/ Language: Polski / Genre:sf_action / Series: Dziedzictwo Aldenata

Pieśń przed bitwą

John Ringo

Mając takich przyjaciół… Ziemia znalazła się na drodze zachłannych Posleenów. Pokojowe i przyjazne rasy galaktycznej Federacji proponują wsparcie zacofanym Ziemianom — ale nie za darmo. Ludzkość musi teraz bronić trzech światów. Kiedy ziemskie wojska spieszą do walki, a jednostki specjalne penetrują obce światy, ludzkość otrzymuje cenną lekcję: można obronić się przed wrogami, ale niech Bóg strzeże nas przed sojusznikami.

John Ringo

Pieśń przed bitwą

PROLOG

— Ile to będzie planet?

Rozmowa toczyła się przed zajmującym całą ścianę ekranem wizyjnym. Obraz nie zachęcał do przyjaznej pogawędki.

Adiutant wiedział, że pytanie było retoryczne. Ghin stawał się z wiekiem miękki i tracił zdolności przywódcze.

Ale nadal jeszcze był potężny.

— Siedemdziesiąt dwie.

— Nie licząc Barwhon i Diess.

— Nadal się jeszcze bronią.

Odpowiedzią była cisza.

— Wykorzystamy Ziemian.

Nareszcie!

— Tak, wielki Ghinie.

Cisza. Ghin spojrzał na ekran.

— Cieszy cię to, prawda, Tirianinie?

— Uważam, że to mądra decyzja, tak jak wszystkie twoje decyzje, wielki Ghinie.

— Ale powzięta zbyt późno. Bez stanowczości, bez… Jak brzmiało to ziemskie słowo? „Entuzjazm”.

Adiutant ostrożnie dobierał słowa odpowiedzi.

— Gdyby decyzję podjęto wcześniej, możliwe, że zyskalibyśmy więcej. A na pewno mniej byśmy stracili.

Odpowiedź nadeszła dopiero po chwili.

— Na początku z pewnością zyskamy więcej. Lecz jakie będą straty na dłuższą metę, Tirianinie?

— Działania najwyraźniej odniosły skutek. Ziemianie dadzą się łatwo kontrolować.

— Grupa Rintara też tak myślała.

— Tamci Ziemianie byli jeszcze nie ukształtowani. Brakowało im ogłady, byli dzicy. Nowymi rasami można o wiele łatwiej manipulować. Ziemianie nie stanowią zagrożenia, a nieliczni, którzy przetrwają inwazję, będą wdzięczni za każdy ochłap, który im rzucimy.

Ghin przez dłuższą chwilę patrzył na ekran w milczeniu.

— Może i masz rację, Tirianinie. Ale ja w to wątpię. Wiesz, dlaczego pozwalam, by kontynuowano ziemski projekt?

— Skoro sądzisz, że przesłanki są błędne, rzeczywiście mnie to dziwi.

Cisza.

— A więc dlaczego?

— Zgadnij.

Cisza, oddech i znowu dłuższe milczenie.

— Bo stracimy o wiele więcej planet bez ich pomocy?

— Częściowo dlatego. Tirianinie, bez pomocy Ziemian stracimy wszystkie planety.

— Wielki Ghinie, nasze ekspertyzy wykazują, że Posleeni przegrają, jeśli odpowiednio spowolnimy tempo przyrostu ich populacji. Zestarzeją się. Jednak do tego czasu stracilibyśmy jeszcze dwieście planet. To nie do przyjęcia.

— Te ekspertyzy są błędne, tak samo jak i te, które dotyczą Ziemian. Pod koniec tej ery to Ziemianie będą władcami, a Darhelowie staną się rasą wygnańców, żyjących na obrzeżach cywilizacji i zbierających odpadki. A powodem tego będzie twój ziemski projekt.

Tirianin usilnie starał się zapanować nad wyrazem twarzy.

— Ja… kwestionuję tę ekspertyzę, wielki Ghinie.

— To nie jest ekspertyza, młody głupcze, to są fakty.

Na ekranie wizyjnym płonęła kolejna planeta.

1

Norcross, Georgia, Sol III

14:47 czasu wschodniego USA, 16 marca 2001

Michael O’Neal był młodszym konsultantem do spraw sieci w atlanckiej firmie zajmującej się projektowaniem stron internetowych. W praktyce oznaczało to, że spędzał od ośmiu do dwunastu godzin dziennie na pracy z kodem HTML, Java i Perl. Czasem w dziale obsługi klienta potrzebowano kogoś, kto naprawdę orientował się w działaniu systemu, bo wśród klientów znalazł się akurat jakiś inżynier albo zapaleniec komputerowy. W takim przypadku zapraszano Mike’a na spotkanie, na którym siedział cicho, dopóki klient nie zadał jakiegoś trudniejszego pytania.

Wtedy Mike zabierał głos i częstował słuchaczy prawdziwym techno-bełkotem. Miało to przekonać zleceniodawcę, że w firmie pracuje przynajmniej jedna osoba, która interesuje się nim bardziej niż na przykład własną czupryną albo wynikiem gry w golfa. Na koniec konsultant do spraw sprzedaży zabierał klienta na lunch, a Mike wracał do swojego biura.

O ile Mike rzeczywiście miał zadbane włosy, to jednak nie grywał w golfa ani w tenisa, ponadto był brzydki jak troll i niski jak krasnolud. Pomimo to wytrwale piął się po szczeblach kariery zawodowej. Ostatnio zamiast awansu dostał nieoczekiwaną podwyżkę, co piekielnie go zaskoczyło. Krążyły też plotki o możliwości dalszej poprawy jego sytuacji.

Biuro, do którego się wprowadził, nie było duże. Ledwo starczało miejsca, żeby okręcić się w obrotowym fotelu.

Pomieszczenie znajdowało się tuż obok stołówki, więc kilka razy dziennie wypełniał je zapach prażonej kukurydzy.

Ale jednak było to biuro, a to oznaczało niemal wszystko. Ktoś dyskretnie przygotowywał go do czegoś, a on tylko miał nadzieję, że nie na gilotynę. Było to mało prawdopodobne — był typem człowieka, którego potrzebowała każda firma.

Był wściekły. Zbyt dużo dodatków na stronie internetowej najnowszego klienta okropnie spowalniało wczytywanie witryny. Niestety klient nalegał na pozostawienie tych „niewielkich” fragmentów kodu, które tak bardzo obciążały stronę, a Mike miał się teraz zastanowić, jak rozwiązać ten problem.

Usiadł i oparł stopy na blacie przeładowanego biurka. Bawiąc się przyrządem do gimnastyki dłoni, popatrzył na plakat „Tick” na suficie i pomyślał o zbliżającym się urlopie. Jeszcze tylko dwa tygodnie i będzie surfował po błękitnym oceanie, pił zimne piwo i podziwiał rafy koralowe. Powinienem był wstąpić do Komanda Foki, pomyślał.

Na jego twarzy malował się wysiłek wywołany ćwiczeniami. Mógłbym zostać instruktorem surfingu. Sharon dobrze wygląda w bikini.

Wypił łyk starej, wystudzonej kawy i właśnie zaczął smętnie rozmyślać nad przekształceniem skryptu Java, kiedy zadzwonił telefon.

— Michael O’Neal, dział projektów publikacyjnych, czym mogę służyć?

Odebrał telefon i wypowiedział standardową formułkę powitalną, zanim jeszcze otrząsnął się z zamyślenia.

Kiedy jednak rozpoznał głos w słuchawce, prawie zakrztusił się kawą.

— Cześć Mike, mówi Jack.

Z hukiem zdjął nogi z biurka i strącił przy tym książkę „XML dla laików”.

— Dzień dobry, sir, jak się pan miewa?

Nie rozmawiał ze swoim byłym szefem od prawie dwóch lat.

— Dosyć dobrze. Mike, będziesz mi potrzebny w McPherson w poniedziałek rano.

Co?!

— Sir, minęło osiem lat. Nie pracuję już dla wojska.

Odruch Pawłowa sprawił, że zaczął układać w myśli listę rzeczy, które musiałby zabrać ze sobą.

— Już rozmawiałem z prezesem twojej firmy. To nie jest na razie oficjalne wezwanie…

Podoba mi się ta ukryta groźba, szefie, pomyślał Mike.

— … ale zaznaczyłem, że i tak możesz wrócić na mocy Ustawy o Żołnierzach i Marynarzach.

Tak, to cały Jack. Stokrotne dzięki, szefuńciu.

— Wygląda na to, że nie będzie z tym problemu. Prezes wydawał się tylko trochę zmartwiony, że straci cię właśnie teraz. Najwyraźniej dostał jakieś nowe zlecenie i bardzo mu zależało, żebyś się tym zajął.

Tak! Mike roześmiał się w duchu. Mamy uaktualnić strony „First Onion”. Było to bardzo atrakcyjne zlecenie, za którym firma goniła prawie od roku. Kontrakt gwarantował co najmniej dobre dwa lata dochodowej pracy.

— Ale przekonałem go, że tak będzie najlepiej — ciągnął generał.

Mike słyszał w tle rozmowy, kilka innych przyciszonych głosów. Miał wrażenie, jakby generał dzwonił z telefonicznej agencji towarzyskiej albo jakby kilka oddziałów wojska odbywało w tym samym czasie podobne rozmowy.

— O co w tym wszystkim chodzi, sir?

Odpowiedzią było milczenie. Męski głos w tle zaczął krzyczeć. Ktoś najwyraźniej nie był zadowolony z tego, co usłyszał od swojego rozmówcy.

— Niech zgadnę. Tajna operacja?

Udzielenie jakiejkolwiek odpowiedzi na to pytanie oznaczałoby pogwałcenie operacyjnych zasad bezpieczeństwa. Mike zdrapał plamkę tuszu z lakierowanego blatu biurka i znowu chwycił przyrząd do gimnastyki.

Ciśnienie krwi… Odszedł z wojska głównie z powodu zasad bezpieczeństwa i nadużywania władzy przez przełożonych. Nie miał zamiaru znowu dać się w to wciągnąć.

— Przyjedź, Mike. Budynek wywiadu przy Dowództwie Sił Zbrojnych.

— Tak jest, panie generale.

Urwał na chwilę, po czym dodał sucho:

— Sharon się wścieknie.

* * *

Mike mył właśnie brokuły, kiedy usłyszał zajeżdżający samochód. Wytarł ręce i otworzył drzwi do garażu, żeby dzieciaki mogły wejść do środka. Pomachał im i znowu stanął nad zlewem.

Czteroletnia Cally pierwsza przeszła przez drzwi i otrzymała od taty mocny, mokry uścisk.

— Tatusiu! Jestem cała mokra!

— Wielki, mokry tatuś przytula! Wrrr!

Pomachał wilgotnymi rękami, a dziewczynka z wrzaskiem pobiegła do pokoju.

W tym czasie przydreptała dwuletnia Michelle i wręczyła mu swój najnowszy rysunek z przedszkola.

— A cóż to za arcydzieło?

Popatrzył na zielono-niebiesko-czerwone gryzmoły i bezradnie zerknął na żonę, która właśnie stanęła w drzwiach.

— Krowa! — wyjaśniła.

— No, Michelle, to bardzo ładna krowa!

— Muuu!

— Tak, muuu!

— Soku!

— Dobrze, ale czy moja duża dziewczynka umie powiedzieć „proszę”? — zapytał Mike z uśmiechem i odwrócił się w stronę lodówki.

— Plosie — wymówiła miękko.

— Dobrze — sięgnął w głąb lodówki i wyciągnął kubek. — Tylko nie rozlej.

— Bałagan! — odpowiedziała, przyciskając kubek do piersi.

— Żadnego bałaganu.

Zaniosła kubek do pokoju, żeby jak w każde popołudnie obejrzeć na wideo film.

— Puchatek!

— Kopciuszek!

— Ciuszek!

Mike usłyszał, jak starsza córka włącza magnetowid. Tymczasem jego żona przebrała się i wróciła do kuchni.

Była wysoką, szczupłą kobietą o kruczoczarnych włosach i dużych, jędrnych piersiach. Nawet po urodzeniu dwójki dzieci poruszała się z gracją tancerki, którą była, zanim się poznali. Zapisała się wtedy na siłownię, w której pracował, żeby poprawić sprawność swoich mięśni. W całym klubie Mike najlepiej potrafił wytrenować mięśnie, więc przydzielono ją właśnie jemu. Dalej wypadki potoczyły się same i oto teraz po ośmiu latach wciąż byli razem.

Czasami Mike zastanawiał się, co ją przy nim trzymało. Wiedział także, że trzeba by użyć łomu, żeby go z nią rozdzielić. Albo przynajmniej odwołać się do jego poczucia żołnierskiego obowiązku.

— Twój agent zadzwonił do mnie do pracy — powiedziała. — Twierdzi, że cię nie było.

— Ach tak? — miał nadzieję, że tą odpowiedzią wykręci się od wyjaśnień.

Od jakiegoś czasu burczało mu w brzuchu. Wyjął z lodówki butelkę krajowego Chardonnay i zaczął rozglądać się za korkociągiem.

Oparła się o stół i spojrzała na niego uważnie. Wydzielał same złe fluidy.

— Jesteś dziś wcześnie w domu — stwierdziła, splatając ręce na piersi. — Co się stało?

Zyskał na czasie, wyciągając korek i nalewając jej kieliszek wina.

— Co?

Spojrzała podejrzliwie na Chardonnay, jakby się obawiała, że jest zatrute. Po sześciu latach małżeństwa niewiele dawało się przed nią ukryć. Mogła nie wiedzieć dokładnie, o co chodzi, ale była pewna, że o nic dobrego.

— A, nic się nie stało, naprawdę — powiedział i pociągnął łyk piwa domowej roboty. Miał wrażenie, że łagodny specyfik jest ciężki jak ołów, a zaraz potem poczuł nerwowe skurcze żołądka. Sharon zaczynała się już naprawdę wściekać.

— Cholera, wykrztuś to wreszcie — wrzasnęła. — Wylali cię czy co?

— Nie, nie, przywrócili mnie z powrotem. Tak jakby.

Odwrócił się przodem do kuchenki i zaczął przecedzać makaron al dente.

— Co? Do służby? Przecież odszedłeś… Ile? Osiem lat temu?

Mówiła cicho, ale ze złością. Starali się nigdy nie kłócić przy dzieciach.

— Prawie dziewięć — zgodził się.

Spuścił głowę i skoncentrował się na przygotowaniu makaronu. Dodał zmiażdżone kawałki czosnku, a powietrze nasyciło się zapachem tej przyprawy.

— Odszedłem prawie pół roku przed naszym poznaniem.

— Nie jesteś już rezerwistą!

Złapała go za rękę, żeby się odwrócił i spojrzał na nią.

— Wiem, ale Jack zadzwonił do Dave’a i wiercił mu dziurę w brzuchu, żeby pozwolił mi na jakiś czas odejść.

Popatrzył w jej błękitne oczy i nie mógł pojąć, dlaczego po prostu nie odmówił Jackowi. Wyraz bólu w jej spojrzeniu był dla niego prawie nie do zniesienia.

— Jack? Chodzi o generała Hornera? Tego samego, który chciał, żebyś został oficerem? — zapytała z nutą podejrzliwości w głosie i odstawiła kieliszek.

— A ilu znasz Jacków? — zapytał żartobliwie, żeby rozładować napięcie.

— Ja go nie znam. To ty go znasz.

Podeszła do niego, ograniczając mu swobodę ruchów, żeby przyprzeć go do muru.

— Rozmawiałaś już kiedyś z generałem Hornerem.

Znowu zajął się makaronem, świadomie uciekając od kłótni.

— Raz, zanim podszedłeś do telefonu.

— Mhm.

— A po co, u licha, jesteś im potrzebny? — zapytała i podeszła jeszcze bliżej.

Czuł delikatne ciepło jej ciała, rozgrzanego winem i kłótnią.

— Nie wiem.

Skończył przecedzać makaron i dodał sosu Alfredo, grzejącego się dotąd pod przykryciem na kuchence.

Powietrze nasyciło się mocnym zapachem parmezanu i przypraw.

— No to zadzwoń do generała Hornera i powiedz mu, że nie pojedziesz, dopóki nie dowiemy się, po co. I ani makaron, ani sos Alfredo nic ci nie pomogą.

Znowu splotła ręce, ale zaraz je opuściła, chwyciła kieliszek i wypiła łyk wina.

— Kochanie, znasz zasady. Kiedy dzwonią po ciebie, musisz jechać.

Nałożył córkom kolację i postawił talerze na tacy, żeby mogły jeść przed telewizorem. Zazwyczaj starali się siadać wspólnie do posiłku, ale dziś wieczór wydawało się, że będzie lepiej, jeśli zjedzą oddzielnie.

— Nie. Nie ja — odparła, gestykulując tak gwałtownie, że rozlała Chardonnay. — Nikt wprawdzie nie próbował, ale nie byłoby im tak łatwo ściągnąć mnie z powrotem do marynarki. Niech mnie diabli, jeśli kiedykolwiek wrócę do służby.

Potrząsnęła głową, odrzucając z czoła nie istniejący kosmyk włosów, i czekała na odpowiedź.

— Cóż, nie wiem, co ci mam teraz powiedzieć — odparł łagodnie.

Popatrzyła na niego przez dłuższą chwilę.

— Ty chcesz wrócić.

To było oczywiste oskarżenie.

— Wiesz, że będzie mi cholernie ciężko zajmować się jednocześnie domem i pracą, kiedy wyjedziesz!

— Cóż…

Zdawało się, że cisza po tej odpowiedzi będzie trwać wiecznie.

— Boże, Mike, minęły lata! Nie masz już osiemnastu lat.

Z zaciśniętymi ustami i zmarszczonym czołem wyglądała jak mała dziewczynka zbierająca ślinę do splunięcia.

— Kochanie — powiedział, drapiąc się po podbródku i patrząc w sufit. — Generałowie nie dzwonią do nikogo osobiście i nie przywracają mu wojskowego statusu, żeby kazać mu potem biegać w kółko po pustkowiu. — Opuścił wzrok i potrząsnął głową.

— O cokolwiek by chodziło, jest im potrzebna moja wiedza, a nie bicepsy. Ale czasem, tak, rzeczywiście zastanawiam się, czy będąc w tej chwili na przykład dowódcą kompanii w Eighty-Dance nie robiłbym czegoś ważniejszego, bardziej przydatnego niż najlepsza nawet strona internetowa dla czwartego pod względem wielkości banku w kraju!

Przyozdobił czosnkiem i ziołami makaron oraz piersi kurczaka, i podał Sharon talerz.

Potrząsnęła głową. Musiała przyjąć jego argumentację, ale nadal nie była zadowolona.

— Wyjeżdżasz już dzisiaj?

Wzięła talerz i popatrzyła na kurczaka tak samo podejrzliwie jak przedtem na wino. Odrobina alkoholu i węglowodanów, żeby uspokoić histeryczną żoneczkę. Niestety właśnie tak się zachowywała. Mike doskonale znał jej gwałtowne reakcje na samą wzmiankę o wojsku i starał się je złagodzić. Bardzo się starał.

— Nie, muszę być w McPherson dopiero w poniedziałek rano. Jadę tylko do McPherson. To nie jest po drugiej stronie Księżyca.

Wziął szmatkę i starł nie istniejącą plamę z szarego blatu stołu. Widział światło na końcu tunelu, ale kiedy Sharon była na wojennej ścieżce, równie dobrze mógł to być nadjeżdżający pociąg.

— Nie, ale jeśli myślisz, że zabiorę dzieciaki do południowej Atlanty, to chyba zwariowałeś — odpowiedziała, świadoma, że traci grunt pod nogami.

Wiedziała, że to ostateczny argument, i zastanawiała się, co by się stało, gdyby zmusiła Mike’a do wyboru między nią a wojskiem. Myślała o tym wcześniej już kilkakrotnie, ale nigdy nie doszło do takiej rozmowy. Teraz bała się zapytać. Tak naprawdę złościło ją to, że wiedziała, iż nie ma racji. Jej własne doświadczenia zraziły ją do kariery wojskowej, ale nie do poczucia obowiązku wobec ojczyzny. Teraz zaczęła się zastanawiać, jak sama zareagowałaby na podobną sytuację.

— Hej, może mam tylko kogoś zastąpić. I to na krótko — powiedział Mike, wzruszając ramionami.

Podrapał się w podbródek. Od rana jego twarz zdążyła się już pokryć warstwą ciemnego, gęstego zarostu.

— Sam w to nie wierzysz — odparła.

— Nie, nie wierzę — potwierdził ponuro.

— Dlaczego?

Usiadła przy stole kuchennym i odkroiła kęs kurczaka. Był wspaniale przyrządzony, jak zawsze wyśmienity. Ale w jej ustach smakował dzisiaj jak piasek.

— Cóż… powiedzmy, że to przeczucie.

Mike zabrał się do nakładania na talerz swojej porcji posiłku. Spodziewał się, że w najbliższej przyszłości w jego diecie zabraknie poulet avec herb.

— Ale weekend mamy dla siebie? — zapytała.

Pociągnęła łyk Chardonnay o dymnym posmaku, żeby popić wspaniałą potrawę, którą miała w ustach.

— No to zastanówmy się, co będziemy robić.

Uśmiechnęła się lekko, i mimo wszystko był to jednak uśmiech.

* * *

— Mogę zobaczyć jakieś dokumenty, sir? Prawo jazdy?

Wstałem dziś o wiele za wcześnie na takie głupoty. Trzy godziny jazdy dzieliły jego dom w Georgia Piedmont od siedziby Dowództwa Sił Zbrojnych w Fort McPherson w Georgii. Tuż przy drodze krajowej 75-78 zielone trawniki i murowane konstrukcje skrywały całą masę strzeżonych budynków. Kierowano stąd działaniami wszystkich sił bojowych armii, więc zabezpieczenia musiały być znakomite. Media rzadko interesowały się tym obiektem. Gdyby duża ilość personelu wojskowego i cywilnego zgromadziła się nagle w Fort Myers w Wirginii albo w bazie lotnictwa wojskowego w Nellis, na pewno by to zauważono. Takie miejsca uważnie obserwowano, ale nie McPherson. Obiekt obsługiwało lotnisko Hartsfield, największe w Stanach Zjednoczonych, a ruch uliczny w Atlancie był na tyle duży, że o gromadzeniu się personelu wiedzieli tylko starannie dobrani żołnierze żandarmerii wojskowej.

— Dziękuję, sir — powiedział ponury strażnik, kiedy już wnikliwie przestudiował prawo jazdy i dokładnie porównał fotografię z twarzą Mike’a.

— Proszę jechać główną drogą aż do rozwidlenia. Potem w prawo. I dalej aż do siedziby Dowództwa; to szary, betonowy budynek z emblematem. Za głównym budynkiem po lewej stronie jest budka strażnika. Proszę tam pojechać i zastosować się do wskazówek żandarmerii.

— Dziękuję — powiedział Mike i wrzucił bieg, kiedy odebrał dokumenty.

— Nie ma za co — powiedział strażnik za odjeżdżającym pojazdem. — Życzę miłego dnia.

Komandos Delta Force w mundurze żandarmerii wojskowej podniósł słuchawkę telefonu służbowego.

— O’Neal, Michael L., 216-29-1145, 0657. Pod specjalnym nadzorem generała broni Johna Hornera.

Przez chwilę starszy sierżant zastanawiał się, o co w tym wszystkim chodzi i dlaczego Mike nosi oznaczenie rangi wojskowej o trzy stopnie niższej niż ta, którą rzeczywiście miał. Ale zaraz przestał się zastanawiać.

Umiejętność powstrzymywania ciekawości była bardzo pożądana podczas długoterminowej służby w oddziałach Delta. Cholera, pomyślał, niezły mięśniak z tego gościa. Zaraz jednak zapomniał o nim, kiedy pod bramę podjechał kolejny cywilny samochód.

* * *

— Już zapomniałem, jaki z niego mięśniak — mruknął pod nosem generał broni John J. (Jack) Horner, kiedy stał w wygodnej pozycji na spocznij i patrzył, jak Volkswagen z warkotem silnika podjeżdża na parking.

Wysoki na ponad dwa metry i zabójczo przystojny generał stanowił doskonały wzór starszego oficera.

Był szczupłym mężczyzną o twardym spojrzeniu i surowym wyglądzie, który uśmiechał się tylko wtedy, kiedy miał zrugać jakiegoś niekompetentnego młodszego oficera. Stał mężnie wyprostowany, a mundur polowy pasował na niego tak, jak gdyby wbrew przepisom został uszyty na miarę. Krótko przycięte srebrzyste włosy i lodowato niebieskie oczy nadawały mu wygląd dokładnie takiego człowieka, jakim był — nieodrodnego potomka pruskich wojowników. Gdyby nosił płaszcz i wysokie buty, mógłby niepostrzeżenie wślizgnąć się do dowództwa Wehrmachtu podczas drugiej wojny światowej.

Dwadzieścia siedem lat służby wojskowej spędził wyłącznie w wojskach powietrznodesantowych i jednostkach specjalnych. Mimo że nigdy nie udało mu się uzyskać najbardziej pożądanego stanowiska dowódcy pułku Rangersów, niewątpliwie był światowej klasy ekspertem w dziedzinie taktyki piechotnej i doktryny wojskowej.

Oprócz tego uchodził także za znakomitego zwierzchnika, przywódcę w starym stylu. W swojej karierze miał do czynienia z wieloma ludźmi, ale tylko niektórzy dorównywali krępemu mocarzowi, który właśnie zbliżał się do niego przez szmaragdowozielony trawnik. Horner uśmiechnął się w duchu, kiedy przypomniał sobie dzień, w którym po raz pierwszy spotkał byłego podoficera.

* * *

Grudzień 1989. Pogoda odpowiadała standardom zimy w Północnej Karolinie. Deszcz padał ponuro, a niebo nad Fort Bragg, siedzibą wojsk powietrznodesantowych, zasnuwały ciężkie gradowe chmury. Pomimo pogody podpułkownik Horner był zadowolony ze swojej pierwszej akcji treningowej w terenie jako dowódca batalionu.

Jednostki, które on i jego starszy sierżant niemiłosiernie męczyli przez trzy długie miesiące, spisały się niezawodnie w trudnym terenie. Jeszcze rok wcześniej, pod innym dowództwem, oblały ten sam Test Gotowości Bojowej i Program Oceny. Pomimo deszczu Bóg najwyraźniej był jednak w niebie i świat kręcił się aż do chwili, gdy nagle w jeepie pękła opona.

Jeep wyposażony był zawsze w koło zapasowe. Zwisał z niego plecak kierowcy, zawierający niezbędne w takiej sytuacji narzędzia. Ale kiedy kierowca przyznał się, że tym razem nie zapakował tych narzędzi, podpułkownik Horner uśmiechnął się. To był bardzo rosyjski uśmiech. Nie sięgał oczu.

— Nie ma narzędzi? — zapytał groźnie pułkownik.

— Nie, sir.

Specjalista przełknął, a jego pokaźne jabłko Adama przesunęło się w górę i w dół.

— Nie ma podnośnika?

— Nie, sir.

— Starszy sierżancie? — rzucił pułkownik.

Sierżant, zapięty w gortexowy płaszcz przeciwdeszczowy, próbował dostrzec w całej sytuacji coś zabawnego.

— Mam go odprowadzić na kwaterę, sir? — zapytał i wsunął ręce pod pachy, przygotowany na długie oczekiwanie w marznącym deszczu.

Miał cholerną nadzieję, że spadnie śnieg. Zmniejszyłoby to ryzyko hipotermii.

— Właściwie byłbym wdzięczny za jakieś sugestie — powiedział pułkownik z tą samą nutą groźby w głosie.

— Inne niż ta oczywista, żeby przywołać rozjemców?

Zmieszanie dowódcy wywołało uśmiech na hebanowej twarzy sierżanta. Uważał Jacka za najlepszego dowódcę batalionu, jakiego kiedykolwiek spotkał, a zawsze było zabawnie obserwować go przy rozwiązywaniu mniejszych problemów. Pułkownik bardzo nie lubił zajmować się duperelami. To tak, jakby urodził się już generałem i tylko czekał, aż będzie miał adiutantów, którzy wyręczą go w sprawach kierowców i ich błędów.

— Inne niż ta, żeby przyznać przez radio, że mój kierowca jest idiotą, i wezwać zespół ratunkowy z powodu złapania gumy. Reynolds — powiedział i odwrócił się do specjalisty czwartego stopnia, stojącego na baczność w marznącej mżawce — bardzo chciałbym wiedzieć, coś ty sobie, do cholery, myślał.

— Sir, niedługo czeka nas test przydatności operacyjnej — powiedział specjalista, który teraz desperacko pragnął, żeby nagle ustały jego procesy życiowe albo żeby ziemia rozstąpiła się pod nim i go pochłonęła.

— Aha, mów dalej. Nie krępuj się użyć więcej niż tylko jednego zdania — powiedział pułkownik.

— Chyba wiem, do czego on zmierza — zaśmiał się starszy sierżant.

Specjalista wziął głęboki oddech i mówił dalej drżącym głosem.

— No, zestaw narzędzi przydaje się tylko w gównianych sprawach, jak zmiana koła…

— Jak teraz! — warknął pułkownik.

— Tak, sir — uparcie ciągnął specjalista. — Kiedy pojazd jest dobry, opony rzadko się psują. A to jest dobry jeep i cholerna nowa opona! Ale na przeglądzie inspektorzy wiedząc, że najwięcej forsy idzie zawsze na pojazdy dowódców, sprawdzają je bardzo dokładnie. A kiedy nie znajdą nic poważnego, czepiają się takich dupereli jak odprysk farby na podnośniku czy sprzęcie. Dlatego kazałem szefowi mechaników załatwić nowy zestaw narzędzi i żeby się nie rozpieprzył…

— Wiedziałem! — zaśmiał się podoficer. — Boże, nienawidzę takich sytuacji. Następnym razem, Reynolds, weź dwa zestawy narzędzi i trzymaj tylko jeden w szafie!

— Reynolds!

Pułkownik powstrzymał się od dalszego ciągu wypowiedzi. Skręcenie karku idiocie niczego by nie rozwiązało.

Złościło go poczucie niedopatrzenia, bo nie zajął się sam tą sprawą przed akcją.

— Tak, sir?

— Twoja bezmyślność zasługuje niemal na uznanie.

Horner spojrzał w niebo, jakby szukał tam wsparcia.

— Tak jest, sir.

— Powinienem opisać to w aktach i dopilnować, żebyś już zawsze był kierowcą — powiedział pułkownik.

— Tak jest, sir.

— To nie jest komplement — powiedział oficer i uśmiechnął się jak tygrys.

— Tak jest, sir.

Reynolds wiedział, że kiedy pułkownik uśmiecha się w ten sposób, siedzi się po uszy w szambie. No, skauci, pomyślał, wybieram się do was.

— Starszy sierżancie Eady?

— Oddziały Alfa.

Kiedy toczyła się rozmowa, starszy sierżant zdążył wyciągnąć i przejrzeć plan dyslokacji taktycznej. Marznący deszcz coraz większymi kroplami padał na foliową powłokę mapy i od czasu do czasu trzeba było strząsać nagromadzoną wodę. Wyglądało na to, że wieczorem spadnie śnieg. Sierżant chciałby być już wtedy w Centrum Operacji Taktycznych i przebrać się w wygodne ubranie.

— Gdzie? — rzucił pułkownik i podszedł do jeepa.

— Na południe od najbliższej poręby, która powinna być jakieś dwieście metrów na lewo, za zakrętem, potem jeszcze jakieś sto pięćdziesiąt, dwieście metrów. Polana na prawo. O ile pamiętam, przy drodze na skraju polany rośnie trafiona piorunem sosna.

Podoficer jeździł po tych drogach jeszcze zanim specjalista nauczył się jeść bez pomocy mamusi.

— Reynolds — warknął pułkownik, wskoczył do otwartego jeepa i oparł stopę na zabłoconym boku.

— Sir?

— Zakładam, że potrafisz przebiec czterysta metrów w oporządzeniu.

Pułkownik przybrał tę samą pozycję, co starszy sierżant z tyłu. Włożył ręce w rękawiczkach pod pachy i lekko się skulił. Była to pozycja doświadczonego i zdrowo wkurzonego oficera piechoty, przygotowanego na długie oczekiwanie w zimnym, marznącym deszczu.

— Tak jest, sir!

Specjalista stanął na baczność, szczęśliwy, że będzie miał gdzie umknąć przed lodowatym wzrokiem swojego dowódcy.

— Jazda.

Zmieszany specjalista pobiegł jak gazela. Zimne błoto z każdym krokiem rozbryzgiwało się na wszystkie strony.

— Sierżancie — powiedział spokojnie pułkownik, kiedy postać żołnierza zniknęła za pierwszym zakrętem.

— Tak, sir! — powiedział Eady i wyprostował się w fotelu, ale nie wyjął rąk spod pach.

— Sarkazm? — zapytał surowo pułkownik.

— Sarkazm? U mnie, sir? Nigdy — powiedział i odchylił się do tyłu.

Wyciągnął przed siebie prawą rękę z wysuniętym kciukiem i palcem wskazującym. Zmieściłoby się między nimi ziarnko grochu.

— Może tylko troszeczkę. Odrobinkę.

— Zastanawiam się, czy nie znaleźć nowego kierowcy… — powiedział pułkownik i rozluźnił się nieco.

Cała ta sytuacja była po prostu głupia i zbyt mało istotna, żeby się nią przejmować.

— Doprawdy? — zaśmiał się starszy sierżant.

— Chodzi nie tyle o to, że jest tak cholernie głupi — ciągnął zrezygnowany pułkownik z lekkim uśmiechem. — Tylko o to, że albo jest arogancki, albo strasznie przymilny.

— Cóż, pułkowniku — powiedział podoficer, zdjął kevlarowy hełm i podrapał się w głowę.

Zimny wiatr zdmuchnął z niej łupież. Zadbawszy w ten sposób o podstawową higienę osobistą, sierżant założył hełm na głowę i zajął się dopinaniem wszystkich pasków. Pasek na podbródku był przetłuszczony; zużyty materiał przesiąkł potem podczas długich operacji polowych.

— Jeśli chodzi o to, że jest małym lizusem, to głównie dlatego dostał tę pracę. Poza tym cholernie dobry z niego biegacz. Pułkownik Wasserman uwielbiał biegaczy.

Hebanowej karnacji żołnierz, także znakomity biegacz, uśmiechnął się z zadowoleniem. Z jego punktu widzenia była to ostatnia rzecz, którą należało zmienić w całym batalionie.

— Pułkownik Wasserman był o włos od wydalenia go ze służby i nadal niewiele brakuje, żeby go wyrzucono na bruk — pułkownik parsknął śmiechem.

On i starszy sierżant starali się doprowadzić żołnierzy do przyzwoitego poziomu, ale Reynolds najwyraźniej należał do tych, którzy najlepiej nadawali się do „starej gwardii”. Prezentował się znakomicie podczas inspekcji, ale na ćwiczeniach po prostu nie mógł czegoś nie schrzanić. Horner westchnął zrezygnowany. Zdawał sobie sprawę, że w pewnych sytuacjach nawet trening nie pomagał.

— Zasadniczo działam według następującego planu — ciągnął. — Jeśli pułkownik Wasserman uważa coś za doskonały pomysł, ja staram się zrobić coś zupełnie odwrotnego. W pewnym sensie żałuję, że nie mogę się tego trzymać przez resztę mojej kariery. To jak latarnia morska. Potraktuj Reynoldsa łagodnie. Daj mu miły list polecający z twoim podpisem, nie moim, i odeślij go do kompanii Charlie. Znajdź kogoś na jego miejsce. Niech Bóg ma nas w swojej opiece, jeśli będziemy musieli iść na wojnę z takim głupkiem.

Przez chwilę obaj dowódcy w milczeniu wsłuchiwali się w odgłosy zawieruchy. Najwyraźniej przyszła pora na grad, a chwilami sypało też śniegiem lub padał marznący deszcz. Z oddali dobiegały pomruki kanonady korpuśnej artylerii, odbywającej jak co pół roku ćwiczenia. Pogoda dawała kanonierom niezły trening. Ten wojskowy eufemizm oznaczał kiepską sytuację, w której miało się cholerne kłopoty. Ich aktualne położenie spełniało wszystkie wymagania „niezłego treningu”.

— A gdzie jest jeep, do cholery? — zapytał pułkownik z wyraźną rezygnacją w głosie.

W innych okolicznościach widok na drodze byłby komiczny. Reynolds był wysoki i szczupły. Żołnierz, który szedł obok niego i niósł gigantyczny, przeładowany plecak, był niski — Horner dowiedział się później, że miał sto pięćdziesiąt siedem centymetrów wzrostu — i niesamowicie szeroki w barach. Wyglądał jak zakamuflowany troll albo półork. Obrazu dopełniał zbyt duży hełm typu Fryc, a kiedy podszedł bliżej, również zbyt duży nos. Pod pachą niósł pokaźny sosnowy pień, który mógł ważyć dobre trzydzieści, czterdzieści kilogramów, a na jego twarzy malował się wyraz wysiłku. Żołnierz wyglądał na dużo bardziej rozzłoszczonego niż pułkownik i sierżant.

— Specjalista, hm, O’Neal, dowódca jednej z sekcji moździerzy — szepnął starszy sierżant, kiedy żołnierze się zbliżyli. Wysiadł z jeepa, a pułkownik zrobił to samo, przygotowany do udzielenia ochrzanu prawdziwie w swoim stylu.

— Sir — Reynolds brnął w beznadziejną sytuację — kiedy dotarłem do plutonu, dowiedziałem się, że wszystkie pojazdy odstawiono właśnie do tankowania…

Tymczasem O’Neal podszedł do tyłu jeepa bez słowa powitania. Puścił pień, zdjął plecak i chwycił za zderzak.

Przykucnął, naprężył się i wypuszczając powietrze z płuc uniósł róg półtonowego jeepa.

— Tak, poradzimy sobie — stęknął i opuścił jeepa z powrotem w błoto.

Pojazd zakołysał się na amortyzatorach i jeszcze bardziej zachlapał Reynoldsa zimną, kleistą gliną. Zachowanie O’Neala skutecznie odwróciło uwagę pozostałych żołnierzy od Reynoldsa.

— Dzień dobry, starszy sierżancie — powiedział O’Neal.

Nie zasalutował. Pomimo konkretnych rozkazów dywizyjnych, które nakazywały tak robić, osiemdziesiąta druga dywizja tradycyjnie uznawała salutowanie na polu walki za kuszenie snajperów — a zatem za rzecz nazbyt złą, by przyzwyczajać do niej żołnierzy.

Starszy sierżant wyciągnął rękę na powitanie.

— Siemanko, O’Neal.

Zdziwiła go siła uścisku. Miał już do czynienia z O’Nealem, ale nigdy jeszcze nie przekonał się o jego niesamowitej kondycji fizycznej. Luźny ubiór skrywał ciało, które było najwyraźniej jednym wielkim muskułem.

— Specjalisto — powiedział surowo pułkownik. — To nie był dobry pomysł. Spróbujmy wymyślić coś bezpieczniejszego, dobra? Naderwanie ścięgna tylko pogorszyłoby sytuację.

Przechylił głowę na bok jak sokół i wpił w żołnierza swoje najbardziej mroźne spojrzenie.

— Tak, sir, domyślałem się, że pan to powie — powiedział specjalista.

Przesunął w ustach odrobinę żutego tytoniu i ostrożnie splunął.

— Sir, z całym należnym szacunkiem — wycedził — każdy cholerny dzień spędzam na pracy z takimi ciężarami.

Podnosiłem już wcześniej dla wprawy jeepy bojowe, jeden nawet kiedyś przewróciłem. Teraz chciałem tylko sprawdzić, czy razem z dodatkowym sprzętem komunikacyjnym jeep nie będzie za ciężki. Poradzimy sobie.

Podniosę go, sierżant wsunie pod spód kłodę, zmienimy koło i już nas nie ma.

Pułkownik przez chwilę patrzył na specjalistę. O’Neal z podobnie chmurnym wyrazem twarzy wykrzywił dolną wargę. Twarz pułkownika na chwilę zachmurzyła się jeszcze bardziej, co było u niego niewątpliwą oznaką rozbawienia. Taktownie nie zapytał, dlaczego to starszy sierżant, a nie kierowca miał wsunąć belkę pod jeepa.

Najwyraźniej O’Neal podzielał jego zdanie o Reynoldsie.

— Macie jakieś imię, O’Neal? — zapytał pułkownik.

— Michael, sir — powiedział specjalista.

Przesunął tytoń w ustach na drugą stronę. Poza tym jednak z jego twarzy nie zniknął wyraz rozdrażnienia.

— Michael czy Mike? — zapytał pułkownik z jeszcze bardziej zachmurzoną miną.

— Mike, sir.

— Ksywa?

— Mocarne Maleństwo — zdradził niechętnie specjalista.

Starszy sierżant zaśmiał się, a twarz pułkownika bardzo się zachmurzyła.

— Cóż, specjalisto O’Neal, z niechęcią wyrażam zgodę na to postępowanie.

— A jak odkręcimy mocowania? — zapytał sierżant.

Zaprzątało to jego myśli bardziej niż kwestia podniesienia jeepa. Na podnośnik nadawało się w razie czego wiele rzeczy, ale brakowało klucza do śrub.

Specjalista O’Neal sięgnął do kieszeni plecaka i triumfalnie wyjął klucz nasadowy o ośmiocalowym ramieniu.

— Powodzenia — parsknął śmiechem Reynolds. — Śruby przykręcano kluczem udarowym.

Grymas uśmiechu na chwilę rozjaśnił chmurną twarz O’Neala. Zimna woda wsiąkła w materiał jego munduru, kiedy klęknął w błocie, wyregulował klucz i przytknął do śruby. Wziął głęboki wdech i wypuścił powietrze z głośnym sapnięciem. Jego ręka przesunęła się do przodu jak prasa mechaniczna, a śruba obluzowała się z piskiem naprężanej stali.

— Mistrzem jest ten — powiedział, rozluźniając mięśnie i powoli wypuszczając z płuc resztę powietrza — kto się stara najlepiej jak umie.

Znowu splunął, zręcznie odkręcił śrubę i zajął się następną.

Twarz pułkownika zachmurzyła się, ale w jego zazwyczaj zimnych oczach można było dostrzec błysk. Odwrócił się, żeby nikt tego nie widział, i mrugnął do sierżanta. Znaleźli nowego kierowcę.

* * *

— Siemanko, Mike? — zapytał generał Horner, kiedy zbliżająca się postać przerwała mu tok wspomnień.

Mike schował pod pachę pudełko cygar i uścisnął dłoń.

— W porządku, sir, w porządku. Co u żony i dzieci?

— Wszystko dobrze. Nie uwierzyłbyś, jak dzieciaki urosły. A co u Sharon i dziewczynek? — zapytał.

Zauważył w przelocie, że były żołnierz nic nie stracił ze swojej muskulatury. Ściskał dłoń jak dobrze naoliwione imadło. Jeżeli cokolwiek uległo zmianie, to były podoficer rozrósł się jeszcze bardziej. Poruszał się jak miniaturowy czołg. Horner zastanawiał się tylko, czy żołnierz wytrzyma psychiczne obciążenie, na które wkrótce miał być narażony.

— Cóż, u dziewczynek wszystko gra — powiedział O’Neal i skrzywił się. — Sharon jest nieszczególnie zadowolona.

— Wiedziałem, że obojgu wam będzie ciężko — powiedział generał z lekkim uśmiechem. — I myślałem o tym, zanim do ciebie zadzwoniłem. Nie prosiłbym cię, gdyby to nie było ważne.

— Myślałem, że generałowie mają adiutantów, których wysyłają na powitanie tak mało ważnych parobków jak ja — powiedział, celowo zmieniając temat.

— Generałowie mają adiutantów, których wysyłają na powitanie parobków o wiele ważniejszych od ciebie.

Jack zmarszczył brwi, zadowolony z możliwości zmiany tematu.

— No to do diabła z tobą.

Mike roześmiał się i podał oficerowi pudełko cygar.

— Zobaczymy, czy zdołamy wypalić jeszcze trochę Ramarsów.

* * *

Jeszcze podczas czynnej służby specjalista O’Neal i ówczesny podpułkownik Horner nawiązali zażyłe stosunki.

Pułkownik często traktował Mike’a bardziej jak adiutanta niż kierowcę. Specjalista, a później sierżant, jadał posiłki z rodziną pułkownika. Horner wyjaśniał mu zwyczaje wojskowe i zasady funkcjonowania sztabu, które w normalnych okolicznościach pozostałyby zagadką dla niższego stopniem podoficera. W zamian za to Mike wtajemniczał pułkownika w świat komputerów i fantastyki naukowej. Ten rodzaj literatury zaskakująco przypadł pułkownikowi do gustu, zważywszy że oficer nie czytał wcześniej takich książek. Mike od samego początku starał się zaostrzyć apetyt pułkownika i zaczął od wielkich współczesnych pisarzy science fiction, lubujących się w opisach działań wojskowych.

Kiedy Mike odszedł ze służby, nadal prowadzili ze sobą korespondencję i były specjalista śledził karierę Jacka Hornera. Później jednak stracili ze sobą kontakt na trzy lata, głównie z powodu niezgodności poglądów na karierę Mike’a. Kiedy Mike ukończył college, Horner chciał go awansować na oficera, ale on wolał zająć się projektowaniem witryn internetowych i pisaniem książek. Pułkownik nie mógł zaakceptować sposobu myślenia Mike’a, a Mike nie mógł znieść niechęci Jacka do przyjęcia odmowy.

Mike czuł czasami, że kariera wojskowa mogłaby mieć dla niego więcej sensu niż praca w cywilu, ale widział zbyt wielu oficerów, którym wymogi służby zniszczyły życie. Dlatego odszedł i zapisał się do college’u, zanim jeszcze nadeszła dla niego pora awansu. Presja przyjęcia stopnia oficerskiego — szczególnie podczas ciężkich lat, kiedy dopiero układał sobie życie i kiedy urodziła się Cally — była dla niego trudna do zniesienia i powodowała konflikty w małżeństwie. Mike nigdy nie powiedział o tym Jackowi, ale to właśnie jego milczący szantaż doprowadził do zerwania ich stosunków.

Sharon na własnej skórze doświadczyła kłopotów z armią. Jej pierwsze małżeństwo z pilotem lotnictwa morskiego skończyło się rozwodem, nie miała więc zamiaru pozwolić Mike’owi na powrót do służby. Rozmyślania Mike’a nad rozstaniem z Jackiem, pod wieloma względami przypominającym rozłąkę syna z ojcem, przerwało pewne spostrzeżenie: ranga wojskowa Jacka.

— Generał broni? — zapytał zaskoczony.

Pięcioramienne gwiazdki stopnia wojskowego lśniły w promieniach porannego słońca. Kiedy Mike ostatnim razem miał wiadomości od Hornera, zgłoszono go na generała dywizji. Nie powinien więc nosić trzech gwiazdek przed upływem kilku lat.

— Cóż, „kto się stara najlepiej jak umie”…

O’Neal uśmiechnął się na tę aluzję.

— Co? — zapytał. — Z powodu twojego powszechnie znanego podobieństwa do Friedricha von Paulusa, zdecydowano, że generał dywizji to dla ciebie za niski stopień?

— Byłem generałem dywizji jeszcze cztery dni temu; dowodziłem sztabem osiemnastego korpusu wojsk powietrznodesantowych…

— Zastępca dowódcy do spraw operacyjnych. Gratulacje.

— … kiedy ściągnięto mnie tutaj.

— Czy to nie jest aby odrobinę za szybko, żeby uzyskać „zgodę i poparcie Senatu”?

— Dopiero dostałem nominację — powiedział zniecierpliwiony oficer. — Ale wiem z doskonałych źródeł, że zostanie potwierdzona.

— Nie sądziłem, że mógłbyś… — zaczął Mike.

— Będziesz musiał z tym zaczekać — uciął generał z lekkim uśmiechem. — Najpierw trzeba cię zaznajomić z całą sprawą, a w tym celu musisz przejść do pokoju konferencyjnego.

Mike dostrzegł nagle znajomą twarz, co utwierdziło go, że tematem zebrania będzie fantastyka naukowa. Po drugiej stronie trawnika, otoczony tłumem oficerów w czarnych mundurach marynarki wojennej, stał sławny pisarz, który specjalizował się w bitwach morskich.

— Możemy zaczekać jeszcze chwilę, sir? Chciałbym porozmawiać z Davidem — powiedział, wskazując palcem.

Generał Horner obejrzał się przez ramię.

— Prawdopodobnie zabierają go na tę samą konferencję. Możecie pogadać później. Zebranie zaczyna się o dziewiątej, a mamy jeszcze dużo do omówienia.

Objął Mike’a ramieniem.

— Chodź, Mocarne Maleństwo, armaty czekają.

* * *

Tajny pokój konferencyjny nie miał okien i prawdopodobnie znajdował się na zewnętrznej ścianie budynku.

Z jednej strony wyraźnie promieniowało ciepło. Na ścianie widniał obraz przedstawiający czołg Abrams na szczycie wału fortyfikacyjnego, z jego działa ział ogień. Tytuł brzmiał „Siedemdziesiąt trzy mile na wschód”. W pokoju nie było żadnych innych ozdób: roślin, innych obrazów ani nawet kawałka papieru. Wokół unosił się zapach kurzu i starych tajemnic. Mike przestał się rozglądać, chwycił jeden z niebieskich foteli obrotowych i usiadł wygodnie.

Generał Horner zajął miejsce po przeciwnej stronie stołu. Kiedy drzwi zatrzasnęły się, generał uśmiechnął się szeroko. Zrobił się przez to bardzo podobny do rozzłoszczonego tygrysa.

Twarz Mike’a przybrała wyraz jeszcze bardziej zachmurzony niż zwykle.

— Jest aż tak źle?

Horner uśmiechał się w ten sposób tylko wtedy, kiedy sytuacja była naprawdę beznadziejna. Ostatnim razem, kiedy O’Neal widział ten uśmiech, zapowiadał on bardzo nieprzyjemne przejścia. Mike pożałował nagle, że już nie pali tytoniu.

— Gorzej — powiedział generał. — Mike, to nie może wyjść poza tę salę niezależnie od tego, czy zdecydujesz się zostać, czy nie. Musisz mi dać słowo.

Odchylił się w fotelu obrotowym i przybrał zrelaksowaną pozycję, ale każdy muskuł był napięty aż do bólu.

— Dobra — powiedział Mike i przysunął się do stołu.

Nagle wydało mu się, że to najlepszy moment na powrót do dawnych nawyków. Rozpakował swój prezent dla generała i bez pytania wyjął cygaro.

Horner pochylił się do przodu, żeby podać mu ogień, na co były podoficer uniósł brew. Generał usiadł z powrotem i kontynuował wywód.

— Ty i każdy inny sukinsyn, który kiedykolwiek miał na sobie mundur, zostaniecie powołani na nowo do służby.

Przez cały czas szeroki uśmiech nie schodził z jego twarzy, a teraz widać już było nawet tylne zęby.

Mike był tak oszołomiony, że zapomniał wciągnąć powietrze, żeby zapalić cygaro. Poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła, a ciało oblewa zimny pot.

— Co się dzieje, do diabła? Wypowiedzieliśmy wojnę Chińczykom czy co?

Przytknął cygaro do płomienia zapalniczki, ale kombinacja zaskoczenia i prób wciągnięcia powietrza do płuc spowodowała, że się zakrztusił. Sfrustrowany odłożył cygaro i pochylił się nad stołem.

— Nie mogę tego wyjaśnić przed konferencją — powiedział generał i odłożył zapalniczkę. — Ale już teraz mam dla ciebie czek in blanco. Mogę cię awansować na oficera…

— Znowu to samo? Ja…

Mike odchylił się w fotelu, jakby chciał wstać. Żadne inne stwierdzenie nie mogło bardziej zaognić sytuacji, zważywszy na ich wcześniejsze kłótnie.

— Wysłuchaj mnie, do cholery. Możesz wrócić teraz jako oficer i pracować ze mną albo za kilka miesięcy i tak zostaniesz przywrócony do służby jako jeden z wielu sierżantów sekcji moździerzy.

Generał wyjął z pudełka własne honduraskie cygaro i wprawnie je zapalił, wyraźnie łamiąc zakaz palenia w budynku. Obydwaj nauczyli się, kiedy w trudnych sytuacjach — w których niejednokrotnie bywali razem — należy zwracać uwagę na drobiazgi, a kiedy można je po prostu zignorować.

— Jezu, sir, to dla mnie jak grom z jasnego nieba!

Mike zmarszczył czoło tak, iż zdawało się, że twarz mu pęknie. Mięśnie jego szczęki to napinały się, to rozluźniały.

— Ja mam swoje życie, wiesz? Co z moją rodziną, moją żoną? Sharon strasznie się wścieknie!

— Sprawdziłem. Sharon była kiedyś oficerem marynarki. Ona też zostanie powołana.

Srebrnowłosy oficer odchylił się do tyłu i przez kłęby wonnego dymu obserwował reakcję swojego byłego, a pewnie i przyszłego podwładnego.

— Jezus Maria i wszyscy święci, Jack! — krzyknął Mike i uniósł ręce w geście frustracji. — A co z Michelle i Cally? Kto się nimi zajmie?

— Nad tym właśnie będzie się zastanawiał jeden z zespołów na konferencji — powiedział Horner i zaczekał, aż minie nieuniknione wzburzenie podwładnego.

— Czy mogą przydzielić Sharon i mnie do tej samej jednostki? — zapytał Mike.

Sięgnął po odrzuconą zapalniczkę i na nowo przypalił Ramarsa. Po raz pierwszy od trzech lat głęboko zaciągnął się dymem z cygara i pozwolił, żeby nikotyna częściowo uwolniła go od napięcia. Wypuścił z płuc gniewne kłęby dymu.

— Pewnie nie… Nie wiem. Jeszcze tego nie ustalono. Wszystko stoi teraz na głowie i właśnie dlatego zwołano to zebranie: żeby wszystko wyprostować.

Przez chwilę Horner rozglądał się dookoła, a potem wyciągnął kartkę papieru jako popielniczkę. Strząsnął na nią popiół i przesunął kartkę na środek stołu konferencyjnego.

— Co się dzieje? Wiem, nie możesz mi powiedzieć, prawda? Kontrwywiad słucha.

Mike patrzył przez chwilę na żarzący się koniec cygara i znowu się zaciągnął.

— Nie mogę i nie zamierzam grać w dwadzieścia pytań.

Generał Horner stuknął palcem w stół i przeszył byłego podwładnego piorunującym spojrzeniem.

— Oto cała sprawa — ciągnął, wydmuchując kolejne kłęby wonnej chmury.

Pomieszczenie szybko wypełniło się dymem z cygara.

— Konferencja potrwa trzy dni. Mogę cię zatrzymać jako przedstawiciela zespołu technicznego, za naprawdę śmieszne wynagrodzenie, na czas konferencji, może nawet na tydzień. Ale tylko jeśli już teraz zgodzisz się na awans na oficera. Poza tym będziemy później działać w ścisłej tajemnicy przez jakiś czas, może przez kilka miesięcy.

Wszelka komunikacja ze światem zewnętrznym będzie monitorowana i filtrowana.

— Chwileczkę, nic nie mówiłeś o żadnej cholernej pracy w tajemnicy! — rzucił Mike z kamienną twarzą.

— W tej kwestii nie ma żadnej dyskusji, więc nawet nie próbuj. To rozkaz prezydenta. Możesz też jechać do domu, a za kilka miesięcy dostaniesz rozkaz zameldowania się w Benning jako sierżant.

Jack odchylił się w fotelu i złagodził ton wypowiedzi.

— Ale jeżeli zostaniesz z nami już teraz, Sharon za tydzień dostanie czek z twoim wynagrodzeniem reprezentanta grupy technicznej — myślę, że uda mi się to wygospodarować z funduszów zespołu — a później dostaniesz wynagrodzenie i wszystkie uprawnienia starszego oficera, łącznie z opieką medyczną, nowym mieszkaniem i tak dalej.

Jack przechylił głowę i czekał na odpowiedź.

— Sir, ja już robię karierę…

Mike obracał w palcach cygaro i wpatrywał się w blat stołu konferencyjnego. Stwierdził, że nie może znieść wzroku Hornera.

— Mike, nie dobijaj mnie. Wyjaśnię ci to tak, jak pozwalają mi na to rozkazy: potrzebuję cię w moim zespole. — Znowu uderzył palcem w stół. — A żeby nie owijać zbytnio w bawełnę: twój kraj cię potrzebuje. Nie po to, żebyś pisał science fiction albo tworzył strony internetowe, ale żebyś uczestniczył w science fiction. Na nasz sposób.

— Uczestniczył…

I nagle dotarło do niego. Ten pisarz przed budynkiem specjalizował się w powieściach o flocie wojennej. Kosmicznej flocie wojennej, nie „mokrej” marynarce!

Mike przymknął powieki. Kiedy je podniósł, zobaczył parę niebieskich oczu, zimnych jak przestrzeń między gwiazdami.

Gdy furia lądy skrywa,
A morza ściemnia gniew,
Uprzężny naród wkracza,
By naszą przelać krew.

Lecz nim legiony padną,
Lecz nim zaświszcze broń,
Jehowo, Królu Gromów,
Wszechwładco Bitew: chroń!

— Kipling

2

Fort Bragg, Północna Karolina, Sol III

9:11 czasu wschodniego USA, 16 marca 2001

Na szerokim drewnianym biurku w Połączonym Dowództwie Zadań Specjalnych zadzwonił służbowy telefon, a dowódca rzucił arkusz papieru, na którym coś notował, na stertę podobnych dokumentów.

— Dowództwo — powiedział. — Generał Taylor.

Jedna ze ścian pokoju była ozdobiona imponującą kolekcją dekoracji o tematyce wojennej, obrazów słynnych bitew i zdjęć z czasów oficerskich. Dywan i tapety miały głęboki, intensywny niebieski odcień, ale całość sprawiała wrażenie gołych ścian. Pomieszczenie znajdowało się w samym środku jednego z betonowych budynków w Fort Bragg w Północnej Karolinie.

Połączone Dowództwo Zadań Specjalnych utworzono z powodu katastrofalnych skutków funkcjonowania istniejących wcześniej organów. Podczas akcji uwalniania zakładników w Teheranie główną przyczyną kompromitacji służb specjalnych była ich niezdolność do koordynacji działań. Zadania specjalne wymagają treningu, którego nie odbyły regularne oddziały. Przykładowo radarzyści nie zostali dokładnie powiadomieni, gdzie odbędą się loty, i nie mogli ostrzec przed burzami piaskowymi czy wrogimi helikopterami na trasie. Piloci lotnictwa morskiego, aczkolwiek zdolni i odważni, nie byli dostatecznie przygotowani na tak trudną misję, co doprowadziło do wielu katastrof i problemów.

Nieprawidłowości w przekazywaniu informacji, w pracy wywiadu i przeszkoleniu żołnierzy spowodowały połączenie różnych grup do zadań specjalnych pod egidą jednej organizacji: Połączonego Dowództwa Zadań Specjalnych. Właśnie Dowództwo planowało i przeprowadzało tak skomplikowane akcje jak najazd Sił Specjalnych i Rangersów w Panamie, rozpoznanie sił bojowych w Bagdadzie czy dywersja Komanda Foki podczas Pustynnej Burzy.

Połączone Dowództwo Zadań Specjalnych było teraz organem gotowym do dostarczenia właściwych sił specjalnych w odpowiednim momencie i w każdym miejscu na Ziemi. Ale nadchodzące zadanie nie mieściło się w tych celach.

— Generale Taylor, mówi Trayner — powiedział zimny głos w słuchawce.

— Co może zrobić Dowództwo dla Zastępcy Szefa Sztabu? — zapytał generał Taylor i odchylił się w fotelu, patrząc bezmyślnie na obraz na przeciwległej ścianie: szereg żołnierzy w niebieskich mundurach, wyłaniających się z mgły i nacierających na podobny szereg żołnierzy w szarych uniformach.

— To trudne zadanie — powiedział Zastępca. — Potrzebuję jednego z twoich ludzi. Podam ci szczegóły, a ty sam mi powiesz, kogo potrzebuję. Poza tym — muszę to podkreślić, bo wykraczam poza procedurę — wszystko powinno być możliwie „czarne”. Czy to jasne?

„Czarne” operacje są czasem tak tajne, jak gdyby ich nigdy nie przeprowadzono. Nie ma rozkazów ani raportów, są tylko skutki. Politycy, a nawet prezydenci, nienawidzą „czarnych” operacji.

— Capice, sir — odparł dowódca, zastanawiając się, o co w tym wszystkim chodzi.

To był chleb powszedni Dowództwa Zadań Specjalnych.

— Czym ma się odznaczać ta szczególna osoba? — zapytał.

Chwycił nóż do otwierania listów i położył go sobie na dłoni w taki sposób, żeby balansował na końcu palca wskazującego.

— Podoficer albo oficer — ciągnął Zastępca — żeby zawiązać zespół jedno — lub wielofunkcyjny na nie sprecyzowany rekonesans we wrogim terenie poza obszarem kontynentalnych Stanów Zjednoczonych.

Taylor podrapał się w tył karku i przeniósł wzrok na stojący na biurku obrazek tropikalnej plaży. Na zdjęciu o wiele młodszy i opalony Taylor obejmował w talii szczupłą, uśmiechniętą blondynkę.

— To jest cholernie niejasne, generale. Z wyjątkiem określenia „wrogi”.

Podrzucił nóż do góry. Spadł ostrzem w dół i wbił się w korkową podstawkę, która najwyraźniej właśnie po to tam leżała. Dowódca nie zwrócił na to uwagi.

— Nie drąż, Jim — rzucił Zastępca. — To jest czarne jak noc; przyszło prosto od Zwierzchnika Sił Zbrojnych, prezydenta. Ominęło nawet Obronę Narodową i Sztab Generalny. Nie należą do gry. Otrzymałem to zadanie bezpośrednio od prezydenta.

— Jezu, no to wdepnęliśmy — parsknął Taylor.

Zastanowił się przez chwilę i roześmiał się.

— Dobra. Mosovich.

— Kurde, wiedziałem, że to powiesz — stwierdził drugi generał. — Starszy sierżant zesra się w gacie.

— To twój sierżant, nie mój — znowu zaśmiał się Taylor. — Jeśli chcesz „czarnego” rekonesansu we wrogim terenie, Mosovich jest właściwym człowiekiem. Widzę, że nie proponujesz Goryla.

— Nienawidzi, kiedy ktoś go tak nazywa — powiedział zrezygnowany Zastępca. To był stary i zużyty argument. — Dobra, dobra, przydziel go tymczasowo pod moje dowództwo. Powiedz mu, żeby się przemknął koło ochrony, jeśli taki z niego cholernie dobry tajniak.

Telefon pyknął przy uchu Taylora.

* * *

— Chciał mnie pan widzieć, generale?

Na dźwięk cicho wypowiedzianych słów raport, który czytał Zastępca Szefa Sztabu, pofrunął w górę wśród zamieci innych papierów. Od czasu ostatniej rozmowy z naczelnikiem Połączonego Dowództwa Zadań Specjalnych trzy dni temu Trayner prawie nie wychodził z biura. Było zagadką, kiedy starszy sierżant Jacob „Wężowy Jake” Mosovich wszedł do środka i jak długo siedział cicho na kanapie Zastępcy Szefa Sztabu. Zaskoczenie i zmęczenie po wielogodzinnej pracy sprawiły, że Trayner stracił panowanie nad sobą.

— A niech cię cholera, ty, ty pieprzony, smarkaty oprychu! Jak długo tu już siedzisz? — krzyknął i trzasnął pięścią w biurko.

Zabolała go tylko ręka: reprymenda ściekła po Mosovichu jak deszcz po dachu.

— Nie nauczono cię, jak trzeba się meldować? — warknął oficer.

Zabrał się do zbierania dokumentów, jakby to były porozrzucane strzępy jego opanowania.

— Przyszedłem tu o piątej rano, sir, jakieś dwadzieścia minut przed pańskim przyjazdem. — Na jego poprzecinanej bliznami twarzy pojawił się grymas uśmiechu. — Generał Taylor powiedział, że mam ominąć Goryla.

Starszy sierżant Mosovich od trzydziestu lat brał udział w tajnych operacjach wojskowych. Miał sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, ważył jakieś siedemdziesiąt kilo i z jednej strony jego całkowicie łysej głowy widniały blizny. Na jego zielonym mundurze prawie nie było odznaczeń. Sierżant mógł pochwalić się tylko kilkoma orderami za odwagę, a z jego akt wojskowych numer dwieście jeden wynikało, że nie miał dużego doświadczenia bojowego: kilka operacji w Grenadzie, Panamie, podczas Pustynnej Burzy i w Somalii. Pomimo braku oficjalnych odznaczeń Purpurowego Serca, na jego twarzy widniały czarne znamiona po nie usuniętych odłamkach pocisków szrapnelowych, a tułów i kończyny pokryte były podłużnymi bliznami, jakie zostawia metal tnący ludzkie ciało.

Jego akta medyczne, w przeciwieństwie do wojskowych, zawierały tyle danych na temat leczenia szoków pourazowych i innych dolegliwości, że można by ich używać jako podręcznika lekarskiego. Cała służba sierżanta, z wyjątkiem jego pierwszej akcji w osiemdziesiątej drugiej dywizji powietrznodesantowej, polegała na wykonywaniu zadań specjalnych, najpierw w Siłach Specjalnych, potem w Delta Force, a potem znowu w tych pierwszych. Niezależnie od tego, gdzie przebywał, zawsze wydawało się, że jest gdzie indziej, i był stale opalony na brąz tropikalnym słońcem. Z wypłat za tajne akcje zgromadził przez lata dość dużo pieniędzy na emeryturę i teraz już nigdzie się nie ruszał, chyba że płacono maksymalną stawkę.

Konieczność unikania starszego sierżanta była wynikiem pewnego przykrego incydentu rok wcześniej, na corocznym konwencie Stowarzyszenia Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych w waszyngtońskim Sheratonie.

Wśród podoficerów o odpowiednio wysokim stopniu wojskowym wszystkie stanowiska są praktycznie równe.

Oczywiście pozycja starszego sierżanta w dowództwie, powiedzmy, trzeciej armii mimo wszystko różni się prestiżem od takiej samej pozycji w trzeciej brygadzie czwartej dywizji piechoty w Fort Carson w Kolorado. Ale na prestiżowe stanowiska niekoniecznie przydziela się starszych sierżantów o najlepszych kwalifikacjach i największym doświadczeniu bojowym. Stanowiska te przypadają w udziale raczej tym, którzy odznaczają się politycznym zapałem albo ktoś sprawuje nad nimi patronat.

Obecnie stanowisko starszego sierżanta w dowództwie armii zajmował Robert McCarmen. Był on rówieśnikiem Mosovicha i obydwaj służyli wcześniej w Siłach Specjalnych. Ale podczas gdy starszy sierżant Mosovich był stale gdzieś za morzami i robił coś dziwnego i niesamowitego, starszy sierżant McCarmen przebywał w Fort Bragg w Północnej Karolinie (grupa piąta i siódma), w Waszyngtonie (grupa pierwsza), w Fort Carson w Kolorado (grupa dziesiąta) albo na misjach treningowych. Brał jednak udział także w akcjach w Granadzie, Panamie i w operacji Pustynna Burza. Mimo że te operacje, poza kilkoma wyjątkami, nie wymagały znacznego udziału w walce personelu zadań specjalnych, starszy sierżant McCarmen zgromadził imponującą kolekcję medali. Srebrna Gwiazda, Brązowa Gwiazda z literą „V” za męstwo w obliczu wroga, a nawet DSC, drugie w wojskowej hierarchii odznaczenie za odwagę. Każdy medal był całkowicie uzasadniony i jeśli nawet treść pochwał była trochę niejasna, to cóż, czego można oczekiwać od „Czarnego Wojownika”. Fakt, że pochwały pisali zawsze dowódcy, z którymi sierżant miał bliskie i ciepłe stosunki, nie odgrywał tutaj żadnej roli. Pochwały i tak otrzymywało się od bezpośrednich przełożonych, a McCarmen zawsze dobrze współdziałał ze swoimi dowódcami.

Dzięki dużej ilości pochwał i łatwości nawiązywania dobrych stosunków ze starszymi oficerami i politykami McCarmen uzyskał najbardziej upragnione stanowisko podoficera sił lądowych: stanowisko starszego sierżanta armii, największej szychy w całej wielkiej machinie zielonomundurowych.

Podczas zeszłorocznego konwentu Mosovich, starszy sierżant w dowództwie piątej grupy Sił Specjalnych, w niemal pozbawionym odznaczeń zielonym mundurze, i McCarmen, starszy sierżant armii, w obwieszonym medalami granatowym uniformie wojskowym, przypadkiem wsiedli razem do pustej windy, obydwaj nieco wstawieni. Kiedy winda zjechała na najniższe piętro, starszy sierżant armii, cięższy od Jake’a Mosovicha o jakieś czterdzieści kilogramów, krwawił i leżał nieprzytomny na podłodze, a sierżanta Mosovicha widziano wysiadającego z windy i machającego prawą ręką, jakby go bolała.

— Tak, chyba mu to mówiłem — nawiązał spokojnie do słów Jake’a generał Trayner. — Ale ochrona budynku miała mnie poinformować, kiedy przyjedziesz.

— Cóż, generał Taylor zaznaczył, że to bardzo ważne i że lepiej będzie, jeśli nikt się nie dowie o tej rozmowie. Więc skoro ochrona budynku zapisuje, kto wchodzi i wychodzi… — pokryty bliznami podoficer wzruszył ramionami.

— Ominąłeś sieć bezpieczeństwa Pentagonu? — zapytał Zastępca Szefa Sztabu i obrzucił sierżanta piorunującym spojrzeniem.

— Mówił pan przecież, że to „czarna” operacja — powiedział Mosovich, rozprostowując kości.

Przez ostatnie trzy godziny siedział w całkowitym bezruchu. Gdyby był szpiegiem, byłoby to bardzo owocne.

Niesamowite, jakie rzeczy potrafią mówić generałowie, kiedy myślą, że nikt ich nie podsłuchuje. Jake nie był pewien, o co dokładnie chodziło — generał nie mówił o tym wprost — ale rozmowy jasno wskazywały, że działo się coś niezwykle ważnego.

— Nie aż tak „czarna”, kurwa mać — wrzasnął generał. — Cholera jasna, Jake, tym razem spieprzyłeś za dużo. Kryłem cię w zeszłym roku, ale teraz uważaj, kurwa, co robisz.

— Tak jest, panie generale.

Podoficer nadal uśmiechał się lekko bez cienia skruchy.

Generał opanował daremny gniew i roześmiał się.

— Nigdy nie ulegałeś dyscyplinie, ty mały skurwielu.

Podrapał się w koniuszek nosa i potrząsnął głową.

— Tak, trudno cię też było wyszkolić, nawet jako smarkacza.

Podoficer uśmiechnął się i wstał, żeby zrobić sobie filiżankę kawy. Generał miał niezmiennie najlepszą kawę w armii od czasu, kiedy spędził rok w służbie wymiennej w marynarce. Jake nalał sobie filiżankę znakomitego napoju i wciągnął aromat głęboko w nozdrza. Łyk kawy potwierdził, że był to ten sam co zwykle wyśmienity napar generała.

— A więc o co chodzi? — zapytał unosząc brew i usiadł z powrotem na kanapie.

— Cóż, siedzimy po same uszy w gównie, Jake. Słyszałeś kiedyś o projekcie NFŻ? Wciągnęli cię w to kiedyś? — zapytał generał i wypił łyk swojej kawy.

— Chodzi o Niezidentyfikowane Formy Życia? Tak, węszyli za specjalnymi jednostkami gdzieś w dziewięćdziesiątym trzecim albo dziewięćdziesiątym czwartym. Jakiś durny skurwiel podał im moje nazwisko i dlatego poddano mnie serii najgłupszych w historii testów psychologicznych. Płacą mi dodatkowe sto pięćdziesiąt dolców miesięcznie za skoki ze spadochronem, więc naturalnie zapytano mnie, czy nie bałbym się skoczyć z wysokości. Chryste. — Westchnął zirytowany. — Ci psychiatrzy!

— A co ty o tym sądzisz? Myślisz, że kosmici istnieją?

Generał sądził, że ma minę pokerzysty, ale Jake rozegrał z nim zbyt wiele partii pokera, żeby nie rozpoznać, że do czegoś zmierza.

— Musi pan coś wiedzieć, bo inaczej nie rozmawialibyśmy o tym — powiedział podoficer, nie dając się złapać w pułapkę.

— Tak, no, potrzebujemy zespołu specjalnego. Niekoniecznie musisz go prowadzić; później o tym zadecydujemy.

— Trayner wyciągnął purpurową teczkę dokumentów, dokładnie obwiązaną taśmą z napisem „Ściśle tajne”. — Jakieś siedem do dziesięciu osób, specjaliści z różnych dziedzin, do tajnego przerzucenia na niebezpieczne terytorium wrogich sił zbrojnych w celu rozpoznania wroga i zbadania terenu.

— Mógłby pan określić koszty, szefie? I dokąd, u licha, mamy wysłać zespół przeciwko „wrogim siłom zbrojnym”? Nie prowadzimy w tej chwili, cud nad cudy, żadnej wojny.

Pomachał palcem na znak, że szanowny generał powinien przestać się ociągać i wręczyć mu teczkę. Pomimo całego swojego gderania na temat trzymania oczu szeroko otwartych w obliczu niebezpieczeństwa, najwyraźniej nie mógł sobie odmówić przyjemności płynącej ze skoków adrenaliny, bo inaczej już dawno odszedłby ze służby.

— No… nie mogę określić kosztów. Wszystko jest w dokumentacji — powiedział Trayner, wachlując teczką tam i z powrotem, jak gdyby chciał pomachać nią Jake’owi przed nosem.

Trayner znał słabości Jake’a.

— Dobra, teraz druga sprawa, generale. Co to ma wspólnego z obcymi formami życia?

Jake miał czasami poczucie, że ciekawość zaprowadzi go kiedyś do piekła.

— Hm, powiedzmy, że nie jesteś już najsprytniejszym sukinsynem w mieście. — Zazwyczaj ponury generał uśmiechnął się. — Himmicie Rigas, to chyba właściwy moment.

Na dźwięk tych słów na ścianie po prawej stronie generalskiego biurka pojawiła się istota o czterech kończynach.

Cienkie zielone paski, zgodne ze wzorem tapety, zniknęły ze skóry stworzenia, która przybrała teraz jednolitą szaropurpurową barwę. Kończyny, które skierowane ku górze przylegały do ściany, ześlizgnęły się na dół, a stworzenie przyjęło czworonożną postawę. Wyglądało teraz jak żaba z kończynami równej długości i dwiema parami oczu i ust, po jednej z każdej strony. Powyżej ust i pomiędzy szeroko rozstawionymi oczami widniała narośl przypominająca złożony plaster miodu. Mogło to być ucho albo nos. Skóra zafalowała, kiedy istota zbliżyła się płynnie i wyciągnęła łapę w oczywistym geście powitania. Pudełko przymocowane do nadgarstka przemówiło wysokim tenorem.

— Zachowujesz się wyjątkowo cicho jak na człowieka — powiedziała istota.

