/ Language: Polski / Genre:thriller

Trzeci Bliźniak

Ken Follett

Jeannie Ferrami, psycholog prowadząca na Jones Falls University badania naukowe w dziedzinie genetyki, dokonuje zaskakującego odkrycia. Przeglądając bazy danych, natrafia na parę jednojajowych bliżniaków, urodzonych w odstępie kilku tygodni przez dwie różne matki. Jeden z nich jest odsiadującym wyrok mordercą i sadystą, drugi Steven Logan, sprawia wrażenie wzorowego obywatela. Nieoczekiwanie Steven zostaje oskarżony o brutalny gwałt, zeznania ofiary nie pozostawiają wątpliwości, że to on jest sprawcą przestępstwa. Przekonana o niewinności Stevena Jeannie podjmuje wysiłki, by rozwiązać zagadkę i oczyścić go z zarzutów. Poszukiwania naprowadzają ją na ślad tajnych eksperymentów medycznych z okresu "zimnej wojny". W eksperymenty zamieszane są bardzo wpływowe osoby, a nawet jej sponsor na uniwersytecie. Gra toczy się o wysoką stawkę: miliony dolarów i ambicje prawicowych polityków, którzy pragną przywrócić "integralność rasową" Ameryki. Czy Jeannie uda się odnaleźć trzeciego bliźniaka – klucz do wyjaśnienia tajemnicy – zanim padnie sama ofiarą zabójcy?

Ken Follett

Trzeci Bliźniak

Przełożył Andrzej Szulc

The Third Twin

Moim pasierbom:

Jann Turner, Kim Turner i Adamowi Broerowi

Z wyrazem miłości

Książka ta jest dziełem fikcji. Nazwiska, postaci, miejsca, organizacje oraz wydarzenia są wytworem wyobraźni autora bądź też pojawiają w fikcyjnym kontekście. Wszelkie podobieństwo do faktów, rzeczywistych organizacji, a także osób żyjących lub zmarłych jest całkowicie przypadkowe.

NIEDZIELA

1

Fala upału zawisła nad Baltimore niczym całun. Zielone przedmieścia chłodzone były setkami tysięcy zraszaczy, ale zamożni mieszkańcy pochowali się w domach z włączoną na pełny regulator klimatyzacją. Prostytutki na North Avenue szukały rozpaczliwie cienia, pocąc się pod swoimi perukami, a dzieciaki handlujące na rogach ulic prochami wyjmowały je z kieszeni obszernych szortów. Była druga połowa września, lecz jesień wydawała się jeszcze bardzo odległa.

Zardzewiały biały datsun ze stłuczonym przednim kloszem, oklejonym dwoma krzyżującymi się paskami taśmy, przemierzał powoli leżącą na północ od śródmieścia, zamieszkaną przez białych dzielnicę. Samochód nie miał klimatyzacji i kierowca, przystojny dwudziestodwuletni chłopak, otworzył wszystkie szyby. Ubrany w przycięte dżinsy i czysty biały podkoszulek, na głowie miał czerwoną baseballową czapkę z wypisanym białymi literami napisem SECURITY. Plastikowe siedzenie pod jego udami było śliskie od potu, ale on wcale się tym nie przejmował. Był w wesołym nastroju. Radio w samochodzie nastawione było na stację 92Q – Dwadzieścia hitów jeden po drugim! Na fotelu obok leżał otwarty skoroszyt. Mężczyzna zerkał co jakiś czas na naszpikowany specjalistycznym słownictwem tekst, ucząc się przed czekającym go nazajutrz testem. Nauka nigdy nie sprawiała mu trudności; powinien opanować materiał w ciągu najwyżej kilku minut.

Na światłach dogoniła go blondynka w porsche z otwieranym dachem. Mężczyzna uśmiechnął się do niej.

– Ładny wózek – rzucił.

Blondynka odwróciła bez słowa wzrok, ale zobaczył, że kąciki ust zadrżały jej lekko w uśmiechu. Schowana za wielkimi ciemnymi szkłami była prawdopodobnie dwa razy starsza od niego – starsza od niego była większość kobiet, które jeździły porsche.

– Pościgajmy się do następnych świateł – zaproponował. Słysząc to roześmiała się kokieteryjnym muzycznym śmiechem, a potem wrzuciła wąską elegancką dłonią jedynkę i wystrzeliła z miejsca jak rakieta.

Wzruszył ramionami. Tylko żartował.

Mijał teraz zadrzewiony kampus Uniwersytetu Jonesa Fallsa, uczelni należącej do Bluszczowej Ligi, o wiele bardziej nobliwej aniżeli ta, na której sam studiował. Przejeżdżając obok imponującej bramy, minął grupkę biegnących truchtem ośmiu lub dziesięciu kobiet, ubranych w stroje do joggingu: obcisłe szorty, przepocone T-shirty i buty firmy Nike. Domyślił się, że to drużyna hokeja na trawie. Biegnąca na czele wysportowana dziewczyna musiała być ich kapitanem, szlifującym przed sezonem formę podopiecznych.

Dziewczęta skręciły na teren uczelni i wyobraźnia podsunęła mu nagle obraz tak sugestywny i podniecający, że przez chwilę miał trudności z prowadzeniem samochodu. Wyobraził je sobie w szatni – tę pulchną namydlającą się pod prysznicem, tę rudą wycierającą ręcznikiem długie kasztanowe włosy, tę czarnoskórą wkładającą białe koronkowe majtki, tę, która jest kapitanem drużyny, przechadzającą się nago między szafkami i prężącą mięśnie. Nagle dzieje się coś, co im zagraża. Dziewczyny wpadają w panikę, zaczynają płakać, ich oczy rozszerza przerażenie. Biegają w kółko, zderzając się ze sobą. Ta gruba przewraca się na podłogę i leży zanosząc się bezsilnym płaczem. Inne depczą po niej, próbując się desperacko ukryć, znaleźć drzwi, uciec przed tym, co je przeraża.

Zjechał na bok i wyłączył bieg. Oddychał szybko i czuł, jak serce wali mu w piersi. To była najbardziej sugestywna wizja, którą pamiętał. Brakowało w niej jednak małego szczegółu. Czego się tak przestraszyły? Przez chwilę szukał odpowiedzi w swej bujnej wyobraźni, a potem westchnął z rozkoszy, kiedy przyszła mu do głowy: pożar. W szatni szaleje pożar, a one boją się ognia. Krztusząc się i kaszląc, drepczą w kółko, półnagie i ogłupiałe.

– Mój Boże – szepnął, patrząc prosto przed siebie, widząc całą scenę, tak jakby projektor wyświetlał ją na przedniej szybie datsuna.

Po kilku chwilach ochłonął. Wciąż był podniecony, ale sama wizja przestała mu wystarczać; podobnie jak myśl o kuflu piwa nie wystarcza komuś, kogo pali silne pragnienie. Podniósł skraj podkoszulka i wytarł nim pot z twarzy. Wiedział, że powinien zapomnieć i odjechać, ale wizja była zbyt wspaniała. Jej urzeczywistnienie wiązało się z wielkim ryzykiem – gdyby go złapano, trafiłby na długie lata do więzienia – ale zagrożenie nigdy jeszcze nie powstrzymało go przed tym, na co miał ochotę. Starał się opanować pokusę, lecz trwało to tylko sekundę.

– Chcę tego – mruknął, po czym zawrócił o sto osiemdziesiąt stopni i wjechał przez majestatyczną bramę na teren kampusu.

Był tutaj już wcześniej. Uniwersytet zajmował sto akrów błoni, ogrodów i lasów. Budynki wzniesiono na ogół ze standardowej czerwonej cegły, ale było również kilka nowoczesnych gmachów ze szkła i betonu; wszystkie łączyły się ze sobą plątaniną wąskich alejek, obstawionych parkometrami.

Drużyna hokeja na trawie zniknęła, ale znalezienie sali gimnastycznej nie sprawiło mu większych trudności. Mieściła się w niskim budynku obok bieżni; przed wejściem stała figura dyskobola. Mężczyzna zatrzymał się przy parkometrze, ale nie wrzucił do niego monety; nigdy nie wrzucał monet do parkometrów. Muskularna kapitan drużyny hokejowej stała na stopniach sali, rozmawiając z facetem w porozpruwanej bluzie. Mężczyzna z datsuna wbiegł po stopniach, uśmiechnął się po drodze do dziewczyny i pchnął drzwi prowadzące do budynku.

W hallu roiło się od wchodzących i wychodzących dziewcząt i chłopców w szortach i opaskach na włosach, z rakietami w rękach i sportowymi torbami zawieszonymi na ramieniu. Dla większości drużyn uniwersyteckich niedziela była dniem treningu. Siedzący za biurkiem strażnik sprawdzał legitymacje studenckie; ale kiedy do środka wbiegła razem duża grupa biegaczy i część z nich zapomniała je pokazać, strażnik wzruszył po prostu ramionami i wsadził z powrotem nos w czytaną książkę.

Nieznajomy odwrócił się i zaczął oglądać stojące w gablocie srebrne puchary zdobyte przez miejscowych sportowców. Chwilę później do hallu wbiegli piłkarze – dziesięciu chłopaków i klocowata dziewczyna w butach z kolcami – i szybko się do nich przyłączył. Przeciął szybkim krokiem hali i zbiegł razem z nimi szerokimi schodami na dół. Piłkarze, którzy rozmawiali o meczu, ciesząc się ze zdobytej bramki i oburzając na złośliwy faul, w ogóle nie zwrócili uwagi na nieznajomego.

Szedł lekkim niedbałym krokiem, ale oczy miał szeroko otwarte. Na dole był kolejny mały hali z maszyną do coca-coli i płatnym telefonem w osłonie akustycznej. Do męskiej szatni wchodziło się bezpośrednio z hallu, ale gruba dziewczyna skręciła w długi korytarz. Żeńską szatnię architekt dołączył pewnie do projektu w ostatniej chwili: w czasach gdy słowo „koedukacyjny” miało seksualny podtekst, nie wyobrażał sobie, że na uniwersytecie będzie studiować tyle dziewczyn.

Nieznajomy podniósł słuchawkę i udał, że szuka ćwierćdolarowej monety. Mężczyźni wchodzili gęsiego do swojej szatni. Patrzył, jak dziewczyna idzie korytarzem, a potem otwiera jakieś drzwi i znika. Prowadziły na pewno do szatni. Były tam wszystkie, pomyślał podniecony. Rozbierały się, brały prysznic, wycierały ręcznikami. To, że znajdował się tak blisko, nie dawało mu spokoju. Otarł brew rąbkiem podkoszulka. Żeby urzeczywistnić swoją wizję, musiał je tylko śmiertelnie nastraszyć.

Uspokoił się. Nie zepsuje sobie zabawy przez zbytni pośpiech. Potrzebował kilku minut, żeby wszystko porządnie zaplanować.

Kiedy wszyscy zniknęli, ruszył korytarzem. Prowadziło z niego troje drzwi, jedne po każdej ze stron i jedne na końcu. Dziewczyna wybrała te po prawej stronie. Otworzył ostatnie i zobaczył potężne instalacje, najprawdopodobniej kotły i filtry do basenu. Wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. Wewnątrz rozbrzmiewał cichy pomruk urządzeń elektrycznych. Wyobraził sobie dziewczynę, oszalałą ze strachu i ubraną tylko w bieliznę – biustonosz i majtki ozdobione kwiatkami – leżącą na podłodze i przyglądającą się z przerażeniem, jak rozpina pasek. Przez chwilę rozkoszował się tym obrazem. Dzieliło go od niej tylko kilka jardów. W tej chwili myślała pewnie o tym, co będzie robić wieczorem. Może miała chłopaka i zastanawiała się, czy tej nocy pozwoli mu pójść na całość; może była studentką pierwszego roku, samotną i trochę nieśmiałą, której w niedzielny wieczór pozostało tylko oglądanie Colombo; a może musiała jutro oddać jakąś pracę i miała zamiar ślęczeć nad nią przez całą noc. Nic z tego, kochanie. Przygotuj się na koszmar.

Robił podobne rzeczy już wcześniej, ale nigdy na taką skalę. Odkąd pamiętał, zawsze uwielbiał straszyć dziewczyny. W liceum najbardziej lubił zaskoczyć którąś w pojedynkę gdzieś na korytarzu, i grozić jej tak długo, aż wybuchała płaczem i prosiła o litość. Dlatego właśnie musiał stale zmieniać szkoły. Czasami umawiał się z dziewczynami na randki, żeby nie różnić się tak bardzo od innych chłopaków i mieć kogoś, z kim mógłby pójść do baru. Jeśli tego oczekiwały, bzykał je, ale zawsze wydawało mu się to trochę bezcelowe.

Każdy ma jakiegoś hysia, myślał; pewni mężczyźni przebierają się w damskie ciuchy, inni lubią, żeby ubrana w skórę dziewczyna deptała ich butami na wysokich obcasach. Znał faceta, dla którego najseksowniejszą częścią ciała kobiety były jej stopy; dostawał orgazmu, stojąc w dziale damskiego obuwia w domu towarowym i obserwując, jak wkładają i zdejmują pantofle.

On miał hysia na punkcie strachu. Podniecało go, kiedy kobieta się bała. Bez tego nie odczuwał przyjemności.

Rozglądając się metodycznie dookoła, zauważył przymocowaną do ściany drabinę, nad którą znajdowała się zamykana od środka żelazna klapa. Wspiął się szybko po szczeblach, odsunął rygle i podniósł ją do góry. Przed sobą zobaczył opony stojącego na parkingu chryslera. Ustaliwszy, że znajduje się na tyłach budynku, zasunął z powrotem rygle i zszedł na dół.

Kiedy zamykał za sobą drzwi kotłowni, idąca z naprzeciwka dziewczyna zmierzyła go nieprzyjaznym spojrzeniem. Przeżył chwilę niepokoju; mogła zapytać go, czego, do cholery, szuka koło damskiej szatni. Czegoś takiego nie przewidział w swoim scenariuszu. W tym momencie mogło to popsuć cały plan. Ale ona spojrzała na jego czapkę i widząc napis SECURITY, odwróciła się i weszła do szatni.

Uśmiechnął się. Kupił tę czapkę w sklepie z pamiątkami za osiem dolców dziewięćdziesiąt dziewięć centów. Ludzie przyzwyczaili się do ubranych w dżinsy strażników na koncertach rockowych, do detektywów, którzy nie różnili się od przestępców, dopóki nie wyciągnęli odznaki, a także do ubranych w swetry policjantów na lotnisku; trudno było pytać o legitymację każdego palanta, który twierdził, że jest ochroniarzem.

Nacisnął klamkę drzwi naprzeciwko damskiej szatni. W środku znajdował się mały magazyn. Zapalił światło i zamknął za sobą drzwi.

Na regałach leżał stary sprzęt sportowy: wielkie, czarne lekarskie piłki, zużyte gumowe materace, gimnastyczne maczugi, zdefasonowane rękawice bokserskie i rozklekotane składane krzesła. Obok stał kozioł z popękaną skórą i złamaną nogą. W powietrzu unosił się zapach pleśni. Pod sufitem biegła duża srebrna rura. Domyślił się, że tłoczy świeże powietrze do szatni po drugiej stronie korytarza.

Sięgnął do góry i spróbował odkręcić śruby łączące rurę z większym urządzeniem, które wyglądało na wentylator. Nie udało mu się to gołymi rękoma, ale miał klucz w bagażniku datsuna. Kiedy odkręci śruby, wentylator zamiast z rury będzie pobierał powietrze z magazynu.

Rozpali ogień na podłodze. Kupi kanister benzyny, odleje jej trochę do butelki po perrierze i przyniesie tutaj razem z pudełkiem zapałek, gazetą na rozpałkę i kluczem.

Ogień szybko się rozprzestrzeni i w górę zaczną walić gęste kłęby dymu. Wtedy zakryje sobie usta i nos mokrą szmatą, odczeka chwilę i odkręci rurę. Wentylator zacznie wsysać dym i tłoczyć go do szatni. Z początku nikt tego nie zauważy. A potem któraś z dziewczyn pociągnie nosem i zapyta: „Czy ktoś tutaj pali papierosa?” On tymczasem otworzy drzwi magazynu i cały korytarz wypełni się dymem. Dziewczęta zorientują się w końcu, że coś jest nie w porządku, otworzą drzwi i przekonane, że pali się cały budynek, wpadną wszystkie w panikę.

Wtedy on wejdzie do szatni. Wszędzie, gdziekolwiek spojrzy, będą migać biustonosze, pończochy, gołe piersi, pośladki i włosy łonowe. Niektóre z dziewczyn wybiegną nagie i mokre spod prysznica i będą szukały po omacku ręcznika; inne zaczną się ubierać; większość będzie biegać w kółko, mrużąc oczy i próbując znaleźć drzwi. Słychać będzie krzyki i szlochy. On nadal będzie udawać ochroniarza i zacznie im wydawać rozkazy: „Nie ubierajcie się! Nie ma ani chwili do stracenia! Uciekajcie! Płonie cały budynek! Szybciej! Szybciej!” Będzie je klepał po nagich pośladkach, popychał, wyrywał z rąk ubrania i obmacywał. Niektóre domyśla się może, że coś jest nie w porządku, ale większość będzie zbyt przerażona, żeby się nad tym zastanawiać. Jeśli w środku będzie jeszcze muskularna hokeistka, starczy jej być może jasności umysłu, żeby stawić mu czoło, ale on znokautuje ją po prostu jednym celnym uderzeniem.

Spacerując po szatni, wybierze dla siebie ofiarę: ładną dziewczyną o bezbronnym spojrzeniu. Weźmie ją pod ramię i powie: „Tędy, proszę. Jestem z ochrony”. Wyjdzie z nią na korytarz, a potem skręci do kotłowni. I dokładnie wtedy, gdy biedaczka pomyśli, że jest bezpieczna, uderzy ją najpierw w twarz, a potem w brzuch i rzuci na brudną betonową podłogę. Będzie patrzył, jak się po niej turla, a potem niepewnie siada płacząc i wpatrując się w niego z przerażeniem w oczach.

Wtedy uśmiechnie się i rozepnie pasek.

2

– Chcę wracać do domu – oświadczyła pani Ferrami.

– Nie martw się, mamo, zabierzemy cię stąd szybciej, niż myślisz – odparła jej córka Jeannie.

Młodsza siostra Jeannie, Patty, posłała jej spojrzenie, które mówiło: Jak sobie to, do licha, wyobrażasz?

Ubezpieczenie mamy starczało wyłącznie na umieszczenie w domu opieki Bella Vista, który sprawiał wyjątkowo obskurne wrażenie. W pokoju stały dwa szpitalne łóżka, dwie nocne szafki, kanapa i telewizor. Ściany pomalowane były na brunatny kolor, a podłoga wyłożona plastikowymi kremowopomarańczowymi płytkami. Okna miały kraty zamiast zasłon i wychodziły na stację benzynową. Umywalka była w rogu pokoju, toaleta na korytarzu.

– Chcę wracać do domu – powtórzyła pani Ferrami.

– Ale ty wszystko zapominasz, mamo. Nie możesz już dłużej sama mieszkać – powiedziała Patty.

– Oczywiście, że mogę, nie waż się do mnie mówić w ten sposób.

Jeannie przygryzła wargę. Gdy spoglądała na wrak człowieka, który był kiedyś jej matką, chciało jej się płakać. Mama miała mocne rysy: czarne brwi, ciemne oczy, prosty nos, szerokie usta i wystające kości policzkowe. I chociaż była niskiego wzrostu, a jej córki wysokie jak ojciec, Jeannie i Patty odziedziczyły po niej typ urody. I wszystkie trzy odznaczały się, zgodnie z tym, co sugerowały rysy twarzy, silnym charakterem; słowem, którego używano najczęściej, by je opisać, było „imponujące”. Ale mama już nigdy nie będzie imponująca. Miała Alzheimera.

Nie skończyła jeszcze sześćdziesiątki. Dwudziestodziewięcioletnia Jeannie i dwudziestosześcioletnia Patty miały nadzieję, że przez kilka lat mama będzie sobie jeszcze jakoś radzić, ale nadzieja ta legła w gruzach o godzinie piątej tego ranka, kiedy gliniarz z Waszyngtonu zadzwonił do Jeannie i zakomunikował jej, że znalazł mamę w brudnej nocnej koszuli na Osiemnastej Ulicy, powtarzającą z płaczem, że zapomniała, gdzie mieszka.

Jeannie wsiadła do samochodu i pojechała w ten cichy niedzielny ranek do Waszyngtonu, oddalonego o godzinę jazdy z Baltimore. Odebrała mamę z posterunku, odwiozła do domu, umyła ją i ubrała, po czym zadzwoniła do Patty. Obie siostry załatwiły następnie mamie miejsce w domu spokojnej starości Bella Vista w mieście Columbia, w połowie drogi między Waszyngtonem i Baltimore. Spędziła w nim swoje ostatnie lata ich ciotka Rosa. Miała taką samą polisę ubezpieczeniową jak mama.

– Nie podoba mi się to miejsce – stwierdziła mama.

– Nam też – odparła Jeannie – ale w tej chwili to wszystko, na co nas stać. – Chciała być rzeczowa i rozsądna, ale jej słowa zabrzmiały bardziej szorstko, niż zamierzała.

Patty spojrzała na nią z dezaprobatą.

– Daj spokój, mamo, mieszkałyśmy już w gorszych warunkach – powiedziała.

To była prawda. Kiedy ich ojciec trafił po raz drugi za kratki, mama i dwie córki zamieszkały w jednym pokoju z płytą grzejną na kredensie i kranem na korytarzu. To były lata pomocy społecznej. Ale przeciwności losu zawsze mobilizowały mamę do działania. Kiedy tylko Jeannie i Patty poszły do szkoły, znalazła pracę – była fryzjerką, niezłą, chociaż może mało oryginalną – wynajęła godną zaufania starszą panią, która opiekowała się dziewczynkami, gdy wróciły do domu, i przeniosła się do małego mieszkanka z dwiema sypialniami w Adams-Morgan, porządnej robotniczej dzielnicy.

Smażyła grzanki na śniadanie, wysyłała Jeannie i Patty do szkoły w czystych ubraniach, a potem czesała się i malowała trzeba było wyglądać elegancko, kiedy pracowało się w salonie – i zawsze zostawiała wysprzątaną kuchnię i ciasteczka dla dziewczynek, kiedy wracały do domu. W niedzielę wszystkie trzy robiły porządki i duże pranie. Mama zawsze wydawała się taka zaradna, taka solidna i wytrzymała, że żal było patrzeć na tę leżącą w łóżku narzekającą kobietę.

Teraz zmarszczyła brwi, jakby coś ją zadziwiło.

– Dlaczego nosisz kolczyk w nosie, Jeannie? – zapytała.

Jeannie dotknęła palcem delikatnego srebrnego kółka i lekko się uśmiechnęła.

– Kazałam sobie przekłuć nos, kiedy byłam dzieckiem, mamo. Pamiętasz, jak się z tego powodu wściekałaś? Myślałam, że wyrzucisz mnie na ulicę.

– Zapomniałam – szepnęła mama.

– Ja pamiętam – powiedziała Patty. – Uważałam, że to najwspanialszy pomysł pod słońcem. Ale miałam wtedy jedenaście, a ty czternaście lat i wszystko, co robiłaś, wydawało mi się odważne, mądre i zgodne z najnowszą modą.

– Może wcale się nie myliłaś – stwierdziła żartem Jeannie.

Patty zachichotała.

– Na pewno nie można było tego powiedzieć o pomarańczowej kurtce.

– Mój Boże, ta kurtka. Mama spaliła ją w końcu po tym, jak nocowałam w opuszczonym budynku i oblazły mnie pchły.

– Pamiętam to – odezwała się nagle mama. – Pchły u mojego dziecka! – Wciąż ją to oburzało, mimo że minęło piętnaście lat.

Nagle poprawiły im się humory. Wspomnienia uświadomiły im, jak bardzo były kiedyś ze sobą związane. To był najlepszy moment, żeby wyjść.

– Muszę już lecieć – oświadczyła wstając Jeannie.

– Ja też – stwierdziła Patty. – Muszę zrobić obiad.

Żadna z córek nie kwapiła się jednak do drzwi. Jeannie dręczyło poczucie, że porzuca matkę w potrzebie. W tym miejscu nikt jej nie kochał. Powinna się nią opiekować rodzina. Jeannie i Patty powinny u niej zamieszkać, powinny gotować jej posiłki, prasować nocne koszule i nastawiać telewizor na jej ulubiony program.

– Kiedy was znowu zobaczę? – zapytała mama.

Jeannie zawahała się. Chciała powiedzieć: „Jutro. Przyniosę ci śniadanie i zostanę z tobą przez cały dzień”. Ale to było niemożliwe, czekał ją pracowity tydzień. Ogarnęło ją poczucie winy. Jak mogę być taka okrutna?

Patty przyszła jej w sukurs.

– Przyjadę jutro – powiedziała – i przywiozę ze sobą dzieci. Zobaczysz, będzie wspaniale.

Mama nie zamierzała jednak tak łatwo odpuścić starszej córce.

– Ty też przyjedziesz?

– Kiedy tylko będę mogła – oparła Jeannie. Pochyliła się nad łóżkiem i czując, jak żal dławi ją w gardle, pocałowała matkę. – Kocham cię, mamo. Postaraj się o tym nie zapomnieć.

Kiedy znalazły się na korytarzu, Patty wybuchła płaczem.

Jeannie też chciało się płakać, lecz była starsza i dawno temu przyzwyczaiła się panować nad własnymi uczuciami i opiekować Patty. Objęła ją ramieniem i ruszyły razem aseptycznym korytarzem. Patty nie miała słabego charakteru; była po prostu bardziej zgodna od wojowniczej i upartej Jeannie. Mama zawsze krytykowała starszą córkę twierdząc, że powinna być podobna do Patty.

– Chciałabym ją zabrać do siebie do domu, ale nie mogę – stwierdziła ze smutkiem Patty.

Jeannie pokiwała głową. Patty wyszła za mąż za stolarza, niejakiego Zipa. Mieszkali w małym domku z dwiema sypialniami. Drugą sypialnię zajmowali ich trzej synowie. Davey miał sześć, Mel cztery, a Tom dwa lata. Nie było gdzie umieścić babci.

Jeannie mieszkała sama. Jako asystentka na Uniwersytecie Jonesa Fallsa zarabiała trzydzieści tysięcy dolarów rocznie – znacznie mniej, była tego pewna, niż mąż Patty. Zaciągnęła właśnie swój pierwszy dług hipoteczny, kupiła dwupokojowe mieszkanie i umeblowała je na kredyt. W pokoju dziennym miała aneks kuchenny, w sypialni szafę i malutką łazienkę. Gdyby oddała mamie swoje łóżko, musiałaby co noc spać na kanapie; poza tym przez cały dzień nie byłoby tam nikogo, kto mógłby się zaopiekować kobietą chorą na Alzheimera.

– Ja też nie mogę jej wziąć – powiedziała.

Patty, mimo że zapłakana, wpadła nagle w gniew.

– Więc po co mówiłaś, że ją stąd zabierzemy? Nie możemy tego zrobić!

Wyszły na zewnątrz i uderzyła je w twarz fala gorąca.

– Jutro pojadę do banku i wezmę pożyczkę – oznajmiła Jeannie. – Umieścimy ją w lepszym domu i dopłacę do tego, co daje ubezpieczenie.

– Ale jak spłacisz pieniądze? – zapytała praktycznie Patty.

Za parę lat zostanę adiunktem, a potem profesorem. Załatwię sobie zlecenie na napisanie podręcznika, a także posadę konsultanta w trzech międzynarodowych konglomeratach.

Patty uśmiechnęła się przez łzy.

– Ja ci wierzę, ale czy uwierzą ci w banku?

Zawsze wierzyła w Jeannie. Sama nigdy nie była zbyt ambitna. Uczyła się średnio w szkole, wyszła za mąż w wieku dziewiętnastu lat i bez większego żalu poświęciła się wychowaniu dzieci. Jeannie była inna. Najlepsza w klasie, pełniła funkcję kapitana wszystkich szkolnych drużyn, doszła do niezłych wyników w tenisie i ukończyła studia, korzystając ze stypendiów sportowych. Kiedy mówiła, że coś zrobi, młodsza siostra ani przez chwilę w to nie wątpiła.

Patty miała jednak rację, bank nie da jej kolejnej pożyczki zaraz po sfinansowaniu zakupu mieszkania. Poza tym zaczęła dopiero pracować jako asystentka; musiało upłynąć co najmniej trzy lata, nim można było pomyśleć o awansie.

Trudno, sprzedam samochód – stwierdziła z desperacją, kiedy dotarły do parkingu.

Kochała swój samochód. Był to liczący dwadzieścia jeden lat mercedes 230C, czerwony dwudrzwiowy sedan z czarnymi skórzanymi siedzeniami. Kupiła go przed sześciu laty za pięć tysięcy dolarów, które dostała za zdobycie pierwszego miejsca w turnieju tenisowym Mayfair Lites College. Posiadanie starego mercedesa nie było jeszcze wówczas szczytem mody.

Teraz jest prawdopodobnie wart dwa razy więcej, niż za niego zapłaciłam – dodała.

– Ale musisz przecież kupić sobie inny samochód – przypomniała jej bezlitośnie praktyczna Patty.

– Masz rację – westchnęła Jeannie. – No cóż, mogę wziąć korepetycje. To niezgodne z regulaminem Jonesa Fallsa, ale mogłabym prawdopodobnie dostać ze czterdzieści dolców za godzinę, ucząc statystyki poprawkowiczów, którzy oblali egzamin na innych uczelniach. To dałoby trzysta dolarów tygodniowo, wolne od podatku, jeśli tego nie zgłoszę. – Jeannie spojrzała siostrze prosto w oczy. – A ty zdołasz coś zaoszczędzić?

Patty spuściła wzrok.

– Nie wiem.

– Zip zarabia więcej ode mnie.

– Zabiłby mnie, gdyby to słyszał, ale sądzę, że możemy zaoszczędzić siedemdziesiąt pięć do osiemdziesięciu dolarów tygodniowo – przyznała w końcu Patty. – Namówię go, żeby poprosił o podwyżkę. Trochę się krępuje, ale wiem, że na nią zasłużył, a szef nawet go lubi.

Jeannie rozpogodziła się nieco, chociaż perspektywa uczenia w niedzielę ograniczonych umysłowo poprawkowiczów nie była zbyt wesoła.

– Za dodatkowe czterysta dolarów tygodniowo pewnie udałoby się załatwić mamie własny pokój z łazienką.

– Mogłaby wtedy trzymać tam trochę więcej swoich rzeczy. Bibeloty i może jakieś meble z mieszkania.

– Popytajmy, czy ktoś nie zna jakiegoś miłego miejsca.

– Dobrze – odparła Patty, ale coś najwyraźniej nie dawało jej spokoju. – Choroba mamy jest dziedziczna, prawda? – zapytała w końcu. – Widziałam o tym program w telewizji.

Jeannie pokiwała głową.

– Jest pewien defekt genetyczny, AD3, który wiąże się z wczesnym rozwojem Alzheimera. – Pamiętała, że defekt znajduje się w chromosomie 14q24.3, ale to i tak nie powiedziałoby nic Patty.

– Czy to znaczy, że ty i ja skończymy tak samo jak mama?

– To znaczy, że istnieje taka możliwość.

Przez chwilę obie milczały. Perspektywa wczesnej demencji była zbyt przygnębiająca, by o niej mówić.

– Cieszę się, że urodziłam młodo dzieci – stwierdziła Patty. – Kiedy mnie to spotka, będą wystarczająco dojrzałe, żeby o siebie zadbać.

Jeannie wyczuła w jej głosie cień wymówki. Patty, podobnie jak mama, uważała, że coś jest nie w porządku, jeśli dwudziestodziewięcioletnia kobieta nie ma jeszcze dzieci.

– To, że znaleźli ten gen – odezwała się po chwili – daje pewną nadzieję. Oznacza, że kiedy będziemy w wieku mamy, będą mogli nam wstrzyknąć zmodyfikowaną wersję naszego własnego DNA. Bez zdefektowanego genu.

– Mówili o tym w telewizji. Nazywa się to rekombinacyjną technologią DNA, prawda?

Jeannie uśmiechnęła się do siostry.

– Zgadza się.

– Widzisz, nie jestem taka głupia.

– Nigdy nie uważałam, że jesteś głupia.

– Ale skoro to właśnie DNA czyni mnie tym, kim jestem – stwierdziła z poważną miną Patty – czy jego zmiana nie sprawi, że stanę się inną osobą?

– Nie tylko DNA czyni cię tym, kim jesteś. Ma na to wpływ również twoje wychowanie.

– Jak ci się podoba nowa praca?

– Jest ekscytująca. To dla mnie wielka szansa, Patty. Mnóstwo ludzi czytało mój artykuł o skłonnościach przestępczych. o tym, czy są zapisane w naszych genach.

Nad artykułem opublikowanym rok wcześniej, gdy pracowała jeszcze na Uniwersytecie Minnesota, widniało również nazwisko jej promotora, ale to ona wykonała całą robotę.

– Nigdy nie mogłam dojść, czy twoim zdaniem skłonności przestępcze są, czy też nie są dziedziczne – powiedziała Patty.

– Wyodrębniłam cztery dziedziczne cechy, które prowadzą do zachowań przestępczych: impulsywność, odwagę, agresywność i hiperaktywność. Ale według mojej teorii pewien sposób wychowywania dzieci neutralizuje te cechy i zmienia potencjalnych przestępców w porządnych obywateli.

– Jak można w ogóle udowodnić coś takiego?

– Badając wychowywane oddzielnie identyczne bliźniaki. Identyczne bliźniaki mają takie same DNA. I kiedy adoptuje się je przy urodzeniu albo rozdzieli z innych powodów, każde z nich wychowywane jest inaczej. Szukam więc par bliźniaków, z których jeden jest przestępcą, a drugi normalnym obywatelem. Następnie zaś badam, jak byli wychowywani i co takiego ich rodzice robili inaczej.

Twoja praca jest naprawdę ważna – stwierdziła Patty.

– Ja też tak sądzę.

– Musimy dowiedzieć się, dlaczego tak wielu Amerykanów schodzi dzisiaj na złą drogę.

Jeannie pokiwała głową. Tak można to było ująć w olbrzymim skrócie.

Patty skręciła do własnego samochodu, wielkiego starego forda kombi, którego tył wypełniały kolorowe dziecinne klamoty: rakiety, piłki, złożona spacerówka, trójkołowy rowerek i wielka ciężarówka z urwanym kołem.

– Ucałuj ode mnie mocno chłopaków – powiedziała Jeannie.

– Dzięki. Zadzwonię do ciebie jutro, kiedy zobaczę się z mamą.

Jeannie wyjęła kluczyki, zawahała się, a potem podeszła z powrotem do Patty i uściskała ją.

– Kocham cię, siostrzyczko – powiedziała.

– Ja też cię kocham.

Jeannie wsiadła do samochodu i odjechała.

Czuła się psychicznie obolała i rozdrażniona. Targały nią sprzeczne uczucia do mamy, do Patty i do ojca, którego praktycznie nie znała. Wjechała na autostradę I-70 i pędziła zdecydowanie za szybko, zmieniając co chwila pasma. Zastanawiała się, co zrobić z resztą dnia. O szóstej była umówiona na tenisa, potem miała pójść na piwo i pizzę z grupą studentów i młodych asystentów wydziału psychologii. Jej pierwszą myślą było odwołać wszystko, nie chciała jednak siedzieć cały wieczór w domu i się zamartwiać. Postanowiła, że zagra w tenisa; ruch na świeżym powietrzu dobrze jej zrobi. Potem skoczy na godzinkę do baru Andy'ego i pójdzie wcześniej spać.

Ten dzień miał jednak wyglądać zupełnie inaczej.

Jej przeciwnikiem na korcie był Jack Budgen, dyrektor biblioteki uniwersyteckiej. Brał kiedyś udział w turnieju wimbledońskim i chociaż przerzedziły mu się włosy i skończył pięćdziesiąt lat, wciąż był w dobrej formie i nie zapomniał, czego się niegdyś nauczył. Jeannie nie grała nigdy w Wimbledonie – szczytem jej sportowej kariery okazało się zakwalifikowanie się do olimpijskiej drużyny Stanów Zjednoczonych jeszcze za studenckich czasów – była jednak silniejsza i szybsza od Jacka.

Grali na jednym z wysypanych czerwoną glinką kortów Jonesa Fallsa. Byli godnymi siebie przeciwnikami i mecz przyciągnął niewielką grupkę widzów. Na kortach nie obowiązywały jakieś szczególne wymogi co do stroju, ale Jeannie grała zawsze w nieskazitelnie białych szortach i białej koszulce polo. Miała długie ciemne włosy, nie takie jedwabiste i proste jak Patty, lecz kręcone i niesforne. Na czas gry wetknęła je pod czapkę z daszkiem.

Serwis Jeannie był zabójczy, a bity oburącz z backhandu cross nie dawał przeciwnikowi żadnych szans. Jack nie mógł wiele poradzić na serwis, ale po kilku pierwszych gemach starał się nie dawać jej zbyt wielu okazji na smecz z backhandu. Grał chytrze, oszczędzając siły i czekając na błąd przeciwniczki, która przyjęła zbyt agresywną taktykę: popełniała podwójne błędy serwisowe i zbyt wcześnie podbiegała do siatki. W normalnych okolicznościach mogła go pokonać, ale tego dnia była zdekoncentrowana i nie zawsze potrafiła odgadnąć jego zamiary. Wygrali każde po jednym secie. Wynik trzeciego wynosił pięć do czterech i Jeannie zorientowała się nagle, że broni piłki meczowej.

Po kolejnych dwóch wyrównaniach Jack zdobył punkt i miał teraz przewagę. Jeannie posłała pierwszy serwis w siatkę i w tłumie rozległo się zbiorowe westchnienie. A potem, zamiast posłać wolniejszą normalną piłkę, postawiła wszystko na jedną kartę i zaserwowała tak, jakby to był pierwszy serwis. Jack z wyraźnym trudem odbił, posyłając jej piłkę na backhand. Jeannie zasmeczowała i podbiegła do siatki. Jak się jednak okazało, Jack całkowicie panował nad sytuacją i odwzajemnił się idealnie uplasowanym lobem, który przeleciał jej nad głową i wylądował tuż przed tylną linią, dając mu zwycięstwo.

Jeannie oparła dłonie na biodrach i popatrzyła na piłkę, wściekła na samą siebie. Chociaż od paru lat nie grała już poważnych meczy, była ambitna i bolała.ją każda przegrana. Po chwili opanowała się, przywołała na twarz uśmiech i obróciła się do Jacka.

– Piękny strzał – zawołała, po czym podbiegła do siatki i uścisnęła mu rękę.

Widzowie zgotowali im krótkie brawa. Jeden z nich podszedł do Jeannie.

To był wspaniały mecz – stwierdził, uśmiechając się szeroko.

Dziewczyna zmierzyła go wzrokiem. Prezentował się całkiem nieźle: młody, wysoki, wysportowany, z ostrzyżonymi krótko, kręconymi blond włosami i sympatycznymi błękitnymi oczyma. I miał wielką ochotę ją poderwać.

Nie była w nastroju.

– Dziękuję – odparła oschle.

Na jego ustach ponownie ukazał się uśmiech – pewny siebie, swobodny uśmiech mężczyzny, który wie, że większość dziewcząt cieszy się, gdy je zagadnie, bez względu na to, czy mówi do rzeczy.

– Sam też gram trochę w tenisa i pomyślałem sobie… – zaczął.

– Jeśli grasz tylko trochę, nie należysz chyba do mojej ligi – stwierdziła krótko i wyminęła go.

– Czy mam z tego wnosić – dobiegł ją wesoły głos z tyłu – że romantyczna kolacja we dwoje i namiętna noc jest raczej wykluczona?

Nie mogła powstrzymać uśmiechu. Facet nie dawał za wygraną, mimo że potraktowała go bardziej obcesowo, niż to było konieczne.

– Nie, ale dziękuję za propozycję – odparła przez ramię, nawet się nie zatrzymując.

Zeszła z kortu i ruszyła w stronę szatni. Zastanawiała się, co teraz porabia mama. Musiała już dawno zjeść kolację; było wpół do ósmej, a w tego rodzaju instytucjach zawsze karmią ludzi wcześniej. Oglądała teraz pewnie telewizję w świetlicy. Może znajdzie sobie jakąś przyjaciółkę, kobietę w tym samym wieku, której nie będą przeszkadzać jej zaniki pamięci i która zainteresuje się zdjęciami jej wnuków. Mama miała kiedyś dużo znajomych – przyjaźniła się z koleżankami z pracy, klientkami, sąsiadkami, ludźmi, których znała od dwudziestu pięciu lat – ale ciężko im było podtrzymywać tę znajomość, kiedy zapominała, kim, do diabła, są.

Mijając boisko hokeja na trawie, spotkała Lisę Hoxton. Lisa była pierwszą prawdziwą przyjaciółką, którą poznała po przyjeździe miesiąc temu do Baltimore. Pracowała jako laborantka w pracowni psychologicznej. Miała dyplom, ale nie chciała robić kariery naukowej. Podobnie jak Jeannie, pochodziła z niezamożnej rodziny i onieśmielała ją nieco panująca na uniwersytecie nobliwa atmosfera. Natychmiast przypadły sobie do gustu.

– Właśnie próbował mnie poderwać jakiś dzieciak – oznajmiła z uśmiechem Jeannie.

– Jak wyglądał?

– Jak Brad Pitt, ale wyższy.

– Powiedziałaś mu, że masz przyjaciółkę w bardziej odpowiednim dla niego wieku? – zapytała Lisa. Miała dwadzieścia cztery lata.

– Nie. – Jeannie obejrzała się przez ramię, ale chłopak zniknął z pola widzenia. – Chodź szybciej. Nie chcę, żeby za mną łaził.

– I co w tym złego?

– Daj spokój.

– Ucieka się przed szpetnymi, a nie przystojnymi, Jeannie.

– Nie chcę o tym więcej słyszeć.

– Mogłaś mu przynajmniej dać numer mojego telefonu.

– Powinnam dać mu karteczkę z numerem twojego biustonosza. To by go zachęciło.

Lisa, która miała dość duży biust, stanęła w miejscu. Przez chwilę Jeannie myślała, że posunęła się za daleko i ją obraziła, ale myliła się.

– Wspaniały pomysł – zawołała Lisa. – „Mam 36D, jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś więcej, zadzwoń pod ten numer”. Och, jakie to subtelne.

– Jestem po prostu zazdrosna. Zawsze chciałam mieć wielkie cycki – powiedziała Jeannie i obie zachichotały. – Naprawdę. Kiedyś się o to modliłam. Byłam ostatnią dziewczyną w klasie, która nie miała jeszcze okresu. To było takie krępujące.

– Naprawdę klęczałaś przy łóżku i prosiłaś: „Panie Boże, powiększ mi cycki”?

– Dokładniej rzecz biorąc, modliłam się do Najświętszej Panienki. Wydawało mi się, że to sprawa między nami kobietami. I nie używałam oczywiście słowa „cycki”.

– A jak mówiłaś? Piersi?

– Nie. Uznałam, że nie mówi się „piersi” do Matki Boskiej.

– Więc jak je nazwałaś?

– Bufory.

Lisa parsknęła śmiechem.

– Nie wiem, skąd mi się wzięło to słowo. Musiałam pewnie podsłuchać jakichś mężczyzn. Wydawało mi się dość grzecznym eufemizmem. Nikomu o tym jeszcze nie mówiłam.

Lisa obejrzała się przez ramię.

– Nie widzę za nami żadnych adonisów – stwierdziła. – Domyślam się, że zgubiłyśmy Brada Pitta.

– I bardzo dobrze. Był dokładnie w moim typie: przystojny, seksowny, przesadnie pewny siebie i kompletnie niegodny zaufania.

– Skąd wiesz, że był niegodny zaufania? Miałaś z nim do czynienia raptem dwadzieścia sekund.

– Żaden mężczyzna nie jest godny zaufania.

– Chyba masz rację. Wpadniesz dzisiaj do Andy'ego?

– Tak, ale tylko na godzinkę. Muszę najpierw wziąć prysznic. – Koszulka Jeannie była mokra od potu.

– Ja też. – Lisa miała na sobie podkoszulek i szorty, na nogach tenisówki. – Trenowałam z drużyną hokeja na trawie. Dlaczego tylko na godzinę?

To był ciężki dzień. – Mecz pozwolił Jeannie zapomnieć na chwilę o porannych kłopotach, ale teraz skrzywiła się na ich wspomnienie. – Musiałam umieścić mamę w domu opieki.

– Och, Jeannie, tak mi przykro.

Jeannie opowiedziała jej całą historię w drodze do budynku sali gimnastycznej. W szatni mignęło jej przez chwilę ich odbicie w lustrze. Tak bardzo różniły się wyglądem, że mogły występować w wodewilu. Lisa była trochę mniej niż średniego wzrostu, podczas gdy Jeannie miała prawie sześć stóp. Lisa była jasnowłosa i krągła, Jeannie ciemna i muskularna. Lisa miała ładną buzię, piegowaty zadarty nosek i wydatne usta. Większość ludzi określało urodę Jeannie słowem „fascynująca”, a mężczyźni mówili czasami, że jest piękna, nikt jednak nie stwierdził nigdy, że jest ładna.

– A co na to twój ojciec? Nic o nim nigdy nie mówisz – zdziwiła się Lisa, kiedy zrzuciły z siebie przepocone ubrania.

Jeannie westchnęła. Tego pytania nauczyła się obawiać już jako mała dziewczynka; ale padało wcześniej czy później. Przez wiele lat kłamała twierdząc, że tato nie żyje, albo ożenił się z inną kobietą i wyjechał do Arabii Saudyjskiej. Ostatnio jednak zaczęła mówić prawdę.

– Mój ojciec jest w więzieniu – odparła.

– O mój Boże… Nie powinnam była pytać.

– Nic nie szkodzi. Siedział w więzieniu przez większość mego życia. To jego trzeci wyrok.

– Na ile go skazali?

– Nie pamiętam. To nie ma znaczenia. Kiedy wyjdzie, i tak nie będzie z niego żadnego pożytku. Nigdy się nami nie opiekował i nie ma zamiaru robić tego teraz.

– Nigdy nie miał normalnej pracy?

– Tylko kiedy przygotowywał jakiś skok. Zatrudniał się na tydzień lub dwa jako dozorca, odźwierny albo ochroniarz, a potem okradał to miejsce.

Lisa bacznie się jej przyjrzała.

– To dlatego tak cię interesuje genetyka przestępczości?

– Może dlatego.

– A może nie. – Lisa machnęła ręką, jakby nie chciała o tym dłużej mówić. – Tak czy owak nienawidzę amatorskiej psychoanalizy.

Przeszły do łazienki. Jeannie została dłużej pod prysznicem, żeby umyć włosy. Cieszyła się z ich przyjaźni. Lisa pracowała na Uniwersytecie Jonesa Fallsa od ponad roku i pomogła jej się zaaklimatyzować, kiedy Jeannie zjawiła się tutaj na początku semestru. Jeannie lubiła z nią pracować, ponieważ na Lisie można było absolutnie polegać; lubiła też przebywać z nią po pracy, ponieważ mogła mówić wszystko, co jej przyszło do głowy, bez obawy, że ją zaszokuje.

Wcierając odżywkę we włosy, usłyszała dziwne odgłosy. Znieruchomiała i przez chwilę nasłuchiwała. Przypominały przerażone piski. Przeszedł ją dreszcz niepokoju. Nagle poczuła się zupełnie bezbronna: naga, mokra, głęboko w podziemiach. Po chwili wahania zmyła włosy i wyszła spod prysznica, żeby zobaczyć, co się dzieje.

Natychmiast poczuła, że coś się pali. Nie było widać ognia, ale pod sufitem waliły gęste kłęby czarnoszarego dymu. Wydobywał się chyba z przewodów wentylacyjnych. W budynku wybuchł pożar.

Ogarnął ją strach. Nigdy jeszcze nie znalazła się w środku pożaru.

Bardziej odważne dziewczyny złapały swoje torby i ruszyły szybkim krokiem do drzwi. Inne wpadły w histerię i krzycząc wniebogłosy, biegały w kółko. Jakiś durny ochroniarz z zawiązaną na nosie i ustach poplamioną chustką szerzył jeszcze większy popłoch, popychając je i wydając krzykiem rozkazy.

Jeannie wiedziała, że nie powinna tracić czasu na ubieranie, nie mogła jednak wybiec goła z budynku. Strach rozlewał się po jej żyłach niczym lodowata woda, ale starała się uspokoić. Odnalazła swoją szafkę. Lisy nie było nigdzie widać. Wyjęła rzeczy, włożyła dżinsy i naciągnęła przez głowę podkoszulek.

Zajęło jej to tylko kilka sekund, ale w tym czasie szatnia zupełnie opustoszała i wypełniła się dymem. Nie widziała już przed sobą drzwi i zaczęła kaszleć. Myśl, że nie będzie mogła oddychać, przeraziła ją. Wiem, gdzie są drzwi i muszę po prostu zachować spokój, powiedziała sobie. Klucze i pieniądze miała w kieszeniach dżinsów. Złapała swoją rakietę do tenisa i wstrzymując oddech ruszyła szybko wzdłuż szafek do wyjścia.

W korytarzu unosiły się kłęby dymu. Jeannie zaczęły łzawić oczy i przestała cokolwiek widzieć. Żałowała teraz, że nie wybiegła nago i nie zyskała tych kilku drogocennych sekund. Dżinsy nie pomagały jej wcale oddychać w gęstych oparach dymu. A to, czy ktoś jest nagi, czy ubrany, nie ma żadnego znaczenia w godzinie śmierci.

Stąpając korytarzem i wciąż wstrzymując oddech, macała drżącą ręką ścianę, żeby nie stracić orientacji. Bała się, że wpadnie na inne kobiety, ale wszystkie najwyraźniej znacznie ją wyprzedziły. Ściana się skończyła i Jeannie domyśliła się, że znajduje się w niewielkim hallu. Wciąż jednak widziała przed sobą wyłącznie kłęby dymu. Schody powinny być prosto przed nią. Ruszyła środkiem korytarza i wpadła na maszynę do coca-coli. Czy schody były teraz z lewej czy z prawej strony? Doszła do wniosku, że z lewej. Ruszyła w lewo i widząc przed sobą drzwi do męskiej szatni, zdała sobie sprawę, że popełniła błąd.

Nie mogła już dłużej wstrzymywać oddechu i zaczerpnęła z jękiem powietrza. Składało się głównie z dymu, który przyprawił ją o konwulsyjny kaszel. Nie widząc przed sobą własnych dłoni, zatoczyła się z powrotem na ścianę. Nozdrza płonęły jej, oczy łzawiły, a całe ciało modliło się o jeden haust powietrza, które przez dwadzieścia dziewięć lat uważała za coś raz na zawsze danego. Drepcząc wzdłuż ściany, trafiła ponownie na automat do coca-coli i obeszła go dookoła. A potem potknęła się o najniższy stopień i zorientowała się, że ma przed sobą schody. Wypuściła z ręki rakietę. To była szczególna rakieta – wygrała nią turniej Mayfair Challenge – ale zostawiła ją na podłodze i wspięła się na czworakach na górę.

Kiedy znalazła się w obszernym hallu na parterze, dym przerzedził się. Zobaczyła przed sobą otwarte drzwi budynku. Stojący tuż za nimi ochroniarz dawał jej energiczne znaki ręką. – Szybciej, szybciej! – wrzeszczał.

Kaszląc i słaniając się na nogach wybiegła na błogosławione świeże powietrze.

Przez następne dwie albo trzy minuty stała zgięta wpół na schodach, łapiąc kurczowo oddech i wydychając dym z płuc. Po jakimś czasie usłyszała dobiegające z oddali syreny karetek. Rozejrzała się dookoła, ale nigdzie nie widziała Lisy.

Nie została chyba w środku? Wciąż roztrzęsiona, ruszyła przez tłum, przyglądając się twarzom. Teraz, kiedy niebezpieczeństwo minęło, wszędzie słychać było nerwowe śmiechy. Ci, którym udało się zabrać torby, pożyczali garderobę tym, którzy mieli mniej szczęścia. Nagie dziewczyny przyjmowały z wdzięcznością przepocone i brudne podkoszulki przyjaciółek. Kilka osób zdążyło się tylko owinąć ręcznikami.

Lisy nie było w tłumie. Coraz bardziej zaniepokojona Jeannie wróciła do ochroniarza przy drzwiach.

