/ Language: Polski / Genre:sf / Series: Szpital kosmiczny

Stan zagrożenia

James White

Gdy w Szpitalu pojawia się stażystka z Sommaradvy, nic nie zapowiada kłopotów. Wielogatunkowe środowisko jest jednak dla Cha Thrat zaskoczeniem, a zasady, którymi się kieruje, różnią się od wpojonych jej surowych reguł etycznych. Mimo sympatii otoczenia Sommaradvanka popada więc ciągle w kłopoty. Czy wyprawa na Goglesk, w trakcie której Cha Thrat opiekuje się uzdrawiaczem Khone'em, a następnie odkrywa rasę przemierzających kosmos inteligentnych pasożytów, coś zmieni? Czy uratuje jej stojącą pod znakiem zapytania karierę?

James White

Stan zagrożenia

Code Blue-Emergency

Przekład Radosław Kot

Rozdział pierwszy

Lekko rozmazana plama blasku oznaczająca Szpital Kosmiczny rosła na ekranie pokładu rekreacyjnego. Dowódca statku siedział obok Cha Thrat, która z podziwem, zdumieniem i niepokojem patrzyła na rozrastającą się coraz bardziej konstrukcję i kolorową grę tych świateł, które potrafiła dojrzeć swoimi oczami.

Dowódca Chiang, który — jak już wiedziała — nosił stopień majora Korpusu Kontroli i służył w sekcji Komunikacji i Kontaktów Międzykulturowych, peszył ją czasem swoim zachowaniem bardziej pasującym do wojownika niż stróża porządku. Teraz dotrzymywał jej towarzystwa, gdyż zgodnie z dziwną ziemską logiką uznał, iż tego właśnie się po nim oczekuje. Wcześniej chciał uhonorować Cha, zapraszając ją na mostek, aby stamtąd mogła obejrzeć dokowanie w Szpitalu, jednak ona nie była w stanie wejść do tak małego i zatłoczonego na dodatek pomieszczenia. Dowódca porzucił więc swój posterunek i udał się wraz z nią na pokład rekreacyjny.

Oczywiście było to nonsensowne marnowanie czasu, sugerujące, że społeczność majora jest silnie rozwarstwiona, jednak Chiang zdawał się czerpać niejakie zadowolenie z tego poświęcenia, poza tym był jej pacjentem.

Boczny panel przekazywał przyciszone rozmowy z mostka, lecz mimo włączonego autotranslatora, dzięki któremu Cha rozumiała każde słowo z osobna, całość wygłaszanych technicznym żargonem kwestii pozostawała dość tajemnicza. Nagle w głośniku rozbrzmiał nowy, silny głos, a na ekranie pojawiła się podobizna jakiejś niemile owłosionej istoty.

— Tutaj centrum recepcyjne Szpitala — odezwała się natychmiast owa istota. — Proszę podać swoje dane, poinformować, czy na pokładzie znajduje się pacjent, gość czy członek personelu, określić stopień pilności i typ fizjologiczny. Jeśli nie znacie zasad klasyfikacji fizjologicznej, proszę o pełen kontakt na wizji, który pozwoli nam wstępnie się zorientować.

— Tutaj statek kurierski Korpusu Thromasaggar — odezwał się oficer z mostka. — Mamy zamiar zadokować na krótko, aby wysadzić jednego pacjenta i lekarza. Pacjent i załoga reprezentują ziemski typ DBDG. Pacjent może chodzić, w trakcie rekonwalescencji, bez pilnej potrzeby opieki lekarskiej. Lekarz to ciepłokrwisty tlenodyszny DCNF bez specjalnych wymagań środowiskowych dotyczących temperatury, ciążenia czy ciśnienia atmosferycznego.

— Poczekajcie chwilę — powiedziała obrzydliwa istota i na ekranie ponownie pojawił się obraz Szpitala.

Cha pomyślała, że to o wiele milszy widok.

— Co to było? — spytała Kontrolera. — Wygląda jak… scroggila, jeden z gryzoni mojej planety.

— Wiem, widziałem je na obrazkach — odparł oficer, wydając dziwne szczekliwe odgłosy, które u tych istot oznaczały rozbawienie. — To nidiański DBDG. Ma masę równą prawie połowie masy człowieka i bardzo podobny metabolizm. Należy do zaawansowanego technologicznie gatunku o bogatej kulturze, zatem podobieństwo do przerośniętego gryzonia jest mylące. Nauczysz się niebawem współpracować ze znacznie bardziej osobliwymi stworzeniami…

Przerwał, gdy Nidiańczyk znowu pojawił się na ekranie.

— Kierujcie się oznaczeniami o kodzie niebieski—żółty — niebieski — oznajmił. — Pacjenta i lekarza wysadźcie w śluzie sto cztery, a potem przesuńcie się za znakami o kodzie niebieski — niebieski — biały do osiemnastki. Na majora Chianga i Sommaradvankę będzie czekać już nasza delegacja.

Ciekawe, w jakim składzie? — pomyślała Cha.

Dowódca przekazał jej wcześniej wiele informacji o Szpitalu, jednak większość z nich brzmiała wręcz niewiarygodnie. Gdy krótko potem weszli do przedsionka śluzy, nadal nie docierało do niej, że gładka, sięgająca obu stojącym obok ludziom do pasa półkula to nie mebel, ale jeszcze jedna inteligentna istota.

— Porucznik Braithwaite z gabinetu naczelnego psychologa, technik Timmins, który będzie odpowiedzialny za twoje zakwaterowanie, oraz doktor Danalta, dowódca załogi medycznej statku szpitalnego Rhabwar — przedstawił całą trójkę Kontroler.

Cha nie potrafiłaby odróżnić obu ludzi, gdyby nie pewne szczegóły oznaczeń ich mundurów. Zielone coś na podłodze wzięła ostatecznie za dekorację. Możliwe, że mają tu zwyczaj żartować sobie z przybyszów, pomyślała i postanowiła chwilowo nie reagować.

— A to jest Cha Thrat — dodał oficer. — Uzdrawiaczka z Sommaradvy, która dołączy do personelu Szpitala.

Obaj Ziemianie unieśli dłonie, lecz opuścili je, gdy Chiang pokręcił głową. Cha uprzedziła go już, że według jej zwyczajów ściskanie górnych kończyn na powitanie uchodzi za gest wręcz nieprzystojny i że na wstępie wolałaby otrzymać dokładne informacje o statusie napotkanych osób. Kontroler rozmawiał z oboma mężczyznami jak z równymi, ale tak samo zwracał się nieraz do podwładnych na pokładzie statku. Bardzo beztrosko jak na kogoś dysponującego realną władzą…

— Timmins dopilnuje, aby twoje bagaże zostały umieszczone w kwaterze — rzekł oficer. — Nie wiem jednak, co zaplanowali dla nas Danalta i Braithwaite.

— Nic szczególnie fatygującego — odparł Braithwaite, gdy drugi Ziemianin odszedł. — W Szpitalu mamy teraz środek dnia i kwatera nie będzie gotowa przed wieczorem. Pan, majorze, jest po południu umówiony na badanie. Cha Thrat ma być obecna, bez wątpienia po to, aby odebrać komplementy naszych lekarzy za bardzo udaną operację na przedstawicielu innego gatunku. — Spojrzał w jej stronę i czemuś skinął lekko głową. — Zaraz potem jesteście oboje umówieni u naczelnego psychologa. Cha na rozmowę orientacyjną z O’Marą, pan dla sprawdzenia, czy urazy fizyczne nie zostawiły śladów w psychice, co będzie jednak czystą formalnością, jak wiem. Niemniej do tego czasu… nie jesteście głodni?

— Owszem — przyznał Chiang. — I chętnie powitalibyśmy jakąś odmianę po pokładowej kuchni.

— Widać, że nie byliście jeszcze w naszej stołówce — odparł ze śmiechem Ziemianin. — Ale nie martwcie się, robimy co możemy, aby nie otruć gości. — Przerwał i wyjaśnił czym prędzej, że to był żart, a dania w stołówce są całkiem znośne i że otrzymał pełne informacje na temat diety Cha.

Ona jednak prawie go nie słuchała — patrzyła z uwagą na zieloną półkulę, która zaczęła właśnie wypuszczać nibynóżki, po czym z kolei smuklała, aż osiągnęła jej wzrost. Zmieniła też barwę, przybyło na niej oliwkowych kropek i ukazały się nagle połyskujące wilgocią oczy. Po chwili wypączkowała jeszcze kilka kończyn, aż ostatecznie przypominała ulepioną niezdarnie z gliny figurkę dziecka jej gatunku. Sommaradvanka poczuła wzbierające mdłości, jednak ciekawość okazała się silniejsza, nie odwróciła więc wzroku. Jeszcze chwila, a szczegóły nabrały wyrazistości, pojawiło się nawet ubranie z torbą u pasa i przed Cha Thrat stanęła druga, identyczna właściwie z nią sommaradvańska samica.

— Skoro nasi przyjaciele zamierzają już teraz, w chwilę po przybyciu, zabrać cię do jadalni, gdzie posilają się przedstawiciele wielu różnych gatunków, nie od rzeczy będzie chyba złagodzić ich brak taktu podporą w postaci jakiejś znajomej sylwetki — powiedziało owo coś obcym na szczęście głosem. — Przynajmniej tyle mogę zrobić dla kogoś nowego.

— Tak naprawdę doktor Danalta nie jest wcale aż takim altruistą — powiedział ze śmiechem Braithwaite. — Pochodzi z rasy, która rozwinęła daleko idącą sztukę mimikry i, jak sama widziałaś, w kilka chwil potrafi odtworzyć kształt prawie każdej istoty. Przypuszczamy, że każdy nowy gość Szpitala jest dla niego w pewien sposób wyzwaniem…

— Tak czy owak, jestem pod wrażeniem — stwierdziła Cha.

Spojrzała w oczy obcemu, który wyglądał tak samo jak ona, i z uznaniem pomyślała o trosce, jaką wykazał ojej kondycję psychiczną. Tak postąpić mógł tylko uzdrawiacz władców, a może nawet sam władca. Odruchowo okazała mu gestem szacunek i dopiero poniewczasie pojęła, że nikt tutaj nie zrozumie, co właściwie zrobiła.

— Dziękuję, Cha Thrat — powiedział Danalta, odwzajemniając gest. — Wraz ze sztuką mimikry rozwinęliśmy również empatię, więc chociaż nie wiem dokładnie, co kryje się za tym uniesieniem kończyny, wyczuwam, że jest to gest uznania.

Bez wątpienia Danalta musiał wyczuć też jej zakłopotanie, ale zaraz ruszyli za Ziemianami i zmiennokształtny wstrzymał się z komentarzem.

Korytarz przed śluzą wypełniała cała menażeria rozmaitych stworzeń, z których część kojarzyła jej się z zamieszkującymi Sommaradvę zwierzętami. Ani mrugnęła jednak, gdy obok przemknął taki sam czerwony dwunożny gryzoń, jakiego widziała wcześniej na ekranie, opanowała też strach na widok olbrzyma o sześciu nogach przetaczającego swe cielsko niepokojąco blisko niej. Nie wszyscy wszakże byli równie brzydcy czy groźni. Dojrzała też istotę w pięknie nakrapianym pancerzu, która postukiwała pazurami o pokład i powoli poruszała szczypcami podczas rozmowy z kimś naprawdę urodziwym, przemieszczającym się na trzydziestu chyba krótkich nogach i porośniętym ruchliwym srebrzystym futrem. Wielu innych jeszcze nie dawało się dojrzeć, gdyż kryły ich skafandry albo pojazdy ochronne, jak chociażby w przypadku posykującego parą wehikułu. Cha nie potrafiła sobie nawet wyobrazić, kto może znajdować się w środku.

Widokowi towarzyszyła kakofonia pohukiwania, kląskań, świergotów i jęków, której nijak nie dałoby się opisać i która nie przypominała niczego, z czym Cha zetknęła się w przeszłości.

— Istnieje znacznie krótsza droga do jadalni — oznajmił Danalta, gdy obok przesunęła się przypominająca ciemne warzywo istota w przezroczystym, wypełnionym żółtawymi oparami chloru kombinezonie. — Jednak musielibyśmy przedostać się przez wypełnioną wodą sekcję Chalderczykow, a twój strój ochronny będzie gotowy dopiero za kilka dni. Jak ci się tu na razie podoba?

Dziwnie się poczuła, usłyszawszy takie pytanie od kogoś, kto musiał być uzdrawiaczem władców. Wojowników nie pyta się o podobne rzeczy. Niemniej pytanie padło, należało więc odpowiedzieć. Wprawdzie możliwe, że środek zatłoczonego korytarza nie jest najlepszym miejscem na praktykowanie sztuki uzdrawiania, ale nie do Cha Thrat należało krytykowanie kogoś tak ważnego.

— Czuję się zagubiona, przerażona, zaciekawiona i nie wiem, czy zdołam przystosować się do środowiska napełniającego mnie co chwila odrazą — odparła wprost. — Chwilowo nie potrafię wyrazić się bardziej precyzyjnie. Niemniej już teraz zaczynam odnosić wrażenie, jakby ci dwaj Ziemianie, którzy idą przed nami, chociaż należą do gatunku niedawno jeszcze mi nie znanego, zaczynali się stawać z wolna całkiem naturalnym elementem otoczenia. Czuję też, że ty, mimo iż wyglądasz całkiem znajomo, jesteś chyba tak odmienny ode mnie, jak tylko to możliwe. Minęło jednak dopiero kilka chwil, a mi brak doświadczenia pozwalającego opisać Szpital. Mam jednak nadzieję, że dzięki empatii możesz trafnie rozpoznać moje odczucia. Czy w jadalni jest jeszcze gorzej niż tutaj? — dodała po chwili wahania.

Danalta nie odpowiedział od razu, a i obaj Ziemianie milczeli, chociaż ten zwany Braithwaite’em przekręcił lekko głowę, aby nastawić swój narząd słuchu w kierunku Cha. Chyba też interesowały go jej odczucia.

— Niski poziom empatii jest charakterystyczny raczej dla mało zaawansowanych form życia — odezwał się w końcu zmiennokształtny tonem wykładowcy. — Pełną doskonałość w tej materii rozwinęła jednak tylko jedna rasa, wywodząca się z Cinrussa. Poznasz niebawem jej przedstawiciela, gdyż również ciekawy jest nowych i na pewno będzie chciał zobaczyć się z tobą przy pierwszej nadarzającej się okazji. Sama porównasz moje ograniczone talenty empatyczne z tym, co potrafi Prilicla. Nie jestem w tym przesadnie biegły, gdyż opieram się głównie na obserwacji gestów, napięcia mięśni, zmian barwy skóry i tak dalej. Nie odbieram prawie emanacji emocjonalnej z układu nerwowego. Jako uzdrawiaczka też musisz być w pewnym stopniu zdolna do wyczuwania sygnałów empatycznych, aby rozpoznać stan pacjenta, a czasem i na niego wpłynąć bez bezpośredniej interwencji. Tak czy owak, twoje myśli pozostają dla mnie nieodgadnione, a odbieram jedynie towarzyszące im silne emocje…

— Jesteśmy na miejscu — odezwał się nagle Braith — waite i skręcił w szerokie, pozbawione drzwi wejście. Ominął Nidiańczyka oraz dwie wychodzące akurat srebrne futrzaste gąsienice i zaśmiał się, gdy przeprosiły go za swą niezdarność.

— Tam mamy wolny stolik! — Pokazał palcem.

Cha Thrat nie mogła przez chwilę nawet się ruszyć, patrzyła tylko na obszerne wnętrze ze stojącymi na lśniącej podłodze stołami i rozmaitymi siedziskami, dostosowanymi do potrzeb wszelkich obecnych stworzeń. To było o wiele gorsze niż wszystko, czego doświadczyła na korytarzu, gdzie spotykała obcych po dwóch lub trzech. Tutaj kilka różnych istot zajmowało niekiedy miejsca przy jednym stoliku, łącznie zaś były tych istot całe setki.

Niektóre przerażały swoją siłą i naturalnym, wykształconym ewolucyjnie orężem, inne napełniały odrazą za sprawą barwy, typu narośli albo śluzowatości skóry. Wiele wyglądało jak potwory z legend i koszmarnych snów Sommaradvan. W paru przypadkach ciało i rozmieszczenie kończyn były tak osobliwe, że Cha prawie własnym oczom nie wierzyła.

— Tędy — rzucił Danalta, który czekał, aż Cha przestanie drżeć. Poprowadził ją do stolika zajętego już przez oficerów, który jednak nie pasował nijak ani do potrzeb Ziemian, ani trójki zewnątrzszkieletowych istot, które właśnie go zwolniły.

Uzdrowicielka zastanawiała się, czy kiedykolwiek zdoła przywyknąć do życia i pracy przy tak marnej organizacji. Jej pobratymcy zawsze bardzo dbali, aby każdy zajmował przypisane mu miejsce.

— Potrawy wybiera się i zamawia podobnie jak na statku — wyjaśnił Braithwaite, gdy siadła ostrożnie na nader niewygodnym krześle i włączyła w ten sposób wyświetlacz z menu. — Wpisujesz swój typ fizjologiczny i dostajesz listę dostępnych potraw. Niemniej trzeba pewnej orientacji, aby dobrać sobie coś naprawdę smacznego, a nie tylko pożywną breję. Niebawem się tego nauczysz, ale na razie zamówię za ciebie.

— Dziękuję.

Gdy potrawy się pojawiły, najokazalsza z nich wyglądała jak kawał tasam, pachniała jednak niczym pieczone cretsi, a po nadgryzieniu kawałeczka z rogu okazało się, że również smakuje jak pieczone cretsi. Cha uświadomiła sobie nagle, że jest głodna.

— Czasem zdarza się, że danie spożywane przez innych przy stoliku, albo nawet sami współbiesiadnicy, odbierają nam swoim wyglądem apetyt — ciągnął Braithwaite. — W takich wypadkach przyjęło się patrzeć wyłącznie na swój talerz. Możesz tak zrobić, nie poczujemy się urażeni.

Zrobiła, jak sugerował, i zamknęła resztę oczu. Co rusz wszakże zerkała jednym z nich na Ziemianina, który ciągle ją obserwował, chociaż z jakiegoś powodu udawał, że wcale tego nie robi. Myślami wróciła na Sommaradvę, do incydentu z dowódcą statku, przypomniała sobie podróż i powitanie w Szpitalu. Zdała sobie sprawę, że nadal nie może się pozbyć podejrzliwości ani irytacji.

— Co do silnych emocji — odezwał się zaraz Danalta, który najwyraźniej miał ochotę podjąć przerwany przy wejściu wykład — czy masz coś przeciwko omawianiu spraw prywatnych lub zawodowych w obecności obcych?

Chiang wznosił właśnie do otworu gębowego kęs czegoś, co było kiedyś żywym stworzeniem. Zatrzymał rękę w pół drogi.

— Na własnej planecie wolą wiedzieć, co inni o nich myślą. Co więcej, uważają, że obecność rozgarniętego świadka podczas takich dyskusji bywa pomocna.

Braithwaite zajął się swym odrażającym posiłkiem i świata poza nim nie widział. Cha Thrat poczuła się lekko dotknięta i ignorując wszystko inne, spojrzała na zmiennokształtnego.

— Dobrze — powiedział ten. — Jak już musiałaś się zorientować, twoja sytuacja jest inna niż wszystkich pozostałych stażystów, którzy jeszcze na swoich światach przechodzą przez gęste sito badań i wnikliwych testów psychologicznych. Trzeba wyłowić kandydatów rokujących największe szansę na pomyślną adaptację w warunkach wielośrodowiskowego szpitala, w przeciwnym razie bowiem ich staż mógłby nie przynieść pożądanych efektów. Ty nie zostałaś sprawdzona w ten sposób. Nie sporządzono twojego profilu psychologicznego, aby ocenić przydatność do tej pracy. Przybyłaś tu dzięki rekomendacji udzielonej na wysokim szczeblu przez Korpus i, zapewne, twoich kolegów po fachu na Sommaradvie, świecie, o którym wiemy bardzo mało. Dostrzegasz, w czym trudność? Ktoś nie znający dotąd innych ras poza swoją, a tym samym nie przygotowany do życia i pracy w Szpitalu, może mimowolnie stanowić zagrożenie. Dla siebie i dla innych. Musimy zatem ustalić jak najszybciej, co cię gnębi.

Wszyscy przestali jeść. Ona też, chociaż miała jeszcze drugie usta, które nie były zajęte przyjmowaniem potraw.

— W czasie powitania pomyślałam, że sposób, w jaki mnie przyjęto, świadczy o braku wrażliwości — powiedziała. — W pierwszej chwili uznałam, że za mało wiem o zachowaniach obcych, żeby wnioskować cokolwiek na ich temat, później jednak zaczęłam podejrzewać, że rzeczywiście potraktowano mnie obcesowo i że było to działanie rozmyślne, rodzaj testu. Obecnie potwierdzasz moje przypuszczenia. Nie kryję, że nie jestem zadowolona z poddania mnie testowi w tajemnicy. Takie sekretne działania są często wyrazem niepokojącego stanu badacza.

Zapadła dłuższa cisza. Cha spojrzała na Danaltę i zaraz odwróciła wzrok. Zmiennokształtny był teraz tylko jej odbiciem i sam z siebie nic nie przekazywał. Zerknęła na Braithwaite’a, który niedawno tak pilnie, choć po kryjomu jej się przypatrywał.

Przez moment głęboko osadzone oczy Ziemianina wpatrywały się łagodnie w jej dwie pary oczu. Gdy się odezwał, zaczęła żywić przypuszczenie, że nie jest wojownikiem, ale władcą.

— Czasem niejawny test pozwala uniknąć niemiłej konieczności przekazania kandydatowi, że nie nadaje się do tej pracy. Można wówczas odprawić go pod byle pozorem, który nie zachwieje w nim wiary w zawodowe umiejętności czy równowagi emocjonalnej. Przykro mi, że czujesz się urażona takim potraktowaniem, ale w tych okolicznościach uznaliśmy, że lepiej będzie… — Przerwał i zaśmiał się krótko, jakby było w tym coś śmiesznego. — W naszej mowie jest zwrot, który dokładnie oddaje to, co z tobą zrobiliśmy. Mówi się wtedy, że ktoś został rzucony na głęboką wodę.

— A co dzięki temu odkryliście? — spytała Cha Thrat, świadomie unikając uprzejmego gestu, który powinien towarzyszyć rozmowie z władcą.

— Że całkiem dobrze pływasz — odparł oficer, tym razem bez śmiechu.

Rozdział drugi

Braithwaite wyszedł, zanim pozostali skończyli jeść. Na odchodnym oznajmił, że O’Mara jaja mu urwie, jeśli dwa dni pod rząd spóźni się, wracając z lunchu. Cha Thrat wiedziała o jego przełożonym tylko tyle, że jest wysoce szanowanym władcą i że większość podwładnych się go boi, jednak taka kara za błahe w końcu przewinienie wydała jej się nazbyt surowa. Danalta musiał wyjaśniać, że tak naprawdę nie ma powodów do niepokoju, gdyż Ziemianie często używają malowniczych określeń, które nie mają odniesienia do rzeczywistości i są tylko kulturowo przyjętymi zwrotami oddającymi ambiwalentne podejście do zagadnienia zwane przez ludzi poczuciem humoru.

— Rozumiem — powiedziała Cha.

— A ja nie — mruknął Danalta.

Dowódca statku roześmiał się cicho, ale nie skomentował tego.

Ostatecznie więc to zmiennokształtny został ich przewodnikiem i poprowadził długą, skomplikowaną drogą do miejsca, gdzie miało się odbyć badanie Chianga — oddziału obserwacyjnego połączonego z sekcją nagłych przypadków dla ciepłokrwistych tlenodysznych. W tym czasie Danalta powrócił do swojej oryginalnej postaci — ciemnozielonej półkuli podążającej zdumiewająco sprawnie slalomem między wszystkimi istotami i wehikułami zaludniającymi korytarze. Cha zastanawiała się, czy zbyt trudno było mu utrzymać kształt Sommaradvanki, czy może raczej uznał, że nie jest to już konieczne.

Dotarli do zaskakująco rozległego pomieszczenia pełnego stanowisk diagnostycznych i stłoczonego pod ścianami sprzętu. Na górze biegła galeria obserwacyjna dla gości i stażystów. Danalta zaproponował, by Cha Thrat zajęła tam ostatnie wolne w miarę wygodne krzesło. Jedna ze srebrzystych gąsienic przygotowywała już Chianga do badania.

— Będziemy stąd wszystko widzieli i słyszeli — powiedział Danalta. — Oni nie będą nas słyszeć, chyba że przyciśniesz guzik nagłośnienia. Jest tutaj, z boku krzesła. Może się przydać, gdyby chcieli zadać jakieś pytania.

Kolejna, a może ta sama srebrzysta istota weszła, wykonała kilka pozornie bezcelowych manewrów przy jednym z urządzeń, spojrzała przelotnie na galerię i wyszła.

— Teraz poczekamy — dodał Danalta. — Ale na pewno chciałabyś spytać o niejedno. Mamy dość czasu, żeby to i owo wyjaśnić.

Zmiennokształtny nadal przypominał półkulę, tyle że wytworzył jeszcze wyłupiaste oko i mięsisty narząd, który — jak się zdawało — służył do mówienia i słuchania. Z czasem można przywyknąć do wszystkiego, pomyślała Cha. Może oprócz braku dyscypliny… Nadal drażniło ją, że wszyscy w Szpitalu lekceważą coś tak istotnego jak wyraźne zaznaczanie granic swej władzy i odpowiedzialności.

— Jestem wciąż nazbyt poruszona i za słabo zorientowana, aby zadać właściwe pytania — powiedziała, starannie dobierając słowa. — Jednak ciekawi mnie, jaki jest właściwie zakres twoich obowiązków i jakimi pacjentami zwykle się zajmujesz?

Odpowiedź jeszcze bardziej zamieszała jej w głowie.

— W ogóle nie zajmuję się leczeniem — odparł Danalta. — Chyba że zajdzie wyższa konieczność i zabraknie chirurgów. Na co dzień jestem członkiem personelu medycznego statku szpitalnego Rhabwar. To specjalna jednostka przypisana do Szpitala. Jej załogę pokładową tworzą Kontrolerzy, ale w trakcie akcji ratunkowej dowodzenie przejmuje szef personelu medycznego, którym jest obecnie Prilicla, empata z Cinrussa — wyjaśnił, ignorując wyraźne zdumienie Cha Thrat. — Ponadto w jej skład wchodzą oprócz mnie patolog Murchison i kelgiańska siostra przełożona Naydrad, mająca duże doświadczenie w akcjach w próżni. Moim zadaniem jest dotrzeć jak najszybciej do ofiar, w czym przydaje się zmiennokształtność. Udzielam pierwszej pomocy rannym uwięzionym w trudno dostępnych zakątkach wraków i robię dla nich wszystko co w mojej mocy, zanim reszta zespołu przeniesie ich na pokład statku, a potem dostarczy do Szpitala. Jak się domyślasz, zdolność wypuszczania dowolnych kończyn bardzo się przydaje w tak trudnych warunkach. Niejednokrotnie moja pomoc decyduje o losie pacjenta, chociaż oczywiście zasadnicze leczenie odbywa się zawsze dopiero w Szpitalu. W wielkim skrócie to główny powód, dla którego trafiłem do tego kosmicznego domu wariatów.

Z każdym jego słowem Cha gubiła się coraz bardziej. Czyżby naprawdę ktoś tak utalentowany był jedynie sługą? Danalta wyczuł jej konsternację, ale mylnie rozpoznał przyczynę.

— Oczywiście to nie wszystko, co robię — rzekł i wydał odgłos, który u Ziemian oznaczał śmiech. — Jestem tu względnie krótko, wysyłają mnie więc, abym witał nowo przybyłych. Zakładają, że… Ale uwaga. Jest już twój niedawny pacjent.

Dwie istoty o srebrzystym futrze, nazwane przez Danaltę kelgiańskimi siostrami oddziałowymi wwiozły Chianga na autonoszach, mimo że oficer mógł już chodzić samodzielnie i bez przerwy im o tym przypominał. Jego tors okryty był zielonym prześcieradłem i widoczna była tylko głowa. Protestował wciąż głośno podczas przenoszenia na leżankę diagnostyczną, aż w końcu jedna z sióstr powiedziała mu dosadnie, że jest już dorosły i mógłby przestać się wygłupiać.

Zanim skończyła reprymendę, do leżanki podszedł sześcionogi zewnątrzszkieletowy olbrzym o nakrapianym pancerzu. W milczeniu uniósł kleszcze i poczekał, aż siostra spryska je czymś, co zaschło błyskawicznie w cienką, przezroczystą powłokę.

— To starszy lekarz Edanelt — wyjaśnił Danalta. — Jest Melfianinem i należy do typu ELNT, którego przedstawiciele cieszą się świetną reputacją jako chirurdzy…

— Przepraszam za ignorancję — przerwała mu Cha Thrat. — Na razie wiem tylko, że sama należę do typu DCNF, Ziemianie to DBDG, a Melfianie ELNT, i nie pojmuję zasad waszego systemu klasyfikacji.

— Nauczysz się go — mruknął zmiennokształtny. — Na razie jednak obserwuj i bądź gotowa odpowiadać na pytania.

Pytania jednak nie padły. Edanelt nie odezwał się podczas badania, podobnie pielęgniarki i pacjent. Cha domyśliła się przeznaczenia jednego z urządzeń, skanera pozwalającego uzyskać obraz głębokich warstw tkanek, a nawet śledzić działanie narządów. Obraz przekazywany był na duży ekran na galerii wraz z całą masą danych, które chociaż prezentowane również graficznie, były dla Sommaradvanki całkiem niezrozumiałe.

— Tego też z czasem się nauczysz — powiedział Danalta.

Cha Thrat wbiła oczy w ekran. Możliwość prześledzenia wyników własnej interwencji chirurgicznej tak ją zafascynowała, że dopiero po chwili doszło do niej, że myśli głośno. Odwróciła głowę akurat na czas, aby ujrzeć kolejne niesamowite stworzenie wkraczające do pomieszczenia.

— To właśnie jest Prilicla — oznajmił zmiennokształtny.

Był to olbrzymi, zdolny do lotu owad, niewielki jednak w zestawieniu z resztą stworzeń obecnych w sali. Z rurowatego, okrytego zewnętrznym kośćcem ciała wystawało sześć cienkich jak ołówki nóg oraz cztery jeszcze delikatniejsze manipulatory. Miał też cztery pary cienkich, przezroczystych skrzydeł, które zaraz rozwinął i podleciał powoli, by zawisnąć nad modułem diagnostycznym. Nagle obrócił się w powietrzu, przylgnął nogami do sufitu i skręciwszy szypułki oczu, spojrzał na pacjenta.

Z jakiegoś miejsca na jego ciele wydobyła się seria melodyjnych treli, które autotranslator przełożył jako zdanie: „Przyjacielu Chiang, wyglądasz, jakbyś był na wojnie”.

— Nie jesteśmy barbarzyńcami! — zaprotestowała Cha Thrat ze złością. — Od ośmiu pokoleń nie było u nas wojny…

Zamilkła nagle, gdy nogi i złożone częściowo skrzydła Prilicli zadrżały spazmatycznie. Można by sądzić, że owionął go jakiś tajemniczy wicher. Wszyscy w sali spojrzeli na empatę, a potem na galerię. Dokładniej zaś na Cha.

— Prilicla jest prawdziwym empatą — powiedział ostro Danalta. — Wyczuwa twoją złość. Proszę, kontroluj swoje emocje!

Nie było to łatwe, szczególnie że w grę wchodziła nie tylko złość wywołana niesłusznym posądzeniem Sommaradvan, ale też skrajne zdumienie, że podobny kontakt emocjonalny w ogóle jest możliwy. Owszem, nieraz już musiała skrywać swoje prawdziwe odczucia przed przełożonymi i pacjentami, ale kontrola emocji była dla niej czymś nowym. Z wielkim wysiłkiem zdołała jednak jakoś się uspokoić.

— Dziękuję, nowa przyjaciółko — zaćwierkał do niej empata. Przestał już się trząść i ponownie skupił uwagę na pacjencie.

— Marnuję tylko wasz cenny czas — powiedział Chiang. — Naprawdę, czuję się świetnie.

Prilicla odczepił się od sufitu i zawisł przy pacjencie tuż obok miejsca, w którym widniała blizna po obrażeniach. Dotknął jej lekkimi jak pióra manipulatorami.

— Wiem, jak się czujesz, przyjacielu Chiang. Ale nie marnujesz naszego czasu. Chyba nie chcesz odebrać nam szansy na pogłębienie znajomości ludzkiej medycyny? Nawet jeśli badany człowiek jest idealnie zdrowy?

— Jasne, że nie — mruknął Chiang i zaśmiał się cicho. — Ale gdybyście zobaczyli mnie zaraz po wypadku, widok byłby znacznie ciekawszy.

Empata wrócił na sufit.

— I co o tym sądzisz, przyjacielu Edanelt?

— Sam inaczej przeprowadziłbym tę operację — odparł Melfianin. — Ale wszystko jest jak należy.

— Przyjacielu Edanelt — odezwał się znowu Prilicla, zerkając w kierunku galerii — wszyscy prócz najnowszego członka zespołu wiemy, że dla ciebie takie określenie oznacza pracę, którą nasz kolega Conway nazwałby godną stawiania za przykład. Dowiedziałbym się chętnie czegoś więcej o zabiegach przedoperacyjnych i postępowaniu pooperacyjnym.

— Też o tym pomyślałem — powiedział Melfianin. Zastukał szybko wszystkimi sześcioma nogami, obrócił się i spojrzał na galerię. — Prosimy do nas.

Cha Thrat wydobyła się z dziwnego krzesła i czym prędzej ruszyła na dół w ślad za Danaltą. Podeszła do grupki zebranej wkoło modułu diagnostycznego. Wiedziała, że teraz sama przejdzie jeszcze bardziej skrupulatne badanie, które zdecyduje o jej przydatności zawodowej do odbycia praktyki w Szpitalu.

Musiała przejąć się tym bardziej, niż sądziła, gdyż empata znowu zadrżał. Bliskość Cinrussańczyka rozpraszała ją, a nawet napełniała lękiem. Na jej planecie wielkie owady omijano z daleka, gdyż posiadały żądła ze śmiertelnie groźnym jadem. Instynkt nakazywał jej więc ucieczkę, szczególnie że sama nienawidziła owadów i unikała ich jak mogła. Teraz jednak nie miała wyboru.

Z drugiej strony musiała przyznać, że kruche i symetryczne ciało obcego jest na swój sposób piękne, jego pancerz zaś odbija i rozszczepia światło gamą miłych dla oka kolorów. Głowa była jajowata i wydawało się, że wystające z niej zakończenia narządów zmysłów odpadną przy pierwszym gwałtownym poruszeniu istoty. Jednak największe wrażenie robiła przezroczysta, lekko mieniąca się pajęczyna rozciągniętych na cieniutkim szkielecie skrzydeł. Cha nie widziała jeszcze chyba równie urodziwego stworzenia i było to szczere odczucie, gdyż Prilicla się uspokoił.

— Raz jeszcze dziękuję, Cha Thrat — powiedział empata. — Szybko się uczysz. I nie obawiaj się. Jesteśmy twoimi przyjaciółmi i życzymy ci powodzenia.

Edanelt znowu zastukał nogami o podłogę, co wyrażać miało zapewne zniecierpliwienie.

— Proszę przedstawić nam pacjenta, pani doktor — rzekł.

Chwilę spoglądała na różowe, nieforemne ciało Ziemianina, które wskutek wypadku tak dobrze poznała. Pamiętała moment, gdy ujrzała je pierwszy raz: było wtedy zakrwawione i poznaczone głębokimi ranami, tu i ówdzie zaś wystawały białe kości. Krytyczny stan nakazywał pilne zastosowanie leków przeciwbólowych, aby umożliwić rannemu spokojną śmierć. Do teraz nie pojmowała, dlaczego nie dała mu wtedy odejść. Spojrzała na Cinrussańczyka.

Prilicla nie odezwał się, ale poczuła płynące od niego zachętę i życzliwość. Wzięła to wprawdzie raczej za autosugestię niż rzeczywisty przekaz, lecz i tak się uspokoiła.

— Pacjent był jedną z trzech istot obecnych na pokładzie samolotu, który wpadł do górskiego jeziora — zaczęła. — Sommaradvański pilot i drugi Ziemianin też zostali wydobyci z wraku jeszcze przed jego zatonięciem, ale niestety obaj już nie żyli. Gdy pacjent został dostarczony na brzeg, trafił pod opiekę lekarza, ten jednak nie miał wystarczających kwalifikacji do podjęcia leczenia. Wiedział wszakże, że spędzam urlop w tamtej okolicy, posłał więc po mnie. Pacjent odniósł wiele ran, głównie ciętych i szarpanych, kończyn oraz tułowia. Wszystkie spowodowane były gwałtownym zderzeniem z metalowymi elementami samolotu. Cały czas tracił krew. Różnice wyglądu kończyn z prawej i z lewej strony ciała wskazywały na liczne złamania, przy czym jedno z nich, lewej nogi, było otwarte. Nie znalazłam śladów krwi w drogach oddechowych ani ustach, przyjęłam więc, że zapewne brak poważniejszych obrażeń wewnętrznych, szczególnie płuc albo w obrębie jamy brzusznej. Musiałam oczywiście zastanowić się głęboko nad sytuacją, zanim zgodziłam się wziąć ten przypadek.

— To zrozumiałe — przytaknął Edanelt. — Miała pani do czynienia z przedstawicielem nieznanego na planecie gatunku o odmiennych całkiem metabolizmie i fizjologii, z którymi wcześniej się pani nie zetknęła. A może miała pani jednak jakieś doświadczenie w tej materii? Rozważała pani wezwanie pomocy lekarskiej z ekipy Ziemian?

— Do tamtej chwili nie widziałam nawet jeszcze Ziemianina — odparła Cha. — Wiedziałam, że jeden z ich statków wszedł nie tak dawno na orbitę Sommaradvy i nawiązywane są przyjazne kontakty. Słyszałam, że goście odwiedzają wiele naszych miast i często korzystają przy tym z miejscowego transportu powietrznego, zapewne aby poznać nasze zaawansowanie technologiczne. Wysłałam oczywiście wiadomość do najbliższego miasta w nadziei, że przekażą ją Ziemianom, ale mała była szansa, że ktokolwiek zdoła przybyć w porę. Znajdowaliśmy się w nie zamieszkanym, oddalonym od większych siedzib zakątku porośniętych gęstymi lasami gór. Nie dysponowaliśmy bogatymi środkami, a czas uciekał.

— Rozumiem — powiedział Edanelt. — Proszę opisać działania, jakie pani podjęła.

Cha Thrat spojrzała na sieć blizn i ciemne sińce, które jeszcze nie zniknęły.

— Przystępując do udzielania pomocy, nie wiedziałam, że miejscowe patogeny nie mogą zagrozić formie życia, która wyewoluowała na innej planecie, sądziłam więc, że istnieje olbrzymie niebezpieczeństwo infekcji. Uznałam również, że zastosowanie naszych lekarstw czy anestetyków będzie nie tylko nieskuteczne, ale i groźne dla życia pacjenta. Za bezpieczne uznałam jedynie przemycie ran, szczególnie tej połączonej ze złamaniem, za pomocą wody destylowanej. Poza złożeniem kości trzeba było zeszyć tam kilka rozerwanych naczyń krwionośnych. Rany cięte zostały zeszyte i opatrzone, a złamane kończyny unieruchomione. Wszystko to zrobiłam bardzo szybko, gdyż pacjent był przytomny, a…

— Tylko przez parę chwil — odezwał się cicho Chiang. — Potem zemdlałem.

— …jego puls słaby i nieregularny, co stwierdziłam mimo nieznajomości naturalnych parametrów tętna. Jedynym środkiem, jaki mogłam zastosować dla przeciwdziałania wstrząsowi, było ogrzanie pacjenta. Rozpaliliśmy więc ognisko, dbając o to, aby dym i iskry nie leciały na pole operacyjne. Gdy pacjent stracił przytomność, podawaliśmy też dożylnie czystą wodę. Nie wiedziałam jednak, czy nasze roztwory soli fizjologicznej nie okażą się dla niego szkodliwe. Teraz zdaję sobie sprawę z nadmiaru ostrożności, ale wtedy nie chciałam ryzykować, że pacjent straci nogę.

— Oczywiście — rzekł Edanelt. — Proszę teraz opisać postępowanie pooperacyjne.

— Pacjent odzyskał przytomność późnym wieczorem. Wydawał się w pełni świadomy, chociaż znaczenie niektórych jego słów było dla mnie niejasne. Domyśliłam się tylko, że odnosiły się one do awarii samolotu, całej jego sytuacji, mnie oraz hipotetycznego, ale nieprzyjemnego jego zdaniem życia pozagrobowego. Ponieważ nasze rośliny mogły mu zaszkodzić, ograniczałam się do pojenia go wodą. Pacjent narzekał na bolesność poranionych miejsc, jednak nie mogłam mu podać żadnego anestetyku, gdyż mógłby się okazać dla niego trujący. Dotrzymywałam mu więc jedynie towarzystwa i pocieszałam…

— Trzy dni nie przestawała mówić — odezwał się Chiang. — Pytała o moją pracę i o to, co będę robił, jak wrócę do służby, chociaż byłem pewien, że wywiozą mnie stamtąd nogami do przodu. Czasem zasypiałem wręcz od tego jej gadania.

Prilicla zadrżał lekko i,Cha Thrat zastanowiła się, czy mógł wyczuć u pacjenta echo niemiłych wspomnień bólu.

— W odpowiedzi na pilne wołanie o pomoc dotarła do nas w końcu pięcioosobowa ekipa Ziemian, wśród których był lekarz. Przywieźli własną żywność i leki. Lekarz poradził mi, jaką dietę powinnam zastosować, poinformował też o dawkowaniu medykamentów. Otrzymał swobodny dostęp do pacjenta, nie zgodziłam się jednak na powtórną interwencję chirurgiczną. Muszę wyjaśnić, że u nas lekarz nigdy nie unika odpowiedzialności za pacjenta ani z nikim jej nie dzieli. Moje stanowisko spotkało się z krytycznym podejściem, tak z zawodowego, jak i czysto osobistego punktu widzenia. Szczególnie wiele zastrzeżeń zgłaszał lekarz, jako że nie zgodziłam się, aby zabrano pacjenta na statek przed upływem osiemnastu dni od operacji, gdy byłam już pewna, że całkowicie powróci do zdrowia.

— Czuwała przy mnie jak kwoka — zachichotał Chiang.

Cisza, która potem zapadła, dłużyła się Cha Thrat niemiłosiernie. Wszyscy patrzyli na stojącego nad pacjentem Melfianina, który znowu zaczął postukiwać nogą o podłogę, ale tym razem jakby bardziej z namysłem niż dla okazania zniecierpliwienia.

— Przy takich obrażeniach umarłby pan niechybnie bez natychmiastowej pomocy chirurgicznej — powiedział w końcu Edanelt do oficera. — Miał pan wielkie szczęście, że otrzymał ją od istoty, która chociaż nie znała pańskiej fizjologii, okazała się nie tylko wystarczająco utalentowana i pomysłowa, ale umiała też zrobić po operacji dobry użytek z tych ograniczonych środków, którymi dysponowała. Nie znajduję żadnego poważnego błędu w jej pracy, a pacjent rzeczywiście nie powinien już marnować naszego czasu.

Wszyscy spojrzeli nagle na Cha, ale to Prilicla odezwał się pierwszy.

— W ustach Edanelta to naprawdę komplement.

Rozdział trzeci

Gabinet O’Mary był bardzo obszerny, ale niemal całą podłogę zajmowały rozmaite krzesła, ławy i siedziska przeznaczone dla najróżniejszych stworzeń zaglądających do naczelnego psychologa. Chiang usiadł na wskazanym mu miejscu, a Cha wybrała niską, pokręconą konstrukcję, która wcale nie wyglądała na szczególnie wygodną.

Od razu poznała, że O’Mara ma swoje lata. Szczyt i boki głowy pokrywała mu krótka, jasna sierść, a dwa grube półksiężyce nad oczami były metalicznie szare. Niemniej potężna muskulatura widoczna na barkach i ramionach nie pasowała do wieku. Elastyczne mięsiste pokrywy chroniące oczy były równie jasne jak włosy i nie drgnęły nawet, gdy przyglądał jej się uważnie.

— Jest pani wśród nas nowa, Cha Thrat — powiedział nagle. — Moim zadaniem jest pomóc pani poczuć się tu mniej obco i odpowiedzieć na te pytania, których nie chce pani albo nie umie zadać innym. Mam też dopilnować, aby pani umiejętności zostały jak najlepiej rozwinięte i wykorzystane przez Szpital. — Spojrzał na Chianga. — Z panem chciałem porozmawiać osobno, jednak z jakiegoś powodu pragnął pan być obecny podczas wstępnej rozmowy z Cha Thrat. Czyżby uwierzył pan w cokolwiek z tego, co opowiada o mnie personel Szpitala? Nie uroił pan sobie przypadkiem, że niezależnie od różnic gatunkowych, zostanie dżentelmenem udzielającym swej damie wsparcia duchowego? Jak to jest, majorze?

Chiang zaśmiał się cicho, ale nie odpowiedział.

— Mam pytanie — odezwała się Cha. — Dlaczego ludzie wydają ten dziwny, szczekliwy dźwięk?

O’Mara zmierzył ją wzrokiem i trwało chwilę, zanim westchnął głośno i odparł.

— Oczekiwałem, że pierwsze pytanie będzie dotyczyło czegoś bardziej… zasadniczego. Ale dobrze. Ten dźwięk nazywamy śmiechem, a nie szczekaniem, i jest w większości wypadków psychosomatycznym sposobem zmniejszenia napięcia związanego ze strachem czy niepokojem. Za jego pomocą można wyrazić również niedowierzanie, szyderstwo albo sarkazm, podsumować sytuacje, które wydają się zabawne, dziwne czy nielogiczne. Bywa też zachowaniem uprzejmym, gdy mimo braku powodów do radości reagujemy śmiechem na słowa kogoś starszego stopniem. Nie będę nawet próbował wyjaśniać, czym jest sarkazm albo ludzkie poczucie humoru, gdyż sami siebie do końca pod tym względem nie rozumiemy. Ja akurat, z powodów, które dane będzie pani poznać później, rzadko się śmieję.

Chiang znowu czemuś zachichotał. O’Mara zignorował go i przeszedł do rzeczy.

— Starszy lekarz Edanelt pozytywnie ocenił pani kompetencje i zasugerował, abym jak najszybciej przydzielił panią do odpowiedniego oddziału. Zanim jednak do tego dojdzie, musi pani poznać lepiej strukturę i działanie Szpitala. Przekona się pani, że dla osób nie znających zasad pracy w tym środowisku potrafi on być groźny albo wręcz niebezpieczny. A na razie nie wie pani o nim praktycznie nic.

— Rozumiem — powiedziała Cha.

— Niezbędną wiedzę uzyska pani od wielu rozmaitych istot, tak spośród personelu medycznego, jak i technicznego. Będą wśród nich Diagnostycy, starsi lekarze i podobni albo zupełnie niepodobni do pani uzdrawiacze, a także personel pielęgniarski, laboranci i inżynierowie. Niektórzy z nich zostaną pani medycznymi lub administracyjnymi przełożonymi, inni zaś podwładnymi, przynajmniej z nazwy, jednak wiedza uzyskana od każdego z nich będzie tyle samo warta. Słyszałem już, że wzdraga się pani przed dzieleniem się odpowiedzialnością za pacjenta z innym lekarzem. Jako stażystka może pani prowadzić pacjentów, ale musi zgodzić się na to pani przełożony, który zachowa prawo nadzorowania przebiegu leczenia. Czy rozumie pani ten wymóg i zgadza się mu podporządkować?

— Tak — odparła Cha Thrat bez większej radości. Raz jeszcze miało być tak samo jak na pierwszym roku studiów w szkole wojowników — chirurgów na Sommaradvie. Tyle że na szczęście bez niemedycznych całkiem problemów, które wtedy jej towarzyszyły.

— Ta rozmowa nie będzie miała wpływu na decyzję o ewentualnym włączeniu pani w skład stałego personelu Szpitala. Nie potrafię też poinstruować pani, jak najlepiej zachować się w każdej sytuacji. Tego będzie pani musiała nauczyć się sama dzięki obserwacji i uważnemu słuchaniu słów nauczycieli. Jednak gdyby pojawiły się naprawdę poważne problemy, których nie zdoła pani rozwiązać samodzielnie, może pani zawsze poprosić mnie o radę. Oczywiście, im rzadziej będę zmuszony panią widywać, tym lepsze będę miał o pani zdanie. Będę otrzymywał regularne raporty o pani postępach albo ich braku. To one zadecydują, czy zostanie pani z nami, czy wróci do domu.

Przerwał na chwilę i przesunął wyrostkami dłoni po krótkich szarych włosach. Cha przyjrzała się uważnie jego głowie, ale nie dostrzegła pasożytów, uznała więc, że był to czysto odruchowy gest.

— Nasza rozmowa ma skupić się na pewnych niemedycznych aspektach leczenia, jakiemu poddała pani Chianga. W możliwie zwięzłej formie chciałbym dowiedzieć się jak najwięcej o pani jako osobie: o pani odczuciach, motywacjach, lękach, upodobaniach i tak dalej. Czy jest jakiś obszar, na który nie chciałaby pani wkraczać? Czy w jakimś przypadku będzie pani skłonna udzielać niejasnych albo fałszywych odpowiedzi? Czy czuje się pani skrępowana jakimiś moralnymi, rodzicielskimi lub ogólnospołecznymi nakazami narzuconymi jej w dzieciństwie albo dorosłym życiu? Muszę ostrzec, że potrafię wykryć kłamstwo, nawet bardzo złożone, jednak zawsze zabiera to sporo czasu, a tego nie mam za wiele.

Zastanowiła się chwilę.

— Wolałabym nie poruszać kwestii związanych z życiem seksualnym, ale w pozostałych będę odpowiadać szczerze i wyczerpująco.

— Dobrze! Tego tematu nie zamierzam zgłębiać i mam nadzieję, że nigdy nie będę do tego zmuszony. Obecnie interesują mnie pani myśli i odczucia pomiędzy chwilą, gdy pierwszy raz zobaczyła pani pacjenta, a momentem podjęcia decyzji o operacji. Chciałbym poznać również przebieg pani rozmów z lekarzem, który pierwszy znalazł się na miejscu zdarzenia, i powody zwlekania z działaniem, gdy już przejęła pani odpowiedzialność za udzielenie pomocy. Proszę opisać jak najdokładniej, co wtedy pani czuła, i w miarę możliwości wyjaśnić pobudki własnych czynów. Raczej bez szczególnego zastanowienia, oddając strumień myśli. Cha Thrat przywoływała przez chwilę nie tak dawne jeszcze wspomnienia.

— Spędzałam w tamtej okolicy przymusowy urlop. Przymusowy, bo wolałabym wtedy pracować w swoim szpitalu, zamiast szukać sposobów na zabicie nudy. Gdy usłyszałam o wypadku, niemal się ucieszyłam, sądząc, że rannym będzie Sommaradvanin, któremu oczywiście umiałabym pomóc. Potem jednak zobaczyłam rannego Ziemianina, którego miejscowy lekarz nie śmiałby tknąć, gdyż był uzdrawiaczem sług. Ofiara nie była wprawdzie naszym wojownikiem, jednak należało ją zaliczyć do wojowników, na dodatek tych, którzy ucierpieli w trakcie wypełniania swoich obowiązków. Nie znam waszych miar czasu, ale wypadek zdarzył się tuż przed wschodem słońca, a gdy dotarłam nad brzeg jeziora, zbliżała się pora rannego posiłku. Nie dysponowałam wiedzą na temat anatomii pacjenta czy podawania leków, musiałam więc dokładnie wszystko rozważyć. Wzięłam pod uwagę nawet takie rozwiązania, jak wykrwawienie się na śmierć albo, w litościwszej wersji, utopienie go w jeziorze. — Przerwała na chwilę, bo wydało jej się, że O’Mara doznał przejściowej blokady górnych dróg oddechowych. — Po serii badań i ocenie ryzyka wczesnym popołudniem rozpoczęłam operację. Nie wiedziałam wtedy, że Chiang jest dowódcą statku.

Obaj Ziemianie wymienili spojrzenia.

— Czyli zaczęła pani operować jakieś pięć, sześć godzin później. Czy podejmowanie zawodowych decyzji zwykle trwa u was tak długo? A zrobiłoby różnicę, gdyby znała pani status Chianga?

— To naprawdę było wielkie ryzyko, a nie chciałam dopuścić do utraty kończyny — powtórzyła zdecydowanie, wyczuwając krytycyzm. — Różnicę zaś, owszem, zrobiłoby. Wojownik — chirurg zajmuje niższą pozycję niż władca, podobnie jak lekarz sług stoi niżej niż wojownik. Nie wolno mi wykraczać poza moje kwalifikacje. Nasze prawo, chociaż łagodniejsze obecnie, przewiduje surowe kary za naruszenie tej zasady. Jednak to była na pewno wyjątkowa sytuacja. Bałam się, ale też chciałam sprostać wyzwaniu, więc ostatecznie i tak zapewne zaczęłabym działać.

— Cieszę się, że zwykle nie przekracza pani swoich kompetencji…

— Dobrze, że raz zdarzyło się inaczej — wtrącił Chiang.

— …i przełożeni nie będą mieli pani nic do zarzucenia — dokończył O’Mara. — Jednak ciekaw jestem hierarchii społecznej rzutującej na praktykę medyczną na Sommaradvie. Może mi pani o niej opowiedzieć?

Cha nie kryła zdumienia tym nonsensownym według niej pytaniem.

— Oczywiście, że mogę. Na Sommaradvie mamy trzy warstwy: sług, wojowników i władców. Odpowiadają im trzy grupy lekarzy…

Na samym dole znajdowali się słudzy, którzy wykonywali proste i monotonne prace, pod wieloma względami ważne, ale pozbawione elementu ryzyka. Byli grupą zadowoloną z życia, chronioną przed zagrożeniami, a ich lekarze stosowali proste, tradycyjne metody leczenia z wykorzystaniem ziół i okładów. Kolejną warstwę stanowili o wiele mniej liczni wojownicy, na których ciążyła równocześnie znacznie większa odpowiedzialność. Często musieli też podejmować ryzykowne zadania.

Na Sommaradvie od wielu pokoleń nie było wojny, jednak klasa wojowników zachowała swą nazwę, gdyż chodziło o potomków istot, które walczyły w obronie swoich ziem, polowały dla zdobycia pożywienia, budowały umocnienia miejskie i wykonywały inne odpowiedzialne prace, podczas gdy słudzy troszczyli się o ich potrzeby. Obecnie warstwa wojowników składała się z inżynierów, techników i naukowców, którzy nadal często ryzykowali, pracując w kopalniach, przy budowie różnych konstrukcji i ochronie władców. Z tego powodu obrażenia, jakie odnosili, wymagały leczenia operacyjnego. Do takiej też pomocy przygotowywano w pierwszym rzędzie ich lekarzy.

Lekarze władców ponosili największą odpowiedzialność, za to ich praca bywała mniej zauważana i rzadziej nagradzana.

Władców skutecznie chroniono przed ewentualnymi wypadkami czy zranieniem. Klasę tę tworzyli badacze, planiści i administratorzy. Odpowiadali oni za sprawne funkcjonowanie całej planety, najbardziej więc zagrażały im zaburzenia pracy umysłu. Ich lekarze specjalizowali się w magii zdolnej uzdrowić duszę i innych zagadnieniach medycyny nieinwazyjnej.

— Ten podział istniał nawet w najdawniejszych czasach — zakończyła Cha Thrat. — Zawsze mieliśmy uzdrawiaczy, chirurgów i magów.

O’Mara spojrzał na swoje ułożone płasko na blacie dłonie.

— Miło wiedzieć, iż moja profesja lokuje się na samym szczycie sommaradvańskich nauk medycznych, chociaż wolałbym chyba nie być zwany magiem. — Uniósł gwałtownie głowę. — Co się dzieje, gdy któryś z wojowników albo władców dostanie zwykłej kolki żołądkowej? Albo sługa złamie przypadkowo nogę? Albo sługa czy wojownik przestanie być zadowolony ze swojego losu i zapragnie stać się kimś więcej?

— Członkowie ekipy kontaktowej wysłali już pełen raport na ten temat — wtrącił się Chiang. — Jednak decyzja o zabraniu Cha Thrat zapadła w ostatniej chwili i możliwe, że raport przybył razem z nami na Thromasaggarze.

O’Mara westchnął głośno i Cha pomyślała, czy nie jest to przypadkiem wyraz irytacji spowodowanej przez słowa dowódcy statku.

— Może, niemniej poczta szpitalna nie działa nadal z szybkością światła — powiedział psycholog. — Słucham, Cha Thrat.

— Jest mało prawdopodobne, aby słudze zdarzył się taki wypadek, ale wówczas o pomoc zostanie poproszony chirurg — wojownik, który oceni obrażenia i zgodzi się albo i nie poprowadzić leczenie. Nikt nie bierze łatwo na siebie odpowiedzialności za pacjenta, co widać było zresztą w przypadku Chianga, jakiekolwiek niepowodzenie w rodzaju utraty organu, kończyny albo wręcz życia ma zaś poważne konsekwencje dla lekarza. Gdyby z kolei wojownik lub władca potrzebował prostej pomocy medycznej, zaszczycony uzdra — wiacz sług pomoże w czym trzeba. Jeśli znajdzie się jakiś niezadowolony, ale ambitny sługa albo wojownik, może starać się o wyniesienie do wyższej klasy. Oznacza to jednak mnóstwo starań i trudnych egzaminów, o wiele łatwiej zatem jest pozostać tam, gdzie się było wcześniej, zgodnie z pozycją rodziny albo szczepu. Jeśli ktoś ma problemy z ciążącą na nim odpowiedzialnością, może zawsze przejść do niższej warstwy. Niemniej na awanse, nawet drobne, wewnątrz własnej klasy nie jest łatwo zasłużyć.

— U nas też nie jest o nie łatwo — mruknął O’Mara. — Co jednak sprawiło, że przybyła pani do Szpitala? Ambicja, ciekawość czy może chęć uwolnienia się od problemów na własnym świecie?

Cha pojmowała, jak istotne jest to pytanie. Odpowiedź mogła zaważyć na jej dalszym pobycie w Szpitalu. Postarała się tak ją ułożyć, aby była możliwie najbardziej szczera, precyzyjna i zwięzła, ale nim zaczęła mówić, dowódca statku znowu się odezwał.

— Byliśmy bardzo wdzięczni Cha Thrat za uratowanie mi życia — wyrzucił z siebie pospiesznie. — Daliśmy to wyraźnie do zrozumienia jej współpracownikom i przełożonym, co sprowadziło rozmowę na temat leczenia przez specjalistów obcych ras. Wspomnieliśmy o Szpitalu, gdzie jest to właściwie regułą. Zaproponowano nam wtedy, by Cha odwiedziła tę niezwykłą placówkę, a my się zgodziliśmy. Kontakt z Sommaradvą przebiega jak dotąd całkiem dobrze i nie chcieliśmy ryzykować obrażenia ich odmową. Rozumiem, że obeszliśmy w ten sposób normalną procedurę wyłaniania kandydatów na stażystów, jednak Cha udowodniła już pewne umiejętności w interesującej was dziedzinie, pomyśleliśmy więc…

Nie odrywając spojrzenia od Cha, O’Mara uniósł dłoń i poczekał, aż oficer zamilknie.

— Jest to zatem decyzja polityczna i musimy się zgodzić, czy chcemy czy nie. Niemniej pytanie pozostaje. Dlaczego chciała pani tu przylecieć?

— Wcale nie chciałam. Zostałam wysłana. Chiang zakrył nagle oczy dłonią w geście, którego Cha jeszcze u niego nie widziała. O’Mara przyglądał jej się przez chwilę, zanim znowu się odezwał.

— Proszę o wyjaśnienie.

— Gdy wojownicy z Korpusu Kontroli opowiedzieli nam, ile różnych inteligentnych gatunków tworzy Federację, i wspomnieli o Szpitalu, w którym spotkać można wiele z nich przy pracy, byłam zaciekawiona i zainteresowana, ale nazbyt obawiałam się spotkania przedstawicieli niejednej obcej rasy, ale aż siedemdziesięciu. Mogłoby mnie to przyprawić o chorobę władców. Mówiłam wszystkim, którzy tylko chcieli słuchać, że nie jestem wystarczająco kompetentnym chirurgiem, aby wysyłać mnie w takie miejsce. Nie udawałam skromności. Naprawdę byłam, to znaczy jestem, ignorantką. Ponieważ należę do klasy wojowników, nikt nie mógł mnie do niczego zmusić, ale moi współpracownicy i miejscowi władcy niedwuznacznie dawali mi do zrozumienia, że najlepiej będzie, jeśli polecę.

— Ignorancja zawsze może być przejściowa — powiedział O’Mara. — Domyślam się, że musieli bardzo na panią naciskać. Dlaczego?

— W moim szpitalu szanują mnie, ale niezbyt lubią — podjęła z nadzieją, że autotranslator usunie ton złości z jej głosu. — Chociaż jestem jedną z pierwszych kobiet chirurgów, co samo w sobie jest nowością, dużą wagę przywiązuję do tradycyjnych wartości. Nie toleruję odstępstw od reguł naszego zawodu, z którymi spotykam się ostatnio coraz częściej. Jestem w takich sytuacjach krytyczna zarówno wobec kolegów, jak i przełożonych. Zasugerowano mi, że jeśli nie skorzystam z propozycji Ziemian, będę poddawana coraz silniejszym szykanom na gruncie zawodowym. Zbyt to złożone, aby przedstawić rzecz w paru słowach, ale moi władcy porozumieli się z przedstawicielami Korpusu, którzy i tak zachęcali mnie jak mogli. W ten sposób Ziemianie ciągnęli, a moi pchali i ostatecznie znalazłam się tutaj. Ale skoro już tu jestem, postaram się możliwie najlepiej wykorzystać wszystkie swoje umiejętności.

