papierowym ręcznikiem i poprawiam krawat. Sędzia krąży obok, stawiając ciche kroki. Zawsze tak robi.

– Dobrze się spisałeś. – Klepię go po szyi, zagłębiając dłoń w gęstą sierść.

Julii nie ma już w moim biurze. Kerri stuka na komputerze, ogarnięta rzadkim u niej napadem pracowitości.

– Powiedziała, że jak będzie ci potrzebna, to sam rusz tyłek i jej poszukaj. To był cytat. Zażyczyła sobie też kopii wszystkich dokumentów medycznych. – Kerri rzuca mi spojrzenie przez ramię. – Wyglądasz jak kupa nieszczęścia.

– Dzięki. – Moją uwagę przyciąga pomarańczowa karteczka na jej biurku. – Na ten adres mamy odesłać tamte dokumenty?

– Tak.

Wsuwam karteczkę do kieszeni.

– Zajmę się tym – mówię.

Tydzień później, pod tym samym grobem, rozwiązałem ciężkie wojskowe buty Julii Romano. Zsunąłem z jej ramion kurtkę z kamuflażem. Jej stopy były drobne i różowe jak wnętrze kwiatu tulipana. Ramiona wspaniałe, wprost nie do opisania.

– Wiedziałem, że pod spodem jesteś piękna – powiedziałem jej, a to cudowne ramię było pierwszym miejscem na jej ciele, którego dotknąłem ustami.

Fitzgeraldowie mieszkają w Upper Darby, w typowym domu amerykańskiej rodziny: garaż na dwa samochody, ściany kryte aluminiowym sidingiem, w oknach naklejki informacyjne dla straży pożarnej. Kiedy docieram na miejsce, słońce chowa się już za krawędzią dachu.

Jadąc tutaj, przez całą drogę usiłowałem sobie wmówić, że to, co usłyszałem od Julii, nie miało żadnego wpływu na to, że akurat dziś zdecydowałem się osobiście odwiedzić moją klientkę. Że od dawna już planowałem pojechać kiedyś do domu nieco okrężną drogą, żeby rozejrzeć się po tej okolicy.

Prawda natomiast wygląda tak, że po raz pierwszy w całej mojej wieloletniej praktyce składam wizytę w domu klienta.

Dzwonię do drzwi. Otwiera Anna.

– Co pan tutaj robi? – dziwi się.

– Czynię wywiad środowiskowy.

– Czy to kosztuje ekstra?

– Nie – oznajmiam suchym tonem. – W tym miesiącu mam dla klientów specjalną promocję.

– Aha. – Dziewczyna splata ramiona na piersi. – Rozmawiał pan z moją mamą?

– Staram się jej unikać. Rozumiem, że nie ma jej w domu?

Anna potrząsa głową.

– Pojechała do szpitala. Kate znów jest chora. Myślałam, że i pan się tam wybrał.

– Nie jestem adwokatem Kate.

Na dźwięk moich ostatnich słów na twarzy Anny maluje się rozczarowanie. Zakłada włosy za uszy.

– To co, wejdzie pan?

Prowadzi mnie do salonu. Siadam na kanapie w optymistyczne niebieskie pasy, a Sędzia obwąchuje meble.

– Słyszałem, że widziałaś się ze swoim kuratorem procesowym.

– Tak, z panią Julią. Zabrała mnie do zoo. Jest całkiem w porządku. – Anna rzuca mi szybkie spojrzenie. – Mówiła panu coś o mnie?

– Martwi się, że twoja mama będzie rozmawiać z tobą o procesie.

– A o czym ma ze mną rozmawiać, jeśli nie o Kate?

Przez chwilę gapimy się na siebie. Gdy opuszczam gabinet, zupełnie nie potrafię postępować z ludźmi.

Mógłbym poprosić, żeby pokazała mi swój pokój, ale jak by to wyglądało: adwokat z nastolatką w pokoju na pięterku? Za nic. Mógłbym zabrać ją gdzieś na kolację, ale wątpię, czy przypadłby jej do gustu Cafe Nuovo, jeden z moich ulubionych lokali, a z kolei ja nie wmusiłbym w siebie whoppera w Burger Kingu. Mógłbym zapytać, jak jej idzie w szkole, ale przecież teraz nie ma żadnych egzaminów.

– Ma pan dzieci? – pyta Anna.

– A jak cię się wydaje? – Śmieję się w głos.

– Całe szczęście – przyznaje ona. – Proszę się nie obrazić, ale nie wygląda pan na rodzica.

Fascynujące.

– A jak wygląda rodzic? – pytam.

Anna przez chwilę wydaje się zastanawiać.

– Widział pan cyrkowców chodzących po linie? Taki facet chce, żeby wszyscy myśleli, że jest wielkim artystą, ale przecież wyraźnie widać, że tak naprawdę marzy tylko o jednym: dotrzeć na drugi koniec liny. Rodzic wygląda tak samo. – Rzuca mi szybkie spojrzenie. – Niech się pan nie obawia. Nie zwiążę pana i nie będę katować gangsta rapem.

– No cóż – odpowiadam swobodniejszym tonem. – W takim razie… – Rozluźniam krawat i rozsiadam się wygodniej.

Przez twarz Anny przemyka raptownie ulotny uśmiech.

– Nie musi pan udawać mojego przyjaciela.

– Nie chcę niczego udawać. – Przeczesuję włosy palcami. – Tyle tylko, że to dla mnie zupełna nowość.

– Co takiego?

Szerokim gestem zakreślam salon, w którym siedzimy.

– Wizyta u klienta. Pogaduszki. Sprawa, która pod koniec dnia roboczego nie zostaje w biurze.

– Dla mnie to też nowość – wyznaje Anna.

– Co takiego?

Dziewczyna nawija na palec pasemko włosów.

– Nadzieja.

Adres, który Julia zostawiła w moim biurze, prowadzi mnie do ekskluzywnej części miasta, do okolicy zamieszkanej przez kawalerów z odzysku. Jest to uciążliwe i irytujące, bo bardzo długo nie mogę znaleźć miejsca do zaparkowania samochodu. Dodatkowo ochroniarz siedzący w holu domu, gdzie mieszka Julia, zrywa się i staje mi na drodze, kiedy tylko dostrzega Sędziego u mojej nogi.

– Z psem nie wolno – oznajmia. – Bardzo mi przykro.

– To jest pies – przewodnik. – Chyba jednak nic mu to nie mówi. Widzę, że trzeba wytłumaczyć. – No, wie pan. Taki jak dla ociemniałych.

– Coś mi się widzi, że pan wcale nie ślepy.

– Jestem alkoholikiem – wyjaśniam. – Przechodzę terapię odwykową. Pies odciąga mnie od piwa.

Mieszkanie Julii znajduje się na ósmym piętrze. Pukam do drzwi i po chwili w wizjerze ukazuje się oko. Julia uchyla drzwi, nie zdejmując łańcucha. Głowę ma przewiązaną chustką, twarz lekko opuchniętą, a na policzkach ślady łez.

– Cześć – witam ją. – Możemy zacząć od nowa? Julia wyciera nos.

– Czy my się znamy?

– No, dobrze. Być może masz rację. Być może zasłużyłem sobie na takie traktowanie. – Wskazuję wzrokiem łańcuch. – Wpuścisz mnie?

Julia patrzy na mnie jak na wariata.

– Naćpany jesteś czy co?

Nagle dobiega mnie drugi głos i słyszę odgłosy przepychanki. Drzwi otwierają się na całą szerokość, a mnie przez głowę przebiega głupia myśl: są dwie Julie.

– Campbell – pyta prawdziwa Julia – co ty tutaj robisz?

Wyciągam w jej stronę teczkę z dokumentami medycznymi.

Wciąż nie mogę się otrząsnąć. Jakim cudem, do diabła ciężkiego, przez cały rok naszej znajomości nie dowiedziałem się, że Julia Romano ma siostrę bliźniaczkę?

– Izzy, to jest Campbell Alexander. Campbell, to moja siostra.

– Campbell… – Izzy obraca moje imię w ustach. Po dokładniejszym przyjrzeniu się wcale nie jest podobna do Julii. Nos ma odrobinę dłuższy, a jej skóra, co prawda tak samo złota, ma jednak inny odcień. No i kiedy patrzę na jej usta, to nie czuję, że mi staje. – Chyba nie ten Campbell, co? – Izzy odwraca się do Julii. – Ten ze…

– Ten – wzdycha Julia.

Izzy mruży oczy.

– Wiedziałam, że lepiej go nie wpuszczać.

– Nic się nie stało – uspokaja ją Julia, biorąc ode mnie dokumenty. – Dziękuję, że mi je przyniosłeś.

Izzy macha dłonią.

– Możesz odejść.

– Przestań. – Julia klepie siostrę w ramię. – Campbell jest adwokatem. W tym tygodniu pracujemy razem.

– Ale przecież to jest ten sam facet, który…

– Dziękuję ci bardzo, mam w pełni sprawną pamięć.

– A wiesz – przerywam im – odwiedziłem dziś Annę.

Julia odwraca się ku mnie.

– I co?

– Ziemia do Julii – wtrąca się Izzy. – To się nazywa postępowanie autodestrukcyjne, wiesz?

– Nie w tym wypadku, Izzy. Prowadzimy razem sprawę i bierzemy za to pieniądze. Zrozumiałaś? I nie pouczaj mnie, co to znaczy autodestrukcyjne postępowanie. Kto wydzwaniał do Janet w pierwszą noc po rozstaniu i błagał o ostatni pożegnalny raz?

– Stary – zwracam się do Sędziego – a może tak byśmy poszli na mecz?

Izzy odchodzi ciężkim krokiem, tupiąc ze złości.

– Tnij się, powieś, rób, co chcesz! – wrzeszczy.

Słychać huk zatrzaskiwanych drzwi.

– Chyba mnie polubiła – mówię.

Julia jednak nie odwzajemnia uśmiechu.

– Dzięki za dokumenty. Żegnam.

– Julio…

– O co chodzi? Chcę oszczędzić ci wysiłku. Pewnie było niełatwo tak wytresować psa, żeby wyciągał pana na spacer, kiedy tylko znienacka zaistnieje jakaś sytuacja grożąca wybuchem niekontrolowanych emocji, dajmy na to, wizyta byłej dziewczyny, która ma nawyk mówienia prawdy prosto w oczy. Jak to robicie, Campbell? Dajesz mu znak ręką? Głosem? A może masz gwizdek ultradźwiękowy?

Spoglądam tęsknym wzrokiem w głąb pustego korytarza.

– Możesz poprosić Izzy z powrotem?

Julia napiera na mnie, chcąc wypchnąć za drzwi.

– No dobrze, przepraszam – mówię. – Nie chciałem być niegrzeczny dziś w biurze. Musiałem wyjść. To był… nagły kryzys.

Julia patrzy na mnie, zdziwiona.

– Po co ci ten pies? Przypomnij mi.

– Na razie jeszcze ci tego nie powiedziałem – poprawiam ją.

Julia odwraca się i idzie w głąb mieszkania. Ja i Sędzia ruszamy za nią, zamykając za sobą drzwi wejściowe. – A więc byłem dziś u Anny Fitzgerald. Miałaś rację: musiałem z nią porozmawiać przed podjęciem decyzji o wystosowaniu zakazu sądowego przeciwko jej matce.

– I co?

Powracam myślą na tę kanapę w pasy, na której siedzieliśmy, snując pomiędzy sobą nić porozumienia i wzajemnego zaufania.

– Chyba jedziemy na tym samym wózku – odpowiadam.

Julia milczy. Zamiast coś powiedzieć, bierze z kuchennego stołu kieliszek z białym winem.

– Dziękuję – mówię. – Chętnie się napiję.

Wzruszenie ramion.

– Idź do Smilli.

Oczywiście chodzi o lodówkę. „Smilla w labiryntach śniegu”. Też to czytałem. Otwieram drzwi i wyjmuję butelkę. Wyczuwam, że Julia za chwilę się uśmiechnie.

– Zapomniałaś, że cię znam.

– Znałeś – słyszę w odpowiedzi.

– Zatem proszę bardzo, czekam na informacje. Czym się zajmowałaś przez te piętnaście lat? – Wskazuję głową w stronę pokoju, w którym zniknęła Izzy. – Bo że sprawiłaś sobie klona, to już wiem. – Coś nagle przychodzi mi do głowy, ale zanim zdążę dobyć głos, odzywa się Julia:

– Wszyscy moi bracia skończyli zawodówki. Jeden jest budowniczym, drugi kucharzem, trzeci hydraulikiem… Rodzice chcieli, żeby ich córki poszły na studia, i wymyślili, że ostatni rok szkoły średniej spędzony u Wheelera może się bardzo przydać. Ja miałam oceny na tyle dobre, że dostałam częściowe stypendium. Izzy się nie udało. Rodzice nie mogli sobie pozwolić na posłanie nas obu do prywatnej szkoły.

– Czy Izzy w końcu dostała się na studia?

– Skończyła szkołę wzornictwa – odpowiada Julia. – Jest projektantką biżuterii.

– I ma wrogie nastawienie do świata.

– Skutki złamanego serca. – Nasze oczy się spotykają. Do Julii dopiero teraz dociera, co przed chwilą powiedziała. – Wprowadziła się do mnie dopiero dziś rano.

Omiatam wzrokiem pokój, sondując go w poszukiwaniu kija hokejowego, sportowych pism, wygodnego fotela. Czegokolwiek, co zdradzałoby obecność mężczyzny.

– Czy trudno się przyzwyczaić do mieszkania razem? – pytam.

– Do tej pory mieszkałam sama, Campbell, jeśli o to pytasz. – Julia spogląda na mnie sponad krawędzi uniesionego do ust kieliszka. – A ty?

– Ja mam sześć żon, piętnaścioro dzieci i stado owiec.

Uśmiech w kącikach jej ust.

– Kiedy spotykam ludzi takich jak ty, zawsze mam wrażenie, że nie realizuję się w życiu tak, jak bym mogła.

– Zgadzam się. Szkoda dla ciebie miejsca na tej planecie. Licencjat i skończone prawo na Harvardzie, teraz kurator procesowy z krwawiącym sercem…

– Skąd wiesz, że studiowałam prawo?

– Od sędziego DeSalvo – kłamię, a ona to kupuje.

Ciekawe, myślę, czy Julii też się wydaje, że od czasu kiedy byliśmy razem, upłynęły nie całe lata, ale zaledwie parę chwil. Czy siedząc ze mną tutaj, w tej kuchni, czuje się tak samo swobodnie jak ja. Bo ja odnoszę takie wrażenie, jakbym miał przed sobą nuty nieznanego mi utworu i po kilku minutach mozolnego ich rozczytywania odkrył nagle, że to przecież melodia, którą znam na pamięć i którą mogę zagrać z marszu.

– Kto by pomyślał, że będziesz pracować w sądzie jako kurator procesowy – mówię.

– Na pewno nie ja. – Julia uśmiecha się. – Do tej pory czasem myślę, jak by to było znów wygłaszać płomienne odezwy za zniesieniem patriarchalnego modelu społeczeństwa na zaimprowizowanej mównicy w parku Boston Common. Niestety, dogmatami nie opłaci się mieszkania. – Rzuca mi spojrzenie. – Ty też mnie rozczarowałeś. Spodziewałam się, że do tej pory sięgniesz już po prezydenturę.

– Zaciągałem się przy paleniu trawki – wyznaję szczerze – I nie mogłem już mierzyć tak wysoko. Ale ciebie wyobrażałem sobie raczej w domku na przedmieściu, z gromadką dzieci jakiegoś szczęściarza.

Julia potrząsa głową.

– Chyba mylisz mnie z Muffy, Bitsie, Toto albo jakąś inną foczką z Wheelera.

– Nie. Myślałem tylko… że to może mnie się tak poszczęści.

Cisza, która zapada, jest gęsta i kleista.

– Wcale tego nie chciałeś – odzywa się wreszcie Julia. – Postawiłeś sprawę nad wyraz jasno.

Chcę zaprzeczyć, kłócić się, przekonywać. Ale jak to niby miało wyglądać z jej strony, skoro kiedy było już po wszystkim, zerwałem z nią wszelkie kontakty? Skoro zachowałem się tak, jak cała reszta tych chłopaków z Wheelera?

– Pamiętasz… – zaczynam.

– Ja wszystko pamiętam, Campbell – przerywa mi Julia. – I właśnie dlatego tak mi z tym ciężko.

Serce zaczyna mi walić tak szybko, że Sędzia, zaniepokojony, zrywa się z podłogi i trąca mnie mocno nosem w udo. Wtedy, przed laty, byłem pewny, że Julii nie można zranić, że ona jest ponad wszystko. Miałem też nadzieję, że mnie również uda się ta sztuka.

Myliłem się. W obu wypadkach.

ANNA

W naszym salonie na ścianie wisi pólka pełna fotografii dokumentujących historię rodziny. Są tam zdjęcia z wczesnego dzieciństwa, nasze i rodziców, jest kilka fotografii ze szkolnych albumów, są fotki wakacyjne, urodzinowe, świąteczne. Kiedy na nie patrzę, przypominają mi nacięcia na pasku od spodni albo kreski na ścianie celi – dowód na to, że czas naprawdę płynie, że nie unosimy się zawieszeni w niebycie.

Zdjęcia stoją na tej półce w oprawkach pojedynczych i podwójnych, rozkładanych, w mniejszych i większych formatach. Ramki są z jasnego, gładkiego drewna albo inkrustowane, jedna nawet jest ozdobiona bardzo fikuśną szklaną mozaiką. Biorę do ręki fotografię Jessego, roześmianego dwulatka w kowbojskim kostiumie. Kto by się domyślił, patrząc na to zdjęcie, co z niego wyrosło?

Są tam zdjęcia Kate z włosami i Kate całkiem łysej; na jednym Kate jest malutka, a Jesse trzyma ją na kolanach; na innym mama siedzi razem z nimi na brzegu jakiegoś basenu, tuląc każde jedną ręką. Są tam też moje zdjęcia, ale tylko kilka. Na jednym jestem niemowlakiem, na następnym mam już dziesięć lat; czas leci jak pikujący samolot.

Może to dlatego, że jestem trzecim dzieckiem. Do tego czasu rodzice mieli już po dziurki w nosie prowadzenia kroniki życia swoich pociech. A może po prostu zapomnieli.

Właściwie to niczyja wina i w zasadzie nie ma się czym przejmować, ale jednak trochę to smutne. Bo co mówi taka fotografia? Chciałem uwiecznić chwilę, kiedy byłaś szczęśliwa. Byłaś dla mnie tak ważna, że rzuciłam wszystko, żeby przyjść i popatrzeć na ciebie.

O jedenastej dzwoni tata i pyta, czy chcę, żeby po mnie przyjechał.

– Mama została w szpitalu – wyjaśnia. – Jeśli nie chcesz siedzieć sama w domu, możesz przyjść na noc do mnie, do jednostki.

– Mogę zostać w domu – uspokajam go. – W razie czego Jesse mi pomoże.

– No tak – mówi ojciec. – Jesse.

Oboje udajemy, że jest to plan awaryjny, który nie zawiedzie.

– Co z Kate? – pytam.

– Jest nieprzytomna, bo cały czas dostaje leki. – Słyszę, jak tata bierze głęboki wdech. – Wiesz co… – zaczyna, ale przerywa mu przenikliwy dźwięk alarmu. – Muszę kończyć – rzuca i już go nie ma. Pozostaje po nim szum w słuchawce.

Nie odkładam jej jeszcze przez chwilę; wyobrażam sobie, jak tata wskakuje w robocze buty, jak wciąga spodnie od kombinezonu, rozlewające się kałużą dookoła kostek. Widzę w myślach drzwi remizy, rozwierające się jak wrota baśniowego Sezamu, słyszę ryk potężnego silnika wozu strażackiego, w którym obok kierowcy siedzi mój ojciec. Każdego dnia, kiedy idzie do pracy, musi gasić ogień.

Lepszej zachęty mi nie trzeba. Wychodzę z domu, łapiąc po drodze sweter. Idę do garażu.

Do naszej szkoły chodził kiedyś taki jeden chłopak. Nazywał się Jimmy Stredboe i był frajerem do kwadratu. Na twarzy miał syfa na syfie, hodował szczura, którego nazwał Ciotka – Sierotka, a raz na biologii puścił pawia prosto do akwarium. Nikt nie chciał z nim rozmawiać, bo wszyscy się bali, że frajerstwem można się zarazić. Kiedy jednak się okazało, że naprawdę jest chory, w dodatku na stwardnienie rozsiane, natychmiast przestaliśmy być niemili. Uśmiechaliśmy się do niego na korytarzu. Kiedy przysiadał się do stolika na stołówce, witaliśmy go uprzejmym skinieniem głowy. To, że był palantem, nagle stało się niczym w porównaniu z ogromem jego nieszczęścia.

Od samego urodzenia miałam ciężko chorą siostrę. Nigdy w życiu nie dostałam jednego lizaka od kasjera w banku – zawsze były co najmniej dwa; dyrektor szkoły zawsze wiedział, jak się nazywam. Nikt nigdy nie powiedział mi otwarcie nic niemiłego.

No właśnie. Ciekawe, jak by mnie traktowali, gdybym była taka jak wszyscy. Może jestem zła i podła, tylko nikt nigdy nie miał odwagi powiedzieć mi tego prosto w oczy. Może wszyscy tak naprawdę myślą, że jestem chamska, brzydka albo głupia, ale muszą być dla mnie mili ze względu na moją sytuację; gdyby nie to, może byłabym całkiem inna, milsza, ładniejsza, mądrzejsza.

No właśnie. Ciekawe, czy to, co teraz robię, wynika z mojej prawdziwej natury.

Światła samochodu jadącego za nami odbijają się w lusterku, rzucając na twarz Jessego refleksy, które wyglądają jak zielone patrzałki. Brat prowadzi leniwie, tylko jedną ręką, opierając ją nadgarstkiem o kierownicę. Zauważam, że już od dawna należą mu się postrzyżyny.

– Twój samochód śmierdzi dymem – mówię.

– Zgadza się. Dym świetnie maskuje aromat rozlanej whiskey. – Zęby Jessego błyskają w mroku. – Przeszkadza ci to?

– Trochę.

Jesse sięga ponad moimi kolanami do schowka. Wyjmuje zapalniczkę i paczkę papierosów. Przypala jednego, wydmuchując dym w moim kierunku.

– Przepraszam – mówi, chociaż wiem, że zrobił to specjalnie.

– Poczęstujesz mnie?

– Czym?

– Papierosem. – Paczka jest pełna cienkich patyczków, tak białych, że zdają się błyszczeć w mroku.

– Chcesz zapalić? Ty? – Jesse wybucha śmiechem.

– Nie żartowałam – mówię.

Jesse unosi brew, po czym skręca tak gwałtownie, że tylko cudem nie wywraca samochodu. Zatrzymujemy się na poboczu, w tumanie kurzu. Jesse włącza lampkę w kabinie i potrząsa dłonią. Z paczki wysuwa się jeden papieros.

Biorę go w palce. Jest cieniutki i delikatny jak ptasia kosteczka. Trzymam go jak aktorki w teatrze, między palcem wskazującym a środkowym, oba palce proste. Podnoszę papierosa do ust.

– Najpierw trzeba zapalić. – Jesse się śmieje, trzaskając zapalniczką.

Za Chiny Ludowe nie pochylę się nad płomieniem. Prędzej spalę sobie włosy, niż trafię papierosem tam, gdzie trzeba.

– Ty mi przypal – mówię.

– Nic z tego. Jeśli chcesz się nauczyć, to od A do Z – oznajmia Jesse, ponownie pstrykając zapalniczką.

Dotykam papierosem płomienia, zaciągam się mocno, tak jak podpatrzyłam u brata. W mojej piersi eksploduje bomba. Łapie mnie taki kaszel, że przez chwilę jestem zupełnie pewna, że płuca podeszły mi do gardła – wyraźnie czuję coś gąbczastego na końcu przełyku. Jesse pokłada się ze śmiechu i wyrywa mi papierosa, zanim go upuszczę. Zaciąga się dwa razy i wyrzuca niedopałek przez okno.

– Nieźle ci poszło – komentuje.

W gardle mam piasek.

– Smakowało tak, jakbym wylizywała grilla.

Jesse rusza i wyjeżdża z powrotem na drogę, a ja usiłuję sobie przypomnieć, jak się oddycha.

– Dlaczego chciałaś spróbować?

Wzruszam ramionami.

– Pomyślałam, że wszystko mi jedno.

– Mam ci sporządzić listę czynów niemoralnych? – pyta mój brat. Nie odpowiadam. Po chwili Jesse spogląda na mnie. – Posłuchaj: nie robisz nic złego.

Zatrzymujemy się na szpitalnym parkingu.

– Dobre to też nie jest – zauważam.

Jesse wyłącza silnik, ale nie rusza się z miejsca.

– Wzięłaś pod uwagę, że jaskini strzeże smok?

Mrużę oczy.

– Mów po ludzku.

– Tak sobie myślę, że mama śpi dziś mniej więcej dwa metry od łóżka Kate.

Cholera jasna. Nie chodzi o to, że mama mnie stamtąd wyrzuci, ale też z całą pewnością nie zostawi mnie z Kate sam na sam. A tego pragnę w tym momencie bardziej niż czegokolwiek na świecie. Jesse przygląda mi się.

– Wizyta u Kate wcale nie poprawi ci nastroju.

Nie potrafię mu wytłumaczyć, dlaczego muszę wiedzieć, że Kate czuje się dobrze, przynajmniej w tej chwili. Muszę, choć przecież sama podjęłam decyzję, która sprawi, że Kate przestanie mieć się dobrze.

Tym razem jednak ktoś mnie rozumie. Chociaż raz w życiu czuję, że ktoś mnie rozumie.

– Zajmę się tym – mówi Jesse, wyglądając przez szybę.

Miałam jedenaście lat, a Kate czternaście. Trenowałyśmy razem, żeby dostać się do księgi rekordów Guinnessa. Byłyśmy pewne, że nie ma w niej jeszcze dwóch sióstr, które potrafią jednocześnie stanąć na głowach i wytrzymać tak długo, aż policzki im zsinieją, a przed oczami zaczną latać czerwone plamy. Kate była leciutka jak wróbelek, ręce i nogi miała cienkie jak nitki makaronu. Kiedy kucnęła i odbiła się nogami od podłogi, wyglądała równie wdzięcznie jak pająk idący po ścianie. Ja musiałam walczyć z grawitacją; nie obyło się bez hałasu i łomotu.

Przez chwilę w ciszy łapałyśmy równowagę.

– Chciałabym mieć bardziej płaską głowę – powiedziałam. Czułam wyraźnie, jak brwi marszczą mi się i opadają. – Jak myślisz, czy ktoś przyjdzie tutaj, żeby zmierzyć nam czas, czy może wystarczy wysłać im kasetę wideo?

– Sami wszystko nam powiedzą. – Kate wyciągnęła skrzyżowane ręce na dywanie.

– A będziemy bardzo sławne?

– Możemy nawet wystąpić w programie „Today”. Widziałam tam raz chłopaka, który grał na fortepianie nogami. Miał jedenaście lat. – Zamyśliła się na chwilę. – Jednemu znajomemu mamy zleciał na głowę fortepian, który wypadł z okna. Śmierć na miejscu.

– Bujasz. Po co ktoś miałby wyrzucać fortepian przez okno?

– To prawda. Sama ją zapytaj. I wcale nikt go nie wyrzucał, wręcz odwrotnie – chcieli go wstawić do mieszkania. – Skrzyżowała też nogi. Wyglądało to tak, jakby leżała do góry nogami na ścianie. – Jak myślisz, jaka śmierć jest najlepsza?

– Nie chcę o tym rozmawiać – powiedziałam.

– Dlaczego? Przecież ja umieram. A ty to co? – Zmarszczyłam brwi, a Kate dokończyła: – Ty też umierasz. – Wyszczerzyła zęby. – Ja po prostu mam do tego większy talent niż ty.

– Głupia rozmowa. – Zaczynałam mieć dość tego tematu, a wiedziałam, że od tego dnia będzie mnie on męczyć już zawsze.

– Katastrofa lotnicza? – zastanawiała się na głos Kate. – Na pewno do chrzanu jest ten moment, kiedy nagle dociera do ciebie, że spadasz… Ale szybko jest po wszystkim, a po tobie nie zostaje nawet ślad. Jak to się dzieje, że w takich katastrofach ludzie wyparowują, ale na drzewach zostają ich ubrania? A te czarne skrzynki?

Czułam, jak krew zaczyna pulsować mi w skroniach.

– Zamknij się, Kate.

Kate osunęła się po ścianie i usiadła na podłodze. Twarz miała czerwoną.

– Można wykitować we śnie, ale to jest nuda…

– Zamknij się – powtórzyłam. Byłam zła, bo wytrzymałyśmy tylko ze dwadzieścia dwie sekundy; wiedziałam, że teraz trzeba będzie zaczynać bicie naszego rekordu od początku. Z powrotem stanęłam na głowie, walcząc ze skołtunionymi włosami, które zasłoniły mi całą twarz. – Normalny człowiek nie myśli bez przerwy o tym, jak i kiedy umrze.

– Kłamiesz. Wszyscy o tym myślą.

– Wszyscy myślą o tym, kiedy ty umrzesz – odpowiedziałam.

Zapadła cisza tak głęboka, że aż przyszło mi na myśl, że mogłybyśmy ustanowić inny siostrzany rekord, we wstrzymywaniu oddechu.

Wreszcie Kate uśmiechnęła się drżącymi ustami.

– No – spojrzała na mnie – przynajmniej raz w życiu powiedziałaś prawdę.

Jesse wsuwa mi do ręki banknot dwudziestodolarowy. To na taksówkę do domu. On nie będzie mógł wrócić samochodem; plan, który wymyślił, ma właśnie taki mankament. Wchodzimy na ósme piętro po schodach, zamiast wjechać windą, bo drzwi windy otwierają się prosto na punkt pielęgniarski, a z klatki schodowej wychodzi się dalej, za nim. Jesse wpycha mnie do bieliźniarki, gdzie na półkach leżą plastikowe poduszki i pościel ze stemplami z nazwą szpitala. Chwyta za klamkę, żeby zamknąć za mną drzwi.

– Czekaj. – Łapię go za rękaw. – Skąd będę wiedzieć, że mogę już wyjść?

Jesse parska śmiechem.

– O to już się nie martw. Zauważysz.

Wyjmuje z kieszeni srebrną piersiówkę. Poznaję ją; to ta, którą tata dostał w prezencie od swojego dowódcy. Wsiąkła gdzieś trzy lata temu. Tata myśli, że ją zgubił. Zdjąwszy nakrętkę, Jesse zalewa sobie całą koszulę alkoholem, po czym rusza przed siebie korytarzem. Właściwie określenie „rusza przed siebie” jest bardzo dalekie od tego, jak naprawdę to wygląda: Jesse zatacza się od ściany do ściany, udaje mu się nawet wywrócić wózek ze szczotkami, ścierkami i płynami do czyszczenia.

– Mamo! – wrzeszczy. – Mamo, gdzie jesteś?

Jest zupełnie trzeźwy, ale trzeba przyznać, że udaje po mistrzowsku. Przypomina mi się, że nieraz w nocy widziałam przez okno, jak rzyga pod rododendron na podwórku. Ciekawe, czy wtedy to też było na pokaz?

Nagle korytarz roi się od pielęgniarek, które wylatują ze swojego punktu jak pszczoły z ula. Zaczynają szarpać się z chłopakiem dwa razy od nich młodszym i trzy razy silniejszym. Podczas szamotaniny Jesse łapie się najwyższej półki regalika na bieliznę pościelową i przewraca go. Huk jest taki, że aż dzwoni mi w uszach. Odzywają się sygnały wezwania; elektryczna tablica na biurku pielęgniarek dzwoni jak centralka telefoniczna, ale cała nocna zmiana, trzy kobiety, walczy z Jessem, który kopie dookoła i młóci na oślep rękami.

W drzwiach do pokoju Kate staje mama. Oczy ma czerwone i zapuchnięte. Na widok Jessego staje jak wryta; biedaczka, właśnie zrozumiała, że same problemy z Kate to nie wszystko, że może być jeszcze gorzej. Jesse zarzuca głową w jej stronę niczym wielki rogaty buhaj, a jego twarz rozpływa się w szerokim uśmiechu.

– Cześć, mamciu. – Szczerzy się.

