/ Language: Polski / Genre:det_political

Na Skrzydłach Orłów

Ken Follett

Iran, ostatnie dni szacha. Kilku pracowników amerykańskiego koncernu trafia do więzienia w Teheranie. Żadne interwencje nie odnoszą skutku, a wobec chwilowego "bezkrólewia" nie ma z kim pertraktować. Ross Perot, właściciel koncernu, postanawia na własną rękę odbić więźniów – zakładników. Jego ekipa, złożona z pracowników spółki i jednego zawodowego komandosa, wkracza do akcji…

Ken Follett

Na Skrzydłach Orłów

Przełożył: Robert Stażyński

Tytuł oryginalny: On Wings of Eagles

* * *

Iran, ostatnie dni szacha. Kilku pracowników amerykańskiego koncernu elektronicznego zostaje wtrąconych do więzienia w Teheranie. Żadne interwencje nie odnoszą skutku. W zawierusze wojny domowej prawo staje się bezprawiem. Ross Perot, właściciel koncernu, postanawia na własną rękę odbić więźniówzakładników.

* * *

I jakom was nosił niby na skrzydłach orłów,

i przywiodłem was do siebie.

Exodus 19, 4

UCZESTNICY ZDARZEŃ

DALLAS

Ross Perot – prezes zarządu korporacji Electronic Data Systems, Dallas, Teksas

Merv Stauffer – prawa ręka Perota

T. J. Marquez – wicedyrektor EDS

Mitch Hart – były dyrektor EDS, mający znajomości w Partii Demokratycznej

Tom Walter – dyrektor finansowy EDS

Tom Luce – założyciel firmy prawniczej Hughes i Hill w Dallas

Bill Gayden – dyrektor EDS World, zagranicznej filii EDS

Mort Meyerson – wicedyrektor EDS

TEHERAN

Paul Chiapparone – kierownik irańskiego oddziału EDS;

Ruthie Chiapparone – jego żona

Bill Gaylord – zastępca Paula;

Emily Gaylord – żona Billa

Lloyd Briggs – drugi zastępca Paula

Rich Gallagher – asystent Paula d/s administracyjnych;

Cathy Gallagher – żona Richa;

Buffy – jej pies

Paul Bucha, poprzedni kierownik irańskiego oddziału EDS, obecnie zamieszkały w Paryżu

Bob Young – kierownik oddziału EDS w Kuwejcie

John Howell – prawnik z firmy Hughes i Hill

Keane Taylor – kierownik Banku Omran

GRUPA

ppłk Arthur D. Bull Simons – dowódca

Jay Coburn – zastępca dowódcy

Ron Davis – zwiadowca

Ralph Boulware – strzelec

Joe Poche – kierowca

Clenn Jackson – kierowca

Pat Sculley – osłona

Jim Schwebach – osłona i materiały wybuchowe

IRAŃCZYCY

Abolhasan – zastępca Lloyda Briggsa i najstarszy rangą irański urzędnik w EDS

Majid – asystent Jaya Coburna;

Fara – córka Majida

Rashid, Sejjed, „Motocyklista” – wyszkoleni inżynierowie

Cholam – pracownik, podwładny Jaya Coburna

Hosain Dadgar – sędzia śledczy

AMBASADA USA W TEHERANIE

William Sullivan – ambasador

Charles Naas – radca ambasady, zastępca Sullivana

Lou Goeltz – konsul generalny

Bob Sorenson – urzędnik ambasady

Ali Jordan – Irańczyk zatrudniony w ambasadzie

Barry Rosen – attache prasowy

ISTAMBUŁ

Mr. Fish – właściciel biura podróży

Ilsman – pracownik MIT, agent wywiadu tureckiego

„Charlie Brown” – tłumacz

WASZYNGTON

Zbigniew Brzeziński – doradca prezydenta USA d/s bezpieczeństwa narodowego

Cyrus Vance – sekretarz stanu

David Newsom – podsekretarz w Departamencie Stanu

Henry Precht – naczelnik Wydziału Irańskiego w Departamencie Stanu

Mark Ginsberg – łącznik Białego Domu i Departamentu Stanu

Admirał Tom Moorer – poprzedni Szef Połączonych Sztabów Marynarki, Lotnictwa i Wojsk Lądowych

Jest to prawdziwa opowieść o ludziach oskarżonych o niepopełnione przestępstwa, którzy postanowili sami dojść sprawiedliwości.

Kiedy cala sprawa skończyła się, uwikłani w nią ludzie zostali oczyszczeni przez sąd ze wszystkich stawianych im zarzutów. W swej opowieści nie relacjonuję przebiegu procesu, ale ponieważ w jego toku dowiedziono niewinności bohaterów książki, włączyłem do niej specjalny „DODATEK”, zawierający fragmenty sentencji i uzasadnienia wyroku.

W mojej opowieści pozwoliłem sobie nieco rozminąć się z prawdą.

Niektórym osobom nadałem pseudonimy albo przezwiska, aby ochronić je przed zemstą rządu irańskiego. Są to: Majid, Fara, Abolhasan, Mr. Fish, Głębokie Gardło, Rashid, Motocyklista, Mehdi, Malek, Gholam, Sejjed oraz „Charlie Brown”. Wszystkie pozostałe nazwiska są prawdziwe.

Ponadto, odtwarzając rozmowy sprzed trzech lub czterech lat, ludzie na ogół nie są w stanie dokładnie przypomnieć sobie wszystkich użytych wtedy słów; zresztą wierny zapis rozmowy, ze wszystkimi gestami, przerwami i nie dokończonymi zdaniami, wyglądałby w druku niezrozumiale. Toteż dialogi w książce są częściowo wymyślone, a częściowo zaś zrekonstruowane. Jednakże zapis każdej rozmowy przedstawiłem przynajmniej jednemu z uczestników – w celu dokonania poprawek i zatwierdzenia ostatecznej wersji.

Wierzę, że poza tymi dwoma wyjątkami każde słowo mojej opowieści jest prawdziwe. Nie jest to „beletryzacja”, choć nie jest to także „książka faktograficzna”. Niczego nie wymyśliłem. Wszystko, o czym przeczytacie, wydarzyło się naprawdę.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Zaczęło się to wszystko piątego grudnia 1978 roku.

Jay Coburn, szef personelu oddziału irańskiego korporacji EDS, siedział głęboko zatroskany w swoim biurze w najlepszej dzielnicy Teheranu.

Biuro mieściło się w dwupiętrowym betonowym budynku znanym jako „Bukareszt” (ponieważ znajdował się na skrzyżowaniu z ulicą Bukareszteńską). Coburn urzędował na pierwszym piętrze, w dużym, jak na amerykańskie standardy pokoju. Był tam parkiet, eleganckie drewniane biurko, na ścianie wisiał portret szacha. Siedząc tyłem do okna, przez szklane drzwi Coburn obserwował przestronne pomieszczenia biurowe, w których jego pracownicy siedzieli przy telefonach i maszynach do pisania. Drzwi miały zasłony, ale Coburn nigdy ich nie zaciągał.

Było zimno. Zawsze było zimno: tysiące Irańczyków strajkowało, miasto cierpiało na brak prądu i prawie codziennie wyłączano ogrzewanie na kilka godzin.

Coburn był wysokim, barczystym mężczyzną: pięć stóp jedenaście cali wzrostu i dwieście funtów wagi. Jego rudobrązowe włosy były krótko przycięte i starannie zaczesane z przedziałkiem. Chociaż skończył dopiero trzydzieści dwa lata, wyglądał na czterdziestkę. Dopiero z bliska widać było, że jest znacznie młodszy. Jego przystojną, szeroką, szczerą, uśmiechniętą twarz zdobił wyraz świadczący o przedwczesnej dojrzałości człowieka, który musiał zbyt szybko dorastać.

Przez całe życie Coburn dźwigał na barkach ciężar odpowiedzialności. Jako chłopiec pracował w kwiaciarni ojca. W wieku dwudziestu lat był pilotem helikoptera w Wietnamie. Potem został mężem i ojcem. A teraz był szefem personelu, odpowiedzialnym za bezpieczeństwo stu trzydziestu jeden amerykańskich pracowników i ich dwustu dwudziestu krewnych, w mieście, którym rządziła przemoc.

Dzisiaj, tak jak każdego dnia, Coburn wydzwaniał po całym Teheranie, próbując się dowiedzieć, gdzie toczyły się walki, gdzie wybuchną następne zamieszki i jakie są prognozy na najbliższe dni.

Przynajmniej raz dziennie telefonował do ambasady USA, W ambasadzie mieściło się biuro informacji czynne dwadzieścia cztery godziny na dobę. Dzwonili tam z całego miasta Amerykanie, żeby zawiadomić o demonstracjach i zamieszkach, ambasada zaś ogłaszała, której dzielnicy należy unikać. Ale kiedy chodziło o prognozy na przyszłość, na ambasadę, zdaniem Coburna, niewiele można było liczyć. Na cotygodniowych odprawach, na które sumiennie uczęszczał, ciągle mu powtarzano, że Amerykanie powinni jak najrzadziej wychodzić na ulicę i za wszelką cenę unikać tłumów. Niemniej jednak stwierdzano, że szach utrzymuje się u władzy i ewakuacja na razie nie jest zalecana. Coburn rozumiał ich: gdyby ambasada amerykańska przyznała oficjalnie, że tron szacha się chwieje, szach upadłby na pewno. Ale pracownicy ambasady byli tak ostrożni, że nie podawali właściwie żadnych informacji. Niezadowolona z ich działalności grupa amerykańskich biznesmenów w Teheranie założyła własną sieć informacyjną. Największym amerykańskim przedsiębiorstwem w mieście było „Bell Helicopter”, którego filią w Iranie kierował emerytowany generał – major Robert N. Mackinnon. Dysponował on pierwszorzędnym wywiadem i dzielił się każdą zdobytą wiadomością. Coburn znał również kilku oficerów wywiadu w jednostce wojskowej USA i często do nich dzwonił.

Dzisiaj miasto było stosunkowo spokojne. Nie było żadnych większych demonstracji. Ostatnie poważne zamieszki miały miejsce trzy dni wcześniej, drugiego grudnia, w pierwszy dzień strajku generalnego. Podano wówczas, że w walkach ulicznych zginęło kilkuset ludzi. Według informacji Coburna, spokój miał trwać aż do dziesiątego grudnia, muzułmańskiego święta Ashura.

Coburn martwił się o święto Ashura. Muzułmańskie zimowe święta w niczym nie przypominały Bożego Narodzenia. Był to dzień żałoby i postu po śmierci wnuka Proroka, Husejna, dzień pokuty za grzechy. Na ulice wyjdą ogromne procesje, a co gorliwsi wyznawcy będą się biczować. W takiej atmosferze łatwo mogło dojść do wybuchu histerii i nasilenia przemocy.

Tego roku, jak obawiał się Coburn, przemoc mogła skierować się przeciw Amerykanom.

Wiele niebezpiecznych zdarzeń przekonało go, że nastroje antyamerykańskie szybko przybierają na sile. Wsunięto mu pod drzwi kartkę z napisem: „Jeśli zależy ci na życiu i majątku, wynoś się z Iranu”. Podobne ostrzeżenia otrzymali jego przyjaciele. Na ścianie domu Coburna ktoś napisał: „Tutaj mieszkają Amerykanie”. Tłum demonstrantów przewrócił autobus, który dowoził jego dzieci do amerykańskiej szkoły. Innych pracowników EDS wygwizdano na ulicach, a ich samochody zostały zniszczone. Pewnego strasznego popołudnia Irańczycy z Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej – największego klienta EDS – wpadli w szał, zaczęli wybijać okna i palić portrety szacha. Urzędnicy EDS przebywający w budynku musieli zabarykadować się w biurze, dopóki tłum się nie rozszedł.

Dla Coburna jednak najbardziej złowróżbnym znakiem była zmiana, jaka dokonała się w zachowaniu jego gospodarza.

Podobnie jak większość Amerykanów w Teheranie, Coburn wynajmował połowę piętrowego domu: wraz z żoną i dziećmi zajmował piętro, podczas gdy rodzina gospodarza mieszkała na parterze. Kiedy Coburnowie wprowadzili się w marcu tego roku, gospodarz zajął się nimi życzliwie. Obie rodziny zaprzyjaźniły się. Coburn, który dyskutował z gospodarzem o religii, dostał od niego w prezencie angielski przekład Koranu, córka gospodarza zaś czytała ojcu na głos „Biblię” Coburna. Podczas weekendów razem wyjeżdżali na wycieczki. Scott, siedmioletni synek Coburna, wraz z synami gospodarza grywał na ulicy w piłkę. Pewnego weekendu Coburn dostąpił rzadkiego przywileju uczestnictwa w muzułmańskim weselu. Było to fascynujące. Mężczyźni i kobiety przez cały dzień przebywali oddzielnie, więc Coburn i Scott poszli z mężczyznami, a Liz – żona Coburna i ich trzy córki – z kobietami. Coburn w ogóle nie zobaczył panny młodej.

Z końcem lata wszystko się zmieniło. Skończyły się wspólne wycieczki. Gospodarz zakazał swym synom bawić się ze Scottem na ulicy. Stopniowo urwały się wszelkie kontakty pomiędzy rodzinami. Gospodarz surowo zabronił dzieciom rozmawiać z rodziną Coburna, nawet w granicach domu i podwórza.

Gospodarz wcale nie zaczął nagle nienawidzić Amerykanów. Pewnego wieczoru udowodnił, że nadal troszczy się o Coburnów. Na ulicy wybuchła strzelanina: jeden z synów gospodarza był na dworze po godzinie policyjnej i w chwili, gdy przełaził przez mur otaczający podwórze, żołnierze otworzyli do niego ogień. Coburn i Liz oglądali całe to zajście z werandy na swym piętrze. Liz bardzo się wystraszyła. Gospodarz przyszedł wtedy na górę, żeby ich uspokoić i opowiedzieć, co się stało. Widocznie jednak czuł, że dla własnego bezpieczeństwa nikt nie powinien przyłapać go na przyjaznych stosunkach z Amerykanami. Wiedział, skąd wiatr wieje. Dla Coburna był to następny zły znak.

Do uszu Coburna dotarła także pogłoska, jakoby w meczetach i na bazarach mówiono o świętej wojnie przeciwko Amerykanom, która miała rozpocząć się w święto Ashura. Święto zaczynało się już za pięć dni, a jednak Amerykanie w Teheranie byli zadziwiająco spokojni.

Coburn pamiętał, kiedy wprowadzono godzinę policyjną: nie przeszkadzało im to wcale w comiesięcznych rozgrywkach pokerowych. Po prostu on i koledzy z EDS zabierali ze sobą żony i dzieci, kładli je spać, po czym grali aż do rana. Przywykli już do odgłosów strzałów. Najcięższe walki toczyły się w starej, południowej części miasta, gdzie znajdował się bazar, a także w okolicach uniwersytetu; ale od czasu do czasu strzały rozlegały się wszędzie. W końcu wszyscy dziwnie na to zobojętnieli. Przerywano rozmowy i kontynuowano je, gdy strzelanina cichła, całkiem jak w Stanach, kiedy po niebie przelatują odrzutowce. Zupełnie jakby nie potrafili sobie wyobrazić, że to oni mogą stać się celem strzałów.

Coburn nie był pod tym względem przewrażliwiony. Strzelano do niego wiele razy. W Wietnamie pilotował bojowe helikoptery wspomagające piechotę oraz jednostki transportowe, lądujące na polach bitew z ładunkiem ludzi i sprzętu. Zabijał i widział, jak inni zabijali. W tamtych czasach armia nadawała odznaczenia lotnicze za każde dwadzieścia pięć godzin lotów bojowych; Coburn wrócił do kraju z trzydziestoma dziewięcioma takimi medalami. Otrzymał również dwa Krzyże Lotnicze, Srebrną Gwiazdę oraz kulę w łydkę – najmniej chronioną część ciała pilota helikoptera. W ciągu tych lat przekonał się, że nieźle trzymał się w akcji, gdy nie miał czasu na strach, ale już po wszystkim, kiedy wracał z akcji i przypominał sobie, przez co przeszedł, za każdym razem trzęsły się pod nim kolana.

Co najdziwniejsze, był wdzięczny losowi za to doświadczenie. Dojrzał szybko, a dzięki przejściom wojennym uzyskał przewagę nad swymi rówieśnikami w życiu cywilnym. Nabrał również zdrowego respektu dla odgłosów strzelaniny. Większość jego kolegów i ich żony nie podzielała tych poglądów. Za każdym razem, kiedy rozważano projekt ewakuacji, odrzucali ten pomysł. Zbyt wiele swego czasu, pracy i dumy zainwestowali w irański oddział korporacji EDS i nie chcieli wyjeżdżać. Ich żony zrobiły z wynajętych mieszkań prawdziwe ogniska rodzinne i poczyniły już przygotowania do świąt Bożego Narodzenia. Dzieci miały swe szkoły, swych przyjaciół, swoje rowery i swych czworonożnych ulubieńców. Z pewnością – wmawiali sobie wszyscy – jeśli tylko będziemy siedzieć cicho, to kłopoty nie staną się naszym udziałem.

Coburn próbował przekonać Liz, aby zabrała dzieci do Stanów, nie tylko dla ich bezpieczeństwa. Tłumaczył, że przecież może nadejść taki dzień, że będzie musiał ewakuować trzysta pięćdziesiąt osób za jednym zamachem, a wówczas nie chciałby, żeby niepokój o rodzinę przeszkadzał mu skoncentrować się na tym zadaniu. Liz jednak nie zgodziła się na wyjazd.

Westchnął na wspomnienie Liz. Była żywa i zabawna, wszyscy ją lubili, ale nie bardzo nadawała się na żonę szefa. EDS sporo wymagała od pracowników: jeśli trzeba było pracować całą noc, żeby skończyć robotę, pracowało się całą noc. Liz była oburzona. Dawniej, w Stanach, kiedy Coburn zajmował się rekrutacją nowych pracowników i jeździł po całym kraju, nieraz od poniedziałku do piątku nie było go w domu. Liz nie cierpiała takiego trybu życia. W Teheranie była szczęśliwa, ponieważ co wieczór miała męża w domu. Jeśli on zamierza tu zostać, to ona również – oświadczyła. Dzieciom też się tu podobało. Po raz pierwszy mieszkały za granicą i fascynował je odmienny język oraz kultura Iranu. Najstarsza Kim, jedenastolatka, była zbyt zarozumiała, żeby się przestraszyć. Ośmioletnia Kristi trochę się niepokoiła, ale zawsze była przewrażliwiona i skłonna do wyolbrzymiania niebezpieczeństw. Natomiast siedmioletni Scott i czteroletnia Kelly byli za mali, żeby rozumieć, co im grozi.

Zostali więc i czekali, aż sytuacja poprawi się – lub pogorszy.

Rozmyślania Coburna przerwało pukanie do drzwi. Wszedł Majid. Był to niski, krępy mężczyzna z bujnym wąsem, około pięćdziesiątki. Majid był niegdyś bogaty. Jego plemię posiadało dużo ziemi, ale straciło wszystko na skutek reformy rolnej w latach sześćdziesiątych. Obecnie Majid był zastępcą Coburna do spraw administracyjnych i użerał się z irańską biurokracją. Mówił płynnie po angielsku i był wyjątkowo zaradny. Coburn bardzo go lubił; kiedy przyjechał do Iranu z rodziną, Majid bardzo im pomógł.

– Wejdź – powiedział Coburn. – Siadaj. Co cię gnębi?

– Chodzi o Farę.

Coburn kiwnął głową. Fara, córka Majida, pracowała razem z ojcem. Do jej obowiązków należało pilnowanie, żeby wszyscy Amerykanie zatrudnieni w firmie mieli zawsze ważne wizy i zezwolenia na pobyt.

– Jakieś kłopoty? – zagadnął Coburn.

– Policja kazała jej wyjąć z akt dwa amerykańskie paszporty i nie mówić o tym nikomu.

Coburn zmarszczył brwi.

– Konkretnie, czyje paszporty?

– Paula Chiapparone’a i Billa Gaylorda.

Paul był szefem Coburna, kierownikiem oddziału irańskiego korporacji EDS. Bill był jego zastępcą i kierował największym przedsięwzięciem EDS, kontraktem z Ministerstwem Zdrowia.

– Co, u diabła, tu się dzieje?! – zdumiał się Coburn.

– Farze grozi wielkie niebezpieczeństwo – oświadczył Majid. – Kazano jej nikomu o tym nie mówić. Przyszła do mnie po radę. Oczywiście, powiedziałem ci, ale obawiam się, że Fara będzie miała poważne kłopoty.

– Czekaj, zacznijmy od początku – zaproponował Coburn. – Jak to się stało?

– Dziś rano miała telefon z policji, z wydziału wiz pobytowych, z sekcji amerykańskiej. Kazali jej przyjść do biura. Powiedzieli, że chodzi o Jamesa Nyfelera. Myślała, że to zwykła formalność. Przyjechała o wpół do dwunastej i zgłosiła się do kierownika sekcji amerykańskiej. Najpierw poprosił ją o paszport i zezwolenie na pobyt pana Nyfelera. Wyjaśniła mu, że pana Nyfelera nie ma już w Iranie. Potem zapytał o Paula Buchę. Powiedziała, że pana Buchy również nie ma w kraju.

– Naprawdę?

– Tak.

„Bucha b y ł w Iranie, ale Fara mogła o tym nie wiedzieć” – pomyślał Coburn. Bucha miał zezwolenie na pobyt stały, wyjechał i natychmiast wrócił. Nazajutrz miał lecieć do Paryża.

Majid mówił dalej:

– Urzędnik powiedział wtedy: „Zakładam, że pozostali dwaj też wyjechali”? Fara zobaczyła u niego na biurku cztery teczki i zapytała, o jakich dwóch chodzi. Odpowiedział, że o pana Chiapparone’a i pana Gaylorda. Wyjaśniła, że właśnie tego ranka odebrała zezwolenie na pobyt pana Gaylorda. Urzędnik kazał jej przynieść paszporty i zezwolenia na pobyt panów Gaylorda i Chiapparone’a. Miała to zrobić po cichu, żeby nie wywoływać podejrzeń.

– Co mu odpowiedziała? – zapytał Coburn.

– Że nie może dzisiaj przynieść paszportów. Kazał jej zgłosić się z dokumentami jutro rano. Powiedział, że jest za to osobiście odpowiedzialna i przekazał jej te instrukcje przy świadkach.

– To nie ma sensu – stwierdził Coburn.

– Jeśli dowiedzą się, że Fara ich nie posłuchała…

– Pomyślimy, jak ją zabezpieczyć – przerwał Coburn. Zastanawiał się, czy Amerykanie mają obowiązek okazywać paszporty na żądanie. On sam pokazywał paszport, kiedy miał drobny wypadek samochodowy, ale później dowiedział się, że nie musiał tego robić.

– Nie powiedzieli, po co im potrzebne te paszporty?

– Nie.

Bucha i Nyfeler byli poprzednikami Chiapparone’a i Gaylorda. Czy to było wytłumaczenie? Coburn nie miał pojęcia. Wstał.

– Przede wszystkim musimy zdecydować, co Fara ma powiedzieć na policji jutro rano – oznajmił. – Pomówię z Paulem Chiapparone i zaraz wracam.

* * *

Paul Chiapparone siedział w swoim gabinecie na parterze. On także miał biurko, parkiet i portret szacha na ścianie, i również był głęboko zatroskany.

Paul był to trzydziestodziewięcioletni mężczyzna średniego wzrostu, z lekką nadwagą – lubił bowiem dobrze zjeść. Ze swoją oliwkową cerą i gęstymi czarnymi włosami wyglądał jak typowy Włoch. Jego praca polegała na stworzeniu sprawnego, nowoczesnego systemu ubezpieczeń społecznych w prymitywnym kraju. Nie było to łatwe.

Na początku lat siedemdziesiątych Iran miał podstawowy system ubezpieczeń społecznych. System ten nie zapewniał jednak sprawnego potrącania składek i stwarzał tak duże możliwości defraudacji, że jeden człowiek mógł kilkakrotnie pobierać zasiłek na tę samą chorobę. Kiedy szach postanowił wydać część swoich dochodów z nafty, wynoszących dwadzieścia miliardów dolarów rocznie, by stworzyć państwo dobrobytu, EDS otrzymała kontrakt. EDS kierowała już programem służby zdrowia i opieki społecznej w kilku stanach USA, ale w Iranie trzeba było zaczynać od zera. Musieli wydrukować książki ubezpieczeniowe dla trzydziestu dwóch milionów Irańczyków, zorganizować potrącanie składek z poborów oraz przyznawanie zasiłków. Cały ten system, kierowany przez komputery, stanowił specjalność EDS.

Paul doszedł do wniosku, że różnica pomiędzy zainstalowaniem systemu przetwarzania danych w Stanach a zrobieniem tego w Iranie była taka sama, jak pomiędzy podgrzaniem zupy z puszki a przygotowaniem jej z naturalnych produktów. Często było to denerwujące. Irańczycy nie mieli rzutkości amerykańskich biznesmenów i z reguły sami stwarzali problemy zamiast je rozwiązywać. W centrali EDS w Dallas, w Teksasie, ludzie nie tylko dokonywali rzeczy niemożliwych, ale wszystko musiało być zrobione „na wczoraj”. Tutaj, w Iranie, wszystko było niemożliwe i każdą sprawę odkładano do jutra. Fardah – tłumaczone jako „jutro” – w praktyce oznaczało: „kiedyś w przyszłości”.

Paul znał tylko jedną metodę pokonywania trudności: ciężką pracę i determinację. Nie był geniuszem. W dzieciństwie nauka przychodziła mu ciężko, ale gdy jego ojciec, Włoch, z typową dla imigrantów wiarą w wykształcenie wypchnął go na studia, Paul ukończył je z dobrymi wynikami. Późniejszą karierę zawdzięczał wyłącznie swemu uporowi. Pamiętał jeszcze początki działalności EDS w Stanach w latach sześćdziesiątych, kiedy każdy nowy kontrakt mógł zadecydować o sukcesie lub porażce. Z jego pomocą EDS zdobyła powodzenie i stała się jedną z najbardziej dynamicznych firm na świecie. Paul był pewien, że operacja irańska również zakończy się sukcesem, zwłaszcza kiedy Jay Coburn, prowadzący program rekrutacyjno – szkoleniowy, dostarczy więcej Irańczyków na kierownicze stanowiska.

Mylił się jednak całkowicie i dopiero teraz zaczynał rozumieć dlaczego.

Kiedy w sierpniu 1977 roku przyjechał z rodziną do Iranu, petrodolarowa koniunktura już się skończyła. Rząd cierpiał na brak funduszów. Tego roku ustawa przeciw inflacji zwiększyła liczbę bezrobotnych, a właśnie wtedy na skutek nieurodzaju do miast zaczęło napływać coraz więcej głodujących wieśniaków. Despotyczną władzę szacha osłabiła polityka amerykańskiego prezydenta Jimmy’ego Cartera, głoszącego ochronę praw człowieka. Nadszedł czas politycznych niepokojów.

Z początku Paul nie interesował się zbytnio polityką lokalną. Wiedział o głosach niezadowolenia, ale głosy takie odzywały się niemal w każdym kraju na świecie, szach zaś z pozoru mocno dzierżył ster władzy. Paul, podobnie jak reszta świata, nie docenił znaczenia tego, co wydarzyło się w pierwszej połowie 1978 roku.

Siódmego stycznia gazeta „Etelaat” opublikowała ordynarną napaść na wygnanego ajatollacha nazwiskiem Chomeini, oskarżając go między innymi o homoseksualizm. Następnego dnia w leżącym osiemdziesiąt mil od Teheranu mieście Qom, głównym ośrodku nauczania religijnego w kraju, rozwścieczeni studenci teologii na znak protestu rozpoczęli strajk okupacyjny, który policja i wojsko krwawo stłumiły. Podczas dwudniowych zamieszek zginęło siedemdziesięciu ludzi. Po czterdziestu dniach duchowieństwo zgodnie z tradycją muzułmańską zorganizowało żałobną procesję dla uczczenia pamięci zabitych. Podczas niej doszło do dalszych rozruchów stłumionych przemocą. W czterdzieści dni później miała miejsce kolejna procesja… Odbywały się one przez całe sześć miesięcy i ofiar w ludziach było coraz więcej.

Patrząc wstecz, Paul domyślał się, że marsze te nazywano „procesjami żałobnymi” tylko po to, żeby obejść zarządzenie szacha, zakazujące demonstracji politycznych. Ale w owym czasie nie miał pojęcia, że na jego oczach rodzi się potężny i jak najbardziej polityczny ruch. Nikt tego nie dostrzegał.

W sierpniu 1978 roku Paul wyjechał na urlop do Stanów. (To samo zrobił ambasador USA w Iranie, William Sullivan). Paul uwielbiał wszystkie sporty wodne i wybrał się ze swoim kuzynem Joe Porrecą na wycieczkę wędkarską do Ocean City w New Jersey. Żona Paula, Ruthie, oraz córki Karen i Ann Marie pojechały do Chicago odwiedzić rodziców Ruthie. Paul był trochę zaniepokojony, ponieważ irańskie Ministerstwo Zdrowia nie zapłaciło dotąd rachunku EDS za czerwiec. Ale Irańczycy nie po raz pierwszy spóźniali się z zapłatą, toteż Paul pozostawił sprawę w rękach swojego zastępcy, Billa Gaylorda. Był całkowicie przekonany, że Bill wyciągnie od nich pieniądze.

Podczas pobytu Paula w USA z Iranu nadeszły złe wiadomości. Siódmego września wprowadzono prawo wojenne, a następnego dnia żołnierze zabili ponad stu ludzi demonstrujących na placu Jaleh w centrum Teheranu.

Kiedy rodzina Chiapparone wróciła do Iranu, panowała tam zupełnie inna atmosfera. Po raz pierwszy Paul i Ruthie usłyszeli w nocy strzały na ulicach. Przestraszyli się: nagle zrozumieli, że kłopoty Irańczyków oznaczają również kłopoty dla nich. Rozpoczęły się strajki. Wciąż odcinano dopływ elektryczności, posiłki jadano przy świecach, a Paul musiał nakładać w biurze płaszcz, żeby nie zmarznąć. Coraz trudniej było otrzymać pieniądze w banku, więc Paul zorganizował w biurze kantor wymiany dla pracowników. Kiedy kończył się olej do pieca centralnego ogrzewania, Paul chodził po ulicach, dopóki nie znalazł cysterny i nie przekupił kierowcy, żeby podjechał do domu i napełnił zbiorniki.

Kłopoty w pracy były o wiele poważniejsze. Minister zdrowia i opieki społecznej, doktor Sheikholeslamizadeh, został aresztowany na mocy 5 artykułu prawa wojennego, który pozwalał prokuratorowi uwięzić każdego bez podania powodu. W więzieniu przebywał również wiceminister Reza Neghabat, z którym Paul dotąd ściśle współpracował. Ministerstwo nadal nie zapłaciło czerwcowego rachunku ani też następnych, toteż obecnie było winne EDS ponad cztery miliony dolarów.

Przez dwa miesiące Paul próbował odzyskać te pieniądze. Osoby, z którymi poprzednio załatwiał sprawy, zniknęły. Ich następcy zazwyczaj nie odpowiadali na jego telefony. Czasami ktoś obiecywał, że zbada sprawę i zadzwoni później. Paul przez tydzień daremnie wyczekiwał na telefon i w końcu dzwonił jeszcze raz, żeby się dowiedzieć, że człowiek, z którym poprzednio rozmawiał, nie pracuje już w ministerstwie. Odwoływano umówione spotkania. Zadłużenie rosło co miesiąc o 1,4 miliona dolarów. 14 listopada Paul napisał do dr Heidargholi Emrani, wiceministra kierującego Organizacją Ubezpieczeń Społecznych, zawiadamiając go formalnie, że jeżeli ministerstwo nie zapłaci w ciągu miesiąca, EDS przerwie pracę. Szef Paula, dyrektor EDS World, powtórzył tę groźbę czwartego grudnia podczas osobistego spotkania z dr Emrani. To było wczoraj.

Jeśli EDS się wycofa, załamie się cały irański system ubezpieczeń społecznych. A jednak coraz wyraźniej widać było, że kraj zbankrutował i po prostu nie mógł płacić swych rachunków. Paul zastanawiał się, co teraz zrobi doktor Emrani?

Wciąż jeszcze myślał o tym, gdy Jay Coburn przyniósł mu odpowiedź.

* * *

Z początku do Paula nie dotarło, że próba kradzieży jego paszportu mogła świadczyć o zamiarze zatrzymania go, a zatem i EDS, w Iranie. Kiedy Coburn przedstawił mu fakty, Paul zapytał:

– Po co, u diabła, to zrobili?

– Nie wiem. Majid nie wie, Fara też nie.

Paul popatrzył na niego. Obaj mężczyźni zaprzyjaźnili się w ciągu ostatnich miesięcy. Przed resztą pracowników Paul udawał pewność siebie, ale z Coburnem rozmawiał szczerze i często zasięgał jego rady, gdy byli sami, pytał Jaya, co naprawdę myśli.

– Przede wszystkim – odezwał się Coburn – musimy coś zrobić z Farą. Ona może mieć kłopoty.

– Będzie musiała coś im odpowiedzieć.

– Wykazać chęć współpracy?

– Niech im powie, że Nyfeler i Bucha wyjechali…

– Już im to powiedziała.

– Może na dowód pokazać ich wizy wyjazdowe.

– No tak – mruknął Coburn z powątpiewaniem – ale oni teraz interesują się raczej tobą i Billem.

– Może im powiedzieć, że nie trzymamy paszportów w biurze.

– Oni pewnie wiedzą, że to nieprawda… Fara dawniej zanosiła im paszporty.

– Niech powie, że kierownicy nie muszą trzymać paszportów w biurze.

– To może zrobić.

– Powinna wymyślić jakąś przekonywającą historyjkę, dlaczego nie była w stanie wypełnić ich polecenia.

– Dobrze. Omówię to z nią i z Majidem. – Coburn myślał przez chwilę. – Wiesz, Bucha ma rezerwację na jutrzejszy samolot. Może po prostu wyjechać.

– Chyba powinien, skoro i tak myślą, że już go tu nie ma.

– Mógłbyś zrobić to samo.

Paul zastanowił się. Może rzeczywiście powinien wyjechać. Co wtedy zrobią Irańczycy? Pewnie będą próbowali zatrzymać kogoś innego.

– Nie – powiedział. – Jeśli mamy wyjechać, ja zrobię to ostatni.

– Więc mamy wyjechać? – podchwycił Coburn.

– Sam nie wiem.

Już od tygodni zadawali sobie to pytanie codziennie. Coburn opracował plan ewakuacji, taki, który można byłoby zrealizować w każdej chwili. Paul wahał się i ciągle nie podejmował decyzji. Wiedział, że główny szef w Dallas żądał jego wyjazdu. Ale to oznaczało porzucenie przedsięwzięcia, nad którym Paul pracował tak ciężko przez ostatnie sześć miesięcy.

– Nie wiem – powtórzył. – Zadzwonię do Dallas.

* * *

Tej nocy, kiedy Coburn leżał w łóżku obok Liz, pogrążony we śnie, zadzwonił telefon.

Coburn po omacku podniósł słuchawkę.

– Tak?

– Mówi Paul.

– Cześć. – Coburn zapalił światło i spojrzał na zegarek. Była druga w nocy.

– Zaczynamy ewakuację – oznajmił Paul.

– W porządku.

Coburn odłożył słuchawkę i usiadł na brzegu łóżka. Właściwie doznał ulgi. Czekają go dwa czy trzy dni gorączkowej krzątaniny, ale potem przynajmniej będzie miał pewność, że ludzie, o których bezpieczeństwo tak długo się martwił, są z powrotem w Stanach, daleko od tych zwariowanych Irańczyków.

W myślach przebiegł plan, który przygotował na tę okoliczność. Najpierw musiał zawiadomić sto trzydzieści rodzin, że w ciągu czterdziestu ośmiu godzin wyjadą z kraju. Podzielił całe miasto na sektory, każdy sektor otrzymał dowódcę: wystarczyło do nich zadzwonić, a zawiadomią wszystkie rodziny. Przygotował ulotki, z których ewakuowani dowiedzą się, gdzie iść i co robić. Musiał tylko wypełnić blankiety, wpisać daty, godziny i numery lotów, a następnie powielić je i doręczyć odbiorcom.

Wybrał młodego, energicznego i zaradnego irańskiego inżyniera, Rashida, przydzielając mu zadanie opiekowania się mieszkaniami, samochodami oraz zwierzętami domowymi pozostawionymi przez wyjeżdżających Amerykanów. Wszystko to można było odesłać do kraju później, drogą morską. Wyznaczył niewielką grupę, która miała załatwić bilety na samolot i zorganizować transport na lotnisko.

Wreszcie przeprowadził z kilkoma osobami próbną ewakuację na małą skalę.

Próba wypadła zadowalająco.

Coburn ubrał się i zaparzył kawę. W ciągu paru najbliższych godzin i tak nie mógł nic zrobić, ale zdenerwowanie nie pozwalało mu zasnąć.

O czwartej rano zadzwonił do kilku członków grupy transportowej, obudził ich i kazał zgłosić się do niego w „Bukareszcie” zaraz po godzinie policyjnej.

Godzina policyjna zaczynała się o dziewiątej wieczorem i kończyła o piątej rano. Przez godzinę Coburn siedział paląc papierosy, pijąc mnóstwo kawy i przeglądając swoje notatki.

Kiedy zegar z kukułką w hallu wybił piątą, Coburn stał już przy frontowych drzwiach, gotów do wyjścia.

Na dworze była gęsta mgła. Coburn wsiadł do samochodu i ruszył w stronę „Bukaresztu”, wlokąc się w tempie piętnastu mil na godzinę.

Trzy przecznice dalej z mgły wyskoczyło pół tuzina żołnierzy. Stanęli półkolem przed maską samochodu, celując z karabinów w przednią szybę.

– Cholera jasna! – zaklął Coburn.

Jeden z żołnierzy nie zdążył załadować broni. Próbował wepchnąć magazynek tyłem. Magazynek nie wchodził. Żołnierz upuścił go i przykląkł na jedno kolano, macając po ziemi w poszukiwaniu zguby. Coburn roześmiałby się na ten widok, gdyby nie był taki przestraszony.

Oficer wrzasnął coś do Coburna w farsi. Coburn opuścił szybę, pokazał oficerowi swój zegarek i powiedział:

– Już po piątej.

Żołnierze naradzili się. Oficer wrócił i zażądał od Coburna dowodu tożsamości.

Coburn czekał niespokojnie. To był najgorszy dzień, by zostać aresztowanym. Czy oficer uwierzy, że to jego zegarek spóźnia się, a zegarek Coburna chodzi dobrze?

Wreszcie żołnierze odsunęli się, a oficer machnięciem ręki kazał Coburnowi jechać.

Coburn westchnął z ulgą i powoli ruszył. Taki właśnie był Iran.

* * *

Grupa transportowa Coburna zabrała się do roboty: rezerwowała miejsca w samolotach, zamawiała autobusy dowożące ludzi na lotnisko i powielała ulotki na fotokopiarkach. O dziesiątej rano Coburn zebrał w „Bukareszcie” dowódców sektorów i kazał im dzwonić do ewakuowanych rodzin.

Dla większości zarezerwował bilety na lot PanAmem do Istambułu w piątek, ósmego grudnia. Pozostali – w tym Liz Coburn z czwórką dzieci – polecą Lufthansą do Frankfurtu tego samego dnia.

Gdy tylko potwierdzono rezerwacje, dwaj wyżsi urzędnicy z centrali EDS, Merv Stauffer i T. J. Marquez, wyjechali z Dallas do Istambułu, żeby powitać ewakuowanych, umieścić ich w hotelach i zorganizować następny etap ich podróży do kraju.

W ciągu dnia plan uległ nieznacznej zmianie. Paul nadal nie miał ochoty zostawiać swej pracy. Zaproponował, żeby niewielka część personelu – około dziesięciu starszych urzędników – pozostała na miejscu i pilnowała biura na wypadek, gdyby sytuacja w Iranie się unormowała i EDS mogła podjąć normalną działalność. Dallas wyraziło zgodę. Wśród ochotników, którzy zgłosili się, by zostać, był sam Paul, jego zastępca Bill Gaylord, Jay Coburn i prawie wszyscy członkowie jego grupy transportowej. Dwie osoby zostały na miejscu wbrew własnej woli: Carl i Vicki Commons. Vicki była w dziewiątym miesiącu ciąży. Zamierzali wyjechać po urodzeniu się dziecka.

W piątek rano zespół Coburna, z kieszeniami wypchanymi banknotami o nominale 10000 rialów (około 140 dolarów) na łapówki, praktycznie opanował całą sekcję lotniska Mehrabad w zachodnim Teheranie. Ludzie Coburna wypisywali bilety za kontuarem linii PanAmu, asystowali przy kontroli paszportów w sali odlotów i kręcili się przy wózkach z bagażem. Samolot był przepełniony, jednak dzięki łapówkom wszyscy pracownicy EDS dostali miejsca na pokładzie.

Były dwa wyjątkowo trudne momenty. Żona pracownika EDS posiadająca paszport australijski nie mogła otrzymać wizy wyjazdowej, ponieważ wszystkie urzędy irańskie wydające wizy strajkowały. Jej mąż i dzieci nie potrzebowali wiz, mieli paszporty amerykańskie. Kiedy mąż dotarł do biurka kontroli dokumentów, podał swój paszport i paszporty dzieci wraz z sześcioma czy siedmioma innymi paszportami. Podczas gdy strażnicy usiłowali je posortować, ludzie z EDS w kolejce zaczęli się pchać i narobili zamieszania. Kilku z grupy Coburna awanturowało się głośno przy biurku, udając rozgniewanych opóźnieniem. W całym tym zamęcie kobieta z australijskim paszportem przeszła przez salę odlotów nie zatrzymywana.

Inna rodzina z EDS adoptowała irańskie dziecko i nie zdążyła jeszcze wyrobić mu paszportu. Dziecko, zaledwie kilkumiesięczne, zasnęło na rękach matki.

Żona innego pracownika EDS, Kathy Marketos, o której mówiono, że odważy się na wszystko, wzięła śpiące dziecko pod pachę, zakryła je narzuconym luźno płaszczem przeciwdeszczowym i zaniosła do samolotu.

Niemniej jednak upłynęło wiele godzin, zanim pasażerowie zajęli miejsca na pokładzie. Oba loty były opóźnione. Na lotnisku nie można było dostać nic do jedzenia, a ewakuowani byli bardzo głodni, więc tuż przed godziną policyjną grupa Coburna wyruszyła na miasto, wykupując całą żywność, jaka im wpadła w ręce.

Ogołocili do cna kilka stoisk kuche – były to uliczne stragany, na których sprzedawano słodycze, owoce i papierosy – oraz odkupili od smażalni Kentucky Fried Chicken cały zapas bułek. Kiedy wrócili na lotnisko i w sali odlotów rozdzielili żywność pomiędzy pracowników EDS, o mało nie zlinczował ich tłum innych głodnych pasażerów, czekających na te same loty. W drodze powrotnej z miasta dwóch członków grupy zatrzymano za pogwałcenie godziny policyjnej, ale żołnierz, który ich aresztował, pobiegł za innym uciekającym samochodem; ludzie z EDS odjechali, kiedy żołnierz strzelał w drugą stronę.

Samolot do Istambułu odleciał tuż po północy. Samolot do Frankfurtu, opóźniony o trzydzieści jeden godzin, odleciał następnego dnia.

Coburn i większość ludzi z jego grupy spędzili noc w „Bukareszcie”. W domach nikt na nich nie czekał.

Podczas gdy Coburn kierował ewakuacją, Paul usiłował dowiedzieć się, kto i dlaczego chciał skonfiskować jego paszport.

Zastępca administracyjny Paula, Rich Gallagher, był młodym Amerykaninem, który nieźle sobie radził z irańską biurokracją. Gallagher należał do tych, którzy na ochotnika zgodzili się pozostać w Teheranie. Jego żona Cathy została również. Miała dobrą posadę w jednostce wojskowej USA w Teheranie. Gallagherowie nie chcieli wyjeżdżać. W dodatku nie mieli dzieci, o które musieliby się martwić – martwili się tylko o pudla imieniem Buffy.

Tego samego dnia, kiedy Farze polecono przynieść paszporty – piątego grudnia – Gallagher złożył wizytę w ambasadzie amerykańskiej wraz z człowiekiem, którego paszportu również zażądano od Fary, Paulem Bucha. Bucha nie pracował już w Iranie, ale bawił w mieście przejazdem.

Spotkali się z konsulem generalnym Lou Goeltzem. Goeltz, doświadczony dyplomata, był tęgim, łysiejącym mężczyzną po pięćdziesiątce z wianuszkiem siwych włosów, przypominającym z wyglądu świętego Mikołaja. Towarzyszył mu irański pracownik ambasady, Ali Jordan.

Goeltz poradził, żeby Bucha złapał swój samolot. Fara powiedziała policji – w dobrej wierze – że nie ma go w Iranie, a oni widocznie jej uwierzyli. Bucha miał wszelkie szansę wymknąć się niepostrzeżenie.

Goeltz zaproponował również, że przechowa paszporty i zezwolenia pobytowe Paula oraz Billa. Wówczas, jeśli policja formalnie zażąda wydania tych dokumentów, EDS będzie mogła odesłać ich do ambasady.

Tymczasem Ali Jordan skontaktuje się z policją i spróbuje się dowiedzieć, o co, u diabła, im chodzi.

Jeszcze tego samego dnia dokumenty przekazano do ambasady.

Następnego ranka Bucha odleciał. Gallagher zadzwonił do ambasady. Ali Jordan rozmawiał z generałem Biglari z Departamentu Policji w Teheranie. Biglari oznajmił, że Paul i Bill są zatrzymani w kraju i zostaną aresztowani, jeśli spróbują wyjechać.

Gallagher zapytał, z jakiego powodu.

Są zatrzymani jako „koronni świadkowie dochodzenia”, tyle dowiedział się Jordan.

– Jakiego dochodzenia? Jordan nie wiedział.

Paul, wysłuchawszy sprawozdania Gallaghera, był równie zdumiony, co zaniepokojony. Nie uczestniczył w żadnym wypadku drogowym, nie był zamieszany w żadne przestępstwo, nie miał żadnych powiązań z CIA… Kogo lub czego dotyczyło dochodzenie? EDS? Czy też dochodzenie było zwykłym pretekstem, żeby zatrzymać w Iranie Paula i Billa, którzy kierowali komputerowym systemem ubezpieczeń społecznych?

Policja poszła na jedno ustępstwo. Ali Jordan oświadczył, że policja ma prawo skonfiskować zezwolenia na pobyt, które należały do rządu irańskiego, ale nie paszporty, stanowiące własność rządu USA. Generał Biglari przyznał mu rację.

Nazajutrz Gallagher i Ali Jordan poszli na posterunek policji, żeby przekazać dokumenty generałowi Biglari. Po drodze Gallagher zapytał Jordana, czy jego zdaniem Paul i Bill mogą zostać oskarżeni o jakieś przestępstwo.

– Bardzo wątpię – odpowiedział Jordan.

Na posterunku policji generał ostrzegł Jordana, że ambasada poniesie pełną odpowiedzialność, jeśli Paul i Bill jakimś sposobem uciekną z kraju – na przykład na pokładzie amerykańskiego samolotu wojskowego.

Następnego dnia – ósmego grudnia, w dzień ewakuacji – Lou Goeltz zadzwonił do EDS. Dowiedział się przez swoją wtyczkę w irańskim Ministerstwie Sprawiedliwości, że dochodzenie, którego koronnymi świadkami mieli być Paul i Bill, dotyczyło oskarżenia o korupcję wobec uwięzionego ministra zdrowia, doktora Sheikholeslamizadeha.

Dowiedziawszy się wreszcie, o co chodzi, Paul doznał pewnej ulgi. Na szczęście mógł powiedzieć policji prawdę: EDS nie dawała łapówek. Wątpił zresztą, czy ktokolwiek je wręczał. Urzędnicy irańscy byli z reguły skorumpowani, ale dr Sheik – jak w skrócie nazywał go Paul – wydawał się ulepiony z innej gliny.

Z wykształcenia chirurg ortopeda, miał chłonny umysł oraz imponujące zdolności organizacyjne. W Ministerstwie Zdrowia otaczał się młodymi, zdolnymi menedżerami, którzy potrafili pokonywać biurokratyczne trudności. Projekt EDS był tylko częścią jego ambitnego planu: dr Sheik chciał, żeby irańska służba zdrowia dorównała amerykańskiej. Paul nie przypuszczał, żeby taki człowiek mógł brać łapówki.

Paul nie miał się czego bać – o ile informacje wtyczki Goeltza były prawdziwe. Ale czy na pewno były? Dr Sheik został aresztowany przed trzema miesiącami. Byłby to dziwny zbieg okoliczności, gdyby Irańczycy przypomnieli sobie o Paulu i Billu akurat wtedy, gdy Paul zagroził przerwaniem przez EDS pracy, jeśli ministerstwo nie zapłaci rachunków.

Po ewakuacji pozostali w Iranie pracownicy EDS przeprowadzili się do dwóch domów i święto Ashura – 10 i 11 grudnia – spędzili na grze w pokera. W jednym domu grano wysoko, a w drugim nisko. Paul i Bill grali wysoko. Dla bezpieczeństwa zaprosili dwóch „ochroniarzy” znajomych Coburna z wojskowego wywiadu – którzy mieli broń. Przy stolikach nie pozwalano na noszenie broni, toteż „ochroniarze” pozostawili ją w hallu.

Wbrew oczekiwaniom święto Ashura minęło stosunkowo spokojnie: miliony Irańczyków wzięły udział w antyrządowych demonstracjach na terenie całego kraju, ale aktów przemocy było niewiele.

Kiedy święto się skończyło, Paul i Bill ponownie zaczęli się zbierać do wyjazdu, spotkała ich jednak przykra niespodzianka. Na początek, poprosili Lou Goeltza z ambasady, aby zwrócił im paszporty. Goeltz oznajmił, że w takim razie będzie musiał poinformować o tym generała Biglari, czyli innymi słowy uprzedzić policję, że Paul i Bill planują ucieczkę.

Goeltz twierdził, że przyjmując paszporty uprzedził pracowników EDS, że taki właśnie układ zawarł z policją. Widocznie jednak powiedział to bardzo cicho, gdyż nikt sobie tego nie przypominał.

Paul był wściekły. Dlaczego Goeltz w ogóle musiał zawierać jakiś układ z policją? Nie musiał im mówić, co zrobił z amerykańskimi paszportami. Przecież, na miłość boską, nie wysłano go tutaj, żeby pomagał policji! Ambasada miała pomagać Amerykanom, nie?

Czy Goeltz mógłby machnąć ręką na tę głupią umowę i zwrócić im paszporty po cichu albo przynajmniej zawiadomić policję dopiero wtedy, kiedy Paul i Bill będą już bezpieczni w domu? Absolutnie wykluczone – oświadczył Goeltz. Gdyby naraził się policji, wszyscy mieliby kłopoty, a on sam musiał troszczyć się o pozostałe dwanaście tysięcy Amerykanów przebywających w Iranie. Poza tym nazwiska Paula i Billa umieszczono na czarnej liście ochrony lotniska i gdyby nawet mieli wszystkie dokumenty w porządku, kontrola paszportowa nigdy by ich nie przepuściła.

Gdy do Dallas dotarła wiadomość, że Paul i Bill na dobre utknęli w Iranie, EDS i prawnicy rozpoczęli energiczną akcję. Nie mieli już tak dobrych kontaktów w Waszyngtonie jak dawniej, za czasów administracji republikanów, ale zostało tam jeszcze paru ich przyjaciół. Rozmawiali z Bobem Straussem, głównym arbitrem od spornych spraw w Białym Domu, który przypadkiem pochodził z Teksasu. Z admirałem Tomem Moorerem, byłym Szefem Połączonych Sztabów Marynarki, Lotnictwa i Wojsk Lądowych, który znał wielu generałów kierujących obecnie wojskowym rządem w Iranie. Z Richardem Helmsem, byłym dyrektorem CIA i poprzednim ambasadorem USA w Iranie. Na skutek nacisku, jaki EDS wywierała na Departament Stanu, ambasador amerykański w Iranie William Sullivan poruszył sprawę Paula i Billa na spotkaniu z premierem Iranu, generałem Azhari.

Nic nie pomogło.

Minęło trzydzieści dni – termin, jaki Paul dał Irańczykom na zapłacenie długu. 16 grudnia Paul przesłał doktorowi Emrani formalne wypowiedzenie kontraktu. Ale jeszcze nie zrezygnował do końca. Zaproponował, żeby kilku już ewakuowanych urzędników wróciło do Teheranu, okazując tym gotowość EDS do ponownego nawiązania rozmów z ministerstwem. Niektórzy z nich, ośmieleni spokojnym przebiegiem święta Ashura, sprowadzili nawet swe rodziny.

Ani ambasada, ani pracownicy EDS w Teheranie nie mogli się dowiedzieć, kto wydał rozkaz zatrzymania Paula i Billa. Informację tę zdobył w końcu od generała Biglari Majid, ojciec Fary. Dochodzenie prowadził sędzia śledczy Hosain Dadgar, urzędnik średniego szczebla w prokuraturze, zatrudniony w wydziale, który zajmował się przestępstwami administracyjnymi i posiadał bardzo szerokie uprawnienia. Dadgar kierował śledztwem w sprawie dr Sheika, uwięzionego byłego ministra zdrowia.

Skoro ambasada nie potrafiła przekonać Irańczyków, żeby wypuścili Paula i Billa z kraju i nie mogła też oddać im paszportów, to czy nie mogłaby przynajmniej załatwić, żeby ten Dadgar przesłuchał ich jak najszybciej i zwolnił jeszcze przed Bożym Narodzeniem? Boże Narodzenie niewiele znaczy dla Irańczyków – odpowiedział Goeltz – ale Nowy Rok, to co innego, spróbuję więc – dodał – załatwić przesłuchanie przed Nowym Rokiem.

W drugiej połowie grudnia ponownie wybuchły zamieszki. Pracownicy EDS natychmiast opracowali plan drugiej ewakuacji. Trwał strajk generalny. Eksport nafty, główne źródło dochodów rządu, został całkowicie wstrzymany, co zredukowało do zera szansę EDS na otrzymanie zapłaty. Tak niewielu Irańczyków zgłaszało się do pracy w ministerstwie, że ludzie z EDS nie mieli nic do roboty i Paul odesłał połowę z nich do Stanów na święta.

Paul spakował bagaże, zamknął dom i przeniósł się do hotelu Hiltona, gotów do wyjazdu przy pierwszej sposobności.

Miasto huczało od pogłosek. Jay Coburn wyławiał najbardziej interesujące i przekazywał Paulowi. Najbardziej niepokojącą wiadomość przekazała Bunny Fleischaker, Amerykanka mająca przyjaciół w Ministerstwie Sprawiedliwości. Bunny pracowała dawniej dla EDS w Stanach i chociaż w Teheranie zajmowała się czymś innym, nadal utrzymywała kontakty z firmą. Zadzwoniła do Coburna, żeby mu powiedzieć, że Ministerstwo Sprawiedliwości zamierza aresztować Paula i Billa.

Paul przedyskutował to z Coburnem. Ambasada USA nie potwierdziła wiadomości. Zgodzili się obaj, że ambasada z pewnością ma lepsze rozeznanie niż Bunny Fleischaker. Postanowili nie podejmować żadnych działań.

Paul spędził spokojnie Wigilię z kilkoma kolegami w domu Pata Sculleya, młodego kierownika z EDS, który z własnej woli wrócił do Teheranu. Żona Sculleya, Mary, wróciła razem z nim i to ona przygotowała wigilijną kolację. Paul tęsknił za Ruthie i dzieciakami.

Dwa dni po Bożym Narodzeniu odezwała się ambasada. Udało im się zorganizować spotkanie Paula i Billa z sędzią śledczym Hosainem Dadgarem. Spotkanie miało się odbyć następnego ranka, 28 grudnia, w budynku Ministerstwa Zdrowia przy alei Eisenhowera.

Bill Gaylord wszedł do gabinetu Paula parę minut po dziewiątej z filiżanką kawy. Ubrany był w tradycyjny strój EDS: garnitur, białą koszulę, dyskretny krawat i czarne półbuty.

Bill, podobnie jak Paul, był krępym, średniego wzrostu mężczyzną w wieku trzydziestu dziewięciu lat, ale na tym kończyło się podobieństwo. Paul miał ciemną cerę, gęste brwi, duży nos i głęboko osadzone oczy, w zwykłym ubraniu często brano go za Irańczyka, dopóki nie otworzył ust i nie przemówił po angielsku z nowojorskim akcentem. Bill miał płaską, okrągłą twarz i bardzo jasną cerę. Wyglądał na typowego Anglika.

Mieli ze sobą wiele wspólnego. Obaj byli rzymskimi katolikami, chociaż Bill był bardziej pobożny. Obaj lubili dobrze zjeść. Obaj odbywali praktykę inżynierską przy systemach komputerowych i podjęli pracę w EDS w połowie lat sześćdziesiątych. Bill w 1965, a Paul w 1966 roku. Obaj zrobili świetne kariery w EDS, ale Paul piastował wyższe stanowisko niż Bill, chociaż rozpoczął pracę rok później. Bill znał na wylot działalność służby zdrowia i świetnie umiał kierować ludźmi, lecz nie był tak dynamiczny i zawzięty jak Paul. Bill musiał zawsze wszystko starannie przemyśleć i zaplanować. Paul nigdy nie martwił się o Billa podczas ważnych wystąpień: Bill przygotowywał sobie każde słowo.

Dobrze im się razem pracowało. Kiedy Paul zanadto się śpieszył, Bill powstrzymywał go i zmuszał do zastanowienia. Kiedy Bill zbytnio zagłębiał się w szczegóły, Paul ponaglał go do działania.

Zawarli znajomość jeszcze w Stanach, ale tak naprawdę dobrze poznali się w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy. Kiedy Bill w marcu przybył do Teheranu, mieszkał u Paula, dopóki nie przyjechała jego żona, Emily, z dziećmi. Paul czuł się za niego odpowiedzialny: byłoby wstyd, gdyby Bill miał tu w Iranie kłopoty. Bill najbardziej ze wszystkich przejmował się zamieszkami i strzelaniną – może dlatego, że był tu od niedawna, a może z natury skłonny był martwić się. Kłopoty z paszportami potraktował znacznie poważniej niż Paul. Pewnego razu zaproponował nawet, aby obaj pojechali pociągiem do północno – wschodniego Iranu i przekroczyli granicę rosyjską. Nikt nie będzie przecież podejrzewał dwóch amerykańskich biznesmenów o zamiar ucieczki do Związku Radzieckiego.

Poza tym Bill bardzo tęsknił za Emily i dziećmi. Paul czuł się tu trochę winny, ponieważ to on ściągnął Billa do Iranu.

Ale ich kłopoty zbliżały się do końca. Dzisiaj spotkają się z panem Dadgarem i otrzymają z powrotem paszporty. Bill miał rezerwację na jutrzejszy samolot. Emily zamierzała wydać powitalne przyjęcie w sylwestra. Wkrótce wszystko to minie jak zły sen.

Paul uśmiechnął się do Billa.

– Możemy jechać?

– W każdej chwili.

– Zabierzmy Abolhasana.

Paul podniósł słuchawkę telefonu. Abolhasan był najstarszym rangą Irańczykiem zatrudnionym w EDS i uczył Paula irańskich metod prowadzenia interesów. Był synem wybitnego prawnika, ożenił się z Amerykanką i bardzo dobrze mówił po angielsku. Między innymi zajmował się tłumaczeniem kontaktów EDS na język farsi. Dzisiaj miał być tłumaczem Paula i Billa podczas spotkania z Dadgarem.

Zjawił się natychmiast w gabinecie Paula. Trzej mężczyźni wyruszyli. Nie zabrali ze sobą adwokata. Ambasada powiadomiła ich, że spotkanie to będzie zwykłą formalnością. Zabranie adwokata byłoby nie tylko bezcelowe, ale mogłoby urazić Dadgara i obudzić w nim podejrzenie, że Paul i Bill coś ukrywają. Paul chciał, żeby ktoś z ambasady był obecny podczas spotkania, ale Lou Goeltz odrzucił ten pomysł: wysłanie przedstawiciela ambasady na takie spotkanie byłoby sprzeczne z normalnym trybem postępowania. Goeltz poradził jednak Paulowi i Billowi, żeby wzięli ze sobą dokumenty potwierdzające datę ich przyjazdu do Iranu, oficjalne stanowiska oraz zakres obowiązków.

Podczas gdy samochód przedzierał się przez zatłoczone jak zwykle ulice Teheranu, Paul był nieco przygnębiony. Cieszył się wprawdzie, że wraca do domu, ale radość tę zatruwała świadomość porażki. Przyjechał przecież do Iranu, aby stworzyć tu filię EDS, a tymczasem musiał zwinąć interes. Jakkolwiek by na to patrzeć, pierwsza zagraniczna inwestycja firmy okazała się niewypałem. Nie było winą Paula, że irańskiemu rządowi zabrakło pieniędzy, niezbyt go to jednak pocieszało. Wymówki nie usprawiedliwią klęski.

Przejechali obsadzoną drzewami aleję Eisenhowera, szeroką i prostą, jak amerykańskie autostrady, skręcając na dziedziniec przed kwadratowym dziewięciopiętrowym budynkiem, odsuniętym od ulicy i pilnowanym przez żołnierzy z karabinami. Był to Urząd Ubezpieczeń Społecznych, podległy Ministerstwu Zdrowia i Opieki Społecznej. Tutaj miał powstać zalążek nowego irańskiego państwa dobrobytu. Tutaj rząd irański i EDS pracowały ramię w ramię, żeby stworzyć system ubezpieczeń społecznych. EDS zajmowała całe szóste piętro – tam również był gabinet Billa.

Paul, Bill oraz Abolhasan pokazali przepustki i weszli. Korytarze były puste i brudne, w budynku było zimno: znowu wyłączono ogrzewanie. Skierowano ich do gabinetu pana Dadgara.

Dadgar siedział za szarym stalowym biurkiem w małym pokoju o brudnych ścianach. Na biurku leżały notes i pióro. Przez okno Paul widział centrum informatyczne, które EDS budowała w pobliżu.

Abolhasan przedstawił wszystkich. Przy biurku Dadgara siedziała na krześle Iranka: nazywała się Nourbash i była tłumaczką Dadgara.

Wszyscy usiedli na zniszczonych metalowych krzesłach. Podano herbatę. Dadgar zaczął mówić w języku farsi. Głos miał cichy, raczej niski i całkowicie pozbawiony intonacji. Czekając na tłumaczenie Paul przyglądał mu się. Dadgar był niskim, krępym mężczyzną około pięćdziesiątki i z niewyjaśnionych powodów przypominał Paulowi Archiego Bunkera. Miał ciemną cerę i włosy zaczesane do przodu, jakby chciał ukryć łysinę. Nosił wąsy i okulary, ubrany był w ciemny garnitur.

Gdy Dadgar skończył, Abolhasan powiedział:

– Ostrzega, że ma prawo was aresztować, jeśli uzna wasze odpowiedzi za niezadowalające. Jeśli o tym nie wiedzieliście, możecie odłożyć przesłuchanie, żeby dać adwokatom czas na zebranie kaucji.

Paul był zdumiony tym oświadczeniem, ale przeanalizował je szybko, jak każdą inną handlową decyzję. „OK – pomyślał – w najgorszym razie facet nam nie uwierzy i będzie chciał nas aresztować, ale nie jesteśmy mordercami, wyjdziemy za kaucją w ciągu dwudziestu czterech godzin. Otrzymamy zakaz opuszczania kraju, będziemy musieli spotkać się z adwokatami i wyjaśnić sprawę, ale teraz jesteśmy w niewiele lepszej sytuacji”.

Popatrzył na Billa.

– Jak sądzisz?

Bill wzruszył ramionami.

– Goeltz mówił, że to zwykła formalność. Dadgar wspomniał o kaucji chyba po to, żeby przypomnieć nam o naszych prawach.

Paul przytaknął.

– Z pewnością nie chcemy odkładać przesłuchania.

– Więc skończmy z tym.

Paul odwrócił się do pani Nourbash.

– Proszę powiedzieć panu Dadgarowi, że żaden z nas nie popełnił przestępstwa i nie jesteśmy zamieszani w przestępstwo, mamy więc pewność, że nie zostaniemy o nic oskarżeni. Dlatego chcielibyśmy zakończyć to dzisiaj, żeby wrócić do domu.

Pani Nourbash przetłumaczyła.

Dadgar oświadczył, że chciałby najpierw przesłuchać Paula na osobności. Billy ma wrócić za godzinę. Bill wyszedł.

* * *

Bill poszedł do swojego gabinetu na szóstym piętrze. Podniósł słuchawkę telefonu, wykręcił numer „Bukaresztu” i poprosił Lloyda Briggsa. Briggs był w firmie trzeci w hierarchii po Paulu i Billu.

– Dadgar mówi, że ma prawo nas aresztować – poinformował go Bill. – Może będziemy musieli złożyć kaucję. Zadzwoń do miejscowych adwokatów i dowiedz się, co to znaczy.

– Jasne – powiedział Briggs. – Gdzie jesteś?

– W moim gabinecie w ministerstwie.

– Zadzwonię do ciebie.

Bill odłożył słuchawkę i czekał. Groźba aresztowania była wręcz śmieszna – mimo powszechnej korupcji panującej w nowoczesnym państwie irańskim EDS nigdy nie dawała łapówek, żeby zdobyć kontrakt. A nawet gdyby były jakieś łapówki, Bill nie mógł z tym mieć nic wspólnego; zajmował się dostarczaniem produktu, a nie walką o rynek.

Biggs odezwał się po paru minutach.

– Nie masz się o co martwić – oświadczył. – Nie dalej jak w zeszłym tygodniu facet oskarżony o morderstwo wyszedł za kaucją półtora miliona rialów. Bill przeliczył szybko: dwadzieścia tysięcy dolarów. EDS chyba mogła tyle zapłacić. Od paru tygodni trzymali w sejfie zapas gotówki, zarówno z powodu strajku banków, jak i na wypadek ewakuacji.

– Ile mamy w sejfie?

– Około siedmiu milionów rialów plus piętnaście tysięcy dolarów. „A więc – pomyślał Bill – nawet jeśli zostaniemy aresztowani, będziemy mogli od razu wpłacić kaucję”.

– Dzięki – powiedział. – Trochę mi ulżyło.

* * *

Na dole Dadgar zapisał imię i nazwisko Paula, datę i miejsce urodzenia, nazwę uczelni, staż pracy przy komputerach oraz kwalifikacje. Obejrzał również dokładnie dokument oficjalnie mianujący Paula kierownikiem irańskiego oddziału korporacji Electronic Data Systems. Następnie kazał Paulowi opowiedzieć, w jaki sposób EDS uzyskała kontrakt z Ministerstwem Zdrowia. Paul głęboko zaczerpnął powietrza.

– Przede wszystkim chciałbym przypomnieć, że w okresie, kiedy zawierano kontrakt, nie było mnie w Iranie, dlatego nie dysponuję informacjami z pierwszej ręki. Postaram się jednak opowiedzieć wszystko, co mi wiadomo w tej sprawie.

Pani Nourbash przetłumaczyła. Dadgar skinął głową.

Paul mówił dalej, powoli, starannie dobierając słowa, aby ułatwić tłumaczenie.

– W roku 1975 pracownik EDS Paul Bucha dowiedział się, że ministerstwo poszukuje firmy komputerowej wyspecjalizowanej w problematyce ubezpieczeń zdrowotnych oraz opieki społecznej. Paul Bucha przyjechał do Teheranu, spotkał się z oficjalnymi przedstawicielami ministerstwa i ustalił rodzaj oraz zakres zleconych prac. Powiedziano mu, że ministerstwo otrzymało już oferty od Louis Bergera i Company, Marsha i MacClennana, ISIRAN-u, UNIVAC-u, piątej zaś propozycji oczekują od firmy Cap Gemini Sogeti. Bucha oświadczył, że EDS jest najlepszą firmą komputerową w Stanach Zjednoczonych, wyspecjalizowaną właśnie w tego rodzaju obsłudze służby zdrowia. Zaproponował przeprowadzenie badań wstępnych za darmo. Oferta została przyjęta.

Kiedy Paul czekał na przetłumaczenie, zauważył, że pani Nourbash mówiła krócej od niego, a Dadgar zapisał jeszcze mniej. Zaczął mówić wolniej i znacznie częściej robił przerwy.

– Ministerstwo widocznie zainteresowało się propozycją EDS, ponieważ zleciło nam wykonanie szczegółowych badań na sumę dwustu tysięcy dolarów. Rezultaty tych badań przedstawiliśmy w październiku 1975 roku. Ministerstwo przyjęło nasze ofertę i rozpoczęło negocjacje. Do sierpnia 1976 roku uzgodniono warunki kontraktu.

– Czy wszystko było załatwiane uczciwie? – zapytał Dadgar za pośrednictwem tłumaczki.

– Absolutnie uczciwie – odparł Paul. – Trzy miesiące trwało uzyskanie wszelkich potrzebnych zezwoleń od rozmaitych urzędów państwowych, z dworem szacha włącznie. Nie pominięto żadnego etapu. Kontrakt wszedł w życie z końcem roku.

– Czy cena była wygórowana?

– Kontrakt przewidywał maksymalny zysk w wysokości dwudziestu procent przed odliczeniem podatku, co stanowi przeciętną przy kontraktach tej wielkości, zarówno tutaj, jak i w innych krajach.

– A czy EDS wypełniło zobowiązania zawarte w kontrakcie? To był temat, w którym Paul orientował się najlepiej.

– Tak, wypełniliśmy zobowiązania.

– Mógłby pan przedstawić dowód?

– Oczywiście. Kontrakt przewidywał, że mam spotykać się z przedstawicielami ministerstwa w określonych odstępach czasu, żeby zdać sprawę z postępu robót. Te spotkania się odbyły i w aktach ministerstwa znajdują się protokoły.

W kontrakcie ustalono procedurę składania zażaleń przez ministerstwo, w przypadku gdyby EDS nie wypełniło swych zobowiązań. Procedurą tą nigdy się nie posłużono.

Pani Nourbash przetłumaczyła, ale Dadgar nic nie zapisał. „Na pewno już o tym wie” – pomyślał Paul.

– Proszę wyjrzeć przez okno – dodał. – To jest nasze centrum informatyczne. Proszę je obejrzeć. W środku są komputery. Proszę ich dotknąć. One pracują. Produkują informacje. Proszę przeczytać wydruki. Te informacje są wykorzystywane.

Dadgar zrobił krótką notatkę. Paul zastanawiał się, o co mu właściwie chodzi. Następne pytanie brzmiało:

– Jakie mieliście powiązania z grupą Mahviego?

– Kiedy przyjechaliśmy do Iranu, na samym początku uprzedzono nas, że musimy mieć irańskich wspólników, żeby robić tu interesy. Grupa Mahviego to nasi wspólnicy. Spotykamy się z nimi od czasu do czasu, ale mają oni niewiele wspólnego z naszą pracą. Głównie dostarczają nam miejscowych pracowników.

Dadgar zapytał, dlaczego dr Towliati, pracownik ministerstwa, był na liście płac EDS. Czy nie występowała tu sprzeczność interesów?

Wreszcie padło jakieś bardziej sensowne pytanie. Paul rozumiał, że funkcja Towliatiego mogła się wydać sprzeczna z przepisami. Łatwo jednak mógł to wyjaśnić.

– W kontrakcie zobowiązaliśmy się zapewnić ministerstwu pomoc wyspecjalizowanych konsultantów, którzy wiedzą, jak najlepiej wykorzystać nasze urządzenia. Dr Towliati jest takim konsultantem. Pracował przy przetwarzaniu danych i zna się zarówno na amerykańskich, jak i na irańskich sposobach prowadzenia interesów. Jest opłacany bardziej przez EDS niż przez ministerstwo, ponieważ pensje w ministerstwie są zbyt niskie, żeby skusić człowieka jego kalibru. Jednakże ministerstwo zobowiązane jest zwrócić nam koszty jego zatrudnienia, co ustalono w kontrakcie, więc właściwie nie my mu płacimy.

Dadgar ponownie zrobił krótką notatkę. „Wszystkie te informacje mógł znaleźć w aktach – pomyślał Paul. – Może właśnie tak zrobił”.

– Dlaczego jednak dr Towliati podpisuje faktury? – zapytał Dadgar.

– To proste – odparł Paul. – Nie podpisuje i nigdy nie podpisywał. On tylko informuje ministra, że pewne zadanie zostało wykonane. Czasami dokumentacja jest zbyt skomplikowana technicznie, aby laik mógł dokonać weryfikacji. – Paul uśmiechnął się. – Dr Towliati traktuje bardzo poważnie swój zakres obowiązków, jest naszym najsurowszym krytykiem i z reguły zadaje mnóstwo kłopotliwych pytań, zanim potwierdzi wykonanie zadania. Czasami żałuję, że jest nieprzekupny.

Pani Nourbash przetłumaczyła. Paul rozważał: „O co właściwie chodzi Dadgarowi? Najpierw pyta o okoliczności zawarcia kontraktu, co nastąpiło przed moim przyjazdem, potem zaś interesuje się grupą Mahviego i doktorem Towliatim, jakby to było ogromnie ważne. Może Dadgar sam nie wie, czego szuka… Może po prostu strzela na oślep, w nadziei, że trafi na coś sprzecznego z przepisami. Jak długo będzie się ciągnąć ta farsa?”

* * *

Bill stał na korytarzu. Było mu chłodno, więc nałożył płaszcz. Ktoś przyniósł mu herbatę i Bill popijając ją grzał ręce o szklankę. W budynku było nie tylko zimno, ale i ciemno.

Bill od razu spostrzegł, że Dadgar bardzo różni się od przeciętnego Irańczyka. Zachowywał się gburowato, był oziębły i naburmuszony. Ambasada twierdziła, że Dadgar był życzliwie usposobiony wobec Paula i Billa. On jednak miał odmienne wrażenie.

Bill był ciekaw, co ten człowiek knuje? Myślał intensywnie: „Może próbuje ich zastraszyć? Może naprawdę zamierza ich aresztować? Tak, czy inaczej spotkanie nie przebiegało zgodnie z tym, co mówiono im w ambasadzie. Chyba niesłusznie poradzono, aby nie zabierali ze sobą adwokatów lub przedstawicieli ambasady. Być może, ambasada po prostu nie chciała się w to mieszać. Jakkolwiek by było razem z Paulem byli teraz zdani sami na siebie. Chociaż zapowiadał się niezbyt przyjemny dzień, w końcu jednak będą mogli wreszcie wrócić do domu”. Patrząc przez okno, Bill spostrzegł, że w alei Eisenhowera powstało jakieś zamieszanie. Nieco dalej dysydenci zatrzymywali przejeżdżające samochody i przyklejali do przednich szyb plakaty z Chomeinim. Żołnierze pilnujący gmachu ministerstwa zatrzymywali samochody i zdzierali plakaty. Szybko wpadli w nastrój bojowy. W jednym z samochodów rozbili przednie światła, potem wybili szybę w następnym, jak gdyby chcieli pokazać kierowcom, kto tu rządzi. Wreszcie wyciągnęli jakiegoś kierowcę z samochodu i zaczęli go okładać razami.

Następnym samochodem, który zwrócił ich uwagę, była pomarańczowa teherańska taksówka. Przejechała bez zatrzymania – co nikogo nie powinno dziwić – niemniej jednak żołnierze wpadli we wściekłość i pobiegli za nią strzelając.

I taksówka, i ścigający ją żołnierze zniknęli Billowi z oczu.

Żołnierze zakończyli wreszcie swój ostry wypad i powrócili na posterunek przed frontem gmachu ministerstwa, na otoczony murem dziedziniec. Incydent ów, będący dziwną mieszaniną dziecinady i brutalności, był esencją tego, co działo się w Iranie. Cały kraj staczał się w przepaść. Szach stracił kontrolę, a rebelianci zdecydowani byli wypędzić go albo zabić. Bill żałował tych ludzi w samochodach, niewinnych ofiar zbiegu okoliczności, które bezradnie mogły tylko czekać na poprawę sytuacji. „Skoro nawet Irańczycy nie są już bezpieczni – pomyślał – Amerykanom grozi jeszcze większe niebezpieczeństwo. Musimy wydostać się stąd za wszelką cenę”.