O’Mara spojrzał na dowódcę statku. Chiang odsłonił oczy, ale poczerwieniał na twarzy.

— Kontakty na Sommaradvie rozwijały się pomyślnie, ale znalazły się akurat w delikatnym stadium — powiedział Chiang. — Nie chcieliśmy ryzykować odmową w tak drobnej według nas sprawie. Poza tym byliśmy przekonani, że Cha nie ma łatwego życia ze swoimi, i pomyśleliśmy, cóż, ja pomyślałem, że tutaj poczuje się szczęśliwsza.

— Tak więc nie tylko polityka wchodzi tu w grę, ale także przymuszenie do zgłoszenia się na ochotnika. Taka osoba może nie spełnić naszych wymagań — powiedział psycholog, mierząc spojrzeniem Chianga, którego twarz pociemniała jeszcze bardziej. — Na dodatek, kierując się źle rozumianą wdzięcznością, próbowaliście zataić przede mną prawdę. Wspaniale! — Obrócił głowę w kierunku Cha. — Doceniam pani szczerość. Ten materiał przyda mi się przy sporządzaniu pani profilu, ale mimo tego, co może sądzić pani przyjaciel, nie wpłynie on na ocenę pani przydatności do pracy w Szpitalu. Ważne, czy spełni pani warunki stawiane zwykle stażystom. Pozna je pani podczas szkolenia, które zacznie się jutro rano. — Mówił coraz szybciej, jakby czas mu się kończył. — W sekretariacie otrzyma pani pakiet z planami Szpitala, rozkładem zajęć, regulaminem i poradnikiem dla nowo przybyłych, wszystko w języku używanym powszechnie na Sommaradvie. Paru naszych stażystów na pewno powie pani, że pierwszym i najtrudniejszym testem jest znalezienie własnej kwatery. Powodzenia, Cha Thrat.

Gdy kierowała się pomiędzy licznymi siedziskami do drzwi, usłyszała jeszcze, jak O’Mara zaczyna rozmowę z Chiangiem:

— Przede wszystkim interesuje mnie pański stan zaraz po operacji, majorze. Nie nawiedzały pana nawracające koszmary czy trudne do wyjaśnienia stany napięcia, którym towarzyszyłoby pocenie się? Nie miał pan trudności z oddychaniem ani poczucia duszenia albo tonięcia? Nie było lęków przed ciemnością?…

Naprawdę, pomyślała Cha Thrat, O’Mara jest wielkim magiem.

W sekretariacie Braithwaite dał jej obiecane broszury i udzielił kilku dodatkowych rad, a także wręczył białą opaskę, którą miała nosić na jednej z górnych kończyn. Sygnalizowała ona wszystkim, że mają przed sobą stażystkę, która może być przerażona i zagubiona. W razie potrzeby mogła pytać któregokolwiek z pracowników Szpitala o drogę. On też życzył jej powodzenia.

Odnalezienie kwatery było rzeczywiście koszmarnie trudne. Dwukrotnie musiała prosić o pomoc i za każdym razem wybierała grupy okrytych srebrzystym futrem Kelgian, którzy — jak jej się zdawało — byli w każdym zakątku Szpitala. Nie ciągnęło jej do wielkich i ciężkich potworów ani pomarańczowych istot w wypełnionych chlorem kombinezonach. W obu przypadkach, mimo grzecznej prośby, informacje przekazano jej w sposób oschły i nieuprzejmy.

W pierwszej chwili poczuła się urażona, potem dostrzegła jednak, że Kelgianie tak samo odnoszą się nawet do siebie, i uznała, że mądrzej będzie nie żywić do nich pretensji za brak uprzejmości w kontaktach z obcymi.

Gdy w końcu dotarła do swojego pokoju, drzwi zastała szeroko otwarte, a na podłodze zobaczyła Timminsa z małym, popiskującym i mrugającym pudełeczkiem w dłoni.

— Tylko sprawdzam — powiedział. — Zaraz skończę. Proszę się rozejrzeć. Instrukcje obsługi wszystkich urządzeń leżą na stoliku. Gdyby czegoś pani nie rozumiała, proszę skorzystać z komunikatora i połączyć się z działem szkolenia. Oni pani pomogą. — Obrócił się na plecy i wstał w sposób, który dla niej byłby niewykonalną ekwilibrystyką. — Jak się pani podoba?

— Jestem zdumiona — powiedziała Cha Thrat szczerze zaskoczona tym, jak dobrze przygotowano jej kwaterę. — Całkiem jak w moim szpitalu.

— Staramy się — rzekł Timmins, uniósł dłoń w niezrozumiałym dla niej geście i wyszedł.

Dłuższy czas krążyła po pokoju, oglądając meble i wyposażenie, i nie mogła do końca uwierzyć własnym oczom. Wiedziała, że zrobiono wiele zdjęć i pomiarów jej kwatery na poziomie dla wojowników — chirurgów Domu Uzdrowień Calgren, ale nie oczekiwała aż takiej wierności w odtwarzaniu detali. Były tu nawet jej ulubione reprodukcje, takie same tapety, oświetlenie, drobiazgi osobiste. Znalazła też jednak sporo mniej lub bardziej subtelnych różnic, które przypominały, że mimo wszystko nie znajduje się na macierzystym świecie.

Sam pokój był większy, meble zaś wygodniejsze, poza tym nie było na nich widać złączy, tak jakby każdy zrobiono z jednego kawałka materiału. Wszystkie drzwiczki, szuflady i zamki działały bez zarzutu, co nigdy nie zdarzało się oryginałom. No i powietrze pachniało inaczej… a raczej w ogóle nie miało zapachu.

W końcu początkową radość wyparła myśl, że znalazła się jedynie w małej enklawie normalności osadzonej wewnątrz wielkiej, obcej i przerażająco złożonej budowli. Bała się teraz znacznie bardziej niż kiedykolwiek w domu. Na dodatek zaczynała odczuwać samotność. Intensywną i równie dokuczliwą jak głód.

Jednak pamiętała, że na dalekiej Sommaradvie nie jest osobą pożądaną, tutaj zaś życzliwie ją powitano, musi więc — choćby tylko z poczucia obowiązku — pozostać w tym niesamowitym szpitalu. Wiedziała, że zanim tutejsi władcy postanowią ją odesłać, postara się jak najwięcej od nich nauczyć.

Najlepiej będzie zacząć naukę od razu.

Zastanowiła się, czy naprawdę jest głodna, czy może tylko jej się zdaje. Podczas pierwszej wizyty w stołówce nie najadła się do syta, ale była zbyt zaabsorbowana innymi sprawami. Teraz zaczęła sprawdzać na planie, jak dojść do stołówki i gdzie leży sala wykładowa, w której powinny odbyć się rano jej pierwsze zajęcia. Nie miała jednak przesadnej ochoty na wędrówkę zatłoczonymi korytarzami. Była bardzo zmęczona, pokój zaś wyposażono w mały moduł spożywczy, na wypadek gdyby pogrążony w nauce stażysta nie chciał przerywać lektury żadnymi spacerami.

Przejrzała listę stosownych dla niej potraw i wybrała średnie i duże porcje tego i owego. Gdy poczuła się już syta, spróbowała zasnąć.

Zewsząd dobiegały ledwie słyszalne, trudne do zidentyfikowania dźwięki, których nie znała jeszcze na tyle, aby je ignorować. Sen nie chciał przyjść, powrócił za to strach. Zastanawiała się, czy nie staje się z wolna przypadkiem dla O’Mary, i jeszcze bardziej zwątpiła w swoją przyszłość w Szpitalu. W końcu włączyła ekran sufitowy, by sprawdzić, co uda jej się znaleźć na kanałach rozrywkowych i edukacyjnych.

Według rozpiski dziesięć kanałów nadawało nieustannie najpopularniejsze programy rozrywkowe Federacji, aktualne wiadomości i filmy. W razie potrzeby można było włączać tłumaczenie każdego z nich. Szybko odkryła jednak, że wprawdzie rozumie słowa wypowiadane przez obcych na ekranie, lecz wszystko, co im towarzyszy, wydaje jej się przerażające, dziwne, tajemnicze albo wprost obsceniczne. Przełączyła się na kanały edukacyjne.

Tutaj mogła wybierać pomiędzy trudnymi do pojęcia zestawieniami, tabelami i wykresami temperatury, ciśnienia krwi i pulsu około pięćdziesięciu różnych istot a relacjami z trwających operacji, które na pewno nie mogły nikogo uśpić.

W desperacji spróbowała kanałów audio, jednak muzyka, którą znalazła, nawet po przyciszeniu brzmiała jak zgrzyty zepsutej maszynerii. W końcu, ku jej wielkiemu zaskoczeniu, coś zabrzęczało stanowczo. To budzik dawał znać, iż jeśli chce jeszcze zjeść śniadanie przed wykładem, powinna już wstawać.

Rozdział czwarty

Wykładowca był Nidiańczykiem, przedstawił się jako starszy lekarz Cresk — Sar. Mówiąc, przemieszczał się tam i z powrotem przed grupą stażystów niczym mały, włochaty drapieżnik i ile razy mijał Cha Thrat, ta miała ochotę albo zwinąć się w ciasną kulę dla obrony przed zagrożeniem, albo uciec.

— Dla ograniczenia nieporozumień przy spotkaniach i dla uniknięcia urażenia rozmówców dobrze jest uznać, że wszyscy, którzy nie należą do waszych gatunków, są istotami bezpłciowymi. Czy zwracacie się do nich wprost, czy tylko mówicie o nich, starajcie się używać rodzaju odpowiadającego nazwie ich gatunku. Jedynym wyjątkiem są sytuacje, gdy leczenie wymaga wniknięcia w sprawy płci. Lekarz powinien wówczas umieć rozpoznać, z kim ma do czynienia, zwłaszcza w przypadku gatunków, u których spotyka się wiele płci. Może to mieć znaczenie dla przebiegu terapii. Ja jestem akurat nidiańskim samcem DBDG, możecie zatem stosować wobec mnie rodzaj męski albo, co w wielu językach będzie wyjściem równie dobrym, nijaki.

Gdy odrażająca włochata istota przeszła znowu kilka kroków od niej, Cha pomyślała, że nie miałaby problemów z uznaniem starszego lekarza za „coś” raczej niż „kogoś”.

Szukając mniej odpychającego widoku, spojrzała na sąsiada, jednego z trzech uczestniczących w zajęciach Kelgian. Wydało jej się dziwne, że futro tych istot podoba jej się, całkiem jak kojące harmonią dzieło sztuki, podczas gdy równie obce owłosienie wykładowcy budzi w niej odrazę. Sierść gąsienicowatych była w nieustannym ruchu, długie i miękkie fale przetaczały się od stożkowatej głowy do ogona, czasem nakładając się na siebie albo rodząc wtórne pofałdowania, całkiem jakby targał nią niewyczuwalny wiatr. Z początku wydawało się Cha, że rządzi tym przypadek, ale potem odkryła, że sekwencje się powtarzają.

— Na co się gapisz? — spytał nagle Kelgianin z sykiem i jękiem, które autotranslator przełożył na zrozumiałe dla Cha słowa. — Mam jakąś łysinę albo coś?

— Przepraszam, nie chciałam cię urazić — powiedziała Cha. — Twoja sierść jest piękna i nie mogę się powstrzymać, aby nie spoglądać na nią z podziwem…

— Uważajcie, wy dwoje! — upomniał ich ostro starszy lekarz. Podszedł bliżej, przyjrzał się im po kolei i wrócił do swojej wędrówki.

— Włosy Cresk — Sara to dopiero jest widok — powiedział cicho Kelgianin. — Ilekroć na niego spojrzę, mam wrażenie, że zaraz przejdą na mnie jakieś pasożyty. Wiem, że ich nie ma, ale i tak ciągle mam ochotę się podrapać.

Tym razem wykładowca zmierzył ich tylko spojrzeniem i prychnął z irytacją coś, czego autotranslator nie przetłumaczył.

— Dymorfizm płciowy jest źródłem wielu trudnych do zrozumienia zachowań — powiedział, podejmując wątek. — Raz jeszcze podkreślam więc, że o ile płeć pacjenta nie ma znaczenia dla terapii, należy ją ignorować albo wręcz unikać tematu. Niektórzy z was mogą uważać, że wiedza o różnicach płciowych u obcych może się okazać przydatna, na przykład podczas towarzyskich kontaktów, w które obfituje ten nader plotkarski szpital, jednak wierzcie mi, na gruncie zawodowym wspomniana ignorancja jest zaletą.

— Ale przecież czasem ignorowanie płci innej istoty może być poczytane za nieuprzejmość — powiedział siedzący kilka miejsc dalej Melfianin. — Na przykład podczas wspólnych posiłków czy wykładów…

— Mam wrażenie, że usiłujesz być kimś, kogo nasi ziemscy koledzy zwą dżentelmenem — powiedział Cresk — Sar ze szczeknięciem, które mogło oznaczać śmiech. — Nie słuchałeś. Chodzi o ignorowanie różnic. Próbuj myśleć o wszystkich, którzy nie należą do twojej rasy, jak o istotach rodzaju nijakiego. W przeciwnym razie będziesz musiał naprawdę bardzo się starać, aby dostrzec co trzeba, i nierzadko popełnisz gafę, na przykład w kontaktach z Hudlarianami, którzy zmieniają płeć, a wraz z nią wiele wzorców zachowań.

— A co się dzieje, jeśli czasem para Hudlarian nie zgra się w zmianach płci? — spytał Kelgianin obok Cha Thrat.

Tu i ówdzie rozległy się dziwne odgłosy, z których żaden nie został przetłumaczony. Starszy lekarz spojrzał na Kelgianina, którego sierść z jakiegoś powodu zafalowała gwałtownie.

— Potraktuję to jako poważne pytanie, chociaż wątpię, czy z taką intencją zostało zadane — odparł. — Jednak miast odpowiadać samemu, poproszę o to jednego z was. Konkretnie, obecnego tu hudlarianskiego stażystę. Czy możesz wyjść przed wszystkich?

Więc tak wygląda Hudlarianin, pomyślała Cha Thrat.

Była to przysadzista i ciężka istota okryta gładką, ciemnoszarą skórą z zaschniętą tu i ówdzie farbą, którą stażysta spryskiwał się przed wykładem. Cha widziała to i uznała, że to naprawdę dziwny sposób używania kosmetyków. Tułów wspierał się na sześciu mocnych odnóżach, z których każde kończyło się grupą elastycznych wyrostków zwijających się do wewnątrz, tak że ciężar ciała rozkładał się na knykcie.

Nie było widać żadnych naturalnych otworów, nawet na głowie, która mieściła pokryte twardą, przezroczystą błoną ochronną oczy oraz półokrągłą membranę. Ta zawibrowała nagle, gdy stworzenie obróciło się w ich stronę.

— To bardzo proste, szanowni koledzy — powiedział Hudlarianin. — Obecnie jestem samcem, ale do pokwitania wszyscy pozostajemy bezpłciowi. Kierunek zmian zależy od czynników społecznych i środowiskowych, czasem bardzo subtelnych. Sygnały te nie mają nic wspólnego z cielesnym kontaktem. Niekiedy wystarczy widok atrakcyjnego samca, aby wywołać przemianę w osobnika rodzaju żeńskiego. Albo odwrotnie. Możliwy jest też świadomy wybór, jeśli komuś zależy z powodów zawodowych na przynależności do którejś płci. Poza okresem przebywania w związku zmiany płci mają u dorosłych osobników charakter dość dowolny. Natomiast u stałych, pragnących potomstwa par zmiany płci zaczynają się wkrótce po zapłodnieniu. Do urodzenia dziecka samiec staje się mniej agresywny, za to bardziej emocjonalnie związany z partnerką, która z kolei traci z wolna żeńskie cechy. Po narodzinach proces trwa, aż to ojciec bierze w końcu na siebie główny ciężar opieki nad potomkiem i staje się powoli samicą, matka zaś zyskuje cechy męskie, które z czasem pozwolą jej zostać ojcem. Oczywiście Jest i taki okres, kiedy oboje znajdują się w fazie neutralnej, jednak dotyczy to ciąży, gdy kontakty cielesne nie są wskazane.

— Dziękuję — powiedział starszy lekarz, ale uniósł niewielką włochatą rękę, dając znać, aby Hudlarianin nie wracał jeszcze na miejsce. — Jakieś pytania czy komentarze?

Spojrzał przy tym na Kelgianina, który wcześniej się odezwał, ale tym razem to Cha przemówiła.

— Myślę, że Hudlarianie mają wiele szczęścia. Nie znają dyskryminacji płciowej, która u nas, na Sommaradvie, nie jest bynajmniej rzadka…

— Tam i na wielu innych światach Federacji — wtrąciła srebrzysta gąsienica, a futro zjeżyło jej się za głową.

— Dziękuję Hudlarianinowi za wyjaśnienia — powiedziała Cha. — Zdumiałam się jednak, usłyszawszy, że jest obecnie samcem. Gdy widziałam, jak maluje się przed zajęciami, w pierwszej chwili wzięłam go mylnie za samicę.

Hudlarianin chciał coś powiedzieć, ale Cresk — Sar uciszył go, unosząc dłoń.

— To w pierwszej chwili. A w drugiej?

Zmieszana zerknęła na włochatą istotę. Nie wiedziała, co odpowiedzieć.

— Słuchamy. Powiedz nam, jakie były twoje wrażenia, myśli i przypuszczenia po obserwacji całkiem obcej dla ciebie formy życia. Zastanów się i mów otwarcie.

Cha spojrzała na niego w sposób, który u innego Sommaradvanina wywołałby natychmiastową słowną i fizyczną reakcję.

— Pierwsze wrażenie już opisałam. Potem pomyślałam, że może u Hudlarian to raczej samce malują ciało. Samce albo obie płci. Następnie zauważyłam, jak ostrożnie nasz kolega się porusza, tak jakby bał się uszkodzić sprzęty albo zranić innych słuchaczy. Starał się być delikatny pomimo wielkiej siły fizycznej. Ta, w połączeniu z masywnym ciałem o sześciu, a nie dwóch albo czterech kończynach, sugerowała, że pochodzi z planety o wielkim ciążeniu i odpowiednio dużym ciśnieniu atmosferycznym, gdzie ewentualny upadek mógłby mieć katastrofalne skutki. Twarda, ale elastyczna skóra, pozbawiona jakichkolwiek otworów do przyjmowania pokarmów i usuwania odpadów, wskazała ostatecznie, że domniemana farba może być tak naprawdę roztworem odżywczym.

Wszyscy obserwowali ją pilnie najróżniejszymi narządami wzroku. Nikt się nie odzywał.

— Przyszło mi też do głowy coś zapewne nazbyt fantastycznego, chociaż być może prawdopodobnego — powiedziała po chwili wahania. — Nie wykluczam, że skoro przywykłym do wysokiego ciśnienia zewnętrznego Hudlarianom nie szkodzi pobyt w Szpitalu i nie potrzebują tu żadnych skafandrów, to zapewne mogą znieść jeszcze mniej sprzyjające warunki. Kto wie, czy nie są nawet zdolni do przebywania i pracy bez osłony w próżni kosmicznej — dodała, oczekując burzliwej odpowiedzi wykładowcy.

— Jeszcze chwila, a podasz mi fizjologiczną klasyfikację Hudlarian, chociaż tego tematu jeszcze nie przerabialiśmy — rzekł Cresk — Sar, unosząc rękę. — Pierwszy raz zobaczyłaś dzisiaj Hudlarianina?

— Dwóch widziałam już w stołówce, ale byłam wtedy zbyt zagubiona, żeby ich obserwować.

— Obyś była coraz mniej zagubiona, Cha Thrat — powiedział wykładowca i spojrzał na pozostałych. — Nasza stażystka objawiła zdolność obserwacji i dedukcji, stora po przeszkoleniu powinna umożliwić każdemu z was udane funkcjonowanie w środowisku Szpitala 1 dobre podejście do współpracowników i pacjentów. Niemniej odradzałbym myślenie o kolegach jako o Nidiańczykach, Hudlarianach, Kelgianach czy Melfianach. Posługujcie się raczej ich fizjologiczną klasyfikacją. Wówczas zawsze będziecie pamiętali o warunkach środowiskowych, jakich potrzebują, ich typie metabolizmu i innych cechach. Nie będziecie się też zastanawiać, czy środowisko może być groźne dla was albo dla nich. Na przykład, gdyby PVSJ — owi, chlorodysznemu mieszkańcowi Illensy, rozdarł się skafander, zagrożony byłby on sam oraz wszyscy tlenodyszni mający na początku kodu litery D, E albo F. Gdybyście kiedyś musieli udzielać pomocy po wypadku w przestrzeni, może się zdarzyć, że trzeba będzie sklasyfikować ofiarę na podstawie małego fragmentu ciała, dajmy na to kończyny wystającej spod rumowiska. A od trafnego rozpoznania będzie zależeć z kolei skuteczna pomoc. Z tego powodu musicie nauczyć się zauważać odruchowo wszystko, co może okazać się przydatne w takiej sytuacji. Wszystkie cechy i różnice u otaczających was istot. Choćby na początek pomogło wam to jedynie ustalić, komu lepiej nie wchodzić w drogę na korytarzach. A teraz zabiorę was na oddział, abyście zetknęli się z pacjentami, zanim przyjdzie pora na kolej…

— A co ze wspomnianym systemem klasyfikacji? — spytał Kelgianin. Nie, nie Kelgianin, ale DBLF, poprawiła się w myśli Cha Thrat. — Jeśli jest tak ważny, marny z ciebie nauczyciel, skoro nam go nie wyjaśniłeś.

Cresk — Sar podszedł powoli do stażysty, który to powiedział, a Cha zastanowiła się, czyby nie zadać wykładowcy szybko jakiegoś uprzejmego pytania, aby zatrzeć niemiłe wrażenie. Jednak Nidiańczyk zignorował Kelgianina i odezwał się wprost do Sommaradvanki.

— Zauważyłaś już na pewno, że Kelgianie DBLF są wyszczekani, źle wychowani, nieuprzejmi i całkiem pozbawieni taktu…

Powiedz coś, czego nie wiem, pomyślała Cha.

— Jednak mają po temu powody. Ponieważ nigdy nie rozwinęli złożonych narządów mowy, ich wypowiedziom brakuje modulacji, a tym samym niezbyt potrafią wyrażać emocje. To czynią za pomocą futra, którego poruszenia oddają wiernie, choć w sposób niekontrolowany stan ducha mówiącego. Z tego względu obca jest im sama koncepcja kłamstwa, nigdy nie bawią się w dyplomację, nie są taktowni ani nawet nadmiernie uprzejmi. Falowanie sierści i tak mówi wszystko za nich, przynajmniej gdy chodzi o kontakty z innymi Kelgianami. Tak samo zachowują się zresztą wobec innych ras, a częste u wielu gatunków owijanie w bawełnę niezmiernie ich irytuje. Znajdziesz tu wiele jeszcze odmiennych istot, ale biorąc pod uwagę twoje dzisiejsze zachowanie, chociaż dotychczas spotkałaś przedstawicieli tylko jednej obcej rasy, sądzę, że łatwo przystosujesz się do…

— Teraz będziesz rozmawiał tylko z tą prymuską? — rzucił Kelgianin, a futro nastroszyło mu się jeszcze bardziej. — To przecież ja zadałem pytanie, nie pamiętasz?

— Owszem — odpowiedział Cresk — Sar, patrząc na ścienny chronometr. — Jeszcze dziś dostaniecie do kwater taśmy z objaśnieniem systemu klasyfikacji. Przestudiujcie je uważnie kilka razy, komentarz zrozumiecie dzięki autotranslatorom. Teraz mam czas tylko na wyjaśnienie podstaw. — Obrócił się do reszty słuchaczy, dając do zrozumienia, że odpowiedź przeznaczona jest dla ogółu. — O ile nie macie za sobą praktyki w mniejszych wielośrodowiskowych szpitalach, spotykaliście dotąd obcych co najwyżej jednego gatunku naraz i zapewne przypadkiem, choćby po katastrofie statku. Nazywaliście ich wtedy zgodnie z tym, skąd pochodzili. Powtarzam jednak, że właściwa i szybka identyfikacja pacjenta jest sprawą najwyższej wagi, gdyż często nie jest on w stanie podać nam żadnych danych na swój temat. Dla ułatwienia postępowania w takich sytuacjach stworzyliśmy czteroliterowy kod opisujący podstawowe cechy fizjologiczne. Dzięki niemu możemy podtrzymywać życie i rozpocząć wstępne leczenie, podczas gdy patologia zbiera jeszcze dane o pacjencie. Pierwsza litera odnosi się do stadium ewolucyjnego, na którym dana rasa uzyskała inteligencję. Druga wskazuje na typ i rozmieszczenie kończyn, narządów zmysłów i otworów ciała. Pozostałe dwie mówią o metabolizmie, sposobie odżywiania oraz wymogach związanych z grawitacją i ciśnieniem, co z kolei sugeruje rodzaj okrywy skórnej i masę istoty. — Zaśmiał się krótko. — Zwykle muszę uświadamiać w tym miejscu stażystom, że ich zaawansowanie ewolucyjne nie może być podstawą poczucia wyższości, jako że o rozwoju fizycznym decydują czynniki środowiskowe i ma on nikły związek z poziomem inteligencji.

Potem wyjaśnił, że podane na pierwszym miejscu litery A, B i C oznaczają skrzelodysznych. Na większości światów życie narodziło się w morzu i czasem tam też, bez wychodzenia na brzeg, pojawił się rozum. Litery od D do F dotyczyły ciepłokrwistych tlenodysznych, do których należała większość inteligentnych ras Federacji. G i K opisywały tlenodysznych, ale o cechach owadów. L i M zaś uskrzydlone istoty żyjące w warunkach lekkiej grawitacji.

Chlorodyszni zgrupowani byli pod literami O i P, po czym następowały rzadsze, bardziej zaawansowane ewolucyjnie i dziwaczne formy życia, jak istoty żywiące się twardym promieniowaniem, żyjące w superniskich temperaturach albo krystaliczne. Oraz zmiennokształtni. Niemniej rasy mające szczególne zdolności, w rodzaju telekinezy czy teleportacji, rozwinięte w stopniu pozwalającym im na obywanie się bez kończyn, zostały umieszczone pod literą V, i to niezależnie od wielkości, kształtu czy wymogów środowiskowych.

— Trafimy w tym systemie na pewne nieprawidłowości — dodał wykładowca. — Są one skutkiem braku wyobraźni jego twórców. Na przykład AACP oznacza istoty o roślinnym typie metabolizmu, chociaż zwykle przedrostek A odnosi się do skrzelodysznych. Wszystko stąd, że nie znano wcześniej żadnych prostszych niż ryby form inteligentnego życia. Potem dopiero odkryto rozumne, mobilne rośliny, które wy ewoluowały przed rybami, otrzymały więc przedrostek AA. A teraz — powiedział, znowu zerkając na czasomierz — poznacie niektóre z tych wspaniałych, dziwacznych, a może i przerażających istot. Zwykliśmy kierować stażystów do pracy na oddziałach zaraz po przybyciu, aby jak najszybciej przywykli do pacjentów i reszty personelu. Niezależnie od pozycji, jaką zajmowaliście na swoich światach, tutaj traficie w szeregi personelu pielęgniarskiego, w każdym razie do chwili, gdy przekonacie mnie, że wasze umiejętności uzasadniają awans. Ale uprzedzam, że mnie niełatwo przekonać — dodał. — Proszę za mną.

Podążać za Cresk — Sarem też nie było łatwo, gdyż jak na tak niewielką istotę poruszał się bardzo szybko, a Cha wydawało się, że wszyscy inni o wiele lepiej radzą sobie z wędrówką korytarzami niż ona. Po chwili zauważyła jednak, że Hudlarianin — FROB — też zostaje w tyle.

— Z oczywistych powodów wszyscy schodzą mi z drogi — powiedział, gdy się zrównali. — Jeśli zajmiesz miejsce zaraz za mną, będziemy mogli przemieszczać się o wiele szybciej.

Cha ogarnęło trudne do opisania wrażenie, że znalazła się nagle we śnie, który jest równocześnie koszmarny i wspaniały. We śnie, w którym bestia mogąca bez wysiłku rozedrzeć ją na pół okazywała jej uprzejmość. Ale nawet jeśli to był sen, należało jakoś zareagować.

— To bardzo miło z twojej strony. Dziękuję. Membrana Hudlarianina zawibrowała, lecz autotranslator zignorował to, zaraz potem jednak olbrzym dodał:

— Co do pasty odżywczej, o której wspomniałaś wcześniej, dodam jeszcze, aby uzupełnić twoje błyskotliwe domysły, że na naszej planecie nie jest nam potrzebna. Mamy tak gęstą atmosferę, że składniki odżywcze unoszą się w niej, tworząc wręcz zupę, którą nieustannie wchłaniamy przez skórę. Jak widzisz, ostatnia partia pokarmu niemal zniknęła i niebawem będę musiał nanieść kolejną.

Zanim zdążyła odpowiedzieć, dołączył do nich nagle jeden z Kelgian.

— Przed chwilą omal nie rozdeptał mnie jakiś Tralthańczyk. Sądzę, że mieliście bardzo dobry pomysł. Na pewno też się tu zmieszczę.

Przysunął się do Cha Thrat, tak że oboje byli teraz chronieni przez masywne ciało Hudlarianina.

— Nie chciałabym cię urazić, ale nie potrafię odróżnić jednego Kelgianina od drugiego — powiedziała Cha, starannie dobierając słowa. — Czy to twoje futro podziwiałam na wykładzie?

— Podziwianie to właściwe określenie! — odparł Kelgianin, żywo ruszając sierścią. — Nie przejmuj się. Gdyby w Szpitalu było więcej Sommaradvan, też nie potrafiłbym ich odróżnić.

Nagle się zatrzymali. Cha wyjrzała zza Hudlarianina i zrozumiała, skąd ten postój. Cresk — Sar kiwał na Melfianina i jednego z pozostałych dwóch Kelgian.

— To oddział pooperacyjny Tralthańczyków — powiedział. — Wasza dwójka będzie meldować się tutaj codziennie po zajęciach, chyba że otrzymacie inne polecenia. Nie trzeba tu ubiorów ochronnych, powietrze nadaje się bowiem do oddychania, a do śladowych woni Tralthańczyków można się przyzwyczaić. Idźcie, czekają tam już na was.

Gdy ruszyli w dalszą drogę, zauważyła, że niektórzy stażyści odłączają się od grupy, chociaż nie dostają wcale polecenia. Domyśliła się, że zapewne już wcześniej otrzymali przydziały. Jednym z nich był Hudlarianin. Niebawem gromadka stopniała do trzech istot: DBLF — a, jej samej i wykładowcy, który wskazał w końcu na Kelgianina.

— To oddział dla PVSJ—ów — powiedział. — Czekają już na ciebie w śluzie i pokażą, jak korzystać ze skafandra ochronnego. Potem…

— Ale tam jest chlor! — zaprotestował Kelgianin, jeżąc futro. — Nie możesz skierować mnie na oddział z normalnym powietrzem? Naprawdę musisz tak bardzo utrudniać życie nowym? A co będzie, jeśli przypadkiem rozedrę skafander?

— Odpowiadając po kolei. Nie. Owszem, jak widzisz. Najbliżsi pacjenci zatrują się tlenem.

— No wiesz?! A ja to co?

— Ty zatrujesz się chlorem. Ale to i tak będzie nic w porównaniu z tym, co usłyszysz od siostry oddziałowej, jeśli cię uratują.

Ruszyli dalej, a Cha musiała dobrze wyciągać nogi, aby nadążyć za wykładowcą i z nikim się nie zderzyć, nie miała więc okazji spytać, co dla niej przewidziano. Zeszli trzy poziomy niżej i w końcu zatrzymali się przed wielką śluzą z napisami w podstawowych językach Federacji. Nie było jednak oczywiście wśród nich sommaradvańskiego, Cha nadal nie wiedziała zatem, gdzie właściwie jest.

— To oddział dla istot rasy AUGL — oznajmił Cresk — Sar. — Znajdziesz tam pacjentów pochodzących z Chalderescola. Należą do najbardziej przerażających stworzeń, jakie zapewne kiedykolwiek spotkasz. Niemniej nie są groźni, jeśli tylko…

— Przedrostek A oznacza skrzelodysznych — przerwała mu Cha Thrat.

— Owszem. O co chodzi? O’Mara mi czegoś nie powiedział? Boisz się wody?

— Nie, lubię pływać, przynajmniej po powierzchni. Ale nie mam ubioru ochronnego.

— To nie problem — stwierdził Nidiańczyk, zaśmiawszy się. — Przygotowanie skomplikowanych skafandrów do pracy w warunkach znacznej grawitacji, dużego ciśnienia czy wysokich temperatur rzeczywiście wymaga czasu, ale prosty strój do poruszania się pod wodą to co innego. Znajdziesz go w śluzie.

Tym razem wszedł ze stażystką do środka. Wyjaśnił, że ponieważ Cha Thrat reprezentuje całkiem nową w Szpitalu rasę, musi się upewnić, czy strój został dobrze dobrany i będzie wygodny. Jednak w śluzie czekała już nowa przewodniczka, która zaraz przejęła Cha.

— Witaj. Jestem siostra przełożona Hredlichli, PVSJ — powiedziała. — Twój strój ochronny składa się z dwóch części. Wejdź w dolną, każdą nogę wsuwając z osobna w odpowiadającej ci kolejności. Potem chwyć czterema dolnymi, masywniejszymi rękami górną połowę i włóż ją na głowę oraz cztery górne ręce. Może ci się wydać, że rękawy i rękawice są za małe, ale ma to zapewnić jak najlepsze odczuwanie bodźców. Nie uszczelniaj skafandra, dopóki nie upewnisz się, że system podawania powietrza działa jak należy. Gdy już zrobisz wszystko, co powiedziałam, pokażę ci, jak trzeba za każdym razem sprawdzać skafander. Potem zdejmiesz go i znowu włożysz, aż opanujesz poszczególne czynności. Zaczynaj, proszę.

Hredlichli krążyła wokół niej, podsuwając rady, przy trzech pierwszych próbach. Potem, na pozór całkowicie zignorowawszy stażystkę, wdała się w rozmowę ze starszym lekarzem. Za sprawą okrywającego ją szczelnie kombinezonu wypełnionego żółtą mgiełką trudno było orzec, gdzie właściwie patrzy. Cha nie umiała nawet zlokalizować jej oczu.

— Cierpimy obecnie na poważne braki personelu — oznajmiła. — Trzy moje najlepsze siostry zajmują się poważnymi przypadkami świeżo po operacjach i nie mają czasu na nic więcej. Jesteś głodna?

Cha Thrat nie była pewna, co odpowiedzieć — zaprzeczyć, jak powinien uczynić sługa, czy potwierdzić. Ale czy Hredlichli miała, jak ona, status wojownika? Nie wiedząc tego, wybrała rozwiązanie pośrednie.

— Jestem głodna, ale nie aż tak bardzo, żeby przeszkadzało mi to w pracy.

— Dobrze. Jako stażystka niebawem przekonasz się, że praktycznie wszyscy będą próbowali wejść ci na głowę. Jeśli zdenerwuje cię to, postaraj się nie uzewnętrzniać swoich uczuć, aż opuścisz oddział. Gdy tylko zjawi się ktoś, aby cię zmienić, będziesz mogła zajrzeć do stołówki. Chyba wiesz już, jak obchodzić się z kombinezonem…

Cresk — Sar obrócił się w stronę wyjścia.

— Powodzenia, Cha Thrat — powiedział, unosząc drobną włochatą kończynę.

— …skierujemy się więc do dyżurki personelu pielęgniarskiego — ciągnęła chlorodyszna, nie zwracając już uwagi na wychodzącego Nidiańczyka. — Sprawdź raz jeszcze zapięcia i ruszaj za mną.

Przeszły do zdumiewająco małego pomieszczenia z przezroczystą ścianą, za którą rozciągała się zielonkawa głębia. Sommaradvanka spostrzegła, że trudno odróżnić przebywające za nią istoty od mającej nieść ukojenie roślinności. Pozostałe trzy ściany zastawiono rozmaitymi szafkami i urządzeniami, których przeznaczenia Cha nie próbowała nawet odgadywać. Sufit pokrywały barwne znaki i geometryczne wzory.

— Mamy tu bardzo dobry personel i świetne wyniki — powiedziała siostra przełożona. — Nie chcę, abyś to zepsuła. Jeśli uszkodzisz skafander i zaczniesz tonąć, nie można będzie zastosować wobec ciebie metody usta — usta, kieruj się zatem wówczas ku najbliższemu z wyjść awaryjnych. Oznaczone są w ten sposób. — Pokazała jeden z wymalowanych na suficie wzorów. — Tam oczekuj pomocy. Przede wszystkim jednak musisz unikać zanieczyszczenia wody odchodami pacjentów. Wymiana objętości tak wielkiego basenu to poważna operacja, która bardzo utrudniłaby nam pracę i wystawiła nas na pośmiewisko całego Szpitala.

— Rozumiem — powiedziała Cha.

Nie pojmowała, dlaczego znalazła się w tak okropnym miejscu. Czy natychmiastowa rezygnacja byłaby usprawiedliwiona? O’Mara i Cresk — Sar uprzedzali ją wprawdzie, że zacznie pracę od najniższego stanowiska, ale to było poniżej godności wojownika — chirurga. Gdyby jej koledzy usłyszeli, czym ma się zajmować, spotkałaby się z powszechnym ostracyzmem. Jednak nikt stąd zapewne im tego nie powie, gdyż w Szpitalu podobne zajęcia są tak powszechne, że niewarte nawet wzmianki. Może zresztą niedługo odprawią ją jako nieprzydatną do pracy w Szpitalu i cały epizod zostanie tajemnicą, nie naruszając jej honoru wojownika. Nadal wszakże obawiała się tego, co jeszcze mogło ją spotkać.

Zaraz okazało się, że miało być o wiele gorzej, niż oczekiwała.

— Pacjenci zwykle z góry wiedzą, kiedy będą potrzebowali odosobnienia — powiedziała Hredlichli. — Wzywają wtedy pielęgniarkę ze stosownym wyprzedzeniem. Gdy na ciebie wypadnie, znajdziesz potrzebne wyposażenie za drzwiami oznaczonymi w ten sposób. — Wskazała kolejny znak na suficie, a potem jarzącą się w oddali jego kopię. — Nie przejmuj się jednak za bardzo, pacjent bowiem będzie wiedział, co robić, i najchętniej załatwi wszystko sam. Większość z nich nie przepada za całą operacją, sama zresztą odkryjesz niebawem, jak łatwo się peszą. Zdolni do poruszania się wolą korzystać z oznaczonego w ten sposób pomieszczenia. To długi i wąski korytarz mogący pomieścić jednego Chalderczyka, który sam obsługuje wszystkie urządzenia. Filtrowanie i usuwanie zanieczyszczeń następuje tam automatycznie, a jeśli cokolwiek się popsuje, wzywamy techników i po krzyku. — Pokazała zamazane kształty po drugiej stronie oddziału. — Gdybyś potrzebowała pomocy przy pacjencie, zwróć się do siostry Towan. Większość czasu spędza teraz z pewnym ciężko chorym, więc nie fatyguj jej bez potrzeby. Potem podam ci podstawowe dane na temat pulsu, ciśnienia i temperatury Chalderczyków oraz sposobów ich mierzenia. Sprawdzamy je regularnie, z częstotliwością zależną od stanu pacjenta. Dowiesz się też, jak czyścić i opatrywać rany pooperacyjne, co w wodzie zawsze jest niełatwe. Zresztą za kilka dni spróbujesz tego sama. Najpierw jednak musisz poznać swoich pacjentów.

Wskazała pozbawione drzwi przejście na oddział. Cha Thrat zdało się, że wszystkie jej dwanaście kończyn ogarnia dziwny paraliż. By odwlec wizytę na oddziale, spytała:

— Przepraszam, do jakiej rasy należy siostra Towan?

— AMSL. Jest creppelliańskim oktopoidem. W Szpitalu pracuje od bardzo dawna, nie masz się więc czego bać. Pacjenci też wiedzą, że trafił do nas na staż ktoś nowy, i są przygotowani na twoje przyjęcie. Przy twoich kształtach nie powinnaś mieć problemów z poruszaniem się w środowisku wodnym, proponuję zatem, abyś sama rozejrzała się teraz po oddziale.

— Jeszcze jedno — odezwała się zrozpaczona Cha. — AMSL to skrzelodyszni. Dlaczego cały personel tego oddziału nie został dobrany spośród skrzelodysznych? A chyba najłatwiej byłoby skierować tu wyłącznie Chalderczyków, aby lekarze byli tej samej rasy co pacjenci?

— Nie spotkałaś dotąd ani jednego naszego podopiecznego, a już chcesz reorganizować oddział! — powiedziała siostra, machając dwiema kończynami. — Są dwa powody, aby nie postępować tak, jak sugerujesz. Po pierwsze, duzi pacjenci mogą być równie dobrze leczeni przez o wiele mniejszych od nich medyków i Szpital zaprojektowano z myślą o tym. Z tego też wynika drugi powód. Przestrzeń zawsze jest tu czymś deficytowym. Wyobrażasz sobie, ile trzeba by jej przeznaczyć na systemy podtrzymania życia dla setki albo więcej lekarzy i pielęgniarek z Chalderescola? Ale dość tego gadania — rzuciła niecierpliwie. — Idź i zachowuj się tak, jakbyś wiedziała, co tu robisz. Potem jeszcze porozmawiamy Jeśli zaraz nie pójdę czegoś zjeść, padnę z głodu.

Cha wydało się, że minęło naprawdę wiele czasu, zanim zdecydowała się zanurzyć w zielony przestwór oddziału, a i tak oddaliła się ledwie na pięć długości swojego ciała od wejścia — do metalowej podpory pokrytej farbą oraz zniekształcającymi kanciaste metalowe elementy sztucznymi roślinami. Bez wątpienia roślinność miała upodobnić wnętrze do rodzinnych mórz Chalderczyków. Cha opłynęła wspornik wokoło.

Hredlichli miała rację: Cha Thrat bez trudu poruszała się w wodzie. Jeden zamach stopami z równoczesnym zatoczeniem półkola czterema środkowymi kończynami pozwalał jej wystrzelić do przodu na trzy długości ciała. Gdy usztywniła jedno albo dwa ze środkowych ramion, mogła zmieniać kierunek i głębokość. Dotąd nigdy nie miała okazji przebywać tak długo pod wodą i zaczynała czerpać z tego prawdziwą przyjemność. Raz za razem okrążała podporę od góry do dołu i przyglądała się bliżej sztucznej roślinności, a szczególnie fosforyzującym z lekka wieloma barwami kiściom czegoś, co wyglądało na owoce, lecz okazało się elementem oświetlenia wnętrza. Jednak radość nie trwała długo.

Jeden z zalegających na dnie długich, ciemnozielonych cieni poruszył się i cicho podpłynął w pobliże Cha, a następnie zaczął z wolna ją okrążać.

Stworzenie przypominało monstrualną rybę z pancernymi łuskami i ostrą niczym brzytwa płetwą ogonową. Nieliczne otwory otaczały wyrostki, które normalnie przylegały do ciała, były jednak wystarczająco długie, aby sięgnąć nawet poza klinowatą głowę, z której patrzyło na Cha pozbawione powiek oko.

Nagle głowa jakby pękła wpół, ukazując różową otchłań paszczy uzbrojonej w rzędy wielkich, białych zębów. Bestia zbliżyła się na tyle, że Cha dostrzegała nawet zawirowania wody wokół skrzeli. Zębiska rozwarły się jeszcze bardziej.

— Cześć, siostro — mruknął potwór nieśmiało.

Rozdział piąty

Cha Thrat nie wiedziała, czy grafik dyżurów na oddziale został ułożony przez siostrę Hredlichli, czy może raczej przez jakiś dawno już nie serwisowany komputer, a spytać o to niezbyt mogła bez podawania w wątpliwość sprawności umysłowej nieznanego autora. Ktokolwiek nim był, nie należał do istot szczególnie zrównoważonych. Gdy po sześciu dniach i ponad dwóch nocach uwijania się wokół wielkich pacjentów na podobieństwo pielęgnicy otrzymała wreszcie całe dwa dni wolne, usłyszała, że przynajmniej część tego czasu winna poświęcić na naukę. Część, czyli zdaniem Cresk — Sara dziewięćdziesiąt dziewięć procent.

Korytarze Szpitala nie przerażały jej już tak bardzo, zastanawiała się więc właśnie nad przerwą w nauce i spacerem, gdy ktoś zadzwonił do drzwi.

— Tarsedth? — zawołała Cha. — Wejdź.

— Mam nadzieję, że ten okrzyk był zaproszeniem, a nie kolejnym dowodem niepewności — powiedział kelgiański stażysta, wkraczając do pokoju. — Powinnaś mnie już poznawać.

Cha wiedziała już, że w takich sytuacjach najlepszą odpowiedzią bywa brak odpowiedzi.

Gość stanął dokładnie przed ściennym ekranem.

— Co to, dolna kończyna ELNT — a? Masz szczęście, Cha. Łapiesz zasady klasyfikacji fizjologicznej o wiele szybciej niż większość z nas. A może wykorzystujesz na naukę każdą wolną chwilę? Gdy Cresk — Sar pokazał nam ostatnio na trzy sekundy przekrój, a ty zidentyfikowałaś go jako pękniętą kość śródstopia i paliczek FGLI, zanim jeszcze obraz zgasł…

— Jak powiedziałeś, po prostu miałam szczęście — przerwała mu Cha. — Dwa dni wcześniej zajrzał na nasz oddział Diagnostyk Thornnastor. Podczas prezentacji chorego zaszło z mojej winy drobne nieporozumienie i dzięki temu miałam okazję obejrzeć z bliska stopę Tralthańczyka, który bardzo starał się mnie nie nadepnąć.

— Hredlichli pewnie naskoczyła na ciebie?

— Powiedziała mi… — zaczęła Cha, ale Tarsedth nie umilkł, aby jej wysłuchać.

— Współczuję. Ale z chlorodysznymi w ogóle jest ciężko. Zanim przeszła do Chalderczyków, była siostrą przełożoną na moim oddziale PVSJ. Sporo mi o niej opowiedziano, łącznie z pewnym incydentem ze starszym lekarzem PVSJ na poziomie pięćdziesiątym trzecim. Ale co tam się działo, nie wiem, choć chciałbym. Próbowali mi wprawdzie to wyjaśniać, ale kto wie, co u takich istot jest normą, a co szaleństwem czy wręcz zapowiedzią skandalu? Po prostu niektórzy w tym szpitalu są po prostu dziwni.

Cha spojrzała na mającą trzydzieści kończyn istotę, która tkwiła przed jej ekranem wygięta niczym wielki futrzany znak zapytania.

— Zgadzam się — powiedziała po chwili.

— Masz kłopoty z Hredlichli? Myślę o tym zdarzeniu z Diagnostykiem. Naskarżyła na ciebie Cresk — Sarowi?

— Nie wiem. Gdy skończyliśmy wieczorny obchód, poradziła mi, abym przez dwa dni nie pokazywała jej się na oczy, do czego oczywiście chętnie się zastosowałam. Mówiłam ci już, że pozwala mi czasem zmieniać opatrunki? Pod nadzorem oczywiście i tylko w przypadku ran, które są już prawie zagojone.

— Nie może być tak źle, skoro pozwala ci aż na tyle — stwierdził Tarsedth. — Co zamierzasz zrobić z wolnymi dniami? Będziesz się uczyć?

— Nie tylko. Chcę zwiedzić trochę Szpital, przynajmniej te części, do których będę mogła wejść w moim kombinezonie ochronnym. Jak dotąd nawał zajęć i tempo, w jakim Cresk — Sar oprowadzał nas po okolicy, nie dały mi wielu okazji do zadawania pytań.

Kelgianin opuścił kilka kończyn na podłogę, co jednoznacznie wskazywało, że zamierza się zbierać.

— Masz niebezpieczne plany, Cha. Ja tam wolę poznawać nasz dom wariatów po kawałeczku, przynajmniej mniejsze jest prawdopodobieństwo, że skończę jako pacjent na urazówce. Słyszałem jednak, że warto zajrzeć na poziom rekreacyjny. Możesz zacząć zwiedzanie właśnie stamtąd. Idziesz?

— Tak — odparła Cha Thrat. — Może tam przynajmniej nie będzie trzeba wiecznie przed kimś uskakiwać.

Potem długo nie potrafiła zrozumieć, jak mogła się tak pomylić.

Napis nad wejściem głosił:

Poziom Rekreacyjny

dla gatunków:

DBDG, DBLF, DBPK, DCNF, EGCL, ELNT, FGLI IFROB.

Istoty GKMN I GLNO wchodzą na własne ryzyko.

Dla tych, którzy nie odnajdywali przekładu napisu w swoim języku, odtwarzano nieustannie nagrania tej samej treści.

— Jest DCNF — powiedział Tarsedth. — Już nanieśli twoją klasyfikację. Zapewne w ramach rutynowego uaktualniania listy personelu.

— Zapewne — mruknęła Cha, ale zrobiło jej się całkiem miło, że okazała się tak ważna.

Po wielu dniach spędzonych na zatłoczonych korytarzach, w małym pokoiku i na wodnym oddziale, gdzie trzeba było cały czas nosić ciasny skafander, ogromna przestrzeń z początku nieco oszołomiła Cha. Jednak stażystka szybko zorientowała się, że i niebo, i odległy horyzont to tylko projekcje, i poczuła się pewniej. W sumie był to nawet zaskakująco miły widok.

Zmyślne oświetlenie i ciekawy krajobraz sprawiały, że całość wydawała się naprawdę przestronna. Poziom odtwarzał scenerię tropikalnej plaży zamkniętej po bokach dwoma wysokimi klifami. Ocean ciągnął się aż po zamglony horyzont, niebo trwało błękitne i bezchmurne, a woda mieniła się turkusowo i wybiegała falami na złocisty piasek.

Gdyby nie nazbyt czerwonawe sztuczne słońce i obca roślinność obramowująca plażę i klify, Cha gotowa byłaby przysiąc, że to zatoka żywcem przeniesiona z tropików Sommaradvy.

Niemniej był to Szpital, w którym wiecznie brakowało miejsca i w którym, o czym uprzedzono ją jeszcze przed pierwszą wizytą w stołówce, pracowało się razem i razem się jadało. To samo, niestety, dotyczyło wypoczynku.

— Bardzo trudno jest odtworzyć realistycznie wyglądające chmury — zaczął niepytany Kelgianin. — Woleli więc nie próbować, aby nie popsuły ogólnego efektu. Tak powiedział mi pewien technik, który radził, żebym tu wpadł. Dodał też, że największą atrakcją jest grawitacja równa połowie ziemskiej, co bliskie jest również połowie siły przyciągania na Kelgii czy normalnemu ciążeniu na Sommaradvie. Ci, którzy lubią wypoczywać aktywnie, mogą być przez to aktywniejsi, a pozostałym piasek wydaje się bardziej miękki… Uważaj!

Obok nich przebiegło z łomotem trzech Tralthańczyków wzbijających osiemnastoma potężnymi nogami całe fontanny piasku. Z pluskiem runęli do płytkiej wody. Niska grawitacja umożliwiała ociężałym i powolnym zwykle istotom skoki w stylu dwunogów, a i piasek wisiał dłużej niż normalnie w powietrzu. Część, miast z powrotem na plażę, trafiła przy tym do oczu Cha.

— Chodźmy tam — pokazał Tarsedth. — Schowamy się między FROB — em a tymi dwoma ELNT — ami. Nie wyglądają na miłośników szczególnie aktywnego wypoczynku.

Jednak Cha nie miała ochoty leżeć plackiem na plaży pod sztucznym słońcem. Zbyt wiele pytań ciągle ją nurtowało, i to takich, które trudno było zadać, nie ryzykując obrazy rozmówcy, a z doświadczenia wiedziała, że czasem duży wysiłek fizyczny pomaga zrelaksować umysł.

Spojrzała na wysoką falę załamującą się na plaży. Nie wszystkie były sztuczne, wiele było dziełem pływaków, czasem bardzo potężnych i nader energicznych. Ulubionym sportem tych najcięższych i najmniej opływowych były skoki z zamontowanych na klifach trampolin. Prowadziły do nich ukryte w masywach skał tunele. Cha wydawało się, że trampoliny znajdują się zabójczo wysoko, ale potem przypomniała sobie o obniżonej grawitacji. Najwyższy z pomostów został osadzony bardzo solidnie i na sztywno, zapewne aby nikt ze skaczących nie rozbił sobie głowy o sztuczne niebo.

— Popływasz? — spytała nagle Cha Thrat. — O ile Kelgianie pływają, oczywiście.

— Owszem, pływamy, ale ja nie mam ochoty — odparł Tarsedth, pogłębiając swój grajdołek. — Sierść by mi się posklejała i przez resztę dnia nie mógłbym rozmawiać z nikim z moich. Połóż się może i zrelaksuj trochę.

Cha złożyła dwie tylne kończyny i łagodnie legła na piasku, ale było widać, że jakoś nie potrafi się odprężyć.

— Coś cię gryzie? — spytał Kelgianin, poruszając futrem. — O co chodzi? O Cresk — Sara? Hredlichli? Twój oddział?

Sommaradvanka milczała chwilę niepewna, jak przedstawić swój problem istocie, która wyrosła w całkiem innej kulturze i która na dodatek nie była być może wojownikiem, lecz tylko sługą. Jednak choć nie była pewna statusu rozmówcy, uznała go za równego sobie zawodowo.

— Nie chciałabym cię urazić — powiedziała w końcu — ale mam wrażenie, że mimo rozległości wiedzy, którą mamy sobie przyswoić, i rozmaitości istot, którymi się zajmujemy za pomocą cudownych wręcz niekiedy urządzeń, nasza praca polega na monotonnym powtarzaniu banalnych czynności. Cały czas jesteśmy do tego pod nadzorem, za nic nie odpowiadamy. Oczekiwałam, że dostaniemy ważniejsze zadania niż usuwanie nieczystości.

— O to więc chodzi — mruknął Kelgianin, wykręcając głowę w jej kierunku. — Urażona duma.

Cha nie odpowiedziała.

— Zanim opuściłem Kelgię, kierowałem służbami Pielęgniarskimi ośmiu oddziałów. Wszyscy pacjenci należeli oczywiście do tego samego gatunku, ale praca ogólnie była podobna. Niektórzy tutejsi stażyści w tym i ty, byli jednak wcześniej lekarzami, wyobrażam więc sobie, jak możecie się czuć. Ale tak będzie tylko do czasu, aż Cresk — Sar uzna, że jesteśmy gotowi. Nie przejmuj się zatem. Najpierw musisz się nauczyć medycyny obcych, a to najlepiej zacząć od samego dołu, że tak się wyrażę. Póki co spróbuj zainteresować sie pacjentami także od drugiego końca. Zamiast koncentrować się tak na wydalaniu, zacznij z nimi rozmawiać, poznawać lepiej ich sposób myślenia.

Cha nie wiedziała, jak przekazać komuś, kto wywodzi się z rozwiniętego, lecz bezklasowego i słabi zhierarchizowanego społeczeństwa, że wojownik po prostu nie powinien robić niektórych rzeczy. Wprawdzie jej kolegów po fachu z Sommaradvy nie obchodziły jej losy, ale i tak czuła, że zmuszona okolicznościami narusza reguły. Brała się do spraw wykraczających poza jej kompetencje i to ją niepokoiło. Zarówno wtedy, gdy robiła coś niegodnego wojownika, jak i gdy sięgała wyżej, niż powinna.

— Rozmawiam z nimi — odparła. — Szczególnie z jednym, który twierdzi, że lubi ze mną pogadać. Staram się nie faworyzować żadnego pacjenta, ale ten jest bardziej zestresowany niż pozostali. Nie powinnam tego robić, bo nie mam przygotowania do terapii, ale nikt inny nie chce lub nie może mu pomóc.

Tarsedth zjeżył sierść z troski.

— Czy to przypadek terminalny?

— Nie wiem, ale nie sądzę. Przebywa na oddziale od bardzo dawna. Starsi lekarze badają go czasem razem z bardziej doświadczonymi stażystami, a Thornnastor rozmawiał z nim ostatnio, gdy zajrzał do innego pacjenta, ale nie badał. Nie mam dostępu do jego historii choroby, ale jestem pewna, że obecnie znajduje się tylko pod opieką paliatywną. Wszyscy są wobec niego uprzejmi, ale też uprzejmie go ignorują. Tylko ja jedna chcę słuchać o jego dolegliwościach, korzysta więc z każdej ku temu sposobności. A jak wspomniałam, nie powinnam tego robić, bo brak mi kwalifikacji. Fale przebiegające po futrze Tarsedtha nieco się uspokoiły.

— Nonsens! Każdy jest wystarczająco wykwalifikowany, aby rozmawiać z pacjentami, a nieco współczucia i pociechy na pewno mu nie zaszkodzi. Gdyby nie wiedziano, jak mu pomóc, oddział roiłby się od Diagnostyków i starszych lekarzy usiłujących dowieść, że jest inaczej. Tak to tutaj działa. Nie ma mowy, aby uznano jakiś przypadek za beznadziejny. Ty zaś będziesz miała o czym myśleć, wykonując mniej ciekawe prace. A może tak naprawdę nie chcesz z nim rozmawiać?

— Chcę. Jest mi żal tego cierpiącego olbrzyma i pragnę mu pomóc. Ale zaczynam się zastanawiać, czy nie należy do klasy władców, bo wówczas nie powinnam…

— Kimkolwiek jest czy był na Chalderescolu, tutaj nie ma, a w każdym razie nie powinno mieć to żadnego znaczenia. Tutaj jest pacjentem, który musi być właściwie leczony. Co zaszkodzi, jeśli okażesz mu trochę ciepła? Prawdę mówiąc, nie dostrzegam, w czym tkwi problem.

— W braku wystarczających kwalifikacji — powtórzyła raz jeszcze Cha.

Kelgianin poruszył niecierpliwie futrem.

— Nadal cię nie rozumiem. Chcesz, rozmawiaj, nie chcesz, nie rozmawiaj. Rób, jak ci pasuje.

— Ale ja już zaczęłam z nim rozmawiać. I to jest najgorsze… Coś nie tak?

— Czy on nie może choć na chwilę zostawić mnie w spokoju? — rzucił Tarsedth, jeżąc gniewnie włos. Na pewno dojrzał już nasze opaski i podejdzie spytać, dlaczego się nie uczymy. Czy nigdy nie uciekniemy przed tym jego denerwującym odpytywaniem?

Cresk — Sar odłączył od dwóch innych Nidiańczyków i Melfianina, którzy podążali do wody, i stanął przed obojgiem stażystów.

— Chcę was o coś spytać — powiedział zgodnie z przewidywaniami, chociaż ciąg dalszy był zaskakujący. — Potraficie się tutaj odprężyć i zapomnieć o pracy? O mnie? O swoich siostrach przełożonych?

— Jak moglibyśmy zapomnieć o tobie, skoro wyrastasz jak spod ziemi, pytając, co tu robimy? — odparł Tarsedth.

— Odpowiedź na wszystkie pytania brzmi: niezupełnie — odezwała się nieco bardziej dyplomatycznie Cha. — Odpoczywamy, ale rozmawiamy o problemach związanych z pracą.

— To dobrze — stwierdził starszy lekarz. — Nie chciałbym, abyście całkiem o niej zapominali. O mnie zresztą też. Czy nurtuje was coś szczególnego, co mógłbym wam wyjaśnić, zanim dołączę do przyjaciół?

Tarsedth zakopywał się głębiej w piasku, ignorując wyraźnie spotkanego po godzinach wykładowcę, Cha jednak pomyślała, że nie jest on wcale aż tak paskudny i zasługuje na uprzejmą odpowiedź, nawet jeśli psychologiczne i emocjonalne problemy związane z usuwaniem nieczystości nie należą do spraw, w których starszy lekarz miałby szczególne doświadczenie. W końcu uznała, że może przecież zadać ogólne pytanie, które będzie pasowało do sytuacji i przy okazji zaspokoi jej ciekawość.

— Jako stażyści musimy wypełniać niezbyt miłe, niemedyczne obowiązki związane z usuwaniem odpadów organicznych, które produkują przedstawiciele wszystkich ras zdolnych przyjmować i trawić pokarm. Musi jednak być tych odpadów bardzo wiele i o bardzo różnym składzie chemicznym. Skoro Szpital został zaprojektowany jako układ zamknięty, co się z nimi dzieje?

Cresk — Sar miał przez chwilę niejakie kłopoty ze złapaniem tchu, ale w końcu odpowiedział.

— System nie jest całkiem zamknięty. Nie cała żywność i nie wszystkie medykamenty są wytwarzane na miejscu. Mogę też was uspokoić, że nie znamy żadnej inteligentnej rasy, która mogłaby się żywić swoimi czy cudzymi odchodami. A co do pytania, nie znam odpowiedzi. Nigdy jeszcze się z nim nie zetknąłem.

Odwrócił się i pospieszył za przyjaciółmi. Krótko potem Melfianin zaczął poszczekiwać szczypcami, co było w jego przypadku oznaką rozbawienia, a futrzane DBDG zaniosły się śmiechem. Cha nie widziała w swoim pytaniu nic śmiesznego. Wręcz przeciwnie. Jednak grupka lekarzy nadal świetnie się bawiła i trwało to do chwili, gdy ich śmiechy utonęły w głośniejszych znacznie dźwiękach dobiegających z głośników.

— Uwaga! — rozległo się wkoło. — Ogłaszam alarm niebieski dla oddziału AUGL. Wszyscy poniżsi członkowie personelu stawią się natychmiast na oddziale AUGL. Naczelny psycholog O’Mara, siostra przełożona Hredlichli, stażystka Cha Thrat. Ogłaszam alarm niebieski dla oddziału AUGL. Proszę potwierdzić odbiór wiadomości i udać się niezwłocznie…

Reszty nie dosłyszała, gdyż Cresk — Sar był już z powrotem przy niej i patrzył na nią przenikliwie. Już się nie śmiał.