– Wydaje mi się, że na dole została moja przyjaciółka – powiedziała, słysząc drżenie w swoim głosie.

– Ja tam nie pójdę – odparł szybko.

– Dzielny chłopak – prychnęła. Nie bardzo wiedziała, czego od niego oczekuje, nie spodziewała się jednak, że okaże się zupełnie bezużyteczny.

Ochroniarz spojrzał na nią z pretensją.

– To ich robota – stwierdził, pokazując nadjeżdżającą straż pożarną.

Jeannie zaczęła się obawiać o życie Lisy, nie miała jednak pojęcia, co robić. Patrzyła bezradnie, jak strażacy wyskakują ze swojego samochodu i zakładają aparaty tlenowe. Poruszali się jak muchy w smole i miała ochotę potrząsnąć nimi i krzyknąć, żeby się pospieszyli. Po chwili podjechał następny wóz strażacki i biały samochód z niebiesko-srebrnym paskiem baltimorskiej policji.

Strażacy wbiegli do środka, rozwijając wąż, a ich komendant podszedł do ochroniarza przy drzwiach.

– Gdzie zaczął się pożar? – zapytał.

– W damskiej szatni.

– Gdzie to jest dokładnie?

– W piwnicy, na tyłach budynku.

– Ile jest wyjść z podziemi?

– Tylko jedno. Schodami do hallu wejściowego – odparł ochroniarz.

– W kotłowni jest jeszcze drabina, która prowadzi do włazu z tyłu budynku – poprawił go stojący obok pracownik administracji.

Jeannie udało się zwrócić na siebie uwagę strażaka.

– Myślę, że tam na dole jest wciąż moja przyjaciółka.

– Jak wygląda?

– Niska blondynka, dwadzieścia cztery lata.

– Jeśli tam jest, na pewno ją znajdziemy.

Przez chwilę Jeannie poczuła się raźniej. A potem zdała sobie sprawę, że nie obiecał jej wcale, że znajdą ją żywą. Nigdzie nie widać było ochroniarza, który kręcił się w szatni.

– Na dole był jeszcze jeden ochroniarz – powiedziała, zwracając się do komendanta. – Nie ma go tutaj. Wysoki facet.

– W tym budynku nie ma więcej pracowników ochrony – stwierdził autorytatywnym tonem strażnik przy drzwiach.

– Miał na czapce napis SECURITY i mówił dziewczynom, żeby opuściły budynek.

– Nie obchodzi mnie, co miał na czapce – upierał się strażnik.

Na litość boską, niech pan się ze mną nie kłóci – zgromiła go Jeannie. – Może mi się przyśnił, ale jeśli nie, jego życie może być teraz w niebezpieczeństwie!

Obok nich stała dziewczyna w męskich spodniach khaki z podwiniętymi nogawkami.

– Widziałam tego faceta – wtrąciła. – Prawdziwy wieprz. Próbował mnie obmacywać.

– Proszę się nie – denerwować, znajdziemy wszystkich – powiedział strażak. – Dziękuję państwu za pomoc.

Jeannie piorunowała przez moment wzrokiem ochroniarza. Czuła, że komendant straży uznał ją za histeryczkę, bo wrzeszczała na tego głąba. Odwróciła się od nich z niesmakiem. Co miała teraz robić? Do środka wbiegali strażacy w hełmach i wysokich butach. Bosa, ubrana tylko w dżinsy i podkoszulek, nie miała tam czego szukać. Gdyby próbowała się do nich przyłączyć, wyrzuciliby ją z budynku. Zacisnęła pięści ze zdenerwowania. Skup się, dziewczyno! Gdzie jeszcze może być Lisa?

Nie opodal sali gimnastycznej stał gmach imienia Ruth W. Acorn, nazwany tak na cześć żony fundatora, określany jednak przez wszystkich, łącznie z pracownikami mieszczącego się tam wydziału psychologii, mianem Wariatkowa. Czy Lisa mogła tam pójść? W niedzielę drzwi były zamknięte, ale pewnie miała klucz. Mogła wbiec do środka, żeby poszukać jakiegoś fartucha, którym mogłaby się okryć, albo usiąść po prostu przy swoim biurku i ochłonąć. Jeannie postanowiła to sprawdzić. Wszystko było lepsze od stania w miejscu.

Pobiegła przez trawnik do głównego wejścia i zajrzała przez oszklone drzwi do środka. W hallu nie było nikogo. Wyjęła z kieszeni plastikową kartę, która służyła jako klucz, i wsunęła ją w otwór czytnika. Drzwi się otworzyły.

– Lisa! Jesteś tam?! – zawołała, biegnąc po schodach. Laboratorium było puste, krzesło Lisy dosunięte porządnie do jej biurka, komputer wyłączony. Jeannie zajrzała do damskiej toalety na końcu korytarza. Nikogo. – Niech to diabli! – zaklęła nerwowo. – Gdzie ona się podziała?

Zdyszana wybiegła na zewnątrz. Postanowiła obejść cały budynek sali gimnastycznej. Może Lisa siedzi gdzieś na trawie i próbuje złapać oddech. Z tyłu budynku, za wielkimi kontenerami na śmieci znajdował się mały parking. Zobaczyła biegnącą ścieżką, oddalającą się postać. Była wyższa od Lisy i dałaby sobie rękę uciąć, że to mężczyzna. To mógł być ten zagadkowy ochroniarz, ale nim zdążyła mu się lepiej przyjrzeć, zniknął za rogiem Związku Studentów.

Ruszyła dalej wokół budynku. Po drugiej stronie znajdowała się opustoszała teraz bieżnia. W końcu, zatoczywszy pełne koło, wróciła do głównego wejścia.

Tłum powiększył się, przybyły także kolejne samochody straży pożarnej i policji, ale nie widziała nigdzie Lisy. Wszystko wskazywało na to, że została w płonącym budynku. Jeannie ogarnęły złe przeczucia, ale nie zamierzała dawać za wygraną.

Spostrzegła oficera straży, z którym rozmawiała wcześniej, i złapała go za ramię.

– Jestem prawie pewna, że Lisa Hoxton jest w środku – oznajmiła zdecydowanym tonem. – Szukałam jej wszędzie i nie znalazłam.

Facet zmierzył ją uważnym spojrzeniem i uznał widać, że można jej ufać. Nie odpowiadając, przystawił do ust mikrotelefon.

– Szukajcie młodej białej kobiety, która jest podobno w budynku – powiedział. – Na imię ma Lisa, powtarzam, Lisa.

– Dziękuję – mruknęła Jeannie. Strażak ukłonił się lekko i odmaszerował.

Jeannie cieszyła się, że jej wysłuchał, ale trudno jej było usiedzieć w miejscu. Lisa mogła tam na próżno wołać o pomoc, zamknięta w toalecie albo osaczona przez płomienie. Mogła rozbić sobie głowę lub zatruć się czadem i leżała teraz gdzieś nieprzytomna, podczas gdy z każdą sekundą zbliżał się do niej ogień.

Przypomniała sobie pracownika administracji, który powiedział, że z piwnicy można się wydostać przez właz. Obchodząc budynek, w ogóle go nie zobaczyła. Postanowiła, że sprawdzi jeszcze raz, i pobiegła z powrotem na parking.

Tym razem dostrzegła go prawie natychmiast. Właz znajdował się tuż przy budynku i częściowo zasłaniał go szary chrysler new yorker. Stalowa klapa była otwarta i oparta o ścianę. Jeannie uklękła przy kwadratowym otworze i pochyliła się, żeby zajrzeć do środka.

Przymocowana do ściany drabina prowadziła do brudnego pomieszczenia, oświetlonego przez jarzeniówki. Wewnątrz unosiły się wstęgi dymu, ale nie było go zbyt dużo; kotłownia musiała być oddzielona od reszty podziemi. Mimo to zapach dymu przypomniał jej, jak krztusząc się i kaszląc szukała po omacku schodów. Poczuła, że bije jej szybciej serce.

– Jest tam kto? – zawołała. Wydawało jej się, że słyszy jakiś dźwięk, ale nie była pewna. – Hej! – zawołała głośniej. Żadnej odpowiedzi.

Zawahała się. Najrozsądniej byłoby wrócić do głównego wejścia i sprowadzić tutaj któregoś ze strażaków, ale to zajęłoby zbyt wiele czasu, zwłaszcza że zacząłby ją pewnie wypytywać. Mogła też zejść po drabinie i rozejrzeć się sama.

Myśl o wejściu z powrotem do budynku sprawiła, że zrobiło jej się słabo. Płuca wciąż bolały ją od spazmatycznego kaszlu. Ale tam na dole mogła być Lisa, ranna, nieprzytomna albo unieruchomiona przez jakąś belkę. Musiała to zrobić.

Postawiła stopę na szczeblu, ale prawie natychmiast ugięły się pod nią kolana i o mało nie wpadła do środka. Po chwili poczuła się lepiej i zeszła szczebel niżej, potem jednak wpadło jej do gardła trochę dymu i kaszląc głośno wdrapała się z powrotem na górę.

Kiedy kaszel ustał, spróbowała ponownie.

Postawiła stopę na pierwszym, potem na drugim szczeblu. Jeśli się zakrztuszę, powiedziała sobie, zaraz zwieję na górę. Trzeci szczebel był łatwiejszy, a potem poszło jej całkiem gładko i zeskoczyła na betonową podłogę.

Znajdowała się w dużym pomieszczeniu, w którym stały pompy i filtry, obsługujące prawdopodobnie basen. Odór dymu był silny, ale mogła normalnie oddychać.

Zobaczyła Lisę prawie od razu i serce zamarło jej w piersi.

Leżała na boku, zwinięta w kłębek. Była naga i na udzie miała plamę, która wyglądała jak krew. Nie poruszała się.

Przez krótką chwilę Jeannie sparaliżował strach.

– Lisa! – zawołała, próbując odzyskać zimną krew. Usłyszała w swoim głosie wysoki ton histerii i wzięła głęboki oddech. Proszę Cię, Boże, nie pozwól jej umrzeć. Omijając plątaninę rur, dotarła do przyjaciółki i uklękła na podłodze.

– Lisa?

Dziewczyna otworzyła oczy.

– Chwała Bogu – jęknęła Jeannie. – Myślałam, że nie żyjesz.

Lisa powoli usiadła. Nie patrzyła na Jeannie. Miała spuchnięte wargi.

– On mnie… zgwałcił – wyszeptała.

Ulga, jakiej doznała Jeannie, odnajdując ją żywą, ustąpiła miejsca kompletnemu osłupieniu.

– Mój Boże. Tutaj?

Lisa pokiwała głową.

– Powiedział, że wyprowadzi mnie na zewnątrz.

Jeannie zamknęła oczy. Wyobraziła sobie ból i upokorzenie Lisy, to uczucie, że jest się znieważoną, zbezczeszczoną i zbrukaną. W oczach stanęły jej łzy i za wszelką cenę starała się je zatrzymać. Przez moment było jej zbyt słabo i niedobrze, by mogła coś powiedzieć.

W końcu wzięła się w garść.

– Kto to był? – zapytała.

– Ochroniarz.

Ten z poplamioną chustką na twarzy?

– Potem ją zdjął. – Lisa odwróciła się na bok. – Bez przerwy się uśmiechał.

Wszystko było jasne. Dziewczyna w spodniach koloru khaki mówiła, że obmacywał ją jakiś ochroniarz. Strażnik przy drzwiach twierdził, że w budynku nie było innych pracowników ochrony.

To nie był żaden ochroniarz – oznajmiła Jeannie. Kilka minut temu widziała, jak się oddalał. Kiedy uświadomiła sobie, że zrobił tę straszną rzecz tutaj, na terenie uczelni, w budynku sali gimnastycznej, gdzie sądziły, że mogą się bezpiecznie przebrać i wziąć prysznic, ogarnęła ją ślepa furia. Miała ochotę pobiec za nim i zadusić gołymi rękoma.

Usłyszała wzrastające hałasy: wołania mężczyzn, ciężkie kroki i szum wody. Strażacy zeszli do podziemi.

– Słuchaj, grozi nam tutaj niebezpieczeństwo – powiedziała. – Musimy się stąd wydostać.

– Nie mam się w co ubrać – odparła matowym głosem Lisa.

Możemy tutaj zginąć!

– Nie martw się o ubranie, na zewnątrz wszyscy chodzą półnadzy. – Jeannie omiotła szybkim spojrzeniem kotłownię i zobaczyła leżącą za zbiornikiem czerwoną koronkową bieliznę Lisy. – Włóż majtki i stanik. Są brudne, ale lepsze to niż nic.

Lisa siedziała dalej na podłodze ze wzrokiem utkwionym w ścianie.

Jeannie starała się nie wpadać w panikę. Co zrobi, jeśli Lisa nie zechce się ruszyć? Zdoła ją prawdopodobnie podnieść, ale czy da radę wspiąć się z nią po drabinie?

– Szybko, wstawaj – powiedziała, podnosząc głos. Złapała, ją za ręce i podniosła z podłogi. Lisa spojrzała jej w końcu w oczy.

– Jeannie, to było straszne – szepnęła.

Przyjaciółka objęła ją ramieniem i mocno uścisnęła.

– Tak mi przykro, Lisa, naprawdę tak mi przykro – powiedziała.

Dymu wciąż przybywało mimo ciężkich drzwi. W jej sercu współczucie ustąpiło strachowi.

– Musimy się stąd wydostać. Pali się cały budynek. Ubieraj się, na litość boską.

Lisa ruszyła się w końcu z miejsca. Włożyła majtki i zapięła biustonosz. Jeannie wzięła ją za rękę, zaprowadziła do drabiny przy ścianie i puściła przodem. Kiedy zaczęła się za nią wspinać, drzwi otworzyły się z hukiem i stanął w nich w obłoku dymu jeden ze strażaków. Jego buty opływała struga wody. Wydawał się zaskoczony ich widokiem.

– Wszystko w porządku, wychodzimy tym włazem – zawołała do niego Jeannie. A potem ruszyła w ślad za Lisa.

Chwilę później obie były na zewnątrz, na świeżym powietrzu.

Jeannie poczuła olbrzymią ulgę: uratowała Lisę z pożaru. Ale teraz Lisa potrzebowała pomocy. Objęła ją ramieniem i zaprowadziła do głównego wejścia. Wzdłuż całej alejki zaparkowane były samochody straży i policji. Większość kobiet znalazła już coś, żeby się okryć, i Lisa rzucała się w oczy w samej czerwonej bieliźnie.

– Czy ktoś ma do pożyczenia jakieś spodnie albo cokolwiek? – pytała Jeannie, kiedy przeciskały się przez tłum. Ludzie pooddawali już wszystkie zapasowe ciuchy. Pożyczyłaby jej chętnie swój własny T-shirt, ale nie miała pod spodem biustonosza.

W końcu jakiś wysoki czarny chłopak zdjął koszulę z zapinanym kołnierzykiem i wręczył ją Lisie.

– Chcę ją mieć z powrotem, to autentyczny Ralph Lauren – powiedział. – Nazywam się Mitchell Waterfield, wydział matematyki.

– Na pewno nie zapomnę – odparła z wdzięcznością Jeannie.

Lisa włożyła koszulę. Sięgała jej prawie do kolan.

Jeannie czuła, że zaczyna powoli kontrolować sytuację. Ruszyła wraz z Lisa w stronę zaparkowanych pojazdów. Przy jednym z policyjnych samochodów stało bezczynnie, opierając się tyłkami o karoserię, trzech gliniarzy.

– Ta kobieta nazywa się Lisa Hoxton – powiedziała, zwracając się do najstarszego z nich, grubego białego mężczyzny z siwymi wąsami. – Została zgwałcona.

Oczekiwała, że wiadomość o popełnieniu poważnego przestępstwa wywrze na nich jakieś wrażenie, ale reakcja policjantów była zaskakująco bierna. Przez kilka sekund trawili bez słowa informację i Jeannie miała już ochotę na nich wrzasnąć, kiedy wąsacz wyprostował się i zapytał:

– Gdzie to się stało?

– W podziemiach płonącego budynku, w kotłowni.

– Ci strażacy zniszczą zaraz wszystkie dowody rzeczowe, sierżancie – zauważył młody czarny policjant.

– Masz rację – odparł starszy. – Lepiej tam idź, Lenny, i zabezpiecz miejsce przestępstwa. – Lennie ruszył szybkim krokiem do budynku. – Zna pani mężczyznę, który to zrobił, pani Hoxton? – zapytał sierżant.

Lisa potrząsnęła głową.

– To wysoki biały facet w czerwonej czapce z napisem SECURITY – powiedziała Jeannie. – Widziałam go w damskiej szatni zaraz po tym, jak wybuchł pożar, a potem chyba jeszcze raz, zanim znalazłam Lisę.

Gliniarz podszedł do samochodu, wyciągnął mikrofon i przez chwilę do niego przemawiał.

– Jeśli będzie na tyle głupi, żeby zachować tę czapkę, możemy go złapać – stwierdził. – Zawieź ofiarę do szpitala, McHenty – zwrócił się do trzeciego gliniarza.

McHenty był młodym białym mężczyzną w okularach.

– Chce pani siedzieć z tyłu czy z przodu?

Lisa nie odpowiedziała. Sprawiała wrażenie przestraszonej.

– Siądź z przodu, nie chcesz chyba wyglądać na podejrzaną – poradziła jej Jeannie.

Na twarzy Lisy odmalowało się przerażenie.

– Nie jedziesz ze mną? – zapytała, odzywając się po raz pierwszy od wyjścia z piwnicy.

– Jeśli chcesz, pojadę – odparła Jeannie, starając się jej dodać otuchy. – Ale może lepiej będzie, jak skoczę do domu, wezmę dla ciebie trochę ciuchów i spotkamy się w szpitalu.

Lisa spojrzała z niepokojem na McHenty'ego.

– Nic złego ci się nie stanie – powiedziała Jeannie.

McHenty otworzył drzwiczki i Lisa wsiadła do samochodu.

– Do jakiego jedziecie szpitala? – zapytała Jeannie.

– Santa Teresa – odparł, siadając za kierownicą.

– Będę tam za parę minut! – zawołała, kiedy samochód ruszył z miejsca.

Przebiegła truchtem przez parking, już teraz żałując, że nie pojechała razem z nimi. Siedząc na przednim fotelu, Lisa sprawiała wrażenie przestraszonej i zdruzgotanej. Z pewnością potrzebowała czystego ubrania, ale może jeszcze bardziej potrzebna jej była druga kobieta, która siedziałaby obok niej, trzymała za rękę i dodawała otuchy. Jazda sam na sam z uzbrojonym macho była prawdopodobnie ostatnią rzeczą, jakiej sobie w tym momencie życzyła. Wskakując do swojego mercedesa, Jeannie czuła, że dała plamę.

– Jezu, co za dzień – jęknęła, wyjeżdżając z piskiem opon z parkingu.

Mieszkała niedaleko uczelni, na pierwszym piętrze małego szeregowego domu. Zaparkowała na chodniku i wbiegła na górę.

Umyła szybko twarz i ręce, a potem rzuciła na łóżko stos czystych ubrań. Przez chwilę zastanawiała się, które z nich będą pasować na niską, krągłą przyjaciółkę. Wyciągnęła o numer na nią za dużą koszulkę polo i spodnie od dresu. Dobranie bielizny było nieco trudniejsze. Znalazła parę obszernych męskich szortów, ale żaden z biustonoszy nie wydawał się odpowiedni. Lisa będzie musiała się obejść bez stanika. Dorzuciła szmaciane buty, wpakowała wszystko do torby i wybiegła.

W drodze do szpitala, czuła, jak ogarnia ją gniew. Od wybuchu pożaru przez cały czas koncentrowała się na tym, co trzeba było zrobić; teraz dopiero uświadomiła sobie w pełni, co się stało. Lisa była szczęśliwą, wesołą dziewczyną, ale doznany wstrząs zmienił ją w zombie, w kogoś, kto bał się wsiąść do policyjnego samochodu.

Jadąc handlową ulicą, wypatrywała faceta w czerwonej czapce. Wyobrażała sobie, że jeśli go zobaczy, skręci samochodem na chodnik i rozjedzie na miazgę. Tak naprawdę jednak chyba by go nie rozpoznała. Musiał już dawno zdjąć chustkę, a prawdopodobnie także i czapkę. W co jeszcze był ubrany? Uświadomiła sobie z osłupieniem, że nie bardzo pamięta. Miał na sobie jakiś podkoszulek, niebieskie dżinsy, a może szorty. Tak czy owak zdążył się już pewnie przebrać, podobnie jak ona.

Właściwie mógł to być każdy wysoki biały mężczyzna, którego widziała na ulicy: dostarczający pizzę chłopak w czerwonej kurtce; łysawy facet idący ze swoją żoną do kościoła, z książeczką do nabożeństwa pod pachą; przystojny brodacz z futerałem od gitary; nawet gliniarz strofujący włóczęgę przed sklepem monopolowym. Nie mogąc wyładować dławiącej ją wściekłości, Jeannie zacisnęła palce na kierownicy, aż pobielały jej kłykcie.

Szpital Santa Teresa położony był niedaleko północnej granicy miasta. Jeannie zostawiła samochód na parkingu i znalazła izbę przyjęć. Ubrana w szpitalną koszulę Lisa leżała już na łóżku i gapiła się przed siebie. Telewizor z wyłączoną fonią pokazywał ceremonię wręczania nagród Emmy: setki ubranych w wieczorowe stroje hollywoodzkich znakomitości popijało szampana i składało sobie nawzajem gratulacje. McHenty siedział przy łóżku z notesem na kolanie.

Jeannie postawiła torbę na podłodze.

– Masz tu ubranie. Co się dzieje?

Lisa milczała, pogrążona w apatii. Jest w szoku, pomyślała Jeannie. Tłumi wzbierające w niej uczucia, starając się nie stracić nad sobą panowania. Ale w którymś momencie musi wyładować nagromadzony gniew. Eksplozja nastąpi prędzej czy później.

– Muszę ustalić podstawowe fakty – powiedział McHenty. – Czy mogłaby pani zostawić nas na kilka minut samych?

– Ależ oczywiście – odparła przepraszającym tonem Jeannie, ale potem spostrzegła wzrok Lisy i zawahała się. Kilka minut wcześniej przeklinała się za to, że zostawiła ją sam na sam z mężczyzną. Teraz chciała zrobić dokładnie to samo. – Chociaż z drugiej strony – dodała – być może Lisa woli, żebym została.

Lisa potwierdziła jej domniemanie, kiwając ledwo dostrzegalnie głową. Jeannie siadła przy łóżku i wzięła ją za rękę.

McHenty sprawiał wrażenie poirytowanego, ale nie protestował.

– Pytałem właśnie pannę Hoxton, w jaki sposób broniła się przed napastnikiem – wyjaśnił. – Czy krzyczałaś, Liso?

– Raz, kiedy rzucił mnie na podłogę – odparła cichym głosem. – Potem wyciągnął nóż.

McHenty przemawiał rzeczowym tonem, wpatrując się w swój notes.

– Czy próbowałaś z nim walczyć?

Lisa pokręciła głową.

– Bałam się, że mnie potnie.

– Więc tak naprawdę po tym pierwszym krzyku nie stawiałaś żadnego oporu?

Lisa potrząsnęła głową i zaczęła płakać. Jeannie ścisnęła jej rękę. Miała ochotę zapytać McHenty'ego: „A co, u diabła, miała robić?”, ale ugryzła się w język. Zdążyła już dzisiaj potraktować obcesowo chłopaka, który wyglądał jak Brad Pitt, pozwoliła sobie na obraźliwą uwagę o cyckach Lisy i objechała strażnika przy drzwiach. Wiedziała, że nie potrafi rozmawiać z przedstawicielami władzy i na pewno nie chciała nastawić do siebie wrogo tego policjanta, który wykonywał tylko swoją pracę.

– Czy tuż przed penetracją sprawca rozsunął ci nogi? – zapytał McHenty.

Jeannie skrzywiła się. Czyżby nie mieli na komendzie policjantek, które mogłyby zadawać tego rodzaju pytania?

– Dotknął mojego uda czubkiem noża – powiedziała Lisa.

– Czy cię skaleczył?

– Nie.

– Więc rozłożyłaś nogi własnowolnie?

– Jeśli podejrzany celuje z pistoletu do gliniarza, na ogół kładziecie go trupem, prawda? – wtrąciła się Jeannie. – Nazywa pan to własnowolnym użyciem broni?

McHenty posłał jej gniewne spojrzenie.

– Proszę zostawić to mnie. Czy odniosłaś w ogóle jakieś obrażenia? – zapytał, zwracając się ponownie do Lisy.

– Tak, krwawię.

– W wyniku wymuszonego stosunku?

– Tak.

– Gdzie dokładnie odniosłaś obrażenia?

Jeannie nie mogła tego dłużej wytrzymać.

– Może powinien to raczej ustalić lekarz?

McHenty spojrzał na nią, jakby była niespełna rozumu.

– Muszę to umieścić we wstępnym raporcie.

– W takim razie niech pan napisze, że w wyniku gwałtu odniosła wewnętrzne obrażenia.

– To ja prowadzę to przesłuchanie.

– A ja mówię, żeby nie przeciągał pan struny – oznajmiła Jeannie, przygryzając wargę, żeby nie krzyczeć. – Moja przyjaciółka jest w stresie i nie sądzę, żeby musiała opisywać panu swoje wewnętrzne obrażenia, kiedy i tak zaraz zbada ją lekarz.

McHenty był wściekły, ale nie dawał za wygraną.

– Zauważyłem, że nosisz czerwoną koronkową bieliznę, Liso. Nie sądzisz, że to mogło mieć jakiś wpływ na to, co ci się przydarzyło?

Lisa odwróciła wzrok. Jej oczy lśniły od łez.

– Gdybym zawiadomiła, że skradziono mojego czerwonego mercedesa – wtrąciła Jeannie – czy uważałby pan, że sprowokowałam złodzieja, jeżdżąc tak atrakcyjnym samochodem?

McHenty zignorował ją.

– Nie wydaje ci się, że mogłaś spotkać sprawcę już wcześniej, Liso?

– Nie.

– Ale w kłębach dymu nie widziałaś go chyba zbyt wyraźnie. A on miał zawiązaną na twarzy jakąś szarfę.

– Z początku prawie nic nie widziałam. Ale tam, gdzie… to zrobił, nie było tak dużo dymu. Widziałam go. – Lisa pokiwała głową. – Widziałam go – powtórzyła.

– Więc rozpoznasz sprawcę, jeśli go ponownie zobaczysz? Lisa zadrżała.

– Tak.

– Ale nigdy przedtem go nie widziałaś? W barze albo gdziekolwiek?

– Nie.

– Czy często chodzisz do barów, Liso?

– Jasne.

– Barów dla samotnych? Tego rodzaju lokali?

Jeannie nie mogła tego dłużej słuchać.

– Cóż to w ogóle za pytania?

Takie, jakie zadaje obrońca – odparł McHenty.

– Lisa nie jest na rozprawie! Nie jest sprawcą, ale ofiarą!

– Czy byłaś dziewicą, Liso?

Jeannie wstała z krzesła.

– Dosyć tego dobrego. Nie wierzę, żeby tak to powinno wyglądać. Nie wolno panu zadawać takich napastliwych pytań.

– Próbuję ustalić, czy jest wiarygodna – oświadczył, podnosząc głos McHenty.

– Godzinę po tym, jak została zgwałcona? Niech pan to sobie wybije z głowy!

– Robię to, co do mnie należy.

– Nie wierzę, żeby robił pan to, co do pana należy. Nie sądzę, żeby pan w ogóle wiedział, na czym polega pańska praca, McHenty.

Zanim policjant zdążył odpowiedzieć, do pokoju wszedł bez pukania lekarz. Był młody i sprawiał wrażenie zagonionego i zmęczonego.

– Czy to ten gwałt? – zapytał.

To jest pani Lisa Hoxton – oznajmiła lodowatym tonem Jeannie. – Owszem, została zgwałcona.

– Muszę zrobić wymaz z pochwy.

Był bezduszny, ale stwarzał przynajmniej pretekst, żeby pozbyć się McHenty'ego. Jeannie spojrzała na gliniarza. Nie ruszał się z miejsca, jakby miał zamiar obserwować pobranie wymazu.

– Zanim pan to zrobi, doktorze – powiedziała – być może posterunkowy McHenty zechce nas na chwilę opuścić.

Lekarz spojrzał na McHenty'ego. Gliniarz wzruszył ramionami i wyszedł.

Doktor ściągnął gwałtownym ruchem okrywające Lisę prześcieradło.

– Podciągnij koszulę i rozsuń szeroko nogi – polecił.

Lisa zaczęła płakać.

Jeannie nie mogła w to uwierzyć. Co się działo z tymi facetami?

– Przepraszam pana – odezwała się głośno.

Lekarz posłał jej niecierpliwe spojrzenie.

– Ma pani jakiś problem?

– Czy mógłby pan łaskawie zwracać się do niej trochę grzeczniej?

Na jego policzkach pojawiły się rumieńce.

– Mamy w tym szpitalu wiele osób, które doznały poważnych urazów i cierpią na zagrażające życiu choroby – oświadczył. – W tej chwili na izbie przyjęć leży troje dzieci, które wydobyto z rozbitego samochodu i które zapewne umrą. A pani skarży się, że nie jestem grzeczny dla dziewczyny, która poszła do łóżka z nieodpowiednim facetem?

Jeannie miała wrażenie, że ktoś zdzielił ją pałką w głowę.

– Poszła do łóżka z nieodpowiednim facetem? – powtórzyła.

Lisa usiadła na łóżku.

– Chcę iść do domu – powiedziała.

– Z tego co widzę, to chyba najlepszy pomysł – stwierdziła Jeannie. Rozsunęła zamek błyskawiczny torby i zaczęła wykładać garderobę na łóżko.

Doktora na chwilę zamurowało.

– Róbcie, jak chcecie – mruknął w końcu gniewnie i wyszedł.

Jeannie i Lisa spojrzały na siebie.

– Nie potrafię w to wszystko uwierzyć – powiedziała Jeannie.

– Dzięki Bogu, że już sobie poszli – szepnęła Lisa i wstała z łóżka.

Jeannie pomogła jej zdjąć szpitalną koszulę. Lisa włożyła szybko świeże ubranie i wsunęła na stopy szmaciane buty.

– Odwiozę cię do domu – oznajmiła Jeannie.

– Czy przenocujesz w moim mieszkaniu? – zapytała Lisa. – Nie chcę być dziś w nocy sama.

– Oczywiście. Z przyjemnością.

Za drzwiami czekał na nie McHenty. Nie był już taki pewny siebie. Być może zdał sobie sprawę, że w niewłaściwy sposób prowadził wywiad.

– Zostało mi jeszcze kilka pytań – oświadczył.

– Wyjeżdżamy – odparła spokojnym głosem Jeannie. – Lisa jest zbyt zdenerwowana, żeby mogła na nie teraz odpowiadać.

Gliniarz sprawiał wrażenie przestraszonego.

– Musi odpowiedzieć. Złożyła skargę.

– Nie zostałam zgwałcona – odezwała się Lisa. – To była pomyłka. Chcę wrócić do domu.

– Zdaje pani sobie sprawę, że może panią czekać kara za składanie fałszywych zeznań?

– Ta kobieta nie jest kryminalistką – stwierdziła gniewnie Jeannie. – Jest ofiarą przestępstwa. Jeśli pański szef zapyta, dlaczego wycofała skargę, niech pan powie, że zrobiła to, ponieważ była w brutalny sposób przesłuchiwana przez posterunkowego McHenty'ego z baltimorskiej policji. A teraz pan wybaczy, ale zabieram ją do domu. – Objęła ramieniem Lisę i ruszyła z nią w kierunku wyjścia.

– Co ja takiego zrobiłem? – mruknął, kiedy go mijały.

3

Berrington Jones przyjrzał się dwóm swoim starym przyjaciołom.

– Nie potrafię w to uwierzyć – stwierdził. – Zbliżamy się wszyscy trzej do sześćdziesiątki. Żaden z nas nie zarabiał nigdy więcej niż kilkaset tysięcy dolarów rocznie. Teraz zaoferowano każdemu z nas po sześćdziesiąt milionów… a my siedzimy tutaj i mówimy o odrzuceniu tej oferty!

– Nigdy nie zależało nam na pieniądzach – oznajmił Preston Barek.

– W dalszym ciągu tego nie rozumiem – dodał senator Proust. – Skoro należy do mnie jedna trzecia przedsiębiorstwa, które jest warte sto osiemdziesiąt milionów dolarów, jak to się stało, że wciąż jeżdżę trzyletnim crownem victoria?

Trzej mężczyźni byli właścicielami małej biotechnologicznej firmy, Genetico Incorporated. Preston zajmował się prowadzeniem interesu, Jim polityką, a Berrington zrobił karierę naukową. Przygotowywana transakcja była jednak dziełem tego ostatniego. W samolocie do San Francisco spotkał dyrektora generalnego niemieckiego konglomeratu farmaceutycznego Landsmann i zainteresował go złożeniem oferty. Teraz musiał przekonać swoich partnerów, aby ją zaakceptowali. Okazało się to trudniejsze, niż sądził.

Siedzieli w gabinecie domu w Roland Park, zamożnym przedmieściu Baltimore. Dom należał do Uniwersytetu Jonesa Fallsa i wynajmowano go zaproszonym profesorom. Berrington, który wykładał również w Berkeley w Kalifornii i na Harvardzie, mieszkał w nim przez sześć tygodni w roku, kiedy przebywał w Baltimore. W pokoju było mało należących do niego rzeczy: laptop, fotografia byłej żony i ich syna, a także stos egzemplarzy jego najnowszej książki Dziedzictwo przyszłości: Jak inżynieria genetyczna zmieni oblicze Ameryki. Telewizor z wyłączoną fonią pokazywał ceremonię wręczania nagród Emmy.

– Kliniki zawsze przynosiły pieniądze – stwierdził Preston Barek, szczupły poważny mężczyzna, jeden z najwybitniejszych naukowców swojego pokolenia, z wyglądu przypominający księgowego. Do Genetico należały trzy kliniki specjalizujące się w sztucznym zapłodnieniu, zabiegu, który zaczęto przeprowadzać dzięki pionierskim badaniom Prestona w latach siedemdziesiątych. – Zapłodnienie in vitro jest najszybciej rozwijającą się dziedziną amerykańskiej medycyny. Genetico pozwoli Landsmannowi wejść na nowy rynek. Chcą, żebyśmy przez następne dziesięć lat otwierali po pięć klinik rocznie.

– Jak to się stało, że nigdy nie zobaczyliśmy żadnych pieniędzy? – zapytał Jim Proust, łysiejący opalony mężczyzna z dużym nosem, na którym tkwiły okulary w grubych oprawkach. Jego brzydkie wyraziste rysy stanowiły prawdziwą uciechę dla karykaturzystów. Przyjaźnił się z Berringtonem od dwudziestu pięciu lat.

– Zawsze wydawaliśmy je na badania – odparł Preston. Genetico miało swoje własne laboratoria, a poza tym finansowało projekty badawcze na wydziałach biologii i psychologii różnych uniwersytetów. Kontaktami ze światem akademickim zajmował się Berrington.

– Nie rozumiem, dlaczego nie zdajecie sobie sprawy, że to nasza wielka szansa – oświadczył poirytowanym tonem.

– Włącz dźwięk, Berry – powiedział Jim, wskazując telewizor. – Jesteś na wizji.

Ceremonia wręczania nagród Emmy skończyła się i zaczął się program Larry'ego Kinga. Berrington był jego gościem. Nienawidził Kinga – facet był jego zdaniem zatwardziałym liberałem – ale występ w programie dawał mu szansę dotarcia do milionów Amerykanów.

Przyjrzał się sobie na ekranie i spodobało mu się to, co zobaczył. W rzeczywistości był niewysoki, ale telewizja sprawiała, że wszyscy wydawali się tego samego wzrostu. Granatowa marynarka wyglądała całkiem nieźle, błękitna koszula pasowała do jego oczu, a krawat w kolorze burgunda nie świecił na ekranie. Jeśli można było mieć do czegoś zastrzeżenia, to do jego srebrzystych włosów – wydawały się zbyt puszyste, niemal nastroszone; ktoś mógłby go wziąć za telewizyjnego kaznodzieję.

King, ubrany w swoje tradycyjne szelki, był w agresywnym nastroju i starał się go sprowokować.

– Swoją ostatnią książką wywołał pan kolejną burzę, profesorze, ale niektórzy uważają, że to, o czym pan pisze, to nie nauka, lecz polityka.

Słuchając swojej odpowiedzi, Berrington z zadowoleniem stwierdził, że jego głos brzmi łagodnie i rozsądnie.

– Próbuję tylko powiedzieć, że decyzje polityczne powinny opierać się na podstawach naukowych, Larry. Natura, pozostawiona samej sobie, faworyzuje dobre i zabija złe geny. Nasz system pomocy społecznej przeciwdziała naturalnej selekcji. W ten sposób wychowujemy pokolenie wybrakowanych Amerykanów.

Jim pociągnął łyk whisky.

– Dobre określenie – powiedział. – Pokolenie wybrakowanych Amerykanów. Nadaje się na cytat.

– Gdyby zwyciężyła pańska koncepcja – mówił na ekranie Larry King – co stałoby się z dziećmi biedoty? Głodowałyby, prawda?

Twarz Berringtona przybrała poważny wyraz.

– Mój ojciec zginął w tysiąc dziewięćset czterdziestym drugim roku, kiedy lotniskowiec Wasp został zatopiony przez japońską łódź podwodną koło Guadalcanal. Miałem wtedy pięć lat. Moja matka stawała na głowie, żeby mnie wychować i posłać do szkoły. Ja jestem dzieckiem biedoty, Larry.

Nie mijał się zbytnio z prawdą. Jego ojciec, genialny inżynier, zostawił matce niewielki dochód, wystarczający, żeby nie musiała pracować ani wychodzić powtórnie za mąż. Posłała Berringtona do drogich prywatnych szkół, a potem do Harvardu – ale rzeczywiście nie było jej łatwo.

– Nieźle się prezentujesz, Berry – stwierdził Preston – z wyjątkiem może tej fryzury w stylu country. – Najmłodszy z całej trójki, liczący pięćdziesiąt pięć lat Barek miał krótkie czarne włosy, które przylegały ściśle do czaszki.

Berrington chrząknął gniewnie. Odniósł to samo wrażenie, ale irytowało go, że wypowiedział je ktoś inny. Nalał sobie trochę więcej whisky. Pili nieblendowaną springbank.

– Stawiając rzecz na płaszczyźnie filozoficznej – mówił na ekranie Larry King – czym pańskie poglądy różnią się od tych, które prezentowali na przykład naziści?

Berrington wziął do ręki pilota i wyłączył telewizor.

– Zajmuję się tą problematyką od dziesięciu lat – stwierdził. – Trzy książki, setki występów w podobnych do tego dziadowskich talk-showach i czy coś się zmieniło? Kompletnie nic.

– Zmieniło się – powiedział Preston. – Dzięki tobie genetyka i problemy rasy znalazły się w centrum zainteresowania. Jesteś po prostu niecierpliwy.

– Niecierpliwy? – powtórzył poirytowany Berrington. – Żebyś wiedział, że jestem niecierpliwy. Za dwa tygodnie kończę sześćdziesiąt lat. Wszyscy się starzejemy. Nie zostało nam wiele czasu!

– On ma rację, Preston – stwierdził Jim Proust. – Nie pamiętasz, co się działo, kiedy byliśmy młodzi? Widzieliśmy, jak Ameryka schodzi na psy: Murzyni otrzymali równe prawa, kraj zalewali Meksykanie, najlepsze szkoły przyjmowały dzieci żydowskich komunistów, nasi synowie palili trawkę i uciekali przed poborem. I mieliśmy rację, chłopie! Popatrz, co zdarzyło się później! W naszych najgorszych koszmarach nie wyobrażaliśmy sobie, że nielegalny handel narkotykami stanie się jedną z najbardziej dochodowych dziedzin gospodarki i co trzecie dziecko będzie wychowywane przez matkę korzystającą z Medicaid. Jesteśmy jedynymi ludźmi, którzy mają odwagę stawić czoło tym problemom: my i kilka podobnie do nas myślących osób. Pozostali zamykają oczy i czekają na lepsze czasy.

W ogóle się nie zmienili, pomyślał Berrington. Preston był zawsze ostrożny i bojaźliwy, Jim bombastycznie pewny siebie. Znał ich obu od tak dawna, że spoglądał sympatycznym okiem nawet na ich wady. I przyzwyczaił się do roli moderatora, który prowadził ich środkowym kursem.

– Na jakim jesteśmy etapie z Niemcami, Preston? – zapytał. – Podaj nam szczegóły.

– Jesteśmy bardzo blisko sfinalizowania transakcji – stwierdził Preston. – Za tydzień, licząc od jutra, chcą ogłosić przejęcie firmy na specjalnej konferencji prasowej.

– Za tydzień? – powtórzył podekscytowany Berrington. – To wspaniale!

Preston potrząsnął głową.

– Muszę wam powiedzieć, że wciąż mam wątpliwości.

Berrington parsknął głośno.

– Przechodzimy teraz przez proces zwany otwarciem. Musimy pokazać nasze raporty finansowe księgowym Landsmanna i ujawnić wszystkie fakty mogące mieć wpływ na zmniejszenie się przyszłych zysków, takie na przykład jak dłużnicy, którzy mogą zbankrutować, albo toczące się przeciwko nam sprawy z powództwa cywilnego.

– Rozumiem, że nic takiego nam nie grozi – powiedział Jim.

Preston posłał mu znaczące spojrzenie.

– Wszyscy wiemy, że firma ma pewne sekrety.

W gabinecie zapadła cisza.

– Do diabła, przecież to było dawno temu – stwierdził w końcu Jim.

– I co z tego? Dowody na to, co zrobiliśmy, wciąż można zobaczyć gołym okiem.

– Ale nie ma sposobu, żeby w Landsmannie je poznali. Zwłaszcza w ciągu tygodnia.

Preston wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: „Kto wie?”

– Musimy podjąć ryzyko – oświadczył zdecydowanym tonem Berrington. – Zastrzyk kapitału, który otrzymamy z konglomeratu Landsmann, pozwoli na przyspieszenie naszego programu badań. Za parę lat będziemy mogli zaoferować zamożnym białym Amerykanom, którzy przyjdą do jednej z naszych klinik, idealne pod względem genetycznym dziecko.

– Jakie to ma znaczenie? – zapytał Preston. – Biedni będą nadal rozmnażali się szybciej niż bogaci.

– Zapominasz o programie politycznym Jima – zwrócił mu uwagę Berrington.

– Równa dla wszystkich dziesięcioprocentowa stopa podatkowa i przymusowe zastrzyki antykoncepcyjne dla kobiet korzystających z opieki społecznej – powiedział Jim Proust.

– Pomyśl o tym, Preston – dodał Berrington. – Idealne dzieci dla klasy średniej i sterylizacja dla biedoty. Moglibyśmy zacząć przywracać Ameryce właściwą równowagę rasową. O to nam w końcu zawsze chodziło. Od samego początku.

– Byliśmy wtedy wielkimi idealistami – mruknął Preston.

– Mieliśmy rację! – podkreślił Berrington.

– Tak, mieliśmy rację. Ale starzejąc się, coraz częściej myślę, że świat będzie się toczył dalej, jeśli nawet nie osiągnę wszystkiego, co planowałem, mając dwadzieścia pięć lat.

Tego rodzaju rozumowanie mogło zagrozić wielkim zamierzeniom.

– Ale my możemy osiągnąć to, co planowaliśmy – powiedział Berrington. – Wszystko, nad czym tak ciężko pracowaliśmy w ciągu ostatnich trzydziestu lat, jest teraz w zasięgu ręki. Ryzyko, które podjęliśmy we wczesnym okresie, wszystkie te lata badań, pieniądze, które wydaliśmy, wszystko to przyniesie w końcu spodziewane owoce. Nie trać nerwów w takiej chwili, Preston.

– Nie tracę nerwów, ale zwracam uwagę na stojące przed nami problemy – mruknął zrzędliwie Preston. – Jim może zaprezentować swój program polityczny, ale to wcale nie znaczy, że uda się go zrealizować.

– Do tego właśnie jest nam potrzebny Landsmann – stwierdził Jim. – Gotówka, którą dostaniemy za nasze udziały w firmie, pozwoli nam sięgnąć po największy laur.

– Co masz na myśli? – zapytał ze zdziwioną miną Preston. Berrington, który wiedział, o co chodzi, uśmiechnął się.

– Biały Dom – odparł Jim. – Mam zamiar wystartować w wyborach prezydenckich.

4

Kilka minut przed północą Steve Logan zaparkował starego zardzewiałego datsuna w okolicy Hollins Market, na zachód od śródmieścia Baltimore. Miał przenocować u swojego kuzyna Ricky'ego Menziesa, który studiował na Uniwersytecie Maryland i wynajmował pokój w wielkiej starej kamienicy, zamieszkanej w większości przez studentów.

Ricky był najbardziej zabawowym facetem, jakiego znał Steve. Lubił pić, balować i chodzić na tańce, i miał podobnych do siebie przyjaciół. Steve od dawna cieszył się na to spotkanie, ale kłopot z tym, że na zabawowiczach nie można polegać. W ostatniej chwili Ricky umówił się na randkę z dziewczyną i Steve spędził samotnie całe popołudnie.

Wysiadł z samochodu, trzymając w ręku małą sportową torbę z ubraniem na zmianę. Noc była ciepła. Zamknął samochód i podszedł do rogu. Grupka nastolatków, pięciu chłopaków i jedna dziewczyna, wszyscy czarni, stali przy sklepie wideo, paląc papierosy. Steve nie bał się ich, mimo że był biały: ze swoim starym samochodem i w spłowiałych dżinsach wyglądał jak swojak, a poza tym był o kilka cali wyższy od największego z nich.

– Chcesz kupić trochę trawki albo hery? – zapytał jeden z nich cicho, lecz wyraźnie, gdy ich mijał. Nie zwalniając kroku potrząsnął głową.

Z naprzeciwka zbliżała się bardzo wysoka czarna dziewczyna w krótkiej spódniczce i wysokich szpilkach. Miała zabójczą fryzurę, czerwoną szminkę na ustach i umalowane na niebiesko oczy. Nie potrafił od niej oderwać wzroku.

– Cześć, przystojniaku – odezwała się głębokim męskim barytonem, podchodząc bliżej i Steve zdał sobie sprawę, że to mężczyzna. Uśmiechnął się i ruszył dalej.

Usłyszał, jak dzieciaki na rogu pozdrawiają poufale transwestytę.

– Czołem, Dorothy!

– Się macie, chłopaki.

Chwilę później usłyszał pisk opon i obejrzał się przez ramię. Na rogu zatrzymał się biały policyjny samochód ze srebrno-błękitnym paskiem. Dwóch albo trzech nastolatków zniknęło w ciemnych zaułkach; reszta została. Z samochodu wysiedli, nie spiesząc się, dwaj policjanci. Widząc mężczyznę o imieniu Dorothy, jeden z nich splunął, trafiając prosto w czerwony but na wysokim obcasie.

Steve był wstrząśnięty. Gest policjanta był niczym nie uzasadniony i niepotrzebny. Transwestyta prawie nie zwolnił kroku.

– Pierdol się, dupku – mruknął pod nosem.

Powiedział to bardzo cicho, ale policjant miał dobry słuch.

Złapał Dorothy za ramię i pchnął go na szybę sklepu. Transwestyta zachwiał się na wysokich obcasach.

– Nie waż się do mnie tak nigdy mówić, gnoju – warknął gliniarz.

Steve był oburzony. Czego innego się spodziewał ten kretyn, plując facetowi na but?

Gdzieś w zakamarkach jego umysłu zabrzmiał dzwonek alarmowy. Nie wdawaj się w awanturę, Steve.

Drugi gliniarz stał, opierając się o samochód, z nieprzeniknioną twarzą.

– O co ci chodzi, bracie? – zapytał kokieteryjnym głosem transwestyta. – Przeszkadzam ci?

Gliniarz uderzył go w żołądek. Był zwalistym facetem i włożył w to uderzenie całą siłę. Dorothy zgiął się wpół, łapiąc kurczowo powietrze.

– Niech to diabli wezmą – mruknął Steve i zawrócił w stronę skrzyżowania.

„Co ty, do cholery, wyprawiasz, Steve?”

Dorothy wciąż stał pochylony przy szybie, z trudem oddychając.

– Dobry wieczór, panie władzo – odezwał się Steve.

Gliniarz zmierzył go wzrokiem.

– Spadaj, skurwielu – warknął.

– Nie – odparł Steve.

– Coś ty powiedział?

– Powiedziałem „nie”. Proszę zostawić tego człowieka w spokoju.

„Odejdź stąd, Steve, odejdź stąd, ty cholerny głupku”.

Jego postawa dodała odwagi nastolatkom.

– To prawda – stwierdził wysoki chudy chłopak z ogoloną głową. – Nie macie prawa znęcać się nad Dorothy. Nie naruszył żadnego paragrafu.

Gliniarz pogroził palcem chłopakowi.

– Powiedz jeszcze słowo, a zaraz sprawdzę, czy nie masz przy sobie towaru.

Chłopak spuścił oczy.

– Ten mały ma rację – ciągnął Steve. – Dorothy nie złamał prawa.

Gliniarz podszedł do niego bliżej. „Nie próbuj go uderzyć. Nie dotykaj go bez względu na to, co zrobi. Pamiętaj o Tipie Hendricksie”.

– Ślepy jesteś? – zapytał gliniarz.

– O co panu chodzi?

– Hej, Lenny, daj sobie siana – wtrącił się drugi policjant. – Jedźmy stąd.

Najwyraźniej czuł się nieswojo.

– Nie widzisz? – kontynuował Lenny, nie zwracając na niego uwagi. – Jesteś tutaj jedynym białym facetem. Nie należysz do tego miejsca.

– Ale byłem właśnie świadkiem przestępstwa.

Gliniarz stanął nieprzyjemnie blisko Steve'a.

– Chcesz się przejechać na posterunek? – zapytał. – Czy może wolisz dostać wpierdol tu na miejscu?

Steve nie chciał się przejechać na posterunek. Łatwo mogli podrzucić mu do kieszeni narkotyki albo pobić go i powiedzieć, że stawiał opór władzy. Steve studiował prawo; figurując w rejestrze skazanych, nie mógłby prowadzić praktyki. Żałował, że w ogóle się w to wplątał. Nie warto było ryzykować całej kariery tylko dlatego, że jakiś posterunkowy pastwił się nad transwestytą.

Mimo wszystko to nie było w porządku. Teraz ofiarą napaści padły dwie osoby, Dorothy i Steve. To gliniarz był tym, który łamał prawo. Steve nie mógł tak po prostu stąd odejść.

Spróbował jednak bardziej pojednawczego tonu.

– Nie chcę sprawiać żadnych kłopotów, Lenny – powiedział. – Może po prostu pozwolisz odejść Dorothy, a ja zapomnę, że widziałem, jak na niego napadłeś.

– Grozisz mi, ty fiucie?

„Jeden cios w żołądek, a potem dwa szybkie w głowę. Jeden, bo mu się należy, drugi na zapas. Gliniarz ległby na ziemi jak ochwacony perszeron”.

– Po prostu daję panu dobrą radę.

Facet najwyraźniej szukał draki. Steve nie miał pojęcia, w jaki sposób uniknąć konfrontacji. Modlił się, żeby transwestyta oddalił się, korzystając z tego, że Lenny odwrócony był do niego plecami, ale Dorothy obserwował całą scysję, masując obolały żołądek i delektując się furią gliniarza.

A potem uśmiechnęło się do niego szczęście. Nagle zagadało policyjne radio. Obaj funkcjonariusze zamarli w bezruchu i przez chwilę uważnie słuchali. Steve niewiele zrozumiał z potoku słów i cyfrowych kryptonimów, ale partner Lenny'ego nie miał wątpliwości, że to coś ważnego.

– Policjant ma kłopoty – stwierdził. – Zmywamy się stąd.

Lenny zawahał się. Wciąż wpatrywał się groźnie w Steve'a, w jego oczach ukazał się jednak cień ulgi. Może też był zadowolony, że zdołał jakoś wybrnąć z sytuacji, a kiedy się odezwał, w jego głosie zabrzmiała wyłącznie groźba.

– Zapamiętaj mnie sobie, bo ja na pewno cię nie zapomnę – powiedział, a potem usiadł koło kierowcy i zatrzasnął drzwi. Samochód odjechał.

Nastolatki zaczęły wiwatować i bić brawo.

– Kurczę – mruknął Steve. – To było nieprzyjemne. „To było również głupie. Wiedziałeś, czym się może skończyć.