Dwaj Irańczycy przebywający w tym samym korytarzu, widzieli też te rozróbki przy alei Eisenhowera. Podobnie jak Bill, wydawali się nimi przerażeni.

Ranek minął, nadeszło popołudnie. Bill otrzymał następną szklankę herbaty i kanapkę. To miał być lunch. Myślał o tym, co działo się w pokoju przesłuchań. Nie dziwiło to, że długo czeka: w Iranie słowa: „za godzinę” oznaczały w praktyce mniej więcej to samo co „kiedyś, później”. W miarę jednak, jak mijał dzień, Bill niepokoił się coraz bardziej. Czyżby Paul miał jakieś kłopoty?

Dwaj Irańczycy sterczeli bezczynnie na korytarzu przez całe popołudnie. Nie robili nic, po prostu byli. Bill nie miał zielonego pojęcia, kim są. Nie zamienił z nimi ani słowa.

Chciał, żeby czas skoczył do przodu. Miał przecież rezerwację na jutrzejszy samolot. Emily z dziećmi była w Waszyngtonie, gdzie mieszkali jej rodzice i teściowie. Planowali dla niego wielkie przyjęcie w sylwestra. Nie mógł doczekać się, kiedy ich znowu zobaczy.

Powinien był wyjechać z Iranu już wtedy, gdy zaczęły się bombardowania. Jedna z bomb spadła wówczas na dom dziewczyny, którą Bill znał ze studiów w Waszyngtonie. Dziewczyna ta wyszła za dyplomatę z ambasady amerykańskiej. Bill o tym z nimi rozmawiał. Wprawdzie nikt nie został ranny, ale było to straszne.

„Powinienem być ostrożniejszy i już wtedy wyjechać” – pomyślał. Drzwi otworzyły się. Wyszedł Abolhasan i powiedział:

– Bill! Pozwól, proszę.

Bill spojrzał na zegarek. Była piąta. Wszedł.

– Zimno tu – stwierdził siadając.

– Na tym krześle szybko zrobi ci się ciepło – odparł Paul z wymuszonym uśmiechem. Bill zerknął na niego: Paul nie wyglądał na osobę z dobrym samopoczuciem.

Dadgar, zanim zaczął przesłuchiwać Billa, wypił szklankę herbaty i zjadł kanapkę. Przyglądając mu się Bill pomyślał: „Uważaj – ten facet chce złapać nas w pułapkę, aby nie pozwolić nam wyjechać do kraju”.

Przesłuchanie się rozpoczęło. Bill podał swoje nazwisko, datę i miejsce urodzenia, wykształcenie, staż i kwalifikacje. Dadgar zadawał pytania i zapisywał odpowiedzi z twarzą pozbawioną wyrazu. „On jest jak maszyna” – pomyślał Bill.

Zaczynał rozumieć, dlaczego przesłuchanie Paula trwało tak długo. Każde pytanie trzeba było przetłumaczyć z farsi na angielski, każdą zaś odpowiedź z angielskiego na farsi. Pani Nourbash tłumaczyła, a Abolhasan wtrącał objaśnienia i poprawki.

Dadgar spytał Billa, czy EDS wywiązała się z kontraktu z ministerstwem zdrowia. Bill odpowiedział obszernie i szczegółowo, chociaż temat był zarówno skomplikowany, jak i wybitnie specjalistyczny. Był przekonany, że pani Nourbash nie rozumie z tego ani słowa. W każdym razie nikt nie mógł wyrobić sobie zdania o całym projekcie na podstawie kilku ogólnych pytań. „Co to za idiotyzmy – zastanawiał się Bill. – Dlaczego Dadgar siedział przez cały dzień w lodowato zimnym pokoju i zadawał głupie pytania? Doszedł do wniosku, że widać był to jakiś orientalny rytuał. Dadgar musiał rozwodnić swój raport, zbadać wszystkie szczegóły i w ten sposób z góry zabezpieczyć się przed ewentualnym oskarżeniem, jeśli pozwoli im wyjechać. W najgorszym razie mógł ich zatrzymać jeszcze przez jakiś czas w Iranie. Tak czy owak, była to tylko kwestia czasu”.

Oboje – Dadgar i pani Nourbash – wydawali się wrogo nastawieni. Przesłuchanie coraz bardziej przypominało krzyżowy ogień pytań. Dadgar oświadczył, że raporty o postępach robót składane przez EDS były sfałszowane i EDS posłużyła się nimi, żeby wydostać od ministerstwa zapłatę za nie wykonaną pracę. Bill przypomniał, że przedstawiciele ministerstwa, którzy byli najlepiej poinformowani, nigdy nie wspominali, jakoby raporty były niedokładne. Jeśli EDS nie wykonała zadania, gdzie są skargi? Dadgar może to sprawdzić w aktach ministerstwa.

Dadgar zapytał o dr Towliatiego i kiedy Bill wyjaśnił jego rolę, pani Nourbash, która zabrała głos, zanim jeszcze Dadgar się odezwał, oznajmiła, że wyjaśnienie jest nieprawdziwe.

Padło jeszcze wiele rozmaitych pytań, w tym jedno kompletnie niezrozumiałe:

„Czy EDS zatrudnia jakichś Greków?” Bill zaprzeczył, zastanawiając się, co to ma do rzeczy. Dadgar wydawał się zniecierpliwiony. Być może miał nadzieję, że zeznania Billa będą sprzeczne z zeznaniami Paula. Teraz, rozczarowany, zwiększył tempo. Zadawał pytania pospiesznie i niedbale, nie żądał objaśnień ani nie stawiał dodatkowych pytań. Przesłuchanie zakończył po godzinie.

Pani Nourbash powiedziała:

– Proszę teraz podpisać się przy każdym pytaniu i odpowiedzi w notesie pana Dadgara.

– Ależ to jest w farsi. Nie rozumiemy ani słowa! – zaprotestował Bill. „To podstęp – pomyślał. – Podpiszemy przyznanie się do morderstwa, szpiegostwa czy innej zbrodni wymyślonej przez Dadgara”.

Tu wtrącił się Abolhasan:

– Przejrzę notatki i sprawdzę.

Paul i Bill czekali, aż Abolhasan przejrzy notes. Wyglądało to na bardzo pobieżne sprawdzenie. Wreszcie Abolhasan odłożył notes na biurko.

– Radzę wam podpisać – stwierdził.

Bill czuł, że nie powinien podpisywać – ale nie miał wyboru. Jeśli chciał wrócić do domu, musiał podpisać.

Spojrzał na Paula. Paul wzruszył ramionami.

– Chyba lepiej podpiszmy – powiedział.

Po kolei przekartkowali notes i wpisali swoje nazwiska pod niezrozumiałymi zawijasami w języku farsi.

Kiedy skończyli, w pokoju panowała napięta atmosfera. „Teraz – pomyślał Bill – z pewnością powie nam, że możemy wracać do domu”.

Dadgar zebrał papiery w schludny stosik, rozmawiając przez parę minut z Abolhasanem. Potem wyszedł z pokoju. Abolhasan odwrócił się do Paula i Billa z ponurą miną.

– Jesteście aresztowani – oznajmił.

Serce w Billu zamarło. Nici z samolotu, nici z Waszyngtonu, Emily, sylwestrowego przyjęcia…

– Wyznaczono kaucję w wysokości dziewięćdziesięciu milionów tomanów, sześćdziesiąt za Paula i trzydzieści za Billa.

– Jezusie! – jęknął Paul. – Dziewięćdziesiąt milionów tomanów to… Abolhasan przeliczył na skrawku papieru.

– Niecałe trzynaście milionów dolarów.

– Żartujesz! – zawołał Bill. – Trzynaście milionów? Kaucja za mordercę wynosi dwadzieścia tysięcy!

– On pytał – ciągnął Abolhasan – czy jesteście gotowi złożyć kaucję. Paul parsknął śmiechem.

– Powiedz mu, że nie mam tyle przy sobie, będę musiał wstąpić do banku. Abolhasan nic nie odpowiedział.

– On na pewno żartuje – oświadczył Paul.

– On nie żartuje – zaprzeczył Abolhasan.

Nagle Bill poczuł zalewającą go wściekłość – na Dadgara, na Lou Goeltza, na cały ten przeklęty świat. Dali się nabrać. Wpadli prosto w pułapkę. Przyszli tutaj z własnej, nieprzymuszonej woli, na spotkanie zorganizowane przez ambasadę amerykańską. Nie zrobili nic złego i nikt nie miał cienia dowodu przeciwko nim, a jednak wylądowali w więzieniu – i co gorsza, w irańskim więzieniu! Abolhasan powiedział:

– Każdy z was ma prawo do jednej rozmowy telefonicznej. Zupełnie jak w telewizyjnych kryminałach – jedna rozmowa, a potem za kratki. Paul podniósł słuchawkę i wykręcił numer.

– Poproszę Lloyda Briggsa. Mówi Paul Chiapparone… Lloyd? Nie mogę przyjść dzisiaj na obiad. Idę do więzienia.

Bill pomyślał: „Paul chyba jeszcze w to nie uwierzył”. Paul słuchał przez chwilę, po czym powiedział:

– Może na początku zadzwoń do Gaydena.

Bill Gayden, noszący nazwisko podobne do nazwiska Billa Gaylorda, był dyrektorem EDS World i bezpośrednim przełożonym Paula. „Jak tylko ta wiadomość dotrze do Dallas – pomyślał Bill – ci irańscy dowcipnisie przekonają się, że EDS nie da sobie w kaszę dmuchać”.

Z kolei on zajął miejsce przy telefonie. Połączył się z ambasadą USA i poprosił konsula generalnego.

– Goeltz? Mówi Bill Gaylord. Właśnie nas aresztowano i wyznaczono kaucję w wysokości trzynastu milionów dolarów.

– Jak to się stało?

Chłodny, opanowany głos Goeltza rozwścieczył Billa do reszty.

– To pan zorganizował to spotkanie i to pan nam powiedział, że później będziemy mogli wyjechać!

– Na pewno, jeśli nie zrobiliście nic złego…

– Co to znaczy jeśli? – wrzasnął Bill.

– Postaram się jak najszybciej przysłać kogoś do więzienia – obiecał Goeltz. Bill odłożył słuchawkę.

Weszli dwaj Irańczycy, ci sami, którzy przez cały dzień sterczeli na korytarzu. Bill zauważył, że obaj są wysocy i potężnie zbudowani. Domyślił się, że to policjanci w cywilu.

– Dadgar powiedział – odezwał się Abolhasan – że nie trzeba zakładać wam kajdanek.

– Serdeczne dzięki – warknął Paul.

Bill nagle przypomniał sobie opowieści o torturowaniu więźniów w więzieniach szacha. Wysiłkiem woli odpędził tę myśl.

– Może chcecie mi oddać teczki i portfele? – zapytał Abolhasan. Podali mu je. Paul zatrzymał sto dolarów.

– Czy wiesz, gdzie jest więzienie? – zapytał Abolhasana.

– Zabierają was do tymczasowego aresztu w Ministerstwie Sprawiedliwości przy ulicy Khayyam.

– Wracaj zaraz do „Bukaresztu” i przekaż to wszystko Lloydowi Briggsowi.

– Tak jest.

Jeden z policjantów w cywilu przytrzymał otwarte drzwi. Bill popatrzył na Paula. Paul wzruszył ramionami. Wyszli.

Pod eskortą policjantów zeszli po schodach i wsiedli do małego samochodu.

– Chyba będziemy musieli spędzić parę godzin w więzieniu – odezwał się Paul. – Trochę potrwa, zanim ambasada i EDS przyślą ludzi, żeby nas wyciągnąć za kaucją.

– Może już tam na nas czekają – optymistycznie zauważył Bill. Wyższy z policjantów usiadł za kierownicą. Jego kolega zajął miejsce obok, z przodu. Wyjechali z dziedzińca na aleję Eisenhowera i przyśpieszyli. Nagle z największą szybkością skręcili pod prąd w wąską, jednokierunkową uliczkę. Bill przytrzymał się oparcia przedniego fotela.

Samochód lawirował pomiędzy nadjeżdżającymi z przeciwka pojazdami, których kierowcy trąbili i wygrażali pięściami.

Jechali w kierunku południowym, zbaczając lekko na wschód. Bill próbował odgadnąć, co czeka ich w więzieniu. Czy będą tam ludzie z EDS albo z ambasady, żeby wynegocjować zmniejszenie kaucji i zabrać ich do domu? „Na pewno ambasada oburzona jest tym, co zrobił Dadgar – myślał. – Z pewnością ambasador Sullivan zażądał aby natychmiast ich uwolniono. Przecież to świństwo wsadzić do więzienia dwóch Amerykanów, którzy nie popełnili żadnego przestępstwa i wyznaczyć kaucję trzynastu milionów dolarów”. Cała ta sytuacja była – jego zdaniem – wręcz śmieszna.

Tylko że kiedy w milczeniu wyglądali przez okna samochodu zastanawiając się, co będzie dalej, wcale nie było im do śmiechu.

W trakcie jazdy Bill zobaczył coś, co przestraszyło go jeszcze bardziej.

W północnej części miasta, gdzie mieszkali i pracowali Amerykanie, uliczne walki były stosunkowo rzadkim zjawiskiem, ale tutaj – co Bill dopiero teraz sobie uświadomił – musiały trwać nieprzerwanie. Na ulicach dymiły czarne wraki podpalonych autobusów. Setki demonstrantów brały udział w rozruchach wrzeszcząc, śpiewając, podkładając ogień i budując barykady. Nastolatki rzucały „koktajle Mołotowa” – butelki z benzyną owinięte płonącymi szmatami – na przejeżdżające samochody, celując w całkiem przypadkowe wozy. „My możemy być następni” – pomyślał Bill. Słyszał strzały, ale w ciemnościach nie widział, kto do kogo strzela. Kierowca przez cały czas jechał z maksymalną szybkością. Co chwila okazywało się, że ulicę blokuje tłum, barykada lub płonący samochód. Kierowca zawracał, nadal ignorując światła uliczne, w samobójczym tempie omijał przeszkody zaułkami. „Nie dojedziemy tam żywi” – pomyślał Bill. W końcu sięgnął ręką do różańca, który miał w kieszeni.

Bill miał wrażenie, że ta jazda trwa całą wieczność.

Nagle samochód wjechał na koliste podwórze i zatrzymał się. Potężnie zbudowany kierowca wysiadł bez słowa i zniknął w budynku.

Ministerstwo Sprawiedliwości zajmowało cały gmach. W ciemnościach – żadna z ulicznych latarń nie działała – Bill zobaczył niewyraźny zarys czteropiętrowego budynku. Po dziesięciu lub piętnastu minutach znajomy kierowca wyszedł, usiadł za kierownicą i objechał gmach dookoła. Bill domyślił się, że kierowca zarejestrował swych więźniów w biurze od frontu.

Na tyłach budynku samochód przejechał krawężnik i zatrzymał się na chodniku przed stalową, dwuskrzydłową bramą w wysokim ceglanym murze. Po prawej, tam gdzie mur się kończył, widać było niewyraźne zarysy jakiegoś parku lub ogrodu. Kierowca wysiadł. Ktoś otworzył judasza w stalowych drzwiach. Nastąpiła krótka wymiana zdań w farsi. Potem drzwi otworzono. Kierowca gestem nakazał Paulowi i Billowi opuścić samochód.

Weszli do środka.

Bill rozejrzał się wokół. Znaleźli się na niewielkim podwórzu. Wokół stało dziesięciu czy piętnastu strażników, uzbrojonych w automaty. Bill zobaczył przed sobą kolisty podjazd. Stały na nim samochody osobowe i ciężarówki. Po lewej stronie przy ceglanym murze stał niewielki parterowy budynek. Po prawej były następne stalowe drzwi.

Kierowca podszedł do nich i zapukał. Znowu zamieniono przez judasza parę zdań w farsi. Uchylono drzwi, Paul i Bill weszli do środka.

Znaleźli się w małej poczekalni z biurkiem i paroma krzesłami. Bill na próżno się rozglądał: nie było adwokatów, przedstawicieli ambasady ani pracowników EDS, którzy wyciągnęliby ich z więzienia. „Jesteśmy zdani na siebie – pomyślał – a to zaczyna wyglądać niebezpiecznie”.

Za biurkiem stał strażnik. W ręku trzymał długopis i plik formularzy. Zapytał o coś w farsi. Paul odgadł sens pytania.

– Paul Chiapparone – powiedział i przeliterował swoje nazwisko. Wypełnianie formularzy zabrało prawie godzinę. Sprowadzono więźnia znającego angielski, żeby pomógł w tłumaczeniu. Paul i Bill podali swoje daty urodzenia, teherańskie adresy i numery telefonów. Spisano także posiadane przez nich przedmioty. Odebrano im pieniądze, każdy z nich otrzymał tylko dwa tysiące rialów – około trzydziestu dolarów.

Zabrano ich do przyległego pokoju i kazano się rozebrać. Zostali tylko w spodenkach. Przeszukano ubrania i zrewidowano ich samych. Paulowi nakazano ubrać się z powrotem, Bill musiał zaczekać. Było bardzo zimno, tutaj też ogrzewanie nie działało. Nagi i drżący Bill zastanawiał się, co będzie dalej. Widocznie byli jedynymi Amerykanami w więzieniu. Przypomniał sobie wszystkie okropności, jakie kiedykolwiek czytał lub słyszał o więzieniach. „Jak potraktują ich strażnicy? Jak się zachowają pozostali więźniowie? Z pewnością zaraz ktoś przyjdzie i wypuści go na wolność” – myślał Bill.

– Czy mogę nałożyć płaszcz? – zapytał strażnika. Strażnik nie zrozumiał.

– Płaszcz – powtórzył Bill i pokazał gestami, o co mu chodzi. Strażnik podał mu płaszcz.

Nieco później wszedł następny strażnik i nakazał Billowi ubrać się. Odprowadzono ich do poczekalni. Jeszcze raz Bill rozejrzał się szukając adwokatów i przyjaciół. Jeszcze raz doznał rozczarowania.

Przeprowadzono ich przez poczekalnię. Kolejne drzwi były otwarte. Zeszli po schodach do podziemi.

Było tam zimno, ciemno i brudno. Kilka cel zapełniali sami Irańczycy. Smród moczu był tak silny, że Bill zacisnął usta i oddychał płytko przez nos. Strażnik otworzył drzwi do celi numer 9. Paul i Bill weszli do środka.

Szesnaście nie ogolonych twarzy wytrzeszczyło na nich oczy z natrętną ciekawością. Paul i Bill odpowiedzieli przerażonym spojrzeniem.

Drzwi celi zatrzasnęły się.

ROZDZIAŁ DRUGI

Jak dotąd życie traktowało Rossa Perota wyjątkowo łaskawie. Rankiem 28 grudnia 1978 roku siedział przy śniadaniu w swojej górskiej chacie w Vail, w stanie Colorado. Śniadanie podawał kucharz Holly.

Przycupnięta na zboczu i na wpół ukryta w osikowym lasku chata z okrąglaków miała sześć sypialni, pięć łazienek, salon o powierzchni trzydziestu stóp kwadratowych oraz pokój odnowy biologicznej z basenikiem Jacuzziego przed kominkiem. Był to tylko wakacyjny domek.

Ross Perot był bogaty.

Założył EDS z kapitałem tysiąca dolarów, obecnie zaś akcje firmy – z których połowa wciąż należała do niego – przedstawiały wartość kilkuset milionów. Był jedynym właścicielem „Petrus Oil and Gas Company”, dysponującej setkami milionów kapitału. Posiadał również sporo nieruchomości w Dallas. Trudno dokładnie określić, ile miał pieniędzy – wszystko zależało od sposobu liczenia – ale z pewnością więcej niż pięćset milionów i chyba mniej niż miliard.

W powieściach ludzie fantastycznie bogaci są zawsze chciwi, żądni władzy, znerwicowani, znienawidzeni i nieszczęśliwi – zawsze nieszczęśliwi. Perot rzadko czytywał powieści. Był szczęśliwy.

Nie uważał, że to pieniądze dały mu szczęście. Wierzył w potęgę pieniądza, w kapitał i zyski, bo to stanowiło siłę napędową gospodarki amerykańskiej. Cieszyły go rozmaite zabawki, które można było kupić za pieniądze – motorówki, salonki i helikoptery, ale nigdy też nie marzył, żeby tarzać się w stertach studolarowych banknotów. Marzył tak naprawdę o czymś innym: chciał stworzyć kwitnące przedsiębiorstwo i zatrudniać tysiące ludzi. Teraz jednak miał przed oczami swoje największe marzenie, które urzeczywistniło się. Jego rodzina ciepło ubrana szykowała się na narty. Oto dwudziestoletni Ross Junior, i jeśli nawet w całym Teksasie był lepszy od niego chłopiec, Perot jeszcze go nie spotkał. Oto cztery – cztery, ni mniej, ni więcej – córki: Nancy, Suzanne, Carolyn i Katherine. Wszystkie zdrowe, śliczne i szykowne. Perot czasami powiadał dziennikarzom, że miarą sukcesów życiowych są dla niego dzieci. Jeśli wyrosną na porządnych obywateli, którym leży na sercu dobro kraju, wówczas uzna, że nie zmarnował życia. Dziennikarze zwykle odpowiadali: „Do diabła, ja panu wierzę, ale jeśli napiszę coś takiego w artykule, czytelnicy pomyślą, że zostałem przekupiony!” A Ross na to: „To nie moje zmartwienie. Powiedziałem panu prawdę, a pan niech napisze, co uważa”. Dzieci były właśnie takie, jakich sobie życzył, przynajmniej na razie. Rozpieszczone, wychowane w luksusie, lecz wcale nie zepsute. Zakrawało to na cud.

Za dziećmi biegała z biletami na wyciąg, z wełnianymi skarpetkami i olejkiem do opalania osoba za ten cud odpowiedzialna: Margot Perot. Margot była piękna, inteligentna, wytworna i pełna wdzięku. Była przy tym wszystkim wspaniałą matką. Gdyby chciała, mogłaby wyjść za Johna Kennedy’ego, Paula Newmana, księcia Rainiera lub Rockefellera. Tymczasem zakochała się w Rossie Perocie z Texarkany w stanie Teksas: pięć stóp siedem cali wzrostu, złamany nos, pustki w kieszeni i mnóstwo marzeń. Przez całe życie Perot wierzył w swoją szczęśliwą gwiazdę. Teraz, w wieku czterdziestu ośmiu lat, mógł sobie powiedzieć, że najszczęśliwszym wydarzeniem w jego życiu było spotkanie Margot.

Był szczęśliwym człowiekiem i miał szczęśliwą rodzinę, lecz tegoroczne święta nie były dla nich radosne. Matka Perota umierała. Miała raka kości. W Wigilię potknęła się i upadła. Nie był to upadek niebezpieczny, ale ponieważ nowotwór osłabił jej kości, złamała biodro i trzeba ją było odwieźć do szpitala Baylor w Dallas.

Siostra Perota, Bette, spędziła tę noc przy matce. W dzień Bożego Narodzenia Perot, Margot i piątka dzieci załadowali prezenty do furgonetki i pojechali do szpitala. Babcia była w tak dobrym nastroju, że wszyscy bardzo przyjemnie spędzili dzień. Nie chciała jednak, aby odwiedzili ją nazajutrz; wiedziała przecież, że zamierzali iść na narty i nalegała, żeby nie zmieniali planów z powodu jej choroby. Margot z dziećmi wyjechała do Vail 26 grudnia, Perot jednak został.

Kłótnia, która nastąpiła, niczym się nie różniła od tych batalii, jakie Perot staczał z matką w dzieciństwie. Lulu May Perot była drobna i niewysoka – ledwie cal czy dwa powyżej pięciu stóp wzrostu – ale zahartowana przy tym jak sierżant piechoty morskiej. Powiedziała Perotowi, że pracowała ciężko i potrzebuje wypoczynku. On oświadczył, że jej nie opuści. W końcu wtrącili się lekarze: ostrzegli, że nie powinien się opierać, jeśli nie chce jej zaszkodzić. Następnego dnia Perot przyłączył się do rodziny w Vail. Lulu May po raz kolejny zwyciężyła.

Jako chłopiec również musiał jej ustępować. Pewnego razu nie pozwoliła mu pojechać na obóz skautowski. W Texarkanie właśnie trwała powódź, skauci zaś zamierzali rozbić obóz w pobliżu zalanych terenów i przez trzy dni chcieli pomagać ekipom ratowniczym. Mały Ross postanowił pojechać za wszelką cenę, matka jednak uważała, że był za młody – zamiast pomagać, byłby tylko ciężarem. Ross prosił i groził, ale ona jedynie uśmiechała się ze słodyczą i powtarzała: „nie”.

Wreszcie wymógł na niej ustępstwo: pozwoliła mu pojechać i pomóc w rozbijaniu namiotów pierwszego dnia, ale wieczorem miał wrócić do domu. Niewiele na tym zyskał, lecz nie potrafił się jej przeciwstawić. Wystarczyło, że wyobraził sobie scenę powrotu. Kiedy pomyślał, że będzie musiał tłumaczyć się przed matką z nieposłuszeństwa, skóra na nim cierpła.

Nigdy go nie biła. Nie pamiętał nawet, żeby kiedyś na niego krzyknęła. Nie rządziła za pomocą strachu. Jasnowłosa, niebieskooka i słodka, spętała go – i jego siostrę, Bette – więzami miłości matczynej. Patrzyła im prosto w oczy i mówiła, co mają robić, oni zaś po prostu nie mogli się zdobyć na sprawienie jej zawodu.

Nawet kiedy Ross miał dwadzieścia trzy lata i coraz rzadziej przyjeżdżał do domu, wypytywała go: „Z kim masz dzisiaj randkę? Dokąd idziesz? O której wrócisz?” A po powrocie do domu zawsze musiał ucałować ją na dobranoc. W tym czasie kłócili się już rzadko i niezbyt gwałtownie, ponieważ Ross tak głęboko przesiąkł jej zasadami, że przyjął je za własne. Odtąd Lulu May rządziła rodziną niczym monarcha konstytucyjny, który dzierży insygnia władzy i powagą swego stanowiska sankcjonuje decyzje rządu.

Ross odziedziczył po niej nie tylko zasady. Odziedziczył również jej żelazną wolę. On też miał zwyczaj patrzeć ludziom prosto w oczy. Poślubił kobietę podobną do matki. Jasnowłosa i niebieskooka Margot miała tę samą słodycz charakteru.

Ale Margot nie rządziła Perotem.

Lulu May miała już osiemdziesiąt trzy lata. Perot wiedział, że wszyscy muszą kiedyś umrzeć, ale nie potrafił pogodzić się z tym. Matka wciąż odgrywała ważną rolę w jego życiu. Nie kierowała nim już, ale podtrzymywała go na duchu. Zachęcała do założenia EDS i w pierwszych latach pełniła funkcję głównego księgowego firmy oraz dyrektora zarządu. Perot mógł z nią rozmawiać o swoich problemach. Radził się jej w grudniu 1969 roku, kiedy rozpoczął kampanię na rzecz ujawnienia losów jeńców wojennych w Wietnamie Północnym. Zamierzał polecieć do Hanoi, lecz koledzy z EDS ostrzegali go, że ten nierozważny krok może wywołać spadek akcji firmy. Perot stanął przed moralnym dylematem: czy ma prawo narażać akcjonariuszy na straty, nawet z takiego powodu? Zadał to pytanie matce. Odpowiedziała bez wahania: „Niech sprzedadzą akcje”. Jeńcy umierali, i to było ważniejsze niż cena akcji EDS.

Perot w końcu sam podjąłby taką decyzję. Matka wcale nie musiała nim kierować. Bez niej byłby takim samym człowiekiem i postępowałby tak samo. Po prostu będzie za nią tęsknił. Będzie za nią bardzo tęsknił.

Ale Perot był człowiekiem czynu. Dzisiaj już nie mógł nic dla niej zrobić. Dwa lata temu, kiedy miała wylew, w niedzielne popołudnie przewrócił do góry nogami całe Dallas, żeby znaleźć najlepszego neurochirurga i ściągnąć go do szpitala.

W sytuacjach kryzysowych potrafił działać. Ale jeśli nie mógł nic zrobić, potrafił przestać o tym myśleć i zająć się czymś innym. Nie zepsuje więc i teraz świąt rodzinie, snując się z posępną miną. Przyłączy się do zabawy i będzie się cieszył wraz z nimi.

Rozmyślania te przerwał telefon. Perot wszedł do kuchni i podniósł słuchawkę.

– Ross Perot – powiedział.

– Ross, tu Bill Gayden.

– Cześć, Bill.

Gayden wstąpił do firmy w 1967 roku, pamiętał więc dawne czasy. Na swój sposób był typem komiwojażera: był jowialny, ot – brat łata. Lubił pożartować, wypić, zapalić i zagrać w pokera. Był również genialnym finansistą, czarodziejem w interesach i dlatego Perot zrobił go dyrektorem EDS World. Gayden miał niespożyte poczucie humoru, potrafił opowiadać dowcipy w najgorszych sytuacjach, teraz jednak jego głos brzmiał ponuro.

– Ross, mamy problem.

To było hasło EDS: Mamy problem. Oznaczało złe nowiny. Gayden mówił dalej:

– Chodzi o Paula i Billa.

Perot dokładnie wiedział, o czym mowa. Fakt, że jego dwóm pracownikom najwyższego szczebla w Iranie zabroniono wyjazdu, nie wróżył nic dobrego. Wciąż o tym pamiętał, nawet kiedy jego matka leżała umierająca.

– Dzisiaj mieli ich wypuścić?

– Aresztowano ich.

Zapiekło go w dołku, poczuł pierwszy objaw narastającego gniewu.

– Słuchaj, Bill, zapewniono mnie, że pozwolą im wyjechać z kraju natychmiast po przesłuchaniu. Chcę wiedzieć, jak to się stało.

– Po prostu wsadzili ich do więzienia.

– Pod jakim zarzutem?

– Nie podali zarzutów.

– Na jakiej podstawie prawnej?

– Nie powiedzieli.

– Co mamy robić, żeby ich wyciągnąć?

– Ross, wyznaczono kaucję w wysokości dziewięćdziesięciu milionów tomanów. To jest dwanaście milionów siedemset pięćdziesiąt tysięcy dolarów.

– Dwanaście m i l i o n ó w?!

– Właśnie.

– Jak to się stało, do diabła?

– Ross, rozmawiałem pół godziny przez telefon z Lloydem Briggsem próbując dowiedzieć się. Rzecz w tym, że on też nic nie rozumie.

Perot umilkł. Dyrektorzy EDS nie powinni stawiać mu pytań, tylko udzielać odpowiedzi. Gayden nigdy nie odważyłby się dzwonić, gdyby wszystkiego nie sprawdził. W tej chwili Perot nie mógł z niego wyciągnąć nic więcej. Gayden po prostu nie miał żadnych informacji.

– Przyślij do biura Toma Luce’a. – powiedział Perot. – Zadzwoń do Departamentu Stanu w Waszyngtonie. Ta sprawa ma absolutne pierwszeństwo. Cholera jasna, nie życzę sobie, żeby siedzieli w więzieniu.

* * *

Margot nadstawiła uszu, kiedy usłyszała, że Ross powiedział: „cholera”. Nigdy nie przeklinał, zwłaszcza przy dzieciach. Kiedy wyszedł z kuchni, twarz miał spokojną. Jego oczy były błękitne jak Ocean Lodowaty i równie zimne. Znała to spojrzenie. To nie był zwykły gniew. Ross nie miał zwyczaju marnować energii na wybuchy złego humoru. Jego spojrzenie wyrażało nieugiętą stanowczość. Oznaczało, że Ross podjął decyzję i poruszy niebo i ziemię, żeby postawić na swoim. Po raz pierwszy dostrzegła w nim tę siłę i zdecydowanie, kiedy poznali się w Akademii Marynarki w Annapolis… czy to naprawdę było dwadzieścia pięć lat temu?

Ta właśnie cecha wyróżniała go z tłumu, stawiała ponad masą ludzką. Och, miał również inne zalety, był inteligentny, zabawny, potrafił każdego oczarować, ale wyróżniał się siłą woli. Kiedy miał ten wyraz oczu, nic na świecie nie mogło go powstrzymać. Był jak rozpędzona lokomotywa.

– Irańczycy wsadzili Paula i Billa do więzienia – oznajmił.

Margot natychmiast pomyślała o ich żonach. Znała je obie od lat. Ruthie Chiapparone była małą, pogodną, uśmiechniętą kobietką z grzywą jasnych włosów. Wyglądała bezbronnie i wzruszająco, mężczyźni zawsze chcieli się nią opiekować. Ciężko to przeżyje. Emily Gaylord była twardsza, przynajmniej z pozoru. Szczupła, jasnowłosa Emily była energiczna i odważna. Będzie pewnie chciała wsiąść w samolot i osobiście uwolnić Billa z więzienia. Różnica pomiędzy tymi dwiema kobietami uwidaczniała się nawet w sposobie ubierania: Ruthie nosiła zazwyczaj miękkie, luźne suknie, podczas gdy Emily wolała modne fasony i jaskrawe kolory. Emily będzie ukrywać cierpienie.

– Wracam do Dallas – oświadczył Ross.

– Zaczyna się zamieć – ostrzegła Margot patrząc na wirujące w powietrzu płatki śniegu. Wiedziała, że traci czas: żadna zamieć go teraz nie powstrzyma. Wiedziała, że Ross nie usiedzi długo za biurkiem w Dallas, kiedy dwaj jego ludzie są w irańskim więzieniu. „On nie poleci do Dallas – pomyślała – on poleci do Iranu”.

– Wezmę Landrovera – uspokoił ją. – Spróbuję złapać samolot w Denver. Margot opanowała lęk i uśmiechnęła się wesoło.

– Jedź ostrożnie, dobrze? – poprosiła.

* * *

Perot siedział zgarbiony nad kierownicą Landrovera. Prowadził ostrożnie. Doga była oblodzona. Śnieg gromadził się na dolnej krawędzi przedniej szyby, utrudniając pracę wycieraczek. Perot zerknął na drogę. Denver leżało w odległości stu sześciu mil od Vail. Miał czas, żeby pomyśleć.

Ciągle był wściekły.

Nie chodziło o to, że Paul i Bill siedzieli w więzieniu. Siedzieli w więzieniu, ponieważ pojechali do Iranu, a pojechali do Iranu, ponieważ on ich tam posłał.

Od miesięcy martwił się sytuacją w Iranie. Pewnego dnia, po nie przespanej nocy, przyszedł do biura i powiedział: „Zaczynamy ewakuację. Jeśli się mylę, stracimy tylko koszt trzystu czy czterystu biletów na samolot. Zróbcie to zaraz”. Był to jeden z rzadkich przypadków, kiedy jego polecenia nie zostały wypełnione. Wszyscy zwlekali, i w Dallas, i w Teheranie. Nie mógł ich winić. Zabrakło mu zdecydowania. Gdyby postawił sprawę twardo, przeprowadziliby ewakuację tego samego dnia. Ale był zbyt miękki, zaś następnego dnia zażądano oddania paszportów.

Wiele zawdzięczał Paulowi i Billowi. Zaciągnął poważny dług wobec ludzi, którzy rzucili na szalę swoje kariery, żeby wstąpić do EDS, kiedy była małą, początkującą firmą. Niejeden raz wyszukiwał właściwego człowieka, rozmawiał z nim, przedstawiał mu perspektywy i proponował pracę – a tamten po przedyskutowaniu sprawy z rodziną dochodził do wniosku, że EDS była po prostu za mała, żeby opłaciło się ryzykować.

Paul i Bill nie tylko zaryzykowali, urabiali sobie ręce po łokcie, żeby ryzyko się opłaciło. Bill zaprojektował podstawowy system komputerowy do kierowania programami służby zdrowia i opieki społecznej, który zastosowano później w wielu stanach i który stworzył podwaliny działalności EDS. Bill pracował w nadgodzinach, spędzał weekendy poza domem i w tamtych czasach przewędrował z rodziną cały kraj. Paul był równie oddany firmie: kiedy brakowało ludzi i gotówki, wykonywał pracę trzech inżynierów. Perot pamiętał jeszcze ich pierwszy nowojorski kontrakt z Pepsi – Colą. Pamiętał, jak Paul na piechotę przyszedł podczas śnieżycy z Manhattanu przez most Brooklyński, przekradł się przez linie pikiet – fabryka strajkowała – i przystąpił do pracy.

Perot musiał uwolnić Paula i Billa. Był im to winien.

Musiał skłonić rząd Stanów Zjednoczonych, żeby posługując się całym swoim autorytetem, wywarł nacisk na Irańczyków.

Niegdyś Ameryka poprosiła Perota o pomoc, a on poświęcił trzy lata życia i sporo pieniędzy kampanii na rzecz jeńców wojennych. Teraz nadeszła kolej, żeby on poprosił o pomoc Amerykę.

Wrócił myślą do roku 1969 i szalejącej wówczas wojny w Wietnamie. Kilku jego przyjaciół z Akademii Marynarki zginęło lub poszło do niewoli: Bill Leftwich, wspaniały człowiek, dobry i uczciwy, poległ na polu walki w wieku trzydziestu dziewięciu lat, a Bill Lawrence był jeńcem w Wietnamie Północnym. Perot nie mógł patrzeć spokojnie, jak jego kraj, najwspanialszy kraj na świecie, przegrywa wojnę przez brak zdecydowania. A jeszcze gorzej czuł się widząc, jak miliony Amerykanów protestują – nie bez racji – że ta wojna jest niesprawiedliwa i nie powinna zostać wygrana. Potem, pewnego dnia w 1969 roku, Perot spotkał małego Billy’ego Singletona, który nawet nie wiedział, czy jeszcze ma ojca. Ojciec Billy’ego zaginął w akcji w Wietnamie, zanim zdążył zobaczyć własnego syna. Nie wiadomo było, czy poległ, czy dostał się do niewoli. Serce się krajało.

Perot, kiedy coś go poruszyło, nie miał zwyczaju siedzieć z założonymi rękami. Zaczynał działać.

Dowiedział się, że ojciec Billy’ego nie był wyjątkiem. Setki żon i dzieci nie wiedziały, czy ich mężowie i ojcowie zostali zabici, czy tylko trafili do niewoli. Wietnamczycy nie chcieli podać nazwisk jeńców argumentując, że nie obowiązuje ich Konwencja Genewska, ponieważ Stany Zjednoczone nigdy formalnie nie wypowiedziały im wojny.

Co gorsza, wielu jeńców umierało na skutek brutalnego traktowania. Prezydent Nixon planował „zwietnamizowanie” wojny i wycofanie się po trzech latach, ale do tego czasu, według raportów CIA, połowa jeńców mogła umrzeć. Nawet jeśli ojciec Billy’ego Singletona jeszcze żył, mógł nie dożyć końca wojny.

Perot postanowił coś zrobić.

EDS miała za czasów administracji Nixona dobre kontakty z Białym Domem. Perot pojechał do Waszyngtonu i rozmawiał z doradcą prezydenta do spraw zagranicznych, Henrym Kissingerem. Kissinger wymyślił plan.

Wietnamczycy utrzymywali, przynajmniej dla celów propagandowych, że nie mają żadnych zatargów z obywatelami amerykańskimi – tylko z rządem USA. Co więcej, wobec reszty świata starali się zaprezentować w roli Dawida walczącego z Goliatem. Wyglądało na to, że przywiązują dużą wagę do opinii publicznej. Podając do wiadomości, w jaki sposób traktują jeńców oraz ujawniając nazwiska tych jeńców można było ich skompromitować, twierdził Kissinger. W tym celu należy przeprowadzić międzynarodową kampanię prasową na rzecz jeńców oraz ich rodzin.

Kampania musi być sfinansowana ze źródeł prywatnych, żeby nikt nie podejrzewał powiązań z rządem, chociaż w rzeczywistości będzie szczegółowo kontrolowana przez ekipę z Białego Domu i Departamentu Stanu.

Perot podjął wyzwanie. Zresztą nigdy nie mógł się oprzeć wyzwaniu. Jego nauczycielka w jedenastej klasie, niejaka pani Duck, szybko to odkryła. „Wielka szkoda – powiedziała pani Duck – że nie jesteś równie inteligentny, jak twoi przyjaciele”. Młody Perot upierał się, że jest równie inteligentny jak oni. „Więc dlaczego oni mają lepsze stopnie?” Po prostu oni interesują się szkołą, a ja nie, odparł Perot. „Każdy może tak powiedzieć – odparła pani Duck. – Zajrzyj jednak do dziennika: twoi przyjaciele zdobywają dobre stopnie, a ty tego nie potrafisz”. Perot został zapędzony w kozi róg. Obiecał pani Duck, że przez następne sześć tygodni będzie dostawał same piątki. Dostawał same piątki nie tylko przez sześć tygodni, ale do końca szkoły. Owa spostrzegawcza pani Duck odkryła jedyny sposób manipulowania Perotem: należało rzucić mu wyzwanie.

Podjąwszy wyzwanie Kissingera, Perot udał się do firmy J. Waltera Thompsona, największej agencji reklamowej świata i wyjaśnił im, co chce zrobić. Zaproponowali, że opracują plan kampanii w ciągu trzydziestu do sześćdziesięciu dni i przedstawią rezultaty po upływie roku. Perot wyśmiał ich: chciał zacząć dziś i widzieć rezultaty jutro. Wrócił do Dallas i zebrał niewielki zespół pracowników EDS, którzy zaczęli dzwonić do wydawców gazet i zamieszczać w prasie proste, niewymyślne, własnoręcznie zredagowane ogłoszenia.

Otrzymali całe stosy listów.

Dla Amerykanów opowiadających się za wojną sposób traktowania jeńców wojennych stanowił kolejny dowód podłości Wietnamczyków. Dla przeciwników wojny sprawa jeńców była jeszcze jednym powodem, żeby wycofać się z Wietnamu. Tylko najbardziej zatwardziali dysydenci zignorowali kampanię. W 1970 roku FBI poinformowała Perota, że Viet Cong zlecił „Czarnym Panterom” zamordowanie go. W tym zwariowanym okresie pod koniec lat sześćdziesiątych taka wiadomość nikogo specjalnie nie dziwiła. Perot wynajął ochroniarzy. Rzeczywiście, parę tygodni później oddział ludzi sforsował ogrodzenie wokół siedemnastoakrowej posiadłości Perota w Dallas. Przegoniły ich złe psy. Rodzina Perota, włącznie z jego nieugiętą matką, nie chciała nawet słyszeć, żeby miał przerwać kampanię ze względu na ich bezpieczeństwo.

Największy rozgłos Perot zdobył w grudniu 1969 roku, kiedy wynajął dwa samoloty i poleciał do Hanoi wioząc obiady świąteczne dla jeńców wojennych. Oczywiście nie pozwolono mu wylądować, ale w sezonie ogórkowym wywołał ogromne międzynarodowe zainteresowanie tą sprawą. Wydał dwa miliony dolarów, obliczył jednak, że podobna reklama kosztowałaby go sześćdziesiąt milionów. Ankieta agencji Gallupa zaś wykazała później, iż stosunek większości Amerykanów do Wietnamu Północnego stał się zdecydowanie wrogi.

W roku 1970 Perot użył mniej spektakularnych metod. W całych Stanach Zjednoczonych zachęcano grupki ludzi, aby rozpoczęły własne kampanie na rzecz jeńców wojennych. Zebrano fundusze, żeby wysłać przedstawicieli do Paryża na spotkanie z przebywającą tam wówczas delegacją Wietnamu Północnego. Organizowano maratony telewizyjne i budowano repliki klatek, w których trzymani byli jeńcy. Wysłano tak wiele listów protestacyjnych do Hanoi, że poczta w Wietnamie Północnym nie wytrzymała przeciążenia. Perot prowadził agitację w kraju, przemawiając wszędzie, gdzie go zaproszono. Spotkał się z północnowietnamskimi dyplomatami w Laosie i przywiózł ze sobą spis jeńców przebywających w Wietnamie Północnym, napisane przez nich listy oraz film pokazujący warunki ich życia. Zabrał również ze sobą na miejsce pracownika agencji Gallupa i razem sprawdzali wyniki ankiety.

Akcja odniosła skutek. Amerykańscy jeńcy wojenni nie doznawali już tak złego traktowania, zaczęły do nich docierać paczki oraz listy, północni Wietnamczycy zaś stopniowo ujawniali ich nazwiska. Co najważniejsze, jeńcy dowiedzieli się o kampanii od żołnierzy amerykańskich świeżo wziętych do niewoli – i wiadomość ta ogromnie podniosła ich na duchu.

Osiem lat później, jadąc w śnieżnej zamieci do Denver, Perot przypomniał sobie jeszcze jeden rezultat kampanii: fakt ten podówczas tylko go irytował, teraz jednak mógł się okazać ważny i cenny. Rozgłos wokół sprawy jeńców wojennych oznaczał również nieunikniony rozgłos wokół osoby Rossa Perota. Perot stał się powszechnie znaną osobistością. Pamiętano go w kołach rządowych, a zwłaszcza w Pentagonie. W skład waszyngtońskiego komitetu kontrolującego przebieg kampanii wchodzili admirał Tom Moorer, wówczas szef Połączonych Sztabów Marynarki, Lotnictwa i Wojsk Lądowych, Alexander Haig, wówczas doradca Kissingera, obecnie głównodowodzący siłami NATO, William Sullivan, wówczas zastępca sekretarza stanu, obecnie zaś ambasador USA w Teheranie, oraz sam Kissinger.

Ci ludzie pomogą Perotowi dotrzeć do rządu, dowiedzieć się, o co tu chodzi i uzyskać szybką pomoc. Perot zadzwoni również do Richarda Helmsa, który dawniej był dyrektorem CIA i ambasadorem USA w Teheranie. Zadzwoni do Kermita Roosevelta, syna Teddy’ego, zamieszanego w zamach stanu zorganizowany przez CIA w 1953 roku, kiedy to CIA ponownie osadziła szacha na tronie…

„Ale co będzie – pomyślał – jeżeli nic z tego nie wyjdzie?”

Miał zwyczaj planować swoje posunięcia na parę kroków naprzód.

Co będzie, jeśli administracja Cartera nie potrafi lub nie zechce mu pomóc?

„Wówczas – pomyślał – będę musiał zorganizować im ucieczkę z więzienia”.

Jak się do tego zabrać? Nigdy się tym nie zajmowali. Od czego zacząć? Kto mógłby im pomóc?

Pomyślał o zatrudnionych w EDS Mervie Staufferze i T. J. Marquezie oraz swojej sekretarce Sally Walther. Byli oni głównymi organizatorami kampanii na rzecz jeńców wojennych. Telefoniczne załatwienie skomplikowanych spraw na odległość to był dla nich chleb z masłem, ale zorganizowanie ucieczki z więzienia? I kto wykona to zadanie? Od 1968 roku werbownicy EDS dawali pierwszeństwo weteranom z Wietnamu – politykę tę wprowadzono ze względów patriotycznych i kontynuowano, ponieważ Perot przekonał się, że weterani często wyrastają na pierwszorzędnych biznesmenów. Ale teraz ci ludzie, niegdyś sprawni, szczupli, świetnie wyszkoleni żołnierze, zamienili się w otyłych urzędników z zadyszką, posługujących się zręczniej telefonem niż bronią. A kto zaplanuje i poprowadzi akcję?

Wyszukiwanie najlepszych ludzi było specjalnością Perota. Chociaż zrobił wspaniałą karierę o własnych siłach, jedną z największych w historii Ameryki, nie był wcale najlepszym na świecie ekspertem od komputerów ani najlepszym biznesmenem, ani nawet najlepszym dyrektorem. W jednym jednak był dobry: potrafił wybrać właściwego człowieka, dostarczyć mu środków oraz motywacji, a następnie pozwolić mu samodzielnie wykonać zadanie.

Teraz, kiedy dojeżdżał do Denver, zadawał sobie pytanie: „Kto jest najlepszym na świecie specjalistą od uwalniania więźniów?”

Potem przypomniał sobie Bulla Simonsa.

Żywa legenda armii amerykańskiej, pułkownik Arthur D. Simons potocznie zwany Bullem – „Bykiem” trafił na pierwsze strony gazet w listopadzie 1970 roku, kiedy z drużyną komandosów przeprowadził nalot na obóz jeniecki w Son Tay, dwadzieścia trzy mile od Hanoi, próbując uwolnić amerykańskich jeńców wojennych. Operacja była dobrze zaplanowana i wykonana, ale opierała się na błędnych danych wywiadu: jeńców przeniesiono gdzie indziej i nie było ich w Son Tay. Akcję uznano powszechnie za nieudaną, co zdaniem Perota było bardzo niesprawiedliwe. Zaproszono go na spotkanie z uczestnikami akcji w Son Tay, aby podbudował ich morale informacją, że oto znalazł się przynajmniej jeden amerykański obywatel, który docenił ich odwagę. Perot spędził cały dzień w Fort Bragg w Karolinie Północnej. Tam też poznał pułkownika Simonsa.

Patrząc przez przednią szybę, Perot wyobraził sobie postać Simonsa na tle wirujących płatków śniegu. Wysoki mężczyzna, prawie sześć stóp wzrostu, z barami niedźwiedzia, o krótko przyciętych siwych włosach i krzaczastych, wciąż czarnych brwiach. Po obu stronach wielkiego nosa biegły głębokie bruzdy aż do kącików ust, nadające jego twarzy wiecznie gniewny wyraz. Miał wielką głowę, duże uszy, mocną szczękę i najpotężniejsze ręce, jakie Perot widział w życiu. Ten człowiek wyglądał, jakby wyciosano go z jednego bloku granitu.

Spędziwszy z nim dzień Perot pomyślał: „Świat pełen jest imitacji, ale ten facet jest prawdziwy”.

Tego dnia i w następnych latach Perot sporo się dowiedział o Simonsie. Największe wrażenie zrobił na nim stosunek podwładnych Simonsa do swego dowódcy. Simons przypominał mu Vince’a Lombardi, legendarnego trenera „Green Bay Packers”: wywoływał w podwładnych uczucia oscylujące pomiędzy strachem, szacunkiem, podziwem i uwielbieniem. Był postacią imponującą i miał gwałtowne usposobienie – ciągle przeklinał i potrafił wrzasnąć na żołnierza: „Rób, co ci każę, sukinsynu, bo inaczej rozwalę ci łeb!” – ale to nie wystarczało, żeby podbić serca sceptycznych, zaprawionych w boju komandosów. U Simonsa pod twardą powłoką kryło się twarde wnętrze.

Ulubioną rozrywką podwładnych Simonsa było opowiadanie o jego wyczynach. Chociaż zbudowany był jak byk, jego przezwisko nie wzięło się z tego, tylko zgodnie z legendą pochodziło od pewnej żołnierskiej gry zwanej „zagroda byka”. Wykopywano głęboki na sześć stóp dół, do którego wchodził jeden człowiek. Istotą zabawy było ustalenie, ilu ludzi potrzeba, żeby wyciągnąć tego człowieka z dołu. Simons uważał, że to głupia zabawa, ale pewnego razu namówiono go, żeby wziął w niej udział. Żeby go wyciągnąć, potrzeba było piętnastu ludzi. Kilku z nich spędziło noc w szpitalu z połamanymi palcami, rozkwaszonymi nosami i głębokimi ranami od ugryzień. Od tego właśnie czasu Simonsa nazywano Bykiem.

Perot dowiedział się później, że ta historyjka była mocno naciągana. Simons uczestniczył w zabawie niejeden raz, zwykle wystarczało czterech ludzi, żeby go wyciągnąć. I nikt nigdy nie miał połamanych kości. Simons po prostu należał do takich, o których opowiadano legendy. Zasłużył na lojalność swoich podwładnych nie dzięki pokazom brawury, ale dzięki rzetelnym wojskowym umiejętnościom.

Z nieskończoną cierpliwością planował drobiazgowo każdą akcję. Był ostrożny, jedno z jego stałych powiedzeń brzmiało: „Nie musimy aż tak ryzykować”. Chlubił się też tym, że nie stracił w akcji ani jednego człowieka.

Podczas wojny w Wietnamie Simons dowodził operacją „Biała Gwiazda”. Dotarł do Laosu ze stu siedmioma ludźmi i zorganizował dwanaście batalionów spośród członków plemienia Mao do walki z Wietnamczykami. Jeden z batalionów przeszedł na stronę wroga, biorąc do niewoli część „Zielonych Beretów” Simonsa. Simons wylądował helikopterem w obrębie umocnień, gdzie zajmował pozycję zdradziecki batalion. Na widok Simonsa laotański pułkownik wystąpił naprzód, stanął na baczność i zasalutował. Simons kazał mu natychmiast uwolnić jeńców, zapowiadając, że w przeciwnym razie wezwie bombowce i zniszczy cały batalion. Pułkownik uwolnił jeńców. Simons zabrał ich ze sobą, a potem i tak wezwał bombowce. Po trzech latach Simons wrócił z Laosu ze wszystkimi stu siedmioma ludźmi. Perot nigdy nie sprawdzał wiarygodności tej legendy. Podobała mu się właśnie w takiej wersji.

Po raz drugi Perot spotkał Simonsa po wojnie wietnamskiej. Perot praktycznie przejął na własność pewien hotel w San Francisco i wydał trzydniowy bankiet dla powracających jeńców wojennych oraz uczestników akcji w Son Tay. Kosztowało go to ćwierć miliona dolarów, ale przyjęcie było wystrzałowe. Przyszli: Nancy Reagan, Clint Eastwood i John Wayne. Perot nigdy nie zapomniał spotkania Johna Wayne’a z Bullem Simonsem. Wayne ze łzami w oczach uścisnął rękę Simonsa i powiedział: „Pan jest tym człowiekiem, którego gram w filmach”.

Przed rozpoczęciem przeglądu defilady Perot poprosił Simonsa, aby porozmawiał ze swoimi komandosami i ostrzegł ich przed reakcją demonstrantów.

– W San Francisco aż za często odbywają się antywojenne demonstracje – powiedział Perot. – Pan nie wybrał tych komandosów dla ich pięknych oczu. Jeśli któryś się zdenerwuje, może złamać jakiemuś biedakowi kark i później będzie tego żałował.

Simons popatrzył na Perota. Po raz pierwszy Perot doświadczył wówczas na sobie „spojrzenia Simonsa”. Poczuł się jak największy głupiec na świecie. Żałował, że w ogóle otworzył usta. Pragnął się zapaść pod ziemię.

– Już z nimi rozmawiałem – oznajmił Simons. – Nie będzie żadnych kłopotów.

Tego weekendu i później Perot poznał Simonsa lepiej i odkrył inne cechy jego charakteru. Simons potrafił być czarujący, kiedy zechciał. Oczarował Margot, żonę Perota, a dzieci przepadały za nim. W rozmowach ze swoimi ludźmi posługiwał się żołnierską gwarą pełną niecenzuralnych wyrażeń, ale zabierając głos na bankietach czy konferencjach prasowych, przemawiał zdumiewająco płynnie. Na studiach wybrał jako główny przedmiot dziennikarstwo. Niekiedy przejawiał prostackie upodobania, pochłaniał tony westernów i lubił muzykę dyskotekową, według określenia jego synów, ale czytywał również dużo książek niebeletrystycznych i miał wszechstronne zainteresowania. Wypowiadał się na temat sztuki i historii równie łatwo, jak na temat wojny i rodzajów broni.

Perot i Simons, dwie silne, władcze osobowości, unikali konfliktów w ten sposób, że trzymali się od siebie z daleka. Nigdy się nie zaprzyjaźnili. Perot, w przeciwieństwie do Margot, nigdy nie mówił Simonsowi po imieniu: Art. Podobnie jak większość ludzi Perot nigdy nie wiedział, co Simons myśli, dopóki sam mu tego nie powiedział. Perot pamiętał pierwsze spotkanie z Simonsem w Fort Bragg. Przed wejściem na mównicę zapytał Lucille, żonę Simonsa: „Jaki jest naprawdę pułkownik Simons?” Lucille odpowiedziała: „Och, to taki duży pluszowy niedźwiadek”. Perot powtórzył to w swoim przemówieniu. Uczestnicy akcji w Son Tay zrywali boki ze śmiechu. Simons nawet się nie uśmiechnął.

Perot nie wiedział, czy ten nieprzenikniony człowiek zgodzi się uwolnić dwóch pracowników EDS z irańskiego więzienia. Czy Simons był wdzięczny za przyjęcie w San Francisco? Być może. Po tym przyjęciu Perot sfinansował wyprawę Simonsa do Laosu w poszukiwaniu zaginionych w akcji żołnierzy amerykańskich, którzy nie wrócili razem z jeńcami wojennymi. Po powrocie z Laosu Simons w obecności grupy urzędników EDS wyraził się następująco: „Perot jest człowiekiem, któremu trudno odmówić”.

Wjeżdżając na lotnisko w Denver, Perot zastanawiał się, czy teraz, po sześciu latach, Simons nadal uważa go za człowieka, któremu trudno odmówić.

Ale to była ostateczność. Perot zamierzał najpierw użyć wszelkich legalnych sposobów.

Wszedł do budynku, kupił bilet na następny lot do Dallas, a potem znalazł telefon. Zadzwonił do EDS i poprosił T. J. Marqueza, jednego z najwyższych rangą pracowników. Nazywano go T. J., a nie Tom, ponieważ w EDS było wielu innych Tomów.

– Chcę, żebyś znalazł mój paszport – polecił mu Perot – i załatwił mi wizę irańską.

– Ross, uważam to za najgorszy pomysł z możliwych – oświadczył T. J.

T. J. zawsze gotów był się sprzeczać do upadłego, gdyby mu pozwolono.

– Nie zamierzam z tobą dyskutować – uciął Perot. – To ja namówiłem

Paula i Billa, żeby tam pojechali, więc teraz muszę ich wyciągnąć.

Odwiesił słuchawkę i ruszył do sali odlotów. Tak czy owak, miał zepsute święta.

T. J. czuł się lekko urażony. Jako stary przyjaciel Perota i wicedyrektor EDS nie był przyzwyczajony, żeby traktowano go jak chłopca na posyłki. Perot miał tę wadę, że kiedy go poniosło, nadeptywał ludziom na odciski nie zważając, że zadaje im ból. Był człowiekiem wyjątkowym, ale nie był świętym.

* * *

Ruthie Chiapparone również miała zepsute święta.

Zamieszkała w domu swoich rodziców, jednopiętrowym budynku liczącym sobie osiemdziesiąt pięć lat, na południowo-wschodnich obrzeżach Chicago. Podczas ewakuacji z Iranu w pośpiechu zostawiła prawie wszystkie prezenty gwiazdkowe dla swoich dwóch córek, jedenastoletniej Karen i pięcioletniej Ann Marie, ale wkrótce po przyjeździe do Chicago wybrała się na zakupy ze swoim bratem Billem. Rodzina zrobiła wszystko, żeby uprzyjemnić jej święta. Siostra i trzej bracia przyjechali z wizytą, a Karen i Ann Marie dostały mnóstwo zabawek. Wszyscy jednak pytali o Paula.

Ruthie potrzebowała Paula. Była delikatną, niezaradną kobietą, pięć lat młodszą od męża – miała trzydzieści cztery lata – i kochała go po części dlatego, że mogła schronić się w jego mocnych ramionach, co dawało jej poczucie bezpieczeństwa. Przez całe życie ktoś się nią opiekował. W dzieciństwie, kiedy jej matka szła do pracy – ojciec Ruthie, kierowca ciężarówki, zarabiał niewiele – Ruthie przebywała pod opieką starszego rodzeństwa siostry i dwóch braci.

Kiedy po raz pierwszy spotkała Paula, nie zwrócił na nią uwagi.

Była sekretarką pułkownika. Paul pracował w tym samym budynku przy przetwarzaniu danych dla wojska. Ruthie często schodziła do kantyny po kawę dla pułkownika. Jej przyjaciółki znały kilku młodych oficerów. Przysiadła się do nich na pogawędkę. Paul siedział obok i nie zwracał na nią uwagi, więc ona też ignorowała go przez jakiś czas. Później ni stąd, ni zowąd Paul zaprosił ją na randkę. Spotykali się przez półtora roku, a potem się pobrali.

Ruthie nie chciała jechać do Iranu. W przeciwieństwie do większości żon z EDS, podekscytowanych perspektywą zamieszkania za granicą. Ruthie była pełna obaw. Nigdy nie wyjeżdżała ze Stanów Zjednoczonych – najwyżej na Hawaje – toteż Bliski Wschód wydawał jej się miejscem dziwnym i strasznym. Paul zabrał ją na tydzień do Iranu w czerwcu 1977 roku, mając nadzieję, że jej się tam spodoba. Nie zdołał jednak rozwiać jej obaw. W końcu Ruthie zgodziła się wyjechać, ale tylko ze względu na jego pracę.

Potem polubiła jednak Iran. Mieszkańcy byli dla niej mili, środowisko Amerykanów było zżyte, kwitło tam życie towarzyskie, dzięki pogodnemu usposobieniu zaś, Ruthie spokojnie znosiła niezliczone codzienne kłopoty związane z życiem w tym prymitywnym kraju. Brak przecież tam było supermarketów, pralkę zaś nie sposób było naprawić w terminie krótszym niż sześć tygodni.

Ten wyjazd był dziwny. Lotnisko przepełnione, tłok niewiarygodny. Rozpoznała wprawdzie wielu Amerykanów, ale większość w tłumie stanowili irańscy uchodźcy. „Nie chce wyjeżdżać stąd w ten sposób! Dlaczego Paul mnie stąd wyrzuca? Co on wyprawia?” – pomyślała. Leciała samolotem z Emily, żoną Billa Gaylorda. Zatrzymały się w Kopenhadze i spędziły noc w lodowato zimnym pokoju hotelowym, gdzie okna się nie domykały. Dzieci musiały spać w ubraniach. Kiedy Ruthie wróciła do Stanów, zadzwonił do niej Ross Perot i opowiedział o kłopotach z paszportami. Nie całkiem zrozumiała, o co chodzi.

W ten przygnębiający dzień Bożego Narodzenia, gdy tak dziwnie było spędzać święta z dziećmi bez ojca – Paul zadzwonił z Teheranu.

– Mam dla ciebie prezent – oznajmił.

– Czy masz bilet na samolot? – spytała z nadzieją.

– Nie. Kupiłem ci dywan.

– To miło.

Paul opowiedział jej, że spędził Wigilię wraz z Patem i Mary Sculleyami. Czyjaś inna żona przygotowała kolację wigilijną, a on patrzył, jak czyjeś inne dzieci rozpakowują gwiazdkowe prezenty.

Dwa dni później dowiedziała się, że Paul i Bill mają wyznaczone nazajutrz spotkanie z człowiekiem, który był odpowiedzialny za zatrzymanie ich w Iranie. Po tym spotkaniu będą mogli wyjechać.

Spotkanie wyznaczono na dzisiaj, 28 grudnia. W południe Ruthie zaczęła się zastanawiać, dlaczego nikt z Dallas jeszcze do niej nie zadzwonił. Teheran miał osiem i pół godziny wyprzedzenia czasowego wobec Chicago: może już jest po wszystkim? O tej porze Paul z pewnością pakuje walizkę przed powrotem do domu.

Zadzwoniła do Dallas i rozmawiała z Jimem Nyfelerem, pracownikiem EDS, który w czerwcu wyjechał z Teheranu.

– Jak poszło spotkanie? – zapytała go.

– Nie najlepiej, Ruthie…

– Co to znaczy – „nie najlepiej”?

– Zostali aresztowani.

– Zostali aresztowani? Żartujesz!

– Ruthie, Bill Gayden chce z tobą mówić.

Ruthie czekała przy telefonie. Paul aresztowany? Dlaczego? Za co? Przez kogo?

Gayden, dyrektor EDS World i szef Paula, podniósł słuchawkę.

– Halo, Ruthie.

– Bill, co to wszystko ma znaczyć?

– Sami nie rozumiemy – odparł Gayden. – Tutejsza ambasada zorganizowała spotkanie. Miała to być zwykła formalność, przecież nie oskarżono ich o żadne przestępstwo… Potem, około szóstej trzydzieści miejscowego czasu, Paul zadzwonił do Lloyda Briggsa i powiedział mu, że idzie do więzienia.

– Paul jest w więzieniu?

– Ruthie, nie martw się tak bardzo. Zespół adwokatów pracuje nad tą sprawą, wciągnęliśmy też Departament Stanu, a Ross już tu jedzie z Colorado. Na pewno wyjaśnimy wszystko za parę dni. To tylko kwestia dni, naprawdę.

– Dobrze – powiedziała Ruthie. Była oszołomiona. To nie miało sensu. Jej mąż w więzieniu? Jak to możliwe? Pożegnała się z Gaydenem i odłożyła słuchawkę.

Co tam się stało?

* * *

Emily Gaylord, gdy widziała męża po raz ostatni, rzuciła w niego talerzem. Spędziła święta w domu swojej siostry, Dorothy, w Waszyngtonie. Rozmawiając z Dorothy i jej mężem Timem o sposobach wydostania Billa z więzienia, przez cały czas nie mogła zapomnieć o tym talerzu.

Zdarzyło się to w ich domu w Teheranie. Pewnego wieczoru na początku grudnia przyszedł do domu i powiedział, że Emily z dziećmi mają wyjechać do Stanów następnego dnia. Bill i Emily mieli czworo dzieci: piętnastoletnią Vicky, dwunastoletnią Jackie, dziewięcioletnią Jenny i sześcioletniego Chrisa. Emily zgodziła się odesłać dzieci, ale sama wolała zostać. Sądziła, że może nie potrafi pomóc Billowi, ale przynajmniej będzie przy nim.

– To wykluczone – oświadczył Bill. – Emily wyjeżdża jutro. Ruthie Chiapparone poleci tym samym samolotem. Wszystkie pozostałe żony i dzieci pracowników EDS będą ewakuowane dzień czy dwa później.

Emily nie chciała słyszeć o i n n y c h żonach. Ona zostanie z mężem.

Pokłócili się. Emily wściekała się coraz bardziej. Wreszcie nie wytrzymała, złapała talerz i rzuciła w męża.

Była pewna, że on nigdy tego nie zapomni. W ciągu osiemnastu lat ich małżeństwa zachowała się tak po raz pierwszy. Bywała dotąd bardzo nerwowa, pobudliwa, gwałtowna – ale nigdy agresywna.

Łagodny, opanowany Bill nie zasłużył na takie traktowanie…

Poznali się, kiedy miała dwanaście lat, on zaś czternaście. Nienawidziła go wtedy. Bill kochał się w jej najlepszej przyjaciółce, Cookie, dziewczynie wyjątkowo atrakcyjnej. Przez cały czas gadał tylko o tym, z kim Cookie się spotyka, czy Cookie wyjdzie z domu, czy rodzice pozwalają Cookie na to lub tamto… Rodzeństwo Emily bardzo lubiło Billa. Emily nie mogła go unikać, ponieważ ich rodziny należały do tego samego zamiejskiego klubu, a brat Emily grywał z Billem w golfa. W końcu, kiedy Cookie dawno już została zapomniana, jej brat namówił Billa, żeby zaprosił Emily na randkę. I nagle, chociaż przez tyle lat byli sobie obojętni, zakochali się w sobie do szaleństwa.

Bill studiował wówczas inżynierię lotniczą w odległym o dwieście czterdzieści mil Blacksburgu, w stanie Wirginia. Przyjeżdżał do domu na wakacje i od czasu do czasu na weekend. Oboje nie mogli znieść rozstania, więc chociaż Emily miała dopiero osiemnaście lat, postanowili się pobrać.

Było to udane małżeństwo. Oboje wychowali się w tym samym środowisku w Waszyngtonie, oboje pochodzili z zamożnych katolickich rodzin. Rozsądne, spokojne, logiczne usposobienie Billa równoważyło pobudliwość nerwową Emily. Oboje wiele przeszli w ciągu tych osiemnastu lat. Jedno dziecko stracili z powodu urazu mózgu, Emily zaś trzykrotnie przechodziła poważne operacje. Te ciężkie przeżycia bardzo ich zbliżyły.

I teraz spadł na nich nowy cios: Bill siedział w więzieniu.

Emily nic jeszcze nie mówiła matce. Brat matki, wuj GUS, zmarł tego samego dnia i matka była już dostatecznie przygnębiona. Emily nie mogła rozmawiać z nią o Billu. Rozmawiała jednak z Dorothy i z Timem.

Szwagier Emily, Tim Reardon, był prokuratorem generalnym w Departamencie Sprawiedliwości i miał rozległe stosunki. Ojciec Tima był asystentem d/s administracyjnych prezydenta Johna F. Kennedy’ego, sam zaś Tim pracował dla Teda Kennedy’ego. Tim znał także osobiście Thomasa P. O’Neilla, przewodniczącego Izby Reprezentantów oraz Charlesa Mathiasa, senatora z Marylandu. Wiedział o kłopotach z paszportami, ponieważ Emily opowiedziała mu wszystko, jak tylko przyjechała do Waszyngtonu. Zdążył już omówić to z Rossem Perotem.

– Mogę napisać list do prezydenta Cartera i poprosić Teda Kennedy’ego, żeby doręczył go osobiście – powiedział Tim.

Emily przytaknęła, ale zupełnie nie potrafiła się skupić. Zastanawiała się, co teraz robi Bill.

* * *

Paul i Bill siedzieli w celi numer dziewięć, przemarznięci i odrętwiali, nie wiedząc, co będzie dalej.

Paul czuł się zupełnie bezbronny: biały Amerykanin w służbowym garniturze, znający ledwie parę słów w farsi, otoczony tłumem ludzi wyglądających na bandytów i morderców. Nagle przypomniał sobie, że w więzieniach często gwałcą mężczyzn. Zastanawiał się ponuro, jak poradzi sobie w takiej sytuacji.

Paul popatrzył na Billa. Twarz miał bladą i pełną napięcia.

Jeden ze współwięźniów odezwał się do nich w farsi. Paul zapytał:

– Czy ktoś tu zna angielski?

Z celi po drugiej stronie korytarza jakiś głos zawołał:

– Ja mówię po angielsku.

Nastąpiła głośna, niezrozumiała pospieszna wymiana zdań, a potem tłumacz zawołał:

– Za co was zamknęli?

– Nic nie zrobiliśmy – odparł Paul.

– O co jesteście oskarżeni?

– O nic. Jesteśmy zwykłymi amerykańskimi biznesmenami, mamy żony i dzieci i nie wiemy, dlaczego nas uwięziono.

Odpowiedź została przetłumaczona. Znowu szybka rozmowa w farsi. Wreszcie tłumacz powiedział:

– Ten, który ze mną rozmawia, jest szefem waszej celi, bo siedzi tu najdłużej.

– Rozumiemy – mruknął Paul.

– Powie wam, gdzie macie spać.

W trakcie rozmowy napięcie zmalało. Paul rozejrzał się dookoła. Betonowe ściany, niegdyś pomalowane na pomarańczowo, teraz miały barwę brudu. Prawie całą betonową podłogę pokrywało coś w rodzaju cienkiego chodnika lub maty. Dookoła stało sześć piętrowych prycz, każda potrójna. Najniższym posłaniem był po prostu cienki materac rozłożony na podłodze. Pomieszczenie oświetlała pojedyncza, słaba żarówka. Do wentylacji służył zakratowany otwór w ścianie, napływało przezeń lodowate nocne powietrze. Cela była bardzo zatłoczona.

Po chwili drzwi celi numer 9 otworzyły się. Stojący w nich strażnik gestem nakazał Paulowi i Billowi wyjść.

„To jest to – pomyślał Paul. – Teraz nas wypuszczą. Dzięki Bogu, że nie musimy spędzić nocy w tej okropnej celi”.

Strażnik zaprowadził ich do niewielkiego pokoju na górze. Pokazał na ich buty.

Zrozumieli, że mają je zdjąć.

Strażnik podał każdemu z nich parę plastykowych pantofli.

Gorzko rozczarowany Paul zrozumiał, że ich nie wypuszczą. Jednak będzie musiał spędzić tę noc w celi. Pomyślał z gniewem o pracownikach ambasady: to oni właśnie zorganizowali spotkanie z Dadgarem, to oni przecież poradzili Paulowi, aby nie brał adwokata, to oni w końcu zapewniali go, że Dadgar jest „życzliwie nastawiony”… Ross Perot mawiał: „Niektórzy ludzie nie potrafią zorganizować nawet partii ping-ponga”. To doskonale pasowało do pracowników ambasady. Po prostu byli do niczego. „Skoro popełnili tyle błędów – pomyślał Paul – to chyba powinni zjawić się tu dzisiaj, żeby nas wyciągnąć”.

Nałożyli plastykowe pantofle i z powrotem zeszli za strażnikiem do podziemia.

Pozostali więźniowie układali się do snu na pryczach, zawijając się w cienkie wełniane koce. Szef celi gestem pokazał Paulowi i Billowi, gdzie mają spać: Bill na środkowej pryczy, Paul na dole, gdzie od podłogi dzielił go tylko cienki materac.

Położyli się. Nie zgaszono światła, ale żarówka była tak słaba, że nikomu to nie przeszkadzało. Po jakimś czasie Paul przyzwyczaił się do smrodu w celi, nie mógł jednak wytrzymać zimna. Betonowa podłoga, otwarty wywietrznik i brak ogrzewania sprawiały, że w pomieszczeniu było prawie tak samo chłodno, jak na dworze. „Jeżeli przestępcy skazani są na takie warunki – pomyślał Paul – to mają okropne życie. Cieszę się, że nie jestem przestępcą. Jedna taka noc wystarczy aż nadto”.

* * *

Po przylocie Ross wziął taksówkę z miejscowego lotniska Dallas – Fort Worth do centrali EDS na Forest Lane 7171. W bramie opuścił szybę, żeby strażnik mógł zobaczyć jego twarz. Potem znowu oparł się wygodnie, podczas gdy samochód jechał krętą ćwierćmilową drogą dojazdową przez park. Niegdyś mieścił się tu podmiejski klub, a na terenie parku było pole golfowe. W głębi wznosił się sześciopiętrowy biurowiec centrali EDS. Obok wybudowano potężny bunkier zawierający ogromne komputery oraz setki mil taśmy magnetycznej.

Perot zapłacił kierowcy, wszedł do budynku, wjechał windą na czwarte piętro i wszedł do narożnego gabinetu Gaydena.

Gayden siedział za biurkiem. Jak zwykle wyglądał niechlujnie, mimo że ubierał się zgodnie z wymogami EDS. Był bez marynarki, miał rozluźniony krawat, rozpięty górny guzik koszuli i zmierzwione włosy. Z kącika ust zwisał mu papieros. Na widok Perota wstał.

– Jak się czuje twoja matka, Ross?

– Jest dobrej myśli, dziękuję.

– To dobrze. Perot usiadł.

– No więc, co zrobiliście w sprawie Paula i Billa? Gayden podniósł słuchawkę telefonu.

– Ściągnę tu T. J. – powiedział. Wykręcił numer T. J. Marqueza.

– Ross przyjechał… Tak. W moim gabinecie. Odłożył słuchawkę i powiedział:

– Zaraz tu będzie. Hmm… Telefonowałem do Departamentu Stanu. Kierownikiem wydziału irańskiego jest jakiś facet nazwiskiem Henry Precht. Najpierw nie chciał ze mną rozmawiać. W końcu powiedziałem jego sekretarce: „Jeśli facet nie zadzwoni do mnie w ciągu dwudziestu minut, to ja zadzwonię do CBS, ABC i NBC i za godzinę Ross Perot opowie na konferencji prasowej, że dwaj Amerykanie siedzą w irańskim więzieniu, a ojczyzna nie chce im pomóc”. Odezwał się po pięciu minutach.

– Co powiedział? Gayden westchnął.

– Ross, oni tam na górze uważają, że jeśli Paul i Bill siedzą w więzieniu, to musieli zrobić coś złego.

– Ale co oni mają zamiar zrobić?

– Skontaktują się z ambasadą, rozpatrzą sprawę, zwyczajne ple-ple.