W ciągu następnych kilku lat wielu ludzi miało przeżyć taką chwilę. Każdy zadawał sobie wtedy pytanie, z czym ma do czynienia. Po raz pierwszy w historii ludzkość mogła z całą pewnością stwierdzić, że nie jest jedyną inteligentną formą życia w galaktyce, i spojrzeć w twarz pozaziemskiej istocie. Niektórzy reagowali strachem, inni przyjaźnią, jeszcze inni miłością. Reakcje były zróżnicowane jak sama ludzkość. Sierżant Mosovich po prostu wyciągnął dłoń na powitanie. Uścisk łapy Obcego wywołał u sierżanta gwałtowny wzrost adrenaliny, co w wojsku określa się jako chłodny zastrzyk moczu do serca. Wyciągnięta kończyna była zimna i gładka, pokryta delikatną warstwą jedwabistych piór. Jake starał się kontrolować oddech i opanować drżenie głosu.

— Dzięki. Ty też jesteś niezły. Jak długo tu już stoisz?

— Od wczoraj. Przyszedłem po waszym drugim posiłku, ale jeszcze przed popołudniową odprawą generała.

Zszedłem z sufitu przez drzwi, kiedy strażnik odprowadzał interesanta. Zamek nie był przeszkodą. Jak sam pan odkrył, można go łatwo otworzyć wytrychem magnetycznym. Generał przyjął piętnastu interesantów i odbył siedemdziesiąt osiem rozmów telefonicznych w ciągu ostatnich osiemnastu godzin. Jego interesantami byli kolejno: jego adiutant, podpułkownik William Jackson, w sprawie odwołania zaplanowanego wcześniej spotkania. Drugim interesantem…

— Przepraszam, Himmicie Rigas, ale muszę udzielić starszemu sierżantowi Mosovichowi kilku wstępnych wskazówek.

Generał uśmiechnął się uprzejmie, przyzwyczajony do gadatliwości Himmita. Uważał przy tym, żeby nie pokazywać zębów.

— Oczywiście, generale. Mój raport może zaczekać.

Jake odwrócił się powoli plecami do generała i opadł na kanapę. Nie chciał patrzeć, jak Himmit z powrotem wtapia się w ścianę.

— Masz tu wszystko opisane. — Trayner rzucił wreszcie Jake’owi purpurową teczkę. — Przeczytaj teraz; to nie może wyjść poza ten pokój. Zacznij myśleć o składzie zespołu, który weźmie udział w pozaplanetarnej misji zwiadowczej. Planeta typu ziemskiego, chłodna i bagnista. Odbędziecie trening z Himmitem. Kiedy uporamy się ze wstępnymi przygotowaniami, odeślę cię z powrotem do Bragg. Zbierzesz zespół, ale niczego nie wyjaśniaj, dopóki nie ustalimy ostatecznego składu grupy. Potem będziecie pracować w ścisłej tajemnicy; to też rozkaz prezydenta.

— A w jaki sposób prezydent dowiedział się o tym wszystkim? — zapytał Mosovich, nie otwierając jeszcze teczki.

— Zadzwonili do niego przez telefon — odpowiedział Zastępca.

— Ach tak?

— Tak. — Oficer potrząsnął głową. — Po prostu zadzwonili z orbity na jego bezpośredni numer. Rozmawiali też z przedstawicielami siódemki najbogatszych państw oraz Chin i Rosji. To było trzy dni temu.

— Waszyngton szybko się tym zajął.

Jake wypił kolejny łyk kawy i otworzył teczkę. Zauważył, że była zrobiona ze śliskiego, błyszczącego papieru.

Wszystko było najwyraźniej trzymane w największej tajemnicy, skoro Zastępca posługiwał się błyszczącą teczką.

Teczka sprawiała wrażenie mokrej i zimnej, a sierżant miał przeczucie, że to samo można powiedzieć o misji.

— Dobra, ale potrzebuję jeszcze kogoś do pomocy przy zbieraniu zespołu.

— Kogo? — zapytał podejrzliwie generał.

— Starszego sierżanta nazwiskiem Ersin.

Generał zastanowił się przez chwilę i kiwnął głową.

— Dobra, możesz mu wszystko opowiedzieć za moją zgodą. Zrozum, w tej chwili wszystkie informacje są tak ściśle strzeżone jak nigdy dotąd. Wiedzą o tym tylko niektórzy. Nie mów o tym nikomu więcej.

— Ja nawet sobie nie mówię połowy rzeczy, które robię — powiedział z uśmiechem Jake, zerknął po raz ostatni na kamuflującego się Himmita i zaczął czytać.

3

Fort McPherson, Georgia, Sol III

9:31 czasu wschodniego USA, 18 marca 2001

— Panie i panowie, jestem admirał Daniel Cleburne, a dla tych, którzy o mnie nie słyszeli, jestem Szefem Sztabu Marynarki Wojennej.

Tajne audytorium mniej więcej w połowie wypełniał personel cywilny i wojskowy, składający się głównie z mężczyzn. Mike miał wrażenie, że większość cywilów nosiła kiedyś niebieski albo zielony mundur. Najwyraźniej nie tylko generał Horner wezwał byłych podwładnych.

— Wyznaczono właśnie mnie, żebym przedstawił powagę sytuacji, bo mogę zniknąć łatwiej niż inni Szefowie Sztabu. Dla porządku: żegluję obecnie na Bahamach. Jak napisano w państwa umowach, każdy powinien powiadomić najbliższych, że będzie pracować w ścisłej tajemnicy przez dwa do czterech miesięcy. Pracują państwo z byłymi kolegami nad tajnym projektem i wkrótce wrócą państwo do domu. Podczas przyszłych kontaktów ze światem zewnętrznym proszę ukrywać powagę sytuacji tak bardzo, jak to tylko możliwe. Fakt, że projekt wymagał ściągnięcia dużej liczby cywilów, bez wątpienia dotrze do uszu dziennikarzy, ale im dłużej uda nam się utrzymać w tajemnicy tę informację, tym lepiej dla naszego narodu i całego świata. Wolimy ujawnić wszystko równocześnie z innymi państwami, żeby zminimalizować… nie kontrolowane reakcje społeczeństwa. Moja żona nienawidzi zabawy w dobrą i złą wiadomość, ale trudno. Dobra wiadomość dla wszystkich państwa, w większości zapaleńców fantastyki naukowej, brzmi, że nawiązaliśmy kontakt z przyjaźnie nastawioną rasą Obcych.

Zaczekał, aż ucichną pomruki zaskoczenia. Większość obecnych od jakiegoś czasu zastanawiała się, o co w tym wszystkim chodzi, i odgadła przynajmniej tę część odpowiedzi. Nieliczni domyślili się reszty.

— Zła wiadomość: Obcy są w samym środku międzyplanetarnej wojny.

Tym razem szmer rozmów utrzymał się przez jakiś czas, dopóki admirał nie uciszył zebranych gestem dłoni.

— Proszę, mamy dużo do omówienia i mało czasu, więc będę się streszczał. Chcę, żeby każdy miał ogólne pojęcie o naszych celach i przeszkodach na drodze do ich osiągnięcia. Wszyscy państwo otrzymają dokumenty z opisem sytuacji — wskazał kilku oficerów, którzy kręcili się między rzędami i rozdawali teczki. — Będą doradcy z innych planet…

Powstało poruszenie.

— … i obce technologie…

Szmer rozmów wzmógł się.

— … z których będziemy mogli skorzystać. Cisza! Nie mamy czasu.

Zerknął do dokumentów przed sobą.

— Najpierw krótkie tło historyczne. Przez ostatnie sto tysięcy lat istniało polityczne stowarzyszenie, będę je nazywał Federacją, zrzeszające zamieszkałe planety wokół Ziemi. Obcy są pokojowo nastawieni, bo wszystkie wojownicze rasy najwyraźniej powybijały się nawzajem, jeszcze zanim posiadły zdolność lotów w odległą przestrzeń kosmiczną. Dla zapaleńców fantastyki naukowej — skrzywił się — którzy zastanawiają się nad równaniem Drake’a, czymkolwiek by ono nie było, jest to właśnie powód, dla którego aż do tej chwili nie mieliśmy kontaktu z cywilizacją Obcych. Jakieś sto pięćdziesiąt do stu siedemdziesięciu pięciu lat temu nowa rasa, nazwana Posleenami, dokonała inwazji na peryferia Federacji. Posleeni są tak okrutni, że nawet wy, pasjonaci science fiction, nie mieliście jeszcze do czynienia z takim okrucieństwem. W dokumentacji przedstawiono podstawowe informacje o tej rasie, więcej szczegółów poda państwu zespół planowania. Ogólnie rzecz biorąc, jest to rasa czworonożnych, wszystkożernych, składających jaja centaurów. Dysponują technologią podobną do federacyjnej i o zbliżonym stopniu zaawansowania, ale najwyraźniej używają jej niezbyt efektywnie. Jednak rasy Federacji nie uznają przemocy i nigdy nie dochodziło wśród nich do jakichkolwiek konfliktów. Poza tym mają pewne trudności w stosowaniu, a nawet mówieniu o przemocy, mimo że od blisko dwustu lat prowadzą wojnę. Są tylko dwie rasy, które byłyby w stanie, że się tak wyrażę, „pociągnąć za spust”, ale nawet one mają z tym pewne problemy. Dlatego nie udało im się powstrzymać nacierającego wroga. Próbowano zbudować urządzenia o sztucznej inteligencji i niezależnej woli, ale po katastrofalnych doświadczeniach, kiedy roboty same próbowały przejąć nad wszystkim kontrolę, zrezygnowano z nich.

Poza szelestem papieru w pomieszczeniu panowała absolutna cisza, kiedy zebrani z kamienną twarzą wertowali intrygujące dokumenty. Mike uśmiechnął się ponuro, kiedy spojrzał na układ tekstu. Dokument podzielono na części: wstęp, zagrożenie, przyjazne siły, misja i dodatek. Był to najbardziej zwięzły dokument tego typu, jaki Mike kiedykolwiek widział.

— Zaprzyjaźniona rasa bezpośrednio zamieszana w konflikt, Himmici, to rasa tchórzy. To nie jest obelga, oni po prostu tacy są. Kiedy myślą, że zostali wykryci, nawet jeśli nie mają co do tego pewności, zrywają wszelkie stosunki.

Przedstawiciele innej rasy, z którą mieliśmy najwięcej kontaktu, Darhelowie, mogą strzelać tylko raz w życiu.

Później przez sam fakt odebrania komuś życia zmieniają się w coś w rodzaju automatów. Pozostałe dwie rasy, Indowy i Tchpth, są tak bezkonfliktowe, że w ogóle nie potrafią stosować przemocy.

Mike przewertował rozdział o zagrożeniach i przejrzał informacje o pierwszej napotkanej rasie. Cokolwiek miało się stać w ciągu następnych kilku miesięcy, konferencja zapowiadała się ciekawie.

— Więc dotąd Galaksjanie opierali się na sztucznej inteligencji, naciskali przyciski, automatycznie je zwalniali i mieli nadzieję, że wszystko potoczy się jak najlepiej. Tak się jednak nie stało. Obcy stracili już ponad siedemdziesiąt planet i tracą kolejne. Odnieśli trochę, ale naprawdę bardzo niewiele, sukcesów w przestrzeni kosmicznej, za to w walce na powierzchni planet nie mają żadnych szans. Chcieliby więc skorzystać z pomocy Ziemian podczas całej tej wojny. Planują wykorzystać nas nie tylko jako wojowników, ale też jako taktyków i projektantów broni. Z powodu braku doświadczenia wojennego Federacja kopiowała dotąd pomysły wrogów, ale wróg nie jest najlepszym wzorem do naśladowania w żadnej z tych dziedzin. U Posleenów jeden myślący przywódca kontroluje działania czterystu „żołnierzy”, którzy nie są bardziej inteligentni od szympansów. Ich broń nie ma celowników, więc muszą polegać na zmasowanym ataku. To jak skoncentrowana napaść wojsk Napoleona. A ich statki są śmiechu warte z punktu widzenia potrzeb prawdziwej wojny. Ponieważ Federacja wzoruje się na Posleenach, używa przeciw jednostkom naziemnym czołgów strzelających minami energetycznymi o szerokim polu rażenia. Ich „statki wojenne” to przekształcone frachtowce.

Roześmiał się lekceważąco i spojrzał na tłum w czarnych mundurach.

— Osobiście uważam, że poradzimy sobie lepiej, a przywódcy świata podzielają moje zdanie. Będziecie, cholera, lepsi albo was zdegraduję.

Rozległy się ponure śmiechy, ale większość zebranych słuchała tylko jednym uchem, szybko wertując dokumenty.

— Na tej konferencji każdy zespół ma więc ustalić, jakiej broni powinien użyć nasz kraj i jaką zastosować taktykę. A teraz więcej złych wiadomości. Główni dowódcy, czyli ja i kilku innych, postaramy się coś wynegocjować, ale istnieją pewne polityczne i budżetowe przeszkody, który uniemożliwiają Federacji użycie jej wojsk. Dlatego Federacja wykorzysta większość naszej marynarki wojennej, lotnictwa wojskowego, piechoty morskiej i elitarnych oddziałów wojska.

W cichym dotąd pomieszczeniu rozległy się teraz pomruki rozmów. Cleburne uciszył zebranych gestem dłoni i mówił dalej.

— W niektórych przypadkach będziemy współdziałać z armiami innych krajów, które pracują nad tym samym problemem, szczególnie z armiami krajów sojuszniczych. Ostateczne plany dotyczące statków kosmicznych, wahadłowców, satelitów komunikacyjnych i myśliwców kosmicznych oraz wszystkie sprawy związane z flotą Federacji będzie musiał ustalić wspólny komitet. Chcę coś wyjaśnić: lepiej, żeby zespoły pracujące nad zastosowaniem statków wojennych i oddziałów piechoty zrobiły wszystko dobrze. Będzie cholernie mało przeglądów kontrolnych, a tymi siłami będziemy walczyć o życie. To jest ostatnia zła wiadomość. Powód, dla którego Federacja unikała dotąd kontaktu z nami, jest oczywisty: obawiano się zamienić jednego wroga na drugiego.

Ale, co też jest oczywiste, ostatecznie zdecydowano się skorzystać z naszej pomocy. Powodem tego jest fakt, że Obcy ponoszą ogromne straty i w końcu zostali przyparci do muru. Nasza planeta jest następna. Według Galaksjan, Ziemię czekają cztery do pięciu fal najazdów. Pierwsza dotrze tu już za pięć lat.

4

Fort Bragg, Północna Karolina, Sol III

18:24, 19 marca 2001

— Mueller.

— Żartujesz?

— Nie.

Najdalsza misja zwiadowcza w wojskowej historii Ziemian zaczęła się od rozmowy dwóch doświadczonych podoficerów nad kartką papieru w linie. Mosovich i Ersin, wysoki, szczupły, ciemnowłosy starszy sierżant o lekko azjatyckich rysach, siedzieli przy stole kuchennym i wybierali członków wielozadaniowego zespołu spośród najlepszych ludzi, jakich znali. Dochodziło do nieuniknionych różnic poglądów.

— Na pewno żartujesz — powiedział Mosovich. — Po pierwsze, jest piekielnie niedoświadczony. Po drugie, cholerny z niego gaduła; ten dureń nie wie, kiedy się zamknąć.

Mosovich wstał, podszedł do lodówki i wyjął butelkę piwa. Zaproponował napój Ersinowi, a potem wyjął drugą butelkę dla siebie, otworzył obydwie, wyrzucił kapsle do śmieci i wrócił do stołu.

— Ale śpiewająco przeszedł testy bojowe — upierał się Ersin. — I miał wspaniałe akta, już zanim wstąpił do Sił Specjalnych. A tak naprawdę przyda się nam jego doświadczenie w badaniu terenu. Będziemy go potrzebowali, bo ta cała cholerna planeta to najwyraźniej jedno wielkie bagno i nie znam innego żołnierza, który mógłby dać sobie z tym radę. Nie zawadzi nam też to, że jest cholernie dobrym tragarzem.

— A może Simmons? — zapytał Mosovich i pociągnął łyk piwa.

Ersin odchylił głowę do tyłu i potrząsnął nią lekko.

— Porusza się jak pieprzony słoń w składzie porcelany — rzucił z odrazą.

— Pracowałeś z Muellerem — powiedział Mosovich.

To było stwierdzenie.

— Tak — przyznał Ersin, obrócił butelkę w ręku i wypił łyk piwa.

Wolał lepsze gatunki, niż miał do zaoferowania starszy sierżant, ale nigdy nie odmawiał darmowego piwa.

— Pracował z Haroldem. Wykonaliśmy kilka drobnych zadań i przeprowadziłem go kilka razy przez kurs operacji specjalnych. To dobry żołnierz o dobrych rękach.

W Zadaniach Specjalnych określenie to miało swoje szczególne znaczenie. Oznaczało kogoś, kto bardzo dobrze posługiwał się bronią.

— Dobra, czort wie, ilu ludzi już kiedyś wkurzyłem — zgodził się niechętnie Mosovich.

— Wydaje mu się, że wie wszystko najlepiej, ale prawdziwy problem polega na tym, że zwykle ma rację.

Ersin zwycięsko zakończył sprzeczkę.

— Dobra, obstawiamy zatem operacyjny, broń, łączność, zadania saperskie i sanitariusza. Potrzebujemy zwiadowcy i kogoś, kto zdubluje sanitariusza. Ciebie.

— Dobra. Dajmy Muellera do zadań operacyjnych i zwiadu razem z tobą.

— Ja się zajmę łącznością, Walters zadaniami saperskimi, poza tym wszyscy od biedy wiemy, jak używać broni.

Zresztą to misja zwiadowcza, a nie rajd. Po co nam broń? — uśmiechnął się pokryty bliznami weteran.

Ersin parsknął śmiechem.

— Więc chcesz lecieć nie uzbrojony?

Była to znana taktyka jednoosobowych misji zwiadowczych, ale nie rekonesansu w zespole.

— Na pewno nie. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli strzelać, ale zabiorę najcięższy sprzęt, jaki się da. Oby Traynerowi udało się nam to wszystko załatwić. Będziemy potrzebować broni specjalnej. To mi przypomniało, że przyda się też kilku ludzi na innych stanowiskach.

— Niech zgadnę. Czy jednym z nich nie mógłby być Trapp?

Ersin uśmiechnął się do wspomnień i zamachał rękami przed oczami Mosovicha, jakby czarował.

— Tak — uśmiechnął się Mosovich. — Mógłby się przydać ktoś do podchodów. A skoro już o tym mowa, musimy zdobyć informacje o fizjologii tych istot, zanim wylądujemy. Ktoś jeszcze?

— Nie wiem. Jeszcze jeden inżynier?

— A co będzie, jeśli będziemy musieli przerwać kontakt?

— A, dobra.

Ersin zastanowił się przez chwilę i wypił kolejny łyk piwa słodowego. Poruszył mięśniami twarzy jak szczur machający wąsami.

— Snajper?

— Tak. Ale kto? — zapytał Jake i uniósł brew.

Najwyraźniej miał kogoś na myśli.

— Fordham — odpowiedział natychmiast Ersin.

— Nieee. Jest dobry, ale słyszałeś kiedyś o Ellsworthy?

Ersin wyglądał na zakłopotanego.

— No, nie wiem, Jake, kobieta?

— Widziałeś, jak ta suka strzela? — uśmiechnął się Jake.

Grymas uśmiechu sprawił, że jego pokryta bliznami twarz wyglądała koszmarnie.

— Nie, ale słyszałem o niej. Bannon spotkał ją w Quantico. Nazywają ją „Zjawą”.

Twarz Ersina zdradziła, że nie spodobał mu się ten pomysł.

— Bardzo jej nie lubię. Wielu ludzi uważa, że staram się nie przegapić żadnej okazji, żeby się z kimś przespać, ale gdyby ta lalunia się na mnie wkurzyła, mógłbym od razu zacząć kopać sobie grób.

— Ty tu jesteś szefem — powiedział starszy sierżant z oczywistą niechęcią.

— Jak cholera.

* * *

Siedmiu mężczyzn i jedna kobieta siedziało w małym, słabo oświetlonym pomieszczeniu Sztabu Pierwszego Dowództwa Specjalnych Operacji Wojennych imienia Johna F. Kennedy’ego w Fort Bragg w Północnej Karolinie.

Nosili cztery rodzaje mundurów i plakietki różnych jednostek. Każda z tych osób miała duże doświadczenie w swojej dziedzinie. Większość brała już udział w walce. Wszyscy byli aktualnie stanu wolnego. Należeli do piechoty morskiej, sił lądowych i marynarki. Tylko jedna osoba miała mgliste pojęcie o misji. Starszy sierżant Mosovich pojawił się po minucie i zbliżył do szczytu stołu konferencyjnego. Usiadł, a pozostali zaczęli odsuwać krzesła od starego drewnianego stołu. Niektórzy nie przerwali rozmowy.

Jednym z rozmawiających był potężny mężczyzna o blond włosach, ubrany w mundur starszego sierżanta siódmej grupy Sił Specjalnych. Miał dobrze ponad dwa metry wzrostu i wypełniał sobą mundur jak ludzki czołg.

Szeroko gestykulując, omawiał właśnie technikę walki nożem z niskim, krępym młodszym oficerem, noszącym emblemat Komanda Foki. Młodszy oficer śmiał się przez szczerbate uzębienie z wyraźnym brakiem zainteresowania. Ręce oficera były tak umięśnione, że mógłby występować w roli Popeye’a, a jego dłonie i nadgarstki były poorane bliznami.

Wysoki, z hiszpańską bródką, łagodnie wyglądający starszy sierżant Sił Specjalnych kontynuował jednostronną rozmowę z jedyną wśród obecnych kobietą. Była atrakcyjna, miała smukłą twarz, kasztanowe włosy i ciemnozielone oczy. Nosiła starannie wyprasowany mundur starszego sierżanta piechoty morskiej. Kurtka bez odznaczeń przylegała ciasno do ciała i była wykonana z tak cienkiego materiału, że widać było każdy ruch małych, ale jędrnych piersi kobiety. Jej figurę wyraźnie podkreślał również krój spódnicy, która — o ile Jake się nie mylił — była przynajmniej pięć centymetrów krótsza niż przewidywały przepisy. Buty były wprawdzie przepisowo czarne, ale wbrew regulaminowi wykonane z lakierowanej skóry, i miały dziesięciocentymetrowy obcas. Ubiór i ostra piżmowa woń perfum, która jak młot kowalski uderzyła sierżanta, kiedy tylko wszedł do pokoju, były dostatecznym powodem, żeby nie przerywać rozmowy. Kobieta zachowywała się bardzo spokojnie. Przez cały czas nie poruszała rękami ani nie kręciła głową. Utkwiła wzrok w jakimś punkcie na ścianie, jakby patrzyła w odległą przestrzeń.

Brodaty sierżant sztabowy ciągnął monolog.

W pomieszczeniu byli jeszcze Ersin, gigantyczny starszy sierżant o hebanowej karnacji, z emblematem Dowództwa Zadań Specjalnych na ramieniu, i pękaty, czarny starszy sierżant z pierwszej grupy.

— Dobra, zaczynamy — powiedział Mosovich, kiedy wszyscy w ciszy zajęli miejsca. — Najpierw wszystkich przedstawię. Po mojej prawej stronie siedzi Mark Ersin z siódmej grupy, Siły Specjalne. Będzie zwiadowcą podczas naszej małej operacji. — Wskazał na hebanowego starszego sierżanta. — A to jest starszy sierżant Tung. Pracuje w pewnym sensie dorywczo w Dowództwie Zadań Specjalnych.

Kilku obecnych zaśmiało się cicho. Starszy sierżant, doświadczony instruktor i oficer polowy, był legendą wśród żołnierzy zadań specjalnych w nie mniejszym stopniu niż Mosovich.

— O, niektórzy z was znają starszego sierżanta Tunga. Dobrze, to nam zaoszczędzi wyjaśnień. Starszy sierżant Tung zajmie się kwestiami operacyjnymi. — Następnie wskazał na dużego, jasnowłosego sierżanta. — Starszy sierżant Mueller też jest z siódmej grupy. Nie dajcie się zwieść jego wyglądowi. Jest nie tylko duży i milczący. Jest duży, milczący i bardzo nieprzyjemny. Młodszy oficer Trapp — wskazał na żołnierza Komanda Foki, który pokazał w uśmiechu szczerbate uzębienie i zabawnie pomachał ręką — jest z szóstego Komanda Foki.

— Sierżant Martine — Jake wskazał szczupłego czarnego sierżanta — z pierwszej grupy jest znakomitym technikiem od łączności i złotą rączką od wszystkiego. Sierżant sztabowy Richards — wskazał żołnierza z hiszpańską bródką, który nadal zagadywał jedyną wśród obecnych kobietę. — Jest doświadczonym łapiduchem.

Sierżant skrzywił się na to określenie.

— Sierżant Ellsworthy — ciągnął Jake, wskazując kobietę — przyjechała ze Szkoły Snajperów Piechoty Morskiej.

Panowie, teraz nie żartuję, nie drażnijcie tej młodej damy; jest równie niebezpieczna, co ładna. Dobra, wszyscy zadają sobie teraz pytanie „Dlaczego ja i o co, do cholery…” — Przepraszam, sierżancie — kobieta przerwała głosem małej dziewczynki — ale chyba coś jest przyczepione do ściany za pana krzesłem.

Miała chropowaty południowy akcent, ale jej głos był słodki jak miód.

Rozmowy ucichły, a sześć par oczu zwróciło się w stronę wskazanego kawałka ściany. Zebrani kolejno zatrzymywali wzrok na właściwym miejscu.

— Tak — powiedział reprezentant Komanda Foki. — Teraz widzę. Wygląda jak jakaś ośmiornica.

— Nie — powiedział Mueller. — Raczej jak zakamuflowana żaba. Co to jest, do cholery? Wygląda na żywe.

Wychylił się do przodu, a na jego twarzy malowało się zaciekawienie.

— Jest żywe — powiedziała Ellsworthy. — Poruszyło jednym okiem.

— Więc — huknął Tung — co to, kurwa, jest i skąd się tu wzięło, do cholery?

— Nie wiem — powiedział Trapp, a w jego dłoni w tajemniczy sposób pojawił się nóż. — Ale zaraz będzie o jedną żabę mniej.

— Chwileczkę — powiedział Mosovich. — Nie jest groźny. Himmicie Rigas, miał pan nie brać udziału w tym spotkaniu.

— Pierwsze spotkania są zawsze bardzo pouczające — powiedział Himmit, a jego skóra przybrała na chwilę naturalną szaropurpurową barwę, po czym znowu dopasowała się do koloru ściany.

Grupa do zadań specjalnych zareagowała mieszanymi, ale tłumionymi uczuciami. Tylko czarny sierżant wstał i odsunął się.

— Proszę usiąść, sierżancie Martine, nie jest groźny — rzucił Mosovich.

— Cho… cho… cholera! C… c… co… t… to jest? — wyjąkał Martine. Jego sposób mówienia był tak dobrze znany jak jego umiejętności.

— ET jak cholera — stwierdził Mueller, kiedy przyglądał się Rigasowi bez cienia strachu na twarzy.

Odwrócił się do Mosovicha.

— Obcy?

— To jeden z powodów naszego spotkania. Miał zaczekać, aż o nim opowiem, do diabła! — rzucił Mosovich.

— Gdzie on się podział? — wyszeptała Ellsworthy. — Spuściłam go z oka tylko na chwilę.

Zaczęła studiować ścianę centymetr po centymetrze.

— Nie wiem — powiedział Mueller, kręcąc głową. — Po prostu zniknął.

— Kurde — powiedział Trapp i nerwowo machnął nożem. — Gdzie jest ta mała ropucha?

— Spokojnie — powiedział Mosovich. — Nie pojawi się znowu, dopóki nie będzie się czuł bezpieczny. To Himmit. Chcecie coś o nim wiedzieć, to zamknijcie się, do cholery, i słuchajcie…

Powoli odzyskali poczucie dyscypliny i skupili uwagę na starszym sierżancie, wciąż jednak ukradkowo zerkając na ściany.

— Dowództwo Zadań Specjalnych zleciło nam dokładne zbadanie wrogiej planety. Właśnie, wrogiej. Dobra, oto szczegóły.

Przedstawił główne zagadnienia kontaktu z Federacją i zagrożenia ze strony Posleenów.

— Problem polega na tym, że nie mamy wystarczającej ilości informacji na temat Posleenów. Wywiad jest jedną z najważniejszych spraw w operacjach wojskowych, a my go właśnie nie mamy. Himmici są jak duchy, węszyli nie zauważeni po całej planecie Posleenów. Ale nie byli w miejscach, gdzie mogliby nawiązać kontakt, co oznacza, że nie przyjrzeli się wrogom z bliska. Poza tym nie szukają rzeczy, które nas interesują. Wreszcie, wybacz Himmicie — skinął głową w kierunku miejsca, gdzie w jego mniemaniu czaił się zakamuflowany kosmita — góra, czyli w tym wypadku prezydent, oczekuje niezależnej ekspertyzy. Obecnie wszystkie nasze informacje pochodzą od wywiadu Darhelów i Himmitów. Prezydent chce, żeby wszystkiemu przyjrzały się ludzkie oczy, i to my jesteśmy tymi oczami.

Jake spojrzał w notatki i miał nadzieję, że jego wybrani doskonali specjaliści posłuchają go jeszcze. Wyczuwał niepokój w powietrzu. Zebrani najwyraźniej oglądali ściany w poszukiwaniu niewidzialnego Himmita. Jake, który już wcześniej wielokrotnie próbował to zrobić, był pewien, że im się nie uda. Zaskoczyło go, że Ellsworthy w ogóle dostrzegła kosmitę.

— Nasza misja polega na przedostaniu się z Himmitem Rigasem na zajmowaną przez Posleenów planetę, na którą wyślemy wkrótce potem pierwszą dywizję piechoty morskiej i różne inne jednostki. Będziemy tam nadzorować działania wojenne i wyślemy agentów wywiadu, żeby zebrali informacje o Posleenach. Odbędziemy trening na Ziemi, spędzimy około czterech miesięcy na statku i niepostrzeżenie dostaniemy się na powierzchnię planety. Jeśli nam się uda, będziemy mogli skorzystać podczas naszych działań z himmickiego statku. Jeśli nie, zaczekamy, aż przybędzie drugi statek, żeby nas odebrać cztery miesiące po lądowaniu. Jeśli się spóźnimy, będziemy zdani tylko na siebie. Następny statek przywiezie korpus ekspedycyjny dopiero za kilka lat.

Urwał i spojrzał na pobieżne notatki, które sporządził razem z Ersinem. Nie zawierały szczegółów. Zespołowi takiemu jak ten udzielało się dokładnych informacji dopiero podczas treningu i przygotowań.

— Kilka uwag. Będziemy dźwigać ciężki bagaż. Na planecie nie ma nic jadalnego, ale będziemy mieli osobiste konwertery, które dostosują rośliny i mięso zwierząt do naszych potrzeb, jeśli będziemy musieli sami zdobyć pożywienie.

Uśmiechnął się na widok skrzywionych twarzy członków zespołu. Każdy z nich przynajmniej raz był już w podobnej sytuacji podczas wykonywania zadania i nie było to miłe doświadczenie. Ellsworthy zmarszczyła nos, jakby poczuła coś nieprzyjemnego.

— Jeśli będziemy mogli wykorzystać tajny statek Himmitów, nie dojdzie do tego.

— Niezależnie od tego, podczas każdego wypadu będziemy nieść razem z konwerterami pewne rzeczy, które według naukowców są nieprzetwarzalne, jak choćby witaminy i niektóre aminokwasy. Nie są one ciężkie, ale musimy wziąć zapasy na pięć miesięcy. Po drugie, o ile to możliwe, starajmy się unikać wszelkiego kontaktu, ale bądźmy do niego przygotowani. Wszyscy jesteśmy dorośli, proszę więc samodzielnie zdecydować, co zabrać.

Potrzebny będzie ciężki sprzęt: M-16 nie wystarczy w konfrontacji z tymi istotami. To tyle jak na razie. Spotkamy się jutro rano, żeby rozpocząć ćwiczenia. Ersin poda szczegóły zakwaterowania i harmonogram ćwiczeń.

Po tych słowach wstał i wyszedł z pokoju. Pozostali nie ruszali się z miejsc i zastanawiali, czy żaba nadal ich obserwuje.

Moc żądz, co posłuch kruszy,
Bunt serc i dumny tan —
Słuch tępy, oschłość w duszy,
Swą łaskę okaż nam!

Grzesznikiem, kto Ci przeczy,
A głupcem, wątpi kto,
Nasz los w Swej dzierżysz pieczy —
Śmierć złagodź mocą Swą!

— Kipling

5

Fort McPherson, Georgia, Sol III

11:15 czasu wschodniego USA, 18 marca 2001

Gwarny tłum mundurowych i cywilów podniósł się, żeby wyjść z audytorium, a generał Horner skinął ręką na Mike’a, żeby z powrotem usiadł na krześle. Odczekał, aż wszyscy opuszczą duże pomieszczenie, i rozejrzał się wokół. Kilku innych zwierzchników wysłało członków swoich zespołów na pospieszne konferencje. Jack uśmiechnął się w duchu. Wszyscy starsi oficerowie, łącznie z nim, byli całkowicie zdezorientowani. Wyszkolono ich do walki z ludźmi i żaden z nich nigdy poważnie nie zastanawiał się nad walką z pozaziemskimi siłami zbrojnymi.

Sam pomysł wydawał im się dotąd absurdalny: przestarzały scenariusz, odłożony na najwyższą półkę w Pentagonie, wymyślony przez zapalonych mięczaków z komitetu ekspertów od zimnej wojny.

Ale teraz musieli odkurzyć ten niedorzeczny scenariusz. Horner zdawał sobie sprawę z niewielkiej przydatności ekspertów. Możliwe, że szaleńcy na punkcie fantastyki naukowej, jak troglodyta, którego wezwał, marzą o gruszkach na wierzbie, ale przynajmniej trochę wiedzą o tym rodzaju zagrożenia i dlatego są na wagę złota.

Tylko dwóch szefów zespołu rozmawiało z wojskowym personelem — pozostali dyskutowali z cywilami, a więc większość z nich wiedziała, gdzie szukać wsparcia.

Kiedy Horner upewnił się, że nikt ich nie słyszy, zwrócił się do byłego podoficera. Mike nadal wertował dokumenty. Blask białych świateł na wysokim suficie uwydatniał liczne nadruki „Ściśle tajne” na kartkach dokumentacji.

— No? — Generał skinął głową w stronę dokumentów. — Co o tym sądzisz? Chciałbym poznać twoje zdanie, zanim spotkamy się z resztą zespołu.

— Mam mówić szczerze? — zapytał Mike, oglądając schemat jakiegoś pojazdu.

— Tak.

— Mamy przesrane.

Były podoficer z trzaskiem zamknął notatnik i spojrzał ponuro na pozbawiony wesołości uśmiech generała.

Wyglądał na nieco bardziej przygnębionego niż zwykle, a generał wiedział z doświadczenia, że to mogło oznaczać wszystko albo nic.

— Czy byłbyś łaskaw wyrażać się bardziej precyzyjnie? — zapytał Horner i złożył dłonie w kształt piramidy.

Mike przesunął się na bok w krześle, dzięki czemu lepiej widział twarz generała, i uderzył ręką w dokumentację.

— Według tego możemy spodziewać się pięciu fal inwazji w około półrocznych odstępach i dodatkowych mniejszych ataków, niezależnych od głównych najazdów. Pierwsza fala dotrze tu za jakieś pięć lat. Podczas każdej inwazji będziemy musieli stawić czoło pięćdziesięciu do siedemdziesięciu wielkim bojowym kulom kolonizacyjnym, a w skład każdej z nich wchodzi od pięciuset do sześciuset lądowników bojowych. Na pokładzie każdego lądownika będzie posleeński odpowiednik dywizji wojska, mimo że nazywamy go brygadą. Mam rację?

Pięćset do sześciuset dywizji?

— Tak. Bardzo małe, niemal kieszonkowe, dywizje. Wolę określenie „brygady”.

Horner otworzył własną dokumentację i sprawdzał liczby.

— Ale każda kula będzie zawierała do czterech milionów żołnierzy wszystkich typów. Zgadza się? — nalegał Mike.

— Zgadza się.

— Czyli każda fala inwazji przyniesie dwieście czterdzieści milionów dobrze uzbrojonych pozaziemskich żołnierzy.

Oskarżenie było stanowcze.

— Tak.

— Pięć razy. Liczba uczestników każdego najazdu przekracza ostatnie znane mi dane na temat liczby personelu wojskowego na świecie. I każdy z tych Posleenów jest żołnierzem, a nie jeden na dziesięciu jak we współczesnych armiach.

— Niestety — Horner obdarował Mike’a kolejnym ze swoich pozbawionych wesołości uśmiechów.

— Nie widzisz w tym przypadkiem jakiegoś problemu? — zapytał cicho Mike, rytmicznie to zaciskając, to rozluźniając dłonie.

— Czekam, aż sam to z siebie wyrzucisz — przyznał Horner.

— W porządku. Więc, ci… Posleeni dysponują kompaniami około czterystu żołnierzy każda. Wszystkie są dowodzone przez kogoś zwanego Wszechwładcą, posiadającego ciężką broń zamontowaną na pojeździe.

Urwał i przez chwilę rozmyślał o strukturze takiej armii. Naraz przyszło mu coś do głowy i uśmiechnął się dziwnie.

— Co? — zapytał Horner i spojrzał na niego uważnie.

— Wiesz, co mi to przypomina?

— Co?

— Strukturę armii w czasach Sun Tzu.

Spojrzał na generała i zauważył jego zakłopotany wyraz twarzy.

— Jeden ciężki rydwan na dziesięciu piechotnych — wyjaśnił.

Jack zastanowił się przez chwilę i przytaknął.

— Więc co nam to daje?

— „Kiedy wróg jest silny, wycofujemy się, kiedy jest słaby, atakujemy.” — Tak, i podstępy strategiczne. A jeśli chodzi o broń?

— Posleeńska kompania będzie dysponować jakimiś ośmioma ciężkimi wyrzutniami rakiet — ciągnął Mike, patrząc w dokumentację. — Należy przypuszczać, że rakiety te przebiją Abramsa wzdłuż na wylot. Jeszcze kilka trzymilimetrowych dział Gaussa, które pewnie załatwią Abramsa z boku, a już na pewno rozwalą Bradleya.

— Nie można nimi wycelować — zauważył generał.

— Z całym należnym szacunkiem, sir, można — nie zgodził się Mike. — Broń nie ma celowników, ale to nie znaczy, że nie można wycelować. A z tego, co wiemy, Posleeni lubią zmasowany atak.

— Słusznie — przyznał Horner. — Ale pomoże im to tylko przy strzelaniu na niewielką odległość. Czy nam to coś daje?

— Tak, i właśnie o to chodzi. Jeśli podejdziemy za blisko, rozwalą nas przy użyciu dowolnego nowoczesnego systemu.

Mike uniósł brew.

— Właściwie sam już do tego doszedłem — stwierdził Horner.

Obdarzył Mike’a kolejnym chłodnym uśmiechem i opuścił ręce. Zmęczyło go narzekanie, nadszedł czas na pomysły.

O’Neal znowu otworzył teczkę dokumentów.

— Żeby ich zatrzymać, potrzebujemy piechoty. Możemy uzyskać przewagę, jeśli użyjemy artylerii, lotnictwo nie wchodzi w grę, możemy też użyć jakichś cudownych czołgów, ale jeśli będą za drogie, wykończą nas koszty produkcji. Ale potrzebujemy czegoś, żeby przeprowadzić atak, a nie tylko bronić się w fortyfikacjach. Musimy być w stanie zatrzymać ich w miejscu i przetrwać, nawet jeśli będziemy otoczeni, wezwać wsparcie ogniowe…

— Przyszły mi do głowy dwie rzeczy — powiedział Jack.

Mike spojrzał na schemat pojazdu Wszechwładcy, antygrawitacyjne sanie w kształcie spodka, z ciężką bronią zamocowaną centralnie. Na ilustracji był to wielolufowy ciężki laser.

— Myślę, że możemy użyć mechów — powiedział generał i odchylił się lekko w bok, żeby zobaczyć, czy były podoficer go słucha. Ciche parsknięcie było wystarczającym potwierdzeniem.

— Co?

— Widzisz? — zapytał Mike i wskazał na laser.

— Tak.

— Napisano tu, że Wszechwładcy używają ciężkich laserów, ciężkich dział Gaussa albo wieloprowadnicowych powtarzalnych wyrzutni pocisków hiperszybkich. Więc o ile nie masz na myśli mechów w ilości wystarczającej do przytłoczenia celu, nie chciałbym być w niczym takim jak mech. — Mike znowu wskazał rysunek. — Pięć, sześć takich dział rozbiłoby go na miazgę, a takich dział jest od czternastu do dwudziestu na „brygadę”. Nie mówiąc już o tym, że żaden mech nie wytrzyma trafienia pociskiem hiperszybkim. Zresztą kawaleria zaliczyłaby mechy raczej do swojej działki.

— Ja się zajmę walką na górze — powiedział generał — a ty się zajmij systemami. A może ich zabijemy zanim będą mieli szansę zabić nas? Powinno nam się udać zaatakować z daleka i wyeliminować Wszechwładców.

— Pewnie tak, w sprzyjających okolicznościach, Jack, ale co się stanie, kiedy się wreszcie zbliżą? Albo kiedy nagle znajdziesz się pomiędzy nimi? Daj spokój! Sam mnie tego uczyłeś. Na pewno pamiętasz, co się stało w Grenadzie.

— W takim razie pancerze wspomagane, które były moim drugim pomysłem, też nie wchodzą w grę — powiedział generał i skrzywił się.

Wysłanie nie chronionej niczym piechoty przeciw tym wojskom ponad wszelką wątpliwość skończyłoby się rzezią.

— Niekoniecznie — stwierdził Mike i otworzył dokumentację na innej stronie. — Posleeni walczą przecież w falangach. Duże bloki zwykłych wojowników z Wszechwładcami w nieregularnych odstępach, zazwyczaj daleko z tyłu.

— Zgadza się. — Generał zmrużył oczy, kiedy patrzył na Mike’a, i próbował nadążyć za jego tokiem rozumowania.

— I zasadniczo nie można ich zawrócić. Nie można ich ani wystraszyć, ani zmusić do odwrotu.

Mike w zamyśleniu podrapał się po podbródku.

— Galaksjanom nigdy się to nie udało — zaznaczył Horner z wyraźną sugestią, że mogłoby się to udać Ziemianom.

— Więc trzeba ich wybić wszystkich co do jednego. — Mike podrapał się w policzek, który zaczął już pokrywać się słabym meszkiem zarostu. — Ale nawet jeżeli będziemy na wzniesieniu terenu, a oni będą mieli ograniczone pole manewru, to i tak jeśli zabijemy jeden milion, zostaną nam jeszcze dwa.

— Tak — zgodził się Horner. — Więc potrzebujemy czegoś na tyle silnego, że zabiłoby miliony i jednocześnie przetrwało atak milionów.

Horner zastanowił się nad tym, co właśnie powiedział, i przyszło mu do głowy coś podobnego do piechoty.

— Masz rację, to niemożliwe, mamy przesrane.

Generał potrząsnął głową, zaciął usta i utkwił wzrok w jakimś odległym punkcie przestrzeni.

Mike otworzył nagle szeroko oczy i strzelił palcami.

— Masz rację tylko częściowo. Nie musimy mieć czegoś, co przetrwa uderzenie milionów pocisków jednocześnie.

— Dla podkreślenia słów miarowo kiwał palcem. — Jeśli użyjemy mecha, będzie wystawał ponad formację wroga i stanie się celem dla każdego Posleena. Ale jeśli użyjemy pancerzy wspomaganych, będziemy na ich poziomie i wtedy mogą nas trafić tylko jednostki z pierwszego szeregu. Jeśli jednostka pancerzy sama rozpęta wystarczające piekło, będzie w stanie zmniejszyć ostrzał skierowany przeciw niej, szczególnie jeśli wesprzemy ją artylerią. Poza tym jednostka taka mogłaby przemieszczać się po nierównym terenie, nie do przebycia dla Posleenów i cholernie trudnym dla czołgów i mechów. Poruszałaby się szybciej niż Posleeni i przy każdym kontakcie zadawałaby im ogromne straty. Przy odpowiedniej komunikacji z dowództwem i sprawnych systemach kontrolnych jednostka będzie w stanie podać precyzyjnie współrzędne wroga i jednocześnie odpowiedzieć na bezpośredni atak z bliska i z daleka.

Na zakończenie Mike kiwnął głową.

— Od początku byłem za pancerzami wspomaganymi, ale chciałem się upewnić, czy moja intuicja dobrze mi podpowiada.

Z uśmiechem odchylił się do tyłu na krześle, ogarnięty uczuciem ulgi. Nadciągająca burza wywoła duże straty, ale jeśli Galaksjanie będą w stanie dostarczyć pancerze wspomagane, ludzkość będzie mogła jednak przetrwać.

— Dobra — powiedział Horner, kiedy zastanowił się na tym pomysłem.

Zaczął marszczyć czoło, co było niewątpliwą oznaką zadowolenia.

— Niech tak będzie, jeśli tylko Galaksjanie potrafią to zbudować.

— I jeśli nas na to stać. Pancerze będą drogie. A skoro już o tym mowa, czy możesz mi wyjaśnić zależność między budżetem i strukturą armii? Nie opisano tego dokładnie w dokumentacji.

Mike przerzucił strony, żeby przeszukać indeks, ale jedyny wpis odnosił się do pojedynczej, niewiele mówiącej linijki tekstu.

— Cóż — powiedział Horner, a jego twarz stała się jeszcze bardziej ponura. — Mówiono mi o tym. Galaksjanie walczą z Posleenami od czasu naszej wojny secesyjnej. Początkowo bronili każdej planety jako Federacja, ale kiedy stracili ich zbyt wiele, przestali sobie radzić z kosztami. Więc teraz podczas obrony każda planeta jest zdana tylko na siebie, a Federacja wspiera jedynie Flotę. Atakowane planety mogą uzyskać fundusze od innych sojuszniczych planet. My jednak nie zawarliśmy żadnych sojuszów międzyplanetarnych, więc źródło funduszy na obronę jest naszym głównym problemem.

— Ale skoro mamy Flotę, Posleeni nigdy nie wylądują — zauważył Mike.

— Zgadza się — przytaknął Horner — ale Flota składa się w tej chwili ze statków bardzo złej jakości. Właśnie to muszą naprawić chłopaki z marynarki i lotnictwa.

Wskazał innego starszego oficera, admirała, który był pochłonięty rozmową z jakimś cywilem.

— I zgadnij, kto podpisze kontrakt z marynarką — parsknął śmiechem Mike, kiedy rozpoznał cywila. — Więc zostawią nas tutaj, żebyśmy gnili na ziemi — skończył kwaśno Mike. — Mam nadzieje, że przynajmniej przewiozą nas bojowym wahadłowcem.

— Niezupełnie. Jednostki, które zaplanujemy na tej konferencji, oparte na technologii Galaksjan, zostaną najpierw wykorzystane przez Flotę. Niektóre zostaną przydzielone do obrony „domu”, ale większość będzie użyta na innych planetach.

Horner z kamienną twarzą czekał na nieuniknioną reakcję na to stwierdzenie.

— O, rany — powiedział Mike ze złością. — Więc wymyślimy sprzęt, wyślemy go poza planetę i zgubimy Ziemię? Kim my jesteśmy, nową Australią? — zapytał, odnosząc się do sytuacji tego kraju podczas drugiej wojny światowej.

Kiedy przeważająca część wojsk Australii walczyła z Niemcami w Północnej Afryce, kraj ten został najechany przez Japończyków. Tylko dzięki amerykańskiej interwencji i uśmiechowi losu na Morzu Koralowym udało się nie dopuścić, żeby kontynent wpadł w ręce Japończyków.

— Tak jak powiedziałem — wyjaśnił cierpliwie Horner — odpowiednia ilość zostanie przydzielona do samoobrony.

Cała sprawa polega na tym, że Galaksjanie pokryją koszty sprzętu, badań i rozwoju. Naprawdę musimy się postarać, bo będziemy potem używać w walce tego, co stworzymy podczas tej konferencji. Mamy nie tylko wymyślić systemy obronne, ale musimy też wszystko zatwierdzić. Ta broń nie zostanie przyjęta zgodnie ze zwyczajowymi procedurami.

— Co? Dlaczego? — zapytał zaskoczony Mike.

Powstanie projektu i jego zatwierdzenie było zazwyczaj długotrwałym procesem wymagającym milionowych nakładów. Mimo że do zespołu należał nie tylko on i generał, grupa taka w normalnych okolicznościach ograniczyłaby się tylko do fazy projektowania.

— Zastanów się, Mike — powiedział generał. — Mamy tylko pięć lat, a nawet mniej, jeśli wziąć pod uwagę wysłanie wojsk na planety już oblężone i ataki, które mogą się rozpocząć jeszcze przed główną falą inwazji. Musimy te systemy zaprojektować, zbudować, przetestować, napisać do nich podręczniki i wdrożyć odpowiednio wcześnie, żeby można było w pełni przygotować jednostki na inwazję. — Horner uśmiechnął się drapieżnie. — A to oznacza też, że żaden nawiedzony koleś od kontraktów wojskowych za cztery miliardy dolarów nie dostanie zamówienia.

Wszystko od początku do końca zaprojektuje nasz zespół i przedstawiciele Indowy i Tchpth.

— Tak! — powiedział Mike z uśmiechem.

— Ale skąd weźmiemy ludzi? — ciągnął. — Nawet jeśli przeprowadzimy powszechną mobilizację i wezwiemy wszystkich takich jak ja, którzy są jeszcze dość młodzi, może się zdarzyć, że i tak nie starczy nam ludzi dla Floty i sił lądowych.

— Przede wszystkim — powiedział Horner z uśmiechem — naszym zadaniem jest skoncentrować się na systemach i pozwolić, żeby pozostali zajęli się ich urzeczywistnieniem. Ale żeby ci uzmysłowić, że nie ma z tym problemu, zaznaczę, że mówiłem poważnie, że wezwiemy każdego sukinsyna, który kiedykolwiek miał na sobie mundur.

— Galaksjanie wprawdzie niechętnie odnoszą się do pomysłu dzielenia się technologią medyczną z powodu ich etyki badań biologicznych, ale przekażą nam tajniki technologii odmładzania i przedłużania życia. Wezwiemy ludzi, którzy nie nosili munduru od czasu Wietnamu, jeśli będzie trzeba. A może nawet i starszych.

Mike zastanowił się nad tym przez chwilę, otworzył usta, zamknął je z powrotem, zmarszczył brwi i potrząsnął głową.

— Czy ktoś to naprawdę przemyślał?

— Tak — powiedział Horner z uśmiechem.

— Czyli… — Mike urwał, starając się przetworzyć jakąś myśl. — rzuć kamieniem, a trafisz weterana. Weterani może i stanowią tylko kilkanaście procent populacji, ale za to są wszędzie…

— I często okazuje się, że to właśnie dzięki nim wszystko trzyma się kupy.

— Tak — zgodził się Mike. — To spowoduje całkowity zastój we wszystkich gałęziach gospodarki. Produkcja, transport, wytwórstwo żywności, sądownictwo… no, może oprócz sądownictwa i marketingu.

Horner uśmiechnął się na ten mały żarcik.

— Tak będzie. Z drugiej strony nie wezwiemy wszystkich od razu. Obecny plan zakłada selekcję na podstawie wieku, stopnia wojskowego, punktów za „jakość” służby.

— „Jakość”? — przerwał Mike.

Wyobraził sobie grupę cywilnych biurokratów, którzy na podstawie raportów decydują, kogo przywrócić do służby. Raporty te często nie dawały prawidłowej oceny oficerów i podoficerów.

— „Jakość”. Może powinienem powiedzieć „jakość bojowa”. Dziwnym trafem byłem na tym spotkaniu. — Horner mocno zmarszczył czoło. — I zaznaczyłem, że będziemy potrzebować żołnierzy z przeszkoleniem bojowym. Innymi słowy, prawdziwych weteranów. Każdy medal za odwagę zwiększa przydatność, tak jak działalność wywiadowcza i czas spędzony w strefie działań wojennych…

— O, cholera — wyszeptał Mike i zaśmiał się lekko.

— … więc żadnych tyłowych pierdzistołków — skończył Horner z nieczęstym u niego śmiechem.

— Cholera — powiedział znowu zaskoczony Mike. — Dobra, więc nie będzie problemu z doświadczonymi w walce, wyszkolonymi żołnierzami.

Mike potarł pokrywający się zarostem podbródek i przyjrzał się tekstowi o galaksjańskich technologiach.

— Federacja dysponuje dużą wiedzą na temat kontroli grawitacji i wszystkich innych zjawisk związanych z bezwładnością, łącznie z systemami energetycznymi. — Przewrócił stronę i ściągnął brwi w zamyśleniu. — I najwyraźniej w dziedzinie materiałoznawstwa. Żadna tam psychotechnologia ani inne „czary”; porządna nanotechnika, jednak nic, co dałoby się bezpośrednio zastosować w działaniach wojennych. Na razie. Wszystko dotyczy transportu i biotechniki. Chyba mogę coś zrobić na podstawie tych danych, ale w jaki sposób uzyskamy dokładniejsze odpowiedzi na nasze pytania?

Horner wyciągnął z teczki czarne pudełko wielkości paczki papierosów i wręczył je Mike’owi.

— To jest przekaźnik obdarzony sztuczną inteligencją, obsługiwany za pomocą głosu i w pełni interaktywny.

Pozostaje w kontakcie z siecią podobnych urządzeń i wszystkimi dostępnymi dla nas pozaziemskimi bazami danych.

— Wyjął własny przekaźnik i odezwał się do niego. — Przekaźnik, mówi generał Horner.

— Gotów, sir — rozległ się pozbawiony akcentu głos.

— Proszę uruchomić drugi przekaźnik dla Michaela A. O’Neala. Udzielam zezwolenia na dostęp do wszelkich informacji dotyczących GalTechu i na ich wykorzystanie zgodnie z moimi rozkazami. Czy to jasne? — zapytał Horner.

— Tak jest, generale. Witamy w zespole projektowania uzbrojenia piechoty GalTechu, sierżancie O’Neal.

— Nie przywrócono mnie jeszcze do służby.

O’Neal uśmiechnął się. To było pierwsze galaksjańskie urządzenie techniczne, z którym miał do czynienia, i spełniało ono wszystkie kryteria dobrej fantastyki naukowej. Ale z drugiej strony inteligentny przekaźnik już na samym początku popełnił błąd.

— Dziś rano o siódmej trzydzieści dwie prezydent podpisał rozkaz przywrócenia do służby w nadzwyczajnym trybie wszystkich uczestników konferencji GalTechu, z wcześniejszym przeszkoleniem wojskowym. Dokumenty dotyczące zwolnienia pana z obecnego stanowiska i nadania stopnia oficerskiego przygotowano do pańskiego podpisu.

Kamienna twarz podoficera zwróciła się w stronę generała.

— Nic na to nie poradzę, Mike — wzruszył ramionami generał. — Ktoś najwyraźniej uznał, że lepiej to zrobić bez uzgodnienia. Ale przyznam, że to ja kazałem przygotować dokumenty dotyczące awansu.

Mike podrapał się w podbródek i spojrzał w sufit. Zauważył czarne sfery kamer bezpieczeństwa. Nagle ogarnęło go przeczucie, że odtąd zawsze będą go otaczać kamery i mundury wojskowe, a jego życie porwą nieznane wichry losu. Zamknął oczy i z głową nadal przechyloną do tyłu zmówił cichą, smutną modlitwę za koniec złotego wieku, koniec niewinności, koniec, o którym wciąż wiedzieli tylko nieliczni.

— Cóż, panie generale — powiedział cicho, nie otwierając oczu. — Chyba powinniśmy zacząć pracować na nasze hojne wynagrodzenie.

6

Orbita Barwhon V

15:30 czasu uniwersalnego Greenwich, 25 czerwca 2001

Statek wyszedł z nadświetlnej i ukazała się przed nim planeta Barwhon, świat mgieł i purpurowej roślinności.

— Przedostaniemy się przez nie zabezpieczony korytarz, który według naszych danych nie należy jeszcze do Posleenów.

Starszy sierżant Mosovich po raz ostatni zerknął na opis misji. Członkowie Źrenicy 1, jak oficjalnie nazwano zespół, siedzieli przy małym stole w ciasnym himmickim statku, jedząc śniadanie i popijając ostatnią odrobinę prawdziwej kawy, a planeta rosła w oczach na ekranie wizyjnym. Atmosfera była napięta; w powietrzu unosił się zapach podniecenia. Wszyscy byli wyszkolonymi żołnierzami, ale otoczenie nie pozwalało im zapomnieć, że znaleźli się w grupie ludzi, którzy pierwsi postawią stopę na obcej planecie. Otrzymali zastrzyki hibernacyjne, jeszcze zanim statek wystartował z atolu Kwajalein. Prawie nie mieli czasu, żeby uporać się z poczuciem alienacji, gdyż zastrzyki zadziałały i zapadli w sen. Teraz wszystko w zasięgu wzroku roztaczało delikatną aurę obcości.

Oświetlenie mamiło wzrok. Nie było jarzeniowe ani fluorescencyjne i wydawało się niezbyt dostosowane do ludzkich oczu. Odnosiło się wrażenie, że na statku nie jest ciemno, tylko większość światła leży w zakresie fal niewidzialnych dla ludzi. Przedmioty majaczyły na granicy widoczności, niby dostrzegalne, a jednak nieuchwytne.

Leśny kamuflaż załogi zmienił się pod osobliwym oświetleniem w dziwaczne, nieostre plamy czerni i migotliwej zieleni.

Pokłady i ścianki działowe miały głównie niebieską lub błotnobrązową barwę. Odnosiło się wrażenie, że kolory były jaskrawe, tylko że nie w taki sposób, w jaki pojmują to ludzie.

W powietrzu unosiły się słabe, drażniące zapachy, dziwne i tak samo obce. Nie pochodziły ani od związków organicznych, ani od maszyn, były po prostu inne. Okazjonalne piskliwe dźwięki pobrzmiewały na granicy słyszalności, drażniły podświadomość. Może były to komunikaty dla całego statku, może startujące podsystemy, a może duchy martwych Himmitów. Dyskomfort zwiększały niewłaściwie skonstruowane meble. Stół był za wysoki, ławki za niskie, siedzenia za małe. Meble zaprojektowano najwyraźniej dla ludzi, ale ich twórcą nie była na pewno istota, która miała ich używać.

Wszystko wokół raziło obcością. Żołnierze ścieśnili się i łapczywie kończyli posiłek. Każdy marzył skrycie, żeby choć przez chwilę zobaczyć jeszcze coś prawdziwie zielonego albo żółtego.

Himmit Rigas był obecny, a jeśli na statku znajdowali się jeszcze jacyś inni himmiccy członkowie załogi, to nie dawali się zobaczyć. Dla Himmitów drapieżnik był zawsze drapieżnikiem i Rigas musiał być szalony, żeby się z nimi zadawać.

— Na planecie nie ma kontynentów ani oceanów, jest tylko jedno wielkie bagno i dżungla. Zaczniemy misję w terenie, gdzie jest więcej bagna niż dżungli, bo nie da się zamaskować akustycznych i termicznych sygnałów pochodzących ze zwalniającego statku kosmicznego. Potem przeniesiemy się w ten region. — Mosovich wskazał obszar na ekranie wizyjnym po to, żeby podkreślić, że prawie nadszedł już czas rozpoczęcia misji! — To jest region, który Posleeni najechali w pierwszej kolejności i gdzie asymilacja nie powinna stwarzać trudności. Na początku po prostu sprawdzimy teren i spróbujemy ustalić, z jakim zagrożeniem mamy do czynienia. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, a rzadko tak bywa, skoczymy do innych sektorów i sprawdzimy, co się dzieje w różnych odstępach czasu po podboju.

W czasie kiedy Mosovich mówił, Ellsworthy ostrożnie wybrała całe mięso z gulaszu i przesunęła je na bok talerza, potem oddzieliła ziemniaki od warzyw. Warzywa podzieliła dalej według kolorów na żółte, brązowe i pomarańczowe. Z dziecinnym grymasem wybrała wszystko, co nie należało do żadnej z głównych grup pożywienia. Zanim skończyła, wszyscy zdążyli już zjeść, odchylili się do tyłu w fotelach i obserwowali ten codzienny rytuał. Przez prawie miesiąc przed startem tajnego statku zespół trenował razem. Mieli dość czasu, żeby odkryć swoje mocne i słabe strony, swoje prywatne troski i nawyki. Z luźnej grupy wspaniałych żołnierzy zmienili się w zgrany zespół i oswoili ze zwyczajami każdego członka drużyny.

Teraz robiono szeptem zakłady na temat tego, którą część posiłku Ellsworthy uzna za prawdziwe jedzenie, a którą, według jej własnego nazewnictwa, za „kleistą papkę”. Ellsworthy ostrożnie zgarnęła z mięsa możliwie najwięcej sosu i połknęła go. Przyjrzała się badawczo pozostałej części posiłku, kręcąc głową z boku na bok i pochylając się, żeby powąchać, aż wreszcie odsunęła talerz. Według Sandry Ellsworthy, ludzie dzielili się na mięsożerców i roślinożerców, a ona doskonale wiedziała, do której grupy się zalicza.

W milczeniu podsunęła talerz siedzącemu po drugiej stronie stołu Muellerowi, kiedy ten pytająco uniósł krzaczaste blond brwi. Potężny podoficer wziął talerz i włożył do ust pozostawione kupki posiłku, nie wyłączając — tutaj Ellsworthy musiała zamknąć oczy — „kleistej papki”. Kiedy skończył, jego policzki były wypchane jak u chomika. Wytarł poplamiony sosem podbródek i znowu uniósł brwi.

— Jeśli już skończyliście… — zaśmiał się Mosovich.

Ten rytuał doskonale rozładowywał napięcie, a w obcym himmickim statku było to potrzebne jeszcze bardziej niż zwykle. Mosovich nie musiał się martwić, czy Ellsworthy zna swoje zadania podczas misji. Gdyby ją poprosił, mogłaby powtórzyć słowo w słowo całą jego wypowiedź.

— W wypadku nie przewidzianych kłopotów odbierze nas za cztery miesiące inny himmicki statek. Martine ma sprzęt komunikacyjny o dużym zasięgu. W razie potrzeby może połączyć się ze statkiem kurierskim. Mamy zapasy na pięć miesięcy w przenośnych kontenerach i magazynach statku, o ile nie stracimy z nim kontaktu. Są jakieś pytania?

Nie było; słyszeli już to wszystko z milion razy.

— Dobra, początek misji za godzinę. Pora założyć skafandry.

Odsunęli się od stołu i ruszyli w stronę komory ciśnieniowej, a Rigas podszedł do pulpitu sterowniczego. Mueller chwycił ostatnie trzy kromki chleba i wepchnął sobie do ust, jeszcze bardziej wydymając policzki.

— Nie mogę uwierzyć, że tak dużo jesz — powiedział Trapp, a na jego berecie przez chwilę zalśniło złoto oznaczenia Komanda Foki.

— Fffużo ważę. Nie ffak jak ffy, kurfuple! — wielki podoficer wymamrotał niewyraźnie.

W ciasnej komorze ciśnieniowej małego statku sierżant Martine, którego jąkanie ani trochę nie przeszkadzało mu w pracy, otwierał zabezpieczenia sprzętu i broni. Zaczął składać swój zestaw sprzętu, kiedy Ellsworthy wyminęła go, żeby wyjąć broń. Do pomieszczenia niewiele większego od klozetu wpakował się jeszcze Mueller, żeby otworzyć skrzynki ze sprzętem zwiadowczym i materiałami wybuchowymi, a Ersin i Richards zajęli się sprawdzaniem zapasów lekarstw i opatrunków. W niektórych przypadkach sprzęt udoskonalono według technologii Galaksjan.

Urządzenia komunikacyjne używały pól podprzestrzennych, dzięki którym sygnał był wykrywalny, ale nie można było zlokalizować jego źródła. Jedynym wytworem federacyjnej technologii, z którego ku zmartwieniu Darhelów nie mogli skorzystać, były inteligentne przekaźniki. Galaksjanie bardzo przepraszali, ale po prostu wszystkie takie urządzenia przypisano już innym użytkownikom.

Podczas gdy reszta zespołu kończyła zapinać plecaki i kombinezony bojowe, Mosovich włożył do ucha odbiornik komunikacyjny i ruchem dłoni nakazał pozostałym zrobić to samo. Następnie zainstalował mikrofon gardłowy na swoim jabłku Adama.

— Próba, ogólny test — wyartykułował, nie otwierając ust i wydając z siebie tylko lekkie mruczenie.

— Operacyjny.

— Zwiad.

— Snajper.

— Terenoznawstwo.

— Sanitariusz.

— Łączność.

— Saper.

Mueller wyciągnął dwie sztuki ładunków wybuchowych C-9 i zamachał nimi demonstracyjnie. Mosovich skarcił go spojrzeniem.

— Dowództwo, test pomyślny. Od tej chwili otwieracie usta tylko po to, żeby jeść.

System odbierał drgania jabłka Adama i przekazywał je w postaci fal o niskich częstotliwościach, które były dużo trudniejsze do wykrycia niż dźwięk. O ile Posleeni w ogóle używali jakichś detektorów, zaszyfrowane mikrodrgania mogłyby im się wydać tylko rodzajem anomalii podprzestrzennych, które zwykle występują na powierzchni planet.

Jeszcze raz sprawdzono plecaki, posegregowano sprzęt i wreszcie wszystko było gotowe. W chwilę później w głośnikach rozległ się głos Himmita Rigasa.

— Za moment wchodzimy w atmosferę. Proszę zająć pozycje.

Członkowie zespołu zapięli plecaki, zamocowali broń i wdrapali się na niewygodne koje ratunkowe. Plecaki, których nie zdejmowali, zmieściły się w specjalnie zaprojektowanych zagłębieniach. Kiedy wszyscy już się ułożyli, plastyczna masa wypełniła przestrzenie między nimi a kojami, a potem powiększyła swoją objętość i zaczęła z wolna pokrywać żołnierzy od stóp do głów, łącznie z przymocowaną bronią. W końcu substancja okleiła kokonem całe ich ciała, z wyjątkiem twarzy. Kiedy masa dobrze dopasowała się do kształtu ich ciał, skurczyła się i maksymalnie ścisnęła. W ten sposób, gdyby doszło do nagłej utraty sterowności, załoga miała pewne szanse na przeżycie.

Wszyscy ćwiczyli ten manewr w symulatorach na Kwajalein, ale mimo to ogarnął ich lęk, kiedy dziwna substancja zaczęła pełzać w górę twarzy, omijając oczy, nos i usta. Kiedy tylko kokony były gotowe, tajny statek kosmiczny uderzył w zewnętrzne warstwy atmosfery i szarpnął jak nie ujeżdżony koń.

— Hej, sierżancie — Mueller zamruczał przez obwody komunikacyjne. — Po co ten cyrk? Skoro mamy kompensatory bezwładności, i tak nic nie poczujemy.

— Nie mam zielonego pojęcia, Mueller — rzucił Mosovich. — Zamknij się i leż spokojnie.

W tym momencie statek skręcił ostro w dół i jednocześnie przechylił się mocno na bok, a twarz sierżanta zzieleniała od przeciążenia.

Ellsworthy, która miała najmniejsze doświadczenie w lotach tego typu, gwałtownie zwymiotowała, co jeszcze pogorszyło sytuację, zwłaszcza że nie mogła przewrócić się na bok. Smród zwróconego gulaszu wywołał u załogi reakcję łańcuchową. Kabinę wypełniły wiązki promieni ściągających, które złapały krople kleistej mazi i wciągnęły je w otwory w ścianach. Wokół koi ratunkowych i twarzy załogi zaroiło się od nannitów, usuwających nieczystości z każdego centymetra kwadratowego kabiny. Nieoczekiwaną zaletą kokonów okazał się fakt, że ochroniły one mundury i sprzęt.

— Sierżancie Mueller — zabrzmiał interkom, kiedy pająkowate nannity usuwały resztki zawartości żołądka z twarzy żołnierza. — Mówi Himmit Rigas. Nie odczuwacie na szczęście wszystkich skutków manewrów, które wykonuje statek. Podążamy torem maksymalnie zmniejszającym prawdopodobieństwo wykrycia. Ostatni przechył spowodował przeciążenie dwieście razy większe od grawitacji waszej planety. Nie możemy zamaskować naszego śladu termicznego, więc staramy się przyjąć tor lotu bardzo nieregularnego meteoru. A teraz, jak powiedział wasz starszy sierżant, zamknijcie się i leżcie spokojnie.

Część załogi zaśmiała się ponuro, a statek wykonał beczkę i ostro zanurkował ku ziemi.

— Trzydzieści sekund.

Koje ratunkowe jak na komendę uniosły się do pionu i przechyliły, odwracając członków załogi twarzą do dołu.

Podłoga rozchyliła się i przez zasłonę pola siłowego żołnierze zobaczyli purpurowe drzewa planety Barwhon.

Dziewicze zarośla śmigały w dole szybciej niż rozpędzony pociąg i wydawało się, że statek dzieli od nich zaledwie kilka centymetrów. Wielowarstwowa dżungla była najgęstszym lasem w całym znanym wszechświecie; perspektywa misji bojowej w tym terenie przestała się nagle wydawać dobrym pomysłem.

— Dziesięć sekund.

Mosovich wziął głęboki oddech, a masa plastyczna cofnęła się nagle w głąb koi. Sierżant przycisnął do piersi swojego Zamiatacza Ulic kaliber 12 i postanowił zaufać himmickim urządzeniom. W kabinie rozległ się nagle huk powietrza, dźwięk dobrze znany wszystkim jednostkom powietrznodesantowym, a Mosovich prawie w tym samym momencie poczuł uderzenie w plecy. Połączony efekt wyrzucenia ze statku i grawitacji wydawał się przesądzać o roztrzaskaniu załogi o drzewne giganty rodem z mitów greckich. Kiedy gałęzie niemal sięgały po nich jak odnóża modliszki, Mosovich usłyszał zgrzyt w plecaku i tempo lotu gwałtownie osłabło. Nie odczuł zwalniania. Tylko widok nie przybliżających się już drzew wskazywał, że zatrzymał się w powietrzu. Rozejrzał się i zobaczył pozostałych członków zespołu, którzy podobnie jak on dyndali na rzemieniach swoich plecaków. Włączył obwód opuszczania w galaksjańskim urządzeniu antygrawitacyjnym i zespół do zadań specjalnych zaczął opadać w stronę nieznanego lasu.

7

Waszyngton, Dystrykt Kolumbii, Sol III

20:12 czasu wschodniego USA, 16 sierpnia 2001

Prezydent stał na podium i mocno zaciskając dłonie na krawędziach blatu wodził wzrokiem między słuchaczami a ekranem z tekstem przemówienia. Jego wystąpieniu nie wtórował zwykły w takich sytuacjach aplauz. Informacja o przemówieniu przed obiema izbami Kongresu przyszła nagle i była zbyt złowieszcza, żeby wywołać jakiekolwiek oznaki radości. W ciągu kilku dni między zapowiedzią przemówienia a samym wystąpieniem kraj i świat ogarnęła panika, a plotki rozszalały się jak gwałtowny pożar. Jednostki wojskowe na całym świecie postawiono w stan gotowości, bez jakiegokolwiek wyjaśnienia, na czym polegało zagrożenie. Znikało coraz więcej naukowców i techników, na prawo i lewo zawieszano realizację projektów, a personel ginął w informacyjnej czarnej dziurze.

Wszyscy wiedzieli już, że była jakaś tajemnica, której skutki miały zatrząść światem, ale udało się ją zachować aż do tej decydującej nocy.

— Członkowie Kongresu, mężowie stanu, drodzy Amerykanie — zaczął prezydent z najbardziej ponurym wyrazem twarzy, jaki kraj dotąd oglądał. — To jest noc, która przejdzie do historii, noc, która na zawsze utkwi w pamięci człowieka, nawet przez miliony lat.

Powiódł wzrokiem po sali i niemal wyczuł w powietrzu wzrastające zaniepokojenie zebranych polityków. Po raz pierwszy widział tę zazwyczaj rozkojarzoną grupę ludzi słuchających w takim skupieniu czyichś słów. Nie znali tekstu przemówienia i nie mogli go na bieżąco komentować.

— W mediach szerzono wiele plotek na temat ostatnich wydarzeń, tajnych debat, ruchów wojskowych i nagłych zmian w budżecie. Jestem tu dziś, żeby uciszyć wszystkie plotki i przekazać wam całą przerażającą prawdę.

— Drodzy Ziemianie — ciągnął, posłużywszy się wyrażeniem nigdy dotąd nie używanym w takich okolicznościach. — Pięć miesięcy temu skontaktowali się ze mną i innymi przywódcami państw świata emisariusze pozaziemskiego rządu. — Uniósł ręce, żeby uciszyć szum rozmów, które zawrzały wokół. — Przekazali pozdrowienia, prośbę i gorzkie ostrzeżenie…

Nieźle, pomyślał Mike, kiedy oglądał w kawiarni transmisję sieci C-SPAN. Mógł obejrzeć wystąpienie w swoim pokoju, ale po spędzeniu tak dużej ilości czasu na wspólnej pracy w zespole wydawało się naturalne, że będą oglądać je razem. Członkowie zespołów zajmujących się galaksjańską technologią siedzieli w swoich grupach i popijali ulubione drinki. Śledzili program o największej oglądalności w historii telewizji i potrafili nie tylko ze spokojem przyjąć straszne nowiny, ale też na bieżąco komentować przekaz. Odczekali, aż prezydent powoli opisze całą sytuację i zagrożenia. Mike uśmiechnął się na myśl o ironii losu. Już tydzień po tym, jak zaczęli znikać niektórzy pracownicy, jakiś łebski internetowy felietonista sprawdził listę zaginionego personelu. Kiedy stwierdził, że ponad trzydzieści procent stanowili autorzy fantastyki naukowej i pisarze zajmujący się tematyką wojen kosmicznych, a pozostali byli wojskowymi, wyciągnął prawidłowe wnioski. Stał się przedmiotem zgodnej drwiny większości mediów. Najłagodniejszy nagłówek brzmiał „Marsjańskie zagrożenie?”. Mike oczami wyobraźni widział teraz tego dziennikarza z butelką whisky w ręku, krzyczącego z radości, że miał rację.

— … opóźnienie zostało uzgodnione przez wszystkich wtajemniczonych przywódców państw w celu ustalenia prawdziwości faktów. Mogło się bowiem zdarzyć, iż mimo pozornej życzliwości Obcych zostaliśmy okłamani.

Dopiero trzy dni temu uzyskaliśmy potwierdzenie. Wysłaliśmy międzynarodowy zespół złożony z naukowców, oficerów armii, przedstawicieli rządu i prasy. Wrócę do tego za chwilę. W tym czasie wojskowy i przemysłowy personel pracował w tajemnicy przez dwadzieścia cztery godziny na dobę ze swoimi galaksjańskimi współpracownikami nad wynalezieniem nowej broni, łącząc ziemską wiedzę z galaksjańską technologią. Zespoły te, odcięte od świata w bazach wojskowych, bez możliwości spotkania z przyjaciółmi, nawet bez możliwości zdradzenia im, dlaczego zostali rozdzieleni, doprowadziły do wielkiego przełomu. Pomimo poniesionych ofiar dokonano cudów.