— Ruszaj się! — polecił sucho. — Sam przekażę potwierdzenie i pójdę z tobą. Jako wykładowca jestem odpowiedzialny za twoje błędy. Pospiesz się.

Gdy wychodzili, zaczął wyjaśniać:

— Alarm niebieski oznacza stan najwyższego zagrożenia, zarówno dla pacjentów, jak i dla personelu. Wszyscy nie przygotowani do zażegnywania niebezpieczeństwa mają wówczas trzymać się z daleka. A jednak wezwano ciebie, a także, co niemal równie dziwne, naczelnego psychologa. Co tam narozrabiałaś?

Rozdział szósty

Cha Thrat i starszy lekarz dotarli na oddział kilka minut przed O’Marą i siostrą przełożoną, ale w dyżurce zastali już trzy siostry pełniące tego dnia dyżur — dwie Kelgianki DBLF i Melfiankę ELWT, które schroniły się tam, porzucając pacjentów.

Jak wyjaśnił Cresk — Sar, ich zachowanie nie było przejawem karygodnego braku troski o chorych, ale zwykłym środkiem ostrożności podjętym w wyjątkowej sytuacji. Po raz pierwszy bowiem w dziejach Szpitala Chalderczyk zaczął się zachowywać w sposób noszący znamiona nieopanowanej agresji.

W zielonkawym półmroku widać było krążący z wolna długi kształt. W sumie nic nowego — wielu znudzonych pacjentów zwykło tu spędzać czas, pływając od ściany do ściany. Poza kilkoma oderwanymi kawałkami sztucznej roślinności unoszącymi się pomiędzy wspornikami wszystko wyglądało normalnie.

— Co z innymi pacjentami, siostro? — spytał Cresk — Sar. Jako jedyny starszy lekarz na oddziale zobowiązany był zadbać o sprawy medyczne. — Nikt nie ucierpiał?

Hredlichli podpłynęła do monitorów.

— Są wystraszeni i wzburzeni, ale nie odnieśli obrażeń. Nie doszło też do uszkodzenia ich modułów medycznych. Mieli dużo szczęścia.

— Albo agresja pacjenta nie była skierowana przeciwko nim… — zaczął O’Mara, ale zamilkł.

Znajdująca się na drugim końcu basenu sylwetka skróciła się nagle i Chalderczyk ruszył gwałtownie ku dyżurce. Cha dostrzegła poruszające się energicznie płetwy, przytulone przez pęd do ciała wyrostki i lśniące zęby, gdy klinowata głowa uderzyła w przezroczystą ścianę. Ta ugięła się wyraźnie, ale nie pękła.

Istota była zbyt duża, aby skorzystać ze zwykłego wejścia, ale przesunąwszy się nieco, wprowadziła do środka trzy macki. Nie były dość długie ani silne, by kogokolwiek wyciągnąć, lecz jedna z kelgiańskich sióstr przeżyła kilka chwil strachu. Rozczarowany Chalderczyk odpłynął, pociągając za sobą oderwane kawałki roślinności.

O’Mara mruknął coś, czego autotranslator nie przełożył, i dodał:

— Kim jest ten pacjent i dlaczego wezwano też stażystkę Cha Thrat?

— To AUGL jeden szesnaście. Jest z nami od bardzo dawna — odpowiedziała Melfianka. — Tuż przed atakiem wzywał nową pielęgniarkę, Cha Thrat. Gdy powiedziałam mu, że nie będzie jej przez kilka dni, przestał się do nas odzywać, chociaż jego autotranslator jest na miejscu i działa jak należy. Dlatego właśnie dołączyliśmy ją do listy alarmowego wezwania.

— Ciekawe — rzekł naczelny psycholog, spoglądając na Cha. — Dlaczego pytał właśnie o panią i dlaczego zaczął demolować oddział, usłyszawszy, że pani nie ma? Nawiązała pani może z nim jakąś szczególną więź?

Zanim Cha zdążyła cokolwiek powiedzieć, starszy lekarz zajął się tym, co dla niego było najistotniejsze.

— Czy psychologiczne dociekania mogą poczekać, majorze? Najważniejsze jest obecnie bezpieczeństwo pacjentów i personelu oddziału. Patologia dostarczy niebawem pistolet z szybko działającymi ładunkami usypiającymi. Gdy już uspokoimy pacjenta…

— Pistolet z ładunkami! — krzyknęła jedna z Kelgianek, a ruchy jej futra mówiły o lekceważeniu. — Zapomina pan chyba, że taki ładunek będzie musiał przelecieć sporo w wodzie, która go spowolni, a potem jeszcze przebić pancerną skórę pacjenta! Pewność, że środek zadziała, daje tylko strzał we wnętrze paszczy, gdzie jest miękka tkanka. Aby to zrobić, ktoś będzie musiał podpłynąć bardzo blisko do AUGL — a, co grozi ni mniej, ni więcej tylko połknięciem. Tak czy owak, ja na ochotnika się nie zgłaszam!

Cha Thrat nie czekała dłużej. Zwróciła się do starszego lekarza:

— Jeśli wyjaśni mi pan dokładnie, jak to działa, podejmę się zadania.

— Nie masz odpowiedniego przeszkolenia ani doświadczenia… — zaczął Nidiańczyk, ale O’Mara uniósł dłoń, prosząc go o ciszę.

— Oczywiście zgłasza się pani na ochotnika — powiedział cicho. — Ale dlaczego? Bo taka jest pani odważna? Albo po prostu głupia? Ma pani samobójcze ciągoty? A może poczuwa się pani do odpowiedzialności i dręczy panią poczucie winy?

— Majorze O’Mara — odezwała się stanowczo Hredlichli — nie czas teraz na roztrząsanie kwestii odpowiedzialności czy analizowanie emocji. Co będzie z jeden szesnaście? I z pozostałymi moimi pacjentami?

— Racja, siostro — powiedział O’Mara. — Najpierw spróbuję porozmawiać z jeden szesnaście. Wystarczająco często się spotykaliśmy, aby odróżnił mnie od innych ludzi. W trakcie mogę potrzebować kontaktu z Cha Thrat, proszę więc pozostać na fonii.

— Nie będzie trzeba — stwierdziła stanowczo Cha. — Pójdę z panem. — Zaczęła w duchu przygotowywać się na rychły koniec żywota.

— Będę zbyt zajęty pacjentem, aby pilnować i pani, więc dobrze — odparł psycholog, dodając jeszcze coś, co autotranslator zignorował. — Proszę ze mną.

— Ale to tylko stażystka! — zaprotestował starszy lekarz. — Poza tym w lekkim kombinezonie pacjent może zobaczyć w panu jedynie smakowity kąsek. To wszystkożercy i do niedawna…

— Chce mnie pan wystraszyć, Cresk — Sar? — spytał O’Mara, płynąc w kierunku wyjścia.

— No trudno. Ale i tak przygotuję wszystko na wypadek, gdyby pańskie rozmowy nic nie dały. Siostro, proszę wezwać natychmiast czteroosobowy zespół transportowy w ciężkich kombinezonach. Niech zabiorą też pistolety z ładunkami usypiającymi i kaftan dla w pełni świadomego i nieskorego do współpracy AUGL — a…

Nim Cresk — Sar skończył wydawać dyspozycje, Cha popłynęła w ślad za naczelnym psychologiem.

Czas dłużył im się, gdy unosili się w milczeniu pośrodku basenu obserwowani przez milczącego i skrytego w oderwanej roślinności pacjenta. O’Mara uznał, że nie powinni robić nic, co jeden szesnaście mógłby uznać za atak, tylko czekać cierpliwie na jego ruch. Cha pomyślała, że Ziemianin ma najpewniej rację, ale i tak zrobiło jej się dziwnie gorąco, chociaż woda wkoło nie była wcale przesadnie ciepła. Oblewając się potem, uznała, że chyba jeszcze nie w pełni gotowa jest na koniec żywota.

Drgnęła nagle, usłyszawszy w słuchawkach głos starszego lekarza.

— Jest już zespół od przeprowadzki — powiedział cicho Cresk — Sar. — Na razie nic się nie dzieje. Mogę ich wysłać, aby zajęli się przenoszeniem pozostałych pacjentów do sali operacyjnej? Będzie tam im ciasno, ale da się wznowić ich leczenie, a wy będziecie mieli szesnastkę dla siebie.

— Czy to pilne? — szepnął O’Mara.

— Nie — odezwała się Cha, zanim starszy lekarz zdążył oddać głos siostrze przełożonej. — Chodzi tylko o rutynową obserwację, zmianę opatrunków i podawanie leków wspomagających. Nic szczególnie ważnego.

— Dziękuję, stażystko — powiedziała Hredlichli tonem równie ostrym jak atmosfera, którą oddychała. — Nie pracuję tu zbyt długo, majorze O’Mara, ale mam wrażenie, że ten pacjent mi ufa. Chciałabym do was dołączyć.

— Nie. W obu przypadkach — rzekł zdecydowanie psycholog. — Nie chcę płoszyć naszego przyjaciela zbyt wielkim ruchem. Siostro, gdyby twój skafander został uszkodzony, znalazłabyś się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, wiesz przecież. My co najwyżej utoniemy, nikogo nie zatruwając… Aha…

Pacjent nadal milczał, ale wreszcie się ruszył. Płynął w ich stronę niczym gigantyczna torpeda. Tyle że torpedy nie mają otwartej paszczy.

Czym prędzej popłynęli w przeciwne strony, aby z jednego stać się dwoma celami, co teoretycznie powinno dać któremuś z nich szansę na ratunek. Jednak był to tylko środek ostrożności. O’Mara nie sądził, aby nieśmiały zwykle, uległy i bojaźliwy AUGL mógł naprawdę zaatakować.

Tym razem miał rację.

Wielka paszcza zamknęła się, zanim jeszcze Chalderczyk przepłynął przez miejsce, gdzie przed chwilą byli. Zawrócił ponad nimi, zanurkował i zaczął opływać ich ciasnymi kręgami. Przez coraz silniejsze turbulencje czuli się, jakby ciśnięto ich w środek wielkiego wiru. Cha nie wiedziała, czy miota nimi w pionie czy w poziomie, czuła tylko, że pacjent musi być naprawdę blisko, gdyż dochodziły do niej fale uderzeniowe towarzyszące zamykaniu paszczy. Nigdy jeszcze nie była równie bezradna i przelękniona.

— Przestań, Muromeshomon! — zawołała w końcu. — Chcemy ci pomóc. Co ty wyrabiasz?

Chalderczyk zwolnił, ale nie przestał krążyć.

— Nie możesz mi pomóc — rzekł po chwili. — Sama powiedziałaś, że nie masz wystarczających kwalifikacji. Nikt tu nie może mi pomóc. Nie chcę was skrzywdzić, nikogo nie chcę skrzywdzić, ale boję się. Cierpię. Czasami jednak chciałbym wszystkich… Trzymajcie się ode mnie z daleka, żebym nie zrobił wam krzywdy.

Zaszumiało i pacjent trącił ogonem zbiorniki powietrza Sommaradvanki. Stażystka znowu zaczęła się obracać. O’Mara chwycił ją za jedną ze środkowych kończyn i zatrzymał. Zobaczyła, że Chalderczyk wrócił do swojego ciemnego kąta i obserwuje ich.

— Nic ci nie jest? — spytał psycholog, rozluźniając chwyt. — Skafander cały?

— Tak. Szybko odpłynął. Jestem pewna, że potrącił mnie przypadkiem.

O’Mara nie odpowiedział od razu.

— Zawołałaś go po imieniu. Znam jego imię, bo jest w aktach na wypadek, gdyby trzeba było zawiadomić krewnych, ale nie użyłbym go poza szczególnymi sytuacjami, a i wtedy tylko za pozwoleniem. Ty jednak nie dość, że sama je poznałaś, to jeszcze wypowiedziałaś je całkiem beztrosko, zupełnie jakby chodziło o Cresk — Sara, Hredlichli czy o mnie. Nie wolno ci…

— Sam mi je wyjawił — przerwała mu Cha. — Przedstawiliśmy się sobie podczas dyskusji, która wynikła, gdy wyraziłam kilka krytycznych uwag o jego leczeniu.

— Podczas dyskusji… — mruknął zdumiony O’Mara i dodał jeszcze coś niezrozumiałego. — Co dokładnie mu powiedziałaś?

Cha Thrat zawahała się. AUGL znowu płynął w ich stronę, tym razem jednak powoli. Zatrzymał się w połowie drogi i naprężywszy macki, najpewniej łowił czujnie każde słowo.

— Chociaż nie, nie mów — rzucił ze złością O’Mara. — Sam powiem ci najpierw, co wiem o pacjencie, a potem spróbujesz mnie dokształcić. W ten sposób unikniemy powtórek i oszczędzimy czas. Nie wiem, ile go nam jeszcze daruje, ale pewnie niewiele, więc postaram się pospieszyć…

Pacjent jeden szesnaście przebywał w Szpitalu dłużej niż spora część personelu. Jego obraz kliniczny wciąż pozostawał dość tajemniczy. Badało go paru najlepszych Diagnostyków i owszem, znaleźli ślady napięć w niektórych obszarach pancerza, co mogło być dokuczliwe, jako że istota należała do zewnątrzszkieletowych, z drugiej strony stwierdzono też jednak spore rozleniwienie i skłonność do obżarstwa. Ostateczna diagnoza brzmiała: nieuleczalna hipochondria.

Stan Chalderczyka pogarszał się zawsze znacznie, gdy poruszano przy nim temat powrotu do domu, uznano go więc w końcu za „wiecznego pacjenta”. Jemu ten status nie wadził. Nieustannie odwiedzali go zarówno lekarze, jak i psychologowie, szkolili się °a nim interniści i cały chyba personel pielęgniarski. Był regularnie ostukiwany, osłuchiwany i kłuty przez kolejne grupy stażystów i mimo niewprawności badających bardzo mu się to podobało. Wykładowcy zresztą również cieszyli się, że mają kogoś takiego pod ręką.

— Od dawna nikt nie wspomina już o odesłaniu go na rodzinną planetę — stwierdził O’Mara. — Czy ty…?

— Owszem — powiedziała Cha Thrat. O’Mara znowu mruknął coś niezrozumiale.

— To wyjaśnia, dlaczego siostry ignorowały go, zajmując się innymi pacjentami, i potwierdza moją diagnozę, że chodzi o jakąś chorobę władców — dodała szybko.

— Na razie tylko słuchaj! — polecił ostro psycholog. Pacjent podpłynął nieco bliżej. — Staraliśmy się dotrzeć do przyczyn hipochondrii szesnastki, ale ponieważ nikt nie oczekiwał, że rozwiążemy jej problemy, pozostają one nierozwiązane. To brzmi jak wymówka i zaiste nią jest. Musisz jednak zrozumieć, że Szpital nie jest i nigdy nie będzie zakładem psychiatrycznym. Potrafisz sobie wyobrazić podobne miejsce, w którym sam widok części istot może wywołać koszmary, pełne stworzeń cierpiących na zaburzenia osobowości? Ile według ciebie byłoby problemów z leczeniem i kontrolowaniem takich pacjentów? I bez nich nie jest łatwo zadbać o kondycję psychiczną personelu. Nawet bowiem tak łagodny przypadek jak ten tutaj stwarza mnóstwo trudności. Gdy któryś z chorych zaczyna wykazywać objawy niezrównoważenia, zostaje poddany obserwacji, jeśli trzeba, ogranicza mu się możliwość poruszania, a następnie, kiedy tylko jest to możliwe, przekazuje pod opiekę jego pobratymców.

— Rozumiem — pozwiedzała Cha. — To usprawiedliwia wasze postępowanie.

Psycholog poczerwieniał na twarzy.

— Słuchaj uważnie, bo to istotne. Chalderczycy to jedna z niewielu inteligentnych ras, które używają swoich imion wyłącznie w kontaktach z partnerami, najbliższą rodziną i najważniejszymi przyjaciółmi. Ty jednak, istota innego gatunku, usłyszałaś to imię i nawet wymówiłaś je głośno. Byłaś świadoma wagi tego gestu? Wiesz, że oznacza on, iż wszystko, co powiedziałaś albo obiecałaś pacjentowi, jest bezwarunkowo wiążące, tak jakby to było ślubowanie przed najwyższą możliwą, realną czy metafizyczną instancją? Rozumiesz już, jakie to ma znaczenie? — spytał cicho, ale z wyraźnym niepokojem O’Mara. — Dlaczego zdradził ci swoje imię? Co dokładnie zaszło między wami?

Cha przez chwilę nie odzywała się, gdyż pacjent znowu zbliżył się tak bardzo, że mogła mu dokładnie policzyć zęby w otwartej paszczy. We wszystkich sześciu rzędach. Całkiem bezwiednie zaczęła się zastanawiać nad czynnikami ewolucyjnymi, które spowodowały, że górne trzy rzędy były dłuższe niż dolne. Potem paszcza zamknęła się z trzaskiem, a Cha pomyślała, jaki rozległby się odgłos, gdyby znalazła się przypadkiem na drodze tych zębisk.

— Zasnęłaś? — rzucił O’Mara.

— Nie — odparła, nie pojmując, jak inteligentna istota mogła zadać równie bezsensowne pytanie. — Zaczęliśmy rozmawiać, bo czuł się samotny i nieszczęśliwy, a inne pielęgniarki były zajęte. Opowiedziałam mu o Sommaradvie i okolicznościach, które przywiodły mnie do Szpitala, oraz o części moich przyszłych obowiązków, jeśli zostanę przyjęta do pracy tutaj. Nazwał mnie dzielną i zaradną, inną całkiem niż on, chory, stary i coraz bardziej zalękniony. Powiedział, że wiele razy śnił o swobodnym pływaniu w ciepłym oceanie Chalderescola, tak odmiennym od tego aseptycznego środowiska ze sztuczną roślinnością. Chętnie porozmawiałby 0 tym z innymi pacjentami AUGL, ale większość z nich czas po operacji spędzała pod wpływem środków uspokajających. Nawiązywał kontakt z uprzejmym ogólnie personelem, ale zdarzało się to o wiele za rzadko. Powiedział też, że nigdy nie spróbowałby uciec ze Szpitala, bo jest zbyt stary, zbyt chory i zbyt mało pewny siebie.

— Uciec? — spytał O’Mara. — Jeśli nasz stały pacjent zaczął traktować Szpital jak więzienie, jest to w zasadzie całkiem zdrowy objaw. Ale słucham, co jeszcze powiedział?

— Rozmawialiśmy na różne tematy. Mówiliśmy o naszych światach, o pracy, przeszłości, przyjaciołach, rodzinach, poglądach…

— Tak, tak — przerwał jej niecierpliwie psycholog, zerkając na przysuwającego się znowu pacjenta. — To mnie nie interesuje. Co twoim zdaniem mogło spowodować jego obecny stan?

Cha postarała się znaleźć słowa, które najprecyzyjniej i przy tym zwięźle opisałyby sytuację.

— Opowiedział mi o wypadku w przestrzeni i obrażeniach, które wtedy odniósł. To one sprawiły, że się tu znalazł, przypominają o sobie do dziś nieregularnymi atakami bólu. Czuje się głęboko nieszczęśliwy i nie znajduje zadowolenia w obecnej egzystencji. Nie potrafiłam ustalić jego statusu na Chalderescolu, ale sądząc z opisu pracy, jaką wykonywał, skłonna byłam uznać, że należał do górnej warstwy wojowników, jeśli nie był nawet władcą. Znaliśmy już wtedy swoje imiona, zdecydowałam się więc powiedzieć, że jego kuracja ma raczej charakter zachowawczy i że leczony jest na niewłaściwą chorobę. Rzeczywiste schorzenie nie było mi obce, lecz nie mogłam go zwalczać, znałam za to na Sommaradvie magów zdolnych to uczynić. Kilka razy wspomniałam, że wobec powyższego o wiele lepiej by się poczuł, gdyby wrócił do domu.

Pacjent znajdował się teraz bardzo blisko. Poruszał wielką paszczą, jakby coś żuł, a słychać było przy tym budzące grozę i zarazem litość zgrzytanie zębów.

— Kontynuuj — szepnął O’Mara. — Ale uważaj, co mówisz.

— Niewiele jest już do opowiedzenia. Gdy widzieliśmy się ostatni raz, powiedziałam, że nie będzie mnie, bo dostałam dwa wolne dni. On chciał rozmawiać tylko o magach i pytał, czy mogliby wyleczyć go z lęków i nieustannych nawrotów bólu. Poprosił mnie jak przyjaciela, abym się tym zajęła albo posłała po swojego rodaka zdolnego mu pomóc. Odparłam, że jakkolwiek znam trochę zaklęcia magów, to jednak nie dość, aby ryzykować podobną kurację, nie zajmuję też odpowiednio wysokiej pozycji, żeby móc wezwać maga do Szpitala.

— Co odpowiedział?

— Nic. Nie chciał już ze mną rozmawiać.

Nagle oboje ujrzeli czeluść gardzieli AUGL — a, który przysunął się jeszcze bliżej.

— Nie jesteś taka jak inni, którzy niczego nie obiecywali i niczego nie robili. Dałaś mi nadzieję na pomoc jednego z waszych magów, a potem ją odebrałaś. Przysporzyłaś mi cierpienia o wiele gorszego niż to, które mnie tu trzyma. Odejdź, Cha Thrat. Dla własnego dobra odejdź jak najdalej.

Zatrzasnął paszczękę, opłynął ich wkoło i skierował się na drugi koniec basenu. Nie widzieli za bardzo, co tam robi, ale sądząc po słowach docierających z dyżurki, zaczął demolować wnętrze.

— Moi pacjenci! — . wybuchła Hredlichli. — Moje nowe stanowiska zabiegowe! Szafki z lekami…

— Z tego co widzimy, na razie pacjentom nic się nie dzieje, ale nie wiadomo, jak długo będą mieli tyle szczęścia — wtrącił się Cresk — Sar. — Wysyłam ekipę, aby obezwładniła szesnastkę. To będzie trochę trudne. Lepiej szybko się stamtąd wycofajcie.

— Chwilę — rzekł O’Mara. — Najpierw jeszcze z nim porozmawiamy. Nie sądzę, aby naprawdę stanowił dla nas zagrożenie. Chociaż każdy myli się kiedyś pierwszy raz — dodał na częstotliwości Cha.

Z jakiegoś powodu Sommaradvanka ujrzała nagle obraz ze swego dzieciństwa — kuliste akwarium z małą, kolorową rybką, jej ówczesnym ulubieńcem. Rybka okrążała naczynie i co rusz uderzała o szklane ściany, chociaż tuż za nimi znajdowało się środowisko, w którym szybko udusiłaby się i zginęła. Jednak tamta mała rybka nie myślała o tym. I tak samo było z tą dużą tutaj…

— Gdy szesnastka zdradził ci swoje imię, nałożył na was zobowiązanie udzielenia każdej możliwej pomocy, tak samo jakbyście byli krewnymi albo rodziną — powiedział pospiesznie O’Mara. — Skoro wspomniałaś mu o szansie związanej z magami z Sommaradvy, cokolwiek sądzić o skuteczności takiego leczenia, powinnaś sprowadzić tu jakiegoś niezależnie od tego, ile by cię to kosztowało.

Przez wodę dobiegły ich zgrzyt rozdzieranego metalu i krzyki innych AUGL—ów. Hredlichli też odezwała się wzburzona, ale 0’Mara zignorował to wszystko.

— Musisz dotrzymać słowa, Cha Thrat, nawet jeśli żaden z twoich magów nie zdoła pomóc szesnastce bardziej niż my. Rozumiem, że nie masz wystarczających wpływów, aby namówić któregoś na przybycie do nas, ale gdyby Szpital i Korpus poparły zgodnie twoją prośbę…

— Tutaj i tak nie wejdą — powiedziała Cha. — Zwykle są niezrównoważeni, ale nie są głupi. Wraca!

Tym razem pacjent nadpływał wolniej, ale nadal zbyt szybko, aby zdążyli schronić się w bezpiecznym miejscu. Ekipa z ładunkami usypiającymi też nie miała szansy dotrzeć do nich na czas. Pacjenci i wszyscy zgromadzeni w dyżurce zamilkli. Gdy AUGL podpłynął bliżej, Cha dojrzała w jego oczach błysk szaleństwa typowy dla rannego drapieżnika. Bestia powoli otworzyła paszczę…

— Zawołaj go po imieniu, cholera! — rzucił O’Mara.

— Mu… Muromeshomon — wyjąkała Cha Thrat. — Przy… przyjacielu, chcemy ci pomóc.

Złość widoczna w spojrzeniu pacjenta jakby nieco osłabła. Teraz można było dostrzec w nim głównie cierpienie. Szczęki zawarły się i znowu rozchyliły, ale tym razem tylko aby przemówić.

— Grozi ci wielkie niebezpieczeństwo, przyjaciółko. Wypowiedziałaś moje imię i oświadczyłaś, że ten szpital nie może uleczyć mnie swoimi lekami ani sprzętem i że nawet już nie próbuje, a i ty nie pomożesz mi, chociaż twierdziłaś, że to możliwe. W odwrotnej sytuacji nie zachowałbym się tak jak ty, nie odmówiłbym też zrobienia czegoś, jak ty odmówiłaś. Oferujesz złudną przyjaźń, nie wiesz, co to honor. Jestem zły i rozczarowany tobą. Uciekaj, jeśli chcesz ocaleć. Mnie pomóc już nie można.

— Nie! — krzyknęła Cha. Paszcza otworzyła się szerzej, w oczach znowu błysnęło szaleństwo. Stażystka pojęła, że w razie ataku pacjenta stanie się jego pierwszą ofiarą. Rozpaczliwie kontynuowała: — To prawda, że nie mogę ci pomóc. Twojej choroby nie uleczą zioła uzdrawiaczy ani skalpel chirurga. Tu trzeba zaklęć maga znającego dobrze problemy władców. Ktoś taki mógłby ci pomóc, ale ponieważ nie jesteś Sommaradvaninem, pewności nie ma i nie będzie. Jest jednak ze mną O’Mara, mag doświadczony w leczeniu władców wielu różnych gatunków. Opowiedziałabym mu o twoim przypadku od razu, ale jako nie znająca procedur stażystka zamierzałam poprosić go o spotkanie i dopiero wtedy spytać o ciebie…

AUGL zawarł szczęki, ale poruszał nimi ciągle w sposób znamionujący złość albo zniecierpliwienie.

— Wiele razy słyszałam już w Szpitalu o O’Marze i jego wielkiej magicznej mocy…

— Jestem naczelnym psychologiem, a nie żadnym magiem, do licha — warknął major. — Trzymaj się faktów i nie składaj już obietnic bez pokrycia!

— Nie jest pan psychologiem! — odparła Cha tak zła na Ziemianina, który nie rozumiał sytuacji, że prawie zapomniała na chwilę o zagrożeniu ze strony pacjenta. Nie po raz pierwszy zastanawiała się, jakaż to tajemnicza choroba sprawia, że nader rozumni zwykle i zdolni władcy potrafią zachowywać się czasem tak nierozsądnie. — Na Sommaradvie psycholog nie należy ani do klasy sług, ani do klasy wojowników, lecz jako naukowiec próbuje zgłębić funkcje mózgu albo zmiany somatyczne spowodowane fizycznym i psychicznym napięciem. Trudni się także obserwacją zachowań. Słowem, próbuje odnaleźć prawidłowości i zasady pozwalające przygotować skuteczniejsze zaklęcia przeciwko różnym zmorom i chorobom, uczynić naukę z tego, co zawsze było sztuką praktykowaną tylko przez magów.

Psycholog i pacjent utkwili w niej wzrok. AUGL nawet nie mrugnął, O’Mara jednak nieco znowu poczerwieniał.

— Mag może wykorzystać odkrycia psychologów, by rzucać zaklęcia na mroczne zakamarki umysłu. Używa przy tym słów, milczenia, obserwacji i intuicji, aby śledzić zmiany zachodzące w chorym i ustalić, na ile jego wewnętrzny świat przystaje do zewnętrznego. Taka jest właśnie różnica między psychologiem a magiem.

Oblicze Ziemianina było nadal nienaturalnie ciemne, co znalazło pewne obicie w opanowanym, niemniej niemiłym głosie.

— Dziękuję za przypomnienie.

— Nie trzeba dziękować za coś, co było po prostu do zrobienia — odpowiedziała oficjalnym tonem Cha Thrat. — Czy mogę zostać tutaj i popatrzeć? Nigdy nie miałam okazji obserwować maga przy pracy.

— Co on mi zrobi? — spytał nagle AUGL.

Był teraz raczej wystraszony i zaciekawiony niż zły. Po raz pierwszy od wpłynięcia do basenu Cha poczuła się trochę bezpieczniej.

— Nic — stwierdził ku ich zdziwieniu O’Mara. — Całkiem nic…

Na Sommaradvie magowie też zwykli zaskakiwać słowami oraz zachowaniem, które były nieprzewidywalne i nieraz wydawały się dziwaczne, nie na miejscu albo zgoła głupie. Cha przeczytała wielokrotnie wszystko, co było dostępne na ten temat, ale i tak w napięciu czekała, aby zobaczyć, jak wielki ziemski mag weźmie się do swojego wielkiego nic.

Zaklęcie zaczęło się od słów wypowiadanych jakby mimochodem, a dotyczących czasu, gdy AUGL przybył do Szpitala jako dowódca statku, który uległ katastrofie. Nikt poza nim nie ocalał. Jednostki skrzelodysznych, szczególnie wielkich Chalderczyków, były zawsze mało bezpieczne, a zarówno badający okoliczności wypadku Kontrolerzy, jak i biegli z Chalderescola oczyścili całkowicie szesnastkę. Jedynie sam dowódca nie potrafił się rozgrzeszyć. Zdano sobie z tego sprawę, kiedy obrażenia zostały wyleczone, a on nadal narzekał na rozmaite dolegliwości, zwłaszcza gdy próbowano poruszać temat powrotu do domu.

Wiele razy próbowano uświadomić mu, że rezygnując z wygód domowych pieleszy i bliskości przyjaciół, wymierza sobie karę za winę, która istnieje zapewne tylko w jego wyobraźni. Jednak nie udało się go przekonać — cały czas twierdził uparcie, że popełnił coś karygodnego, i nie słuchał nikogo, kto mówił inaczej. Zwykle Chalderczycy uważali równowagę emocjonalną za najważniejszy rys osobowości i tak też prezentował się z pozoru jeden szesnaście — wrażliwy, inteligentny i wykształcony pacjent wypełniający posłusznie zalecenia lekarzy. Ale w tej jednej sprawie ulegał wahaniom równie wielkim jak oceany pod wpływem Księżyca.

I tak Szpital zyskał stałego pacjenta, cieszącego się znakomitym zdrowiem AUGL — a, który nieustannie rzucał nieoficjalne wyzwanie sekcji psychologicznej, jako że tylko tutaj czuł się dobrze i zaznawał względnego szczęścia.

Cha Thrat przeprosiła w duchu O’Marę za posądzenie o niedbałość i słuchała z podziwem, jak zaklęcie przybiera coraz konkretniejszą postać.

— A teraz zaszła zmiana — ciągnął psycholog. — Sprawił to zbieg okoliczności, dokładniej zaś rozmowy z przebywającymi u nas czasowo innymi pacjentami AUGL. Tęskniłeś przez nie za domem. Równocześnie narastał w tobie gniew wobec personelu medycznego, podświadomie bowiem zacząłeś podejrzewać, że wcale nie jesteś chory i że niepotrzebnie poświęcają ci uwagę. I wtedy Cha potwierdziła nagle twoje podejrzenia, że już od dawna nie jesteś traktowany jak prawdziwy pacjent. Był to kolejny, szczęśliwy dla ciebie zbieg okoliczności. Tak naprawdę ty i nasza rozmowna stażystka macie wiele wspólnego. Oboje nie chcecie wracać na swoje planety, oboje też macie po temu prawdziwe albo wyimaginowane powody. I na Sommaradvie, i na Chalderescolu przywiązuje się wielką wagę do publicznego wizerunku i równowagi emocjonalnej. Jednak nasza stażystka nie ma niestety pojęcia o zwyczajach innych gatunków, więc gdy zrobiłeś ten niezwykły krok i zdradziłeś jej swoje imię, chociaż nie jest Chalderczynką, poczułeś się zraniony, nadal bowiem traktowała cię tak samo jak reszta personelu. Zareagowałeś bardzo gwałtownie, ale szczególne cechy twojej osobowości kazały ci wyładować złość na przedmiotach martwych. Niemniej już to, że zdradziłeś imię komuś, kto wprawdzie jest tu od niedawna, uczy się dopiero i pochodzi z bardzo daleka, ale okazał ci współczucie, wskazuje, jak bardzo zależy ci na opuszczeniu Szpitala. Rozpaczliwie szukasz kogoś, kto by ci w tym pomógł. Nadal chcesz wrócić do domu?

Jeden szesnaście wydał wysoki, bulgotliwy dźwięk, którego autotranslator nie przetłumaczył, i wbił wzrok w psychologa, ale mięśnie wkoło szczęk wyraźnie się rozluźniły.

— To było niemądre pytanie — powiedział O’Mara. — Oczywiście, że chcesz. Problem w tym, że się boisz i że ciągle chronisz się tutaj. To na pewno poważny dylemat. Ale pozwól, że spróbuję go rozwiązać, uznając, że znowu jesteś pacjentem, tyle że moim i nie zostaniesz wypisany przed końcem leczenia…

Z pozoru nic się nie zmieniło, pomyślała z podziwem Cha Thrat. Szpital nadal miał swojego pacjenta, ale pojawiła się wątpliwość co do niezmienności tej sytuacji. Pacjent znał swoje położenie i mógł wybierać, czy chce zostać, czy wracać do siebie, jednak daty wypisania nie sprecyzowano, tak by ukoić jego lęk przed opuszczeniem Szpitala, w którym, co było nowością, nie czuł się już wcale tak dobrze jak wcześniej. Z tym akurat mag pomógł mu się jednak pogodzić. Z czasem Korpus miał dostarczyć materiały na temat zmian, jakie zaszły na Chalderescolu pod jego nieobecność, co mogło ułatwić mu podjęcie decyzji. Temu samemu miały służyć częste wizyty O’Mary i wyznaczonych przez niego osób.

Cha przyznała w duchu, że miała szczęście spotkać naprawdę potężnego maga.

Zespól z pistoletami usypiającymi dawno już opuścił dyżurkę, co oznaczało, że Cresk — Sar i Hredlichli również uznali, iż zagrożenie ze strony pacjenta minęło. Patrząc na rozluźnionego i łowiącego każde słowo O’Mary AUGL — a, Cha przyznała im rację.

— Musisz być świadom faktu, że twój powrót do domu możliwy będzie tylko wtedy, gdy przekonasz mnie, że jesteś w stanie przystosować się do środowiska Chalderescola — ciągnął psycholog. — Wtedy z wielką przyjemnością wpakuję cię na pierwszy odlatujący tam statek. Jesteś już u nas tak długo, że czysto zawodowe kontakty zaowocowały także osobistymi, ale najlepsze, co szpital może zrobić dla zaprzyjaźnionego pacjenta, to jak najszybciej wyleczyć go i wypisać. Rozumiesz?

Po raz pierwszy od chwili, gdy O’Mara zabrał głos, AUGL spojrzał na Cha.

— Czuję się już o wiele lepiej, ale obawiam się tego wszystkiego, co muszę jeszcze zrobić. Czy to było właśnie zaklęcie? Czy O’Mara jest dobrym magiem?

— To był początek bardzo udanego zaklęcia — odparła Cha, starając się opanować entuzjazm. — Myślę, że jest dobry, bo mag powinien umieć skłonić pacjenta do ciężkiej pracy.

O’Mara znowu mruknął coś niezrozumiale i dał znak Hredlichli, że pielęgniarki mogą podjąć swe obowiązki. Gdy odwrócili się, aby odpłynąć od całkiem spokojnego już pacjenta, AUGL odezwał się raz jeszcze.

— O’Mara, możesz zwracać się do mnie po imieniu — powiedział oficjalnie.

W przedsionku śluzy wszyscy oprócz Hredlichli unieśli przesłony hełmów. Siostra przełożona dała wreszcie upust długo wstrzymywanej złości.

— Nie chcę więcej widzieć tej… tej sitsachi! Wiem, że poniekąd dzięki niej jeden szesnaście dojdzie do siebie i w końcu opuści Szpital, ale za jaką cenę! Do ilu zniszczeń przy tym doszło! Nie chcę jej więcej na swoim oddziale. Nieodwołalnie!

O’Mara spojrzał na nią i odezwał się swoim zwykłym, pozbawionym emocji tonem władcy:

— Oczywiście to od pani zależy, czy stażystka pozostanie tu czy nie, ale Cha nadal będzie mogła wejść na oddział, ze mną lub sama, ilekroć pacjent tego zapragnie albo ja uznam to za wskazane. Nie potrafię przewidzieć, jak długo potrwa obecna terapia. Jesteśmy bardzo wdzięczni za pomoc, siostro przełożona. Nie wątpię, że teraz chciałaby pani powrócić jak najszybciej do swoich obowiązków.

Cha Thrat odezwała się dopiero po odejściu Hredlichli.

— Nie mieliśmy dotychczas okazji o tym porozmawiać, więc nie wiem, jak przyjął pan moje wcześniejsze słowa. Na Sommaradvie każdy oczekuje po władcy czy magu, że będzie jak najlepiej wykonywał swoją pracę, nie zwykliśmy zatem chwalić nikogo za coś, co wynika z jego obowiązków. Można by nawet kogoś w ten sposób obrazić, jednak tym razem…

O’Mara uniósł rękę.

— Cokolwiek powiesz, czy będą to komplementy, czy coś wręcz przeciwnego, nie będzie to miało wpływu na twoje dalsze losy, możesz więc sobie darować. Tak naprawdę znalazłaś się w poważnych tarapatach. Wieści o tym, co tutaj zaszło, obiegną niebawem cały Szpital. Musisz zrozumieć, że siostra przełożona jest najwyższą władzą na oddziale. Wszyscy, którzy sprawiają Jej kłopoty, w tym stażyści wykazujący przedwcześnie zbyt wiele inicjatywy, są natychmiast usuwani, co oznacza w praktyce odesłanie do domu albo do innego Szpitala. Zdziwię się, jeśli choć jedna siostra przełożona zgodzi się teraz przyjąć cię na praktykę. — Zamilkł na chwilę, dając jej czas na przetrawienie przykrych nowin. — Nie zostawia ci to wielkiego wyboru. Możesz albo wrócić do siebie, albo zaakceptować przydział do służebnego pionu technicznego.

— Jesteś bardzo obiecującą stażystką, Cha Thrat — odezwał się nagle ze sporą dozą współczucia Cresk — Sar. — Jeśli zostaniesz, będziesz nadal mogła uczęszczać na moje wykłady, oglądać w wolnym czasie kanały edukacyjne i widywać się z jeden szesnaście. Ale bez praktyki na oddziale nie masz szans na przydział do personelu medycznego. Niemniej, jeśli nie zrezygnujesz, być może sama odnajdziesz odpowiedź na pytanie, które zadałaś mi rano na poziomie rekreacyjnym.

Cha pamiętała dobrze to pytanie i rozbawienie, jakie wywołało wśród przyjaciół wykładowcy. Pamiętała też, jak przykre było odkrycie, że oczekuje się od niej pełnienia obowiązków zwykłej pielęgniarki. Myślała wówczas, że trudno bardziej poniżyć chirurga — wojownika, ale się myliła.

— Ciągle nie znam zasad, którymi rządzi się ten szpital — powiedziała. — Rozumiem jednak, że w jakiś sposób je naruszyłam i muszę ponieść tego konsekwencje. Ale nie przywykłam do łatwych rozwiązań.

O’Mara westchnął.

— To twój wybór, Cha Thrat.

Zanim zdążyła odpowiedzieć, głos zabrał znowu starszy lekarz.

— Skierowanie jej do działu technicznego byłoby czystym marnotrawstwem — zaprotestował. — To najzdolniejsza stażystka w grupie. Jeśli nie będziemy czekać, aż Hredlichli rozgada wszystko dokoła, może uda się panu znaleźć jakiś oddział, na który zostanie przy jęta na staż, i…

— Wystarczy — rzucił O’Mara mniej zasadniczym tonem. — Nie ma co się dłużej zastanawiać, bo pierwszy pomysł jest z reguły najlepszy. Jestem jednak zmęczony i głodny i też mam już dość pańskiej stażystki. Istnieje wszakże chyba taki oddział. Geriatryczny oddział dla FROB—ów, na którym od dawna cierpią na chroniczne braki personelu i przyjmą zapewne Cha z pocałowaniem ręki. Wprawdzie to miejsce, do którego kieruję zazwyczaj tylko stażystów tego samego gatunku co pacjenci, ale przy pierwszej okazji porozmawiam o tym z Diagnostykiem Conwayem. A teraz znikajcie — dodał zdecydowanie. — Jeszcze chwila, a wypowiem zaklęcie, które ciśnie was w serce najbliższego białego karła.

— To wymagający oddział — powiedział Cresk — Sar, gdy szli w kierunku jadalni. — Praca tam jest chyba nawet trudniejsza niż w pionie technicznym. Niemniej można tam mówić pacjentom co tylko do głowy przyjdzie i nikt się tym nie przejmie. Cokolwiek by się stało, nie napytasz tam sobie biedy.

Nidiańczyk wyraźnie starał się pocieszyć stażystkę, ale i tak w jego głosie słychać było powątpiewanie.

Rozdział siódmy

Cha dostała jeszcze dwa wolne dni, ale Cresk — Sar nie powiedział jej, czy to nagroda za pomoc przy AUGL — u, czy tyle właśnie potrzebował 0’Mara, aby przenieść ją na oddział FROB—ów. Złożyła trzy dłuższe wizyty Chalderczykowi, podczas których personel traktował ją tak chłodno, że aż woda wydawała się bliska punktu zamarzania. Nie chciała więcej ryzykować wypraw na plażę czy wycieczek po Szpitalu. Uznała, że zostając w pokoju i skupiając uwagę na ekranie, nie napyta sobie biedy.

Tarsedth wziął to za dowód zaburzeń umysłowych i nie mógł się nadziwić, dlaczego O’Mara nie potwierdza jego diagnozy.

Dwa dni później polecono jej zgłosić się w porze rannego obchodu na oddział FROB—ów i przedstawić należącej do typu DBLF siostrze przełożonej Segroth. Cresk — Sar powiedział, że nie będzie jej wprowadzał, gdyż zapewne wszyscy w Szpitalu słyszeli już o praktykantce z oddziału skrzelodysznych. Może właśnie dlatego nie dopuszczono jej do słowa, gdy z nienaganną punktualnością zjawiła się na miejscu.

— To oddział chirurgiczny — powiedziała Segroth, wskazując rzędy monitorów zajmujące trzy ściany dyżurki. — Mamy tu siedemdziesięciu hudlariańskich pacjentów i trzydzieści dwie osoby personelu pielęgniarskiego, ciebie w to wliczając. Wszyscy należą do różnych gatunków ciepłokrwistych tlenodysznych, nie będziesz zatem potrzebowała odzieży ochronnej, a jedynie degrawitatorów oraz filtrów do nosa. Nasi pacjenci dzielą się na czekających na operację oraz rekonwalescentów, wśród których rozróżniamy przypadki lekkie i ciężkie. Dopóki nie nauczysz się tutaj poruszać, nie będziesz nawet zbliżać się do tych po operacji.

Cha chciała powiedzieć, że rozumie, ale Kelgianka nie dała jej czasu nawet na to.

— Mamy tu FROB — a stażystę z twojej grupy. Na pewno chętnie odpowie na każde pytanie, z którym nie odważysz się zwrócić do mnie.

Srebrzysta sierść zafalowała nieco chaotycznie na bokach. Z obserwacji Tarsedtha Cha wiedziała, że oznacza to gniew lub zniecierpliwienie.

— Z tego co słyszałam o tobie, siostro, wnoszę, że zapoznałaś się już ze wszystkim, co można znaleźć o Hudlarianach, i chętnie skorzystałabyś z tej wiedzy. Ani mi się waż. Realizujemy tu nowatorski program Diagnostyka Conwaya, wobec którego twoje wiadomości są przestarzałe. Poza tymi chwilami, kiedy O’Mara będzie cię potrzebował u AUGL — a, masz tylko patrzeć i słuchać. Czasem otrzymasz jakieś proste zadanie, które wykonasz pod nadzorem bardziej doświadczonej pielęgniarki albo moim. Nie chciałabym zostać zaskoczona cudownym uzdrowieniem dokonanym przez ciebie już pierwszego dnia — dodała na koniec.

Znalezienie znajomego FROB — a nie było problemem, jako że poza nim dyżur pełniły wyłącznie Kelgianki oraz Melfianki. Jeszcze łatwiej było odróżnić go od pacjentów. Cha ledwie mogła uwierzyć, że starzy Hudlarianie aż tak różnią się od dorosłych osobników.

— Widzę, że przetrwałaś pierwsze spotkanie z Segroth — powiedział FROB, gdy podeszła blisko. — Nie przejmuj się nią. Kelgianin mający władzę jest jeszcze trudniejszy do zniesienia niż zwykły. Jeśli będziesz dokładnie wykonywać jej polecenia, nic ci nie grozi. Miło mi tu widzieć znajomą twarz.

Cha skonstatowała, że ostatnie zdanie było dość dziwne, jako że Hudlarianie nie mieli twarzy. Kolega chciał po prostu dodać jej pewności siebie i była mu za to wdzięczna. Nie zwrócił się jednak do niej po imieniu, trudno powiedzieć celowo czy przypadkiem. Może Hudlarianie i Chalderczycy mieli jeszcze coś wspólnego poza masą ciała i wielką siłę. Uznała, że dopóki się nie dowie, zamiast po imieniu zawsze może zwracać się do niego per „kolego”.

— Za chwilę będzie pora posiłku i mycia — dodał stażysta. — Zechciałabyś przypasać zapasowy zbiornik z pożywieniem i towarzyszyć mi w obchodzie? Będziesz mogła poznać niektórych pacjentów. — Nie czekając na odpowiedź, ruszył przed siebie. — Z tym akurat nie porozmawiasz. Jego membrana została wytłumiona, żeby nie przeszkadzał odgłosami innym pacjentom i personelowi. Słabo reaguje na środki przeciwbólowe. Cierpi nieustannie i nie potrafi zbornie się wysławiać.

Już na pierwszy rzut oka widać było, że pacjent jest w złym stanie. Sześć mocarnych kończyn, które tak we śnie, jak i podczas czuwania podtrzymywały korpus, wisiało po bokach unoszącej chorego konstrukcji niczym przegniłe gałęzie. Knykcie, na których opierał się zwykle ciężar ciała, były odbarwione, wysuszone i popękane, a wyrostki na końcach — zazwyczaj tak precyzyjnie działające — drgały spazmatycznie.

Spore obszary skóry na grzbiecie i bokach były nadal pokryte substancją odżywczą, którą należało zmyć przed nałożeniem nowej warstwy. Z podbrzusza kapała mleczna maź wchłaniana przez utylizator stanowiska.

— Co mu jest? — spytała Cha Thrat. — Da się go wyleczyć?

— Starość — odparł Hudlarianin oschle, po czym kontynuował rzeczowo, niemal beznamiętnie: — Jesteśmy gatunkiem o wielkich potrzebach energetycznych, stąd też szybki metabolizm. Wraz z wiekiem jednak zdolność absorpcji maleje, zaczyna zawodzić również układ wydalniczy. To pierwsze objawy zaawansowanej starości. Spryskasz go odżywką, gdy tylko usunę te resztki?

— Oczywiście.

— To z kolei upośledza krążenie krwi w kończynach, prowadząc do degeneracji mięśni i nerwów w tych okolicach. Ostatecznym efektem jest paraliż, martwica peryferyjnych odcinków kończyn, a po pewnym czasie śmierć.

Za pomocą gąbki usunął płaty zaschłej substancji odżywczej, umożliwiając Cha uruchomienie spryskiwacza. Gdy znowu się odezwał, w jego głosie ponownie rozbrzmiały emocje.

— Największy problem z naszymi pacjentami polega na tym, że mózg, który potrzebuje relatywnie mało energii, pozostaje sprawny niemal do końca i zawodzi dopiero krótko po ustaniu pracy podwójnego serca. To właśnie prowadzi do tragedii, gdyż rzadko się zdarza, aby Hudlarianin zdołał zachować zdrowe zmysły przy całym tym bólu odmawiającego z wolna posłuszeństwa ci1ała. Rozumiesz zatem, dlaczego ten oddział, objęty ostatnio projektem Conwaya, jest w pewien sposób również oddziałem dla nerwowo chorych. Do niedawna Zresztą jedynym — rzekł lżejszym tonem, sunąc w kierunku kolejnego chorego — bo teraz należy dodać jeszcze basen AUGL, który dzięki twojej działalności…

— Proszę, nie przypominaj mi o tym — powiedziała Cha.

Membrana następnego pacjenta też była zakryta grubym cylindrycznym tłumikiem, jednak albo był on wadliwy, albo Hudlarianin należał do wyjątkowo głośnych, gdyż autotranslator stażystki przekładał co rusz spore fragmenty bełkotu istoty cierpiącej i dotkniętej zaawansowaną demencją.

— Chciałabym o coś spytać — odezwała się nagle Cha. — Jednak nie wiem, czy nie urażę cię nazbyt krytycznym zdaniem o waszym systemie wartości oraz etyce zawodowej. Możliwe, że na Sommaradvie myślimy całkiem inaczej niż wy…

— Z góry przyjmuję ewentualne przeprosiny.

— Wcześniej spytałam o możliwość wyleczenia tamtego pacjenta, a ty nie odpowiedziałeś. Czy naprawdę nie można im pomóc? A jeśli tak, dlaczego nie doradza im się samodzielnego odejścia, zanim znajdą się w takim stanie?

Przez kilka minut Hudlarianin manewrował bez słowa gąbką.

— Zdziwiłaś mnie, ale nie uraziłaś. Nie mogę krytykować waszej praktyki medycznej, gdyż jeszcze kilka pokoleń temu, zanim dołączyliśmy do Federacji, w ogóle nie znaliśmy chirurgii. Jednak czy dobrze zrozumiałem, że przyjęte jest u was zezwalanie na samobójstwa nieuleczalnie chorych?

— Niezupełnie — odparła Cha. — Niemniej jeśli żaden lekarz nie weźmie odpowiedzialności za pacjenta, ten nie zostanie poddany leczeniu. Otrzymuje wówczas pełne dane na temat swojego stanu, szczerze i bez kłamliwych niedomówień, do których ucieka się tu często personel pielęgniarski. Nie próbuje mu się tez jednak niczego sugerować. Decyzja zawsze należy wyłącznie do chorego.

— Siostro, nie wolno ci nigdy rozmawiać w ten sposób z naszymi pacjentami — powiedział Hudlarianin, przerywając pracę. — Niezależnie od tego, co sądzisz na temat podobnych kłamstw. Znajdziesz się w poważnych kłopotach, jeśli spróbujesz.

— Ani myślę. Przynajmniej do chwili, gdy zostanę tu pełnoprawnym chirurgiem. Jeśli do tego dojdzie, oczywiście.

— Wtedy też nie — rzekł z niepokojem Hudlarianin.

— Nie rozumiem. Jeśli biorę na siebie całkowitą odpowiedzialność za terapię…

— Więc u siebie byłaś chirurgiem — powiedział jej kolega, wyraźnie pragnąc uniknąć sporu. — Też mam nadzieję, że nim zostanę.

Cha również nie chciała konfrontacji.

— Ile lat zajmie ci nauka?

— Jeśli będę miał szczęście, dwa. Nie zamierzam zdobywać pełnych kwalifikacji, tylko podstawowe, w zakresie chirurgii FROB—ów. Włączono mnie do nowego projektu Conwaya, będę więc bardzo potrzebny w domu. A wracając do twojego pytania, wierz mi albo nie, stan większości tych pacjentów znacznie się niebawem poprawi albo nawet zostaną oni wyleczeni. Będą mogli wieść jeszcze długie i pożyteczne życie, bez bólu, sprawni przy tym na umyśle i do pewnego stopnia również fizycznie.

— Naprawdę? — spytała Cha, starając się ukryć niedowierzanie. — Na czym polega projekt Conwaya?

— Zamiast słuchać moich niepełnych i nieścisłych wyjaśnień, proponuję, abyś dowiedziała się tego od samego Diagnostyka Conwaya, obecnego szefa chirurgii. Dziś po południu przeprowadzi on tu pokazową operację. Ja mam być obecny z przyczyn oczywistych, ale tak bardzo brakuje nam chirurgów, że jeśli tylko wyrazisz zainteresowanie projektem, to choćbyś nawet nie miała się do niego przyłączyć, zostaniesz zaproszona. Poza tym pewniej się poczuję, mając u boku kogoś, kto jest w tej kwestii niemal równie zielony jak ja.

— Chirurgia obcych interesuje mnie najbardziej — odpowiedziała Cha. — Ale dopiero co przybyłam na oddział. Czy siostra przełożona da mi z tej okazji wolne popołudnie?

— Oczywiście — stwierdził FROB, przechodząc do następnego pacjenta. — Jeśli w żaden sposób jej do siebie nie zrazisz.

— Na pewno nie. W każdym razie nie rozmyślnie. Trzeci pacjent nie miał założonego tłumika i kilka chwil wcześniej rozmawiał żywo z innym Hudlarianinem o swoich wnukach. Cha przywitała go tak, jak zwykle lekarze witali chorych na Sommaradvie. Tutejsi lekarze, zdawało się, mieli podobne zwyczaje.

— Jak się dzisiaj czujesz?

— Dziękuję, całkiem dobrze — odparł pacjent zgodnie z oczekiwaniami.

W rzeczywistości wcale nie było z nim najlepiej. Wprawdzie sprawny umysłowo i nie na tyle schorowany, aby środki przeciwbólowe przestały nań działać, skórę i kończyny miał jednak w tak złym stanie, że Cha sama zaczęła odczuwać swędzenie. Ale, jak wielu leczonych przez nią pacjentów, także ten nie śmiał sugerować lekarzowi niekompetencji, narzekając na swój stan.

— Gdy wchłoniesz nieco pokarmu, poczujesz się jeszcze lepiej — powiedziała, kiedy jej kolega pracował gąbką. Odrobinę lepiej, dodała w myślach.

— Nie widziałem cię wcześniej, siostro — odezwał się pacjent. — A szkoda, bo masz bardzo interesującą i miłą dla oka postać.

— Ostatni raz słyszałam coś podobnego od młodego i nazbyt namiętnego Sommaradvańczyka.

Pacjent wydał szereg niezrozumiałych odgłosów i aż zakołysał się na rusztowaniu.

— Pod tym względem nie musisz się niczego z mojej strony obawiać, siostro — powiedział. — Niestety, jestem już zbyt stary i chory, aby było inaczej.

Przypomniała sobie poważnie rannych i niezdolnych do ruchu sommaradvańskich wojowników, którzy próbowali flirtować z nią podczas obchodów, i nie wiedziała już, czy ma się śmiać, czy płakać.

— Dziękuję — odparła. — Zobaczymy, jak będzie, gdy dojdziesz już do siebie…

Z pozostałymi pacjentami było podobnie. Hudlarianin mało się odzywał, więc to Cha z nimi rozmawiała. Była nowa na oddziale i należała do rasy, której tu jeszcze nie widziano, a tym samym nikt nie wiedział nic o niej ani ojej świecie. Musiała budzić uprzejmą ciekawość. Pacjenci nie chcieli rozmawiać o swoich problemach, chętniej zagadywali ojej rodzinną planetę i samą Cha, a ona z przyjemnością odpowiadała na pytania, przynajmniej te dotyczące milszych aspektów jej życia.

W ten sposób łatwiej było jej zapomnieć o narastającym zmęczeniu i tym, że chociaż degrawitatory zmniejszały ciężar zbiornika z roztworem odżywczym niemal do zera, to jednak pasy, na których wisiał, boleśnie wrzynały jej się w ciało. W pewnej chwili zorientowała się, że zostało im już tylko trzech pacjentów, a tuż za nią pojawiła się Segroth.

— Jeśli pracujesz równie dobrze jak rozmawiasz, to nie będę miała powodów do narzekań — powiedziana. — Jak sobie radzi? — spytała Hudlarianina.

— Bardzo mi pomaga, siostro przełożona — odparł FROB. — Nie skarży się. Wpływa kojąco na pacjentów.

— To i dobrze — mruknęła Segroth, poruszając z aprobatą sierścią. — Jednak Cha należy do jednego z tych gatunków, które muszą jeść co najmniej trzy razy dziennie, by zachować dobry humor, pora południowego posiłku zaś już minęła. Dokończysz sam? — spytała stażystę.

— Oczywiście.

— Siostro przełożona — odezwała się Cha, gdy Segroth chciała już odejść. — Wiem, że dopiero co tu przyszłam, ale czy mogłabym prosić o zgodę na udział w…

— Wykładzie Conwaya — dokończyła za nią Segroth. — Mogłam się spodziewać, że spróbujesz wywinąć się jakoś od ciężkiej pracy na oddziale. Chociaż może jestem niesprawiedliwa. Sądząc po tym, co słyszałam przez mikrofony, dobrze panujesz nad sobą podczas rozmów z pacjentami, a skoro masz jeszcze przygotowanie chirurgiczne, powinnaś dobrze znieść wykład. Niemniej, jeśli cokolwiek podczas pokazu cię wzburzy, wychodź natychmiast. I to tak, żeby nikomu nie przeszkadzać. Normalnie odmówiłabym nowemu stażyście na oddziale, ale jeśli zdołasz w godzinę dotrzeć do stołówki i wrócić, to masz moją zgodę.

— Dziękuję — powiedziała Cha do pleców Kelgianki i szybko zaczęła rozpinać pasy mocujące zbiornik.

— Czy zanim wyjdziesz, mogłabyś spryskać i mnie? — poprosił stażysta. — Umieram z głodu.

Cha zjawiła się w sali jako jedna z pierwszych i stanęła — Hudlarianie nie używali siedzisk, toteż nie było na czym spocząć — możliwie najbliżej rusztowania operacyjnego. Wkoło zbierało się coraz więcej rozmaitych istot, w tym szczękający szczypcami Melfianie, Kelgianie i Tralthańczycy, większość jednak stanowili FROB — owie z różnych grup szkoleniowych. Stłoczyli się przy tym tak bardzo, że Cha mogła zapomnieć o pomyśle opuszczenia sali w trakcie operacji. Niezbyt potrafiła ich rozróżnić, ale przyjęła, że ten najbliższy jest jej kolegą ze stażu.

Z toczonych wkoło rozmów wywnioskowała, że Conway jest kimś bardzo ważnym i że traktują go tu prawie jak medycznego boga, noszącego w głowie dzięki czarom i maszynom O’Mary wiedzę, wspomnienia i instynkty wielu istot. Pamiętając żałosny stan FROB— ów na oddziale geriatrycznym, Cha z tym większą ciekawością czekała na to, co pokaże.

Conway nie wyglądał wcale imponująco. Był nieco wyższy niż przeciętny przedstawiciel jego gatunku, sierść na głowie zaś miał ciemniejszą niż mag O’Mara.

Mówił niezbyt głośno, ale z dużą pewnością siebie, całkiem jak potężny władca. Przeszedł od razu do rzeczy.

— Tych spośród was, którzy nie znają szczegółów projektu albo nie mieli okazji poznać jego etycznego kontekstu, pragnę uspokoić, że nasz dzisiejszy pacjent, podobnie jak wszyscy jego koledzy z oddziału geriatrycznego oraz ci, którzy niecierpliwie czekają w domu na wolne miejsca, dobrowolnie wybrał chirurgiczne rozwiązanie problemu. Niemniej pacjentów jest tak wielu, w gruncie rzeczy chodzi o znaczny procent populacji całego świata, że nie zdołamy zająć się nimi wszystkimi w Szpitalu…

Słuchając Diagnostyka, Cha Thrat poczuła się zniechęcona wielkością problemu. Trudno było jej wyobrazić sobie planetę z milionami istot w podobnym stanie jak te, które widziała na oddziale. Jednak wyglądało na to, że Conway nie tylko ogarnął ów obraz wyobraźnią, ale jeszcze się go nie przeląkł i zaczął dążyć do rozwiązania, którym było przeszkolenie jak największej liczby Hudlarian i ochotników z innych gatunków.

Szpital miał zapewnić podstawowe przeszkolenie w zakresie fizjologii FROB—ów przed— i pooperacyjnej opieki oraz zasadniczych, istotnych w tym przypadku procedur chirurgicznych. Wszyscy absolwenci kursu, o ile nie okażą się na tyle utalentowani, że otrzymają propozycję pozostania w Szpitalu, wrócą na rodzinną planetę, aby tam szkolić następnych. Szacowano, że stworzenie armii chirurgów pozwalającej uporać się z pradawnym nieszczęściem Hudlarian zajmie trzy pokolenia.

Skala przedsięwzięcia, a przede wszystkim jego karygodna nieodpowiedzialność wstrząsnęły Cha. Conway nie szkolił chirurgów, lecz bezmyślne maszyny! Już wcześniej zdziwiła się, usłyszawszy od FROB — a stażysty, jak krótko miał trwać ten kurs. Być może tutejsi nauczyciele potrafili w tym czasie nauczyć niezbędnych podstaw, ale co z długotrwałą indoktrynacją, medytacjami i ćwiczeniami dającymi siłę do przyjęcia na siebie bolesnej odpowiedzialności za pacjenta? Co z równie długim nowicjatem? Diagnostyk nawet się o tym nie zająknął.

— To niewiarygodne! — powiedziała nagle.

— Tak, zaiste — szepnął stojący obok Hudlarianin. — Ale nie przeszkadzaj.

