/ / Language: Polski / Genre:prose_contemporary

Jesień Cudów

Jodi Picoult

Mariah przyłapuje męża z inną kobietą i wpada w depresję, a jej córka Faith – świadek zdarzenia – zaczyna zwierzać się wyimaginowanej przyjaciółce. Początkowo Mariah lekceważy te rozmowy, jednak kiedy Faith dokonuje kolejnych cudownych uzdrowień, a na jej dłoniach pojawiają się stygmaty, zadaje sobie pytanie, czy córce istotnie nie objawia się Bóg. Wieść rozchodzi się błyskawicznie – Mariah i Faith wbrew własnej woli stają się bohaterkami medialnego cyrku. Rozwój sytuacji nieuchronnie prowadzi do destabilizacji rodziny dręczonej przez media, lekarzy oraz posiadaczy jedynych słusznych prawd.

Jodi Picoult

Jesień Cudów

Przełożyła Alina Siewior – Kuś

Tytuł oryginału KEEPING FAITH

Laurze Gross

Dziesięć lat temu wierzyłaś we mnie tak mocno,

że zdołałaś przekonać wydawców, iż jestem warta ryzyka.

To jest za kolejne czterdzieści lub pięćdziesiąt lat

wspólnej pracy i przyjaźni. Czy teraz rozumiesz,

dlaczego nie mogłam zadedykować tej książki ojcu Pio?

Podziękowania

Podczas zbierania materiałów do tej książki po raz pierwszy zostałam wyproszona z czyjegoś gabinetu. Szybko stało się dla mnie jasne, że poruszanie w rozmowie tematu Boga to dość skuteczny sposób na budzenie w ludziach wojowniczych nastrojów. W połączeniu z tematem mojej książki prowadziło to do otwartej wojny. Dlatego za otwartość w rozważaniu moich pomysłów w odniesieniu do własnych silnych przekonań religijnych pragnę podziękować osobom, wśród których są: rabin Lina Zerbarini, Herman F. Holbrook, ojciec Ronald Saunders, ojciec Andrew F. Kline. Wielkie dzięki moim dyżurnym lekarzom, doktorowi Jamesowi Umlasowi i doktorowi Spencerowi Greene'owi. Wdzięczna jestem Nancy Veresan i Kim Keating, która nie tylko udzieliła mi prawniczych porad, ale ma też cenny wkład w książkę. Mam nadzieję, że gotowa jest na następną powieść. Z serca dziękuję psychiatrom, którzy pomogli mi stworzyć bohaterów i nadali rozprawie sądowej realistyczny wymiar. Są to: doktor Tia Horner, doktor Burl Daviss, doktor Doug Fagen. Wdzięczna jestem Sarah Gross za błyskawiczne odpowiedzi na zadawane e – mailami pytania. Dziękuję Jane Picoult i Laurze Gross za wnikliwe uwagi po pierwszej lekturze maszynopisu, Beccy Goodhart za drobiazgową redakcje i pomoc w narodzinach mojego arcydzieła, po którym urodziła swoje; Camille McDuffie, która gotowa skakać przez obręcze, by skłonić ludzi do czytania tej książki. Na koniec pragnę wyrazić wdzięczność Kyle, Jake'owi i Samancie van Leer… oraz ich tatusiowi Timowi – za wszystkie te kąpiele i bajki na dobranoc beze mnie, dzięki czemu miałam czas na pisanie.

Prolog

10 sierpnia 1999

W normalnych okolicznościach Faith i mnie nie byłoby w domu, gdy dzwoni moja matka i zaprasza nas, żebyśmy obejrzały jej nową trumnę.

– Mariah – mówi z wyraźnym zdziwieniem, kiedy odbieram telefon. – Co ty robisz w domu?

– Sklep spożywczy był zamknięty – wyjaśniam z westchnieniem. – Zraszacze zalały dział warzywny. A właścicielowi pralni chemicznej umarł krewny.

Nie lubię niespodzianek. Żyję według list. Często wyobrażam sobie swoje życie jako segregator wrześniowych liści, starannie przedziurkowanych i oznakowanych. Przypisuję to dyplomowi z architektury oraz żarliwemu postanowieniu, by na starość nie zmienić się w moją matkę. W tym celu każdy dzień ma swój rozkład. W poniedziałki buduję ściany miniaturowych domków dla lalek. We wtorki robię mebelki. Środy przeznaczam na załatwianie spraw, czwartki na sprzątanie domu, a piątki na nagłe sytuacje, które pojawiły się w ciągu tygodnia. Jest środa, zwykle więc odbieram z pralni koszule Colina, idę do banku i robię zakupy spożywcze. Zostaje mi dość czasu, żeby wrócić do domu, wyładować zakupy i zawieźć Faith na zajęcia z baletu o pierwszej. Dzisiaj jednak z powodu okoliczności pozostających poza moją kontrolą mam aż za dużo wolnego czasu.

– No cóż – mówi mama na swój charakterystyczny sposób. – Wygląda na to, że skazana jesteś na wizytę u mnie.

Nagle w podskokach pojawia się Faith.

– Czy to babcia? Dostała to?

– Co? – Jest dziesiąta, a mnie już boli głowa.

– Powiedz jej, że tak – mówi moja matka na drugim końcu linii.

Rozglądam się po domu. Dywan wymaga odkurzenia, ale co w takim razie będę robić w czwartek? Gęsty sierpniowy deszcz uderza w okno. Faith kładzie miękką ciepłą dłoń na moim kolanie.

– Zgoda – mówię do słuchawki. – Zaraz u ciebie będziemy.

Moja matka mieszka cztery kilometry dalej w starym kamiennym domu, który wszyscy w Nowym Kanaanie nazywają Piernikowym Przylądkiem. Faith widuje babcię niemal codziennie, zostaje u niej po szkole, kiedy pracuję. Mogłybyśmy pójść pieszo, gdyby nie pogoda. Ponieważ leje, wsiadamy do samochodu, ale przypominam sobie, że nie wzięłam torebki z kuchni.

– Poczekaj – mówię do córki i wysiadam. Kulę się przed deszczem, jakbym była z cukru i zaraz mogła się rozpłynąć.

Kiedy wbiegam do domu, dzwoni telefon. Łapię słuchawkę.

– Halo?

– O, jesteś w domu – mówi Colin. Na dźwięk głosu mojego męża serce zaczyna mi bić mocniej. Colin jest szefem sprzedaży w małej firmie produkującej świetlne znaki ewakuacyjne i pojechał na dwa dni do Waszyngtonu szkolić nowego przedstawiciela handlowego. Dzwoni do mnie, bo tacy jesteśmy: związani ściśle jak sznurowadła w butach, nie potrafimy znieść rozłąki.

– Jesteś na lotnisku?

– Tak. Utknąłem na Dulles. – Owijam sznur telefoniczny wokół ręki, czytając między okrągłymi spółgłoskami jego słów to wszystko, o czym wstydzi się mówić w miejscu publicznym: „Kocham cię. Tęsknię za tobą. Jesteś moja”. W tle bezcielesny głos zapowiada kolejny rejs. – Faith dzisiaj nie na basenie?

– Ma balet o pierwszej. – Czekam minutę i dodaję miękko: – Kiedy wrócisz?

– Jak tylko będzie to możliwe.

Zamykam oczy i myślę, że nic nie da się porównać z uściskiem po rozłące, z wtuleniem twarzy w zagłębienie na ramieniu mojego męża, wciągnięciem w nozdrza jego zapachu.

Bez pożegnania odkłada słuchawkę, a ja się uśmiecham. To cały Colin: śpieszy się, by do mnie wrócić.

Kiedy jesteśmy w drodze do domu mojej matki, przestaje padać. Gdy mijamy boisko do piłki nożnej na obrzeżach miasta, samochody zaczynają zjeżdżać na wąskie pobocze. Idealny łuk tęczy wznosi się nad bujną murawą boiska. Jadę dalej.

– Można by pomyśleć, że nigdy wcześniej nie widzieli tęczy – mówię, dodając gazu.

Faith otwiera okno i wyciąga rękę. Macha mi dłonią przed twarzą.

– Mamusiu! – krzyczy. – Dotknęłam jej!

Z przyzwyczajenia spoglądam na jej dłoń. Rozpostarte palce znaczą smugi czerwieni, błękitu i zieleni. Na moment zapiera mi dech, zaraz jednak przypominam sobie, że siedziała na podłodze w salonie z pękiem Magicznych Markerów w rękach.

Salon mojej matki zdominowany jest przez mało pociągający narożnik obity skajem koloru ludzkiej skóry. Próbowałam namówić ją na sofę obitą prawdziwą skórą i jeden czy dwa fotele, ale tylko się śmiała.

– Skóra jest dla gojów z nazwiskami z „Mayflower” – powiedziała.

Słysząc to, poddałam się. Po pierwsze, sama mam skórzaną sofę. Po drugie wyszłam za goja z nazwiskiem z „Mayflower”. Przynajmniej mama nie przykryła swojej kanapy narożnikowej plastikiem, jak robiła to babcia Fanny, kiedy byłam mała.

Kiedy dzisiaj wchodzę do salonu, wcale nie patrzę na narożnik.

– Ojej, babciu – szepcze Faith z podziwem. – Czy ktoś jest w środku?

Pada na kolana, stukając w prostokątną skrzynię z mahoniu na wysoki połysk.

Gdyby sprawy ułożyły się według planu, przypuszczalnie wybierałabym kantalupy, podnosząc je do nosa, by poczuć ich słodycz i miękkość, albo płaciłabym panu Li trzynaście dolarów czterdzieści centów za siedem koszul marki Brooks Brothers, tak mocno wykrochmalonych, że na tylnym siedzeniu mojego samochodu wyglądają jak torsy leżących mężczyzn.

– Mamo – mówię – dlaczego masz trumnę w salonie?

– To nie jest trumna, Mariah. Widzisz szklane wieko? To stolik w kształcie trumny.

– Stolik w kształcie trumny.

Matka stawia kubek z kawą na czystym szkle.

– Widzisz?

– Trzymasz trumnę w salonie. – Nie jestem w stanie się z tego otrząsnąć.

Matka siada na kanapie i opiera stopy w sandałach na szklanym wieku.

– No wiesz, kochanie, to była okazja.

Ujmuję głowę w dłonie.

– Niedawno byłaś u doktora Feldmana. Wiesz, co powiedział: jeśli będziesz sumiennie brała leki na ciśnienie, masz szansę wszystkich nas przeżyć.

Matka wzrusza ramionami.

– Będziesz miała jedną sprawę z głowy, kiedy mój czas nadejdzie.

– Och, na litość boską. Chodzi o to nowe osiedle dla seniorów, o którym wspominał Colin? Przysięgam, mamo, on tylko myślał…

– Uspokój się, kochanie. Nie zamierzam kopnąć w kalendarz w najbliższym czasie, potrzebowałam stolika. Spodobał mi się kolor drewna. I w „Twenty/Twenty” widziałam reportaż o stolarzu z Kentucky, który je robi.

Faith wyciąga się na plecach obok trumny.

– Możesz w niej spać, babciu – proponuje. – Jak Dracula.

– Musisz przyznać, że jest warta grzechu – mówi matka.

I to pod niejednym względem. Mahoń jest cudowny, przypomina gładkie, błyszczące morze. Łączenia i okucia są solidne i wyraźne, zawiasy lśnią niczym pochodnie.

– To była prawdziwa okazja – dodaje matka.

– Błagam, tylko mi nie mów, że kupiłaś używaną.

Matka prycha i spogląda na Faith.

– Twoja mama musi się odprężyć.

Od wielu lat matka powtarza to zdanie w takiej lub innej formie. Nie potrafię jednak zapomnieć, że kiedy ostatnio się odprężyłam, o mało się nie rozpadłam.

Matka siada na podłodze obok Faith i obie ciągną za uchwyty z brązu. Ich blond głowy – mamy farbowana, mojej córki niemal biała – stykają się i nie wiem, gdzie jedna się zaczyna, a druga kończy. W czasie zabawy zdołały przyciągnąć trumnę ku sobie. Wpatruję się w płytki rowek pozostawiony w dywanie, potem staram się w miarę możliwości wygładzić go czubkiem buta.

Mało kto ma takie szczęście jak Colin i ja. Pobraliśmy się młodo, ale wciąż jesteśmy ze sobą – i to pomimo kilku sporych wybojów na drodze.

Między nami jednak jest też chemia. Wiem, że kiedy Colin patrzy na mnie, nie widzi pięciu kilogramów, które zostały mi po ciąży, ani siwych pasemek we włosach. W jego oczach mam skórę kremową i jędrną, włosy spadające na plecy, ciało jak u studentki. Pamięta mnie z najlepszego okresu, bo jak czasami powtarza, jestem najlepszą rzeczą, jaką pamięta.

Kiedy od czasu do czasu idziemy na kolację z jego kolegami – tymi, którzy żony traktują jak trofea – uświadamiam sobie, jakie mam szczęście, że jestem z mężczyzną w rodzaju Colina. Kładzie dłoń na mojej pupie, która nie jest opalona ani tak szczupła jak u tamtych młodszych ode mnie dziewcząt, i z dumą mnie przedstawia:

– To moja żona.

Uśmiecham się. Nikim więcej nigdy nie pragnę być.

– Mamusiu.

Znowu zaczyna padać, droga rozmywa mi się przed oczami, a nie należę do zbyt pewnych siebie kierowców.

– Cii. Muszę się skupić.

– Mamusiu, to bardzo, bardzo ważne – upiera się Faith.

– Najważniejsze jest teraz to, żebyśmy cale i zdrowe dojechały na zajęcia z baletu.

Przez jedną błogosławioną chwilę panuje cisza. Później Faith zaczyna kopać w tył mojego siedzenia.

– Ale ja nie mam trykotu – lamentuje. Zjeżdżam na pobocze i odwracam się do córki.

– Nie masz?

– Nie. Nie wiedziałam, że pojedziemy na balet prosto od babci.

Czuję, jak kark mi czerwienieje. Do sali baletowej wciąż mamy około trzech kilometrów.

– Na litość boską, Faith, dlaczego wcześniej nie powiedziałaś?

Jej oczy napełniają się łzami.

– Wcześniej nie wiedziałam, że jedziemy już na balet.

Walę w kierownicę. Nie wiem, czy jestem zła na Faith, na pogodę, na moją matkę czy na te przeklęte zraszacze w sklepie spożywczym; wszystko to kompletnie zrujnowało mi dzień.

– W każdy wtorek chodzimy na balet po lunchu.

Zawracam, ignorując wyrzuty sumienia, które mi mówią, że zbyt ostro potraktowałam Faith, przecież ona ma dopiero siedem lat.

– Nie chcę wracać do domu! Chcę iść na balet! – wrzeszczy moja córka przez łzy.

– Nie wracamy do domu – mówię przez zaciśnięte zęby. – Jedziemy tylko po trykot.

Wyobrażam sobie wzrok pozostałych matek, kiedy w połowie zajęć wpadnę z Faith na salę. Matek, które zdołały przywieźć dzieci na czas mimo gwałtownej ulewy, matek, które nie muszą wypruwać sobie żył, żeby sprawiać wrażenie, że wszystko przychodzi im łatwo.

Mieszkamy w stuletnim wiejskim domu; nasza siedmioakrowa posiadłość z jednej strony graniczy z lasem, z drugiej zamknięta jest kamiennym murem. Porastają ją głównie drzewa. Jesteśmy na tyle blisko drogi, że nocami światła przejeżdżających samochodów przesuwają się po łóżkach niczym promienie latarni morskiej. Sam dom pełen jest przeciwieństw, które wciąż pociągają: walący się ganek i nowoczesne okna, wanna na czterech łapach z hydromasażem, Colin i ja. Podjazd prowadzi w dół, by wznieść się znowu koło domu. Kiedy skręcamy za bramę, Faith z radością woła:

– Tatuś jest w domu! Chcę się z nim zobaczyć.

Ja też, ale przecież ja zawsze tego chcę. Na pewno przyleciał wcześniejszym samolotem, żeby przed powrotem do biura zjeść lunch w domu. Myślę o innych matkach, które już parkują swoje samochody przed szkółką baletową, i o Colinie; nagle dwudziestominutowe spóźnienie wydaje się tego warte.

– Przywitamy się z tatusiem, weźmiesz trykot i będziemy musiały jechać.

Faith wpada do domu jak maratończyk rzucający się na taśmę.

– Tatusiu! – woła, ale w kuchni i w pokoju rodzinnym nikogo nie ma, tylko aktówka Colina na środku stołu świadczy, że faktycznie wrócił. Słyszę wodę płynącą starymi rurami.

– Tatuś bierze prysznic – mówię. Faith momentalnie rzuca się ku schodom.

– Poczekaj! – krzyczę za nią; wiem, że Colin nie chciałby, żeby Faith zaskoczyła go paradującego nago po sypialni. Biegnę za nią, udaje mi się wyprzedzić ją przy zamkniętych drzwiach sypialni. – Wejdę pierwsza.

Colin stoi koło łóżka, owijając biodra ręcznikiem. Na mój widok nieruchomieje.

– Cześć! – Uśmiecham się. – Co za miła niespodzianka.

Przytulam się do niego, wsuwając mu głowę pod brodę, on luźno kładzie dłonie na mojej talii. Kiwam głową do Faith.

– Wejdź. Tatuś jest ubrany.

– Tatusiu! – krzyczy Faith, rzucając się wprost na jego lędźwie, co często jest dla nas powodem do śmiechu, a teraz każe mu się schylić, choć nie wypuszcza mnie z objęć.

– Cześć, ciasteczko – odpowiada, ale wzrok ma utkwiony ponad głową Faith, jakby spodziewał się za kulisami zobaczyć jeszcze jedno dziecko. Kłęby pary sączą się przez zamknięte drzwi łazienki.

– Moglibyśmy włączyć jej wideo – szepczę, przytulając się mocniej do Colina. – To znaczy pod warunkiem, że szukasz kogoś, kto umyje ci plecy.

Zamiast odpowiedzieć, Colin niezgrabnie wyplątuje się z uścisku Faith.

– Słoneczko, może powinnaś…

– Co powinnam?

Wszyscy odwracamy się na dźwięk głosu dochodzącego z łazienki. Drzwi otwierają się, w progu staje mokra kobieta niedbale okryta ręcznikiem, kobieta, która przypuszczała, że słowa Colina przeznaczone są dla niej.

– O mój Boże – mówi, zalewając się rumieńcem; cofa się i z trzaskiem zamyka drzwi.

Mój umysł rejestruje, że Faith wypada z sypialni, że Colin biegnie za nią. Kolana się pode mną uginają i nagle siedzę na łóżku nakrytym kołdrą ze ślubną obrączką; Colin kupił ją dla mnie w Lancaster w Pensylwanii, bo mennonitka, którą ją uszyła, powiedziała mu, że symbolem idealnego małżeństwa jest nieskończony okrąg.

Kryję twarz w dłoniach i myślę: „O Boże, znowu to samo”.

Księga pierwsza STARY TESTAMENT

Rozdział pierwszy

Miliony stworzeń duchowych po ziemi

Krążą, lecz dla nas są niedostrzegalne

Tak kiedy śpimy, jak po przebudzeniu.

John Milton, „Raj utracony” *

O pewnych rzeczach nigdy nie mówię.

Na przykład o tym, jak mając trzynaście lat, musiałam uśpić mojego psa. Albo jak w liceum wystroiłam się na bal i siedziałam przy oknie, czekając na chłopca, który po mnie nie przyszedł. Albo co czułam, kiedy poznałam Colina.

No cóż, o tym czasami trochę mówię, ale nie przyznaję, że od samego początku wiedziałam, że nie jesteśmy dla siebie przeznaczeni. Colin był gwiazdą futbolu w naszym college'u, mnie wynajął jego trener, żebym pomogła mu zdać francuski. Pocałował mnie – prostą, nieśmiałą, zajętą nauką dziewczynę – bo założył się z kolegami z drużyny. Mimo straszliwego zakłopotania czułam się jak ozłocona.

Jest dla mnie całkowicie jasne, dlaczego zakochałam się w Colinie. Nigdy jednak nie rozumiałam, dlaczego on zakochał się we mnie.

Powiedział mi, że przy mnie staje się kimś innym, osobą, którą lubi bardziej od luzackiego sportowca, swojego chłopaka z bractwa. Powiedział mi, że przy mnie czuje się podziwiany za to, jaki jest, a nie za to, co zrobił. Argumentowałam, że niezbyt do niego pasuję, nie jestem wysoka, piękna ani dostatecznie wyrafinowana. Kiedy protestował, przekonałam samą siebie, że powinnam mu uwierzyć.

Nigdy nie mówię o tym, co wydarzyło się pięć lat później, kiedy się okazało, że jednak miałam rację.

Nie mówię o tym, jak unikał mojego wzroku, kiedy załatwiał dla mnie ośrodek zamknięty.

Otwarcie oczu jest wysiłkiem herkulesowym. Jakby spuchnięte i obolałe nie chciały ryzykować widoku, który mógłby postawić świat na głowie. Czuję jednak dłoń na moim ramieniu i z tego, co wiem, może ona należeć do Colina, dlatego uchylam powieki na tyle, by dopuścić jasny, ostry jak drzazga widok.

– Mariah – mówi kojąco moja matka, odgarniając mi włosy z czoła. – Czujesz się lepiej?

– Nie. – Nic nie czuję. Środek, który doktor Johansen przepisał przez telefon, sprawia, że otula mnie gruba na kilka centymetrów pianka, bariera poruszająca się ze mną i oddzielająca mnie od najgorszego.

– Ha, czas wstawać – mówi matka rzeczowo. Pochyla się i próbuje mnie podnieść.

– Nie chcę brać prysznica. – Zwijam się w kłębek.

– Ja też nie – stęka matka. Poprzednio przyszła do pokoju, żeby zawlec mnie do łazienki i wstawić pod zimny strumień wody. – Usiądziesz, cholera, nawet jeśli miałabym przez to paść trupem.

Jej słowa przypominają mi trumienny stolik i zajęcia z baletu, na które trzy dni temu nie dojechałyśmy z Faith. Odsuwam się od niej i zakrywam twarz. Po policzkach łzy płyną mi niczym wosk.

– Co się ze mną dzieje?

– Absolutnie nic, choć ten kretyn chce, żebyś myślała inaczej.

– Matka kładzie dłonie na moich płonących policzkach. – To nie twoja wina, Mariah. Nie mogłaś temu zapobiec. Colin nie jest godzien stąpać po ziemi. – Na dowód tego matka spluwa na dywan.

– A teraz usiądź, żebym mogła zawołać tu Faith.

Słucham uważnie.

– Ona nie może mnie zobaczyć w takim stanie.

– Więc zrób coś ze sobą.

– To nie takie łatwe…

– Wręcz przeciwnie – upiera się matka. – Tym razem nie chodzi wyłącznie o ciebie, Mariah. Chcesz się załamać? Świetnie, ale najpierw zobacz się z Faith. Wiesz, że mam rację, w przeciwnym razie trzy dni temu nie zadzwoniłabyś, żebym tu przyszła i zajęła się nią. – Patrzy na mnie i głos jej łagodnieje. – Faith ma ojca idiotę i ma ciebie. Ty zrobisz z tym, co będziesz chciała.

Przez sekundę pozwalam, by nadzieja wśliznęła się przez pęknięcia w mojej zbroi.

– Pytała o mnie?

Matka waha się.

– Nie… ale to nie ma nic do rzeczy.

Kiedy idzie po Faith, poprawiam poduszkę i wycieram twarz rogiem kołdry. Do pokoju wchodzi moja córka, popychana lekko przez babcię. Zatrzymuje się dwa kroki przed łóżkiem.

– Cześć – mówię wesoło jak aktorka.

Przez chwilę cieszę się jej widokiem: krzywym przedziałkiem, dziurą po przednim zębie, poodpryskiwaną różową emalią na paznokciach. Faith krzyżuje ręce na piersiach, prostuje nogi i z uporem zaciska ślicznie wykrojone usta w płaską linię.

– Chcesz usiąść? – Klepię materac koło siebie.

Nie odpowiada, ledwo oddycha. Przeszywa mnie ostry ból, bo uświadamiam sobie, że wiem, co robi moja córka, sama też to robiłam: przekonujesz siebie, że jeśli zachowasz kompletny bezruch, nie będziesz wykonywać gwałtownych gestów, skłonisz innych do tego samego.

– Faith… – Wyciągam rękę, ale ona się odwraca i wychodzi z pokoju.

Cząstka mnie pragnie pójść za nią, tylko że cała reszta nie potrafi zdobyć się na odwagę.

– Nadal milczy. Dlaczego?

– Ty jesteś jej matką. Dowiedz się.

Nie potrafię. Jeśli coś poznałam, to własne ograniczenia. Odwracam się na bok i zamykam oczy z nadzieją, że matka zrozumie aluzję i zostawi mnie samą.

– Zobaczysz – mówi cicho, kładąc dłoń na czubku mojej głowy. – Faith pomoże ci przez to przejść.

Udaję, że śpię. Nie reaguję, kiedy słyszę jej westchnienie. Ani kiedy przez przymrużone powieki patrzę, jak usuwa z nocnego stolika nóż, pilnik do paznokci i nożyczki do haftu.

Kiedy kilka lat temu przyłapałam Colina w łóżku z inną kobietą, odczekałam trzy noce i próbowałam popełnić samobójstwo. Colin znalazł mnie i zawiózł do szpitala. Lekarze powiedzieli mu, że mnie uratowali, ale to nieprawda. W jakiś sposób tamtej nocy się pogubiłam, zamieniłam w osobę, o której nie lubię słuchać, której nie rozpoznaję. Nie byłam w stanie jeść, mówić, nie potrafiłam zebrać dość energii, by odrzucić pościel i wstać z łóżka. Mój umysł zastygł na jednym pytaniu: Jeśli Colin już mnie nie chce, dlaczego ja mam chcieć?

Płakał, kiedy mi mówił, że załatwił dla mnie miejsce w Greenhaven. Przepraszał. Ale nie trzymał mnie za rękę, nie pytał, czego ja chcę, nie patrzył mi w oczy. Powiedział, że muszę iść do szpitala, bo tam nie będę sama.

Mylił się jednak, ponieważ już nie byłam sama. Od kilku tygodni byłam w ciąży z Faith. Wiedziałam o tym, wiedziałam o jej istnieniu, zanim przyszły wyniki badań i lekarze zmienili sposób leczenia na taki, który odpowiadał potrzebom ciężarnej ze skłonnościami samobójczymi. Nikomu nie mówiłam o ciąży, czekałam, aż sami się dowiedzą, i dopiero po latach sama przed sobą przyznałam, że w gruncie rzeczy liczyłam na poronienie. Wmówiłam sobie, że to Faith, maleńka kulka tkanek w moim brzuchu, była powodem, dla którego Colin zwrócił się do innej kobiety.

Mimo to kiedy matka mówi, że Faith powstrzyma mnie od pogrążenia się w głębokiej depresji, z której nie będę mogła się wygrzebać, przypuszczalnie jest bliska prawdy. W końcu Faith już raz tego dokonała. Podczas tamtych miesięcy w Greenhaven ciąża jakimś sposobem z utrudnienia zmieniła się w atut. Ludzie, którzy na początku nie chcieli mnie słuchać, teraz mówili o moim rosnącym brzuchu i jaśniejących policzkach. Colin dowiedział się o dziecku i wrócił do mnie. Nazwałam córkę Faith, imieniem dla prawdziwych gojów, jak orzekła moja matka, ponieważ tak strasznie potrzebowałam czegoś, w co mogłabym wierzyć.

Siedzę z dłonią na słuchawce. Mówię sobie, że w każdej chwili zadzwoni Colin i powie, że to był z jego strony atak demencji. Będzie błagał, by nie obciążać go za to drobne szaleństwo. Jeśli ja tego nie rozumiem, to kto zrozumie?

Ale telefon milczy, a po drugiej nad ranem słyszę na dworze jakiś hałas. To Colin, myślę. Wrócił.

Biegnę do łazienki i staram się uczesać zmierzwione włosy, choć ręce mam sztywne i obolałe z bezruchu. Zużywam szklankę płynu do płukania ust. A potem z walącym sercem biegnę do holu.

Jest ciemno, panuje kompletna cisza. Na palcach schodzę po schodach i wytężam wzrok. Delikatnie otwieram drzwi – głośno trzeszczą – i wychodzę na stary ganek.

To nie mój mąż wrócił do domu, tylko para szopów grzebie w pojemniku na śmieci.

– Wynocha! – syczę, machając rękami. Colin łapał je w zasadzkę typu „miej serce”, prostokątną klatkę z drzwiczkami na dźwigni, która nie robi krzywdy zwierzętom. Kiedy słyszał piski złapanego szopa, wynosił klatkę do lasu za domem. Wracał z pustą i czystą klatką, bez śladu, że szop był w środku.

– Abrakadabra – mówił. – W jednej chwili jest, w następnej go nie ma.

Wracam do domu, ale nie idę na górę. Moją uwagę przyciąga księżyc odbijający się od wypolerowanego blatu jadalnego stołu.

Na środku owalu stoi miniaturowa replika naszego domu. Ja ją zrobiłam, tym zarabiam na życie. Buduję domy z marzeń – nie z betonu, gipsu i krokwi, ale z patyczków nie większych niż wykałaczki, kawałków satyny mieszczących się w mojej dłoni, zaprawy z kleju. Chociaż ludzie czasami proszą o repliki swoich domów, budowałam też posiadłości sprzed wojny secesyjnej, arabskie meczety, marmurowe pałace.

Mój pierwszy dom zbudowałam siedem lat temu w Greenhaven z patyczków po lodach i papieru technicznego, podczas gdy inni pacjenci robili oczy Boga i origami. Już w tych pierwszych moich próbach było miejsce na każdy sprzęt, pokój dla każdego członka rodziny. Od tamtego czasu zrealizowałam prawie pięćdziesiąt zamówień. Stałam się sławna, kiedy Hillary Rodham Clinton na szesnaste urodziny Chelsea zamówiła kopię Białego Domu, włącznie z Pokojem Owalnym, porcelaną w serwantkach i ręcznie uszytą flagą Stanów Zjednoczonych w gabinecie prezydenta. Nie robię lalek do domów, mimo iż klienci o to proszą. Fortepian, nawet malutki, wciąż jest fortepianem, natomiast lalka z pięknie pomalowaną twarzą i elastycznymi kończynami pozostaje drewnianym manekinem.

Odsuwam krzesło i siadam, delikatnie przesuwając palcami po spadzistym dachu miniaturowej farmy, po słupach podtrzymujących ganek, po maleńkich jedwabnych begoniach w doniczkach z terakoty. W środku jest taki sam stół z wiśniowego drewna jak ten, na którym stoi domek, a na nim znajduje się miniaturka miniatury.

Pstryknięciem palca zamykam wejściowe drzwi. Kciukiem zasuwam okna wielkości znaczka pocztowego, zamykam okiennice na maleńkie rygle, chowam begonie pod lilipucią huśtawką na ganku. Zamykam dom na cztery spusty, jakby musiał przetrzymać burzę.

Colin dzwoni cztery dni po swoim odejściu.

– To nie tak miało być.

Przypuszczalnie rozumie przez to, że Faith i ja nie miałyśmy mu przeszkodzić. Przypuszczalnie zmusiłyśmy go do działania. Ale oczywiście nie mówię tego na głos.

– Między nami nie będzie się układać, Mariah. Wiesz o tym.

Przerywam połączenie, chociaż Colin wciąż mówi, i naciągam kołdrę na głowę.

W piąty dzień po odejściu Colina Faith wciąż milczy. Porusza się po domu cicho jak kot, bawi się, ogląda wideo i przez cały czas obserwuje mnie podejrzliwie.

Mojej matce jako jedynej udaje się przedrzeć przez ten mur milczenia i ustalić, że Faith chce płatki na śniadanie, że nie potrafi zdjąć wioski z Playmobila z górnej półki albo że chce napić się wody przed pójściem spać. Zastanawiam się, czy nie mają jakiegoś sekretnego języka. Ja nie rozumiem Faith. Ona nie chce się ze mną porozumieć i przypomina mi w tym Colina.

– Musisz coś zrobić – powtarza moja matka. – To twoja córka.

Z biologicznego punktu widzenia tak. Ale Faith i ja niewiele mamy ze sobą wspólnego. Prawdę mówiąc, równie dobrze mogła przeskoczyć pokolenie i być córką swojej babki, tak bardzo są podobne. Mają to samo upodobanie do fantazjowania i tę samą elastyczną odporność, dlatego tak dziwnie jest oglądać pogrążoną w smutku Faith.

– Co mam zrobić?

Mama kręci głową.

– Pobaw się z nią. Idźcie na spacer. W najgorszym razie możesz jej powiedzieć, że ją kochasz.

Odwracam się do matki, żałując, że to nie jest takie proste. Kocham Faith od dnia jej narodzin, ale inaczej, niż moglibyście pomyśleć. Była dla mnie wielką ulgą. Najpierw chciałam poronić, później przez wiele miesięcy brałam prozac i byłam przekonana, że urodzi się z trojgiem oczu albo zajęczą wargą. Tymczasem po łatwym porodzie pojawiło się dziecko, którego nie potrafiłam uszczęśliwić, jakby karą za myślenie o niej najgorszych rzeczy było oddzielenie, nim miałyśmy szansę nawiązać łączność. Faith miała skłonność do kolki; nie pozwalała mi zasnąć przez całą noc i ssała z taką zapamiętałością, że czułam skurcze w żołądku przy każdym karmieniu. Niewyspana i niespokojna, kładłam ją na łóżku, wpatrywałam się w jej mądrą, okrągłą buzię i myślałam: „I co ja mam z tobą począć?”.

Myślałam, że macierzyństwo pojawi się w sposób naturalny, tak samo jak mleko: trochę boleśnie, trochę przerażająco, ale stanie się częścią mojej osoby na dobre i złe. Czekałam cierpliwie. Co z tego, że nie wiem, jak wsuwać termometr do pupy mojego dziecka? Co z tego, że kiedy próbuję je otulić, kocyk zawsze w którymś miejscu się wysuwa? Powtarzałam sobie, że lada dzień obudzę się i będę wiedziała, co robić.

Niedługo po trzecich urodzinach Faith straciłam nadzieję. Z jakiegoś powodu bycie matką nigdy nie będzie dla mnie łatwe. Obserwowałam kobiety, które liczną gromadkę dzieci bez wysiłku sadzają w samochodzie, podczas gdy ja musiałam trzy razy sprawdzać pasy bezpieczeństwa Faith, żeby się upewnić, że naprawdę są zamknięte. Słuchałam, co matki mówią do swoich dzieci, i starałam się zapamiętać ich słowa.

Na myśl, że muszę dotrzeć na dno upartego milczenia Faith, żołądek mi się ściska. A jeśli mi się nie uda? Jaką matką będę wtedy?

– Nie jestem gotowa – mówię wymijająco.

– Na litość boską, Mariah, weź się w garść. Ubierz się, uczesz, zachowuj jak normalna kobieta i zanim się obejrzysz, nie będziesz musiała dłużej udawać. – Matka kręci głową. – Colin przez dziesięć lat ci wmawiał, że nie masz własnego zdania, a ty byłaś na tyle głupia, że mu uwierzyłaś. Co on wie o załamaniach nerwowych?

Mama stawia przede mną filiżankę kawy; wiem, że za swój triumf uważa, iż siedzę przy stole w kuchni zamiast kulić się w łóżku. Kiedy Colin oddał mnie do szpitala, mieszkała w Scottsdale w Arizonie, dokąd przeprowadziła się po śmierci mojego ojca. Przyleciała, gdy próbowałam popełnić samobójstwo, po czym zyskawszy pewność, że niebezpieczeństwo minęło, wróciła do domu. Oczywiście nie spodziewała się, że Colin zamknie mnie w zakładzie. Kiedy się o tym dowiedziała, sprzedała swoje mieszkanie, wróciła tutaj i przez cztery miesiące starała się o uchylenie nakazu, tak bym mogła wyjść na własną prośbę. Nigdy nie sądziła, że Colin miał rację, wysyłając mnie do Greenhaven, i nigdy mu nie wybaczyła. Ja nie mam zdania. Czasami zgadzam się z mamą, że Colin nie powinien był decydować, jak się czuję, choć nie reagowałam na próby nawiązania kontaktu. A czasami przypominam sobie, że Greenhaven było jedynym miejscem, gdzie czułam się swobodnie, ponieważ tam od nikogo nie oczekiwano doskonałości.

– Colin – mówi moja matka krótko – to szmuk *. Dzięki Bogu Faith jest podobna do ciebie. – Klepie mnie po ramieniu. – Pamiętasz, jak w piątej klasie dostałaś B minus z klasówki z matematyki? Płakałaś, jakbyś się bała, że dostaniesz od nas po uszach, ale się pomyliłaś. Zrobiłaś, co w twojej mocy i to się liczyło. Próbowałaś. Teraz nie mogę powiedzieć tego o tobie. – Spogląda przez otwarte drzwi do salonu, gdzie Faith siedzi na podłodze i rysuje kredkami. – Jeszcze nie wiesz, że wychowywanie dziecka to praca, która nie ma końca?

Faith bierze pomarańczową kredkę i gwałtownie coś gryzmoli. Pamiętam, jak w zeszłym roku, kiedy uczyła się liter, nabazgrała długi sznur spółgłosek i zapytała mnie, co napisała.

– Frzwwlkg – odparłam, a ona ku mojemu zdumieniu wybuchnęła śmiechem.

– Idź już. – Matka popycha mnie ku drzwiom salonu.

Od razu potykam się o pudełko z kredkami.

– Przepraszam. – Zbieram garść kredek i układam w pudełku po ciasteczkach oreo, które do tego celu wykorzystujemy. Skończywszy, odchylam się i widzę, że Faith patrzy na mnie lodowato.

– Przepraszam – powtarzam i nie mam na myśli kredek.

Faith nie odpowiada, pochylam się więc nad rysunkiem: nietoperz i czarownica tańcząca przy ognisku.

– Ojej, to naprawdę świetne. – Do głowy wpada mi pomysł; podnoszę rysunek i przyglądam się mu uważnie. – Mogę go zatrzymać? Powieście w moim warsztacie?

Faith zadziera głowę, łapie kartkę i drze na połowę. Biegnie na górę i z trzaskiem zamyka drzwi swojej sypialni.

Do salonu wchodzi moja matka, wycierając dłonie w ścierkę do naczyń.

– Świetnie poszło – mówię sucho.

Matka wzrusza ramionami.

– Nie zmienisz świata z dnia na dzień.

Biorę połowę rysunku Faith i przesuwam palcami po woskowej czarownicy.

– Myślę, że ona rysowała mnie.

Matka rzuca we mnie ścierką, która ląduje na moim karku, przeszywając niespodziewanym zimnem.

– Za dużo myślisz – mówi.

Tego wieczoru podczas mycia zębów łapię swoje odbicie w lustrze. Nie jestem nieatrakcyjna, tego przynajmniej dowiedziałam się w Greenhaven. Salowe, pielęgniarki i psychiatrzy traktują cię jak powietrze, kiedy narzekasz i niechlujnie wyglądasz, za to ładną twarz każdy zauważa, odzywa się do niej, odpowiada. W Greenhaven obcięłam włosy na krótko, tak że układały się w miodowe fale, i makijażem podkreślałam zieleń oczu. Przez tych kilka miesięcy poświęciłam więcej czasu mojemu wyglądowi niż kiedykolwiek w życiu.

Wzdychając, nachylam się do lustra i wycieram pastę z kącika ust. Kiedy wprowadziliśmy się z Colinem do tego domu, zmieniliśmy lustro w łazience. Stare było pęknięte w rogu – zły znak, powiedziałam. Nie wiedzieliśmy, na jakiej wysokości zawiesić nowe. Mam sto sześćdziesiąt cztery centymetry wzrostu, poziom mojego wzroku nie był poziomem wzroku Colina. Wyższy o trzydzieści centymetrów i szczupły, śmiał się, gdy przystawiłam lustro do ściany.

– Rye – powiedział. – Ledwo widzę swoją klatkę piersiową.

A więc zawiesiliśmy lustro tak, żeby Colin się w nim widział. Ja stawałam na palce, żeby zobaczyć całą twarz. Nigdy jakoś nie dorastałam do oczekiwań.

W środku nocy słyszę szelest pościeli. Czuję podmuch powietrza, coś miękkiego się do mnie przytula. Odwracam się i biorę Faith w objęcia.

– Tak to powinno być – szepczę do siebie; gardło mi się ściska, nim kończę zdanie. Ręce Faith oplatają się wokół mnie niczym winorośl. Włosy dotykające mojego podbródka pachną dzieciństwem.

Matka powtarzała, że jak przychodzi co do czego, człowiek zawsze wie, do kogo się zwrócić. Że rodzina to nie wytwór społeczny, ale kwestia instynktu.

Nasze flanelowe piżamy zahaczają się o siebie. W milczeniu gładzę Faith po plecach; boję się powiedzieć coś, co mogłoby zniszczyć tę cudowną chwilę, i czekam, aż jej oddech się wyrówna, nim sama zasnę. To jedno mogę zrobić.

Nasze miasteczko Nowy Kanaan jest dość duże, by mieć własną górę, a równocześnie dość małe, by hodować plotki w zakamarkach starych sklepów. Jest to miasteczko farm i otwartej przestrzeni, prostych ludzi, mieszkających obok przedstawicieli wolnych zawodów z Hanoveru i New London, którzy chcą zainwestować pieniądze w nieruchomości. Mamy stację benzynową, stary plac zabaw i zespół bluegrassowy. Mamy też jednego prawnika nazwiskiem J. Evers Standish, którego kancelarię mijałam milion razy, jeżdżąc trasą numer 4.

Szóstego dnia po odejściu Colina ktoś dzwoni do drzwi. Otwieram i na ganku widzę szeryfa, który pyta, czy jestem panią Mariah White. Moja pierwsza myśl dotyczy Colina: miał wypadek? Szery wyciąga z kieszeni kopertę.

– Przykro mi, proszę pani – mówi i odchodzi, nie zdążyłam nawet zapytać, co mi przyniósł.

Pierwszy dokument rozwodowy nosi nazwę „zniesławienia”. Ten niewielki kawałek papieru ma moc zmiany całego twojego życia. Dopiero wiele miesięcy później dowiaduję się, że jedynie w New Hampshire wciąż nazywany jest zniesławieniem, a nie – jak w innych stanach – pozwem czy wnioskiem, jakby częścią całego procesu, nieważne w jak przyjacielskiej atmosferze prowadzonego, była skaza na charakterze jednego z partnerów. Dołączona do dokumentu notatka zawiera informację, że mąż wystąpił o rozwód ze mną.

Pół godziny później siedzę w poczekalni J. Eversa Standisha, Faith zwinięta jest w kłębek nad poobijanym pociągiem Brio. Nie brałabym jej ze sobą, ale mamy cały ranek nie było – wychodzi, oznajmiła, żeby zrobić nam niespodziankę. Drzwi za recepcjonistką otwierają się, pojawia się w nich wysoka elegancka brunetka i wyciąga ku mnie dłoń.

– Jestem Joan Standish.

Szczęka mi opada.

– Naprawdę? – Mijając przez lata ten budynek, zawsze wyobrażałam sobie J. Eversa Standisha jako starszego mężczyznę z bokobrodami.

Prawniczka śmieje się.

– Byłam nią, kiedy ostatnio sprawdzałam. – Patrzy na Faith, która zaabsorbowana jest budowaniem tunelu dla pociągu, i zwraca się do recepcjonistki: – Nan, możesz popilnować córki pani White?

Jak pociągana za sznurek, wchodzę za prawniczką do jej gabinetu.

Śmieszne, ale nie jestem roztrzęsiona. Nie tak jak tamtego popołudnia, gdy Colin odszedł. Coś w tym „zniesławieniu” wydaje się przesadne, jest jak żart ze zbliżającą się puentą. Colin i ja będziemy się z tego śmiać, kiedy za kilka miesięcy znowu zrobi się jasno i będziemy trzymać się w objęciach.

Joan Standish wyjaśnia mi „zniesławienie”. Pyta, czy chcę odwiedzić terapeutę albo złożyć odwołanie. Pyta, co się stało. Mówi o sprawie rozwodowej, podziale majątku i opiece nad dzieckiem, podczas gdy pokój wiruje wokół mnie. Wydaje się nieprawdopodobne, że przygotowania do ślubu mogą trwać rok, podczas gdy rozwód załatwia się w sześć tygodni, jakby przez cały ten czas pomiędzy uczucia słabły, by wreszcie osiągnąć punkt, w którym zdmuchnąć je może jeden słaby oddech.

– Sądzi pani, że Colin będzie się domagał wspólnej opieki nad waszą córką?

Wpatruję się w prawniczkę.

– Nie wiem.

Nie potrafię sobie wyobrazić Colina mieszkającego bez Faith. Ale z drugiej strony, nie widzę też siebie mieszkającej bez Colina.

Joan Standish mruży powieki i siada za biurkiem naprzeciwko mnie.

– Jeśli pani pozwoli, pani White – zaczyna – powiem, że wydaje się pani cokolwiek… odizolowana od konkretnej sytuacji. To powszechna reakcja, człowiek wypiera ze świadomości postępowanie prawne, które zaczęło się toczyć własnym torem, a tym samym pozwala, by sprawa przewaliła się nad nim. Ja jednak mogę panią zapewnić, że pani mąż istotnie wszczął działania mające na celu rozwiązanie waszego małżeństwa.

Otwieram usta, zaraz jednak zamykam je z powrotem.

– Co? – pyta Joan Standish. – Jeśli mam panią reprezentować, musi pani być ze mną szczera.

Spuszczam wzrok na kolana.

– Chodzi tylko o to… no cóż. Właściwie już raz przez to przechodziliśmy. Co się z tym wszystkim stanie, jeśli… jeśli on… zdecyduje się wrócić?

Prawniczka pochyla się, opierając łokcie na kolanach.

– Pani White, naprawdę nie widzi pani różnicy między tym, co było wtedy, a tym, co jest teraz? Czy ostatnim razem panią skrzywdził? – Kiwam głową. – Przyrzekł, że się zmieni? Wrócił do pani? – Uśmiecha się łagodnie. – Wystąpił o rozwód?

– Nie – mruczę.

– Różnica między wtedy a teraz polega na tym – mówi Joan Standish – że teraz on wyświadczył pani przysługę.

W cyrku mamy miejsca w pierwszym rzędzie.

– Mamo, jak ci się udało dostać bilety tak blisko areny? – pytam.

Wzrusza ramionami.

– Przespałam się z konferansjerem – szepcze, a potem śmieje się z własnego dowcipu. Jej wczorajsza niespodzianka polegała na wyprawie do biura Concord TicketMaster po bilety na występ cyrku Ringling Brothers w Bostonie. Uznała, że Faith potrzebuje czegoś, co na tyle by ją podekscytowało, że znowu zaczęłaby mówić. A kiedy usłyszała o zniesławieniu, powiedziała, że powinnyśmy wybrać się do Bostonu, żeby to uczcić.

Matka wzywa sprzedawcę z lodami i kupuje rożek dla Faith. Sprzedawcami są klowni. Niektórych rozpoznaję – czy to możliwe, że są tu przez tyle lat? Jeden z białą głową i niebieskim uśmiechem nachyla się ku nam przez niską barierkę. Wskazuje na swoje szelki w groszki, potem na bluzkę Faith w groszki i klaszcze w dłonie. Kiedy Faith się rumieni, klown bezgłośnie mówi:

– Cześć.

Faith otwiera szeroko oczy, a potem w taki sam sposób mu odpowiada.

Klown z tylnej kieszeni wyciąga szminkę. W jedną dłoń ujmuje buzię Faith, drugą maluje szeroki otwarty uśmiech nad jej wargami, nuty na gardle i mruga porozumiewawczo.

Odskakuje od barierki, by zająć się innym dzieckiem, ale w ostatniej chwili znowu się odwraca. Nim zdążyłam się cofnąć, kładzie mi chłodną dłoń na policzku i maluje pod moim lewym okiem łzę, ciemnoniebieską i nabrzmiałą od smutku.

Chociaż tego nie pamiętam, kiedy byłam mała, próbowałam uciec do cyrku.

Rodzice co roku zabierali mnie do Boston Garden, kiedy cyrk Ringling Brothers przyjeżdżał do miasta. Stwierdzenie, że to uwielbiałam, byłoby grubym niedopowiedzeniem. Na wiele tygodni przed występem budziłam się w środku nocy z klatką piersiową napiętą od pstryczków, oczami oślepionymi od cekinów i pościelą pachnącą tygrysami, kucykami i niedźwiedziami. W cyrku starałam się nie mrugać, bo wiedziałam, że widok zniknie tak szybko jak wata cukrowa, roztapiająca się w żarze moich ust.

Kiedy miałam siedem lat, zahipnotyzowała mnie Słoniowa Dziewczyna. Córka konferansjera, połyskliwa i pewna siebie, weszła na trąbę potężnego słonia i wspięła się po niej w taki sposób, w jaki ja czasem wspinałam się na zjeżdżalnię na placu zabaw. Usiadła, obejmując udami gruby kark słonia, i nie odrywała ode mnie oczu przez cały czas, gdy okrążała arenę. „Nie chciałabyś być na moim miejscu?” – pytała bez słów.

Tamtego roku, jak zawsze, mama kazała mi wyjść dziesięć minut przed przerwą, żebyśmy zdążyły do toalety, nim ustawi się kolejka. Obie wepchnęłyśmy się do maleńkiej kabiny. Kiedy siusiałam przykucnięta, stała nade mną z rękami skrzyżowanymi na piersiach jak dżin. Potem powiedziała:

– A teraz wyjdź i poczekaj na mnie.

Matka mówiła mi, że przy przechodzeniu przez ulicę zawsze muszę chwytać ją za rękę, że nie mogę dotykać rozpalonego pieca; nawet w niemowlęctwie nigdy nie wkładałam drobnych przedmiotów w usta. Tamtego dnia jednak, kiedy mama była w kabinie, wymknęłam się z toalety i zniknęłam.

Nie pamiętam tego. Nie pamiętam, jak udało mi się wyminąć ochroniarzy w zielonych mundurach i wejść na wielki parking, na którym stały przyczepy. Naturalnie nie pamiętam, jak konferansjer wzywał mnie po nazwisku w nadziei, że się znajdę, jak plotki o zgubionej dziewczynce niczym pożar ogarnęły cyrk, jak moi rodzice do końca przedstawienia przeszukiwali korytarze. Nie potrafię sobie przypomnieć kredowej twarzy pomocnika cyrkowego, który w końcu na mnie trafił, i tego jak powtarzał, jaki to cud, że nie zostałam stratowana ani rozerwana na strzępy. I nie potrafię sobie wyobrazić, co pomyśleli moi rodzice, gdy usłyszeli, że usadowiłam się wygodnie pomiędzy śmiertelnie groźnymi kłami słonia ze śliną i słomą w zmierzwionych włosach, objęta trąbą niczym ramieniem starej miłości.

Mówię wam o tym tylko po to, by pokazać, że tak jak kolor oczu i budowa kości, może cuda także przekazywane są z pokolenia na pokolenie.

Słoniowa Dziewczyna stała się kobietą. Oczywiście nie mogę mieć pewności, że to ta sama, ale na arenę wychodzi kobieta w kostiumie wyszywanym cekinami. Ma złotorude włosy i mądre oczy jak dziewczyna, którą zapamiętałam. Prowadzi na środek słoniątko i rzuca mu fioletową piłkę. Kłania się nisko widowni, podczas gdy słoniątko kołysze się nad jej ramieniem. Zza kulis wychodzi dziecko, mała dziewczynka, jak ta z moich wspomnień, i zadaję sobie pytanie, czy czas nie zatrzymał się pod ogromną kopułą, ale Słoniowa Kobieta pomaga dziewczynce okrążyć arenę na grzbiecie słoniątka, i widzę, że to matka i córka.

Wymieniają spojrzenie, które każe mi zerknąć na Faith. Jej oczy jaśnieją, odbijają się w nich cekiny z kostiumu Słoniowej Dziewczynki. Nagle klown, który był przy nas wcześniej, nachyla się i gwałtownie macha do Faith. Moja córka kiwa głową i przeskakuje przez barierkę prosto w jego ramiona. Macha do nas, po czym z ożywieniem maszeruje, by wziąć udział w atrakcjach poprzedzających przerwę. Moja matka przesiada się na jej miejsce.

– Widziałaś? Och, czułam, że powinnam wziąć kamerę.

W jaskrawym świetle i przy akompaniamencie dudniącego głosu artyści cyrkowi i zwierzęta paradują po trzech kręgach. Rozglądam się, szukając Faith.

– Tam! – woła moja matka. – Hej, Faith!

Wskazuje na moją córkę, która siedzi przed Słoniową Panią na potężnym zwierzęciu z trąbą.

Zastanawiam się, czy inne matki także czują skurcz wnętrzności, kiedy patrzą, jak ich dzieci wyrastają na ludzi, którymi same tak rozpaczliwie pragnęły się stać. Snopy światła przesuwają się po tłumie; pomimo okrzyków słyszę, jak mama ukradkiem rozwija cukierek w swojej torebce.

Przestraszony czymś tresowany pies wyrywa się z objęć klowna w krynolinie. Przemyka między nogami konferansjera, biegnie po satynowym trenie akrobatki i tuż przed słoniem, który trąbi i staje dęba.

Nawet jeśli dożyję setki, nigdy nie zapomnę, jak długo trwało, nim Faith spadła z grzbietu słonia na trociny, nie zapomnę paniki zatykającej mi uszy i blokującej wszelkie inne hałasy, nie zapomnę tego miłego klowna, który ruszył ku niej biegiem, ale wpadł na żonglera i wytrącił mu z rąk noże. Trzy wielkie błyszczące ostrza poleciały wprost na plecy mojej córki.

Nieprzytomna Faith leży na brzuchu w szpitalu Mass General. Jest taka mała, że ledwo zajmuje połowę materaca. Sącząca się do jej ręki kroplówka ma zapobiec zakażeniu, mówi lekarz, choć jest przekonany, że to jej nie grozi, ponieważ rany są dość płytkie. Były jednak na tyle głębokie, że wymagały dwudziestu szwów. Szczękę mam tak napiętą od zaciskania, że po plecach przebiegają mi dreszcze. Matka musi widzieć, że jestem o krok od załamania, ponieważ po cichu zamienia słowo z pielęgniarką, gładzi Faith po włosach i wyprowadza mnie z sali.

Nie odzywamy się, dopóki nie dochodzimy do małego składziku z zapasami. Mama opiera mnie o ścianę pościeli i ręczników, po czym zmusza, bym spojrzała jej w oczy.

– Mariah, Faith nic się nie stanie. Wyjdzie z tego. W jednej chwili zalewam się łzami.

– To moja wina – szlocham. – Nie potrafiłam temu zapobiec.

Nie mówię o tym, o czym mama z całą pewnością myśli: że płaczę nie tylko z powodu noży, które zraniły Faith, ale także z powodu ucieczki w depresję po odejściu Colina, a może i dlatego, że w ogóle wybrałam Colina na męża.

– Jeśli ktoś jest winien, to ja, bo kupiłam bilety. – Mocno mnie przytula. – To nie jest rodzaj kary. To nie jest oko za oko, Mariah. Przejdziesz przez to. Obie przejdziecie. – Odsuwa mnie na długość ramienia. – Opowiadałam ci, że kiedyś o mało cię nie zabiłam? Pojechałyśmy razem na narty, miałaś chyba siedem lat. Spadłaś z wyciągu krzesełkowego, kiedy poprawiałam sobie kijki. Wisiałaś sześć metrów nad ziemią, a ja trzymałam cię za rękaw kurtki. A wszystko dlatego, że na moment spuściłam cię z oka.

– To co innego. To był wypadek.

– To też był wypadek – upiera się mama.

Wychodzimy ze składziku i wracamy do Faith. Krążą mi w głowie terminy, którymi charakteryzowali mnie psychiatrzy w Greenhaven: kompulsywna i idealistyczna, wrażliwa na odrzucenie, niepewna siebie, z tendencjami do kompensowania poczucia niższości i katastrofizmu.

– Powinna była trafić na inną matkę. Na matkę, która jest dobra w takich sprawach.

Mama śmieje się.

– Z jakiegoś powodu trafiła na ciebie, kochanie. Poczekaj, a przekonasz się. – Zapowiada, że przyniesie nam kawę, i kieruje się ku drzwiom. – To, że inni rodzice postępują inaczej, nie znaczy, że to jest słuszne. Ci, którzy najbardziej się denerwują, że zawalą, Mariah, są tymi, którym zależy, żeby sprawy układały się idealnie.

Drzwi zamykają się za nią z westchnieniem. Siadam na łóżku Faith i przesuwam dłonią po brzegu koca. Myślę: „Jeśli nie mogę mieć Colina, błagam, zostaw mi ją”.

Nie zdaję sobie sprawy, że wypowiedziałam te słowa na głos, dopóki nie wraca moja matka.

– Z kim rozmawiasz? – pyta.

Rumienię się zakłopotana, że przyłapała mnie na targach z siłą wyższą. Nie znaczy to, że wierzę w Boga. Nie otrzymałam religijnego wychowania, jako osoba dorosła mam w sobie zdrową dozę sceptycyzmu – ale najwyraźniej czuję też potrzebę błagania, gdy naprawdę potrzebuję pomocy.

– Z nikim. Tylko z Faith.

Mama wciska mi kubek w dłoń. Jest taki gorący, że mnie parzy, nawet po odstawieniu go na stolik wciąż czuję pieczenie. W tej samej chwili Faith unosi powieki.

– Mamusiu – mówi chrapliwie, a mnie serce skacze w piersiach: jej pierwsze słowo od kilku tygodni skierowane jest do mnie.

Rozdział drugi

Jasne, mnóstwo ludzi wierzy w Boga.

Ale dawniej mnóstwo ludzi wierzyło też,

że ziemia jest płaska.

Ian Fletcher „The New York Times”, 14 czerwca 1988

17 sierpnia 1999

Ian Fletcher stoi w środku piekła. Krąży po nowym planie, gładzi rury z gazem, z których wybuchną płomienie, i poszarpane szczyty skał. Zdrapuje kawałek kciukiem i myśli, że siarka nie wygląda tak, jak powinna.

– Cholera, jest za żółta. Przypomina krąg druidów w stylu New Age.

Scenograf spogląda na drugiego producenta.

– Myślę, panie Fletcher, że siarka i ogień piekielny wiązały się z zapachem.

– Zapachem? – prycha Ian. – A cóż to niby ma znaczyć?

– Chodzi o siarkę. Wie pan, śmierdzi, jak ją zapalić.

Ian patrzy z gniewem na scenografa.

– Powiedz mi – mówi cicho, groźnie – jaki sens mają zapachowe efekty specjalne w medium wizualnym, jakim jest telewizja?

Mężczyzna kuli się ze strachu.

– Nie wiem, panie Fletcher, ale…

– Ale co?

– Zażądałeś ognia i siarki, Ianie. – Głos dochodzi z plątaniny kamer i mikrofonów po lewej stronie. – Nie wiń go za swoje błędy.

Słysząc głównego producenta, Ian wzdycha i przesuwa dłonią po gęstych czarnych włosach.

– Wiesz, James, jedyna rzecz, która każe mi przypuszczać, że może jednak istnieje siła wyższa, to twoja umiejętność wpadania do studia w najgorszym z możliwych momentów.

– To nie Bóg, Ianie, tylko prawo Murphy'ego. – James Wilkinson wkracza w krąg siarki i rozgląda się. – Naturalnie, gdybyś na nowo odkrył religię, byłby to jeden ze sposobów na podwyższenie wyników. – Podaje Ianowi faks z najnowszymi badaniami oglądalności.

– Cholera – mruczy Ian. – Mówiłem ci, że CBS to nie jest dobre wyjście. Powinniśmy wrócić do negocjacji z HBO.

– HBO nie zbliży się do ciebie nawet na dziesięć kroków, jeśli będziesz się plątał na końcu trzeciej dziesiątki. – James odłamuje kawałek siarki i przysuwa do nosa. – Więc to jest siarka, tak? Chyba zawsze wyobrażałem sobie coś w rodzaju wielkiego czarnego kominka.

Ian z roztargnieniem spogląda na dopiero co przygotowany plan.

– Tak. Zaprojektujemy nowy.

– Czyżby? – mówi James sucho. – I zapłacimy za to wielką premią z reklamy Nike? A może z grantu, który niedługo przekaże nam Christian Coalition?

Ian mruży powieki.

– Nie musisz być taki cyniczny. Wiesz, że kiedy przez pół roku robiliśmy wydania specjalne, uzyskaliśmy niewiarygodną jak na ten przedział czasowy oglądalność.

James opuszcza plan, zmuszając Iana do podążenia jego śladem.

– To były wydania specjalne. Może na tym polegała ich atrakcyjność. Niewykluczone, że cotygodniowy program znudził się widzom. – Odwraca się do Iana ze śmiertelnie poważną miną. – Bardzo mi się podoba to, co robisz, Ianie, ale szefowie stacji znani są z tego, że uwagę potrafią skupić tylko na krótki czas. A ja muszę przyprowadzić im zwycięzcę. – Zabiera wydruk od Iana i zgniata w kulkę. – Wiem, że to przeciwne twojej naturze… ale chyba najwyższa pora, żebyś zaczął się modlić.

Chociaż to pytanie niezliczoną ilość razy zadawali mu dziennikarze, Ian Fletcher nigdy nie opowiadał o wypadkach ze swojego życia, które sprawiły, że przestał wierzyć w Boga. Mówił, że z brakiem wiary przyszedł na świat, a teraz zarabia na życie, próbując przekonać ludzi, że każdy rodzi się niewierzący, po czym subtelnie jest uczony wiary jak picia krowiego mleka czy korzystania z nocnika, ponieważ to zachowanie społecznie akceptowalne. Religia, argumentował Ian, jest wspaniałym panaceum. Jego bezceremonialne porównanie żarliwych katolików do małych dzieci, które wierzą, że plaster sam z siebie leczy ranę, gorąco dyskutowano w „The New York Timesie” i „Nesweeku” oraz w programie „Meet the Press”. Pytał, dlaczego Żydzi są ludem wybranym, a mimo to wciąż stają się obiektem prześladowań. Pytał, dlaczego katolicy jedyni widywali Matkę Boską w fontannach i porannej mgle. Pytał, jak może istnieć Bóg, skoro niewinne dzieci są gwałcone, okaleczane i zabijane. Im bardziej otwarcie mówił, tym więcej ludzi chciało go słuchać. Jego wydana w 1997 roku książka „Bóg – jaki?” przez dwadzieścia tygodni utrzymywała się na pierwszym miejscu listy bestsellerów „The New York Timesa”. Ian często gościł w domu Stevena Spielberga, zapraszano go do udziału w organizowanych przez Biały Dom dyskusjach przy okrągłym stole o najrozmaitszych kwestiach kulturowych. Lipcowy numer „People” z Ianem Fletcherem na okładce sprzedał się w dwadzieścia cztery godziny. Mowa wygłoszona w Central Parku przyciągnęła ponad sto tysięcy widzów. We wrześniu 1998 roku Ian Fletcher spotkał się z szefami stacji telewizyjnej i został pierwszym w świecie teleateistą. Korzystając z rozwiązań wielebnych Billy'ego Grahama i Jerry'ego Falwella, założył firmę pod nazwą Pagan Productions, po czym zrobił program. Na ogromnych ekranach za jego plecami wyświetlano obrazy masowego zniszczenia: bomby, miny lądowe, wojny domowe, podczas gdy Ian swym niepokojącym głosem z południowym zaśpiewem kwestionował ideę wyższej, kochającej istoty, która zezwoliła, by sprawy posunęły się tak daleko. Zyskał wielu zwolenników i dbał o swoją reputację rzecznika Generacji Milenium – owych cynicznych Amerykanów, nie mających czasu ani ochoty, by Bogu zawierzyć swoją przyszłość. Był apodyktyczny, arogancki i bezczelny, czym zdobył sobie popularność u widzów w przedziale wiekowym od osiemnastu do dwudziestu czterech lat. Doskonałe wykształcenie – doktorat z teologii na Harvardzie – przyciągało uwagę ich rodziców. Bez wątpienia jednak największą zaletę Iana Fletchera, dzięki której zdobył sympatię kobiet w każdym wieku i świetnie wyglądał na małym ekranie, stanowiła jego uroda, Ian bowiem był piekielnie przystojny.

Dwie godziny później wpada do gabinetu swojego producenta.

– Mam! – krzyczy, nie zważając na to, że James ucisza go gestem, jako że rozmawia przez telefon. – Doskonały pomysł. Dzięki niemu będziesz bogatym człowiekiem.

Słysząc to, James zwraca się ku Ianowi.

– Oddzwonię później – mówi do słuchawki, po czym się rozłącza. – Okay, słucham uważnie. Na czym polega ten twój wspaniały plan?

Pełne życia błękitne oczy Iana lśnią, dłonie gwałtownie gestykulują, podkreślając jego entuzjazm. Wygląda w każdym calu niczym nieco rozgniewany, natchniony mówca, który na początku zwrócił uwagę Jamesa jako głos duchowo zagubionego kraju.

– Co robisz, jeśli jesteś telewizyjnym kaznodzieją, a twoja oglądalność spada?

James chwilę się zastanawia.

– Idziesz do łóżka z sekretarką albo defraudujesz pieniądze.

Ian przewraca oczami.

– Błąd. Ruszasz ze swoim programem w trasę.

– Przyczepą kempingową?

– Dlaczego nie? – mówi Ian. – Pomyśl o tym, James. Kaznodzieje pod koniec ostatniego stulecia tworzyli swoje kongregacje na masowych spotkaniach, na których ludzie doznawali odrodzenia religijnego. Rozstawiali namiot na pustkowiu i czynili cuda.

James przymruża powieki.

– Jakoś cię nie widzę w namiocie, Ianie. Twoja idea biwakowania to zgoda na hotel Four Seasons zamiast Plazy.

Ian wzrusza ramionami.

– Tonący brzytwy się chwyta. Przyjacielu, pójdziemy między lud. Zorganizujemy pierwszą na świecie antyodnowę religijną.

– Jeśli widzowie nie oglądają cię w domu, Ianie, czemu mieliby przychodzić na spotkania z tobą w jakimś kansaskim zadupiu?

– Nie łapiesz, co? Sedno w tym, że zamiast sprawiać, by chromi odrzucali kule, a ślepi widzieli, ja będę demaskował oszustów. Zamierzam rozedrzeć na strzępy te tak zwane cuda. No wiesz, to będą rzeczy takie, jak wyjazd do Lourdes z naukowcami i udowodnienie, że posąg nie roni łez, to po prostu skroplona para wodna. Albo znalezienie naukowego wyjaśnienia, dlaczego facet od dziewiętnastu lat przebywający w śpiączce nagle budzi się zdrowy jak rydz. – Pochyla się, uśmiechnięty od ucha do ucha. – Ludzie wierzą w Boga, ponieważ nie potrafią w inny sposób wytłumaczyć pewnych zdarzeń. Ja mogę to zmienić.

Twarz Jamesa z wolna rozjaśnia się uśmiechem.

– Wiesz – przyznaje – to faktycznie nie jest zły pomysł.

Ian bierze gazetę leżącą na rogu biurka. Jedną część rzuca producentowi, swoją zaś otwiera szeroko jak skrzydła wielkiego ptaka.

– Każ swojej sekretarce pobiec do kiosku z gazetami. Potrzebny nam „Globe”, „Post”, „L.A. Times” – mówi rozkazująco. – Wczoraj wieczorem ktoś widział twarz Jezusa na swojej pizzy. Teraz musimy go tylko znaleźć.