– Przepraszam – zwraca się mama do pielęgniarek.

Jesse prostuje się i podchodzi bliżej, zataczając się. Nieskoordynowanym ruchem zarzuca jej ręce na szyję. Mama zamyka oczy.

– W stołówce podają kawę – sugeruje jedna z pielęgniarek. Mama ze wstydu nawet nie sili się na odpowiedź, tylko rusza w stronę wind, ciągnąc za sobą Jessego przylepionego do jej ramienia jak skorupiak do kadłuba okrętu. Raz za razem naciska przycisk przywołania, jakby to mogło sprawić, że drzwi otworzą się szybciej.

Kiedy już ich nie ma, sprawa jest dziecinnie prosta. Jedna pielęgniarka biegnie szybko na wezwanie do pacjenta, a dwie wracają na swoje miejsca i ściszonym głosem dzielą się uwagami na temat Jessego i mojej biednej mamy, zupełnie jakby wymieniały się znaczkami. Nawet nie spojrzą w moją stronę. Wymykam się z bieliźniarki, biegnę na palcach korytarzem i zakradam się do pokoju, w którym leży siostra.

Zdarzyło się pewnego roku, że na Święto Dziękczynienia Kate akurat nie leżała w szpitalu. Mogliśmy wtedy udawać prawdziwą rodzinę. Obejrzeliśmy transmisję parady z Nowego Jorku, na której niespodziewany powiew wiatru porwał jeden z tych gigantycznych balonów i rzucił go na słup sygnalizacji świetlnej. Do indyka podano sos domowej roboty. Mama postawiła na stole talerzyk z kostką z mostka ptaka, którą przełamuje się, myśląc życzenie. Zgodnie ze zwyczajem Kate i ja miałyśmy przełamać się tą kostką, a ta, której został w ręce dłuższy kawałek, mogła liczyć na to, że jej życzenie się spełni. Zanim jeszcze zdążyłam dobrze chwycić, mama nachyliła mi się do ucha i szepnęła: „Wiesz, czego sobie życzyć”. Zamknęłam więc oczy i z całych sił myślałam o tym, żeby u Kate nastąpiła remisja, chociaż z początku miałam zupełnie inne życzenie: chciałam dostać discmana. Kiedy Kate wygrała, poczułam złośliwą satysfakcję.

Po świątecznym obiedzie wyszliśmy we trójkę z tatą na dwór i graliśmy na trawniku w futbol, dwoje na dwoje. Mama została w domu, żeby pozmywać naczynia. Zanim skończyła i wyszła do nas, ja i Jesse zdążyliśmy już dwa razy ograć tatę i Kate.

– Uszczypnijcie mnie – powiedziała zimnym głosem – bo ja chyba śnię.

Nie musiała nic dodawać. Wszyscy nieraz widzieliśmy, jak Kate przewraca się jak każde normalne dziecko, a wstaje zalana krwią jak bardzo chory człowiek.

– Nie bój się, Saro. – Tata uśmiechnął się do niej, tak jasno i promiennie, jakby włożył sobie świeże baterie. – Kate jest ze mną w drużynie. Nie dam jej skosić.

Pomaszerował dumnym krokiem do mamy, wziął ją w ramiona i pocałował. Pocałunek był tak mocny i trwał tak długo, że poczułam, jak na twarz występują mi rumieńce; byłam pewna, że sąsiedzi wszystko widzą. Kiedy tata podniósł głowę, oczy mamy miały kolor, którego nie widziałam u niej nigdy wcześniej ani nigdy później.

– Zaufaj mi – powiedział i rzucił piłkę do Kate.

Mam kilka wspomnień z tego dnia. Pamiętam, że ziemia szczypała lekko, kiedy się na niej usiadło – pierwsza zapowiedź nadchodzącej zimy. Pamiętam starcia z tatą. Kiedy mnie przewracał, zawsze podpierał się na rękach, żeby mnie nie przygnieść; czułam tylko cudowne ciepło jego ciała. Pamiętam, jak mama kibicowała równie gorąco obu drużynom.

I pamiętam też, jak podałam piłkę do Jessego, ale Kate przejęła ją w locie. Jeszcze dziś widzę bezbrzeżne zdumienie malujące się na jej twarzy, kiedy chwyciła piłkę. Tata krzyknął, żeby biegła po przyłożenie. Kate pomknęła jak strzała i byłoby się jej udało, gdyby Jesse nie rzucił się na nią od tyłu, przygniatając całym swoim ciężarem do ziemi.

W tym momencie wszystko zamarło. Kate leżała bez ruchu, z rozrzuconymi rękami i nogami. Tata w okamgnieniu był już przy niej i odepchnął Jessego.

– Co ty wyprawiasz, do cholery!

– Zapomniałem!

– Gdzie cię boli? Możesz usiąść? – dopytywała się mama.

Ale kiedy Kate przewróciła się na plecy, zobaczyliśmy, że się śmieje.

– Nic mnie nie boli. Jakie to cudowne!

Rodzice spojrzeli po sobie. Żadne z nich nie zrozumiało, o co chodzi Kate, za to ja i Jesse dobrze ją rozumieliśmy: kimkolwiek się jest, zawsze gdzieś w głębi duszy tli się pragnienie, żeby być kimś innym. A kiedy, choćby na ułamek sekundy, to pragnienie się spełnia, dzieje się cud.

– Zapomniał – powiedziała Kate w powietrze, wyciągnięta na plecach, uśmiechając się promiennie do wszystkowidzącego słońca, błyszczącego na chłodnym listopadowym niebie.

W szpitalu nigdy nie jest całkiem ciemno. Nad łóżkiem pacjenta zawsze błyszczy jakaś tabliczka, jak światła na lądowisku. Jest tam zresztą w tym samym celu – żeby pielęgniarki i lekarze trafili do chorego, w razie gdyby coś się stało. Setki razy widziałam Kate w identycznym łóżku; tylko rurki i przewody się zmieniają. Zawsze wygląda na mniejszą, niż ją zapamiętałam.

Siadam na pościeli, bardzo delikatnie. Sine żyły na szyi i klatce piersiowej Kate są jak mapa drogowa, jak autostrady donikąd. Wmawiam sobie, że widzę te złowrogie komórki białaczkowe krążące w jej krwiobiegu jak ohydne plotki.

Nagle Kate otwiera oczy. Ze strachu o mało co nie spadam z łóżka. Scena jak z „Egzorcysty”.

– Anna? – pyta Kate, patrząc prosto na mnie. Już bardzo dawno nie widziałam, żeby aż tak się bała. Ostatni raz to było chyba wtedy, gdy Jesse wmówił nam, że pod naszym domem przez pomyłkę zakopano kości starego Indianina, a jego duch wrócił i krąży wokół śmiertelnych szczątków.

Kiedy umrze czyjaś siostra, to czy taki ktoś przestaje wtedy mówić: „Mam siostrę”? A może siostra to zawsze siostra, bez względu na to, czy to siostrzane równanie ma jedną czy dwie strony?

Wślizguję się na łóżko, które jest wąskie, ale nie aż tak, żebyśmy nie mogły się na nim zmieścić we dwie. Kładę głowę na piersi Kate, tak blisko cewnika, że widzę płyn, który wsącza się przez rurkę do jej żył. Jesse wcale nie wie, o co chodzi. Nie przyszłam do Kate po to, żeby poprawić sobie nastrój. Przyszłam dlatego, że bez niej nie potrafię sobie przypomnieć, kim jestem.

CZWARTEK

Mówię ci, że gwiazdy ślą złowieszcze sygnały,

A ty, gdybyś była rozsądna,

Nie odwracałabyś się do mnie ze słowami:

„Ta noc jest cudowna”.

D.H. Lawrence, „Pod dębem”

BRIAN

Kiedy przychodzi wezwanie, z początku nigdy nie wiadomo, czy jedziemy gasić wulkan czy ognisko. Dziś w nocy światło na piętrze remizy zapaliło się o godzinie drugiej czterdzieści sześć. Włączył się też sygnał alarmowy, ale on tak naprawdę nigdy do mnie nie dociera. Nim upłynęło dziesięć sekund, byłem już ubrany i wyszedłem z pokoju. W dwudziestej sekundzie wciskałem się w kombinezon, miałem na ramionach długie elastyczne szelki od spodni, a na plecach żółwią skorupę kurtki. Pod koniec drugiej minuty od włączenia alarmu nasz wóz pędził już ulicami Upper Darby. Prowadził Cezar. Z tyłu siedzieli Paulie, ratownik, i Red, odpowiedzialny za obsługę hydrantu.

Kilka chwil później zaczęliśmy racjonalnie myśleć. Sprawdziliśmy aparaty tlenowe, naciągnęliśmy rękawice. Zadzwonił dyspozytor i podał adres: Hoddington Drive. Paliła się albo konstrukcja budynku, albo pokój i sprzęty domowe. Poleciłem Cezarowi skręcić w lewo. Hoddington to zaledwie osiem przecznic od mojego domu.

Dom przypominał paszczę smoka ziejącego ogniem. Cezar objechał budynek dookoła, żebym mógł obejrzeć go z trzech stron. Wysypaliśmy się z wozu i przez jedną chwilę mierzyliśmy wzrokiem ogień, czterech Dawidów naprzeciwko Goliata.

– Podaj wodę do dwuipółcalowego węża – poleciłem operatorowi motopompy, którym dzisiaj był także Cezar.

Podbiegła do mnie kobieta ubrana jedynie w koszulę nocną, zapłakana, z trójką dzieci uczepionych rąbka jej ubrania.

– iMija! – krzyknęła przeraźliwie, wymachując ręką. – iMija!

– Dónde está? – Stanąłem wprost przed nią, tak żeby nie widziała nic oprócz mojej twarzy. – Cuantos años tiene?

Wskazała okno na drugim piętrze.

– Tres – załkała.

– Kapitanie – zawołał Cezar. – Jesteśmy gotowi.

Usłyszałem zbliżające się wycie syreny drugiego wozu, naszego wsparcia.

– Red, wybij otwór do oddymiania w północno – wschodnim narożniku dachu. Paulie, zabierz się do gaszenia, kiedy tylko będzie można. Na drugim piętrze jest mała dziewczynka. Idę po nią.

To nie była krótka piłka, tak jak na filmach, gdzie główny bohater rzuca się bohatersko w płomienie i wychodzi z nich z Oscarem. Gdybym po wejściu do budynku stwierdził, że runęły schody… Że konstrukcja grozi zawaleniem… Że temperatura jest już tak wysoka, że wszystko zajmuje się ogniem… Wtedy byśmy się wycofali. Bezpieczeństwo ratownika ma pierwszeństwo przed bezpieczeństwem ofiary.

Zawsze.

Jestem tchórzem. Bywa, że po pracy zostaję w remizie. Zamiast jechać od razu prosto do domu, zwijam węże albo parzę świeżą kawę dla kolegów z następnej zmiany. Często zastanawiałem się, dlaczego najlepiej odpoczywam w miejscu pracy, pracy, której specyfika polega na tym, że bardzo często zrywam się z łóżka dwa albo trzy razy w ciągu nocy. I chyba już wiem dlaczego: tutaj, w remizie, nie muszę się martwić, że zdarzy się jakiś wypadek, bo wypadki mają to do siebie, że się zdarzają. Kiedy przekraczam próg domu, zaczynam się przejmować na zapas – tym, co może się wydarzyć.

Kiedy Kate była w drugiej klasie, narysowała kiedyś obrazek przedstawiający strażaka z aureolą dookoła głowy. Powiedziała przy całej klasie, że jej tata będzie musiał pójść do nieba, bo gdyby poszedł do piekła, to zgasiłby tam wszystkie ognie.

Wciąż jeszcze mam ten obrazek.

Wbijam tuzin jajek do miski i sięgam po ubijaczkę. Bekon na patelni zaczyna skwierczeć, a blacha już się grzeje; dziś na śniadanie będą omlety. Strażacy jedzą razem – a przynajmniej siadają razem do stołu, bo z reguły kiedy tylko zaczynają jeść, po chwili zaczyna wyć alarm. Chcę zrobić frajdę moim chłopcom, którzy w tej chwili zmywają z siebie pod prysznicem wspomnienia dzisiejszej nocy. Słyszę za sobą kroki.

– Przystaw sobie krzesło – wołam przez ramię, nie oglądając się. – Zaraz będzie gotowe.

– Dziękuję serdecznie, ale nie skorzystam – słyszę kobiecy głos. – Nie chcę się narzucać.

Odwracam się z łopatką w ręce. Dźwięk kobiecego głosu w tym miejscu to niecodzienne zjawisko. Niezwykłości dodaje mu jeszcze fakt, że właścicielka głosu zjawiła się w remizie tak wcześnie rano, zaledwie kilka minut przed siódmą. Jest niewysoka, a burza jej loków przywodzi mi na myśl pożar lasu. Na palcach migoczą niezliczone srebrne pierścionki.

– Kapitan Fitzgerald? Witam. Jestem Julia Romano, kurator procesowy wyznaczony do sprawy Anny.

Słyszałem o niej od Sary: to jest kobieta, której będzie słuchać sędzia, kiedy przyjdzie co do czego.

– Pięknie pachnie. – Uśmiecha się do mnie, podchodząc i wyjmując mi z ręki łopatkę. – Kiedy ktoś robi jedzenie, nie mogę spokojnie się przyglądać. Muszę pomagać. Mam taką wadę genetyczną. – Szpera w lodówce i wyciąga ostatnią rzecz, jaka przyszłaby mi do głowy: słoik chrzanu. – Chciałam poprosić pana o kilka minut rozmowy.

– Nie ma sprawy.

Chrzan?

Julia Romano wrzuca sporą łyżkę chrzanu do ubitych jajek. Z półki w przyprawami zdejmuje skórkę pomarańczową i chili, dosypuje do mieszanki.

– Jak się czuje Kate? – pyta.

Wylewam na blachę porcję ciasta, czekam, aż pojawią się bąbelki. Odwracam omlet; pod spodem jest równo przypieczony na brąz. Jest rano, ale zdążyłem już porozmawiać z Sarą. Kate miała spokojną noc, w przeciwieństwie do mojej żony. Ale to nic takiego. To był tylko Jesse.

Podczas pożaru budynku zawsze następuje jeden moment krytyczny, kiedy albo uda się opanować ogień, albo to ogień opanuje wszystko, czego tylko dotknie. Z sufitu zaczynają odpadać płaty farby, klatka schodowa pożera żywcem samą siebie, dywan z włókna syntetycznego klei się do butów i tak po kolei, aż w końcu trzeba się wycofać i przypomnieć sobie starą prawdę, że każdy ogień musi kiedyś się wypalić, nawet bez naszej pomocy.

Teraz właśnie nadszedł taki czas, kiedy ogień otoczył mnie z sześciu stron. Wprost przed sobą mam chorą Kate. Za mną stoją Anna i jej adwokat. Jesse, kiedy nie pije na umór, to dla odmiany ćpa. Sara desperacko szuka ratunku. Co więc robię? Chowam się za moim sprzętem. Ręce mam pełne haków, łomów, żelaznych drągów – narzędzi przeznaczonych do niszczenia, gdy tymczasem najbardziej jest mi potrzebna solidna lina, którą mógłbym powiązać nas wszystkich w jedną całość.

– Kapitanie… Brian! – krzyk Julii Romano odrywa mnie od własnych myśli i ponownie jestem na środku kuchni szybko wypełniającej się dymem. Julia podbiega i spycha z blachy przypalone ciasto.

– Boże! – Wrzucam do zlewu zwęglony krążek, który niedawno był omletem. Po chwili dobiega mnie stamtąd jego wściekły syk. – Przepraszam.

Dziwną moc ma to słowo; potrafi w mgnieniu oka odmienić cały krajobraz, jak zaklęcie „Sezamie, otwórz się!”.

– Dobrze, że są jeszcze jajka – mówi Julia Romano.

W płonącym domu trzeba kierować się szóstym zmysłem, bo inne zawodzą. Nic nie widać w gęstym dymie. Nic nie słychać, bo huk ognia zagłusza wszystko. Niczego nie wolno dotykać, bo to grozi śmiercią.

Przede mną postępował Paulie z sikawką w rękach. Kilku kolegów pomagało mu taszczyć gruby, nabrzmiały wodą wąż. Dla jednego człowieka byłby to ciężar ponad siły. Oczyściliśmy schody i weszliśmy po nich na piętro. Ogień nawet nas nie liznął. Chcieliśmy wypchnąć go przez tę dziurę w dachu, którą wybił Red. Jak u każdej uwięzionej istoty, tak i tutaj działa naturalny instynkt – ogień chce uciekać.

Ruszyłem na czworakach wzdłuż korytarza. Matka powiedziała mi, że to będą trzecie drzwi po prawej. Ogień przemykał się pod sufitem, po drugiej stronie korytarza; uciekał w stronę otworu. Kiedy zaatakowano go pianą, gęsty biały opar pochłonął moich kolegów.

Drzwi do sypialni dziewczynki były otwarte. Wpełzłem do środka, wołając małą po imieniu. Niczym magnes przyciągnął mnie duży kształt majaczący pod oknem, ale okazało się, że to tylko olbrzymi pluszowy miś. Zajrzałem do szaf i pod łóżko. Nikogo.

Wróciłem na korytarz, potykając się o wąż gruby niczym pięść dorosłego mężczyzny. Człowiek potrafi myśleć, ogień nie. Można przewidzieć, którędy pójdzie ogień; zachowania dziecka przewidzieć nie sposób. Dokąd ja bym uciekał, gdybym umierał ze strachu?

Zacząłem szybko przeglądać pokoje, jeden po drugim. Pierwszy był cały różowy – pokój dziecięcy. W drugim na podłodze i na piętrowych łóżkach leżało mnóstwo małych samochodzików. Trzecie drzwi nie prowadziły do pokoju, tylko do schowka. Sypialnia rodziców znajdowała się na drugim końcu korytarza.

Gdybym był dzieckiem, chciałbym do mamy.

W tej sypialni kłębił się gęsty czarny dym, którego nie było w innych pokojach. Ogień wypalił szczelinę pod drzwiami. Otworzyłem je, świadomy tego, że wchodząc, wpuszczam powietrze, czego robić nie wolno, ale nie miałem wyjścia.

Tak jak się spodziewałem, próg, przedtem ledwo się tlący, buchnął płomieniem, który momentalnie wypełnił prostokąt drzwi. Wbiegłem do środka jak szarżujący byk. Czułem, jak drobinki żaru spadają mi na hełm i kurtkę.

– Luisa! – zawołałem. Macając rękami ściany, obszedłem cały pokój, znalazłem szafę, uderzyłem w drzwi. Jeszcze raz wykrzyknąłem imię dziewczynki.

Ze środka dobiegło stuknięcie, ciche, lecz wyraźne.

– Możemy mówić o szczęściu. – Julia Romano na pewno nie spodziewała się usłyszeć ode mnie czegoś takiego. – Kiedy zanosi się na dłuższy pobyt w szpitalu, siostra Sary opiekuje się dziećmi. Przy krótszych wymieniamy się. Sara zostaje z Kate w szpitalu, a ja siedzę z dziećmi, albo na odwrót. Teraz mamy łatwiej, bo są już na tyle duże, że mogą zostawać same.

Julia zapisuje coś w notesie. Nachodzi mnie nieprzyjemna myśl, od której aż zaczynam wiercić się na krześle. Anna ma dopiero trzynaście lat – a jeśli to za mało, żeby zostawać samej w domu? Być może takie jest zdanie opieki społecznej, ale oni nie znają Anny, która okres dojrzewania ma już dawno za sobą.

– Czy z Anną wszystko w porządku? – pyta Julia.

– Gdyby tak było, nie pozwałaby nas chyba do sądu – odpowiadam z wahaniem. – Sara twierdzi, że Annie brakuje naszej troski.

– A pan co o tym myśli?

Żeby zyskać na czasie, nabieram widelcem porcję omleta. Chrzan okazał się nadzwyczaj dobrym dodatkiem. Podkreślił smak skórki pomarańczowej. Mówię o tym Julii.

Julia kładzie serwetkę obok swojego talerza.

– Nie odpowiedział pan na moje pytanie.

– Bo nie było wcale proste. – Odkładam sztućce, bardzo ostrożnie. – Ma pani brata albo siostrę?

– I to, i to. Sześciu starszych braci i siostrę bliźniaczkę.

Gwiżdżę z podziwem.

– Ma pani cierpliwych rodziców.

Wzruszenie ramionami.

– To dobrzy katolicy. Nie wiem, jak im się to udało, ale nigdy żadne z nas nie czuło się zaniedbane.

– Zawsze tak pani uważała? – pytam. – A może jako dziecko miała pani jednak wrażenie, że rodzice mają swoich ulubieńców?

Przez jej twarz przemyka ledwo uchwytny cień. Czuję wyrzuty sumienia, że postawiłem ją w niezręcznej sytuacji.

– Wiadomo, że każde z dzieci trzeba kochać jednakowo, ale nie zawsze się to udaje – mówię, wstając z krzesła. – Ma pani jeszcze trochę czasu? Chciałbym pani kogoś przedstawić.

Zeszłej zimy wezwano nas do człowieka, który mieszkał pod miastem. Znalazł go robotnik wynajęty do przekopania drogi przed jego domem i to właśnie on zadzwonił po pomoc. Wszystko wskazywało na to, że poprzedniego wieczoru mężczyzna poślizgnął się, wysiadając z samochodu, upadł i przymarzł do żwirowego podjazdu. Robotnik myślał, że to zaspa i mało brakowało, a najechałby na niego.

Kiedy zjawiliśmy się na miejscu, mężczyzna leżał na mrozie już ósmą godzinę. Zmarzł na kość i przypominał sopel lodu, a na dodatek nie można było wyczuć pulsu. Nogi miał zgięte w kolanach; pamiętam, że kiedy w końcu oderwaliśmy go od ziemi i ułożyliśmy na noszach, jego nogi sterczały w górze. Zanieśliśmy go do karetki, maksymalnie rozkręciliśmy ogrzewanie i zaczęliśmy rozcinać na nim ubranie. Zanim zdążyliśmy wypełnić formularze potrzebne do wezwania pogotowia i odesłania go do szpitala, facet usiadł o własnych siłach i zaczął z nami rozmawiać.

Dlaczego wam o tym opowiedziałem? Żebyście wiedzieli, że cuda się zdarzają – niezależnie od waszych przekonań.

To, co teraz powiem, zabrzmi banalnie, ale to prawda: zostałem strażakiem przede wszystkim po to, żeby ratować ludzi. Tak więc kiedy wyszedłem już z płonącego domu, niosąc w ramionach małą Luisę, przepełniało mnie poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Dziewczynka słaniała się na nogach. Ratownik z ekipy pogotowia, która przyjechała w drugim wozie, musiał podać jej tlen. Kasłała i była w szoku, ale wyglądało na to, że dojdzie do siebie.

Ogień prawie już wygasł; chłopcy weszli do środka, żeby się zorientować, co da się jeszcze uratować. Dym przesłonił nocne niebo ciemnym welonem; szukałem Skorpiona, ale nie mogłem dostrzec ani jednej gwiazdy z tej konstelacji. Zdjąłem rękawice i przetarłem oczy, które, jak wiedziałem, będą mnie piec jeszcze przez długi czas.

– Dobra robota – powiedziałem do Reda, który zwijał wąż.

– Udana akcja ratownicza, kapitanie! – zawołał w odpowiedzi.

Poszłoby lepiej, rzecz jasna, gdybym znalazł Luisę w pokoju dziecinnym, tak jak mówiła jej matka. Z dziećmi jest jednak taki kłopot, że nigdy nie ma ich tam, gdzie powinny być. Zanim się człowiek obejrzy, już mała jest w szafie, choć jeszcze przed chwilą była w sypialni; zanim się człowiek obejrzy, już ma trzynaście lat, choć jeszcze przed chwilą miała trzy. Bycie rodzicem to coś podobnego do tropienia śladów; rodzic nieustannie śledzi swoje dziecko i może mieć tylko nadzieję, że nie zniknie mu ono z oczu na dobre, że zawsze będzie mógł przewidzieć jego następny ruch. Zdjąłem hełm i poruszyłem zesztywniała szyją, przyglądając się szkieletowi budynku, który kiedyś był domem. Nagle poczułem na dłoni dotyk czyichś palców. Stała przede mną kobieta, która tutaj mieszkała. W oczach miała łzy, a w ramionach wciąż jeszcze tuliła swoje najmłodsze dziecko. Reszta gromadki siedziała w naszym wozie pod okiem Reda. Kobieta, nie mówiąc ani słowa, uniosła moją dłoń do ust. Po jej policzku przesunął się rękaw mojej kurtki, zostawiając czarny pas sadzy.

– Nie ma za co – powiedziałem.

W drodze powrotnej do remizy poprosiłem Cezara, żeby nadłożył trochę drogi, tak byśmy przejechali moją ulicą. Jeep Jessego stał przed domem, na moim miejscu. W żadnym z okien nie paliło się światło. Wyobraziłem sobie Annę leżącą w łóżku z kołdrą naciągniętą aż pod samą brodę; wyobraziłem sobie puste łóżko Kate.

– Już, Fitz? – zapytał Cezar.

Wóz ledwie się toczył, a na wysokości mojego podjazdu niemalże przystanął.

– Już – powiedziałem. – Wracamy do jednostki.

Zostałem strażakiem po to, żeby ratować ludzi, ale żałuję, że nie byłem bardziej konkretny. Trzeba było ułożyć listę osób, które chciałem uratować.

JULIA

Samochód Briana Fitzgeralda jest pełen gwiazd. Na siedzeniu pasażera leżą mapy nieba, za przednią szybą – tabele. Tylne siedzenie to minigaleria kserokopii zdjęć mgławic i planet.

– Przepraszam. – Mój rozmówca czerwienieje. – Nie spodziewałem się, że ktoś będzie dziś ze mną jechał.

Pomagając mu uprzątnąć siedzenie dla mnie, biorę do ręki mapę złożoną z malutkich punkcików.

– Co to jest? – pytam.

– Atlas nieba. – Brian wzrusza ramionami. – Takie hobby.

– Kiedy byłam mała, postanowiłam nadać wszystkim gwiazdom na niebie imiona moich krewnych. Przerażające jest to, że zasnęłam, zanim doszłam do końca ich listy.

– Anna tak naprawdę nazywa się Andromeda. To jedna z galaktyk.

– Fajnie. Lepiej mieć imię po galaktyce niż po jakimś świętym patronie – myślę na głos. – Kiedyś zapytałam mamę, dlaczego gwiazdy świecą. Odpowiedziała, że gwiazdy to latarenki, które Bóg ustawił dla aniołków, żeby nie pogubiły się w niebie, ale kiedy zapytałam tatę o to samo, usłyszałam coś o gazach. Nie wiem, jakim sposobem połączyłam obie te rzeczy, ale wyszło mi, że Bóg karmi aniołki zepsutym jedzeniem, po którym w środku nocy muszą po kilka razy latać do łazienki.

Brian wybucha głośnym śmiechem.

– No proszę. A ja tłumaczyłem moim dzieciakom, na czym polega synteza jądrowa.

– Udało się?

Brian zastanawia się przez chwilę.

– Wydaje mi się, że każde z nich z zamkniętymi oczami znalazłoby na niebie Wielki Wóz.

– Jestem pod wrażeniem. Dla mnie wszystkie gwiazdy są identyczne.

– To wcale nie jest takie trudne. Wystarczy wiedzieć, jak wygląda fragment gwiazdozbioru, dajmy na to Pas Oriona, i nagle okazuje się, że bardzo łatwo jest rozpoznać Rigela w stopie gwiezdnego myśliwego i Betelgezę na ramieniu. – Brian przerywa na moment, jakby się wahał. – Ale i tak dziewięćdziesiąt procent materii we Wszechświecie jest niewidoczne.

– W takim razie skąd wiadomo, że w ogóle istnieje?

Przystajemy na czerwonym świetle.

– Ciemna materia wytwarza pole grawitacyjne. Nie można jej zobaczyć ani wyczuć, ale można zaobserwować, jak przyciąga wszystko inne.

Wczoraj wieczorem, dziesięć sekund po wyjściu Campbella, Izzy wmaszerowała do salonu. Siedziałam na kanapie i właśnie nabierałam tchu, żeby wydać z siebie rozdzierający, ale i oczyszczający jęk; jest to cenna technika, którą każda kobieta powinna stosować w celach terapeutycznych co najmniej raz podczas cyklu księżycowego.

– No tak – powiedziała moja siostra oschłym tonem. – Jak widać, łączą was wyłącznie stosunki zawodowe.

– Podsłuchiwałaś? – Skrzywiłam się.

– Przepraszam, że masz w mieszkaniu takie cienkie ściany, przez które dokładnie było słychać wasze szczebioty.

– Jeśli chcesz mi coś powiedzieć – poradziłam jej – to mów.

– Ja? – Izzy zmarszczyła brwi. – A czy to moja sprawa?

– Masz rację. Nie twoja.

– No właśnie. Zachowam więc moje zdanie dla siebie.

Przewróciłam oczami.

– Gadaj.

– Już myślałam, że nigdy nie zapytasz. – Izzy usiadła na kanapie obok mnie. – Coś ci powiem. Kiedy komar widzi to piękne fioletowe światło, bijące od elektrycznej muchołapki, z początku wydaje mu się, że to sam Bóg. Ale za drugim razem jest już mądrzejszy i wie, że trzeba wziąć nogi za pas.

– Po pierwsze, nie porównuj mnie do komara. Po drugie, komary nie biegają, tylko latają, więc nie mogą wziąć nóg za pas. Po trzecie, drugiego razu nie ma, bo komar nie żyje.

Izzy obdarzyła mnie lekkim uśmieszkiem.

– Jesteś obrzydliwie rzeczowa. Prawdziwy prawnik!

– Ale nie jestem muchą. Nie pozwolę Campbellowi się złapać na byle jaki lep.

– Więc poproś o przeniesienie.

– Sąd to nie wojsko. – Wzięłam poduszkę z kanapy i przytuliłam ją jak pluszowego misia. – Poza tym teraz już nie mogę tego zrobić, bo wyjdę przed nim na niedorajdę, która nie potrafi oddzielić życia zawodowego od jakiejś głupiej, szczeniackiej… przygody.

– Bo nie potrafisz – potrząsnęła głową Izzy – a ten facet to samolubny palant, który cię wyssie i wypluje. Ty jednak, swoją drogą, masz naprawdę potężne ciągoty do najgorszych okazów mężczyzny. Zawsze wybierzesz sobie takiego, przed którym trzeba uciekać jak najdalej. I wiesz co? Nie mam ochoty siedzieć przy tobie i słuchać, jak wmawiasz sobie, że nic nie czujesz do Campbella Alexandra, skoro od piętnastu lat liżesz rany, które ci zadał, bezskutecznie szukając kogoś na jego miejsce.

– No, no… – Spojrzałam na nią przeciągle.

Izzy wzruszyła ramionami.

– Wyszło na to, że ja też musiałam coś z siebie wyrzucić. I że było tego całkiem sporo.

– Nienawidzisz mężczyzn w ogóle czy tylko Campbella?

Izzy udała, że się zastanawia.

– Tylko Campbella – odpowiedziała po chwili.

Marzyłam o tym, żeby zostać sama, żeby móc rzucić o ścianę pilotem, wazonem, a najchętniej siostrą. Ale nie mogłam wyprosić Izzy z mieszkania, do którego wprowadziła się zaledwie kilka godzin temu. Wstałam więc i wzięłam z komódki klucze do drzwi.

– Wychodzę – powiedziałam jej. – Nie czekaj na mnie.

Nie jestem bardzo towarzyska, co poniekąd tłumaczy, dlaczego dotąd nie trafiłam do klubu „Kot Szekspira”, chociaż znajduje się on nie dalej niż cztery przecznice od mojego bloku. Wewnątrz było mroczno, panował tłok, a w powietrzu unosiła się mieszanina zapachu olejku goździkowego i olejku z paczuli. Przepchnęłam się do baru i opadłam na stołek. Obok mnie siedział jakiś facet. Uśmiechnęłam się do niego.

Byłam w takim nastroju, że mogłabym pójść do kina z kolesiem, który nie spytałby nawet, jak mi na imię, i dać mu się macać w ostatnim rzędzie. Miałam ochotę zobaczyć, jak trzech panów walczy o zaszczyt postawienia mi drinka.

Chciałam pokazać Campbellowi Alexandrowi, co stracił.