— Trudno ocenić czy opisać skalę cierpienia wiekowych FROB—ów — mówił Conway. — Wiele innych Federacji znalazło proste, chociaż wcale nie idealne rozwiązanie tego problemu, jednak Hudlarianie, na swoje szczęście czy też nieszczęście, nie uznają odejścia na własne życzenie. Proszę sprowadzić pacjenta jedenaście trzydzieści dwa.

Ruchome stanowisko operacyjne prowadzone przez kelgiańską siostrę zatrzymało się przed Diagnostykiem. Cha poznała jednego z Hudlarian, którymi zajmowała się przed południem. Był już przygotowany do operacji.

— Stan pacjenta jest zbyt poważny, aby udało się w pełni odwrócić proces degeneracji, możemy jednak na resztę życia uwolnić jedenaście trzydzieści dwa od bólu, co z kolei oznacza, iż pozostanie on psychicznie zrównoważony i będzie mógł prowadzić pożyteczne życie, nawet jeśli jego sprawność ruchowa będzie ograniczona. Wśród Hudlarian, którzy wcześniej są poddawani operacji, oraz wśród tych, którzy należą do tej samej grupy wiekowej co nasz pacjent, ale ich choroba jest mniej zaawansowana, osiągamy znacząco lepsze rezultaty. Zanim zaczniemy — dodał, sięgając po skaner — chciałbym omówić jeszcze fizjologiczne przyczyny znanego nam obrazu klinicznego…

Jakaż to niegodziwość pozwoli mu go uleczyć? — zastanawiała się Cha.

Ciekawość zastąpił jednak strach. Nie wiedziała, czy poznawszy metody opracowane przez tego strasznego człowieka, zdoła pozostać przy zdrowych zmysłach.

— Podobnie jak u większości znanych nam gatunków, także tutaj proces zwany starzeniem jest wynikiem spadku sprawności ważniejszych narządów i związanych z tym zaburzeń krążenia. W przypadku FROB—ów ograniczenie wydajności narządów połączone z wapnieniem i pękaniem powłok skórnych nasila się na skutek niedostatku składników odżywczych, których chory nie wchłania już tyle co wcześniej. Jak pamiętacie z wykładów, zdrowy dorosły osobnik charakteryzuje się szybką przemianą materii, co wymaga niemal nieustannego dostarczania składników odżywczych. Te, po wchłonięciu przez skórę, są rozprowadzane do narządów, takich jak podwójne serce, płaty absorpcyjne czy ewentualnie macica z płodem. Oraz do kończyn. Sześć nie105 zwykle silnych kończyn to najbardziej energochłonna część ciała FROB — a. Zużywają one blisko osiemdziesiąt procent dostarczonych składników. Jeśli usuniemy więc ten element z bilansu energetycznego, zaopatrzenie pozostałych, mniej wymagających narządów osiągnie szybko optymalny poziom — dodał z naciskiem.

Ostatnie wątpliwości Cha zostały rozwiane. Wiedziała już, co zamierza chirurg, chociaż ciągle próbowała przekonać siebie, że nie jest jeszcze tak źle, jak się wydaje.

— Czy u tych istot następuje regeneracja kończyn? — spytała szeptem sąsiada.

— Niemądre pytanie — odparł Hudlarianin. — Nie. Przede wszystkim, gdyby tak było, nie dochodziłoby do podobnej degeneracji układu krążenia i muskulatury. Ale nie przeszkadzaj i słuchaj.

— Myślałam o Ziemianach, nie o pacjencie.

— Nie — rzucił z irytacją stażysta i przestał zwracać na nią uwagę.

Conway ciągnął tymczasem wykład.

— Głównym problemem podczas operowania istot żyjących w warunkach znacznego ciążenia i wysokiego ciśnienia atmosferycznego jest oczywiście groźba dekompresji i pojawiających się w jej następstwie przemieszczeń organów wewnętrznych. Jednak przy takiej interwencji problem ten nie istnieje. Krwawienie opanować można zaciskami, a procedura jest wystarczająco prosta, aby każdy doświadczony stażysta mógł przeprowadzić ją pod nadzorem. Po prawdzie — dodał, ukazując nagle zęby w uśmiechu — nie zamierzam nawet dotykać dzisiaj pacjenta skalpelem. To wy będziecie odpowiedzialni za przebieg tej operacji.

Jego słowa wywołały szmer zainteresowania i stażyści przysunęli się jeszcze bliżej, spychając Cha ku odgradzającej stanowisko operacyjne metalowej barierce. Wkoło zapanował taki gwar, że autotranslator co rusz się zawieszał, z urywków zdań zrozumiała jednak, że wszyscy chcą uczestniczyć w tym hańbiącym akcie zawodowego tchórzostwa. Z nieznanych powodów aż palili się, aby wziąć zań odpowiedzialność.

W najgorszych koszmarach nie sądziła, że spotka się kiedyś z tak brutalnym atakiem na to, co dyktował jej kodeks etyczny. Nagle zapragnęła znaleźć się jak najdalej od tej sali pełnej obłąkanych i niemoralnych Hudlarian, ci wszakże nazbyt się rozgadali, aby usłyszeć jej prośby o przepuszczenie.

— Proszę o ciszę — powiedział Conway i rozmowy umilkły. — Nie lubię nikogo zaskakiwać, ale sądzę, że wcześniej czy później będziecie sami przeprowadzać takie amputacje dziesiątkami, dzień po dniu, więc im szybciej się z tym zadaniem oswoicie, tym lepiej. — Przerwał i spojrzał na trzymaną w ręku kartkę. — Zacznie stażysta FROB siedemdziesiąt trzy.

Cha ledwie się opanowała, żeby nie krzyknąć, by pozwolili jej wyjść, uciec jak najdalej od tej piekielnej demonstracji. Jednak Conway, Diagnostyk i jeden z wysokich władców Szpitala, nakazał ciszę i wpajana przez całe życie dyscyplina nie pozwoliła jej zachować się wbrew poleceniu. Nawet tutaj, z dala od Sommaradvy. Naparła na otaczających ją z trzech stron Hudlarian, ale chyba nawet tego nie zauważyli. Wszyscy wpatrywali się w stanowisko operacyjne i pacjenta. Mimowolnie podążyła wzrokiem za ich spojrzeniami.

Wyraźnie widać było, że siedemdziesiąt trzy nie czuje się najlepiej w obecności jednego z czołowych Diagnostyków Szpitala. Conway jednak był taktowny i jak mógł dodawał mu pewności siebie. Ilekroć stażysta się zawahał, spieszył z poradą albo sugestią wygłaszaną tak, aby Hudlarianin nie poczuł się kom pletnym ignorantem.

Cha uznała, że jest w nim coś z maga, chociaż oczywiście nie mogło to usprawiedliwić nieprofesjonalnego działania.

— Do wstępnego nacięcia i usunięcia podskórnych warstw mięśni używamy skalpela numer trzy — powiedział Conway. — Niektórzy jednak wolą sięgnąć potem po delikatniejszy skalpel numer pięć, aby uporać się z naczyniami, ponieważ gładsze cięcia łatwiej się zszywa i lepiej też później się goją. Zakończenia wiązek nerwowych chronimy metalowymi nakładkami i umieszczamy tuż pod skórą kikuta. Ułatwia to dobieranie protez i ustawianie systemu sterowania nimi.

— Co to są protezy? — spytała głośno Cha.

— Sztuczne kończyny — odparł sąsiad. — Patrz i słuchaj, potem będziesz pytać.

Do oglądania było nadal wiele, ale do słuchania znacznie mniej, ponieważ stażysta działał teraz całkiem sprawnie i Diagnostyk prawie nie musiał się odzywać. Ostrożne, precyzyjne ruchy instrumentów operatora można było śledzić też na wielkim ściennym ekranie, na który rzutowano obraz ze skanera.

Nagle kończyna odpadła niczym chora gałąź i wylądowała w ustawionym na podłodze pojemniku. Cha po raz pierwszy zobaczyła kikut. Ledwie opanowała mdłości.

— Teraz wykorzystamy specjalnie pozostawiony duży płat skóry, zasłonimy nim ranę, a brzegi połączymy wchłanialnymi klamrami. Ze względu jednak na wysokie wewnętrzne ciśnienie i twardą skórę należy założyć ich o wiele więcej niż normalnie.

Na Sommaradvie krążyły jedynie niesmaczne plotki o rannych, którzy utracili w wypadku kończynę, a jednak przeżyli. Albo przynajmniej usiłowali przeżyć — Dyskretnie opatrywano im rany i zszywano kikut, chociaż podejmowali się tego zazwyczaj młodzi i nieodpowiedzialni chirurdzy — wojownicy o niezbyt wysokich kwalifikacjach, a niekiedy, gdy nikogo innego nie było w pobliżu, zwykli uzdrowiciele. Ale nawet wówczas, gdy wojownik odnosił takie obrażenia podczas bohaterskiego czynu, sprawę wyciszano i rychło odchodziła ona w niepamięć.

Okaleczeni sami usuwali się innym sprzed oczu. Nikt nie poważyłby się wystawiać swojego kalectwa czy deformacji na widok publiczny. Zresztą i tak by mu na to nie pozwolono. Mieszkańcy Sommaradvy żywili zbyt wielki szacunek do swoich ciał. Pomysł, żeby ktoś paradował z mechanicznymi zastępczymi kończynami, był wręcz odstręczający.

— Dziękuję, siedemdziesiąt trzy. Dobra robota — powiedział Diagnostyk i znowu spojrzał na kartkę. — Sześćdziesiąt jeden, pokażesz nam, co potrafisz?

Mimo obrzydzenia Cha nie mogła oderwać oczu od pola operacyjnego, kiedy drugi FROB demonstrował swoje chirurgiczne umiejętności. Głębokość i rozmieszczenie wszystkich cięć zapadały jej w pamięć niczym widok jakiejś okrutnej, lecz fascynującej katastrofy. Po sześćdziesiątym pierwszym jeszcze dwóch stażystów poproszono do stanowiska i niebawem pacjentowi została tylko para kończyn.

— Jedna z przednich kończyn wykazuje nadal sporą sprawność i sądzę, że ze względu na zaawansowany wiek oraz ograniczone możliwości adaptacji dobrze będzie pozostawić ją pacjentowi. Możliwe też, że przy braku pozostałych bilans substancji odżywczych poprawi się na tyle, że zacznie ona funkcjonować lepiej. Niemniej, jak sami widzicie, druga kończyna ogarnięta jest już rozległą martwicą i musi zostać usunięta. Tę amputację przeprowadzi stażystka Cha Thrat.

Nagle wszyscy spojrzeli na nią i Sommaradvance wydało się, że czas stanął w miejscu — a ona zostanie na wieczność uwięziona w koszmarnym trójwymiarowym obrazie. Jednak najgorsze miało dopiero nadejść.

— To wielki zawodowy zaszczyt — powiedział cicho jej kolega z oddziału.

Nie zdążyła odpowiedzieć, gdyż głos znowu zabrał Diagnostyk.

— Cha Thrat pochodzi z nowo odkrytej przez nas Sommaradvy, gdzie jest w pełni wykwalifikowanym chirurgiem. Przeprowadziła już operację na DBDG typu ziemskiego, którego pierwszy raz ujrzała ledwie parę godzin wcześniej. Mimo to spisała się pierwszorzędnie i, jak przekazał mi starszy lekarz Edanelt, bez wątpienia uratowała nogę pacjenta, a zapewne i jego życie. Teraz będzie miała okazję wzbogacić swoje chirurgiczne doświadczenie o znacznie prostszą operację pacjenta klasy FROB. Proszę, Cha — powiedział, by dodać stażystce odwagi. — Nie bój się. Jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, pomogę ci.

Cha ogarnął lodowaty strach pomieszany z bezsilną złością, iż musi stawić czoło podobnemu wyzwaniu bez właściwego duchowego przygotowania. Jednak ostatnie słowa Diagnostyka, sugerujące, że strach mógłby powstrzymać ją od podjęcia operacji, wzbudziły w niej słuszny gniew. Jako jeden z władców tego szpitala miał prawo nakazać jej nawet najbardziej niegodziwe działanie, żaden zaś wojownik z Sommaradvy nie zwykł okazywać strachu, nawet gdy wkoło byli sami obcy. Niemniej i tak się zawahała.

— Potrafisz to zrobić? — spytał niecierpliwie Ziemianin.

— Tak.

Gdyby spytał, czy chcę to zrobić, odpowiedź byłaby inna, pomyślała ze smutkiem Cha, podchodząc do stanowiska. Wzięła niewiarygodnie ostry skalpel numer trzy i spróbowała raz jeszcze.

— Jaki jest dokładnie zakres mojej odpowiedzialności podczas tej operacji?

Diagnostyk westchnął głęboko.

— Jesteś odpowiedzialna za usunięcie lewej przedniej kończyny pacjenta.

— Nie można jej uratować? — spytała z wahaniem. — Może dałoby się poprawić krążenie, wszczepiając naczynia o większym przekroju albo…

— Nie — przerwał jej Conway zdecydowanie. — Zaczynaj, proszę.

Poprowadziła operację dokładnie tak jak jej poprzednicy. Nie wahała się już i Diagnostyk nie musiał jej więcej ponaglać. Wiedziała, co ją czeka, ale stłumiła strach i odpędzała na razie tę myśl. Była zdecydowana pokazać temu bardzo sprawnemu, ale pozbawionemu kośćca etycznego lekarzowi, że jest prawdziwym sommaradvańskim wojownikiem — chirurgiem.

— To była bardzo sprawnie i dokładnie przeprowadzona amputacja — powiedział życzliwie Conway, gdy zakładała ostatnie klamry. — Szczególnie jestem pod wrażeniem… Co robisz?

Cha pomyślała, że to głupie pytanie, bo przecież wszystko było oczywiste od chwili, gdy po raz pierwszy uniosła skalpel. Sama nie miała przednich kończyn, ale uznała, że wystarczy odcięcie lewej środkowej. Dość było jednego szybkiego ruchu skalpelem. Spojrzała na leżącą pośród hudlariańskich kończyn własną mackę, i złapała kikut, aby zatamować krwawienie.

Chwilę później zaczęła tracić przytomność, ale usłyszała jeszcze, jak Conway krzyczy do mikrofonu komunikatora:

— Sala wykładowa FROB—ów, pilne! Jeden DCNF, nagła amputacja, samookaleczenie. Przygotować salę na czterdziestym trzecim i zebrać mi zaraz, cholera, zespół od mikrochirurgii!

Rozdział ósmy

Cha Thrat nie miała pojęcia, jak długo dochodziła do siebie po operacji, kojarzyła tylko, że pomiędzy okresami braku przytomności wielokrotnie zjawiali się u niej O’Mara oraz Diagnostycy Thornnastor i Conway. Przydzielona do izolatki siostra DBLF nie szczędziła zjadliwych komentarzy na temat szczególnej uwagi poświęconej Cha przez najważniejsze osoby w Szpitalu, ilości pożywienia dostarczanego chorej ponoć pacjentce i nowego nidiańskiego stażysty, którego upodobał sobie ostatnio Cresk — Sar. Jednak gdy Cha spróbowała zagadnąć o swój przypadek, wzburzenie sierści Kelgianki jasno dało jej do zrozumienia, że poruszyła zakazany temat.

W sumie jednak nie miało to znaczenia. Środki, które otrzymywała, sprawiały, że jej umysł dryfował z dala od przyziemnych problemów, co było stanem bardzo wygodnym, chociaż bez wątpienia iluzorycznym.

W trakcie jednej z późniejszych wizyt O’Mara zasugerował jej, że wypełniła już wszystkie obowiązki wynikające z zawodowego kodeksu etycznego i nie musi podejmować więcej działań w tej sprawie. Kończyna została odcięta, a fakt, że Conway i Thornnastor zdołali przyszyć ją na tyle misternie, iż nie straciła w niej ani sprawności, ani czucia, był po prostu darem losu, który powinna przyjąć z wdzięcznością i bez poczucia winy.

Długo musiała przekonywać maga, że doszła już do tego samego wniosku i że naprawdę jest wdzięczna, może nie tyle losowi, ile obu Diagnostykom. Nadal jednak zdumiewało ją, i powiedziała to naczelnemu psychologowi, że właściwie nikt nie podziela jej spojrzenia, zgodnie z którym dokonała czynu honorowego i jak najbardziej godnego pochwały.

O’Mara uspokoił się nieco i odpowiedział długim, złożonym zaklęciem na temat spraw zbyt osobistych, aby Cha mogła o nich dyskutować nawet ze swoimi, a co dopiero z obcym. Jednak coś, być może leki, sprawiło, że szok nie okazał się szczególnie dotkliwy i miast odrzucić wszystkie sugestie psychologa, zaczęła się nad nimi zastanawiać.

Według jednej z nich jej postępek — oceniany możliwie najobiektywniej — nie był szlachetny, ale po prostu głupi. Pod koniec rozmowy Cha prawie że zgodziła się z O’Marą. Zaraz potem pozwolono jej na przyjmowanie odwiedzin.

Pierwsi zjawili się Tarsedth i hudlariański stażysta. Kelgianin zasypał ją pytaniami o samopoczucie i rzucił się sprawdzać jej blizny, FROB zaś stał tylko w milczeniu przy drzwiach. Cha zastanawiała się, czy coś może go peszy, i poniewczasie dopiero zdała sobie sprawę, że powiedziała to głośno, gdyż przyjmowane leki wyraźnie osłabiały jej samokontrolę.

— Nie — powiedział Tarsedth. — Nie zwracaj na niego uwagi. Gdy przyszedłem, duży nie wiadomo od jak dawna stał pod drzwiami pełen obaw, że widok jeszcze jednego Hudlarianina wywoła u ciebie niemiłe wspomnienia. Mimo takiej masy mięśni Hudlarianie to jednak wrażliwe stworzenia. Ale według tego, co O’Mara powiedział Cresk — Sarowi, nie powinnaś być już skłonna do melodramatycznych gestów. Nie jesteś też emocjonalnie niezrównoważona. Dokładnie rzecz biorąc, stwierdził, że jesteś normalną wariatką, ale nie szaleńcem. To samo można powiedzieć o całym mnóstwie pracujących tu istot. — Obejrzał się nagle na FROB — a. — Chodź bliżej! Leży w łóżku, prawie cała unieruchomiona i na prochach, więc na pewno cię nie ugryzie!

Hudlarianin podszedł do Sommaradvanki.

— Wszyscy, którzy tam byliśmy, życzymy ci jak najlepiej — powiedział nieśmiało. — Obejmuje to także pacjenta jedenaście trzydzieści dwa, który nie odczuwa już dawnego bólu i ma się coraz lepiej. Siostra Segroth też przekazuje życzenia, chociaż była nader zdawkowa. Czy odzyskasz pełną władzę w kończynie?

— Nie wygłupiaj się. Operacja przeprowadzona przez dwóch Diagnostyków może mieć tylko jeden efekt — rzucił Tarsedth i spojrzał na Cha. — Tyle zdarzyło się ostatnio, że nie mogę się powstrzymać, żeby nie spytać. Czy to prawda, że podczas akcji u Chalderczyków wkurzyłaś O’Marę, nazywając go przy wszystkich znachorem i wypominając mu zaniedbania zawodowe? Z tego, co można usłyszeć…

— Aż tak źle nie było — przerwała mu Cha.

— Nigdy nie jest — mruknął DBLF, mierzwiąc z zawodem sierść. — Ale jeśli chodzi o zachowanie podczas operacji FROB — a, temu nie zaprzeczysz…

— Może lepiej zostawmy ten temat? — zaproponował cicho Hudlarianin.

— Dlaczego? — spytał gąsienicowaty. — Wszyscy 0 tym mówią.

Cha Thrat milczała chwilę, spoglądając jedynie na wznoszący się po jednej stronie łoża srebrzysty owal Kelgianina i masywne ciało Hudlarianina wyrastające z drugiej strony. Mimo działania medykamentów próbowała skoncentrować się na tym, co chciała powiedzieć.

— Wolałabym porozmawiać o wykładach, które straciłam — odezwała się w końcu. — Było coś szczególnie ciekawego czy ważnego? Przy okazji spytajcie Cresk — Sara, czy nie dostałabym pilota do ekranu, żebym mogła wejść na kanały edukacyjne? Przekażcie mu, że nudzi mi się i jak najszybciej chciałabym wznowić naukę.

— Obawiam się, przyjaciółko, że to byłaby strata czasu — powiedział Tarsedth, jeżąc sierść.

Cha po raz pierwszy pożałowała, że jej kolega niezdolny jest do bardziej dyplomatycznych wypowiedzi. Oczekiwała, że usłyszy coś w tym rodzaju, ale złe wieści można było przekazać delikatniej.

— Nasz bezpośredni przyjaciel chciał przez to powiedzieć, że pytaliśmy Cresk — Sara, co dalej z tobą będzie, ale ten nie udzielił nam jednoznacznej odpowiedzi. Stwierdził, że nie jesteś winna złamania szpitalnych zasad, lecz reguł, których nigdy nikomu nie przyszło dotąd do głowy zapisać. Nie ma po prostu na ciebie paragrafu. Ale i tak podobno coś już zdecydowano i niebawem możesz oczekiwać wizyty O’Mary. Nie wiem, co ci powie, ale gdy spytałem Cresk — Sara, czy możemy zanieść ci materiały z wykładów, powiedział „nie”.

Gdy poszli, Cha pomyślała, że jakkolwiek przekazane, nowiny byłyby tak samo niepomyślne. Nagle głośny brzęczyk przy łóżku przeszkodził jej w zbyt długim rozmyślaniu o kłopotach.

Dzwonił pacjent AUGL jeden szesnaście, który dzif ki pomocy siostry Hredlichli zdołał dotrzeć do komunikatora umieszczonego w dużurce personelu, przy wejściu na oddział Chalderczyków. Zaczął od przeprosin, iż z powodów środowiskowych nie przybył osobiście, a potem powiedział, że bardzo brakuje mu jej wizyt, bo chociaż widuje się z O’Marą, magowi brak właściwego Cha wdzięku. Na koniec wyraził nadzieję, że jego przyjaciółka dochodzi już pod każdym względem do siebie.

— Jest dobrze — skłamała, nie chcąc obciążać pacjenta swoimi problemami nawet teraz, gdy sama była chwilowo pacjentem. — A ty jak się miewasz?

— Dziękuję, świetnie — odparł Chalderczyk i mimo dwóch komunikatorów oraz autotranslatora w jego głosie dało się wyczuć spory entuzjazm. — O’Mara mówi, że niebawem będę mógł wrócić do rodziny i że mam zacząć rozmowy z władzami floty w sprawie powrotu do dawnej pracy. Wciąż jestem dość młody jak na Chalderczyka i naprawdę czuję się dobrze.

— Miło mi to słyszeć, jeden szesnaście — powiedziała Cha, celowo nie używając imienia przyjaciela, jako że rozmowę mogły słyszeć osoby trzecie. Zdumiała się, jak bardzo polubiła tę istotę.

— Dobiegły mnie echa rozmów toczonych przez pielęgniarki — ciągnął Chalderczyk. — Chyba znalazłaś się w poważnych tarapatach. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się ułoży, ale gdyby się nie ułożyło i gdybyś musiała opuścić Szpital… Jesteśmy tak daleko od Sommaradvy, że gdybyś w drodze powrotnej zechciała odwiedzić mój świat, bylibyśmy zaszczyceni, mogąc gościć cię, jak długo byś pragnęła. Jesteśmy dość zaawansowani technologicznie, więc syntetyzowanie potrzebnego ci Pożywienia oraz przygotowanie całego zaplecza życiowego nie byłoby problemem. Poza tym to piękny świat — dodał. — O wiele ładniejszy niż nasz oddział w Szpitalu…

Gdy w końcu się rozłączył, Cha umościła się na poduszkach. Była zmęczona, ale daleka od przygnębienia czy smutku. Rozmyślała o oceanach Chalderescola. Trafiwszy na oddział AUGL, wyszukała w bibliotece taśmę na temat świata pacjentów, by móc z nimi rozmawiać, coś więc o nim wiedziała. Zapewne życie tam byłoby ciekawym doświadczeniem, a jako obcy, który ma prawo zwracać się do Muromeshomona po imieniu, zostałaby serdecznie przyjęta przez jego rodzinę i przyjaciół. Bez wątpienia też pozwolono by jej zostać tam, jak długo by chciała. Niemniej musiałaby opuścić Szpital…

Chcąc oderwać się od niemiłych myśli, zastanowiła się, jak nieśmiały zwykle i łagodny Chalderczyk zdołał przekonać złośliwą Hredlichli, aby dopuściła go do komunikatora. Czyżby zagroził, że znowu zacznie demolować oddział? A może, co było bardziej prawdopodobne, wsparł go lub nawet zasugerował to O’Mara?

To też było niepokojące, ale nie aż tak, aby powstrzymać Cha przed zaśnięciem. Zaklęcie szpitalnego maga albo przepisane przezeń medykamenty wciąż miały nad nią władzę. A może jedno i drugie…

W następnych dniach odwiedziło ją jeszcze kilka osób, a nawet — gdy pozwalała na to klasyfikacja fizjologiczna — parę grupek kolegów stażystów. Cresk — Sar zjawił się dwa razy, ale jak wszyscy goście, nie chciał w ogóle rozmawiać o kwestiach zawodowych. Za to gdy nieco później przyszli O’Mara i Conway, był to w zasadzie jedyny temat.

— Dzień dobry, Cha. Jak się czujesz? — zaczął Diagnostyk dokładnie tak, jak się spodziewała.

— Dobrze, dziękuję — odparła, bo i co innego mogła powiedzieć. Potem została poddana najbardziej drobiazgowemu badaniu, jakiego kiedykolwiek doświadczyła.

— Zapewne rozumiesz, że to nie było naprawdę konieczne — powiedział Conway, okrywszy ją ponownie. — Jednak po raz pierwszy mam okazję przyjrzeć się bliżej typowi DCNF w całości, a nie tylko jednej jego kończynie. Dziękuję, to było bardzo pouczające. Niemniej, skoro jesteś już zdrowa — dodał, zerknąwszy szybko na O’Marę — i przed powrotem do pracy czeka cię tylko rehabilitacja ruchowa, powiedz nam, co mamy z tobą zrobić?

Cha podejrzewała, że to pytanie retoryczne, ale i tak bardzo chciała odpowiedzieć.

— Wszystko dotąd wynikało z nieporozumień. Więcej się już nie powtórzą. Chciałabym pozostać w Szpitalu i kontynuować naukę.

— Nie! — zaprotestował ostro Conway. — Jesteś świetnym chirurgiem — dodał ciszej. — Potencjalnie nawet wybitnym. Żal marnować taki talent. Jednak nie widzę dla ciebie miejsca pośród personelu Szpitala. Nie z tak osobliwym kodeksem etycznym. Nie ma już ani jednego oddziału, który gotów byłby przyjąć cię na staż. Segroth zgodziła się wcześniej tylko dlatego, że O’Mara i ja prosiliśmy ją o to. Mnie zaś, owszem, zależy na tym, aby moje wykłady były jak najciekawsze, ale bez przesady!

— A jeśli da się jakoś zagwarantować moje poprawne zachowanie? — spytała szybko Cha w obawie, że zaraz usłyszy decyzję odprawiającą ją ze Szpitala. — Na jednym z pierwszych wykładów była mowa o taśmach edukacyjnych służących do nauki fizjologii obcych, które pozwalają przy okazji spojrzeć na świat z punktu widzenia przedstawiciela innego gatunku. Może gdybym otrzymała zapis z łatwiejszym do przyjęcia przez was kodeksem etycznym, nie byłabym już groźna?

Czekała niespokojnie, ale obaj ludzie tylko spojrzeli po sobie.

Pamiętała, że bez systemu taśm edukacyjnych Szpital w ogóle nie mógłby istnieć. Żaden umysł, nawet najbardziej rozwinięty, nie jest w stanie wchłonąć ogromu wiedzy koniecznej do prowadzenia tak różnorodnych pacjentów, jacy tu trafiali. Zapisywano zatem kopie umysłów najwybitniejszych medyków poszczególnych ras, a te przydawały się potem przy leczeniu ich pobratymców.

Przyjmujący taki zapis dzielił więc swój umysł z narzuconą mu obcą osobowością. Poznawał nie tylko wiedzę medyczną, ale także wspomnienia, doświadczenia i przemyślenia dawcy. Powodowało to trudne do opisania nawet przez starszych lekarzy i Diagnostyków problemy, zaburzenia i poczucie dezorientacji.

Diagnostycy zawdzięczali swą sławę i pozycję w Szpitalu głównie temu, że potrafili utrzymać w głowie nawet do dziesięciu takich zapisów równocześnie, przez co wnosili niebagatelny wkład w rozwój ksenomedycyny i opracowywanie metod leczenia nieznanych chorób gnębiących nowo odkryte gatunki.

Jednak Cha wcale nie marzyła o podobnym rozszczepieniu jaźni. Słyszała już od rozmaitych członków personelu, że istota wystarczająco zdrowa, aby zostać Diagnostykiem, musi być szalona, i skłonna była wierzyć w te opowieści. Szukała czegoś o wiele mniej drastycznego.

— Gdybym obok mojej miała ludzką, kelgiańską albo nawet nidiańską osobowość, mogłabym zrozumieć, dlaczego to, co czasem robię, jest niewłaściwe, i uniknąć wielu błędów. Wykorzystywałabym zapis tylko jako rodzaj drogowskazu. Jako stażystka nie próbowałabym bez wyraźnej zgody robić z niego innego użytku.

Diagnostyk dostał nagle ataku kaszlu.

— Dziękuję, Cha Thrat — powiedział, gdy już mu przeszło. — Jestem pewien, że pacjenci też by ci podziękowali. Jednak, niestety, to niemożliwe… O’Mara, to pańskie poletko. Niech pan to wytłumaczy. Psycholog przysunął się bliżej i spojrzał na leżącą.

— Regulamin Szpitala nie pozwala mi spełnić twojej prośby. Zresztą i tak bym tego nie zrobił. Jesteś wprawdzie niezwykle silną i wyraźną osobowością, ale miałabyś wielkie kłopoty ze sprawowaniem kontroli nad dodatkowym mieszkańcem twojej głowy. Nie chodzi o to, że chciałby nad tobą zapanować, ale o fakt, że dawcy też są zwykle silnymi, a nawet ekspansywnymi osobowościami, które zwykły działać po swojemu. To musi rodzić konflikt owocujący nawet zaburzeniami psychosomatycznymi w rodzaju przewlekłych boleści czy alergicznych reakcji skórnych, które potrafią być równie dotkliwe jak rzeczywiste choroby. Istnieje też spore ryzyko trwałych uszkodzeń osobowości. Nikt nie otrzymuje zatem zapisu, dopóki nie pozna dobrze obcych tradycyjnymi metodami. Poza tym jest jeszcze jedno ograniczenie, istotne w twoim przypadku. Jesteś osobnikiem płci żeńskiej.

Znowu te sommaradvańskie uprzedzenia, pomyślała ze złością Cha. Nawet tutaj, w Szpitalu Sektora Dwunastego! — Wydała odgłos, który na jej świecie spowodowałby natychmiastowe gwałtowne zakończenie rozmowy. Szczęśliwie autotranslator nie wyłapał go.

— Nazbyt pospieszyłaś się z wnioskami — zauważył O’Mara. — Chodzi o to, że u wszystkich odkrytych dotąd dwupłciowych gatunków osobniki żeńskie charakteryzują się pewnymi szczególnymi cechami umysłu. Jedną z nich jest głęboka niechęć do jakichkolwiek doświadczeń polegających na poddaniu swojego umysłu czyjejś kontroli. Wyjątkiem jest tu tylko czas godów, jednak wątpię, abyś zakochała się w zapisie tak obcej osobowości.

— A zdarza się, że osobniki męskie otrzymują zapisy zrobione przez żeńskie? — spytała Cha zaintrygowana wyjaśnieniem. — Może i ja mogłabym otrzymać żeński zapis?

— Jak dotąd mamy tylko jeden taki… — zaczął O’Mara.

— Nie zbaczajmy z tematu — rzucił Conway, purpurowiejąc. — Przykro mi, Cha, ale nie możesz dostać takiego zapisu, ani teraz, ani nigdy. O’Mara wyjaśnił ci dlaczego, ja zaś dodam, że polityczny kontekst twojego przybycia do Szpitala oraz stan rozmów z Som — maradvą sprawiają, że nie możemy też po prostu cię odesłać. Najlepiej by było, gdybyś sama podjęła teraz decyzję.

Cha Thrat milczała chwilę, spoglądając na kończynę, którą w każdym innym miejscu straciłaby na zawsze. Próbowała znaleźć właściwe słowa.

— Nie jesteście mi nic winni za to, co zrobiłam przy Chiangu. Jak już wspomniałam wcześniej, moje wahanie wynikało z obawy, że przez mą niezdarność mógłby stracić rękę, a wtedy to samo czekałoby mnie. Jako wojownik nie mogę się uchylać od odpowiedzialności za swoje poczynania. Teraz zaś, jeśli opuszczę Szpital, co mi sugerujecie, nie uczynię tego z własnej woli. Nie mogę uciec z miejsca, w którym mam jeszcze coś do zrobienia.

Diagnostyk też spojrzał na przyszytą kończynę.

— Wierzę.

O’Mara westchnął i odwrócił się ku wyjściu.

— Przepraszam, że nie wychwyciłem wówczas tej wzmianki o utracie kończyny — powiedział. — Oszczędziłoby nam to wielu kłopotów. Zniosłem jakoś zamieszanie wokół pacjenta jeden szesnaście, ale krwawe przedstawienie podczas operacji FROB — a przebrało miarę. Twój dalszy pobyt w Szpitalu nie będzie należał do przyjemnych, mimo rekomendacji Diagnostyka Conwaya i mojej bowiem nikt nie ma zamiaru dopuszczać cię do pacjentów. Nie ma co się oszukiwać — dodał prawie spod drzwi. — Zostałaś czarną owcą i trafisz do owczarni.

Słyszała jeszcze, jak rozmawiali na korytarzu z kimś trzecim, jednak słowa dobiegały zbyt przytłumione, aby autotranslator je przełożył. Potem drzwi się otworzyły i stanął w nich kolejny Ziemianin, tym razem w ciemnozielonym mundurze Kontrolera. Twarz miał znajomą.

— Czekałem na zewnątrz na wypadek, gdyby nie zdołali namówić cię do wyjazdu. O’Mara sądził zresztą, że tak będzie. Gdybyś mnie nie pamiętała, jestem Timmins. Mamy sporo do pogadania. Ale uprzedzając twoje pytania, powiem od razu, że owczarnia to w tym przypadku Dział Utrzymania i Konserwacji.

Rozdział dziewiąty

Od początku było oczywiste, że porucznik Timmins nie czuje się niczyim sługą, a pracę traktuje poważnie i odpowiedzialnie. Nie potrwało długo, a Cha zaczęła podchodzić do sprawy w ten sam sposób. Sprowokował to nie tylko spokojny entuzjazm oficera, swoją rolę odegrał też przenośny odtwarzacz z zestawem taśm, który ten ustawił obok jej łóżka. Szybko przekonała się, że to zajęcie dla wojownika, chociaż oczywiście nie wojownika — chirurga. Poznawszy problemy związane z zapewnieniem właściwych warunków życiowych ponad sześćdziesięciu dziwnym nierzadko rasom, które przebywały w Szpitalu, uznała, że jej wcześniejsze studia medyczne były jednak dość łatwe.

Pożegnała się z nimi oficjalnie podczas wizyty Cresk — Sara, który przebadał ją gruntownie i oznajmił, że jeśli doktor Yeppha, okulista mający zajrzeć do niej nieco później, nie będzie miał żadnych obiekcji, Cha gotowa jest do podjęcia nowych obowiązków. Spytała, czy może nadal oglądać w wolnym czasie kanały edukacyjne, a starszy lekarz odparł, że może oglądać, co chce, chociaż mała jest szansa, aby w przyszłości wykorzystała zdobytą w ten sposób wiedzę medyczną.

Na koniec dodał, że dział szkolenia żegna się z nią wprawdzie z nieskrywaną ulgą, ale z drugiej strony szkoda tracić tak zdolną praktykantkę, i w imieniu własnym oraz kolegów życzył jej sukcesów i zadowolenia z pracy, którą wybrała.

Doktor Yeppha reprezentował nie znany jej jeszcze gatunek. Był małym trójnożnym i kruchym stworzeniem, które sklasyfikowała jako DRVJ. Z kudłatej, kopulastej głowy zerkały na nią dwie dziesiątki oczu, rozmieszczonych tak pojedynczo, jak i w gromadach. Cha zastanawiała się, czy taka obfitość narządów wzroku miała jakiś wpływ na wybór specjalności, ale uznała, że lepiej będzie o to nie pytać.

— Dzień dobry, Cha Thrat — powiedział lekarz, wyjmując z kieszeni u pasa jakąś taśmę i wsuwając ją do odtwarzacza. — Przeprowadzimy teraz test wrażliwości na kolory. Nie zależy nam, żebyś miała mięśnie jak Hudlarianie czy Cinrussanczycy, bo do ciężkich prac mamy tu maszyny, musisz jednak dobrze odczytywać ich sygnały, rozpoznając nie tylko kolory, ale i ich odcienie, również w gorszym oświetleniu. Co tu widzisz?

— Okrąg z czerwonych kropek — odparła Cha. — W okrąg wpisana jest gwiazda z zielonych i niebieskich kropek.

— Dobrze. Przedstawię to znacznie prościej, niż rzecz wygląda naprawdę, ale sama z czasem nauczysz się, o co chodzi. Wnęki serwisowe oraz łączące je kanały i tunele pełne są przewodów i rur w różnych kolorach, z których każdy coś oznacza. To pozwala obsłudze rozpoznać już na pierwszy rzut oka, którędy biegnie zasilanie, a co jest znacznie mniej niebezpieczną linią łączności, czy w danej rurze jest tlen, chlor, metan czy też odpady organiczne. Zawsze musimy się liczyć z ryzykiem skażenia jakiegoś przedziału obcym związkiem chemicznym i robimy wszystko, by zapobiec takiej katastrofie, lecz łatwo mogłoby do niej dojść, gdyby niedowidzący głupek podłączył gdzieś niewłaściwe przewody. Co teraz widzisz?

Yeppha pokazywał na ekranie kolejne wzory o subtelnie zmieniających się barwach, a Cha mówiła, co widzi albo czego nie dostrzega. Ostatecznie DRVJ wyłączył odtwarzacz i schował taśmę do kieszeni.

— Nie masz tylu oczu co ja, ale wszystkie działają jak należy — powiedział. — Tym samym nie znajduję przeciwwskazań, abyś podjęła pracę w dziale utrzymania. Moje szczere wyrazy współczucia. Powodzenia!

Pierwsze trzy dni zajęła jej wyłącznie samotna nauka poruszania się po Szpitalu. Timmins wyjaśnił, że w razie jakichkolwiek problemów czy nawet drobnej awarii ekipa techniczna ma przybyć na miejsce możliwie najszybciej. Ponieważ zwykle wyruszali do pracy z narzędziami i częściami zastępczymi, które przewozili na samobieżnym wózku, poza wyjątkowymi sytuacjami nie wolno im było korzystać z ogólnodostępnych korytarzy. I tak panował tam spory ruch. Powinna zatem umieć znaleźć najkrótszą drogę z punktu A do punktu B bez opuszczania tuneli serwisowych i wypytywania kogokolwiek.

Nie było jej też wolno sprawdzać, w jakim miejscu się znalazła, wymykając się z systemu tuneli pod pozorem pójścia na lunch.

— Lekki kombinezon ochronny zapewne nie będzie niezbędny, ale nosimy je na wypadek, gdyby trzeba było przejść przez obszar skażony wyciekiem toksycznych dla nas gazów — wyjaśnił Timmins, unosząc kratownicę w podłodze. Znajdowali się na korytarzu tuż przed jej pokojem. — Wyposażenie obejmuje czujniki ostrzegające przed wszystkimi możliwymi skażeniami, z radioaktywnym włącznie. Masz też lampę przydatną w razie awarii oświetlenia tunelu, plan z zaznaczoną starannie drogą i nadajnik alarmowy, gdybyś się jednak zgubiła albo potrzebowała pomocy. Do tego dochodzi jeszcze zestaw racji żywnościowych na cały tydzień, więc dzień spędzony w tunelach to naprawdę żaden problem! Nie ma się czym niepokoić, nie ma powodu się spieszyć — kontynuował. — Potraktuj to ćwiczenie jak długi, powolny spacer przez nie znany ci teren, z częstymi przerwami na sięgnięcie do kosza piknikowego. Będę czekał na ciebie przed włazem serwisowym numer dwanaście na korytarzu siódmym poziomu jeden dwadzieścia. Spotkamy się tam za piętnaście godzin lub wcześniej. — Roześmiał się nagle. — Albo później — dodał.

Tunele były dobrze oświetlone, ale niskie i wąskie, przynajmniej dla Sommaradvanki. W regularnych odstępach otwierały się w nich pozbawione przewodów i rur wnęki, których przeznaczenie było dość zagadkowe. Do czego służą, przekonała się dopiero, gdy z przeciwka nadjechała Kelgianka na samobieżnym wózku. Już z daleka krzyczała: „Z drogi, głupia!”

Poza tym jednym spotkaniem Cha miała całą przestrzeń dla siebie i mogła przemieszczać się znacznie szybciej niż ciągnącym się nad jej głową zwykłym korytarzem. Przez otwory wentylacyjne dobiegał ją panujący tam zgiełk rozmów, cały czas słyszała też stąpanie licznych odnóży.

Maszerowała równym tempem, uważając, aby podczas kolejnego sprawdzania planu nie dać się znowu zaskoczyć nadjeżdżającemu szybko pojazdowi. Czasem zatrzymywała się i sporządzała notatki na temat rodzaju i przekroju przewodów na ścianach i suficie oraz kolorów, którymi oznaczono rury, kable oraz obudowy ochronne różnych mechanizmów. Timmins wspomniał, że zapiski te będą świadectwem przebytej przez nią drogi, a także pomocą w ustalaniu aktualnej pozycji.

Linie energetyczne i telekomunikacyjne wyglądały w całym Szpitalu tak samo, większość przewodów zaopatrzeniowych za to nosiła oznaczenia informujące, że dostarczają wodę i mieszanki atmosferyczne dla ciepłokrwistych tlenodysznych, które to istoty stanowiły ponad połowę ras Federacji. Pod poziomami chloro— albo metanodysznych czy gatunków oddychających przegrzaną parą pojawiały się inne kolory i tam też mogła potrzebować ubioru ochronnego.

W pewnej chwili jej uwagę przykuł mechanizm, który nie funkcjonował. Przez przezroczystą pokrywę widziała wygaszone wskaźniki i numer seryjny, który na pewno znaczył coś dla twórców tego elementu, ale bez znajomości ich pisma pozostawał tajemnicą. Cha odszukała i uruchomiła urządzenie głośnomówiące, po czym włączyła autotranslator.

— Jestem awaryjną pompą wody pitnej dla kuchni dietetycznej oddziału DBLF na osiemdziesiątym trzecim poziomie — oznajmił automatyczny głos. — Włączam się w razie potrzeby, obecnie pozostaję nieaktywna. Drzwiczki kontrolne otwiera się przez wsunięcie klucza uniwersalnego w otwór oznaczony czerwonym okręgiem i przekręcenie go w prawo o dziewięćdziesiąt stopni. Podczas naprawy albo wymiany modułów należy skorzystać z taśmy numer trzy dla sekcji dwudziestej pierwszej. Po naprawie proszę pamiętać o zamknięciu drzwiczek. Jestem awaryjną pompą wody…

Cha cofnęła rękę i głos umilkł.

Z początku obawiała się wędrówki po niskich, ciasnych tunelach, chociaż O’Mara zapewnił Timminsa, że w jej profilu osobowościowym nie ma ani śladu klaustrofobii. Wszystkie przejścia były jasno oświetlone, a — jak jej wyjaśniono — lamp nie wyłączano nawet wówczas, gdy długo nikt z tuneli nie korzystał. Na Sommaradvie uznano by takie postępowanie za karygodne marnowanie energii, jednak w skali całego Szpitala było to stosunkowo niewielkie obciążenie. Nie stanowiło problemu dla głównego reaktora, a uwalniało wszystkich od ryzyka związanego z awariami przełączników oświetlenia poszczególnych sekcji.

Z wolna oddaliła się od głównych korytarzy i kakofonia dobiegających z góry obcych dźwięków umilkła. Cha poczuła się nagle bardzo samotna.

Dopiero teraz, gdy zrobiło się o wiele ciszej, usłyszała szum i posykiwanie pomp oraz agregatów. Z czasem dźwięki te zaczęły ją prawie przytłaczać, wciskała więc przypadkowo wybrane włączniki nagranych instrukcji, aby usłyszeć jakikolwiek głos. Nie przeszkadzało jej, że były to ściśle fachowe informacje. Parę razy przyłapała się nawet na tym, że dziękuje maszynie za wykład.

Kolory oznaczeń zmieniły się. Szła teraz wzdłuż przewodów z chlorem oraz żrącą mieszaniną wykorzystywaną przez układ pokarmowy PVSJ. Trafiała na więcej ostrych zakrętów. Zanim poczuła się naprawdę zagubiona, postanowiła wejść do kolejnej niszy, uszczuplić zapasy żywności i nieco pomyśleć.

Według planu za sekcją PVSJ rozciągały się instalacje spożywcze syntetyzujące pokarm dla chlorodysz — nych i sekcja odpowiedzialna za utrzymanie oddziału skrzelodysznych AUGL. To wyjaśniało obecność bardzo różnych przewodów i kwadratowych w przekroju rur, którymi przebiegały z łomotem wysyłane pocztą pneumatyczną racje żywnościowe PVSJ. Niemniej część oddziału AUGL została przekształcona na salę operacyjną i oddział obserwacji pozabiegowej dla PVSJ. Z głównym oddziałem chlorodysznych połączono je spiralnym korytarzem o ruchomym chodniku pozwalającym na szybki transport chorych i personelu — PVSJ nie byli anatomicznie zdolni do korzystania ze schodów. Zakręty korytarza okazały się konieczne dla ominięcia dodanych elementów, dalej powinno być już łatwiej.

Cha nie mogła narzekać tu na ciszę. Liczne głośniki ostrzegały, czasem nieproszone, przed szczególnym ryzykiem związanym z możliwością skażenia i zatrucia.

Dzięki przemyślnym udogodnieniom mogła się posilić bez rozszczelniania kombinezonu, ponieważ jednak czujniki nie wskazywały na obecność żadnych toksyn w niebezpiecznych ilościach, odsunęła wizjer hełmu. Pachniało ostro mieszaniną woni, których istnienia nawet wcześniej nie podejrzewała. Nie wszystkie były nieprzyjemne. Zjadła, zamknęła szybko hełm i już nieco bardziej pewna siebie ruszyła dalej.

Trzy kolejne sekcje korytarza pokazały, że był to przedwczesny optymizm.

Zgodnie ze swymi szacunkami powinna się znajdować gdzieś między poziomem Hudlarian i Tralthańczyków. Na ścianach miały biec tu grube, izolowane kable podłączone do modułów sztucznej grawitacji w sekcji FROB—ów, przynajmniej jeden wyraźnie oznaczony przewód z ich substancją odżywczą i szereg innych, którymi dostarczano powietrze oraz wodę dla FGLI, a także szeroka rura kanalizacyjna. Tymczasem sporo nosiło oznaczenia, na które nie powinna tutaj trafić, jedynym zaś przewodem powietrznym była cienka rura zaopatrująca w mieszankę sam korytarz. Zirytowana własną dezorientacją Cha poszukała najbliższego głośnika.

— Jestem automatycznym zespołem kontrolnym urządzenia syntetyzującego jeden dwanaście B — odezwał się gorliwy głos. — Aby odsunąć pokrywę panelu należy przycisnąć niebieski bolec. Uwaga, w całym module możliwa jest naprawa jedynie pojemnika i systemu ostrzegania głosowego. Pozostałe elementy należy wymieniać w całości. Istoty typu MSVK, LSVO oraz inne gatunki o niskiej tolerancji na promieniowanie nie powinny przystępować do pracy bez dodatkowych ubiorów ochronnych.

Nie miała zamiaru otwierać szafki, chociaż miernik promieniowania nie wskazywał, aby mogła się znaleźć w niebezpieczeństwie. W następnej wnęce znowu zerknęła na mapę i listę oznaczeń kodowych.

Jakimś cudem zawędrowała do sekcji wypełnionej wyłącznie maszynami. Plan informował, że na terenie Szpitala jest takich miejsc piętnaście, żadne jednak nie było na jej szlaku. Musiała źle skręcić, może kilkakrotnie, zaraz po ominięciu spiralnego korytarza łączącego oddział PVSJ z ich nową salą operacyjną.

Ruszyła dalej, obserwując ściany i sufit w nadziei, że kolejna zmiana oznaczeń podpowie jej, gdzie może się akurat znajdować. Przeklinała otwarcie własną głupotę i włączała każdy dostrzeżony głośnik, ale szybko przestała, uznawszy, że w obu przypadkach traci tylko na darmo siły. Postąpiła słusznie, gdyż przy następnym skrzyżowaniu usłyszała jakieś głosy.

Timmins zabronił jej rozmawiać z kimkolwiek i wychodzić nawet na chwilę na ogólnodostępne korytarze, ale uznała, że skoro aż tak się pogubiła, nie uczyni nic złego, jeśli skręci w boczny tunel i ruszy w kierunku źródła dźwięków. Może zdoła usłyszeć przez otwory wentylacyjne coś, co pomoże jej odzyskać orientację.

Zawstydziła się nieco, ale wobec wszystkich kompromisów, na które musiała ostatnio pójść, to akurat nie było najgorsze z możliwych naruszenie jej zasad.

Rozmowa toczyła się dość powoli, z długimi przerwami. Z początku głosy były zbyt ciche i odległe, aby autotranslator mógł cokolwiek wyłapać, a gdy podeszła bliżej, zalegała akurat cisza. W ten sposób zobaczyła ich, zanim zdołała cokolwiek podsłuchać.

Byli to Kelgianin i Ziemianin w kombinezonach techników z doszytymi insygniami Korpusu Kontroli. Między nimi leżało kilka narzędzi oraz wymontowany kawałek rury. Zerknęli tylko na nią przelotnie i powrócili do rozmowy.

— A już się zastanawiałem, kto to wlecze się korytarzem, robiąc więcej hałasu niż pijany Tralthańczyk — powiedział DBLF. — To musi być ta nowa, która pierwszy raz jest w lochach. Nie wolno nam z nią rozmawiać. Zresztą nie miałbym ochoty. Dziwnie wygląda, prawda?

— Ani mi się śni z nią dyskutować — odparł Ziemianin. — Podaj mi jedenastkę i przytrzymaj mocno swój koniec. Jak sądzisz, wie, dokąd idzie?

Kelgianin spojrzał w kierunku, w którym zmierzała Cha.

— Może klaustrofobia zaczęła jej dokuczać i postanowiła zamienić ją na agorafobię, wychodząc na zewnątrz. Ale co to może obchodzić podoficera Korpusu, który jeśli tylko major mówił prawdę, ma być niebawem awansowany na porucznika?

— Nic a nic, spokojna głowa — odparł Ziemianin, zerkając znacząco w lewy korytarz. — Ale może skręci tutaj, żeby odwiedzić sekcję VTXM. Głupi pomysł pchać się tam bez ciężkiego kombinezonu, ale praktykanci utrzymania muszą być głupi, bo inaczej od razu znaleźliby inną pracę.

Kelgianin warknął coś gniewnie.

— Dlaczego w całym kosmosie nie odkryto ani jednej rasy, której odchody miałyby miły zapach?

— Dotknąłeś wielkiego filozoficznego problemu, mój kudłaty przyjacielu. Mnie jednak nurtuje co innego. Jakim cudem melfiański rozwieracz numer trzy trafił do ścieku i przeleciał rurami cztery poziomy, żeby utknąć właśnie tutaj?

Kelgianin aż zmierzwił sierść.

— Myślisz, że ta DCNF jest głupia? Będzie tkwić tu cały dzień, gapiąc się na nas? Zamierza pójść potem za nami do domu?

— Z tego co słyszałem o Sommaradvanach — odparł Ziemianin, wciąż nie patrząc wprost na Cha — są nie tyle głupi, ile mało lotni.

— A to niewątpliwie — zgodził się futrzasty. Jednak Cha Thrat zrozumiała wreszcie, że mimo licznych obraźliwych uwag obaj pracujący przekazali jej aż trzy istotne wskazówki pozwalające odzyskać orientację i wrócić na właściwą drogę. Spojrzała na techników, żałując, że nie może z nimi porozmawiać, szybko podziękowała im tak, jak dziękuje się równym sobie, i ruszyła jedynym korytarzem, o którym tamci nie powiedzieli ani słowa.

— Wydało mi się, że machnęła na nas środkową łapą — zauważył Kelgianin.

— Też bym tak zrobił na jej miejscu — mruknął Kontroler.

Przez resztę dłużącej się wędrówki co rusz sprawdzała swoje położenie i pilnowała zmian kolorów oznaczeń. Przed poziomem sto dwudziestym przystanęła tylko raz, aby poczynić spustoszenie w zapasach żywności. Gdy otworzyła właz numer dwanaście i wyszła na korytarz siódmy, Timmins już na nią czekał.

— Ładnie, Cha Thrat, udało ci się — powiedział, szczerząc zęby. — Następnym razem wyznaczę ci dłuższą i bardziej skomplikowaną trasę, a potem zaczniesz pomagać przy drobniejszych naprawach. Wreszcie zarobisz na swoje utrzymanie.

— Mam wrażenie, że zjawiłam się dość wcześnie powiedziała zadowolona, ale i nieco zmieszana Cha. — Długo pan na mnie czekał?

Timmins pokręcił głową.

— Twój nadajnik sygnału alarmowego i tak działał cały czas, wiedziałem więc dokładnie, gdzie jesteś. Może to trochę podstępne, ale nie zwykliśmy tracić praktykantów z oczu. Wiem, że przeszłaś tuż obok jednego z pracujących zespołów. Mam nadzieję, że pamiętałaś o zasadach i nie pytałaś ich o drogę?

Cha Thrat zastanowiła się, czy jest w tym Szpitalu jakakolwiek zasada, której w razie potrzeby nie dałoby się nagiąć. Liczyła tylko na to, że przedstawiciel obcego gatunku nie rozpozna wyraźnych oznak jej zmieszania.

— Nie — odparła zgodnie z prawdą. — W ogóle nie rozmawialiśmy.

Rozdział dziesiąty

Cha Thrat nie otrzymała jednak żadnego zadania, dopóki Timmins nie pokazał jej całej złożoności pracy, którą pewnego dnia miała wykonywać. Nie ulegało wątpliwości, że oficer jest naprawdę dumny z tego, co robił, i starał się jak mógł zaszczepić ten entuzjazm Sommaradvance. Owszem, spora część prac miała charakter wybitnie służebny, ale nie wszystkie. Trafiały się i wyzwania godne wojownika, a może nawet pomniejszego władcy. W odróżnieniu od sztywnych podziałów panujących na Sommaradvie, w dziale utrzymania popierano aspiracje pracowników i stwarzano im warunku do awansu.

Timmins poświęcił Cha Thrat naprawdę wiele czasu, oprowadzając ją po tunelach i dodając odwagi.

— Z całym szacunkiem — powiedziała podczas jednej ze szczególnie ciekawych wypraw w rejony metanodysznych. — Pański stopień i bogate umiejętności sugerują, że na co dzień zajmuje się pan sprawami o wiele ważniejszymi niż nauczanie świeżych, pozbawionych wiedzy technicznej stażystów. Czym zasłużyłam sobie na tak szczególne traktowanie?

Porucznik zaśmiał się cicho.

— Mylisz się, sądząc, że zaniedbuję dla ciebie ważniejsze obowiązki. Jestem zawsze gotów do działania, a gdyby coś się stało, zaraz by mnie zawiadomiono. Jednak małe są szansę, by do tego doszło. Moi podwładni robią co mogą, abym poczuł się niepotrzebny. Następne skrzyżowanie będzie szczególnie ciekawe — rzekł, wracając do spraw zawodowych. — Dojdziemy do oddziału VTXM, który stanowi część głównego reaktora. Może wyda ci się to dziwne, ale pamiętasz na pewno z wykładów, że Telfi to żyjące gromadnie istoty, które żywią się twardym promieniowaniem. Opieka nad pacjentami i wszystkie zabiegi prowadzone są za pomocą zdalnie sterowanych narzędzi i manipulatorów. Skierowanie do obsługi tego działu wymaga specjalnego przeszkolenia…

— Specjalne przeszkolenie oznacza specjalne traktowanie — przerwała mu Cha. — Pytałam już o to, ale nie otrzymałam odpowiedzi. Czy jestem traktowana w szczególny sposób?

— Tak — odparł oficer oschle i poczekał, aż przejedzie chłodzony pojazd z metanodysznym w środku. — Oczywiście, że tak.

— Dlaczego?

Timmins nie odpowiedział.

— Czy to tajemnica?

— Nie. Tyle że na twoje pytanie nie ma prostej odpowiedzi — powiedział Ziemianin, z lekka się czerwieniąc. — Nie wiem też, czy jestem właściwą osobą, żeby to wyjaśniać, bo moje słowa mogłyby cię obrazić albo sprawić ci przykrość.

Przez chwilę szli w milczeniu.

— Myślę, że troska o moje uczucia świadczy o tym, że jest pan jak najwłaściwszą osobą. Poza tym podwładny, który zachował się niewłaściwie, jakkolwiek słowa przełożonego mogą sprawić mu przykrość, nigdy nie uzna ich za obrazę.

Oficer zauważył szczególny ruch jej głowy, który oznaczał przeczenie albo zdumienie. Poznał ją już na tyle, aby umieć odczytywać podobne gesty.

— Niekiedy to ja czuję się przy tobie jak podwładny, Cha — westchnął. — Ale niech tam, spróbuję odpowiedzieć. Zdecydowaliśmy się potraktować cię w szczególny sposób, ponieważ uważamy, że wcześniej nie zrobiliśmy wszystkiego co w naszej mocy, aby oszczędzić ci problemów. Paru osobom mocno legło to na wątrobie i uznały, że są ci to winne.

— Ale to ja zachowałam się niewłaściwie — stwierdziła ze zdumieniem Cha Thrat.

— Owszem, jednak był to skutek błędnej oceny twojej osoby. Korpus Kontroli poczuł się odpowiedzialny za zezwolenie… czy raczej skłonienie cię do przyjazdu tutaj przy równoczesnym machnięciu ręką na zwykłe procedury i wymogi. Wdzięczność za uratowanie Chianga wydała nieodpowiednie owoce, a do tego doszedł jeszcze polityczny oportunizm i wyszło, jak wyszło.

— Ale ja chciałam tu przylecieć — zaprotestowała Sommaradvanka. — I nadal chcę tu zostać.

— Aby ukarać siebie za niedawne błędy? — spytał cicho Timmins. — Próbuję ci wyjaśnić, że to my do nich doprowadziliśmy.

— Nie jestem w żaden sposób upośledzona — stwierdziła Cha, opanowując złość. Na Sommaradvie taka sugestia o braku odpowiedzialności byłaby ciężką zniewagą. — Przyjmuję karę, ale nie zamierzam dodatkowo karać siebie. Owszem, są w Szpitalu pewne wysoce niemiłe dla mnie zjawiska, jednak na moim świecie nigdy nie miałabym szansy zetknąć się z tak zróżnicowaną społecznością. Dlatego właśnie chcę tu zostać.

Ziemianin milczał chwilę.

— Conway, O’Mara, Cresk — Sar i jeszcze inni, nawet Hredlichli, byli pewni, że wśród powodów, dla których chcesz zostać, przeważają pozytywne, a nie negatywne i że trudno będzie namówić cię na powrót…

Urwał, gdy Cha zatrzymała się w pół kroku.

— Mam rozumieć, że dyskutowaliście o moich postępkach i błędach, ocenialiście moje kompetencje i planowaliście moją przyszłość, chociaż nie zaprosiliście mnie na to spotkanie?

— Nie stój tak, stwarzasz zagrożenie dla ruchu — powiedział Timmins. — Nie ma co się złościć. Od wypadku z Hudlarianinem nie ma w Szpitalu istoty, która nie oceniałaby cię w jakiś sposób i nie wyrażała wątpliwości, czy zagrzejesz u nas miejsce. A twoja obecność podczas takiego spotkania nie była w ogóle rozważana. Niemniej jeśli chciałabyś się dowiedzieć czegoś konkretnego zamiast mnóstwa plotek, możesz poprosić O’Marę. Przypuszczam, że włączył nagranie dyskusji do twoich akt. Niewykluczone, że ci je udostępni, ale głowy oczywiście nie dam. Ewentualnie mogę streścić ci całość, pomijając co bardziej emocjonalne czy mniej taktowne wypowiedzi.

— Byłabym wdzięczna — stwierdziła Cha.

— Dobrze. Na początek zaznaczę, że odpowiedzialni za tę sytuację są po równi oficerowie Korpusu oraz cały starszy personel medyczny. Podczas wstępnej rozmowy z O’Marą wspomniałaś, że za długim wahaniem przed podjęciem leczenia Chianga stał lęk przed utratą kończyny. O’Mara przyjął mylnie, że chodzi o nogę Chianga, i stąd uznał, że to on w pierwszym rzędzie ponosi odpowiedzialność za późniejszy wypadek, gdyż powinien zwracać większą uwagę na znaczenie wypowiadanych do niego słów. Conway z kolei czuje się odpowiedzialny, ponieważ to on zlecił ci wykonanie amputacji, nie wiedząc nic o twojej etyce zawodowej.

Cresk — Sar też wyrzuca sobie, że nie wypytał cię o to dokładniej. Obaj uważają, że po zmianie uwarunkowań społecznych i niejakiej reedukacji byłabyś doskonałym chirurgiem. Hredlichli nie może sobie darować, że zignorowała przyjaźń rodzącą się między tobą i pacjentem jeden szesnaście. Korpus Kontroli zaś czuje się odpowiedzialny za zainicjowanie całej historii, naciskał więc na wybranie takiego rozwiązania, które sprawiłoby wszystkim jak najmniej przykrości.