30 sierpnia 1999

Colin White w biznesowym garniturze siedzi na ławce na placu zabaw i obserwuje matki i opiekunki, biegające za maluchami pod plątaniną przyrządów gimnastycznych. Kanapka z sałatką jajeczną pozostaje nietknięta, Colin na powrót zawija ją w folię i chowa do brązowej papierowej torby z delikatesów.

Mała dziewczynka, ta na poziomych drabinkach, trochę przypomina Faith. Ma tak samo kręcone włosy, choć o odcień ciemniejsze. Za każdym razem dociera do trzeciego kręgu, zsuwa się i spada na ziemię. Colin pamięta, że Faith robiła to samo: ćwiczyła i ćwiczyła, aż udawało jej się przejść przez całość. Chciałby przysunąć się bliżej, ale wie, że lepiej tego nie robić. W dzisiejszych czasach ludzie wzięliby go za pedofila, a nie mężczyznę tęskniącego za swoim dzieckiem.

Przeczesuje włosy palcami. Do diabła, co on sobie myślał? Odpowiedź brzmi, że wcale nie myślał, kiedy tamtego popołudnia przywiózł do domu Jessicę. Zajęcia z baletu nie są pewne, powinien był wiedzieć, że Faith i Mariah mogą nieoczekiwanie wrócić do domu. Minęły trzy tygodnie, ale on wciąż pamięta w najdrobniejszych szczegółach twarze żony i córki, kiedy Jessica wyszła z łazienki. Wciąż pamięta wzrok Faith, która patrzyła przez niego jak przez powietrze, gdy dogonił ją w jej pokoju, jakby była na tyle dojrzała, by wiedzieć, że wszelkie jego wymówki są przejrzyste.

Zranił też Mariah, ale z drugiej strony życie z kobietą, która nie chce przyjąć do wiadomości, że w małżeństwie istnieją jakieś problemy, wykończyłoby świętego. Za każdym razem, kiedy próbował zmusić Mariah, by stanęła twarzą w twarz z faktami, rezygnował roztrzęsiony, bojąc się, że po powrocie do domu z pracy zastanie ją na próbie samobójstwa. Początkowo umawiał się z Jessicą po to tylko, żeby komuś się zwierzyć.

A teraz ją kocha.

Colin zamyka oczy. Co za piekielny bałagan.

Dziewczynka na drabince kończy na ostatnim kręgu i ląduje kilka kroków od Colina, wzbijając chmurę kurzu.

– Och! – Uśmiecha się do niego. – Przepraszam.

– Nic się nie stało.

– Może pan zawiązać mi but?

Colin uśmiecha się. O dzieciach nauczył się jednego: w ich oczach dorośli są zamienni. Każdego, kto jest w wieku ojca, można poprosić o zrobienie różnych rzeczy. Pochyla się nad tenisówką, uświadamiając sobie, że z bliska dziewczynka jest młodsza od Faith, cięższa, zdecydowanie inna.

Mała wspina się po krótkiej drabince.

– Niech pan patrzy! – woła ze szczerą dumą. – Tym razem mi się uda.

Colin łapie się na tym, że wstrzymuje oddech, gdy dziecko wyciąga jedną, potem drugą rękę, łapiąc za metalowe kręgi i owijając wokół nich palce, chociaż odległości są dla niej za wielkie, choć na pewno będą bolały ją mięśnie. Wreszcie dziewczynka bezpiecznie dociera na drugi koniec.

Jak na siedmiolatkę wie dużo. Wie, że larwy monarchy żyją w fałdach liści trojeści, że rajstopy nigdy nie są tak obcisłe jak legginsy, że „zobaczymy” zawsze oznacza „nie”. Poznała już świat na tyle, by rozumieć, że to miejsce dla dorosłych, a jedynym sposobem na zaznaczenie własnej obecności jest przerywanie im, nim skończą zdanie, i naśladowanie ich, bo wtedy prostują się i patrzą na ciebie. Wie, że z chwilą gdy zasypia, zaszyte oczy jej pluszowego misia otwierają się szeroko. Wie, że prawda może spowodować ostry ból na dnie oka, a miłość czasami jest jak pięść zaciśnięta na gardle.

Wie także, chociaż starają się to utrzymać przed nią w tajemnicy, że wszyscy wciąż mówią. Faith wróciła ze szpitala przed trzema dniami, ale nadal nie czuje się dobrze w koszulce. Kiedy ją wkłada, czuje, że rany się otwierają i płynie z nich krew, dlatego martwi się, że zimą albo zamarznie na śmierć, albo kompletnie się wykrwawi.

W ciągu dnia przychodzi babcia i gra z nią w karty, i wcale jej nie przeszkadza, że Faith ma na sobie tylko szorty. Mama siedzi na sofie i wpatruje się w plecy Faith, kiedy myśli, że nikt tego nie widzi, jakby Faith nie potrafiła wyczuć ciężaru jej spojrzenia. Po kolacji babcia wraca do domu; czasami mama i Faith prowadzą rozmowy z ogromnymi, brzemiennymi, białymi przerwami, tak że wydaje się, iż mijają godziny pomiędzy kolejnymi zdaniami.

Dzisiaj wieczorem Faith wybiera groszek z talerza, kiedy ktoś dzwoni do drzwi. Babcia unosi brwi, mama wzrusza ramionami. Takie są, potrafią rozmawiać bez słów, ponieważ znają się na wylot. Za to między Faith i mamą panuje zupełnie inny rodzaj milczenia, wynikający z faktu, że jedna o drugiej nic nie wie. Faith patrzy, jak matka idzie do drzwi. Kiedy znika z widoku, ona bierze widelec z groszkiem i chowa pod udem.

– Och! – Głos matki pełen jest powietrza i światła. – Przyszedłeś akurat na kolację.

– Nie mogę zostać – odpowiada ojciec.

Faith sztywnieje i czuje, jak groszek wyskakuje jej spod nogi. Nie widziała ojca od Tamtego Dnia. Przyszedł do szpitala z wielkim pluszowym misiem, najbrzydszym, jakiego w życiu widziała, i przez cały czas, kiedy trzymał ją za rękę i mówił do niej, wyobrażała sobie tamtą panią, która wyszła z łazienki, jakby to był jej dom. Faith nie miała pojęcia, dlaczego kobieta brała prysznic w środku dnia ani dlaczego mama przez to płakała. Wiedziała tylko, że całe to wydarzenie miało swoją barwę, jak gryzmoły nie mieszczące się na kartce – tę samą granatową czerń, którą sobie wyobrażała, kiedy leżała w łóżku i przez ściany słyszała, jak rodzice się kłócą.

Ojciec wchodzi do kuchni i całuje córkę w czoło.

– Hej, ciasteczko! – Tak samo jak mama udaje, że nie patrzy na jej plecy. – Jak się czuje moja szarlotka?

Faith przygląda się mu i zadaje sobie pytanie, dlaczego ojciec zwraca się do niej wyłącznie nazwami potraw.

– Na litość boską, Mariah! – Babcia wstaje od stołu. – Jak mogłaś go tu wpuścić?

– Musiałam, ze względu na Faith.

Babcia prycha.

– Jasne. Dla Faith. – Podchodzi do Colina i przez chwilę Faith zastanawia się, czy babcia nie chce go uderzyć. Ale nie, tylko dźga go palcem w bok. – Do widzenia, Colin. Nie jesteś tu potrzebny.

– Daj spokój, Millie, dobrze?

Pojawia się mama z talerzem.

– Proszę – mówi śpiewnie. – To żaden kłopot.

– Mariah, mówiłem, że nie mogę zostać.

– To tylko kolacja…

– Mam inne plany.

– Możesz je zmienić. Faith byłoby mi…

– Jessica czeka w samochodzie – mówi ojciec surowo. – Rozumiesz?

Faith ucieka od głosu ojca, chroni się pod ramieniem babci. Mama opada na krzesło, talerz podskakuje i groszek rozsypuje się po stole. Ojciec śmiesznie porusza szczęką, choć z jego ust nie wydobywają się żadne słowa. W końcu mówi:

– Chciałem tylko zobaczyć córkę. Przepraszam. Dotyka ramienia Faith i wychodzi.

– Boże, mamo! Musiałaś to powiedzieć?

– Tak! Skoro ty tego nie zrobiłaś!

– Nie potrzebuję twojej pomocy. – Mama przyciska dłonie do skroni. – Wyjdź już.

Faith ogarnia panika. Ona też nie chce, żeby ojciec tu przychodził, ale tylko dlatego, że z góry wie, iż skończy się to taką sceną.

Kiedyś w szkole nauczycielka napełniła miskę wodą, rozsypała na wierzchu pieprz i wrzuciła do środka mydło. Pieprz natychmiast uciekł. Myśląc o tacie i mamie, Faith z jakiegoś powodu zawsze to sobie przypomina.

– Faith – mówi babcia – może powinnaś dzisiaj nocować u mnie.

Matka kręci przecząco głową.

– W żadnym razie. Zostaje tutaj.

– Cudownie!

Faith próbuje pojąć, co w tym jest takie cudowne. Chce iść do babci. Mama przez cały wieczór będzie się martwiła, a dla niej włączy jakiś film na wideo. U babci Faith śpi w pokoju gościnnym, gdzie w rogu stoi straszliwa czarna maszyna do szycia, a na nocnym stoliku jest pudełko z guzikami i miseczka pełna kostek cukru.

Ale babcia żegna się, a mama mruczy coś o odwrotnej psychologii, i zaraz zostają tylko we dwie przy stole pełnym naczyń. Przez długą chwilę Faith obserwuje mamę, która siedzi z głową w dłoniach w takim bezruchu, że chyba zasnęła. Niepewna, co powiedzieć albo zrobić, Faith szturcha ją w ramię.

– Zagrasz w coś?

Kiedy mama unosi głowę, Faith myśli, że nigdy dotąd nie widziała nic równie smutnego. Może poza tym żółwiem, którego dwa lata temu w wakacje zobaczyła w zoo w San Diego. Uniósł wielki łeb i utkwił wzrok prosto w Faith, prosząc ją, by pomogła mu wrócić tam, gdzie niegdyś przebywał.

– Nie mogę – odpowiada mama zduszonym i łamiącym się głosem.

Wychodzi z pokoju, a Faith po raz kolejny zadaje sobie pytanie, jakimi magicznymi słowami mogłaby zatrzymać ją przy sobie.

Mariah zawsze uważała, że powinna istnieć wzorowana na Anonimowych Alkoholikach organizacja, której celem byłaby pomoc tym, co mają złamane serce. Przecież na pewno jest nas dużo, myśli Mariah, dużo takich, które skorzystałyby z koleżeńskiego wsparcia, gdy przyłapią ukochanego z inną kobietą w ramionach, gdy dzwoni, ale nie chce z tobą rozmawiać, gdy w jego oczach widzisz, że już zaczął o tobie zapominać. Wyobraża sobie, że ma numer do Dobrego Samarytanina, rozmawiającego przez telefon jak Przyjaciółka z klasy, rysującego tarczę z twarzą niewiernego, rozpraszającego cierpienie.

Zamiast tego jednak wpatruje się w małą wizytówkę z numerem telefonu swojego psychiatry. Nie powinna dzwonić, jeżeli sytuacja nie jest kryzysowa, co w jej wypadku przypuszczalnie oznacza przemożne pragnienie otwarcia sobie żył albo powieszenia się w garderobie. Chce z kimś porozmawiać, ale nie wie z kim. Jej najlepszą przyjaciółką jest matka, lecz odesłała ją do domu. Mężowie znajomych kobiet pracują z Colinem; przypuszczalnie wychodzą teraz na kolację z nim i Jessicą. Czuje, jak fala goryczy podnosi się jej w gardle. To nie w porządku, że ta kobieta ma jej męża, przyjaciół i dotychczasowe życie.

Mariah tak wiele ma do zrobienia. Musi zajrzeć do Faith, przed snem dać jej antybiotyki i zmienić opatrunek. Powinna zadzwonić do matki i przeprosić. Powinna przynajmniej posprzątać ze stołu.

Łapie się jednak na tym, że siedzi ze wzrokiem utkwionym w łóżku. Całymi nocami wyobraża sobie, że wpada w zagłębienia materaca, jakby Colin i Jessicą zostawili namacalne ślady. Zrzuca koc i mości sobie gniazdko na podłodze, na wierzchu kładzie pościel i wyciąga się. Przywołuje przed oczy twarz Colina; tak samo robiła na wąskim łóżku w akademiku. Leży nieruchomo jak kamień, nie zważając na łzy, które pojawiają się bez ostrzeżenia, wybuchają niczym gejzer, gorące źródło z mocą uzdrawiania.

Mama płacze, Faith to wie, płacze tak bardzo, że nie potrafi złapać oddechu. Odgłos jest cichutki, mimo to tak samo trudno zagłuszyć go poduszką, jak wcześniej kłótnie rodziców. Faith także chce się płakać. Myśli, żeby zadzwonić do babci, ale przypomina sobie, że babcia o siódmej wieczorem zdejmuje słuchawkę z widełek, żeby uciec przed telemarketingiem. Zwija się w kłębek na łóżku i przytula starego pluszowego misia, który pachnie szamponem Johnson's Baby.

Leży w tej pozycji bardzo długo, a potem śni o osobie w długiej białej koszuli, która siedzi w nogach łóżka. Ostrzegano ją przed nieznajomymi, natychmiast więc się cofa.

– Faith – mówi osoba. – Nie musisz się bać.

Długie ciemne włosy, smutne ciemne oczy.

– Czy ja cię znam?

– A chcesz?

– Sama nie wiem. – Faith z całej siły pragnie dotknąć koszuli nieznajomej osoby. Nigdy wcześniej nic takiego nie widziała. Materia wydaje się miękka, Faith ma wrażenie, że człowiek mógłby się w niej zapaść i nigdy nie znaleźć drogi wyjścia. – Przyjaźnisz się z moją mamą?

– Jestem twoim stróżem.

Faith chwilę się nad tym zastanawia, nie pojmując, jak osoba, której wcześniej nie widziałaś na oczy, może bez zapowiedzi wśliznąć się w twoje życie.

– Z kim rozmawiasz? – W progu nieoczekiwanie staje mama.

Oczy ma czerwone i zapuchnięte, w dłoniach trzyma tubkę bacitracinu.

Przestraszona Faith rozgląda się po pokoju, ale nieznajoma – i sen – zniknęły.

– Z nikim – odpowiada i przewraca się na brzuch, żeby mama mogła zająć się szwami.

Dwie noce później Mariah gwałtownie się budzi. Boso idzie korytarzem i nim otwiera drzwi sypialni córki, wie już, że jej tam nie ma.

– Faith? – szepcze. – Faith!

Zrzuca koc z pustego łóżka, sprawdza szafę. Zagląda do łazienki, zbiega na dół do pokoju zabaw i kuchni. Głowa pulsuje jej bólem, dłonie ma wilgotne.

– Faith, gdzie jesteś? – krzyczy.

Myśli o artykułach prasowych na temat dzieci porwanych z domów w środku nocy. Wyobraża sobie stu różnych terrorystów, opuszczających w tej chwili posiadłość. I nagle przez okno dostrzega błysk srebra.

Na dziedzińcu Faith ostrożnie czołga się po pionowym drążku huśtawki trzy i pół metra nad ziemią. Już wcześniej to robiła, poruszając się zręcznie jak kot i przerażając Mariah, która oczyma wyobraźni widziała, jak dziewczynka spada.

– Możesz mi powiedzieć, co tu robisz w samym środku nocy? – pyta Mariah cicho, by nie przestraszyć córki.

Faith spogląda w dół, wcale nie zaskoczona obecnością matki.

– Mój stróż powiedział, żebym tu przyszła.

Mariah spodziewała się różnych usprawiedliwień, ale nie takiego.

– Twój kto?

– Mój stróż.

– Jaki stróż?

– Moja przyjaciółka. – Faith uśmiecha się, oszołomiona prawdą tych słów. – To moja przyjaciółka.

Mariah usiłuje przypomnieć sobie buzie koleżanek Faith. Ale żadna jej nie odwiedziła, odkąd odszedł Colin, ich rodziny przestrzegają nowoangielskiej tradycji nie wtrącania się do kłopotów sąsiadów – na wypadek, gdyby były zaraźliwe.

– Czy ona mieszka blisko nas?

– Nie wiem – odpowiada Faith. – Sama ją zapytaj.

Mariah nagle czuje ucisk w sercu. Od czasów Greenhaven widzi swój umysł w postaci szeregu szklanych kostek domina, które może powalić jeden oddech. Zastanawia się, czy izolacja od rzeczywistości jest uwarunkowana genetycznie, jak kolor włosów czy tendencja do tycia.

– Czy… czy twoja przyjaciółka teraz tu jest?

– A jak myślisz? – prycha Faith. Podstępne pytanie.

– Tak?

Faith śmieje się i siada na drążku, machając nogami.

– Zejdź, zanim zrobisz sobie krzywdę – upomina ją Mariah.

– Nie zrobię sobie krzywdy. Mój stróż tak mówił.

– Łatwo powiedzieć – mruczy Mariah i wdrapuje się na huśtawkę, żeby zdjąć córkę. Z bliska słyszy, jak Faith nuci na melodię „Pop Goes the Weasel”:

– „…tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu…” *

– Do domu. Natychmiast – nakazuje Mariah stanowczo.

Dopiero kiedy córka leży już w łóżku, ona uświadamia sobie, że plecy Faith zagoiły się na tyle, że może włożyć piżamę.

Barbie w gabinecie doktor Keller jest łysa, ale Faith lubi się bawić pozostałymi zabawkami: rękawicami do piłek Koosh, domkiem dla lalek, kredkami w kształcie kaczek, świnek i gwiazd. Za to na widok Barbie przechodzą ją dreszcze. Lalka zamiast włosów ma na głowie maleńkie dziurki i wygląda zupełnie nie tak, jak powinna. Patrząc na nią, Faith przypomina sobie, jak kiedyś upuściła siusiającą lalkę. Pękł jej brzuch, odsłaniając pompkę i baterie zamiast baśniowego serca, które sobie wyobrażała.

Faith właściwie lubi przychodzić do doktor Keller. Myślała, że będą jej dawać zastrzyki albo nawet robić to badanie, kiedy wsadzają do gardła naprawdę długi patyczek, ale doktor Keller tylko obserwuje ją przy zabawie i zadaje pytania. Potem wychodzi do pokoju, w którym czeka matka, i Faith bawi się sama.

Dzisiaj doktor Keller siedzi na krześle i notuje w zeszycie. Faith podnosi lalkę, tę z koroną królowej, zaraz jednak pozwala, by wysunęła jej się z dłoni. Zanurza ręce w pojemnik z kredkami i przesypuje je przez palce. Później idzie na drugi koniec pokoju i przygląda się łysej Barbie. Łapie ją i zanosi do domku dla lalek.

Domek nie jest wymyślny, nie przypomina tych, które robi mama, ale całkiem jej się podoba. Kiedy Faith za bardzo zbliża się do domków mamy, ta na nią krzyczy, a kiedy udaje jej się wyjąć maleńki fotel albo przesunąć palcem po miniaturowym plecionym chodniku, boi się, że zaraz wszystko zniszczy, bo wystarczy, żeby mocniej odetchnęła.

Plastikowy domek dla lalek doktor Keller jest przeznaczony dla dzieci, widać wyraźnie, że zrobiono go, by ktoś się nim bawił.

Ken i druga Barbie (ta ma włosy) stłoczeni są w maleńkiej łazience. Ken leży twarzą w toalecie. Faith przenosi lalki do sypialni i mocno przyciska Kena do Barbie z włosami, a potem opiera łysą Barbie o ścianę, by mogła się temu przyglądać.

Doktor Keller przysuwa krzesło bliżej domku.

– W tym pokoju jest mnóstwo ludzi.

Faith podnosi głowę.

– To jest ojciec i matka, i druga matka.

– Dwie matki?

– Tak. Ta – Faith wskazuje lalkę w objęciach Kena – tylko się całuje.

– A ta druga?

Faith delikatnie gładzi łysą głowę drugiej Barbie.

– Ta tylko płacze.

– Co takiego?

Jessica smutnieje i Colin od razu wie, że popełnił kolejny błąd.

– Myślałam, że będziesz szczęśliwy – mówi Jessica i wybucha płaczem.

Colin nie ma pojęcia, co zrobić. Jest przekonany, że Jessica oczekuje, żeby zachował się właściwie, powiedział, co trzeba, ale on potrafi myśleć wyłącznie o tej chwili sprzed lat, kiedy lekarze w Greenhaven poinformowali go, że Mariah jest w ciąży. Po chwili bierze Jessicę w objęcia.

– Przepraszam. Jestem szczęśliwy, naprawdę.

Jessica unosi głowę.

– Tak? – pyta drżącym głosem.

Colin potakuje.

– Przysięgam na Boga.

Jessica odwraca się i oplata go niczym winorośl.

– Wiedziałam, że tak powiesz. Wiedziałam, że uznasz to za drugą szansę.

„Na co?” – myśli Colin i natychmiast uświadamia sobie, że Jessica mówi o rodzinie.

Uśmiecha się do niej, choć gardło mu się ściska. Oczy Jessiki błyszczą, kiedy bierze jego dłoń i kładzie na swoim płaskim brzuchu.

– Ciekawa jestem, do kogo będzie podobne – mówi cicho.

Colin próbuje wyobrazić sobie dziecko, które poczęli. Zamyka, oczy, ale widzi wyłącznie Faith.

Mariah z jękiem się prostuje, skończywszy wiązać sznurowadła Faith na podwójne węzły. Jest czwartek, dzień na odkurzanie, wymianę książek w bibliotece, kupowanie świeżej kukurydzy na targu, a obecnie też na wizyty Faith u doktor Keller.

– Okay, możemy iść.

– Mamusiu, jej też musisz zawiązać – mówi Faith.

Wzdychając, Mariah znowu kuca i udaje, że wiąże sznurowadła wyimaginowanej przyjaciółce Faith.

– Mamusiu… ona ma sprzączki.

Po chwili Mariah się podnosi.

– Czy teraz jesteśmy gotowe?

Mija córkę, chwyta torebkę i otwiera drzwi. Kiedy Faith jest za progiem, Mariah przystaje na moment, by przyjaciółka córki także mogła wyjść.

Faith się uśmiecha i bierze matkę za rękę.

– Ona ci dziękuje.

Mariah nigdy nie wybrałaby doktor Keller na swojego psychiatrę. Przede wszystkim lekarka jest doskonale zorganizowana i Mariah łapie się na tym, że zawsze sprawdza, czy nie zostawiła czegoś w samochodzie: kluczyków, notatnika, pewności siebie. Poza tym doktor Keller jest piękna i młoda, z włosami barwy lisiego grzbietu i nogami, które zawsze zgrabnie zakłada jedną na drugą. Mariah wiele lat temu przekonała się, że nie chce rozmawiać z takimi osobami. Doktor Johansen doskonale do niej pasował: niski, zmęczony, na tyle ludzki, że Mariah nie miała oporów przed zwierzaniem mu się ze swoich słabości. Ale to on zaproponował, żeby Faith poszła do kogoś, kto pomoże jej poradzić sobie z rozwodem. Mariah chciała, żeby Faith chodziła do doktora Johansena, tylko że on nie leczy dzieci. Polecił doktor Keller i nawet zadzwonił do niej, żeby umówić Mariah na szybką wizytę.

Mariah nie chce przyznać, nawet przed samą sobą, że jest pierwotną przyczyną halucynacji Faith. W końcu lekarze w Greenhaven nie wiedzieli, czy prozac nie uszkodzi dziecka w jej brzuchu. I nie byli w stanie określić, w jaki sposób.

Mariah zmusza się, by spojrzeć na doktor Keller.

– Martwię się tą wyimaginowaną przyjaciółką.

– Niepotrzebnie. To absolutnie normalne. Wręcz zdrowe. Mariah unosi brwi.

– Zdrowe i normalne jest rozmawianie z kimś, kto nie istnieje?

– Całkowicie. Faith stworzyła sobie kogoś, kto dwadzieścia cztery godziny na dobę udziela jej emocjonalnego wsparcia. – Doktor Keller wyjmuje rysunek z teczki Faith. – Nazywa przyjaciółkę swoim stróżem, co tylko wzmacnia to zachowanie – ma teraz kogoś, kto ją ochrania, tak by nic złego jej się nie stało.

Mariah bierze kartkę i uśmiecha się na widok prostego rysunku jasnowłosej dziewczynki. Jest nią Faith – świadczy o tym fioletowa sukienka w żółte kwiaty, którą dziewczynka nosiłaby codziennie, gdyby mogła, i warkoczyki przypominające węże. Trzyma za rękę jakąś postać.

– To jej przyjaciółka – mówi doktor Keller. Mariah wpatruje się w rysunek.

– Wygląda jak przyjazny duszek Casper.

– To całkiem możliwe. Jeśli Faith stworzyła sobie obraz tej osoby, przypuszczalnie wcześniej gdzieś ją widziała.

– Casper z włosami – koryguje Mariah, palcem przesuwając po opływowym białym ciele i hełmie brązowych włosów, okalających twarz. – Ale stróż.

– Ważne jest to, że Faith pomaga.

Mariah bierze głęboki oddech i skacze w otchłań.

– Skąd pani wie, że pomaga? – pyta cicho. – Skąd pani wie, czy ta przyjaciółka to nie głos, który Faith słyszy w głowie?

Doktor Keller chwilę milczy. Mariah zastanawia się, co lekarka wie o jej pobycie w szpitalu, ile zdradził jej Johansen.

– Po pierwsze, nie zaklasyfikowałabym tego jako halucynacji. To by sugerowało, że pani córka przeżywa epizod psychotyczny, a pani nie mówiła o żadnych zmianach w jej zachowaniu, które doprowadziłyby mnie do takiego wniosku.

– Jakiego rodzaju zmiany?” – pyta Mariah, choć doskonale zna odpowiedź.

– Drastyczne. Kłopoty ze snem. Wpatrywanie się przed siebie. Agresja. Zmiany w nawykach żywieniowych. Wstawanie o trzeciej nad ranem i mówienie, że przyjaciółka kazała jej wejść na dach domu.

Mariah myśli o Faith czołgającej się w środku nocy po drążku huśtawki.

– Nie – kłamie. – Nic takiego się nie zdarzyło.

Doktor Keller wzrusza ramionami.

– W takim razie nie ma powodu do niepokoju.

– A jeśli chce, żeby przyjaciółka kładła się z nią do łóżka albo jadła?

– Proszę się na to zgadzać i nie robić z tego wielkiej sprawy. W końcu Faith poczuje się na tyle bezpieczna, że zrezygnuje z przyjaciółki.

„Pozbędzie się stróża” – myśli Mariah i niemal się uśmiecha.

– Będę z nią rozmawiała o przyjaciółce, pani White. Ale naprawdę widziałam sto takich przypadków. Dziewięćdziesiąt dziewięć z tych dzieci nie miało potem najmniejszych problemów.

Mariah kiwa głową, zadaje sobie jednak pytanie, co stało się z tym jednym.

Colin uśmiecha się do zastępcy dyrektora sieci domów opieki.

– To potrwa minutkę – mówi i spokojnym krokiem opuszcza gabinet, by przeszukać bagażnik swojego samochodu. Trudno przekonywać o zaletach tego przeklętego świetlnego znaku ewakuacyjnego nad drzwiami, skoro strzelają z niego iskry, gdy podłącza się go do prądu. Na szczęście w samochodzie Colin ma zapasowy egzemplarz; jeśli chodzi o ten, winę może zrzucić na zły montaż kabli na Tajwanie.

Próbka leży na dnie pudła. Zgrzytając zębami, Colin zanurza w nim dłoń i szuka charakterystycznego kabelka. Trafia na coś, wyjmuje i widzi, że to spinka do włosów.

Nie ma pojęcia, skąd wzięła się w jego pudle z próbkami. Pamięta, kiedy ostatnio widział ją u Faith, połyskującą srebrzyście na kaskadzie jasnych włosów. Faith trzyma spinki i gumki w starym pudełku po cygarach, które Colin dostał od swojego dziadka.

Zapominając o zastępcy dyrektora, zapominając o znaku, który niedbale zwisa z pudełka, Colin przesuwa kciukiem po krawędzi spinki.

Był u ginekologa z Jessicą. Słyszał serce płodu. Ale bardzo trudno jest udawać radość i podniecenie z powodu tego nienarodzonego dziecka, kiedy tak zawalił sprawę z tym, które już ma.

Próbował do niej dzwonić, raz nawet z daleka obserwował ją na szkolnym boisku, ale coś go powstrzymuje przed nawiązaniem kontaktu. Prawdę mówiąc, nie wie, co powiedzieć. Za każdym razem, gdy wydaje mu się, że znalazł właściwe słowa przeprosin, przypomina sobie, jak Faith patrzyła na niego, kiedy odwiedził ją w szpitalu po wypadku w cyrku: w milczeniu, osądzająco, jakby nawet przy swoim ograniczonym doświadczeniu wiedziała, że postąpił źle. Colin zdaje sobie sprawę, że bycie ojcem nie jest reklamówką AT &T, nie polega na prostej radości rzucania piłką na podwórku ani na zaplataniu jasnego warkocza. To znajomość wszystkich słów do „Goodnight Moon”. To budzenie się w środku nocy na ułamek sekundy przedtem, nim słyszysz, jak córka spada z łóżka. To obserwowanie dziewczynki wirującej w baletowej spódniczce i zastanawianie się, jak wiele lat później będziesz się czuł, tańcząc na jej weselu.

To podtrzymywanie iluzji, że ty rządzisz, choć jesteś całkowicie bezbronny od pierwszej chwili, gdy uśmiechnęła się do ciebie z gniazdka na twojej ręce.

Ostatnio myśli o Faith tak często, że nie potrafi pojąć, jak mógł zapomnieć o niej na czas dość długi, by popełnić tę monumentalną pomyłkę i przespać się z Jessicą w swoim domu.

Colin wzdycha głęboko. Kocha Jessicę i ona ma rację, czas, by na nowo siebie określił. Składa w duchu przysięgę, że tym razem będzie lepszym ojcem, zadba, by Faith skorzystała z nowej karty jego życia. Mówi sobie, że jak tylko uporządkuje sprawy, wróci po Faith. Wszystko jej wynagrodzi.

– Panie White – mówi od progu zniecierpliwionym tonem zastępca dyrektora. – Możemy kontynuować?

Colin odwraca się, chowa spinkę do kieszeni. Bierze nową próbkę i gładko rozpoczyna mowę pochwalną o finansowo – i energooszczędnych zaletach urządzenia, przez cały czas się zastanawiając, jak ktoś, kto zarabia na życie, pomagając ludziom skutecznie uciec przed niebezpieczeństwem, za nic w świecie nie potrafi dostrzec drogi wyjścia z własnych problemów.

6 września 1999

Millie Epstein bierze dietetyczną colę i siada obok córki na sofie w salonie.

– Cóż, uznaj to za błogosławieństwo. Mogła wyobrazić sobie brytyjskiego żołnierza w wielkiej futrzanej czapie i narzekać, że nie mieści się na tylnym siedzeniu samochodu.

Mariah toczy puszkę z wodą sodową po czole.

– W przyszłym tygodniu idzie do szkoły. A jeśli dzieci będą się z niej śmiały?

– I tym się przejmujesz? Naprawdę, Mariah, daj spokój. Ona ma siedem lat. W przyszłym tygodniu nie będzie nawet o tym pamiętała.

Mariah przesuwa ustami po ostrej krawędzi puszki.

– Ja pamiętałam – mówi cicho.

– Z tobą nie działo się nic złego – odpowiada jej matka gwałtownie. – Colin wmówił ci, że jesteś meszuge * choć tylko kiepsko się czułaś.

– To była depresja kliniczna, mamo.

– Ale to nie to samo, co opowiadanie, że kosmita transmituje wiadomości radiowe do twojego mózgu.

Mariah kręci się na siedzeniu.

– Nigdy nie twierdziłam, że jestem schizofreniczką.

– Kochanie. – Millie kładzie dłoń na ramieniu córki. – Jako pięciolatka też miałaś wyimaginowanego przyjaciela. Chłopca imieniem Wolf. Mówiłaś, że śpi w nogach twojego łóżka i każe ci unikać warzyw.

– Czy przez to mam się poczuć lepiej? – Mariah czuje, że w głowie jej dudni. Bierze pilota i włącza telewizor matki. Trafia na opery mydlane, których nie potrafi znieść, inforeklamy i program Marthy Stewart. Przeskakuje po rzadziej oglądanych kanałach telewizji satelitarnej i wybiera jakiś sitcom.

– Nie, wróć. – Millie łapie pilota. – Lubię słuchać jego akcentu.

Mariah krzywi się na kolejny odcinek antyewangelicznego programu Iana Fletchera, obserwuje go, jak krąży niczym napuszony kogut. Akcent, rzeczywiście. Pewnie nauczył go tego facet od wizerunku. Nigdy nie rozumiała, dlaczego filozofia tego człowieka pociąga masy, ale z drugiej strony nigdy nie była do tego stopnia zainteresowana religią, by brać pod uwagę alternatywę.

– Myślę, że ludzie go oglądają, bo są przekonani, że jeśli dalej będzie tak gadał, Bóg ugodzi go piorunem podczas transmisji na żywo i cały świat zobaczy, jak będzie się smażył.

– To bardzo starotestamentowe podejście. – Millie wyłącza głos. – Niewykluczone, że więcej pamiętasz z hebrajskiej szkoły, niż sądziłam.

Mariah mruga.

– Chodziłam do hebrajskiej szkoły?

– Jeden dzień. Ojciec i ja pomyśleliśmy, że postąpimy zgodnie z konwencją. Niektórzy twoi koledzy uczęszczali do szkółki niedzielnej, więc… – Millie śmieje się. – Wróciłaś do domu i powiedziałaś, że wolałabyś chodzić na balet.

To Mariah nie dziwi. Kiedy była mała, jej przynależność religijna była wyłącznie towarzyska, wychowała się w rodzinie, która do synagogi chodziła w święta po to tylko, by zobaczyć, jak ubrani są inni. Mariah pamięta, jak na pocztówce zobaczyła Świętego Mikołaja i pragnęła usiąść mu na kolanach. Pamięta, jak w Boże Narodzenie, kiedy reszta świata świętowała, szła z rodzicami do chińskiej restauracji na kolację, a potem do kina, gdzie na widowni oprócz nich nikogo nie było.

Nikt się nie dziwił, kiedy Mariah wyszła za członka Kościoła episkopalnego.

Mariah nie przypomina sobie zajęć z baletu, wie jednak, że chociaż wciąż potrafi ułożyć stopy do pięciu podstawowych pozycji, bardzo by się musiała namęczyć, żeby wyrecytować dziesięć przykazań.

– Sama nie wiem…

– Och! – wykrzykuje Millie. – To jego wielkie tournee! Jedzie przez całą Amerykę! We wtorek był w New Paltz.

Mariah wybucha śmiechem.

– W New Paltz jest dużo ateistów?

– Wręcz przeciwnie. Był tam, ponieważ kościół twierdził, że mają krwawiący posąg. Okazało się, że to jakieś osady wapnia czy coś w tym rodzaju.

Na dole ekranu pojawia się napis: HOULTON W STANIE MAINE, NA ŻYWO! Kamera przesuwa się, wyłapuje z tłumu T – shirt z napisem: GAŁĄŹ ŻYCIA: DRZEWO JEZUSA, po czym robi zbliżenie Iana Fletchera stojącego przed przyczepą.

– Szalenie przystojny mężczyzna – wzdycha Millie. – Popatrz na ten uśmiech.

Mariah nie podnosi wzroku znad „TV Guide'a”.

– Jasne – mówi. – Pewnie nigdy jeszcze tak świetnie się nie bawił.

Ian w życiu nie był tak nieszczęśliwy. Jest rozgrzany i spocony, potwornie boli go głowa. Zaczyna nienawidzić Maine, chyba i całej Nowej Anglii. A co gorsza, nie może spodziewać się wytchnienia po emisji programu. Producent nie zgodził się na wynajęcie pokoju w przyzwoitym hotelu; uznał, że facet, który rusza w trasę, by zwiększyć liczbę swoich wyznawców, musi wreszcie postawić stopy we włoskich butach na ziemi. Tak więc ze względu na wizerunek ekipa nocuje w Houlton Holiday Inn, podczas gdy Ian obozuje w rozreklamowanej szeroko puszce na konserwy.

Nie zamierza nikomu się zwierzać, że warunki mieszkaniowe są niezwykle ważne dla człowieka, który w nocy nie potrafi zasnąć, ale wyczerpany snuje się do rana. Bezsenność jest wyłącznie jego sprawą. Mimo to Ian nie potrafi opisać, jak niecierpliwie wyczekuje na koniec tego programu o małym Chrystusie. Dopilnuje, żeby następne oszustwo miało miejsce w pobliżu hotelu Ritz – Carlton.

Na znak Jamesa wychodzi z przeklętej przyczepy i natychmiast otacza go kilku reporterów. Przepycha się między nimi, po czym wstępuje na pustą skrzynię po mleku, którą ktoś tu zostawił.

– Jak wszyscy chyba wiecie – mówi, gestem wskazując niewielką grupę pobożnych, stojących pod rozłożystą jabłonią McKinneyów – ostatnio zadajemy sobie pytanie, czy Houlton w stanie Maine jest rzeczywiście miejscem cudu religijnego. Według relacji Williama i Bootsie McKinneyów, rankiem dwudziestego sierpnia, po gwałtownej burzy, w rozłupanym konarze tej jabłoni ukazał się im Chrystus.

Ian odwraca się w kierunku drzewa. Istotnie, ułożenie kręgów w drzewie oraz delikatne linie zaschniętych soków przypominają twarz z wydłużonym podbródkiem i ciemnymi oczami, którą skojarzyć można z konwencjonalnymi portretami Jezusa, jeśli naturalnie ktoś w takie rzeczy wierzy, Ian z rozmysłem klepie w obraz otwartą dłonią, całkiem go zakrywając.

– Czy tutaj jest twarz? Może. Gdyby jednak McKinneyowie nie byli żarliwymi katolikami, regularnie uczęszczającymi na msze, czy zobaczyliby Jezusa? A może powiedzieliby, że portret przypomina Orville'a Redenbachera albo wuja Samuela? – Czeka, aż jego słowa dotrą w pełni do słuchaczy, po czym dodaje: – Czy cud naprawdę jest niewytłumaczalny i boski? A może to po prostu przypadkowe spotkanie tego, co zostało zaprogramowane w czyimś umyśle, z tym, co człowiek ów chce zobaczyć?

Zakonnice wstrzymują oddech, ksiądz Reynolds, proboszcz w Houlton, robi krok do przodu i mówi:

– Panie Fletcher, są udokumentowane przypadki cudów, które zostały przyjęte przez Watykan.

– Jak ten z Matką Boską, która kilka lat temu ukazała się w kałuży w meksykańskim metrze?

– Nie sądzę, by ta sprawa osiągnęła etap akceptacji.

– Niech ksiądz da spokój – parska Ian. – Gdyby ksiądz był Matką Boską i chciał się komuś objawić, wybrałby ksiądz kałużę oleju na peronie metra? Nie potrafi ksiądz zaakceptować możliwości, że to może nie być tym, na co wygląda?

Ksiądz stuka się palcem w brodę.

– Ja potrafię – mówi wolno. – A pan?

Przez tłum przebiega szmerek i Ian uświadamia sobie, że stracił impet. Przeklęta telewizja na żywo.

– Panie i panowie, chciałbym przedstawić doktora Irwina Nagela z wydziału dendrologi Princeton University. Słuchamy, doktorze.

– Drzewo – zaczyna uczony – zbudowane jest z kilku typów komórek ksylemowych, w tym z naczyń przewodzących składniki odżywcze i wzmacniających pień. Tak zwany portret, który tu widzimy, jest rezultatem naturalnych procesów. Wraz z mijającymi latami położone najgłębiej warstwy przestają rozprowadzać składniki odżywcze i zatykają się żywicą, klejem i taniną, które twardnieją i ciemnieją. Twarz, którą widzieli McKinneyowie, w rzeczywistości jest konglomeratem złogów w twardzieli drzewa.

Do Iana podchodzi producent.

– Co o tym myślisz? – pyta Ian.

– Nie wiem, czy to kupią – szepcze James. – Ale podobał mi się przykład z metra.

Doktor Nagel nieoczekiwanie podnosi wielki, niebezpiecznie wyglądający sekator.

– Dostałem na to pozwolenie państwa McKinneyów – mówi i odcina wybraną na chybił trafił gałąź. Wydaje się, że świeże drewno zalewa się rumieńcem, a po krótkiej chwili widać wyraźnie kręgi. – Proszę. Wygląda trochę jak Myszka Miki.

Ian robi krok do przodu.

– Profesor chce przez to powiedzieć, że portret Chrystusa jest dosłownie wybrykiem natury. Że nie jest to niczym niezwykłym w wypadku drzewa tej wielkości i wieku. – Pod wpływem impulsu wyjmuje z kieszeni czarny marker i na przekroju drzewa rysuje jakiś kształt. – Roddy – woła do znajomego reportera – co to jest?

Mężczyzna mruży oczy.

– Księżyc.

Ian wskazuje ojca Reynoldsa.

– Misa.

– Półokrąg – mówi profesor Nagel.

Ian z głośnym szczęknięciem zamyka marker.

– Percepcja to potężna rzecz. Ja mówię, że to nie jest twarz Jezusa. To moja opinia. Może prawdziwa, może nie, nie potrafię jej udowodnić, a wy macie prawo wątpić w moje słowa. Ale kiedy Bill McKinney i ksiądz Reynolds mówią: „Tak, to oblicze Jezusa”, także wyrażają jedynie własne zdanie – i także nie potrafią go udowodnić. Nie ma znaczenia, czy zgodzi się z nimi papież, prezydent albo większa część populacji tego cholernego świata. Bez wątpienia to widzą, ale czy to jest faktem? Może tak, może nie. Jeśli nie wierzycie mnie, jak możecie wierzyć im?

– Wiesz, nie rozumiem połowy z tego, co on mówi, ale wciąż uważam, że jest rewelacyjny – oznajmia Millie. – Popatrz na tego księdza. Jest czerwony jak burak.

Mariah wybucha śmiechem.

– Możemy to wyłączyć, mamo? Chyba że następny jest program Jerry'ego Springera.

– Bardzo śmieszne. To poeta, Mariah. Tylko go posłuchaj.

– Ktoś mu napisał wszystkie kwestie – mówi Mariah, podczas gdy Ian Fletcher bierze Biblię i z wyraźnym sarkazmem w głosie zaczyna czytać:

– „…tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, żebyście nie pomarli”.

Faith wchodzi do pokoju i sadowi się na kanapie.

– Znam ten wiersz – mówi.

Śmieszne, ale biblijne wersy brzmią znajomo także dla Mariah, choć nie potrafi zrozumieć dlaczego. Minęło wiele lat, odkąd miała w ręku Biblię, a o ile się orientuje, Faith nigdy żadnej nawet nie widziała. Oboje z Colinem na czas nieokreślony zrezygnowali z wychowania religijnego córki, żadne bowiem nie potrafiło myśleć o tym, nie czując się jak hipokryta.

– „Wtedy rzekł wąż do niewiasty…”

Faith mruczy coś do siebie. Spodziewając się najgorszego, Mariah zaplata ręce na piersi.

– Co mówiłaś, młoda damo?

– „Na pewno nie umrzecie!”

Ledwo Faith kończy, Ian Fletcher powtarza te same słowa w telewizji, po czym zrywa jabłko z jabłoni McKinneyów i prowokacyjnie wbija weń zęby. I wtedy Mariah przypomina sobie, gdzie wcześniej to słyszała: kilka dni temu, kiedy Faith w środku nocy bawiła się na szczycie huśtawki i nuciła sobie cicho. Kilka dni temu Faith, która nigdy w swoim młodym życiu nie była w kościele ani w synagodze, która nie uczęszczała ani do hebrajskiej, ani do niedzielnej szkółki, śpiewała wersy z Księgi Rodzaju, jakby były wyliczanką.

Mężczyźni i kobiety zatrudnieni w Pagan Productions w Los Angeles zachowują zdrowy dystans wobec Iana Fletchera. Powodem są jego wybuchy gniewu i zdolność wykorzystania cudzych słów przeciwko temu, kto je wypowiedział, a także instynkt samozachowawczy – na wypadek gdyby Fletcher mylił się w kwestii Boga, nie chcą razem z nim w dzień Sądu Ostatecznego wylądować w morzu ognia. Są dobrze opłacani za szanowanie prywatności szefa oraz zdecydowaną odmowę udzielania wywiadów. Z tej to przyczyny nikt poza pracownikami Pagan Production nie wie, że Ian wyjeżdża w każdy wtorek rano, choć nawet oni nie mają pojęcia dokąd.

Naturalnie podwładni spekulują jak szaleni: Fletcher regularnie spotyka się z kochanką. Bierze udział w sabacie czarownic. Dzwoni do papieża, który – o czym wierni jego Kościoła nie mają pojęcia – jest cichym wspólnikiem w Pagan Productions. Kilka razy najodważniejsi zakładali się i próbowali śledzić Iana, kiedy odjeżdżał swoim czarnym jeepem. Każdego zdołał zgubić na krętych autostradach Los Angeles. Jeden przysięga, że śledził go aż do lotniska, ale nikt mu nie wierzy. Bo dokąd niby można polecieć, żeby wrócić tego samego dnia wieczorem na montaż programu?

We wtorkowy poranek w tygodniu, w którym Ian prowadzi antyodnowę przy Drzewie Jezusa, długa czarna limuzyna zatrzymuje się koło przyczepy, Ian z Jamesem i innymi pracownikami produkcji omawia reakcje prasy na jego ostatnie komentarze.

– Muszę się zbierać – mówi, czując ulgę na widok zbliżającego się samochodu. Będzie musiał pokombinować z czasem i pójść na pewne ustępstwa, jako że dzisiaj wyjeżdża z Maine, a nie z L.A.

– Musisz się zbierać? – pyta James. – A dokąd?

Ian wzrusza ramionami.

– Tu i tam. Przepraszam, myślałem, że wspomniałem, że dzisiaj wychodzę wcześniej.

– Nic nie mówiłeś.

– W każdym razie wieczorem wracam. Wtedy skończymy. – Łapie teczkę i skórzaną kurtkę, po czym wypada za drzwi.

Dokładnie dwie i pół godziny później przekracza próg niewielkiego ceglanego budynku. Idzie korytarzami z pewnością człowieka, który już tu wcześniej był. Mijający go ludzie pozdrawiają go skinieniem głowy, Ian kieruje się do świetlicy wyposażonej w dębowe stoliki, telewizory i sofy. Przy stoliku w rogu siedzi mężczyzna. Chociaż w sali jest gorąco, Michael ma na sobie bluzę i zapiętą pod szyję bawełnianą koszulę. Jego dłonie drżą nad talią kart, którą jedną po drugiej odwraca.

– Królowa karo – mruczy. – Szóstka pik.

Ian siada na fotelu obok niego.

– Witaj – mówi cicho.

– Król kier. Dwójka pik. Siódemka kier.

– Jak się miewasz, Michaelu? – Ian przysuwa się bliżej.

Ramiona mężczyzny kołyszą się na boki.

– Szóstka trefl! – oznajmia stanowczo, Ian wzdycha i kiwa głową.

– Szóstka trefl, stary! – Znowu się odsuwa. Patrzy, jak karty po kolei lądują na stole: czerwone, czarne, czerwone, czarne. Michael odwraca asa.

– O nie – mówi. – As…

– W dziurze – kończy Ian.

Po raz pierwszy Michael nawiązuje przelotny kontakt wzrokowy z Ianem.

– As w dziurze – powtarza, po czym wraca do liczenia kart.

Ian siedzi spokojnie przez godzinę, i nie chodzi wcale o to, że Michael dał znak, iż wie o jego obecności, ale o to, że Michael zauważy nieobecność, jeśli nawet o minutę będzie różniła się od ustalonej długości wizyty.

– Do zobaczenia za tydzień, stary – mruczy Ian.

– Dama trefl. Ósemka kier.

– W takim razie w porządku. – Ian przełyka ślinę.

Wychodzi z budynku i rozpoczyna podróż powrotną do Maine.

Ostatnio Faith odkryła, że jeśli kurczowo zaciśnie oczy i potrze je mocno kciukami, widzi różne rzeczy: maleńkie gwiazdki, zielonkawoniebieskie kręgi, o których myśli, że to tęczówki, jakby w środku miała odbijające je lustro. Ciągnie za powieki i widzi falę czerwieni; uważa, że taki kolor musi mieć gniew. Robi to często, chociaż wczoraj, w pierwszy dzień szkoły, skutek nie był najlepszy. Willie Mercer powiedział, że tylko niemowlęta noszą lunch w pudełku z Małą Syrenką, a kiedy zaczęła szeptać do swojej przyjaciółki, próbując zignorować zaczepkę, Willie wybuchnął śmiechem i oznajmił, że Faith jest świrnięta. Zamknęła więc oczy, żeby na niego nie patrzeć, jedno doprowadziło do drugiego, i zanim się zorientowała, szkolna pielęgniarka zadzwoniła do domu, że Faith ciągle trze oczy, pewnie ma zapalenie spojówek.

– Czy bolą cię oczy, Faith? – pyta doktor Keller.

– Nie, choć wszyscy myślą, że tak.

– Twoja mama powiedziała mi, co stało się wczoraj w szkole.

Faith mruga, patrzy na jarzeniowe lampy.

– Nie byłam chora.

– Nie.

– Lubię to robić, bo widzę rzeczy. – Zadziera brodę i mówi wyzywająco: – Spróbuj.

Ku jej zaskoczeniu doktor Keller zdejmuje okulary i pociera powieki w sposób, w jaki robi to Faith.

– Widzę coś białego. Wygląda jak księżyc.

– Jest w środku twojego oka.

– Naprawdę? – Doktor Keller na powrót wkłada okulary. – Wiesz na pewno?

– Właściwie nie – przyznaje Faith. – Ale może nasze oczy wciąż patrzą, nawet kiedy zamykamy powieki?

– Nie widzę powodu, dla którego tak by nie miało być. Widzisz swoją przyjaciółkę, kiedy masz zamknięte oczy?

Faith nie lubi mówić o swoim stróżu, ale z drugiej strony, doktor Keller zdjęła okulary i potarła oczy – Faith nawet przez myśl by nie przeszło, że może to zrobić.

– Czasami – mówi cichutko.

Doktor Keller przygląda jej się uważnie; mało kto poza nią zadaje sobie ten trud. Kiedy Faith mówi, mama zwykle odpowiada „aha” i „naprawdę?”, ale myśli o miliardzie innych rzeczy, mimo iż Faith próbuje jej coś powiedzieć. A pani Grenaldi, nauczycielka, nikomu nie patrzy w oczy. Spogląda ponad głowami dzieci, jakby wszystkie w przedziałkach miały rojące się insekty.

– Od jak dawna masz przyjaciółkę?

– Jaką przyjaciółkę? – pyta Faith, choć wie, że nie uda jej się oszukać doktor Keller.

Lekarka nachyla się ku niej.

– A masz innych przyjaciół?

– Jasne. Bawię się z Elsą i Sarah, i z Garym, bo mama mi każe, ale Gary wyciera nos w moje ubrania, kiedy myśli, że nie patrzę.

– Miałam na myśli przyjaciół takich jak twoja opiekunka.

– Nie. – Faith chwilę się zastanawia. – Nie znam nikogo takiego jak ona.

– Jest teraz z tobą?

Faith rozgląda się niespokojnie.

– Nie.

– Czy opiekunka rozmawia z tobą?

– Tak.

– Czy mówi o rzeczach, które cię przerażają?

Faith kręci głową.

– Przy niej czuję się lepiej.

– Czy ona cię dotyka?

– Czasami. – Faith zamyka oczy i przyciska kciuki do powiek. – Potrząsa mnie nocami, żeby mnie obudzić. I często mnie przytula.

– Brzmi miło – mówi doktor Keller. – Założę się, że to lubisz.

Faith z zakłopotaniem potakuje.

– Ona mówi, że mnie kocha najbardziej.

– To znaczy, że jest tylko twoją przyjaciółką? Z nikim innym się nie przyjaźni?

– O nie – mówi Faith. – Ma innych przyjaciół, tylko że teraz zbyt często się z nimi nie widuje. Ja też dawniej ciągle odwiedzałam Briannę, ale teraz ona chodzi do innej szkoły i rzadko się bawimy.

– Czy opiekunka opowiadała ci o innych przyjaciołach?

Faith wymienia kilka nazwisk.

– Bawiła się z nimi dawno temu, teraz już nie.

Doktor Keller nieruchomieje i milknie. To dziwne, zwykle bowiem zadaje pytania, tyle pytań, że Faith ma ochotę zatkać sobie uszy. Dziewczynka widzi, że dłonie lekarki trzęsą się tak samo jak dłonie mamy, kiedy bierze tabletki.

– Faith – mówi wreszcie doktor Keller – czy ty… czy… – Bierze głęboki oddech i pyta: – Czy kiedykolwiek modliłaś się o taką przyjaciółkę?

Faith marszczy nos.

– A co to znaczy „modlić się”?

Z błyszczących oczu doktor Keller Mariah wnioskuje, że lekarka bliska jest przełomu. A może już nastąpił; trudno to stwierdzić, bo Faith bawi się grzecznie za weneckim lustrem. Doktor Keller siada za biurkiem. Gestem zaprasza Mariah, by zrobiła to samo.

– Faith wymieniła dzisiaj kilka nazwisk: Herman Joseph ze Steinfeld, Elżbieta z Schonau, Juliana Falconieri. – Doktor Keller podnosi wzrok.

Mariah wzrusza ramionami.

– Nie znamy żadnego Hermana. I czy Schonau leży gdzieś blisko?

– Nie, pani White – mówi doktor Keller łagodnie. – Nie leży w pobliżu.

Mariah śmieje się nerwowo.

– Cóż, może wymyśliła sobie te nazwiska. To znaczy, jeśli była w stanie stworzyć wyimaginowaną przyjaciółkę?… – Urywa, czując, że dłonie zaczynają jej się pocić, chociaż nie ma pojęcia, skąd to zdenerwowanie.

Doktor Keller pociera skronie.

– To bardzo skomplikowane nazwiska, mało prawdopodobne, by siedmiolatka sama je wymyśliła. Poza tym są, czy raczej były, nazwiskami ludzi, którzy naprawdę żyli.

Jeszcze bardziej zdezorientowana Mariah kiwa głową.

– Może usłyszała je w szkole. W zeszłym roku była ekspertem od lasów deszczowych.

– Czy Faith chodzi do szkółki parafialnej?

– Och nie, nie jesteśmy katolikami. – Mariah uśmiecha się z wahaniem. – A dlaczego?

Doktor Keller siada na brzegu biurka naprzeciwko Mariah.

– Moje panieńskie nazwisko brzmi O'Sullivan. Pochodzę z Evanston w Illinois. Z okazji mojej pierwszej komunii wyprawiono wielkie przyjęcie. Aż do studiów w Yale co niedziela przyjmowałam komunię i uczęszczałam do szkółki parafialnej. Mnie uczono o Hermanie Josephie. I Elizabeth, i Julianie. To katoliccy święci, pani White.

Mariah brakuje słów.

– No cóż – wydusza wreszcie; nie wie, co właściwie powinna powiedzieć.

Doktor Keller krąży po gabinecie.

– Wydaje mi się, że źle rozumiałyśmy Faith… Jej stróż, opiekun… te słowa mogą oznaczać jedno… *

– Co pani chce powiedzieć?

– Myślę, że pani córce objawia się Bóg – mówi doktor Keller spokojnie.

Rozdział trzeci

Umysł jest dla siebie

Siedzibą, może sam w sobie przemienić

Piekło w niebiosa, a niebiosa w piekło.

John Milton, „Raj utracony”

20 września 1999

W Greenhaven była kobieta, która wierzyła, że Matka Boska mieszka w małżowinie jej ucha.

– Świetne miejsce do wygłaszania proroctw – powiedziała nam.

Od czasu do czasu zapraszała pielęgniarki, lekarzy i innych pacjentów, żeby popatrzyli. Kiedy przyszła moja kolej, nachyliłam się ku niej tak bardzo, że dostrzegłam pulsowanie różowej membrany.

– Widziałaś ją? – zapytała kobieta, a ja potaknęłam, nie wiedząc, która z nas jest bardziej szalona.

Przez ostatnie dwa tygodnie Faith tyle samo nie chodziła do szkoły, co chodziła, a ja ani chwili nie poświęciłam mojemu domkowi dla lalek. Spędzamy więcej czasu w szpitalu niż w domu. Teraz, po rezonansie magnetycznym, tomografii komputerowej oraz najrozmaitszych badaniach krwi, wiemy, że Faith nie ma guza mózgu ani problemów z tarczycą. Poza tym doktor Keller konsultowała przypadek Faith ze swoimi kolegami.

– Z jednej strony – powiedziała mi – niemal wszystkie halucynacje dorosłych dotyczą religii, rządu albo diabła. Z drugiej strony, Faith funkcjonuje w całkowicie normalny sposób, nie wykazuje żadnych innych zachowań psychotycznych. Chcę przepisać Faith risperdal, lek antypsychotyczny. Jeśli wyimaginowana przyjaciółka zniknie, będzie po sprawie. A jeśli nie zniknie, cóż, pokonam i tę przeszkodę, skoro będzie trzeba.

Wiem, że Faith nie może rozmawiać z Bogiem. Ale z następnym oddechem zadaję sobie pytanie: Dlaczego nie? Zdarzały się rzeczy bez precedensu, a dobra matka stoi przy dziecku niezależnie od tego, jak dziwne historie ono opowiada. Jeśli zacznę mówić, że Faith widuje Boga, że nie jest wariatką – cóż, wszyscy pomyślą, że ona może nie jest, ale ja tak. Znowu.

Risperdal muszę ucierać w moździerzu i mieszać z budyniem czekoladowym, maskującym jego smak. Doktor Keller mówi, że leki antypsychotyczne działają szybko, że w przeciwieństwie do prozacu i zoloftu nie musimy czekać ośmiu tygodni, żeby przekonać się o ich skuteczności.

Faith śpi, zwinięta w kłębek pod kocem z Małą Syrenką. Wygląda jak każde inne dziecko w jej wieku. Musi wiedzieć, że tu jestem, bo przeciąga się, odwraca na plecy i otwiera oczy. Są szkliste i obojętne – to działanie leku. Zawsze była podobna z rysów twarzy do Colina, ale teraz z przestrachem uświadamiam sobie, że wygląda tak samo jak ja.

Przez chwilę myślę o miesiącach spędzonych w Greenhaven: o drzwiach zamykanych na klucz, ukłuciu strzykawki ze środkiem uspokajającym w ramię i zastanawianiu się, dlaczego Colin, psychiatra z pogotowia i nawet sędzia mówili w moim imieniu, chociaż ja miałam im tak wiele do powiedzenia.

Naprawdę nie wiem, która diagnoza w tym wypadku będzie gorsza: że Faith jest psychicznie chora czy że jest zdrowa.

– Drzewo – powtarza Faith. – D – R – Z – E – W – O.

– Doskonale. – W drugiej klasie uczymy się pisowni. – A teraz „król”.

– K – R – Ó – L.

Kładę listę na kuchennym stole.

– Wszystko umiesz. Może ty powinnaś być nauczycielką.

– Mogłabym być – oświadcza z przekonaniem. – Moja opiekunka mówi, że każdy może innych czegoś nauczyć.

W jednej chwili nieruchomieję. Przez dwa dni Faith nie wspominała o wyimaginowanej przyjaciółce i zaczynałam wierzyć, że lek antypsychotyczny zasłużył na pochwałę.

– Tak? – Może uda mi się złapać doktor Keller na pagerze. Ciekawe, czy zrezygnuje z podawania leku na podstawie moich obserwacji. – Twoja przyjaciółka wciąż tu jest?

Faith mruży oczy, a ja uświadamiam sobie, że nie mówiła o niej z bardzo ważnego powodu: jest świadoma, że przez nią wpadła w kłopoty.

– A czemu chcesz wiedzieć?

Myślę o odpowiedzi, której udzieliłaby doktor Keller: „Bo chcę ci pomóc”. I odpowiedzi, której udzieliłaby moja matka: „Bo jeśli jest ważna dla ciebie, ja też chcę ją poznać”. Jednakże ku własnemu zaskoczeniu mówię coś, co w całości pochodzi ode mnie:

– Bo cię kocham.

Wydaje się, że moje słowa szokują Faith tak samo jak mnie.

– Och… okay.

Sięgam po jej dłonie.

– Faith, chcę ci o czymś powiedzieć. – Otwiera szeroko oczy. – Dawno temu, zanim się urodziłaś, bardzo się czymś zdenerwowałam. Zamiast mówić ludziom, co czuję, zachowywałam się dziwnie. Jak wariatka. Zrobiłam coś, co wielu ludzi przeraziło, i z tego powodu posłano mnie w miejsce, w którym wcale nie chciałam być.

– Takie jak… więzienie?

– Coś w tym rodzaju. To nie ma teraz znaczenia. Ale chcę, żebyś wiedziała, że to nic złego, jeśli jest ci smutno. Ja to rozumiem. Nie musisz zachowywać się inaczej, żeby zmusić mnie do zauważenia, że jesteś zdenerwowana.

Broda Faith zaczyna drżeć.

– Nie jestem zdenerwowana. Nie zachowuję się inaczej.

– Wiesz, nie zawsze miałaś tę przyjaciółkę.

Z jej oczu płyną łzy.

– Myślisz, że ją wymyśliłam, prawda? Tak samo myśli doktor Keller, dzieci w szkole i pani Grenaldi. Myślisz, że zrobiłam to, żeby zwrócić na siebie uwagę. – Nagle głośno wciąga powietrze. – I teraz będę musiała przez to pójść do więzienia?

– Nie – mówię, tuląc ją mocniej do siebie. – Nigdzie nie pójdziesz. I wcale nie twierdzę, że ją wymyśliłaś, Faith, wcale nie. Tylko pamiętam, że kiedyś byłam bardzo smutna i mój umysł kazał mi wierzyć w coś, co nie było prawdą.

Faith przyciska twarz do mojego ramienia i kręci głową.

– Ona jest prawdziwa. Daję słowo.

Zamykam oczy i pocieram kciukiem nos, by odpędzić ból głowy. Cóż, nie wszystko naraz. Wstaję i zabieram pustą tacę po ciasteczkach, które jadłyśmy na podwieczorek. Jestem w połowie drogi do kuchni, kiedy Faith ciągnie mnie za koszulę.

– Ona chce ci coś powiedzieć.

– Tak?

– Wie o Priscilli. I wybacza ci.

Taca, którą trzymam, upada na podłogę.

Kiedy miałam osiem lat, tak strasznie chciałam mieć zwierzaka, że zaczęłam zbierać małe stworzonka – żaby, żółwie, a raz nawet rudą wiewiórkę – i w tajemnicy przynosić je do domu. To dzięki żółwiowi sunącemu po blatach w kuchni w końcu udało mi się postawić na swoim.

Zamiast ryzykować zatrucie salmonellą, mama pewnego dnia wróciła do domu z małym kotkiem. Powiedziała, że jest mój, jeśli przyrzeknę, że inne zwierzęta zostawię za drzwiami.

Nazwałam kociaka Priscilla, bo takie imię nosiła księżniczka z mojej ulubionej w tamtym tygodniu książki. Priscilla spała ze mną na poduszce z ogonem zwiniętym na moim czole jak czapka z bobra. Karmiłam ją mlekiem z mojej miski z płatkami. Ubierałam w lalczyne sukienki, czepki i bawełniane skarpetki.

Pewnego dnia postanowiłam, że ją wykąpię. Mama mówiła mi, że koty nie znoszą wody, że same wylizują się do czysta. Ale powiedziała też, że Priscilli nie spodoba się, kiedy będę ją woziła w wózku dla lalek, i pomyliła się. W pewne słoneczne popołudnie napełniłam wiadro wodą na podwórzu i zawołałam kota. Poczekałam, aż mama zniknie mi z oczu, po czym zanurzyłam Priscillę w wodzie.

Walczyła ze mną. Choć drapała i wyrywała się, zdołałam utrzymać ją w wodzie, bo byłam przekonana, że wiem lepiej. Szorowałam ją mydłem Ivory, które ukradłam z łazienki rodziców. Pilnowałam, żeby umyć wszystkie kłopotliwe miejsca, o których zawsze przypominała mi mama. Tak bardzo byłam tym zajęta, że zapomniałam wyciągnąć Priscillę nad powierzchnię, żeby zaczerpnęła powietrza.

Powiedziałam mamie, że Priscilla musiała wpaść do wiadra z wodą, a ponieważ strasznie płakałam, uwierzyła mi. Przez lata jednak czułam kości przesuwające się pod luźnym futrem. Czasami we śnie zamykam w dłoni drobny kształt.

Nigdy nie miałam innego kota. I nigdy nie powiedziałam o tym żywej duszy.

– Mariah – mama patrzy na mnie bez wyrazu – dlaczego mówisz mi o tym teraz?

Spoglądam w kierunku pokoju gościnnego mamy, dokąd Faith poszła bawić się guzikami.

– Wiedziałaś?

– O czym?

– O Priscilli? Że ją utopiłam?

Mama wywraca oczami.

– Oczywiście że nie. Dowiedziałam się pięć minut temu.

– A tata wiedział? – W myślach dokonuję obliczeń. Faith miała dwa latka, kiedy umarł mój ojciec, ile może z tamtego okresu pamiętać?

Mama kładzie mi dłoń na ramieniu.

– Mariah, dobrze się czujesz?

– Nie, mamo, nie czuję się dobrze. Staram się odgadnąć, skąd moja córka zna moją tajemnicę, z której nigdy nikomu się nie zwierzyłam. Staram się ustalić, czy to ja mam nawrót, czy Faith traci zmysły, czy też… – Urywam, zawstydzona tym, do czego chciałam się przyznać.

– Co?

Patrzę na mamę, a potem w kierunku pokoju, skąd dochodzi głos Faith. To nie jest sprawa, o której mogę mówić swobodnie, jak matki przechwalające się matematycznymi zdolnościami albo talentem pływackim swoich dzieci. To, co ja mam do powiedzenia, wiąże się z wieloma problemami. Kreśli linię, osobę, z którą rozmawiam, zmusza do wyprostowania się.

– Faith mówi prawdę – szepczę.

– Och, na litość boską! – wykrzykuje mama z irytacją. – Ty naprawdę masz nawrót.

– Dlaczego? Dlaczego tak trudno przyjąć do wiadomości fakt, że Faith może rozmawiać z Bogiem?

– Zapytaj matki Mojżesza.

Uderza mnie pewna myśl.

– Ty jej nie wierzysz! Własnej wnuczce!

Matka spogląda na korytarz, by się upewnić, że Faith wciąż jest zajęta.

– Możesz mówić ciszej? – syczy. – Nie mówiłam, że nie wierzę Faith. Na razie wstrzymuję się z oceną.

– Mnie wierzyłaś. Nawet kiedy próbowałam się zabić, kiedy Colin, sędzia i cały personel Greenhaven twierdzili, że trzeba mnie zamknąć, ty stałaś po mojej stronie.

– To było co innego, pojedynczy incydent, a poza tym sprzeciwiałam się Colinowi. – Wyrzuca ręce w górę. – Ludzie wciąż się zabijają w imię religii, Mariah.