Wiesz, jaki jesteś”. W tej samej chwili z naprzeciwka nadszedł jego kuzyn Ricky.

– Co się stało? – zapytał, spoglądając na znikający wóz patrolowy.

Transwestyta podszedł bliżej i położył obie ręce na ramionach Steve'a.

– Mój bohater – powiedział. – Mój John Wayne.

– Daj spokój – odparł zakłopotany Steve.

– Kiedy tylko będziesz miał ochotę trochę zaszaleć, wal do mnie jak w dym. Obsłużę cię za darmo.

– Dziękuję, ale nie skorzystam.

– Dałbym ci buziaka, ale widzę, że jesteś trochę nieśmiały, więc powiem jedynie do widzenia.

Transwestyta pomachał mu na pożegnanie dłonią z pomalowanymi na czerwono paznokciami i oddalił się.

– Do widzenia, Dorothy.

Ricky i Steve ruszyli w przeciwną stronę.

– Widzę, że masz już tutaj przyjaciół – stwierdził Ricky.

Steve roześmiał się z ulgą.

– O mało nie wpadłem w prawdziwe tarapaty – powiedział. – Jakiś durny gliniarz zaczął okładać tego faceta w minispódniczce, a ja byłem na tyle głupi, żeby się wtrącić.

Ricky posłał mu zdumione spojrzenie.

– Masz szczęście, że jeszcze tu jesteś.

– Wiem.

Doszli do kamienicy Ricky'ego i weszli do środka. W hallu unosił się zapach sera, a może kwaśnego mleka. Pomalowane na zielono ściany upstrzone były kolorowym graffiti. Ominęli przymocowane łańcuchem rowery i ruszyli w górę po schodach.

– Po prostu mnie to wkurza – denerwował się Steve. – Dlaczego ten łaps zdzielił Dorothy w brzuch? Facet lubi się malować i chodzić w spódnicy. Komu to przeszkadza?

– Masz rację.

– I czemu Lenny'emu wszystko uchodzi na sucho tylko dlatego, że nosi policyjny mundur? Policjanci powinni stawiać sobie wyższe wymagania, ponieważ zajmują uprzywilejowaną pozycję.

– Za bardzo na to nie licz.

– Z tego powodu właśnie chcę zostać prawnikiem. Żeby walczyć z takim draństwem. Masz jakiegoś bohatera, kogoś, na kim chciałbyś się wzorować?

– Czy ja wiem? Może Casanovę.

– Ja chciałbym być podobny do Ralpha Nadera. Jest prawnikiem. Zmierzył się z najpotężniejszymi korporacjami Ameryki i wygrał!

Ricky roześmiał się. Kiedy wchodzili do jego pokoju, objął ramieniem Steve'a.

– Mój kuzyn idealista – stwierdził.

– Odpuść sobie.

– Chcesz kawy?

– Jasne.

Pokój Ricky'ego był mały i nędznie umeblowany. Stało w nim wąskie łóżko, poobijane biurko, zapadnięta kanapa i wielki telewizor. Na ścianie wisiał plakat przedstawiający nagą kobietę z wpisanymi nazwami wszystkich kości ludzkiego szkieletu, poczynając od kości ciemieniowej czaszki aż po kości palców u stóp. W kącie stał klimatyzator, ale chyba nie działał.

Steve siadł na kanapie.

– Jak się udała randka? – zapytał.

– Nie tak upojna jak na reklamie. – Ricky nalał wody do czajnika. – Melissa jest słodka, ale nie wróciłbym tak wcześnie do domu, gdyby szalała na moim punkcie, tak jak sądziłem. A co u ciebie?

– Włóczyłem się trochę po kampusie Jonesa Fallsa. Elegancka szkoła. Spotkałem tam dziewczynę. – Na jej wspomnienie rozjaśniła mu się twarz. – Widziałem, jak gra w tenisa. Zupełnie niesamowita: wysoka, umięśniona, wysportowana jak wszyscy diabli. Serwowała, jakby strzelała z pieprzonej bazooki, mówię ci.

– Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś zakochał się w dziewczynie dlatego, że dobrze gra w tenisa. – Ricky uśmiechnął się. – Czy jest ładna?

– Ma bardzo wyrazistą urodę. – Steve miał ją teraz przed oczyma. – Ciemne piwne oczy, czarne brwi, fura ciemnych włosów… i delikatny srebrny kolczyk z lewej strony nosa.

– Nie żartuj. Niezwykła, prawda?

– Ty to powiedziałeś.

– Jak się nazywa?

– Nie wiem. – Steve smutno się uśmiechnął. – Spławiła mnie, nie zwalniając nawet kroku. Prawdopodobnie nie spotkam jej już nigdy w życiu.

Ricky nalał kawy do filiżanek.

– Może to i lepiej. Masz przecież stałą panienkę, prawda?

– Powiedzmy. – To, że tak łatwo zadurzył się w tej tenisistce, obudziło w nim poczucie winy. – Nazywa się Celinę. Razem studiujemy – dodał. Uczył się na wydziale prawa w Waszyngtonie.

– Śpisz z nią?

– Nie.

– Dlaczego?

– Nie czuję się aż tak bardzo związany.

Ricky nie krył zdziwienia.

– To język, którego nie znam. Musisz czuć się związany z dziewczyną, żeby ją przelecieć?

– Taki już jestem – odparł lekko zakłopotany Steve.

– Od urodzenia?

– Nie. W liceum robiłem wszystko, na co pozwalały mi dziewczyny. Tak jakby to były zawody albo coś w tym rodzaju. Bzykałem każdą dziewczynę, która gotowa była zdjąć majtki, ale tamto było wtedy, a to jest dzisiaj. Nie jestem już chyba małym chłopcem.

– Ile ty masz lat? Dwadzieścia dwa?

– Zgadza się.

– Ja mam dwadzieścia pięć, ale jestem chyba mniej dorosły od ciebie.

Steve wyczuł w głosie Ricky'ego urazę.

– Nie chciałem cię krytykować.

– Okay. – Ricky nie sprawiał wrażenia głęboko dotkniętego. – Co robiłeś, kiedy cię spławiła?

– Poszedłem do baru w Charles Village i zamówiłem parę piw i hamburgera.

– To przypomina mi, że jestem głodny. Chcesz coś do jedzenia?

– A co masz?

Ricky otworzył szafkę.

– Boo Berry, Rice Krispies i Count Chocula.

– Count Chocula brzmi zachęcająco.

Ricky postawił na stole głębokie talerze i mleko i obaj posilili się płatkami kukurydzianymi. Potem pozmywali naczynia i przygotowali sobie spanie. Steve położył się na kanapie w samych szortach; było za gorąco, żeby przykrywać się kocem. Ricky zajął łóżko.

– Co będziesz robił na Uniwersytecie Jonesa Fallsa? – zapytał.

– Poprosili mnie, żebym wziął udział w programie badawczym. Mam się poddać testom psychologicznym i tak dalej.

– Dlaczego akurat ty?

– Nie mam pojęcia. Powiedzieli, że stanowię ciekawy przypadek i że wyjaśnią mi wszystko, kiedy przyjdę.

– Dlaczego się zgodziłeś? Mnie wydaje się to po prostu stratą czasu.

Steve miał pewien szczególny powód, ale nie chciał o nim mówić Ricky'emu. Jego odpowiedź zawierała tylko część prawdy.

– Chyba z ciekawości. Czy ty nigdy nie zastanawiasz się nad sobą? Na przykład, jaki naprawdę jesteś i czego chcesz w życiu?

– Chcę być słynnym chirurgiem i zarabiać miliony dolców, powiększając kobiece piersi. Nie jestem chyba zbyt skomplikowany.

– Nie pytasz, po co to wszystko?

Ricky roześmiał się.

– Nie, Steve, nie pytam się. Ale ty to robisz. Zawsze byłeś myślicielem. Nawet kiedy byliśmy dziećmi, rozmyślałeś o Bogu i tego rodzaju sprawach.

To była prawda. Steve przeszedł przez fazę religijną w wieku trzynastu lat. Odwiedził kilka różnych kościołów, synagogę i meczet, i zadawał rozbawionym duchownym poważne pytania na temat wiary. Zaintrygowało to bardzo jego rodziców, którzy byli agnostykami.

– Zawsze wydawałeś się trochę inny – podjął Ricky. – Nigdy nie znałem nikogo, kto miałby tak dobre stopnie, w ogóle się nie ucząc.

To także była prawda. Steve zawsze bardzo szybko się uczył i bez trudu zajmował pierwsze miejsce w klasie. Czasami tylko, kiedy dokuczali mu inni, umyślnie popełniał błędy, żeby tak bardzo się nie wyróżniać.

Był jednak jeszcze jeden powód, dla którego ciekawiło go własne wnętrze. Ricky nie miał o nim pojęcia i nie znali go koledzy na wydziale prawa. Wiedzieli o nim tylko jego rodzice.

Steve o mało kogoś nie zabił.

Miał wtedy piętnaście lat; był wysoki, lecz chudy. Drużynie koszykówki z Hillsfield High udało się właśnie dotrzeć do półfinału mistrzostw miejskich, a on był jej kapitanem. Grali z bezwzględnymi ulicznymi zabijakami ze szkoły położonej w waszyngtońskich slumsach. Jeden z przeciwników, niejaki Tip Hendricks, faulował Steve'a podczas całego meczu. Był niezłym zawodnikiem, ale cały swój talent wykorzystywał, żeby grać nieczysto. Za każdym razem, kiedy mu się to udało, szczerzył zęby w uśmiechu, jakby chciał powiedzieć: „Znowu ci dowaliłem, palancie”. Steve był wściekły, ale musiał trzymać nerwy na wodzy. Tak czy owak grał źle i drużyna przegrała, tracąc szansę na zdobycie pucharu.

Tak się nieszczęśliwie złożyło, że Steve spotkał Tipa na parkingu, gdzie czekały autobusy, które miały zabrać zawodników z powrotem do ich szkół. Na domiar złego, jeden z kierowców zmieniał koło i na ziemi leżała jego torba z narzędziami.

Steve zignorował Tipa, ale ten rzucił w niego niedopałkiem papierosa. Pet wylądował mu na kurtce.

Ta kurtka znaczyła bardzo dużo dla Steve'a. Składał na nią pieniądze, zarobione w weekendy w McDonaldzie i kupił ją zaledwie dzień wcześniej. Była przepiękna: ze ściągaczem w pasie, uszyta z żółtej miękkiej skóry; teraz miała wypalony ślad dokładnie na piersi, gdzie wszyscy mogli go zobaczyć. Nadawała się tylko do wyrzucenia. Dlatego Steve uderzył go.

Tip walczył zażarcie, kopiąc i bijąc z głowy, ale wściekłość Steve'a była tak wielka, że prawie nie czuł uderzeń. Twarz Tipa była zalana krwią, gdy jego oczy padły na torbę z narzędziami. Złapał łyżkę do zdejmowania opon i dwukrotnie zdzielił nią Steve'a w twarz. Uderzenia naprawdę bolały i Steve wpadł w ślepą furię. Wyrwał łyżkę Tipowi – a potem nie pamiętał nic aż do momentu, kiedy ktoś krzyknął: „Jezu wszechmogący, on chyba nie żyje!” i zdał sobie sprawę, że stoi nad ciałem Tipa, z zakrwawionym żelazem w ręku.

Tip nie umarł. Zginął dwa lata później, zabity przez importera marihuany z Jamajki, któremu był winien osiemdziesiąt pięć dolarów. Ale Steve chciał go zabić, próbował go zabić. Nic go nie usprawiedliwiało: zadał pierwsze uderzenie i chociaż to Tip podniósł z ziemi łyżkę do zdejmowania opon, Steve uczynił z niej naprawdę krwawy użytek.

Skazano go na sześć miesięcy więzienia z zawieszeniem. Po procesie zmienił szkołę i jak zwykle zdał wszystkie egzaminy. Ponieważ w chwili popełnienia przestępstwa był młodociany, jego wyrok uległ zatarciu i nie przeszkodził mu w dostaniu się na wydział prawa. Dla mamy i taty całe wydarzenie było koszmarem, który szczęśliwie minął. Steve jednak nie pozbył się wątpliwości. Wiedział, że tylko łut szczęścia i odporność ludzkiego organizmu uchroniły go przed procesem o morderstwo. Tip Hendricks był istotą ludzką, a on o mało go nie zabił z powodu jakiejś głupiej kurtki. Przysłuchując się spokojnemu oddechowi śpiącego Ricky'ego, leżał z otwartymi oczyma na kanapie, zadając sobie pytanie: Kim jestem?

PONIEDZIAŁEK

5

– Spotkałaś kiedyś faceta, za którego chciałabyś wyjść za mąż? – zapytała Lisa.

Siedziały przy stole w jej mieszkaniu, popijając rozpuszczalną kawę. Wszystko było tu ładne, podobnie jak Lisa: kwiaty na obrazkach, porcelanowe bibeloty i pluszowy miś w muszce w czerwone grochy.

Lisa miała zamiar wziąć dzień wolny, ale Jeannie ubrała się do pracy w granatową spódniczkę i białą bawełnianą bluzkę. Czekał ją ważny dzień i była cała spięta. Do laboratorium przychodził pierwszy z badanych. Czy będzie pasował do jej teorii, czy też ją podważy? Pod koniec dnia okaże się, czy miała rację, czy też powinna zrewidować swoje koncepcje.

Mimo to nie zamierzała wychodzić wcześniej, niż to było absolutnie konieczne. Lisa była jeszcze bardzo roztrzęsiona. Jeannie zdawała sobie sprawę, że najlepiej byłoby posiedzieć z nią i pogadać o mężczyznach i seksie, jak to zawsze robiły: pomóc jej wrócić do normalności. Chętnie zostałaby z nią aż do południa, ale nie mogła. Naprawdę żałowała, że Lisa nie będzie jej mogła pomóc w laboratorium, ale to było wykluczone.

– Tak, raz – stwierdziła, odpowiadając na pytanie. – Znałam takiego faceta, za którego chciałam wyjść. Nazywał się Will Tempie. Był antropologiem. Wciąż jest.

Stanął jej teraz przed oczyma, wysoki mężczyzna z jasną bródką, ubrany w niebieskie dżinsy i sweter, dźwigający swój dziesięciobiegowy rower korytarzami uniwersytetu.

– Mówiłaś o nim już wcześniej – powiedziała Lisa. – Jaki był?

– Wspaniały. – Jeannie westchnęła. – Rozśmieszał mnie, opiekował się mną, kiedy byłam chora, prasował własne koszule i miał członek wielki jak koń.

Lisa nie uśmiechnęła się.

– Dlaczego nie jesteście razem?

Jeannie była we frywolnym nastroju, ale wspomnienie tego, co się stało, sprawiło jej ból.

– Zostawił mnie dla Georginy Tinkerton Ross. Z tych pittsburskich Tinkertonów Rossów – dodała, jakby to coś wyjaśniało.

– Jaka była?

Jeannie nie miała najmniejszej ochoty opowiadać, jaka była Georgina, ale wiedziała, że robiąc to, odwraca uwagę Lisy od tego, co stało się wczoraj.

– Idealna – powiedziała i natychmiast nie spodobał jej się gorzki sarkazm, który usłyszała w swoim głosie. – Truskawkowe włosy, figura jak klepsydra i upodobanie do kaszmirowych swetrów i butów z krokodylej skóry. Ptasi móżdżek, ale za to cholernie duży fundusz powierniczy.

– Kiedy to się stało?

– Will i ja mieszkaliśmy razem przez rok. Robiłam wtedy doktorat. – To był najszczęśliwszy okres w jej życiu. – Wyprowadził się, kiedy pisałam artykuł na temat dziedziczenia skłonności przestępczych. – Wybrałeś najlepszy moment, Will. Żałuję, że nie mogę nienawidzić cię jeszcze bardziej. – A potem Berrington zaoferował mi etat na Uniwersytecie Jonesa Fallsa i przyjechałam tutaj.

– Mężczyźni to dranie.

– Tak naprawdę Will nie jest draniem. To wspaniały facet. Zakochał się w kimś innym, to wszystko. Myślę, że poważnie się pomylił, dokonując tego wyboru. Ale nie byliśmy przecież małżeństwem. Nie złamał żadnych obietnic. Nie był nawet niewierny, z wyjątkiem tego jednego albo dwóch razów, zanim mi powiedział. – Jeannie uświadomiła sobie, że powtarza prawie słowo w słowo to, co mówił Will, próbując się przed nią tłumaczyć. – Nie wiem, może jednak był draniem.

– Może powinniśmy wrócić do czasów wiktoriańskich, kiedy mężczyzna, który pocałował kobietę, uważał się za zaręczonego. Dziewczyny wiedziały przynajmniej, na czym stoją.

W tym momencie perspektywy nawiązania przez Lisę bliższej znajomości z mężczyzną wydawały się dość nikłe, ale Jeannie nie powiedziała tego na głos.

– A ty? – zapytała. – Znalazłaś kiedyś kogoś, za kogo chciałabyś wyjść za mąż?

– Nie. Nigdy.

– Obie mamy wysokie wymagania. Nie martw się, kiedy pojawi się Ten Właściwy, od razu go poznasz.

Nagle, ku ich zaskoczeniu, zadzwonił domofon. Lisa podskoczyła w górę i uderzyła kolanem w stolik. Porcelanowy wazonik spadł na podłogę, tłukąc się na kawałki.

– Niech to diabli – mruknęła.

Wciąż była napięta jak struna.

– Posprzątam okruchy – powiedziała kojącym tonem Jeannie. – Zobacz, kto dzwoni.

Lisa podniosła słuchawkę domofonu. Przez jej twarz przebiegł cień i przez chwilę przyglądała się postaci na ekranie.

– Chyba tak – stwierdziła, naciskając guzik, który otwierał drzwi budynku.

– Kto to? – zapytała Jeannie.

– Detektyw z Wydziału Przestępstw Seksualnych.

Jeannie obawiała się już wcześniej, że policja przyśle kogoś, kto będzie chciał namówić Lisę do współpracy. Była zdecydowana do tego nie dopuścić. Kolejne natrętne pytania mogły tylko zaszkodzić przyjaciółce.

– Dlaczego nie powiedziałaś mu, żeby się odpierdolił?

– Może dlatego, że to czarna kobieta.

– Serio?

Lisa pokiwała głową.

Sprytne zagranie, pomyślała Jeannie, zgarniając na dłoń okruchy porcelany. Gliniarze domyślali się, że ona i Lisa są do nich wrogo nastawione. Gdyby wysłali białego detektywa, mógł nie przestąpić progu budynku. Wyznaczyli więc do sprawy czarną funkcjonariuszkę wiedząc, że dwie białe dziewczyny z klasy średniej będą starały się być wobec niej ujmująco grzeczne. Jeśli facetka spróbuje wywierać jakąś presję, i tak ją wyrzucę, pomyślała Jeannie.

Policjantka była zażywną kobietą z walizeczką w ręku i kolorową jedwabną chustką na szyi. Miała na sobie elegancką kremową bluzkę.

– Jestem sierżant Michelle Delaware – przedstawiła się. – Mówią na mnie Mish.

Jeannie zastanawiała się, co jest w walizeczce. Detektywi noszą na ogół broń, nie papiery.

– Doktor Jean Ferrami – powiedziała. Kiedy zanosiło się na awanturę, zawsze przedstawiała się z tytułem. – A to jest Lisa Hoxton.

– Przede wszystkim chcę powiedzieć, że bardzo nam przykro z powodu tego, co wydarzyło się wczoraj, pani Hoxton – zaczęła policjantka. – Mój wydział ma do czynienia średnio z jednym gwałtem dziennie i każdy z nich jest straszliwą tragedią i powoduje głęboki uraz u ofiary. Wiem, że pani cierpi, i rozumiem to.

No no, pomyślała Jeannie, brzmi to zupełnie inaczej niż wczoraj.

– Staram się o tym zapomnieć – powiedziała pewnym głosem Lisa, ale zdradziły ją napływające do oczu łzy.

– Czy mogę usiąść?

– Oczywiście.

Policjantka usiadła przy kuchennym stole.

Jeannie uważnie jej się przyjrzała.

Pani podejście różni się od tego, jakie zaprezentował wczoraj ten policjant – stwierdziła.

Mish kiwnęła głową.

– Przepraszam również za to, jak potraktował panią posterunkowy McHenty. Podobnie jak wszyscy funkcjonariusze, przeszedł szkolenie, jak postępować z ofiarami gwałtu, najwyraźniej jednak zapomniał wszystkiego, czego się nauczył. Wstyd mi za całą naszą komendę.

– Czułam się tak, jakby ktoś mnie ponownie gwałcił – powiedziała przez łzy Lisa.

– To się już więcej nie zdarzy – stwierdziła Mish i w jej głosie zabrzmiał gniew. – To jest powód, dla którego tak wiele spraw o gwałt ląduje w szufladzie z napisem „Umorzone”. Dzieje się tak nie dlatego, że kobiety składają kłamliwe zeznania, lecz dlatego, że wymiar sprawiedliwości traktuje je tak brutalnie, iż wycofują skargę.

– Wierzę pani – mruknęła Jeannie. Wiedziała, że musi być ostrożna; Mish mogła przemawiać jak siostra, ale była przede wszystkim policjantką.

Mish wyjęła z torebki wizytówkę.

– To jest numer ośrodka dla ofiar gwałtu i maltretowanych dzieci – powiedziała. – Wcześniej czy później każda ofiara potrzebuje pomocy.

W tej chwili pragnę jedynie zapomnieć – stwierdziła Lisa, ale wzięła wizytówkę.

Mish pokiwała głową.

– Niech pani posłucha i schowa tę kartkę do szuflady. Pani uczucia będą przechodzić przez różne fazy i po jakimś czasie może pani dojrzeć do tego, żeby skorzystać z porady.

– Dobrze.

Jeannie uznała, że Mish zasłużyła sobie na trochę grzeczniejsze traktowanie.

– Napije się pani kawy? – zapytała.

– Z miłą chęcią.

– Zrobię świeżej – powiedziała Jeannie, po czym wstała i nalała wody do ekspresu.

– Pracujecie panie razem? – zapytała Mish.

– Tak – odparła Jeannie. – Badamy bliźniaki.

– Bliźniaki?

– Odnotowujemy podobieństwa i różnice i próbujemy stwierdzić, w jakim stopniu zależą one od genów, a w jakim od sposobu, w jaki je wychowywano.

– Jaka jest twoja rola w tym wszystkim, Liso?

– Odnajduję bliźnięta, które powinno się poddać badaniom.

– W jaki sposób?

– Zaczynam od rejestrów, które w większości stanów są jawne. Bliźnięta stanowią średnio jeden procent urodzeń, trafiamy więc na nie w co setnym sprawdzanym świadectwie. W dokumencie jest data i miejsce urodzenia. Robimy jego kopię i zaczynamy poszukiwania.

– Jak to wygląda?

– Mamy na CD-romie wszystkie amerykańskie książki telefoniczne. Korzystamy również z rejestrów praw jazdy i agencji kredytowych.

– Zawsze odnajdujecie bliźniaki?

– Skądże. Nasza skuteczność zależy od ich wieku. Udaje nam się zlokalizować dziewięćdziesiąt procent dziesięciolatków, ale tylko pięćdziesiąt procent osiemdziesięciolatków. Jeśli chodzi o starszych ludzi, istnieje większe prawdopodobieństwo, że zmienili miejsce zamieszkania lub nazwisko, albo zmarli.

Mish spojrzała na Jeannie.

– A potem pani ich bada.

– Specjalizuję się w identycznych bliźniakach, które były oddzielnie wychowywane. O wiele trudniej je zlokalizować powiedziała Jeannie. Nalała kawy Mish i postawiła na stole dzbanek. Jeśli ta policjantka miała zamiar wziąć w obroty Lisę, najwyraźniej jej się nie spieszyło.

Mish wypiła łyk kawy.

– Czy w szpitalu brała pani jakieś leki? – zapytała Lisę.

– Nie, nie byłam tam długo.

– Powinni zaproponować pani tabletkę, którą zażywa się po stosunku. Nie chce pani chyba zajść w ciążę.

Lisa zadrżała.

– Oczywiście, że nie. Zastanawiam się, co mam z tym zrobić.

– Niech pani idzie do swojego lekarza. Powinien pani dać tę tabletkę, chyba że ma obiekcje natury religijnej. Niektórzy katoliccy lekarze mają z tym problemy. W takim wypadku ośrodek poleci pani innego lekarza.

– Jak dobrze jest porozmawiać z kimś, kto się na tym wszystkim zna – stwierdziła Lisa.

– Pożar nie był przypadkowy – kontynuowała Mish. – Rozmawiałam z komendantem straży. Ktoś rozpalił ogień w magazynku po drugiej stronie korytarza i odkręcił przewody wentylacyjne, żeby dym dostał się do szatni. Tak naprawdę gwałcicieli nie interesuje seks; najbardziej podnieca ich strach. Dlatego myślę, że pożar stanowił część fantazji tego drania.

Jeannie nie wzięła tego wcześniej pod uwagę.

– Myślałam, że to po prostu cwaniak, który wykorzystał pożar.

Mish pokręciła głową.

– Gwałty, w których sprawca wykorzystuje sytuację, zdarzają się podczas randki, kiedy facet widzi, że dziewczyna jest zbyt naćpana lub pijana, żeby się bronić. Ale mężczyźni, którzy gwałcą nieznajome, są inni. To organizatorzy. Wyobrażają sobie całe wydarzenie, a potem planują, jak je zrealizować. Mogą być bardzo sprytni. To sprawia, że są jeszcze bardziej niebezpieczni.

Jeannie poczuła, jak ogarnia ją gniew.

– O mało nie zginęłam w tym cholernym pożarze – stwierdziła.

– Czy nie mylę się, sądząc, że nie widziała pani tego mężczyzny nigdy przedtem? – zapytała Mish, zwracając się do Lisy. – Był zupełnie obcy?

– Wydaje mi się, że widziałam go godzinę wcześniej. Kiedy byłam na treningu z drużyną hokeja na trawie, zwolnił koło nas samochód i kierowca zaczął się nam przypatrywać. Mam wrażenie, że to był on.

– Co to za samochód?

– Stary, jestem tego pewna. Biały, przerdzewiały. Chyba datsun.

Jeannie myślała, że Mish zapisze to w notesie, ale ona nie przerywała rozmowy.

– Odnoszę wrażenie, że mamy do czynienia z inteligentnym i bezwzględnym zboczeńcem, który zrobi wszystko, aby urzeczywistnić swoje fantazje – powiedziała.

– Powinno się go zamknąć do końca życia – stwierdziła z goryczą Jeannie.

Mish postanowiła wyciągnąć swoją atutową kartę.

– Ale nie zamkniemy go – odparła. – Jest wolny. I zrobi to ponownie.

– Skąd pani to może wiedzieć? – zapytała ze sceptycyzmem Jeannie.

– Większość gwałcicieli to recydywiści. Jedynym wyjątkiem jest facet, który wykorzystuje dziewczynę podczas randki; ktoś taki może to zrobić tylko raz w życiu. Ale mężczyźni, którzy gwałcą nieznajome, robią to wielokrotnie… aż do momentu kiedy uda się ich aresztować. – Mish spojrzała Lisie prosto w oczy. – Za siedem do dziesięciu dni mężczyzna, który panią zgwałcił, podda tym samym torturom inną kobietę… chyba że go wpierw złapiemy.

– O mój Boże – westchnęła Lisa.

Jeannie domyślała się, do czego zmierza Mish. Tak jak przewidywała, policjantka próbowała namówić Lisę, żeby ta pomogła jej w identyfikacji przestępcy. W dalszym ciągu gotowa była interweniować, gdyby Mish wywierała nacisk na Lisę, ale nie mogła nie zgodzić się z tym, co policjantka teraz mówiła.

– Potrzebna nam jest próbka jego DNA – powiedziała Mish.

Lisa skrzywiła się z niesmakiem.

– Ma pani na myśli jego spermę.

– Tak.

Lisa potrząsnęła głową.

– Wzięłam prysznic, wykąpałam się i jeszcze raz wzięłam prysznic. Mam nadzieję, że nic z niego we mnie nie pozostało.

Mish nie dawała za wygraną.

– Ślady spermy pozostają w ciele kobiety przez czterdzieści osiem do siedemdziesięciu dwu godzin po stosunku. Musimy zrobić wymaz z pochwy, wyczesanie włosów łonowych i badanie krwi.

– Doktor, z którym miałyśmy do czynienia w Santa Teresa, był prawdziwym dupkiem – stwierdziła Jeannie.

Mish pokiwała głową.

– Lekarze nie lubią zajmować się ofiarami gwałtu. Potem muszą zeznawać w sądzie i tracą czas i pieniądze. Przede wszystkim jednak nie powinna pani jechać do Santa Teresa. To jeden z wielu błędów, które popełnił McHenty. W tym mieście ośrodki badające urazy o podłożu seksualnym działają w trzech szpitalach. Santa Teresa do nich nie należy.

– Gdzie pani chce, żebym pojechała? – zapytała Lisa.

– W szpitalu Mercy istnieje specjalny zespół dochodzeniowy do spraw urazów o podłożu seksualnym.

Jeannie pokiwała głową. Mercy był dużym śródmiejskim szpitalem.

– Zajmie się tam panią pielęgniarka zespołu. Została specjalnie wyszkolona, czego nie można powiedzieć o lekarzu, którego widziała pani wczoraj i który najprawdopodobniej i tak nie zrobiłby tego, jak trzeba.

Mish nie darzyła najwyraźniej lekarzy wielkim szacunkiem.

Otworzyła swoją walizeczkę i zaciekawiona Jeannie pochyliła się do przodu. W środku był laptop. Mish podniosła górną część i włączyła go.

– Mam tutaj pogram, który nazywa się E-FIT. Electronic Facial Identification Technique, czyli Elektroniczna Technika Identyfikacji Twarzy. Lubimy skróty – stwierdziła, uśmiechając się półgębkiem. – Właściwie opracował go pewien detektyw ze Scotland Yardu. Program umożliwia sporządzenie portretu pamięciowego bez udziału rysownika.

Lisa spojrzała na Jeannie.

– Jak myślisz?

– Nie pozwól, żeby cię do czegokolwiek zmuszano – powiedziała Jeannie. – Pomyśl o sobie. Masz prawo odmówić. Rób to, co uważasz za słuszne.

Mish spiorunowała ją wzrokiem.

– Nikt nie wywiera na panią presji – zapewniła Lisę. – Jeśli chce pani, żebym wyszła, nie ma sprawy. Ja do niczego pani nie zmuszam, ja proszę. Chcę złapać tego gwałciciela i potrzebuję pani pomocy. Bez pani nie mam żadnej szansy.

Jeannie spojrzała na nią z podziwem. Mish kontrolowała przebieg całej rozmowy, od momentu gdy weszła do mieszkania, nie uciekała się jednak przy tym do manipulacji ani do nacisku. Wiedziała, o czym mówi, i wiedziała, czego chce.

– Sama nie wiem – mruknęła Lisa.

– Może rzuci pani po prostu okiem na ten program – zaproponowała Mish. – Jeśli to panią zdenerwuje, przerwiemy. Jeśli nie, będę miała przynajmniej portret mężczyzny, którego szukam. Potem, kiedy skończymy, zdecyduje pani, czy chce jechać do Mercy.

– Dobrze – odparła po krótkim wahaniu Lisa.

– Pamiętaj, że jeśli się źle poczujesz, możesz w każdej chwili przerwać – przypomniała jej Jeannie.

– Na początek postaramy się ustalić podstawowe cechy twarzy. Portret nie będzie go zbytnio przypominał, ale posłuży nam jako podstawa. Potem dopracujemy szczegóły. Chcę, żeby przypomniała pani sobie twarz sprawcy i powiedziała mi, jakie są jej najważniejsze cechy. Proszę się nie spieszyć.

Lisa zamknęła oczy.

– Jest białym mężczyzną mniej więcej w moim wieku – stwierdziła. – Ma krótkie włosy, nieokreślonego koloru. Oczy jasne, chyba niebieskie. Prosty nos…

Mish używała myszy. Jeannie stanęła z tyłu, żeby widzieć ekran. Program pracował pod Windowsami. W prawym górnym rogu widniała twarz podzielona na osiem części. Kiedy Lisa wymieniała kolejne cechy, Mish podświetlała fragment twarzy, otwierała menu i wybierała z niego odpowiednie opcje: krótkie włosy, jasne oczy, prosty nos.

– Podbródek raczej kwadratowy – kontynuowała Lisa. – Nie ma brody ani wąsów. Jak mi idzie?

Mish kliknęła myszą i na ekranie ukazał się cały portret: twarz białego trzydziestoletniego mężczyzny o regularnych rysach. Tak mogły wyglądać twarze tysiąca ludzi. Policjantka odwróciła komputer, żeby Lisa mogła zobaczyć efekt swojej pracy.

– Teraz będziemy stopniowo zmieniać szczegóły. Najpierw pokażę pani tę twarz z różnymi czołami i liniami włosów. Proszę mówić tylko „tak”, „nie” albo „być może”. Gotowa?

– Jasne.

Mish kliknęła myszą. Twarz na ekranie zmieniła się i nagle na czole ukazały się zakola.

– Nie – powiedziała Lisa.

Mish kliknęła ponownie. Tym razem nad czołem pokazała się równo przycięta grzywka w stylu Beatlesów.

– Nie.

Po następnym kliknięciu włosy układały się falami.

– Coś w tym rodzaju – stwierdziła Lisa. – Ale wydaje mi się, że miał przedziałek.

Teraz włosy były kędzierzawe.

– Tak jest lepiej niż poprzednio. Ale włosy są za ciemne.

– Po sprawdzeniu wszystkich wariantów – oznajmiła Mish – wrócimy do tych, które wydały się pani najbardziej trafione, i wybierzemy najlepsze. A kiedy będziemy miały całą twarz, będziemy mogły użyć retuszu: rozjaśnić trochę albo przyciemnić włosy, przesunąć przedziałek, odmłodzić lub dodać lat całej twarzy.

Jeannie była zafascynowana, ale mogło to potrwać godzinę, może dwie, a ona musiała iść do pracy.

– Muszę już lecieć – powiedziała. – Dobrze się czujesz, Liso?

– Dobrze – odparła Lisa i Jeannie widziała, że mówi prawdę. Może będzie dla niej lepiej, jeśli zaangażuje się w ściganie tego faceta. Zerknęła na Mish i zobaczyła błysk triumfu w jej oczach. Czy na pewno miałam rację, zastanawiała się, traktując ją wrogo i starając się chronić Lisę? Mish potrafiła zdobyć sympatię swojego rozmówcy. Znała wszystkie właściwe słowa. Mimo to najważniejsze było dla niej ujęcie gwałciciela, a nie udzielenie pomocy Lisie. Lisa w dalszym ciągu potrzebowała prawdziwej przyjaciółki, kogoś, kto miałby na uwadze głównie jej dobro.

– Zadzwonię do ciebie – obiecała.

Lisa uściskała ją.

– Nie wiem, jak ci się odwdzięczę za to, że ze mną zostałaś – stwierdziła.

– Miło było panią poznać – oświadczyła Mish, wyciągając rękę.

Jeannie uścisnęła ją.

– Życzę powodzenia. Mam nadzieję, że go złapiecie.

– Ja też – odparła Mish.

6

Steve zaparkował samochód na dużym studenckim parkingu w południowo-zachodniej części stuakrowego kampusu. Dochodziła dziesiąta i wszędzie widać było ubranych w letnie stroje studentów, podążających na pierwszy tego dnia wykład. Idąc alejką, wypatrywał wczorajszej tenisistki. Szansę na to, że ją zobaczy, były nikłe, ale mimo to wodził wzrokiem za każdą wysoką ciemnowłosą kobietą, sprawdzając, czy nie ma kolczyka w nosie.

Wydział psychologii mieścił się w nowoczesnym trzypiętrowym budynku wzniesionym z tej samej czerwonej cegły, co inne gmachy utrzymane w bardziej tradycyjnym stylu. Steve podał swoje nazwisko w hallu i skierowano go do laboratorium.

W ciągu kilku następnych godzin przeszedł więcej badań, niż wydawało mu się to w ogóle możliwe. Zważono go, zmierzono i pobrano odciski palców. Pracownicy naukowi, laborantki i studenci sfotografowali jego uszy, zbadali siłę uścisku i ocenili wrażliwość emocjonalną, pokazując mu zdjęcia ofiar pożaru i okaleczonych ciał. Zadawano mu pytania dotyczące jego zainteresowań i poglądów religijnych, jego dziewczyn i aspiracji zawodowych. Musiał powiedzieć, czy potrafi naprawić dzwonek przy drzwiach, czy uważa się za człowieka wykształconego, czy uderzyłby swoje dziecko i czy pewnego rodzaju muzyka nasuwa mu na myśl obrazy lub zmieniające się kolory. Na razie nikt jednak nie wyjawił mu, dlaczego stał się obiektem badań.

Nie był sam. W laboratorium były również dwie małe dziewczynki i facet w kowbojskich butach, dżinsach i kraciastej koszuli. W południe wszyscy zebrali się w sali klubowej z sofami i telewizorem i zjedli na lunch pizzę. Dopiero wtedy Steve zorientował się, że mężczyzn w kowbojskich butach jest dwóch: byli bliźniakami ubranymi tak samo.

Przedstawił się i dowiedział, że kowboje nazywają się Benny i Arnold, a małe dziewczynki Sue i Elizabeth.

– Zawsze ubieracie się tak samo? – zapytał mężczyzn, kiedy jedli.

Spojrzeli jeden na drugiego, a potem Benny odpowiedział:

– Nie wiem. Dopiero się spotkaliśmy.

– Jesteście bliźniakami i dopiero się spotkaliście?

– Po urodzeniu zostaliśmy obaj zaadoptowani. Przez dwie różne rodziny.

– I przypadkowo ubraliście się tak samo?

– Na to wygląda.

– Poza tym obaj jesteśmy stolarzami – dodał Arnold. – Obaj palimy papierosy marki Camel Lights i obaj mamy dwójkę dzieci, chłopaka i dziewczynkę.

– Obie dziewczynki mają na imię Caroline – powiedział Benny – ale mój chłopak nazywa się John, a jego Richard.

– Chciałem, żeby nazywał się John – wyjaśnił Arnold – ale żona uparła się przy Richardzie.

– Niesamowite – zdziwił się Steve. – Nie można przecież odziedziczyć upodobania do cameli.

– Kto to może wiedzieć.

– A gdzie jest twój bliźniak? – zapytała Steve'a jedna z dziewczynek, Elizabeth.

– Nie mam bliźniaka – odparł. – To tym się tutaj zajmują? Badaniem bliźniaków?

– Tak – poinformowała go Elizabeth. – Sue i ja jesteśmy dwujajowe.

Steve podniósł brew. Mała nie wyglądała na więcej niż jedenaście lat.

– Nie jestem pewien, czy wiem, co to znaczy – powiedział.

– Nie jesteśmy identyczne. Rozwinęłyśmy się z dwu odrębnych jaj. Dlatego różnimy się wyglądem. Benny i Arnold są jednojajowi – dodała, wskazując kowbojów. – Mają takie samo DNA. Dlatego są do siebie tacy podobni.

– Widzę, że świetnie się w tym orientujesz – stwierdził Steve. – Jestem pod wrażeniem.

– Byłyśmy tu już przedtem – wyjaśniła.

Drzwi za Steve'em się otworzyły i Elizabeth podniosła wzrok.

– Dzień dobry, doktor Ferrami – powiedziała. Steve odwrócił się i zobaczył wczorajszą tenisistkę.

Jej muskularne ciało okrywał sięgający kolan biały laboratoryjny fartuch, ale podchodząc do nich, poruszała się jak sportsmenka. Na jej twarzy wciąż malowało się skupienie i koncentracja, które tak urzekły go na korcie. Gapił się na nią, nie mogąc uwierzyć we własne szczęście.

Doktor Ferrami pozdrowiła dziewczynki i przedstawiła się pozostałym. Kiedy podawała rękę Steve'owi, w jej oczach ukazało się zaskoczenie.

– A więc to pan jest Steve Logan – powiedziała.

– Świetnie gra pani w tenisa – odparł.

– Wczoraj przegrałam – stwierdziła siadając. Gęste ciemne włosy spadały jej luźno na ramiona i w bezlitosnym świetle jarzeniówek Steve dostrzegł, że ma już kilka siwych. Zamiast srebrnego kolczyka w nosie miała dzisiaj prosty złoty sztyfcik. Była umalowana i maskara pod oczyma sprawiała, że jej spojrzenie wydawało się jeszcze bardziej hipnotyczne.

Podziękowała wszystkim za to, że poświęcają swój cenny czas dla dobra nauki, zapytała, czy smakowała im pizza, i po kilku dalszych uprzejmościach odesłała dziewczynki i kowbojów na popołudniową serię badań.

A potem usiadła obok Steve'a, który nie potrafił się oprzeć wrażeniu, że jest z jakiegoś powodu zakłopotana. Wyglądało to prawie tak, jakby miała mu do przekazania złą wiadomość.

– Na pewno zastanawia się pan, o co tutaj chodzi – powiedziała.

– Myślałem, że wybrano mnie, ponieważ zawsze tak dobrze radziłem sobie w szkole.

– Nie – odparła. – To prawda, osiąga pan bardzo wysokie wyniki we wszystkich testach na inteligencję. W gruncie rzeczy szkolne oceny nie oddają w pełni pańskich zdolności. Pański iloraz inteligencji wykracza poza skalę. Był pan prawdopodobnie najlepszy w klasie, nie przykładając się przy tym szczególnie do nauki. Mam rację?

– Tak. Ale nie dlatego tutaj się znalazłem?

– Nie. Celem naszych badań jest określenie, w jakim stopniu charakter człowieka jest zdeterminowany jego genetycznym dziedzictwem. Czy to DNA decyduje, że jesteśmy inteligentni, agresywni, romantyczni, wysportowani? Czy też ważniejsze jest wychowanie? – W miarę jak zagłębiała się w temat, znikało jej początkowe zakłopotanie. – A jeśli wpływ mają oba czynniki, jak na siebie oddziaływają?

– To stara kontrowersja – stwierdził Steve. Uczęszczał na zajęcia z filozofii i od dawna fascynował go ten dylemat. – Czy jestem taki, jaki jestem, dlatego że taki się urodziłem? Czy też stanowię produkt wychowania i społeczeństwa, w którym dorastałem? Natura czy środowisko? – dodał, przypominając sobie antynomię, która wyrażała w skrótowej formie cały spór.

Doktor Ferrami pokiwała głową i jej długie włosy zafalowały ciężko niczym ocean. Steve zastanawiał się, jakie są w dotyku.

– Staramy się odpowiedzieć na to pytanie w ściśle naukowy sposób – podjęła. – Otóż identyczne bliźniaki mają takie same geny; dokładnie takie same. Bliźnięta dwujajowe mają inne geny, ale wychowywane są na ogół w tym samym środowisku. Badamy jedne i drugie, a potem porównujemy je z bliźniakami, które wychowywano oddzielnie, i oceniamy, jak bardzo są do siebie podobne.

Steve zastanawiał się, co to ma z nim wspólnego. Zastanawiał się, także, ile lat może mieć Jeannie. Kiedy patrzył, jak biegała wczoraj po korcie z włosami schowanymi pod czapką, uznał, że jest w jego wieku; teraz widział, że zbliża się do trzydziestki. Nie zmieniło to uczuć, jakie do niej żywił, nigdy dotąd nie zafascynowała go jednak tak dojrzała kobieta.

– Gdyby środowisko miało większy wpływ – kontynuowała – bliźniaki wychowywane razem byłyby bardzo podobne, a te wychowywane oddzielnie zupełnie inne, bez względu na to, czy są jedno – czy dwujajowe. Jest jednak odwrotnie. Jedno-jajowe bliźnięta są identyczne niezależnie od tego, kto je wychował. Wychowywane oddzielnie jednojajowe są do siebie bardziej podobne niż wychowywane razem dwujajowe.

– Tak jak Benny i Arnold?

– Właśnie. Widzi pan, jacy są do siebie podobni, mimo że dorastali w innych rodzinach. To typowe. Zbadaliśmy na naszym wydziale ponad sto par wychowywanych oddzielnie jednojajowych bliźniąt. Z tych dwustu osób, dwie były poetami z dorobkiem publikacyjnym i stanowiły parę bliźniaków. Dwie inne były zawodowo związane z domowymi zwierzętami: treser psów oraz hodowca… i również okazały się bliźniakami. Mieliśmy dwóch muzyków: nauczyciela gry na fortepianie i gitarzystę… oni też byli bliźniakami. To tylko najbardziej wymowne przykłady. Jak miał pan się okazję przekonać dziś rano, mierzymy w sposób naukowy różne komponenty osobowości, iloraz inteligencji oraz wymiary ciała. Wyniki wykazują, że bliźnięta jednojajowe mają prawie identyczne dane bez względu na to, jak zostały wychowane.

– Podczas gdy Sue i Elizabeth dość znacznie różnią się od siebie.

– Racja. Mimo że miały tych samych rodziców, dorastały w tym samym domu, chodziły do tej samej szkoły, podobnie się odżywiały i tak dalej. Zgaduję, że Sue milczała przez cały lunch, ale Elizabeth opowiedziała panu całe swoje życie.

– Dokładnie rzecz biorąc, wytłumaczyła mi, co znaczy słowo „dwujajowe”.

Doktor Ferrami roześmiała się, pokazując białe zęby i kawałek różowego języka i to, że zdołał ją rozśmieszyć, sprawiło Steve'owi niezmierną radość.

– Jeszcze jednak nie wyjaśniła mi pani, dlaczego się tu znalazłem – powiedział.

Na jej twarzy znowu ukazało się zakłopotanie.

– To trochę trudne – stwierdziła. – Coś takiego nigdy mi się jeszcze nie przydarzyło.

Nagle zrozumiał. To było oczywiste, ale tak zaskakujące, że wpadł na to dopiero teraz.

– Uważa pani, że mam bliźniaka, o którym nic nie wiem? – zapytał z niedowierzaniem.

– Nie potrafię przygotować pana stopniowo na tę wiadomość – odparła z wyraźnym smutkiem. – To prawda, tak uważamy.

– Rany boskie. – Poczuł zawrót głowy; ciężko było przyjąć to do wiadomości.

– Naprawdę bardzo mi przykro.

– Nie ma pani chyba za co przepraszać.

– Owszem, mam. Normalnie ludzie wiedzą, że są bliźniakami, zanim do nas przyjdą. Ostatnio jednak wprowadziłam nowy system pozyskiwania osób, które możemy poddać badaniom, i pan jest pierwszy. Właściwie to, że nie wie pan o istnieniu brata bliźniaka, potwierdza w istotny sposób trafność mojej metody. Nie przewidziałam tylko, że ludzie mogą doznać szoku, kiedy przekażemy im tę wiadomość.

– Zawsze chciałem mieć brata – szepnął Steve. Był jedynakiem i urodził się, kiedy rodzice zbliżali się do czterdziestki. – To brat, prawda?

– Tak. Jesteście identyczni.

– Identyczny brat bliźniak – wymamrotał Steve. – Ale jak to się stało, że nic o tym nie wiem?

Jeannie nie wiedziała, gdzie ma podziać oczy.

– Niech pani zaczeka, sam zgadnę – powiedział. – Mogłem zostać adoptowany.

Jeannie pokiwała głową.

Ta możliwość jeszcze bardziej nim wstrząsnęła: mogło się okazać, że mama i tato nie są jego rodzicami.

– Albo adoptowano mojego brata. Tak.

– A może adoptowano nas obu, tak jak Benny'ego i Arnolda.

– Może adoptowano was obu – powtórzyła z powagą, wpatrując się w niego uważnie swoimi ciemnymi oczyma. Mimo osłupienia, w które wpadł, nie mógł nie spostrzec, że jest urocza. Chciał, żeby patrzyła tak na niego przez całą wieczność.

– Z mojego doświadczenia wynika – powiedziała – iż jeśli nawet badana osoba nie wie, że ma bliźniaka, zdaje sobie sprawę, że została adoptowana. Mimo to powinnam się była domyślić, iż w pana sytuacji będzie inaczej.

– Nie mogę uwierzyć, że mama i tato ukrywali przede mną fakt adopcji – stwierdził z bólem Steve. – To zupełnie nie w ich stylu.

– Proszę opowiedzieć mi coś o swoich rodzicach.

Wiedział, że Jeannie wyciąga go na zwierzenia, by szybciej doszedł do siebie, ale wcale mu to nie przeszkadzało. Zebrał powoli myśli.

– Mama jest kimś wyjątkowym. Na pewno pani o niej słyszała, nazywa się Lorraine Logan.

– Autorka rubryki dla samotnych serc?

– Zgadza się. Jej teksty ukazują się w czterystu gazetach, napisała sześć książek o kobiecym zdrowiu. Jest bogata i sławna i zasłużyła sobie na to.

– Dlaczego pan tak uważa?

– Naprawdę obchodzą ją ludzie, którzy do niej piszą. Odpowiada na tysiące listów. Wie pani, jej respondenci chcą, żeby dokonała cudu: zlikwidowała nie chciane ciąże, zniechęciła ich dzieci do narkotyków, zmieniła damskich bokserów w miłych i pomocnych mężów. Mama zawsze daje im wszystkie potrzebne informacje i powtarza, że to do nich należy decyzja o tym, co mają robić, i że powinni zaufać swoim uczuciom i nie ulegać naciskowi innych. To dobra filozofia.

– A ojciec?

– Tato sprawia wrażenie całkiem zwyczajnego faceta. Jest pułkownikiem i pracuje w Pentagonie. Zajmuje się kontaktami z prasą, pisze przemówienia dla generałów, tego rodzaju rzeczy.

– Lubi dyscyplinę?

Steve uśmiechnął się.

– Ma silnie rozwinięte poczucie obowiązku. Ale nie jest gwałtownym człowiekiem. Widział różne rzeczy w Azji, zanim się urodziłem, ale nigdy o nich nie opowiadał.

– Czy trzeba było pana trzymać krótko?

Steve roześmiał się.

– Przez całą szkołę byłem najbardziej niesfornym uczniem. Wiecznie wpadałem w kłopoty.

– Z jakiego powodu?

– Nie przestrzegałem regulaminu. Biegałem po korytarzu. Nosiłem czerwone skarpetki. Żułem gumę w klasie. Kiedy miałem trzynaście lat, całowałem Wendy Prasker za regałem szkolnej biblioteki.

– Dlaczego?

– Bo była taka ładna.

Jeannie ponownie się roześmiała.

– Pytałam, dlaczego nie przestrzegał pan regulaminu?

– Nie potrafiłem po prostu być posłuszny – odparł, potrząsając głową. – Przepisy wydawały mi się głupie, nudziły mnie. Chcieli wywalić mnie ze szkoły, ale zawsze miałem dobre stopnie i byłem kapitanem jakiejś drużyny: futbolu, koszykówki, baseballu, lekkiej atletyki. Nie bardzo rozumiem sam siebie. Czy jestem szurnięty?

– Każdy jest na swój sposób szurnięty.

– Chyba tak. Dlaczego nosi pani kolczyk w nosie?

Podniosła ciemne brwi, jakby chciała powiedzieć: „To ja zadaję tutaj pytania”, lecz nie uchyliła się od odpowiedzi.

– W wieku czternastu lat zostałam punkową: zielone włosy, podarte pończochy i tak dalej. Przekłuty nos stanowił część tego wszystkiego.

– Ale gdyby pani nie wkładała potem kolczyka, otwór dawno by zarósł.

– Wiem. Zachowałam go, ponieważ uważam, że życie bez odrobiny szaleństwa jest śmiertelnie nudne.

Steve uśmiechnął się. Mój Boże, podoba mi się ta kobieta, pomyślał, jeśli nawet jest dla mnie za stara. A potem przypomniał sobie, czego się od niej przed chwilą dowiedział.

– Skąd pani jest taka pewna, że mam brata bliźniaka?

– Opracowałam program komputerowy, który wertuje archiwa medyczne i inne bazy danych w poszukiwaniu par. Jednojajowe bliźnięta mają takie same fale mózgowe, takie same elektrokardiogramy, takie same linie papilarne i zęby. Przeczesałam dane firmy ubezpieczeniowej, zawierające zdjęcia zębów i znalazłam mężczyznę, którego wymiary uzębienia są dokładnie takie same jak pańskie.

– Nie brzmi to zbyt przekonująco.

– Może i nie, chociaż nawet plomby ma w tych samych miejscach co pan.

– Co to za facet?

– Nazywa się Dennis Pinker.

– Gdzie teraz przebywa?