— Czyli przeniesienie mnie na obecne stanowisko — dokończyła za niego Cha.

— Ta możliwość nie została nawet potraktowana poważnie — rzekł Timmins. — Nikt nie wierzył, że przyjmiesz tę propozycję. Nie, chcieli odesłać cię do domu.

Cha Thrat z trudem opanowała złość. Omijając odruchowo wszystkich korzystających z korytarza, oddała się gorzkim rozmyślaniom. Była mocno rozczarowana postawą idącej obok istoty, którą wcześniej zaczęła już uważać za swojego przyjaciela.

— Oczywiście staraliśmy się brać pod uwagę także twoje odczucia — dodał porucznik. — Byłaś zainteresowana pracą z obcymi, pojawił się zatem pomysł, aby przydzielić cię do naszej bazy na Sommaradvie. Albo przenieść na Descartes’a, największą jednostkę pionu kontaktów międzykulturowych, która aż do odkrycia nowej inteligentnej rasy pozostanie na orbicie wokół twojego świata. Tak czy owak, byłoby to odpowiedzialne stanowisko, nieprzychylni ci zaś pobratymcy nie mieliby na ciebie żadnego wpływu. Wprawdzie na tym etapie trudno o jakiekolwiek gwarancje, zapewne jednak zdobyłabyś godną uwagi pozycję wśród sommaradvańskich Kontrolerów jako doradca do spraw kontaktów międzykulturowych albo członek załogi Descartes’a. Naprawdę staraliśmy się znaleźć najlepsze dla wszystkich rozwiązanie.

— Owszem — zgodziła się Cha Thrat, czując, że złość jej przechodzi. — Dziękuję.

— Sądziliśmy, że byłby to rozsądny kompromis, ale O’Mara powiedział „nie”. Nalegał na zaproponowanie ci pracy tutaj, w Szpitalu, i jak najszybsze wcielenie do Korpusu.

— Dlaczego?

— Nie mam pojęcia. Kto wie, jakimi drogami biegną myśli naczelnego psychologa?

— Dlaczego muszę wstąpić do waszego Korpusu Kontroli?

— Ach, o to chodzi — mruknął Timmins. — Z powodów administracyjnych. Tak jest wygodniej. Cały szpitalny dział utrzymania znajduje się pod pieczą Korpusu i wszyscy, którzy nie są pacjentami ani nie należą do personelu medycznego, stają się automatycznie jego członkami. Komputer w dziale personalnym musi znać twój stopień i numer ewidencyjny, bo inaczej nie mógłby naliczać ci pensji, ty zaś zostajesz osadzona w hierarchii służbowej. Nawet jeśli tylko teoretycznie…

— Nigdy nie odmówiłam wykonania polecenia przełożonego — zaczęła Cha, ale oficer uniósł dłoń.

— To tylko taki żart, nie przejmuj się. Chcę ci jedynie uświadomić, że naczelny psycholog ma zgodnie z etatem stopień majora, ale tak naprawdę trudno określić granice jego władzy w Szpitalu, gdyż wydaje rozkazy również pełnym pułkownikom czy Diagnostykom, nie zawsze zresztą uprzejmym tonem. Ty otrzymałaś stopień starszego technika drugiej klasy, co oczywiście nie daje ci podobnych możliwości. Mianowanie będzie w mocy, kiedy tylko otrzymamy od O’Mary oficjalne potwierdzenie.

— Chwilę, to dla mnie bardzo ważne. Rozumiem, że Korpus Kontroli jest stowarzyszeniem wojowników. Na Sommaradvie minęło już wiele lat, odkąd wojownicy brali udział w bitwach. Ale czasy się zmieniły, nastał pokój i życie też się zmieniło. Obecnie zadaniem wojownika — chirurga jest leczenie ran, a nie ich zadawanie.

— Mam wrażenie, że twoja wiedza o Korpusie Kontroli pochodzi głównie z programów na kanałach rozrywkowych. Bitwy kosmiczne i wszelka walka zdarzają się niezwykle rzadko. W bibliotece znajdziesz o wiele wiarygodniejsze materiały na ten temat. Są znacznie nudniejsze, ale opisują dokładnie, czym naprawdę zajmuje się Korpus i dlaczego. Zapoznaj się z nimi. Dowiesz się, że nie ma konfliktu pomiędzy obowiązkami Kontrolera, twoimi powinnościami jako obywatelki Sommaradvy czy twoimi zasadami etycznymi. Jesteśmy na miejscu — rzucił, zmieniając temat i wskazując ciężkie drzwi z charakterystycznym znakiem. — Odtąd trzeba się poruszać w kombinezonach antyradiacyjnych. Masz jeszcze jakieś pytanie?

— O pensję — powiedziała z wahaniem Cha.

Timmins roześmiał się.

— Dobrze, że pytasz. Nie cierpię altruistów, którzy mają pieniądze w pogardzie. Na obecnym stanowisku nie będziesz zarabiać zbyt wiele. Księgowość wyjaśni ci, ile to wynosi w walucie Sommaradvy. Z drugiej strony tutaj wiele nie wydasz. Bez trudu zaoszczędzisz dość, aby zafundować sobie jakąś wycieczkę podczas urlopu. Może na Chalderescola albo…

— Naprawdę wystarczy mi na opłacenie podróży międzygwiezdnej?

Oficer aż rozkaszlał się ze śmiechu.

— W żadnym razie. Niemniej ze względu na szczególną pozycję Szpitala Korpus udostępnia jego pracownikom darmowy transport na rodzinne planety, a przy odrobinie zmyślności również na wiele innych. Tam będziesz mogła wydać oszczędności. Zechcesz teraz włożyć kombinezon?

Cha nie ruszyła się. Oficer obserwował ją w milczeniu.

— Jestem szczególnie traktowana, mam okazję oglądać miejsca, w których nie będę na razie pracować, oraz mechanizmy, których jeszcze długo nie będę w stanie obsługiwać — powiedziała w końcu. — Bez wątpienia to celowe działanie mające pokazać mi, do czego mam szansę dojść w przyszłości. Rozumiem i doceniam intencje, ale wolałabym jakąś prostą i już teraz użyteczną pracę.

— Dobrze! — rzekł Timmins z uśmiechem. — Telfi i tak nie da się zobaczyć gołym okiem, wiele więc nie stracisz. Na początek możesz się nauczyć prowadzić wózek dostawczy. Mały, więc w razie wypadku ty będziesz bardziej narażona na obrażenia niż wszystko wkoło. Gdy opanujesz już rozkład tuneli serwisowych, będziesz mogła rozwijać na nich normalną szybkość. Jakoś tak dziwnie się składa, że ilekroć trzeba uzupełnić zapasy w którejś kuchni, wszystkim bardzo zależy na czasie. Pójdziemy teraz do garaży. Chyba że masz jeszcze jakieś pytanie?

Cha, owszem, chciała jeszcze o coś spytać, ale poczekała, aż ruszą w drogę.

— A co z tymi zniszczeniami na oddziale AUGL, za które byłam pośrednio odpowiedzialna? Czy koszty napraw zostaną odciągnięte z mojej pensji?

Porucznik znowu wyszczerzył zęby.

— Gdyby tak miało być, spłacałabyś to chyba trzy lata. Jednak wtedy byłaś tylko stażystką, a nie pełnoprawnym członkiem personelu, zatem nie masz się o co martwić.

Cha zaiste nie martwiła się tym — reszta dnia dostarczyła jej o wiele większych zmartwień. Mimo długotrwałych prób i licznych przekleństw wózek okazał się urządzeniem wybitnie trudnym do prowadzenia.

Był to pojazd poruszający się na poduszce grawitacyjnej, nie dotykał więc w ogóle podłoża. Do zmiany kierunku służyły wypuszczane z dolnej części klocki hamulcowe i dysze manewrowe, wiele dawało też jednak balansowanie ciałem. Hamowanie awaryjne polegało na wyłączeniu napędu — opadał wtedy na podłogę i z hałasem ślizgał się po niej aż do zatrzymania. Było to jednak mało popularne rozwiązanie, szczególnie wśród techników, którzy musieli wymieniać potem moduły antygrawitacyjne.

Do końca dnia Cha zdołała zderzyć się ze wszystkim, co tylko nadawało się do tego w garażu, potrąciła wielokrotnie wszystkie pachołki, które miała ominąć, i wykonała wszystkie chyba niedozwolone manewry. Pojazd konsekwentnie nie chciał jej słuchać. Ostatecznie Timmins dał jej pakiet taśm edukacyjnych i kazał zapoznać się z nimi do rana. Dodał jeszcze, że jak na początkującego kierowcę radzi sobie całkiem nieźle.

Trzy dni później była nawet skłonna mu uwierzyć.

— Przejechałam dzisiaj tunelami całą trasę z poziomu osiemnastego na trzydziesty trzeci — pochwaliła się Tarsedthowi, gdy zajrzał do niej na zwykłe wieczorne ploteczki. — Miałam pełen ładunek i jeszcze przyczepę, a mimo to na nic nie wpadłam.

— I to takie osiągnięcie? — spytał Kelgianin.

— W pewnym sensie — powiedziała Cha, nieco rozczarowana jego reakcją. — A co u ciebie?

— Cresk — Sar przeniósł mnie na oddział operacyjny LSVO — oznajmił Tarsedth, falując futrem. — Powiedział, że jestem gotowy poszerzyć pole doświadczeń i że praca z tak lekkimi i delikatnymi istotami poprawi mój zmysł dotyku. Poza tym słyszałem, że ta pa — skuda, siostra Lentilatsar z oddziału chlorodysznych, nie była wcale zadowolona z mojej obecności. Podobno wykazywałem zbyt wiele inicjatywy. Co to za taśma? Wygląda na mało interesującą.

— Wręcz przeciwnie — powiedziała Cha, zatrzymując odtwarzanie. Na monitorze widać było grupę oficerów Korpusu podczas spotkania z wielkim MacEwanem i jego równie legendarnym orligianskim przyjacielem Grawlya — Ki, podobno rzeczywistymi założycielami Szpitala. — To wykład na temat historii, struktur organizacyjnych oraz obecnych zadań Korpusu Kontroli. Ciekawe, choć dwuznaczne etycznie. Nie rozumiem na przykład, dlaczego strażnicy pokoju muszą się tak zbroić.

— Bo przeciwnym razie nie mogliby dobrze tego pokoju pilnować — rzucił Kelgianin. — W sprawach Korpusu jestem ekspertem. Ostatnio bardzo wielu Kelgian wstępuje w jego szeregi. Sam też zamierzam starać się o stopień chirurga — porucznika jako lekarz pokładowy. To mój awaryjny plan, na wypadek gdyby nie chcieli mnie tutaj. Oczywiście Korpus wykonuje też wiele zadań niemilitarnych…

Jako ramię sprawiedliwości i władza wykonawcza Federacji Korpus Kontroli był zasadniczo organizacją policyjną na międzygwiezdną skalę, chociaż cały wiek po swoich narodzinach jego rola znacznie wzrosła. Pierwotnie, gdy w skład Federacji wchodziły tylko cztery systemy — Nidia, Orligia, Traltha i Ziemia — wszyscy Kontrolerzy byli Ziemianami. Nieustannie zapuszczali się jednak w coraz dalsze zakątki kosmosu, odkrywając nowe rasy i ustanawiając z nimi przyjazne kontakty.

Skutkiem ich działań Federacja obejmowała obecnie blisko siedemdziesiąt różnych gatunków i liczba ta wykazywała niezmiennie tendencję wzrostową. Funkcje porządkowe spadły w Korpusie na drugie miejsce, najważniejsze stały się zadania zwiadowcze i nawiązywanie kontaktów międzykulturowych. Nikomu to nie przeszkadzało, ponieważ policja, w odróżnieniu od wojska, czuje się najlepiej, gdy nie musi sięgać po broń. Krążowniki trudniły się więc zwykle rozcinaniem bogatych w minerały asteroid na potrzeby górnictwa oraz wytyczaniem dróg na dziewiczych terenach nowo odkrytych światów.

Ostatni raz Korpus musiał przystąpić do działań niewiele różniących się od wojny dwie dekady wcześniej. Bronił wtedy Szpitala przed wprowadzonymi w błąd Etlanami, którzy ostatecznie stali się miłującymi porządek obywatelami Federacji, a niektórzy nawet członkami Korpusu.

— W tej chwili przyjmują każdego — wyjaśnił Tarsedth. — Niemniej z powodów fizjologicznych i problemów z przestrzenią, szczególnie na pokładach małych jednostek, większość personelu kosmicznego stanowią ciepłokrwiści tlenodyszni. Poza tym, jak powiedziałem, Korpus stwarza wiele ciekawych możliwości dla podobnych nam niespokojnych dusz, które lubią przygodę i nie cierpią gnić w domu. To wcale nie najgorsza perspektywa.

— Wiem. Jestem już w Korpusie — powiedziała Cha. — Ale kurs dla kierowców to średnia przygoda.

Tarsedth zjeżył sierść ze zdumienia, lecz nagle zrozumiał.

— Jasne, nie mogło być inaczej. Ale jestem głupi. Zapomniałem, że cały niemedyczny personel Szpitala to Kontrolerzy. Widziałem, jak szaleją na tych swoich pojazdach. Powiedziałbym że to nie tyle poszukiwanie przygód, ile pęd do samobójstwa. Ale dobrze zrobiłaś. Gratulacje.

Inni za mnie zdecydowali, pomyślała ze złością Cha Thrat, chociaż gotowa była się zgodzić, że nie jest to wcale zła decyzja. Usiedli razem, aby obejrzeć resztę taśmy, gdy Kelgianin znowu zjeżył włos.

— Niepokoi mnie, czy odnajdziesz się wśród Kontrolerów — powiedział nagle. — Mogą być bardzo skrupulatni w jednych sprawach, za to bardzo pobłażliwi w innych. Ucz się i pracuj, ale zawsze uważaj, co robisz, Cha. Lepiej, żeby cię nie wyrzucili.

Rozdział jedenasty

Czas mijał szybko, ale Cha nie miała wrażenia, że robi jakieś godne uwagi postępy, aż pewnego dnia dotarło do niej, że zaczęła rutynowo wykonywać zadania, które jeszcze nie tak dawno uważała za niewykonalne. Zlecano jej głównie proste prace, ale mimo to była coraz bardziej dumna z tego, że dobrze sobie radzi. Niemniej poranne odprawy potrafiły niekiedy dostarczyć niemiłych niespodzianek.

— Dzisiaj zajmiesz się statkiem szpitalnym Rhabwar. Trzeba wymienić akumulatory i uzupełnić płyny w systemach pokładowych — powiedział Timmins, spoglądając na grafik. — Najpierw jednak zrobisz jeszcze coś. Masz dostarczyć nowe ozdoby roślinne na oddział AUGL. Przedtem przejrzyj instrukcję ich montażu, żeby lekarze myśleli, że wiesz, jak to się robi… Jakiś problem, Cha?

W sekcji byli również inni technicy: trzech Kelgian, Ianin i Orligianin. Też czekali na przydziały. Cha wątpiła, aby była w stanie przejąć ich zadania, jej zaś było chyba nazbyt proste, aby porucznik poszedł na wymianę, ale musiała spróbować.

Miała też nadzieję, że Timmins zechce raz jeszcze potraktować ją w szczególny sposób, chociaż od wdrożenia Cha do pracy przestał ją jakkolwiek wyróżniać.

— Jest pewien problem — powiedziała proszącym tonem, który zapewne i tak zginął w tłumaczeniu. — Jak powszechnie wiadomo, nie należę do osób, które siostra Hredlichli chętnie widziałaby na swoim oddziale, a to może spowodować niejakie tarcia. Być może z czasem zaczną mnie tam wspominać nieco cieplej, ale na razie chyba lepiej byłoby wysłać do nich kogoś innego.

Timmins przyjrzał jej się uważnie.

— Na razie wolałbym nie wysyłać tam nikogo innego — powiedział z uśmiechem. — Nie martw się na zapas. Krachlan — kontynuował — ty ruszysz na poziom osiemdziesiąty trzeci. Mamy kolejny meldunek o zakłóceniach pracy transformatora w stacji czternaście B. Być może po prostu trzeba będzie wymienić ten moduł…

Przez całą drogę Cha zastanawiała się, jakim cudem ktoś równie bezczelny i niewrażliwy jak Timmins zdołał zajść tak wysoko, nie doznając licznych obrażeń od pazurów i kłów podwładnych. Gdy wchodziła do śluzy serwisowej, miała już swojego szefa za istotę niemal całkowicie pozbawioną zalet.

Z ulgą stwierdziła, że wszyscy pacjenci i członkowie personelu zajęci są czymś na drugim końcu oddziału. Majaczyły tam też wyróżniające się stroje ekipy transferowej. Wyraźnie działo się coś bardzo ważnego, co dawało jej nadzieję, że będzie mogła wykonać swoją pracę w spokoju albo nawet niezauważona.

Niestety, nie był to chyba jej szczęśliwy dzień.

— To znowu ty — rozległ się nagle pełen jadu głos Hredlichli, która musiała po cichu podpłynąć do niej od tyłu. — Ile zajmie ci zawieszenie tego wszystkiego?

— Większość przedpołudnia, siostro — odparła Cha uprzejmie.

Nie chciała się wdawać w dyskusje z chlorodyszną, szczególnie że ta szukała zaczepki. Pomyślała, że może uda się zażegnać konflikt, poruszając od razu temat, który nie powinien urazić siostry. Temat dobrego samopoczucia jej pacjentów.

— Praca potrwa tak długo, bo tym razem nie są to plastikowe dekoracje, ale prawdziwe rośliny przysłane z Chalderescola. Jakiś wytrzymały i niewymagający gatunek, który dodatkowo roztacza miły zapach i może w ten sposób ułatwiać pacjentom powrót do zdrowia. Będziemy nieustannie doglądać tych roślin i dbać, aby miały dość substancji odżywczych — dodała szybko, zanim Hredlichli zdążyła coś powiedzieć. — Dbać jednak mogą o nie sami pacjenci, co dostarczy im zajęcia, pomoże zwalczyć nudę i uwolni personel pielęgniarski od…

— Chcesz mnie uczyć, jak mam prowadzić swój oddział? — przerwała jej chlorodyszną.

— Nie — odparła Cha, żałując nie po raz pierwszy swojego gadulstwa. — Przepraszam, siostro. Nie odpowiadam już za medyczną opiekę nad pacjentami i nie zamierzam niczego sugerować. Nie będę nawet próbowała z nimi rozmawiać.

Hredlichli zabulgotała coś niezrozumiale.

— Z jednym wszakże porozmawiasz — stwierdziła po chwili. — Dlatego właśnie poprosiłam Timminsa, żeby cię tu dzisiaj przysłał. Twój przyjaciel jeden szesnaście odlatuje właśnie do domu. Pomyślałam, że zechcesz może życzyć mu powodzenia, jak wszyscy tutaj. Zostaw na razie to świństwo, potem dokończysz.

Cha nie wiedziała, co powiedzieć. Od przeniesienia na nowe stanowisko nie kontaktowała się z Chalderczykiem i słyszała tylko, że nadal jest leczony. Owszem, od rana miała cichą nadzieję, że Hredlichli pozwoli jej zamienić z nim kilka słów, ale czegoś takiego zupełnie się nie spodziewała.

— Dziękuję, to bardzo miło ze strony siostry — rzekła w końcu.

Chlorodyszna znowu zabulgotała.

— Od chwili, gdy przejęłam ten oddział, nalegałam, aby wymieniono te tandetne ozdoby na coś lepszego, i dziękuję, że się tym zajęłaś. Nie tylko za to zresztą. Odkąd doszłam do siebie po tych wszystkich zniszczeniach, uważam, że jestem ci winna podziękowanie. Niemniej i tak muszę dodać, że nie poczuję się zrozpaczona, jeśli więcej nie będę musiała cię oglądać.

Jeden szesnaście umieszczono już w wielkim pojemniku transportowym i otwarty był tylko mały właz tuż nad jego głową. Za kilka chwil Chalderczyk miał zostać przeniesiony do czekającego obok Szpitala statku, który przybył z jego rodzinnej planety. Obok włazu kręciła się przypominająca spłoszony narybek grupka sióstr i wyraźnie zniecierpliwionych techników, jednak bulgot systemu odświeżania wody w zbiorniku nie pozwalał usłyszeć ich rozmów. Gdy Sommaradvanka się zbliżyła, naczelny psycholog kazał wszystkim się odsunąć.

— Tylko krótko, Cha — rzekł. — Już są spóźnieni — dodał i odpłynął, zostawiając ją sam na sam z byłym pacjentem.

Wpatrzyła się w jedno widoczne przez właz oko i rząd zębów. Dłuższą chwilę nie wiedziała, co powiedzieć.

— Nie jest ten zbiornik za mały na ciebie? — wykrztusiła w końcu.

— Jest całkiem wygodny, Cha Thrat — odparł Chalderczyk. — Poza tym kabina na statku nie będzie dużo większa. Ale to tylko chwilowe. Już niebawem będę miał dla siebie całą przestrzeń oceanu. A uprzedzając twoje pytanie, czuję się dobrze. Naprawdę dobrze, nie musisz zatem poddawać mojego doskonale zdrowego ciała żadnym badaniom.

— Teraz nawet bym nie próbowała — powiedziała Cha, żałując, że nie potrafi śmiać się jak Ziemianie. Mogłaby wtedy łatwo ukryć fakt, że wcale nie było jej do śmiechu. — Pracuję w dziale utrzymania, używam więc narzędzi. Większych i nie nadających się wcale do badania chorych.

— O’Mara mi mówił. To ciekawa praca?

Cha Thrat była pewna, że jak dotąd żadne z nich nie powiedziało tego, co naprawdę miałoby ochotę przekazać.

— Bardzo — odparła. — Uczę się sporo o tym, jak działa Szpital, a Korpus płaci mi za to. Nie żeby wiele, ale wystarczy z czasem na odwiedzenie Chalderescola. Wpadnę sprawdzić, jak sobie radzisz.

— Jeśli mnie odwiedzisz, nie będziesz musiała wydawać u nas swoich ciężko zarobionych pieniędzy. Jako mówiąca mi po imieniu należysz do rodziny i poczulibyśmy się urażeni, gdybyś nie skorzystała z naszej gościnności. Nawet nie próbuj, jeśli nie chcesz zostać pożarta.

— W takim razie na pewno skorzystam niebawem z zaproszenia — stwierdziła uradowana Cha.

— Jeśli zaraz nie odpłyniesz, zamkniemy cię w tym pojemniku i już dziś polecisz na Chalderescola! — powiedział technik z zespołu, pojawiając się tuż obok Cha.

— Muromeshomonie — szepnęła, gdy pokrywa się zamykała. — Niech ci się dobrze wiedzie.

Wróciwszy do czekającej na rozwieszenie roślinności, Cha tak bardzo zamyśliła się nad losem przyjaciela, że widząc naczelnego psychologa, zapomniała całkiem, iż jest jedynie technikiem drugiej klasy.

— Gratuluję udanego zaklęcia! — zawołała do majora.

O’Mara tylko otworzył usta i nic nie powiedział.

Trzy następne dni spędziła na Rhabwarze, uzupełniając zapasy wszystkiego, co powinno zostać uzupełnione, oraz dowożąc wyposażenie ludzkiej w większości ekipie doprowadzającej statek do pełnej gotowości operacyjnej. Czasem pomagała też w montażu drobniejszych urządzeń. W kolejnym rejsie Rhabwar miał gościć na pokładzie Diagnostyka Conwaya, niegdysiejszego dowódcę zespołu medycznego jednostki, i wszystkim zależało bardzo, aby nie miał on najmniejszych powodów do narzekań.

Czwartego dnia Timmins poprosił Cha, aby została chwilę po odprawie.

— Wydajesz się bardzo zainteresowana statkiem szpitalnym — powiedział, gdy byli już sami. — Słyszałem, że wchodzisz tam w każdy kąt, nawet gdy nikogo nie ma, a ty powinnaś odpoczywać po służbie. To prawda?

— Tak — odparła z zapałem Cha. — To piękny w swej funkcjonalności statek, poniekąd Szpital w miniaturze. Szczególnie fascynuje mnie wyposażenie do leczenia przedstawicieli różnych ras… Ale oczywiście nie zamierzam wypróbowywać tam czegokolwiek bez pozwolenia — dodała na wszelki wypadek.

— No myślę! — zawołał porucznik. — Dobrze. Mam dla ciebie robotę. Tym razem na Rhabwarze. Jeśli uznasz, że podołasz, oczywiście. Chodźmy.

Znaleźli się w małym pomieszczeniu zaadaptowanym z salki opieki pooperacyjnej, które zachowało dostęp do sali operacyjnej ELNT. Sufit został obniżony, co sugerowało, że potencjalny mieszkaniec nie jest wysoki albo w ogóle należy do istot raczej pełzających niż chodzących. Wyglądające zza niekompletnych jeszcze paneli ściennych przewody wskazywały, że to ciepłokrwisty tlenodyszny przystosowany do normalnego ciążenia i typowego ciśnienia atmosferycznego.

Zamontowane już panele przypominały surowe drewno, chociaż miały tak ziarnistą strukturę, że kojarzyła się bardziej z jakimś minerałem. Na podłodze leżał, czekając na zawieszenie, kłąb sztucznej roślinności, obok zaś tkwił oparty o ścianę obraz przedstawiający otoczone lasem jezioro. Gdyby nie dziwny gatunek drzew, mogłoby chodzić o zakątek na Som — maradvie.

Tuż przy wejściu stało niewielkie, niskie łóżko, jednak najdziwniejsza była przezroczysta ściana, która dzieliła pokój na dwie części. Cha odkryła jej istnienie, wpadłszy boleśnie na przeszkodę. Po chwili dostrzegła, że z boku znajdują się oznaczone czerwoną obwódką drzwi, a pośrodku otwór z manipulatorami pozwalającymi sięgnąć aż do łóżka.

— Ten pokój został przygotowany dla szczególnego pacjenta — powiedział Timmins. — Chodzi o Gogleskanina, typ fizjologiczny FOKT. To przyjaciel Diagnostyka Conwaya. Jego problem jest w pewien sposób wyjątkowy, chociaż dotyczy całego gatunku. Poczytasz sobie o tym później. Obecnie spodziewa się dziecka i powinien zostać na ten czas otoczony troskliwą opieką. Diagnostyk Conway tak ustawił swój plan pracy na kilka najbliższych tygodni, aby móc udać się osobiście na Goglesk, zabrać pacjenta i wrócić z nim do Szpitala na długo przed rozwiązaniem.

— Rozumiem — powiedziała Cha.

— Twoim zadaniem będzie przygotowanie mniejszego, ale analogicznego pomieszczenia na Rhabwarze. Magazyn wyda ci potrzebne materiały razem z instrukcją montażu. Może to trochę zbyt trudne dla ciebie, ale spróbuj. Nawet jeśli ci się nie uda, będzie dość czasu, aby ktoś inny dokończył pracę. Weźmiesz się do tego?

— Oczywiście.

— Dobrze. Obejrzyj dokładnie ten pokój. Zwróć szczególną uwagę na dopasowanie wszystkich elementów przezroczystej przegrody. Manipulatorami się nie przejmuj, statek ma własne. Pasy na łóżku będą wymagały testu, ale nie próbuj niczego bez członka personelu medycznego, który co jakiś czas do ciebie zajrzy. Ponieważ kabina będzie wykorzystywana tylko podczas podróży, zamiast paneli zastosujemy drewnopodobną tapetę naklejoną na ściany i grodź. To oszczędzi nam wiele pracy, a poza tym kapitan Fletcher nie pozwoliłby na wiercenie dziur w swoim statku. Gdy uznasz, że wiesz już, co i jak zrobić, pobierz materiały i zawieź je na Rhabwara. Zobaczymy się tam przed końcem zmiany.

— Ale czemu ma służyć ta przezroczysta ściana i na co są zdalnie sterowane manipulatory? — spytała Cha, zanim porucznik wyszedł. — FOKT nie jest chyba szczególnie wielką czy niebezpieczną formą życia.

— Odpowiedzi na to pytanie poszukaj na taśmie. Udanej pracy.

Następne dni nie dały Sommaradvance szczególnych powodów do satysfakcji, chociaż potem wspominała je nie najgorzej. Z początku rysunki w instrukcji montażu powodowały nieustanny ból głowy, później jednak poszło już łatwiej i wizyty Timminsa stały się rzadsze. Trzy razy odwiedziła ją też siostra Naydrad, Kelgianka należąca do załogi statku. Tarsedth uświadomił Cha, że Naydrad jest ekspertem od technik ratunkowych.

Sommaradvanka odnosiła się do niej uprzejmie, ale bez uniżoności, Naydrad zaś, jak wszyscy Kelgianie była niezmiennie nietaktowna. Była też jednak zadowolona z wykonywanej przez Cha pracy i odpowiadała na wszystkie pytania, nawet te banalne albo niezbyt mądre.

— Nie rozumiem, czemu właściwie ma służyć ta przezroczysta przegroda — powiedziała Cha w trakcie jednej z wizyt. — Porucznik twierdzi, że powstała ze względów psychologicznych i że pacjent poczuje się dzięki temu bezpieczniej. Ale jaką ochronę może mu zapewnić przezroczysta ściana z oknem? Czy FOKT potrzebuje nie tylko położnej, ale i maga?

— Maga? — zdziwiła się Kelgianka. — Ach, musisz być tą stażystką, o której wszyscy mówią. Tą, która uważa O’Marę za czarownika. Prywatnie skłonna jestem się z tobą zgodzić. Khone potrzebuje maga, ale nie sam. Cały jego gatunek czeka na pomoc. On zgłosił się jako ochotnik. Nie wiem, czy uznać to za przypadek wielkiej odwagi z jego strony czy czystej głupoty.

— Nie rozumiem. Mogę prosić o wyjaśnienie?

— Nie. Nie mam czasu na wyjaśnienia, szczególnie gdy chodzi o technika, który chce tylko zaspokoić ciekawość. Albo który ma ochotę sobie pogadać, zamiast pracować. Zresztą ciesz się, że za nic w tym przypadku nie odpowiadasz. To niełatwa sprawa. Niemniej możesz skorzystać z taśmy o FOKT — ach — powiedziała Naydrad, wskazując półkę i odtwarzacz w drugiej części pomieszczenia. — Nagranie trwa nieco ponad dwie godziny. Tylko nie wynoś go ze statku.

Cha Traht zajęła się pracą, chociaż co rusz musiała zwalczać pokusę, aby sięgnąć po taśmę. W pewnej chwili w drzwiach pojawiła się głowa inżyniera, który pracował na mostku.

— Czas na lunch — powiedział. — Idę do stołówki. A ty?

— Nie, ja nie. Mam tu coś do zrobienia.

— To już drugi raz w ostatnich trzech dniach, jak opuszczasz przerwę na lunch — zauważył Ziemianin. — Czyżby Sommaradvanie wyznawali kult pracoholizmu? Nie jesteś głodna? A może nie cierpisz szpitalnego jedzenia?

— Nie, tak i to bardzo, czasami — odparła Cha.

— Mam kilka kanapek. Na pewno nie są trujące i nadają się dla tlenodysznych. Jeśli nie będziesz się im za bardzo przyglądać, prawdopodobnie zdołasz utrzymać je w żołądku. Chcesz?

— Chętnie — powiedziała z wdzięcznością Cha Thrat. Ucieszyła się, że nie narażając żołądka na dalsze przykrości, będzie mogła wykorzystać przerwę na obejrzenie taśmy.

Od ekranu oderwał ją dopiero natarczywy dźwięk syreny alarmowej. Zdała sobie sprawę, że problemy Goglesk wciągnęły ją na znacznie dłużej niż standardowy czas przerwy i że statek raptownie wypełnił się ludźmi.

Ujrzała trzech Ziemian w zielonych mundurach Korpusu kierujących się na mostek. Kilka minut później na pokładzie medycznym pojawił się Danalta pod postacią zielonej kuli oraz kobieta w białym stroju z insygniami patologii. Cha Thrat domyśliła się, że musi to być patolog Murchison. Za nimi nadciągnęli Naydrad i Prilicla, przy czym Kelgianka maszerowała po pokładzie, a Cinrussańczyk po suficie. Siostra podeszła wprost do odtwarzacza i go wyłączyła. Po chwili w pomieszczeniu zjawili się dwaj kolejni ludzie.

Jednym z nich był Timmins, drugi zaś nosił mundur z insygniami majora i wyglądał na kogoś nawykłego do rozkazywania. Według wszelkiego prawdopodobieństwa miała okazję ujrzeć władcę statku, kapitana Fletchera. Jednak to porucznik odezwał się pierwszy.

— Ile jeszcze czasu potrzebujesz na ukończenie pracy?

— Cały dzisiejszy dzień i większość nocy — odparła Cha.

Fletcher pokręcił głową.

— Mogę ściągnąć więcej ludzi, sir — rzekł Timmins. — Trzeba będzie ich wprowadzić w zakres prac, co zabierze trochę czasu, ale jestem pewien, że skończą wtedy w cztery, może trzy godziny.

Władca statku znowu pokręcił głową.

— No to nie mamy wyboru. — Po raz pierwszy spojrzał na Cha. — Porucznik powiedział mi, że może pani samodzielnie ukończyć pracę i przetestować wszystkie zamontowane tu urządzenia. Zgadza się?

— Tak.

— Ma pani coś przeciwko temu, aby zająć się tym podczas trzydniowej podróży na Goglesk?

— Nie — odparła z przekonaniem Cha. Ziemianin popatrzył na Priliclę, który dowodził medyczną obsadą jednostki. Nie musiał go o nic głośno pytać.

— Nie wyczuwam u nikogo sprzeciwu, aby ta istota nam towarzyszyła, przyjacielu Fletcher. Szczególnie że chodzi o wyjątkową sytuację.

— Skoro tak, to za piętnaście minut startujemy — oznajmił major i wyszedł.

Timmins chciał chyba jeszcze coś powiedzieć, być może ostrzec ją przed czymś, coś doradzić albo tylko wesprzeć dobrym słowem, lecz ostatecznie uniósł jedynie zaciśniętą pięść z wyprostowanym ku górze kciukiem i zaraz wyszedł. Cha Thrat nie znała tego gestu. A potem usłyszała, jak jej przełożony przechodzi po trapie, i mimo że otaczały ją aż cztery istoty, każda innego gatunku, poczuła się nagle bardzo samotna.

— Nie martw się, Cha — zaćwierkał Prilicla. — Jesteś wśród przyjaciół.

— Ale mamy problem — stwierdziła Naydrad. — Żadna z leżanek antyprzeciążeniowych nie będzie pasować do twojej dziwacznej sylwetki. Połóż się może lepiej na noszach, a ja jakoś cię przypaszę.

Rozdział dwunasty

Gdy pomieszczenie dla FOKT — a było już gotowe, najpierw odebrała je siostra Naydrad, a potem kontrolę powtórzył jeszcze przysłany przez kapitana Fletchera inżynier pokładowy porucznik Chen. Jeśli nie liczyć krótkich spotkań w drodze na posiłki albo na pokładzie rekreacyjnym, była to dla Cha Thrat jedyna okazja, aby zetknąć się z którymś z oficerów.

Nie żeby ktokolwiek takim spotkaniom był niechętny. Nie próbowano też dawać jej do zrozumienia, że jest kimś gorszym niż wysoko wykwalifikowani inżynierowie. To ona odruchowo uznawała załogantów za tak bliskich władcom, że w praktyce nie czyniło to różnicy. Wszyscy przeszli gęste sito weryfikacji zawodowej i bez dwóch zdań byli fachowcami najwyższej klasy, co wręcz słychać było w sposobie, w jaki się wypowiadali. Cha Thrat nie czuła się w ich obecności zbyt pewnie.

O wiele lepiej wyglądały jej kontakty z personelem medycznym, który poza małymi znaczkami na kołnierzach nosił te same stroje co ona. Poza tym trudno było znaleźć się w pobliżu Prilicli, nie ciesząc się równocześnie jego towarzystwem. Cha korzystała zatem ze sposobności, starając się zarazem, na ile tylko było to możliwe przy jej gabarytach, nie rzucać się za bardzo w oczy. Często korciło ją, aby włączyć się do dyskusji na temat misji, ale wtedy upominała się, że nie występuje tu jako lekarz i że obecnie jest technikiem.

Niemniej misja fascynowała ją. Goglesk okazał się najtrudniejszym przypadkiem, z jakim spotkały się dotąd ekipy kontaktowe Korpusu. Próba ustanowienia więzi ze słabo rozwiniętą technologicznie cywilizacją zawsze wiązała się z ryzykiem. Nigdy nie można było być pewnym, czy pojawiające się nagle obce statki dostarczą takiej kulturze motywacji do szybszego rozwoju, czy może raczej wzbudzą poczucie niższości. Jednak Gogleskanie, mimo sporych zaległości technologicznych i fatalnej psychozy utrzymującej cały gatunek w zacofaniu, okazali się osobnikami zrównoważonymi emocjonalnie. Ich świat od tysięcy lat nie znał wojny.

Najłatwiej byłoby się wycofać i zostawić Goglesk swojemu losowi, określając problem jako nierozwiązywalny. Zdecydowano się jednak na kompromis i założono na planecie małą placówkę obserwacyjno — badawczą, która miała podtrzymywać skromny kontakt.

Warunkiem rozwoju cywilizacyjnego każdej inteligentnej istoty jest możliwość nawiązania bliskiej współpracy w obrębie rodziny czy plemienia. Na Goglesk każda taka próba prowadziła do drastycznego obniżenia poziomu jednostkowej inteligencji i pojawienia się odruchowych zachowań stadnych, w większości destruktywnych. W ten sposób Gogleskanie zostali zmuszeni do hołdowania indywidualizmowi, a bliski kontakt fizyczny nawiązywali jedynie w krótkim okresie godowym oraz podczas wychowywania potomstwa.

Problem pochodził z czasów, gdy nie byli jeszcze gatunkiem rozumnym i każdy żyjący w oceanie drapieżnik potrafił ich bez trudu upolować. Stopniowo wytworzyli jednak naturalny mechanizm obronny — żądła z jadem mogącym sparaliżować albo nawet zabić co mniejszych napastników oraz długie wyrostki pozwalające na nawiązanie ograniczonego kontaktu telepatycznego. Zagrożeni atakiem dzikiej bestii łączyli ciała i umysły w jeden wielki organizm, który był w stanie pokonać każdego wroga.

Skamieliny zaświadczały, jak wielka była skala tych zmagań o przetrwanie, które ciągnęły się wiele tysięcy lat. Gogleskanie wygrali je ostatecznie, wyszli na ląd i rozwinęli inteligencję, jednak zapłacili za to straszną cenę.

Dla zażądlenia wielkiego drapieżcy konieczne było połączenie kilku setek osobników. Wiele z nich ginęło w trakcie walki, a każda śmierć była za sprawą telepatycznych łączy odczuwana boleśnie przez całą grupę. W celu osłabienia przykrych doznań kontakt osłabł z czasem, aż została zeń tylko ślepa żądza niszczenia wszystkiego, co znajduje się w pobliżu. Jednak i to nie zaleczyło prehistorycznych ran.

Ilekroć któryś Gogleskanin wydał szczególny odgłos zwiastujący zagrożenie, wyzwalało to proces, któremu nikt w najbliższym otoczeniu nie potrafił się oprzeć. Dochodziło do bezwiednej reakcji obronnej i to, że dawne zagrożenia już nie występują, nie miało najmniejszego znaczenia. Złączeni w jeden organizm Gogleskanie dokonywali wówczas potwornych aktów destrukcji, niszcząc domy, pojazdy, maszyny, książki i dzieła sztuki, które byli zdolni stworzyć, działając w pojedynkę.

Dlatego właśnie współcześni mieszkańcy Goglesk prawie nigdy nie pozwalali, aby ktokolwiek ich dotykał czy nawet podchodził do nich blisko, i zwykli zwracać się do siebie w formie możliwie bezosobowej. Był to jedyny dostępny im sposób walki z dziedzictwem ewolucyjnym. Aż do czasu wizyty Conwaya walki całkiem beznadziejnej.

Cha Thrat widziała, że problem Goglesk i samego Khone’a pochłania ekipę medyczną bez reszty. Rozmawiano o nich bez końca, chociaż nie udawało się oczywiście dojść do niczego nowego. Kilka razy miała ochotę zadać jakieś pytanie albo coś zasugerować, ale ostatecznie nie odzywała się i czekała cierpliwie, aż ktoś inny wpadnie na to samo co ona. Dotąd nigdy się tak nie zachowywała.

Najczęściej jej torem myślenia podążała Naydrad, chociaż wyrażała swoje myśli o wiele bardziej bezpośrednio, niż zrobiłaby to Cha.

— Conway powinien tu być — powiedziała, falując z dezaprobatą futrem. — Obiecał to pacjentowi. Nie rozumiem, dlaczego się wykręcił.

Patolog Murchison poczerwieniała na twarzy, a przezroczyste skrzydła Prilicli aż zadrżały od silnych emocji, ale żadne z nich nie skomentowało słów Kelgianki.

— Jeśli dobrze rozumiem, Conwayowi udało się przełamać uwarunkowanie tylko u jednego Gogleskanina, a i to przypadkiem, podczas ryzykownego i bezprecedensowego połączenia umysłów — powiedział nagle Danalta, wypuszczając nowe oko i kierując je na Kelgiankę. — Niemniej pozostaje jedyną istotą innego gatunku, która ma szansę podejść blisko do pacjenta czy zajmować się nim podczas porodu. Wprawdzie wyruszyliśmy szybciej, niż to było w planach, ale na pewno w Szpitalu jest dość zdolnych lekarzy mogących przejąć na kilka dni obowiązki któregoś z Diagnostyków. Też uważam, że Conway powinien lecieć z nami. Obiecał to Khone’owi, który jest jego przyjacielem.

Murchison rumieniła się coraz bardziej, a sądząc po stanie Prilicli, patolog na pewno nie było przyjemnie.

— Zgadzam się, że nikt, nawet naczelny Diagnostyk chirurgii, nie jest niezastąpiony — powiedziała nagle tonem, który sugerował jednak coś zgoła odmiennego. — Nie staram się go bronić tylko dlatego, że jest akurat moim partnerem. Mógłby poprosić o zastępstwo niejednego starszego lekarza. Ale nie od razu, nie w trakcie operacji. Poza tym wprowadzenie zastępców w historie konkretnych przypadków potrwałaby co najmniej dwie godzinny. Wezwanie z Goglesk oznaczono jako superpriorytetowe i kazano nam wylecieć od razu, bez czekania na kogokolwiek.

Danalta nie odpowiedział, Kelgianka nie miała jednak oporów.

— I to jedyny powód, dla którego Conway złamał obietnicę? Jeśli tak, to dziwnie niewystarczający. Wszyscy mamy pewne doświadczenie w działaniu w sytuacjach awaryjnych i wiemy, jak radzić sobie w potrzebie bez wprowadzeń, odpraw i tak dalej. Ja dostrzegam tutaj brak troski o pacjenta…

— Którego? — spytała ze złością Murchison. — Khone’a czy tego, który był właśnie krojony? Sytuacje awaryjne zdarzają się nagle, gdy coś wymyka się spod kontroli. Nie ma potrzeby rozmyślnie ich prowokować jedynie dlatego, że ktoś może się poczuć zobligowany do obecności gdzie indziej. Tak czy owak, akurat operował i nie miał czasu na dłuższe rozmowy. Powiedział tylko, żebyśmy lecieli bez niego i nie przejmowali się niepotrzebnie.

— Zatem próbujesz go jednak usprawiedliwić… — zaczęła Naydrad, gdy nagle do rozmowy wtrącił się Prilicla.

— Przepraszam, ale nasza przyjaciółka Cha Thrat chce coś powiedzieć.

Jako starszy lekarz i dowódca personelu medycznego Rhabwara mógłby po prostu nakazać zakończenie sprawiającej mu przykrość rozmowy, ale Cha wiedziała świetnie, że mały empata nie zachowa się nigdy aż tak obcesowo. Wzbudzone w podwładnych poczucie winy i zakłopotanie sprawiłyby mu jeszcze większy ból niż sama dyskusja.

Dlatego właśnie, aby chronić siebie, Prilicla wolał wydawać rozkazy w formie, która nie powodowała u innych żadnych przykrych odczuć. Jeśli chciał, by Cha się odezwała, to dlatego zapewne, iż rozpoznał w niej bratnią duszę, której także zależało na poprawie atmosfery.

Wszyscy spojrzeli na nią, a Prilicla przestał się tak trząść. Widocznie ciekawość wytłumiła wcześniejsze niemiłe myśli.

— Też obejrzałam materiały z Goglesk, szczególnie wszystko na temat Khone’a… — zaczęła Cha.

— Ale to z całą pewnością nie twoja sprawa — przerwał jej Danalta. — Jesteś technikiem.

— Bardzo dociekliwym technikiem — mruknęła Naydrad. — Niech mówi.

— Technik powinien być dociekliwy — stwierdziła ze złością Cha. — Szczególnie gdy odpowiada za kabinę przeznaczoną dla pacjenta! — Kątem oka ujrzała, że Prilicla znowu zaczyna się trząść, i przywołała się do porządku. — Wydaje mi się, że ta rozmowa nie ma sensu. Diagnostyk Conway nie wspomniał ani słowem, że targają nim jakieś sprzeczne myśli. Jak dokładnie brzmiało odebrane z Goglesk wezwanie? Czy była w nim mowa o stanie pacjenta?

— Nie — odparła Murchison. — Nie znamy obrazu klinicznego. Mała baza na tej planecie nie ma urządzeń pozwalających na wysłanie dłuższej wiadomości. I tak zużyli mnóstwo energii, aby…

— Dziękuję — przerwała jej uprzejmie Sommaradvanka. — Problemy techniczne związane z łącznością nie są mi obce. Jak więc brzmiała ta wiadomość?

Murchison znowu się zarumieniła.

— Dokładnie tak: „Do Conwaya, Szpital Kosmiczny. Bardzo pilne. Pacjent potrzebuje jak najszybciej statku szpitalnego. Wainright, baza Goglesk”.

Cha zastanawiała się chwilę.

— Zakładam, że uzdrawiacz Khone informował na bieżąco swojego przyjaciela o przebiegu ciąży w dłuższych listach przesyłanych zapewne na pokładach statków kurierskich.

Naydrad najeżyła sierść, jakby chciała jej przerwać, i Cha szybko podjęła wątek.

— Po przestudiowaniu materiałów o Goglesk zakładam też, że Khone jest w pełni świadomy swej sytuacji i nie byłby skłonny fatygować przyjaciela bez potrzeby. Nawet jeśli Conway nie powiedział mu dokładnie, na czym polegają jego obowiązki w Szpitalu, Gogleskanin mógł je poznać dzięki łączącej ich wspólnocie umysłów. Conway zaś wie najpewniej, jak Khone przyjął te informacje. Odpowiedzialność za pacjenta wymagała, aby wiadomość zaadresowano do Conwaya, ale nie było żadnej wzmianki o konieczności przybycia Diagnostyka. Wezwanie dotyczyło statku szpitalnego. Conway zrozumiał tę różnicę, bo wie, jakimi torami biegną myśli Khone’a, zna świetnie jego kondycję i wie sporo o przebiegu ciąży u Gogleskan. Przyjęłabym zatem, że takie właśnie sformułowanie wezwania odebrał jako zwolnienie z przyrzeczenia. Będąc pewnym, że pacjent potrzebuje jedynie jak najszybszego transportu do Szpitala, nie przerwał pracy, a i wam kazał nie przejmować się tą zmianą. Możliwe więc, że krytyka jego pozornie nieetycznego postępowania jest całkiem nie na miejscu.

Naydrad spojrzała na Murchison.

— Cha Thrat ma chyba rację, a ja jestem niemądra — stwierdziła. W jej ustach były to więcej niż przeprosiny.

— Na pewno ma rację — dodał Danalta. — Przepraszam, pani patolog. Gdybym miał teraz ludzką postać, z pewnością bym się zarumienił.

Murchison nie odpowiedziała. Wpatrywała się tylko w Cha. Jej oblicze wyglądało już normalnie i trudno było orzec, co właściwie wyraża. Prilicla przysunął się na tyle blisko Sommaradvanki, że ta poczuła podmuch jego skrzydeł.

— Mam wrażenie, że właśnie zyskałaś przyjaciela, Cha Thrat — powiedział cicho.

Dalszą rozmowę uniemożliwiły dźwięki dobywające się z pokładowych głośników.

— Mostek do starszego lekarza. Ukończyliśmy skok i za trzy godziny i dwie minuty wejdziemy na orbitę manewrową wkoło Goglesk. Ładownik jest już gotowy, można zacząć przenosić wyposażenie medyczne. Mamy też łączność radiową z porucznikiem Wainrightem, który chce rozmawiać z panem o pacjencie.

— Dziękuję, kapitanie — odpowiedział Prilicla. — My też chcemy o nim porozmawiać. Proszę przełączyć porucznika na pokład medyczny, a potem na kabinę lądownika. Będziemy mówić, nie przerywając pracy.

— Oczywiście. Zrobione — oznajmił Fletcher. — Poruczniku, został pan połączony ze starszym lekarzem Priliclą. Proszę mówić.

Mimo autotranslatora Cha wydało się, że wyczuwa w głosie Wainrighta pewien niepokój. Słuchała, pomagając równocześnie Naydrad załadować autonosze wszystkim, co mogło się okazać potrzebne.

— Przepraszam, doktorze, ale planowane przejęcie pacjenta na naszym lądowisku nie dojdzie do skutku — oznajmił porucznik. — Khone nie jest w stanie podróżować, a wysłanie po niego ślizgacza pełnego obcych może być ryzykowne. Nie wiadomo, czy widok dziwnych monstrów porywających brzemiennego po — 3ratymca nie spowoduje u pozostałych połączenia…

— Przyjacielu Wainright — przerwał mu łagodnie Prilicla — jaki jest stan pacjenta?

— Nie wiem, doktorze. Gdy widzieliśmy się trzy dni temu, usłyszałem, że junior przyjdzie niebawem na świat, i zostałem poproszony o wezwanie statku szpitalnego. Khone powiedział też, że zadbał już o zastępstwo przy swoich pacjentach i że zjawi się w bazie na krótko przed wyznaczonym terminem odlotu. Jednak kilka godzin temu przybył posłaniec z ustną wiadomością, że Khone nie może się ruszyć z domu. Tubylec nie był jednak w stanie powiedzieć mi, czy nasz pacjent jest chory albo ranny. Przekazał tylko prośbę o zapasowe ogniwo do skanera, który zostawił tu Conway. Khone regularnie używa go podczas badań, budząc podziw pacjentów dla takiego cudu techniki. Skoro baterie się wyczerpały, nic dziwnego, że nie mógł powiedzieć nam nic o swoim stanie.

— Jestem pewien, że ma pan rację, poruczniku — rzekł Prilicla. — Niemniej nagła utrata zdolności przemieszczania się sugeruje poważny problem. Ma pan jakiś pomysł, jak szybko i bez większego ryzyka dla niego i jego pobratymców przenieść pacjenta do ładownika?

— Szczerze mówiąc, nie. To będzie bardzo ryzykowna operacja, i to od samego początku. Gdyby chodziło o przedstawiciela innego gatunku, załadowałbym go do mojego ślizgacza i w kilka minut byłby tutaj. Ale żaden Gogleskanin, nawet Khone, nie usiądzie tak blisko obcego, nie wydając mimowolnie sygnału alarmowego. Sam pan wie, co się wtedy stanie.

— Owszem — zgodził się Prilicla, wspominając z drżeniem obrazy niszczonego miasta.

— Najlepiej dajcie spokój z lądowaniem przy bazie i postarajcie się przyziemić jak najbliżej domu Khone’a, na wolnym terenie pomiędzy miastem a brzegiem jeziora. Polecę tam wcześniej i podprowadzę was ślizgaczem. Może na miejscu coś wymyślimy. Będziecie potrzebowali zdalnie sterowanych noszy, żeby zabrać pacjenta. Mogę podać wam wymiary jego domu i drzwi…

Podczas gdy Cha ładowała resztę wyposażenia, Wainright przedstawiał jeszcze szczegóły, było już jednak oczywiste, że nie pójdzie łatwo i należy przygotować się na każdą ewentualność.

— Cha Thrat — odezwał się w pewnej chwili Prilicla, przerywając rozmowę z komendantem bazy — ponieważ nie należę do załogi pokładowej, nie mogę ci rozkazywać, ale tam, na dole, przyda się każda para rąk, a w te jesteś akurat obficie wyposażona. Potrafisz też obsługiwać urządzenia służące do transportu pacjentów i mam wrażenie, że chętnie zabrałabyś się z nami.

— Wrażenie jest trafne — powiedziała Cha, wiedząc, że nasilenie targających nią w tej chwili uczuć wystarczy empacie za podziękowanie.

— Jeśli załadujemy do ładownika jeszcze choć trochę wyposażenia, nie będzie już miejsca dla pacjenta — zauważyła Naydrad. — O wielkiej Sommaradvance nie wspominając.

Ostatecznie zmieścili się jednak, a szczególnie wiele miejsca zrobiło się podczas lądowania, gdy wszyscy prócz Prilicli, który nosił degrawitatory, zostali sprasowani przeciążeniem. Porucznik Dodds, astrogator Rhabwara i równocześnie pilot ładownika, miał przedkładać szybkość działania nad wygodę pasażerów i wykonał polecenie z radością. Lądowanie przebiegło tak błyskawicznie, że Cha ujrzała Goglesk dopiero wtedy, gdy maszyna przyziemiła.

Przez kilka chwil miała wrażenie, że jakimś cudem wróciła na Sommaradvę. Stali na łące rozciągającej się nad brzegiem wielkiego jeziora, a nieco dalej widać było skryte częściowo wśród drzew miasto. Tyle że to nie była jej rodzinna planeta. Inne rosły tu kwiaty, odmienne nieco były kolor i kształt liści, nawet powietrze pachniało inaczej. Widoczne w oddali drzewa, chociaż podobne z grubsza do tego, co znała z domu, powstały w wyniku całkiem innego procesu ewolucyjnego.

Szpital Kosmiczny wydał jej się z początku dziwny i obcy, ale czyż mogło być inaczej — był sztucznym, metalowym tworem. Tutaj zaś miała przed sobą całkiem nowy świat!

— Co to za paraliż? — spytała Naydrad. — Jakaś wasza kolejna normalna reakcja? Nie marnuj czasu, tylko łap nosze.

Sprowadziła autonosze po rampie, a tymczasem Wainright wylądował obok i ze ślizgacza wyskoczyła piątka Ziemian, którzy stanowili załogę małej bazy. Czterech ruszyło od razu ku miastu, wypróbowując po drodze połączony z autotranslatorem sprzęt nagłaśniający, porucznik zaś podszedł do ładownika.

— Jeśli którakolwiek z zaplanowanych przez was prac wymaga bliskości dwóch osób, zróbcie to teraz, póki nikt nas nie obserwuje — powiedział. — Potem pilnujcie, żeby utrzymywać między sobą odległość co najmniej pięciu metrów. Jeśli zobaczą, że się zbliżacie, albo co gorsza dotykacie, nie dojdzie wprawdzie od razu do połączenia, ale na pewno będą wstrząśnięci. Powinniście również…

— Dziękujemy, przyjacielu Wainright — przerwał mu Prilicla. — Nie trzeba nam nieustannie przypominać o zachowaniu koniecznej ostrożności.

Porucznik spiekł raka i nie odezwał się aż do chwili, gdy idąc szeroką tyralierą, dotarli do skraju miasta.

— Nie wygląda to najlepiej, ale dla nich każdy dzień jest walką o zachowanie tego, co dotąd osiągnęli. Niestety, mam wrażenie, że przegrywają.

Miasto tworzyło szeroki półksiężyc rozłożony nad jedną z naturalnych zatok jeziora. Widać było wybiegające ku głębokiej wodzie mola i zacumowane przy nich statki z cienkimi, wysokimi kominami oraz kołami łopatkowymi. Obok nich kotwiczyły też żaglowce. Poczerniały wrak, który zatonął, stojąc na cumach, musiał być smutnym świadectwem jednego z minionych połączeń. Nad brzegiem wznosiły się rozrzucone szeroko kilkupiętrowe budynki z drewna, kamienia i suszonej cegły. Wkoło wszystkich ścian biegły rampy zapewniające dostęp do wyższych kondygnacji, przez co gmachy przypominały do pewnego stopnia piramidy.

Według taśmy edukacyjnej były to przetwórnie połowów. Cha pomyślała, że ryby cuchną tu tak samo jak na Sommaradvie. Może właśnie dlatego budynki mieszkalne, które wznoszono nieopodal drzew, skupiły się w znacznej odległości od brzegu.

Gdy dotarli na szczyt niewysokiego wzgórza, Wainright wskazał niską, na poły zadaszoną konstrukcję, pod którą przepływał strumień. Z góry mogli wejrzeć częściowo w labirynt korytarzy i niewielkich pomieszczeń, który tworzył miejski szpital i dom Khone’a zarazem.

Porucznik powiedział coś cicho do skrytego w kołnierzu mikrofonu. Po chwili usłyszeli dobiegające z miasta gromkie ostrzeżenia i wyjaśnienia czterech Kontrolerów z aparaturą nagłaśniającą.

— Nie obawiajcie się — mówili. — Mimo dziwnego i budzącego lęk wyglądu istoty, które za chwilę zobaczycie, nie zrobią wam krzywdy. Proszeni przez uzdrowiciela imieniem Khone przybyliśmy zabrać go na leczenie do naszego szpitala. Podczas przenoszenia uzdrowiciela do pojazdu może się zdarzyć, że będziemy blisko niego, i niewykluczone, że wykrzyczy wówczas wezwanie do połączenia. Nie dopuśćcie do niego. Prosimy wszystkich, by odeszli jak najdalej do lasu albo wzdłuż brzegu, aby ewentualne wezwanie do nich nie dotarło. Dodatkowo rozmieścimy wokół domu uzdrowiciela urządzenia, które będą nieustannie czynić nieprzyjemny dla nas wszystkich hałas. W razie czego zagłuszy on jednak wezwanie albo przynajmniej je zniekształci.

Wainright spojrzał na empatę, a gdy ten skinął z aprobatą głową, znowu włączył mikrofon.

— Nagrajcie to i powtarzajcie, dopóki posłuchają albo każą przerwać.

— Uwierzą? — spytała Naydrad. — Zaufają potworom z kosmosu?

Porucznik odpowiedział dopiero po kilku krokach.

— Ufają Korpusowi Kontroli, bo pomagamy im w różnych sprawach. Khone z oczywistych względów wierzy Conwayowi, a jeśli oni z kolei wierzą swojemu uzdrowicielowi, powinni dać się przekonać, że upiorni goście to przyjaciele Ziemianina i godni są zaufania. Problem w tym, że Gogleskanie to samotnicy i indywidualiści, którzy nie zawsze robią to, co trzeba. Niektórzy znajdą mnóstwo sensownych powodów, aby nie opuszczać domu. Powołają się na chorobę albo inną niemoc czy opiekę nad małymi dziećmi. Albo cokolwiek. Dlatego właśnie wzięliśmy jeszcze zagłuszarki.

Naydrad wydawała się usatysfakcjonowana odpowiedzią. Cha Thrat nadal miała pewne wątpliwości, ale ze względu na drażliwość tematu i Priliclę wolała na razie zmilczeć.

Jak wszyscy w dziale znała te zagłuszarki. Wymyślił je i zaprojektował Ees — Tawn, szef komórki nowych technologii. Były odpowiedzią na prośbę Conwaya i na razie dysponowali tylko kilkoma prototypami. Gdyby okazały się skuteczne, rozpoczęto by masową produkcję pozwalającą zamontować takie urządzenie w każdym gogleskańskim domu, w każdej fabryce i na każdym statku. Nie oczekiwano, że zagłuszarki zapobiegną połączeniom, ale istniała nadzieja, że dzięki automatycznym włącznikom reagującym na pierwsze tony sygnału alarmowego pozwolą ograniczyć zbiegowiska do niewielkich grup. To zmniejszyłoby niszczycielskie skutki połączeń oraz towarzyszący im szok.

W warunkach laboratoryjnych działały idealnie i tłumiły nagrane kiedyś przez Conwaya wezwania, ale nie było jeszcze okazji wypróbować ich na Goglesk.

Gdy zbliżyli się do szpitala, rybi odór przybrał na sile, podobnie zresztą jak nawoływania Kontrolerów. Cha nie dostrzegła żadnego śladu życia.

— Możecie przestać — rzekł porucznik. — Kto dotąd nie posłuchał, już nie zareaguje. Harmon, weź ślizgacz i pokaż mi miasto z góry. Reszta niech rozstawi zagłuszarki dookoła szpitala i czeka. Cha i Naydrad, gotowe jesteście z noszami?

Cha Thrat ustawiła szybko nosze w pobliżu wejścia do domu Khone’a i otworzyła je. Nie chciała ryzykować dotykania pacjenta na oczach jego pobratymców, pozostało więc mieć nadzieję, że uzdrawiacz sam zdoła wsiąść. Gdyby jednak nie wyszedł, Naydrad gotowa była wysłać zdalnie sterowaną sondę, aby sprawdzić, co się dzieje.

Zagłuszarki milczały na razie, jako że emitowany przez nie hałas utrudniałby znacznie rozmowę, a nie działo się nic, co mogłoby wyzwolić fatalny sygnał.

— Przyjacielu Khone — powiedział Prilicla, wysyłając ku uzdrowicielowi fale życzliwości i sympatii. — Przybyliśmy ci pomóc. Wyjdź do nas, proszę.

Znowu odczekali kilka długich chwil. Bez odzewu.

— Naydrad… — zaczął Wainright.

— Już — sapnęła Kelgianka.