– Więc gdyby ukazywał jej się Abraham Lincoln albo Kleopatra, byłoby inaczej. Bóg to nie jest brzydkie słowo, mamo.

– Ale może być – odpowiada moja matka.

23 września 1999

Po południu w poczcie dostaję rachunek za prąd i telefon oraz akt rozwodowy.

Urzędowa koperta z pieczątką sądu Grafton County zawiera gruby plik papierów. Otwieram ją kciukiem i przecinam sobie palec papierem. Tak po prostu, w ciągu sześciu tygodni, moje małżeństwo dobiega końca.

Myślę o zwyczajach w różnych częściach świata: Indianie amerykańscy wystawiają męskie obuwie przed tipi, Arabowie trzykrotnie powtarzają „Rozwodzę się z tobą”. Nagle przestaje wydawać mi się to śmieszne. Próbuję wyobrazić sobie Colina i jego adwokata, stojących przed sędzią w czasie spotkania, o którym nawet mnie nie poinformowano. Zastanawiam się, czy powinnam schować dokument w zamykanej na klucz skrzynce obok aktu małżeństwa i paszportu, ale trudno wyobrazić sobie, że tak wiele lat zmieści się na tak niewielkiej przestrzeni.

Nagle odnoszę wrażenie, że moja klatka piersiowa jest za mała dla serca. Przez lata robiłam to, czego chciał ode mnie Colin. Zachowywałam się jak kobiety, które w przeszłości obserwowałam z daleka: nosiłam wełniane żakiety i suknie od Lilly Pulitzer, zapraszałam dzieci jego kolegów na podwieczorki, na Boże Narodzenie zawieszałam łańcuch nad kominkiem. Otoczyłam się muszlą, z której mógł być dumny. Byłam jego żoną; nie wiem, kim być, jeśli dłużej nie mogę nią być.

Próbuję wyobrazić sobie Colina w stroju futbolisty. Próbuję zobaczyć go ujmującego mnie za rękę na naszym ślubie. Staram się, ale bez powodzenia – obrazy są zbyt rozmazane albo zbyt dalekie, by oddać sprawiedliwość wspomnieniom. Może tak to jest w wypadku niepowodzeń sercowych. Może człowiek redaguje własne dzieje, tak że historie, które sobie opowiada, stają się legendami, a wypadki nigdy się nie zdarzają. Ale z drugiej strony, wystarczy tylko, bym spojrzała na Faith, i wiem, że się oszukuję.

Rzucam pocztę na stół jak rękawicę. Najgorsza w zakończeniach jest świadomość, że czeka nas żmudne zadanie zaczynania wszystkiego od nowa.

– Boże, pomóż mi – mówię, chowam twarz w dłoniach i wybucham płaczem.

– Mamusiu, jest książka o mnie! – krzyczy Faith, wbiegając do kuchni, gdzie kroję marchewkę na kolację. Tańczy wokół mnie i pyta: – Możemy po nią iść? Możemy?

Spoglądam na nią, bo od jakiegoś czasu nie widziałam jej tak ożywionej. Początkowo po risperdalu była senna i powolna. Dopiero wczoraj czy przedwczoraj jej ciało przezwyciężyło skutki uboczne leku.

– Nie wiem. Kto ci o niej powiedział?

– Moja przyjaciółka – odpowiada Faith, a ja czuję znajomy skurcz wnętrzności. Faith stawia taboret pod wytartą do czysta tablicą z wiadomościami i z wielkim skupieniem gryzmoli: LI. Swerbeh. – Tak się nazywa człowiek, który ją napisał. Mamusiu, proszę.

Patrzę na marchewki, stojące na sztorc niczym lizaki, na kurczaka, który nagi i rumieniący się papryką czeka na wsunięcie do piekarnika. Do miejskiej biblioteki jest dziesięć minut samochodem.

– Okay. Idź po swoją kartę biblioteczną.

Faith jest podniecona, a ja czuję wyrzuty sumienia, zamierzam bowiem wykorzystać to jako dowód, że umysł płata jej figle. Jeśli nie znajdziemy „LI. Swerbeha”, może Faith uwierzy, że przyjaciółka też nie istnieje.

I rzeczywiście, nie znajdujemy takiego autora ani w skomputeryzowanym, ani w zakurzonym kartkowym katalogu.

– No, nie wiem, Faith. To nie wygląda zachęcająco.

– Bibliotekarka w szkole powiedziała, że ponieważ nasze miasto jest małe, czasami musimy pożyczać książki z bibliotek innych szkół. Trzeba tylko zapisać wszystko na kartce. Więc może zapytajmy panią bibliotekarkę.

Rób, o co prosi, myślę. Trzymając Faith za rękę, podchodzimy do bibliotekarki.

– Szukamy książki autora nazwiskiem LI. Swerbeh.

– To książka dla dzieci?

Faith potakuje.

– Jest o mnie.

Bibliotekarka uśmiecha się.

– Cóż, przypuszczam, że sprawdziłyście w katalogu. Nie słyszałam o takim autorze… – Przerywa, klepiąc się po brodzie. – Ile masz lat?

– Za dziesięć i pół miesiąca skończę osiem. Bibliotekarka kuca przed Faith.

– A skąd dowiedziałaś się o książce?

Faith natychmiast na mnie patrzy.

– Ktoś pokazał mi nazwisko. Zapisał je.

– Aha. – Bibliotekarka bierze kartkę papieru z biurka. – Dawniej uczyłam w pierwszej klasie. Lustrzane odbicia wyrazów to rzecz absolutnie normalna dla dzieci w tym wieku. – Pisze nazwisko odwrotnie. – Proszę. Teraz brzmi bardziej sensownie.

Faith przygląda się wyrazowi, czyta go na głos.

– Co to HEBREWS?

– Myślę, że to jest książka, której szukasz – mówi bibliotekarka, wyciągając Biblię z półki z księgozbiorem podręcznym. Otwiera ją na Liście do Hebrajczyków, rozdział 11, i mruga porozumiewawczo.

– Tak! – woła Faith, widząc swoje imię. – To o mnie.

Wpatruję się w stronicę. Czterdzieści wersów, a wszystkie o tym, co osiągnięto dzięki wierze *.

Faith zaczyna czytać, potykając się na słowach:

– „Wiara zaś jest po… porę…”.

– Poręką.

– „…poręką tych dóbr, których się spodziewamy” – powtarza Faith. – „Dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy”.

Słuchając jej, zamykam oczy i staram się znaleźć jakieś wiarygodne wyjaśnienie. Faith może gdzieś to wcześniej widziała, zauważyła swoje imię pomiędzy nieznajomymi słowami. Ale przecież my nawet nie mamy Biblii w domu.

Zawsze zazdrościłam ludziom, którzy mocno wierzą, którzy dzięki modlitwie potrafią stawić czoło tragedii i wiedzą, że wszystko będzie w porządku. Choć nie ma to nic wspólnego z nauką, byłoby miło przenieść całą odpowiedzialność i cierpienie na czyjeś potężniejsze barki.

Gdybyście miesiąc temu zapytali mnie, czy wierzę w Boga, odpowiedziałabym twierdząco. A gdybyście zapytali, czy chciałabym, żeby moja córka wyrastała z tą samą wiarą, odpowiedź także brzmiałaby „tak”. Ja tylko nie miałam ochoty uczyć jej tego.

Ja jej tego nie nauczyłam.

– Powiedz swojemu Bogu – szepczę. – Powiedz jej, że wierzę.

O ile wiem, przed tymi wypadkami Faith tylko raz zapytała mnie o Boga. Miała pięć lat i w szkole uczyła się Przysięgi na Wierność Sztandarowi.

– „W imię Boga” – wyrecytowała, po czym zapytała: – Co to jest Bóg?

Zawahałam się, próbując znaleźć sposób na wyjaśnienie jej tego bez wplątywania różnic religijnych, a skoro już o tym mowa, bez wplątywania Jezusa.

– No cóż – zaczęłam, szukając słów, które znała – Bóg to jakby największy z aniołów. Mieszka w niebie. Patrzy na nas wszystkich i pilnuje, żeby nie stało się nam nic złego.

Faith chwilę się zastanawiała.

– Jest taką wielką opiekunką do dziecka.

– Właśnie – potwierdziłam z ulgą.

– Ale powiedziałaś „on” – zauważyła Faith. – Wszystkie moje opiekunki to dziewczyny.

Trudno jest słuchać, jak doktor Keller mówi, że Faith ma psychotyczne halucynacje związane z Bogiem, ale jeszcze trudniej brać pod uwagę alternatywną możliwość. Takie rzeczy nie przytrafiają się małym dziewczynkom, powtarzam sobie podczas bezsennej nocy, dopóki nie dociera do mnie, że nie mam prawa wydawać sądów. Może to taki etap w życiu siedmiolatki, jak szukanie potworów pod łóżkiem albo kochanie się w chłopcach z boysbandu Hanson. Następnego dnia rano zostawiam Faith pod opieką mojej matki i jadę do biblioteki Dartmouth College. Tam zadaję bibliotekarce kilka pytań o dziecięce postrzeganie Boga, później wędruję mrocznym labiryntem regałów w poszukiwaniu książki, którą mi poleciła. Spodziewam się czegoś w rodzaju doktora Spocka, jakiegoś traktatu o wychowaniu dzieci, tymczasem bibliotekarka zaproponowała mi „Żywoty świętych” Butlera.

Nic mnie to nie kosztuje, otwieram więc starą książkę z myślą, że nieźle się ubawię, nim pójdę poszukać doktora Spocka. Tymczasem spędzam cały dzień, czytając o młodziutkiej Bernadettę Soubirous z Lourdes we Francji, która w roku 1858 kilkakrotnie rozmawiała z Matką Boską. O małej Julianie Falconieri z czternastego wieku, która widziała Chrystusa i dostała od niego kwietną girlandę. O dziecięcych wizjonerach z Fatimy. O wszystkich tych dzieciach, niekiedy równie małych jak Faith, niekiedy wychowanych tak samo jak ona bez religii, które jednak zostały wybrane.

Zaczynam gryzmolić w notesie wyjętym z torebki. Wszystkie dzieci z trzynastego, czternastego, nawet dziewiętnastego wieku, które widziały kobietę, opisywały Matkę Boską w błękitnej szacie, a te, które miały wizję postaci w białej szacie, w sandałach i z długimi ciemnymi włosami – nazywały ją Bogiem – mówiły o mężczyźnie.

Wszystkie prócz Faith.

– I co? – pytam szeptem po powrocie do domu matki. – Jak się zachowywała?

– Świetnie – odpowiada matka donośnie. – Ona nie śpi.

– Chodziło mi o to, czy nie… no wiesz. Czy czegoś nie widziała.

– A tak. Boga.

Mijam matkę, wchodzę do kuchni, gdzie odrywam z kiści banana i zaczynam zdejmować z niego skórkę. – Tak. Mama wzrusza ramionami.

– To taki etap. Zobaczysz.

Odgryzam kawałek owocu, który zatrzymuje mi się w gardle.

– A jeśli nie, mamo? – Przełykam mocno. – Jeśli jej to nie minie? Moja matka łagodnie się uśmiecha.

– Doktor Keller znajdzie inny lek, który będzie skuteczny.

– Nie, nie o to mi chodzi. A jeśli… to jest prawda?

Matka przerywa wycieranie blatu.

– Mariah, o czym ty właściwie mówisz?

– To zdarzało się wcześniej. Były dzieci, które widziały… różne rzeczy. A katoliccy księża i papież czy ktoś tam potwierdzili autentyczność tych wizji.

– Faith nie jest katoliczką.

– Wiem. Wiem, że nigdy nie byliśmy religijni. Zastanawiam się jednak, czy w tej sprawie mamy jakiś wybór. – Biorę głęboki oddech. – Nie jestem przekonana, czy ty, ja i psychiatra to właściwe osoby do wydawania sądu w tej sprawie.

– A kto niby ma nią być? – pyta matka i zaraz przewraca oczami. – Mariah, chyba nie chcesz zaprowadzić jej do księdza.

– Dlaczego nie? To oni mają doświadczenie z wizjami.

– Będą chcieli dowodu. Posągu lejącego łzy albo paralitycznych tańców.

– To nieprawda. Czasami wystarczają im słowa dziecka.

Mama prycha zirytowana.

– A od kiedy to stałaś się taką znawczynią gojów?

– To nie dotyczy religii.

– Nie? A czego?

– Mojej córki – mówię przez ściśnięte gardło. Oczy wypełniają mi się łzami. – Ona jest inna, mamo. Ma w sobie coś, o czym ludzie zaczną mówić i co zaczną wytykać. To nie znamię, które mogę ukryć pod golfem i udawać, że nie istnieje.

– A jaka korzyść wyniknie z rozmowy z księdzem?

Nie wiem. Nie mam pojęcia, na co liczę – jakiś rodzaj egzorcyzmów? Oczyszczenia? Nagle wyraźnie sobie przypominam, jak wiele lat temu stałam na rogu ulicy, czekając na zielone światło, i byłam przekonana, że wszyscy dostrzegają blizny pod moimi rękawami. Że wszyscy wiedzą, że jestem nieznacznie, ale nieodwołalnie od nich inna. Nie chcę tego dla mojej córki.

– Pragnę tylko, żeby Faith znowu była normalna – mówię.

Matka przygląda mi się uważnie.

– Dobrze. Zrobisz, co musisz zrobić. Może jednak nie powinnaś zaczynać od kościoła. – Grzebie w swoim starym, wypełnionym po brzegi wizytowniku i wyjmuje wizytówkę. Jest pożółkła, z oślimi uszami, bo albo często jej używano, albo nazbyt długo leżała zapomniana. – To nazwisko rabina z naszego miasta. Chcesz czy nie, ale twoja córka jest Żydówką.

Rabin Marvin Weissman.

– Nie wiedziałam, że chodzisz do synagogi.

– Nie chodzę. – Matka wzrusza ramionami. – Kiedyś od kogoś ją dostałam.

Chowam wizytówkę do kieszeni.

– Zgoda, najpierw zadzwonię do niego. Co nie znaczy, że mi uwierzy. W żadnej z książek, które dzisiaj czytałam, nie znalazłam ani jednego Żyda mającego wizje religijne.

Mama pociera kciukiem krawędź blatu.

– I co nam to mówi?

Mimo że wiele razy mijałam synagogę w Nowym Kanaanie, nigdy nie weszłam do środka. Jest tu mroczno, w powietrzu unosi się zapach stęchlizny. Długie, wąskie witraże dzielą ściany w równych odstępach, biuletyn szkółki hebrajskiej wesoło zdobią nazwiska uczniów. Faith drży i przysuwa się ku mnie.

– Nie podoba mi się tutaj. Jest strasznie.

W duchu zgadzam się z nią, na głos jednak mówię, ściskając jej rączkę:

– Nie jest strasznie. Popatrz, jakie okna są ładne.

Faith przygląda się witrażom, po czym przenosi wzrok na mnie.

– I tak jest strasznie.

W korytarzu rozlegają się kroki. Do przedsionka wchodzą kobieta i mężczyzna, wciąż się kłócąc.

– Nie potrafisz powiedzieć nic miłego? – krzyczy kobieta. – A może wychodzisz ze skóry, żeby zrobić ze mnie idiotkę?

– Wyglądam na takiego, co próbuje cię zdenerwować? – grzmi mężczyzna. – No, wyglądam?

Nieświadomi obecności mojej i Faith, gwałtownie zdejmują płaszcze z wieszaków. Faith nie potrafi oderwać wzroku od tej pary.

– Przestań – szepczę. – Niegrzecznie tak się gapić.

Ona jednak wciąż im się przygląda, oczy ma szeroko otwarte i dziwnie nieprzytomne, jakby była w transie. Zadaję sobie pytanie, czy pamięta Colina i mnie, czy kłótnie, które staraliśmy się ukryć za zamkniętymi drzwiami sypialni, jakoś do niej docierały. Para wychodzi za drzwi, połączona wręcz namacalnie gniewem, jakby trzymali kurczowo dłonie swojego jedynego dziecka.

Nagle pojawia się rabin Weissman, ubrany w kraciastą koszulę i dżinsy. Nie jest wcale starszy ode mnie.

– Pani White, Faith, przepraszam za spóźnienie. Byłem wcześniej umówiony.

Rozgniewana para. Czyżby przyszli po poradę? Czy tak postępują inni ludzie, kiedy ich małżeństwa zaczynają się rozpadać? Nic nie mówię i rabin uśmiecha się tajemniczo.

– Coś się stało?

– Nie. – Kręcę głową. Trafił w sedno. – Tylko że zawsze jakoś spodziewam się długiej siwej brody u rabina.

Klepie się po wygolonych gładko policzkach.

– Ach, naoglądała się pani „Skrzypka na dachu”. Trzeba brać, co dają. – Wsuwa landrynkę w dłoń Faith i mruga porozumiewawczo. – Może wejdziemy do świątyni?

Do świątyni. Tak, bardzo proszę.

Główna sala synagogi ma wysokie słupy i żłobkowany sufit, ustawione w staranne rzędy ławki, przypominające zęby, i bimę pokrytą niebieskim aksamitem. Rabin wyjmuje z kieszeni koszuli pudełko kredek i podaje je Faith razem z kilkoma kartkami papieru.

– Chcę coś pokazać twojej mamie. Nie masz nic przeciwko temu?

Faith kręci głową, już wyjmując kredki. Rabin prowadzi mnie na koniec sali, skąd widzimy Faith, ale ona nas nie słyszy.

– Więc pani córka rozmawia z Bogiem.

Rumienię się na tak otwarte postawienie sprawy.

– Tak mi się wydaje.

– I z jakiego powodu chciała pani się ze mną zobaczyć? Czyż to nie oczywiste?

– Cóż, dawniej byłam Żydówką. To znaczy tak mnie wychowano.

– A potem zmieniła pani wiarę.

– Nie. Raczej odeszłam od wiary, a potem wyszłam za członka Kościoła episkopalnego.

– Wciąż jest pani Żydówką – mówi rabin. – Może pani być agnostyczką, niepraktykującą, ale nadal Żydówką. To jak przynależność do rodziny. Trzeba solidnie narozrabiać, żeby nas wyrzucono.

– Moja matka mówi, że Faith także jest Żydówką. Formalnie rzecz biorąc. Dlatego tu jestem.

– A Faith rozmawia z Bogiem.

Kiwam głową, choć bardzo nieznacznie.

– Wielka sprawa, pani White – mówi rabin.

– Wielka sprawa?

– Mnóstwo Żydów rozmawia z Bogiem. Judaizm zakłada bezpośredni związek z Nim. Kwestia nie polega na tym, czy Faith rozmawia z Bogiem… ale raczej czy Bóg rozmawia z nią.

Wspominam cytat z Księgi Rodzaju, który Faith śpiewała, jakby to była dziecięca piosenka. Opowiadam o moim utopionym kotku, o którym nikt poza mną nie wiedział. Kiedy kończę, rabin Weissman pyta:

– Czy Bóg przekazał pani córce jakąś wiadomość? Sugestie dotyczące wykorzenienia zła ze świata?

– Nie, nic takiego nie przekazała. Rabin nieruchomieje.

– Ona? – pyta zdziwiony.

– Tak mówi Faith.

– Chciałbym z nią porozmawiać.

Pół godziny po tym, jak zostawiłam ich oboje w świątyni, rabin przyłącza się do mnie w progu synagogi.

– Majmonides – mówi, jakbyśmy byli w środku rozmowy – próbował wyjaśnić „oblicze” Boga. To nie jest prawdziwa twarz, bo wówczas Bóg w gruncie rzeczy byłby równy człowiekowi. Chodzi o obecność, świadomość, że Bóg przy nas jest. Tak jak Bóg stworzył nas na swój obraz i podobieństwo, tak my tworzymy Jego na własny obraz i podobieństwo, bo to ma dla nas sens. Według księgi Midrasz, w kilku przypadkach Bóg się objawił, przyjmując cielesny kształt. W czasie przejścia przez Morze Czerwone przybrał postać młodego wojownika i bohatera. Na górze Synaj pojawił się jako stary sędzia. Dlaczego Bóg wyglądał jak sędzia na górze Synaj, a nie nad Morzem Czerwonym? Ponieważ nad Morzem Czerwonym ludziom potrzebny był bohater. Starzec nie pasował do tej sytuacji. – Rabin zwraca na mnie wzrok. – Ale oczywiście pani to wszystko wie.

– Nie. Nigdy wcześniej o tym nie słyszałam.

– Naprawdę? – Rabin Weissman uważnie mi się przygląda. – Poprosiłem Faith, by narysowała portret Boga, którego widzi.

Podaje mi kartkę papieru. Nie spodziewam się niczego nadzwyczajnego, w końcu już wcześniej widziałam, jak Faith rysuje swoją wyimaginowaną przyjaciółkę. Ale ten rysunek jest inny. Kobieta w bieli siedzi na krześle, trzymając w objęciach dziesięcioro niemowląt, niemowląt, które są czarne, białe, czerwone i żółte. A choć kreska jest niewprawna, twarz tej matki przypomina moją twarz.

– Chce pan powiedzieć, że zdaniem Faith, Bóg wygląda jak ja? – pytam wreszcie.

Rabin Weissman wzrusza ramionami.

– Ja nic nie mówię. Ale inni może będą mówili.

Doktor Grady De Vries, ekspert od dziecięcej schizofrenii, w swym modnym włoskim garniturze, ze starannie uczesanymi włosami i nienagannymi manierami, nie wygląda na człowieka, który prawie trzy godziny spędzi na podłodze, bawiąc się z Faith łysą Barbie. A jednak przez weneckie lustro obserwuję, jak to robi. Po jakimś czasie oboje z doktor Keller wchodzą do gabinetu.

– Pani White – mówi doktor Keller – doktor De Vries chciałby z panią porozmawiać.

Lekarz siada naprzeciwko mnie.

– Mam zacząć od dobrej czy złej nowiny?

– Od dobrej.

– Odstawiamy risperdal. Faith nie jest psychotyczką. Przez ponad dwadzieścia lat badam psychozy u dzieci. Opublikowałem wiele książek i artykułów na ten temat, jestem biegłym sądowym z tej dziedziny, więcej chyba nie muszę dodawać. Faith pod każdym względem prócz jednego jest psychicznie zdrową i dość zadowoloną z życia siedmiolatką.

– A zła nowina?

Doktor De Vries pociera oczy kciukiem i palcem wskazującym.

– Faith słyszy coś i z kimś rozmawia. Jest w tym za dużo szczegółów faktograficznych, nieodpowiednich do jej wieku i sytuacji, by uznać całą rzecz za wytwór jej wyobraźni. Ale powodem nie jest choroba fizyczna, nic też nie wskazuje na chorobę psychiczną. – Spogląda na koleżankę. – Jeśli pani pozwoli, zwrócę się do doktor Keller z prośbą, by przedstawiła ten przypadek na odbywającym się w przyszłym tygodniu sympozjum psychiatrycznym. Być może inni psychiatrzy będą mogli nam pomóc.

Przez lustro weneckie widzę, jak Faith podrzuca figurkę Sky Dancer. Kiedy lalka trafia w jarzeniówkę, Faith wybucha śmiechem i próbuje to powtórzyć.

– Sama nie wiem… Nie chcę, by stała się widowiskiem.

– Nie będzie obecna na sympozjum, pani White. A przypadek przedstawiony zostanie anonimowo.

– Jeśli to zrobicie, odkryjecie, na czym polega problem?

Psychiatrzy wymieniają spojrzenia.

– Mamy taką nadzieję, pani White – mówi De Vries. – Ale to może być coś, czego nie będziemy mogli wyleczyć.

Rozdział czwarty

Więcej jest wiary w szczerym wątpieniu

Niźli we wszystkich religiach gminu *.

Alfred Tennyson

27 września 1999

Kiedy redaktor wysyła Allena McManusa na sympozjum psychiatrów, ten spodziewa się sześciu dodatkowych godzin snu. Od czasu do czasu w hotelu Boston Harbor zbiera się tylu uczonych doktorów, że fakt ten zasługuje na wzmiankę w „The Boston Globe”. Nieważne, że Allen McManus zasadniczo zajmuje się pisaniem nekrologów – wysyłają właśnie jego. Najwyraźniej redaktor naczelny widzi związek: większość z tych przeklętych konferencji może zanudzić człowieka na śmierć.

Allen siedzi rozparty w ostatnim rzędzie. Zanotował już nazwiska uczestników; myśli, że to wystarczy na dwie linijki druku, na które zasługują. Gotów jest przykryć twarz kapeluszem i zapaść w drzemkę, kiedy miejsce na podium zajmuje atrakcyjna kobieta. W Allenie budzi się ciekawość. W końcu pomimo wykonywanego fachu jeszcze nie umarł. Większość mówców na tego rodzaju konferencjach to stare pryki, przypominają mu na zmianę ojca i księży z dzieciństwa spędzonego na Południu, którzy bili go po łapach, kiedy jako ministrant nie całkiem spełniał oczekiwania. Poprawia się na siedzeniu, po raz pierwszy tego dnia zainteresowany miejscem, w którym przebywa.

Kobieta jest szczupła, ma delikatne kości, obcięte prosto włosy, założone za uszy.

– Dzień dobry, jestem doktor Mary Keller.

Allen obserwuje, jak kobieta spuszcza wzrok na notatki, waha się.

– Panie i panowie – mówi – ze względu na nietypowy temat, który mam zamiar państwu przedstawić, nie odczytam przygotowanego wcześniej artykułu. Zamiast tego opowiem o dwóch przypadkach. Pierwszy to moja aktualna pacjentka, siedmiolatka, którą matka przyprowadziła na leczenie. Pacjentka stworzyła sobie wyimaginowaną przyjaciółkę, którą nazywa Bogiem. Przypadek drugi miał miejsce ponad trzydzieści lat temu. – Doktor Keller opowiada o dziewczynce ze szkółki parafialnej, którą za karę zmuszano do długotrwałego klęczenia. Mówi o dniu, kiedy pięciolatka poczuła, jak coś się koło niej porusza, coś ciepłego i dużego, choć kiedy się odwróciła, nikogo nie było.

– Pytanie, które wam dzisiaj zadaję – ciągnie doktor Keller – brzmi następująco: Jeśli nie istnieją fizyczne uwarunkowania urojeń, jeśli nie istnieje schemat umożliwiający zakwalifikowanie określonych zachowań jako choroby psychicznej, jaka diagnoza nam pozostaje?

Allen widzi, że lekarze w rzędzie przed nim nieznacznie poprawiają się na siedzeniach. Cholera jasna, myśli, odgadując, dokąd zmierza doktor Keller. Ta kobieta popełnia zawodowe samobójstwo.

– Jeśli wykluczymy chorobę psychiczną i fizyczną, to czy w kompetencjach psychiatry pozostaje uwiarygodnienie takich zachowań? Uznanie, że urojenie w istocie jest wizją? – Doktor Keller wolno przesuwa wzrokiem po sparaliżowanej z niedowierzania widowni. – Zadaję wam to pytanie, ponieważ wiem z całą pewnością, że przynajmniej jedna, jeżeli nie obie pacjentki, mówi prawdę. Wiem to, bo ta dziewczynka klęcząca w kaplicy i czująca coś… coś, czego nie da się opisać… to byłam ja. I dlatego, że kiedy trzydzieści lat później w moim gabinecie pojawiła się mała pacjentka, znowu to poczułam.

Allen McManus z wysiłkiem odrywa wzrok od doktor Keller, wymyka się z sali i dzwoni do swojego wydawcy.

Colin obserwuje Jessicę, która w sali odlotów po raz setny sprawdza bilety. W eleganckim kostiumie i z laptopem w walizeczce wygląda jak kobieta w podróży służbowej – właściwie wygląda jak sam Colin. Patrząc na nią, nikt by się nie domyślił, że na zakończenie dziesięciodniowej konferencji w Las Vegas planuje ślub w kaplicy dla zmotoryzowanych oraz tygodniowy miesiąc miodowy w kasynach.

– Jesteś podniecony? – mruczy Jessica, przytulając się do niego. – Bo ja tak.

– Ja… uch… muszę na chwilę… – Colin uśmiecha się do niej i rusza w kierunku męskiej toalety. Sam nie wie, co właściwie czuje na myśl o ślubie w Las Vegas. Udzielony przez byle sędziego pokoju, z sobowtórem Elvisa śpiewającego serenadę i bukietami po pięć dolarów sztuka, bez dwóch zdań będzie zasadniczo odmienny od ślubu z Mariah.

To był pomysł Jessiki. I tak jechali do Vegas na konferencję.

– A poza tym – roześmiała się, gładząc brzuch – pomyśl, jakie historie będziemy mieli mu do opowiedzenia.

Colin zastanawia się teraz, czy jego małżeństwo z Mariah mogłoby przetrwać, gdyby poślubił ją w kaplicy Księżycowej Poświaty w Vegas, a nie u Świętego Tomasza w Wirginii z większą pompą niż na królewskim ślubie. Gdyby był chętny do odtańczenia… jakże się to nazywa… a tak, hory, albo zmiażdżenia obcasem kieliszka, gdyby tylko z góry nie założył, że jego sposób jest jedynym właściwym, może różnice między nimi nie stałyby się tak wyraźne. Ponieważ jednak było inaczej, Colin wini siebie za to, co przytrafiło się jego byłej żonie. Tak usilnie żądał, by dopasowała się do jego życzeń, że w rezultacie się złamała.

Zamiast wejść do toalety, siada w wąskiej budce telefonicznej i dzwoni do swojego dawnego domu.

– Mariah – mówi, kiedy była żona odbiera. Następuje krótka przerwa.

– Colin.

Chociaż on stara się tego nie słyszeć, w jej głosie brzmi nuta radości. Jak zawsze czuje się niezręcznie. Kto przy zdrowych zmysłach chce być zbawcą drugiej osoby?

Colin przyciska czoło do metalowej ścianki i stara się odnaleźć słowa, które musi wypowiedzieć, ale zamiast tego pyta:

– Jak plecy Faith?

– O wiele lepiej. Już nosi bluzki.

– To dobrze.

W ciszy, która zapada, Colin nagle przypomina sobie, jak źle Mariah reagowała na pauzy w ich rozmowach. Natychmiast zaczynała paplać o niczym, wolała to, niż czekać, aż cisza dobiegnie końca. Teraz wszakże nic nie mówi, jakby próbowała utrzymać w sekrecie tyle samo co Colin.

– U ciebie wszystko w porządku? – pyta wreszcie Mariah.

– Tak. Jadę do Vegas na konferencję.

– Och – mruczy cicho, a Colin wie, że przez to jedno słówko chciała powiedzieć: „Jak to możliwe, że twoje życie toczy się dalej?”. – W takim razie pewnie chciałbyś porozmawiać z Faith?

– Czy to… czy mógłbym?

– Jesteś jej ojcem, Colin. Naturalnie że możesz.

W słuchawce coś trzeszczy i nim Colin ma czas otworzyć usta, odzywa się Faith.

– Cześć, tatusiu.

– Cześć, pierniczku. – Colin owija metalowy sznur wokół ramienia. – Chciałem ci powiedzieć, że wyjeżdżam na kilka tygodni.

– Ciebie nigdy tu nie ma.

Colina uderza prawda zawarta w tych słowach. Przy podróżach, których wymaga od niego praca, jego wspomnienia o Faith – a przypuszczalnie także jej o nim – pełne są pożegnań i powrotów.

– Ale zawsze za tobą tęsknię.

– Ja też za tobą tęsknię. – Faith kicha i oddaje słuchawkę matce.

– Przepraszam – mówi Mariah. – Ostatnio jest trochę nieprzewidywalna.

– To zrozumiałe.

– Jasne.

– To tylko dziecko.

– Wiem. Jestem przekonana, że cieszy się z twojego telefonu.

Colin dziwi się, jak obco oboje brzmią: dawniej słowa żony zalewały go niczym fale plażę, nieustanna paplanina o bonach z pralni, szkolnych zebraniach i obniżkach cen w sklepie spożywczym, której w gruncie rzeczy nigdy nie słuchał, nigdy nie zauważał, dopóki nie ucichła, i dopiero wówczas przekonał się, że tkwi po szyję w ruchomych piaskach swojego małżeństwa. Zastanawia się, jak to możliwe, by w okamgnieniu przejść od słów tak bezmyślnie rzucanych jak drobne do kieszeni do sytuacji, gdy najbardziej nawet obojętna rozmowa wyczerpuje cię do cna.

– Więc… to wszystko? – Mariah waha się przez ułamek sekundy, nim dodaje: – Czy chciałeś ze mną o czymś porozmawiać?

Jest tyle rzeczy do omówienia: ślub, jak Mariah sobie radzi, jak dziwne wydaje się to, że choć dzieli ich wiele mil, on ma wrażenie, jakby zerkał przez wysoki mur.

– To wszystko – odpowiada Colin.

29 września 1999

Ian płaci trzem osobom wyłącznie za czytanie gazet z większych miast Stanów Zjednoczonych i Europy. Codziennie o ósmej rano asystenci powinni stawić się u niego z relacjami o co najmniej dwóch wątpliwych mistycznych przypadkach. Jego tournee z kampanią na rzecz antyodnowy trwa już dwa tygodnie; siedzą rano w ciasnej przyczepie.

– Dobra – zwraca się Ian do Davida, najmłodszego z podwładnych – co wygrzebałeś?

– Dwugłowa kura i siedemdziesięciopięcioletnia kobieta, która urodziła dziecko.

– Daj spokój – parska drwiąco Yvonne. – Chodzi o tę kobietę z Florydy.

Na Ianie historia też nie robi większego wrażenia.

– A ty masz coś lepszego?

– Kręgi w zbożu w Iowa.

– Nie chcę się w to mieszać. Wiara w Boga i wiara w kosmitów to dwie zupełnie różne sprawy. Wando?

– Na dnie studni w Montanie pojawiło się dziwne źródło światła.

– Wygląda na odpady radioaktywne. Coś jeszcze?

– Prawdę mówiąc, tak. W Bostonie doszło do niejakiego poruszenia na sympozjum psychiatrycznym.

Ian uśmiecha się.

– O co chodziło?

– Jedna z lekarek wygłosiła tezę, że jeśli urojenia nie da się obalić, to może jest prawdziwe.

– Oto psychiatra w sam raz dla mnie. A o jakie urojenie dokładnie chodzi?

– Lekarka ma małą pacjentkę, która twierdzi, że objawia jej się Bóg.

– Naprawdę? – pyta Ian z ożywieniem. – Co to za dziewczynka?

– Nie wiem. Psychiatrzy nie podają nazwisk osób na takich sympozjach. Mówią o nich jako o „pacjentach”. – Wanda wsuwa dłoń do kieszeni dżinsów. – Ale mam nazwisko lekarki – oznajmia, podając Ianowi kartkę.

– Pani Mary Margaret Keller – czyta Ian. – Nie jest w stanie obalić urojenia, tak? Pewnie tę dziewczynkę badało już z pięćdziesięciu jej kolegów po fachu. Teraz potrzebuje kogoś takiego jak ja.

Rozlega się pukanie do drzwi i rabin Weissman unosi głowę znad książek. Z jękiem uświadamia sobie, że jest dziesiąta. Pora na kolejną sesję z Rothmanami.

Przez ułamek sekundy myśli, czy nie udać, że go nie ma. Najbardziej ze wszystkiego nie znosi słuchania, jak Rothmanowie obrzucają się obelgami z taką jadowitą mocą, że rabin boi się, iż sam oberwie w tym krzyżowym ogniu. Rozumie rolę rabina, którego obowiązkiem jest pomoc członkom kongregacji, ale to? Terapia małżeńska? Rabin kręci głową. To raczej ćwiczenia w strzelaniu do celu.

Westchnąwszy, rabin Weissman uśmiecha się i otwiera drzwi gabinetu. Zdumiony i zbity z tropu patrzy, jak Eve i Herb Rothmanowie całują się w korytarzu.

Odsuwają się od siebie, z zakłopotaniem przepraszając. Rabin z niedowierzaniem patrzy, jak Rothmanowie przyciągają ku sobie fotele i dopiero wtedy siadają. Przecież to nie może być ten sam mężczyzna, który w zeszłym tygodniu nazwał żonę podstępną krową, zamierzającą go oskubać z ciężko zarobionych pieniędzy. To nie może być ta sama kobieta, która w zeszłym tygodniu oznajmiła, że jeśli następnym razem mąż wróci do domu, śmierdząc jak cały harem, ona w środku nocy odetnie mu bajcym.

– No więc?… – Rabin pytająco unosi brew. Palce Eve mocniej splatają się z palcami męża.

– Ach – mówi nieśmiało – czy to nie cudowne?

– Bardziej niż cudowne – entuzjazmuje się Herb. – Nie chodzi o to, że cię nie kochamy, rabbi, ale twoje rady nie będą nam już potrzebne.

Rabin Weissman uśmiecha się.

– Taki rodzaj odrzucenia lubię najbardziej. Ale powiedzcie, co spowodowało tę zmianę?

– Trudno powiedzieć – waha się Eve. – Po prostu zaczęłam inaczej czuć.

– Ja też – dodaje Herb.

O ile rabina nie myli pamięć, w czasie ostatniego spotkania musiał rozdzielić tych dwoje, rzucających się na siebie niczym bokserzy w ringu, żeby nie zrobili sobie krzywdy. Rothmanowie chwilę rozmawiają, po czym życzą rabinowi wszystkiego najlepszego i wychodzą z gabinetu. Rabin Weissman odprowadza ich wzrokiem, kręcąc głową. Doprawdy, to dzieło Boga. Nawet On pewnie stawiałby na to, że inaczej małżeństwa Rothmanów nie da się uratować.

Rabin wie, że powodem nie mogły być żadne jego słowa – przecież pamiętałby wyraźnie, gdyby w tej sprawie doszło do przełomu. Zanotowałby to na żółtej przylepnej karteczce albo w swoim kalendarzu, tymczasem w terminarzu nic nie ma.

Nic poza porą spotkania z Rothmanami oraz zapisanym poniżej, przy godzinie jedenastej, nazwisku małej Faith White.

Faith budzi się w środku nocy i zwija dłonie w pięści. Cicho jęczy, bo bardzo ją bolą, tak samo jak w najmroźniejszy dzień zeszłej zimy, gdy sprowokowana przez Betsy Corcoran chwyciła słup i skóra prawie przymarzła jej do metalu. Faith przewraca się na bok i wsuwa dłonie pod poduszkę, gdzie pościel wciąż jest chłodna.

Ale to też nie pomaga. Faith wierci się i rozważa, czy wstać i pójść się wysiusiać, skoro i tak nie śpi, czy raczej czekać, aż dłonie przestaną ją boleć. Nie chce na razie iść do mamy. Kiedyś wstała w środku nocy, bo stopy miała jak arbuzy i całe ścierpnięte, ale mama jej powiedziała, że to tylko mrowienie, i kazała wrócić do łóżka. Faith sprawdziła: na podłodze wcale nie było żadnych mrówek, żadna też nie przykleiła się jej do stopy.

Dziewczynka znowu przekręca się na bok i widzi swoją opiekunkę, siedzącą na krawędzi łóżka.

– Ręce mnie bolą – jęczy i wyciąga dłonie przed siebie. Opiekunka nachyla się, by popatrzeć.

– Już niedługo przestaną cię boleć – obiecuje.

Faith czuje się lepiej. Tak jak po tych malutkich tabletkach, które mama jej daje, kiedy jest chora i rozpalona. Faith patrzy, jak opiekunka unosi wpierw jej lewą, potem prawą dłoń i całuje w sam środek. Usta ma tak ciepłe, że Faith podskakuje i próbuje cofnąć ręce. Widzi, że pocałunki opiekunki pozostawiły czerwone kręgi. Myśląc, że to szminka, Faith próbuje zetrzeć je kciukiem, ale nie chcą zejść.

Opiekunka starannie zamyka palce Faith w piąstki. Faith śmieje się; podoba jej się pomysł zatrzymania w dłoni pocałunków.

– Widzisz, jak cię kocham – mówi opiekunka i Faith zasypia uśmiechnięta.

30 września 1999

Byłoby miło, gdyby Ian mógł powiedzieć, że szósty zmysł do odkrywania oszustw doprowadził go wprost do Faith White, ale to nie jest prawda. Jak wszyscy mistrzowie planowania, dobrze wie, że najlepszym sposobem na zdobywanie informacji jest wtykanie nosa w każde drzwi. Kiedy więc doktor Keller odrzuca propozycję spotkania, Ian wprowadza w życie plan B.

Pół godziny zabiera znalezienie magazynu w miejscowym szpitalu. Dziesięć minut trwa przekazanie Yvonne najważniejszych informacji, później dziewczyna, ubrana w czysty pielęgniarski uniform, znika za szklanymi drzwiami.

Wraca kwadrans później, twarz jej promienieje.

– Poszłam prosto do pielęgniarki w gabinecie rezonansu magnetycznego i powiedziałam jej, że doktor Keller nie dostała jeszcze wyników badania siedmioletniej pacjentki. A pielęgniarka mówi na to: „Och, Faith White?”, sprawdza w komputerze i odpowiada, że wyniki wysłano tydzień temu. Faith White – powtarza Yvonne. – Tak po prostu.

Ian już zrobił następny krok. Otwiera książkę telefoniczną, po czym wyjmuje telefon komórkowy i dzwoni do pierwszej osoby z długiej listy White'ów.

– Witam. Szukam matki Faith White. Och, bardzo przepraszam.

Dwie następne próby też okazują się porażką. Wreszcie trafia na automatyczną sekretarkę.

– Tu dom Colina, Mariah i Faith. Proszę zostawić wiadomość, Ian zakreśla adres i spogląda na swoich podwładnych.

– Bingo.

Niełatwo poruszać się po Nowym Kanaanie. Z wyjątkiem Main Street, która na obu końcach łączy się z solidniejszą i bardziej użyteczną trasą numer 4, niewiele tu znaków charakterystycznych. Szkoła, posterunek policji, salon fryzjerski, kancelaria adwokacka i Donut King to wartownicy, dzięki którym wiesz, że przejeżdżasz przez Nowy Kanaan. Jeśli jednak nie znasz wąskich dróżek, przecinających pola kukurydziane, albo krętych ścieżek, wijących się po Bear Mountain, nie wiesz nawet, że omijasz zabudowania gospodarcze i stare farmy, w których mieszka ludność Nowego Kanaanu.

Członkowie Zakonu Wielkiej Pasji roją się wokół Donut Kinga. Zmęczeni i zirytowani po wędrówce z Sedony, sprawiają wrażenie, że bardziej im zależy na znalezieniu najbliższej toalety niż nowego Mesjasza – a przecież to sprowadziło ich do Nowego Kanaanu. Brat Heywood, ich przywódca, przechodzi na drugą stronę Main Street, szukając parceli należącej do farmy Holsteina. Nowy Kanaan, myśli. Kraina mlekiem i miodem płynąca. Ale prawdę mówiąc, nie ma pojęcia, czy przywiódł swoją trzódkę we właściwe miejsce. Mesjasz równie dobrze może przebywać w Nowej Anglii, Nowym Jorku, Nowym Brunswicku. Wyjmuje z kieszeni runy i rzuca na ziemię. Pocierając jeden z rzeźbionych kamieni kciukiem, omal się nie dusi w chmurze kurzu i żwiru.

Kiedy zza zakrętu z nadmierną prędkością wyjeżdża samochód kempingowy, brat Heywood cofa się gwałtownie i przewraca. Wstaje, przysłania oczy i próbuje odczytać numer rejestracyjny – co nie znaczy, że ma zamiar zgłosić na policję nieuważnego kierowcę, przed kilku laty bowiem przyjął filozofię nieinterwencjonizmu, ale trudno się wyzbyć dawnych nawyków. Zaraz jednak jego wzrok przyciąga nie niebieska tablica rejestracyjna, lecz jaskrawa kula ognia, wymalowana na tylnych drzwiach.

Brat Heywood chowa runy do kieszeni kaftana i z drugiej kieszeni pośpiesznie wyjmuje składaną lornetkę.

LAN FLETCHER, czyta. POSZUKIWANIE PRAWDY.

Ha, człowiek musiałby mieszkać w ziemiance, żeby nie znać nazwiska Iana Fletchera. Jego twarz widnieje na billboardzie na obrzeżach Sedony, jego program przedstawia królestwo, które nadejdzie. W gruncie rzeczy Heywood widzi siebie w roli teleateisty – gotów jest przeciwstawić się systemowi i znosić publiczne ośmieszenie w imię religii. Jedyna różnica polega na tym, że brat Heywood spodziewa się zupełnie innego zakończenia niż Ian Fletcher.

Tak czy owak, wie, w jaki sposób Fletcher zarabia na życie, i słyszał o antyewangelicznym tournee po kraju. Do głowy przychodzi mu tylko jeden powód, dla którego Fletcher mógł przyjechać do Nowego Kanaanu w New Hampshire, a to oznacza, że Zakon nie odbył swojej wycieczki dla przyjemności. Upewniwszy się, że nikt nie patrzy, brat Heywood przykłada lornetkę do oczu i w myślach kreśli mapę do odległego białego domu, przy którym karawan w końcu się zatrzymuje.

W czwartek Mariah przez cały poranek ogląda na wideo film „Tajemnica klasztoru Marii Magdaleny” i późno wyjeżdża na zakupy. Kiedy parkuje przed szkołą, żeby odebrać Faith, bagażnik ma wyładowany żywnością. Rozlega się dzwonek i Mariah zajmuje zwykłą pozycję pod wielkim klonem koło huśtawek dla pierwszej klasy, ale Faith nie wychodzi. Mariah czeka, aż ostatnie dziecko wybiegnie ze szkoły, po czym idzie do sekretariatu.

Faith kuli się na fioletowej sofie koło biurka sekretarki. Płacze, legginsy ma podarte na kolanach, kosmyki włosów wysunęły się z warkoczy i przykleiły do wilgotnych policzków. Naciąga rękawy, kryjąc w nich zwinięte w piąstki dłonie. Ociera nos przedramieniem.

– Mamusiu, mogę już nie chodzić do szkoły?

Mariah czuje, jak serce jej się ściska.

– Przecież uwielbiasz szkołę – mówi, klękając koło córki, by ją pocieszyć, a zarazem zasłonić przed wzrokiem wyraźnie zaciekawionej sekretarki. – Co się stało?

– Wyśmiewają się ze mnie. Mówią, że jestem wariatka.

„Wariatka”. Przepełniona słusznym gniewem Mariah obejmuje córkę.

– A dlaczego mieliby tak mówić?

Faith kuli ramiona.

– Bo słyszeli, jak mówię do… niej.

Mariah zamyka oczy i w duchu błaga – kogo? – by szybko to rozwiązał. Stawia Faith na nogi i trzymając za zasłoniętą rękawem dłoń, wyprowadza z sekretariatu.

– Wiesz co? Może jutro nie pójdziesz do szkoły. Możemy cały dzień spędzić we dwie.

Faith unosi buzię ku matce.

– Naprawdę?

Mariah potakuje.

– Czasami z babcią urządzałyśmy sobie takie specjalne wakacje.

Szczęki jej się zaciskają, kiedy przypomina sobie, jak matka to nazywała: dzień zdrowia psychicznego.

Jadą krętymi uliczkami Nowego Kanaanu. Faith powoli, we fragmentach, zaczyna opowiadać o wydarzeniach w szkole. Przy skręcie na podjazd Mariah otwiera okno samochodu i zabiera pocztę, obrzucając wzrokiem zaparkowane wzdłuż ulicy samochody. Turyści albo obserwatorzy ptaków, którzy stąd ruszają na pola. Często się ich tu widuje. Mariah jedzie dalej. Widzi tłum otaczający dom.

Są tam furgonetki i samochody osobowe. Na litość boską! Jest nawet wielki, wymalowany samochód kempingowy.

– Ojej! – Faith wstrzymuje oddech. – Co się dzieje?

– Nie mam pojęcia – odpowiada Mariah nerwowo. Wyłącza silnik i wysiada z samochodu prosto w niemal dwudziestoosobową grupę ludzi. Momentalnie błyskają flesze, pytania śmigają niczym oszczepy.

– Czy pani córka jest w samochodzie?

– Czy Bóg jest z nią?

– Czy pani też widzi Boga?

Kiedy Faith otwiera drzwi, pytania ustają. Mariah patrzy, jak córka wysiada i przystaje zdezorientowana na wysypanej łupkiem dróżce, prowadzącej do domu. Wzdłuż niej stoi kilkanaścioro mężczyzn i kobiet w kaftanach. Wszyscy pochylają głowy, kiedy Faith patrzy w ich kierunku. Nieco dalej za nimi jakiś mężczyzna pali cienkiego papierosa. Jego twarz wydaje się Mariah znajoma. Uświadamia sobie, że widziała go w telewizji: Ian Fletcher we własnej osobie opiera się o jej dziką jabłoń.

I nagle Mariah dokładnie wie, co tu się dzieje. Jakimś sposobem ludzie dowiedzieli się o Faith. Czując mdłości, obejmuje córkę ramieniem i prowadzi na ganek. Wciąga Faith do domu i zamyka drzwi na klucz.

– Skąd oni się tu wzięli? – Faith wygląda przez szybkę, ale matka szarpie ją w głąb korytarza, nim ludzie na dworze zdążyli dziewczynkę zobaczyć.

Mariah pociera skronie.

– Idź do swojego pokoju i odrób lekcje.

– Nie mam nic zadane.

– Więc coś sobie znajdź! – burczy Mariah. Idzie do kuchni i bierze telefon, czując łzy napływające do oczu. Musi zadzwonić na policję, ale najpierw wybiera inny numer. Kiedy matka się zgłasza, Marian zaczyna płakać.

– Przyjedź, proszę – mówi i rozłącza się.

Siedzi przy kuchennym blacie z palcami rozpostartymi na zimnych kafelkach. Liczy do dziesięciu. Myśli o mleku, brzoskwiniach i brokułach, które już zaczynają się psuć w bagażniku jej samochodu.

Ian Fletcher świetnie wykonuje swoją pracę. Jest bezwzględny, zmotywowany, skoncentrowany. Dlatego też kieruje wzrok na dziewczynkę, swój następny temat, kiedy ta wysiada z samochodu.

Ale jego uwagę zwraca kobieta obok Faith White. Wyraz przerażenia na jej twarzy, nieświadomy wdzięk, instynktowne objęcie córki – wszystko to przykuwa spojrzenie Iana. Jest drobna, ma delikatne kości i włosy koloru złota, które uczesane gładko, odsłaniają twarz bladą i bez makijażu, przypuszczalnie najśliczniejszą rzecz, jaką Ian widział od czasu, gdy oglądał wodospady w Ameryce Południowej. Nie jest klasyczną pięknością, nie jest doskonała, ale w pewnym sensie to czyni ją jeszcze bardziej interesującą, Ian potrząsa głową, by oczyścić głowę z tych myśli. Przecież umawia się z modelkami i gwiazdami filmowymi – nie powinien tracić głowy dla kobiety o twarzy anioła.

Anioła? Ta myśl jest zdradziecka, dziwaczna. To przez ten przeklęty karawan, dochodzi do wniosku Ian. Spędzanie nocy na gąbce zamiast na materacu w luksusowym hotelu pogarsza jego bezsenność do punktu, w którym nie potrafi jasno myśleć, do punktu, w którym ktokolwiek z parą chromosomów X staje się atrakcyjny.

Ian skupia się na Faith White, która idzie objęta ramieniem matki. Potem jednak popełnia błąd i unosi wzrok – i jego oczy spotykają spojrzenie Mariah White. Chłodne, zielone, rozgniewane. Niechaj bitwa się rozpocznie, myśli Ian, nie chcąc i nie potrafiąc oderwać od niej spojrzenia, dopóki ona stanowczym gestem nie zamyka drzwi.

– Nazwijcie jedną rzecz, inną niż istnienie Boga, którą przyjmujemy na ślepą wiarę – mówi Ian wyzywająco. Jego głos wznosi się jak wezwanie do wojny ponad małą grupką słuchaczy. Wieść o obecności Iana przyciągnęła gapiów, którzy dołączyli do dziennikarzy. – Nic takiego nie ma! Po prostu nic! Nawet to, że słońce codziennie wschodzi. Wiem, że tak będzie, ale mogę to naukowo udowodnić. – Opiera się o balustradę drewnianego podium, które pośpiesznie zbudowano koło karawanu z myślą o takich medialnych momentach jak ten. – Czy mogę udowodnić, że Bóg istnieje? Nie.

Kątem oka obserwuje ludzi szepczących do siebie, może nawet zastanawiających się, dlaczego właściwie chcieli zobaczyć czyniącą cuda Faith White.

– Wiecie, czym jest wiara, religia? – Patrzy znacząco na odzianych w szkarłat członków Zakonu Wielkiej Pasji, zbitych w gromadkę z pogardliwymi minami. – To kult. Kto daje ludziom religię? Rodzice robią nam pranie mózgu, kiedy mamy cztery, pięć lat i jesteśmy najbardziej chłonni na fantastyczne idee. Mówią nam, że musimy wierzyć w Boga, więc wierzymy. – Ian wskazuje dom White'ów. – I słowo małej dziewczynki, która, jak mógłbym dodać, jest akurat w odpowiednim wieku, żeby wierzyć też we wróżki, gobliny i wielkanocnego zajączka, wystarczy, żeby was przekonać? – Spogląda na tłum z wyrachowaniem. – Pytam was wszystkich: W co jeszcze wierzymy ślepą wiarą? – Uśmiecha się, gdy odpowiada mu głębokie milczenie. – Cóż, pozwólcie, że wam pomogę. Ostatnią rzeczą, w którą wierzyliście absolutnie i niewzruszenie, był… Święty Mikołaj. – Unosi brwi. – Nieważne, jak nieprawdopodobne się to wydawało, nieważne, ile mieliśmy dowodów, że jest przeciwnie, jako dzieci chcieliśmy wierzyć i wierzyliśmy. A choć porównanie zabrzmi brutalnie, całkiem podobnie jest z wiarą w Boga. Obaj zapewniają łaski w zależności od tego, czy byliśmy grzeczni, czy nie. Obaj działają, nie pokazując się ludziom. Obaj polegają w ogromnym stopniu na pomocy istot mitycznych, elfów w pierwszym przypadku, aniołów w drugim. – Ian świadomie patrzy w oczy jednemu z członków sekty, jednemu z dziennikarzy, jednej matce tulącej niemowlę. – Więc jak to się stało, że nikt z was obecnie nie wierzy w Świętego Mikołaja? Cóż, dojrzeliście i zrozumieliście, jak nieprawdopodobna jest cała ta historia. Święty Mikołaj z dziedziny faktów przeszedł do królestwa wspaniałych opowieści, takich, które warto przekazać dzieciom. W ten sam sposób rodzice, kiedy byliście mali, opowiadali wam o Bogu. – Przez chwilę się waha, pozwalając, by cisza zgęstniała. – Czy nie widzicie, że Bóg także jest mitem?

Millie Epstein trzaska gwałtownie drzwiami. Z tego, co widzi, piękny stary dom Mariah otoczony jest przez bandę szaleńców. Co najmniej dwadzieścia osób roi się na długim podjeździe, niektóre są nawet tak bezczelne, że depczą trawnik przed gankiem. Są wśród nich jacyś ludzie w dziwacznych czerwonych koszulach nocnych, kilkoro ciekawskich sąsiadów oraz ekipy z dwóch vanów z nazwami stacji telewizyjnych, wypisanymi na drzwiach. Millie odpycha ich wszystkich i dociera na ganek, gdzie stoi komendant policji.

– Thomas – mówi – co to za cyrk?

Komendant wzrusza ramionami.

– Sam dopiero co przyjechałem, pani Epstein. Z tego, co wiem od dziennikarzy, jedni twierdzą, że pani wnuczka jest Jezusem czy czymś w tym rodzaju. A ten facet z kolei mówi, że Faith nie tylko nie jest Jezusem, ale że Jezus wcale nie istnieje.

– Możemy ich przepędzić z trawnika Mariah?

– Już miałem to zrobić – przyznaje komendant. – Oczywiście nie mogę im zabronić przebywania na ulicy. To droga publiczna.

Millie przygląda się tłumowi.

– Możemy porozmawiać z Faith? – krzyczy jeden z dziennikarzy. – Niech pani ją wyprowadzi!

– Tak!

– I matkę też!

Głosy wznoszą się, przerażona Millie może tylko słuchać. Potem jednak krzyżuje ręce na piersi i wpatruje się w tłum.

– To prywatna posiadłość, nic tu po was. I mówicie o dziecku. Dziecku. Naprawdę wierzycie w słowa siedmiolatki?

W pierwszym rzędzie ktoś wolno, z rozmysłem klaszcze.

– Moje gratulacje, proszę pani – mówi przeciągle Ian Fletcher. – Racjonalne stwierdzenie w samym środku zawieruchy. Wyobraźcie to sobie.

Przesuwa się w zasięg wzroku Millie, idzie ku niej. Millie go rozpoznaje – to Ian Fletcher z telewizji – i wie, że pomimo jego urody i melodyjnego głosu popełniła straszną pomyłkę, uważając go za atrakcyjnego. Millie rzuca tłumowi okruch zwątpienia, tak by mogli się karmić czymś innym poza jej wnuczką. Ale ten mężczyzna… ten mężczyzna sieje wątpliwości, żeby jedli mu z ręki.

– Proponuję, żeby pan stąd poszedł – mówi surowo Millie. – Moja wnuczka to nie pańska sprawa.

Ian Fletcher uśmiecha się promiennie.

– Rzeczywiście? Więc nie wierzy pani własnej wnuczce? Jak sądzę, wie pani, że dziecko twierdzące, iż rozmawia z Bogiem, jest tylko… dzieckiem twierdzącym, iż rozmawia z Bogiem. Żadnych dzwonów, śpiewów ani nawet cudów. Jedynie grupka sekciarzy, którzy i tak są o krok od kompromitacji. Ale to całą pewnością nie wystarczy, by się z tego powodu gorączkować, prawda?

Posmarowane miodem słowa biegną do Millie i sprawiają, że nogi wrastają jej w ganek.

– Szanowna pani, takie kobiety lubię.

Millie mruży oczy i otwiera usta, a potem przyciskając dłonie do piersi, pada na ziemię do stóp Iana.

Mariah otwiera gwałtownie drzwi i klęka przy matce.

– Mamo! – krzyczy, potrząsając ją za szczupłe ramiona. – Zadzwońcie po karetkę!

Tu i tam błyskają flesze. Ignorując je, Mariah pochyla się nisko nad matką, przysuwa ucho do jej ust. Ale nie czuje oddechu, ani jeden włos na głowie się nie porusza. To jej serce, jej serce, Mariah to wie. Ściska dłoń matki, przekonana, że jeśli choć odrobinę rozluźni uchwyt, straci ją.

Chwilę potem karetka na sygnale pędzi podjazdem, rozpryskując kołami żwir. Podjeżdża tak blisko, jak pozwalają na to furgonetki i ciężarówki telewizyjne, samochody i karawan. Sanitariusze wbiegają na ganek. Jeden delikatnie odsuwa Mariah, drugi zaczyna reanimację.

– O Boże – szepcze cieniutkim głosem Mariah. – O Boże. Boże. O Boże.

„Och, stróżu. Stróżu. Och, mój stróżu”. Głowa Faith wychyla się z ukrycia, w którym kuli się od chwili, gdy wymknęła się z domu. Jej prośby brzmią podobnie do próśb mamy, i po raz pierwszy uświadamia sobie, że mówi na głos.

Ian obserwuje, jak Mariah White przez łzy dyskutuje z sanitariuszami, którzy nie chcą zabrać Faith do karetki. Wtrąca się komendant policji i obiecuje, że przywiezie małą, gdy tylko pojawią się posiłki i usuną ludzi sprzed jej domu. Z dłońmi w kieszeniach patrzy, jak karetka odjeżdża.

– Dobra robota.

Ian podskakuje lekko i odwraca się. Producent podaje mu kluczyki do samochodu.

– Masz. Załatw na wieczór relację.

Z doprowadzenia starej kobiety do zawału.

– No cóż – odpowiada Ian. – Trudno o większy fart.

– Więc na co czekasz?

Ian chwyta kluczyki.

– Jasne. – Szybko dostosowuje się do oczekiwań Jamesa i szuka wzrokiem jego bmw. Nie fatyguje się nawet wołaniem operatora, bo wie, że nie wpuszczą go do szpitala.

– Nie próbujcie wlec się za mną przyczepą! – woła i odjeżdża.

W poczekalni izby przyjęć ogląda rozmyte obrazy na ekranie telewizora nastawionego na kanał z kreskówkami. Nigdzie nie ma śladu Mariah White. Dziesięć minut później przyjeżdża Faith w towarzystwie młodego policjanta. Siedzą kilka rzędów dalej, co jakiś czas Faith odwraca się na krześle i patrzy na Iana.

To go irytuje, Ian nie ma nadmiernie rozbudowanego sumienia, dlatego jego praca rzadko wprawia go w nastrój kontemplacyjny. W końcu zwykle najbardziej rozjątrza przeklętych baptystów z Południa, do których sam dawniej się zaliczał; obecnie uważa, że ponieważ tak gorliwie połykają dzienne dawki Jezusa, dobrze im zrobi, jeśli od czasu do czasu udławią się poczuciem własnej nieomylności. Raz kobieta zemdlała w samym środku jednej z jego mów w Central Parku, ale to zupełnie inna sprawa. Babcia Faith White – Ian nawet nie zna jej nazwiska – cóż, to, co się zdarzyło, po części zdarzyło się z powodu tego, co powiedział i zrobił.

„To historia – mówi sobie. – Nie znasz tej kobiety, to po prostu kolejna historia”.

Dzwoni pager policjanta. Młody funkcjonariusz sprawdza numer, potem odwraca się do Faith i każe jej zostać na miejscu. W drodze do automatów telefonicznych gliniarz przystaje przy pielęgniarce i coś do niej cicho mówi – na pewno prosi, by przez chwilę popilnowała dziewczynki.

Kiedy Faith po raz kolejny mu się przygląda, Ian zamyka oczy. Potem słyszy jej cieniutki głos.

– Proszę pana?

– Witaj – odpowiada po krótkiej chwili.

– Czy moja babcia umarła?

– Nie wiem – przyznaje Ian.

Faith milczy, więc zaciekawiony spogląda na nią. Faith siedzi skulona, oparta o poręcz krzesła. To nie jest ktoś wybrany przez Boga, ale przerażona mała dziewczynka.

– No tak – mówi Ian, niezręcznie próbując poprawić jej nastrój. – Założę się, że lubisz Spice Girls. Ja je poznałem.

Faith mruga.

– Czy przez pana moja babcia przewróciła się na ziemię?

Ian czuje, jak żołądek mu się ściska.

– Myślę, że tak, Faith. I bardzo mi z tego powodu przykro.

Dziewczynka odwraca od niego głowę.

– Nie lubię pana.

– To jesteś w dobrym towarzystwie.

Czeka, aż Faith się poruszy, aż wróci po nią policjant, wcześniej jednak z sali wychodzi Mariah White. Przesuwa po poczekalni zaczerwienionymi oczami, odnajduje Faith. Dziewczynka zeskakuje z krzesła i rzuca się matce w objęcia. Mariah patrzy lodowato na Iana.

– Policjant… musiał… – Ian potyka się na słowach, wskazując korytarz.

– Proszę dać spokój mojej córce – mówi sztywno Mariah. Obejmuje Faith ramieniem i obie znikają za wahadłowymi drzwiami sali zabiegowej.

Ian odprowadza je wzrokiem, po czym podchodzi do pielęgniarki.

– Jak zgaduję, matce pani White nie udało się przeżyć.

Pielęgniarka nie podnosi głowy znad swojej pracy.

– I nie myli się pan.

Cechą tragedii jest to, że spada na człowieka nagle, z całą mocą i furią huraganu. Mariah ściska mocno dłoń Faith, gdy stoją obok ciała jej matki. Personel medyczny opuścił salę, miła pielęgniarka usunęła rurki i igły z ciała Millie, by rodzina mogła się z nią pożegnać. To Mariah podjęła decyzję, by przyprowadzić tu Faith. Nie chce tego robić, ale wie, że to jedyny sposób, by Faith uwierzyła, kiedy jej powie, że babcia odeszła.

– Wiesz, co to znaczy, że babcia umarła? – pyta córkę przez ściśnięte gardło.

Nim jednak Faith ma czas odpowiedzieć, Mariah zaczyna płakać. Siada na krześle z twarzą ukrytą w dłoniach. Na początku nie zwraca uwagi na szuranie po drugiej stronie łóżka. Kiedy podnosi wzrok, Faith zdołała już przywlec drugie składane krzesło. Staje na nim, przyciska policzek do piersi Millie, niezgrabnie obejmuje ciało babki.

Mariah czuje, jak włosy na karku stają jej dęba, i kładzie na nich dłoń, ale nie odrywa spojrzenia od Faith, ani wtedy gdy Faith opiera się na łokciu, ani wtedy gdy kładzie dłonie na policzkach Millie i całuje ją prosto w usta, ani wtedy gdy ręce Millie sztywno się unoszą, by mocno przytulić wnuczkę.

Rozdział piąty

Dziecina prosta, proszę Was,

Gdy życie w niej pulsuje,

Oddycha łatwo drobna pierś –

Czyż ona śmierć pojmuje? *

William Wordsworth

30 września 1999

Przez wiele godzin po tym, jak moja matka powróciła do życia, nie potrafię opanować dreszczy. Siedzę w sali zabiegowej, podczas gdy ten sam lekarz, który podpisał świadectwo zgonu, teraz robi mamie najrozmaitsze badania i ostrożnie ogłasza, że jej stan jest dobry. Wtykam dłonie pod uda i zachowuję się tak, jakby rzeczą absolutnie normalną było, że kobieta przed chwilą uznana za martwą teraz swobodnie chodzi po szpitalu.

Lekarz chce zatrzymać matkę na noc na obserwację.

– W żadnym razie – upiera się matka. – Biegam, skaczę, nawet się przy tym nie pocę. Szkoda, że wcześniej nie byłam taka zdrowa.

– Mamo, to chyba nie jest taki zły pomysł. Miałaś zatrzymanie akcji serca.

– Była pani martwa – mówi z naciskiem lekarz. – W akademii medycznej opowiadano historie o trupach, które siadały, gdy w kostnicy otwierano worek. Zawsze chciałem coś takiego przeżyć. – Mama i ja wymieniamy spojrzenia, lekarz chrząka. – W każdym razie musimy zrobić pani kardiogram, tomografię, kilka innych badań, a także sprawdzić leki, które pani bierze.

Mama prycha.

– Innymi słowy, chce się pan upewnić, że nie jestem rośliną.

– Chcę się upewnić, że nie będzie pani miała nawrotu – koryguje lekarz.

– Pozwoli pani, że pielęgniarka zawiezie panią na piętro dla pacjentów.

– Dziękuję uprzejmie, mogę iść. – Matka zeskakuje raźno ze stołu, na którym przysiadła.

Lekarz idzie do wyjścia, wciąż kręcąc głową. Biegnę za nim, łapię za rękaw i prowadzę za parawan.

– Czy z nią naprawdę wszystko w porządku? A może to jakieś zakłócenie w pracy systemu nerwowego i za godzinę zapadnie w śpiączkę?

Lekarz przygląda mi się z namysłem.

– Nie potrafię pani na to odpowiedzieć – przyznaje. – Widywałem pacjentów z płaską linią na monitorze, którzy dochodzili do siebie. Widywałem ludzi, którzy po kilkumiesięcznej śpiączce budzili się i rozmawiali, jakby nic się nie stało. Pani matka była w stanie śmierci klinicznej, pani White. Tak napisali ratownicy w swoim raporcie, do diabła, ja sam tak napisałem. Czy to chwilowy powrót do zdrowia? Nie wiem. Nigdy czegoś takiego nie widziałem.