Mój sąsiad miał oczy koloru nieba, czarne włosy związane w koński ogon i uśmiech jak Cary Grant. Skinął mi uprzejmie głową, a potem odwrócił się do białowłosego mężczyzny, który siedział obok niego, i pocałował go prosto w usta. Rozejrzałam się i dopiero dotarło do mnie, co przegapiłam przy wejściu: bar był pełen facetów bez kobiet, a jakże, ale ci faceci tańczyli ze sobą, flirtowali i podrywali się nawzajem.

– Co podać? – Barman miał fryzurę koloru fuksji. Fioletowe włosy sterczały we wszystkie strony jak kolce jeżozwierza. W chrząstce nosa nosił kółko jak bawół.

– Czy to jest bar dla gejów?

– Nie. To jest kantyna oficerska na West Point. Mam ci czegoś nalać czy będziesz tak siedzieć?

Wskazałam palcem ponad jego ramieniem na butelkę tequili. Barman sięgnął po szklankę. Pogrzebałam w torebce i wyciągnęłam pięćdziesiąt dolarów.

– Całą – powiedziałam. Przyjrzałam się butelce, marszcząc brwi. – Założę się, że Szekspir nie miał żadnego kota.

– Coś cię gryzie? – zapytał barman.

Przyjrzałam mu się, mrużąc oczy.

– Ty nie jesteś gejem.

– Jestem, a jakże.

– Z mojego doświadczenia wynika, że gdybyś był homo, to miałbyś szanse mi się podobać. Tymczasem… – Rzuciłam okiem na zajętą sobą parkę obok i wzruszyłam ramionami, powróciwszy wzrokiem do barmana. Pobladł i oddał mi moją pięćdziesiątkę. Wsunęłam ją z powrotem do portfela. – Kto powiedział, że przyjaciół nie można kupić – mruknęłam pod nosem.

Trzy godziny później w barze byłam już tylko ja no i oczywiście Siedem. Tak nazywał się barman, a ściśle mówiąc, tak nazwał się w sierpniu zeszłego roku, kiedy postanowił zerwać z wszelkimi konotacjami związanymi z imieniem Neil. W imieniu Siedem, jak mi się zwierzył, podobało mu się to, że nie miało kompletnie żadnych skojarzeń.

– To może ja zmienię imię na Sześć – zaproponowałam, kiedy w mojej butelce widać już było dno – a ty na Dziewięć.

– Masz dość – powiedział Siedem, odstawiając ostatnią czystą szklankę. – Więcej nie pijesz.

– Nazywał mnie Perełką – przypomniałam sobie. Wystarczyło; natychmiast wybuchnęłam płaczem.

Perła to mały śmieć umieszczony we wnętrznościach małża. Niezwykłe rzeczy najprędzej można znaleźć tam, gdzie nikt ich nie szuka.

Ale Campbell był z tych, którzy szukają tam, gdzie nikt nie szuka. A potem odszedł, przypominając mi, że to, co znalazł, nie było warte jego czasu ani wysiłku.

– Kiedyś miałam różowe włosy – powiedziałam.

– A ja prawdziwą pracę – odrzekł Siedem.

– I co się stało?

Wzruszył ramionami.

– Ufarbowałem włosy na różowo.

A ty?

– Ja zapuściłam.

Siedem wytarł z kontuaru plamę tequili. Nie zauważyłam, że rozlałam alkohol.

– Nikt nigdy nie jest zadowolony z tego, co ma – powiedział.

Anna siedzi sama jak palec przy kuchennym stole i je płatki śniadaniowe. Jest zdumiona, widząc mnie razem z tatą wracającym z pracy, ale nie okazuje tego niczym poza lekkim rozszerzeniem źrenic.

– W nocy był pożar? – pyta ojca, marszcząc nos.

Brian podchodzi do stołu i przytula córkę.

– Był, i to spory.

– Podpalacz? – pyta Anna.

– Raczej nie. On wybiera opustoszałe budynki, a w tamtym było dziecko.

– Które uratował kapitan Fitzgerald – domyśla się Anna.

– A jakże – Brian spogląda w moją stronę. – Zabieram panią Julię do szpitala. Chcesz pojechać z nami?

Anna spuszcza wzrok.

– Nie wiem.

– Hej. – Brian ujmuje córkę pod brodę. – Nikt nie zabroni ci widywać się z Kate.

– Ale jak pojawię się w szpitalu, to też nikt nie oszaleje z radości – odpowiada Anna.

Dzwoni telefon. Brian odbiera, słucha przez chwilę, a jego twarz rozjaśnia szeroki uśmiech.

– Wspaniale. Cudownie. Jasne, zaraz do was jadę. – Oddaje słuchawkę Annie. – Mama chce z tobą rozmawiać. – Przeprasza i wychodzi się przebrać.

Anna waha się przez moment, w końcu bierze słuchawkę do ręki, garbiąc się, jakby chciała w ten sposób wytworzyć sobie chociaż odrobinkę przestrzeni osobistej.

– Halo? – mówi, a po chwili: – Naprawdę?

Rozmowa trwa krótko. Anna wraca do stołu i przełyka jeszcze jedną łyżkę płatków.

– Rozmawiałaś z mamą? – pytam, siadając po drugiej stronie stołu.

– Tak. Kate odzyskała przytomność – pada odpowiedź.

– To dobrze.

– Chyba tak.

Opieram łokcie na stole.

– Dlaczego chyba?

Ale Anna nie odpowiada.

– Pytała o mnie.

– Mama?

– Kate.

– Rozmawiałaś już z nią o procesie?

Anna puszcza moje pytanie mimo uszu, chwyta pudełko z płatkami i zawija plastikową torebkę, która jest w środku.

– Już czerstwe – mruczy. – Nikt nigdy nie zawinie torebki ani nie zamknie pudełka porządnie.

– Czy Kate w ogóle wie, co się dzieje?

Anna ściska pudełko w rękach, usiłując wepchnąć kartonowe wieczko na miejsce. Nic to nie daje.

– Ja nawet niespecjalnie lubię te chrupki – mówi.

Przy kolejnej próbie pudełko wyślizguje się jej z rąk i ląduje na podłodze. Jego zawartość pryska we wszystkie strony. – Kurde! – woła Anna i ześlizguje się pod stół. Zbiera płatki rękami.

Przyklękam obok niej i przyglądam się, jak wpycha je całymi garściami do torebki wyciągniętej z pudełka. Nie patrzy w moją stronę.

– Zdążymy jeszcze dokupić płatków, żeby Kate miała, jak wróci – mówię łagodnie.

Anna przestaje się uwijać. Spogląda na mnie.

– A co będzie, jeśli ona mnie znienawidzi?

Dotykam jej włosów i zakładam kosmyk za ucho.

– A jeśli nie?

– Chodzi o to – wytłumaczył mi wczoraj Siedem – że żaden człowiek nigdy nie pokocha tej osoby, którą powinien.

Tak zaintrygował mnie tym twierdzeniem, że zdobyłam się na wielki wysiłek i zdołałam odlepić twarz od kontuaru.

– To znaczy, że nie tylko ja taka jestem?

– W żadnym razie, do diabła! – Postawił na barze tacę z czystymi szklankami. – Pomyśl tylko. Romeo i Julia chcieli walczyć z systemem i jak skończyli? Superman leciał na Lois Lane, chociaż każdy widział, że Wonder Woman byłaby dla niego lepsza. Dawson i Joey – muszę coś dodawać? Że nie wspomnę o Charliem Brownie z Fistaszków i tej jego małej, rudej…

– A ty? – zapytałam.

Siedem wzruszył ramionami.

– Mówiłem, wszyscy jesteśmy tacy sami. – Oparłszy łokcie na blacie, pochylił się ku mnie tak blisko, że mogłam zobaczyć ciemne odrosty jego cynobrowych włosów. – I tak też było ze mną i z Lipą.

– Mam nadzieję, że to ksywa, a nie imię – powiedziałam współczującym tonem. – Też bym zerwała z kimś, kto się tak nazywa. To był facet czy dziewczyna?

– Nie powiem. – Siedem wyszczerzył zęby.

– A powiesz, co ci w niej nie pasowało?

Westchnął.

– Była…

– Mam cię! Powiedziałeś: „była”! Przewrócił oczami.

– No dobrze. Rozpracowałaś mnie. Wytropiłaś heteryka w gejowskim przybytku. Zadowolona?

– Niespecjalnie.

– Musiała wrócić do domu, do Nowej Zelandii. Skończyła się zielona karta. Mieliśmy dwa wyjścia: rozstanie albo ślub.

– Co z nią było nie tak?

– Absolutnie nic – wyznał Siedem. – Sprzątała jak domowy skrzat; ani razu nie zmyłem przy niej talerza. Wysłuchiwała każdego mojego słowa. W łóżku była jak wulkan. Szalała na moim punkcie i możesz mi wierzyć albo nie, ja też byłem dla niej stworzony. Nasz związek był idealny w dziewięćdziesięciu ośmiu procentach.

– A co z tymi dwoma?

– Bo ja wiem… – Siedem zabrał się do ustawiania czystych szklanek na drugim końcu baru. – Czegoś jednak brakowało, chociaż sam nie wiem czego. Jeśli porównać związek do człowieka, to nie jest jeszcze najgorzej, kiedy te dwa procent przypada na, dajmy na to, paznokieć. Inna sprawa, kiedy to jest serce. – Odwrócił się z powrotem do mnie. – Nie płakałem, kiedy wsiadała do samolotu. Żyła ze mną przez cztery lata, a kiedy jej zabrakło, zupełnie nic nie czułem.

– Ze mną było inaczej – powiedziałam. – Ja miałam to serce, ale nie było ciała, w którym mogłoby bić.

– I co się stało?

– A co miało się stać? – odparłam. – Wszystko poszło w diabły.

Ironia losu polegała na tym, że Campbella pociągało we mnie to, że stanowczo odcinałam się od wszystkich uczniów szkoły Wheelera, ale lgnęłam do niego, bo za wszelką cenę potrzebowałam kogoś bliskiego. Wiedziałam, że nasz związek jest szeroko komentowany, widziałam spojrzenia znajomych Campbella, którzy nie mogli zrozumieć, dlaczego on traci czas na kogoś takiego jak ja. Bez wątpienia myśleli, że chodzi o łóżko, że jestem łatwa.

Ale do niczego takiego między nami nie doszło. Po szkole spotykaliśmy się na cmentarzu. Czasami mówiliśmy do siebie wierszem. Raz spróbowaliśmy rozmawiać bez użycia głoski „s”. Siadaliśmy też, opierając się o siebie plecami i staraliśmy się czytać sobie w myślach, choć wiedzieliśmy, że takie udawane jasnowidzenie ma sens tylko wtedy, gdy wszystkie jego myśli będą przepojone mną, a moje nim.

Uwielbiałam jego zapach, tak wyraźny, kiedy pochylał głowę, żeby lepiej mnie słyszeć – zapach przywodzący na myśl muśniętą słońcem skórkę pomidora lub pianę schnącą na masce samochodu. Uwielbiałam dotyk jego ręki na moich plecach. Uwielbiałam go całego.

– A gdybyśmy – powiedziałam pewnego wieczoru, leżąc z ustami przy jego ustach, kradnąc każdy jego oddech – gdybyśmy to zrobili?

Campbell leżał na plecach, przyglądając się księżycowi huśtającemu się w hamaku z gwiazd. Jedną rękę miał pod głową, drugą przytulał mnie do swojej piersi.

– Gdybyśmy co zrobili? – zapytał.

Zamiast odpowiedzieć, uniosłam się na łokciu i pocałowałam go tak mocno i głęboko, że aż ziemia zatrzęsła się w posadach.

– Aha – powiedział schrypniętym głosem. – To.

– Robiłeś to już?

Uśmiechnął się tylko. Pomyślałam wtedy, że pewnie tak, że przeleciał jakąś Muffy, Buffy czy Puffy, czy nawet wszystkie trzy naraz, na boisku do baseballu, gdzieś w jakimś boksie dla rezerwowych. A może to było na imprezie w domu którejś z nich, kiedy oboje mieli w czubie i zalatywali bourbonem podebranym tatusiowi z barku. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego w takim razie Campbell nie próbował jeszcze przespać się ze mną i doszłam do wniosku, że dla niego Julia Romano to nie Muffy, Buffy ani Puffy. Dla niego Julia Romano się do tego nie nadaje.

– Chcesz tego? – zapytałam.

Wiedziałam dobrze, że to jest jeden z takich momentów, w których słowa są niepotrzebne. A ponieważ tak naprawdę słów mi brakło, bo nigdy przedtem nie byłam w takiej sytuacji i nie wiedziałam, jak przejść do czynów, położyłam po prostu rękę tam, gdzie w jego spodniach wyczuwałam twarde zgrubienie. Campbell się odsunął.

– Perełko – szepnął. – Nie chcę, żebyś myślała, że to dlatego tutaj z tobą jestem.

Coś wam powiem: każdy samotnik, choćby się zaklinał, że tak nie jest, pozostaje samotny nie dlatego, że lubi, ale dlatego, że próbował stać się częścią świata, ale nie mógł, bo doznawał ciągłych rozczarowań ze strony ludzi.

– A dlaczego? – zapytałam.

– Bo znasz wszystkie zwrotki „American Pie” – odpowiedział. – Bo kiedy się uśmiechasz, widać prawie ten twój krzywy boczny ząbek. – Spojrzał na mnie. – Bo nigdy w życiu nie spotkałem kogoś takiego jak ty.

– Kochasz mnie? – szepnęłam.

– Przecież właśnie ci to wyznałem.

Tym razem nie odsunął się, kiedy sięgnęłam do guzików w jego dżinsach. Był tak gorący, że aż przestraszyłam się, że poparzy mi dłoń i zostawi bliznę na całe życie. W przeciwieństwie do mnie Campbell wiedział, co robić. Pocałował mnie w usta, a potem wsunął się we mnie, pchnął, przebił na wylot. I wtedy zamarł w bezruchu.

– Nie powiedziałaś mi, że jesteś dziewicą.

– Nie pytałeś.

Ale mógł się domyślić. Zadrżał na całym ciele i poruszył się we mnie. Poezja. Poezja poruszeń. Sięgnęłam ręką ponad głowę, chwytając się płyty nagrobnej, odczytując oczyma duszy napis, który znałam na pamięć: Nora Deane, 1832 – 1838.

– Perełko – szepnął, gdy już było po wszystkim. – Myślałem…

– Wiem, co myślałeś – przerwałam mu.

Co się teraz stanie, zapytałam siebie. Co się dzieje, kiedy ktoś oddaje się komuś jak prezent, a ten drugi człowiek po rozpakowaniu stwierdza, że to wcale nie to, co chciał dostać, ale i tak musi się uśmiechać, kłaniać i dziękować?

Za wszystkie moje niepowodzenia w związkach całkowicie odpowiedzialny jest Campbell Alexander. Aż wstyd się przyznać, ale przez całe życie przespałam się tylko z trzema i pół faceta i żaden z nich nie dostarczył mi o wiele lepszych doznań niż te z pierwszego razu.

– Niech zgadnę – powiedział Siedem. – Pierwszy z nich był porzucony, a drugi żonaty.

– Skąd wiesz?

Siedem zaśmiał się.

– To stary, ograny schemat.

Zamieszałam małym palcem w kieliszku martini. Załamanie światła sprawiało, że palec wyglądał, jakby był wybity.

– Następny był instruktorem windsurfingu.

– To chyba było warto się o niego postarać? – zapytał Siedem.

– Był fantastyczny – odpowiedziałam. – I miał fiuta wielkości frankfurterki.

– Bolesny mankament.

– Szczerze mówiąc – dodałam w zamyśleniu – wcale nie było go czuć.

Siedem wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– I to on był tą połową?

– Nie. – Pokręciłam głową, czerwieniejąc jak burak. – To był inny facet. Nie wiem, jak się nazywał – przyznałam się. – Obudziłam się po nocy takiej jak dziś, a on leżał na mnie.

– Twoje życie erotyczne – zawyrokował Siedem – przypomina katastrofę kolejową.

Nie do końca mogłam się z tym zgodzić. Wykolejenie pociągu zawsze następuje przypadkowo; ja natomiast rzucam się wprost pod pędzącą lokomotywę i jeszcze sama się przywiązuję do torów. W moich myślach wciąż pokutuje jakieś pozbawione sensu i logiki przekonanie, że Superman przylatuje na ratunek tylko do tych, których naprawdę trzeba ratować.

Kate Fitzgerald wygląda jak upiór, jakby już czekała, kiedy się nim stanie. Jej skóra jest niemalże przezroczysta, włosy tak jasne, że nie widać ich na poduszce.

– Jak się czujesz, skarbie? – mruczy Brian, schylając się, żeby pocałować ją w czoło.

– Chyba w tym roku nie wystartuję w zawodach siłaczy. – Kate uśmiecha się do ojca.

Anna zatrzymuje się w progu, tuż przede mną, niezdecydowana. Sara wyciąga rękę. Annie nie potrzeba większej zachęty; w mgnieniu oka siedzi już na łóżku Kate. Odnotowuję w myślach ten matczyny gest. Dopiero teraz Sara spostrzega mnie w drzwiach.

– Brian – marszczy brwi – co ta pani tutaj robi?

Czekam, żeby Brian się odezwał, ale on jakoś nie spieszy się z wyjaśnieniami. Wchodzę więc sama do pokoju, przykleiwszy do twarzy uśmiech.

– Podobno Kate ma się już lepiej, pomyślałam więc, że mogłabym z nią porozmawiać.

Kate z wysiłkiem unosi się na łokciach.

– Kim pani jest?

Nastawiałam się na opór raczej ze strony Sary, ale to Anna odzywa się pierwsza.

– Chyba jeszcze nie dziś – mówi, choć przecież dobrze wie, że właśnie po to tutaj przyjechałam. – Kate wciąż nie czuje się najlepiej.

Muszę się przez chwilę zastanowić, ale w końcu udaje mi się zrozumieć Annę: całe jej doświadczenie życiowe wskazuje na to, że kto tylko porozmawia z Kate, zawsze bierze jej stronę. A Annie bardzo zależy na tym, żebym ja pozostała w jej obozie.

– Anna ma rację, proszę pani – dodaje pospiesznie Sara. – Kate dopiero co przeszła przesilenie.

Kładę rękę na ramieniu Anny.

– Nie bój się – uspokajam ją, po czym odwracam się do jej matki. – Jak rozumiem, to właśnie pani nalegała, żeby rozpatrzenie…

Sara nie daje mi dokończyć.

– Pani Romano, czy możemy zamienić słowo w cztery oczy?

Wychodzimy razem na korytarz. Sara, odczekawszy, aż minie nas pielęgniarka niosąca igły na styropianowej tacce, odzywa się pierwsza:

– Wiem, co pani sobie o mnie myśli.

– Pani Fitzgerald… Sara potrząsa głową.

– Trzyma pani stronę Anny. Bardzo dobrze. Byłam kiedyś prawnikiem i to rozumiem. Taka jest pani rola; pani drugie zadanie polega na tym, żeby dowiedzieć się, dlaczego nasza rodzina jest taka, jaka jest. – Trze oczy zaciśniętą pięścią. – Natomiast ja mam za zadanie troszczyć się o moje córki. Pierwsza z nich jest ciężko chora, druga – bezgranicznie nieszczęśliwa. Nie przemyślałam jeszcze do końca, jak powinnam postąpić w tej sytuacji, ale wiem, że Kate trudniej będzie powrócić do zdrowia, jeśli się dowie, że odwiedziła ją pani dlatego, że Anna nie wycofała jeszcze pozwu. Niech jej pani tego nie mówi. Proszę.

Powoli kiwam głową. Sara odwraca się do drzwi, przystaje, waha się jeszcze przez chwilę z ręką na klamce.

– Kocham je obie – mówi, stawiając przede mną równanie, które sama będę musiała rozwiązać.

Powiedziałam barmanowi o imieniu Siedem, że prawdziwa miłość nosi wszelkie znamiona przestępstwa.

– Chyba że ma się skończone osiemnaście lat – odparł, zatrzaskując kasę.

Bar zdążył już zrosnąć się ze mną na dobre, stając się drugim tułowiem, podtrzymującym ten pierwszy.

– Cierpienia w miłości – zaczęłam wyliczać. – Zakochany człowiek nie śpi, nie je, niknie w oczach jak torturowany więzień. – Pchnęłam palcem szyjkę pustej butelki w jego stronę. – Kradnie mu się serce.

Siedem przetarł ścierką kontuar przede mną.

– Każdy sędzia wyśmiałby taki pozew.

– Żebyś się nie zdziwił.

Siedem rozwiesił ścierkę na mosiężnej poręczy.

– Moim zdaniem kwalifikuje się to najwyżej jako lekkie wykroczenie.

Oparłam policzek o chłodne wilgotne drewno baru.

– I tu się mylisz – powiedziałam. – Bo blizny po tym pozostają na całe życie.

Brian i Sara zabierają Annę na dół, do stołówki. Zostaję sam na sam z wyraźnie zaciekawioną Kate. Domyślam się, że dziewczyna na palcach obu rąk może policzyć, kiedy matka dobrowolnie zostawiła ją samą. Wyjaśniam jej, że jestem specjalistą od opieki zdrowotnej i pomagam jej rodzicom podjąć decyzje, dotyczące dalszego przebiegu jej leczenia.

– Jest pani z komisji etyki lekarskiej? – zgaduje Kate. – Czy może ze szpitalnej kancelarii prawniczej? Wygląda pani na prawnika.

– A jak według ciebie wygląda prawnik?

– Mniej więcej tak samo jak lekarz, kiedy nie chce powiedzieć, jakie wyniki przyszły z laboratorium.

Przysuwam krzesło do łóżka.

– Cieszę się, że dzisiaj czujesz się już lepiej.

– Wczoraj byłam na niezłym haju – przyznaje Kate. – Dostałam tyle leków, że pomyliłabym czarnoksiężnika z krainy Oz z Ozzym Osbourne’em.

– Czy znasz obecny stan swojego zdrowia?

Kate kiwa głową.

– Po przeszczepie szpiku kostnego przeszłam chorobę Grafta, czyli tak zwaną reakcję „przeszczep przeciwko gospodarzowi”. Samo w sobie nie jest to takie złe, bo pomaga wykończyć białaczkę, ale jednocześnie różne śmieszne rzeczy dzieją się ze skórą i różnymi narządami wewnętrznymi. Żeby sobie z tym poradzić, dostawałam sterydy i cyklosporynę, które podziałały jak trzeba, ale przy okazji rozwaliły mi nerki. I to jest rewelacja tego sezonu. Tak jest za każdym razem: zatkaj jedną dziurę w tamie, a zaraz woda tryśnie z innej. We mnie zawsze coś się psuje.

Ton Kate jest rzeczowy, jakbym wypytywała ją o pogodę albo o to, co dziś podano jej na obiad. Mogłabym ją teraz zapytać, czy rozmawiała z nefrologiem na temat przeszczepu nerki, albo o to, co czuje na myśl o różnych bolesnych zabiegach, które ją czekają. Ale Kate spodziewa się właśnie takich pytań, więc decyduję się zagadnąć ją z zupełnie innej beczki.

– Kim chcesz zostać, kiedy dorośniesz?

– Nikt nigdy mnie o to nie pyta. – Kate przygląda mi się uważnie. – Uważa pani, że ja zdążę dorosnąć?

– A ty uważasz, że nie zdążysz? Przecież po to chyba robisz to wszystko, prawda?

Kate milczy tak długo, że tracę już nadzieję, że doczekam się odpowiedzi. W końcu jednak się odzywa:

– Zawsze chciałam być baletnicą. – Unosi wiotką rękę, wykonuje nią gest z arabeski. – Tancerki baletu mają…

Kłopoty z przyswajaniem pożywienia, kończę w myśli.

– …całkowitą kontrolę nad swoim ciałem. Wiedzą dokładnie, co i kiedy ma się wydarzyć. – Kate wzrusza ramionami, powracając do rzeczywistości, do szpitala. – Nieważne.

– Opowiedz mi o swoim bracie.

Wybuch śmiechu.

– Widzę, że nie miała pani przyjemności go poznać.

– Jeszcze nie.

– Żeby wyrobić sobie opinię na jego temat, wystarczy pół minuty. Jesse robi dużo różnych szkodliwych rzeczy.

– To znaczy pije, bierze narkotyki?

– Proszę następne pytanie.

– Rodzina pewnie ciężko to znosi?

– Faktycznie nie jest z nim łatwo, jednak moim zdaniem Jesse nie robi tego celowo. On walczy o to, żeby ktoś zwrócił na niego uwagę. Niech pani sobie wyobrazi wiewiórkę, która mieszka w zoo w jednej klatce ze słoniem. Czy ktoś kiedyś stanie przed tą klatką i powie: „O, jaka fajna wiewiórka”? Nie, bo słoń jest tak wielki, że pierwszy rzuca się w oczy. – Kate przebiega palcami po jednej z rurek wczepionych w jej klatkę piersiową. – Kradzieże w sklepach, alkohol. W zeszłym roku fałszywe listy z wąglikiem. To są wybryki Jessego.

– A Anna?

Kate zaczyna skubać palcami koc, którym jest przykryta.

– Był taki rok, kiedy w każde święto, nawet w maju, w dzień pamięci poległych, musiałam leżeć w szpitalu. Tak wyszło, chociaż przecież nikt tego specjalnie nie zaplanował. Na Boże Narodzenie w moim pokoju stała choinka, na Wielkanoc szukałyśmy jajka w stołówce, a w Halloween ganiałyśmy po ortopedyce i zbierałyśmy cukierki. Anna miała wtedy mniej więcej sześć lat. Wściekła się okropnie, kiedy na Czwartego Lipca nie pozwolili jej przynieść do szpitala zimnych ogni, bo na oddziale leżeli pacjenci pod namiotami tlenowymi. – Kate spogląda na mnie. – Uciekła. Nie zdążyła pobiec nigdzie dalej, ktoś ją przyłapał chyba już na dole, w holu. Powiedziała mi potem, że chciała sobie znaleźć inną rodzinę. Miała tylko sześć lat, więc nikt nie potraktował tego poważnie, ale ja akurat często się zastanawiałam, jak wygląda normalne życie, więc nie dziwię się Annie, że też o tym myślała.

– Jak układają się wasze stosunki, kiedy nie jesteś chora?

– Jesteśmy jak dwie zwykłe siostry. Tak mi się przynajmniej wydaje. Kłócimy się o to, czyich płyt będziemy słuchać, gadamy o przystojnych facetach, podkradamy jedna drugiej dobry lakier do paznokci. Krzyczę na nią, kiedy coś mi podbierze, a kiedy ja wezmę coś od niej bez pytania, ona drze się na cały dom. Czasem jest nam razem super. A czasem żałuję, że w ogóle mam siostrę.

To brzmi tak znajomo, że muszę się uśmiechnąć.

– Ja też mam siostrę bliźniaczkę. Kiedy wygadywałam na nią takie rzeczy jak ty teraz, mama zawsze pytała, czy naprawdę chciałabym być jedynaczką.

– I co?

Śmieję się.

– Cóż… Bywały takie sytuacje, kiedy potrafiłam wyobrazić sobie życie bez siostry.

Kate wcale to nie bawi.

– Widzi pani – odzywa się – u nas to Anna zawsze musiała wyobrażać sobie życie beze mnie.

SARA

1996

Kate w wieku lat ośmiu to istna plątanina rąk i nóg, czasem bardziej podobna do lalki z drutu, przez którą prześwieca słońce, niż do małej dziewczynki. Zaglądam do jej pokoju już po raz trzeci tego ranka, a ona znów wystroiła się inaczej; teraz ma na sobie białą sukienkę z materiału w czerwone wisienki.

– Spóźnisz się na własne przyjęcie urodzinowe – upominam ją. Kate energicznymi ruchami ściąga sukienkę przez głowę.

– Wyglądam jak lody w pucharku.

– Są gorsze rzeczy – zauważam.

– Którą spódniczkę mam włożyć? Różową czy tę w paski?

Rzucam okiem na dwie barwne kałuże na podłodze.

– Różową.

– A ta w paski? Nieładna?

– Dobrze, niech będzie ta w paski.

– Włożę tę z wisienkami – postanawia Kate i odwraca się, żeby podnieść upuszczoną sukienkę. Na jej udzie widnieje siniak wielkości półdolarówki, wiśniowa plama przebijająca przez pończoszkę.

– Kate – pytam – co to jest?

Mała wykręca się, żeby zobaczyć, na co wskazuję.

– To? Chyba sobie nabiłam.

Kate od pięciu lat jest w stanie remisji. Przetoczenie krwi pępowinowej przyniosło oczekiwany skutek, lecz ja z początku i tak czekałam tylko, kiedy ktoś mi powie, że zaszła jakaś pomyłka. Kiedy Kate poskarżyła mi się, że bolą ją stopy, natychmiast zawiozłam ją do doktora Chance’a, pewna, że to ból w kościach, jeden z objawów nawrotu choroby. Okazało się, że wyrosła ze starych tenisówek. Kiedy się przewróciła, to ja, zamiast pocałować ją tam, gdzie się podrapała, pytałam, czy ma dobrą liczbę płytek krwi.

Siniak powstaje na skutek przesączenia się krwi przez tkankę pod skórą, z reguły – lecz nie zawsze – w wyniku uderzenia lub stłuczenia.

Wspomniałam już, że upłynęło całe pięć lat?

W drzwiach pokoju ukazuje się głowa Anny.

– Tata kazał powiedzieć, że przyjechali już pierwsi goście i że jemu jest wszystko jedno, w czym Kate zejdzie na dół, może być nawet włosiennica. Co to jest włosiennica?

Kate wciągnęła już sukienkę z powrotem przez głowę. Podciąga spódniczkę i rozciera siniak.

– No dobra – prycha.

Na dole czeka już dwadzieścioro dwoje jej rówieśników z drugiej klasy, tort w kształcie jednorożca, a w charakterze atrakcji – student z sąsiedztwa, który wiąże z kolorowych balonów miecze, misie i korony na głowę. Kate rozpakowuje prezenty: są tam naszyjniki ze świecących koralików, modele do sklejania, ubranka i różne gadżety dla Barbie. Największe pudełko, prezent ode mnie i od Briana, zostawia na koniec. W pudełku jest kulisty słój, a w nim złota rybka.

Kate zawsze chciała mieć własne zwierzątko. Nie możemy trzymać kota, bo Brian ma alergię na kocią sierść. Pies z kolei wymaga zbyt wiele troski jak na naszą sytuację. Zdecydowaliśmy się więc na rybkę. Kate szaleje z radości. Do końca przyjęcia wszędzie nosi ją ze sobą. Rybka dostaje imię Herkules.

Po skończonej zabawie, kiedy sprzątamy dom, przyłapuję się na tym, że wpatruję się w słój, gdzie lśniąca jak dukat rybka pływa w kółko, zadowolona z tego, że nigdzie się nie wybiera.

Trzydzieści sekund wystarczy, żeby do świadomości dotarło, iż wszystkie plany właśnie wzięły w łeb, że trzeba wykreślić z kalendarza każdą rzecz, którą miało się odwagę w nim zapisać, kpiąc przy tym z losu. Następne trzydzieści sekund przynosi pogodzenie z faktem, że nie mamy zwyczajnego życia, choćbyśmy nawet uwierzyli tym, którzy starali nam się to wmówić.

Rutynowe badanie szpiku kostnego, którego termin wyznaczono na długo przed pojawieniem się tego siniaka, wykazało obecność nieprawidłowych promielocytów. Przeprowadzony później test metodą łańcuchowej reakcji polimerazowej, czyli analiza DNA, ujawnił u naszej Kate translokację w chromosomie 15 i 17.

To wszystko oznacza, że nastąpił nawrót na poziomie komórkowym, a co za tym idzie, tylko patrzeć, jak pojawią się objawy kliniczne. Być może jeszcze przez cały miesiąc badania nie wykażą obecności blastów. Może przez cały rok Kate nie będzie miała krwiomoczu ani krwistych stolców. W końcu jednak to nastąpi. Nie da się tego uniknąć.

Nawrót. W ich ustach to słowo brzmi tak zwyczajnie jak „urodziny” albo „termin zapłaty podatku”. To część ich pracy, nieodłącznie wpisana w rozkład zajęć.