– No to trzeba będzie wziąć do galopu tego Prechta – rzucił ze złością Perot.

– Tom Luce się zajmie tym.

Luce, młody przedsiębiorczy prawnik, był założycielem firmy Hughes i Hill w Dallas, która załatwiała większość prawnych spraw EDS. Przed laty Perot zaangażował Luce’a jako doradcę EDS. Uważał, że może polegać na tym młodym człowieku, ponieważ Luce tak samo jak Perot opuścił wielką firmę, żeby założyć własny interes, i przez jakiś czas ledwie wiązał koniec z końcem. Firma Hughes i Hill rozwijała się równie szybko jak EDS. Perot nigdy nie żałował tej decyzji.

– Luce jest tu gdzieś w biurze – oznajmił Gayden. – A Tom Walter?

– Też.

Walter, wysoki południowiec o rozwlekłym sposobie mówienia, był dyrektorem finansowym EDS i prawdopodobnie najinteligentniejszym człowiekiem w firmie.

– Chcę, żeby Walter zajął się sprawą kaucji – oświadczył Perot. – Wolałbym nie płacić, ale zapłacę, jeśli będzie trzeba. Walter ma ustalić, w jakiej formie dokonamy wpłaty. Założę się, że tamci nie przyjmą kart kredytowych.

– OK – powiedział Gayden.

– Cześć, Ross! – zawołał jakiś głos za plecami Perota. Perot obejrzał się i zobaczył T. J. Marqueza.

– Cześć, Tom.

T. J. był wysokim, szczupłym, przystojnym czterdziestoletnim mężczyzną w typie hiszpańskim: oliwkowa cera, krótkie, kędzierzawe, czarne włosy i szeroki uśmiech ukazujący mnóstwo białych zębów. Był pierwszym pracownikiem zatrudnionym przez Perota i stanowił żywy dowód na to, że Perot miał niesamowity dar dobierania właściwych ludzi. Obecnie pełnił funkcję wicedyrektora EDS, a jego osobisty udział w firmie wynosił miliony dolarów. „Bóg był dla nas łaskawy” – mawiał T. J. – Perot wiedział, że rodzice T. J. musieli ciężko pracować, żeby posłać syna na studia. Ich poświęcenie opłaciło się. Perot cieszył się z błyskawicznych sukcesów EDS między innymi dlatego, że mógł dzielić triumf z ludźmi takimi jak T. J.

T. J. usiadł i zaczął szybko mówić:

– Zadzwoniłem do Claude’a.

Perot kiwnął głową. Claude Chappelear był doradcą prawnym firmy.

– Claude przyjaźni się z Matthew Nimetzem, zastępcą Vance’a, sekretarza stanu. Pomyślałem sobie, że mógłby skłonić Nimetza do rozmowy z samym Vance’em. Nimetz oddzwonił po paru minutach. Chce nam pomóc. W imieniu Vance’a wyśle depeszę do ambasady amerykańskiej w Teheranie i popędzi im kota. Poza tym napisze w sprawie Paula i Billa osobistą notatkę do Vance’a.

– Dobrze.

– Dzwoniliśmy również do admirała Moorera. Jest już wprowadzony w sprawę, ponieważ radziliśmy się go, kiedy wynikły kłopoty z paszportami. Moorer będzie rozmawiał z Ardeshirem Zahedim. Zahedi jest nie tylko ambasadorem irańskim w Waszyngtonie, ale również szwagrem samego szacha. Teraz jest w Iranie… podobno to on sprawuje władzę. Moorer poprosił Zahediego, żeby poręczył za Paula i Billa. W tej chwili przygotowujemy depeszę do Zahediego na adres Ministerstwa Sprawiedliwości.

– Kto nad tym pracuje?

– Tom Luce.

– Dobrze, mamy więc: sekretarza stanu, kierownika wydziału irańskiego, ambasadę i irańskiego ambasadora – podsumował Perot. – Świetnie. Teraz zastanówmy się, co jeszcze możemy zrobić.

– Tom Luce i Tom Walter mają na jutro wyznaczone spotkanie z admirałem Moorerem w Waszyngtonie – oznajmił T. J. – Moorer doradził także, abyśmy zadzwonili do Richarda Helmsa. Gdy odszedł z CIA, był ambasadorem w Iranie.

– Zadzwonię do Helmsa – obiecał Perot. – Zadzwonię też do Ala Heiga i Henry’ego Kissingera. Chcę, żebyście obaj zajęli się ewakuacją wszystkich naszych ludzi z Iranu.

– Ross, nie jestem pewien, czy to konieczne… – zaczął Gayden.

– Żadnych dyskusji, Bill – uciął Perot. – Zabierzcie się do tego od razu. Lloyd Briggs musi tam zostać i dopilnować spraw na miejscu – on jest szefem, póki Paul i Bill są w więzieniu. Wszyscy pozostali wracają do domu.

– Nie możesz ich zmusić do powrotu, jeśli sami tego nie chcą – stwierdził Gayden.

– Kto nie chce wracać?

– Rich Gallagher, jego żona…

– Wiem. OK, zostają Briggs i Gallagher. Nikt więcej. – Perot wstał. – Zaczynam telefonować.

Wjechał windą na szóste piętro i przeszedł przez pokój sekretarki. Sally Walther siedziała za biurkiem. Pracowała tu od lat i brała udział w kampanii na rzecz jeńców wojennych oraz przyjęciu w San Francisco. Na tym przyjęciu zresztą zarzuciła sieci na jednego z uczestników akcji w Son Tay i połów okazał się udany – kapitan Udo Walther został jej mężem.

– Zadzwoń do Henry’ego Kissingera, do Aleksandra Heiga i do Richarda

Helmsa – polecił jej Perot.

Wszedł do swojego gabinetu i usiadł za biurkiem. Gabinet o ścianach wyłożonych boazerią, z kosztownymi dywanami i półkami cennych książek, wyglądał jak wiktoriańska biblioteka w jakimś angielskim dworku wiejskim. Perot zgromadził tu rozmaite pamiątki oraz ulubione dzieła sztuki. Margot udekorowała dom obrazami impresjonistów, ale w biurze wolał sztukę amerykańską: oryginalne obrazy Normana Rockwella oraz rzeźby z brązu Frederica Remingtona w stylu Dzikiego Zachodu. Okna wychodziły na dawne pole golfowe.

Perot nie wiedział, gdzie Henry Kissinger spędza święta. Mogło trochę potrwać, zanim Sally go znajdzie. Miał czas do namysłu. Kissinger nie był jego bliskim znajomym. Będzie więc potrzebował całej swojej zręczności, żeby w trakcie krótkiej rozmowy telefonicznej zainteresować Kissingera całą sprawą i zdobyć jego życzliwość.

Telefon na biurku zabrzęczał i Sally zawołała:

– Henry Kissinger do pana. Perot podniósł słuchawkę.

– Ross Perot.

– Łączę z Henrym Kissingerem. Perot czekał.

Kissingera nazywano niegdyś najpotężniejszym człowiekiem na świecie. Znał osobiście szacha. Ale czy będzie pamiętał Rossa Perota? Kampania na rzecz jeńców wojennych była wielkim wydarzeniem, ale przedsięwzięcia Kissingera były znacznie większe: pokój na Bliskim Wschodzie, odprężenie pomiędzy Chinami a Związkiem Radzieckim, zakończenie wojny w Wietnamie…

– Tu Kissinger – rozległ się znajomy, głęboki głos. Mówił z akcentem stanowiącym dziwaczną mieszaninę niemieckich spółgłosek i amerykańskich samogłosek.

– Doktorze Kissinger, mówi Ross Perot. Jestem biznesmenem z Dallas w stanie Teksas…

– Do diabła, Ross, wiem, kim pan jest – przerwał mu Kissinger. Serce Perota zabiło mocniej. Kissinger mówił przyjaznym, niemal prywatnym tonem. Wspaniale! Perot zaczął mu opowiadać o Paulu i Billu: o tym, jak zgodzili się na spotkanie z Dadgarem, i o tym, jak Departament Stanu zostawił ich na łasce losu. Perot zapewnił Kissingera, że byli niewinni, że nie oskarżono ich o żadne przestępstwo i że Irańczycy nie przedstawili cienia dowodu przeciwko nim.

– To są moi ludzie, ja ich tam wysłałem i muszę ich uwolnić – zakończył.

– Zobaczę, co będę mógł zrobić – odparł Kissinger. Perot nie posiadał się z radości.

– Jestem panu bardzo wdzięczny.

– Przyślijcie mi krótkie sprawozdanie zawierające wszystkie szczegóły.

– Dostarczymy to panu dzisiaj.

– Zadzwonię później, Ross.

– Dziękuję panu. Połączenie zostało przerwane.

Perot czuł się wspaniale. Kissinger pamiętał go, rozmawiał z nim przyjaźnie i obiecał pomóc. Chciał dostać sprawozdanie – EDS wyśle je dzisiaj…

Nagła myśl uderzyła Perota. Nie miał pojęcia, skąd dzwonił Kissinger – mógł być w Londynie, w Meksyku, w Monte Carlo…

– Sally?

– Tak, proszę pana?

– Czy dowiedziałaś się, gdzie jest Kissinger?

– Tak, proszę pana.

* * *

Kissinger był w Nowym Jorku, w swoim dwupoziomowym apartamencie, który mieścił się w wytwornym bloku mieszkalnym zwanym River House przy Wschodniej Pięćdziesiątej Drugiej ulicy. Okna apartamentu wychodziły na East River.

Kissinger dobrze pamiętał Rossa Perota. Uważał, że człowiek ten jest jak nie oszlifowany diament. Kissinger popierał jego działalność, dotyczącą głównie pomocy dla jeńców wojennych. Perot dzielnie sobie poczynał podczas swej kampanii, chociaż czasami irytował Kissingera, żądając rzeczy niemożliwych. Teraz zaś ludzie Perota siedzieli w więzieniu.

Kissinger chętnie wierzył, że byli niewinni. Iran znajdował się w przededniu wojny domowej, prawo i sprawiedliwość niewiele tam teraz znaczyły. Zastanawiał się, jak pomóc Perotowi. Chciał mu pomóc: to była słuszna sprawa. Nie zajmował już stanowiska w rządzie, ale nadal miał wielu przyjaciół. Postanowił, że gdy tylko otrzyma sprawozdanie z Dallas, zadzwoni do Ardeshira Zahediego.

* * *

Po rozmowie z Kissingerem Perot nabrał otuchy. „Do diabła, Ross, wiem, kim pan jest”. To było warte więcej niż pieniądze. Jedynym pożytkiem ze sławy było to, że czasami pomagała w załatwieniu ważnych spraw. Wszedł T. J.

– Mam twój paszport – powiedział. – Jest też wiza irańska, uważam jednak Ross, że nie powinieneś jechać. Wszyscy pracujemy nad tą sprawą, ale ty jesteś najważniejszy. Nie wiem, co zrobimy, jeżeli nie będziemy mogli skontaktować się z tobą w Teheranie albo na pokładzie samolotu, kiedy trzeba będzie powziąć jakąś zawodniczą decyzję.

Ross zapomniał już zupełnie o podróży do Teheranu. Wszystko, co usłyszał w ciągu ostatniej godziny, utwierdziło go w przekonaniu, że nie będzie to konieczne.

– Może masz rację – odpowiedział T. J. Marquezowi. – Może wystarczą negocjacje. Mamy kilka możliwości i któraś z nich na pewno się sprawdzi. Nie jadę do Teheranu. Na razie.

* * *

Henry Precht był chyba najbardziej udręczonym człowiekiem w Waszyngtonie.

Długoletni pracownik Departamentu Stanu wyróżniał się zamiłowaniem do filozofii i sztuk pięknych oraz dziwacznym poczuciem humoru. Osobiście kierował amerykańską polityką w Iranie przez większą część 1978 roku, podczas gdy jego poprzednicy aż do czasów prezydenta Cartera interesowali się wyłącznie zawartym w Camp David porozumieniu pomiędzy Egiptem a Izraelem.

Od początku listopada, kiedy w Iranie naprawdę zaczęło się robić gorąco, Precht pracował przez siedem dni w tygodniu od ósmej rano do dziewiątej wieczorem. A tym cholernym Teksańczykom wydaje się, że nie ma nic lepszego do roboty, tylko gadać z nimi przez telefon!

Rzecz w tym, że kryzys irański nie był jedynym zmartwieniem Prechta. Tutaj, w Waszyngtonie, toczyła się cicha wojna pomiędzy Cyrusem Vance’em, sekretarzem stanu i szefem Prechta, a Zbigniewem Brzezińskim, doradcą prezydenta do spraw bezpieczeństwa narodowego.

Vance, podobnie jak prezydent Carter, wierzył, że amerykańska polityka zagraniczna powinna odzwierciedlać amerykańskie ideały. Obywatele Ameryki wierzyli w wolność, sprawiedliwość i demokracje, dlatego nie chcieli popierać dyktatorów. Szach Iranu był dyktatorem, organizacja „Amnesty International” określiła irański system prawny jako najgorszy na świecie, Międzynarodowa Komisja Prawników zaś potwierdziła wiele raportów o systematycznym stosowaniu tortur w więzieniach szacha. Ponieważ to CIA osadziła szacha na tronie, a Stany Zjednoczone utrzymywały go przy władzy, amerykański prezydent, który tyle mówił o prawach człowieka, musiał coś zrobić.

W styczniu 1977 roku Carter dał do zrozumienia, że Ameryka przestanie pomagać państwu o dyktatorskim sposobie sprawowania rządów. Ale nie postępował konsekwentnie: tego samego roku odwiedził Iran i obsypał szacha pochwałami. Mimo wszystko Vance wierzył w politykę obrony praw człowieka.

Zbigniew Brzeziński nie wierzył. Doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego wierzył w siłę. Szach był sprzymierzeńcem Stanów Zjednoczonych, dlatego należało go poprzeć. Oczywiście, wypadało również nakłonić go, żeby przestał torturować ludzi, lecz jeszcze nie teraz. Władza szacha jest zagrożona: nie czas na liberalizm.

A kiedy przyjdzie na to czas? – zapytywała frakcja Vance’a. Szach miał mocną pozycję przez prawie dwadzieścia lat swoich rządów, ale nigdy nie przejawiał skłonności do ich unowocześniania. Na to Brzeziński odpowiedział: „Pokażcie mi chociaż jeden nowoczesny rząd w tym rejonie świata”.

Niektórzy członkowie administracji Cartera uważali, że jeśli Ameryka nie będzie broniła wolności i demokracji, nie ma w ogóle sensu prowadzić polityki zagranicznej. Był to pogląd nieco skrajny, ale jego zwolennicy podpierali się przekonywającym argumentem: Irańczycy i tak mieli dość szacha i zamierzali się go pozbyć bez względu na to, co myśli się w Waszyngtonie.

Bzdury, mówił Brzeziński. Poczytajcie historię. Rewolucje zwyciężały, kiedy władze szły na ustępstwa. Upadały, kiedy rząd miażdżył rebeliantów żelazną pięścią. Czterystutysięczna armia irańska z łatwością zdławi każde powstanie. Frakcja Vance’a – włącznie z Henrym Prechtem – nie zgadzała się z teorią rewolucji Brzezińskiego. Zagrożeni dyktatorzy idą na ustępstwa tylko dlatego, że rebelianci dysponują siłą. Co więcej, zwolennicy Vance’a nie wierzyli, że irańska armia liczy czterysta tysięcy. Trudno było uzyskać dokładne dane, wiedziano jednak, że żołnierze dezerterują w tempie około ośmiu procent stanu liczebnego na miesiąc, a w zamęcie totalnej wojny domowej nierzadko całe oddziały przechodzą na stronę rebeliantów.

Obie waszyngtońskie frakcje otrzymywały informacje z różnych źródeł.

Brzeziński słuchał Ardeshira Zahediego, szwagra i najpotężniejszego zwolennika szacha w Iranie. Vance słuchał ambasadora Sullivana. Depesze Sullivana nie zawierały tylu informacji, ilu Waszyngton sobie by życzył – może dlatego, że sytuacja w Iranie była cokolwiek niejasna. Jednak od września w raportach ambasady przeważał pogląd, że los szacha jest przesądzony.

Brzeziński oświadczył, że Sullivan jest panikarzem i nie można mu ufać. Stronnicy Vance’a z kolei twierdzili, że Brzeziński ma zwyczaj strzelać do posłańca, który przynosi złe wiadomości.

W rezultacie Stany Zjednoczone nie zrobiły nic. Departament Stanu przygotował projekt depeszy do ambasadora Sullivana, polecając mu, aby pilnie nakłonił szacha do stworzenia koalicji rządowej, opartej na zasadach demokratycznych. Brzeziński depeszę zniszczył. Innym razem Brzeziński zadzwonił do szacha i zapewnił go o poparciu prezydenta Cartera. Szach poprosił o depeszę z potwierdzeniem tej wiadomości. Departament Stanu depeszy nie wysłał. Obie strony przepuszczały do prasy informacje, żeby nawzajem sobie zaszkodzić, tak że cały świat wiedział o tym, iż waszyngtońską politykę wobec Iranu paraliżują tarcia wewnętrzne.

W tej sytuacji Precht nie miał najmniejszej ochoty użerać się z bandą Teksańczyków, którym wydawało się, że tylko oni jedyni mają problem.

Poza tym sądził, że bardzo dobrze wie, skąd się wzięły kłopoty EDS. Na pytanie, czy EDS ma swojego przedstawiciela w Iranie, odpowiedziano mu: tak, to pan Abolfath Mahvi. To wyjaśniało wszystko. Mahvi był znanym w Teheranie pośrednikiem, nazywanym dzięki swoim machlojkom z dostawcami wojskowymi „królem pięciu procent”. Chociaż miał rozległe stosunki w wyższych sferach, szach na pewien czas umieścił go na czarnej liście ludzi, którym zabroniono prowadzenia interesów w Iranie. To właśnie dlatego EDS była podejrzana o korupcję. Precht miał szczery zamiar zrobić wszystko, co w jego mocy. Nakłoni ambasadę w Teheranie, żeby rozpatrzyła sprawę. Może ambasador Sullivan potrafi przycisnąć Irańczyków, żeby wypuścili Paula i Billa. Ale rząd Stanów Zjednoczonych w żadnym przypadku nie mógł zlekceważyć pozostałych zarzutów stawianych przez Irańczyków. Rząd popierał obecny reżim i nie zamierzał jeszcze bardziej go osłabiać groźbą zerwania stosunków dyplomatycznych z powodu dwóch uwięzionych biznesmenów, zwłaszcza kiedy w Iranie nadal przebywało dwanaście tysięcy obywateli amerykańskich, o których Departament Stanu musiał się troszczyć. Była to pożałowania godna sytuacja, ale Chiapparone i Gaylord będą musieli niestety trochę pocierpieć.

Henry Precht chciał dobrze, jednakże w sprawie Paula i Billa, podobnie jak Lou Goeltz, popełnił błąd w założeniach. W rezultacie najpierw mylnie ocenił problem, a następnie przyjął obronną postawę wobec EDS. Precht postąpił tak, jak gdyby dochodzenie, w którym Paul i Bill mieli odgrywać role świadków, było legalnym dochodzeniem w sprawie oskarżenia o przekupstwo, a nie bezczelnym aktem szantażu. Goeltz, wychodząc z tego samego założenia postanowił współpracować z generałem Biglari. Precht natomiast popełnił ten sam błąd: sprawy

Paula i Billa nie potraktowano jako bezprawnego porwania obu Amerykanów. Przekupny czy nie, Abolfath Mahvi nie zarobił na kontrakcie EDS z ministerstwem ani grosza. Co więcej, EDS na początku miała poważne kłopoty, ponieważ odmówiła wręczenia Mahviemu łapówki.

Przebieg wydarzeń był następujący: Mahvi pomógł EDS uzyskać pierwszy niewielki kontrakt w Iranie – opracowanie systemu kontroli dokumentów dla marynarki irańskiej. EDS obiecała Mahviemu jedną trzecią zysków, ponieważ dowiedziała się, że zgodnie z prawem musi mieć miejscowego wspólnika. Kiedy dwa lata później zakończono prace, EDS uczciwie wypłaciła Mahviemu czterysta tysięcy dolarów.

Ale kiedy prowadzono negocjacje dotyczące kontraktu z ministerstwem, Mahvi był na czarnej liście. Niemniej jednak przed podpisaniem umowy Mahvi, gdy już na czarnej liście nie figurował – zażądał, żeby kontrakt oddano spółce akcyjnej należącej do niego i EDS.

EDS odmówiła. Wprawdzie Mahvi zarobił przy kontrakcie z marynarką irańską, ale w sprawie umowy z ministerstwem nie kiwnął nawet palcem.

Mahvi twierdził, że to jego nazwisko przetarło drogi EDS w dwudziestu czterech urzędach państwowych, które musiały wyrazić zgodę na podpisanie umowy z ministerstwem. Ponadto oświadczył, że pomógł EDS uzyskać ulgi podatkowe przewidziane w kontrakcie. Utrzymywał, że EDS otrzymała te korzystne warunki tylko dlatego, że Mahvi spędzał czas z ministrem finansów w Monte Carlo.

EDS nie prosiła go o pomoc i nie uwierzyła w jego zapewnienia. Poza tym Perotowi nie podobała się taka „pomoc”, jakiej udzielają w Monte Carlo.

Irański adwokat EDS złożył skargę do premiera i Mahvi został skarcony za domaganie się łapówek. Miał jednak tak wielkie wpływy, że minister zdrowia odmówił podpisania kontraktu, dopóki EDS nie dogada się z Mahvim.

EDS odbyła z Mahvim serię burzliwych rozmów. W dalszym ciągu kategorycznie odmawiała dzielenia się z nim zyskiem. Wreszcie osiągnięto porozumienie, pozwalające zachować twarz: spółka akcyjna działająca jako podwykonawca EDS zatrudni wszystkich irańskich pracowników EDS. W rzeczywistości owa spółka akcyjna nie zarobiła żadnych pieniędzy, ale to wyszło na jaw później. Na razie Mahvi zgodził się na kompromis i podpisano kontrakt z ministerstwem.

Tak więc EDS nie wręczała łapówek i rząd irański o tym wiedział; ale nie wiedzieli Henry Precht i Lou Goeltz. W konsekwencji, obaj mieli niewłaściwy stosunek do Paula i Billa. Obaj poświęcili tej sprawie sporo czasu, ale nie nadawali jej pierwszorzędnego znaczenia. Kiedy wojowniczy prawnik EDS, Tom Luce, potraktował ich jak głupców i niedołęgów, oburzyli się i oświadczyli, że nic nie zrobią, jeśli Tom nie przestanie się ich czepiać.

Precht w Waszyngtonie i Goeltz w Teheranie byli najważniejszymi osobami zajmującymi się tą sprawą. Żaden z nich nie był głupcem. Żaden nie był też niedołęgą. Ale obaj popełnili błędy, obaj nabrali uprzedzeń do EDS i w tych pierwszych, decydujących dniach żaden z nich nie potrafił pomóc Paulowi i Billowi.

ROZDZIAŁ TRZECI

Strażnik otworzył drzwi celi, rozejrzał się i skinął na Paula i Billa. Nadzieje Billa odżyły. Teraz ich wypuszczą.

Wstali i poszli ze strażnikiem na górę. Dobrze było znowu zobaczyć światło dnia. Wyszli na zewnątrz i przeszli przez podwórze do małego, parterowego budyneczku przy bramie. Świeże powietrze pachniało niebiańsko.

To była koszmarna noc. Bill leżał na cienkim materacu i drzemał niespokojnie, budząc się za najlżejszym poruszeniem któregoś ze współwięźniów i rozglądając się lękliwie w mdłym świetle jedynej żarówki. Wiedział, że nadszedł ranek, tylko dzięki wejściu strażnika, niosącego szklanki z herbatą i kromki razowego chleba na śniadanie. Bill nie czuł głodu. Odmówił różaniec.

Teraz pomyślał, że jego modlitwy zostały wysłuchane.

W parterowym budynku mieścił się pokój odwiedzin, umeblowany prostymi stołami i krzesłami. Czekało tam dwóch ludzi. Bill rozpoznał jednego z nich: był to Ali Jordan, Irańczyk, który pracował z Lou Goeltzem w ambasadzie. Jordan uścisnął im dłonie i przedstawił swego towarzysza, Boba Sorensona.

– Przynieśliśmy wam trochę rzeczy – powiedział Jordan. – Maszynkę do golenia na baterie… Będziecie musieli używać jej na spółkę i trochę ubrań.

Bill spojrzał na Paula. Paul wpatrywał się w dwóch przedstawicieli ambasady z taką miną, jakby zaraz miał wybuchnąć.

– Nie zamierzacie nas stąd zabrać? – spytał.

– Obawiam się, że nie możemy.

– Przecież to wy nas tu wpakowaliście, do cholery! Bill powoli usiadł, zbyt przygnębiony, żeby się złościć.

– Bardzo nam przykro, że tak się stało – powiedział Jordan. – Dla nas było to kompletne zaskoczenie. Powiedziano nam, że Dadgar jest do was przychylnie usposobiony… Ambasada przygotowuje bardzo poważny protest.

– Ale co zrobiliście, żeby nas stąd wyciągnąć?

– Musicie działać zgodnie z prawem miejscowym. Wasi adwokaci…

– Jezu Chryste! – jęknął Paul z niesmakiem.

– Poprosiliśmy ich, żeby przenieśli was do lepszych części więzienia – oznajmił Jordan.

– Serdeczne dzięki. Sorenson zabrał głos:

– Ehm, czy potrzebujecie jeszcze czegoś?

– Niczego nie potrzebuję – odparł Paul. – Nie zamierzam tu długo zostać.

– Chciałbym dostać krople do oczu – wtrącił Bill.

– Dopilnuję tego – obiecał Sorenson.

– To chyba na razie wszystko – powiedział Jordan. Spojrzał na strażnika. Bill wstał.

Jordan powiedział do strażnika coś w farsi, strażnik gestem nakazał Billowi i Paulowi wyjść.

Znowu szli przez podwórze. „Jordan i Sorenson są drugorzędnymi pracownikami ambasady – rozmyślał Bill. – Dlaczego Goeltz nie przyszedł? Wyglądało to tak, jakby ambasada uważała, że EDS powinna sama się troszczyć o swoich pracowników. Wysyłając Jordana i Sorensona ambasada dawała do zrozumienia Irańczykom, że interesuje się sprawą, a jednocześnie zawiadamiała Paula i Billa, że raczej nie powinni liczyć na pomoc rządu USA. Ambasada wolałaby o nas zapomnieć” – pomyślał Bill ze złością.

W głównym budynku strażnik otworzył drzwi, których dotąd nie przekraczali. Drzwi prowadziły z poczekalni na korytarz. Po prawej były trzy biura, po lewej okna wychodzące na podwórze. Doszli do następnych drzwi, wykonanych z grubej blachy. Strażnik otworzył je kluczem i wprowadził ich do środka.

Pierwszą rzeczą, którą zobaczył Bill, był telewizor.

Kiedy się rozejrzał, poczuł się trochę lepiej. Ta część więzienia była bardziej cywilizowana od podziemi, stosunkowo czysta i jasna, z szarymi ścianami i szarym chodnikiem. Drzwi cel stały otworem, toteż więźniowie mogli swobodnie spacerować po korytarzu. Przez okna wpadało dzienne światło.

Szli dalej przez główny hall. Po prawej mieli dwie cele, a po lewej pomieszczenie wyglądające na łazienkę. Bill nie mógł się już doczekać kąpieli po spędzonej w podziemiu nocy. Zerkając przez ostatnie drzwi po prawej strome, zobaczył półki pełne książek. Potem strażnik skręcił w lewo i poprowadził ich długim, wąskim korytarzem do ostatniej celi.

Tam zobaczyli znajomego.

Był to Reza Neghabat, minister zarządzający Organizacją Ubezpieczeń Społecznych w Ministerstwie Zdrowia. Paul i BUL znali go dobrze i współpracowali z nim, zanim został aresztowany we wrześniu tego roku. Z zapałem uścisnęli mu dłoń. Bill doznał ulgi na widok znajomej twarzy. Wreszcie ktoś mówiący po angielsku.

Neghabat był zdumiony.

– Dlaczego jesteście tutaj? Paul wzruszył ramionami.

– Właśnie miałem nadzieję, że pan nam to wyjaśni.

– Ale o co jesteście oskarżeni?

– O nic – odparł Paul. – Wczoraj przesłuchiwał nas pan Dadgar, urzędnik, który prowadzi śledztwo pańskiego byłego ministra, doktora Sheika. Aresztował nas. Bez zarzutów, bez oskarżenia. Podobno mamy być koronnymi świadkami.

Bill rozejrzał się dookoła. Po obu stronach celi stały dwie potrójne prycze i takie same dwie przy oknie. Razem osiemnaście posłań, podobnie jak w podziemiach: cienkie piankowe materace i szare wełniane koce. Dolną pryczę zastępował rozłożony na podłodze materac. Jednakże tutaj kilku więźniów miało również prześcieradła. Okno, umieszczone na wprost drzwi, wychodziło na podwórze. Bill widział trawę, drzewa i kwiaty, a także zaparkowane samochody, należące przypuszczalnie do strażników. Widział również niski budynek, gdzie przed chwilą rozmawiali z Jordanem i Sorensonem.

Neghabat przedstawił Paula i Billa współlokatorom z celi. W porównaniu z więźniami na dole wydawali się pełni życzliwości i całkiem niegroźni. Kilka prycz było wolnych – cela nie była tak zatłoczona, jak poprzednia – więc Paul i Bill wybrali sobie łóżka na obu stronach drzwi. Bill miał pryczę środkową, ale Paul znowu musiał spać na podłodze.

Neghabat pokazał im też sąsiednie pomieszczenia. Obok ich celi mieściła się kuchnia wyposażona w stoły i krzesła, gdzie więźniowie mogli parzyć kawę i herbatę albo po prostu spędzić czas na pogawędce. Pokój ten, nie wiadomo dlaczego, nazywano Chattanooga. Dalej, na samym końcu korytarza, znajdowały się zaryglowane drzwi. Była to kantyna – jak wyjaśnił Neghabat – czasami można było w niej kupić mydło, ręczniki i papierosy.

Wracając długim korytarzem minęli swoją celę – numer 5 – oraz dwie inne, zanim dotarli do hallu. Pokój, do którego Bill wcześniej zajrzał, stanowił połączenie biblioteki i pomieszczenia dla strażników, z książkami nie tylko w języku farsi, ale także po angielsku. Dalej były dwie następne cele. Naprzeciwko znajdowały się łazienka z prysznicami, umywalkami i toalety. Toalety były w stylu perskim – pusta kabina z dziurą pośrodku. Bill musiał pożegnać się z marzeniami o prysznicu: jak zwykle, brakowało ciepłej wody.

Za stalowymi drzwiami – jak oznajmił Neghabat – znajdował się niewielki gabinet używany przez dochodzącego lekarza i dentystę. Biblioteka była przez cały czas otwarta i co wieczór włączano telewizor, programy nadawano oczywiście w języku farsi. Dwa razy w tygodniu więźniów z tego oddziału wypuszczano na podwórze, gdzie przez pół godziny spacerowali w kółko. Golenie było obowiązkowe. Strażnicy pozwalali zapuszczać wąsy, ale nie brody.

Po drodze spotkali jeszcze dwóch znajomych. Jednym z nich był dr Towliati, konsultant techniczny ministerstwa, o którego wypytywał Dadgar. Drugim zaś był Hussein Pasha, zajmujący się finansami w kierowanej przez Neghabata Organizacji Ubezpieczeń Społecznych.

Paul i Bill ogolili się elektryczną maszynką przyniesioną przez Jordana i Sorensona. Potem nadeszło południe i pora obiadowa. W ścianie korytarza znajdowała się zasłonięta kotarą nisza. Stamtąd więźniowie wyjęli matę z linoleum, którą rozłożyli na podłodze, oraz trochę tandetnych naczyń. Posiłek składał się z gotowanego ryżu z odrobiną jagnięcia, chleba, jogurtu oraz herbaty lub Pepsi – Coli. Jedli, siedząc na podłodze z podwiniętymi nogami. Dla Paula i Billa, dwóch smakoszy, był to bardzo nędzny obiad. Jednakże Bill stwierdził, że odzyskał apetyt, może dzięki temu, że było tu dość czysto.

Po obiedzie mieli następnych gości: adwokatów irańskich. Prawnicy nie wiedzieli, dlaczego Paul i Bill zostali aresztowani, nie wiedzieli, co będzie dalej, nie wiedzieli też, w czym mogą pomóc. Była to bezsensowna, przygnębiająca rozmowa. Paul i Bill nie ufali im za grosz, ponieważ ci sami adwokaci zapewniali Lloyda Briggsa, że kaucja nie przekroczy dwudziestu tysięcy dolarów. Rozmowa nie wniosła nic nowego ani nie dodała im otuchy.

Paul i Bill spędzili resztę popołudnia w pokoju zwanym Chattanooga na pogawędce z Neghabatem, Towliatim i Pashą. Paul szczegółowo zrelacjonował swoją rozmowę z Dadgarem. Każdy z Irańczyków koniecznie chciał wiedzieć, czy podczas przesłuchania wymieniono jego nazwisko. Paul poinformował doktora Towliati, że jego nazwisko padło w związku z podejrzeniem o sprzeczność interesów. Towliati oznajmił, że Dadgar przesłuchiwał go dokładnie tak samo przed aresztowaniem. Paul przypomniał sobie także, że Dadgar pytał go o wykaz, który sporządził Pasha. Była to zwykła formalność wymagana dla celów statystycznych i nikt nie rozumiał, co w tym nadzwyczajnego.

Neghabat miał własną teorię na temat przyczyny aresztowania ich wszystkich:

– Szach zrobił z nas kozłów ofiarnych, żeby pokazać narodowi, że rozprawił się z korupcją. Ale wybrał resort, w którym korupcji nie było. U nas nie ma się czego przyczepić, tylko że jeśli teraz nas wypuści, straci twarz. Gdyby zamiast tego przyjrzał się dokładnie gospodarce budowlanej, znalazłby, czego chciał: niewiarygodną korupcję…

To wszystko było bardzo mętne. Neghabat po prostu szukał racjonalnego wytłumaczenia. Natomiast Paul i Bill chcieli wiedzieć dokładnie, kto zarządził czystkę, dlaczego wybrano Ministerstwo Zdrowia, o c o ich podejrzewano i k i m byli informatorzy, którzy donieśli na osoby przebywające obecnie w więzieniu. Neghabat nie wykręcał się od odpowiedzi – on po prostu tego nie wiedział. Jego mętny sposób mówienia był typowo perski: zapytajcie Irańczyka, co jadł na śniadanie, a zacznie wam wyjaśniać swoją filozofię życiową.

O szóstej wrócili do celi na kolację. Była obrzydliwa – wymieszane resztki z obiadu ugniecione na papkę, chleb i herbata.

Potem oglądali telewizję. Neghabat tłumaczył wiadomości. Szach zaproponował przywódcy opozycji, Shahpour Bakhtiarowi, utworzenie rządu cywilnego w miejsce generałów, którzy rządzili Iranem od listopada. Neghabat wyjaśnił, że Shahpour jest naczelnikiem plemienia Bakhtiarów i nigdy nie chciał mieć nic wspólnego z reżimem szacha. W każdym razie tylko od ajatollaha Chomeiniego zależało, czy rząd Bakhtiara położy kres zamieszkom.

Szach zaprzeczył również pogłoskom, jakoby zamierzał wyjechać z kraju. Zdaniem Billa, całkiem nieźle to brzmiało. Jeśli Bakhtiar zostanie premierem, szach wprawdzie utrzyma się przy władzy, ale przynajmniej rebelianci będą wreszcie mieli udział w rządzeniu własnym krajem.

O dziesiątej wyłączono telewizor i więźniowie powrócili do cel. Współlokatorzy Paula i Billa zawiesili na pryczach ręczniki i rozmaite szmaty, zasłaniając się przed światłem. Tutaj, tak samo jak na dole, paliło się ono przez całą noc. Neghabat doradził Paulowi i Billowi, aby poprosili odwiedzających o przyniesienie ręczników i prześcieradeł.

Bill owinął się cienkim wełnianym kocem, ułożył na pryczy i usiłował zasnąć.

„Widocznie posiedzimy tu przez jakiś czas – pomyślał z rezygnacją. – Musimy sobie jakoś radzić. Nasz los spoczywa w rękach innych ludzi”.

* * *

Ich los spoczywał w rękach Rossa Perota, którego nadzieje rozwiały się doszczętnie w ciągu następnych dwóch dni.

Początkowo nadchodziły dobre wiadomości. Kissinger zadzwonił w piątek, 29 grudnia, żeby powiedzieć, że Ardeshir Zahedi dopilnuje zwolnienia Paula i Billa. Najpierw jednak urzędnicy ambasady muszą odbyć dwa spotkania: jedno z ludźmi z Ministerstwa Sprawiedliwości, drugie z przedstawicielami dworu szacha. Spotkania te miał zorganizować osobiście zastępca ambasadora w Teheranie, poseł Charles Naas.

W Waszyngtonie Henry Precht z Departamentu Stanu również rozmawiał z Zahedim. Szwagier Emily Gaylord, Tim Reardon, spotkał się z senatorem Kennedym. Admirał Moorer wykorzystał swoje znajomości w irańskim rządzie wojskowym. Jedynym niewypałem okazał się Richard Helms, były ambasador USA w Teheranie: przyznał otwarcie, że jego dawni przyjaciele nie mają już żadnych wpływów.

EDS zasięgnęła porady u trzech niezależnych od siebie prawników irańskich. Jeden z nich był Amerykaninem, wyspecjalizowanym w reprezentowaniu amerykańskich przedsiębiorstw w Teheranie. Pozostali dwaj byli Irańczykami: jeden miał znajomości w kołach rządowych, drugi zaś – związany był blisko z opozycją. Wszyscy trzej zgodzili się, że Paula i Billa uwięziono bezprawnie i że kaucja jest astronomiczna. Amerykanin, John Westberg, oświadczył, iż najwyższa kaucja, o jakiej słyszał w Iranie, wynosiła sto tysięcy dolarów. Nasuwał się wniosek, że urzędnik, który nakazał aresztowanie Paula i Billa, nie miał do tego żadnych podstaw.

Na miejscu w Dallas dyrektor finansowy EDS, przeciągający słowa południowiec Tom Walter, pracował nad tym, żeby EDS mogła w razie konieczności złożyć kaucję w wysokości 12 750 000 dolarów. Adwokaci poinformowali go, że istnieją trzy sposoby zapłacenia kaucji: gotówka, list kredytowy wystawiony na irański bank albo weksel pod zastaw majątku EDS w Iranie. EDS nie miała w Teheranie majątku takiej wartości – komputery należały właściwie do ministerstwa – a ponieważ irańskie banki strajkowały i w kraju panował zamęt, niemożliwe było przekazanie takiej sumy gotówką. Toteż Walter przygotowywał list kredytowy. T. J. Marquez, który reprezentował EDS przed komisją inwestycyjną, ostrzegł Perota, że przedsiębiorstwo nie może legalnie zapłacić takiej sumy, jeśli wygląda to na okup. Perot zręcznie ominął tę przeszkodę: zapłaci z własnych pieniędzy.

Perot miał szczerą nadzieję, że wyciągnie Paula i Billa z więzienia posługując się jedną z trzech metod: użyje prawnych środków, zastosuje nacisk polityczny albo zapłaci kaucję.

Potem zaczęły nadchodzić złe wiadomości.

Irańscy adwokaci zmienili taktykę. Teraz twierdzili, że uwięzienie Paula i Billa to „rozgrywka na wysokim szczeblu”, mająca „poważne represje polityczne”, więc „lepiej trzymać się z daleka”. Amerykanin John Westberg został poproszony przez swoich irańskich wspólników, żeby nie zajmował się tą sprawą, ponieważ wówczas firma ściągnie na siebie niełaskę wpływowych osobistości. Najwyraźniej prowadzący dochodzenie Hosain Dadgar miał jednak powody, żeby aresztować Paula i Billa.

Prawnik Tom Luce oraz dyrektor finansowy Tom Walter pojechali do Waszyngtonu i w towarzystwie admirała Moorera złożyli wizytę w Departamencie Stanu. Spodziewali się, że odbędą naradę z Henrym Prechtem i opracują razem energiczną kampanię na rzecz uwolnienia Paula i Billa. Ale Henry Precht potraktował ich ozięble. Podał im rękę – nie mógł tego uniknąć, skoro byli w towarzystwie byłego Szefa Połączonych Sztabów Marynarki Lotnictwa i Wojsk Lądowych – ale zamiast zaprosić na naradę, przekazał ich podwładnemu. Podwładny zakomunikował im, że wysiłki Departamentu Stanu spełzły na niczym: ani Ardeshir Zahedi, ani Charlie Naas nie zdołali uzyskać zwolnienia Paula i Billa.

Tom Luce, który nie odznaczał się cierpliwością, wpadł we wściekłość. Departament Stanu ma obowiązek chronić Amerykanów przebywających za granicą, oświadczył, a do tej pory Departament Stanu nie zrobił nic, poza wpakowaniem Paula i Billa do więzienia! Przeciwnie, odpowiedziano mu: Departament Stanu zrobił już tyle, że znacznie przekroczył zakres swoich obowiązków. Jeśli Amerykanie za granicą popełniają przestępstwa, podlegają miejscowemu wymiarowi sprawiedliwości. Wyciąganie ludzi z więzienia nie należy do obowiązku Departamentu Stanu. Przecież, argumentował Luce, Paul i Bill nie popełnili żadnego przestępstwa – zostali porwani i zażądano za nich okupu w wysokości trzynastu milionów dolarów! Ale nic nie wskórał. On i Tom Walter wrócili do Dallas z pustymi rękami.

Poprzedniego dnia, późnym wieczorem, Perot zadzwonił do ambasady amerykańskiej w Teheranie i zapytał Charlesa Naasa, dlaczego jeszcze nie doszło do spotkania z osobistościami wymienionymi przez Kissingera i Zahediego. Odpowiedź była prosta: osoby te starannie Naasa unikały. Nazajutrz Perot jeszcze raz zadzwonił do Kissingera i poinformował go o tym fakcie. Kissinger był zmartwiony: było mu przykro, ale nic więcej nie mógł zrobić. Obiecał jednak, że spróbuje jeszcze raz porozmawiać z Zahedim.

Kolejna zła nowina dopełniła kieski. Tom Walter razem z irańskimi prawnikami próbował uzgodnić warunki zwolnienia Paula i Billa za kaucją: na przykład, czy będą musieli obiecać, że wrócą do Iranu na dalsze przesłuchania, czy też można będzie przesłuchać ich za granicą? Ani jedno, ani drugie, odpowiedziano mu. Jeśli zostaną zwolnieni z więzienia, nadal będą musieli pozostać w Iranie.

Tymczasem nadszedł sylwester. Od trzech dni Perot mieszkał w biurze, sypiał na podłodze i żywił się kanapkami z serem. Nie miał po co wracać do domu – Margot z dziećmi była ciągle w Vail – a z powodu 9, 5 – godzinnej różnicy czasu pomiędzy Teksasem a Iranem często odbierał ważne telefony w środku nocy. Opuszczał biuro tylko po to, aby odwiedzić matkę, która wyszła już ze szpitala i przechodziła rekonwalescencję w swoim domu w Dallas. Nawet będąc z nią, mówił ciągle o Paulu i Billu. Matka bardzo się interesowała całą sprawą.

Tego wieczoru Perot nabrał ochoty na gorący posiłek, postanowił więc rzucić wyzwanie pogodzie – w Dallas szalała zamieć – i pojechać parę ulic dalej do restauracji rybnej.

Wyszedł z budynku tylnymi drzwiami i wsiadł do furgonetki. Margot miała Jaguara, ale Perot wolał samochody nie rzucające się w oczy.

Zastanawiał się, czy Kissinger zachował jakieś wpływy w Iranie lub gdzie indziej. Zahedi i pozostali irańscy znajomi Kissingera mogli już zostać odsunięci, podobnie jak przyjaciele Richarda Helmsa. Władza szacha wisiała na włosku.

Z drugiej strony, cała ta grupa może wkrótce potrzebować przyjaciół w Ameryce, dlatego powinni cieszyć się, że mają okazję wyświadczyć Kissingerowi przysługę.

W trakcie kolacji Perot poczuł nagle na ramieniu czyjąś ciężką dłoń. Tubalny głos zawołał:

– Ross, co ty tu robisz sam w sylwestra?

Perot obejrzał się i zobaczył Rogera Staubacha, zawodnika drużyny „Kowboje z Dallas”, absolwenta Akademii Marynarki z tego samego rocznika i starego przyjaciela.

– Cześć, Roger! Siadaj.

– Jestem z rodziną – wyjaśnił Staubach. – U nas w domu z powodu zamieci wyłączyli ogrzewanie.

– No to ją przyprowadź.

Staubach przywołał rodzinę, po czym zapytał:

– Jak się czuje Margot?

– Dziękuję, dobrze. Jest z dziećmi na nartach w Vail. Ja musiałem wrócić. Mamy poważne kłopoty. – Opowiedział Staubachom wszystko o Paulu i Billu.

Wracał do biura w lepszym nastroju. Jest jeszcze na świecie nieco porządnych ludzi.

Znowu przypomniał mu się pułkownik Simons. Ze wszystkich planów uwolnienia Paula i Billa, które przygotował, zorganizowanie ucieczki z więzienia było najbardziej czasochłonne: Simons będzie potrzebował ludzi, sprzętu, treningu…

A jednak Perot nie zaczął przygotowań. Ta możliwość wydawała mu się tak odległa, że odsunął ją od siebie: skoro rokowania zapowiadały się pomyślnie, nie musiał brać pod uwagę rozwiązania skrajnego. Perot nie był jeszcze gotów, żeby zadzwonić do Simonsa, wolał zaczekać na rezultat kolejnej rozmowy Kissingera z Zahedim. Ale mógł chyba przygotować dla Simonsa to i owo.

W biurze natknął się na Pata Sculleya. Sculley, absolwent West Point, był chudym, nerwowym mężczyzną o chłopięcym wyglądzie. Miał trzydzieści jeden lat. Był kierownikiem robót w Teheranie i został ewakuowany ósmego grudnia. Wrócił po święcie Ashura, a potem znowu wyjechał, kiedy Paul i Bill zostali aresztowani. Obecnie miał za zadanie pilnować, żeby Amerykanie pozostający w Teheranie – Lloyd Briggs, Rich Gallagher z żoną, Paul i Bill – mieli codziennie zarezerwowane miejsca w samolocie na wypadek, gdyby Paula i Billa zwolniono. Sculleyowi towarzyszył Jay Coburn, który kierował ewakuacją, a potem, 22 grudnia, przyjechał do domu, żeby spędzić z rodziną Boże Narodzenie, Coburn miał już wracać do Teheranu, kiedy otrzymał wiadomość o aresztowaniu Paula i Billa, został więc w Dallas i organizował drugą ewakuację. Ten krępy, opanowany mężczyzna miał trzydzieści dwa lata, a wyglądał na czterdziestkę. Pewnie dlatego, myślał Perot, że Coburn przez osiem lat był pilotem bojowym helikopterów w Wietnamie. A jednak Coburn często się uśmiechał – powolnym, niespiesznym uśmiechem, który zaczynał się od błysku humoru w oczach, a najczęściej kończył donośnym rechotem.

Perot lubił obu tych mężczyzn i ufał im. Takich jak oni nazywał swoimi orłami. Ambitni, z inicjatywą, wykonywali każde zadanie i nie wykręcali się od roboty. Motto EDS brzmiało: „Orły nie żyją w stadach – każdego trzeba było długo szukać”. Jedną z tajemnic powodzenia Perota była jego zasada, że należy wyszukiwać takich ludzi, a nie siedzieć i czekać, aż sami się zgłoszą.

Perot zwrócił się do Sculleya:

– Myślisz, że zrobiliśmy wszystko, co można było zrobić dla Paula i Billa? Sculley odpowiedział bez wahania:

– Nie.

Perot przytaknął. Ci młodzi ludzie nigdy nie obawiali się otwarcie rozmawiać z szefem. Dlatego, między innymi, byli orłami.

– Jak myślicie, co powinniśmy zrobić?

– Powinniśmy uwolnić ich siłą – odparł Sculley. – Wiem, że to dziwnie brzmi, ale poważnie obawiam się, że jeśli tego nie zrobimy, mogą zostać zabici.

Perot wcale nie uważał, że to dziwnie brzmiało. Podobne obawy przeżywał w duchu od trzech dni.

– Jestem tego samego zdania – oświadczył. Zobaczył zdziwienie na twarzy Sculleya.

– Chcę, żebyście obaj ułożyli spis pracowników EDS, którzy mogą w tym pomóc – kontynuował. – Będziemy potrzebowali ludzi, którzy znają Teheran, mają pewne doświadczenie wojskowe – zwłaszcza w akcjach specjalnych oraz są stuprocentowo lojalni i godni zaufania.

– Zaraz się do tego zabierzemy – zapewnił z entuzjazmem Sculley. Zadzwonił telefon i Coburn podniósł słuchawkę.

– Cześć, Keane! Gdzie jesteś?… Zaczekaj chwilę. – Zakrył rękę słuchawką i spojrzał na Perota.

– Keane Taylor jest we Frankfurcie. Jeżeli chcemy przeprowadzić taką akcję, powinniśmy go włączyć.

Ross przytaknął. Taylor, były sierżant piechoty morskiej, był następnym z jego orłów. Wytworny, elegancko ubrany, mierzący sześć stóp i dwa cale wzrostu Taylor był cokolwiek drażliwy, dlatego też stanowił idealny obiekt dowcipów.

– Powiedz mu, żeby wracał do Teheranu – polecił Perot. – Ale nie mów dlaczego.

Pozbawiona wieku twarz Coburna powoli rozjaśniła się uśmiechem.

– Nie będzie tym zachwycony.

Sculley sięgnął przez biurko i włączył głośnik, żeby wszyscy mogli usłyszeć, jak Taylor się wścieka. Coburn powiedział do słuchawki:

– Keane, Ross chce, żebyś wrócił do Iranu.

– Po jaką cholerę?! – wrzasnął Taylor. Coburn zerknął na Perota. Perot potrząsnął głową.

– No, jest kupa roboty, trzeba uporządkować różne sprawy administracyjne…

– Powiedz Perotowi, że nie zamierzam tam wracać z powodu jakichś administracyjnych bzdur!

Sculley zaczął się śmiać.

– Keane – powiedział Coburn – jest tu ktoś, kto chce z tobą porozmawiać.

– Keane, mówi Ross – odezwał się Perot.

– Och… Hmm… Cześć, Ross.

– Wysyłam cię tam, żebyś zrobił coś bardzo ważne go.

– Aha.

– Rozumiesz, co mówię?

Nastąpiła długa przerwa, a potem Keane powiedział: – Tak jest.

– Dobrze.

– Zaraz wyjeżdżam.

– Która tam jest godzina? – zapytał Perot.

– Siódma rano.

Perot spojrzał na swój zegarek. Była północ.

Rozpoczynał się rok tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty dziewiąty.

Taylor siedział na brzegu łóżka w hotelowym pokoju we Frankfurcie i rozmyślał o swojej żonie.

Mary przebywała w Pittsburgu z dziećmi, Mike’em i Dawn. Mieszkała u brata Taylora. Taylor zadzwonił do niej z Teheranu przed wyjazdem i powiedział, że wraca do domu. Bardzo się ucieszyła. Zrobili plany na przyszłość: powrócą do Dallas, wyślą dzieci do szkoły…

Teraz musiał zadzwonić i powiedzieć jej, że jednak nie wraca do domu. Mary przestraszy się.

Do diabła, on sam był przestraszony.

Pomyślał o Teheranie. Nie pracował przy przedsięwzięciu dla Ministerstwa Zdrowia, ale kierował mniejszym zamówieniem – skomputeryzowaniem staroświeckiego, ręcznego systemu księgowości w Banku Omran. Pewnego dnia, jakieś trzy tygodnie temu, przed budynkiem zebrał się tłum – Bank Omran należał do szacha. Taylor odesłał swoich ludzi do domu. On i Glenn Jackson mieli wyjść ostatni. Zaryglowali drzwi i poszli w kierunku północnym. Kiedy skręcili za rogiem na główną ulicę, wpadli prosto w tłum. W tej samej chwili żołnierze otworzyli ogień i rozpoczęli natarcie.

Taylor i Jackson schronili się w bramie. Ktoś otworzył drzwi i wrzasnął na nich, żeby weszli do mieszkania. Weszli – ale zanim ich wybawca zdążył zamknąć drzwi, do środka wepchnęła się czwórka demonstrantów ściganych przez pięciu żołnierzy.

Taylor i Jackson przykleili się do ściany i patrzyli, jak żołnierze biją demonstrantów pałkami i kolbami karabinów. Jednemu z bitych udało się uciec. Miał niemal oddarte dwa palce u ręki; krew zalała całe szklane drzwi. Wydostał się na ulicę, ale zaraz upadł. Pozostałych trzech wywlekli żołnierze. Jeden był cały zakrwawiony, ale przytomny, dwaj pozostali nieprzytomni lub martwi.

Taylor i Jackson zostali tam, dopóki ulica nie opustoszała. Irańczyk, który ich uratował, powtarzał ciągle: „Uciekajcie, póki możecie”.

„A teraz” – myślał Taylor – muszę powiedzieć Mary, że przed chwilą zgodziłem się tam wrócić”.

Żeby zrobić coś bardzo ważne go.

Oczywiście chodziło o Paula i Billa. A jeśli Perot nie mógł o tym mówić przez telefon, widocznie planował jakąś tajną, a może nawet nielegalną akcję.

Właściwie Taylor był zadowolony, mimo że bał się irańskiego motłochu. Przed wyjazdem z Teheranu rozmawiał przez telefon z Emily Gaylord, żoną Billa. Przyrzekł jej, że nie wróci bez Billa. Potem przyszło polecenie z Dallas, że wszyscy oprócz Biggsa i Gallaghera mają wyjechać. Taylor musiał złamać przyrzeczenie. Teraz otrzymał inne polecenie, więc mimo wszystko dotrzyma słowa danego Emily.

„No cóż – pomyślał – nie mogę się już wycofać. Lepiej zamówię sobie bilet na samolot”. Podniósł słuchawkę telefonu.

* * *

Jay Coburn dobrze pamiętał, kiedy po raz pierwszy zobaczył Perota w akcji. Nie zapomni tego do końca życia.

Zdarzyło się to w 1971 roku. Coburn pracował w EDS niecałe dwa lata. Mieszkał w Nowym Jorku i zajmował się rekrutowaniem nowych pracowników. Tego roku w małym, katolickim szpitalu przyszedł na świat Scott. Poród przebiegał prawidłowo i z początku Scott wydawał się normalnym, zdrowym dzieckiem.

W dzień po porodzie, kiedy Coburn odwiedził żonę, Liz powiedziała, że tego ranka nie przyniesiono jej Scotta na karmienie. Coburn najpierw nie zwrócił na to uwagi. Po paru minutach weszła jakaś kobieta i powiedziała:

– To są zdjęcia pani dziecka.

– Nie przypominam sobie, żeby robiono jakieś zdjęcia – odparła Liz. Kobieta pokazała jej zdjęcia.

– Nie, to nie jest moje dziecko.

Kobieta przez chwilę wydawała się zmieszana, a potem zawołała:

– Och, prawda, przecież pani dziecko jest chore!

Wówczas po raz pierwszy Coburn i Liz usłyszeli o jakiejś chorobie.

Coburn poszedł zobaczyć jednodniowego Scotta i przeżył okropny wstrząs. Dziecko leżało pod namiotem tlenowym, dysząc ciężko. Było całkiem sine. Lekarze zebrali się przy nim na konsylium.

Liz dostała histerii, a Coburn zadzwonił do ich domowego lekarza i kazał mu przyjść do szpitala. Potem już tylko czekał.

Coś tu nie pasowało. Jak to możliwe, żeby w szpitalu nie powiedziano matce, że jej nowo narodzone dziecko umiera? Coburn nic nie rozumiał.

Zadzwonił do Dallas i poprosił swojego szefa, Gary’ego Griggsa.

– Gary, sam nie wiem, po co do ciebie dzwonię, ale nie mam pojęcia, co robić. – I wyjaśnił sytuację.

– Zaczekaj chwilę – powiedział Griggs.

Po chwili w słuchawce rozległ się nieznajomy głos.

– Jay?

– Tak.

– Mówi Ross Perot.

Coburn widział Perota dwa czy trzy razy, ale nigdy nie pracował bezpośrednio z nim. Wątpił, czy Perot w ogóle go pamięta. EDS zatrudniała wówczas ponad tysiąc pracowników.

– Cześć, Ross.

– Słuchaj, Jay, potrzebuję paru informacji. – Perot zaczął zadawać pytania: Jaki jest adres szpitala? Jak się nazywają lekarze? Jaką postawili diagnozę? Ogłupiały Coburn odpowiadał i jednocześnie myślał: „czy Perot w ogóle wie, kim jestem?”

– Zaczekaj chwilę, Jay. – Krótka przerwa. – Połączę cię z doktorem Urschelem, który jest moim przyjacielem i najlepszym kardiochirurgiem w Dallas.

Po chwili Coburn odpowiadał na kolejne pytania lekarza.

– Niech pan nic nie robi – zakończył Urschel. – Porozmawiam z tamtejszymi lekarzami. Niech pan zostanie przy telefonie, żebyśmy nie stracili z panem kontaktu.

– Dobrze, proszę pana – odpowiedział oszołomiony Coburn. Znowu odezwał się Perot.

– Wszystko jasne? Jak się czuje Liz?

„Skąd on u diabła zna imię mojej żony” – zastanawiał się Coburn.

– Nie za dobrze – odpowiedział. – Jest tu nasz lekarz, dał jej środki uspokajające.

Podczas gdy Perot pocieszał Coburna, doktor Urschel poganiał personel szpitala. Przekonał ich, żeby przenieśli Scota do Centrum Medycznego Uniwersytetu Nowy Jork. Po chwili Scott i Coburn jechali karetką pogotowia do miasta.

Utknęli w korku w tunelu Midtown.

Coburn wyskoczył z karetki, przebiegł ponad milę do kasy opłat drogowych i przekonał urzędnika, żeby zablokował wszystkie pasma ruchu oprócz tego, na którym stała karetka.

Kiedy dotarli do Centrum Medycznego, przed budynkiem czekało już na nich dziesięć czy piętnaście osób. Wśród nich znajdował się najlepszy na wschodnim wybrzeżu kardiochirurg, który przyleciał z Bostonu w tym czasie, w jakim karetka dojechała na Manhattan.

Scotta pospiesznie wniesiono do środka, a Coburn podał lekarce kopertę ze zdjęciami rentgenowskimi, zabranymi z poprzedniego szpitala. Lekarka zmierzyła go ostrym spojrzeniem.

– A gdzie reszta?

– To wszystkie – odpowiedział Coburn.

– To są wszystkie zdjęcia?!

Nowe prześwietlenie wykazało, że Scott oprócz wady serca, miał również zapalenie płuc. Najpierw wyleczono zapalenie płuc, a potem operowano wadę serca.

I Scott przeżył. Wyrósł na zdrowego, silnego chłopca, pływał, grał w piłkę i wspinał się na drzewa. A Coburn zrozumiał, za co ludzie szanują Rossa Perota. Upór Perota, jego zwyczaj koncentrowania się wyłącznie na jednej sprawie i ignorowania wszelkich przeszkód w dążeniu do wytkniętego celu miały swoje złe strony. Per ot potrafił ranić uczucia innych bez skrupułów. Dzień czy dwa po aresztowaniu Paula i Billa wszedł do pokoju, kiedy Coburn rozmawiał przez telefon z Lloydem Briggsem w Teheranie, Coburn mówił takim tonem, jakby wydawał polecenia. Perot jednak żywił niezłomne przekonanie, że ludzie z centrali nigdy nie powinni rozkazywać ludziom działającym w terenie, tamci bowiem najlepiej znali sytuację. Perot bezlitośnie zbeształ Coburna w obecności wszystkich osób przebywających w pokoju.

Perot miał również inne wady. Kiedy Coburn pracował w dziale personalnym, firma przyznawała co roku komuś tytuł „Najlepszego werbownika”. Nazwiska zwycięzców były wyryte na tablicy pamiątkowej. Zwyczaj ten praktykowano przez wiele lat i zdarzało się, że któryś ze zwycięzców porzucał firmę. Perot wymagał wówczas, aby nazwisko dezertera usunięto z tablicy. Coburn uważał to za dziwactwo. No więc, facet odszedł. I co z tego? Kiedyś, w przeszłości zdobył tytuł „Najlepszego werbownika”, więc po co zmieniać historię? To, że ktoś chce pracować gdzie indziej, Perot traktował jednak jako osobistą zniewagę.

Wady Perota wynikały bezpośrednio z jego zalet. Jego wrogi stosunek do ludzi opuszczających firmę, świadczył tylko o głębokiej lojalności wobec pracowników. Szorstki, nierzadko brutalny, swym sposobem bycia podkreślał ogromną energię i zdecydowanie. Dzięki temu powstała EDS. Coburn wybaczał łatwo Perotowi wszelkie wady.

Wystarczyło, że popatrzył na Scotta.

* * *

– Proszę pana – odezwał się w słuchawce głos Sally – dzwoni Henry Kissinger.

Perot ożywił się. Czyżby Kissinger załatwił sprawę z Zahedim w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin? A może dzwoni, aby zawiadomić o porażce?

– Ross Perot.

– Łączę z Henrym Kissingerem, proszę zaczekać. Po chwili Perot usłyszał znajomy głęboki głos.

– Halo, Ross?

– Tak. – Perot wstrzymał oddech.

– Otrzymałem wiadomość, że pańscy ludzie będą zwolnieni jutro o dziesiątej rano czasu teherańskiego.

Perot wydał długie westchnienie ulgi.

– Doktorze Kissinger, to najlepsza wiadomość od wielu dni. Nie wiem, jak panu dziękować.

– Szczegóły zostaną ustalone dzisiaj przez oficjalnych przedstawicieli ambasady amerykańskiej i irańskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. To tylko formalność, zapewniono mnie, że pańscy ludzie wyjdą na wolność.

– To po prostu wspaniale. Jesteśmy bardzo wdzięczni za pańską pomoc.

– Nie ma za co.

* * *

W Teheranie była właśnie dziewiąta trzydzieści rano, a w Dallas – północ. Perot siedział w biurze i czekał. Prawie wszyscy poszli do domu, żeby nareszcie wyspać się we własnych łóżkach, uradowani na myśl, że kiedy się obudzą, Paul i Bill będą już na wolności. Perot pozostał w biurze, żeby dopilnować wszystkiego do końca.

W Teheranie Lloyd Briggs czekał w „Bukareszcie”, jeden zaś z irańskich pracowników przebywał w okolicy więzienia. Gdyby Paul i Bill pokazali się, Irańczyk miał zadzwonić do Briggsa, a Briggs – do Perota.

Teraz, gdy kryzys dobiegał końca, Perot miał czas zastanowić się, gdzie popełnił błąd; oto czwartego grudnia, kiedy postanowił ewakuować wszystkich swoich ludzi z Iranu, był za mało stanowczy, pozwolił im ociągać się i zgłaszać sprzeciwy, dopóki nie zrobiło się za późno.

Jednak podstawowym i największym błędem, było otwarcie filii w Iranie. Widział to teraz wyraźnie. Zgadzał się wtedy ze swoimi specjalistami od marketingu oraz z wielu amerykańskimi biznesmenami, że konserwatywny, prozachodni, bogaty w ropę Iran może stanowić wspaniałe możliwości. Perot nie dostrzegał ukrytych napięć, nie wiedział nic o ajatollachu Chomeinim i nie mógł przewidzieć, że pewnego dnia w Stanach dojdzie do władzy prezydent dość naiwny, żeby uparcie stosować amerykańskie wzorce postępowania w kraju leżącym na Bliskim Wschodzie.

Perot rzucił okiem na zegarek. Przed pół godziną minęła północ. Paul i Bill z pewnością właśnie wychodzą z więzienia.

Dobre nowiny przekazane przez Kissingera potwierdził telefon od Davida Newsona, zastępcy Cyrusa Vance’a w Departamencie Stanu. Paul i Bill wychodzili na wolność w nieodpowiednim momencie. Dzisiaj znowu nadeszły złe wiadomości z Iranu. Bakhtiar, nowy premier szacha, został odrzucony przez Front Narodowy, partię obecnie umiarkowanie opozycyjną. Szach ogłosił, że wybiera się na urlop. Amerykański ambasador William Sullivan doradził rodzinom wszystkich zatrudnionych w Iranie Amerykanów powrót do kraju, ambasady zaś kanadyjskie i brytyjskie poszły za jego przykładem. Ale lotnisko zamknięto z powodu strajku i setki kobiet z dziećmi znalazły się w trudnej sytuacji. Nie dotyczyło to jednak Paula i Billa. Perot jeszcze z czasów kampanii na rzecz jeńców wojennych miał przyjaciół w Pentagonie. Zapewne Paul i Bill przylecą do kraju odrzutowcem wojskowym.

O pierwszej w nocy Perot zadzwonił do Teheranu. Nie było żadnych wiadomości. „No nic – pomyślał – przecież wiadomo, że Irańczycy nie mają poczucia czasu”.

Tak naprawdę kłopot polegał na tym, że EDS nie wręczała łapówek ani w Iranie, ani gdzie indziej. Perot nie cierpiał przekupstwa. Każdy nowy pracownik firmy otrzymywał kodeks postępowania EDS, wydany w postaci dwunastostronicowej książeczki. Perot napisał ją osobiście. „Pamiętajcie – pisał – że prawo federalne oraz prawo większości stanów nie zezwala na dawanie prezentów urzędnikom państwowym w celu uzyskania wpływu na decyzje rządowe. Ponieważ zdarza się, że trudno udowodnić brak takich intencji, nie wolno nigdy dawać pieniędzy, ani żadnych wartościowych przedmiotów urzędnikom państwowym, tak federalnym i stanowym, jak i zagranicznym. Stwierdzenie, że prawo nie zabrania podobnych praktyk, jest niewystarczające. Należy się zawsze głębiej zastanowić nad aspektem moralnym. Czy możesz całkowicie ufać partnerowi w interesach, postępującemu tak samo, jak ty? Odpowiedź musi brzmieć: TAK”. Na ostatniej stronie książeczki znajdował się formularz, który pracownik musiał wypełnić na dowód, że otrzymał i przeczytał kodeks postępowania EDS.

Wówczas gdy EDS rozpoczynała swą działalność w Iranie, purytańskie zasady Perota umocniły się jeszcze bardziej na skutek skandalu Lockheeda. Daniel J. Haughton, prezes Towarzystwa Lotniczego Lockheeda, zeznał przed komisją senacką, że Lockheed, aby sprzedać za granicę swoje samoloty co roku wydawał na łapówki miliony dolarów. To żenujące przedstawienie, jakie Haughton odegrał przed komisją, napełniło Perota niesmakiem. Wijąc się jak piskorz Haughton tłumaczył, że to nie były łapówki, lecz „opłaty za wyświadczone przysługi”. W konsekwencji zgodnie z Międzynarodową Ustawą o Korupcji ustalono, że wręczanie łapówek za granicą jest według prawa Stanów Zjednoczonych przestępstwem.

Perot zadzwonił do Toma Luce’a i kazał mu osobiście dopilnować, żeby EDS nigdy nie wręczała łapówek. Podczas negocjacji z irańskim Ministerstwem Zdrowia Luce naraził się wielu pracownikom EDS, poddając ich natrętnym i drobiazgowym przesłuchaniom, w czasie których powątpiewał w ich dobrą wolę.

Perot nie potrzebował pieniędzy. I tak zarabiał miliony. Nie musiał szukać za granicą łatwych okazji. „Jeżeli za granicą trzeba dawać łapówki, żeby zrobić interes – mówił – to nie będziemy robić tam interesów”.

Swe zasady postępowania miał głęboko zakorzenione. Jego francuscy przodkowie którzy przyjechali do Nowego Orleanu, założyli sieć punktów handlowych wzdłuż wybrzeży Red River. Jego ojciec, Gabriel Ross Perot, handlował bawełną. Było to zajęcie sezonowe, toteż Ross senior spędzał wiele czasu z synem, rozmawiając z nim o interesach. „Nie chodzi o to – mawiał – żeby tylko raz kupić bawełnę od farmera. Musisz traktować go uczciwie, zdobyć jego zaufanie i zaprzyjaźnić się z nim, tak żeby sam chciał sprzedawać ci bawełnę rok po roku. Dopiero wtedy robisz interes”. Łapówki po prostu do tego nie pasowały.

O pierwszej trzydzieści Perot jeszcze raz zadzwonił do biura EDS w Teheranie. Nadal nie było żadnych wiadomości.

– Zadzwoń do więzienia albo poślij tam kogoś – polecił Briggsowi. – Dowiedz się, kiedy ich wypuszczą.

Zaczynał się niepokoić.

„Co mam robić, jeśli nic z tego nie wyjdzie? – pomyślał. – Jeżeli złożę kaucję, stracę trzynaście milionów dolarów, zaś Paul i Bill w dalszym ciągu nie będą mogli wyjechać z Iranu. Inne legalne sposoby wydostania ich z więzienia natrafią na przeszkodę wzniesioną przez irańskich prawników: skoro sprawa jest polityczna, to nie ma żadnego znaczenia, że Paul i Bill są niewinni. Naciski polityczne jednak, jak dotąd nic nie dały. Ani ambasada amerykańska w Teheranie, ani Departament Stanu w Waszyngtonie nie były w stanie pomóc. W dodatku, jeśli Kissinger nic na to nie poradzi, będzie to kres wszelkich nadziei. Co wówczas pozostanie? Przemoc”.

Zadzwonił telefon. Perot porwał za słuchawkę:

– Ross Perot.

– Tu Lloyd Briggs.

– Wypuścili ich?

– Nie.

Zrobiło mu się słabo.

– Co się stało?

– Rozmawialiśmy z więzieniem. Nie otrzymali polecenia, aby zwolnić Paula i Billa.

Perot przymknął oczy. Stało się najgorsze. Nawet Kissinger nie potrafił im pomóc. Westchnął.

– Dziękuję, Lloyd.

– Co robimy dalej?

– Nie wiem – odpowiedział Perot. A jednak wiedział… Pożegnał się z Briggsem i odłożył słuchawkę.

Nie zamierzał przyznać się do klęski. Kolejna zasada jego ojca brzmiała: „dbaj o ludzi, którzy dla ciebie pracują”. Perot jeszcze pamiętał, gdy w niedziele całą rodziną jechali dwadzieścia mil samochodem tylko po to, żeby odwiedzić starego Murzyna, który kiedyś kosił im trawnik, upewnić się, że jest zdrowy i ma co jeść. Ojciec Perota zatrudniał czasami ludzi, których nie potrzebował, tylko po to, aby dać im pracę. Rok w rok, samochód Perota zawoził czarnych robotników na jarmark. Każdy z nich dostawał trochę pieniędzy na drobne wydatki oraz wizytówkę Perota na wypadek, gdyby ktoś się czepiał. Perot zapamiętał jednego Murzyna, który pojechał towarowym pociągiem do Kalifornii i gdy został aresztowany za włóczęgostwo, pokazał wizytówkę ojca Perota. Szeryf powiedział: „Nie obchodzi mnie, czyim jesteś czarnuchem i tak pójdziesz do więzienia”. Zadzwonił jednak do Rossa seniora, ten zaś wysłał przekazem pieniądze na bilet powrotny. „Byłem w Kalifornii i wróciłem” – powiedział ów Murzyn, gdy zjawił się w Texarkanie, Ross senior zaś dał mu tę samą pracę.

Ojciec Perota nie znał się na prawach obywatelskich. Sądził po prostu, że drugiego człowieka trzeba traktować przyzwoicie. To, że miał niezwykłych rodziców, Perot zrozumiał dopiero, kiedy dorósł.

Ojciec nigdy nie zostawiłby swoich pracowników w więzieniu. Perot też ich nie zostawi.

Podniósł słuchawkę telefonu.

– Połącz mnie z T. J. Marquezem.

Była druga nad ranem, ale T. J. nie powinien był się dziwić: przecież nieraz Perot budził go w środku nocy. Usłyszał nieco zaspany głos:

– Halo?

– Tom, sprawa nie wygląda dobrze.

– Dlaczego?

– Nie wypuścili ich. W więzieniu powiedzieli, że nie mają takiego rozkazu.

– Szlag by trafił!

– Tam, w Iranie, jest coraz gorzej. Czy oglądałeś dziennik?

– Jasne.

– A nie przyszło ci do głowy, że już czas na Simonsa?

– Sądzę, że tak.

– Czy masz jego telefon?

– Nie, ale mogę się dowiedzieć.

– To zrób to – polecił Perot.

* * *

Bull Simons zaczynał wariować.

Zastanawiał się, czy nie podpalić domu. Był to stary drewniany budynek.

Spłonie przecież jak garść patyków i to będzie koniec wszystkiego. Dom ten był dla Simonsa piekłem – jednak takim piekłem, którego Simons nie chciał porzucić, wiązały go z nim bowiem wspomnienia czasów, gdy piekło to było rajem.

To Lucille wybrała to miejsce. Zobaczyła kiedyś ogłoszenie w jakimś czasopiśmie i oboje przylecieli z Fort Bragg w Karolinie Północnej, na Florydę, aby obejrzeć tę posiadłość. W nędznej, brudnej miejscowości Red Bay, na czterdziestoakrowej zalesionej działce stał walący się dom. Było tam jednak spore jezioro z okoniami…

Lucille była zachwycona.

– W 1971 roku Simons powinien był odejść na emeryturę. Przez dziesięć lat był pułkownikiem, akcja zaś w Son Tay stanowiła jego ostatnią szansę awansu na generała. Nie bardzo, wprawdzie pasował do Klubu Generałów: zawsze był oficerem rezerwy, nie ukończył żadnej prestiżowej uczelni w rodzaju West Point, stosował niezbyt konwencjonalne metody i nie potrafił podlizywać się właściwym osobom na przyjęciach w Waszyngtonie. Wiedział za to, że był cholernie dobrym żołnierzem, a jeśli to nie wystarczało – no cóż, widocznie był tylko dobrym żołnierzem. Tak więc odszedł na emeryturę i nigdy tego nie żałował.

Tutaj, w Red Bay, spędził najszczęśliwsze lata swego życia. Od początku małżeństwa razem z Lucille znosili okresy rozłąki. Trwały one nieraz i rok. Tak było, kiedy Simons wyjeżdżał do Wietnamu, Laosu i Korei. Odkąd przeszedł na emeryturę, nie rozstawali się ani na chwilę. Simons zajął się hodowlą świń. Nie znał się wcale na rolnictwie, ale tego, co mu było potrzebne, dowiedział się z książek. Sam wybudował chlewnię. A gdy już rozkręcił hodowlę, przekonał się, że poza karmieniem świń miał niewiele do roboty, spędzał więc czas nad swoją kolekcją broni, liczącą sto pięćdziesiąt egzemplarzy. W końcu otworzył mały warsztat rusznikarski. Naprawiał tam sąsiadom strzelby, a także wyrabiał własną amunicję. Niemal codziennie, on i Lucille wędrowali przez las do jeziora trzymając się za ręce. Czasami łowili razem okonie. Nieraz, wieczorem, po kolacji, Lucille znikała w sypialni, jak gdyby przygotowywała się na randkę, a potem wychodziła w szlafroczku, z ciemnymi włosami przewiązanymi czerwoną wstążką. Siadała mu wtedy na kolanach…

Te wspomnienia zawsze poruszały go do głębi. Nawet chłopcy, jakoś wydorośleli w tych szczęśliwych latach. Harry, młodszy, pewnego dnia wrócił do domu i powiedział: „Tato, wpadłem w nałóg, jestem uzależniony od heroiny i kokainy, potrzebuję twojej pomocy”. Simons niewiele wiedział o narkotykach. Raz palił marihuanę w gabinecie lekarskim w Panamie. Swego czasu zrobił swoim chłopcom wykład o narkomanii, ot po prostu żeby im opowiedzieć, jak to jest. O heroinie jednak wiedział tylko tyle, że zabija ludzi. A jednak pomógł Harry’emu, zmuszając go do pracy na świeżym powietrzu przy budowie chlewów. Nie wyleczył go od razu. Harry kilkakrotnie uciekał z domu do miasta, żeby zdobyć działkę, niemniej jednak zawsze wracał. W końcu – przestał jeździć do miasta. Simons w tym okresie bardzo zbliżył się do Harry’ego. Nigdy wszak nie potrafił zaprzyjaźnić się tak z Bruce’m, swym starszym synem. Nie musiał przynajmniej martwić się o tego chłopca. Chłopca? Bruce skończył już trzydziestkę i był równie uparty, jak ojciec. Bruce odkrył Jezusa i był zdecydowany nawrócić całą resztę świata – poczynając od pułkownika Simonsa. Simons po prostu, wyrzucił go z domu. Aczkolwiek inne młodzieńcze pasje Bruce’a – entuzjastycznie przyjmowane – narkotyki lub Cing, czyli powrót do natury – przeminęły, niemniej jednak Jezus pozostał. W końcu Bruce ustatkował się. Został pastorem niewielkiego kościółka gdzieś w mroźnej północno – wschodniej Kanadzie.