– Rozumiem – mówię, choć nic nie rozumiem.

– W jej sercu nie ma śladu po ataku. Oczywiście przeprowadzimy dokładniejsze badania, ale obecnie serce wydaje się silne jak u nastolatki. – Lekarz klepie mnie po ramieniu. – Nie potrafię tego wyjaśnić, pani White, więc nawet nie będę próbował.

– Możesz wreszcie przestać? – Matka uwolnią się od mojego ramienia. – Nic mi nie jest.

Wychodzi z sali, wyprzedzając mnie i Faith. Pielęgniarka żegna się. Sanitariusz, który prowadził karetkę, a teraz plotkuje z recepcjonistką nad ciastkiem, upuszcza kubek z kawą na podłogę.

– Przepraszam – mówi matka, zatrzymując stażystkę. – Którędy do wind? – Kobieta wskazuje kierunek, matka ogląda się na mnie. – No? Chcesz tu tak stać?

Maszeruje korytarzem, mijając Iana Fletchera, który gapi się na nas z takim niedowierzaniem, że po raz pierwszy od wielu godzin wybucham śmiechem.

Podczas gdy specjaliści od żył nakłuwają i uciskają mamę, Faith i ja siedzimy w poczekalni dla pacjentów. Faith wygląda blado, jest zmęczona; pod oczami ma fioletowe smugi wielkości kciuków. Nie zdaję sobie sprawy, że zadałam pytanie na głos, dopóki córka nie unosi ku mnie drobnej buzi.

– Zrobiłam, co chciałaś – szepcze.

Przełykam głośno ślinę.

– Nie miałaś nic wspólnego z wyzdrowieniem babci. Rozumiesz?

– Prosiłaś ją o to – mruczy Faith. – Słyszałam.

– Kogo prosiłam?

– Boga. Mówiłaś: „Och Boże, Boże, o mój Boże”. – Faith pociera nosem o ramię. – A ona cię usłyszała. Powiedziała mi, co mam zrobić, żebyś poczuła się lepiej.

Pochylam głowę i wpatruję się adidasy mojej córki. Jeden jest rozwiązany, sznurowadła ciągną się po linoleum jak u innych dzieci. Ale moje dziecko rozmawia z Bogiem. I wszystko wskazuje na to, że przed chwilą uczyniło cud.

Walczę ze łzami. Cała ta sprawa jest przedłużającym się koszmarem, zanim się zorientuję, Colin obudzi mnie, potrząsając za ramiona, każe mi się odwrócić na drugi bok i zasnąć. Dzieci powinny chodzić do szkoły, huśtać się, zdzierać sobie kolana. Tak jest w filmach telewizyjnych i powieściach. Ale nie w zwyczajnym, codziennym życiu.

Z roztargnieniem pocieram kciukami odcisk na wnętrzu dłoni Faith.

– Co to jest?

Faith chowa dłonie na podołku.

– Zrobiłam to sobie na drabinkach.

– A nie z… – Jak mam to powiedzieć? – Nie z dotykania babci? To ci… nie zrobiło krzywdy?

Faith kręci głową.

– To było jak zjazd kolejką górską. – Patrzy na mnie zagubiona. – Mamusiu, nie chciałaś, żeby babcia dobrze się czuła?

Przytulam ją do siebie, marząc, bym mogła schować ją do swojego wnętrza i ochronić przed tym, co teraz z całą pewnością nastąpi.

– Och, Faith, oczywiście, że chciałam. Tylko trochę przeraża mnie, że być może ty tego dokonałaś. – Gładzę ją po włosach i ramionach.

– Mnie też to trochę przeraża – szepcze Faith.

Martwa kobieta wraca do życia

1 października 1999, Nowy Kanaan, New Hampshire

Wczoraj o 15.34 Mildred Epstein umarła. O 16.45 usiadła i zapytała, co robi w szpitalu. Pani Epstein, lat 56, odwiedzała dom swojej córki w Nowym Kanaanie, kiedy zgodnie z relacją naocznych świadków, złapała się za klatkę piersiową i upadła na ziemię. Załoga wezwanej karetki przez ponad dwadzieścia minut prowadziła reanimację, ale bez powodzenia. Panią Epstein przewieziono do Connecticut Valley Medical Center, gdzie doktor Peter Weaver stwierdził zgon. „Nigdy dotąd czegoś takiego nie widziałem – powiedział Weaver wczoraj wieczorem dziennikarzom. – Wbrew zgodnym zeznaniom wielu naocznych świadków zdarzenia oraz wysoko wykwalifikowanego personelu medycznego, z badań nie wynika, by serce pani Epstein doznało ataku, nie wspominając już o ustaniu jego akcji na ponad godzinę”.

Źródła potwierdzają, że pani Epstein doznała zatrzymania akcji serca po burzliwej wymianie zdań z Ianem Fletcherem, teleateistą znanym z zaprzeczania istnieniu Boga. Przygotowywał program o wnuczce pani Epstein w związku z kontrowersyjnym twierdzeniem, że dziewczynka komunikuje się z Bogiem. Ani z panią Epstein, ani z panem Fletcherem nie udało nam się skontaktować w celu uzyskania komentarza.

– Wiesz, to się nie liczy – mówi Ian, siadając wygodnie na krześle. – Kiedy mówiłem „świeże owoce morza”, nie miałem na myśli zapiekanki z tuńczykiem.

– Do wyboru był jeszcze Donut King. – James szczerzy zęby. – Obwarzanek albo Morski Kurczak.

Iana przebiega dreszcz.

– Wiesz, ile bym zapłacił za porządny wołowy stek?

– Przypuszczalnie mógłbyś ukraść całą krowę z mleczarni po drugiej stronie drogi. Idę o zakład, że nikt by się nie połapał, tyle ich tam jest. – James wyciera usta serwetką. – Przynajmniej jesteś w restauracji.

– To jak stwierdzenie, że podróż przyczepą jest podobna do safari.

– Nie, jest podobna do wędrówki kaznodziei po kraju. Tak przynajmniej mówiłeś kilka tygodni temu. – Producent nachyla się nad stołem. – Daj spokój, Ianie, zaczynasz nabierać wiatru w żagle. W „NBC Nightly News” wyemitowano twoją relację o babce wyciągającej kopyta i powtarzano co godzinę w nocnych wydaniach. – James unosi filiżankę z kawą. – Mam dobre przeczucia. Ta mała jest haczykiem, ludzie nie spodziewają się, że wszystko to wymyśliła. Dlatego widowisko będzie jeszcze lepsze, kiedy podniesiesz kurtynę.

Ian uśmiecha się słabo.

– Warte w najgorszym razie podróżowania w fatalnych warunkach.

– Spójrz na to z tej strony: Jeśli dzięki tej historii wrócisz do gry, do końca życia nie będziesz musiał patrzeć na przyczepę kempingową. – James sięga po rachunek, śmieje się i wyciąga kartę kredytową. – W dzieciństwie lubiłem biwaki. A ty?

Ian nie odpowiada. Jest przekonany, że jego wspomnienia z dzieciństwa różnią się od wspomnień Jamesa.

– Ach, racja, ty nigdy nie byłeś dzieckiem.

– Nie. – Ian się uśmiecha. – Wyskoczyłem w pełni ukształtowany z głowy mojego producenta.

– Mówmy poważnie, Ianie. Czekaj, znamy się od jak dawna? Od siedmiu lat? A wiem o tobie tylko tyle, że zanim zacząłeś pracować w radiu, zrobiłeś doktorat na tym podrzędnym uniwersytecie w Bostonie.

– Ten podrzędny uniwersytet w Bostonie wykazał się nadrzędną mądrością, by ciebie zostawić uczelniom w rodzaju Yale – odcina się Ian. Zaniepokojony udaje, że ziewa. – Jestem wykończony, Jamesie. Lepiej wracajmy do domu.

James unosi brew.

– Ty? Śpiący? Akurat.

Na sekundę Ian tężeje. Skąd James może wiedzieć o jego bezsenności? Skąd może wiedzieć, że po raz ostatni Ian spał dłużej niż kilka godzin dobrych parę lat temu? Czy widział go, jak wieczorami wychodzi z karawanu, by spacerować po lesie, równinie albo preriach w zależności od tego, na jakie zadupie akurat trafił?

– Czujesz się przyparty do muru i próbujesz zmienić temat – zgaduje James.

Ian odpręża się, spokojny o swoje tajemnice.. – Mówię poważnie, Ian. Pytam cię jako przyjaciel. Jacy byli twoi rodzice? W jakich warunkach dorastałeś?

Dorosłem z dnia na dzień, myśli Ian, ale tego nie mówi. Wstaje od stołu.

– Mam straszną ochotę na obwarzanka – odpowiada, układając twarz w maskę, za którą zwykle się kryje. – Przyłączysz się?

3 października 1999

Na szczęście policja zmusiła Iana Fletchera, członków tej świrniętej sekty oraz pięćdziesięciu innych gapiów, by opuścili naszą posiadłość. Na nieszczęście nie odeszli dostatecznie daleko. Ulica, miejsce publiczne, oddalona jest od domu tylko o pół akra, więc widzimy ich z okien. A to oznacza, że oni także nas widzą.

Nie pozwalam Faith bawić się na dworze, chociaż jest niespokojna i marudna. Rzucają się na mnie, zaledwie wystawię głowę za drzwi, co zrobiliby z nią? Dopiero po północy wymykam się ze śmieciami; chcę niepostrzeżenie wystawić pojemnik, tak by dziennikarze mnie nie nękali. Ukradkiem przechodzę pod huśtawką i gałęziami dębów.

– Grosik za twoje myśli.

Podskakuję. Za płonącą główką zapałki widzę Iana Fletchera. Zapala cygaro i ściska je w zębach, wciągając dym.

– Mogę kazać pana aresztować – mówię. – Wdarł się pan na teren cudzej posiadłości.

– Wiem, ale nie sądzę, żeby pani to zrobiła.

– Myli się pan. – Ruszam w kierunku domu, żeby zadzwonić na policję.

– Proszę poczekać – mówi cicho. – Zobaczyłem, że pani wychodzi, i chciałem zapytać o pani matkę. – Wskazuje samochody na poboczu drogi. – Tak żeby nikt nie słyszał.

– A o co konkretnie?

– Czy ona dobrze się czuje?

Potakuję, nie odrywając od niego wzroku.

– Ale nie dzięki panu.

Czy to moja wyobraźnia, czy Ian Fletcher faktycznie się rumieni?

– Tak, przykro mi. Nie powinienem był… – Milknie, kręci głową.

– Czego nie powinien pan był?

Jego oczy są jasne i płonące, przykuwają mnie do miejsca.

– Po prostu nie powinienem był. To wszystko.

– Przeprosiny od Iana Fletchera? Szkoda, że nie dał mi pan tego na taśmie.

Ale w następnej chwili już go nie ma, a jedyny znak świadczący, że istotnie tu był, to żarzący się niedopałek cygara u moich stóp.

4 października 1999

Następnego dnia idę do szpitala, gdzie doktor Weaver planuje ponowne badania serca mojej matki. Przeżywam szok, gdy znajduję ją w poczekalni w towarzystwie Iana Fletchera.

– Mariah – mówi matka, jakbyśmy zebrali się tu na herbatę. – To pan Fletcher.

Ściskam rękę Faith tak mocno, że jęczy.

– Poznaliśmy się już. Wybaczy pan na moment? – Ciągnę mamę na bok, Faith idzie za nami. – Powiesz mi, dlaczego on tu jest?

– Uspokój się, Mariah. Przysięgam, zaraz sama dostaniesz ataku serca. Zaprosiłam pana Fletchera… – uśmiecha się do niego i kiwa głową -…żeby mógł nakręcić swoją historię i wynieść się w diabły z naszego życia. Niech filmuje, co chce, ja nie mam nic do ukrycia.

Szczypię się w nos.

– I jesteś przekonana, że na oczach całego świata nie przypnie ci łatki zombi albo wampira? Dlaczego?

– Bo to wiem.

– Cudownie. Cóż, to wszystko wyjaśnia. – Mocniej chwytam córkę. – Faith też go tu nie chce.

– Ona reaguje na twoje wibracje, kochanie.

– Ja nie mam wibracji. Nic takiego jak wibracje nie istnieje.

– Nie istnieje też nic takiego jak Bóg, prawda? – Matka uśmiecha się niewinnie.

– Doskonale – mówię. – To twój show. Jeśli chcesz, żeby Ian Fletcher tu był, twoja sprawa. Ale on nie będzie rozmawiał ze mną i z Faith, a ja nie postawię nogi w sali zabiegowej, dopóki jasno mu tego nie wytłumaczysz.

Ian Fletcher stoi z ekipą kamerzystów i producentem w rogu sali zabiegowej. Przyrzeka ograniczyć się do mojej matki i zręcznym ruchem podsuwa mi pod nos podpisaną przez nią oraz przez szpital zgodę na filmowanie. Każe przesunąć łóżka, rozstawić światła. Krzywi się, kiedy usuwam Faith z zasięgu kamery. Sama stoję koło dyrektora szpitala, żeby nadzorować kręcenie; oboje zachowujemy się jak psy podwórzowe. Kiedy Fletcher wydaje operatorowi polecenie, by lekarzowi przez ramię zrobić zbliżenie karty chorobowej, wtrącam się:

– To informacje poufne.

– Jak cała procedura, pani White. Pani mama złożyła podpis pod kontraktem gwarantującym, że możemy filmować ręczną kamerą wszystko, co nam się podoba.

– Pańskie upodobania nic mnie nie obchodzą, Ian Fletcher patrzy na mnie i uśmiecha się.

– Szkoda.

Odchodzę, zadając sobie pytanie, co się stało z mężczyzną, który wczoraj w nocy był taki troskliwy. Czy dzisiaj prezentuje swoją osobowość telewizyjną, stanowiącą przeciwieństwo prywatnej?

Ze skrzyżowanymi ramionami patrzę, jak operator filmuje kardiogram i badanie wysiłkowe matki.

– Pani Epstein – mówi w końcu doktor Weaver – ma pani organizm osiemnastolatki. Wszystkich nas pani przeżyje. – Zwraca się do Iana, wyraźnie połechtany tym kwadransem sławy. – Wie pan, panie Fletcher, jestem człowiekiem nauki. Ale poza transplantacją serca nie istnieje naukowe wyjaśnienie tej drastycznej zmiany pomiędzy dzisiejszymi wynikami pomiaru ciśnienia krwi i ekg wysiłkowego pani Epstein a tymi sprzed miesiąca. Nie wspominając oczywiście o… zmartwychwstaniu.

Ogarnia mnie poczucie wdzięczności, częściowo dlatego, że dobry stan zdrowia mamy został potwierdzony, częściowo dlatego, że przyjemnie jest pokonać Iana Fletchera. Patrzę na niego triumfalnie, akurat w porę, by dostrzec, jak szepcze do operatora, który odwraca się i kieruje kamerę nie na moją matkę, ale na Faith. Faith siedzi w kącie, rysując kredkami na receptach.

– O nie – szepczę i ruszam do działania. – Ona nie jest pańskim tematem! – krzyczę, wchodząc pomiędzy operatora i moją córkę, wypełniając mu pole widzenia, zmuszając go do cofnięcia się. – Niech pan mi odda taśmę! Natychmiast!

Wyciągam rękę po kamerę, ale operator podnosi ją nad głowę.

– Jezu, panie Fletcher – zwraca się o pomoc do szefa. – Niech pan jej powie, żeby dała mi spokój.

Ian Fletcher robi krok do przodu, unosząc dłonie.

– Pani White – mówi łagodnie – proszę się uspokoić.

Odwracam się ku niemu.

– Niech mi pan nie mówi, co mam robić. – Kątem oka widzę, że operator wciąż filmuje. – I niech mu pan każe wyłączyć tę przeklętą kamerę.

Ian nieznacznie kiwa głową i operator opuszcza kamerę. Napięcie wypływa z mojego ciała, czuję się, jakbym była z gumy. Trzęsąc się cała, odchodzę od Faith. Kiedy podnoszę wzrok, widzę, że moja matka, Ian Fletcher, dyrektor szpitala i lekarz wpatrują się we mnie bez słowa.

– Nie – mówię przez zduszone gardło, potem chrząkam. – Powiedziałam: nie.

Po wyjściu Fletchera pielęgniarka idzie z Faith po nalepkę na koszulkę, zostawiając mnie samą z matką, która się ubiera.

– To moja wina – mówi mama. – Myślałam, że jeśli zaproszę Fletchera, szybciej się go pozbędziemy.

– Marzenie ściętej głowy – mruczę.

Czekamy na powrót Faith, podczas gdy nasze myśli biegną własnymi torami winy.

– Mariah, wiesz, co mówią o umieraniu?

Spoglądam na matkę.

– Co?

– Chodzi mi o jaskrawe światło i tunel. – Mama skubie skórkę przy kciuku, nagle niezdolna spojrzeć mi w oczy. – To wcale tak nie jest.

Przełykam, usta mam suche jak pustynia. – Nie?

– Nie widziałam światła. Nie widziałam aniołów. Widziałam moją matkę. – Odwraca się ku mnie, oczy jej jaśnieją. – Och, Mariah, wiesz, ile lat minęło? Dwadzieścia siedem, odkąd po raz ostatni ją widziałam. Darem było, że mogę znowu patrzeć na to wszystko, o czym zapomniałam: na jej obgryzione paznokcie, na odrosty we włosach… nawet na zmarszczki na twarzy. Uśmiechnęła się do mnie i powiedziała, że mój czas jeszcze nie nadszedł.

Matka niespodziewanie splata palce z moimi. Im starsze jesteśmy, tym rzadziej się dotykamy. Jako dziecko wspinałam się jej na kolana, jako nastolatka uchylałam się przed jej dłonią, kiedy chciała poprawić mi kołnierzyk albo przygładzić włosy, jako kobieta dorosła uznałam, że nawet szybki uścisk na pożegnanie jest nazbyt ckliwy, zbyt wiele w nim tego, czego na razie nie chcemy sobie powiedzieć.

– Zawsze się zastanawiałam, dlaczego Bóg ma być ojcem – szepcze. – Ojcowie zawsze stawiają wymagania. To matki kochają bezwarunkowo, nie sądzisz?

Faith wraca nie z jedną, lecz z czterema nalepkami na koszulce. Ustalamy, że poczeka z moją matką w szpitalnym holu, a ja przestawię samochód z parkingu przed szpital.

Jestem na skraju parkingu, kiedy słyszę kroki.

– Ciągle panią przepraszam – mówi Ian Fletcher, zrównawszy się ze mną.

– To dlatego, że ciągle popełnia pan naganne występki – odpowiadam. – Chcę dostać taśmę.

– Wie pani, że nie mogę jej pani dać. Ale ma pani moje słowo, że nie użyję żadnych kadrów, na których jest Faith.

– Pańskie słowo! – parskam. – Już mi pan dał słowo, że nie będzie jej pan filmował.

– Proszę posłuchać, powiedziałem przecież, że nie powinienem był tego robić bez pani pozwolenia.

Ruszam.

– Hej, hej! – Łapie mnie za ramię. – Nie może pani zaczekać? – Puszcza mnie pośpiesznie, jakby się sparzył, po czym wsuwa dłonie w kieszenie dżinsów. – Chcę coś pani powiedzieć. Nie wierzę w to, co pani mówi o córce, w tym w rzekome wskrzeszenie, i wciąż zamierzam udowodnić, że się pani myli. Ale szanuję to, co pani zrobiła. – Chrząka. – Jest pani dobrą matką.

Szczęka mi opada. Uświadamiam sobie, że ostatnio całą moją uwagę pochłaniały działania na wyczucie, którymi starałam się ochronić Faith, i nie miałam czasu się zastanowić, czy postępuję słusznie. W oczach tego człowieka, tego okropnego człowieka, który bez zaproszenia wtargnął w nasze życie, który zupełnie nic o mnie nie wie, jestem taka, jaką zawsze pragnęłam być: zapalczywie lojalną lwicą, matką z wrodzonym instynktem macierzyńskim.

Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Z pewnością wiem lepiej niż większość ludzi, że okoliczności mogą cię zmienić w kogoś, kim nigdy wcześniej nie byłaś. Myślę o zwyczajnych kobietach, które przesuwają ważące dwie tony samochody, by uratować przygniecione maluchy, o matkach, które stają na linii pocisku lecącego w kierunku ich dziecka kierowane impulsem tak naturalnym jak oddychanie. Może teraz jestem jedną z nich. Z chęcią jednak wróciłabym do dawnych wątpliwości, gdyby to oznaczało, że Faith znowu będzie normalna.

– Panie Fletcher? – Czekam, aż spojrzy prosto na mnie, spodziewając się podziękowań, po czym z całej siły wymierzam mu policzek.

Rozdział szósty

Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie.

Ewangelia wg św. Łukasza 11,23

6 października 1999

Babka Iana była pobożną pięknością z Południa, która nosiła swoją religię niczym kamizelkę kuloodporną. „Dzięki Bogu, jestem chrześcijanką” – oznajmiła i ostentacyjnie odmawiała litanię na wieść, że mąż opuścił ją dla kelnerki z Jolly Donut albo że za jej plecami sprzedano posiadłość pod sklep J.C. Penny'ego. A kiedy Bóg jakoś nie stawał po jej stronie, brała butelkę bourbona, którą trzymała ukrytą w zbiorniku w toalecie na parterze, i godziła się z Jego opieszałością.

Miazmaty południowego baptyzmu, w których Ian się wychowywał, w niczym nie przypominały sceptycyzmu Jankesów. Na Południu społeczności tworzyły się wokół kościołów. W niektórych miejscach do dziś religia trzyma ludzi za gardło, a wartość człowieka ocenia się wedle tego, jak często bywa w domu Boga. Prawdę powiedziawszy, Ian czuje się bardziej u siebie z Jankesami, dla których religia jest raczej kwestią namysłu niż fundamentem życia. Na Północy jest miejsce na wątpliwości… a przynajmniej tak sądził Ian, dopóki nie zobaczył reakcji na śmierć i wskrzeszenie Millie Epstein.

Dzięki informatorowi ze szpitala przejrzał karty chorobowe Millie Epstein. Trzej doświadczeni lekarze uznali tę kobietę za martwą. A przecież Ian na własne oczy widział ją zdrową i pełną życia kilka dni temu.

Wyniki oglądalności jego programu znowu idą w górę, co zapewne będzie równie trwałe jak kostka lodu w lipcu, chyba że jakimś sposobem uda mu się dorzucić do ognia. Nie wygląda na to, by opału mogła mu dostarczyć Millie Epstein. Kryje głowę w dłoniach i rozważa następny krok. Zdążył się już nauczyć, że każdy ma jakieś szkielety w szafie, sprawy, które pragnie ukryć przed całym światem. On ze wszystkich ludzi powinien o tym wiedzieć najlepiej.

Allen McManus ledwie zdążył odwinąć batonik Twinkie, kiedy ktoś dzwoni na prywatną linię.

– Tak? – burczy Allen do słuchawki. Powiedział żonie, żeby nie dzwoniła do niego do pracy. Chryste, to jedyne miejsce, gdzie ma trochę spokoju.

– Znasz historię Łazarza?

Głos jest niski, zniekształcony. Z pewnością nie należy do jego żony.

– Do diabła, kto mówi?

– Znasz historię Łazarza? – powtarza głos. – Kto jeszcze miał coś do zyskania?

– Posłuchaj, stary, nie mam pojęcia… – Słyszy ostry szczęk odkładanej słuchawki i ciągły sygnał. – Łazarz. Cholera, co to ma być?

To na pewno jakiś dowcip na Halloween; w końcu do Halloween niedaleko, a każdy czytelnik gazety wie, że Allen pisze nekrologi. Jeśli jakiś kawalarz wpadłby na pomysł wskrzeszenia zmarłego, połączono by go z nim. Nie myśli już o tym, kiedy zaczyna pracować faks. Allen wzdycha i podchodzi do maszyny – przypuszczalnie AP podała depeszę o śmierci jakiejś gwiazdy – po czym przez zmrużone powieki przygląda się zdjęciu kobiety pod winietą gazety „The New Canaan Chronicle”, gdziekolwiek to jest.

MARTWA KOBIETA WRACA DO ŻYCIA

Łazarz.

Allen siada przy biurku. Żałuje, że nie pamięta dokładnie, co Biblia mówi o Łazarzu. Ale z drugiej strony, nie jest nawet pewien, czy kiedykolwiek czytał tę historię w Biblii. Przechyla się przez korytarzyk ku koleżance.

– Barb, masz Biblię? Barb śmieje się.

– Jasne, zaraz koło korektora. A po co ci Biblia? Zobaczyłeś Boga?

– Nieważne – burczy Allen. „New Canaan Chronicle”, jedna z nieważnych lokalnych gazetek. Ale jest w niej artykuł o kobiecie, która w tej zapadłej dziurze wróciła do życia.

Z Nowego Kanaanu była też ta lekarka.

Allen po raz drugi przebiega wzrokiem artykuł. W czwartym akapicie trafia na słowa „wnuczka pani Epstein… komunikuje się z Bogiem”.

Na rany Chrystusa. Ile innych dzieci w tym miasteczku mogłoby odpowiadać opisowi doktor Keller? Allen rozważa sens całej historii: dziewczynka, która widzi i rozmawia z Bogiem, nagle czyni cuda. To bez dwóch zdań najważniejsza wiadomość z New Hampshire.

„Kto jeszcze miał coś do zyskania?”

Tak powiedział ten nieznajomy. Wskrzeszenie na pewno było w interesie Millie Epstein… o ile to było wskrzeszenie. Allen raz jeszcze spogląda na artykuł. Kręci się tam Ian Fletcher, czyli że jemu też sprawa wydaje się podejrzana. Kto w takim razie zyskałby na fałszywym cudzie? Przede wszystkim dziewczynka. Ale dzieci w tym wieku zawsze mają menedżera dbającego o ich interesy.

I przypuszczalnie jest nim matka.

7 października 1999

Tuż po piątej rano Mariah słyszy, jak otwierają się frontowe drzwi. Wyskakuje z łóżka i zbiega po schodach. Łapie parasol ze stojaka w holu, wyciąga przed siebie jak dzidę i szuka w mroku intruza.

– Wychodź! – krzyczy z walącym sercem. – Chcesz zrobić zdjęcia? Chcesz mieć materiał na wyłączność? Pokaż się, ty draniu!

Nikt się nie porusza, panuje kompletna cisza. Przeklinając, rzuca parasol na ziemię i przez szybki w drzwiach dostrzega Faith, która boso i w koszuli nocnej pcha wózek dla lalek po trawie.

Mariah spogląda na małą grupkę na skraju drogi. Członkowie sekty z Arizony pogrążeni są w błogim śnie przy odległym końcu kamiennego murku, dziennikarze, którzy czekali przez cały dzień na pojawienie się Faith, gdzieś zniknęli. Jedyną osobą obserwującą dziewczynkę jest stojący w drzwiach przyczepy wymięty i ponury Ian Fletcher.

– Cześć, mamusiu! – Faith macha do niej. – Chcesz się ze mną pobawić?

Mariah przełyka słowa nagany, które cisną się jej na usta.

– Twoje stopy… nie jest ci zimno?

– Nie, na dworze jest przyjemnie. – Faith pochyla się nad wózkiem. – Prawda, że przyjemnie? – pyta śpiewnie, otulając lalkę kocykiem.

Tylko że lalka się porusza. Maleńkie brunatne piąstki biją w poranną mgłę, na czole pod gęstą kręconą czuprynką widnieje wielki okrągły wrzód. Faith podnosi dziecko z wózka i przytula do policzka.

– Grzeczny chłopczyk.

To wtedy Mariah dostrzega drobną kobietę, kryjącą się za jesionem na skraju podjazdu. Ma szal na głowie i wzrok utkwiony w niemowlęciu, choć nie próbuje odebrać go Faith.

Faith kładzie chłopczyka do wózka i wiezie ku wysokiemu krzesełku dla lalek, które przeciągnęła na środek trawnika; sadza go i udaje, że karmi kawałkami sztucznych owoców. Dziecko uśmiecha się i kopie stopami o nogi krzesła. Śmieje się tak głośno, że budzi fotografa, który celując obiektywem w Faith, robi zdjęcia z przerażającą szybkością.

Wyrwana z oszołomienia Mariah schodzi z ganku i rusza w kierunku córki.

– Kochanie, chyba musimy iść do domu.

Faith mruży oczy przed wznoszącym się nad horyzontem słońcem.

– Och, a ja właśnie zaczynałam dobrze się bawić.

Mariah kładzie jej dłoń na głowie.

– Wiem. Może będziemy mogły wyjść później. – Mówiąc to, przesuwa wzrokiem po nielicznym tłumku, by zatrzymać się na obojętnej twarzy Fletchera. Przez cały ten czas Fletcher nie poruszył się, nie zrobił nic podstępnego, tylko patrzył. Mariah z wysiłkiem przerzuca uwagę na Faith. – Powinnaś oddać go mamie.

Faith ostrożnie podnosi dziecko i przyciska usta do wrzodu na jego czole. Podchodzi do jesionu i oddaje chłopca zapłakanej matce. Kobieta chce coś powiedzieć, ale nie może złapać tchu. Faith dotyka lekko jej dłoni, którą tamta podtrzymuje główkę dziecka.

– Proszę znowu z nim przyjść, dobrze?

Kobieta kiwa głową i wyciera oczy. Faith chwyta za rękę Mariah, którą na moment przytłacza fizyczna bliskość kogoś, kogo zupełnie nie zna. Jak to możliwe, że nosiła w sobie Faith, że czuła, jak córka wychodzi na świat, i zapewniała jej przez siedem lat dom, nie przeczuwając, że coś takiego nastąpi?

Już ma wejść na ganek, kiedy widzi, że podjazdem nonszalancko kroczy Ian Fletcher. Niesie plastikowy wózek dla lalek i krzesełko do karmienia, a także koszyczek ze sztucznymi owocami i warzywami. Mariah odbiera od niego zabawki.

– Wybaczy pan – mówi sztywno.

Fletcher cofa się, mierząc wzrokiem Faith.

– Żałuję, ale nie mogę.

Po niespodziewanym pojawieniu się Faith White Ian wraca do przyczepy. Utwierdza się w swoich przypuszczeniach teraz, kiedy obserwował ją bawiącą się jak inne dziewczynki w jej wieku. Najwyraźniej prowodyrem musi być matka. W chwili gdy wyszła na ganek, dziewczynka przestała się bawić. Z jakiegoś powodu Mariah White jest mózgiem tego przedstawienia.

Ian widywał wcześniej szarlatanów, kobiety i mężczyzn obdarzonych darem tworzenia mistyfikacji. Zwykle chodziło im o pieniądze albo sławę. W tej sprawie natomiast jedna rzecz Ianowi nie pasuje. Jest w oczach Mariah coś, co każe mu myśleć o niej jako o ofierze, a nie oszustce. Jakby naprawdę żałowała, że to wszystko się stało.

Do diabła, świetna z niej aktorka, i tyle. Uroda dzięki swej mocy odwracania uwagi może być rewelacyjnym przebraniem. Czystość rysów Mariah, nawet naznaczonych sennością, oszałamiające nogi przemierzające trawnik, gdy szła ku córce – przecież to tylko fasada. Dym i lustra jak cuda czynione przez jej córkę. Faith White widzi Boga i wskrzesza z martwych tak samo jak Ian.

8 października 1999

– To jest rabin Daniel Solomon – mówi rabin Weissman do Mariah.

Mężczyzna w hipisowskim podkoszulku z uśmiechem wyciąga dłoń.

– Lubię myśleć, że nie bez powodu noszę to nazwisko *.

Mariah pozostaje poważna. Kładzie rękę na ramieniu Faith, która ukryta za matką zerka na nieznajomego.

– Jestem duchowym przywódcą kongregacji Beit Am Hadash w Boulder – mówi Solomon.

Mariah patrzy na nierówno pofarbowany podkoszulek, na długie włosy zebrane w kucyk. Jasne, myśli, taki z ciebie rabin jak ze mnie królowa Anglii.

– Beit Am Hadash – wyjaśnia rabin – oznacza „dom nowego ludu”. Moja kongregacja należy do ruchu odnowy Żydów. Przyciągamy kabalistów, a także buddystów, wyznawców sufi i rdzennych Amerykanów. – Spogląda na rabina Weissmana. – Chcielibyśmy poznać lepiej Faith.

– Proszę posłuchać, naprawdę nie sądzę, żebym miała wam coś do powiedzenia – mówi Mariah. Nie wpuściłaby rabinów do domu, ale trzymanie ich na ganku wydaje się nieludzkie. Mariah wysyła Faith do pokoju zabaw, skąd nie będzie mogła podsłuchiwać rozmowy. – Rabinie Weissman, w czasie naszego ostatniego spotkania widziałam wyraźnie, że Faith nie zrobiła na panu wielkiego wrażenia. Myślał pan, że odgrywa rolę, którą kazałam jej odegrać.

– Tak, racja – potwierdza rabin Weissman. – I nadal nie jestem przekonany. Ale postanowiłem porozmawiać z rabinem Solomonem. Widzi pani, pani White, po waszym wyjściu z synagogi zdarzyło się coś bardzo dziwnego. Małżeństwo z poważnymi problemami pogodziło się.

– A co w tym dziwnego? – pyta Mariah; czuje znajomy ucisk w piersiach, gdy pozwala swoim myślom otrzeć się o Colina.

– Proszę mi wierzyć, byli nieprzejednani do dnia, gdy pojawiła się pani córka – odpowiada Weissman i rozpościera uniesione dłonie. – Źle to tłumaczę. Dopiero kiedy przeczytałem artykuł o pani matce, uderzyła mnie możliwość, że niektórzy ludzie dopatrzą się związku między pojednaniem się tej pary i Faith. A to mi przypomniało wypowiedź rabina Solomona sprzed kilku lat na seminarium dotyczącym porad małżeńskich. Zadaliśmy sobie pytanie, co Bóg w dzisiejszych czasach powiedziałby prorokowi. Ja twierdziłem, że byłoby to przesłanie, no wie pani, zapowiadające bliski pokój w Izraelu czy podające sposób na pokonanie Palestyńczyków, a o takich sprawach pani córka nie słyszy w swoich rozmowach z Bogiem. Rabin Solomon natomiast uważał, że boskie przesłanie nie dotyczyłoby zwalczania naszych wrogów, ale tego, jak człowiek traktuje bliźnich. Rozwody, wykorzystywanie dzieci, alkoholizm. Niesprawiedliwości społeczne. Te sprawy Bóg chciałby naprawić.

Mariah wpatruje się w niego pustym wzrokiem. Rabin Solomon odchrząkuje.

– Pani White, czy mógłbym porozmawiać z Faith?

Mariah przesuwa po nim spojrzeniem.

– Przez kilka minut – zgadza się niechętnie. – I o ile to jej nie zdenerwuje.

Wszyscy idą do pokoju zabaw. Rabin Solomon klęka, tak że patrzy Faith prosto w oczy.

– Mam na imię Daniel. Mogę opowiedzieć ci historię?

Faith chowa się za plecy matki i nieśmiało kiwa głową.

– Ludzie, którzy przychodzą do mojej synagogi, wierzą, że nim cokolwiek powstało, istniał Bóg. I Bóg był… no cóż… był taki wielki, że tworząc świat, musiał trochę się skurczyć, żeby zrobić mu miejsce.

– Bóg nie stworzył świata – mówi Faith – tylko był Wielki Wybuch. Uczyłam się w szkole.

Rabin Solomon uśmiecha się.

– Ach, ja też się o tym uczyłem, ale wciąż lubię myśleć, że może to Bóg dokonał tego wybuchu, że Bóg patrzył na wybuch z jakiegoś odległego miejsca. Myślisz, że mogło tak być?

– Chyba tak.

– Właśnie. Jak mówiłem, oto Bóg kurczący się w sobie, by zrobić miejsce dla świata, wypełniający naczynia energią i światłem, osadzający je w nowej przestrzeni. Ale podczas stworzenia naczynia nie były w stanie utrzymać tej energii i rozpadły się na kawałki. Wszystkie te iskry boskiego światła zostały rozrzucone po całym wszechświecie. Kawałki zbitych naczyń także spadły i stały się złymi rzeczami na świecie; nazywamy je klipot. Moi przyjaciele i ja wierzymy, że naszym zadaniem jest odnalezienie wszystkich klipot i pozbycie się ich, a także pozbieranie rozproszonego światła i zwrócenie go Bogu. Więc może kiedy odmawiasz modlitwę i jesz koszernego kurczaka w szabat, święte iskry tkwiące w kurczaku zostają uwolnione. I kiedy komuś wyświadczasz to, co nazywamy mitcwa, pomagasz mu w czymś, także uwalniasz iskry.

– Nie przestrzegamy koszernych zasad – mówi Mariah do rabina Solomona. – Nie jesteśmy tradycyjnymi Żydami.

Rabin szarpie swój T – shirt i uśmiecha się sucho.

– Ani ja, pani White. Ale kabała, żydowski mistycyzm, potrafi wyjaśnić, dlaczego dziewczynka, która nigdy nie była w synagodze i nie odmawiała modlitwy, może być bliżej Boga niż ktokolwiek inny. Nikt nie jest w stanie pozbierać tych iskier sam. W gruncie rzeczy zdolność odnajdywania iskier może być tak głęboko ukryta w człowieku, że przestaje on wierzyć w Boga, dopóki nie spotka kogoś wypełnionego światłem. Dostrzega wówczas własny płomień, a kiedy są razem, światło przybiera na sile. – Dotyka głowy Faith. – Bóg może rozmawiać z Faith ze względu na ludzi, do których dziewczynka jest w stanie dotrzeć.

– Pan wierzy?… – szepcze Mariah, niemal bojąc się powiedzieć to na głos. – Jeszcze nawet pan z nią nie rozmawiał, ale myśli pan, że mówi prawdę?

– Jestem bardziej otwarty na możliwości niż rabin Weissman. Małżeństwo, któremu udzielał porad… cóż, może to tylko zbieg okoliczności, że pani córka akurat wtedy była w synagodze. Ale z drugiej strony, może Faith zna odpowiedzi. Jeśli Bóg zamierzał objawić się w roku 1999, nie sądzę, by urządzał widowiska albo głosił kazania. Myślę, że byłby taki skromny, jak mówi pani córka.

Faith ciągnie rabina za rękaw.

– To nie On, tylko Ona. Bóg jest dziewczyną.

– Dziewczyną – powtarza Solomon ostrożnie. Mariah krzyżuje ramiona na piersi.

– Tak, według Faith Bóg jest kobietą. Czy żydowski mistycyzm i to potrafi wyjaśnić?

– Prawdę mówiąc, kabała oparta jest na założeniu, że Bóg równocześnie ma naturę żeńską i męską. Część żeńska, Szechina, jest obecnością Boga. To ona uległa rozbiciu, gdy rozpadły się wszystkie naczynia. Jeśli Faith widzi kobietę, ma to sens. Właśnie dzięki obecności Boga może uzdrawiać i gromadzić ludzi wokół siebie. I może ją postrzegać jako odbicie własnej osoby.

Mariah patrzy, jak zupełnie niezainteresowana rozmową Faith drapie się w kolano, a potem zadaje pytanie, które od początku pragnie zadać:

– Boulder jest daleko stąd, rabinie Solomon. Dlaczego pan tu przyjechał?

– Chciałbym zabrać Faith do Kolorado, poznać dokładnie jej wizje.

– Wykluczone. Nie pozwolę, by moja córka stała się widowiskiem.

Rabin patrzy przez okna, z których widać frontowy trawnik. – Nie?

– Ja ich tu nie zapraszałam. – Mariah zaciska pięści i spogląda na Faith. – Nie prosiłam, by to się zdarzyło.

– O co pani nie prosiła, pani White? O Boga? – Solomon kręci głową. – Szechina nie idzie tam, gdzie nie chce. Trzeba być otwartym na obecność Boga, zanim się pojawi. Co zapewne jest powodem, dla którego tak trudno pani sobie z tym poradzić. – Jego oczy są jak bursztyn, w którym zachowała się przeszłość. – Co ci się przydarzyło, Mariah, że tak strasznie walczysz, by nie być Żydówką?

Mariah przypomina sobie ten jeden raz, kiedy jako mała dziewczynka poszła do kościoła z przyjaciółką; zaskoczyło ją wówczas, że Jezus kocha wszystkich, nawet tych, co popełniają błędy. Człowiek musi bardzo się starać, żeby być wartym żydowskiego Boga. Mariah nie po raz pierwszy zadaje sobie pytanie, dlaczego religia, która jest dumna ze swych szerokich horyzontów, wymaga od wiernych skoków przez tyle obręczy.

Nagle przytłacza ją obecność dwóch rabinów w jej domu.

– Nie jestem Żydówką. Niczym nie jestem. – Spogląda na Faith. – Obie niczym nie jesteśmy. Myślę, że powinniście już iść.

Rabin Solomon wyciąga dłoń.

– Zastanowi się pani nad tym, o czym rozmawialiśmy?

Mariah wzrusza ramionami.

– Nie wiem. Patrząc na moją córkę, nie widzę obecności Boga, rabinie Solomon. Patrząc na nią, nie myślę, że jest wypełniona boskim światłem. Widzę po prostu dziewczynkę, którą coraz bardziej męczy to wszystko, co się wokół niej dzieje.

Rabin Solomon prostuje się.

– Śmieszne. To samo wielu Żydów dwa tysiące lat temu mówiło o Jezusie.

10 października 1999

Ostatnią rzeczą, jaką ksiądz Joseph MacReady robi, nim wkłada szatę liturgiczną, jest zmiana zniszczonych kowbojskich butów na czarne trzewiki o miękkich podeszwach. Spodziewa się pełnego kościoła. Na wczesną niedzielną mszę przychodzi sporo ludzi, większość katolickich mieszkańców Nowego Kanaanu woli w weekend zrezygnować z kilku godzin snu, jeśli dzięki temu może resztę dnia poświęcić na relaks w ogrodzie albo na polach golfowych w sąsiednich miastach. Dzisiaj, myśli MacReady, może być ten dzień. Opiera dłonie na ołtarzu i unosi wzrok ku fryzowi przedstawiającemu ukrzyżowanie. Myślami wraca do tamtej chwili sprzed wielu lat, kiedy włóczył się po całym kraju i nagle uświadomił sobie, że mógłby wjechać na swoim harleyu do Pacyfiku, a i tak nigdzie by nie dojechał.

Teraz, choć minęło kilka dekad, przed każdą mszą modli się o znak, że podjął słuszną decyzję, że Bóg jest przy nim. Przez kolejną sekundę z nadzieją wpatruje się w krucyfiks. Ale jak przez minione dwadzieścia osiem lat, nic się nie dzieje.

Ksiądz MacReady przymyka oczy, próbując przywołać Ducha Świętego, nim wejdzie do kościoła.

W ławkach siedzi osiem osób.

Wyraźnie oszołomiony, zaczyna odprawiać mszę, choć w głowie ma mętlik. Nie przychodzi mu na myśl żaden logiczny powód, dla którego jego trzódka w ciągu tygodnia skurczyła się z osiemdziesięciu do ośmiu osób. Pośpiesznie odprawia świętą eucharystię i wygłasza kazanie, szokując ministranta, który zwykle przez pierwsze dziesięć minut nabożeństwa niewiele ma do roboty. Po końcowym „amen” MacReady biegnie do zakrystii, by zdjąć szaty liturgiczne i pożegnać nielicznych wiernych. Ale kiedy wychodzi, połowa z nich już jest na parkingu.

– Marjorie! – woła do starszej kobiety, której mąż umarł rok temu. – Dokąd tak się śpieszysz?

– Och, proszę księdza – odpowiada zagadnięta, a w jej policzkach robią się dołeczki. – Do domu White'ów.

To jeszcze bardziej go dezorientuje.

– Jedziesz do Waszygtonu? *

– Nie. Chodzi o tę dziewczynkę, Faith White. Tę, której objawia się Bóg. Osobiście nie uważam, że to wystarczający powód do opuszczenia mszy.

– Co z tą dziewczynką?

– Nie czytał ksiądz „Chronicle” w tym tygodniu? Ludzie mówią, że Bóg z nią rozmawia. Uczyniła nawet kilka cudów. Słyszałam, że wskrzesiła kobietę.

– Wiesz – mówi ksiądz Joseph z namysłem – chyba też się tam wybiorę.

Mariah obraca wiśniowy plaster na tokarce, patrząc na długie wstęgi, odrywające się od drewna. To będzie czwarta noga jadalnego stołu z epoki królowej Anny do obecnie budowanego przez nią domku. Jej wzrok wędruje na warsztat, gdzie misternie rzeźbione trio nóg leży na owalnej wyspie blatu.

Dzisiaj nie jest dzień na robienie mebli. Prawdę mówiąc, dzisiaj wcale nie powinna pracować, przynajmniej według ustalonego przez siebie kalendarza, ale ostatnio nic nie idzie zgodnie z planem. Wczoraj odbierała matkę ze szpitala po tygodniowym pobycie, w czasie którego badali ją wybitni kardiolodzy. Mariah wolałaby, żeby matka zamieszkała u nich, ale Millie nie chciała o tym słyszeć.

– Mieszkasz o pięć minut drogi. Co złego może się stać?

Mariah w końcu zrezygnowała, wiedząc, że będzie mogła skłonić matkę do spędzenia przynajmniej kilku dni u nich, jeśli tylko powie, że Faith potrzebuje towarzystwa. Pomogła Millie na nowo się zadomowić; obie przeżyły niezręczny moment, przystając przy trumiennym stole. Matka nie protestowała, gdy Mariah wywlokła go do garażu, wyrzucając z widoku i z myśli.

Dzisiaj Mariah pragnie nadrobić stracony czas. Z kieszeni na piersi wyciąga linijkę i mierzy nogę na tokarce. Jest za krótka o dwa milimetry – trzeba będzie zacząć pracę od nowa. Wzdychając, Mariah wyrzuca drewienko i wtedy słyszy dzwonek do drzwi.

To nieoczekiwany dźwięk, ostatnio nikt nie ośmiela się przedrzeć przez policyjną blokadę na końcu podjazdu. Może to listonosz albo dostawca oleju.

Otwiera drzwi i widzi księdza. Zaciska usta.

– Jak udało się księdzu przejść przez blokadę?

– Korzyść z zawodu – przyznaje ksiądz Joseph zupełnie niezmieszany. – Kiedy Bóg zamyka drzwi, otwiera okno. A przynajmniej stawia dobrego katolika policjanta na końcu pani podjazdu.

– Proszę księdza – mówi Mariah ze znużeniem – doceniam, że zadał sobie ksiądz trud i odwiedził nas. Mogę nawet zrozumieć, co księdzem kierowało. Ale…

– Naprawdę? Bo ja nie jestem tego pewny. – MacReady śmieje się. – Kościół pod wezwaniem Świętej Elżbiety świecił dzisiaj pustkami. Wygląda na to, że pani córka jest groźną konkurencją.

– Nieświadomie, zapewniam księdza. Nie sądzę, byśmy były gotowe na kolejny religijny najazd – mówi Mariah. – W piątek byli u nas rabini i opowiadali o żydowskim mistycyzmie…

– Wie pani, co powiadają o mistycyzmie: zaczyna się we mgle, kończy się schizmą.

Mariah mimowolnie się uśmiecha.

– Nie jesteśmy nawet katolikami.

– Tak słyszałem. Kościół episkopalny i judaizm, czy tak? Mariah opiera się o framugę.

– Tak. Więc dlaczego księdza to interesuje? Joseph wzrusza ramionami.

– Wie pani, kiedy byłem kapelanem w Wietnamie, poznałem dalajlamę. Była nas cała grupa, na długo przed spotkaniem zastanawialiśmy się, co podamy mu do picia i do jedzenia, jak powinniśmy się do niego zwracać. Ktoś zaproponował, żeby nazywać go „Jego Świątobliwością”, chociaż to tytuł zarezerwowany dla papieża; może mi pani wierzyć, dyskutowaliśmy zażarcie. Ale wie pani co, pani White? Dalajlama emanował taką… taką energią, jakiej nigdy wcześniej u nikogo nie wyczułem. Nie jest katolikiem, ale nie mogę wykluczyć, że to człowiek, który doznał głębokiego duchowego oświecenia.

W policzku Mariah pojawia się dołeczek.

– Ostrożnie, proszę księdza. To przypuszczalnie podstawa do ekskomuniki.

– Jego świątobliwość ma o wiele więcej spraw na głowie niż zajmowanie się moimi grzechami.

Jest w nim coś bardzo świeckiego; Mariah myśli, że w innych okolicznościach zaprosiłaby go, żeby usiadł i napił się kawy.

– Proszę księdza…

– Joseph. Joseph MacReady – poprawia ją z uśmiechem. – Nie tylko gotowy, ale chętny i zdolny też.

Mariah wybucha śmiechem.

– Lubię księdza.

– Ja też panią lubię, pani White.

– Ale myślę, że powinien ksiądz już iść. – Ściska jego dłoń świadoma, iż nie poprosił o rozmowę z Faith. – Jeśli będę księdza potrzebowała, przyjdę do kościoła. Na razie nikt nie udowodnił, że jakiekolwiek cuda miały miejsce.

– Tak, ludzie tylko o tym mówią. Choć z drugiej strony Mateusz, Marek, Łukasz i Jan także opowiadali wyłącznie o tym, co widzieli.

Mariah krzyżuje ręce na piersiach.

– Naprawdę ksiądz wierzy, że Bóg może przemawiać przez dziecko? W dodatku, formalnie rzecz biorąc, żydowskie dziecko?

– O ile wiem, pani White, raz już tak uczynił.

11 października 1999

– Przesuń tę kartkę o ćwierć cala na prawo – mówi producent, pochylając się ku ujęciu na monitorze. Światła ustawione przez elektryka i głównego oświetleniowca sprawiają, że Teresa Civernos mruży powieki i instynktownie zasłania oczy małemu Rafaelowi dłonią. Chłopczyk ją odpycha, a ona po raz setny tego dnia podziwia jego siłę i koordynację ruchów. Przytula go mocniej, dotyka ustami gładkiej, niczym niepoznaczonej skóry na jego czole.

– Jesteśmy gotowi, pani Civernos. – Głos płynny jak miód należy do Petry Saganoff, gwiazdy „Hollywood Tonight!”.

Producent podnosi wzrok.

– Może pani przysunąć dziecko? O, tak jest idealnie. – Słowa podkreśla gestem.

Petra Saganoff czeka, aż charakteryzatorka po raz ostatni muśnie pudrem jej twarz.

– Pamięta pani, o co panią zapytam?

Teresa potakuje i nerwowo zerka na drugą kamerę, skierowaną na nią i dziecko. Zmusza się do przypomnienia sobie, że to był jej pomysł, nie ich. Chciała opublikować nowennę do świętego Judy w „Globe”, ale uświadomiła sobie, że dzięki telewizji dotrze do większej liczby ludzi. Jej kuzyn Luis pracuje w Los Angeles w wytwórni Warner Brothers, gdzie znajduje się studio „Hollywood Tonight!”, i chodzi z garderobianą Petry Saganoff. Teresa poprosiła go, żeby zapytał. Po dwudziestu czterech godzinach od wypisania zdrowego jak rydz Rafaela ze szpitala Petra Saganoff była już w niewielkim mieszkaniu Teresy, nagrywając materiał wstępny.

– Trzy – mówi kamerzysta. – Dwa. Jeden… i… – Wskazuje Petrę.

– Pani dziecko nie zawsze wyglądało tak zdrowo, prawda?

Teresa czuje, że policzki zalewa jej rumieniec. Petra powiedziała, żeby się nie rumieniła. Musi o tym pamiętać.

– Tak. Jeszcze kilka dni temu Rafael był pacjentem oddziału dziecięcego dla chorych na AIDS w Massachusetts General Hospital – mówi. – Zaraził się wiursem podczas transfuzji krwi przy porodzie. W zeszłym tygodniu był blady i słaby, walczył z kandydozą, zapaleniem płuc i chorobą refluksową przełyku. Liczba limfocytów CD4 w jego krwi wynosiła piętnaście. – Mocniej przytula synka. – Lekarz powiedział, że umrze w ciągu miesiąca.

– I co się stało, pani Civernos?

– Usłyszałam o kimś. Ludzie mówią, że pewnej dziewczynce z New Hampshire objawia się Bóg. Moja sąsiadka, która odwiedza różnego rodzaju sanktuaria, zapytała mnie, czy nie chcę się tam z nią wybrać. Pomyślałam, że nie mam nic do stracenia. – Teresa przygładza włosy na głowie synka. – Rafael miał gorączkę, kiedy tam przyjechaliśmy. Wczesnym rankiem ta dziewczynka, na imię ma Faith, wyszła na dwór. Przyniosła wózek dla lalek i zapytała, czy może się pobawić z moim synkiem. Przez godzinę woziła go, śmiała się z nim i udawała, że go karmi. – Teresa unosi głowę, oczy ma pełne łez. – Dotknęła go. Pocałowała go tutaj, gdzie miał otwarty wrzód. A potem wróciliśmy do Bostonu.

Następnego dnia poszłam z nim do szpitala. Lekarze go nie poznali. Z dnia na dzień jego wrzody zniknęły, podobnie jak wszystkie infekcje. Limfocyty CD4 wzrosły do dwudziestu dwóch tysięcy. – Teresa jaśniejącym wzrokiem patrzy na Petrę. – Mówią mi, że z medycznego punktu widzenia jest to niemożliwe. A potem oznajmiają, że Rafael nie jest już chory na AIDS.

– Mówi pani, że pani syn został wyleczony z AIDS, pani Civernos?

– Tak myślę – odpowiada Teresa. – Bóg dotknął tej małej dziewczynki, tej Faith. To cud. W żaden sposób nie potrafię wyrazić, jak bardzo jestem jej wdzięczna. – Ociera policzek o główkę Rafaela.

Producent gestem daje znak operatorowi, który wyłącza kamerę. Petra wyjmuje papierosa ze srebrnej papierośnicy i konferuje z producentem; oboje stoją odwróceni plecami do Teresy.

– Tak – mówi producent, śmiejąc się z czegoś, co powiedziała Petra. – Twoje hobby to kolekcjonowanie świrów.

Teresa go słyszy.

– To nie jest żart, to naprawdę się zdarzyło.

– Jasne. – Petra uśmiecha się. – A ja jestem Najświętsza Dziewica.

– To prawda. Wskrzesiła z martwych swoją babkę. – Rozgniewana Teresa wstaje i łapie swoją przepastną skórzaną torebkę. Grzebie w niej, szukając mapy New Hampshire, na której przy pomocy sąsiadki zapisała starannie drogę do Nowego Kanaanu, po czym rzuca nią w słynną prezenterkę.

– Niech pani tam jedzie i sama zapyta – mówi, odwraca się na pięcie i ucieka z Rafaelem do łazienki, gdzie zamknięta czeka na odejście Petry Saganoff i jej ekipy.

12 października 1999

W samolocie Ian nastawia słuchawki na kanał nadający wiadomości. Z westchnieniem zadowolenia zwraca wzrok na ekran znajdujący się w środku kabiny klasy biznes.

Ale zamiast CNN widzi Petrę Saganoff, gwiazdę programów o niczym.

– Och, na litość boską – mówi, przywołując stewardesę. – Nie macie nic innego?

Stewardesa kręci głową.

– Przykro mi, proszę pana. Puszczamy taśmy, które dostajemy.

Krzywiąc się, Ian zdejmuje słuchawki i chowa je do kieszeni w oparciu fotela przed nim. Pochyla się i bierze aktówkę, dochodzi bowiem do wniosku, że może sprawdzić ostatnie wyniki oglądalności i przekonać się, gdzie w kraju jest najbardziej sławny. Kiedy znowu się prostuje, dostrzega kobietę, z którą Petra Saganoff prowadzi wywiad.

Kobieta wydaje się mgliście znajoma.

Przerzuca stos papierów w dłoniach i rzuca okiem na ekran. Widzi dziecko, które wierci się i wierzga w objęciach kobiety. Sięga po słuchawki.

– …jego wrzody zniknęły, tak samo jak wszystkie infekcje… – słyszy i nagle przypomina sobie, gdzie wcześniej ją widział. Stała na frontowym trawniku przed starym domem w Nowym Kanaanie i obserwowała, jak Faith White wozi jej synka w wózku dla lalek.

Mięsień drga w szczęce Iana. Więc wskrzesiła umarłego i uleczyła AIDS?

– Bóg dotknął tej dziewczynki… – mówi kobieta.

– Cholera – mruczy Ian. Powinien wrócić najbliższym samolotem. Powinien rozpocząć kampanię, zdwoić wysiłki. Powinien zdemaskować dziwaczną serię cudownych uzdrowień nieuleczalnie chorych, dokonywanych przez Faith White.

Ale wie, że tego nie zrobi, bo zgodnie z planem najpierw zobaczy się z Michaelem.

Siłą zmusza się do skupienia uwagi na dokumentach leżących na kolanach, ale oczyma wyobraźni widzi dłonie odwracające karty: czerwona, czarna, czerwona, czarna. Na ekranie dziecko chore na AIDS, które dwa dni temu leciało przez ręce jak woda, śmieje się i wierci w objęciach matki.

Pytanie gości w jego myślach tylko przez ułamek sekundy, zaraz zostaje zduszone, mimo to Ian słyszy, jak dzwoni mu w uszach, radosne i wibrujące niczym długa nuta, na której chór zakończył pieśń: A co, jeśli tym razem jestem w błędzie?

13 października 1999

Z intensywnym skupieniem siedmiolatki Faith pakuje do lnianej torby, z którą mama zwykle chodzi do biblioteki, rzeczy niezbędne podczas ucieczki. Jest wśród nich pluszowy miś, majtki na zmianę i pudełko krakersów, które ukradła ze spiżarki. Wkłada też Kartę Członkowską Superprzyjaciółki Cudownej Kobiety i błyszczące plastikowe kółko, które znalazła w piaskownicy w parku i zawsze uważała za nieco magiczne. Czeka, aż matka odkręci prysznic w łazience przy sypialni, po czym na palcach wymyka się ze swojego pokoju.

Faith ubiera się w ciemnozieloną kurtkę z polaru, rdzawe legginsy i fioletowy golf. Dłonie chowa w czerwonych wełnianych rękawiczkach.

Ukradkiem schodzi po schodach. W gruncie rzeczy wcale nie ucieka, bo zamierza zadzwonić do mamy, jak tylko się zorientuje, gdzie jest najbliższy telefon. Zna numer na pamięć. Na wypadek gdyby ktoś podsłuchiwał, zmieni głos, tak jak czasami robi to inspektor Gadget, i powie mamie, żeby przyszła do kina, w którym były na „Tarzanie”, bo kto by się czegoś takiego spodziewał? A potem wyjadą, tylko we dwie, no, może z babcią, wyjadą i zostawią tych głupich ludzi, siedzących na trawniku.

Cichutko niczym robaczek świętojański wysuwa się przez rozsuwane drzwi.

Do diabła, co ona wyprawia?

Ten jeden raz bezsenność opłaca się Ianowi. Wyglądając przez okno karawanu, dostrzega jaskrawą plamę, znikającą w lesie otaczającym dom White'ów. Ostrożnie otwiera drzwi i wychodzi. Na skraju lasu rusza biegiem, próbując dostroić swoje zmysły do odgłosu małych stóp dotykających ziemi lekko jak płatki śniegu.

Tam – znowu widzi błysk, który na początku przyciągnął jego uwagę, i zdaje sobie sprawę, że to światło księżyca od czegoś się odbija. Od trójkąta. Księżyc odbija się od nalepki odblaskowej na bluzie albo kurtce.

– Hej! – woła cicho i Faith nieruchomieje. Ogląda się, widzi go i ucieka, Ian jednym susem dogania ją, łapie i równocześnie pada, tak że dziewczynka ląduje na nim, pozbawiając go tchu. Wzmacnia uchwyt na ramionach Faith, gdy ta kopie go w łydki.

– Przestań! – mówi, potrząsając nią. – To mnie boli!

– Mnie też boli! – krzyczy Faith.

Ian zwalnia uścisk.

– Jeśli cię puszczę, uciekniesz?

Dziewczynka z powagą kręci głową, więc ją puszcza. W tej samej chwili Faith gramoli się na nogi i rusza biegiem.

– Cholera! – Goni ją i łapie za rękaw polarowej kurtki, przyciągając małą ku sobie jak rozgniewaną, walczącą rybkę. – Skłamałaś.

– Nie – mówi Faith, tracąc wolę walki. – Nigdy nie kłamię, Ian uświadamia sobie, że rozmawiają o czymś zupełnie innym.

– Nie jest za późno na zabawy na dworze?

– Uciekam. Nie podoba mi się tutaj.

Ian czuje, jak serce mu się ściska. Cel, mówi sobie, uświęca środki.

– Przypuszczam, że twoja mama się na to zgodziła?

Faith spuszcza głowę.

– Powiem jej, przyrzekam. – Rozgląda się po drzewach. – Nie wie pan, gdzie tu jest telefon?

– W mojej kieszeni. A co?

Faith patrzy na niego, jakby był bardzo, bardzo głupi.

– Bo muszę zadzwonić do mamy, kiedy dojdę na miejsce.

Ian przesuwa dłonią po niewielkim wybrzuszeniu telefonu komórkowego w kieszeni kurtki. Przynajmniej ma kartę przetargową.

– Jeśli chcesz zadzwonić do mamy, jak dojdziesz tam, dokąd się wybierasz, będziesz musiała wziąć mój telefon. A ja nigdzie się bez niego nie ruszam. – Przerywa, by się upewnić, że Faith nadąża za tokiem jego rozumowania. – Poza tym chyba nie powinnaś wędrować sama po ciemku.

Faith patrzy w ziemię.

– Nie wolno mi nigdzie chodzić z obcymi, Ian wybucha śmiechem.

– Chyba kręcę się tu dość długo, żebyś nie uważała mnie za obcego?

Dziewczynka zastanawia się nad jego słowami.

– Mama mówi, że pan to prawdziwe skaranie boskie.

– A, sama widzisz. Nie powiedziała, że jestem obcy. – Wyjmuje telefon, po czym wrzuca z powrotem do kieszeni. – Umowa stoi?

– Chyba tak – mruczy Faith.

Rusza, Ian idzie obok niej. Myśli o rzeczach, których mu tu brakuje, przede wszystkim o operatorze i dźwiękowcu, ale wywiad w cztery oczy lepszy jest niż nic. Dochodzi do wniosku, że jeśli znajdzie haczyk w tej historii, nazajutrz będzie mógł go podać do wiadomości publicznej.

Po niedługim czasie Faith przystaje i siada na spróchniałym pniu. To go zaskakuje, myślał, że dzieci są bardziej wytrwałe. Próbuje przyjrzeć się jej w promieniach księżyca, sączących się przez korony drzew; widzi, że buzię ma upiornie bladą.

– Dobrze się czujesz?

– Tak – odpowiada cieniutkim głosem Faith. – Tylko jestem zmęczona.

– Dawno powinnaś leżeć w łóżku. A jak udało ci się wymknąć mamie?

– Brała prysznic.

Ian jest pod wrażeniem.

– Ja też uciekłem z domu, jak miałem pięć lat. Ukrywałem się pod płótnem okrywającym grill przez trzy godziny, zanim mnie znaleźli.

– To właściwie nie jest ucieczka.

W jej głosie brzmi takie znużenie, taka mądrość, że Ian znowu czuje wyrzuty sumienia.

– Nie podoba ci się, że jesteś… ważna dla tylu osób?

Faith patrzy na niego jak na wariata.

– A panu by się podobało?

Cóż, w gruncie rzeczy tak… o to przecież chodzi w podnoszeniu oglądalności. Choć nie każdy stawia sobie taki cel. Z pewnością nie dziecko, które nie ma ochoty brać udziału w cudzych machinacjach, Ian zadaje sobie pytanie, czy nie mógłby przeciągnąć na swoją stronę Faith White.

– Hej, możesz mi pomóc? – Ian wyjmuje z kieszeni talię kart – czasami dzięki pasjansowi udaje mu się przetrwać noc. – Pracuję nad sztuczką, ale nie wiem, czy dobrze ją wykonuję. – Tasuje karty, po czym mówi Faith, by wybrała jedną. Palce Faith w rękawiczce ślizgają się po karcie. – A teraz zapamiętaj, jaka to karta. Na pewno wiesz? Wsuń ją w środek talii.

Chichocząc, Faith wykonuje polecenie, Ian w duchu dziękuje wujowi Beauregardowi za nauczenie go tej jedynej magicznej sztuczki, której w życiu miał ochotę się nauczyć. Z rozmachem tasuje talię, karty skaczą z jednej jego dłoni na drugą, a potem mówi Faith, by puknęła w wierzch stosu.

– Siódemka karo – obwieszcza. – Twoja karta.

Faith podnosi ją i wstrzymuje oddech.

– Jak pan to zrobił?

– Zdradzę ci tajemnicę mojej sztuczki, jeśli ty zdradzisz mi tajemnicę swojej magii.

Faith robi smutną minę.

– Ja nie znam magii.

– Och, nie jestem tego taki pewien. – Ian siada obok Faith, wsuwając dłonie między kolana. – Na początek: Jak uzdrowiłaś swoją babcię?

Wyczuwa, że Faith się jeży.

– Nie chcę wcale się uczyć tej głupiej karcianej sztuczki.

– Wiesz, spotkałem ludzi, którzy myśleli, że potrafią uzdrawiać. Niektórzy byli hipnotyzerami. Przekonywali chorych, że czują się lepiej, chociaż choroba dalej się rozwijała. Ale niektórym naprawdę udawało się sprawić, że chorzy zdrowieli, bo przez skórę przekazywali pewien rodzaj elektryczności.

– Elektryczność?

– Prąd. Taki wstrząs, który czasami czujesz, kiedy dotykasz telewizora. Bzzz. Wiesz.

Faith wstaje i rozpościera ręce.

– Niech pan mnie dotknie – mówi wyzywająco.

Powoli, nie odrywając wzroku od jej twarzy, Ian wyciąga ku niej dłoń.

– Najpierw musisz zdjąć rękawiczki.

Faith błyskawicznie chowa ręce za plecami.

– Nie mogę.

Ian wzrusza ramionami: „Mówiłem ci”.

– Naprawdę nie mogę – mówi Faith błagalnie.

Minęło wiele czasu, odkąd Ian miał siedem lat. Próbuje sobie przypomnieć, co odnosiło skutek na placu zabaw.

– Kłamiesz.

– Nie kłamię! – odpowiada Faith z oburzeniem. – Niech mnie pan zapyta o coś innego!

– Okay. – Ian nie walczy fair, na litość boską, próbuje przechytrzyć siedmiolatkę, ale z drugiej strony, nigdy nie był znany ze sportowego podejścia. Ma Faith dokładnie tam, gdzie chciał ją mieć: stoi przed nim, tak rozpaczliwie pragnąc udowodnić swoją rację, że musi się potknąć i zdradzić, na czym polega podstęp.

– Niech mnie pan zapyta – błaga ponownie.

Ian myśli o tym, czego chciałby się dowiedzieć. Kto za tym stoi, kto odniesie korzyść, jak udało im się oszukać personel medyczny? Kiedy jednak otwiera usta, własne słowa go zaskakują.

– Jak wygląda Bóg?

– Bóg… – zaczyna Faith, a potem mdleje.

Refleks każe Ianowi wyciągnąć rękę i złapać dziewczynkę, nim uderzy głową w pień, kamień albo korzeń drzewa.