Doktor Chance wyjaśnił nam, że to właśnie jest temat jednej z wielkich debat toczonych obecnie przez specjalistów onkologów: czy lepiej naprawiać sprawne koło, czy czekać, aż cały wóz się przewróci? Doradza nam, żebyśmy zdecydowali się na leczenie kwasem all – trans – retinowym, czyli tretinoiną. Podaje się go w tabletkach wielkości połowy mojego kciuka. Jego formułę zawdzięczamy – lepiej chyba powiedzieć: ukradliśmy – starożytnym chińskim lekarzom, którzy stosowali ten środek przez długie lata. W odróżnieniu od leczenia chemioterapią, która zabija wszystko, co stanie jej na drodze, tretinoiną kieruje się wprost do chromosomu 17, a ponieważ to właśnie translokacja w chromosomie 15 i 17 uniemożliwia właściwe dojrzewanie promielocytów, tretinoiną pomaga rozwinąć poplątane geny… i powstrzymać dalsze mutacje.

Doktor Chance mówi, że dzięki tretinoinie być może uda się doprowadzić do ponownej remisji.

Kate jednak może uodpornić się na ten środek.

– Mamo… – Do salonu wchodzi Jesse, zastając mnie siedzącą na kanapie. Tkwię tutaj już od kilku godzin. Nie mogę się zmusić, żeby wstać i zabrać się do domowych obowiązków. Bo przecież to wszystko nie ma sensu. Po co robić dzieciom kanapki do szkoły, obszywać im spodnie, po co nawet płacić rachunki za ogrzewanie?

– Mamo – powtarza Jesse. – Chyba nie zapomniałaś, co?

Patrzę na niego i nie rozumiem. Zupełnie jakby mówi! po chińsku.

– O czym?

– Powiedziałaś, że jak pójdziemy do ortodonty, to potem kupisz mi nowe korki. Obiecałaś.

Obiecałam. Obiecałam, bo za dwa dni zaczynają się mecze, a Jesse wyrósł już ze swoich starych korków. Ale w tej chwili nie wiem, czy znajdę w sobie tyle siły, żeby zwlec się z kanapy i pojechać z nim do przychodni, gdzie recepcjonistka jak zwykle uśmiechnie się do Kate, a mnie powie, że mam śliczne dzieciaki. A już wyprawa do sklepu sportowego wydaje mi się po prostu grubą nieprzyzwoitością.

– Odwołam wizytę u ortodonty – mówię.

– Fajnie! – Jesse błyska srebrem na zębach. – To od razu pojedziemy po korki?

– To nie jest najlepszy moment.

– Ale…

– Jesse. Daj… mi… spokój.

– Nie mogę grać, jak nie będę miał nowych butów. A ty i tak nic nie robisz, tylko siedzisz.

– Twoja siostra – mówię opanowanym tonem – jest bardzo ciężko chora. Przykro mi, jeśli to koliduje z twoją wizytą u dentysty i z zakupem nowej pary korków. Te sprawy w żadnym razie nie są w tej chwili na pierwszym planie. Poza tym wydaje mi się, że skoro masz już dziesięć lat, to mógłbyś wreszcie dorosnąć na tyle, żeby móc zrozumieć, że cały świat nie kręci się wokół ciebie.

Jesse rzuca spojrzenie za okno, przez które widać Kate siedzącą okrakiem na gałęzi dębu. Na trawie stoi Anna, słuchając wskazówek starszej siostry; dziś jest lekcja chodzenia po drzewach.

– Właśnie widać, jaka ona chora – mówi Jesse z przekąsem. – A może to ty byś w końcu dorosła, co? Może to ty nie możesz zrozumieć, że cały świat nie kręci się dookoła niej?

Po raz pierwszy w życiu zaczynam rozumieć, jak można uderzyć dziecko. Bo patrzę w oczy mojego syna i widzę w nich samą siebie, odbicie, którego wcale nie chcę oglądać. Jesse biegnie na górę do swojego pokoju i zatrzaskuje za sobą drzwi.

Zamykam oczy i robię kilka głębokich wdechów. I nagle uderza mnie myśl: nie wszyscy umierają ze starości. Ludzie giną pod kołami samochodów, w katastrofach lotniczych, można się udławić fistaszkiem. Na tym świecie nie ma nic pewnego, a już najmniej pewna jest przyszłość.

Z ciężkim westchnieniem wchodzę po schodach, pukam do drzwi pokoju syna. Jesse niedawno odkrył muzykę; dźwięki sączą się przez jasną szparę wzdłuż progu. Słysząc pukanie, przycisza piosenkę.

– Czego chcesz?

– Porozmawiać. Chciałam cię przeprosić.

Ze środka dobiega rumor, a po chwili Jesse szeroko otwiera drzwi. Na jego wargach widnieją plamy krwi, upiorna wampirza szminka; z ust sterczą kawałki drutu, jak szpilki w ustach krawcowej. W ręce trzyma widelec, którym porozrywał aparat korekcyjny.

– Teraz już nigdzie nie musisz ze mną jeździć – mówi krótko.

Kate już od dwóch tygodni bierze tabletki z tretinoiną. Siedzimy wszyscy przy stole; Kate o tej porze dostaje lekarstwo.

– Wiecie, co wyczytałem? – mówi Jesse. – Żółwie olbrzymie żyją sto siedemdziesiąt siedem lat. – Właśnie odkrył książkę z serii „Czy wiecie, że…”. Zwariował na jej punkcie. – A małże arktyczne żyją dwieście dwadzieścia lat.

– Co to są małże arktyczne? – pyta Anna.

– Nieważne – mówi Jesse. – Papugi żyją osiemdziesiąt lat. Koty trzydzieści.

– A Herkules? – pyta Kate.

– W książce piszą, że w dobrych warunkach, przy odpowiedniej opiece, złote rybki żyją siedem lat.

Jesse przygląda się, jak Kate kładzie tabletkę na języku i popija wodą.

– Gdybyś była złotą rybką – mówi – już byś nie żyła.

Siadamy z Brianem na krzesłach w gabinecie doktora Chance’a. Minęło pięć lat, ale te znajome siedzenia są jak stara baseballowa rękawica, idealnie dopasowane. Zdjęcia na biurku też się nie zmieniły: żona lekarza wciąż ma na głowie kapelusz z szerokim rondem i stoi na molo w Newport, zbudowanym wprost na skałach, a jego syn zatrzymał się w wieku sześciu lat. Nadal trzyma w rękach tego cętkowanego pstrąga, co dodatkowo pogłębia wrażenie, że tak naprawdę nie ruszyliśmy się z tego pokoju nawet na krok.

Kuracja tretinoiną dala efekty. Przez miesiąc Kate wykazywała oznaki remisji na poziomie komórkowym. A potem w rozmazie krwi znów wykryto promielocyty.

– Możemy dalej podawać jej tretinoinę, w innych dawkach – mówi doktor Chance – ale moim zdaniem obecne niepowodzenie tej kuracji nie daje wielkich szans. Ta droga już jest zamknięta.

– A przeszczep szpiku kostnego?

– To ryzykowny zabieg, szczególnie u dziecka, które w dodatku nie wykazało pełnych objawów klinicznych nawrotu choroby. – Doktor Chance przygląda się nam. – Najpierw warto by spróbować czegoś innego. Nazywamy to wlewem limfocytów dawcy. Czasami dzieje się tak, że zastrzyk świeżych białych krwinek od zgodnego dawcy pomaga pierwszej grupie komórek, tej pochodzącej z przeszczepu krwi pępowinowej, w walce z komórkami białaczkowymi. To jakby taka armia odwodowa, wspierająca front bitwy.

– Czy to doprowadzi do remisji? – pyta Brian.

Doktor Chance potrząsa głową.

– To tylko tymczasowe rozwiązanie. Całkowity nawrót choroby wedle wszelkiego prawdopodobieństwa i tak nastąpi, ale dzięki takiemu działaniu Kate zyska na czasie i będzie mogła przygotować się odpornościowo na bardziej agresywną kurację.

– Ale ile zajmie sprowadzenie limfocytów do szpitala? – pytam.

Doktor Chance odwraca się do mnie.

– To zależy. Kiedy możecie przywieźć do nas Annę?

Drzwi windy się otwierają. W środku jest tylko jeden pasażer, bezdomny w opalizujących niebieskich okularach na nosie. Dookoła niego leży sześć plastikowych toreb wypchanych szmatami.

– Zamykać drzwi, do diabła! – krzyczy, zanim zdążymy wejść. – Nie widać, że jestem ślepy?

Naciskam przycisk parteru.

– Jutro zajęcia w przedszkolu kończą się w południe.

– Zejdź mi z torby! – ryczy bezdomny.

– Nawet jej nie dotknęłam – odpowiadam grzecznie, nieobecna myślami.

– A może jednak… – zaczyna Brian.

– Przecież stoję sto metrów od niego!

– Saro, ja nie o tym. Chodzi mi o ten wlew limfocytów. Nie możesz wymagać od Anny, żeby oddała siostrze krew.

Nagle, bez żadnego powodu, winda staje na jedenastym piętrze. Drzwi otwierają się, a potem zamykają z powrotem. Bezdomny zaczyna szperać w swoich torbach.

– Kiedy Anna się urodziła – przypominam mężowi – mieliśmy pełną świadomość, że będzie dawcą dla Kate.

– Tak. Jeden raz. Poza tym ona tego nie pamięta.

Milczę, dopóki Brian nie spojrzy na mnie.

– Oddałbyś Kate swoją krew?

– Jezu, Saro, co za pytanie…

– Ja też bym oddała. Oddałabym jej połowę serca, przysięgam, gdyby to mogło jej pomóc. Człowiek zrobi wszystko, co trzeba, że by ratować tych, których kocha, tak? – Brian pochyla głowę i po chwili kiwa nią potakująco. – Więc czemu sądzisz, że Anna myśli inaczej?

Drzwi kabiny otwierają się, ale my nie ruszamy się z miejsca. Stoimy, patrząc na siebie. Bezdomny przepycha się między nami, niosąc na rękach swoje skarby, upchnięte w szeleszczących torbach.

– Przestańcie się drzeć! – krzyczy, chociaż żadne z nas nie powiedziało ani słowa. – Jestem głuchy, nie widać?

Dla Anny ten dzień to święto. Mama i tata zabrali ją na wycieczkę. Ją i tylko ją. Może trzymać nas oboje za ręce, kiedy powoli idziemy przez parking. Co z tego, że przyjechaliśmy do szpitala?

Wytłumaczyłam jej, że Kate jest chora i żeby znów była zdrowa, panowie doktorzy potrzebują czegoś, co ma Anna. Wezmą to od niej i dadzą Kate. Moim zdaniem więcej informacji nie było konieczne.

Siedzimy w sali do badań i czekamy na lekarza. Kolorujemy rysunki prehistorycznych gadów – pterodaktyli i tyranozaurów.

– A dziś przy jedzeniu Ethan powiedział, że dinozaury umarły, bo się wszystkie przeziębiły – opowiada Anna – ale i tak nikt mu nie uwierzył.

Brian uśmiecha się szeroko.

– A jak ty sądzisz? Dlaczego dinozaury wymarły?

– Bo… ee… bo miały milion lat. – Anna spogląda na tatę. – A były wtedy urodziny?

W drzwiach staje hematolog.

– Witam wszystkich – mówi, wchodząc do sali. – Mama potrzyma córeczkę na kolanach, tak?

Siadam więc na stole do badań i biorę Annę na ręce. Brian staje obok, tak żeby mógł w razie potrzeby przytrzymać ją za ramię i za nogę.

– Gotowa? – To pytanie do Anny, która wciąż jeszcze się uśmiecha. A potem lekarz bierze do ręki strzykawkę.

– Jedno maleńkie ukłucie – obiecuje. Źle. Nie te słowa. Anna momentalnie zaczyna się rzucać. Jej ręce biją mnie po twarzy, po brzuchu. Brian nie może jej złapać. Przez wrzaski małej przebija się jego krzyk:

– Miałaś jej o wszystkim powiedzieć!

Do sali powraca lekarz; nawet nie zauważyłam, że wyszedł. Prowadzi ze sobą kilka pielęgniarek.

– Dzieci nie lubią zastrzyków, zastrzyki nie lubią dzieci – żartuje.

Pielęgniarki zabierają Annę z moich rąk. Ich łagodne głosy i jeszcze łagodniejszy dotyk szybko uspokajają dziecko.

– Nie bój się – mówią. – My się na tym dobrze znamy.

Déjà vu. Patrzę na tę scenkę i widzę Kate tego dnia, kiedy wykryto u niej białaczkę. Ostrożnie z życzeniami, myślę. Anna naprawdę jest taka sama jak jej siostra.

Odkurzam pokój dziewczynek. Nagle niechcący zawadzam rączką odkurzacza o akwarium. Herkules śmiga w powietrzu. Słój ocalał, ale odszukanie rybki rzucającej się na suchej podłodze pod biurkiem Kate zajmuje mi dłuższą chwilę.

– Trzymaj się, kolego – szepczę, wrzucając go do wody. Zabieram słój do łazienki i dolewam wody do pełna.

Herkules wypływa brzuchem do góry. Tylko nie to, błagam w myślach.

Przysiadam na skraju łóżka. Jak ja teraz powiem Kate, że zabiłam jej rybkę? A może mała nie zauważy, jeśli szybko pobiegnę do sklepu i przyniosę drugą taką samą?

Nagle obok mnie jak spod ziemi wyrasta Anna. Akurat wróciła z porannych zajęć w przedszkolu.

– Mamusiu, a dlaczego Herkules nie pływa?

Wyznanie winy mam już na końcu języka, ale w tym momencie rybka nagle przewraca się z boku na bok, daje nurka i po chwili zaczyna z powrotem krążyć dookoła swojej kuli.

– No widzisz – mówię. – Nic mu nie jest.

Pięć tysięcy limfocytów to za mało. Doktor Chance prosi o dziesięć. Termin pobrania krwi wypada w samym środku przyjęcia urodzinowego koleżanki z klasy Anny. Przyjęcie ma się odbyć w klubie gimnastycznym, na sali do ćwiczeń. Pozwalam Annie pójść tam na chwilę, złożyć życzenia, a potem jedziemy prosto do szpitala.

Solenizantka wygląda jak krucha księżniczka z porcelany; jest kopią swojej mamy w miniskali. Zsuwam z nóg pantofle i stąpam ostrożnie po miękkiej macie, rozpaczliwie usiłując przypomnieć sobie ich imiona. Mała nazywa się… Mallory. A mama? Monica? Margaret?

Od razu dostrzegam Annę. Siedzi razem z trenerką na batucie; obie podskakują jak popcorn na patelni. Mama Mallory podchodzi do mnie z uśmiechem rozpiętym na twarzy jak sznur światełek choinkowych.

– Pani jest pewnie mamą Anny. Nazywam się Mittie – przedstawia się. – Tak mi przykro, że Anna musi już iść. Oczywiście rozumiemy sytuację. To wspaniałe, że otrzyma pani szansę, aby dotrzeć tam, gdzie było tak niewielu.

Chodzi jej o szpital?

– Szczerze życzę, żeby pani nigdy to nie spotkało – mówię.

– Tak, tak, wiem. Ja już w windzie dostaję zawrotów głowy. – pani Mittie odwraca się, wołając w kierunku batutu: – Aniu, kochanie! Twoja mama przyszła!

Anna biegnie do nas po miękkich matach. Kiedy moje dzieci były małe, marzyłam, żeby w naszym salonie była taka podłoga, ściany, nawet sufit, żeby nic nie mogło im się stać. A co się okazało? Że mogę zapakować Kate jak komplet kruchego szkła i nic to nie da, bo największe zagrożenie czai się w środku, pod samą jej skórą.

– Co się mówi? – przypominam Annie. Mała dziękuje mamie Mallory.

– Proszę bardzo. – Mittie uśmiecha się i wręcza Annie na pożegnanie torebkę słodyczy. – Proszę przekazać mężowi, żeby dzwonił do nas, kiedy tylko będzie potrzebował. Z przyjemnością zaopiekujemy się Anną, dopóki pani nie wróci z Teksasu.

Anna zamiera, nie dokończywszy wiązania butów.

– Co właściwie powiedziała pani moja córka? – pytam.

– Że musi wyjść dziś tak wcześnie, bo cała rodzina odprowadza panią na lotnisko. W Houston zaczynają się szkolenia i treningi, więc zobaczy się pani z rodziną dopiero po powrocie na Ziemię.

– Jak to: po powrocie na Ziemię?

– Bo leci pani promem kosmicznym…?

Przez chwilę stoję jak wryta. Nie mieści mi się w głowie, że Anna mogła wymyślić podobną bzdurę, a tym bardziej że ta kobieta w nią uwierzyła.

– Nie jestem astronautką – mówię. – Nie wiem, dlaczego córka naopowiadała pani takich rzeczy.

Chwytam Annę za ramię i podrywam z ławki, chociaż nie skończyła jeszcze wiązać drugiego buta. Wychodzimy na zewnątrz. Odzywam się dopiero przy samochodzie.

– Dlaczego nakłamałaś tej pani?

Anna patrzy na mnie. Minę ma nadąsaną.

– A dlaczego nie mogłam zostać dłużej?

Bo twoja siostra jest ważniejsza od tortu i lodów. Bo ja nie mogę zrobić dla niej tego co ty. Bo tak powiedziałam i koniec.

Jestem taka zła, że dopiero za drugim razem udaje mi się otworzyć samochód.

– Przestań się zachowywać, jakbyś miała pięć lat – wypominam Annie, zanim zdążę sobie przypomnieć, że przecież tyle właśnie ma.

– Temperatura była taka – opowiada Brian – że stopił się srebrny serwis do herbaty. Ołówki na biurku były zgięte wpół.

Odrywam wzrok od gazety.

– Kto zaprószył ogień?

– Właściciele wyjechali na wakacje. Zostawili w domu psa i kota. Zwierzaki ganiały się po mieszkaniu i włączyły kuchenkę elektryczną. – Zsuwa spodnie, krzywiąc się z bólu. – Od samego klęczenia na dachu dostałem poparzeń drugiego stopnia.

Jego kolana są całe w pęcherzach i płatach schodzącej skóry. Brian spryskuje poparzenia neosporinem i zakłada opatrunek z gazy, opowiadając mi przy tym o nowym koledze z zespołu, świeżo upieczonym absolwencie szkoły pożarniczej. Mówią na niego Cezar. Przestaję słuchać, kiedy wpada mi w oko jeden list od czytelniczki, zamieszczony w dziale porad:

Proszę o radę. Moja teściowa przy każdej wizycie w naszym domu zwraca mi uwagę, że powinnam wyczyścić lodówkę. Mąż mówi, że to z życzliwości, ale ja czuję się przez nią oceniana. Ta kobieta niszczy mi życie. Jak mogę się jej przeciwstawić, nie niszcząc przy tym mojego małżeństwa?

Pozdrawiam Czytelniczka z Seattle

Co to za kobieta, która nie ma większych problemów? Wyobrażam ją sobie, pochyloną nad kartką czerpanego papieru listowego, skrobiącą na niej swoją prośbę o poradę w tej ważnej sprawie. Ciekawe, czy ta kobieta nosiła kiedyś pod sercem dziecko, czy czuła dotyk maleńkich rączek i nóżek starannie obmacujących każdy centymetr brzucha mamy, jakby to była kraina, którą należy dokładnie wymierzyć, aby wykreślić jej mapę.

– W co się tak wczytujesz? – pyta Brian, zerkając mi przez ramię.

Potrząsam głową z niedowierzaniem.

– Kobieta pisze, że jej życie wali się w gruzy z powodu głupich weków.

– A może skwaśniałej śmietany? – Brian chichocze.

– Albo oślizgłej sałaty. Jak ta biedaczka z tym wytrzymuje?

Oboje wybuchamy śmiechem, który jest tak zaraźliwy, że wystarczy nam jedno spojrzenie na siebie, żeby zacząć śmiać się jeszcze głośniej.

A po chwili wesołość gaśnie tak samo nagle, jak się zaczęła. Nie wszyscy ludzie żyją w świecie, w którym zawartość lodówki jest barometrem szczęśliwego pożycia. Niektórzy mają pracę pole gającą na wchodzeniu do płonących budynków. A inni mają umierającą córeczkę.

– Zasrana oślizgła sałata – mówię łamiącym się głosem. – To niesprawiedliwe.

Brian w mgnieniu oka przemyka przez pokój. Jedna chwila i już jestem w jego ramionach.

– Na tym świecie nie ma sprawiedliwości, kochanie – odpowiada.

Mija kolejny miesiąc. Musimy jeszcze raz jechać do szpitala, na trzecie pobranie limfocytów. Anna i ja siadamy w gabinecie lekarskim i czekamy, aż nas poproszą na zabieg. Po kilku minutach czuję pociągnięcie za rękaw.

– Mamusiu – mówi Anna.

Spoglądam na nią. Siedzi na krześle, wymachując nogami. Paznokcie ma pomalowane; Kate pożyczyła jej lakier na poprawę humoru.

– Co? – pytam.

Anna uśmiecha się do mnie.

– Chcę powiedzieć ci już teraz, gdybym potem zapomniała: wcale nie było tak strasznie, jak się spodziewałam.

Pewnego dnia, zupełnie niezapowiedzianie, zjawia się u nas moja siostra i porywa mnie ze sobą. Okazuje się, że umówiła się z Brianem: on zostaje z dziećmi, a ona zabiera mnie na wycieczkę do Bostonu. Zatrzymujemy się w hotelu Ritz – Carlton, w apartamencie na ostatnim piętrze.

– Będziemy robić, co tylko zechcesz – mówi Zanne. – Możemy iść do muzeum, zwiedzić zabytki na Szlaku Wolności, zjeść obiad gdzieś w porcie…

Ale ja marzę tylko o jednym: zapomnieć. Mijają trzy godziny, a my siedzimy na podłodze i kończymy drugą butelkę wina za sto dolarów sztuka.

Unoszę butelkę, trzymając ją w palcach za szyjkę.

– Mogłabym za to kupić sobie sukienkę.

– Chyba w tanich ciuchach – parska moja siostra, rozwalona na białym dywanie, z nogami na obitym brokatem krześle. Z ekranu telewizora Oprah Winfrey doradza, że należy żyć z umiarem. – Poza tym pomyśl o tym, że od wina, dajmy na to, marki Pinot Noir, nie sposób utyć.

Spoglądam na nią, myślę o sobie i nagle robi mi się straszliwie smutno.

– Tylko nie to – woła Zanne. – Nie będziesz mi tutaj płakać. Za płakanie w hotelu płaci się ekstra.

Nagle jedna myśl wypiera mi z głowy wszystkie inne: jakże głupi są ci goście w programie Oprah, te kobiety sukcesu z wypełnionymi terminarzami i szafami zapchanymi po brzegi. Wracam myślą do domu. Ciekawe, co Brian zrobił dziś na obiad. A Kate? Czy dobrze się czuje?

– Zadzwonię do nich.

Suzanne unosi się na łokciu.

– Masz święte prawo wyrwać się stamtąd na trochę. Żaden męczennik nie ma obowiązku umartwiać się od świtu do nocy.

Jestem odmiennego zdania.

– Macierzyństwo to taki zawód, w którym nie można pracować na zmiany.

– A matka – śmieje się Zanne – to nie męczennica.

Uśmiecham się blado.

– Tak uważasz?

Siostra wyjmuje mi słuchawkę z ręki.

– To może najpierw wyciągnij z walizki tę swoją koronę cierniową i wystrój się w nią, co? Posłuchaj siebie samej przez chwilę i przestań tak dramatyzować. Tak, to prawda, miałaś w życiu cholernego pecha. Tak, to prawda, trudno ci zazdrościć.

Czuję, jak rumieńce biją mi na policzki.

– Nie masz pojęcia, jak wygląda moje życie.

– Ty też nie – wypala Zanne – bo to wcale nie jest życie. To oczekiwanie na śmierć Kate.

– Nieprawda… – zaczynam, ale milknę. Bo to jest prawda.

Zanne głaszcze mnie po włosach i pozwala się wypłakać.

– Czasami tak mi ciężko… – wyznaję jej to, do czego nie przyznałam się nigdy i nikomu, nawet Brianowi.

– Byłoby ci lżej, gdybyś od czasu do czasu zrobiła sobie małą przerwę – mówi Zanne. – Zrozum, kochana, że Kate nie umrze wcześniej tylko dlatego, że mama wypije sobie jeszcze kieliszek wina, spędzi jedną noc w hotelu albo uśmieje się z kiepskiego kawału. Siadaj na tyłku, weź pilota, zrób głośniej i zachowuj się jak normalny człowiek.

Rozglądam się po tym pokoju, kapiącym bogactwem, patrzę na nasze dekadenckie przekąski: wino i truskawki w czekoladzie.

– Zanne – ocieram oczy – normalni ludzie tak nie robią.

Siostra podąża za moim wzrokiem.

– Masz całkowitą rację. – Bierze do ręki pilota i skacze po kanałach, dopóki nie trafi na program Jerry’ego Springera. – Może być?

Parskam śmiechem. Po chwili Suzanne dołącza do mnie i nie trzeba wiele czasu, a już leżymy na dywanie, wpatrując się w ząbkowane gzymsy dookoła sufitu, a cały pokój wiruje dookoła nas. Ni stąd, ni zowąd przypominam sobie, że kiedy byłyśmy dziećmi, to w drodze na przystanek autobusowy moja siostra zawsze szła przodem. Mogłam podbiec i dogonić ją, ale nigdy tego nie zrobiłam. Wystarczyło mi, że idę za nią. Nie chciałam niczego więcej.

Śmiech wlewa się przez otwarte okna, faluje dookoła niczym mgła. Po trzech dniach ulewnych deszczów dzieci mogły nareszcie wyjść na dwór. Są w siódmym niebie. Uganiają się z Brianem za piłką. Nasze życie w chwilach normalności potrafi być zwyczajne aż do znudzenia.

Z naręczem upranych ubrań zakradam się do pokoju Jessego, lawirując pomiędzy porozrzucanymi po całej podłodze komiksami i klockami lego. Kładę czyste rzeczy na łóżku i idę do pokoju Kate i Anny, żeby porozdzielać ich bieliznę, wymieszaną w praniu.

Kiedy układam koszulki Kate na jej komodzie, mój wzrok pada na słój; Herkules pływa do góry brzuchem. Wkładam rękę do wody i odwracam go, trzymając za ogon. Kilka machnięć płetwami i znów to samo: Herkules wypływa na powierzchnię, poruszając pyszczkiem i błyskając białym brzuchem.

Przypominam sobie słowa Jessego: przy odpowiedniej opiece złota rybka żyje siedem lat. Nasza przeżyła siedem miesięcy.

Przenoszę słój do swojego pokoju i dzwonię do informacji. Proszę o numer sklepu zoologicznego. Kiedy odbiera sprzedawczyni, pytam ją o Herkulesa.

– To znaczy, że chce pani kupić nową rybkę?

– Nie. Chcę odratować tę, którą kupiłam.

– Proszę pani – mówi dziewczyna – przecież to tylko złota rybka.

Dzwonię więc kolejno do trzech weterynarzy, lecz żaden z nich nie zna się na rybach. Przez chwilę jeszcze przyglądam się Herkulesowi, którym wstrząsają śmiertelne drgawki, a potem dzwonię na wydział oceanografii uniwersytetu stanowego i proszę o połączenie z jakimkolwiek profesorem, który może w tej chwili odebrać telefon.

Doktor Orestes przedstawia się jako badacz fauny brzegowej. Jego dziedzina to mięczaki, skorupiaki i jeżowce, nie złote rybki, ale mimo to zaczynam mu opowiadać o mojej córce, która cierpi na bardzo ostrą odmianę białaczki, i o Herkulesie, który już kiedyś przeżył beznadziejny, zdawałoby się, kryzys.

Badacz fauny morskiej milczy przez chwilę.

– Czy woda była zmieniana?

– Tak, dziś rano.

– Przez ostatnich kilka dni padały u państwa bardzo silne deszcze, prawda?

– Tak.

– Mają państwo studnię głębinową?

A co to ma do rzeczy?

– Mamy…

– Wydaje mi się, że przy takich opadach woda w państwa studni ma zbyt wiele minerałów. Proszę napełnić akwarium wodą butelkowaną, może rybka odżyje.

Opróżniam więc akwarium Herkulesa, szoruję jego ścianki i wlewam dwa litry wody mineralnej. Herkules ożywia się, choć dopiero po dwudziestu minutach. Zaczyna pływać, krąży pomiędzy liśćmi sztucznej roślinki, podszczypuje karmę.

Pół godziny później Kate zastaje mnie nad słojem, pochłoniętą obserwacją Herkulesa.

– Nie musiałaś zmieniać mu wody. Zrobiłam to dziś rano.

– Nie wiedziałam – kłamię.

Kate przyciska twarz do szklanej ścianki. Jej uśmiechnięta buzia powiększa się jak pod lupą.

– Jesse mówi, że złote rybki potrafią skupić uwagę tylko przez dziewięć sekund – opowiada mi – ale mnie się wydaje, że Herkules mnie rozpoznaje.

Dotykam jej włosów, myśląc o tym, czy wykorzystałam już swój limit cudów.

ANNA

Reklamówki potrafią wbić człowiekowi do głowy różne bzdury: że miód brazylijskich pszczół można stosować jako wosk do depilacji, że istnieją noże zdolne przeciąć metal, że pozytywne myślenie naprawdę dodaje skrzydeł, na których można polecieć, dokądkolwiek dusza zapragnie. Dzięki przejściowemu okresowi dokuczliwej bezsenności i stanowczo zbyt natężonemu katowaniu się programem Tony’ego Robbinsa z cyklu „Obudź w sobie olbrzyma” postanowiłam pewnego dnia, że zmuszę się, aby wyobrazić sobie mój świat po śmierci Kate. Tony zaklinał się, że dzięki temu, kiedy to naprawdę nastąpi, będę przygotowana.

Pracowałam nad tym całymi tygodniami. Trzymanie się myślami przyszłości jest trudniejsze, niż się wydaje, zwłaszcza kiedy przed samym nosem paraduje ci siostra, upierdliwa jak zawsze. Wymyśliłam sposób, żeby sobie z tym poradzić: udawałam, że to jej duch, który mnie nawiedza. Kiedy przestałam się do niej odzywać, Kate zaczęła myśleć, że zrobiła coś nie tak; pewnie faktycznie miała coś na sumieniu. Jeśli chodzi o mnie, to bywały dni, kiedy płakałam od rana do wieczora. Zdarzały się dni, że czułam się, jakbym połknęła kilo ołowiu, i takie, kiedy z zapałem wstawałam, ubierałam się, słałam łóżko i wkuwałam słówka do szkoły – tylko dlatego, że do tego najłatwiej było mi się zabrać.

Ale od czasu do czasu pozwalałam sobie uchylić rąbka żałobnej woalki. Wtedy przychodziły mi do głowy zupełnie nowe pomysły. Wyobrażałam sobie na przykład, że studiuję oceanografię na uniwersytecie stanowym na Hawajach. Że trenuję akrobacje spadochronowe. Że przeprowadzam się do Pragi. Starałam się wpasować w różne role, lecz czułam się tak, jakbym zmuszała się do chodzenia w tenisówkach, które są o dwa numery za małe: można w nich zrobić kilka kroków, ale potem szybko trzeba usiąść i ściągnąć but, bo każdy następny krok sprawia wielki ból. Jestem przekonana, że w moim mózgu siedzi cenzor z czerwoną pieczątką i za każdym razem przypomina mi, że o pewnych rzeczach, choćby były nie wiadomo jak kuszące, nie wolno mi nawet pomyśleć.

W sumie to chyba nawet dobrze, bo coś mi się wydaje, że gdyby naprawdę udało mi się zobaczyć siebie samą, bez Kate wpisanej w mój portret, to ten widok by mi się nie spodobał. Ani trochę.

Siedzę razem z rodzicami przy stoliku w szpitalnej stołówce. Mówię „razem” w dość ogólnym znaczeniu tego słowa. Jesteśmy raczej jak troje astronautów w próżni; każde z nas ma własny hełm i niezależny zbiornik powietrza do oddychania. Na stole stoi małe prostokątne pudełko pełne torebek z cukrem. Mama układa je z bezlitosną konsekwencją: najpierw zwykłe, potem słodzik, a na końcu nierafinowane gruzełki brązowego cukru. W końcu podnosi na mnie wzrok i odzywa się:

– Kotku…

Dlaczego te pieszczotliwe nazwy zawsze wywodzą się od zwierząt? Kotku, rybko, misiaczku, żabciu – czy to ma znaczyć, że człowiekowi wystarczy tyle troski co zwierzęciu domowemu?