Tak czy inaczej, Simons przestał martwić się o chłopców. Wychował ich tak, jak najlepiej potrafił: na dobre i złe. Obaj byli dorośli i już nie potrzebowali jego troski. On opiekował się Lucille.

Lucille była piękna. Wysoka, posągowo zbudowana kobieta, która uwielbiała nosić wielkie kapelusze. Gdy siedziała za kierownicą ich czarnego „Cadillaka”, wyglądała niezwykle imponująco. Ale tak naprawdę wcale nie była taka. Była łagodna, uległa i kochająca. To ona, potrzebowała w życiu kogoś, kto podjąłby za nią decyzję, komu mogłaby ślepo zaufać. Tego kogoś znalazła w osobie Arta Simonsa. On z kolei, poza nią świata nie widział. Byli już małżeństwem od trzydziestu lat, gdy odszedł na emeryturę. Przez cały ten czas Simons nigdy nie interesował się innymi kobietami. Kiedyś rozdzielał ich tylko jego zawód, wymagał jednak częstych wyjazdów. Teraz to się skończyło. Simons powiedział Lucille:

„Moje życie to ty”.

Spędzili razem siedem cudownych lat. Lucille zmarła na raka 16 marca 1978 roku.

I Bull Simons załamał się zupełnie.

Podobno każdy człowiek ma określony próg wytrzymałości. Simons uważał do tej pory, że akurat jego to nie dotyczy. Teraz – dowiedział się, że nie ma racji. Śmierć Lucille złamała go. Zabił wielu ludzi i wiele razy widział, jak inni umierają, dotąd jednak nie rozumiał znaczenia słowa „śmierć”. Przez trzydzieści siedem lat byli razem – a teraz nagle ona odeszła.

Odtąd życie straciło dla niego sens. Nic nie miało znaczenia. Simons, który skończył sześćdziesiąt lat, nie wiedział teraz, po co ma żyć dalej. Nie dbał o siebie. Żywił się zimnym jedzeniem z puszek i nie przycinał włosów. Karmił swoje świnie – jak w pacierzu – codziennie za piętnaście czwarta, chociaż doskonale wiedział, że nie ma żadnego znaczenia, o której godzinie to robi. Przygarniał bezdomne psy i wkrótce miał w domu trzynaście kundli, które obgryzały meble i paskudziły na podłogę.

Wiedział, że znajduje się na krawędzi szaleństwa. I tylko żelazna samodyscyplina, która od dawna była jego drugą naturą, utrzymywała go przy zdrowych zmysłach. Kiedy po raz pierwszy wpadł na pomysł, żeby podpalić dom, był wytrącony z równowagi i dokładnie zdawał sobie z tego sprawę. Postanowił, że zaczeka jeszcze rok i zobaczy, jak będzie się wtedy czuł.

Wiedział o tym, że Stanley – jego brat – martwi się o niego. Stan próbował go nakłonić, żeby wziął się w garść. Proponował mu wykłady, namawiał go nawet do wstąpienia do armii izraelskiej. Simons był z pochodzenia Żydem, uważał się jednak za Amerykanina. Nie chciał wyjeżdżać do Izraela. Nie potrafił wziąć się w garść. Mógł tylko żyć z dnia na dzień, jak dotąd.

Nigdy nie potrzebował niczyjej opieki. Po co? Przeciwnie, potrzebował kogoś, kim mógłby się opiekować. Robił to przez całe swoje życie. Opiekował się Lucille, opiekował się swoimi podwładnymi. Nikt nie mógł go wyratować z tego, co czuł, ponieważ to on zawsze ratował innych. Dlatego właśnie mógł pojednać się z Harrym, ale nie potrafił zaprzyjaźnić się z Bruce’m, Harry wpadł w nałóg i przyszedł do niego po ratunek, Bruce natomiast chciał uratować Arta Simonsa, nawracając go na prawdziwą wiarę. Dowodząc operacjami wojskowymi Simons nigdy nie tracił z oczu nadrzędnego celu: przyprowadzić swoich ludzi z powrotem całych i zdrowych. Akcja w Son Tay mogła być wspaniałym ukoronowaniem jego kariery, gdyby tylko w obozie byli jeńcy czekający na ratunek.

I tak naprawdę Bull Simons mógł uratować się tylko wtedy, gdy musiał ratować kogoś innego.

Zdarzyło się to o drugiej w nocy, 2 stycznia 1979 roku. Obudził go telefon.

– Bull Simons? – Głos jakby był znajomy.

– Tak.

– Mówi T. J. Marquez z EDS w Dallas.

Simons szybko skojarzył: EDS, Ross Perot, kampania na rzecz jeńców wojennych, przyjęcie w San Francisco…

– Cześć, Tom – powiedział.

– Przepraszam, że cię obudziłem.

– Nie szkodzi. Co mogę dla ciebie zrobić?

– Mamy dwóch ludzi uwięzionych w Teheranie. Wygląda na to, że nie będziemy mogli ich wyciągnąć przy użyciu środków konwencjonalnych. Czy zechcesz nam pomóc?

Czy zechce?

– Do diabła, tak – odparł Simons. – Kiedy zaczynamy?

ROZDZIAŁ CZWARTY

Ross Perot wyjechał z EDS i skręcił w lewo, w Forest Lane, potem zaś w prawo na Autostradę Centralną. Jechał do hotelu Hiltona na Central i Mockingbird. Miał właśnie poprosić siedmiu ludzi, aby zaryzykowali swoje życie.

Sculley i Coburn sporządzili właściwą listę. Obaj znajdowali się na pierwszych miejscach. Wytypowali jeszcze pięć osób.

Iluż to amerykańskich prezesów korporacji w dwudziestym wieku poprosiło siedmiu swoich pracowników, aby zorganizowali ucieczkę z więzienia? Zapewne żaden.

Podczas tej nocy Coburn i Sculley zadzwonili do pozostałych pięciu, którzy po swoim pospiesznym wyjeździe z Teheranu przebywali z przyjaciółmi i krewnymi rozproszeni po całych Stanach Zjednoczonych. Każdy z nich usłyszał tylko, że Perot chce się z nim zobaczyć dzisiaj w Dallas. Przywykli już do telefonów o północy oraz nagłych wezwań – to był styl pracy Perota – i zgodzili się przyjechać.

Kiedy przybyli do Dallas, starano się trzymać ich z daleka od centrali EDS i skierowano do hotelu Hiltona. Większość z nich powinna już być na miejscu i czekać na Perota.

Zastanawiał się, jaka będzie ich reakcja, gdy powie im, że chce, aby wrócili do Teheranu i uwolnili z więzienia Paula i Billa.

Byli dobrymi, lojalnymi wobec niego ludźmi, ale lojalność wobec pracodawcy zazwyczaj nie oznacza konieczności ryzykowania życia. Niektórzy z nich mogą odnieść wrażenie, że cały ten pomysł ratowania Paula i Billa przy użyciu siły jest szaleństwem. Inni mogą pamiętać o swoich żonach i dzieciach i odmówić dla ich dobra. Byłoby to zupełnie zrozumiałe.

„Nie mam prawa prosić ich o to – pomyślał. – Muszę uważać, żeby nie wywierać na nich żadnego nacisku. Żadnych komiwojażerskich sztuczek, Perot – tylko szczerość. Muszą zrozumieć, że mogą swobodnie powiedzieć: „Nie, szefie.

Dziękuję, niech pan na mnie nie liczy”„. Ilu z nich zgłosi się na ochotnika?

Perot przypuszczał, że jeden z całej piątki.

Gdyby tak się stało, pewnie straciłby kilka dni na zebranie całego zespołu i mogłoby się okazać, że ostatecznie znaleźliby się w nim ludzie, którzy nie znają Teheranu.

A co będzie, jeżeli nikt się nie zgłosi?

Zjechał na parking Hiltona i wyłączył silnik.

* * *

Jay Coburn rozejrzał się wokoło. Oprócz niego znajdowało się w pokoju jeszcze czterech mężczyzn: Pat Sculley, Glenn Jackson, Ralph Boulware i Joe Poche. Dwóch kolejnych było w drodze: Jim Schwebach jechał z Eau Claire w Wisconsin, a Ron Davis z Columbus w stanie Ohio.

To na pewno nie jest „Parszywa Dwunastka”.

W garniturach, białych koszulach, stonowanych krawatach, krótko ostrzyżeni, gładko ogoleni i dobrze odżywieni, wyglądali na tych, kim byli w istocie: zwyczajnych amerykańskich pracowników szczebla kierowniczego. Trudno było sobie wyobrazić ich jako oddział najemników.

Coburn i Sculley sporządzili osobne listy, ale nazwiska tych pięciu mężczyzn znalazły się na obu. Każdy z nich pracował w Teheranie, większość była w zespole ewakuacyjnym Coburna. Każdy mógł się wykazać doświadczeniem wojskowym bądź jakąś istotną dla operacji umiejętnością. Każdemu z nich Coburn ufał bez reszty.

W czasie kiedy Sculley telefonował do nich wczesnym rankiem tego dnia, Coburn sięgnął do akt personalnych i założył wszystkim teczki. Zgromadził tam, takie dane jak: wiek, wzrost, waga, stan cywilny oraz znajomość Teheranu. Kiedy przyjechali do Dallas, każdy wypełnił następną ankietę, dotyczącą doświadczenia wojskowego, ukończonych szkół wojskowych, przebytych szkoleń strzeleckich i innych specjalnych umiejętności. Teczki te były przeznaczone dla pułkownika Simonsa, który podążał z Red Bay. Ale przed jego przybyciem Perot musiał zadać tym ludziom pytanie, czy w ogóle mają zamiar zgłosić się na ochotnika.

Na spotkanie z Perotem Coburn wynajął trzy sąsiadujące ze sobą pokoje. Tylko środkowy pokój miał być wykorzystany – pokoje po obu stronach zostały wynajęte, aby uniknąć podsłuchu.

Przypominało to film o melodramatycznej, sensacyjnej fabule.

Coburn przyglądał się pozostałym mężczyznom, zastanawiając się, o czym myślą. Jeszcze nie mówił im, o co chodzi, ale pewnie już się tego sami domyślili. Nie mógł zorientować się, o czym myśli Joe Poche. Nikt nigdy nie był w stanie tego dokonać. Niski, spokojny, trzydziestodwuletni Poche doskonale kontrolował swoje emocje. Mówił zawsze cicho i spokojnie, jego twarz zazwyczaj pozbawiona była wyrazu. Przez sześć lat służył w wojsku i brał udział w walkach w Wietnamie jako dowódca baterii haubic. Strzelał zadowalająco prawie z każdej broni palnej, jaka znajdowała się w armii, a w Wietnamie dla zabicia czasu trenował strzelanie z pistoletu kał. 0. 45. Jako pracownik EDS spędził w Teheranie dwa lata. Początkowo projektował system rejestracji – program komputerowy zawierający nazwiska osób, którym przysługiwały zasiłki na opiekę zdrowotną. Później został programistą odpowiedzialnym za wprowadzenie zbiorów danych, które tworzyły bazę całego systemu. Coburn znał go jako człowieka rozważnego, myślącego logicznie, który nie zgodzi się na udział w żadnym planie czy przedsięwzięciu dopóty, dopóki nie przeanalizuje go dokładnie i nie przemyśli powoli i starannie wszystkich jego konsekwencji. Poczucie humoru i intuicja nie stanowiły jego silnej strony, były nią natomiast: myślenie i cierpliwość.

Ralph Boulware, jeden z dwóch czarnych mężczyzn na liście, był o całe pięć cali wyższy od Pochego. Miał pucołowatą twarz, małe, rozbiegane oczy i mówił bardzo szybko. Sześć lat spędził w lotnictwie jako technik, zajmując się zespolonymi komputerami pokładowymi i radarowymi systemami bombowców. W Teheranie był zaledwie dziewięć miesięcy. Zaczął tam jako kierownik przygotowania danych i szybko otrzymał awans na stanowisko kierownika centrum. Coburn znał go dobrze i bardzo lubił. W Teheranie popijali razem. Ich dzieci bawiły się wspólnie, a żony zaprzyjaźniły ze sobą. Boulware kochał swoją rodzinę, kochał swoich przyjaciół, kochał swoją pracę, kochał swoje życie. Cieszył się życiem bardziej niż ktokolwiek, kto Coburnowi przychodził na myśl, może z wyjątkiem Rossa Perota. Boulware był również wyjątkowo niezależnie myślącym facetem. Nigdy nie miał najmniejszego problemu z wypowiadaniem tego, co myśli. Podobnie, jak wielu czarnych, którym powiodło się w życiu, był nieco przewrażliwiony i lubił podkreślać, że nie pozwoli sobą komenderować. W Teheranie, podczas święta Ashura, kiedy ostro grał w pokera z Coburnem i Paulem, wszyscy dla bezpieczeństwa nocowali w gmachu, tak jak poprzednio uzgodniono. Wszyscy – poza Boulwarem. Nie było żadnej dyskusji, żadnych oświadczeń – Boulware po prostu poszedł do domu. Kilka dni później uznał, że praca, którą wykonuje w Teheranie, nie rekompensuje podejmowanego przezeń ryzyka i powrócił do Stanów. Nie należał do ludzi, którzy biegną wraz ze stadem tylko dlatego, że stado biegnie. Skoro uznał, że stado podąża w złym kierunku, opuszczał je. Był największym sceptykiem spośród wszystkich członków grupy zebranych w Hiltonie. Jeżeli ktokolwiek z nich miał wyszydzić pomysł odbicia więźniów, to tym kimś mógł się okazać właśnie Boulware.

Glenn Jackson najmniej z nich wszystkich wyglądał na najemnika. Łagodny, w okularach, nie miał doświadczenia wojskowego, ale był zapalonym myśliwym i świetnym strzelcem. Dobrze znał Teheran, pracował tam bowiem dla Bell Helicopter oraz dla EDS. „Jackson jest zbyt prostolinijnym, szczerym i uczciwym gościem – pomyślał Coburn – żeby go sobie wyobrazić działającego podstępem i przemocą, czego może wymagać odbicie więźniów”. Był baptystą, pozostali – katolikami poza Pochem, który nie zadeklarował żadnego wyznania. Baptyści znani byli z tego, że grzmocili raczej Biblią w pulpit, niż pięścią w zęby. Coburn zastanawiał się, jak Jackson da sobie radę.

Te same wątpliwości miał w stosunku do Pata Sculleya. Sculley miał dobrą opinię wojskową – służył pięć lat i pod koniec w stopniu kapitana został instruktorem komandosów. Nie miał jednak doświadczenia bojowego. Agresywny w interesach, był jednym z inteligentniejszych i bardziej rzutkich przedstawicieli młodej kadry kierowniczej EDS. Podobnie jak Coburn, Sculley był niepoprawnym optymistą, o ile jednak sposób bycia Coburna utemperowała wojna, o tyle Sculley pozostał młodzieńczo naiwny. „Gdy zacznie robić się gorąco – zastanawiał się Coburn – czy Sculley okaże się wystarczająco twardy, aby sobie poradzić?”

Z dwóch ludzi, którzy jeszcze nie przybyli, jeden nadawał się do uwalniania więźniów w najwyższym stopniu, drugi zaś – chyba w najmniejszym.

Jim Schwebach wiedział o walce więcej, niż Coburn o komputerach. Spędził w wojsku jedenaście lat, służył w 5 Grupie Sił Specjalnych w Wietnamie, prowadząc ten sam rodzaj działań komandoskich, w których specjalizował się Bull Simons (tajne operacje za liniami nieprzyjaciela). Miał nawet więcej odznaczeń od Coburna. Ponieważ spędził w wojsku tak wiele czasu, mimo swoich trzydziestu pięciu lat zajmował wciąż dosyć niskie stanowisko. Kiedy wyjechał do Teheranu, był inżynierem systemów szkoleniowych, Coburn jednak, widząc, że jest człowiekiem dojrzałym, na którym można polegać, zrobił go na czas ewakuacji szefem grupy. Przy wzroście zaledwie pięć stóp i sześć cali Schwebach w sposób charakterystyczny dla wielu niskich ludzi chodził wyprostowany, z lekko zadartym podbródkiem i odznaczał się nieposkromioną bojowością, która dla najmniejszego chłopaka w całej klasie bywa jedynym środkiem obrony. Bez względu na rezultat, Schwebach zawsze pozostanie na pierwszej linii, rwąc się do walki i kombinując, jakby tu dołożyć jeszcze raz. Coburn podziwiał go za to, że powodowany najgłębiej pojmowanym patriotyzmem, zgłosił się ochotniczo do dalszej służby w Wietnamie. „W czasie walki – pomyślał Coburn – Schwebach byłby ostatnim facetem, którego chciałbym wziąć do niewoli. Na miejscu nieprzyjaciela, wolałbym tego małego drania zabić na miejscu. Inaczej ani chybi narobiłby kłopotów”.

Mimo wszystko, zadziorność Schwebacha nie rzucała się w oczy. Wyglądał bardzo zwyczajnie, tak że na dobrą sprawę prawie się go nie zauważało. W Teheranie mieszkał najdalej ze wszystkich na południe, w dzielnicy, w której nie spotykało się innych Amerykanów. Mimo to, często chodził ulicami ubrany w swoją wytartą bluzę wojskową, niebieskie dżinsy i włóczkową czapkę, nie zaczepiany przez nikogo. Potrafił zmieszać się z tłumem składającym się z dwóch osób – była to umiejętność, która może być użyteczna przy uwalnianiu więźniów.

Drugim nieobecnym z listy był Ron Davis. Najmłodszy z nich wszystkich, miał trzydzieści lat, był synem biednego, czarnego agenta ubezpieczeniowego i zrobił szybką karierę w białym światku korporacyjnej Ameryki. Niewielu spośród tych, którzy podobnie jak on zaczynali od produkcji, osiągnęło szczeble kierownicze w pionie obsługi klientów. Perot był z Davisa szczególnie dumny: „Kariera Rona przypomina start rakiety księżycowej” – mawiał. Podczas półtorarocznego pobytu w Teheranie, kiedy pracował pod kierunkiem Keane’a Taylora, nie w ramach kontraktu ministerstwa, lecz przy mniejszym, odrębnym przedsięwzięciu skomputeryzowania, należącego do szacha Banku Omran, Davis nauczył się dobrze farsi. Był wesoły, nonszalancki, zawsze trzymały się go dowcipy. Stanowił jakby młodzieńczą wersję Richarda Pryora, lecz bez jego demonstracyjnego chamstwa. Coburn uważał go za najbardziej szczerego człowieka na liście. Davis bez trudu umiał się otworzyć i mówić o swoich uczuciach czy życiu osobistym.

Z tego też powodu Coburn obawiał się, że jest także najmniej odporny. Z drugiej strony jednak ta zdolność mówienia innym ludziom prawdy o samym sobie mogła być oznaką dużej wewnętrznej siły i pewności siebie.

Bez względu na to, jak wyglądała prawda o emocjonalnej odporności Davisa, fizycznie był twardy jak skała. Nie miał wprawdzie doświadczenia wojskowego, ale za to posiadał czarny pas w karate. Pewnego razu w Teheranie zaatakowało go trzech mężczyzn usiłując obrabować. W ciągu paru sekund rozłożył ich wszystkich. Karate Davisa, podobnie jak zdolność niezwracania na siebie uwagi Schwebacha, mogło przydać się.

Podobnie jak Coburn, wszyscy zebrani w pokoju hotelowym byli po trzydziestce.

Wszyscy byli żonaci.

I wszyscy mieli dzieci.

Drzwi otworzyły się i wszedł Perot.

Ściskał im ręce mówiąc: „Jak się masz?” i „Cieszę się, że cię widzę!” – w taki sposób, jakby się rzeczywiście cieszył. Wspominał imiona ich żon i dzieci. „Ma podejście do ludzi” – pomyślał Coburn.

– Schwebach i Davis jeszcze nie przyjechali – poinformował Coburn.

– W porządku – odparł Perot siadając. – Zobaczę się z nimi później. Jak tylko przyjadą, przyślij ich do mojego biura.

Milczał przez chwilę.

– Powiem im dokładnie to samo, co mam zamiar powiedzieć wam. Znowu umilkł, jakby zbierając myśli. Potem zmarszczył brwi i zmierzył ich twardym spojrzeniem.

– Potrzebuję ochotników do realizacji przedsięwzięcia, które może wiązać się z narażeniem życia. Na razie nie mogę powiedzieć wam, o co chodzi, choć zapewne możecie się tego domyślać. Chcę, żebyście przez pięć albo dziesięć minut – nie więcej – przemyśleli to, a potem wrócili pojedynczo i porozmawiali ze mną. Przemyślcie to dobrze. Jeżeli uznacie, z jakiegokolwiek bądź powodu, że nie chcecie się w to mieszać, powiedzcie mi. Nikt poza mną o tym się nie dowie.

Jeżeli zdecydujecie zgłosić się, powiem wam więcej. A teraz idźcie i pomyślcie. Wszyscy wstali i kolejno, jeden po drugim, wyszli z pokoju.

* * *

Mogłem się zabić na Autostradzie Centralnej – pomyślał Joe Poche. Doskonale wiedział, co to było za niebezpieczne przedsięwzięcie: mieli wydostać Billa i Paula z więzienia.

Podejrzewał to już od wpół do trzeciej rano, kiedy w domu teściowej w San Antonio obudził go telefon Pata Sculleya. Sculley, najbardziej nieudolny kłamca na świecie, powiedział: „Ross prosił, żebym zadzwonił do ciebie. Chce, żebyś był rano w Dallas i zaczął pracę nad badaniami w Europie”.

– Do diabła, Pat – odpowiedział Poche. – Dzwonisz do mnie o wpół do trzeciej rano, żeby mi powiedzieć, że Ross chce, żebym pracował nad badaniami w Europie?

– To dość ważne. Musimy wiedzieć, kiedy możesz tu być.

„OK – pomyślał z rezygnacją Poche – pewnie to coś takiego, o czym nie może mówić przez telefon”.

– Mam pierwszy samolot chyba około szóstej albo siódmej rano.

– Wspaniale.

Poche zarezerwował telefonicznie miejsce w samolocie i wrócił do łóżka. Kiedy nastawiał budzik na piątą rano, powiedział żonie:

– Nie wiem, o co tu chodzi, ale bardzo bym chciał, żeby choć raz ktoś był ze mną szczery.

W gruncie rzeczy domyślał się, w czym rzecz, i jego podejrzenia potwierdziły się jeszcze tego samego dnia, kiedy Ralph Boulware spotkał go na dworcu autobusowym przy Goit Road i zamiast do EDS, zawiózł go do hotelu, odmawiając po drodze jakichkolwiek wyjaśnień.

Poche lubił przemyśleć wszystko dokładnie i miał dużo czasu, aby rozważyć pomysł odbicia Paula i Billa z więzienia. Sprawił mu on przyjemność, cholerną przyjemność. Przypominały mu się dawne czasy, kiedy w całym EDS zatrudnionych było zaledwie trzy tysiące osób i kiedy rozmawiali o wyznaniu „Wiary”. Było to ich słowo, obejmujące całe mnóstwo postaw i przekonań co do tego, jak firma powinna postępować z pracownikami. Ostatecznie wszystko sprowadzało się wtedy do jednego: EDS dbało o swoich ludzi. Dopóki pracujesz dla firmy z maksymalnym wysiłkiem, dopóty znajdziesz w niej oparcie na dobre i na złe: kiedy chorujesz, gdy masz osobiste albo rodzinne kłopoty, kiedy wpakujesz się w jakiekolwiek tarapaty… Zupełnie jak w rodzinie. Poche, chociaż o tym nie mówił, dobrze czuł się w tym układzie. W ogóle niewiele mówił o swoich uczuciach.

EDS zmieniło się od tamtych dni. Kiedy pracuje tu dziesięć, zamiast trzech tysięcy osób, atmosfera rodzinna nie może być tak silna. Nikt już nie mówił o wyznaniu „Wiary”. Ale ona wciąż była, dowodziło tego choćby to spotkanie. I mimo iż jego twarz jak zwykle nic nie wyrażała, Joe Poche był zadowolony. Oczywiście, że pojadą tam i wyciągną przyjaciół z mamra. Pochemu wystarczało do szczęścia tylko to, że mógł brać w tym udział.

* * *

Wbrew oczekiwaniom Coburna, Ralph Boulware wcale nie wyszydził pomysłu oswobodzenia Paula i Billa. Sceptyczny, niezależny w poglądach Boulware zapalił się do tego, jak wszyscy.

On również domyślił się, o co chodzi i podobnie jak Pochemu, dopomógł mu w tym fakt, że Sculley zupełnie nie potrafił kłamać w przekonywający sposób. Boulware przebywał wraz z rodziną u przyjaciół w Dallas. W Nowy Rok obijał się właściwie bez celu i żona zapytała go, dlaczego nie poszedł do biura. Odpowiedział, że nie ma tam nic do roboty. Nie dała się jednak na to nabrać. Mary Boulware była jedyną osobą na świecie, która mogła zmusić Ralpha do czegokolwiek. Ostatecznie poszedł więc do biura. Tam natknął się na Sculleya.

– Co się stało? – spytał Boulware.

– Och, nic specjalnego – odparł Sculley.

– Co robisz?

– Przede wszystkim załatwiam rezerwacje biletów lotniczych. Sculley sprawiał dość dziwne wrażenie, Boulware znał go dobrze – w Teheranie jeździli razem rano do pracy – i instynktownie wyczuł, że Sculley nie mówi prawdy.

– Coś jest nie tak – rzekł Boulware. – Co się dzieje?

– Nic się nie dzieje, Ralph!

– Jak wygląda sprawa Paula i Billa?

– Wykorzystują wszystkie kanały, żeby ich wyciągnąć. Kaucja wynosi trzynaście milionów dolarów i musimy dostarczyć te pieniądze…

– Chrzanisz. Tam się rozleciał cały system państwowy i prawny. Nie ma już żadnych kanałów. Co macie zamiar zrobić?

– Słuchaj, nie łam tym sobie głowy.

– Czyż nie macie zamiaru spróbować ich stamtąd wyciągnąć? Sculley nie odpowiedział.

– Słuchaj, możecie na mnie liczyć – powiedział Boulware.

– Co chcesz przez to powiedzieć – „na mnie liczyć”?

– Przecież to oczywiste, że coś zamierzacie. – Co chcesz przez to powiedzieć?

– Nie bawmy się w ciuciubabkę. Po prostu możecie na mnie liczyć.

– OK.

To była dla niego prosta decyzja. Paul i Bill byli jego przyjaciółmi i równie dobrze to Boulware mógł teraz tkwić w mamrze. A wtedy spodziewałby się, że przyjaciele przybędą wyciągnąć go stamtąd.

Był jeszcze jeden powód. Boulware cholernie lubił Pata Sculleya. Do diabła, wręcz go k o c h a ł. Był również bardzo wobec niego opiekuńczy. Według Boulware’a, Sculley na dobrą sprawę nie orientował się, że cały ten świat pełen jest zepsucia, zbrodni i grzechu. Widział to, co chciał widzieć – kurę w każdym garnku. „Chevroleta” przed każdym domem, świat dobrych mamuś i szarlotkę. Jeżeli Sculley miał brać udział w oswobodzeniu więźniów, to Boulware będzie musiał nim zaopiekować się. Może to dość dziwne uczucie, jeżeli wziąć pod uwagę, że dotyczyło człowieka mniej więcej w jego wieku, ale tak właśnie sprawy się miały. Boulware rozmyślał o tym przez cały Nowy Rok i wciąż czuł to samo. Dlatego też wrócił do pokoju hotelowego i powiedział Perotowi te same słowa, co Sculleyowi:

Może pan na mnie liczyć.

* * *

Glenn Jackson nie bał się umrzeć.

Wiedział, co go czeka po śmierci, i nie obawiał się. Jeśli Pan zechce przywołać go do domu swego – cóż, jest gotów.

Niemniej jednak niepokoił się o los swojej rodziny. Dopiero co została ewakuowana z Iranu i przebywała obecnie u jego matki we wschodnim Teksasie. Nie miał jeszcze czasu, aby rozejrzeć się za jakimś mieszkaniem. Jeżeli zaangażuje się w tę sprawę, nie zdoła zwolnić się na trochę dla uporządkowania spraw rodzinnych, wszystko spadnie na Carolyn. Będzie musiała sama odbudować życie całej rodziny w Stanach. Będzie musiała znaleźć dom, załatwić szkołę dla Cheryl, Cindy i Glenna juniora, kupić albo wypożyczyć meble…

Samodzielność nie stanowiła silnej strony Carolyn. Wszystko to nie przyjdzie jej łatwo.

Poza tym, była już na niego wściekła. Tego ranka przyjechała z nim do Dallas, ale Sculley powiedział mu, żeby odesłał ją do domu. Nie pozwolono jej zamieszkać w Hiltonie razem z mężem. To ją rozzłościło.

Ale Paul i Bill również mieli rodziny.

„Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego”. Tak mówiła Biblia, i to dwukrotnie: Księga Kapłańska rozdział 19, wers 18 i Ewangelia według św. Mateusza, rozdział 19, wers 19.

„Gdybym to ja siedział w więzieniu w Teheranie – pomyślał Jackson – z pewnością miłowałbym kogoś, kto by coś dla mnie uczynił”.

Dlatego też zgłosił się.

* * *

Sculley dokonał wyboru parę dni wcześniej.

Zanim Perot zaczął mówić o udzieleniu pomocy, Sculley już przeprowadził dyskusję na ten temat. Po raz pierwszy sprawa wypłynęła nazajutrz po aresztowaniu Paula i Billa, tego dnia, kiedy Sculley odleciał z Teheranu razem z Joem Pochem i Jimem Schwebachem. Sculley czuł się przygnębiony tym, że zostawiali Paula i Billa, tym bardziej że Teheran w ciągu ostatnich kilku dni stał się miastem niezwykle niebezpiecznym. W dzień Bożego Narodzenia dwóch Afganów, przyłapanych na kradzieży na bazarze, natychmiast powiesili, a próbującemu przepchać się bez kolejki do stacji benzynowej taksówkarzowi, żołnierz wpakował kulę w łeb. A co, jak już zaczną, będą wyprawiać z Amerykanami? Wolał o tym nie myśleć.

W samolocie Sculley siedział obok Jima Schwebacha. Obaj doszli do wniosku, że życie Paula i Billa jest w niebezpieczeństwie. Schwebach, który miał doświadczenie w tajnych, komandoskich akcjach, przyznał mu rację w tym, że kilku zdecydowanych na wszystko Amerykanów mogłoby uwolnić dwóch ludzi z irańskiego więzienia.

* * *

Sculley poczuł się więc przyjemnie zaskoczony, kiedy trzy dni później Perot powiedział: – Myślałem o tym samym.

Sculley wpisał swoje nazwisko na listę.

Nie potrzebował czasu, aby to przemyśleć. Zgłosił się.

Sculley wpisał na listę również Coburna, nie mówiąc mu o tym.

Aż do tej chwili beztroski, żyjący z dnia na dzień Coburn, nawet nie pomyślał o tym, że również mógłby zostać włączony do zespołu. Ale Sculley miał rację – Coburn chciał jechać.

„Lizie to się nie spodoba” – pomyślał.

Westchnął. Ostatnimi czasy jego żonie nie podobało się wiele rzeczy. „Czepia się” – pomyślał. Nie podobało się jej, kiedy był w wojsku, nie podobały się jego zainteresowania, które go jej zabierały, nie podobało jej się, że pracuje dla szefa, który bez wahania dzwonił do niego o każdej porze dnia i nocy, aby zlecić mu jakieś specjalne zadanie.

Nigdy nie żył w taki sposób, w jaki by sobie tego życzyła, i pewnie było już za późno, aby zaczynać wszystko od nowa. Jeżeli teraz pojedzie do Teheranu, żeby ratować Paula i Billa, Liza może go z tego powodu znienawidzi. Ale jeżeli tego nie zrobi, najprawdopodobniej znienawidzi za to sam siebie.

„Przepraszam, Lizo” – pomyślał. Znowu zaczyna się.

* * *

Jim Schwebach przybył późnym popołudniem i usłyszał od Perota to samo. Schwebach miał niezwykle rozwinięte poczucie obowiązku. Swego czasu chciał zostać księdzem, ale dwa lata w seminarium zniechęciło go do zorganizowanych form religijności. Spędził jedenaście lat w wojsku i zgłosił się ochotniczo do dalszej służby w Wietnamie, powodowany również tym samym poczuciem obowiązku. W Azji widział wielu ludzi, którzy wykonywali swoje obowiązki źle, i wiedział, że on swoje spełniał dobrze. „Jeżeli wycofam się z tego – pomyślał – ktoś inny przyjdzie na moje miejsce i na pewno spaprze robotę. W rezultacie, ktoś może stracić rękę, nogę albo i życie. Zostałem wyszkolony i jestem w tym dobry. A poza tym jestem im to winien”.

O uwolnieniu Paula i Billego myślał właściwie tak samo. Był jedynym członkiem proponowanego składu, który robił już coś takiego. Potrzebowali go.

A poza tym lubił to. Miał żyłkę do walki. Być może z powodu swojego niskiego wzrostu. Walka była jego powołaniem, czuł wtedy, że żyje. Zgłosił się bez wahania.

Nie mógł doczekać się, kiedy zaczną.

* * *

Ron Davis, drugi czarny na liście i jednocześnie najmłodszy z nich wszystkich, wahał się.

Przybył do Dallas wczesnym wieczorem i natychmiast przywieziono go do centrali EDS na Forest Lane. Nigdy dotąd nie zetknął się z Perotem, ale rozmawiał z nim przez telefon z Teheranu podczas ewakuacji. Przez kilka dni utrzymywali wtedy łączność telefoniczną między Teheranem i Dallas przez całą dobę. Ktoś musiał spać w Teheranie ze słuchawką przy uchu i obowiązek ten często spadał na Davisa. Pewnego razu sam Perot podszedł do telefonu.

– Ron, wiem, że macie tam paskudną sytuację i w pełni doceniamy, że tam jesteś. Czy mógłbym teraz coś dla ciebie zrobić?

Davis był zaskoczony. Robił to samo, co jego przyjaciele i nie oczekiwał jakichś specjalnych podziękowań. Miał jednak jedno szczególne zmartwienie.

– Moja żona jest w ciąży – powiedział Perotowi. – Gdybym mógł pana prosić, żeby ktoś do niej zadzwonił i powiedział, że u mnie wszystko jest w porządku i będę w domu najszybciej, jak to możliwe. Byłbym panu bardzo zobowiązany. Davis z zaskoczeniem dowiedział się później od Marvy, że Perot nie polecił nikomu, aby do niej zadzwonił – zatelefonował sam.

Teraz, przy pierwszym spotkaniu z Perotem, Davis ponownie był pod jego wrażeniem. Perot serdecznie uścisnął mu rękę i powiedział: – Cześć, Ron, jak się masz? – zupełnie jakby przyjaźnili się od lat.

Mimo to jednak, słuchając przemowy Perota o „zagrożeniu życia”, Davis miał wątpliwości. Chciał wiedzieć coś więcej o operacji ratunkowej. Z radością dopomógłby Paulowi i Billowi, ale chciał mieć pewność, że cała akcja będzie dobrze, profesjonalnie zorganizowana.

* * *

Perot powiedział mu o Bullu Simonsie i to przeważyło szalę. Perot by z nich po prostu dumny.

Zgłosili się wszyscy, co do jednego.

Siedział w swoim biurze. Na zewnątrz było ciemno. Czekał na Simonsa. Uśmiechnięty Jay Coburn, chłopięcy Pat Sculley, Joe Poche – człowiek z żelaza, Ralph Boulware – wysoki, czarny i sceptyczny, łagodny Glenn Jackson, zabijaka Jim Schwebach, zgrywus Ron Davis.

Co do jednego!

Był z nich dumny i jednocześnie wdzięczny, ciężar bowiem, który brali na swoje barki, bardziej należał do niego, niż do nich.

Pod każdym względem był to udany dzień. Simons natychmiast zgodził się przyjechać i pomóc. Paul Walker, pracownik służby bezpieczeństwa EDS, który przypadkowo służył z Simonsem w Laosie, w środku nocy wskoczył do samolotu i poleciał do Red Bay, żeby zaopiekować się świniami i psami Simonsa. I siedmiu młodych kierowników, którzy natychmiast rzucili wszystko i zgodzili się polecieć do Iranu, aby uwolnić kolegów z więzienia.

Teraz byli za hallem w sali konferencyjnej EDS i czekali na Simonsa, który przyjechał już do Hiltona i poszedł z T. J. Marquezem i Mervem Staufferem na obiad.

Perot myślał o Staufferze. Ten czterdziestoletni ekonomista, krępy, w okularach, był jego prawą ręką. Doskonale przypominał sobie ich pierwsze spotkanie, kiedy rozmawiał ze Staufferem. Merv, podówczas absolwent jakiegoś college’u z Kansas, ubrany w tanią marynarkę i spodnie wyglądał jak chłopak prosto z farmy. A do tego nosił białe skarpetki.

W rozmowie Perot możliwie najłagodniej wytłumaczył mu, że białe skarpetki nie są właściwym szczegółem garderoby podczas urzędowego spotkania.

Ale skarpetki były jedynym błędem Stauffera. Wywarł na Perocie wrażenie człowieka sprytnego, twardego, dobrze zorganizowanego i przywykłego do ciężkiej pracy.

W miarę upływu lat Perot zorientował się, że Stauffer miał jeszcze więcej zalet. Doskonale orientował się w szczegółach – coś, czego brakowało Perotowi. Nie sposób było zbić go z tropu. I był wspaniałym dyplomatą. Kiedy EDS wywalczyła kontrakt, niejednokrotnie oznaczało to konieczność przejmowania istniejących już działów, opracowania danych wraz z personelem. Często powodowało to komplikacje. Ludzie ze zrozumiałych względów byli drażliwi, nieufni i niechętni. Merv Stauffer – spokojny, uśmiechnięty, skłonny do pomocy, mówiący łagodnie i w równie łagodny sposób stanowczy – umiał ugłaskać ich, jak nikt inny.

Od końca lat sześćdziesiątych pracował bezpośrednio z Perotem. Specjalizował się w podchwytywaniu mglistych, zwariowanych pomysłów, rodzących się w niespokojnej wyobraźni Perota, dokładnym ich analizowaniu, a następnie nadawaniu im kształtu i puszczaniu w ruch całej skomplikowanej maszynerii. Niekiedy dochodził do wniosku, że pomysł jest zły – i kiedy Stauffer tak twierdził – Perot zaczynał myśleć, że być może pomysł istotnie jest zły.

Miał ogromny zapał do pracy. Nawet wśród „pracoholików” z szóstego piętra Stauffer był kimś wyjątkowym. Nie tylko pracował nad tym, co Perot wymarzył sobie w łóżku poprzedniej nocy, ale również nadzorował jego spółkę nieruchomości ziemskich i towarzystwo naftowe, zarządzał jego inwestycjami i majątkiem.

„Najlepszym sposobem udzielenia pomocy Simonsowi – uznał Perot – będzie przydzielenie mu Merva Stauffera”.

Zastanawiał się, czy Simons się zmienił. Od ich ostatniego spotkania minęło wiele lat. To było podczas bankietu. Simons opowiedział mu następującą historię.

W czasie rajdu na Son Tay śmigłowiec Simonsa wylądował w niewłaściwym miejscu. Był to umocniony obiekt bardzo podobny do obozu jenieckiego, ale odległy od niego o jakieś czterysta jardów. Znajdowały się tam baraki pełne śpiących żołnierzy wroga. Rozbudzeni hałasem i rakietami oświetlającymi wyskakiwali z baraków, rozespani, na wpół ubrani, ale uzbrojeni. Simons stał przed drzwiami z zapalonym cygarem w ustach, obok niego zaś stał potężnie zbudowany sierżant. Ktokolwiek pojawiał się w drzwiach, widząc żarzący się koniuszek cygara

Simonsa, stawał niezdecydowany. Wtedy Simons strzelał. Sierżant odrzucał ciało na bok. Potem czekali na następnego.

Perot nie mógł powstrzymać się od pytania:

– Ilu ludzi pan zabił?

– Chyba około siedemdziesięciu czy osiemdziesięciu – odparł Simons beznamiętnie.

Simons był wspaniałym żołnierzem, ale obecnie hodował świnie. Czy wciąż jest równie sprawny? Miał sześćdziesiąt lat i przeszedł zawał serca jeszcze przed Son Tay. Czy wciąż ma tak samo jasny umysł? Czy wciąż jest tak znakomitym dowódcą?

Będzie chciał pełnej kontroli nad akcją odbicia więźniów, co do tego Perot miał całkowitą pewność. Pułkownik zrobi to po swojemu albo nie zrobi wcale. Perota w zupełności to urządzało. Taki był jego styl: wynajmował do pracy najlepszego z możliwych, a potem pozwalał mu działać. Ale czy w tym Simons wciąż był jeszcze najlepszym na świecie?

Z sekretariatu dobiegły go odgłosy rozmowy. Przyjechali. Wstał. Do pokoju wszedł Simons wraz z T. J. Marquezem i Mervem Staufferem.

– Witam, pułkowniku Simons – powiedział Perot.

Nigdy nie używał przezwiska Simonsa – „Byk” – uważał to za staromodne.

– Hallo, Ross – odparł Simons, ściskając mu dłoń.

Uścisk miał mocny. Ubrany był niedbale, w spodnie koloru khaki. Rozpięty kołnierzyk koszuli pozwalał dostrzec mięśnie jego potężnego karku. Wydawał się starszy: na jego twarzy pojawiło się więcej zmarszczek, w ostrzyżonych na jeża, dłuższych niż kiedykolwiek włosach – więcej siwizny. Robił jednak wrażenie człowieka twardego i w dobrej formie. Ciągle miał ten sam głęboki, z lekką chrypką palacza, głos o słabym, lecz wyraźnym akcencie nowojorskim. Pod pachą miał przygotowane przez Coburna teczki z danymi ochotników.

– Usiądźmy – powiedział Perot. – Czy wszyscy są po obiedzie?

– Byliśmy u Dusty’ego – odparł Stauffer.

– Kiedy ostatni raz sprawdzano, czy w tym pokoju nie ma podsłuchu? – wtrącił Simons.

Perot uśmiechnął się. Simons był jeszcze ostry, tak jak się spodziewał. Sprawny fizycznie. Dobrze.

– Nigdy nie sprawdzano, pułkowniku – odpowiedział.

– Od tej pory chcę, żeby każdy pokój był codziennie sprawdzany.

– Dopilnuję tego – oświadczył Stauffer.

– Jeżeli będzie pan czegokolwiek potrzebował, pułkowniku – oznajmił Perot – proszę powiedzieć Mervowi. A teraz porozmawiajmy chwilę o interesach. Jesteśmy bardzo wdzięczni, że zechciał pan tu przybyć, aby nam pomóc i chcielibyśmy zaproponować pewną rekompensatę…

– Niech pan nawet o tym nie myśli – burknął Simons.

– Ale…

– Nie chcę zapłaty za wyciąganie Amerykanów z kłopotów – stwierdził Simons. – Nigdy dotąd nie czerpałem z tego żadnych korzyści i teraz też nie mam zamiaru.

Simons był urażony. Jego niezadowolenie zdawało się wypełniać cały pokój. Perot wycofał się szybko. Simons należał do tych nielicznych ludzi, których traktował z całą ostrożnością.

„Stary wojownik nie zmienił się ani na jotę – pomyślał. – Dobrze”.

– Grupa oczekuje w sali konferencyjnej. Widzę, że ma pan teczki, ale zdaję sobie sprawę, że chciałby pan dokonać własnej oceny tych ludzi. Wszyscy znają Teheran i wszyscy mają albo doświadczenie wojskowe, albo takie umiejętności, które mogą okazać się potrzebne. W końcu jednak ostateczny dobór ludzi należy do pana. Jeżeli z jakiegoś powodu nie spodobają się panu, zdobędziemy innych. Od tej pory dowództwo należy do pana.

Perot miał nadzieję, że Simons nikogo nie odrzuci, ale musiał zostawić mu możliwość wyboru. Simons wstał.

– No to zabierajmy się do pracy. – Wyszedł razem ze Staufferem. T. J. pozostał jeszcze przez chwilę.

– Jego żona zmarła – powiedział cicho.

– Lucille? – Perot nie słyszał o tym. – Strasznie mi przykro.

– Rak.

– Czy wiesz, jak to przyjął? T. J. skinął głową.

– Źle.

Gdy T. J. wyszedł, do pokoju wkroczył dwudziestoletni syn Perota, Ross junior. Dzieci Perota często wpadały do biura, teraz jednak, gdy w sali konferencyjnej odbywała się tajna narada, Perot byłby szczęśliwy, gdyby syn wybrał sobie inny, bardziej odpowiedni moment. Ross junior musiał zobaczyć Simonsa w hallu. Chłopak już go spotykał wcześniej i wiedział, kim był. „Teraz też – pomyślał Perot – z pewnością zorientował się, że jedynym powodem bytności Simonsa tutaj może być próba zorganizowania akcji”.

Ross usiadł i powiedział:

– Cześć, tato. Odwiedziłem babcię.

– To dobrze – odparł Perot. Popatrzył na jedynaka z miłością. Ross junior był wysoki, barczysty, ale szczupły i o wiele przystojniejszy od swojego ojca. Dziewczyny krążyły wokół niego jak ćmy wokół świecy – fakt, że był spadkobiercą olbrzymiej fortuny, był tylko jednym z powodów jego atrakcyjności. Traktował je w taki sam sposób, jak wszystko: z nienagannymi manierami i z dojrzałością ponad swój wiek.

– Słuchaj – rzekł Perot. – Chciałbym, abyśmy doszli w pewnej sprawie do porozumienia. Mam zamiar żyć sto lat, ale gdyby coś mi się stało, proszę cię, żebyś porzucił szkołę, wrócił do domu i zaopiekował się twoją matką i siostrami.

– W porządku – odparł Ross. – Nie martw się tym.

– A gdyby coś przydarzyło się twojej matce – ciągnął Perot – chciałbym, żebyś zamieszkał w domu i wychował swoje siostry. Wiem, że będzie to dla ciebie trudne, ale wolałbym nie powierzać tego obcym ludziom. Będą potrzebować ciebie. Liczę na to, że zamieszkasz razem z nimi i dopilnujesz ich właściwego wychowania…

– Tato, zrobiłbym tak, nawet gdybyś mi tego nie mówił.

– To dobrze.

Chłopiec wstał. Perot podszedł i odprowadził go do drzwi. Ross niespodziewanie objął ojca i powiedział: – Kocham cię, tato. – Perot ścisnął go mocno. Zdziwił się, gdy zobaczył łzy w oczach syna. Ross wyszedł.

Perot usiadł. Te łzy w końcu nie powinny były go zaskoczyć. Perotowie byli bardzo zżytą rodziną, Ross zaś był naprawdę wrażliwym chłopcem.

Właściwie Perot nie planował wyjazdu do Teheranu, ale wiedział, że skoro jego ludzie mają tam ryzykować życiem, powinien być w pobliżu. Ross junior również o tym wiedział.

Perot był pewien, że cała rodzina go poprze. Margot mogłaby wprawdzie powiedzieć: „Ryzykujesz życiem dla swoich podwładnych, a co z nami?” Nigdy jednak tak by nie postąpiła. Przez całą kampanię w sprawie jeńców wojennych, kiedy pojechał do Wietnamu i Laosu, kiedy próbował polecieć do Hanoi, kiedy rodzina przebywała pod ścisłą ochroną osobistą, nigdy nie usłyszał żadnej skargi ani pytania: „A co z nami?” Wręcz przeciwnie, zawsze byli z nim, gdy robił to, co uważał za swój obowiązek.

Kiedy tak siedział, rozmyślając, do gabinetu weszła Nancy, jego najstarsza córka.

– Witaj, tatuśku – powiedziała. Zawsze go tak nazywała.

– Maleńka Nań! Chodź tu!

Okrążyła biurko i usiadła mu na kolanach.

Perot uwielbiał Nancy. Drobna, lecz silna osiemnastolatka, blondynka, przypominała matkę. Stanowcza i uparta jak Perot, równie dobrze nadawała się na szefa, jak jej brat.

– Przyszłam pożegnać się. Wracam do Vanderbit.

– Zajrzysz do babci?

– Oczywiście.

– Dobra dziewczynka.

Była pełna wigoru, podniecona perspektywą powrotu do szkoły, nieświadoma napięcia i toczących się tu, na szóstym piętrze, rozmów o śmierci.

– Jak zapatrujesz się na sprawę dodatkowych funduszy? – zapytała.

Perot uśmiechnął się pobłażliwie i wyciągnął portfel. Jak zwykle nie mógł się jej oprzeć.

Schowała pieniądze, uścisnęła go, cmoknęła w policzek, zeskoczyła mu z kolan i wybiegła z gabinetu, lekceważąc cały świat.

Tym razem, to Perot miał łzy w oczach.

* * *

To przypomina zjazd weteranów – pomyślał Jay Coburn.

Stała teherańska załoga czekała w sali konferencyjnej na Simonsa, wspominając Iran i ewakuację. Ralph Boulware trajkotał z prędkością karabinu maszynowego. Joe Poche siedział w zamyśleniu i wyglądał na równie ożywionego, jak ponury robot. Glenn Jackson mówił coś o karabinach. Jim Schwebach uśmiechał się po swojemu krzywym uśmieszkiem, sprawiając wrażenie, że wie coś, o czym nikt inny nie wie. Pat Sculley opowiadał o rajdzie na Son Tay. Wszyscy już wiedzieli, że mają się spotkać z legendarnym Bykiem Simonsem. Sculley, kiedy był instruktorem komandosów, studiował jego słynny rajd i wiedział wszystko o drobiazgowym rozplanowaniu tej akcji, upartych próbach oraz o tym, że Simons nie utracił ani jednego ze swoich pięćdziesięciu dziewięciu ludzi.

Drzwi otworzyły się i ktoś powiedział: – Wstać! Odsunęli krzesła i wstali.

Coburn rozejrzał się.

Wszedł Ron Davis uśmiechając się od ucha do ucha.

– Niech cię cholera, Davis! – zawołał Coburn i wszyscy roześmiali się, widząc że Ron ich nabrał. Davis obszedł pokój, ściskając wszystkim ręce.

Taki właśnie był: wieczny zgrywus.

Coburn patrzył na nich i zastanawiał się, czy zmienią się, gdy staną w obliczu niebezpieczeństwa. Walka była czymś przedziwnym. Nie sposób było przewidzieć, jak się zachowają ludzie. Człowiek, którego na przykład uważałeś za najdzielniejszego, załamie się, ten zaś, o którym myślałeś, że ucieknie, będzie twardy jak skała.

Coburn do końca życia nie zapomni, co walka zrobiła z nim samym.

Kryzys przyszedł w kilka miesięcy po przybyciu do Wietnamu. Pilotował śmigłowiec desantowy zwany nagusem, gdyż pozbawiony był jakiegokolwiek uzbrojenia. Sześciokrotnie tego dnia wylatywał ze strefy działań bojowych z kompletem wojska na pokładzie. To był dobry dzień: nie strzelano do niego ani razu.

Podczas siódmego lotu stało się inaczej.

Seria pocisków 12, 75 mm trafiła maszynę i zniszczyła wał napędowy śmigła sterującego.

Gdy wirnik nośny śmigłowca się obraca, kadłub maszyny ma naturalną tendencję do obracania się w tym samym kierunku. Zadaniem śmigła sterującego jest temu przeciwdziałać. Gdy za to śmigło sterujące stanie, śmigłowiec zaczyna wirować.

Natychmiast po starcie, gdy maszyna znajduje się zaledwie kilka stóp nad ziemią, pilot może dać sobie radę bez śmigła sterującego. Po prostu może wylądować, zanim wirowanie nie stanie się zbyt szybkie. Potem, gdy maszyna znajdzie się na wysokości przelotowej i osiągnie już normalną prędkość, opór aerodynamiczny kadłuba jest wystarczająco silny, by zapobiec wpadnięciu w ruch obrotowy. Śmigłowiec Coburna był jednak na wysokości 150 stóp w sytuacji najgorszej z możliwych – leciał już zbyt wysoko, by można było szybko wylądować, ale jeszcze nie dość szybko, by strugi powietrza, opływające kadłub, stabilizowały go.

Zwykle w takich przypadkach można było awaryjnie wyłączyć silnik i lądować za pomocą autorotacji. Coburn znał to z teorii i w szkole pilotów ćwiczył nieraz wszystkie rutynowe czynności. Wykonał je teraz instynktownie, jednak było już za późno. Maszyna zbyt gwałtownie wpadła w rotację.

Po kilku sekundach był tak oszołomiony, że stracił orientację. Nic nie mógł zrobić, aby osłabić impet zderzenia z ziemią. Śmigłowiec opadł na prawą płozę o czym dowiedział się później) i jedna z łopat wirnika wygięła się w dół pod wpływem uderzenia. Przebiła kadłub i rozwaliła głowę drugiemu pilotowi. Facet zginął na miejscu.

Coburn poczuł zapach paliwa i odpiął pasy. Dopiero gdy poleciał na górę, zorientował się, że wisiał do góry nogami. Wydostał się jednak z maszyny i jedynymi obrażeniami, jakie wtedy odniósł, było kilka pękniętych kręgów szyjnych. Jego mechanik pokładowy również ocalał.

Załoga była przypięta, lecz siedmiu żołnierzy z tyłu – nie. Śmigłowiec nie miał drzwi i siła odśrodkowa, która powstała podczas wirowania maszyny, wyrzuciła ich ze śmigłowca na wysokości ponad stu stóp. Zginęli wszyscy.

Coburn miał wówczas dwadzieścia lat.

Kilka tygodni później, został postrzelony w łydkę, najmniej chronioną część ciała pilota śmigłowca. Siedzi on wprawdzie w opancerzonym fotelu, ale ma nie osłonięte nogi.

Już przedtem był zły, ale w tym momencie wściekł się do ostateczności. Dość miał już występowania w roli celu. Zażądał od dowódcy odkomenderowania go do pilotowania śmigłowca szturmowego, tak by mógł załatwić paru tych gnojków na dole, którzy próbowali go zabić.

I dopiął swego. To był właśnie ten moment, odkąd uśmiechnięty Jay Coburn przekształcił się w opanowanego, pozbawionego emocji żołnierza zawodowego. Nie nawiązał w wojsku żadnych bliskich przyjaźni. Kiedy ktoś w jego jednostce został ranny, wzruszał tylko ramionami i mówił: „Cóż, w końcu za to dostał dodatek frontowy”. Podejrzewał, wprawdzie, że koledzy uważali go za nawiedzonego.

Było mu to zupełnie obojętne. Kiedy pilotował śmigłowce szturmowe, czuł się szczęśliwy. Za każdym razem, gdy zapinał pasy, wiedział, że startuje tylko po to, aby zabijać lub być zabitym. Kiedy oczyszczał teren przed nacierającą piechotą, zdawał sobie sprawę, że poszkodowanymi będą niewinni cywile, kobiety i dzieci, jednak po prostu przestawał zastanawiać się i otwierał ogień.

Po jedenastu latach, kiedy to wspominał, myślał tylko o jednym: „Byłem bydlakiem”.

Schwebach i Poche, dwóch najcichszych ludzi w tym pokoju, mogłoby go zrozumieć: po prostu byli tam i wiedzieli, jak było. A cóż pozostali? T. Sculley, Boulware, Jackson i Davis. Jeśli akcja zacznie się sypać – pomyślał znowu Coburn – jak ci faceci dadzą sobie radę?

Drzwi otworzyły się i wszedł Simons.

* * *

Zapadła cisza, gdy Simons stanął za stołem.

„Ależ to wielki sukinsyn” – pomyślał Coburn.

W ślad za Simonsem weszli T. J. Marquez i Merv Stauffer i usiedli przy drzwiach.

Simons rzucił w kąt czarną, plastikową walizeczkę, opadł na krzesło i zapalił niewielkie cygaro.

Był ubrany niedbale, w koszuli bez krawata i luźnych spodniach. Jak na pułkownika włosy miał dość długie. „Wygląda bardziej na farmera, niż na żołnierza” – pomyślał Coburn.

– Jestem pułkownik Simons – oznajmił.

Coburn spodziewał się, że pułkownik oświadczy im: „Jestem tu dowódcą. Słuchajcie mnie i róbcie to, co każę. Oto mój plan”.

Zamiast tego, Simons zaczął zadawać pytania.

Chciał wiedzieć wszystko o Teheranie: o pogodzie, ruchu ulicznym, o tym, z czego zbudowane są budynki, jacy ludzie chodzą po ulicach, ilu jest tam policjantów i jak są uzbrojeni.

Interesował go każdy szczegół. Powiedzieli mu, że poza gliniarzami z drogówki wszyscy policjanci są uzbrojeni. Jak ich odróżnić? Mają białe czapki. Powiedzieli mu, że są tam taksówki niebieskie i pomarańczowe. Czym się różnią? Niebieskie taksówki mają stałe trasy i stałe taryfy. Pomarańczowe taksówki teoretycznie poruszały się wszędzie, ale zazwyczaj, gdy podjeżdżały do krawężnika, w środku siedzi już pasażer, kierowca zaś pyta: dokąd chce się jechać. Jeżeli kierunek zgadza się z jego trasą, można wsiąść. Należało wtedy zapamiętać sumę wybitą dotychczas i przy wysiadaniu zapłacić różnicę. Zwyczaj ten był stałym źródłem kłótni z taksówkarzami.

Simons zapytał też, w którym miejscu – dokładnie – znajduje się więzienie. Merv Stauffer wyszedł, aby poszukać planu miasta. Jak wyglądają te budynki? Joe Poche i Ron Davis przypomnieli sobie, że przejeżdżali nieraz obok nich. Poche naszkicował je.

Coburn usiadł i przyglądał się Simonsowi. Uzmysłowił sobie, że grzebanie w pamięci ludzi było tylko połową tego, o co pułkownikowi chodziło. Od lat sam zajmował się rekrutacją personelu dla EDS i bez trudu rozpoznawał dobrą technikę prowadzenia wywiadu. Simons oceniał każdego człowieka, obserwował jego reakcję, sprawdzał też jego zdrowy rozsądek. Podobnie jak werbownik, zadawał wiele otwartych pytań, po to, by następnie spytać: „Dlaczego?” W ten sposób pozwalał ludziom odkryć się, przechwalać, gadać głupstwa albo okazywać niepokój.

Coburn zastanawiał się też, czy Simons odrzuci któregoś z nich. W pewnej chwili pułkownik zapytał:

– Który z was jest gotów zginąć wykonując to zadanie? Nikt nie odpowiedział.

– W porządku – stwierdził Simons. – Nie wziąłbym nikogo, kto miałby zamiar zginąć.

Dyskusja ciągnęła się godzinami. Simons przerwał ją tuż po północy. Było oczywiste, że wiedzieli o więzieniu zbyt mało, by przystąpić do opracowywania planu uwolnienia. Coburn otrzymał zlecenie zdobycia w ciągu nocy dokładniejszych informacji. W tym celu musiał wykonać kilka telefonów do Teheranu.

– Czy możesz – dodał Simons – wypytać ludzi o więzienie w taki sposób, by nie zorientowali się, po co ci to potrzebne?

– Będę dyskretny – odrzekł Coburn.

– Musimy znaleźć bezpieczne miejsce, w którym moglibyśmy wszyscy się spotkać. – Simons zwrócił się do Merva Stauffera. – Takie, które nie jest powiązane z EDS.

– Co pan myśli o hotelu?

– Tam są zbyt cienkie ściany. Stauffer zastanawiał się przez chwilę.

– Ross ma mały domek nad jeziorem Grapevine, niedaleko portu lotniczego Dallas – Fort Worth. Przy tej pogodzie nie będzie tam nikogo, kto by chciał pływać lub łowić ryby. Jestem tego pewny.

Simons nie wydawał się przekonany.

– Czy nie byłoby najlepiej – dodał Stauffer – gdyby pojechał pan tam jutro rano i sam wszystko obejrzał?

– Dobra – Simons wstał. – Jak na razie, zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy. Zaczęli się rozchodzić.

Kiedy wychodzili z pokoju, Simons poprosił Davisa o kilka słów na osobności.

– Nie jesteś wcale taki znowu dobry Davis. Ron Davis spojrzał na Simonsa ze zdziwieniem.

– Na jakiej podstawie sądzisz, że jesteś dobry? – nacierał Simons. Davisa zatkało. Przez cały ten wieczór pułkownik był uprzejmy, rozsądny, i mówił spokojnie. A teraz zachowywał się, jakby chciał draki. Co się stało?

Ron pomyślał o swoich umiejętnościach i trzech rabusiach, których załatwił w Teheranie. Powiedział jednak tylko: „Nie uważam się za twardego faceta”. Simons zachowywał się tak, jakby tego nie dosłyszał.

– To twoje karate jest diabła warte przeciwko pistoletowi.

– Nie sądzę.

– W tym zespole nie potrzeba żadnych czarnych cwaniaków rwących się do bijatyki.

Davis zaczął orientować się, o co tu chodzi. „Spokojnie” – pomyślał.

– Nie zgłosiłem się dlatego, że chcę walczyć z ludźmi, panie pułkowniku, Ja…

– Tak? To po co zgłosiłeś się?

– Dlatego, że znam Paula i Billa, ich żony i dzieci. I chcę pomóc. Simons skinął głową, pozwalając mu odejść.

– Dobra, zobaczymy się jutro.

Davis zastanawiał się, czy oznacza to, że zdał egzamin.

* * *

Po południu następnego dnia, 3 stycznia 1979 roku, wszyscy spotkali się w letniskowym domku Perota na brzegu jeziora Grapevine.

Jak przewidział Merv Stauffer dwa czy trzy sąsiednie domy sprawiały wrażenie pustych. Dom Perota oddzielało od sąsiadów kilka akrów trudnego, zalesionego terenu, zaś otaczające go trawniki zbiegały aż do samego brzegu jeziora. Był to drewniany, całkiem mały budynek. Nawet hangar, w którym cumowały motorówki Perota, był w końcu większy.

Drzwi domu były zamknięte. Okazało się, że nikt wcześniej nie pomyślał o kluczach. Schwebach otworzył wytrychem zamek w oknie i weszli do środka. Był tam salon, kilka sypialni, kuchnia i łazienka. Całość utrzymana była w błękitno – białej pogodnej tonacji umeblowana skromnie.

Zasiedli w salonie, z mapami, szkicownikami, mazakami i papierosami. Coburn złożył meldunek. W nocy rozmawiał z Majidem i dwoma czy trzema innymi ludźmi z Teheranu. Uzyskanie szczegółowych informacji o więzieniu i udawanie zarazem, iż jest się tylko umiarkowanie tym zainteresowanym było trudne, Jay sądził jednak, że udało się.

Dowiedział się, że więzienie stanowi część zespołu budynków Ministerstwa Sprawiedliwości. Wejście było na tyłach, zaraz zaś za nim było podwórko, oddzielone od ulicy dwunastostopniowym ogrodzeniem z żelaznych prętów. Podwórko było miejscem, gdzie spacerowali więźniowie. Był to najwyraźniej – słaby punkt tego gmachu.

Simons zgodził się z tym. Z meldunku Coburna wynikało, że trzeba było zaczekać na moment spaceru, następnie przedostać się przez ogrodzenie, a potem porwać Billa i Paula, przerzucić ich na zewnątrz i wydostać się z Iranu.

Przeszli do szczegółów.

W jaki sposób pokonają ogrodzenie? Użyją drabin, czy staną jeden drugiemu na ramionach?

Postanowili, że podjadą furgonetką i użyją jej dachu jako platformy. Podróżowanie furgonetką, nie zaś samochodem osobowym, miało jeszcze jedną zaletę: podczas jazdy, zarówno tam, jak i z powrotem – nikt nie mógł zajrzeć do środka.

To było ważne.

Ustalono, że Poche, najlepiej znający ulice Teheranu, będzie prowadzić samochód.

Jak postąpią ze strażnikami? Nie mieli zamiaru nikogo zabijać. Nie czuli wrogości ani do zwykłych Irańczyków z ulicy, ani do strażników. W końcu nie było to ich winą, że bezpodstawnie uwięziono Paula i Billa. Gdyby jednak doszło do zabójstwa, powstałby taki alarm, że ucieczka z Iranu stałaby się co najmniej ryzykowna.

Ale przecież strażnicy nie zawahają się przed otwarciem ognia.

Najlepszym sposobem – stwierdził Simons – będzie połączenie zaskoczenia, oszołomienia i szybkości działania.

Będą mieli przewagę zaskoczenia. Przez kilka sekund strażnicy nie zdołają się zorientować, o co chodzi.

Potem jednak będą musieli zrobić coś, co zmusi strażników do szukania osłony. Ogień z broni śrutowej będzie najlepszym wyjściem. Dubeltówka ma duży płomień wylotowy i robi dużo huku, zwłaszcza na ulicy między zabudowaniami.

To spowoduje, że strażnicy, zamiast zaatakować grupę, instynktownie przejdą do obrony. To pozwoli zyskać jeszcze kilka sekund.

Przy należytej szybkości działania, powinno to wystarczyć. Powinno – ale nie musi.

Podczas, gdy plan nabierał rumieńców, pokój wypełniał się kłębami dymu tytoniowego. Simons siedział i palił swoje małe cygara – jedno po drugim. Słuchał i zadawał pytania, prowadził dyskusję. „To szalenie demokratyczna armia” – pomyślał Coburn. W miarę jak plan coraz bardziej ich wciągał jego przyjaciele zapominali o swoich żonach i dzieciach, hipotekach, kosiarkach do trawy i samochodach. Zapominali także o tym, jak horrendalny był sam pomysł oswobodzenia więźniów. Davis przestał się wygłupiać, Sculley utracił swój chłopięcy wygląd – był już bardziej skupiony i opanowany; Poche – jak zwykle – chciał dyskutować o wszystkim w nieskończoność. Boulware – ten jak zazwyczaj był po prostu sceptyczny. Z popołudnia zrobił się wieczór. Postanowili, że furgonetka wjedzie na chodnik koło żelaznego ogrodzenia. Ten sposób parkowania nie był w Teheranie niczym zaskakującym – powiedzieli Simonsowi. Simons siedzieć będzie na przednim siedzeniu, obok Jima, z dubeltówką, ukrytą pod płaszczem. Po zatrzymaniu samochodu wyskoczy i stanie przed furgonetką. W tym samym momencie przez tylne drzwi samochodu wyjdzie Ralph Boulware, również ze strzelbą ukrytą pod płaszczem.

Do tego momentu nic nie będzie wskazywało na to, że dzieje się coś niezwykłego.

Kiedy Simons i Boulware będą już gotowi do otworzenia ognia osłaniającego, Ron Davis wyjdzie z furgonetki, wejdzie na dach, przejdzie z niego na ogrodzenie, następnie zaś zeskoczy na podwórko. Do wykonania tego zadania wybrano właśnie Davisa, ponieważ był najmłodszy i najbardziej sprawny fizycznie, skok zaś – z wysokości dwunastu stóp – był niewątpliwie trudny.

Coburn przedostanie się przez ogrodzenie za Davisem. Jay być może nie był w najlepszej kondycji, za to Paul i Bill znali go znakomicie. Gdy tylko go ujrzą, domyśla się z pewnością, że przybywa im z pomocą.

Następnie, Boulware opuści drabinę na podwórze. Jeżeli do tej pory będą wystarczająco szybcy, będzie sprzyjać im moment zaskoczenia, w tym momencie jednak strażnicy mogą zareagować. Wówczas Simons i Boulware wystrzelą w powietrze.

Strażnicy padną zapewne plackiem na ziemię, więźniowie, ogarnięci paniką, zaczną biegać w kółko, a uczestnicy akcji zyskają jeszcze kilka sekund.

A co będzie, jeżeli nastąpi kontrakcja na zewnątrz więzienia? – zapytał Simons. – Ze strony policji, żołnierzy, sił rewolucyjnych albo po prostu ogarniętych duchem obywatelskim przechodniów?

Postanowiono, że dwóch ludzi będzie pilnować skrzydeł, po jednym na każdym końcu ulicy. Przyjadą samochodem kilka sekund przed furgonetką. Będą uzbrojeni w pistolety. Ich zadaniem będzie zatrzymać każdego, kto zechciałby przeszkodzić w uwolnieniu więźniów. Wyznaczono do tego Jima Schwebacha i Pata Sculleya. Coburn był pewien, że Schwebach nie zawaha się zastrzelić człowieka w razie potrzeby, Sculley zaś, choć nigdy w życiu do nikogo nie strzelał, w czasie dyskusji był tak opanowany, że Coburn pomyślał, iż będzie on w równym stopniu bezwzględny.

Glenn Jackson będzie prowadził samochód. Myśl o tym, że Glenn, baptysta, strzelałby do ludzi, nawet nikomu nie przyszła do głowy.

W tym samym momencie, w zamieszaniu panującym na podwórzu, Davis zapewni bezpośrednią osłonę, obezwładniając najbliższych strażników, podczas gdy Coburn wyłuska Paula i Billa z tłumu i skieruje ich do drabinki. Potem zeskoczą z ogrodzenia na dach furgonetki, a stamtąd na ziemię, po czym ukryją się w samochodzie. Za nimi podążą Coburn i Davis.

– Hej, to ja ryzykuję najwięcej ze wszystkich – odezwał się Davis. – Do diabła: pierwszy w środku i ostatni na zewnątrz. Najdłużej w akcji…

– Nie marudź – rzucił Boulware. – Co dalej?

Simons wróci na przednie siedzenie furgonetki, Boulware wskoczy do tyłu i zamknie drzwi, Poche zaś odjedzie z maksymalną prędkością.

Jackson zabierze do samochodu Swebacha i Sculleya z ich stanowisk na skrzydłach, po czym pojedzie w ślad za Pochem.

Podczas odwrotu, Boulware będzie mógł strzelać przez tylne okienko furgonetki, Simons zaś – trzymać pod ogniem drogę od przodu. Natomiast każdym poważniejszym pościgiem zajmą się Sculley i Schwebach, jadący samochodem osobowym.

Następnie, w umówionym miejscu porzucą furgonetkę i przesiądą się do kilku wozów. Spotkają się potem w bazie lotniczej Doshen Toppeh, na przedmieściach Teheranu. Stamtąd odlecą z Iranu odrzutowcem Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych: Perot będzie musiał to jakoś załatwić.

Pod koniec wieczoru mieli już zarys planu nadającego się do realizacji.

Zanim się rozstali Simons uprzedził, aby z nikim nie rozmawiać o akcji: ani ze swoimi żonami, ani nawet między sobą. Każdy z nich będzie musiał wymyśleć sobie dobrą legendę, dlaczego za jakiś tydzień wyjedzie ze Stanów. A poza tym – dodał Simons, patrząc na pełne popielniczki i zaokrąglone brzuchy – każdy z nich powinien opracować własny program ćwiczeń, który poprawi mu kondycję. Oswobodzenie więźniów przestało już być szalonym pomysłem zrodzonym w głowie Rossa Perota. Było po prostu czymś realnym.

* * *

Jay Coburn był jedynym, który na serio podjął próbę wprowadzenia żony w błąd.

Wrócił do Hiltona i zadzwonił do Liz.

– Cześć, kochanie.

– Cześć, Jay! Gdzie jesteś?

– W Paryżu…

Joe Poche również zadzwonił do żony z Hiltona.

– Gdzie jesteś? – zapytała.

– Jestem w Dallas.

– Co robisz?

– Pracuję w EDS, oczywiście.

– Joe, EDS w Dallas dzwoniła do mnie, żeby się dowiedzieć, gdzie jesteś!

Poche zorientował się, że ktoś, nie wtajemniczony w całą akcję, próbował się z nim skontaktować. – Nie pracuję przecież z tymi facetami, tylko bezpośrednio z Rossem. Ktoś zapomniał kogoś powiadomić, ot wszystko.

– A nad czym pracujecie?

– To dotyczy pewnych spraw związanych z Paulem i Billem.

– Och…

Kiedy Boulware wrócił do domu swoich przyjaciół, u których zatrzymała się jego rodzina, jego córki, Stacy Elaine i Kesja Nicole, już spały. – Jak ci poszło? – spytała żona.

„Planowałem ucieczkę z więzienia” – pomyślał Boulware. Ale odpowiedział – W porządku.

Spojrzała na niego podejrzliwie.

– No, ale co robiłeś?

– Nic szczególnego.

– Jak na kogoś, kto robił „nic szczególnego”, byłeś dość zajęty. Dzwoniłam do ciebie dwa albo i trzy razy, odpowiedziano mi, że nie potrafią cię znaleźć.

– Byłem i tu, i tam. Hej, wiesz co? Chyba napiłbym się piwa. Mary Boulware była ciepłą, otwartą kobietą, która brzydziła się fałszem. Była też inteligentna. Ale wiedziała także o tym, że Ralph miał ściśle określone poglądy na temat zadań męża i żony. Poglądy te mogły być staroświeckie, ale w tym małżeństwie zdawały egzamin. Jeżeli w jego pracy było coś, o czym nie chciał jej mówić, to cóż, nie będzie mu wiercić dziury w brzuchu.

– Piwo raz, już podaję – powiedziała.

Jim Schwebach nie próbował oszukać swojej żony, Racheli. Już się domyśliła. Kiedy Schwebach przeprowadził pierwszą rozmowę z Patem Sculleyem, Rachela zapytała:

– Kto to był?

– Pat Sculley z Dallas. Chcą, żebym do nich przyjechał i popracował nad badaniami w Europie.

Rachela znała Jima prawie dwadzieścia lat – zaczęli chodzić ze sobą, kiedy on miał szesnaście, a ona osiemnaście lat – i potrafiła czytać w jego myślach.

– Chcą tam wrócić, żeby wyciągnąć tych facetów z więzienia – powiedziała.

– Rachela – oparł Schwebach bez przekonania – przecież wiesz, że jestem już poza tymi sprawami. Nie zajmuję się tym więcej.

– Ale masz się tym zająć…

Pat Sculley nie potrafił przekonywająco kłamać nawet swoim kolegom, a co dopiero swojej żonie. Opowiedział Racheli wszystko.

Ross Perot również powiedział Margot wszystko.

I nawet Simons, który nie miał żony, wiercącej mu dziurę w brzuchu, złamał zasady bezpieczeństwa i opowiedział wszystko swojemu bratu Stanleyowi w New Jersey…

W równym stopniu niemożliwe okazało się utrzymanie w tajemnicy planu oswobodzenia wobec innych członków wyższej kadry kierowniczej EDS. Pierwszym, który domyślił się wszystkiego, był Keane Taylor, były żołnierz piechoty morskiej, wysoki, popędliwy i dobrze ubrany. Perot zawrócił go z Frankfurtu z powrotem do Teheranu.

Od Nowego Roku, kiedy Perot powiedział: „Wysyłam cię tam, żebyś zrobił coś bardzo ważnego”, Taylor był pewien, że przygotowywana jest tajna operacja. Nie potrzebował zbyt wiele czasu, aby domyślić się, kto ją przygotowuje.

Pewnego dnia, dzwoniąc z Teheranu do Dallas, zapytał o Ralpha Boulware.