– Faith – mówi, łagodnie nią potrząsając. – Obudź się!

Kładzie ją na ziemi i sprawdza puls. Odgarnia liście z jej twarzy.

Kiedy wyciera dłonie w kurtkę, widzi, że są pokryte smugami krwi.

Z walącym sercem Ian sprawdza swoją klatkę piersiową i bok. Nic mu nie jest, więc pobieżnie ogląda Faith, ale także nie znajduje żadnego skaleczenia. Jego wzrok pada na czerwone rękawiczki, odcinające się jaskrawo od mchu i liści.

Ostrożnie zdejmuje jedną.

– Jezu – szepcze. Bierze Faith na ręce i ile sil w nogach biegnie do domu Mariah White.

Kiedy Mariah wiąże ręcznik na mokrych włosach, rozlega się dzwonek u drzwi. Otula się więc szlafrokiem i zbiega po schodach. Boże, jest wpół do jedenastej. Dziecko już śpi. Kto ma czelność niepokoić ją o tej porze?

Wyciąga rękę w kierunku klamki. Osoba po drugiej stronie drzwi zaczyna pukać głośniej. Zaciskając szczęki, Mariah otwiera drzwi – przed sobą ma Iana Fletchera, ale całe jej oburzenie gaśnie, gdy widzi w jego ramionach bezwładną Faith.

– Och… – Głos jej drży. Cofa się, by zrobić Ianowi przejście.

– Była w lesie. – Ian patrzy, jak Mariah dotyka skroni i policzka Faith. – Krwawi. Musimy ją zawieźć do szpitala.

Mariah zakrywa dłonią usta, powstrzymując szloch. Podnosi rękaw polara Faith, spodziewając się zobaczyć przecięty nadgarstek, ale Fletcher pokazuje rękawiczkę.

– Pośpiesz się! – mówi. – Na co czekasz?

– Już… – Mariah biegnie na górę i wkłada ubranie, które wrzuciła do kosza z praniem. Łapie kluczyki i torebkę z wieszaka przy drzwiach.

Na odległym skraju podwórza panuje poruszenie, większość dziennikarzy przerwała znudzone wyczekiwanie, gdy zobaczyli, że to Ian Fletcher, właśnie on, niesie dziewczynkę do domu. Kamery wideo zaczynają kręcić, flesze trzaskają niby sztuczne ognie, a ponad tym wszystkim unoszą się prośby o pomoc, adresowane do nieprzytomnej Faith.

Mariah otwiera tylne drzwi, Ian bez słowa wsiada z Faith, układa ją na swoich kolanach. Mariah wskakuje do samochodu, trzęsącymi się dłońmi chwyta kierownicę i próbuje wyjechać tyłem z podjazdu, nie potrącając żadnego z gapiów, którzy upierają się, by dotknąć mijającego pojazdu.

Mariah w lusterku wstecznym spotyka spojrzenie Iana.

– Jak to się stało?

– Nie wiem. – Ian odgarnia włosy Faith z czoła; gest ten nie umyka uwagi Mariah. – Myślę, że już miała te skaleczenia, kiedy ją znalazłem.

Mariah zjeżdża w dół długiego zbocza. Czy Faith próbowała popełnić samobójstwo, ale jej się nie udało? Nie zadaje Ianowi Fletcherowi pytania, które pragnie zadać: Dlaczego byłeś z nią? Dlaczego moja córka nie przyszła do mnie?

Hamuje przed izbą przyjęć Connecticut Valley Medical Center. Zostawia samochód przy krawężniku i biegnie przed Ianem po pielęgniarkę. Jest gotowa walczyć o pierwszeństwo dla Faith, ale siostra raz tylko spogląda na nieprzytomne dziecko i krew na kurtce Iana, po czym wzywa lekarza. Mariah ledwo dotrzymuje kroku wózkowi, na którym wywożą Faith.

Nie prosi Iana, by jej towarzyszył, ale nie jest zaskoczona, gdy idzie z nią. Do jej świadomości prawie nie dociera to, że chwieje się na nogach, gdy przecinają drugą rękawiczkę Faith, że Ian ją podtrzymuje.

– Odczyty?

– Ciśnienie krwi sto na sześćdziesiąt, puls nitkowaty.

– Pobierzcie krew. Potrzebna grupa i wynik krzyżowy, liczba ciałek, elektrolity. – Lekarz patrzy na nieruchomą Faith. – Jak ma na imię?

Mariah próbuje odpowiedzieć, ale głos ją zawodzi.

– Faith – mówi Ian.

– Dobrze, Faith. – Lekarz nachyla się nad jej buzią. – Obudź się, kochanie, zrób to dla mnie. – Spogląda na pielęgniarkę. – Bandaże uciskowe – poleca, po czym zwraca się do Mariah. – Wzięła jakieś tabletki? Wypiła coś spod kuchennego zlewu?

– Nie – szepcze wstrząśnięta Mariah. – Nic takiego nie zrobiła, Ian odchrząka.

– Kiedy ją znalazłem, krwawiła. Miała rękawiczki, więc nie od razu się zorientowałem. A potem zemdlała. – Zerka na zegarek. – Jakieś pół godziny temu.

Lekarz przesuwa dłońmi po stopach Faith.

– Brak odruchów Kerniga i Brudzińskiego.

– Według mnie, to nie wygląda na ranę kłutą – mówi pielęgniarka.

Lekarz staje obok niej i zaczyna naciskać przedramię Faith.

– Nie ma krwawienia. Potrzebna konsultacja z chirurgiem. – Spogląda na Iana. – Pan jest ojcem?

Ian kręci głową.

– Przyjacielem.

Dla Mariah są jak olbrzymie sępy, rzucające się na małe ciało Faith, by dostać nietknięty jeszcze fragment. Pielęgniarka unosi prawą rękę dziewczynki, naciskając mocno na tętnicę ramienną, i przez sekundę Mariah widzi maleńkie jak główka szpilki światło przechodzące przez ranę, maleńki czysty tunel biegnący przez dłoń.

Nagle Faith wierzga nogą, trafiając lekarza w brodę.

– Nieee! – krzyczy i stara się uwolnić ręce z uchwytu pielęgniarek. – Nie! To boli!

Mariah robi krok do przodu, ale zaraz czuje dłoń Iana na ramieniu.

– Oni wiedzą, co robią – mruczy, podczas gdy lekarz uspokaja Faith.

– Jak zraniłaś się w dłonie, Faith? – pyta.

– Nie zraniłam się. Nie zrobiłam nic… Auu! Po prostu zaczęły krwawić, plaster nie chciał się trzymać i… Przestańcie! Mamusiu, niech oni przestaną!

Strząsając dłoń Iana, Mariah biegnie do łóżka i kładzie rękę na udzie córki, ale zaraz ktoś ją odciąga.

– Wyprowadźcie ją stąd! – woła lekarz, choć prawie go nie słychać we wrzaskach Faith.

Im dalej wloką Mariah od córki, tym głośniejszy staje się szloch; mija kilka sekund w objęciach Iana, nim uświadamia sobie, że to ona płacze.

W środku nocy szpital zamienia się w dziwną wyspę spokoju, jakby ludzi, którzy do wtóru jęków, westchnień i stłumionych pisków aparatury wciąż wędrują po korytarzach lub siedzą przy łóżkach, łączył ten sam cel. Spotykasz kobietę w windzie i od razu znasz jej smutki. Stoisz obok mężczyzny przy automacie z kawą i widzisz, że powoli otrząsa się z oszołomienia wywołanego faktem, że został ojcem. Łapiesz się na tym, że nieznajomego pytasz o jego historię; czujesz związek z ludźmi, których w normalnych warunkach minąłbyś obojętnie na ulicy.

Mariah i Ian stoją jak warta przy łóżku Faith na oddziale pediatrycznym. Dziewczynka śpi spokojnie, jej zabandażowane dłonie zlewają się z bielą pościeli.

– Patyczki do czyszczenia uszu – mruczy Ian.

– Słucham?

– Jej ręce wyglądają jak patyczki do uszu. Są takie okrągłe i napuchnięte na końcach.

Mariah uśmiecha się, rzecz nieprawdopodobna po ostatnich kilku godzinach, i teraz ma wrażenie, że skóra na twarzy jej się załamuje. Faith odwraca się i znowu nieruchomieje, Ian wskazuje wyjście, unosząc pytająco brwi. Mariah wychodzi za nim na korytarz, mija cichą dyżurkę pielęgniarek i windy.

– Nie podziękowałam ci, że ją do mnie przyniosłeś. – Obejmuje się ramionami, bo nagle robi jej się zimno. – Że nie wyciągnąłeś aparatu i nie zrobiłeś Faith zdjęć, kiedy to się zdarzyło.

Ian spogląda jej w oczy.

– Skąd wiesz, że nie?

Jej usta, gardło są wyschnięte jak pieprz. Przywołuje obraz Iana na tylnym siedzeniu z Faith w objęciach.

– Po prostu wiem.

Zatrzymują się przed oddziałem neonatologicznym, gdzie noworodki w pastelowych powijakach leżą obok siebie niczym produkty na półce w sklepie spożywczym. Jedno dziecko wysuwa rączkę spod kocyka i prostuje płatki paluszków. Mariah nie może nie dostrzec, że wnętrze jego dłoni jest świeże, różowe i gładkie.

– Wierzysz?

Ian patrzy na noworodki, ale mówi do niej. Nie jest to pytanie, na które powinna odpowiadać, nie jest to temat do dyskusji z Ianem Fletcherem, który pomimo całej rycerskości, jaką tego wieczoru okazał, jutro znowu będzie wrogiem. W ciągu ostatnich godzin powstała jednak łączność, coś, co każe Mariah myśleć o pająkach rzucających cieniutkie jedwabne nitki na niewiarygodną odległość i zastanowić się, czy mimo wszystko nie jest winna Ianowi odpowiedzi.

– Tak. Nie wiem, co widzi Faith ani dlaczego to widzi, ale wierzę, że mówi prawdę.

Ian niemal niedostrzegalnie kręci głową.

– Chodziło mi o to, czy wierzysz w Boga.

– Sama nie wiem. Żałuję, że nie mogę powiedzieć: „O tak”. Chciałabym, żeby to było takie proste.

– Więc masz wątpliwości. Mariah unosi ku niemu wzrok.

– Tak samo jak ty.

– Racja. Ale różnica polega na tym, że gdybyś miała wybór, chciałabyś wierzyć. A ja nie. – Przyciska dłoń do szklanej szyby i patrzy na noworodki. – „Stworzył mężczyznę i niewiastę”. Ale pod mikroskopem możesz obserwować, jak jajeczko zostaje zapłodnione. Możesz zainstalować miniaturową kamerę i patrzeć, jak dzielą się komórki, tworzy się serce. Być świadkiem całego procesu. Więc gdzie w tym wszystkim jest Bóg?

Mariah myśli o rabinie Solomonie w hipisowskim T – shircie, uzgadniającym z Faith ścieżkę łączącą Biblię i teorię Wielkiego Wybuchu.

– Może w fakcie, że to wszystko w ogóle się dzieje, Ian odwraca się.

– Ale mówimy o dowodach naukowych.

Mariah myśli o okolicznościach, które doprowadziły do umieszczenia jej w Greenhaven.

– Czasami widzisz rzeczy, które dzieją się przed twoim nosem, a mimo to wyciągasz fałszywe wnioski.

Przez moment patrzą sobie w oczy. Pierwsza mruga Mariah.

– Pewnie chcesz wrócić do domu i przespać się. Ian ze słabym uśmiechem masuje sobie kark.

– Jasne – potwierdza, ale nadal stoi w miejscu.

Mariah łapie się na tym, że inwentaryzuje cechy Iana Fletchera w sposób, w jaki mogłaby to robić inna kobieta: jedwabiste czarne włosy, tak proste, że sterczą jak igły nad czołem, palce rozpostarte na szybie, światło w jasnych oczach.

– Kim byłeś? – nagle wyrzuca z siebie pytanie, Ian wybucha śmiechem.

– Zanim odrodziłem się jako dupek, chcesz powiedzieć?

– Nie. – Mariah się rumieni. – Zanim zostałeś ateistą. No wiesz, pewnie urodziłeś się jako członek jakiegoś kościoła. Episkopalnego, metodystycznego, katolickiego.

– Byłem baptystą. Baptystą z Południa.

– Masz odpowiedni do tego głos – mówi Mariah, nim zdąża ocenzurować swoje słowa.

– Ale nie mam do tego serca. – Ian opiera się ramieniem o szklaną ścianę i krzyżuje ręce. – Nie przekonała mnie idea Chrystusa.

– Może powinieneś był wypróbować judaizm albo islam.

– Nie, nie chodzi tylko o kwestię Mesjasza. Chodzi o myśl, że rodzic, jakikolwiek rodzic, w tym Bóg, mógł świadomie skazać swoje dziecko na cierpienie. – Wpatruje się w leżące szeregiem noworodki. – Nie potrafię czcić kogoś, kto się na to zgadza.

Mariah ze zdumienia brakuje słów. Jak może się nie zgodzić z tak postawioną kwestią? Wciąż próbuje znaleźć odpowiedź, ale Ian uśmiecha się do niej, rozpraszając jej myśli.

– Powiem ci, w co wierzę – mówi cicho. – Wierzę, że Faith wyjdzie z tego.

Nachyla się, cmoka Mariah w policzek i rusza korytarzem.

Rozdział siódmy

I czemu z tobą nie zbiegło całe piekło.

John Milton, „Raj utracony”

15 października 1999

Dwa dni później Faith nadal jest w szpitalu. Z mojego punktu widzenia wszystko z nią w porządku – poza otwartymi ranami na dłoniach. Mówi, że już jej nie bolą. Doktor Blumberg, chirurg od dłoni, przyprowadził cały orszak ekspertów, by ustalić diagnozę. Nie chce udzielić nam jednoznacznej odpowiedzi i nie zwolni Faith, dopóki tego nie zrobi.

Próbowałam porozumieć się z Colinem, ale poczta głosowa w jego komórce informuje, że wyjechał, bez podania celu. Dzwoniłam co kilka godzin, ciągle to samo.

Matka uważa, że powinnam martwić się o Faith, a nie o Colina. Spędza z nami całe dnie i dopytuje się, dlaczego tak mi spieszno do domu. W szpitalu przynajmniej żaden dziennikarz ani religijny fanatyk nie ma dostępu do Faith.

Ja naturalnie byłam w domu, żeby wziąć prysznic i przebrać się. Ludzi w gruncie rzeczy nie ubyło – sekta wciąż tu jest i karawan – choć nie widziałam Iana Fletchera. To mnie nie dziwi. Zaskoczyło mnie natomiast, że kiedy Faith znalazła się w szpitalu, nadał relację na żywo, ale nie wspomniał o jej ranach.

– Mamo – kaprysi Faith – wołam cię trzeci raz! Uśmiecham się do niej.

– Przepraszam, słoneczko. Nie słyszałam.

– Nie, za bardzo jesteś zajęta własnymi myślami – mruczy moja matka.

Ignoruję ją.

– Czego ci potrzeba, Faith?

– Loda na patyku. Czerwonego.

– Jasne. – Zamiast fatygować pielęgniarkę, sama wezmę go z lodówki na korytarzu. Otwieram drzwi i widzę Iana Fletchera dyskutującego z policjantem, którego rozsądnie postawiono na straży, by do Faith nie wdarł się żaden dziennikarz, któremu udało się przemknąć obok ochrony.

– Mówię panu – upiera się Fletcher. – Niech pan ją zapyta, na pewno mnie wpuści.

– O co mam ją zapytać?

Uśmiecha się do mnie i wskazuje bukiet róż.

– Miałem nadzieję zobaczyć się z pacjentką.

– Moja córka z nikim nie może się widzieć.

Dokładnie w tej samej chwili przez otwarte drzwi dobiega głos Faith.

– Mamusiu, kto tam jest? – Czołga się na koniec łóżka, dostrzega Iana Fletchera i rumieni się. – Chyba powinnam panu podziękować, że przyniósł mnie pan wtedy do domu.

Fletcher przepycha się do sali i podaje róże Faith.

– Nie ma potrzeby. Rycerze tacy jak ja zawsze rozglądają się za damami w tarapatach.

Faith chichocze, a moja matka bierze kwiaty.

– Boskie, prawda? – wykrzykuje. – Faith, do czego je włożymy?

Spoglądam przepraszająco na policjanta, wracam do sali i zamykam drzwi.

– Jeszcze nie spotkałem kobiety, na którą kwiaty by nie działały – mówi Ian.

– Moja mama od nich kicha – informuje Faith.

– W takim razie zapamiętam to sobie. – Fletcher zwraca się do mnie. – I jak ona się czuje?

– O wiele lepiej.

Nie odrywa ode mnie oczu.

– Tak – mówi – wygląda cudownie.

Przerywa nam moja matka, która wpada pomiędzy nas z wazonem pełnym róż i stawia go na nocnym stoliku, Ian przysiada na skraju łóżka.

– Wiecie, kiedy wrócicie do domu?

– Jeszcze nie – odpowiadam.

– Chcę już wracać – mówi Faith. – Tu brzydko pachnie.

– Pachnie jak w szpitalu – zgadza się Ian. – Jakby ktoś ciągle czyścił toalety.

– Był pan kiedyś w szpitalu? Twarz Iana chmurzy się.

– Nie sam. – Spogląda na mnie. – Mogę z panią zamienić słowo?

I znowu gestem wskazuje korytarz. Kiwam głową mamie i wychodzę za nim. Teraz wszystko się wyda, myślę. Teraz mi powie, że pomimo wyjątkowego zachowania i żółtych róż powinnam się spodziewać ekipy gotowej filmować wyjście Faith ze szpitala.

– Chciał pan porozmawiać?

Stoi oddalony o krok, ramieniem opierając się o framugę drzwi. Chrząka.

– Właściwie…

– Pani White. – Głos doktora Blumberga sprawia, że podskakuję. – Cieszę się, że pani tu jest. Chciałbym porozmawiać o Faith. Mogłaby pani przejść do poczekalni na końcu korytarza?

Chociaż od dawna na to czekam, zaczynam drżeć. Jakimś sposobem wiem, że nowiny będą złe; lekarze zawsze mają do przekazania złe wieści, kiedy proszą, żebyś usiadł. Gdyby z Faith wszystko było w porządku, lekarz przyszedłby prosto do sali. Dowiem się, że Faith ma raka, że zostały jej trzy tygodnie życia, że to moja wina. Gdybym była lepszą matką, zauważyłabym coś wcześniej: guz za uchem, wolno gojące się skaleczenie na kolanie.

– Mariah, mogę? – pyta Ian cicho.

Patrzy za odchodzącym lekarzem, a potem zwraca wzrok na mnie. Zadaje tysiące pytań, wykorzystując chwilę, gdy jestem całkowicie bezbronna, a równocześnie proponuje swoje ramię, tak że mam wrażenie, że nogi nie trzęsą się tak bardzo pode mną. Nie powinien się w to wtrącać – ale z drugiej strony, był z Faith, kiedy to się stało, widział wszystko, co można było zobaczyć. Potrzeba czyjegoś wsparcia jest silniejsza od rozsądku.

– Dobrze – szepczę oszołomiona i idziemy razem.

Obok mnie Ian grzebie przy czymś, ale nie patrzę. Jeśli to magnetofon albo notatnik, nie chcę tego widzieć. Sporo wysiłku kosztuje mnie patrzenie wprost przed siebie, kiedy jednak doktor Blumberg prosi Iana o pożyczenie długopisu, budzi się we mnie ciekawość. Doktor wyciąga z kieszeni owinięty w folię pakunek.

– Widzicie to ciastko?

Ciastko jest z wiśniami i serem. Doktor Blumberg bierze długopis Iana i przebija ciastko na wylot, przez folię.

– To dość dobry przykład rany kłutej. – Oddaje Ianowi długopis, lepki i ociekający, po czym wskazuje dziurę w środku ciastka. – Widzicie, jak jest poszarpane? Jak warstwa sera zlewa się z warstwą wiśni? A wiśnie puściły sok. Rana kłuta rozdziera i zniekształca tkankę. Skóra jest poszarpana na okręgu, czasami wepchnięta do rany, którą wypełniają skrzepy krwi i fragmenty tkanki z przyległych obszarów. Bardzo często znajdujemy w ranie krwiaki i kawałki pogruchotanych kości. – Doktor Blomberg patrzy na mnie. – Rany pani córki tak nie wyglądają.

– Może to nie były… rany kłute – sugeruję.

– Och, wręcz przeciwnie. Przeszły na wylot. Najważniejsze słowo tutaj to „czyste”. Zdjęcia rentgenowskie (mam je w gabinecie) pokazują idealnie okrągłe ranki z idealnie okrągłymi lukami w tkance i kościach… ale bez śladu urazu.

Pogubiłam się.

– Czy to dobrze?

– To rzecz absolutnie niewytłumaczalna, pani White. Jak pani wie, ostatnie dwa dni spędziłem na konsultowaniu diagnozy z kolegami. Nie istnieje żaden sposób na to, by jakiś przedmiot przeszedł przez dłoń na wylot, nie powodując znacznych szkód, a przynajmniej nie rozdzierając tkanki.

– Ale Faith krwawiła. Zemdlała z tego powodu.

– Doskonale zdaję sobie z tego sprawę – mówi doktor Blumberg. – Z drugiej strony, krwawiła wolno. Nie straciła dość krwi, by uzasadniało to utratę przytomności; w wypadku rany szarpanej byłoby odwrotnie. Rany pani córki zachowują się jak rany kłute… ale wcale tak nie wyglądają.

– Nie rozumiem.

– Czytała pani o ludziach, którzy po urazach głowy nagle zaczynali mówić płynnie po japońsku albo francusku? – pyta lekarz. – Rozbili sobie głowę na słupie telefonicznym i z jakiegoś powodu nagle rozumieli język, którego nigdy się nie uczyli. To nie zdarza się codziennie, ale się zdarza. Z medycznego punktu widzenia bardzo trudno to wyjaśnić. – Blumberg nabiera powietrza w płuca. – Po starannym namyśle kilku lekarzy i ja postawiliśmy pytanie, czy Faith rzeczywiście zraniła się w dłonie jakimś przedmiotem, czy też po prostu zaczęła krwawić.

Obok mnie Fletcher cicho gwiżdże.

– Potwierdza pan autentyczność stygmatów.

– Nie stawiam jednoznacznej diagnozy w tej kwestii – sprzeciwia się gorąco lekarz.

– Stygmaty? – pytam równocześnie.

Doktor Blumberg waha się, wyraźnie zakłopotany.

– Jak pani wie, pani White, stygmaty to repliki ran ukrzyżowanego Chrystusa, medycznie niewytłumaczalne przypadki, kiedy ludzie krwawili z dłoni, stóp i boku, choć nie doznali żadnych obrażeń. Niekiedy stygmatom towarzyszy ekstaza religijna. Czasami rany pojawiają się i znikają, czasami występują stale. Niemal zawsze są bolesne. Znamy z historii kilka przypadków, kiedy lekarze istotnie postawili taką diagnozę.

– Mówi mi pan, że moja córka… Nie! – Faith nie przeżywa ekstazy religijnej, czymkolwiek to jest. I dlaczego miałaby mieć rany ukrzyżowanego, skoro nawet nie wie, co to jest ukrzyżowanie? Kulę ramiona. – Te historyczne przypadki… z jakiego okresu pochodzą?

– Sprzed setek lat – przyznaje doktor Blumberg.

– Jest rok 1999 – mówię. – Takie rzeczy obecnie się nie zdarzają. Tego rodzaju zjawiska prześwietla się rentgenem, bada węglem i naukowo uznaje za oszustwa. – Zwracam się do Iana Fletchera. – Mam rację?

Ale ten jeden raz on milczy.

– Chcę zobaczyć jej dłonie – oznajmiam.

Doktor Blumberg zgadza się. Wstaje i wraca do sali.

– Kochanie – mówię wesoło, wchodząc za nim przez drzwi – pan doktor chce cię zbadać.

– A potem będę mogła pójść do domu?

– Zobaczymy.

Staję obok doktora Blumberga, który odwija grube bandaże. Codziennie są zmieniane, ale od sceny, którą Faith urządziła w izbie przyjęć, personel bardzo uważa, by nie miała okazji zerknąć na swoje rany. Łagodnie ciągnąc za gazę szczypcami, lekarz zapala regulowaną lampę i tak manewruje, by zasłonić Faith widok swoim ciałem. Zdejmuje ostatnią warstwę bandaży z jej prawej dłoni.

Dziura ma tylko kilka milimetrów średnicy, ale jest. Otaczająca ją skóra jest fioletowa i posiniaczona, odchodzą od niej promienie zaschniętej krwi. Faith zgina palce i widzę błysk cienkiej jak igiełka kości. Mimo to rana nie zaczyna krwawić.

Doktor Blumberg naciska krawędzie rany. Faith raz po raz się krzywi, w pewnym momencie lekarz niechcący się przesuwa i Faith ma okazję zobaczyć swoją dłoń. Podnosi ją do twarzy i wpatruje się w światło przechodzące przez otwór, podczas gdy my wszyscy wstrzymujemy oddech.

Faith zaczyna krzyczeć.

Doktor Blumberg dzwoni po pielęgniarkę, Ian Fletcher razem z moją matką próbują przytrzymać Faith.

– Faith – mówię uspokajająco. – Wszystko w porządku. Pan doktor cię wyleczy.

– Mamusiu, mam dziurę w dłoni! – piszczy Faith.

Do sali wbiega pielęgniarka ze strzykawką na styropianowej tacce. Doktor Blumberg mocno chwyta Faith za rękę i wbija igłę w miniaturowy biceps. Po chwilowej walce jej ciało wiotczeje.

– Przykro mi z tego powodu – mruczy Blumberg. – Myślę, że powinniśmy ją tu zatrzymać. Proponuję konsultacje psychiatryczne.

– Uważa pan, że jest wariatką? – W moim głosie dźwięczy histeria. – Widział pan jej rękę. Przecież tego nie wymyśliła.

– Nie powiedziałem, że jest wariatką. Rzecz w tym, że umysł to potężny organ. Może wywołać chorobę równie łatwo jak wirus. A szczerze mówiąc, nie znam procedury obowiązującej w tego rodzaju sytuacji. Nie wiem, czy umysł potrafi sprawić, że ciało krwawi.

Łzy wypełniają mi oczy.

– Ona ma siedem lat. Dlaczego miałaby tego pragnąć?

Siadam obok Faith na szpitalnym łóżku, gładząc ją po włosach. Zapada w sen, buzia jej się odpręża, pomiędzy rozchylonymi ustami pojawia się banieczka śliny. Słyszę, jak lekarz cicho rozmawia z moją matką. Drzwi dwa razy otwierają się i zamykają.

Małe dziewczynki marzą o byciu księżniczkami. O własnych kucykach. O biżuterii i balowych sukniach. A nie o krwotokach bez żadnego uzasadnionego powodu, nie o byciu jak Jezus.

Głos Iana Fletchera łagodnie muska moją skroń.

– Kiedyś robiłem wywiad z zakonnicą, karmelitanką – mówi. – Miała siedemdziesiąt sześć lat, w klasztorze przebywała od jedenastego roku życia. Według matki przełożonej siostra Mary Amelia została pobłogosławiona stygmatami.

Wolno odwracam głowę, by móc patrzeć mu w oczy.

– Wszyscy myśleli, że to cud… dopóki nie znalazłem szydełka, który wysunął się z habitu siostry Mary Amelii. Okazało się, że między ekstazą religijną a szaleństwem na tle religijnym jest bardzo subtelna granica.

Myślisz, że sama to sobie zrobiła. Nie muszę mówić tego głośno, Ian wie, co myślę.

– Jej dłonie, dłonie tej siostry, wyglądały zupełnie inaczej niż dłonie Faith.

– Co pan chce przez to powiedzieć? Wzrusza ramionami.

– Że to jest inne, nic więcej.

W sumie Allen MacManus uważa, że tanio dobił targu: pizza z pepperoni i sześciopak piwa dla młodego Henry'ego, który pracuje na godziny w dziale edytorskim „Globe'u”, w zamian za włamanie się do komputera i wyszukanie wszelkich informacji zastrzeżonych o rodzinie White'ów.

– Dlaczego to tak długo trwa? – pyta Allen, ostrożnie odsuwając fragment przepoconego dresu i siadając na skraju łóżka w pokoju Henry'ego.

– Mój modem ma tylko dwadzieścia osiem przecinek osiem – wyjaśnia Henry. – Spokojnie, staruszku.

Łatwo powiedzieć. Im więcej Allen się dowiaduje, tym większy ogarnia go niepokój. Ostatnio przypomina sobie cytaty z Apokalipsy i opowiadane przez siostrę Thalomenę w piątej klasie straszliwe historie o grzesznikach, którzy poszli do piekła. Wiele lat upłynęło, odkąd Allen był u spowiedzi albo przystąpił do komunii; religia zawsze naznaczona będzie dla niego bestialstwem zakonnic, które uczyły go w szkółce parafialnej. Jednakże katolicyzm wszedł mu głęboko pod skórę, a ta dziewczynka skłoniła go, by przemyślał swoje wybory. A jeśli przez wszystkie te lata się mylił? Z ilu „Zdrowaś Maria” i „Ojcze Nasz” składać się będzie pokuta za odrzucenie Boga?

Na ekranie komputera pojawia się strumień informacji.

– Zakupy na kartę kredytową. To jest karta małżonki.

Allen nachyla się do ekranu. Mnóstwo zakupów spożywczych, ubrania dla dziecka, kilka pozycji z katalogu L.L. Beana. Nic podejrzanego.

– Jezu, oni co miesiąc spłacają rachunki.

– To ona. Sprawdźmy jej męża. – Palce Henry'ego fruwają nad klawiszami, wywołując biznesową kartę American Express. Gwiżdże przez zęby. – Wygląda na to, że pan Wbite w czasie podróży służbowych udzielał się towarzysko. Popatrz na to: Lily's Palace of Dancing.

Allen chrząka.

– Zdradza żonę, wielka sprawa.

Nie wydaje się, by niewierność męża w sposób naturalny prowadziła żonę do skłaniania córki, by odgrywała rolę fałszywego Mesjasza. Człowiek robi takie rzeczy, by samemu lepiej wyglądać, by przyciągnąć uwagę. Albo jest świrem.

– Hej, celny strzał! – krzyczy Henry. – Poszukiwanie w bazie sądowej dało wynik pozytywny. Mam archiwum stanu New Hampshire. Sądy muszą rejestrować wszelkie zakazy zbliżania się i inne podobne bzdury, w gruncie rzeczy wszystko, co trafiło przed sędziego. Wygląda na to, że pan White próbował zamknąć żonę. Nie, poprawka: wygląda na to, że mu się udało.

– Daj popatrzeć. – Allen siada przy komputerze i przewija stronę. – Boże święty! Oddał ją do szpitala dla psychicznie chorych. – Patrzy na wyrok, przez który ta kobieta wylądowała w Greenhaven, na powtarzane prośby Millie Epstein o zwolnienie córki.

Henry wyciąga się na łóżku, wydłubując pepperoni z zębów.

– Na tym świecie roi się od świrów, bracie.

Allen go nie słyszy. Szpital dla psychicznie chorych. Wszystko zaczyna nabierać sensu. Siedmiolatki nie rozmawiają ot, tak z Bogiem, ktoś nimi manipuluje. Allen myśli, że ktoś, kto już raz przekroczył granicę, z dużym prawdopodobieństwem zrobi to ponownie.

Wstawszy z krzesła, wyjmuje z papierowej torby puszkę piwa marki Rolling Rock i rzuca Henry'emu.

– Super – mówi Henry. – Na jaką to cześć?

– Ateizmu – odpowiada Allen, wolno rozciągając wargi w uśmiechu.

Jakimś sposobem szpitalni plotkarze roznieśli wieść o Faith. Przychodzą pielęgniarki pod pozorem sprawdzenia, co u pacjentki, w rzeczywistości zaś po to, by usiąść przy niej i porozmawiać, a w jednym przypadku dać jej medalik świętego Judy do potrzymania przez chwilkę w zabandażowanych dłoniach.

Faith sprawia wrażenie, że nie wie, co robić. Kiedy nie śpi, uprzejmie odpowiada na pytania o szkołę i ulubioną kreskówkę Disneya; kiedy śpi, nieznajomi dotykają jej włosów i policzka, jakby nawet ten przelotny kontakt mógł ich uratować.

Moja matka przez cały dzień chodzi nabuzowana.

– To nic nie znaczy – mówi każdemu, kto chce słuchać. – Stygmaty – szmygmaty. Żydzi od pięciu tysięcy siedmiuset lat czekają na Mesjasza, nie zaczniemy teraz wierzyć w Jezusa.

W pewnej chwili, gdy Faith śpi, odciąga mnie na bok.

– Ciebie to nie niepokoi? Cała ta sprawa z Faith?

– Oczywiście że tak – szepczę rozgorączkowana. – Myślisz, że chcę, żeby przez to przechodziła?

– Mam na myśli katolicyzm. Katolicyzm, na litość boską! Wszyscy ci ludzie paradują przed Faith, jakby była jakąś świętą.

– Krwawienie z dłoni nie czyni jej katoliczką. Mama energicznie potakuje.

– Mam taką nadzieję.

Jest jeden plus: mama poszła do barku poszukać galaretek dla Faith, kiedy tego popołudnia w progu staje ksiądz MacReady.

– Charlotte – mówi do pielęgniarki, która szczotkuje Faith włosy i chowa do kieszeni wyczeski, kiedy myśli, że nie widzę. – Co u ciebie? Jak dzieci?

– U nas wszystko w porządku, proszę księdza – odpowiada pielęgniarka. – Słyszał ksiądz, co się tu dzieje?

– Jeden ze szpitalnych wolontariuszy pracuje w kancelarii kościelnej. – MacReady czeka na wyjście pielęgniarki, po czym siada na zwolnionym przez nią krześle. – Cześć, jestem ojciec MacReady.

– Dlaczego ma pan na szyi tę białą rzecz? – pyta Faith.

– To specjalna koszula, taką noszą ludzie, którzy pracują w kościele – wyjaśniam.

– Myślałam, że jest czyimś ojcem – mówi Faith, marszcząc czoło.

Ksiądz uśmiecha się.

– Po prawdzie, to akurat najtrudniej zrozumieć. – Delikatnie unosi zabandażowaną dłoń Faith. – Słyszę, że rozmawiasz z Bogiem. Sam bardzo bym chciał.

– Czy przez nią bolały pana ręce?

Wpatruję się w Faith. Do tej chwili nie miałam pojęcia, że wie od tego swojego Boga, co się z nią dzieje. Nie przyszło mi na myśl, żeby o to zapytać.

– Nie, Faith – odpowiada ksiądz. – Nie bolały mnie ręce przez Boga.

Czy w jego głosie słyszę żal?

W tej samej chwili do sali wkracza moja matka z galaretką cytrynową na tacce.

– Dzisiaj nie było czerwonej, Faithele, ale… Och. – Mierzy księdza wzrokiem od stóp do głów. – Już się zaczyna – mówi kwaśno.

– Pani Epstein, jak przypuszczam – wita ją MacReady. – Miło mi panią poznać.

Mama zaciska usta.

– Szkoda, że nie mogę powiedzieć tego samego o panu.

– Mamo!

– Ale to prawda. Mam swoje lata i nie zamierzam przymilać się do człowieka, który próbuje nawrócić na swoją wiarę moją wnuczkę.

– Proszę mi wierzyć, nie mam najmniejszego zamiaru nawracać pani wnuczki…

– Jasne że nie! Pan myśli, że już do tego doszło, bo krwawią jej dłonie. Stygmaty, a niech mnie kule biją.

Przewracam oczami i chwytam księdza za łokieć.

– Mamo, może przypilnujesz Faith i pomożesz jej zjeść galaretkę.

– Dobrze. A ty się go pozbądź.

Kiedy wychodzimy na korytarz, przepraszam.

– Tak mi przykro. Mojej matce trudno się z tym pogodzić.

– A pani?

– Wciąż przyzwyczajam się do myśli, że Faith rozmawia z Bogiem. Posunąć się o krok dalej… cóż, nie potrafię nawet o tym myśleć.

MacReady uśmiecha się.

– Stygmaty, o ile mamy z nimi do czynienia w tym przypadku, to dar.

– Też mi dar. Sprawia ciągły ból i powoduje, że jesteś widowiskiem dla świata. – Wiem, że nie bez powodu „stygmaty” pochodzą od greckiego stigma, piętno.

– Miliony ludzi powiedziałyby, że pani córka jest błogosławiona.

– Ona nie wierzy, że została pobłogosławiona. – Ku mojemu zakłopotaniu głos zaczyna mi drżeć. – Wie ojciec, że włożyła rękawiczki, kiedy jej się to pierwszy raz przytrafiło? Za bardzo się wstydziła, żeby mi to pokazać.

MacReady'ego wyraźnie to interesuje.

– Niewiele wiem o stygmatykach, ale o ile się orientuję, nie pokazują światu swoich ran. Ukrywają je.

Po chwili ciszy zatrzymuję się. Dotarliśmy na koniec oddziału pediatrycznego, do sali z noworodkami, gdzie stałam z Ianem Fletcherem.

– Muszę coś wyznać.

– Zwykle tak działam na ludzi.

– Raz wśliznęłam się do konfesjonału na spowiedź.

– Spowiedź o spowiedzi? – Ojciec MacReady wybucha śmiechem.

– Miałam dziesięć lat, chciałam zobaczyć, jak to jest. Wydawało mi się, że uruchomię jakiś czujnik, sensor, który ujawni, że nie jestem katoliczką.

– Nie, to protestanci bawią się nowoczesną technologią. – Uśmiecha się, oparty o ścianę. – Prawdę mówiąc, zawsze podziwiałem Żydów za ten brak spowiedzi. Zawdzięcza to pani matce.

– Niewykluczone.

– Widzi pani, grzesznik w Kościele katolickim wyznaje grzechy, odmawia kilka modlitw i pozbywa się winy. Mam wrażenie, że Żydzi noszą winę wiecznie, jak wielbłądy swoje garby. Co, pani zdaniem, jest skuteczniejszym środkiem odstraszającym? – MacReady poważnieje. – Nie wiem, czy Bóg rozmawia z Faith, pani White. Choć chciałbym wierzyć, że tak. Nie obchodzi mnie, co powiedzą inni księża, nigdy nie uważałem, że duch pochodzi z religii. Według mnie, pochodzi z naszego wnętrza, przyciąga do nas innych. A pani córka ma go wiele.

Okay, więc to nie jest dzień Sądu Ostatecznego. Przed ratuszem nie płonie jezioro ognia. Nie otworzyła się księga życia z wypisanymi nazwiskami. Jest żydowskie dziecko z ranami, być może są to stygmaty, i to dziecko rozmawia z Bogiem, który jest kobietą. Muszę pani powiedzieć, choć moi przełożeni pewnie się ze mną nie zgodzą, że wcale mnie to nie szokuje. Może na tym polega boska koncepcja nawracania niewierzących, Jego sposób na skłonienie różnych ludzi, by zaczęli Go wielbić. By uwierzyli.

– Ale ona się na to nie zgodziła – mówię. – Nie jest niczyim zbawicielem ani męczennicą, tylko przerażoną małą dziewczynką.

MacReady długą chwilę mi się przygląda.

– Jest także dzieckiem Boga, Mariah. Splatam ręce, by ukryć ich drżenie.

– I w tej kwestii ksiądz się myli.

MacReady zamyka na klucz drzwi prowadzące z zakrystii do jego mieszkania. Wolno wchodzi do kuchni, siada przy porysowanym stole i obserwuje drobinki kurzu, igrające w cienkiej smudze słonecznych promieni. Po namyśle wstaje i wyjmuje z lodówki butelkę sama adamsa. Nie należy do tych, co nadużywają alkoholu, ale czuje, że dzisiaj piwo, które zwykle pija do kolacji, bardziej mu się przyda w środku popołudnia.

Diabelny problem polega na tym, że Joseph MacReady lubi, szczerze lubi Mariah White.

Ale równocześnie kocha, szczerze kocha swój Kościół.

– Nie robię tego im – mruczy pod nosem. – Robię to dla nich. – I opróżnia butelkę do dna.

Jest księdzem od kilkudziesięciu lat i dwukrotnie miał do czynienia z wizjami. Za pierwszym razem w Wietnamie, kiedy żołnierz twierdził, że Matka Boska przyszła do niego w dżungli. Za drugim sprawa była bardziej niepokojąca: szesnastoletnia dziewczyna z ubogiej dzielnicy utrzymywała, że zapłodnił ją Duch Święty. Tym razem MacReady powiadomił władze kościelne i wszyscy wstrzymywali oddech do chwili, gdy dziewczyna urodziła całkowicie normalne dziecko z DNA odpowiadającym DNA niedawno zatrudnionego dyrektora chóru.

Nigdy nie spotkał się ze stygmatami.

Wzdychając, wyjmuje zniszczoną książkę z półki pod telefonem i szuka numeru kancelarii diecezjalnej w Manchesterze.

Artykuł w „Boston Globe” z 17 października 1999

Matka wizjonerki „niezrównoważona psychicznie”

Nowy Kanaan, New Hampshire. – Przyjdą, jeśli powiesz, że widzisz. Tak w każdym razie może brzmieć slogan siedmioletniej dziewczynki z Nowego Kanaanu, której rzekomo objawia się Bóg. Pobożni i ciekawscy zjechali do małego miasteczka w New Hampshire, by na własne oczy obejrzeć dziecko, które czyni cuda. Jednakże owe niebiańskie wizje mogą mieć o wiele bardziej ziemskie przyczyny, niż wydaje się tłumowi zgromadzonemu w miasteczku. Jak podają nasze źródła, matka dziewczynki kilka lat temu była pacjentką szpitala dla psychicznie chorych. Zastrzegający sobie anonimowość psychiatra, który pracował w ośrodku Greenhaven, mieszczącym się w Burlington w stanie Vermont, potwierdził, iż Mariah White spędziła tam cztery miesiące w roku 1991. Pytany o naturę jej dolegliwości, psychiatra odmówił odpowiedzi. Według doktora Josiaha Herberta, kierownika katedry psychiatrii na Harvard University, niektóre z najczęściej występujących u dorosłych urojeń natury psychotycznej dotyczą religii. „Nawet jeśli choroba pani White łączyła się z halucynacjami na temat Boga, nie musi to oznaczać, że jej córka będzie miała takie same doświadczenia – powiedział doktor Herbert. – Jednakże w związku między dzieckiem a rodzicem kluczem jest aprobata, a zachowania, którymi dziecko ją zdobywa, mają nieskończenie wiele odmian. W tym wypadku możemy mieć do czynienia nie z wizjonerką, ale małą dziewczynką, desperacko pragnącą zwrócić na siebie uwagę matki”. Pytany o rzekome cuda dziewczynki, doktor Herbert oznajmił, że tego rodzaju zjawiska nie mieszczą się w ramach logiki i nauki.

Zapytany o szum wywołany wizjami dziewczynki, Herbert zaleca ostrożność. „Nie sądzę, by można poważnie przyjmować twierdzenia dziecka bez zbadania wpływów, które je kształtowały. W tym przypadku mogą one być bardziej nienormalne niż paranormalne”.

Kiedy najmniej się tego spodziewam, rabin Daniel Solomon wykorzystuje moją nieuwagę i wdziera się do domu.

Wróciłyśmy niedawno, dzisiaj po południu doktor Blumberg wypisał Faith ze szpitala. Położyłam ją do łóżka i skończyłam zmywać naczynia po kolacji, kiedy rozlega się pukanie do drzwi. Jestem do tego stopnia zaskoczona faktem, że rabinowi Solomonowi udało się prześliznąć koło ludzi zgromadzonych przed domem, że nim dociera do mnie, co robię, wpuszczam go do środka.

Wzrok ma dziki, ubiór rozchełstany, długi kucyk zmierzwiony. Nerwowo przebiera palcami po bursztynowych paciorkach na szyi.

– Przepraszam – mówi. – Wiem, że pora nie jest odpowiednia…

– Nie, nie – mruczę, wskazując jego strój. – Tyle przynajmniej mogę zrobić dla kogoś, komu udało się pokonać ścieżkę zdrowia.

Spogląda na swoje zabłocone dżinsy i wystającą z nich koszulę, jakby dziwiło go, że są w takim stanie.

– Nie bez kozery nazywają nas narodem wybranym – mówi i spogląda na schody.

Twarz mi tężeje.

– Faith śpi.

– Właściwie przyszedłem do pani. Ma pani „The Boston Globe”?

– Gazetę? – pytam głupio. Zastanawiam się, czy rabin miał tupet udzielić wywiadu o Faith. Niemal gniewnym gestem łapię gazetę, którą mi podaje. Z pierwszej strony bije w oczy nagłówek: MATKA WIZJONERKI „NIEZRÓWNOWAŻONA PSYCHICZNIE”.

Jeśli człowiek ukrywa tajemnicę z przeszłości, każdą chwilę przyszłości spędza na budowaniu muru, przez który trudniej dostrzec potwora. Przekonuje siebie, że mur jest solidny i gruby, a kiedy pewnego dnia budzi się i potwór nie pojawia się momentalnie w jego myślach, pozwala sobie na udawanie, że definitywnie przestał istnieć. Przez co tylko mocniej cierpi, kiedy zdarza się coś takiego jak to, dowiaduje się bowiem, że betonowy mur w rzeczywistości jest przezroczysty jak szkło i dwa razy bardziej od niego kruchy.

Opadam na schody.

– Dlaczego mi pan to przyniósł?

– Wiedziałem, że w końcu pani to zobaczy. Uznałem, że jeśli przyjdę osobiście, to będzie z mojej strony micwa. Pomyślałem, że łatwiej przyjąć złe wiadomości od przyjaciela.

Przyjaciela?

– Byłam hospitalizowana – słyszę swój głos. – Mąż zamknął mnie w ośrodku, bo próbowałam popełnić samobójstwo. Ale to nie była tego rodzaju choroba, jak mówi ten… idiota Herbert. I nigdy nie miałam halucynacji o Bogu. Z całą pewnością nie przekazałam ich Faith.

– Nigdy tak nie myślałem, pani White.

– Z czego czerpie pan taką pewność? – pytam gorzko.

Rabin Solomon wzrusza ramionami.

– Istnieje teoria, że w każdym pokoleniu jest trzydziestu sześciu sprawiedliwych. Nazywa się ich Lamed – Waw; lamed oznacza trzydzieści, waw – sześć. Zwykle są bardzo spokojni, łagodni, czasami nawet nieuczeni, całkiem jak pani córeczka. Nie pchają się na afisz. Większość ludzi nic o nich nie wie. Ale oni są, pani White. Dzięki nim świat istnieje.

– Jest pan o tym przekonany. I wie pan, że Faith do nich należy.

– Wiem, że świat istnieje od bardzo długiego czasu. I tak, chciałbym wierzyć, że Faith do nich należy. – Nad naszymi głowami zegar wybija godzinę. – A pani nie?

Prałat Theodore O'Shaughnessy ma okazję oddzwonić do księdza MacReady'ego dopiero następnego dnia wieczorem. Wcześniej zajęty był rozwiązywaniem administracyjnych koszmarów małej diecezji: nadzorowaniem fiskalnych problemów szkół parafialnych i katolickich szpitali, porównywaniem premii ubezpieczeniowych, oferowanych przez konkurencyjne firmy, oraz, co zajęło mu sporo czasu, wypracowaniem stanowiska wobec szczególnie nieprzyjemnego procesu, dotyczącego księdza z Manchesteru i grupki małych chłopców na obozie letnim w 1987 roku. Siada w swoim ulubionym skórzanym fotelu, popękanym ze starości, bierze kartkę z wiadomością od MacReady'ego i wykręca numer.

– Joseph! – mówi jowialnie, gdy ksiądz podnosi słuchawkę. – Tutaj O'Shaughnessy. Minęło trochę czasu, prawda? – W rzeczywistości minęło bardzo wiele czasu. Prałat potrafi przywołać twarz na pamięć, ale nie jest pewien, czy należy ona do MacReady'ego z Nowego Kanaanu czy też do MacDougala z New London. – Chciałeś rozmawiać o misjach młodzieżowych?

– Nie – odpowiada MacReady. – O młodzieńczych wizjach.

– Ach. Obawiam się, że Betty jest trochę za stara na sekretarkę. Całkiem ogłuchła, ale nie wyobrażam sobie, żeby odeszła. Więc chodzi o wizję? O zjawę? – Misje młodzieżowe, powiedzmy, budowa domów dla Habitat for Humanity, to jedno. Mogłyby nawet poprawić złą prasę, którą diecezja ma przez ten proces o wykorzystywanie seksualne. Wizje natomiast… cóż, wizerunek diecezji może się przez nie tylko pogorszyć. – Jakiego rodzaju wizje?

– Mamy tu dziecko, siedmioletnią dziewczynkę, której objawia się Bóg. – MacReady po chwili wahania dodaje: – Formalnie rzecz biorąc, dziecko jest wyznania mojżeszowego.

– Więc to nie nasz problem – mówi kardynał z ulgą.

– Dziewczynka przypuszczalnie ma także stygmaty.

O'Shaughnessy myśli, że biorąc wszystko pod uwagę, to był ciężki tydzień.

– Wiesz, co zrobię? Zadzwonię do biskupa Andrewsa. To wykracza poza moje kompetencje.

– Ale…

– Żadnych „ale” – mówi O'Shaughnessy stanowczo. – Cała przyjemność po mojej stronie.

Rozłącza się, nim MacReady ma okazję powiedzieć mu, że Bóg – według Faith White – jest kobietą. Wypuszczając głośno powietrze z płuc, Joseph odkłada słuchawkę na widełki i myśli, że może wcale tak źle się nie stało.

17 października 1999

W Las Vegas Colinowi White'owi podoba się to, że miasto nigdy nie zasypia. Jako przedstawiciel handlowy bywa w Waszyngtonie, Seattle, St. Paul, San Diego – we wszystkich tych miastach wraz z wybiciem północy życie zamiera. Las Vegas pulsuje jak arteria, wsysa cię, uwodzi.

W Las Vegas Colinowi White'owi nie podoba się to, że nie może porządnie się wyspać. Nie wie, czy dlatego, że za hotelowym oknem miasto płonie, neony kasyn są dość jasne, by tworzyć sztuczny dzień. A może nie potrafi przyzwyczaić się do nowej żony, która przez całą noc wierci się u jego boku. Niewykluczone też, że myśli o Faith, o tym, jak ją zostawił, jakim ojcem przez to jest.

Zostawia Jessicę zwiniętą w kłębek i pogrążoną we śnie, wchodzi do salonu i czeka, aż wzrok przywyknie mu do mroku. Na poręczy sofy balansuje koszyk z niedojedzonym jabłkiem. Wzdychając, Colin opada na poduszki i bierze ogryzek, włączając pilotem telewizor.

Nadają reklamówkę zachęcającą do wakacji w New Hampshire. Colin wpatruje się w jesienne kolory i zarysy Man in the Mountain ze stromymi trasami narciarskimi. Ogarnięty tęsknotą za domem odkłada jabłko i pochyla się, opierając łokcie na kolanach.

Gdyby nie świadomość, że zdenerwowałby tym Jessicę, skróciłby miesiąc miodowy. Tak wiele spraw musi załatwić w swoim dawnym życiu, nim rozpocznie nowe. Chciałby przeprosić Mariah za prosty fakt, że ich przeznaczeniem nie było wspólne życie. Chciałby poczuć ciężar Faith trzymanej w ramionach, słodki zapach jej włosów, kiedy otula ją kołdrą. Chciałby móc powiedzieć słowo „rodzina” bez wrażenia, że wnętrzności skręcają mu się w węzeł marynarski.

Na ekranie pojawia się widok hotelu Mount Washington.

Bierze telefon i wybiera cztery cyfry z numeru jego dawnego domu, kiedy uświadamia sobie, że w New Hampshire jest wpół do piątej rano. Odkłada słuchawkę. Faith na pewno teraz śpi.

Niewielki pokój wypełnia znajomy motyw muzyczny z „Hollywood Tonight!”. I pomyśleć, że nadają te bzdury w środku nocy. Colin wyciąga się na sofie i zamyka oczy. Zaraz jednak uchyla powieki, kiedy słyszy głos Petry Saganoff. Może i jest zmęczony, ale jeszcze nie umarł.

Jej zmysłowy głos otula go niczym koc, na ekranie pojawia się jaskrawoniebieski napis: „Malutka święta?”.

– Drodzy państwo – mówi Saganoff – kontynuujemy historię z zeszłego tygodnia o chorym na AIDS małym Rafaelu Civernosie, który został cudownie uleczony po zabawie z dziewczynką na podwórzu widocznym za moimi plecami. – Colin wytęża wzrok, usiłując zrozumieć, czemu otoczenie Petry Saganoff wydaje mu się znajome, ale bez skutku.

– Redakcja „Hollywood Tonight!” odkryła, że siedmioletnia cudotwórczym sama znalazła się w szpitalu z powodu tajemniczej dolegliwości. – Na ekranie pojawiają się zdjęcia witraży. – Od stuleci chrześcijańscy święci manifestowali ekstazę religijną stygmatami, niewytłumaczalnymi medycznie ranami na dłoniach, stopach i w boku, które symbolizują rany odniesione przez Jezusa na krzyżu. – Glos Petry zaczyna usypiać Colina. – Dla tego dziecka z New Hampshire to tylko ostatnia pozycja na rosnącej liście dowodów, że Bóg w jakiś sposób je naznaczył.

Na ekran wraca Petra Saganoff, stoi przed kamiennym murem, pod którym siedzą otuleni w koce i śpiwory ludzie z kwiatami, różańcami i aparatami fotograficznymi w dłoniach.

– Jak widzisz, Jim, powszechna akceptacja twierdzeń dziewczynki rośnie z godziny na godzinę. Obecnie jest tu ponad dwieście osób, które usłyszały o wizjach i cudach tej małej i pragną nawiązać z nią kontakt.

Znowu pojawia prezenter „Hollywood Tonight!”.

– Możesz powiedzieć coś o aktualnym stanie zdrowia dziewczynki?

– Wiemy, że wróciła ze szpitala. Pozostaje nam czekać, by się przekonać, czy ta miniaturowa uzdrowicielka będzie w stanie uzdrowić samą siebie. Mówiła Petra Saganoff z New Hampshire dla „Hollywood Tonight!”.

Colin siada, nagle sobie uświadamiając, dlaczego to wszystko wydaje mu się takie znajome: Petra Saganoff stoi na wschodnim skraju podjazdu prowadzącego do jego domu.

18 października 1999

– Wiesz co? – przerywa Ian, zostawiając Davida z otwartymi ustami. – Gówno mnie to obchodzi. Wiem tylko, że twoja robota polega na informowaniu mnie o tym, co się dzieje pomiędzy stronicami „The Boston Globe”, a udało ci się pominąć ten jeden istotny fragment. – Podnosi głos przy każdym słowie, do punktu, w którym przygważdża młodego Davida do wąskich drzwi karawanu. Wyrywa wczorajsze wydanie z drżącej dłoni asystenta i nie musi nawet się krzywić, by chłopak uciekł z przyczepy.

Ian opada na niewygodną kanapę i ponownie przegląda krótki artykuł w poszukiwaniu szczegółów, które umknęły jego uwagi. Powinien skakać pod niebiosa z radości: przypuszczono pośredni atak na wiarygodność Faith, ale to nie on jest demaskatorem. Allen McManus wykonał lepszą robotę, niż Ian przypuszczał, nie tylko znalazł sądowy nakaz umieszczenia Mariah w ośrodku zamkniętym, ale też uzyskał potwierdzenie od psychiatry, że istotnie była tamtejszą pacjentką. W każdym innym wypadku Ian przez telefon komórkowy już zapraszałby McManusa na zwołaną naprędce konferencję prasową. Subtelnie sugerowałby inne sposoby szkalowania całej rodziny White'ów.

Zamiast tego Ian może tylko zadawać sobie pytanie, po kiego diabła w ogóle zadzwonił do McManusa.

Zamyka oczy i wali głową w ścianę karawanu, próbując sobie przypomnieć, kiedy dokładnie rozpętał to piekło. A, racja: Millie Epstein wskrzeszona z martwych. Cóż, Ian niemal sobie wybacza; faktycznie, to sytuacja absolutnie wyjątkowa. I jeśli ma być szczery, setki razy wcześniej robił takie rzeczy. Jego zdaniem, im więcej wątpliwości siejesz, tym więcej zwolenników zbierasz. Problem tutaj nie polega na tym, że podsunął dziennikarzowi trop, tylko że podsunął mu trop dotyczący Mariah White»

Cholera, on naprawdę ją lubi. Wie, że nie powinien, wie, że ta sympatia zniekształca jego osąd, ale ją lubi. Mógłby poradzić sobie z fizycznym pociągiem, tylko że tutaj chodzi o coś więcej. Chwilami pragnie, by Mariah nie była wplątana w tę sprawę, tak by w ostatecznym rozrachunku nie stała się też tą, która będzie cierpieć. I to obce uczucie przeraża go śmiertelnie.

Jego rozmyślania przerywa pukanie do drzwi, Ian otwiera je szeroko, spodziewając się skruszonego Davida, błagającego o pracę, ale zamiast niego widzi nieznajomego mężczyznę w średnim wieku, z lekkim brzuszkiem i rzednącymi jasnymi włosami. Ubrany jest w bejsbolową kurtkę z plamami wzdłuż zamka błyskawicznego.

– Hej, widzę, że już jest pan moim fanem – mówi nieznajomy, Ian zerka na swoją dłoń, w której ściska „Globe”.

– Allen McManus – mówi mężczyzna, wyciągając rękę. – Poznanie pana to zaszczyt. Przyjechałem tutaj, by napisać dalszy ciąg, zobaczyłem pańską przyczepę i… cóż mogę powiedzieć? Sądzę, że obu nam chodzi o to samo. Wielkie umysły myślą podobnie.

Ian ignoruje wyciągniętą dłoń.

– Ale pan nie jest jednym z nich.

– Za to pan…

Ian chwyta mocno palce McManusa, co postronny obserwator uznałby pewnie za uścisk ręki, jemu jednak chodzi o to, by intruzowi sprawić dotkliwy ból.

– Pracuję sam – mówi Ian przez zaciśnięte zęby. – A jeśli pan sugeruje, że mam jakikolwiek związek z tymi bzdurami, które pan publikuje, znajdę w pańskiej szafie tyle szkieletów, że szef nie pozwoli panu pisać alfabetu, nie wspominając już o nekrologach.

I z uczuciem wielkiej satysfakcji zatrzaskuje drzwi przed nosem dziennikarza.

W wieku siedmiu lat Constantine Christopher Andrews wszył kawałki drutu kolczastego w podszewkę swoich ubrań, uznał bowiem, że tylko wtedy zdoła wydostać się z dzielnicy, w której się urodził, i najprawdopodobniej umrze, jeśli swą gorliwą pokutą zwróci na siebie uwagę Boga. Jego matka, która nie zadała sobie trudu, by nauczyć się angielskiego, kiedy z Sycylii przypłynęła do Ameryki, zawsze zakładała, że syn zostanie księdzem; jej pewność miała jakiś związek ze znamieniem w kształcie krzyża, wyraźnie znaczącym jego brzuszek przy narodzinach. Constantine przez całe dzieciństwo tak często słyszał o swym powołaniu, że sam przyzwyczaił się do tej myśli i przyjął ją jako fakt.

Kochał katolicyzm. Była to tygodniowa dawka koloru, pozłoty i wspaniałości w biednym jak mysz kościelna getcie. Jego poświęcenie zostało stosownie nagrodzone i Constantine wspiął się po szczeblach kościelnej hierarchii; obecnie piętnasty rok służył jako biskup. Chciał przejść na emeryturę pięć lat temu, ale papież nie wyraził zgody. Minęło tak wiele czasu, odkąd miał styczność ze zwykłymi wiernymi – a prawdę mówiąc, odkąd religia znaczyła coś więcej niż tylko oliwienie kół w maszynerii służącej do zbierania funduszy – że kiedy O'Shaughnessy dzwoni z historią o rzekomej stygmatyczce, Constantine'a ogarnia konsternacja.

– O czym my tu mówimy? – pyta zdesperowany, ponieważ przedłużanie tej rozmowy oznacza, że spóźni się na Heritage Breakfast w Italian Center, w którym udział biorą niektórzy najbogatsi katoliccy biznesmeni w Manchesterze. – Stopy, dłonie, boki?

– O ile wiem – odpowiada O'Shaughnessy – tylko dłonie. Poza tym dziewczynka jest Żydówką.

– Ha, to sprawę załatwia. Niech się nią zajmą rabini.

– Chyba tak zrobią. Tylko że prasa już się w to zaangażowała. Według księdza MacReady'ego, około trzystu praktykujących katolików odwiedziło jej dom. – Prałat chrząka. – Jest też drobna kwestia rzekomego wskrzeszenia.

– Prasa, powiadasz? – Biskup Andrews zastanawia się. Jako członek kościelnej hierarchii zdążył zauważyć, że dotacje na rzecz kościoła są częstsze, jeśli wiarę promują specjaliści od PR – u. Gdyby udało mu się do grudnia zebrać założoną sumę, mógłby chyba wybrać się do Scottsdale na golfa.

Nie po raz pierwszy żałuje, że jest biskupem w małej, biednej diecezji w południowym New Hampshire, a nie w wielkim mieście w rodzaju Bostonu.

– W tym roku wysłałem do seminarium Świętego Jana trzech kandydatów. Powinni użyczyć nam jednego z wykładowców, żeby przyjrzał się tej sprawie.

– Bardzo dobrze, wasza ekscelencjo. Powiadomię księdza Mac – Ready'ego.

Biskup rozłącza się, po czym dzwoni do rektora seminarium Świętego Jana w Bostonie. Przez minutę rozmawia o meczu drużyny Celtics, po czym przechodzi do sedna z tym samym wyrachowanym wdziękiem, który zwykle rezerwuje do wylewnych powitań. Po niecałych dziesięciu minutach przyparty do muru rektor podaje nazwisko. Biskup notuje je na kartce i przekazuje ją swojemu asystentowi. Kiedy wychodzi z gabinetu, zastanawia się, czy zje wafle, czy raczej grzankę; zdołał już całkowicie usunąć z myśli dziewczynkę ze stygmatami.

Faith wie, że dzień nie będzie dobry, jeśli mama na śniadanie robi naleśniki z bananami. Lubi naleśniki, ale smażone banany śmierdzą jak stopy i próbując je przełknąć, cały czas mimowolnie myśli o przepoconych skarpetkach, co przy śniadaniu całkiem wystarczy, by zwymiotować. Mówiła mamie chyba z miliard razy, że nie znosi naleśników z bananami, tylko że jak w wypadku większości rzeczy, które jej mówi, słowa trafiają w próżnię; Faith zadaje sobie pytanie, czy rzeczywiście wydaje jakieś dźwięki, czy też głos rozbrzmiewa wyłącznie w jej głowie.

– Mamo – mówi, siadając przy stole. – Chcę coś innego.

Mama bez słowa się odwraca i zabiera naleśniki z bananami.

Faith opada szczęka. Jeśli mama zadaje sobie trud, żeby przygotować na śniadanie coś więcej niż płatki, Faith powinna docenić jej wysiłki i zjeść wszystko, co ma na talerzu. Patrzy teraz, jak mama wyrzuca naleśniki do kosza na śmieci i z roztargnieniem zamyka pokrywę.

– Co mam jeść?

Mama patrzy na nią i mruga.

– Och – mówi, wracając na ziemię. – Sama nie wiem. Płatki? – I nie czekając na zgodę Faith, otwiera pudełko i wsypuje część jego zawartości do miski, po czym zalewa to wodą. Ze stukiem stawia miskę na stole. Faith pociąga nosem. Banany.

– Założę się, że tatuś nie kazałby mi jeść czegoś tak obrzydliwego – mruczy.

Matka okręca się na pięcie.

– Co powiedziałaś?

Faith zadziera brodę.

– Założę się, że gdybym mieszkała z tatusiem, nie kazałby mi tego jeść.

Oczy matki są czerwone i załzawione, głos tak cichy, że słuchanie go wręcz boli. Faith ma wrażenie, że dostała kopniaka w żołądek. Matka z wysiłkiem przełyka, jakby bananowe płatki utkwiły jej w gardle.

– Chcesz mieszkać z tatusiem?

Faith przygryza wargę. Kocha ojca, to prawda, ale z matką jest inaczej, jakoś łatwiej i bliżej, i po tych wszystkich latach przebywania na obrzeżach jej życia Faith nie ma ochoty rezygnować z ani jednej cennej sekundy.

– Ja chcę mieszkać tutaj – mówi ostrożnie.

Warto było to powiedzieć, bo matka pośpiesznie przemierza dzielący je dystans i przytula Faith. A jeszcze lepsze jest to, że wsadza łokieć do miski z płatkami.

– Cholera – mówi i rumieni się. – Chyba lepiej dam ci coś innego.

– Chyba tak.

Faith patrzy, jak matka opłukuje rękaw i moczy gąbkę.

– Nie najlepiej mi to wychodzi – mówi, wycierając stół.

Grudki płatków spadają, lądując na kolanach Faith i na podłodze. Faith patrzy na włosy zasłaniające mamie połowę twarzy, na dołeczek w jej policzku. Kiedy Faith miała trzy, cztery lata, dotykała tego miejsca i czekała, aż przy uśmiechu zrobi się tam wgłębienie. Uwielbiała to, że mogła wsuwać palec w uśmiech mamy.

– Radzisz sobie doskonale – mówi Faith i nieśmiało podnosi się z krzesła, by pocałować mamę w łuk karku.

Joseph MacReady ukradkiem zerka na siedzącego obok niego w starym chevrolecie księdza i myśli, że stopień naukowy z psychologii pastoralnej jeszcze nie czyni z człowieka eksperta. Ksiądz Rourke z seminarium Świętego Jana wciąż ma mleko pod nosem. Jest tak młody, że pewnie jeszcze się nie urodził, kiedy MacReady był w Wietnamie. I nie wysuwa nosa poza bostońskie seminarium, tę swoją wieżę z kości słoniowej. Nie wiedziałby, jak doradzić parafianinowi, nawet gdyby ten sam do niego przyszedł.

Ale oczywiście MacReady zachowuje te uwagi dla siebie.

– Psychologia pastoralna – mówi przyjaźnie, skręcając na drogę prowadzącą do domu Mariah White. – Co skłoniło cię do takiego wyboru?

Rourke zakłada nogę na nogę, spod czarnych spodni widać polarową skarpetkę i sandały.

– Och, przypuszczam, że dar nawiązywania kontaktów z ludźmi. Pewnie zostałbym psychiatrą, gdybym nie poczuł innego powołania.

Oraz przemożnej potrzeby opowiadania o tym wszystkim dookoła.

– Nie wiem, ile dokładnie rektor powiedział ci o Faith White.

– Niewiele – odpowiada Rourke. – Jestem tu, żeby zbadać stan jej umysłu.

– Dla ścisłości, to już zostało zrobione. Przez świeckich psychiatrów.

Rourke odwraca się na siedzeniu.

– Zdajesz sobie sprawę, że szansa, iż ta dziewczynka jest prawdziwą wizjonerką, praktycznie nie istnieje?

Joseph MacReady uśmiecha się.

– Zawsze postrzegasz szklankę jako w połowie pustą?

– Jeśli mówimy o umyśle, połowa nigdy nie jest tak dobra jak całość.

MacReady parkuje na polu naprzeciwko podjazdu White'ów, pomiędzy samochodem kempingowym i grupą starszych kobiet, które siedzą na turystycznych składanych krzesełkach. Ksiądz z seminarium rozgląda się, szczęka mu opada.