Mały pojazd z kamerami, mikrofonami, zespołem biosensorów i imponującym zestawem manipulatorów potoczył się po nierównym terenie w kierunku wejścia. Odsunął kotarę z włókien jakiejś rośliny i wjechał do środka. Obraz z jego kamer był widoczny na ekranie noszy.

Cha pomyślała, że dla kogoś nieobeznanego z techniką już sam widok sondy mógł być ciężkim przeżyciem, ale potem przypomniała sobie, że Khone wie przecież o podobnych sprawach tyle samo co Conway.

Dom okazał się pusty.

— Być może przyjaciel Khone wymagał specjalnej opieki i położył się w szpitalu — rzekł z niepokojem Prilicla. — Nie wyczuwam jednak jego emocjonalnej radiacji, co oznacza, że jest albo nieprzytomny, albo znajduje się gdzieś bardzo daleko. W pierwszym przypadku może pilnie wymagać pomocy, nie marnujmy więc czasu na przeszukiwanie każdego pokoju z osobna za pomocą sondy. Szybciej będzie, jeśli sam się tym zajmę. — Rozwinął skrzydła. — Odsuńcie się, proszę, aby wasze myśli nie zagłuszały słabego sygnału nieprzytomnego pacjenta.

— Czekaj! — odezwał się porucznik. — Jeśli go znajdziesz i obudzisz nagle, ujrzy nad sobą dziwne stworzenie…

— Masz rację, przyjacielu Wainright. Może się wystraszyć i zaalarmować pozostałych. Proszę włączyć zagłuszarki.

Cha odsunęła się szybko razem z resztą zespołu. Wszyscy poprawili słuchawki w hełmach, aby mimo hałasu móc się porozumiewać. Po chwili z głośników runęła kakofonia gwizdów, krzyków i jęków, a Cha zaczęła się zastanawiać, jak głęboka może być utrata przytomności Gogleskanina. Ten hałas obudziłby bowiem umarłego.

W przypadku Khone’a okazał się nie mniej skuteczny.

Rozdział trzynasty

— Czuję go! — zawołał Prilicla, a podniecenie całej gromadki aż zachwiało nim w powietrzu. — Przyjaciółko Naydrad, wyślij sondę. Pacjent znajduje się dokładnie pode mną, ale nie chcę ryzykować, że wystraszę go nagłym nalotem. Szybko, jest bardzo słaby i obolały.

Dysponując szczegółowym namiarem, Kelgianka bez trudu doprowadziła pojazd do pomieszczenia zajmowanego przez Gogleskanina. Prilicla dołączył do pozostałych, aby spojrzeć na ekran, który wyświetlał również wskazania czujników.

Ujrzeli wnętrze maleńkiej izolatki i Khone’a leżącego pod niską ścianką, która oddzielała tu zwykle lekarza od pacjenta. Obok widać było mały stolik, a na nim wypolerowane na wysoki połysk wysięgniki z rozwieraczami, szpatułkami i innymi jeszcze końcówkami służącymi do nieinwazyjnych badań. Przy nich stały pojemniki z lekami i całkiem martwy skaner pozostawiony przez Conwaya. Kilka instrumentów wylądowało na podłodze, jakby Khone pociągnął je za sobą, upadając w trakcie badania chorego. Możliwe, że to właśnie ten chory był autorem wiadomości, która trafiła ostatecznie do Wainrighta.

— Jestem Prilicla, przyjacielu Khone — powiedział empata poprzez głośnik sondy. — Nie bój się…

Wainright jęknął, przypominając Prilicli, że poza chwilą prezentacji Gogleskanie nie zwykli zwracać się do nikogo bezpośrednio. Byłoby to dla nich zbyt stresujące.

— To urządzenie nie spowoduje bólu, nie wyrządzi krzywdy — podjął Prilicla. — Służy do przeniesienia pacjenta tam, gdzie będzie można udzielić mu pomocy. Właśnie przystępuje do działania…

Cha ujrzała na ekranie, jak pojazd rozkłada dwie szerokie płyty i wsuwa je pod bezwładne ciało chorego.

— Stop! — zawołali równocześnie Prilicla i Khone. Dwa okrzyki zabrzmiały jak jeden. Empata momentalnie wyczuł zaniepokojenie chorego i cały aż się zatrząsł.

— Przepraszam, przyjacielu Khone… — zaczął, ale zaraz przypomniał sobie właściwą formę. — Pacjentowi należą się przeprosiny za sprawioną mu przykrość. Maszyna będzie od teraz jeszcze ostrożniejsza. Jednak czy pacjent, który jest też uzdrawiaczem, mógłby powiedzieć, gdzie mieści się główne ognisko bólu i co może być jego przyczyną?

— Tak i nie — szepnął Khone, który musiał chyba dojść nieco do siebie, gdyż empata już nie drżał. — Ból promieniuje z kanału rodnego. Wystąpiły pewien bezwład i obniżenie czucia w dolnych kończynach. Podobnie, chociaż słabiej, dotknięte bezwładem zostały górne kończyny i tułów. Tętno jest przyspieszone, występują trudności z oddychaniem. Możliwe, że chodzi o poród, który został przerwany, chociaż nie wiadomo, co mogło być tego przyczyną, ponieważ skaner jest już od jakiegoś czasu nieczynny, a pacjent nie ma dość zwinnych palców, aby samemu zmienić baterie.

— Sonda ma własny skaner — powiedział uspokajająco Prilicla. — Wszystko, co wykryje, zostanie przekazane obecnym tu lekarzom. Zdoła również wymienić baterie w drugim skanerze, aby pacjent mógł wesprzeć lekarzy swoim gogleskańskim doświadczeniem.

Empata znowu zadrżał, ale Cha Thrat wydało się, że tym razem powodem były własne emocje Prilicli i jego troska o Khone’a.

— Skaner został już uruchomiony i zbliża się do ciała pacjenta, ale go nie dotknie.

— To zasługuje na podziękowanie.

Patrząc na przekroje ciała Khone’a, Cha była coraz bardziej zła na siebie, że nie zna się na gogleskańskiej fizjologii, chociaż w sumie nie miało to wielkiego znaczenia, gdyż Prilicla, Murchison czy Naydrad nie byli w tej materii o wiele mądrzejsi od niej, a jedyna osoba mogąca pomóc Khone’owi znajdowała się w odległości wielu lat świetlnych. Zresztą zapewne nawet obecność Diagnostyka Conwaya nie rozwiązałaby problemu.

— Pacjent sam widzi teraz, że płód jest olbrzymi i niewłaściwie ułożony — powiedział Prilicla. — Uciska ponadto jedną z wiązek nerwowych i pogarsza ukrwienie okolicznych mięśni, które nie mogą przez to wypchnąć go dalej. Czy pacjent zgodzi się, że poród nie dojdzie do skutku bez natychmiastowej interwencji chirurgicznej?

— Nie! — zawołał słabo Khone, zapominając o zwyczajowych formach. — Nie możecie mnie dotknąć!

— Ale twój… — Prilicla znowu się zawahał. — Tutaj są tylko przyjaciele gotowi nieść pomoc. Rozumieją psychologiczne niuanse sprawy. W razie konieczności można polecić sondzie, aby podała pacjentowi narkozę, w trakcie której nie będzie czuł, że ktoś go dotyka.

— Nie — powtórzył Gogleskanin. — Pacjent musi być przytomny zaraz po porodzie. Rodzic ma wobec dziecka pewne obowiązki, które nie mogą czekać. Czy można rozkazać mechanizmowi, aby przeprowadził operację? Jego dotyk byłby dla pacjenta mniej stresujący. Prilicla zadrżał, przygotowując się do wysiłku, jakim było dla niego udzielenie odmownej odpowiedzi.

— Niestety nie. Te manipulatory nie nadają się do tak delikatnej pracy. Jeśli można zauważyć, pacjent jest mocno osłabiony i przy braku pomocy wkrótce straci przytomność.

Khone milczał chwilę.

— Pacjent jest w pełni świadomy faktu, że obcy lekarze są jego przyjaciółmi — powiedział z wyczuwalną nutą desperacji. — Ale w mrocznych zakamarkach jego umysłu nadal czai się lęk przed bliskością śmiertelnie niebezpiecznych potworów, która to bliskość nieodwołalnie wyzwoli okrzyk wzywający do połączenia.

— Okrzyk nie będzie słyszalny — rzekł Prilicla i wyjaśnił działanie zagłuszarek.

Jednak reakcja Khone’a znowu wywołała drżenie empaty.

— Okrzyk i tak powoduje na tyle duży stres i wydatek energii, że w obecnym stanie pacjent może tego nie przeżyć — oznajmił Gogleskanin.

— Czas ucieka — powiedział Prilicla. — Z chwili na chwilę jest coraz gorzej. Trzeba zaryzykować. Sonda ma własny ekran, który pozwala na dwustronną łączność. Pacjent może zobaczyć zgromadzonych tu lekarzy. Czy skłonny będzie wybrać do udzielenia mu pomocy takiego, który budzi w nim najmniejsze przerażenie?

Zamontowana na noszach kamera pokazała skupioną wkoło ekranu gromadkę.

— Pacjent zna już Ziemian i ufa im, podobnie jak Cinrussańczykowi oraz Kelgiance. Zna ich wszystkich z poprzedniej wizyty na Goglesk. Niemniej ich bliskość wyzwoli ślepy lęk. Pozostałych dwóch istot pacjent nie zna i nie odnajduje ich wizerunków we wspomnieniach otrzymanych od doktora Conwaya. Czy to uzdrawiacze?

— Oboje należą do ras, które są nowe w Szpitalu. W czasie wizyty Conwaya nie były jeszcze znane Federacji. Ta niższa, krągława istota to Danalta. Może przybrać postać każdego innego osobnika, w tym Gogleskanina, albo wypączkować dowolny rodzaj potrzebnej akurat kończyny. Będzie pracował pod nadzorem starszego lekarza i idealnie nadaje się do…

— Zmiennokształtny! — przerwał mu Khone. — Za przeproszeniem, to wspaniałe, ale przerażające zarazem cechy. Odraza wzbiera na myśl o bliskości kogoś tak dobrze udającego jednego z nas. Nie! O wiele mniej niepokojąco przedstawia się ta wysoka istota obok.

— Ta wysoka istota jest technikiem z działu utrzymania — powiedział przepraszającym tonem Prilicla.

— A wcześniej, na Sommaradvie, była chirurgiem — wojownikiem i ma doświadczenie w kontaktach medycznych z innymi gatunkami — dodała cicho Cha.

Empata zadrżał pod naporem sprzecznych odczuć reszty ekipy.

— To wymaga chwili dyskusji — oznajmił. — Za przeproszeniem.

— Z powodów klinicznych pacjent ma nadzieję, że przerwa nie potrwa długo — odparł Gogleskanin.

Pierwsza zabrała głos patolog Murchison.

— Twoje doświadczenie z obcymi ogranicza się do jednego Ziemianina i jednego Hudlarianina. W obu przypadkach chodziło o proste operacje kończyn. Żadna z tych ras, podobnie jak ty, nie przypomina gogleskańskiego typu FOKT. Poza tym dziwię się, że po historii z amputacją gotowa jesteś ponownie wziąć na siebie tak wielką odpowiedzialność.

— A jeśli coś pójdzie nie tak? — spytała przejęta Naydrad. — Jeśli pacjent straci dziecko? Jaki medyczny melodramat przed nami odegrasz? Lepiej trzymaj się od tego z daleka.

— Zupełnie nie rozumiem, dlaczego wybrał tak kościstą istotę jak Cha, a nie mnie — mruknął z wyraźnym rozczarowaniem Danalta.

— Powód jest prosty i choć może urazić, należy go podać na wypadek, gdyby Sommaradvanka wycofała się z gotowości niesienia pomocy — rzekł Khone. — Faktem jest jednak, że ta właśnie istota może podejść blisko i wykonać niezbędne czynności, chociaż tylko za pomocą wysięgników.

Khone wyjaśnił, że istoty klas FOKT i DCNF nie są wprawdzie zbyt podobne, jednak tylko w oczach osobników dorosłych. Młodzi Gogleskanie zwykli podczas zabawy robić figurki mające przedstawiać ich rodziców, ale pełna postać, z mnóstwem włosów, czterema skierowanymi na zewnątrz nogami, pękami manipulatorów i czterema żądłami była zbyt trudna do odtworzenia. Dzieci lepiły więc z gliny stożkowate lalki, które przyozdabiały trawą, nie zawsze zaś prosto wetknięte patyczki różnej grubości miały naśladować kończyny. Ostateczny wynik tych dziecięcych starań przypominał więc bardziej Sommaradvanina niż Gogleskanina.

Podobne figurki powstawały w krótkim okresie życia poprzedzającym przejście z dzieciństwa do dorosłości, kiedy to potomek zaczynał stanowić zagrożenie dla rodzica. Następnie były przechowywane pieczołowicie zarówno przez rodziców, jak i dzieci jako pamiątki po utraconej bliskości, która nigdy już nie miała powrócić.

Nierzadko pomagały dorosłym Gogleskanom przetrwać najgorsze chwile osamotnienia.

Murchison spojrzała na Cha Thrat.

— Chyba chce powiedzieć, że dla nich wyglądasz k przerośnięty pluszowy miś!

Wainright zachichotał nerwowo, ale pozostali milczeli. Prawdopodobnie wiedzieli o pluszowych misiach tyle samo co Cha, czyli nic. Ta uznała jednak, że chyba nie może to być nic brzydkiego, skoro w jakiś sposób ją przypomina.

— Sommaradvanka gotowa jest pomóc — powiedziała głośno. — Nie czuje się urażona.

— I nie będzie też czuła się w pełni odpowiedzialna za całe zdarzenie — dodał Prilicla znacząco, po raz pierwszy za jej pamięci odzywając się w sposób jednoznacznie pozwalający odczuć, że jest władcą. — Jeśli Sommaradvanka nie obieca, że nie powtórzy się zajście w rodzaju tego, jakie nastąpiło po amputacji kończyny Hudlarianina, nie otrzyma zgody na udział w akcji. W tym przypadku proszona jest o pomoc jedynie dlatego, że jej wygląd nie uraża pacjenta. Obecnie powinna myśleć o sobie jako biologicznym przekaźniku, którym kierować będzie starszy lekarz. To na nim spocznie odpowiedzialność za stan i los pacjenta. Czy to zrozumiałe?

Pomysł, aby dzielić z kimś odpowiedzialność za działania, był wręcz odpychający, chociaż z drugiej strony rozumiała doskonale, skąd się to wzięło. Poza tym ucieszyła się jeszcze jednym — wreszcie zwrócono się do niej jak do lekarza.

Prilicla pokazał, że wyłączył na chwilę mikrofon, aby móc porozmawiać bez udziału Gogleskanina.

— Dziękuję, Cha — rzucił szybko. — Skorzystaj z moich narzędzi. Chyba będą pasować do twoich górnych kończyn. Najpierw jednak zadbaj o własną ochronę, nie zdołasz bowiem pomóc pacjentowi, jeśli dosięgnie cię jego żądło. Gdy już z nim będziesz, unikaj gwałtownych ruchów i zawsze wyjaśniaj, co chcesz zrobić. Będę monitorował emocje Khone’a i ostrzegę cię, gdyby nagle ogarnął go lęk. Sama zdajesz sobie zresztą sprawę z powagi sytuacji. Pospiesz się.

Naydrad spakowała już, co trzeba. Cha dodała jeszcze baterie do skanera i zaczęła wspinać się z noszy na dach szpitala.

— Powodzenia — powiedziała Murchison.

Kelgianka zafalowała futrem, pozostali mruknęli coś po swojemu.

Dach ugiął się niepokojąco pod ciężarem Cha Thrat, a jedna z przednich stóp nawet go przebiła, ale pełzanie labiryntem niskich korytarzy byłoby jeszcze trudniejsze. Zeskoczyła w pobliżu izolatki Khone’a, opadła niezgrabnie na kolana i gdy tylko Prilicla ostrzegł pacjenta o jej nadejściu, wsunęła głowę do środka. Po raz pierwszy mogła spojrzeć z bliska na Gogleskanina.

— Pacjent nie zostanie bezpośrednio dotknięty — powiedziała na wszelki wypadek.

— To dobrze — odparł Khone. Jego głos ledwie przebijał się przez jazgot zagłuszarek.

Okrywająca owoidalne ciało masa włosów nie była wcale tak jednolita, jak sugerował obraz na ekranie. Teraz dostrzegła ich nieregularny układ i różną kolorystykę. Włosy poruszały się ponadto, chociaż nie tak wyraźnie jak u Kelgian. Na karku widać było długie, blade wyrostki, które teraz spoczywały nieruchomo, a ożywały tylko w trakcie połączenia. Na wysokości pasa otwierały się cztery pionowe otwory, dwa służące do oddychania i mówienia, dwa zaś do przyjmowania pokarmów.

Rosnące w pękach kolce były wysoce elastyczne i zdolne do całkiem skoordynowanych ruchów. Dolną część ciała otaczał pas mięśni, spod którego wystawały cztery krótkie nogi. Gdy istota chciała usiąść, chowała je po prostu pod siebie.

Obecnie Gogleskanin leżał na boku, w pozycji, z której nawet komuś w pełni zdrowemu niełatwo byłoby wstać.

— Posterujcie sondą tak, aby podała mi skaner — powiedziała cicho Cha. — Gdy wymienię baterię, odstawcie skaner blisko pacjenta, a następnie odsuńcie maszynę na bok.

Potem spojrzała znowu na Khone’a.

— Jako że pacjent sam jest uzdrawiaczem i posiada rozległą wiedzę na temat własnego organizmu, każda jego sugestia będzie mile widziana i zostanie uznana za pomocną.

W słuchawce odezwał się głos Prilicli, który widać miał jej do przekazania coś bardziej prywatnego.

— Dobrze powiedziane, Cha Thrat. Żaden pacjent, nawet poważnie ranny czy chory, nie chce się czuć całkiem bezużyteczny. Nawet dobrzy lekarze czasem o tym zapominają.

To była jedna z pierwszych lekcji, jakie odebrała w szkole medycznej na Sommaradvie. Druga, nieobca również widać Prilicli, mówiła, że młody lekarz może w trudnej sytuacji skorzystać wiele z pochwał

1 sugestii starszych kolegów.

— Pacjent jest zbyt słaby, aby samodzielnie operować skanerem — odezwał się nagle Khone.

Wśród cinrussańskich instrumentów nie było niczego na tyle długiego, by Cha mogła dosięgnąć pacjenta z miejsca, w którym stała.

— Można użyć gogleskańskich narzędzi? — zapytała.

— Oczywiście.

Spojrzała na wysięgniki z polerowanego drewna spojone zawiasami z jakiegoś czerwonawego metalu. Obok nich leżał stożkowaty przedmiot z gliny z włożonymi tu i ówdzie patykami i słomkami. W pierwszej chwili wzięła go za element dekoracji albo zaschniętą roślinę, ale teraz wiedziała już, co to jest. Musiała przyznać, że podobieństwo figurki do postaci Sommaradvanina jest nader symboliczne i widoczne chyba tylko dla chorego Gogleskanina.

Z początku niezgrabnie, ale uniosła skaner wysięgnikiem i przesunęła go nad jamą brzuszną Khone’a. Podczas gdy pacjent spoglądał na ekran, wsunęła się głębiej do izolatki. Nienaturalna pozycja, w której pozostawała, i konieczność opierania ciężaru ciała na środkowych kończynach, które normalnie do tego nie służyły, groziły skurczem mięśni. Aby mu zapobiec, kołysała się wolno z boku na bok i za każdym razem przysuwała się odrobinę do pacjenta.

— Sommaradvanka jest większa, niż sądziłem — powiedział nagle Khone, odrywając spojrzenie od skanera. I bez Prilicli widać było, że jest ciężko przerażony.

Cha zastygła na chwilę w bezruchu.

— Sommaradvanka, chociaż wielka, nie zrobi pacjentowi większej krzywdy niż leżąca obok niej figurka i pacjent na pewno o tym wie.

— Pacjent wie — zgodził się Khone lekko poirytowany. — Jednak to nie Sommaradvankę nawiedzają koszmarne sny, w których jest ścigana przez mrocznych i złowrogich myśliwych. Czy próbowała kiedyś zatrzymać się podczas ucieczki i przebić myślami zasłonę strachu, aby spojrzeć na oprawców jako na przyjaciół?

— Przeprosiny są na miejscu — powiedziała zawstydzona Cha Thrat. — I wyrazy podziwu za to, co pacjent próbuje zrobić, co robi, a czego niemądra Sommaradvanka nigdy by nie potrafiła.

— Nieco go zdenerwowałaś, ale strach osłabł — podpowiedział przez słuchawki Prilicla.

Skorzystała z okazji, aby znowu się przysunąć.

— Sommaradvanka pojmuje, że pacjent nastawiony jest do niej przyjaźnie i wszelkie wrogie działania mogą mieć charakter wyłącznie instynktowny albo przypadkowy. Dla uniknięcia związanego z nimi ryzyka dobrze byłoby zabezpieczyć żądła pacjenta…

Cha i Prilicla bardzo się obawiali reakcji Khone’a na tę propozycję, ale czas uciekał i jeśli mieli udzielić mu pomocy, trzeba było osłonić żądła. Gogleskanin wiedział o tym równie dobrze. Niemniej proszono go o zgodę na unieszkodliwienie jedynej posiadanej broni.

Cha nadal stała i poruszając jedynie ustami, usiłowała przekonać podświadomość Khone’a, że w cywilizowanym społeczeństwie broń naprawdę nie jest potrzebna. Dodała, że też jest samicą, tak jak obecnie Khone, chociaż nie urodziła jeszcze potomka. Opowiedziała nieco o swoim życiu na Sommaradvie i o tym, co porabiała w Szpitalu, i jak w obu tych miejscach sprawy ułożyły się nie po jej myśli. Podzieliła się z pacjentem swoimi odczuciami…

Reszta czekającego niecierpliwie przy noszach zespołu musiała się chyba zastanawiać, czy ich koleżanka nie straciła kontaktu z rzeczywistością i nie zapadła jakimś cudem na chorobę władców, ale nie było czasu na wyjaśnienia. Musiała przebić się przez mroczne, nieuświadomione lęki pacjenta. Próbowała zrobić to, otwierając się przed nim, pokazując własne bezbronne wnętrze.

Słyszała w słuchawkach głos Naydrad sarkającej, że Cha wybrała sobie kiepski moment na wizytę u psychiatry. Prilicla nie skomentował tego, ciągnęła więc przemowę w tym samym niespiesznym tempie, chociaż pacjent nie odpowiadał. Czyżby nadal paraliżował go strach?

Nagle otrzymała odpowiedź.

— Sommaradvanka ma problemy — stwierdził Khone. — Ale każdej inteligentnej istocie zdarza się czasem zrobić coś głupiego. Bez tego nie byłoby postępu. Cha Thrat nie była pewna, czy słowa Gogleskanina mają wyrażać głęboką filozoficzną prawdę, czy są tylko majaczeniem przyćmionego bólem umysłu.

— Problem pacjenta jest o wiele pilniejszy.

— Zgoda. Można zakryć żądła. Ale jedynie maszyna może dotknąć pacjenta.

Cha westchnęła. Chyba nazbyt łudziła się, że osobiste zwierzenia zdołają pokonać wpajane przez tysiące lat uwarunkowania. Nie przysuwając się ani trochę, przytrzymała szczypcami skaner, tylnymi kończynami zaś otworzyła torbę, aby prowadzone z wielką precyzją przez Naydrad manipulatory sondy mogły wyjąć przygotowane specjalnie na tę okazję kapturki.

Ich zadaniem było nie tylko zakrycie żądeł, ale i zneutralizowanie trucizny. Nałożone na miejsce miały się przykleić na tyle mocno, aby nie odpaść aż do przybycia Khone’a do Szpitala. Nikt nie wspomniał o tym pacjentowi, ale też nie chciano za bardzo go straszyć — świadomość zarówno niemożności wezwania pomocy, jak i odebrania ostatniej obrony mogłaby się okazać dla niego zbyt przerażająca, a należało oczekiwać, że nie obejdzie się jednak bez fizycznego kontaktu z chorym.

Biorąc pod uwagę jego stan, naprawdę nie można było już z tym zwlekać.

Khone był jednak wystarczająco rozgarnięty i zapewne sam świetnie zdawał sobie ze wszystkiego sprawę, co mogłoby wyjaśniać narastający niepokój, który towarzyszył zakrywaniu kolejnych żądeł. Po unieszkodliwieniu trzeciego zaczął poruszać głową, jakby chciał uniemożliwić dokończenie dzieła. Cha uznała, że musi jak najszybciej coś wymyślić.

— Jak widać dobrze na ekranie skanera i jak podpowiadają odczyty czujników, płód zaklinował się w położeniu bocznym — powiedziała. — Uciska przy tym drogi nerwowe łączące mózg z dolnymi częściami ciała oraz arterie, co może prowadzić do martwicy tych partii. Dodatkowym problemem są skurcze mięśni próbujących daremnie wypchnąć płód, którego tętno jest coraz słabsze. Czy pacjent — uzdrawiacz może zasugerować jakieś rozwiązanie?

Khone nie odpowiedział.

Tylko Prilicla zdawał sobie sprawę, jak wiele uczuć kryje się za chłodną i bezosobową wypowiedzią Cha, która nade wszystko chciała pomóc tej niewiarygodnie dzielnej istocie leżącej bezwładnie tuż obok niej, a jednak tak daleko.

Sommaradvanka doszła do wniosku, że pod pewnymi względami są bardzo podobni. Oboje porwali się na coś, co dla innych przedstawicieli ich gatunków było nazbyt ryzykowne. Ona podjęła się leczenia obcego, Khone zaś zgodził się, aby obcy go leczyli. Jednak z ich dwojga Gogleskanin był na pewno dzielniejszy i więcej ryzykował.

— Takie problemy porodowe to zjawisko częste czy rzadkie? — spytała cicho. — Jak się wówczas postępuje?

— Wcale nierzadkie — odpowiedział ledwie słyszalnie Khone. — Zwykle podaje się wówczas duże dawki środków, które możliwie najłagodniej uśmiercają płód i rodzica.

Cha nie wiedziała, co powiedzieć.

W panującej ciszy tym wyraźniej słyszała pogwizdywanie i syki zagłuszarek oraz dobiegający ze słuchawek głos Naydrad. Siostra narzekała na brak współpracy ze strony pacjenta. Murchison, Danalta i Prilicla poszukiwali gorączkowo jakiegoś rozwiązania, ale żadne ich nie zadowalało.

— Co mam robić? — spytała w końcu zaniepokojona Cha Thrat. — Macie dla mnie jakieś instrukcje?

Nagle ich słowa rozbrzmiały znacznie głośniej. To próbująca nieustannie nakryć ostatnie żądło Naydrad włączyła dodatkowo głośniki sondy. Widać straciła cierpliwość.

Zapanował kompletny chaos.

Prilicla próbował nadal uspokajać wszystkich nieświadomy, że teraz słyszy go nie tylko Cha, ale także Khone. Szalejąca burza emocji, które targały pozostałymi członkami zespołu, nie pozwalała empacie wykryć strachu i zaskoczenia Sommaradvanki.

— Cha, doszło tu do sporu kompetencyjnego, który został jednak rozstrzygnięty na twoją korzyść. Przyjaciel Khone potrzebuje jak najszybciej pomocy. Jego stan pogorszył się na tyle, że trudno myśleć o zabraniu go stamtąd na operację, zatem to ty…

— Przestań! — krzyknęła Cha Thrat. — Zamilknij!

— Nie denerwuj się, Cha — powiedział Prilicla, nie rozumiejąc powagi sytuacji. — Nikt nie kwestionuje twoich umiejętności zawodowych, a patolog Murchison i ja przejrzeliśmy notatki Conwaya i przeprowadzimy cię przez wszystkie etapy interwencji. Gdy tylko zakryte zostanie ostatnie żądło, weźmiesz skalpel numer osiem i poszerzysz kanał rodny nacięciem biegnącym od łona do… Co się dzieje?

Nie musiała mu odpowiadać, gdyż sprawa była oczywista. Przerażony perspektywą interwencji chirurgicznej Khone odruchowo wydał fatalny okrzyk i mimo sparaliżowanych nóg próbował czołgać się w stronę Cha, grożąc jej ostatnim nie zakrytym żądłem, z którego kapały już drobne krople jadu.

Cha rzuciła się na niego i trzema górnymi kończynami złapała u podstawy długie, żółte żądło.

— Przestań! — krzyknęła, zapominając całkiem o zachowaniu bezosobowej formy. — Przestań się szarpać, bo zrobisz krzywdę sobie albo młodemu. Jestem przyjacielem, chcę ci pomóc. Naydrad, nakrywaj! Szybko!

— To przytrzymaj je nieruchomo — warknęła Kelgianka, kołysząc manipulatorem nad głową Khone’a. — Chociaż na chwilę.

Sprawa nie była jednak taka łatwa. Nawykła do precyzyjnych operacji Cha Thrat nie miała w górnych kończynach dość siły, użycie środkowych zaś oznaczałoby ryzyko niemalże zetknięcia jej głowy ż głową pacjenta. Niemniej ledwie dawała już radę utrzymać żądło obolałymi od wysiłku mackami. Wiedziała, że jeśli puści, kolec natychmiast wbije jej się w szczyt głowy.

Reszta zespołu prawdopodobnie zdołałaby ją uratować, ale Khone’a i płód czekałaby zapewne śmierć, a przecież to z ich powodu się tu zjawili. Jak wówczas wyglądałby ich powrót? Czy potrafiliby stanąć przed Conwayem i powiedzieć mu, że pacjent zmarł?

— Mam je! — krzyknęła nagle Naydrad.

Ostatnie żądło zostało unieszkodliwione. Cha mogła się nieco uspokoić. Khone jednak nadal był skrajnie ożywiony. Próbował dosięgnąć jej zakrytymi żądłami i nadal wykrzykiwał wezwanie, które brzmiało łudząco podobnie do jazgotu zagłuszarek.

— Dobrze, że działają — powiedział Wainright. — Ale pospiesz się, bo nie wytrzymają już długo.

Cha zignorowała jego słowa i złapała w garść włosy porastające głowę Gogleskanina.

— Przestań się szarpać — powiedziała błagalnym tonem. — Marnujesz siły. Umrzesz, a dziecko razem z tobą. Uspokój się. Nie jestem wrogiem, jestem twoim przyjacielem.

Wołanie nie ustawało, a Sommaradvanka zachodziła w głowę, jakim cudem tak niewielka istota może robić podobny hałas, ale aktywność fizyczna jakby zmalała. Czy Khone słabł po prostu, czy może zaczynał nad sobą panować? Nagle ujrzała, jak długie, białe wyrostki unoszą się nad pokrywę włosów i wyrastają coraz wyżej. W końcu dotknęły jej głowy. Cha omal nie krzyknęła.

Niełatwo było zostać przyjacielem Khone’a. O wiele trudniej niż jego wrogiem.

Rozdział czternasty

Cha Thrat ogarnął strach, jakiego wcześniej nie znała. Strach przed wszystkim, co nie jest z nią połączone dla walki i obrony. I jeszcze wściekłość, ślepa furia, która przytłumiła lęk. Pojawiły się wspomnienia z bolesnej przeszłości, a wraz z nimi obrazy wszystkich bolesnych chwil, jakie przeżyła na Sommaradvie, Goglesk czy w Szpitalu. Było w nich jednak coś nowego, jak choćby przerażenie wyglądem Prilicli, którego przecież nigdy wcześniej się nie bała, czy smutek po utracie partnera, który był ojcem dziecka Khone’a. Wszelako nie było w tym strachu przed przerośniętą lalką, która próbowała udzielić pacjentowi pomocy.

Mimo bólu, przerażenia i tylu obcych myśli szybko zrozumiała, co się dzieje — Khone połączył się z nią.

Teraz wiedziała, jak to jest być Gogleskaninem. Świat obcego jawił się jako bardzo prosty, wyróżniał on tylko połączonych z nim przyjaciół i wrogów. Miała ochotę zniszczyć wszystko w pomieszczeniu, a potem zburzyć cienkie ściany i pociągnąć Khone’a za sobą, aby pomógł jej w dziele destrukcji. Rozpaczliwie próbowała odzyskać kontrolę nad sobą i opanować napływające z zewnątrz impulsy.

Przebiegło jej przez głowę, że być może wcześniejsze złapanie Gogleskanina za włosy zasugerowało mu, że ona też dąży do połączenia i że tym samym jest jego potencjalnym sojusznikiem.

Jestem Cha Thrat, pomyślała. Na Sommaradvie byłam wojownikiem — chirurgiem, teraz pracuję jako technik w Szpitalu Kosmicznym Sektora Dwunastego. Nie jestem Gogleskaninem i nie przybyłam tutaj, aby łączyć się z kimkolwiek czy niszczyć…

Niemniej do połączenia już doszło. W jej głowie pojawiły się wspomnienia innych, o wiele tragiczniejszych w skutkach zdarzeń.

Wydawało jej się, że stoi w unoszącym się nieco nad ziemią pojeździe i patrzy na scenę zdarzeń. Obok stał Wainright. Ostrzegał, że Gogleskanie znajdują się niebezpiecznie blisko, że lepiej będzie odlecieć i że nie można im pomóc. Z jakiegoś powodu zwracał się do niej „doktorze”, a niekiedy nawet „sir”. Czuła się winna, bo wiedziała, że to przez nią doszło do połączenia. Próbując nieść pomoc ofierze katastrofy budowlanej, dotknęła jej ciała. Widziała też połączonego z innymi Gogleskanami Khone’a i nie rozumiała jego zachowania. Ale w tym samym czasie była też Khone’em i wiedziała doskonale, co się dzieje.

Z budynków, z pokładów zacumowanych w porcie statków i nadrzewnych schronień nadbiegali ciągle nowi tubylcy, którzy przyłączali się do tłumu, aż zmienił się on w wielki, najeżony kolcami dywan ciał. Większe gmachy opełzał, mniejsze równał z ziemią, jakby w ogóle nie wiedział, co robi. Po jego przejściu zostawały tylko zgliszcza, a wśród nich wraki pojazdów i ciała martwych zwierząt. Nawet jeden przewrócony statek. Po paru chwilach grupa przemieściła się w głąb lądu, aby i tam nieść zniszczenie, które było w gruncie rzeczy formą obrony przed prehistorycznym wrogiem.

Mimo obezwładniającego strachu przed nie istniejącym wrogiem Cha próbowała podejść logicznie do nowego doświadczenia. Przypomniała sobie wszystko, co usłyszała od O’Mary o taśmach edukacyjnych. Teraz rozumiała, jak może się czuć lekarz z zapisem obcej osobowości w głowie. Zastanowiła się, czy na pewno pozostanie po tym normalna. Może fakt, że Khone jest obecnie — tak jak ona — rodzaju żeńskiego, ułatwi nieco sprawę?

Z wolna jednak docierało do niej, że nie chodzi tylko o Khone’a. Obraz obserwowanego z góry połączenia pochodził z umysłu innej jeszcze osoby. Podobnie jak wspomnienia ze statku szpitalnego i różnych akcji jego załogi, a niekiedy nader rozbudowane sceny ze Szpitala. Czyżby O’Mara miał rację? Czyżby oszalała i pogrążała się z wolna w świecie fantasmagorii?

Ale przecież szaleństwo jest zwykle ucieczką od bolesnej rzeczywistości w świat, który byłby mniej dokuczliwy, a tutaj było inaczej.

Nagle zrozumiała, co się dzieje. Khone podzielił się z nią umysłem tak samo, jak wcześniej połączył się z kimś innym…

Conway!

Od dłuższej chwili słyszała w słuchawkach głos Prilicli, lecz nie potrafiła odróżnić i zrozumieć pojedynczych słów. Przeładowany umysł odmawiał współpracy. Nagle jednak poczuła płynące od empaty ciepło, życzliwość i spokój. Ból i zagubienie zmalały nieco i zaczęła rozumieć, co do niej mówią.

— Cha, przyjaciółko, odpowiedz, proszę. Przez kilka ostatnich minut trzymasz kurczowo sierść pacjenta i trwasz nieruchomo, nie odpowiadając na wezwania. Jestem nad tobą i twoje emocje, które odbieram, bardzo mnie niepokoją. Co się stało? Zostałaś użądlona?

— Nie — odparła drżącym głosem. — Nie cierpiałam fizycznie. Jestem przerażona i zagubiona, a pacjent…

— Wyczuwam, co się z tobą dzieje, Cha. Naprawdę, nie ma powodów do niepokoju. Nie masz się czego wstydzić. Już teraz zrobiłaś więcej, niż można było od ciebie oczekiwać. Zbyt łatwo zgodziliśmy się na twój udział w operacji. Możemy stracić pacjenta. Wycofaj się, proszę, i pozwól mi wymyślić coś innego…

— Nie — odparła Cha Thrat. Ciało Khone’a drżało pod jej rękami. Wciąż była połączona z nim telepatyczną więzią i Gogleskanin odbierał momentalnie wszystko, co słyszała, odczuła czy pomyślała. Pomysł, aby obcy potwór miał go operować, wcale mu się nie spodobał, zarówno z medycznych, jak i czysto osobistych powodów. — Dajcie mi chwilę. Zaczynam odzyskiwać panowanie nad sobą.

— Dobrze. Ale pospiesz się.

Paradoksalnie to jej partner szybciej doszedł do siebie. Mając praktykę w walce z cierpieniem, lękami i tęsknotami, nauczył się, jak przy tylu przeciwnościach wykroić czasem dla siebie nieco szczęścia.

— Bardziej wybiórczo! — podpowiedział jej, gdy nie mogła się opędzić przez wizjami monstrualnych pacjentów, którymi zajmował się kiedyś Conway. — Sięgaj tylko po to, co użyteczne.

Dysponowała całą swoją pamięcią, a także pamięcią gogleskańskiego uzdrawiacza oraz wspomnieniami z połowy życia lekarza ze Szpitala. Wraz z nimi pojawiły się olbrzymia wiedza i doświadczenie. Tym bardziej więc nie potrafiła się pogodzić z myślą, że przypadek Khone’a należy do beznadziejnych. Gdzieś w tym oceanie danych powinno się znaleźć coś, co… I rzeczywiście, po jakimś czasie zaświtał jej pewien pomysł.

— Myślę, że obejdzie się jednak bez interwencji chirurgicznej — powiedziała po chwili. — Pacjent zapewne by jej nie przeżył.

— Co ona sobie myśli? — odezwała się ze złością Murchison. — Kto prowadzi tę operację? Prilicla, przywołaj ją do porządku.

Cha Thrat mogłaby odpowiedzieć na oba pytania, ale wolała milczeć. Wiedziała, że przy obecnym statusie nie ma prawa do podobnych stwierdzeń. I tak już odezwała się zbyt autorytatywnie. Ale z drugiej strony nie było czasu na długie wyjaśnienia i uprzejme wstępy. Lepiej byłoby zostawić całą kwestię w spokoju i niechby nawet Murchison uwierzyła po prostu, że Sommaradvanka jest zarozumiała…

— Wyjaśnij — powiedział Prilicla.

Cha odmalowała pokrótce obraz kliniczny i dodatkowo pogarszający się z powodu połączenia stan pacjenta. Wspomniała, że Khone jest obecnie zbyt słaby, żeby znieść cesarskie cięcie, a była tego całkowicie pewna, gdyż opierała swój sąd nie tylko na własnym doświadczeniu, ale i na tym, co myślał Gogleskanin. Tego ostatniego wszelako nie powiedziała głośno. Oświadczyła tylko, że emocjonalne reakcje Khone’a zdają się wspierać jej przypuszczenia.

— Tak — potwierdził empata.

— FOKT — owie należą do jednej z niewielu ras zdolnych wypoczywać w postawie wyprostowanej, chociaż potrafią też się położyć. Ponieważ gatunek rozwinął się w oceanie, przywykł do działania sił grawitacji przede wszystkim wzdłuż osi pionowej, podobnie jak Hudlarianie, Tralthańczycy czy Rhenithi. Przypominam sobie przypadek Tralthańczyka sprzed paru lat. Był analogiczny do obecnego i zdecydowano się wtedy…

— Nie mogłaś usłyszeć o nim od Cresk — Sara — wtrąciła się Murchison. — Na wykładach nie mówi się o przypadkach, w których omal nie doszło do tragedii. W każdym razie nie na pierwszym roku.

— Sama wyszukiwałam materiały w trakcie nauki — skłamała Cha.

Prilicla na pewno wyczuł oszustwo, ale nawet on nie wiedział, czego dokładnie dotyczy.

— Opisz, co proponujesz — zażądał.

— Nim zacznę, zdejmijcie owiewkę z noszy i ustawcie moduły grawitacyjne tak, aby działały w przeciwnych kierunkach. Poprawcie mocowania, żeby pasowały na ciało pacjenta i utrzymały go nawet przy przeciążeniu rzędu trzech g w obu kierunkach. Wyprowadźcie sondę na korytarz, żebym mogła wejść po niej na dach. Proszę, pospieszcie się. W trakcie przenosin wyjaśnię wam, o co chodzi.

Tuląc półprzytomnego Gogleskanina i pilnując, aby nie zerwać z nim kontaktu, wspięła się niezgrabnie na dach. Prilicla unosił się nad nią pełen trwogi, Naydrad narzekała, że jej nosze na pewno nie dadzą się potem naprawić, a Murchison przypominała ciągle, że przecież mają ze sobą technika. Albo kogoś w tym rodzaju.

Sommaradvanka nadal obejmowała Khone’a, podczas gdy Naydrad przypasywała go do legowiska, a Murchison podawała mu tlen. Upewniła się, że pacjent ma w polu widzenia ekran skanera, którego ona, skurczona obecnie w niewygodnej pozycji, nie mogła dostrzec, i dała sygnał, aby zaczynać.

Poczuła, że jej głowa i górne kończyny odciągane są na bok, i utrzymanie równowagi stało się jeszcze trudniejsze, gdyż dolna część tułowia i nogi pozostawały poza sztucznym polem grawitacyjnym. Niemniej Khone był teraz poddawany podwójnemu ciążeniu.

— Puls nieregularny — zameldował nagle Prilicla. — Rośnie ciśnienie krwi w czaszce, ciężki oddech. Mamy lekkie przemieszczenie organów w klatce piersiowej, a płód się nie poruszył.

— Mam zwiększyć moc do czterech g? — spytała | Naydrad.

— Nie — odpowiedziała Cha, chociaż pytanie nie było I skierowane do niej, tylko do empaty. — Zacznij zmieniać raptownie wektor. Musimy wytrząsnąć juniora.

Teraz jeszcze rzucało nią na boki, podczas gdy pacjent doznawał tego samego w pionie. Nadal trzymała go kurczowo, chociaż z wolna zaczęły ją nachodzić mdłości. Całkiem jak w dzieciństwie, kiedy cierpiała na chorobę lokomocyjną.

— Dobrze się czujesz, przyjaciółko Cha? — spytał Prilicla. — Mamy przerwać?

— A mamy czas?

— Nie — odparł empata, po czym krzyknął: — Płód się poruszył!

— Odwróć wektor i daj ciągłe dwa g — rzuciła Cha, stawiając w ten sposób Khone’a na głowie.

— Zwiększa się nacisk na górną część macicy. Płód przestał uciskać nerwy i arterie. Mięśnie zaczynają się kurczyć rytmicznie…

— Wystarczająco, aby wypchnąć płód?

— Nie. Są zbyt osłabione. Poza tym płód nie jest jeszcze optymalnie ułożony.

Cha Thrat zaklęła w dziwnym, nie znanym jej do teraz języku.

— Możemy ustawić płód za pomocą zmian pola grawitacyjnego…

— To potrwa — wtrąciła Naydrad.

— Nie mamy już na to czasu — powiedział Prilicla. — I tak dziwi mnie, jakim cudem przyjaciel Khone jest jeszcze z nami.

Nie poszło im nawet w przybliżeniu tak dobrze jak w przypadku tralthańskiego porodu. Małą pociechą był fakt, że tym razem chodziło o formę życia, dla której nie istniały jeszcze żadne sprawdzone techniki leczenia. Umysł Khone’a przestał już reagować, nie było więc nawet jak go przeprosić…

— Nie zadręczaj się, Cha — powiedział drżący jak liść Cinrussańczyk. — Nikt z nas nie zrobiłby więcej niż ty i nie ma powodu cię winić. To, co obecnie czujesz, bardzo mnie niepokoi. Pamiętaj, że nie jesteś nawet członkiem zespołu medycznego, a więc nie ponosisz odpowiedzialności za przebieg zdarzeń… O czym pomyślałaś?

— Oboje wiemy, że pewną odpowiedzialność jednak ponoszę — powiedziała tak cicho, że tylko Prilicla ją usłyszał. — A co do reszty… tak, pomyślałam o czymś. Naydrad, potrzebujemy gwałtownego pchnięcia o mocy jednego g — oznajmiła głośniej. — Tyle, żeby płód się poruszył. Danalta, powłoka mięśni wokół macicy jest dość cienka, a obecnie także zwiotczała. Zdołasz wytworzyć odpowiednie kończyny? Prilicla powie ci, jakiego powinny być kształtu i wielkości. Za pomocą skanera podprowadzi cię tak, byś ułożył płód we właściwej pozycji. Murchison, pomożesz go wyciągnąć, gdy już się pokaże? Sama nie mogę nic zrobić — dodała tytułem przeprosin. — Na razie lepiej będzie, jeśli zachowam możliwie najbliższy fizyczny kontakt z pacjentem. Myślę, że nawet nieprzytomny wiele dzięki temu zyskuje.

— Dobrze myślisz — potwierdził empata. — Ale czas nam się kończy, przyjaciele. Działajmy.

Naydrad pilnowała, aby płód nie zablokował się w macicy, Danalta zaś wypuścił szereg odnóży, które miały potem śnić się Cha Thrat wiele nocy, i zaczął tak naciskać nimi i ciągnąć, aby ustawić go w optymalnej pozycji. Sommaradvanka próbowała tymczasem przebić się do nieprzytomnego umysłu przyjaciela.

Będzie dobrze! — powtarzała. Przeżyjesz i ty, i dziecko. Trzymaj się, proszę, i nie umieraj! Nie rób mi tego!

Wszystko ginęło jednak niczym w ciemnej, bezdennej otchłani. Przez chwilę zdawało jej się, że coś wyczuwa, ale była to chyba tylko projekcja jej pragnień. Na ile mogła, odwróciła głowę. Wciąż nie chciała zrywać z siebie jasnych wyrostków, ale bardzo brakowało jej widoku ekranu skanera.

— Jest już w optymalnej pozycji — oznajmił nagle Prilicla. — Danalta, teraz niżej. Gdy znowu poczujesz, że się obraca, zacznij przeć. Naydrad, daj stałe dwa g!

Na chwilę zapadła cisza mącona jedynie falującym z lekka jazgotem zagłuszarek. Widocznie ich akumulatory zaczynały się wyczerpywać. Czas uciekał. Wszyscy skoncentrowani byli na Gogleskaninie. Nawet Prilicla wpatrywał się w ekran skanera tak intensywnie, że niezbyt był w stanie opisać, co widzi.

— Jest głowa! — zawołała w pewnym momencie Murchison. — Sam wierzchołek. Jednak skurcze są bardzo słabe, prawie nic nie dają. Nogi maksymalnie rozwarte, lecz płód przesuwa się przy każdym skurczu tylko kawałek i znowu się cofa. Sugeruję operacyjne powiększenie ujścia, aby…

— Żadnej chirurgii — zaprotestowała zdecydowanie Cha. Nawet gdyby pacjent przetrwał taki zabieg, sam fakt operacyjnego naruszenia jego cielesności mógłby spowodować poważną traumę. Poza tym problemem byłoby również zmienianie opatrunków u kogoś, kto normalnie nigdy nie pozwoli się dotknąć. Wprawdzie fizyczny i mentalny kontakt z Conwayem oraz Cha Thrat bardzo zmienił Gogleskanina, jednak daleko było jeszcze do istotnej zmiany jego uwarunkowań.

Na razie Cha nie miała jak wyjaśnić tego wszystkiego, Murchison spojrzała więc wyczekująco na Priliclę. Ten zadrżał niczym liść, ale nic nie powiedział.

— Lepiej będzie wesprzeć naturalny proces — odezwała się Cha. — Naydrad, daj znowu zmienny wektor, tym razem o wartości trzech g. Na początek pięć impulsów. Obserwujcie, czy nie ma poważniejszych przemieszczeń organów wewnętrznych. Ten gatunek nie był nigdy wystawiany na większe przeciążenia…

— Widzę już całą głowę! — przerwała jej Murchison. — I ramiona. Mam go!

— Naydrad, utrzymuj trzy g do końca porodu, a potem daj normalne ciążenie — powiedziała szybko Cha. — Murchison, umieść noworodka obok wyrostków, tuż przy mojej głowie. Sądzę, że dla Khone’a kontakt z potomkiem może znaczyć o wiele więcej niż kontakt ze mną.

Ujrzała, jak wyrostki Gogleskanina owijają się odruchowo wokół małej postaci. Dla niej było to coś w rodzaju oślizłego potworka, chociaż według gogleskańskich kryteriów noworodka trudno było nazwać inaczej niż pięknym. Ostrożnie uniosła głowę i rozluźniła macki wczepione w futro przyjaciela.

— Dobrze się domyślasz, Cha — powiedział Prilicla. — Pacjent jest wprawdzie nadal nieprzytomny, ale wraca z wolna do równowagi emocjonalnej.

— Chwilę… — odezwała się z niepokojem Murchison. — Z tego co słyszeliśmy, wynika, że do poprawnej opieki nad noworodkiem musi być przytomny. Nie wiemy zupełnie, co…

Przerwała, ujrzawszy, że Cha, która wiedziała już wszystko co trzeba, bierze się do pracy. Sommaradvanka nie wyjaśniła niczego, bo nie chciała kłamać, a wyjaśnienia konieczne w obecnej, naprawdę bardzo skomplikowanej sytuacji zabrałyby za wiele czasu.

Poczekała więc tylko na odcięcie i przewiązanie pępowiny, a potem pomogła ułożyć wygodniej nogi Khone’a.

— Nasze gatunki są dość podobne — stwierdziła. — Poza tym istoty płci żeńskiej zawsze potrafią w takich chwilach kierować się instynktem.

Murchison pokręciła z powątpiewaniem głową.

— Widać twoje instynkty są silniejsze i bardziej komunikatywne niż moje.

— Przyjaciółko Murchison — wtrącił się Prilicla. Jego głos brzmiał dziwnie wyraźnie, ale ze wszystkich zagłuszarek działały już tylko dwie. — Jeśli pozwolisz, o instynktach podyskutujemy innym razem. Przyjaciółko Naydrad, załóż z powrotem owiewkę noszy, włącz ogrzewanie na trójkę i podaj do wnętrza tlen. Obserwuj, czy nie ma objawów opóźnionego wstrząsu. Stan emocjonalny sugeruje pełne otępienie, ale jest stabilny. Pacjentowi nic w tej chwili nie grozi, krążenie wróciło do normy, lecz wszyscy odetchniemy dopiero wtedy, gdy Khone znajdzie się w pokładowym module intensywnej opieki. Pospieszcie się. Wszyscy oprócz Cha. Z tobą chciałbym porozmawiać na osobności.

Naydrad odprowadziła nosze wspomagana przez Danaltę i Wainrighta. Murchison została z tyłu. Wyraz jej okrytej rumieńcem twarzy był obecnie dla Cha Thrat całkiem czytelny.

— Nie bądź dla niej za surowy, Prilicla — powiedziała patolog. — Myślę, że zrobiła kawał dobrej roboty, nawet jeśli chwilami zapominała, kto tu jest przełożonym. Chcę przez to powiedzieć, że wraz z przeniesieniem Cha do działu utrzymania pion medyczny naprawdę sporo stracił.

Zaraz potem Murchison odwróciła się raptownie i podążyła za noszami. Cha spoglądała na to z trzech punktów widzenia i miotały nią nader różne uczucia. Dla niej Murchison była po prostu samicą DBDG, istotą niewielką i mało atrakcyjną. Z gogleskańskiej perspektywy jawiła się jako kolejny potwór, przyjazny wprawdzie, ale i tak przerażający. Za to z ziemskiego punktu widzenia…. Tutaj Murchison była znaną od wielu lat, wysoce inteligentną kobietą, która w swej specjalności ustępowała jedynie Thornnastorowi. Kimś życzliwym, miłym, uczciwym, pięknym i atrakcyjnym seksualnie. Niektóre z tych cech już zademonstrowała, niemniej pociąg fizyczny, który owładnął nagle Cha Thrat, był czymś tak dziwnym i obcym, że w połączeniu z nader intymnymi wspomnieniami omal nie skłonił gogleskańskiej części jej osobowości do wezwania pomocy.

Murchison była kobietą, podobnie jak Cha, nie było więc między nimi miejsca na takie zauroczenia, szczególnie wobec zasadniczych różnic gatunkowych. Próba podążenia w tym kierunku niechybnie musiałaby doprowadzić do szaleństwa. Sommaradvanka przypomniała sobie rozmowę o taśmach edukacyjnych i doświadczenia towarzyszące przyjmowaniu zapisów Kelgian, Tralthańczyków czy Melfian.

Chociaż… to nie były jej wspomnienia. Ona jest i pozostanie tą samą Cha Thrat. Gogleskanin i Ziemianin, którzy zajmowali część jej umysłu, byli tylko gośćmi, chociaż jeden z nich okazał się kłopotliwy, przynajmniej jeśli chodziło o myśli związane z Murchison. Nie mogła jednak pozwolić, aby zmąciło to jej odczucia. Trudno było w ogóle dopuszczać inną możliwość.

Gdy budząca osobliwy niepokój patolog zniknęła w oddali, Cha poczuła się znacznie lepiej.

— Przypuszczam, że nadeszła pora na natarcie uszu niesubordynowanemu technikowi — odezwała się do Prilicli.

Empata przysiadł na daszku nad wejściem do domu Khone’a, tak więc ich oczy były teraz na jednym poziomie.

— Doskonale panujesz nad swoimi emocjami, Cha. Gratuluję. Jednak się mylisz. Po prostu coś zauważyłem. Sposób, w jaki zaczęłaś używać idiomów z języka ludzi oraz w jaki poradziłaś sobie podczas operacji, pozwala mi przypuszczać, co się z tobą stało. W tej chwili tylko głośno myślę, rozumiesz. Nie masz obowiązku niczego komentować. Po prawdzie, nawet nie powinnaś tego robić. Jeśli o mnie chodzi, wolę żyć w nieświadomości.

Empata bez wątpienia wszystko wiedział, o domysłach zaś napomykał tylko z uprzejmości. Był praktycznie pewien, że Cha wymieniła się umysłem z Khone’em i że z tego właśnie wynikały jej trafne decyzje podczas operacji. Na dodatek wiedział także, z kim wcześniej Khone miał równie bliski kontakt, a tym samym nie mógł czuć się urażony autorytatywnym zachowaniem Cha. Koniec końców Diagnostyk znaczył więcej niż starszy lekarz, nawet jeśli znajdował się akurat w umyśle podwładnego. Gdyby inni członkowie zespołu znali prawdę, podeszliby do sprawy podobnie.

Ale na razie nie mogli jej poznać. Sprawa musiała poczekać do chwili, gdy Cha znajdzie się znowu bezpiecznie w tunelach Szpitala.

— Z obecnej emanacji emocjonalnej wnoszę, że naszły cię mocno konfundujące myśli o podtekście seksualnym — powiedział Prilicla. — Zastanów się jednak, co poczułaby Murchison, gdyby wiedziała, że ty patrzysz na nią tak samo jak jej partner. Gdyby jeszcze inni się domyślili, ich odczucia byłyby dla mnie nader przykre, jeśli nie bolesne.

— Rozumiem — odparła Cha.

— Patolog Murchison jest naprawdę inteligentną osobą i z czasem sama pojmie, co się stało, albo dowie się tego od Khone’a. Dlatego też przy pierwszej okazji postaram się wyjaśnić naszemu przyjacielowi złożoność i delikatność zaistniałej sytuacji i poprosić go o milczenie w tej sprawie. Poza tym nasz przyjaciel Khone ma teraz w głowie również twoje myśli i wspomnienia, Cha Thrat.

Przez chwilę Sommaradvanka nie mogła wykrztusić ani słowa. Umysł uzdrawiacza zdominował jej myśli falą strachu, ciekawości i rodzicielskiej troski.

— Czy Khone odzyska sprawność umysłu? Będzie mógł mówić? — spytała.

— Mam wrażenie, że zarówno on, jak i jego potomek dojdą w pełni do siebie — rzekł Prilicla, potrząsając rozwijanymi już do lotu skrzydłami. — Na razie jednak, jeśli nie skończymy zaraz tej rozmowy, pozostali zaczną się zastanawiać, co my tu robimy, i dojdą do wniosku, że garbuję ci skórę.

Sam pomysł, że Prilicla mógłby komuś wyrządzić krzywdę, był na tyle kuriozalny, iż wszystkie trzy osobowości uznały go za zabawny. Cha roześmiała się głośno. Owiewana podmuchem skrzydeł empaty ruszyła ku reszcie grupy.

— Niemniej rozumiesz, przyjaciółko Cha, że O’Marze będziemy musieli o tym powiedzieć — dodał Prilicla z drżeniem. Wiedział, że ta informacja nie sprawi jej radości.

Rozdział piętnasty

Do chwili, w której przeniesiono ich do specjalnego pomieszczenia na Rhabwarze, obaj pacjenci odzyskali już przytomność i zaczęli głośno posykiwać. Dźwięki wydawane przez juniora nie poddawały się tłumaczeniu, to zaś, co mówił Khone, wahało się od wyrazów wdzięczności po ciągłe zapewnienia, że czuje się naprawdę dobrze. Jego słowa znajdowały potwierdzenie w odczytach czujników, co więcej, podobnego zdania był też Prilicla. Oddzielony od potwornych istot przezroczystą ścianą Khone był już na tyle w formie, że z chęcią rozmawiał z każdym, kto tylko się zjawił.

W grupie tej byli również członkowie personelu pokładowego, którzy za zgodą kapitana Fletchera zostawiali na chwilę stanowiska na mostku czy w maszynowni, aby pogratulować pacjentowi i wypowiedzieć kilka oczywistych kłamstw na temat tego, jak bardzo junior podobny jest do rodzica. Był to potomek płci męskiej o nieco wyższej niż przeciętna masie ciała. Mimo sugestii Prilicli, że Gogleskanin potrzebuje teraz przede wszystkim odpoczynku, w izolatce zapanowała atmosfera bliska wrzawie przyjęcia urodzinowego.

Wszystko jednak zmieniło się wraz z przybyciem kapitana Fletchera, który wypytał skrótowo Khone’a o zdrowie, a potem zwrócił się do Prilicli.

— Trzeba podjąć pewną decyzję — powiedział. — A dokładniej, to wy musicie ją podjąć. Kilka minut temu otrzymaliśmy ze Szpitala wiadomość o wykryciu w tym sektorze sygnału boi alarmowej. Statek, który uległ awarii, znajduje się pięć godzin lotu nadprzestrzennego od nas. Wszystko wskazuje na to, że chodzi o boję innego typu niż używany powszechnie w obrębie Federacji, możliwe zatem, że ofiarami są istoty nie znanego nam dotąd gatunku. To dodatkowo utrudnia ocenę długości akcji ratunkowej, wątpię jednak, aby potrwała ona tylko kilka godzin. Stawiałbym raczej na parę dni. Stąd moje pytanie: Czy pacjenci wymagają szybkiej hospitalizacji? Czy powinniśmy odstawić ich do Szpitala już teraz, a potem ruszyć z misją ratunkową, czy też mogą lecieć z nami?

Decyzja nie była łatwa, bo chociaż obaj pacjenci mieli się doskonale, to niewiele było wiadomo o możliwych wciąż jeszcze komplikacjach. Wywiązała się ożywiona, ale z konieczności krótka dyskusja, którą nieoczekiwanie przerwał sam Khone.

— Spokojnie, przyjaciele — powiedział, wykorzystując jedną z chwil ciszy. — Mogę was zapewnić, że rekonwalescencja poporodowa trwa u nas niedługo i że wspomniane opóźnienie w żaden sposób nam nie zagrozi. Poza tym i tak mamy tu o wiele troskliwszą opiekę, niż moglibyśmy znaleźć gdziekolwiek na Goglesk.

— Zapominasz o czymś — odezwała się Murchison. — Możliwe, że trafimy na katastrofę i ofiary, istoty należące do całkiem nowej rasy. Nie wiadomo, jak będą wyglądać, i czy nie przerażą nawet nas, o pewnym Gogleskaninie, który pierwszy raz opuścił swoją planetę, nawet nie mówiąc.

— Może i przerażą — mruknął Khone. — Ale na pewno będą w gorszej kondycji niż ja.

— Dobrze — powiedział Prilicla, spoglądając na kapitana. — Nasz przyjaciel Khone przypomniał nam chyba o priorytetach, o których sami winniśmy pamiętać. Proszę przekazać Szpitalowi, że Rhabwar odpowie na wezwanie.

Fletcher niezwłocznie odszedł na mostek.

— Teraz dobrze będzie zjeść coś i nieco się przespać, bo kto wie, kiedy znowu będziemy mieli po temu okazję — rzekł empata. — Moduł medyczny sam monitoruje stan pacjentów, więc gdyby coś było nie tak, zaraz podniesie alarm. Oni też zresztą potrzebują odpoczynku, którego nie zaznają, jeśli ktokolwiek będzie tu zaglądał. Wszyscy zatem spać, proszę. Spokojnych snów, przyjacielu Khone.

Odleciał wdzięcznie, znikając w centralnym szybie, w kierunku jadalni i pokładu rekreacyjnego. Wkrótce potem, w bardziej tradycyjny sposób, poszli w jego ślady Naydrad, Danalta, Murchison i Cha Thrat. Patolog zatrzymała się jeszcze na chwilę i położyła dłoń na jednej ze środkowych kończyn Sommaradvanki.