– Wiem, co chcesz osiągnąć – ciągnie mama. – Zgadzam się, że należy ci się z naszej strony trochę więcej uwagi. Naprawdę nie musimy słyszeć o tym od sędziego.

Serce podchodzi mi do gardła, czuję je jak miękką gąbkę na dnie przełyku.

– Czyli że to wszystko może się skończyć?

Uśmiech mamy jest jak pierwszy słoneczny dzień w marcu, kiedy po wydającej się nie mieć końca zimie nagle powraca zapomniane ciepło na odsłoniętych łydkach i odkrytej głowie.

– O tym właśnie mówię – potakuje mama.

Koniec z krwiodawstwem. Koniec z granulocytami, limfocytami, komórkami macierzystymi, koniec planów dotyczących nerki.

– Mogę sama powiedzieć o tym Kate – ofiaruję się – żebyście wy nie musieli.

– Nie będzie trzeba. Wystarczy, że sędzia DeSalvo się dowie i będzie tak, jakby nic się nie stało.

W mojej głowie zaczyna cichutko dzwonić alarm.

– Ale… czy Kate nie będzie pytać, dlaczego przestałam być jej dawcą?

Mama nieruchomieje.

– Mówiąc „skończyć”, miałam na myśli ten twój proces.

Z całych sił potrząsam głową. To ma być odpowiedź, a jednocześnie chcę w ten sposób wyrzucić z siebie słowa, które stoją mi ością w gardle.

– Anno, na miłość boską – mama jest wprost zszokowana – co my ci zrobiliśmy, że tak nas traktujesz?

– Nic.

– Więc czego w takim razie nie zrobiliśmy?

– Ty mnie w ogóle nie słuchasz! – podnoszę głos i akurat w tym samym momencie obok naszego stolika staje zastępca szeryfa Vern Stackhouse. Wodzi wzrokiem po mnie i rodzicach. W końcu udaje mu się przywołać na twarz uśmiech.

– Widzę, że pojawiam się nie w porę. Przepraszam. – Podaje mamie kopertę, po czym skinąwszy nam głową, odchodzi.

Mama otwiera kopertę. Przebiega oczami pismo i zwraca się wprost do mnie rozkazującym tonem:

– Co ty mu nagadałaś?

– Komu?

Tata bierze do ręki zawiadomienie, które równie dobrze mogłoby być napisane po chińsku, gdyż jest pełne żargonu prawniczego.

– Co to jest? – pyta.

– Wniosek o wydanie tymczasowego zakazu kontaktów z Anną. – Mama wyrywa mu papier z ręki. – Czy ty zdajesz sobie sprawę, że żądasz, aby wyrzucono mnie z domu? Tego właśnie chcesz?

Wyrzucono z domu? Nagle brak mi tchu.

– Nigdy o to nie prosiłam.

– Żaden adwokat nie złożyłby takiego wniosku we własnym imieniu, Anno.

Czasem, kiedy wywrócisz się na rowerze albo staczasz się z wysokiej wydmy, albo kiedy omsknie ci się noga i spadasz ze schodów, sekundy wloką się niemiłosiernie, jakby celowo, żeby człowiek miał czas uświadomić sobie, że sytuacja jest poważna. Znacie to uczucie?

– Nie wiem, co się stało – mówię.

– Więc jak możesz twierdzić, że potrafisz podejmować decyzje za siebie? – Mama wstaje tak gwałtownie, że przewraca krzesło. – Ale dobrze. Skoro tego sobie życzysz, zaczniemy od zaraz.

Odchodzi i zostawia mnie, a jej słowa wiszą jeszcze przez chwilę w powietrzu, twarde i szorstkie jak napięta lina.

Zdarzyło się raz, mniej więcej trzy miesiące temu, że pożyczyłam sobie od Kate kosmetyki do makijażu. No dobrze, nie pożyczyłam: ukradłam. Nie mam własnych; rodzice pozwalają nam się malować dopiero po piętnastych urodzinach. Ale sytuacja była wyjątkowa: zdarzył się cud, a Kate nie było w domu, dlatego nie mogłam zapytać jej o zgodę. A wyjątkowe sytuacje wymagają stosowania wyjątkowych metod.

Cud miał ponad metr siedemdziesiąt wzrostu, włosy srebrzyste jak wąsy kukurydzy i uśmiech, od którego kręciło się w głowie. Nazywał się Kyle i niedawno przeprowadził się tutaj z Idaho, kiedy więc zaprosił mnie do kina, byłam przekonana, że nie robi tego ze współczucia. Poszliśmy na nowego „Spidermana”, ale film widział tylko on; ja przez cały seans bezskutecznie próbowałam zmusić jakąś iskrę do przeskoczenia pomiędzy jego dłonią a moją.

Wróciłam do domu, wciąż unosząc się dobre piętnaście centymetrów nad chodnikiem. Gdyby nie to, nie dałabym się zaskoczyć Kate. Przewróciła mnie na łóżko i usiadła na mnie okrakiem.

– Ty złodziejko – zasyczała. – Grzebałaś bez pytania w mojej szufladzie w łazience.

– Ty też cały czas bierzesz moje rzeczy. Dwa dni temu pożyczyłaś sobie moją niebieską bluzę.

– To zupełnie co innego. Bluzę można uprać.

– Tak? Jakoś ci nie przeszkadza, że przetaczają ci moje zarazki razem z krwią, ale na szmince już są be? – Szarpnęłam się mocniej i udało mi się przewrócić Kate na plecy. Teraz ja byłam górą.

Jej oczy zabłysły.

– Kto to był?

– O czym ty gadasz?

– Nie mów mi, że malowałaś się tak sobie. – Spadaj – mruknęłam.

– Spierdalaj. – Kate uśmiechnęła się uroczo, łaskocząc mnie wolną ręką. Tak mnie zaskoczyła, że ją puściłam. W następnej chwili stoczyłyśmy się na podłogę, walcząc zajadle, każda z nas starała się zmusić drugą do kapitulacji.

– Dość już – sapnęła wreszcie Kate. – Zabijesz mnie!

Wystarczyło. Moje ręce momentalnie opadły, jakbym oparzyła się gorącym żelazem. Leżałyśmy na podłodze pomiędzy naszymi łóżkami, dysząc ciężko i udając, że wypowiedziane przed chwilą słowa nie były wcale aż tak okrutne.

Jedziemy samochodem. Rodzice się kłócą.

– Może warto wynająć prawdziwego adwokata, proponuje tato.

– Jestem prawdziwym adwokatem, odparowuje mama.

– Saro – tłumaczy tata – jeśli nie uda ci się jej przekonać, to lepiej…

– Co lepiej, Brian? – pyta mama wyzywającym tonem. – Twierdzisz, że jakiś obcy facet w garniturze, którego widzisz po raz pierwszy w życiu, wyjaśni Annie te sprawy lepiej niż własna matka?

Po tych słowach reszta drogi upływa w milczeniu.

Na schodach wiodących do budynku sądu roi się od dziennikarzy i operatorów kamer. Jestem w głębokim szoku. Przekonana, że przyszli tutaj, żeby zrobić materiał z jakiejś naprawdę dużej sprawy, przeżywam nieziemskie zaskoczenie, kiedy ktoś podsuwa mi pod nos mikrofon. Reporterka z włosami obciętymi na miskę dopytuje się, dlaczego skarżę własnych rodziców. Mama odsuwa ją na bok. „Córka nie udziela komentarzy”, powtarza aż do znudzenia. Jeden facet wyrywa się do mnie z pytaniem, czy wiem, że jestem pierwszym dzieckiem na zamówienie urodzonym w stanie Rhode Island; przez chwilę wydaje mi się, że mama zaraz mu przyłoży.

Dowiedziałam się, w jaki sposób zostałam poczęta, kiedy miałam siedem lat. Przyjęłam to na zupełnym luzie z dwóch powodów: po pierwsze, w tym wieku myśl o moich rodzicach uprawiających seks wydałaby mi się o wiele bardziej obrzydliwa niż opowiadanie o połączeniu komórek na szalce Petriego. Po drugie, z czasem leki na bezpłodność weszły do powszechnego użycia, na świat zaczęły przychodzić pięcioraczki, a mój przypadek nagle zupełnie spowszedniał. Ale żeby nazywać mnie dzieckiem na zamówienie? Bez przesady. Gdyby moi rodzice naprawdę chcieli zadawać sobie tyle trudu, toby się postarali, żeby nie zabrakło u mnie genów posłuszeństwa, pokory i wdzięczności.

Siedzę na ławce w korytarzu sądowym. Obok mnie tata sztywno trzyma splecione dłonie na kolanach. Mama i Campbell Alexander weszli do gabinetu sędziego. Tam toczy się ich słowna potyczka. My, którzy zostaliśmy tutaj, na korytarzu, siedzimy w dziwnej, nienaturalnej ciszy, jakby tamtych dwoje zabrało ze sobą wszystkie słowa stosowne na taką chwilę.

Dobiega mnie przekleństwo wypowiedziane kobiecym głosem. Zza rogu wychodzi Julia Romano.

– Przepraszam, że się spóźniłam. Nie mogłam się przedrzeć przez tłum dziennikarzy. Wszystko w porządku?

Przytakuję, a potem potrząsam głową w milczącym zaprzeczeniu.

Julia klęka przede mną.

– Nie chcesz, żeby mama wyprowadziła się z domu?

– Nie! – Moje oczy napełniają się łzami. Co za wstyd! – Zmieniłam zdanie. Już nie chcę tego ciągnąć. Chcę to wszystko skończyć.

Julia przygląda mi się przez długą chwilę, a potem kiwa głową.

– Porozmawiam z sędzią.

Po jej odejściu koncentruję się na tym, żeby prawidłowo wciągać powietrze do płuc. Dużo rzeczy, które dotąd robiłam odruchowo, teraz sprawia mi wiele trudu. Na przykład oddychanie. Albo siedzenie cicho. Robienie tego, co trzeba.

Czuję na sobie ciężki wzrok. Odwracam się. Tata na mnie patrzy.

– Mówiłaś poważnie? – pyta. – Naprawdę nie chcesz tego dalej ciągnąć?

Nie odpowiadam. Nie drgnę nawet o milimetr.

– Bo jeśli wciąż nie jesteś pewna, to znam miejsce, gdzie mogłabyś pomyśleć w spokoju. W moim pokoju w jednostce są dwa łóżka. – Tata pociera kark. – To nie będzie wyprowadzka. Nic z tych rzeczy. Po prostu… – Spogląda na mnie.

– Będę tam mogła odetchnąć – kończę za niego, oddychając głęboko.

Tata wstaje i wyciąga do mnie dłoń. Ręka w rękę wychodzimy z budynku sądu. Dziennikarze opadają nas jak wilki, ale tym razem wykrzykiwane pytania spływają po mnie. Głowę mam lekką, a oddech czysty, jakbym znów była małą dziewczynką noszoną w letni wieczór przez tatę na barana, małą dziewczynką, która wie, że wystarczy wyciągnąć ręce, a wschodzące gwiazdy zapłaczą się między palcami jak w sieci.

CAMPBELL

Być może to prawda, że na adwokatów bezwstydnie wykorzystujących każdą sposobność do autoreklamy czeka w piekle osobny kącik, nie znaczy to jednak, że z tego powodu mamy być nieprzygotowani na nadarzające się okazje. Przed gmachem sądu rodzinnego opada mnie sfora dziennikarzy; wgryzam się w tłum, jakby był z czekolady, i dokładam wszelkich starań, żeby skupić na sobie obiektywy kamer. Wygłaszam odpowiednie komentarze na temat mojej obecnej sprawy, mówię, że jest niecodzienna, niemniej bardzo bolesna dla obu stron. Napomykam, że decyzja sędziego może mieć wpływ na prawa nieletnich w naszym kraju, jak również na badania nad komórkami macierzystymi. Na tym kończę, wygładzam na sobie garnitur od Armaniego i ciągnąc lekko za smycz Sędziego, odchodzę, wyjaśniając, że muszę pilnie porozmawiać z moją klientką.

Wewnątrz napotykam Verna Stackhouse’a. Zastępca szeryfa chwyta moje spojrzenie i unosi kciuk. Spotkałem go dziś rano i najniewinniej w świecie zapytałem, czy jego siostra – dziennikarka z „ProJo” – wybiera się dziś do sądu.

– Nie mogę zdradzić szczegółów, właściwie w ogóle nie powinienem o tym mówić – rzuciłem zagadkowo – ale szykuje się naprawdę duża sprawa.

W tym osobnym, wydzielonym kącie piekła zapewne czeka tron przygotowany specjalnie dla tych, którzy czerpią korzyści z działalności charytatywnej.

Kilka minut później już jesteśmy w gabinecie.

– Panie Alexander – sędzia DeSalvo unosi mój wniosek o zakaz kontaktów – zechce mi pan wyjaśnić, dlaczego złożył pan ten wniosek, skoro wczoraj jasno wyraziłem swoje zdanie w tej sprawie?

– Podczas pierwszego, wstępnego spotkania z kuratorem procesowym – odpowiadam – dowiedziałem się, panie sędzio, że pani Sara Fitzgerald, w obecności pani Romano, oznajmiła mojej klientce, że jej pozew jest nieporozumieniem, które wkrótce samo się wyjaśni. – Rzucam matce Anny spojrzenie z ukosa. Jej emocje zdradzają tylko naprężone mięśnie szczęk. – Jest to jawne pogwałcenie poleceń wysokiego sądu. W dotychczasowym toku tej sprawy usiłowano stworzyć warunki nieingerujące w jedność rodzinną, jednak moim zdaniem takie działanie jest bezcelowe, skoro pani Fitzgerald nie potrafi oddzielić obowiązków rodzicielskich od obowiązków adwokata strony pozwanej. Dopóki to się nie zmieni, konieczna będzie fizyczna separacja obu stron.

Sędzia DeSalvo bębni palcami po biurku.

– Pani Fitzgerald, czy to prawda, że wyraziła się pani w ten sposób w rozmowie z Anną?

– A cóż w tym dziwnego?! – Sara wybucha. – Chcę dotrzeć do sedna tej sprawy!

Jej przyznanie się jest jak zawalenie się namiotu cyrkowego. W gabinecie zapada głęboka cisza. Julia wybiera właśnie ten moment, żeby stanąć w otwartych gwałtownie drzwiach.

– Przepraszam za spóźnienie – mówi zdyszana.

– Pani Romano – zapytuje ją sędzia – czy miała pani okazję rozmawiać dziś z Anną?

– Tak, widziałyśmy się przed chwilą. – Julia spogląda na mnie, potem na Sarę. – Wydała mi się bardzo zdezorientowana.

– Czy mogę poznać pani zdanie na temat wniosku złożonego przez pana Alexandra?

Julia zakłada za ucho nieposłuszny kosmyk włosów.

– Zebrałam jak dotąd zbyt mało informacji, żeby podjąć oficjalną decyzję, ale przeczucie mówi mi, że usunięcie matki Anny z domu rodzinnego byłoby pomyłką.

Słysząc te słowa, momentalnie sztywnieję. Mój pies, wyczuwając napięcie, wstaje z podłogi.

– Panie sędzio, pani Fitzgerald przed chwilą sama przyznała, że złamała polecenie sądu. Powinna przynajmniej odpowiedzieć za naruszenie praw etyki zawodowej i…

– Panie Alexander, w tej sprawie nie sposób kierować się wyłącznie literą prawa – mówi sędzia DeSalvo, po czym zwraca się do Sary: – Pani Fitzgerald, stanowczo doradzam pani wynajęcie niezawisłego adwokata, który będzie w tej sprawie reprezentował panią oraz pani męża. Dziś jeszcze nie wydam zakazu kontaktów, ale ostrzegam panią po raz kolejny: proszę nie rozmawiać z córką o procesie aż do rozpatrzenia sprawy, które odbędzie się w poniedziałek. Jeżeli usłyszę, że ponownie zlekceważyła pani niniejsze polecenie, sam postawię panią przed sądem i osobiście dopilnuję pani usunięcia z domu. – Sędzia zatrzaskuje segregator z aktami sprawy i wstaje. – Do poniedziałku bardzo proszę nie zawracać mi głowy, panie Alexander.

– Muszę porozmawiać z moją klientką – oświadczam i szybko wycofuję się na korytarz. Wiem, że Anna czeka tam z ojcem.

Tak jak się spodziewałem, Sara Fitzgerald depcze mi po piętach. Za nią podąża Julia, domyślam się, że z zamiarem łagodzenia ewentualnych spięć. Nagle stajemy jak wryci, cała trójka. Na ławce, na której została Anna, siedzi tylko Vern Stackhouse i drzemie.

– Vern? – odzywam się.

Zastępca szeryfa zrywa się na równe nogi, odchrząkując z zażenowaniem.

– Mam chory kręgosłup. Co jakiś czas muszę usiąść i go odciążyć.

– Gdzie jest Anna Fitzgerald?

Vern ruchem głowy pokazuje główne drzwi.

– Wyszła z ojcem kilka minut temu.

Sara, jak można wyczytać z jej twarzy, jest tym tak samo zaskoczona jak ja.

– Podwieźć panią do szpitala? – pyta Julia.

Matka Anny potrząsa głową i wygląda przez przeszklone drzwi, za którymi tłoczą się dziennikarze.

– Czy jest tutaj jakieś inne wyjście?

Sędzia, mój pies, wtyka mi pysk w dłoń. Cholera, myślę. Julia odprowadza Sarę korytarzem na tyły budynku.

– Muszę z tobą porozmawiać! – woła do mnie przez ramię.

Czekam, aż odwróci się plecami, potem prędko łapię Sędziego za jego uprząż i ciągnę w przeciwnym kierunku.

– Czekaj! – Nie mija pięć sekund, a już słyszę za sobą stukot szpilek na posadzce. – Powiedziałam, że chcę z tobą porozmawiać!

Przez chwilę całkiem poważnie zastanawiam się nad skokiem przez okno. Zatrzymuję się gwałtownie, odwracam i przywołuję na twarz najbardziej ujmujący uśmiech.

– Ściśle rzecz biorąc, powiedziałaś, że musisz ze mną porozmawiać. Gdybyś powiedziała, że chcesz, to być może poczekałbym na ciebie. – Sędzia wbija zęby w połę marynarki, mojej bardzo drogiej marynarki od Armaniego, i zaczyna mnie ciągnąć. – Ale teraz wybacz, jestem umówiony.

– Co ci odbiło? – pyta Julia. – Przecież rozmawiałeś z Anną o zachowaniu jej matki. Powiedziałeś, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku.

– To prawda. Jedziemy. Sara wywierała nacisk na Annę. Anna miała dość nacisków. Wytłumaczyłem jej, na czym polegają możliwe rozwiązania tej sytuacji.

– Rozwiązania sytuacji? Przecież to jest trzynastoletnia dziewczynka. Czy ty wiesz, ile razy widziałam już na procesach dzieci, które zachowują się dokładnie odwrotnie, niż przewidują ich rodzice? Przychodzi do mnie mama z zapewnieniem, że synek zezna przeciwko facetowi, który go molestował; mówi tak dlatego, że chce posadzić zboczeńca za kratki na dożywocie. Tymczasem jej synka nie obchodzi wyrok dla zboczeńca. On tylko nie chce drugi raz mieć go przed sobą na wyciągnięcie ręki albo uważa, że powinno mu się przebaczyć i dać szansę poprawy, bo tak robią jego rodzice, kiedy on jest niegrzeczny. Nie możesz traktować Anny jak zwykłego dorosłego klienta. Ona nie jest emocjonalnie przygotowana na odcięcie się od rodziny i podejmowanie własnych, niezależnych decyzji.

– Cały ten proces to właśnie ma na celu – zauważam.

– Więc może cię zainteresuje wiadomość, że niecałe pół godziny temu Anna oświadczyła mi, że zmieniła zdanie w kwestii całego tego procesu. – Julia unosi brew. – Nie wiedziałeś o tym, prawda?

– O tym mi nie powiedziała.

– A wiesz dlaczego? Bo obydwoje mówicie o kompletnie różnych rzeczach. Ty jej zreferowałeś prawne metody przeciwdziałania naciskom strony przeciwnej, mającym na celu doprowadzenie do wycofania pozwu. Zgodziła się bez problemu, to jasne. Ale czy naprawdę sądzisz, że ona zrozumiała, co to będzie oznaczać w praktyce? Że w domu będzie o jednego rodzica mniej, że nie będzie komu ugotować obiadu, odwieźć jej do szkoły, pomóc przy lekcjach, że nie będzie mogła pocałować mamy na dobranoc, a cała reszta rodziny będzie na nią bardzo zła? Z całej twojej przemowy Anna wyłowiła dwa słowa: koniec nacisków. Słowa „separacja” nawet nie usłyszała.

Sędzia skowyczy już nie na żarty.

– Muszę iść – mówię.

– Dokąd? – Julia rusza za mną.

– Mówiłem ci. Jestem umówiony. – Wszystkie drzwi w korytarzu są zamknięte, ale w końcu jedna gałka obraca się w mojej dłoni. Zamykam za sobą drzwi na zasuwkę. – Męska – mówię serdecznym tonem.

Julia szarpie za gałkę, bije pięścią w okienko z przydymionego szkła.

– Tym razem mi się nie wymkniesz! – krzyczy do mnie przez zamknięte drzwi. – Czekam tu na ciebie.

– A ja jestem zajęty – odkrzykuję. Sędzia opiera pysk na moim udzie. Zanurzam palce w jego gęstym, długim futrze. – Już dobrze – mówię mu, obracając się twarzą w stronę pustego pomieszczenia.

JESSE

Co jakiś czas zachodzą takie okoliczności, kiedy muszę zaprzeczyć moim poglądom i uwierzyć w Boga. To jest właśnie taka chwila: wracam do domu, a na progu siedzi nieziemska laska. Na mój widok wstaje i startuje do mnie z pytaniem, czy znam może Jessego Fitzgeralda.

– A kto chce wiedzieć? – odpowiadam pytaniem.

– Ja.

Posyłam jej mój najbardziej czarujący uśmiech.

– W takim razie oto jestem.

Przerwę na chwilę opowieść i opiszę wam to zjawisko. Dziewczyna jest starsza ode mnie, ale z każdym kolejnym spojrzeniem różnica wieku coraz bardziej się zaciera. W burzy jej loków mógłbym się zagubić, a jej usta są tak miękkie i pełne, że trudno mi oderwać od nich wzrok nawet po to, żeby ocenić resztę jej walorów. Oddałbym wszystko, żeby móc dotknąć jej skóry, nawet w tych całkiem zwyczajnych miejscach – żeby tylko się przekonać, czy naprawdę jest taka gładka, na jaką wygląda.

– Nazywam się Julia Romano – mówi anioł. – Jestem kuratorem sądowym.

Orkiestra niebiańskich smyczków grająca w mojej duszy w jednej chwili kończy swój występ fałszywym zgrzytem.

– Z policji?

– Nie. Jestem adwokatem. Pomagam sędziemu w sprawie twojej siostry.

– Kate?

Przez jej twarz przebiega jakiś cień.

– Nie. W sprawie Anny. Anna złożyła wniosek o usamowolnienie w kwestii zabiegów medycznych.

– Aha. No tak, wiem o tym.

– Naprawdę? – Widzę, że jest zaskoczona. Pewnie uważała, że nieposłuszeństwo wobec rodziców jest wyłączną domeną Anny. – A wiesz może, gdzie ona teraz jest?

Rzucam okiem na ciemne okna opustoszałego domu.

– Azali jestem stróżem siostry mojej? – Szczerzę do niej zęby. – Jeśli masz życzenie poczekać tutaj na nią, zapraszam do siebie, na górę. Pokażę ci, że tak powiem, moją kolekcję znaczków.

Anioł nie odmawia. Jestem w szoku.

– Niezły pomysł. Chcę cię spytać o parę rzeczy.

Opieram się o framugę i splatam ręce na piersi, wypychając pięściami bicepsy. Posyłam jej uśmiech, który zawrócił w głowie połowie studentek na uniwerku Rogera Williamsa w Bristolu.

– A co robisz dziś wieczorem?

W jej oczach widzę zdziwienie, jakbym mówił po chińsku. Nie, cholera, ona pewnie rozumie po chińsku. Po chińsku, japońsku, czy nawet, kurna, po marsjańsku.

– Czy ty aby nie próbujesz wyrwać mnie na randkę? – pyta, dowodząc, że się nie myliłem.

– Staram się, nie widać? – odpowiadam.

– To możesz przestać – pada chłodna odpowiedź. – Mogłabym być twoją matką.

– Masz cudowne oczy. – Tak naprawdę chodzi mi o jej cycuszki, ale co tam.

Akurat w tym właśnie momencie Julia Romano szczelnie zapina marynarkę od kostiumu. Parskam śmiechem.

– A może porozmawiamy tutaj? – proponuje.

– Wszystko jedno – odpowiadam i prowadzę ją do siebie.

W środku nie jest nawet najgorzej, zważywszy na to, jak zwykle wygląda moje mieszkanie. Stos naczyń w zlewie ma dopiero dwa dni, a rozsypane płatki, leżące cały dzień na podłodze, przynajmniej nie śmierdzą tak jak rozlane mleko. Na samym środku stoi wiadro, kanister z benzyną, a obok leżą szmaty; majstruję pochodnie. Wszędzie walają się ubrania; część z nich wykorzystałem w przemyślny sposób, żeby zatkać przecieki w moim destylatorze.

– I co ty na to? – Uśmiecham się. – Martha Stewart byłaby zachwycona, nie?

– Martha Stewart poświęciłaby życie badaniu twojego przypadku – mruczy Julia w odpowiedzi. Siada na kanapie, ale natychmiast podskakuje, odrywając od siedzenia garść frytek. O mój Boże! Na jej słodkim tyłeczku został tłusty ślad w kształcie serca!

– Napijesz się czegoś? – proponuję.

Niech nikt nie mówi, że matka nie wpoiła mi manier.

Julia rozgląda się i potrząsa głową.

– Opuszczę kolejkę.

Wzruszam ramionami, wyjmując z lodówki browarek.

– Rozumiem, że front domowy się podzielił?

– Nie wiesz, co się dzieje w domu?

– Staram się tym nie interesować.

– Dlaczego?

– Bo w tym jestem najlepszy. – Pociągam solidny łyk piwa, uśmiechając się szeroko. – Chociaż takiego wydarzenia w sumie nie chciałbym przegapić.

– Opowiedz mi o twoich siostrach.

– Co chciałabyś wiedzieć? – Przysiadam się do niej na kanapę, za blisko, o wiele za blisko. Celowo.

– Jak ci się z nimi układa?

Pochylam się w jej stronę.

– Czy to ma być pytanie z serii: „Czy jesteś dobrym bratem”? – Nie doczekuję się nawet mrugnięcia okiem, daję więc spokój wygłupom. – Znoszą mnie jakoś – odpowiadam. – Jak wszyscy.

Ta odpowiedź widocznie ją zaciekawiła, bo zapisuje coś w małym notesiku.

– Jak to jest dorastać w takiej rodzinie? – pyta po chwili.

Mam na końcu języka co najmniej dziesięć luzackich tekstów, ale nie wiadomo czemu odpowiadam jej w sposób, który mnie samego zaskakuje.

– Kiedy miałem dwanaście lat, Kate znów zachorowała, nic poważnego, zwykła infekcja, ale i tak przecież nie mogła poradzić sobie z tym sama. Zabrali więc Annę do szpitala, żeby pobrać od niej granulocyty, no, krwinki białe. Wypadło to akurat w Wigilię, chociaż przecież nikt, a zwłaszcza sama Kate, tego złośliwie nie zaplanował. Rano mieliśmy iść całą rodzinką kupić choinkę. – Wyciągam z kieszeni paczkę fajek. – Pozwoli pani? – Nie czekając na odpowiedź, zapalam jednego. – W ostatniej chwili podrzucili mnie sąsiadom. Głupio wyszło, bo do tamtych zjechali krewni na wielką rodzinną Wigilię. Wszyscy szeptali po kątach, zerkając co chwila na mnie, jakbym był jakimś przybłędą z domu dziecka, a na dodatek głuchym jak pień. Szybko zaczęło mnie to wkurzać. Powiedziałem, że idę do łazienki, i dałem stamtąd nogę. Wróciłem do domu, wziąłem siekierę ojca – ma ich kilka – do tego piłę i ściąłem taki mały świerczek, który rósł na środku podwórka. Zanim sąsiedzi się kapnęli, że mnie nie ma, zdążyłem osadzić drzewko w stojaku i ustawić je w dużym pokoju, przybrane, z łańcuchami, bombkami i czym tam jeszcze.

Do tej pory pamiętam te światełka, czerwone, niebieskie, żółte, mrugające z gałęzi choinki, na których nawieszałem tyle tego badziewia, że aż się uginały.

Rano w pierwszy dzień świąt rodzice przyjechali po mnie do sąsiadów. Byli zmęczeni jak diabli, ale w domu pod choinką czekały prezenty. Ucieszyłem się jak nie wiem co. Wyszukałem paczkę z moim imieniem. W środku był mały nakręcany samochodzik. Świetny prezent, ale dla trzylatka, a nie dla mnie. No i poza tym akurat wiedziałem, że sprzedają takie w szpitalnym kiosku. Wszystkie prezenty, które wtedy dostałem, były tam kupione. Wyobraź to sobie. – Gaszę peta o spodnie. – A o drzewku nie wspomnieli nawet słowem. Tak to jest dorastać w tej rodzinie.

– A Anna? Czy rodzice traktują ją tak samo jak ciebie?

– Nie. Anna jest potrzebna Kate, która jest na pierwszym planie. Dlatego ją hołubią.

– W jaki sposób rodzice decydują, kiedy Anna udzieli pomocy siostrze? – pyta Julia.

– Uważasz, że decyzja w ogóle wchodzi w grę? Że ktoś tu ma jakiś wybór?

Julia unosi głowę.

– A nie jest tak?

Zbywam ją milczeniem, bo nie jestem na tyle głupi, żeby nie domyślić się, że to jest pytanie retoryczne. Wyglądam przez okno. Na podwórku cały czas sterczy pieniek po tamtym świerku. W tej rodzinie nikt nie trudzi się zacieraniem śladów po swoich błędach.

Kiedy miałem siedem lat, wbiłem sobie do głowy, że przekopię się do Chin. Próbowałem sobie wyobrazić, ile czasu i pracy będzie wymagało wykonanie tunelu w linii prostej na wylot przez całą Ziemię. Wziąłem z garażu łopatę i zacząłem kopać dziurę, niezbyt szeroką, na tyle tylko, żebym mógł się do niej wślizgnąć. Wieczorem zakrywałem wykop starym plastikowym workiem, na wypadek gdyby w nocy miało padać. Pracowałem w pocie czoła przez cztery tygodnie; kamienie drapały moje ramiona, znacząc je bliznami bojowymi, a korzenie chwytały mnie za nogi.

Nie wziąłem jednak pod uwagę ścian mojego tunelu, wyrastających coraz wyżej dookoła mnie, ani też gorącego łona planety, parzącego mnie przez podeszwy trampek. Kiedy wkopałem się już dość głęboko, kompletnie straciłem orientację. Zgubiłem się. W ciemnym tunelu trzeba oświetlać sobie drogę, a w tym akurat nigdy nie byłem dobry.

Tata przybiegł, słysząc moje krzyki. Znalazł mnie w pół sekundy, chociaż w moim odczuciu czekałem na niego przez kilka ludzkich pokoleń. Wsunął się do mojej jamy, nie wiedząc, czy ma podziwiać moją ciężką pracę, czy ganić bezdenną głupotę.

– Przecież to się mogło na ciebie zawalić! – powiedział, wyciągając mnie stamtąd i stawiając na twardej ziemi.

Dopiero gdy stąd spojrzałem, zdałem sobie sprawę, że moja jama nie ciągnie się jednak całe kilometry w głąb ziemi. Tata, stojąc na dnie, schował się w niej tylko po piersi.

Coś wam powiem. Ciemność to pojęcie względne.

BRIAN

Niecałe dziesięć minut. Tyle potrzeba Annie, żeby wprowadzić się do mojego pokoju w remizie. Układa ubrania w szufladzie i kładzie swoją szczotkę do włosów na półce, tuż obok mojej. Zostawiam ją i zaglądam do kuchni. Paulie robi obiad, a chłopcy siedzą dookoła stołu. Czekają na wyjaśnienia.