– Nie ma go tutaj – usłyszał.

– Kiedy wróci?

– Nie wiemy dokładnie.

Taylor, który źle znosił czyjąś głupotę, podniósł głos:

– No, to dokąd wyjechał?!

– Nie wiemy dokładnie.

– Co to znaczy, że nie wiecie dokładnie?

– Jest na urlopie.

Taylor znał Boulware’a od lat. To właśnie Taylor dał mu sposobność wykazania się na kierowniczym stanowisku. Popijali razem. Wielokrotnie Taylor, strzelając z Ralphem porannego klina rozglądał się wokoło i uzmysławiał sobie, że jest jedynym białym w barze pełnym czarnych. W takie noce doczołgiwali się razem do domu tego, który mieszkał bliżej i witająca ich nieszczęśliwa jedyna żona dzwoniła do drugiej, mówiąc: „W porządku, są tutaj”.

Tak, Taylor znał dobrze Boulware’a i trudno mu było uwierzyć, że Ralph mógłby pojechać na urlop, podczas gdy Paul i Bill wciąż tkwili w mamrze.

Następnego dnia zapytał o Pata Sculleya i otrzymał równie wymijającą odpowiedź.

Boulware i Sculley na urlopie, podczas gdy Paul i Bill są uwięzieni? Bzdura.

Następnego dnia zapytał o Coburna. Ta sama historia.

To zaczynało nabierać sensu: Coburn był z Perotem, kiedy Perot wysyłał Taylora z powrotem do Teheranu. Coburn, szef personelu, główny organizator ewakuacji, byłby najwłaściwszym człowiekiem do przygotowania tajnej operacji.

Taylor i Rich Gallagher, inny pracownik EDS, który przebywał jeszcze w Teheranie, zaczęli sporządzać listę.

Boulware, Sculley, Coburn, Ron Davis, Jim Schwebach i Joe Poche – wszyscy byli „na urlopie”.

Grupa ta miała parę cech wspólnych.

Kiedy Paul Chiapparone przyjechał po raz pierwszy do Teheranu, przekonał się że działania EDS nie były zorganizowane zgodnie z jego wymaganiami. Wszystko było zbyt swobodne, zbyt przypadkowe, zbyt perskie. Nie dotrzymywano terminów kontraktu z ministerstwem. Paul sprowadził z EDS grupę specjalną złożoną z kilku twardych, kutych na cztery nogi facetów i wspólnie doprowadzili interes do porządku. Taylor sam był jednym z twardzieli Paula. Podobnie Bill Gaylord. I Coburn, i Sculley, Boulware i wszyscy ci, którzy byli obecnie „na urlopie”.

Był jeszcze jeden wspólny element. Wszyscy byli członkami „teherańskiej rzymskokatolickiej, niedzielnej szkółki pokerowej” EDS. Podobnie jak Paul i Bill, jak sam Taylor, wszyscy byli katolikami, z wyjątkiem Pochego (i Glenna Jacksona, jedynego członka grupy ratowniczej, którego Taylor nie zdołał rozpoznać).

W każdą niedzielę spotykali się w Misji Katolickiej w Teheranie. Po mszy jechali do domu jednego z nich na przekąskę. I podczas gdy żony szykowały jedzenie, a dzieci bawiły się – mężczyźni grali w pokera.

Nie ma nic lepszego od pokera, aby odkryć prawdziwy charakter mężczyzny. Jeżeli, jak zaczęli podejrzewać Taylor i Gallagher, Perot poprosił Coburna, by zorganizował grupę całkowicie zaufanych ludzi, to na pewno wybrał ich spośród członków szkółki pokerowej.

– Urlop! Niech mi nie gadają głupot! – oznajmił Taylor Gallagherowi. – To jest grupa ratownicza.

– Rankiem, 4 stycznia grupa ratownicza wróciła do domku nad jeziorem. Ponownie przeanalizowano cały plan operacji.

Simons z bezbrzeżną cierpliwością omawiał każdy szczegół i zdecydowany był przygotować się na wszelkie możliwe przeszkody, jakie ktokolwiek mógł wymyślić. Bardzo mu w tym pomagał Joe Poche, który niezmordowanie zadawał pytania. Było to nieco męczące – przynajmniej dla Coburna, ale było też niezwykle twórcze i przyczyniło się do ulepszenia scenariusza akcji.

Po pierwsze, Simons był niezadowolony z przyjętej koncepcji osłony skrzydeł grupy. Pomysł, że Schwebach i Sculley, niscy, choć groźni, po prostu strzelali do każdego, kto spróbuje interweniować, był zbyt prymitywny. Byłoby lepiej, gdyby jakaś dywersja odwróciła uwagę znajdujących się w pobliżu policjantów czy żołnierzy. Schwebach zaproponował podpalenie samochodu na ulicy prowadzącej z więzienia. Simons nie był pewien, czy to wystarczy – chciał wysadzić w powietrze cały budynek. W każdym razie, Schwebachowi powierzono zaprojektowanie bomby zegarowej.

Pomyśleli też o pewnych niewielkich środkach ostrożności, które mogłyby dopomóc im oszczędzić jedną czy dwie sekundy, kiedy będą najbardziej odsłonięci. Simons wysiądzie z furgonetki w pewnej odległości od więzienia i podejdzie do ogrodzenia. Jeżeli wszystko będzie w porządku, da znak ręką, aby podjechać.

Innym słabym punktem planu było wyjście z furgonetki i wdrapanie się na dach samochodu. Opuszczanie wozu i wspinaczka na dachy pochłaniały bezcenne sekundy. A poza tym, czy Paul i Bill, po tygodniach spędzonych w więzieniu, zdołają wspinać się po drabince i zeskoczyć na dach furgonetki?

Przedyskutowano wszelkie możliwe rozwiązania – dodatkową drabinę, materace na ziemi, uchwyty na dachu – w końcu jednak wszyscy zaakceptowali pomysł najprostszy: w dachu wytną otwór i tamtędy wyjdą, a potem wrócą do środka. Dla wygody skaczących do tej dziury położy się na podłodze wozu materac, który zamortyzuje lądowanie.

Podczas odwrotu powinni byli zmienić wygląd. Planowali, że w Teheranie będą ubrani w dżinsy i kurtki, zaczynali również zapuszczać brody i wąsy, aby zwracać tam na siebie mniejszą uwagę. W furgonetce natomiast będą mieli garnitury oraz elektryczne maszynki do golenia i przed zamianą miejsc w samochodach, wszyscy ogolą się i zmienią ubrania.

Ralph Boulware, jak zwykle niezależny, nie chciał występować w dżinsach i kurtce. W garniturze, białej koszuli i krawacie czuł się swobodnie, szczególnie w Teheranie, gdzie dobre, zachodnie ubranie było świadectwem przynależności do uprzywilejowanej grupy społecznej. Simons ze spokojem wyraził zgodę. Najważniejsze, stwierdził, aby każdy z nich czuł się dobrze i pewnie podczas przeprowadzania akcji.

W bazie lotniczej Doshen Toppeh, z której mieli zamiar odlecieć odrzutowcem Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych, były amerykańskie i irańskie samoloty oraz amerykański i irański personel. Amerykanie, oczywiście, będą się ich spodziewać, co będzie jednak, jeśli wartownicy irańscy przy bramie wjazdowej zaczną robić kłopoty? Postanowili, że wszyscy będą mieli sfałszowane legitymacje wojskowe. Niektóre z żon pracowników EDS pracowały w Teheranie dla wojska i miały jeszcze swoje dokumenty tożsamości. Merv Stauffer zdobędzie taką jedną legitymację na wzór.

Coburn zauważył, że przez cały czas Simons wciąż był w bardzo minorowym nastroju. Palił jedno za drugim swoje cygaro (Boulware powiedział mu: „Nie martw się, że cię zastrzelą, umrzesz na raka płuc!”) i właściwie tylko zadawał pytania. Planowanie miało charakter dyskusji. Wszyscy brali w nim udział, decyzje też podejmowano wspólnie. Coburn zauważył jednak, że pomimo to z każdą chwilą zaczyna coraz bardziej szanować Simonsa. Ten facet był mądry, inteligentny, pracowity i obdarzony wyobraźnią. Miał również poczucie humoru.

Coburn zauważył, że inni również zaczynali dopasowywać się do Simonsa. Jeżeli ktokolwiek zadał głupie pytanie, Simons odpowiadał ostro. W rezultacie, zastanawiali się przed zadaniem pytania i starali się przewidzieć jego reakcję. Tym – sposobem zmuszał ich, aby myśleli tak jak on.

Raz, podczas drugiego dnia pobytu w domku nad jeziorem, odczuli w pełni jego niezadowolenie. Jak można było przewidzieć, rozzłościł go Ron Davis.

Tworzyli wesołą paczkę i Davis był pierwszym komikiem wśród nich. Coburn pochwalał to: śmiech pozwalał zmniejszyć napięcie nerwowe, towarzyszące takiej akcji. Przypuszczał, że Simons podziela jego zdanie. Ale raz Davis przeciągnął strunę.

Simons trzymał pudełko cygar na podłodze obok swojego fotela, w kuchni zaś miał pięć pudełek. Davis, który zaczynał lubić Simonsa i nie robił z tego tajemnicy, powiedział ze szczerą troską: „Pułkowniku, pali pan zbyt dużo cygar, to panu szkodzi”.

Zamiast odpowiedzi – otrzymał „Spojrzenie Simonsa”. Ron jednak zlekceważył ostrzeżenie.

Kilka minut później poszedł do kuchni i schował pięć pudełek cygar w zmywarce do naczyń.

Kiedy Simons skończył pierwsze pudełko, zaczął szukać pozostałych i nie mógł ich znaleźć. Nie mógł pracować bez tytoniu. Kiedy ostatecznie miał już wsiąść do samochodu i pojechać do sklepu, Davis otworzył zmywarkę, mówiąc: Pańskie cygara są tutaj.

– No to je sobie zatrzymaj, do cholery! – warknął Simons i odjechał. Gdy wrócił z nowymi pięcioma pudełkami, powiedział do Davisa:

– Te są moje. Trzymaj swoje cholerne łapy z daleka od nich. Davis poczuł się jak dziecko, które postawiono do kąta. Był to pierwszy i ostatni dowcip, jaki zrobił pułkownikowi Simonsowi.

Podczas gdy trwała dyskusja, Jim Schwebach siedział na podłodze i próbował zrobić bombę.

Przemycenie bomby albo nawet tylko jej części składowych przez irańską odprawę celną mogło być jednak niebezpieczne.

– Nie będziemy podejmować takiego ryzyka – oznajmił Simons, w związku z tym Schwebach musiał opracować urządzenie, które dałoby się złożyć z części dostępnych w Teheranie.

Pomysł wysadzenia budynku zarzucono – był zbyt ambitny i mógł pociągnąć za sobą ofiary wśród niewinnych ludzi. Tak więc jako element odwracający uwagę, musiał wystarczyć podpalony samochód. Schwebach wiedział, w jaki sposób sporządzić namiastkę napalmu z benzyny, płatków mydlanych i odrobiny oliwy. Główny problem stanowiły – zegar i zapalnik. W Stanach Zjednoczonych użyłby budzika elektronicznego i modelarskiego silniczka rakietowego, w Teheranie jednak musiał posłużyć się mechanizmami bardziej prymitywnymi.

Schwebacha cieszyło to wyzwanie. Lubił grzebać się w rozmaitych mechanizmach. Jego hobby stanowił paskudny „Oldsmobile Cutlass”, rocznik 1973, ze zdjętą karoserią, który startował, jak pocisk karabinowy.

Zaczął eksperymentować ze staroświeckim, mechanicznym budzikiem, w którym młoteczek uderzał w dzwonek. Przymocował zapałkę fosforową do młoteczka i kawałek papieru ściernego do dzwonka. Zapałka pocierała o papier ścierny i powodowała zapłon detonatora.

System ten okazał się nieco zawodny: pozostali członkowie grupy kpili i pękali ze śmiechu za każdym razem, gdy zapałka jednak nie zapaliła się.

Ostatecznie Schwebach wybrał ten najstarszy z możliwych mechanizmów czasowych – świecę.

Spalił początkowo świecę, aby ustalić, jak długo to trwa, potem odciął taki jej kawałek, który powinien był spalić się w ciągu piętnastu minut.

Następnie oskrobał główki kilku staroświeckich zapałek fosforowych, sproszkował materiał zapalający i zawinął go w kawałek aluminiowej folii kuchennej. Potem przymocował folię do podstawy świecy. Kiedy świeca wypaliła się do końca, nagrzała folię aluminiową i sproszkowane główki zapałek eksplodowały. Spód foliowego pakietu był cieńszy i dlatego siła eksplozji kierowała się w dół.

Świeca, z tym przymocowanym do podstawy prymitywnym, ale niezawodnym detonatorem, została osadzona w szyjce plastikowego bidonu wielkości piersiówki i wypełnionego zgalaretowaną benzyną.

– Zapalamy świecę i odchodzimy spacerkiem – powiedział Schwebach, kiedy zakończył już swą robotę. – Po piętnastu minutach mamy mały śliczny pożarek.

I uwaga wszystkich policjantów, żołnierzy, rewolucjonistów albo przechodniów, a być może i niektórych strażników więziennych, skupi się na płonącym na ulicy w odległości trzystu jardów od więzienia samochodzie, podczas gdy Ron Davis i Jay Coburn przeskakiwać będą przez płot podwórka więziennego.

Tego dnia wyprowadzili się z Hiltona. Coburn spał w domku nad jeziorem, pozostali zaś uczestnicy akcji zatrzymali się w Airpot Marina, skąd było bliżej do jeziora Grapevine. Wszyscy, oprócz Ralpha Boulware, który uparł się, że będzie jeździł do domu, do rodziny.

Następne cztery dni spędzili na treningach, zakupie wyposażenia i ćwiczeniach strzeleckich, powtarzając elementy planu odbicia więźniów i dalej go doskonaląc.

Strzelby mogli nabyć i w Teheranie, ale jedynym rodzajem amunicji dozwolonym przez szacha był kaczy śrut. Ponieważ Simons doskonale przerabiał amunicję, postanowili przemycić do Iranu własny śrut.

Kłopot z zamianą drobnego śrutu na gruby polegał na tym, że w mniejszą łuskę mieściło się go stosunkowo mniej. Amunicja taka dawała dużą siłę przebicia, ale niewielki rozrzut. Postanowili użyć śrutu nr 2, który przy strzale raził więcej, niż jednego człowieka, a przy tym miał dostateczną siłę przebicia, aby rozbić przednią szybę ścigającego ich samochodu.

W przypadku, gdyby sprawy przybrały naprawdę zły obrót, każdy z członków zespołu miał być uzbrojony w Walthera PPK z kaburą. Merv Stauffer zlecił Bobowi Snyderowi, szefowi służby bezpieczeństwa EDS, a zarazem człowiekowi, który dobrze wiedział, kiedy nie należy zadawać pytań, zakupienie tych Waltherów w sklepie z artykułami sportowymi Raya w Dallas. Do Schwebacha należało wymyślenie sposobu przemytu pistoletów do Iranu.

Stauffer dowiedział się, które z portów lotniczych w Stanach nie przeprowadzają fluoroskopii wysyłanego bagażu. Jednym z nich było lotnisko imienia Kennedy’ego.

Schwebach zakupił dwie walizy Vuittona, głębsze, niż normalne, z wzmocnionymi narożnikami i twardymi bokami. Wraz z Coburnem, Davisem i Jacksonem w stolarni domu Perota w Dallas spróbowali różnych wariantów zamontowania w walizach podwójnego dna.

Schwebach przekonany był, że przy przenoszeniu pistoletów przez irańską kontrolę celną w walizkach z podwójnymi dnami nie napotkają żadnych trudności. „Jeżeli wie się, w jaki sposób pracują celnicy – powiedział – na pewno nie zostanie się zatrzymanym”. Reszta członków grupy nie podzielała jednak tej pewności. W przypadku, gdyby niosącego walizkę zatrzymano i znaleziono pistolety, miał powiedzieć, że walizka nie należy do niego. Wróciłby wtedy do miejsca odbioru bagażu, a tam oczywiście znajdowałaby się identyczna waliza, ale wypełniona osobistymi rzeczami i bez pistoletów.

Kiedy grupa znajdzie się już w Teheranie, mieli porozumieć się telefonicznie z Dallas. Coburn był całkowicie pewien, że Irańczycy podsłuchują rozmowy telefoniczne. Dlatego też opracowano kod, mający zabezpieczyć tajność. Był on dość prosty. GR oznaczało A, GS – B, GT – C i tak dalej, aż do GZ, które oznaczało I. Następnie HA znaczyło J, HB – K, aż do HR, które znaczyło Z. Cyfry od jednego do dziewięciu oznaczone były od IA do II; U oznaczało zero.

Mogli zastosować wprawdzie alfabet wojskowy, w którym A nazywane jest Alfa, B – Bravo, C – Charlie i tak dalej.

Aby zyskać na czasie, kodować miano tylko kluczowe słowa. Zdanie „Jest w EDS” będzie więc brzmiało „Jest w Golf Viktor Hotel Kilo Golf Uniform”. Sporządzono tylko trzy kolejne kopie klucza kodu. Simons dał jedną z nich Mervowi Staufferowi mającemu pełnić rolę skrzynki kontaktowej w Dallas. Dwie pozostałe otrzymali; Jay Coburn i Pat Sculley, którzy – choć nie powiedziano im tego oficjalnie – stali się zastępcami Simonsa. Kod miał zapobiec przypadkowemu przeciekowi spowodowanemu przez rutynowy podsłuch telefoniczny – jednak jako ludzie komputerów, wiedzieli o tym lepiej, niż ktokolwiek inny – że taki prosty kod literowy może zostać złamany przez eksperta w kilka minut.

W celu dodatkowego zabezpieczenia, niektóre popularne słowa były zastępowane przez specjalne grupy kodowe. I tak, Paul był AG, Bill – AH, Ambasada Amerykańska – GC, Teheran zaś AU. Perota nazywano prezesem, pistolety – taśmami, więzienie oznaczało „Centrum Danych”, Kuwejt zaś – „Naftowe Miasto”. Istambuł miał być „Sanatorium”, atak zaś na więzienie – Planem „A”. Wszyscy to musieli zapamiętać. Gdyby kogoś pytano o kod, miał odpowiedzieć, że służy skracaniu wiadomości przesyłanych teleksem. Kodowa nazwa akcji brzmiała „Operacja Hotfoot” – „Na żywo”. Był to pomysł Rona Davisa, skrót tekstu: „Pomóż twym dwóm przyjaciołom w Teheranie „HOTFOOT”. Simons zgodził się na ten kryptonim. „Używano go w wielu akcjach – powiedział – i po raz pierwszy jest użyty we właściwy sposób”.

Atak na więzienie ćwiczyli przynajmniej z setkę razy.

Na terenie otaczającym domek nad jeziorem Grapevine, Schwebach i Davis przybili belkę pomiędzy dwoma drzewami na wysokości dwunastu stóp. Miała zastępować płot więzienny. Merv Stauffer przyprowadził im furgonetkę pożyczoną od służby bezpieczeństwa EDS.

Raz po razie Simons podchodził do „płotu” i dawał znak ręką. Poche podjeżdżał furgonem i zatrzymywał się. Boulware wyskakiwał z tyłu, Davis wdrapywał się na dach i przesadzał ogrodzenie. – Coburn za nim Boulware właził na dach i opuszczał drabinę na „podwórko”. „Paul” i „Bill” – grali ich Schwebach i Sculley, którzy nie musieli próbować swoich ról przy ubezpieczaniu skrzydeł – wchodzili po drabinie i przez płot, za nimi Coburn i na końcu Davis. Wszyscy wskakiwali potem do furgonetki i Poche odjeżdżał pełnym gazem.

Czasami zamieniali się rolami, aby móc dublować się. Ustalili stopień ważności zadań, gdyby któryś z nich odpadł – na skutek zranienia albo z jakiegoś innego powodu – wiedzieli bez namysłu, kto ma zająć czyje miejsce. Schwebach i Sculley odgrywając role Paula i Billa niekiedy udawali chorych i wtedy trzeba było transportować ich po drabinie i przez ogrodzenie.

Wszystkie te próby wykazały, że sprawność fizyczna przynosi istotne korzyści. Davis potrafił wspiąć się tam i z powrotem na płot w półtorej sekundy, dwukrotnie tylko dotykając drabiny. Żaden z nich nie był w stanie powtórzyć tego wyniku nawet w przybliżeniu.

Pewnego razu Davis zrobił to nieco za szybko i wylądował na zmarzniętej ziemi, nadwerężając przy tym ramię. Kontuzja nie była groźna, ale podsunęła Simonsowi pewien pomysł. Davis pojedzie do Teheranu z ręką na temblaku i będzie miał przy sobie woreczek z grochem do ćwiczeń rehabilitacyjnych. W woreczku będzie także śrut nr 2.

Simons rejestrował czas akcji od momentu, w którym furgonetka zatrzyma się przy ogrodzeniu, aż do chwili kiedy ruszy z miejsca. Pod koniec treningu, według jego stopera, przeprowadzali całą akcję w niespełna trzydzieści sekund.

Strzelanie z Waltherów PPK ćwiczyli na strzelnicy publicznej Garland. Szefowi strzelnicy powiedzieli, że są pracownikami służb bezpieczeństwa z całego kraju, odbywającymi kurs w Dallas i zanim będą mogli wrócić do domów, muszą odbyć praktykę strzelecką. Nie uwierzył im, zwłaszcza kiedy pojawił się tam T. J. Marquez, wyglądający w swoim czarnym płaszczu i kapeluszu na bossa mafijnego z filmu i z bagażnika swojego czarnego „Lincolna” wyciągnął dziesięć Waltherów PPK i pięć tysięcy sztuk amunicji.

Niebawem wszyscy strzelali dobrze, oprócz Davisa. Simons zasugerował, aby strzelał leżąc, bo taką pozycję zajmie na podwórku, i okazało się, że Ron radzi sobie o wiele lepiej.

Na zewnątrz było straszliwie zimno i kiedy tylko nie strzelali, siedzieli wszyscy w małym baraczku, próbując się ogrzać, wszyscy – oprócz Simonsa, który przez cały dzień przebywał na zewnątrz, zupełnie jakby był z kamienia.

Nie był z kamienia. Kiedy pod koniec dnia wsiadł do samochodu Merva Stauffera, powiedział: „Jezu Chryste, ale zimno”.

Zaczął im dogadywać, że są mięczakami. Ciągle tylko gadają o tym, gdzie mają ochotę pójść coś zjeść i co by zamówili – powiedział. Gdyby on był głodny, otworzyłby puszkę. Śmiał się, kiedy widział, że któryś celebruje drinka. Kiedy on jest spragniony, napełnia kubek wodą i wypija jednym haustem. „Nie po to nalewałem, żeby się temu przyglądać” mówił przy takiej okazji. Zademonstrował im pewnego razu, jak potrafi strzelać – każdy pocisk siedział w środku tarczy. Kiedyś Coburn zobaczył go bez koszuli: muskulatura Simonsa byłaby imponująca nawet u kogoś o dwadzieścia lat młodszego.

Było to całe przedstawienie pod tytułem „Twardy facet”. Co ciekawe jednak, żaden z nich nigdy się z tego nie śmiał. W przypadku Simonsa była to prawda.

* * *

Pewnego wieczoru w domku nad jeziorem pokazał im najlepszy sposób, w jaki można szybko i cicho zabić człowieka.

Zamówił, a Merv Stauffer zakupił dla każdego z nich krótki obosieczny nóż.

– Wygląda na niewielki – powiedział Davis przyglądając się nożowi. – Czy jest wystarczająco długi?

– Owszem. Chyba, że chcesz go naostrzyć, kiedy wyjdzie z drugiej strony – odparł Simons.

Pokazał im dokładnie, w którym miejscu znajduje się nerka. – Jedno pchnięcie – dokładnie tutaj – jest śmiertelne – powiedział, wskazując miejsce na plecach małego Glenna Jacksona.

– Czy nie będzie krzyczał”? – spytał Davis.

– To tak bardzo boli, że nawet nie piśnie.

W czasie pokazu Simonsa wszedł Merv Stauffer i stał teraz z otwartymi ustami w drzwiach, trzymając pod każdym ramieniem papierowe torby od McDonalda. Simons zobaczył go i powiedział:

– Spójrzcie na niego – nie może wydobyć głosu, chociaż jeszcze go nikt nie dziabnął.

Merv roześmiał się i zaczął rozdzielać żywność.

– Wiecie, o co zapytała mnie dziewczyna w zupełnie pustej restauracji McDonalda, kiedy poprosiłem ją o trzydzieści hamburgerów i trzydzieści porcji frytek?

– O co?

– O to, co zawsze. „Na wynos, czy na miejscu?”

* * *

Simons uwielbiał pracować na zamówienia prywatne.

W wojsku, zawsze jednym z największych problemów było zaopatrzenie. Nawet kiedy planował rajd na Son Tay, operację, którą był osobiście zainteresowany sam prezydent, odniósł wrażenie, że musiał wypełnić sześć kwestionariuszy i uzyskać akceptację dwunastu generałów, za każdym razem, kiedy potrzebował nowego ołówka. A potem, kiedy cała papierkowa robota została już wykonana, okazywało się, że przedmiotów tych nie ma na składzie albo że dostarczą je po czterech miesiącach, a nawet – i to było najgorsze – kiedy zamówiony materiał już był, okazywało się, że jest do niczego. Dwadzieścia dwa procent zamówionych przez niego spłonek nie odpaliło. Próbował zdobyć celowniki noktowizyjne dla swoich komandosów. Dowiedział się wtedy, że wojsko poświęciło siedemnaście lat na próby opracowania takiego celownika, ale do 1970 roku w armii było zaledwie sześć ręcznie wykonanych prototypów. A potem po prostu wyszukał doskonały celownik noktowizyjny produkcji brytyjskiej, który można było zakupić w Armalite Corporation za 49 dolarów i 50 centów. Te właśnie celowniki wzięli ze sobą do Wietnamu uczestnicy rajdu na Son Tay.

W EDS nie trzeba było wypełniać kwestionariuszy ani uzyskiwać akceptacji, w każdym razie Simons nie musiał tego robić. Informował Merva Stauffera, czego potrzebuje, i Stauffer mu to dostarczał, zazwyczaj tego samego dnia. Poprosił o dziesięć Waltherów PPK oraz dziesięć tysięcy sztuk amunicji i otrzymał je. Dostał wybór kabur, zarówno prawo – jak i leworęcznych tak, aby każdy mógł wybrać sobie taką, z którą czuł się najlepiej. Dostarczono mu zestawy do przeładowywania amunicji śrutowej do dwudziestek, szesnastek i dwunastek, ciepłą odzież dla wszystkich członków grupy, w tym również płaszcze, koszule, skarpety i wełniane kominiarki. Pewnego dnia poprosił o sto tysięcy dolarów gotówką. Dwie godziny później T. J. Marquez przyjechał do domku nad jeziorem z pieniędzmi w kopercie.

Różniło się to od wojska jeszcze pod innymi względami. Jego ludzie nie byli żołnierzami, których można zmusić do posłuszeństwa, ale jednymi z najinteligentniejszych członków młodej kadry kierowniczej Stanów Zjednoczonych. Od samego początku wiedział, że nie może po prostu objąć dowództwa. Musiał pozyskać ich zaufanie.

Ci ludzie posłuchają rozkazu, jeżeli się z nim zgodzą. Jeżeli nie, zaczną dyskutować. Było to jednak dobre w sali konferencyjnej, ale nie do przyjęcia na polu walki.

Byli również wrażliwi. Kiedy po raz pierwszy mówili o podpaleniu samochodu w celu odwrócenia uwagi, któryś z nich zaprotestował, mówiąc, że mogą zostać poszkodowani niewinni przechodnie. Simons szydził z ich skautowskiej moralności, z tego, że obawiają się stracić swoje odznaki honorowe, do każdego z nich zwracał się per Jack Armstrong – przyrównując ich do bohatera słuchowisk radiowych, który krążył po świecie walcząc ze zbrodnią i przeprowadzając przez ulicę starsze panie, zbyt dobrego, by był prawdziwy.

Mieli także skłonność do zapominania o powadze tego, co robili. Było zawsze sporo żartów i wybryków, zwłaszcza ze strony młodego Rona Davisa. Pewna doza humoru w grupie przydawała się w czasie niebezpiecznej misji, ale od czasu do czasu Simons ostrą uwagą był zmuszony przywoływać ich do porządku.

Przez cały czas dawał im wszystkim okazję do wycofania się. Znowu zawołał do siebie Rona Davisa i zapytał:

– Będziesz pierwszy za ogrodzeniem. Czy nie masz w związku z tym jakichś zastrzeżeń?

– Nie.

– To dobrze, bo w przeciwnym razie nie wziąłbym cię ze sobą. Załóżmy, że Paul i Bill nie podejdą od razu? Załóżmy, iż dojdą do wniosku, że kiedy skierują się w stronę ogrodzenia, zostaną zastrzeleni. Utkniesz tam na widoku strażników. Będziesz w cholernych opałach.

– Tak.

– Jeżeli chodzi o mnie, to mam sześćdziesiątkę i swoje już przeżyłem. Do diabła, nie mam nic do stracenia. Ale ty jesteś młody i Marva jest w ciąży, prawda?

– Tak.

– I jesteś zupełnie pewny, że chcesz brać udział?

– Tak.

Pracował nad nimi wszystkimi. Bezcelowe było mówienie im, że on, mający tyle doświadczenia, wie lepiej. Musieli sami dojść do takiego wniosku. Jego przedstawienie pod tytułem: „Twardy facet” miało na celu wbicie im do głowy, że od tej pory takie rzeczy jak ciepło, jedzenie, picie i martwienie się o niewinnych przechodniów nie będzie zabierało im wiele czasu ani uwagi. Strzelanie i nauka posługiwania się nożem miały również ukryty cel: ostatnią rzeczą, jakiej Simons by pragnął, było zabicie kogokolwiek w czasie tej akcji. Z drugiej strony jednak nauka zabijania przypominała wszystkim, że uwolnienie więźniów może być sprawą życia i śmierci.

Najważniejszy element jego kampanii psychologicznej stanowiło ciągłe ćwiczenie ataku na więzienie. Simons był w stu procentach przekonany, że więzienie nie wygląda dokładnie tak, jak opisał je Coburn i że plan będzie musiał ulec zmianom. Rajd nigdy nie przebiega dokładnie według scenariusza – wiedział o tym najlepiej.

Próby rajdu na Son Tay trwały tygodniami. W bazie lotniczej Eglin na Florydzie wybudowano dokładną kopię obozu jenieckiego z belek dwa na cztery cale i płótna. Tę cholerną makietę trzeba było każdego ranka przed świtem rozmontować i zmontować z powrotem na noc, ponieważ dwa razy na dobę przelatywał nad Florydą radziecki satelita zwiadowczy Kosmos 355. Była to jednak wspaniała sprawa – każde cholerne drzewo i rów w obozie jenieckim Son Tay zostały odtworzone w bazie. I potem, po tych wszystkich próbach, kiedy robili to już na serio, jeden ze śmigłowców, ten właśnie, w którym był Simons, wylądował w niewłaściwym miejscu.

Simons nigdy nie zapomni momentu, w którym okazało się, że pomylił się. Jego śmigłowiec właśnie wystartował po wylądowaniu komandosów. Zaskoczony wietnamski wartownik wyjrzał z okopu i Simons strzelił mu w pierś. Rozpętało to kanonadę, w górę wzbiła się rakieta oświetlająca i Simons widział, że otaczające go budynki wcale nie są zabudowaniami obozu Son Tay. „Wezwij ten cholerny śmigłowiec z powrotem” – krzyknął do radiooperatora. Polecił sierżantowi, aby natychmiast włączył lampę stroboskopową oznaczającą miejsce lądowania.

Wiedział już gdzie są – czterysta jardów od Son Tay, w umocnionym punkcie, oznaczonym na mapach wywiadowczych jako szkoła. To wcale nie była szkoła. Wszędzie były nieprzyjacielskie wojska. To były koszary i Simons zorientował się, że pomyłka pilota śmigłowca w gruncie rzeczy była szczęśliwą, mógł teraz bowiem przeprowadzić atak uprzedzający i zlikwidować zgrupowanie nieprzyjacielskie, które mogło zagrozić całej operacji.

Tej właśnie nocy stał przed koszarami i zastrzelił osiemdziesięciu ludzi w gaciach.

Nie, nie zdarzyło się jeszcze, by jakaś operacja przebiegała zgodnie z planem. Sprawność w realizowaniu scenariusza była właściwie tylko celem połowicznym. To, co istotne – a w przypadku ludzi z EDS najważniejsze – było nauczenie się działania zespołowego. Oczywiście byli już znakomitymi „jajogłowymi”. Wystarczyło dać każdemu z nich biuro, sekretarkę i telefon a wspólnie skomputeryzowaliby cały świat. Ale jednak pracować razem – ramię w ramię – to było dla nich coś nowego. Kiedy zaczynali, 3 stycznia, nie potrafiliby wspólnie wiosłować w kajaku. Pięć dni później stanowili już mechanizm.

I to było już wszystko, co mogli zrobić tutaj. W Teksasie.

Teraz powinni zobaczyć, jak naprawdę wygląda to więzienie. Był czas najwyższy, aby wybrać się do Teheranu.

Simons powiedział Staufferowi, że chce ponownie spotkać się z Perotem.

* * *

W czasie, gdy grupa ratownicza trenowała, prezydent Carter uzyskał ostatnią szansę zapobieżenia krwawej rewolucji w Iranie. I zmarnował ją. Oto jak się to stało…

Ambasador William Sullivan w nocy 4 stycznia z zadowoleniem położył się do łóżka w swych prywatnych apartamentach dużej, chłodnej rezydencji, położonej na terenie ambasady, na rogu alei Roosevelta i Takht-e-Jamshid w Teheranie.

Szef Sullivana, sekretarz stanu Cyrus Vance, przez cały listopad i grudzień zajęty był pertraktacjami w Camp David, teraz jednak powrócił do Waszyngtonu i skoncentrował się na sprawach irańskich. Rzeczywiście, rezultat był widoczny. Skończyło się wahanie i niezdecydowanie. Depesze z instrukcjami dla Sullivana zaczęły być lapidarne i rzeczowe. I co najważniejsze, Stany Zjednoczone wreszcie przyjęły strategię postępowania w sytuacji kryzysowej – mieli rozmawiać z ajatollahem Chomeinim.

To był pomysł samego Sullivana. Doszedł już całkowicie do przekonania, że szach wkrótce opuści Iran i Chomeini triumfalnie powróci do kraju. Ambasador wierzył, że jego zadaniem będzie utrzymać amerykańsko – irańskie stosunki po zmianie rządu na dotychczasowym poziomie. Dzięki temu, gdy wszystko już się skończy, Iran pozostanie twierdzą wpływów Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie. Można było tego dokonać, pomagając irańskim siłom zbrojnym utrzymać swoją pozycję i kontynuując amerykańską pomoc wojskową dla każdej nowej władzy.

Sullivan porozumiał się z Vance’em przez specjalną linię telefoniczną i powiedział mu to. Nalegał przy tym, aby Stany Zjednoczone skierowały wysłannika do Paryża, który spotkałby się tam z ajatollahem. Chomeinim – go należy powiadomić, że głównym obiektem zainteresowania Stanów Zjednoczonych jest zachowanie nienaruszalności terytorialnej Iranu i zneutralizowanie wpływów radzieckich, że Amerykanie nie chcą, by doszło w Iranie do walk między wojskiem a rewolucjonistami islamskimi, i że natychmiast, gdy ajatollah będzie u władzy, Stany Zjednoczone zaproponują mu taką samą pomoc wojskową i dostawy broni jak szachowi.

Był to odważny plan. Z pewnością znajdą się tacy, którzy zarzucą Stanom Zjednoczonym, że opuściły przyjaciela. Sullivan był jednak przekonany, że nadeszła pora na zerwanie więzów z szachem i zadbanie o przyszłość.

Ku jego niezmiernej satysfakcji, Vance zgodził się.

Podobnie szach. Znużony, apatyczny i nie mający już ochoty przelewać krwi, aby utrzymać się u władzy, nawet nie okazał niechęci.

Wysłannikiem do ajatollaha Vance mianował Theodora H. Eliota, starszego rangą dyplomatę, który pracował jako radca ekonomiczny w Teheranie i mówił płynnie w farsi. Sullivan był zachwycony tym wyborem.

Ted Eliot miał przybyć do Paryża za dwa dni, 6 stycznia.

W jednej z sypialni dla gości w rezydencji ambasadora, generał lotnictwa Robert „Holender” Huyser również udawał się na spoczynek.

Sullivan nie traktował misji Huysera z równym entuzjazmem, jak misji Eliota. Huyser, za czasów Haiga zastępca głównodowodzącego sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych w Europie, przybył wczoraj, aby przekonać generałów irańskich o konieczności poparcia nowego rządu Bakhtiara w Teheranie. Sullivan znał Huysera. Był on wprawdzie świetnym żołnierzem, ale żadnym dyplomatą. Nie znał języka farsi i nie znał Iranu. Jednak, gdyby nawet nadawał się do tego doskonale, jego zadanie byłoby tak samo beznadziejne. Nowy rząd nie zdołał uzyskać poparcia nawet umiarkowanych ugrupowań; Szahpur Bakhtiar został wyrzucony z centrowej Partii Frontu Narodowego tylko za to, że przyjął propozycję szacha i sformował nowy gabinet. W tym samym czasie armia, którą Huyser na próżno usiłował przeciągnąć na stronę Bakhtiara, ciągle traciła na znaczeniu, ponieważ tysiące żołnierzy dezerterowało i przyłączało się do zrewoltowanych tłumów ulicznych. Najlepszym rozwiązaniem, na które Huyser mógł obecnie liczyć, było powstrzymanie, choć na krótko, rozpadu armii, aby dać czas Eliotowi na zorganizowanie pokojowego powrotu ajatollaha.

Gdyby to się udało, byłoby wielkim osiągnięciem Sullivana, czymś, z czego każdy dyplomata mógłby być dumny do końca życia. Jego plan mógł umocnić pozycję Stanów Zjednoczonych i ocalić życie wielu ludziom.

Gdy ambasador kładł się spać, tylko jedno zmartwienie nie dawało mu spokoju. Misja Eliota, z którą wiązał tyle nadziei, była planem Departamentu Stanu, identyfikowanego w Waszyngtonie z sekretarzem stanu Vance’em. Natomiast misja Huysera była pomysłem Zbigniewa Brzezińskiego, doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego. Wrogość między Vance’em i Brzezińskim była powszechnie znana. I właśnie w tym momencie Brzeziński, po spotkaniu na szczycie w Gwadelupie, wraz z prezydentem Carterem łowił ryby na morzu w pobliżu Karaibów. Któż mógł wiedzieć, co Brzeziński szeptał prezydentowi do ucha, kiedy tak żeglowali po czystym, błękitnym morzu?

* * *

Wcześnie rano obudził Sullivana telefon.

Z centrum telekomunikacyjnego, znajdującego się w budynku ambasady, dzwonił pełniący dyżur urzędnik. Z Waszyngtonu nadeszła pilna depesza. Być może ambasador zechce natychmiast się z nią zapoznać.

Sullivan wstał i pełen złych przeczuć przeszedł trawnikiem do ambasady. Depesza informowała, że misja Eliota została odwołana.

Decyzję tę podjął prezydent. Sullivan był proszony o niekomentowanie zmiany planów. Został poinstruowany, aby poinformować szacha, że rząd Stanów Zjednoczonych nie ma zamiaru rozpoczynać rozmów z ajatollahem Chomeinim. Sullivan był załamany.

Był to koniec amerykańskich wpływów w Iranie. Oznaczało to również, że sam Sullivan utracił swą szansę zapisania się w pamięci jako ambasador, który zapobiegł krwawej wojnie domowej.

Wysłał do Vance’a gniewną depeszę, w której stwierdził, że prezydent popełnił wielki błąd i powinien rozważyć swą decyzję ponownie.

Wrócił do łóżka, ale nie mógł już zasnąć.

Z porannej, kolejnej depeszy wynikało, że decyzja prezydenta została utrzymana w mocy.

Sullivan znużony pojechał do pałacu na wzgórzu, aby porozmawiać z szachem.

Tego ranka szach sprawiał wrażenie napiętego i wymizerowanego. Usiadł wraz z Sullivanem do nieodzownej filiżanki herbaty. Potem Sullivan powiedział mu, że prezydent Carter odwołał misję Eliota.

Szach był przygnębiony.

– Ale dlaczego ją odwołał? – zapytał, poruszony. – Nie wiem – odpowiedział Sullivan.

– W jaki więc sposób mają zamiar wywrzeć wpływ na tych ludzi, jeżeli nawet nie chcą z nimi rozmawiać?

– Nie wiem.

– Cóż więc Waszyngton zamierza teraz zrobić? – zapytał szach unosząc ręce w geście rozpaczy.

– Nie wiem – odrzekł Sullivan.

* * *

– Ross, to idiotyzm – powiedział głośno Tom Luce. – Zniszczysz firmę i siebie samego.

Perot popatrzył na prawnika. Siedzieli w gabinecie Perota. Drzwi były zamknięte.

Luce nie był pierwszym, który mu to mówił. W tym tygodniu, podczas gdy wiadomości rozprzestrzeniały się po szóstym piętrze, kilku dyrektorów naczelnych Perota przyszło do niego, aby powiedzieć mu, że operacja ratunkowa jest pomysłem niebezpiecznym i szaleńczym oraz że powinien z niej zrezygnować.

„Przestańcie się tym przejmować – powiedział im Perot. – Zajmijcie się tym, co do was należy”.

Luce był w charakterystyczny dla siebie sposób krzykliwy. Z agresywnym wyrazem twarzy, zachowując się jak na sali sądowej, argumentował tak, jakby słuchała go ława przysięgłych.

– Mogę ci tylko wyjaśnić sytuację prawną, ale muszę powiedzieć, że ta operacja ratunkowa może stworzyć jeszcze więcej problemów i to o wiele gorszych, niż obecne. Do diabła, Ross, czy mam sporządzić spis przepisów prawnych, które masz zamiar złamać?!

– Spróbuj – rzekł Perot.

– Będziesz miał grupę najemników, a to jest nielegalne tu, w Stanach, w Iranie i w każdym kraju, przez który grupa ta będzie przejeżdżać. W każdym razie będą winni przestępstw kryminalnych i w rezultacie możesz mieć w więzieniu dziesięciu ludzi zamiast dwóch.

Jest jednak coś znacznie gorszego. Twoi ludzie znajdą się w o wiele gorszej sytuacji, niż żołnierze na polu walki – prawa międzynarodowe i Konwencja Genewska, które chronią wojskowych w mundurach, nie obejmują takiego prywatnego oddziału.

Jeżeli ich schwytają w Iranie… Ross, rozstrzelają ich! Jeżeli zostaną zatrzymani w jakimkolwiek kraju, który ma z Iranem układ o ekstradycji, zostaną odesłani do Iranu i rozstrzelani. Wtedy zamiast dwóch niewinnych pracowników w więzieniu, będziesz miał ośmiu winnych i martwych.

I jeżeli się to zdarzy, rodziny zabitych mogą wystąpić przeciwko tobie. To zrozumiałe, cała ta sprawa bowiem będzie wyglądać idiotycznie. Wdowy wystąpią przed amerykańskimi sądami o ogromne odszkodowania, które mogą doprowadzić firmę do bankructwa. Pomyśl o dziesięciu tysiącach ludzi, którzy zostaną bez pracy, jeżeli to nastąpi. Pomyśl o sobie, Ross, przecież mogą cię oskarżyć o przestępstwa kryminalne i wpakować do więzienia!

– Jestem ci wdzięczny za poradę, Tom – odparł spokojnie Perot.

– To wszystko do ciebie nie dociera, co? – Luce wytrzeszczył na niego oczy.

– Oczywiście, że dociera – Perot uśmiechnął się. – Ale jeżeli będziesz szedł przez życie martwiąc się o wszystko, co się może złego zdarzyć, to wkrótce dojdziesz do wniosku, że najlepiej nic nie robić.

* * *

Rzecz w tym, że Perot wiedział coś, o czym Luce nie miał pojęcia: Perot był szczęściarzem.

Przez całe swoje życie był szczęściarzem.

Jako dwunastoletni chłopiec rozwoził gazety w biednej, czarnej dzielnicy w Texarkanie. „Texarcana Gazette” kosztowała wówczas dwadzieścia pięć centów na tydzień i w niedziele, kiedy zbierał pieniądze, miał pod koniec dnia czterdzieści lub pięćdziesiąt dolarów ćwierć dolarówkami w kieszeni. I każdej niedzieli, gdzieś po drodze, jakiś biedak, który minionej Žnocy przepił w barze całą tygodniówkę, mógł spróbować odebrać mu pieniądze. Dlatego żaden inny chłopak nie chciał dostarczać gazet w tej części miasta. Ross jednak nigdy nie bał się. Był konno, napady nigdy nie były przeprowadzane w zbyt zdecydowany sposób. Miał szczęście – nigdy nie stracił pieniędzy.

Powtórnie szczęście Perota dało znać o sobie, kiedy przyjęto go Akademii Marynarki Wojennej w Annapolis. Zgłoszenia musiały być poparte przez senatora lub kongresmena, ale rodzina Perotów nie miała takich wymaganych znajomości.

W każdym razie młody Ross nigdy nie widział morza – najdalszym miejscem, do którego dojechał, było Dallas oddalone o 180 mil. Ale w Texarkanie był młody człowiek o nazwisku Josh Morris junior, który był w Annapolis, opowiedział Rossowi o Akademii i Ross zakochał się w marynarce wojennej, nie widząc nawet okrętu na oczy. Pisał więc do senatorów błagając o poparcie. Udało mu się, podobnie jak zawsze później w życiu, bo był zbyt głupi, aby wiedzieć, że to niemożliwe.

Dopiero po wielu latach dowiedział się, jak do tego doszło. Otóż pewnego dnia w 1949 roku senator W. Lee O’Daniel porządkował swoje biurko. Jego kadencja dobiegła końca ł nie kandydował ponownie. Sekretarz powiedział mu:

– Senatorze, mamy nie wykorzystane skierowanie do Akademii Marynarki Wojennej.

– Czy ktoś się ubiega o nie? – spytał senator.

– Cóż, jest ten chłopak z Texarkany, który od lat próbuje…

– Daj mu je – stwierdził senator.

Kiedy Perot słyszał tę historię, okazało się, że jego nazwisko nie padło ani razu w czasie tej rozmowy.

I znów miał szczęście, kiedy w odpowiednim momencie założył EDS. Jako sprzedawca w IBM zorientował się, że klienci nie robią najlepszego użytku z urządzeń, które im sprzedaje. Opracowanie danych było nową i wyspecjalizowaną umiejętnością. Banki były dobre w bankowości, agencje ubezpieczeniowe w ubezpieczeniach, producenci – w produkowaniu, komputerowcy zaś – byli dobrzy w opracowywaniu danych. Klient nie chciał urządzenia, chciał szybkiej, taniej informacji, którą mogło ono mu dostarczyć. Ale pomimo to klient zbyt często tracił zbyt wiele czasu, organizując swój nowy dział opracowania danych i ucząc się zastosowania aparatury. W tej sytuacji komputer przysparzał mu tylko kłopotów i wydatków, zamiast ich oszczędzać. Pomysł Perota polegał na sprzedawaniu kompletu – pełnego działu opracowania danych wraz z aparaturą, oprogramowaniem i personelem. Klient musiał jedynie powiedzieć zwyczajnie i po prostu, jakiej informacji potrzebuje, i EDS dostarczała mu wszystkiego. I wtedy mógł zajmować się tym, w czym był dobry – bankowością, ubezpieczeniami albo produkcją.

IBM odrzuciło pomysł Perota. Była to dobra koncepcja, ale przynosiła zbyt małe zyski. Z każdego dolara wydanego na opracowanie danych osiemdziesiąt centów szło na oprzyrządowanie, a tylko dwadzieścia centów na programy, które miał zamiar sprzedawać Perot. IBM nie miało ochoty uganiać się za drobniakami. Wtedy Perot podjął tysiąc dolarów ze swoich oszczędności i zaczął na własną rękę. W ciągu dziesięciu lat proporcje ulegały zmianie, aż wreszcie oprogramowanie zaczęło pochłaniać siedemdziesiąt centów z każdego dolara włożonego w opracowanie danych, Ross zaś o własnych siłach doszedł do pozycji jednego z najbogatszych ludzi na świecie.

Prezes IBM, Tom Watson, spotkał pewnego dnia Perota w restauracji i zapytał:

– Chciałbym się dowiedzieć tylko jednego, Ross. Czy przewidziałeś, że proporcje te ulegną zmianie?

– Nie – odpowiedział Perot. – Wydawało mi się wtedy, że dwadzieścia centów będzie przyzwoitym zyskiem.

Tak, miał szczęście, ale musiał mu dawać pole do popisu. Nie wystarczało siedzieć w kącie i być ostrożnym. Nigdy nie będzie się miało szansy zostać szczęściarzem, jeżeli nie podejmie się ryzyka. Przez całe swoje życie Perot podejmował ryzyko.

Tak się zdarzyło, że tym razem było owo największe. Do gabinetu wszedł Merv Stauffer.

– Jesteś gotów? – zapytał.

– Tak.

Perot wstał i obaj mężczyźni wyszli z biura. Zjechali windą i wsiedli do samochodu Stauffera – nowiutkiego, czterodrzwiowego „Lincolna Versailles”. Perot przeczytał wizytówkę na tablicy przyrządowej. „Merv i Helen Staufferowie”. Wnętrze samochodu cuchnęło cygarami Simonsa.

– Czeka na ciebie – rzekł Merv.

– Dobrze.

Towarzystwo naftowe Perota, Petrus, mieściło się tuż obok, w następnym domu przy Forest Lane. Merv zawiózł już tam Simonsa, a teraz przyjechał po Perota. Potem odwiezie Perota do EDS i wróci po Simonsa. Było to konieczne ze względu na zachowanie tajemnicy – możliwie jak najmniej osób powinno było widzieć Perota i Simonsa razem.

W ciągu ostatnich sześciu dni, w czasie których Simons i jego grupa robili swoje nad jeziorem Grapevine, perspektywy prawnego rozwikłania problemu Paula i Billa zmniejszyły się. Kissinger, po tym jak nie udało mu się z Ardeshirem Zahedim, nie był w stanie przyjść z jakąkolwiek pomocą. Prawnik Tom Luce wydzwaniał bez przerwy do każdego z dwudziestu czterech kongresmenów z Teksasu, obu teksańskich senatorów i w ogóle do każdego w Waszyngtonie, kto tylko mógł odebrać jego telefon. Wszyscy oni jednak ograniczali się wyłącznie do rozmów z Departamentem Stanu, aby dowiedzieć się, co słychać w tej sprawie i wszystkie te ich działania kończyły się na biurku Henry’ego Prechta.

Dyrektor działu finansowego EDS, Tom Walter, wciąż nie mógł znaleźć banku, który wystawiłby list kredytowy na 12 750 000 dolarów. Jak wyjaśnił to Perotowi, problem polegał na tym, że zgodnie z amerykańskimi przepisami prawnymi, każda osoba, czy też przedsiębiorstwo mogli oprotestować list kredytowy, jeżeli istniał dowód, że został on podpisany pod przymusem, na przykład z powodu szantażu lub kidnapingu. Banki uważały uwięzienie Paula i Billa za klasyczny przykład wymuszenia i wiedziały, że EDS mogła wystąpić przed amerykańskim sądem ze stwierdzeniem, że list kredytowy jest nieważny, a pieniądze nie powinny zostać wypłacone. Teoretycznie wprawdzie nie miałoby to znaczenia, ponieważ w tym czasie Paul i Bill byliby już w domu i amerykański bank mógłby po prostu – i to całkowicie legalnie – odmówić uznania listu kredytowego w momencie, kiedy zostałby on przedstawiony do realizacji przez rząd irański. Jednakże większość banków amerykańskich udzieliła Iranowi poważnych pożyczek, obawiały się więc, że Irańczycy mogliby zastosować środki odwetowe, potrącając tę sumę ze swoich zadłużeń. Walter wciąż poszukiwał dużego banku, który nie prowadziłby interesów z Iranem.

Tak więc operacja „Hotfoot” była wciąż, niestety, najlepszą stawką Perota.

Perot wysiadł z samochodu Stauffera na parkingu i wszedł do budynku towarzystwa naftowego.

Simons czekał na niego w niewielkim gabinecie, zarezerwowanym wyłącznie dla Perota. Zajadał orzeszki ziemne i słuchał przenośnego radia. Perot domyślił się, że orzeszki były jego lunchem, radio zaś miało zagłuszyć podsłuch, który mógł znajdować się w pokoju.

Uścisnęli sobie dłonie. Perot spostrzegł, że Simons zapuścił brodę.

– Jak leci? – zapytał.

– Są dobrzy – odparł Simons. – Zaczynają być coraz bardziej zgrani.

– Zdaje pan sobie sprawę – stwierdził Perot – że może pan odrzucić każdego członka grupy, jeżeli uzna go pan za nieodpowiedniego.

Parę dni wcześniej Perot zaproponował, aby dołączyć do grupy człowieka, który znał Teheran i miał znakomitą opinię wojskową. Po krótkiej rozmowie Simons odrzucił go jednak, mówiąc: „Ten facet wierzy w te pierdoły, które mówi”. Obecnie Perot zastanawiał się, czy Simons w okresie treningów znalazł coś, co mogłoby zdyskwalifikować któregoś z członków grupy.

– To pan – ciągnął dalej – dowodzi akcją i…

– Nie ma potrzeby – odpowiedział Simons. – Nie chcę nikogo odrzucać.

– Roześmiał się cicho. – Jest to na pewno najbardziej inteligentna drużyna, z jaką kiedykolwiek pracowałem. Stwarza to oczywiście pewne problemy, ponieważ uważają, że rozkazy należy przedyskutować, a nie słuchać i wykonywać. Ale już się uczą, jak w razie potrzeby wyłączać te swoje maszynki do myślenia. Powiedziałem im bardzo wyraźnie, że w pewnym momencie tej zabawy kończą się dyskusje i zaczyna ślepe posłuszeństwo.

– W takim razie – uśmiechnął się Perot – udało się panu zrobić więcej przez sześć dni, niż mnie przez szesnaście lat.

– Nie mamy już nic do roboty w Dallas – stwierdził Simons. – Naszym kolejnym ruchem jest dotarcie do Iranu.

Perot skinął głową. Możliwe, że była to ostatnia szansa, by odwołać operację „Hotfoot”. Gdy opuszczą Dallas, może nie mieć z nimi łączności, tym samym więc wyjdą spod jego kontroli. Kości zostaną rzucone.

Ross, to idiotyzm. Zniszczysz firmę i zniszczysz samego siebie.

Do diabla, Ross, czy mam sporządzić spis przepisów prawnych, które masz zamiar złamać?!

Zamiast dwóch niewinnych pracowników w więzieniu, będziesz miał ośmiu winnych i martwych.

Cóż, jest ten chłopak z Texarkany, który próbuje od lat…

– Kiedy chce pan wyruszyć? – zapytał Simonsa.

– Jutro.

– Powodzenia – rzekł Perot.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Podczas gdy Simons rozmawiał z Perotem w Dallas, Pat Sculley, najbardziej nieudolny kłamca na świecie, był w Istambule i próbował okpić przebiegłego Turka.

Mr Fish był właścicielem jednoosobowego biura podróży, które Merv Stauffer i T. J. Marquez „odkryli” w czasie grudniowej ewakuacji. Wynajęli go, aby zajął się sprawami ewakuowanych w czasie ich postoju w Istambule, okazało się przy tym, że Mr Fish dokonał cudów. Zakwaterował ich wszystkich w hotelu Sheraton i zorganizował autobusy z portu lotniczego do hotelu. Kiedy przyjechali na miejsce, czekał na nich posiłek. Pozostawili go na lotnisku, aby odebrał bagaże i załatwił odprawę celną, one zaś jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – zjawiły się przed odpowiednimi pokojami hotelowymi. Następnego dnia załatwił filmy wideo dla dzieci i zwiedzanie miasta dla dorosłych, wypełniając wszystkim czas przed odlotem do Nowego Jorku. Mr Fish dokonał tego w czasie, gdy większość pracowników hotelowych strajkowała… T. J. dowiedział się później, że Mrs Fish słała łóżka w pokojach hotelowych. Kiedy odloty do kraju były już zarezerwowane, Merv Stauffer chciał powielić kartkę z instrukcjami dla wszystkich, ale kopiarka hotelowa była zepsuta. Mr Fish znalazł technika, który naprawił ją o piątej rano w niedzielę. Jeden Mr Fish mógł tego dokonać.

Simons wciąż martwił się sprawą przemytu Waltherów PPK do Teheranu i gdy usłyszał, jak Mr Fish załatwił odprawę bagaży ewakuowanych w tureckim urzędzie celnym, zaproponował, żeby ten sam człowiek rozwiązał problem pistoletów. Sculley odleciał do Istambułu 8 stycznia.

Następnego dnia spotkał się z panem Fishem w kawiarni hotelu Sheraton. Mr Fish był wielkim, ubranym na ciemno, tęgim mężczyzną pod pięćdziesiątkę. Był niezwykle cwany: Sculley nie miał co równać się z nim.

Sculley powiedział, że EDS potrzebuje pomocy w dwóch sprawach.

– Po pierwsze – potrzebny jest nam samolot, aby polecieć nim do Teheranu i z powrotem. Po drugie – musimy przenieść niektóre nasze bagaże przez odprawę celną bez przeprowadzania kontroli. Oczywiście, zapłacimy panu każdą rozsądną sumę za współpracę przy rozwiązaniu tych problemów.

– Ale dlaczego chcecie to zrobić? – zapytał Mr Fish z powątpiewaniem.

– Cóż, mamy trochę taśm magnetofonowych do systemów komputerowych w Teheranie – odparł Sculley. – Musimy je przewieźć i nie możemy ryzykować, że ktoś je prześwietli; albo zrobi z nimi coś takiego, co mogłoby je uszkodzić, ani że nie skonfiskuje ich jakiś podrzędny celnik.

– I po to chce pan wynająć samolot i załatwić przeniesienie pańskich bagaży przez kontrolę celną bez otwierania ich?

– Tak, o to właśnie chodzi. – Sculley wyraźnie widział, że Mr Fish nie wierzy w ani jedno jego słowo.

Mr Fish pokręcił głową. – Nie, panie Sculley. Z przyjemnością pomagałem pańskim przyjaciołom poprzednio, ale jestem właścicielem biura podróży, nie przemytnikiem. Nie zrobię tego.

– A co z samolotem? Czy może pan załatwić samolot? Mr Fish znowu pokręcił głową.

– Będzie pan musiał pojechać do Ammanu w Jordanii. Linia „Arab Wings” ma stamtąd czarterowe loty do Teheranu. To najlepsza rada, jaką mogę panu udzielić.

– W porządku – Sculley wzruszył ramionami.

Kilka minut później pożegnał się z Mr Fishem i wrócił do swojego pokoju, aby zadzwonić do Dallas.

Jego pierwsze zadanie jako członka grupy ratowniczej nie wyszło najlepiej. Kiedy Simons otrzymał tę wiadomość, postanowił zostawić Walthery PPK w Dallas.

Swą decyzję tak wytłumaczył Coburnowi:

– Nie narażajmy całej operacji już na samym wstępie, kiedy nawet nie jesteśmy pewni, czy w ogóle będziemy tych pistoletów potrzebować. Jest to ryzyko, którego nie musimy podejmować, w każdym bądź razie nie teraz. Jeżeli w jakimś momencie okaże się, że są nam niezbędne, Schwebach wróci do Dallas i przywiezie je.

Pistolety złożono w sejfie EDS wraz z narzędziami, które Simons zamówił, aby usunąć numery seryjne – ponieważ było to niezgodne z prawem, należało działać w ostatnim momencie. Tak, czy inaczej wezmą jednak walizy z podwójnymi dnami i zrobią z nimi próbny kurs. Wezmą również śrut numer 2 – Davis przeniesie go w swoim woreczku z grochem – i te urządzenia, których Simons będzie potrzebował do wymiany śrutu w nabojach. Przeniesie je sam.

Nie było sensu lecieć przez Istambuł, Simons wysłał więc Sculleya do Paryża, żeby zamówił tam miejsca w hotelu i spróbował zarezerwować bilety na przelot grupy do Teheranu.

Reszta odleciała z miejscowego portu lotniczego Dallas – Fort Worthy. 10 stycznia o 11. 05, samolotem linii „Braniff’, lot 341 do Miami. Tam przesiedli się na „National 4” do Paryża.

Następnego ranka, spotkali się ze Sculleyem na lotnisku Orły, w galerii obrazów, pomiędzy restauracją i kawiarnią.

Coburn zauważył, że Sculley jest podenerwowany. Pomyślał, że wszyscy zostali zarażeni przez Simonsa dbałością o zachowanie środków bezpieczeństwa. Podczas lotu ze Stanów, chociaż znajdowali się w tym samym samolocie, podróżowali oddzielnie, siedzieli osobno i udawali, że w ogóle się nie znają. W Paryżu Sculley uznał, że personel Hiltona na Orły, podsłuchuje jego rozmowy telefoniczne. W związku z tym Simons, który zawsze czuł się niepewnie w hotelach, postanowił, że porozmawiają w galerii.

Nie powiodło się także Sculleyowi z kolejnym zadaniem: zarezerwowaniem biletów lotniczych z Paryża do Teheranu.

– Połowa linii lotniczych nie lata do Iranu z powodu niestabilnej sytuacji politycznej i strajku w porcie lotniczym – powiedział. – Te loty, które pozostały, przepełnione są Irańczykami, którzy chcą dostać się do domu. Dowiedziałem się tylko, że „Swissair” lata tam z Zurychu.

Rozdzielili się na dwie grupy. Simons, Coburn, Poche i Boulware polecą do Zurychu i spróbują dostać się na lot „Swissairu”. Sculley, Schwebach, Davis i Jackson pozostaną w Paryżu.

Grupa Simonsa leciała do Zurychu pierwszą klasą „Swissairu”. Coburn siedział koło Simonsa. Cały lot spędzili jedząc wspaniały lunch, składający się z krewetek i steku. Simons piał hymny pochwalne na temat jedzenia. Coburna bawiło to, bo wciąż pamiętał, jak Simons mówił: „Kiedy jestem głodny, otwieram puszkę”.

Na lotnisku w Zurychu, punkt rezerwacji biletów do Teheranu oblegał tłum Irańczyków. Udało się zdobyć tylko jedno miejsce w samolocie. Który z nich powinien lecieć? Postanowili, że Coburn miał zająć się kwatermistrzowską częścią akcji. Jako szef personelu i główny organizator ewakuacji najlepiej orientował się w zasobach EDS w Teheranie: było to 150 pustych domów i mieszkań, 60 pozostawionych samochodów, w tym jeepów, 200 irańskich pracowników – byli tam tacy, którym można było zaufać, i tacy, którym ufać nie należało. Była tam także żywność, napoje i narzędzia pozostawione przez ewakuowanych. Przyjeżdżając do Teheranu, Coburn najlepiej przygotuje środki transportu, zapasy i kryjówkę dla reszty grupy.

Tak więc Coburn pożegnał się z przyjaciółmi i wsiadł do samolotu kierując się w stronę chaosu, przemocy i rewolucji.

* * *

Tego samego dnia, o czym nie wiedział ani Simons, ani reszta grupy, lotem 172 British Airways Ross Perot podążył z Nowego Jorku do Londynu. On również był w drodze do Teheranu.

* * *

Lot z Zurychu do Teheranu był zbyt krótki. Coburn przez cały czas raz po raz przypominał sobie, co ma zrobić. Nie mógł sporządzić żadnego planu – Simons nie pozwalał niczego zapisywać.

Jego pierwszym zadaniem będzie przedostanie się przez odprawę celną z walizami o podwójnych dnach. Pistoletów w nich nie było. W przypadku, gdyby skrytki odkryto, Coburn miał wyjaśnić, że służą one do przewozu delikatnej aparatury fotograficznej.

Następnie powinien był znaleźć kilka opuszczonych domów i mieszkań. Simons wybierze z nich te najlepiej nadające się na kryjówki. Potem będzie musiał wyszukać samochody i upewnić się, że mają wystarczający zapas paliwa.

Dla Keane’a Taylora, Richa Gallaghera i irańskich pracowników EDS przygotował bajeczkę o tym, że dyrekcja zleciła mu przygotowanie przewozu do Stanów przedmiotów osobistego użytku należących do ewakuowanych. Coburn zaproponował Simonsowi, żeby dopuścić do tajemnicy Taylora – będzie on wartościowym nabytkiem dla zespołu. Simons stwierdził, że sam podejmie decyzję po spotkaniu z Keane’em.

Coburn zastanawiał się, jak by tu zamydlić oczy Taylorowi. Wciąż myślał o tym, kiedy samolot wylądował.

W budynku portu lotniczego cały personel był w mundurach wojskowych.

„Ach to dlatego lotnisko działa pomimo strajku – uświadomił sobie Coburn. – Obsadziła go armia”.

Wziął walizę z podwójnym dnem i przeszedł przez kontrolę celną. Nikt go nie zatrzymywał.

Sala przylotów wyglądała jak ogród zoologiczny. Oczekujący tłum był jeszcze bardziej niezdyscyplinowany niż zazwyczaj, armia nie zaprowadziła jeszcze na lotnisku swoich porządków.

Przecisnął się do postoju taksówek. Wyminął dwóch ludzi, którzy chyba bili się o taksówkę, i wsiadł do następnej.

Kiedy jechał przez miasto, zauważył po drodze sporo sprzętu wojskowego, zwłaszcza w okolicy lotniska. Czołgów było tu teraz o wiele więcej, niż w dniu jego wyjazdu. Czyżby był to znak, że szach wciąż jeszcze panował nad sytuacją?

W wypowiedziach prasowych szach zachowywał się tak, jakby sprawował kontrolę, podobnie jednak robił i Bakhtiar. W gruncie rzeczy to samo robił też i ajatollah, który właśnie ogłosił powstanie Rady Rewolucji Islamskiej, tak jakby to on rządził w Teheranie, a nie siedział w wilii na przedmieściach Paryża przy słuchawce aparatu telefonicznego. Tak naprawdę władzy nie sprawował nikt i choć utrudniało to negocjacje w sprawie uwolnienia Paula i Billa, to z drugiej strony mogło jednak dopomóc grupie ratowniczej.

Coburn dojechał taksówką do „Bukaresztu”, spotkał tam Keane’a Taylora. Po wyjeździe do Nowego Jorku Lloyda Briggsa, który miał tam poinstruować osobiście prawników EDS, sprawami w Teheranie kierował Taylor. Siedział teraz za biurkiem Paula Chiapparone, ubrany w nienaganny garnitur z kamizelką, zupełnie jakby znajdował się od najbliższej rewolucji o milion mil, a nie w samym jej środku. Zdumiał się, gdy zobaczył Coburna.

– Jay! Co ty tu robisz, u diabła?

– Właśnie przyjechałem – odpowiedział Coburn.

– Po co ci ta broda? Chcesz, żeby cię wylali?

– Myślałem, że dzięki temu wydam się tu mniej amerykański.

– A widziałeś kiedyś Irańczyka z rudą brodą?

– Nie – roześmiał się Coburn.

– No, to skąd się tutaj wziąłeś?

– Cóż, wygląda na to, że w dającej się przewidzieć przyszłości nie sprowadzimy ludzi z powrotem do Teheranu. Przyjechałem więc, aby skompletować ich ruchomości i przerzucić je do Stanów.

Taylor przyjrzał mu się dziwnie, ale nie skomentował tych słów.

– A gdzie masz zamiar zatrzymać się? Wszyscy przenieśliśmy się do hotelu Hyatta, tam jest bezpieczniej.

– Czy mógłbym skorzystać z twojego dawnego domu?

– Kiedy tylko zechcesz.

– A teraz jest sprawa taka. Czy masz może koperty, które każdy z nich zostawiał? Te z kluczami do samochodów, domów i poleceniami, co zrobić z ich wyposażeniem.

– Oczywiście… Postępowałem zgodnie z tymi instrukcjami. I wszystko, co polecili przesłać – sprzedaję: zmywarki, suszarki, lodówki… Człowieku, prowadzę tu regularną wyprzedaż.

– Czy mogę dostać te koperty?

– Naturalnie.

– A jak wygląda sytuacja z samochodami?

– Zgromadziliśmy większość z nich. Kazałem zaparkować samochody obok szkoły i paru Irańczyków, jeżeli ich jeszcze nie sprzedało, to powinno je pilnować.

– A co z benzyną?

– Rich zdobył od pilotów cztery pięćdziesięciopięciogalonowe beczki. Trzymamy je w piwnicy.

– Kiedy wchodziłem, miałem wrażenie, że śmierdzi benzyną.

– Nie zapal tam czasem zapałki, bo wszystkich nas szlag trafi.

– Czy robicie coś, żeby uzupełnić zapasy?

– Używamy dwóch samochodów jako cystern – „Buicka” i „Chevy”, mają duże, amerykańskie zbiorniki. Dwóch naszych kierowców spędza całe dnie w kolejkach na stacjach benzynowych. Kiedy zatankują, wracają tutaj, wtedy przepompowujemy benzynę ze zbiorników do beczek, i znów wysyłamy samochody na stację benzynową. Czasami można kupić benzynę od kogoś z początku kolejki. Zatrzymuje się takiego, co właśnie zatankował, i proponuje dziesięciokrotną cenę. Tutaj, wokół kolejek po benzynę powstaje cała gałąź gospodarki.

– A co z olejem opałowym do ogrzewania domów?

– Mam źródło, ale facet zdziera ze mnie cenę dziesięciokrotnie wyższą od dawnej. Wydaję tu forsę, jak pijany marynarz.

– Będę potrzebował dwunastu samochodów.

– Co takiego? Jay? Dwunastu samochodów?!

– To, co słyszałeś.

– Będziesz mógł trzymać je koło mojego domu. Tam jest duże, ogrodzone podwórko. Czy będziesz chciał… obojętne z jakiego powodu… zajmować się tankowaniem samochodów w taki sposób, żeby żaden z irańskich pracowników tego nie widział?

– Oczywiście.

– W takim razie przyprowadzaj samochód do Hyatta, a ja ci go zamienię na zatankowany.

– Ilu Irańczyków jeszcze mamy?

– Dziesięciu najlepszych, plus czterech kierowców.

– Chciałbym mieć ich spis.

– Czy wiesz, że Ross jedzie tutaj?

– O cholera, nie! – Coburn był zaskoczony.

– Właśnie dostałem wiadomość. Przywozi z Kuwejtu Boba Younga, żeby przejął ode mnie sprawy administracyjne i Johna Howella, by zajął się stroną prawną. Chcą, żebym współpracował z Johnem w sprawie rokowań i kaucji.

– Tak to jest – Coburn zastanawiał się, o co chodzi Perotowi. – No dobra, jadę do ciebie.

– Jay, dlaczego nie powiesz mi, co jest grane?

– Nie ma tu nic do powiedzenia.

– Nie pieprz, Coburn. Chcę wiedzieć, o co chodzi.

– Usłyszałeś wszystko, co miałem do powiedzenia.

– Mówię ci, nie pieprz. Zobaczysz, jakie samochody dostaniesz… będziesz miał fart, jeżeli będą w nich kierownice.

– Przykro mi.

– Jay…

– Tak?

– Masz najśmieszniejszą walizkę pod słońcem.

– Różnie bywa…

– Słuchaj, Coburn. Ja wiem, po co tu jesteś. Coburn westchnął.

– No to chodźmy się przejść.

Wyszli na ulicę i Coburn powiedział Taylorowi o grupie ratowniczej.

* * *

Następnego dnia zaczęli organizować kryjówki.

Dom Taylora przy Aftab Street 2 nadawał się idealnie. Był położony blisko hotelu Hyatt, co ułatwiało zamianę samochodów i znajdował się w amerykańskiej części miasta, miejscu, które, gdyby zamieszki przybrały na sile, mogło okazać się mniej niebezpieczne dla Amerykanów. Telefon działał, było dość oleju opałowego. Ogrodzone murem podwórze mogło pomieścić sześć samochodów. Istniało również tylne wyjście, mogło być wykorzystane jako droga ucieczki, gdyby przed frontowymi drzwiami pojawił się oddział policji. A poza tym, właściciel nie mieszkał w domu.

Posługując się planem Teheranu wiszącym na ścianie gabinetu Coburna, na której od chwili ewakuacji zaznaczone były wszystkie domy EDS w mieście, wybrali jeszcze trzy, nadające się na kryjówki.

W ciągu dnia, kiedy Taylor zatankował już samochody, Coburn odprowadził je po kolei z „Bukaresztu” do każdego z domów i zaparkował przy każdym po trzy.

Patrząc ponownie na plan, próbował sobie przypomnieć, czyje żony pracowały w amerykańskich instytucjach wojskowych, rodziny bowiem, które miały prawo zaopatrywania się w kantynie, zawsze posiadały lepszą żywność. Zanotował osiem najbardziej prawdopodobnych możliwości. Jutro odwiedzi te miejsca i zabierze stamtąd do kryjówek wszystkie konserwowane produkty żywnościowe i napoje.

Wybrał również piąte mieszkanie, ale nie odwiedził go. Miało to być alarmowe miejsce schronienia, wykorzystywane w razie poważnej potrzeby i nikt nie mógł się tam pokazywać, dopóki nie zaistniała taka konieczność.

Tego wieczoru, kiedy był sam w mieszkaniu Taylora, zadzwonił do Dallas i poprosił Merva Stauffera.

Stauffer był, jak zawsze, w dobrym nastroju.

– Cześć, Jay! Jak się masz?

– W porządku.

– Cieszę się, że cię słyszę. Mam do ciebie prośbę. Masz coś do pisania?

– Jasne.

– OK. Honky Keith Goofball Zero Honky Dummy…

– Merv – przerwał mu Coburn.

– Co?

– Co ty u diabła gadasz?

– To kod, Jay.

– Co to takiego Honky Keith Goofball?

– H jak Honky, K jak Keith…

– Merv, H to Hotel, K to kilo…

– O! – powiedział Stauffer. – O, nie wiedziałem, że powinno się używać określonych słów… Coburn roześmiał się.

– Posłuchaj – rzekł. – Przed następnym telefonem poproś kogoś o wojskowy kod literowy.

Stauffer też się roześmiał.

– Oczywiście, że to zrobię – odparł. – Ale przypuszczam, że tym razem będziemy musieli posłużyć się moją wersją.

– Dobra, zaczynaj.

Coburn odebrał zakodowaną informację, a potem, wciąż używając kodu, przekazywał Staufferowi swoje miejsce pobytu i numer telefonu. Po skończeniu rozmowy rozszyfrował przekazaną mu przez Stauffera wiadomość.

Była dobra. Następnego dnia przylatywali do Teheranu Simons i Joe Poche.

* * *

11 stycznia, w dniu, w którym Coburn przyleciał do Teheranu a Perot odleciał do Londynu, mijał dokładnie drugi tydzień pobytu Paula i Billa w więzieniu.

W tym czasie raz byli pod prysznicem. Kiedy strażnicy dowiedzieli się, że jest ciepła woda, dali każdej celi pięć minut na kąpiel. Gdy mężczyźni zaczęli tłoczyć się w kabinach, aby choć na chwilę dostąpić rozkoszy bycia czystym i rozgrzanym, wszelkie uczucie wstydu poszło w kąt. Nie tylko umyli się, ale również wyprali swoją odzież.

Po tygodniu wyczerpały się butle z gazem w kuchence więziennej. Jedzenie złożone głównie z potraw mącznych i ubogie w warzywa, od tej pory było również zimne. Całe szczęście, że pozwolono im uzupełniać więzienny wikt pomarańczami, jabłkami i orzechami, które przynosili ze sobą odwiedzający.