— Ach, to nie były żadne ofiary — zażartował pilot myśliwca za plecami Mike’a. — Sukinsyn i tak miał mnie zostawić.

Mike zerknął na generała Hornera. Oficer z kamienną twarzą patrzył na ekran i wyglądał nagle na zmęczonego i starego. Dopiero dzień wcześniej podjęto ostateczną decyzję, które siły i w jakiej kolejności mają zostać uzbrojone, i kto ma nimi dowodzić. Pomimo jego oczywistych kwalifikacji na dowódcę floty uderzeniowej, stanowisko to przydzielono komuś innemu i generał Horner musiał wrócić do „regularnych” oddziałów, bo we flocie nie było wolnego etatu dla generała broni. Gdyby go nie awansowano, mógłby objąć dowództwo jednej z dywizji, ale najwyraźniej pisane mu było zająć się tylko programem zadań dla personelu wojskowego. Poza tym skoro nie włączono go do działań floty, na pewno wpisano go na listę oficerów, który poddadzą się odmładzaniu. Nie był jeszcze stary i w innych okolicznościach minęłyby lata, zanim przyszedłby dla niego czas na terapię. W każdym razie wiadomości, jakie przyniósł ten dzień, nie były dobre. Na domiar złego otrzymał jeszcze pozew rozwodowy.

— Zaprojektowano, przetestowano i rozpoczęto produkcję myśliwców, pancerników, transportowców i pocisków, które zniszczą wroga w kosmosie. Zaprojektowano również działa, pancerze i czołgi, żeby bronić naszego narodu i całego świata na powierzchni Ziemi…

Mike prawie niezauważalnie wzruszył ramionami i zdjął z nadgarstka inteligentny przekaźnik. Doskonale domyślał się reszty przemówienia. Przez ostatnie dwa miesiące międzynarodowa współpraca okazała się bardziej konieczna, niż spodziewano się tego na początku. Nadal były pewne różnice poglądów pomiędzy głównymi partnerami, ósemką najbogatszych państw, w kwestii szczegółów strategii, ale mimo to udało się zaprojektować wszystko, od superpancerników po pancerze wspomagane, nad którymi Mike pracował osobiście. Problem stanowiły teraz testy, produkcja i rozmieszczenie wszystkiego w terenie, a były podoficer miał przeczucie, że dla niego będzie to również ciężkie doświadczenie.

Podniósł przekaźnik do ucha i szepnął: „Dom.” Przekaźnik, uruchomiony chwilę wcześniej, żeby nawiązać kontakt z zewnętrznymi liniami, podłączył się do cywilnej sieci telefonicznej, wybrał numer domowy Mike’a i obciążył jego kartę telefoniczną kosztami połączenia. Wszyscy wokół też dzwonili właśnie do domu i salę wypełnił gwar rozmów.

— Halo? — powiedział ostrożnie kobiecy głos.

— Cześć, skarbie, zgadnij, kto mówi.

Było mu ciężko wyksztusić z siebie powitanie, a znajomy głos sprawił, że oczy zaszły mu mgłą. W ustach poczuł słony smak.

— Mike? Cally, tatuś dzwoni! Chodź tutaj. Przypuszczam, że prezydent mówił o tobie? — zapytała Sharon.

— Tak, o mnie i o blisko stu pięćdziesięciu innych specjalistach w kraju. Dzięki, że nie zostawiłaś mnie w tym czasie.

— Masz na myśli, że nie wyrzuciłam twoich ubrań za drzwi? Zrobiłam tak z większością tych plamistych. — Zaśmiała się, łykając łzy.

— Cóż, nikt z nas nie miał szczęścia — powiedział cicho i spojrzał na generała.

— Tak to ujął prezydent.

— …Muszę niestety powiedzieć, że przedsięwzięcie pochłonęło już pierwsze ofiary w ludziach…

— Co? Przepraszam, kochanie, zadzwonię później.

Ścisnął przekaźnik, przerywając połączenie, i zapiął go z powrotem na nadgarstku. Miał nadzieję, że Sharon zrozumie.

— Naszym korespondentem prasowym była międzynarodowej sławy reporterka Shari Mahatsi. Ona, jej operator kamery Marc Renard, specjalista od dźwięku Jean Carron, producentka Sharon Levy, marszałkowie Siergiej Leworst z Rosji i Chu Feng z Chin, generałowie Erton z Francji i Trayner ze Stanów Zjednoczonych oraz ubezpieczający ich francuscy spadochroniarze zginęli na Barwhon 5…

— Dobry Boże — powiedział pilot myśliwca. — Jak to się, do diabła, stało?

Zebrany na sali personel, poinformowany o wszystkim, co dotyczyło zbliżającej się wojny, był zszokowany tą wiadomością. Szmer rozmów nasilił się tak bardzo, że jeden ze starszych oficerów musiał krzyknąć, żeby wszystkich uciszyć.

— …wyjaśnić, co się wydarzyło, oraz pokazać państwu oblicze wroga, redaktorzy sieci CNN i biura prasowego Departamentu Obrony przygotowali nagranie. To ostatnie dzieło wybitnej dziennikarki ujawnia, tak jak nie dokonałyby tego żadne słowa, prawdziwą twarz diabła. To jest ostatnia transmisja, jaką przechwyciły wspierające nas tajne statki Federacji. Rodzice nie powinni pozwolić małym dzieciom, żeby oglądały ten przekaz.

* * *

— Generale Trayner, pragnę podziękować panu za możliwość…

Ciemnowłosa reporterka była bardzo poważna, a jej spojrzenie zdradzało zdenerwowanie. Stała na polanie w dziewiczym purpurowym lesie. Na obrzeżach kadru widać było spiralne niebieskie i zielone budynki. Wyglądały na zbyt delikatne, żeby sprostać normalnej grawitacji. Niska postać przypominająca kraba przedreptała przed kamerą: to Obcy rasy Tchpth, na zawsze uwieczniony na taśmie, spieszył gdzieś w nieznanym kierunku.

— Co może pan powiedzieć nam w tej chwili na temat oddziałów Posleenów i naszego bezpieczeństwa? Wygląda na to, że niemal wszędzie wokół nas toczy się walka.

Rozległ się daleki trzask, jakby uderzyło tysiąc piorunów, a niebo w tle zapłonęło aktynicznym światłem.

Generał uśmiechnął się uspokajająco.

— Cóż, Shari, jak wiesz, Posleeni zasadniczo nie potrafią przekraczać rzek i pokonywać gór. Pomimo pewnych problemów Galaksjanie dosyć dobrze chronią ten teren. Region z dwóch stron ograniczają duże rzeki i dopóki wróg nie przemieści się w górę rzeki, żeby przejść na drugą stronę, z pomocą naszych legionistów — wskazał na pełniących wartę francuskich żołnierzy — nic nam się nie stanie.

— Generale Erton — przysunęła mikrofon do ust drugiego rozmówcy. — Zgadza się pan?

— O, oui.

Wysoki Francuz o arystokratycznym wyglądzie miał ciemnoszary kamuflaż, który dobrze się komponował z otaczającą ich zewsząd purpurą. I on uśmiechnął się uspokajająco, podczas gdy marszałkowie z Chin i Rosji czekali na swoją kolej, żeby jeszcze raz zapewnić nerwową reporterkę o ich bezpieczeństwie. Żaden z nich nie zdawał sobie jednak sprawy, że dziennikarka spędziła w strefach działań wojennych więcej czasu niż oni wszyscy razem wzięci i rozwinęła w sobie zdolność przeczuwania kłopotów.

— Jak dotąd Posleeni nie okazali się zdolni do sforsowania tych rzek. Ponadto — według wywiadu — po początkowej fazie inwazji nie używają oni lądowników do celów transportowych, tak jak zrobiliby to ludzie…

— Mon Général! — krzyknął jakiś głos w tle. — Le ciel!

Kamera przesunęła się gwałtownie i ukazała widok wież Tchpth wznoszących się na tle zachodzącego fioletowego słońca. Ponad purpurą gigantycznych drzew i wieżami miasta widniał olbrzymi blok jednolitej czerni, z której na wojowników Darhel i ziemskich obrońców sypały się srebrne błyskawice. W odpowiedzi na leniwy lot pocisków samonaprowadzających w kierunku lądownika Posleenów z nieba runęła pręga stalowej błyskawicy. Fala uderzeniowa wywołana wiązką plazmy porwała kamerę i cisnęła nią w powietrze jak dziecięcą zabawkę.

* * *

Kamera leżała na boku. Coś, guzik albo kawałek materiału z ubrania, zasłaniało dolną część obrazu.

Amerykański but spadochroniarski opierał się o stertę szarych łachmanów, rozerwane ciało byłego wroga. Jedyny żywy człowiek w zasięgu wzroku, francuski spadochroniarz, wyjął pusty magazynek i popatrzył na niego w oszołomieniu. Odrzucił go przez ramię, sięgnął za pasek i wyciągnął bagnet. Zamocował go na karabinie i wybiegł z kadru z głośnym okrzykiem „Camerone!”.

Chwilę później na ekranie pojawiły się krostowate, pokryte żółtymi łuskami nogi z orlimi szponami. Kamera wywinęła koziołka w powietrzu, straciła ostrość, a ekran przykryła chmura czerwieni. Ani przez chwilę nie było widać wyraźnego obrazu wroga.

— Drodzy Amerykanie — powiedział prezydent, kiedy znów pokazano obraz podium. — Czeka nas nawałnica, jakiej nie było jeszcze w naszej historii. Jednak niczym majestatyczne dęby mamy mocne korzenie, nasza siłą jest jedność. W czasie nawałnicy możemy stracić liście, może stracimy gałęzie. Ale nasza jedność pod okiem Boga przetrwa, a wiosną rozkwitniemy na nowo.

Przez chwilę panowało milczenie, aż pojedynczy słuchacz zaczął klaskać. Aplauz przybrał na sile, rozprzestrzenił się i przeszedł w grzmiący huk potwierdzenia. Przez jedną krótką chwilę przywódców najsilniejszego państwa świata połączyła jedna wizja, wizja przetrwania i przyszłości. Przez jedną krótką chwilę panowała jedność przeciw nawałnicy.

8

Fort Bragg, Północna Karolina, Sol III

16:48, 19 listopada 2001

Starszy sierżant Bob Duncan, szef kierowania ogniem w sekcji ciężkich moździerzy drugiego batalionu trzysta dwudziestego piątego pułku piechoty, przysparzał czasem problemów swoim przełożonym, co eufemistycznie nazywano wyzwaniem dla dowództwa. Przez cały czas trwania kariery wojskowej nie zdołał się nigdzie wpasować.

Miał wszystkie odznaczenia, jakich można by oczekiwać po dziesięciu latach służby w osiemdziesiątej drugiej dywizji powietrznodesantowej. Patkę Rangersów, skrzydła spadochroniarskie, belki starszego sierżanta. Jednak mimo wszystko podlegli mu sierżanci jakoś nie do końca mu ufali. Częściowo przyczyną tego była natura jego kariery. Z wielu powodów nie przeniesiono go nigdy do innej jednostki. Przyszedł jako szeregowiec świeżo po szkole indywidualnego szkolenia i desantu piechoty, od razu został przydzielony do kompanii D (ówczesnej kompanii wsparcia) drugiego batalionu trzysta dwudziestego piątego pułku, i tak już zostało. Nie dla niego były transfery do Korei albo Niemiec. Nie wysyłano go do jednostek powietrznodesantowych we Włoszech, na Alasce albo w Panamie. Zamiast tego pełnił chyba wszystkie funkcje w swojej kompanii. Potrzebny zwiadowca, żeby uzupełnić pluton? Sierżant Duncan był zwiadowcą. Potrzebny dowódca sekcji TOW na HUMVEE? Sierżant Duncan. Potrzebny szef centrum kierowania ogniem? Dowódca sekcji moździerzy? Sierżant operacyjny? Wezwij sierżanta Duncana. Duncan był stałym elementem kompanii D, bardziej trwałym niż koszary czy ciągle przenoszeni starsi sierżanci, porucznicy i inni dowódcy. Kiedy tylko nowi szefowie mieli jakieś pytania, nieodmiennie zwracali się do sierżanta Duncana.

Wydawałoby się, że taka wszechwiedza w zakresie funkcjonowania kompanii, od zaopatrzenia (urzędnik biura zaopatrzenia, dziewięć miesięcy) po pluton przeciwpancerny (dowódca plutonu, blisko rok, celowniczy, dowódca zespołu w jeepie, sierżant bazy motorowej), powinna prowadzić do ciągłych pochwał i szybkich awansów. Przy jakimkolwiek niebezpiecznym i brudnym zadaniu, przy jakiejkolwiek trudnej robocie w kurzu i pyle niezbędny był sierżant Duncan.

Ale to stwarzało też pewne problemy. Jak można dawać te same rady, udzielać w kółko tych samych lekcji, i to nie podkomendnym, a przełożonym, i nie rozwinąć w sobie pewnej wyniosłości? Gdyby dowódca kompanii stale musiał cię o coś pytać, nieuchronnie doszedłbyś do ubliżających mu wniosków. Gdybyś dwa razy w swojej karierze przewodził niedobitkom kompanii na manewrach ćwiczeniowych, z czego raz dostałbyś dużo wyższą notę niż twój aktualny dowódca, gdyby najcięższe zadanie stało się dla ciebie rutyną, gdyby zawsze wybierano cię jako pierwszego do każdej trudnej i nieciekawej pracy, bo jesteś w tym cholernie dobry i twój pierwszy sierżant ma cię wtedy z głowy, ogarnęłoby cię w końcu nieopisane znudzenie. W przypadku żołnierzy takich jak sierżant Duncan znudzenie to zawsze prowadziło do niefortunnych innowacji. Może byłoby lepiej, gdyby druty przebiegały tędy? Co by się stało, gdybyśmy zrobili to w ten sposób? Może użyjemy tych fajerwerków do produkcji miny-pułapki?

Reperkusje tego ostatniego eksperymentu odczuwał do dzisiaj.

Byłoby o wiele lepiej dla sierżanta Duncana, dla armii, a już na pewno dla kompanii D, gdyby przeniesiono go i postawiono przed nowymi wyzwaniami. Ale on pozostawał ciągle stałym elementem kompanii i batalionu, i zaczynał coraz bardziej gnuśnieć.

Zrządzeniem losu odmiana przyszła i do niego. Odwrócił czarną skrzynkę i usiadł na pryczy naprzeciwko swojego obecnego współlokatora, którego nie znosił. Zwrócił uwagę na zadziwiające zjawisko, że najwyraźniej nie znosił trzy razy więcej współlokatorów niż ich kiedykolwiek miał. Niedługo przyjdzie pora, żeby okazać niechęć także i temu sierżantowi zwiadowcy, któremu wydaje się, że zjadł wszystkie rozumy. Cóż, Duncan był zwiadowcą, kiedy ten mały gówniarz chodził jeszcze do szkoły, więc według Boba Duncana mógł równie dobrze spakować swój pieprzony worek na rzeczy osobiste i od razu wkroczyć do akcji. Głupi dureń uważnie ostrzył na diamentowej ostrzałce nóż długości mniej więcej swojego przedramienia, jakby już następnego dnia miał go użyć przeciwko Posleenom. O ile sierżant Duncan zdołał ustalić, na ciałach Posleenów nie było ani jednego miejsca, gdzie można by wepchnąć nóż i zadać śmiertelną ranę. Poza tym jak zamierzał użyć noża w pancerzu wspomaganym? Ciągłe ostrzenie stawało się jeszcze bardziej irytujące niż drapanie wełny z pościeli na łóżku. Rany boskie! Do jasnej cholery, zabierzcie tego gościa z mojego pokoju!

Duncan czekał, aż zwołają ostatni apel, i żeby zapomnieć o durnym współlokatorze przyglądał się ostatniej czarnej skrzynce, jaką im przydzielili. Była wielkości mniej więcej pudełka Marlboro, płaska, o intensywnie czarnej barwie, z wyglądu bardzo podobna do inteligentnych przekaźników. Czarna jak as pik. I wytwarzała pole siłowe, którego nie można było przebić kulą kaliber .308. Duncan już to sprawdzał. Kilka razy, żeby się upewnić. Skrzynka nawet nie drgnęła, kiedy pociski odbijały się rykoszetem; to był ciekawy widok. Dość powiedzieć, że chłopaki wokół ruszali się cholernie szybko, kiedy kule wróciły na teren klubu strzeleckiego w Fort Bragg. Na szczęście w okolicy nie było żadnych trepów. Inni strzelcy tylko się śmiali, a potem powrócili do strzelania.

Dobra, więc skrzynka odbijała pociski. Ale pole rozwijało się tylko na jakieś dwa metry w każdą stronę i zatrzymywało, kiedy napotykało przeszkodę. Zatrzymywało się. Nie omijało przeszkody. Po prostu się zatrzymywało, co było kompletnym niewypałem, jeśli się nad tym przez chwilę zastanowić. I skrzynkę trzeba było specjalnie przymocować, a nie tylko schować ją w odpowiednim miejscu. Duncan odbył krótką rozmowę z inteligentnym przekaźnikiem i okazało się, że cholerna skrzynka miała coś w rodzaju blokady bezpieczeństwa.

Więc Duncan porozmawiał z przekaźnikiem jeszcze trochę dłużej i przekonał go, że skoro byli batalionem eksperymentalnym, to powinni mieć prawo eksperymentować. Przekaźnik sprawdził protokoły i najwyraźniej zgodził się z tym, bo wyłączył blokady. Duncan upewnił się, że przyrząd jest w zasięgu ręki, i uruchomił go.

Urządzenie wytwarzające osobiste pole siłowe działało na zasadzie generowania siatki siłowej o niskiej energii.

Zaprojektowano je w taki sposób, żeby przez czterdzieści pięć minut podtrzymywało pole siłowe wokół obszaru o powierzchni dwunastu metrów kwadratowych. Jeżeli nastawiono by je na maksymalny zasięg, pole objęłoby powierzchnię tysiąca dwustu pięćdziesięciu metrów kwadratowych i utrzymałoby się przez trzy milisekundy. Siatka była praktycznie dwuwymiarowa. Rozwijała się na dwadzieścia metrów w każdą stronę, przenikając przestrzenie między atomami.

Siatka przecięła teraz powietrze niczym samurajska katana, przechodząc przez wszystkie przedmioty, belki dwuteowe, konstrukcję łóżka, szafki na ścianach i, na nieszczęście dla współlokatora sierżanta Duncana, przez jego kończyny. Płaszczyzna siatki, cieńszej od włosa, sięgała od magazynu, gdzie między innymi rozcięła całe pudełko piór Bica i spowodowała ogromny bałagan, aż po dach, gdzie zrobiła ogromną wyrwę. Jednak kiedy całą bazę zaatakowali później Posleeni, i tak nikt nie zwracał już uwagi na tę jedną wyrwę. Ponadto wydajność urządzenia była większa niż zespołu obwodów nadprzewodnikowych i tracona energia szybko ogrzała skrzynkę do ponad dwustu stopni Celsjusza.

— Jezu! — wrzasnął sierżant Duncan i upuścił parzące nagle urządzenie, a jego prycza spadła na podłogę. Kiedy przełamana podłoga zapadła się lekko do środka, zaczął zsuwać się naprzód, podobnie jak jego towarzysz na drugiej pryczy. Współlokator wydał z siebie przeraźliwy krzyk, kiedy jego nogi odłączyły się nagle poniżej kolan od ześlizgującego się po pochylni ciała, a jasnoczerwona krew bluznęła na szybko ciemniejącą pościel.

W swoim czasie sierżant Duncan widział więcej tragicznych wypadków niż ktokolwiek inny, więc teraz zadziałał bez zastanowienia. Szybko owinął rzemień spadochronowy wokół kikutów. Nóż doskonale nadał się na krępulec przy jednej opasce uciskowej; dobrze umiejscowiony nie przeciął nawet rzemienia. Druga opaska spowolniła upływ krwi po użyciu samozaciskającej się pętli, bardzo przydatnej do przygotowywania pojazdów do twardego lądowania lub w kontaktach z pewnego rodzaju kobietami. Nieszczęsny współlokator miotał przekleństwa i płakał; dla kogoś takiego jak on utrata nóg mogła oznaczać śmierć.

— Przestań — warknął sierżant Duncan, kiedy wsunął śrubokręt pod drugą opaskę i zacisnął ją, aż ustał upływ krwi. — Potrafią teraz sprawić, że wyrosną ci nowe nogi.

Wzrok współlokatora stawał się mętny od utraty krwi, ale mężczyzna zdołał jeszcze uchwycić sens wypowiedzi i przytaknąć, zanim zemdlał.

— Za to ja siedzę w gównie — szepnął wreszcie Duncan, przycisnął poparzoną dłoń do piersi i wdrapał się w górę pochylni do drzwi.

— Sanitariusz! — ryknął w głąb korytarza, oparł się plecami o framugę i popatrzył niewidzącym wzrokiem na podłogę opadającą ku miejscu niezwykle równego cięcia.

* * *

Starszy sierżant Black wszedł do biura dowódcy batalionu, przepisowo wykonał zwrot w prawo i zasalutował.

Sierżant Duncan wszedł tuż za nim i stanął na baczność.

— Starszy sierżant Black melduje się na rozkaz z jednym podkomendnym — powiedział zdecydowanym, ale cichym głosem Black.

— Spocznij, sierżancie Black — powiedział podpułkownik Youngman.

Patrzył na sierżanta Duncana przez całą minutę. Duncan stał na baczność i pocił się, czytając wiszący na przeciwległej ścianie dyplom mianowania na oficera. Jego umysł odpłynął w takie miejsce, w którym nie mogło być mowy o sądzie wojskowym. Duncan miał nieodparte wrażenie, że ostatnie wydarzenia z pewnością były snem, koszmarem nocnym. Nic tak okropnego nie mogło się zdarzyć w rzeczywistości.

— Sierżancie Duncan, i to jest czysto retoryczne pytanie, co ja mam z wami zrobić? Jesteście bardzo kompetentni, o ile akurat czegoś nie spieprzycie, a najwyraźniej robicie to na zawołanie. Odbyłem rozmowę ze starszym sierżantem, dowódcą waszej kompanii, z sierżantem z waszego plutonu i, poza protokołem, waszym byłym dowódcą. Usłyszałem także kilka oficjalnych uwag na wasz temat od obecnego przełożonego.

Youngman urwał, a jego twarz zmieniła się.

— Przyznam, że jestem w kropce. Oczekujemy w bardzo niedalekiej przyszłości wojny i potrzebny nam jest każdy cholerny wyszkolony podoficer, jakiego tylko możemy dorwać. Tak więc wycieczka do Leavenworth — obydwaj podoficerowie drgnęli na dźwięk tej nazwy — która byłaby najlżejszą karą, na jaką zasługujecie, prawie nie wchodzi w grę. Jednak jeśli postawię was przed sądem, właśnie tam traficie. Zdajecie sobie z tego sprawę, sierżancie?

— Tak, sir — odpowiedział cicho Duncan.

— Spowodowaliście uszkodzenie struktury budynku, którego koszty naprawy wyniosą pięćdziesiąt trzy tysiące dolarów, i odcięliście nogi waszemu współlokatorowi. Gdyby nie ta nowa galaksjańska — podpułkownik praktycznie wypluł to słowo — technologia medyczna, byłby kaleką do końca życia, ale i tak mam o jednego starszego podoficera mniej. Teraz jest tylko pacjentem i zostanie zastąpiony kimś innym. Podobno miną co najmniej trzy miesiące, zanim urosną mu nowe nogi, co oznacza, że raczej nie dostaniemy go już z powrotem. Więc, jak już mówiłem, co ja mam z wami zrobić? To jest oficjalne pytanie, życzycie sobie karę administracyjną czy sądową? To jest, przyjmiecie dowolną karę, którą wymierzę, czy chcecie stanąć przed sądem wojskowym?

— Administracyjną, sir.

Duncan odetchnął w duchu, że dano mu tę możliwość.

— Bardzo sprytnie, sierżancie, mówiono mi, że jesteście inteligentni. Więc dobrze, sześćdziesiąt dni aresztu, czterdzieści pięć dni dodatkowej służby, połowa żołdu przez dwa miesiące i jeden stopień niżej.

Pułkownik zastosował praktycznie wszystkie przewidziane regulaminem kary.

— Aha, sierżancie, jak rozumiem, liczył pan na awans na sierżanta pierwszej klasy. — Oficer urwał na moment. — Musiałby wtedy być bardzo zimny dzień w piekle. Odmaszerować.

Sierżant Black stanął na baczność, ryknął „W prawo zwrot!” i wyprowadził sierżanta Duncana z biura.

— Sierżancie!

Sierżant wszedł do biura, kiedy obydwaj podoficerowie wyszli już z budynku.

— Tak, sir?

— Przekażcie to pierwszym sierżantom i kapitanom. Nie rozumiemy, na jakiej zasadzie działają te wszystkie urządzenia, i nie mamy czasu, żeby zajmować się zagrożeniami, które niosą. Czeka nas ogólny Test Gotowości Bojowej i musimy się skoncentrować na podstawowych umiejętnościach. Noty za ostatnie ćwiczenia były tragicznie niskie. Chcę, żeby zaraz schowano wszystkie urządzenia GalTechu. Proszę zamknąć w zbrojowniach te, które się tam zmieszczą, a resztę w magazynach, szczególnie te cholerne hełmy i przekaźniki. A co do Duncana, myślę, że był w naszym batalionie zbyt długo, ale brakuje nam podoficerów i nie mogę go odesłać. Co pan o tym sądzi?

Krępy starszy sierżant o blond włosach przygryzł wargi w zamyśleniu.

— W trzecim plutonie kompanii Bravo przyda się dowódca drużyny. Zajmujący to stanowisko sierżant jest doświadczony, ale karierę zrobił w oddziałach piechoty. Myślę, że Duncan dobrze by się tam nadawał, a sierżant Green powinien wiedzieć, jak radzić sobie z trudnymi dziećmi.

— Zrób to. Jeszcze dzisiaj — rzucił oficer, umywając ręce od całej sprawy.

— Tak jest, sir.

— I zamknij ten złom pod kluczem.

— Tak jest, sir. Kiedy spodziewa się pan rozpoczęcia ćwiczeń z pancerzami wspomaganymi? Zapytają mnie o to.

Starsi sierżanci stale go o to wypytywali. Szczególnie dowódca kompanii Bravo codziennie wiercił mu dziurę w brzuchu.

— Dziewięćdziesiąt dni po ogólnym Teście Przydatności Bojowej mamy zaplanowany lot na Diess — powiedział ostro Youngman. — Odbędziemy wtedy intensywny cykl szkoleniowy. Prosiłem już o fundusze.

— Tak jest, sir.

— Odmaszerować.

Pułkownik wziął do ręki raport i zaczął go uzupełniać, kiedy starszy podoficer batalionu opuścił biuro.

9

Nowy Jork, Sol III

14:30, 20 listopada 2001

— Nazywam się Worth, byłem umówiony.

Biuro mieściło się na trzydziestym piątym piętrze pięćdziesięciokondygnacyjnego budynku na Manhattanie i nie było w nim nic nadzwyczajnego oprócz przebywających tam osób. Wywieszka na drzwiach głosiła po prostu „Terra. Przedsiębiorstwo Handlowe”. Biuro zajmowało całe piętro i był to oficjalny konsulat handlowy Federacji Galaksjańskiej.

Oszałamiająco piękna recepcjonistka bez słowa wskazała na sofę i krzesła pod ścianą dużej, przestronnej poczekalni, i wróciła do prób opanowania obsługi nowego komputera.

Pan Worth, zamiast usiąść, spacerował po recepcji i podziwiał dzieła sztuki na ścianach. Uważał się za konesera sztuk pięknych i szybko rozpoznał kilka dzieł jako oryginały albo przynajmniej nadzwyczajnej jakości kopie. Były dwa obrazy Rubensa, jeden Rembrandta i, o ile się nie mylił, oryginał „Gwiezdnej, gwiezdnej nocy”, który ostatnio widziano pod opieką Korporacji Matsushita.

Chodząc wśród eksponatów odniósł wrażenie, że również meble mogą być autentycznymi dziełami sztuki z epoki Ludwika XIV. Zwróciło to myśli pana Wortha z powrotem ku recepcjonistce. Skoro według wszelkiego prawdopodobieństwa wszystko w pokoju było autentyczne, prawdziwy kolekcjoner również po recepcjonistce spodziewałby się jakiejś nadzwyczajnej oryginalności. To był prosty wniosek. Zerknął na nią ostrożnie i, szczerze powiedziawszy, nie mógł oderwać wzroku. Kiedy na konsoli rozległ się dźwięk dzwonka, podniosła wzrok i zauważyła ukradkowe spojrzenie; rzecz jasna obeszło ją to tyle, co zeszłoroczny śnieg.

— Ghin czeka na pana, panie Worth.

Wszedł przez wolno otwierające się drzwi do ciemnego pokoju. W poprzek obszernego pomieszczenia ustawiono biurko wielkości małego samochodu. Za biurkiem rysował się kształt, który w nikłym świetle padającym zza zasłoniętych okien można było wziąć za ludzką postać.

— Proszę wejść, panie Worth. Niech pan usiądzie — powiedział Darhel charakterystycznym syczącym głosem i ospale wskazał krzesło naprzeciw siebie.

Pan Worth wolno przemierzył biuro, starając się dostrzec więcej szczegółów rysującej się w cieniu postaci. Od czasu pierwszego kontaktu Darhelowie byli wszędzie. Zjawiali się osobiście lub wysyłali reprezentantów na wszystkie ważne rządowe rozmowy i posiedzenia. Zdawali się rozumieć, że najwięcej spraw jest załatwianych za kulisami wszystkich posiedzeń świata, dlatego pojawiali się na nich, zazwyczaj owinięci w płaszcze dla ochrony przed silnym ziemskim słońcem, albo reprezentowali ich opłacani konsultanci. Pan Worth zdawał sobie sprawę, że był jednym z nielicznych, którzy mieli okazję spotkać się z Darhelem twarzą w twarz.

Nadal dostrzegając tylko ciemne kontury głowy, pan Worth usiadł na wskazanym krześle.

— Pewnie, jak wy to mówicie, zastanawia się pan, czemu dziś tu pana wezwałem.

Głos brzmiał tak czarodziejsko, że Worth czuł się jak pod działaniem jakiegoś uroku. Potrząsnął głową.

— Właściwie to zastanawiam się, skąd pan w ogóle miał mój numer. Niewiele osób go zna i, o ile wiem, nigdzie go nie zapisywano.

— Umieszczono go w przynajmniej trzech bazach danych, w tym w dwóch, do których mamy dostęp.

Postać lekko zatrzęsła się w odruchu, który mógł być odpowiednikiem śmiechu człowieka. Rozniósł się słaby, drażniący zapach; mógł to być oddech albo darhelska wersja wody kolońskiej.

— Aha. Byłby pan łaskaw mnie oświecić?

— Pański numer oraz ogólny, powiedzmy, opis wykonywanej pracy jest zawarty w aktach CIA, Interpolu i bazie danych rodziny Corleone.

— Głęboko nad tym ubolewam.

Zapamiętał sobie, że musi przedyskutować kwestię bezpieczeństwa danych z Tonym Corleone.

— Właściwie powinienem powiedzieć, że dane były umieszczane w tych bazach. Teraz jest w nich nieco nieścisłości. — Urwał na chwilę. — Ma pan coś do dodania?

— Nie.

Worth nauczył się w swoim czasie, że w niektórych sytuacjach lepiej trzymać gębę na kłódkę. Nagle zdecydował, że była to jedna z takich sytuacji.

— Darhelowie przywiązują dużą wagę do interesów, panie Worth. W interesach są sprawy rozwiązywalne i nierozwiązywalne. Istnieją też sprawy, które wymagają dosyć subtelnego podejścia.

Ghin urwał, jak gdyby starał się starannie dobrać słowa.

— A wy bylibyście zainteresowani moimi usługami w celu… załatwienia tych subtelności?

— Bylibyśmy zainteresowani usługami — powiedział Darhel bardzo ostrożnie.

— Moimi usługami?

— Gdyby sporządzał pan dla nas faktury z wyszczególnieniem wydatków…

Postać zadrżała i umilkła. Zdawało się, że Darhel wziął głęboki oddech, zanim znowu zaczął mówić.

— Gdyby ktoś sporządzał dla nas faktury z wyszczególnieniem wydatków związanych z interesami Darhelów, które mogłyby wyjść na jaw w czasie przypadkowej rozmowy z Darhelami albo na skutek działań waszego wywiadu… — Na moment znowu zapanowało milczenie, ale po chwili Darhel odezwał się piskliwym głosem. W jego wypowiedzi czuć było teraz napięcie. — Otrzymałby godziwe wynagrodzenie.

Zdanie zakończyło się wysokim, zdławionym dźwiękiem. Darhel odwrócił głowę na bok, potrząsnął nią silnie i wydał z siebie drżący oddech.

Pan Worth zdał sobie sprawę, że jego nowy pracodawca? klient? zwierzchnik? nie tyle nie chciał, co po prostu nie mógł mówić bardziej precyzyjnie.

— A jak byłyby dostarczane te faktury? I jak przekazywano by zapłatę? Ostrożność to jedna sprawa, ale interesy to interesy.

— Szczegółami zajmą się inni — odpowiedział Darhel z drżącym oddechem. — Rozumiem, że się pan zgadza? — dodał z nutą złości w głosie.

— Na co? — zapytał Worth. — Nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek rozmawiał z jakimś Darhelem. Prawda?

— Ach, słusznie.

Postać pochyliła się do przodu, a w ciemności błysnęły nagle zęby. Worth zadrżał z powodu ich podobieństwa do szczęk rekina.

— Nie robi się z panem miło interesów, panie Worth.

Źrenice Wortha rozszerzyły się, kiedy zobaczył postać w całej okazałości.

* * *

Szef zaopatrzenia armii Chińskiej Republiki Ludowej w prowincji Shantung stukał piórem w plik dokumentów i przedstawiał swojemu zwierzchnikowi, dowódcy sił zbrojnych w prowincji Shantung, fakty, które właśnie wyszły na jaw. Jeden z jego młodszych oficerów podczas wstępnych rozmów na temat produkcji i zaopatrzenia napotkał na niespodziewaną przeszkodę. Przekonany, że inteligentny przekaźnik popełnia błąd w tłumaczeniu — takie rzeczy zdarzały się już wcześniej — major bardzo dokładnie wypytał o wszystko swojego darhelskiego odpowiednika. Elfiej postury Darhel miał niespotykaną zdolność unikania w rozmowie problemowych zagadnień, ale w końcu, po poruszeniu kwestii techników Indowy i naukowców Tchpth, młodszy oficer zerwał negocjacje i sporządził długi raport. Raport ten, uzupełniony przez zwierzchnika majora, leżał teraz na kolanach marszałka.

— Może coś jest nie w porządku z moją zdolnością pojmowania. Jak to możliwe, że nie znają produkcji przemysłowej? Przecież widziałem ich statki. I skąd się biorą te ich przekaźniki?

— To kwestia tłumaczenia słowa „przemysł”. Produkują fenomenalne urządzenia, cudowne statki kosmiczne i wspaniałe maszyny doradcze, ale wszystko jest robione ręcznie; nie znają koncepcji produkcji taśmowej. Nie należy myśleć o taśmach produkcyjnych w kategoriach technologii; są one filozoficznym wyborem, a nie konsekwencją rozwoju. Masowa produkcja stwarza potrzebę planowania krótkiego okresu przydatności produktów, bo w przeciwnym razie dzięki wydajności taśm produkcyjnych całkowicie zaspokojono by popyt i trzeba by zamknąć fabryki. Tak więc na Ziemi niejako celowo wytwarza się produkty z tańszych materiałów, które szybciej się zużywają. Jednak wyższość przemysłu, czyli taśm produkcyjnych, polega na tym, że pozwalają one na szybką produkcję przy stosunkowo niskich kosztach. Dlatego wszyscy są zmuszeni do ich stosowania.

Urwał i zastanowił się nad doborem dalszych słów.

— Jest także druga sprawa. Jesteśmy pewni, że Federacja jest silnie zestrukturalizowana. Mogę pana odesłać do odpowiednich dokumentów…

— Czytałem je — powiedział marszałek, podnosząc pióro i przerzucając je między palcami.

Spojrzał przez okno na wznoszące się ku niebu drapacze chmur czwartego pod względem wielkości miasta w Chinach i zastanawiał się, jak je obronią, jeśli Galaksjanie nie zdołają na czas zbudować floty.

Szef zaopatrzenia skinął głową.

— Ta galaksjańska kolonia mrówek jest w dużym stopniu wyspecjalizowana.

Znowu urwał i zastanowił się, jak wyrazić następną myśl.

— Naszym zadaniem jest, wydaje się, być mrówczymi żołnierzami. Indowy, te zielonkawe, karłowate dwunożne stworzenia to mrówki robotnice. Niemal automatycznie produkują skomplikowane urządzenia wysokiej klasy.

Wahania precyzji wykonania są tak niewielkie, że produkty wyglądają, jak gdyby wykonano je w fabryce. Każdy wyrób wytwarzany jest z myślą o tym, żeby działał bardzo długo. A skoro wszystkie urządzenia produkuje się ręcznie i mają one działać przez dwieście do trzystu lat, każde z nich jest niewiarygodnie drogie. Pojedynczemu Indowy wyprodukowanie galaksjańskiego odpowiednika telewizora może zająć nawet rok. Koszty są porównywalne z rocznym dochodem elektronika albo inżyniera elektryka. Jedynym wyjątkiem wydają się inteligentne przekaźniki, które produkowane są masowo przez Darhelów. Najwyraźniej z tego samego powodu znacznie wzrasta też zapotrzebowanie na urządzenia odmładzające.

— A czy ktoś u nich handluje? — zapytał dowódca.

— Darhelowie — odparł sucho oficer zaopatrzeniowy. — Istnieje pojęcie, które kojarzone jest z ceną, a przekaźniki właśnie w ten sposób to tłumaczą. Bardziej odpowiednim określeniem byłaby „wierzytelność” albo „dług”. Jeśli nie jest się wystarczająco bogatym, żeby cokolwiek kupić, trzeba zaciągnąć pożyczkę u Darhelów.

Uśmiechnął się lekko. Każdy oficer zaopatrzeniowy uwielbiał dobre szwindle.

— W całej Federacji? — zapytał dowódca, zastanawiając nad efektem takich działań; wynik był oszałamiający.

— Tak. Pożyczkę należy spłacić w ciągu stu pięćdziesięciu lat. Z odsetkami. — Oficer zaopatrzeniowy wzruszył ramionami. — Z drugiej strony produkty nie psują się i mają gwarancję do czasu spłacenia pożyczki.

— A statki? — zapytał dowódca, wracając do najważniejszej kwestii.

— Właśnie dzięki temu wszystko zrozumiałem. Indowy muszą mieć hierarchię bardziej złożoną niż w Sądzie Mandaryńskim. Każdy Indowy wybiera specjalizację względnie zostaje mu ona przydzielona w młodym wieku, odpowiadającym wiekowi jakichś czterech, pięciu lat u człowieka. Najbardziej złożona hierarchia i najlepiej opłacane stanowiska to konstruktorzy statków. Każda część statku, od płyt kadłubowych po elementy ze stali molibdenowej, wykonywana jest przez odpowiedni zespół budowniczy, zazwyczaj rodzinny. Wchodzą surowce, wychodzi gotowy statek. Każda część jest znakowana i zatwierdzana przez głównego podsystemowego albo głównego budowniczego. Każda część. Tak więc statki Indowy działają przez tysiące lat i praktycznie nie potrzebują serwisu. Nie są potrzebne żadne części zamienne. Jeśli cokolwiek się zepsuje, nowy komponent wyrabiany jest ręcznie. To tak jakby każdy statek był jednym z tych drapaczy chmur — machnął ręką w kierunku budynków za oknem — a każda część produkowana była na miejscu. W ten sam sposób powstają wszystkie ich urządzenia, sprzęt, broń i tym podobne. Uczeń zaczyna jako wytwórca sworzni albo armatury, potem awansuje na producenta podsystemów — hydrauliki, sprzętu elektrycznego, konstrukcji — i uczy się wyrobu każdego komponentu systemu.

Przy odrobinie szczęścia po kilku stuleciach może zostać mistrzem nadzorującym budowę całego statku. Z powodu tego długiego procesu i braku mistrzów w całej Federacji rzadko kiedy produkuje się więcej niż pięć statków rocznie.

— Ale… nam potrzebne są setki, tysiące statków w ciągu kilku lat, nie wieków — powiedział ostro dowódca i rzucił piórem o biurko. — A planujemy wyprodukować miliony kosmicznych myśliwców.

— Tak. I właśnie dlatego wszystkie statki Federacji to przerobione frachtowce. Najwyraźniej produkowali kiedyś prawdziwe statki wojenne, ale było ich bardzo niewiele i wszystkie zostały zniszczone w walce z Posleenami.

W całej Federacji brakuje teraz statków, bo Galaksjanie tracą te przerobione frachtowce znacznie szybciej niż mogą zbudować nowe.

— Nie przyszedłby pan z tym do mnie, gdyby nie można było temu jakoś zaradzić — powiedział dowódca.

Szef zaopatrzenia bywał często bardzo drobiazgowy, ale jego propozycje były zazwyczaj warte uwagi.

— Federacja ma tylko około dwustu mistrzów stoczniowych…

Liczba zaskoczyła dowódcę.

— Na ilu Indowy? — zapytał.

— Około czternastu bilionów — szef zaopatrzenia uśmiechnął się lekko, kiedy wypowiadał tę liczbę.

— Czternastu bilionów? — wykrztusił dowódca.

— Tak. Ciekawa sprawa, nie uważa pan? — oficer zaopatrzenia uśmiechnął się sztywno.

— Mogłem się spodziewać! Wysokość wynagrodzenia dla naszych oddziałów oparto na wysokości pensji rzemieślników Indowy. Potencjalnych ludzkich żołnierzy jest co najwyżej miliard — wrzasnął dowódca. — Porównywanie ich z Indowy wydaje się teraz śmieszne.

— Tak, nasz personel jest stosunkowo ograniczony liczebnie. Najwyraźniej, jak ujęliby to Amerykanie, Darhelowie nas „wykiwali”. Indowy stanowią osiemdziesiąt procent federacyjnej populacji, ale ich władza jest niewielka. Darhelowie umiejętnie kontrolują ich komunikację międzyplanetarną i w zasadzie mają kontrolę nad ich funduszami. A skoro kontrolują fundusze, kontrolują też pożyczki. Każdy Indowy musi zakupić narzędzia do pracy.

Jeśli któryś próbuje wyłamać się spod kontroli, Darhelowie żądają od niego zwrotu długu, zostaje pozbawiony dochodu i staje się wyrzutkiem. Nie ma opieki społecznej; tacy Indowy albo popełniają samobójstwo, albo umierają z głodu. Nawet ich rodziny im nie pomogą z powodu wstydu, coś w rodzaju Giri albo Gimu u Japończyków, i ze strachu przed karą. Indowy są poza tym służącymi Galaksjan i wykonują wszystkie niewolnicze i upodlające prace.

Mimo że teoretycznie jest to planeta Tchpth, osiemdziesiąt procent populacji stanowią Indowy.

— Rozwiązanie?

Dowódca podniósł się z krzesła i podszedł do okna. Stanął z rękami założonymi na plecach i pomyślał o swoim starym przyjacielu Chu Fengu, który zginął z powodu błędnych informacji otrzymanych od wywiadu tych darhelskich łajdaków. A teraz jeszcze to.

— Szczególnie w kwestii płac powinniśmy zadbać o interesy naszego narodu, ale trzeba będzie także stworzyć wspólny front z innymi krajami. Trzeba przekazać tę informację pozostałym stronom porozumienia, a potem zastosować strategię Darhelów przeciwko nim samym. Powinniśmy piętrzyć problemy z przygotowaniem wojsk ekspedycyjnych; należy jeszcze raz przedyskutować główne problemy i renegocjować niektóre umowy. Żołnierze powinni dostać płace w wysokości zgodnej z zapotrzebowaniem na ich usługi; szeregowiec powinien na przykład zarabiać tyle, co każdy tiriański negocjator. A Darhelowie muszą użyć swoich wpływów, żeby wprowadzić zmiany w społeczeństwie Indowy.

Sprawdził notatki i uderzył piórem w dokumenty.

— Mimo że jest bardzo niewielu mistrzów stoczniowych, nie brakuje wytwórców komponentów, którzy mogą pracować według czyichś wskazówek. Trzeba zatrudnić Indowy do produkcji części zamiennych dla warsztatów, które należy zbudować w wielu miejscach. Będą się sprzeciwiać — to jest dla nich sprzeczne z czymś, co można by określić mianem religii — ale trzeba ich przekonać albo zmusić. Warsztaty mogłyby powstać w układzie słonecznym…

— Nie wiemy, czy uda nam się utrzymać Ziemię — zauważył dowódca.

W oddali przez jasnobłękitne niebo przefrunęła gromada gołębi. Dowódca zastanowił się, czy takie stworzenia jak te przetrwają zagładę ludzkości, czy też na Ziemi pozostaną tylko szczury i karaluchy.

— Nie na Ziemi — poprawił go młodszy oficer. — Na orbicie innych planet, na przykład Marsa, albo w pasie planetoid. Według naszych aktualnych informacji, Posleeni nie przeszukują ani nie eksploatują przestrzeni międzyplanetarnej w układach, które atakują, pomimo istniejących tam zasobów. Podobnie z jakiegoś powodu nie robią tego Galaksjanie. Dlatego umiejscowienie zakładów produkcyjnych w naszym systemie wiąże się z niewielkim ryzykiem. Posleeni na pewno ich nie zauważą; ominęli już wiele kosmicznych instalacji w innych układach planetarnych w Galaktyce. Ponadto rzemieślnicy Indowy są w stanie wyprodukować potrzebne elementy statków w ilości niezbędnej dla celów wojennych, ale nie mamy czasu na montaż. Musimy więc stworzyć statki, które można będzie montować tak jak amerykańskie statki „Liberty” podczas drugiej wojny światowej. Jeżeli uda nam się uzyskać zgodę na kilka projektów, części mogłyby być produkowane w całej Federacji, a potem przesyłane do nas.

Tymczasem budowalibyśmy bazy montażowe w różnych ukrytych miejscach układu słonecznego. Nawet jeśli stracimy kontrolę nad planetą, zachowamy możliwość dalszej produkcji wojennej i znaczne zasoby genowe. Może nawet wystarczy nam to, żeby odzyskać Ziemię.

— Fundusze?

Kwestia odzyskania Ziemi nie była warta dyskusji, bo oznaczała utratę Chin jako samodzielnego kraju. Państwo Środka liczyło sobie pięć tysięcy lat historii. Posleeni na pewno zniszczyliby je całkowicie.

— Nie powinno z tym być problemu. Po pierwsze, tworzenie budowli orbitalnych finansowano by z funduszów marynarki, a potem wynajmowano te pomieszczenia ziemskim przedsiębiorstwom. Już na samym początku wojny Indowy uzyskali specjalne prawa do zakupu nowych narzędzi i materiałów do produkcji uzbrojenia. My, mam na myśli Ziemian, powinniśmy stwarzać problemy techniczne z dostarczeniem oddziałów zbrojnych, dopóki nie otrzymamy zgody na budowle orbitalne. Użyjemy galaksjańskich systemów treningowych, żeby wyszkolić Indowy i ludzi do pracy nad budową warsztatów i w samych warsztatach. Galaksjanie dysponują wielozmysłowym systemem uczącym, dzięki któremu obsługa może szybko zdobyć duże umiejętności. Aż do pierwszej fali najazdu będziemy budować warsztaty z wykonanych wcześniej części. Warsztaty te wyprodukują broń, systemy i statki potrzebne do obrony Ziemi. Sprzedamy to wszystko Darhelom, żeby wyposażyć nasze oddziały i otrzymać sprzęt do obrony planetarnej. My dostaniemy broń, Indowy pracę, a Darhelowie za to wszystko zapłacą. Poza tym skoro warsztaty będą w naszym systemie i pod naszą kontrolą, na dłuższą metę to my będziemy czerpać z tego zyski.

— A dlaczego Darhelowie mieliby się na to zgodzić?

Dowódca odwrócił się do oficera zaopatrzeniowego i przeszył go spojrzeniem.

— Kwestia produkcji wydobyła na światło dzienne wiele spraw Galaksjan. Zdaniem naszego antropologa, „ojczyzna” Darhelów to owe dwieście do trzystu planet w głębi Galaktyki. Wszystkie z pięciu planet, które już zdobyto lub są teraz atakowane, należały właśnie do Darhelów. Inne, które stracono w ciągu ostatnich stu pięćdziesięciu lat, te „ponad siedemdziesiąt planet”, o stracie których Darhelowie stale mówią, były koloniami Indowy, galaksjańskimi ośrodkami wyzysku. Z wyjątkiem Diess uważano je za biedne i mało znaczące. Teraz Posleeni uderzyli na główne planety Federacji. Nie dajmy się znowu oszukać Darhelom; są zdesperowani i zgodzą się zapłacić każdą cenę, byleby tylko zatrzymać Posleenów. I jest jeszcze jedna kwestia, którą trzeba przemyśleć.

— Tak?

— W przypadku istot podobnych do Darhelów rzadko mamy do czynienia z pojedynczym oszustwem. O wiele częściej jest to cała sieć kłamstw.

* * *

— Brad, co o tym sądzisz?

Prezydent stał odwrócony plecami do swojego doradcy i wyglądał przez zielonkawe zbrojone szyby w oknach najsłynniejszego na świecie pokoju.

— Cóż, panie prezydencie, uważam, że możemy wdrożyć większość punktów chińskiego planu, ale w przypadku negocjacji powinniśmy zachować się nieco bardziej powściągliwie. — Sekretarz stanu zerknął do notatek. — Chińczycy chcą, żeby Darhelowie sfinansowali całą obronę planetarną, a mnie się nie wydaje, żeby się na to zgodzili. Nawet jeśli tak zrobią, negocjacje bardzo się przeciągną, a w czasie ich trwania niczego byśmy nie produkowali. Myślę, że dość łatwo uzyskamy podwyżki wynagrodzenia i pozwolenie na budowle orbitalne, ale nie przeciągajmy struny. Nakładając podatek progresywny na oddziały opłacane przez Federację, wojska ekspedycyjne i przedsiębiorstwa orbitalne, i tak będziemy w o wiele lepszej sytuacji finansowej.

— Finanse to działka Ralpha, Brad, ty zajmujesz się międzynarodowymi negocjacjami — rzucił prezydent, niezadowolony z decyzji, które sekretarz stanu ostatnio podejmował. — I wolałbym, żebyś nie zapominał, że pracujesz dla Stanów Zjednoczonych, a nie dla Darhelów. To naszemu krajowi grozi zagłada, Brad, naszej planecie, naszym dzieciom.

— Tak, panie prezydencie, ale jeśli będziemy zbyt długo negocjować, to wszystko stracimy. Zacznijmy od żądań całkowitego pokrycia kosztów, ale ostatecznie poprzestańmy na zezwoleniu na orbitalną produkcję sprzętu i ewentualnie pełnym sfinansowaniu wyposażenia do obrony planetarnej. Zdaje się, że zaproponowano nam bardzo niekorzystne warunki jego wypożyczenia. To by nam bardzo pomogło.

— Dobra, Brad, ale jeśli się nie zgodzą, żadnego wsparcia zbrojnego ani technicznego dla ich floty. Będziemy walczyć nawet gołymi pięściami, zanim zrobią z nas niewolników.

— Tak, panie prezydencie.

* * *

— Udało mi się go przekonać, żeby poprzestał na zezwoleniach na orbitalne zakłady produkcyjne i sfinansowaniu sprzętu dla wysyłanych wam oddziałów.

Sekretarz stanu starał się nie patrzeć, jak Darhel próbuje zjeść coś bardzo podobnego do marchewki. Kawałki pokarmu spadały na blat stołu i ubranie Darhela, kiedy jego ostre jak brzytwa zęby rozdrabniały warzywo na plasterki.

— Dobrze. To są rozsądne wydatki. Nie będziemy oszczędzać na waszych wynagrodzeniach.

Duże kocie źrenice rozszerzyły się od niezrozumiałej dla człowieka emocji, a sześciopalczaste dłonie zebrały kawałki pokarmu z grzebienia na gardle istoty.

— Ale pełne finansowanie lokalnej obrony… to o wiele za duża hojność.

— Nie bądź pazerny — powiedział sekretarz i wziął się za swój stek.

Z jakiegoś nieznanego powodu zawsze tracił apetyt podczas posiłków z Darhelem.

— Ludzie potrafią być uparci aż do przesady. Jeśli wystawicie sobie świadectwo skąpców, nikt nie będzie dla was walczył. A przynajmniej nikt, kto jest w tym choć trochę dobry.

— Jesteśmy tego świadomi.

Źrenice znowu się rozszerzyły, a długie lisie uszy zadrgały. Sekretarz pomyślał, że zapłaciłby każdą cenę za podręcznik mowy ciała Darhelów.

— Od samego początku mówiłem, że warunki są nierozsądne, ale przegłosowano mnie. Nieważne, rozwiążemy wszystko w swoim czasie. Moje uznanie.

— Ufam, że wynagrodzenie będzie odpowiednie.

Sekretarz wiedział, że jego szef staje się coraz bardziej podejrzliwy w kwestii jego kontaktów z Darhelami.

— Z całą pewnością. Twoja wnuczka jest bardzo zdolna. Może za jakieś cztery lata otrzyma zaproszenie na studia na jakimś pozaplanetarnym uniwersytecie?

— Czytasz w moich myślach.

A tych, co klęczą z nami
Przy ogniu cudzych bóstw
I w mrokach błądzą sami,
Zgań słowem z boskich ust.

Lecz jeśli przez nas muszą
Z honorem przy nas trwać,
W Twej Łasce niechaj ruszą,
A nam każ Gniew Twój znać.

— Kipling

10

Fort Benning, Georgia, Sol III

23:21, 23 grudnia 2001

Mike podniósł wzrok, kiedy generał Horner wszedł do ciasnego biura.

W pomieszczeniu nie było żadnych osobistych rzeczy, stacji roboczej ani innych przedmiotów oprócz sejfu zamykanego na szyfr, które wskazywałyby, że ktoś w nim pracował. W ciągu ostatnich kilku miesięcy porucznik spędzał w biurze tak mało czasu, że pomieszczenie stało się dla niego biurem raczej tylko z nazwy niż rzeczywistym miejscem pracy. Zamiast tradycyjnego komputera miał inteligentny przekaźnik, z którym można się było komunikować w dowolny sposób i który dysponował większą mocą obliczeniową niż cała korporacja Intela. W jego pamięci Mike przechowywał rodzinne zdjęcia, każdy przekaz wideo, jaki otrzymał od dziewczynek, kiedy nie miał jeszcze przekaźnika, i zapis wszystkich rozmów, jakie z nimi odbył od tamtej pory.

— Tak, sir? — zapytał.

Spostrzegł stojącego z tyłu nowego adiutanta generała.

Widok, jaki zobaczył generał, uznałby przed przybyciem Galaksjan za komiczny, ale teraz był tak oczywisty jak widok myszki przy komputerze. Porucznik siedział ze wzrokiem zawieszonym w przestrzeni i stukał palcami w pusty blat biurka. Nosił okulary, które podłączone do inteligentnego przekaźnika na biurku tworzyły iluzję klawiatury i monitora. Obraz był niewidoczny dla Hornera — mikroskopijny projektor laserowy w okularach tworzył go bezpośrednio na siatkówce oka porucznika — ale generał używał tego samego systemu i doskonale zdawał sobie sprawę z jego realności.

— Uporałeś się już z propozycjami udoskonalenia urządzeń? — zapytał Mike’a, ignorując nowego adiutanta.

Mimo że Mike był oficjalnie jego młodszym adiutantem, generał jasno wytłumaczył nowo przydzielonemu podpułkownikowi, że porucznik O’Neal jest jego zaufanym zastępcą. Może pułkownik będzie kiedyś w połowie tak przydatny jak Mike, ale do tego czasu niech lepiej siedzi cicho na kanapie i nie przeszkadza.

Sposób, w jaki nakłoniono go do przyjęcia na adiutanta oficera spoza wojsk powietrznodesantowych, był nieprzyjemny. Najwyraźniej departament do spraw personelu sił lądowych wystarczająco położył łapę na GalTechu, żeby mieszać się do decyzji personalnych, nawet tych tradycyjnie „prywatnych” jak wybór adiutanta. Kiedy tylko jednostki pancerzy wspomaganych zostaną włączone do floty, problem zniknie, ale na razie pozostawał on przedmiotem jeszcze jednej gry politycznej, w której Horner nie chciał w tej chwili brać udziału. Jednak skoro to on będzie pisał raport oceniający przydzielonego mu oficera, pułkownik powinien przełknąć obrazę i rzeczywiście siedzieć cicho na cholernej kanapie.

— Tak, sir — odpowiedział Mike. — Ponieważ z pewnością nie pozwolą nam użyć antymaterii jako źródła energii, sugeruję zastosowanie zaawansowanego systemu maskującego. Mój prototyp wykazał w każdej symulacji, jaką przeprowadziliśmy, czteroprocentowy wzrost prawdopodobieństwa przetrwania. Po prostu uważam za sensowne zwiększyć nieco fundusze na systemy maskujące.

— A kwestia długości treningów?

— Ja mówię tysiąc godzin, personel chce sto pięćdziesiąt. Ja mówię w terenie albo w symulatorach, oni wolą trening teoretyczny. Impas — orzekł Mike.

— Dobra, pora pomachać komuś moimi gwiazdkami przed nosem. Czas czy jakość?

— Jakość — odparł Mike, mając na myśli ćwiczenia. — Spróbuj dłużej niż sto pięćdziesiąt godzin, ale nie kosztem jakości. Dobre szkolenie w krótszym czasie jest prawdopodobnie lepsze niż długie złe ćwiczenia.

— Ma być niezły trening, co? — Horner zmarszczył czoło z rozbawienia.

— Tak, sir — uśmiechnął się Mike, kiedy przypomniał sobie ich pierwsze spotkanie.

— To obietnica GalTechu — dodał Horner. — „To będzie niezły trening albo GalTech nie jest GalTechem.” Urwał, a na jego twarzy pojawił się pozbawiony radości uśmiech.

— Ocena sił ekspedycyjnych również należy do GalTechu. Jednostki NATO i Amerykańskiego Korpusu Ekspedycyjnego stworzą teraz jeden korpus wyposażony w broń najnowszej generacji. Głównymi częściami składowymi będą druga dywizja pancerna, siódma dywizja kawalerii i ósma dywizja piechoty. Będzie też batalion pancerzy wspomaganych z osiemdziesiątej drugiej powietrznodesantowej, drugi batalionu trzysta dwudziestego piątego pułku. Oni mają najwięcej sprzętu, a po zaliczeniu Testu Przydatności Operacyjnej zostali uznani przez Generalny Inspektorat za przygotowanych do walki.

— A co z ARTEP? — zapytał Mike. Test Gotowości Bojowej i Program Oceny ARTEP był dla wszystkich jednostek ostatecznym egzaminem gotowości. — Zgłosiliśmy propozycję, żeby nie uznawać jednostek za przygotowane do walki przed przeprowadzeniem testu ARTEP.

— Przegłosowano nas. Reszta sił ekspedycyjnych nadaje się do akcji, a batalion pancerzy wspomaganych leci z nimi, gotowy czy nie.

— A mają Banshee?

Antygrawitacyjne bojowe wozy pancerne były niezbędne do zapewnienia pancerzom wspomaganym mobilności strategicznej.

— Bardzo mało, a wsparcie artyleryjskie zapewnią 105 mm, 155 mm i MLRS. HOW-2000 trzymane są w rezerwie.

— Jezu — Mike potrząsnął głową i chwycił przyrząd do gimnastyki dłoni. — Lecą na Barwhon czy Diess?

— Diess.

— A jak dokonamy oceny?

— Cóż, poruczniku, pamiętacie ten prototyp pancerza dowódcy, który gdzieś upchnęliście?

— Mam się pakować?

— Masz być w Bazie Lotniczej Pope we wtorek o północy za dwa tygodnie. Przynajmniej będziesz mógł spędzić Boże Narodzenie z Sharon i dziećmi.

— A potem Diess?

— W Pope będzie przedstawiciel USGF TRADOC — Biura Strategii i Szkolenia Lądowych Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych, który zapozna cię ze szczegółami. Twój wylot na orbitę zaplanowano w siedemdziesiąt dwie godziny później. Poza dokonaniem oceny masz też inną misję. Jednostka jest niedostatecznie wyszkolona i nie ma własnych ekspertów. Tak naprawdę na to określenie zasługują tylko członkowie zespołów projektanckich i komisji z dowództwa piechoty. Więc twoim drugim zadaniem będzie szkolenie batalionu i doradztwo w sprawach zatrudnienia i taktyki. Problem polega na tym, że jesteś porucznikiem. Tak się składa, że znam dowódcę batalionu, podpułkownika Youngmana. Pamiętasz mojego poprzednika w batalionie?

— Tak, sir. Mam nadzieję, że nie chodzi panu o to, co mam na myśli.

— Podpułkownik Youngman ma znakomite akta i doświadczenie w działaniach wojennych. Jest też dobrym dowódcą. Ale jak na mój gust jest trochę zbyt arogancki, jeżeli chodzi o jego zdolności i wiedzę. Przypuszczam też, że obawia się nowych technologii. To może stwarzać pewne problemy.

— To dlaczego dostał pierwszy batalion pancerzy wspomaganych?

— Wiedzieli, że akcja jest niebezpieczna, więc przydzielili dowódcę sprawdzonego w działaniach wojennych; wybór nie był duży. Poza tym jak zawsze w grę wchodzi polityka. Piechota morska zadecydowała, które jednostki dostaną pierwsze pancerze wspomagane na Barwhon, a wojska powietrznodesantowe ustaliły, które jednostki dostaną je na Diess. Ja wolałbym kogoś bardziej elastycznego, ale mądrzejsze głowy ustaliły, że z jakiegoś powodu powinien to być drugi batalion trzysta dwudziestego piątego pułku, dowodzony przez Youngmana.

Podpułkownikowi Paulowi T. Youngmanowi na pewno nie podobałoby się, gdyby doradzał mu jakiś inny podpułkownik, a tym bardziej porucznik, więc będziesz musiał zachowywać się możliwie taktownie. Ja mam teraz dużo pracy, a następny w kolejce byłeś ty.

— A Gunny Thompson?

Starszy podoficer z zespołu piechoty w GalTechu został przeniesiony do programu z floty Marines. Na początku odnosił się sceptycznie do pomysłu pancerzy wspomaganych, ale potem stał się jednym z jego głównych orędowników.

— Dostał to samo zadanie w jednostkach wybranych przez piechotę morską na Barwhon, więc zostałeś tylko ty.

I niestety nie będziesz miał za dużego wsparcia. Ponieważ zakończono już fazę projektów i rozpoczęto produkcję, nasza gwiazda blednie.

— Więc co się stanie po dokonaniu oceny?

— Mam nadzieję, że obydwaj dostaniemy dowództwo. Zasłużyłeś na kompanię. Ale projekty i decyzje zaopatrzeniowe miały zły wpływ na moją karierę. Spodziewam się czegoś w rodzaju „J-3, Dowództwo Obrony Terytorialnej, środkowy zachód”.

— To głupie. Skoro odmładzają tylu starych wiarusów, powinni dać to stanowisko komuś, kto przynajmniej słyszał strzały w Wietnamie.

— Nie przejmuj się tym, Mike. Ty i ja jesteśmy wojownikami. Jeśli historia może nas czegoś nauczyć, to tego, że na początku wojny zawodowi oficerowie dzielą się na dwa obozy, menadżerów i wojowników, a władzę mają menadżerowie. Tak było w każdej wojnie; Halsey był na początku drugiej wojny światowej tylko kapitanem, a Kusov pułkownikiem. W toku wojny zarządcy wracają do mniej ważnych zajęć jak logistyka, a dowodzenie przejmują wojownicy. Nasza szczęśliwa gwiazda znowu rozbłyśnie, kiedy tylko sprawy pochrzanią się na dobre.

Mogę się założyć.

11

San Diego, Kalifornia, Sol III

08:22, 5 listopada 2001

Ernie Pappas był obywatelem Stanów Zjednoczonych urodzonym na terytorium Samoa Amerykańskiego.

W roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym pierwszym w wieku osiemnastu lat zaciągnął się jako szeregowiec do Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych. Samoańczycy są dziwnymi i cennymi nabytkami amerykańskiej armii. Dziwnymi, bo oprócz herkulesowej postury mają wyraźnie polinezyjskie rysy, które wyróżniają ich spośród tłumu żołnierzy białej i czarnej rasy. Cennymi, bo oprócz wspomnianej herkulesowej budowy ciała odznaczają się wysokim intelektem i dużym opanowaniem. Samoańczycy szybko awansują, a zwierzchnicy samoańskich podoficerów zawsze bardzo nalegają na pozostawienie ich w jednostce przez dłuższy czas. Ich udział wśród żołnierzy przeniesionych z powrotem do służby z rezerwy jest wysoki.

W roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym czwartym starszy szeregowy Pappas poślubił szesnastoletnią Priscillę Walls z Yemassee w Południowej Karolinie. Według rodziców panny młodej, związek ten kłócił się z pewnymi ogólnie przyjętymi normami. Po pierwsze, mimo że szeregowy Pappas nie był Murzynem, to jednak był „kolorowy”.

W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym czwartym roku w Yemassee w Południowej Karolinie białe dziewczęta, nawet z niezamożnych rodzin, nie wychodziły za mąż za kolorowych. Po drugie, panienka Priscilla, ich mała Prissy, była za młoda na takie rzeczy, mimo że wśród dziewcząt z jej pokolenia i z pokolenia jej rodziców małżeństwa zdarzały się już w wieku piętnastu lat. Po trzecie, pan młody był żołnierzem piechoty morskiej w czynnej służbie. Mimo że Priscilla uważała to za krok w górę po drabinie społecznej — jej rodzinę najdelikatniej można by określić jako „mało zamożnych rolników” — rodzice mieli odmienny pogląd. Standard życia mało zamożnego rolnika odpowiadał jej dziadkowi, dzierżawcy gruntów, i pradziadkowi, także dzierżawcy gruntów, i na pewno był dla niej lepszy niż małżeństwo z „chińskim marynarzykiem”. (Wiedza pana Wallsa na temat Samoa Amerykańskiego była porównywalna z jego znajomością fizyki jądrowej.) Mimo wszystko Wallsowie podpisali jednak odpowiednie papiery i stanęli przed sługą bożym z siostrą Prissy jako drużką i sierżantem szeregowego Pappasa jako drużbą, bo Prissy najwyraźniej spodziewała się dziecka.

Był piąty listopada roku dwa tysiące pierwszego. Earnest Pappas, specjalista celowniczy sierżant w stanie spoczynku, sączył gorącą czarną kawę Kona i kontemplował niedzielne wydanie San Diego Times. Raz po raz wydymał policzki i wypuszczał powietrze z lekko chrapliwym dźwiękiem.

Pani Pappas zmywała naczynia po śniadaniu i po trzydziestu pięciu latach małżeństwa potrafiła odgadnąć, że mąż jest w złym nastroju. Znała nawet powody jego niezadowolenia.

Pomimo tego, że Earnest Pappas dał swoim teściom trójkę wspaniałych wnuków — wszyscy skończyli college — nigdy nie podniósł ręki na ich córkę, pozostał jej wierny i zapewnił standard życia, jakiego tylko mogło jej pozazdrościć rodzeństwo, oni i tak darzyli go niechęcią. Nigdy się z tym nie zdradzał, ale i tak było oczywiste, że odwzajemniał ich uczucie. Dlatego na zbliżającą się wizytę teściów zareagował ze złością i rezygnacją, jaką wywoływały u niego wszystkie nieprzyjemności, których nie dało się uniknąć. Starał się zmieniać rzeczy, na które miał wpływ, i nie przejmować się tymi, na które nie miał wpływu. I to przypomniało mu o kolejnej rzeczy, której nie mógł zmienić. O wieku.

Przez trzydzieści lat Earnest Pappas trenował w jednym celu: obrony Stanów Zjednoczonych. Ale wojna, która groziła jego krajowi, spadła na barki młodszych, zdrowych mężczyzn. On zaś był tylko zużytym wiarusem, za starym, żeby się na cokolwiek przydać.

Jego — jak mniemał — doskonale ukryty zły nastrój rozwiała wręczona mu przez żonę depesza. Na kopercie widniało jego nazwisko, numer referencyjny i adres zwrotny dobrze znanego biura Departamentu Obrony w St. Louis w Missouri. Z uczuciem absolutnego niedowierzania w obecności wstrząśniętej żony ostrożnie wytarł nóż, ostatnio użyty do krojenia grejpfruta, i rozciął kopertę. Wewnątrz znalazł złożony na pół dokument.

Szanowny Panie: Na podstawie Dyrektywy Prezydenta 19-00 wzywam pana do stawienia się w OBOZIE PENDLETON, W KALIFORNIJSKIEJ BAZIE PIECHOTY MORSKIEJ, nie później niż O PÓŁNOCY 20 LISTOPADA 2001 celem odbycia służby wojskowej. W przypadku niestawienia się w wyznaczonym terminie zostanie wszczęte postępowanie zgodnie z Artykułem 15 Kodeksu Prawa Wojskowego: Odmowa stawienia się do niebezpiecznej służby. Wszelkie wnioski o zwolnienie ze służby z powodu wieku, piastowanych funkcji cywilnych, stanu zdrowia i innych zostaną rozpatrzone na miejscu.

Zwrot kosztów transportu nastąpi na podstawie załączonych voucherów. Można je stosować w samolotach, pociągach, autobusach i taksówkach, ale nie zostaną uwzględnione w przypadku podróży prywatnym środkiem lokomocji.

NIE ZABIERAĆ: prywatnych pojazdów, osobistej broni, odbiorników radiowych z dołączanymi głośnikami, dużych instrumentów muzycznych i ŻADNYCH urządzeń komunikacyjnych, łącznie z telefonami komórkowymi i pagerami.

Zabrać: ubranie cywilne na jeden tydzień, mundur, przedmioty higieny osobistej, małe urządzenia rozrywkowe, odbiorniki radiowe i odtwarzacze ze słuchawkami, małe instrumenty muzyczne i / lub coś do czytania.

Earnest Pappas sprawdził najpierw, czy list rzeczywiście adresowano do niego, i przyjrzał się numerowi referencyjnemu. Potem jeszcze raz dokładnie przeczytał depeszę, drapiąc się przy tym w głowę trzonkiem noża, czym zawsze wyprowadzał swoją żonę z równowagi.

Zdmuchnął z listu drobne płatki naskórka, spojrzał na żonę i stwierdził oczywisty fakt.

— Ja mam pięćdziesiąt siedem lat!

Jeszcze raz przeczytał list i pomyślał: Cholera, jeszcze tu będę, kiedy odwiedzą nas te przeklęte ubogie białasy!

12

Fort Bragg, Północna Karolina, Sol III

09:07, 15 grudnia 2001

Koszary, które zajmował drugi batalion trzysta dwudziestego piątego pułku powietrznodesantowego, były prowizorycznymi budynkami z czasów drugiej wojny światowej. Drewniana konstrukcja nie odpowiadała wymogom bezpieczeństwa przeciwpożarowego, a piętrowe prycze należały do innej epoki, ale mimo to koszary jakoś spełniały funkcję tymczasowego schronienia dla jednostek przygotowujących się do wylotu z Bazy Lotniczej Pope. O wiele starsze od najsędziwszych członków Kongresu, musiały wystarczyć, dopóki jakiś miejscowy urzędnik nie przeforsuje zgody na ich wymianę.

Trzysta dwudziesty piąty pułk przygotowywał się do wylotu na Diess, planetę, o której jeszcze tydzień wcześniej nikt w pułku nie słyszał. Władze zdecydowały, że aż do wylotu powinni być pozbawieni kontaktu ze światem, i dlatego pozostali w „C-LOC”. Nikt z nich nie potrafił rozszyfrować tego skrótu.

Wszyscy zostali całkowicie pozbawieni możliwości komunikowania się nawet z bliskimi z powodów, których nikt nie potrafił dociec. Koszary były wilgotne, zimne i niewygodne, a oni nie mieli okazji, żeby trenować, bo cały sprzęt, łącznie z pancerzami wspomaganymi, popakowano w skrzynie dla ułatwienia transportu. Jedzenie było mizerne, niewielkie racje rano i wieczorem i mieszanki regeneracyjne na lunch. Odkąd opuścili teren stacjonowania batalionu, niebo zasnuwały szare, ciężkie deszczowe chmury. Czekało ich spotkanie na odległej planecie z nieznanym wrogiem, określanym jako niepowstrzymany. A na dodatek druga drużyna trzeciego plutonu kompanii Bravo szła na wojnę z dowódcą pogrążonym w głębokiej depresji.

Sierżant Duncan zamaszyście otworzył drzwi i osunął się na najbliższą pryczę. Jego podkomendni oderwali się na chwilę od różnorodnych, najczęściej nieistotnych, zajęć rekreacyjnych. Czterech żołnierzy nieprzerwanie grało w karty. Dwaj inni bawili się grami elektronicznymi, jeden czytał, a reszta spała albo czyściła sprzęt. Odczekali chwilę, żeby zobaczyć, czy Duncan nie przekaże jakiejś informacji, a potem wszyscy wrócili do ignorowania się nawzajem.

Duncan przez moment patrzył na swoje buty, a potem się wyprostował.

— Wahadłowce lądują dziś po południu — powiedział i ziewnął. — Ale jeszcze nie ładujemy sprzętu.

— Dlaczego? — zapytał jeden z grających w karty.

— A kto ich, kurwa, wie — rzucił beznamiętnie Duncan. — Pewnie z tego samego powodu, co nie możemy ruszyć dupy z tej pieprzonej zimnicy.

— Komuś zależy, żebyśmy umoczyli! — warknął specjalista Arlo Schrenker i cisnął książką przez pokój.

— Znaczy co? — zapytał szeregowy drugiej klasy Roy Bittan, przebijając czwórką kartę przeciwnika.

— Cip, cip, cip — zaćwierkał specjalista Dave Sanborn, dowódca zespołu Bravo, kiedy brał lewę. — On mówi, że umoczymy, jak nie zorganizują nam ćwiczeń w tych pieprzonych pancerzach.

— U… M-O-CZ-Y… Ł-E-Ś! — zaintonował sierżant Michael Brecker, dowódca zespołu Alfa, przebijając asem damę Bittana w nowej lewie. — Może i ćwiczyliśmy trochę na naszym sprzęcie, ale pieprzeni Posleeni i tak zrobią z nas miazgę, bo gówno wiemy o tych cholernych pancerzach.