– Przez jakiś czas Anna pomieszka tutaj ze mną – informuję ich. – Musimy przemyśleć pewne sprawy.

Cezar odrywa wzrok od czasopisma.

– Będzie z nami jeździć?

O tym nie pomyślałem. Może jeśli poczuje się jak praktykantka ze szkoły pożarniczej, łatwiej jej będzie oderwać myśli od tamtej sprawy.

– A wiesz – odpowiadam Cezarowi – że to chyba dobry pomysł?

Paulie odwraca się od kuchni. Robi dziś meksykańskie fajitas z wołowiny.

– Dobrze się, czujesz, kapitanie?

– Jasne. Miło, że pytasz.

– Gdyby ktoś chciał ją tu niepokoić – mówi Red – najpierw będzie miał z nami do czynienia.

Reszta zgodnie kiwa głowami. Ciekawe, co by sobie pomyśleli, gdybym im powiedział, że tym kimś, kto niepokoi Annę, są jej rodzice – Sara i ja.

Zostawiam chłopaków przygotowujących kuchnię do obiadu i wracam do pokoju. Anna siedzi po turecku na drugim łóżku.

– Hej – próbuję ją zagadnąć, ale nie odpowiada. Dopiero po chwili dostrzegam słuchawki, przez które Bóg raczy wiedzieć, co sączy się wprost do jej uszu.

Zauważywszy, że wszedłem, Anna wyłącza muzykę i zsuwa słuchawki na szyję. Wyglądają jak naszyjnik – obroża.

– Hej – mówi.

Przysiadam na skraju łóżka.

– Chcesz coś porobić?

– A masz jakiś pomysł?

Wzruszam ramionami.

– Nie wiem. Możemy pograć w karty.

– W pokera?

– W pokera, w wojnę, wszystko jedno. Uważne spojrzenie.

– W wojnę?

– Mogę zapleść ci warkocze…

– Tato – pyta Anna – dobrze się czujesz?

Łatwiej mi wbiec prosto do walącego się budynku, niż pomóc córce oswoić się z nowym, nieznanym miejscem.

– Chciałem tylko… żebyś nie czuła się tutaj skrępowana i robiła, co chcesz.

– Mogę zostawić paczkę tamponów w łazience?

W jednej chwili na moją twarz bije rumieniec. Anna, jakby tym zarażona, też się czerwieni. Pracuje u nas tylko jedna kobieta – strażak, w dodatku w niepełnym wymiarze godzin, a toaleta dla kobiet jest na dole. Ale mimo wszystko…

Anna opuszcza głowę, włosy opadają jej na twarz.

– Nie chciałam… Będę je trzymać u siebie…

– Możesz je trzymać w łazience – oznajmiam, po czym dodaję z przekonaniem: – Gdyby ktoś miał jakieś obiekcje, powiemy, że to moje.

– Chyba ci nie uwierzą, tato.

Obejmuję córkę ramieniem.

– Nie wszystko musi od razu mi wychodzić. Nigdy nie dzieliłem pokoju z trzynastolatką.

– Ja też nieczęsto pomieszkuję z facetami po czterdziestce.

– To dobrze, bo musiałbym ich wszystkich pozabijać.

Czuję na szyi jej uśmiech, wilgotną pieczątkę. Być może to wcale nie uda mi się przekonać samego siebie, że to posunięcie scementuje jedność mojej rodziny, chociaż pierwszy krok w tym kierunku oznacza rozdarcie jej na dwa obozy.

– Tato?

– Hmm?

– Tak na przyszłość: w wojnę grają dzieci, które jeszcze nie wiedzą, do czego służy nocniczek.

Obejmuje mnie supermocno, tak jak kiedyś, kiedy była malutka. W nagłym przebłysku przypominam sobie ostatni raz, kiedy niosłem ją na rękach. Spacerowaliśmy przez łąkę całą piątką; pałki wodne górowały nad Anną. Porwałem ją na ręce i razem przedzieraliśmy się przez morze traw. Wtedy właśnie po raz pierwszy oboje zauważyliśmy, że nogi mojej córeczki prawie dotykają ziemi, że jest już za duża, żeby siedzieć u taty na rękach. Bardzo szybko zaczęła się wiercić, żebym postawił ją na ziemi. Chciała iść sama.

Złote rybki nigdy nie urosną większe niż akwarium, w którym się je trzyma. Fantastycznie wygięte gałęzie drzewek bonsai są miniaturowe. Oddałbym wszystko, żeby Anna nie musiała dorosnąć. Dzieci przerastają nas o wiele szybciej, niż my przerastamy je.

To niezwykłe, że to wszystko dzieje się w tym samym czasie: jedna z naszych córek ciąga nas po sądach, a druga, ciężko chora, po szpitalach. Ale przecież dobrze wiedzieliśmy, że Kate przechodzi ostatnie stadia choroby nerek; to sytuacja z Anną spadła na nas jak grom z jasnego nieba. A jednak jak zawsze okazało się, że potrafimy sobie jakoś z tym poradzić. Ludzka odporność na stres przypomina łodygę bambusa: na pierwszy rzut oka nikt nie dałby wiary, jak bardzo jest elastyczna.

Dziś po południu, po powrocie z sądu, zostawiłem Annę w domu, zajętą pakowaniem swoich rzeczy, i pojechałem do szpitala. Kiedy wszedłem do pokoju Kate, akurat trwała dializa. Kate spała ze słuchawkami na uszach. Z krzesła obok łóżka podniosła się Sara, kładąc ostrzegawczo palec na ustach.

Wyprowadziła mnie na korytarz.

– Co tam u Kate? – zapytałem.

– Bez większych zmian – odparła. – A co z Anną?

Wymieniliśmy informacje o naszych dzieciach tak, jakby to była gra kartami obrazkowymi; nie chcemy się jeszcze ich pozbywać, więc tylko migamy nimi przed oczami przeciwnika. Spojrzałem na Sarę, zachodząc w głowę, jak mam jej powiedzieć o tym, co zrobiłem.

– Gdzie was dwoje poniosło, kiedy ja użerałam się z sędzią? – zapytała.

No cóż. Ten, kto tylko siedzi i rozmyśla o tym, czy ogień jest bardzo gorący, nigdy nie ruszy do akcji.

– Zabrałem Annę do jednostki.

– Miałeś wezwanie do pracy?

Wziąłem głęboki wdech i skoczyłem w tę przepaść, którą stało się moje małżeństwo.

– Nie. Anna przez kilka dni pomieszka ze mną. Ona potrzebuje teraz mieć trochę czasu dla siebie.

Sara wbiła we mnie wzrok.

– Przecież nie będzie sama, tylko z tobą.

Ni stąd, ni zowąd w jednej chwili szpitalny korytarz zrobił się w moich oczach zbyt jasny i przepastnie szeroki.

– Czy to źle? – zapytałem.

– Tak – padła odpowiedź. – Chyba nie myślisz poważnie, że pomożesz Annie na dłuższą metę, wkupując się w jej łaski, kiedy ma napad złego humoru?

– Ja nie wkupuję się w jej łaski. Chcę stworzyć jej warunki, w których będzie mogła przemyśleć pewne rzeczy i sama dojść do właściwych wniosków. To ja siedziałem z Anną na korytarzu, kiedy ty byłaś w gabinecie sędziego. Martwię się o nią.

– I tutaj się różnimy – zwraca mi uwagę Sara. – Ja martwię się o obie nasze córki.

Przez jedną krótką chwilę ujrzałem Sarę taką, jaką ją kiedyś znałem: zawsze wiedziała, gdzie znaleźć uśmiech, i nie musiała wygrzebywać go z samego dna; umiała spalić każdy dowcip, a mimo to uśmiać się z niego do rozpuku; potrafiła namówić mnie do wszystkiego praktycznie bez żadnego wysiłku. Ująłem jej twarz w dłonie. Aha, znalazłem cię, pomyślałem, i pochyliwszy się, pocałowałem ją w czoło.

– Wiesz, gdzie nas szukać – powiedziałem, po czym odwróciłem się i odszedłem.

Kilka minut po północy przychodzi wezwanie do wypadku. Anna mruga, wystawiając nos spod koca, rozbudzona dzwonkiem alarmowym i oślepiona automatycznie włączonym światłem, które zalewa cały pokój.

– Możesz zostać – mówię jej, ale ona już jest na nogach i wkłada buty.

Dałem jej stary, używany kombinezon naszej jedynej strażaczki, robocze buty i kask. Anna zarzuca na ramiona kurtkę i wskakuje na tył karetki, na siedzenie zwrócone tyłem do kierunku jazdy, zaraz za siedzeniem kierowcy, którym dzisiaj jest Red. Zapina pas.

Pędzimy na sygnale ulicami Upper Darby. Wezwano nas do domu starców „Sunshine Gates”, do tej poczekalni lepszego świata. Red wyciąga z karetki nosze, a ja biorę torbę ze środkami pierwszej pomocy. Przy drzwiach wejściowych czeka na nas pielęgniarka.

– Upadła i na chwilę straciła przytomność – informuje nas. – Ocknęła się, ale umysłowo nie doszła do siebie.

Prowadzi nas do pokoju, w którym na podłodze leży pani w starszym wieku, niskiego wzrostu i drobnej, ptasiej budowy. Z rany na czubku jej głowy sączy się krew. W powietrzu czuć zapach wskazujący na to, że nie panuje nad wypróżnieniem.

– Witaj, złotko. – Bez chwili zwłoki pochylam się nad nią. Ujmuję jej dłoń, o skórze cienkiej jak krepa. – Dasz radę chwycić mnie za palce? – Odwracam głowę do pielęgniarki: – Jak ona się nazywa?

– Eldie Briggs. Ma osiemdziesiąt siedem lat.

– Zaraz ci pomożemy, Eldie – mówię do niej, nie przerywając badania. – Rana tłuczona w okolicy kości potylicznej. Będą potrzebne sztywne nosze. – Red wraca biegiem do karetki, a ja mierzę ciśnienie krwi i tętno. Nieregularne. – Czujesz ból w piersi? – pytam Eldie. Staruszka jęczy, lecz mimo to kręci przecząco głową, a za chwilę jej twarz wykrzywia grymas. – Będę musiał założyć ci kołnierz, złotko, dobrze? Wygląda na to, że mocno uderzyłaś o coś głową. – Wraca Red, niosąc sztywne nosze. Spoglądam ponownie na pielęgniarkę. – Czy zaburzenie percepcji to przyczyna czy skutek upadku?

Pielęgniarka potrząsa głową.

– Nikt nie widział, jak to się stało.

– No jasne – mamroczę pod nosem. – Potrzebny mi koc.

Podaje mi go ktoś o drobnych, roztrzęsionych rękach. Dopiero w tej chwili przypominam sobie, że Anna pojechała z nami.

– Dziękuję, kochanie – przerywam na chwilę te czynności, żeby uśmiechnąć się do córki. – Chcesz nam pomóc? Stań przy nogach pani Briggs.

Anna potakuje, przykucnąwszy tam, gdzie jej powiedziałem. Twarz ma bladą.

– Eldie, kiedy policzę do trzech, obrócimy cię… – Odliczam, kładziemy chorą na sztywnych noszach, zapinamy taśmy. Rana na głowie znów zaczyna krwawić.

Ładujemy nosze do karetki. Red zapuszcza silnik i rusza do szpitala. Ja, uwijając się w ciasnocie tylnej kabiny, zawieszam zbiornik z tlenem na ramieniu wieszaka, prosząc jednocześnie Annę, żeby mi podała zestaw do kroplówki. Rozcinam ubranie Eldie.

– Jest pani z nami, pani Briggs? Uwaga, teraz lekko panią ukłuję. – Biorę w dłonie jej rękę i próbuję znaleźć żyłę, ale wszystkie są tak cienkie jakby wyrysowane ołówkiem. Przypominają szkic jakiegoś projektu. Moje czoło pokrywa się kropelkami potu. – Kochanie – proszę Annę – możesz znaleźć igłę dwadzieścia dwa? Dwudziestką nie dam rady.

Płacz i jęki chorej wcale mi nie pomagają. Wstrząsy karetki, zarzucanie na zakrętach i przy hamowaniu też nie ułatwiają trafienia cieńszą igłą w żyłę.

– Cholera. – Rzucam drugi zestaw na podłogę.

Szybko mierzę tętno, po czym sięgam po radiotelefon i wybieram numer szpitala, żeby uprzedzić ostry dyżur, że już do nich jedziemy.

– Pacjentka, osiemdziesiąt siedem lat. Upadła. Jest przytomna i odpowiada na pytania. Ciśnienie sto trzydzieści sześć na osiemdziesiąt trzy, tętno około stu trzydziestu, nieregularne. Próbowałem podłączyć kroplówkę, ale nic mi z tego nie wyszło. Z tyłu głowy rana tłuczona, krwawienie opanowane. Podałem chorej tlen. Co jeszcze chcecie wiedzieć?

Światła nadjeżdżającej z naprzeciwka ciężarówki zalewają kabinę jasnością, w której dostrzegam twarz Anny. Ciężarówka skręca, robi się ciemniej. Zauważam, że moja córka trzyma w dłoniach rękę tej obcej kobiety.

Dojeżdżamy pod wejście na ostry dyżur. Wyciągamy z karetki nosze. Automatyczne drzwi otwierają się przed nami. W środku czekają już lekarze i pielęgniarki.

– Chora jest przytomna i rozmawia z nami – melduję im.

Jeden z pielęgniarzy bierze w dłoń wątły nadgarstek Eldie, uderza po nim palcami.

– Jezu… – szepcze.

– No właśnie. Dlatego nie mogłem podłączyć kroplówki. Ciśnienie musiałem mierzyć opaską dla dzieci.

Nagle przypominam sobie o Annie, która wciąż stoi w drzwiach. Jej oczy są szeroko otwarte.

– Tatusiu, czy ta pani umrze?

– Wydaje mi się, że miała udar, ale wyliże się z tego. Usiądziesz tu, na tym krześle, i poczekasz na mnie? Zaraz do ciebie przyjdę. Nie będzie mnie najwyżej pięć minut.

– Tato? – dobiega mnie jej głos. Zatrzymuję się w progu. – Fajnie by było, jakby każdy chory był taki jak ta pani, prawda?

Anna nie potrafi spojrzeć na to moimi oczami. Nie wie, że Eldie Briggs to był koszmar wszystkich ratowników: żyły cienkie jak niteczki, niestabilna… Moja córka nie zdaje sobie sprawy, że to wcale nie był dobry przypadek. Chodzi jej o to, że panią Eldie Briggs można będzie wyleczyć.

Wchodzę na salę i zgodnie z procedurą przekazuję ekipie z ostrego dyżuru wszelkie informacje dotyczące przywiezionej pacjentki. Około dziesięciu minut później, po wypełnieniu formularza, wychodzę do poczekalni. Anny już tam nie ma. W karetce Red wygładza na noszach świeże prześcieradło i wsuwa poduszkę pod pasek.

– Gdzie jest Anna? – pytam go.

– Przecież poszła z tobą.

Rzucam okiem w korytarz po prawej, potem po lewej stronie. Widzę tylko wyczerpanych lekarzy, innych ratowników paramedycznych, małe grupki półprzytomnych ludzi popijających kawę i podtrzymujących w sobie płomyk nadziei, że wszystko będzie dobrze.

– Zaraz wracam.

W porównaniu z szalonym młynem, jakim jest ostry dyżur, ósme piętro wydaje się cichutkie i spokojne jak dziecko otulone kołdrą. Pielęgniarki poznają mnie i witają po imieniu. Znajduję pokój, w którym leży Kate, i delikatnie popycham drzwi.

Anna jest już za duża, żeby zmieścić się na kolanach u Sary. Pomimo to wspięła się właśnie tam i usnęła. Kate też śpi. Sara patrzy na mnie ponad głową Anny.

Przyklękam przed moją żoną i przeczesuję palcami włosy na skroni naszej córki.

– Kotku – szepczę – jedziemy już do domu.

Anna powoli się prostuje, pozwala wziąć się za rękę i pociągnąć. Dłoń Sary przesuwa się w dół wzdłuż jej pleców.

– To nie jest żaden dom – mówi Anna, ale nie opiera się. Idzie za mną. Wychodzimy.

Jest już dobrze po północy. Pochylam się nad łóżkiem Anny i szepczę jej prosto do ucha:

– Chodź, musisz to zobaczyć.

Anna daje się skusić; wstaje, bierze bluzę, wsuwa stopy w tenisówki. Razem wychodzimy na dach remizy.

Niebo świetlistymi smugami spada nam na głowy. Meteory strzelają niczym sztuczne ognie, prując ciemną tkaninę nocy. Anna wydaje okrzyk zachwytu i kładzie się na plecach, żeby lepiej widzieć.

– To Perseidy – wyjaśniam. – Deszcz meteorów.

– Niesamowite.

Spadające gwiazdy to w gruncie rzeczy wcale nie są gwiazdy, tylko skalne okruchy, które wpadają do atmosfery i płoną pod wpływem tarcia. To, na co patrzymy, wypowiadając życzenie, to nic innego jak szlak wysypany gruzem.

W lewym górnym kwadrancie nieboskłonu bucha nowy strumień iskier.

– Czy to się powtarza każdej nocy, kiedy śpimy?

Niezwykłe pytanie: czy wszystkie piękne wydarzenia mają miejsce wtedy, kiedy nie możemy ich zaobserwować? Potrząsam przecząco głową. Ściśle rzecz biorąc, Ziemia przechodzi przez ten zapylony ogon komety co roku, ale tak żywiołowy spektakl zdarza się może raz na pokolenie.

– Fajnie by było, gdyby gwiazda spadła u nas na podwórku. Znaleźlibyśmy ją rano, po wschodzie słońca, i włożylibyśmy do szklanej kuli.

Byłaby z niej świetna lampka nocna albo latarenka kempingowa. – Bardzo łatwo mogę sobie wyobrazić Annę, jak przeczesuje trawnik w poszukiwaniu spalonych źdźbeł. – Jak myślisz, czy Kate ze swojego okna też to widzi?

– Nie jestem pewien. – Unoszę się na łokciu i przyglądam jej uważnie.

Ale Anna ani na chwilę nie odrywa oczu od nieba, tego wielkiego durszlaka przewróconego do góry dnem.

– Wiem, że chcesz mnie zapytać, dlaczego robię to wszystko.

– Nie musisz nic mówić, jeśli nie chcesz.

Anna kładzie głowę na moim ramieniu jak na poduszce. W każdej sekundzie na niebie wykwitają nowe pęki srebra: są tam nawiasy, wykrzykniki, przecinki – pełen zestaw odlanych ze światła znaków interpunkcyjnych do zdań zbyt trudnych, by mogły przejść przez gardło.

PIĄTEK

Nie wierz w bieg słońca przez firmament;

Nie wierz w żar gwiazd, co w niebie stoją;

Nie wierz w prawdziwość prawdy samej;

Lecz wierz bez reszty w miłość moją.

William Szekspir, „Hamlet”

CAMPBELL

Już pierwsze chwile spędzone w szpitalu dowodzą, że nie będzie łatwo. Od samego progu mamy kłopoty. Kobieta – ochroniarz, zauważywszy Sędziego, zagradza nam drogę do windy. Staje przed nami z rękami skrzyżowanymi na piersi. Wygląda jak Hitler w kobiecym przebraniu, z bardzo kiepską trwałą.

– Z psem nie wolno – słyszę.

– To jest pies – przewodnik.

– Pan nie jest niewidomy.

– Mam arytmię serca, a on jest przeszkolony w resuscytacji krążeniowo – oddechowej.

Udaję się wprost do gabinetu doktora Petera Bergena, psychiatry. Tak się składa, że to właśnie psychiatra jest przewodniczącym szpitalnej komisji do spraw etyki lekarskiej. Idę do niego na wszelki wypadek, ponieważ nie mogę skontaktować się z moją klientką i dowiedzieć od niej, czy proces trwa, czy może wniosek został wycofany. Szczerze mówiąc, po wczorajszym spotkaniu w sądzie byłem mocno wkurzony. Chciałem, żeby Anna zgłosiła się do mnie, ale nie przyszła do kancelarii. Posunąłem się nawet do tego, że wieczorem czekałem na nią całą godzinę przed jej domem, wczoraj jednak najwidoczniej nikt tam nie nocował. Dziś rano pojechałem do szpitala, założywszy, że Anna czuwa przy łóżku siostry. Nie wpuszczono mnie do pokoju Kate. Nie mogę też skontaktować się z Julią; kiedy wczoraj wyszliśmy z łazienki po tym nagłym zajściu w sądzie, spodziewałem się, że tak jak obiecała, będzie czekać na korytarzu. Prosiłem jej siostrę przez telefon, żeby przynajmniej podała mi jej numer komórkowy, ale coś mi mówi, że pod 401 – SPA – DAJ trudno będzie się dodzwonić.

Tak więc nie pozostało mi nic innego, jak pracować dalej nad tą sprawą, mając nadzieję – niewielką, przyznaję – że jest jeszcze nad czym pracować.

Sekretarka doktora Bergena jest młoda i najwyraźniej należy do tego rodzaju kobiet, które mają większy numer stanika niż iloraz inteligencji.

– O, psiaczek! – piszczy na widok Sędziego i wyciąga rękę, żeby poklepać go po łbie.

– Proszę tego nie robić. – Już chcę ją poczęstować jednym z tekstów, które mam zawsze pod ręką, ale dochodzę do wniosku, że nie warto marnować go dla niej. Kieruję się prosto do drzwi gabinetu jej szefa.

Zastaję tam niskiego, przysadzistego mężczyznę zajętego ćwiczeniami tai chi. Ma na sobie strój do jogi, a na siwiejącej czuprynie bandanę w barwach narodowych.

– Nie mam czasu – burczy doktor Bergen.

– To tak samo jak ja, panie doktorze. Nazywam się Campbell Alexander. Jestem adwokatem. To ja prosiłem o historię choroby córki państwa Fitzgeraldów.

– Przesłałem wszystkie dokumenty. – Psychiatra robi wydech, trzymając ramiona wyciągnięte prosto przed siebie.

– Przesłał mi pan historię choroby Kate, a ja potrzebuję dokumentów dotyczących Anny Fitzgerald.

– Wie pan co – słyszę – w tej chwili trudno mi będzie…

– Proszę sobie nie przeszkadzać w ćwiczeniach. – Siadam na krześle, a Sędzia kładzie się u moich stóp. – Tak jak mówiłem, interesuje mnie przypadek Anny Fitzgerald. Czy rada etyki lekarskiej zajęła stanowisko w tej sprawie?

– Komisja nigdy nie poddała pod dyskusję przypadku Anny Fitzgerald. To jej siostra jest naszą pacjentką, nie ona.

Doktor Bergen wygina się w tył, potem robi skłon.

Przyglądam się temu przez chwilę.

– Czy wie pan, ile razy Anna Fitzgerald była hospitalizowana i leczona ambulatoryjnie w tym szpitalu?

– Nie – odpowiada Bergen.

– Według mojej rachuby osiem razy.

– Zabiegi, które przeszła, nie muszą od razu kwalifikować się do rozpatrzenia przez komisję etyki lekarskiej. Jeśli lekarze wiedzą, czego pacjent sobie życzy, a czego nie, a pacjent wie, co lekarze chcą mu zrobić, i zgadza się na to, wtedy nie ma sprzeczności interesów, a my w ogóle nie musimy o niczym słyszeć. – Doktor Bergen stawia na ziemi stopę, którą przez jakiś czas trzymał w powietrzu, i sięgnąwszy po ręcznik, wyciera się pod pachami. – Każdy z nas pracuje na pełny etat, panie Alexander. W komisji zasiadają psychiatrzy, pielęgniarki, lekarze, naukowcy i kapelani. Staramy się raczej unikać wszelkich problemów.

Staliśmy na szkolnym korytarzu, opierając się plecami o moją szafkę i dyskutując zawzięcie na temat Matki Boskiej. Obracałem w palcach cudowny medalik, który Julia nosiła na szyi. No dobrze, przyznaję się, chodziło mi o samą szyję, a medalik akurat tam wisiał. I przeszkadzał.

– A jeśli – powiedziałem – Dziewica Maryja była po prostu nastolatką, która wpadła w zwyczajne w tym wieku kłopoty, ale zamiast panikować, wymyśliła genialne rozwiązanie problemu?

Julia o mało się nie zakrztusiła.

– Za coś takiego, Campbell, możesz wylecieć z Kościoła episkopalnego.

– Ale pomyśl tylko: masz trzynaście lat, czy ile tam wtedy miały dziewczyny na wydaniu, poszłaś raz na siano z Józefem, było fajnie, a tu nagle szast – prast i dwie kreski na teście ciążowym. Masz dwa wyjścia: albo ciężko podpadniesz staremu, albo wymyślisz jakąś niezłą historyjkę. A kto ośmieli się zarzucić ci kłamstwo, jeśli powiesz, że to Bóg zrobił ci dziecko? Nie wydaje ci się, że ojciec Maryi myślał sobie tak: Mógłbym ją ukarać szlabanem, ale co będzie, jeśli spadnie na nas jakaś plaga?

Mówiąc to, mocno szarpnąłem drzwi mojej szafki. Ze środka wysypało się chyba ze sto prezerwatyw. Dookoła nagle zmaterializowali się moi kumple z załogi żeglarskiej, skowycząc ze śmiechu jak hieny.

– Tak sobie pomyśleliśmy, że pewnie kończą ci się już stare zapasy gumek – parsknął jeden z nich.

Co miałem zrobić? Uśmiechnąłem się.

Zanim się obejrzałem, Julii już nie było. Jak na dziewczynę, biegła jak wicher. Kiedy ją dogoniłem, szkoła ledwie majaczyła na horyzoncie.

– Perełko… – zacząłem, ale nie miałem żadnego pomysłu, co po wiedzieć dalej. Nie po raz pierwszy widziałem, jak dziewczyna płacze przeze mnie, ale nigdy wcześniej ten widok nie sprawił mi bólu. – Co miałem zrobić? Tłuc się ze wszystkimi? Tego byś chciała?

Spiorunowała mnie wzrokiem.

– Co im mówisz o nas, kiedy gadacie w szatni dla chłopaków?

– Nic. Nie opowiadam im o nas.

– A co powiedziałeś o mnie swoim rodzicom?

– Nic – przyznałem się.

– To spierdalaj – warknęła Julia i znów puściła się biegiem przed siebie.

Winda zatrzymuje się na trzecim piętrze. Drzwi otwierają się, ukazując Julię Romano stojącą na korytarzu. Patrzymy się na siebie przez chwilę; nagle Sędzia wstaje, machając ogonem.

– Jedziemy? – pytam.

Julia wchodzi do środka i naciska przycisk parteru, nie zauważywszy, że już się świeci. Żeby go dosięgnąć, musi stanąć przede mną tak blisko, że czuję zapach jej włosów. Wanilia i cynamon.

– Co tutaj robisz? – pyta mnie.

– Pozbywam się wszelkich złudzeń na temat państwowej służby zdrowia. A ty?

– Przyszłam porozmawiać z doktorem Chance’em, onkologiem prowadzącym Kate.

– Czy to ma znaczyć, że nasz proces toczy się dalej?

Julia potrząsa głową.

– Nie wiem. Dzwoniłam do nich, do każdego z osobna, ale nikt nie odpowiada na telefony. No, może oprócz Jessego, ale to kwestia hormonów, nie grzeczności.

– Byłaś u…

– Kate? Tak. Nie wpuścili mnie. Mówili coś o dializie.

– Mnie powiedzieli to samo.

– Jeśli będziesz z nią rozmawiał…

– Posłuchaj mnie – przerywam. – W obecnej sytuacji, dopóki nie usłyszę od samej Anny, że jest inaczej, muszę założyć, że proces się toczy i że za trzy dni czeka nas rozpatrzenie sprawy. A jeśli naprawdę ma do niego dojść, musimy usiąść we dwójkę i ustalić, co się dzieje z tym dzieciakiem. Chodźmy na kawę.

– Nie. – Julia zbiera się do odejścia.

– Zaczekaj. – Kiedy łapię ją za rękę, zastyga w bezruchu. – Wiem, że jesteś w niezręcznej sytuacji. Ja też jestem w niezręcznej sytuacji. Ale to, że nam nie udało się dorosnąć, nie znaczy, że możemy teraz pozwolić, żeby z Anną stało się to samo. – Przywołuję na twarz minę skruszonego winowajcy.

Julia splata ramiona na piersi.

– Dobry tekst. Zapisz go sobie, bo zapomnisz. Wybucham śmiechem.

– Widzę, że nie ustąpisz ani na krok.

– Wypchaj się. Masz w zanadrzu pełno gładkich tekścików. Wygłaszanie ich przychodzi ci tak łatwo, jakbyś co rano smarował sobie język wazeliną.

Te słowa mocno pobudzają moją wyobraźnię; przed oczami przewija mi się całe mnóstwo scenek, ale to jej usta i cała reszta grają w nich główną rolę.

– Masz rację – mówi w końcu Julia.

– I to bym sobie dla odmiany chętnie zapisał… – Tym razem kiedy Julia rusza przed siebie, ja i Sędzia idziemy za nią. Po wyjściu ze szpitala prowadzi nas boczną uliczką, właściwie alejką. Mijamy kamienicę czynszową i wychodzimy na zalaną słońcem Mineral Spring Avenue w północnej części miasta. Zanim jednak to nastąpiło, zdążyłem docenić poczucie bezpieczeństwa, jakie daje idący przy nodze pies z pyskiem pełnym zębów.

– Chance powiedział, że dla Kate nic już nie można zrobić – odzywa się Julia.

– Więc jedynym wyjściem jest przeszczep nerki?

– Nie. To jest właśnie w tym wszystkim najdziwniejsze. – Julia zatrzymuje się przede mną jak wrośnięta w ziemię. – Doktor Chance uważa, że Kate jest za słaba na taką operację.

– A mimo to Sara Fitzgerald upiera się przy swoim.

– Jej rozumowaniu w sumie trudno cokolwiek zarzucić. Zastanów się, Campbell. Skoro Kate i tak umrze bez przeszczepu, dlaczego nie zaryzykować?

Obchodzimy ostrożnie siedzącego na ziemi bezdomnego i rozstawioną dookoła niego kolekcję butelek.

– Dlatego że przeszczep nerki to bardzo poważna operacja także dla jej drugiej córki – wyjaśniam – a skoro nie jest absolutnie konieczna, wygląda na to, że dla kogoś tutaj zdrowie Anny nie ma zbyt wielkiego znaczenia.

Nagle Julia zatrzymuje się przed drzwiami niewielkiego domku opatrzonego ręcznie malowanym szyldem głoszącym: „Ravioli u Luigiego”. Obejście wygląda tak, jakby specjalnie nie montowano tu oświetlenia, żeby nie było widać szczurów.

– Nie ma tu gdzieś w okolicy jakiegoś Starbucksa? – pytam, ale w tej chwili drzwi otwierają się i na progu staje olbrzymi łysy mężczyzna w białym kucharskim fartuchu. Porywa Julię w ramiona, o mało jej nie wywracając.

– Isobella! – wykrzykuje, cmokając ją w oba policzki.

– Nie, wujku, to ja, Julia.

– Julia? – Mężczyzna zwany wujkiem, jak należy przypuszczać Luigi, właściciel lokalu, cofa się o krok, marszcząc brwi. – Na pewno? Powinnaś ściąć te włosy, żeby cię można było rozpoznać.

– Kiedy miałam krótkie włosy, wszyscy się mnie czepialiście.

– Nie chodziło nam o ich długość, tylko o kolor. – Wujek obrzuca mnie spojrzeniem. – Przyszliście coś zjeść?

– Chcieliśmy napić się kawy i usiąść gdzieś, gdzie nikt by nam nie przeszkadzał.

– Aha. – Wujaszek uśmiecha się znacząco. – Nikt ma wam nie przeszkadzać.

Julia wzdycha.

– Nie o to chodzi.

– Już dobrze, rozumiem. Sekret to sekret. Wejdźcie. Możecie usiąść na zapleczu. – Spogląda na Sędziego. – Pies zostaje.

– Pies idzie ze mną – odpowiadam.

– W mojej knajpie psów nie ma – mówi twardo wujek Luigi.

– To jest pies – przewodnik. Nie może zostać na ulicy.