– W Richmond w stanie Wirginia.

– Widziała się z nim pani?

– Jutro jadę do Richmond, żeby się z nim spotkać. Poddam go tym samym badaniom i pobiorę próbkę krwi, żebyśmy mogli porównać jego DNA z pańskim. Wtedy będziemy wiedzieli na pewno.

Steve zmarszczył brwi.

– Czy w ramach genetyki jest jakaś dziedzina, którą się pani szczególnie interesuje?

Tak. Specjalizuję się w problemach przestępczości. Interesuje mnie, czy jest dziedziczna. Steve pokiwał głową.

– Rozumiem. Co on takiego przeskrobał?

– Słucham?

– Co takiego zrobił Dennis Pinker?

– Nie wiem, o co panu chodzi.

– Jedzie pani do niego zamiast poprosić go tutaj, więc domyślam się, że nie przebywa na wolności.

Jeannie zaczerwieniła się lekko, jakby złapał ją na oszustwie. Z zarumienionymi policzkami wyglądała jeszcze seksowniej.

Tak, ma pan rację.

– Za co go wsadzili?

– Za morderstwo – odparła po krótkim wahaniu.

– Jezu! – Odwrócił od niej wzrok, próbując to jakoś przyswoić. – Nie tylko mam identycznego brata bliźniaka, ale jest w dodatku mordercą. Jezu Chryste!

– Przykro mi. Źle to rozegrałam. Jest pan pierwszą osobą z tej grupy badanych.

– Rany boskie. Przyjechałem tutaj, mając nadzieję, że lepiej się poznam, lecz dowiedziałem się chyba więcej, niż chciałem. – Jeannie nie wiedziała i nie miała prawa się dowiedzieć, że o mało nie zabił Tipa Hendricksa.

– Jest pan dla mnie bardzo ważny.

– Jak to?

– Chodzi generalnie o to, czy skłonności przestępcze są dziedziczne. Opublikowałam artykuł, w którym twierdzę, że pewien typ osobowości, na który składa się impulsywność, śmiałość, agresywność i hiperaktywność, jest co prawda dziedziczny, ale to, czy obdarzony tymi cechami człowiek zostanie, czy też nie zostanie przestępcą, zależy od tego, jak postępują z nim rodzice. Żeby udowodnić moją teorię, muszę znaleźć parę identycznych bliźniaków, z których jeden jest kryminalistą, a drugi przestrzegającym prawa obywatelem. Pan i Dennis jesteście moją pierwszą parą: on siedzi za kratkami, a pan, proszę mi wybaczyć, jest żywym wcieleniem amerykańskiego ideału. Jeśli chce pan znać prawdę, jestem tak podniecona, że ledwie mogę usiedzieć na miejscu.

Kiedy usłyszał, że jest tak podniecona, iż nie może usiedzieć na miejscu, jemu też zabiło szybciej serce. Odwrócił od niej wzrok z obawy, że zdradzi się ze swoimi uczuciami. To, co mu przekazała, było jednak boleśnie niepokojące. Miał takie samo DNA jak morderca. Kim w takim razie był?

Drzwi za Steve'em otworzyły się i Jeannie podniosła wzrok.

– Cześć, Berry – powiedziała. – Steve, chciałabym ci przedstawić profesora Berringtona Jonesa, szefa zespołu badającego bliźnięta.

Profesor był niskim, dobiegającym sześćdziesiątki mężczyzną o srebrzystych włosach. Miał na sobie elegancki drogi garnitur z szarego irlandzkiego tweedu i czerwoną muszkę w białe grochy i wyglądał, jakby właśnie wyszedł od krawca. Steve oglądał go kilka razy w telewizji, powtarzającego, że Ameryka schodzi na psy. Jego poglądy wcale mu się nie podobały, ale ponieważ był dobrze wychowany, wstał z krzesła i podał mu rękę.

Berrington Jones zastygł w bezruchu, jakby zobaczył ducha.

– Wielki Boże! – jęknął i pobladła mu twarz.

– Berry! Co się stało? – zapytała doktor Ferrami.

– Czy zrobiłem coś złego? – zdziwił się Steve.

Profesor w ogóle się nie odzywał. Opanował się dopiero po dłuższej chwili.

– Przepraszam, to nic takiego – stwierdził, lecz wciąż sprawiał wrażenie głęboko wstrząśniętego. – Chodzi o to, że nagle coś sobie uświadomiłem… coś, o czym zapomniałem… a co może mieć fatalne następstwa. Wybaczcie państwo. – Zawrócił do drzwi, wciąż mrucząc: – Jeszcze raz przepraszam, wybaczcie.

Kiedy wyszedł, Steve spojrzał na doktor Ferrami.

Jeannie wzruszyła ramionami i rozłożyła bezradnym ruchem ręce.

– Nie mam najmniejszego pojęcia, co mu się stało – powiedziała.

7

Berrington siedział przy swoim biurku, z trudem oddychając.

Zajmował duży narożny gabinet, ale jego wnętrze było prawdziwie spartańskie: plastikowe płytki podłogowe, białe ściany, praktyczne szafki, tanie półki na książki. Uczeni nie powinni opływać w zbytki. Na ekranie jego komputera widać było obracający się powoli łańcuch DNA, skręcony w słynny kształt podwójnej spirali. Nad biurkiem wisiały fotografie przedstawiające go razem z Geraldem Riviera, Newtem Gingrichem i Rushem Limbaughem. Z okna widać było budynek sali gimnastycznej, zamknięty po wczorajszym pożarze. Na korcie po drugiej stronie alejki dwaj chłopcy grali w tenisa mimo upału.

Berrington pomasował oczy.

– Niech to wszyscy diabli – zaklął soczyście.

To on namówił Jean Ferrami, żeby się tutaj przeniosła. Jej artykuł na temat przestępczości otwierał nowe horyzonty poznawcze, skupiając uwagę na kryminogennych komponentach charakteru. Dla Genetico była to kwestia o pierwszorzędnym znaczeniu. Berrington chciał, żeby Ferrami kontynuowała badania pod jego egidą. Przekonał władze uniwersytetu, żeby dały jej etat i załatwił w Genetico fundusze na badania.

Z jego pomocą mogła dokonać wielkich rzeczy, a to, że przyjechała z prowincjonalnej uczelni, budziło jeszcze większy podziw dla jej osiągnięć. Pierwsze cztery tygodnie pobytu doktor Ferrami na uczelni potwierdziły jego przewidywania. Zabrała się szybko do roboty i badania ruszyły pełną parą. Większość ludzi polubiła ją, chociaż potrafiła być niesympatyczna: laborantka z końskim ogonem, której wydawało się, że będzie mogła dalej zbijać bąki, już na drugi dzień została przywołana ostro do porządku.

Sam Berrington był nią kompletnie oczarowany. Jeannie fascynowała go zarówno pod względem fizycznym, jak i intelektualnym. Był rozdarty między ojcowską potrzebą otoczenia ją opieką i silnym pragnieniem nawiązania romansu.

A teraz coś takiego!

Uspokoiwszy oddech, podniósł telefon i zadzwonił do Prestona Barcka. Był jego najstarszym przyjacielem: poznali się na Massachusetts Institute of Technology w latach sześćdziesiątych, kiedy Berrington robił doktorat z psychologii, a Preston był wybitnym młodym embriologiem. Ze swymi krótko obciętymi włosami i w tweedowych garniturach obaj uważani byli w tamtej rozpasanej epoce za dziwaków. Wkrótce odkryli, że mają podobne poglądy na wiele rzeczy: nowoczesny jazz był pomyłką, marihuana pierwszym krokiem na drodze do heroiny, a Barry Goldwater jedynym uczciwym politykiem w Ameryce. Ich przyjaźń okazała się trwalsza od małżeństw, które obaj zawarli. Berrington nie zastanawiał się już, czy lubi Prestona. Preston po prostu istniał, podobnie jak Kanada.

W tym momencie powinien być w głównej siedzibie Genetico, mieszczącej się w kompleksie niskich eleganckich budynków tuż obok pola golfowego w hrabstwie Baltimore, na północ od miasta. Sekretarka poinformowała go, że szef ma ważne spotkanie, ale Berrington kazał jej się połączyć.

– Cześć, Berry. Co się dzieje?

– Kogo masz u siebie?

– Lee Ho, głównego księgowego Landsmanna. Dopracowujemy ostatnie szczegóły oświadczenia Genetico.

– Wywal go.

Głos Prestona przycichł nieco, kiedy odsunął od ust słuchawkę.

– Przepraszam cię, Lee, to zajmie małą chwilę. Dołączę do ciebie później. – Po krótkiej chwili Preston przemówił z powrotem do słuchawki. Tym razem w jego głosie słychać było irytację. – Właśnie wyrzuciłem stąd faceta, który jest prawą ręką Michaela Madigana. Madigan jest dyrektorem generalnym Landsmanna, na wypadek gdybyś zapomniał. Jeśli tak ci strasznie zależy na tej transakcji, nie powinniśmy…

Berrington nie miał cierpliwości go słuchać.

– Jest tutaj Steven Logan – oznajmił.

W słuchawce zapadła na chwilę cisza.

– Na uniwersytecie?

– Tutaj, na wydziale psychologii.

Preston momentalnie zapomniał o Lee Ho.

– Jezu Chryste, jakim cudem?

– Jest poddawany badaniom.

Głos Prestona podniósł się o oktawę.

– Jak to się mogło zdarzyć?

– Nie wiem. Wpadłem na niego pięć minut temu. Możesz sobie wyobrazić moje zdumienie.

– Od razu go poznałeś?

– Oczywiście, że go poznałem.

– Dlaczego poddają go badaniom?

– W ramach naszych studiów nad bliźniakami.

– Nad bliźniakami?! – wrzasnął Preston. – Nad bliźniakami? Kim jest ten drugi?

– Jeszcze nie wiem. Słuchaj, coś takiego musiało się zdarzyć wcześniej czy później.

– Ale dlaczego akurat teraz? Będziemy musieli się wycofać z pertraktacji z Landsmannem.

– Wybij to sobie z głowy! Nie pozwolę ci, by stało się to pretekstem do zerwania umowy, Preston. – Berrington zaczynał żałować, że w ogóle do niego zadzwonił. Musiał jednak podzielić się z kimś szokującą wiadomością. Poza tym Preston był dobrym strategiem. – Musimy opanować w jakiś sposób sytuację.

– Kto go ściągnął na uniwerek?

– Doktor Ferrami.

– Ten, który napisał ten przełomowy artykuł na temat przestępczości?

– Zgadza się, tyle że to nie facet, ale kobieta. Tak się składa, że bardzo atrakcyjna…

– Nie obchodzi mnie, czy jest podobna do pieprzonej Sharon Stone…

– Domyślam, że to ona ściągnęła Stevena na wydział. Był u niej, kiedy zajrzałem do jej gabinetu. Sprawdzę to.

– To jest klucz do sprawy, Berry. – Preston powoli się uspokajał i koncentrował teraz na rozwiązaniu sprawy, a nie na samym problemie. – Dowiedz się, jak go odnalazła. Będziemy mogli wtedy ocenić, w jakim znajdujemy się niebezpieczeństwie.

– Zaraz ją do siebie wezwę.

– Zadzwoń, kiedy z nią skończysz, dobrze?

– Jasne.

Berrington odłożył słuchawkę, nie wezwał jednak Jeannie natychmiast. Zamiast tego odchylił się do tyłu na krześle i próbował zebrać myśli.

Na biurku stała stara czarno-biała fotografia jego ojca we wspaniałym białym mundurze i czapce porucznika marynarki wojennej. Berrington miał pięć lat, kiedy Wasp poszedł na dno. Jak każdy mały chłopak w Ameryce nienawidził Japończyków i bawiąc się zabijał ich całymi dziesiątkami we własnej wyobraźni. A jego tato był niezwyciężonym bohaterem, wysokim i przystojnym, dzielnym, silnym i bitnym. Wciąż pamiętał ten niepohamowany gniew, który ogarnął go na wieść o tym, że Japończycy zabili tatę. Modlił się wtedy do Boga, żeby wojna trwała dostatecznie długo i mógł dorosnąć, zaciągnąć się do marynarki i samemu zabić miliony żółtków.

Nigdy nikogo nie zabił. Ale nigdy nie zatrudnił żadnego Japończyka i nigdy nie przyjął do szkoły japońskiego studenta.

Wielu mężczyzn, postawionych przed jakimś problemem, zadaje sobie pytanie, jak postąpiłby w tej sytuacji ich ojciec. To przywilej, którego nigdy nie dostąpisz, powiedzieli mu przyjaciele. Był zbyt młody, żeby znać swojego ojca. Nie miał pojęcia, jak postąpiłby porucznik Jones w kryzysowej sytuacji. Tak naprawdę nie miał normalnego ojca, lecz herosa.

Zapyta doktor Ferrami o metody rekrutacji. A potem zaprosi ją na kolację.

Wybrał wewnętrzny numer Jeannie. Zgłosiła się po pierwszym dzwonku.

– Jeannie? To ja, Berry – odezwał się cichym tonem, który jego była żona, Vivvie, nazywała kosmatym.

– Co się, u licha, stało? – Ferrami w charakterystyczny dla siebie sposób nie bawiła się w dyplomację.

– Czy mógłbym z tobą chwilę porozmawiać?

– Jasne.

– Możesz wpaść do mojego gabinetu?

– Zaraz tam będę.

Czekając na nią, zastanawiał się leniwie, z iloma kobietami przespał się w życiu. Policzenie ich wszystkich po kolei zajęłoby za dużo czasu, ale mógł podejść do problemu naukowo. Miał więcej niż jedną, z pewnością więcej niż dziesięć. Czy było ich więcej niż sto? To dawałoby dwie i pół rocznie od czasu, kiedy skończył dziewiętnaście lat; średnia była na pewno wyższa. Tysiąc? Dwadzieścia pięć rocznie, nowa kobieta co dwa tygodnie przez bite czterdzieści lat? Nie, tak dobrze mu nie szło. W ciągu dziesięciu lat małżeństwa z Vivvie Ellington pozwolił sobie najwyżej na dwadzieścia skoków w bok. Nadrobił to po rozwodzie. Wynik sytuował się zatem gdzieś między setką a tysiącem. Na razie nie miał jednak zamiaru zaciągać Jeannie do łóżka. Miał zamiar dowiedzieć się, w jaki sposób skontaktowała się ze Steve'em Loganem.

Jeannie zapukała do drzwi i weszła do środka. Biały laboratoryjny fartuch włożony miała na bluzkę i spódniczkę. Berrington lubił, kiedy młode kobiety nosiły fartuch jak sukienkę, mając pod spodem tylko bieliznę. Uważał, że to seksowne.

– Dobrze, że wpadłaś – powiedział. Podstawił jej krzesło, a potem przesunął swoje zza biurka, żeby nic ich nie dzieliło. Przede wszystkim musiał wyjaśnić jej w jakiś wiarygodny sposób swoje zachowanie w trakcie spotkania ze Stevenem Loganem. Żałował, że nie poświęcił na to chwili czasu, zamiast liczyć swoje miłosne podboje.

Usiadł i posłał jej swój najbardziej rozbrajający uśmiech.

– Przepraszam cię za swoje dziwaczne zachowanie. Ściągałem po prostu pewne dane z uniwersytetu w Sydney w Australii – powiedział, pokazując stojący na biurku komputer – i w momencie, kiedy przedstawiłaś mi tego młodego człowieka, uświadomiłem sobie, że nie wyłączyłem komputera i zapomniałem zwolnić linię. Zrobiło mi się po prostu głupio i zachowałem się jak prostak.

Wyjaśnienie nie było zbyt przekonujące, ale Jeannie przyjęła je chyba do wiadomości.

– Spadł mi kamień z serca – oznajmiła szczerze. – Myślałam, że cię w jakiś sposób uraziłam.

Jak na razie nieźle.

– Chciałem porozmawiać na temat twojej pracy – podjął gładko. – Nie ukrywam, że wspaniale wystartowałaś. Jesteś tutaj dopiero cztery tygodnie, a badania są w pełnym toku. Moje gratulacje.

Jeannie pokiwała głową.

– Zanim przeszłam tu oficjalnie na etat, prowadziłam latem długie rozmowy z Herbem i Frankiem – stwierdziła. Herb Dickson był dziekanem wydziału, a Frank Demidenko kierownikiem katedry. – Dopracowaliśmy wcześniej wszystkie szczegóły.

– Powiedz coś więcej. Czy wyłoniły się jakieś problemy? Coś, w czym mógłbym pomóc?

– Największym moim problemem jest rekrutacja – przyznała. – Ponieważ nasi badani są ochotnikami, większość z nich, podobnie jak Steve Logan, to przedstawiciele klasy średniej, którzy wierzą, że porządny obywatel ma obowiązek wspierać badania naukowe. Alfonsi i handlarze narkotyków nie podzielają raczej tego zdania.

– O czym zapominają oczywiście wspomnieć nasi liberałowie.

– Z drugiej strony, nie sposób dowiedzieć się wiele na temat agresji i przestępczości, kiedy studiuje się praworządne amerykańskie rodziny. Rozwiązanie problemu rekrutacji było więc kluczową sprawą dla moich badań.

– I rozwiązałaś go?

– Tak mi się wydaje. Uświadomiłam sobie, że informacje medyczne na temat milionów Amerykanów opierają się dzisiaj na wielkich bankach danych, gromadzonych przez firmy ubezpieczeniowe i agencje rządowe. Są tam między innymi dane, które pozwalają rozstrzygnąć, czy bliźnięta są jedno – czy dwu-jajowe: fale mózgowe, elektrokardiogramy i tak dalej. Gdybyśmy zdołali na przykład odszukać parę identycznych elektrokardiogramów, byłby to świetny sposób identyfikacji bliźniaków. A gdyby bank danych był dość duży, mogłoby się okazać, że niektóre z nich były wychowywane oddzielnie. Mało tego: niektórzy mogliby nawet nie wiedzieć, że są bliźniakami.

To genialny pomysł – stwierdził Berrington. – Prosty, ale oryginalny. – Naprawdę tak uważał. Wychowywane oddzielnie bliźnięta jednojajowe były bardzo ważne dla badań genetycznych i naukowcy chwytali się różnych sposobów, żeby je odszukać. Do tej pory jedyną metodą była rekrutacja poprzez środki przekazu: bliźniaki czytały artykuły na temat prowadzonych badań i zgadzały się wziąć w nich udział. Uzyskany w ten sposób materiał obejmował jednak w przeważającej części, jak słusznie zauważyła Jeannie, cieszącą się poważaniem klasę średnią, co wypaczało wyniki i stanowiło zasadniczy problem w studiach nad przestępczością.

Dla niego osobiście była to jednak katastrofa. Patrząc Jeannie prosto w oczy, Berrington starał się ukryć zdenerwowanie. Sytuacja była gorsza, niż sądził. Nie dalej jak wczoraj Preston Barek powiedział: „Wszyscy wiemy, że ta firma ma pewne sekrety”. Jim Proust odparł, że nikt ich nie odkryje. Nie wziął pod uwagę Jeannie Ferrami.

– Odnalezienie identycznych elementów w banku danych nie jest takie łatwe, jak się wydaje – stwierdził Berrington, czepiając się nadziei.

– To prawda. Obrazy graficzne zajmują wiele megabajtów. Przeszukanie takich danych jest z pewnością trudniejsze niż sprawdzenie Spellcheckiem pracy doktorskiej.

– Przypuszczam, że to dość poważny problem dla programisty. I co zrobiłaś?

– Napisałam swój własny program.

Berrington nie krył zdumienia.

– Własny program?

– Jasne. Zrobiłam, jak wiesz, dyplom z informatyki na Princeton. Kiedy byłam w Minnesocie, pracowałam z moją profesor nad neurosieciowym systemem rozpoznawania obrazów.

„Czy ta kobieta jest aż tak sprytna?”

– Na czym to polega?

– Używa się fuzzy logic, żeby przyspieszyć porównywanie obrazów. Pary, których szukamy, są podobne, ale nie do końca identyczne. Zdjęcia identycznych zębów, zrobione przez różnych techników przy użyciu różnej aparatury nie są zupełnie takie same. Ale ludzkie oko widzi, że są takie same. I kiedy te zdjęcia się zeskanuje, zdygitalizuje i zmagazynuje w formie elektronicznej, wyposażony w fuzzy logic komputer może rozpoznać w nich parę.

– Wyobrażam sobie, że twój komputer jest wielkości Empire State Building.

– Opracowałam metodę skrócenia procesu porównywania przez sprawdzanie wyłącznie małego fragmentu przetworzonego cyfrowo obrazu. Pomyśl tylko: żeby poznać przyjaciela, nie potrzebujesz przyglądać się całej postaci… wystarczy ci jego twarz. Samochodowi entuzjaści potrafią zidentyfikować najbardziej znane marki na podstawie fotografii przedniej lampy. Moja siostra rozpoznaje wszystkie przeboje Madonny po wysłuchaniu dziesięciu sekund nagrania.

– Ale to stwarza możliwość błędu. Jeannie wzruszyła ramionami.

– To prawda, nie przeglądając całości obrazu, ryzykujemy pominięcie pewnych par. Z drugiej strony, cały proces udaje się jednak w radykalny sposób przyspieszyć, a margines błędu jest bardzo niewielki. To kwestia statystyki i rachunku prawdopodobieństwa.

Mógł się tego spodziewać: wszyscy psychologowie studiują statystykę.

– Ale jak ten sam software może skanować rentgeny, elektrokardiogramy i linie papilarne?

– Program rozpoznaje obraz w formie elektronicznej. Nie obchodzi go konkretny graficzny kształt.

– I wszystko to działa?

– Na to wygląda. Pozwolono mi wypróbować program na banku danych stomatologicznych, należącym do dużej firmy ubezpieczeń medycznych. Uzyskałam kilkaset par. Lecz interesują mnie oczywiście tylko bliźniaki wychowywane osobno.

– Jak ich wyłuskujesz?

– Wyeliminowałam wszystkie pary o tych samych nazwiskach i wszystkie zamężne kobiety, ponieważ większość z nich przybiera nazwisko męża. Zostały mi bliźniaki, które bez widocznego powodu noszą różne nazwiska.

Genialne, pomyślał Berrington. Nie wiedział, czy podziwiać Jeannie, czy bać się tego, co jeszcze uda jej się odkryć.

– Ile par ci zostało? – zapytał.

Trzy. Trochę mnie to rozczarowało. Spodziewałam się więcej. Jeden z bliźniaków zmienił nazwisko na arabskie, bo nawrócił się na islam. Druga para zniknęła bez śladu. Na szczęście trzecia para stanowi dokładny przykład tego, czego szukam: Steven Logan jest praworządnym obywatelem, a Dennis Pinker mordercą.

Berrington dobrze o tym wiedział. Przed kilkunastoma miesiącami Dennis Pinker wyłączył późnym wieczorem prąd w kinie w czasie seansu, a następnie korzystając z paniki dobrał się do kilku kobiet. Jedna z dziewcząt próbowała się najwyraźniej bronić i Dennis zabił ją.

A więc Jeannie odnalazła Dennisa. Chryste, ona jest naprawdę niebezpieczna. Może wszystko zniszczyć: przejęcie firmy, karierę polityczną Jima, Genetico, nawet reputację naukową Berringtona. Strach sprawił, że ogarnął go gniew; jak to możliwe, żeby wszystko, nad czym pracował, zostało narażone na szwank przez jego własną protegowaną? Nie potrafił jednak tego w żaden sposób przewidzieć.

To, że znalazła się na Uniwersytecie Jonesa Fallsa, stanowiło zresztą szczęście w nieszczęściu: dzięki temu dowiedział się w ogóle, co im grozi. Nie miał jednak pojęcia, jak pokrzyżować jej szyki. Gdyby tylko jej archiwum mogło spłonąć w pożarze, a ona sama zginąć w wypadku. Ale to były tylko fantazje.

Może zdoła podważyć jej wiarę w skuteczność programu?

– Czy Steven Logan wie, że został adoptowany? – zapytał.

– Nie. – Na twarzy Jeannie ukazało się zakłopotanie. – Wiemy, że rodzice często ukrywają przed dziećmi fakt adopcji, ale on uważa, że jego matka powiedziałaby mu prawdę. Istnieje jednak wiele innych wytłumaczeń. Przypuśćmy, że z jakiegoś powodu nie mogli adoptować dziecka normalnymi kanałami i kupili je. Wtedy mogliby go okłamywać.

– Albo twój program nie jest taki niezawodny – mruknął Berrington. – Z faktu, że dwaj chłopcy mają identyczne zęby, nie wynika jeszcze, że są bliźniakami.

– Nie sądzę, żeby mój program miał jakieś wady – odparła z werwą Jeannie. – Niepokoi mnie jednak to, iż będę musiała mówić dziesiątkom ludzi, że być może zostali zaadoptowani. Nie jestem nawet pewna, czy mam prawo ingerować w ten sposób w ich życie. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z wagi tego problemu.

Berrington spojrzał na zegarek.

– Nie mam w tej chwili czasu, ale chętnie porozmawiałbym z tobą dłużej na ten temat. Czy masz wolny wieczór?

– Dzisiaj?

– Tak.

Widział, że się waha. Jedli już raz wspólnie kolację na Międzynarodowym Kongresie Studiów nad Bliźniakami, gdzie się poznali. Po jej przyjeździe na JFU zaprosił ją raz na drinka do mieszczącego się na terenie uczelni klubu pracowników naukowych. Którejś soboty spotkali się przypadkowo podczas zakupów w Charles Village i Berrington oprowadził ją po baltimorskim muzeum sztuki. Nie była w nim zakochana, w żadnym wypadku, ale widział, że dobrze się czuje w jego towarzystwie. Poza tym był jej mentorem; niełatwo było mu odmówić.

– Jasne – odparła.

– Może pójdziemy do Hamptons, w Harbour Court Hotel? Moim zdaniem to najlepsza restauracja w mieście. – W każdym razie najmodniejsza.

– Doskonale – powiedziała wstając z krzesła.

– Podjadę po ciebie o ósmej?

– Dobrze.

Kiedy się od niego odwracała, Berrington wyobraził sobie nagle jej nagie gładkie plecy, nagi tyłek i długie aż do samej ziemi nogi. Przez chwilę zaschło mu w gardle z pożądania. A potem zamknęły się za nią drzwi.

Potrząsnął głową, żeby pozbyć się lubieżnych fantazji, i zadzwonił ponownie do Prestona.

– Jest gorzej, niż myślałem – oznajmił bez zbędnych wstępów. – Napisała program komputerowy, który przeczesuje banki danych i szuka pasujących do siebie par. Przy pierwszym podejściu odnalazła Stevena i Dennisa.

– Cholera.

– Musimy powiedzieć Jimowi.

– Powinniśmy się wszyscy trzej spotkać i zastanowić, co robić dalej. Może dziś wieczorem?

– Dzisiaj zabieram Jeannie na kolację.

– Myślisz, że to rozwiąże sytuację?

– W każdym razie nie pogorszy jej.

– Wciąż boję się, że w rezultacie będziemy musieli się wycofać z transakcji z Landsmannem.

– Nie zgadzam się. Jest sprytna jak mało kto, ale jednej dziewczynie nie uda się odkryć w ciągu tygodnia całej historii – odparł Berrington, lecz potem, kiedy odłożył słuchawkę, pomyślał, że nie powinien być tego taki pewien.

8

Słuchający wykładu studenci wiercili się w ławkach i widać było, że trudno jest im się skupić. Jeannie też czuła się podenerwowana. Powodem był pożar i gwałt. Ich przytulny akademicki świat legł w gruzach. Wszyscy wracali pamięcią do tego, co się wydarzyło.

– Zaobserwowane różnice w poziomie inteligencji istot ludzkich można wyjaśnić trzema rodzajami czynników – mówiła. – Po pierwsze odmiennymi genami. Po drugie odmiennym środowiskiem. Po trzecie błędem pomiaru. – Przerwała na chwilę. Wszyscy notowali pilnie w zeszytach.

Zauważyła już wcześniej ten mechanizm. Za każdym razem, gdy podawała jakąś informację w punktach, natychmiast ją zapisywali. Gdyby powiedziała po prostu „odmienne geny, odmienne środowisko, błąd pomiaru”, większość nic by nie zanotowała. Od czasu kiedy zaobserwowała ten syndrom, starała się zawrzeć jak najwięcej treści wykładu w formie punktów.

Była dobrą nauczycielką – trochę ku własnemu zaskoczeniu. Nie uważała na ogół swoich studentów za zbyt zdolnych. Była niecierpliwa, czasami nawet opryskliwa, tak jak tego ranka z sierżant Delaware. Ale miała dar klarownego i precyzyjnego przekazywania wiedzy i uwielbiała wyjaśniać różne rzeczy. Nic nie mogło się równać z nagłym błyskiem zrozumienia w oczach studenta.

– Możemy przedstawić to w formie równania… – powiedziała, po czym odwróciła się i zapisała je kredą na tablicy.

Vt = Vg + Ve = Vm

– …gdzie Vt oznacza łączną wariancję, Vg komponent genetyczny, Ve komponent środowiskowy, a Vm błąd pomiaru. – Wszyscy zapisali równanie. – Ten sam wzór można zastosować do każdej wymiernej różnicy dzielącej istoty ludzkie, poczynając od wagi i wzrostu aż do skłonności do wiary w Boga. Czy ktoś dostrzega, na czym polega niedoskonałość tego równania? – Nikt się nie odezwał, dała więc pewną wskazówkę. – Suma może być większa od składników. Ale dlaczego?

Odpowiedział jej jeden z młodych mężczyzn. Głos zabierali na ogół mężczyźni; kobiety były irytująco nieśmiałe.

– Ponieważ geny i środowisko oddziaływają na siebie wzajemnie, zwielokrotniając efekt?

– Zgadza się. Geny kierują nas ku pewnym środowiskowym doświadczeniom i odsuwają od innych. Niemowlęta o różnych temperamentach traktowane są w różny sposób przez rodziców. Aktywne dzieci mają inne doświadczenia niż te spokojniejsze, nawet w tym samym domu. Niesforne nastolatki zażywają więcej narkotyków niż członkowie chóru chłopięcego w tym samym miasteczku. Po prawej stronie równania musimy zatem umieścić wartość Cge, oznaczającą kowariancję genów i środowiska. – Zapisała to na tablicy i zerknęła na swój wojskowy szwajcarski zegarek. – Czy macie jakieś pytania?

Dla odmiany tym razem odezwała się kobieta, Donna-Marie Dickson, inteligentna, lecz nieśmiała pielęgniarka, która po trzydziestce wróciła na studia.

– A co z Osmondami? – zapytała.

Rozległy się głośne śmiechy.

– Wyjaśnij, co masz na myśli Donna-Marie – poprosiła Jeannie. – Niektórzy ze studentów są zbyt młodzi, żeby pamiętać Osmondów.

– To był taki zespół muzyczny w latach siedemdziesiątych. Składał się z braci i sióstr. Cała rodzina była muzykalna. Ale nie mieli tych samych genów, nie byli bliźniakami. Wydaje się, że to otoczenie wpłynęło na to, że zostali muzykami. To samo mamy w przypadku Jackson Five. – Inni studenci, w większości młodsi, ponownie wybuchnęli śmiechem i Donna-Marie uśmiechnęła się z zażenowaniem. – Zdradziłam chyba swój wiek – dodała.

– Pani Dickson zwróciła uwagę na bardzo ważną sprawę i dziwię się, że nikt inny o tym nie pomyślał. – W rzeczywistości Jeannie wcale to nie zdziwiło, ale chciała dodać odwagi Donnie-Marie. – Charyzmatyczni i oddani rodzice mogą spowodować, że wszystkie ich dzieci poświęcą się pewnej idei niezależnie od tego, jakie mają geny. Podobnie jak rodzice maltretujący dzieci mogą wychować całą rodzinę na schizofreników. Ale to są skrajne przypadki. Niedożywione dziecko będzie niskiego wzrostu, mimo że jego rodzice i dziadkowie byli wysocy. Przekarmione dziecko będzie tłuste, jeśli nawet miało szczupłych przodków. Tak czy owak, najnowsze badania wydają się coraz wyraźniej wskazywać, że to raczej dziedzictwo genetyczne, a nie środowisko lub styl wychowania determinuje charakter dziecka. – Przerwała na chwilę. – Jeśli nie ma więcej pytań, proszę do przyszłego poniedziałku przeczytać artykuł Boucharda i innych w „Science” z dwunastego października tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku.

Studenci zaczęli pakować książki. Jeannie została jeszcze kilka chwil, żeby dać szansę osobom, które były zbyt nieśmiałe, aby zadać jej pytanie podczas wykładu. Introwertycy często zostawali wielkimi uczonymi.

Do biurka podeszła Donna-Marie. Miała okrągłą twarz i jasne kręcone włosy. Jeannie pomyślała, że musi być dobrą pielęgniarką, spokojną i skuteczną.

– Tak mi przykro z powodu biednej Lisy – powiedziała Donna-Marie. – To straszne, co się stało.

– A policja jeszcze pogorszyła sprawę – odparła Jeannie. – Gliniarz, który odwiózł ją do szpitala, był wyjątkowym idiotą, naprawdę.

– To fatalnie. Ale może złapią faceta, który to zrobił. Na całym kampusie rozdają ulotki z jego podobizną.

– Doskonale. – Podobizna, o której mówiła Donna-Marie, musiała zostać sporządzona na programie komputerowym Mish Delaware. – Kiedy od niej rano wyszłam, pracowała nad tym portretem z policjantką.

– Jak ona się czuje?

– Jest jakby odrętwiała… lecz także trochę roztrzęsiona.

Donna-Marie pokiwała głową.

– Zgwałcone kobiety przechodzą różne fazy, widziałam to już przedtem. Pierwsza faza to zaprzeczenie. Chcą zostawić to za sobą, mówią, i żyć dalej, tak jak żyły. Ale nigdy nie okazuje się to takie łatwe.

– Może powinna z tobą porozmawiać. Świadomość tego, z czym trzeba się liczyć, chyba by jej pomogła.

– Kiedy tylko zechce – odparła Donna-Marie.

Jeannie ruszyła przez kampus w stronę Wariatkowa. Wciąż było gorąco. Uświadomiła sobie, że rozgląda się uważnie dookoła – niczym nerwowy kowboj z westernu – jakby spodziewała się, że w każdej chwili zza rogu może wyskoczyć i zaatakować ją jakiś napastnik. Uniwersytet Jonesa Fallsa stanowił do tej pory staroświecką oazę spokoju, położoną pośrodku pustyni współczesnej amerykańskiej metropolii. Ze swoimi sklepami i bankami, boiskami sportowymi i parkometrami, barami, biurowcami i akademikami rzeczywiście przypominał małe miasteczko. Z pięciu tysięcy uczących się i pracujących tu osób, połowa mieszkała na terenie uczelni. Ale teraz uniwersytet przestał być bezpieczny. Ten facet nie miał prawa tego zrobić, pomyślała z goryczą Jeannie; nie miał prawa spowodować, że boję się przebywać we własnym miejscu pracy. Może przestępstwo zawsze ma taki efekt: sprawia, że solidny grunt zaczyna się nagle chwiać pod nogami.

Wchodząc do swojego gabinetu zaczęła myśleć o Berringtonie Jonesie. Był atrakcyjnym mężczyzną, bardzo miłym wobec kobiet. Wspominała z przyjemnością każdą spędzoną z nim chwilę. Miała wobec niego dług wdzięczności: to on w końcu załatwił jej tę pracę.

A jednak był trochę zbyt ugrzeczniony. Podejrzewała, że może manipulować kobietami. Zawsze nasuwał jej na myśl dowcip o mężczyźnie, który mówi do kobiety: Opowiedz mi coś o sobie. Jaka jest na przykład twoja opinia na mój temat?

Pod pewnymi względami wcale nie przypominał uczonego. Ale Jeannie zauważyła już, że ludzie sytuujący się na samym szczycie uniwersyteckiej hierarchii odbiegają znacznie od stereotypu roztargnionego profesora. Berrington wyglądał i zachowywał się jak człowiek władzy. Od kilkunastu lat nie miał już na swoim koncie dużych naukowych sukcesów, ale to było normalne; genialnych osiągnięć, takich jak na przykład odkrycie podwójnej spirali DNA, dokonywali na ogół ludzie poniżej trzydziestego piątego roku życia. Starzejąc się, naukowcy dzielili się swoim doświadczeniem i intuicją z młodszymi, świeższymi umysłami. Chociaż wykładał na trzech uczelniach i organizował dotacje z Genetico, Berrington dobrze wywiązywał się z tej roli. Nie cieszył się jednak takim szacunkiem, jakim mógłby się cieszyć, innym naukowcom nie podobało się bowiem jego zaangażowanie w politykę. Ceniąc jego dokonania naukowe, Jeannie z pewnością nie podzielała jego poglądów politycznych.

Z początku uwierzyła bezkrytycznie w historyjkę o ściąganiu danych z Australii; po namyśle jednak nie była już taka pewna. Patrząc na Stevena Logana, Berry zobaczył upiora, a nie zawyżony rachunek telefoniczny.

Wiele rodzin miało swoje sekrety. Zamężna kobieta mogła mieć kochanka i tylko ona wiedziała, kto jest prawdziwym ojcem dziecka. Młoda dziewczyna mogła urodzić dziecko, oddać je matce i przy zgodzie dochowującej sekretu rodziny udawać, że jest jego starszą siostrą. Dzieci bywały adoptowane przez sąsiadów, krewnych i przyjaciół, którzy ukrywali prawdę. Lorraine Logan nie była kobietą, która trzymałaby w tajemnicy fakt zwykłej adopcji, mogła mieć jednak dziesiątki innych powodów, żeby nie powiedzieć prawdy Stevenowi. Ale co miał z tym wspólnego Berrington? Czy był prawdziwym ojcem Stevena? Jeannie uśmiechnęła się na tę myśl. Berry był przystojny, lecz o co najmniej sześć cali niższy od Stevena. Chociaż wszystko było możliwe, takie wytłumaczenie wydawało się mało prawdopodobne.

To, że w całej sprawie tkwi jakaś zagadka, nie dawało jej spokoju. Pod każdym innym względem odnalezienie Stevena Logana stanowiło wielki sukces. Był praworządnym obywatelem, a jego bliźniak zatwardziałym przestępcą. Fakt, że go odszukała, świadczył o skuteczności programu komputerowego i potwierdzał jej teorię na temat przestępczości. Zanim będzie można mówić o przekonujących dowodach, musiała oczywiście znaleźć setki podobnych do Steve'a i Dennisa par bliźniaków, nie mogła jednak zacząć lepiej swojego programu badań.

Jutro spotka się z Dennisem. Jeśli okaże się czarnowłosym karłem, będzie to znaczyło, że popełniła jakiś błąd. Ale jeśli się nie myli, Dennis Pinker będzie sobowtórem Stevena Logana.

Wiadomość, że Logan nie miał pojęcia, iż mógł zostać adoptowany, bardzo ją poruszyła. Wiedziała, że musi znaleźć jakiś sposób, żeby uniknąć tego rodzaju wstrząsów. W przyszłości skontaktuje się najpierw z rodzicami, sprawdzi, ile powiedzieli swoim dzieciom i dopiero wtedy zwróci się do bliźniaków. Spowolni to trochę tempo pracy, ale nie było innego wyjścia: nie mogła pełnić roli osoby, która ujawnia rodzinne sekrety.

Problem był do rozwiązania, nie mogła się jednak pozbyć niepokoju, który zbudziły w niej sceptyczne pytania Berringtona i niedowierzanie Stevena Logana. Z pewnymi obawami myślała o następnym etapie pracy. Miała zamiar użyć swojego programu do przeszukania kartoteki linii papilarnych FBI.

Było to dla niej idealne źródło. Wśród figurujących w kartotece dwudziestu dwu milionów ludzi wielu było podejrzanych o popełnienie przestępstwa albo skazanych na jakąś karę. Jeśli jej program jest rzeczywiście skuteczny, powinna uzyskać w ten sposób setki par bliźniaków, w tym również kilka takich, które wychowywano oddzielnie. Mogło to oznaczać pokaźny krok naprzód. Najpierw jednak musiała otrzymać zgodę Biura.

Jej najlepsza szkolna przyjaciółka, genialna matematyczka hinduskiego pochodzenia, Ghita Sumra, zajmowała teraz wysokie stanowisko w dziale informatycznym FBI. Pracowała w Waszyngtonie, ale mieszkała tutaj, w Baltimore. Ghita zgodziła się już poprosić swoich zwierzchników, żeby pomogli Jeannie. Obiecała, że decyzja zapadnie pod koniec tygodnia, lecz Jeannie chciała ją trochę ponaglić. Wybrała jej numer.

Ghita urodziła się w Waszyngtonie, ale w jej głosie słychać było miękkie zaokrąglone samogłoski indyjskiego subkontynentu.

– Cześć, Jeannie, jak ci się udał weekend? – zapytała.

– Fatalnie. Mojej mamie pomieszało się w końcu w głowie i musiałam ją umieścić w domu opieki.

– Przykro mi to słyszeć. Co takiego zrobiła?

– Zapomniała, że jest środek nocy i wstała z łóżka, zapomniała się ubrać i wyszła kupić karton mleka, a potem zapomniała, gdzie mieszka.

– I co się stało?

– Znalazła ją policja. Na szczęście miała w torebce mój przekaz i udało im się mnie zlokalizować.

– Jak się teraz czujesz?

To było kobiece pytanie. Mężczyźni – Jack Budgen, Berrington Jones – pytali, co ma zamiar zrobić. Kobieta pytała, jak się czuje.

– Źle – odparła. – Jeśli muszę się już teraz zająć własną matką, kto zajmie się mną? Rozumiesz?

– Co to za dom opieki?

– Tani. Tylko na taki starcza jej ubezpieczenie. Wyciągnę ją stamtąd, kiedy tylko uzbieram forsę na coś lepszego. W słuchawce zapadła cisza i Jeannie uświadomiła sobie, że Ghita obawia się prośby o pożyczkę. – Mam zamiar dawać korepetycje w weekendy – dodała szybko. – Czy rozmawiałaś już z szefem o mojej propozycji?

– Wyobraź sobie, że rozmawiałam.

Jeannie wstrzymała oddech.

– Wszyscy bardzo się tutaj zainteresowali twoim programem – stwierdziła Ghita.

To nie była ani odpowiedź twierdząca, ani odmowna.

– Nie macie własnych programów przeszukujących?

– Mamy, ale twoja maszynka jest o wiele szybsza od wszystkiego, czym dysponujemy. Mówi się o wykupieniu od ciebie licencji.

– No, no. Może nie będę jednak musiała udzielać korepetycji.

Ghita roześmiała się.

– Zanim otworzysz szampana, musimy upewnić się, czy program rzeczywiście działa.

– Jak długo to potrwa?

– Uruchomimy go w nocy, żeby nie przeszkadzać normalnym użytkownikom bazy danych. Muszę poczekać na jakąś spokojną noc. Powinniśmy to zrobić w tym albo przyszłym tygodniu.

– Nie da się szybciej?

– Tak ci się pali?

Rzeczywiście się paliło, ale Jeannie nie chciała opowiadać Ghicie o swoich obawach.

– Jestem po prostu niecierpliwa.

– Zrobię to jak najszybciej, nie martw się. Czy możesz przekazać mi program przez modem?

– Jasne. Ale czy nie sądzisz, że powinnam tam być, kiedy go uruchomisz?

– Nie, nie sądzę.

Jeannie poznała po głosie Ghity, że się uśmiecha.

– Oczywiście, na pewno znasz się na tych rzeczach lepiej ode mnie.

– Oto adres, na który możesz to wysłać. – Ghita podała jej adres poczty elektronicznej. – Rezultaty prześlę ci tą samą drogą.

– Dzięki. Słuchaj, Ghita?

– No?

– Czy będę potrzebowała doradcy podatkowego?

– Idź się powieś. – Ghita roześmiała się i odłożyła słuchawkę.

Jeannie włączyła myszą America OnLine i weszła do Internetu. Kiedy jej program wgrywał się na dysk FBI, rozległo się pukanie do drzwi i do gabinetu wszedł Steven Logan.

Zmierzyła go uważnym spojrzeniem. To, czego się dziś dowiedział, wywarło na nim silne wrażenie i widać to było po jego twarzy; był jednak młody i silny, więc wstrząs nie spowodował jakiegoś większego urazu. Miał bardzo stabilną psychikę. Gdyby reprezentował typ kryminalisty – jak jego brat Dennis – z pewnością wdałby się do tej pory z kimś w bójkę.

– Co słychać? – zapytała.

– Już po wszystkim – odparł, zamykając za sobą drzwi piętą. – Zaliczyłem wszystkie testy, poddałem się wszystkim badaniom i wypełniłem wszystkie kwestionariusze, które zdołał wymyślić rodzaj ludzki.

– W takim razie może pan wracać do domu.

– Wpadłem na pomysł, żeby zostać wieczorem w Baltimore. Szczerze mówiąc, zastanawiałem się, czy nie zjadłaby pani ze mną kolacji.

Zaskoczył ją.

– Po co? – zapytała niezbyt uprzejmie.

Trochę go to zdeprymowało.

– No… na przykład chciałbym się dowiedzieć czegoś więcej o pani badaniach.

– Ach tak… Niestety, jestem już dzisiaj umówiona na kolację.

Sprawiał wrażenie bardzo rozczarowanego.

– Uważa pani, że jestem za młody?

– Na co?

– Żeby wybrać się z panią na randkę.

W końcu to do niej dotarło.

– Nie wiedziałam, że zaprasza mnie pan na randkę.

– Trochę mało pani domyślna – stwierdził z zażenowaniem.

– Przepraszam. – To prawda, była mało domyślna. Podrywał ją już wcześniej na korcie tenisowym. Ale przez cały dzień myślała o nim wyłącznie jako o osobie poddawanej badaniom. Teraz jednak, kiedy się nad tym zastanowiła, rzeczywiście wydał się jej za młody. Miał dwadzieścia dwa lata i dopiero studiował; ona miała siedem lat więcej.

– Ile lat ma facet, który panią zaprosił?

– Pięćdziesiąt dziewięć albo sześćdziesiąt. Coś koło tego.

– Lubi pani starych.

Jeannie zrobiło się przykro, że go rozczarowała. Coś jestem mu winna, pomyślała, po tym wszystkim, co przeze mnie przeszedł. Jej komputer wydał podobny do dzwonka dźwięk zawiadamiając, że skończył wgrywać program.

– Mam teraz chwilę czasu – powiedziała. – Może wstąpi pan ze mną na drinka do klubu pracowników naukowych?

Steven natychmiast się rozchmurzył.

– Jasne, bardzo chętnie. Czy jestem odpowiednio ubrany?

Miał na sobie spodnie khaki i błękitną płócienną koszulę.

– Lepiej niż większość przesiadujących tam profesorów – stwierdziła z uśmiechem. Wyszła z Internetu i wyłączyła komputer.

– Dzwoniłem do mamy – oznajmił Steven. – Opowiedziałem jej o pani teorii.

– Była wściekła?

– Śmiała się. Oświadczyła, że mnie nie adoptowała i że nie miałem brata bliźniaka, którego adoptowałby ktoś inny.

– To dziwne. – Jeannie odetchnęła z ulgą słysząc, że rodzina Loganów przyjęła to tak spokojnie. Z drugiej strony, ich sceptycyzm sprawił, że zaczęła wątpić w to, czy Steven i Dennis są rzeczywiście bliźniakami.

– Nie wiem, czy zdaje pan sobie sprawę… – zaczęła i umilkła. Usłyszał od niej tego dnia już dosyć wstrząsających rzeczy. Zdecydowała się jednak brnąć dalej. – Istnieje jeszcze jedno wytłumaczenie przypuszczenia, że Dennis i pan jesteście bliźniakami.

– Wiem, o czym pani myśli – odparł. – Dzieci zamienione w szpitalu.

Był bardzo bystry. Już wcześniej w ciągu dnia zauważyła, jak szybko kojarzy fakty.

– Zgadza się – powiedziała. – Matka numer jeden ma jednojajowe bliźnięta, matki numer dwa i trzy mają chłopców. Bliźniaki trafiają do matek numer dwa i trzy, a ich niemowlęta do matki numer jeden. Kiedy dzieci dorastają, matka numer jeden dochodzi do wniosku, że ma dwujajowe bliźnięta, które nie są do siebie zbyt podobne.

I jeśli matka numer dwa i matka numer trzy się nie znają, nikt nie zwróci uwagi na uderzające podobieństwo ich dzieci.

– To stary motyw eksploatowany przez autorów romansów – przyznała. – Ale nie można tego wykluczyć.

– Czy są jakieś książki na temat bliźniaków? – zapytał. – Chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej.

– Mam tutaj jedną… – Jeannie spojrzała na półkę. – Nie, obawiam się, że zabrałam ją do domu.

– Gdzie pani mieszka?

– Niedaleko.

– Mogłaby pani zaprosić mnie na tego drinka do domu.

Zawahała się. To jest ten normalny bliźniak, tłumaczyła sobie, nie psychopata.

– Po dzisiejszym dniu wie pani o mnie tyle rzeczy – stwierdził. – Ja też chciałbym się o pani czegoś dowiedzieć. Zobaczyć, gdzie pani mieszka.

Jeannie wzruszyła ramionami.

– Jasne, czemu nie. Chodźmy.

Była piąta po południu i kiedy wyszli na dwór, zaczęło się w końcu trochę ochładzać. Steve gwizdnął na widok mercedesa.

– Niezły wózek!

– Mam go od ośmiu lat – stwierdziła. – Uwielbiam go.

– Mój samochód jest na parkingu. Podjadę z tyłu i błysnę światłami – powiedział i odszedł.

Jeannie wsiadła do mercedesa i włączyła silnik. Po minucie zobaczyła w tylnym lusterku zapalone światła i ruszyła z miejsca.

Wyjeżdżając z terenu uczelni spostrzegła, że za wozem Steve'a rusza policyjny samochód. Zerknęła na szybkościomierz i zwolniła do trzydziestu mil.

Wyglądało na to, że Steven Logan się w niej zadurzył. Chociaż nie odwzajemniała jego uczuć, była zadowolona. Pochlebiało jej, że zdobyła serce młodego przystojnego chłopaka.

Steve siedział jej na ogonie przez całą drogę. Zatrzymała się przed swoim domem, a on zaparkował zaraz za nią.

Podobnie jak przy wielu innych baltimorskich uliczkach, stojące szeregowo domy miały od frontu długą wspólną werandę, na której przed wprowadzeniem klimatyzacji przesiadywali, szukając ochłody, mieszkańcy. Jeannie wbiegła po schodkach na werandę, stanęła przy swoich drzwiach i wyjęła klucze.

Z samochodu policyjnego wyskoczyli nagle dwaj uzbrojeni gliniarze i zajęli pozycje strzeleckie, trzymając broń w wyciągniętych sztywno rękach i celując prosto w Jeannie i Steve'a.

Serce stanęło Jeannie w piersi.

– Co jest, kurwa… – powiedział Steve.

– Nie ruszać się! Policja! – wrzasnął jeden z mężczyzn.

Jeannie i Steve podnieśli oboje ręce w górę.

Policjantom jednak to nie wystarczyło.

– Na ziemię, skurwielu – ryknął jeden z nich. – Twarzą w dół, ręce do tyłu!

Jeannie i Steve położyli się oboje na ziemi.

Policjanci podeszli do nich ostrożnie, jakby byli zegarowymi bombami.

– Czy mogliby panowie wyjaśnić, o co chodzi? – powiedziała Jeannie.

– Pani może wstać – stwierdził jeden.

– Wielkie dzięki – odparła, podnosząc się na nogi. Serce biło jej szybko, ale wyglądało na to, że gliniarze popełnili jakiś głupi błąd. – Teraz, kiedy przestraszyliście mnie już na śmierć, może powiecie mi łaskawie, co się dzieje?

Żaden z nich nie uznał za stosowne odpowiedzieć. Wciąż trzymali na muszce Steve'a. Jeden z nich ukląkł obok niego i założył mu szybkim wprawnym ruchem kajdanki.

– Jesteś aresztowany, skurwysynu – oznajmił.

– Nie jestem małym dzieckiem, ale czy te przekleństwa są naprawdę konieczne? – zapytała Jeannie. Nikt nie zwracał na nią uwagi. – Co on takiego zrobił? – spróbowała ponownie.

Za wozem patrolowym zatrzymał się z piskiem opon jasnoniebieski dodge colt i wysiadły z niego dwie osoby. Jedną z nich była Mish Delaware z Wydziału Przestępstw Seksualnych. Miała na sobie tę samą bluzkę i spódnicę, co rano, ale teraz włożyła dodatkowo płócienny żakiet, który tylko częściowo zakrywał broń na biodrze.