— Tak — powiedział Schrenker, wstał i przeszedł między stalowymi pryczami. — Właśnie o tym mówię. Nie możemy tu trenować, wcześniej też nie mogliśmy, bo musieliśmy przygotowywać się do oceny, nie zrobili nam testu ARTEP, żebyśmy nie mogli pokazać, że wszystko spieprzymy, i na statku też nie ma jak trenować, nie? Czyli to tak, jakby ktoś chciał, żebyśmy umoczyli! Po co nas, kurwa, wysyłają? Dlaczego nie poślą pieprzonych pancernych albo cholernej kawalerii? Dlaczego, kurwa, my? Jesteśmy lekkimi oddziałami desantowymi, a nie czołgistami. Co oni w ogóle chcą zrobić? Zrzucić nas z orbity?

— I piechota morska, i wojska powietrznodesantowe dostają pancerze wspomagane — powiedział Bittan, przez dłuższą chwilę przyglądając się królowi sierżanta.

— No dalej, nie śpij. Graj albo wracaj do mamusi. Gdzieś to usłyszał?

— Od zaprzyjaźnionego kapitana. Mają nas włączyć do jakiejś nowej grupy. I powiedział jeszcze, że przyślą nam jakiegoś mądralę z GalTechu, żeby nas wytrenował. — Wreszcie rzucił niską kartę na króla. — Chyba zaczynam kumać, o co chodzi w tej grze.

— No i, kurwa, dzięki Bogu — powiedział jego partner.

— Tak — potwierdził Duncan, kiedy wyciągnął ostatnio przysłany plik instrukcji i przekartkował go. — O’Neal, Michael A., pierwszy porucz…

— Co? — zapytał Schrenker.

— Był tu kiedyś jeden O’Neal z tysiąc pięćset piątej. Teraz mi się przypomniało, że był kierowcą Hornera, a Horner jest głową GalTechu. Ciekawe, czy to ten sam koleś?

— Jaki on jest? — chciał wiedzieć Schrenker.

— Niski, ale zbudowany jak pieprzony czołg, cholernie dobry w podnoszeniu ciężarów. Brzydki jak noc. Cichy, ale jak już się odezwie, to gada do rzeczy. Zbytnio nie popuszcza mało inteligentnym. Wali pięścią jak młotem.

— Kiedy go spotkałeś? — zapytał Schrenker.

— W dziewięćdziesiątym siódmym? Może ósmym?

— A gdzie się dowiedziałeś, jak wali pięścią? — spytał zafascynowany Bittan.

— U Ricka — odpowiedział krótko Duncan, mając na myśli sławny bar topless w Fayetteville. — Jest tu kilka ciekawych dupereli — dodał, wertując dokument.

— Na przykład? Instrukcja, jak grać w pchełki w pancerzu? — zapytał Brecker i wziął ostatnią lewę dzięki dziesiątce karo. — Kurde, i tak trzeba by oszukiwać.

— Nie, zasrany łbie, instrukcja, jak, kurwa, przeżyć! — wrzasnął Duncan.

— Hej, zasrańcu! — warknął Brecker, odrzucił karty i zerwał się na równe nogi, wystawiając palec wskazujący jak ostrze noża. — Jak będę chciał usłyszeć od ciebie takie gówno, ścisnę ci łeb, aż samo wypłynie!

— Ty się lepiej, kurwa, uspokój, sierżancie — warknął Duncan i odsłonił zęby w grymasie złości.

Reszta drużyny zamarła, obserwując kłótnię podoficerów. Starcie zaskoczyło wszystkich, nawet samych zainteresowanych. Duncan trzasnął plikiem dokumentów o podłogę, kiedy drugi sierżant nie chciał ustąpić.

— I to, kurwa, najlepiej od razu — ciągnął. — Jak masz coś do powiedzenia, możemy to omówić na zewnątrz — dokończył prawie normalnym głosem, ale grymas gniewu nie zniknął z jego twarzy.

Twarz Breckera zmieniła się, jego duma i złość zapędziły go w kozi róg, ale dyscyplina, dzięki której uzyskał aktualny stopień wojskowy, nakazywała mu odpowiedzieć.

— Dobra, chodźmy na zewnątrz, sierżancie.

Ostatnie słowo było wypowiedziane jak pogardliwy epitet.

Dwaj podoficerowie sztywnym krokiem opuścili pomieszczenie, odprowadzeni spojrzeniami pozostałych członków drużyny.

— Dobra — rzucił Duncan, zatrzymał się i pochylił, żeby spojrzeć w twarz niższemu podoficerowi, kiedy obydwaj minęli róg koszar. — O co ci, kurwa, chodzi?

— O ciebie, pieprzony sukinsynu! — warknął młodszy podoficer, usilnie starając się nie podnosić głosu.

Stali tuż przy głównej drodze i obydwaj zdawali sobie sprawę z niebezpieczeństwa, które im groziło. Otwarty konflikt zakończyłby się natychmiastowym wymierzeniem kary przez ich zwierzchników.

— To była moja cholerna drużyna, zanim cię tu wepchnięto, a teraz wszystko się, kurwa, rozpada! Weź się w garść, do cholery!

Twarz Duncana pozostała spokojna, ale nie mógł znaleźć słów natychmiastowej odpowiedzi. Cisza dała Breckerowi okazję do dalszego ataku.

— Dali cię tu, mimo że jesteś dupa wołowa. Nie mogę rozkazywać pieprzonej drużynie, bo nie słuchają mnie, kiedy im zrzędzisz nad uchem. Więc zamknij mordę, przestań gderać i prowadź ich! Prowadź ich, słuchaj rozkazów albo zejdź mi, kurwa, z oczu!

— Ach, więc wiesz wszystko o prowadzeniu drużyny? — szepnął Duncan, konwulsyjnie zaciskając pięści.

Bronił się, ale wiedział, że oskarżenie było słuszne.

— Wiem przynajmniej, że nie mogę siedzieć cały dzień na dupie i psioczyć!

— Ach tak?…

Duncan oderwał nagle wzrok od wpatrzonych w niego gniewnych oczu i spojrzał na ścianę koszar. Poczuł, że oczy zaszły mu łzami, i szybko zmienił temat.

— Dziesięć pieprzonych lat, Brecker. Dziesięć pieprzonych lat w tej zasranej dziurze. Nie mogę się stąd wyrwać.

Wpisują mnie na listę żołnierzy, których mają wysłać do Panamy albo Korei albo innej zasranej dziury, tylko po to, żeby później stwierdzić, że jestem niezbędny, i nakłonić mnie do pozostania w jednostce. Potem zmienia się pieprzone dowództwo, a nowy przełożony myśli, że jestem bardziej bezużyteczny niż pył na poligonie. Zgłaszam się wtedy do czegoś innego, ale okazuje się, że jestem niezbędny i nie mogę zmienić wojskowej specjalności zawodowej. Jedyny pieprzony sposób, w jaki mógłbym wydostać się z Bragg, to zrezygnować ze statusu żołnierza wojsk powietrznodesantowych, ale to tylko inne określenie rezygnacji ze służby w ogóle. W końcu nareszcie dostaję paski starszego sierżanta, jakieś cztery lata później, niż powinienem był je dostać, a teraz to. Po prostu nie mogę już tego, kurwa, wytrzymać, nie mogę.

— Musisz. Przynajmniej zostawili ci jakiś porządny stopień wojskowy. Ja bym cię wysłał do Leavenworth.

— Nie mogli.

— Obciąłeś Reedowi nogi, draniu! Jasne, że mogli!

— Znałeś go?

— Byliśmy w tym samym pieprzonym plutonie ćwiczebnym.

— Nie mogli mnie postawić przed sądem wojskowym i wygrać — mruknął Duncan. — Sprawa nie przeszłaby nawet przez biuro JAG. Wtedy tego nie wiedziałem. Szkoda, że im nie pozwoliłem spróbować. To był sprzęt eksperymentalny. Nie powinienem był móc zrobić tego, co się stało. Nie zatwierdza się takiego sprzętu, po prostu się nie zatwierdza. Jeśli to była czyjaś wina, to GalTechu, że przysłał nam ten złom.

— Nadal go mamy!

— Znowu go zatwierdzili, wiesz? Ale teraz nie można już wygenerować takiego samego pola; próbowałem.

— Co?!

— Tym razem byłem ostrożny. W każdym razie nie da się. Ale problem polega na tym, że można postawić przed sądem wojskowym kogoś, kto złamał rozkazy, ale jeśli wypadek nastąpił z powodu niedostatecznego wyszkolenia albo braku doświadczenia, przepisy jasno stanowią, że nie można za to nikogo ukarać. Więc czy powinienem być teraz sierżantem? Sam powiedz.

— Powinieneś być pieprzonym cywilem — rzucił Brecker, ale w jego głosie nie było już złości. Musiał uznać logikę takiego rozumowania, niezależnie od swoich uprzedzeń. — Ale sprawa nie polega na tym, czy powinieneś być sierżantem, tylko czy powinieneś być dowódcą drużyny. Weźmiesz się w garść czy nie?

— Nie wiem — przyznał Duncan, zrezygnowany.

Przykucnął i oparł się o ponurą ścianę koszar, a deszcz kapiący z dachu wsiąkał w jego beret.

— Za każdym razem, kiedy mieszali mnie z błotem, jakoś potrafiłem się otrząsnąć, ale tym razem będzie mi trudno — dodał.

— Nie zmieszali cię z błotem, idioto, upiekło ci się.

— Nie, słyszałem, że pułkownik był świadom przepisów. I tak by mi się upiekło, a teraz mogę wystąpić o rewizję i pewnie nawet odzyskać rangę. Próbuję się tego dowiedzieć. Ale kiedy o tym myślę, nie myślę o drużynie.

— To zacznij lepiej myśleć o swoich obowiązkach, bo inaczej góra uzna, że się nie nadajesz, i zostaniesz tylko specjalistą.

— „Lecę w dół po szczeblach raz po raz” — zanucił Duncan.

— Właśnie — zgodził się sztywno Brecker, który nie rozpoznał cytatu. — Ale nie musisz. Wystarczy, że się trochę ockniesz, potrenujesz, i wszystko będzie dobrze.

— Tak — powiedział Duncan.

Nagle uderzyła go jakaś myśl. Umilkł na chwilę, żeby się nad nią zastanowić. Czuł się tak, jakby zdjęto mu z oczu czarną opaskę.

— Czytałeś instrukcję?

— Nie, ale i tak nie mamy pancerzy, żeby w nich trenować.

— Nie, ale mamy mundury do zaprawy fizycznej.

— Tak — zgodził się cierpko Brecker, nie zauważając jeszcze nagłej zmiany w głosie rozmówcy. — Tak jakbyśmy na Diess mieli biegać. Jedyną pieprzoną okazją do biegu będzie ucieczka.

— Mamy plac — mruknął Duncan.

Jego umysł zaczynał pracować na wysokich obrotach.

— Tak, pobiegnijmy w trasę. Pułkownikowi to odpowiada, i w dzień, i w nocy. Czy słońce, czy deszcz, pułkownik zawsze mobilizuje nas swoim przykładem do biegu po błotnistym szlaku. Jestem pewien, że drużyna będzie zachwycona propozycją wielogodzinnego biegu w deszczu.

— „W przypadku braku pancerzy można przeprowadzić musztrę w lekkich mundurach do ćwiczeń fizycznych przy użyciu standardowych metod lub polowych symulacji broni i oporządzenia pancerzy wspomaganych.” — Co?

— Tak jest napisane w instrukcji. Porozmawiam z sierżantem Greenem. Każ chłopakom wyjąć mundury do ćwiczeń.

— Cholernie leje deszcz — powiedział Brecker, wskazując na ponure niebo.

— Wielkie mi rzeczy. To są oddziały piechoty, nic im będzie, jak trochę zmokną. I niech się zastanowią, czym można symulować broń.

— Odbiło ci.

— Chcesz przeżyć czy nie?

— Tak, ale…

— To musimy ćwiczyć „w przypadku braku pancerzy…” — To co, mamy biegać po błotnistym placu w pieprzonych sweterkach? Czemu nie w mundurach polowych?

— Chcesz biegać w buciorach? Dostać odcisków? To nie jest jogging, tylko musztra.

— Ale…

— Migiem, sierżancie Brecker. Ja idę porozmawiać z sierżantem Greenem.

— Dobra…

* * *

— Duncan, co ty paliłeś?

Pokój starszego podoficera był po prostu wydzieloną częścią koszar. Naprzeciwko znajdowała się inna odgrodzona przestrzeń, która służyła jako biuro. Niestety wojsko nie pomyślało o zaopatrzeniu tego pomieszczenia w jakiekolwiek meble. Sypialnia dowódcy plutonu w zasadzie nie różniła się od sypialni pozostałych żołnierzy: stało w niej metalowe łóżko z materacem bez pościeli. Na posłanie dowódcy składała się starannie ułożona podszewka płaszcza przeciwdeszczowego i gortexowy śpiwór. Kiedy Duncan wszedł do pokoju, sierżant Green ślęczał właśnie nad nowymi instrukcjami postępowania, walcząc z ogarniającą go powoli gorączką. Inny dowódca drużyny zdążył mu już donieść o utarczce słownej między Duncanem i Breckerem i ich nagłym wyjściu, więc sierżant spodziewał się, że doszło do oczekiwanej przez pozostałych podoficerów walki. Niespodziewana prośba Duncana absolutnie go zdezorientowała.

— Niczego, sierżancie — odpowiedział zszokowany Duncan.

Nie, żeby w ogóle nie używano narkotyków w wojsku, ale przypadki takie ścigano i tępiono tak rygorystycznie, jak homoseksualizm i komunizm w latach czterdziestych i pięćdziesiątych. Było zupełnie nieprawdopodobne, żeby od czasu rozpoczęcia służby dziesięć lat temu Duncan wąchał, palił, żuł, wkładał pod język albo wstrzykiwał sobie cokolwiek, czego nie zapisał mu lekarz, bo inaczej nie utrzymałby się w wojsku przez dziesięć lat.

— Po prostu wydaje mi się, że tracimy wspaniałą okazję.

— Więc co chcesz zrobić?

— Chcę zabrać drużynę na musztrę na placu apelowym. Metody ćwiczeń opisane w instrukcji są całkowicie różne od tych, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Podobają mi się systemy, które opracowali, sposób, w jaki jednostki się przemieszczają i koordynują działania. No i żołnierze ruszyliby wreszcie tyłki, a poza tym, do diabła, ja też miałbym co robić.

— Tak — powiedział sierżant Green po chwili zastanowienia.

Przejrzał te same rozdziały instrukcji i zastanawiał się, kiedy mogliby zacząć trening. Poza tym nie zauważył propozycji ćwiczeń bez pancerzy wspomaganych.

— Dobra, omówię szczegóły z górą, ale już teraz chcę, żebyś coś zrobił. Weź drużynę i zacznij trening. Mają być możliwie dobrze wyćwiczeni. Jeżeli zostaniemy tu jeszcze przez trzy dni, spróbuję włączyć do ćwiczeń resztę kompanii, a twoja drużyna będzie je demonstrować. Pasuje?

— Świetnie! — Twarz Duncana rozjaśnił na chwilę pierwszy uśmiech, jaki sierżant Green widział u niego od czasu zastosowania Artykułu 15. — Zaraz się do tego zabieramy!

— Tylko tak trzymać, sierżancie — kiwnął głową Green.

Duncan wyszedł dziarsko na zewnątrz i miał wrażenie, jakby zdjęto mu z barków część jakiegoś przytłaczającego ciężaru.

* * *

Drużyna stała w formacji klinowej z sierżantem Duncanem na czele. Sierżant odwrócił się, żeby spojrzeć na ośmiu przygnębionych żołnierzy w szarych mundurach do ćwiczeń fizycznych.

— Dobra — powiedział, kiedy znów zaniosło się na lekki deszcz. — Różnica między taktyką działań w pancerzach wspomaganych a taktyką zwykłej piechoty polega na tym, że w przypadku pancerzy trzeba położyć większy nacisk na akcje szturmowe i przyspieszenie. Wojska powietrznodesantowe są zbyt powolne w porównaniu z nami; jednostki pancerzy wspomaganych są raczej jak kawaleria pancerna. Na początek poćwiczymy kilka prostych manewrów.

Myślcie o tym jak o grze w piłkę nożną: klin, napastnik z prawej, napastnik z lewej, obrońca z prawej, obrońca z lewej i linia autu. I jedynym sposobem trenowania walki w pancerzach na otwartej przestrzeni jest bieganie.

Zaczniemy pomału, a potem zwiększymy tempo. Bez obaw, za chwilę w ogóle nie będziecie już czuli deszczu.

* * *

— Kapitanie Brandon, dzwoni major — zawołał urzędnik kompanii przed otwarte drzwi biura dowódcy.

Bob Brandon spodziewał się tego telefonu, odkąd jego kompania zaczęła na placu apelowym intensywne ćwiczenia taktyki jednostek pancerzy wspomaganych. Niechętnie podniósł słuchawkę interkomu.

— Kapitan Brandon.

— Bob, mówi major Norton.

— Słucham, sir.

— Dlaczego pańskie oddziały odbywają ćwiczenia z taktyki pancerzy?

— Wydawało mi się to właściwe, sir. Jesteśmy jednostką pancerzy wspomaganych.

Jeśli nawet major Norton wyczuł sarkazm, nie dał tego po sobie poznać.

— Problem polega na tym, że zbyt wiele metod ćwiczeniowych wymaga rewizji. Pułkownik i ja czytamy instrukcje i kiedy będziemy gotowi, a mam tu na myśli gotowość operacyjną, sporządzimy harmonogram ćwiczeń z uwzględnieniem wszystkiego, co ma się naszym zdaniem w nim znaleźć. W tej cholernej taktyce jest za dużo broni pancernej, a za mało piechoty. Pozabijają nas, jeśli zastosujemy połowę przewidzianych tu manewrów! Tymczasem proszę się trzymać ustalonego harmonogramu, rozumie pan, kapitanie?

— Tak jest, sir. Pragnę jednak zaznaczyć, że harmonogram przewiduje konserwację sprzętu. Do sprzętu mają dostęp kapitanowie.

— Wiem co przewiduje harmonogram, do cholery, sam go pisałem, zapomniał pan? W następnym tygodniu zajmiemy się tymi pancerzami wspomaganymi. Będą to manewry, które pułkownik i ja sprawdziliśmy i na które się zgadzamy. Do tego czasu ma się pan trzymać ustalonej rozpiski! Wyrażam się jasno, kapitanie, czy może życzy pan sobie, żeby pułkownik wyjaśnił to panu bardziej szczegółowo?

— Nie, sir. To nie będzie konieczne. W najbliższej przyszłości sam szerzej omówię to z pułkownikiem.

* * *

— A to jest…? — zapytał sierżant Duncan, trzymając w górze kartę z rysunkiem. — Sanborn?

— Mmm, minóg?

— Tak, a minóg to…? — zapytał o treść informacji po drugiej stronie karty.

— Lądownik. Mmm, uzbrojenie kosmiczne, na przykład… eee, działa plazmowe i inne gówno. Trochę broni przeciwpiechotnej, naprawdę straszne paskudztwo. Aha, potrafi namierzyć stanowiska artylerii, więc nie wolno wzywać wsparcia ogniowego, kiedy jakiś jest w pobliżu.

— Tak jest. Coś jeszcze, na przykład takie duperele jak liczba żołnierzy na pokładzie?

— Od czterystu do pięciuset? Tak, podobnie jak każda z ich kompanii. I jeszcze ze dwóch Wszechwładców.

— Zgadza się. Po czym można go rozpoznać?

— Jeśli coś wygląda jak drapacz chmur, ale się rusza, to jest to pieprzony minóg — zdefiniował lakonicznie sierżant Brecker.

— No i, kurwa, zgadłeś! — przytaknął Duncan i zgrabnie wrzucił kartę do pudełka. — Jeśli nie potraficie rozpoznać minoga, to idźcie lepiej do okulisty. Następny na liście posleeńskiego sprzętu, który mamy umieć identyfikować, jest ten wielki skurwiel — podniósł do góry kolejną kartę. — Bittan?

— Dodekaedr D, czyli dowodzenia. Najważniejsza część składowa dodekaedru B, czyli bojowego. Dwunastościenna bryła. Na jedenastu ścianach mieszanka broni międzygwiezdnej. Dodatkowo uzbrojenie przeciwpiechotne. Napęd międzygwiezdny. Mmm, zwykle tysiąc sześciuset żołnierzy na pokładzie, sporo Wszechwładców, trochę lekkich pojazdów pancernych. Po przyłączeniu dwunastu minogów tworzy dodekaedr B, który jest główną jednostką bojową Posleenów.

— Bardzo dobrze. Nawet wspaniale. Jak można go rozpoznać?

— Wygląda jak dodekaedr B, tylko że jest mniejszy, poza tym dodekaedry B mają zauważalne przerwy między przyłączonymi minogami.

— Blisko. Prawidłowa odpowiedź brzmi: jeśli chce się wam robić w portki ze strachu i zwiewać, to jest to albo dodekaedr B, albo D, przy czym zasadniczo nie ma znaczenia, który.

— Jak długo będziemy się jeszcze zajmować tymi duperelami? — zapytał retorycznie sierżant Brecker.

Harmonogram szkolenia, zgodnie z rozkazem dowódcy batalionu, przeczytano każdej kompanii na porannym apelu. Autoryzowane ćwiczenia z taktyki pancerzy, przewidziane na trzydzieści pięć godzin tylko w jednym tygodniu, polegały na „Identyfikacji Znanych Pojazdów i Sprzętu Posleenów”. Było dwadzieścia pięć jednostek.

W następnym tygodniu mieli się zająć punktem pod tytułem „Poznaj Swój Pancerz Wspomagany”. To też tylko na podstawie książki; nie było dostępnych pancerzy do obejrzenia.

Bittan wyłowił z pudełka kartę z minogiem.

— Naprawdę chciałbym to zatrzymać — powiedział nieśmiało.

Duncan wyglądał na zmartwionego.

— Przykro mi, stary, nie chciałem was w to wszystko wpieprzyć.

— Nie przejmuj się — powiedział sierżant Brecker. — Mimo że te pieprzone ćwiczenia z zewnątrz źle wyglądały, to jednak mieliśmy poczucie, że się czegoś uczymy. To nie twoja wina, że dowództwo ich zabroniło i zastąpiło właśnie czymś takim.

— U… M-O-CZ-Y… — zaczął intonować Stewart.

— Uwaga, żołnierze! — huknął specjalista stojący w połowie drogi do wyjścia z koszar.

— Spocznij, a nawet siadać — zawołał kapitan Brandon. — Wezwać żołnierzy z drugiego pomieszczenia i wszystkich obudzić. Mam nowinę!!!

— Co się dzieje, sir? — zapytał jeden ze specjalistów od moździerzy.

— Zaczekajcie, aż wszyscy tu będą. Nie chciałbym się powtarzać. — Uśmiechnął się. — Jak wam się podoba szkolenie, żołnierzu?

Specjalista od moździerzy przestąpił z nogi na nogę i po chwili odpowiedział.

— Jest do dupy, sir.

— Miło mi słyszeć, że pierwszy sierżant i ja nie jesteśmy jedynymi, którzy tak sądzą.

Reszta zebranych parsknęła śmiechem.

Wchodzący żołnierze ustawili się wzdłuż ścian koszar. Kiedy wojskowych przestało przybywać i zrobiło się tłoczno, kapitan Brandon usadowił się na jednej z piętrowych pryczy. Rozejrzał się po białych, czarnych i brązowych twarzach, żeby upewnić się, że większość była obecna.

— Dobra, słuchajcie. Otrzymaliśmy rozkaz wylotu pojutrze. — Rozległy się zaniepokojone pomruki. — Właśnie, to dobrze czy źle? Cóż, wydostaniemy się stąd, ale będziemy w jeszcze większym więzieniu. Dowództwo stwierdziło jednak, że uzyskamy dostęp do sprzętu, kiedy wsiądziemy na pokład statku. Tymczasem chcę, żebyście nauczyli się możliwie najwięcej o pancerzach wspomaganych. Nie będziemy mieli wiele pracy ze sprzętem, dopóki nas nie zaatakują, więc macie przeczytać pieprzony podręcznik! Jak rozumiem, jest tylko jeden na drużynę, więc czytajcie na głos. Czytajcie w czasie wolnym, między ćwiczeniami! To jest jedyna cholerna karta, którą możemy zagrać!

Więc uczcie się, jak nigdy dotąd w szkole. Williams — wskazał na drugiego plutonowego — maksymalny efektywny zasięg granatnika pancerza wspomaganego?

— Eee, jakaś wskazówka, sir?

— Dwieście metrów, sierżancie. Skoro wy tego nie wiecie, to wasza drużyna na pewno też nie. Duncan, maksymalny efektywny zasięg karabinu grawitacyjnego M-300?

— Równy maksymalnemu efektywnemu zasięgowi systemu naprowadzającego, sir.

— Wyjaśnijcie.

— Pociski z karabinu grawitacyjnego mogą opuścić orbitę okołoziemską, sir. Trafią we wszystko, co da się namierzyć.

— Zgadza się. Szeregowy Bittan, co to jest minóg i jak go rozpoznać?

Bittan zerknął na sierżanta Breckera i dostrzegł kiwnięcie głową.

— Hmm, to jest lądownicza część dodekaedru B, zewnętrzna warstwa, która go otacza. I… jeśli coś wygląda jak drapacz chmur, ale lata, to jest to minóg, sir.

Kapitan Brandon zaśmiał się.

— Dobra odpowiedź, żołnierzu…

— Załoga składa się z czterystu wojowników i jednego albo dwóch Wszechwładców. Pojedyncza broń kosmiczna w osi pionowej. Zwykłe silniki startowe i napęd kosmiczny…

— Dzięki, Bittan, o to chodziło. Wszyscy macie się zapoznać z materiałami. Broń, taktyka, wyposażenie wroga.

Miejmy nadzieję, że dostaniemy nasz sprzęt do ręki, kiedy już będziemy na statku, ale do tego czasu uczyć się, uczyć i jeszcze raz uczyć. Wchodzimy na pokład pojutrze o dziesiątej trzydzieści. To wszystko.

— Sir — zagadnął Schrenker — będziemy mogli zadzwonić do rodziny?

— Nie. — Kapitan Brandon nie wyglądał na zadowolonego, kiedy musiał przekazać tę informację. — Kazano nam się nie ujawniać i niech tak zostanie. Dopiero z pokładu będzie można wysłać wiadomość do rodziny, ale nie wcześniej, niż znajdziemy się w kosmosie.

Rozległ się pomruk niezadowolenia, ale na tym się skończyło.

— Tak jest, sir.

— Dobra, chłopaki, wracajcie do swoich zajęć. Co macie robić?

— Uczyć się — odpowiedzieli chórem.

Machnął ręką i wyszedł, a kompania podzieliła się na rozmawiające ze sobą grupki.

13

Prowincja Ttckpt, Barwhon V

02:05 czasu uniwersalnego Greenwich, 27 czerwca 2001

— Rany — rzucił Richards przez sieć komunikacyjną. — Czy tu kiedykolwiek przestaje padać?

— Cóż — odpowiedział bezgłośnie Mueller — jeśli za deszcz uznamy również tę niesamowicie gęstą mgłę, to nigdy.

— Spokój — warknął Mosovich, balansując na pniu zwalonego drzewa. — Nie wiemy, co się tu na nas czai.

Barwhon, jak północno-wschodni Pacyfik, był krainą bezustannych deszczów i mgieł. Żołnierze stopniowo zaczynali czuć, że chociaż gortex dobrze chroni od deszczu, mgła przejmuje zimnem do szpiku kości. Ciągły chłód i wilgoć pozbawiłyby energii zwykłych żołnierzy i byłyby główną przeszkodą dla sił ekspedycyjnych, ale Mosovich i Ersin dokonali właściwego wyboru. Zespół składał się z doświadczonych weteranów, dawno przywykłych do chłodu i wilgoci; ale nawet to nie powstrzymywało ich od narzekań. Niebo przypominało teraz zimny, mokry aksamit, a mgła z wolna przechodziła w deszcz. Rozmokła purpurowa ziemia tłumiła odgłos kroków żołnierzy; przez zamglone powietrze o lekko obniżonym ciśnieniu dźwięki ledwo dochodziły do ich uszu. W pobliżu znajdowała się baza Posleenów i żołnierze wiedzieli, że Obcych niestety także trudno będzie usłyszeć.

Od dwóch dni przedzierali się przez wilgotny las. Mueller i Trapp zaproponowali zabawę w wymyślanie nazw drzew. Znaleźli trzysta osiemdziesiąt pięć różnych gatunków i prawie wszystkie były większe od leśnych gigantów na Ziemi. Najpospolitsze z nich, nazwane przez Trappa gryfimi drzewami, mierzyły średnio sto siedemdziesiąt pięć metrów, trzy razy więcej niż najwyższe drzewa w ziemskich lasach. Puszcza była niewiarygodnie gęsta, ale musiała taka być, żeby przetrwać nawet przy nieco niższej grawitacji Barwhon. Niszczała powoli pod wpływem barwhońskich saprofitów i wszędobylskich chrząszczy. Masywne konary zwalonych drzew, liany i paprocie wyściełały podłoże lasu, a trójwarstwowy baldachim z koron drzew pochłaniał światło.

Żołnierze jak duchy brnęli przez ametystowy szlam. Żuki i muszki na moment jakby zamarły w bezruchu, żeby na swój owadzi sposób przyjrzeć się przybyszom, ale już po chwili powróciły do walki o byt. Komandosi wydawali się jedynymi rozwiniętymi istotami na planecie, dopóki Trapp nie zatrzymał się nagle i nie podniósł w górę zaciśniętej lewej pięści.

Żołnierze przykucnęli i zaczęli powoli zapadać się w rozmokłą ziemię, kiedy Trapp dał dwa razy sygnał ręką i wystawił dwa palce. Był to znak informujący o zbliżającym się nieprzyjacielu i rozkaz złamania szyku. Tuż na krawędzi widoczności zamajaczyły postacie kilkunastu Posleenów, którzy robili coś, czego nie udało się wyjaśnić za pomocą podręcznego informatora. Ponieważ zespół miał za zadanie dowiedzieć się, czym Posleeni zajmują się na co dzień, żołnierze z wielkim zaciekawieniem obserwowali wroga.

Mosovich podpełzł bliżej i zręcznie wystawił głowę zza splotu lian zasłaniających Trappa. Dwunastu Posleenów, zwykłych wojowników, jak wywnioskował Mosovich, powoli sunęło przez polanę, zbierając pierzaste liście i purpurowe jagody.

Obcy przypominali centaury wielkości koni arabskich. Długie ręce zakończone czterema szponiastymi wypustkami — trzema „palcami” i szerokim, tworzącym szczypce kciukiem — wystawały z podwójnych ramion.

Nogi z pazurami na końcach były dłuższe niż u konia i zginały się w dwóch miejscach, co przypominało odnóża pająka. Budowa kolan powodowała, że Posleeni poruszali się dziwnie chwiejnym krokiem, niczym przerośnięte, skaczące pająki. Ich długie szyje wieńczył spłaszczony pysk krokodyla. Głowy kołysały się jak w tańcu, a paszcze to się zamykały, to znów otwierały z sykiem. Był to złowrogi, hipnotyczny taniec, zrozumiały tylko dla jaszczurczych umysłów uzbrojonych w kły, które czaiły się gdzieś w mroku.

Dziesięciu Posleenów stało w szeregu, a pozostałych dwóch trzymało się z tyłu. Każdy miał uprząż z zamocowaną bronią. Czterech niosło magnetyczne karabiny kaliber 1 mm o długich, szarych lufach, które ludziom wydałyby się zniekształcone; sześciu dźwigało strzelby o bulwiastych magazynkach; jeden z pozostających w tyle maruderów taszczył wyrzutnię rakiet hiperszybkich, a drugi trzymał karabin magnetyczy kaliber 3 mm. Wyrzutnia rakiet była małą bronią o długości około jarda, ale bulwiasty magazynek z tyłu mieścił trzy pociski z napędem antygrawitacyjnym, który mógł przyspieszyć rakietę do ułamka prędkości światła na dystansie poniżej dwudziestu metrów. Szkody, jakie wyrządzał taki pocisk, były katastrofalne.

Od czasu do czasu któryś ze zbieraczy odwracał się, żeby podać liście i jagody maruderowi z wyrzutnią, który wkładał je do skomplikowanej konstrukcji na ramieniu. Obcy nie wydawali żadnych dźwięków, dopóki szereg strzelców nie wypłoszył z ukrycia chrząszcza wielkości królika.

Jeden ze strzelców, którego wystraszył się chrząszcz, wydał z siebie dziwaczny okrzyk i rzucił się w pogoń.

Kiedy dopadł nieszczęsnego owada, wsunął go do paszczy. Maruder z karabinem kaliber 3 mm zawył wysokim głosem, błyskawicznie podniósł broń i uderzył strzelca kolbą w tył głowy. Chrząszcz upadł na ziemię względnie nie uszkodzony i próbował czmychnąć w krzaki, ale ukarany Posleen chwycił go i podał magazynierowi.

Mosovich klepnął Trappa w ramię i gestem dłoni polecił mu pozostać w miejscu. Skinął na Ersina i — po ledwo zauważalnej chwili wahania — na Muellera. Tymczasem starszy sierżant Tung nakazał członkom zespołu pójść w rozsypkę. Mosovich zdał sobie nagle sprawę, że Ellsworthy gdzieś zniknęła, co bardzo mu odpowiadało.

Oznaczało to, że w razie kłopotów na Posleenów na pewno spadnie gniew boży.

W ciszy Mueller przemieścił się na pozycję, z której mógł obserwować Posleenów z góry, i zaczął filmować Obcych mikrokamerą. Ersin patrzył tylko, starając się dowiedzieć jak najwięcej o nieprzyjacielu. W pewnej chwili z ukrycia wyskoczył kolejny chrząszcz, a Posleeni odbyli ten sam rytuał próby konsumpcji. Mimo że Obcy znajdowali się na nowo podbitej planecie, nie wystawili straży; maruder z karabinem kaliber 3 mm wydawał się dowódcą posiłkowym. Wyglądało na to, że wyjątkowo łatwo jest ich zaskoczyć.

Kiedy obydwaj podoficerowie zwiadowczy Mosovicha dobrze przyjrzeli się wrogom, sierżant ruchem dłoni polecił im się wycofać. Dał znak Trappowi, żeby poprowadził zespół z daleka od zbieraczy, i sam też się cofnął.

Żołnierze ruszyli wstecz i zatoczyli szeroki łuk. Ellsworthy pojawiła się tak bezszelestnie, jak zniknęła. Nagle zdjęła z ciemnego ubrania skrawek gnijącej roślinności. Trzymając go w koniuszkach palców wyciągniętej ręki, przyjrzała mu się i odrzuciła z grymasem wstrętu. Mueller roześmiał się cicho i potrząsnął głową, a Tung wniósł oczy ku niebu.

Po tym krótkim przedstawieniu Ellsworthy dźwignęła w górę Tennessee 5-0 kaliber .50 i zdecydowanie ruszyła naprzód. Łatwość, z jaką niosła karabin snajperski, przeczyła jego czternastokilogramowej wadze.

Przez resztę dnia coraz częściej napotykali buszujących w poszyciu Posleenów. Celem ich marszu była wyżyna, na której znajdowała się kiedyś kolonia Tchpth, ale w miarę upływu czasu zagęszczenie Posleenów tak wzrastało, że Mosovich dał znak do odwrotu i zwołał naradę wojenną, kiedy tylko zapadł zmrok.

W miejscu postoju Ellsworthy zdradziła wreszcie, gdzie się poprzednio ukrywała. Przerzuciła przez ramię czternastokilogramowy karabin, wsunęła ręce w pokryte metalowymi kolcami rękawiczki bez palców i wspięła się na trzydzieści metrów po pniu gryfiego drzewa. Jej ruchy były tak szybkie i bezgłośne, a widok tak nierzeczywisty, że przywodził na myśl sceny z filmu; drobna kobietka poruszała się bardziej jak pająk niż człowiek. Dobrze zbudowani, odznaczający się nieprzeciętną kondycją podoficerowie do zadań specjalnych, wszyscy z wyjątkiem Trappa, wiedzieli, że nie zdołaliby dokonać takiego wyczynu. Trapp tylko pokiwał głową i wygłosił kilka uwag na temat małej ekscentrycznej marine, która usiadła w końcu na jakiejś gałęzi.

— Dobra — powiedział bezgłośnie Mosovich przez sieć komunikacyjną zespołu, kiedy pozostali podoficerowie usiedli i zaczęli żuć mieszankę regeneracyjną. — Napotykamy coraz więcej Posleenów. Może uda nam się prześlizgnąć, ale na pewno dojdzie do konfliktu przynajmniej z jedną grupą. Czekam na sugestie, najpierw młodsi podoficerowie. Martine.

— Www… wyc… ccofujemy się. Ttt… to rekonesans, nie desant.

— Mueller?

— To nasza pierwsza penetracja. Zatrzymajmy się i przez jakiś czas poobserwujmy wroga. Potem chodźmy do drugiego celu misji. Ten teren najechano dopiero pięć tygodni temu. Może na dłużej zajmowanym terenie będzie mniej strzelców.

— Trapp?

Reprezentant Komanda Foki tylko kiwnął głową.

— Czy ktoś chce iść głębiej?

— Ja zawsze lubiłam pełną penetrację, sierżancie — szepnęła Ellsworthy ze swojej gałęzi.

Rozległ się stłumiony śmiech, a Mosovich potrząsnął głową.

— Ersin, cholera, mówiłem ci, że będą z nią kłopoty!

— Ja? To był twój pomysł! — zaprotestował sierżant zwiadowca.

— Tak, ale i tak mówiłem ci, że będą z nią kłopoty.

— Kłopoty to moja specjalność, sierżancie. A skoro już mowa o kłopotach, zbliżają się do nas właśnie jacyś Posleeni. — Wychyliła się do przodu. — Kolejna zgraja, około piętnastu.

— Dobra, wycofujemy się do miejsca naszego przechwytu. Trapp, zróbmy to powoli i ostrożnie. Martin, nadaj sygnał do lądownika, niech nas odbiorą za dwa dni, punkt A.

— T-t-taa… sam wiesz, co.

14

Okręg Habersham, Georgia, Sol III

20:25, 24 grudnia 2001

Mike i Sharon postanowili nie ruszać się z ich domu w Piedmont. Dzieciaki przyzwyczaiły się do regularnych wypadów z ojcem do okręgu Towns, a Sharon pracowała tutaj jako inżynier. Mimo ostatnich powołań do wojska większość byłych żołnierzy miała zostać wezwana do służby nie wcześniej niż przed upływem roku, kiedy na dobre rozpocznie się produkcja sprzętu. Mike zajmował aktualnie stanowisko, które dawało mu kontrolę nad pewnymi sprawami, o których chciał dzisiaj porozmawiać z Sharon. Po drodze do domu miał czas na uporządkowanie myśli; zapowiadał się dziwny tydzień.

Skręcił w drogę dojazdową do starego domu na farmie, zatrzymał się i spojrzał na zachodzące nad polami słońce.

Ostatni raport dostarczony przez Beltway Bandit, jedną z licznych firm consultingowych, która wykonywała specjalistyczne analizy dla rządu Stanów Zjednoczonych, dotyczył zmian klimatycznych. Mike wystarczająco znał się na klimatologii, żeby wątpić w dokładność jakichkolwiek prognoz klimatycznych, dopóki działania wroga nie były znane. Z pewnością należało się spodziewać bombardowania kinetycznego albo jądrowego, a zmiany pogody będą zależały od jego intensywności.

Gdyby bombardowanie przeprowadzono na małym obszarze, globalny spadek temperatury też byłby niewielki.

Minimalny atak, zrzucenie sześćdziesięciu do siedemdziesięciu bomb w różnych miejscach globu, skierowanych tylko przeciwko projektowanym Centrom Obrony Planetarnej, wywołałby co najwyżej efekt podobny do skutków erupcji wulkanu Pinatubo. Średnia temperatura powietrza na świecie spadła wtedy o blisko jeden stopień i miało miejsce kilka spektakularnych zachodów słońca, ale poza tym pogoda niewiele się zmieniła.

Jednak wraz ze wzrostem liczby zrzuconych bomb ich wpływ byłby coraz poważniejszy. Dwieście bomb kinetycznych rzędu pięciu do dziesięciu kiloton wywołałoby efekt odpowiadający wybuchowi wulkanu Krakatau, który w końcu dziewiętnastego wieku wprowadził świat w małą epokę lodowcową i wywołał całoroczne mrozy.

Przy ponad czterystu bombach przewidywano prawdziwą epokę lodowcową, zwłaszcza że emisja dwutlenku węgla miała spaść prawie do zera w ciągu następnych dwunastu lat.

Ta ostatnia informacja budziła największy sprzeciw. Raport dostarczał argumentów zwolennikom teorii, że Ziemia znajduje się obecnie w samym środku epoki lodowcowej, a zapobiega jej tylko emisja dwutlenku węgla, czyli że zaplanowaną na nasze czasy epokę lodowcową powstrzymuje „efekt cieplarniany”. Gdyby ta teoria była prawdziwa, a niektórzy klimatolodzy chętnie przyznawali, że mogło tak być, koniec ery stosowania paliw wywołałby również epokę lodowcową.

Gdyby tak się stało wskutek wojny, to niezależnie od jej wyniku większość zaludnionych regionów Ziemi nie nadawałaby się do użytku. A zniszczenia spowodowane samą wojną? Mike widział wstępne raporty, które nie przeciekły jeszcze do prasy. Ta wiedza uświadomiła mu, że był w położeniu, w jakim nigdy nie powinien się znaleźć żaden rodzic. Z umysłem zaprzątniętym takimi myślami wysiadł z samochodu w gęstniejącym mroku i poszedł do kuchni odświętnie wystrojonego domu. W powietrzu unosił się zapach cedrowej choinki ściętej na rodzinnej farmie, a Sharon piekła ciasteczka.

— Cześć, kochanie, wróciłem!

Wyrażenie było oklepane, ale kryły się za nim szczere uczucia.

Sharon weszła do pokoju z najmłodszą córką. Serce Mike’a zabiło mocniej, kiedy zdał sobie sprawę, że Michelle prawie wyrosła już ze swojej różowej piżamy.

W ciągu ostatnich długich miesięcy Mike spędzał od sześćdziesięciu do osiemdziesięciu godzin tygodniowo w kwaterze głównej GalInfu w Fort Banning albo jeździł od jednej bazy wojskowej do drugiej. Jako jeden z niewielu ekspertów od nowych systemów piechoty, za każdym razem musiał rozwiązywać jakieś problemy. W większości przypadków były to rzeczywiste kłopoty z dostosowaniem nowej technologii, ale czasami miał też do czynienia z technofobią dowódcy w zakresie pancerzy wspomaganych.

Osiem miesięcy prawie bez kontaktu z rodziną i bez jakichkolwiek spotkań towarzyskich bardzo go zmęczyło.

Teraz nadeszła krótka chwila odpoczynku.

— Wesołych świąt, skarbie — powiedział do córki i rozłożył ręce, żeby ją uścisnąć. — Przytulisz tatusia?

— Nie! — Objęła nogę mamusi i wtuliła twarz w jej opiekuńcze ciepło.

— Dlaczego?

— Nie tatusia.

— Na pewno?

— Nie!

— Myszko! Puchatku! — Dmuchnął jej we włosy, a ona zachichotała.

— …stań!

— Myszko! Puchatku!

Śmiech.

— …stań!

— Myszko!…

— Puchatku!

Śmiech.

— Ach! Masz mnie! Przytulisz?

Objęła go rękami i przez tę jedną chwilę wszystko na świecie było w porządku.

— Masz wolne święta? — zapytała Sharon.

Koniec wspaniałej chwili.

— Właściwie mam ponad tydzień wolnego. Ale są też i złe nowiny.

— Co?

To była kolejna niespodzianka, a niespodzianki zaczynały ją już męczyć. Zwłaszcza, że przez ostatnie osiem miesięcy musiała radzić sobie jako samotna matka.

— Włączono mnie jako doradcę do jednostki pancerzy wspomaganych, wysyłanej na Diess z wojskami ekspedycyjnymi — powiedział i wstał, nadal trzymając w ramionach zwiniętą w różowy kłębek córkę. — Robisz się coraz cięższa!

— Opuszczasz planetę? — zapytała oszołomiona Sharon.

— I to jak! — przytaknął Mike, bojąc się nadchodzącej kłótni.

— Kiedy?

— W przyszłym tygodniu. Jeszcze przed wysłaniem wojsk.

— Jak to się dzieje, że całą resztę zawiadamia się kilka miesięcy wcześniej? — spytała stanowczo Sharon.

— Może dzieje się tak dlatego, że cała reszta ma rozsądną pracę — odpowiedział Mike.

— Niech to szlag!

— Kochanie. — Mike pokazał, że nadal trzyma Michelle na rękach. — Możemy to odłożyć na później?

— Jasne. Skoro już jesteś w domu, możesz wykąpać Cally.

— Dobra. Spóźniłem się na kolację?

— Tak, ale nawet gdybyś się nie spóźnił, i tak wyrzuciłabym ją do kubła.

— Kochanie…

— Wiem, ale ciężko mi się z tym pogodzić, rozumiesz? — Sharon miała łzy w oczach. — Trochę trudno cały czas żyć jak samotna matka! Tym bardziej, jeśli się wie, co nas czeka. A ja już nie daję rady i mam wrażenie, że i tak nic nie ma sensu!

Mike stał i nic nie mówił. Była to jedna z tych chwil, kiedy słowa niewiele mogły zdziałać.

— Dlaczego mamusia płacze? — zapytała Michelle.

— Bo tatuś musi na jakiś czas wyjechać.

— Czemu?

— Bo na tym polega praca tatusia.

— Nie chcę, żebyś jechał!

— Wiem, serduszko, ale muszę.

— Ja nie chcę!

Michelle także zaczęła płakać.

Cholera.

— Nie chciałem poruszać tego tematu, kochanie, ale może moglibyśmy pojechać na tydzień na Florydę. Mama na pewno chciałaby zobaczyć dzieci.

— Babcia?

— Tak, złotko, babcia.

— Jedziemy do babci!

— Jedziemy do babci? — zapytała Cally, która dopiero teraz oderwała się od zabawy.

— Kochanie, nie wiem, czy znajdę na to czas — odpowiedziała natychmiast Sharon. — Jesteśmy w samym środku prac nad modyfikacją F-22.

— Jeżeli Lockheed nie da ci urlopu, odejdź z pracy. Nie brakuje nam pieniędzy, a mogłabyś spędzać więcej czasu z dziećmi.

— Nie mówmy teraz o tym — powiedziała i potrząsnęła głową. — Połóżmy najpierw Michelle i Cally do łóżka, a później porozmawiamy.

— Dobra.

* * *

Kiedy dzieci poszły już spać, Mike i Sharon wyciągnęli butelkę „naprawdę dobrego towaru” i zaczęli rozmawiać.

To był dobry sposób spędzenia czasu przed wręczaniem prezentów. Sharon wtuliła się w kanapę z kieliszkiem brandy w ręku i starała się jak najdokładniej wprowadzić Mike’a w szczegóły życia ich dzieci — te wszystkie drobne sprawy, które ominęły go w ciągu ostatnich miesięcy. Mike siedział na podłodze i patrzył na migające lampki choinkowe, i opowiadał Sharon w najdrobniejszych szczegółach o swojej pracy i przygotowaniach do zbliżającej się wojny. Wreszcie wbrew regułom bezpieczeństwa przedstawił jej też zagrożenia i wyjaśnił, co to oznacza.

— Wszystko? — zapytała Sharon i odstawiła kieliszek.

— Wszystkie równiny nadbrzeżne. Po prostu nie będziemy jeszcze wtedy mieli sprzętu, żeby walczyć z Posleenami. A to dotyczy tylko Stanów Zjednoczonych. Nie mówię o Trzecim Świecie.

— To po co wysyłamy te jednostki pancerzy wspomaganych na Diess i Barwhon? — zapytała zagubiona Sharon, wzięła kieliszek i wypiła duży łyk.

Piekące ciepło brandy pomogło jej przywrócić opanowanie.

— Batalion pancerzy wspomaganych nie będzie decydującym czynnikiem. Tak przynajmniej twierdzi Główne Dowództwo, a ja się z tym zgadzam.

— Masz na myśli Szefa Połączonych Sztabów?

— Nie, Główne Dowództwo. Tak właśnie będzie się nazywał naczelny organ Wojsk Obrony Stanów Zjednoczonych. Nowe zadania, nowe nazwy. Tak jak Dowództwo Liniowe, Floty i Uderzeniowe. Pozostałe jednostki marynarki i sił powietrznych, które nie zostaną wcielone do floty, połączy się w jedną całość, a Główny Dowódca będzie generałem armii. Nikt jednak nie poruszył jeszcze kwestii, że to wszystko oznacza zniesienie cywilnej kontroli nad wojskiem. Myślę, że nie przedyskutowano też wszystkich spraw związanych z konstytucją.

W każdym razie mieliśmy nadzieję, że zarobimy na wysłaniu wojsk na Diess i Barwhon wystarczającą ilość pieniędzy, żeby wyposażyć wiele jednostek w pancerze wspomagane. Ale niestety sprzęt pójdzie najpierw do jednostek pancerzy lecących na Barwhon i Diess. Dopiero kiedy zostaną zaspokojone ich potrzeby, wyposaży się Terrańską Flotę Uderzeniową. Ale jednostki sponsorowane przez Galaksjan otrzymają wszystkie zaatakowane planety, a nie tylko Ziemia. Potrzebujemy wielu lądowych jednostek pancerzy wspomaganych, więc pewnie nie będziemy ich jeszcze mieli, kiedy dotrze do nas pierwsza fala najazdu. Niektóre oddziały mogą dostać pancerze bez zasilania tuż przed inwazją. Staraliśmy się, żeby zwiększono czas treningu, ale chyba niewiele da się zrobić w tej sprawie.

Mike sączył brandy i zastanawiał się, co jeszcze powiedzieć. Było tyle rzeczy, które jego zdaniem powinna wiedzieć Sharon, nie tylko jako jego partnerka, ale też jako oficer marynarki, który wkrótce zostanie przywrócony do czynnej służby.

— Jeszcze bardziej przydadzą nam się oddziały marynarki, ale większość statków nadal będzie w budowie, kiedy przybędą Posleeni. Wozy bojowe, wielkie działa, które mogą stawić czoło kulom kolonizacyjnym, nie będą dostępne przed upływem roku od uderzenia pierwszej fali, ale dzięki Bogu będą gotowe jeszcze przed dotarciem drugiej.

Mike urwał na moment. Wyglądał na szczególnie zmartwionego.

— A to dotyczy także ciebie.

— Dlaczego?

— Wkrótce ogłoszą, że każdy z personelu floty i naziemnych sił uderzeniowych będzie miał możliwość przeniesienia jednego członka swojej rodziny na bezpieczną planetę. Sprawdziłem i dowiedziałem się, że ty zostaniesz wezwana do jednostki w Stanach Zjednoczonych. Zanim ta sprawa stanie się powszechnie znana, mogę pociągnąć za kilka sznurków i załatwić, żeby przeniesiono cię na inną planetę. A to oznacza, że moglibyśmy wysłać Cally albo Michelle w bezpieczne miejsce.

— A kto by się nimi opiekował? — zapytała Sharon, a jej źrenice rozszerzyły się.

Mike zdawał sobie sprawę, że powinien stopniowo przekazywać szokujące informacje, ale po prostu było niewiele czasu.

— Pewnie jakaś rodzina Indowy z wyższych sfer.

— Czy to byłaby ta sama planeta, na której mnie by umieszczono?

— Prawdopodobnie nie. Gość, który jest mi winien przysługę, może załatwić ci przeniesienie poza Ziemię, ale nie do dowolnie wybranego miejsca. To mogą być Siły Ziemskiej Obrony Planetarnej albo Baza na Tytanie, kto wie.

Wiem tylko, że mogę cię wysłać poza Ziemię, ale ja sam na razie muszę tu zostać.

— Dlaczego?

— Na tym polega moje zadanie. Przydzielono mnie do oddziałów na Diess, ale tylko jako tymczasowego doradcę, a nie na stałe, więc nie traktuje się tego jako pobytu poza planetą. Z tego samego powodu personel Amerykańskiego Korpusu Ekspedycyjnego nie jest wliczany do osób przebywających poza Ziemią, bo jest tam tylko tymczasowo. Jak długo to rzeczywiście potrwa, to zupełnie inna kwestia, ale to jest stała zmiana miejsca odbywania służby.

— Jak długo będą tam te oddziały? — zapytała Sharon.

— Nie wiadomo. Ale trzeba należeć do floty albo sił uderzeniowych, żeby otrzymać status żołnierza przebywającego poza planetą, a Amerykański Korpus Ekspedycyjny na razie nie jest w siłach uderzeniowych floty.

Trzeba po prostu otrzymywać wynagrodzenie bezpośrednio od Federacji, a nie od formacji narodowej albo planetarnej.

— Czyli mam zdecydować, czy jedno z naszych dzieci ma być bezpieczne, ale oddalone od nas.

Jej twarz wykrzywiła się w grymasie, którego nie potrafił zinterpretować.

— Niezupełnie. Jeśli chcesz to traktować jak szantaż, to proszę bardzo, ale lepiej przyjmij tę propozycję. Nie mogę zagwarantować, że wrócę przed inwazją, i wtedy żadne z nas nie będzie mogło być z dziećmi podczas walki.

To oznacza, że zostaną pozbawione naszej opieki, a mówiłem ci już, jak źle to wszystko wygląda. Powiem jaśniej.

Stracimy całe wybrzeża wschodnie i zachodnie, aż do Appalachów na wschodzie i Gór Skalistych i Kaskadowych na zachodzie. Możemy też stracić Wielkie Równiny, ale myślę, że uda się powstrzymać albo znacznie opóźnić tę stratę.

Tereny miejskie wewnątrz pierścienia obrony otrzymają poważny cios. Nigdzie na Ziemi nie będzie całkiem bezpiecznie. Będą schrony dla niecałych dziesięciu procent populacji, ale nie wydaje mi się, i to są profesjonalne prognozy, żeby obrona schronów dobrze funkcjonowała. Zakopanie ich pod ziemią było prawdopodobnie niewybaczalnie głupim pomysłem. Jeśli zechcemy zostawić dziewczynki z rodziną, to może to być albo na Florydzie, która stanie się jedną wielką rzeźnią, albo w północnej Kalifornii lub górach Georgii, po drugiej stronie wododziału kontynentalnego. Tam pod wieloma względami jest bezpieczniej, ale to nadal za blisko Atlanty.

— Nie wierzę, żeby mogli mnie zmusić do powrotu do wojska na takich warunkach — powiedziała z furią Sharon.

— Uwierz w to. Tym razem nikt nie wykręci się od służby, o ile tylko jest choć trochę wyszkolony. Oboje będziemy musieli sprostać wielu wymaganiom. Opieka nad rodziną nie zostanie uznana za dostateczny powód do zwolnienia z tych obowiązków.

— W takim razie nie wierzę, że chcesz zostawić córki ze swoim ojcem — Sharon nie dawała za wygraną.

Nie znosiła, kiedy Mike zachowywał się w ten sposób. Zasypywał ją wtedy gradem logicznych argumentów i zmiatał wszystkie przeszkody na swojej drodze. Jej doświadczenia z zawodowymi żołnierzami, szczególnie oficerami, nie były zbyt przyjemne.

— Tata jest wprawdzie dziwakiem, ale odpowiednim człowiekiem, żeby poradzić sobie w tych warunkach — powiedział Mike, starając się odzyskać normalny ton głosu.

— Twój ojciec nie jest dziwakiem, jest starym czubkiem. Ma kota.

Sharon nakreśliła palcem kółka na czole.

— Tak, ale za to jakiego kota? Jego kot nosi karabin. On jest właśnie takim typem wariata, który mógłby ochronić jedno z naszych dzieci przed śmiercią.

— Kochanie, on jest niebezpieczny! — powiedziała Sharon, wiedząc, że przegrywa kłótnię.

— Nie dla swoich bliskich.

— W większość morderstw zamieszani są krewni! — odparła.

— Mój ojciec jest zbyt wielkim profesjonalistą, żeby skrzywdzić rodzinę. Wszystkie jego morderstwa były szybkie, dyskretne i nie było później żadnych śladów. — Potrząsnął głową, zbity z tropu. — Jest idealną osobą, z którą można zostawić dzieci, zważywszy na obecną sytuację. A może chcesz je zostawić ze swoimi rodzicami? Dobrze ułożonymi bywalcami salonów, którzy twierdzą, że cała ta sprawa to tylko wymysł rządu? A może z moją matką?

Jest wprawdzie wspaniałą osobą, ale absolutnie niezdolną, żeby obronić samą siebie, a co dopiero jedno z naszych dzieci. Poza tym mieszka w Kalifornii, gdzie są tysiące miejsc, w których mogliby wylądować Posleeni. Nie lepiej zostawić ich z byłym Rangersem i najemnikiem, który należał kiedyś do Zielonych Beretów? I który nadal jest w formie, ma kolekcję wspaniałej i całkowicie nielegalnej broni i farmę w górach? Daj spokój!

— Nie podobają mi się jego opowieści. Nie pozwolę faszerować moich dzieci tymi bzdurami.

Wiedziała, że robi się drażliwa. Gdyby Mike tylko się bronił, miałaby czas, żeby się zastanowić, dogadać się. Ale on naciskał.

— Jakimi bzdurami? Jego akta potwierdzają większość jego historii. I zawsze kończą się jakimś morałem. „Nigdy nie wyciągaj zawleczki granatu, gdy nie masz go gdzie rzucić.” „Zawsze zaminuj pozycję sojusznika. Możesz ufać wrogom, ale nigdy nie ufaj partnerowi.” Nie był zabójcą bez serca; zapewnia, że nigdy nie zabił tego, kogo lubił.

Mike uśmiechnął się. Zgadzał się ze stwierdzeniem, że jego ojciec jest starym czubkiem. Ale za to był doskonale przystosowany do zbliżającej się nawałnicy.

— Och, Michael! — wykrzyknęła Sharon.

— Och, Sharon! — odpowiedział Mike.

— No to kogo zostawimy? Na Boga, kochanie! Jak można podjąć taką decyzję?

Jej ściągnięta twarz wydała się nagle w świetle lampy o wiele starsza.

— Na szczęście jest to decyzja, której nie musimy podejmować. Kiedy przygotowywano program, uznano, że nie warto pozostawiać wyboru zainteresowanym członkom personelu. Flota ustali to za nas, a wybór nie będzie podlegał dyskusji. Nie dotyczy to naszych dzieci, ale gdyby jedno z nich miało jakiś defekt genetyczny, to niezależnie od uczuć rodziców takie dziecko nie mogłoby lecieć. Częściowo powodem całego przedsięwzięcia jest chęć umieszczenia poza Ziemią materiału genetycznego dobrej jakości. Ponieważ powołano do służby głównie żołnierzy marynarki, jest to korzystne dla zachowania przede wszystkim genów północnych Europejczyków. Było to i jest nadal tematem zażartych dyskusji. Nie wydaje mi się jednak, żeby to się zmieniło, niezależnie od tego, że Chińczycy nazywają to rasizmem.

— A nie jest tak? — Sharon wolała odejść od tematu, niż nadal rozmyślać nad całą sytuacją.

— Nie wydaje mi się, ale nie oczekuj ode mnie, żebym analizował teraz darhelską psychologię. Są bardzo skomplikowani, a ja jestem na to zbyt zmęczony. Nie wiem nawet, jak się do tego zabrać. A szkoda, bo moim zdaniem jest to najważniejsza sprawa, którą należałoby się teraz zająć, ważniejsza nawet od samych przygotowań do wojny.

— Dlaczego zrozumienie Darhelów jest takie ważne i jak to możliwe, żeby było ważniejsze od przygotowań do wojny? Wydaje mi się, że byli dosyć otwarci, pozwalając nam wysłać pozaplanetarne delegacje i dając nam pomoc materialną, a teraz oferując nawet ewakuację rodzin żołnierzy. Są chyba bardzo mili. Nie można oczekiwać, że poświęcą całą swoją energię, żeby nas ratować.

— Owszem, można. Zasadniczo jesteśmy jedyną rasą, która może ich ocalić, i oni o tym wiedzą. Więc powinni skoncentrować wszystkie swoje siły na ochronie Ziemi chociażby po to, żeby utrzymać przy życiu jak najwięcej naszych żołnierzy. Ale nie zrobili tego. Dlaczego? Po zakończeniu wojny, według optymistycznych scenariuszy, jakie widziałem, liczba żołnierzy na Ziemi zmniejszy się o siedemdziesiąt do dziewięćdziesięciu procent. To są Ziemianie, od których zależy los Darhelów, a jednak nie zrobili wszystkiego, żeby nas chronić.

— Cóż, o wszystkim decyduje raczej Federacja niż Darhelowie. Polityka potrafi komplikować sprawy. Może ktoś w Federacji nie zgadza się z tą analizą?

— Jestem przekonany, że Darhelowie kontrolują całą Federację. Za każdym razem, kiedy odbywa się planowana dyskusja, Darhelowie przysyłają swojego reprezentanta. Można rozpoznać, czy spotkanie jest warte uczestnictwa, po tym, czy są tam Darhelowie. I często na posiedzeniach, na których byłem obecny, subtelnie sterowali dyskusją.

A jeśli rzeczywiście jest jakaś grupa, która ustala reguły gry na wszystkich zebraniach, na których podejmowane są decyzje, to lepiej dowiedzieć się, o co chodzi. Mam też wątpliwości co do niektórych przesłanek finansowania naszej obrony. Darhelowie mówią stale o wolnej i równej międzygwiezdnej Federacji, ale zawsze mówią to właśnie oni i tylko czasem starannie dobrani Tchpth. Darhelska rasa kontroluje wszystkie transakcje pieniężne, wszystkie pożyczki. Wśród Galaksjan nie ma miłosierdzia; kiedy Darhelowie żądają od ciebie zwrotu pieniędzy, jesteś ugotowana. Darhelowie są całkowicie zhierarchizowani. Jeśli wykiwasz jednego, puszczają tę informację przez swoją sieć i już nigdy nie będziesz miała szansy, żeby wykiwać drugiego. To właśnie od nich dostajemy dziewięćdziesiąt procent informacji, łącznie z danymi na temat funduszów na obronę planetarną, wymaganego rozmieszczenia zasobów floty i możliwości produkcji poza planetą.

— Wydaje mi się, że dostajesz lekkiej paranoi. Z mojego punktu widzenie Galaksjanie wydają się w porządku — nie zgodziła się Sharon.

— Może. Możliwe, że moja paranoja jest dziedziczna. Ale Jack chciał, żebym z nim pracował, bo jestem autorem książek fantastyczno-naukowych. Każdy zapaleniec science fiction zna historię „Ludzkość jest najlepsza”.

— Ja nie.

— A szkoda. Dobra opowieść z lat pięćdziesiątych. Obcy lądują na Ziemi i zaczynają wspierać rasę ludzką. Lepsze żywienie, koniec wojen, kontrola przyrostu populacji. Wszyscy kosmici noszą przy sobie małą książkę. Mówią, że tytuł brzmi „Ludzkość jest najlepsza”. Jedną z postaci opowieści jest lingwista, który próbuje zrozumieć język Obcych. Do dyspozycji ma jedną kopię ich książki. Na koniec kilku szczęśliwców zostaje zaproszonych na planetę przybyszów. Lingwista wreszcie tłumaczy książkę. To książka kucharska.

— Uf! Ale w czym problem? Myślałam, że Darhelowie są wegetarianami.

— Wszystkie tłumaczenia odbywają się za pośrednictwem inteligentnych przekaźników zaprogramowanych przez Darhelów. Ta rasa filtruje także wszelkie informacje, które docierają do nas spoza planety, i miała wpływ na wszystkie ważne decyzje, których byłem świadkiem. Podejrzewam, że kontrolują wszystko, co dotyczy prowadzenia wojny, a podejmowane decyzje są bardzo złe. Unikają fotografowania, więc pewnie nie miałaś okazji dobrze im się przyjrzeć. Wierz mi, może i jedzą tylko warzywa, ale nie są zbudowani jak roślinożercy. Darhelowie są inteligentni i pragmatyczni, więc skąd te złe decyzje?

— Jakie złe decyzje?

— Bardzo różne. Cholera, wyboru Szefa Sztabu, przyszłego „Głównego Dowódcy”, dokonano bardzo chytrze.

— Sekundę, Mike! Darhelowie nie wybierają przecież przewodniczącego Sztabu.

— Zdziwiłabyś się, na co oni mają wpływ.

— A czy ktoś nie może, nie wiem, sprawdzać tych decyzji? Przyjrzeć się Darhelom?

— Tak, rzekomo prowadzona jest pewna „czarna” operacja, ale jest drobny problem: z nielicznymi wyjątkami uczestnicy operacji, których spotkałem, to beznadziejne ofermy. W projekcie, który jest zapewne największym przedsięwzięciem naszego wywiadu, powinni brać udział najlepsi i najbystrzejsi, a nie półgłówki, których przydzielono do tego zadania.

— Czy nie jesteś… cóż, nieco zbyt krytyczny… czasami?

— Kochanie, jeden z nich zapytał, czy nie moglibyśmy przeprowadzić ziemnowodnej inwazji na Diess. Nie możemy, do cholery. Najwyraźniej nie chwytał, że w kosmosie jest próżnia, promienie lasera rozchodzą się mniej więcej po liniach prostych, a Ziemia jest okrągła. Albo David Hume, który zarządza projektem, jest wspaniałym aktorem, albo jednym z najgłupszych ludzi na świecie.

* * *

Komandor porucznik David Hume dwa razy przekręcił na palcu sygnet Akademii Marynarki Wojennej w Annapolis i podrapał się w tył głowy. Główny lingwista, Mark Jervic, kłócił się właśnie ze swoim asystentem na temat jakiegoś szczegółu deklinacji w języku Tchpth i nie zwracał najmniejszej uwagi na przełożonego. Po chwili z wigorem pokiwał głową na znak, że zgadza się z jakimś stwierdzeniem, i zamaszyście machnął rękami, jak gdyby chciał nakłonić cały świat do jego jednomyślnego poparcia.

Po lunchu w lokalnych delikatesach komandor Hume poszedł do parku Washington Mall i skręcił Independece Avenue w stronę Kapitolu. Chłodny północny wiatr dął przez park i targał na wszystkie strony łysymi gałęziami wiśniowych drzew. Komandor przez chwilę patrzył na drzewa i zastanawiał się, dlaczego tak przyciągają jego uwagę. Wreszcie zdał sobie sprawę, że przypominały mu one werset z „Piekła” Dantego. Dreszcz, który nim wstrząsnął, miał niewiele wspólnego z przenikliwym bożonarodzeniowym chłodem.

Na chwilę stanął przy odbijającym światło basenie, a następnie ruszył naprzód. Po chwili dołączył do niego doktor Jervic i obydwaj powoli poszli ścieżką w stronę Pomnika Ofiar Wojny w Wietnamie.

Komandor Hume wyciągnął z aktówki duży pakunek i wcisnął włącznik zamontowany na prowizorycznej plastikowej skrzynce. Mijający ich biegacz zaklął po japońsku, kiedy potężny impuls elektromagnetyczny wyłączył jego walkmana.

— A może laser? — zapytał Jervic.

— To będzie bardzo trudne w tych warunkach. To samo dotyczy mikrofonów na karabinach, a szumy w tle mają tę samą częstotliwość co głos ludzki.

— Czytanie z ruchu ust.

— Rozglądaj się — powiedział Hume, odwrócił się, żeby spojrzeć na drugą stronę basenu, i usiadł na ławce. — Więc?

Mimo że osiemdziesiąt procent uczestników „Operacji Głęboki Wgląd” istotnie stanowili wysokiej klasy kretyni, to ani dowódca projektu, który był bardzo, bardzo dobrym aktorem, ani jego główny asystent nie zaliczali się do tej kategorii.

— Czy nie powinieneś był zadać tego pytania, zanim, że się tak wyrażę, przeszedłeś Rubikon? — zapytał Mark i dyskretnie wskazał na generator impulsów elektromagnetycznych. — Przecież nas obserwują.

— Oczywiście, wiem o tym. Ale z moimi informacjami i tak byliśmy już po drugiej stronie Rubikonu. Co masz jeszcze do dodania? — zapytał ostro Hume.

Chciał udawać głupiego dla celów misji, a doktor Jervic czasem najwyraźniej zapominał, że to tylko gra. Po sześciu długich latach, które przepracowali razem w Bostonie, Mark powinien już wiedzieć, kim był mózg operacji.

— Cóż, programy tłumaczeniowe inteligentnych przekaźników zawierają kilka ciekawych protokołów. Bardzo ciekawych.

Jervic, były wykładowca na Harvardzie, umilkł na chwilę i strzelił palcami.

— Skończ z tym cholernym dramatyzmem — warknął Hume. — Nie ma na to czasu.

— No, dobrze — westchnął Jervic. — Protokoły umyślnie wprowadzają w błąd, szczególnie w zakresie genetyki, biotechniki, programowania, a także, o dziwo, analiz socjologicznych i politycznych. Wprowadzanie w błąd polega na czymś więcej niż tylko zamianie słów, ma bazę tematyczną. Nie mam dostępu do samych programów, ale nie ulega wątpliwości, że Darhelowie umyślnie kierują nas w tych dziedzinach w ślepy zaułek. Szczególnie widoczne jest to, moim zdaniem, w ich niezwykle dziwnym podejściu do socjologii. Stale zdarzają się umyślnie spowodowane błędy i modyfikacje danych dotyczących ludzkiej socjologii, prehistorii i archetypów.

— Archetypy — powtórzył komandor Hume.

Spojrzał na pomnik Washingtona i pomyślał, jak George poradziłby sobie z tym wszystkim. Pewnie niewiele by zrobił; zrzuciłby takie szwindle z lukami informacyjnymi na barki Benjamina Franklina.

— Przypuszczalnie wrodzone wyobrażenia w ludzkiej psyche, wspólne dla wszystkich…

— Wiem, co to są cholerne archetypy, Mark — przerwał ze złością David, wyrwany z zadumy. — Powiedziałem „cholerne” archetypy, nie: „Archetypy? Co to, u licha, są archetypy?”. Przypadkowo zgadza się to z pewnymi danymi, którymi dysponuję. Dobra, czas sprawdzić, czy rzeczywiście mamy nieograniczony dostęp do wszystkiego — ciągnął, wstając z ławki. — Nie uwierzyłbyś, co znalazłem w sanskryckim tłumaczeniu…

— Hej, koleś, masz ognia? — Jeden z wszędobylskich przechodniów zagrodził im drogę z papierosem w ręku.

— Niestety, żołnierzu — powiedział komandor Hume, kiedy zauważył marynarkę polową i blizny, które u każdego żołnierza zasługiwałyby na uznanie. — Nie palę.

— Spoko, koleś — wymamrotał nie ogolony obwieś. — Spoko.

Rozległy się cztery ściszone wystrzały z tłumika na lufie Colta kaliber .45 i obaj naukowcy wpadli do basenu, barwiąc kryształową wodę na czerwono.

— Spoko — znowu mruknął obwieś, kiedy wokół zaczęły się rozlegać krzyki.

15

Obóz McCall, Północna Karolina, Sol III

11:23, 6 maja 2002

— Jazda! Ruszać się! Wysiadać! Z autobusu! Ruszać się!

Młodzi mężczyźni w szarych ubraniach wylegli z autobusu marki Greyhound. Niektórzy z pośpiechu przewrócili się na ziemię. Nieszczęśliwcy zostali bezceremonialnie poderwani na nogi i popędzeni do reszty grupy, która tworzyła teraz parodię formacji. Trzech śniadych młodych mężczyzn i jedna śniada młoda kobieta, którzy krzyczeli, sami wysiedli przed czterema miesiącami z takiego autobusu. Pomimo kapralskich szewronów na rękawach, jeszcze niedawno sami byli szeregowcami, których później awansowano. Podzielili formację na cztery nierówne grupy i rozmieścili żołnierzy dźwigających ciężkie worki z rzeczami osobistymi w odpowiednich miejscach zbiórki. Nowi rekruci ustawili się w nierównych szeregach, tworzących trzy boki czworokąta. Było to ich pierwsze spotkanie z sierżantem szkoleniowym. W przypadku nieszczęsnego drugiego plutonu funkcję tę pełnił celowniczy sierżant Pappas. Stał na placu apelowym pośrodku formacji i kiwał tylko głową, sprawiając wrażenie, że najwyraźniej kontempluje ciepły wiosenny dzień. W rzeczywistości jednak starał się dorobić filozofię do sytuacji, która w jego odczuciu całkowicie wymknęła się spod kontroli.

Jemu i grupie, którą wezwano razem z nim, powiedziano, że właśnie dzięki nim wojsko będzie miało teraz wszystkich starszych podoficerów niezbędnych w formacjach uderzeniowych i osłaniających. Zamiast tego umieszczono ich w Gwardii i jednostkach treningowych. Miało to „wzmocnić” oddziały, do których ich przypisano.

Specowi Pappasowi często przychodziło na myśl stare powiedzenie, że nie można wzmocnić kubła flegmy za pomocą garści grubego śrutu.

Ale był żołnierzem piechoty morskiej i kiedy otrzymywał rozkaz, mówił „tak jest, sir” i wykonywał go najlepiej jak umiał. Więc kiedy powiedziano mu, że będzie instruktorem szkoleniowym, poprosił oczywiście o umieszczenie go w Pendleton, bo była to jednostka, do której należał zgodnie z informacją w jego aktach. Kadry Sił Lądowych wysłały go więc, rzecz jasna, do Obozu McCall w Północnej Karolinie, trzy tysiące mil od Pendleton.

Pobyt w McCall mógł się jednak okazać niezłym rozwiązaniem. Galaksjanie spełnili swoje obietnice i Pappas znalazł się w pierwszej grupie, którą poddano odmłodzeniu. Program odmładzania uwzględniał podział żołnierzy według wieku, stopnia wojskowego i starszeństwa. Ponieważ byli tu tylko oficerowie i podoficerowie, starsi podoficerowie często otrzymywali w programie odmładzania ten sam priorytet, co oficerowie. Jako jeden z najstarszych podoficerów objętych programem Pappas został odmłodzony wcześniej niż wielu starszych sierżantów, którzy wiekiem byli jednak młodsi. Po miesiącu miał ciało dwudziestolatka i sześćdziesięcioletni umysł.

Znowu ogarnęło go dawno zapomniane uczucie niepokonanej siły i niespożytej energii, które pchało go do czynów.

Regularne ciężkie treningi przywracały mu dawną muskulaturę, miały też odwrócić jego uwagę od innych form wyładowania energii.

Służył w piechocie morskiej od trzydziestu lat, z czego przez dwadzieścia siedem był żonaty. W ciągu tych dwudziestu siedmiu lat nigdy nie wchodził do cudzego łoża. Nie dotyczyło go zdanie: „Nie jestem rozwiedziony, tylko na tymczasowej służbie”. Nigdy nie myślał źle o innych żołnierzach, którzy wykorzystywali służbowe wyjazdy, żeby się trochę rozerwać. Dopóki nie obniżało to ich sprawności, nie obchodziło go, co robili. Ale on złożył przysięgę małżeńską, że „nie będzie lgnął do żadnej innej”, i wierzył w dotrzymywanie obietnic. To samo dotyczyło stwierdzenia „póki śmierć nas nie rozłączy”. Teraz jednak miał ciało i potrzeby dwudziestolatka, a jego żonie dawno stuknęła już pięćdziesiątka. Sytuacja była trudna. Na szczęście program treningów żołnierzy przywróconych do czynnej służby, a potem szkolenie nowych rekrutów było tak wyczerpujące, że nie miał siły wracać do San Diego. Program odmładzania miał w końcu objąć także rodziny żołnierzy, ale sierżant musiałby to najpierw zobaczyć, żeby uwierzyć. Krążyły już plotki o deficycie materiałów do odmładzania, więc nikt nie wiedział, czego należało się spodziewać na dłuższą metę. Sierżant bardzo obawiał się swojego spotkania z Prissy.