– Ojej! Zebrała sporo wyznawców.

Chwilę rozmawiają z policjantem na końcu podjazdu, dzięki Bogu, także parafianinem, który bez problemu ich przepuszcza, kiedy MacReady mówi, że jest umówiony z panią White.

– Jesteśmy umówieni? – pyta Rourke, kiedy idą w kierunku domu. – Naprawdę?

– Niezupełnie. – MacReady puka do frontowych drzwi. W szybce pojawia się buzia elfa. Słychać odgłos spadających zasuw i szczęk klucza przekręcanego w zamku, a potem drzwi się otwierają.

– Już jest lepiej – mówi Faith, wyciągając w stronę księży dłonie. – Niech pan patrzy, wystarczą plastry.

MacReady gwiżdże.

– W dodatku masz plastry z Flintstone'ami. Super.

Faith zerka na drugiego księdza i chowa ręce za plecami.

– Nie powinnam z panem rozmawiać – przypomina sobie nagle.

– Może w takim razie moglibyśmy porozmawiać z twoją mamą.

– Jest na górze, bierze prysznic.

Rourke robi krok do przodu.

– Ksiądz MacReady mówił mi, jak bardzo lubił rozmawiać z tobą, kiedy byłaś w szpitalu. Wiesz, nie mogłem się doczekać, żeby też z tobą porozmawiać.

MacReady widzi, że Faith się waha. Może w tej psychologii pastoralnej coś jednak jest.

– Faith, twoja mama mnie zna. Na pewno nie będzie się sprzeciwiać.

– To może lepiej poczekajcie, aż zejdzie.

Rourke zwraca się do MacReady'ego:

– No cóż, nie wiem, co w takim razie zrobię z tymi wszystkimi grami, które przyniosłem.

Faith pociera rękawem o gałkę, polerując ją na wysoki połysk.

– Grami? – pyta.

Zdążyłam wytrzeć włosy w ręcznik, kiedy słyszę męskie głosy.

– Faith!

Ubieram się pośpiesznie i zbiegam po schodach, czując, jak żołądek mi się ściska.

Faith siedzi na podłodze z MacReadym i innym nieznajomym księdzem; zieloną kredką zakreśla odpowiedzi na formularzu, który bez najmniejszych wątpliwości jest testem psychologicznym. Zaciskając zęby, notuję w myślach, by zadzwonić do komendanta policji i zażądać protestanckiego funkcjonariusza.

– Faith, nie powinnaś otwierać drzwi.

– To moja wina – mówi gładko MacReady. – Powiedziałem jej, że nie będzie pani się sprzeciwiać. – Waha się, a potem głową wskazuje swego towarzysza. – To ksiądz Rourke z seminarium Świętego Jana w Bostonie. Przyjechał, żeby spotkać się z Faith.

Policzki płoną mi rozczarowaniem.

– Jak pan mógł! Miał pan stać po naszej stronie.

MacReady otwiera usta, by przeprosić, ale mu nie pozwalam.

– Nie. Niech pan nie myśli, że powie pan coś i wszystko będzie w porządku, bo to niemożliwe.

– Mariah, nie miałem wyboru. W Kościele katolickim przestrzegamy określonych procedur i…

– My nie jesteśmy katoliczkami!

Rourke spokojnie podnosi się na nogi.

– Nie, ale pani córka zwróciła uwagę wielu katolików. Kościół chce się upewnić, że ludzie ci nie zostaną sprowadzeni na manowce.

Przed oczami przesuwają mi się wizje ukrzyżowanych, męczenników palonych na stosach.

– Mariah, nie robimy zdjęć – mówi ojciec MacReady. – Nie powiemy w wieczornych wiadomościach, jakie płatki Faith je na śniadanie. Chcemy tylko chwilę z nią porozmawiać.

Faith wstaje i wsuwa dłoń w moją dłoń.

– Wszystko w porządku, mamusiu, naprawdę.

Przesuwam wzrok od córki do księży.

– Pół godziny – mówię stanowczo. Krzyżuję ramiona na piersiach i siadam obok Faith, by być świadkiem tej rozmowy.

Rourke równie dobrze może pozbierać testy i karty z kleksami i następnym samolotem wracać do domu. Nie potrzebuje analizy komputerowej, by wiedzieć, że Faith White nie jest dzieckiem, które straciło kontakt z rzeczywistością, że jej zachowania nie można sklasyfikować jako psychotycznego.

Spogląda na MacReady'ego, który z ozdobnej miski wybiera żółte m &m i wrzuca do ust. Matka od dwudziestu minut siedzi nieruchomo jak kamień. Rourke nie wie, co robić. Dziewczynka nie jest chora psychicznie, a z drugiej strony, z religijnego punktu widzenia też nie stanowi jakiegoś szczególnego problemu. W przeciwieństwie do tej kobiety, którą Rourke wysłał na badania do Plymouth, nie plecie o tym, co usłyszała od Boga. W gruncie rzeczy Faith White prawie nic nie mówi.

Starając się ustalić następny krok, Rourke wyciąga z kieszeni różaniec i z roztargnieniem przesuwa po nim palcami.

– Och – wzdycha Faith. – Jakie to ładne.

Rourke patrzy na wypolerowane paciorki.

– Chcesz obejrzeć?

Faith kiwa głową, po czym wkłada różaniec przez głowę jak naszyjnik.

– Tak się tego używa?

– Nie. Różaniec służy do modlitwy. – Widząc, że dziewczynka nie rozumie, Rourke dodaje: – „Ojcze Nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje…” – Przerywa mu wybuch śmiechu Faith.

– Myli się pan.

– W jakiej sprawie? Faith przewraca oczami.

– Bóg jest matką.

– Słucham?

– Panią. Bóg jest panią.

Twarz mu czerwienieje. Bóg kobieta? W żadnym razie. Odwraca głowę ku pani White, która wznosi brwi i wzrusza ramionami. Joseph MacReady dla odmiany stanowi uosobienie niewinności.

– Och – mówi – czyżbym o tym nie wspomniał?

Tuż po dziesiątej wieczorem rozlega się dzwonek do drzwi. W nadziei, że Faith się nie obudzi, schodzę cicho na dół. Otwieram drzwi i widzę przed sobą Colina.

Wygląda strasznie. Włosy ma przyklepane z jednej strony, jakby leżał na tym boku, płaszcz wymięty, oczy zaczerwienione z niewyspania. Zaciśnięte w wąską linię usta wyrażają dezaprobatę.

Ogląda się przez ramię na widoczne w świetle księżyca furgonetki i samochody, zaparkowane na polu kukurydzy po drugiej stronie drogi. Zaspana Faith, potykając się, schodzi po schodach. Staje i obejmuje mnie w pasie.

Colin przykuca i wyciąga do niej rękę. Faith waha się, potem chowa się za moimi plecami.

– Na Boga, co zrobiłaś mojej córce? – pyta Colin zdławionym głosem.

– Śmieszne, że tak to ująłeś – odpowiada Mariah.

Colin musi wykorzystać całą swoją samokontrolę, by jej nie odepchnąć i nie utorować sobie drogi do córki. Jadąc tu, nie miał pojęcia, co właściwie zastanie. Z całą pewnością te idiotyczne programy telewizyjne naginają prawdę, w taki sam sposób, w jaki w „National Enquirer” rzekomo przedstawiono ciało Heather Locklear z głową Elizabeth Taylor. Colin myślał, że może Faith oparzyła sobie dłonie na piecu. Może spadła z roweru i konieczne były szwy. Istniało bardzo wiele sposobów na wyjaśnienie marnego ujęcia krwawiących dłoni małej dziewczynki.

Ale Colin zarezerwował miejsce na pierwszy lot z Las Vegas, stoczył batalię z Jessicą, przez cały dzień podróżował samolotem i wynajętym samochodem, po czym dotarłszy na podjazd swojego dawnego domu, przekonał się, że wejścia pilnują policjanci, a dokoła posiadłości przy kapliczkach i namiotach roją się ciekawscy.

– Wchodzę – mówi z napięciem.

Faith puszcza matkę i biegnie schodami na górę.

– Nie wydaje mi się. Teraz to mój dom.

Colin potrzebuje minuty na pozbieranie myśli. Mariah czegoś mu odmawia? Robi krok do przodu, ale drogę blokuje mu jej wyciągnięta ręka.

– Mówię poważnie, Colin. Wezwę policję, jeśli będę musiała.

– Proszę bardzo! – wrzeszczy sfrustrowany Colin. – Są na cholernym końcu twojego cholernego podjazdu!

Jest znużony, opryskliwy, przygnębiony. Kiedy występował o rozwód, bez zastanowienia oddał Mariah opiekę nad Faith. Nigdy nie przypuszczał, że Mariah się sprzeciwi, kiedy będzie gotów wprowadzić córkę w swoje nowe życie. Była uczciwa i naiwna.

Była.

– Posłuchaj – mówi spokojnie Colin. – Możesz mi przynajmniej opowiedzieć, o co chodzi z tymi jej dłońmi?

Mariah spuszcza wzrok na swoje gołe stopy.

– To nie takie proste.

– Więc to uprość.

Mariah waha się, po czym otwiera szeroko drzwi, wpuszczając Colina do domu.

Ponownie kładę Faith do łóżka i opowiadam o wszystkim Colinowi: o wyimaginowanej przyjaciółce, lekach na psychozę, regularnej procesji księży i rabinów, wskrzeszeniu mojej matki. Przez chwilę wpatruje się we mnie bez słowa, a potem wybucha śmiechem.

– Wiesz, już zaczynałem ci wierzyć.

– Ja nie żartuję, Colin.

– Jasne. Naprawdę uważasz, że Faith ma jakąś gorącą linię do Boga. – Znowu się śmieje. – Zawsze miała diabelną wyobraźnię, Rye, sama dobrze o tym wiesz. Pamiętasz, jak przekonała całą grupę z przedszkola, że kiedy wyjdą na dwór na przerwę, znajdą się w Disneylandzie?

Mam kłopoty z koncentracją. Tuż pod powierzchnią gotuje się we mnie gniew, uraza do Colina, który myśli, że może tu wracać i wydawać rozkazy, a przecież kilka miesięcy temu sam zrezygnował z tego prawa. Ale są też inne uczucia. Samo przebywanie w jednym pokoju z Colinem wciąż jest niczym powrót do domu, jakby moje ciało było przekonane o słuszności takiej sytuacji, choć nie zdołałam jeszcze przekonać umysłu. W moim brzuchu wybucha tornado, wir wywołany przypuszczeniem, że Colin wrócił na dobre, i ten wir wsysa mój zdrowy rozsądek.

Obserwuję ruchy jego warg, słucham, jak wymawia moje imię, i zastanawiam się, czy potrafię żyć blisko niego ze świadomością, że on dłużej mnie nie chce.

– Cokolwiek się stało, wymknęło się spod kontroli. Uważasz za normalne, że Faith nie może chodzić do szkoły? Że pod rododendronami śpią ludzie, którzy myślą, że nasza córka… – Colin strzela palcami tuż przed moim nosem. – Hej… czy ty mnie w ogóle słuchasz?

Wpatruję się w jego długie palce. Chociaż rozwód został orzeczony, Colin wciąż nosi obrączkę.

A potem uświadamiam sobie, że to nie jest obrączka, którą ja mu dałam.

– Och – mówi Colin, czerwieniąc się. – To. – Przykrywa obrączkę prawą dłonią. – Ja… hmm… ożeniłem się. Z Jessicą.

Kiedy potrząsam głową, moja wizja Colina ulega zmianie. Nie jest bogiem, nie jest czułym wspomnieniem, ale człowiekiem, którego nigdy nie zrozumiem.

– Ożeniłeś się z Jessicą – powtarzam wolno.

– Tak.

– Ożeniłeś się z Jessicą.

– Rye, nam nigdy by się nie udało. Jest mi z tego powodu szczerze, naprawdę szczerze przykro.

Mój gniew powraca pełną siłą.

– Nigdy by nam się nie udało? A skąd wiesz, Colinie, skoro tylko ja gotowa byłam próbować?

– Tak, byłaś. Ale ja nie, Rye.

Sięga po moją dłoń, ale cofam ją i chowam między kolanami.

– Byłeś gotowy spróbować, tylko nie ze mną.

– Nie, nie z tobą. – Odwraca wzrok z zakłopotaniem. – To teraz nie jest ważne.

– Nie? Boże, a co jest ważniejsze?

– Faith. Tym razem nie chodzi o ciebie. Zawsze tak zakręcasz każdą sytuację, że staje się twoim problemem.

– Ale to był mój problem! – krzyczę. – Jak możesz mówić, że Greenhaven nie dotyczyło mnie?

– Bo nie rozmawiamy o Greenhaven! Jezu Chryste, rozmawiamy o naszej córce! – Wsuwa dłoń we włosy. – Na litość boską, minęło osiem lat. Zrobiłem, co uważałem za słuszne. Czy nigdy mi tego nie wybaczysz?

– Najwyraźniej nie – szepczę.

– Wiem – mówi Colin po krótkiej chwili. – Przykro mi.

– Mnie też jest przykro.

Wyciąga ramiona, a ja przytulam się do niego. Obojętnie dziwię się, że można tak dobrze znać czyjeś ciało, nawet po rozłące, jak krainę, którą odwiedziłeś w dzieciństwie i do której wróciłeś po latach, a choć spodziewasz się nieznajomego krajobrazu, stopy stawiasz pewnie.

– Nigdy nie chciałem wyrządzić ci krzywdy – mruczy w moje włosy Colin.

Zamierzam powiedzieć mu to samo, ale wychodzi mi zupełnie nie tak.

– Nigdy nie chciałam cię kochać.

Zaskoczony Colin robi krok do tyłu, uśmiechając się smutno.

– O to w tym wszystkim chodzi, co? – Dotyka mojego policzka. – Wiesz, że mam rację, Rye. Faith na to nie zasługuje.

W tej samej chwili pojmuję, po co przyjechał: nie po to, by się ze mną pogodzić, ale by mi odebrać córkę.

Nagle przypominam sobie, jak wiele lat temu budziłam go czasem w środku nocy i zadawałam dziwaczne pytania: „Co bardziej lubisz z batonikach cracker jacks: orzeszki czy kukurydzę?”, „Gdybyś miał być dniem tygodnia, to którym?”. I wiele innych, jakbym zamierzała wziąć udział w teleturnieju „Nowożeńcy”. Teraz widzę, że niczym wiewiórka magazynowałam te odpowiedzi. Że zapewniałam sobie odrobinę pociechy: nie wiedziałam, że Colin sypia z inną kobietą, za to wiedziałam, że lubi rozlane żółtka w sadzonych jajach. Że od zapachu tapety kręci mu się w głowie. Że gdyby miał wybierać, jakiego języka chce się nauczyć, wybrałby japoński.

Teraz Jessica będzie się dowiadywała tych wszystkich rzeczy. Jessica będzie miała mojego męża, moją córkę.

Faith na to nie zasługuje, tak powiedział Colin.

I myślę: Ja też nie.

Serce mi się ściska: A jeśli nie zdołam zatrzymać Faith?

Nagle czuję się dość silna, by przesunąć górę. W pojedynkę przegonić wszystkich tych ludzi, którzy ukradli moją prywatność. Zanieść Faith w takie miejsce, gdzie nikt nie będzie miał szansy dotknąć mojej córki w przejściu, ukraść kulki wełny z jej swetra czy grzebać w jej śmieciach.

Jestem dość silna, by przyznać, że wziąwszy pod uwagę okoliczności, chyba dobrze sobie radzę jako matka. I jestem dość silna, by po raz pierwszy w życiu przyznać, że chciałabym, żeby Colin już sobie poszedł.

– Wiesz – mówię – gdyby Faith z przekonaniem oznajmiła mi, że niebo jest pomarańczowe, rozważyłabym tę koncepcję. Jeśli tak mówi, ma do tego powód i ja jej wysłucham.

Colin nieruchomieje.

– Wierzysz, że Faith rozmawia z Bogiem, wskrzesza z martwych i resztę tych bzdur? To szaleństwo.

– Nieprawda. I ja też nie byłam szalona. – Prostuję się. – Zdecydowałeś, że oddasz mi opiekę nad Faith. Twoja następna wizyta przypada w Święto Dziękczynienia. Do tego dnia nie chcę, żebyś się z nami kontaktował, Colinie.

Podchodzę do frontowych drzwi i szeroko je otwieram, chociaż Colin potrzebuje czasu, by otrząsnąć się z szoku, jakim były moje słowa. Wreszcie energicznie rusza do wyjścia.

– Ja nie będę się z tobą kontaktował – mówi cicho. – Za to spodziewaj się wizyty mojego adwokata.

Pomimo brawury, którą w sobie odkryłam, po wyjściu Colina przez wiele godzin nie potrafię opanować drżenia. Zapalam wszystkie lampy na parterze i chodzę z pokoju do pokoju, próbując znaleźć wygodne miejsce. Wreszcie siadam przy stole jadalnym, ostrożnie bawię się okiennicami miniatury naszego domu, którą zrobiłam przed wieloma laty. Obecnie nie jest już dokładna. W łazience przy głównej sypialni jest inna tapeta, Faith zamiast kołyski ma łóżko i – naturalnie – teraz mieszkają tu dwie, a nie trzy osoby.

Jestem wściekła na Colina za to, co zrobił, za groźby, jakimi mnie obrzucił. Gniew gna mnie schodami na piętro, przez korytarz do drzwi pokoju Faith, gdzie czaję się niczym duch. Czy Colin mówił poważnie? Naprawdę gotów jest walczyć, by odebrać mi Faith?

Wiem, że wygrałby. Nie mam cienia szansy. A jeśli to nie Colin przyjdzie po Faith, to będzie to ktoś inny: jakiś dostojnik Kościoła katolickiego… reporter z plotkarskiego programu telewizyjnego, którego relacja kazała Colinowi wsiąść do samolotu… albo tysiące innych, którzy też widzieli ten program i chcą zdobyć dla siebie kawałek Faith.

Wchodzę na palcach do pokoju i wyciągam się na wąskim łóżku koło mojej córki, wpatrując się w krągłość jej policzka i muszlę ucha. Dlaczego nigdy nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak coś jest dla nas cenne, dopóki nie grozi nam, że to utracimy?

Faith porusza się, odwraca i unosi powieki.

– Czuję pomarańcze – mówi sennie.

– To mój szampon. – Wygładzam kołdrę. – Śpij.

– Tatuś wciąż tu jest?

– Nie.

– Wróci jutro?

Wpatruję się w Faith, podejmując decyzję. Nie chcę tego robić, ale w gruncie rzeczy nie mam wyboru.

– Nie może – mówię – bo ty i ja wyjeżdżamy.

Rozdział ósmy

Jeśli kiedykolwiek istniał człowiek, którego przeznaczenie to piekło,

bez wątpienia jest nim Ian Fletcher – chyba że zanim

będzie musiał tam iść, zdoła dowieść, że piekła nie ma.

Komentarz redakcyjny, „The New York Times”, 10 sierpnia 1999

19 października 1999

– Tak dla ścisłości – mówi Millie. – Jestem temu przeciwna.

– A ja nie – oznajmia Faith, podczas gdy Mariah zapina jej kurtkę. – Bycie szpiegiem jest super.

– Nie jesteś szpiegiem, tylko uciekinierką. – Mariah przyklepuje zamek błyskawiczny. – Gotowa?

Wie, że tak, Faith jest gotowa od szóstej rano, kiedy poznała plan. Mariah oczywiście przedstawiła to jako przygodę, tak by Faith czuła się bardziej jak młody Indiana Jones niż dziecko, które musi się ukrywać. Eskapada spełniła oczekiwania Faith: wśliznęły się do samochodu, mając przy sobie tylko małe plecaczki, czterdzieści pięć minut jechały do centrum handlowego, gdzie wmieszały się w tłum, by zgubić dwóch dziennikarzy, którzy je śledzili. Dziennikarze z pewnością będą czatować przy hondzie Mariah, czekając, aż cała trójka wróci do samochodu. Kiedy Millie wyjdzie na parking, by odstawić hondę do domu, Mariah i Faith, już przebrane w inne stroje, wsiądą do taksówki czekającej na drugim końcu centrum i pojadą na lotnisko.

Teraz pozostało tylko się pożegnać.

Mariah łapie w lustrze wzrok matki. Millie podchodzi do córki i obejmuje ją w pasie.

– Nie musisz pozwalać, żeby wypędzili cię z domu – mówi cicho.

– To nie tak, mamo. – Mariah przełyka, by pozbyć się grudy w gardle. – Zaczynam wszystko od nowa. – Nie potrafi znieść myśli o rozłące z matką, nie tylko z powodu jej ostatnich kłopotów z sercem, ale też przez prosty fakt, że Millie to najbliższa przyjaciółka Mariah. Z drugiej strony, Millie przyznałaby, że Mariah musi zrobić wszystko, co w jej mocy, by zatrzymać Faith. Sprawa jest jasna, a Mariah nie może pozwolić, by po raz kolejny pokonali ją ludzie i okoliczności, które pozostają poza jej kontrolą.

Nie powiedziała Millie, że Colin groził jej odebraniem prawa do opieki, nie wspomniała też, dokąd zamierza wyjechać. Dzięki temu, gdy do Millie zwrócą się prawnicy, dziennikarze albo Ian Fletcher, nie będzie musiała kłamać. Mariah odwraca się i obejmuje matkę.

– Zadzwonię do ciebie. Kiedy będę mogła, kiedy będę wiedziała, że wszystko w porządku.

Faith wtula się między mamę i babcię.

– Ubieraj się, babciu! Nie zdążymy na taksówkę.

Mariah kładzie dłoń na głowie Faith.

– Kochanie, babcia musi tutaj zostać.

– Tutaj?

– Nie, nie tutaj, ale w naszym domu, by mieć oko… na wszystko.

Faith nie przyjmuje słów matki do wiadomości.

– Babcia musi z nami jechać – upiera się.

Mariah nie zdradziła córce tej części planu z tego właśnie powodu: wiedziała, że przez tę jedyną rzecz Faith będzie się sprzeciwiać.

– Faithele – mówi Millie, kucając przed wnuczką – niczego nie chciałabym tak bardzo jak jechać z wami tą taksówką. Ale nie mogę.

– Bo ktoś musi odwieźć samochód do domu – mówi Faith po chwili. – Ale później przyjedziesz?

Millie spogląda na Mariah.

– Możesz być pewna. – Chowa zapasowe ubranie Faith w plecaku i zakłada go wnuczce na ramiona. – Bądź grzeczna. – Całuje ją w czoło. Patrzy, jak Mariah bierze Faith za rękę i wyprowadza z łazienki. W ostatniej chwili dziewczynka odwraca się i posyła babci całusa. Millie siada w kabinie i wyobraża sobie tysiące rzeczy, które mogą pójść nie tak teraz, gdy Mariah i Faith uciekły, wyobraża sobie tysiące rzeczy, które mogłyby pójść nie tak, gdyby zostały.

Malcolm Metz rozpościera zręczne dłonie na blacie swojego błyszczącego biurka.

– Panie White, pozwoli pan, że się upewnię. Dziesięć tygodni temu dobrowolnie zrezygnował pan z opieki nad córką, a teraz chce pan, żeby zamieszkała z panem i pańską nowo poślubioną żoną.

Colin potakuje. Dokłada starań, by zwalczyć onieśmielenie w kancelarii Walloughby, Krieger i Metz, tylko że biura były o wiele mniej groźne pół roku wcześniej, kiedy wszystkie wyposażał w świetlne znaki ewakuacyjne. Naturalnie wtedy chodziło o interesy, obecna wizyta dotyczy spraw osobistych i stawka jest o wiele wyższa.

– Tak jest. – Uważnie przygląda się Metzowi, przesuwając wzrokiem od jego krótko ostrzyżonych włosów koloru soli zmieszanej z pieprzem do włoskich butów. Znany ze swej potężnej żądzy zwycięstwa, Metz jest czymś w rodzaju prawniczej legendy New Hampshire.

Adwokat styka czubki palców.

– Skąd ta zmiana decyzji?

Colin czuje, jak twarz zaczyna go palić.

– Bo moja była żona jest wariatką? Bo córkę nastawiono przeciwko mnie? Bo martwię się o nią? Niech pan wybiera.

Metz wszystko to słyszał wcześniej, a za niecałe dwie godziny musi stawić się w sądzie na rozprawie rozwodowej słynnego mafiosa jako adwokat jego żony i wolałby teraz w toalecie przygotowywać się do występu przed kamerami, których z całą pewnością przy tej okazji nie zabraknie. Sprawa o opiekę taka jak ta – ha, wygrałby ją przez sen.

– W jaki sposób pańska była żona wystawiła córkę na niebezpieczeństwo?

– Słyszał pan o dziewczynce, której objawia się Bóg?

Malcolm przestaje bębnić palcami po biurku.

– To pańska córka?

– Taa. Nie. – Colin wzdycha. – Cholera, sam już nie wiem. Na końcu podjazdu koczuje kilkaset osób i wszyscy wierzą, że Faith zmieniła się w jakąś prorokinię, a jej dłonie krwawią… Chryste. – Spogląda na prawnika. – To nie jest dziewczynka, którą zostawiłem.

Malcolm bezszelestnie wyjmuje żółty notatnik z szuflady. Ta sprawa może wzbudzić niezwykłe zainteresowanie mediów, wykraczające daleko poza wąskie granice New Hampshire. Odkręca pióro i postanawia się tym zająć.

– Jest pan przekonany, że pan jako opiekun lepiej zadbałby o interesy dziecka. Jest pan przekonany, że mieszkanie z matką źle wpływa na pańską córkę. – Colin potakuje. – Może mi pan wyjaśnić, dlaczego cztery miesiące temu zupełnie inaczej pan to oceniał?

– Niech pan posłucha, jeśli mam zapłacić panu dwadzieścia tysięcy honorarium oraz pięćset dolarów za każdą dodatkową godzinę, to nie muszę niczego wyjaśniać. Chcę odzyskać córkę. I to natychmiast. Słyszałem, że pan może mi w tym pomóc. Koniec, kropka.

Malcolm przez chwilę wpatruje się klientowi w oczy.

– Zależy panu na całkowitym prawie do opieki?

– Tak.

– Za wszelką cenę?

Colin nie musi pytać, co Metz ma na myśli. Wie, że najskuteczniejszy sposób na udowodnienie, że on jest lepszym rodzicem, to przedstawienie Mariah w jak najgorszym świetle. Kiedy proces dobiegnie końca, Mariah straci nie tylko Faith, ale też cały szacunek do siebie.

Porusza się niespokojnie na krześle. Nie chce tego robić, ale w gruncie rzeczy nie ma wyboru. Tak jak wtedy, gdy zdecydował o oddaniu Mariah do ośrodka zamkniętego, tak i teraz cel uświęca środki. I tak samo jak wtedy kieruje nim wyłącznie troska o bezpieczeństwo ukochanej osoby.

Przed jego oczyma pojawia się bolesne wspomnienie tamtego wieczoru, gdy Mariah próbowała popełnić samobójstwo: wszędzie pełno krwi i Mariah wciąż szepcząca jego imię. Zmusza się do przypomnienia sobie, jak wczoraj Faith ukryła się przed nim.

– Chcę odzyskać moją córkę – powtarza Colin zdecydowanie, przekonując samego siebie. – Niech pan zrobi wszystko, co potrzeba.

W zeszły wtorek Ian Fletcher leciał z Manchesteru, małego lotniska, które udawało, że jest bardziej kosmopolityczne niż w rzeczywistości: koszmar, jednym słowem. Nie dość, że lot do Kansas City miał opóźnienie, to jeszcze Ian nie mógł odpocząć w Admiral's Club, co oznaczało, że prawie godzinę spędził w toalecie, by uniknąć rozpoznania. W tym tygodniu leciał z Bostonu. Dojazd limuzyną na lotnisko był wprawdzie dłuższy, ale podróż zapowiadała się na znacznie mniej stresującą.

– Jakimi liniami pan leci, proszę pana?

Słysząc głos szofera, Ian nachyla się ku niemu.

– American.

Kiedy limuzyna parkuje przy krawężniku, bierze aktówkę, podpisuje rachunek z karty kredytowej i bez słowa oddaje go kierowcy. Z pochyloną głową skręca na prawo, ku ruchomym schodom, które zawiozą go wprost do prywatnego klubu dla pasażerów pierwszej klasy, gdzie może w spokoju czekać na lot.

Mariah stoi przed tablicą odlotów, przeglądając listę portów docelowych. Tak wiele miejsc, czym powinna kierować się przy wyborze? To nie tak, że jakieś miejsce jest lepsze od innych – gdziekolwiek wylądują, będą zaczynały od zera.

– Mamusiu? – Faith ciągnie ją za rękaw. – Możemy polecieć do Vegas?

Mariah mimowolnie się uśmiecha.

– A co wiesz o Vegas?

– Tatuś raz tam był. Naciskasz guziki i wylatują pieniądze. Widziałam w telewizji.

– Ha, to niezupełnie tak. Musisz mieć bardzo dużo szczęścia. A poza tym nie widzę tu Vegas.

– Więc dokąd polecimy?

Dobre pytanie. Mariah przyciska dłoń do torebki, myśląc o pieniądzach. Ma dwa tysiące dolarów w gotówce – Boże, czuje się jak ruchomy cel. Ale wie, że lepiej nie pozostawiać śladu po kartach kredytowych, a tylko taką sumę mogła dostać od ręki w banku. Jeśli będą ostrożne, może przynajmniej przez jakiś czas żaden dziennikarz ich nie wyśledzi. A gdyby udało im się zwieść media, ich zainteresowanie Faith pewnie samo z siebie wygaśnie.

Bez paszportu Mariah musi ograniczyć się do terenu Stanów Zjednoczonych. Hawaje – zawsze chciała jechać na Hawaje, ale bilety z całą pewnością są kosmicznie drogie i pożarłyby lwią część ich budżetu. Mariah znowu przesuwa wzrokiem po kolumnie nazw. W południe jest lot do Los Angeles, kwadrans po jedenastej do Kansas City w stanie Missouri.

Prowadzi Faith do kasy. Postanawia, że polecą pierwszym dostępnym samolotem, startującym z lotniska.

W samolocie Mariah dziękuje Bogu, że historia Faith dopiero niedawno znalazła się w telewizji ogólnokrajowej, bo dzięki temu większość ludzi, z którymi się kontaktują – stewardesy, sympatyczny sąsiad, oferujący, że umieści plecaki w schowkach na bagaże nad głowami – patrząc na nie, widzą matkę i córkę, a nie dwie uciekinierki przed mediami.

Dotąd Faith dwukrotnie leciała samolotem, raz, gdy umarł jej dziadek, i raz, gdy całą rodziną pojechali na wakacje do Waszyngtonu. Podskakuje na siedzeniu i wyciąga szyję, by lepiej się przyjrzeć kabinie pierwszej klasy, która znajduje się tuż przed nimi.

– Co tam jest? Dlaczego siedzenia mają inny kolor?

– To dla biznesmenów i ludzi, którzy mają mnóstwo pieniędzy. Za te miejsca więcej się płaci.

– Dlaczego myśmy nie zapłaciły?

– Bo… – Mariah spogląda na córkę z desperacją -…bo tak – kończy, podczas gdy stewardesa zaciąga niebieską zasłonę między kabinami.

– Pasażerowie lotu numer 5456 do Kansas City proszeni są…

Ian podchodzi do bramki i pokazuje kartę pokładową.

– Panie Fletcher, lubię oglądać pański program – mówi pracownik linii lotniczych.

Ian kiwa szorstko głową i pośpiesznie wsiada do samolotu. Podaje stewardesie płaszcz, po czym sadowi się na miejscu.

– Dzień dobry, panie Fletcher. Życzy pan sobie coś do picia, nim wystartujemy?

– Proszę bourbona. Bez wody.

W pierwszej klasie jest jeszcze troje pasażerów, utrapienie, ale nie tragedia. Byłoby gorzej, gdyby jeden z nich siedział obok niego. Stewardesa wraca z drinkiem. Ten cotygodniowy lot, jak wszystko związane z wizytami u Michaela, ma ustalony raz na zawsze przebieg, Ian odstawia szklankę i zamyka oczy, zapadając w sen, w którym karty spadają na stół, czerwona, czarna, czerwona, czarna, i tak w nieskończoność.

– Muszę siusiu – obwieszcza Faith.

Mariah wzdycha. Tuż za nimi stoi wózek z napojami, zagradzając przejście do toalety na tyłach samolotu; wykluczone, żeby Faith była w stanie poczekać, aż stewardesy skończą roznosić drinki. Mariah spogląda na niebieską kurtynę, za którą jest kabina pierwszej klasy.

– Chodźmy.

Pośpiesznie prowadzi Faith krótkim przejściem; ma nadzieję, że zdążą dojść do toalety, nim stewardesa je dostrzeże i każe zawrócić.

– Tutaj – mówi, niemal wpychając Faith do kabiny. – Nie zapomnij zamknąć drzwi, w przeciwnym razie światło się nie zapali. – Oparta o wibrującą ścianę samolotu, rozgląda się po pierwszej klasie.

I nagle widzi przed sobą Iana Fletchera.

O Boże. W samolocie nie ma gdzie się ukryć. Mariah zachowuje się jak tchórz, wlecze Faith z powrotem na miejsce i unika wzroku Iana Fletchera. Zamyka oczy, pełna niesmaku. W czasie tej godziny z Logan Airport wystartowało pewnie z pięćdziesiąt samolotów, a jej udało się na chybił trafił wybrać ten, którym leci Fletcher. Człowiek zyskujący najwięcej na zdradzeniu światu miejsca pobytu jej i Faith.

A potem uderza ją myśl: to nie jest spotkanie przypadkowe. Jakimś sposobem Ian Fletcher śledził je aż do lotniska. Mariah nie wie, dlaczego Fletcher nie kończy sprawy, nie przychodzi i nie mówi, że przejrzał jej podstęp. A może w tej chwili korzysta z tego małego telefonu przy fotelu i umawia się z producentem i ekipą na spotkanie w Kansas City.

Czuje, jak łzy dławią ją w gardle. Jej wspaniały plan legł w gruzach, zanim zyskał szansę realizacji.

Po tym, jak Mariah White uciekła niczym przerażony królik, Ian przez całą minutę bawi się myślą o zadzwonieniu do Jamesa Wiltona i skierowaniu sfory na trop lisa; posuwa się nawet tak daleko, że wyjmuje kartę kredytową i czyta instrukcję obsługi telefonu przy fotelu, ale potem przypomina sobie, dlaczego nie może tak postąpić. Ostatnią rzeczą, na jakiej mu zależy, jest sprowadzenie mediów na odległość 160 kilometrów od Michaela.

Mariah White o tym nie wie, ale ma nad Ianem taką samą przewagę, jak on nad nią.

Ian kończy bourbona i gestem daje znak stewardesie, by przyniosła mu następnego. Najprostszym wyjściem jest zachowywać się zgodnie z tym, co bez wątpienia myśli Mariah: że śledził je z Nowego Kanaanu na lotnisko w Bostonie. W przeciwnym razie będzie się zastanawiała, co Ian robi w samolocie lecącym do Kansas City. Jedną sprawą jest poznanie przez niego jej tajemnic, zupełnie inną sytuacja odwrotna. Teraz musi zmienić rozkład podróży.

W głowie Iana zakorzenia się myśl. A gdyby tak mógł z bliska przyjrzeć się Faith wykonującej tę uzdrowicielską sztuczkę? Gdyby sam wybrał obiekt dla jej tak zwanego cudu, obiekt, przy którym z góry byłaby skazana na porażkę? Babcia i kobieta z dzieckiem chorym na AIDS mogły brać udział w przedstawieniu. Ale Michael… cóż, nikt lepiej niż Ian nie wie, że Michael nie jest uczestnikiem ich oszustwa… i że nie da się go wyleczyć.

Musi tylko zaskarbić sobie ich sympatię, tak by zgodziły się uzdrowić Michaela, traktując to jako osobistą przysługę, wyświadczoną Ianowi. A kiedy Faith White będzie próbowała powtórzyć swoją sztuczkę, on z bliska, na własne oczy zobaczy, jak to robi. Anonimowość Michaela pozostanie niezagrożona, Mariah White nikomu nic nie powie, bo zdradziłaby miejsce swojego pobytu.

Dziwaczna wizja Faith kładącej dłonie na Michaelu w oszukańczym przedstawieniu, wyreżyserowanym przez jej matkę, ustępuje miejsca obrazowi, który Ian schował tak głęboko w swoim wnętrzu, że czuje ból, gdy teraz obraz ten wyłania się na powierzchnię: Michael patrzący mu prosto w oczy, Michael z własnej woli wyciągający do niego ręce, Michael klepiący go w uścisku po plecach.

Ha – raczej zobaczy Mariah Wbite dukającą, że księżyc nie jest w linii czy inne tego rodzaju bzdury, by wytłumaczyć fakt, że jej córeczka cudotwórczym nie potrafiła uleczyć chorego na autyzm mężczyzny.

Gdyby Ian wierzył w przeznaczenie, pomyślałby, że los sprowadził Mariah i jej córkę do tego samolotu. Ale nie wierzy, dlatego uważa to za niebywałą okazję, która sama wpadła mu w ręce i ma szansę stać się najbardziej sensacyjną historią w jego karierze. Musi tylko oczarować Faith i jej matkę, przekonać, że taki jak on cynik wcale nie musi być wrogiem, ale wręcz przeciwnie, człowiekiem, który wszystkie swoje nadzieje pokłada w dziecku rzekomo obdarzonym mocą uzdrawiania, który będzie stał obok i udawał bezgraniczną rozpacz, kiedy Faith poniesie ostateczną klęskę.

Tylko czy rzeczywiście będzie udawał?

Wysiadając z samolotu, Mariah nie jest zaskoczona faktem, że Fletcher na nie czeka, ani też tym, że całkowicie ją ignoruje, całą uwagę skupiając na Faith.

– Cześć – mówi przeciągle, kucając przed dziewczynką. – Wy też leciałyście tym samolotem?

Faith otwiera szeroko oczy.

– Pan Fletcher!

– We własnej osobie. – Prostuje się i kłania Mariah. – Dzień dobry pani.

Mariah ostrzegawczo ściska dłoń Faith.

– Przyjechałyśmy na ślub. Ślub mojej kuzynki. Dzisiaj wieczorem. – Jej głos jest zbyt wysoki, zbyt przenikliwy; w chwili gdy z własnej woli udziela informacji Fletcherowi, o którą nawet nie poprosił, ma ochotę sama się kopnąć.

– Tak? Jakoś nigdy dotąd nie słyszałem, żeby ktoś brał ślub we wtorek wieczorem.

Mariah zadziera brodę.

– To… kwestia ich religii.

– Wszystko się z nią wiąże. – Ian uśmiecha się do Faith. – Może pójdziemy na lody, żeby uczcić nasze spotkanie?

Wyraźnie ucieszona tą perspektywą Faith patrzy pytająco na matkę.

– Nie mamy czasu – mówi Mariah.

– Ale przecież nie…

– Faith! – przerywa jej Mariah, zaraz jednak wzdycha. – No dobrze. Możemy iść na lody.

Ian prowadzi je do baru. Zamawia rożek dla Faith oraz colę dla siebie i Mariah.

– Faith, twoja mama i ja chcemy chwilę porozmawiać. Może zjesz lody przy tamtym stoliku?

Faith biegnie we wskazanym kierunku. Marian chce ją przywołać, ale Ian kładzie jej dłoń na ramieniu. Przez tę chwilę Mariah nie potrafi złapać tchu ani się poruszyć.

– Niech idzie. Widzi ją pani, a ludzie, którzy chcieliby się do niej zbliżyć, są daleko stąd.

Mariah odwraca się ku niemu.

– Możemy sobie pójść. Nie będzie w stanie nas pan powstrzymać.

– Wezwie pani policję? Wątpię. Przede wszystkim zostawiłoby to ślad na papierze, a coś mi mówi, że chce pani tego uniknąć. – Uśmiecha się smutno. – Uwierzyłaby mi pani, gdybym powiedział, że jestem tu z innego powodu niż pani i Faith? Nie sądzę. Niesamowite jest to, pani White, że panią podziwiam. I chciałbym coś pani poradzić.

– Powiedział lis do rudobrodego – mruczy Mariah.

– Co takiego?

– Nic.

– Ha. Chciałem pani powiedzieć, że nigdy za wiele ostrożności. Zastanawiała się pani, gdzie obie z Faith zamieszkacie?

Nie mając zamiaru zwierzyć mu się z planów, Mariah zaciska usta.

– Założę się, że w motelu – ciągnie Ian lekko. – Ale wcześniej czy później uświadomi sobie pani, że kobieta z małą dziewczynką w podejrzanym motelu od razu rzuca się w oczy. Z drugiej strony, ciągłe przeprowadzki z motelu do motelu będą strasznie trudne dla dziecka. Tak więc nie ma pani wielkiego wyboru. Albo zda się pani na łaskę jakiegoś mieszkającego tu przyjaciela, a idę o zakład, że nie ma ich pani wielu, albo wynajmie tanie lokum. Rzecz w tym, pani White, że każdy szanujący się administrator zażąda referencji. A trudno o nie, kiedy człowiek pragnie zachować anonimowość. Zostaje jeszcze problem wynajęcia samochodu, skoro prawo jazdy i karta kredytowa z całą pewnością nie są przedmiotami, które chętnie pokazywałaby pani światu.

Mariah ma tego po dziurki w nosie i odwraca się ku Faith. Do diabła z Ianem Fletcherem. Do diabła z Kansas City. Dzisiaj po południu z lotniska startuje pewnie ze sto samolotów, musi tylko raz jeszcze wymknąć się Fletcherowi. Robi krok, ale on chwyta ją za rękę.

– Znajdę panią – szepcze, czytając jej w myślach. – Wie pani o tym.

Mimo to Mariah wciąż zerka na korytarz, na toalety, na każde możliwe wyjście.

– Mówił pan, że chce mi pan coś poradzić.

– Tak jest. Myślę, że podczas pobytu w tym mieście powinna pani zwrócić się o pomoc do znajomego.

Mariah dławi się śmiechem.

– Zaraz, niech sobie przypomnę, ile przyjaciółek z college’u mieszka w Kansas City.

– Miałem na myśli siebie – mówi Ian cicho. – Uważam, że powinna pani zostać ze mną.

Przez długą chwilę Mariah gapi się na niego.

– Oszalał pan?

Jego oczy są błękitne jak jezioro i jak jezioro zapraszają, by się w nie zanurzyć.

– To niewykluczone, pani White – przyznaje. – Bo w przeciwnym wypadku na pewno powiedziałbym w zeszłym tygodniu o dłoniach pani córki. Dzisiaj sprowadziłbym na to lotnisko cały las kamer. W czasie lotu zastanawiałbym się, jak wydać was na pastwę światu, zamiast myśleć, że może ten jeden raz powinienem zrobić dobry uczynek i pomóc wam. – Spogląda na Faith. – To najlepsza z możliwych przykrywek. Nikomu na myśl nie przyjdzie, że ukryła się pani u mnie.

– Chyba że sam pan im o tym powie. – Mariah wpatruje się w niego nieruchomym wzrokiem. Nie potrafi zaufać temu człowiekowi, którego nigdy by nie poznała, gdyby nie zainteresował się Faith jako materiałem na sensacyjny program. Z drugiej strony, nie może jego wywodom odmówić słuszności. Publicznie Ian Fletcher jest arogancki i mściwy, prywatnie bywa sympatyczny i troskliwy. Ale ucieczka przed mediami i ukrycie się w domu Iana Fletchera to samobójczy skok z deszczu prosto pod rynnę.

Ian wciąż ją trzyma, kciukiem przesuwając po wypukłości blizny na nadgarstku.

– Ma pani moje słowo, że nikomu nie zdradzę waszej kryjówki. I będzie tam pani mogła cieszyć się swoją prywatnością. – Uśmiecha się. – Co gorsze, Mariah? Diabeł nieznany… czy diabeł znany?

Kupują jego argumenty, Ianowi niemal kręci się w głowie z ulgi, kiedy Mariah podchodzi do Faith i mówi jej o zmianie planów. Wciąż jest czujna, ale to nic złego. Niech sobie podejrzewa, że Ian ma ukryte zamiary. W końcu to prawda. To, co myśli Mariah White, nie jest najważniejsze. Doprowadzenie Faith do punktu, by chętnie poszła do Michaela – i skłonienie jej matki, by wyraziła na to zgodę – będzie wymagało od Iana wykorzystania całego kunsztu aktorskiego.

Kiedy Mariah wraca z córką, Iana po raz kolejny uderzają jej rysy, w których pociągają go sprzeczności: oszałamiające zielone oczy, zapuchnięte i znużone, miękkie usta, otoczone bruzdami, które wyrzeźbiło cierpienie.

– Więc ma pan tu dom? – pyta Mariah z wahaniem.

Ian o mało nie wybucha śmiechem. Nie zamieszkałby w tym stanie, nawet gdyby to było ostatnie miejsce na ziemi.

– Dajcie mi godzinę, a będę miał.

Prowadzi je do Avisa i wynajmuje samochód na kartę kredytową Pagan Productions. Mariah pozostaje na uboczu, przy telefonach, nie chce ryzykować, że zobaczy je ktoś, kto później mógłby zidentyfikować ją albo Faith. Podchodząc do nich z kluczykami w dłoni, Ian zerka na zegarek i krzywi się. Ma niecałą godzinę na dotarcie do Michaela.

– Dokąd jedziemy? – pyta Mariah, kiedy skręcają na drogę międzystanową.

– Na zachód. Pomyślałem, że lepiej będzie poza miastem. – I bliżej Lockwood.

– Jedzie pan, jakby znał pan drogę.

– Często tu bywam służbowo – kłamie Ian. – W Ozawkie nad jeziorem Perry jest ośrodek domków kempingowych. Nigdy tam nie byłem, ale mijałem drogowskaz chyba ze sto razy. Uznałem, że możemy od nich zacząć.

– Będziemy pływać?

Ian patrzy we wsteczne lusterko i uśmiecha się do Faith.

– Nie sądzę, żeby mama pozwoliła ci pływać w takie zimno. Ale chyba nie będzie zła, jak pójdziemy na ryby.

Po krótkim czasie znowu skręcają i sunąc między ciągnącymi się po horyzont polami Missouri, wjeżdżają do Kansas. Mariah spogląda na ścierniska po niedawno zebranej kukurydzy. Faith ma nos rozpłaszczony na szybie.

– Gdzie są góry?

– W domu – mruczy Mariah.

Wodząc wzrokiem po chylących się ku ruinie domkach ośrodka Camp Perry, Mariah mówi sobie, że darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Mogły z Faith znaleźć bardziej luksusowe lokum, ale jak powiedział Fletcher, łatwiej byłoby je tam wyśledzić. Patrzy, jak dziennikarz okrąża biuro kierownika i puka do drzwi, potem staje na palcach i zagląda w okno. Wzrusza ramionami i wraca do samochodu.

– Wygląda na to…

– Czym mogę państwu służyć?

Drobna staruszka, z wyglądu przypominająca strzyżyka, otwiera drzwi biura.

– Dzień dobry, szanowna pani – mówi Fletcher głosem ociekającym przymilnością. – Moja żona i ja liczyliśmy, że będziemy mogli wynająć jeden z tych uroczych domków.

Żona?

– Już po sezonie, ośrodek zamknięty – odpowiada kobieta. – Bardzo mi przykro.

Fletcher chwilę się w nią wpatruje.

– Taka dobra chrześcijanka jak pani na pewno zgodzi się zrobić wyjątek, jeśli przysłuży się to chwale naszego Pana.

Mariah o mało nie dławi się ze śmiechu.

– Mamusiu – szepcze Faith z tylnego siedzenia – czemu on tak dziwnie mówi?

Mariah odwraca się do córki.

– Cicho. On udaje, odgrywa sztukę.

– Jezus powiedział, żebym zamknęła ośrodek pierwszego października – mówi staruszka.

– Co za szkoda, szanowna pani. – Ian kręci głową. – Bo mnie powiedział, żebym pojechał słuchać Jego głosu do Camp Perry. – Podchodzi do kobiety z wyciągniętą ręką. – Przepraszam, że wcześniej się nie przedstawiłem. Jestem Harry Walters, kaznodzieja z Lou'ville. A to moja urocza żona Maybelle i córka Frances.

– Frances to ładne imię – odpowiada kobieta. – Moja ciotka tak miała na imię.

– My też tak uważamy.

Kobieta przekrzywia głowę.

– Powiada pan, że jest kaznodzieją?

– Tak. A w dodatku muzykalnym. Prowadzę chór Greater Kentucky Hymn Sing. W tym roku Bóg nakazał mi przygotować na Jego chwałę kilka nowych melodii.

– Też śpiewałam w chórze. Zawsze uważałam, że dobrze jest ofiarować Panu radosne dźwięki.

– Amen, szanowna pani – dopowiada Fletcher.

Kobieta wyrzuca ręce w górę.

– Ha, kimże jestem, by stawać na drodze naszemu Panu? Nie mogę obiecać regularnej obsługi, ale chyba uda mi się znaleźć czystą pościel. – Staruszka wraca do biura, przypuszczalnie po klucz.

Ian Fletcher odwraca się do Mariah i Faith, niemal niedostrzegalnie się kłaniając. Mariah wybucha nerwowym śmiechem. Ależ ten człowiek ma tupet! Ian z szerokim uśmiechem otwiera drzwi samochodu.

– Maybelle, kochanie, wygląda na to, że znalazłem dla nas tymczasowy dom.

– Maybelle? Nie mógł pan wybrać Melissy, Marion albo…

– Maybelle mi się podoba. Brzmi… tak poczciwie. Mariah patrzy na niego gniewnie, po czym mówi do córki:

– Wysiadamy, Faith.

– Frances – poprawia ją Ian.

– Nieważne. – Mariah pomaga Faith wyciągnąć plecak z samochodu.

– Domek numer siedem – mówi staruszka, podając im klucz. – Kładę się spać o dziewiątej i nie obchodzi mnie, że śpiewacie Jezusowi, macie dopilnować, żeby o tej porze było cicho. – Odwraca się i zostawia ich samych.

Po przekroczeniu progu Ian staje się kompletnie inną osobą.

– Chryste, czy latem ktoś tu umarł?

Mariah w pełni się z nim zgadza. Nazywanie domku wiejskim byłoby przesadnym pochlebstwem. Podłogę zdobi chodnik poznaczony licznymi plamami. Z głównego pokoju, umeblowanego stolikiem do kawy, wystrzępioną sofą i porysowanym kuchennym stołem, na którym leżą nie pasujące do siebie i zakurzone pojemniki Tupperware, drzwi prowadzą do łazienki wielkości szafy oraz jedynej sypialni.

– Tu jest obrzydliwie – krzywi się Faith. – Nie chcę tu mieszkać.

Mariah momentalnie zmusza się do uśmiechu.

– Traktuj to jak przygodę. Jak biwak, tylko że tutaj mamy łóżko. – Zagląda do sypialni. – No, jedno z nas ma łóżko.

Ian prycha.

– Pani i Faith będą tam spały. Ja zaryzykuję kontakt z chorobami zakaźnymi, których zarazki bez wątpienia roją się na kanapie. – Siada ciężko i pochyla głowę. Widząc jego drgające ramiona, wstrząśnięta Mariah przez chwilę myśli, że Ian płacze, zaraz jednak słyszy głośnie parsknięcie.

– Boże, gdyby mój producent mógł mnie teraz zobaczyć – mówi Ian, ocierając oczy. – W porównaniu z tym przyczepa to cholerny pałac.

Dopiero na wzmiankę o producencie Mariah uzmysławia sobie, co jest powodem niepokoju dręczącego ją na dnie świadomości. Boi się rozpoznania, chociaż ani ona, ani Faith nie są na razie sławne. W przeciwieństwie do Iana Fletchera, gwiazdy obecnej w każdym domu. A mimo to wynajął samochód, nie budząc poruszenia fanów, udawał, że jest kaznodzieją Harrym Waltersem i nikt nie zarzucił mu kłamstwa.

– Jak to możliwe? – pyta cicho. – Jak to możliwe, że ona pana nie rozpoznała?

Ian szczerzy zęby.

– Kochanie, to Pas Biblijny *, w którym pełno chórów śpiewających hymny i staruszek, które chcą zadowolić Jezusa, za to mało ateistów. Tutaj nie muszę się maskować, ponieważ dla miejscowego pobożnego ludku mój program nie plasuje się wysoko na liście tych, które koniecznie trzeba zobaczyć.

Mariah unosi brwi.

– Przecież nie mógł pan na pierwszy rzut oka stwierdzić, że ta staruszka nigdy nie oglądała pańskiego programu.

– Gotów byłem iść o zakład.

Zirytowana jego pewnością, zaplata ręce na piersi.

– Bo jest stara? Za głupia, żeby się zorientować, że mydli jej pan oczy?

– Nie, pani White. – Fletcher pochyla się i włącza poobijany telewizor. Na ekranie pojawia się śnieg. – Bo nie ma kablówki.

Do Lockwood Ian przyjeżdża godzinę i siedemnaście minut spóźniony. Zostawił Mariah i Faith w domku pod pretekstem zrobienia zakupów w supermarkecie. Teraz biegnie do świetlicy, gdzie zwykle znajduje Michaela. Przez otwarte drzwi widzi, że Michael jak zwykle siedzi w kącie i rzuca karty na stół.

Ogarnia go ulga, że Michael jednak na niego czekał, zaraz jednak ustępuje miejsca gorzkiej świadomości, że przecież i tak nigdzie nie mógł pójść.

– Cześć. – Ian przysuwa sobie krzesło. Po skroniach płyną mu strużki potu, ale na razie nie zdjął kurtki. Zna kolejność zdarzeń, najpierw Michael musi dać znak, że zauważył jego obecność.

Na stół spada czerwona karta, potem czarna, Ian ociera skroń o kołnierz.

– Trzecia trzydzieści – mówi Michael cicho.

– Wiem, stary. Spóźniłem się godzinę i… dwadzieścia minut.

– Jest czwarta pięćdziesiąt jeden. Dwadzieścia sekund. Dwadzieścia dwie sekundy. Dwadzieścia cztery…

– Wiem, która jest godzina, Michael. – Zirytowany Ian zrzuca kurtkę.

– Trzecia trzydzieści. Trzecia trzydzieści we wtorek. O tej porze Ian przychodzi. – Michael zaczyna łagodnie się kołysać.

– Cicho, Michael. Bardzo przepraszam. Więcej się to nie zdarzy.

– Rozpoznając znaki ostrzegawcze, przysuwa się bliżej z uniesionymi rękami.

– Trzecia trzydzieści! – wrzeszczy Michael. – Trzecia trzydzieści we wtorek. Nie w poniedziałek. Nie w środę czwartek piątek sobotę niedzielę! We wtorek wtorek wtorek! – Atak mija równie gwałtownie, jak się zaczął.

Michael odpycha swoje krzesło od Iana, garbi się nad kartami.

– Spóźnił się pan.

Ian odwraca się i widzi jednego z psychiatrów, którzy codziennie przychodzą do Lockwood. Uśmiecha się krzywo.

– Tak mi mówiono.

– Michael ma do tego talent, co? – żartuje lekarz. – Lot był opóźniony?

– Nie, coś zatrzymało mnie po drodze.

– Cóż, w jego świecie nie ma miejsca na pomyłki. Niech pan nie bierze tego do siebie.

Lekarz odwraca się, by odejść, ale Ian go zatrzymuje.

– Jak, pana zdaniem, Michael by zareagował, gdybym wrócił tu jutro? Albo kilka dni później?

– Chodzi panu o inną porę niż trzecia trzydzieści we wtorek? – Psychiatra przygląda się siedzącemu w kącie Michaelowi. – Myślę, że znowu miałby atak.

Ian kiwa głową. Też tak mu się wydawało. A to znaczy, że ma dokładnie siedem dni na sprowadzenie Faith White do Lockwood.

Wzdycha i stawia krzesło obok krzesła Michaela. Widzi czubek jego głowy, przyprószony teraz siwizną. To go przygnębia. Co to za życie, i to od tak dawna?

„Lepsze niż to, które miałby gdzie indziej”. Głos w jego głowie jest rozgrzeszeniem. Lockwood to ośrodek z pełną opieką, niewiele różniący się od domu dla emerytów i o wiele lepszy od ośrodka zamkniętego. Pewnego dnia być może Michael będzie gotów do samodzielnego mieszkania. Dopóki jednak to nie nastąpi, ma najlepszą opiekę, jaką można otrzymać za pieniądze.

Ian ze znużeniem obserwuje kołyszącego się jak metronom Michaela i siedzi w milczeniu całą godzinę, bo choć Michael nie odzywa się do niego, dokładnie wie, jak długo Ian u niego jest. Ian zadaje sobie pytanie, jak on, człowiek, dla którego Biblia nie ma żadnego znaczenia, stał się stróżem swego brata.

Ian wraca do domku po zachodzie słońca. Wciąż roztrzęsiony wybuchem Michaela, z roztargnieniem idzie wysypaną żwirem ścieżką, otwiera drzwi i staje jak wryty. W niewielkim pokoju płoną świece, zniszczony stół kuchenny przykryty jest kraciastym obrusem, leżą na nim czyste sztućce i popękane talerze. Mariah przesunęła meble, by ukryć zacieki po wodzie na podłodze i podejrzane smugi na ścianach. Pokojowi wciąż daleko do pomieszczeń, do których Ian jest przyzwyczajony, ale jest tu… niemal przytulnie.

Mariah i Faith nieruchomieją na kanapie jak dwie sarny złapane w światła samochodu. Po chwili Mariah wstaje i wyciera dłonie o uda.

– Pomyślałam, że skoro mamy tu spędzić jakiś czas… – Nie kończy zdania.

Wzrok Iana pada na Faith i zniszczoną planszę do Yahtzee rozłożoną na stoliku do kawy. Dziewczynka podciąga kolana, kryje twarz i miesza kości w zamkniętej dłoni, Ian walczy z pragnieniem, by usiąść koło niej, zrzucić buty i oprzeć stopy w skarpetkach obok pionków.

– …w samochodzie?

Dopiero po chwili Ian uświadamia sobie, że Mariah mówi do niego. Co ma być w samochodzie? Jęcząc, przypomina sobie pretekst do wyjazdu: zakupy.

– Uch… jeszcze się tym nie zająłem – mówi, wycofując się do drzwi. – Już jadę. – Wybiega z domku, by nie dać Mariah szansy na zapytanie go, gdzie przez cały czas był, by się nie załamać i po prostu o wszystkim jej nie opowiedzieć.

Zaczyna padać. We wstecznym lusterku Ian widzi Mariah stojącą w progu. Jej postać rysuje się na tle żółtej poświaty świec. Skąd wzięła te świece? Grę? I całą resztę, skoro już o tym mowa? Dłonie Iana drżą na kierownicy; próbuje sobie przypomnieć drogę do najbliższego sklepu Piggly Wiggly. Wystrzępione chodniki, zniszczone gry, kobieta przygotowująca stół dla niego – te obrazy wirują mu w głowie. Zmusza się do sporządzenia listy zakupów: mleko, sok, jajka, płatki, woda sodowa i makaron, by stłumić niepokojącą myśl, że życie, które prowadził, pomimo całego luksusu nawet w przybliżeniu nie jest tak dobre.

Mama omija najlepsze fragmenty. Mało że, już i tak jest źle, że Faith nie ma żadnej książki do poczytania przed snem – w przeciwieństwie do tego, co mówi mama, „Reader's Digest” się nie liczy – to jeszcze mama nie potrafi bezbłędnie opowiedzieć historii Czerwonego Kapturka.

– Koszyk z jedzeniem – ponagla Faith. – Dla babci, pamiętasz?

– Racja.

Mama raz po raz patrzy na drzwi. Faith przypuszcza, że to dlatego, że jest głodna, Ian Fletcher miał przywieźć coś na kolację, ale zapomniał, w rezultacie więc Faith zjadła tylko garść tic taców z torebki mamy. Gdy zamyka oczy i wyłącza maminy głos, słyszy burczenie w jej brzuchu, jak szum wodospadu przy zaporze w Nowym Kanaanie.

– Czerwony Kapturek podchodzi do drzwi, puka, a wilk…

– Wcześniej nic nie mówiłaś o wilku – narzeka Faith. – A on musi zjeść babcię.

– Na litość boską, Faith, skoro tak dobrze znasz tę bajkę, to czemu sama jej nie opowiesz!

Wkładając piżamę, Faith wspomniała coś o nadziei, że Bóg odnajdzie ją w tym odległym Kansas. Mama naskoczyła na nią i oznajmiła, że pod żadnym pozorem nie może mówić o Bogu w obecności Iana Fletchera. A teraz nie chce nawet ukołysać jej do snu. Faith przewraca się na bok. Jeśli się zaraz rozpłacze, nie chce, by ktokolwiek to widział.

– Dobrze – mruczy.

Czuje dłoń mamy na ramieniu.

– Przepraszam, nie powinnam była na ciebie krzyczeć.

– Nieważne.

– Ważne. Postąpiłam źle. Jestem głodna i zmęczona, ale to nie twoja wina. – Mama zakrywa oczy dłońmi i wzdycha. – Nie mam ochoty na bajkę na dobranoc, Faith, zgoda?

– Zgoda – mruczy Faith.

Mama uśmiecha się i całuje ją we włosy.

– Dziękuję.

Podnosi się, ale Faith łapie ją za rękaw.

– Nie podoba mi się tutaj. – Głos jej się załamuje, przez co jest zażenowana, ale nie potrafi nad tym zapanować. Podobnie jak nad łzami, które zaczynają płynąć po policzkach. – Dziwnie tu pachnie, nie ma kanału z kreskówkami i nic do jedzenia.

– Wiem, słoneczko, ale pan Fletcher to załatwi.

– A skąd on w ogóle się tu wziął? Czemu z nim mieszkamy?

Mama ma taką zmartwioną minę, że Faith żałuje, iż zadała to głupie pytanie.

– To tymczasowe rozwiązanie, słoneczko – mówi mama. – Jeśli mieszkanie z panem Fletcherem nie będzie nam odpowiadało, polecimy gdzie indziej. Może do Las Vegas.

To uspokaja Faith. Czuje, jak matka układa się koło niej, i przypomina jej się hamak na podwórzu przed domem, ta sieć upleciona z lin. Kiedy pierwszy raz się w nim położyła, była przekonana, że liny się rozpłaczą, a jednak ją utrzymały.

– Może będziemy miały szczęście – mówi Faith, ziewając. Mama mocno ją do siebie przytula.

– Może tak.

Najpierw czuje dym. Bliźniacze wieże dymu wznoszą się wysoko, tworząc czarne plamy przed oczami, ale wie, że musi się przez nie przedrzeć. Jego rodzice – Chryste, palą się! Rzuca się w żar, ignorując ból pełzający po rękach, nogach i plecach. Oczy puchną mu od żaru i sadzy, mimo to wciąż widzi pięć palców, zarys dłoni, i przysuwa się do niej, chwyta w swoją dłoń, zamyka palce na przegubie. Szarpnięcie – udało się uwolnić, ląduje na ziemi i widzi, że trzyma mocno brata. Brata, którego nie można dotykać, który tego nie znosi, który wpatruje siew dłoń Iana na swoim ramieniu i krzyczy głośno, głośno, głośno…

– Panie Fletcher. – Ian podrywa się spocony, pościel leży na podłodze. Koło obrzydliwej sofy klęczy Mariah Wbite i delikatnie potrząsa go za ramię. – Śnił się panu koszmar.

– To nie był koszmar – sprzeciwia się Ian, chociaż głos wciąż ma schrypnięty. To nie był koszmar, ponieważ musiałby wtedy spać, a to prawie niemożliwe. Odsuwa się od Mariah i kuli w rogu kanapy, brzegiem koszulki ocierając pot z twarzy.

Powinien był wiedzieć, czym może się skończyć pobyt w Kansas City i udawanie, że wszystko będzie dobrze. Miasto nie ma mu nic do zaoferowania poza strasznymi wspomnieniami. Nawet gdyby intryga sprowadzenia Faith do Michaela powiodła się, Iana czeka inna nieunikniona porażka.

Mariah podaje mu szklankę z wodą z kranu. On bierze ją trzęsącymi się rękami i pije łapczywie. Patrzy na stół, na którym zostawił trwałe produkty żywnościowe. Kiedy wrócił wczoraj wieczorem, drzwi do maleńkiej sypialni były zamknięte, a na sofie leżał stos pościeli, Ian uznał, że zamiast trzaskać szafkami i budzić Mariah i Faith, zajmie się tym rano. Wyjął notatnik i zapisał uwagi o programie na następny tydzień. To ostatnia rzecz, jaką pamięta, potem obok siebie zobaczył Mariah White.

– Mówił pan coś o pożarze – mówi Mariah z wahaniem.

– Na pewno mówiłem mnóstwo rzeczy.

– Nie wiem. Przed chwilą tu przyszłam.

– Nie obudziłem pani córki?

Mariah kręci głową.

– Faith śpi jak kamień.

– W takim razie przepraszam, że obudziłem panią.

– Właściwie mnie pan nie obudził. – Na jej ustach pojawia się cień uśmiechu. – Ten materac w poprzednim wcieleniu był narzędziem tortur.

Ian wybucha śmiechem.

– Przypuszczalnie wykańczali nim więźniów, którzy oparli się tej sofie.

Patrzy jej w oczy.

– Muszę zajrzeć do Faith – mówi Mariah cicho.

– Tak. Proszę iść. I jeszcze raz przepraszam.

Mariah podnosi leżącą na ziemi splątaną pościel i strzepuje, tak że wydyma się nad Ianem, po czym osiada niczym szept na jego kolanach. Mariah jednym szybkim, zręcznym ruchem ciągnie za obszyty satynową taśmą brzeg koca, przykrywając nim Iana. Prosty, instynktowny gest, znany każdej matce na pamięć, a mimo to Ian łapie się na tym, że wstrzymuje oddech w obawie, że urok pryśnie.

– Dobranoc, Ianie – mówi Mariah.

Ian kiwa głową, niezdolny wykrztusić słowa. Patrzy na drobne, gładkie krzywizny jej gołych pięt, sunących po podłodze, patrzy, jak zamykają się za nią drzwi. Bierze długopis i notatnik i uśmiecha się, uświadamiając sobie, że po raz pierwszy Mariah White zwróciła się do niego po imieniu.

Nowy Kanaan, New Hampshire

Millie odchodzi od zmysłów. Czy dla Mariah to naprawdę taki wielki problem znaleźć automat telefoniczny i zadzwonić, żeby powiedzieć, że wszystko u nich w porządku? Millie dotrzymała swojej części umowy: odstawiła samochód i opiekuje się domem pod nieobecność córki i wnuczki, ale wie, że spokój nie potrwa długo. Wszyscy widzieli, że z samochodu wysiadła sama. Wcześniej czy później ludzie zaczną pytać, jeśli Mariah i Faith nie będą się pokazywać.

Millie wstaje z łóżka i odciąga zasłony; dostrzega płomienie kocherów i światło przenośnych lamp kamerzystów telewizyjnych. Wydaje jej się czy istotnie ich liczba niemal się podwoiła?

Millie wie, że ekipa „Hollywood Tonight!” wciąż tu jest; w przeciwieństwie do innych dziennikarzy telewizyjnych, którym podczas codziennych relacji towarzyszą trzy, cztery osoby, Petra Saganoff potrzebuje ośmiu albo dziesięciu pomocników. Ma specjalistów od świateł i makijażu, a także ludzi noszących maszyny, które Bóg wie do czego służą. Osobiście Millie chętnie by się obyła bez Petry Saganoff. Jeśli już muszą być relacje z terenu, Millie wolałaby oglądać miłego Petera Jenningsa, który w takich sytuacjach zawsze ma na sobie myśliwską kamizelkę.