– Szybko pani tu dotarła – powiedział jeden z gliniarzy.

– Byłam w sąsiedztwie – odparła Mish, spoglądając na leżącego na ziemi Steve'a. – Podnieście go.

Posterunkowy złapał Steve'a pod łokieć i pomógł mu wstać.

– To on – stwierdziła Mish. – Facet, który zgwałcił Lisę Hoxton.

– Steven? – szepnęła z niedowierzaniem Jeannie. Jezu, a ja miałam go zaprosić do swojego mieszkania.

– Zgwałcił? – zdziwił się Steven.

– Posterunkowy zauważył, jak jego samochód wyjeżdża z terenu uczelni – wyjaśniła Mish.

Jeannie po raz pierwszy przyjrzała się uważniej samochodowi Steve'a, żółtemu, mniej więcej piętnastoletniemu datsunowi. Lisie wydawało się, że widziała gwałciciela w starym białym datsunie.

Pierwszy szok minął i próbowała zebrać myśli. Podejrzewała go policja; to jeszcze nie oznaczało, że jest winny. Jakie mieli dowody?

– Jeśli macie zamiar aresztować każdego faceta, który jeździ zardzewiałym datsunem… – zaczęła.

Mish wręczyła jej kartkę papieru. Była to ulotka ze sporządzonym przez komputer czarno-białym portretem pamięciowym mężczyzny. Jeannie przyjrzała mu się. Przypominał trochę Stevena.

– To może być on, a może nie – powiedziała.

– Co pani tu z nim robi?

– Poddawaliśmy go testom w laboratorium. Nie mogę uwierzyć, że to ten facet! – Badania wykazały, że Steven odziedziczył zalążki przestępczej osobowości… ale wykazały również, że ich w sobie nie rozwinął.

– Czy może pan powiedzieć, co robił pan wczoraj między godziną siódmą a ósmą wieczorem? – zapytała Mish.

– Byłem na Uniwersytecie Jonesa Fallsa – odparł Steve.

– Po co pan tam pojechał?

– Bez specjalnego powodu. Miałem się gdzieś wybrać z moim kuzynem Rickym, ale odwołał spotkanie. Pojechałem, żeby zobaczyć, gdzie będę musiał się zgłosić dziś rano. Nie miałem nic innego do roboty.

Nawet dla Jeannie nie zabrzmiało to zbyt przekonująco. Może Steve jest jednak gwałcicielem, pomyślała skonsternowana. Jeśli tak, cała jej teoria nie warta była funta kłaków.

– Co pan tam dokładnie robił?

– Przez jakiś czas oglądałem mecz tenisa. Potem poszedłem do baru w Charles Village i spędziłem tam kilka godzin. Przegapiłem wielki pożar.

– Czy ktoś może to potwierdzić?

– Rozmawiałem przez chwilę z doktor Ferrami, chociaż wtedy nie wiedziałem jeszcze, że to ona.

Mish posłała jej pytające spojrzenie. Jeannie zobaczyła w jej oczach nieprzyjazny błysk i przypomniała sobie, jak starły się rano, kiedy Mish próbowała namówić Lisę do współpracy.

To było po meczu, na kilka minut przed wybuchem pożaru – mruknęła.

– Nie może więc nam pani powiedzieć, gdzie był w czasie, kiedy dokonano gwałtu.

– Nie, ale powiem pani co innego. Przez cały dzień poddawałam tego człowieka testom i wiem, że nie ma psychologicznego profilu gwałciciela.

Na twarzy Mish odbiło się powątpiewanie.

– To jeszcze nie dowód – stwierdziła.

Jeannie wciąż trzymała w ręku portret pamięciowy.

– Podobnie jak i to – oświadczyła, zgniatając go i rzucając na ziemię.

Mish dała głową znak gliniarzom.

– Idziemy.

– Chwileczkę – odezwał się wyraźnym spokojnym głosem Steve.

Policjanci puścili go.

– Nie obchodzą mnie ci faceci, Jeannie, ale chcę ci powiedzieć, że nie zrobiłem tego i nigdy czegoś takiego bym nie zrobił.

Wierzyła mu. Zastanawiała się dlaczego. Ponieważ jego niewinność świadczyłaby o słuszności jej teorii? Nie: dysponowała wynikami testów, które wykazały czarno na białym, że Logan nie ma żadnej z cech, którymi charakteryzują się przestępcy. Było jednak coś jeszcze: jej intuicja. Czuła się przy nim bezpieczna. Nie wysyłał żadnych złych sygnałów. Słuchał, kiedy do niego mówiła, nie starał się jej do niczego zmusić, nie dotknął jej w niewłaściwy sposób, nie okazał gniewu ani wrogości. Lubił kobiety i szanował ją. Nie był gwałcicielem.

– Chcesz, żebym do kogoś zadzwoniła? – zapytała. – Może do twoich rodziców?

– Nie – odparł zdecydowanym tonem, – Będą się niepotrzebnie martwili. A to wyjaśni się w ciągu paru godzin. Potem im powiem.

– Nie spodziewają się ciebie dziś wieczór w domu?

– Powiedziałem, że mogę zatrzymać się jeszcze jeden dzień u Ricky'ego.

– Na pewno nie chcesz? – zapytała z powątpiewaniem.

– Na pewno.

– Chodźmy już – rzuciła niecierpliwie Mish.

– Po co ten pośpiech? – zdziwiła się Jeannie. – Chce pani aresztować kolejne niewinne osoby? Mish spiorunowała ją wzrokiem.

– Ma pani jeszcze coś do powiedzenia?

– Co go czeka?

– Stanie w szeregu. Lisa Hoxton przyjrzy mu się i powie nam, czy to on jest sprawcą. O ile oczywiście nie ma pani nic przeciwko, doktor Ferrami – dodała kpiącym tonem Mish.

– Nie, to mi odpowiada – odparła Jeannie.

9

Zawieźli Steve'a na komendę jasnoniebieskim dodge'em coltem. Policjantka prowadziła, a jej kolega, zwalisty wąsacz, siedział obok, ledwo mieszcząc się w ciasnym samochodzie. Nikt się nie odzywał.

Steve kipiał z wściekłości. Dlaczego tłukł się w tym niewygodnym dodge'u, skuty kajdankami, podczas gdy powinien siedzieć w mieszkaniu Jeannie Ferrami, trzymając w dłoni chłodnego drinka? Powinni to po prostu jak najszybciej wyjaśnić.

Komenda policji mieściła się w gmachu z różowego granitu w zakazanej dzielnicy Baltimore, nie opodal barów topless i klubów porno. Wjechali na rampę i zaparkowali w wewnętrznym garażu. Dookoła stało pełno policyjnych radiowozów i tanich cywilnych kompaktów w rodzaju colta.

Zawieźli Steve'a na górę windą, zaprowadzili do pozbawionego okien pokoju z pomalowanymi na żółto ścianami, zdjęli mu kajdanki i zostawili samego. Zgadywał, że zamknęli drzwi na klucz: nawet tego nie sprawdził.

W pokoju był stół i dwa twarde plastikowe krzesła. Na stole stała popielniczka, a w niej dwa niedopałki z filtrem, jeden ze śladami szminki. W drzwiach tkwiła tafla nieprzezroczystego szkła: Steve nie widział przez nią, co było na zewnątrz, ale domyślał się, że oni mogą zajrzeć do środka.

Patrząc na popielniczkę, poczuł, że ma ochotę zapalić. Mógłby przynajmniej czymś zająć ręce. Zamiast tego zaczął chodzić w tę i z powrotem po pokoju.

Powtarzał sobie, że tak naprawdę nic nie może mu grozić. Zdążył zerknąć na ulotkę i choć portret pamięciowy z grubsza go przypominał, przedstawiał przecież kogoś innego. To, że był podobny do gwałciciela, nie ulegało kwestii, ale kiedy stanie w szeregu z kilkoma innymi wysokimi blondynami, ofiara na pewno go nie wybierze. Biedaczka chyba dobrze przyjrzała się draniowi, który to zrobił: jego twarz wryła się jej w pamięć. Nie popełni błędu.

Gliniarze nie mieli prawa kazać mu tak długo czekać. W porządku, musieli wyeliminować go z kręgu podejrzanych, ale to nie powinno trwać całą noc. Był przecież porządnym obywatelem.

Spróbował spojrzeć na to z jaśniejszej strony. Miał okazję przyjrzeć się z bliska działaniu amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. Będzie swoim własnym adwokatem; przynajmniej czegoś się nauczy. Broniąc w przyszłości oskarżonego o jakąś zbrodnię klienta, będzie wiedział, co przechodzi człowiek zatrzymany przez policję.

Był już raz na komendzie, ale wtedy chodziło o zupełnie coś innego. Miał tylko szesnaście lat. Pojechał na policję razem z jednym z nauczycieli. Natychmiast przyznał się do przestępstwa i opowiedział policji szczerze o wszystkim, co się wydarzyło. Widzieli jego obrażenia; nie ulegało kwestii, że bójka była zażarta z obu stron. Rodzice przyjechali i zabrali go do domu.

To był najbardziej haniebny moment w jego życiu. Kiedy mama i tato weszli do pokoju, w którym siedział, Steve miał ochotę umrzeć. Tato sprawiał wrażenie zawstydzonego, jakby ktoś go dotkliwie upokorzył. Na twarzy mamy widniał głęboki smutek; oboje wydawali się zdezorientowani i zranieni. Steve robił wówczas wszystko, żeby powstrzymać napływające do oczu łzy; i wciąż ściskało go w gardle, kiedy to sobie przypominał.

Tym razem było inaczej. Tym razem był niewinny.

Do środka weszła policjantka z tekturową teczką w ręku. Zdjęła żakiet, ale wciąż miała pistolet w kaburze przy pasie. Była atrakcyjną, mniej więcej czterdziestoletnią czarną kobietą, z niewielką nadwagą i miną, która świadczyła, że ona jest tu szefem.

Steve spojrzał na nią z ulgą.

– Dzięki Bogu – mruknął.

– Za co pan dziękuje?

– Że coś się dzieje. Nie chcę spędzić tutaj całej cholernej nocy.

– Czy może pan usiąść?

Steve usiadł.

– Jestem sierżant Michelle Delaware. – Policjantka wyjęła z teczki pojedynczą kartkę i położyła ją na stole. – Jak brzmi pana pełne nazwisko i adres?

Steve powiedział jej, a ona wpisała dane do formularza.

– Wiek?

– Dwadzieścia dwa lata.

– Wykształcenie?

– Mam dyplom ukończenia college'u.

Zanotowała to i podsunęła mu formularz. Na górze widniał nagłówek:

POLICJA MIEJSKA BALTIMORE, MARYLAND

INFORMACJA O PRAWACH PRZYSŁUGUJĄCYCH PODEJRZANEMU

Formularz numer 69

– Proszę przeczytać pięć zdań zawartych w formularzu, po czym wpisać swoje inicjały w rubryce na końcu każdego zdania – powiedziała Delaware i podała mu długopis.

Steve przeczytał formularz i zaczął wpisywać inicjały.

– Musi pan przeczytać to na głos – oznajmiła.

– Żeby wiedziała pani, że nie jestem analfabetą? – zapytał po krótkim namyśle.

– Nie. Żeby nie mógł pan później udawać, że jest analfabetą, i nie utrzymywał, że nie poinformowano pana o jego prawach.

Tego rodzaju rzeczy nie uczyli na wydziale prawa.

– Niniejszym informuje się – przeczytał – że po pierwsze, podejrzany ma prawo zachować absolutne milczenie. – Wpisał SL na końcu tej linijki i czytał dalej, umieszczając inicjały na końcu każdego zdania. – Po drugie, wszystko, co powie albo napisze, może zostać wykorzystane przeciwko niemu w trakcie śledztwa. Po trzecie, ma prawo rozmawiać z adwokatem w każdym momencie przed przesłuchaniem, podczas przesłuchania i po jego zakończeniu. Po czwarte, jeśli chce mieć adwokata, lecz nie stać go na jego wynajęcie, nie zostanie poddany przesłuchaniu, a sąd wyznaczy obrońcę z urzędu. Po piąte, jeśli się zgodzi na przesłuchanie, w każdym momencie może zażądać adwokata i nie będą mu zadawane dalsze pytania.

Teraz niech pan podpisze się pełnym nazwiskiem. – Delaware pokazała mu odpowiednie rubryki. – Tutaj i tutaj.

Pierwsza rubryka umieszczona była pod zdaniem:

PRZECZYTAŁEM POWYŻSZĄ INFORMACJĘ O PRZYSŁUGUJĄCYCH MI PRAWACH I W PEŁNI JĄ ZROZUMIAŁEM

…Podpis

Steve podpisał.

– I pod spodem – dodała.

Zgadzam się odpowiadać na pytania i zgadzam się, żeby w tym momencie w przesłuchaniu nie uczestniczył adwokat. Moja decyzja, aby odpowiadać na pytania bez obecności adwokata, jest całkowicie dobrowolna.

…Podpis

– Jak, do diabła, zmuszacie ludzi, którzy są winni, żeby to podpisali? – zapytał, składając kolejny podpis.

Delaware nie odpowiedziała. Wpisała na formularzu swoje własne nazwisko, po czym schowała go do teczki i zmierzyła Steve'a przeciągłym spojrzeniem.

– Wpadłeś w kłopoty – oznajmiła. – Ale wyglądasz na porządnego faceta. Może powiesz mi po prostu, co się stało?

– Nie mogę – odparł. – Nie było mnie tam. Domyślam się, że jestem podobny do tego świra, który to zrobił.

Delaware odchyliła się do tyłu, założyła nogę na nogę i przyjaźnie się do niego uśmiechnęła.

– Znam mężczyzn – oświadczyła konfidencjonalnym tonem. – Mają swoje potrzeby.

Gdybym nie wiedział, o co jej chodzi, pomyślał Steve, mógłbym sądzić, że się do mnie podwala.

– Powiem ci, jaka jest moja opinia – kontynuowała. – Jesteś atrakcyjnym chłopakiem i ta mała się w tobie zabujała.

– Nigdy nie spotkałem tej kobiety, pani sierżant.

Ignorując to, pochyliła się do przodu i położyła rękę na jego dłoni.

– Moim zdaniem cię sprowokowała.

Steve przyjrzał się jej ręce. Miała ładne paznokcie, zadbane, nie za długie i pociągnięte bezbarwnym lakierem. Ale dłoń była pomarszczona; Delaware musiała mieć więcej niż czterdzieści, może nawet czterdzieści pięć lat.

– Sama się o to prosiła, więc dlaczego miałbyś jej żałować. Mam rację? – zapytała konspiracyjnym szeptem, jakby chciała dać do zrozumienia, że to zostanie między nimi.

– Skąd pani to przyszło do głowy? – odparł poirytowany Steve.

– Wiem, jakie są dziewczyny. Zachęcała cię, a potem w ostatniej chwili zmieniła zdanie. Ale było już za późno. Mężczyzna nie może ot, tak po prostu się zatrzymać, w każdym razie nie prawdziwy mężczyzna.

– Rozumiem, do czego pani zmierza – stwierdził. – Podejrzany się zgadza, żywiąc nadzieję, że zrobi na pani lepsze wrażenie; w istocie jednak przyznaje, że miał stosunek i wtedy połowę roboty ma pani z głowy.

Sierżant Delaware odchyliła się do tyłu ze znudzonym wyrazem twarzy i Steve domyślił się, że jego przypuszczenia były słuszne.

– Dobrze, cwaniaku, chodź ze mną – powiedziała wstając.

– Gdzie idziemy?

– Do celi.

– Chwileczkę. Kiedy będzie konfrontacja?

– Kiedy tylko skontaktujemy się z ofiarą i sprowadzimy ją tutaj.

– Nie możecie trzymać mnie w nieskończoność bez dopełnienia formalności prawnych.

– Możemy trzymać cię przez dwadzieścia cztery godziny bez żadnych formalności, więc przymknij się i chodź.

Zjechała razem z nim windą i zaprowadziła do pomalowanego na brązowy kolor pomieszczenia. Ostrzeżenie na ścianie przypominało funkcjonariuszom, żeby podczas przeszukania trzymali podejrzanych w kajdankach. Za wysokim biurkiem stał czarny, dobiegający pięćdziesiątki mężczyzna.

– Cześć, Spike – pozdrowiła go sierżant Delaware. – Mam dla ciebie cwanego studenta.

Strażnik wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Jeśli jest taki sprytny, jakim cudem tu trafił?

Oboje się roześmieli. Steve zakonotował sobie w pamięci, żeby w przyszłości nigdy nie zdradzać policjantom, że rozszyfrował ich grę. Taką już miał wadę; w podobny sposób zrażał do siebie nauczycieli. Nikt nie lubi mądrali.

Spike był mały i kościsty, z siwą czupryną i niewielkim wąsikiem. Wydawał się skłonny do żartów, ale miał chłodne spojrzenie.

– Chcesz wejść do środka, Mish? – zapytał, otwierając stalowe drzwi. – Skoro tak, muszę cię prosić o zdanie broni.

– Nie, na razie z nim skończyłam. Konfrontacja odbędzie się później – stwierdziła, po czym odwróciła się i odeszła.

– Tędy, chłopcze – powiedział Spike.

Steve przeszedł przez drzwi.

Ściany i podłoga aresztu pomalowane były na ten sam błotnisty kolor. Steve zgadywał, że zjechali na pierwsze piętro, ale nigdzie nie widać było okien. Miał wrażenie, że znalazł się w głębokiej podziemnej pieczarze i wydostanie się z powrotem na powierzchnię zajmie mu dużo czasu.

W małym przedsionku stało biurko i aparat fotograficzny na trójnogu. Spike wyjął z przegródki kolejny formularz. Czytając go do góry nogami, Steve rozszyfrował nagłówek:

POLICJA MIEJSKA BALTIMORE, MARYLAND

KARTA WIĘŹNIA

Formularz 92/12

Spike zdjął obsadkę z wiecznego pióra i zaczął wypełniać rubryki. Kiedy skończył, wskazał Steve'owi kąt pokoju.

– Stań tam.

Steve stanął naprzeciwko aparatu i gliniarz nacisnął migawkę. Błysnęło światło.

– Obróć się na bok.

Kolejny błysk.

Następnie Spike wyjął kwadratową kartę z nagłówkiem wpisanym różowymi literami:

FEDERALNE BIURO ŚLEDCZE.

DEPARTAMENT SPRAWIEDLIWOŚCI USA

WASHINGTON, DC

Zaczął przykładać palce Steve'a do nasączonej tuszem gąbki i odciskać je kolejno w kwadracikach oznaczonych napisami l.P.KCIUK, 2.P.WSKAZUJĄCY itd. Steve zauważył, że Spike, choć niewielkiego wzrostu, ma duże dłonie z wystającymi żyłami.

– W miejskim więzieniu przy Greenmount Avenue mamy nowe Centralne Biuro Rejestracji – powiedział Spike. – Jest tam komputer, który pobiera odciski palców bez tuszu. Przypomina wielką fotokopiarkę; przyciska się po prostu ręce do szybki i gotowe. Ale tu wciąż posługujemy się starą brudną metodą.

Steve zdał sobie sprawę, że chociaż nie popełnił żadnej zbrodni, zaczyna go ogarniać wstyd. Częściowo wpływało na to przygnębiające otoczenie, ale głównie poczucie bezsilności. Od momentu gdy gliniarze wyskoczyli z samochodu przy domu Jeannie, przesuwano go z miejsca na miejsce niczym przedmiot, nie pytając w ogóle o zdanie. Bardzo szybko pozbawiało to człowieka poczucia własnej godności.

Kiedy pobieranie odcisków palców dobiegło końca, Spike pozwolił mu umyć ręce.

– A teraz pokażę panu jego apartament – oświadczył jowialnym tonem.

Poprowadził Steve'a korytarzem z celami po lewej i prawej stronie. Każda z nich była kwadratowa. Od korytarza nie dzieliła ich ściana, lecz kraty i każdy cal kwadratowy był widoczny z zewnątrz. Steve zauważył, że w każdej celi znajduje się przymocowana do ściany metalowa prycza, stalowy sedes i umywalka. Ściany i prycze pomalowane były na jasnobrązowy kolor i pokryte graffiti. Sedesy nie miały pokryw. W trzech albo czterech celach siedzieli na pryczach mężczyźni, reszta była pusta.

– Poniedziałek to spokojny dzień w naszym Holiday Inn – zażartował Spike.

Steve nie zdołałby się roześmiać, gdyby nawet od tego zależało jego życie.

Spike zatrzymał się przed pustą celą. Kiedy otwierał kluczem drzwi, Steve zerknął do środka. Nie było mowy o żadnej prywatności. Zdał sobie sprawę, że gdyby chciał skorzystać z toalety, musiałby to zrobić na oczach każdego – mężczyzny lub kobiety – kto przechodziłby akurat korytarzem. W jakiś sposób było to bardziej upokarzające od całej reszty.

Spike otworzył drzwi i dał mu znak, żeby wszedł do środka. Drzwi zatrzasnęły się i Spike zamknął je na klucz.

Steve usiadł na pryczy.

– Jezu Chryste wszechmogący, co za miejsce – jęknął.

– Jeszcze się do niego przyzwyczaisz – stwierdził wesoło Spike i odszedł.

Chwilę później wrócił, trzymając w ręku styropianową tackę.

– Została mi jedna kolacja – powiedział. – Pieczony kurczak. Chcesz?

Steve spojrzał na tackę, a potem na otwarty sedes i potrząsnął głową.

– Dziękuję bardzo – odparł – ale chyba nie jestem głodny.

10

Berrington zamówił szampana.

Po wszystkim, co spotkało ją tego dnia, Jeannie wolałaby może pięćdziesiątkę stolicznej z lodem, jednak picie wysokoprocentowego alkoholu nie było najlepszą metodą zdobycia sobie szacunku pracodawcy i postanowiła zadowolić się bąbelkami.

Szampan oznaczał romans. Kiedy spotykali się poprzednio na gruncie towarzyskim, był bardziej czarujący niż uwodzicielski. Czy miał zamiar się teraz do niej przystawiać? Poczuła się nieswojo. Nigdy jeszcze nie spotkała mężczyzny, który przyjąłby z wdziękiem danego mu kosza. A ten mężczyzna był jej szefem.

Nie powiedziała mu również nic o Stevenie. Chciała to zrobić kilka razy podczas kolacji, ale coś ją powstrzymywało. Gdyby, wbrew jej opinii, Steve okazał się przestępcą, jej teoria stanęłaby pod dużym znakiem zapytania. Nie chciała jednak uprzedzać faktów. Zanim nie udowodnią mu winy, nie będzie dmuchać na zimne. Była zresztą przekonana, że jego aresztowanie okaże się koszmarną pomyłką.

Rozmawiała przez telefon z Lisa. „Aresztowali Brada Pitta!” – powiedziała. Lisa była przerażona, że facet spędził cały dzień na wydziale i że Jeannie o mało nie zaprosiła go do swojego mieszkania. Jeannie wyjaśniła, że nie jest wcale pewna, czy to Steve dopuścił się gwałtu. Później zdała sobie sprawę, że chyba nie powinna tego mówić; ktoś mógłby to uznać za próbę wywarcia wpływu na poszkodowaną. W gruncie rzeczy nie miało to przecież większego znaczenia. Lisa przyjrzy się stojącym w szeregu mężczyznom i albo rozpozna tego, który ją zgwałcił, albo nie. W takiej sytuacji nie popełnia się błędu.

Jeannie rozmawiała również ze swoją matką. Patty była u niej w dzień ze swoimi trzema synami i mama opowiadała z ożywieniem o tym, jak chłopcy biegali po korytarzach domu opieki. Na szczęście zapomniała chyba, że przeniosła się do Bella Vista nie dalej jak wczoraj. Rozmawiała z Jeannie tak, jakby przebywała tam od kilku lat i miała pretensję, że częściej jej nie odwiedza. Po tym telefonie Jeannie przestała się tak bardzo obawiać o mamę.

– Jak ci smakował okoń? – zapytał Berrington, przerywając tok jej myśli.

– Wyborny. Bardzo delikatny.

Wygładził brwi opuszką wskazującego palca prawej ręki i ten gest wydał jej się z jakiegoś powodu bardzo próżny.

– Teraz zadam ci pewne pytanie i musisz na nie szczerze odpowiedzieć – uśmiechnął się, żeby nie brała go zbyt poważnie.

– W porządku.

– Smakuje ci deser?

– Tak. Czy wyglądam na kobietę, która udawałaby, że coś jej smakuje, podczas gdy jest wprost przeciwnie?

Berrington potrząsnął głową.

– Przypuszczam, że mało jest spraw, w których udajesz.

– Być może za mało. Mówią, że jestem pozbawiona taktu.

– Twoja najgorsza wada?

– Na pewno wiodłoby mi się lepiej, gdybym się nad tym zastanowiła. A jaka jest twoja najgorsza wada?

To, że się zakochuję – odparł bez namysłu Berrington. To ma być wada?

– Jest wadą, jeśli zdarza się to zbyt często.

– Albo z więcej niż jedną osobą jednocześnie.

– Może powinienem napisać do Lorraine Logan i zapytać ją o radę.

Jeannie roześmiała się, ale nie chciała, żeby rozmowa zeszła na Stevena.

– Jaki jest twój ulubiony malarz? – zapytała.

– Spróbuj zgadnąć.

Berrington była hurapatriotą, więc uznała, że musi być sentymentalny.

– Norman Rockwell?

– Na pewno nie! – Wydawał się autentycznie zgorszony. – Ten wulgarny ilustrator? Nie, gdyby stać mnie było na własną kolekcję, kupowałbym amerykańskich impresjonistów. Zimowe pejzaże Johna Henry'ego. Chciałbym mieć na własność Biały most. A ty?

– Teraz ty musisz zgadnąć.

Przez chwilę się zastanawiał.

– Joan Miro.

– Dlaczego?

– Pomyślałem, że lubisz śmiałe zestawienia kolorów. Pokiwała głową.

– Jesteś spostrzegawczy. Ale nie udało ci się zgadnąć. Miro jest zbyt bałaganiarski. Wolę Mondriana.

– No tak, oczywiście. Proste linie.

– Dokładnie. Jesteś w tym dobry.

Wzruszył ramionami i uświadomiła sobie, że bawił się w podobne zgadywanki z wieloma kobietami.

Zanurzyła łyżeczkę w mangowym sorbecie. Z pewnością nie była to służbowa kolacja. Wkrótce będzie musiała podjąć decyzję, jak mają wyglądać jej stosunki z Berringtonem.

Od półtora roku nie całowała się z mężczyzną. Odkąd odszedł od niej Will Tempie, nie miała żadnych randek. Nie czekała na jego powrót: już go nie kochała. Ale była ostrożna.

Z drugiej strony czuła, że oszaleje, prowadząc życie zakonnicy. Brakowała jej kogoś owłosionego w łóżku; brakowało męskich zapachów – smaru do rowerów, przepoconych męskich szortów i whisky, ale przede wszystkim brakowało jej seksu. Kiedy radykalne feministki oznajmiały, że penis jest wrogiem kobiety, Jeannie miała ochotę odrzec: Mów za siebie, siostro.

Spojrzała na Berringtona, który delikatnie kosztował karmelizowanego jabłka. Lubiła tego faceta mimo jego wstecznych poglądów. Był bystry – jej partnerzy musieli być inteligentni – i potrafił wygrywać. Szanowała go za dorobek naukowy. Szczupły i wysportowany, był prawdopodobnie bardzo doświadczonym kochankiem i miał ładne niebieskie oczy.

Mimo to był za stary. Lubiła dojrzałych mężczyzn, ale nie aż tak dojrzałych.

Jak mogła dać mu kosza, nie narażając przy tym na szwank swojej kariery? Najlepiej było udawać, że traktuje jego zainteresowanie jako rodzaj ojcowskiej opieki. W ten sposób nie musiałaby stawiać sprawy na ostrzu noża.

Pociągnęła łyk szampana. Kelner dolewał jej stale do kieliszka i nie pamiętała dobrze, ile wypiła, ale cieszyła się, że nie musi prowadzić.

Zamówili kawę. Jeannie poprosiła o podwójne espresso, żeby trochę otrzeźwieć. Kiedy Berrington zapłacił rachunek, zjechali windą na parking i wsiedli do jego srebrzystego lincolna town cara.

Berrington minął port i skręcił na Jones Falls Expressway.

– To jest miejskie więzienie – powiedział, wskazując zajmujący całą przecznicę budynek podobny do fortecy. – Trzymają tam mierzwę tej ziemi.

Być może siedzi tam w tej chwili Steve, pomyślała Jeannie.

Jak w ogóle mogła brać pod uwagę noc z Berringtonem? Nie czuła do niego najmniejszego afektu. Wstydziła się, że mogła o tym pomyśleć.

– Dziękuję ci za uroczy wieczór, Berry – odezwała się zdecydowanym tonem, kiedy zatrzymał się przed jej domem. Zastanawiała się, czy poda jej dłoń, czy spróbuje pocałować. Jeśli będzie chciał dać jej całusa, podsunie mu policzek.

Nie zrobił jednak ani jednego, ani drugiego.

– Mój domowy telefon jest zepsuty, a muszę jeszcze dzisiaj do kogoś zadzwonić – powiedział. – Czy mógłbym skorzystać z twojego aparatu?

Nie mogła mu przecież odrzec: Nie, zadzwoń z budki. Wyglądało na to, że będzie musiała stawić czoło upartym zalotom.

– Oczywiście – odparła, tłumiąc westchnienie. – Wejdź na górę. – Zastanawiała się, czy będzie musiała mu zaproponować kawę.

Wysiadła z samochodu i wbiegła pierwsza na werandę. W hallu było dwoje drzwi. Jedne prowadziły do mieszkania na parterze, które zajmował emerytowany czarny doker, pan Oliver, drugie na pierwsze piętro, do jej apartamentu.

Jeannie stanęła jak wryta w miejscu. Jej drzwi były otwarte.

Zaczęła wchodzić po schodach. Na górze paliło się światło. To było podejrzane: wyszła, zanim zapadł zmrok.

Z klatki schodowej wchodziło się bezpośrednio do salonu. Jeannie weszła do środka i krzyknęła zaskoczona.

Obok lodówki stał z butelką wódki w ręku brudny, nie ogolony, lekko pijany mężczyzna.

– Co się stało? – odezwał się z tyłu Berrington.

– Potrzebujesz tutaj lepszych zamków, Jeannie – oświadczył intruz. – Udało mi się je sforsować w dziesięć sekund.

– Co to za facet, do diabła? – zagrzmiał Berrington.

– Kiedy wyszedłeś z więzienia, tato? – zapytała drżącym głosem Jeannie.

11

Pomieszczenie, w którym miała się odbyć konfrontacja, znajdowało się na tym samym piętrze co areszt.

W przedsionku stało sześciu innych mężczyzn o podobnej do Steve'a budowie ciała i w podobnym wieku. Nie odzywali się do niego i unikali jego wzroku. Traktowali go jak przestępcę. Miał ochotę zawołać: Hej, chłopcy, jestem po waszej stronie, nikogo nie zgwałciłem, jestem niewinny.

Musieli wszyscy zdjąć zegarki i biżuterię i włożyć białe papierowe fartuchy na ubrania. Kiedy to robili, do pokoju zajrzał młody facet w garniturze.

– Który z panów jest podejrzany? – zapytał.

– Ja – odparł Steve.

– Nazywani się Lew Tanner, jestem publicznym obrońcą. Mam obowiązek dopilnować, żeby konfrontacja odbyła się we właściwy sposób. Chce pan o coś zapytać?

– Ile będę musiał czekać, żeby potem stąd wyjść?

– Zakładając, że nie zostanie pan wskazany, dwie godziny.

– Dwie godziny! – powtórzył z oburzeniem Steve. – Czy będę musiał wracać do tej pieprzonej celi?

– Obawiam się, że tak.

– Jezu Chryste.

– Poproszę, żeby załatwili formalności najszybciej, jak to możliwe – stwierdził Tanner. – Coś jeszcze?

– Nie, dziękuję.

– W porządku – odparł i wyszedł.

Strażnik wprowadził siedmiu mężczyzn na scenę. Na ekranie za ich plecami widniały poziome linie określające wzrost oraz numery miejsc, od jednego do dziesięciu. W oczy świeciły im silne lampy, a scenę oddzielała od reszty pomieszczenia potężna szyba. Mężczyźni mogli jedynie słyszeć, co się za nią dzieje.

Przez chwilę dobiegały ich tylko rozlegające się co jakiś czas ciche głosy i skrzypienie butów. A potem Steve usłyszał łatwe do rozpoznania kobiece kroki. Po sekundzie odezwał się męski głos, brzmiący tak, jakby facet czytał z kartki albo powtarzał wyuczoną formułkę.

– Stoi przed panią siedmiu mężczyzn. Będą pani znani tylko z numeru. Jeśli któryś z nich dopuścił się przestępstwa wobec pani, względnie w pani obecności, proszę, aby wymieniła pani jego numer i tylko numer. Jeśli chce pani, aby któryś z nich się odezwał, proszę podać konkretne słowa, które ma powtórzyć. Jeśli chce pani, żeby się odwrócił albo stanął bokiem, zrobią to wszyscy naraz. Czy rozpoznaje pani wśród stojących tutaj osób mężczyznę, który dopuścił się przestępstwa wobec pani, względnie w pani obecności?

Zapadła cisza. Chociaż Steve był pewien, że nie zostanie wskazany, nerwy miał napięte jak struny od gitary.

– Miał na głowie czapkę – odezwał się cichy kobiecy głos.

Po jego brzmieniu Steve domyślił się, że ofiara jest wykształcona i mniej więcej w jego wieku.

– Mamy na składzie czapki – powiedział mężczyzna. – Chce pani, żeby je włożyli?

– To była czapka baseballowa.

Steve usłyszał w jej głosie napięcie i podenerwowanie, ale również determinację. Nie było tam ani cienia fałszu. Robiła na nim wrażenie kobiety, która powie prawdę nawet w stanie silnego stresu. Poczuł się trochę pewniej.

– Dave, zobacz, czy mamy w szafce czapki baseballowe. Przez kilka chwil nic się nie działo. Steve zgrzytał niecierpliwie zębami.

– Jezu, nie wiedziałem, ile tu mamy skarbów – mruknął Dave. – Okulary, wąsy.

– Nie gadaj tyle – przerwał mu pierwszy mężczyzna. – To oficjalna procedura.

W końcu na scenę wszedł z boku policjant i wręczył wszystkim czapki baseballowe. Włożyli je na głowy i policjant wyszedł.

Po drugiej stronie szyby rozległ się kobiecy płacz. Męski głos powtórzył pytanie, które zadał wcześniej:

– Czy rozpoznaje pani wśród nich mężczyznę, który dopuścił się przestępstwa wobec pani, względnie w pani obecności? Jeśli tak, proszę, aby wymieniła pani jego numer i tylko numer.

– Numer cztery – stwierdziła załamującym się głosem kobieta.

Steve obejrzał się.

Na ekranie za jego plecami widniała duża czwórka.

– Nie! – zawołał. – To niemożliwe! To nie byłem ja!

– Numer cztery, czy słyszałeś? – zapytał męski głos.

– Oczywiście, że słyszałem, ale ja tego nie zrobiłem!

Inni uczestniczący w konfrontacji mężczyźni schodzili już ze sceny.

– Na litość boską! – Steve rozłożył błagalnie ręce, wpatrując się w nieprzezroczystą szybę. – Jak mogła mnie pani wskazać? Nie wiem nawet, jak pani wygląda.

– Niech pani nic nie mówi – odezwał się męski głos. – Dziękujemy bardzo za współpracę. Tędy do wyjścia, proszę.

To jakaś straszna pomyłka, nie rozumiecie tego?! – wrzasnął Steve.

Na scenie pojawił się strażnik Spike.

– Skończone, synu, możemy iść – oświadczył.

Steve zmierzył go wzrokiem. Miał ochotę wbić temu kurduplowi zęby do gardła.

Spike zauważył to spojrzenie i stwardniał mu wzrok.

– Tylko bez numerów – oznajmił. – Nie masz stąd gdzie uciec.

Jego palce zacisnęły się pod łokciem Steve'a niczym stalowe imadło. Nie było sensu protestować.

Steve poczuł się tak, jakby ktoś zdzielił go z tyłu pałką. To wszystko działo się zbyt szybko. Opadły mu ramiona i czuł, jak ogarnia go bezsilna furia.

– Jak to się mogło stać? – jęknął. – Jak to się mogło stać?

12

– Tato? – powtórzył Berrington.

Jeannie miała ochotę odgryźć sobie język. To była najgłupsza rzecz, jaką mogła powiedzieć: „Kiedy wyszedłeś z więzienia, tato?” Nie dalej jak przed kilkoma minutami Berrington określił ludzi siedzących za kratkami jako mierzwę tej ziemi.

Była zdruzgotana. Nie dosyć, że Berrington dowiedział się, że jej ojciec jest profesjonalnym włamywaczem, to jeszcze osobiście go spotkał. Twarz taty była pokiereszowana po jakimś upadku i pokrywał ją kilkudniowy zarost. Miał brudne ubranie i śmierdział jak cap. Było jej tak wstyd, że nie miała odwagi spojrzeć Berringtonowi w oczy.

Dawniej, wiele lat temu, wcale się go nie wstydziła. Wprost przeciwnie: ojcowie koleżanek wydawali się przy nim nudni i nieciekawi. Był przystojny, uwielbiał zabawę i pojawiał się w domu w nowym garniturze, z kieszeniami pełnymi pieniędzmi. Zabierał je do kina, fundował nowe stroje i lodowe puchary, a mama kupowała sobie elegancką wieczorową suknię i rozpoczynała dietę. Jednak po pewnym czasie ojciec z powrotem znikał i mniej więcej w wieku dziewięciu lat Jeannie dowiedziała się dlaczego. Powiedziała jej o tym Tammy Fontaine. Nigdy nie zapomniała tej rozmowy.

– Masz okropną sukienkę – stwierdziła Tammy.

– Masz okropny nos – odparła bez zastanowienia Jeannie i inne dziewczynki wybuchnęły śmiechem.

– Twoja mama kupuje ci stroje, które są naprawdę paskudne.

– A twoja mama jest gruba.

– Twój tato siedzi w ciupie.

– Nie siedzi.

– Siedzi.

– Nie siedzi.

– Słyszałam, jak mój tato mówił to mojej mamie. Czytał gazetę. „Widzę, że stary Pete Ferrami trafił z powrotem za kratki”, powiedział.

– Kłamczucha, kłamczucha – zawołała Jeannie, ale w głębi serca wiedziała, że Tammy mówi prawdę. To wyjaśniało wszystko: nagłe bogactwo, równie nagłe rozstania i długą nieobecność.

Jeannie nigdy już nie wdawała się w szkolne kłótnie. Każdy mógł zamknąć jej usta, napomykając o ojcu. W wieku dziewięciu lat wydawało jej się to trwałym kalectwem. Kiedy tylko komuś zginęło coś w szatni, miała wrażenie, że wszyscy patrzą się podejrzliwie w jej stronę. Nigdy nie pozbyła się poczucia winy. Jeśli jakaś kobieta zajrzała przy niej do torebki i stwierdziła: „Do licha, wydawało mi się, że mam dziesięć dolców”, Jeannie oblewała się rumieńcem. Stała się obsesyjnie uczciwa: szła z powrotem całą milę, żeby oddać tani długopis, bojąc się, że jeśli go zatrzyma, pomyślą, że jest złodziejką jak ojciec.

A teraz ten sam ojciec stał przed jej szefem, brudny, nie ogolony i prawdopodobnie bez grosza przy duszy.

To jest profesor Berrington – powiedziała. – Berry, poznaj mojego ojca, Pete'a Ferrami.

Berrington podał łaskawie rękę tacie.

– Miło pana poznać, panie Ferrami – oznajmił. – Pana córka to wyjątkowa kobieta.

– Święta prawda – odparł z uśmiechem zadowolenia tato.

– Cóż, Berry, znasz teraz rodzinną tajemnicę – stwierdziła z rezygnacją. – Tato wylądował po raz trzeci za kratkami w dniu, kiedy ukończyłam z wyróżnieniem Princeton. Spędził w więzieniu ostatnie osiem lat.

– Mogłem dostać piętnaście – wyjaśnił z dumą tato. – Mieliśmy przy sobie broń.

– Dziękuję, że o tym wspomniałeś, tato. Z pewnością wywrze to wielkie wrażenie na moim szefie.

Ojciec przybrał zbolałą, zakłopotaną minę i chociaż była wściekła, zrobiło jej się go żal. Jego słabość bolała ją tak samo jak całą rodzinę. Pete Ferrami był jedną z pomyłek natury. Fenomenalny system, który reprodukował ludzką rasę – niebywale skomplikowany mechanizm DNA, który badała – zaprogramowany był tak, by uczynić każdego osobnika trochę innym. Przypominało to fotokopiarkę z wbudowaną tendencją do popełniania błędów. Czasami wyniki były wspaniałe: Einstein, Louis Armstrong, Andrew Carnegie. Czasami otrzymywało się Pete'a Ferrami.

Musiała się pozbyć szybko Berringtona.

– Jeśli chcesz zadzwonić, Berry, możesz skorzystać z aparatu w sypialni.

– To może poczekać – mruknął.

Dzięki Bogu i za to.

– Cóż, w takim razie dziękuję ci za wspaniały wieczór – powiedziała, podając mu rękę.

– Cała przyjemność po mojej stronie.

Uścisnął niezgrabnie jej dłoń i wyszedł.

Jeannie odwróciła się do ojca.

– Co się stało?

– Skrócili mi wyrok za dobre zachowanie. Jestem wolny. I naturalnie pierwsze kroki po wyjściu z paki skierowałem do mojej córuchny.

– Zaraz po tym, jak wytrzeźwiałeś po trzydniowej balandze.

Bezczelność, z jaką ją okłamywał, była obraźliwa. Czuła, jak wzbiera w niej stary gniew. Dlaczego nie mogła mieć ojca takiego jak inni ludzie?

– Nie bądź taka zła – powiedział.

Irytacja ustąpiła miejsca smutkowi. Nigdy nie miała prawdziwego ojca i nigdy już nie będzie go mieć.

– Daj mi tę butelkę – mruknęła. – Zrobię kawę.

Oddał jej niechętnie wódkę, którą włożyła z powrotem do zamrażarki. Nalała wody do ekspresu i włączyła go.

– Postarzałaś się – stwierdził. – Widzę, że masz siwe włosy.

– Jesteś naprawdę bardzo miły.

Wyjęła z szafki kubki, mleko i cukier.

– Twoja matka też wcześnie osiwiała.

– Zawsze wydawało mi się, że to z twojego powodu.

– Byłem w jej mieszkaniu – odparł z lekką pretensją w głosie. – Już tam nie mieszka.

– Jest teraz w Bella Vista.

To samo powiedziała mi jej sąsiadka, pani Mendoza. Dała mi twój adres. Nie podoba mi się, że twoja matka jest w takim miejscu.

– Więc ją stamtąd zabierz! – zawołała. – Wciąż jest twoją żoną. Znajdź sobie jakąś pracę, wynajmij przyzwoite mieszkanie i zacznij się nią opiekować.

– Wiesz, że nie potrafię tego zrobić. Nigdy nie potrafiłem.

– Więc nie miej pretensji, że ja tego nie robię.

– Ja wcale nie mam do ciebie pretensji, kochanie – stwierdził niemal płaczliwie. – Powiedziałem tylko, że nie podoba mi się, iż twoja matka jest w przytułku, to wszystko.

– Mnie i Patty też się to nie podoba. Próbujemy zebrać trochę grosza, żeby ją stamtąd zabrać. – Jeannie poczuła, jak ściska ją za gardło żal, i z trudem powstrzymała łzy. – Do diabła, tato, jest nam dość ciężko i bez twojego narzekania.

– Już dobrze, już dobrze – odparł.

Jeannie przełknęła ślinę. Nie mogę pozwolić, żeby tak mnie wyprowadzał z równowagi, pomyślała.

– Co zamierzasz teraz robić? – zapytała, zmieniając temat. – Masz jakieś plany?

– Chcę się trochę rozejrzeć.

Miał na myśli, że musi poszukać miejsca, które nadaje się na skok. Jeannie nie odpowiedziała. Był złodziejem i nie mogła tego zmienić.

Ojciec odchrząknął.

– Może dałabyś mi kilka dolców na dobry początek – poprosił.

To znowu ją rozwścieczyło.

Powiem ci, co mam zamiar zrobić – oznajmiła lodowatym tonem. – Pozwolę ci wziąć prysznic i ogolić się i wrzucę twoje ciuchy do pralki. Jeśli będziesz się trzymał z daleka od tej butelki, zrobię ci jajecznicę na grzance. Możesz pożyczyć ode mnie piżamę i przespać się na kanapie. Ale nie dam ci ani grosza. Staram się rozpaczliwie znaleźć jakieś pieniądze, żeby móc przenieść mamę tam, gdzie traktowaliby ją jak ludzką istotę, i nie mam ani jednego dolara na zbyciu.

– Dobrze, złotko – odparł, przybierając pozę męczennika. – Rozumiem.

Przyjrzała mu się. Teraz, kiedy opadła w niej fala wstydu, gniewu i żalu, zostało wyłącznie współczucie. Pragnęła z całego serca, żeby mógł wziąć się w garść, pomieszkać w jednym miejscu dłużej niż kilka tygodni, dostać normalną pracę, żeby mógł być kochającym, wspierającym ją, solidnym rodzicem. Chciała mieć ojca, który byłby ojcem. I wiedziała, że jej pragnienie nigdy, ale to nigdy się nie spełni. Zarezerwowane dla ojca miejsce w jej sercu na zawsze miało pozostać puste.

Zabrzęczał telefon.

– Halo? – powiedziała, podnosząc słuchawkę.

Dzwoniła Lisa, wydawała się zdenerwowana.

To był on, Jeannie – oznajmiła.

– Kto? Co?

– Ten facet, którego z tobą aresztowali. Wskazałam go podczas konfrontacji. To on mnie zgwałcił. Steven Logan.

– On jest tym gwałcicielem? Jesteś pewna?

– Nie mam żadnych wątpliwości. O Boże, kiedy zobaczyłam znowu jego twarz, to było straszne. Z początku nic nie mówiłam, bo wyglądał inaczej bez czapki. Ale potem policjant kazał włożyć wszystkim czapki baseballowe i poznałam go.

– Lisa, to nie może być on.

– Jak to?

– Wyniki badań wcale na to nie wskazują. I spędziłam z nim trochę czasu. Czuję to.

– Ale ja go rozpoznałam. – W głosie Lisy zabrzmiała irytacja.

– Jestem zdumiona. Nie potrafię tego zrozumieć.

– To psuje twoją teorię. Chciałaś, żeby jeden bliźniak był dobry, a drugi zły.

Tak. Ale jeden wyjątek nie obala całej teorii.

– Przykro mi, jeśli to stawia pod znakiem zapytania twój projekt.

To nie jest powód, dla którego twierdzę, że to nie on. – Jeannie westchnęła. – A może masz rację. Sama już nie wiem. Gdzie jesteś?

– W domu.

– Dobrze się czujesz?

Tak, teraz, kiedy zamknęli go w pudle, czuję się o wiele lepiej.

– Wydawał się taki miły.

– Tacy są najgorsi, powiedziała Mish. Ci, którzy sprawiają wrażenie zupełnie normalnych, są najsprytniejsi i najbardziej bezwzględni. Lubią zadawać cierpienie.

– Mój Boże…

– Idę do łóżka. Jestem wykończona. Chciałam ci tylko powiedzieć. Jak ci się udał wieczór?

Tak sobie. Opowiem ci jutro.

– Chcę jechać z tobą do Richmond.

Jeannie miała zamiar zabrać Lisę, żeby pomogła jej przeprowadzić wywiad z Dennisem Pinkerem.

– Czujesz się na siłach?

– Tak, naprawdę chcę prowadzić dalej normalne życie. Nie jestem chora, nie muszę się kurować.

– Dennis Pinker jest prawdopodobnie sobowtórem Steve'a Logana.

– Wiem. Jakoś to zniosę.

– Skoro jesteś taka pewna…

– Zadzwonię do ciebie rano.

– Dobrze. Dobranoc.

Jeannie usiadła ciężko na kanapie. Czy ujmująca powierzchowność Stevena była tylko maską? Jeśli to prawda, nie znam się zbyt dobrze na ludziach, pomyślała. I jestem być może marnym naukowcem. Możliwe, że wszystkie jednojajowe bliźnięta okażą się kryminalistami. Westchnęła.

Jej własny kryminalny przodek usiadł obok niej.

– Ten profesor wydawał się całkiem miły, ale jest chyba starszy ode mnie! – stwierdził. – Masz z nim romans, czy co?

Jeannie zmarszczyła nos.

– Łazienka jest tam, tato – powiedziała.

13

Steve wrócił do pokoju z żółtymi ścianami. W popielniczce wciąż leżały te same dwa niedopałki. Pokój się nie zmienił, ale on tak. Trzy godziny wcześniej był porządnym obywatelem, którego największą zbrodnią była jazda z szybkością sześćdziesięciu mil tam, gdzie obowiązywał limit pięćdziesięciu pięciu. Teraz był gwałcicielem, aresztowanym, rozpoznanym i oskarżonym. Znalazł się w trybach machiny sprawiedliwości. Był przestępcą. Bez względu na to, jak często powtarzał sobie, że jest niewinny, nie mógł wyzbyć się poczucia bezwartościowości i hańby.

Wcześniej przesłuchiwała go kobieta, sierżant Delaware. Teraz pojawił się mężczyzna, również z niebieską teczką w ręku. Był tego samego wzrostu co Steve, ale znacznie szerszy w barach i cięższy, z krótko przyciętymi szpakowatymi włosami i krzaczastymi wąsami. Usiadł, wyciągnął paczkę marlboro, wyjął z niej bez słowa papierosa, zapalił go, rzucił zapałkę do popielniczki i dopiero wtedy otworzył teczkę. W środku leżał kolejny formularz. Ten nosił nagłówek:

SĄD OKRĘGOWY STANU MARYLAND

DLA…(miasto / hrabstwo)

Górna połowa podzielona była na dwie kolumny zatytułowane: SKARŻĄCY i PODEJRZANY. Trochę niżej znajdowała się rubryka ZARZUTY. Detektyw zaczął wypełniać formularz, wciąż nic nie mówiąc. Po napisaniu kilku słów uniósł górną białą kartkę i sprawdził po kolei cztery dołączone kopie: zieloną, żółtą, różową i brązową.

Czytając do góry nogami, Steve zobaczył, że ofiara nazywa się Lisa Margaret Hoxton.

– Jak ona wygląda? – zapytał.

Detektyw podniósł wzrok.

– Stul dziób – powiedział, po czym zaciągnął się papierosem i zaczął pisać dalej.

Steve'owi zapłonęły policzki. Facet obrażał go, a on nie mógł na to nic poradzić. Było to kolejne stadium upokarzania go, wbijania do głowy, że nic nie znaczy i jest kompletnie bezbronny. Ty sukinsynu, pomyślał, chciałbym spotkać cię poza tym budynkiem, kiedy nie będziesz miał przy sobie tej cholernej spluwy.

Detektyw wypełniał część dotyczącą zarzutów. W pierwszej rubryce wpisał niedzielną datę oraz miejsce popełnienia przestępstwa: „sala gimnastyczna Uniwersytetu Jonesa Fallsa w Baltimore, stan Maryland”. Pod spodem zanotował: „Gwałt pierwszego stopnia”. W następnej rubryce ponownie wpisał datę i miejsce oraz „Napaść z zamiarem gwałtu”.

Wyjął dodatkową kartkę i dopisał dwa dodatkowe zarzuty: Pobicie i sodomia.

– Sodomia? – zdziwił się Steve.

– Stul dziób.

Steve miał ochotę strzelić go w mordę. To jest celowe, tłumaczył sobie. Facet chce mnie sprowokować. Jeśli go uderzę, będzie miał pretekst, żeby zawołać trzech innych gliniarzy i wdeptać mnie w podłogę. Nie rób tego, opanuj się.

Skończywszy pisać, detektyw obrócił oba formularze i przesunął je przez stół do Steve'a.

– Wpadłeś po uszy w gówno, Steve. Pobiłeś, zgwałciłeś i odbyłeś stosunek analny z dziewczyną.

– Nie zrobiłem tego.

– Stul dziób.

Steve przygryzł wargę i nic nie odpowiedział.