Na domiar złego wszystkich najstarszych podoficerów, do których się zaliczał, wezwano jednocześnie, więc w wojsku panował teraz nadmiar pułkowników i podpułkowników, dwóch najwyższych rang objętych programem odmładzania. W marynarce wojennej określano to jako „nadmiar szefów”. Dodatkowo, ponieważ główny nacisk kładziono na szkolenie, większość starszych podoficerów i oficerów została przydzielona do prowadzenia podstawowych i zaawansowanych treningów. Dlatego zamiast stanowiska starszego podoficera w kompanii Pappas otrzymał dowództwo zwykłego plutonu rekrutów.

Nie był więc w najlepszym humorze, kiedy witał grupę czterdziestu pięciu młodych mężczyzn, z których miał zrobić żołnierzy piechoty morskiej (żołnierzy wojsk uderzeniowych, hoplitów albo jakkolwiek mieli się oni teraz, kurwa, nazywać). W charakterystyczny sposób uśmiechnął się do podkomendnych. Mniej bystrzy pomyśleli, że sierżant nie jest więc sadystycznym kretynem, przed którym ich ostrzegano, tylko przyjaźnie uśmiechniętym gościem, i ostrożnie odwzajemnili uśmiech. Bystrzejsi trafnie odgadli, że wpakowali się w poważne kłopoty.

— Dzień dobry, dziewczynki — powiedział sierżant cichym, przyjaznym głosem. — Jestem sierżant Pappas. — Głos był tak cichy, że musieli wytężać słuch. — Niestety przez następne cztery miesiące będę waszym sierżantem szkoleniowym. Mój drobny, wysportowany młodszy kolega — wskazał na stojącego obok żołnierza — to kapral szkoleniowy Adams. Myślcie o nas jako o waszych markizach de Sade, całkowicie nienormalnych instruktorach aerobiku. Jako wstęp do nauki tak zwanej kurtuazji wojskowej macie się do mnie zwracać tak, jakbym był oficerem.

Będziecie mi mówić „sir” i salutować na powitanie. Czy to jasne?

— Tak.

— Dobra.

— Nie ma sprawy.

— Tak jest, sir!

— Och, przepraszam. Nie wyjaśniłem. Prawidłowa odpowiedź brzmi: „Jasne, sir”.

— Jasne, sir.

Włożył palec do ucha, jakby chciał je przeczyścić.

— Przepraszam. Mam słaby słuch. To przez te krzyki umierających rekrutów. Prosiłbym odrobinę głośniej.

— Jasne, sir! — wrzasnęli.

— Widocznie jednak nie wyrażam się jasno — powiedział powoli i wyraźnie. — W prawo zwrot, padnij. Specjalnie dla kretynów, którzy tego nie rozumieją, czyli oczywiście dla was wszystkich, wyjaśniam, że komenda oznacza, iż macie się obrócić lekko w prawo i przyjąć pozycję do robienia pompek.

Kilku rekrutów szybko przywarło do ziemi, inni z wahaniem zaczęli wykonywać wydany rozkaz, ale większość nadal stała, nic nie rozumiejąc.

— Padnij! Na ziemię! Jazda! Ruszać się! — zagrzmiał sierżant o wiele głośniej i ostrzej niż kapral, głośniej niż cała ich grupa. — Zginać łokcie! Ty! Ruszaj się! Dmuchać pompki, pierdoły! Patrzcie na wprost, głowa do góry, wzrok utkwiony w dalekim punkcie. A teraz, kiedy wydam rozkaz, wasza odpowiedź brzmi: „Jasne, sir.”. Macie być wyraźnie słyszani na Marsie! Jasne?

— Jasne, sir!

— Dotąd sądziłem, że ta pozycja ułatwi wam skupienie uwagi. Ale widzę, że przynajmniej jeden z was woli ćwiczyć na siłowni.

Podszedł do wspomnianego nieszczęśnika — wielkiego młodzieńca o herkulesowej budowie ciała i gładkich czarnych włosach — i kucnął, żeby spojrzeć mu w oczy.

— Czy aby nie jest to dla ciebie odrobinę zbyt męczące zadanie, wielkoludzie?

— Nie, sir!

— A, bardzo dobrze.

Sierżant Pappas wstał i ostrożnie nadepnął na plecy rekruta w okolicy łopatek. Tęgi młodzieniec stęknął, kiedy poczuł na plecach sto trzynaście kilogramów, ale wytrzymał.

— W ciągu następnych szesnastu tygodni — Głowa w górę, zasrańcu! — moim obowiązkiem jest zamienić was, laleczki, w żołnierzy wojsk uderzeniowych. — Biodra w dół, cioty! — Jednostki uderzeniowe będą wysyłane ze swoich baz — Do góry! Wy pierdoły! Jeśli ten łamaga może mnie utrzymać, wy możecie wytrzymać w tej pozycji bez obciążenia! — żeby zaatakować Posleenów, kiedykolwiek i gdziekolwiek by to było potrzebne. A to oznacza, że o ile jednostki Gwardii i wojsk osłaniających mogą zobaczyć walkę… — Ty! Mówiłem, nie leż na brzuchu, lumpie jeden! — Kapralu Adams!

— Tak jest, sir!

— To tłuste ścierwo w drugim rzędzie! Sprawdź, jak długo może biegać, zanim się porzyga i padnie!

— Tak jest, sir! Wstawaj, zasrańcu! Ruszaj się!

Kapral poderwał nieszczęsnego rekruta na nogi i pchnął go do przodu.

— Na czym stanąłem? A, tak… O ile jednostki Gwardii mogą zobaczyć walkę, wy na pewno ją zobaczycie. Moim zadaniem jest sprawić, żebyście byli twardzi i szybcy, tak żeby niektórzy z was, ofermy, mogli przeżyć. — Zszedł z rekruta. — Wstawać! Macie się rozejść do koszar. Żadnego spania ani wylegiwania się. W koszarach są dwa czerwone pudła. Jeśli przemyciliście jakieś narkotyki, osobistą broń, noże lub cokolwiek, czego nie powinniście mieć, włóżcie to do pudeł. Jeśli coś zatrzymacie, ja to znajdę. A wtedy wyślę was w takie miejsce, przy którym obóz rekrutów wyda wam się miły i przytulny. Wszyscy oprócz tego zasrańca — wskazał na rekruta, który przed chwilą służył mu za podest — rozejść się!

Kiedy żołnierze zabrali swoje rzeczy i pobiegli do koszar, sierżant obrzucił wzrokiem od stóp do głów pozostającego na miejscu rekruta. Zauważył szerokie, wystające kości policzkowe.

— Jak się nazywasz, dupku?

— Szeregowy Michael Ampele, sir!

— Hawajczyk?

— Tak, sir!

— Tatuś w piechocie morskiej, chłopczyku?

Rekrut aż zbladł na tę obelgę, podczas gdy „dupku” nie zrobiło na nim wrażenia.

— Tak jest, sir!

— Myślisz, że będę dla ciebie pobłażliwy z tego powodu, chłopczyku?

— Nie, sir!

— Dlaczego?

— Najtwardsza stal pochodzi z najgorętszego ognia, sir!

— Gówno prawda. Najtwardsza stal pochodzi z właściwej kombinacji temperatury, materiałów i odpowiednich warunków, takich jak pieprzona azotowa atmosfera. Skopię ci dupę z dwóch powodów. Po pierwsze, nikt mnie nie oskarży o rasizm, a po drugie, te kontynentalne lalunie potrzebują przykładu.

— Tak jest, sir!

— Dobra, jesteś dowódcą plutonu — zdecydował. — Wiesz, co to znaczy?

— Tak, sir — powiedział szeregowiec i lekko zzieleniał. — Jeśli coś spieprzą, pan skopie mi dupę, sir.

— Właśnie — potwierdził Pappas z uśmiechem, wydął wargi i wyszczerzył zęby. — Nie mamy czasu, żeby się pieprzyć z treningiem. Wy, rekruciki, przejdziecie cięższe i szybsze szkolenia niż jakakolwiek grupa w historii. Comprende? Sądzisz, że sobie poradzisz jako dowódca plutonu?

— Sí, sir — zgodził się szeregowiec.

— Wierzę na słowo, chłopczyku. Dla mnie jesteś tylko kupą gówna. Odmaszerować.

Pappas potrząsnął głową z rezygnacją, kiedy szeregowy dołączył do pozostałych w koszarach. Skracano czas szkolenia i naciskano dowódców, żeby nauczyli rekrutów nie wiadomo czego. Cóż, przeszkoli ich najlepiej, jak można to zrobić w przewidzianym czasie. Ale cieszy się, że nie idzie z nimi na wojnę. Byłoby to zbyt ryzykowne przedsięwzięcie.

16

Prowincja Ttckpt, Barwhon V

04:09 czasu uniwersalnego Greenwich, 28 września 2001

Drugie zadanie zespołu zwiadowczego Zadań Specjalnych wymagało dwutygodniowej przeprawy przez mordercze bagno. Ponad połowę czasu żołnierze spędzili zanurzeni po szyję w lodowatej wodzie. Krótki wypoczynek na nocnych postojach utrudniało im mimowolne drżenie całego ciała, a kiedy stanęli u celu, nawet starszy sierżant Tung wyglądał mizernie. Na tym obszarze nie było na razie ani śladu posleeńskich zbieraczy, ale zespół zwiększał czujność w miarę zbliżania się do miasta Tchpth. Wkrótce zza dźwiękochłonnej mgły dobiegło ich regularne buczenie urządzeń obozowych, a Mosovich wysłał Trappa i Ellsworthy na zwiady. Czas oczekiwania dłużył się w nieskończoność, dopóki niezmordowany żołnierz Komanda Foki nie wyłonił się nagle z bajora w samym środku grupy. Z uśmiechem dał znać, żeby ruszyli naprzód, i wyprowadził ich na brzeg mokradła.

Za zasłoną lian na skraju trzęsawiska przywitał ich widok wzmożonej aktywności Obcych. Większość wątłych wież, o których żołnierze czytali w dokumentacji, leżała w kawałkach na ziemi i była demontowana dla pozyskania surowców. Gdzieniegdzie wznosiły się zigguraty albo piramidy z metalu i kamienia. Stały w sporej odległości od siebie, a pomiędzy nimi zbudowano niskie koszary z kamienia i gliny. W oddali sypano groblę na bagnach, a obok montowano coś w rodzaju umocnień obronnych. Przy najbliższym zigguracie było kilka zagród, ale żołnierze nie mogli dostrzec ze swojego miejsca, co w nich trzymano.

— Ellsworthy — mruknął Mosovich — co jest w zagrodach?

— Głównie kwiatki — szepnęła ze swojego miejsca na gałęzi. — W jednym kilku Krabów.

Kiedy to mówiła, jeden z Posleenów podszedł do zagrody, wrzucił do środka kilkanaście posleeńskich piskląt i potruchtał dalej.

— Obrzydlistwo — szepnęła Ellsworthy.

— Co? — zapytał Mueller.

— Inne pisklęta jedzą nowe. Chyba niektóre jeszcze żyją.

— Fuj — mruknął Richards.

— Nagraj to na taśmę — polecił Ersin.

— Mam kamerę w celowniku, spokojnie.

— Dobra, cofniemy się trochę i wysuszymy się — szepnął Mosovich. — Będziemy na zmianę obserwować, dopóki nie sfilmujemy wszystkiego, a potem wycofamy się do miejsca przechwytu. — Zaczął zanurzać się z powrotem w bagno. — Ellsworthy, obserwujesz pierwsza.

— Dobra. Już ja im się przyjrzę.

* * *

Dwa dni później byli już prawie całkiem wysuszeni i bardzo zdezorientowani.

— Jesteś pewien, że to widziałeś? — zapytał Mosovich po raz piąty.

— T… t… tak, oczywiście! — Martine był na przemian zły, zgorszony i przerażony.

— Żaden gatunek nie mógłby w ten sposób przetrwać! — wykrzyknął Mueller, na chwilę zapominając o sieci komunikacyjnej.

— Przymknij się, kurwa mać — warknął Mosovich. — Skoro mówi, że widział, to widział. Szkoda tylko, że nie uchwyciłeś tego mikrokamerą.

— K… k… kiedy ch… ch… chciałem…

— Tak, wiem, było już po wszystkim. Dobra, mamy dane na temat tempa wznoszenia budowli i użycia materiałów. Przyjrzeliśmy się umocnieniom obronnym. Wiemy, czego szukają w lesie, i mniej więcej, co jedzą.

Mamy jeden nie potwierdzony raport, przepraszam, sierżancie Martine, na temat ich szczególnych upodobań żywieniowych. Coś jeszcze?

— A po co im piramidy? — zapytał Mueller.

Piramidy były uderzająco podobne do indiańskich budowli w Ameryce Środkowej. U podstawy każdej z nich stała duża chata i rozciągał się plac apelowy albo plac zabaw. Zauważono, że Wszechwładcy spędzają większość czasu wewnątrz lub w pobliżu chat. Na szczycie każdej piramidy stał mały dom albo pałac.

— Miejsce kultu? — podsunął Richards.

— Czyje? Wszechwładców? — zapytał Ersin.

— Może dlatego tak się ich określa? — poddał myśl Trapp, przesuwając cicho nóż Bushmaster po diamentowej ostrzałce.

— Siedem piramid dla siedmiu Wszechwładców? — zastanowił się Mosovich.

— Naliczyliśmy co najmniej dziesięć — zaznaczył Mueller.

— A więc nie jedna piramida na każdego Wszechwładcę. Około tysiąca trzystu wojowników, tak?

— Tak — zgodził się Mueller, kiedy wyciągnął podręczny komputer. — Tysiąc trzystu wojowników, około dziesięciu Wszechwładców i stu dwudziestu trzech Krabów. Razem… prawie tysiąc pięciuset mieszkańców osady.

W miarę budowy piramid zagrody z pisklętami przesuwano. Wyjaśnił się też powód trzymania Tchpth. Zespół patrzył bezradnie, jak Tchpth byli wyciągani jeden po drugim z zagrody i zarzynani. Żołnierze mieli świadomość, że na ich oczach zabija się i zjada inteligentne, często nawet wyjątkowo inteligentne istoty, ale nie mogli temu przeszkodzić bez narażenia swojej misji. Był to jeden z tych przypadków, kiedy powodzenie misji liczyło się bardziej niż życie jednostki czy nawet grupy jednostek. Nie podobało im się to, tak samo jak fakt, że przypadkowa grupa nowych Tchpth została schwytana w dżungli i zapędzona do zagród.

— Ale co z raportem Martine’a? — zapytał Richards. — Dlaczego jakiś gatunek miałby to robić?

— W… w… widziałem, c… c… co w… w… widziałem — powiedział z naciskiem podoficer odpowiedzialny za komunikację.

— Może to wynik ograniczonych zasobów żywności? — podsunął myśl Trapp.

— Jakich ograniczonych zasobów? — parsknął śmiechem Mueller. — Dopiero co podbili planetę pełną pożywienia.

— Może po prostu im smakuje — powiedział Tung.

Wszyscy spojrzeli na niego. Tung notorycznie oszczędzał słowa, więc kiedy w końcu coś mówił, wszyscy go słuchali.

— Wprawdzie są zbudowani jak wszystkożercy, ale to jest jedyne pożywienie pochodzące z ich planety. Może im smakuje.

Wszyscy popatrzyli na niego z podziwem. Jeszcze nigdy nie powiedział aż tyle za jednym posiedzeniem. A do tego miało to jeszcze sens; to by wyjaśniało, dlaczego Wszechwładcy jedli pisklęta swojego klanu, co sierżant Martine jeszcze przed godziną widział na własne oczy.

— Dobra — stwierdził Mosovich — przyjmijmy to jako możliwe wytłumaczenie, dopóki nie znajdzie się lepsze.

Chyba zebraliśmy już wszystkie potrzebne informacje. Czas przyjrzeć się innym miejscom. Zaczynamy jutro rano.

Wysuszcie się dobrze dziś w nocy; następną okazję będziecie mieli dopiero za kilka tygodni.

17

Transportowiec planetarny klasy Maruk

Tranzyt w n-przestrzeni Ziemia-Diess, przestrzeń zerowa

09:27, 28 stycznia 2002

— Porucznik Michael O’Neal zgłasza się na rozkaz, sir!

Mike zasalutował sztywno ze wzrokiem utkwionym piętnaście centymetrów powyżej głowy dowódcy.

— Spocznij, poruczniku.

Wysoki, szczupły oficer znowu zajął się czytaniem komputerowego wydruku raportu i robieniem notatek.

Jak pozwalała na to komenda „spocznij”, Mike stał w lekkim rozkroku z rękami splecionymi na plecach i korzystał z okazji, żeby przyjrzeć się pomieszczeniu i jego gospodarzowi. Podpułkownik Youngman miał małą łysinę i bardzo skrzywiony kręgosłup. Stalowe mięśnie zdradzały dobrą kondycję fizyczną, ale w porównaniu z O’Nealem oficer wyglądał niemal wątło. Bez wątpienia był biegaczem; sądząc po wyglądzie zagłodzonego charta, zapewne weekendowym maratończykiem.

Elipsoidalne pomieszczenie miało surowy, niemal spartański wystrój. Mike przypuszczał, że przyczyną tego były raczej przeszkody technologiczne niż upodobania pułkownika. Gołe szare ściany z masy stalowo-plastycznej były całkowicie niedostosowane do jakichkolwiek normalnych systemów zaczepu — klej by nie przywarł, a gwoździe wygięłyby się — a na rurach na suficie, wykonanych z jakiegoś prawdopodobnie organicznego tworzywa, którego używali Indowy, nie dało się niczego powiesić. Nie było luster, zamykanych szafek ani półek, było tylko biurko, dwa krzesła i podłoga. Światło miało dziwną zielonkawoniebieską barwę, za którą przepadali Indowy. Przez to światło pomieszczenie wyglądało na zimne i ciemne, i przywodziło na myśl filmowe horrory.

Na podłodze stało kilka pudeł, niewątpliwie wypełnionych rzeczami, które dowódca batalionu uważał za niezbędne do udekorowania biura. Mike zaczął wyobrażać sobie w myślach ich zawartość, zaczynając od „barwy narodowe”. Kiedy doszedł do „żona i dzieci, zdjęcie, pięć na siedem, zręcznie ukryte poniżej zdjęcie kochanki”, zdał sobie sprawę, że jego próby pozostania spokojnym powoli rozsypują się w drobny mak. Po dziesięciu minutach pułkownik odłożył drugi raport i podniósł wzrok.

— Wyglądacie na zdenerwowanego, poruczniku.

— Tak pan uważa, sir? — zdziwił się Mike.

Mimo że ten palant okazał mu swoją wyższość, każąc mu czekać dziesięć minut, Mike był pewien, że jego wyraz twarzy się nie zmienił.

— Wyglądaliście na wkurzonego już wtedy, kiedy przeszliście przez drzwi. Szczerze powiedziawszy, robicie minę, jakbyście mieli zaraz odgryźć dupę dzikiej bestii.

Pułkownik zmarszczył czoło w grymasie niezadowolenia.

— A, o to chodzi, sir — powiedział Mike i przestał się dziwić; stale ktoś popełniał ten sam błąd. — Ja mam stale taki wyraz twarzy. To od podnoszenia ciężarów.

— Ciężarowiec, co? Ciężarowcy są zazwyczaj kiepscy w biegach. Jak tam wasze wyniki na ćwiczeniach, poruczniku? — zapytał pułkownik i uniósł brew.

— Daję sobie radę, sir.

Zazwyczaj jestem najlepszy, sir, pomyślał z odrobiną cierpkiego humoru. A jeśli uważa pan, że ciężarowcy są kiepskimi biegaczami, powinien pan zobaczyć maratończyka na siłowni. Kiedy się potrafi poderwać sztangę dwukrotnie cięższą od siebie samego, pompki i przysiady to pestka. Biegi stanowią pewien problem, ale Mike i tak był zazwyczaj najlepszy w swojej grupie wiekowej.

— „Daję sobie radę” to za mało. Od moich oficerów oczekuję maksymalnej sprawności fizycznej i mimo że nie jesteście oficjalnie przypisani do tej jednostki, oczekuję, że i tak będziecie świecić przykładem. Na tym statku nie ma odpowiednich miejsc do biegów, ale kiedy dotrzemy na docelową planetę, chcę zobaczyć, jak spisujecie się na codziennych ćwiczeniach. Czy wyrażam się jasno?

Pułkownik chciał zmrozić Mike’a wzrokiem. Jednak po wieloletnich doświadczeniach z lodowatym wzrokiem Jacka Hornera spojrzenie pułkownika spłynęło po O’Nealu jak woda po oszlifowanej ściance diamentu.

— Tak jest, sir — rzucił Mike z udaną powagą.

— Hmm. W ten sposób dochodzimy do kwestii waszej misji. Jak rozumiem, macie doradzać mnie i moim ludziom w sprawach funkcjonowania i używania pancerzy wspomaganych. Zgadza się?

— Sir — Mike urwał na moment, zanim rozpoczął starannie przygotowane przemówienie. — Jako członek zespołu projektowania uzbrojenia piechoty GalTechu dysponuję szczegółową wiedzą na temat słabych i mocnych stron pancerzy wspomaganych. Zespół sprecyzował też wymagania w zakresie gotowości bojowej. Okoliczności sprawiły, że pański batalion został wysłany z misją, zanim spełnił wymogi szkolenia i zanim ktokolwiek, zespół GalTechu, GF TRADOC czy Siły Uderzeniowe Floty, uznał go za całkowicie przygotowany. Dlatego przydzielono mnie do pomocy. Sir, pan wie wszystko o strategii lekkiej piechoty, może też i ciężkiej piechoty, ale ja się znam na pancerzach i strategii ich użycia. Pracowałem nad pancerzami wspomaganymi dłużej niż ktokolwiek inny we flocie — zakończył nie bez dumy.

Urwał, nie wiedząc, co mówić dalej.

— Chcecie powiedzieć, poruczniku, że waszym zdaniem nie jesteśmy odpowiednio wyszkoleni do walki? — zapytał cicho pułkownik.

Mike wyglądał na zszokowanego.

— Nie, sir, ani trochę. Po prostu nie jesteście przygotowani lepiej niż piechota morska przed najazdem na Guadalcanal, a powierzono wam misję z podobnych powodów.

— Cóż, poruczniku — powiedział pułkownik i uśmiechnął się jak kocur do kanarka. — Niestety nie mogę się z tym zgodzić. Wcale nie tak trudno używa się tych pancerzy wspomaganych, którymi tak się chełpicie. Do swojego przyzwyczaiłem się bardzo szybko. Będą niezwykle pomocne na Powietrzno-Lądowym Polu Walki, ale nie wydaje mi się, żeby znacznie zmieniały strategię. A nauka obsługi to pestka, więc moim zdaniem wasze główne zadanie ma polegać na patrzeniu mi przez ramię.

Jakie „Powietrzno-Lądowe Pole Walki”? Walka z Posleenami w powietrzu to najkrótsza droga do piekła!

— Sir, moja misja rzeczywiście polega częściowo na ocenie działań batalionu, ale, z całym należnym szacunkiem, moją główną funkcją jest doradztwo. Standardowy pancerz ma dwieście trzydzieści osiem funkcji, które można łączyć w nieskończoną liczbę permutacji. Dla pełnej sprawności żołnierz musi umieć połączyć w środowisku bojowym co najmniej trzy funkcje. Można oczywiście poradzić sobie przy użyciu jednej albo dwóch, ale dopiero trzy do pięciu umożliwiają żołnierzom piechoty „bieganie, skakanie i strzelanie”. Pancerz dowódcy ma czterysta osiemdziesiąt dwie ukryte funkcje. Główne problemy to przeładowanie kanałów przepływu informacji i trudności w obsłudze.

Mike urwał i podniósł wzrok, nadal stojąc w pozycji na spocznij. Żałował, że nie może zapalić cygara, ale pułkownik na pewno nie był palaczem.

— Jeśli nie dysponuje się inteligentnym przekaźnikiem doskonale dostosowanym do własnych potrzeb, ryzykuje się przeciążenie kanałów przepływu poleceń, komunikatów, komend sterujących i danych wywiadu. Albo przeładuje pan te kanały, albo odfiltruje za dużo danych, co też jest niebezpieczne. A co do samego pancerza, typ dowódczy ma tyle funkcji pozwalających posiadaczowi na kontrolowanie wielu mobilnych jednostek i utrzymujących go przy życiu, że znowu ryzykuje pan albo przeciążenie, albo wyczerpanie energii pancerza wspomaganego. Sir, TRADOC wymaga minimum dwustu godzin szkolenia w przypadku zwykłych pancerzy i trzystu w przypadku pancerzy dowódczych. Dane w aktach świadczą, że tylko podoficerowie otrzymali ponad sto godzin szkolenia. Sir, ja spędziłem w pancerzu wspomaganym trzy tysiące godzin i nadal czuję się jak początkujący. Problemem są też autonomiczne systemy, które dopasowują się do użytkownika i bywają okresowo niestabilne. Nigdy ich nie testowano w prawdziwych warunkach bojowych, a ich niestabilność pojawia się w ciągu pierwszych stu godzin użycia.

Mike urwał i zastanawiał się, czy dowódca zrozumiał jego obawy związane z niewybaczalnym brakiem przygotowania batalionu. Po głosie odprawiającego go z misją oficera wywnioskował, że TRADOC miało te same zastrzeżenia.

— Synu, rozumiem, co mówisz o przeciążeniu, już dawno zapoznałem się z tym problemem. Zrobiłem to, co zrobiłby w tej sytuacji każdy dobry dowódca: stworzyłem sieć komunikacyjną. Co do użycia pancerzy wspomaganych, masz rację, są zbyt skomplikowane, a ten autonomiczny system to kupa gówna. Wszystko jest w raporcie. Spójrz — podniósł jeden z wydruków — ja też robię raporty. I uważam, że raporty dowódcy batalionu z ponad dwudziestoletnim doświadczeniem w tej armii znaczą więcej niż raporty jakiegoś cholernego porucznika. Nie obchodzi mnie, na czym polega twoja misja ani za kogo się uważasz. Masz wrócić do kabiny i nie wychodzić z niej do końca podróży. Nie jesteś zamknięty w kwaterze ani nic w tym rodzaju, ale to ja decyduję, co robi mój batalion, jak trenuje i jaka jest strategia. A nie były sierżant z błyszczącą srebrną belką na ramieniu, który zgrywa pieprzonego ważniaka. Jeśli zobaczę, że kręcisz się na terenie batalionu bez mojego wyraźnego zezwolenia, albo dowiem się, że rozmawiasz z moimi oficerami o strategii i treningu, osobiście cię zdegraduję na podoficera i pozbawię honorów, a może i życia. Czy to jasne? — zakończył dowódca batalionu, a słowa rozbrzmiały w ciszy jak przewracające się na siebie żelazne belki.

— Tak jest, sir — powiedział Mike ze wzrokiem utkwionym piętnaście centymetrów nad głową dowódcy.

— A jeśli będziesz grzecznym małym chłopcem, to kiedy wrócimy do domu, napiszę miły raport, w którym nie będzie takich przymiotników jak „arogancki” czy „bezczelny”. Jasne? — Oficer uśmiechnął się blado.

— Tak jest, sir.

— Odmaszerować.

Porucznik O’Neal stanął na baczność, wykonał przepisowy zwrot w prawo i wymaszerował za drzwi.

* * *

Kiedy drzwi kabiny otworzyły się, Mike leżał na koi ubrany w jedwabny uniform bojowy i miał na nosie okulary z interfejsem rzeczywistości wirtualnej, zwane wojkularami. Jedwabny uniform — oficjalnie w dokumentacji: mundur, przedmiot ogólnej użyteczności, Siły Lądowe — był przeznaczony do codziennego użytku przez żołnierzy w pancerzach wspomaganych. Nie miał służyć do walki, a skoro projektował go zespół GalTechu, położono nacisk głównie na komfort i styl. Strój w jasnoszarym kolorze przypominał trochę kimono z kapturem. Materiał, bawełna udoskonalona przez Indowy, był gładki i lekki jak jedwab, i reagował na zmiany temperatury. Miał kilka rzemieni zaciskających albo rozluźniających kołnierzyk i mankiety, dlatego można go było używać w temperaturze od minus trzydziestu do plus dwudziestu pięciu stopni Celsjusza. Mike wyróżniał się ubiorem, bo mimo że jedwabne uniformy dostarczono wszystkim żołnierzom jednostki pancerzy wspomaganych, pozostali nosili kamuflujące mundury polowe.

Minął miesiąc od nieudanego spotkania z dowódcą batalionu. Mike miał wrażenie, że jest w najlepszej w życiu kondycji. Skoro nie mógł wykonywać zadań należących do jego misji, czyli szkolenia i doradztwa, większość czasu spędzał na ocenianiu gotowości batalionu (która była niedostateczna) i rozwijaniu własnej sprawności. Pomimo stwierdzenia pułkownika, że na statku nie ma miejsc nadających się do biegania, Mike odkrył ciągnące się kilometrami puste korytarze. Z trudem odnalazł członka załogi Indowy; większość Indowy trzymała się z dala od niezrozumiałych dla nich drapieżników. Po ostrożnych kurtuazyjnych rozmowach Mike uzyskał dostęp do urządzeń kontroli grawitacji w większości nie używanych sektorów. Korytarze były przede wszystkim magazynami z przywodzącymi na myśl jaskinie wnękami, w których przechowywano teraz amunicję, części zamienne, czołgi, racje żywnościowe i mnóstwo innych rzeczy, które cywilizowany rodzaj ludzki zabiera ze sobą, kiedy wyrusza na wojnę. W normalnych okolicznościach wnęki zawierałyby maszynerię, narzędzia, żywność, nasiona, czyszczarki i wiele innych rzeczy, które zabierali ze sobą Indowy, kiedy wyruszali kolonizować inne planety, był to bowiem ich statek kolonizacyjny. Obszerny cylinder, długi na pięć kilometrów i szeroki na kilometr, zabrał teraz kontyngent ziemskich wojsk ekspedycyjnych NATO w czteromiesięczną podróż na Diess.

Przez ostatni miesiąc korytarze rozbrzmiewały zgrzytem stali plastycznej, kiedy Mike biegał, skakał, robił uniki, strzelał i dowodził jednostkami w trybie rzeczywistości wirtualnej, przy ciążeniu sięgającym od zera do dwóch wartości ziemskiej grawitacji. Kiedy drzwi się otworzyły, Mike poprawiał właśnie swoje wyniki w jednym z komputerowo wygenerowanych scenariuszy: „Przełęcz Asheville”.

Ameryka znalazła się w sytuacji, w jakiej nie była jeszcze w swojej historii. Ostatni poważniejszy konflikt na terenie kontynentalnych Stanów Zjednoczonych to była Wojna Secesyjna, i poza kilkoma wyjątkami żadna strona w tym konflikcie nie była zainteresowana zabijaniem cywilów. Posleenowie natomiast chcieli zabijać; dla nich populacja ludzka była po prostu ruchomą spiżarnią. Nadchodziły ciężkie czasy, szczególnie dla oddziałów pancerzy wspomaganych, kiedy potrzebna będzie przysłowiowa ostatnia deska ratunku. Dlatego do tej sytuacji należało się przygotować jak do żadnej innej.

Scenariusz Asheville wymagał od jednostki pancerzy wspomaganych, żeby broniła przełęczy przed przeważającymi siłami Posleenów, tak aby wystarczyło czasu na ewakuację miasta. Program przewidywał atak posleeńskich wojsk na broniącą się jednostkę i jej wsparcie, i za każdym razem wrogowie mieli tysiąckrotną przewagę liczebną. W oryginalnym scenariuszu Posleenowie przełamywali szyk jednostki wspierającej i wdzierali się przez przełęcz do miasta, niszcząc uchodźców na tyłach jednostki broniącej.

Scenariusz był początkowo zaprojektowany tak, żeby nie można było zwyciężyć, ale Mike zmienił program w ten sposób, że jeśli jednostka broniąca zrobiła wszystko dobrze, wygrywała w jednym przypadku na dziesięć.

W nowym scenariuszu siły wsparcia utrzymywały szyk i pozwalały na ewakuację miasta, a nacierające wojska ulegały zniszczeniu.

Mike zastanawiał się, czy zapisać w dokumentacji, że należałoby zwiększyć liczebnie albo usprawnić własne siły atakujące. Mimo że według scenariusza nie było zwycięzców, przy użyciu standardowych sił batalionu Mike zaczął odpierać najazd Posleenów w dwóch przypadkach na trzy, niezależnie od tego, czy siły wspierające utrzymywały szyk, czy nie. Teoretycznie nie powinno to być możliwe, kiedy siedmiuset żołnierzy broni się przed milionem pięciuset tysiącami wojowników wroga, kiedy stosunek sił przekracza tysiąc do jednego. Okazało się, że największą rolę w obronie odgrywała artyleria. W każdym razie batalion kończył zawsze jako niewielki pluton, a to wymagało, żeby dowódca przeżył i do końca kierował wojskiem. Czyli jednak można było wygrać.

Kiedy drzwi się otworzyły, Mike był właśnie członkiem kompanii, która otrzymując wparcie, ściągnęła ogień na swoją pozycję, i doświadczał uczucia, które towarzyszy człowiekowi tuż przed powieszeniem się. Dlatego był bardzo zdezorientowany, kiedy okulary wyłączyły się automatycznie i obraz Posleenów, fioletowych promieni lasera, krwi i miażdżonych pancerzy wspomaganych zmienił się w wizerunek łagodnie wyglądającego kapitana średniego wzrostu, o krótko przyciętych blond włosach. Nad kapitanem górował chudy jak szkielet, niezwykle wysoki sierżant sztabowy.

Mike potrząsnął głową i spróbował stanąć na baczność, ale efekt rzeczywistości wirtualnej wywołał nagłą falę zawrotów głowy i mdłości. Mike zatoczył się na ściankę działową.

Kapitan spojrzał na niego surowym wzrokiem.

— Brał pan narkotyki albo coś w tym rodzaju?

— Nie, sir! — odpowiedział Mike, porzucił okulary i próbę oddania honorów, po czym sięgnął po torebkę na nieczystości.

— Choroba rzeczywistości wirtualnej, kurde! Przepraszam, sir.

Wrzucił torebkę do otworu utylizatora, włączył wentylację, wyciągnął z chłodziarki butelkę Pepsi i przeszukał biurko w poszukiwaniu dwóch ampułek. Przycisnął je po kolei do wewnętrznej strony ręki.

— Teraz rzeczywiście biorę narkotyki, ale są całkowicie dozwolone, sir. Nagłe wyłączenie systemu treningowego rzeczywistości wirtualnej powoduje tak silne reakcje fizjologiczne, że przeforsowaliśmy stosowanie tych medykamentów GalTechu. Jeden to naprawdę wspaniały środek przeciwbólowy, który powstrzymuje piekielny ból głowy, jaki miałbym w tej chwili, a drugi to środek na mdłości, którego nie wziąłem na czas. Podano to na wykładzie numer sto pięćdziesiąt siedem: efekty uboczne nagłego przerwania programu rzeczywistości wirtualnej, rozdział 32-5 Polowego Podręcznika Pancerza Wspomaganego.

Kapitan zaczął klaskać, a stojący za nim podoficer pokiwał głową.

— Brawo, brawo. Naprawdę wspaniale, zważywszy na to, że zaczął pan mówić w samym środku procesu zwracania pokarmu. Można teraz zadawać pytania?

— Oczywiście — odpowiedział Mike i skrzywił się; środek przeciwbólowy walczył z narastającą migreną, ale jego skuteczność była na razie niewystarczająca. — Pytania, komentarze, uwagi?

— Dlaczego po prostu nie zamknie pan tych cholernych drzwi? — zapytał kapitan.

— Nie da się, sir, to statek Indowy. Nie zauważył pan? — odpowiedział Mike.

— Moje zamykają się cholernie dobrze.

— Więc nie odwiedzili pana osobiście pułkownik Youngman ani major Pauley — Mike uśmiechnął się.

Podoficer stojący za kapitanem mrugnął oczami.

— Rzeczywiście nie.

— Nie zechciałby pan wejść do środka, sir? — zapytał Mike i cofnął się w głąb małego pomieszczenia.

System wentylacyjny usunął smród wymiocin, ale ciasny pokój i tak przypominał swoimi rozmiarami klozet.

Łóżko, na którym siedział Mike, na szczęście cofnęło się w głąb ściany, zmieniło format i powróciło w postaci dwóch krzeseł. Z przeciwległego końca pomieszczenia wysunął się blat stołu. Pomimo takiego rozmieszczenia mebli pomieszczenie było za małe dla trzech osób, a szczególnie tak szerokich jak Mike i tak wysokich jak podoficer.

Kapitan wkroczył natychmiast do środka, a sierżant wszedł za nim. Kapitan usiadł na krześle, co od razu zrobili też pozostali dwaj żołnierze. Kolana podoficera sięgały mu prawie do brody.

— Przypuszczam, że major Norton też mógłby otworzyć pańskie drzwi, sir — powiedział Mike, ciągnąc rozmowę.

— Indowy są niesamowicie zhierarchizowani. Każdy Indowy z wyższej kasty może wejść bez zapowiedzi. Ci, którzy mają tę samą rangę, nie mogą. Komputer pokładowy też jest w ten sposób zaprogramowany i, szczerze mówiąc, taki system jest do dupy.

— Siedzę w tej puszce już od miesiąca i nie wiedziałem o tym — zastanowił się kapitan. — Czego jeszcze nie wiem?

— Cóż, przypuszczam, że pańska kompania nie odbyła jeszcze szkolenia w rzeczywistości wirtualnej i że jestem jedynym człowiekiem, który znalazł na statku lebensraum. Jeszcze jakieś pytania, sir? — skończył gorzko Mike.

— Wie pan co? — powiedział kapitan z lekkim uśmiechem. — Naprawdę powinien się pan nauczyć panować nad swoim językiem.

— Tak jest, sir, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.

— Nie, ma pan. Potraktowano pana jak pachołka i nie pozwolono wykonywać pańskiej pracy. Mimo wszystko niech się pan jednak nauczy panować nad sobą.

— Tak jest, sir.

— Dobra, przyszedłem tutaj, ponieważ nurtuje mnie pewien problem. Przy okazji, jestem kapitan Brandon z kompanii Bravo.

— Wiem, sir — skinął głową Mike. — Poznaję pana.

— Mam wrażenie, że zakazano panu komunikowania się z kimkolwiek z batalionu — powiedział tajemniczo dowódca.

— Zgadza się, sir. Wyświetliłem tę informację na moim inteligentnym przekaźniku.

— Dobrze pan sobie radzi z tymi przekaźnikami, jak widzę? — zapytał dowódca.

— Tak mi się zdaje, sir.

— I jest pan ekspertem od pancerzy.

— Jestem projektantem pancerzy, sir — powiedział O’Neal z lekkim uśmiechem.

— Cóż — dowódca odwzajemnił uśmiech — to dobrze, bo przyda nam się trochę pomocy.

— Sir — powiedział Mike z niepokojem — otrzymałem pewne rozkazy…

— Poruczniku — powiedział surowo kapitan — zdaję sobie sprawę z wagi rozkazów. Jestem zawodowym oficerem i po raz drugi służę jako dowódca kompanii. Uważam, że złamanie rozkazu nie jest właściwą decyzją. Dlatego nie wydaje mi się, żeby musiał pan łamać rozkazy.

— Naprawdę? — powiedział zaskoczony Mike.

— Naprawdę? — spytał jeszcze bardziej zaskoczony podoficer.

Mike uśmiechnął się do wysokiego żołnierza. Podoficer odwzajemnił uśmiech.

— Jak rozumiem, zna pan już sierżanta Wiznowskiego? — powiedział kapitan. — Sierżant dowodzi drużyną zwiadowców-snajperów kompanii.

— Tak, sir, oczywiście — powiedział Mike i wyciągnął dłoń. — Co słychać, sierżancie?

— Ach, raz z górki, raz pod górkę, Mocarne Maleństwo, jak zwykle. A co u ciebie?

Ręka Wiznowskiego owinęła się wokół dłoni Mike’a, tak że ten mógł ją uścisnąć właściwie tylko kciukiem.

Porucznik parsknął śmiechem.

— A więc — powiedział kapitan — rozumiem, że służyliście kiedyś razem.

— Hej, Bocian — powiedział Mike — kopę lat.

— Skoro wszyscy się już znamy… — powiedział kapitan z uśmiechem, który szybko zniknął.

Zaczął mówić, ale urwał i rozejrzał się po kabinie.

— Miałem wyjaśnić powód mojej wizyty, ale muszę najpierw zadać kilka pytań. Skąd, u diabła, ma pan to oświetlenie?

Dopiero po chwili Mike zrozumiał, o czym mówi dowódca. Roześmiał się. Światło w jego kwaterze nie miało niebieskozielonej barwy jak w innych częściach statku. Przypominało mniej więcej normalne ziemskie światło i nie wyglądało na oświetlenie z jarzeniówki albo lampy fluorescencyjnej. Było jasne jak światło słoneczne o poranku po opadach śniegu.

— Ach, więc… — zaczął Mike.

— To nie jest śmieszne, poruczniku. Ludzie wariują od tego oświetlenia. A pańskie krzesła i łóżko mają właściwe rozmiary. Cholera, od dwóch miesięcy śpię na łóżku zbudowanym dla Indowy dwa razy niższego ode mnie!

— Ja śpię na podłodze — powiedział Wiznowski z głęboką rezygnacją w głosie.

Zaskoczony Mike popatrzył na dowódcę.

— Pan żartuje, sir? — spytał przerażony.

— Nie, poruczniku — powiedział ze smutkiem dowódca — z pewnością nie żartuję.

Mike pomyślał przez chwilę o żołnierzach od miesiąca żyjących w świetle z kiepskiego horroru filmowego, śpiących na łóżkach, które były zupełnie nie dostosowane do ich potrzeb, i poczuł się bardzo źle.

— Jezu, sir — szepnął i otarł twarz dłońmi. — Cholera jasna. Przykro mi. — Potrząsnął głową. — Czy nikt nie rozmawiał z tymi przeklętymi darhelskimi koordynatorami?

— Nie mam pojęcia, poruczniku. O ile wiem, na statku nie ma żadnych Darhelów.

— Michelle — Mike zagadnął inteligentny przekaźnik, odwracając się gwałtownie od dowódcy — gdzie są darhelscy koordynatorzy?

— Łącznicy Darhel przesiedli się na statek kurierski klasy Flantax podczas awaryjnego postoju na Daspardzie. Dołączą do Sił Ekspedycyjnych na Diess.

— Co?! — krzyknął.

Według jego dokumentacji, łącznicy mieli bezwarunkowo towarzyszyć Siłom Ekspedycyjnym przez całą drogę na Diess. Czekał tam już zespół, który miał zająć się wszystkim na miejscu. Nie było mowy o tym, żeby statek kurierski klasy Flantax zabrał tam Darhelów dwa razy szybciej i w dużo bardziej komfortowych warunkach. Mike znowu ze złością potarł twarz i wziął głęboki oddech.

— Czy Darhelowie pozostawili jakieś wskazówki co do dostosowania kwater i terenów szkoleniowych do warunków ziemskich?

— Brak odnośnych wpisów w bazie danych — stwierdził przekaźnik z nietypową szczerością.

Mike pomyślał nad tym przez chwilę i kiwnął głową.

— Czy istnieją zapisy rozmów na ten temat między Ziemianami i Darhelami? — zapytał ostrożnie.

Wiedział, że właściwie między Ziemianami a Indowy nie było żadnych kontaktów.

— Informacja dostępna wyłącznie dla stron uczestniczących w rozmowach albo brak dostępu z powodu utajnienia danych.

Odpowiedź znowu przyszła bardzo szybko. Mike zdał sobie sprawę, że były to odpowiedzi niejako „wgrane” do pamięci przekaźnika i omijające jego „osobowość”. Jego pozycja w Zarządzie prawdopodobnie upoważniała go do obejścia zabezpieczeń i otrzymania dostępu do zapisów interesujących go rozmów, ale wiązałoby się to z poinformowaniem uczestniczących stron. Mike nie chciał jeszcze drażnić potwora.

— To się robi coraz dziwniejsze — mruknął.

— Co? — zapytał cicho Wiznowski.

Kapitan chciał o coś zapytać, ale Wiznowski uniósł rękę, prosząc o ciszę. O’Neal był tymczasem w innym świecie. Kiedy minęła prawie minuta, Wiznowski znowu go zagadnął.

— Mike? — powiedział. — Jesteś tam?

O’Neal znowu drgnął i podniósł wzrok.

— Coś tu jest naprawdę popieprzone — oznajmił.

— Proszę jaśniej — powiedział kapitan.

— A więc… — zagrał na zwłokę O’Neal, zastanawiając się, jak zacząć.

— Więc — powiedział znowu — po pierwsze… — Spojrzał na oświetlenie i zaczął od tego. — Wszystko na statku kontroluje załoga Indowy — powiedział i spojrzał kapitanowi w oczy. — Rozumie pan?

— Tak — powiedział dowódca.

— Dobra, wszystko, wodę, powietrze, pożywienie. Skąd mieliście jedzenie?

— No — powiedział zaskoczony kapitan — w sektorze jadalnym…

— Jezu! — wykrzyknął Mike. — Przepraszam, sir.

— Wolałbym, żeby nie wypowiadał pan w mojej obecności imienia jedynego Syna Bożego nadaremnie — powiedział kapitan z pobłażliwym uśmiechem. — Ale ogólnie podzielam pańskie uczucia religijne. Co jest złego w używaniu sektora jadalnego?

— A jak podgrzewacie jedzenie? — zapytał Mike, bojąc się odpowiedzi.

— Na polowym sprzęcie kuchennym — odpowiedział Wiznowski. — Kuchenki na propan i grzałki. Jemy dużo konserw z puszki.

— Niezbyt dobrze służy to morale wojska — zauważył sucho kapitan.

— O rany, sir, jak można było to wszystko tak spieprzyć? — zapytał Mike i zastanowił się nad tym, co właśnie powiedział. — Proszę wybaczyć moje słownictwo.

Kapitan pobłażliwie skinął głową.

— Może powinien mi pan wyjaśnić, jak to się ma właściwie odbywać — powiedział.

— Dobra — odpowiedział Mike. — Indowy kontrolują wszystko. Według oryginalnego planu — proszę pamiętać, że miałem z nim do czynienia tylko przelotnie, więc mogłem zapomnieć szczegóły — Darhelowie mieli przygotować wszystko dla Ziemian za pośrednictwem Indowy. Indowy zaś mieli dostosować oświetlenie, grawitację, skład powietrza, wszystko.

Upewnił się, czy obydwaj żołnierze rozumieją, co mówi, i ciągnął dalej, kiedy kapitan skinął głową.

— Cała przestrzeń statku już dawno powinna zostać dostosowana do ludzkich potrzeb. Właściwie zaraz po naszym wejściu na pokład. Indowy zarządzają też głównymi zapasami żywności. Macie świeże owoce, warzywa i mięso? — zapytał.

— Nie — powiedział kapitan Brandon i potrząsnął głową.

Nagle zdał sobie sprawę, co wynika z tego pytania.

— Myśli pan, że w tej puszce jest świeże jedzenie? — ciągnął, robiąc się coraz bardziej zły.

— W sektorach jadalnych powinna być obsługa, tak jak to było w Bragg. Jezu, jeśli mamy aż takie pieprzone kłopoty, to ciekawe, jak radzą sobie cholerni Chińczycy.

Mike zamyślił się.

— Można to naprawić? — zapytał kapitan, cierpliwie naprowadzając rozkojarzonego porucznika z powrotem na temat rozmowy.

— Nie wiem — powiedział Mike i podrapał się w podbródek. — Nie rozumiem tylko, czemu nie zajął się tym już Oberst Kiel.

— Kto? — zapytał Wiznowski.

— Pułkownik Kiel, dowódca niemieckiej jednostki pancerzy wspomaganych — wyjaśnił Mike. — Sprytny z niego Szwab. Ciekawe, czemu się tym nie zajął. Michelle?

— Słucham, sir?

— Czy Oberst Kiel starał się uzyskać pomoc Indowy dla ziemskich żołnierzy? — zapytał Mike.

— Brak…

— Obejdź zabezpieczenia. Rozpoznawanie głosu i identyfikacja sensoryczna. Jakikolwiek wymagany priorytet — rzucił.

— Tak, starał się, poruczniku — powiedział przekaźnik, tym razem rozzłoszczonym tonem.

Przekaźnik postanowił widocznie utrudniać obchodzenie zabezpieczeń.

— I dowiedział się…? — zapytał Mike.

— Jeśli to potoczne wyrażenie oznacza pytanie „jaki był wynik rozmowy”, odpowiedź brzmi: żaden — stwierdził przekaźnik.

— Dlaczego? — zapytał Mike.

— Bo tak — odpowiedział przekaźnik.

Gdyby czarna skrzynka mogła się dąsać, na pewno zrobiłaby to teraz. Mike zamknął oczy i policzył do trzech.

— Michelle, czyżbym cię musiał zdebugować? — zapytał ze słodką drwiną w głosie.

— Nie — powiedział przekaźnik bardziej normalnym głosem. — Oberst Kiel komunikował się z Indowy przez sieć inteligentnych przekaźników. Jednak kapitan Indowy odmówił udzielenia większej ilości informacji, niż zezwolili mu Darhelowie, zanim opuścili statek. Ponadto odmówił osobistego spotkania z Oberstem Kielem. Jak wiadomo…

— Rasie Indowy zdecydowanie nie odpowiadają spotkania twarzą w twarz — Mike pokiwał głową i znowu spojrzał kapitanowi w oczy. — Dobra, już wiem, na czym polega problem.

— Może go pan rozwiązać? — zapytał zdezorientowany kapitan.

— Tak — powiedział Mike. — Pewnie tak, sir.

— Mówiłem panu, że to tęgi łeb, sir — powiedział Wiznowski.

— Dlaczego pan może — zapytał kapitan — skoro nie mógł niemiecki pułkownik i przypuszczalnie też dowódca korpusu?

— Częściowo z powodu wzrostu, sir. — Mike skrzywił się w grymasie niezadowolenia. — I mowy ciała. Dla Indowy nie wyglądam na mocarza; większość z nich jest dość krępa. I jestem dla nich tylko wysoki, a nie olbrzymi.

Poza tym bardzo dobrze reagują na gesty, które stosuje się przy oswajaniu koni. Robiliśmy to na farmie — wyjaśnił. — Więc mogę się z nimi dogadać, podczas gdy większość ludzi ma z tym problemy. Prawdopodobnie dowódca korpusu komunikuje się z Indowy za pośrednictwem Obersta Kiela, sir. Nie wiem czemu, ale Indowy rzadko robią cokolwiek bez przynajmniej jednego pośrednika. Jeżeli uda mi się zaaranżować spotkanie z kapitanem statku, będę mógł osobiście wyłuszczyć mu szczegóły planowanego przedsięwzięcia, nakłonię go, żeby spełnił prośbę Obersta Kiela.

— Hmm — dowódca przetrawił zagadnienie w myślach. — A jeśli się nie uda?

— Wtedy, sir, osobiście dostosuję każdy sektor — odpowiedział Mike.

— Dobra — powiedział Brandon. — Naprawdę są świeże owoce na statku? — zapytał po chwili żałosnym głosem.

— I warzywa — potwierdził Mike. — W stanie stazy, żeby pozostawały nieskończenie długo świeże. Ma pan ochotę na sałatkę?

— Nie — powiedział dowódca.

Zerknął na Wiznowskiego, który miał dosyć dziwną minę.

— Nie, jeśli nie możemy jej zanieść żołnierzom…

— Tak jest, sir — powiedział podoficer. — Widzisz, Mike, odkąd skończyły nam się zapasy z Ziemi, jemy tylko suchą żywność w torebkach. I groch z puszki, kukurydzę z puszki i fasolę z puszki. Żołnierze zaczynają już mieć tego dość.

— Ale nie ty, prawda, Bocian? — uśmiechnął się Mike. — Wariują? — zapytał, odwracając się z powrotem do dowódcy.

— Nie — potrząsnął głową Brandon. — U nas wszystko w porządku. Każdy bierze witaminy, a jedzenia starcza. Nie mówiąc o napojach. Ale mamy poważny problem z morale żołnierzy. W innych kontyngentach, nawet amerykańskich, wybuchają zamieszki.

Znowu potrząsnął głową, tym razem z rezygnacją.

— Dobra, zajmiemy się tym, sir — powiedział z przekonaniem porucznik.

Kapitan uśmiechnął się.

— Miło mi to słyszeć. Ale przypomniało mi to prawdziwy powód mojej wizyty. Szkolenie.

Tym razem Mike zmarszczył czoło.

— Otrzymałem wyraźne rozkazy, sir.

— A mógłby pan zdradzić mi naturę tych rozkazów?

— Mam się nie mieszać do szkolenia. Mam nawet nie rozmawiać z oficerami o szkoleniu. Mam nie wchodzić na teren batalionu ani na teren szkolenia.

— Hmm — oficer uśmiechnął się. — W porządku, widzę, że moje źródła dobrze mnie poinformowały. Jak już mówiłem, nie chcę, żeby łamał pan rozkazy…

— Cóż, sir — powiedział O’Neal. — Skoro rozkazy były najwyraźniej błędne…

— Ale musi pan pamiętać, poruczniku — powiedział ostro kapitan i pogroził palcem młodszemu oficerowi — że należy wykonać rozkaz starszego stopniem oficera.

Brandon przestał mówić żartobliwym tonem.

— Poza tym nieposłuchanie pułkownika byłoby wyrazem braku dyscypliny i zniszczyłoby pańską karierę.

Kapitan utkwił wzrok w poruczniku, żeby się upewnić, że ten zrozumiał sens wypowiedzi.

— Tak, sir — powiedział Mike.

Zdawał sobie sprawę, że dowódca zmierza do czegoś, ale nie był pewien, do czego.

Kapitan podniósł wzrok i zastanowił się przez chwilę nad tym, co miał do powiedzenia. Zamknął jedno oko i zmarszczył czoło. Brew nad otwartym okiem drgała w górę i w dół.

— Ustalmy jedno. Czy rozmawialiśmy na temat szkolenia z użyciem pancerzy wspomaganych albo jakiegokolwiek galaksjańskiego sprzętu? — zapytał. — Ani przez moment — podkreślił.

— No tak, sir — potwierdził Mike po chwili namysłu.

Wiznowski tylko potrząsnął głową.

— Dobra — skinął głową kapitan na znak zgody. — I nie będziemy rozmawiać o szkoleniu. Ale pozwoli pan, że zadam pewne pytanie. Gdyby kompania miała zespół, który pan by prowadził, musiałby pan być na miejscu? Osobiście? — zapytał kapitan tonem sugerującym odpowiedź.

Zaskoczony Mike potężnie zmarszczył czoło i po chwili otworzył szeroko oczy. Zerknął na leżące na stole okulary z interfejsem rzeczywistości wirtualnej. Pomyślał o tym jeszcze przez chwilę i nagle zdał sobie sprawę, dlaczego chytry dowódca kompanii przyprowadził ze sobą podoficera.

— Hej, Wiz, czy ty i chłopaki macie coś takiego? — zapytał i podniósł w górę okulary wojskowe.

Wiznowski przymknął powieki w zamyśleniu.

— Tak — szepnął z lekkim uśmiechem.

Roześmiał się szeroko.

— Tak!

— No, panowie — powiedział kapitan, wstał szybko i położył dłonie na biodrach. — Jestem pewien, że macie sporo do omówienia. — Obdarzył ich dobrodusznym uśmiechem. — Jednak mimo że pozwalam sierżantowi Wiznowskiemu na krótkie wizyty, bo jesteście starymi przyjaciółmi, mam nadzieję, że będziecie ostrożni, jeśli chodzi o wybór tematu rozmów. Nie pytajcie, nie mówcie za wiele, nic nie wiecie.

Mrugnął okiem, odwrócił się i szybko wyszedł z ciasnej kabiny.

18

Waszyngton, Dystrykt Kolumbii, Sol III

14:24 czasu wschodniego USA, 12 listopada 2002

Grupa oficerów wojskowych i cywilów przy stole konferencyjnym wstała, kiedy do Pokoju Sytuacyjnego wszedł prezydent. Tchpth nigdy nie siadali, tylko zawsze balansowali na swoich pokracznych pajęczych nogach, trudno więc było powiedzieć, czy pseudo-stawonóg o dziesięciu odnóżach okazywał szacunek należny przywódcy ostatniego supermocarstwa na Ziemi. Z drugiej strony Obcy był starszym filozofem-naukowcem, wywodzącym się z rasy supernaukowców, i mógł pozwolić sobie na pewną dozę luzu. Zachowywał się teraz swobodnie, tańcząc na czarnym szklanym stole.

— Tchpth Tctchpah — wymówił prezydent z silnym przydechem i, jak wszyscy zauważyli, dość dobrym akcentem — dziękuję ci za przybycie. Chciałeś mówić o naszych planach w zakresie użycia broni jądrowej, biologicznej i chemicznej w zbliżającym się konflikcie.

Usiadł w fotelu i skinął na pozostałych, żeby zrobili to samo.

Starszy Tchpth odczekał, aż grupa doradców i wojskowy personel usiądzie; w spotkaniu uczestniczyli wszyscy członkowie Narodowej Rady Bezpieczeństwa, Główny Dowódca i jego personel. Ich asystenci stali wzdłuż ścian i służyli za żywe magnetofony. Kiedy tylko ucichł szmer rozmów, Tchpth wykonał duży podskok i zwrócił słupki oczu w stronę prezydenta.

— Tak, Starszy Przywódco tej Zacofanej Grupy Występnych Wszystkożerców. Dziękuję ci za to ograniczone forum.

Słysząc wypowiedź Obcego, wszyscy spojrzeli ukradkiem na prezydenta. Błękitny Tchpth, tak jak wszyscy w pokoju, używał dla celów przekładu inteligentnego przekaźnika. Nie było jasne, czy obelgi wynikały z błędnego tłumaczenia przez przekaźnik, czy stanowiły wierny przekład umyślnej obrazy. Prezydent postanowił znieść to spokojnie i wszyscy zrobili to samo.

— Szczególnie pragnę omówić waszą doktrynę biologiczną i chemiczną.

Pseudo-stawonóg odsunął się tanecznym krokiem na bok, kiedy pojawił się hologram.

— Wasze plany zakładają utworzenie wydziału do spraw broni biologicznej i chemicznej, składającego się z grupy ekspertów, którzy tworzyli tę broń do walki z Posleenami.

Hologram zaczął pokazywać sceny przeprowadzania testów z użyciem broni chemicznej: kozy drżące i wymiotujące pod działaniem Sarinu oraz wycinki z filmów o pierwszej wojnie światowej — żołnierze wypluwający sobie płuca od gazu musztardowego.

— Mimo że filozofia Tchpth sprzeciwia się jakiejkolwiek formie przemocy, rozumiem logikę takiego postępowania. Wydajne użycie broni biologicznej i chemicznej znacznie zwiększy szanse w walce, zważywszy na trudności, jakie nastręcza wojna z Posleenami.

Hologram ukazał sceny posleeńskich nalotów. Wieże Tchpth waliły się pod uderzeniami ciężkiej broni Posleenów, a wielkie spychacze grzebały zwłoki Indowy w masowych grobach.

— Niestety, to nie wystarczy Posleenom. Żeby wyjaśnić wam to dokładniej: czy wy prymitywni, obcy, występni wszystkożercy jesteście świadomi, że gdyby wasz kucharz pomylił mnie z ziemskim krabem i ugotował na obiad, umarlibyście po zjedzeniu mnie?

Hologram zaczął przedstawiać różne obrazy: od światów tlenu i wody przez ciężkie, wodorowe giganty, po sceny, które mogły pochodzić z innych wymiarów.

— Wspomniano mi o tym — powiedział prezydent i uśmiechnął się, słysząc słowa, które uznał za wynik zbyt dokładnego tłumaczenia przez przekaźnik. — Chodzi o niekompatybilność chemiczną naszych organizmów.

— Zgadza się. Zdumiewające, że nawet wy nieokrzesani potraficie się uczyć. Istnieją miliardy miliardów światów i żadne organizmy z dwóch różnych planet nie są w pełni kompatybilne. Jednak Posleeni mogą bez problemu spożyć na obiad każdego z nas. Każdego mieszkańca tlenowo-wodnych światów, które najechali.

— „Spożyć bez problemów” to dość dwuznaczne określenie. Tak, to… zwróciło uwagę naszych doradców naukowych — powiedział prezydent i coś zanotował. — Wiadomo, dlaczego?

— Niezupełnie. Zdajecie sobie sprawę, że nigdy nie dostarczono nam ciała Posleena do analizy?

Hologram wyświetlił schemat ludzkiego ciała, obok przesuwała się kaskada danych, potem pojawiły się ciała Darhela, Tchpth, Indowy i Himmita.

— Nie ma sprawy, załatwimy ci jedno, doktorku — wtrącił przy wtórze ponurych śmiechów Zastępca Dowódcy, były komendant Marynarki.

Uwaga ta rozluźniła nieco napiętą atmosferę, wywołaną niezbyt dyplomatycznym tłumaczeniem i pokazywanymi obrazami. Generał McCoy, nowy Główny Dowódca, zamyślił się i szepnął coś na ucho swojemu asystentowi.

— Tak, jestem pewien, że wy, nikczemni wszystkożercy, wykonacie wspaniałą robotę. Ale na razie możemy tylko spekulować.

Na hologramie zaczął się obracać wizerunek Posleena, ale dane przesuwające się po obrzeżach obrazu składały się głównie ze znaków zapytania.

— Posleeni wykazują wszelkie symptomy modyfikacji genetycznej, co częściowo wyjaśnia zagadnienie. Pełnej odpowiedzi dostarczą nam analizy ciał, które wasz starszy, nieokiełznany mięsożerca tak wspaniałomyślnie zaproponował nam dla celów badawczych.

Filozof-naukowiec wydawał się całkowicie nieświadomy konsternacji, jaką tłumaczenie wywołało wśród słuchaczy. Zebrani wciąż nie potrafili ustalić, czy była to kwestia nazbyt dokładnego tłumaczenia, czy umyślnej ironii, i na przemian to wpadali w gniew, to parskali śmiechem. Sekretarz obrony zasłaniał usta ręką, podczas gdy sekretarz stanu po prostu przybrał minę pokerzysty. Narodowy doradca do spraw bezpieczeństwa siedział ze spuszczoną głową, zakrył twarz ręką i zawzięcie robił notatki. Od czasu do czasu jego ciało trzęsło się jakby od śmiechu.

— Dysponujemy jednak pewną informacją na interesujący nas temat. My też posiadamy broń masowej zagłady.

Wprowadziliśmy bardzo surowe przepisy jej użycia. Jednak desperacja pchnęła naszą rasę do próby użycia broni biologicznej i chemicznej przeciw Posleenom. Mimo wsparcia renegatów Tchpth, nie przyniosło to najmniejszych efektów.

Po tym stwierdzeniu większość obecnych odchyliła się do tyłu w fotelach. Głównodowodzący wymienił z sekretarzem obrony spojrzenia, które wyrażały jednocześnie niepewność i zrezygnowanie. Tchpth najwyraźniej wykorzystali już cały program Broni Masowej Zagłady. Mimo że prawo Federacji i liczne umowy sprzed nawiązania kontaktu z obcymi rasami zabraniały użycia takiej broni, odkurzono stare projekty i notatki i rozpoczęto prace w laboratoriach. Plany produkcyjne nie stwarzałyby większych trudności kompetentnemu przedsiębiorstwu chemicznemu, których Stany Zjednoczone miały mnóstwo. Założenie użycia broni masowej zagłady, jak gazu, bomb atomowych i biologicznych, było centralnym punktem planów wojennych. Bez tego, a szczególnie bez broni chemicznej, większość obecnych planów można było wyrzucić do kosza.

— Trudno mi w to uwierzyć — powiedział generał Harmon, Szef Sztabu Sił Lądowych. — Myślę, że gaz VX na pewno przyniósłby efekty.

— Właściwie, generale, wasz gaz VX nic by mi nie zrobił. Mógłbym wypełnić nim ten pokój i wyjść z niego cało.

Rozchorowałbym się może trochę od tego waszego obrzydliwego gazu musztardowego w jego śmiercionośnym stężeniu, ale gazy atakujące układ nerwowy nie miałyby na mnie najmniejszego wpływu. Pomimo mojego podobieństwa do karalucha albo kraba, wy jesteście o wiele bliżej niż ja spokrewnieni z waszymi skorupiakami albo stawonogami.

Tchpth zachwiał się w górę i w dół i zaaferowany pokręcił słupkami oczu. Przybrał na chwilę turkusową barwę.

— Wasi naukowcy i dowódcy wojskowi poczynili spore postępy — ciągnął, wskazując na hologram.

Przedstawiał on na przemian personel laboratorium, szczelnie osłonięty ubraniem ochronnym, i obrazy różnorodnych gatunków ziemskich stworzeń, które dusiły się w agonii i umierały. Były to z pewnością najnowsze wydarzenia, bo wszędzie widać było supernowoczesne komputery, a nawet trochę galaksjańskich urządzeń o charakterystycznych dla Indowy wygiętych kształtach. Przy pierwszej scenie Głównodowodzący zbladł jak papier.

— Są już przygotowani na eksperymenty z pierwszą próbką posleeńskiej tkanki i wyprodukowanie odpowiednich gazów. Problem jednak pozostaje: zawiodły wszelkie starania wspaniałych filozofów-naukowców Tchpth, mimo że nasza technologia jest lepsza, a doświadczenie większe. Budowa Posleenów sprawia po prostu, że są odporni na wszelką możliwą broń. Mam przeczucie, że byłaby to strata waszego czasu, nie wspominając już o tym, że jest to niemoralne. Ldd!ttnt! nie pochwaliłby tego. — Stawonóg wielkości kraba nagle obrócił się dwa razy w miejscu, huśtając się przy tym w górę i w dół. — Tak mówi Ldd!ttnt!

— A więc dobrze, Tchpth Tctchpah — powiedział prezydent i spojrzał na starszych oficerów. — Rozumiem i szanuję twoje zdanie. Będziemy eksperymentować z bronią chemiczną i biologiczną całkowicie jawnie, ale jeśli nie odniesiemy sukcesu, przerwiemy te starania na rzecz innych metod prowadzenia wojny. Bardziej moralnych. Odpowiada ci to?

— Tak, o Szczodrobliwy i Wspaniały Przywódco Nieoświeconych. Dziękuję ci za twój czas. Jak na bezlitosnego mięsożercę nie jesteś aż tak bezrozumny.

19

Prowincja Ttckpt, Barwhon V

05:29 czasu uniwersalnego Greenwich, 12 lutego 2002

— No tak — powiedział starszy sierżant Mosovich, kiedy przeczytał e-mail z Dowództwa Zadań Specjalnych. — Wiedziałem, że idzie nam zbyt łatwo.

Żołnierze siedzieli przy malutkim stole w kabinie himmickiego statku, popijając gorące napoje i czekając na swoją kolej pod prysznicem. Zespół spędził na Barwhon już prawie rok. Himmici dwa razy przysyłali zaopatrzenie.

Planowany początkowo krótki pobyt był stale przedłużany, aż twardzi, wybrani wojownicy stali się niemal grupą automatów. Nie było już dowcipów, żartów, scenicznych szeptów. Wszyscy schudli do tego stopnia, że wyglądali prawie jak anorektycy. Nieustanne zimno i wilgoć oraz napięcia związane z penetracją podłamały nawet najtwardszych członków zespołu. Mieli zszarpane nerwy. Mosovich myślał o tym, gdy czytał wydruk wręczony mu przez Rigasa.

Nawet Galaksjanie nie potrafili przesyłać listów przez hiperprzestrzeń, więc statki przenosiły tysiące elektronicznych wiadomości z jednego punktu do drugiego. Satelity w kosmosie odbierały i kompresowały tysiące danych, sortowały je i przechowywały do czasu przesłania dalej. Kiedy w okolicy pojawiały się statki, dane przekazywano tym, które zmierzały akurat we właściwym kierunku. Wiadomości docierały do celu raz szybko, a raz wolno, w zależności od kaprysów statków na trasie. W przypadku listów z Dowództwa dane były przesyłane do statku Himmitów, który kursował między ostatnią działającą radiolatarnią a układem planetarnym Barwhon.

Himmicki statek kurierski przechwytywał dane z Ziemi i odsyłał odpowiedź zespołu. W ten sposób informacje dotarłyby na Ziemię, nawet gdyby żołnierze nie przeżyli misji. Rigas odebrał najświeższą transmisję na krótko przed powrotem żołnierzy z 24. Punktu Obserwacji w pełni zorganizowanego miasta Posleenów.

Mosovich myślał o tym jeszcze przez chwilę, kiedy Mueller wyszedł z kabiny prysznica.

— Następny!

— Chwileczkę, Richards. Zaczekaj.

Richards usiadł z powrotem na niewygodnym krześle i ściągnął brwi. Musiały to być złe nowiny. Z każdą otrzymaną wiadomością sytuacja tylko się pogarszała.

— Dobra, po pierwsze szefowie są bardzo zadowoleni z przebiegu misji. Rzeczywiście jesteśmy tu po to, żeby nie tylko potwierdzić dane galaksjańskiego wywiadu, ale by sprawdzić, czy inni mięsożercy potrafią dowiedzieć się czegoś więcej niż Galaksjanie. Ale wymyślili też dla nas jeszcze inne zadanie. Mamy zdobyć Posleena, żywego lub martwego, i odesłać go na Ziemię do badań. Proszą właściwie o grupę Posleenów.

— O, rany! — wykrzyknął Ersin. — Jak, u diabła, mamy niepostrzeżenie złapać Posleenów? Co będzie, kurwa, z rekonesansem? Względnie: gdzie jest, kurwa, rozkaz powrotu?

— Jasno stwierdzają, że głównym celem misji jest teraz porwanie Posleenów, a rekonesans jest celem drugoplanowym — powiedział Mosovich.

Był to tylko kolejny przykład tego, w jaki sposób Waszyngton rozumiał misję oddziałów zadań specjalnych.

Sierżant zaczynał się już nawet zastanawiać, czy nie postanowiono ich zostawić na tej planecie, aż zgniją. A skoro on tak myślał, wiedział, że innym też przyszło to do głowy. Jak dotąd nie zostali odkryci i nie stracili nikogo.

Widocznie ci na górze chcieli to zmienić.

— Kto to podpisał?

— Generał Baird, Szef Sztabu w Generalnym Dowództwie Zadań Specjalnych. Najwyraźniej podpisał to w zastępstwie generała Taylora — powiedział Mosovich, zerkając na dół pisma.

Trapp wyciągnął rękę, a Mosovich podał mu dokument. Przestudiował list i po chwili oddał go z obojętnym wyrazem twarzy.

— Baird jest w Siłach Powietrznych. Widzisz tu jakichś zasranych spadochroniarzy? — parsknął śmiechem Trapp.

— To nie ma znaczenia — powiedział Mosovich. — To jest rozkaz. Na szczęście nie napisali, jak to mamy zrobić i jakich Posleenów mamy schwytać. Himmicie Rigas? — zapytał podniesionym głosem.

— Tak, starszy sierżancie? — odpowiedział Himmit przez interkom.

— Czy statek zaopatrzeniowy może tu wylądować? — zapytał Mosovich.

Na polanie było dość miejsca.

— Mógłby, ale nie wyląduje. Załoga nie zdecyduje się na coś takiego po tym, co się wydarzyło w Galaktyce — odparł Himmit.

— Dobra, kończymy misję. Dokonamy porwania i wynosimy się stąd, do diabła. Himmicie, ilu Tchpth da się wcisnąć w tę puszkę i czy możemy wykonać przeskok za pierwszym punktem transferu? Czy zastrzyk hibernacyjny zadziała na Tchpth?

— Widzę, do czego zmierzasz, ale wasze rozkazy nie wspominają o Tchpth. Czytałem je.

— W dupie mam rozkazy! — wrzasnął wkurzony podoficer.

Był tak samo zmęczony jak reszta zespołu i jeszcze bardziej przybity rozkazami. Osobiście uważał, że oznaczały one wyrok śmierci.

— Mamy schwytać Posleenów; widzisz tu gdzieś miejsce na dorosłego Posleena? Ja nie. Więc weźmiemy pisklęta. A skoro pisklęta są tuż obok Tchpth…

— Zabierzemy tylu Tchpth, ilu się da — dokończył Ersin.

— Właśnie.

— Strategicznie źle. Moralnie dobrze. Możemy tak zrobić? — zapytał Tung.

Miał nadal nieodgadnioną, kamienną twarz. Jego doświadczenie, prawie tak samo duże jak Mosovicha, uświadamiało mu niemożność wykonania rozkazów w ich obecnej postaci.

— Powrót będzie cholernie trudny — powiedział Trapp. — Mogą nam się nieźle dobrać do dupy.

Wyjął nóż Bushmaster i zaczął go ostrzyć.

— Idziemy jak owieczki na rzeź — mruknęła Ellsworthy i szybko przejechała pilnikiem po jednym z paznokci.

— Wielką, cholerną rzeź — dodał Mueller — i będzie tam dużo cholernej broni.

— Czyli musimy tam wejść i wyjść nie zauważeni — powiedział Richards i wzruszył ramionami.

— Dywersja — stwierdził Tung.

— A, teraz już wiem, po co mnie tu ściągnąłeś! — roześmiał się Mueller. — Mam umrzeć bohaterską śmiercią rozkładając ładunki wybuchowe! Widziałem ten film. To był dobry film, nie zrozum mnie źle, ale nie wiem, czy zależy mi akurat na tej roli.

— Przygwoździmy Wszechwładców — powiedział Richards.

— Ja bym tak zrobiła — uśmiechnęła się z rozmarzeniem Ellsworthy.

Wyciągnęła rękę na pełną długość i przyjrzała się, w jakim stanie były jej paznokcie.

— Cholera, szkoda, że nie ma tu kosmetyczki.

Spiłowała kolejny nierówny paznokieć.

— Zaminujemy przejścia i budynki — stwierdził Tung, patrząc na szczupłą marine.

Ellsworthy przez większość czasu była jakby w innym świecie, ale najwyraźniej czyniło ją to tylko sprawniejszą, kiedy przychodził czas na działanie.

— Przyjdziemy w nocy, porozkładamy ładunki i uderzymy z boku tuż przed świtem. Większość zabierze pisklęta, a reszta wyciągnie Posleenów w daremną pogoń.

— Nie wiemy, czy nie mają pojazdów innych niż pojazdy Wszechwładców, które mogłyby dać sobie radę w tym bajorze — zaznaczył Mosovich. — W gruncie rzeczy pomysł jest dobry, ale powinniśmy unikać prowokowania ich do pogoni. Tung, Ersin, do mojej kabiny. Reszta niech weźmie prysznic i się wyśpi, ja porozmawiam z górą i przygotuję plan działania.