— Poczekaj, proszę — powiedziała. — Chciałabym z tobą porozmawiać.

Cha zamarła, ale nie odezwała się ani słowem. Dotyk drobnej, różowej dłoni i widok pulchnej twarzy wywołały w niej całkiem obce Sommaradvance, a nawet istocie płci żeńskiej, odczucia. Powoli, aby nie urazić Murchison, uwolniła mackę i przywołała się do porządku.

— Obawiam się nieco tej misji ratunkowej, Cha — powiedziała patolog. — A dokładniej wrażenia, jakie mogą zrobić na tobie ofiary. Takie rany bywają dość paskudne. Mało kto zresztą zostaje wtedy przy życiu, zwykle trafiamy tylko na zmiażdżone i rozerwane wskutek dekompresji ciała. Jak cię znam, będziesz próbowała się wtrącać, jednak tym razem musisz naprawdę postarać się zachować dystans.

Cha nie zdążyła nawet odpowiedzieć, gdy Murchison znowu się odezwała.

— Rewelacyjnie sprawiłaś się przy Khonie. Wprawdzie nie wiem za bardzo, jak ci się to udało, ale ważne, że miałaś szczęście. Jak byś się czuła, gdyby oboje albo któreś z nich zmarło? Co ważniejsze, co byś wówczas zrobiła?

— Nic — odparła Cha, starając się przekonać samą siebie, że wyraz twarzy obcej istoty oznacza przyjazną troskę przełożonej o podwładną i że nie ma w nim nic osobistego. — Czułabym się bardzo źle, ale na pewno nie dokonałabym samookaleczenia. Zasady etyczne chirurga — wojownika są jednoznaczne, ale nawet na Sommaradvie zdarzają się lekarze, którzy traktują je o wiele swobodniej niż ja. Niejednokrotnie dawali mi odczuć, jak bardzo nie w smak im moja zasadniczość. Nie porzucam jej, ale w Szpitalu i na Goglesk całkiem inne zasady uznawane są za najważniejsze. Stąd zmiana w naszym podejściu…

Przerwała, uświadomiwszy sobie, że mimowolnie użyła liczby mnogiej, ale Murchison chyba niczego nie spostrzegła.

— Nazywamy to poszerzeniem horyzontów — stwierdziła patolog. — Cieszę się, że tak to widzisz, Cha. Szkoda, że… jak mówiłam, moim zdaniem marnujesz się jako technik. Ale przełożeni mieli z tobą sporo kłopotów, a po ostatnim incydencie nie widzę kogokolwiek, kto zaakceptowałby cię na swoim oddziale. Może jednak z czasem sprawa przycichnie na tyle, że nikt nie będzie ci tego pamiętał. Wtedy chętnie porozmawiam z kilkoma osobami o przeniesieniu cię na powrót do korpusu medycznego. Co o tym sądzisz?

— Byłabym wdzięczna — odpowiedziała, szukając gorączkowo sposobu, aby zakończyć wreszcie tę rozmowę z kimś, kto był dla niej nie tylko życzliwym i pełnym zrozumienia obcym, ale także obiektem całkiem innych westchnień. Niestety, był to problem, który zapewne mogły rozwiązać tylko zaklęcia O’Mary. — Przepraszam, ale jestem też bardzo głodna — dodała pospiesznie.

— Głodna! — zdumiała się Murchison. Wchodząc do szybu, roześmiała się nagle. — Wiesz, Cha, niekiedy bardzo przypominasz mi mojego partnera.

Sommaradvanka położyła się po posiłku, ale nie mogła usnąć. Po paru godzinach wiercenia się na posłaniu wstała i poszła sprawdzić, czy system podtrzymywania życia i syntetyzator żywności w izolatce Khone’a działają jak należy. Gogleskanin również nie spał. Porozmawiali trochę cicho podczas karmienia noworodka. Potem pacjenci zasnęli, a ona siedziała tylko, wpatrując się w skomplikowane urządzenia na pokładzie medycznym. W nocnym oświetleniu robiły niesamowite wrażenie. Tak zamyśloną znalazł ją Prilicla.

— Rozmawiałaś z naszym przyjacielem? — spytał, unosząc się nad oboma Gogleskanami.

— Tak. Zgodził się z twoją sugestią. Nie chce sprawiać kłopotu.

— Dziękuję, przyjaciółko Cha. Czuję, że inni się już budzą i niebawem do nas dołączą. Jeszcze trochę, a będziemy…

Przerwał mu podwójny sygnał zwiastujący wyjście do normalnej przestrzeni. Kilka minut później odezwał się pełniący służbę na mostku porucznik Haslam.

— Czujniki dalekiego zasięgu wykryły duży statek.

Brak śladów podwyższonego promieniowania, rozpraszającej się chmury szczątków czy innych znaków katastrofy. Jednostka wiruje wokół podłużnej osi, stwierdzamy też powolne koziołkowanie. Kierujemy teleskop na znany nam namiar. Zaraz przekażemy obraz na ekran.

W centrum pojawił się wąski, lekko rozmazany trójkąt. Haslam wyostrzył obraz i obiekt zmalał.

— Przygotować się na maksymalny ciąg za dziesięć minut — powiedział. — Degrawitatory na trzy g. Powinniśmy podejść do niego za niecałe dwie godziny.

Cha i Khone patrzyli na ekran razem z resztą ekipy medycznej. Prilicla aż dygotał od ich zniecierpliwienia. Byli tak gotowi do działania, jak to tylko możliwe. Z dalszymi przygotowaniami musieli wszakże poczekać do chwili, gdy będzie cokolwiek wiadomo o fizjologicznej klasyfikacji istot, które mieli ratować. Jednak do pewnych wniosków na ten temat można było dojść nawet przy obecnym dystansie.

— Komputer astrogacyjny podaje — rzekł kapitan Fletcher — że najbliższa gwiazda jest odległa o jedenaście lat świetlnych i nie ma układu planetarnego, zatem statek nie pochodzi stamtąd. Chociaż wielki, jest zbyt mały na wielopokoleniowy statek kolonizacyjny, można więc przypuszczać, że posiada napęd nadprzestrzenny podobny do naszego. Jednak nie przypomina żadnej konstrukcji znanej w obrębie Federacji. Mimo rozmiarów to czysty aerodynamicznie deltoid, jest zatem przystosowany do sterowanych lotów atmosferycznych. Techniczne i ekonomiczne problemy sprawiają, że większość ras buduje tylko małe ładowniki, większe statki kosmiczne zaś nigdy nie wchodzą w atmosferę planet i nie muszą mieć opływowych kształtów. Dwa znane wyjątki dotyczą gatunków o wielkich gabarytach.

— Wspaniale — mruknęła Naydrad. — Będziemy ratować bandę gigantów.

— Na razie to tylko spekulacje — powiedział kapitan. — Na waszym ekranie tego nie widać, ale zaczynamy rozróżniać pewne szczegóły konstrukcyjne. Ten statek nie został zbudowany przez miłośników zegar — mistrzowskiej precyzji. Postawiono raczej na prostotę. Widzimy małe osłony otworów inspekcyjnych i dwie wielkie pokrywy, które muszą być włazami. Wprawdzie możliwe, że są to tylko luki ładowni, zwykle co najmniej dwa razy większe od zwykłych wejść, jednak wiele sugeruje, że chodzi o ogromne i masywne istoty…

— Nie bój się, przyjacielu Khone — wtrącił się Prilicla. — Nawet obłąkany Hudlarianin nie przedarłby się przez to, co zbudowała dla ciebie Cha, a nasi rozbitkowie pewnie i tak okażą się nieprzytomni. Oboje będziecie tu bezpieczni.

— Pacjent jest wdzięczny za uspokojenie — powiedział Gogleskanin. — Dziękuję — dodał, zdobywając się na niebagatelny wysiłek.

— Przyjacielu Fletcher — odezwał się empata — domyślasz się jeszcze czegoś na temat owej rasy, wyjąwszy to, że zapewne chodzi o wielkie istoty, którym brakuje talentu do precyzyjnej roboty?

— Właśnie miałem o tym powiedzieć. Analiza ulatniającej się mieszanki atmosferycznej…

— Kadłub został rozhermetyzowany? — spytała zaciekawiona Cha. — Z zewnątrz czy od wewnątrz?

— Techniku! — rzucił władca statku, przypominając jej o zajmowanej pozycji. — Dla twojej informacji, niezwykle trudno jest zbudować całkiem szczelną konstrukcję do użytkowania w próżni. I znacznie praktyczniej jest dbać o stałe ciśnienie wewnątrz kadłuba, uzupełniając na bieżąco te ilości gazów, które wymkną się przez mikroszczeliny. W tym przypadku nie zaobserwowano ucieczki powietrza sugerującej poważniejszą dehermetyzację. Nie ma też żadnych oznak zderzenia ani uszkodzenia poszycia. Te ślady atmosfery, które wykryliśmy, sugerują, iż załogę tworzą ciepło — krwiści tlenodyszni żyjący w podobnym przedziale temperatur co my.

— Dziękuję, przyjacielu Fletcher — powiedział Prilicla i dołączył do pozostałych przy ekranie.

Obraz powoli obracającego się statku rósł z każdą chwilą, aż wypełnił cały ekran.

— Nie ma żadnych zniszczeń, ale wyraźnie wymknął się spod kontroli — stwierdziła Murchison. — Brak podwyższonego poziomu promieniowania wskazuje, że reaktor nie ucierpiał. Musi chodzić zatem raczej o jakąś chorobę na pokładzie. Raczej to niż wypadek. Na drugim miejscu po chorobie, którą zaraziła się cała załoga, stawiam zatrucie oparami ulatniającymi się z…

— Nie, proszę pani — przerwał jej Fletcher, który pozostał w kontakcie. — Skażenie zostałoby wykryte podczas analizy próbek atmosfery. Nie było w nich nic niepokojącego.

— Chyba że toksyny zakaziły ich wodę albo pożywienie. Tak czy owak, możliwe że nie trafimy na żadnych rozbitków i zostanie nam tylko zająć się autopsją szczątków, a resztę powierzyć Korpusowi Kontroli.

Cha Thrat wiedziała, że owa „reszta” oznaczałaby dokładne zbadanie statku i wszystkich jego systemów w celu ustalenia poziomu rozwoju technologicznego nieznanych istot oraz miejsca ich pochodzenia. Równie dokładnie zostałyby sprawdzone ślady nietechniczne, jak umeblowanie, dekoracje i dzieła sztuki, osobiste drobiazgi załogi, nagrania i wszystko, co mogłoby być pomocne w spędzaniu wolnego czasu. To pozwoliłoby dowiedzieć się sporo o sposobie życia tych istot i byłoby pomocne po ewentualnym odnalezieniu ich świata.

Wówczas wylądowałaby na nim ekipa kontaktowa Korpusu Kontroli i, podobnie jak to było na Sommaradvie, dzieje tej cywilizacji zmieniłyby się nieodwołalnie.

— Jeśli nie znajdziemy rozbitków, to już nie będzie robota dla Rhabwara — powiedział Fletcher. — Ale to sprawdzimy dopiero, wchodząc na pokład. Starszy lekarzu Prilicla, chce pan wysłać z ekipą również kogoś od siebie? Na tym etapie trafimy raczej na techniczne niż medyczne problemy. Najpierw musimy znaleźć sposób, który pozwoli dostać się do środka. Proponuję, aby razem ze mną poszli porucznik Chen oraz technik Cha Thrat. Zaraz… coś się dzieje z tym statkiem!

Cha Thrat była zdumiona, że kapitan życzy sobie jej pomocy w tak ważnej sprawie, i bardzo obawiała się, że może nie spełnić jego oczekiwań. Lękała się też tego, co może się z nimi stać, gdy wejdą do środka. Chwilowo jednak co innego przykuło jej uwagę.

Statek obracał się coraz szybciej, a z przedniej i tylnej części kadłuba oraz z końcówek trójkątnych skrzydeł wydobywały się obłoczki gazu. Cha Thrat poczuła wywołane tym widokiem mdłości. Łatwo było jej wyobrazić sobie, co musi czuć potencjalna załoga.

— Silniczki manewrowe! — zawołał Fletcher. — Ktoś próbuje ustabilizować kadłub, ale tylko pogarsza sytuację. Może rozbitek nie czuje się dobrze albo nie zna instrumentów. Ale to znaczy, że ktoś tam żyje. Dodds, jak tylko będziemy w zasięgu, opanujesz rotację i przytrzymasz statek wiązkami. Doktorze Prilicla, teraz Pańska kolej.

— Czasem dobrze jest się mylić — mruknęła pod nosem Murchison.

Cha zaczęła wkładać kombinezon. Cały czas słuchała wymiany zdań członków zespołu medycznego z Fletcherem, która bez interwencji empaty szybko zmieniłaby się zapewne w awanturę.

Jasno wynikało z niej, że o ile w sprawach pokładowych i nawigacyjnych to kapitan jest absolutnym autorytetem, o tyle w trakcie akcji ratunkowej musi dzielić się władzą z lekarzami, którzy według swego uznania decydują zarówno o wykorzystaniu środków, jak i przydziale zadań. Najtrudniej było jednak określić to miejsce, w którym kończyły się wpływy Fletchera, a zaczynały wpływy Prilicli.

Kapitan dowodził, że skoro statek jest nienaruszony, personel medyczny nie będzie potrzebny aż do wejścia na pokład, a i potem winien wykonywać jego rozkazy albo przynajmniej korzystać z jego rad. Twierdził też, że inne postępowanie będzie niepotrzebnym ryzykiem, bo trudno orzec, czy ten ranny lub chory rozbitek, który już teraz pogorszył swoją sytuację nieumiejętnym użyciem silniczków manewrowych, nie wymyśli czegoś jeszcze, na przykład nie włączy głównego napędu.

Gdyby w takiej chwili zespół medyczny znajdował się przy włazie statku, wszyscy zginęliby zmiażdżeni o płyty poszycia albo spaleni w ogniu odrzutu. Akcja ratunkowa zakończyłaby się niespodziewanie na skutek nagłego braku ratowników.

Cha uznała, że argumenty Fletchera mają swoją wagę, chociaż równocześnie przysporzyły jej nowych powodów do obaw. Jednak zespół medyczny przygotowano do udzielania możliwie najszybszej pomocy, nie chciał więc marnować czasu na asekuranckie oczekiwanie. Zanim Cha doszła do śluzy, udało się osiągnąć pewne porozumienie.

Prilicla miał wyjść z Fletcherem, Chenem i Sommaradvanką i wykorzystać czas potrzebny do otwarcia włazu na wędrówkę wzdłuż kadłuba w celu zlokalizowania rozbitków na podstawie ich radiacji emocjonalnej. Reszta ekipy medycznej otrzymała polecenie, aby czekać w gotowości i wejść do akcji po utorowaniu drogi.

Po kilku minutach oczekiwania w przedsionku śluzy pojawił się także porucznik Chen.

— O, jesteś już gotowa — powiedział z uśmiechem. — Pomóż mi przenieść sprzęt do śluzy. Kapitan nie lubi, gdy każe mu się czekać.

Podczas transportowania urządzeń z przyległego magazynku Chen całkiem swobodnie, bynajmniej nie wykładowym tonem wytłumaczył jej, co do czego służy, unikając przy tym częstego w takich sytuacjach wrażenia, że jest się przez kogoś pouczanym. Cha uznała, że oficer jest naprawdę gotową do pomocy i życzliwą osobą, która mimo swego stopnia ze zrozumieniem odniosłaby się zapewne nawet do drobnej niesubordynacji.

— Nie mam najmniejszego zamiaru krytykować władcy statku, ale jestem przekonana, że kapitan Fletcher przecenia moje techniczne umiejętności — powiedziała ostrożnie. — Szczerze mówiąc, dziwię się, że chce mnie zabrać.

Chen mruknął coś niezrozumiale.

— Nie ma w tym nic dziwnego. Ani niepokojącego — dodał.

— Niestety. To silniejsze ode mnie.

Przez kilka następnych minut porucznik opisywał jej działanie przenośnej śluzy, którą mieli zabrać ze sobą. Była to plastikowa konstrukcja, którą przyklejało się wokół włazu statku. Połączona z kołnierzem przy włazie Rhabwara pozwalała na przechodzenie między jednostkami bez konieczności wkładania strojów próżniowych.

— Nie przejmuj się, Cha — ciągnął porucznik. — Twój szef, Timmins, rozmawiał o tobie z kapitanem. Powiedział, że jesteś bardzo rozgarnięta i łatwo się uczysz, powinien więc wyszukiwać dla ciebie jak najwięcej pracy. Zrobił to głównie dlatego, że po ukończeniu kabiny dla FOKT—ów nie miałaś nic do roboty i mogłaś zacząć się nudzić. Powiedział też, że po takich historiach, jakie zdarzyły się w Szpitalu, nikt z ekipy medycznej zapewne nie dopuści cię nawet w pobliże pacjentów. — Roześmiał się nagle. — Ale teraz już wiemy, że Timmins się mylił. Nadal jednak wolelibyśmy, abyś miała zajęcie. Masz cztery razy więcej rąk niż my i trudno mi wyobrazić sobie kogoś lepszego do trzymania narzędzi. Mam nadzieję, że nie czujesz się urażona?

Pytanie zadano odbywającemu staż technikowi, a nie chirurgowi w randze wojownika, Cha absolutnie więc nie czuła się urażona.

— To dobrze. A teraz zamknij i uszczelnij hełm, sprawdź też dokładnie wszystkie połączenia. Kapitan nadchodzi.

Kilka chwil później była już na zewnątrz. Razem z dwoma Ziemianami płynęła przez próżnię w kierunku statku, który tkwił w mocnym uścisku wiązek Rhabwara. Przyhamowując moment obrotowy obcego deltoidu, statek szpitalny zyskał własny, jednak wirujące wkoło tryliony gwiazd nie powodowały u Cha mdłości, tylko niemy podziw.

Prilicla już na nich czekał. Wyszedł śluzą na pokładzie medycznym i wędrował wzdłuż kadłuba, mając nadzieję ustalić, gdzie dokładnie przebywają rozbitkowie.

Rozdział szesnasty

Kapitan odezwał się, gdy tylko stanęli prosto na szarym, nie pokrytym farbą kadłubie. Magnetyczne buty utrzymywały ich na miejscu, a kadłub Rhabwara wisiał nad nimi niczym lśniący bielą wypukły sufit.

— Istnieje wiele sposobów mocowania drzwi. Mogą się otwierać do środka albo na zewnątrz, odsuwać w pionie albo w poziomie, obracać zgodnie z ruchem wskazówek zegara albo w przeciwnym kierunku. Jeśli budowniczowie są wystarczająco zaawansowani na polu inżynierii molekularnej, drzwi mogą się otwierać nawet w płycie litego metalu. Nie spotkaliśmy jeszcze istot zdolnych stworzyć coś takiego, ale jeśli kiedyś się to zdarzy, będziemy im na pewno winni wielki szacunek.

, Jeszcze przed wstąpieniem do Korpusu Cha Thrat dowiedziała się, że Fletcher był onegdaj wykładowcą na jednej z najlepszych ziemskich uczelni i bez wątpienia najmłodszym z autorytetów w dziedzinie komparatystyki pozaziemskich technologii. Stare nawyki jeszcze go nie opuściły i nawet tkwiąc na kadłubie obcego statku, gotów był wygłosić wykład okraszony rzucanym od czasu do czasu żartem. Niezależnie od tego starał się, aby rejestratory miały co nagrywać, na wypadek gdyby nagle coś położyło kres wykładowi.

— Stoimy na wielkim włazie. Ma kształt prostokąta z zaokrąglonymi rogami. Otwiera się zatem do środka albo na zewnątrz. Czujniki podpowiadają, że pod nami znajduje się rozległa pusta przestrzeń, która może być ładownią albo śluzą osobową. Nie chodzi więc raczej o panel osłaniający jakieś urządzenia. Pokrywa włazu pozbawiona jest znaków szczególnych, można zatem oczekiwać, że mechanizm zamka został ukryty za jakimś panelem w pobliżu wejścia. Techniku, proszę o skaner.

Ponieważ ten skaner zaprojektowano z myślą o zaglądaniu w głąb metalowych urządzeń, a nie żywych tkanek, był o wiele większy i cięższy niż jego medyczny odpowiednik. Z nadmiaru zapału Cha Thrat źle obliczyła trajektorię i urządzenie uderzyło we właz, zostawiając na nim płytkie, ale długie wgniecenia. Kapitan zdołał jednak je złapać.

— Dziękuję — powiedział chłodno. — Oczywiście, nie staramy się utrzymać naszej obecności w sekrecie. Potajemne wśliznięcie się na pokład mogłoby wystraszyć rozbitków. Jeśli jacyś są, oczywiście.

— Jeszcze lepsze efekty osiągnęlibyśmy, uderzając w kadłub młotem kowalskim — dodał Chen.

— Przepraszam — powiedziała Cha.

Dwa z małych paneli kryły chowane reflektory, trzeci zaś okazał się przełącznikiem zamontowanym na jednym poziomie z płytami poszycia. Fletcher kazał im się odsunąć, po czym nacisnął dłońmi oba końce płytki. Musiał mocno się wysilić i zanim cokolwiek się stało, oderwał nawet magnetyczne przylgi od kadłuba.

Nagły prąd powietrza bijący z rozszerzającej się szczeliny cisnął go w próżnię. Cha, która miała przewagę w postaci aż czterech trzymających ją magnesów, zdołała złapać kapitana za nogę i ściągnąć go z powrotem.

— Dziękuję — powiedział Fletcher, gdy mgiełka się rozproszyła. — Wszyscy do środka. Doktorze Prilicla, proszę szybko tutaj. Otwarcie włazu musiało zostać zauważone w centrali. Jeśli jest tam choć jeden rozbitek, właśnie teraz może się poczuć zaniepokojony i włączyć silniki…

— Są rozbitkowie, kapitanie — oznajmił empata. — Jeden z nich rzeczywiście znajduje się w przedniej części kadłuba, zapewne w centrali, a reszta, zebrana w grupy, tkwi w dalszych przedziałach. W pobliżu włazu nie ma ani jednego. Z tak daleka nie mogę wyczuć ich indywidualnych emocji, jednak w ogólnym nastawieniu dominują strach, ból i złość. Szczególnie niepokoi mnie ta złość, proszę więc uważać. Ja wracam na Rhabwara po resztę zespołu medycznego.

Za pomocą skanera odnaleźli wiązki przewodów biegnących do dwóch kolejnych przełączników. Pierwszy był zablokowany, a gdy nacisnęli drugi, zewnętrzne drzwi śluzy zamknęły się za nimi. Pierwszy przełącznik odblokował się wtedy i pozwolił na otwarcie przejścia w głąb statku. Równocześnie włączyło się oświetlenie.

Fletcher wygłosił kilka uwag na temat jaskrawego, zielonożółtego światła. Analiza widma powinna powiedzieć nieco więcej na temat organów wzroku załogi oraz typu gwiazdy wschodzącej nad jej rodzinną planetą. Potem kapitan poprowadził ekipę ze śluzy na korytarz.

— Korytarz ma około czterech metrów wysokości, jest kwadratowy w przekroju, dobrze oświetlony, niepomalowany. Brak sztucznego ciążenia, które zapewne jest tylko wyłączone, gdyż brakuje tu uchwytów, sieci czy drabinek montowanych tam, gdzie zawsze panuje stan nieważkości. Widoczna część korytarza skręca zgodnie z krzywizną kadłuba, naprzeciwko śluzy zaś otwiera się szerokie przejście, za którym widać dwie rampy, jedną biegnącą w górę, drugą w dół, zapewne na inne pokłady. Wybieramy tę prowadzącą wyżej.

Fletcher i Chen popłynęli w powietrzu nad rampą. Mniej wprawna Cha zrobiła podobnie, ale była dopiero w połowie drogi, gdy tamci dotarli już do celu i wylądowali z przytłumionym łomotem oraz całkiem głośnymi przekleństwami na metalowym pokładzie. Ostrzeżona w porę Cha Thrat zdołała opaść na równe nogi.

— System sztucznej grawitacji — powiedział kapitan, gdy już się pozbierał — tutaj nadal działa. Teraz szybko, szukamy rozbitków.

Wzdłuż korytarza ciągnęły się wielkie, otwierane do środka drzwi z prostymi zamkami. Pod kierownictwem Fletchera poszukiwania przebiegały całkiem sprawnie. Po odblokowaniu zamka pchnięciem otwierali drzwi i odsuwali się na bok, na wypadek gdyby coś próbowało na nich skoczyć, a potem szybko sprawdzali pomieszczenie. Nie było w nich jednak nic poza regałami, stojakami na wyposażenie oraz rozmaitych wielkości i kształtów pojemnikami. Napisów na tych ostatnich nie potrafili odczytać. Nie znaleźli niczego, co przypominałoby meble, dekoracje ścienne czy ubrania.

Fletcher zauważył głośno, że jak dotąd statek jest urządzony po spartańsku, z nastawieniem na skrajną funkcjonalność. Zaczynała niepokoić go rasa, której mogło podobać się coś takiego.

Na szczycie następnej rampy, w kolejnej pozbawionej ciążenia sekcji korytarza, trafili wreszcie na jednego z jej przedstawicieli. Szybował bezwładnie w powietrzu, obijając się co jakiś czas o sufit.

— Ostrożnie! — zawołał Fletcher, gdy Cha Thrat podeszła bliżej, aby zerknąć na istotę. Sommaradvanka nie ryzykowała jednak nic, mieli bowiem przed sobą zwłoki. Tyle potrafiła rozpoznać niezależnie od gatunku. Na wszelki wypadek położyła jeszcze mackę na szerokiej, naznaczonej licznymi naczyniami krwionośnymi szyi. Nie wyczuła pulsu, ciało było zimne. Żaden ciepłokrwisty tlenodyszny nie mógłby przetrwać podobnego wychłodzenia.

Kapitan dołączył do niej.

— Wielki. Prawie dwa razy większy od Tralthańczyka. Fizjologiczna klasyfikacja FGHI…

— FGHJ — poprawiła go Cha Thrat.

Fletcher zaczerpnął głęboko powietrza i wypuścił je powoli przez nos.

— Techniku, mogę prosić o ciąg dalszy? — powiedział tonem, który mógł kryć sarkazm.

Cha skłonna była przyjąć, że kapitan zadał jej zwykłe pytanie. Nic dziwnego by w tym nie było, skoro okazało się, że wie na ten temat więcej od niego.

— Tak — odparła z ochotą. — Istota ma sześć kończyn, z których cztery to odpowiedniki nóg, a dwie rąk. Jest silnie umięśniona i bezwłosa, jeśli nie liczyć wąskiej grzywy biegnącej od szczytu głowy do ogona, który został chyba chirurgicznie skrócony jeszcze w młodym wieku. Tułów między parami kończyn ma kształt cylindryczny, o stałym przekroju, z przodu zaś zwęża się i wznosi, przechodząc w bardzo masywną szyję. Głowa za to jest niewielka, z dwoma zagłębionymi, patrzącymi do przodu oczami, ustami o zestawie dużych zębów oraz innymi jeszcze otworami, które kryją zapewne narządy słuchu i węchu. Nogi…

— Przyjacielu Fletcher — przerwał jej Prilicla mógłbyś włączyć reflektor i kamerę przy hełmie? Chcę zobaczyć to stworzenie, które opisuje Cha.

Nagle martwa istota została skąpana w blasku o wiele silniejszym niż oświetlenie korytarza.

— Nie zobaczysz za dużo — powiedział kapitan. — Kadłub tłumi częściowo sygnał.

— To zrozumiałe — odparł Prilicla. — Przyjaciółka Naydrad przygotowuje już hermetyczne nosze. Niebawem do was dołączymy. Cha Thrat, kontynuuj.

— Nogi kończą się wielkimi, czerwonawobrązowymi kopytami. Trzy z nich okryte są przywiązanymi mocno u góry, wyściełanymi czymś sakami, które miały zapewne tłumić uderzenia o metalowy pokład. Tuż poniżej kolan na wszystkich nogach znajdują się wyściełane od wewnątrz metalowe cylindry z przymocowanymi do nich krótkimi odcinkami łańcucha. Ostatnie ogniwa tych łańcuchów zostały połamane albo rozerwane. Dłonie są wielkie, o czterech palcach i nie wydają się szczególnie zwinne. Wokół górnej części tułowia zapięta jest skomplikowana uprząż z pasem. Umocowano na niej kilka toreb różnej wielkości. Jedna jest otwarta, wysypują się z niej jakieś drobne narzędzia.

— Proszę pozostać tu aż do przybycia ekipy medycznej, a potem podążyć naszym śladem — rzekł kapitan do Cha. — Naszym zadaniem jest odnaleźć żywych i udzielić im pomocy.

— Nie! — zawołała odruchowo Sommaradvanka. — Przepraszam, kapitanie — dodała ciszej. — Bardzo nalegam na zachowanie daleko posuniętej ostrożności.

Chen ruszył już korytarzem, ale kapitan spojrzał jeszcze na Cha.

— Zawsze jestem ostrożny — powiedział cicho. — Ale dlaczego uważasz, że powinniśmy zachować szczególne środki ostrożności?

— W zasadzie nie ma konkretnego powodu — odparła Cha, trzema oczami patrząc na zwłoki, a jednym na kapitana. — To tylko podejrzenie. Zdarzają się u nas tacy, którzy nie potrafią się dobrze zachować i nie dbając o honor, czynią innym krzywdę, a niekiedy nawet zabijają. Odsyłamy ich wszystkich na pewną wyspę, skąd nie ma ucieczki. Statek, którym są przewożeni, pozbawiony jest wygód, a więźniów unieruchamia się za pomocą pasów. Z całym szacunkiem, ale podobieństwa do tego, co tutaj znajdujemy, są oczywiste.

Fletcher milczał chwilę.

— Spróbujmy rozwinąć twoje podejrzenia. Myślisz, że może to być statek więzienny, na którym doszło nie tyle do awarii, ile do buntu więźniów, którzy wyrwali się na wolność, zabili albo poranili całą załogę i dopiero potem zorientowali się, że nie potrafią prowadzić jednostki. Niewykluczone nawet, że niektórzy załoganci kryją się gdzieś, być może ranieni w walce, w której pokonali wielu uciekinierów. — Spojrzał przelotnie na trupa. — Zgrabna teoria. Jeśli jest prawdziwa, przyjdzie nam przekonać zastraszoną załogę i resztę więźniów, którzy też mogą być skłóceni, że chcielibyśmy im pomóc. Ponadto trzeba by zrobić to tak, aby samemu nie oberwać od żadnej ze stron. Jednak czy to prawdziwa teoria? Kajdany na nogach tego tu osobnika zdają się ją potwierdzać, lecz pas i narzędzia sugerują, że chodzi raczej o członka załogi niż więźnia. Dziękuję, Cha — dodał, odwracając się, aby podążyć za Chenem. — Wezmę twoje słowa pod uwagę i zachowam szczególną ostrożność.

Gdy tylko skończył, odezwał się Prilicla.

— Przyjaciółko Cha, dostrzegamy rany pokrywające ciało, ale nie widzimy szczegółów. Możesz je opisać? Pasują do twojej hipotezy? Czy są to obrażenia, które mogły powstać, gdy statek zaczął koziołkować, czy wyglądają raczej na zadane rozmyślnie przez inną istotę?

— Od tego, co nam powiesz, zależy, czy wrócę po ciężki kombinezon, czy pozostanę w lekkim — dodała Murchison.

— I ja — powiedziała Naydrad.

Cha Thrat przyjrzała się odbijającym światło ścianom korytarza i tak obróciła zwłoki, aby kamera mogła objąć je w całości. Próbowała myśleć jak chirurg — wojownik i technik równocześnie.

— Widzę całe mnóstwo ran i otarć — powiedziała. — Skupione są głównie na bokach, kolanach i łokciach. Wydaje się, że powstały podczas uderzania o metalowe powierzchnie. Jednak śmierć spowodowało głębokie wgniecenie na szczycie czaszki. Nie wygląda to na ślad uderzenia jakimkolwiek narzędziem, ale skutek gwałtownego kontaktu ze ścianą, na której widać zresztą plamę zaschłej krwi. Pasuje ona rozmiarem do rany. Kieruję na nią kamerę. Pamiętając, że ciało znajduje się w środkowej części kadłuba, wydaje się mało prawdopodobne, aby ruch obrotowy mógł spowodować aż tak poważne obrażenia — powiedziała, zastanawiając się, czy manieryczny sposób wypowiadania się kapitana nie jest zaraźliwy. — Skłonna byłabym twierdzić, że dysponująca silnymi nogami istota źle odbiła się podczas skoku w warunkach nieważkości i roztrzaskała sobie głowę. Mniejsze rany mogły powstać, gdy martwa albo umierająca przemieszczała się korytarzem obracającego się statku.

— Sugerujesz więc, że to był wypadek? — spytała z ulgą w głosie Murchison. — Że nikt nie rozbił mu głowy?

— Tak.

— Będę tam za kilka minut.

— Przyjaciółko Murchison — odezwał się Prilicla.

— Spokojnie, doktorze — powiedziała patolog. — Gdyby cokolwiek nam zagrażało, Danalta nas obroni.

— Oczywiście — potwierdził zmiennokształtny. Czekając na resztę ekipy, Cha oglądała dokładniej ciało i słuchała rozmów Prilicli, Fletchera i oficera łączności Rhabwara. Empata zdołał zlokalizować pozostałych rozbitków, którzy poza jednym, tkwiącym w centrali zebrali się w trzech niewielkich grupach, po cztery albo pięć osobników, na jednym pokładzie. Kapitan uznał wszakże, że lepiej będzie nawiązać najpierw kontakt z tym samotnym, a dopiero potem spróbować z grupą, ruszyli więc w kierunku dziobu.

Cha ustabilizowała ciało i wzięła jedną z dłoni istoty w swoje manipulatory. Palce były krótkie i grube, kończyły się przyciętymi mocno pazurami. Brakowało przeciwstawnego kciuka. Wyobraziła sobie, jak w prehistorii tego gatunku wyposażone w pazury dłonie unosiły kawałki upolowanej zdobyczy do ust, które wciąż jeszcze pełne były groźnie wyglądających zębów. Istota naprawdę nie przypominała kogoś, kto zdolny byłby zbudować statek międzygwiezdny.

Mówiąc wprost, nie wyglądała na cywilizowaną.

— Wygląd bywa mylący — powiedziała Murchison, uświadamiając Cha, że zaczęła głośno myśleć. — Twój przyjaciel Chalderczyk wygląda przy tym tutaj jak rozkoszny kociak.

Za Murchison nadciągała reszta grupy. Naydrad prowadziła nosze, Prilicla maszerował po suficie, a Danalta niczym grzyb uczepił się ściany.

Patolog wydobyła zestaw magnetycznych przylg z siecią i unieruchomiła zwłoki. Inny magnes pozwolił jej zawiesić na ścianie plecak.

— Nasz przyjaciel miał pecha — powiedziała. — Ale i tak nam się przyda, zapewne z pożytkiem dla innych. Tego, co z nim mogę zrobić, nigdy nie zrobiłabym z żywym i nie będzie trzeba marnować czasu na…

— Cholera! To niesamowite! — przerwał jej głos w słuchawkach. Było w nim tyle zdumienia, że nie od razu poznała kapitana. — Jesteśmy w centrali. Znaleźliśmy tu załoganta, żywego i całego. Zajmuje jeden z pięciu foteli. Pozostałe cztery są puste. Tyle że też ma łańcuchy i jest przykuty do siedziska!

Cha Thrat odwróciła się i bez słowa ruszyła korytarzem. Kapitan powiedział jej, że może pójść za nim po przybyciu ekipy medycznej, postanowiła więc nie czekać, aż zmieni rozkaz, tylko czym prędzej zaspokoić narosłą do granic wytrzymałości ciekawość.

Dopiero dwa pokłady wyżej zauważyła, że Prilicla idzie razem z nią.

— Próbowałem się z nim porozumieć, sam i przez autotranslator — mówił tymczasem Fletcher. — Komputer Rhabwara potrafi przełożyć na dowolny język każdą prostą wiadomość. Ta istota warczy wprawdzie i poszczekuje, ale wydaje się, że nie ma w tym żadnej treści. Gdy podchodzę bliżej, zachowuje się, jakby chciała urwać mi głowę. Innym razem wykonuje całkiem nieskoordynowane ruchy, chociaż wydaje się, jakby chciała się uwolnić z więzów. Zobaczcie zresztą sami — dodał pod adresem Prilicli i Cha, którzy właśnie weszli.

Cinrussańczyk zajął miejsce na suficie tuż przy wejściu, dość daleko od wymachującego kończynami stworzenia.

— Przyjacielu Fletcher, jego emocje nader mnie niepokoją. Pełen jest gniewu, strachu, głodu i bezmyślnej wrogości. Te uczucia są tak surowe i silne, że nie pasują w żaden sposób do inteligentnej istoty.

— Zgadzam się, doktorze — powiedział kapitan, odsuwając się odruchowo, gdy łapa z obciętymi pazurami wystrzeliła w kierunku jego twarzy. — Ale te fotele zaprojektowano wyraźnie dla tej właśnie rasy, a przełączniki i uchwyty, które dotąd widzieliśmy, pasują do jego palców. On jednak całkiem ignoruje przyrządy, zmiana rotacji statku zaś została wywołana zapewne całkiem przypadkowymi manipulacjami. Wszystkie fotele są zamontowane na prowadnicach i obecnie stoją w najdalszym położeniu, przez co bardzo trudno jest istocie dosięgnąć konsoli. Może pan ma jakieś pomysły, doktorze, bo moje się już skończyły.

— Nie, przyjacielu Fletcher — rzekł Prilicla. — Chodźmy jednak pokład niżej, gdzie nie będzie nas słyszał. — Kilka minut później stwierdził: — Strach, złość i wrogość zmalały. Głód pozostaje na tym samym poziomie. Z niezrozumiałego dla mnie w tej chwili powodu zachowuje się nieracjonalnie, jest emocjonalnie niestabilny. Jednak nic mu obecnie nie grozi, nic go nie boli. Przyjaciółko Murchison?

— Tak?

— Badając ciało, zwróć, proszę, szczególną uwagę na głowę. Skłonny jestem sądzić, że to jednak nie był wypadek, ale rozmyślne działanie, skutek przedłużającego się cierpienia. Sprawdź, czy nie znajdziesz śladów infekcji albo degeneracji tkanki mózgowej, zwłaszcza ośrodków wyższych funkcji umysłowych i emocjonalnych. Przyjacielu Fletcher — powiedział, nie czekając na odpowiedź patolog — musimy jak najszybciej odnaleźć pozostałych rozbitków i sprawdzić ich stan. Ale ostrożnie. Mogą zachowywać się tak samo jak nasz przyjaciel z centrali.

Z pomocą Prilicli szybko trafili na trzy wielkie pomieszczenia mieszkalne, w których znajdowała się reszta załogantów. Pięciu w jednym przypadku, w pozostałych — po czterech. Drzwi nie były zablokowane, ale żaden z nich nie wpadł chyba na pomysł, aby je otworzyć. System sztucznej grawitacji działał tu bez zakłóceń. Ledwie zerknęli do środka, istoty zaczęły ich atakować i musieli się wycofać. Zdołali jednak dostrzec szczątki mebli i porozbijanych sprzętów. Smród panował tam taki, że można by go kroić nożem.

— Przyjacielu Fletcher, wszyscy rozbitkowie są sprawni i zdrowi, tyle że nie nadają się w żaden sposób do obsługi statku — rzekł Prilicla, gdy opuszczali ostatnie pomieszczenie. — Niemniej powiedziałbym, że poza tym nic im nie dolega. O ile przyjaciółka Mur — chison nie odkryje czegoś tłumaczącego ich nienormalne zachowanie, nic nie będziemy w stanie dla nich zrobić. Wprawdzie to samolubne i tchórzliwe zachowanie, jednak wolałbym nie narażać wyposażenia pokładu medycznego, a także naszego przyjaciela Khone’a, na kontakt z dwudziestoma nadmiernie pobudzonymi i pozbawionymi rozumu istotami, które…

— Zgadzam się — powiedział z przekonaniem Fletcher. — Jeśli wyrwą się spod kontroli, zdemolują mi cały statek, nie tylko pokład medyczny. Lepiej będzie zostawić ich tutaj, połączyć jednostkę z Rhabwarem kokonem nadprzestrzennym i skoczyć z nią do Szpitala.

— Tak też pomyślałem, przyjacielu Fletcher — rzekł Prilicla. — Dobrze będzie również założyć rękaw, byśmy mieli w każdej chwili dostęp do rozbitków. Ułatwi nam to także zbieranie próbek dla ustalenia składu ich pokarmu. Jedyną przykrą dolegliwością, którą odczuwają, jest głód i dobrze byłoby go zaspokoić, zanim zaczną zjadać się nawzajem.

— Chcesz, abym sprawdziła skład chemiczny pojemników i ustaliła, które zawierają farbę, a które zupę? — spytała Murchison.

— Dokładnie — powiedział empata. — Poza zbadaniem głowy prosiłbym też o ustalenie typu metabolizmu, żebyśmy mogli dobrać odpowiedni środek znieczulający, najlepiej coś szybko działającego, co pozwoli podać go na odległość. Trzeba będzie zsyntetyzować go jak najszybciej, ponieważ…

— Do tak pilnej pracy będę potrzebowała laboratorium Rhabwara. Przenośny analizator to za mało. I jeszcze przyda się do pomocy cały zespół.

— Ponieważ — podjął Prilicla — mam wrażenie, że gdzieś tu jest jeszcze jeden rozbitek. Chory i głodny. Jego emanacja jest bardzo słaba i charakterystyczna dla istoty głęboko nieprzytomnej, być może nawet umierającej. Nie potrafię go jednak zlokalizować z powodu silnych zakłóceń wytwarzanych przez pozostałych. Dlatego właśnie będę nalegał, żeby zaraz po zebraniu próbek przeszukano każdy zakamarek wystarczająco duży, by FGHJ mógł się tam schować. Trzeba się pospieszyć, gdyż ten ostatni jest naprawdę bardzo słaby.

— Rozumiem, doktorze, ale mamy tu pewien problem — powiedział z zakłopotaniem kapitan. — Patolog Murchison potrzebuje całego swojego zespołu, a przygotowania do połączenia statków i wspólnego skoku będą wymagały udziału całej załogi…

— Co znaczy, że tylko ja zostanę bez przydziału — stwierdziła Cha Thrat.

— Co więc ma wyższy priorytet? — spytał Fletcher, jakby wcale jej nie słyszał. — Poszukiwania tego jednego nieprzytomnego czy dostarczenie całej grupy do Szpitala?

— Ja przeszukam statek — powtórzyła głośniej Sommaradvanka.

— Dziękuję, Cha Thrat — rzekł Prilicla. — Czuję, że chcesz się zgłosić na ochotnika, ale nie decyduj się pochopnie. Wprawdzie rozbitek, gdy go znajdziesz, będzie zbyt słaby, żeby zrobić ci krzywdę, ale to nie koniec niebezpieczeństw. Statek jest wielki i całkiem nieznany, tak nam, jak i tobie.

— Właśnie — dodał kapitan. — To nie szpitalne tunele. Tutejsze oznaczenia barwne, nawet jeśli są, będą mówiły co innego. Nie możesz niczego zakładać z góry. Ani niczego dotykać… Dobrze, szukaj, ale uważaj na siebie. — Spojrzał na Priliclę. — Jak sądzisz, wzięła sobie to do serca czy tylko marnuję na nią czas?

Rozdział siedemnasty

Zaopatrzona w wydruki z tego, co skanery Rhabwara zdołały ustalić na temat rozplanowania obcego statku, ze szczególnym uwzględnieniem większych pustych przestrzeni, przystąpiła do szybkiej, ale metodycznej penetracji. Zignorowała tylko mostek i zajęte kabiny oraz obszary w pobliżu reaktora, które nie nadawały się dla istot typu FGHJ oraz wszystkich innych, z wyłączeniem rzadkich ras żywiących się twardym promieniowaniem. Ostrożnie sprawdzała wnętrza detektorami dźwięków oraz ciężkim skanerem i dopiero potem otwierała drzwi czy włazy. Nie bała się, ale niekiedy ciarki przebiegały jej po grzbiecie.

Zwykle działo się to wtedy, gdy zaczynała się zastanawiać nad poszukiwaniami. Przecież jeszcze nie tak dawno nie uwierzyłaby nawet w istnienie tego rodzaju stworzeń, podobnie jak innych, spotkanych w Szpitalu. Wiele z nich przypominało bestie zrodzone w koszmarach szaleńca, a jednak nie tylko pogodziła się z ich istnieniem, ale jeszcze zaczęła je akceptować jako element codzienności. A wszystko przez to, że podjęła kiedyś ryzyko utraty kończyny i wzięła na siebie odpowiedzialność za leczenie pewnego obcego.

Wyobraziła sobie, jaka przyszłość by ją czekała, gdyby zlękła się tego ryzyka, i ponownie się wzdrygnęła, tym razem z przerażenia.

Wprawdzie pierwsze przeszukanie miało być szybkie i pobieżne, zabrało jednak więcej czasu, niż oczekiwała. Gdy dobiegło końca, rękaw był już zamontowany, Cha Thrat zaś czuła, jak oba żołądki zdecydowanie domagają się pożywienia.

Prilicla kazał jej się najeść, a dopiero potem zameldować się z raportem.

Gdy przybyła na pokład medyczny, Prilicla, Murchison i Danalta pracowali nad ciałem, Naydrad i przytulony do szklanego przepierzenia Khone zaś obserwowali wszystko z takim napięciem, że tylko empata wyczuł Sommaradvankę.

— Coś nie tak, przyjaciółko Cha? Coś cię wzburzyło na statku. Czuję to nawet stąd.

— To — odparła, chwytając jeden z metalowych cylindrów, które Murchison zdjęła ze zwłok i zostawiła na korytarzu jeszcze przed przeniesieniem ciała na Rhabwara. — Łańcuch nie jest przymocowany na stałe. Trzyma się na prostym zatrzasku ze sprężyną i można go odczepić, naciskając w tym miejscu. — Zademonstrowała. — W trakcie przeszukiwania dziobu przyjrzałam się osobnikowi w centrali tak, aby on mnie nie widział. Zauważyłam, że ma na nogach takie same kajdany z zatrzaskami. I on, i ten, który zginął, mogliby łatwo się uwolnić, ale żaden z nich tego nie zrobił. Na dodatek żywy szarpie się cały czas. Zagadkowe to dość, ale tak czy owak, muszę chyba odrzucić hipotezę, że którykolwiek z nich jest więźniem.

Wszyscy patrzyli na nią z uwagą.

— Ale co im się stało? Co sprawia, że inteligentna istota wystarczająco wykształcona, aby pilotować statek międzygwiezdny, zmienia się w zwierzę niezdolne do odpięcia zwykłego zatrzasku? Co tak upośledziło pozostałych, że nie potrafią nawet otworzyć drzwi ani poszukać czegoś do jedzenia? Co jest winne ich cofnięcia się do poziomu zwierząt? Może zatrucie pokarmowe albo brak jakichś składników odżywczych? Słyszałam przypuszczenie starszego lekarza, że to choroba tkanki mózgowej. Czy jest możliwe, żeby…

— Jeśli przestaniesz zadawać nowe pytania, może zdołam na któreś odpowiedzieć — przerwała jej Murchison. — Nie, na statku jest dość żywności i nie zawiera ona żadnych toksyn. Sprawdziłam kilka rodzajów pożywienia, będziesz więc mogła ich nakarmić, gdy wrócisz na pokład. Co do mózgu, nie znaleźliśmy żadnych uszkodzeń, zatorów, infekcji ani anomalii. Trafiłam niemniej na śladowe ilości pewnego złożonego związku chemicznego, który działa na te istoty jak bardzo silny środek uspokajający. To, ile go jeszcze jest w organizmie, sugeruje, że trzy albo cztery dni temu przyjęli dużą dawkę, ale jej działanie już ustąpiło. Zapas tego środka znaleźliśmy w jednej z toreb znajdujących się przy pasie. Wygląda więc na to, że członkowie załogi najpierw zażyli go, potem jeden przykuł się do fotela, reszta zaś zamknęła się w kabinach.

Zapadła dłuższa cisza przerwana dopiero przez Khone’a, który uniósł wysoko potomka, aby ten mógł zobaczyć dziwne istoty po drugiej stronie przegrody. Cha zastanowiła się, czy nie chodzi tu o osłabienie ksenofobicznego uwarunkowania dziecka. Nawet jeśli miało dopiero dwa dni…

— O ile jest szansa, że bardziej inteligentni i doświadczeni uzdrawiacze nie będą mieli mi tego za złe, chciałbym zauważyć, że na Goglesk zdarza się niekiedy, iż cywilizowane istoty zachowują się wbrew sobie jak zwierzęta. Być może pasażerowie tego statku mają podobny problem i muszą brać regularnie duże dawki jakiegoś środka, aby utrzymać swe naturalne predyspozycje pod kontrolą, pozostać cywilizowanymi istotami, rozwijać się i budować pojazdy kosmiczne. Może po prostu zagłodzili się. Nie w zwykłym sensie, ale z braku cywilizacyjnego stymulatora.

— Ciekawy pomysł — powiedziała z uśmiechem Murchison. — Podziwu godna idea, niemniej z żalem pozostaje stwierdzić, że wspomniany środek nie zwiększa wydajności mózgu, jego ciągłe stosowanie zaś wiodłoby do stanu znacznego ograniczenia świadomości.

— A może stan ten jest dla nich miły i pożądany? — wtrąciła się Cha. — Wstyd przyznać, ale na Sommaradvie zdarzają się istoty świadomie wprowadzające się w taki stan, chociaż tego rodzaju chwile przyjemności prowadzą niejednokrotnie do trwałego uszkodzenia mózgu…

— Równie wstydliwe sprawy są udziałem bardzo wielu światów Federacji — powiedziała ze złością Naydrad.

— A gdy substancji tej nagle zabraknie, gdy przestanie być regularnie podawana, zachowanie takich osobników zaczyna przypominać pod wieloma względami to, co widzieliśmy na obcym statku.

Murchison pokręciła głową.

— Raz jeszcze nie. Nie mogę być absolutnie pewna, gdyż chodzi o nową dla nas formę życia z nie zbadanym jeszcze w pełni metabolizmem, jednak powiedziałabym, że substancja odnaleziona w mózgu martwego osobnika była zwykłym środkiem uspokajającym, który raczej osłabiał czujność, a nie pobudzał. Niemal na pewno nie wywoływała ona też uzależnienia. Gdyby było inaczej, zaproponowałabym użycie jej jako środka do narkozy. Zanim spytasz, dodam, że prace nad tym drugim środkiem przebiegają bardzo wolno. Dane uzyskane podczas autopsji nie wystarczą tutaj, potrzebowałabym próbki krwi i wydzieliny żywego osobnika. Inaczej nie zdołam stworzyć czegoś, co byłoby bezpieczne nawet w dużych dawkach.

Cha Thrat zastanowiła się i spojrzała na Priliclę.

— Podczas wstępnego przeszukania nie znalazłam ani śladu ostatniego rozbitka, ale powtórzę obchód po zdobyciu próbek. Czy ta istota ciągle żyje? Mogłabym otrzymać jakieś wskazówki co do jej ogólnego położenia?

— Nadal ją czuję, przyjaciółko Cha, ale silne zwierzęce emocje pozostałych ją zagłuszają.

— Im szybciej patolog Murchison otrzyma próbki, tym szybciej będziemy mieli środek pozwalający wyeliminować te zakłócenia — stwierdziła rzeczowo Sommaradvanka. — Moje środkowe kończyny są wystarczająco silne, abym mogła przytrzymać delikwenta i pobrać górnymi co trzeba. Z których naczyń krwionośnych i organów mam dostarczyć materiał i w jakiej ilości?

Murchison zaśmiała się nagle.

— Proszę, zostaw i nam jakieś zajęcie, bo inaczej poczujemy się całkiem niepotrzebni. Ty przytrzymasz osobnika, Danalta ustawi skaner, a ja pobiorę próbki, podczas gdy…

— Mówi mostek — rozległ się głos Fletchera. — Skok za pięć sekund od… teraz. Dodatkowa masa obcego statku spowoduje, że podróż do Szpitala potrwa nieco dłużej. Powinniśmy być na miejscu za niecałe cztery dni.

— Dziękuję, przyjacielu Fletcher — powiedział Prilicla.

Nagle poczuli znajome, lecz trudne do zdefiniowania wrażenie towarzyszące zniknięciu statku z normalnej przestrzeni i przejściu do przestrzeni opisy — walnej tylko matematycznie. Cha zmusiła się, by spojrzeć w iluminator. Wiązka łącząca oba statki była niewidoczna, ale rękaw owszem. Wkoło zaś migotała nie dająca oku żadnego punktu oparcia szarość.

Cha Thrat czuła, że jeszcze chwila, a na pewno rozboli ją głowa, odwróciła się więc ku znajomej scenerii pokładu medycznego.

Zdążyła zamienić tylko kilka słów z Khone’em, gdy trzeba już było ruszać za Murchison, Danaltą i Naydrad na drugi statek. Siostra pomogła jej z pojemnikami, których zawartość stanowiła żywność. Należało tylko wyszukać w magazynach kontenery z takimi samym etykietami, aby móc karmić wszystkich rozbitków do wypęku.

Nie wiedziała jeszcze wtedy, że wiele czasu minie, nim znowu będzie jej dane ujrzeć pokład medyczny. Gdy wychodziła, Prilicla unosił się nad rozkrojonymi szczątkami i rozmawiał cicho z Khone’em, czasem kierując też kilka treli do juniora.

— Gdybyśmy mieli więcej czasu, moglibyśmy najpierw ich nakarmić, a potem wziąć próbki — powiedziała Cha, gdy stanęli wokół fotela z szamoczącym się obcym. — Może wtedy pacjent byłby bardziej skłonny do współpracy.

— Tyle czasu znajdziemy — rzekła Murchison. — Naprawdę, czasem bardzo mi kogoś przypominasz, Cha.

— Kogo? — spytała Naydrad w typowy dla Kelgian, bezpośredni sposób. — Kto może być tak dziwny?

Patolog zaśmiała się, ale nie odpowiedziała. Cha Thrat też milczała. Murchison poruszyła bezwiednie bardzo ryzykowny temat. Sommaradvanka pomyślała, że jeśli kiedyś będzie miała się dowiedzieć, co właściwie zaszło na Goglesk, lepiej, aby usłyszała to od swojego partnera, a nie od Cha. Prilicla też zresztą nalegał na podobne rozwiązanie.

Żywność FGHJ była zdumiewająco mało zróżnicowana. Trafili tylko na dwa wzory pojemników — w jednych była woda, w drugich zalatujący lekko płyn. Znaleźli też bloki suchego, gąbczastego materiału opakowanego w cienką folię z wielkim pierścieniem służącym do otwierania. Według Murchison jedno i drugie było syntetyczne i pasowało do wymagań metabolicznych obcych, drobne zaś ilości nieodżywczych substancji obecnych w obu produktach miały zapewne dostarczyć miłych wrażeń kubkom smakowym istot.

Ale gdy Cha rzuciła stworzeniu jeden z pakunków, ono zaczęło szarpać go zębami, nie próbując nawet wcześniej zdjąć zeń opakowania. Zignorowało również łatwe do usunięcia kapsle na butelkach, a wbiło kły w szyjkę i wychłeptało ile mogło, większość zawartości wylewając wszakże na siebie.

Kilka minut później Murchison mruknęła coś pod nosem i powiedziała:

— Z całą pewnością nie potrafi zachować się przy stole, ale chyba nie jest już głodny. Zaczynajmy.

Ostatecznie nie zauważyli jednak szczególnej zmiany w zachowaniu najedzonego osobnika, może z wyjątkiem tego, że miał więcej sił do walki z nimi. Zanim udało się pobrać próbki, Naydrad i Cha Thrat dorobiły się po kilka siniaków każda, Danalta zaś, któremu zagrozić mogły jedynie wysokie temperatury, musiał przybierać nader wymyślne kształty, aby przytrzymać bestię. Gdy było już po wszystkim, Murchison wysłała Danaltę i Naydrad naprzód z próbkami, a sama została jeszcze chwilę w centrali, żeby przyjrzeć się stworzeniu.

— Wcale mi się nie podoba — powiedziała.

— Mnie też niepokoi — zgodziła się Sommaradvanka. — Niemniej jeśli wystarczająco długo będzie się podchodzić do problemu od różnych stron, zwykle znajdzie się rozwiązanie.

— Chyba jakiś wasz filozof musiał kiedyś tak powiedzieć — mruknęła patolog. — Ale przepraszam. Do czego zmierzałaś?

— To akurat zdanie usłyszałam od porucznika Timminsa — powiedziała Cha. — Chciałam podsumować to, co wiemy. Trafiliśmy zatem na statek, którego załoga cierpi na szczególne schorzenie. Jest zdrowa fizycznie, ale upośledzona umysłowo. Nie tylko nie potrafi obsługiwać jednostki, ale zapomniała też, jak rozpina się zatrzaski i otwiera drzwi czy opakowania żywności. Zmienili się w zwierzęta.

— Na razie nie słyszę nic nowego.

— Kabiny mieszkalne pozbawione są wygód, co skłoniło nas najpierw do przypuszczenia, że może to być statek więzienny. Niewykluczone jednak, że członkowie załogi z jakichś powodów, być może związanych z podróżami kosmicznymi, wiedzą, iż wygody i tak nie przydadzą im się na nic w czasie lotu. Może spodziewają się, że zmienią się w zwierzęta i że będzie to stan przejściowy, krótkotrwały. Jednak tym razem coś poszło nie tak i zmiana okazała się trwała.

— Teraz to co innego — stwierdziła Murchison, wzdragając się lekko. — Niemniej, jeśli to ci w czymś pomoże, mogę powiedzieć, że wśród dostarczonych przez Naydrad próbek była zarówno żywność, jak i leki. Dokładnie rzecz biorąc, jeden lek, kapsułki z doustnym środkiem uspokajającym, takim samym jak ten znaleziony w zwłokach. Może masz więc rację, mówiąc, że spodziewali się czegoś i ten środek miał złagodzić destruktywne skutki stanu zezwierzęcenia. Dziwne jednak, że Naydrad, która jest bardzo skrupulatna, gdy chodzi o poszukiwania, nie znalazła żadnych lekarstw ani też narzędzi, które mogłyby służyć celom medycznym. Jeśli więc nawet przewidzieli własną chorobę, wygląda na to, że nie mieli w załodze lekarza.

— Ta informacja jeszcze bardziej komplikuje sprawę — stwierdziła Cha Thrat.

Murchison zaśmiała się, jednak bladość twarzy sugerowała, że wcale nie jest jej do śmiechu.

— Z tym, którego zaczęliśmy kroić, wszystko było w porządku. O ile nie liczyć tego przypadkowego urazu głowy, który spowodował śmierć. Nie widzę też żadnych objawów chorób somatycznych u pozostałych członków załogi. Coś wszakże wyczyściło im mózgi. Wymazało wspomnienia, całą wiedzę i umiejętności i samo też zniknęło bez śladu, zostawiając ich tylko z instynktami i odruchami. Całkiem jak zwierzęta. Co to jednak mogło być? — zakończyła, znowu się wzdragając. — Co może powodować równie selektywne uszkodzenia centralnego układu nerwowego?

Cha Thrat poczuła nagle impuls, aby przytulić patolog. Nigdy jeszcze żaden Sommaradvanin nie myślał w ten sposób o człowieku. Z wielkim trudem opanowała uczucia, które nie były przecież jej uczuciami.

— Być może środek do narkozy pozwoli znaleźć odpowiedź na to pytanie. U tych pacjentów choroba, czy cokolwiek to jest, zapewne nadal się rozwija. Jeśli ich uśpimy i zlokalizujemy tego ostatniego, może okaże się, że u niego przebiega ona inaczej albo jest na nią w naturalny sposób odporny? Badając go, znajdziemy może sposób na wyleczenie wszystkich.

— Właśnie, anestetyk — mruknęła z uśmiechem Murchison. — W ten taktowny sposób przypomniałaś mi, na czym polega moja praca. Prilicla nie zrobiłby tego lepiej. Marnuję tutaj czas. — Odwróciła się i już chciała wyjść, gdy jeszcze sobie o czymś przypomniała. Nadal była bardzo blada. — Cokolwiek spotkało te istoty, wykracza to poza moje doświadczenie kliniczne. Być może nikt w Szpitalu nie zetknął się jeszcze z niczym podobnym. Jednak nam nie powinno tu nic zagrażać. Z wykładów pamiętasz zapewne, że konkretne patogeny mogą być niebezpieczne tylko dla istot z tej samej ekosfery i nie oddziałują na organizmy pochodzące spoza planety. Czasem trafiamy jednak na coś, co zaprzecza całej naszej wiedzy, trudno więc wykluczyć, że pewnego dnia spotkamy wyjątek i od tej reguły, czyli chorobę zdolną przenosić się mimo barier ewolucyjnych. Samo przypuszczenie, że taki wyjątek jest prawdopodobny, bardzo mnie przeraża. Jeśli mielibyśmy trafić nań właśnie teraz, musimy pamiętać, że choroba ta nie daje żadnych somatycznych objawów, a tylko psychiczne. Będę musiała porozmawiać o tym z Priliclą. Powinniśmy obserwować się nawzajem, czy nie pojawia się w naszym zachowaniu coś dziwnego, czy nie nawiedzają nas dziwne myśli.

Murchison pokręciła głową z wyraźną irytacją.

— Na ile mogę być czegoś pewna, sądzę, że nic nie powinno ci tu zagrażać — rzekła. — Ale tak czy owak, uważaj, proszę.

Rozdział osiemnasty

Cha Thrat nie miała pojęcia, jak długo stała wpatrzona w szamoczącego się FGHJ i jego silne dłonie, które przeprowadziły ten statek tak daleko między gwiazdami. W końcu jednak opuściła centralę przygnębiona. Była zła na siebie, że nie potrafi wpaść na żaden pomysł. Ruszyła zbierać żywność dla pozostałych, nadal głodnych członków załogi. Ale gdy weszła do pierwszego magazynu, ze zdumieniem ujrzała tam Priliclę.