Wujek pochyla się ku mnie i przygląda mi się z bliska.

– Jesteś ślepy?

– Jestem daltonistą – odpowiadam. – Pies mówi mi, czy na skrzyżowaniu pali się czerwone czy zielone światło.

Wujek Julii wykrzywia usta w grymasie niezadowolenia.

– Co za czasy! Co jedno to mądrzejsze – mruczy, a potem odwraca się i prowadzi nas do środka.

Przez wiele tygodni mama starała się zgadnąć, kim jest moja dziewczyna.

– To ta… Bitsy, prawda? Poznaliśmy ją w Vineyard? Nie, nie, zaraz, to chyba córka Sheili, ta ruda. Mam rację?

Powtarzałem jej do znudzenia, że nie może jej znać, chociaż tak naprawdę miałem na myśli to, że Julia jest taką osobą, której moja matka wcale nie chciałaby poznać.

– Wiem, co Anna powinna zrobić – mówi Julia – ale nie mam pewności, czy jest na tyle dojrzała, żeby samodzielnie podejmować decyzje.

Nabijam na patyczek oliwkę. Podano je w charakterze przystawki.

– W czym problem, skoro uważasz, że miała słuszność, kierując sprawę do sądu?

– Chodzi o jej uczucia względem rodziny – odpowiada sucho Julia. – Mam ci zdefiniować pojęcie uczucia?

– Wiesz co, niegrzecznie jest dogryzać komuś, siedząc z nim przy jednym stole.

– W tej chwili sytuacja wygląda tak: przy każdej konfrontacji z mamą Anna kładzie uszy po sobie. Potulnieje za każdym razem, kiedy coś się dzieje z Kate. Być może uważa, że jest zdolna podjąć tę decyzję, ale naprawdę jeszcze nigdy w życiu nie stała przed tak brzemiennym w skutki wyborem – mam na myśli to, co stanie się z jej siostrą.

– A jeśli ci powiem, że do czasu poniedziałkowego rozpatrzenia sprawy Anna poczuje się na siłach, aby podjąć taką decyzję?

Julia unosi głowę.

– Skąd masz taką pewność?

– Zawsze jestem pewny siebie.

Julia sięga do talerzyka stojącego pomiędzy nami i nabija na patyczek oliwkę.

– Faktycznie – mówi cicho. – Pamiętam.

Nie opowiedziałem Julii o moich rodzicach ani o naszym domu, chociaż na pewno snuła jakieś własne przypuszczenia i podejrzenia. Pojechaliśmy moim jeepem do Newport. Zajechałem przed ogromną rezydencję wzniesioną z cegły.

– Campbell – szepnęła Julia – wygłupiasz się. Zawróciłem na podjeździe i ruszyłem z powrotem w stronę bramy.

– Wygłupiam się – przyznałem.

W ten sposób mój dom rodzinny dwie bramy dalej, rozległa posiadłość ocieniona rzędami buków, wybudowana na wzgórzu opadającym łagodnie aż do samej zatoki, nie wywarł na Julii aż tak przytłaczającego wrażenia. No, w każdym razie nasz dom był mniejszy niż tamta rezydencja.

Julia potrząsnęła głową.

– Wystarczy, że twoi rodzice rzucą na mnie okiem i od razu postawią między nami zasieki.

– Będą tobą zachwyceni – odparłem.

To był pierwszy raz, kiedy okłamałem Julię. Pierwszy, ale nie ostatni.

Julia znika pod blatem stołu. Stawia na podłodze talerz makaronu.

– Wcinaj – mówi do Sędziego. – Powiesz mi w końcu, po co ci ten pies? – pyta.

– Mam kilku hiszpańskojęzycznych klientów. Potrzebny mi tłumacz.

– Naprawdę?

– Naprawdę. – Szczerzę zęby.

Julia pochyla się ku mnie, mrużąc oczy.

– A ja mam sześciu braci. Wiem, o co chodzi facetom.

– Podziel się tą wiedzą, zaklinam cię.

– Mam zdradzić moje sekrety zawodowe? Nic z tego. – Julia potrząsa głową. – Domyślam się, dlaczego Anna zwróciła się do ciebie. Jesteś tak samo asekurancki jak ona.

– Zwróciła się do mnie, bo przeczytała o mnie w gazecie – wzruszam ramionami – i tyle.

– Ale jakim cudem się zgodziłeś? Zazwyczaj bierzesz inne sprawy.

– Skąd wiesz, jakie sprawy zazwyczaj biorę?

Zadaję to pytanie lekkim tonem, ale Julia znienacka milknie. No i mam odpowiedź: przez te wszystkie lata śledziła moją karierę. Co w tym dziwnego? W końcu ja robiłem to samo. Czuję się niezręcznie. Przełykam ślinę.

– Masz sos… O, tutaj. – Pokazuję palcem.

Julia ociera usta serwetką, ale nie w tym miejscu, w którym trzeba.

– Już? – pyta.

Biorę swoją serwetkę i ścieram plamkę, ale ręki nie cofam. Dotykam dłonią jej policzka. Nasze oczy spotykają się i w jednej chwili znów jesteśmy młodzi, uczymy się siebie dotykiem.

– Campbell – mówi Julia. – Nie rób mi tego.

– Czego?

– Nie wpychaj mnie drugi raz w ten sam kanał.

W tym momencie dzwoni moja komórka. Oboje podskakujemy spłoszeni, Julia niechcący przewraca swój kieliszek z winem. Odbieram telefon.

– Nie, spokojnie. Bez nerwów. Gdzie jesteś? Dobrze, już tam jadę. – Rozłączam się.

Julia zamiera, trzymając w ręku serwetkę, którą wycierała stół.

– Muszę iść.

– Wszystko w porządku?

– Dzwoniła Anna – mówię. – Jest na posterunku policji.

Kiedy wracaliśmy do Providence, z każdym kilometrem drogi wymyślałem coraz to okrutniejsze sposoby uśmiercenia rodziców. Zatłuc na śmierć. Oskalpować. Obedrzeć żywcem ze skóry i posypać solą. Zapeklować w dżinie. Szczerze mówiąc, co do tego ostatniego nie byłem pewien, czy byłaby to powolna, bestialska tortura czy też prosta droga do nirwany.

Możliwe, że rodzice widzieli, jak zakradam się do pokoju gościnnego, jak sprowadzam Julię po schodach dla służby, jak wymykamy się z domu tylnym wyjściem. Mogli obserwować z daleka, jak zdejmujemy ubrania i brodzimy nago w falach zatoki. Mogli patrzeć, jak jej nogi oplatają moje biodra, jak układam ją na łożu z wełnianych swetrów i flanelowych piżam.

Wymówkę znaleźli bardzo prostą. Rano, przy śniadaniu złożonym z szynki i jajek w sosie hollandaise, oznajmili mi, że tego samego wieczoru jesteśmy zaproszeni na przyjęcie w klubie. Na przyjęciu miał obowiązywać smoking, a zaproszenia nie przewidywały nikogo oprócz najbliższej rodziny. Oczywiście było wykluczone, żeby Julia mogła pójść ze mną.

Kiedy zajechaliśmy przed jej dom, słońce prażyło już tak niemiłosiernie, że jakiś chłopak z sąsiedztwa wykazał się inicjatywą i odkręcił hydrant przeciwpożarowy. Woda tryskała strumieniami, a dzieciaki podskakiwały dookoła jak popcorn na patelni.

– Żałuję – powiedziałem do Julii – że zaciągnąłem cię do siebie. Że chciałem na siłę przedstawić cię rodzicom.

– Jest czego żałować – zgodziła się. – Począwszy od znajomości ze mną.

– Odezwę się do ciebie przed rozdaniem świadectw – powiedziałem, a Julia pocałowała mnie i wyszła z samochodu.

Nie odezwałem się jednak, a na uroczystości rozdania świadectw nie rozglądałem się za nią. Julia sądzi, że wie, dlaczego tak się wtedy zachowałem. Myli się.

Stan Rhode Island jest ciekawy dlatego, że nikt nie wykazał absolutnie żadnej dbałości o zasady feng shui. Chodzi mi o to, że mamy Little Compton, czyli Małe Compton, ale nigdzie nie ma Dużego Compton. Na tej samej zasadzie mamy Upper Darby, Górne Darby, ale próżno szukać Dolnego. Takich miejsc jest u nas więcej, miejsc o nazwach odnoszących się do obiektów, których nie zaznaczono na żadnej mapie.

Julia jedzie za mną swoim samochodem. Najwidoczniej udało mi się wraz z Sędzią pobić lądowy rekord szybkości, bo od odebrania telefonu do momentu, kiedy wpadamy razem na posterunek policji, upłynęło chyba nie więcej niż pięć minut. Anna stoi przy biurku oficera dyżurnego, odchodząc od zmysłów z niepokoju. Przypada do mnie roztrzęsiona.

– Musi pan pomóc – szlocha. – Jesse siedzi w areszcie.

– Co takiego? – Patrzę na nią, myśląc o doskonałym obiedzie, od którego mnie oderwała, nie wspominając już o rozmowie, którą naprawdę chciałem doprowadzić do końca. – Dlaczego zadzwoniłaś z tym do mnie?

– Bo musi pan go wyciągnąć – mówi Anna, powoli mierząc słowa, jakby tłumaczyła coś kompletnemu idiocie. – Jest pan adwokatem.

– Ale nie pracuję dla twojego brata.

– A nie mógłby pan zacząć?

– Zadzwoń do mamy – proponuję. – Podobno szuka nowych klientów.

– Zamknij się – syczy Julia, waląc mnie pięścią w ramię. – Co się stało? – pyta Anny.

– Złapali Jessego w kradzionym samochodzie.

– Znasz może więcej szczegółów? – pytam, chociaż już teraz żałuję, że dałem się w to wciągnąć.

– To był humvee – mówi Anna. – Chyba. Duży i żółty.

W całym stanie Rhode Island jest jeden żółty egzemplarz wojskowego terenowego humvee. Jeździ nim sędzia Newbell. Głęboko pomiędzy oczami czuję pierwsze ukłucia bólu głowy.

– Twój brat ukradł samochód sędziego, a ty chcesz, żebym go wyciągał z aresztu?

Anna mruga oczami ze zdziwieniem.

– No… tak.

Boże.

– Porozmawiam z dyżurnym.

Zostawiam Annę pod opieką Julii, a sam podchodzę do biurka oficera dyżurnego, który, mógłbym przysiąc, już się ze mnie śmieje.

– Reprezentuję Jessego Fitzgeralda – mówię z ciężkim westchnieniem.

– Współczuję – pada odpowiedź.

– To był wóz sędziego Newbella, tak?

Dyżurny się uśmiecha.

– Nie inaczej.

Biorę głęboki oddech.

– Chłopak nie był notowany.

– Bo dopiero co skończył osiemnaście lat. W sądzie dla nieletnich ma akta grube jak Biblia.

– Proszę posłuchać – mówię. – Jego rodzina przechodzi w tej chwili poważny kryzys. Jedna córka umiera, a druga skarży rodziców w sądzie. Niech mi pan pójdzie na rękę.

Dyżurny spogląda na Annę.

– Dobrze. Porozmawiam z prokuratorem generalnym, ale najlepiej by było, żeby pan wytłumaczył jakoś tego chłopaka, bo coś mi mówi, że sędzia Newbell wcale nie marzy o tym, żeby zeznawać w sądzie.

Negocjacje trwają jeszcze chwilę. W końcu wracam do Anny, która siedzi jak na szpilkach.

– Załatwił pan wszystko? – dopytuje się.

– Załatwiłem, ale ostatni raz robię coś takiego. A z tobą jeszcze nie skończyłem.

Ruszam na tyły budynku komisariatu, gdzie znajduje się areszt. Jesse Fitzgerald leży wyciągnięty na metalowej pryczy, jedną ręką przysłaniając oczy. Przez chwilę stoję bez słowa u drzwi jego celi.

– Wiesz co? – odzywam się wreszcie. – Patrząc na ciebie, zaczynam rozumieć logikę zjawiska selekcji naturalnej.

Chłopak zrywa się.

– Kim pan jest, do diabła?

– Dobrą wróżką. Ty głupi gnojku! Rozumiesz, co zrobiłeś? Ukradłeś samochód sędziego stanowego!

– Skąd miałem wiedzieć, czyja to bryka?

– Nic ci nie powiedziała szpanerska tablica rejestracyjna, na której jak byk stoi: SĄD JEDZIE? – warczę. – Chcesz wiedzieć, kim jestem? Jestem adwokatem. Twoja siostra poprosiła mnie, żebym zajął się twoją sprawą. Zgodziłem się wbrew zdrowemu rozsądkowi.

– Serio? Wyciągnie mnie pan stąd?

– Załatwiłem ci warunkowe wypuszczenie. Będziesz musiał oddać policji prawo jazdy i zobowiązać się do zamieszkania pod opieką rodziców, z czym, jak wiem, nie będzie problemu, bo i tak mieszkasz jeszcze w domu.

Jesse namyśla się przez chwilę.

– A samochód też będę musiał oddać?

– Nie.

Jego myśli widać jak na dłoni. Taki dzieciak jak Jesse Fitzgerald ma w głębokim poważaniu urzędowy świstek – do jeżdżenia samochodem potrzebne mu są dobre opony, benzyna w baku i nic więcej.

– Może być – decyduje się.

Skinieniem ręki przywołuję policjanta czekającego w pobliżu, który otwiera celę i wypuszcza Jessego. Wychodzimy razem do poczekalni. Chłopak nie ustępuje mi wzrostem, ale jest nieco kanciastej budowy. Kiedy mijamy zakręt korytarza, jego twarz rozjaśnia uśmiech; widząc to, przez chwilę wydaje mi się, że nie wszystko jeszcze dla niego stracone, że może się jeszcze poprawić, że współczuje Annie na tyle, żeby wesprzeć ją moralnie w tej trudnej chwili.

Ale Jesse nawet nie zauważa siostry. Podchodzi prosto do Julii.

– Cześć – mówi. – Martwiłaś się o mnie?

W tej chwili myślę tylko o jednym. Wsadzić go z powrotem za kratki. A przedtem zastrzelić.

– Spływaj. – Julia wzdycha. – Chodź – mówi do Anny. – Zjemy coś.

– Świetny pomysł – przyznaje Jesse. – Padam z głodu.

– Nie nastawiaj się na to – rozwiewam jego mrzonki. – Jedziemy do sądu.

W dniu, w którym ukończyłem szkołę Wheelera, nad miasto nadciągnęła szarańcza. Przygnał ją wiatr, jak nabrzmiałą chmurę burzową. Owady trzepotały w gałęziach drzew i spadały z głuchym łomotem na ziemię. Meteorolodzy mieli używanie w radiu i w gazetach, na wszelkie sposoby usiłując wyjaśnić to zjawisko, poczynając od plag egipskich, na zjawisku El Nino i długotrwałej suszy w naszym rejonie kończąc. Doradzali zaopatrzenie się w parasole, noszenie kapeluszy z szerokim rondem, odradzali zaś wychodzenie z domu.

Ceremonia rozdania świadectw absolwentom odbyła się jednak na świeżym powietrzu, pod olbrzymim białym namiotem. Staccato samobójczych uderzeń owadów o płótno rozlegało się podczas tradycyjnego przemówienia prymusa, akcentując treści jego wypowiedzi. Szarańcze staczały się po stromiźnie płóciennego dachu prosto na kolana zgromadzonych.

Nie chciałem tam iść, ale rodzice się uparli i nie miałem wyjścia. Julia znalazła mnie, kiedy wkładałem biret. Objęła mnie w pasie. Chciała pocałować.

– Hej – zagadnęła żartobliwie. – Urwałeś się z choinki?

Pomyślałem sobie, pamiętam, że w tych naszych białych togach wyglądamy jak para duchów. Odsunąłem Julię od siebie.

– Przestań, dobrze? Nie rób tego.

Na każdym pamiątkowym zdjęciu, które tego dnia zrobili moi rodzice, uśmiecham się tak szeroko, jakby ten nowy, otwierający się przede mną świat naprawdę był szczytem moich marzeń; dookoła mnie z nieba sypią się owady wielkości ludzkiej pięści.

Pojęcie etyki w rozumieniu prawnika różni się zasadniczo od tego, co to słowo oznacza dla reszty ludzkości. My, prawnicy, mamy nawet własny pisany kodeks, noszący nazwę Regulaminu Odpowiedzialności Zawodowej; musimy znać go na wyrywki i stosować w codziennej praktyce pod groźbą pozbawienia praw do wykonywania zawodu. Ten sam kodeks wymaga od nas jednak robienia rzeczy, które większość ludzi uznałaby za niemoralne. Przykładowo: ktoś przychodzi do mojej kancelarii i oznajmia, że jest mordercą poszukiwanym w słynnej sprawie zaginionego dziecka Lindberghów. Gdybym zapytał takiego delikwenta, gdzie są zwłoki, a on by odpowiedział, że w jego sypialni, zakopane pod podłogą, metr poniżej poziomu fundamentów, to jeśli chcę wykonać moją pracę jak należy, nie mam prawa nikomu pisnąć ani słowa o tym, gdzie jest ukryte ciało, w przeciwnym razie grozi mi utrata uprawnień adwokackich.

Co oznacza, że moje wykształcenie zawodowe wpoiło mi przekonanie, że moralność i etyka nie zawsze idą w parze.

– Posłuchaj, Bruce – zwracam się do oskarżyciela. – Mój klient zachowa sprawę w tajemnicy, a jeśli ty puścisz w niepamięć kilka jego przewinień drogowych, masz moje słowo, że nikt go nigdy nie zobaczy w odległości mniejszej niż piętnaście metrów od sędziego i od samochodu sędziego.

Zastanawia mnie, czy i jak wielu ludzi domyśla się, że system prawny w tym kraju ma mniej wspólnego ze sprawiedliwością, a więcej z pokerem, gdzie najważniejsze jest mieć dobre karty.

Bruce to porządny facet; słyszałem też, że właśnie dostał z przydziału prowadzenie sprawy o podwójne morderstwo, więc szkoda mu czasu na skazywanie Jessego Fitzgeralda.

– Wiesz, że ten skradziony samochód to był humvee sędziego Newbella, Campbell? – pyta.

– Mam tę świadomość – odpowiadam poważnie, chociaż tak naprawdę chcę powiedzieć, że człowiek szpanujący dużym żółtym humvee praktycznie prosi się o to, żeby ktoś mu go podprowadził.

– Porozmawiam z sędzią. – Bruce wzdycha. – Oberwę za to potem po uszach, ale wspomnę mu, że gliniarze nie mają nic przeciwko, żebyśmy popatrzyli na wybryk chłopaka przez palce.

Dwadzieścia minut później wszystkie dokumenty są już podpisane, a Jesse stoi u mojego boku przed gmachem sądu. Dwadzieścia pięć minut później schodzimy już po tych samych schodach na ulicę, a Jesse jest pod oficjalnym nadzorem sądowym.

Jest pogodny letni dzień, jeden z tych, które budzą chwytające za gardło wspomnienia. W dni takie jak ten pływałem z ojcem żaglówką.

Jesse odchyla głowę do tyłu.

– Kiedyś łowiliśmy kijanki – mówi nagle ni w pięć, ni w dziewięć. – Łapaliśmy je do wiadra i obserwowaliśmy, jak z ogonów robią im się łapy. Ani jedna, dosłownie ani jedna nie dorosła. Nigdy nie doczekaliśmy się nawet jednej żaby. – Odwraca się do mnie, wyjmując z kieszeni koszuli paczkę papierosów. – Zapali pan?

Nie paliłem od czasów szkoły średniej, ale biorę papierosa, którym częstuje mnie Jesse, i zapalam. Sędzia obserwuje ten element ludzkiego życia, siedząc obok z wywieszonym językiem. Jesse wyjmuje pudełko zapałek i pociera drewienkiem o draskę.

– Dziękuję – mówi do mnie – że zajął się pan sprawą Anny.

Ulicą przejeżdża samochód. Ma włączone radio; przez otwarte okno dobiega nas melodia piosenki, której w zimie nigdy nie puszczają. Z ust Jessego ulatuje smuga błękitnego dymu. Ciekawe, czy ten chłopak był kiedykolwiek na żaglach. Czy ma takie wspomnienie, do którego wracał przez całe życie, na przykład gdy siedział na trawniku przed domem i czuł, jak po zachodzie słońca trawa robi się coraz chłodniejsza, albo kiedy Czwartego Lipca usiłował utrzymać sztuczne ognie jak najdłużej, aż poparzył sobie palce. Każdy z nas ma coś takiego.

Zostawiła wiadomość pod wycieraczką na przedniej szybie mojego jeepa siedemnaście dni po rozdaniu świadectw. Zanim jeszcze otworzyłem kopertę, zachodziłem w głowę, w jaki sposób przyjechała aż do Newport i jak wróciła do domu. Zabrałem list nad zatokę, na skały i tam go przeczytałem. Skończywszy, przyłożyłem kartkę do nosa w nadziei, że poczuję jeszcze jej zapach.

Nie wolno mi wtedy było brać samochodu, ale nawet nie pomyślałem o zakazie. Pojechałem na cmentarz, tak jak napisano w liście.

Julia czekała u stóp nagrobka, gdzie zwykle się spotykaliśmy. Siedziała na ziemi, obejmując kolana ramionami. Kiedy podszedłem, spojrzała w górę.

– Chciałam, żebyś był inny.

– Nie chodzi o to, kim jesteś i jaka jesteś naprawdę.

– Nie? – Julia zerwała się na nogi. – Ja nie mam funduszu powierniczego, Campbell. Mój ojciec nie ma własnego jachtu. Jeśli liczyłeś na to, że jestem kopciuszkiem, który pewnego dnia zmieni się w posażną królewnę, to srodze się rozczarowałeś.

– Nie dbam o to.

– Uważaj, bo ci uwierzę. – Zmrużyła oczy, co nie wróżyło nic dobrego. – Czego szukałeś na nizinach społecznych? Rozrywki? Czy może chciałeś wkurzyć rodziców? A teraz jestem dla ciebie jak błoto, że nie powiem gorzej, w które przypadkiem wdepnąłeś i chcesz zdrapać z podeszwy, tak? – Rzuciła się na mnie z pięściami, trafiając w pierś. – Nie potrzebuję cię i nigdy nie potrzebowałam!

– Ale ja ciebie, do cholery, potrzebowałem! – krzyknąłem tak jak ona.

Odwróciła się do mnie, a ja chwyciłem ją za ramiona i pocałowałem. W tym pocałunku wsączyłem w jej usta wszystko to, czego nie potrafiłem z siebie wydusić.

Pewne rzeczy robi się dlatego, że człowiek jest przekonany, iż tak będzie lepiej dla wszystkich. Wmawiamy sobie, że tak trzeba, że tak jest szlachetniej. To o wiele prostsze niż szczere przyznanie się do prawdy przed samym sobą.

Odepchnąłem Julię od siebie. Zszedłem z cmentarnego wzgórza. Nie obejrzałem się ani razu.

Anna zajmuje siedzenie dla pasażera. Sędzia w widoczny sposób jest z tego niezadowolony; wtyka pysk pomiędzy nas i dyszy jak odkurzacz.

– To, co dziś się stało – mówię Annie – nie najlepiej rokuje na przyszłość.

– O co panu chodzi?

– Jeśli zamierzasz walczyć o prawo do podejmowania ważnych decyzji samodzielnie, musisz nauczyć się je podejmować już teraz. Nie zawsze znajdzie się ktoś, kto posprząta bałagan za ciebie.

Anna krzywi się z niezadowoleniem.

– To wszystko dlatego, że poprosiłam pana o pomoc dla mojego brata? Myślałam, że jest pan moim przyjacielem.

– Nie jestem twoim przyjacielem, już raz ci to mówiłem. Jestem twoim adwokatem. To zasadnicza różnica.

– Dobrze. Proszę bardzo. – Anna łapie za klamkę. – Wracam na policję i powiem, że mają aresztować Jessego z powrotem. – O mały włos udaje jej się otworzyć drzwi, a jedziemy autostradą. Przechylam się mocno, chwytam klamkę i zatrzaskuję je z powrotem.

– Zwariowałaś?

– Nie wiem. – Anna wzrusza ramionami. – Zapytałabym, jak się panu wydaje, ale moje zdrowie psychiczne to chyba nie pańska działka.

Szarpię ostro kierownicą i zjeżdżam na pobocze.

– Chcesz wiedzieć, co mi się wydaje? Powiem ci: nikt nie pyta cię o zdanie w ważnych kwestiach, bo twoje zdanie zmienia się tak często, że w żaden sposób nie można na tobie polegać. Spójrz na to na przykład z mojej strony. Ja nawet nie wiem, czy podtrzymujemy wniosek o usamowolnienie, czy może już go wycofaliśmy.

– Dlaczego mielibyśmy go wycofać?

– Zapytaj swojej mamy. Zapytaj Julii. Do kogo tylko się zwrócę, słyszę, że postanowiłaś skończyć z tą sprawą. – Mój wzrok przykuwa jej dłoń spoczywająca na podłokietniku drzwi. Paznokcie, pociągnięte błyszczącym fioletowym lakierem, są obgryzione do żywego mięsa. – Jeśli życzysz sobie, żeby sąd traktował cię jak dorosłą, musisz zachowywać się jak dorosła. Ja mogę bronić cię tylko wtedy, kiedy sama udowodnisz, że potrafisz się obronić beze mnie.

Wracam na szosę. Co jakiś czas rzucam Annie spojrzenie z ukosa. Nic. Siedzi z zaciętą miną, tyle że teraz ściska dłonie pomiędzy kolanami.

– Zaraz dojedziemy do twojego domu – mówię oschle. – Będziesz mogła wysiąść i zatrzasnąć mi drzwi przed samym nosem.

– Nie jadę do domu. Przeprowadziłam się na kilka dni do taty. Mieszkam u niego w jednostce.

– Czy ja dobrze słyszę? To o co ja wczoraj wykłócałem się przez kilka godzin w sądzie? A dlaczego od Julii usłyszałem, że nie chcesz być rozdzielona z mamą? Rozumiesz teraz, o co mi chodzi? – pytam, waląc dłonią w kierownicę. – Czy ty wiesz chociaż, czego chcesz?

W tym momencie Anna wybucha. Wrażenie jest piorunujące.

– Pyta pan, czego chcę? Chcę, żeby przestano mnie traktować jak królika doświadczalnego, bo mam już tego po dziurki w nosie. Do szału mnie doprowadza, że wszyscy mają gdzieś, jak ja się z tym czuję. Rzygam już tym wszystkim, ale nawet gdybym naprawdę się cała zarzygała, na nikim nie zrobi to wrażenia, bo ta rodzina nie takie rzeczy już widziała. – Anna szarpie za klamkę, wyskakuje z samochodu, zanim zdążę go całkowicie zatrzymać, i puszcza się biegiem do remizy, którą widać już kilkaset metrów dalej.

No, no. Moja mała klientka ma prawdziwy talent. Potrafi zwrócić na siebie uwagę i sprawić, żeby wysłuchano tego, co ma do powiedzenia. Niepotrzebnie się obawiałem: da sobie radę na przesłuchaniu, i to lepiej, niż się spodziewałem.

Druga strona medalu wygląda tak: Anna poradzi sobie ze złożeniem zeznań, ale to, co ma do powiedzenia, nie zrobi dobrego wrażenia na sędzi. Wyjdzie na nieczułą egoistkę, w dodatku nie całkiem dojrzałą. Innymi słowy, taką postawą bardzo trudno jej będzie przekonać sędziego do wydania korzystnego dla niej wyroku.

BRIAN

Ogień wiąże się z nadzieją, gdybyście chcieli wiedzieć. Grecki mit opowiada o tym w taki sposób: Zeus polecił tytanom Prometeuszowi i Epimeteuszowi, aby stworzyli życie na ziemi. Spod ręki Epimeteusza wyszły zwierzęta, obdarzone cennymi bonusami w rodzaju szybkich nóg, silnych mięśni, ciepłego futra lub skrzydeł. Zanim Prometeusz uwinął się ze swoim projektem, człowiekiem, wszystkie najlepsze cechy już rozdano. Mógł co najwyżej sprawić, żeby człowiek chodził prosto na dwóch nogach. Dał mu też ogień.

Zeus, zobaczywszy to, wkurzył się nie na żarty i odebrał człowiekowi ogień. Ale Prometeusz nie mógł ścierpieć, że jego umiłowane dzieło trzęsie się z zimna i nie może sobie nic upiec ani ugotować. Zapalił pochodnię od słońca i zaniósł ogień z powrotem na ziemię. Zeus ukarał Prometeusza za nieposłuszeństwo, przykuwając go do skały i codziennie przysyłając orła, który wyżerał tytanowi wątrobę. Karą dla człowieka była pierwsza kobieta, Pandora. Otrzymała ona w prezencie od Zeusa puszkę, której nie wolno jej było otwierać.

Jednak kobieca ciekawość wzięła górę. Pewnego dnia Pandora uchyliła wieka i wtedy na świat wyleciały wszelkie plagi, nieszczęścia i podłości. Na dnie zaś była nadzieja; tę udało się Pandorze zatrzasnąć w środku, zanim uleciała tak jak wszystko inne. To właśnie nadzieja jest naszym jedynym sprzymierzeńcem w walce z plagami tego świata.

Zapytajcie pierwszego lepszego strażaka, czy to prawda. Odpowie, że tak. Do diabła, po co komu strażak; zapytajcie pierwszego lepszego ojca.

– Chodźmy na górę – zapraszam Campbella Alexandra, który przywiózł Annę. – Mam tam świeżą kawę. – Wchodzimy po schodach, a za nami maszeruje owczarek, nie odstępując swojego pana na krok. – Po co panu pies? – pytam.

– Bajer na laski – słyszę w odpowiedzi. – Ma pan może trochę mleka?

Wyjmuję z lodówki karton i podaję mu, a potem biorę swój kubek i siadam przy stole. Jest bardzo cicho; chłopcy są na dole, czyszczą maszyny i konserwują sprzęt.

– Słyszałem od Anny – Alexander pociąga łyk kawy – że chwilowo mieszka tutaj razem z panem.

– Zgadza się. Domyślałem się, że będzie pan chciał mnie o to spytać.

– Zdaje pan sobie sprawę, że pańska żona w tym procesie broni strony pozwanej? – pyta ostrożnie prawnik.

Spoglądam mu w oczy.

– Chce pan przez to powiedzieć, że nie powinniśmy rozmawiać.

– Tylko gdy pańska żona nadal reprezentuje interesy obojga państwa.

– Nie prosiłem Sary, żeby podjęła się tego zadania.

Alexander marszczy brwi.

– Nie jestem pewien, czy ona to rozumie.

– Z całym szacunkiem, proszę pana, ta sprawa jest faktycznie bardzo poważna, ale borykamy się w tej chwili z innym nieszczęściem, również bardzo poważnym. Nasza starsza córka jest w szpitalu… A Sara walczy na dwóch frontach.

– Wiem. Współczuję panu z powodu Kate, panie Fitzgerald.

– Proszę mi mówić Brian. – Zaciskam dłonie na kubku do kawy. – Chciałbym porozmawiać… w cztery oczy, bez Sary.

Prawnik poprawia się na składanym foteliku.

– Możemy odbyć tę rozmowę teraz?

To nie jest dobry moment, ale w końcu na taką rozmowę żaden moment nie jest odpowiedni.

– Niech będzie. – Biorę głęboki wdech. – Moim zdaniem Anna ma słuszność.

W pierwszej chwili wydaje mi się, że Campbell Alexander w ogóle mnie nie usłyszał. Potem dobiega mnie jego pytanie:

– Powtórzy to pan przed sędzią na rozpatrzeniu sprawy?

Opuszczam głowę, wbijając wzrok w kubek z kawą.

– Wychodzi na to, że będę musiał.

Dziś rano otrzymaliśmy wezwanie do wypadku. Zanim dotarliśmy z Pauliem karetką na miejsce, chłopak zdążył już wsadzić dziewczynę pod prysznic. Znaleźliśmy ją leżącą w brodziku, bezwładną, kompletnie ubraną, zapiętą pod szyję. Jej twarz zasłaniał wielki kołtun włosów, ale nawet bez tego było widać, że jest nieprzytomna.

Paulie od razu wszedł pod prysznic i zaczął ją stamtąd wyciągać.

– Ma na imię Magda – powiedział jej chłopak. – Nic jej nie będzie, prawda?

– Choruje na cukrzycę?