Wieczorami przeważnie wyłączano elektryczność na godzinę lub dwie i wtedy więźniowie mogli używać świec lub latarek. W więzieniu było pełno wiceministrów, dostawców rządowych i biznesmenów teherańskich. W celi nr 5, wraz z Paulem i Billem, siedziało dwóch członków dworu cesarzowej, ostatnim zaś, który znalazł się w ich celi, był dr Siazi, który pracował w Ministerstwie Zdrowia pod kierownictwem dr Sheika jako dyrektor departamentu rehabilitacji. Dr Siazi był psychiatrą i wykorzystywał swoją wiedzę do polepszenia samopoczucia więźniów. Ciągle wymyślał gry i rozrywki, które miały urozmaicić codzienną monotonię. Wprowadził na przykład zwyczaj, zgodnie z którym każda osoba w celi przed przystąpieniem do obiadu musiała opowiedzieć jakiś dowcip. Kiedy dowiedział się, jak wysoką kaucję wyznaczono za Paula i Billa, zapewnił ich, że mogą spodziewać się wizyty Farrah Fawcett Majors, której męża wyceniono zaledwie na sześć milionów dolarów.

Paul nawiązał zadziwiająco serdeczne stosunki z „ojcem” celi, więźniem o najdłuższym stażu, który zgodnie z tradycją był zarazem starszym celi. Niski mężczyzna w podeszłym wieku, robił wszystko, co leżało w jego nader ograniczonych możliwościach, aby pomóc Amerykanom. Namawiał ich do jedzenia i przekupywał strażników, aby zdobyć dla nich choć trochę większe porcje. Znał zaledwie około tuzina słów po angielsku, Paul wprawdzie słabo mówił w farsi, ale jakoś udawało się im porozumieć. Paul dowiedział się, że jest znaczącym biznesmenem, właścicielem spółki budowlanej i hotelu w Londynie. Paul pokazał mu przyniesione przez Taylora fotografie Karen i Ann Marie, a staruszek nauczył się ich imion. Z tego, co Paul wiedział, jego rozmówca mógł być winien jak diabli wszystkiemu, co mu zarzucano, ale zainteresowanie i ciepło, jakie okazywał cudzoziemcom, dodało mu otuchy.

Paul był także wzruszony odwagą, jaką okazywali jego koledzy z EDS w Teheranie. Lloyd Brigss, który teraz poleciał do Nowego Jorku, Rich Gallagher, który w ogóle nie wyjechał, i Keane Taylor, który wrócił. Wszyscy oni narażali życie za każdym razem, kiedy jechali niespokojnymi ulicami do więzienia. Wszyscy ryzykowali, że Dadgar wpadnie na pomysł, aby zatrzymać ich jako dodatkowych zakładników. Paul czuł również szczególną wdzięczność dla Boba Younga, odkąd dowiedział się, że jest on w drodze do Teheranu, żona Boba bowiem urodziła właśnie dziecko i niewątpliwie było mu bardzo trudno narażać się na niebezpieczeństwo.

Paul myślał początkowo, że w każdej chwili może zostać zwolniony. Wmawiał sobie, że może wyjść każdego dnia.

Wypuszczono jednego ze współwięźniów, Lucia Randone’a, włoskiego inżyniera budowlanego, zatrudnionego przez spółkę budowlaną Condotti d’Aqua. Kiedy Randone odwiedził ich, przyniósł ze sobą dwie olbrzymie tabliczki włoskiej czekolady i powiedział Paulowi oraz Billowi, że rozmawiał o nich z ambasadorem Włoch w Teheranie. Ambasador obiecał, że spotka się ze swoim amerykańskim kolegą i podzieli się sekretem, jak wyciągać ludzi z irańskiego więzienia.

Największym jednak źródłem optymizmu Paula był Ahmad Houman, adwokat, wynajęty przez Briggsa, w miejsce prawników irańskich, którzy tak źle poradzili mu w sprawie kaucji. Z jakiegoś powodu przebywali w pokoju przyjęć więzienia, a nie w rozmównicy położonej w niskim budynku po drugiej stronie podwórka. Paul obawiał się, że może to źle wpłynąć na szczerość rozmowy pomiędzy adwokatem i klientem. Houmana jednak nie powstrzymywała obecność strażników więziennych.

– Dadgar próbuje wyrobić sobie nazwisko – oznajmił Irańczyk. Czy to było możliwe? Nadgorliwy urzędnik śledczy, który próbuje wywrzeć swoim antyamerykańskim zapałem wrażenie na swoich zwierzchnikach – a może rewolucjonistach?

– Urząd Dadgara jest bardzo wpływowy – ciągnął dalej Houman. – Ale w tym przypadku ma on za krótkie ręce. Nie miał podstaw, żeby was aresztować, a kaucja jest zbyt wygórowana – powiedział.

Houman wywarł na Paulu dobre wrażenie. Wyglądał na zręcznego i pewnego siebie.

– Więc co ma pan zamiar zrobić?

– Postaram się uzyskać zmniejszenie wysokości kaucji?

– W jaki sposób?

– Najpierw porozmawiam z Dadgarem. Mam nadzieję, że uda mi się wykazać mu, jak skandalicznie wysoka jest ta kaucja. A jeżeli będzie w dalszym ciągu nieprzejednany, udam się do jego zwierzchników w Ministerstwie Sprawiedliwości i przekonam ich o konieczności zmniejszenia kaucji.

– I jak długo, sądzi pan, to potrwa?

– Może tydzień.

Zajęło to więcej niż tydzień, ale Houman czynił postępy. Przyszedł do więzienia z informacją, że zwierzchnicy Dadgara z Ministerstwa Sprawiedliwości zgodzili się przekonać go, aby zmniejszył kaucję do sumy, którą EDS mogła zapłacić łatwo i szybko z funduszy znajdujących się w Iranie. Był pełen lekceważenia dla Dadgara i oznajmił triumfalnie, że sprawa zostanie sfinalizowana 11 stycznia podczas drugiego spotkania Paula i Billa z Dadgarem.

Rzeczywiście, tego dnia Dadgar zjawił się w więzieniu przed południem. Chciał, jak poprzednio, najpierw zobaczyć się z samym Paulem. Paul był we wspaniałym nastroju, kiedy strażnik prowadził go przez podwórko. „Dadgar to tylko nadgorliwy urzędnik śledczy – myślał – teraz został przywołany do porządku i będzie musiał wszystko odszczekać”.

Dadgar czekał na niego z tą samą tłumaczką, co poprzednio. Skinął chłodno głową i Paul usiadł „Nie wygląda na zbyt pokornego” – pomyślał.

Dadgar powiedział coś w farsi i pani Nourbash przetłumaczyła:

– Jesteśmy tu, żeby przedyskutować wysokość waszej kaucji.

– Dobrze – odparł Paul.

– Pan Dadgar otrzymał w tej sprawie list z Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej.

Zaczęła tłumaczyć list.

Przedstawiciele ministerstwa domagali się, aby kaucję za obu Amerykanów zwiększyć do wysokości dwudziestu trzech milionów dolarów w celu zrekompensowania strat, jakie ministerstwo poniosło w rezultacie wyłączenia przez EDS komputerów – czyli praktycznie podwoić ją.

W umyśle Paula zaświtało, że nie będzie dzisiaj zwolniony.

Cały ten list był sprawą ukartowaną z góry. Dadgar zręcznie wywiódł w pole dr Houmana. Całe to spotkanie było tylko kolejną rozgrywką. Paul wpadł we wściekłość.

„Do diabła z uprzejmością dla tego przeklętego bękarta!” – pomyślał. Kiedy tłumaczka doczytała list do końca, Paul powiedział:

– A teraz chciałbym coś oświadczyć i pragnąłbym, żeby pani przetłumaczyła każde słowo. Czy to jasne?

– Oczywiście – odpowiedziała pani Nourbash. Paul zaczął mówić wolno i wyraźnie:

– Trzymacie mnie w więzieniu już od czternastu dni. Nie zostałem postawiony przed sądem. Nie zostały mi przedstawione żadne zarzuty. Wciąż nie możecie przedstawić ani jednego dowodu, który obciążyłby mnie jakąkolwiek odpowiedzialnością za przestępstwo. Nie określił pan nawet, o jakie przestępstwo mógłbym być oskarżony. Czyżby był pan dumny z irańskiego wymiaru sprawiedliwości?

Ku zdziwieniu Paula, tyrada ta zdawała się nieco zmniejszyć chłód w spojrzeniu Dadgara.

– Przykro mi – odpowiedział – że musi pan być tym, który płaci za zło wyrządzone przez pańską firmę.

– Nie, nie, nie! – odrzekł Paul. – Ja jestem firmą. Ja jestem odpowiedzialną osobą. Jeżeli firma postąpiła źle, to ja powinienem ponieść karę. Ale nie uczyniliśmy nic złego. W gruncie rzeczy, zrobiliśmy o wiele więcej, niż byliśmy do tego zobowiązani. EDS uzyskała ten kontrakt dlatego, że jesteśmy jedynym przedsiębiorstwem na świecie, które jest w stanie wykonać tę pracę – stworzyć w pełni zautomatyzowany system opieki społecznej w słabo rozwiniętym kraju zamieszkałym przez trzydzieści milionów chłopów. I udało nam się. Nasz system opracowania danych wydaje legitymacje ubezpieczeniowe. Utrzymuje rejestr wpływów na konto bankowe ministerstwa. Każdego dnia przedstawia sumę roszczeń ubezpieczeniowych z poprzedniego dnia. Blokuje listy płac dla całego Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej. Opracowuje tygodniowy i miesięczny raport o sytuacji finansowej ministerstwa. Dlaczego nie pójdzie pan tam i nie spojrzy na wydruki? Nie, proszę poczekać – powiedział, nie dopuszczając Dadgara do głosu.

– Jeszcze nie skończyłem. Dadgar wzruszył ramionami.

– Istnieje niezwykle łatwy do zdobycia dowód, że EDS wypełniła swoje warunki kontraktu. Równie łatwo ustalić, że ministerstwo nie dotrzymało swojej strony umowy, to znaczy nie płaci nam od sześciu miesięcy i obecnie jest nam winne w przybliżeniu dziesięć milionów dolarów. A teraz proszę chwilę pomyśleć o ministerstwie. Dlaczego nie zapłaciło EDS? Dlatego, że nie ma pieniędzy. Dlaczego? Obaj wiemy, że wyczerpało ono cały swój budżet w ciągu siedmiu miesięcy bieżącego roku, a rząd nie przyznał uzupełniających funduszy. Może też wchodzić w grę brak kompetencji niektórych departamentów. Co z tymi, którzy przekroczyli swój budżet? Być może szukają oni wymówki, kogoś, kogo mogliby obciążyć winą za niepowodzenia, jakiegoś kozła ofiarnego? I czy EDS nie jest takim właśnie kozłem? Kapitalistyczne, amerykańskie przedsiębiorstwo, tu, pod ręką, pracujące dla nich. W obecnej atmosferze politycznej, ludzie chętnie słuchają o podstępnych Amerykanach i chętnie wierzą, że oszukujemy Iran. Ale pan, panie Dadgar, jest podobno przedstawicielem prawa. Pan nie powinien wierzyć, że Amerykanie są winni, dopóki nie ma pan na to dowodów. O ile dobrze rozumiem rolę urzędnika śledczego, powinien pan odkryć prawdę. Najwyższy czas, żeby zadał pan sobie pytanie, dlaczego ktoś mógłby rzucać fałszywe oskarżenia na mnie i moją firmę? Czy to nie jest najwyższa pora, żeby zaczął pan prowadzić śledztwo w tym cholernym ministerstwie?!

Kobieta przetłumaczyła ostatnie zdanie. Paul przyglądał się Dadgarowi. Rysy Irańczyka znowu skamieniały. Powiedział coś w farsi.

– Zobaczymy się teraz z następnym – przetłumaczyła pani Nourbash. Paul wytrzeszczył na nią oczy.

Uświadomił sobie, że niepotrzebnie strzępił język. Równie dobrze mógł recytować wierszyki dla dzieci. Dadgar był niewzruszony.

Paul był głęboko przygnębiony. Leżał na materacu patrząc na zdjęcia Karen i Ann Marie, które przyczepił do spodu górnej pryczy. Bardzo mu ich brakowało. Fakt, że nie mógł się z nimi zobaczyć, uzmysłowił mu, że poprzednio ich obecność uważał za coś oczywistego. Również i Ruthie. Spojrzał na zegarek – w Stanach był teraz środek nocy. Ruthie zapewne śpi, sama w wielkim łóżku. Jakże byłoby cudownie położyć się obok niej i wziąć ją w ramiona. Porzucił tę myśl – rozczulanie się nad sobą tylko pogarszało sprawę. Nie musiał się o nie martwić. Były poza Iranem, poza zasięgiem niebezpieczeństwa i cokolwiek by się z nim stało, Perot zaopiekuje się jego rodziną. To było dobrą stroną Perota. Wymagał wiele – był chyba najbardziej wymagającym pracodawcą na świecie – ale kiedy szukało się w nim oparcia, był jak opoka.

Paul zapalił papierosa. Było mu zimno. Nigdy się nie mógł ogrzać w tym więzieniu. Czuł się zbyt przygnębiony, aby cokolwiek robić. Nie miał ochoty iść do „Chattanooga” i na herbatę, nie miał ochoty oglądać bełkotu dziennika telewizyjnego, nie miał wreszcie ochoty grać w szachy z Billem. Nie chciało mu się iść po nową książkę do biblioteki. Przeczytał „Ptaki ciernistych krzewów” Colleen McCullough. Uznał tę powieść za bardzo wzruszającą. Mówiła o kilku pokoleniach rodzin i dzięki niej zaczął myśleć o swojej rodzinie. Główną postacią był ksiądz – Paul, jako katolik, doskonale mógł go zrozumieć. Przeczytał książkę trzy razy. Przeczytał również „Hawaje” Jamesa Michenera, „Port lotniczy” Artura Haileya i „Księgę rekordów Guinessa”. Nie miał ochoty na żadną książkę więcej.

Czasami myślał, co będzie robić, kiedy stąd wyjdzie, i pozwalał, aby jego myśli krążyły wokół ulubionych zajęć – żeglarstwa i wędkarstwa. Ale to tylko potęgowało jego przygnębienie.

Nie mógł przypomnieć sobie w swoim dorosłym życiu takiej chwili, w której nie miałby co robić. Zawsze był zajęty. W biurze przeważnie starczało mu pracy na trzy dni naprzód. Nigdy, nigdy nie zdarzyło mu się leżeć, palić papierosa i zastanawiać się, czym, u diabła, mógłby się zająć!

Najgorsze jednak było uczucie bezradności. Choć zawsze był tylko podwładnym, który jechał tam, gdzie wysyłał go przełożony, i robił to, co mu kazano, to zawsze wiedział, że w każdej chwili może wsiąść do samolotu i wrócić do domu albo rzucić pracę, czy powiedzieć szefowi „nie”. W ostatecznym rozrachunku decyzje należały do niego. A teraz nie był w stanie powziąć żadnych decyzji, dotyczących jego własnego życia. Nie miał najmniejszego wpływu na swoją sytuację. Zawsze, kiedy miał w życiu jakieś problemy, mógł działać, próbować, walczyć. Teraz musiał po prostu siedzieć i cierpieć.

Zrozumiał, że nigdy nie wiedział, co to naprawdę jest wolność, dopóki jej nie utracił.

* * *

Demonstracja była stosunkowo spokojna. Płonęło wprawdzie kilka samochodów, ale poza tym nie było ataków przemocy. Demonstranci maszerowali tam i z powrotem niosąc portrety Chomeiniego i kładąc kwiaty na wieżyczki czołgów.

Żołnierze zachowywali się biernie.

Ruch samochodowy został zablokowany.

14 stycznia, nazajutrz po przylocie Simonsa i Pochego, Boulware wrócił do Paryża i wraz z pozostałą czwórką oczekiwał tam na lot do Teheranu. Natomiast Simons, Coburn i Poche jechali w stronę centrum, na rekonesans więzienia.

Po kilku minutach jazdy Joe Poche wyłączył silnik samochodu. Siedział teraz cicho i okazywał tyle samo emocji co zawsze – to znaczy nie okazywał ich wcale.

Simons przeciwnie, był podniecony.

– Przed nami Historia tworzy się na naszych oczach – powiedział. – Niewielu ludzi miało okazję oglądać z bliska przebieg rewolucji.

Coburn zorientował się, że Simons zakochany był w historii, a rewolucje stanowiły jego specjalność. Kiedy w porcie lotniczym zapytano go, czym się zajmuje i jaki jest cel jego wizyty, odpowiedział, że jest emerytowanym rolnikiem i że jest to dla niego jedyna w życiu szansa, aby przyjrzeć się rewolucji z bliska. Mówił prawdę.

Coburna wcale nie podniecało to, że tkwi w jej środku. Nie cieszył go fakt, że siedzi w niewielkim „Renaulcie 4” otoczony przez tłum agresywnych fanatyków islamskich. Pomimo swojej świeżo zapuszczonej brody, nie wyglądał na Irańczyka. Poche również. Ale Simons tak – miał obecnie dłuższe włosy, białą brodę i przy jego oliwkowej cerze i dużym nosie wystarczyłoby mu dać muzułmański różaniec i postawić gdzieś na rogu ulicy, a nikt nie podejrzewałby ani przez chwilę, że to Amerykanin.

Ale tłum nie interesował się Amerykanami i po jakimś czasie Coburn nabrał na tyle pewności siebie, że wyszedł z samochodu i udał się do piekarni. Przyniósł stamtąd chleb babari – długie, świeże, płaskie bochenki o delikatnej skórce, sprzedawane po siedem riali, czyli dziesięć centów. Przypominały francuskie bagietki i kiedy były świeże smakowały wspaniale, czerstwiały jednak bardzo szybko. Jadano je zazwyczaj z masłem, albo z serem. Najważniejszymi artykułami spożywczymi w Iranie były właśnie chleb babari i herbata.

Obserwując demonstrację siedzieli i żuli chleb, aż wreszcie ruch na jezdni zaczął powracać do normy. Poche trzymał się trasy, którą poprzedniego wieczoru wykreślił na mapie. Coburn zastanawiał się, co zobaczą, gdy wreszcie dotrą do więzienia. Na rozkaz Simonsa, trzymał się do tej pory z daleka od centrum. Nie można było mieć zbyt wielkiej nadziei, że więzienie będzie wyglądać dokładnie tak, jak opisywał je jedenaście dni temu w domku nad jeziorem Grapevine. Opracował bardzo dokładny plan ataku na podstawie nader niedokładnych danych. Jak bardzo niedokładnych, mieli się wkrótce przekonać.

Dotarli do Ministerstwa Sprawiedliwości i skręcili w Khayyam Street, gęsto zabudowaną ulicę. Na jej końcu znajdowała się brama więzienna.

Poche jechał wolno – ale nie za wolno – wzdłuż budynku więzienia.

– Cholera jasna! – zaklął Simons. Coburnowi zamarło serce.

Więzienie w niczym nie przypominało teraz obrazu utrwalonego w pamięci.

Wejście zamykała dwuskrzydłowa stalowa brama o wysokości czternastu stóp.

Po jednej jej stronie znajdował się piętrowy budynek z zasiekami z drutu kolczastego wzdłuż całego dachu, po drugiej zaś – wyższy, czteropiętrowy gmach z szarego kamienia.

Nie było żelaznych sztachet. Nie było podwórka.

– Gdzie jest ten pieprzony wybieg? – zapytał Simons.

Poche pojechał kawałek dalej, zawrócił i przejechał znowu wzdłuż Khayyam Street, ale w przeciwnym kierunku.

Tym razem Coburn zobaczył niewielkie podwórko, na którym rosła trawa i kilka drzew. Od ulicy oddzielał je płot z żelaznych sztachet o wysokości dwunastu stóp. Najwyraźniej jednak nie miało nic wspólnego z położonym dalej więzieniem. W jakiś sposób, w rozmowie telefonicznej z Majidem, poplątali miejsce spaceru więźniów z tym małym ogródkiem.

Poche przejechał jeszcze raz wokół bloku.

Simons zastanawiał się. – Możemy się tam dostać – powiedział po chwili.

– Ale musimy wiedzieć, co nas czeka, kiedy przedostaniemy się przez mur. Ktoś musi tam pójść na zwiady.

– Kto? – zapytał Coburn. – Ty – odparł Simons.

* * *

Coburn podszedł do bramy więziennej wraz z Richem Gallagherem i Majidem. Majid nacisnął przycisk dzwonka. Czekali.

Coburn stał się „zewnętrznym kontaktem” grupy ratowniczej. W „Bukareszcie” widzieli go już urzędnicy irańscy, a więc jego obecności w Teheranie nie sposób było utrzymać w tajemnicy. Simons i Poche będą przebywali, o ile tylko się da, w ukryciu i z dala od EDS. Nikt nie powinien wiedzieć, że tu są. Do Coburna należały też spotkania z Taylorem w hotelu Hyatta i wymiana samochodów. Do niego wreszcie należało przedostanie się do środka więzienia.

Czekając, aż zostaną wpuszczeni, przypomniał sobie wszystkie punkty, na które Simons kazał mu zwrócić szczególną uwagę – zabezpieczenie, liczbę strażników, uzbrojenie, rozplanowanie terenu, osłony, wysokie punkty… Lista była długa, a Simons potrafił sprawić, że człowiek starał się zapomnieć każdy szczegół jego instruktażu.

W bramie otworzyło się okienko. Majid powiedział coś w farsi. Brama otworzyła się i wszyscy trzej weszli do środka.

Bezpośrednio przed sobą, Coburn zobaczył podwórko z trawiastym klombem pośrodku kolistego podjazdu i zaparkowane dalej samochody. Za nimi stał czteropiętrowy gmach. Po lewej stronie znajdował się parterowy budynek, który widział z ulicy – ten z drutem kolczastym na dachu. Z prawej strony były następne stalowe drzwi.

Coburn miał na sobie długi, rozszerzający się ku dołowi płaszcz – Taylor nazywał go płaszczem „Maskotki Michelina” – można było bez trudu ukryć pod nim strzelbę, ale strażnicy przy bramie nie zrewidowali go. „Mógłbym mieć przy sobie osiem sztuk broni”, pomyślał. To dodawało otuchy – straż przy bramie była niedbała.

Zauważył też, że strażnik uzbrojony jest w niewielki pistolet.

Wszyscy trzej zostali zaprowadzeni do niskiego budynku po lewej stronie.

W rozmównicy był zarządzający więzieniem pułkownik wraz z drugim Irańczykiem. Gallagher ostrzegł Coburna, że ów drugi mężczyzna zawsze jest obecny w czasie odwiedzin i doskonale mówi po angielsku. Najprawdopodobniej jego zadaniem było przysłuchiwanie się rozmowom. Coburn powiedział Majidowi, że nie chce być podsłuchiwany w czasie rozmowy z Paulem, i Majid zgodził się odwrócić uwagę drugiego Irańczyka.

Coburn został przedstawiony pułkownikowi, ten zaś łamaną angielszczyzną oznajmił, że przykro mu z powodu Paula i Billa i ma nadzieję, iż wkrótce zostaną zwolnieni. Sprawiał wrażenie, że mówi szczerze. Coburn zauważył, że ani pułkownik, ani jego podsłuchujący towarzysz nie są uzbrojeni.

Drzwi otworzyły się i weszli Paul oraz Bill.

Obaj gapili się na Coburna. Byli zaskoczeni. Żadnego z nich nie uprzedzono, że Jay jest w mieście, a jego broda była dla nich dodatkowym wstrząsem.

– Co tu robisz, do cholery?! – zapytał Bill, uśmiechając się szeroko. Coburn uściskał ich serdecznie.

– Chłopie, nie mogę uwierzyć, że cię widzę – rzekł Paul.

– A co tam u mojej żony? – spytał Bill.

– Emily ma się świetnie, Ruthie także – odparł Coburn.

Majid zaczął mówić coś głośno do pułkownika i jego towarzysza.

Można się było domyślić po jego żywej gestykulacji, że opowiada im jakąś skomplikowaną historię. Rich Gallagher zaczął rozmawiać z Billem, a Coburn usiadł obok Paula.

Simons polecił Coburnowi wypytać Paula o rozkład zajęć w więzieniu i poinformować go o planie uwolnienia. Wybrali Paula, a nie Billa, ponieważ według Coburna, to Paul był w tej dwójce przywódcą.

– Jeżeli jeszcze się nie domyśliłeś – zaczął Coburn – to chcę ci powiedzieć, że mamy zamiar was wyciągnąć stąd. Choćby siłą, jeśli zajdzie potrzeba.

– Domyśliłem się – przytaknął Paul. – Ale nie jestem pewien, czy to dobry pomysł.

– Dlaczego?

– Mogą być ofiary.

– Słuchaj. Ross zaangażował do tej operacji najlepszych ludzi na świecie.

Mamy wolną rękę…

– Nie jestem pewien, czy tego chcę.

– Nie będziemy pytać cię o pozwolenie, Paul. Paul uśmiechnął się.

– W porządku.

– A teraz potrzebuję nieco informacji. Gdzie spacerujecie?

– Tutaj, na podwórku.

– Kiedy?

– W czwartki.

Dziś był poniedziałek, Następny spacer odbędzie się więc 18 stycznia.

– Jak długo trwa ten spacer?

– Około godziny.

– O której?

– Różnie.

– Cholera! – Coburn próbował zachowywać się swobodnie, unikać podejrzanego ściszania głosu, czy zerkania przez ramię, aby zobaczyć, czy ktoś nie słucha. Miało to przecież wyglądać jak zwykła, towarzyska wizyta.

– Ilu strażników jest w więzieniu?

– Około dwudziestu. Wszyscy umundurowani, część uzbrojona w broń krótką.

– Nie mają karabinów?

– Cóż… żaden ze strażników nie ma karabinu, ale… Słuchaj, nasza cela jest akurat po drugiej stronie podwórka i ma okno. Widziałem, że rankiem zbiera się tam grupa około dwudziestu innych strażników, coś w rodzaju gwardii. Mają karabiny i noszą takie błyszczące hełmy. Najpierw mają apel, a potem nie widać ich przez resztę dnia… Nie wiem, co robią.

– Spróbuj się dowiedzieć.

– Spróbuję.

– Gdzie jest twoja cela?

– Kiedy stąd wyjdziesz, zobaczysz, że jej okno jest mniej więcej naprzeciwko. Gdyby liczyć od prawego kąta podwórza do lewego, będzie to trzecie okno. Ale wówczas gdy przychodzą odwiedzający, zamykają nam okiennice. Mówią, że nie powinniśmy oglądać przychodzących kobiet.

Coburn skinął głową, starając się to wszystko zapamiętać.

– Musicie zrobić dwie rzeczy – powiedział. – Po pierwsze: zbadać więzienie i wykonać możliwie dokładne pomiary. Przyjdę tutaj znowu i zabiorę je od ciebie, na ich podstawie będziemy mogli sporządzić plan. Po drugie: dbajcie o kondycję, ćwiczcie codziennie. Musicie być sprawni.

– OK.

– A teraz podaj mi rozkład dnia.

– Budzą nas o szóstej rano… – zaczął Paul.

Coburn natężył uwagę, wiedząc, że będzie musiał powtórzyć to wszystko Simonsowi. Mimo to w głębi duszy męczyła go myśl: „Skoro nie wiemy, o której mają spacer, to skąd u diabła będziemy wiedzieć, kiedy przeskoczyć przez mur?”

* * *

– Jest rozwiązanie. Odwiedziny – to właściwy moment – oznajmił Simons.

– Jak to – spytał Coburn.

– Jest to tak naprawdę jedyna sytuacja, kiedy możemy mieć pewność, że obaj znajdą się poza pawilonem więziennym i w ściśle określonym momencie można będzie ich przechwycić.

Coburn przytaknął. Siedzieli w trójkę w salonie domu Keane’a Taylora. Był to duży pokój zasłany perskim dywanem. Siedzieli na krzesłach blisko siebie, wokół stolika do kawy. Obok krzesła Simonsa rósł na dywanie mały pagórek popiołu z cygar. Taylor wścieknie się.

Coburn czuł się wykończony. Przesłuchanie, jakie urządził mu Simons – było o wiele bardziej męczące, niż się spodziewał. Kiedy był już pewien, że powiedział wszystko, Simons wymyślał następne pytania. Kiedy coś niezbyt dokładnie zapamiętał, Simons zmuszał go, aby sobie przypomniał. Zadając odpowiednie pytania wydusił z niego także informacje, których nawet świadomie nie zarejestrował.

– Scenariusz z furgonetką i drabiną odpada – stwierdził Simons. – Słabym punktem więzienia jest teraz kiepska dyscyplina strażników. Możemy przemycić tam dwóch ludzi jako odwiedzających ze strzelbami albo pistoletami schowanymi pod płaszczami. Załóżmy, że Paul i Bill wyjdą do rozmównicy, nasi dwaj ludzie po cichu obezwładnią pułkownika i jego podsłuchującego kompana, po cichu i bez trudu. Gdyby jednak podniósł alarm…

– Co wtedy?

– Wtedy powstaje problem. Czterej ludzie będą musieli wyjść z budynku, przekroczyć podwórko, dotrzeć do bramy, otworzyć ją albo przeskoczyć, wyjść na ulicę i wsiąść do samochodu…

– To jest możliwe – wtrącił Coburn. – Przy bramie jest tylko jeden strażnik.

– Niepokoi mnie jednak kilka rzeczy – stwierdził Simons. – Po pierwsze: okna w wysokim budynku wychodzą na podwórko. Kiedy nasi ludzie będą na podwórzu, każdy kto spojrzy przez okno, zobaczy ich. Po drugie: gwardziści w połyskujących hełmach i z karabinami. Cokolwiek się zdarzy, nasi ludzie będą musieli zwolnić przy bramie. I jeżeli chociaż jeden gwardzista z karabinem ich zobaczy, będzie walił, jak na strzelnicy.

– Nie wiemy, czy gwardziści są w wysokim budynku.

– Nie wiemy, czy ich tam nie ma.

– To chyba niewielkie ryzyko…

– Nie będziemy podejmować żadnego niepotrzebnego ryzyka. Po trzecie: poruszanie się w tym przeklętym mieście jest zupełnie do kitu. Nie możemy liczy na to, że po prostu wskoczymy do samochodu i odjedziemy. Możemy nadziać się na demonstrantów i o pięćdziesiąt jardów dalej. Nie. To wszystko musi się odbyć spokojnie. Musimy mieć czas. Jaki jest ten pułkownik więzienia?

– Niby sprawia wrażenie nastawionego przyjaźnie – odrzekł Coburn. – Wygląda na to, że szczerze współczuje Paulowi i Billowi.

– Zastanawiam się, czy nie moglibyśmy go wykorzystać. Czy coś o nim wiadomo?

– Nie.

– No to się dowiedz.

– Zlecę do Majidowi.

– Ten pułkownik mógłby załatwić, żeby w, pobliżu rozmównicy nie było strażników. Możemy stworzyć mu alibi wiążąc go, możemy go nawet ogłuszyć… Jeżeli da się go przekupić, tym lepiej.

– Natychmiast się tym zajmę – oznajmił Coburn.

* * *

13 stycznia Ross Perot wystartował z Ammanu w Jordanii odrzutowcem „Lear”, linii „Arab Wings”, czarterowej filii Royal Jordanian Airlines. Samolot leciał do Teheranu. W bagażniku znajdował się druciany pojemnik, zawierający pół tuzina profesjonalnych taśm wideo, takich jakich używają operatorzy telewizyjni. Był to podstęp. Perot wiózł je dla uprawdopodobnienia swojej historyjki o powodach podróży.

Kiedy mały odrzutowiec leciał na wschód, jego brytyjski pilot wskazał miejsce, w którym łączy się Tygrys i Eufrat. Parę minut później okazało się, że system hydrauliczny samolotu wysiadł i muszą zawrócić.

Taka to była podróż.

W Londynie spotkał się z prawnikiem Johnem Howellem i kierownikiem z EDS, Bobem Youngiem. Obaj od wielu dni próbowali dostać się na samolot do Teheranu. W pewnym momencie Young ustalił, że „Arab Wings” lata na tej trasie i cała trójka wyruszyła do Ammanu. Przylot do Ammanu w środku nocy był doświadczeniem jedynym w swoim rodzaju. Perot odniósł wrażenie, że wszystkie oprychy z całej Jordanii nocują właśnie na lotnisku. Zdobyli taksówkę, która zawiozła ich do hotelu, gdzie okazało się, że w pokoju Johna Howella nie ma łazienki, a kibel jest bezpośrednio pod łóżkiem. W pokoju Perota ubikacja i łazienka były położone tak blisko siebie, że gdy siedział na sedesie, musiał trzymać nogi w wannie. I tak dalej…

Bob Young wymyślił historyjkę z taśmami. „Arab Wings” regularnie przewoził taśmy z – i do Teheranu dla sieci telewizyjnej NBC. Czasami taśmy przewoził pracownik NBC, innym zaś razem zabierał je pilot. Dzisiaj, choć NBC wcale o tym nie wiedziało, rolę kuriera spełniał Perot. Ubrany był w sportową kurtkę, na głowie miał czapkę w szkocką kratę, był bez krawata. Każdy, kto chciałby wyśledzić Perota, nawet nie spojrzałby w stronę zwykłego posłańca NBC z jego zwyczajnym, drucianym pojemnikiem.

„Arab Wings” wyraził zgodę na ten podstęp. Potwierdził także, że mogą zabrać Perota z Teheranu regularnym rejsem dla NBC.

Po przylocie do Ammanu, Perot, Howell i Young oraz pilot wsiedli do drugiego samolotu i ponownie wystartowali. Gdy nabierali wysokości nad pustynią, Perot zastanawiał się, czy już całkiem oszalał, czy też jest najzdrowszym na umyśle człowiekiem na świecie.

Było wiele niezwykle ważnych powodów, dla których nie powinien był lecieć do Teheranu. Przede wszystkim tłuszcza może uznać go za najjaskrawszy symbol ciemiężącego ich amerykańskiego kapitalizmu i po prostu zlinczować. Niewykluczone było, że Dadgar dowie się, iż Perot jest w mieście, i spróbuje właśnie go aresztować. Ross nie bardzo rozumiał motywy, które skłoniły Dadgara do zamknięcia Paula i Billa w więzieniu, ale realizacja jego tajemniczych planów byłaby niewątpliwie ułatwiona, gdyby miał Perota za kratkami. Jeżeli Dadgarowi chodziło właśnie o pieniądze, mógłby wyznaczyć kaucję w wysokości stu milionów dolarów i być pewnym, że je dostanie.

Ale pertraktacje w sprawie uwolnienia Paula i Billa utknęły w martwym punkcie. Perot chciał dostać się do Teheranu, żeby podjąć ostatnią próbę rozwiązania prawnego, zanim Simons wraz z grupą zaryzykuje życie w ataku na więzienie.

Zdarzały się takie sytuacje w interesach, kiedy EDS było skłonne uznać porażkę. Ostatecznie jednak wszystko zawsze kończyło się zwycięstwem, Sam Perot bowiem uparcie nalegał, aby zrobić jeszcze jeden krok. Na tym właśnie polegało bycie szefem.

Właśnie w taki sposób tłumaczył sobie to wszystko. Była to święta prawda, istniał jednak jeszcze jeden powód tej podróży. Po prostu nie mógł siedzieć wygodnie i bezpiecznie w Dallas, podczas gdy inni na jego polecenie ryzykowali życie.

Doskonale zdawał sobie sprawę, że gdyby został aresztowany w Iranie, jego koledzy i jego firma znaleźliby się w o wiele gorszej sytuacji, niż obecnie. Zastanawiał się też czy powinien być ostrożny i pozostać, czy też iść za głosem sumienia i pojechać? Był to dylemat moralny. Rozmawiał na ten temat ze swoją matką.

Wiedziała, że umiera. I wiedziała również, że nawet jeżeli Perot zdoła po kilku dniach powrócić cały i zdrowy, może już jej nie zastać wśród żywych. Rak gwałtownie wyniszczał organizm matki, ale nikt nie miał najmniejszego wpływu na jej umysł. Pojmowała dobro i zło równie precyzyjnie jak zawsze.

– Nie masz wyboru, Ross – powiedziała. – To twoi ludzie. Wysłałeś ich tam. Nie uczynili nic złego. Nasz rząd im nie pomoże. Jesteś za nich odpowiedzialny. To ty musisz ich stamtąd wyciągnąć. Musisz lecieć.

Znalazł się więc tutaj, przekonany, że postępuje najwłaściwiej, jeżeli nawet nie najmądrzej.

„Lear” pozostawił za sobą pustynię i nabierał wysokości nad górami zachodniego Iranu. W przeciwieństwie do Simonsa, Coburna i Poche’a, Perot nie zetknął się z fizycznym niebezpieczeństwem. Był zbyt młody, by wziąć udział w drugiej wojnie światowej i za stary do Wietnamu, wojna koreańska zaś skończyła się, kiedy chorąży Perot podążał na nią na pokładzie niszczyciela USS „Sigourney”. Strzelano do niego tylko raz, w czasie kampanii na rzecz jeńców wojennych, kiedy lądował w laotańskiej dżungli starym DC – 3. Słyszał świst, ale dopiero po wylądowaniu zorientował się, że samolot został trafiony. Jego najbardziej przerażającym przeżyciem, od czasów spotkań ze złodziejem na gazeciarskich trasach w Texarkanie, był moment, kiedy w innym samolocie nad Laosem wyleciały drzwi tuż koło jego fotela. Spał i kiedy się obudził, przez parę sekund poszukiwał lampki, zanim nie uświadomił sobie, że wychyla się z samolotu. Na szczęście, był przypięty pasem.

Dzisiaj nie siedział koło drzwi.

Wyjrzał przez okno i w przypominającej czarę dolinie między górami zobaczył Teheran: bezładną zabudowę koloru błota ze sterczącymi z niej białymi wieżowcami. Samolot zaczął tracić wysokość.

„Dobra – pomyślał – lądujemy. Najwyższa pora, Perot, żebyś ruszył głową i zaczął wytężać umysł”.

W chwili, gdy samolot lądował, poczuł się spięty, podekscytowany, uważny, jego organizm na zwiększonych obrotach produkował adrenalinę.

Samolot kołował na miejsce zatrzymania. Kilku żołnierzy z pistoletami maszynowymi przerzuconymi przez ramię leniwie wlekło się przez pas startowy.

Perot wysiadł. Pilot otworzył luk bagażowy i podał mu druciany pojemnik z taśmami.

Perot i pilot ruszyli przez pas startowy. Howell i Young poszli za nimi z walizkami w rękach.

Perot błogosławił swój niepozorny wygląd. Pomyślał o swoim norweskim przyjacielu, jasnowłosym, wysokim adonisie, który narzekał, że wygląda zbyt imponująco. „Jesteś szczęściarzem, Ross – mówił – Kiedy wchodzisz do pokoju, nikt cię nie zauważa. A kiedy ludzie widzą mnie, spodziewają się zbyt wiele i nie mogę sprostać ich oczekiwaniom”. Na pewno nikt by go nie wziął za posłańca.

Ale Perot ze swoją przeciętną twarzą, mizernym wzrostem i ubraniami z domu towarowego był w tej roli przekonywający.

Weszli do budynku dworca lotniczego. Perot tłumaczył sobie w myślach, że wojsko, które zarządza lotniskiem, i Ministerstwo Sprawiedliwości, w którym pracuje Dadgar, to dwie zupełnie różne instytucje rządowe i gdyby jedna z nich wiedziała, co druga robi lub kogo szuka, to byłaby to najskuteczniej przeprowadzona operacja w historii tego rządu.

Podszedł do biurka i podał swój paszport. Podstemplowano go mu i oddano z powrotem. Poszedł dalej.

Kontrola celna nie miała nic przeciwko temu.

Pilot wskazał, gdzie ma zostawić pojemnik z taśmami. Zostawił go i podziękował pilotowi.

Odwrócił się i zobaczył wśród oczekujących wysokiego, dystyngowanie wyglądającego przyjaciela – Keane’a Taylora. Perot lubił Taylora.

– Cześć, Ross, jak poszło? – zapytał Taylor.

– Wspaniale – odparł Perot z uśmiechem. – Nie szukali nikogo takiego jak ja.

Wyszli z lotniska.

– Przekonałeś się – zapytał Perot – że nie przysłałem cię tu po to, żebyś zajmował się jakimiś administracyjnymi bzdurami.

– Tak, wiem – odpowiedział Taylor.

Wsiedli do samochodu Taylora. Howell i Young zajęli miejsca z tyłu. Kiedy ruszyli z parkingu, Taylor oznajmił:

– Pojedziemy okrężną drogą, żeby uniknąć najgorszych zamieszek. Perot pomyślał, że nie brzmi to zbyt obiecująco.

Wzdłuż drogi wznosiły się na wpół wykończone betonowe budynki, z dźwigami na dachach. Wyglądało na to, że prace przy nich zostały wstrzymane. Kiedy Perot przyjrzał się im dokładnie, zauważył, że mieszkają w nich ludzie. Sprawiało to wrażenie trafnego symbolu tego, jak szach zbyt szybko starał się ucywilizować swój kraj.

Taylor mówił o samochodach. Zgromadził samochody EDS na boisku szkolnym i wynajął kilku Irańczyków, aby ich pilnowali. Zorientował się jednak przy tym, że Irańczycy zaczęli w gruncie rzeczy prowadzić sklep z używanymi samochodami, wyprzedając je, jak leci.

Perot zauważył przy okazji, że przed każdą stacją benzynową stały długie kolejki. Pomyślał o tym, iż w kraju tak bogatym w ropę zakrawa to na ironię. W kolejkach stały jednak nie tylko samochody, ale również i ludzie z kanistrami.

– Co oni tu robią? – zapytał. – Jeżeli nie mają samochodów, to po co im benzyna?

– Sprzedadzą ją temu, kto da więcej – wyjaśnił Taylor. – Albo możesz ich wynająć, żeby stali za ciebie w kolejce. Zatrzymali się przy blokadzie ulicznej. Po drodze zobaczyli kilka płonących samochodów. Wokół było wielu facetów z pistoletami maszynowymi. Jechali dalej. I Perot zauważył znowu płonące samochody, karabiny maszynowe i zablokowaną ulicę. Mogło to zapewne kogoś przestraszyć, ale jednak wrażenia przestrachu nie odniósł. Zobaczył po prostu, że ci ludzie spontanicznie dawali wyraz swym uczuciom, odkąd osłabł zupełnie żelazny ucisk szacha. Zauważył także, że armia nie próbowała nawet kiwnąć palcem, aby utrzymać ład i porządek w tym kraju.

I cóż, dotychczas przyglądał się tylko czemuś – co nazywa się „przemoc” – z boku, jako turysta. Przypomniał sobie, że w Laosie z małego samolotu widział kiedyś walczących ludzi. Był wtedy spokojny i obojętny. Przypuszczał wówczas, że tak właśnie wygląda bitwa. Jest zaciekła, kiedy znajdziesz się w jej centrum, ale w odległości pięciu minut marszu nic się nie dzieje. Wjechali na wielkie rondo, w jego centrum stał pomnik przypominający statek kosmiczny z dalekiej przyszłości. Sterczał nad ulicą, na czterech gigantycznych, rozstawionych nogach.

– A cóż to takiego? – zapytał Perot.

– To pomnik Szahyad – odparł Taylor. – To takie muzeum na wierzchołku. Za chwilę wjechali na podjazd hotelu „Hyatt Court Regency”.

– To nowy hotel – wyjaśnił Taylor. – Dopiero go otworzyły te przeklęte łobuzy. Ale to nieźle – wspaniale żywią, podają niezgorsze wina, wieczorami grają… Żyjemy tu jak królowie w mieście, które się rozpada.

Weszli do hallu i wsiedli do windy.

– Nie musisz się tutaj meldować – powiedział Taylor Perotowi. – Apartament jest wynajęty na mnie. Lepiej, żeby twoje nazwisko nigdzie nie figurowało.

– W porządku.

Wysiedli na dziesiątym piętrze. – Wszystkie pokoje należą do nas – wyjaśnił Taylor, otwierając drzwi.

– Czy zechcesz się rozejrzeć? – Zaproponował Taylor.

Perot wszedł, popatrzył i uśmiechnął się. Gabinet był duży. Obok niego była wielka sypialnia. Zajrzał do łazienki – była dostatecznie obszerna, aby urządzić w niej cocktail party.

– Czy wszystko w porządku? – spytał Taylor z uśmiechem.

– Gdybyś zobaczył, jaki pokój miałem ubiegłej nocy w Ammanie, to byś nie pytał.

Taylor wyszedł, a Perot pozostał sam.

Podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz. Z okien apartamentu obejrzał podjazd. „To może dać kilka dodatkowych minut – pomyślał – jeżeli przyjdzie po mnie oddział wojska albo ten motłoch.

A co ja wtedy zrobię?”

Postanowił nakreślić plan ewentualnej ucieczki. Wyszedł z apartamentu i przeszedł korytarzem tam i z powrotem. Po drodze minął kilka pustych pokoi z nie zamkniętymi drzwiami. Na każdym końcu korytarza było wyjście na klatkę schodową. Zszedł piętro niżej. Było tu jeszcze więcej pustych pokoi, niektóre z nich w ogóle nie były umeblowane. Hotel, podobnie jak wiele budynków w całym mieście, był nie wykończony.

„Mógłbym schodzić tymi schodami w dół – pomyślał – i gdybym usłyszał, że wchodzą na górę, wpadnę do jednego z korytarzy i schowam się w pustym pokoju. W ten sposób dotrę do parteru”. Dotarł schodami aż na sam dół i zwiedził parter.

Przeszedł przez kilka sal bankietowych, które przeważnie wcale nie były wykorzystywane. Był tam cały labirynt kuchni z tysiącem kryjówek: – szczególnie zapamiętał wielkie kontenery na żywność, w których bez trudu mógł się zmieścić człowiek niewielkiego wzrostu. Z sal bankietowych można było wyjść na teren rekreacyjno – sportowy. Był zupełnie niezły: z sauną i basenem. Otworzył drzwi prowadzące z klubu i znalazł się na zewnątrz, na parkingu hotelowym. Tutaj mógł wziąć samochód EDS i zniknąć w mieście, mógł przejść stąd do następnego hotelu Evin albo po prostu wbiec w las tych nie wykończonych wieżowców, po drugiej stronie parkingu.

Powrócił do hotelu i wsiadł do windy. Gdy jechał do góry, pomyślał, że przez cały czas w Teheranie będzie ubierał się tak samo niedbale. Zakupił przecież luźne spodnie koloru khaki, kilka flanelowych koszul w kratę, miał też ze sobą swój dres do joggingu. Nic nie mógł jednak na to poradzić, że ze swoją bladą, gładko wygoloną twarzą, niebieskimi oczyma i przyciętymi krótko włosami wyglądał na Amerykanina. Ale przynajmniej mógł się za to postarać, aby nie wyglądać na ważnego Amerykanina, a zwłaszcza na multimilionera, właściciela firmy Electronic Data Systems.

Odnalazł pokój Taylora i chciał zacząć naradę. Chciałby pójść do ambasady Stanów Zjednoczonych i porozmawiać z ambasadorem Sullivanem. Chciał także iść do kwatery głównej Amerykańskiej Grupy Doradztwa Wojskowego w Iranie i zobaczyć się z generałami Huyserem i Gastem. Chciał też, żeby Taylor i John Howell popędzili Dadgarowi kota. Chciał ruszać się, działać, chciał rozwiązać cały ten problem, chciał wyciągnąć Paula i Billa z więzienia, i to szybko.

Stuknął pięścią w drzwi pokoju Taylora i wszedł do środka. – W porządku, Keane – oznajmił. – Wprowadź mnie w sytuację.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Matka Johna Howella często powtarzała, że urodził się on w dziewiątej minucie dziewiątej godziny dziewiątego dnia dziewiątego miesiąca 1946 roku.

Był to niski, szczupły mężczyzna, o lekko niezgrabnym kroku i przerzedzonych – mimo młodego wieku – delikatnych, kasztanowych włosach. Miał też lekkiego zeza i delikatną chrypkę, jakby był stale przeziębiony. Mówił bardzo wolno i często mrugał.

Miał trzydzieści dwa lata i był bliskim współpracownikiem Toma Luce’a w jego firmie prawniczej w Dallas. Podobnie, jak wiele osób w otoczeniu Rossa Perota, Howell osiągnął odpowiedzialne stanowisko w stosunkowo młodym wieku. Jego największą zaletą jako prawnika była wytrzymałość. „John wygrywa przepracowując swoich przeciwników” zwykł żartować Luce. W czasie weekendów sobotę albo niedzielę spędzał w biurze porządkując sprawy, kończąc to, co zostało przerwane jakimś telefonem i przygotowując zajęcia na następny tydzień. Czuł się nieszczęśliwy wtedy, gdy sprawy domowe pozbawiały go tego szóstego dnia roboczego. W dodatku bardzo często pracował do późnych godzin wieczornych i zapominał o obiadach w domu, czym sprawiał wielką przykrość swojej żonie, Angeli.

Podobnie jak Perot, Howell urodził się w Texarkanie. I podobnie jak Perot, był mały wzrostem, ale wielki duchem. Pomimo to jednak, w południe 14 stycznia, był przerażony. Miał właśnie spotkać się z Dadgarem.

Poprzedniego wieczoru, natychmiast po przylocie do Teheranu, Howell spotkał się z Ahmadem Houmanem, nowym miejscowym przedstawicielem prawnym EDS. Dr Houman doradził mu, żeby nie spotykał się z Dadgarem, a w każdym razie jeszcze nie teraz. Było całkiem możliwe, że Dadgar ma zamiar aresztować wszystkich Amerykanów z EDS, jakich zdoła znaleźć, nie wykluczając również prawników.

Howell uznał, że Houman sprawia dobre wrażenie. Potężny, pulchny mężczyzna około sześćdziesiątki, dobrze ubrany jak na standardy irańskie, był poprzednio prezesem Irańskiej Izby Adwokackiej. Chociaż nie mówił dobrze po angielsku, za to francuski stanowił jego drugi język, sprawiał wrażenie zręcznego i pewnego siebie.

Porada Houmana odpowiadała przekonaniom Howella. Zawsze lubił przygotowywać się bardzo dokładnie do jakiejkolwiek konfrontacji. Wierzył w starą zasadę prawników procesowych: nigdy nie zadawaj pytania, jeżeli nie znasz na nie odpowiedzi.

Zdanie Houmana poparła Bunny Fleischaker. Bunny, Amerykanka z kontaktami w irańskim Ministerstwie Sprawiedliwości, jeszcze w grudniu ostrzegła Jaya Coburna, że Paul i Bill zostaną aresztowani, wówczas jednak nikt jej nie uwierzył. Fakty nadały poniewczesne wiarygodności jej słowom; kiedy w pierwszych dniach stycznia zadzwoniła do Richa Gallaghera o jedenastej wieczór, potraktowano ją poważnie.

Rozmowa ta przypominała Gallagherowi telefoniczne dialogi z „Wszystkich ludzi prezydenta”, kiedy to nerwowy informator porozumiewał się z dziennikarzami zaimprowizowanym szyfrem. Bunny powiedziała:

– Czy pan wie, kto mówi?

– Tak sądzę – odparł Gallagher.

– Powiedziano panu o mnie.

– Tak.

Wyjaśniła mu, że telefony EDS są na podsłuchu, a rozmowy są nagrywane. Chciała uprzedzić, iż istnieje poważna obawa, że Dadgar zaaresztuje jeszcze więcej osób z kierownictwa EDS. Zasugerowała, że powinni oni albo opuścić kraj, albo przenieść się do hotelu, gdzie będzie wielu reporterów. Lloyd Briggs, który jako zastępca Paula mógł zostać najbardziej prawdopodobnym celem Dadgara, wyjechał z kraju – tak czy owak musiał pojechać do Stanów, aby poinstruować prawników EDS. Inni, Gallagher i Keane Taylor przenieśli się do Hyatta.

Dadgar nie aresztował – jak na razie – innych pracowników EDS.

Howell nie potrzebował dodatkowych dowodów. Miał zamiar schodzić Dadgarowi z drogi, dopóki nie zorientuje się, jakie są zasady gry.

Tymczasem, o ósmej trzydzieści tego ranka, Dadgar zrobił nalot na „Bukareszt”.

Pojawił się wraz z szóstką współpracowników i zażądał okazania mu akt EDS. Howell, który ukrywał się w biurze na innym piętrze, zadzwonił do Houmana. Po krótkiej dyskusji irański prawnik doradził, aby cały personel EDS współpracował z Dadgarem.

Dadgar chciał zapoznać się z dokumentami Paula Chiapparone. Szafka w gabinecie sekretarza Paula była zamknięta i nikt nie mógł znaleźć klucza. Oczywiście spotęgowało to zainteresowanie Dadgara tymi papierami.

Keane Taylor rozwiązał problem w najprostszy sposób: wyłamał zamek szafki łomem.

W tym samym czasie Howell wymknął się z budynku, spotkał z dr Houmanem i poszedł do Ministerstwa Sprawiedliwości.

To również było paskudne przeżycie, ponieważ musiał przebijać się przez roznamiętniony tłum, demonstrujący przed Ministerstwem przeciwko przetrzymywaniu więźniów politycznych.

Howell i Houman mieli umówione spotkanie z dr Kianem, przełożonym Dadgara.

Howell oznajmił Kianowi, że EDS jest godną szacunku firmą, która nie popełniła żadnych przestępstw. Jest gotów współpracować w każdym prowadzonym postępowaniu, aby oczyścić przedsiębiorstwo ze stawianych mu zarzutów, pragnie jednak, aby pracowników EDS zwolniono z więzienia.

Kian oznajmił, iż polecił jednemu ze swoich zastępców, aby poprosił Dadgara o dokonanie rewizji sprawy.

Dla Howella nie oznaczało to niczego.

Rozmowa prowadzona była w farsi. Tłumaczył ją Houman. Irański adwokat powiedział, że Kian w zasadzie nie jest zupełnie przeciwny zmniejszeniu kaucji. Zdaniem Houmana można było liczyć, że zostanie zmniejszona do połowy.

Kian dał też Howellowi list upoważniający go do odwiedzenia Paula i Billa w więzieniu.

Spotkanie to było całkowicie bezowocne. Howell i tak był zachwycony tym, że Kian go nie aresztował.

Kiedy powrócił do „Bukaresztu”, dowiedział się, że Dadgar również nikogo nie zatrzymał.

Jego instynkt prawnika ciągle przestrzegał go przed spotkaniem z Dadgarem. Obecnie jednak owo instynktowne uczucie walczyło z drugą stroną jego osobowości: niecierpliwością. Były takie chwile, gdy Howella męczyły analizy, przygotowania, przewidywania i planowanie – chwile, kiedy chciał wyjść naprzeciw trudnościom, a nie jedynie myśleć o nich. Lubił przejmować inicjatywę, lubił, gdy przeciwnicy musieli reagować na jego posunięcia, a nie na odwrót. Skłonność ta była potęgowana obecnością w Teheranie Rossa Perota, który zawsze wstawał pierwszy z samego rana i siedział ludziom na karku pytając, co osiągnęli wczoraj i co zamierzają zrobić dzisiaj. Tak więc niecierpliwość przeważyła tym razem ostrożność – i Howell postanowił stawić czoło Dadgarowi.

Dlatego właśnie był przerażony.

Jeżeli jednak był nieszczęśliwy, to jego żona tym bardziej.

Angela Howell w ciągu ostatnich dwóch miesięcy nie widywała męża zbyt często. Większą część listopada i grudnia spędził w Teheranie próbując przekonać Ministerstwo, aby zapłaciło rachunek wystawiony przez EDS. Od chwili powrotu do Stanów przesiadywał w dyrekcji EDS, godzinami zajmując się sprawą Paula i Billa, chyba że pędził do Nowego Jorku na spotkania z prawnikami irańskimi. 31 grudnia rankiem Howell powrócił do domu po przepracowaniu całej nocy w EDS. Zastał tam Angelę tulącą w ramionach przed płonącym kominkiem dziewięciomiesięcznego Michaela. W domu było ciemno i zimno – burza śnieżna spowodowała awarię prądu. Przewiózł ich do mieszkania swojej siostry i znowu poleciał do Nowego Jorku.

Angela miała już tego wszystkiego po uszy i kiedy oznajmił jej, że znowu leci do Teheranu, bardzo ją to przygnębiło.

– Wiesz, co się tam dzieje – powiedziała. – Dlaczego musisz tam wrócić? Kłopot polegał na tym, że nie miał prostej odpowiedzi na to pytanie. Nie było również jasne, co właściwie ma tam robić. Miał wymyślić rozwiązanie problemu, ale nie wiedział jak. Gdyby powiedział: „Słuchaj, to trzeba zrobić, jest to mój obowiązek i tylko ja mogę się tym zająć”, może by go zrozumiała.

– John, jesteśmy rodziną. Potrzebuję twojej pomocy – stwierdziła, mając na myśli burze, przerwy w dopływie prądu i dziecko.

– Przykro mi, ale musisz sobie radzić, najlepiej jak potrafisz. Będziemy w kontakcie – Howell mógł jej powiedzieć tylko tyle.

Nie byli małżeństwem, które okazywałoby swoje uczucia wykrzykując nawzajem. Bardzo często, kiedy sprawiał jej przykrość pracując do późna, kiedy musiała siedzieć sama w domu i jeść obiad, który przygotowała dla niego, pewien chłód w jej zachowaniu był czymś najbardziej zbliżonym do kłótni. Ale było to gorsze, niż samotna kolacja – opuszczał ją i dziecko, kiedy potrzebowali go najbardziej.

Tego wieczoru mieli ze sobą długą rozmowę. Angela nie była może po niej szczęśliwsza, ale przynajmniej pogodzona z losem.

Od tej pory zadzwonił do niej kilka razy z Londynu i Teheranu. W dzienniku telewizyjnym widziała zamieszki i niepokoiła się o niego. Gdyby wiedziała, co on ma teraz zrobić, byłaby jeszcze bardziej zaniepokojona.

Przestał myśleć o kłopotach domowych i poszedł szukać Abolhasana. Abolhasan był najstarszym rangą irańskim pracownikiem EDS. Kiedy Lloyd Briggs odleciał do Nowego Jorku, Abolhasan kierował placówką irańską firmy (Rich Gallagher, jedyny Amerykanin, który tam pozostał, nie był dyrektorem). Potem powrócił Keane Taylor i przejął w pełni kierownictwo, czym Abolhasan poczuł się nieco urażony. Taylor nie był dyplomatą. (Bill Gayden, wspaniały prezes EDS World, puścił w obieg sarkastyczne zdanie: „wrażliwość weterana piechoty morskiej”). Powstały tarcia. Ale Howell dobrze zgadza] się z Abolhasanem, który nie tylko potrafił tłumaczyć z farsi, ale także wyjaśniał amerykańskim pracownikom perskie obyczaje i sposoby działania.

Dadgar znał ojca Abolhasana, zasłużonego prawnika. Abolhasana poznał podczas przesłuchania Paula i Billa. Dlatego też owego ranka Abolhasan spełniał rolę łącznika z urzędnikami śledczymi Dadgara. Polecono mu przy tym dopilnować, aby otrzymali wszystko, czego zażądają.

– Doszedłem do wniosku – powiedział Howell Abolhasanowi – że powinienem spotkać się z Dadgarem. Co o tym myślisz?

– Jasne – odparł Abolhasan. Miał żonę Amerykankę i mówił po angielsku z akcentem amerykańskim. – Nie sądzę, żeby był z tym jakiś problem.

– W porządku. No to chodźmy.

Abolhasan zaprowadził Howella do sali konferencyjnej Paula Chiapparone. Dadgar i jego pomocnicy siedzieli wokół wielkiego stołu, przeglądając dokumenty finansowe EDS. Abolhasan poprosił Dadgara, aby zechciał przejść do sąsiedniego pokoju – gabinetu Paula – a potem przedstawił Howella.

Dadgar przywitał go chłodno.

Usiedli przy stoliku w rogu gabinetu. Dadgar nie sprawiał na Howellu wrażenia jakiegoś potwora. Był to mężczyzna w średnim wieku raczej zmęczony i zaczynający łysieć.

Howell zaczął powtarzać Dadgarowi to samo, co mówił już dr Kianowi.

– EDS jest godną szacunku firmą, która nie uczyniła nic złego i jest gotowa współpracować z każdym prowadzącym dochodzenie. Nie może jednak tolerować przetrzymywania dwóch kierowników wyższego szczebla w więzieniu.

Przetłumaczona przez Abolhasana odpowiedź Dadgara zaskoczyła go.

– Skoro nie uczyniliście nic złego, to dlaczego nie zapłaciliście kaucji?

– Nie widzę tu żadnego związku – odparł Howell. – Kaucja jest formą gwarancji, że ktoś stawi się na procesie, nie zaś sumą, która ulegnie przepadkowi, jeżeli zostanie orzeczona jego wina. Kaucja zostaje zwrócona, gdy tylko oskarżony pojawi się w sądzie, niezależnie od wyroku.

Podczas gdy Abolhasan tłumaczył, Howell zastanawiał się, czy słowo „kaucja”, którego Dadgar użył, gdy zażądał zapłacenia owych ponad dwunastu milionów dolarów było właściwie przełożone. Poza tym Howell przypomniał sobie obecnie coś, co mogło mieć znaczenie. W dniu, kiedy aresztowano Paula i Billa, rozmawiał przez telefon z Abolhasanem, który poinformował go, że wymieniona kwota stanowi według Dadgara ogólną sumę, jaką EDS otrzymało do tej chwili z Ministerstwa Zdrowia. Dadgar wyraził pogląd, że jeśli kontrakt został przyznany na skutek przekupstwa, to owe pieniądze nie należą się EDS. Abolhasan nie przetłumaczył wtedy tej uwagi Paulowi i Billowi.

W rzeczy samej EDS otrzymało o wiele więcej niż trzynaście milionów dolarów, w związku z czym uwaga ta nie miała sensu i Howell pominął ją. Możliwe, że był to błąd, mogło się przecież zdarzyć, że po prostu obliczenia Dadgara były błędne.

Abolhasan tłumaczył odpowiedź Dadgara.

– Jeżeli ci ludzie są niewinni, to nie widzę powodu, dla którego nie mieliby się stawić na procesie. W związku z tym płacąc kaucję nic państwo nie ryzykujecie.

– Amerykańska korporacja nie może tego zrobić – Howell, mówiąc to, wprawdzie nie kłamał, ale świadomie wprowadzał Dadgara w błąd. – EDS jest przedsiębiorstwem udziałowym i – zgodnie z amerykańskimi przepisami dotyczącymi papierów wartościowych – może obracać swoimi pieniędzmi jedynie po to, aby przynieść korzyść akcjonariuszom. Paul i Bill są całkowicie niezależnymi osobami i firma nasza nie może zagwarantować, że stawią się na procesie.

W związku z tym nie możemy wydatkować pieniędzy naszego przedsiębiorstwa w taki sposób.

Był to wstępny warunek pertraktacji, który Howell sformułował już poprzednio, w miarę jednak, gdy Abolhasan tłumaczył jego słowa, widział wyraźnie, że sprawiają one na Dadgarze niewielkie wrażenie.

– W takim razie kaucję muszą złożyć ich rodziny – ciągnął dalej Howell.

– Właśnie gromadzą one w Stanach pieniądze, ale trzynaście milionów dolarów nie wchodzi w grę. Jednak gdyby kaucja została obniżona do bardziej rozsądnej sumy, może będą w stanie zapłacić ją.

Oczywiście, wszystko to było kłamstwem, kaucję zapłaciłby Ross Perot – gdyby musiał i gdyby Tom Walter zdołał znaleźć sposób przekazania pieniędzy do Iranu.

Tym razem Dadgar był zaskoczony.

– Czy to prawda, że nie możecie zmusić swoich ludzi, aby zjawili się na procesie?

– Oczywiście – odparł Howell. – A co moglibyśmy zrobić? Zakuć ich w łańcuchy? Nie jesteśmy policją. Jak pan widzi, trzyma pan w więzieniu ludzi za rzekome przestępstwa firmy.

– Nie – odparł Dadgar. – Przebywają w więzieniu za to, czego dopuścili się osobiście.

– To znaczy?

– Uzyskali pieniądze z Ministerstwa Zdrowia na podstawie sfałszowanych sprawozdań o postępie prac.

– To w żaden sposób nie może odnosić się do Billa Gaylorda, ministerstwo bowiem nie zapłaciło żadnego z przedstawionych rachunków od chwili jego przyjazdu do Teheranu. O co więc jest oskarżony?

– Fałszował sprawozdania, a poza tym nie mam zamiaru pozwolić, żeby mnie pan przesłuchiwał, panie Howell.

Howell przypomniał sobie nagle, że Dadgar może wpakować go do więzienia.

– To ja prowadzę dochodzenie – ciągnął dalej Dadgar. – A kiedy zostanie ukończone – albo zwolnię pańskich klientów, albo przedstawię im akt oskarżenia.

– Pragniemy współpracować z panem w prowadzeniu przez pana dochodzenia – stwierdził Howell. – A tymczasem, w jaki sposób możemy spowodować uwolnienie Paula i Billa?

– Płacąc kaucję.

– A jeśli zostaną zwolnieni za kaucją, czy uzyskają pozwolenie na opuszczenie Iranu?

– Nie.

* * *

Jay Coburn szedł do hallu hotelu Sheraton przez podwójne, rozsuwane szklane drzwi. Po prawej stronie znajdował się długi kontuar recepcji, po lewej – sklepy hotelowe. Na środku hallu stała kanapa.

Zgodnie z otrzymanymi instrukcjami kupił w kiosku egzemplarz „Newsweeka”. Usiadł na kanapie twarzą do drzwi, tak że mógł widzieć każdą wchodzącą osobę, i udawał, że czyta.

Czuł się jak bohater szpiegowskiego filmu.

Plan uwolnienia zawieszono do czasu, gdy Majid dostarczy danych o pułkowniku zarządzającym więzieniem. Coburn natomiast wykonywał pracę dla Perota. Miał umówione spotkanie z człowiekiem przezwanym „Głębokie Gardło”, na wzór tajemniczej postaci, która przekazywała „głębokie tło” reporterowi Bobowi Woodwardowi we „Wszystkich ludziach prezydenta”. „w „Głębokie Gardło” był amerykańskim konsultantem, który urządzał dla kierownictw zagranicznych firm szkolenia na temat prowadzenia interesów z Irańczykami. Przed aresztowaniem Paula i Billa Lloyd Briggs zaangażował „Głębokie Gardło”, aby ten dopomógł EDS zmusić ministerstwo do zapłacenia rachunków „Głębokie Gardło” poinformował Briggsa, że EDS ma poważne kłopoty, ale za dwa i pół miliona dolarów może mieć czyste konto. Wtedy EDS odrzuciło tę radę – to rząd był winien pieniądze EDS, nie zaś na odwrót. To Irańczykom powinno było zależeć na uzyskaniu czystego konta.

Aresztowanie potwierdziło wiarygodność „Głębokiego Gardła” (podobnie jak wiarygodność Bunny Fleischaker) i Briggs znowu skontaktował się z nim. „Cóż, teraz są na was wściekli”, powiedział „Głębokie Gardło”. „Będzie to trudniejsze niż kiedykolwiek, ale zobaczę, co się da zrobić”.

Zadzwonił ponownie wczoraj. Może rozwiązać problem, oznajmił. Zażądał bezpośredniego spotkania z Rossem Perotem.

Taylor, Howell, Young i Gallagher jednogłośnie uznali, że pod żadnym pozorem Perot nie może narażać się na takie spotkanie. Byli przerażeni, że „Głębokie Gardło” w ogóle wie o obecności Perota w mieście. Dlatego też Perot zapytał Simonsa, czy może zamiast siebie wysłać Coburna, Simons wyraził zgodę.

Coburn zadzwonił do „Głębokiego Gardła” i oznajmił, że będzie reprezentować Perota.

– Nie – zaprotestował „Głębokie Gardło” – to musi być sam Perot.

– W takim razie sprawa jest nieaktualna – odparł Coburn.

– Dobrze już, dobrze – wycofał się „Głębokie Gardło” i udzielił Coburnowi instrukcji.

Coburn powinien o ósmej wieczorem podejść do pewnej budki telefonicznej w rejonie Vanak, niedaleko domu Keane’a Taylora.

Dokładnie o ósmej telefon w budce zadzwonił. „Głębokie Gardło” powiedział Coburnowi, aby poszedł do położonego niedaleko hotelu Sheraton i usiadł w hallu czytając „Newsweeka”. Spotkają się tam i rozpoznają dzięki hasłu. „Głębokie Gardło” zapyta go: „Czy wie pan, gdzie jest Pahlavi Avenue?” Była przecznicę dalej, ale Coburn miał odpowiedzieć: „Nie, nie wiem. Jestem w mieście od niedawna”.

Dlatego właśnie Jay Coburn czuł się jak szpieg z filmu.

Zgodnie z radą Simonsa miał na sobie długi, podniszczony płaszcz, nazwany przez Taylora płaszczem „Maskotki Michelina”. Dzięki temu miało się okazać, czy „Głębokie Gardło” spróbuje go przeszukać. Jeżeli nie, będzie mógł przy następnych spotkaniach schować pod płaszczem magnetofon i nagrać rozmowę.

Przerzucał kartki „Newsweeka”.

– Czy wie pan, gdzie jest Pahlavi Avenue?

Coburn podniósł wzrok i zobaczył mężczyznę mniej więcej jego wzrostu i tuszy, tuż po czterdziestce, o ciemnych, przylizanych włosach i w okularach.

– Nie, nie wiem. Jestem w mieście od niedawna. „Głębokie Gardło” rozejrzał się nerwowo.

– Chodźmy – powiedział. – Tam – wskazał ręką.

Coburn wstał i poszedł za nim na tyły hotelu. Zatrzymali się w ciemnym przejściu.

– Muszę pana przeszukać – oznajmił „Głębokie Gardło”. Coburn podniósł ręce.

– Czego pan się obawia?

„Głębokie Gardło” roześmiał się pogardliwie.

– Nie można nikomu ufać. W tym mieście nie przestrzega się już żadnych zasad. – Zakończył rewizję.

– Czy wrócimy do hallu?

– Nie! Może być pod obserwacją… Nie mogę ryzykować, że ktoś mnie z panem zobaczy.

– W porządku. Co pan proponuje?

„Głębokie Gardło” znowu roześmiał się pogardliwie.

– Jesteście w tarapatach, panowie – powiedział. – Już raz spartoli – liście sprawę nie chcąc słuchać ludzi, którzy znają ten kraj.

– W jaki sposób spartoliliśmy?

– Myślicie, że to Teksas. Gruby błąd.

– Ale w jaki sposób spartoliliśmy?

– Mogliście się z tego wyplątać za dwa i pół miliona dolarów. Teraz będzie to kosztowało sześć.

– Na czym polegać ma umowa?

– Jeszcze chwilę. Ostatnim razem zostawiliście mnie na lodzie. Teraz macie ostatnią szansę. Tym razem nie będzie wycofywania się w ostatniej chwili.

Coburn nie mógł poczuć sympatii do „Głębokiego Gardła”. Facet był cwaniakiem. Cały jego sposób bycia mówił: „Jesteście tacy głupi, a ja wiem o tyle więcej od was, że trudno mi się zniżać do waszego poziomu”.

– Komu mamy zapłacić? – spytał Coburn.

– Na numer konta w Szwajcarii.

– A skąd mamy mieć pewność, że otrzymamy to, za co płacimy?

– Proszę pana – roześmiał się „Głębokie Gardło” – tak się mają rzeczy w tym kraju, że nie można wypuszczać forsy z ręki, dopóki towar nie zostanie doręczony. Tak się to tutaj załatwia.

– W porządku. Więc jak wygląda umowa?

– Lloyd Briggs spotka się ze mną w Szwajcarii i otwieramy zastrzeżony rachunek oraz podpisujemy umowę, która zostanie złożona w banku. Pieniądze na koncie zostaną odblokowane, kiedy Chiapparone i Gaylord zostaną wypuszczeni – a to nastąpi niezwłocznie, jeżeli pozwolicie mi działać.

– Kto otrzyma pieniądze?

„Głębokie Gardło” pokręcił tylko z pogardą głową.

– Dobrze – powiedział Coburn – skąd jednak mamy wiedzieć, że istotnie ma pan na tę sprawę wpływ?

– Proszę pana, ja tylko przekazuję informację od ludzi zbliżonych do osoby, która sprawia wam kłopoty.

– Mówi pan o Dadgarze?

– Nigdy się pan nie nauczy, co?

Coburn nie tylko miał zorientować się, na czym polega oferta „Głębokiego Gardła”, ale także dokonać oceny tego człowieka. No cóż, zrobił to: „Głębokie Gardło” był zwykłym gnojkiem.

– W porządku – rzekł. – Będziemy w kontakcie.

* * *

Keane Taylor nalał do dużej szklanki trochę rumu, dodał lodu i uzupełnił wszystko Cocą. Tak wyglądał jego zwykły drink.

Taylor był potężnym facetem. Miał sześć stóp i dwa cale wzrostu, ważył 210 funtów, a jego klatka piersiowa przypominała beczkę. W piechocie morskiej grał w amerykański futbol. Dbał o swój wygląd, najbardziej lubił nosić garnitury z głęboko wyciętymi kamizelkami i koszule z kołnierzykami o rożkach zapiętych na guziki. Nosił duże okulary w złotej oprawie. Miał trzydzieści dziewięć lat i zaczynał łysieć.

W młodości był z niego kawał awanturnika. Wyrzucono go z college’u, zdegradowano z sierżanta w piechocie morskiej za wykroczenia dyscyplinarne. Ale nadal nie cierpiał ścisłego nadzoru. Wolał pracować w filii EDS World – był wtedy z dala od dyrekcji.

A teraz znalazł się pod ścisłym nadzorem. Po czterech dniach pobytu Rossa Perota w Teheranie był wściekły.

Taylor nienawidził wieczornych odpraw sprawozdawczych u szefa. Po tym, jak on i Howell spędzili cały dzień uganiając się po mieście, przedzierając się przez demonstracje, walcząc z ruchem ulicznym i nieprzejednanym oporem irańskich oficjeli, musieli tłumaczyć Perotowi, dlaczego nic nie zdołali osiągnąć.

Co gorsza, Perot przez prawie cały czas musiał przebywać w hotelu. Wyszedł z niego tylko dwa razy: raz, aby pojechać do ambasady Stanów Zjednoczonych, i drugi raz – do Kwatery Głównej Amerykańskiej Misji Wojskowej. Taylor poczynił wszelkie kroki, aby upewnić się, że nikt nie da Perotowi kluczyków do samochodu ani miejscowych pieniędzy. Chciał zapobiec w ten sposób jakiejś jego próbie wyjścia do miasta. Na skutek tego Perot zachowywał się jak niedźwiedź w klatce i zdawanie mu sprawozdania przypominało wchodzenie do klatki z niedźwiedziem.

Taylor przynajmniej nie musiał już dłużej udawać, że nie wie nic o grupie ratowniczej. Coburn zabrał go na spotkanie z Simonsem. Rozmawiali ze sobą przez trzy godziny. Właściwie to Taylor mówił – Simons tylko zadawał pytania. Siedzieli w salonie w domu Taylora i Simons strząsał popiół z cygara na dywan. Taylor powiedział mu wtedy, że Iran przypomina zwierzę bez głowy. Głowa – ministrowie i urzędnicy wciąż próbują wydawać polecenia, ale ciało – naród irański – robi swoje. W związku z tym naciski polityczne nie są w stanie pomóc Paulowi i Billowi, należy albo zapłacić kaucję, albo uwolnić ich siłą. Przez trzy godziny Simons nie zmienił tonu, nie wyraził swojej opinii ani nawet nie ruszył się z krzesła.

Ale chłód Simonsa był łatwiejszy do zniesienia od ognia Perota. Każdego ranka, gdy Taylor golił się, Perot stukał do drzwi. Taylor wstawał każdego dnia nieco wcześniej, żeby być przygotowanym na przyjście Perota, który jednak również codziennie wstawał coraz wcześniej. Ostatecznie Taylor zaczął wyobrażać sobie Perota podsłuchującego pod drzwiami przez całą noc, aby zaskoczyć go podczas golenia. Jego przełożony tryskał wówczas pomysłami, które przyszły mu na myśl podczas nocy, nowymi dowodami niewinności Paula i Billa, nowymi koncepcjami przekonania Irańczyków, żeby ich uwolnili. Taylor i John Howell – wysoki i niski, jak Batman i Robin, pędzili następnie do Ministerstwa Sprawiedliwości albo Ministerstwa Zdrowia, gdzie urzędnicy w ciągu kilku sekund roznosili pomysły Perota na strzępy. Perot wciąż jeszcze prezentował racjonalne, legalistyczne, amerykańskie podejście do sprawy i – zdaniem Taylora – musiał dopiero zrozumieć, że Irańczycy nie grają zgodnie z tymi zasadami.