– Jesteś szmatą. Jesteś śmieciem. Przyzwoici ludzie nie powinni przebywać z tobą w tym samym pokoju. Pobiłeś, zgwałciłeś i zrypałeś od tyłu dziewczynę. Robisz to od pewnego czasu. Jesteś chytry, planujesz wszystko z góry i do tej pory uchodziło ci na sucho. Ale tym razem cię złapaliśmy. Ofiara rozpoznała cię. Inni świadkowie widzieli cię niedaleko miejsca popełnienia przestępstwa. Za godzinę albo dwie, kiedy sierżant Delaware uzyska od dyżurnego komisarza sądowego nakaz przeszukania albo zatrzymania, zabierzemy cię do szpitala Mercy, zrobimy badanie krwi, wyczeszemy włosy łonowe i udowodnimy, że twoje DNA pasuje jak ulał do tego, które znaleźliśmy w pochwie ofiary.

– Jak długo to potrwa? Badanie DNA?

– Stul dziób. Mamy cię w garści. Wiesz, co cię czeka?

Steve milczał.

– Za gwałt pierwszego stopnia dostaje się dożywocie. Pójdziesz do paki i wiesz, co cię tam czeka? Posmakujesz na własnej skórze tego, co robiłeś innym. Taki przystojny chłoptaś jak ty? Nie ma problemu. Dadzą ci wycisk, zgwałcą, przelecą od tyłu. Dowiesz się, co czuła Lisa. Tyle że w twoim wypadku będzie to trwało przez długie lata.

Gliniarz przerwał i poczęstował go papierosem.

Zaskoczony Steve pokręcił głową.

– Tak a propos, nazywam się Brian Allaston. – Gliniarz zapalił papierosa. – Naprawdę nie wiem, dlaczego ci to mówię, ale jest pewien sposób, żebyś polepszył swoją sytuację.

Steve zastygł w bezruchu. Jakiej sztuczki spróbują teraz?

Detektyw Allaston wstał, obszedł dookoła stół i usiadł na jego skraju, opierając jedną stopę o podłogę, bardzo blisko Steve'a.

– Pozwól, że ci to wyjaśnię – oznajmił pojednawczo, pochylając się do przodu. – Gwałt to stosunek vaginalny, odbyty przy użyciu siły albo przy groźbie jej użycia, wbrew woli albo bez zgody kobiety. Żeby uznać stosunek za gwałt pierwszego stopnia, muszą zaistnieć dodatkowe okoliczności, takie jak: porwanie, obrażenia ciała lub udział więcej niż jednej osoby. Kara za gwałt drugiego stopnia jest niższa. Jeśli zdołasz mnie przekonać, że to, co zrobiłeś, to tylko gwałt drugiego stopnia, wyświadczysz sobie dużą przysługę.

Steve milczał.

– Chcesz mi powiedzieć, jak to było?

Steve w końcu przemówił.

– Stul dziób – powiedział.

Allaston zareagował bardzo szybko. Zeskoczył ze stołu, złapał go za koszulę, podniósł z krzesła i rąbnął nim o ścianę. Głowa Steve'a odbiła się z głuchym bolesnym odgłosem od betonu.

Steve stężał cały, zaciskając dłonie w pięści. Nie rób tego, powtarzał sobie, opanuj się. Nie było to takie łatwe. Detektyw Allaston był gruby i bez kondycji i Steve wiedział, że może go znokautować w parę sekund. Ale musiał się kontrolować. Mógł liczyć wyłącznie na własną niewinność. Jeśli pobije gliniarza, będzie winien bez względu na to, jak nikczemnie został sprowokowany. Wtedy nic mu już nie pomoże. Jedyną rzeczą, która podtrzymywała go w tej chwili na duchu, było słuszne oburzenie. Dlatego stał w miejscu, zaciskając zęby, podczas gdy Allaston odciągnął go od ściany i rąbnął o nią po raz drugi, trzeci i czwarty.

– Nigdy tak do mnie nie mów, śmieciu – warknął.

Steve poczuł, jak opuszcza go gniew. Allaston nie robił mu nic złego. Zdał sobie sprawę, że to teatr. Facet grał swoją rolę, w dodatku niezbyt dobrze. On był złym gliniarzem, to Mish jest dobra. Za chwilę wejdzie tutaj, zaproponuje mu kawę i odegra rolę jego przyjaciółki. W gruncie rzeczy będzie jednak miała dokładnie ten sam cel co Allaston: zmusić go, żeby przyznał się do zgwałcenia kobiety, której nie widział nigdy w życiu i która nazywała się Lisa Margaret Hoxton.

– Niech pan sobie daruje ten cyrk – powiedział. – Wiem, że jest pan pieprzonym twardzielem, któremu włosy wyrastają z nozdrzy, a pan wie, że gdybyśmy spotkali się gdzie indziej i nie miałby pan przy pasie tej spluwy, skopałbym panu dupę, więc przestańmy robić z siebie pajaców.

Allaston zrobił zdziwioną minę. Myślał pewnie, że Steve będzie zbyt przerażony, żeby się odezwać. Puścił jego koszulę i podszedł do drzwi.

– Mówili mi, że strugasz cwaniaka – stwierdził. – Więc posłuchaj, co zrobię, żeby nauczyć cię moresu. Wrócisz teraz na jakiś czas do aresztu, ale tym razem będziesz miał towarzystwo. Mamy na dole czterdzieści jeden cel, lecz wszystkie są z różnych powodów nieczynne, będziemy więc musieli trzymać cię razem z facetem, który nazywa się Rupert Butcher. Mówią na niego Prosiak. Uważasz się za wielkiego sukinsyna, ale on jest jeszcze większy. Przez trzy ostatnie dni szprycował się crackiem, więc trochę boli go głowa. Zeszłej nocy, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy ty podkładałeś ogień na uniwerku i posuwałeś swoim brudnym kutasem biedną Lisę Hoxton, Prosiak Butcher zadźgał na śmierć widłami swojego kochanka. Na pewno przypadniecie sobie do gustu. Idziemy.

Steve'a ogarnął lęk. Cała odwaga wyciekła z niego, jakby ktoś wyciągnął korek z butelki. Czuł się bezbronny i pokonany. Do tej pory Allaston upokarzał go, ale nie próbował zastraszyć. Teraz sytuacja się zmieniła. Nie wiadomo, czym mogła się zakończyć noc z psychopatą. Ten Butcher popełnił już jedno morderstwo. Jeśli umiał racjonalnie myśleć, wiedział, że niewiele straci, popełniając następne.

– Niech pan poczeka – powiedział drżącym głosem.

Allaston powoli się odwrócił.

– Tak?

– Jeśli się przyznam, dostanę własną celę?

Gliniarz odetchnął z ulgą.

– Jasne – odparł. W jego głosie zabrzmiała nagle przyjazna nuta.

Ta zmiana tonu rozwścieczyła Steve'a.

– Ale jeśli tego nie zrobię, zamorduje mnie Prosiak Butcher.

Allaston rozłożył bezradnie ręce.

Steve poczuł, jak jego strach zamienia się w nienawiść.

– W takim razie, detektywie – powiedział – pierdolę pana.

Na twarzy Allastona po raz kolejny ukazało się zaskoczenie.

– Ty sukinsynu – mruknął. – Zobaczymy, czy będziesz takim chojrakiem za parę godzin. Ruszaj.

Zaprowadził Steve'a do windy i zjechał z nim do aresztu. Na dole wciąż dyżurował Spike.

– Umieść tego drania razem z Prosiakiem – nakazał Allaston.

Spike uniósł brwi.

– Aż tak źle?

– Tak. A propos… Steve ma koszmary.

– Naprawdę?

– Gdybyś usłyszał, że krzyczy, nie przejmuj się, to tylko zły sen.

– Kapuję – odparł Spike.

Allaston zostawił ich i Spike zaprowadził Steve'a do celi.

Prosiak leżał na pryczy. Nie był wyższy od Steve'a, lecz o wiele cięższy. Wyglądał jak kulturysta, którego wyciągnięto z wraku samochodu: pokrwawiony podkoszulek opinał napięte mięśnie. Leżał na plecach, z głową odwróconą do ściany i nogami zwisającymi z pryczy. Kiedy Spike wpuścił Steve'a do środka, otworzył oczy.

Drzwi zatrzasnęły się i Spike przekręcił klucz w zamku.

Prosiak zmierzył wzrokiem Steve'a.

Steve odwzajemnił mu się tym samym. – Słodkich snów – powiedział Spike.

Prosiak zamknął oczy.

Steve siadł na podłodze, oparł się plecami o ścianę i wbił wzrok w swojego sublokatora.

14

Berrington Jones jechał powoli do domu. Czuł jednocześnie ulgę i rozczarowanie. Niczym odchudzający się łakomczuch, który walcząc z pokusą podchodzi do lodziarni i widzi nagle, że jest zamknięta, wiedział, że los uchronił go przed czymś, czego w żadnym wypadku nie powinien robić.

Z drugiej strony w ogóle nie udało mu się rozwiązać problemu, który stwarzały badania Jeannie. Może zamiast zabawiać ją rozmową więcej czasu powinien poświęcić na zadanie jej kilku pytań. Zatopiony w rozmyślaniach zaparkował przed domem i wszedł do środka.

Wewnątrz panowała cisza: gosposia, Mariannę, musiała pójść do łóżka. Berrington zajrzał do gabinetu i sprawdził automatyczną sekretarkę. Nagrała się jedna wiadomość:

„Profesorze, tu sierżant Michelle Delaware z Wydziału Przestępstw Seksualnych. Dziękuję bardzo za pomoc, której nam pan dzisiaj udzielił. – Berrington wzruszył ramionami. Potwierdził tylko, że Lisa pracuje na wydziale psychologii. – Ponieważ jest pan zwierzchnikiem Lisy Hoxton – mówiła dalej policjantka – i gwałtu dokonano na uczelni, uznałam, że powinnam pana zawiadomić, iż dziś wieczorem aresztowaliśmy mężczyznę, którego podejrzewamy o popełnienie tego przestępstwa. Tak się składa, że był dzisiaj badany w pańskim laboratorium. Nazywa się Steven Logan”.

– Jezu Chryste – jęknął Berrington.

„Ofiara rozpoznała go podczas konfrontacji, sądzę więc, że badanie DNA potwierdzi jego winę. Proszę przekazać tę wiadomość wszystkim, którzy pana zdaniem powinni ją poznać. Dziękuję”.

– Nie! – krzyknął Berrington i usiadł ciężko na krześle. – Nie – powtórzył ciszej.

A potem zaczął płakać.

Po chwili, wciąż płacząc, wstał z krzesła i zamknął drzwi gabinetu, bojąc się, że wejdzie do niego gosposia. Następnie usiadł z powrotem za biurkiem, schował głowę w dłoniach i przez jakiś czas w ogóle się nie poruszał.

Kiedy się w końcu uspokoił, podniósł słuchawkę i wybrał numer: który znał na pamięć.

– Żeby tylko nie odpowiedział automat, Boże – powiedział na głos, słuchając powtarzającego się sygnału.

– Halo? – rozległ się młody męski głos.

– To ja.

– Cześć, jak się masz?

– Jestem załamany.

– Och.

W głosie młodego mężczyzny zabrzmiało poczucie winy. Jeśli Berrington miał jeszcze jakieś wątpliwości, pozbył się ich w tej chwili.

– Wiesz, w jakiej dzwonię sprawie?

– Nie mam pojęcia.

– Nie próbuj ze mną tych sztuczek. Mówię o niedzielnym wieczorze.

Młody mężczyzna westchnął.

– Tak?

– Ty cholerny głupcze. Byłeś na uniwersytecie. Zobaczyłeś ją i… – Berrington zdał sobie sprawę, że nie powinien zbyt wiele mówić przez telefon. – Znowu to zrobiłeś.

– Przepraszam…

– Przepraszasz!

– Jak się dowiedziałeś?

– Z początku wcale cię nie podejrzewałem… Myślałem, że wyjechałeś z miasta. Ale potem aresztowali kogoś, kto wygląda dokładnie jak ty.

– Rany. To znaczy, że jestem…

– Jesteś bezpieczny.

To wspaniale. Słuchaj…

– Co?

– Chyba nic nie powiesz? Policji ani nikomu.

– Nie, nie powiem nikomu – odparł z ciężkim sercem Berrington. – Możesz na mnie polegać.

WTOREK

15

Miasto Richmond żyło wspomnieniem dawnej świetności i Jeannie pomyślała, że rodzice Dennisa Pinkera doskonale do niego pasują. Charlotte Pinker, piegowata ruda piękność w szeleszczącej sukni z jedwabiu, miała maniery wielkiej wirgińskiej damy, chociaż mieszkała w drewnianym domku przy bocznej ulicy. Twierdziła, że ma pięćdziesiąt pięć lat, ale Jeannie oceniała ją raczej powyżej sześćdziesiątki. Jej mąż, którego tytułowała „majorem”, był mniej więcej w tym samym wieku, lecz wyglądał i zachowywał się jak człowiek, który dawno temu przeszedł na emeryturę.

– Dziewczęta, macie ochotę na koktajl? – zapytał, mrugając szelmowsko okiem do Jeannie i Lisy.

Jego żona miała wyszukany południowy akcent i mówiła trochę zbyt głośno, tak jakby zwracała się do licznego audytorium.

– Na litość boską, majorze, jest dopiero dziesiąta rano!

Major wzruszył ramionami.

– Próbuję po prostu rozbawić towarzystwo.

– To nie jest potańcówka; te panie przyjechały przeprowadzić z nami wywiad. Dlatego, że nasz syn jest mordercą.

Jeannie zauważyła, że nazwała go „naszym synem”; ale to niewiele znaczyło. Mogli go zaadoptować. Postanowiła, że ich o to spyta. Gdyby przyznali, że Dennis nie jest ich naturalnym synem, rozwiązałoby to połowę łamigłówki. Ale musiała zachować ostrożność. Pytanie było delikatne. Jeśli zada je zbyt niespodziewanie, na pewno ją okłamią. Powinna zaczekać na odpowiedni moment.

Nie mogła się również doczekać, żeby zobaczyć, jak wygląda Dennis. Czy był sobowtórem Stevena? Przyglądała się bacznie stojącym w salonie fotografiom w tanich ramkach. Wszystkie zrobione były przed wielu laty. Mały Dennis siedział w wózeczku, jechał na trójkołowym rowerku, pozował w stroju do baseballa i ściskał dłoń Myszki Mickey w Disneylandzie. Nigdzie nie widziała zdjęć, które przedstawiałyby go jako dojrzałego młodego człowieka. Rodzice chcieli go niewątpliwie zapamiętać jako niewinnego chłopca, sprzed okresu, gdy oskarżono go o morderstwo. W rezultacie Jeannie nie zdołała się niczego dowiedzieć z fotografii. Jasnowłosy dwunastolatek mógł teraz wyglądać tak samo jak Steven Logan, ale mógł również wyrosnąć na brzydkiego, ciemnego konusa.

Charlotte i major wypełnili już wcześniej kilka kwestionariuszy i wywiad nie powinien trwać dłużej niż godzinę. Lisa zabrała majora do kuchni, a Jeannie została z Charlotte w salonie.

Miała trudności ze skupieniem się na prostych pytaniach. Myślą wracała stale do siedzącego w areszcie Stevena. Nie potrafiła uwierzyć, że dokonał gwałtu. Nie dlatego, że podważyłoby to jej teorię. Polubiła go: sprawiał wrażenie bystrego, ujmującego i miłego. Był również wrażliwy: jego zmieszanie i przygnębienie na wieść o tym, że ma brata psychopatę, sprawiły, że chciała objąć go ramieniem i pocieszyć.

Gdy zapytała Charlotte, czy inni członkowie jej rodziny mieli kiedyś kłopoty z prawem, ta zmierzyła ją władczym spojrzeniem.

– Wszyscy mężczyźni w naszej rodzinie byli zawsze strasznie porywczy – oświadczyła, wciągając powietrze przez rozszerzone nozdrza. – Z domu jestem Marlowe, a to gorąca krew.

Wynikało z tego, że Dennis nie był adoptowany albo że jego adopcja jest trzymana w tajemnicy. Jeannie starała się ukryć rozczarowanie. Czy Charlotte zaprzeczy, że Dennis może być bliźniakiem?

Pytanie trzeba było zadać.

– Pani Pinker, czy jest możliwe, że Dennis mógł mieć brata bliźniaka?

– Nie.

Odpowiedź była prosta: żadnego oburzenia, żadnego zmieszania, zwykłe stwierdzenie faktu.

– Jest pani pewna?

Charlotte roześmiała się.

– Moja droga, to jedna z niewielu rzeczy, co do których matka raczej nie może się mylić.

– Na pewno nie jest adoptowany?

– Nosiłam tego chłopca w moim łonie, niechaj mi Bóg wybaczy.

Jeannie nie wiedziała, co o tym sądzić. Charlotte Pinker była bardziej skłonna do mijania się z prawdą niż Lorraine Logan, ale to, iż obie stanowczo zaprzeczały, że ich synowie są bliźniakami, wydawało się dziwne i niepokojące.

Kiedy wychodziły od Pinkerów, ogarnął ją pesymizm. Obawiała się, że Dennis będzie wyglądał zupełnie inaczej niż Steve.

Przed domem stał ich wynajęty ford aspire. Dzień był gorący. Jeannie ubrana była w sukienkę bez rękawów i żakiet, który włożyła, żeby dodać sobie powagi. Klimatyzator w fordzie zakwękał i zaczął pompować do środka letnie powietrze. Jeannie zdjęła rajstopy i powiesiła żakiet na tylnym wieszaku.

– Naprawdę wkurza mnie to, że twoim zdaniem wskazałam niewłaściwego faceta – oświadczyła Lisa, kiedy wyjechały na autostradę, kierując się w stronę więzienia.

– Mnie też nie daje to spokoju – odparła Jeannie. – Wiem, że nie zrobiłabyś tego, gdybyś nie miała pewności.

– Jak możesz być tak przeświadczona o tym, że nie mam racji?

– Nie jestem o niczym przeświadczona. Mam po prostu głębokie przekonanie, że to nie mógł być Steve Logan.

– Wydaje mi się, że mając do wyboru głębokie przekonanie i zeznanie naocznego świadka, powinnaś wybrać świadka.

– Wiem. Ale czy widziałaś kiedyś ten program Alfreda Hitchcocka? Ten czarno-biały, powtarzają go czasami na kablówce.

Tak, widziałam. To ten program, gdzie cztery osoby oglądają na własne oczy ten sam wypadek drogowy i każda z nich dostrzega co innego.

– Jesteś obrażona?

Lisa westchnęła.

– Chyba powinnam, ale za bardzo cię lubię, żeby się wściekać.

Jeannie wyciągnęła rękę i uścisnęła jej dłoń.

– Dzięki.

Zapadło długie milczenie.

– Denerwuje mnie, kiedy ludzie myślą, że jestem słaba – odezwała się w końcu Lisa.

Jeannie zmarszczyła brwi.

– Ja wcale tak nie myślę.

– Ale większość ludzi tak właśnie uważa. Dlatego, że jestem nieduża, mam mały zadarty nos i piegi.

– To prawda, że nie wyglądasz na ostrą babkę.

– A jednak nią jestem. Mieszkam sama, potrafię o siebie zadbać, mam niezłą robotę i nikt nie może mi podskoczyć. Tak przynajmniej mi się zdawało do tej niedzieli. Teraz myślę, że ludzie mają jednak rację: jestem słaba. W ogóle nie potrafię się obronić! Każdy psychopata chodzący po ulicy może mnie złapać, przystawić nóż do twarzy, zrobić co chce z moim ciałem i zostawić we mnie swoją spermę.

Jeannie zerknęła na pobladłą z emocji Lisę. Miała nadzieję, że wyrzucenie z siebie tego wszystkiego dobrze jej zrobi.

– Nie jesteś słaba – powiedziała.

– Ty jesteś mocna – stwierdziła Lisa.

– Ja mam odwrotny problem: ludzie myślą, że jestem niewrażliwa. Ponieważ mam sześć stóp wzrostu, kolczyk w nosie i złe maniery, uważają, że nie sposób mnie zranić.

– Nie masz wcale złych manier.

– Chyba żartujesz.

– Kto uważa, że jesteś niewrażliwa? Ja nie.

– Kobieta, która prowadzi Bella Vista, dom opieki, w którym jest moja mama. „Pani matka nie dożyje sześćdziesiątego piątego roku życia”, oznajmiła mi prosto z mostu. To, że mam kolczyk w nosie, chciałam jej powiedzieć, nie oznacza jeszcze, że jestem pozbawiona ludzkich uczuć.

– Mish Delaware mówi, że tak naprawdę gwałciciela wcale nie interesuje seks. Najbardziej lubi mieć władzę nad kobietą, dominować, budzić w niej strach i zadawać cierpienie. Wybiera osobę, którą jego zdaniem można łatwo nastraszyć.

– Kto nie byłby przestraszony na twoim miejscu?

– Ale ciebie nie wybrał. Ty byś mu pewnie przywaliła.

– Bardzo bym chciała.

– Tak czy owak, broniłabyś się bardziej zdecydowanie ode mnie. Nie byłabyś taka bezradna i przerażona. Dlatego cię nie wybrał.

Jeannie domyśliła się, do czego to wszystko zmierza.

– Może to i prawda, Liso, ale to wcale nie znaczy, że jest w tym choć trochę twojej winy. Nie możesz mieć do siebie pretensji. Znalazłaś się po prostu w rozbitym pociągu; to mogło się przytrafić każdemu.

– Masz rację – przyznała Lisa.

Dziesięć mil za miastem zjechały z autostrady przy znaku prowadzącym do zakładu karnego Greenwood. Więzienie było tradycyjne: kompleks szarych budynków i wysokie mury zwieńczone drutem kolczastym. Zaparkowały samochód w cieniu drzewa. Jeannie włożyła z powrotem żakiet, ale rajstopy zostawiła w fordzie.

– Jesteś gotowa? – zapytała. – Dennis będzie wyglądał dokładnie jak facet, który cię zgwałcił, chyba że moja metodologia jest zupełnie do dupy.

Lisa pokiwała ponuro głową.

– Jestem gotowa.

Główna brama otworzyła się, żeby wpuścić dostawczą ciężarówkę, i przez nikogo nie niepokojone weszły do środka. Mimo drutu kolczastego, pomyślała Jeannie, nie przestrzegano tutaj zbyt rygorystycznie zasad bezpieczeństwa. Były oczekiwane. Strażnik sprawdził ich tożsamość i poprowadził przez spalony przez słońce dziedziniec, na którym kilku czarnych młodzieńców w więziennych drelichach rzucało piłkę do kosza.

W budynku administracji działała klimatyzacja. Jeannie i Lisa weszły do gabinetu dyrektora, Johna Temoigne'a. Miał na sobie koszulę z krótkim rękawem i krawat, w popielniczce tkwiły niedopałki cygar.

– Jestem doktor Jean Ferrami z Uniwersytetu Jonesa Fallsa – przedstawiła się Jeannie, podając mu rękę.

– Cześć, Jean.

Temoigne należał najwyraźniej do mężczyzn, którzy nie potrafią odezwać się do kobiety po nazwisku.

– A to moja asystentka, pani Hoxton – dodała Jeannie, celowo nie wymieniając imienia Lisy.

– Cześć, złotko.

– Napisałam panu, na czym polega nasza praca, ale jeśli ma pan jakieś pytania, z przyjemnością na nie odpowiem. – Musiała zamienić z nim kilka słów, mimo że nie mogła się wprost doczekać, żeby rzucić okiem na Dennisa Pinkera.

Musi pani pamiętać, że Pinker jest agresywnym i niebezpiecznym osobnikiem – oświadczył Temoigne. – Zna pani szczegóły jego zbrodni?

– Próbował podobno zgwałcić kobietę w kinie i zabił ją, kiedy mu się opierała.

– Jest pani blisko. Było to w starym kinie Eldorado w Greensburgu. Puszczali jakiś horror. Pinker zszedł do piwnicy i wyłączył dopływ prądu. A potem, kiedy zapadła ciemność i wszyscy wpadli w panikę, zaczął obmacywać dziewczyny.

Jeannie i Lisa spojrzały na siebie zaskoczone. To, o czym opowiadał Temoigne, przypominało do złudzenia wypadki, które zaszły w niedzielę na Uniwersytecie Jonesa Fallsa. Umyślny sabotaż spowodował zamieszanie i panikę i dostarczył okazji sprawcy. Oba scenariusze łączył również element młodzieńczych fantazji: obmacywanie dziewcząt w ciemnym kinie i oglądanie biegających po szatni nagich kobiet. Jeśli Steve Logan był jednojajowym bliźniakiem Dennisa, wyglądało na to, że popełnili bardzo podobne zbrodnie.

– Jedna z kobiet próbowała całkiem nierozsądnie stawiać opór i zadusił ją – stwierdził Temoigne.

– Gdyby Pinker obmacywał pana – żachnęła się Jeannie – czy nie próbowałby pan nierozsądnie stawiać oporu?

– Nie jestem kobietą – odparł Temoigne z uśmiechem człowieka, który wie, że trzyma w ręku atutową kartę.

– Powinnyśmy już zacząć, doktor Ferrami – wtrąciła się taktownie Lisa. – Mamy mnóstwo roboty.

– Masz rację.

– Normalnie powinna pani rozmawiać z więźniem przez kratę – oznajmił Temoigne. – Zależało jednak pani specjalnie, żeby przebywać z nim w jednym pomieszczeniu, i otrzymałem polecenie, aby to pani umożliwić. Mimo to chcę, żeby się pani jeszcze zastanowiła. To niebezpieczny i agresywny przestępca.

Jeannie poczuła, jak przechodzi ją dreszcz, ale nie dała po sobie nic poznać.

– Przez cały czas będzie nam towarzyszył uzbrojony strażnik.

– Zgadza się. Ale byłbym spokojniejszy, gdyby od więźnia oddzielała panią stalowa siatka. – Temoigne uśmiechnął się lubieżnie. – Mężczyzna nie musi być psychopatą, żeby nachodziły go zdrożne myśli w obecności dwóch takich atrakcyjnych dziewcząt.

Jeannie wstała z krzesła.

– Doceniam pańską troskę, dyrektorze, naprawdę. Musimy jednak wykonać pewne określone czynności, takie jak pobranie krwi, sfotografowanie badanego i tak dalej i nie można tego zrobić przez kraty. Co więcej, część naszych pytań ma intymny charakter i uważam, że wszelkie dzielące nas sztuczne bariery mogłyby mieć niekorzystny wpływ na wyniki badań.

Temoigne wzruszył ramionami.

– Mam nadzieję, że nic się paniom nie stanie. Odprowadzę panie na miejsce.

Wyszli z budynku administracyjnego i stąpając po spieczonej ziemi, ruszyli w stronę dwupiętrowego betonowego bloku. Strażnik otworzył stalowe drzwi i wpuścił je do środka. Było tam tak samo gorąco jak na zewnątrz.

– Od tej chwili będzie się wami opiekował tu obecny pan Robinson – oznajmił Temoigne. – Gdybyście czegoś potrzebowały, dziewczęta, po prostu krzyczcie.

– Dziękuję, dyrektorze – odparła Jeannie. – Bardzo nam pan pomógł.

Robinson był budzącym zaufanie wysokim czarnym mężczyzną koło trzydziestki. U pasa miał pistolet w zapinanej kaburze i potężną pałkę. Zaprowadził je do pozbawionej okien sali widzeń ze stołem i sześcioma stojącymi przy ścianie krzesłami. Na stole stała popielniczka, w kącie źródełko z wodą i na tym kończyło się całe wyposażenie. Podłoga wyłożona była szarym plastikiem, ściany pomalowane na ten sam kolor.

– Pinker zaraz tu przyjdzie – powiedział Robinson. Pomógł Jeannie i Lisie przysunąć krzesła do stołu, a potem wszyscy usiedli.

Chwilę później otworzyły się drzwi.

16

Berrington Jones umówił się z Jimem Proustem i Prestonem Barckiem w Monocle, restauracji położonej tuż obok biur Senatu w Waszyngtonie. Był to lokal, gdzie podczas lunchu zapadały decyzje o kluczowym znaczeniu i gdzie spotykali się ich znajomi: kongresmani, polityczni konsultanci, doradcy i dziennikarze. Berrington zdecydował, że nie ma sensu kryć się po kątach. Byli zbyt dobrze znani, zwłaszcza senator Proust zwracający uwagę swoją łysą czaszką i wielkim nosem. Gdyby wybrali mało znany lokal, jakiś reporter mógł ich zobaczyć i napisać, że spotykają się potajemnie. Lepiej było pójść tam, gdzie rozpozna ich trzydzieści osób i wszyscy uznają, że spotkali się, aby porozmawiać na temat prowadzonych wspólnie legalnych interesów.

Berrington zdecydowany był nie dopuścić do zerwania kontraktu z Landsmannem. Zgoda, transakcja była od samego początku ryzykowna, a Jeannie Ferrami mogła jej poważnie zagrozić. Ale poddając się teraz, zaprzepaściliby wszystkie swoje marzenia. Istniała tylko jedna szansa, aby uratować Amerykę i przywrócić jej rasową integralność. Nie było na to za późno, jeszcze nie. Wizja praworządnej, bogobojnej, ceniącej wartości rodzinne Ameryki mogła zostać urzeczywistniona. Wszyscy trzej mieli już jednak prawie sześćdziesiątkę; następna taka okazja mogła im się już po prostu nie trafić.

Jim Proust zawsze robił wokół siebie dużo szumu, i chociaż często irytował Berringtona, można go było łatwo przekabacić. Kulturalny Preston, o wiele bardziej sympatyczny, był również znacznie bardziej uparty.

Berrington miał dla nich złe wieści i przedstawił je na samym wstępie.

– Jeannie Ferrami pojechała dzisiaj do Richmond zobaczyć się z Dennisem Pinkerem.

Jim skrzywił się.

– Dlaczego jej, do diabła, nie powstrzymałeś? – Głos miał głęboki i zachrypnięty od wydawania rozkazów przez wiele lat.

Jego arogancki ton jak zwykle wyprowadził z równowagi Berringtona.

– A co miałem zrobić, związać ją?

– Jesteś chyba jej szefem?

– To jest uniwersytet, a nie pierdolona armia, Jim.

– Nie wydzierajcie się tak głośno – zwrócił im uwagę podenerwowany Preston. Na nosie miał wąskie okulary w czarnych oprawkach; nosił takie same od roku 1959 i Berrington zauważył, że ostatnio znowu wracają do mody. – Wiedzieliśmy, że to może się kiedyś wydarzyć. Moim zdaniem powinniśmy przejąć inicjatywę i do wszystkiego się przyznać.

– Przyznać się? – powtórzył z niedowierzaniem Jim. – Uważasz, że zrobiliśmy coś złego?

– Niektórzy ludzie mogą to tak widzieć.

– Może już zapomniałeś, że po przedstawieniu przez CIA raportu, od którego wszystko się zaczęło, „Nowe osiągnięcia sowieckiej nauki”, sam prezydent Nixon stwierdził, że to najbardziej niepokojące wieści z Moskwy, odkąd Sowietom udało się rozbić atom.

– Ten raport nie musiał być wcale prawdziwy – mruknął Preston.

– Ale myśleliśmy, że jest. Co więcej, uwierzył w to nasz prezydent. Nie pamiętasz, jak cholernie groźnie to wtedy wyglądało?

Berrington dobrze wszystko pamiętał. Sowieci mają program hodowli ludzi, twierdziła CIA. Mają zamiar stworzyć genialnych naukowców, genialnych szachistów, niepokonanych sportowców i niepokonanych żołnierzy. Nixon zlecił Wojskowej Służbie Badań Medycznych opracowanie podobnego programu i przedstawienie metody stworzenia idealnych amerykańskich żołnierzy. Jim Proust miał czuwać nad jego realizacją. Natychmiast zwrócił się o pomoc do Berringtona. Kilka lat wcześniej Berrington zaszokował wszystkich, zwłaszcza swoją żonę Vivvie, wstępując do wojska w momencie, gdy wśród jego rówieśników sięgnęły szczytu antywojenne nastroje. Zaczął pracować w Fort Detrick w Frederick, w stanie Maryland, gdzie badał odporność żołnierzy na zmęczenie. Na początku lat siedemdziesiątych stał się czołowym światowym ekspertem, jeśli chodzi o dziedziczenie takich typowo żołnierskich cech osobowych, jak wytrwałość i agresja. W tym czasie Preston, który pozostał na Harvardzie, dokonał kilku przełomowych odkryć, pozwalających lepiej poznać proces ludzkiego zapłodnienia. Berrington namówił go, aby opuścił uniwersytet i razem z nim i Proustem wziął udział w wielkim eksperymencie.

To była jedna z najpiękniejszych chwil w jego życiu.

– Pamiętam również, jakie to było ekscytujące – stwierdził. – Otwieraliśmy nowe horyzonty nauki, ratowaliśmy Amerykę przed kryzysem i sam prezydent prosił nas, byśmy wykonali dla niego to zadanie.

Preston dziobnął smętnie swoją sałatkę.

– Czasy się zmieniły. Dzisiaj nie wystarczy już tłumaczyć, że zrobiło się coś, bo prosił o to osobiście prezydent Stanów Zjednoczonych. Ludzie trafiają do więzienia za to, że zrobili coś, o co prosił ich prezydent.

– Co było w tym złego? – zapytał gniewnie Jim. – Robiliśmy to w tajemnicy, zgoda. Ale do czego mamy się, na litość boską, przyznawać?

– Zeszliśmy do podziemia – powiedział Preston.

Jim zaczerwienił się pod swoją opalenizną.

– Kontynuowaliśmy nasze badania w sektorze prywatnym – stwierdził z naciskiem.

Ładny eufemizm, pomyślał Berrington, nie powiedział jednak tego na głos, żeby nie denerwować Jima. Ci klauni z komitetu na rzecz reelekcji Nixona włamali się do hotelu Watergate i wszyscy w Waszyngtonie zaczęli srać ze strachu. Preston założył Genetico jako spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, a Jim podrzucił jej dość intratnych wojskowych kontraktów, żeby stanęła na nogi. Po pewnym czasie ośrodki sztucznego zapłodnienia stały się tak dochodowe, że mogli finansować dalsze badania bez pomocy wojska. Berrington wrócił na uniwersytet, a Jim przeszedł z armii do CIA, a potem do Senatu.

– Nie mówię, że nie mieliśmy racji – powiedział Preston – ale pewne rzeczy, które robiliśmy na początku, były niezgodne z prawem.

Berrington nie chciał, żeby doszło między nimi do sporu.

– Ironia losu polega na tym – stwierdził spokojnie – że wyhodowanie idealnych Amerykanów okazało się niemożliwe. Cały projekt szedł w złym kierunku. Naturalna hodowla nie pozwalała na dokładność. Ale my byliśmy dość sprytni, żeby dostrzec możliwości, jakie daje inżynieria genetyczna.

– Wówczas nikt jeszcze nie łączył tych dwu cholernych słów – mruknął Proust, krojąc swój stek.

– Jim ma rację – przyznał, kiwając głową Berrington. – Powinniśmy być dumni, a nie wstydzić się tego, co zrobiliśmy. Kiedy się nad tym zastanowić, dokonaliśmy cudu. Postawiliśmy sobie jasne zadanie: ustalić, czy pewne cechy, takie jak inteligencja i agresywność, są dziedziczne; zidentyfikować odpowiedzialne za to geny; na koniec zaś umieścić je w hodowanych w probówce embrionach… i otarliśmy się niemal o sukces!

Preston wzruszył ramionami.

– Zajmują się tym biolodzy na całym świecie…

– Niezupełnie. My byliśmy bardziej ukierunkowani i lepiej się zabezpieczyliśmy.

To prawda.

Obaj przyjaciele Berringtona udobruchali się, każdy na swój sposób. Ich reakcje tak łatwo było przewidzieć, pomyślał pogodnie; może tacy są właśnie wszyscy starzy przyjaciele. Jim sypał zawsze pogróżkami, a Preston szukał dziury w całym. Może teraz, kiedy się uspokoili, zdołają ocenić na trzeźwo sytuację.

– W ten sposób wracamy do Jeannie Ferrami – oznajmił. – Za rok albo dwa doktor Ferrami może nam powiedzieć, jak wzbudzić w ludziach agresję, nie zmieniając ich w kryminalistów. Na swoje miejsce trafią ostatnie fragmenty łamigłówki. Dzięki ofercie Landsmanna przyspieszymy tempo badań, a Jim może znaleźć się w Białym Domu. Nie pora teraz się wycofywać.

– Wszystko to bardzo pięknie – stwierdził Preston – ale co mamy konkretnie robić? Landsmann jest cholernie czuły na punkcie etyki.

Berrington przełknął kawałek steku.

– Przede wszystkim musimy sobie uświadomić, że nie mamy do czynienia z kryzysem, lecz z problemem – oświadczył. I że tym problemem nie jest Landsmann. Ich księgowi nie odkryją prawdy, gdyby nawet sto lat wertowali nasze księgi. Naszym problemem jest Jeannie Ferrami. Nie możemy dopuścić, żeby dowiedziała się czegoś więcej, przynajmniej przed poniedziałkiem, kiedy podpiszemy umowę.

– Nie możesz jej przecież niczego zabronić, bo to jest uniwersytet, a nie pierdolona armia – stwierdził z przekąsem Jim.

Berrington pokiwał głową. Teraz obaj główkowali dokładnie tak, jak chciał.

– To prawda – odparł spokojnie. – Nie mogę jej wydawać rozkazów. Ale istnieją bardziej subtelne metody manipulowania ludźmi aniżeli te, którymi posługują się wojskowi. Jeśli zostawicie to mnie, na pewno to załatwię.

Preston nie wydawał się usatysfakcjonowany.

– W jaki sposób? – zapytał.

Berrington od dłuższego czasu zadawał sobie w myśli to pytanie. Nie miał na razie planu, ale chodził mu po głowie pewien pomysł.

– Wydaje mi się, że mogą wyłonić się pewne problemy w związku z wykorzystywaniem przez nią danych medycznych. To budzi wątpliwości natury etycznej. Sądzę, że uda mi się zmusić ją do zaniechania dalszych badań.

– Musiała się jakoś zabezpieczyć.

– Nie potrzebuję ważnego powodu, lecz pretekstu.

– Jak – ona wygląda? – zapytał Jim.

– Ma koło trzydziestki. Wysoka, bardzo wysportowana. Ciemne włosy, kolczyk w nosie, jeździ starym czerwonym mercedesem. Przez dłuższy czas miałem o niej bardzo dobre zdanie, ale wczoraj wieczorem odkryłem, że jest dziedzicznie obciążona. Ma ojca kryminalistę. Lecz jest również sprytna, zadziorna i uparta.

– Mężatka, rozwiedziona?

– Samotna, nikogo nie ma.

– Brzydka?

– Nie, jest bardzo atrakcyjna. Chociaż trudna we współżyciu.

Jim pokiwał w zamyśleniu głową.

Wciąż mamy wielu przyjaciół wśród ludzi z wywiadu. Wyeliminowanie takiej dziewczyny nie powinno sprawić zbyt wiele kłopotu.

Preston zrobił przestraszoną minę.

– Żadnej przemocy, Jim, na litość boską.

Do stolika zbliżył się kelner, żeby sprzątnąć talerze, i na chwilę umilkli czekając, aż odejdzie. Berrington wiedział, że musi powtórzyć im to, czego dowiedział się wieczorem od sierżant Delaware.

– Jest jeszcze coś, co powinniście wiedzieć – oświadczył z ciężkim sercem. – W niedzielę po południu w szatni sali gimnastycznej zgwałcono dziewczynę. Policja aresztowała Stevena Logana. Ofiara rozpoznała go podczas konfrontacji.

– Czy to on jest sprawcą? – zapytał Jim.

– Nie.

– Wiesz, kto to zrobił?

Berrington spojrzał mu prosto w oczy.

– Tak, Jim, wiem.

– O kurwa – zaklął Preston.

– Może powinniśmy raczej wyeliminować chłopców – mruknął Jim.

Berrington poczuł, jak coś dławi go w gardle. Zdawał sobie sprawę, że się czerwieni. Pochylił się nad stołem i zbliżył palec do twarzy Jima.

– Nie waż się więcej mówić przy mnie takich rzeczy! – huknął, wymachując palcem tak blisko jego oczu, że senator, choć znacznie od niego większy, musiał się cofnąć.

– Uspokójcie się – syknął Preston. – Ludzie na was patrzą.

Berrington cofnął palec, ale nie miał zamiaru na tym zakończyć. Gdyby nie znajdowali się w publicznym miejscu, złapałby Jima za gardło. Zamiast tego chwycił go za klapy marynarki.

– Daliśmy tym chłopcom życie. Wydaliśmy ich na świat i jesteśmy za nich odpowiedzialni.

– Dobrze, już dobrze – mruknął Jim.

– Chcę, żebyś mnie dobrze zrozumiał. Jeśli któremuś z nich spadnie choć włos z głowy, przysięgam na Boga, że odstrzelę ci łeb, Jim.

Podszedł do nich kelner.

– Czy panowie życzą sobie jakiś deser? – zapytał.

Berrington puścił Jima, który wygładził gniewnym ruchem marynarkę.

– Przysięgam – powtórzył Berrington. – Przysięgam.

– Niech pan przyniesie rachunek – powiedział Preston do kelnera.

17

Steve Logan nie zmrużył oka przez całą noc.

Prosiak Butcher spał jak dziecko, co jakiś czas lekko pochrapując. Steve siedział na podłodze, nie spuszczając go z oczu, obserwując trwożnie każdy jego ruch i rozmyślając o tym, co będzie, kiedy facet w końcu się ocknie. Czy będzie chciał z nim walczyć? Czy będzie próbował go zgwałcić albo pobić?

Miał powody do obaw. Mężczyźni zawsze biją się w więzieniu. Wielu odnosi rany, zdarzają się zabójstwa. Społeczeństwo nie bardzo się tym przejmuje, wychodząc z założenia, że jeśli więźniowie będą się tłukli między sobą, zostanie im mniej sił, żeby rabować i mordować porządnych obywateli.

Musiał zrobić wszystko, aby nie sprawiać wrażenia łatwej ofiary. Wiedział, że ludzie często niewłaściwie go oceniają. Ten błąd popełnił między innymi Tip Hendricks. Steve miał łagodny charakter. Chociaż był duży, wydawało się, że nie potrafi skrzywdzić muchy.

Nie zachowując się w sposób prowokacyjny, powinien dać do zrozumienia, że nie da sobie grać na nosie. Przede wszystkim nie może pozwolić, żeby Prosiak wziął go za grzecznego studenta. To uczyniłoby go łatwym celem docinków, żartobliwych razów, a w końcu otwartej agresji. Musiał, jeżeli to możliwe, udawać zatwardziałego przestępcę. A jeśli się nie uda, zdeprymować Prosiaka, wysyłając niejasne sygnały.

A jeśli nic z tego nie odniesie skutku?

Prosiak był wyższy i cięższy od Steve'a i sprawiał wrażenie zahartowanego w bojach bandziora. Steve był bardziej wysportowany i prawdopodobnie szybszy, ale od siedmiu lat nie uderzył nikogo w gniewie. Na otwartej przestrzeni mógł uprzedzić jego atak i uciec bez większych obrażeń. Ale tu, w celi, zapowiadało się na krwawą walkę bez względu na to, kto wygra. Jeśli wierzyć detektywowi Allastonowi, w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin Prosiak dowiódł, że jest urodzonym mordercą. Czy ja też mam instynkt mordercy? – pytał sam siebie Steve. Czy w ogóle jest coś takiego jak instynkt mordercy? o mało nie zabiłem Tipa Hendricksa. Czy to upodabnia mnie do Prosiaka?

Rozmyślając o tym, co oznaczało wygranie bójki z Prosiakiem, poczuł, jak przechodzi go dreszcz. Wyobraził sobie leżącego na podłodze, zalanego krwią wielkiego mężczyznę, samego siebie, stojącego nad nim, tak samo jak stał nad Tipem, i głos Spike'a: „Jezu Chryste, on chyba jest martwy”. Z dwojga złego wolał chyba dać się pobić.

Może powinien być pasywny. Najlepiej było chyba zwinąć się bez ruchu na podłodze i pozwolić, żeby Prosiak kopał go tak długo, aż się zmęczy. Ale nie wiedział, czy potrafi to zrobić. Siedział więc z wyschniętym gardłem i walącym szybko sercem, przyglądając się śpiącemu psychopacie i wyobrażając sobie różne warianty bójki, którą zawsze przegrywał.

Domyślał się, że gliniarze często stosują ten numer. Polecenie Allastona wcale nie zdziwiło strażnika. Zamiast katować podejrzanych w pokoju przesłuchań, wygodniej było pozwolić, aby robili to za nich inni więźniowie. Zastanawiał się, ilu ludzi przyznało się do nie popełnionych zbrodni tylko dlatego, że nie chcieli znaleźć się w jednej celi z kimś takim jak Prosiak.

Przyrzekał sobie, że nigdy tego nie zapomni. Kiedy zostanie adwokatem i będzie bronić ludzi oskarżonych o różne przestępstwa, nigdy nie potraktuje przyznania się do winy jako ostatecznego dowodu. Wyobrażał sobie, jak przemawia do ławy przysięgłych: „Byłem raz oskarżony o czyn, którego nie popełniłem, i o mały włos nie przyznałem się do winy”.

A potem zdał sobie sprawę, że jeśli zostanie skazany, wyrzucą go z uczelni i nigdy już nie będzie nikogo bronił.

Powtarzał sobie, że nie mogą go skazać. Oczyści go z winy test DNA. Koło północy zabrano go w kajdankach z celi i zawieziono do szpitala Mercy, kilka przecznic od komendy. Tam pobrano mu krew, z której mieli wyekstrahować DNA. Zapytał pielęgniarkę, jak długo to potrwa, i dowiedział się z przerażeniem, że wyniki nie będą znane przed upływem trzech dni. Wrócił do celi zupełnie załamany. Umieszczono go z powrotem z Prosiakiem, który na szczęście w dalszym ciągu spał.

Oceniał, że może nie spać przez jakieś dwadzieścia cztery godziny. Nie mogli go przetrzymywać dłużej bez nakazu sądowego. Został aresztowany mniej więcej o szóstej po południu, więc wolno im było trzymać go w celi do tej samej godziny. Wtedy albo nawet wcześniej będzie mógł się zwrócić o zwolnienie za kaucją. Będzie miał szansę na wydostanie się stąd.

Usiłował rozpaczliwie przypomnieć sobie wykład na temat kaucji. „Jedynym pytaniem, które rozważa sąd, jest to, czy oskarżony stawi się na rozprawie”, tłumaczył profesor Rexam. Wtedy wydawało się to nudne jak flaki z olejem; teraz zależało od tego wszystko. Zaczął odtwarzać w pamięci szczegóły. Pod uwagę brało się dwa czynniki. Pierwszym była wysokość ewentualnego wyroku. Jeśli wysunięto poważne oskarżenie, zwolnienie za kaucją było bardziej ryzykowne; oskarżony o morderstwo łatwiej decydował się na ucieczkę niż drobny złodziejaszek. Ten sam czynnik wchodził w grę, gdy podejrzany figurował w rejestrze skazanych i groził mu wysoki wyrok jako recydywiście. Steve nie figurował w rejestrze; chociaż sądzono go za ciężkie pobicie, działo się to, nim ukończył osiemnaście lat i wyrok uległ zatarciu. Stanie przed sądem z czystym kontem. Ciążące na nim zarzuty były jednak bardzo poważne.

Drugi czynnik to „więzi oskarżonego ze społecznością”: rodzina, dom, praca. Ktoś, kto od pięciu lat mieszkał z żoną i dziećmi pod tym samym adresem i pracował w firmie za rogiem, miał większe szansę od kogoś, kto nie miał w mieście rodziny, wprowadził się do obecnego mieszkania przed sześcioma tygodniami i w rubryce „zawód” podał, że jest bezrobotnym muzykiem. Pod tym względem Steve czuł się pewniejszy. Mieszkał razem z rodzicami i studiował na drugim roku prawa; decydując się na ucieczkę, wiele by tracił.

Sąd nie powinien rozważać, czy zwolnienie oskarżonego stanowi zagrożenie dla społeczeństwa, przesądzałby bowiem w ten sposób o jego winie. W praktyce jednak często się to zdarzało. Osoba zamieszana w nie zakończone jeszcze przestępcze porachunki miała mniejsze szansę od kogoś, kto dopuścił się pojedynczego przestępstwa. Gdyby Steve'a oskarżano nie o jeden, lecz o całą serię gwałtów, jego szansę na zwolnienie byłyby bliskie zeru.

Uwzględniwszy to wszystko, oceniał swoje szansę na pięćdziesiąt procent. Obserwując Prosiaka, układał w myśli coraz dłuższe mowy, które miał zamiar wygłosić w sądzie.

Zdecydowany był bronić się sam. Nie poprosił o rozmowę telefoniczną, do której miał prawo. Aż do chwili gdy będzie mógł powiedzieć, że oczyszczono go z zarzutów, starał się nie mieszać w to rodziców. Nie wyobrażał sobie, że mógłby powiedzieć im, co go spotkało: byliby zbyt wstrząśnięci i zrozpaczeni. Podzielenie się złą wieścią przyniosłoby mu ulgę, ale za każdym razem, gdy o tym myślał, stawały mu przed oczyma ich twarze, gdy przed siedmiu laty weszli na posterunek po bójce z Tipem Hendricksem. Wiedział, że rozmowa z nimi zraniłaby go o wiele bardziej niż kiedykolwiek był go w stanie zranić Prosiak Butcher.

W ciągu nocy do aresztu trafili kolejni mężczyźni. Część była apatyczna i posłuszna, inni krzyczeli, że są niewinni, a jeden stawiał opór strażnikom i został w związku z tym profesjonalnie pobity.

Koło piątej zrobiło się cicho. O ósmej zmiennik Spike'a przyniósł w styropianowych pojemnikach śniadanie z knajpy o nazwie Mother Hubbard. Więźniowie w innych celach ożywili się na widok jedzenia i hałas obudził Prosiaka.

Steve nie ruszał się z miejsca, siedząc na podłodze i wpatrując się pozornie pustym wzrokiem w ścianę, w istocie zaś obserwując Prosiaka kątem oka. Przyjazne nastawienie mogło być wzięte za oznakę słabości. Najlepszą postawą była wroga bierność.

Prosiak siadł na pryczy, złapał się za głowę i wlepił oczy w Steve'a, na razie jednak milczał. Steve domyślał się, że facet usiłuje go rozgryźć.

– Co tutaj, kurwa, robisz? – zapytał po kilku minutach Prosiak.

Steve wykrzywił twarz w wyrazie niemego oburzenia, a potem przesunął oczyma po celi i zatrzymał je na Prosiaku. Przez kilka chwil wytrzymywał jego spojrzenie. Prosiak był przystojnym mężczyzną z mięsistą twarzą, na której malowała się agresja. Wpatrywał się przekrwionymi oczyma w swojego współlokatora. Sprawiał wrażenie zmarnowanego i przegranego, lecz mimo to niebezpiecznego. Steve odwrócił wzrok, udając znudzenie. Nie odpowiedział na pytanie. Im więcej czasu zajmie Prosiakowi rozszyfrowanie go, tym będzie bezpieczniejszy.

Kiedy strażnik wsunął śniadanie między prętami, Steve zignorował je. Prosiak podniósł tackę. Wtrąbił cały bekon, jajka i grzankę, po czym bez żenady skorzystał głośno z toalety.

Załatwiwszy się, podciągnął spodnie, usiadł na pryczy i spojrzał na Steve'a.

– Za co tutaj trafiłeś, biały chłopcze? – zapytał.

To był moment największego zagrożenia. Prosiak starał się go wyczuć. Steve nie mógł teraz pozwolić, żeby domyślił się, kim naprawdę jest: porządnym studentem, który od wielu lat nie brał udziału w żadnej bójce.

Obrócił głowę i spojrzał na Prosiaka tak, jakby dopiero teraz go zauważył. Patrzył mu w oczy bardzo długo, zanim się odezwał.

– Zasraniec zaczął się do mnie dopierdalać, więc przypierdoliłem mu raz a dobrze – odparł, lekko się zacinając.

Prosiak nie spuszczał z niego oczu. Steve nie potrafił powiedzieć, czy facet dał się nabrać.

– Morderstwo? – zapytał po dłuższej chwili.

– Zgadza się, kurwa.

– Ja też.

Wyglądało na to, że Prosiak uwierzył mu.

– Zasraniec nie będzie się do mnie, kurwa, więcej dopierdalać – dodał po chwili buńczucznym tonem Steve.