* * *

Sandra Ellsworthy była w swoim żywiole. Owinięta w jutowe szmaty usadowiła się na dolnych gałęziach gryfiego drzewa i wypatrywała celu. Kiedy pierwsze nikłe promienie purpurowego świtu zaczęły barwić barwhoński horyzont, wydajność światłoczułych urządzeń na celowniku jej karabinu zmniejszyła się. Na szczęście Posleeni mieli wyższą temperaturę ciała niż ludzie i o wiele wyższą niż na wpół stałocieplni Tchpth, więc dla systemów termowizyjnych widoczni byli na chłodniejszym tle niczym flary.

Zmieniło się tu sporo od ostatniej wizyty zespołu. Było teraz siedem gotowych piramid, każda otoczona kilkoma zagrodami. Ukończono budowę grobli w zachodniej części osady i bunkrów ciągnących się na niemal kilometr od kryjówki Ellsworthy. W północnej i południowej stronie ścinano drzewa i najwyraźniej przygotowywano się do osuszania bagien. Na szczęście nie wycinano lasu po zachodniej stronie osady, gdzie czekali komandosi, gdyż otwarta przestrzeń utrudniłaby wejście zespołu dywersyjnego i zmniejszyła szanse na bezpieczny powrót. Wokół kręciło się też dwa razy więcej Posleenów niż podczas ich pierwszego rekonesansu. Jeśli coś pójdzie źle z porwaniem, wygląda na to, że będą mieli naprawdę nieźle przesrane.

— Pierwsza świnka poszła na targ — szepnęła Ellsworthy i wycelowała karabin w posleeńskiego wartownika, który najprawdopodobniej pierwszy zaatakowałby ich siły dywersyjne.

Jej zadanie polegało na opóźnieniu pościgu bez zmniejszenia efektywności dywersji i zdradzenia swojej pozycji.

Dziecinne wierszyki w rytmie reggae były niezłą metodą zapamiętania kolejności strzałów. Mogła wystrzelić jedenaście pocisków, zanim będzie musiała zmienić magazynek, i każdy pocisk był przypisany do określonego celu.

— Druga świnka została w domu — wsparcie pierwszego wartownika — trzecia świnka miała rożen — dowodzący wojownik chwycił karabin kaliber 3 mm — czwarta świnka nie miała nic — pojawili się jego towarzysze.

Posleeni najwyraźniej zawsze chodzili w kilkuosobowych grupach.

— A piąta świnka… — Posleen przykucnął u wejścia do jednej z ukończonych piramid obok zagrody z pisklętami.

Oczekiwała, że za chwilę pojawią się Wszechwładcy. Planowała zlikwidować przynajmniej dwóch z nich, zanim załaduje nowy magazynek.

— Gem — drużyna zastawiająca ładunki wycofywała się.

— Set — Trapp dotarł na pozycję kontaktową.

Ellsworthy cieszyła się, że to właśnie on był w tym miejscu. Szybki, mały sukinsyn był prawdziwym mistrzem, niezależnie od tego, co mówiły jego akta.

— Mecz — szepnęła i nacisnęła spust.

— Teraz — wrzasnął starszy sierżant Tung.

Ellsworthy ledwo dostrzegła Muellera i Ersina, krążących wokół zabudowań. Teraz jednak widoczne było ich dzieło. Dwa na wpół ukończone bunkry przy grobli pochłonął aktyniczny srebrny ogień, gdy zadziałały katalizowane ładunki wybuchowe C-9. Jednocześnie w płomieniach stanął dalszy szereg bunkrów. Z pałacu na szczycie najdalszej piramidy ściekły strumienie plazmy, kiedy zdetonowano tam ładunek antymaterii. Posleeni zaczęli wylegać z chat jak szerszenie z gniazda, a Ellsworthy częstowała ich pociskami z karabinu wśród kolejnych wstrząsających osadą eksplozji.

Jedna świnka istotnie poszła na targ, a druga udała się do domu. Przy każdym wystrzale karabin kaliber .50 odskakiwał, uderzał Ellsworthy w ramię z siłą kopiącego konia i niemal strącał ją z gałęzi. Ale kiedy sześćdziesięciogramowe pociski przeszywały piersi Posleenów, istoty o rozmiarach konia aż odrzucało na bok wśród strumieni żółtej posoki tryskającej z dziur wylotowych wielkości talerza. Ellsworthy w samą porę zmieniła magazynek, gdy w zasięgu wzroku pojawił się pierwszy Wszechwładca z uprzężą opuszczoną do połowy. Kasta przywódcza okazała tak samo łatwym celem jak reszta. Kawałki mięsa Wszechwładcy wzbiły się w górę, a jego ciało spoczęło obok powalonego strażnika u wejścia do piramidy.

Podczas gdy mistrzyni snajperstwa eliminowała kolejne cele, Trapp miał inne problemu. Kiedy tylko posleeński wartownik odwrócił się i spojrzał na buchające srebrne płomienie, z ziemi niepostrzeżenie poderwał się czarny cień.

Komandos nie ufał mocy dziewięciomilimetrowych kul w walce z przeciwnikiem o wadze małego konia i w ciągu czterech sekund wpakował aż siedem pocisków w pierś wartownika i trzy w jego głowę. Łeb Posleena eksplodował jak żółty melon i centaur dołączył do swoich poległych braci. Trapp powoli opuścił broń i przemieścił się na zachód osady, żeby osłonić lewe skrzydło nacierającej grupy towarzyszy.

Richards ruszył w stronę osady i ustawił tuż przy zagrodach lekki karabin maszynowy M-60. Wkrótce dołączył do niego starszy sierżant Tung ze średnim laserem. Pozwoliło to Mosovichowi i Martine’owi skoncentrować się na celu misji.

Zespół miał jednak pewien problem z Tchpth. Nie było urządzeń translacyjnych. Kiedy opuszczali Ziemię, nie dostosowano jeszcze inteligentnych przekaźników do ludzkich potrzeb, a Himmici coraz częściej wzbraniali się przed użyczaniem swoich. Mosovich był więc zmuszony wykorzystać swoją nikłą znajomość języka Tchpth w rozmowie z więźniami, którzy jak nic przypominali mu niebieskie kraby królewskie z Alaski. Martine miał w pewnym sensie pecha i to on musiał napełnić trzy worki pisklętami Posleenów.

Jack podbiegł do ogrodzenia zagrody i krzyknął, mocno akcentując spółgłoski.

— TcKpth! !Klik! Tit! Tit!

Jak szczerze zapewnił go Himmit, znaczyło to: „Przyjaciele przybywają na pomoc, cofnijcie się, cofnijcie się!” Obawiał się, że się nie uda, i rzeczywiście, w chwili, gdy z jego ust. padły pierwsze słowa, Tchpth rzucili się w odległy kraniec zagrody. Wybuchł ładunek C-4 i pokaźny fragment ogrodzenia grubości jednego metra po prostu zniknął w białym błysku eksplozji.

— Ikdee! Ikdee! — krzyknął komandos i ruszył biegiem w stronę dżungli, gestem dłoni nakazując Tchpth, żeby zrobili to samo.

Odwrócił się i stwierdził, że żaden z nich nie ruszył się z miejsca. Wszyscy bez wyjątku pozostali w zagrodzie.

Klnąc wszystko co galaksjańskie, Mosovich popędził z powrotem.

Tymczasem starszy sierżant Martine borykał się z własnymi problemami. Przezornie założył wcześniej rękawice, bo mięsożerni Posleeni już jako pisklęta mieli zęby jak skalpele, ale standardowych skórzanych rękawic roboczych nie zaprojektowano do ochrony przed szczękami mięsożerców i szponami drapieżnych ptaków. Martine przechylił się przez ogrodzenie, tak jak kilka miesięcy wcześniej podpatrzył to u Posleenów, i stwierdził nagle, że pisklęta nie jest wcale tak łatwo chwycić.

Tak jak w przypadku węża albo wkurzonego kota, najlepiej chwytać je z tyłu głowy. Okrzyk bólu i wściekłości Martine’a utonął w huku wybuchającego ładunku Mosovicha, kiedy pisklę wpiło siekacze w dłoń komandosa, błyskawicznie podskoczyło i zatopiło szpony w jego ramieniu. Złorzeczenia sierżanta dały się wyraźnie słyszeć na tle odgłosów rozpoczynającej się w oddali bitwy.

— P… p… pieprz… sk… k… kurwysyn! — zdołał wypowiedzieć Martine.

Musiał kilka razy trzasnąć uczepionym pisklęciem o ściankę zagrody, zanim ogłuszył je na tyle, żeby rozewrzeć jego jaszczurcze szczęki i odczepić szpony.

— Kurde, kurde, kurde — zaklął i wepchnął nieprzytomne pisklę do worka.

Wytarł krew z dłoni i spojrzał na kłębiące się w zagrodzie posleeńskie pociechy. One też gapiły się na niego i najwyraźniej miały ochotę schrupać go na kolację. Sierżant znowu włożył rękę w kłębowisko i tym razem udało mu się natrafić na miękką skórę na karku jednego z piskląt. Pozaziemska ptaszyna wielkości kota wydała z siebie pisk, ale chcąc nie chcąc wylądowała w drugim worku.

Mueller i Ersin zdążyli w tym czasie rozłożyć wzdłuż ścieżki, którą podążyliby ścigający ich Posleeni, szereg min detonowanych wyzwalaczem drutowym lub sygnałem sterującym, i teraz wysadzali ładunki, żeby odwrócić uwagę Posleenów. Jeden z Wszechwładców zauważył w końcu zamieszanie przy zagrodach i szykował się do kontrataku. Kula o dużej prędkości kalibru .50 skutecznie udaremniła ten zamiar. Wojownicy Wszechwładcy i inni uwolnieni z uprzęży Posleeni byli rozwścieczeni śmiercią przywódców. Grupa Obcych ruszyła w stronę zagrody, a więc najwyraźniej nadszedł czas, żeby rozpętać piekło.

Richards rozpoczął bezpośredni ostrzał z M-60. Kule kaliber 7,62 milimetra zwalały Posleenów na ziemię.

Jednak mięsożercy całkowicie ignorowali straty w swoich szeregach i kontynuowali natarcie na źródło kierowanych w ich stronę pocisków. Niektórzy z nich odpowiadali ogniem. Trapp i Ellsworthy przyłączyli się do ostrzału, ale dopiero kiedy Trapp użył lasera, udało się atak opóźnić. Zmasowany ogień z różnych rodzajów broni powstrzymał pierwszą falę natarcia, ale bitwa po południowej stronie osady zwróciła uwagę głównych zastępów wroga. Ładunki rozłożone dla zmylenia Posleenów stały się przez to bezużyteczne.

Kiedy rozpętała się strzelanina, Mosovich natychmiast przestał cackać się z krabami. Wskoczył do zagrody, przebył pas ochronnych kolców i zaczął wykopywać Tchpth przez wyrwę w ogrodzeniu. Kraby odwróciły się najpierw w stronę ich dotychczasowego schronienia, ale kiedy spostrzegły szalejącą bitwę, popędziły, ćwierkając z przerażenia, do dżungli na południe od osady.

Mosovich, krążąc w kółko i wymachując bronią, którą jego zdaniem można by w tej chwili użyć do lepszych celów, zdołał naprowadzić Tchpth na właściwy kierunek biegu. Usłyszał przez sieć komunikacyjną srebrzysty śmiech i podniósł wzrok na korony drzew.

— Pieprz się, Ellsworthy — rzucił ze złością.

Zaśmiała się znowu, przygotowując się na odparcie drugiej fali ataku.

— Wybacz, skarbie, ale wyglądasz jak hodowca krabów ze swoim stadem.

Śmiech przerwał bulgot wypluwanej krwi, kiedy drzewa zatrzęsły się od gradu kul. Żołnierz dostrzegł, jak ciemny kształt odrywa się od gałęzi i uderza w ziemię trzydzieści metrów niżej z chrzęstem łamanych kości.

— Nadchodzi! — krzyknął Richards, kiedy wehikuł Wszechwładcy w kształcie spodka wzbił się w powietrze.

Machina zatoczyła łuk w lewo, a zamontowany na niej karabin magnetyczny wypluwał serię pocisków. Martine wrzasnął i runął na ziemię, kiedy nawała ognia podziurawiła mu nogi, a starszy sierżant Tung zacharczał i zwalił się na ziemię bluzgając krwią.

Jake odwrócił się od swojego stadka i rzucił pędem do miejsca, gdzie leżały szczątki Sandry Ellsworthy.

Pochwycił jej masywny karabin, wycelował w spodek Wszechwładcy i poczęstował machinę ołowiem. Szarpnięcie potężnej broni cisnęło go w tył, bo trzymał karabin tylko w jednej ręce.

Posleeni stosowali system magazynowania energii podobny do federacyjnego. Moduł w stałym stanie skupienia, ukryty głęboko wewnątrz „baterii”, wytwarzał pole, które umożliwiało znaczne zaburzenia pozycji wiązań molekularnych. Wiązania wracały później do stanu uporządkowania i uwalniały nagromadzoną energię. Była to zaawansowana technologia, która doskonale się sprawdzała, o ile tylko nie została zachwiana integralność modułu stabilizacji.

Kula kaliber .50 przebiła lekką obudowę spodka i utkwiła w skrzynce energetycznej. Pocisk nie trafił właściwie w sam moduł stabilizacji, ale fala uderzeniowa wywołana jego przejściem przesłała tysiące dżuli energii. Jeszcze zanim kula przeszła na wylot krystalicznej matrycy, wiązania zaczęły się rozpadać i uwalniać ogromną energię w nie kontrolowanej eksplozji, porównywalnej z detonacją ładunku antymaterii.

Podmuch wyrzucił spodek w powietrze i machina Wszechwładcy zniknęła w rozbłysku białych płomieni. Fala uderzeniowa powaliła Mosovicha i Trappa na ziemię, cisnęła Richardsa w powietrze i ogłuszyła lub zabiła Posleenów w pierwszych szeregach. Dzieła dokończyła piekąca fala termiczna.

Trapp i Mosovich poderwali się po chwili na nogi, ale Richards leżał nadal, z głową dziwnie odchyloną na bok.

Jake spojrzał na niego, podniósł worki i Zamiatacz Ulic Martine’a, po czym pobiegł w głąb dżungli.

20

Transportowiec planetarny klasy Maruk

Tranzyt w n-przestrzeni Ziemia-Diess, przestrzeń zerowa

11:47 czasu uniwersalnego Greenwich, 14 marca 2002

Mike podnosił ciężary w ciasnej sali gimnastycznej wciśniętej między sektor ładowniczy numer osiemnaście a otaczające go przestrzenie strefy gamma, kiedy zaćwierkał jego inteligentny przekaźnik.

— Jest pan proszony o stawienie się przy najbliższej okazji u generała Housemana.

Wykonanie polecenia stwarzało pewne problemy. Flotylla Sił Ekspedycyjnych składała się z czterech statków.

Jeden zajmowały w całości chińskie dywizje. W dwóch podróżowały: Aliancki Korpus Ekspedycyjny, jednostki NATO, III Korpus Stanów Zjednoczonych, wojska Niemiec, Wielkiej Brytanii, Holandii, Japonii i Francji. Ostatni statek był wypełniony wojskami z Rosji, Trzeciego Świata, południowo-wschodniej Azji, Afryki i Ameryki Południowej. Z wyjątkiem oddziałów NATO kontyngenty miały własne, ściśle wydzielone sektory. Poza uniknięciem konfliktów na tle kulturowym, do których mogłoby dojść, pozwalało to na użycie sił innych narodów, gdyby w obrębie jakiejś armii doszło do zamieszek.

Od dwóch miesięcy żołnierze, źle wyszkoleni i nie przygotowani, podróżowali zamknięci w międzygwiezdnym mamrze. Pomieszczenia były wprawdzie duże, ale niskie stropy dostosowano do potrzeb Indowy, a brak wiatru, słońca i wystarczającej ilości miejsca doprowadzał wojsko do skrajnej rozpaczy, nawet kiedy rozwiązano już problem powietrza, żywności i oświetlenia. Bez łączności ze światem i na ograniczonej przestrzeni żołnierze niemal wariowali. Raz w jednostkach NATO i cztery razy na statku z mieszaną załogą lokalne kłótnie wymknęły się spod kontroli.

Problem polegał na tym, że generał Houseman, dowódca III Korpusu i kontyngentu amerykańskiego, przebywał czasem na Maruku, na którym był porucznik O’Neal, a czasem, podczas postojów spowodowanych usuwaniem skutków hiperprzestrzennych anomalii, przesiadał się na Sorduk, drugi statek z siłami NATO. Jego biuro i kwatery III Korpusu mieściły się na Maruku, ale jego dowódca, generał Sir Walter Arnold z Armii Brytyjskiej, przebywał na Sorduku.

— Gdzie jest generał? — Mike zapytał przekaźnik, kiedy wycierał się ręcznikiem i ociężałym krokiem zmierzał w kierunku urządzeń kontroli grawitacji.

— Generał Houseman jest swoim biurze, Kwadrant Alfa, pierścień piąty, pokład A, na rufie koło kwater starszych oficerów NATO.

To miało sens, generał nie oczekiwałby go na Sorduku bez wcześniejszego zawiadomienia. Drugi problem: kiedy generał broni mówi pierwszemu porucznikowi „proszę przyjść przy najbliższej okazji”, ma na myśli: „rusz tyłek, do jasnej cholery, i to już”. Ale gdyby Mike pokazał się w przepoconym mundurze do ćwiczeń fizycznych, podpadałoby to pod paragraf Nieodpowiedni Ubiór. No, cóż. Będzie musiał się przebrać, ale był przecież w odległości czterech kilometrów od biura generała. Sytuacja zapowiadała się ciekawie.

— Proszę wysłać wiadomość do generała, że zatrzymały mnie sprawy nie cierpiące zwłoki i nie będę mógł dotrzeć do miejsca jego pobytu w ciągu co najmniej… trzydziestu minut.

Trzeci i nie do rozwiązania problem: Mike nie miał odpowiedniego munduru. Miał tylko mundur Floty Uderzeniowej, a wszystkie jednostki Stanów Zjednoczonych nosiły uniformy regularnych oddziałów wojska: bojowy mundur kamuflujący lub jednolicie zielony uniform.

— Jakie mundury nosi dzisiaj personel kwatery głównej III Korpusu?

— Mundur kamuflujący.

Standardowy ubiór bojowy. W przypadku Mike’a został on zastąpiony jedwabnym uniformem, ale te dwa mundury bardzo się od siebie różniły. Mundur floty mniej się rzucał w oczy, ale można go było pomylić z ubiorem bojowym armii jakiegoś innego państwa.

Zespół projektowania mundurów dla Floty Uderzeniowej kierował się swoimi własnymi zasadami. Mundur oficera miał głęboką kobaltowoniebieską barwę i cienkie naszywki na szwach w kolorze odpowiadającym rodzajowi wojsk. W przypadku O’Neala był to błękit piechoty. Naszywki miały czujniki ciepła i mieniły się określoną barwą, kiedy noga dotykała do szwów podczas chodzenia. Tunika nie miała kołnierzyka ani klapy i była zapinana ciśnieniowo z lewej strony. Był to niestety cholernie zwracający uwagę mundur.

Dwadzieścia siedem minut później porucznik Michael O’Neal, ubrany w szary jedwabny uniform i błękitny beret, wszedł do poczekalni biura Dowódcy Sił Lądowych Stanów Zjednoczonych i Wojsk Ekspedycyjnych na Diess. Stał tam, niczym Cerber u bram, krępy starszy sierżant, który sprawiał wrażenie, jakby ostatnio uśmiechał się w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym roku. Mimo to Mike mógłby przysiąc, że sierżant ledwo powstrzymał się od śmiechu na widok jego ubioru.

Porucznik O’Neal umył się, ogolił, zmienił ubranie i przebył cztery kilometry w ciągu dwudziestu siedmiu minut.

Było to możliwe tylko dlatego, że zabrał na salę gimnastyczną swój pancerz wspomagany. Zamiast zwykłymi korytarzami przebiegł przez szereg rozhermetyzowanych pomieszczeń, w których panował stan nieważkości, osiągając prędkości, które jeszcze teraz przyprawiały go o zawrót głowy. Semibiologiczna podszewka pancerza osuszyła pot, usunęła brud i zarost na twarzy.

Kiedy dotarł do kabiny, musiał tylko wyskoczyć z pancerza i przebrać się. Niestety pancerz bardzo utrudniał tę ostatnią czynność. Mimo że nie zajmował on więcej miejsca niż potężny człowiek, a w tym wypadku również niski człowiek, trzeba go było oprzeć o ścianę. Do tego pancerza nie można było ruszyć z miejsca, dopóki nie założyło się go z powrotem. Potem pozostał już tylko bieg przez kwatery młodszych oficerów na poziom dowódców.

Starszy sierżant z kamienną twarzą zmierzył wzrokiem mundur porucznika i podszedł do drzwi biura. Otworzył je bez pukania.

— Porucznik O’Neal, sir.

— Proszę go wpuścić, sierżancie, koniecznie — powiedział miły głos.

O’Neal wyraźnie usłyszał dźwięk, jaki powstaje, gdy rzuci się teczkę dokumentów na przeładowane biurko.

Sierżant odstąpił na bok, zaprosił porucznika gestem dłoni do środka i zamknął za nim drzwi. Dopiero kiedy drzwi bezpiecznie się zatrzasnęły, pozwolił sobie parsknąć śmiechem, nadal jednak zachowując kamienną twarz.

Z wyglądu generał bardzo przypominał sierżanta. Obydwaj byli średniego wzrostu, odznaczali się krępą budową ciała, mieli okrągłe, rumiane twarze i rzadkie, siwiejące blond włosy. Ogólnie rzecz biorąc, przywodzili na myśl parę buldogów. Ale podczas gdy starszy sierżant miał stale zachmurzone czoło, na twarzy generała kwitł uśmiech, a jego łagodne niebieskie oczy zamrugały, kiedy porucznik O’Neal zasalutował.

— Porucznik O’Neal melduje się na rozkaz — powiedział Mike.

Jak wszyscy młodsi podoficerowie w takiej sytuacji, wykonał szybko rachunek sumienia i zastanawiał się, które z jego przewinień zwróciło uwagę generała. Jednak w odróżnieniu od innych Mike miał większe doświadczenie z oficerami flagowymi, więc był teraz mniej onieśmielony, niż wielu byłoby na jego miejscu.

Generał odpowiedział na salutowanie.

— Spocznij, poruczniku, a tak w ogóle proszę siadać. Kawy?

Generał chwycił własny kubek i sięgnął ręką w kierunku wbudowanego w ścianę ekspresu do kawy Westbend.

— Z chęcią, sir, dziękuję. — Mike urwał. — Czy to Indowy zainstalowali panu ten ekspres?

— Indowy, do licha — parsknął śmiechem generał. — Musiałem wezwać kogoś z obsługi technicznej Korpusu, żeby zainstalował przenośny generator kilka poziomów wyżej, a potem przewiercił się przez tę cholerną ścianę.

Dysponujemy tylko standardowym sprzętem biurowym, a mamy kupę cholernych problemów z jego zintegrowaniem. Śmietanki i cukru? — zaproponował łaskawie.

— Dużo i jednego, i drugiego. Dziękuję, sir. Mógłbym się tym zająć dla pana. Dosyć dobrze sobie radzę z Indowy, sądzę, że dlatego, że mam taki sam jak oni wzrost.

— Jak rozumiem, zawdzięczamy panu zmianę tego cholernego oświetlenia. Nie mówiąc już o jedzeniu, które mieliśmy dostawać przez cały czas. Ma pan za dużo czasu, poruczniku?

Generał wręczył Mike’owi kawę i wypił łyk swojej, świdrując porucznika wzrokiem znad krawędzi kubka.

— Sir?

— Przedwczoraj odbyłem ciekawą rozmowę z Oberstem Kielem z Bundeswehry. Sądzę, że wie pan, kim jest Herr Oberst?

— Tak, sir. Był jednym z dyrektorów zespołów projektujących broń dla piechoty NATO w GalTechu.

— Przyszedł tu na prośbę generała Arnolda, który chciał, żebym pomówił z nim na temat batalionu pancerzy wspomaganych. Domyśla się pan, co mi powiedział?

— Tak, sir.

— Jak zrozumiałem, miał pan doradzać batalionowi w sprawach związanych z pancerzami wspomaganymi, zgadza się? — zapytał łagodnie generał.

— Tak, sir — powiedział Mike.

Teraz już wiedział, o co chodzi. Zaskoczyło go, że generał nie został poinformowany. Oficera flagowego czekał teraz kolejny szok.

— A jak pan ocenia umiejętności batalionu jako jednostki pancerzy wspomaganych?

— Niewielkie, sir — powiedział Mike i wypił łyk kawy.

Powstrzymał grymas obrzydzenia. Generał był najwyraźniej Teksańczykiem; w tej kawie nie utonęłaby nawet podkowa.

— Dziękuję. Wolno spytać, gdzie pan był w ciągu ostatnich dwóch miesięcy? Gdzie pan był dzisiaj? — zapytał generał ze wzbierającą w głosie złością.

— Otrzymałem bezpośrednie polecenie, aby trzymać się z daleka od batalionu, dopóki nie wylądujemy — powiedział Mike i wmusił w siebie kolejny łyk kawy.

Na szczęście rozmowa toczyła się takim torem, że będzie mógł wkrótce odstawić kubek i wymigać się od wypicia całej kawy.

— Od kogo? — zapytał zaskoczony generał.

— Od podpułkownika Youngmana, sir.

— Bezpośrednie polecenie? — zapytał zdumiony oficer.

— Michelle? — Mike zagadnął przekaźnik.

— Tak, poruczniku O’Neal? — powiedziała Michelle.

Doświadczona maszyna wiedziała, kiedy zadziałać bez zarzutu.

— Odtwórz odpowiednią rozmowę.

— Nie obchodzi mnie, na czym polega twoja misja ani za kogo się uważasz. Masz wrócić do kabiny i nie wychodzić z niej do końca podróży. Nie jesteś zamknięty w kwaterze ani nic w tym rodzaju, ale to ja decyduję, co robi mój batalion, jak trenuje i jaka jest strategia. A nie były sierżant z błyszczącą srebrną belką na ramieniu, który zgrywa pieprzonego ważniaka. Jeśli zobaczę, że kręcisz się na terenie batalionu bez mojego wyraźnego zezwolenia, albo dowiem się, że rozmawiasz z moimi oficerami o strategii i treningu, osobiście cię zdegraduję na podoficera i pozbawię honorów, a może i życia. Czy to jasne? — odtworzył przekaźnik.

— Przyznaję, sir, że ze swojej strony też nie poprowadziłem zbyt dobrze tej rozmowy — pozwolił sobie powiedzieć Mike, gdy zaległa głucha cisza. — Pozwoliłem pułkownikowi rozzłościć się, ale szczerze mówiąc, już na samym początku nie podobał mi się harmonogram szkolenia.

— To pan kazał przekaźnikowi nagrać rozmowę? — zapytał generał z obojętnym wyrazem twarzy, kiedy już otrząsnął się z szoku.

— Nie wiedział pan, sir? — zapytał Mike z niepokojem w głosie i zerknął na przekaźnik generała, który leżał w widocznym miejscu na jego biurku.

Nie był szczególnie zadowolony z takiego obrotu sprawy.

— Czego?

— Nagrywają wszystko, sir.

— Co?

— Dowiedzieliśmy się o tym w GalTechu, sir. Obraz, dźwięk, wszystko. Można to potem w każdej chwili odtworzyć.

— Kto może to odtworzyć?

— Obecnie przekaźniki są zaprojektowane do odtwarzania tylko po autoryzacji użytkownika, sir, co wzbudziło trochę sprzeciwów. Niektóre kraje chciały, żeby mógł to odtworzyć każdy wyższy stopniem żołnierz, ale nie zgodziliśmy się na to my, Amerykanie, Brytyjczycy i szczególnie Niemcy. Gdyby nasi żołnierze dowiedzieli się, że ich przekaźniki szpiegują ich przy każdej okazji, stale by je „gubili”. Jednak generalnie można uzyskać dostęp do nagrań w czasie wojny, jak również nagranie może słyszeć każdy, kto w danym momencie rozmawia z właścicielem.

— Dobra. Cholera, może pan zostać moim doradcą w sprawach sprzętu. A więc pułkownik kazał panu zostać w kabinie. Czyli w zasadzie nałożył na pana areszt. Złamał pan rozkaz?

— Nie, sir. Zaniechałem nadzoru nad treningiem fizycznym i taktycznym. Poza tym dosłownie potraktowałem polecenie pułkownika, że mam nie nawiązywać stosunków towarzyskich z żołnierzami batalionu pancerzy wspomaganych, więc unikałem klubu i tym podobnych miejsc.

— Więc przez ostatni miesiąc ćwiczył pan na sali gimnastycznej?

— I trenowałem z pancerzem wspomaganym, sir.

— Pracował pan z jakimiś jednostkami trzysta dwudziestego piątego pułku?

— Sir?

— Zdaje pan sobie sprawę, że odpowiada pan zawsze w ten sam sposób, kiedy unika odpowiedzi? Wydaje się, że kompania Bravo jest jedyną jednostką pancerzy wspomaganych w batalionie, która nadąża za harmonogramem.

Według Herr Obersta, Bravo poczyniła znaczne postępy w ciągu ostatniego miesiąca. Oberst najwyraźniej odnosi wrażenie, że żadną z moich jednostek pancerzy wspomaganych, oprócz kompanii Bravo, nie warto sobie nawet wytrzeć nosa. Bravo nie osiąga wprawdzie takich wyników, jak powinna, ale nie jest też kompletnie bezużyteczna.

Zwróciło też moją uwagę to, że podpułkownik Youngman sporządził Raport Oceny Oficera na temat dowódcy kompanii Bravo, w którym oskarżył go o wszystkie grzechy oprócz sypiania z moją córką. Według raportu kompania jest „całkowicie nie przygotowana do walki”. Nikt z członków kompanii nie zdał ostatniego testu wewnętrznej sprawności batalionu EIB — powiedział generał z lekkim uśmiechem.

— Sir, jednym z założeń EIB jest bieg orientacyjny na tysiąc metrów. Gdzie by to zrobili?

Po raz pierwszy podczas całej rozmowy generał zaczynał przypominać Mike’owi Jacka Hornera.

— Dobre pytanie. Poza tym, skoro EIB nie został dostosowany do standardów jednostek pancerzy wspomaganych, jaki jest sens jego przeprowadzania? — zapytał generał.

Miły wyraz twarzy zmienił się w coś podobnego do miny rozwścieczonego psa.

— Mmm, członkowie kompanii… muszą zachować sprawność na wypadek, gdyby zostali przeniesieni do niepancernej jednostki, sir?

— Bardzo dobrze — uśmiechnął się ponuro generał i potrząsnął głową. — Wspaniale sprawdza się pan w roli adwokata diabła, poruczniku. Jednak obecne przepisy nakazują bezwarunkowe pozostawienie żołnierzy wytrenowanych do walki w pancerzach w jednostkach pancerzy wspomaganych. Czyli że taki argument można wyrzucić do kosza. Właściwie jedynym dowódcą, z którego pułkownik wydaje się być zadowolony, jest dowódca kompanii Charlie. Oddziały Alfa też nie sprawdziły się najlepiej. Jednak zauważyłem, że mimo iż większość batalionu nie zdobyła nawet dziesięciu procent wymaganych umiejętności jednostki pancerzy wspomaganych, Alfa i Bravo zdobyły odpowiednio dwadzieścia i trzydzieści procent. Skomentuje to pan, poruczniku?

— Przypuszczam, że sami szefowie Alfy i Bravo są niekompetentni i nie są w stanie sprostać wymogom ćwiczeń fizycznych, sir.

— Sarkazm, poruczniku?

— Przepraszam, sir. Może trochę.

— Właściwie kiedy zapytałem podpułkownika Youngmana o kompanię Bravo, stwierdził, że zastanawia się nad zwolnieniem jej dowódcy.

— Jezu!

— Czy zawsze przerywa pan generałom, poruczniku? — zapytał sucho generał.

— Nie, sir. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie — powiedział Mike.

Wziął głęboki wdech i spróbował opanować emocje. Zwolnienie kapitana Brandona przekreśliłoby możliwość dostarczania batalionowi chociaż minimum wiedzy.

Żołnierze piechoty byli zawsze mistrzami znikania. Częściowo wynikało to z natury ich misji; zadania piechoty w znacznej mierze polegały na byciu „duchami”. Inną przyczyną był fakt, że gdy nie było wojny lub nie stosowano napiętego harmonogramu szkolenia, właśnie im w pierwszej kolejności powierzano najbardziej żmudne zadania.

Więc doświadczeni żołnierze jednostek piechoty potrafili stać się praktycznie niewidzialni poza wyznaczonymi porami treningu.

Mike i Wiznowski maksymalnie wykorzystali te ich zdolności. Kompanie stawiały się, zgodnie z wydanymi rozkazami, w pełnym składzie na poranne, popołudniowe i wieczorne apele. Tuż obok sektorów zajmowanych przez batalion znajdowały się puste sektory. Każdego dnia podoficerowie z kompanii Bravo, a później też kompanii Alfa, wymykali się z przydzielonych im pomieszczeń na statku i zbierali się w opuszczonych strefach. Tam doskonalili techniki walki w obrębie swojej nowej specjalności, żeby później przekazać tę wiedzę podkomendnym. Jak na ironię stale psioczyli, że nie pomaga im żaden „ekspert z GalTechu”. Mike tymczasem nadzorował proces szkolenia za pomocą okularów wojskowych albo pancerza i wysłuchiwał ich zrzędzenia. Kiedy sytuacja wymagała wyjaśnień, przekazywał je przez Wiznowskiego. Wszyscy sądzili więc, że to właśnie Wiz prowadzi cały program szkolenia.

Gdyby zwolniono kapitana Brandona, cała ta akcja ległaby w gruzach.

— Uprzedzono mnie o pańskim stałym wyrazie twarzy — ciągnął cicho generał Houseman. — Ale teraz robi się pan czerwony i zaczyna panu dymić z uszu. I czy byłby pan uprzejmy nie wiercić wzrokiem dziur w ścianie?

— Grodzi, sir. Na statku są grodzie.

— Niech będzie. A wracając do mojego pytania, czy rzeczywiście złamał pan bezpośrednie i pośrednie rozkazy przez uczestniczenie w treningu taktycznym jednej z jednostek podpułkownika Youngmana?

— Częściowo, sir — zaczął kręcić Mike.

Wysilał umysł.

— Pomagając kapitanowi Brandonowi i kapitanowi Wrightowi w szkoleniu w zakresie pancerzy wspomaganych?

— Sir, nie rozmawiałem z żadnym oficerem batalionu o szkoleniu ani o galaksjańskiej technologii.

— Byłby pan łaskaw wyjaśnić? — zapytał generał i uniósł brew.

— Nie mówiłem bezpośrednio z żadnym oficerem o szkoleniu, sir. Taki właśnie miałem rozkaz. Nie pojawiłem się także w sektorach zajmowanych przez batalion ani na terenach przeznaczonych do szkolenia. Właściwie wykonałem rozkaz co do słowa.

— Rozumiem. — Generał uśmiechnął się. — Przypuszczam, że istnieje jednak jakiś powód, że podoficerowie i inni żołnierze w kompaniach radzą sobie lepiej niż oficerowie?

— Możliwe, sir.

— I powód ten jest związany z pańską działalnością?

— Możliwe, sir. Ale może to też wynikać z faktu, że oficerowie spędzają więcej czasu w klubie niż w pancerzach.

— Ale miał pan wpływ na szkolenie — zaznaczył generał.

— Tak, sir.

— Pomimo harmonogramu treningu zatwierdzonego przez dowództwo batalionu?

— Tak, sir.

— Był pan świadomy wydanego harmonogramu?

— Tak, sir.

— Dobrze. Cieszę się, że nie przymyka pan oczu na swoje przewinienia.

Generał potrząsnął nagle głową, jakby się spieszył.

— Synu, powiem ci coś jako przeprosiny. Batalion został dołączony do kontyngentu i nie jest już właściwie moją jednostką, jest jednostką III Korpusu. Dlatego byłoby mi cholernie trudno oddelegować podpułkownika Youngmana, na co mam w tej chwili ogromną ochotę.

Uniósł brew w oczekiwaniu komentarza, ale Mike siedział cicho. Generał znowu potrząsnął głową i kontynuował wypowiedź.

— Piekielnie ciężko zabierać wojsko na wojnę, kiedy się nie ufa żadnemu dowódcy. Dlatego złamałem moją odwieczną zasadę, żeby nie kierować centralnie wszystkimi jednostkami, i wydałem podpułkownikowi Youngmanowi pisemne polecenie rozpoczęcia intensywnego programu szkolenia w pancerzach wspomaganych.

Napisałem, podkreślając wykazaną przez niego dotychczas niezdolność do wyszkolenia jednostek w przewidywanym czasie, że jeśli batalion nie wykona do chwili lądowania co najmniej osiemdziesięciu procent programu szkolenia, nie będę miał innego wyjścia, jak zwolnić go dyscyplinarnie. Bynajmniej nie przyjął tego zbyt dobrze. Najwyraźniej uważa, że skoro nie było możliwości odpowiedniego przeszkolenia żołnierzy na Ziemi, batalion powinien otrzymać z powrotem zwykłą broń i status regularnych wojsk powietrznodesantowych.

— Dobry Boże — szepnął Mike.

Czekająca ich bitwa z pewnością przerodzi się w krwawą jatkę nawet dla jednostek pancerzy wspomaganych.

Wykorzystanie lekko uzbrojonych wojsk powietrznodesantowych byłoby samobójstwem.

Generał znowu uśmiechnął się chłodno.

— Nawet nie będę próbował powiedzieć, jak bardzo się z panem zgadzam. Na szczęście rozwiałem złudzenia pułkownika co do tego pomysłu. Jeszcze zanim wyszły na jaw niektóre sprawy, wysłałem osobisty e-mail do Jacka Hornera. Stwierdził, że problem polega tylko na tym, żeby utrzymać cię w ryzach. Jeśli pojawi się natomiast sprawa, która będzie wymagać ślepej siły niszczycielskiej, muszę tylko spuścić cię ze smyczy. Właśnie dlatego odbywamy tę rozmowę. Udzieliłem pułkownikowi Youngmanowi wszelkich wskazówek, jakich moim zdaniem potrzebuje. Nie rozkazałem mu jednak, żeby zatrudnił cię jako doradcę w sprawach szkolenia. Więc jeśli nie skontaktuje się z tobą w ciągu tygodnia, zostaw wiadomość na moim przekaźniku. Złożę mu wtedy nie zapowiedzianą wizytę i rzucę pytanie w stylu: „A co z tym ekspertem z GalTechu, jak mu tam? O’Neal.” Jasne?

— Jak kryształ, sir.

— Jeśli uznam to za konieczne, dam ci carte blanche. Wtedy będę musiał oddelegować pułkownika. Nie mam go kim zastąpić, dlatego mam nadzieję, że wykaże się inteligencją. Rozumiesz więc skutki powierzenia dowództwa batalionu kapitanowi takiemu jak, dajmy na to, Brandon?

— Tak, sir.

Mike miał nogi jak z waty. Polityczni nadgorliwcy w Waszyngtonie wściekliby się. Reperkusje dla GalTechu, który i tak miał złą opinię za łamanie konwencji, mogłyby być gorsze nawet niż utrata batalionu. Biurokraci potrafili rzucać najgorsze kłody pod nogi, kiedy czuli się zagrożeni, i najwyraźniej cholernie trudno było im pojąć, że toczy się wojna.

— Dziękuję za przybycie, poruczniku. Nie było tej rozmowy. To pomieszczenie ulegnie samozniszczeniu za trzydzieści sekund. Zjeżdżaj.

— Tak jest, sir. Gdzie ja właściwie jestem?

21

Obóz McCall, Północna Karolina, Sol III

09:17, 25 lipca 2002

— Witam, sierżancie, siadajcie.

Jak wiele innych pomieszczeń podczas przygotowań do wojny, połączone biuro i kwatera dowódcy kompanii znajdowały się w baraku o długości dwudziestu metrów. Biuro mieściło się z jednej strony, a kwatera mieszkalna z drugiej. Między innymi oznaczało to o jeden budynek wymagający dostosowania do potrzeb tworzącego się korpusu oficerskiego mniej. Dowódcą kompanii był drugi porucznik z odzysku, który jako jedyny oficer uczestniczył w szkoleniu.

Wskutek wprowadzenia starych technik utrzymania dyscypliny i niewielkiej liczby oficerów odbywających szkolenia przepaść między oficerami a pozostałymi żołnierzami, która zmniejszyła się w ciągu ostatniej dekady, zaczynała się znowu powiększać. Mimo że dowódca kompanii był zasadniczo miłym, chociaż głupim kolesiem, rekruci patrzyli na niego tak, jakby zasiadał po prawicy Boga. Bogiem był oczywiście dowódca batalionu.

Specjalista celowniczy sierżant Pappas i inni podoficerowie podtrzymywali taki stan rzeczy; coraz trudniej było utrzymać podkomendnych w ryzach. Nie tylko trzeba się było zapoznać z zupełnie nowymi technologiami, ale grożące Ziemi niebezpieczeństwo stale rodziło fale niepokoju. Mimo wysokiego prestiżu służby w Oddziałach Uderzeniowych, stres wywołany brakiem informacji o ostatecznym przydziale do określonych zadań, niewiedzą, czy — jak w przypadku oddziałów Gwardii — będzie się bronić bezpośrednio własne rodziny, doprowadził do wzrostu liczby dezercji w przyszłych kompaniach uderzeniowych.

Dezercje były problemem, z którym armia Stanów Zjednoczonych musiała się borykać po raz pierwszy od wielu lat. Pappas słyszał plotki, że w uformowanych już jednostkach sprawy miały się nawet jeszcze gorzej. Żołnierze z tych oddziałów uciekali z bronią i sprzętem, i wracali do domu, żeby bronić swoich rodzin. Ich krewni ukrywali ich i skradziony sprzęt przed władzami. Nikt nawet nie próbował myśleć, co mogło z tego wyniknąć na dłuższą metę.

Dlatego należało koniecznie wpłynąć na tego miłego kretyna. Czasem bowiem zwykłe klepnięcie w plecy albo przelotne, surowe spojrzenie dowódcy powstrzymywało rekruta od ucieczki.

— Sierżancie — ciągnął porucznik, kiedy gigantyczny Pappas usadowił się ostrożnie w chwiejnym fotelu obrotowym — wprowadzono kolejne zasadnicze zmiany. Teraz wszystkie jednostki po podstawowym szkoleniu zostaną przeniesione do ich późniejszego stałego miejsca pobytu, gdzie odbędą indywidualny i zespołowy trening. I tam właśnie wyślemy pancerze wspomagane.

— Dobra, sir. Przekażę żołnierzom.

Pappas czekał cierpliwie. Czasem dowódca musiał się długą chwilę zastanawiać, żeby przypomnieć sobie o kolejnych sprawach. Tym razem jednak najwyraźniej zrobił sobie notatki.

— Tak, cóż, poza tym — ciągnął porucznik, patrząc w notatki, i pociągnął nosem — poproszono nas o wyznaczenie kadry. Jesteście osobiście przydzieleni do byłej jednostki powietrznodesantowej, która ma zostać zmieniona w jednostkę pancerzy wspomaganych. Zabierzecie wasz pluton do Indiantown Gap i przygotujecie do walki. To będzie, oczywiście, wasze stałe miejsce pobytu. Przypuszczam, że dołączą do was inne oddziały.

Kurde. Ten pluton? Pappas pomyślał z niechęcią o żołnierzach, którymi teraz dowodził.

— Tak jest, sir. Będzie pan nadal naszym dowódcą?

Nie, nie, nie, nie, nie, nie!

— Nie, jestem tu, cholera, niezbędny. Bóg jeden raczy wiedzieć, kiedy otrzymam dowództwo w walce — powiedział tęgi oficer i nerwowo obciągnął mundur. Nigdy, jeśli dowódca batalionu ma po kolei w głowie.

— To wszystko?

— Niezupełnie. Dowództwo do spraw szkolenia Sił Lądowych postanowiło skrócić cykl treningowy do dwóch tygodni zamiast czterech, a test końcowy został odwołany. Jednostka zajmie pozycję w przyszłym tygodniu, a wy do niej dołączycie. Macie przygotować się do transportu, ale nie wiadomo, kiedy dostaniecie resztę podoficerskiej kadry. Oczywiście wasi oficerowie powinni na was czekać.

— Tak, sir, rozumiem — powiedział Pappas i zastanowił się nad budzącymi niepokój słowami „oczywiście” i „powinni”. — Czy otrzymamy wkrótce rozkaz wymarszu?

— Cóż, właśnie w tej chwili wydaję ustne rozkazy przygotowania plutonu i kompanii jako całości do wylotu. Szczegóły uzgodnijcie z pierwszym sierżantem.

— Tak jest, sir.

— Odmaszerować.

22

Orbita Diess IV

22:33 czasu uniwersalnego Greenwich, 23 kwietnia 2002

Diess była gorącą, suchą planetą, co dla porucznika O’Neala stanowiło wskazówkę, że Galaksjanie mają problemy z przeludnieniem. Trzy olbrzymie kontynenty zajmowały około sześćdziesięciu procent powierzchni planety. Na wybrzeżach notowano niewielką ilość opadów, mniej więcej taką jak na Saharze, a rozległe górzyste tereny w głębi lądu były suchsze niż Dolina Śmierci.

Morza obfitowały w ogromną różnorodność form życia; dominowały organizmy nieco podobne do ziemskich wieloszczetów, z elastycznym pancerzem ze złożonych polimerów zamiast chityny. W zasadzie nie było lądowych form życia. Na wybrzeżach życiodajnych mórz tłoczyły się liczne megalopolis Indowy i Darhelów, a ich odnogi wrzynały się daleko w głąb lądu. Galaksjańska technologia pozwalała na łatwe uzyskiwanie wody pitnej i pożywienia z bogatych w plankton wód oceanicznych. Było oczywiste, że rasie Indowy wystarczała do życia zaledwie odrobina żywności, wody i surowców naturalnych.

Planety podobne do tej tworzyły przyjazną, miłującą pokój Federację Galaksjan. Miliardy Indowy wykonywały niewolniczą pracę dla garstki zbierających śmietankę Darhelów. Pokojowe światy roiły się od przyjaznych istotek o zajęczym sercu, które żyły tylko po to, by służyć. Nieświadomi wyzysku Indowy harowali w polu, a darhelscy poganiacze niewolników twierdzili, że ich wszystkich kochają. Galaksjańska polityka przyprawiała Mike’a o mdłości, ale nie tak bardzo jak to, co robili Posleeni.

Technologia Galaksjan, wysoki przyrost naturalny i nikłe potrzeby Indowy przyczyniły się do powstania populacji rzędu dwunastu miliardów, zanim przybyli Posleeni. Teraz liczba Indowy wynosiła pięć miliardów i stale spadała. Jeden kontynent został całkowicie stracony, jeden wciąż był nietknięty. Trzeci kontynent wpadł w ręce wroga w całości, oprócz małego skrawka w kształcie odkrojonego kawałka pizzy na północno-zachodnim wybrzeżu.

Posleeni nie interesowali się wnętrzem lądów bardziej niż Galaksjanie.

Mike stał na wirtualnej krawędzi zbocza na terenie tego kawałka pizzy i patrzył na dwie armie wijące się na dnie doliny jak szarpane wiatrem płótno. Zbliżali się Posleeni, a drugi batalion trzysta dwudziestego piątego pułku piechoty zmechanizowanej przygotowywał się odparcia ataku.

Pierwszą stawiającą opór jednostką był pluton zwiadowczy, który wyłonił się nagle z głębokiego koryta wyschniętej rzeki i otworzył ogień z karabinów grawitacyjnych. Kiedy węże srebrnych błyskawic dotarły do Posleenów, pierwsze szeregi wroga zaczęły znikać wśród błysków eksplozji. Rozpalone pękate pociski pruły powietrze wśród śmigających strumieni srebrzystej plazmy. Upadając, przekazywały swoją energię cieplną organizmom Posleenów, którzy stawali się żywymi bombami, ich krew zmieniała się w parę, a udar hydrostatyczny rozsadzał ich ciała na drobne kawałki. Pociski ze zubożonego uranu, wystrzeliwane z prędkością równą sporemu ułamkowi prędkości światła, waliły w Posleenów jak hiperszybkie granaty.

Mike z trudem dostrzegał zwiadowców. Z rozkazu dowódcy batalionu ich pancerze zostały pomalowane w brązowe łaty, żeby nie odróżniały się od otoczenia. Jednak kiedy Mike nastawił sensory na długość fali światła widzialnego dla Posleenów, okazało się, że związki chemiczne w użytej farbie fluoryzują pod wpływem energii gwiazdy F-2 układu podwójnego Diess. W chwili, gdy O’Neal przekazał obraz kilku pozostałym obserwatorom, Posleeni otworzyli ogień.

Zważywszy, że zwiadowcy czekali, aż wróg zbliży się na odległość pięciuset metrów, że byli widziani w promieniach gwiazdy rozbłyskowej jak żarówki w ciemnym pokoju, że wybiegli na otwartą przestrzeń zamiast strzelać z ukrycia i że cztery tysiące Posleenów w pierwszych szeregach nacierało na trzydziestu Ziemian, projekt pancerzy wspomaganych należało uznać za genialny, skoro od pierwszej salwy zginęło tylko dziewięciu zwiadowców. Reszta została odrzucona z powrotem do koryta rzeki przez grad zaostrzonych szrapneli.

Stłumiło to nieco ogień artyleryjski i Posleeni ruszyli naprzód, szybcy jak lwy na krótkim dystansie. Zbliżyli się na dwieście metrów, zanim zwiadowcy wznowili chaotyczny ostrzał. Z tej odległości, pomimo pełnej siły ognia zdolnych jeszcze do walki zwiadowców, wróg w ciągu kilku sekund uporał się ze skierowanym przeciw sobie atakiem i zajął pozycje Ziemian.

Z dystansu ponad tysiąca metrów kompania Charlie rozpoczęła daleki ostrzał z karabinów i broni maszynowej.

Na tabun Posleenów poleciał grad pocisków z granatników pancerzy wspomaganych i kompanijnych moździerzy 100 mm. Eksplozje ryły w ziemi rozległe dziury, a dalsze hordy Posleenów tratowały poległych i parły naprzód.

Węże srebrnych błyskawic wżerały się na dwa, trzy szeregi w głąb masy wrogów, ale cały tabun dalej szarżował wśród rozszalałych strumieni ognia artylerii. Horda Posleenów rozlała się na boki i wzięła w kleszcze rozstawione szeregi kompanii. Pociski śmignęły w stronę bocznych skrzydeł formacji wroga, co zmniejszyło ogólną siłę ognia.

Horda przypuściła szybki atak, tratując stosy własnych poległych. Ponieważ Posleeni wyznawali zasadę, że nie należy niczego marnować, tylne szeregi natychmiast ćwiartowały i wynosiły ciała jako racje żywnościowe na następne dni.

Bez chwili wytchnienia i bez wahania niezmordowany wróg nacierał na oblężoną kompanię. Czasem pocisk moździerzowy albo granat przypadkiem zabijał Wszechwładcę, a wtedy sfora wokół niego jakby traciła orientację.

Jednak już po chwili wasale poległego dołączali do orszaku innych Wszechwładców i kontynuowali natarcie.

W końcu zdziesiątkowana masa wrogów, w liczbie około trzystu tysięcy, zbliżyła się na tyle, że ich chaotyczny ogień zaczął trafiać członków kompanii. Zgodnie z planem żołnierze rozpoczęli odwrót, jedna sekcja po drugiej.

Dwa plutony osłaniały jeden, który się wycofywał. Tutaj pojawiły się jednak pewne problemy.

Po pierwsze, kiedy pluton przestawał strzelać, żeby się cofnąć, zmniejszona siła ognia powodowała, że masa wrogów bardziej zdecydowanie parła naprzód, a widok wycofującego się plutonu rodził wśród posleeńskich wojowników chęć pościgu. Po drugie, manewr powodował trudności w koordynacji. Już w drugim etapie odwrotu wróg zajął pozycję trzeciego plutonu, kiedy formacja ta zatrzymała się w bezładzie, próbując osłaniać pierwszy pluton.

W tym momencie oryginalny plan, podobny do zastosowanego w starożytnej bitwie pod Kannami, można było wyrzucić do pojemnika na śmieci. Alfa i Bravo otrzymały rozkaz opuszczenia pozycji na zboczu, zejścia w dół do doliny i przygotowania obrony powracających niedobitków kompanii Charlie. Kompanii strzelców rozkazano natomiast wspiąć się na grań i porazić wroga rzęsistym ogniem terwatowych laserów.

Bystry Wszechwładca w ostatnim szeregu zauważył, jak żołnierze mozolnie dźwigają ciężkie lasery w górę zbocza, polecił więc swoim wasalom rozpocząć zmasowany atak na wspinającą się grupę i w ten sposób ostatecznie unicestwił pluton laserów batalionu. Kiedy zginął kapitan Wright z oddziałów Alfa, chwilowa dezorientacja żołnierzy pozwoliła grupie Posleenów na przedostanie się na tyły kompanii Charlie. Na bocznym skrzydle tej grupy Posleeni w liczbie dwustu wojowników i jednego Wszechwładcy rozgromili kompanię Alfa i cała horda wdarła się przez wyrwę powstałą w szeregach obrońców. Centaury zalały batalion od środka, zaczęły obdzierać żołnierzy z pancerzy i ich szlachtować. Okrzyki zwycięstwa słychać było wyraźnie aż na szczytach gór wokół doliny.

— Cóż — powiedział generał Houseman na kanale obserwatorów — to był… brak mi słów.

— Naprawdę szybki sposób, żeby stracić miliardowe nakłady, sir — zażartował Mike.

— Najgorsza porażka od czasu meczu Cumberland College z Georgia Tech — stwierdził jego szef sztabu, generał Bridges.

— Co? — odpowiedziały dwa albo trzy głosy, w tym głos generała Housemana.

— Dwieście dwadzieścia dwa do zera dla Tech — wyjaśnił Zwinny Niszczyciel.

— Wyłączyć projekcję — usłyszeli podpułkownika Youngmana na kanale dowódcy.

Obraz unoszących się odpadów uranowych, dymu, pyłu i ucztujących Posleenów ustąpił miejsca widokowi ładowni, wypełnionej całkowicie sprawnymi pancerzami wspomaganymi w różnych pozycjach.

— Przekaźnik, proszę przełączyć podpułkownika Youngmana i majora Nortona na ten kanał — polecił generał Houseman. — Pułkowniku Youngman, majorze Norton, słuchajcie. Chcę mieć pierwszy raport na biurku zastępcy szefa sztabu do spraw operacyjno-szkoleniowych jutro w południe. Ćwiczenie przedyskutujemy o szesnastej trzydzieści. Dobra, skopali wam tyłki, ale robicie postępy. Powtórzymy to pojutrze. Do roboty. Przerwać połączenie.

— Chryste — dodał, kiedy inni nie mogli go już usłyszeć — mam nadzieję, że przynajmniej na Barwhon sprawy mają się lepiej.

23

Prowincja Ttckpt, Barwhon V

12:28 czasu uniwersalnego Greenwich, 25 lutego 2002

— Sierżancie, ma pan jeszcze pociski do dziewiątki? — zapytał Trapp i ostrożnie wycelował w Posleena, który brnął z karabinem przez bagno.

Masywne, gigantyczne drzewo zwaliło się swego czasu na ziemię i zbutwiało; pod osłoną jego bryły korzeniowej czaiło się dwóch ziemskich wojowników w oczekiwaniu na centaury.

— Niestety — mruknął Mosovich, który zawiązywał właśnie bandaż na górnej części ramienia, przytrzymując go sobie zębami.

Pociski z karabinu o mały włos nie odcięły mu lewej ręki i oderwały transmiter umieszczony na jego biodrze.

MP-5 z tłumikiem syknął i Posleen padł w purpurową maź.

— Cóż, chyba została nam tylko walka wręcz.

— Mam nadzieję, że nie. U mnie jest jeszcze jedna. Łap — powiedział Jack i rzucił Trappowi swój pistolet kaliber .45. — To niewiele…

Amunicja kaliber .50 już dawno się skończyła, ale przynajmniej zrobiono z niej dobry użytek. Była to jedyna broń, która mogła powstrzymać spodek Wszechwładcy. Po tygodniu pościgu Wszechwładcy odkryli, że nie należy się zbliżać za bardzo do zwierzyny.

Trapp i Mosovich znaczyli trasę ucieczki ciałami Posleenów. Dwaj mistrzowie sztuki wojennej używali przez ostatni miesiąc każdego dostępnego środka, żeby umknąć mieszkańcom punktu B, ale ich sytuacja coraz bardziej zaczynała przypominać ostatni poranek w Alamo7.

— Pieprzyć ilość, lepszy rydz niż nic — powiedział filozoficznie żołnierz Komanda Foki. — Potrafisz strzelać z Zamiatacza Ulic jedną ręką?

— Powiedzmy, że mogę używać lewej, ale tylko do przytrzymania karabinu.

Jack popatrzył przez chwilę na przetarty wcześniej szlak i położył karabin na porozwidlanym korzeniu.

Sprawdził jeszcze szybko, czy lufa nie była zatkana, i wycelował w głąb dżungli.

— Kropnę pierwszego, który się pojawi, a kiedy pójdą w rozsypkę, wycofujemy się. Zostały jakieś ładunki wybuchowe?

— Tylko granaty — powiedział Trapp. — Ale chcę je zatrzymać.

— Po co? Dobra, przygotuj się.

W krzakach po drugiej stronie coś się poruszyło.

Trapp powiesił MP-5 na ramieniu i wyciągnął zestaw granatów zaczepnych. Mimo że błoto zmniejszało efekt rozpryskowy, ciecz bardzo skutecznie przenosiła za to falę uderzeniową. — Dobra, niech będzie.

Pięciu Posleenów wynurzyło się nagle zza gęstych paproci i ruszyło przez polanę. Ogień Mosovicha powalił czterech, ale inna mała grupka wybiegła z zarośli nieco z boku. Nie odpowiedziała na ostrzał, zdecydowana podejść na niewielką odległość wśród szalejącego ognia. Kiedy Mosovich skierował broń na drugą grupę, Trapp rzucił granaty. Jeden wylądował w samym środku nowej grupy, ale drugi wyślizgnął mu się z ręki i upadł poza skutecznym polem rażenia. W chwili, gdy obydwa eksplodowały, z krzaków z boku polany wyległa banda rozmiarów plutonu.

Mosovich zmienił sposób wystrzeliwania pocisków z pojedynczych strzałów na ciągły ogień, a centaury parły naprzód. Trapp rzucił jeszcze trzy granaty, ale garstka Posleenów nadal zbliżała się na niebezpieczną odległość.

Trapp skierował na wrogów MP-5 i wykorzystał ostatnie kule na przestrzelenie głów trzech Posleenów, kiedy banda zbliżyła się na tyle, że żołnierz Komanda Foki nie mógł nie trafić. Rzucił bezużyteczną teraz bronią w zbliżającego się wroga i wyciągnął nóż bojowy. Przestudiował wcześniej fizjologię Posleenów, których obaj zabili. Posleeńska klatka piersiowa okazała się dobrze chroniona wewnętrznym pancerzem kości, więc w razie walki wręcz Trapp planował uderzyć od tyłu. Jednak los najwyraźniej przestał mu sprzyjać.

Strzelba Mosovicha zacięła się i komandos wiedział, że oznacza to koniec amunicji. Nacierało na nich jeszcze co najmniej sześciu Posleenów i nagle pożałował, że oddał Trappowi swoją czterdziestkę piątkę. Wyciągnął nóż Gerber i wyszedł zza bryły korzeniowej, kiedy w łapach centaurów błysnęły ich długie na metr ostrza.

Centaury parły naprzód, a Trapp chwycił wystający korzeń i zanurzył się w bajorze. Kiedy jeden z Posleenów zbliżył się do rannego starszego sierżanta, ze szlamowatej mazi wyłoniła się dłoń uzbrojona w stalowe ostrze i rozpruła mu brzuch. Błotnista postać wynurzyła się z bagna i zwinnie doskoczyła do drugiego Posleena. Zanim centaur zdołał się uchylić, otrzymał cięcie w tył głowy. Kiedy stwór z niemal odciętą głową zwalił się w błoto, grupa zwróciła się przeciw zwinnemu napastnikowi, ale ten znów zniknął w bajorze.

Kiedy pozbawieni przywódcy Posleeni dreptali wkoło, szukając w błocie zwinnego jak węgorz żołnierza Komanda Foki, Mosovich doskoczył do jednego z nich od tyłu i szybko podciął mu gardło. Nie mógł dorównać towarzyszowi, ale chciał udowodnić, że też potrafi posługiwać się nożem.

W tym samym momencie dziesięć metrów od grzebiącej w błocie gromadki Posleenów wynurzył się z wody Trapp z Coltem w ręku. Potrząsnął bronią, żeby oczyścić lufę, chwycił ją oburącz i oddał trzy strzały, kładąc trzech wrogów. Kiedy celował w czwartego, pocisk z karabinu powalił go na plecy w kałuży krwi i wypływających na wierzch wnętrzności.

Czterdziestka piątka wypadła mu z dłoni i Mosovich błyskawicznie rzucił się w stronę grzęznącego w błocie pistoletu. Pozostali dwaj Posleeni podbiegli w jego stronę i zaczęli grzebać w fioletowej kleistej mazi. Jeden zabulgotał z zadowolenia, kiedy namacał uprząż bojową i wyciągnął zakamuflowanego niedobitka. Mosovich wyślizgnął się z jego uścisku jak węgorz, zaczepił butem o uprząż i wygiął się jak akrobata, żeby skierować rękę w stronę napastnika. Zaskoczony Posleen zdążył jeszcze tylko zauważyć w swojej piersi dziurę od kuli kaliber .45.

24

Orbita Diess IV

21:25 czasu uniwersalnego Greenwich, 15 maja 2002

Ostatnia konferencja na temat planowanego włączenia do akcji batalionu pancerzy wspomaganych przypominała pospieszne zebranie. Większość jednostek udawała się już do miejsca rozpoczęcia działań. Niewielki pokój został pospiesznie wyposażony w chwiejne sztalugi i stół dostatecznie duży dla wszystkich, którzy uważali, że powinni zabrać głos w dyskusji.

Dowódcy batalionu dali popis elokwencji, zakończony prezentacją oficera sztabowego w pancerzu. Mike znał co do minuty czas, jaki oficer spędził w tym stroju, i zauważył pewne oznaki słabej asymilacji. Mimo to pancerz i multimedialna prezentacja różnych rodzajów broni okazały się dla większości skutecznym argumentem.

Mike wypowiadał się jako ostatni i był starannie przygotowany. Uważnie wysłuchał wszystkich prezentacji i miał wrażenie, że już wie, jaka będzie decyzja. Adiutanci i oficerowie to wchodzili, to wychodzili z pokoju, przynosząc informacje i otrzymując rozkazy. Uczestnicy zebrania byli rozkojarzeni i każdy już z góry podjął decyzję w całej sprawie. Mike czuł się jak Kasandra.

— Mimo że batalion spełnia w wymaganych osiemdziesięciu procentach kryteria dopuszczenia do akcji, pod pozorami dobrego przygotowania i wyszkolenia kryją się poważne braki. Niedostateczna wiedza technologiczna starszych oficerów batalionu i podoficerów i jednocześnie słabe opanowanie systemów komunikacji dają obraz rażącej niekompetencji. Z punktu widzenia powodzenia misji oznacza to, że przedstawiciel zespołu projektującego pancerze nie może obecnie udzielić poparcia projektowi wysłania batalionu w teren. Starsi oficerowie powinni uzupełnić szkolenie o minimum sto pięćdziesiąt godzin ćwiczeń taktycznych bez udziału żołnierzy, zanim można ich będzie uznać za przygotowanych. Dziękuję.

Ukrył wskaźnik laserowy w rękawie jedwabnego uniformu, podszedł do swojego miejsca i usiadł. Ponieważ był przedstawicielem zespołu projektującego, miał przynajmniej miejsce przy stole.

— Dobra — powiedział generał Houseman — przejdźmy prosto do sedna sprawy: wysyłamy czy nie wysyłamy? Oczekuję odpowiedzi od zastępcy szefa sztabu do spraw operacyjno-szkoleniowych, Szefa Sztabu i przedstawiciela zespołu projektującego.

Wyłączenie z decyzji przedstawicieli batalionu było umyślnym policzkiem wymierzonym pułkownikowi wojsk powietrznodesantowych. Dowódca batalionu wiedział, że jeśli jednostki nie zostaną wysłane na akcję, jego kariera jest skończona.

— Generale Stafford, czy Trzeci Oddział Sztabu się zgadza?

— Tak, sir — powiedział chudy generał, bębniąc palcami w blat stołu. — Rozumiem punkt widzenia w kwestii problemów komunikacyjnych i koordynacyjnych, ale, bez urazy, poruczniku, patrzy pan na wszystko oczami niedoświadczonego młodszego oficera. Symulacje są bardzo realistyczne i wystarczająco prawdziwe, żeby ukazać chaos bitwy. W takich sytuacjach mogą powstać problemy z komunikacją i koordynacją. Porucznicy zawsze oczekują, że wszystko będzie całkowicie proste, a nigdy tak nie jest. Myślę, że żołnierze są gotowi, czas rzucić ich na głęboką wodę.

— Dobra. Generale Bridges?

— To trudna decyzja — oznajmił zrzędliwy mały Szef Sztabu. — Uważam, że w sytuacji, w jakiej mają się znaleźć żołnierze, i tak będzie wiele ofiar, niezależnie od stopnia przygotowania. Moim zdaniem pancerze wspomagane i pakiet komunikacyjny zwiększą nasze szanse w walce. Atakowane miasta mają duże znaczenie strategiczne, a pancerze nadają się do użycia w terenie niedostępnym dla innych systemów bojowych. Proponuję ich użycie mimo oczywistych braków przygotowania.

Po tej przemowie dowódca batalionu i oficer operacyjny skrzywili się.

— Poruczniku O’Neal?

— Podzielam opinię, że pancerze wzmocnią nas w walce, ale stanowczo nie zgadzam się z argumentem „zamętu wojny”. Istotny wydaje się tu mój ulubiony cytat z wypowiedzi dowódcy batalionu w operacji Pustynna Burza: „Bohaterowie zdarzają się, bo ktoś popełnił błąd.” Myślę, że jeżeli wyślemy batalion, będziemy mieli wielu bohaterów. Sztab batalionu i załoga używają systemów komunikacyjnych i wywiadowczych dokładnie na odwrót, niż zostały zaprojektowane, bo nie działają właściwie. Systemy komunikacyjne miały z założenia ułatwić kontakt, ale dowódca i major ukrywają się za szeregami podkomendnych, co powoduje problemy z łącznością.

Mike całkowicie zignorował fakt, że wspomniani oficerowie byli obecni na sali.

— Podczas symulacji dwa razy doszło do porażki przez to, że prowadzący akcję, mimo że wiedzieli, co robić, nie mogli się skutecznie porozumieć. Ponadto dowództwo batalionu i sztab systematycznie pozbawiają dowódców kompanii możliwości wydawania bezpośrednich rozkazów. Gdyby wyeliminować choćby jedną z tych przeszkód, batalion mógłby jeszcze mieć jakieś szanse. W obecnej sytuacji nie ma żadnych. Trenowano dokładnie, jak przebiegałaby walka i co się może podczas walki wydarzyć. Podpułkownik Youngman i major Norton stosują taktykę „lekkiej piechoty”, ale porzucili wszystkie dobre techniki tych formacji, a pozostawili przestarzałe. Jeśli wyślemy batalion w obecnych warunkach, będzie to powtórka z Little Bighorn. Stanowczo namawiam do dalszego szkolenia żołnierzy.

Kiedy skończył, dowódca batalionu był blady z gniewu, a oficer operacyjny zgrzytał zębami.

— Cóż, poruczniku O’Neal — powiedział generał Houseman i spojrzał ukradkiem na wściekłych oficerów polowych, którzy musieli wysłuchać słów druzgocącej krytyki — dwóch generałów za i jeden porucznik przeciw.

Będę jednak musiał uwzględnić zdanie bardziej doświadczonych oficerów. Taka jest moja decyzja. Żołnierze zostaną wysłani na akcję, poruczniku.

Nie wydawał się szczególnie zadowolony ze swojej decyzji, gdyż zasadniczo zgadzał się z porucznikiem.

Batalion wykazywał wprawdzie osiemdziesięcioprocentową gotowość, jednak jednostka powinna jeszcze przećwiczyć symulowane starcia. Informacje na temat taktyki kawalerii i piechoty, które przemawiały za stanowiskiem O’Neala i które wyszczególniono w doktrynie jednostek pancerzy wspomaganych, najwyraźniej wprawiały w zakłopotanie większość dowództwa batalionu i sztabu. Nie była to najlepsza perspektywa.

— Decyzja należy oczywiście do pana, sir. — Z wyrazu twarzy porucznika generał odgadł, że Mike czyta w jego myślach. — Właściwie, sir, myślę, że wstrzymanie wymarszu nie uszłoby panu na sucho. Zważywszy na koszty zakwaterowania żołnierzy i fakt, że spełniają minimalne wymagania, Kongres zjadłby pana na lunch, gdyby ich pan nie wysłał na akcję.

Z rezygnacją wzruszył ramionami. W całej historii ludzkości żołnierze zawsze byli pionkami w politycznych utarczkach.

— Poruczniku, gdybym sądził, że stracimy batalion, przedłużyłbym szkolenie wbrew wszystkim biurokratom w Waszyngtonie.

* * *

Po ponurych wnętrzach statku kolonizacyjnego i gołych ścianach megawieżowca Mike był mile zaskoczony bogatą dekoracją pokoju. Mimo że było to pomieszczenie użytkowe, prawdopodobnie odpowiednik Indowy magazynu z częściami do maszyn, ściany, podłogi i sufit pokrywały skomplikowane malowidła, freski i reliefy.

Wszystkie korytarze, które przemierzył, i wszystkie pokoje, do których zajrzał, urządzono z równym przepychem.

Miłość Indowy do rzemiosła najwyraźniej obejmowała też wystrój wnętrz. W odróżnieniu od podobnych dekoracji tworzonych przez Ziemian, nie było tu żadnych scen ani portretów. Wszystkie ornamenty przedstawiały abstrakcje w postaci zawiłych linii i skomplikowanych figur geometrycznych. Były miłe dla ludzkiego oka i zdumiewająco przypominały motywy na celtyckich broszach.

Około sześćdziesięciu osób zebrało się w dużym pomieszczeniu, które miało służyć jako centrum operacji taktycznych. Maszynerię i pojemniki z tajemniczą cieczą przesunięto pod ściany, szereg krzeseł ustawiono przed niskim podium. W pierwszym rzędzie stało krzesło z obiciem. Na oparciu widniał znak srebrnego dębowego liścia i słowa: „2 Sokół 6”. Z jednej strony podium w klatce gdakał kogut. Kiedy Mike przyglądał mu się złowieszczo, kogut zapiał.

Na podium stało kilku młodszych podoficerów i żołnierzy zajętych uaktualnianiem map rozłożonych na sztalugach. Nadzorował ich major batalionu Norton; kojarzył się on Mike’owi z kogutem rządzącym w kurniku.

Porucznik szybko się przekonał, że wysoki, wyróżniający się wyglądem mężczyzna nie był wcale tak inteligentny, na jakiego wyglądał. Mimo że był bardzo energiczny, niezbyt dobrze radził sobie z nowymi sytuacjami i pomysłami.

Między nim a O’Nealem doszło do kilku sprzeczek podczas pracy nad szkoleniem batalionu.

Mike włączył w okularach tryb przybliżania i spojrzał na rysowany na tablicy plan bitwy.

— Chryste — szepnął — czy nikt nie rozmawiał z oficerem wsparcia ogniowego?

Właśnie wtedy kapitan Jackson, oficer wsparcia ogniowego, uważnie przyjrzał się tablicy i podszedł do majora Nortona. Próbował odciągnąć go na bok, ale major spławił go. Był przecież tylko artylerzystą, więc jego zadanie polegało na udzielaniu wsparcia, i do tego tylko kapitanem, więc można go było zignorować.

Mike rozejrzał się po pokoju wypełnionym żołnierzami w strojach kamuflujących. Obecni byli dowódcy pięciu kompanii z drugimi oficerami, członkowie sztabu z asystentami i starszymi podoficerami, dowódcy posiłkowi, inżynierowie, żołnierze wsparcia ogniowego, sanitariusze i artylerzyści. Wszyscy w oczywisty sposób go ignorowali; w przypadku niektórych było mu to nawet na rękę. Zażyłość z dowódcami kompanii mogłaby spowodować, że w razie ich sprzeczki z majorem Mike też miałby kłopoty. Porucznik zaczął liczyć krzesła.

— Michelle — zagadnął swój przekaźnik — ilu wojskowych w stopniu pierwszego porucznika i wyższych rangą znajduje się w pomieszczeniu?

— Pięćdziesięciu trzech.

— A ile jest krzeseł? — zapytał.

— Pięćdziesiąt.

— Michelle, kto kierował ustawianiem krzeseł?

— Sekcja operacyjna batalionu.

— Jasny gwint.

Jego stosunki z dowódcą batalionu i jego sztabem nie tylko nie poprawiły się, ale nawet uległy pogorszeniu.

Jego, jak mniemał, taktowną i konstruktywną krytykę w zakresie komunikacji i systemów kontrolnych odbierano negatywnie jako nie wspartą doświadczeniem, mimo że ograniczył się tylko do spraw bezpośrednio związanych z pancerzami wspomaganymi. Skrytykował na przykład chęć dowódcy do wysyłania batalionu naprzeciw nieprzyjacielskich wojsk. Pomimo groźby ogromnej liczby poległych w walce wręcz, pułkownik najwyraźniej uznał, że broń Posleenów w ogóle nie ima się pancerzy, i wolał spotykać się z nimi mano y monstruo. Scenariusze szkoleniowe były jednak tylko teoretyczne; ziemskie jednostki nie zgromadziły jeszcze żadnych danych na temat zachowania Posleenów podczas walki. Pogarda pułkownika dla badań nad udoskonaleniem scenariuszy zwiększyła się tylko po nieudanej próbie Mike’a niedopuszczenia batalionu do walki.

Mike uznał za konieczne, jakkolwiek nietaktownie mogło to zabrzmieć, skrytykowanie struktury komunikacji.

Brak wiedzy podpułkownika Youngmana na temat pancerzy i technofobia generała spowodowały, że musiał w sprawach przekazywania informacji polegać na sekcji komunikacyjnej i oficerach łączności, zamiast zaprogramować odpowiednio inteligentne przekaźniki. Oficerów łączności przydzielono do odpowiednich sieci i bezpośredni kontakt z dowódcą mieli tylko niektórzy członkowie sztabu i drugi oficer batalionu, major Pauley.