– A co to ma do rzeczy? Trzymajcie mnie.

– Mów, co braliście – powiedziałem ostro.

– Trochę popiliśmy, nic więcej – odparł chłopaczek. – Tequili.

Nie mógł mieć więcej niż siedemnaście lat. Akurat tyle, żeby usłyszeć od kolegów popularną bajeczkę, że zimny prysznic pomaga odzyskać przytomność po przedawkowaniu heroiny.

– Coś ci wyjaśnię, młody człowieku. Ja i mój kumpel chcemy pomóc Magdzie. Chcemy uratować jej życie. Jeśli ona brała narkotyki, a ty teraz powiesz nam, że piła alkohol i nic więcej, wtedy to, co jej podamy, może źle zadziałać i tylko pogorszy sprawę. Dociera to do ciebie?

Paulie uporał się już z wyciągnięciem Magdy spod prysznica i ściągnął jej koszulkę. Na ramionach widać było ślady igieł.

– Może i pili tequilę, ale podkręcali się czymś jeszcze. Podajemy naloksan?

Wyjąłem z torby narcan i podałem Pauliemu pompę infuzyjną.

– Ale, no wiecie… – odezwał się nagle chłopak. – Nie zadzwonicie chyba po gliny, co?

Jednym błyskawicznym ruchem złapałem go za kołnierz i ustawiłem pod ścianą.

– Naprawdę jesteś taki głupi czy tylko udajesz, gówniarzu?

– No, bo rodzice… Zabiją mnie, jak się dowiedzą.

– O mały włos sam się nie zabiłeś. I tej dziewczyny przy okazji.

– Złapałem go za twarz i odwróciłem ją tak, żeby przyjrzał się swojej Magdzie wymiotującej na podłogę. – Wydaje ci się, że w życiu jest tak jak w grze komputerowej? Że po przedawkowaniu będziesz mógł zacząć od nowa, jeszcze raz?

Krzyczałem mu prosto w twarz. Nagle poczułem na ramieniu czyjąś rękę. Paulie.

– Nie tak ostro, stary – mruknął cicho.

Powoli dotarło do mnie, że dzieciak stojący przede mną dygocze ze strachu i że to wcale nie z jego powodu tak krzyczę. Wyszedłem z łazienki na korytarz, żeby ochłonąć. Kiedy Paulie skończył, dołączył do mnie.

– Jeśli nie dajesz rady, weź wolne – zaproponował. – Poradzimy sobie jakoś bez ciebie. Szef nie będzie robił problemów, dostaniesz tyle urlopu, ile będziesz chciał.

– Muszę pracować – odparłem, zerkając ponad ramieniem Pauliego na pechową parkę małolatów. Na twarzy dziewczyny zaczynały już pojawiać się rumieńce; chłopak siedział obok i łkał z twarzą skrytą w dłoniach. Spojrzałem Pauliemu prosto w oczy. – Kiedy nie jestem w pracy – dodałem tonem wyjaśnienia – muszę być tam.

Kończymy kawę.

– Może dolewkę? – proponuję prawnikowi.

– Nie, wystarczy. Muszę wracać do kancelarii.

Obaj kiwamy głowami, bo wszystko zostało już powiedziane.

– O Annę proszę się nie martwić – mówię. – Niczego jej tutaj nie zabraknie.

– Radzę też zajrzeć do domu – odpowiada Alexander. – Wyciągnąłem dziś Jessego z aresztu. Ukradł samochód sędziego stanowego.

Odstawia kubek do zlewu i wychodzi, nie patrząc, jak wielki ciężar zrzucił mi na ramiona tą ostatnią wiadomością, a przecież wiedział, że prędzej czy później ten ciężar mnie przygniecie.

SARA

1997

Wizyta na ostrym dyżurze nigdy nie będzie czymś zwyczajnym, choćby się tam jeździło tysiąc razy. Brian niesie naszą córkę na rękach. Jej twarz zalana jest krwią. Dyżurna pielęgniarka od wejścia macha do nas ręką, żebyśmy od razu szli dalej, zbiera pozostałą dwójkę naszych dzieci i sadza je na plastikowych krzesełkach w poczekalni. Do salki zabiegowej wchodzi lekarz dyżurny, wcielenie profesjonalizmu.

– Co się stało?

– Spadła z roweru, głową do przodu – wyjaśniam. – Prosto na beton. Nie ma objawów wstrząsu mózgu, ale tuż pod linią włosów jest krwawiąca rana tłuczona długości około czterech centymetrów.

Doktor ostrożnie układa pacjentkę na stole i rzuca okiem na jej czoło, naciągając rękawiczki.

– Jest pani lekarzem albo pielęgniarką?

Zmuszam się do drętwego uśmiechu.

– Nie. Mam wprawę.

Żeby zamknąć ranę, trzeba założyć osiemdziesiąt dwa szwy. Potem jeszcze tylko opatrunek ze śnieżnobiałej gazy przyklejony taśmą do głowy, zdrowa dawka tylenolu dla dzieci i już jest po wszystkim. Razem wychodzimy z salki zabiegowej.

Jesse chce wiedzieć, ile było szwów. Brian chwali małą za odwagę, jak mówi, „godną strażaka”. Kate przygląda się czystemu bandażowi na czole Anny.

– Fajnie jest siedzieć w poczekalni – mówi.

Zaczyna się od krzyku Kate dobiegającego z łazienki. Pędzę na górę. Drzwi są zamknięte, wyłamuję więc zamek. Moja dziewięcioletnia córeczka stoi na środku posadzki zachlapanej krwią. Krew ścieka jej po udach, sącząc się przez majteczki. To właśnie jest wizytówka białaczki promielocytowej – krwotok pod każdą możliwą postacią. Kate miała już kiedyś krwawienie odbytnicze, ale była wtedy bardzo malutka i na pewno nic z tego nie pamięta.

– Już dobrze. Wszystko w porządku – mówię spokojnie.

Wycieram małą do czysta myjką nagrzaną na kaloryferze. Wyjmuję z szafki podpaskę. Kate nie wie, jak prawidłowo ją ułożyć między nogami. Powinnam jej to pokazać przy pierwszej miesiączce, ale teraz już sama nie wiem, czy jej dożyje.

– Mamo – mówi Kate – zaczyna się od nowa.

– Kliniczny nawrót choroby. – Doktor Chance zdejmuje okulary i przeciera kąciki oczu kciukami. – Chyba konieczny będzie przeszczep szpiku kostnego.

W mojej głowie błyska wspomnienie nadmuchiwanego dziecięcego worka treningowego, którym się bawiłam, kiedy miałam tyle lat co teraz Anna. To był worek stojący, na sprężynie; dolną część napełniało się piaskiem. Biłam go pięścią z całej siły, a on momentalnie wracał do pionu.

– Kilka miesięcy temu rozmawialiśmy o przeszczepie szpiku – mówi Brian. – Powiedział nam pan wtedy, że to niebezpieczne.

– Bo to prawda. Skuteczność takiej operacji wynosi pięćdziesiąt procent. Druga połowa pacjentów nie przeżywa chemioterapii i naświetlań, które są konieczne przed samym zabiegiem. Zdarzają się też śmiertelne powikłania pooperacyjne.

Brian podnosi na mnie wzrok, a potem wypowiada na głos pytanie, które zawisło niewypowiedziane pomiędzy nami:

– Czy jest zatem sens w ogóle narażać Kate? Po co?

– Bo jeżeli tego nie zrobicie – wyjaśnia doktor Chance – na pewno umrze.

Usiłuję się dodzwonić do towarzystwa ubezpieczeniowego. Za pierwszym razem rozłączają rozmowę przez przypadek. Za drugim razem przez dwadzieścia dwie minuty słucham muzyki. W końcu zgłasza się dział obsługi klienta. Kobiecy głos prosi mnie o numer polisy ubezpieczeniowej. Podaję numer, który dostają wszyscy pracownicy miejscy, i numer Briana w zakładzie ubezpieczeń społecznych.

– W czym mogę pani pomóc?

– Dzwoniłam do państwa tydzień temu – tłumaczę. – Moja córka ma białaczkę. Konieczny jest przeszczep szpiku kostnego. W szpitalu wytłumaczono nam, że towarzystwo musi wyrazić zgodę na pokrycie ubezpieczeniowe.

Operacja przeszczepu szpiku kostnego kosztuje od stu tysięcy dolarów wzwyż. Rzecz jasna dla nas jest to suma wprost niebotyczna, a opinia lekarza specjalisty o konieczności przeszczepu wcale jeszcze nie oznacza, że firma ubezpieczeniowa da się przekonać.

– W takiej sytuacji musimy przeprowadzić specjalną analizę…

– Wiem. O tym właśnie rozmawialiśmy w zeszłym tygodniu. Od tego czasu towarzystwo milczy, więc pozwoliłam sobie zadzwonić.

Pracowniczka działu obsługi klienta każe mi poczekać, bo musi dotrzeć do moich danych. W słuchawce rozlega się delikatne kliknięcie, a po nim blaszany głos z taśmy: „Aby dodzwonić się do”…

– Cholera jasna! – Rzucam słuchawkę na widełki.

Anna, zawsze czujna, zagląda przez drzwi.

– Powiedziałaś brzydkie słowo.

– Wiem. – Podnoszę słuchawkę z powrotem i wciskam klawisz ponownego wybrania ostatniego numeru. Uważnie przechodzę przez menu wybierania tonowego i w końcu słyszę w słuchawce głos żywej osoby. – Poprzednim razem mnie rozłączyło – informuję kobietę, która odebrała telefon. – I to po raz drugi.

Znów przez pięć minut muszę robić to, co robiłam już dwa razy: podaję numery, nazwiska i opisuję całą sytuację.

– Przeanalizowaliśmy przypadek państwa córki – informuje mnie kobieta. – Niestety, wedle naszej opinii tym razem operacja nie leży w jej najlepiej pojętym interesie.

Czuję, jak rumieńce biją mi na twarz.

– Sądzą państwo, że lepiej będzie dla niej, gdy umrze?

Przygotowanie dawcy do pobrania szpiku kostnego polega na tym, że muszę stale podawać Annie dożylnie preparat zawierający czynnik wzrostu, taki sam jak ten, który podawałam Kate po zabiegu przetoczenia krwi pępowinowej. Chodzi o to, że im więcej komórek szpikowych ma Anna, tym więcej dostanie ich Kate.

Anna wie o tym wszystkim, ale dla niej oznacza to tylko tyle, że dwa razy dziennie mama musi zrobić jej zastrzyk.

Za każdym razem smaruję jej rękę kremem znieczulającym, żeby nie czuła ukłucia igły, ale i tak nie obywa się bez krzyków. Zastanawiam się, czy ból, który czuje Anna przy zastrzyku, jest porównywalny z tym, który ja czuję w momencie, kiedy moja sześcioletnia córka patrzy mi prosto w oczy i mówi, że mnie nienawidzi.

– Pani Fitzgerald – mówi kierownik działu obsługi klienta – my naprawdę doskonale rozumiemy, że pani sytuacja jest poważna. Zapewniam panią.

– Trudno mi w to uwierzyć – odpowiadam. – Z jakiegoś powodu nie wydaje mi się, że też ma pan córkę, której życie wisi na włosku. Nie mogę też sobie wyobrazić, żeby dla rady konsultacyjnej pańskiego towarzystwa nie liczył się tylko i wyłącznie koszt takiej operacji jak przeszczep szpiku kostnego. – Obiecywałam sobie, że będę nad sobą panować; przegrałam to starcie walkowerem już w trzydziestej sekundzie rozmowy z przedstawicielem firmy ubezpieczeniowej.

– Towarzystwo AmeriLife zapłaci dziewięćdziesiąt procent uzasadnionych standardowych kosztów operacji infuzji limfocytów dawcy. Jeśli jednak nalega pani na przeprowadzenie przeszczepu szpiku kostnego, jesteśmy skłonni pokryć dziesięć procent kosztów.

Biorę głęboki wdech.

– W jakiej dziedzinie specjalizują się lekarze konsultanci, którzy wydali taką opinię?

– Przykro mi, ale nie…

– Domyślam się, że nie w leczeniu ostrej białaczki promielocytowej. Wie pan, dlaczego tak uważam? Bo nawet ostatni leser, który z wielkim trudem skończył medycynę na jakimś prowincjonalnym uniwerku, wie, że wlew limfocytów dawcy nie leczy tej choroby. Że za trzy miesiące musielibyśmy dyskutować od nowa na ten sam temat. Gdyby jednak zwrócił się pan do lekarza, który miał jakąkolwiek styczność z moją córką, dowiedziałby się pan, że u chorej na ostrą białaczkę promielocytową każde leczenie można zastosować tylko raz, ponieważ jej organizm natychmiast się na nie uodparnia. Oznacza to tyle, że towarzystwo AmeriLife woli wyrzucić pieniądze w błoto, zamiast spożytkować je w sposób, który daje mojej córce choćby cień szansy na uratowanie życia. Po drugiej stronie linii zapada cisza.

– Pani Fitzgerald – mówi kierownik działu obsługi klienta – o ile dobrze rozumiem, to jeśli najpierw przeprowadzą państwo zabieg infuzji limfocytów dawcy, to w następnej kolejności towarzystwo bez problemów sfinansuje przeszczep szpiku kostnego.

– Z tą drobną różnicą, że moja córka może tego nie dożyć. Jeżeli jeszcze pan tego nie zauważył, nie rozmawiamy o naprawie serwisowej samochodu, gdzie można najpierw zamontować używaną część zamienną, a potem, jeśli się nie sprawdzi, zamówić nową. Rozmawiamy o człowieku. O żywej istocie. Czy wy tam za tymi swoimi biurkami w ogóle wiecie, co to takiego, czy potraficie tylko liczyć pieniądze?

Tym razem wiem, dlaczego połączenie nagle się urywa.

Zanne przyjeżdża do nas wieczorem ostatniego dnia przed rozpoczęciem zabiegów przygotowujących do przeszczepu szpiku kostnego. Pozwala Jessemu pomagać przy rozstawianiu swojego przenośnego biura, odbiera telefon z Australii, a potem przychodzi do kuchni po instrukcje na temat codziennych czynności domowych.

– We wtorki Anna ma trening gimnastyczny – mówię. – O trzeciej po południu. W tym tygodniu mają też wywieźć szambo.

– Śmieci wywożą w środy – dodaje Brian.

– W żadnym razie nie odprowadzaj Jessego do szkoły. Wszystko wskazuje na to, że w szóstej klasie to straszny obciach.

Suzanne słucha, kiwa głową, robi nawet notatki. Kiedy wreszcie milkniemy, mówi, że teraz ona z kolei ma do nas kilka pytań. – Rybka…

– Dostaje pokarm dwa razy dziennie. Jesse się tym zajmie, jeśli będziesz go pilnować.

– Jest jakaś ustalona godzina, o której dzieci kładą się do łóżek?

– Jest – odpowiadam. – Podać ci wersję oficjalną czy z godziną doliczoną w nagrodę za dobre sprawowanie?

– Anna jest w łóżku o ósmej – ucina Brian. – Jesse o dziesiątej. Coś jeszcze?

– Tak. – Zanne sięga do kieszeni. W jej ręce pojawia się czek wystawiony na nasze nazwisko. Na kwotę stu tysięcy dolarów.

– Suzanne – szepczę oszołomiona – nie możemy tego przyjąć.

– Wiem, ile kosztuje taka operacja. Was na to nie stać. A mnie tak. Zgódźcie się.

Brian bierze czek i wręcza go z powrotem mojej siostrze.

– Jesteśmy ci bardzo wdzięczni – mówi – ale mamy pieniądze na przeszczep.

Pierwszy raz o tym słyszę.

– Mamy? – pytam. – Skąd?

– Koledzy z pracy rozesłali wici po całym kraju. Wielu strażaków przysłało datki. – Brian patrzy mi w oczy. – Dopiero dziś się o tym dowiedziałem.

– Naprawdę? – Czuję, jak ciężar spada mi z serca.

Brian wzrusza ramionami.

– To moi bracia – mówi krótko.

Ściskam serdecznie moją siostrę.

– Dziękuję. Za sam fakt.

– W razie potrzeby zawsze możecie skorzystać – odpowiada Suzanne.

Ale nie ma takiej potrzeby. Przynajmniej tyle jeszcze możemy zrobić.

– Kate! – wołam następnego ranka. – Jedziemy!

Anna, która leży zwinięta w kłębek na kolanach cioci Suzanne, wyjmuje kciuk z ust, ale nie mówi nic, nawet „do widzenia”.

– Kate! – krzyczę jeszcze raz. – Wychodzimy!

Jesse odrywa się od gry na nintendo i prycha kpiąco.

– Już widzę, jak jedziecie bez niej.

– Ona o tym nie wie. Kate! – Wzdychając, idę po schodach na górę, do pokoju dziewczynek.

Drzwi są zamknięte. Popycham je delikatnie. W środku Kate kończy właśnie słać łóżko. Kołdra jest tak wygładzona, że można by grać na niej w kapsle; poduszki strzepnięte i wyrównane. Przytulankowe zwierzaki – w tym wieku najświętsze relikwie dziecka – siedzą na parapecie w kolejności od największego do najmniejszego. Nawet buty w szafie stoją w równym rządku, a z biurka zniknęły wszelkie szpargały.

– Przepraszam. – A przecież nawet słowem nie wspomniałam, żeby u siebie posprzątała. – Chyba pomyliłam pokoje.

Kate odwraca się.

– To na wszelki wypadek, gdybym tu już nie wróciła.

Po urodzeniu pierwszego dziecka często w nocy nachodziły mnie czarne myśli. Wyobrażałam sobie najgorsze nieszczęścia, które mogły spaść na jego głowę: parzący dotyk meduzy na plaży, kuszący smak trujących leśnych jagód, złowrogi uśmiech nieznajomego człowieka, skok na głowę do płytkiej wody. Dziecko może zrobić sobie krzywdę na tyle rozmaitych sposobów, że wydaje się wprost niemożliwe, by jedna osoba mogła je ustrzec przed wszystkim. W miarę jak moje dzieci dorastały, zagrożeń wcale nie ubywało. Na miejsce starych pojawiały się nowe: wąchanie kleju, zabawa zapałkami, małe różowe pigułki sprzedawane pod blatem szkolnej ławki. Można wyliczać całą noc i do samego rana nie dotrzeć do końca tej listy, której tytuł brzmi: „Jak można stracić najbliższych”.

Teraz, kiedy wiem, jak to jest, gdy któraś pozycja z tej listy staje się rzeczywistością, wydaje mi się, że rodzice dzieci reagują na wiadomość o śmiertelnej chorobie na dwa możliwe sposoby. Albo doszczętnie się załamują, albo bez słowa skargi przyjmują ten policzek od losu i z uniesionym czołem czekają na kolejne. Jest to taka cecha, która łączy nas ze śmiertelnie chorymi pacjentami.

Kate leży w łóżku półprzytomna. Z jej piersi wyrastają liczne rurki, jak strumienie wody tryskające z fontanny. Po chemioterapii wymiotowała trzydzieści dwa razy, ma spękane usta i tak ostre popromienne zapalenie błony śluzowej, że kiedy próbuje mówić, jej głos brzmi jak u chorej na mukowiscydozę.

Odwraca do mnie głowę i chce coś powiedzieć, ale krztusi się tylko.

– Dławi mnie. – Wypluwa kłąb flegmy.

Wyjmuję z jej rączek końcówkę odsysacza, którą kurczowo ściska, i oczyszczam jej usta, język i gardło.

– Odpoczywaj, mama to zrobi – obiecuję i tym sposobem pomagam mojej córce już we wszystkim, nawet w oddychaniu.

Dział onkologiczny przypomina pole bitwy i jak w każdym wojsku tak i tutaj istnieje podział na szarże. Pacjenci to żołnierze odbywający służbę zasadniczą. Lekarze przypominają bohaterskich zdobywców; pojawiają się nagle i równie nagle znikają, a żeby przypomnieć sobie poprzednią wizytę u czyjegoś dziecka, muszą zerknąć w jego kartę chorobową. Pielęgniarki natomiast pełnią funkcję sierżantów, zaprawionych w boju weteranów pierwszej linii; to one są zawsze na miejscu, kiedy twoje chore dziecko ma tak wysoką gorączkę, że trzeba okładać je całe lodem, one pokażą, jak przeczyścić centralne wkłucie żylne, czyli cewnik, i poinformują, na którym piętrze można jeszcze podebrać z kuchni lody, to od nich można się dowiedzieć, gdzie znaleźć pralnię chemiczną, w której usuwają z ubrania plamy krwi i po preparatach do chemioterapii. Pielęgniarki wiedzą, jak nazywa się ulubiony pluszowy mors twojej córeczki i nauczą ją robić kwiatki z bibułki, które można zawiesić na stojaku do kroplówki. Lekarze snują strategie tych gier wojennych, ale to pielęgniarki pomagają zwykłym ludziom znosić codzienny trud batalii.

Z upływem czasu między nimi a rodzicami chorych dzieci zawiązuje się nić sympatii. Po fatalnej diagnozie nagle wszyscy przyjaciele zostają gdzieś z tyłu, jakby w poprzednim życiu; ich miejsce zajmują właśnie pielęgniarki z pediatrii. Wiemy o sobie dużo: na przykład córka Donny studiuje weterynarię. Ludmilla, ta z nocnej zmiany, zawsze przypina do swojego stetoskopu, jak amulety, zafoliowane widokówki z wyspy Sanibel u brzegów Florydy; zaklina w ten sposób los, bo chce tam osiąść na emeryturze. Willie, pielęgniarz, przepada za czekoladą, a jego żona spodziewa się trojaczków.

Jednej nocy, podczas chemioterapii indukcyjnej, po tylu godzinach ciągłego czuwania, że zapomniałam już, jak się zasypia, włączyłam telewizor. Mała śpi, więc oglądam bez dźwięku, żeby jej nie obudzić. Na ekranie Robin Leach oprowadza widzów po pełnej przepychu rezydencji kogoś sławnego i bogatego. Kamera prześlizguje się po bidetach platerowanych złotem, ręcznie rzeźbionych łożach z drewna tekowego, pokazuje basen w kształcie motyla. W tym domu jest garaż na dziesięć samochodów i ceglasty kort do tenisa, a po ogrodzie przechadza się jedenaście pawi. Nie mieści mi się w głowie, jak można tak mieszkać; nigdy bym nie pomyślała, że moje życie mogłoby wyglądać w ten sposób.

Takiego życia, jakie mam, też nigdy sobie nie wyobrażałam.

Nie mogę sobie nawet przypomnieć, jak czułam się kiedyś, dawno temu, kiedy słyszałam opowieści o matkach, u których wykryto raka sutka, albo o dzieciach z wrodzoną wadą serca lub inną patologią. Nie pamiętam tego osobliwego uczucia rozdarcia pomiędzy szczerym współczuciem a głęboką ulgą, że moją rodzinę los uchronił od podobnych nieszczęść. Tymczasem to my staliśmy się bohaterami takich opowieści, ludźmi, o których inni mówią z trwogą i ulgą zarazem.

Donna pochyla się nade mną i wyjmuje mi z ręki pilota. Dopóki jej nie było, nie zauważałam łez płynących mi z oczu.

– Saro – pyta pielęgniarka – pomóc ci w czymś?

Potrząsam głową, wstydząc się tej chwili słabości, wstydząc się tym bardziej, że mnie na niej przyłapano.

– Nic mi nie jest – zapieram się.

– A ja jestem Hillary Clinton – mruczy Donna. Chwyta mnie za rękę, wyciąga z fotela i wyprowadza z pokoju.

– Kate…

– … nawet nie zauważy, że nie było cię przy niej – kończy pielęgniarka.

Idziemy do malutkiej kuchni, gdzie ekspres z kawą pracuje okrągłą dobę. Donna napełnia dwa kubki.

– Przepraszam – mówię do niej.

– Za co? Że nie jesteś z kamienia?

– To nigdy nie ma końca – szepczę, a Donna kiwa głową, bo doskonale mnie rozumie. A ponieważ ja wiem, że ona rozumie, zaczynam mówić. Zwierzam się jej z wszystkich moich sekretów, a kiedy kończę, biorę głęboki wdech i uświadamiam sobie, że mówiłam bez przerwy przez godzinę. – O Boże – zrywam się – zajęłam ci tyle czasu.

– To nie był zmarnowany czas – odpowiada Donna. – A poza tym skończyłam zmianę już pół godziny temu.

Na moje policzki bije rumieniec.

– Musisz już iść. Na pewno chcesz się stąd wyrwać.

Zamiast wyjść, Donna przygarnia mnie do swojej szerokiej piersi.

– Jak my wszyscy, kochana – mówi.

Sala operacyjna w szpitalnej przychodni to małe pomieszczenie pełne lśniących srebrem przyrządów. Drzwi do niego otwierają się jak usta osoby noszącej aparat korekcyjny. Lekarze i pielęgniarki, których mała dobrze zna, tutaj kryją się za szczelnie zawiązanymi maskami i fartuchami; można ich poznać co najwyżej po oczach. Anna ciągnie mnie za połę ubrania, raz za razem, dopóki nie odwrócę się i nie klęknę przed nią.

– A gdybym teraz zmieniła zdanie? – pyta.

Kładę dłonie na jej ramionach.

– Nikt cię do niczego nie zmusi – odpowiadam – ale Kate na pewno bardzo liczy na ciebie. Tatuś i ja też.

Anna kiwa głową, wsuwając rączkę do mojej dłoni.

– Tylko nie puszczaj – prosi.

Pielęgniarka popycha ją lekko w stronę stołu operacyjnego.

– Zaraz zobaczysz, co my tu dla ciebie mamy – mówi, okrywając ją kocykiem nagrzanym na kaloryferze.

Anestezjolog przeciera maskę do narkozy wacikiem nasączonym jakimś czerwonym płynem.

– Wiesz, jak fajnie jest usnąć na truskawkowym polu? – pyta.

Zespół krząta się przy małej pacjentce, przylepiając do jej ciała czujniki, które będą śledzić oddech i pracę serca. Czynności te wykonują, dopóki mała leży na plecach, chociaż wiem, że do zabiegu przewrócą ją na bok. Szpik kostny pobiera się z kości krzyżowej.

Anestezjolog pokazuje Annie gumową harmonijkę pompki w jednym ze swoich przyrządów.

– Nadmuchasz mi ten balonik? – zagaduje, zakrywając jej maską nos i usta.

Anna do tej pory mocno trzymała moją rękę, ale w końcu jej uścisk zaczyna słabnąć. Jeszcze przez chwilę walczy z sennością. Choć całe jej ciało jest już w letargu, próbuje się na koniec jakby podnieść; widząc to, jedna pielęgniarka przytrzymuje ją za ramiona, a druga gestem mnie powstrzymuje.

– To zwyczajna reakcja na środek usypiający – wyjaśnia. – Możesz ją teraz pocałować.

Całuję więc córkę przez maskę. Dodaję też „dziękuję”, po czym wychodzę. Na korytarzu zdejmuję papierowy czepek i obuwie ochronne. Zerkam przez malutkie kwadratowe okienko. Pielęgniarki przewracają Annę na bok, a lekarz podnosi z wyjałowionej tacki niewiarygodnie długą igłę.

Wracam na górę. Poczekam razem z Kate.

Brian zagląda do pokoju Kate.

– Saro – mówi wyczerpanym głosem – Anna prosi, żebyś do niej przyszła.

Ale ja nie mogę być w dwóch miejscach naraz. Podsuwam Kate różową miskę w kształcie nerki, bo mała znów ma wymioty. Donna, stojąca obok mnie, układa ją z powrotem na poduszce.

– Teraz jestem zajęta – odpowiadam Brianowi.

– Anna prosi, żebyś do niej przyszła – powtarza Brian krótko.

Donna spogląda na niego, potem na mnie.

– Poradzimy sobie, dopóki nie wrócisz – zapewnia mnie.

Po chwili namysłu kiwam głową.

Anna leży na pediatrii, a tam nie ma izolatek z hermetycznymi drzwiami. Jej płacz słychać aż na korytarzu.

– Mamusiu – woła do mnie przez łzy – boli!

Siadam na łóżku i biorę ją w ramiona.

– Wiem, kochanie.

– Zostaniesz tutaj ze mną?

Potrząsam głową.

– Kate źle się czuje. Muszę do niej wrócić.

Anna mi się wyrywa.

– Ale ja też jestem w szpitalu – mówi. – Ja też!

Zerkam na Briana, stojącego nad nami.

– Czy ona dostaje środki przeciwbólowe?

– Tak, ale bardzo małe dawki. Pielęgniarka powiedziała, że tutaj nie przesadza się z lekami dla dzieci.

– Co za bzdura. – Wstaję z łóżka.

Anna kwili płaczliwie i łapie mnie za ubranie. – Zaraz wracam, kotku.

Zatrzymuję pierwszą napotkaną pielęgniarkę. Na onkologii znam je wszystkie; tutaj nikogo.

– Anna godzinę temu dostała tylenol – słyszę. – Wiem, że odczuwa dolegliwości…

– Roxicet. Tylenol z kodeiną. Naproxen. Jeśli lekarz jeszcze tego nie przepisał, proszę natychmiast zapytać, czy można to podać.

– Proszę wybaczyć, pani Fitzgerald – mówi obruszona pielęgniarka – ale znam się na tym, robię to codziennie i…

– Ja też robię to codziennie.

Wracam do pokoju Anny, niosąc kieliszek z dziecięcą dawką roxicetu, która albo uśmierzy jej ból, albo odurzy ją na tyle, że nie będzie już zbyt wiele czuła. Kiedy wchodzę, zastaję w pokoju Briana, zmagającego się swoimi szerokimi dłońmi z lilipucią zapinką łańcuszka, na którym wisi złote serduszko.

– Twoja siostra dostała od ciebie wielki prezent. Ty też na coś zasłużyłaś – mówi Annie ojciec.

Zgadzam się z tym. Oczywiście, że Anna zasługuje na wdzięczność po tym, jak oddała siostrze szpik kostny. Oczywiście, że należy jej się wdzięczność i uznanie. A jednak nigdy nie przyszło mi na myśl, że można wynagrodzić czyjeś cierpienie. My wszyscy od tak dawna jesteśmy z nim oswojeni.

Kiedy wchodzę, dwie pary oczu kierują się na mnie.

– Zobacz, co dostałam od taty! – woła Anna.

Wyciągam w jej stronę kieliszek ze środkiem przeciwbólowym, nędzną namiastką prezentu od mamy.

Kilka minut po dziesiątej Brian przyprowadza Annę do pokoju, w którym leży Kate. Anna idzie powoli jak staruszka, wspierając się ciężko na ręce taty. Pielęgniarki pomagają jej nałożyć maskę, fartuch, rękawiczki i obuwie ochronne. Tylko w takim stroju można wejść do izolatki onkologicznej, a i tak lekarze wykazali sporo dobrej woli, bo dzieciom w ogóle nie wolno tutaj przebywać.

Doktor Chance wskazuje na torebkę ze szpikiem kostnym, wiszącą na stojaku do kroplówki. Obracam Annę tak, żeby mogła ją zobaczyć.

– To właśnie – mówię – dostaliśmy od ciebie.

Anna wydyma wargi.

– Ohyda. Weźcie to sobie.

– Dobry pomysł – przytakuje doktor Chance. Jeden jego ruch i gęsty rubinowy szpik zaczyna sączyć się do cewnika centralnego w piersi Kate.

Układam Annę na łóżku razem z siostrą. Swobodnie mieszczą się na nim obie, ramię w ramię.

– Bolało? – pyta Kate.

– Tak jakby. – Anna wskazuje na krew płynącą plastikowymi rurkami do nacięcia w klatce piersiowej Kate.

– A to boli?

– Nie bardzo. – Kate unosi się lekko. – Wiesz co?

– No?

– Cieszę się, że to od ciebie. – Kate bierze Annę za rękę i kładzie jej dłoń na swojej piersi, tuż pod wkłuciem centralnym, niebezpiecznie blisko serca.

Dwadzieścia dwa dni po przeszczepie szpiku kostnego liczba krwinek białych w organizmie Kate zaczyna rosnąć. To dobry znak: przeszczep się przyjął. Brian upiera się, że musimy to uczcić i zaprasza mnie na obiad do restauracji. Zamawia pielęgniarkę do Kate, rezerwuje stolik w XO Cafe i nawet przywozi z domu moją czarną wyjściową sukienkę. Zapomina tylko o jednym: o