– Jasne – zgodził się Prosiak.

Zapadło długie milczenie. Prosiak chyba się nad czymś zastanawiał.

– Dlaczego nas razem wsadzili? – zapytał w końcu.

– Nic na mnie, kurwa, nie mają – odparł Steve. – Kombinują, że jeśli cię skasuję, będą mogli mnie skazać.

Prosiak poczuł się dotknięty na honorze.

– A co, jeżeli to ja cię skasuję? – zapytał.

Steve wzruszył ramionami.

– Wtedy będą mieli coś na ciebie.

Prosiak pokiwał powoli głową.

– Cwaniaki – mruknął.

Wyglądało na to, że nie ma nic więcej do powiedzenia. Po chwili z powrotem się położył.

Steve czekał. Czy niebezpieczeństwo minęło?

Po kilku minutach Prosiak zapadł chyba w sen.

Kiedy zaczął chrapać, Steve oparł się z ulgą o ścianę.

Przez kilka następnych godzin nic się nie zdarzyło.

Nikt nie przyszedł, żeby z nim porozmawiać, nikt nie powiedział mu, co się dzieje. Nie było okienka z informacją, do którego mógłby podejść. Chciał wiedzieć, kiedy będzie mógł poprosić o zwolnienie za kaucją, ale nikt go o tym nie poinformował. Próbował zagadnąć nowego strażnika, lecz facet po prostu go zignorował.

Prosiak wciąż spał, kiedy strażnik przyszedł i otworzył drzwi celi. Założył Steve'owi kajdanki i łańcuchy na nogi, a potem obudził Prosiaka i zrobił z nim to samo. Przykuto ich do innych mężczyzn i zaprowadzono do małej sali na tym samym piętrze.

Wewnątrz były dwa biurka, każde z komputerem i laserową drukarką, przed nimi rząd szarych plastikowych krzeseł. Przy pierwszym biurku siedziała elegancko ubrana czarna kobieta koło trzydziestki. Zerknęła na więźniów, mruknęła: „proszę usiąść” i zaczęła z powrotem stukać wypielęgnowanymi palcami w klawiaturę.

Szurając nogami, przedefilowali przed biurkiem i usiedli. Steve rozejrzał się dookoła. Ze swoimi stalowymi szafkami, tablicami ogłoszeń, przeciwpożarową gaśnicą i staroświeckim sejfem sala przypominała zwykły sekretariat. Po kilkunastu godzinach spędzonych w celi wydawała mu się piękna.

Prosiak zamknął oczy i chyba ponownie zasnął. Z dwu pozostałych mężczyzn, jeden wpatrywał się z niedowierzaniem w gips, w którym tkwiła jego prawa noga, drugi uśmiechał się błogo, wyraźnie nie mając pojęcia, gdzie jest, naćpany jak świnia, opóźniony w rozwoju albo jedno i drugie.

Kobieta odwróciła w końcu wzrok od ekranu.

– Proszę podać nazwisko.

– Steve Logan – odparł Steve, który siedział pierwszy w szeregu.

– Nazywam się Williams i jestem komisarzem sądowym, panie Logan.

Przypomniał sobie zajęcia na temat procedury sądowej. Komisarz był funkcjonariuszem sądowym, stojącym o wiele niżej od sędziego. Zajmował się nakazami aresztowania i innymi pomniejszymi formalnościami. Miał również prawo zwolnić za kaucją i Steve'a podniosło to na duchu. Może jednak uda mu się stąd wydostać.

– Do moich obowiązków – oznajmiła Williams – należy poinformowanie pana, o co jest pan oskarżony, kiedy i gdzie odbędzie się proces, czy zostanie pan zwolniony za kaucją lub za poręczeniem, a jeśli tak, to pod jakimi warunkami.

Mówiła bardzo szybko, ale Steve usłyszał wzmiankę o kaucji, która potwierdziła to, co zapamiętał z zajęć. Znajdowała się przed nim osoba, którą musiał przekonać, że można mu wierzyć i że pojawi się na rozprawie.

– Zarzuca się panu gwałt pierwszego stopnia, napaść z zamiarem gwałtu, pobicie oraz sodomię. – Na jej okrągłej twarzy nie odbiły się żadne emocje, gdy wyliczała potworne zbrodnie, o które został oskarżony. Podała mu datę procesu, który miał się odbyć za trzy tygodnie, i Steve przypomniał sobie, że każdemu podejrzanemu przysługuje prawo do rozprawy w ciągu trzydziestu dni od zatrzymania.

– Za gwałt grozi panu dożywocie. Za napaść z zamiarem gwałtu od dwu do piętnastu lat. Oba czyny stanowią przestępstwa kwalifikowane.

Steve wiedział, czym jest przestępstwo kwalifikowane, wątpił jednak, czy zdawał sobie z tego sprawę Prosiak Butcher. Przypomniało mu się, że gwałciciel podpalił również budynek sali gimnastycznej. Dlaczego nie postawiono mu tego zarzutu? Być może policja nie miała żadnego dowodu łączącego go z pożarem.

Williams zadała mu serię szybkich pytań i wpisała odpowiedzi do komputera.

– Proszę podać pełne nazwisko. Adres? Numer telefonu? Jak długo mieszka pan w tym samym miejscu? Gdzie mieszkał pan przedtem?

Informując ją, że mieszka z rodzicami, że studiuje na drugim roku prawa i nie ma kryminalnej przeszłości, czuł, jak budzi się w nim nadzieja. Zapytała, czy jest uzależniony od narkotyków lub alkoholu, a on mógł udzielić jej odpowiedzi przeczącej. Zastanawiał się, kiedy będzie miał okazję zwrócić się z prośbą o zwolnienie, ale ona trajkotała jak nakręcona, stosując się najwyraźniej do z góry ustalonej procedury.

– Co się tyczy sodomii, nie znajduję wystarczających dowodów – stwierdziła. Oderwała wzrok od ekranu i spojrzała mu prosto w oczy. – Nie oznacza to, że nie mógł pan popełnić tego wykroczenia, lecz tylko to, że w policyjnym raporcie nie znajduję dosyć informacji, by taki zarzut potwierdzić.

Steve zastanawiał się, dlaczego policja oskarżyła go o sodomię. Może mieli nadzieję, że zaprzeczy z oburzeniem i zdradzi się mówiąc: To obrzydliwe, przeleciałem ją, ale nie waliłem od tyłu, za kogo mnie macie?

– Zarzut zostanie jednak postawiony podczas rozprawy – dodała Williams.

Steve zupełnie się pogubił. Jaki był sens jej poprzedniego stwierdzenia, skoro i tak postawią mu ten zarzut podczas rozprawy? I jeśli on, student drugiego roku prawa, miał trudności z nadążaniem za tym, co mówiła, co można było powiedzieć o zwyczajnym śmiertelniku?

– Ma pan jakieś pytania? – zapytała komisarz.

Steve wziął głęboki oddech.

– Chcę prosić o zwolnienie za kaucją – zaczął. – Jestem niewinny…

– Jest pan oskarżony o przestępstwa kwalifikowane, panie Logan – przerwała mu – które podpadają pod paragraf sześćset trzydzieści osiem B postępowania sądowego. A to oznacza, że jako komisarz sądowy nie mogę udzielić panu zwolnienia za kaucją. Ta decyzja należy wyłącznie do sędziego.

To było jak policzek. Zrobiło mu się niedobrze. Wpatrywał się w nią z niedowierzaniem.

– W takim razie jaki jest sens tej całej farsy? – zapytał gniewnie.

– W tym momencie nie dotyczą pana przepisy o zwolnieniu za kaucją.

– Więc po co zadawała mi pani te wszystkie pytania i obudziła we mnie nadzieję? Myślałem, że stąd się wydostanę! – oznajmił podniesionym tonem.

Wcale jej to nie poruszyło.

– Adres, który mi pan podał, i inne informacje zostaną sprawdzone przez śledczego przedprocesowego, który zda raport sędziemu – oświadczyła spokojnie. – Jutro czeka pana przesłuchanie, podczas którego sędzia podejmie decyzję w sprawie zwolnienia za kaucją.

– Trzymają mnie w celi razem z nim! – poskarżył się Steve, wskazując śpiącego Prosiaka.

– Nie odpowiadam za warunki panujące w celach.

– Ten facet jest mordercą. Nie zabił mnie dotychczas tylko dlatego, że nie może ustać na nogach. Składam pani w tej chwili, jako urzędnikowi sądowemu, formalną skargę. Jestem dręczony psychicznie i moje życie znajduje się w niebezpieczeństwie.

– Kiedy cele są pełne, musi pan dzielić…

– Cele nie są pełne, co może pani stwierdzić, wystawiając głowę z tego pokoju. Większość jest pusta. Umieścili mnie razem z nim, żeby mógł mnie skatować. I jeśli to zrobi, zaskarżę panią osobiście za to, że pani do tego dopuściła.

Williams trochę zmiękła.

– Zajmę się tym. A teraz wręczę panu kilka dokumentów. – Dała mu listę zarzutów i parę innych papierów. – Proszę podpisać każdy z nich i wziąć sobie kopię.

Sfrustrowany i przygnębiony Steve wziął od niej długopis i podpisał papiery. Kiedy to robił, strażnik trącił w ramię Prosiaka i obudził go. Steve oddał dokumenty kobiecie, która włożyła je do teczki.

– Proszę podać nazwisko – zwróciła się do Prosiaka.

Steve schował twarz w dłoniach.

18

Jeannie nie odrywała wzroku od wolno otwierających się drzwi.

Mężczyzna, który wszedł do sali widzeń, był sobowtórem Stevena Logana.

Usłyszała, jak siedząca obok Lisa bierze głęboki oddech.

Dennis Pinker był tak uderzająco podobny do Stevena, że Jeannie nigdy nie zdołałaby ich odróżnić.

Metoda okazała się skuteczna, pomyślała z triumfem. Miała na to wyraźny dowód. Chociaż rodzice stanowczo zaprzeczali, by któryś z tych dwóch mężczyzn mógł mieć brata bliźniaka, byli do siebie podobni jak dwie krople wody.

Kręcone jasne włosy miał ostrzyżone w ten sam sposób, krótko, z przedziałkiem. Dennis zawinął rękawy więziennych drelichów, tak samo jak zrobił to Steven z mankietami swojej niebieskiej płóciennej koszuli. Zamknął za sobą drzwi piętą, podobnie jak zrobił to Steven, wchodząc do jej gabinetu. Siadając, posłał jej taki sam jak Steven chłopięcy ujmujący uśmiech. Trudno było uwierzyć, że nie ma przed sobą Steve'a.

Jeannie spojrzała na Lisę, która pobladła i wpatrywała się w Dennisa szeroko otwartymi oczyma. To on – szepnęła.

Dennis zmierzył Jeannie wzrokiem.

– Oddasz mi jeszcze dzisiaj swoje majtki – mruknął.

Jeannie zmroziła chłodna pewność brzmiąca w jego głosie, ale odczuła jednocześnie intelektualną satysfakcję. Steven nigdy by czegoś takiego nie powiedział. Ten sam materiał genetyczny dał w rezultacie dwóch zupełnie odmiennych osobników: i czarującego studenta, i psychopatę. Ale czy dzielące ich różnice nie były tylko złudzeniem?

– Zachowuj się grzecznie, bo będziesz miał kłopoty – powiedział spokojnym tonem strażnik Robinson.

Dennis posłał jej znowu ten chłopięcy uśmiech, ale jego słowa napawały strachem.

– Robinson nawet się nie zorientuje, kiedy to zrobisz – zwrócił się do Jeannie. – Wyjdziesz stąd, czując na tyłku chłodny powiew bryzy.

Jeannie opanowała się. To tylko czcze przechwałki. Była sprytna i silna; Dennisowi niełatwo byłoby ją zaatakować, gdyby nawet siedzieli tu zupełnie sami. Ze stojącym obok, uzbrojonym w pistolet i pałkę strażnikiem czuła się absolutnie bezpieczna.

– Dobrze się czujesz? – mruknęła do Lisy.

Lisa była blada, ale zacisnęła z determinacją usta.

– Nic mi nie jest – odparła ponuro.

Podobnie jak jego rodzice, Dennis wypełnił już wcześniej kilka kwestionariuszy. Lisa zaczęła mu teraz zadawać bardziej skomplikowane pytania, na które nie można było odpowiedzieć, wstawiając krzyżyki do odpowiednich rubryk, Jeannie przeglądała wyniki, porównując Dennisa ze Stevenem. Podobieństwa były uderzające: zbliżony profil psychologiczny, podobne zainteresowania, upodobania, hobby, sprawność fizyczna. Dennis miał nawet tak samo jak Steven zdumiewająco wysoki iloraz inteligencji.

Co za szkoda, myślała. Ten młody człowiek mógł zostać naukowcem, chirurgiem, inżynierem, programistą komputerowym. Zamiast tego gnił tutaj w więzieniu.

Zasadnicza różnica między Dennisem i Stevenem polegała na stopniu ich przystosowania. Steven był dojrzałym mężczyzną z wyższymi niż przeciętne cechami prospołecznymi – łatwo nawiązujący znajomości, akceptujący cudzy autorytet, na luzie z przyjaciółmi, szczęśliwy, gdy stanowił część zespołu. Dennis miał interpersonalne predyspozycje trzyletniego dziecka. Zabierał innym wszystko, co chciał, nie lubił się niczym dzielić, bał się obcych i jeśli nie mógł postawić na swoim, tracił panowanie nad sobą i stawał się agresywny.

Jeannie pamiętała pewne wydarzenie z wczesnego dzieciństwa. Miała wtedy trzy lata i było to jej najwcześniejsze wspomnienie. Pochylała się nad łóżeczkiem, w którym leżała jej młodsza siostrzyczka. Patty ubrana była w różowe śpioszki z wyhaftowanymi na kołnierzyku jasnoniebieskimi kwiatkami. Jeannie jeszcze dziś czuła nienawiść, która ogarnęła ją, gdy przyglądała się małej twarzyczce. Patty ukradła jej tatusia i mamę. Chciała zabić tego intruza, który odebrał miłość i troskę, poprzednio przeznaczoną wyłącznie dla niej samej. „Kochasz swoją małą siostrzyczkę?” – zapytała ciotka Rosa i Jeannie odpowiedziała: „Nienawidzę jej, chciałabym, żeby umarła”. Ciotka Rosa dała jej klapsa i Jeannie poczuła się podwójnie skrzywdzona.

Jeannie dorosła podobnie jak Steven, ale Dennisowi nigdy się to nie udało. Dlaczego Steven różnił się od Dennisa? Czy zadecydowało o tym jego wychowanie? A może tylko wydawał się inny? Może jego prospołeczne cechy były jedynie maską, pod którą krył się psychopata?

Obserwując i słuchając, Jeannie zdała sobie sprawę, że jest jeszcze jedna różnica. Bała się Dennisa. Nie potrafiła powiedzieć dlaczego, ale zagrożenie emanowało z całej jego osoby. Miała poczucie, że facet może zrobić wszystko, co mu przyjdzie do głowy, bez względu na konsekwencje. Steven ani przez chwilę nie robił na niej takiego wrażenia.

Sfotografowała Dennisa, robiąc między innymi zbliżenia obojga uszu. U jednojajowych bliźniąt uszy, a zwłaszcza ich płatki, są na ogół bardzo podobne.

Następnie Lisa, która przeszła w tej dziedzinie specjalne szkolenie, pobrała krew Dennisowi. Jeannie nie mogła się doczekać, żeby porównać ich DNA. Była pewna, że Steven i Dennis mają takie same geny. To wykaże ponad wszelką wątpliwość, że są jednojajowymi bliźniętami.

Lisa wprawnie zapieczętowała i oznaczyła probówkę, a potem wyszła, żeby umieścić ją w pojemniku z lodem, którą miały w bagażniku samochodu. Jeannie została, aby zakończyć wywiad.

Zadając ostatnie pytania, żałowała, że nie może ich mieć obu przez tydzień w laboratorium. Ale to mogło się okazać niemożliwe w kontakcie z wieloma parami. Studiując przestępców, napotykała liczne trudności wynikające z tego, że siedzieli w więzieniu. Bardziej skomplikowane badania, wymagające użycia specjalistycznego sprzętu, mogły zostać przeprowadzone dopiero po wyjściu Dennisa na wolność. Musiała się z tym pogodzić. Na szczęście miała do przeanalizowania dużo innych danych.

– Dziękuję, że zgodził się pan na tę rozmowę, panie Pinker – powiedziała, wypełniwszy ostatni kwestionariusz.

– Nie dałaś mi jeszcze swoich majtek – odparł zimno.

– Słuchaj, Pinker, byłeś grzeczny przez całe popołudnie, nie psuj tego – oświadczył Robinson.

Dennis popatrzył na niego z bezbrzeżną pogardą.

– Robinson boi się szczurów, wiedziała pani o tym, pani psycholog? – zapytał, zwracając się do Jeannie.

Ogarnął ją nagły niepokój. Działo się coś, czego nie rozumiała. Zaczęła szybko zbierać swoje papiery.

Robinson zrobił zakłopotaną minę.

– Nienawidzę szczurów, to prawda, ale wcale się ich nie boję.

– Nawet takiego dużego, jak ten szary w kącie? – zapytał Dennis, wskazując ręką.

Robinson odwrócił się do tyłu. W kącie nie było szczura, kiedy jednak strażnik odwrócony był plecami, Dennis sięgnął do kieszeni i wyciągnął ciasno opakowane zawiniątko. Zrobił to tak szybko, że Jeannie domyśliła się, co jest w środku o wiele za późno. Dennis rozwinął niebieską poplamioną chustkę. Schowany był w niej tłusty szary szczur z długim różowym ogonem. Jeannie zadrżała. Nie brzydziła się gryzoni, ale było coś głęboko wstrętnego w widoku szczura trzymanego w tych samych dłoniach, które udusiły kobietę.

Zanim Robinson odwrócił się z powrotem, Dennis wypuścił szczura, który przebiegł przez pokój.

– Tam, Robinson, tam! – zawołał Dennis.

Strażnik obejrzał się, zobaczył szczura i pobladł.

– Cholera – mruknął, wyciągając pałkę.

Szczur biegł wzdłuż ściany, szukając miejsca, gdzie mógłby się ukryć. Robinson ruszył za nim w pogoń, waląc raz po raz pałką. Zostawił kilka czarnych śladów na ścianie, ale nie udało mu się trafić.

Jeannie obserwowała Robinsona z rosnącym niepokojem. Coś było tutaj nie w porządku, coś nie miało sensu. Wyglądało to na niewinny wygłup, ale Dennis nie był przecież żartownisiem. Był zboczeńcem i mordercą. To, co robił, zupełnie do niego nie pasowało. Chyba że chodziło mu wyłącznie o odwrócenie uwagi i miał jakiś inny zamiar…

Poczuła, jak coś dotyka jej włosów. Odwróciła się i zamarło jej serce.

Dennis wstał z krzesła i był teraz tuż obok. Przy jej twarzy trzymał coś, co wyglądało na własnoręcznie zrobiony nóż; była to blaszana łyżka ze spłaszczonym i zaostrzonym końcem.

Chciała krzyknąć, lecz żaden dźwięk nie wydobył się z jej gardła. Przed kilkoma sekundami uważała, że jest zupełnie bezpieczna; teraz zagrażał jej morderca z nożem. Jak mogło się to tak szybko zdarzyć? Krew odpłynęła jej z twarzy i miała trudności z zebraniem myśli.

Dennis złapał ją lewą ręką za włosy i przysunął ostrze tak blisko oka, że nie mogła go dobrze widzieć. Pochylił się do jej ucha i poczuła zapach jego potu i ciepły oddech na policzku.

– Rób, co każę, albo wydłubię ci oczy – mruknął tak cicho, że ledwie go usłyszała.

Sparaliżowało ją przerażenie.

– O Boże, nie oślepiaj mnie – jęknęła.

Usłyszała we własnym głosie zupełnie obcy poddańczy i błagalny ton i trochę to ją otrzeźwiło. Próbowała rozpaczliwie wziąć się w garść i coś wymyślić. Robinson wciąż ścigał szczura; nie miał pojęcia, co dzieje się za jego plecami. Nie była w stanie w to uwierzyć. Znajdowali się w środku stanowego więzienia, miała przy sobie uzbrojonego strażnika, a mimo to była zdana na łaskę Dennisa. Jak bardzo okazała się niemądra, wyobrażając sobie przed kilku godzinami, że nauczy go moresu, jeśli ją zaatakuje. Zaczęła trząść się ze strachu.

Dennis pociągnął ją boleśnie za włosy i poderwała się z krzesła.

– Proszę – wyszeptała. Gardziła sobą za to, że tak się płaszczy, ale nie mogła na to nic poradzić. – Zrobię wszystko!

Przysunął wargi do jej ucha.

– Zdejmuj majtki – mruknął.

Zamarła w bezruchu. Była gotowa zrobić wszystko, nawet najbardziej się upokorzyć, byle tylko ją puścił, lecz zdjęcie bielizny mogło okazać się równie niebezpieczne jak sprzeciw. Nie wiedziała, co robić. Próbowała zobaczyć, gdzie jest Robinson. Znajdował się poza polem jej widzenia i bała się obrócić głowę, żeby nóż nie wbił jej się w oko. Słyszała jednak, jak przeklina i wali w ścianę swoją pałką. Było oczywiste, że nie zdawał sobie sprawy, co jej grozi.

– Nie mam dużo czasu – mruknął Dennis głosem, który przypominał lodowaty wiatr. – Jeśli nie dostanę, czego chcę, nigdy już nie zobaczysz, jak świeci słońce.

Wierzyła w to, co mówił. Przed chwilą skończyła z nim trzygodzinny wywiad i zdawała sobie sprawę, do czego jest zdolny. Nie miał sumienia; nie wiedział, czym jest poczucie winy albo skrucha. Jeśli nie zaspokoi jego życzeń, bez wahania ją oślepi.

Ale co ją czeka, gdy zdejmie majtki? Czy będzie usatysfakcjonowany i odsunie ostrze od jej twarzy? Czy wydłubie jej oko, nie zważając na to, że go posłuchała? Czy może będzie chciał czegoś więcej?

Dlaczego Robinson nie potrafi zabić tego pieprzonego szczura?

– Szybciej! – syknął Dennis.

Czy może być coś gorszego od ślepoty?

– Dobrze – jęknęła.

Niezgrabnie się pochyliła. Dennis wciąż trzymał ją za włosy, przystawiając nóż do twarzy. Podkasała drżącymi rękoma sukienkę i ściągnęła kupione w K-Mart białe bawełniane figi. Kiedy opadły jej na stopy, Dennis wydał głęboki gardłowy dźwięk. Chociaż rozsądek podpowiadał jej, że nie ma w tym ani trochę jej winy, czuła głęboki wstyd. Wygładziła szybko sukienkę, okrywając nagość, a potem podniosła jedną i drugą nogę i cisnęła majtki jak najdalej od siebie.

Czuła się potwornie bezbronna.

Dennis puścił ją, złapał majtki, przycisnął je do twarzy i zaczął wdychać ich zapach, przymykając oczy w ekstazie.

Jeannie nie mogła oderwać od niego wzroku.

Chociaż jej nie dotykał, trzęsła się z obrzydzenia.

Co zrobi teraz?

Za plecami usłyszała głośne plaśnięcie. Odwróciła się i zobaczyła, że Robinson trafił w końcu szczura. Pałka zmiażdżyła mu grzbiet i na podłodze widniała czerwona plama. Szczur nie mógł już uciekać, ale wciąż żył. Miał otwarte oczy i jego ciało unosiło się w spazmatycznym oddechu. Robinson uderzył ponownie, tym razem prosto w głowę. Szczur przestał się poruszać i z rozbitej czaszki wypłynął szary mózg.

Jeannie spojrzała z powrotem na Dennisa. Ku jej zdziwieniu siedział spokojnie przy stole, udając niewiniątko. Nóż i jej majtki zniknęły.

Czy nic jej nie groziło? Czy było już po wszystkim?

Robinson dyszał ciężko ze zmęczenia.

– Czy to nie ty puściłeś tu tego szczura, Pinker? – zapytał, spoglądając spode łba na Dennisa.

– Nie, proszę pana – odparł bez namysłu więzień.

Tak, to jego sprawka, miała ochotę krzyknąć Jeannie. Ale z jakiegoś powodu milczała.

– Bo gdybyś kiedykolwiek zrobił coś takiego, wyrwałbym ci… – Robinson zerknął kątem oka na Jeannie i doszedł do wniosku, że nie powie, co takiego wyrwałby Dennisowi. – Wiesz chyba, że gorzko byś tego pożałował.

– Wiem, proszę pana.

Jeannie zdała sobie sprawę, że jest bezpieczna. Lecz zamiast ulgi poczuła gniew. Wpatrywała się oburzona w Dennisa. Czy miał zamiar udawać, że nic się nie stało?

– Dostaniesz wiadro z wodą i wymyjesz podłogę – oświadczył Robinson.

– Oczywiście, proszę pana.

– To znaczy, jeśli doktor Ferrami już z tobą skończyła.

Kiedy uganiałeś się za tym szczurem, gamoniu, Dennis ukradł mi majtki, chciała powiedzieć, ale nie potrafiła wydobyć z siebie głosu. To było takie żałosne. I wyobrażała sobie konsekwencje złożenia podobnej skargi. Będzie musiała sterczeć tu przez godzinę albo dłużej, do czasu zakończenia śledztwa. Dennis zostanie przeszukany, majtki odnalezione. Pokażą je dyrektorowi. Wyobrażała sobie, jak Temoigne bada dowód rzeczowy, macając majtki i przewracając je na drugą stronę z dziwnym wyrazem twarzy.

Nie. Nie powie niczego.

Poczuła ukłucie winy. Zawsze miała za złe kobietom, które zostały poszkodowane i nie wnosiły skargi pozwalając, żeby sprawcy uszło to na sucho. Teraz robiła to samo.

Zdała sobie sprawę, że Dennis dokładnie na to liczył. Przewidział, jak będzie się czuła, i zgadł, że nie poniesie żadnych konsekwencji. Ta myśl tak ją rozwścieczyła, że przez moment zastanawiała się, czy nie narazić się na wszystkie nieprzyjemności po to tylko, by pokrzyżować mu plany. A potem wyobraziła sobie Temoigne'a, Robinsona i wszystkich innych mężczyzn w tym więzieniu, spoglądających na nią i myślących: „Ta babka nie ma na sobie majtek” – i zrozumiała, że nie ma zamiaru zgodzić się na takie upokorzenie.

Dennis był wyjątkowo sprytny – tak samo sprytny jak mężczyzna, który podłożył ogień w szatni i zgwałcił Lisę, tak samo sprytny jak Steve…

– Jest pani trochę roztrzęsiona – powiedział Robinson. – Domyślam się, że nie znosi pani szczurów tak samo jak ja.

Wzięła się w garść. Było już po wszystkim. Uszła z życiem i nie straciła nawet wzroku. Nie stało się w końcu nic złego, przekonywała sama siebie. Mogłam zostać okaleczona lub zgwałcona. Zamiast tego straciłam tylko parę majtek. Powinnam być wdzięczna losowi.

– Dziękuję, nic mi nie jest – odparła.

– W takim razie mogę panią odprowadzić do wyjścia.

Wyszli we troje z pokoju.

– Idź po szmatę, Pinker – rozkazał Robinson.

Dennis posłał Jeannie długi intymny uśmiech, tak jakby byli starymi kochankami i spędzili w łóżku całe popołudnie. A potem zniknął za rogiem korytarza. Jeannie patrzyła z olbrzymią ulgą, jak odchodzi, jednocześnie jednak płonęły jej policzki, ponieważ miał w kieszeni jej majtki. Czy będzie spał, przyciskając je do policzka, tak jak dziecko tuli do siebie pluszowego misia? Czy owinie je wokół penisa podczas masturbacji i będzie sobie wyobrażał, że ma z nią stosunek? Cokolwiek zamierzał zrobić, czuła, że będzie w tym uczestniczyć wbrew swojej woli. Naruszona została jej prywatność, jej wolność.

Robinson odprowadził ją do głównej bramy i podał na pożegnanie rękę. Jakie to szczęście, że już stąd wyjeżdżam, pomyślała, idąc przez parking do samochodu. Miała próbkę DNA Dennisa, to było najważniejsze.

Lisa siedziała za kierownicą. Klimatyzacja była włączona, żeby ochłodzić wnętrze forda. Jeannie opadła ciężko na fotel.

– Jesteś jakaś przybita – zauważyła Lisa, wyjeżdżając z parkingu.

– Zatrzymaj się przy pierwszym supermarkecie.

– Dobrze. Czego potrzebujesz?

– Mogę ci powiedzieć – odparła Jeannie – ale i tak mi nie uwierzysz.

19

Po lunchu Berrington zajrzał do spokojnego baru w pobliżu i zamówił martini.

Rzucona luźnym tonem przez Prousta propozycja morderstwa wstrząsnęła nim. Wiedział, że zrobił z siebie głupka, łapiąc Jima za klapy i drąc się na całe gardło, ale wcale tego nie żałował. Dał mu przynajmniej jasno do zrozumienia, co czuje.

Nie starli się po raz pierwszy. Pamiętał wielki kryzys w ich znajomości na początku lat siedemdziesiątych, kiedy wybuchł skandal Watergate. To były straszne czasy: konserwatyzm został zdyskredytowany, strzegący ładu i porządku politycy okazali się nieuczciwi i każda niejawna działalność, bez względu na to, jak szczytne przyświecały jej ideały, traktowana była nagle jako sprzeczna z konstytucją. Preston Barek był przerażony i chciał się z wszystkiego wycofać. Jim Proust wyzwał go od tchórzy, dowodził gniewnie, że nie ma żadnego zagrożenia i zaproponował, aby kontynuować działalność pod egidą CIA i wojska, zacieśniając tylko być może środki bezpieczeństwa. Nie ulegało wątpliwości, że gotów był pozbawić życia każdego wścibskiego dziennikarza, który próbowałby ujawnić ich działalność. To Berrington zasugerował wówczas założenie prywatnej firmy, aby w ten sposób zdystansowali się od rządu. Teraz ponownie miał ich wybawić z kłopotów.

W barze było ponuro i chłodno. W telewizji szedł jakiś serial, ale fonia była wyłączona. Zimny dżin uspokoił Berringtona. Stopniowo przeszła mu złość na Jima i skoncentrował się na osobie Jeannie Ferrami.

Strach skłonił go do złożenia nierozważnej obietnicy. Oświadczył Jimowi i Prestonowi, że sobie z nią poradzi. Teraz musiał dotrzymać słowa. Musiał coś zrobić, żeby Jeannie przestała się interesować Stevenem Loganem i Dennisem Pinkerem.

Było to irytująco trudne zadanie. Chociaż przyjął ją na etat i zapewnił pieniądze na badania, nie mógł tak po prostu wydawać poleceń naukowcom: zgodnie z tym, co powiedział Jimowi, uniwersytet nie był armią. Jeannie była zatrudniona przez Uniwersytet Jonesa Fallsa, a Genetico przekazało już fundusze na ten rok. W perspektywie uciszenie jej nie sprawiłoby mu oczywiście kłopotu, ale nie o to w tej chwili chodziło. Trzeba było ją powstrzymać jutro lub pojutrze, zanim dowie się dosyć, żeby doprowadzić ich do zguby.

Uspokój się, powtarzał sobie, uspokój się.

Wątpliwości mógł budzić fakt, że korzystała bez zgody pacjentów z medycznych banków informacji. Z czegoś takiego gazety mogły zrobić wielki szum bez względu na to, czy rzeczywiście naruszono czyjąś prywatność. A uniwersytety bały się skandali: utrudniało to w znacznym stopniu zbieranie funduszy.

Przerwanie tak obiecującego programu badań było prawdziwą tragedią. Sprzeciwiało się wszystkiemu, w co wierzył. Zachęcał i popierał Jeannie, a teraz musiał z nią walczyć. Potraktuje to jako cios poniżej pasa i będzie miała rację. Powtarzał sobie, że Jeannie jest dziedzicznie obciążona i prędzej czy później musiała wpaść w kłopoty, lecz mimo to żałował, że to on ma przyczynić się do jej klęski.

Starał się nie myśleć o jej ciele. Zawsze miał słabość do kobiet. To był jego jedyny nałóg: umiarkowanie pił, nigdy nie uprawiał hazardu i nie rozumiał, dlaczego ludzie biorą narkotyki. Kochał swoją żonę, ale nawet podczas trwania małżeństwa nie potrafił oprzeć się pokusie i Vivvie odeszła w końcu, nie mogąc znieść jego niewierności. Wyobraził sobie, jak Jeannie gładzi go po włosach i mówi: Byłeś dla mnie taki dobry, tyle dla mnie zrobiłeś, nie wiem, jak zdołam ci się odwdzięczyć.

Takie myśli zawsze go zawstydzały. Miał być jej opiekunem i mentorem, a nie uwodzicielem.

Poczuł, jak razem z pożądaniem ogarnia go oburzenie. Przecież to zwykła dziewczyna! Jak mogła im do tego stopnia zagrozić? Jak to możliwe, że gówniara z kolczykiem w nosie narażała na szwank całe przedsięwzięcie w chwili, gdy miały się spełnić ich życiowe ambicje? Nic nie mogło pokrzyżować im planów; od samej takiej myśli zrobiło mu się słabo. Kiedy nie fantazjował, że kocha się z Jeannie, wyobrażał sobie, że ją dusi.

Mimo to wahał się, czy napuścić na nią dziennikarzy. Niełatwo jest kontrolować środki przekazu. Istniała zawsze możliwość, że zaczną atakować Jeannie, a skończą na nim. To była niebezpieczna gra. Ale nie przychodziło mu do głowy nic innego, jeśli wykluczyć szalone rojenia Jima.

Wypił do dna martini. Barman zaproponował mu kolejnego drinka, ale Berrington odmówił. Rozglądając się dookoła, dostrzegł automat telefoniczny przy męskiej toalecie. Wsunął swoją kartę American Express w czytnik i wystukał numer Jima.

– Tu biuro senatora Prousta – odezwał się jeden z bezczelnych młodych asystentów Jima.

– Mówi Berrington Jones…

– Niestety pan senator ma teraz spotkanie.

Naprawdę powinien nauczyć swoich akolitów, żeby byli trochę uprzejmiejsi, pomyślał Berrington.

– W takim razie chyba nie będziemy mu przerywać – powiedział. – Czy ma dzisiaj jakieś spotkanie z prasą?

– Nie wiem. Czy mogę zapytać, dlaczego to pana interesuje?

– Nie, młody człowieku, nie może pan zapytać – odparł poirytowany Berrington. Przemądrzali asystenci byli przekleństwem Kapitelu. – Może pan odpowiedzieć na moje pytanie, połączyć mnie z Jimem Prostem albo stracić pracę. Co pan wybiera?

– Proszę zaczekać.

Przerwa trwała bardzo długo. Ktoś, kto spodziewał się, iż Jim nauczy swoich asystentów taktu, mógł równie dobrze liczyć, że szympansica nauczy swoje małe zachowania przy stole. Styl szefa przechodzi na personel: cham ma zawsze aroganckich podwładnych.

– Za piętnaście minut senator ma uczestniczyć w promocji książki pod tytułem Nowa nadzieja dla Ameryki kongresmana Dinkeya, profesorze Jones – odezwał się nowy głos w słuchawce.

To było dokładnie to, czego potrzebował.

– Gdzie?

– W hotelu Watergate.

– Niech pan powie Jimowi, że tam będę, i zadba o to, by moje nazwisko znalazło się na liście zaproszonych – powiedział i odwiesił słuchawkę, nie czekając na odpowiedź.

Wyszedł z baru i pojechał taksówką do hotelu. Tę sprawę trzeba było przeprowadzić bardzo delikatnie. Manipulowanie mediami było ryzykowne: dobry reporter mógł zlekceważyć podrzucony temat i zacząć zastanawiać się, dlaczego komuś zależy na jego nagłośnieniu. Ale uświadamiając sobie ryzyko, Berrington nie zapominał ani na chwilę o czekającej ich nagrodzie, i to pomagało mu opanować nerwy.

Odnalazł salę, w której miała się odbyć konferencja prasowa. Jego nazwiska nie było na liście – przemądrzali asystenci nigdy nie potrafili niczego porządnie załatwić – lecz organizatorka rozpoznała jego twarz i z radością przywitała wiedząc, że będzie stanowił dodatkową atrakcję dla kamerzystów. Cieszył się, że ma na sobie koszulę w paski, która tak dobrze wyglądała na fotografiach.

Wziął do ręki szklankę perriera i rozejrzał się po sali. Przed wielkim na całą ścianę powiększeniem okładki stała nieduża mównica, na bocznym stoliku leżał plik informacji dla prasy. Ekipy telewizyjne ustawiały światła. Widział kilku reporterów, których znał, ale żadnego, któremu naprawdę by ufał.

Wciąż jednak przybywali nowi. Berrington przechadzał się po sali, wymieniając luźne uwagi i zerkając co jakiś czas na drzwi. Większość dziennikarzy znała go; był jedną z pomniejszych znakomitości. Nie czytał Nowej nadziei, ale Dinkey znany był ze swoich prawicowych przekonań, które stanowiły nieco złagodzoną wersję jego własnych poglądów, mógł więc informować reporterów, że popiera z całego serca przesłanie książki.

Kilka minut po trzeciej przybył Jim z Dinkeyem. Tuż za nimi dryfował Hank Stone, jeden z ważniejszych redaktorów „New York Timesa”. Łysiejący, z czerwonym nochalem, wystającym brzuchem, rozpiętym guzikiem od koszuli i rozluźnionym krawatem, był chyba najgorzej ubranym facetem z całego korpusu prasowego Białego Domu.

Berrington zastanawiał się, czy Hank jest odpowiednim człowiekiem.

Nikt nie wiedział, czy ma jakiekolwiek polityczne przekonania. Z Berringtonem spotkał się przed piętnastoma laty, pisząc artykuł o Genetico. Odkąd przeniósł się do Waszyngtonu, napisał raz czy dwa o Berringtonie i kilkakrotnie na temat Jima Prousta. Traktował ich poglądy, co w gazecie jest nieuniknione, bardziej jako sensację niż jako wyzwanie intelektualne, nigdy jednak nie starał się moralizować na modłę liberalnych dziennikarzy.

Hank oceni temat na podstawie jego wartości: jeśli uzna, że jest ciekawy, napisze. Ale czy nie zacznie kopać głębiej? Berrington nie był w stanie tego przewidzieć.

Powitał Jima, uścisnął dłoń Dinkeyowi i przez kilka minut rozmawiał z nimi, wypatrując jednocześnie z nadzieją odpowiedniejszego kandydata. Nikt jednak się nie pojawił i w końcu zaczęła się konferencja.

Berrington wysłuchał, powstrzymując niecierpliwość, wszystkich przemówień. Brakowało mu po prostu czasu. Gdyby dano mu kilka dni, na pewno znalazłby kogoś lepszego od Hanka Stone'a, ale nie miał kilku dni, miał kilka godzin. A pozornie przypadkowe spotkanie było o wiele mniej podejrzane niż zaproszenie dziennikarza na lunch.

Mowy skończyły się, ale na sali wciąż nie widział stosowniejszej osoby. Kiedy dziennikarze zaczęli się rozchodzić, podszedł do Stone'a.

– Cieszę się, że cię spotkałem, Hank! Może będę miał dla ciebie temat.

– To świetnie.

– Sprawa dotyczy nadużyć przy korzystaniu z medycznych banków danych.

Hank skrzywił się.

– To naprawdę nie moja działka, Berry, ale mów dalej.

Berrington jęknął w duchu: Hank nie wydawał się zbyt chętny. Lecz brnął dalej, angażując w to cały swój urok.

– To chyba jednak coś dla ciebie, Hank. Zobaczysz w tym temacie możliwości, których mógłby nie spostrzec zwyczajny reporter.

– Dobra, sprawdź mnie.

– Po pierwsze, ta rozmowa w ogóle się nie odbyła.

– To brzmi już ciekawiej.

– Po drugie, może cię dziwić, dlaczego w ogóle daję ci ten cynk, ale nigdy o to nie zapytasz.

– Coraz lepiej – stwierdził Hank, najwyraźniej jednak nie zamierzał mu niczego obiecywać.

Berrington zdecydował, że nie będzie go cisnął.

– Na wydziale psychologii Uniwersytetu Jonesa Fallsa pracuje młoda doktor. Nazywa się Jean Ferrami. Szukając odpowiednich osób do swoich badań, korzysta z wielkich medycznych baz danych bez zgody ludzi, których dotyczą te informacje.

Hank pociągnął się za swój czerwony nos.

– Czy to jest historia o komputerach czy o etyce naukowca?

– Nie wiem. To ty jesteś dziennikarzem.

Na twarzy Hanka nie widać było entuzjazmu.

– To niezbyt wiele.

Nie próbuj grać ze mną w ciuciubabkę, ty sukinsynu. Berrington wziął Hanka przyjaznym gestem pod ramię.

– Zrób mi tę grzeczność i trochę się popytaj – powiedział. – Zadzwoń do rektora, nazywa się Maurice Obeli. Zadzwoń do doktor Ferrami. Powiedz im, że to będzie ważny artykuł, i sprawdź ich reakcję. Jestem przekonany, że cię zainteresuje.

– Sam nie wiem.

– Zaręczam ci, Hank, że to nie będzie stracony czas.

Powiedz „tak”, ty skurwysynu, powiedz „tak”!

– Dobrze, nadam temu bieg – odparł po krótkim wahaniu Hank.

Berrington próbował ukryć satysfakcję pod maską powagi, ale nie zdołał powstrzymać uśmiechu triumfu.

Hank spostrzegł go i popatrzył na niego podejrzliwie.

– Nie próbujesz mnie przypadkiem wykorzystać, Berry? Na przykład, żeby kogoś postraszyć?

Berrington uśmiechnął się i objął ramieniem dziennikarza.

– Zaufaj mi, Hank – powiedział.

20

Jeannie kupiła paczkę z trzema parami majtek w sklepie Walgreena w centrum handlowym zaraz za Richmond. Włożyła jedne z nich w damskiej toalecie w pobliskim Burger Kingu i od razu poczuła się lepiej.

Dziwne, jak bardzo była bezbronna bez bielizny. Nie potrafiła prawie myśleć o niczym innym. A przecież dawniej, gdy była zakochana w Willu Temple'u, lubiła chodzić bez majtek. Czuła się wtedy taka seksowna. Siedząc w bibliotece, pracując w laboratorium lub spacerując po prostu po ulicy, wyobrażała sobie, że pojawi się nagle roznamiętniony Will. „Nie mamy wiele czasu, ale muszę się z tobą pokochać natychmiast, w tym miejscu”, powie, a ona będzie gotowa na jego przyjęcie. Teraz jednak, kiedy w jej życiu zabrakło mężczyzny, potrzebowała bielizny, tak jak potrzebuje się butów.

Ubrana z powrotem, jak trzeba, wróciła do samochodu. Pojechały na lotnisko Richmond-Williamsburg, oddały wynajęty samochód i odleciały z powrotem do Baltimore.

Siedząc w samolocie, Jeannie uprzytomniła sobie, że klucz do rozwiązania zagadki musi znajdować się w szpitalu, gdzie urodzili się Dennis i Steven. Jednojajowe bliźnięta oddano różnym matkom. Scenariusz wydawał się rodem z bajki, ale nie można było tego inaczej wytłumaczyć.

Przejrzała papiery i porównała daty urodzenia obu badanych. Steven urodził się dwudziestego piątego sierpnia. Z przerażeniem odkryła, że Dennis urodził się siódmego września: prawie dwa tygodnie później.

To jakiś błąd. Nie wiem, dlaczego nie zauważyłam tego wcześniej – mruknęła, pokazując Lisie sprzeczne dokumenty.

– Możemy to jeszcze raz sprawdzić – stwierdziła Lisa.

– Czy w naszych kwestionariuszach pytałyśmy o to, w którym szpitalu urodził się badany?

Lisa roześmiała się.

– To chyba jedyna rzecz, o którą zapomniałyśmy zapytać.

– W tym wypadku w grę wchodzi chyba szpital wojskowy. Pułkownik Logan jest zawodowym wojskowym, a „major” pewnie też służył w wojsku, kiedy urodził się Dennis.

– Dowiemy się.

Lisa nie bardzo rozumiała, po co ten pośpiech. Dla niej był to tylko kolejny projekt badawczy. Dla Jeannie sprawa życia i śmierci.

– Chciałabym to od razu sprawdzić – powiedziała. – Czy na pokładzie samolotu jest telefon?

Lisa zmarszczyła brwi.

– Masz zamiar zadzwonić do matki Stevena?

Jeannie usłyszała w jej głosie dezaprobatę.

– Tak. Uważasz, że nie powinnam?

– Czy ona wie, że Steven jest w więzieniu?

– Racja. Nie mam pojęcia. Cholera. Nie chciałabym być zwiastunem złych wieści.

– Możliwe, że zadzwonił już do domu.

– Może odwiedzę go w areszcie. To nie jest zabronione, prawda?

– Chyba nie. Ale mogą mieć godziny odwiedzin jak w szpitalu.

– Pojadę tam i może mnie wpuszczą. Tak czy owak, mogę teraz zadzwonić do Pinkerów. – Jeannie dała znak przechodzącej stewardesie. – Czy na pokładzie jest telefon?

– Nie, przykro mi.

– Wielka szkoda.

Stewardesa uśmiechnęła się.

– Nie poznajesz mnie, Jeannie?

Jeannie spojrzała na nią po raz pierwszy i natychmiast rozpoznała.

– Penny Watermeadow! – zawołała. Penny studiowała anglistykę i doktoryzowała się podobnie jak ona na Uniwersytecie Minnesota. – Co u ciebie słychać?

– Wszystko w porządku. A u ciebie?

– Przeniosłam się na Uniwersytet Jonesa Fallsa. Prowadzę badania, z którymi mam ostatnio trochę kłopotów. Myślałam, że masz zamiar zostać na uczelni.

– Chciałam, ale nie dostałam etatu.

Fakt, że ona odniosła sukces, a koleżance się nie udało, wprawił Jeannie w zakłopotanie.

– To fatalnie.

– Jestem zadowolona. Podoba mi się ta praca i płacą tu lepiej niż w większości szkół wyższych.

Jeannie nie uwierzyła jej. Wstrząsnęło nią, że kobieta z doktoratem pracuje jako stewardesa.

– Zawsze myślałam, że będzie z ciebie dobra nauczycielka.

– Uczyłam przez jakiś czas w liceum. Dźgnął mnie nożem uczeń, który nie zgadzał się ze mną w ocenie postaci Makbeta. Zapytałam siebie, po co to robię. Po co ryzykuję życie, ucząc Szekspira szczeniaków, którzy nie mogą się doczekać, żeby wrócić na ulicę i kupić sobie kokainę.

Jeannie przypomniała sobie imię jej męża.

– Co porabia Danny?

– Świetnie sobie radzi, jest teraz kierownikiem działu sprzedaży. Musi dużo podróżować, ale przynajmniej dobrze zarabia.

– Cóż, miło cię było znowu widzieć. Mieszkasz w Baltimore?

– Nie, w Waszyngtonie.

– Daj mi swój numer telefonu. Przedzwonię do ciebie. Jeannie podała Penny długopis i ta zapisała swój telefon na jednej z tekturowych teczek z kwestionariuszami.

– Wybierzemy się razem na lunch – powiedziała. – Będzie fajnie.

– Na pewno.

Penny ruszyła do przodu.

– Sprawia wrażenie bystrej – zauważyła Lisa.

– To bardzo inteligentna dziewczyna. Jestem przerażona. Nie ma nic złego w tym, że ktoś jest stewardesą, ale w ten sposób na marne idzie dwadzieścia pięć lat nauki.

– Zadzwonisz do niej?

– W żadnym wypadku. Jest w fazie zaprzeczenia. Przypomniałam jej to wszystko, o czym marzyła. To byłaby udręka.

– Chyba tak. Trochę mi jej żal.

– Mnie też.

Zaraz po wylądowaniu Jeannie znalazła automat i zatelefonowała do Pinkerów w Richmond, ale linia była zajęta.

– Cholera – zaklęła pod nosem. Po pięciu minutach spróbowała ponownie, lecz w słuchawce brzmiał ten sam irytujący sygnał. – Charlotte obdzwania pewnie całą swoją porywczą rodzinę, żeby opowiedzieć im o naszej wizycie – mruknęła. – Zadzwonię później.

Lisa odwiozła ją do domu swoim samochodem.

– Czy mogę cię prosić o pewną przysługę? – zapytała Jeannie, zanim wysiadła.

– Jasne. Ale to jeszcze nie znaczy, że się zgodzę – odparła z uśmiechem Lisa.

– Zacznijmy ekstrakcję DNA dziś wieczorem.

Lisa skrzywiła się.

– Och, Jeannie, nie było nas przez cały dzień. Muszę zrobić zakupy na kolację…

– Wiem. A ja muszę jechać do aresztu. Spotkajmy się w laboratorium później. Powiedzmy o dziewiątej?

– Dobrze. – Lisa uśmiechnęła się. – Sama jestem ciekawa, jaki będzie wynik testu.

– Jeśli zaczniemy dzisiaj, wyniki możemy mieć już pojutrze.

Lisa nie była tego taka pewna.

– Jeśli zrobimy to po łebkach – stwierdziła.

– Maruda! – mruknęła Jeannie, wysiadając z samochodu.

Najchętniej przesiadłaby się od razu do mercedesa i pojechała na komendę, ale po namyśle uznała, że powinna zobaczyć się najpierw z ojcem.

Oglądał Koło fortuny.

– Cześć, Jeannie. Późno wróciłaś – oznajmił.

– Przez cały dzień pracowałam i jeszcze nie skończyłam – odparła. – Jak minął ci dzień?

– Trochę się nudziłem, siedząc tu sam jak palec.

Zrobiła jej się go żal. Najwyraźniej nie miał żadnych przyjaciół. Wyglądał jednak o wiele lepiej niż wczoraj: czysty, ogolony i wypoczęty. Na obiad odgrzał sobie pizzę, którą zostawiła w zamrażalniku; brudne naczynia leżały na kuchennym blacie. Chciała go zapytać, kto ma je, do jasnej cholery, włożyć do zmywarki, ale ugryzła się w język.

Postawiła teczkę na podłodze i zaczęła sprzątać. Ojciec nie wyłączył telewizora.

– Byłam w Richmond, w Wirginii – powiedziała.

– To fajnie, złotko. Co jest na kolację?

Nie, pomyślała, nie mogę na to pozwolić. Nie będzie traktował mnie tak, jak traktował mamę.

– Dlaczego sam czegoś sobie nie zrobisz? – zapytała.

To zwróciło w końcu jego uwagę. Przyciszył telewizor i spojrzał na nią z wyrzutem.

– Nie potrafię gotować!

– Ja też nie, tato.

Zasępił się, a potem nagle uśmiechnął.

– W takim razie pójdziemy coś zjeść na mieście.

Wyraz jego twarzy był boleśnie znajomy. Jeannie cofnęła się dwadzieścia lat w przeszłość. Ona i Patty nosiły rozkloszowane dżinsy z denimu. Przypomniała sobie tatę z ciemnymi włosami i bokobrodami i usłyszała jego głos: „Jedziemy do wesołego miasteczka! Chcecie watę na patyku? Wskakujcie do samochodu!” Był najwspanialszym mężczyzną pod słońcem. A potem przebiegła pamięcią dziesięć lat do przodu. Miała na sobie czarne dżinsy i martensy, a włosy taty były krótsze i przetykane nitkami siwizny. „Zorganizuję jakąś furgonetkę i podwiozę cię z wszystkimi klarnetami do Bostonu. Będziemy mieli okazję trochę ze sobą pobyć. Zjemy coś w barze przy autostradzie, będzie fajnie! Przygotuj się na dziesiątą!” Czekała wtedy cały dzień, ale on się nie zjawił i nazajutrz pojechała greyhoundem.

Teraz, widząc ten sam wesoły błysk w oku ojca, żałowała, że nie ma dziewięciu lat i nie wierzy w każde jego słowo. Ale była już dorosła i nie dała się nabrać.

– Ile masz pieniędzy? – zapytała.

– Mówiłem ci już, nie mam ani grosza – odparł markotnie.

– Ja też. W takim razie nie możemy zjeść na mieście.

Otworzyła lodówkę. Miała sałatę, świeży kaczan kukurydzy, cytrynę, paczkę baranich kotletów, jeden pomidor i do połowy puste pudełko ryżu Uncle Ben. Wyjęła to wszystko i postawiła na blacie.