— Zmiana planów, przyjaciółko Cha — powiedział empata.

Przygotowywany przez Murchison anestetyk musiał przejść jeszcze serię testów polegających na stopniowym podawaniu coraz silniejszych dawek. Zamierzali wykorzystać do tego obcego z centrali. Całość miała potrwać do trzech dni, a bez tego żaden patolog nie byłby skłonny zatwierdzić środka do użycia. Prilicla był pewien, że poszukiwany rozbitek nie wytrzyma tak długo, należało więc poszukać innej metody chwilowego wyłączenia pozostałych członków załogi. Szczęśliwie dysponowali dużym zapasem środka uspokajającego. Postanowili dodać go w dużych dawkach do picia i jedzenia w nadziei, że syte i wyciszone nieco istoty uspokoją się również pod względem emocjonalnym, pozwalając empacie usłyszeć słabe echo chorego czy rannego rozbitka.

— Chciałbym podać im to jak najszybciej — oznajmił Prilicla. — Nasz przyjaciel emanuje w sposób charakterystyczny dla inteligentnej istoty, której zdolność myślenia ograniczana jest przez silne cierpienie. Raczej to właśnie niż otępienie właściwe reszcie załogi. Niemniej słabnie coraz bardziej i obawiam się o jego życie.

Wypełniając polecenia empaty, Cha dodała środek do jedzenia i picia i szybko rozniosła posiłki, Prilicla zaś krążył po całym statku, wsłuchując się w najlżejsze nawet ślady emocji. Emanacja nakarmionych załogantów zaczęła słabnąć. Niektórzy nawet zasnęli. Nadal jednak nie udawało się znaleźć nikogo więcej.

— Nie mam żadnego namiaru — powiedział Prilicla, drżąc z rozczarowania. — Ciągle odbieram zbyt wiele zakłóceń od reszty istot. Pozostaje nam teraz tylko wrócić na Rhabwara i pomóc Murchison. Twoi podopieczni nie zgłodnieją zbyt szybko. Idziesz ze mną?

— Nie. Będę dalej szukać tradycyjną metodą.

— Przyjaciółko Cha, muszę ci przypomnieć, że nie jestem telepatą i twoje myśli pozostają twoim sekretem. Niemniej wyraźnie odbieram wszystko, co czujesz, i widzę, że jesteś obecnie przede wszystkim pobudzona przygodą i prawie wcale nie myślisz o zachowaniu ostrożności. To mnie niepokoi. Domyślam się, że chodzi ci po głowie jakaś koncepcja i gotowa jesteś sporo zaryzykować, aby ją potwierdzić bądź obalić. Powiesz mi, o co chodzi?

Najprościej byłoby odpowiedzieć „nie”, ale Cha nie chciała ranić Prilicli tak obcesowym stwierdzeniem. Poszukała więc łagodniejszych słów.

— Możliwe, że to tylko skutek mojej ignorancji, ale nie chciałam mówić nic do chwili, gdy sama przekonam się, czy to coś warte.

Prilicla słuchał jej w milczeniu, wisząc pośrodku pomieszczenia.

— Gdy pierwszy raz przeszukiwaliśmy statek, wyczułeś obecność jeszcze jednego, nieprzytomnego rozbitka, ale nie zdołałeś go zlokalizować, ponieważ inni skutecznie ci w tym przeszkadzali. Teraz są prawie nieprzytomni, ale sytuacja nie poprawiła się, gdyż stan chorego się pogorszył. Obawiam się, że gdy podamy im wszystkim narkozę, wynik będzie taki sam.

— Podzielam tę obawę — przyznał cicho empata. — Ale słucham dalej.

— Nie wiem wiele o twoich zdolnościach, założyłam jednak, że słabe, ale bliskie źródło emocji byłoby równie łatwe do wykrycia jak silne, ale odległe. Gdyby odległość się zmieniała, jestem pewna, że byś to zauważył.

— Owszem. Pod wieloma względami masz rację, lecz moje zdolności też mają ograniczenia. Wyczuwam zmiany odległości i natężeń, jednak w grę wchodzą również inne czynniki. Znaczącą rolę odgrywa poziom inteligencji nadawcy, jego wrażliwość, intensywność odczuwanych emocji, wielkość i złożoność mózgu. No i stopień przytomności. W normalnych warunkach, gdy szukam kogoś znajomego, kto kontroluje swoje uczucia, większość tych czynników jest bez znaczenia. Tutaj jest inaczej. Ale zmierzałaś do czegoś. Jaki wniosek wysnułaś?

— Taki, że poszukiwane źródło jest bardzo blisko znanych nam osobników albo wręcz wśród nich — powiedziała Cha, starannie dobierając słowa. — Zamierzałam właśnie zawęzić obszar poszukiwań do pokładu z kabinami mieszkalnymi, ewentualnie jeszcze ze sprawdzeniem obszarów tuż poniżej i powyżej. Wspomniałeś, że rozmiary mózgu także mają znaczenie. Może więc ten rozbitek jest bardzo mały i młody i ukrywa się blisko pozbawionych inteligencji rodziców?

— Może. Jednak duży czy mały, młody czy stary, jest w bardzo kiepskim stanie.

— Na pewno jest tu wiele zakamarków, takich jak szafki, tunele inspekcyjne czy schowki, do których normalnie nawet dziecko nie zagląda, ale w których ranny mógłby instynktownie szukać azylu. Jestem prawie pewna, że niebawem go znajdę.

— Wiem. Ale to jeszcze nie wszystko. Cha Thrat zawahała się.

— Z całym szacunkiem, ale Cinrussańczycy nie są wytrzymałymi stworzeniami i o wiele łatwiej mogą odnieść jakieś obrażenia niż ja. Niemniej zapewniam, że niezależnie od sytuacji nie zamierzam przesadnie ryzykować. Skoro jednak przedstawiłam szczegółowo swój plan, rozumiem, że możesz zakazać mi go realizować.

— A posłuchałabyś mnie? Sommaradvanka nie odpowiedziała.

— Przyjaciółko Cha, podziwiam cię za niejedno, w tym za odwagę, ale czasem mnie niepokoisz. Już nieraz udowodniłaś, że nie jesteś skłonna wykonywać rozkazów, które wydają ci się niewłaściwe albo niesprawiedliwe. Tak było w Szpitalu, tak było na statku i przypuszczam, że podobne sytuacje zdarzały się również na twojej planecie. Nie jest to cecha, którą najbardziej ceni się u podwładnych. Co zamierzasz ze sobą zrobić?

Cha Thrat chciała właśnie powiedzieć, jak bardzo jest jej przykro z powodu dostarczania zmartwień, jednak zdała sobie sprawę, że empata i tak już to wie.

— Z całym szacunkiem, mógłbyś pozwolić mi działać i poprosić kapitana, aby zamontował na wskazanym obszarze gęstą sieć czujników informujących mnie natychmiast o każdej aktywności.

— Wiesz, że nie pytałem o teraz. Chodzi mi o dłuższą perspektywę. Ale owszem, zrobię, jak sugerujesz. Podzielam odczucia przyjaciółki Murchison. Jest w tym wszystkim coś dziwnego, może nawet niebezpiecznego, jednak nie udaje się nam nawet odgadnąć, co to może być. Naprawdę uważaj na siebie, przyjaciółko Cha, i strzeż po równi swego ciała i umysłu.

Gdy tylko Prilicla się oddalił, Sommaradvanka zaczęła poszukiwania. Najpierw spenetrowała poziom mieszkalny, a potem zeszła niżej. Od początku najbardziej zależało jej wszakże na wejściu do zamieszkanych pomieszczeń. Wiedziała jednak, że jej obecność tam zostanie natychmiast odnotowana przez czujniki i tego, kto akurat będzie pełnił wachtę. Tak też się stało.

W jej słuchawkach zabrzmiał głos samego kapitana.

— Techniku! — rzucił ostrym tonem Fletcher. — Widzę na odczytach, że ktoś o twojej masie i temperaturze ciała wszedł do jednej z kabin. Wynoś się stamtąd natychmiast!

Dyskutować można z kimś takim jak Prilicla, ale nie z kapitanem, pomyślała ze smutkiem Cha Thrat. Otrzymała właśnie jednoznaczny rozkaz, którego i tak nie miała zamiaru wykonać, odezwała się więc w sposób sugerujący, że niczego nie słyszała.

— Weszłam do kabiny i przesuwam się dookoła, cały czas plecami do ściany. Poruszam się wolno, aby nie wystraszyć i nie zaniepokoić rozbitków, którzy wydają się bardzo senni. Dwóch obróciło głowy w moim kierunku, ale nie wykonują groźnych ruchów. Widzę osadzone w ścianie małe, dopasowane drzwi. Zapewne to jakiś składzik, który może być wystarczająco duży, aby FGHJ tam się wcisnął. Otwieram drzwi. W środku widzę…

— Włącz kamerę na hełmie — powiedział ze złością Fletcher. — I nie gadaj tyle.

— …półki, na których leżą chyba przyrządy do czyszczenia toalet. Na wypadek konieczności szybkiego odwrotu zostawiam cięższy sprzęt na zewnątrz i wchodzę tylko z hełmem na głowie. Idę w kierunku przeciwległej ściany, w której też są drzwi.

— Zatem słyszysz mnie — zauważył lodowatym tonem Fletcher. — I słyszałaś mój rozkaz.

— Otwieram drzwi. Nikogo tu nie ma. Zaraz za drzwiami, na poziomie podłogi, widnieje nieregularny panel. Być może kryje uchwyt podnoszonego włazu. Będę musiała położyć się na podłodze tak, aby ominąć nieczystości, i zbadać obiekt.

Usłyszała, jak kapitan mruczy coś, czego autotranslator nie przełożył, ale i tak nie brzmiało to mile.

— Panel daje się lekko poruszyć. Od góry zamocowany jest na zawiasach, wkoło dopasowanych krawędzi zaś widać coś w rodzaju gąbki. Wygląda to na uszczelnienie. Nie mogę przysunąć głowy na tyle blisko, żeby zajrzeć do środka, jednak czuję, że wydobywa się stamtąd zapach przypominający woń sommaradvańskiej rośliny zwanej glytt. Ale przepraszam. Pomijając fakt, że tylko ja wiem, jak pachnie glytt, zostaje kwestia, czy uszczelnienie ma nie wypuszczać woni odchodów FGHJ na zewnątrz, czy też nie wpuszczać innego zapachu tutaj. A może to tylko dozownik jakiegoś dezodorantu…

— Przyjaciółko Cha — spytał nagle Prilicla — czy po wyczuciu tej woni nie zaczęło nic drażnić cię w gardle? Nie odczuwasz mdłości, zaburzeń wzroku ani intelektu?

— Skąd by się u niej wziął intelekt? — mruknął lekceważąco Fletcher.

— Nie — odpowiedziała. — Otwieram drzwi do ostatniego magazynku, który chcę przeszukać. Jest większy niż poprzednie i pełen starannie ustawionych przedmiotów, które wyglądają na części zamienne do mebli w kabinach. Poza tym nic w nim nie ma. Członkowie załogi nadal mnie ignorują. Wychodzę, aby sprawdzić kolejną kabinę.

— Skoro odpowiedziałaś Prilicli, na pewno słyszysz i mnie — rzekł spokojnie Fletcher. — Chciałbym uznać to nieposłuszeństwo za przypadkowe zdarzenie będące skutkiem nadmiaru entuzjazmu. Jeśli jednak nie zaprzestaniesz samowolnych działań, znajdziesz się w poważnych tarapatach. Ani Korpus, ani Szpital nie zwykły tolerować braku odpowiedzialności.

— Ależ ja biorę pełną odpowiedzialność za swoje czyny — zaprotestowała Cha. — Poniosę wszystkie ich konsekwencje. Wiem, że brak mi doświadczenia w przeszukiwaniu statków obcych, ale obecnie jedynie otwieram i zamykam drzwi i robię to nad wyraz ostrożnie.

Kapitan nie odpowiedział. Milczał nawet wtedy, gdy Cha Thrat weszła do kolejnej kabiny, chociaż musiał widzieć to na monitorze.

— Przyjacielu Fletcher — odezwał się znowu Prilicla — zgadzam się, że obecne poczynania Cha są nieco ryzykowne. Ale przedstawiła mi wcześniej pewien domysł i poprosiła o zgodę na jego weryfikację. Otrzymała moją ograniczoną aprobatę.

Ignorując sennych gospodarzy i nie zdając na bieżąco relacji, Cha mogła prowadzić poszukiwania o wiele szybciej, jednak rezultat był wciąż negatywny. W żadnym schowku nie było rozbitka, dorosłego czy małego, a z panelu wydobywał się tylko zapach glyttu, który nigdy nie należał do jej ulubionych.

Niemniej próby odwrócenia od niej kapitańskiego gniewu wywołały tak wielki przypływ wdzięczności, że empata musiał chyba poczuć go na odległość. Nie wtrącając się do ich rozmowy, Sommaradvanka zaczęła przeszukiwać trzecie i ostatnie pomieszczenie.

— Tak czy owak, przyjacielu Fletcher, odpowiedzialność za wszystko, co się teraz dzieje na tamtym statku, spoczywa nie na tobie, lecz na mnie — rzekł tymczasem Prilicla.

— Wiem, wiem — zgodził się z irytacją kapitan. — Na miejscu katastrofy dowodzenie przejmuje kierownik zespołu medycznego. W tej sytuacji możesz rozkazywać dowódcy statku Korpusu, a on zobowiązany jest posłuchać. Co innego technik drugiej klasy Cha Thrat. Jej też możesz rozkazywać, ale wątpię, aby cokolwiek z tego wynikło.

Zapadła kolejna chwila ciszy przerwana tym razem przez sam obiekt dyskusji.

— Skończyłam przeszukiwać kabiny. Wszystkie trzy są analogicznie wyposażone i rozplanowane, ale w żadnej nie ma brakującego FGHJ. Niemniej zauważyłam, że pierwsza i druga kabina mają wspólną ścianę, podobnie jak druga i trzecia. Pierwsza i trzecia wszakże są oddzielone dodatkowo krótkim korytarzem biegnącym ku środkowi statku. Za nim musi być jeszcze jeden magazyn, prawdopodobnie dość duży i równie szeroki jak wewnętrzne ściany wszystkich trzech kabin. Możliwe, że nasz rozbitek kryje się właśnie tam.

— Nie sądzę — powiedział Fletcher. — Czujniki mówią, że to całkiem puste pomieszczenie, nie większe niż połowa kabiny i pełne kabli oraz przewodów, zapewne linii przesyłowych biegnących do kabin. Mówiąc „puste”, chciałem powiedzieć, że nie ma tam żadnego większego metalowego obiektu, chociaż materia organiczna może być obecna, jeśli jest składowana w niemetalowych pojemnikach. Niemniej gdyby to była istota o masie i temperaturze żywego FGHJ, nieważne, czy poruszającego się czy nie, na pewno byłoby ją widać. Wszystko wskazuje, że to tylko kolejny magazyn. Jednak nie wątpię, że i tak go przeszukasz. Cha z trudem zignorowała ton kapitana.

— Podczas wstępnego przeszukania tego miejsca spojrzałam tylko w głąb korytarza i zobaczyłem ślepą ścianę z czymś, co mylnie wzięłam za źle dopasowany panel. Usprawiedliwia mnie fakt, że nie ma tu żadnego uchwytu ani klamki, po bliższych oględzinach widzę bowiem, że są to uchylone lekko do środka drzwi. Skaner pokazuje, że zamknąć je można tylko od wewnątrz. Włączam kamerę i otwieram drzwi.

W środku panował bałagan powiększany przez brak grawitacji. Trudno było dojrzeć cokolwiek przez unoszące się w powietrzu śmieci. Mocno pachniało glyttem.

— Nie mamy wyraźnego obrazu — powiedział Fletcher. — Coś znajdującego się bardzo blisko obiektywu przesłania większość pola widzenia. Zamocowałaś kamerę jak należy czy może widzimy fragment twojego ramienia?

— Nie, panie kapitanie — odparła jak najbardziej regulaminowo. — W pomieszczeniu nie ma ciążenia i unosi się w nim wiele płaskich, mniej więcej okrągłych w przekroju przedmiotów. Wydają się pochodzenia organicznego, wszystkie niemal takie same, ciemnoszare z jednej strony i nakrapiane jasno z drugiej. Przypuszczam, że to półprodukty spożywcze, które wyleciały z niedomkniętego pojemnika, albo stałe odchody podobne do tych, które znalazłam w kabinach, wyschnięte już i częściowo pozbawione koloru. Próbuję odsunąć je, aby przejść dalej.

Zdjęta obrzydzeniem zaczęła odpychać obiekty środkowymi kończynami, bo tylko te były nadal w rękawiczkach. Nie otrzymała żadnej odpowiedzi z Rhabwara.

— Na ścianach i suficie widzę nieregularne, gąbczaste narośle — mówiła, przesuwając kamerę, aby pokazać to, co starała się opisać. — Z tego co widzę, każda z nich jest innej barwy, chociaż wszystkie są wyblakłe, a pod nimi znajdują się krótkie, wyściełane ławki. Na poziomie podłogi widzę trzy takie same panele jak w innych pomieszczeniach. Te placki unoszą się, gdzie tylko spojrzeć, ale w rogu przy suficie dryfuje coś większego… To FGHJ!

— Nie rozumiem, dlaczego skanery go nie wykryły — rzekł Fletcher. Należał do kapitanów, którzy zawsze wymagają od swojej załogi najwyższej skuteczności i każdą awarię traktują jak osobistą zniewagę.

— Dobra robota, przyjaciółko Cha — ucieszył się Prilicla. — Teraz szybko, przesuń go do wyjścia. Zaraz będziemy u ciebie z noszami. Jaki jest ogólny obraz kliniczny?

Sommaradvanka przysunęła się bliżej i odepchnęła kolejne placki.

— Nie widzę żadnych obrażeń, nawet najmniejszych, ani zewnętrznych oznak choroby. Jednak ten FGHJ jest inny. Wydaje się chudszy i słabiej umięśniony. Skóra jest bardziej pomarszczona, kopyta wyblakłe i popękane. Włosy ma siwe. Jest chyba o wiele starszy od tamtych. Może to władca statku, który ukrył się tutaj, aby uniknąć losu reszty załogi… — Urwała nagle.

— Przyjaciółko Cha, dlaczego tak uważasz? Co się z tobą dzieje?

— Nic się nie dzieje — odparła Cha Thrat, dochodząc do siebie po rozczarowaniu. — Złapałam już tego FGHJ. Nie ma co się spieszyć. Nie żyje.

— To wyjaśnia, dlaczego umknął czujnikom — powiedział Fletcher.

— Przyjaciółko Cha, jesteś całkiem pewna? — spytał empata. — Ciągle czuję obecność głęboko nieprzytomnego umysłu.

Cha przyciągnęła załoganta bliżej, aby sięgnąć do niego górnymi kończynami.

— Niska temperatura ciała. Otwarte oczy. Brak reakcji źrenic na światło. Nie wyczuwam zwykłych funkcji życiowych. Niestety, naprawdę nie żyje… — Umilkła, spojrzawszy na głowę istoty. — Ale chyba wiem, co go zabiło! Na karku. Widzicie?

— Niezbyt — odparł Prilicla, czując na pewno jej narastające podniecenie i strach. — To chyba jeden z tych placków.

— Też tak z początku myślałam. Sądziłam, że któryś przyczepił się przypadkiem, ale nie. To coś znalazło się tam rozmyślnie i zakotwiczyło za pomocą wyrostków rosnących na krawędzi dysku. Teraz, gdy im się przyglądam, widzę, że wszystkie mają takie wyrostki, a sądząc po ich długości, potrafią bardzo głęboko zakotwiczyć się w potylicy. To jest albo było żywe i może być odpowiedzialne za…

— Wynoś się stamtąd! — rzucił jej Fletcher.

— Natychmiast! — dodał Prilicla.

Cha Thrat puściła ostrożnie zwłoki, zdjęła kamerę i przyczepiła ją magnetycznymi przylgami do ściany. Wiedziała, że zespół medyczny będzie chciał się przyjrzeć bliżej temu osobliwemu zjawisku, żeby zdecydować, co właściwie z nim zrobić. Potem odwróciła się ku wyjściu, które nagle wydało jej się bardzo odległe.

Dyski unosiły się na jej drodze niczym pole minowe. Niektóre z nich poruszały się ciągle, może pchnięte wcześniej przez nią, może zaś samodzielnie. Widziała je pod rozmaitymi kątami. Gładkie, nakrapiane spody, szare i pomarszczone grzbiety, krawędzie z frędzlami bezwładnych macek…

Tak bardzo zajęta była poszukiwaniami FGHJ — a, że nie obejrzała dokładnie tych obiektów, które wcześniej wzięła za placki albo wysuszone odchody. Nadal nie wiedziała, co to jest, chociaż pojmowała, jakie spustoszenie potrafią wywołać w wysoce inteligentnych umysłach.

Wizja drapieżnika, który nie pożera ofiary, tylko pasie się jej rozumem, była czymś obłąkanym. Cha bała się dotykać dysków, ale było ich za wiele, aby je wszystkie ominąć. Pomyślała jednak, że jeśli któryś wejdzie jej w drogę, uderzy. Uderzy z całej siły.

— Dobrze panujesz nad strachem — rozległ się w słuchawkach głos Prilicli. — Poruszaj się wolno i ostrożnie i nie…

Skrzywiła się, usłyszawszy nagle wysoki pisk informujący, że zbyt wiele osób próbowało rozmawiać z nią równocześnie za pomocą autotranslatora. Zaraz jednak pojęła, że to kapitan przejął kontakt.

— Za tobą! — zawołał. Ale było już za późno.

Skupiona na tym, co działo się przed nią i po bokach, gdzie jej zdaniem czaiło się największe niebezpieczeństwo, zapomniała o tyłach. Gdy poczuła na karku zdumiewająco lekkie dotknięcie, po którym nastąpiło nieznaczne odrętwienie tej okolicy, pomyślała bezwiednie, że widać dysk znieczula ją przed zapuszczeniem macek. Skierowała jedno oko do tyłu i odruchowo uniosła górne kończyny, aby odepchnąć dysk, który oderwał się od martwego FGHJ — a i próbował wrosnąć w nią. Jednak macki tylko zamachały słabo, jakby zabrakło im sił.

Reszta jej ciała też słabła albo zaczynała się zwijać miotana skurczami, jak zdarza się to przy poważnych uszkodzeniach mózgu. Przez głowę przebiegła jej myśl, że musi to być niemiły widok dla jej przyjaciół.

— Walcz, Cha! — rozległ się nagle głos Murchison. — Cokolwiek to robi, stawiaj opór! Jesteśmy już w drodze.

Doceniła troskę w głosie patolog, ale język nie pracował już jak należy, a szczęki zacisnęły się spazmatycznie i nie mogła odpowiedzieć. Całe ciało opanowały mimowolne skurcze, robiło jej się na zmianę zimno i gorąco, czuła ból albo miłą pieszczotę na niektórych obszarach skóry. Wiedziała, że coś bada centralny układ nerwowy, aby dowiedzieć się, jak funkcjonuje jej organizm, i zapewne przejąć nad nim kontrolę.

Stopniowo miotające nią skurcze zanikły i mogła wznowić wędrówkę do wyjścia. Obiektyw kamery podążał za nią. Gdy dotarła do drzwi, zatrzasnęła je i zablokowała doskonale znany sobie nagle zamek.

— Co robisz? — spytał ostro Fletcher.

Przecież widać, że zablokowałam drzwi od środka, pomyślała ze złością Cha. Zapewne kapitan zamierzał spytać, dlaczego to zrobiła. Chciała odpowiedzieć, ale nie mogła wykrztusić słowa. Bez wątpienia jednak zrozumieją, że nie życzy sobie… że oboje nie życzą sobie, aby im przeszkadzano.

Rozdział dziewiętnasty

Znowu wszyscy próbowali mówić do niej równocześnie i musiała zsunąć nieco słuchawki, bo pisk nie pozwalał jej zebrać myśli. Kamera nadal podążała za nią i w końcu musieli zrozumieć, co robi, bo hałas umilkł i rozległ się tylko jeden głos.

— Przyjaciółko Cha, wysłuchaj mnie uważnie. Zostałaś zaatakowana przez jakiegoś pasożyta, który wczepił się w ciebie. Twoja emanacja emocjonalna zmienia się. Postaraj się oderwać, zanim zrobi się jeszcze gorzej.

— Wszystko w porządku — zaprotestowała Cha. — Naprawdę, nic mi nie jest. Zostawcie mnie samą, aż…

— Jednak twoje myśli i odczucia nie należą już do ciebie — przerwała jej Murchison. — Walcz, do cholery. Nie trać kontroli nad swoim umysłem. Albo postaraj się chociaż otworzyć drzwi, byśmy nie marnowali czasu na ich przepalanie.

— Nie — sprzeciwił się kapitan. — Przykro mi, ale żadne z tych stworzeń nie opuści statku.

Wywiązała się sprzeczka, która znowu przeładowała obwody autotranslatora, nie mogła im więc odpowiedzieć. Nadal jednak słyszała to i owo, szczególnie gdy Fletcher odzywał się swoim głosem władcy.

Kapitan przypominał im obowiązujące w takich przypadkach reguły ścisłej kwarantanny i co chwila wzywał Priliclę, aby ten potwierdził jego słowa. Dowodził, że napotkali nową formę życia, istotę wchłaniającą pamięć, inteligencję i osobowość ofiary, a zostawiającą tylko pustą skorupę, bezrozumne zwierzę. Co więcej, sądząc po zachowaniu Cha, był to pasożyt zdolny do szybkiej adaptacji i przejmowania kontroli nawet nad nie znanymi sobie organizmami.

Po paru chwilach nikt już nie próbował mu przerywać.

— To znaczy, że nie jest to organizm z planety FGHJ. Mógł się dostać na pokład wszędzie po drodze i potrafi obezwładnić każdą inteligentną rasę Federacji! Nie wiem, co nim kieruje ani dlaczego wysysa rozum swoich ofiar, zamiast żywić się ich ciałem, i nie chcę nawet o tym myśleć. Ani o tym, jak czy w jakim tempie potrafi się rozmnażać. W tamtym pomieszczeniu znajdują się tych istot dziesiątki, a przy tym są one na tyle małe, że mogą się ukryć w dowolnym zakamarku statku. Dopóki nie dotrze do nas odpowiednio chroniony i wyposażony zespół dekontaminacyjny, muszę zamknąć szczelnie rękaw i pilnować, żeby nikt go nie otworzył. To coś całkiem nowego, co wymyka się naszemu doświadczeniu. Możliwe, że Szpital zaleci nawet zniszczenie całego statku razem z zawartością. Jeśli pomyślicie chwilę — dodał wyraźnie przygnębiony — sami zrozumiecie, że nie możemy ryzykować przeniesienia tej formy życia na nasz statek ani tym bardziej do Szpitala.

Zapadła dłuższa cisza. Załoga trawiła słowa kapitana, Cha zaś zastanawiała się nad dziwnym zdarzeniem, które stało się jej udziałem. Czuła, że to jeszcze nie koniec…

Próbując pomóc Khone’owi, doświadczyła połączenia, podczas którego obca osobowość najechała w pewien sposób jej umysł, ale go nie opanowała. Przeżyła wstrząs tym głębszy, że Gogleskanin przekazał jej także myśli i wspomnienia osoby trzeciej, z którą połączył się wcześniej. Jednak teraz było całkiem inaczej. Jestestwo, które nawiązało z nią kontakt, było łagodne i wspierało ją, a całe zjawisko wydawało się niemal przyjemne, jak coś, na co czeka się z utęsknieniem całe życie. Podobnie jak ona wcześniej, obcy wydawał się mocno zmieszany i zaskoczony zawartością jej umysłu, który tylko w części był sommaradvański, a poza tym w jakiś sposób również gogleskański i ludzki. Przez to właśnie miał kłopoty z kontrolowaniem jej ciała. Nadal jeszcze nie była pewna intencji tej istoty, ale wiedziała, że na pewno wciąż jest sobą i że z każdą sekundą dowiaduje się coraz więcej o dziwnym stworzeniu.

W końcu Murchison przerwała ciszę.

— Mamy ciężkie skafandry i palniki. Sami możemy wyczyścić to pomieszczenie i spalić wszystkie pasożyty łącznie z tym, którzy uczepił się karku Cha, a potem zabrać Sommaradvankę tutaj, na leczenie. O ile coś jeszcze z niej zostało. Ekipa ze Szpitala dokończy potem robotę…

— Nie — zaprotestował kapitan. — Jeśli ktokolwiek z was pójdzie na tamten statek, nie będzie już mógł wrócić.

Cha Thrat nie chciała włączać się do rozmowy, gdyż musiałaby wówczas oderwać się od tego, co zajmowało ją najbardziej: wsłuchiwania się w obcą istotę. Zamiast tego pomachała środkowymi kończynami, dając Znak Oczekiwania. Poniewczasie pojęła, że nie mogli go zrozumieć, i uniosła jedną mackę w ludzkim odpowiedniku tego gestu.

— Przyznaję, że się gubię — powiedział nagle Prilicla. — Przyjaciółka Cha nie czuje bólu ani nie cierpi z powodu stresu, Bardzo czegoś chce, ale emanacja charakterystyczna jest dla kogoś, kto pragnie zachować spokój i kontrolę nad emocjami.

— Ale jaką kontrolę? — odezwała się Murchison. — Popatrzcie na jej ręce. Zapominacie, że to już nie są jej odczucia ani emocje…

— Przyjaciółko Murchison, nie ty jesteś tutaj empatą — upomniał ją jak najłagodniej Prilicla. — Przyjaciółko Cha, spróbuj się odezwać. Czego od nas chcesz?

Najchętniej powiedziałaby im, aby przestali gadać i zostawili ją w spokoju, ale bardzo potrzebowała ich pomocy, a taka odpowiedź wywołałaby zaraz lawinę pytań i niepotrzebne zamieszanie. W głowie szalał jej huragan myśli i wspomnień. Nowy mieszkaniec zachowywał się jak intruz zagubiony w nie znanym sobie, wielkim i bogato umeblowanym, ale kiepsko oświetlonym domu. Co rusz wpadał na jakiś sprzęt. Niektóre badał dokładnie, od innych czym prędzej się odsuwał. To nie był dobry czas, aby zostawiać Cha Thrat samą.

Jednak gdyby odpowiedziała na kilka ich pytań, przynajmniej na tyle, aby ucichli i zrobili to, czego chce… Tak, to powinno być dobre rozwiązanie.

— Nic mi nie grozi — stwierdziła z wahaniem. — Nic mi nie jest. Mogę w dowolnej chwili odzyskać kontrolę nad swoim ciałem i umysłem, ale postanowiłam na razie tego nie robić, żeby nie ryzykować zerwania kontaktu na zbyt długo. Zależy mi, aby jak najszybciej dołączyli do mnie starszy lekarz Prilicla i patolog Murchison. FGHJ nie są już ważni. Nie trzeba już szukać anestetyku ani dalszych rozbitków, ponieważ…

— Nie! — Fletcher przerwał jej z taką pasją, jakby zaraz coś miało go trafić. — To są inteligentne pasożyty. Słyszycie, jak próbują przekonać was jej ustami, żebyście do niej poszli? Nie wątpię, że gdy was opanują, znajdziecie jeszcze lepsze argumenty, żeby i reszta do was dołączyła albo żebyśmy was wpuścili na Rhabwara, aż wszyscy podzielimy los FGHJ. Nie, nie będzie kolejnych ofiar.

Cha starała się go nie słuchać, zbyt wiele myśli bowiem niepokoiło obcego i nie pozwalało na swobodną komunikację. Bardzo ostrożnie uniosła środkową tylną kończynę i wskazała dysk dużym palcem.

— To jest rozbitek — powiedziała. — Jedyny ocalały.

Nagle poczuła, jak obcy zaczyna emanować radością, jakby choć trocheja wreszcie zrozumiał. Niespodziewanie odkryła, że może już mówić bez obawy, że kontakt się urwie, a obcy osłabnie, może nawet umrze przyczepiony do niej.

— Jest bardzo chory — podjęła. — Może jednak na krótko zachować przytomność i zdolność ruchu. Tak właśnie ożył, gdy tu weszłam, i podjął ostatnią, desperacką próbę uzyskania pomocy dla swoich przyjaciół i ich gospodarzy. Pierwsze, nieporadne wysiłki spowodowały moje drgawki, ale to już minęło. A w ciągu kilku ostatnich minut pojął, że tylko on ocalał.

Nikt, nawet kapitan, nie próbował już jej przerywać.

— Potrzebuję Prilicli, aby zbadał jego stan z niewielkiej odległości, i Murchison, aby obejrzała martwych i odkryła, co ich zabiło. To pozwoliłoby znaleźć lekarstwo, zanim stan tego ostatniego pogorszy się tak bardzo, że nie będzie już dla niego ratunku.

— Nie — powtórzył Fletcher. — To ładna opowieść, ciekawa na pewno dla wszystkich znawców ksenomedycyny, ale może też być podstępem obliczonym na zyskanie kontroli nad kolejnymi naszymi ludźmi. Przykro mi, ale nie możemy ryzykować.

— Przyjaciel Fletcher ma sporo racji — powiedział Prilicla. — Sama wiesz, że trudno się z nim nie zgodzić, bo na własne oczy widziałaś stan, w jakim znaleźli się FGHJ po tym, jak pasożyty ich opuściły. Przykro mi, przyjaciółko Cha, ale też muszę odmówić.

Sommaradvanka zamilkła na chwilę, szukając czegoś, co by ich przekonało. Nie przypuszczała, że mały empata zdobędzie się na taką stanowczość.

— Fizycznie te stworzenia są dość nieporadne i bez trudu mogłabym zdjąć obcego, aby udowodnić, że nade mną nie panuje, ale to by go zapewne zabiło — powiedziała w końcu. — Niemniej, jeśli zademonstruję koordynację ruchową, wychodząc stąd i schodząc cztery poziomy niżej, gdzie znajdę się wystarczająco daleko od wpływu FGHJ, to czy Prilicla skłonny będzie sprawdzić, z kim mamy do czynienia? Przekona się wtedy, że to inteligentna i cywilizowana istota, a nie drapieżnik, i że niepotrzebnie tak panicznie się go boicie.

— Cztery poziomy niżej to będzie tuż obok rękawa… — zaczął kapitan, ale Prilicla mu przerwał.

— Owszem, mogę wyczuć różnicę, przyjaciółko Cha. Wystarczy, jeśli będę dość blisko. Spotkam się tam z tobą.

Znowu zapiszczało w słuchawkach, a po paru chwilach dał się słyszeć głos Prilicli.

— Przyjacielu Fletcher, jako starszy lekarz ponoszę odpowiedzialność za sprawdzenie, czy istota uczepiona karku Cha Thrat nie jest jednak pacjentem. Niemniej, ponieważ należę do rasy, która słynie w całej Federacji z ostrożności i braku odwagi, zachowam wszystkie możliwe środki bezpieczeństwa. Cha, nakieruj kamerę na drzwi. Jeśli którakolwiek z tych istot spróbuje przemknąć się za tobą, wracam zaraz na Rhabwara i zamykam rękaw. Czy to jasne?

— Tak.

— Jeśli w trakcie spotkania zdarzy się cokolwiek podejrzanego, nawet gdybym uniknął opanowania i nadal wydawał się sobą, Fletcher zamknie rękaw i obłoży statek kwarantanną. Potrzebujemy jak najwięcej danych o tej formie życia, opowiadaj więc, proszę. Nagrywamy wszystko. Ja tymczasem idę już do śluzy.

— A ja z tobą — powiedziała Murchison. — Przy założeniu że to jedyny ocalony, a zarazem całkiem nowa inteligentna rasa i być może przyszły członek Federacji, Thorny przejdzie po mnie wszystkimi sześcioma nogami, jeśli pozwolę tej istocie umrzeć. Danalta i Naydrad zostaną tutaj i będą obserwować rozwój wydarzeń na ekranie. Być może będziemy potrzebowali specjalnego sprzętu. A na wypadek gdyby okazało się, że to maleństwo nie jest tak przyjazne, jak zapewnia nas Cha Thrat, dodam też do torby ciężki palnik, aby bronić twoich tyłów.

— Dziękuję, przyjaciółko Murchison, ale nie.

— Ależ tak, starszy lekarzu. Z cały szacunkiem. Jesteś wyższy rangą, ale nie masz dość muskułów, aby mnie zatrzymać.

— Jeśli chcesz wyczuć jakieś emocje, pospiesz się. Pacjent słabnie i naprawdę pilnie potrzebuje pomocy — odezwała się zniecierpliwiona Cha.

Fletcher sprzeciwił się zaraz nieuprawnionemu, jego zdaniem, użyciu słowa „pacjent”, ale Cha Thrat zignorowała jego uwagę i, jak umiała najlepiej, zaczęła przedstawiać to, co obcy z takim wysiłkiem jej przekazał: historię tego konkretnego osobnika i całego jego gatunku.

Przybył z planety, którą niemal wszystkie gatunki uznałyby za piękną. Była na tyle spokojna, że większość zwierząt nie musiała na niej walczyć o przetrwanie i z tego powodu nie wytworzyła inteligencji. Jednak od najdawniejszych czasów, gdy życie rozwijało się tam jeszcze tylko w oceanie, różne gatunki nauczyły się wiązać z innymi, tworząc związki symbiotyczne, w których gospodarz był kierowany ku lepszym źródłom pożywienia, a w zamian zapewniał słabemu i względnie małemu pasożytowi ochronę oraz transport ku miejscom, gdzie i dla niego dawało się znaleźć coś do jedzenia. Praktyka ta przetrwała wyjście na ląd i powstanie nowych gatunków, a w końcu pasożyty wyewoluowały w nader inteligentny gatunek.

Najwcześniejsze zapiski wspominały o daremnych próbach rozbudzenia rozumu także w różnych gatunkach nosicieli. Pochodzące z tej samej planety FGHJ były za sprawą swej zdolności do pracy wynoszone w różnych materiałach ponad wszystkie inne.

Nadal jednak musiały być cały czas kierowane przez pasożyta, co wielu nie satysfakcjonowało. Coraz częściej pojawiały się zatem głosy, aby znaleźć wreszcie takiego nosiciela, który będzie partnerem, istotą zdolną do debat i podsuwania nowych idei, a nie organicznym narzędziem, które tylko widzi, słyszy i umie wykonywać rozkazy.

Z pomocą takich właśnie „narzędzi” zbudowali miasta, fabryki i statki, na których opłynęli swój świat, następnie wzlecieli w powietrze, a ostatecznie wyruszyli w pustkę międzygwiezdną. Jednak miasta, tak jak statki kosmiczne, chociaż funkcjonalne, pozbawione były uroku, gdyż powstały dla istot nie znających poczucia piękna, istot, które ceniły tylko wygodę i do życia potrzebowały wyłącznie żywności, ciepła oraz regularnych kontaktów seksualnych. Były wystarczająco cennymi narzędziami, aby o nie dbać, i wiele spośród nich darzono miłością podobną do tej, którą ludzie obdarzają ulubionego domowego zwierzaka.

Pasożyty też miały swoje potrzeby, te jednak pod żadnym względem nie przypominały zwierzęcych potrzeb nosicieli. Zdrowie psychiczne pasożytów wymagało wręcz, aby czasem porzucali swoje miejsce i wiedli własne życie. Zwykle działo się to w nocy, kiedy narzędzia nie były potrzebne i można było wieść je bezpiecznie w jakimś miejscu. W ten sposób pośród brzydoty miast powstały małe oazy piękna i cywilizacji, w których zakładano rodziny i dystansowano się od wszystkiego, co było właściwe nosicielom.

Od dawna znano zasadę, że żadna istota ani kultura nie uniknie stagnacji, jeśli nie będzie wychodzić poza swój krąg rodzinny, swoją grupę plemienną czy poza swój świat. W poszukiwaniu innych istot inteligentnych, podobnych albo i niepodobnych do nich, symbionci odwiedzili planety krążące wokół wielu obcych słońc, założyli nawet małe kolonie, ale nigdzie nie odkryli rozumu. Zawsze trafiali tylko na zwierzęta, które stawały się ich nowymi nosicielami.

Ponieważ nie cierpieli, gdy dotykały ich kończyny zwierząt, nauki medyczne rozwinęli niemal tylko o tyle, o ile dotyczyły schorzeń nosicieli. Nie znali chirurgii. Skutek był taki, że gdy któryś z nosicieli zaczynał chorować, to — nawet jeśli nie było to nic poważnego — jego pasożyt nierzadko umierał.

Cha Thrat przerwała na chwilę i uniosła jedną z górnych kończyn, aby podtrzymać pasożyta. Czuła, jak wyrostki osłabionego stworzenia wysuwają się z wolna. Słyszała już nadchodzących niższym pokładem Priliclę i Murchison.

— To właśnie stało się na ich statku — podjęła wątek. — Nosiciele złapali jakąś mało groźną, osłabiającą ich infekcję, ale po okresie gorączkowania wyzdrowieli. Pasożyty zaś, poza tym jednym, zginęły. Zanim jednak wróciły do własnych kwater, aby tam odejść, umieściły swoje narzędzia w miejscach, gdzie był dostęp do żywności i gdzie zwierzęta te nie powinny zrobić sobie krzywdy. Mieli nadzieję, że pomoc nadejdzie w porę, aby je uratować. Ten, który okazał się częściowo odporny na chorobę, zadbał, aby ratownicy nie mieli kłopotu z wejściem na statek, wystrzelił boję i wrócił do gniazda pocieszać umierających przyjaciół. Jednak wysiłek ten nazbyt wyczerpał jego nosiciela, ulubionego mimo podeszłego wieku FGHJ — a, i stworzenie umarło w gnieździe na zawał serca. Tymczasem sygnał boi alarmowej zwabił nie ich bratni statek, tylko Rhabwara — dodała na koniec. — Resztę zaś znamy.

Prilicla nic nie powiedział, a Murchison przesunęła się w bok. W ręku trzymała cienki palnik wycelowany w kark Sommaradvanki.

— Muszę jeszcze sprawdzić go skanerem, ale powiedziałabym, że to typ DTRC — odezwała się nieco nerwowo patolog. — Bardzo podobny do symbiontów DTSB, które FGLI noszą do pomocy w mikrochirurgii. W tamtych przypadkach to pasożyty służą kończynami, a Tralthańczycy mózgami, chociaż niektóre pielęgniarki twierdzą, że jest odwrotnie…

— Próbowałam oswoić go z moimi narządami mowy, aby mógł zwracać się do was bezpośrednio — powiedziała Cha. — Jest jednak na to za słaby i ledwie zachowuje przytomność, muszę więc być jego rzecznikiem. Wie już ode mnie, kim jesteście. On nazywa się Crelyarrel z trzeciej grupy Trennchi, sto siedemdziesiątej grupy Yau, czterysta ósmej podgrupy wielkiej Yilla z Rhiimów. Nie potrafię opisać dokładnie, co czuje, ale cieszy się bardzo, że Rhiimowie nie są jednak jedynym inteligentnym gatunkiem w Galaktyce, i żałuje tylko, że przyjdzie mu umrzeć z tą wiedzą. Przeprasza też za niepokój i obawy, które wzbudził…

— Wiem, co czuje — stwierdził cicho Prilicla i nagle zalała ich olbrzymia fala ciepła, życzliwości i spokoju. — Cieszymy się, że cię poznaliśmy, przyjacielu Crelyarrel. Nie pozwolimy ci umrzeć. A teraz chodź, mały przyjacielu. Odpoczniesz. Jesteś w dobrych rękach.

Nie ustając w przekazywaniu emocjonalnego wsparcia, przystąpił do organizowania pomocy.

— Odłóż ten palnik, przyjaciółko Murchison, i idź z pacjentem oraz przyjaciółką Cha do gniazda Rhiimów. Tam poczuje się on bezpieczniej, a ty będziesz miała sporo pracy z jego martwymi przyjaciółmi. Przyjacielu Fletcher, zawiadom Szpital, aby przygotował się na przyjęcie nowej rasy. Przygotuj się też na długą transmisję do Thomnastora. Ułożymy wiadomość, gdy tylko będziemy mieli jasny obraz kliniczny. Przyjaciółko Naydrad, czekaj z noszami na wypadek, gdybyśmy ich potrzebowali albo gdyby trzeba było przetransportować ciała DTRC na Rhabwara do autopsji…

— Nie! — odezwał się kapitan.

Murchison wypowiedziała pod jego adresem kilka słów, które normalnie rzadko były używane przez Ziemianki, i przeszła do rzeczy.

— Kapitanie Fletcher, mamy tu pacjenta w poważnym stanie, który jako jedyny ocalał z szalejącej na pokładzie zarazy. Zna pan sytuację równie dobrze jak ja. Proszę zrobić to, o co prosi Prilicla.

— Nie — powtórzył kapitan, chociaż jakoś mniej pewnie. — Rozumiem, co czujecie. Ale czy to naprawdę wy? Ciągle nie przekonaliście mnie, że to stworzenie jest niegroźne. Dobrze pamiętam, jak wyglądała załoga. Może tylko udaje chore? Może opanowało was albo przynajmniej wpływa na wasze postępowanie? Decyzja o kwarantannie pozostaje w mocy aż do przybycia szefa patologii albo nawet ekipy dekontaminacyjnej. Do tego czasu nikt nie opuści statku.

Cha Thrat podtrzymywała już Crelyarrela aż trzema małymi mackami. Teraz, gdy wiedziała w końcu, kto to jest, dysk wcale nie wydawał jej się obrzydliwy. Wyrostki wisiały między jej palcami, a skóra jaśniała, coraz bardziej upodabniając się do wyschłej tkanki martwych Rhiimów unoszących się w gnieździe. Czy on naprawdę musi umrzeć? — pomyślała ze smutkiem. Musi umrzeć tylko dlatego, że dwie osoby mają odmienne zdanie, a każda z nich uważa, że ma rację? Udowodnienie, że jedna z nich się myli, szczególnie gdy osobą tą był władca, mogło mieć dla niej poważne konsekwencje. Cha zastanowiła się, czy sama nie była też niekiedy zbyt uparta. Być może zaznałaby w życiu więcej radości, gdyby częściej dopuszczała możliwość, że też potrafi błądzić. Tak na Sommaradvie, jak i w Szpitalu.

— Przyjacielu Fletcher — powiedział cicho Prilicla. — jako empata znajduję się nieustannie pod wpływem wszystkich w moim otoczeniu. Wiem, że są istoty, które mogą celowo albo przypadkiem wywołać wrażenie nie oddające ich odczuć. Jednak nie jest możliwe, aby jakakolwiek inteligentna istota udawała rzeczywiste uczucia. Każdy empata przyznałby mi rację, ale pan musi mi uwierzyć na słowo. Rozbitek nie może wyrządzić nikomu krzywdy.

Kapitan milczał chwilę.

— Przepraszam, starszy lekarzu. Nadal nie jestem w pełni przekonany, że mówi pan wyłącznie w swoim imieniu i nikt nie kontroluje pańskiego umysłu, nie mogę zatem wpuścić pana na statek.

Cha Thrat uznała, że sytuacja wymaga bardziej zdecydowanego działania. Prilicla był stanowczo zbyt łagodny, aby sobie z nią poradzić.

— Doktorze Danalta, zechce pan udać się do rękawa i objąć tam wartę, a następnie, przybierając dowolną postać, zniechęcić każdego oficera Korpusu, który próbowałby zamknąć przejście, rozmontować je czy w jakikolwiek inny sposób zablokować ruch w obie strony. Naturalnie, nie posunie się pan do wyrządzenia komukolwiek krzywdy, nie sądzę też, aby ktokolwiek spróbował zagrozić panu bronią, chociażby dlatego, że mogłoby to spowodować przebicie kadłuba, niemniej…

— Techniku!

Mimo że kapitan tkwił na odległym mostku, a zasięg odczuwania Prilicli był ograniczony, mały empata zadrżał, odebrawszy emocje Fletchera. Uspokoił się dopiero, gdy kapitan znowu zapanował nad sobą.

— Dobrze, starszy lekarzu — powiedział lodowatym tonem. — Przy moim sprzeciwie i wyłącznie na pańską odpowiedzialność rękaw pozostanie otwarty. Możecie poruszać się swobodnie między statkiem a pokładem medycznym, ale reszta jednostki pozostanie zamknięta dla was i tego… tego stworzenia, które zwie pan rozbitkiem. Sprawą Cha Thrat, która dopuściła się poważnej niesubordynacji, a być może nawet nakłaniała do buntu na pokładzie, zajmiemy się później.

— Dziękuję, przyjacielu Fletcher — rzekł Prilicla i wyłączył mikrofon. — Co do ciebie zaś, przyjaciółko Cha, wykazałaś się wielkim brakiem rozwagi i dopuściłaś się niesubordynacji. Obawiam się, że nawet jeśli dowiedziemy kapitanowi, że nasze działania były słuszne, może on zachować wobec ciebie mało przyjazne nastawienie, i to dość długo.

Murchison nie odzywała się, dopóki nie dotarli do gniazda. Tam zaczęła badania pasożyta skanerem. W pewnej chwili oderwała oczy od ekranu i spojrzała na Cha.

— Jak jedna osoba może narobić sobie w tak krótkim czasie tyle kłopotów? — spytała ze zdumieniem, ale i sympatią. — Co w ciebie wstąpiło, Cha?

Prilicla zadrżał lekko, ale nic nie powiedział.

Rozdział dwudziesty

Cha Thrat przybyła na spotkanie z naczelnym psychologiem punktualnie. Wiedziała, że zdaniem O’Mary przedwczesne pojawienie się w jego gabinecie jest równie wielkim marnotrawieniem czasu jak spóźnienie. Tym razem jednak to O’Mara się spóźnił, pośrednio zresztą z jej winy. Ziemianin Braithwaite, który pełnił dyżur w sekretariacie, wyjaśnił, o co chodzi.

— Przepraszam za opóźnienie, Cha Thrat — powiedział, wskazując głową na drzwi gabinetu O’Mary. — Niestety, zebranie się przedłuża. U szefa jest starszy lekarz Cresk — Sar oraz, wyliczając według starszeństwa, pułkownik Skempton, major Fletcher i porucznik Timmins. Drzwi podobno są dźwiękoszczelne, ale chwilami słyszę, że rozmawiają właśnie o tobie. — Uśmiechnął się ze współczuciem i wskazał najbliższe z trzech siedzisk. — Siadaj. Może uda się znaleźć coś wygodnego w oczekiwaniu na werdykt. Postaraj się nie niepokoić. Jeśli nie będzie ci to przeszkadzać, wróciłbym do pracy.

Cha Thrat powiedziała, że w żadnym razie jej to nie przeszkadza, i była zdumiona, gdy na ekranie przy zajętym przez nią biurku pokazało się to, co aktualnie absorbowało Ziemianina. Wprawdzie nic z tego nie pojmowała, ale przynajmniej miała zajęcie. Była pewna, że Braithwaite zrobił tak świadomie, aby nie myślała tyle o tym, co działo się w sąsiednim pomieszczeniu.

Jako główny asystent maga też musiała znać wiele skutecznych zaklęć.

Od powrotu do Szpitala Cha Thrat znalazła się w czymś w rodzaju administracyjnej nadprzestrzeni. Dział utrzymania nie chciał od niej dokładnie nic, władca Rhabwara zapomniał jakby o jej istnieniu, personel medyczny zaś zaczął okazywać jej sympatię i troskę, chociaż trochę przypominało to podejście do pacjenta, który nie miał zbyt długo zabawić na oddziale.

Oficjalnie nie było dla niej żadnego zajęcia, ale prywatnie nigdy jeszcze nie była tak zapracowana.

Diagnostyk Conway nie krył zadowolenia z tego, co zrobiła na Goglesk, i zachęcał ją do jak najczęstszych odwiedzin u Khone’a. Tylko oni dwoje mogli podejść do pacjenta na tyle blisko, żeby go dotknąć, chociaż trzeba przyznać, że sytuacja zmieniała się z wolna na lepsze. Przy cichym wsparciu naczelnego psychologa i Prilicli zbliżano się małymi krokami do znalezienia sposobu, który pozwoliłby uwolnić Gogleskan od ich uwarunkowania. Ees — Tawn pracował tymczasem nad miniaturową zagłuszarką, która mogłaby zostać wszczepiona pacjentowi i która włączałaby się na milisekundy przed atakiem, uniemożliwiając zainicjowanie połączenia.

CMara ostrzegał, że na pełne rozwiązanie problemu trzeba będzie poczekać wiele pokoleń i że Khone zapewne nigdy nie będzie się czuł dobrze w czyjejś obecności, ale jego dziecko wydawało się już całkiem zadowolone z towarzystwa obcych osób.

Thornnastorowi i Murchison udało się wyizolować gen odpowiedzialny za chorobę Crelyarrela, chociaż jak przyznali Cha, rozbitek przetrwał na statku przede wszystkim dzięki własnej odporności. Obecnie mały symbiont wracał do sił i zaczynał się troszczyć o stan przewiezionych wraz z nim FGHJ. Dopytywał się nawet, kiedy będzie można przywieźć do Szpitala więcej Rhiimów, aby zajęli się nosicielami.

Podobne pytania stawiała wizytująca grupa oficerów Korpusu, którzy w ogóle nie byli zainteresowani niedawną niesubordynacją Cha na Rhabwarze. Może nawet o niej nie słyszeli. Byli z pionu kontaktów i badali statek, by zdobyć jak największą wiedzę o Rhiimach. Chcieli poznać położenie ich rodzinnej planety i wszystko, co mogło się przydać przed oficjalnym zaproszeniem nowej rasy do Federacji. Bardzo nalegali na rozmowę z rozbitkiem.

Crelyarrel aż się palił do współpracy, problemem było jednak porozumiewanie się. Jego gatunkowi wystarczały dotyk i telepatia, która jednak nie działała tak dobrze w przypadku innych gatunków. Nie był też jeszcze wystarczająco silny, aby przejąć pełną kontrolę nad nosicielem, i na razie nie można było zaprogramować komputera translacyjnego na język używany przez FGHJ.

Wprawdzie godzono się, że Rhiimowie to wysoce inteligentne i cywilizowane istoty, nikt wszakże jakoś nie był skłonny udostępnić DTRC swojego ciała, nawet tymczasowo. Podejście to było zresztą odwzajemniane. Jedyną osobą, którą Crelyarrel gotów był w tej roli zaakceptować, pozostała Cha. Oczywiście za każdym razem pytał ją o zgodę.

W ten sposób ciągle gdzieś ją wzywano i naprawdę nie miała zbyt wiele czasu, aby martwić się swoimi sprawami…

Aż do teraz.

Zza drzwi nie dobiegało w tej chwili dokładnie nic, co mogło znaczyć, że albo rozmawiają tam cicho, albo w ogóle przestali się do siebie odzywać. Myliła się jednak — spotkanie dobiegło wreszcie końca.

Starszy lekarz Cresk — Sar wyszedł pierwszy z nieodgadnionym wyrazem skrytej za włosami twarzy. Za nim pojawił się pomrukujący coś niewyraźnie pułkownik Skempton, a następnie władca Rhabwara, który nic nie mówił i w ogóle nie spoglądał na boki. Ostatni przeszedł porucznik Timmins. Ten spojrzał na Cha i zmrużył jedno oko. Wstawała właśnie z siedziska, gdy w progu stanął O’Mara.

— Siadaj tutaj, nie zajmie nam to wiele czasu — powiedział. — Ty też, Braithwaite. Sommaradvanom nie wadzi omawianie ich problemów przy świadkach, a tutaj na pewno mamy problem. Wygodnie ci na tej pogiętej klatce kanarka? Problem w tym — podjął, zanim zdążyła odpowiedzieć — że jesteś jak dziwny szpunt, który nie pasuje do żadnej dziury. Inteligentna, zdolna, o silnym charakterze. Dobrze się adaptujesz i potrafisz znosić bez większych szkód sytuacje, które wielu innych posłałyby do zakładu zamkniętego. Jesteś poważana, nawet szanowana przez wiele ważnych osób z naszego światka, jak i przez całą rzeszę przeciętnych. Nie lubi cię tylko garstka. Ta ostatnia grupa to głównie paru oficerów Korpusu oraz lekarzy, którzy nie wiedzą do końca, kim naprawdę jesteś i jak mają się do ciebie odnosić.

— Czasem sama nie jestem tego pewna — powiedziała Cha Thrat. — Gdy myślę jak ktoś z prawem do starszeństwa, zaczynam się zachowywać jak… — Urwała, żeby nie powiedzieć zbyt wiele.

— Całkiem jak Diagnostyk — mruknął O’Mara. — Ale nie przejmuj się. Nie babrzemy się tutaj nigdy w cudzych sekretach, tak mrocznych, jak i osobliwych, jak w twoim przypadku. Prilicla, chociaż nie podobało mu się przesadnie twoje zachowanie przed i w trakcie transportu Khone’a ani twoje postępki na jednostce Rhiimów, opowiedział mi o połączeniu, do którego doszło na Goglesk. Oczywiście, najbardziej obawiał się nieporozumień między tobą a jego przyjaciółmi, Conwayem i Murchison. Niemniej faktem pozostaje, że połączyłaś swój umysł z umysłem Khone’a, który wcześniej połączył się z Conwayem, tym samym zaś zyskałaś sporo wiedzy i doświadczenia naszego Diagnostyka, a także gogleskańskiego uzdrawiacza. Zaangażowałaś się też głęboko w kontakt z jednym z Rhiimów, nie wspominając już o wcześniejszej znajomości z jeden szesnaście. Nie dziwi mnie więc wcale, że czasem nie wiesz, kim jesteś. Czy w tej chwili są co do tego jakieś wątpliwości?

— Nie. Rozmawia pan wyłącznie z Cha Thrat.

— Dobrze, bo to ona ma powody, aby z troską myśleć o przyszłości. Od czasu sprawy Rhabwara, kiedy nie dość, że wykazałaś się niesubordynacją, to jeszcze miałaś rację, dalsza kariera w dziale utrzymania nie wchodzi w grę i nie pomogło, że Timmins był bardzo za tobą. Podobnie straciłaś możliwość objęcia posady lekarza pokładowego na którejś z jednostek Korpusu. Dyscyplina na pokładzie może się wydawać czymś nie zawsze najistotniejszym, ale jest i nie ma co jej lekceważyć, a żaden dowódca nie przyjmie doktora, który ma w aktach zapis o próbie wzniecenia buntu. Specjaliści od kontaktów, którym pomogłaś w sprawie Rhiima, nie są takimi służbistami i gotowi są zaproponować ci posadę na twojej planecie. Oczywiście gdy sprawa nieco przycichnie. Co byś powiedziała na powrót na Sommaradvę?

Cha Thrat jęknęła coś niezrozumiale.

— Rozumiem. Jednak medyczna, a dokładniej chirurgiczna kariera też nie wchodzi w grę. Mimo szacunku, którym cieszysz się u sporej części starszego personelu, nikt nie chce na oddziale tak przemądrzałej stażystki. Kogoś, kto przy pierwszej okazji wytknie błędy zawodowe i pielęgniarce, i lekarzowi. Poza tym, o ile masz pewne pożyteczne znajomości na wysokich stanowiskach, one też mogą zniknąć, jeśli prawda o twoim gogleskańskim incydencie wyjdzie na jaw.

Cha zastanowiła się, czy mogłaby zrobić lub powiedzieć coś, co zahamowałoby zamykanie przed nią kolejnych możliwości, gdy Braithwaite uniósł nagle głowę znad ekranu.

— Przepraszam, sir, ale z tego, co wiem o zaangażowanych w sprawę osobach, Conway, Khone i Prilicla nie będą poruszać tego tematu poza swoim gronem. Jeśli zaś chodzi o Murchison, jest ona na tyle inteligentna, że poznawszy prawdę od swojego partnera, zachowa się podobnie. Ponadto z jej profilu osobowościowego wynika, że ma duże poczucie humoru, możliwe więc, że uzna takie zaangażowanie istoty żeńskiej innego gatunku za coś raczej humorystycznego niż kłopotliwego. Oczywiście, nie zakładam nawet, aby doszło do jakichś działań w tym kierunku, ale nie wykluczam pojawienia się pewnych fantazji seksualnych, które pomogą w rozwoju kontaktów międzygatunkowych…

— Przestań, Braithwaite — mruknął O’Mara. — Takie gadanie sprawia, że ludzie mają potem o ksenopsychologach całkiem fałszywe mniemanie. A co do ciebie, Cha, już jakiś czas temu uznałem, że jest tylko jedno miejsce, w którym będziesz mogła należycie wykorzystać swoje umiejętności. Raz jeszcze zaczniesz od stanowiska stażysty i powoli będziesz się piąć w górę, bo szef jest bardzo wymagający. To trudna i często niewdzięczna praca, przy której nierzadko jest się sprawcą cudzej irytacji, ale do tego chyba już w pewnym stopniu przywykłaś. Będą też oczywiście pewne plusy, jak możliwość pakowania otworów węchowych w każdą sprawę, która wyda ci się tego warta. To jak, przyjmujesz propozycję?

Nagle krew zaszumiała Cha w uszach i z jakiegoś powodu zabrakło jej tchu.

— Nie… nie rozumiem — powiedziała.

O’Mara westchnął głęboko.

— Doskonale rozumiesz, Cha Thrat. Nie udawaj głupszej, niż jesteś.

— Tak, rozumiem. I jestem bardzo wdzięczna. Nie uwierzyłam tylko w pierwszej chwili… i pomyślałam o konsekwencjach. Proponuje pan, abym zaczęła się uczyć sztuki leczenia duchowego, sztuki zaklęć. Abym została stażystką maga.

— Coś w tym rodzaju — powiedział naczelny psycholog i spojrzał na ekran przy jej biurku. — Widzę, że dostałaś już do opracowania uaktualnienia ostatnich ankiet starszego personelu. Braithwaite od paru miesięcy próbował zrzucić na kogoś tę robotę.