Nie tylko to zaprzątało myśli Taylora. Mary oraz ich dzieci, Mikę i Dawn, przebywali u jego rodziców w Pittsburgu. Ojciec i matka Taylora mieli już ponad osiemdziesiąt lat i oboje czuli się nie najlepiej. Matka chorowała na serce ł Mary sama musiała się nią opiekować. Nie skarżyła się, ale gdy rozmawiał z nią przez telefon, pojął, że nie jest uszczęśliwiona tą sytuacją.

Taylor westchnął. Nie może rozwiązać wszystkich problemów całego świata za jednym zamachem. Dolał sobie do szklanki, a potem, trzymając ją w ręku, poszedł do apartamentu Perota na wieczorną odprawę.

* * *

Perot chodził tam i z powrotem po saloniku swojego apartamentu czekając, aż zbierze się grupa negocjatorów. Tu, w Teheranie, niewiele było z niego pożytku i dobrze zdawał sobie z tego sprawę.

W Ambasadzie Stanów Zjednoczonych spotkał się z chłodnym przyjęciem. Wprowadzono go do pokoju Charlesa Naasa, charge d’affaires. Naas był bardzo uprzejmy, ale udzielił Perotowi tej samej starej rady, aby EDS dążyło do uwolnienia Paula i Billa zgodnie z prawem. Perot wymusił spotkanie z ambasadorem. Przeleciał przecież pół świata, żeby zobaczyć się z Sullivanem i nie ma zamiaru odlecieć nie porozmawiawszy z nim. Ostatecznie Sullivan zjawił się, uścisnął Perotowi rękę i oznajmił, że jego przylot do Iranu jest posunięciem nader nierozsądnym. Najwyraźniej Perot stanowił problem, Sullivan zaś nie chciał już żadnych problemów więcej. Przez chwilę rozmawiał z Rossem na stojąco i wyszedł, jak mógł najszybciej. Perot nie przywykł do takiego traktowania. W końcu był ważną osobistością i w normalnych okolicznościach taki dyplomata jak Sullivan byłby przynajmniej grzeczny, jeżeli nie pełen szacunku.

Perot rozmawiał również z Lou Goelzem, który sprawiał wrażenie szczerze przejętego losem Paula i Billa, ale nie zaproponował żadnej konkretnej pomocy. Przed biurem Naasa spotkał grupę attache wojskowych, którzy poznali go. Od czasu swojej kampanii na rzecz jeńców wojennych, Perot mógł zawsze liczyć na ciepłe przyjęcie ze strony amerykańskich czynników wojskowych. Usiadł wraz z nimi i opowiedział im o swoim kłopocie. Odpowiedzieli szczerze, że nie mogą mu pomóc. „Proszę posłuchać, niech pan zapomni o tym, co pan czytał w gazetach, zapomni o tym, co twierdzi publicznie Departament Stanu – powiedział mu jeden z nich. – Nie reprezentujemy tu żadnej siły, nie panujemy nad niczym.

W ambasadzie traci pan tylko czas”.

Perot zmarnował również swój czas w Kwaterze Głównej Amerykańskiej Misji Wojskowej. Przełożony Cathy Gallagher, pułkownik Keith Barlow, szef Dowództwa Amerykańskiego Wsparcia Wojskowego w Iranie przysłał do hotelu Hyatta samochód kuloodporny. Perot pojechał razem z Richem Gallagherem. Kierowca był Irańczykiem i Ross zastanawiał się, po której jest stronie.

Spotkali się z generałem lotnictwa Philipem Gastem, dowódcą Amerykańskiej Grupy Doradztwa Wojskowego w Iranie, oraz generałem „Holendrem” Huyserem. Perot znał nieco Huysera, zapamiętał go jako silnego, energicznego mężczyznę. Teraz jednak sprawiał on wrażenie wyczerpanego. Perot wiedział z gazet, że Huyser był wysłannikiem prezydenta Cartera, mającym przekonać irańskich wojskowych, żeby poparli skazany na przegraną rząd Bakhtiara. Ross domyślał się, że generał nie ma serca do tego zadania.

Huyser powiedział mu szczerze, że bardzo by chciał pomóc Paulowi i Billowi, ale w chwili obecnej nie posiada żadnego wpływu na Irańczyków, nie ma bowiem im nic do zaproponowania. Powiedział również, że nawet jeśli wyjdą z więzienia, w dalszym ciągu będą w niebezpieczeństwie. Perot oznajmił mu, że już się o to zatroszczył: Bull Simons jest tu, żeby zaopiekować się Paulem i Billem, gdy tylko wyjdą na wolność. Huyser wybuchnął śmiechem i chwilę potem Gast również zrozumiał żart. Wiedzieli, kim był Simons, i zdawali sobie sprawę, że na pewno przygotowuje się on do czegoś więcej niż zwykłej opieki.

Gast zaproponował, że dostarczy Simonsowi paliwo, ale to było wszystko, co mógł zrobić. Ciepłe słowa od wojskowych, zimny prysznic z ambasady, niewielka albo żadna pomoc z jednej i drugiej strony. A ze strony Howella i Taylora nic, tylko wymówki.

Bezczynne siedzenie przez cały dzień w hotelu doprowadzało Perota do szaleństwa. Dzisiaj Cathy Gallagher poprosiła go, żeby zaopiekował się jej pudlem, Buffy. Zabrzmiało to tak, jakby czyniła mu zaszczyt, było świadectwem jej wielkiego szacunku dla Perota. Jego tak to zaskoczyło, że zgodził się. Kiedy teraz siedział, patrząc na zwierzę, uzmysłowił sobie, że jest to dość zabawne zajęcie dla szefa wielkiego, międzynarodowego przedsiębiorstwa i zastanawiał się, jak, u diabła, dał się na to namówić. Keane Taylor nie okazał mu współczucia, przeciwnie, uznał to za bardzo śmieszne. Po kilku godzinach Cathy wróciła od fryzjera, czy gdzie tam była, i zabrała psa, ale nie poprawiło to humoru Perota.

Rozległo się stukanie do drzwi i wszedł Taylor niosąc swojego tradycyjnego drinka. Za nim pojawił się John Howell, Rich Gallagher i Bob Young. Wszyscy usiedli.

– Czy powiedzieliście im – zapytał Perot – o naszej gwarancji, iż Paul i Bill stawią się w terminie trzydziestodniowym na przesłuchanie w dowolnym miejscu Stanów Zjednoczonych lub Europy w ciągu najbliższych dwu lat?

– Nie są tym zainteresowani – odparł Howell.

– Jak to „nie są zainteresowani”?

– Powtarzam ci po prostu, co mi powiedzieli…

– A jeżeli jest to dochodzenie, a nie próba szantażu, muszą tylko mieć pewność, że Paul i Bill będą osiągalni, kiedy zechcą ich przesłuchać.

– Już mają taką pewność. Przypuszczam, że nie widzą potrzeby jakichkolwiek zmian.

To mogło doprowadzić do szału. Odniósł wrażenie, że nie ma sposobu, aby dojść z Irańczykami do porozumienia.

– Czy zaproponowaliście im przekazanie Paula i Billa pod nadzór ambasady amerykańskiej.

– Odrzucili i to.

– Dlaczego?

– Nie powiedzieli.

– Pytałeś ich?

– Ross, oni nie muszą nic uzasadniać. Rządzą tu i wiedzą o tym.

– Ale są odpowiedzialni za bezpieczeństwo swoich więźniów.

– Nie wydaje im się to zbytnio ciążyć.

– Ross – wtrącił się Taylor – oni tu nie grają według naszych reguł. Wsadzenie dwóch ludzi do mamra nie jest dla nich czymś szczególnym. Bezpieczeństwo Paula i Billa również nie jest – w ich rozumieniu – wielką sprawą…

– No więc, według jakich reguł grają? Możesz mi to powiedzieć?

Znowu zapukano do drzwi i wszedł Coburn ubrany w swój płaszcz „Maskotki Michelina” i czarną, wełnianą kominiarkę. Perot rozchmurzył się – może on przyniesie dobre wiadomości.

– Spotkałeś się z „Głębokim Gardłem”?

– Oczywiście – odparł Coburn zdejmując płaszcz.

– W porządku, mów.

– Powiedział, że może spowodować uwolnienie Paula i Billa za sześć milionów dolarów. Pieniądze mają zostać wpłacone na zablokowane konto w Szwajcarii i zwolnione, kiedy Paul i Bill opuszczą Iran.

– Do licha, to nieźle – rzekł Perot. – Oszczędzamy pięćdziesiąt centów na każdym dolarze. W świetle przepisów prawnych Stanów Zjednoczonych to nawet może być legalne – to okup. Co to za facet „Głębokie Gardło”?

– Nie dowierzam temu łobuzowi – stwierdził Coburn.

– Dlaczego?

– Nie wiem, Ross – Coburn wzruszył ramionami. – Jest jakiś śliski, cwany… Krętacz… Nie powierzyłbym mu nawet sześćdziesięciu centów na kupno papierosów. Takie mam wewnętrzne odczucie.

– Czego się spodziewałeś? – zapytał Perot. – To przecież łapówka… Kryształowi ludzie nie zajmują się takimi sprawami.

– Otóż to – odezwał się Howell. – Pan to powiedział. To jest łapówka. – Jego powolny, gardłowy głos był niezwykle podniecony. – Nie podoba mi się ten numer.

– Mnie też się nie podoba – stwierdził Perot. – Ale wciąż mi wszyscy powtarzacie, że Irańczycy nie grają zgodnie z naszymi regułami.

– Tak, ale niech pan mnie posłucha – żarliwie ciągnął dalej Howell. – Przez cały czas trzymam się tej niewielkiej słomki, czyli tego, że nie zrobiliśmy nic złego – i że gdzieś, kiedyś, w jakiś sposób, ktoś to zrozumie. Ale kiedy pójdziemy na ten numer, wszystko weźmie w łeb. Cholera mnie bierze na myśl, że miałbym puścić tę słomkę.

– To niewiele nam da.

– Ross, wierzę, że czas i cierpliwość przyniosą nam sukces. Ale jeżeli damy się wplątać w przekupstwo, leżymy!

– Skąd mamy wiedzieć – Perot zwrócił się do Coburna – że „Głębokie Gardło” ma tę sprawę nagraną z Dadgarem?

– Nie wiemy – odrzekł Coburn. – Uzasadnia to mówiąc, że nie musimy płacić, dopóki nie uzyskamy rezultatów, cóż więc mamy do stracenia?

– Wszystko – stwierdził Howell. – Mniejsza o to, co jest zgodne z prawem w Stanach, ale może to zadecydować o naszym losie tu, w Iranie.

– To śmierdzi – dorzucił Taylor. – Cała ta sprawa śmierdzi. Perota zaskoczyły ich reakcje. On również nie cierpiał pomysłu z łapówką, ale był przygotowany na kompromis ze swoimi zasadami, byle tylko wyciągnąć Paula i Billa z więzienia. Dobre imię EDS było mu drogie i podobnie jak John Howell myślał ze wstrętem o tym, że może zostać powiązane z przekupstwem. Ale Perot wiedział coś, czego nie wiedział Howell – że pułkownik i grupa ratownicza narażała się na znacznie większe niebezpieczeństwo.

– Nasze dobre imię – stwierdził Perot – przyniosło niewiele korzyści Paulowi i Billowi.

– To nie tylko nasze dobre imię – nalegał Howell. – Dadgar musi już być zupełnie pewny, iż nie jesteśmy winni korupcji, ale gdyby udało mu się przychwycić nas na tym, mógłby jeszcze ocalić twarz.

„To słuszne”, pomyślał Perot.

– Czy może to być pułapka?

– Tak!

To miało sens. Dadgar, nie mogąc zdobyć dowodów przeciwko Paulowi i Billowi, udaje w rozmowie z „Głębokim Gardłem” człowieka, którego można przekupić, a potem, kiedy Perot da się na to złapać, oświadczy całemu światu, że EDS mimo wszystko winne jest korupcji. A wtedy wszyscy mogą zostać wpakowani do więzienia do towarzystwa Paulowi i Billowi. I ponieważ będą winni, pozostaną w nim.

– W porządku – rzekł Perot niechętnie. – Zadzwoń do „Głębokiego Gardła” i powiedz mu, że nie, dziękujemy. Coburn wstał.

– Dobra.

„Kolejny bezowocny dzień „, pomyślał Perot. Irańczycy zablokowali go ze wszystkich stron. Ignorowali naciski polityczne. Przekupstwo mogło tylko jeszcze pogorszyć sprawę. A jeżeli EDS zapłaci kaucję, Paul i Bill i tak wciąż będą trzymani w Iranie.

Grupa Simonsa wydawała się najlepszym rozwiązaniem. Ale nie powie o tym grupie negocjacyjnej.

– W porządku – rzekł. – Jutro spróbujemy znowu.

* * *

Przypominający Batmana i Robina, wysoki Keane Taylor i niski John Howell, spróbowali znowu 17 stycznia. Pojechali do budynku Ministerstwa Zdrowia przy Eisenhower Avenue, biorąc ze sobą Abolhasana jako tłumacza i spotkali się z Dadgarem o dziesiątej rano. Razem z Dadgarem byli urzędnicy z Organizacji Ubezpieczeń Społecznych, departamentu, w którym pracowały komputery EDS. Howell postanowił zmienić swoje początkowe stanowisko negocjacyjne, które polegało na podtrzymywaniu twierdzenia, że EDS nie może zapłacić kaucji ze względu na amerykańskie przepisy dotyczące papierów wartościowych. Równie bezużyteczne było domaganie się sprecyzowania zarzutów stawianych Paulowi i Billowi oraz przedstawienie dowodów. Dadgar był w stanie zablokować te działania mówiąc, że wciąż prowadzi dochodzenie. Ale Howell nie miał nowej strategii, żeby zastąpić nią starą. Grał w pokera nie mając żadnej karty w ręku. Być może Dadgar jakieś mu dziś rozda?

Dadgar rozpoczął od wyjaśnień, że personel Organizacji Ubezpieczeń Społecznych żąda, aby EDS przekazało im to, co znane jest pod nazwą „125 Centrum Danych”.

„Ten mały komputer – przypomniał sobie Howell – prowadził listy płac i emerytur personelu Organizacji Ubezpieczeń Społecznych. Ci faceci chcieli dostać swoje pobory, chociaż Irańczycy najczęściej nie otrzymywali przysługujących im zasiłków”.

– To nie takie proste – odparł Keane Taylor. – Takie przekazanie może być bardzo złożoną operacją wymagającą wielu wysokokwalifikowanych pracowników. Oczywiście, wszyscy oni powrócili już do Stanów.

– A więc musicie sprowadzić ich z powrotem – oznajmił Dadgar.

– Nie jestem taki głupi – stwierdził Taylor. „Charakterystyczna dla Taylora delikatność weterana piechoty morskiej zaczyna działać”, pomyślał Howell.

– Jeśli tak mówi, pójdzie do więzienia – rzekł Dadgar.

– Podobnie jak mój personel, gdybym sprowadził go z powrotem do Iranu – oznajmił Taylor.

– Czy jest pan w stanie – wtrącił się Howell – udzielić prawnej gwarancji, że nikt z powracającego personelu nie będzie aresztowany ani prześladowany w jakikolwiek sposób?

– Nie mogę dać urzędowej gwarancji – odparł Dadgar. – Mógłbym natomiast dać swoje osobiste słowo honoru.

Howell rzucił zaniepokojone spojrzenie na Taylora, który wprawdzie nie odezwał się ani słowem, lecz jego mina wyraźnie świadczyła, że nie dałby dziesięciu centów za słowo honoru Dadgara.

– Oczywiście, możemy rozważyć sposoby dokonania przekazania – oznajmił. Dadgar dał mu wreszcie punkt wyjścia do targów, nawet jeżeli nie było to zbyt wiele. – Rzecz jasna, musimy uzyskać jakieś zabezpieczenie. Na przykład, będziecie musieli państwo zaświadczyć, że aparatura została przekazana wam w dobrym stanie, ale być może zaangażujemy do tego niezależnych ekspertów… – Howell prowadził walkę z cieniem. Jeżeli centrum danych miało zostać przekazane, to na pewno za określoną cenę – uwolnienie Paula i Billa.

Dadgar następnym zdaniem nie zostawił z tego pomysłu kamienia na kamieniu.

– Codziennie na ręce moich urzędników prowadzących dochodzenie wpływają pod adresem waszej firmy nowe zażalenia, które mogą uzasadnić podniesienie wysokości kaucji. Jednakże, jeżeli będziecie współpracować w przekazaniu „125 Centrum Danych”, mogę w zamian nie wziąć pod uwagę nowych zażaleń i powstrzymać się przed podniesieniem kaucji.

– Do diabła – warknął Taylor – przecież to klasyczny szantaż!

Howell uświadomił sobie, że „125 Centrum Danych” było sprawą uboczną. Dadgar niewątpliwie poruszył tę kwestię pod naciskiem urzędników z ubezpieczeń społecznych, ale nie zależało mu na niej aż do tego stopnia, aby dokonać poważnych ustępstw. Na czym więc mu zależało?

Howell pomyślał o Lucio Randone, który swego czasu dzielił celę z Paulem i Billem. Wysuniętą przez Randone’a propozycją pomocy zajął się jeden z kierowników EDS Paul Bucha, który pojechał do Włoch, aby porozmawiać w przedsiębiorstwie Randone’a, Condotii d’Acqua. Bucha poinformował, że przedsiębiorstwo budowało domy mieszkalne w Teheranie, kiedy jego irańskim zleceniodawcom skończyły się pieniądze. Przedsiębiorstwo oczywiście przerwało pracę, ale wielu Irańczyków zapłaciło już za budowane mieszkania. Kiedy wzięło się pod uwagę panującą atmosferę, dla nikogo nie było zaskoczeniem, że winą za powstałą sytuację obarczono cudzoziemców, wybrano Randone’a jako kozła ofiarnego i wsadzono do więzienia. Firma wynalazła nowe źródło finansowania i znowu podjęła budowę, Randone zaś został jednocześnie zwolniony. Była to niejako transakcja wiązana, przeprowadzona przez irańskiego prawnika, Alego Azmayesha. Bucha przekazał również wiadomość, że Włosi wciąż powtarzali: „Pamiętajcie, Iran zawsze pozostanie Iranem, tam nic się nie zmienia”. Zrozumiał to jako aluzję, że część tej transakcji stanowiła łapówka. Howell wiedział również, że tradycyjnym sposobem wręczenia łapówki było honorarium adwokata. Adwokat mógł zażądać za swoją pracę tysiąca dolarów i zapłacić łapówkę w wysokości dziesięciu tysięcy, a następnie obciążyć swojego klienta kwotą w wysokości jedenastu tysięcy. Ta aluzja do przekupstwa niepokoiła Howella, ale mimo to poszedł spotkać się z Azmayeshem, który powiedział mu: „To nie jest konflikt prawny, ale konflikt interesów. Jeżeli EDS zdoła dojść do porozumienia z Ministerstwem Zdrowia, Dadgar da wam spokój”. Azmayesh nic nie wspomniał o łapówce.

„Wszystko to zaczęło się, pomyślał Howell, od konfliktu interesów. Klient, który nie może płacić, wykonawca, który odmawia kontynuowania pracy. Czy możliwy byłby kompromis, w wyniku którego EDS uruchomiłoby komputery, a ministerstwo zapłaciłoby choć trochę pieniędzy?” Postanowił zapytać o to Dadgara wprost.

– Czy pomogłoby, gdyby EDS miało zamiar renegocjować swój kontrakt z Ministerstwem Zdrowia?

– Byłoby to bardzo pomocne – odparł Dadgar. – Oczywiście nie byłoby to prawne rozwiązanie naszej kwestii, ale mogłoby się to stać rozwiązaniem praktycznym. W przeciwnym razie zmarnowanie całej pracy włożonej w skomputeryzowanie Ministerstwa Zdrowia byłoby wielką stratą.

„Ciekawe – pomyślał Howell. – Chcą mieć współczesny system ubezpieczeń społecznych – albo swoje pieniądze z powrotem. To, że wsadzili Paula i Billa do więzienia i wyznaczyli kaucję w wysokości trzynastu milionów dolarów, było z ich strony formą pozostawienia EDS możliwości wyboru dwóch rozwiązań – i ani jednego więcej. Zaczynamy wreszcie dochodzić do konkretów”. Postanowił mówić bez ogródek.

– Oczywiście, rozpoczęcie negocjacji nie wchodzi w grę, dopóki Chiapparone i Gaylord będą przetrzymywani w więzieniu.

– Niemniej jednak – odparł Dadgar – jeżeli przystąpicie w dobrej wierze do negocjacji, ministerstwo wezwie mnie i wcale nie jest wykluczone, że mogą ulec zmianie zarzuty. Kaucja może zostać zmniejszona, a Chiapparone i Gaylord nawet uwolnieni za osobistą rękojmią.

„Nie można tego sformułować wyraźniej” – pomyślał Howell. – Lepiej będzie, jeżeli EDS postara się o spotkanie z ministrem zdrowia”.

Od chwili zaprzestania płacenia przez ministerstwo rachunków, rząd zmieniał się dwukrotnie. Dr Szeikholeslamizadeh, który obecnie znajdował się w więzieniu, został zastąpiony przez generała, a potem, kiedy premierem został Bakhtiar, generała zastąpił nowy minister zdrowia. „Kim jest ten nowy facet – zastanawiał się Howell – i jaki jest”?

* * *

– Pan Young z amerykańskiego przedsiębiorstwa EDS telefonuje do pana, panie ministrze – powiedział sekretarz.

Dr Razmara nabrał głęboko powietrza do płuc.

– Proszę mu powiedzieć, że amerykański biznesmen nie może już wziąć słuchawki, dzwonić do ministrów rządu irańskiego i spodziewać się, że będzie z nami rozmawiał jak ze swoimi podwładnymi – rzekł. – To się już skończyło! – dodał podnosząc głos.

A potem poprosił o akta EDS.

Manuchehr Razmara w czasie Bożego Narodzenia znajdował się w Paryżu. Wykształcony we Francji (był kardiologiem) i ożeniony z Francuzką, uważał Francję za swój drugi dom i mówił płynnie po francusku. Był również członkiem irańskiej Narodowej Rady Medycznej i przyjacielem Shahoura Bakhtiara. Kiedy Bakhtiar został premierem, zadzwonił do swojego przyjaciela Razmary w Paryżu i poprosił go, aby wrócił do kraju i został ministrem zdrowia.

Akta EDS przekazał mu dr Emrani, wiceminister, w gestii którego znajdowały się sprawy ubezpieczeń społecznych. Przetrwał on obie zmiany rządu i był tu, kiedy zaczęły się kłopoty.

Razmara czytał akta i czuł, jak wzbiera w nim gniew. Projekt EDS był szaleńczy. Podstawowy koszt kontraktu wynosił czterdzieści osiem milionów dolarów, a ewentualny jego wzrost mógł osiągnąć nawet dziewięćdziesiąt milionów. Razmara przypomniał sobie, że w Iranie dwanaście tysięcy prowadzących praktykę lekarzy obsługiwało trzydzieści dwa miliony ludności i że sześćdziesiąt cztery tysiące wsi nie miało wodociągów. Doszedł do wniosku, że ci, którzy podpisali umowę z EDS, musieli być głupcami, zdrajcami albo jednym i drugim naraz.

W jaki sposób mogliby usprawiedliwić wydatek milionów dolarów na komputery, gdy tymczasem ludzie nie mieli tak podstawowej dla zdrowia czystej wody? Mogło być tylko jedno wytłumaczenie – zostali przekupieni.

No cóż, poniosą karę. Emrani przygotował ten materiał dla specjalnego trybunału, który prowadził sprawy skorumpowanych urzędników państwowych.

W więzieniu przebywało trzech ludzi: były minister dr Sheikholeslamizadeh oraz dwóch jego wiceministrów – Reza Neghabat i Nili Arame. Tak właśnie być powinno. Odpowiedzialność za ten skandaliczny stan rzeczy, w jakim się znaleźli, powinna spaść przede wszystkim na Irańczyków. Ale Amerykanie również byli winni. Amerykańscy biznesmeni i ich rząd udzielali poparcia szaleńczym pomysłom szacha, ciągnęli też z nich zyski: teraz muszą więc odpokutować. Poza tym, jak wynikało z akt, EDS była wyjątkowo niekompetentna – komputery po dwu i pół latach wciąż jeszcze nie działały, ale mimo to automatyzacja tak zdezorganizowała departament Emraniego, że nawet stary system przestał już działać i w rezultacie Emrani nie był w stanie prześledzić wydatków w obrębie własnego urzędu. Jest to podstawowa przyczyna przekroczeń budżetowych ministerstwa – informowały akta.

Razmara zauważył, że ambasada Stanów Zjednoczonych złożyła protest w sprawie aresztowania dwóch Amerykanów, Chiapparone’a i Gaylorda, twierdząc, że nie ma dowodów ich winy. To typowe dla Amerykanów. Oczywiście, że nie ma dowodów – przecież łapówek nie płaci się czekiem. Ambasada wyrażała również zaniepokojenie sprawą bezpieczeństwa obu więźniów. Razmara pomyślał, że jest w tym jakaś ironia. On sam niepokoił się o swoje bezpieczeństwo. Każdego dnia, gdy szedł do swojego biura, zastanawiał się, czy wróci żywy do domu.

Zamknął teczkę. Nie czuł współczucia dla EDS ani jej uwięzionych pracowników. Pomyślał, że nawet gdyby chciał ich uwolnić, nie byłby w stanie tego zrobić. Nastroje antyamerykańskie w społeczeństwie sięgały poziomu histerii. Rząd Bakhtiara, w którego składzie znajdował się Razmara, został powołany przez szacha i tym samym był powszechnie podejrzewany o tendencje proamerykańskie. Kiedy kraj jest w stanie takiego wrzenia, każdy minister, który zatroszczyłby się o parę chciwych amerykańskich lokajów kapitalizmu, zostałby natychmiast zwolniony, jeżeli nie zlinczowany – i zupełnie słusznie. Razmara zwrócił uwagę na bardziej istotne sprawy.

Następnego dnia jego sekretarz powiedział:

– Pan Young z amerykańskiego przedsiębiorstwa EDS jest tu i prosi, żeby pan minister go przyjął.

Bezczelność Amerykanów doprowadzała do pasji.

– Niech pan powtórzy mu to, co kazałem panu powiedzieć wczoraj – oznajmił Razmara. – A potem niech da mu pan pięć minut na opuszczenie ministerstwa.

* * *

Największym problemem był dla Billa czas.

Miał inny charakter niż Paul. Dla Paula – niespokojnego, napastliwego, ambitnego i o silnej woli – najgorszą rzeczą związaną z pobytem w więzieniu było uczucie bezradności. Bill, bardziej spokojny z natury, pogodził się z faktem, że może się tylko modlić. Więc modlił się. Nie obnosił się ze swoją religijnością, odmawiał modlitwy albo późnym wieczorem, przed snem, albo wcześnie rano, zanim obudzili się pozostali więźniowie. Najbardziej dręczył go powolny upływ czasu. Dzień na wolności, pełen podejmowania decyzji, rozwiązywania problemów, telefonowania, uczestnictwa w zebraniach, mijał niezauważalnie. Dzień w więzieniu zdawał się nie mieć końca. Bill opracował wzór zamiany czasu rzeczywistego, na wolności, na czas więzienny.

Czas rzeczywisty Czas więzienny

l sekunda = l minuta

l minuta = l godzina

l godzina = l dzień

l dzień = l tydzień

l tydzień = l miesiąc

l miesiąc = l rok

Czas uzyskał dla Billa ów nowy wymiar po dwóch czy trzech tygodniach w więzieniu, kiedy uświadomił sobie, że nie będzie szybkiego rozwiązania problemu. W przeciwieństwie do osądzonego przestępcy nie został skazany na dziewięćdziesiąt dni, czy też na pięć lat, i w związku z tym nie mógł czerpać otuchy wydrapując kreski na ścianie i obliczając w ten sposób, ile dni pozostało mu do wolności. To, ile dni minęło, nie miało zupełnie znaczenia, jego czas przebywania w więzieniu był nieokreślony, a przez to i nieskończony.

Jego perscy współwięźniowie nie odbierali tego w taki sposób. Była między nimi znaczna różnica kulturowa. Amerykanów, których nauczono szybkiego osiągania rezultatów, dręczyła niepewność. Irańczycy zadowalali się oczekiwaniem na fardah, jutro, za tydzień, może kiedyś – podobnie jak w prowadzonych przez nich interesach.

Mimo to jednak, w miarę jak władza szacha słabła, Bill miał wrażenie, że u niektórych z nich dostrzega oznaki rozpaczy i przestał mieć do nich zaufanie. Zwracał uwagę na to, aby nie mówić im, kto z Dallas znajduje się w Teheranie, ani jaki postęp poczyniono w pertraktacjach w sprawie ich uwolnienia. Obawiał się, że w ostateczności spróbują przehandlować te informacje strażnikom.

Zaczynał już być dobrze przystosowanym więźniem. Nauczył się nie zwracać uwagi na brud i robactwo, przyzwyczaił się do zimnego, mącznego, niesmacznego jedzenia. Nauczył się żyć na niewielkiej, ściśle ograniczonej własnej przestrzeni, jego więziennej „działce”. Był wciąż aktywny.

Znalazł sposoby, aby wypełnić ciągnące się bez końca dni. Czytał książki, uczył Paula grać w szachy, robił ćwiczenia gimnastyczne w hallu, rozmawiał z Irańczykami, starając się zdobyć każde słowo przekazywanych przez radio i telewizję wiadomości. I modlił się. Przeprowadził niezwykle dokładne pomiary więzienia – cel i korytarzy, sporządził też plany i szkice. Prowadził dziennik, zapisując w nim każde, najzwyklejsze wydarzenie więziennego życia, wszystko, co powiedzieli mu więźniowie, i wszystkie wiadomości. Używał inicjałów zamiast nazwisk, czasami zamieszczał w pamiętniku wymyślone sytuacje lub zmienione wersje rzeczywistych sytuacji, dzięki czemu, gdyby dziennik został skonfiskowany lub przeczytany przez władze, na pewno zdezorientowałby je.

Podobnie jak więźniowie na całym świecie, oczekiwał odwiedzin równie gorąco, jak dzieci oczekują Gwiazdki. Koledzy z EDS dostarczali przyzwoite jedzenie, ciepłe ubranie, nowe książki i listy z domu. Pewnego dnia Keane Taylor przyniósł fotografię sześcioletniego synka Billa, Christophera, stojącego przed choinką. To, że zobaczył swojego małego synka, choćby tylko na fotografii, dodało Billowi sił. Przypomniało mu to, czego może oczekiwać, i umocniło jego postanowienie, aby trzymać się i nie rozpaczać.

Bill pisał listy do Emily i przekazywał je Keane’owi, który następnie czytał je jej przez telefon. Bill znał Keane’a od dziesięciu lat i był z nim dość blisko zaprzyjaźniony – mieszkali razem po ewakuacji personelu. Bill wiedział, że Keane nie jest tak gruboskórny, jak sądzono – dobra połowa tego była pozą – ale wciąż, kiedy pisał „Kocham cię”, krepowała go myśl, że Keane będzie to czytał. Bill przełamał to uczucie, bardzo chciał bowiem na wypadek, gdyby nie miał już okazji powiedzieć tego osobiście żonie i dzieciom, przekazać im, jak bardzo ich kochał. Jego listy przypominały te, które w przeddzień niebezpiecznego zadania pisali piloci.

Najważniejszym podarkiem przynoszonym przez odwiedzających były zawsze wiadomości. Te zawsze zbyt krótkie spotkania w niskim budynku po drugiej stronie podwórka poświęcano omawianiu najrozmaitszych prób uwolnienia Paula i Billa. Odnosił wrażenie, że najistotniejszy czynnik stanowi czas. Prędzej czy później, taka lub inna taktyka powinna poskutkować. Na nieszczęście, w miarę upływu czasu Iran staczał się po równi pochyłej. Rewolucja nabierała rozpędu. Czy EDS zdoła wydobyć Paula i Billa na wolność, zanim cały kraj eksploduje?

Również przyjazdy do południowej części miasta, gdzie znajdowało się więzienie, stawały się stopniowo coraz bardziej niebezpieczne dla ludzi z EDS. Paul i Bill nigdy nie wiedzieli, kiedy i czy w ogóle dojdzie do następnych odwiedzin. Gdy mijał czwarty, a potem piąty dzień, Bill zaczynał się zastanawiać, czy przypadkiem wszyscy nie powrócili już do Stanów i nie pozostawili go tutaj wraz z Paulem. Biorąc pod uwagę, że kaucja była niewiarygodnie wysoka, a ulice Teheranu niewiarygodnie niebezpieczne, może uznali sprawę Paula i Billa za przegraną? Mogli zostać zmuszeni, wbrew swojej woli, do wyjazdu, aby ocalić własne życie. Bill przypominał sobie wycofanie się Amerykanów z Wietnamu, kiedy ostatnich pracowników ambasady zabierano z dachów do śmigłowców i mógł wyobrazić sobie tę scenę powtarzającą się w ambasadzie amerykańskiej w Teheranie. Od czasu do czasu podtrzymywały go na duchu odwiedziny pracowników ambasady. Oni również przyjeżdżając tu podejmowali ryzyko, ale nigdy nie przynosili żadnych konkretnych informacji na temat wysiłków podejmowanych przez rząd, aby dopomóc Paulowi i Billowi. I Bill doszedł więc do wniosku, że Departament Stanu jest bezradny.

Odwiedziny dr Houmana, ich irańskiego adwokata, początkowo bardzo dodawały im otuchy. Wkrótce jednak Bill zorientował się, że Houman w typowo irański sposób wiele przyrzeka i niewiele osiąga. Fiasko spotkania z Dadgarem pogrążyło Billa w rozpaczy. Łatwość natomiast, z jaką Dadgar wywiódł w pole Houmana oraz jego niewzruszone postanowienie, aby zatrzymać Paula i Billa w więzieniu, przeraziły go. Bill nie mógł usnąć przez całą noc.

Samą wysokość kaucji uznał za oszałamiającą. Nikt nigdy na świecie nie zapłacił dotąd takiego okupu. Przypomniał sobie historie o amerykańskich biznesmenach porwanych w Ameryce Południowej i trzymanych dla okupu w wysokości miliona lub dwóch milionów dolarów. (Najczęściej ich zabijano). Inne porwania – milionerów, polityków czy jakichś znakomitości, wiązały się z żądaniami trzech albo czterech milionów – nigdy jednak trzynastu. Nikt nie zapłaci aż tyle za Paula i Billa.

Poza tym nawet tak olbrzymia suma pieniędzy nie kupi im możliwości wyjazdu z Iranu. Najprawdopodobniej będą trzymani w areszcie domowym tu, w Teheranie – do czasu, kiedy tłum weźmie górę. Niekiedy kaucja sprawiała na nim wrażenie w większym stopniu pułapki niż drogi ucieczki. Był to swego rodzaju paragraf 22.

Wszystkie te przeżycia uczyły hierarchii wartości. Bill zorientował się, że może dać sobie radę bez swego pięknego domu, samochodów, wyszukanego jedzenia i czystego ubrania. Nie było czymś szczególnie trudnym żyć w brudnym pokoju z pełzającym po ścianie robactwem. Wszystko, co miał w życiu, zostało mu zabrane i uświadomił sobie, że jedynym, na czym mu zależy, jest jego rodzina. Kiedy zrozumie się istotę sprawy, to naprawdę liczą się tylko Emily, Vicki, Jackie, Jenny i Chris.

Wizyta Coburna dodała mu nieco otuchy. Gdy zobaczył Jaya w obszernym, sięgającym niemal do ziemi płaszczu i wełnianej czapce, z rudym zarostem na policzkach, natychmiast domyślił się, że nie przyjechał on do Teheranu, aby działać oficjalnymi kanałami. Coburn większą część odwiedzin spędził na rozmowie z Paulem i jeżeli nawet przekazał Paulowi jakieś informacje, Chiapparone nie powtórzył mu tego. Bill był zadowolony – dowie się, gdy nadejdzie pora.

Ale następnego dnia po odwiedzinach Coburna nadeszły złe wieści. 16 stycznia szach opuścił Iran.

Telewizor w więziennym hallu został włączony wyjątkowo po południu i Paul wraz z Billem oraz innymi więźniami obserwowali tę niewielką ceremonię pożegnalną, która odbywała się w Pawilonie Cesarskim na lotnisku Mehrabad. Był tam szach z żoną, troje z czwórki dzieci, jego teściowa i mnóstwo dworzan. Żegnał ich premier Shahpour Bakhtiar i tłum generałów. Bakhtiar ucałował dłoń szacha i władca z orszakiem wsiadł do samolotu.

Siedzący w więzieniu ludzie z ministerstwa byli przygnębieni. Większość z nich, w taki czy inny sposób, przyjaźniła się z członkami rodziny szacha lub osobami z najbliższego jej otoczenia. A teraz ich protektorzy wyjeżdżają. Oznaczało to, iż w najlepszym wypadku muszą się pogodzić z długim pobytem w więzieniu. Bill czuł, że szach wyjeżdżając zabrał ze sobą ostatnią szansę na pomyślny dla Stanów Zjednoczonych obrót wydarzeń w Iranie. Teraz nastąpi tu jeszcze większy chaos i zamieszanie, zwiększy się zagrożenie wszystkich Amerykanów przebywających w Teheranie – i zmniejszy możliwość szybkiego uwolnienia Paula i Billa.

Wkrótce po tym, jak telewizja pokazała wzbijający się w niebo odrzutowiec szacha, do uszu Billa zaczął dochodzić niewyraźny szum – jakby odległego tłumu gromadzącego się na zewnątrz więzienia. Hałas przekształcił się szybko w pandemonium krzyków, wiwatów, klaksonów samochodowych. Telewizja pokazała źródło tego hałasu – setki tysięcy Irańczyków zapełniało ulice krzycząc: Szah raft! – Szach odszedł! Paul orzekł, że przypomina mu to paradę noworoczną w Filadelfii. Wszystkie samochody jechały z włączonymi światłami i większość z nich trąbiła bez przerwy. Wielu kierowców odchyliło wycieraczki na przednich szybach i przyczepiło do nich gałganki – po włączeniu wycieraczek powiewały miarowo w obie strony. Po ulicach krążyły ciężarówki pełne świętującej, rozradowanej młodzieży, w całym mieście tłumy przewracały i niszczyły pomniki szacha. Bill zastanawiał się, jakie będą następne poczynania tłumu. Zaczął wtedy zastanawiać się, co zrobią strażnicy i więźniowie, jak zachowają się wobec nich? Może kiedy nastąpi owo historyczne uwolnienie wszystkich spętanych irańskich emocji, właśnie Amerykanie staną się ich celem?

Razem z Paulem starali się jak najmniej rzucać w oczy i cały dzień spędzili w celi. Leżeli na swoich pryczach i rozmawiali bezładnie. Paul palił papierosy. Bill starał się nie myśleć o przerażających scenach, widzianych w telewizji, ale ryk nieokiełznanego mrowia ludzkiego, powszechny krzyk rewolucyjnego triumfu przenikał mury i wypełniał mu uszy, jak ogłuszający trzask i łoskot grzmotu poprzedzający bliskie uderzenie pioruna.

* * *

Dwa dni później, rankiem 18 stycznia, do celi nr 5 przyszedł strażnik i powiedział coś w farsi do Rezy Neghabata, byłego wiceministra. Neghabat przetłumaczył jego słowa Paulowi i Billowi:

– Musicie zabrać swoje rzeczy. Przenoszą was.

– Dokąd? – zapytał Paul.

– Do innego więzienia.

W głowie Billa zadźwięczał dzwonek alarmowy. Do jakiego innego więzienia ich zabierają?. Czy takiego, w którym ludzi torturuje się i zabija? Czy EDS zostanie poinformowane, dokąd ich przeniesiono, czy też obaj znikną bez śladu? To miejsce, w którym się znajdują, trudno nazwać rozkosznym, ale przynajmniej już je znają.

Strażnik odezwał się znowu i Neghabat ponownie przetłumaczył:

– Mówi, żebyście się nie przejmowali, to dla waszego dobra.

W ciągu kilku minut zapakowali swoje szczoteczki do zębów, wspólną maszynkę do golenia i trochę zapasowej odzieży. Potem usiedli i czekali – przez trzy godziny.

To było denerwujące. Bill przyzwyczaił się już do tego więzienia i mimo chwilowych ataków podejrzliwości, zasadniczo ufał swoim współwięźniom. Obawiał się zmiany na gorsze.

Paul poprosił Neghabata, aby spróbował przekazać do EDS wiadomość o ich przenosinach. Może uda mu się to zrobić przekupując pułkownika – komendanta więzienia.

Starszy celi, leciwy mężczyzna, który tak troszczył się o nich, był zmartwiony tym, że ich zabierają. Patrzył ze smutkiem, jak Paul odczepia fotografie Karen i Ann Marie. Pod wpływem nagłego impulsu Paul dał mu obie fotografie. Staruszek był tym wyraźnie wzruszony i podziękował mu wylewnie.

Wreszcie wyprowadzono ich na podwórko i wraz z pół tuzinem innych więźniów z różnych cel wciśnięto do mikrobusu. Bill patrzył na nich, próbując ustalić, cóż mogą mieć z nimi wspólnego. Jednym z nich był Francuz. A może wszystkich cudzoziemców zabierano do przeznaczonego dla nich więzienia, aby zapewnić im bezpieczeństwo? Ale innym więźniem był rosły Irańczyk, starszy celi na dolnym piętrze, tej, w której spędzili pierwszą noc. Bill przypuszczał, że był to zwykły kryminalista.

Gdy mikrobus wyjeżdżał z podwórka, Bill zapytał Francuza:

– Czy wie pan, dokąd jedziemy?

– Mam zostać zwolniony – odparł Francuz.

Serce Billa zabiło. To była dobra wiadomość! Może wszyscy mają zostać uwolnieni?

Zaczął przyglądać się ulicom. Po raz pierwszy od trzech tygodni widział świat poza murami więzienia. Rządowe budynki wokół Ministerstwa Sprawiedliwości nosiły ślady uszkodzeń – tłum rzeczywiście oszalał. Wszędzie stały spalone samochody, okna były porozbijane. Na ulicach roiło się od żołnierzy i czołgów, ale wojsko nie podejmowało żadnych działań – nie utrzymywało porządku, nawet nie kierowało ruchem. Bill odniósł wrażenie, że obalenie słabego rządu Bakhtiara jest tylko kwestią czasu.

Co się stało z pracownikami EDS – Taylorem, Howellem, Youngiem, Gallagherem i Coburnem? Nie pojawili się w więzieniu od chwili wyjazdu szacha. Czy dla ratowania własnego życia zmuszono ich do ucieczki? Bill był jakoś wewnętrznie przekonany, że wciąż są w mieście, wciąż próbują wydostać ich z więzienia. Zaczynał mieć nadzieję, że owe przenosiny zostały przez nich zaaranżowane. Być może mikrobus zamiast zawieźć ich do innego więzienia zakręci i dostarczy prosto do amerykańskiej bazy lotniczej. Im dłużej o tym myślał, tym silniej wierzył, że wszystko to zostało zorganizowane, aby ich uwolnić. Bez wątpienia ambasada amerykańska uświadomiła sobie, że od chwili wyjazdu szacha Paul i Bill znaleźli się w poważnym niebezpieczeństwie i wreszcie zabrała się do rzeczy na serio. Ta przejażdżka jest podstępem, wybiegiem, który ma na celu wydobycie ich z więzienia bez budzenia podejrzeń wrogo nastrojonych irańskich urzędników takich jak Dadgar.

Mikrobus kierował się na północ. Przejeżdżał przez dzielnice, które Bill znał dobrze i czuł się coraz bezpieczniej w miarę, jak oddalali się od burzliwego południa miasta.

Poza tym na północy była baza 3 lotnicza.

Samochód wjechał na rozległy plac przytłoczony potężnym budynkiem przypominającym fortecę. Bill spojrzał na budowlę z zaciekawieniem. Jej mury z rozstawionymi gęsto wieżyczkami strażniczymi i stanowiskami karabinów maszynowych miały jakieś dwadzieścia pięć stóp wysokości. Plac zapełniony był straszliwie hałasującymi irańskimi kobietami w tradycyjnych, czarnych czadorach. Czy to jakiś pałac albo meczet? A może baza wojskowa? Autobus zbliżył się do fortecy i zwolnił.

Och, nie!

Pośrodku frontonu budynku widniały potężne dwuskrzydłowe stalowe wrota. Mikrobus, ku przerażeniu Billa, zatrzymał się tuż przy nich.

To przerażające miejsce było nowym więzieniem, nowym koszmarem. Wrota otworzyły się i mikrobus wjechał do środka.

Nie jechali do bazy lotniczej. EDS nie doprowadziła do porozumienia, ambasada nic nie zrobiła, wcale nie zamierzano ich uwolnić.

Samochód ponownie stanął. Stalowe wrota zamknęły się, przed nimi otworzyły się następne. Mikrobus przejechał przez nie i zatrzymał się na olbrzymim dziedzińcu z wieloma budynkami. Strażnik powiedział coś w farsi, wszyscy więźniowie wstali i wysiedli.

Bill czuł się jak zawiedzione dziecko. „Życie jest parszywe – pomyślał. -

Czym sobie na to zasłużyłem?

Co takiego zrobiłem?”

* * *

– Nie jedź tak szybko – powiedział Simons.

– Czy prowadzę niebezpiecznie? – zapytał Joe Poche.

– Nie. Po prostu nie chcę, żebyś łamał przepisy.

– Jakie przepisy?

– Po prostu uważaj.

– Jesteśmy na miejscu – przerwał im Coburn. Poche zatrzymał samochód. Popatrzyli ponad głowami niesamowitych kobiet w czerni i zobaczyli olbrzymią fortecę – więzienie Gasr.

– Jezu Chryste – rzekł Simons. W jego głębokim, ochrypłym głosie brzmiały nuty lęku. – Patrzcie na to draństwo.

Gapili się na wysokie mury, olbrzymie wrota, wieżyczki strażnicze i gniazda kaemów.

– To jest gorsze niż Alamo – stwierdził Simons.

Coburnowi przyszło na myśl, że ich maleńka grupa nie może podjąć ataku na to miejsce, chyba że z pomocą całej armii Stanów Zjednoczonych. Oswobodzenie więźniów, które tak starannie planowali i tyle razy ćwiczyli, stało się teraz całkowicie niewykonalne. Nie będzie już modyfikacji czy też ulepszeń planu, nie będzie nowych scenariuszy. Cały pomysł wziął w łeb.

Przez dłuższą chwilę siedzieli w samochodzie zagłębieni w swoich myślach.

– Kim są te kobiety? – zdziwił się głośno Coburn.

– Mają krewnych w więzieniu – wyjaśnił Poche. Coburn usłyszał jakiś szczególny dźwięk.

– Posłuchajcie – powiedział. – Co to takiego?

– Kobiety – odparł Poche. – Lamentują.

* * *

Pułkownik Simons kiedyś już patrzył na niedostępną fortecę.

Miał wtedy dopiero stopień kapitana i przyjaciele nazywali go Art, nie zaś „Bull”, czyli „Byk”.

Było to w październiku 1944 roku. Art Simons, wówczas dwudziesto – sześciolatek, dowodził kompanią B 6 batalionu komandosów. Amerykanie wygrywali wojnę na Pacyfiku i mieli właśnie zaatakować Filipiny, 6 batalion komandosów był już na wyspach, przed amerykańskimi siłami inwazyjnymi, dokonując aktów sabotażu i wprowadzając zamęt za liniami nieprzyjaciela.

Kompania B wylądowała na wyspie Homonhon w zatoce Leyte i ustaliła, że nie ma na niej Japończyków. Simons zawiesił gwiaździsty sztandar na palmie kokosowej w obecności dwustu potulnych krajowców.

Tego dnia otrzymali komunikat, że japoński garnizon na położonej nie opodal wyspie Suluan masakruje ludność cywilną. Simons poprosił o zezwolenie zdobycia Suluan. Zezwolenia nie otrzymał. Kilka dni później zwrócił się o to ponownie. Odpowiedziano mu, że nie ma w pobliżu żadnego okrętu, który mógłby ich przetransportować. Simons poprosił o zezwolenie na wykorzystanie miejscowych środków pływających. Tym razem otrzymał zgodę.

Simons wziął pod swoją komendę trzy łodzie żaglowe krajowców oraz jedenaście canoe i mianował się admirałem floty. Wyruszył o drugiej w nocy wraz z osiemdziesięcioma ludźmi. Zerwał się sztorm, siedem canoe przewróciło się i flota Simonsa zawróciła do brzegu – większość wpław.

Wyruszyli ponownie następnego dnia. Tym razem żeglowali w biały dzień, a ponieważ lotnictwo japońskie wciąż panowało w powietrzu, żołnierze zdjęli mundury oraz wyposażenie i ukryli na dnach łodzi, dzięki czemu wyglądali jak miejscowi rybacy. Podstęp się udał i kompania B wylądowała na wyspie Suluan. Simons natychmiast przeprowadził rozpoznanie japońskiego garnizonu.

To był właśnie ów moment, kiedy zobaczył niedostępną fortecę.

Japończycy stacjonowali w południowej części wyspy, w latarni morskiej usytuowanej na trzystustopowym, koralowym urwisku.

Od zachodniej strony do połowy wysokości zbocza prowadziła ścieżka kończąca się na stromych schodkach wyciętych w koralu. Całe schody i znaczna część ścieżki były doskonale widoczne z sześćdziesięciostopowej latarni morskiej i trzech obróconych na zachód budynków, usytuowanych na platformie u podstawy latarni. Była to doskonała pozycja obronna. Dwóch ludzi mogło na tych koralowych schodach powstrzymać pięćsetosobowy oddział.

Ale zawsze jest jakiś sposób.

Simons postanowił zaatakować od wschodu, pokonując urwisko.

Natarcie rozpoczęło się 2 listopada o pierwszej w nocy. Simons z czternastoma ludźmi przycupnęli u podstawy zbocza, bezpośrednio pod japońską załogą. Mieli pomalowane na czarno twarze i ręce. Była jasna księżycowa noc i cały teren był odsłonięty jak preria w Iowa. Aby zachować ciszę, porozumiewali się znakami, na buty nałożyli skarpety.

Simons dał znak i zaczęli się wspinać.

Ostre krawędzie koralu raniły im palce i dłonie. Miejscami, kiedy nie mogli znaleźć żadnego punktu podparcia, wspinali się po zwisających pnączach. Byli całkowicie odsłonięci. Gdyby jakiś ciekawski strażnik podszedł do krawędzi platformy i spojrzał w dół wschodniej ściany urwiska, zobaczyłby ich natychmiast i bez najmniejszego trudu wystrzelałby jednego po drugim.

Znajdowali się już w pół drogi na górę, kiedy ciszę zakłócił ogłuszający łomot. Czyjaś kolba uderzyła o wystający stożek koralu. Wszyscy zamarli i przywarli bez ruchu do zbocza. Simons wstrzymał oddech i oczekiwał wystrzału, który rozpocznie masakrę. Ale strzał nie padał.

Po dziesięciu minutach ruszyli znowu. Wspinaczka trwała całą godzinę.

Simons znalazł się na górze pierwszy. Przykucnął na platformie czując się zupełnie nagi w jaskrawym świetle księżyca. Nie widać było ani jednego Japończyka, ale słyszał głosy dobiegające z położonego nie opodal niskiego budynku. Skierował lufę karabinu w stronę latarni morskiej.

Na platformie zaczęli pojawiać się jego pozostali ludzie. Atak miał się zacząć w chwili, gdy ustawią karabin maszynowy.

Dokładnie w chwili, gdy przez krawędź platformy podawano kaem, pojawił się rozespany japoński żołnierz, kierujący się w stronę latryny.

Simons dal znak ubezpieczeniu, które zastrzeliło Japończyka. Zaczęła się wymiana ognia.

Simons natychmiast rzucił się do kaemu. Przytrzymywał jedną nóżkę i skrzynkę amunicyjną, podczas gdy celowniczy trzymał drugą i prowadził ogień. Zaskoczeni Japończycy wybiegali z budynku prosto w śmiercionośną strugę pocisków. Dwadzieścia minut później było już po wszystkim. Zabito około piętnastu nieprzyjaciół. W oddziale Simonsa było dwóch przypadkowo rannych, żaden śmiertelnie.

„Niedostępna” forteca została zdobyta. Zawsze jest jakiś sposób.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Mikrobus Volkswagen, należący do ambasady amerykańskiej, przeciskał się ulicami Teheranu w stronę placu Gasr. Wewnątrz pojazdu siedział Ross Perot. Był 19 stycznia, nazajutrz po przeniesieniu Paula i Billa, a Perot jechał odwiedzić ich w nowym więzieniu.

Sytuacja była z lekka zwariowana.

Wszyscy dokładali starań, aby ukryć Perota w Teheranie, z obawy, że Dadgar, widząc w nim znacznie cenniejszego zakładnika niż Paul i Bill, każe go aresztować i zamknąć w więzieniu. A teraz on sam jechał do więzienia, z własnej woli i to jeszcze z paszportem w kieszeni, aby łatwiej go było zidentyfikować.

Całą nadzieję pokładał w obowiązującej we wszystkich administracjach na całym świecie zasadzie najlepiej wyrażonej powiedzeniem: „nie wie lewica, co czyni prawica”. Może Ministerstwo Sprawiedliwości chciałoby go aresztować, ale więzieniami zajmowało się wojsko, a ono nie było nim zainteresowane.

Niemniej jednak podjął pewne środki ostrożności. Do więzienia wejdzie wraz z grupą ludzi – w mikrobusie obok niego siedzieli Rich Gallagher i Jay Coburn, a także kilka osób z personelu ambasady odwiedzających w więzieniu pewną Amerykankę – ubrany w nie rzucający się w oczy strój, trzymając w rękach karton z żywnością, książkami i ciepłą bielizną dla Paula i Billa.

Nikt w więzieniu nie znał jego twarzy. Wchodząc będzie musiał podać swoje personalia, ale skąd mogą one być znane jakiemuś urzędnikowi więziennemu czy strażnikowi? Z pewnością wpisano go już na listę poszukiwanych na lotnisku, w komisariatach policji i w hotelach, lecz ostatnim miejscem, w którym Dadgar spodziewał się go znaleźć, było więzienie.

W każdym razie zdecydował się na to ryzyko. Chciał podbudować morale Billa i Paula, a także pokazać im, że nie uchyla się od nadstawiania za nich karku. Będzie to jedyny pozytywny skutek tej wyprawy: jego wysiłki na rzecz przyspieszenia negocjacji spełzły na niczym.

Mikrobus wjechał na plac Gasr i Perot po raz pierwszy ujrzał nowe wiezienie. Przytłaczało swoim ogromem. Nie miał najmniejszego pojęcia, w jaki sposób Simons ze swą niewielką grupą ratowniczą ma zamiar wedrzeć się do środka.

Na placu znajdowało się mnóstwo osób, w większości kobiet o zasłoniętych twarzach. Panował nieopisany hałas. Mikrobus zatrzymał się w pobliżu wielkich stalowych wrót. Perot myślał o kierowcy: był Irańczykiem i wiedział, kim jest Perot…

Wszyscy wysiedli. Perot dostrzegł w pobliżu wejścia kamerę telewizyjną. Serce zabiło mu mocniej.

Była to amerykańska ekipa. Co oni tu robili, u diabła?

Przepychając się przez tłum z kartonem w rękach, Perot opuścił nisko głowę.

Z okienka w murowanej ścianie nie opodal bramy wyjrzał strażnik. Ekipa telewizyjna nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi. W chwilę później otworzyły się niewielkie drzwi w bramie i odwiedzający weszli do środka.

Drzwi zamknęły się z metalicznym trzaskiem.

Perot wkroczył na drogę, z której nie było już odwrotu.

Szedł dalej, przez drugą parę stalowych drzwi, w stronę kompleksu więziennego. Był ogromny, między budynkami ciągnęły się ulice, po których pętały się kury i indyki. Perot wraz z innymi wszedł do sali przyjęć.

Wyjął paszport. Urzędnik wskazał mu rejestr. Perot wziął pióro i dość czytelnie napisał: „H. R. Perot”.

Urzędnik oddał mu paszport i skinieniem odesłał go dalej. Miał więc słuszność: nikt tu nic nie słyszał o Rossie Perocie. Wszedł do poczekalni – i stanął jak wryty.

W poczekalni rozmawiał z Irańczykiem w mundurze generalskim ktoś, kto doskonale wiedział, kim jest Ross Perot.

Był to Ramsey Clark, teksańczyk, który za czasów prezydenta Lyndona Johnsona piastował stanowisko Prokuratora Generalnego USA. Perot spotykał się z nim kilkakrotnie i doskonale znał siostrę Clarka, Mimi.

Za chwilę zamarł. „To wyjaśnia, skąd się wzięły te kamery telewizyjne” – pomyślał. Zastanawiał się, czy zdoła uniknąć wzroku Clarka. W każdej chwili Ramsey mógł go spostrzec i powiedzieć do generała: „Mój Boże, przecież to Ross Perot z EDS” – i jeśli będzie wyglądać na to, że próbuję się schować, sytuacja będzie jeszcze gorsza.

Podjął szybką decyzję.

Podszedł do Clarka, wyciągnął dłoń i powiedział:

– Cześć, Ramsey, co ty robisz w więzieniu?

Clark spojrzał na niego z góry – miał ponad metr dziewięćdziesiąt – i roześmiał się.

Wymienili uścisk dłoni.

– Jak tam Minii? – spytał Perot, zanim Clark zdążył dokonać prezentacji na rzecz Irańczyka, który właśnie mówił coś w farsi do podwładnego.

– Mimi czuje się świetnie – odparł Clark.

– Miło było cię spotkaćpowiedział Perot i ruszył dalej.

Kiedy wychodził z poczekalni do budynku więzienia, w towarzystwie Gallaghera, Coburna i ludzi z personelu ambasady, poczuł w ustach nienaturalną suchość. Jego bezpieczeństwo wisiało na włosku. Dołączył do nich Irańczyk w mundurze pułkownika: Gallagher powiedział, że przydzielono go im do towarzystwa. Perot zastanawiał się, co Clark mówi teraz do generała…

* * *

Paul był chory. Powróciło przeziębienie, które złapał w pierwszym więzieniu. Kaszlał i odczuwał silne bóle w piersi. Narzekał na chłód zarówno w tym więzieniu, jak i w pierwszym – od trzech tygodni był przeziębiony. Prosił ludzi z EDS, którzy go odwiedzali, o ciepłą bieliznę, ale z jakiegoś powodu nigdy się jej nie doczekał.

Zresztą – i bez tego czuł się fatalnie. Bardzo liczył na to, że Coburn wraz z grupą ratowniczą zrobią zasadzkę na autobus, który przywiózł go tu wraz z Billem z Ministerstwa Sprawiedliwości. Ale gdy autobus wjechał do niedostępnego więzienia Gast, Paul był gorzko rozczarowany.

Generał Mohari, naczelnik więzienia, wyjaśnił Paulowi i Billowi, że podlegają mu wszystkie więzienia w Teheranie, nakazał więc przenieść tu obu Amerykanów dla ich własnego bezpieczeństwa. Niewielka to była pociecha: aczkolwiek niedostępne dla tłumów, więzienie to było również trudniejsze, o ile nie niemożliwe do zdobycia przez grupę ratowniczą.

Więzienie Gasr stanowiło fragment wielkiego kompleksu wojskowego. Po jego zachodniej stronie znajdował się stary pałac Gasr Ghazar, zamieniony przez ojca szacha w szkołę policyjną. Kompleks więzienny mieścił się w dawnych ogrodach pałacowych. Na północy stał lazaret, na wschodzie zaś obóz wojskowy, w którym przez cały dzień startowały i lądowały helikoptery.

Samo więzienie otoczone było murem wewnętrznym o wysokości dwudziestu pięciu lub trzydziestu stóp oraz murem zewnętrznym, liczącym stóp dwanaście. Za nimi stało kilkanaście osobnych budynków, między innymi piekarnia, meczet oraz sześć bloków dla więźniów, w tym jeden dla kobiet.

Paul i Bill znajdowali się w budynku nr 8. Był to dwupiętrowy blok z podwórzem otoczonym płotem z wysokich stalowych prętów przeplatanych siatką. Jak na więzienie, otoczenie budynku prezentowało się całkiem nieźle. Pośrodku podwórza znajdowała się fontanna, po obu stronach bloku rosły różane krzewy i kilkanaście drzew. Więźniom pozwalano w ciągu dnia przebywać na zewnątrz budynku. Mogli grać na podwórku w siatkówkę czy ping – ponga, nie wolno im było jednak wychodzić poza ogrodzenie, pilnowane przez uzbrojonego wartownika.

Na parterze budynku znajdował się niewielki szpital, w którym przebywało około dwudziestu pacjentów, w większości umysłowo chorych. Ciągle słychać było ich wrzaski. Paul i Bill znaleźli się wraz z kilkoma innymi więźniami na pierwszym piętrze. Umieszczono ich w dużej celi, około sześć na dziesięć metrów. Poza nimi był w niej jeszcze jeden więzień, irański adwokat po pięćdziesiątce, który mówił po angielsku i francusku równie dobrze, jak w farsi. Pokazał im zdjęcia swojej wilii we Francji. W celi stał telewizor.

Posiłki przygotowywali niektórzy spośród więźniów, za co pozostali im płacili. Jadano w oddzielnym pokoju. Jedzenie tu było lepsze niż w poprzednim więzieniu. Można też było sobie kupić dodatkowe przywileje, jeden z więźniów zaś, najwyraźniej ogromnie bogaty, miał osobny pokój, a posiłki przynoszono mu z zewnątrz. Regulamin był dość łagodny: nie przestrzegano ściśle godzin pobudki ani ciszy nocnej.

Pomimo to Paul popadł w całkowitą depresję. Dodatkowa porcja wygód znaczyła niewiele. Jemu potrzebna była wolność.

Nie rozchmurzył też się zanadto, kiedy rankiem 19 stycznia powiadomiono ich, że mają widzenie.

Pokój widzeń znajdował się na parterze budynku nr 8, ale tym razem, bez żadnych wyjaśnień, wyprowadzono ich z budynku i poprowadzono ulicą.

Paul zdał sobie sprawę, że idą w kierunku budynku znanego pod nazwą „Klubu Oficerskiego”. Znajdował się on w małym ogrodzie roślin tropikalnych, pełnego kaczek i pawi. Kiedy już doszli prawie na miejsce, rozejrzał się i spostrzegł nadchodzących z przeciwka gości.

Nie mógł uwierzyć własnym oczom.

– Mój Boże! – wykrzyknął rozradowany. – To Ross! Zapominając, gdzie się znajduje, chciał pobiec ku Perotowi: strażnik powstrzymał go szarpnięciem.

– To nie do uwierzenia! – powiedział do Billa: – Perot jest tutaj. Strażnik popędził go przez ogród. Paul cały czas oglądał się na Perota, niepewny, czy przypadkiem wzrok go nie myli. Potem wprowadzono go do wielkiej, okrągłej sali otoczonej z zewnątrz stołami bankietowymi. Jej ściany były pokryte małymi trójkącikami luster. Była to chyba kiedyś sala balowa. W chwilę później do środka wszedł Perot w towarzystwie Gallaghera, Coburna i jeszcze kilku osób.

Perot uśmiechnął się szeroko. Paul najpierw potrząsnął jego dłonią, a potem chwycił go w ramiona. Była to chwila pełna wzruszenia. Paul poczuł się tak samo jak wówczas, gdy słuchał „Gwiaździstego Sztandaru”, przenikał go dreszcz.

A więc kochano go, troszczono się o niego, miał przyjaciół! Perot przejechał pół świata, aby odwiedzić go w samym środku rewolucji!

Potem Bill i Perot objęli się i uścisnęli sobie dłonie.

– Ross – zapytał Bill – co ty, u diabła, tu robisz? Czy przyjechałeś nas zabrać?

– Nie całkiem – odparł Perot. – Jeszcze nie.

Strażnicy zebrali się w drugim końcu sali na herbatę. Ludzie z personelu ambasady, którzy przybyli tu z Perotem, skupili się dookoła innego stołu, rozmawiając z uwięzioną Amerykanką.

Perot postawił karton na stole.

– Mam tu dla ciebie ciepłe kalesony – powiedział do Paula. – Nie mogliśmy ich kupić w sklepie, więc dałem ci swoje i masz mi je potem oddać, słyszysz?

– Jasne – Paul wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Mamy też dla was parę książek i nieco jedzenia: masło fistaszkowe, tuńczyka, soki i nie wiem, co tam jeszcze. – Perot wyjął z kieszeni kilka kopert. – Aha, listy dla was.

Paul obejrzał je. Był wśród nich list od Ruthie i jeden zaadresowano: „Chapanoodle”. Uśmiechnął się: to pewnie list od jego przyjaciela Davida Behne. Jego syn, Tommy, nie umiał wymówić nazwiska „Chiapparone” i ochrzcił Paula „Chapanoodle”. Włożył listy do kieszeni, żeby je przeczytać później, i spytał:

– A jak czuje się Ruthie?

– Nieźle. Rozmawiałem z nią przez telefon – odrzekł Perot. – Przydzieliliśmy waszym żonom kogoś do opieki, chcąc mieć pewność, że nie będzie im niczego brakowało. Ruthie mieszka na razie w Dallas, u Jima i Cathy Nyfelerów. Kupuje dom, a Tom Walter pomaga jej załatwić wszystkie formalności.

Zwrócił się do Billa.

– Emily mieszka u siostry w Karolinie Północnej. Musiała trochę odpocząć. Współpracuje z Timem Reardonem w Waszyngtonie, próbując wywrzeć nacisk na Departament Stanu. Pisała do Rosalynn Carter… wiesz, jak jedna żona do drugiej. Próbuje wszystkiego. Szczerze mówiąc, wszyscy próbujemy wszystkiego… Kiedy Perot wyliczał z długiej listy kolejne osoby, które proszono o pomoc – od kongresmanów z Teksasu, aż do Henry’ego Kissingera – Bill zdał sobie sprawę, że głównym celem odwiedzin Perota było podtrzymanie ich na duchu. Był jednak nieco zawiedziony. Przez chwilę, wówczas gdy zobaczył Perota idącego z innymi ludźmi przez teren więzienia, z szerokim uśmiechem na ustach, Bill pomyślał: „Oto nadchodzi ratunek – nareszcie wybrnięto z tego cholernego impasu i Perot idzie, aby powiedzieć nam o tym osobiście”. Czekało go rozczarowanie. Potem jednak Perot mówił i mówił, Bill nieco poweselał. Przynoszący listy z domu i karton prezentów Perot objawił mu się niczym święty Mikołaj, jego zaś obecność w więzieniu i szeroki uśmiech na twarzy stanowiły pogardliwe wyzwanie rzucone Dadgarowi, tłumom oraz wszystkiemu, co im zagrażało.

Teraz Bill się obawiał o stan ducha Emily. Instynktownie domyślał się, co się dzieje w sercu jego żony. Fakt, że zdecydowała się wyjechać do Karoliny Północnej, oznaczał, że zbyt ciężko było jej zachować pozory normalności, kiedy przebywała wraz z dziećmi w domu rodziców. Domyślał się też, że znowu zaczęła palić. To z pewnością zdziwiło małego Chrisa. Emily rzuciła palenie, gdy poszła do szpitala, aby usunąć woreczek żółciowy, a Chrisowi powiedziała, że wyjęto jej „palacza”. Teraz mały zapewne dziwił się, że „palacz” powrócił.

– Jeśli wszystko zawiedzie – mówił Perot – mamy w mieście jeszcze jedną grupę, która wydostanie was innymi metodami. Będziecie znali wszystkich członków tej grupy z wyjątkiem dowódcy, starszego mężczyzny.

– I tu jest problem, Ross – odezwał się Paul. – Dlaczego kilku facetów ma dać się posiekać za dwóch innych?

Bill zastanawiał się, co mogli zaplanować. Czy zabiorą ich z więzienia helikopterem? Czy armia amerykańska zechce zdobyć te mury? Trudno to było sobie wyobrazić – ale z Perotem wszystko stawało się możliwe.

Wtrącił się Coburn:

– Paul, chciałbym, abyś obserwował i zapamiętał wszystkie szczegóły na temat terenu więzienia i regulaminu, tak jak poprzednio.

Bill odczuwał niejakie zażenowanie z powodu wąsów. Zapuścił je, aby bardziej upodobnić się do Irańczyka. Pracownikom EDS nie wolno było nosić wąsów ani brody. Bill przecież nie spodziewał się jednak zobaczyć tu Perota. Wiedział, że to głupie, lecz pomimo to czuł się nieswojo.

– Przepraszam za to – powiedział dotykając górnej wargi. – Chciałem nie rzucać się w oczy. Jak stąd wyjdziemy, zgolę je od razu.

– Zachowaj je – odrzekł Perot z uśmiechem. – Niech zobaczą je Emily i dzieciaki. I tak zresztą będziemy zmieniać wymogi co do wyglądu zewnętrznego. Ostatnio przeprowadzono w tej sprawie ankietę między pracownikami i zapewne pozwolimy na wąsy, a także kolorowe koszule.

Bill spojrzał na Coburna.

– A brody?

– Żadnych bród. Coburn ma szczególny powód. Nadeszli strażnicy. Widzenie było skończone.

– Nie wiemy – rzekł na koniec Perot – czy uda się nam wydostać was stąd szybko, czy też upłynie trochę czasu. Lepiej zostańcie przy tym drugim. Jeśli ciągle będziecie się budzić ze słowami: „To pewnie już dzisiaj”, czeka was wiele rozczarowań i przykrości. Przygotujcie się na dłuższy pobyt, a może spotka was przyjemna niespodzianka. Ale zapamiętajcie jedno: na pewno was stąd wydostaniemy.

Uścisnęli sobie dłonie.

– Naprawdę nie wiem, jak ci dziękować za to, żeś przyszedł, Ross – powiedział Paul.

Perot uśmiechnął się.

– Tylko nie zapomnij zabrać moich gaci.

Wszyscy opuścili budynek. Ludzie z EDS poszli przez teren więzienia ku bramie, Bill, Paul i strażnicy patrzyli za nimi. Kiedy przyjaciele niknęli już w oddali, Billa pochwyciła nagła chętka, aby pobiec za nimi.

„Nie dzisiaj – powiedział sobie. – Nie dzisiaj”.

* * *

Perot zastanawiał się, czy go wypuszczą.

Ramsey Clark miał całą godzinę na to, aby się wygadać. Co powiedział generałowi? Czy w budynku administracji u bramy więzienia czekać będzie na Perota komitet powitalny?

Serce biło mu mocno, gdy wchodził do poczekalni. W środku nie dostrzegł jednak ani Clarka, ani generała. Przeszedł do sali przyjęć. Nikt nawet na niego nie spojrzał.

Mając tuż za plecami Coburna i Gallaghera, przeszedł przez pierwszą bramę. Nikt go nie zatrzymywał.

Wyglądało na to, że mu się uda.

Przeszedł przez niewielkie podwórko i zatrzymał się przy głównej bramie. Otworzyły się osadzone w niej drzwi.

Perot wyszedł poza teren więzienia.

Kamery telewizyjne nadal były na miejscu.

„Teraz tylko mi potrzeba, pomyślał, żeby amerykańska stacja pokazała moją twarz… „

Przepchnął się przez tłum do mikrobusu ambasady i zajął miejsce wewnątrz. Coburn i Gallagher weszli zaraz za nim, ale ludzie z personelu ambasady gdzieś się zawieruszyli.

Perot siedział w mikrobusie i spoglądał przez okno. Tłum na placu wyglądał groźnie. Wykrzykiwali coś w farsi. Perot nie miał pojęcia, o co im chodzi.

Miał nadzieję, że ci z ambasady pośpieszą się.

– Gdzie są ci faceci? – zapytał z irytacją w głosie.

– Idą już – odparł Coburn.

– Myślałem, że wyjdziemy wszyscy, wsiądziemy i od razu odjedziemy. Po chwili drzwi w bramie więziennej otworzyły się znowu i wyszli maruderzy. Wsiedli do mikrobusu. Kierowca zapuścił silnik i ruszył przez plac Gasr.

Perot odetchnął z ulgą.

* * *

Nie musiał się tak obawiać. Ramsey Clark, który przybył do więzienia na zaproszenie irańskich obrońców praw człowieka, miał kiepską pamięć. Poznał oczywiście twarz Perota, ale myślał, że to pułkownik Frank Borman, prezes Eastern Airlines.

* * *

Emily Gaylord z robótką w ręku. Robiła to dla Billa.

Przeniosła się do domu rodziców w Waszyngtonie i spędzała kolejny dzień pogrążona w cichej rozpaczy. Rano zawiozła Vicki do liceum, potem wróciła i zabrała Jackie, Jenny i Chrisa do szkoły. Wpadła na chwilę do swojej siostry Dorothy i pogadała trochę z nią oraz jej mężem, Timem Reardonem. Tim cały czas próbował poprzez senatora Kennedy’ego i kongresmana O’Neilla wywrzeć nacisk na Departament Stanu.

Emily prześladowała obsesja Dadgara, tajemniczego człowieka, który był dość potężny, aby wtrącić jej męża do więzienia i trzymać go tam. Chciała stanąć oko w oko z Dadgarem i zapytać go osobiście, dlaczego jej to zrobił. Nawet poprosiła Tima, aby spróbował jej załatwić paszport dyplomatyczny, żeby mogła pojechać do Iranu i po prostu zastukać do drzwi Dadgara. Tim stwierdził, że to bardzo głupi pomysł, i musiała przyznać mu rację. Rozpacz jednak podsuwała jej różne myśli – byle coś zrobić, cokolwiek, aby Bill powrócił.

Teraz czekała na codzienny telefon z Dallas. Zazwyczaj dzwonili Ross, T. J. Marquez albo Jim Nyfeler. Później odbierze dzieci ze szkoły i pomoże im w odrabianiu lekcji. Na koniec, pozostanie przed nią jeszcze samotna noc.

Dopiero niedawno powiedziała rodzicom Billa, że ich syn jest w więzieniu. Bill prosił ją w liście, który przez telefon odczytał jej Keane Taylor, aby nic im nie mówić, dopóki nie będzie to absolutnie konieczne. Jego ojciec miał w przeszłości udar mózgu i wstrząs spowodowany tą wiadomością mógłby być dla niego groźny w skutkach. Ale po trzech tygodniach, kiedy udawanie stało się niemożliwe, powiedziała prawdę. Ojciec Billa rozgniewał się na nią za to, że tak długo nic nie mówiła. Czasem trudno jest podjąć właściwą decyzję.

Zadzwonił telefon. Schwyciła słuchawkę.

– Halo?

– Emily? Tu Jim Nyfeler.

– Cześć, Jim, co nowego?

– Tyle tylko, że przeniesiono ich do innego więzienia. Dlaczego wiadomości były zawsze złe?

– Nie ma się o co martwić – powiedział Jim. – Właściwie to dobrze: stare więzienie znajduje się w południowej części miasta, gdzie toczą się walki. To nowe jest na północy i zbudowano je solidniej – będą tam bezpieczniejsi.

Emily straciła panowanie nad sobą.

– Ależ Jim! – wrzasnęła. – Przez trzy tygodnie przekonujesz mnie, że są całkowicie bezpieczni w więzieniu, a teraz mówisz mi, że przenieśli ich do nowego więzienia i dopiero tam będą bezpieczni!

– Emily…

– Przestań mnie okłamywać!

– Emily…

– Powiedz po prostu, jak jest, i bądź ze mną szczery, dobrze?

– Emily, moim zdaniem nie znajdowali się dotąd w niebezpieczeństwie. Irańczycy po prostu podejmują rozsądne środki ostrożności. Czy nie mam racji?