Ponadto Youngman wyznaczył batalion jako odpowiedzialny za zatwierdzanie wszystkich wniosków o wsparcie, z wyjątkiem dotyczących opieki lekarskiej i logistyki. Dowódcy kompanii musieli na przykład składać u niego wniosek o wsparcie ogniowe, a on określał, czy prośba była zasadna. Musieli praktycznie prosić go o zgodę na wszystko. Pułkownik odkrył, że systemy pancerza umożliwiały mu obserwację pola bitwy z pozycji niemal równej bogom Olimpu i że mógł dowodzić ruchami każdego plutonu, jeśli tylko miał ochotę. A miał ochotę. Kontrolował więc wszystkie aspekty operacji. Wspaniały przykład zarządzania w skali mikro.

Niestety winę za powstałe przeciążenie systemów informacyjno-dowodzących postanowił zrzucić na pancerz wspomagany zamiast na sposób prowadzenia akcji. Utworzył zatem dłuższy łańcuch przekazywania informacji między nim a dowódcami kompanii i systematycznie pozbawiał ich inicjatywy. Dlatego w każdym scenariuszu bojowym, jaki dotąd przećwiczono, nie rozwijano umiejętności przeprowadzania skutecznych manewrów i przekazywania rozkazów. A teraz żołnierzy wysyłano do walki.

Na krótko przed dziewiątą poszczególne grupy zebranych zaczęły zajmować miejsca przed podium. Mike’a ani trochę nie zaskoczyło, że kiedy wszyscy już usiedli, zabrakło krzeseł dla drugiego porucznika Eamonsa, dowódcy plutonu inżynieryjnego, drugiego porucznika Smitha, dowódcy plutonu zwiadowczego — obydwaj byli drugimi oficerami kompanii — dla niego samego oraz podoficerów od starszego sierżanta po szeregowców. Starszy sierżant wyglądał na naprawdę wkurzonego.

Po chwili major Norton polecił powstać z miejsc, do pokoju wkroczył podpułkownik Youngman i przeszedł między rzędami do swojego krzesła. Zajął miejsce oznaczone „2 Sokół 6”, wziął filiżankę kawy od krążącego z tacą szeregowca i pozwolił wszystkim usiąść.

— Witam panów — powiedział major Norton. — Oto nasza misja: Zespół Uderzeniowy drugiego batalionu trzysta dwudziestego piątego pułku piechoty zajmie się obroną skrzydła III Korpusu w regionie megalopolis Deushi u podnóża masywu Nomezdi. Pierwszy porucznik przedstawi szczegóły.

Tym pierwszym porucznikiem był Phil Corley. Miał ciemne włosy i lekką niedowagę, i był niezwykle inteligentny, choć czasem brakowało mu zwykłego zdrowego rozsądku. Podszedł do sztalugi i dramatycznym gestem odrzucił płótno. Mapy na sztalugach zasłonięto przed wejściem pułkownika. Płótno pokrywały gęsto czerwone odciski pieczęci ŚCIŚLE TAJNE. Mike nie był pewien, przed kim chciano utajnić plany, skoro Posleeni, o ile było mu wiadomo, nie mieli systemów wywiadowczych.

— Na dużym schemacie na południowym wschodzie widać „Linię Bordoli”, sformowaną z oddziałów chińskich, rosyjskich, południowoazjatyckich i afrykańskich, które wycofały się na strategiczne pozycje koło masywu Bordoli w megalopolis Aumoro. Stacjonują między masywem a wybrzeżem. To jest drugi odwrót strategiczny od czasu, kiedy jednostki wylądowały na powierzchni. Ponieważ front ma teraz niecałe sześćdziesiąt kilometrów szerokości, a pozycji broni trzy czwarte miliona żołnierzy, nie spodziewamy się dalszych odwrotów. Połączone jednostki Alianckich Sił Ekspedycyjnych NATO i oddziałów Chin i Japonii udają się obecnie na pozycje rozpoczęcia misji.

Z powodu opóźnienia w lądowaniu żołnierze będą zmuszeni działać w dwóch fazach. Główny front oporu ma przebiegać na obszarze podobnym do Bordoli, na terenie megalopolis Deushi. W tym miejscu masyw Deushi rozciąga się na odległość czterdziestu pięciu kilometrów od morza. Zadaniem wojsk NATO jest utworzenie i utrzymanie frontu w tym miejscu. Jednak marsz Posleenów odbywa się tak szybko, że należy go spowolnić, żeby przygotować obronę. Zmechanizowane jednostki pancerzy wspomaganych wojsk alianckich zajmą więc pozycje na obszarze masywu Nomezdi w Alei Qual. Frontu będą bronić trzecia dywizja pancerna, drugi batalion zmotoryzowanej piechoty, dziesiąta dywizja grenadierów pancernych, siódmy pułk kawalerii, Deuxičme Division Blindée, drugi regiment lansjerów i sto dwudziesty szósty pułk pancerny. Niemieccy żołnierze pierwszego i dwudziestego szóstego batalionu pancerzy wspomaganych będą tworzyć ruchomą rezerwę. Plan obrony wymaga utrzymania frontu albo wycofania wojsk na odległość najwyżej sześciu kilometrów w czasie dwudziestu czterech godzin. Oczekuje się, że Posleeni dotrą do Alei Qual za dwanaście godzin. Jakieś pytania?

Kapitan Brandon podniósł rękę.

— Jaka jest liczba i rozmieszczenie posleeńskich oddziałów wzdłuż frontu?

— Na razie nie wiadomo. Wiemy, że broń energetyczna na lądownikach Posleenów skanuje przestrzeń nad nimi aż do głębokiego kosmosu. Nie mamy więc jak dotąd możliwości zrobienia zdjęć satelitarnych. Informacje, jakimi dysponujemy, pochodzą z raportów darhelskich zarządców ewakuowanych megawieżowców i częściowo od himmickich zwiadowców. Dane Darhelów nie mówią o liczebności wroga, a Indowy uciekają, kiedy tylko wyczują Posleenów w pobliżu. Himmici dostarczają wspaniałych raportów, ale ich możliwości obserwacyjne są ograniczone.

Porucznik odpowiedział na kilka innych pytań i zszedł z podium.

Major Norton wstał, wziął wskaźnik i zwrócił uwagę zebranych na mapę na tablicy.

— Misja Zespołu Uderzeniowego drugiego batalionu trzysta dwudziestego piątego pułku polega na zajęciu pozycji obronnych wzdłuż Qual i koordynacji działań z bocznymi jednostkami w celu utrzymania frontu przez co najmniej sześć i najwyżej dwanaście godzin. Nasz batalion został przydzielony do sektora, którego w normalnych okolicznościach broniłby pułk; jest to taki sam obszar, jaki otrzymał cały siódmy pułk kawalerii. Uważamy, że z naszym nowym uzbrojeniem i sprzętem będzie stosunkowo łatwo utrzymać ten sektor. Dlatego Oddziały Specjalne zajmą następujące pozycje: kompania Alfa przy północno-wschodnim rogu megawieżowca Qualtrev, ze strefą ostrzału sięgającą do Bulwaru Sisalav, kompania Charlie przy północno-zachodnim rogu megawieżowca Qualtren, z zadaniem koordynacji strefy ostrzału na Bulwarze z kompanią Alfa. Alfa przejmie odpowiedzialność za integrację wsparcia z oddziałami Bravo, a siódmy pułk kawalerii zajmie pozycje między linią brzegową a megawieżowcami Qualtrek i Saltrek. Charlie udzieli wsparcia ogniowego jednostkom flankowym. Jak widać na mapie, Qualtren opiera się o masyw, co zabezpieczy nasze boczne skrzydła. Jednostki laserów batalionu wesprą kompanie Charlie i Alfa.

Zwiadowcy batalionu ukryją się w megawieżowcu Naltrev, żeby ostrzec o zbliżającym się wrogu i rozpocząć walkę.

Moździerze batalionu zajmą pozycje na tyłach megawieżowca Qualtren i razem z moździerzami kompanijnymi udzielą wsparcia ogniowego. Po ustaleniu przez zwiadowców batalionu pozycji wroga korpuśne MLRS i artyleria 105 mm baterii zgrupowania ostrzelają w razie potrzeby przestrzeń między Daltren i Daltrev. Tam zacznie się ostateczny ostrzał obronny. Kompania Bravo pozostanie w rezerwie i ruszy do akcji tylko na bezpośredni rozkaz dowódcy batalionu. Dowódca kompanii może nakazać ostrzał, kiedy wróg podejdzie na tysiąc metrów lub pojawi się w zasięgu wzroku. Żadnego bezpośredniego ognia powyżej dystansu tysiąca metrów. Musimy spowodować jak największe straty wroga już przy pierwszej salwie. Kiedy Posleeni znajdą się w zasięgu wzroku batalionu, ostrzałem będą kierować dowódca batalionu i oficer wsparcia ogniowego. Nie będziemy wznosić widocznych fortyfikacji, drutów kolczastych, zasieków ani bunkrów. Mamy uderzyć nagle i wykorzystać element zaskoczenia, a nie zdradzić pozycji naszych wyrzutni rakietowych. Jakieś pytania?

Mike odwrócił się do porucznika Eamonsa i szepnął mu na ucho.

— Na przykład: „Czy mamusia upuściła cię w dzieciństwie na główkę?”

Porucznik Eamons parsknął śmiechem, nie zmieniając wyrazu twarzy. Major Norton spojrzał na niego ze złością, a Mike uspokoił się natychmiast jak skarcone dziecko. Każda symulacja, jaką przeprowadził, i każda informacja o walce z Posleenami, którą słyszał, wskazywały, że bitwa była skazana na porażkę. Pionowe rozstawienie batalionu, które zakładał plan, wystawiało wojska na atak nacierającej masy wroga bez możliwości skutecznego działania batalionu.

Podstawowa technika zalecana w walce z Posleenami była dwustopniowa. Należało zająć bezpieczną pozycję, dosyć dobrze się ścieśnić — jak bardzo, to zależało od zabezpieczenia pozycji przed pociskami hiperszybkimi — i rozpocząć zmasowany atak artyleryjski na Posleenów. Jeden ze szkockich oficerów w GalTechu nazwał to „zalewaniem ich Martini”. Walka z Posleenami była niczym walka z szybko rozprzestrzeniającym się pożarem i wymagała poważnego zaangażowania.

Kapitan Jackson, oficer wsparcia ogniowego, wstał.

— To nie jest pytanie, majorze, to jest stwierdzenie. Tego nie da się zrobić.

— Co to znaczy „nie da się tego zrobić”, kapitanie? — zapytał ze złością major.

— Nasze MLRS w całości przekazaliśmy dziesiątej dywizji pancernej. Wywiad Korpusu uważa, że Posleeni zaatakują przede wszystkim ich pozycje. Możliwe, że udałoby nam się złapać ich w pole siłowe, ale jest pewien kłopot: megawieżowce. Odstęp między nimi wynosi siedemdziesiąt pięć metrów, a mają prawie cholerną milę wysokości. Z takim kątem widzenia artyleria sobie nie poradzi. Oddziały wsparcia ogniowego mogą pomagać tylko kilku jednostkom i strzelać wzdłuż alei. W tym wypadku nie możemy tego zrobić, bo Bulwar Sisalav ostro meandruje po zboczach gór. Więc w zasadzie trzeba by zapomnieć o artylerii.

Major Norton wyglądał przez chwilę na oszołomionego, ale zaraz doszedł do siebie.

— Dobra, zapomnijmy o artylerii. Jeszcze jakieś pytania albo stwierdzenia?

— Nie — szepnął Mike. — „Kto to w ogóle wymyślił?” byłoby nietaktowne.

25

Fredericksburg, Wirginia, Sol III

13:42, 4 sierpnia 2002

Pierwsza część podróży z Fort Benning w Georgii do Indiantown Gap w Pensylwanii była koszmarem. Bez drugiego sierżanta szkoleniowego Pappas szarpał się z utrzymaniem rekrutów w ryzach. Starszy szeregowy Ampele i kapral Adams stali się jego prawą ręką podczas zaganiania żołnierzy, którzy po raz pierwszy od czternastu tygodni zobaczyli „prawdziwe życie”, z powrotem do szeregu. W ciągu tych dwóch dni Pappas czuł się raczej kowbojem niż sierżantem i obiecywał sobie, że rekruci słono mu za to zapłacą, kiedy znowu będzie ich miał w koszarach.

Całą podróż odbywali autobusem, a kierowca nalegał na postoje dosłownie co pięćdziesiąt kilometrów. Na pokładzie znajdowała się toaleta, więc przez cały pierwszy dzień Pappas trzymał pluton w środku autobusu, ale w końcu musieli zatrzymać się na obiad. Miejscowi zlecieli się jak pszczoły do miodu na widok rekrutów w szarych i srebrnych jedwabnych uniformach. Pappas został zarzucony pytaniami, na które musiał odpowiedzieć. Nagle zdał sobie sprawę, że widzi tylko dwudziestu z czterdziestu żołnierzy, których miał pod swoją komendą. Zaklął, kiedy okazało się, że większość brakujących rekrutów należała do sławetnej drugiej drużyny.

Już trzy albo cztery razy zastanawiał się nad podzieleniem tej drużyny, ale za każdym razem rezygnował z takiego zamiaru. Problem z tymi żołnierzami polegał na tym, że byli rzeczywiście tak dobrzy, jak im się wydawało. Pojmowali każdą lekcję już za pierwszym razem. Nigdy nie zasypiali, ich sprzęt był zawsze w idealnym stanie, zawsze wykonywali zadania na czas albo nawet przed czasem. Mieli przeciętne wyniki lepsze niż ktokolwiek, z wyjątkiem kilku osób w całej kompanii. Był to jeden z rzadkich przypadków, kiedy jakaś grupa w wojsku odznaczała się kompetencją i zdolnościami. Niestety dowódca drugiej drużyny, starszy szeregowy James Stewart — najbardziej czarujący młodzieniec, jakiego tylko mogłaby sobie wymarzyć każda młoda dziewczyna — najprawdopodobniej był wichrzycielem całej grupy.

Wkrótce po przyjeździe podstawowej grupy szkoleniowej inspekcje ujawniły ogromne ilości mocnego alkoholu w posiadaniu rekrutów. Ponieważ nie sposób było całkowicie odciąć dopływ nieprzepisowego płynu do armii, dotychczas podczas podstawowego szkolenia jedna butelka mogła pojawiać się raz na kilka tygodni. Intensywne przesłuchania wystraszonych rekrutów nie ujawniły źródła; dostawcy tworzyli zgraną siatkę.

Rekruci mogli zamawiać alkohol w ten sposób, że małe zwitki papieru z zapłatą ukrywano w szparach ścian koszar, w toalecie albo na gdzieś na placu apelowym. Następnego dnia w szafce rekruta pojawiała się butelka albo instrukcja, gdzie ją odebrać. CID, Kryminalny Wydział Śledczy Sił Lądowych, przez długie tygodnie próbował złapać szmuglerów na gorącym uczynku, ale zawsze zjawiał się na miejscu odrobinę za późno. Inspektorzy dochodzeniowi obserwowali kiedyś przez trzy dni miejsce, w którym zostawiano zapłatę, tylko po to, żeby przekonać się, że dziura w ścianie przechodziła na wylot.

Alkohol, papierosy, pornografia, ale o dziwo żadnych narkotyków. Po dwunastu tygodniach szkolenia kompania Alfa miała dwutygodniowe ćwiczenia w terenie. Okazało się, że przez cały ten czas w całej kompanii, a nawet batalionie, nie pojawiła się ani jedna pełna butelka. Było zatem oczywiste, że roznosiciele należeli do kompanii Alfa.

Agenci CID masowo rzucili się na kompanię Alfa, ale Spec sierżant Pappas od dawna już wiedział, kto był przywódcą szajki. W ostatnim tygodniu szkolenia, po nieudanej sobotniej inspekcji, Pappas wyprowadził pluton z koszar i wraz z pierwszym sierżantem kompanii, surowym weteranem Sił Specjalnych o stażu jeszcze dłuższym niż jego, przewrócili koszary do góry nogami.

Łóżka wylatywały przez okno wraz z osobistymi szafkami, szafkami na wyposażenie, ubraniami, sprzętem i wszystkim, co tylko dało się ruszyć. Każdy przedmiot poddano krótkim, ale dokładnym oględzinom. Kiedy już prawie mieli się poddać, znaleźli wreszcie to, czego szukali, w samym środku betonowej ściany za szafką dowódcy drużyny.

Było to prawdziwe wyzwanie dla doświadczonych podoficerów. Z jednej strony pogwałcono wprawdzie liczne przepisy, ale z drugiej strony żołnierze drużyny spisywali się w innych dziedzinach lepiej, niż każdy podoficer mógłby sobie wymarzyć. Najgorszy w tym wszystkim był fakt, że bycie dowódcą wojskowym wymagało szacunku podkomendnych. Dowódca musi czasem wysłać żołnierzy na pewną śmierć, a oni pójdą, jeśli będą go szanowali, kochali i bali się go bardziej niż kogokolwiek na świecie. Gdyby szli na wojnę z przekonaniem, że są w stanie dokonać wszystkiego, mogłoby to skończyć się gorzej, niż gdyby w ogóle nie byli szkoleni. Ale ci żołnierze byli tak dobrzy w swoim rzemiośle — szczególnie Stewart — że posłanie ich w odstawkę byłoby zmarnowaniem całego procesu szkolenia i ich talentu.

Mieli trochę czasu, żeby wszystko przedyskutować. Kaprale musztrowali rekrutów do utraty tchu, a sierżant Pappas był całkowicie pewien, że żołnierze nie spodziewali się przeszukania. Podoficerowie szybko doszli do porozumienia, obmyślili plan i wyszli na plac do rekrutów. Rekonstrukcja pomieszczeń drużyny została bardzo dokładnie przeprowadzona przez kaprali szkoleniowych. Potem, kiedy Stewart sprawdzi skrytkę, zacznie się zastanawiać, czy to podoficerowie, czy rekruci splądrowali jego tajny magazyn.

Dwa dni później odbyły się nie zaplanowane ćwiczenia polowe. O drugiej nad ranem rekruci zostali poderwani z łóżek, wbici w mundury i popędzeni w ciemność.

Pluton podzielono na drużyny i poddano morderczej musztrze. Były to ćwiczenia biegu i padu, przywierania do ziemi, żeby ostrzelać wroga, podczas gdy inna drużyna rusza naprzód, a potem znowu biegu do następnej pozycji ostrzału. Trzeba było biec dwadzieścia do trzydziestu metrów, paść na ziemię, wystrzelić kilka ślepaków, poderwać się na nogi z pięćdziesięcioma kilogramami sprzętu na plecach, a potem powtarzać wszystko całymi godzinami.

Rekrutów nadzorowali kaprale szkoleniowi, a Spec sierżant Pappas cicho przemieszczał się w ciemnościach od drużyny do drużyny i obserwował wszystkich, samemu nie będąc widzianym. Zniknęły wszystkie zaokrąglenia, ten „cywilny tłuszczyk”, który na początku był widoczny nawet u rekrutów w dobrej formie. Wszyscy stali się twardymi, wytrzymałymi mężczyznami o niespożytej energii, niebezpiecznymi jak małe grzechotniki. Dokładnie takimi, jakimi mieli się stać.

Przed świtem drużyny rozproszono, a potem zgodnie z zaleceniami kaprale szkoleniowi zebrali wszystkich i całkowicie wbrew obowiązującej doktrynie rozpalili ogień. Ognisko było niebezpieczne dla współczesnej piechoty, ujawniało jej pozycję, stwarzało zagrożenie pożarowe w lasach i szkodziło środowisku naturalnemu. Ale Pappas wiedział, że żołnierze piechoty są pod wieloma względami atawistyczni. Chętnie tarzają się w pyle i błocie, nawet gdy to przeklinają, a ogień trąca szczególną strunę w każdym człowieku. Jak niewiele rzeczy na świecie, ogień otwiera duszę, a czasem nawet otworzyć ją może właśnie tylko on.

Kiedy druga drużyna rozłożyła się na plecakach i wypoczywała przy ciepłym świetle, Pappas po cichu wyłonił się z mroku i gestem dłoni polecił kapralowi szkoleniowemu oddalić się.

Członkowie drużyny podnieśli się do pozycji siedzącej i rzucali ukradkowe spojrzenia na Stewarta. On natomiast utkwił bazyliszkowy wzrok w sierżancie Pappasie; jego spojrzenie mogło powstrzymać nawet szarżującego byka.

W pierwszym tygodniu nauczył się, żeby nie patrzeć w ten sposób na Pappasa, ale teraz najwyraźniej nadszedł czas, aby to zrobić.

Pappas sięgnął do przepastnych kieszeni spodni i wyciągnął dwanaście zwitków banknotów.

— Chyba coś zgubiliście — powiedział i rzucił po jednym do każdego rekruta.

— Sir — zaczął jeden z żołnierzy — to nie jest tak, jak pan myśli!

— Zamknij się — warknął Stewart.

Rekrut zamknął się.

— Zdradzę wam pewien sekret, żołnierze — powiedział Pappas cichym i pozornie obojętnym głosem.

Po raz pierwszy zwrócił się do nich w ten sposób i wszystkich to zaskoczyło. W zasadzie nie powinno się ich nazywać żołnierzami, dopóki nie przejdą końcowych testów. To był cel, do którego wszyscy dążyli, dowód uznania pod wieloma względami cenniejszy nawet niż życie.

— To jeden z wielkich sekretów — ciągnął Pappas. — Wiecie, sekretów sierżanta. Rekruci zawsze myślą, że ich sierżanci mają swoje tajemnice, których nie można poznać, dopóki samemu nie zostanie się sierżantem. Zupełnie, jakby zdradzano nam je ostatniego dnia „Szkoły Sierżantów”.

Roześmiał się ze swojego dowcipu i wydął policzki.

— Cóż, tak nie jest. Sekrety poznaje się po prostu będąc w jednostce, w wojsku, niezależnie od tego, czy to są siły lądowe, piechota morska, oddziały uderzeniowe czy liniowe. Zazwyczaj poznaje się je w ciągu pierwszych kilku miesięcy. Ale to nie jest ten duży sekret. To jest mały sekret.

— Duży można ująć w trzech słowach — ciągnął po chwili poważnie. — „Kontrabanda jest wszędzie”. Gdzieś w koszarach zawsze są narkotyki, osobista broń palna albo ładunki wybuchowe. I zawsze kwitnie czarny rynek. Wy nie byliście ani pierwszymi, ani drugimi, ani nawet dwieście pięćdziesiątymi. Kontrabanda w koszarach jest stara jak samo wojsko. A sprzęt, który mają nam przydzielić, jest marzeniem każdego czarnorynkowego handlarza. Wszyscy w tym pieprzonym kraju chcą galaksjańskiej broni, narkotyków, zastrzyków hibernacyjnych. Cholera, nawet najmniejszy duperel GalTechu, pióra, baterie Eterna, wszystko jest warte kupę dolców. A więc zgarniemy wkrótce całą pulę; można łatwo zarobić dwanaście kawałków za jeden zastrzyk regeneracyjny.

Podniósł gałąź i podsycił dogasający ogień, przez chwilę to wydymając, to wciągając policzki w milczeniu.

— Jest jeszcze większa tajemnica — powiedział prawie szeptem. — Jedno małe zdanie. „Dopóki nie wpływa to na skuteczność jednostki, nie ma sprawy.” Znowu się uśmiechnął i rozejrzał po zebranych wokół rekrutach. Jego wzrok zlodowaciał, a uśmiech zmienił się w minę szczerzącego zęby psa.

— Waszym tatusiom, zasrańcy, nawet się jeszcze o was nie śniło, kiedy ja służyłem już w pieprzonej piechocie morskiej. Wtedy oficerowie musieli mieć uzbrojoną obstawę, żeby wejść do koszar, bo problem pieprzonych narkotyków był ogromny, a niewiele lepiej było nawet w cholernym Korpusie. Gdybyśmy musieli iść na wojnę w latach siedemdziesiątych, nikt z was by nie poszedł. W całej pieprzonej armii, czy to w piechocie, czy w artylerii, w wojskach pancernych czy powietrznodesantowych, nie było jednostki przygotowanej do walki, bo armią zawładnęli kryminaliści. Jeśli pójdziecie na wojnę z przekonaniem, że dostaliście właśnie klucz do sklepu z cukierkami, jednostka, do której traficie, będzie miała przesrane. Kiedy naprawdę będzie wam potrzebny ten cały zafajdany sprzęt, kiedy wkoło będą się rozlegać jęki mordowanych, a wasi kumple zaczną na waszych oczach umierać, zabraknie wam tego zasranego wyposażenia. Amunicja, broń i każdy rodzaj sprzętu będzie wysprzedany. A wtedy będziecie mieli przesrane. Już tak kiedyś było. I niech mnie diabli, jeśli powtórzy się to na moich oczach.

Spojrzał na ogień i wrzucił w płomienie drugą gałąź. Jego gniew powoli opadał. Wypuścił powietrze z dźwiękiem przypominającym odgłos silnika motorówki.

— Długo z tym walczyliśmy — ciągnął z ożywieniem — i musieliśmy się z tym uporać, bo takie wojsko po prostu nie może funkcjonować. W wojsku chodzi o szacunek. Jeśli wam się wydaje, że możecie mnie wykiwać, to nie macie dla mnie szacunku i nie wykonacie moich rozkazów ani rozkazów waszych oficerów, kiedy nadejdzie czas, żeby iść na śmierć.

Urwał i popatrzył na ogień, mając nadzieję, że przynajmniej niektórzy z rekrutów zrozumieli, do czego zmierza.

Ale tak naprawdę mówił do Stewarta i wszyscy o tym wiedzieli.

— Jesteście dobrzy, naprawdę dobrzy. Ale jeśli uważacie, że w tym wszystkim chodzi o pieniądze, to nie nadajecie się na żołnierzy szturmowych, bo nie zostaniecie ze mną wtedy, kiedy będziecie mi najbardziej potrzebni.

— Teraz zaczniecie poznawać tę wielką tajemnicę, możliwe, że największą. Nie zdradzę wam jej, musicie ją sami odkryć. Powiem wam tylko, że to nie jest: „Pieniądze to nie wszystko” ani nic równie banalnego. A teraz sedno sprawy: jeśli chcecie założyć pancerz wspomagany, jeśli chcecie być takimi żołnierzami, na jakich szkolicie się od czternastu tygodni, musicie wrzucić te zwitki banknotów do ognia.

Drużyna słuchała go w napięciu, zastanawiając się nad tym, co mówił. Rekruci ściskali zwitki, spazmatycznie połykali ślinę i patrzyli po sobie. Wszyscy trzymali w garści kilka tysięcy dolarów, na które ciężko zapracowali.

Stanowczo nie chcieli ich teraz stracić.

— Możecie też wstać i wrócić do obozu. Wtedy po zakończeniu szkolenia zostaniecie przeniesieni do waszych lokalnych jednostek Gwardii Narodowej. Nie będzie żadnej ciężkiej musztry ani sądu wojskowego, tylko trochę papierkowej roboty. Statystycznie będziecie mieli większe szanse na przeżycie w Gwardii. Jeśli tylko Posleeni nie zaatakują was bezpośrednio, jako gwardziści pozostaniecie na stałe w tej samej jednostce i nie będą was przenosić z jednego pola walki na drugie, tak jak w oddziałach uderzeniowych czy osłaniających. Jako żołnierze szturmowi traficie natomiast do wiecznego kotła, i niezależnie od tego, jak jesteście dobrzy, wielu z was zginie. Żeby znaleźć się w Gwardii, wystarczy zatrzymać pieniądze. To powinno być proste.

Kiedy skończył mówić, oparł się plecami o rosnącą obok sosnę i czekał na reakcję. Podrapał się w głowę krótką gałązką i automatycznie strzepnął z ramienia znajdujące się tam płatki naskórka.

Stewart wciąż świdrował go bazyliszkowym spojrzeniem. Wreszcie odezwał się.

— Moglibyśmy przyjąć pana do spółki.

Propozycja nie obraziła Pappasa, spodziewał się jej i miał nadzieję, że w ten sposób będzie mógł jeszcze raz podkreślić sedno sprawy. Poza tym był pewien, że Stewart zaproponował to tylko pro forma i nie oczekiwał, że sierżant się zgodzi.

— Nie, raczej nie. Widzisz, ja już znam ten wielki, wielki sekret.

— Tak — szepnął Stewart i po raz pierwszy spojrzał na zwitek w ręku.

Powoli ściągnął gumkę i rozłożył banknoty. Po chwili znowu ułożył je w stos i przetasował tuż pod nosem, żeby poczuć ich zapach. Jeszcze raz je rozłożył i bez słowa, z kamienną twarzą, wrzucił je do ognia. Któryś z rekrutów — nie wiadomo, który — westchnął ciężko.

— Pieniądze nie mogą być aż tak ważne, prawda? — zapytał Stewart.

— Tak, ale to nie jest jeszcze cała tajemnica — odpowiedział Pappas.

Sierżant patrzył, jak członkowie drużyny, jeden po drugim, niektórzy z widocznym ociąganiem, ale większość, o dziwo, prawie bez mrugnięcia okiem, wrzucali pieniądze do ognia.

— Dobra — powiedział Pappas zmęczonym głosem — wyśpijcie się. I mam nadzieję, że nigdy nie będziecie musieli przekonać się, jaka jest reszta tajemnicy.

Wstał i rozpłynął się w mroku.

* * *

Teraz Pappas żałował, że nie zerżnął im tyłka. W pobliżu McDonalda drużyna była bez nadzoru i, jeśli historia lubiła się powtarzać, pakowała się w jakieś kłopoty. Zauważył Ampele’a, którego jakaś ładna, choć nieco zbyt zaokrąglona młoda dama prowadziła za róg, i podbiegł do niego.

— Gdzie jest Stewart? — zapytał i wyprowadził Ampele’a zza rogu.

— Co…? Nie wiem, sir. Ja tu tylko rozmawiam z Rikki. Jeszcze minutę temu był ze swoją drużyną koło toalety.

Ruszył w stronę restauracji, ale nagle cofnął się, jak gdyby był na bungee. Ręka młodej damy była niewidoczna i Pappas miał ochotę krzyknąć „Pokażcie ręce” tylko po to, żeby zobaczyć ich miny.

— Proszę pani — powiedział łagodnie Pappas — mogłaby nas pani zostawić na chwilę samych?

Jej dłoń niechętnie puściła żołnierza, a sierżant zdecydowanie odciągnął Ampele’a za rękę.

— Skoncentruj się. Pomyślisz o ślicznotkach, jak dotrzemy do Indiantown Gap.

Wszedł do restauracji i kątem oka zauważył, jak członek drugiej drużyny ucieka przez służbowe wejście.

Sierżant dopadł do drzwi, zanim się zamknęły, zatrzymał się, rozejrzał i ruszył w stronę toalety.

— Sierżancie, Wilson pobiegł tędy — zauważył Ampele.

— Tak, ale tu chodzi o Stewarta. Zastanawiam się tylko, czy to nie jest podwójny blef.

Otworzył, a raczej chciał otworzyć drzwi męskiej toalety. Coś je blokowało.

— Stewart! Otwieraj te cholerne drzwi albo licz się z konsekwencjami! — z całej siły pociągnął za klamkę. — Raz! Dwa!

Rozległ się trzask, jak gdyby gwałtownie usunięto jakąś blokadę, i drzwi otworzyły się. Dziewięciu członków drużyny tłoczyło się w niezbyt dużej toalecie. Wszyscy co do jednego patrzyli na niego, jakby nagle oszalał.

— O co chodzi, sierżancie? — zapytał Stewart, kiedy odszedł od pisuaru, a inny rekrut zajął jego miejsce. — Te drzwi okropnie się zacinają jak na McDonalda.

— Dobra, gdzie ona jest? — zapytał Pappas i odwzajemnił jego lodowate spojrzenie.

W toalecie unosił się zwykły zapach rozwodnionego moczu, ale z zapachem tym mieszała się też delikatna woń tanich perfum.

— Gdzie jest kto, sierżancie?

— Ta druga. Ta, której nie napuściłeś na Ampele’a.

Dowódca plutonu wyglądał na zaskoczonego; znowu się okazało, że sierżant był dwa kroki przed nim.

— Nie mam pojęcia, o kim pan mówi, sierżancie — powiedział Stewart z miną niewiniątka. — W tej toalecie nie ma kobiet — ciągnął, zataczając ręką koło po stłoczonych w pomieszczeniu członkach drużyny — a wszedł pan przez jedyne drzwi.

Wzruszył ramionami i potrząsnął głową, jakby dziwiły go nagłe urojenia sierżanta.

— Ampele, zostań tu. Stewart — powiedział i położył umięśnioną dłoń na ramieniu starszego szeregowego — czeka nas jeszcze jedna mała pogawędka.

Pappas wyprowadził rekruta z toalety i powiódł go w głąb jesiennej mgły na dworze.

— Jeśli mówię coś raz — powiedział łagodnie, kiedy przyparł szeregowca do ściany restauracji — to tak, jakbym mówił dwa razy — ciągnął, przyciskając rondo wojskowego kapelusza do górnej części nosa Stewarta, i przytknął palec do jego piersi. — Nie rób ze mnie wała. Myślę, że nadajesz się na oficera, ale jak na razie wygląda na to, że skończysz w Leavenworth. Ta głupia suka schowała się w drugim szybie wentylacyjnym na lewo od pisuaru i jest niewątpliwie wystraszona na śmierć. W toalecie był zapach perfum i kawałki pokruszonej cegły przy szybie, które chcieliście ukryć. Każ swojej drużynie wrócić do jadalni, wyprowadź dziewczynę z toalety i zamelduj się u mnie, jak skończysz, czy to jasne?

— Jak kryształ, sierżancie.

Nutka kpiny w głosie szeregowca rozzłościła Pappasa i nagle, jak grom z jasnego nieba, przyszło mu do głowy rozwiązanie problemu. Uśmiechnął się złowrogo. Na ten widok w oczach szeregowca pojawił się wyraz niepokoju.

— Od tej chwili nie jestem na służbie — powiedział Pappas, śmiejąc się w duchu z przerażenia Stewarta. — Jeśli coś źle pójdzie — ciągnął — będzie to twoja wina — palec twardy jak skała znów naparł na pierś Stewarta. — Całkowicie umywam ręce, kapujesz? Jeśli ty coś spieprzysz — palec — zabieram ci belkę. Jesteś starszym szeregowym, więc masz coś do stracenia. Jeśli oni coś spieprzą, ty — palec — tracisz belkę. Odpowiadasz za wszystko, dopóki nie dotrzemy do hotelu; ogłoszę to w autobusie jeszcze zanim odjedziemy. To powinno oduczyć cię głupich dowcipów. Czy wyrażam się jasno?

— Jasno, sierżancie — potwierdził Stewart i zbladł.

— Ja i Ampele odpoczniemy sobie podczas dalszej podróży, bo za wszystko ty odpowiadasz. Jeśli coś pójdzie źle, dojdzie do publicznego pijaństwa, sprośnych zaczepek, wkurzą się czyiś ojcowie, zostaną okradzeni jacyś sklepikarze, któryś rekrut zwymiotuje w miejscu publicznym, to poleci — palec w klatkę piersiową — twój tyłek.

Przez całą noc i cały jutrzejszy dzień. Zamierzam spać jak dziecko. Czy to jest absolutnie, całkowicie, kryształowo jasne?

— Tak, sierżancie.

— Cieszę się.

Podoficer roześmiał się od ucha do ucha, a jego białe zęby zalśniły na tle szerokiej śniadej twarzy.

— Życzę miłego dnia.

Reszta podróży była już jak piknik.

26

Prowincja Andata, Diess IV

20:59 czasu uniwersalnego Greenwich, 18 maja 2002

Porucznik O’Neal zdjął magazynek z karabinu grawitacyjnego M-200 i popatrzył bezmyślnie na tysiące pocisków w kształcie kropli, które znajdowały się wewnątrz. Włożył magazynek z powrotem i powtórzył całą czynność.

— Czy mógłbyś przestać? — zapytał porucznik Eamons.

Obydwaj czekali przy oknach w północno-zachodnim narożniku megawieżowca Qualtren. Kąt widzenia był jeszcze większy, niż ocenił oficer wsparcia ogniowego, i żołnierze mogli sięgnąć wzrokiem na odległość tysiąca ośmiuset czterdziestu dwóch metrów, aż do następnego skrzyżowania. Dalej widok przesłaniał megawieżowiec Naltrev. Budowla ta wraz z siostrzanym megawieżowcem Naltren mieściła pluton zwiadowczy batalionu, i górna część systemów wizyjnych O’Neala wyświetlała obraz, który widział dowódca zwiadowców.

— Gdzie są twoi ludzie, Tom? — zapytał Mike.

— Na dole.

— Mają coś do roboty?

O’Neal wciąż śledził obraz z systemów wizyjnych dowódcy. Obraz trząsł się z powodu migotania osobistego pola siłowego, które włączono w miejscu oczekiwanego ataku, i nieprzyjemnego nawyku porucznika Smitha — gwałtownego kręcenia głową jak koń odpędzający muchę. Powodowało to ruch obrazu po skosie w górę i w prawo.

Wątpię, żeby w ogóle zdawał sobie sprawę, że tak robi, pomyślał Mike, wyjmując magazynek i wkładając go z powrotem, ale wolałbym, żeby przestał.

— Czy mógłbyś, proszę, przestać, Mike?! I dlaczego pytasz? Nie, siedzą sobie tylko i trzymają palec na spuście karabinu.

— Przestać co? — zapytał Mike ze wzrokiem skupionym jak wiązka lasera chirurgicznego na widoku z hełmu. — Każ im rozstawić ładunki wybuchowe w poprzek Anosimo i Sisalav na Linii Sal, a potem ładunki C-9 w miejscach, których lokalizację prześlę do ich przekaźników.

— Hola, Mike. Fajny z ciebie gość i jesteś ode mnie starszy o cały stopień, ale niech mnie diabli, jeśli narażę dla ciebie karierę. Pułkownik zabierze mi belkę, jeśli to zrobię.

Porucznik próbował potrząsnąć głową, ale przeszkodził mu w tym organiczny żel w hełmie.

Galaretowata substancja wypełniała hełm i wnętrze pancerza. Podnosiła koszt produkcji pancerza o ponad jedną trzecią i stanowiła jedyną część projektu, która zasadniczo nie była pomysłem O’Neala.

Kiedy zakładało się hełm pancerza wspomaganego, miało się wrażenie wkładania głowy w pełne dżemu wiadro.

Substancja amortyzowała jednak najpotężniejsze uderzenia i spełniała wiele innych istotnych funkcji. Odczytywała na przykład przez własną sieć neuronową zamiar ruchu użytkownika i odpowiednio do tego poruszała pancerzem.

Odzyskiwała z wydzielin ciała wodę pitną, jadalną żywność i powietrzne zdatne do oddychania. I dysponowała wystarczająco zaawansowaną technologią, żeby utrzymać swój „Protoplazmatyczny System Inteligencji” przy życiu, dopóki użytkownik nie otrzymał bezpośredniego uderzenia w serce, mózg albo górną część kręgosłupa.

Żadna z tych rzeczy nie pocieszała jednak żołnierzy podczas wkładania hełmu. Nieudane próby założenia pancerza podczas pierwszego miesiąca treningu były spowodowane faktem, że żołnierze nie potrafili sobie poradzić z wetknięciem głowy w hełm, wstrzymaniem oddechu i odczekaniem, aż galareta, kotłując się i kłębiąc, utworzy kieszenie do oddychania i patrzenia. Czas, który musiał upłynąć, zanim pancerz był gotowy do użytku, wydawał się wiecznością.

Galareta działała też jako namiastka urządzenia do tłumienia sensorycznego, co mogło prowadzić do nieszczęśliwych wypadków. Broń i sprzęt jednostek należało stale modyfikować. Bez zwrotnych danych z punktów dotyku pancerze miały tendencję do niszczenia wszystkiego w zasięgu ręki.

Ponieważ przez galaretę i tak nie można było niczego zobaczyć, hełm był całkowicie matowy. Użytkownik widział tylko wysokiej jakości obraz z malutkich diod laserowych świecących w ścianie hełmu. Nie trzeba było kręcić głową, kiedy chciało się spojrzeć w bok. Żołnierze widzieli przesuwający się obraz zupełnie jakby za pomocą joysticka. Do tego też trzeba się było przyzwyczaić. Nie miało się wrażenia ruchu, więc można było dostać choroby lokomocyjnej, a poza tym mogło się nagle okazać, że patrzy się w tył z powodu niewłaściwego ustawienia sterowników wizyjnych. W analogiczny sposób stymulowano wyrostki sutkowe w uszach, żeby przenosić dźwięk.

Dla wygody pancerz pozwalał użytkownikowi ruszać głową na boki, ale tylko powoli. Ponieważ diody wykonywały różnorodne sztuczki z wizją, obraz na krańcach pola widzenia był właściwie lepszy niż w normalnych warunkach. Poprawiono też jakość dalekich i bliskich obrazów. Do tego dochodziły jeszcze szczególne życzenia, jak wyświetlanie „nad głową”, ukazywanie schematów uzbrojenia, przybliżanie obrazu, dzielenie obrazu na części i sześćdziesiąt siedem innych możliwości.

— Podpułkownik Youngman jest teraz zajęty i nie zauważy niczego, dopóki nie zdetonujemy ładunków. A kiedy to zrobimy, zostaniesz bohaterem za przejęcie inicjatywy, bo będzie to jedyny sposób, żeby uratować prawe skrzydło Korpusu.

— Jest aż tak źle? — zapytał inżynier, zastanawiając się, jak bardzo przygnębienie kolegi było uzasadnione.

— Tom, posiekają nas na sałatkę, a ja nie widzę żadnego innego pieprzonego sposobu, żeby to zmienić. Po dzisiejszej akcji nazwisko Youngmana będzie wymawiane jednym tchem z nazwiskiem Custera, tylko że George Armstrong miał za sobą wspaniałą karierę, zanim ją schrzanił. Ustaw ładunki. I niech będą duże. Chcę, żeby wyleciały wszystkie szyby w megawieżowcach. Na rozstawienie ładunków zostało jeszcze najwyżej czterdzieści minut.

— Dobra, pieprzyć pułkownika — powiedział oficer i wzruszył ramionami. — Masz rację, nikt nie zauważy, chyba że trzeba będzie je wysadzić. Mam zaminować obydwa bulwary? A co z siódmym pułkiem kawalerii?

— Tak, jeśli kawaleria zacznie się wycofywać, będzie im potrzebna osłona. — Urwał. — A oto i nasze wojsko.

— Co? — zapytał porucznik i spojrzał przez okno w stronę miejsca oczekiwanego pojawienia się wroga.

— Garstka, cholerna trzódka Indowy zbliża się w tę stronę — powiedział Mike, kiedy przełączył obraz z pozycji dowódcy zwiadowców na daleki widok. — Każ chłopakom brać się do pracy, Tom. Już!

Porucznik Eamons nieznacznie skinął na pożegnanie i bezceremonialnie wypalił swoim M-200 dziurę w ścianie.

Gdy wyszedł przez nią na zewnątrz budynku, jego pancerz dowódczy pozwolił mu opaść lekko jak piórko dziesięć pięter w dół. Reaktory termonuklearne megawieżowców stanowiły niewyczerpane źródło energii, a to był najszybszy i najzabawniejszy sposób zejścia na dół. W batalionie zakazano tego „niestrategicznego” manewru, ale jednostka właśnie w taki sposób miała zaatakować wroga w chwili jego dostrzeżenia, więc cóż znaczyła jeszcze jedna dziura?

Miało to tyle samo sensu, co zakaz budowy fortyfikacji obronnych, żeby „nie ujawnić głównej linii obrony”. A czy cały batalion atakujący Posleenów nie ujawni tej linii? Mike miał rację, posiekają ich na sałatkę.

Tom rozglądał się wkoło podczas powolnego opadania i po raz kolejny był zdziwiony widokiem znajomych elementów. Weź Nowy Jork, szklane fasady budynków i styl bliźniaczych wież WTC. Zwiększ ich wysokość do tysiąca czterystu siedemdziesięciu metrów, a długość krawędzi podstawy do tysiąca ośmiuset czterdziestu metrów, a będziesz miał właśnie to, co tutaj. Głębokie, mroczne kaniony ulic przypominały te, które można było znaleźć w każdym większym mieście na Ziemi, tyle tylko, że te tutaj były głębsze i ciemniejsze. Kiedy porucznik wylądował, przypomniał sobie o jeszcze innych różnicach. Ciążenie miało nieco mniejszą wartość, a światło słoneczne odznaczało się zielonkawym fluoroscencyjnym odcieniem. Słońce Diess było też jaśniejsze, płonęło jak acetylenowa pochodnia, oświetlając ubitą warstwę gliny, która zastępowała asfalt; napędy grawitacyjne nie wymagały specjalnej nawierzchni. I żadnych roślin, nawet najmniejszych źdźbeł trawy albo zieleni w doniczkach na oknach. Porucznik przeszedł przez przypominający pieczarę portal na parterze, który podobnie jak kilka innych służył za wjazd i wyjazd dla pojazdów, i żwawym krokiem zagłębił się w długi, rozbrzmiewający echem korytarz.

— Przekaźnik: pokaż trasę do miejsca zbiórki mojego plutonu i połącz mnie z sierżantem plutonu.

Nadszedł czas na działanie.

Mike nadal przyglądał się rosnącej grupie uchodźców na Bulwarze Sisalav. Zmniejszył obraz do jednej czwartej powierzchni wizjera i obserwował w czasie rzeczywistym, jak Indowy wchodzą do sektora batalionu. Usłyszał w sieci komunikacyjnej kompanii, którą monitorował, wołania „Wstrzymać ogień” i uśmiechnął się. Małych Indowy naprawdę z wielkim trudem można było pomylić z wrogiem. Włochate, karzełkowate dwunogi szły pieszo, pokryte żółtawym pyłem drogi, i nie niosły żadnych bagaży. Najwyraźniej nie odczuwali ludzkiej potrzeby zachowania majątku.

— Przekaźnik: gdzie jest ich środek transportu? — zapytał zaciekawiony Mike.

Nie było samochodów, ciężarówek ani nawet pchanych ręcznie taczek, których można by się spodziewać w podobnej sytuacji u ludzi.

— Nie potrzebują, więc praktycznie nikt go nie posiada. Prawie żaden Indowy nie opuszcza megawieżowca w ciągu całego swojego życia; właściwie tylko nieliczni wychodzą poza mały obszar, piętro albo sektor. Niektórzy nigdy nie opuszczają pokoi, w których mieszkają. Wszystko, czego potrzebują, mają w budynku, mieszkaniu, zakładach produkcji żywności i łaźniach.

— Dokąd teraz pójdą?

— Nie ma żadnego wsparcia dla uchodźców. Jeśli nie mogą niczego produkować, są zbędni. Niektórzy znajdą może posady służebnych, niektórzy o wybitnych zdolnościach otrzymają pracę, ale znaczna większość zapewne umrze z głodu lub wycieńczenia.

Mike zadrżał; im więcej wiedział o galaksjańskim etosie, tym mniej mu się on podobał.

— Pokaż schemat systemu wodno-kanalizacyjnego Qualtren i Qualtrev wraz z informacją o średnicy rur i miejscach dostępu.

Zastanowiło go, że schemat był tak prosty. Używano tylko niektórych wyższych kondygnacji, a przestronne sutereny i kanały były zupełnie puste. Podczas drugiej wojny światowej Rosjanie i Niemcy intensywnie wykorzystywali kanały. Przynajmniej teraz Posleeni nie strzelaliby do Indowy, gdyby schowali się pod ziemią.

Przyjrzał się schematowi i zaciekawiony zmarszczył czoło.

— Michelle, te systemy wodociągowe… Niezależnie od tego, jak minimalne potrzeby mają Indowy, w budynku nie ma wystarczającej ilości linii wodno-kanalizacyjnych. Jak to możliwe?

— Większość wody i ścieków ulega wtórnej przeróbce i oczyszczaniu w megawieżowcach.

— Hmm. — Rury wodociągowe były wystarczające duże, żeby się w nich poruszać. — Michelle, przekaż do wszystkich przekaźników, żeby każda jednostka przemieściła się do najbliższego wylotu rury wodociągowej.

Przygotuj plan odwrotu przez podziemne kanały do Saltrev/Saltren i uaktualnij plan obrony. Nieprzerwanie uaktualniaj manewry Kobe i Jerycho na podstawie ruchów plutonu inżynieryjnego. Przygotuj koordynację planu detonacji z kompaniami Alfa i Bravo. I będziemy musieli jakoś odciąć dopływ wody.

Oczekuj zwycięstwa, bądź gotów na porażkę.

Masa Indowy zaczynała przesłaniać bulwar, ich szarozielone postacie tłoczyły się i wypełniały całą szerokość drogi. Mike dostrzegł z punktu widzenia dowódcy plutonu, jak jeszcze większa rzeka uchodźców wypływa z Waltren i łączy się z głównym strumieniem procesji. Ulica była zatłoczona jak Wall Street w porze lunchu, a tłum ścieśniony jak masa wiernych wokół pojazdu papieża; pochód Indowy przypominał marsz lemingów do morza.

Tłum rozgniatał krępe, małe postacie na metalowych elewacjach budynków i tratował wszystkich — młodych, starych, silnych i słabych. Mniejsze strumienie zalewały Naltren i Naltrev, przekraczały aleję i wpadały do Qualtrev/Qualtren, a każdy osobnik powiększał ścisk i panikę.

Kiedy główny zastęp uchodźców Indowy dotarł do Qualtren/Qualtrev, parcie z tyłu i panika pchnęły tysiące małych człekokształtnych istotek do północno-zachodniego kwadrantu niższych kondygnacji Qualtren. Tam uchodźcy natknęli się na pierwszy pluton kompanii Charlie i skutek był tragiczny.

Pojedynczo Indowy odznaczali się zachowaniem królika, ale ogromna wystraszona horda zachowywała się jak tabun przerażonych bizonów. Kiedy czoło fali natrafiło na pierwszy pluton, Indowy wchodzący przez liczne otwory drzwiowe parteru otoczyli uzbrojonych Ziemian. W miarę zwiększania się ścisku zaczęli wspinać się na żołnierzy.

Kiedy ciężar spłoszonych kosmitów przytłoczył pancerze wspomagane, żołnierze zaczęli się rzucać wśród przerażonego tłumu. Szarpali się i kopali, żeby odepchnąć tłum, a wspierane układem nadążnym pancerze miażdżyły łagodne, małe istotki, i babrały pastelowe ściany ich zieloną posoką.

Dowódca i pierwszy sierżant kompanii Charlie pospieszyli na miejsce masakry z zamiarem przywrócenia porządku, ale i oni utonęli w tabunie Indowy. Dwa terawatowe działa laserowe batalionu, wycelowane prosto „w gardła Posleenów”, również zostały zmiecione przez skotłowaną masę. W ten sposób unieszkodliwiono najważniejszy pluton i dowódcę kompanii obronnej batalionu, i wyeliminowano trzydzieści procent siły ognia, jeszcze zanim rozpoczęła się bitwa. I to wszystko bez jednego nawet Posleena w zasięgu wzroku.

Mike przełączył się na odbiór sygnałów z sieci komunikacyjnej kompanii Charlie właśnie w tej samej chwili, kiedy została ona zablokowana przez krzyki i przekleństwa. Próbował skontaktować się z dowódcą kompanii, kapitanem Vero, dzięki odfiltrowaniu przez przekaźnik niepotrzebnych transmisji, ale dowódca wrzeszczał i miotał przekleństwa jeszcze głośniej niż jego żołnierze. Mike przełączył się zatem na sieć dowodzenia batalionu, ale oficer łączności nie mógł sobie w tym momencie poradzić z natłokiem wezwań od kompanii Alfa, sekcji broni i wsparcia ogniowego, a nawet dowódców kompanii w kwaterze głównej, którzy oczekiwali na rozkazy i wskazówki.

Plutonowi kompanii Alfa, rozmieszczonemu na parterze, także groziło pochłonięcie przez hordę. Mike usłyszał, jak kapitan Wright prosi o pozwolenia przejścia na wyższe kondygnacje i otrzymuje natychmiastową odmowę od oficera łączności. Było jasne, że oficer nie skonsultował decyzji z podpułkownikiem Youngmanem.

Podpułkownik Youngman i major Norton rozmawiali tymczasem przez sieć komunikacyjną sztabu. Major polecił swojemu przekaźnikowi wstrzymywać wszystkie przychodzące połączenia. Technika sprawdzała się w przypadku oficerów łączności, ale nie przekaźników. Oficer łączności przekazywał mimo rozkazów połączenia, jeśli uważał je za naprawdę pilne. W ten sposób rozpoznawało się dobrych oficerów. Ale niedoświadczony przekaźnik był jak zły oficer, rozumiał każdy rozkaz dosłownie i nie miał za grosz poczucia odpowiedzialności. Gdyby major Norton nie odwołał rozkazu, o ile w ogóle pamiętałby o tym w ogniu walki, dowódcy kompanii nie mogliby połączyć się z dowódcami batalionu przez przekaźnik, jeśli zostali zablokowani przez obsługę systemu łączności.

Kapitan Wright wycofał trzeci pluton bez rozkazu i przygotował żołnierzy do ponownego zajęcia pozycji.

Kapitan Vero uspokoił się w końcu i także zaczął wycofywać swoich żołnierzy. Zebrano około połowy plutonu Charlie i większość Alfa, kiedy przyszedł pierwszy raport o zbliżających się Posleenach. Jednak lasery zostały w tłumie. Pułkownik i major nie byli nawet świadomi sytuacji; zostali zupełnie odcięci od komunikacji.

„Wróg w zasięgu wzroku” rozbrzmiało we wszystkich sieciach dowodzenia, a priorytet tej wiadomości zablokował wszystkie inne rozmowy. Natychmiast każdy dowódca przełączył się na systemy zwiadowcze.

Za morzem Indowy, niczym jastrząb spadający na zdobycz, pojawiła się zwarta, jeszcze bardziej zorganizowana masa krostowatych żółtych centaurów. Pierwsze szeregi kłusowały, żeby dogonić uciekających Indowy, wprawnie wymachując długimi ostrzami. Dopadłszy tłumu, zaczęli kosić Indowy jednego po drugim, a dalsze szeregi podnosiły ciała i przenosiły je poza miejsce walki. Po drodze zwłoki były patroszone i ćwiartowane, a potem równiutko układane pod ścianą. Armia była gigantyczną ruchomą rzeźnią, w której od czasu do czasu wrzucano coś na ząb.

Za pierwszym blokiem wojska w liczbie około dwunastu tysięcy Posleenów pojawiły się trzy strumienie centaurów. Środkowy strumień szedł za przednią grupą jako wsparcie, a boczne skrzydła kierowały się w stronę megawieżowców.

Przywódcy, Wszechwładcy, wyraźnie odróżniali się od pozostałych. Sunęli w swoich spodkach, szerokich na około dwa metry i uzbrojonych w lasery albo wyrzutnie pocisków hiperszybkich na mocowaniu kardanowym.

Zgodnie z rozkazami strzelcy, po jednym w każdym trzyosobowym zespole zwiadowczym, unieśli snajperskie karabiny M-209 i jednocześnie wystrzelili poddźwiękowe pociski, każdy prosto w wyznaczonego Wszechwładcę.

Jak marionetki, którym za jednym zamachem przecięto sznurki, dziesięciu Wszechwładców runęło na ziemię. Cała masa Posleenów zawahała się na ułamek sekundy, a następnie odpowiedziała ogniem.

Poddźwiękowe pociski snajperów nie miały sygnatury większej od zwykłych pocisków, więc nie powinny zdradzać pozycji zwiadowców. Ale niedostrzeżone wcześniej systemy celownicze na spodkach pozostałych przy życiu Wszechwładców automatycznie naprowadziły broń. Kiedy cele zostały namierzone, rój pocisków hiperszybkich śmignął w kierunku Ziemian. Wasale zabitych także sypnęli gradem rakiet i pocisków w stronę celów, które wskazał ogień przywódców. Wśród rozbłysków eksplozji i palących wiązek lasera zespoły zwiadowcze opuściły swoje pozycje, uciekając przed burzą rozszalałego ognia. Skoncentrowane strumienie pocisków z dwudziestu dział na spodkach i dwunastu tysięcy ręcznych karabinów wygryzały głębokie wyrwy w budynkach, i jeśli nawet ekrany siłowe przyniosły jakiś pozytywny efekt, to nie zasługiwał on na uznanie. Pluton zwiadowczy zniknął w oparze krwi.

W sztabowej sieci komunikacyjnej rozległy się odgłosy wymiotowania, a kapitan Vero mruczał w kółko przez sieć dowodzenia „Zdrowaś Mario, łaskiś pełna, Pan z Tobą”. W innych sieciach panowała cisza. Posleeni niepowstrzymanie parli naprzód, a przednie szeregi zaczęły rozchodzić się na boki i wbiegać do budynków.

— Cóż — powiedział podpułkownik Youngman przez sieć sztabową, zagłuszając odgłos wymiotów — przyznaję się do błędu. Analizy nie uwzględniły rzeczywistych rozmiarów zagrożenia. Majorze Norton?

— Tak, sir?

— Proszę iść do Saltren/Saltrev i zacząć przygotowania do odwrotu. Chyba nie utrzymamy długo naszych pozycji. Aha, poruczniku Eamons?

Bez wiedzy dowódcy batalionu przekaźnik przełączył się na właściwą częstotliwość.

— Tak, sir? Podpułkownik Youngman? — wydyszał porucznik.

— Tak. Proszę natychmiast rozstawić ładunki wybuchowe na Sisalav.

— Już to zrobiłem, sir, teraz minujemy budynki — powiedział ostro oficer inżynieryjny.

— Dobra inicjatywa. To może nam uratować tyłki. Wróć potem do Saltren i rozmieść wszystkie ładunki i miny, jakie tylko wpadną ci w ręce.

— Tak jest, sir.

Dzięki Bogu nie zapytał, jakie miny. Zgadzam się z O’Nealem, że nie powinienem mu zdradzać programu detonacji.

— Kapitanie Brandon.

— Podpułkownik Youngman? — zapytał dowódca kompanii z nutką zaskoczenia w głosie.

— Tak. Proszę się przygotować do osłonięcia odwrotu batalionu do Saltren i Saltrev. Zamierzam zapędzić Posleenów w pułapkę. Pańska jednostka ma rozstawić się w obydwu budynkach wzdłuż bulwaru i spowolnić marsz wroga. Potem wyjdźcie z budynków i zablokujcie aleje po bokach Sisalav.

— Tak jest, sir. Z całym należnym szacunkiem, gdzie pan był, do cholery? I gdzie jest major Norton?

— Jesteśmy obaj w głównym taktycznym centrum operacyjnym. A raczej byliśmy, major Norton udaje się do Saltren, żeby przygotować pozycje do odskoku.

— Wie pan, że pierwszy pluton kompanii Charlie i trzeci pluton Alfa zostały zalane przez masę Indowy? — zapytał dowódca kompanii.

Mówił zmęczonym i niemal zrozpaczonym głosem.

— Co? — zapytał zaskoczony dowódca batalionu.

— Nie mogliśmy się z panem połączyć przez ostatnie piętnaście minut. Na parterze nie ma nikogo i straciliśmy trzy lasery. Parter Qualtren jest całkowicie bezbronny.

— Zaczekaj. — Pułkownik na chwilę przełączył się na inny kanał. — Mój oficer łączności mówi, że też nie mógł się ze mną skontaktować z powodu ciągłej blokady połączeń do mnie i majora Nortona. — Oficer zaklął cicho. — Nienawidzę tych pieprzonych pancerzy — dodał.

— Za późno, sir. Musi pan jak najszybciej skontaktować się z Vero i Wrightem. Mają poważne problemy.

— Dobra. Pancerz: połącz mnie ze wszystkimi dowódcami kompanii. Są wszyscy? Alfa Sześć, Charlie Sześć, Bravo Sześć. Czekać na rozkaz ataku na wroga. Pluton inżynieryjny minuje budynek, macie upoważnienie do udzielenia wsparcia. W razie potrzeby i na moją komendę zaczniemy wycofywać się na te same pozycje na Linii Sal.

Bravo będzie osłaniać odwrót. Spróbujcie odzyskać pozycje ciężkiej broni, kiedy otrzymacie wsparcie. Nie ma czasu na pytania, uderzcie ich mocno i dobrze, po to tu jesteśmy. Sokół Sześć, koniec.

* * *

— Tom, mówi Mike.

— Słucham, Mike.

Porucznik O’Neal znajdował się cztery kondygnacje niżej w budynku. Korzystał głównie z korytarzy transportowych; były wyższe i szersze, i można było w ten sposób uniknąć spotkania z uciekającymi Indowy. Setki z nich wciąż blokowały większe skrzyżowania i budynki. Wszyscy próbowali wyjść jednocześnie, czym przeszkadzali w działaniach bojowych. Mike stanął na chwilę, powstrzymany przez widok zablokowanej klatki schodowej, i przyjrzał się badawczo dużemu pojemnikowi z cieczą, który łączył się z niewielkim destylatorem.

— Jak wam idzie? — zapytał.

— Skończyliśmy rozkładać ładunki wzdłuż dróg i w jakiejś jednej czwartej budynku. Pułkownik wyraził zgodę na minowanie — skończył oficer z nutką zadowolenia w głosie.

Mike nie monitorował tej rozmowy; więc wiadomość go zaskoczyła.

— Pozwolił na Jerycho?

— Cóż, powiedziałem mu, że minujemy budynki.

— Ale chyba nie powiedziałeś, w jaki sposób?

— Powiedział, że mam się wykazać inicjatywą.

Mike zaśmiał się ironicznie.

— Nieźle. Dobra, ładunki zapewnią nam osłonę.

Nie wiedział jeszcze, jak prorocze były to słowa.

Doświadczony przekaźnik Mike’a, Michelle, wyświetlił szczegółowy schemat działań plutonu inżynieryjnego w postaci wirtualnego hologramu. Zaminowane obszary miały kolor zielony, obszary, na których ładunki powinny zostać rozłożone przed nadejściem Posleenów, były żółte, a obszary, których żołnierze nie zdążą zaminować, świeciły na czerwono. Mike dotknął strefy w pobliżu kompanii Charlie w Qualtren.

— Skoncentrujcie się tutaj, jeśli łaska.

— Ależ jakżeby inaczej, bon homme, i tu powiadam: au revoir.

— Przyjąłem, koniec.

Mike zerknął jeszcze raz na schemat i wyłączył go ruchem dłoni. Skoro pułkownik był wtajemniczony w jego plan na wypadek porażki, to nawet gdyby bitwa przerodziła się w prawdziwy dramat, sektor batalionu był zabezpieczony.

— Powodzenia, Tom.

* * *

— Kapitanie Brandon — powiedział Mike, wywołując przełączenie przekaźnika na kanał dowódcy na drugim piętrze Qualtren.

— Porucznik O’Neal?

— Tak, sir. Zakładam, że zaczniemy odwrót krótko po bezpośrednim ataku wroga. Potrzebna mi pańska pomoc we wdrożeniu planu dowódcy. Pańscy chłopcy muszą się tylko wycofać trasą, którą im pokażę, i zniszczyć po drodze kilka budynków.

Kiedy dotarł na parter, skierował się w stronę składu amunicji. W pośpiechu studiował schematy, na których w miarę rozkładania przez inżynierów ładunków coraz większe obszary zmieniały barwę na zieloną.

— Jaki jest plan?

— Nazywa się Jerycho, sir.

Mike wyjaśnił naturę manewru.

— To jest cholernie ryzykowne, poruczniku. Pozwoli nam na chwilę wytchnienia, ale…

— Sir, pozwoli nam to na więcej niż tylko chwilę oddechu, to zabezpieczy cały sektor. Potem możemy dołączyć do siódmego pułku kawalerii.

Kiedy doszedł do składu amunicji, zaczął ładować na grawitacyjne sanie karabin maszynowy M-323 i zasobniki z amunicją.

— Szczerze mówiąc, właśnie to powinniśmy byli zrobić, zamiast posyłać jednostki zmechanizowane na rzeź.

— Mike, to nie jest jedna z twoich gier komputerowych. Bardzo trudno będzie powstrzymać żołnierzy od ucieczki.

— Sir, kiedy będziemy się wycofywać, żołnierze stracą poczucie kierunku. Ja już kiedyś zgubiłem się wraz z jednostką; sam diabeł wskazuje wtedy drogę. Ten plan pozwala na odwrót bez narażenia się na ogień nieprzyjaciela i zabezpiecza sektor. Czego jeszcze można chcieć?

— Ograniczenie ubocznych zniszczeń? — zapytał retorycznie dowódca. — Dobra, dobra, zrobimy to. Postaraj się, żeby informacja była dostępna natychmiast po rozkazie odwrotu.

— Przekaźniki kompanii już otrzymały plany. Potrzebowałem tylko pańskiej zgody.

— Powodzenia, poruczniku.

— Vaya con Dios, kapitanie, z Bogiem.

Urwał na chwilę i odczekał, aż kapitan się wyłączy.

— Michelle, połącz mnie z kapitanem Wrightem.

Pociągnął sanie grawitacyjne i ruszył z powrotem w górę rampy, patrząc równocześnie na schemat.

Od strachu, pychy, trwogi,
Zemściwych, dzikich zmów,
Bezprawia spiesznej drogi
Uchronić racz nas znów.

I oblecz nas, mizernych,
Ukołysz drżący nam dech,
By w ciszy dni niezmiennych
Twa śmierć nasz zmyła grzech.

— Kipling

27

Prowincja Andata, Diess IV

22:08 czasu uniwersalnego Greenwich, 18 maja 2002

— Puk, puk, mogę do was dołączyć? — porucznik O’Neal użył lokalnej sieci.

Wiedział, że w sąsiednim pokoju byli żołnierze kompanii Charlie, ale nie wiedział, którzy. Przekaźnik mógł mu powiedzieć, ale był zbyt zajęty, żeby go o to spytać. Poza tym osobiście znał bardzo niewielu żołnierzy tej kompanii.

Zważywszy na to, jak bardzo byli zdenerwowani, lepiej było uprzedzić ich, że wchodzi do środka, zamiast wtargnąć bez pytania.

— Proszę bardzo — powiedział sierżant John Reese, kiedy spojrzał przez ramię.

Przez podwójne drzwi przeszła krępa postać, ciągnąc sanie grawitacyjne wyładowane bronią i amunicją. Wśród sprzętu znalazło się jeszcze jedno M-300 i wyrzutnia rakiet hiperszybkich. Reese rozpoznał w przybyszu porucznika O’Neala; budowa ciała była bardzo charakterystyczna. Porucznik najwyraźniej uważał się za przygotowanego.

— Mogę w czymś pomóc, sir? — Reese skinął na odpowiedzialnego za amunicję szeregowego Pata McPhersona, żeby pomógł przy rozładunku.

— Dzięki. Chciałbym przyłączyć się do zespołu, jeśli to nie kłopot.

Pancerz Mike’a wyświetlił mu przed oczami nazwiska i stopnie także ubranych w pancerze postaci w pomieszczeniu. Była to sekcja ciężkiej broni z dowódcą drużyny. Ich własne ciężkie działo grawitacyjne M-300 stało w pozycji do strzału, a amunicja w pojemnikach tylko czekała na użycie. Wszyscy trzej członkowie zespołu kucali pod zewnętrzną ścianą, a ich ekrany siłowe zabezpieczały prawdopodobną trasę nadejścia wroga. Poświata chylącej się ku zachodowi gwiazdy F-1 przybrała dziwną fioletową barwę i pancerze pokryły się lekkim odcieniem purpury.

— Tam do czorta, żaden kłopot, sir. Przyda się nawet najmniejsza pomoc — powiedział asystent, specjalista czwartego stopnia Sal Bennett.

— Czyżby trzymały się was kiepskie żarty, specjalisto? — zapytał Mike z udawaną srogością.

— Och, do czorta, sir. Nie to miałem na myśli!

— Wiem, wiem, to tylko mały brak powagi, co? Mały brak powagi, rozumiecie?

Drużyna zaśmiała się, a Mike zaczął rzucać trzydziestokilogramowe pojemniki z amunicją pod ścianę.

— Michelle, pokaż trójkolorowy schemat rozmieszczenia Indowy, Posleenów i Ziemian w sektorze dziewięcioblokowym.

Przekaźnik wyświetlił trójwymiarowy schemat dziewięciu megawieżowców i zaczął rysować grupki Posleenów, Ziemian i Indowy na czerwono, zielono i niebiesko. Zieleń tworzyła zwarty stożek w narożnikach Qualtren i Qualtrev i kilka mniejszych punktów z tyłu. Schemat przedstawiał duże skupiska Indowy w Saltren i Saltrev, które przesypywały się jak niebieski piasek w klepsydrze w dół kondygnacji Qualtren i Qualtrev. Na Bulwarze Sisalav widniał zwarty strumień koloru niebieskiego, ale tuż poza zasięgiem wzroku, wokół występu Daltren/Daltrev strumień szybko robił się czerwony.

— Zaraz ich zobaczymy — powiedział Mike, wypił łyk wody, kucając za lichą osłoną ściany, i nastawił wyrzutnię rakiet hiperszybkich na automatyczny ostrzał.

— Musimy czekać na rozkazy, zanim otworzymy ogień. Na co tak patrzysz?

— Michelle, przełącz hologram do pancerzy drużyny — powiedział Mike, kiedy skończył nastawiać wyrzutnię, żeby strzelała dziesięć metrów od obiektów, które on brał na cel.

Następnie zaczął montować M-300 po przeciwnej stronie pozycji drużyny i nastawił działo w ten sam sposób.

Mike mógł teraz kontrolować strumień ognia nie tylko swojego karabinu laserowego, ale też dwu innych sztuk ciężkiej broni. Nie było trudno przystosować się do takiej techniki ani ustawić sprzęt w odpowiedni sposób. Ale batalion oczywiście nie był przygotowany.

— Ha — powiedział po chwili sierżant Reese — nie wiedziałem, że tak można.

— Wy nie możecie. Tylko pancerze dowódcze mają dodatkowe możliwości przetwarzania i gromadzenia danych.

Przez chwilę panowała cisza, a potem Mike odezwał się obojętnym tonem.

— Idą tu.

Słowa zaskoczyły sierżanta Reese’a i żołnierz odwrócił wzrok od hologramu, i spojrzał w głąb ciemniejącego kanionu.

— Przekaźnik — powiedział. — Powiększenie sześć, podkręć obraz i stabilizuj.

Kąt widzenia zmniejszył się, a obraz pojaśniał.

Sposób działania sytemu stabilizacji, zjawiska świata odmienne od rzeczywistych zawsze przyprawiały go o mdłości. Obraz na ekranie wizyjnym sprawiał, że Reese po prostu nie czuł się najlepiej. Dostał gęsiej skórki i oblał go zimny pot. Nagle bardzo zachciało mu się sikać i zaschło mu w gardle. Kiedy Pat zaczął wymiotować, Reese musiał się do niego przyłączyć.

Posleeni odzyskali kontrolę nad przednimi szeregami i bezlitosna rzeź zaczęła się na nowo. Po obu stronach drogi z megawieżowców wybiegali spóźnieni Indowy i próbowali umknąć nadciągającej hordzie. Przyjazne, płochliwe istotki, które mordowali Posleeni, stały się żołnierzom niemal bliskie, a widok ich rzezi był wstrząsający.

Indowy zawsze mówili, że w strachu nie ma nic złego, ale z pewnością nie mieli na myśli tak wielkiej zgrozy, tak ogromnej trwogi. Mimo że pancerze dawały ochronę przed wieloma rodzajami broni, rozwidlone miecze Posleenów miały niesamowicie cienkie ostrza i mogły pokroić pancerz wspomagany na kawałki z łatwością, z jaką pani domu rozcina kurczaka. Kiedy Posleeni bezlitośnie nacierali na uciekających Indowy, Reese mógł myśleć tylko o tym, że noże są skierowane w jego stronę i cały świat zdaje się tonąć w blasku stali.

Nie potrafił tego zrozumieć. Był jednym z dzielnych, nieustraszonych żołnierzy wojsk powietrznodesantowych.

W ciągu pięciu lat służby ponad pięćdziesiąt razy skakał ze spadochronem, odnosząc czasem przypadkowe zranienia, i nigdy nie dostawał z tego powodu mdłości. Uwielbiał sytuacje, które u innych wywoływały dreszcz przerażenia. Śmiał się w duchu z kolegów, którzy bledli, trzęśli się i z zamkniętymi oczami szli za dźwiękiem huczącego za drzwiami samolotu wiatru. Kochał widok spadochronów otwieranych w powietrzu, widok ziemi, samolotu i nieba, chaotycznie wirujących jak w kalejdoskopie w ciągu pierwszych krótkich momentów po wyskoczeniu z maszyny. Otwarcie spadochronu przynosiło niemal rozczarowanie, a lądowanie było źródłem rozgoryczenia. Ale nie odczuwał nigdy strachu. Teraz się bał.

Reese nie mógł znieść widoku bezbronnych Indowy, mordowanych z zimną krwią. Ich drobne postacie i umiłowanie jaskrawych kolorów sprawiały, że wydawali mu się niemal dziećmi. W miarę zbliżania się Posleenów Reese coraz mocniej przyciskał M-232 do ramienia i pocierał zamek karabinu.

— No, dalej, chodźcie.

Kiedy przesunął wzrok na wyświetlacz poziomu amunicji, nie czuł łez płynących mu po policzkach ani odoru przeciążonego systemu podtrzymywania życia. Jego strach z wolna przechodził w gniew, ślepą, dziką furię, kiedy zbliżały się do nich te złe żółte potwory.

— Chodźcie, łotry.

Mike znowu wyciągnął magazynek i tym razem przyjrzał mu się uważnie. Tak, ostre kule w środku. Włożył magazynek z powrotem i nacisnął przycisk ładowania. Z niemal niesłyszalnym zgrzytem pierwszy pocisk ze zubożonego uranu w kształcie kropli wsunął się na miejsce. Mike miał wrażenie, jak gdyby patrzył na świat przez grubą wodną osłonę. Rozpoznał to uczucie jako strach i zignorował je. Jego umysł pracował szybciej niż kiedykolwiek w życiu. Miał gotowy plan działania na każdą ewentualność. Przygotowywał się do tej chwili tak ciężko, że teraz odnosił wrażenie, jakby już ją kiedyś przeżył: śmiertelne déjŕ vu.

— „I zdaje się, jak gdybym raz już był na scenie tej” — zanucił cicho, a przekaźnik, który poprawnie zidentyfikował to jako prywatną wypowiedź, nie przesłał piosenki przez sieć. — „I kiedyś przez noc ten sam przy mnie szalał tłum…” — Kompania Charlie, czekajcie.

Mike przycisnął kolbę do ramienia. Powiedz o dużej liczbie celów.

— „I arlekiny w tańcu tym też ze mną ujrzeć chciej…” — Ognia!

Ponad trzysta karabinów i broni maszynowej, połączony ogień kompanii Charlie i Alfa oraz cztery terawatowe lasery zalały hordę Posleenów wiązkami skupionego światła i metalicznych błyskawic. Cała falanga wrogów doznała szoku, a jedna trzecia jej przednich szeregów zniknęła wśród srebrnych błysków eksplozji pocisków relatywistycznych.

Kurwa, na piątkę! ucieszył się Mike w duchu. Kurwa, działa! Skopią nam dupę, bo jest ich cholernie dużo, ale ten pieprzony sprzęt działa!

Wyrzutnia zaczęła wypluwać hiperszybkie rakiety kinetyczne, które śmignęły na teren oznaczony jako wrogi, a po chwili przyłączył się M-300.