Dobrze, że Faith i Mariah wyjechały. Z tego, co się dzieje na końcu podjazdu, jasno wynika, że już niedługo do zaprowadzenia porządku potrzebny będzie drugi policjant. Mariah zdenerwowała grupka ludzi; jak zareagowałaby na to? Millie wzdycha i wraca do łóżka. Gasi lampę, ale zaraz znowu ją zapala, by na wszelki wypadek sprawdzić, czy telefon przy łóżku działa.

Jezioro Perry, Kansas – 20 października 1999

Ku zaskoczeniu Mariah Ian wyjeżdża zaraz po śniadaniu.

– Muszę zarabiać na życie – mówi, łapiąc kluczyki i idąc do drzwi, jak gdyby spędzenie kolejnej minuty w ich towarzystwie było dla niego zbyt bolesne. Nie wspomniał o koszmarze sennym i Mariah dochodzi do wniosku, że to musi być powód jego ucieczki – mężczyzna taki jak on nie potrafi poradzić sobie z zakłopotaniem.

– Czemu on może gdzieś jechać? – burczy Faith. – A my musimy zostać w tym okropnym miejscu, gdzie nie ma nic do roboty?

– Może wybierzemy się na spacer. Poszukamy telefonu i zadzwonimy do babci.

To budzi ciekawość Faith.

– A potem tu przyjedzie?

– Za jakiś czas. Teraz musi pilnować naszego domu.

Faith wsypuje więcej płatków do miski.

– Naszego domu pilnuje mnóstwo ludzi. Babcia nie musi tego robić.

Mariah stoi przy oknie, gdy Ian odjeżdża. Jasne, zabrał samochód, ale to nie przeszkodzi im w pójściu do miasta i pojechaniu taksówką na lotnisko, gdzie mogą wskoczyć do samolotu lecącego w zupełnie inne miejsce. Kiedy Ian zaproponował jej ochronę, Mariah założyła, że jego dobre intencje są w rzeczywistości o wiele bardziej egoistyczne – gdzie lepiej obserwować Faith, niż mieszkając z nią pod jednym dachem? Uznała jednak, że Ian tyle zobaczy, na ile ona mu pozwoli, więc przyjęła jego ofertę, choć oczekiwała, że nie będzie odstępował ich na krok.

Tymczasem jest tak, jakby im niemal… ufał.

Mariah patrzy, jak Faith unosi miskę do ust, by wypić mleko, i już chce jej zrobić wykład o dobrych manierach, ale rezygnuje. Teraz, kiedy się ukrywają, muszą przestrzegać tylu reguł, że nic złego się nie stanie, jeśli przymknie oko na ten jeden drobiazg.

Przewidziała, jakie niebezpieczeństwa grożą Faith, jeśli zamieszka z Ianem Fletcherem, ale nie wzięła pod uwagę siebie. Zapomniała, że o wiele łatwiej jest nie lubić postaci z telewizji niż zwykłego człowieka. Widok butów Iana, utkniętych pod sofą, lub jego papierów, rozrzuconych na stoliku do kawy, wyczuwalny w łazience zapach słabej mieszaniny cedru i mydła, który przywarł mu do skóry, wszystko to czyni go osobą realną. Zmienia z dwuwymiarowej ikony kultury, której celem jest zdemaskowanie Faith, w człowieka z krwi i kości, z uczuciami, wątpliwościami, nawet koszmarami sennymi.

Jeśli Ian Fletcher może im zaufać na tyle, by zostawić je same, czy Mariah nie może na tyle mu zaufać, by uwierzyć, że wynajął dla nich ten domek nie z pobudek egoistycznych, ale altruistycznych?

Odwraca się do Faith.

– Ubieraj się. Wyjeżdżamy.

Kupowanie ubrań w Kmarcie niemal łamie Ianowi serce. Człowiek, który ubiera się w garnitury od Armaniego i buty firmy Brunon Magli, nie powinien być skazany na przecenione dżinsy i tenisówki, wie jednak, że prędzej rozpozna go personel ekskluzywnego butiku niż ta znudzona ekspedientka, Ian stoi przy kasie za matką z trojgiem dzieci, wrzaskiem domagających się cukierków, i ponownie przegląda zawartość swojego koszyka.

– Znalazł pan wszystko, czego potrzebował? – pyta kasjerka.

Panuje rozkoszna cisza, matka ustąpiła i teraz uwozi dzieci, z których każde trzyma w ręce torebkę m &mów. Pod wpływem impulsu Ian łapie jedną i wrzuca do koszyka – dla Faith.

– Tak mi się wydaje.

Na dźwięk jego głosu kobieta podnosi głowę. Mruży lekko powieki, próbując połączyć południowy zaśpiew z twarzą. Przez sekundę Ian myśli, że zostanie zdemaskowany… ale kasjerka wraca do pracy. Musiała dojść do wniosku, że ma do czynienia z sobowtórem. W końcu co wspaniały Ian Fletcher robiłby w Kmarcie?

– Och, to jest śliczne – mówi kasjerka, podnosząc legginsy i koszulkę do kompletu z ptaszkiem Tweety, wydrukowanym na piersiach. – Mojej córce też taką kupiłam.

Ian wybrał to dla Faith. Wczoraj wieczorem uświadomił sobie, że w tych plecaczkach nie mogą za wiele mieć i tak samo jak on będą potrzebowały ubrań na ten nieprzewidziany pobyt w Kansas. Na nieszczęście kompletnie się gubi w dziecięcych rozmiarach. Do diabła, jaka jest różnica między 7 a 7X?

Łatwiej było znaleźć ubrania dla Mariah. Wystarczyło, żeby Ian wyobraził ją sobie: wzrost, szerokość bioder, szczupłość talii, i bez problemów dopasował jej typ figury do jednej z wielu kobiet, z którymi umawiał się na randki. Mariah ma śliczną figurę, ale Ian do wózka na zakupy wrzucił workowate dżinsy, flanelowe koszule, za wielkie bluzy, jednym słowem, rzeczy, w których będzie mogła się ukryć, nie zwracać na siebie niczyjej uwagi.

– Razem będzie sto dwadzieścia trzy dolary trzydzieści dziewięć centów – mówi kasjerka.

Ian otwiera portfel i wyciąga plik dwudziestek. Zanosi torby do wynajętego samochodu, wsiada, po czym wyjmuje komórkę i dzwoni do producenta.

– Tu Wilton.

– Dobrze, że przynajmniej jeden z nas tam jest – żartuje Ian.

– Ian? Chryste, ja tu o mało nie oszalałem. Powiesz mi, gdzie jesteś, cholera jasna?

– Przepraszam, James. Wiem, obiecałem, że wrócę wczoraj wieczorem, ale wypadła mi… pilna sprawa rodzinna.

– Myślałem, że nie masz rodziny.

– Wszystko jedno. Przez jakiś czas będę tu uwiązany. – Ian bębni palcami po kierownicy; wie dobrze, że bez niego James nic nie może zrobić. Bez Iana nie ma programu.

– Jak długo potrwa „jakiś czas”? – pyta James po chwili.

– Jeszcze nie wiem. Z całą pewnością nie wrócę na piątkową emisję. Będziesz musiał wyemitować powtórkę.

Ian niemal widzi, jak James gotuje się ze złości.

– Ha, to cudownie, bo już nadaliśmy zapowiedzi programu na żywo. Poza tym jakichś dziewięćdziesięciu dziennikarzy, włączając w to korespondentów ogólnokrajowych, nie może się doczekać, żeby dorwać się do tej historii. Może powinienem jednego z nich poprosić, żeby cię zastąpił.

Ian śmieje się.

– Weź Dana Rathera. Kiedyś rewelacyjnie mnie sparodiował w „Saturday Night Live”.

– Cieszę się, że masz dzisiaj taki cholernie dobry humor. Bo jak twój program spłynie kanałami, zostanie ci tylko słaby uśmiech.

– James, uspokój się, jeszcze dostaniesz ataku. Faith White też tam nie ma, racja?

Następuje chwila ciszy.

– Skąd o tym wiesz?

– Mam swoje źródła. I robię to, co mówiłem, że będę robił: zbieram informacje w terenie.

James wstrzymuje oddech.

– Chcesz powiedzieć, że jesteś z nią?

– Mówię tylko, że nie muszę być blisko ciebie, żeby wciąż trzymać rękę na pulsie. – Ian spogląda na zegarek. Chryste, do tej pory Mariah i Faith mogą już być w połowie Missouri, ale takie ryzyko musiał podjąć. Już dawno temu nauczył się, że najlepszym sposobem na złapanie motyla nie jest pogoń za nim, ale zachowanie takiego bezruchu, by motyl zdecydował się przysiąść na twoim ramieniu. – Muszę kończyć, James. Będziemy w kontakcie.

I nie dając producentowi okazji do protestów, Ian wyłącza telefon i chowa do kieszeni kurtki, po czym wraca do Camp Perry. Jedzie wolno, by wypatrywać kobiety i dziewczynki, które może postanowiły ruszyć w podróż na własną rękę.

Mariah się poci, chociaż na dworze jest dość zimno; Faith nie chciała iść pieszo i półtora kilometra musiała ją nieść na barana aż do stacji benzynowej. Tam zadzwoniła do domu na koszt odbiorcy. Kiedy rozmawiała z matką, Faith marudziła, żeby jej kupić cukierka.

– Z kim jesteś? – zapytała Millie.

– Wiem, wiem, ale teraz wyjeżdżamy. – W tym momencie Mariah zauważyła numer przedsiębiorstwa taksówkowego na ścianie budki. – Zadzwonię, kiedy znajdziemy mieszkanie.

Zamawiając taksówkę u dyspozytora, czuje wyrzuty sumienia. Na razie Ian Fletcher okazywał im wyłącznie troskę. Nie można wykluczyć, że z jakiegoś powodu okrucieństwo tego telewizyjnego gwiazdora jest wyłącznie udawane.

Mimo to nie zamierza czekać, by na własnej skórze przekonać się, czy to prawda.

Dyspozytor obiecał, że taksówka przyjedzie za dziesięć minut. Faith siedzi na podłodze i skubie martwe owady.

– Co ty wyprawiasz? Pobrudzisz się.

– Chcę batonik. Jestem głodna.

Mariah wsuwa dłoń do kieszeni.

– Proszę, kup słodyczy za wszystko. – Ociera pot z czoła, podczas gdy Faith wybiera batoniki orzechowe i podaje je mężczyźnie za kontuarem, który uśmiecha się do Mariah. Mariah odpowiada mu tym samym.

– Nie jesteście stąd – mówi mężczyzna.

Mariah robi się niedobrze.

– Dlaczego pan tak sądzi?

Mężczyzna wybucha śmiechem.

– Znam praktycznie każdego w tym mieście, a wy nie jesteście żadną z tych osób. Zamówiła pani taksówkę?

Musiał słyszeć jej rozmowę. Umysł Mariah rusza do działania.

– Tak… mój, och, mój mąż miał sprawę do załatwienia. Umówiliśmy się, że nas stąd odbierze, jak zadzwonię, ale córka chyba ma gorączkę i chcę jak najszybciej odwieźć ją do motelu… dlatego wezwałam taksówkę.

– Z przyjemnością powiem mu, że już pojechałyście, jak się tu zjawi.

– Byłoby wspaniale – mówi Mariah, wycofując się ku drzwiom; niczego nie pragnie tak bardzo jak zakończenia tej rozmowy. – Kochanie, może poczekamy na dworze?

– Doskonały pomysł – mówi mężczyzna, chociaż zaproszenie go nie objęło. – Sam bym chętnie odetchnął świeżym powietrzem.

Zrezygnowana Mariah wychodzi przez szklane drzwi i staje przy pompie, przysłaniając dłonią oczy i wypatrując pojazdu, który choć w przybliżeniu przypominałby taksówkę. Ale z przeciwnego kierunku na stację wjeżdża samochód i zatrzymuje się tuż przed nimi.

Ian wysiada, wyraźnie ucieszony, że dostrzegł Mariah i Faith.

– Hej! – mówi z uśmiechem. – Czekacie, aż ktoś podwiezie was do domu?

– Mam nadzieję, że kupił pan róże – wtrąca pracownik stacji. – Bo ma pan kłopoty.

Zdziwiony Ian nie przestaje się uśmiechać, choć potrafi myśleć wyłącznie o tym, co kiedyś powiedziała Faith: że przy różach jej mama kicha. Nim Mariah ma czas ją powstrzymać, Faith wsuwa się na tylne siedzenie samochodu i widzi stos toreb na podłodze.

– Co to jest?

– Prezenty dla ciebie i twojej mamy.

Faith wyciąga komplet z ptaszkiem Tweety, spinki do włosów i bluzę z serduszkami przy szyi. A potem trafia na koszulę, która jest w odpowiednim rozmiarze dla Mariah.

Więc po to pojechał rano? Żeby kupić im te wszystkie ubrania?

– Domyślam się, że taksówka nie będzie wam potrzebna – mówi pracownik stacji. – Zadzwonię do dyspozytora.

– Byłoby… świetnie – duka Mariah.

Ian macha do mężczyzny i wsiada do samochodu. Mariah zajmuje miejsce koło kierowcy.

– Chyba trochę czasu wam zajęło dojście do miasta – mówi Ian spokojnie. – Przejeżdżając obok, przypadkiem was zobaczyłem.

– To dobrze, bo chodzenie mnie zmęczyło – wtrąca Faith.

Mariah próbuje odczytać w jego słowach oskarżenie, stara się zobaczyć w nim człowieka, za jakiego brała go na początku, Ian zwraca się ku niej.

– Oczywiście mogę odwieźć Faith, jeśli wciąż masz ochotę na spacer.

– Nie – mówi Mariah do niego i samej siebie. – Tak będzie dobrze.

Nowy Kanaan, New Hampshire – 22 października 1999

Niektórzy winę zwalali na taksówkarza, który odwoził młodego księdza nazwiskiem Rourke na dworzec kolejowy. Inni twierdzili, że sprawę wywęszył jakiś dziennikarz. Wiele miesięcy później nikt dokładnie nie pamiętał, w jaki sposób wiadomość przedostała się z akt księdza do ludzi koczujących przed domem Mariah White, ale nagle wszyscy wiedzieli, że Bóg, którego widuje Faith White, jest kobietą.

Liczącą trzy akapity notkę autorstwa reportera z Associated Press opublikowały dzienniki od Los Angeles do Nowego Jorku. Jay Leno wygłosił prześmiewczy monolog o Jezusie – kobiecie, która martwi się, jak wpłynie na modę korona cierniowa. Nowi wyznawcy przybyli na granice posiadłości White'ów; nieobecność Faith tylko trochę osłabiła ich entuzjazm. Pojawiła się mniej więcej stuosobowa grupa kobiet z katolickich college'ów, gildii kościelnych i szkółek parafialnych. Niektóre bezskutecznie walczyły o święcenia kapłańskie dla siebie. Uzbrojone w Biblie i teksty Naomi Wolf, rozwinęły pośpiesznie przygotowany transparent z napisem TOWARZYSTWO BOGA MATKI i bardzo głośno odmawiały Modlitwę Pańską, zmieniając zaimki tam, gdzie było to konieczne. Miały plakaty ze zdjęciami tak poddanymi retuszowi, by wyglądały jak święte obrazki, oraz tabliczki z hasłami: RUSZAJ, DZIEWCZYNO!

Były zaangażowane i agresywne jak żeńska drużyna hokejowa, chociaż pozostali nie sądzili, by mogły się stać niebezpieczne.

Ale też nie orientowali się, że sto innych członkiń Towarzystwa Boga Matki w miastach całego Wschodniego Wybrzeża rozdaje broszury z poprawionym tekstem Modlitwy Pańskiej oraz nazwiskiem i adresem Faith White.

Manchester, New Hampshire – 22 października 1999

– Na świętego Franciszka, a co to jest? – pyta biskup Andrews, odsuwając się od różowej broszury, jakby to był grzechotnik. – „Matko Nasza, któraś jest w niebie”? Kto napisał te brednie?

– To nowa katolicka grupa, wasza ekscelencjo – odpowiada ksiądz DeSoto. – Propagują rzekomą wizjonerkę z New Hampshire.

– Dlaczego brzmi to znajomo?

– Bo tydzień temu wasza ekscelencja rozmawiał o niej z prałatem O'Shaughnessym. Ksiądz Rourke, psycholog pastoralny z seminarium Świętego Jana, przysłał swój raport faksem.

Biskup Andrews nie czytał tego raportu. Całe rano spędził na paradzie szkoły parafialnej imienia papieża Piusa XII, usadowiony w starym fordzie tuż przed zespołem perkusyjnym, od czego nabawił się bólu głowy. Ksiądz DeSoto podaje mu kartkę.

– „Całkowity brak zachowań psychotycznych…”. Taka otwartość pożytku mu nie przyniesie – mruczy biskup Andrews, poczym bierze telefon i wybiera numer bostońskiego seminarium.

Bóg kobieta. Na litość boską!

Po co posyłać psychologa, skoro wyraźnie jest to sprawa dla teologa?

Jezioro Perry, Kansas – 22 października 1999

Po południu Ian i Faith grają w karty, podczas gdy Mariah zasypia na kanapie. W jednej chwili rozmawia z nimi, w następnej zapada w drzemkę, Ian patrzy na jej wygiętą szyję, słucha cichutkiego pochrapywania. Boże, czuje zazdrość. Umieć odpłynąć w sen… w środku dnia…

Faith tasuje karty, ale wylatują jej z dłoni.

– Hej, panie Fletcher – mówi wojowniczo, gramoląc się na nogi, by je pozbierać.

– Cicho – ostrzegł Ian, głową wskazując kanapę. – Twoja mama śpi. – Wie, że prawdopodobnie to sam na sam z Faith w takim małym domku nie będzie trwało długo. – Może chciałabyś wyjść na dwór? – szepcze.

Faith krzywi się.

– Nie mam ochoty znowu bawić się w trawie. Robiłam to całe rano.

– Pamiętam, że obiecałem ci pójście na ryby. – Ian widział zakurzoną starą wędkę i kołowrotek w szopie koło biura kierownika. – Moglibyśmy spróbować.

Faith zerka na Mariah.

– Nie wiem, czy mama by mi pozwoliła.

Jasne, że nie, myśli Ian. Faith mogłaby niechcący się zdradzić.

– W takim razie szybko to załatwimy. Jak mama się nie dowie, nie będzie zła. – Wstaje i przeciąga się. – Ja tak czy owak idę na ryby.

– Niech pan poczeka! Tylko włożę buty.

Ian wzrusza ramionami, pozornie nie dbając o to, czy będzie miał towarzystwo. Ale po raz pierwszy jest sam z Faith White od tamtej nocy, gdy uciekła z domu, bo krwawiły jej dłonie. Cholernie dużo chciałby się o niej dowiedzieć, sam nawet nie ma pojęcia, od czego zacząć.

Na dworze jest rześko i chłodno, słońce wisi ciężko nad horyzontem, Ian idzie z rękami w kieszeniach, pogwizdując cicho, i udaje, że nie dostrzega zadyszanej Faith, która usiłuje dotrzymać mu kroku. Bierze z szopy wędkę i łopatę, po czym kieruje się nad jezioro.

Kuca nad brzegiem przy kępie pałek i wręcza Faith łopatkę.

– Ty będziesz kopać czy ja?

– To znaczy kopać robaki?

– Nie, skarby. A twoim zdaniem, czego użyjemy jako przynęty?

Faith bierze łopatę i bez entuzjazmu próbuje przewrócić gęstą darninę, Ian wpatruje się w plastry na jej dłoniach, po jednym z każdej strony. Naturalnie przestudiował przypadki rzekomych stygmatyków, w jego zawodzie trzeba dobrze poznać konkurentów. Pamięta, jak czytał, że rany podobno są bardzo bolesne, choć nie do końca w to uwierzył. Mimo to odbiera łopatę Faith.

– Ja to zrobię – mówi szorstko.

Podnosi kępę trawy, odrzucając ją niczym skalp, i odsłania kilka fioletowych robaków, pulsującym ruchem przebijających się przez ziemię. Faith marszczy nos.

– Obrzydliwość.

– Nie, jeśli jesteś okoniem. – Ian wkłada kilka robaków do plastikowego woreczka i gestem wskazuje pomost. – Idź tam. Weź ze sobą wędkę.

Kiedy do niej dołącza, Faith siedzi i gołymi stopami przebiera w wodzie.

– Jak twoja mama się o tym dowie, dostanie ataku.

Faith ogląda się na niego przez ramię.

– Dowie się tylko wtedy, jak pan jej powie, że tu z panem byłam, a wtedy będzie krzyczeć na pana, a nie na mnie.

– Z tego wynika, że jesteśmy wspólnikami w przestępstwie. – Ian podaje jej rękę i pomaga wstać. – Wiesz, jak zarzuca się wędkę? Czy twój tata zabierał cię na ryby?

– Nie, a pański?

Jego dłoń nieruchomieje na dłoni Faith. Dziewczynka przygląda mu się uważnie, jej buzia częściowo ukryta jest w cieniu.

– Nie – odpowiada Ian. – Nie przypominam sobie. – Staje za dziewczynką i kładzie dłonie na jej dłoniach. Skóra Faith jest ciepła i niesamowicie gładka; Ian czuje, jak jej łopatki odbijają się od jego klatki piersiowej. – Popatrz, to się robi tak. – Odrzuca wędkę do tyłu, wprawiając w ruch linkę.

– A teraz co?

– Teraz czekamy.

Ian siada koło Faith, która wsuwa kciuki w zagłębienia w deskach i unosi twarz ku zachodzącemu słońcu. Zamyka oczy, a Ian łapie się na tym, że jak zahipnotyzowany wpatruje się w żyłkę pulsującą na jej szyi. Panuje między nimi spokój, którego nie ma ochoty burzyć, ale ciekawość bierze w nim górę.

– „Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi” – mówi cicho, czekając na reakcję Faith.

Dziewczynka odwraca ku niemu głowę.

– Hę?

– To takie powiedzenie, bardzo stare.

– Ale głupie. Nikt nie łowi ludzi.

– Powinnaś o to zapytać Boga – proponuje Ian, odchylając się do tyłu i zasłaniając oczy przedramieniem w taki sposób, żeby na nią zerkać.

Faith krzywi się, już chce coś powiedzieć, ale wstrzymuje się i znowu zaczyna skubać deski, Ian z napięciem czeka na wyznanie, cokolwiek jednak Faith mogłaby mu powiedzieć, zostaje zapomniane, bo wędką nagle coś gwałtownie szarpie i dziewczynka piszczy z zachwytu, Ian demonstruje jej, jak zwijać linkę ze zdobyczą, piękną rybą, która – bez dwóch zdań – waży trzy funty. Zdejmuje okonia z haczyka i otwiera rybie pysk, żeby Faith mogła ją złapać.

– Och – wzdycha Faith, podczas gdy ogon zwierzęcia uderza ją w brzuch.

Śliczna jak obrazek, myśli Ian z uśmiechem. Patrzy na słońce odbijające się w jej włosach, na smugę brudu na policzku i widzi w niej nie temat do programu, ale zwykłą małą dziewczynkę.

Ryba szamocze się, walcząc o wolność.

– Niech pan patrzy… och! – krzyczy Faith i wypuszcza rybę.

To ostatnia rzecz, jaką widzi Ian, nim Faith traci równowagę i wpada z pomostu do lodowatej wody.

Mariah budzi się do swojego najgorszego koszmaru: Ian Fletcher zniknął z Faith. Siadając na sofie, woła córkę po imieniu, choć cisza panująca w małym domku mówi jej, że jest sama. Talia kart leży rozrzucona na chodniku, jakby Fletcher zabrał Faith w środku zabawy, jakby uprowadził ją siłą.

Będzie musiała zadzwonić na policję, ale to wydaje się niewielkim poświęceniem, jeśli ma oznaczać bezpieczny powrót Faith. Z walącym sercem Mariah wybiega na dwór, tak roztrzęsiona, że nawet nie widzi samochodu stojącego przed domkiem. Biegnie do biura kierownika, do najbliższego telefonu, przeklinając siebie za to, że umieściła Faith w zasięgu Iana Fletchera. Kiedy okrąża budynek, widzi dwie sylwetki nad jeziorem, jedną wysoką, drugą drobną. Ogarnięta niewypowiedzianą ulgą, zatrzymuje się jak wryta, kolana się pod nią uginają. Przytyka dłoń do ust, by do nich zawołać, ale w tej samej chwili na jej oczach Faith wpada do jeziora.

O cholera! Tylko tyle Ian zdąża pomyśleć, kiedy woda zamyka się nad Faith i w uszach brzmią mu krzyki Mariah. Woda jest lodowata, Ian nie ma pojęcia, czy mała umie pływać, a najgorsze jest to, że nie może za nią wskoczyć, bo istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że wyląduje wprost na niej i wepchnie ją głębiej pod wodę. Mgliście zdaje sobie sprawę, że Mariah z krzykiem gramoli się po zboczu, ale całą swoją uwagę skupia na błotnistej wodzie. Wreszcie błysk srebra miga pod taflą, Ian skacze kilka kroków na lewo od miejsca, w którym widział włosy Faith. Otwiera oczy na ziarnisty wodny świat i łapie jedwabiste pasmo.

Widzi jej szeroko otwarte i przerażone oczy, otwarte usta i dłonie odpychające się od pomostu, w którym utknęła. Szarpiąc za koński ogon, Ian uwalnia Faith i ciągnie ją na powierzchnię. Faith wyczołguje się na drewno, kaszląc, prychając i wypluwając wodę z policzkiem przyciśniętym do pomostu.

Ian także wdrapuje się na pomost w chwili, gdy Mariah dobiega do nich, bierze Faith w ramiona, pocieszając i uspokajając córkę. Dopiero wtedy Ian pozwala sobie odetchnąć i pomyśleć o tym, co mogło się wydarzyć. Jest przemoczony do nitki; jego ubranie musi ważyć z pięćdziesiąt funtów i oblepia go lodowatą warstwą. Spogląda na Faith, by się upewnić, że wszystko z nią w porządku, potem wstaje i wolnym krokiem rusza w stronę domku.

– Stój!

Wibrujący gniewem głos Mariah zatrzymuje go w miejscu, Ian odwraca się i chrząka.

– Nic jej nie będzie – mówi z wysiłkiem. – Była pod wodą tylko kilka sekund.

Ale Mariah nie zamierza łatwo zrezygnować.

– Jak śmiałeś zabrać ją tutaj bez mojego pozwolenia?

– No cóż, ja…

– Czekałeś, aż zasnę, żeby wymknąć się z nią, przekupić ją… batonem i przepytać na wszystkie strony? Masz swoją drogocenną taśmę? A może zapomniałeś wyjąć ją z kieszeni, kiedy skoczyłeś do wody?

Ian czuje, jak usta układają mu się w nieprzyjemny grymas.

– Dla twojej informacji: zapytałem Faith tylko o to, czy tata uczył ją, jak się zarzuca wędkę. Nie nagrałem ani jednego cholernego słowa z naszej rozmowy. Wpadła do jeziora przypadkiem i utknęła pod pomostem. Ja tylko za nią skoczyłem.

– Nie utknęłaby pod pomostem, gdyby na nim nie stała! Z tego, co wiem, mogłeś ją wepchnąć.

Oczy Iana błyszczą z wściekłości. Więc tak mu się odpłaca za uratowanie życia jej dziecka. Robi krok do tyłu, dysząc ciężko.

– Z tego, co wiem – syczy – równie dobrze mogła chodzić po wodzie.

Faith, nakarmiona gorącą zupą i wykąpana, od dawna leży już w łóżku, a Ian wciąż nie wraca. Mariah łapie się na tym, że krąży po pokoju, wpatrując się ślepym wzrokiem w śnieżący ekran telewizora. Pragnie przeprosić Iana. Z pewnością oboje zdążyli już ochłonąć i Ian uświadomił sobie, że to przemawiał gniew, nie Mariah, ale chciałaby powiedzieć mu to osobiście. Przecież gdyby Faith sama zawędrowała na pomost, też mogłaby wpaść do wody – i utonąć.

Czeka, aż córka zapadnie w głęboki sen, potem siada na brzegu łóżka. Dotyka policzka Faith, ciepłego niczym dojrzała brzoskwinia. Jak inne matki radzą sobie z czuwaniem nad dzieckiem? Skąd wiedzą, kiedy zamknąć oczy z przekonaniem, że w tej samej chwili nie stanie się nic złego? Przebywanie w zimnej wodzie może mieć bardzo poważne skutki, ale Faith wydaje się całkowicie zdrowa.

Cokolwiek to warte, z wody Faith nie wyciągnął Bóg, tylko Ian. Za to przynajmniej Mariah winna jest mu wdzięczność.

Widzi snop światła reflektorów przesuwający się po małym pomieszczeniu. Wychodzi z sypialni i przy drzwiach czeka na Iana. Mija minuta, potem następna, wreszcie jest ich pięć. Mariah zerka przez okno – tak, samochód stoi przed domkiem – i otwiera drzwi.

Ian siedzi u jej stóp, oparty o framugę.

– Przepraszam – mówi Mariah zarumieniona.

– Nie trzeba. To głupie miejsce do siedzenia.

Spoglądają na nocne niebo, spróchniały ganek, odpadającą z drzwi farbę – wszędzie, tylko nie na siebie nawzajem.

– Chciałam powiedzieć, że naprawdę mi przykro.

– Mnie też. Wcześniej także nie pytałem cię o pozwolenie w sprawach dotyczących Faith. – Ian masuje sobie kark. – Ale łowienie ryb bardzo jej się podobało. Aż do końca.

Oboje wyobrażają sobie Faith z okoniem i to buduje między nimi most. Mariah siada obok Iana, z roztargnieniem kreśląc kółka na zakurzonej podłodze.

– Nie jestem przyzwyczajona do puszczania jej samej – przyznaje. – To dla mnie trudne.

– Jesteś dobrą matką. Mariah kręci głową.

– Niewykluczone, że ty jedyny tak sądzisz.

– Wątpię. Założę się, że ta mała dziewczynka w domku też tak myśli. – Opiera się o ścianę. – Chyba jestem ci winien przeprosiny. Zdenerwowałaś mnie, w przeciwnym wypadku nie mówiłbym o Faith chodzącej po wodzie.

Mariah zastanawia się nad jego słowami.

– Wiem – mówi w końcu. – Tak samo jak tobie, wcale mi nie zależy, żeby była jakimś… wcieleniem Mesjasza.

– A na czym ci zależy?

Mariah bierze głęboki oddech.

– Chcę, żeby była szczęśliwa. Żeby była moja.

Żadne nie wypowiada na głos myśli, która wpada im do głowy: że być może tych dwóch pragnień równocześnie nie da się urzeczywistnić.

– Teraz śpi?

– Tak. – Mariah ogląda się na drzwi domku. – Poszła do łóżka bez problemu. – Patrzy na Iana, który podciąga kolano i opiera na nim dłoń, i zadaje sobie pytanie, jak ta chwila mogłaby wyglądać, gdyby nie poznała go w trakcie wojny religijnej, ale gubiąc portmonetkę w sklepie albo w autobusie, gdy on ustąpiłby jej miejsca. Myśli Mariah wędrują po terytorium, które do tej pory pozostawało nietknięte; zauważa jego krucze włosy i błękit oczu, przypomina sobie tamtą noc w szpitalu, kiedy pocałował ją w policzek.

– Wiesz – mówi Ian cicho. – Nawet podczas wojen światowych przerywali ogień na czas Bożego Narodzenia.

– Co?

– Zawieszenie broni, Mariah – mówi Ian, jego głos toczy się po jej imieniu jak kaskada. – Chodzi mi o to, że może na tych parę dni udzielilibyśmy sobie wzajemnie przywileju wątpliwości. – Uśmiecha się do niej. – Przypuszczalnie jestem tylko w połowie takim potworem, za jakiego mnie uważasz.

Mariah odpowiada mu żartem:

– Nie sprzedawaj się tak tanio.

Ian wybucha śmiechem, a Mariah uświadamia sobie, że jeśli Ian Fletcher działa na ludzi onieśmielająco, kiedy zachowuje się wzgardliwie, to staje się naprawdę groźny, gdy rezygnuje z wszelkich póz.

W środku nocy, kiedy Faith i Mariah od dawna już śpią, Ian wsuwa się do ich pokoju. Staje przy łóżku z determinacją mężczyzny znajdującego się na skraju przepaści. Mariah trzyma Faith w ramionach niczym nadzienie zawinięte w ciasto. Ich włosy leżą splątane na poduszce. Z miejsca, gdzie Ian stoi, wydaje się, że to nie dwie osoby, ale różne wcielenia jednej.

Wieczór przeszedł lepiej, niż się spodziewał, zważywszy jego wybuch nad jeziorem. Dzięki zawieszeniu broni on zyska czas, a Mariah oswoi się z nim i łatwiej mu zaufa. Oczywiście on też będzie musiał zachowywać się tak, jakby ufał jej. Co w pewnym sensie jest cholernie łatwe. Czasami Mariah wygląda jak zwyczajna matka, a Faith niczym się nie różni od dziewczynek w jej wieku. Dopóki do mieszanki nie doda się Boga.

Jezioro Perry, Kansas – 23 października 1999

Faith siedzi koło Fletchera przy śniadaniu i obserwuje matkę krzątającą się przy blacie.

– Dzisiaj rano mamy do wyboru cheerios, cheerios albo, jeśli wolisz, cheerios – mówi mama wesoło.

– W takim razie ja chcę cheerios.

Pan Fletcher uśmiecha się do mamy i Faith od razu widzi, że coś się zmieniło. Jakby łatwiej było nabierać powietrza w płuca.

– Jak się czujesz, Faith? – pyta pan Fletcher.

– Dobrze – odpowiada Faith, ale zaraz kicha.

– Nie zdziwiłabym się, gdyby złapała przeziębienie – mówi mama do pana Fletchera, a ten kiwa głową. Mama stawia miskę z płatkami przed Faith.

– Daj jej witaminę C. Można zapobiec przeziębieniu, jeśli dużo się jej weźmie.

– Przesądy. Jak noszenie czosnku na szyi.

Faith wodzi wzrokiem od mamy do pana Fletchera i zastanawia się, jak to możliwe, żeby w ciągu jednej krótkiej nocy świat stanął na głowie. Kiedy ostatnio widziała mamę i pana Fletchera razem, wrzeszczeli na siebie tak głośno, że aż jej w głowie huczało.

Wciąż rozmawiają o lekarstwach i chorobach, jakby Faith w ogóle nie było w pokoju. Dziewczynka wstaje i przechodzi przez kuchenkę, wlokąc taboret. Ze środkowej półki szafki zdejmuje miskę. Napełnia ją cheerios, po czym stawia przed pustym krzesłem przy stole.

– No cóż – mówi pan Fletcher. – Przynajmniej wciąż jesteś głodna.

Faith wpatruje się w niego wyzywająco.

– To nie dla mnie, tylko dla Boga.

Łyżka mamy ze szczękiem uderza o miskę. Faith obserwuje, jak dorośli wyzywająco mierzą się wzrokiem. Zwłaszcza mama zdaje się czekać, aż pan Fletcher coś powie.

Po krótkiej chwili Fletcher bierze dzbanek z mlekiem i podaje Faith.

– Proszę – mówi, ujmując łyżkę w dłoń. – Na wypadek, gdyby nie lubiła suchych.

24 października 1999

Nazajutrz wieczorem Ian wyciągnięty na sofie pisze coś w notatniku, podczas gdy Mariah siedzi przy kuchennym stole. W pokoju unosi się silny zapach kleju kauczukowego, a chociaż Ian nie widzi jej dłoni, wie, że Mariah coś klei. Nikt jej za to nie podziękuje, myśli. Wszystko w tym cholernym domku się rozpada.

Nagle Mariah się przeciąga, jej piersi napierają na bezkształtną flanelową koszulę. Odwraca się do niego i uśmiecha niepewnie.

– Co robisz?

– Notatki do programu.

– Och. Nie wiedziałam, że wciąż je nadajesz. – Rumieni się, słysząc własne słowa, podtekst jest donośny i wyraźny: Nie wiedziałam, że możesz być miły, a równocześnie nas wykorzystywać.

– Muszę zarabiać na życie.

Na wzmiankę o pracy Mariah jęczy.

– Pewnie straciłam wszystkich klientów.

Zaskoczony informacją, że Mariah zajmuje się nie tylko wychowaniem dziecka, Ian unosi brwi.

– Klienci? A co robisz?

Przez chwilę wydaje się zakłopotana, potem dłonią wskazuje stół.

– To.

Ian podchodzi do niej i przystaje za krzesłem. Na papierowym ręczniku leży wachlarz ze sklejonych wykałaczek, obok wznosi się maleńka chata. Mariah zwija wachlarz i robi z niego dach. Całość jednak nie wygląda niezgrabnie i śmiesznie jak praca dziecka na zajęciach praktycznych, ale niezwykle realistycznie. Łamiąc drewno tu i tam, Mariah tworzy drzwi i okno.

– To zadziwiające – mówi Ian, zdumiony jej talentem. – Jesteś rzeźbiarką?

– Nie, buduję domki dla lalek. – Ugniata klej kauczukowy w palcach.

– Dla kogo jest ta chata?

– Dla mnie – śmieje się Mariah – nudziłam się, a nie znalazłam nic poza wykałaczkami.

Ian szczerzy zęby.

– Przypomnij mi, żebym schował przed tobą drewniane łyżki.

Mariah odchyla się na krześle i unosi ku niemu głowę.

– Twoje programy – kto je teraz prowadzi?

– Ja we własnej osobie. Nadajemy powtórki, póki tu jestem.

– A to, co piszesz?…

– Do programów po powrocie – mówi Ian cicho. – Kiedykolwiek to będzie.

– Są o Faith?

– We fragmentach. – Jeszcze nie skończył, a już się zastanawia, dlaczego do diabła powiedział jej prawdę. Czy nie byłoby łatwiej, mądrzej, gdyby oświadczył, że zupełnie przestał interesować się Faith?

Ale nie potrafi. Ponieważ w którymś momencie ubiegłego tygodnia Mariah White przestała być tematem i jakimś cudem stała się osobą bardzo podobną do niego. Jasne, były dziwaczne momenty: Faith sypiąca płatki do miski, żeby jej halucynacja mogła zjeść śniadanie; Faith siedząca na ganku i rozmawiająca z kimś, kogo nie ma. Ale większość tych incydentów Mariah, wyraźnie zakłopotana, starała się ukryć, zamiast od razu podawać je za dowód, Ian mówi sobie, że Mariah gra tak samo jak on, że udaje głupią w nadziei, iż Ian nawróci się wzorem tych głupców, których Faith do siebie przekonała. Powtarza to sobie, ponieważ w przeciwnym wypadku – rzecz nie do pomyślenia! – musiałby uznać, że pomylił się w ocenie Mariah. A jeśli ją źle osądził, to w jakiej sprawie jeszcze może się mylić?

– Gdybym cię zapytała, co zamierzasz o niej ujawnić, powiedziałbyś mi prawdę?

Ian myśli o Michaelu, o historii, jaką będzie miał, kiedy to wszystko się skończy. Przybiera jednak zakłopotaną minę i odwraca wzrok.

– Powiedziałbym ci, gdyby to było możliwe, Mariah. Ale prawda jest taka, że w tej chwili nie mam pojęcia, co to będzie.

Nowy Kanaan, New Hampshire

Joan Standish słyszała w telewizji wiadomość o tajemniczej nieobecności Faith White w Nowym Kanaanie i orientuje się, że coraz więcej stacji poświęca temu wydarzeniu uwagę. Petra Saganoff zaczyna każde wydanie „Hollywood Tonight!” od odliczania: dzień trzeci bez Faith, dzień czwarty. Miejscowy korespondent NBC, szacownego kanału, nadał nawet relację na żywo, w czasie której jakiś widz zadzwonił z informacją, że widział Faith w kolejce przed kinem w San Jose w Kalifornii, ale zaraz podważył swoją wiarygodność, krzycząc, że Howard Stern jest super. W sumie Joan puszczała to mimo uszu, choć współczuła dziewczynce rzuconej w środek tego zamętu.

Potem jednak znana kancelaria Malcolma Metza z Manchesteru informuje ją, że od wtorku jako reprezentanci Colina White'a usiłują dostarczyć jej klientce pozew dotyczący zmiany orzeczenia w sprawie opieki nad dzieckiem. Jej klientce? Kto powiedział, czy Mariah White będzie chciała, żeby Joan ją reprezentowała? Nie rozmawiały od dnia, w którym sąd orzekł rozwód.

Jednakże z powodów, których sama dobrze nie rozumie ani nie chce analizować, Joan w czasie lunchu jedzie do domu White'ów. Żaden z programów, które oglądała, nie przygotował jej na sceny rozgrywające się wzdłuż górzystej drogi, z obu stron zastawionej samochodami z otwartymi drzwiami i bagażnikami, przy których właściciele jedzą posiłki. Ludzie zbierają się w grupki, dziennikarze i ci, którzy przyjechali tu z nadzieją, że Faith im pomoże. Stoją wzdłuż kamiennego muru oddzielającego posiadłość White'ów od drogi, opiekunowie pochyleni nad swymi podopiecznymi w wózkach, niewidomi z psami przewodnikami, ciekawscy chrześcijanie z aparatami fotograficznymi i ogromnymi krzyżami na piersiach.

Boże, tu musi być co najmniej dwieście osób. Joan naciska hamulce swojego jeepa przy małej barykadzie, wzniesionej na końcu podjazdu. Pilnują jej dwaj policjanci; wiedzą, że Joan należy do miejscowej palestry.

– Paul – zwraca się do jednego z gliniarzy. – To jest coś.

– Nie była tu pani ostatnio, co? Powinna pani przyjechać po południu, kiedy sekta zaczyna śpiewać.

Joan kręci głową.

– Przypuszczam, że Mariah White nie ma w domu?

– Nie. Gdyby była, tych świrów byłoby dwa razy więcej.

– A ktoś tam jest?

– Jej matka, chyba pilnuje gospodarstwa.

Gliniarz robi miejsce dla jeepa. Joan parkuje na skraju trawnika, wchodzi na ganek i puka do drzwi. W szybce pojawia się twarz starszej kobiety, wyraźnie niepewnej, czy otworzyć.

– Jestem Joan Standish! Adwokat pani córki.

Drzwi otwierają się na oścież.

– Millie Epstein. Proszę wejść. – Kobieta kręci się niespokojnie. – Czy coś się im stało?

– Komu?

– Mariah i Faith. – Millie splata i rozplata dłonie. – Ich tu nie ma.

– Nic mi nie wiadomo o żadnym wypadku. Ale muszę skontaktować się z pani córką. – Joan doskonale potrafi czytać z ludzkich twarzy i widzi, że Millie Epstein coś ukrywa. – Pani Epstein, to niezwykle ważna sprawa.

– Nie wiem, gdzie one są, przysięgam.

Joan chwilę się zastanawia.

– Ale odzywały się do pani – zgaduje.

– Nie.

– W takim razie niech się pani modli, żeby Mariah szybko zadzwoniła, bo mam dla niej wiadomość. Jej były mąż wystąpił do sądu o przekazanie mu opieki nad ich córką. I niezależnie od tego, jak szlachetne były intencje Mariah, gdy zabierała Faith z dala od tego, co się tu wyprawia, sędzia zinterpretuje to jednoznacznie: oszukała system i zniknęła, kiedy próbowano wręczyć jej pozew. Szczerze mówiąc, pani Epstein, takie rzeczy okropnie wkurzają sędziów. Im dłużej Mariah pozostanie w ukryciu, tym większe są szanse, że opiekę dostanie Colin White.

Twarz starszej kobiety jest biała jak kreda, usta zaciśnięte ma w wąską linię.

– Proszę jej powiedzieć, żeby do mnie zadzwoniła – mówi Joan łagodnie.

Millie kiwa głową.

– Powiem.

Jezioro Perry, Kansas – 24 października 1999

Mariah nie potrafi zasnąć. Odwraca się na bok i przez okno wpatruje w nocne niebo. Wschodzący księżyc i gwiazdy są trójwymiarowe; ma wrażenie, że gdyby wyciągnęła rękę, mogłaby ułożyć je sobie na dłoni. Odmierza czas regularnym oddechem Faith i pozwala, by w jej głowie pytania goniły w kółko za własnymi ogonami: Jak długo tu zostaniemy? Dokąd pojedziemy? Jak radzi sobie mama? Czy jutro, pojutrze, a może popojutrze pojawi się tu pierwszy dziennikarz?

Siada, obciągając bluzę, w której śpi. Ian kupił piżamę tylko dla Faith. Wyobraża sobie, jak Ian przegląda praktyczne flanele i śliskie jedwabie, i zadaje sobie pytanie, co wybrałby dla niej. Czując, że policzki jej płoną, wstaje i zaczyna krążyć po pokoiku. Jaki sens marzyć o rzeczach, które i tak nigdy się nie zdarzą?

Ma straszną ochotę na spacer, ale musiałaby przejść przez pokój, w którym śpi Ian. Zamiast tego staje więc przy oknie i wygląda na dwór.

Ian opiera się o maskę samochodu. Miedziana poświata żarzącego się cygara wydobywa z mroku jego profil – jest tak samo jak Mariah zaprzątnięty swoimi myślami. Wpatruje się w niego zachłannie, zastanawiając się, co nie pozwala mu spać, w myślach rozkazując, by się odwrócił.

Kiedy to robi, ich spojrzenia się spotykają i Mariah czuje, jak serce jej przyśpiesza. Przyłapana, przyciska dłonie do parapetu. Żadne z nich się nie porusza, nic nie mówi, pozwalają po prostu, by noc ich ze sobą związała. Potem Ian miażdży niedopałek obcasem, a Mariah wraca do łóżka. Każde myśli, że nie jest jedyną osobą, która liczy minuty do rana.

Atlanta – studia CNN

Larry King przygładza jaskrawoczerwony krawat i spogląda na swojego gościa.

– Gotowy? – pyta, nie czekając na odpowiedź. Kamera ożywa, błyskając maleńkim światełkiem. – Wracamy po przerwie. W dalszym ciągu jest z nami rabin Daniel Solomon, duchowy przywódca Beit Am Hadash, kongregacji związanej z ALEPH, czyli Żydowską Odnową.

– Tak – mówi rabin Solomon; mimo dziesięciu minut przed kamerą wciąż czuje się trochę niepewnie. – Witam. – Ubrany jest w nadjedzoną przez mole czarną marynarkę (tylko ona w całej jego garderobie ma klapy, a nie mandaryńską stójkę) oraz charakterystyczny farbowany T – shirt, ale równie dobrze mógłby być nagi. Oto po wszystkich tych latach walki, by go wysłuchano, przemawia do milionów ludzi. Milionów! Powtarza sobie, że tę szczęśliwą okazję zawdzięcza Faith White oraz własnej kongregacji. I co z tego, że King sprowadził nadętego katolickiego profesora, by obalał wszystkie wywody Solomona? Dawidowi udało się pokonać Goliata, bo miał Boga po swojej stronie.

– Rabinie – mówi King, wyrywając Daniela z tych rozmyślań. – Czy Faith White jest Mesjaszem?

– Cóż, z całą pewnością nie jest żydowskim Mesjaszem. – Solomon prostuje plecy, wkraczając na znajomy teren teologii. – Według Tory, Mesjasz musi stworzyć niepodległe żydowskie państwo, a to, co Faith słyszy od Boga, nie dotyczy tej kwestii. – Rabin zakłada nogę na nogę. – Interesujące jest to, jak diametralnie różni się judaistyczna koncepcja Mesjasza od koncepcji chrześcijańskiej. Żydzi wierzą, że Mesjasz pojawi się dopiero wtedy, gdy oczyścimy świat z całego zła i przygotujemy go dla boskiej istoty. O ile rozumiem, u chrześcijan przyjście Mesjasza będzie początkiem ery odkupienia. On je ze sobą przyniesie na ziemię. Żydzi muszą pracować, by wejść w erę mesjanistyczną, chrześcijanie na nią czekają.

– Czy mogę zgłosić zastrzeżenie?

Obaj odwracają się, słysząc głos dobiegający z monitora za ich plecami.

– Ależ naturalnie, bardzo proszę – mówi King. – Ksiądz Cullen Mulrooney, dziekan wydziału teologii w Boston College. Słuchamy.

– Uważam, że rabin postępuje nieodpowiedzialnie, sugerując, co powinni robić chrześcijanie.

– Porozmawiajmy o tym, proszę księdza – wtrąca King, stukając długopisem o blat biurka. – Dlaczego Kościół katolicki bada twierdzenia małej żydowskiej dziewczynki?

Mulrooney uśmiecha się.

– Ponieważ wywiera ona wpływ na liczną grupę katolików.

– A to, że ma dopiero siedem lat, nie jest problemem?

– Nie. Wizjonerzy młodsi od Faith White zostali uznani przez Kościół katolicki. Wiek siedmiu lat od dawna uważano za wiek mądrości, bo człowiek jest na tyle dojrzały, by odpowiadać moralnie za swoje czyny. Dlatego też dzieci w tym wieku przystępują do pierwszej spowiedzi.

Larry King wydyma usta.

– Zgodnie z tym, co twierdzi jej matka, dziewczynka nie jest wychowywana w żadnej religii. Porozmawiajmy z widzem. – Naciska klawisz. – Halo?

– Halo? Mam pytanie do rabina. Jeśli nie jest żydowskim Mesjaszem, to kim jest?

Rabin Solomon śmieje się.

– Małą dziewczynką o wyjątkowej duchowości, może posiadającą większą niż inni ludzie zdolność do otwierania się na Boga.

Głos następnego słuchacza wypełnia studio.

– Jeśli jest Żydówką, dlaczego ma rany Chrystusa?

– Mogę odpowiedzieć na to pytanie? – odzywa się ksiądz Mulrooney. – Należy pamiętać, iż biskup nie przedstawił jeszcze żadnego oficjalnego oświadczenia w kwestii tych rzekomych stygmatów. To może potrwać lata… dziesięciolecia… nim autentyczność tych ran zostanie uznana przez Watykan.

– Ale to trafne spostrzeżenie – mówi Larry King. – Nie mówimy tu o karmelitance, ale dziecku, w dodatku niechrześcijańskim. – Zwraca się do rabina Solomona. – Jak to możliwe, że u żydowskiej dziewczynki pojawiają się rany Zbawiciela, w którego ona nie wierzy?

– Faith White jest czystą kartą – wtrąca Mulrooney. – Jeśli u dziewczynki, która nie zna żadnej religii, pojawiają się rany Chrystusa, bez wątpienia stanowi to dowód, iż jest On jedynym prawdziwym Bogiem.

Rabin Solomon uśmiecha się.

– Ja widzę to zupełnie inaczej. Myślę, że Bóg wybrał małą żydowską dziewczynkę i dorzucił stygmaty, ponieważ dzięki temu mógł przemówić do wielu różnych ludzi. Chrześcijanie, Żydzi – wszyscy teraz na nią patrzymy.

– Ale dlaczego teraz? Dlaczego czekać tysiące lat, a potem ot, tak się pojawić? Czy to ma jakiś związek z końcem tysiąclecia?

– Oczywiście – mówi ksiądz. – Od dawna koniec wieku postrzegany był jako apokalipsa i ludzie oczekują zbawienia.

Rabin wybucha śmiechem.

– Zapomnijmy o milenium. Według kalendarza żydowskiego, brakuje jeszcze czterdziestu trzech lat do końca wieku.

– Słuchamy? – mówi King, naciskając kolejny klawisz.

– Ona jest służką diabła. To…

– Dziękuję. – King przerywa rozmowę. – Witamy, jest pani na antenie.

– Chcę pochwalić Faith White. Nawet jeśli wszystko to wymyśliła, był już najwyższy czas, żeby ktoś zasugerował, że Bóg może być kobietą.

– Panowie? Czy Bóg jest mężczyzną?

– Nie – odpowiadają równocześnie rabin i ksiądz.

– Bóg nie jest ani kobietą, ani mężczyzną, ale jednym i drugim – wyjaśnia Mulrooney. – Jednakże w wizji chodzi o coś więcej niż tylko fizyczne atrybuty. Istnieje konkretny, wiarygodny dowód poza wizją, a pobożność i cnoty chrześcijańskie wizjonera…

– Nigdy nie podobał mi się pomysł, że tylko chrześcijanie mają cnoty – mruczy rabin Solomon.

– Nie to…

– Wie pan, na czym polega pański problem? – atakuje rabin. – Mówi pan, że jest pan otwarty na różne możliwości. Ale tylko wtedy, gdy to, co widzi wizjoner, panu się podoba. Kieruje pan wydziałem w college'u. Nie poznał pan nawet tej małej dziewczynki, ale pasuje do pańskiej koncepcji jak wół do karety, więc dyskredytuje ją pan za pomocą swojej teologii.

– Zaraz, chwileczkę – mówi Mulrooney nadąsany. – Ja przynajmniej mam teologię. Jaka odmiana radykalnego ruchu hipisowskiego nazywa się żydowską, ale wykorzystuje inkantacje, buddyzm i metaforykę amerykańskich Indian?

– Za to w żydowskiej teologii jest miejsce na Boga kobietę.

Ksiądz kręci głową.

– Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale czy to nie żydowskie modlitwy zwracają się do Adonaj Elohejnu, Pana Boga?

– Tak – mówi rabin Solomon. – Tylko że istnieje wiele hebrajskich słów na określenie Boga. Na przykład Ha – Szem, co oznacza „imię”, a to pasuje do obu płci. Dalej jest obecność Boga, Szechina, tradycyjnie uważana za termin żeński. Osobiście najbardziej lubię Szaddaj. Zawsze odmienia się go w rodzaju męskim i przez lata rabinowie tłumaczyli to na „Bóg Wzgórz” albo „Bóg Gór”. Ale Szaddaj jest zadziwiająco podobny do słowa szaddaim… który oznacza „piersi”.

– Och, na litość boską! – prycha gniewnie Mulrooney. – A jak od hello odejmiemy „o”, mamy hell *.

– Ależ… – Rabin Solomon omal nie zrywa się z krzesła, dopiero Larry King powstrzymuje go, kładąc mu dłoń na ramieniu.

– Faith White, uzdrowicielka czy oszustka? – mówi King gładko. – Wracamy po przerwie. – Kiedy światełko na kamerze gaśnie, twarz księdza Mulrooneya ma niepokojący odcień purpury, a w oczach rabina Solomona płonie gniew. – Panowie, dzięki wam program jest rewelacyjny, ale postarajcie się nawzajem nie pozabijać, dobrze? Mamy jeszcze przed sobą dwadzieścia minut na antenie.

Jezioro Perry, Kansas – 25 października 1999

Księżyc w pełni nad Kansas jest niezwykłym widokiem: świetlisty i idealnie pełny przesuwa się po równinach. Taki księżyc wywabia zwierzęta z kryjówek, każe kotom tańczyć na płotach, sowom pohukiwać. Zmienia cię, nawet jeśli tylko na tę chwilę, gdy na niego patrzysz: puls ci przyśpiesza, w głowie wiruje do wtóru pieśni granej na nagich gałęziach i trzcinach porastających bagna. Taki księżyc wypina brzuch na Iana i Mariah w poniedziałkowy wieczór, kiedy do wizyty u Michaela pozostało zaledwie kilkanaście godzin.

Siedzenie na ganku weszło im w nawyk, tutaj wyciszają się, potem Mariah idzie spać, a Ian wraca do pracy. Rozmawiają o zwyczajnych sprawach: gęsiach, które widzieli lecące na południe, niewiarygodnej liczbie gwiazd, zimie wiszącej w powietrzu. Owinięci w koce, siedzą obok siebie, aż policzki im różowieją, z nosów cieknie i chłód zmusza do schronienia się w domku. Dzisiaj wieczorem Ian jest bardzo cichy, zupełnie jak nie on. Wie, co musi zrobić – odegrać rolę swojego życia – ale zwleka. Za każdym razem, gdy otwiera usta, spogląda na Mariah i uświadamia sobie, że nie chce tego robić, bo będzie to początkiem końca. Mariah ziewa.

– Chyba już pójdę.

Rozgląda się po ganku, szukając rzeczy, które Faith mogła zostawić, i sięga po buty.

– Ta dziewczyna wszystko gubi – mruczy, podnosząc zniszczoną Biblię, oprawną w skórę. Przypuszczając, że Faith znalazła ją gdzieś w domku, chce wetknąć Biblię w koc, nim Ian zdąży ją zauważyć.

– To moja Biblia.

– Twoja?

Ian wzrusza ramionami.

– Od niej zaczynam swoje mowy. To wspaniała lektura. Naturalnie postrzegam ją jako fikcję, nie fakty. – Zamyka oczy, przechyla głowę do tyłu. – Ach, do diabła. Okłamuję cię, Mariah.

Wyczuwa, jak Mariah tężeje, cofa się w siebie.

– Słucham?

– Kłamałem. Dzisiaj wieczorem czytałem Biblię, ponieważ… ponieważ chciałem. I nie w tej sprawie cię oszukałem. Pozwoliłem ci myśleć, że znalazłem się w tym samolocie, bo was śledziłem, ale miałem zarezerwowany bilet, zanim przypuszczalnie tobie w ogóle przyszła do głowy myśl o ucieczce na lotnisko. Prawdę mówiąc, przyjeżdżam do Kansas City dość często, bo kogoś odwiedzam.

– Kogoś. – Jej głos jest zimny, a chociaż Ian się tego spodziewał, wciąż sprawia mu to ból.

Mariah spodziewa się producenta, twórcy filmów dokumentalnych, innej gwiazdy telewizji, która może zdemaskować Faith.

– Krewnego chorego na autyzm. Michael mieszka w prywatnym domu opieki, ponieważ w normalnym świecie nie może samodzielnie funkcjonować. To sprawa bardzo prywatna, dlatego nikt o tym nie wie, ani mój producent, ani żaden z moich podwładnych. Kiedy zobaczyłem ciebie i Faith w tym samolocie, wiedziałem, co pomyślałaś: że was śledziłem. Nie śledziłem, ale nie chciałem, żebyś wiedziała, dlaczego tu jestem. Więc zrobiłem to, czego się spodziewałaś, i poszedłem za tobą. – Wsuwa dłoń we włosy. – Nie przewidziałem natomiast, co może się stać, jeśli to zrobię. – Ian odwraca wzrok. – Faith… widuję ją codziennie. A im więcej czasu z nią spędzam, tym częściej myślę, że może w jej historii tkwi ziarenko prawdy, że to ja się mylę. – Przełyka głośno ślinę. – Odwiedzam Michaela, a potem tu wracam i widzę Faith, i… Boże, zadaję sobie pytanie: A jeśli? A jeśli ona mówi prawdę? A jeśli mogłaby uleczyć Michaela? I zaraz się wstydzę, że mnie, wielkiemu ateiście, coś takiego w ogóle przyszło do głowy. – Ian zwraca się do Mariah, oczy mu błyszczą od łez, głos się łamie. – Może to zrobić? Może sprawić cud?

W oczach Mariah czyta jej serce: Mariah widzi w nim człowieka cierpiącego. Sięga po jej dłoń.

– Oczywiście, że odwiedzimy twojego krewnego, Ianie – mówi cicho. – A jeśli Faith będzie mogła coś zrobić, to zrobi. W przeciwnym razie zdobędziesz dowód, że od początku miałeś rację.

Ian bez słowa unosi dłoń Mariah do ust w geście wdzięczności, podczas gdy miniaturowy mikrofon i magnetofon ukryty pod ubraniem rejestrują jej obietnicę.

26 października 1999

Lockwood jest brzydkim miejscem. Ściany i podłogi korytarzy są w kolorze lodów pistacjowych. Na każdych, następujących jedne po drugich jak kostki domina, drzwiach jest niewielka skrzynka z kartą w środku. Pan Fletcher prowadzi je na koniec korytarza, gdzie wchodzą do pokoju o wiele przyjemniejszego niż to, co do tej pory widziała Faith. Na ścianach są półki z książkami, na stolikach leżą gry planszowe, z odtwarzacza płynie muzyka klasyczna. Trochę jej to przypomina bibliotekę w Nowym Kanaanie, tylko że w bibliotece nie ma pielęgniarek stąpających bezszelestnie w miękkim białym obuwiu.

Mama powiedziała jej tylko, że pan Fletcher ma chorego krewnego, którego dzisiaj jadą odwiedzić. Faith nie ma nic przeciwko temu, w domku jest strasznie nudno. A tutaj zauważyła w kilku pokojach telewizory. Może ten krewniak ma Disney Channel i Faith poogląda kreskówki, podczas gdy dorośli będą rozmawiać.

Pan Fletcher idzie w róg pokoju, gdzie z talią kart w ręce siedzi mężczyzna. Nie odwraca się ku nadchodzącym, tylko mówi:

– Ian tu jest. Trzecia trzydzieści we wtorek. Jak zawsze.

– Jak zawsze – odpowiada pan Fletcher, a jego głos wydaje się Faith dziwny, piskliwy i zduszony.

I wtedy mężczyzna się odwraca. Faith otwiera szeroko oczy; gdyby nie wiedziała, że to nieprawda, pomyślałaby, że to pan Fletcher we własnej osobie.

Mariah wpatruje się w mężczyznę ze zdumieniem. Jego bliźniak? Kawałki zaczynają układać się w całość: dlaczego Ian utrzymuje to w tajemnicy, dlaczego regularnie tu bywa, dlaczego tak bardzo mu zależało, żeby Faith spotkała się z Michaelem. Przystaje z tyłu, tak jak prosił ją Ian, podczas gdy on wolno zbliża się do brata.

– Hej, stary – mówi.

– Dziesiątka karo. ósemka trefl. – Karty spadają na stos, układają się w wachlarz na stole.

– ósemka trefl – powtarza Ian, sadowiąc się na krześle.

Ian powiedział jej, że u Michaela zdiagnozowano głęboki autyzm. Jego strategia przetrwania w świecie realnym polega na życiu w zgodzie z rutyną. Każde odstępstwo od niej wytrąca go z równowagi. To może być byle drobiazg, inny układ sztućców albo Ian o dwie minuty przedłużający godzinną wizytę. Poza tym Michael nie potrafi znieść, by go dotykano.

Ian powiedział jej, że Michael zawsze taki będzie.

Faith szarpie ją za rękę.

– Chodźmy – szepcze.

Michael odwraca kartę.

– Och, nie.

– As w dziurze – mówią bracia unisono.

Coś w tej scenie głęboko wzrusza Mariah: Ian siedzący tuż koło mężczyzny, który mógłby być jego lustrzanym odbiciem, próbujący porozumieć się słowami, które nic nie znaczą. Unosi dłoń, by otrzeć łzy, i uświadamia sobie, że koło niej nie ma już Faith.

Dziewczynka idzie w stronę stołu z kartami.

– Czy ja też mogę zagrać?

Ian nieruchomieje i czeka na reakcję Michaela, który patrzy na Iana, na Faith i znowu na Iana, po czym zaczyna wrzeszczeć, ile sił w płucach:

– Ian przychodzi sam! Trzecia trzydzieści we wtorek! Nie w poniedziałek środę czwartek piątek sobotę niedzielę! Sam sam sam! – Rozrzuca karty, które spadają z jego kolan na podłogę. Przybiega pielęgniarka, by go uspokoić.

– Faith. – Mariah próbuje odciągnąć córkę, ale ona na czworakach zbiera karty.

Michael kołysze się, odpychając od siebie kojące słowa pielęgniarki, która dobrze wie, że lepiej go nie dotykać. Faith niezgrabnie kładzie karty na stole, z ciekawością przypatrując się dorosłemu mężczyźnie z umysłem dziecka.

– Byłoby najlepiej, panie Fletcher, gdybyście już poszli – mówi pielęgniarka cicho.

– Ale…

– Proszę.

Ian zrywa się z krzesła i wychodzi z pokoju. Mariah chwyta Faith za rękę i podąża jego śladem. Oglądając się przez ramię, widzi, jak Michael sięga po talię i tuli do piersi.

Przed biblioteką Ian zamyka oczy i bierze głęboki wdech. Zawsze dygocze całym ciałem, gdy Michael ma epizod. Ale tym razem jest gorzej.

Mariah i Faith wychodzą na dwór i czekają w milczeniu, Ian nie potrafi nawet na nie patrzeć.

– I to był twój cud?

Przepływa przez niego potężny gniew, jak trucizna rozlewa się w żyłach. Nie wie, skąd wzięło się to uczucie, co jest jego powodem. Przecież stało się dokładnie tak, jak przewidywał.

Ale nie na taki rozwój wydarzeń miał nadzieję.

Ta myśl dopada go znienacka, wyszarpuje ziemię spod nóg. Czuje, jak wszystko w nim wiruje, i musi oprzeć się o ścianę. Wszystkie te brednie, którymi karmił wczoraj wieczorem Mariah, wszystkie drobne wyznania, czynione przez cały tydzień, by myślała, że zaczął wierzyć Faith… w gruncie rzeczy wcale nie były kłamstwami. Z zawodowego punktu widzenia Ian może i chciał, by Faith dzisiaj poniosła klęskę. Ale osobiście pragnął, by jej się udało.

Autyzmu nie da się wyleczyć mrugnięciem ani dotykiem ręki, wiedział o tym od samego początku. Faith White pomimo wszystkich swoich przechwałek jest oszustką. Ale tym razem fakt, że miał rację, nie daje mu satysfakcji. Ta dziewczynka, która wszystkich oszukała, zdołała też udowodnić Ianowi, że oszukuje samego siebie.

Mariah kładzie mu dłoń na ramieniu, ale Ian ją strząsa. Jak Michael, myśli i zadaje sobie pytanie: czy jego brat nie potrafi znieść cudzego dotyku, bo nie potrafi znieść otwartego, szczerego współczucia?

– Idź sobie – mruczy i łapie się na tym, że sam odchodzi. Kiedy jest przy drzwiach, niemal biegnie. Okrąża budynek i kieruje się ku stawowi ze stadkiem łabędzi. Tam wyrywa mikrofon spod klapy marynarki i wyjmuje z kieszeni magnetofon, w którym taśma wciąż się obraca. Robi wielki zamach i wrzuca wszystko do wody.

Dochodzi wpół do czwartej nad ranem, kiedy Ian wraca do domku. Mariah wie dokładnie, która jest godzina; czekała przez całą noc i bardzo się martwiła. W Lockwood Ian wsiadł do samochodu i odjechał, pozostawiając Mariah i Faith samym sobie. Kiedy wysiadły z taksówki, a samochodu nie było, Mariah pomyślała, że Ian wróci na kolację. Wróci o dziewiątej. O północy.

Wyobrażała sobie samochód w rowie, owinięty wokół drzewa – nie ulegało wątpliwości, że Ian był zbyt roztrzęsiony, żeby prowadzić. Ogarnięta ulgą, że nic mu się nie stało, idzie z sypialni do pokoju. Czuje opary alkoholu, nim jeszcze widzi Iana, który w rozpiętej koszuli leży na kanapie, trzymając butelkę whisky Canadian Club w dłoni.

– Proszę, idź sobie.

Mariah zwilża wargi.

– Tak mi przykro, Ianie. Nie wiem, dlaczego Faith potrafiła pomóc mojej matce, a Michaelowi nie.

– Powiem ci dlaczego – odpowiada Ian gniewnie. – Bo jest cholerną oszustką. Nie potrafiłaby uleczyć pieprzonego przecięcia papierem, Mariah! Daj sobie spokój z tym udawaniem, dobra?