Emily poczuła wstyd, że tak się na niego wściekła.

– Przepraszam, Jim.

– Nic się nie stało.

Rozmawiali jeszcze chwilę, po czym Emily odłożyła słuchawkę i wróciła do swej robótki. „Zaczynam się rozklejać – pomyślała. – Chodzę jak w transie, zawożę dzieciaki do szkoły, rozmawiam z Dallas, kładę się wieczorem do łóżka, a rano znowu wstaję… „.

Kilkudniowe odwiedziny u Vickie nie były najgorszym pomysłem, ale to nie odmiana miejsca była jej naprawdę potrzebna. Ona potrzebowała Billa.

Trudno było nie tracić nadziei. Zaczynała już myśleć, jakby się jej życie ułożyło bez Billa. Miała ciotkę, która pracowała w domu towarowym Woody’ego w Waszyngtonie; może pomogłaby jej zdobyć tam pracę? Albo mogła porozmawiać z ojcem o możliwości pracy w charakterze sekretarki. Zastanawiała się, czy potrafiłaby się jeszcze w kimś zakochać, gdyby Bill zginął w Teheranie. Pomyślała, że nie.

Przypominała sobie pierwsze dni po ślubie. Bill uczył się wtedy w college’u i wciąż brakowało im pieniędzy. Zdecydowali się jednak na małżeństwo, nie mogąc już znieść ciągłych rozstań. Później, kiedy kariera Billa rozwijała się, zaczęło się im lepiej powodzić i stopniowo kupowali lepsze samochody, większe domy, droższe ubrania… więcej rzeczy. „Jakże bezwartościowe były teraz te rzeczy” – pomyślała. Jak mało ważne było, czy jest bogata czy biedna. Chciała mieć tylko Billa i tylko jego zawsze potrzebowała. Zawsze będzie jej wystarczał, zawsze da jej szczęście.

O ile w ogóle wróci.

* * *

– Mamusiu – zapytała Karen Chiapparone – dlaczego tatuś nie dzwoni? Zawsze dzwonił, kiedy wyjeżdżał.

– Telefonował dzisiaj – skłamała Ruthie. – Wszystko u niego w porządku.

– Dlaczego dzwonił, kiedy byłam w szkole? Tak chciałam z nim porozmawiać.

– Kochanie, trudno jest dostać połączenie z Teheranem. Linie są tak przeciążone, że po prostu dzwoni wtedy, kiedy może.

– Aha.

Karen odeszła, aby popatrzeć na telewizję, a Ruthie usiadła w fotelu. Na zewnątrz zapadała ciemność. Coraz trudniej było jej okłamywać wszystkich w sprawie Paula.

Dlatego właśnie wyjechała z Chicago do Dallas. Nie można było mieszkać z własnymi rodzicami i utrzymywać przed nimi tajemnicy. Mama od razu by zapytała: „Dlaczego Ross i ci inni ludzie z EDS ciągle dzwonią?”

„Po prostu pytają, czy nic nam nie trzeba” – odparłaby Ruthie z wymuszonym uśmiechem.

„Jak to ładnie, że Ross dzwoni”.

Tutaj, w Dallas, mogła przynajmniej otwarcie rozmawiać z ludźmi z EDS. Ponadto teraz, kiedy placówka w Iranie z pewnością zostanie zamknięta, Paul pracowałby w szefostwie EDS, przynajmniej na razie, tak że zamieszkaliby w Dallas.

A Karen i Ann Marie musiały chodzić do szkoły.

Wszystkie zamieszkały na razie u Jima i Cathy Nyfelerów. Cathy szczególnie im współczuła, ponieważ jej mąż był na pierwszej liście czterech mężczyzn, których paszportów zażądał Dadgar. Gdyby był wówczas w Iranie, z pewnością siedziałby teraz w więzieniu razem z Paulem i Billem.

Mieszkajcie u nas, powiedziała Cathy. Potrwa to nie dłużej niż tydzień, a potem Paul wróci. To było na początku stycznia. Od tamtej pory Ruthie wiele razy proponowała, że wynajmie sobie mieszkanie, ale Cathy nie chciała o tym słyszeć. Teraz Cathy była u fryzjera, dzieci w sąsiednim pokoju oglądały telewizje, a Jim nie wrócił jeszcze z pracy, Ruthie była więc sama ze swymi myślami.

Z pomocą Cathy znajdowała sobie coraz to nowe zajęcia i starała się zachować równowagę psychiczną. Zapisała Karen do szkoły, a dla Ann Marie znalazła przedszkole. Wychodziła na lunch z Cathy, a także z innymi żonami pracowników EDS – Mary Boulware, Liz Coburn, Mary Sculley, Marvą Davis i Toni Dvoranchik. Pisała wesołe, optymistyczne listy do Paula i słuchała jego wesołych i optymistycznych odpowiedzi czytanych jej przez telefon z Teheranu. Chodziła do sklepów i na przyjęcia.

Wiele czasu zajmowało jej poszukiwanie domu. Nie znała Dallas zbyt dobrze, ale przypomniała sobie, jak Paul mówił, że Autostrada Centralna to koszmar, szukała więc ofert z miejsc oddalonych od autostrady. Znalazła jeden budynek, który się jej spodobał, i postanowiła go kupić, aby Paul mógł wrócić do prawdziwego domu. Ale powstały komplikacje prawne – dokumenty wymagały podpisu głównego lokatora, którego tu nie było. Tom Walter próbował się z tym uporać.

Ruthie starała się zachowywać pozory, ale w duchu zamartwiała się na śmierć. Rzadko sypiała w nocy dłużej niż godzinę. Ciągle budziła się i leżała myśląc, czy jeszcze zobaczy Paula. Zastanawiała się nad tym, co by zrobiła, gdyby on nie wrócił. Chyba powróciłaby do Chicago i została jakiś czas z rodzicami, z pewnością jednak nie na stałe. Z pewnością mogłaby dostać jakąś pracę… Jednak nie te praktyczne strony samodzielności tak ją dręczyły, lecz myśl, że już nigdy może nie ujrzeć Paula. Nawet nie potrafiła sobie wyobrazić życia bez niego. Co mogłaby robić, o co się troszczyć, czego chcieć, co mogło ją uszczęśliwić? Pojęła, że była całkowicie od niego zależna. Nie umiała już żyć bez Paula.

Usłyszała dźwięk nadjeżdżającego samochodu. To na pewno Jim, już po pracy. Może będzie miał jakieś wiadomości.

Jim zjawił się w chwilę później.

– Cześć, Ruthie. Cathy nie ma w domu?

– Jest u fryzjera. Co się dziś wydarzyło?

– Hm…

Po jego twarzy poznała, że nie ma jej nic pocieszającego do powiedzenia i próbuje to ująć w jakichś pokrzepiających słowach.

– No, więc mieli na dziś wyznaczone spotkanie w sprawie kaucji, ale Irańczycy nie zjawili się. Jutro…

– Ale dlaczego? – Ruthie usiłowała zachować spokój. – Dlaczego nie przyszli, skoro to oni ustalili warunki tych spotkań?

– Wiesz, czasem strajkują, a czasem po prostu nie można się poruszać po mieście ze względu… ze względu na demonstracje i tak dalej…

Odnosiła wrażenie, jakby już od wielu tygodni słyszała podobne relacje. Powtarzały się opóźnienia, zwłoki, frustracja.

– Ależ Jim – zaczęła. Łzy napłynęły jej do oczu i nie potrafiła ich wstrzymać. – Jim… – Gardło jej się ścisnęło, nie mogła już wykrztusić ani słowa. Myślała: chcę tylko odzyskać męża!

Jim stał z wyrazem bezsilności i zażenowania na twarzy. Ruthie zaś… Cały ból, który tak długo skrywała, nagle wytrysnął – i nie umiała się już opanować.

Wybuchnęła płaczem i wybiegła z pokoju. Wpadła do swej sypialni, rzuciła się na łóżko i leżała szlochając rozpaczliwie.

* * *

Liz Coburn sączyła drinka. Po drugiej stronie stołu siedziała Mary, żona Pata Sculleya, oraz Toni Dvoranchik, żona innego pracownika EDS, również ewakuowana z Teheranu. Wszystkie trzy siedziały przy stoliku w „Recipes”, restauracji w Dallas usytuowanej przy Greenville Avenue, popijając truskawkowe Daiquiri. Mąż Tony Dvoranchik był tutaj, w Dallas. Liz wiedziała, że Pat Sculley zniknął podobnie jak Jay, gdzieś w Europie. A teraz Mary Sculley mówiła takie rzeczy, jakby Pat wyjechał nie do Europy, lecz do Iranu.

– Czy Pat jest w Teheranie? – spytała Liz.

– Moim zdaniem oni wszyscy są w Teheranie – odparła Mary. Liz nie ukrywała przerażenia.

– Jay jest w Teheranie… – Chciało jej się płakać. Jay mówił jej, że jest w Paryżu. Dlaczego nie powiedział prawdy? Pat Sculley przyznał się Mary. Ale Jay był inny. Niektórzy mężczyźni potrafią grać w pokera przez kilka godzin, lecz Jay musiał grać całą noc i jeszcze następny dzień. Inni grali w golfa do dziewięciu czy osiemnastu dołków, a Jay – do trzydziestu sześciu. Wielu mężczyzn ma trudną pracę, ale Jay musiał akurat pójść do EDS. Nawet w wojsku, kiedy oboje byli jeszcze prawie dziećmi, Jay musiał się zgłosić do jednej z najtrudniejszych specjalności – pilota śmigłowca. Teraz zaś wybrał się do Iranu ogarniętego rewolucją. „To samo co zawsze – pomyślała. – Wyjechał, kłamie i grozi mu niebezpieczeństwo”. Nagle poczuła chłód ogarniający całe ciało, jakby znalazła się w stanie szoku. „On nie wróci – pomyślała tępo. – Nie uda mu się wydobyć ich stamtąd i wrócić”.

* * *

Dobry nastrój Perota szybko minął. Dostał się do więzienia, drwiąc z Dadgara, i podniósł na duchu Paula i Billa. Ale Dadgar nadal miał wszystkie karty w ręku. Po sześciu dniach w Teheranie Perot zrozumiał, dlaczego wszystkie naciski polityczne w Waszyngtonie nie odnosiły skutku: dawny reżim w Iranie walczył o przetrwanie i nie panował nad sytuacją. Nawet gdyby zapłacił kaucję – a ile problemów trzeba było przezwyciężyć, aby to osiągnąć – Paul i Bill i tak musieliby pozostać w Iranie. W dodatku plan ratunkowy Simonsa rozleciał się w strzępy z chwilą zmiany więzienia. Wyglądało na to, że nie było już żadnej nadziei. Tej nocy Perot poszedł zobaczyć się z Simonsem.

Dla bezpieczeństwa odczekał, aż nastanie całkowita ciemność. Ubrany był w sportowy dres, tenisówki i ciemny płaszcz biznesmena. Samochód prowadził Keane Taylor.

Grupa ratownicza opuściła już dom Taylora. Taylor spotkał się już z Dadgarem twarzą w twarz. Dadgar zaczął sprawdzać archiwa EDS i możliwe – jak przypuszczał Simons, że przeprowadzi on w domu Taylora rewizję w poszukiwaniu dokumentów obciążających. Dlatego Simons, Coburn i Poche mieszkali teraz w domu Billa i Toni Dvoranchików, którzy wrócili do Dallas. Jeszcze dwóch członków oddziału przedostało się do Teheranu z Paryża: Pat Sculley i Jim Schwebach, para niewysokich zabijaków, wyznaczonych do osłony skrzydeł w pierwszym scenariuszu odbicia więźniów, teraz już bezużytecznym.

Tak jak zwykle w Teheranie, dom Dvoranchika stanowił parter piętrowego budynku. Na górze mieszkał właściciel domu. Taylor i grupa ratownicza pozostawili Perota sam na sam z Simonsem. Perot z obrzydzeniem rozglądał się po salonie. Bez wątpienia, kiedy mieszkała tu Toni Dvoranchik, dom był znakomicie utrzymany, ale teraz przebywało w nim pięciu mężczyzn, z których żaden nie dbał specjalnie o porządek. Było tu brudno i śmierdziało cygarami Simonsa.

Potężne kształty tego ostatniego spoczywały w fotelu. Wąsy mu się postrzępiły, a włosy urosły ponad miarę. Odpalał jedno cygaro od drugiego, jak zresztą zwykle. Zaciągał się głęboko i z lubością wdychał dym.

– Widziałeś nowe więzienie – powiedział Perot.

– No – burknął Simons.

– I co myślisz?

– O pomyśle zdobycia więzienia frontowym atakiem nie ma mowy.

– Tak mi się zdawało.

– Ale pozostaje kilka innych możliwości.

„Czyżby?” – pomyślał Perot.

– Po pierwsze – zaczął Simons. – Jak rozumiem, na terenie więzienia parkują samochody. Może udałoby się nam jakoś umieścić Paula i Billa w skrzyni i wywieźć stamtąd. W ramach tego planu, a może jako alternatywę wobec niego, możemy próbować przekupić czy zaszantażować tego dowodzącego więzieniem generała.

– To generał Mohari.

– Właśnie. Jeden z twoich irańskich pracowników dostarczy nam o nim wszelkich danych.

– Dobrze.

– Druga możliwość: zespół negocjacyjny. Jeśli uda się im załatwić umieszczenie Paula i Billa w areszcie domowym, czy czymś w tym rodzaju, możemy ich wyciągnąć. Niech Taylor i tamci chłopcy skoncentrują się na koncepcji aresztu domowego. Niech się zgodzą na wszystkie warunki Irańczyków, aby wydostać Paula i Billa z więzienia. Opracujemy nowy plan akcji zakładający, że będą oni musieli przebywać stale w domu, pod nadzorem Irańczyków.

Perot poczuł się lepiej. To potężny mężczyzna roztaczał wokół siebie atmosferę spokoju i zaufania. Kilka minut temu Perot był niemal bezradny, teraz zaś Simons spokojnie wyliczał nowe sposoby podejścia do problemu, tak jakby przeniesienie do nowego więzienia, problemy z kaucją i upadek legalnego rządu stanowiły niewielką trudność, a nie całkowitą katastrofę.

– Po trzecie – mówił dalej Simons – trwa tu teraz rewolucja. Jej przebieg można przewidzieć. Za każdym cholernym razem dzieje się to samo. Nie można z góry ustalić, kiedy to wszystko nastąpi, ale nastąpi prędzej czy później. A zawsze dochodzi do tego, że tłumy opanowywują więzienia i wypuszczają uwięzionych.

Perot był zaintrygowany.

– Czy tak jest naprawdę? Simons skinął głową.

– Oto te trzy możliwości. Oczywiście na tym etapie gry nie możemy wybrać jednej z nich; musimy przygotowywać się do każdej. Gdy tylko któraś z nich się nawinie, musimy mieć plan ewakuacji wszystkich z tego przeklętego kraju, jak tylko Paul i Bill znajdą się w naszych rękach.

– Tak. – Perot obawiał się o swój własny wyjazd, a przecież przerzut Paula i Billa będzie o wiele bardziej niebezpieczny. – Armia amerykańska obiecała mi pomóc…

– Jasne – odrzekł Simons. – Nie mówię, że cię nabierają, ale z pewnością mają na głowie ważniejsze sprawy od ciebie i nie liczyłbym na nich za bardzo.

– W porządku.

Była to kwestia, którą właściwie ocenić mógł tylko Simons, Perot był zadowolony, że może mu to pozostawić. Tak naprawdę, najchętniej zostawiłby wszystko Simsonowi, z pewnością najlepiej na świecie nadającemu się do tego zadania. Darzył go całkowitym zaufaniem.

– Co ja mogę zrobić?

– Wracaj do Stanów. Po pierwsze, grozi ci tu niebezpieczeństwo. Po drugie, jesteś mi potrzebny tam. Możliwe, że jeśli się wydostaniemy, to nie żadnym lotem rejsowym. Może w ogóle nie będzie to samolot. Będziesz musiał nas skądś zabrać – może z Iraku, może z Kuwejtu, Turcji czy Afganistanu. Trzeba to będzie zorganizować. Wracaj do domu i bądź w pogotowiu.

– OK – Perot wstał. Simons zrobił z nim to samo, co Perot robił ze swoim personelem: natchnął go mocą, by przejść jeszcze ten jeden kilometr, gdy wszystko wydawało się już stracone. – Wyjadę jutro.

* * *

Dostał rezerwację na rejs nr 200 British Airways do Londynu przez Kuwejt, na samolot odlatujący o godzinie 10.20 20 stycznia, czyli jutro.

Zadzwonił do Margot i poprosił, aby spotkała się z nim w Londynie. Chciał spędzić z nią kilka dni tylko we dwoje. Może potem, gdy ruszy akcja ratunkowa, nie będzie to już możliwe.

W przeszłości miło spędzali czas w Londynie. Zatrzymywali się w hotelu Savoy (Margot wolałaby Claridge, ale Perot go nie lubił: zbyt mocno tam grzali, a kiedy otwierał okno, nie dawał mu zasnąć hałas samochodów na Brook Street). Chodzili do teatru i na koncerty, a także do ulubionego nocnego klubu Margot -

„Annabel’s. Przez kilka dni mogli cieszyć się życiem. O ile wydostanie się z Iranu.

Aby zredukować do minimum czas, jaki musiał spędzić na lotnisku, do ostatniej chwili siedział w hotelu. Zadzwonił, aby się upewnić, czy lot będzie o czasie, i powiedziano mu, że tak.

Zgłosił się do rejestracji pasażerów kilka minut przed dziesiątą.

Rich Gallagher, który towarzyszył mu na lotnisko, poszedł pierwszy, aby się zorientować, czy władze zechcą się czepiać Perota. Gallagher robił już wcześniej podobne podchody. Wraz ze znajomym Irańczykiem, który pracował w PanAmie, poszedł do kontroli paszportowej niosąc dokumenty Perota. Irańczyk wyjaśnił, że są to papiery ważnej osobistości i poprosił o wcześniejsze sprawdzenie ich. Urzędnik za biurkiem uprzejmie przejrzał teczkę z luźnymi kartkami zawierającymi spis osób, których nie należy przepuszczać, i stwierdził, że pan Perot nie będzie miał problemów. Gallagher wrócił z dobrymi wieściami.

Perot w dalszym ciągu miał wątpliwości. Jeśli chcieli go zgarnąć, mogli sprytnie skłamać Gallagherowi.

Ugrzeczniony Bill Gayden, prezes EDS World, miał wkrótce przylecieć, aby przejąć kierownictwo zespołu negocjacyjnego. Gayden już raz opuścił Dallas, aby lecieć do Teheranu, ale zawrócił w Paryżu usłyszawszy ostrzeżenie Bunny Fleischaker, że nastąpią nowe aresztowania. Teraz, podobnie jak Perot, zdecydował się zaryzykować. Przyleciał w momencie, gdy Perot oczekiwał na rejs, mieli więc okazję porozmawiać.

W walizce Gayden miał osiem amerykańskich paszportów należących do pracowników EDS, którzy wyglądem przypominali choć trochę Paula lub Billa.

– Myślałem, że przygotowują im fałszywe papiery – powiedział Perot. – Nie można było znaleźć jakiegoś sposobu?

– Owszem, znaleźliśmy sposób – odrzekł Gayden. – Jeśli potrzeba szybko paszportu, należy zabrać całą dokumentację do sądu w Dallas, tam zapakować wszystko do koperty i zawieźć do Nowego Orleanu, gdzie wydają paszport. To zwykła koperta urzędowa zaklejona przylepcem, więc łatwo można ją otworzyć po drodze do Nowego Orleanu, wyjąć tamte zdjęcia, włożyć zdjęcia Paula i Billa – które mamy – zakleić na nowo kopertę i – hokus – pokus – mamy paszporty dla Paula i Billa na fałszywe nazwiska. Ale to niezgodne z prawem.

– Więc co zrobiliście zamiast tego?

– Powiedziałem wszystkim ewakuowanym, że potrzebne mi są ich dokumenty, aby załatwić przewiezienie rzeczy z Teheranu. Dostałem ze sto czy dwieście paszportów, po czym wybrałem osiem najlepszych. Wymyśliłem list od kogoś ze Stanów do kogoś innego tu, w Teheranie: „Przesyłam okazją te paszporty, o które prosił pan w celu załatwienia spraw z władzami imigracyjnymi”. To na wypadek, gdyby ktoś zapytał, po cholerę mi osiem paszportów.

– Jeśli Paul i Bill użyją tych paszportów w celu przekroczenia granicy, to i tak złamią prawo.

– O ile uda się nam dostawić ich do granicy, pójdziemy na to.

– To rozsądne – Perot skinął głową.

Wywołano jego rejs. Perot pożegnał się z Gaydenem oraz Taylorem, który przywiózł go na lotnisko, i miał zabrać Gaydena do hotelu. Następnie ruszył, chcąc na własnej skórze sprawdzić, jak to jest z tą listą osób, których nie należy wypuszczać.

Najpierw przekroczył drzwi z napisem „Wejście tylko dla pasażerów”, gdzie sprawdzono jego kartę pokładową. Przeszedł korytarzem do okienka: tu zapłacił niewielką sumę jako opłatę lotniskową. Następnie po prawej dostrzegł rząd biurek kontroli paszportowej.

Tu znajdowała się lista.

Przy jednym z biurek siedziała dziewczyna zaczytana w jakiejś broszurce. Perot podszedł do niej. Wręczył paszport i żółty formularz wyjazdowy. U góry formularza widniało jego nazwisko.

Dziewczyna wzięła żółty arkusik, otworzyła paszport, podstemplowała go i zwróciła, nawet nie patrząc na Perota. Natychmiast znowu pogrążyła się w lekturze.

Perot wszedł do sali odlotów. Lot był opóźniony.

Usiadł. Był podminowany: w każdej chwili dziewczyna może skończyć czytać broszurę albo po prostu znudzić się nią i zacznie sprawdzać z listą nazwiska na żółtych formularzach. Potem – wyobrażał sobie – przyjdą po niego; policja, wojsko albo agenci Dadgara, pójdzie do więzienia i Margot znajdzie się w sytuacji Ruthie czy Emily – nie będzie wiedziała, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczy męża.

Co parę sekund sprawdzał tablicę odlotów, ale napis głosił po prostu: „opóźniony”.

Przez pierwszą godzinę siedział na brzegu fotela.

Potem pogodził się z losem. Jeśli mają go złapać, to go złapią i nic na to nie poradzi. Zaczął czytać jakieś czasopismo. Przez kolejną godzinę przeczytał wszystko, co miał w walizeczce. Następnie zaczął rozmawiać z siedzącym obok niego mężczyzną. Dowiedział się, że sąsiad jest brytyjskim inżynierem pracującym w Iranie na zlecenie jakiejś wielkiej firmy brytyjskiej. Rozmawiali przez jakiś czas, a potem zamienili się czasopismami.

„Za kilka godzin – myślał Perot – będę w uroczym apartamencie hotelowym razem z Margot – albo w irańskim więzieniu”. Porzucił tę myśl.

Minęła pora obiadowa. Zaczynał wierzyć, że po niego nie przyjdą. Ostatecznie wywołano lot o szóstej po południu.

Perot wstał. Jeśli mieliby teraz przyjść po mnie…

Dołączył do tłumu idącego w kierunku wyjścia. Przeszedł kontrolę antyterrorystyczną: obszukano go i gestem pokazano, aby szedł dalej.

„Prawie mi się udało” – myślał wsiadając do samolotu. Usiadł między dwoma grubasami w klasie turystycznej. Zresztą w tym samolocie była tylko klasa turystyczna. „Chyba mi się udało”.

Drzwi zamknęły się i samolot ruszył z miejsca. Wykołował na pas startowy i nabrał szybkości. Wystartował.

Udało mu się.

Zawsze był szczęściarzem.

Powrócił w myślach do Margot. Podczas tego kryzysu zachowywała się tak samo, jak w sprawie jeńców wojennych: wiedziała, że jej mąż w ten sposób rozumie swoje obowiązki i nigdy się nie skarżyła. Dzięki temu mógł skupić się na tym, co miał robić, i odsunąć od siebie złe myśli, które mogłyby usprawiedliwić brak działania. Miał szczęście, że była jego żoną. Zaczął myśleć o wszystkich szczęśliwych wydarzeniach, które go spotkały: dobrzy rodzice, przyjęcie do Akademii Marynarki Wojennej, poznanie Margot, wspaniałe dzieci, praca w EDS, dobrzy współpracownicy, dzielni ludzie, tacy jak ci ochotnicy, których pozostawił w Iranie…

Zastanawiał się, czy człowiek nie ma jakiegoś limitu szczęścia w życiu. Myślał o swoim szczęściu jak o piasku w klepsydrze, przesypującym się powoli, lecz jednostajnie. Co się stanie, myślał, kiedy cały przesypie się?

Samolot podszedł do lądowania w Kuwejcie. A więc opuścił już przestrzeń powietrzną Iranu. Udało mu się uciec.

Kiedy tankowano samolot, Perot podszedł do otwartych drzwi. Stał wdychając świeże powietrze i ignorując nawoływania stewardesy, która kazała mu wracać na miejsce. Nad płytą lotniska wiał łagodny wietrzyk i Perot z ulgą pozbył się choć na chwilę swoich grubych sąsiadów. Stewardesa ostatecznie dała za wygraną i poszła do innych zajęć. Perot spoglądał na zachód słońca. „Szczęście – pomyślał. – Ciekawe, ile mi go jeszcze zostało?”

ROZDZIAŁ ÓSMY

Grupa ratownicza w Teheranie składała się teraz z Simonsa, Coburna, Pochego, Sculleya i Schwebacha. Simons zadecydował, że Boulware, Davis i Jackson nie pojadą do Teheranu. Pomysł odbicia Paula i Billa bezpośrednim atakiem spełzł na niczym, toteż zbyt duży skład nie był już potrzebny. Simons wysłał Glenna Jacksona do Kuwejtu, aby zbadał tamtejszą część ewentualnej południowej drogi ucieczki z Iranu. Boulware i Davis wrócili do Stanów, żeby oczekiwać tam na dalsze polecenia.

Majid przekazał Coburnowi informację, że generał Mohari, komendant więzienia Gasr, był człowiekiem nieprzekupnym, ale miał dwie córki studiujące w Stanach Zjednoczonych. Zespół Simonsa przez pewien czas rozważał możliwość porwania dziewcząt w celu zmuszenia Mohariego do udzielenia pomocy w ucieczce Paula i Billa, jednakże pomysł ów został odrzucony (Perot aż podskoczył, gdy się dowiedział, że w ogóle zamierzali coś takiego). Plan wydostania Paula i Billa w skrzyni samochodu ciężarowego na razie odłożono, choć go nie zarzucono.

Przez dwa albo trzy dni ludzie z EDS zastanawiali się nad tym, co zrobią, jeśli Paul i Bill zostaną wypuszczeni i umieszczeni w areszcie domowym. Poszli nawet przyjrzeć się domom, które obaj więźniowie zajmowali przed aresztowaniem. Uwolnienie ich stamtąd nie byłoby trudne, chyba że Dadgar zarządziłby ciągłą obserwację Paula i Billa. Postanowiono, że grupa weźmie dwa samochody. Pierwszym pojadą Paul i Bill. W drugim, jadącym w pewnej odległości, będą Sculley i Schwebach, odpowiedzialni za zniszczenie każdego, kto zechciałby śledzić pierwszy wóz. Raz jeszcze przypadło tej dwójce mordercze zadanie.

Zdecydowali, że oba pojazdy będą utrzymywać łączność przez krótkofalówki. Coburn zadzwonił do Merva Stauffera w Dallas i zamówił potrzebny sprzęt. Boulware miał zabrać aparaty do Londynu; Schwebach i Sculley udali się tam, aby spotkać się z nim i zabrać sprzęt. W Londynie mieli też postarać się o dobre mapy Iranu, które przydadzą się podczas ucieczki, gdyby oddział opuszczał Iran drogą lądową. W Teheranie nie było bowiem żadnych dobrych map Iranu, o czym członkowie Jeep Clubu przekonali się na własnej skórze w lepszych czasach; Gayden mówił, że mapy irańskie są mniej więcej na poziomie instrukcji typu: „Skręć na lewo przy zdechłym koniu”.

Simons chciał się także przygotować na trzecią możliwość – że Paula i Billa uwolni tłum, który zdobędzie więzienie. Co wówczas powinna zrobić grupa? Coburn przez cały czas obserwował sytuację w mieście. Telefonował do znajomych w amerykańskim wywiadzie wojskowym i do tych spośród Irańczyków zatrudnionych przez Amerykanów, którym mógł zaufać. Jeśli więzienie zostanie zdobyte, od razu się o tym dowie. Co wtedy? Ktoś będzie musiał odnaleźć Paula z Billem i przeprowadzić ich w bezpieczne miejsce. Ale grupka Amerykanów jadąca samochodem w samym środku rozruchów to pewne nieszczęście. Paul i Bill będą więc bezpieczniejsi, jeśli niepostrzeżenie wmieszają się w tłum uciekających więźniów. Simons polecił Coburnowi, aby ten porozmawiał z Paulem o tej sprawie podczas najbliższego widzenia i kazał mu w razie czego kierować się do hotelu Hyatta.

Jednakże Irańczyk mógł próbować odszukać obu mężczyzn w czasie zamieszek. Simons poprosił Coburna o wyszukanie jakiegoś irańskiego pracownika EDS, który naprawdę dobrze znał miasto.

Coburn natychmiast pomyślał o Rashidzie.

Był to ciemnoskóry, dość przystojny dwudziestotrzylatek z zamożnej rodziny teherańskiej. Ukończył kurs EDS dla techników komputerowych. Był inteligentny, zaradny i miał wiele wdzięku osobistego. Coburn przypomniał sobie, kiedy ostatni raz Rashid zademonstrował swój talent improwizacyjny. Pracownicy Ministerstwa Zdrowia, którzy strajkowali, odmówili wprowadzenia danych dotyczących listy płac, lecz Rashid zabrał wszystkie dane, zaniósł je do Banku Omran, namówił tam kogoś, aby wpisał je do programu, po czym wpuścił to wszystko do komputera ministerstwa. Kłopot z Rashidem polegał na tym, że stale trzeba było mieć na niego oko, bo nigdy nie radził się nikogo przed wprowadzeniem w życie swych niekonwencjonalnych pomysłów. Takie wprowadzenie danych, jak w tamtym przypadku, równało się łamaniu strajku i mogło wpędzić EDS w kłopoty – prawdę mówiąc, kiedy Bill o tym usłyszał, bardziej się zaniepokoił, niż ucieszył. Rashid był porywczy i impulsywny, po angielsku zaś mówił niezbyt dobrze – stąd ta skłonność do realizowania swych zwariowanych koncepcji bez informowania kogokolwiek, która tak denerwowała jego zwierzchników. Ale zawsze wychodził obronną ręką. Potrafił się wytłumaczyć ze wszystkiego. Na lotnisku, gdy kogoś witał lub żegnał, zawsze zdołał przepchnąć się przez drzwi z napisem:

„Wejście tylko dla pasażerów”, choć nigdy nie miał żadnej karty pokładowej, biletu czy paszportu. Coburn znał go dobrze i lubił na tyle, że parę razy zaprosił go na kolacje. Ufał mu całkowicie, szczególnie od tamtego strajku, kiedy Rashid był jednym z informatorów Coburna pośród wrogo nastawionych pracowników irańskich.

Jednakże Simons nie zaufa Rashidowi wyłącznie za poręką Coburna. Tak samo, jak upierał się przy osobistym spotkaniu z Keane’em Taylorem, nim dopuścił go do tajemnicy, zechce również porozmawiać z Rashidem.

Coburn zaaranżował więc spotkanie.

* * *

Kiedy Rashid miał osiem lat, chciał zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych.

Jako dwudziestotrzylatek wiedział już, że prezydentem nigdy nie zostanie, ale nadal chciał pojechać do Ameryki. Miało mu to umożliwić EDS. Wiedział, że ma w sobie to coś, co zrobi z niego wielkiego biznesmena. Studiował psychologię i niezbyt wiele czasu zajęło mu zrozumienie mentalności ludzi z EDS. Potrzebne im były wyniki, nie wytłumaczenia. Jeśli powierzano ci zadanie, zawsze było lepiej zrobić trochę więcej, niż od ciebie oczekiwano. Jeśli z jakiegoś powodu zadanie było trudne lub wręcz niemożliwe do wykonania, najlepiej się do tego nie przyznawać: EDS nie darzyło sympatią tych, co skamlali o trudnościach. Zamiast:

„Nie mogę tego zrobić, bo… „, trzeba było powiedzieć: „Na razie udało mi się osiągnąć tyle, a teraz pracuję nad następującym problemem… „. I tak się złożyło, że ta postawa doskonale odpowiadała Rashidowi. Stał się pożyteczny dla EDS i wiedział, że firma to docenia.

Największym jego osiągnięciem było zainstalowanie terminali komputerowych w tych pomieszczeniach, gdzie personel irański był podejrzliwy i wrogo nastawiony. Tak wrogo, że Patowi Sculleyowi udawało się zainstalować nie więcej niż dwa w miesiącu, Rashid natomiast rozmieścił pozostałe osiemnaście w dwa miesiące. Miał zamiar zdyskontować ten sukces. Ułożył list do Rossa Perota, który – jak mu się wydawało – był szefem EDS, z prośbą, aby pozwolono mu ukończyć szkolenie w Dallas. Chciał poprosić wszystkich kierowników EDS w Teheranie, aby poparli ten list, ale wypadki potoczyły się zbyt szybko. Większość kadry kierowniczej ewakuowano, a EDS w Iranie zaczęło się rozpadać, nigdy więc nie wysłał tego listu. Musiał wymyślić coś innego.

Zawsze znajdował jakiś sposób. Dla Rashida wszystko było możliwe.

Mógł zrobić wszystko. Udało mu się nawet wykręcić od wojska. W czasie gdy tysiące młodych Irańczyków z zamożnych rodzin wydawały fortuny, aby uchronić się od służby wojskowej, Rashid po paru tygodniach w mundurze zdołał przekonać lekarzy, że jest nieuleczalnie chory na padaczkę. Jego koledzy i zwierzchnicy wiedzieli, że Rashid jest zdrów jak koń, ale za każdym razem, gdy znalazł się w pobliżu lekarza, dostawał napadu drgawek. Trafiał przed komisje lekarskie, gdzie drgawki trwały całymi godzinami – co, jak twierdził, było ogromnie wyczerpujące. Ostatecznie tylu lekarzy zaświadczyło, że jest chory, iż otrzymał papiery o demobilizacji. Cała sprawa była szalona, idiotyczna, niemożliwa do wykonania – ale właśnie niewykonalne sprawy stanowiły specjalność Rashida. Wiedział więc, że pojedzie do Ameryki. Nie wiedział jak, ale szczegółowe i wymyślne planowanie i tak nie leżało w jego stylu. Wykorzystywał chwilę, był mistrzem improwizacji. Jego szansa nadejdzie, a on ją pochwyci.

Pan Simons interesował go. Nie był podobny do innych szefów EDS. Tamci mieli po trzydzieści, czterdzieści lat, a pan Simons zbliżał się do sześćdziesiątki. Jego długie włosy i białe wąsy bardziej upodabniały go do Irańczyka niż do Amerykanina. Poza tym nigdy nie ujawniał od razu, o czym myśli. Tacy jak Sculley czy Coburn mawiali: „Oto sytuacja, to masz wykonać i nie później niż do jutra rana… „. Simons powiedział natomiast: „Chodźmy na spacer”.

Chodzili po ulicach Teheranu. Rashid stwierdził nagle, że opowiada o swej rodzinie, o pracy w EDS, o swych poglądach na ludzką psychikę. Słyszeli nieustanną strzelaninę, a po ulicy maszerowały rozśpiewane tłumy. Wszędzie mogli dostrzec barykady po niedawnych walkach, przewrócone samochody i wypalone domy.

– Marksiści niszczą drogie samochody, a muzułmanie rozwalają sklepy z alkoholem – powiedział do Simonsa Rashid.

– Dlaczego tak się dzieje? – zapytał Simons.

– Nadszedł czas, aby Irańczycy sprawdzili się, wcielili w życie swe idee i odzyskali wolność.

Znaleźli się na placu Gasr i stanęli przed murami więzienia.

– Tutaj znajduje się wielu Irańczyków, którzy chcieli tylko wolności – powiedział Rashid.

Simons wskazał gromadę kobiet w długich szatach, z zasłoniętymi twarzami.

– Co one robią?

– Ich mężowie i synowie zostali niesprawiedliwie uwięzieni, więc zbierają się tu, chcąc płaczem i krzykiem skłonić strażników, aby ich wypuścili.

– Tak… – powiedział Simons – a ja współczuję Paulowi i Billowi nie mniej niż te kobiety swoim mężom.

– Mnie też bardzo obchodzi ich los.

– A co robisz w tej sprawie? – zapytał Simons. Rashid poczuł się urażony.

– Robię wszystko, co mogę, aby pomóc mym amerykańskim przyjaciołom – odparł. Pomyślał o psach i kotach. Do jego aktualnych zadań należało opiekowanie się zwierzakami pozostawionymi przez ewakuowanych pracowników EDS – w sumie czterema psami i dwunastoma kotami. Rashid nigdy nie miał zwierzęcia domowego i nie umiał się obchodzić z wielkimi, agresywnymi psami. Za każdym razem, kiedy wchodził do mieszkania, w którym przebywały psy, aby je nakarmić, musiał najmować dwóch albo trzech mężczyzn z ulicy, którzy pomogliby mu je opanować. Dwa razy zabierał je wszystkie w klatkach na lotnisko, usłyszawszy, że będzie samolot, który weźmie je na pokład, ale za każdym razem lot odwoływano. Pomyślał, że mógłby opowiedzieć o tym Simonsowi, ale czuł, że Simons nie przejmie się tym zanadto.

„Simons coś chowa w zanadrzu – pomyślał Rashid – i nie chodzi tu o zwykłe obowiązki”. Rashid uważał Simonsa za doświadczonego człowieka – można było się o tym przekonać po prostu patrząc na jego twarz. Rashid nie miał zaufania do doświadczenia, wolał raczej szybką naukę. Rewolucję, nie ewolucję. Wybierał łatwiejszą drogę, na skróty, przyspieszony rozwój, intensyfikację. Simons był inny – cierpliwy, a Rashid, po zanalizowaniu psychiki Simonsa, uznał, że owa cierpliwość wywodzi się z silnej woli. „Kiedy nadejdzie czas – pomyślał Rashid – powie mi, czego ode mnie oczekuje”.

– Słyszałeś o Rewolucji Francuskiej? – zapytał Simons.

– Trochę.

– To miejsce przypomina mi Bastylię, symbol ucisku. „Dobre porównanie”

– pomyślał Rashid.

– Francuscy rewolucjoniści – mówił dalej Simons – zdobyli Bastylię i wypuścili więźniów.

– Myślę, że to samo stanie się tutaj. Przynajmniej jest taka możliwość. Simons skinął głową.

– Jeśli tak się stanie, ktoś tu powinien być, żeby zająć się Paulem i Billem.

„Tak. To będę ja” – pomyślał Rashid.

Stali obaj na placu Gasr, patrząc na wysokie mury i ogromne wrota oraz na zawodzące kobiety w czarnych szatach. Rashid przypomniał sobie swą zasadę: zawsze rób więcej, niż EDS od ciebie oczekuje. Co będzie, jeśli tłumy zignorują więzienie Gasr? Może powinien sprawić, aby się tak nie stało. W tłumie byli tylko ludzie tacy jak Rashid: młodzi, rozczarowani Irańczycy, którzy chcieli zmienić swe życie. Może uda mu się nie tylko wmieszać w tłum, ale nawet go poprowadzić. Może stanie na czele ataku na więzienie. On, Rashid, może uratować Paula i Billa. Nie ma rzeczy niemożliwych.

* * *

Coburn nie wiedział o wszystkim, co działo się w duszy Simonsa w tym momencie. Nie był obecny przy jego rozmowach z Perotem i Rashidem, a sam Simons nie śpieszył się z informacjami. Z tego, co wiedział Coburn, wszystkie trzy możliwości – ucieczka w skrzyni ciężarówki, wydostanie więźniów z ewentualnego aresztu domowego i zdobycie „Bastylii” – wydawały się dość wątpliwe. Co więcej, Simons nie robił nic, aby pomóc w zrealizowaniu którejkolwiek z tych możliwości, ale przesiadywał pozornie zadowolony z siebie w domu Dvoranchików i omawiał coraz to bardziej szczegółowe scenariusze. Nie martwiło to jednak zbytnio Coburna. Był zawsze optymistą i podobnie jak Ross Perot nie widział sensu w rozgryzaniu posunięć największego na świecie specjalisty od tego rodzaju akcji.

Podczas gdy owe trzy możliwości czekały na urzeczywistnienie, Simons skoncentrował się na drogach ucieczki z Iranu. Coburn nazwał ten problem „ucieczką z oblężonego miasta”.

Coburn badał możliwości wydostania Paula i Billa samolotem. Kręcił się po składach lotniskowych, zastanawiając się, czy nie można by więźniów wyekspediować jako ładunku. Rozmawiał z pracownikami wszystkich linii lotniczych, próbując nawiązać kontakty. Na koniec odbył kilka rozmów z szefem służby bezpieczeństwa PanAmu, informując go o wszystkim oprócz nazwisk Paula i Billa. Zastanawiali się obaj nad możliwością wywiezienia uciekinierów regularnym rejsem, w uniformach obsługi samolotu. Szef ochrony bardzo chciał pomóc, ale ostatecznie przepisy bezpieczeństwa linii lotniczych okazały się problemem nie do przeskoczenia. Następnie Coburn rozważał możliwość porwania śmigłowca. Przeprowadził rekonesans w bazie helikopterów na południe od miasta i doszedł do wniosku, że porwanie jest możliwe. Jednak chaos panujący w armii irańskiej kazał podejrzewać, że maszyna może być niesprawna, a części zamiennych brakowało. Ponadto paliwo w baku mogło być zanieczyszczone i nie nadawać się do użytku.

Wszystko to przekazał Simonsowi. Ten już przedtem niezbyt chętnie myślał o korzystaniu z lotniska, toteż trudności, jakie napotkał Coburn, jeszcze bardziej utwierdziły go w tym przekonaniu. Wokół portów lotniczych zawsze jest policja i wojsko. Jeśli coś się nie uda, nie będzie drogi ucieczki – lotniska projektuje się tak, aby ludzie nie chodzili tam, gdzie nie powinni. Na lotnisku człowiek zawsze jest na łasce innych. Ponadto w takiej sytuacji najgroźniejszym wrogiem są sami uciekinierzy; powinni zachować absolutny spokój. Coburn był zdania, że Paula i Billa stać na to, ale Simonsowi nie było sensu tego tłumaczyć: Simons zawsze ufał tylko własnej ocenie charakteru człowieka, a ani Paula, ani Billa nie miał okazji poznać osobiście.

Ostatecznie więc zdecydował się na ucieczkę drogą lądową. Było sześć takich dróg.

Na północy Związek Radziecki, kraj niezbyt gościnny. Na wschodzie Afganistan, równie niegościnny, oraz Pakistan, którego granica znajdowała się zbyt daleko – ponad półtora tysiąca kilometrów, głównie przez pustynię. Na południu leżała Zatoka Perska i przyjazny Kuwejt, ze sto kilometrów po drugiej jej stronie. To brzmiało obiecująco. Na zachodzie był nieprzyjazny Irak, na północnym zachodzie – przyjazna Turcja.

Najbardziej zachęcająco wyglądały Kuwejt i Turcja.

Simons poprosił Coburna, aby wysłał godnego zaufania irańskiego pracownika na południe w celu zbadania drogi do Zatoki Perskiej – czy jest przejezdna i czy w okolicy nie na jakichś rozruchów. Coburn wysłał „Motocyklistę”. Ten przydomek wziął się stąd, że jego posiadacz szalał na motocyklu po ulicach Teheranu. Podobnie jak Rashid, był technikiem komputerowym, miał dwadzieścia pięć lat, był niskiego wzrostu i znał Teheran jak własną kieszeń. Angielskiego nauczył się w szkole w Kalifornii i potrafił nim mówić z dowolnym amerykańskim akcentem regionalnym: południowym, portorykańskim – jakimkolwiek. EDS zatrudniło go pomimo braku tytułu naukowego, ponieważ miał znakomite wyniki w testach sprawności umysłowej. Kiedy irańscy pracownicy EDS przyłączyli się do strajku generalnego, a Paul i Coburn zarządzili ogólne zebranie, aby z nimi porozmawiać, „Motocyklista” zaskoczył wszystkich żarliwym wystąpieniem skierowanym przeciwko swoim kolegom, a na rzecz kierownictwa. Nie ukrywał swoich proamerykańskich sympatii, ale mimo to Coburn był całkowicie pewien, że „Motocyklista” ma coś wspólnego z rewolucjonistami. Pewnego dnia poprosił Keane’a Taylora o samochód; Taylor dał mu go. Następnego dnia poprosił o jeszcze jeden – i Taylor zrobił to znowu. „Motocyklista” sam zwykle jeździł na motorze, toteż Taylor i Coburn nie wątpili, że samochody były przeznaczone dla rebeliantów. Niewiele ich to obeszło. Ważniejsze było, aby „Motocyklista” miał wobec nich dług wdzięczności.

Tak więc z wdzięczności za dawne przysługi „Motocyklista” pojechał nad Zatokę Perską.

Po paru dniach wrócił i powiedział, że wszystko jest możliwe pod warunkiem, że ma się dostatecznie dużo pieniędzy. Można było dostać się nad zatokę i kupić albo wynająć łódź.

Nie mógł natomiast powiedzieć, co się stanie, gdy łódź wyląduje w Kuwejcie. Odpowiedzi na to pytanie udzielił Glenn Jackson.

* * *

Poza tym, że był myśliwym i baptystą, Glenn Jackson zajmował się również rakietami. Dysponując zarówno znakomitym umysłem matematycznym, jak i umiejętnością zachowania spokoju w warunkach stresowych, Jackson znalazł się w ośrodku kierowania załogowymi lotami kosmicznymi NASA w Houston, gdzie pełnił funkcję kontrolera lotów. Do jego zadań należało układanie i obsługa programów wyliczających orbity do manewrów podczas lotu.

Nieomylność Jacksona została wystawiona na ciężką próbę w Boże Narodzenie roku 1968 podczas ostatniego lotu, którym się opiekował – przelotu z Ziemi wokół Księżyca i z powrotem. Kiedy pojazd wyłonił się spoza tarczy Księżyca, astronauta Jim Lovell odczytał szereg liczb, które miały powiedzieć Jacksonowi, czy i w jakim stopniu pojazd odchylił się od zaplanowanej orbity. Jackson przeraził się: liczby znacznie przekraczały dopuszczalny margines błędu. Poprosił kierownictwo lotu na przylądku Kennedy’ego, aby astronauta odczytał liczby raz jeszcze, w celu powtórnego sprawdzenia. Następnie oświadczył kierownikowi lotu, że jeśli te liczby są poprawne, to już po załodze: pojazd nie ma tyle paliwa, aby wyrównać tak wielkie odchylenie.

Jackson poprosił, aby Lovell przeczytał liczby po raz trzeci, wyjątkowo dokładnie. Były takie same. Potem jednak Lovell powiedział: – Och, jeden moment, zdaje się, że zrobiłem błąd…

Kiedy nareszcie do Jacksona dotarły prawdziwe liczby, okazało się, że manewr był niemal doskonały.

Stąd jednak było bardzo daleko do umiejętności wysadzania więzień.

Zaczynało wyglądać na to, że Jacksonowi nie dane będzie w końcu włamywać się do więzienia. Cały tydzień tkwił w Paryżu, kiedy w końcu otrzymał instrukcje od Simonsa (poprzez Dallas), żeby udać się do Kuwejtu.

Poleciał do Kuwejtu i zamieszkał w domu Boba Younga. Young wyjechał do Teheranu wspomóc zespół negocjujący, natomiast jego żona Kris oraz ich maleńkie dziecko wyjechali do Stanów na wakacje. Jackson poinformował Malloya Jonesa, pełniącego w czasie nieobecności Younga obowiązki szefa EDS na ten kraj, że przyjechał pomóc w badaniach wstępnych, które EDS prowadziło na zlecenie centralnego banku Kuwejtu. Trochę popracował, aby uprawdopodobnić swoje wytłumaczenie, po czym zaczął się rozglądać.

Spędził sporo czasu na lotnisku obserwując oficerów kontroli paszportowej. Wkrótce stwierdził, że są oni bardzo skrupulatni. Do Kuwejtu przybywały samolotami setki Irańczyków bez paszportów: zakuwano ich w kajdanki i odsyłano najbliższym lotem tam, skąd przybyli. Jackson doszedł do wniosku, że Paul i Bill w żaden sposób nie mogą tu przybyć drogą powietrzną.

Zakładając jednak, że przybędą łodzią, czy pozwolą im potem wyjechać bez paszportów? Jackson zwrócił się do amerykańskiego konsula, mówiąc, że jego dziecko prawdopodobnie zgubiło paszport, i pytając, w jaki sposób można otrzymać duplikat. Po długiej, pełnej dygresji rozmowie, konsul ujawnił, że Kuwejtczycy przy wyjeździe z ich kraju sprawdzają, czy dana osoba wjechała legalną drogą.

Był to problem, ale być może do załatwienia: kiedy już Paul i Bill znajdą się w Kuwejcie, będą bezpieczni od Dadgara, a ambasada amerykańska z pewnością wyda im własne paszporty. Najważniejsze pytanie jednak brzmiało: Jeżeli uciekinierzy dotrą na południe Iranu i zdobędą niewielką łódź, czy uda im się wylądować niepostrzeżenie u brzegów Kuwejtu? Jackson objechał całe stukilometrowe wybrzeże kraju, od granicy z Irakiem na północy do granicy z Arabią Saudyjską na południu. Spędził wiele godzin na plaży zbierając zimą muszle. Normalnie, jak się dowiedział, patrole nie były zbyt liczne, ale exodus z Iranu wszystko zmienił.

Tysiące Irańczyków chciały wyjechać z kraju, tak samo usilnie jak Paul i Bill, a ci Irańczycy, podobnie jak Simons, umieli czytać mapę i widzieli na południu Zatokę Perską z przyjaznym Kuwejtem tuż po drugiej stronie. Straż przybrzeżna Kuwejtu świetnie o tym wiedziała. Gdziekolwiek Jackson się rozglądał, zawsze widział co najmniej jedną łódź patrolową, która, jak się wydawało, zatrzymywała wszystkie małe łodzie.

Perspektywy rysowały się ponuro. Jackson zadzwonił do Merva Stauffera w Dallas i stwierdził, że ucieczka przez Kuwejt jest niemożliwa.

* * *

Pozostawała więc Turcja.

Simons od początku wolał Turcję. Po pierwsze droga do granicy była krótsza niż nad Zatokę Perską. Ponadto Simons znał ten kraj; służył tam w latach pięćdziesiątych, szkoląc turecką armie w ramach amerykańskiego programu pomocy wojskowej. Znał nawet miejscowy język. Wysłał zatem Ralpha Boulware’a do Istambułu.

Ralph Boulware wychowywał się w barach. Jego ojciec, Beniamin Russell Boulware, był twardym i niezależnym Murzynem, który prowadził jeden po drugim kilka niewielkich interesów: sklep spożywczy, wynajem nieruchomości, nielegalną sprzedaż alkoholu. Ale przede wszystkim bary. Teoria wychowania dzieci Bena Boulware’a zakładała, że jeśli wiedział, gdzie one są, to wiedział też, co robią. Toteż trzymał swoich chłopaków w zasięgu wzroku – czyli głównie w barze. Nieszczególne to było dzieciństwo i Ralph miał wrażenie, że był dorosły przez całe życie.

Zrozumiał, że jest inny niż rówieśnicy, kiedy zaczął studia w college’u i spostrzegł, że jego kolegów interesują głównie gry hazardowe, picie alkoholu i kobiety. On już wiedział wszystko o szulerach, pijakach i dziwkach. Zrezygnował z college’u i zaciągnął się do lotnictwa wojskowego.

Przez dziewięć lat służby nie uczestniczył w żadnej akcji i choć ogólnie był z tego zadowolony, zastanawiał się jednak, czy w razie prawdziwej wojny znalazłby w sobie to, co jest potrzebne do walki. „Akcja uwolnienia Paula i Billa mogła dać mu możliwość przekonania się o tym” – myślał, ale Simons odesłał go z Paryża do Dallas. Wyglądało na to, że znowu trafił do służby tyłowej. I wtedy nadeszły nowe rozkazy.

Przekazał je Merv Stauffer, prawa ręka Perota, który pełnił teraz funkcję łącznika między Simonsem i rozproszonymi członkami grupy ratowniczej. Stauffer poszedł do sklepu elektronicznego i zakupił sześć pięciokanałowych kieszonkowych radiostacji nadawczo – odbiorczych, dziesięć zasilaczy z zapasem baterii oraz urządzenie do zasilania radiostacji z akumulatora samochodowego. Cały ten sprzęt przekazał Boulware’owi i polecił mu spotkać się ze Sculleyem i Schwebachem w Londynie, przed udaniem się do Istambułu.

Stauffer dał mu również czterdzieści tysięcy dolarów w gotówce na łapówki i inne wydatki.

Wieczorem przed wyjazdem Boulware’a jego żona zaczęła domagać się pieniędzy. Przed wyjazdem do Paryża nic jej nie mówiąc wyjął z banku tysiąc dolarów – zawsze uważał, że nie ma to jak gotówka – Mary zaś odkryła później, jak niewiele zostało na ich wspólnym rachunku. Boulware nie chciał jej wyjaśniać, dlaczego wziął pieniądze, i na co je wydał. Mary upierała się, że potrzebuje pieniędzy. Boulware nie przejmował się tym zanadto; wiedział, że jego żona przebywa wśród dobrych przyjaciół, którzy zatroszczą się o nią. Jednak nie udało się mu zbyć jej jakimś wykrętem i – tak jak zawsze, kiedy Mary stawała się uparta – postanowił zrobić jej przyjemność. Poszedł do sypialni, gdzie stało pudełko z radiostacjami oraz czterdziestoma tysiącami dolarów, i odliczył pięćset. Mary weszła do sypialni, gdy to robił, i zobaczyła, co jest w pudełku. Boulware dał jej te pięć setek.

– Czy to ci wystarczy? – zapytał.

– Tak – odrzekła.

Spojrzała na pudełko, potem na męża.

– Nawet nie będę pytać – powiedziała i wyszła.

Boulware wyjechał następnego dnia. Spotkał w Londynie Schwebacha i Sculleya, dał im pięć z sześciu radiostacji, zatrzymując jedną dla siebie, po czym odleciał do Istambułu.

Prosto z lotniska udał się do biura Mr Fisha, przedsiębiorcy turystycznego.

Mr Fish przyjął go w wielkim pomieszczeniu biurowym, w którym oprócz niego siedziało jeszcze parę osób.

– Nazywam się Ralph Boulware i pracuję w EDS – zaczął Boulware. – Zdaje się, że zna pan moje córki, Stacy Elaine i Kecie Nicole. – Dziewczynki bawiły się z córkami Fisha podczas postoju ewakuowanych rodzin w Istambule.

Fish nie był nastawiony zbyt życzliwie.

– Chciałbym z panem porozmawiać – rzekł Boulware.

– Proszę, niech pan rozmawia. Boulware rozejrzał się po pomieszczeniu.

– Chcę porozmawiać z panem na osobności.

– Dlaczego?

– Zrozumie pan, gdy powiem panu to, co mam do powiedzenia.

– To są moi wspólnicy. Nie mamy przed sobą tajemnic.

Fish nie miał zamiaru ułatwiać sprawy Boulware’owi, ten zresztą domyślał się dlaczego. Były dwa powody. Po pierwsze, za wszystko, co Fish zrobił podczas ewakuacji, Don Norsworthy dał mu „napiwek” w wysokości stu pięćdziesięciu dolarów, co zdaniem Boulware’a było policzkiem dla Fisha. „Nie wiedziałem, co zrobić – tłumaczył się Norsworthy. – Ten facet wystawił rachunek na dwadzieścia sześć tysięcy dolarów. Ile miałem mu dać, dziesięć procent?”

Po drugie Pat Sculley opowiedział Fishowi idiotyczną bajeczkę o przemycaniu taśm komputerowych do Iranu. Mr Fish nie był ani głupcem, ani przestępcą – jak ocenił go Boulware – i oczywiście nie chciał mieć nic wspólnego z planem Sculleya.

Obecnie zaś uważał, że ludzie z EDS są: a) sknerami, b) nieudolnymi przestępcami.

Lecz Fish był niewielkim biznesmenem. Boulware rozumiał takich ludzi – wszak do nich należał jego ojciec. Tacy jak on posługiwali się dwoma językami: szczerością i gotówką.

– OK. Zacznijmy jeszcze raz – powiedział Boulware. – Kiedy było tu EDS, naprawdę pan im pomógł, był miły dla dzieci i w ogóle wiele dla nas zrobił. Kiedy oni wyjechali, nastąpiło nieporozumienie w kwestii okazania panu naszej wdzięczności. Jesteśmy zażenowani, że nie zostało to załatwione właściwie, i chciałbym wyrównać ten rachunek.

– Nie ma o czym mówić…

– Bardzo nam przykro – zakończył Boulware i odliczył Fishowi tysiąc dolarów setkami.

W pokoju zapanowała cisza.

– Mam zamiar zatrzymać się w hotelu Sheraton – powiedział Boulware. – Może porozmawiamy później.

– Pójdę z panem – stwierdził Fish.

Osobiście zarejestrował Boulware’a w hotelu i upewnił się, że pokój jest dobry, po czym zgodził się przyjść tego wieczoru na obiad do hotelowej restauracji.

„Fish to znaczący kombinator” – rozpakowując się myślał Boulware. Musiał być sprytny, skoro miał – jak się wydawało – dochodowy interes w tym niezmiernie ubogim kraju. Z doświadczenia ewakuowanych wynikało, że zrobił dla nich więcej, niż załatwianie rezerwacji hotelowych czy wydawanie biletów lotniczych. Dysponował odpowiednimi kontaktami, aby we właściwy sposób naoliwić kółka machiny biurokratycznej, jeśli sądzić tylko na podstawie tego, jak przepchnął wszystkie bagaże przez komorę celną. Pomógł również załatwić problem adaptowanego irańskiego niemowlęcia, które nie miało paszportu. Błąd EDS polegał na tym, że widziało w nim tylko kombinatora, zapominając o jego wysokiej klasie. Powodem nieporozumienia mógł być jego wygląd – tusza i mało wytworne ubranie. Nauczony poprzednimi błędami Boulware uznał, że poradzi sobie z Fishem.

Tego wieczoru powiedział mu, że musi udać się nad granicę turecko – irańską, aby spotkać uciekinierów z Iranu.

Mr Fish był przerażony.

– Pan nic nie rozumie – powiedział. – To straszne miejsce. Zamieszkują je Kurdowie i Azerowie, zupełnie dzicy górscy ludzie, którzy nie słuchają żadnej władzy. Wie pan, jak tam żyją? Z przemytu, grabieży i zabójstw. Osobiście nie odważyłbym się tam pojechać. Pan zaś, jako Amerykanin, jeśli tam pojedzie, nigdy już nie wróci. Nigdy.

– Muszę tam pojechać, nawet jeśli to niebezpieczne. – Boulware uznał, że Fish jednak przesadza. – Gdzie mogę kupić lekki samolot? Fish potrząsnął głową.

– Posiadanie samolotów przez prywatne osoby jest w Turcji zabronione.

– A helikopter?

– Tak samo.

– Dobrze, więc czy mogę wynająć samolot?

– To jest możliwe. Tam, dokąd nie ma regularnych lotów, można zamówić czarter.

– Czy są regularne loty do strefy przygranicznej?

– Nie ma.

– No to dobrze.

– Jednakże czarterowanie jest tak niespotykane, że z pewnością zwróci uwagę władz…

– Nie chcemy robić niczego nielegalnego. Niemniej niepotrzebne nam zamieszanie, związane z jakimś dochodzeniem. Pozostawmy więc sobie możliwość czarteru. Niech pan dowie się o możliwości i cenę, ale proszę nie robić żadnych wstępnych rezerwacji. Na razie muszę zbadać możliwość dotarcia do tamtego rejonu drogą lądową. Jeśli nie zechce mi pan towarzyszyć, to nie szkodzi, proszę jednak znaleźć mi kogoś do towarzystwa.

– Zobaczę, co da się zrobić.

W ciągu następnych kilku dni spotkali się obaj parokrotnie. Początkowy chłód Mr Fisha znikł całkowicie i Boulware odczuł, że nawiązuje się między nimi nić przyjaźni. Mr Fish był bystry i rzeczowy. Choć nie był przestępcą, zawsze potrafił złamać prawo – domyślał się Boulware – o ile zysk równoważył ryzyko. Boulware podzielał ten pogląd, on też potrafił złamać prawo, w sprzyjających okolicznościach Mr Fish umiał także zadawać pytania i po trochu wyciągnął z Boulware’a całą historię. Boulware przyznał, że Paul i Bill zapewne nie będą mieli paszportów, lecz kiedy znajdą się już w Turcji, otrzymają nowe dokumenty w najbliższym konsulacie amerykańskim. Paul i Bill mogą mieć pewne kłopoty z wydostaniem się z Iranu i Boulware był przygotowany na to, że sam będzie musiał przekroczyć granicę, być może w lekkim samolocie, aby ich stamtąd wydostać. Żadna z tych rzeczy nie zaniepokoiła Mr Fisha tak bardzo, jak pomysł jazdy przez strony opanowane przez bandytów.

Jednakże kilka dni później przedstawił Boulware’a człowiekowi, który miał krewnych wśród górskich rozbójników. Mr Fish poinformował szeptem, że ów człowiek sam jest przestępcą – i rzeczywiście, wyglądał na takiego. Miał na twarzy bliznę i oczka jak paciorki. Powiedział, że może zapewnić Boulware’owi bezpieczny przejazd do granicy i z powrotem, jego krewni zaś mogą nawet pomóc mu przekroczyć granicę, jeśli będzie to konieczne.

Boulware zadzwonił do Dallas i opowiedział o tym planie Marvowi Staufferowi. Stauffer przekazał kodem wiadomość do Coburna, a ten powiedział o planie Simonsowi. Simons nie zgodził się: stwierdził, że nie można ufać przestępcy.

Boulware zirytował się. Tyle kłopotów, żeby to wszystko zaaranżować… czy Simons sądzi, że łatwo dotrzeć do takich ludzi? Jeśli ktoś chce podróżować przez krainę bandytów, to któż jak nie bandyta może go eskortować? Ale Simons był szefem i Boulware’owi nie pozostało nic innego, jak poprosić Mr Fisha, aby zaczął poszukiwania od nowa.

Tymczasem do Istambułu przylecieli Sculley i Schwebach.

Ta para zabijaków poleciała z Londynu przez Kopenhagę do Teheranu, kiedy Irańczycy znowu zamknęli lotnisko, tak więc Sculley i Schwebach dołączyli do Boulware’a w Istambule. Byli uziemieni w hotelu, czekając na to, aby coś się wreszcie wydarzyło. Cała trójka dostawała ze zniecierpliwienia białej gorączki. Schwebach przypomniał sobie czasy służby w „Zielonych Beretach” i usiłował nakłonić wszystkich do utrzymywania kondycji fizycznej za pomocą biegania w górę i w dół po schodach hotelowych. Boulware zrobił to raz i dał temu spokój. Zaczął ich denerwować Simons, a także Coburn i Peche, którzy siedzieli w Teheranie i nie robili nic. Dlaczego ci faceci nie potrafili tego załatwić? Potem Simons odesłał Sculleya i Schwebacha do Stanów. Radiostacje zostawili Boulware’owi.

Kiedy Mr Fish je zobaczył, o mało szlag go nie trafił. Powiedział Boulware’owi, że w Turcji posiadanie nadajników radiowych jest surowo zakazane. Nawet zwykłe radia tranzystorowe trzeba rejestrować, a to dlatego, że ich części mogły być wykorzystane przez terrorystów do sporządzenia nadajników.

– Czy pan nie rozumie, jak bardzo się pan rzuca w oczy? – wykrzykiwał do Boulware’a. – Rachunek za pańskie telefony wynosi tysiące dolarów co tydzień, a płaci pan gotówką. Nie prowadzi pan tu żadnych interesów. Pokojówki z pewnością widziały radiostacje i opowiadały o tym. Teraz z pewnością wzięli pana pod nadzór. Niech pan zapomni o swych przyjaciołach w Iranie – na pewno skończy tu pan w więzieniu.

Boulware zgodził pozbyć się radiostacji. Pozornie nieskończona cierpliwość Simonsa wyraźnie powodowała coraz to nowe kłopoty w wyniku kolejnych opóźnień. Teraz Sculley i Schwebach nie mogli już wrócić do Iranu, a w dalszym ciągu grupa nie miała radiostacji. Tymczasem Simons wciąż mówił „nie”. Fish wskazał, że są dwa przejścia graniczne między Iranem i Turcją, jedno w Sero, drugie w Barzaganie. Simons wybrał Sero. Fish dowodził, że Barzagan był większy i bardziej cywilizowany, a także, że będzie tam o wiele bezpieczniej, to nie przekonało Simonsa.

Boulware’owi znaleziono nowego towarzysza podróży do granicy. Fish miał znajomego, którego szwagier pracował w Milli Istihbarat Teskilati czyli MIT, jak tu nazywano turecki odpowiednik CIA. Nazwisko tego tajniaka brzmiało: Ilsman. Jego dokumenty miały zapewnić Boulware’owi opiekę ze strony armii w regionach opanowanych przez bandytów. „Bez tych papierów – powiedział Fish – zwykły obywatel narażony był na niebezpieczeństwo nie tylko ze strony bandytów, ale także armii tureckiej”.

Fish zachowywał się bardzo nerwowo. Po drodze na spotkanie z Ilsmanem przeciągnął Boulware’a przez cały rytuał tajemnych spotkań, ze zmienianiem samochodów i z przesiadaniem się do autobusu na pewnych odcinkach drogi, tak jakby chcieli zgubić ciągnący się za nimi „ogon”. Boulware nie uznał tego wszystkiego za potrzebne, ale przecież mieli odwiedzić całkowicie lojalnego obywatela, który całkiem przypadkowo pracował w wywiadzie. Boulware był jednak obcym w tym nie znanym mu kraju, a więc po prostu musiał zaufać Fishowi i postępować według jego rad.

Znaleźli się w wielkim, zaniedbanym domu mieszkalnym w nieznajomej dzielnicy miasta. Światła nie było, podobnie jak w Teheranie, toteż Mr Fish stracił nieco czasu, zanim odnalazł w ciemnościach właściwe mieszkanie. Na początku nikt nie odpowiedział na stukanie. Tym samym wszelkie próby dyskretnego postępowania spełzły na niczym – Mr Fish musiał przez dobre pół godziny walić do drzwi, tymczasem zaś wszyscy pozostali mieszkańcy budynku mieli okazję dobrze się przyjrzeć gościom. Boulware stał obok, czując się jak biały facet w Harlemie. W końcu jakaś kobieta otworzyła drzwi i Mr Fish wraz z Boulware’em weszli do środka.

Było to małe, obskurne mieszkanie, zatłoczone antycznymi meblami i słabo oświetlone świecami. Ilsman okazał się niskim, pękatym człowieczkiem, mniej więcej w wieku Boulware’a – trzydzieści pięć lat. Był tak gruby, że już od dłuższego czasu nie mógł oglądać własnych stóp. Patrząc na niego Boulware pomyślał o stereotypowych sierżantach policji z filmów – ubranych w zbyt obcisłe garnitury, przepocone koszule i z krawatami w tym miejscu, gdzie powinna być szyja, gdyby w ogóle mieli oni szyje.

Usiedli, a kobieta – pani Ilsman, jak domyślał się Boulware – podała herbatę. Znów jak w Teheranie! Boulware wyjaśnił sprawę, a Mr Fish tłumaczył. Ilsman był podejrzliwy. Poddał Boulware’a przesłuchaniu w sprawie dwóch amerykańskich uciekinierów. Skąd Boulware miał pewność, że są niewinni? Dlaczego nie mają paszportów? Co chcą wwieźć do Turcji? W końcu uznał, że Boulware nic przed nim nie ukrywał i wyraził zgodę na przewiezienie Paula i Billa z granicy do Istambułu, w sumie za osiem tysięcy dolarów.

Boulware zastanawiał się, czy Ilsman go nie kiwa. Przemycanie Amerykanów do własnego kraju mogło mu się wydać dość niecodziennym zajęciem, jak na agenta wywiadu. Ale gdyby Ilsman istotnie pracował w MIT, to kogo obawiał się Mr Fish, jeśli zachowywał takie środki ostrożności, gdy jechał wraz z Ralphem przez miasto?

Być może Ilsman działał na własną rękę. Osiem tysięcy dolarów stanowiło w Turcji majątek. Niewykluczone, że Ilsman opowie swoim zwierzchnikom o tym, co ma zrobić. Ostatecznie – mógł rozumować Ilsman – jeśli opowieść Boulware’a jest prawdziwa, nic złego się nie stanie, gdy udzieli mu się pomocy. Jeśli zaś Boulware kłamie, najlepiej będzie przekonać się o jego zamiarach, towarzysząc mu do granicy.

W każdym bądź razie, Ilsman wydawał się najlepszą szansą, na jaką mógł liczyć Boulware. Przystał więc na żądaną cenę, Ilsman zaś otworzył butelkę whisky.

* * *

Podczas gdy inni członkowie grupy ratowniczej niepokoili się w różnych częściach świata, Simons i Coburn jechali drogą prowadzącą z Teheranu do granicy z Turcją.

Simons zawsze był zwolennikiem szczegółowego rekonesansu i chciał zapoznać się z każdym centymetrem drogi ucieczki, zanim spróbuje jej z Paulem i Billem. Jakie wałki trwają w tej części kraju? Jak aktywna jest policja? Czy drogi są przejezdne zimą? Czy stacje benzynowe są czynne?

Właściwie to do wybranego przezeń przejścia granicznego prowadziły dwie drogi. Wolał Sero, ponieważ był to rzadko uczęszczany punkt graniczny, w maleńkiej wiosce. Będzie tam mało ludzi, a granica nie będzie tak dobrze strzeżona, jak w zalecanym przez Fisha Barzaganie. Najbliższym większym miastem od Sero było Rezaiyeh. Na drodze z Teheranu do Rezaiyeh leżało jezioro Rezaiyeh, długości ponad stu pięćdziesięciu kilometrów. Można je było objechać albo od północy, albo od południa. Północna trasa prowadziła przez większe miasta i z pewnością były tam lepsze drogi. Simons wolałby szlak południowy – pod warunkiem, że będzie przejezdny. Podczas zwiadu postanowił jednak sprawdzić obie drogi, północną jadąc w kierunku granicy, a południową – w drodze powrotnej.

Zdecydował, że najlepszym pojazdem na tę wyprawę będzie brytyjski „Range Rover”, coś pośredniego między mikrobusem i samochodem terenowym. Obecnie w Teheranie nie było już mowy o czynnych salonach samochodowych, nie było też pośredników sprzedających używane pojazdy. Coburn powierzył więc zadanie zdobycia dwóch „Range Roverów” „Motocykliście”. „Motocyklista” rozwiązał ten problem z typową dla siebie przemyślnością: kazał wydrukować ogłoszenie o treści: „Jeśli chcesz sprzedać swój samochód, zadzwoń pod ten numer” i podał swój numer telefonu. Następnie przejechał się po ulicach Teheranu i wetknął ogłoszenie pod wycieraczki wszystkich „Range Roverów”, jakie były zaparkowane na ulicach.

Zdobył dwa samochody po dwadzieścia tysięcy dolarów i w dodatku narzędzia i części zapasowe.

Simons i Coburn zabrali ze sobą dwóch Irańczyków: Majida oraz jego kuzyna, wykładowcę uczelni rolniczej w Rezaiyeh. Profesor przyjechał do Teheranu, aby zabrać swoją amerykańską żonę i dzieci i wsadzić je w samolot do Stanów; Simons teraz go odwoził i miał to być rzekomo jedyny powód jego wyprawy do Rezaiyeh.

Wyjechali z Teheranu wcześnie rano, wioząc z tyłu jedną z dwustulitrowych beczek benzyny od Keane’a Taylora. Przez pierwsze sto kilometrów, aż do Qazvin, jechali nowoczesną autostradą. Za Qazvin droga przeszła w dwupasmową asfaltówkę. Zbocza, gór zalegał śnieg, szosa była oczyszczona. „Jeśli będzie tak cały czas do granicy – pomyślał Coburn – dojedziemy tam w ciągu jednego dnia”.

Zatrzymali się w Zanjan, prawie trzysta kilometrów od Teheranu i tyle samo od Rezaiyeh i zagadnęli miejscowego komendanta policji, spokrewnionego z profesorem (Coburn nigdy nie potrafił rozgryźć stosunków rodzinnych Irańczyków: wydawało mu się, że dość swobodnie nazywali innych „kuzynami”). „Ten rejon kraju był spokojny – powiedział komendant. – Jeśli trafią wam się jakieś kłopoty, to dopiero w okolicach Tebrizu”.

Przez całe popołudnie jechali wąskimi, lecz niezłymi drogami wiejskimi. Po kolejnych stu pięćdziesięciu kilometrach dotarli do Tebrizu. Trwała tam właśnie demonstracja, nieporównywalna jednak z istnymi bitwami toczonymi w Teheranie. Uznali nawet, że bez obaw mogą przejść się po bazarze.

Po drodze Simons cały czas rozmawiał z Majidem i profesorem. Wyglądało to na zwykłą rozmowę, ale teraz Coburn zdążył już poznać technikę Simonsa i wiedział, że pułkownik sonduje tych dwóch, próbując zdecydować, czy może im zaufać. Jak na razie, prognozy zapowiadały się nieźle, ponieważ Simons zaczął rzucać aluzje co do prawdziwego powodu tej wycieczki.

Profesor stwierdził, że wsie wokół Tebrizu są za szachem, więc zanim ruszyli dalej, Simons zatknął za szybą samochodu zdjęcie szacha.

Kłopoty zaczęły się kilka kilometrów na północ od Tebrizu, gdzie samochód natrafił na blokadę drogową. Była to zupełnie amatorska blokada – dwa pnie drzew ułożone w poprzek drogi w taki sposób, że wozy mogły przejechać obok, ale tylko z małą prędkością. Blokadę patrolowali wieśniacy uzbrojeni w siekiery i kije.

Majida i profesor wszczęli rozmowę z wieśniakami. Profesor okazał swoją legitymację uniwersytecką i powiedział, że Amerykanie są naukowcami, którzy towarzyszą mu, aby pomóc w badaniach. „To jasne – pomyślał Coburn – jeśli grupa podejmie tę drogę z Paulem i Billem, będą musieli zabrać ze sobą Irańczyków”. Warto było tym posłużyć się.

Chłopi pozwolili im przejechać.

Nieco później Majid zatrzymał samochód i zamachał w kierunku wozu jadącego z przeciwnej strony. Profesor rozmawiał przez chwilę z kierowcą tego drugiego samochodu, po czym oświadczył, że następne miasteczko, Khoy, opowiedziało się przeciwko szachowi. Simons zdjął fotografię szacha, a na jej miejsce wstawił zdjęcie ajatollaha Chomeiniego. Od tej pory regularnie zatrzymywali samochody jadące z naprzeciwka, pytając o nastroje, zmieniając portrety w zależności od nastrojów politycznych.

Na przedmieściach Khoy oczekiwała ich nowa blokada.

Podobnie jak pierwsza, wyglądała prymitywnie i obsadzona była przez cywilów. Tym razem jednak mężczyźni i chłopcy w łachmanach stojący za barykadą wymierzyli w nich broń. t Majid zatrzymał samochód i wszyscy wysiedli. Ku przerażeniu Coburna, młody chłopak wymierzył weń pistolet. Coburn zamarł.

Był to pistolet Llama, kaliber 9 mm. Chłopak wyglądał może na szesnaście lat.