Tysiące pozostałych przy życiu Posleenów podniosło broń w kierunku źródła ostrzału.

— „Bo to, co dostaniemy w zamian…” — szepnął Mike i wycelował w tylne szeregi wroga.

W przedniej falandze pozostało osiem tysięcy wojowników i dwudziestu Wszechwładców. Pancerze wspomagane były odporne na większość rodzajów broni, ale przeciw nim było jeszcze piętnaście ciężkich laserów i pięć wielokrotnych wyrzutni rakiet hiperszybkich z automatycznym systemem naprowadzania, dziewięćset sztuk broni rozpryskowej kaliber 3 milimetry i czterysta pięćdziesiąt ręcznych wyrzutni rakiet. Kiedy huragan ognia uderzył w pozycje batalionu, bitwa przerodziła się w orgię wzajemnego niszczenia. W ciągu dwóch minut po pierwszej salwie zabito jeszcze sześć tysięcy Posleenów, ale zginęło też ponad sześćdziesięciu spadochroniarzy, a dwudziestu zostało rannych. I tu bitwę przegrano; spadochroniarzy było niewielu, a martwych Posleenów zastąpił kolejny zwarty strumień oddziałów wroga. Kiedy zmniejszyła się siła ognia batalionu, Posleeni ruszyli naprzód, sunąc jak żółta lawina w stronę źródła ostrzału.

Ciężki laser przesunął się w stronę kompanii Charlie i skosił snopem światła budynek skrywający Mike’a i drużynę. Czwarty specjalista Bennet na zawsze pożegnał się z rodzinnym Trenton w New Jersey. Laser ciął po skosie, załamując ściany do środka, i na chwilę oślepił drużynę wznieconą przez gruz chmurą pyłu. Skupiona wiązka minęła o włos sierżanta Resse’a, zamazując hologramowe projekcje w jego hełmie, i rozpłatała specjalistę Bennetta od lewego ramienia po prawą pierś, pomimo pola siłowego i wysoce ogniotrwałego pancerza.

Laser smagnął przód pancerza, którego masa nie pozwoliła na jego całkowite rozcięcie. Straszliwy żar skupionej wiązki światła zamienił tors żołnierza w parę i chmury lotnego wapnia. Pancerz nie rozpadł się pomimo wypalonej w nim wyrwy szerokości trzech centymetrów, a szczątki Bennetta trysnęły z otworu jak woda sodowa ze wstrząśniętej butelki.

Laser wskazywał brygadzie wojowników Wszechwładcy kierunek ognia. Karabiny i ręczne wyrzutnie rzygnęły na nieszczęsnych członków zespołu szerokim strumieniem rakiet i pocisków rozpryskowych. Rakiety na szczęście trafiały w cel z dużą niedokładnością. Żołnierz trafiony jednym z pocisków miałby chyba największego na świecie pecha, ale Bogini Losu nie ma swoich ulubieńców.

Porucznik O’Neal i sierżant Reese zostali gwałtownie odrzuceni w tył gradem metalu. Przez chwilę O’Neal odpowiadał na ogień, kierując strumienie kul tak, jak to ćwiczył, a jego prototypowy pancerz chronił przed burzą ognia. Szeregowy McPherson nie miał tyle szczęścia. Dwie trzymilimetrowe kule przeszyły jego magazyn amunicji na brzuchu, zdetonowały ukryte wewnątrz granaty, topiąc panele wydmuchowe w morzu aktynicznego ognia, i przeszły przez zewnętrzną warstwę pancerza. Pancerz McPhersona zaczął podskakiwać nierówno w powietrzu i machać kończynami, kiedy dwa pociski hiperszybkie oddawały energię kinetyczną. Po dwóch sekundach, kiedy wszystko wreszcie się skończyło, dowodem całego zdarzenia były tylko dwie małe dziury, jedna nad lewym biodrem, a druga prawie dokładnie w miejscu pępka. Ulewa bezpośredniego ognia przeszła w małą mżawkę, a sierżant Reese ruszył w kierunku szeregowca.

— Zostaw — powiedział O’Neal, skanując teren w poszukiwaniu celu.

— Miał konwulsje! — powiedział Reese, zaskoczony i zły, że porucznik przeszkadza w udzieleniu pierwszej pomocy.

— Nie żyje. Sprawdź telemetrię. Konwulsje nie… — powiedział i odwrócił się, żeby zatrzymać żołnierza, ale było już za późno.

Sierżant Reese zwolnił blokadę hełmu i ze środka wypłynęła czerwona masa, nieprzyjemnie kojarząca się z sosem do spaghetti. Reese dostał torsji, kiedy głowa McPhersona wytoczyła się z hełmu i ugrzęzła w masie, która została z ciała szeregowca. Z wnętrza pancerza wyciekł zabarwiony na czerwono ochronny żel.

— … sprawiają, że wykonuje się pełny obrót i pół śruby w powietrzu. Chodźmy, sierżancie, czas wiać.

O’Neal wyjął z sań grawitacyjnych kasetę nabojową, załadował karabin, wziął dwa pudełka i ruszył do drzwi.

— Chodź. Oni nie żyją, my tak. I niech tak zostanie.

Przez następne pół godziny sierżant Reese był jak w transie. Zapomniał swój stopień wojskowy, nazwę jednostki, nawet nazwisko. Potrafił tylko iść za porucznikiem O’Nealem i strzelać, kiedy mu kazano. Pamiętał mgliście, jak przez sen, widoki z różnych okien i szybkie strzały, zanim przechodzili do następnej pozycji. Pamiętał rozkaz porucznika Browninga, drugiego oficera, który łamiącym się z przerażenia głosem nakazał odwrót do Saltren.

Pamiętał niezrozumiałe polecenia porucznika O’Neala, żeby skruszyć ładunkami wybuchowymi belki i łuki architektoniczne. Pamiętał także niskie stropy jasno oświetlonych korytarzy, którymi kroczył z poruszającym się z kocią gracją niskim porucznikiem. Sierżant wrócił do okrutnej rzeczywistości dopiero przy pierwszym bliskim spotkaniu z Posleenami.

Znajdowali się w suterenie i przemieszczali w nieznanym kierunku wzdłuż ściany olbrzymiego magazynu. Półki były zastawione rzędami zielonych kauczukowych beczułek z olejem. Kiedy porucznik minął jeden z rzędów, obydwa przekaźniki wykrzyknęły spóźnione ostrzeżenie. Grupa około pięćdziesięciu Posleenów w towarzystwie jednego Wszechwładcy otworzyła w kierunku porucznika O’Neala ogień ze wszystkich dostępnych rodzajów broni.

Na grzbiecie pancerza znajdowały się wydajne kompensatory bezwładności. Umieszczono je tam, żeby nie dopuścić do uszkodzenia najważniejszych części ciała użytkownika przez siły bezwładności. Porucznik O’Neal wybił się w powietrze i odskoczył od źródła zagrożenia — zadziałał instynkt wyrobiony podczas setek godzin ćwiczeń — a przekaźnik nastawił kompensatory na maksymalną wydajność. Miało to zmniejszyć ryzyko, że kule przebiją pancerz Mike’a, tak jak stało się to z szeregowcem; z odległości, w jakiej znajdowali się Posleeni, możliwości penetracyjne kul były nieporównywalnie większe.

Brak bezwładności pozwalał przesunąć pancerz w bok albo odepchnąć go do tyłu, jak gdyby ważył nie więcej niż koliber. W połączeniu z grubością pancerza pozwoliło to na skuteczne odbicie pierwszego strumienia pocisków, ale pancerz stał się wywrotny jak piłeczka pingpongowa podczas huraganu. Kule wybiły Mike’a w górę, obróciły kilka razy w powietrzu, uderzyły nim o ścianę i rzuciły na bok.

Sierżant Reese krzyknął i strzelił zgodnie z wektorem celu na wyświetlaczu hełmu. Posleeni stali za osłoną beczułek, ale okazało się, że moc karabinu grawitacyjnego pozwalała na ich przebicie i wzięcie nieprzyjaciół pod bezpośredni ostrzał.

Właściwie Posleenów nie trzeba już było trafiać. Beczułki w całym magazynie wypełniał olej uzyskany z glonów. Indowy używali go do gotowania. Był tak samo powszechny jak olej kukurydziany, a pięć milionów Indowy z Qualtren potrzebowało go tak dużo, że zbudowano magazyn o powierzchni pół kilometra kwadratowego.

Tak samo jak olej kukurydziany miał dość wysoką temperaturę zapłonu, ale w pewnych warunkach łatwo się palił, a nawet wybuchał.

Uranowy śrut wystrzelony z karabinu grawitacyjnego leciał z prędkością bliską ułamka prędkości światła.

Projektanci dokładnie wyliczyli parametry, tak żeby uzyskać jak największy efekt kinetyczny przy jak najmniejszej jonizacji i związanym z nią promieniowaniu. W rezultacie powstał pocisk w kształcie kropli łzy, który śmigał nieopisanie szybko. Przy nim każda kiedykolwiek wyprodukowana kula wydawała się nieruchomo zawieszona w powietrzu. Uranowy śrut był o wiele szybszy od meteorytu i jeśli nie natrafił na przeszkodę, opuszczał orbitę planety i czynił nawigację kosmiczną bardzo ryzykownym zajęciem. Przeszywał atmosferę z takim wigorem, że wybijał elektrony z atomów i cząsteczki gazu stawały się jonami. Energia uwolniona podczas jego przelotu była tak duża, że tworzyła elektromagnetyczną falę uderzeniową. Po przejściu pocisku atomy z powrotem się łączyły.

Uwalniały się fotony i ciepło, powstawały rodniki, ozon i kule Bucky’ego. Głównym produktem ubocznym były strumienie naenergetyzowanych jonów, łudząco podobne do błyskawic. Tak samo gorące i tak samo naenergetyzowane. Naturalna świeca zapłonowa.

W ciągu dwóch sekund tysiąc tych niszczycielskich kul przebiło pięćdziesiąt beczułek oleju. Jedna kula wystarczyłaby, żeby rozprowadzić zawartość beczułki w dwóch do trzech tysiącach metrów sześciennych powietrza.

Następne kule natrafiały już tylko na opary i zgodnie z niezmiennymi prawami fizyki leciały dalej, przebijając kolejne beczułki. Olej z tysięcy beczułek zamienił się nagle w gaz i osiągnął gęstość zapłonu jak w tłoku w silniku Diesla. W rezultacie powstała bomba oparowa, najlepszy po bombie atomowej wynalazek wojskowej technologii Ziemian, a suterenowy magazyn stał się cylindrem Diesla. Dla sierżanta Reesa cały świat stanął nagle w płomieniach.

Magazyn znajdował się dwa poziomy pod ziemią. Niżej było jeszcze sześć pięter, Bulwar Sisalav przebiegał w odległości trzystu pięćdziesięciu metrów, a Aleja Qual ciągnęła się w odległości stu pięćdziesięciu metrów.

Wybuch oparów oleju wygryzł krater o średnicy dwustu metrów, głęboki aż do fundamentów, rozbebeszył budynek na kilometr w górę i wysadził wszystkie ładunki podłożone zgodnie z planem Jerycho. Fala uderzeniowa wymiotła wszystkie sprzęty z budynku aż na Sisalav i Qual, i wypluła na zewnątrz pozostających na parterze żołnierzy.

Zginęły wszystkie nie opancerzone stworzenia w budynku: trzysta dwadzieścia sześć tysięcy Indowy i osiem tysięcy Posleenów. Ładunki wybuchowe zadziałały planowo i skruszyły sto dwadzieścia głównych belek konstrukcyjnych.

Z zaskakującą gracją wysoki na milę budynek przechylił się na północny zachód i powoli, jak gdyby klękając na znak czci, upadł na Daltrev i zablokował Sisalav i Qual, miażdżąc przy tym południowo-wschodni kwadrant Daltrev.

Zgniótł jeszcze więcej Posleenów i całkowicie powstrzymał natarcie wroga z masywu na Qualtrev.

Zgodnie z przygotowanym wcześniej planem, kiedy po pięciu minutach zmechanizowane niedobitki kompanii Alfa i Bravo opuściły Qualtrev, wybuchły też ładunki w tym budynku. Budowla spoczęła w poprzek Alei Anosimo, oparła się o resztę Daltrev i uniemożliwiła Posleenom marsz przez sektor batalionu i wzdłuż głównej osi ataku na sektor siódmego regimentu kawalerii. Teraz niedobitki batalionu mogły bez przeszkód wesprzeć oddziały kawalerii.

O ile było jeszcze co wspierać.

* * *

Mike jęknął i otworzył oczy. Tak mu się przynajmniej zdawało, ale świat był tak samo czarny jak przedtem, a jemu kręciło się w głowie. Albo coś było nie w porządku z jego wewnętrznym uchem, albo leżał na plecach z nogami powyżej głowy.

— Poruczniku O’Neal — powiedział przekaźnik najmilszym głosem — nie oślepł pan, po prostu nie ma światła.

— Reflektory pancerza — wymamrotał oszołomiony Mike.

— Najpierw powiem panu, gdzie pan jest. Co pan pamięta?

— Ból głowy.

Przekaźnik poprawnie zinterpretował wypowiedź jako medyczną prośbę i wybrał trzy leki z apteczki.

— No — powiedział Mike po jakichś dwóch minutach walki z ciemnością — tak lepiej. A teraz powiedz, gdzie jestem? I włącz te cholerne światła.

— Co pan pamięta? — przypomniał pytanie przekaźnik.

— Wszedłem do magazynu w suterenie Qualtren.

— Pamięta pan, co się stało w suterenie?

— Nie.

— Pamięta pan sierżanta Reese’a?

— Tak. Żyje?

— Ledwo. Natknęliście się na Posleenów. Podczas ostrzału sierżant Reese przebił kinetycznym śrutem kilka beczułek oleju. Spowodowało to zapłon oparów, który z kolei doprowadził do wysadzenia ładunków Jerycho…

— Jestem pod Qualtren — Mike wyciągnął nagle przerażający wniosek.

— Tak, sir. Znajduje się pan pod około studwudziestosześciometrową warstwą gruzu.

28

Fort Indiantown Gap, Pensylwania, Sol III

00:25, 5 sierpnia 2002

Pappas miał otwarte oczy, wyprostowane plecy, splecione ręce i skupiony wyraz twarzy. Mimo to w rzeczywistości głęboko spał.

Było już po północy, kiedy autobus zajechał przed bramę Fort Indiantown Gap, pilnowaną przez członka żandarmerii wojskowej. Kierowca zdziwił się łuną ognia w oddali, ale pozdrowienie żandarma odciągnęło całą jego uwagę od płomieni. Wychylił się przez okno, żeby spytać, dokąd mają jechać rekruci i pozbawiony poczucia humoru sierżant, ale zanim zdążył otworzyć usta, żandarm już udzielił odpowiedzi.

— Nie wiem, gdzie mają jechać ci skurwiele, u kogo się mają zameldować ani co mam z nimi, kurwa, zrobić. Jeszcze jakieś pytania? — zapytał agresywnym tonem pilnujący bramy szeregowiec.

Pappas zamrugał oczami i zanim się jeszcze dokładnie rozbudził, wysiadł z autobusu i chwycił żandarma tak, że ten zadyndał na kołnierzu munduru bojowego.

— Co to jest, kurwa, za odpowiedź, szczylu? — wrzasnął.

Kolega żandarma zaczął się budzić i sięgnął po pistolet marki Berretta.

— Wyciągnij broń, a już w czwartek będziesz kruszył skały w Leavenworth, zasrańcu! — powiedział rozwścieczony Pappas i wpił w drugiego żandarma swoje piorunujące spojrzenie.

Żandarm przestał sięgać po broń, poderwał się na nogi i stanął na baczność.

— Dobra — powiedział Pappas, kiedy jego gniew trochę opadł — jaki macie, kurwa, problem, szeregowy?

Opuścił żandarma, tak że jego stopy dotknęły ziemi, ale nie zwolnił uścisku.

Szeregowy miał ostatnio mnóstwo okazji do ćwiczeń walki wręcz. Ale nigdy jeszcze nikt tak szybko go nie obezwładnił, i doświadczenie to było wstrząsające. Podoficer w szarym jedwabnym uniformie, który wskazywał, że jest jednym z nietykalnych żołnierzy Sił Uderzeniowych Floty, był górą mięśni. Nikłe oświetlenie i daleki blask płomieni zmieniły go w surrealistyczną postać o niemal pierwotnej sile i furii, niczym wulkan na dwóch nogach mocnych jak konary. Szeregowiec szybko jeszcze raz przemyślał swoją sytuację.

— Sierżancie — na pewno był to sierżant, choć trudno było dostrzec belki floty na jego ramieniu — mamy mnóstwo problemów…

— Nie chcę słuchać o problemach, szeregowy, chcę usłyszeć odpowiedzi.

— Sierżancie, nie mam żadnych. Przykro mi.

Na twarzy szeregowego niemal pojawiły się łzy, i sierżant musiał dostosować się do nowej sytuacji.

— Co tu się, kurwa, dzieje? — zapytał, puścił żandarma i wygładził kołnierzyk jego munduru.

Potem odwrócił głowę i spojrzał na odległe płomienie.

— Co tu się, kurwa, dzieje? — zapytał jeszcze raz i potrząsnął głową.

— Słuchaj… proszę posłuchać — poprawił się szybko żandarm. — Pieprzona sytuacja wymknęła się spod kontroli.

— Sierżancie — powiedział drugi żandarm — przykro mi, że tak spieprzyliśmy sprawę z tą odpowiedzią, ale naprawdę nie wiemy, gdzie wysłać pańskich żołnierzy.

Pierwszy żandarm pokiwał głową na znak zgody.

— Po pierwsze, w zeszłym tygodniu musieli przenieść parę jednostek, bo ich koszary spłonęły podczas zamieszek.

Wtedy część żołnierzy zwiała, a reszta mieszkała w otwartych koszarach. Kiedy chcieli ich przenieść, wybuchły o to zamieszki. A gdziekolwiek są rozruchy, zadymiarze biorą się do palenia baraków mieszkalnych, więc może już nawet nie być miejsca, gdzie można zakwaterować pańskich żołnierzy…

— Cholera jasna — szepnął były żołnierz piechoty morskiej.

Usłyszał, że rekruci wysiadają za nim z autobusu, i podniósł głos.

— Dajcie tu Stewarta, Ampele’a, Adamsa i Michaelsa. Reszta, ptaszyny, wracać do autobusu!

Podczas gdy dowódcy drużyny zbierali się, Pappas stał w przepisowej pozycji na spocznij i patrzył na migoczące płomienie. Lekko wydął wargi w zamyśleniu.

— Macie jakąś pomoc? — zapytał.

— Niewiele, sierżancie — powiedział żandarm. — Żołnierze trzech, czterech batalionów są spokojni, ale nawet z nimi są czasem problemy. I nie można ich użyć do tłumienia rozruchów, bo trudno by było odróżnić jagnię od wilka. — Szeregowiec urwał i potrząsnął głową. — Prawdziwy pierdolnik, sierżancie.

— Dla ciebie „panie sierżancie”.

— Dobra, prawdziwy pierdolnik, panie sierżancie.

Żandarm stłumił śmiech.

Pappas odwrócił się do zebranych dowódców drużyny.

— Mamy tu niezły burdel, chłopaki, ale musimy sobie dać radę. Najwyraźniej wojsko straciło kontrolę nad jednostkami. — Odwrócił się z powrotem do żandarma. — O ilu jednostkach mówimy?

— Dwie dywizje, kilka dodatkowych jednostek Korpusu i batalion uderzeniowy floty. Największe problemy mamy jednak z jednostkami posiłkowymi i kilkoma z batalionu piechoty. Sęk w tym, że większość starszych oficerów i podoficerów jeszcze tu nie dotarła, więc mamy tylko garstkę pieprzonych rekrutów i wyrzutków z innych jednostek. Gdybyśmy mieli pełny korpus oficerów i podoficerów, dalibyśmy sobie radę, tak przynajmniej twierdzi nasz komendant, ale dopóki wszyscy się nie zjadą, dalej tak będzie.

Pappas skinął głową i odezwał się znowu.

— Powiem wam, jak to załatwimy. Po pierwsze, nie zabieramy autobusu w ten pierdolnik. Więc musimy iść. Ale nie będziemy taszczyć plecaków, żeby się dowiedzieć, gdzie nas mają zakwaterować. Więc, Ampele, pierwsza drużyna pilnuje bagaży.

— Panie sierżancie…! — chciał zaprotestować pierwszy żandarm.

— Wyładujemy tu cały bagaż. — Rozejrzał się. — Tam, przy strumieniu. — Pokazał kierunek skinięciem głowy. — Siadać na tyłku i czekać na wsparcie. Jak znajdziemy nasze kwatery i jednostkę, przyślę transport i pluton po bagaże.

Ale bądźcie świadomi, że mogą was zaatakować.

Spojrzał na żandarmów, a oni kiwnęli głowami.

— Tak — powiedział całkiem już rozbudzony drugi żandarm. — Kręciły się tu już grupy uzbrojonych dezerterów.

Jak was zaatakują, będziemy was wspierać — ciągnął — ale nie możemy strzelać, dopóki nie otworzą do nas ognia — dodał kwaśno.

— Więc bądź gotowy na wszystko. Zostawiam cię tutaj, bo ufam, że nie dasz się kropnąć i nie zostawisz swoich ludzi. Niech ci się we łbie nie poprzewraca od tego pieprzonego komplementu. I lepiej dobrze pilnuj naszych bambetli. — Pappas pomyślał przez chwilę i postanowił zadać jeszcze jedno pytanie. — Hmm, przekazali wam coś o innych zasadach traktowania oddziałów floty uderzeniowej…?

— Tak, panie sierżancie — odpowiedział pierwszy żandarm. — Jesteście nietykalni. Na szczęście flota uderzeniowa nie sprawia większych problemów poza terenem koszar. — Urwał i zastanowił się przez chwilę. — No, bo dla mnie — dodał — CID to już inna historia.

— Dobra — powiedział Pappas. — Zabierzemy jeszcze trzy drużyny — skinął głową w odpowiednim kierunku — żeby dołączyły do formacji kontaktowej.

Wydął policzki w zamyśleniu.

— Wezmę trzech członków pierwszej drużyny jako grupę kwatery głównej. Idźcie powoli, marsz. Miejcie oczy otwarte i rozglądajcie się. Niech jeden zespół idzie przodem, a drugi go ubezpiecza. Rozmawiajcie ze sobą, nie ścieśniajcie się, ale i nie idźcie w rozsypkę. Jeśli jedna drużyna wpakuje się w coś, z czym nie będzie mogła sobie poradzić, niech pozostałe dwie udzielą jej wsparcia. Jak wpadniemy w cudze bajoro, będą z nas chcieli zrobić mięso armatnie, więc skopcie im dupę i nie cackajcie się z nimi, po prostu musimy się szybko przedrzeć przez teren obozu.

Wziął mapę, którą podał mu żandarm.

— Dobra — ciągnął, patrząc na mapę przy słabym oświetleniu, i żałował, że nie przysłano im jeszcze wojkularów.

— Jesteśmy pewnie przy tej drodze koło lądowiska dla helikopterów, tuż u podnóża gór. — Spojrzał w ciemność. — Zaraz przy ogniu.

Potrząsnął głową.

— Stewart — odwrócił się do drobnego szeregowca — druga drużyna ma swoje zadanie. Żadnego szabrownictwa po drodze; nie tylko jest to wbrew przepisom, ale też nie ma na to, kurwa, czasu. Zrozumiano?

— Tak jest, sir — powiedział młodzieniec.

Stał w przepisowej pozycji na spocznij, a jego twarz była śmiertelnie poważna.

— Nie mów do mnie więcej „sir”, Stewart — powiedział sucho Pappas. — Wygląda na to, że znowu muszę zarabiać na życie — westchnął ciężko. — Cóż, nie może być chyba gorzej niż w Wietnamie? — Zastanowił się przez chwilę. — Mają broń palną? — zapytał żandarma, pogrążony w myślach.

Szeregowy skrzywił się.

— Niewiele. Zasadniczo zabieramy broń, jak tylko się pojawi. Tylko to pozwala nam powstrzymać rozlew krwi.

Mają jednak dużo noży i pałek — ostrzegł.

Pappas kiwnął głową.

— Zabierajcie po drodze wszystko, co wygląda na broń. Kolejność marszu jest następująca: drużyny druga, czwarta i trzecia. Ja będę szedł między drugą i czwartą. Trzecia, Adams, niech uważa na trasę odwrotu. Jeśli zajdą nas od tyłu, będziemy musieli ich zgnieść.

— W porządku, sierżancie — powiedział były kapral szkoleniowy.

— Dobra, pamiętajcie, żeby się nie grupować, ale pozostawać w zasięgu wzroku innych drużyn. Przedstawcie swoim ludziom sytuację.

Urwał na chwilę i z rezygnacją potrząsnął głową. Miał ponurą minę.

— Kurwa, co za koszmar — dodał.

— Poradzimy sobie — powiedział z przekonaniem Stewart. — Mieliśmy szkolenie, mamy pracę zespołową i dowództwo.

Uśmiechnął się do sierżanta celowniczego, zastanawiając się, dlaczego dowódca jest tak wstrząśnięty całą sytuacją.

Pappas uśmiechnął się wesoło. Stewart natychmiast zrozumiał, że sierżant uznał jego wypowiedź za szczególnie durną.

— Stewart, jesteś idiotą — powiedział sierżant łagodnie i wskazał ręką na zbuntowane jednostki w oddali. — Za rok lub dwa ci skurwiele będą nas wspierać w walce. Pomyśl o tym. Co by się stało, gdyby Posleeni wylądowali jutro?

Szeregowiec odwrócił się, spojrzał na płomienie i podrapał się w głowę. Wydął policzki i huśtał się w przód i w tył w przepisowej pozycji na spocznij.

— No tak.

* * *

Pappas nie zauważył, kiedy Stewart podniósł dwa kije od miotły, ale sposób, w jaki kręcił nimi w obydwu rękach, zdradzał wyszkolenie, które zaskoczyło nawet doświadczonego podoficera. Stewart powalił na ziemię agresywnego pijanego żołnierza, zanim ten zdążył wrzasnąć, a dwóch innych członków drugiej drużyny zaciągnęło go w krzaki. Po usunięciu przeszkody pluton dalej zagłębiał się w wir.

Wydawało się, jakby płonął cały świat. Belki i deski wyrwane z baraków płonęły poukładane w stosy na podwórzach i placach apelowych. Ogień trawił sprzęty z mieszkań żołnierzy i ogrzewał jesienną noc.

Wszędzie szwendały się małe grupki rekrutów, czasem z butelką w ręku, a czasem popalając wonne substancje.

Odgłosy w ciemnościach mówiły także o innych uciechach, którymi umilano sobie czas. Ponieważ wyglądało na to, że rozkoszne igraszki odbywały się za zgodą wszystkich zainteresowanych, Pappas zignorował je. Szczerze powiedziawszy, zapewne nie wiedziałby, co zrobić, gdyby któraś ze stron nie wyrażała zgody. Misja polegała na odnalezieniu jednostki i dołączeniu do niej. Wtedy sprawy powinny pójść łatwiej. Taką przynajmniej miał nadzieję.

Nakazał gestem dłoni, żeby druga drużyna zatrzymała się, a pluton stanął wkoło. Żołnierze stanęli na zacienionym obszarze, trzymając mnóstwo różnych pałek w rękach. Dowódcy zespołów dołączyli do sierżanta pośrodku koła. Pappas wyciągnął mapę z kieszeni i ruchem ręki polecił żołnierzom przyjrzeć się jej w migotliwym świetle odległych płomieni.

— Żeby dostać się do celu, czyli do miejsca, w którym, jak sądzą żandarmi, jest nasz batalion, musimy przejść tędy.

Pokazał na plac apelowy za budynkami. Obiekt był zaznaczony na mapie jako dawne lądowisko dla helikopterów. Obecnie w najlepsze odbywało się tam wielkie przyjęcie, płonęły liczne ogniska, a wkoło szwendało się z dobre tysiąc osób, mężczyzn i kobiet.

— Możliwe, że nie natrafimy na opór, ale to tylko przypuszczenia. Moglibyśmy obejść teren dookoła, ale zeszlibyśmy z drogi, a prędzej czy później szczęście i tak przestałoby nam sprzyjać. — Wskazał ręką na miejsce, gdzie pijany żołnierz dochodził do siebie po uderzeniu. — Jestem otwarty na sugestie.

— A może po prostu przebiegniemy przez środek, jakbyśmy byli na ćwiczeniach? — zapytał Michaels. — Mało prawdopodobne, żeby zaczepili całą formację. Co pan o tym sądzi, sierżancie?

Stewart parsknął śmiechem.

— Widzisz tu kogoś na ćwiczeniach? — zapytał.

Adams potrząsnął głową.

— Wyjątkowo muszę się zgodzić ze Stewartem. Nie wydaje mi się, żeby ktoś tu odbywał trening. Byłoby nas widać jak na dłoni.

— A jeśli się zgrupujemy, możemy wyglądać na zagrożenie — zaznaczył Stewart i przymrużył oczy.

— Dobra, zrobimy tak… — zaczął Pappas.

— Sierżancie, przepraszam, mogę coś powiedzieć? — zapytał mały szeregowiec.

Jeszcze kilka dni wcześniej przerywanie instruktorowi musztrowemu byłoby nie do pomyślenia. Jednak obecna sytuacja nie tylko wymagała pomysłów, ale też, o dziwo, Stewart czuł się w tych warunkach jak w domu.

— Dobra — powiedział sierżant — słucham.

— Myślę, że ja i chłopaki moglibyśmy odciągnąć część z nich — powiedział szeregowiec, utkwił wzrok w odległym przyjęciu, a jego brew uniosła się w zamyśleniu. — Utworzylibyśmy coś w rodzaju korytarza, a reszta z was prześlizgnęłaby się.

— Jak? — Pappas patrzył, jak szeregowiec myśli.

Zauważył już, że podczas gdy on bił Stewarta na głowę w doświadczeniu i wiedzy, żołnierz wyprzedzał go znacznie w przebiegłości i podstępach.

— Przyłączymy się do nich — ciągnął Stewart, nieświadomy spojrzenia sierżanta. — Prawie wszyscy w drugiej drużynie jesteśmy z latynoskiej dzielnicy — ciągnął mały szeregowiec. — Jesteśmy tu ziomkami, czujemy się jak u siebie w domu. Moglibyśmy znaleźć się w samym środku przyjęcia — wskazał na libację — gdyby nic nam w tym nie przeszkodziło.

Odwrócił się, spojrzał na porucznika i dostrzegł wyraz szacunku w jego oczach.

— Mówisz teraz bardziej do rzeczy niż kiedykolwiek.

Podoficer skinął głową na znak zrozumienia.

— Ruszaj.

— Ale moglibyśmy… Znam kilka sposobów na zorganizowanie atrakcji, trochę sztuczek cyrkowych. Ja i chłopaki możemy przyciągnąć ich uwagę. To otworzy korytarz, którego pan potrzebuje.

— A jak się nie uda? — zapytał Pappas.

— Będziemy uciekać jak cholera — uśmiechnął się szeregowiec.

Pappas przyjrzał mu się uważnie.

— A kiedy dotrzesz do jednostki? — zapytał z oczywistą podejrzliwością w głosie.

Stewart potrząsnął głową z wyrzutem.

— Sierżancie, nie mówię, że urządzimy sobie małe przyjęcie. Będziemy musieli wmieszać się w tłum. Ale dołączymy do was wszyscy do świtu. Będzie trudniej się wydostać niż wejść. Odciągnięcie uwagi od was będzie najłatwiejszą częścią planu.

Pappas skinął głową i popatrzył z rozwagą na szeregowca.

— Hmm. — Wydął policzki w zamyśleniu. — Wiesz, Stewart, pewnego dnia będziesz musiał mi powiedzieć, jak przemyciłeś ten twój uliczny gang przez filtry osobowe floty uderzeniowej do mojego plutonu podstawowego. — Urwał. — Wykonać.

Stewart uśmiechnął się lekko.

— Ale nie dzisiaj — powiedział z przekonaniem.

— Nie dzisiaj — zgodził się podoficer. — Jednak nie ufam całkowicie twojej ulicznej mądrości. Kiedy tylko przedostaniemy się na drugą stronę, będziemy cię obserwować, aż uznam, że wszystko jest w porządku. Nie spiesz się, będziemy tam tak długo, jak trzeba.

— Poradzę sobie, sierżancie — powiedział szeregowiec z przekonaniem.

— Dobra, więc nie będziesz miał nic przeciwko temu, żebyśmy się przyglądali? — zapytał Pappas z uśmiechem.

Stewart potrząsnął głową z rezygnacją.

— Niech będzie, szefie.

— Dobra — powiedział podoficer. — Czas na zabawę.

* * *

Stewart wytarł ręce o jedwabny uniform, zrobił krok naprzód i poklepał stojącego przed nim żołnierza w szerokie ramię.

— Hola, ’migo, ¿dónde ’stá el licor?

Zadanie wymagało, jak widać, wysokich kwalifikacji w pewnych dziedzinach.

Wielki latynoski żołnierz parsknął i odwrócił się.

— Que chingadero quiere saber, cameron?

— Hej, dopiero co przyszliśmy. Muszę się napić.

W dłoni Stewarta pojawiła się dwudziestka. Członkowie drużyny przyjęli za nim postawę twardzieli. Włożyli dłonie za pasek lub do kieszeni, wysunęli biodra do przodu i rozglądali się. Wyglądali jak garstka ziomków szukających dobrej zabawy. Stewart włożył dwa kije od miotły za kołnierz kurtki. W razie potrzeby mógł je w jednej chwili wyciągnąć.

Wielki żołnierz zerknął na gang i jeszcze raz przemyślał sprawę. Mógł zawołać własnych zbirów, ale nie była to odpowiednia pora na walkę z nieznajomymi dziwakami. Żołnierz był niemal całkowicie pewien, że rozgniótłby drobnego przybysza jak pluskwę, ale nigdy nic nie wiadomo. Przybysz wyglądał na okropnie pewnego siebie.

— Trudno coś znaleźć, koleś — powiedział wielki żołnierz i pociągnął z butelki duży łyk tequili. — Zapytaj Maracone, tam przy trybunach, on zazwyczaj coś ma.

— Gracias — powiedział Stewart, a dwudziestka nagle zniknęła z kieszeni latynoskiego żołnierza.

— De nada — powiedział Latynos i odwrócił się do swoich kumpli.

— I co? — szepnął Wilson.

— Miał nóż — powiedział cicho Stewart — i jakiś pistolet.

— Miał — powiedział z uśmiechem zastępca dowódcy.

— Miał — potwierdził Stewart bez najmniejszych oznak rozbawienia. Był całkowicie skoncentrowany na misji. — Ubijemy interes.

Nawet z daleka z łatwością można było rozpoznać dealera. Wściekły mały szeregowiec, otoczony mięśniakami i grupą kobiet w mundurach przyciętych w taki sposób, że odsłaniały pępek i nogi poniżej ud. Kobiety na pewno marzły w zimną i wilgotną jesienną noc.

— Dobra — powiedział Wilson i odruchowo rozejrzał się po okolicy w poszukiwaniu zagrożenia.

Sprawdził, czy reszta drużyny jest na miejscu i czy też się rozgląda. Tak było, i Wilson z zadowoleniem kiwnął głową. Jak ująłby to sierżant, wszystko było tip-top.

— Potem urządzę pokaz połykania mieczy — Stewart dalej wyjaśniał plany i taktykę przyszłego działania, a Wilson dbał w tym czasie o bezpieczeństwo.

Taki podział obowiązków był warunkiem przetrwania na ulicach latynoskiej dzielnicy, ale ani Stewart, ani Wilson nie zdawali sobie sprawy, że przypominało to także relacje między oficerami i podoficerami.

— Jasne.

— Trzymaj — dyskretnie podał szeregowcowi mały pistolet.

Wilson ukrył się za plecami Stewarta i szybko sprawdził magazynek dwudziestki piątki.

— Osłaniaj mnie.

Stewart ruszył w stronę dealera. Drogę zagrodził mu jeden z jego ochroniarzy, ale dealer gestem dłoni nakazał mu odejść na bok. Była to demonstracja siły, która jednak obchodziła Stewarta nie bardziej niż zeszłoroczny śnieg.

Teraz, kiedy podszedł tak blisko, mógł powalić trupem dealera i przynajmniej dwóch ochroniarzy nawet bez wsparcia Wilsona. Ależ z nich pieprzeni amatorzy, pomyślał.

— Hola — zawołał z uśmiechem. — Co masz?

— A czego chcesz? — zapytał dealer znudzonym głosem. — Mam prawie wszystko.

— Potrzebny mi jakiś mocny trunek, koleś. Jesteśmy świeżo po treningu i przyda nam się coś, co daje niezłego kopa!

Uśmiechnął się jak głupi, mały rekrut na podstawowym szkoleniu. Tak, o to chodzi.

— To będzie sporo kosztować, koleś — powiedział dealer. — Trudno dostać towar. Ci pieprzeni żandarmi tylko patrzą, żeby mi zakosić zapasy.

— Hej — powiedział Stewart i wyjął zwitek banknotów. — Mam kasę, koleś. Masz jakąś dobrą tequilę?

— Jasne — uśmiechnął się mały żołnierz.

Machnął dłonią w stronę jednej z dziewcząt, która wyjęła butelkę z pomalowanej sprayem skrzynki na amunicję.

— To będzie sześćdziesiąt.

— Jezu — powiedział Stewart i potrząsnął głową. — To rozbój.

Odliczył odpowiednią ilość pieniędzy i wziął butelkę. Jeden łyk wystarczył, żeby się upewnić, że alkohol nadawał się do przeprowadzenia planu.

— Rany! Czas na odlot!

— Tak — powiedział kwaśno dealer. — Ale gdzie indziej. Ja mam innych klientów.

— Spoko, koleś, na razie.

Stewart uśmiechnął się znowu i wrócił do drużyny.

— Snajper na trybunach — szepnął Wilson. — Nie widzę karabinu, ale gdzieś tam jest.

— Możesz go zdjąć z tyłu?

— Nie tą pieprzoną małą Astrą. Może ty, ale też nie jednym strzałem. Zresztą ktoś obstawia tyły.

— No problemo. Ludzie zawsze chętnie podziwiają talenty — uśmiechnął się Stewart.

— Jesteś pieprzonym świrem, Manuel.

— Nazywam się James Stewart. Nie zapominaj o tym.

— Jasne, a ja jestem królewna Śnieżka.

— Chusteczki — powiedział Stewart bez komentarza i wyciągnął rękę.

Członkowie drużyny podali sobie kawałki materiału i przywiązali je na końcach złamanych kijów od miotły.

Skropione wysokoprocentową tequilą stały się gotowymi do podpalenia pochodniami.

— Nadchodzi nicość — powiedział Stewart i poszedł w stronę grupy, która obstawiała sekcję trybun z dala od dealera.

— Hej, chłopaki — powiedział do białych żołnierzy.

Patrzyli podejrzliwie, jak podchodzi. Skinął na przywódcę, przysadzistego, grubego sierżanta z fałdami tłuszczu na szyi.

— Wiecie, co by się przydało na tym przyjęciu? — zapytał Stewart donośnym, rozradowanym głosem.

— Pieprzony idiota? — zapytał przywódca.

Grupa roześmiała się z ciężkiego dowcipu.

Co za Einstein, pomyślał Stewart.

— Trochę rozrywki!

Wskoczył na trybuny i wypił haust tequili z butelki. Błysnął ogień zapalniczki i Stewart wypluł alkohol w chmurze płomieni. Buchający ogień oświetlił teren i rozległy się okrzyki podziwu.

— Panie i panowie — zawołał Stewart donośnym głosem. — Witamy na największym przedstawieniu na Ziemi!

Zadziwię i urzeknę was mocą iluzji i możliwościami umysłu! Moja moc nie zna granic!

Wyciągnął pałki, podpalił je i zaczął nimi kręcić.

* * *

— Dobra — powiedział Pappas — to sygnał. Przygotować się, ruszamy.

Oczekiwanie, aż Stewart zajmie pozycję, wydawało się wiecznością, ale kiedy wreszcie zaczęło się przedstawienie, tłum istotnie ruszył się z miejsca. Sierżant postanowił zrobić to samo.

— Drużyna czwarta, w stronę Stewarta, postarajcie się podejść możliwie najbliżej. Trzecia: idźcie do środka terenu. Kiedy czwarta zajmie pozycję, skręćcie do koszar. — Potrząsnął głową. — Wszyscy chcą zobaczyć tego pieprzonego małego idiotę.

* * *

Jeszcze nigdy nie występował przed tak liczną publicznością. Żołnierze najwyraźniej byli spragnieni rozrywki.

Wszystko szło dobrze. Sztuki cyrkowe zawsze zachwycały ludzi, a tequili wystarczyło, żeby żonglować i połykać ogień.

Kiedy już się rozkręcił z magicznymi sztuczkami, nadszedł czas na wielki finał. Dał znać Wilsonowi, który podwinął rękawy, stanął naprzeciw Stewarta i spojrzał na drużynę. Ktoś rzucił mu nóż, a on rzucił go do Stewarta.

Stewart odrzucił nóż z powrotem i tak zaczęli dwuosobową żonglerkę. Któryś z pozostałych członków drużyny zaśpiewał znaną piosenkę i cyrkowcy zatańczyli na trybunach, robiąc obroty i stając na głowie. Drużyna rzucała coraz więcej przedmiotów do żonglowania. Po piętnastu minutach Stewart podrzucał już czternaście przedmiotów, łącznie z płonącymi pochodniami i dwoma nożami. Stwierdził, że czas już kończyć. Skinął na Wilsona, wyskoczył w górę z uniesioną ręką i złapał garść przedmiotów przy wtórze gromkiego aplauzu.

* * *

— Sierżancie — powiedział Adams, przepychając się przez ścieśniony tłum. — Mamy problemy.

29

Prowincja Andata, Diess IV

00:19 czasu uniwersalnego Greenwich, 19 maja 2002

Nawet najdalsza droga zaczyna się od jednego kroku, pomyślał O’Neal. Reflektory pancerza przegnały ogarniającą go ciemność, ale widok pogiętej masy plastobetonu i gruzu był tak samo przygnębiający.

— Dobra, przyszedł ci do głowy jakiś pomysł? — zapytał przekaźnik.

— Tylko jeden. Jest mały otwór trzy i pół metra stąd, azymut sto dwadzieścia trzy i osiem dziesiątych stopnia.

Jeśli uda się panu tam przekopać, będzie pan mógł utorować sobie drogę do wyjścia przez wysadzenie małych otworów ładunkami aktywacyjnymi na pociskach grawitacyjnych.

— Co? Mam ich użyć jak materiałów wybuchowych? Jak?

— Jeśli umieści je pan w jednym miejscu, a potem do nich strzeli z pistoletu grawitacyjnego, rozszczepi to ładunek aktywacyjny antymaterii i uwolni energię w eksplozji.

— To brzmi… dziwacznie, ale jest prawdopodobne. Dobra, muszę się tylko dostać jakieś trzy, cztery metry w górę i na prawo. Jak mam się odwrócić? Nieważne… mam pomysł.

Jego prawa dłoń znajdowała się na szczęście w pobliżu pistoletu. Biomechaniczna muskulatura pancerza umożliwiła odrzucenie części gruzu na bok. Kiedy rękawica natrafiła na znaną rękojeść, Mike chwycił ją i przesunął lufę w stronę brzusznej części pancerza, która zdawała się najbardziej przygnieciona. Wyszeptał modlitwę do wszystkich bogów, którzy mogliby spoglądać na tę wyschniętą na pył planetę, i wystrzelił pojedynczą kulę w plastobetonową masę.

Wstrząs odbił się nieoczekiwanie głośnym echem w pancerzu. Pomimo dźwiękochłonnej warstwy wyściełającej pancerz Mike’owi zadzwoniło w uszach, jak gdyby ktoś włożył mu na głowę cynowy garnek i uderzył go pałką.

Przez chwilę poczuł luz, ale kiedy przekręcił się szybko w prawo i w lewo, znowu utknął. Gdyby nie miał na sobie pancerza, mógłby skulić ramiona i obrócić się. Z drugiej strony jednak gdyby nie miał pancerza, już by nie żył.

Zewnętrzne czujniki wskazywały bardzo niski poziom tlenu i duże stężenie toksyn aerozolowych, prawdopodobnie wskutek spalenia tak dużej ilości oleju rybnego. Z trudem skierował lufę do góry i odwrócił głowę na bok. Gdyby kula uderzyła w hełm albo resztę pancerza, zostałby skutecznie posiekany na miazgę. Wepchnął lufę możliwie najdalej w głąb rumowiska i jeszcze raz pociągnął za spust. Tym razem strzał nie był skuteczny i kula tylko trochę musnęła plastobeton, odbiła się rykoszetem i trafiła w pancerz. Pocisk relatywistyczny pozostawił głęboką, świecącą szramę w pancerzu ochronnym, który wcześniej odbijał tysiące kul o mniejszej prędkości. Ciepło zaczęło uciekać przez warstwę wyściełającą pancerz wspomagany.

Pomimo przerażenia spróbował znowu i tym razem skruszył oporny plastobeton. Obrócił się i znalazł się na brzuchu z głową lekko ku dołowi. Chociaż pancerz był przygnieciony w kilku miejscach, Mike’owi udało się po chwili poruszyć gruz, co było dowodem straszliwej mocy drzemiącej w pancerzu bojowym. Kiedy przez chwilę wiercił się w miejscu, kawał płyty, który przygniatał wcześniej jego lewe ramię, a teraz leżał w poprzek prawego, ześlizgnął się po nim z donośnym chrzęstem i odsłonił małą przestrzeń u góry na prawo. Włożył pistolet do kabury i wyciągnął rękę w kierunku dogodnego do zaczepienia się występu, który dostrzegł w świetle reflektorów. Ścisnął mocno wystający kawał ceramitu i gwałtownie podciągnął resztę ciała po skosie do góry i w prawo. Ponieważ okazało się, że jest to właściwa droga, postawił stopy na gruzie, spod którego się wydostał, i ruszył w górę. Po chwili gwałtownie zsunął się w tył.

Po dobrych kilku minutach zmagań i dwukrotnym użyciu pistoletu, kiedy mimo jego starań pancerz zaczepiał się o wielkie płyty, Mike dotarł wreszcie do obiecanej wolnej przestrzeni. Nad głową dostrzegł fragment jakiejś machiny niewiadomego przeznaczenia. Właśnie ten wielki, nie zidentyfikowany wynalazek Galaksjan utworzył dziurę. Mike wypił łyk wody i usiadł, żeby przemyśleć swoje położenie. Brak karabinu; zgubił go gdzieś podczas wybuchu. Naramienne granatniki zmiażdżone. Ich naprawa wymagała zwykłej wymiany części zapasowych, a Mike ich nie miał. Pozostałe sto dwadzieścia osiem uranowych kul kaliber 3 milimetry w penetratorach z aktywacyjnym ładunkiem antymaterii nie nadawało się do niczego, skoro nie było karabinu. Pistolet grawitacyjny i cztery tysiące pięćset kul. Dwieście osiemdziesiąt trzy granaty do użytku ręcznego lub z zastosowaniem wyrzutni. Tysiąc metrów cienkiej liny o wytrzymałości dziesięciu ton, klamra uniwersalna i dźwig. C-9, cztery kilogramy. Zapalniki. Różne materiały pirotechniczne i specjalistyczne materiały wybuchowe. Osobiste pole siłowe, bezużyteczne, jak sam stwierdził, przeciw broni kinetycznej, ale przydatne w innych sytuacjach. Pancerz dysponował zapasami powietrza, pożywienia i wody na następny miesiąc.

Niestety przy obecnym zużyciu energii zasilanie siądzie za dwanaście godzin; systemy tłumienia wstrząsów musiały pracować niezwykle wydajnie, żeby zniwelować skutki nie tylko wybuchu oparów, ale też przygniecenia gruzem. W połączeniu z napięciami podczas przeciskania się przez rumowisko zapowiadało to porażkę.

Mike wrzucił na ząb część racji żywnościowych pancerza. Ach, smażona wieprzowina z ryżem rozgotowanym na papkę. Semibiologiczna podszewka pancerza wchłaniała wszystkie wydzieliny ciała, wydzielany przez skórę wodór i tlen, martwe komórki naskórka, pot, mocz i inne nieczystości, a następnie przerabiała je na zdatne do oddychania powietrze, wodę pitną i żywność zaskakująco dobrej jakości. Jedzenie było nawet dosyć smaczne i urozmaicone; teraz na przykład mógł delektować się brokułami. Nie musiał się martwić niczym oprócz energii.

Cóż, gdyby przeprawa przez rumowisko miała trwać dwanaście godzin, Mike mógłby tego nie przeżyć. Przez ten czas powinien być już daleko za linią frontu. Gdyby był sam, już byłby martwy…

— Michelle, ilu członków batalionu jest pogrzebanych pod gruzami?

Sygnały sieci komunikacyjnej GalTechu mogły z łatwością przeniknąć rumowisko i dokładnie zlokalizować każdą jednostkę.

— Pięćdziesięciu ośmiu. Najstarszy stopniem jest kapitan Wright z kompanii Alfa. Kapitan Vero też został uwięziony, ale jest ciężko ranny i przekaźnik zaaplikował mu zastrzyk hibernacyjny. Trzydzieści dwie osoby przeżyją, jeśli dostarczy się je do szpitala w ciągu stu osiemdziesięciu dni. Są teraz w stanie hibernacji.

Mike kołysał pancerzem w przód i w tył, żeby znaleźć bardziej stabilną pozycję na stercie plastobetonu.

— Dobra, pokaż ich położenie na trójwymiarowej mapie i zaznacz stopnie wojskowe odpowiednim poziomem jasności. Uśpionych podświetl na żółto, przytomnych na zielono.

Kiedy mówił, przed oczami formowała mu się mapa. Większość ciężko rannych znajdowała się w pobliżu wybuchających oparów lub ładunków Jerycho.

— Czy inni też próbują się wydostać?

— Kilku. Przekaźniki dzielą się informacjami na temat możliwych rozwiązań. Na początku trudno było zacząć bez pistoletu, ale sierżant Duncan z kompanii Bravo zaproponował granaty.

— Połącz mnie z kapitanem Wrightem — powiedział Mike, zadowolony, że ktoś jeszcze mógł zastanowić się nad tym problemem.

— Tak jest, sir.

Przekaźnik zaćwierkał i rozległy się bezsilne, stłumione przekleństwa.

— Przepraszam, sir?

— Tak! Kto mówi? — Kapitan Harold Wright sprawdził wyświetlacz nad głową. — A, O’Neal. Pański wspaniały pomysł zadziałał wprost wyśmienicie. Moje gratulacje.

— Byłoby całkiem nieźle, gdyby nie ten wybuch oparów, sir — powiedział Mike ze smutkiem.

Ze sklepienia niszy obsypała się garstka pyłu.

— Właśnie dlatego trzeba przewidywać wszystkie ewentualności, poruczniku. Teraz batalion jest niezdolny do walki, nie mówiąc już o tym cholernym gruzie! Ma pan jeszcze jakieś fenomenalne pomysły?

— Może przedostaniemy się na peryferie, zbierzemy rannych i dołączymy do własnych linii? — zapytał retorycznie Mike.

— A niby jak pan to sobie wyobraża? — chciał wiedzieć kapitan.

— Przekaźniki mają plany, sir. Przedostałem się na wolną przestrzeń i staram się dotrzeć na obrzeża. Potem możemy wysadzić sobie przejście.

Kapitan Wright zastanowił się przez chwilę nad planem, który wyjaśnił mu przekaźnik.

— Dobra, to może się udać. Trzeba powiadomić podoficerów…

— Sir, przekaźniki mogą sporządzić plan ewakuacji na podstawie informacji o tym, kogo tu mamy i kto z nich może się wydostać. Mój przekaźnik ma znacznie większe możliwości niż pański. Jeśli pan sobie życzy, może kontaktować się z pańskim i pomagać w trudnych kwestiach…

— Jak pewien niezwykle pomocny porucznik?

— Nie tak miało to wszystko wyglądać.

— Cóż, jakkolwiek miało to wyglądać, według schematu, który przesłał mi pański pomocny przekaźnik, jest pan tu jedynym żywym porucznikiem. Moje gratulacje, drugi oficerze — podsumował kwaśno kapitan.

— Nie mam uprawnień dowódczych, sir.

— Teraz je pan ma. Poza tym według schematu jesteśmy w znacznej odległości od siebie. Ma pan na swoim obszarze trzydziestu pięciu żołnierzy. Kiedy zbierzecie się razem, możemy skorzystać z tuneli użytkowych, żeby się spotkać. Najpierw jednak musimy się stąd wydostać. Proszę się porozumieć z pańskimi ludźmi, zwłaszcza ze starszym sierżantem Greenem, dowódcą mojego drugiego plutonu. Niech się wydostaną z gruzu, a potem zgłoszą do mnie.

— Proszę uważać na poziom energii, sir — ostrzegł Mike i spojrzał na własny opadający wykres słupkowy. — U mnie jest już dosyć niski. Możemy uzupełnić energię, jak znajdziemy źródło, ale do tego czasu…

— Racja. Niech się pan upewni, że wszyscy to wiedzą. Naprzód, drugi oficerze.

— Tak jest, sir.

Przez kilka następnych godzin żołnierze kontaktowali się ze sobą i formowały się jednostki. Ci, którzy mogli się poruszać, otrzymali rozkaz uwolnienia całkowicie zaklinowanych kolegów. Pomysł z granatami sprawdził się nieźle, oprócz przypadku jednego nieszczęsnego szeregowca, który już po uzbrojeniu granatu odkrył, że nie może ruszyć ręką. Na szczęście technologia medyczna GalTechu pozwalała na regenerację utraconej dłoni, o ile tylko udałoby się wrócić do własnych oddziałów. Szczęśliwie ból trwał dość krótko, bo pancerz prawie natychmiast zapieczętował wyrwę i znieczulił rękę, ale to doświadczenie kosztowało szeregowca sporo dowcipów na jego temat. Było jeszcze gorzej, kiedy żołnierz przyznał się, że jego ostatnie słowa przed eksplozją brzmiały „To będzie bolało”.

Po siedmiu godzinach wszyscy żołnierze, których można było uratować, dotarli do tuneli użytkowych. Nie dotyczyło to, niestety, kapitana Wrighta i trzech innych ludzi z kompanii Alfa. Byli uwięzieni w straszliwej stercie kawałków ciężkiej maszynerii. Pomimo licznych prób żołnierzy nie udało się wydostać z kupy złomu. Kiedy wyciągnięto już wszystkich innych, kapitan Wright polecił uwięzionym uruchomić system hibernacyjny, przekazał dowództwo w ręce porucznika O’Neala i sam poszedł w ich ślady.

O’Neal przyjrzał się grupie przygnębionych żołnierzy zebranych w głównym kanale wodociągowym.

Spłaszczona rura była rozbita na kawałki i zwisała w dół jaskini, którą wydrążyli żołnierze w ciągu ostatnich kilku godzin. Jeden z dowódców drużyny poszedł do drugiego końca tunelu i stwierdził, że był zablokowany właśnie na trasie, którą mogliby wybrać.

— Sierżancie Green.

— Tak, sir?

— Niech żołnierze coś zjedzą i sprawdzą broń i pancerze. Niech załadują karabiny i pistolety i zajmą się zwykłymi zadaniami. Przez ten czas powinienem dokładnie poznać teren i wtedy wydam rozkazy operacyjne.

— Tak jest, sir.

— Dobra, jeden problem z głowy. Oby tak dalej, a wszystko będzie dobrze.

— Michelle, kto z dowództwa pozostał przy życiu?

Mike nacisnął klawisze kontrolne na lewym przedramieniu i wyświetlił kolorowy schemat poziomu energii w pancerzach żołnierzy. Obejrzał go i skrzywił się. Naładuj albo giń, pomyślał z nutą czarnego humoru. Nie jesteśmy króliczkami Energizera.

— Major Pauley dowodzi obecnie niedobitkami batalionu.

— Dobra, połącz mnie. Gdzie oni są?

— Jednostka cofnęła się jakieś sześć kilometrów bezpośrednio w stronę głównej linii obrony.

— Co? A gdzie jest kawaleria?

— Jednostki amerykańskiej kawalerii rozpoczęły ogólny odwrót w głównej linii obrony. Ich siła bojowa spadła do trzydziestu procent. W innych okolicznościach należałoby je uznać za niezdolne do walki.

— Wyświetl.

Lokalny schemat zmienił się i ukazał masę czerwieni, połączoną z cienką linią zieleni. Linia nieznacznie przerywała się w kilku miejscach, a we fragmencie od strony lądu była duża przerwa oddzielająca główną masę od kolejnego małego fragmentu zieleni. Wyrwa zwiększała się i było jasne, że czerwień Posleenów wkrótce otoczy ścigane zielone jednostki pancerzy wspomaganych.

— Nadal się jeszcze wycofuje — powiedział Mike, patrząc, jak jednostka pancerzy wspomaganych przesuwa się ku wątpliwemu schronieniu, jakie mogła dać główna linia obrony.

— Tak.

— Czy ma kontakt z przełożonymi? — zastanawiał się na głos porucznik.

— Nie mam możliwości monitorowania komunikacji z dowództwem — stwierdził przekaźnik.

— Świetnie. Połącz mnie.

— Linia jest w tej chwili zajęta. Połączę, jak się zwolni.

— Dobra.

Mike znowu przyjrzał się schematowi, odruchowo rozprostowując i zaciskając dłoń. Przekaźnik automatycznie dostosował opór rękawicy do oporu, jaki stawiałby przyrząd gimnastyczny, którego zwykle używał Mike.

— Czy schemat tej nieprzerwanej czerwonej masy jest dokładny, czy może są w niej jakieś wyrwy?

— Informacja opiera się na odczytach z sensorów audiowizualnych, więc jest dość dokładna. Proponuję przed wydostaniem się na powierzchnię odejść daleko od terenu bitwy.

Przekaźnik podświetlił na mapie obszary o prawdopodobnie małej liczbie Posleenów.

— Dobra, gdzie jest najbliższy kanał odpływowy? — zapytał Mike. — Musimy się stąd jakoś wydostać. — Urwał na chwilę i dwa razy zacisnął rękawicę. — Hej, skąd, u licha, wytrzasnęłaś teraz tę informację, a nie wiedziałaś tego przed atakiem? — zapytał z gniewem.

— O czym pan mówi? — zdziwił się przekaźnik.

— Kiedy czekaliśmy na atak Posleenów, mogłem liczyć tylko na strzępy informacji od Indowy i Himmitów.

— Pytał pan o dane wywiadu batalionu — powiedział przekaźnik.

— Tak — potwierdził niecierpliwie Mike.

— Nigdy nie pyta pan mnie — powiedział przekaźnik.

Mike prawie wyczuł w tym pretensję. Zastanowił się nad tym i miał ochotę po prostu skończyć rozmowę.

W chwilach takich jak ta nienawidził pancerzy wspomaganych. Gdyby nie miał na sobie tony ceramitu i plastycznej stali oraz grubego na pięć centymetrów hełmu, mógłby palnąć się w czoło, uderzyć głową w mur albo przynajmniej pokiwać nią. W obecnej sytuacji stał jednak tylko w miejscu i czuł się jak idiota. Wziął głęboki wdech.

Wydmuchane powietrze zwiększyło ciśnienie w małej niszy wokół jego ust. Nie mógł już być bliżej namacalnej porażki.

— Michelle, wypełniasz ciągłe raporty? — zapytał zmęczonym głosem.

— Nie, transmisje jednostki są kontrolowane, dostępne są tylko lokalne przekazy.

System lokalnych transmisji pancerza korzystał z kierunkowych impulsów jednookresowych transmisji podprzestrzennych. Transmisje przekazywano przez sieć z jednego pancerza do drugiego, który znajdował się właśnie w zasięgu wzroku. Informacje obiegały członków batalionu na takiej samej zasadzie, jak pakiety danych krążą w Internecie. Ponieważ transmisja po prostu przechodziła z jednego pancerza do drugiego, zużywana energia była niewielka, a ryzyko wykrycia albo zakłócenia prawie zerowe. Posleeni mogliby przechwycić przekaz tylko wtedy, gdyby znajdowali się już w obrębie batalionu.

— Dobra. Kiedy tylko skontaktujemy się z dowództwem, co nastąpi już wkrótce, chcę, żebyś przesłała mi pełny raport. Wszystkie dane. A co z kanałami ściekowymi?

— Nie ma głównych kanałów odpływowych. Istnieją rury neutralizujące toksyczne chemikalia, ale odradzam ich użycie. Mogłyby uszkodzić pancerz.

— W takim razie jak mamy się wydostać? — zapytał zdezorientowany O’Neal.

Michelle jasno stwierdziła wcześniej, że ma jakiś plan.

— Przez sieć wodociągową.

— Sieć jest zamknięta. Jeśli otworzymy tunel, woda wyrzuci nas i będzie nam bardzo trudno wrócić. Można wyłączyć dopływ wody? — zapytał.

Przyjrzał się schematowi systemu wodociągowego. Woda wpływała z oceanu przez rozmieszczone wzdłuż wybrzeży stacje przetwarzania. Od wody oddzielano plankton i sole mineralne, które były następnie przetwarzane, a oczyszczoną ciecz pompowano do megalopolis. Mimo że większość niezbędnych do życia produktów odzyskiwano wewnątrz miast, znaczną ilość wody tracono w procesie parowania, co stworzyło potrzebę budowy przeogromnego systemu uzupełniania zasobów. Tunele biegły przez całą megalopolis, łącząc się i przecinając w ogromnej sieci wodociągowej.

— Nie można wyłączyć przepływu wody — przekaźnik odpowiadał na pytania w odwrotnej kolejności niż je zadano. — Posleeni uzyskali kontrolę nad większością systemów pompowania między naszą pozycją a morzem i rozpoczęli instalację własnych sterowników sprzętu i oprogramowania. Poza tym nawet gdybyśmy wyłączyli stacje pomp, musielibyśmy borykać się z falą powrotną z megawieżowców.

— To jak sobie poradzimy?

— Nie mam obecnie żadnego planu — przyznał zapędzony w kozi róg przekaźnik.

— Cóż, ja też nie. Zajmiemy się tym w swoim czasie.

* * *

Duncan podrapał się po hełmie. Zewnętrzne czujniki wskazywały, że w tunelu wystarczy tlenu do oddychania, ale pluton zużyłby go szybko, gdyby hełmy zdjęto. Sytuacja była do dupy, zważywszy że bardzo chciało mu się zapalić Marlboro.

— Daj mi sierżanta Greena — powiedział do przekaźnika i spojrzał na nowego porucznika.

O’Neal wyglądał, jakby dostał skurczów, kiedy tak zaciskał i rozluźniał dłonie. To był ten sam koleś z dywizji; przez ostatni miesiąc, kiedy nagle szaleńczo zwiększono intensywność szkolenia, kręcił się w pobliżu batalionu.

Batalion w żaden sposób nie mógł jednak osiągnąć gotowości bojowej szybciej niż w dwa miesiące, skoro przebimbał tyle czasu na statku. Po prostu porwali się z motyką na słońce. Z drugiej strony szkolenie, które przeprowadził Wiznowski, naprawdę pomogło. Żałował, że nikt nie zmusił pułkownika, żeby go posłuchał; Wiz naprawdę zna się na rzeczy.

— Na co patrzy O’Neal? — zapytał.

Odkrył wcześniej, że wszystkie przekaźniki były ze sobą połączone i czasem można było odczytać, nad czym pracują inne systemy.

— Nie mogę uzyskać dostępu do jego systemu — odpowiedział przekaźnik.

— A sierżant Green? — zapytał Duncan i kopnął gruz na drodze.

Odłamki plastycznej stali poturlały się w świetle reflektorów pancerza i odbiły od blokującego tunel rumowiska.

— Rozmawia z sierżantem Wiznowskim.

— Spróbuj się włączyć.

Był przekonany, że pozwolą mu włączyć się do rozmowy. Podczas podróży jego drużyna była jako pierwsza poddana tajnemu szkoleniu Wiznowskiego, i Duncan nawiązał z nim wtedy dobre stosunki.

— Słucham, Duncan — zapytał Green zmęczonym głosem.

— Wiadomo, co mamy robić? — spytał.

Widział obydwu podoficerów po drugiej stronie tunelu. Sprawdzali blokadę, a strużka wody pod ich stopami lśniła w świetle reflektorów pancerza.

— Poniekąd. Właśnie rozmawiam o tym z Wiznowskim. Porucznik mówi, że możemy się stąd wydostać przez system wodociągowy. Musimy podzielić żołnierzy na drużyny. Weź siedmu, Bittana i Sanborna ze swojej drużyny i inżyniera. Dam Breckerowi jego własną drużynę.

Pojawiły się nazwiska żołnierzy rozsypanych po całym tunelu, a ich pancerze podświetliły się. Duncan wybrał jedno z nazwisk, a na ekranie wizyjnym ukazała się kaskada danych.

— Dobra, niech będzie. Jedno pytanie: czy ten skurwiel — skierował wskaźnik laserowy na porucznika — w ogóle wie, co mamy, do diabła, robić, czy będziemy musieli mu skopać dupę?

Ostatnia uwaga miała być w zamyśle żartem, który się jednak nie udał, kiedy rozmówcy zdali sobie sprawę z sytuacji, w jakiej się znaleźli. Byli uwięzieni pod stumetrową warstwą pieprzonego gruzu, a na powierzchni roiło się od Posleenów. Zasadniczo siedzieli w gównie. A dowodzący nimi oficer był całkowicie nieznany w całym batalionie.

O’Neal przestał zaciskać dłonie i stał teraz jak posąg. Zdawało się, że pokryta kamuflażem powierzchnia jego pancerza pochłania całe światło w tunelu. Nagle zniknął, a po chwili znowu pojawił się w zasięgu wzroku. Pancerz oficera najwyraźniej wykonywał jakieś analizy. Green odwrócił się do Wiznowskiego i przez moment prowadził jakąś prywatną rozmowę. Po chwili Wiz rozłożył ręce w geście rezygnacji.

— Duncan — powiedział Wiznowski dziwnie napiętym głosem. — Jeśli sprawisz jakiś kłopot temu karłowatemu sukinsynowi, to on ci skroi dupę, i to tak szybko, że się nawet nie zorientujesz, kiedy. Powiem krótko. Jak ci się, do cholery, wydaje, skąd mam tak wspaniałą wiedzę na temat wszystkiego, co jest potrzebne do obsługi pancerzy?

Krótki śmiech drugiego oficera był wyraźnie słyszany przez sieć komunikacyjną.

— Aha! — powiedział Duncan.

Szokująca swoim bogactwem wiedza Wiznowskiego była przedmiotem wielu dyskusji. Przypuszczano, że po prostu umiał lepiej posługiwać się przekaźnikiem. Zawsze podczas szkolenia, gdy padało jakieś pytanie, jego przekaźnik znał odpowiedź.

— Jak, u licha… — zaczął.

— Za każdym razem, kiedy trenowaliśmy, O’Neal siedział w swojej kabinie i nadzorował wszystko, jakbyśmy byli jego kukiełkami na sznurkach. Do cholery, w większości przypadków, kiedy Wiznowski odpowiadał na pytania, w rzeczywistości robił to O’Neal. Zazwyczaj był nawet obecny. Wystarczyło nakazać waszym przekaźnikom, żeby go nie „widziały”.

— Cholera.

— Więc — powiedział sierżant Green — porucznik wie, co robi. Lepiej zajmij się własnymi pieprzonymi zadaniami, zamiast wtrącać się do jego pracy.

Podoficer potrafił być zgryźliwy, kiedy chciał.

— Dobra, jeszcze tylko jedna kwestia.

— Co? — zapytał sierżant Green.

— Wymyśliłem, jak stąd wyjść. Na wypadek, gdyby porucznik pytał.

— Dobra, przekażę mu. A tak z ciekawości, coś ty wymyślił?

— No więc moglibyśmy umieścić za nami osobiste pola siłowe i odblokować tunel — powiedział i wskazał na rumowisko — to by zalało ten obszar jak komorę powietrzną.

— Dobra — powiedział sierżant Green i jeszcze raz spojrzał na stertę. — Przekażę porucznikowi. A teraz zbierz swoją drużynę.

— Się robi — powiedział Duncan i odszedł od ściany. — Mam tylko nadzieję, że porucznik będzie wiedział, co robić potem — skończył.

* * *

Sierżant Green podszedł do miejsca, gdzie stał porucznik O’Neal. Jednolity pancerz dowódczy poruszył się, co oznaczało, że porucznik zauważył sierżanta.

— Sir — powiedział Green na tajnym kanale — możemy porozmawiać?

— Jasne, sierżancie. Chyba powinienem nazywać pana moim zastępcą. Ale jakoś nie czuję się jak dowódca.

Mówił zdecydowanym głosem z wymuszoną nutką humoru, ale w tle przebijało zmęczenie.

— Chyba obydwaj zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę, poruczniku — powiedział podoficer.

— Tak, ale nie wolno nam zatonąć, sierżancie. Właśnie dlatego zarabiamy tak dużo forsy — powiedział oficer tonem podnoszącym na duchu.

Green był dla O’Neala w pewnym sensie zagadką. Nie uczestniczył w programie szkoleniowym Wiznowskiego, więc Mike nie miał okazji poznać jego metod. Wydawał się jednak bardzo ambitnym i zdolnym podoficerem. Lepiej, żeby tak było.

— Zgadza się, sir. Dobra, problem polega na tym, że żołnierze wiedzą, że siedzimy po uszy w gównie, sir, a ja nie mam pojęcia, co z tym zrobić. Była jedna propozycja, ale moim zdaniem jest dosyć wątpliwa.

Green przedstawił Mike’owi sugestię Duncana. Mike kiwnął głową i odbył krótką rozmowę z przekaźnikiem.

— Tak — powiedział. — Chyba się uda. Proszę podziękować Duncanowi, znowu coś mu zawdzięczam. Musimy jednak być pewni, zanim skoczymy w ogień. Zaczniemy, kiedy tylko porozumiem się z dowództwem.

— Może pan nawiązać łączność przez te wszystkie skały?

Green był zadowolony, że dowodził nimi właśnie ten porucznik. Najwyraźniej nie tylko znał się na rzeczy, ale chętnie też przyjmował dobre propozycje. Na początku rozmawiał tylko z Wiznowskim, ale Wiz był oficjalnym ekspertem batalionu. Kiedy Wiz powiedział Greenowi, skąd pochodziły wskazówki i ekspertyzy, porucznik zyskał szacunek w oczach podoficera. Zastanawiał się, ilu jeszcze dowódców kompanii dało się w ten sposób zwieść.

— Jasne — powiedział bez namysłu Mike — komunikatory działają nie tylko w zasięgu wzroku i po prostu wchodzą na odpowiednią częstotliwość.

— Rozumiem, sir. — Natychmiastowa odpowiedź była kolejną podnoszącą na duchu oznaką kompetencji oficera. — Dobra, kiedy zaczniemy operację, sir?

— Wkrótce. Sądzi pan, że byłoby lepiej wyruszyć od razu, czy najpierw odpocząć, a dopiero potem wyruszyć?

Mike wyświetlił schemat proponowanej trasy w taki sposób, żeby obaj mogli go zobaczyć.

— A czy będziemy się mogli zatrzymać gdzieś po drodze, sir?

Powinien lepiej orientować się w schematach, ale brak przeszkolenia w zakresie działania systemu wciąż dawał mu się we znaki.

— Chyba tak.

Mike podświetlił kilka możliwych miejsc odpoczynku.

— W takim razie proponuję, żeby wyruszyć jak najszybciej, sir. Żołnierze są podenerwowani i jeśli nie przemieścimy ich na otwartą przestrzeń, zaczną wariować. I tu pojawia się drugi problem.

— Jasne, sierżancie, broń i energia.

Pięćset kilometrów! Siedemdziesiąt dwie godziny! Mówiłem im, żeby używali antymaterii!

— Tak, sir, albo raczej brak broni. Większość z nas nie ma nawet pistoletu.

— Cóż, na razie broń nie jest nam potrzebna, a później coś znajdziemy, niech się pan nie martwi. A co z tą drugą grupą, gdzie oni są?

— Sierżant Brecker dowodzi osiemnastoma ludźmi, sir, w tym dwoma inżynierami. Byli około dwustu metrów dalej, w innym tunelu. Przekopują się teraz do nas.

— Kiedy tu dotrą, rozpoczniemy drugą fazę. Potrzebuję tych inżynierów, ale przydadzą się też wszyscy inni.

— Poruczniku O’Neal — wtrącił się przekaźnik. — Major Pauley może już z panem rozmawiać.

— Dobrze, połącz mnie. Sierżancie, proszę nakazać żołnierzom, którzy nie pracują nad ewakuacją, żeby kopali tunel w stronę sierżanta Breckera i jego ludzi. Muszę porozmawiać z batalionem.

— Tak jest, sir.

W głosie sierżanta wyraźnie zabrzmiała ulga. Zaczął ze swoimi podkomendnymi przekopywać się do drugiej grupy, zadowolony, że misja była jasno określona.

* * *

Przekaźnik zaćwierkał na znak rozpoczęcia nowego połączenia.

— Majorze Pauley, mówi porucznik O’Neal.

— O’Neal? Czego chcesz, do cholery?

— Sir, dowodzę obecnie żołnierzami, którzy przeżyli wybuch i są pod Qualtren. Oczekuję rozkazów, sir.

Mike patrzył, jak podoficer prowadzi grupę przez rumowisko. Pierwszy żołnierz w pancerzu, który dotarł do przeciwległego krańca tunelu, chwycił i wyciągnął kawałek gruzu. Sterta natychmiast się osunęła i zapadł się fragment stropu, przysypując w jednej chwili innego żołnierza. Wśród przekleństw na prywatnym kanale Green, wymachując rękami, nakazał grupie pracować z większą ostrożnością.

— A kto, u diabła, dał ci dowództwo? — zapytał stanowczo oficer przez sieć komunikacyjną.

— Kapitan Wright, sir — odpowiedział O’Neal.

Oczekiwał wprawdzie pewnego oporu, ale surowość głosu Pauleya zbiła go z tropu.

— A gdzie jest Wrigth, do cholery?

— Mogę złożyć raport, sir?

— Nie, cholera. Nie chcę twojego przeklętego raportu. Pytam, gdzie jest kapitan Wright.

Oficer dyszał dziwnie, jak podczas obscenicznej rozmowy telefonicznej.

— Kapitan Wright jest nieosiągalny za pomocą dostępnego nam sprzętu, majorze. Powierzył mi dowództwo nad żołnierzami, którzy mogą się poruszać, a sam wprowadził się w stan hibernacji.

— Niech mnie szlag trafi, jeśli pozwolę dowodzić moim wojskiem jakiemuś sierżantowi nie wiadomo skąd — powiedział major łamanym głosem, a jego wypowiedź zakończyła się wysoką, urwaną nutą. — Gdzie, do diabła, jest reszta oficerów?

— Jestem tu jedynym oficerem zdolnym objąć dowództwo, majorze — odpowiedział rozsądnie O’Neal. — Jest tu jeszcze tylko czterech starszych sierżantów i pięciu sierżantów, sir. Tylko ja jestem oficerem.