– To nie jest udawanie.

– Ależ tak. To wszystko jest udawaniem. – Macha butelką, rozchlapując alkohol po sofie. – Udawałem od chwili, kiedy zobaczyłem was w samolocie, Bóg wie, że twoja córka ściga się o cholernego Oscara, a ty… ty…

Nachyla się tak blisko, że Mariah czuje smak whisky w jego oddechu. Waha się, potem go całuje.

Na początku jest to delikatne muśnięcie warg. Mariah obejmuje Iana za szyję, przyciąga do siebie i całuje mocno, głęboko, zabierając od niego wszystko, co tak bardzo go boli.

Ian przełyka kilkakrotnie ślinę, nim zdolny jest wydobyć z siebie głos.

– A to co miało znaczyć?

– Ja nie udaję, Ianie.

Ian kładzie dłonie na jej policzkach i dotyka czołem jej czoła.

– Nie rozumiesz.

Mariah wpatruje się w jego ściągnięte cierpieniem rysy, ale widzi Iana siedzącego obok bliźniaka, próbującego grać według dziwacznych zasad, bo lepsze to niż nic. Ian się myli. Mariah zna go lepiej, niż mógłby przypuszczać.

– Chciałabym zrozumieć.

Ian Fletcher urodził się dwie i pół minuty przed Michaelem; był większy, silniejszy, bardziej aktywny niż bliźniak i płaci za tę okoliczność przez resztę życia. Nie ulega wątpliwości, że zajął dla siebie lwią część pożywienia i miejsca w macicy, a choć żaden lekarz nigdy tego nie powiedział, czuł się odpowiedzialny za słabe zdrowie i powolny rozwój brata, może nawet za autyzm, który u Michaela zdiagnozowano we wczesnym dzieciństwie.

Rodzice, potomkowie majętnych rodów z Atlanty, późno zawarli związek małżeński i o wiele wyżej od synów cenili swój samolot, odrestaurowany dwór na plantacji i apartament na Wielkich Kajmanach, Ian i Michael pojawili się w ich życiu przez pomyłkę, o której woleli nie rozmawiać, zwłaszcza że z jednym wyraźnie było coś nie w porządku. Korzystali z życia, podróżując miesiącami po całym świecie i zostawiając chłopców w rękach nauczyciela lub niani, którzy akurat zostali wynajęci do opieki nad nimi. Ian wiedział, że jest odpowiedzialny za Michaela, wiedział to od chwili, gdy był w stanie zrozumieć różnicę między sobą a bratem. Ponieważ uczyli go prywatni nauczyciele, nie miał przyjaciół ani towarzyszy zabaw. Miał, zawsze miał swojego brata.

Kiedy Ian skończył dwanaście lat, w domu w środku nocy zjawił się prawnik ojca z szeryfem. Samolot rodziców rozbił się w Alpach, nikt nie przeżył katastrofy.

Z dnia na dzień świat stanął na głowie, Ian dowiedział się, że styl życia, do którego byli przyzwyczajeni, zawdzięczali potężnemu debetowi na kartach kredytowych. Chłopcy zostali bankrutami, zanim w ogóle zaczęto rozważać kwestię spadku. Umieszczono ich pod niechętną opieką siostry matki i jej wiecznie kartkującego Biblię męża, którzy mieszkali w Kansas. Wuj i ciotka nie mieli najmniejszego zamiaru zajmować się psychicznymi problemami Michaela, nie dysponowali też środkami, by zlecić to komuś innemu. System publicznej oświaty zapłaciłby za wysłanie Michaela do każdego ośrodka na terenie Kansas, nikt jednak nie sprawdził możliwości i Michael wylądował w najbliższym ośrodku, w którym cuchnęło fekaliami i uryną; był tam jedynym pacjentem umiejącym mówić.

Ian odwiedzał go także i wtedy, gdy wujostwo przestali przychodzić. Sprawdził w bibliotece, jakie domy opieki cieszą się najlepszą reputacją, ale nikt nie chciał go słuchać. Przez sześć lat zastanawiał się, przez jakie koszmary musiał przejść Michael, skoro w jego stanie nastąpił poważny regres, bo teraz rano nie chciał się ubierać, częściej kołysał się w milczeniu i absolutnie pod żadnym pozorem nie pozwalał się dotykać.

W dniu, w którym bracia ukończyli osiemnaście lat, Ian włożył kupiony w sklepie z używaną odzieżą garnitur i zwrócił się do sądu w Kansas City z prośbą o przyznanie mu opieki nad bratem. Otrzymał stypendium stanowe i pracował na okrągło, by zarobić na książki i odłożyć pieniądze. Dowiedział się wszystkiego o otwartych domach dla dorosłych z autyzmem, ale lekarze powiedzieli mu, że na razie Michael nie nadaje się do takiej samodzielności. Dowiedział się wszystkiego o domach opieki – że korzystają z pomocy zarówno stanowej, jak i federalnej, że czasami, choć bardzo rzadko, przyjmują biednych. Że trzeba znać kogoś we właściwym miejscu i o właściwym czasie, w przeciwnym wypadku powiedzą ci, że nie ma wolnych łóżek. Że potem trzeba ciągle płacić za lepszą opiekę, inaczej cenne miejsce zostanie oddane komuś innemu.

Ian parł do sukcesu, motywowany pragnieniem poprawy losu brata. W sposób naturalny połączyło się to z faktem, że dawno temu przestał wierzyć w Boga. Jaki Bóg zabrałby mu rodziców i dzieciństwo? A co ważniejsze, jaki Bóg zrobiłby coś takiego jego bratu? Ian czuł gniew, a ku jego zaskoczeniu ludzie chcieli go słuchać: najpierw nauczyciele w szkole podstawowej, potem profesorowie teologii, po nich radiosłuchacze, wreszcie producenci telewizyjni i widzowie. Im sławniejszy się stawał, tym łatwiej było mu płacić za pobyt Michaela w Lockwood. Im otwarciej przemawiał, tym szybciej osiągnął dawny poziom życia, który ledwo pamiętał.

Kiedy Michael miał dwadzieścia dwa lata, znowu zaczął samodzielnie jeść. W wieku dwudziestu sześciu lat potrafił zapiąć sobie koszulę. Jako trzydziestosiedmiolatek wciąż nie zgadzał się, by go dotykano.

Nagle Mariah rozumie, co ukształtowało człowieka takiego jak Ian Fletcher. Spędził wiele lat na zmienianiu siebie w kogoś innego niż tamten zagubiony mały chłopiec – w kogoś, kto za fundament przyjął niewiarę w Boga, zresztą całkiem uzasadnioną. Jakże bolesne musiało być dla niego, gdy wbrew sobie miał nadzieję, gdy modlił się, by cud jednak się zdarzył.

Mariah pojmuje także, że choć Ianowi udało się umieścić brata w Lockwood i osiągnąć sukces finansowy, bez którego nie mógłby płacić za opiekę nad Michaelem, wciąż jeszcze nie ma tego, co jest mu najbardziej potrzebne. Przez całe życie opiekuje się bratem, ale intuicja podpowiada Mariah, że minęło wiele lat, odkąd ktoś zaopiekował się Ianem.

Mariah nie śpieszy się, wolno gładzi Iana po włosach. Wierzchem dłoni przesuwa po jego szyi i szczęce. Kładzie obie ręce na jego policzkach, wędruje po ramionach i patrzy, jak Ian zamyka oczy niczym kot wygrzewający się na słońcu. A potem obejmuje go mocno, wtula twarz w jego szyję i czuje, jak Ian drży.

Jego ramiona zamykają ją z taką siłą, że nie potrafi złapać oddechu, nie potrafi zrobić nic poza poddaniem się jego pragnieniu, Ian bada dłońmi jej plecy i barki, przykłada usta do jej uszu.

– Dziękuję – szepcze.

Mariah odchyla głowę i całuje go.

– Cała przyjemność po mojej stronie, Ian uśmiecha się.

– Mam nadzieję.

Jego usta pocałunkami posrebrzają jej skórę. Rozbiera ją, wyjmuje prezerwatywę z portfela i za pomocą dłoni i języka poznaje jej ciało.

Wydaje jej się, czy też Ian dłużej zatrzymuje się na jej przegubach, miejscach, które wciąż budzą w niej wstyd? Mariah wyobraża sobie, jak zaczyna się kurczyć, mała i elastyczna w dłoniach Iana, aż wreszcie czuje, że na pewno zmieściłaby się w jednym ze swoich domków dla lalek, mogłaby chodzić po czystych podłogach, spoglądać w nieskazitelne lustra. Otwiera oczy, gdy Ian kładzie się na niej, wchodzi w nią.

Musiało minąć wiele lat, by się o tym przekonała, myśli Mariah, ale tak właśnie jest, gdy człowiek znajduje swoją drugą połówkę.

Ian wchodzi w nią mocniej. Mariah przytula się do niego, wbija palce w jego ramiona, przyciska usta do jego słonej skóry. Przestaje myśleć o przeszłości Iana, o przyszłości Faith, o wszystkim. Na moment przed tym, nim całkiem się zatraca, słyszy głos Iana, muskający ją w skroń.

– O Boże! – krzyczy Ian. – O Boże!

– Nieprawda – mówi Ian ze śmiechem.

– Prawda.

– Dlaczego tak myślisz? No wiesz, to mi się ciągle zdarza, ale czemu miałbym wzywać Boga, kiedy jesteśmy we dwoje w łóżku?

Mariah wybucha śmiechem.

– Siła przyzwyczajenia.

– Może dla ciebie. – Bierze ją w objęcia, wciąż zadziwiony spokojem, jaki w sobie czuje, spokojem pewnym niczym płaska linia.

– Myślę, że większy związek ma to z boskością.

Mariah odwraca się ku niemu.

– Tak? – pyta, umykając wzrokiem. – Było… w porządku?

Ian marszczy czoło.

– Musisz pytać?

Jej ramiona unoszą się i opadają, a jego ciało instynktownie się napina.

– Chodzi o to… wiesz, zawsze się zastanawiałam, co by było, gdybym ważyła piętnaście kilo mniej, była platynową blondynką albo miała więcej seksu. Myślałam, że może wtedy Colin nie przestałby się mną interesować.

Ian chwilę milczy.

– Gdybyś ważyła piętnaście kilo mniej, porwałby cię wiatr. Gdybyś była platynową blondynką, nie poznałbym cię. A gdybyś miała więcej seksu, pewnie byś mnie zabiła. – Całuje ją w czoło.

– Widziałem twoje prace. Mówiłaś mi, jak robisz te miniaturowe domki. Rewelacyjnie wychowałaś córkę. Dlaczego tak trudno ci uwierzyć, że wszystko, co robisz… a mam na myśli także seks… jest równie wspaniałe?

Ian ujmuje twarz Mariah w dłonie, bez wysiłku znowu wsuwa się między jej nogi.

– Nie jesteś doskonała. Tutaj masz pieg. – Wskazuje na obojczyk. – Potrafisz być uparta jak osioł. A twoje biodra…

– Urodziłam dziecko!

Ian wybucha śmiechem.

– Wiem. Próbuję ci tylko pokazać, że jeśli będziesz w kliniczny sposób traktować doskonałość, żadne z nas nie zda testu. A już na pewno nie ja. – Gładzi ją po włosach. – Colin to idiota. I tym razem mówię poważnie: dzięki Bogu.

Mariah uśmiecha się i sadowi wygodniej na legowisku z koców, które ułożyli na dywaniku.

– Wiesz, jakie jest najpiękniejsze słowo w języku angielskim?

– Niech się zastanowię. – Ian marszczy czoło z namysłem. – Melodyjny.

Mariah kręci głową.

– Pantoflarz – szepcze. – Zapatrzony w żonę jak w obrazek.

Ian nie przypomina sobie, by w całym swoim życiu odczuwał taki spokój, jak w tym strasznym domku kempingowym gdzieś w Kansas. Wie, że to chwilowe ukojenie. Zawieszenie broni. Jutro będzie musiał powiedzieć Mariah, że przez cały czas kłamał, że zaskarbiał sobie jej współczucie od chwili, gdy wysiadła z samolotu, bo zamierzał zastawić pułapkę na Faith i doprowadzić do jej upadku. Jutro będzie musiał przyznać się, że celowo nagrał katastrofalne w skutkach spotkanie Faith z Michaelem, choć nie ma już tej taśmy. Jutro będzie musiał zdecydować, ile ujawni producentowi.

Jutro Mariah będzie miała dość czasu, by go znienawidzić.

– Grosik za twoje myśli – mówi Mariah i ziewa.

Grosik? One są o wiele więcej warte.

– Nie sądzę, byśmy mieli możliwość wyboru osoby, którą kochamy – szepcze Ian. – Po prostu ją kochamy.

Ale Mariah oddycha spokojnie i regularnie; Ian uświadamia sobie, że już zasnęła. Smakuje jej ciężar ogrzewający mu skórę, odbierający władzę w ramieniu, a chwilę później – po raz pierwszy od wielu lat – zapada w głęboki, spokojny sen.

Po piątej rano Ian cicho wstaje. Przykrywa Mariah kocem, bo nie jest pewien, czy zwykle sypia nago, a nie chce, by Faith weszła tu i natknęła się na matkę w takim stanie. Ubiera się szybko, po czym pisze krótką notkę do Mariah z informacją, kiedy wraca, dokąd się wybiera, ale nic poza tym.

Jedzie do Lockwood. Nie potrafi powiedzieć, dlaczego tu wraca. Przecież jeśli brata wytrąciła z równowagi obecność Mariah i Faith, burząca ustalony od dawna porządek, to wizyta o szóstej rano na pewno nie przebiegnie gładko. Ale chodzi o to, że wczoraj rozstali się burzliwie.

Michael krzyczał, on wybiegł z sali… Ian nie chce czekać całego tygodnia, żeby zobaczyć się z bratem. Jeśli Michael śpi, zajrzy tylko do niego, upewni się, że wszystko u niego w porządku, i pójdzie sobie.

. Personel nawet nie patrzy na Iana, gdy ten idzie do pokoju brata i otwiera drzwi. Widzi wielkie ciało rozciągnięte na kołdrze; Michael pochrapuje cichutko, twarz ma odprężoną.

– Hej, stary – szepcze Ian i z wahaniem dotyka włosów brata.

Michael nagle otwiera oczy.

– Ian?

– Tak. – Pośpiesznie cofa rękę, spoglądając na zegar nad drzwiami; nie wątpi, że Michael zaraz zacznie krzyczeć, tymczasem brat przeciąga się i ziewa.

– Dlaczego przyjechałeś tak wcześnie? – pyta Michael.

Ian mruga zdziwiony, oszołomiony.

– Co, nie miałeś nic lepszego do roboty?

Brat, który przez ostatnie trzy lata mówił wyłącznie o kartach, teraz sobie z niego kpi. Ian patrzy uważnie, dostrzegając błysk zrozumienia, zaangażowania w oczach Michaela.

– Boże, Ian, a mówią, że ty jesteś ten sprytny. – Michael wyciąga ramiona zapraszająco.

– Michael – szepcze Ian, tuląc do siebie bliźniaka. Kiedy dłoń Michaela niezgrabnie klepie go po plecach, traci zdolność mówienia.

Odzyskując panowanie nad sobą, odsuwa się, by porozmawiać – naprawdę porozmawiać! – z bratem, ale widzi, że na twarzy Michaela maluje się obojętność. Patrzy, jak brat bierze z nocnego stolika talię kart.

– Czwórka karo. Piątka pik. Siódemka karo. Ian przychodzi o trzeciej trzydzieści we wtorek. Nie w poniedziałek środę czwartek…

Kompletnie zbity z tropu Ian odsuwa się od łóżka. Opuszcza pokój Michaela, nim rozpętuje się prawdziwe piekło; jest przekonany, że wyobraził sobie tylko to surrealistyczne spotkanie, a brat w rzeczywistości cały czas spał. Wzdychając, Ian sięga do kieszeni na piersi po kluczyki i wyjmuje coś nieoczekiwanego: waleta kier. Kartę kilka minut wcześniej wsunął mu ktoś, kto stał na tyle blisko niego, by naprawdę go dotknąć.

Rozdział dziewiąty

Bo płeć swą według woli duchy

Mogą kształtować lub mieć obie naraz.

John Milton, „Raj utracony”

Kiedy Colin pocałował mnie po raz pierwszy, byłam na przedostatnim roku college'u. Siedzieliśmy w pustej sali gimnastycznej i odmienialiśmy francuski czasownik vouloir.

– Chcieć – powiedziałam, aby go sprawdzić, i usiłowałam koncentrować się na rzędach siedzeń pod nami, a nie na świetle igrającym na twarzy Colina.

Był najprzystojniejszym chłopakiem, jakiego w życiu widziałam. Pochodził ze starej południowej rodziny, ja byłam Żydówką z przedmieścia. Jego dziadek ufundował stypendium na wydziale historii, ja dostawałam stypendium naukowe. Przeczytałam o nim w folderze drużyny futbolowej: „Colin White, rozgrywający, wzrost 200 cm, waga 84 kilogramy, pochodzi z m. Vienna w stanie Wirginia”. Pokonywałam chłód i własną ignorancję w kwestii piłki nożnej, by patrzeć, jak Colin śmiga po zielonej murawie niczym igła w dłoniach zręcznej hafciarki.

Ale on był dla mnie tylko marzeniem; żyliśmy w tak różnych światach, że znalezienie wspólnego gruntu wydawało się nie tylko niemożliwe, ale i dziwaczne. Kiedy jednak trener zwrócił się do Studenckiej Spółdzielni Korepetytorskiej z prośbą, by ktoś pomógł Colinowi zdać francuski, skorzystałam z okazji. A potem przez trzy dni zbierałam się na odwagę, żeby do niego zadzwonić i ustalić terminy spotkań.

Colin odznaczał się nienagannymi manierami, zawsze odsuwał mi krzesło i otwierał przede mną drzwi. Był także najtępszym uczniem, z jakim miałam w życiu do czynienia. Psuł melodię francuszczyzny swoim zaśpiewem z Wirginii i potykał się na najprostszych formach gramatycznych. W żaden sposób mu nie pomagałam, ale to mi nie przeszkadzało.

Wręcz przeciwnie, cieszyłam się, bo oznaczało, że znowu będziemy musieli się spotkać.

– Vouloir – powiedziałam tamtego dnia. – To czasownik nieregularny.

Colin pokręcił głową.

– Nie mogę. Nie łapię tego tak jak ty.

To była jedna z najmilszych rzeczy, jaką ktoś mi powiedział. Chociaż odstawałabym w świecie sportowym czy towarzyskim Colina, ta dziedzina była moim żywiołem.

– Je veux – rzekłam z westchnieniem. – Chcę. – Pokazałam mu to w książce.

Nakrył dłonią moją dłoń i znieruchomiałam. Bojąc się spojrzeć mu w oczy, utkwiłam wzrok w podręczniku, jakby to był niezwykle fascynujący widok. Nie potrafiłam jednak nie czuć ciepła jego ciała, gdy się do mnie przysunął, nie słyszeć szelestu dżinsów, gdy uwięził mnie przy sobie, prostując nogi. A potem widziałam tylko jego twarz.

– Je veux – mruknął. Jego usta były delikatniejsze niż w moich marzeniach. Odsunął się, by sprawdzić moją reakcję.

Patrzyłam na niego dostatecznie długo, by uświadomić sobie, że niezwyciężony Colin White, najlepszy rozgrywający, jest zdenerwowany. Serce waliło mi jak bębenek, tak głośno dudniło w uszach, że przez chwilę nie słyszałam gwizdów i oklasków.

Wstałam i wybiegłam z sali.

27 października 1999

Tamtej nocy, gdy kochaliśmy się z Ianem, śniłam, że się pobieramy. Mam na sobie suknię ze ślubu z Colinem i trzymam bukiet polnych kwiatów. Idę nawą sama, uśmiecham się do Iana, a potem oboje zwracamy się do odprawiającego nabożeństwo. Z jakiegoś powodu spodziewam się zobaczyć rabina Solomona, kiedy jednak otwieram oczy, stoję przed Jezusem wiszącym na krzyżu.

Faith przytula się do mnie.

– Czemu jesteś goła? – pyta. – I czemu tu śpisz?

Ze strachem rozglądam się po pokoju, szukając Iana. Kiedy widzę, że go nie ma, w moje myśli wkrada się zwątpienie. Cóż, jest przyzwyczajony do kochanek na jedną noc. Zarabia na życie, uwodząc ludzi w taki albo inny sposób. Ja z jakiegoś powodu zaliczam się do tych osób. Przypominam sobie naszą rozmowę o zawieszeniu broni; czy ostatnia noc była sposobem na powiedzenie, że rozejm dobiegł końca?

– Mamo! – marudzi Faith, szarpiąc mnie za włosy.

– Hej! – Rozcieram głowę, próbując skupić na niej uwagę. – Było mi gorąco, więc zdjęłam bluzę. A ty chrapałaś.

Wydaje się, że Faith przyjmuje moje wyjaśnienia.

– Chcę śniadanie – oznajmia.

– Ubierzemy się, a potem poszukamy czegoś do jedzenia.

Po odejściu Faith tysiące myśli przebiegają mi przez głowę, a żadna nie ma szczęśliwego zakończenia. Nie jestem dostatecznie wyrafinowana dla mężczyzny takiego jak Ian. Poszedł sobie, bo nie był w stanie spojrzeć mi w oczy. Wrócił do New Hampshire i całemu światu rozpowie, czego się dowiedział o Faith, począwszy od rozmiaru jej butów, na nieudanym spotkaniu z Michaelem skończywszy. Nawet nie pamięta, co wydarzyło się w nocy. Z niesmakiem zamykam oczy. Już to przeżyłam. Już raz zakochałam się w mężczyźnie, którego w wyobraźni nadmuchałam do tak mitycznych rozmiarów, że mogłam patrzeć prosto na niego, a mimo to nie widziałam go wyraźnie.

– Nie miałem takiego zamiaru – powiedział mi przed laty Colin po naszym pierwszym pocałunku. Przyznał, że dwaj skrzydłowi założyli się o dwadzieścia dolarów, że nie uda mu się uwieść mnie w czasie pierwszych korepetycji. Pokręcił głową. – Nie, cofam to. Chciałem cię pocałować. Na początku dla pieniędzy, ale potem wszystko się zmieniło. Naprawdę bym się ucieszył, gdybyś czasami się ze mną umówiła.

Trzy dni później poszliśmy do kina. Później do innego. I na kolację. Dość szybko, choć wydawało się to mało prawdopodobne, staliśmy się nierozłączni; w kampusie ciągle widywano go ze mną uwieszoną na jego ramieniu. Byłam drobna, koścista, zajęta bez reszty nauką i ta sytuacja oszałamiała mnie, uderzała do głowy. Udawałam, że nie słyszę prychających pogardliwie cheerleaderek ani kolegów z drużyny, pytających, czy przerzucił się na pieprzenie małych chłopców.

Colin powiedział, że mnie lubi, bo jestem słodka i potrafię rozmawiać na właściwie każdy temat z przekonaniem i znajomością rzeczy – w przeciwieństwie do większości debiutantek z balów Magnolia Queen, które zwykle się koło niego kręciły. Ale Colin był przyzwyczajony do takiego rodzaju dziewcząt i nieświadomie lub celowo krok po kroczku zmienił mnie w jedną z nich: przynosił mi opaski do włosów, częstował krwawą mary w niedzielne poranki, kupił mi nawet sznur fałszywych pereł, które nosiłam do wszystkiego, począwszy od koszul marki Izod pożyczanych z jego szafy, skończywszy na własnych swetrach. Robiłam to, o co mnie prosił, a co więcej, poświęciłam się przekształceniu w WASP – a * z taką samą gorliwością, z jaką traktowałam studia. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że Colin interesował się bardziej osobą, w którą może mnie zmienić, niż tą, którą już byłam. Wstrząsnął mną fakt, że w ogóle go zainteresowałam.

W wieczór zimowego balu w bractwie Colina włożyłam prostą czarną sukienkę i sznur pereł, a także specjalny stanik, który sprawiał wrażenie, że istotnie mam coś do podtrzymania. Byłam zdecydowana, że zdam ten egzamin. Ale na kwadrans przed spotkaniem Colin zadzwonił.

– Jestem chory. Od godziny wymiotuję.

– Zaraz do ciebie przyjdę – powiedziałam.

– Nie. Chcę się przespać. – Zawahał się, potem dodał: – Przykro mi, Mariah.

Mnie nie było przykro. Nie mogłam być pewna, że zachowam się właściwie na imprezie w bractwie, ale dobrze wiedziałam, jak opiekować się chorym. Znowu przebrałam się w spłowiałe dżinsy i poszłam do miasta, gdzie kupiłam bulion z kurczaka, kwiaty i magazyn z krzyżówkami. I wróciłam do akademika Colina.

Jego pokój był pusty.

Zostawiłam parujący bulion na progu i zaczęłam bez celu wędrować po kampusie. Czy na dnie serca nie spodziewałam się czegoś takiego? Czy nie mówiłam sobie, że to nadejdzie? Śnieg osiadał na moich ramionach, kiedy skręciłam w uliczkę z męskimi akademikami. Odbywały się tam huczne imprezy, śmiech i opary alkoholu wylewały się przez otwarte okna. Podkradłam się pod salę bractwa, do którego należał Colin, stanęłam na skrzynce po mleku i zajrzałam do środka.

Futboliści i dziewczęta uformowali węzeł gordyjski, czerń fraków przeplatała się z barwnymi plamami satyny. Colin stał twarzą do mnie, śmiejąc się z żartu, którego nie słyszałam, i obejmował w talii piękną rudowłosą dziewczynę. Wpatrywałam się w niego tak długo, że musiała minąć chwila, nim uświadomiłam sobie, że Colin też patrzy na mnie.

Ścigał mnie przez cały kampus do mojego pokoju.

– Mariah! Musisz pozwolić, żebym się wytłumaczył!

Otworzyłam drzwi.

– Byłeś chory – powiedziałam.

– Byłem! Przysięgam! – mówił cicho, łagodnie. – Kiedy się obudziłem, zadzwoniłem do ciebie, ale nie odebrałaś. Przyszli chłopcy i przekonali mnie, żebym poszedł na imprezę. Anette… cóż, ona nic nie znaczy. Akurat tam była.

Czy ja też nic nie znaczyłam? Akurat byłam pod ręką?

Colin ujął w dłonie moją twarz.

– Ale wyszedłem, żeby być tutaj z tobą – powiedział, czytając mi w myślach.

Jego oddech padał na moje usta dziwną mieszaniną mięty i szkockiej. Przypomniałam sobie, jak Colin opowiadał o obłaskawianiu koni w stadninie w Wirginii: dmuchał im w nozdrza, żeby nie bały się jego zapachu.

– Colin – szepnęłam – dlaczego ja?

– Bo jesteś inna niż oni. Mądrzejsza i lepsza, i sam nie wiem, myślę, że jeśli będę z tobą, wszystko się zmieni i może ja też będę inny.

To było zdumiewające, Colin jakimś sposobem znalazł nowe wytłumaczenie faktu, że zawsze pozostawałam na obrzeżach: nie dlatego, że nie byłam dość dobra dla pozostałych, ale dlatego, że czekałam, aż pozostali dołączą do mnie. Pocałowałam go.

Później rozebraliśmy się i Colin, wznosząc się nade mną niczym wielki ptak, zasłaniający słońce, zapytał:

– Na pewno tego chcesz?

Byłam o tym przekonana, co więcej, całe życie czekałam na ten pierwszy raz z mężczyzną, który zna mnie lepiej niż ja. Kiwnęłam głową i wyciągnęłam do niego ręce, spodziewając się magii.

Kiedy Ian wchodzi do domku, oboje nieruchomiejemy. Z szaloną precyzją kładę łyżkę koło miski z płatkami, on starannie zamyka za sobą drzwi.

Tym razem, mówię sobie, nie pozwolę, żeby to się zdarzyło. Zaplatam dłonie na kolanach, żeby Ian nie zobaczył, jak drżą. On nie jest Colinem, a ja nie jestem taka bezbronna jak wtedy.

Nagle uświadamiam sobie, dlaczego wiele lat temu nie byłam w stanie odrzucić Colina. Pojmuję, że znowu angażuję się w związek z mężczyzną, który na pewno mnie zrani. Z mojego doświadczenia wynika, że miłość niewiele ma wspólnego z moim pożądaniem drugiej osoby. Dla mnie znacznie bardziej kuszące jest to, że ktoś pragnie mnie.

Ian spotyka się ze mną w połowie kuchni i bez słowa bierze mnie w objęcia. Wewnątrz cała drżę. Nie całuje mnie, nie gładzi, tylko obejmuje, aż wreszcie poddaję się impulsowi, by zamknąć oczy i pozwolić mu prowadzić.

Ian wręcza Mariah swoją komórkę i patrzy, jak ta znika w sypialni, by na osobności porozmawiać z matką. Nie może jej za to winić. Chociaż cudownie jest ją pieścić, w gruncie rzeczy wciąż są dla siebie obcy.

On nie powiedział jej o porannej wizycie u Michaela, ona woli być sama w czasie rozmowy z Millie.

– Co powiesz na remika? – Ian zwraca się przyjacielskim tonem do Faith.

Dziewczynka spogląda na niego czujnie znad książeczki do kolorowania. Cóż, ją też Ian rozumie. Kiedy ostatnio się widzieli – w Lockwood – burczał i krzyczał. Uśmiecha się szerzej, postanawiając roztoczyć cały swój urok, choćby tylko ze względu na Mariah.

Nagle Mariah staje w drzwiach z twarzą białą jak kreda.

– Musimy wracać do domu – mówi.

Boston, Massachusetts

W Watykanie jest urzędnik, którego obowiązki polegają wyłącznie na wynajdywaniu dziur w dziejach kandydatów do świętości. Bada każdy czyn, każde słowo napisane i wypowiedziane przez rzekomo cnotliwą osobę po to, by znaleźć jedno potknięcie, jedno przekleństwo, jedno odstępstwo od wiary, które uniemożliwi kanonizację. Dla przykładu mógłby wygrzebać fakt, że 9 lipca 1947 roku matka Teresa opuściła nieszpory albo że w gorączce użyła imienia Pana nadaremno. Kościół katolicki ma nazwę dla tej funkcji: orędownik wiary, inaczej adwokat diabła.

Ksiądz Paul Rampini uważa, że doskonale nadawałby się do tej funkcji.

Tylko że nie mieszka w Rzymie. Od szesnastu lat wykłada w seminarium w Bostonie i nie jest dostatecznie ważną personą, by powierzono mu ten urząd. Mimo to Rampini często miał styczność z fałszywymi pretendentami do świętości. Jako jednego z najwybitniejszych teologów na północnym wschodzie kraju wzywano go, gdy wizjonerzy zaczynali rozpowszechniać swoje heretyckie interpretacje. Z czterdziestu sześciu badanych przez niego przypadków ani jeden nie doczekał się pozytywnej oceny w raporcie składanym biskupowi. A większość paplała o tym, co zwykle: świetlistych postaciach Matki Boskiej, krucyfiksie pojawiającym się we mgle nad doliną, Jezusie mówiącym ludziom, że godzina sądu jest blisko.

Idea żeńskiego Boga nie odpowiada Rampiniemu.

Wyłącza silnik w swojej hondzie i otwiera aktówkę. Różowa broszura Towarzystwa Boga Matki leży na wierzchu stosu. Rampini ledwo może na nią patrzeć. Co innego, gdy ktoś taki jak on, ksiądz wykładający w seminarium, człowiek, który życie poświęcił teologii, ocenia personifikacje bóstwa, a zupełnie co innego, gdy siedmioletnia dziewczynka – w dodatku Żydówka! – zaczyna twierdzić, że Bóg jest matką.

Podobno dziewczynka uzdrawia. Cóż, Rampini mógłby to zaakceptować, o ile dostarczone mu zostaną odpowiednie dowody. I podobno mała ma stygmaty – chciałby zobaczyć je na własne oczy. Ale mówienie, że Bóg odwiedza ją pod postacią kobiety… to z całą pewnością herezja.

Ojciec Rampini sprawdza swój wygląd w lusterku wstecznym, wsuwa skórzaną aktówkę pod pachę i wysiada, wygładzając czarną koszulę i poprawiając białą koloratkę.

Drzwi probostwa się otwierają, w progu staje ksiądz MacReady. Przez ułamek sekundy obaj mierzą się wzrokiem: proboszcz i wykładowca z seminarium, spowiednik i naukowiec, Irlandczyk i Włoch. MacReady robi krok do przodu, wypełnia sobą drzwi, uniemożliwia wejście gościowi.

Równie szybko się cofa.

– Mam nadzieję, że podróż upłynęła księdzu dobrze? – pyta.

– Koło Brattleboro trochę padało – odpowiada Paul.

Wzajemna niechęć rozpływa się w zawodowej uprzejmości ni czym dym.

– Proszę wejść – mówi MacReady, rozglądając się. – Pozwoli ksiądz, że wezmę bagaż?

– Nie trzeba. Nie sądzę, bym został na długo.

To dla MacReady'ego jest nowina. Chociaż nie cieszy go perspektywa dzielenia domu z jakimś nadętym prostakiem z seminarium Świętego Jana, wie, że postawi się w złym świetle, jeśli odpowiednio go nie ugości.

– To żaden problem.

– Nie, oczywiście, że nie. Po prostu jestem przekonany, że będę w stanie zakończyć tę sprawę w kilka godzin.

Słysząc to, Joseph MacReady wybucha śmiechem.

– Naprawdę? Może jednak ksiądz wejdzie.

W samolocie z Kansas City Ian nie siedzi z Faith i ze mną, bo nie chcemy na siebie zwracać uwagi. Po godzinie lotu, kiedy Faith ogląda film, przekradam się niepewnie do mrocznej pierwszej klasy i zajmuję miejsce koło Iana. Wyciąga rękę nad podłokietnikiem i ściska moją dłoń.

– Cześć.

– Cześć.

– Co u was?

– W porządku. Na śniadanie mieliśmy płatki. A ty?

– Naleśniki.

– Och – odpowiadam uprzejmie, myśląc przy tym, że nie taką rozmowę powinni prowadzić ludzie, którzy poprzedniej nocy tak magicznie się kochali.

– Zastanawiałaś się nad przesłuchaniem?

Powtórzyłam Ianowi, co powiedziała mi mama: Joan Standish dostała wiadomość, że Colin wystąpił do sądu o przyznanie mu opieki nad Faith.

– Co mogę zrobić? Powie, że Faith nie powinna mieszkać z setką ludzi, którzy robią jej zdjęcia i zadają pytania, kiedy tylko wystawia nos za drzwi. Kto nie przyzna mu racji?

– Wiesz, że zrobię, co w mojej mocy, żeby ci pomóc – mówi Ian, ale ja tego nie wiem, nie mam o tym pojęcia.

Teraz, kiedy wracamy do domu, różnice pomiędzy nami nabierają wyrazistości, zmieniają się w pole minowe, które całkowicie przysłania pozbawiony szwów krajobraz z ubiegłej nocy. Po opuszczeniu tego samolotu Ian i ja siłą rzeczy znajdziemy się po przeciwnych stronach barykady.

Oboje siedzimy w milczeniu, pogrążeni w ponurych rozmyślaniach. Po chwili Ian ujmuje moją dłoń i odwraca ją w swojej.

– Muszę ci coś powiedzieć, Mariah. Chciałem, żeby Faith się nie udało. Myślałem, że dla rozgłosu każesz jej odgrywać ten… proroczy spektakl. Rozmyślnie postarałem się zdobyć twoje współczucie, żebyś zaprowadziła ją do Michaela.

– Mówiłeś mi to…

– Wysłuchaj mnie do końca, dobrze? Robiłem i mówiłem wszystko, żeby was przekonać do tej wizyty, powiedziałem ci też, że zaczynam wierzyć Faith. To było kłamstwo, kolejny sposób na zapewnienie sobie waszej współpracy. Tamtego wieczoru byłem napalony. Nagrałem cię, jak mówiłaś, że Faith spróbuje wykorzystać swoją moc uzdrawiania. A w Lockwood nagrałem całe to cholerne fiasko. Miałem zamiar zdemaskować waszą grę.

Wstrząśnięta, ledwo zdołałam poruszać ustami.

– Więc masz swój dowód.

– Nie. Kiedy Michael dostał ataku i uświadomiłem sobie, że Faith nie potrafiła dokonać cudu, wpadłem we wściekłość. Miałem swoją historię, ale nic dla mnie znaczyła, skoro Michael wciąż się kołysał. Okłamałem cię, Mariah, ale siebie też okłamałem. Kiedy chodziło o mojego brata, nie chciałem, by Faith okazała się oszustką. – Patrzy na mnie. – Wrzuciłem taśmę do stawu w Lockwood.

Spuszczam wzrok na kolana. W mojej głowie kołacze się jedno pytanie. Muszę wiedzieć, po prostu muszę.

– Wczoraj w nocy… Czy wtedy też kłamałeś?

Ian unosi moją twarz.

– Nie. W to jedno uwierz, jeśli już nie wierzysz w całą resztę.

Wypuszczam powietrze z płuc, które do tej pory wstrzymywałam, i odsuwam się od niego.

– Chciałam cię prosić tylko o jedną przysługę: żebyś się wstrzymał z emisją programu do rozprawy wstępnej.

– Nie zamierzam mówić na antenie, że Faith nie udało się dokonać cudu.

Głos ma tak cichy, że dopiero teraz pojmuję element, którego wcześniej nie dostrzegłam: każda wzmianka o Faith musi doprowadzić do Michaela.

– Nie chcesz, żeby ktoś się dowiedział o twoim bracie.

– To nie jest powód. Faith jednak dokonała cudu.

Prostuję się zdumiona.

– Nieprawda. Byłam tam. Widziałam, jak wybiegłeś z pokoju.

– Kiedy wróciłem dzisiaj rano, rozmawiałem z Michaelem. Naprawdę rozmawiałem. Śmiał się ze mnie. A potem mnie objął.

– Och, Ianie.

– To nie trwało długo i najpierw pomyślałem, że mi się przyśniło. Ale nie. Miałem tę minutę z Michaelem, Mariah. Jedną minutę na dwadzieścia pięć lat. – Uśmiecha się smutno. – Jedną niesamowitą minutę. – Twarz mu jaśnieje, gdy się ku mnie zwraca. – Autyzm… na tym nie polega. Nie można go włączać i wyłączać jak światło elektryczne. Nawet w dobre dni Michael zawsze był… osobny, natomiast dzisiaj rano był bratem, jakiego zawsze chciałem mieć, a to wykracza poza możliwości nauki. Nie mogę powiedzieć, że wierzę w Boga, ale… wierzę, że Faith potrafi uzdrawiać.

Tryby w moim mózgu obracają się pośpiesznie. Wyobrażam sobie Iana wychodzącego na trawnik i gromadzącego wokół siebie media. Wyobrażam sobie, jak dziennikarze spijają słowa z jego ust. Wyobrażam sobie poruszenie, które wybuchnie, gdy Ian, najbardziej wpływowy ze wszystkich wątpiących Tomaszów, obwieści, iż tym razem trafił na prawdziwą uzdrowicielkę.

Nigdy nie dadzą spokoju Faith.

– Skłam – mówię szybko. – Powiedz wszystkim, że Faith nie potrafiła nic zrobić.

– Nie kłamię, na tym polega istota mojego programu. Jestem na skraju łez.

– Musisz skłamać. Musisz.

Ian unosi moją dłoń do ust, całuje każdy palec.

– Cichutko. Zastanowimy się, jak to rozwiązać.

– My? – Kręcę głową. – Ianie, nie ma żadnych „nas”. Jesteś ty i twój program, jestem ja i problem opieki nad Faith. Jeśli jedno z nas wygra, drugie przegra.

Przytula moją głowę do ramienia i mówi kojąco:

– Cii. Udawajmy, że minęło pół roku. Ja już wiem, jak nazywało się twoje liceum, którego Disneyowskiego karła lubisz najbardziej, jaką kawę pijesz.

Uśmiecham się niepewnie.

– I w sobotnie wieczory oglądamy filmy na wideo.

– A ja na śniadanie schodzę w bokserkach. I widziałem cię bez makijażu.

– Tego akurat nie musimy udawać.

– Widzisz? – Ian muska wargami moje czoło, usuwając niepokój. – Jesteśmy w połowie drogi.

No. Haverhill, New Hampshire

A.Warren Rothbottam lubi musicale. Lubi je tak bardzo, że za własne pieniądze wyposażył swój gabinet w Sądzie Najwyższym Hrabstwa Grafton w najnowocześniejszy sprzęt stereo i sprytnie ukryte głośniki, przez co ma się wrażenie, że Carol Channing radośnie śpiewa za schludnym rzędem ksiąg prawniczych. Muzyka jednak jest za głośna do pomieszczenia i często wylewa się przez ściany na korytarz. Zasadniczo ludziom to nie przeszkadza. Jeśli już, to nadaje określony charakter sądowi, którego ten przysadzisty i mało wyrazisty budynek, znajdujący się w środku pustkowia, na pewno sam z siebie by nie miał.

Dzisiaj przed zajęciem miejsca za biurkiem sędzia Rothbottam wybrał „Evitę”. Zamyka oczy i przecina dłońmi powietrze, nucąc tak głośno, że słychać go na korytarzu.

– Proszę pana.

Nieśmiały głos wyrywa go z transu i Rothbottam krzywi się gniewnie. Naciska klawisz na interkomie, muzyka przycicha.

– O co chodzi, McCarthy? Lepiej żeby to było coś poważnego.

Urzędnik sądowy trzęsie się ze strachu. Wszyscy wiedzą, że kiedy sędzia Rothbottam słucha nagrania z pierwszą obsadą, nie należy mu przeszkadzać. Ma to coś wspólnego ze świętością muzyki. Ale z drugiej strony, pozew w trybie pilnym to pozew w trybie pilnym. A Malcolm Metz jest zbyt sławnym adwokatem, żeby mógł go zbyć byle urzędnik.

– Bardzo przepraszam, ale pan Metz dzwonił trzeci raz w związku z pozwem.

– Wiesz, co możesz mu powiedzieć, żeby z tym zrobił?

McCarthy przełyka ślinę.

– Domyślam się, panie sędzio. Czy to oznacza, że pozew zostanie odrzucony?

Zirytowany Rothbottam sięga pod biurko i wspaniały śpiew Patti LuPone urywa się w środku wysokiego C. Sędzia nigdy nie spotkał Malcolma Metza, ale człowiek musiałby być ślepy, głuchy i głupi, żeby poruszać się w prawniczych kręgach New Hampshire i nie słyszeć o nim. Suto opłacany cudotwórca z renomowanej kancelarii z Manchesteru prowadzi sprawy odbijające się wielkim echem w telewizji. To bitwa o opiekę nad Baby J, która skończyła się brzydką wojną w sądzie pomiędzy zastępczą matką a rodziną adopcyjną, wygrana sekretarki w sprawie o molestowanie seksualne przez szefa senatora, niedawne fiasko, dotyczące rozwodu mafijnego capo z jego młodą żoną. Rothbottamowi nie zależy na aplauzie publiczności, zostawia to teatrowi. Jeśli dupek w rodzaju Metza chce odgrywać swoje sztuczki, będzie musiał stosować się do reguł sędziego.

– Chwileczkę – mówi Rothbottam do urzędnika. Przesuwa palcem po pozwie o zmianę opieki nad dzieckiem, który Metz złożył dzisiaj rano wraz z prośbą o przesłuchanie jednostronne. Według adwokata, dziecko znajduje się w poważnym niebezpieczeństwie i należy niezwłocznie usunąć je spod wpływu matki; przesłuchanie jednostronne, zanim pozwana dowie się o wniosku o zmianę opieki.

Akurat takich melodramatycznych bzdur sędzia spodziewałby się od Malcolma Metza.

Rothbottam przegląda akta. White przeciwko White. Miesiąc temu udzielił im rozwodu i wtedy nie było problemu z opieką. Do diabła, co tu się dzieje?

Sędzia dopiero wtedy uświadamia sobie, że mówi głośno, kiedy przez interkom słyszy McCarthy'ego:

– Panie sędzio, to ta dziewczynka, o której mówili w wiadomościach.

– Jaka dziewczynka?

– Faith White. Ojciec chce dostać opiekę nad nią. Siedmiolatka, która wskrzesza martwych, rozmawia z Bogiem i ma stygmaty.

Rothbottam jęczy. Nic dziwnego, że Metz zniża się do przyjazdu do Nowego Kanaanu w New Hampshire.

– Nie znam Metza i wcale nie mam ochoty go poznać, choć podejrzewam, że to szczęście jednak mnie spotka. Znam za to Joan Standish, która na rozprawie rozwodowej reprezentowała matkę. Zadzwoń do Metza i powiedz mu, że ma stawić się u mnie o trzeciej. Joan i jej klientka także przyjdą. Wysłucham jego argumentów o niebezpieczeństwie, w jakim znalazło się to dziecko, i ustalimy datę rozprawy.

– Dobrze, panie sędzio. – Urzędnik wyłącza interkom, obiecawszy, że znajdzie najnowsze artykuły prasowe o Faith White.

Rothbottam.siada na moment za biurkiem, potem podchodzi do regałów i wyjmuje ze stosu nową płytę.

Muzyka z „Jesus Christ Superstar” wypełnia jego gabinet i Rothbottam się uśmiecha. Nie ma nic złego, absolutnie nic złego w tym, by wprawić się w odpowiedni nastrój do czekającej go sprawy.

Manchester, New Hampshire

Malcolm Metz z takim wdziękiem kręci się na skórzanym obrotowym fotelu, że wygląda niczym dwudziestowieczne wcielenie centaura. Gestykulując, kończy opowiadać dowcip swoim trzem totumfackim:

– Więc święty Piotr otwiera bramy nieba i wpuszcza papieża i prawnika. „Wejdźcie, pokażę wam wasze nowe mieszkanie” – mówi im. – Metz rozgląda się po słuchaczach. Zręczny adwokat jest przecież doskonałym aktorem. – Święty Piotr przystaje przed wspaniałym złotym apartamentem na chmurze. Prowadzi ich do środka, pokazuje złote krany w łazience, jedwabną pościel i kosztowne dywany, po czym mówi do prawnika: „To jest twój nowy dom”. Wychodzi z papieżem i zabiera go do malutkiej celi z umywalką i wąskim łóżkiem. „A ty będziesz mieszkał tutaj” – mówi. „Nie, czekaj!” – Metz naśladuje włoski akcent. – „Żyłem pobożnie i przewodziłem Kościołowi katolickiemu, ale muszę tu mieszkać, podczas gdy prawnik dostał apartament. Dlaczego?” Święty Piotr kiwa głową i wyjaśnia: „To prawda, ale widzisz, papieży mamy pełno, a to pierwszy prawnik, który do nas trafił!”.

Sala konferencyjna niemal trzęsie się w posadach od śmiechu – nikt bardziej niż prawnicy nie lubi żartów o prawnikach. Jednakże Metz doskonale zdaje sobie sprawę, że mógłby odczytać na głos nudny jak flaki z olejem dokument prawniczy i gdyby dał znać współpracownikom, że uważa go za zabawny, tarzaliby się po podłodze ze śmiechu. Na dźwięk interkomu unosi dłoń i młodsi adwokaci milkną.

– Połącz go, Peggy – mówi Metz do swojej sekretarki.

Współpracownicy wpatrują się w niego wyczekująco.

– Dobrze. Tak, rozumiem. – Metz odkłada słuchawkę i splata dłonie na lśniącym blacie.

– Panowie i pani – mówi – wniosek o przesłuchanie jednostronne został odrzucony.

Zwraca się do Hunsteada, swojego pierwszego zastępcy.

– Zadzwoń do Colina White'a. Powiedz mu, żeby wbił się w najlepszy garnitur i przyszedł do sądu hrabstwa Grafton o wpół do trzeciej, będę tam na niego czekał. Lee – mówi do drugiego z mężczyzn – powiadom media. Chcę, żeby wiedzieli, że zdaniem ojca, córka jest w niebezpieczeństwie.

Obaj wybiegają, zostawiając Metza z trzecią współpracownicą.

– Przykro mi, panie Metz – mówi Elkland. – Byłoby miło, gdyby się udało.

Metz wzrusza ramionami, porządkując dokumenty.

– Po prawdzie, nie spodziewałem się, że sędzia wyda decyzję na moją korzyść. – Wyrównuje stos teczek. – Złożyłem wniosek, żeby sędzia mógł go odrzucić i w ten sposób się wyładować. Spójrzmy w oczy faktom. To jasne, że żaden małomiasteczkowy sędzia nie chce kogoś takiego jak ja w swojej sali. Wolałem już, żeby Rothbottam wykorzystał wniosek do pokazania mi, kto tu jest szefem, a nie uznał go za element istotny dla sprawy.

Współpracownica jest zdumiona.

– Więc to nie był krok strategiczny? Dziewczynce nie grozi żadne niebezpieczeństwo?

– A kto to wie, do diabła? Złożenie wniosku o przesłuchanie uszczęśliwiło ojca. Odrzucenie wniosku uszczęśliwiło sędziego. A wiesz, co mnie uszczęśliwi?

– Świadomość, że pan wygra?

Metz klepie ją po ramieniu.

– Wiedziałem, że dobrze robię, zatrudniając cię – mówi.

Nowy Kanaan, New Hampshire

– Matka nie dopuści cię do córki – mówi ksiądz MacReady, obserwując gościa krzątającego się po małym pokoju gościnnym. – I trudno mieć do niej pretensje.

Rampioni odwraca się ku niemu.

– Dlaczego?

– Jest Żydówką. Nie mamy prawa tam być.

– Jest źródłem herezji – koryguje Rampini. – Jeśli nawet taka osoba nie podlega naszej jurysdykcji, możemy przynajmniej mieć wpływ na jej słowa, które sprowadzają dobrych katolików na manowce. – Wiesza marynarkę w szafie. – Z pewnością nie zgadzasz się z kwestią żeńskiego objawienia?

– Wręcz przeciwnie. Kościół przyjął za prawdziwe wiele objawień Marii Panny.

– A mówimy o niej? Nie. Bóg w sukni, Bóg jako matka. – Rampini marszczy brwi. – Nie masz z tym problemu?

MacReady odwraca się. Złożył śluby, które do końca życia zobowiązują go do pomocy innym, ale to nie znaczy, że od czasu do.czasu nie może komuś wetknąć szpilki. Siedzi na stoliku i bębni palcami o jego blat, zerkając na stos książek Rampiniego oraz kalendarz z imieninami świętych, otwarty na dniu siódmego listopada. Święty Albin, czyta. O ile dobrze pamięta, święty Albin zabił złego człowieka, dysząc mu w twarz.

– Może Bóg po prostu wygląda inaczej w oczach siedmiolatki – mówi z namysłem.

– Powiedz to dzieciom z Fatimy – odpowiada Rampini. – Trojgu dzieciom, które w przeciwieństwie do Faith White wszystkie miały tę samą wizję Matki Boskiej. Nie twierdziły, że była ubrana w spodnie albo paliła fajkę wodną. Zobaczyły Marię Pannę w taki sposób, w jaki tradycyjnie się ją przedstawia.

– Ale nie wszyscy mają wizje tradycyjne. Święta Bernadetta mówiła, że Matka Boska przemawiała do niej we francuskim dialekcie.

– Wpływy kulturowe nie stanowią sedna wizji. I co z tego, że Matka Boska rozmawiała z Bernadettą po francusku? Bernadetta była niewykształcona i nie rozumiała, kiedy Matka Boska mówiła o niepokalanym poczęciu. – Rampini zamyka torbę i wsuwa ją pod łóżko. – Z twoich słów i tego, co czytałem, wynika dość jasno, że ta dziewczynka jest oszustką. Ma halucynacje, udało jej się popaść w lekką histerię. Gdyby Faith White istotnie widywała Boga, w żadnym razie nie objawiałby się jej w kobiecej postaci. Albo objawia się Jezus Chrystus, albo nie. – Wzrusza ramionami. – Z większym prawdopodobieństwem traktowałbym te wizje jako sataniczne niż boskie.

MacReady przesuwa palcem po stole, burząc grubą warstwę kurzu.

– Jest solidny, konkretny dowód.

– Racja. Wskrzeszenie i uzdrowienie. Zdradzę ci mały zawodowy sekret. Czytałem o Lourdes, Guadalupie i setce innych miejsc, ale w całym życiu nie spotkałem jeszcze prawdziwego cudotwórcy.

Joseph MacReady patrzy mu w oczy.

– Dobry katolik powiedziałby, że mówisz jak faryzeusz.

Wciąż na wpół śpię, kiedy słyszę głos Iana, dobiegający z siedzenia za Faith.

– Jeszcze ci nie podziękowałem.

Nie otwieram oczu, tylko uważnie słucham.

Faith milczy.

– Zrobiłaś to, prawda? – nalega Ian. – Dałaś Michaelowi tych kilka minut.

– Nikomu nic nie dałam, Ian kręci głową.

– Nie wierzę ci.

– Pan nie wierzy w wiele rzeczy.

– Mów mi po imieniu – mówi Ian z uśmiechem.

– Dobrze.

Oboje wpatrują się w siebie. Faith przygładza koszulkę, Ian prostuje nogi.

– Ian? Możesz trzymać moją mamę za rękę, jeśli chcesz, Ian z powagą kiwa głową.

– Dziękuję ci. – Chwilę się waha. – A mogę potrzymać ciebie? Faith wolno wyciąga dłoń z plastrem przyklejonym na środku.

Ian ostrożnie splata palce z jej palcami. Nie przygląda się plastrowi, nie próbuje zbadać rzekomych stygmatów. Może jednak Faith dokonała cudu.

Millie Epstein otwiera drzwi, spodziewając się Mariah i Faith, wracających do domu, zamiast tego jednak widzi kolejnego mężczyznę w czarnej koszuli i koloratce.

– Co oni robią w tym Rzymie? Klonują was?

Rampini prostuje się na całą wysokość stu dziewięćdziesięciu siedmiu centymetrów.

– Proszę pani, jestem tu, by porozmawiać z Faith White na prośbę jego ekscelencji biskupa Andrewsa z Manchesteru.

– A jego kto prosił? – odpowiada Millie. – Nie chcę być niegrzeczna, ale wydaje mi się bardzo mało prawdopodobne, by moja córka albo wnuczka zwróciły się do jego wysokości…

– Ekscelencji…

– Nieważne – przerywa Millie. – Proszę posłuchać, mamy tu więcej księży niż na nowojorskiej paradzie w dzień świętego Patryka. Jestem przekonana, że jeden z nich udzieli panu wszystkich niezbędnych informacji. Życzę miłego dnia.

Chce zamknąć drzwi, ale ksiądz jej to uniemożliwia, wstawiając stopę za próg.

– Pani?…

– Epstein.

– Pani Epstein, przeszkadza pani czynnościom podjętym przez Kościół katolicki.

Millie chwilę mu się przygląda.

– A właściwie o co panu chodzi?

Teraz Rampini zaczyna się pocić. Zadaje sobie pytanie, czy nie powinien byt jednak przyjąć propozycji nieznośnego MacReady'ego, który chciał towarzyszyć mu podczas wizyty w domu Faith White. Wtedy perspektywa spędzenia dwudziestu minut na bocznych drogach w towarzystwie tego dziwacznego, liberalnego księdza wydawała się pokutą, na którą żaden sługa boży nie zasługuje. Ale naturalnie nie miał pojęcia o tym smoku strzegącym bramy.

– Dobrze – mówi – dlaczego od razu tego nie załatwimy?

– Słucham?

– Nie lubi mnie pani, pani Epstein. Nie lubi pani księży. Niech mi pani powie dlaczego.

– Widzi pan? Z brzmienia mojego nazwiska wnioskuje pan, że jestem Żydówką, i zakłada, że muszę być uprzedzona.

Rampini zgrzyta zębami.

– Przepraszam. Czy może pani poprosić Faith?

– Nie.

– Co za niespodzianka – mówi Rampini sucho.

Millie splata ręce na piersiach.

– A teraz kłamię, tak? Pewnie zaraz uzna pan, że jestem pokątną lichwiarką, co?

– Nie bardziej niż ja jestem sobowtórem Binga Crosby'ego, który pije za dużo i uwodzi ministrantów – mówi Rampini zirytowany. – Zawsze mógłbym poprosić o współpracę tego policjanta na końcu podjazdu.

– Na szczęście wygraliśmy wojnę o rozdział Kościoła od państwa – odpowiada Millie. – Dzięki wam wszystkim mojej wnuczki nie ma w domu.

Rampini czuje, jak zaczyna mu drgać mięsień w szczęce. Więc to jest ta wskrzeszona z martwych babka? I kogo rozumie przez „was wszystkich”? Kto zmusił dziewczynkę do ucieczki?

Spogląda na zadziorną, pobrużdżoną zmarszczkami twarz pani Epstein i w błysku jej oka dostrzega straszliwy smutek, wywołany tym splotem wydarzeń. Przez ułamek sekundy czuje wyrzuty sumienia.

– Pani Epstein, może gdyby mogła pani udzielić mi pewnych wskazówek, przekazałbym je biskupowi i ustalilibyśmy najlepszy sposób zbadania Faith bez denerwowania jej… czy pani.

Kobieta prycha.

– Myśli pan, że urodziłam się wczoraj?

– Z tego, co słyszałem, nie jest to dalekie od prawdy.

– A gdzie jest ten drugi? Ten sympatyczny ksiądz? – Millie rozgląda się, szukając na dziedzińcu MacReady'ego. – Odgrywacie dobrego i złego glinę?

Teraz Rampiniego boli głowa. Myśli, że ta kobieta świetnie radziłaby sobie po ich stronie w czasach Świętej Inkwizycji.

– Nie jesteśmy partnerami, przysięgam na Boga.

– Tak? – pyta Millie. – Pańskiego czy mojego?

Droga z Bostonu trwała dwie godziny, ale ogrzewanie w wynajętym srebrnym samochodzie wcale mnie nie rozgrzało. We wstecznym lusterku widzę czarnego taurusa, którego wynajął Ian. Zdecydowaliśmy, że pojedziemy osobno, bo w przeciwnym razie jak wytłumaczylibyśmy fakt, że wracamy do domu razem?

– Kłamstwa – mruczę. – Ciągle nowe kłamstwa.

– Mamusiu? – rozlega się zaspany głos Faith.

– Przespałaś się? – Łapię jej wzrok w lusterku i uśmiecham się. – Musimy o czymś porozmawiać. Po powrocie do domu zostawię cię z babcią i pójdę na spotkanie z prawniczką.

Faith prostuje się.

– Czy to znowu ma związek z tatusiem?

– W pewnym sensie. Tatuś chce, żebyś mieszkała z nim, a ja chcę, żebyś mieszkała ze mną. Miły sędzia zdecyduje, gdzie powinnaś być.

– Dlaczego nikogo nie obchodzi, co ja myślę?

– Mnie obchodzi – mówię.

Faith, przyparta do muru, waha się jednak.

– Czy muszę na zawsze wybrać jedno z was?

– Mam nadzieję, że nie, Faith. – Zastanawiam się, jak najlepiej sformułować następne zdanie. – Ponieważ mnóstwo ludzi będzie się nam przyglądało podczas tej rozprawy, może najlepiej zrobisz, jeśli… powiesz Bogu… że przez jakiś czas musisz Jej istnienie zachować w tajemnicy.

– Jak w domku.

Niezupełnie, myślę. Faith poniosła żałosną klęskę, ukrywając swój sekret.

– Bóg mówi, że to niczyj interes.

Ale tu się myli. To jest interes, kwitnący interes dotacji, zbawienia i nawet ateizmu.

– Zrób to dla mnie, Faith – mówię ze znużeniem. – Proszę.

Chwilę milczy. Później czuję, jak jej dłoń wsuwa się w wąską szczelinę pod oparciem na głowę i masuje napięte mięśnie mojego karku.

Ian przyjeżdża pod dom pół godziny przed Mariah, która zatrzymała się w McDonaldzie, by kupić Faith coś do jedzenia. Skręca na ulicę, zdumiony tym, jak bardzo tłum się powiększył.

Wszystkie sieci telewizyjne mają tu swoje samochody, jest grupa z transparentem, a sekta nie oddala swojej doskonałej pozycji przy skrzynce pocztowej. Zostaje jeszcze morze żarliwych twarzy ludzi, którzy przyszli tu, by ich uzdrowiono, położono na nich dłonie, pobłogosławiono.

Bez problemów miesza się w grupkę swoich współpracowników, bo tak tu tłoczno. Jamesa nigdzie nie widać. Asystenci drepczą za nim rządkiem, ale Ian przepędza ich i wchodzi do przyczepy.

– Nie teraz, dajcie mi odetchnąć.

Ale zamiast usiąść, krąży niespokojnie. Czeka, aż poruszenie na dworze dotrze do niego niczym prąd powietrza, po czym wychodzi i z oddali patrzy, jak Faith i Mariah wysiadają z samochodu.

Mariah jest oszołomiona, Ian widzi to wyraźnie. Prowadzi Faith do domu, zasłaniając ją przed widokiem, chociaż nie istnieje sposób na odgrodzenie jej od ryku tłumu, który wyczekiwał przez tydzień na dziewczynkę. Mariah przekazuje córkę Millie, po czym z nieznajomą kobietą – prawniczką? – maszeruje podjazdem i wsiada do jeepa.

Ian przepycha się do przednich szeregów, pomiędzy rojących się ludzi, którzy dotykają błotników i drzwi jeepa, zwalniającego na końcu podjazdu. Policja odsuwa tłum, samochód wolniutko posuwa się do przodu, Ian wpatruje się w okno od strony pasażera, siłą woli zmuszając Mariah, by na niego spojrzała. Robi to, gdy jeep skręca na drogę, Ian uśmiecha się do niej zachęcająco, a ona wygina szyję, odwraca się na siedzeniu i przyciska palce do szyby, jakby chciała go dotknąć.

Księga druga NOWY TESTAMENT

Rozdział dziesiąty

Gdy psuje się i rwie serdeczna więź,

Jej miejsce zawsze zajmie wymuszona

Grzeczność. Zwyczajna, prosta, wierna przyjaźń

Nie zna tych sztuczek.

William Szekspir, „Juliusz Cezar” *

27 października 1999

Mariah stoi obok Joan w gabinecie sędziego i strasznie się boi, że zaraz wykona fałszywy ruch. Jest nieprzyjemnie świadoma swojego ubioru, legginsów i obszernej bluzy, podczas gdy Joan ma na sobie oliwkowy kostium, a Colin i jego adwokat garnitury od Armaniego. Stoi wyprostowana jak struna, jakby postawa mogła się liczyć przy podejmowaniu decyzji o przyznaniu opieki nad Faith.

– Mariah – szepcze Colin za plecami swojego prawnika, ale ten go ucisza.

Sędzia w zapamiętaniu coś notuje, a chociaż minęła trzecia, ani Joan, ani drugi prawnik nie zwracają mu uwagi, że przesłuchanie powinno się rozpocząć. Mariah uświadamia sobie, że sędzia ma w uszach słuchawki. Miniaturowe, w rodzaju tych, których używają prezenterzy wiadomości telewizyjnych – kabelek owija małżowinę uszną jak aparat słuchowy. Sędzia sięga pod biurko, naciska coś i zdejmuje słuchawki.

– Dobrze – mówi, zwracając się do adwokata Colina; Mariah odnosi wrażenie, że chyba widziała go w lokalnym dzienniku telewizyjnym. – Panie Metz, co ma mi pan do powiedzenia?

Mężczyzna wygładza krawat kocim ruchem, który Mariah każe myśleć o fretce.

– To kwestia życia i śmierci, panie sędzio. Mariah White zagraża córce mojego klienta.

Mariah czuje na sobie wzrok wszystkich obecnych. Zalewa ją rumieniec.

– Panie sędzio, mój klient dopiero niedawno zorientował się, że życie jego córki zmieniło się w cyrkowe widowisko, i uświadomił sobie fizyczne niebezpieczeństwo, na jakie ciągle jest narażona. Żywi głębokie przekonanie, że rzeczą niezwykłej wagi jest usunięcie córki z domu matki, a jego obecna sytuacja pozwala na zapewnienie jej bezpieczeństwa. Dlatego tak nam zależało na przesłuchaniu jednostronnym i dlatego też nie mamy wątpliwości, iż pan sędzia przekaże mojemu klientowi pełną opiekę. Ze względu na dobro dziewczynki chcemy, by natychmiast zabrano ją z domu matki, nim poczynione zostaną kolejne nieodwracalne szkody.

Sędzia Rothbottam ściąga wargi.

– Sześć tygodni temu pański klient scedował opiekę na swoją byłą żonę, co skłania mnie do przekonania, że wówczas nie uważał jej za zagrożenie dla dziecka. O ile rozumiem, jedyna rzecz, która od tamtej pory się zmieniła, to aktywność prasy przed domem. W jaki sposób zagrażać może to życiu?

– Poza stresem psychicznym, wywołanym codziennym paradowaniem przed mediami, córkę mojego klienta hospitalizowano z powodu ciężkiego urazu dłoni.

– Urazu? – prycha Joan. – Panie sędzio, nie ma absolutnie żadnego medycznego dowodu, że rany Faith spowodowane zostały urazem, co potwierdzają opinie kilku lekarzy. Jestem pewna, że pan sędzia wie, iż problemem wygodnie pomijanym przez pana Metza jest to, że dziewczynka prawdopodobnie czyni cuda i rozmawia z Bogiem. A co do mediów – cóż, ich obecność przed domem nie ma nic wspólnego z moją klientką. Wręcz przeciwnie, zrobiła wszystko, co w ludzkiej mocy, by pomimo tej sytuacji zapewnić córce normalne życie. Zarzut narażania dziecka na niebezpieczeństwo wysunięty przez pana Metza jest niczym więcej jak marnie zawoalowaną próbą zamienienia słabo udokumentowanej sprawy w dramatyczny spektakl, w którym pragnie odegrać główną rolę.

Mariah nie może oderwać oczu od Joan Standish. Nigdy dotąd nie słyszała, by kobieta z taką zręcznością łączyła tak wiele słów. Sędzia Rothbottam prycha.

– Cóż, pani Standish, muszę przyznać, że pani też dała niezłe przedstawienie.

Metz siedzi na skraju krzesła: pitbull gotowy do ataku.

– Panie sędzio, pani Standish próbuje zaciemnić problem, że dziecku grozi niebezpieczeństwo. Trzy miesiące temu, kiedy mój klient rozstał się z żoną, jego córka była dobrze przystosowaną społecznie dziewczynką. Teraz jest ofiarą psychotycznych halucynacji i poważnych obrażeń cielesnych. Panie sędzio, proszę, by wziął pan pod uwagę względy bezpieczeństwa i przekazał mojemu klientowi opiekę nad dzieckiem do czasu rozprawy. Joan kompletnie ignoruje Metza.

– Panie sędzio, rozwód był dostatecznie ciężkim przeżyciem dla Faith. Kiedy ostatni raz widziała ojca, półnagi zabawiał się z inną kobietą.

– Pani wybaczy! – wtrąca oburzony Metz.

– Nie mnie powinien pan o to prosić. Ostatnie miejsce, do którego należy skierować Faith White, to dom jej ojca, panie sędzio. Proszę pozwolić jej zostać z moją klientką.

Sędzia Rothbottam bierze słuchawki i starannie zwija przewody.

– Myślę, że jak na jedno popołudnie usłyszałem dość. Nie wydaje mi się, żeby dziecku groziło jakieś niebezpieczeństwo, panie Metz. Rozprawa o przyznanie opieki odbędzie się za pięć tygodni. Ufam, że to