– Powiem ci, co zrobimy – oznajmiła. – Zjemy świeżą kukurydzę z masłem na przystawkę, kotlety baranie z sałatką i ryżem na drugie danie i lody na deser.

– Wspaniale!

– Przygotujesz to, kiedy mnie nie będzie.

Ojciec wstał z fotela i przyjrzał się leżącemu na blacie jedzeniu.

Jeannie wzięła do ręki teczkę.

– Wrócę po dziesiątej.

– Nie wiem, co z tym zrobić! – zawołał, dotykając kaczana kukurydzy.

Jeannie zdjęła z półki nad lodówką Książkę kucharską na cały rok, wydaną przez Reader's Digest.

– Poczytaj sobie – powiedziała, po czym pocałowała go w policzek i wyszła.

Wsiadając do samochodu miała nadzieję, że nie potraktowała go zbyt okrutnie. Należał do starszego pokolenia, za jego czasów wyglądało to inaczej. Nie mogła jednak zostać jego gosposią, gdyby nawet chciała: musiała pracować. Pozwalając mu u siebie mieszkać i tak zrobiła już dla niego więcej, niż on zrobił dla niej przez całe życie. Mimo to żałowała, że nie rozstali się w bardziej sympatyczny sposób. Nie był może najlepszy, ale to jedyny ojciec, jakiego miała.

Zostawiła samochód w piętrowym garażu i ruszyła przez dzielnicę czerwonych świateł w stronę budynku komendy. W reprezentacyjnym hallu wejściowym stały marmurowe ławy; malowidła na ścianach przedstawiały sceny z historii Baltimore. Powiedziała recepcjonistce, że przyszła odwiedzić Stevena Logana, który przebywa w areszcie. Obawiała się, że nie wpuszczą jej tak łatwo, po kilku minutach pojawiła się jednak młoda kobieta w mundurze i poszła z nią do windy.

Zaprowadzono ją do pokoju wielkości garderoby. W jednej ze ścian znajdowało się małe okienko, pod nim panel dźwiękowy. Po drugiej stronie zobaczyła taką samą klitkę. Nie sposób było przekazać żadnego przedmiotu z jednego do drugiego pomieszczenia, nie wybijając przy tym dziury w ścianie.

Jeannie wlepiła wzrok w szybę. Po kolejnych paru minutach wprowadzono Stevena. Kiedy wchodził, zobaczyła, że założyli mu kajdanki i łańcuchy na nogi niczym groźnemu przestępcy. Podszedł do okienka i zmrużył oczy. Kiedy ją rozpoznał, twarz rozjaśniła mu się w uśmiechu.

– Co za przyjemna niespodzianka! – stwierdził. – Prawdę mówiąc, to jedyna miła rzecz, która mi się dzisiaj przydarzyła.

Mimo wesołego tonu wyglądał okropnie: był napięty i zmęczony.

– Jak się czujesz?

– Nie najlepiej. Wsadzili mnie do jednej celi z mordercą, który ma kaca po cracku. Boję się zasnąć.

Zrobiło jej się go strasznie żal. Powtarzała sobie, że ten chłopak zgwałcił podobno Lisę. Ale nie mogła w to uwierzyć.

– Jak długo możesz tu zostać?

– Jutro mam przesłuchanie w sprawie kaucji. Jeśli sędzia jej nie wyznaczy, mogę tu siedzieć aż do czasu, kiedy przyjdą wyniki badań DNA. Trwa to podobno trzy dni.

Wzmianka o DNA przypomniała jej o powodzie wizyty.

– Widziałam dzisiaj twojego brata.

– I co?

– Nie ma wątpliwości. Jest twoim sobowtórem.

– Może to on zgwałcił Lisę Hoxton.

Jeannie potrząsnęła głową.

– Mógłby to zrobić, gdyby uciekł w niedzielę z więzienia. Ale on wciąż siedzi za kratkami.

– Nie sądzisz, że mógł ją zgwałcić i wrócić? Żeby mieć żelazne alibi?

– Mało prawdopodobne. Gdyby Dennis wydostał się z więzienia, nic nie zmusiłoby go do powrotu.

– Chyba masz rację – stwierdził ponuro Steve.

– Chciałam ci zadać kilka pytań.

– Strzelaj.

– Muszę jeszcze raz zapytać o twoją datę urodzenia.

– Dwudziesty piąty sierpnia.

Zgadzało się to z tym, co miała w dokumentach. Może zapisała błędnie datę urodzenia Dennisa.

– Wiesz, gdzie się urodziłeś?

Tak. Tato stacjonował wtedy w Fort Lee, w Wirginii, i urodziłem się w tamtejszym szpitalu wojskowym.

– Jesteś tego pewien?

– Najzupełniej. Mama opisała to w swojej książce Mam dziecko.

Steven zmrużył oczy w sposób, który już kilkakrotnie u niego zaobserwowała. Domyśliła się, że stara się odgadnąć jej myśli.

– Gdzie urodził się Dennis? – zapytał.

– Jeszcze nie wiem.

– Ale mamy tę samą datę urodzenia?

– Niestety, Dennis podaje, że urodził się siódmego września. To może być błąd. Zamierzam to jeszcze raz sprawdzić. Zadzwonię do jego matki, kiedy tylko wrócę do laboratorium. Rozmawiałeś już ze swoimi rodzicami?

– Nie.

– Chcesz, żebym do nich zadzwoniła?

– Nie! Proszę, nie rób tego. Nie chcę, żeby o czymkolwiek wiedzieli, dopóki nie oczyszczą mnie z zarzutów.

Jeannie zmarszczyła brwi.

– Z tego, co opowiadałeś, wynika, że mógłbyś na nich liczyć.

– Na pewno. Nie chcę jednak ich narażać na to wszystko.

– Nie wątpię, że to byłoby dla nich bolesne. Ale może woleliby o tym wiedzieć. Mogliby ci pomóc.

– Nie, proszę, nie dzwoń do nich.

Jeannie wzruszyła ramionami. Czuła, że jest coś, o czym nie chce jej powiedzieć. Lecz to była jego decyzja.

– Jak on wygląda?

– Dennis? Zewnętrznie do złudzenia cię przypomina.

– Czy ma długie włosy, wąsy, brud za paznokciami, krosty na twarzy?

– Włosy ma obcięte krótko, dokładnie tak jak ty, nie ma zarostu i brudu za paznokciami, jest czysty. Można by go wziąć za ciebie.

– Jezu. – Na Stevenie wywarło to duże wrażenie.

– Różnica leży w jego zachowaniu. Nie bardzo wie, jak odnosić się do reszty ludzkiej rasy.

– To bardzo dziwne.

– Nie sądzę. W gruncie rzeczy potwierdza to moją teorię. Byliście obaj, jak ja to nazywam, dzikimi dziećmi. Zaczerpnęłam to określenie z pewnego francuskiego filmu. Określam nim dzieci, które są bardzo aktywne i odważne i nie dają się kontrolować. Takie dzieci bardzo trudno przyswajają sobie reguły społecznej gry. Charlotte Pinker i jej mężowi nie udało się to z Dennisem. Twoi rodzice odnieśli sukces.

Stevena zbytnio to nie pocieszyło.

– Mimo to pod spodem ja i Dennis jesteśmy tacy sami – stwierdził.

– Obaj urodziliście się dzicy.

– Ale mnie się udało trochę ucywilizować.

Widziała, że jest głęboko zaniepokojony.

– Dlaczego tak to cię dręczy?

– Wolę uważać się za istotę ludzką, a nie oswojonego goryla.

Nie zważając na jego poważną minę, wybuchnęła śmiechem.

– Goryle też muszą się przystosować społecznie. Podobnie jak wszystkie zwierzęta, które żyją w grupie. Stąd właśnie wywodzą się zachowania przestępcze.

Steven najwyraźniej się zainteresował.

– Z życia w grupie?

– Oczywiście. Zbrodnia jest złamaniem ważnej społecznej reguły. Samotne zwierzęta nie mają żadnych reguł. Niedźwiedź niszczy jamę innego niedźwiedzia, kradnie jego jedzenie i zabija młode. Wilki tego nie robią; gdyby tak się zachowywały, nie mogłyby żyć w stadzie. Są monogamiczne, troszczą się o cudze potomstwo i szanują osobistą przestrzeń innych. Jeśli któryś z nich łamie zasady, spotyka go kara; jeśli robi to dalej, zabijają go albo wyrzucają ze stada.

– A jak ma się do tego łamanie mniej ważnych społecznych reguł?

– Na przykład puszczanie bąków w windzie? Nazywamy to złymi manierami. Jedyną karę stanowi dezaprobata innych. Zdumiewające, jak bardzo jest skuteczna.

– Dlaczego tak cię interesują ludzie, którzy łamią reguły?

Jeannie pomyślała o swoim ojcu. Nie wiedziała, czy ma kryminalne geny, czy ich nie ma. Stevena mogła podnieść na duchu wiadomość, że ona także ma kłopoty ze swoim genetycznym dziedzictwem. Lecz kłamała na temat taty tak długo, że niełatwo jej było teraz mówić prawdę.

– To ważne zagadnienie – odparła wymijająco. – Wszyscy interesują się przestępczością.

Drzwi za jej plecami otworzyły się i do środka zajrzała kobieta w mundurze.

– Pani czas się skończył, doktor Ferrami.

– W porządku – odparła przez ramię. – Czy wiedziałeś, Steve, że Lisa Hoxton jest moją najlepszą przyjaciółką w Baltimore?

– Nie, nie wiedziałem tego.

– Pracuje na moim wydziale jako laborantka.

– Jaka jest?

– Nie należy do osób, które bezpodstawnie by kogoś oskarżały.

Steve pokiwał głową.

– Mimo to chcę, żebyś wiedział, że nie wierzę w twoją winę.

Przez moment myślała, że Steve wybuchnie płaczem.

– Dziękuję – odezwał się w końcu grubym głosem. – Nie potrafię powiedzieć, ile to dla mnie znaczy.

– Zadzwoń do mnie, kiedy stąd wyjdziesz. – Podała mu swój numer. – Potrafisz zapamiętać?

– Żaden problem.

Jeannie nie miała ochoty wyjść. Uśmiechnęła się, chcąc dodać mu w jakiś sposób otuchy.

– Życzę powodzenia.

– Dziękuję. Będzie mi tu potrzebne.

Odwróciła się i szybko wyszła.

Policjantka odprowadziła ją do hallu. Kiedy wracała na parking, było już ciemno. Po wjeździe na Jones Falls Expressway, włączyła długie światła i nacisnęła gaz do dechy, chcąc jak najszybciej dotrzeć na uniwersytet. Wiedziała, że jest dobrym, lecz trochę brawurowym kierowcą. Nie miała jednak cierpliwości wlec się pięćdziesiąt pięć mil na godzinę.

Biała honda accord Lisy stała już na parkingu przed Wariatkowem. Jeannie zaparkowała obok niej i weszła do budynku. Lisa zapalała właśnie światła w laboratorium. Pojemnik z pobraną od Dennisa Pinkera krwią stał na stole.

Gabinet Jeannie mieścił się po drugiej stronie korytarza. Jeannie otworzyła drzwi, wsuwając w otwór swoją plastikową kartę, po czym weszła do środka i wystukała numer domu Pinkerów w Richmond.

– Nareszcie! – szepnęła, kiedy w słuchawce odezwał się długi sygnał.

Telefon odebrała Charlotte.

– Jak cię czuje mój syn? – zapytała.

– Cieszy się dobrym zdrowiem – poinformowała ją Jeannie. Nie wyglądał na psychopatę, pomyślała, póki nie przystawił mi noża do oka i nie kazał zdjąć majtek. Zastanawiała się, co może o nim dobrego powiedzieć. – Bardzo miło się z nim współpracowało – dodała.

– Zawsze odznaczał się wykwintnymi manierami – wycedziła Charlotte z południowym akcentem, zarezerwowanym dla najbardziej wyszukanych zniewag.

– Chciałabym upewnić się co do jego daty urodzenia, pani Pinker.

– Urodził się siódmego września – odparła, tak jakby ten dzień powinien stać się narodowym świętem.

Nie była to odpowiedź, której spodziewała się Jeannie.

– W jakim to było szpitalu?

– Mieszkaliśmy wtedy w Fort Bragg w Karolinie Północnej.

Jeannie stłumiła cisnące się na usta przekleństwo.

– Major trenował poborowych przed ich wyjazdem do Wietnamu – oświadczyła z dumą Charlotte. – Wojskowa służba medyczna miała duży szpital w Bragg. Tam właśnie urodził się Dennis.

Jeannie nie przychodziło do głowy żadne inne pytanie. Wszystko to stawało się coraz bardziej tajemnicze.

– Dziękuję pani bardzo za pomoc, pani Pinker – powiedziała.

– Drobiazg.

Odłożyła słuchawkę i wróciła do laboratorium, w którym krzątała się już Lisa.

– Wygląda na to, że Steven i Dennis urodzili się w odstępie trzynastu dni w dwóch różnych stanach – poinformowała ją.

Lisa otworzyła nowe pudełko laboratoryjnych probówek.

– Można to sprawdzić ponad wszelką wątpliwość – odparła. – Jeśli mają takie samo DNA, są jednojajowymi bliźniętami bez względu na to, co ktokolwiek mówi na temat ich urodzenia.

Wyjęła dwie małe dwucalowe probówki. Każda miała korek na górze i stożkowate dno. Otworzyła opakowanie z nalepkami, napisała na jednej „Dennis Pinker”, na drugiej „Steven Logan”, przykleiła je do probówek, które postawiła na stojaku.

Następnie odkorkowała probówkę z krwią Dennisa, wpuściła kroplę do jednej ze świeżych probówek i zrobiła to samo z krwią Stevena, którą wyjęła z lodówki.

Używając wykalibrowanej pipety dodała do każdej z probówek dokładnie odmierzoną ilość chloroformu, a potem wzięła drugą pipetę i dodała tak samo ściśle odmierzoną ilość fenolu.

Na koniec zakorkowała obie probówki i umieściła je na kilka sekund w wirówce. Chloroform rozpuszczał tłuszcze, a fenol rozkładał proteiny, lecz długie spiralne cząsteczki kwasu dezoksyrybonukleinowego pozostawały nietknięte.

– To wszystko, co możemy dzisiaj zrobić – stwierdziła, stawiając z powrotem probówki w stojaku.

Rozpuszczalny w wodzie fenol oddzielał się powoli od chloroformu, a DNA pozostawało w roztworze, z którego można je było pobrać pipetą do następnego etapu badań. Ale z tym trzeba było zaczekać do rana.

Gdzieś w budynku zadzwonił telefon. Jeannie nadstawiła ucha; dzwonek dochodził chyba z jej gabinetu. Wróciła do siebie i podniosła słuchawkę.

– Halo?

– Czy mówię z doktor Ferrami?

Nienawidziła ludzi, którzy pytali o nazwisko osoby, do której się dodzwonili, sami się przy tym nie przedstawiając. To tak, jakby ktoś zapukał do czyichś drzwi i kazał gospodarzowi mówić, jak się nazywa.

Tak, to ja – odparła, choć na końcu języka miała sarkastyczną odpowiedź. – Mogę wiedzieć, z kim mówię?

– Naomi Freelander. Jestem z „New York Timesa”. – Facetka miała głos pięćdziesięcioletniej nałogowej palaczki. – Chciałabym pani zadać kilka pytań.

– O tej porze?

– Pracuję dwadzieścia cztery godziny na dobę. Pani raczej też.

– Dlaczego pani do mnie telefonuje?

– Zbieram materiały do artykułu na temat etyki badań naukowych.

– O! – Jeannie natychmiast pomyślała o Stevenie, który nie wiedział, że został adoptowany. To był rzeczywiście problem etyczny, choć nie taki, którego nie można by rozwiązać… ale w „Timesie” nie mogli przecież o niczym wiedzieć. – Co panią interesuje?

– Wertuje pani podobno medyczne bazy danych, szukając odpowiednich osób do swoich badań.

– O to pani chodzi… – Jeannie odetchnęła z ulgą. Pod tym względem nie miała się czego obawiać. – Zgadza się, napisałam program komputerowy, który przeszukuje bazy danych i odnajduje pasujące do siebie pary. Moim celem jest odnalezienie identycznych bliźniaków. Program można zastosować do każdej bazy danych.

– Żeby go jednak zastosować, uzyskała pani dostęp do danych medycznych.

– To zależy, co pani rozumie przez dostęp. Bardzo uważałam, aby nie naruszyć niczyjej prywatności. Nigdy nie oglądam wyników badań konkretnych osób. Program ich nie drukuje.

– A co drukuje?

– Nazwiska dwóch osób, ich adresy i numery telefonów.

– Ale podaje je parami.

– Oczywiście, taki jest przecież cel.

– Zatem jeśli program porównał na przykład elektro-encefalogramy, dowiedziała się pani, że ktoś ma takie same fale mózgowe jak ktoś inny.

– Takie same albo podobne. Ale nie dowiem się niczego na temat stanu zdrowia tych dwóch osób.

– Niemniej, jeżeli wiedziała pani wcześniej, że jedna z nich cierpi na paranoidalną schizofrenię, nietrudno będzie zgadnąć, że druga choruje na to samo.

– Nigdy nie wiemy takich rzeczy.

– Może pani znać którąś z osób stanowiących parę.

– Jakim cudem?

– Może być pani dozorcą, kimkolwiek.

– Niech pani nie żartuje.

– To jest możliwe.

– I o tym ma być ten artykuł?

– Niewykluczone.

– W porządku, rzecz jest teoretycznie możliwa, ale prawdopodobieństwo wydaje się tak nikłe, że żaden rozsądnie myślący człowiek nie weźmie go pod uwagę.

– Można się o to spierać.

Dziennikarka zdecydowana była szukać dziury w całym bez względu na fakty i Jeannie zaczęła się martwić. Miała dość problemów bez ściągania sobie na głowę prasy.

– Ma pani jakieś konkrety? – zapytała. – Znalazła pani kogoś, kto uważa, że naruszone zostały jego dobra osobiste?

– Interesuje mnie potencjalne niebezpieczeństwo.

Jeannie uderzyła nagła myśl.

– A swoją drogą, kto powiedział pani, żeby się do mnie zwrócić?

– Dlaczego pani pyta?

– Z takiego samego powodu, z jakiego pani pyta mnie. Chcę znać prawdę.

– Nie mogę pani powiedzieć.

– To ciekawe – stwierdziła Jeannie. – Opowiedziałam pani dość obszernie o swoich badaniach i metodach. Nie mam nic do ukrycia. O pani jednak nie można powiedzieć tego samego. Mam wrażenie, że pani się czegoś wstydzi. Może tego, w jaki sposób dowiedziała się o moim projekcie?

– Niczego się nie wstydzę – odparła ostro dziennikarka.

Jeannie czuła, jak ogarnia ją złość. Za kogo się uważa ta baba?

– Ktoś się w każdym razie wstydzi. Jeśli to nieprawda, dlaczego nie chce mi pani podać jego nazwiska?

– Muszę chronić swoich informatorów.

– Przed czym? – Jeannie wiedziała, że nie powinna zaogniać sytuacji. Niczego nie wygra, nastawiając prasę wrogo do siebie. Nie mogła jednak ścierpieć arogancji tej jędzy. – Jak już powiedziałam, moim metodom nie można nic zarzucić. Nie naruszają niczyjej prywatności. Dlaczego więc pani informator ma podlegać ochronie?

– Ludzie mają swoje powody…

– Nie sądzi pani, że ta osoba zrobiła to z nieczystych pobudek? – zapytała. Dlaczego ktoś chciałby mi zaszkodzić, zastanawiała się.

– Nie będę tego komentować.

– Bez komentarza, tak? – odparła z przekąsem. – Gdzieś już to słyszałam.

– Dziękuję za pomoc, doktor Ferrami.

– Nie ma o czym mówić – powiedziała. Odłożyła słuchawkę, a potem przez dłuższą chwilę wpatrywała się w telefon. – Co tu jest, do cholery, grane? – mruknęła.

ŚRODA

21

Berrington Jones źle spał.

Noc spędził z Pippą Harpenden. Pippa pracowała jako sekretarka na wydziale fizyki i próbowało ją poderwać wielu profesorów, w tym również kilku żonatych, ale Berrington był jedynym, z którym się umawiała. Elegancko się ubrał, zabrał ją do kameralnej restauracji i zamówił wykwintne wina. Siedząc przy stoliku, delektował się spojrzeniami swoich rówieśników, którzy jedli kolację z brzydkimi starymi żonami. A potem przyprowadził Pippę do domu, zapalił świece, włożył jedwabną piżamę i kochał się z nią powoli, aż łapała kurczowo oddech z rozkoszy.

O czwartej rano zbudził się jednak i zaczął myśleć o wszystkim, co mogło pokrzyżować mu szyki. Hank Stone sączył podczas konferencji prasowej zafundowane przez wydawcę tanie wino; niewykluczone, że rozmowa z Berringtonem wyleciała mu po prostu z głowy. A jeśli nawet ją zapamiętał, redaktorzy „New York Timesa” mogli uznać, że sprawa nie kwalifikuje się do druku. Mogli zasięgnąć języka i zorientować się, że Jeannie nie robi nic zdrożnego. Albo po prostu odłożyć wszystko do przyszłego tygodnia, kiedy będzie już za późno.

– Dobrze się czujesz, Berry? – zapytała Pippa, kiedy po raz kolejny przewrócił się z boku na bok.

Pogładził ją po długich blond włosach i Pippa wydała z siebie senne zachęcające odgłosy. Miłość z piękną kobietą stanowiła normalnie pociechę na wszelkie smutki, ale czuł, że tym razem nic mu nie pomoże. Za dużo miał na głowie kłopotów. Kusiło go, żeby porozmawiać o nich z Pippą – była inteligentna i na pewno by go zrozumiała i pocieszyła – ale nie mógł nikomu wyjawiać tego rodzaju sekretów.

Po jakimś czasie wstał i wyszedł pobiegać. Kiedy wrócił, Pippy już nie było. Zostawiła mu owinięty w czarną nylonową pończochę liścik z podziękowaniem.

Kilka minut po ósmej przyszła gosposia i zrobiła mu omlet. Mariannę była chudą, nerwową dziewczyną z francuskiej Martyniki. Mówiła słabo po angielsku i bała się, że odeślą ją z powrotem do domu, co czyniło ją bardzo uległą. Była ładna i Berrington domyślał się, że gdyby kazał jej uklęknąć i obciągnąć sobie członek, uznałaby, że wchodzi to w zakres jej obowiązków. Nigdy tego oczywiście nie zrobił: sypianie ze służbą nie było w jego stylu.

Wziął prysznic, ogolił się i chcąc wzbudzić większy respekt, ubrał się w popielaty garnitur w prążki, białą koszulę i czarny krawat w małe czerwone kropki. Wpiął złote spinki z monogramem, wsunął białą lnianą chusteczkę do kieszonki na piersi i przetarł do połysku czarne półbuty.

A potem pojechał na uczelnię, zaszył się w swoim gabinecie i włączył komputer. Podobnie jak większość akademickich sław, nie zajmował się prawie działalnością dydaktyczną. Tu, na JFU, miał jeden wykład rocznie. Jego rolą było nadzorowanie badań młodszych kolegów i podnoszenie ich prestiżu przez dodawanie swego nazwiska do ich prac. Tego ranka nie był jednak w stanie na niczym się skoncentrować. Czekając na telefon, wyglądał przez okno i obserwował czwórkę młodych ludzi grających ostro w debla na korcie.

Nie musiał długo czekać.

O wpół do dziesiątej zadzwonił do niego rektor uniwersytetu.

– Mamy pewien problem – oznajmił.

Berrington zmarszczył brwi.

– Co się stało, Maurice?

– Właśnie zadzwoniła do mnie jakaś dziwka z „New York Timesa”. Twierdzi, że ktoś na twoim wydziale narusza prywatność badanych. Jakaś doktor Ferrami.

Dzięki Bogu, pomyślał z triumfem Berrington. Hank Stone nie skrewił!

– Obawiałem się czegoś takiego – powiedział starając się, żeby jego głos zabrzmiał odpowiednio poważnie. – Zaraz u ciebie będę. – Odłożył słuchawkę i przez chwilę się zastanawiał. Było zbyt wcześnie, żeby świętować zwycięstwo. Zaczynał dopiero snuć całą intrygę. Musiał teraz spowodować, żeby Maurice i Jeannie zachowywali się dokładnie po jego myśli.

Maurice sprawiał wrażenie zmartwionego. To dobrze. Berrington nie mógł dopuścić, żeby przestał się martwić. Maurice powinien dojść do wniosku, że jeśli Jeannie nie przestanie natychmiast korzystać ze swego programu komputerowego, czeka ich prawdziwa katastrofa. A kiedy postanowi już, że trzeba podjąć zdecydowane działania, Berrington musiał dopilnować, żeby nie zmienił czasami zdania.

Przede wszystkim nie mógł dopuścić do żadnego kompromisu. Wiedział, że Jeannie z natury nie jest zbyt skłonna do ustępstw, jeśli jednak od tego zacznie zależeć cała jej przyszłość, z pewnością spróbuje wszystkiego. Będzie musiał dolewać oliwy do ognia i zagrzewać ją do boju. I robiąc to, przez cały czas udawać, że majak najlepsze intencje. Jeśli wyda się, że próbuje skompromitować Jeannie, Maurice może się zorientować, że coś jest nie tak. Berrington będzie musiał sprawiać wrażenie osoby broniącej Jeannie.

Wyszedł z Wariatkowa i minąwszy Barrymore Theatre i wydział sztuk pięknych, dotarł do Hillside Hall, niegdyś wiejskiego dworku założyciela uczelni, obecnie jej budynku administracyjnego. Gabinet rektora mieścił się we wspanialej bawialni starego domu. Przechodząc przez sekretariat, Berrington skinął łaskawie głową sekretarce doktora Obella.

– Szef czeka na mnie.

Maurice siedział przy wielkim oknie, z którego rozciągał się widok na błonia. Był niskim, barczystym mężczyzną, który wrócił z Wietnamu na wózku inwalidzkim, sparaliżowany od pasa w dół. Berrington miał z nim łatwy kontakt może dlatego, że obaj służyli jakiś czas w wojsku. Obaj lubili także muzykę Mahlera.

Rektor często miał zatroskaną minę. Żeby uniwersytet mógł normalnie funkcjonować, musiał zebrać dziesięć milionów od korporacji i prywatnych sponsorów i jak ognia bał się złej prasy.

Odwrócił fotel i podjechał do biurka.

– Powiedziała, że przygotowują duży materiał na temat etyki naukowej. Nie mogę pozwolić, żeby przytoczyli JFU jako przykład uczelni, w której dochodzi do wypadków jej pogwałcenia. Połowa naszych sponsorów weźmie nogi za pas. Musimy z tym coś zrobić.

– Co to za facetka?

Maurice zajrzał do notesu.

– Naomi Freelander. Szefowa działu etyki. Wiedziałeś, że w gazetach mają teraz dział etyki? Ja nie.

– Nie dziwi mnie, że mają go w „New York Timesie”.

– Co nie przeszkadza, że zachowują się jak gestapowcy. Powiedziała, że artykuł miał się ukazać już wcześniej, ale wczoraj dostali cynk na temat tej twojej Ferrami.

– Zastanawiam się, kto doniósł – powiedział Berrington.

– Zawsze znajdzie się jakaś świnia.

– Chyba masz rację. Maurice westchnął.

– Powiedz, że to nieprawda, Berry. Powiedz, że ona nie narusza dóbr osobistych swoich badanych.

Berrington założył nogę na nogę, udając że jest na luzie, podczas gdy w rzeczywistości był napięty jak struna.

– Nie sądzę, żeby robiła coś złego – odparł. – Przeszukuje bazy danych i odnajduje ludzi, którzy nie wiedzą, że są bliźniakami. W gruncie rzeczy to bardzo sprytne…

– Przegląda dane medyczne ludzi bez ich zgody? Berrington udawał, że odpowiedź nie przychodzi mu łatwo.

– Można tak powiedzieć…

– W takim razie musi przestać to robić.

– Problem polega na tym, że ona naprawdę potrzebuje tych danych.

– Może zaproponujemy jej jakąś rekompensatę?

Berringtonowi nie przyszło do głowy, żeby ją przekupić.

Wątpił, żeby to się udało, ale nie zaszkodziło spróbować.

– Czy ma stały etat?

– Przyjęliśmy ją w tym semestrze, na razie na stanowisko asystenta. Umowę na stały etat podpisze najwcześniej za sześć lat. Ale możemy dać jej podwyżkę. Wiem, że potrzebuje pieniędzy, powiedziała mi.

– Ile teraz zarabia?

– Trzydzieści tysięcy rocznie.

– Ile twoim zdaniem możemy jej zaoferować?

– To musi być poważna suma. Osiem, może dziesięć tysięcy.

– Czy mamy na to fundusze?

Berrington uśmiechnął się.

– Sądzę, że uda mi się przekonać Genetico.

– W takim razie tak właśnie postąpimy. Zadzwoń do niej, Berry. Jeśli jest u siebie, każ jej natychmiast przyjść. Załatwimy to, zanim ponownie zgłosi się do nas policja etyczna.

Berrington wystukał numer gabinetu Jeannie. Poniosła słuchawkę prawie natychmiast.

– Jeannie Ferrami.

– Tu Berrington.

– Dzień dobry – odparła ostrożnie. Czyżby wyczuła, że chciał się z nią przespać w poniedziałek wieczorem? Może zastanawiała się, czy nie chce spróbować ponownie. A może wiedziała już o problemach z „New York Timesem”.

– Czy możemy się zaraz zobaczyć?

– W twoim gabinecie?

– Jestem u doktora Obella w Hillside Hall.

Usłyszał w słuchawce głośne westchnienie.

– Chodzi o tę facetkę, Naomi Freelander?

– Tak.

– Sam wiesz, że to kompletna bzdura.

– Wiem, ale musimy jakoś zareagować.

– Już idę.

Berrington odłożył słuchawkę.

– Zaraz tu będzie – poinformował Maurice'a. – „New York Times” chyba się z nią kontaktował.

Następne kilka minut było najważniejsze. Jeśli Jeannie będzie się umiejętnie bronić, Maurice może zmienić swoją strategię. Berrington musiał wspierać go w jego decyzji, nie okazując zarazem wrogości Jeannie. Była impulsywną, pewną siebie dziewczyną, nie szukającą ugody, zwłaszcza gdy uważała, że ma rację. Najprawdopodobniej nastawi do siebie wrogo Maurice'a bez żadnej pomocy ze strony Berringtona. Na wypadek jednak, gdyby okazała się wyjątkowo słodka i przekonująca, potrzebny był plan awaryjny. Zaświtała mu nagle pewna myśl.

– Czekając na nią, moglibyśmy sporządzić szkic oświadczenia dla prasy – powiedział.

– Świetny pomysł.

Berrington wyciągnął blok i zaczął pisać. To musiało być coś, na co Jeannie w żadnym wypadku się nie zgodzi, coś, co zrani ją do żywego i doprowadzi do pasji. Napisał, że Uniwersytet Jonesa Fallsa przyznaje się do popełnienia błędu. Uczelnia przeprasza wszystkich, których prywatność została naruszona, i oświadcza, że program komputerowy, o którym mowa, został od dzisiaj wycofany z użytku.

Oddał szkic sekretarce Maurice'a i poprosił, żeby go zaraz wydrukowała.

Jeannie pojawiła się, kipiąc z gniewu. Ubrana była w obszerny szmaragdowozielony podkoszulek, obcisłe czarne dżinsy i buty, które zanim ogłoszono ostatnim krzykiem mody, określało się mianem roboczego obuwia. W nosie miała srebrny kolczyk, gęste ciemne włosy związała na karku. Berringtonowi podobał się nawet ten styl, nie sądził jednak, by wywarła dobre wrażenie na rektorze uniwersytetu. Z pewnością widział w niej nieodpowiedzialną młodą asystentkę, która może narazić na kłopoty całą uczelnię.

Obell poprosił ją, żeby usiadła i poinformował o telefonie z gazety. Zachowywał się sztywno. Ten człowiek czuje się dobrze w towarzystwie dojrzałych mężczyzn, pomyślał Berrington; młoda kobieta w obcisłych dżinsach jest dla niego kimś obcym.

– Ta sama facetka zatelefonowała wczoraj do mnie – oznajmiła poirytowanym tonem Jeannie. – To śmieszne.

– Ale ma pani dostęp do danych medycznych – stwierdził Maurice.

– Ja nie przeglądam danych, robi to komputer. Żaden człowiek nie widzi żadnych informacji medycznych. Mój program podaje listę nazwisk i adresów, zgrupowanych w pary.

– Mimo to…

– Nie robimy potem nic, nie zapytawszy wpierw potencjalnego badanego o zgodę. Dopóki nie zgodzą się poddać u nas badaniom, nie mówimy im nawet o tym, że są bliźniakami. Czyją prywatność się tutaj narusza?

– Mówiłem ci, Maurice – wtrącił Berrington udając, że ją popiera. – W „Timesie” źle to zrozumieli.

– Oni patrzą na to z innej strony. A ja muszę myśleć o reputacji uniwersytetu.

– Niech pan mi wierzy, moje badania z pewnością ją podniosą – powiedziała Jeannie. Pochyliła się do przodu i Berrington usłyszał w jej głosie pasję, która ożywiała wszystkich prawdziwych uczonych. – To projekt o kluczowym znaczeniu. Jestem jedyną osobą, która wpadła na pomysł, jak badać genetyczne aspekty przestępczości. Kiedy opublikujemy wyniki, to będzie sensacja.

– Ma rację – wtrącił Berrington. Mówił prawdę. Jej badania były fascynujące. Bolało go serce na myśl, że trzeba je przerwać. Ale nie miał innego wyboru.

Maurice potrząsnął głową.

– Moim zadaniem jest chronić uniwersytet przed skandalem.

– Pańskim zadaniem jest również bronić wolności akademickiej – stwierdziła nieostrożnie Jeannie.

Nie obrała zbyt mądrej taktyki. Kiedyś, w odległej przeszłości, rektorzy wyższych uczelni niewątpliwie walczyli o prawo prowadzenia niezależnych badań naukowych, te czasy jednak dawno minęły. Teraz zajmowali się przede wszystkim zbieraniem funduszy. Wspominając o wolności akademickiej, po prostu obrażała rektora.

Maurice zjeżył się.

– Nie muszę wysłuchiwać od pani wykładu na temat moich obowiązków, młoda damo – oświadczył sztywno.

Ku zadowoleniu Berringtona, Jeannie nie zamierzała rezygnować.

– Czyżby? – zapytała, wyraźnie się rozgrzewając. – Mamy tu do czynienia z bezpośrednim konfliktem. Z jednej strony jest gazeta w oczywisty sposób fałszująca całą sprawę, z drugiej naukowiec, który chce poznać prawdę. Jeśli rektor uniwersytetu ugina się pod tego rodzaju presją, jaka nam jeszcze została nadzieja?

Berrington podziwiał ją. Wyglądała wspaniale z zaczerwienionymi policzkami i roziskrzonymi oczyma, ale kopała swój własny grób. Z każdym słowem coraz bardziej zrażała do siebie Maurice'a.

Jeannie zdała sobie widocznie sprawę, co robi, ponieważ nagle zmieniła taktykę.

– Z drugiej strony nikt z nas nie chce, aby uniwersytet znalazł się pod pręgierzem opinii publicznej – oznajmiła nieco łagodniejszym tonem. – Całkowicie rozumiem pańską troskę, doktorze Obell.

Maurice natychmiast zmiękł, co Berrington przyjął z pewnym smutkiem.

– Rozumiem, że to stawia panią w trudnej sytuacji – stwierdził. – Uniwersytet jest gotów zaproponować pani rekompensatę w formie podwyżki w wysokości dziesięciu tysięcy dolarów rocznie.

Na twarzy Jeannie odmalowało się zaskoczenie.

– To pozwoli ci zabrać matkę z tego domu opieki, który tak ci się nie podobał – powiedział Berrington.

Jeannie wahała się tylko przez chwile.

– Jestem głęboko wdzięczna – odparła – ale to nie rozwiązuje problemu. W dalszym ciągu muszę mieć moich bliźniaków. W przeciwnym razie nie będę miała czego badać.

Berrington i tak nie sądził, że Jeannie da się przekupić.

– Musi być chyba jakiś inny sposób znalezienia osób, które mogłaby pani badać – mruknął Maurice.

– O to chodzi, że nie. Potrzebuję oddzielnie wychowywanych jednojajowych bliźniąt, z których przynajmniej jedno jest kryminalistą. Nie jest łatwo ich znaleźć. Mój program lokalizuje ludzi, którzy czasem nie wiedzą nawet, że są bliźniakami. Nie ma innej metody, żeby to zrobić.

– Nie wiedziałem o tym – stwierdził Maurice.

Jego ton stawał się niebezpiecznie przyjazny. W tej samej chwili do gabinetu weszła sekretarka i wręczyła mu kartkę. Było to oświadczenie dla prasy, które naszkicował Berrington.

– Jeśli chcemy ukręcić sprawie łeb, będziemy musieli przekazać im dzisiaj coś takiego – powiedział Maurice, podając jej kartkę.

Jeannie szybko ją przeczytała i oczy ponownie pociemniały jej z gniewu.

– Ależ to jest kompletna bzdura! – wybuchła. – Nie popełniono żadnego błędu! Nie naruszono niczyjej prywatności. Nikt nie złożył nawet skargi!

Berrington z trudem krył zadowolenie. Paradoksem było, że ktoś tak impulsywny i zapalczywy, prowadził zarazem tak żmudne i wymagające cierpliwości badania. Widział, jak Jeannie traktuje swoich podopiecznych: żaden nie wyprowadził jej nigdy z równowagi, jeśli nawet w ogóle nie radził sobie z testami. Ich złe zachowanie było dla niej tak samo interesujące jak dobre. Notowała po prostu wszystko, co mówili, i dziękowała im pod koniec za owocną współpracę. Lecz za drzwiami laboratorium wybuchała niczym raca przy najmniejszej prowokacji.

– Doktor Obell uważa, że powinniśmy złożyć zdecydowane oświadczenie – stwierdził, grając rolę zatroskanego mediatora.

– Nie możecie napisać, że mój program komputerowy został wycofany! – odparła. – To jest równoznaczne z zastopowaniem całego projektu!

Twarz Maurice'a stwardniała.

– Nie mogę pozwolić, żeby „New York Times” opublikował artykuł, w którym jest mowa o tym, że nasi naukowcy naruszają czyjąś prywatność – oświadczył. – To kosztowałoby nas miliony wycofanych dotacji.

– Niech pan znajdzie jakieś inne wyjście – poprosiła Jeannie. – Napisze, że badacie sprawę. Że powołaliście specjalny komitet. Możemy, jeśli to konieczne, wprowadzić dodatkowe zabezpieczenia.

O nie, pomyślał Berrington. To brzmiało niepokojąco rozsądnie.

– Mamy oczywiście komisję do spraw etycznych – powiedział, pragnąc zyskać na czasie. – To jedna z podkomisji senatu. – Senat, w którego skład wchodzili wszyscy zatrudnieni na stałe profesorowie, stanowił najwyższą władzę uczelni, ale większość pracy odbywała się w komisjach. – Możesz poinformować, że przekazałaś im sprawę do rozpatrzenia.

– To na nic – stwierdził nagle Maurice. – Wszyscy domyśla się, że gramy na zwłokę.

– Nie widzi pan, że nalegając na natychmiastowe załatwienie tej sprawy, wyklucza pan wszelką rozumną dyskusję? – zaprotestowała Jeannie.

Berrington doszedł do wniosku, że to dobry moment na zamknięcie spotkania. Oboje okopali się na swoich pozycjach. Powinien przerwać spór, zanim ponownie pomyślą o kompromisie.

– Masz rację, Jeannie – stwierdził. – ~ Chciałbym coś zaproponować… oczywiście jeśli nie masz nic przeciwko, Maurice.

– Proszę cię bardzo.

– Mamy tutaj do czynienia z dwoma różnymi problemami. Pierwszy polega na tym, jak zapewnić kontynuację badań Jeannie, nie wywołując jednocześnie skandalu, który mógłby zagrozić całej uczelni. To musimy rozstrzygnąć ja i Jeannie i porozmawiamy o tym później. Drugi problem wiąże się ze sposobem, w jaki wydział i uniwersytet przedstawią sprawę na zewnątrz. Tę kwestię powinniśmy przedyskutować ty i ja, Maurice.

Obellowi najwyraźniej kamień spadł z serca.

– Bardzo rozsądna propozycja – stwierdził.

– Dziękuję, że tak szybko się zjawiłaś, Jeannie – powiedział Berrington.

Zorientowała się, że została odprawiona. Na jej twarzy odbiła się konsternacja. Wiedziała, że ją wymanewrowali, ale nie mogła się zorientować jak bardzo.

– Zadzwonisz do mnie? – zapytała Berringtona.

– Oczywiście.

– Dobrze.

Przez chwilę się wahała, a potem wyszła. Trudna kobieta – oznajmił Maurice. Berrington pochylił się do przodu, złożył razem ręce i spuścił pokornie oczy.

– Jest w tym trochę mojej winy, Maurice. – Rektor potrząsnął głową, ale Berrington ciągnął dalej. – To ja zatrudniłem Jeannie Ferrami. Nie miałem pojęcia, że obierze taką metodologię, ale ponoszę oczywiście za to odpowiedzialność i muszę pomóc ci z tego wybrnąć.

– Co proponujesz?

– Nie mogę cię prosić, żebyś wycofał to oświadczenie. Nie mam prawa. Zdaję sobie sprawę, że nie wolno ci poświęcać dobrego imienia uniwersytetu dla dobra jednego programu badawczego.

Maurice wahał się. Berrington obawiał się przez chwilę, że się domyśli, iż padł ofiarą manipulacji. Jeśli nawet zaświtała mu taka myśl, szybko ją odrzucił.

– Doceniam to, Berry. Ale co zrobisz z Jeannie? – zapytał.

Berrington odetchnął z ulgą. Chyba mu się udało.

– Zostaw to mnie – odparł.

22

Steve zasnął w środę nad ranem.

W więzieniu panował spokój, Prosiak pochrapywał cicho, a on nie spał już od czterdziestu dwóch godzin. Starał się czuwać, powtarzając w myśli mowę, którą miał zamiar wygłosić w trakcie rozprawy wstępnej, co chwila jednak zapadał w sen na jawie, w którym słyszał głos sędziego: „Wyznaczam kaucję, ten człowiek jest wolny” i wychodził z sądu na zalaną słońcem ulicę. Siedząc na podłodze z plecami opartymi o ścianę, kilka razy budził się z drzemki, w końcu jednak natura wzięła górę nad siłą woli.

Z głębokiego snu obudziło go bolesne kopnięcie w żebra. Jęknął i otworzył oczy. Kopnął go Prosiak, który pochylał się nad nim z oczyma rozszerzonymi szaleństwem.

– Ukradłeś moją działkę, skurwysynu! Gdzieś ją schował, gadaj? Oddawaj, bo zrobię z ciebie miazgę!

Steve zareagował, w ogóle nie myśląc. Skoczył niczym sprężyna z podłogi, wyprostował sztywno rękę i wbił dwa palce w oczy Prosiaka. Napastnik wrzasnął z bólu i cofnął się. Steve szedł za nim, chcąc przeszyć palcami jego mózg aż do końca czaszki. Gdzieś daleko słyszał bluzgający przekleństwami głos, który przypominał do złudzenia jego własny.

Prosiak dał jeszcze jeden krok do tyłu i usiadł na sedesie, zakrywając twarz rękoma.

Steve złapał go oburącz za kark, pociągnął do przodu i kopnął kolanem w twarz. Z ust Prosiaka trysnęła krew. Steve chwycił go za koszulę i ściągnął z sedesu na podłogę. Miał zamiar go skopać, kiedy zaczęła mu wracać jasność umysłu. Patrząc na krwawiącego, leżącego na podłodze mężczyznę, zawahał się i czerwona mgiełka furii zaczęła się przerzedzać.

– Och, nie – jęknął. – Co ja zrobiłem?

Drzwi celi otworzyły się i do środka wpadli z podniesionymi pałkami dwaj gliniarze. Steve podniósł w górę ręce.

– Uspokój się! – wrzasnął jeden z nich.

– Jestem już spokojny – odparł.

Gliniarze zakuli go w kajdanki i wyprowadzili z celi. Jeden z nich uderzył go mocno w żołądek. Steve zgiął się wpół, łapiąc kurczowo oddech.

– To na wypadek, gdybyś chciał jeszcze rozrabiać – oświadczył gliniarz.

Steve usłyszał trzaśniecie zamykanych drzwi.

– Potrzebujesz pomocy medycznej, Prosiak? Bo znam jednego konowała przy East Baltimore Street – zapytał jak zwykle rozbawiony strażnik Spike, rechocząc z własnego dowcipu.

Steve wyprostował się, dochodząc do siebie po uderzeniu. Wciąż go bolało, ale mógł już normalnie oddychać. Spojrzał przez kraty na Prosiaka, który siedział na pryczy, masując oczy.

– Pierdolę cię, zasrańcu – mruknął przez krwawiące wargi do Spike'a.

Steve odetchnął z ulgą: jego przeciwnik nie odniósł żadnych poważnych obrażeń.

– I tak mieliśmy cię już stąd zabrać, panie student – oświadczył Spike. – Ci dżentelmeni przyszli zaprowadzić cię do sądu. – Zerknął na trzymaną w ręku kartkę. – Zobaczmy, kto ma jeszcze stanąć przed Sądem Okręgu Północnego? Pan Robert Sandilands, znany jako Niuch…

Wyprowadził trzech innych mężczyzn z cel i skuł ich razem ze Steve'em. Gliniarze zabrali ich do garażu i wsadzili do autobusu.

Steve miał nadzieję, że nigdy tu nie wróci.

Na dworze było wciąż ciemno. Domyśla! się, że musi być koło szóstej. Sądy nie rozpoczynały pracy przed dziewiątą rano, powinni się zatem przygotować na długie czekanie. Przez piętnaście albo dwadzieścia minut jechali przez miasto, a potem skręcili do garażu mieszczącego się w budynku sądu. Wysiedli z autobusu i zeszli do piwnicy.

Wolną przestrzeń w środku otaczało osiem ogrodzonych boksów. Wyposażenie każdego składało się z ławki i toalety, były jednak większe od cel na komendzie i wszyscy czterej więźniowie zamknięci zostali w boksie, w którym siedziało już sześciu mężczyzn. Strażnicy, którymi dowodziła ubrana w mundur sierżanta wysoka czarna kobieta o wrednym wyrazie twarzy, rozkuli ich i rzucili łańcuchy i kajdanki na stojący pośrodku stół.

W ciągu następnej godziny przybyło ponad trzydziestu nowych więźniów. Umieszczano ich po dwunastu w jednym boksie. Kiedy wprowadzono niewielką grupę kobiet, rozległy się krzyki i gwizdy. Ulokowano je w boksie po przeciwnej stronie.

Przez kilka następnych godzin nic się nie działo. Przyniesiono śniadanie, ale Steve po raz kolejny zrezygnował z posiłku: nie potrafił przyzwyczaić się do jedzenia w toalecie. Niektórzy więźniowie głośno rozmawiali, inni milczeli, siedząc z ponurymi minami. Wielu było na kacu. Wymiana zdań między więźniami i strażnikami nie była tak wulgarna jak na komendzie i Steve zastanawiał się, czy to z powodu obecności kobiety.

Więzienia w ogóle nie przypominały tego, co pokazywali w telewizji. Na filmach i w programach telewizyjnych wyglądały jak podrzędne hotele: nigdy nie pokazywano pozbawionych desek klozetów, lania, które spuszczano niesfornym, i psychicznego pastwienia się nad więźniami.

Ten dzień mógł być jego ostatnim dniem w więzieniu. Gdyby wierzył w Boga, modliłby się o to z całego serca.

Dopiero koło południa zaczęli zabierać pierwszych więźniów z boksów.

Steve znalazł się w drugiej grupie. Ponownie założono im kajdanki i skuto razem dziesięciu mężczyzn.

Sala rozpraw przypominała kaplicę metodystów. Do czarnej linii na wysokości pasa ściany pomalowane były na zielono, wyżej na kremowo. Na wysłanej zielonym dywanem podłodze stało niczym w kościele dziewięć ławek z jasnego drewna.

W tylnym rzędzie Steve zobaczył swoich rodziców.

Otworzył usta ze zdumienia.

Tato ubrany był w mundur pułkownika; czapkę trzymał pod pachą. Siedział sztywno wyprostowany, jakby stał na baczność. Miał bladą cerę, niebieskie oczy, ciemne włosy i cień zarostu na wygolonych policzkach. Zacisnął usta i wpatrywał się sztywno w jeden punkt, starając się stłumić emocje. Mama siedziała obok niego, mała i pulchna, ze spuchniętą od płaczu okrągłą ładną twarzą.

Steve miał ochotę zapaść się pod ziemię. Wróciłby chętnie do celi Prosiaka, żeby uciec przed tą chwilą. Stanął w miejscu, wstrzymując całą grupę więźniów, i wpatrywał się w niemej udręce w rodziców. W końcu pchnięty do przodu przez jednego ze strażników zatoczył się i usiadł na pierwszej ławce.

Przed sędziowskim stołem siedziała odwrócona twarzą do więźniów niewysoka urzędniczka. Przy drzwiach stał strażnik. Oprócz nich jedynym obecnym na sali przedstawicielem władzy był mniej więcej czterdziestoletni czarny mężczyzna w okularach, ubrany w marynarkę, krawat i niebieskie dżinsy. Zapytał o nazwiska więźniów i sprawdził je na swojej liście.

Steve obejrzał się przez ramię. Na ławkach dla publiczności nie było nikogo prócz jego rodziców. Dziękował losowi, że w przeciwieństwie do innych ma kogoś, kto się o niego troszczy.

Jego ojciec wstał i ruszył do przodu.

– Słucham pana? – zagadnął go facet w niebieskich dżinsach.

– Jestem ojcem Stevena Logana, chciałbym z nim porozmawiać – odparł władczym tonem ojciec. – Czy mogę wiedzieć, kim pan jest?

– Nazywam się David Purdy, jestem śledczym przedprocesowym. To ja dzwoniłem do pana dziś rano.

A więc w ten sposób się dowiedzieli. Powinien się był tego domyślić. Komisarz Williams uprzedziła go, że śledczy sprawdzi podane przez niego informacje. Najprostszym sposobem był telefon do rodziców. Steve skrzywił się, wyobrażając sobie ich rozmowę. Co powiedział śledczy? Chciałbym sprawdzić adres Stevena Logana, który przebywa w areszcie w Baltimore, oskarżony o gwałt. Czy pani jest jego matką?

Tato podał rękę facetowi.

– Miło mi pana poznać, panie Purdy – powiedział, ale Steve widział, że chętnie utopiłby go w łyżce wody.

– Proszę bardzo, może pan porozmawiać ze swoim synem.

Tato ukłonił się sztywno, po czym siadł w drugim rzędzie tuż za nim. Położył dłoń na jego ramieniu i lekko je uścisnął. Steve'owi stanęły w oczach łzy.

– Ja tego nie zrobiłem, tato – powiedział.

– Wiem, Steve – odparł ojciec.

Jego prosta wiara coś w nim odblokowała i zaczął płakać. A kiedy już zaczął, nie potrafił skończyć. Głód i brak snu odebrały mu siły. Dały o sobie znać napięcie i męka ostatnich dwóch dni i łzy leciały mu z oczu ciurkiem, a on przełykał tylko ślinę i wycierał twarz skutymi rękoma.

– Chcieliśmy wynająć ci adwokata – powiedział tato – ale nie mieliśmy czasu. Ledwie udało nam się tu zdążyć.

Steve pokiwał głową. Będzie swoim własnym adwokatem, jeśli tylko zdoła się opanować.

Strażniczka wprowadziła na salę dwie dziewczyny. Nie miały na rękach kajdanek. Usiadły na ławce i zaczęły chichotać. Nie mogły mieć więcej niż osiemnaście lat.

– Jak to się w ogóle, do diabła, stało? – zapytał ojciec.

Starając się odpowiedzieć na pytanie, Steve powoli przestał płakać.

– Wyglądam chyba jak facet, który to zrobił – wyjąkał, a potem jeszcze raz pociągnął nosem i przełknął ślinę. – Ofiara wybrała mnie podczas konfrontacji. Byłem w tym czasie niedaleko miejsca zdarzenia. Powiedziałem o tym policji. Oczyści mnie badanie DNA, ale to trwa trzy dni. Mam nadzieję, że zwolnią mnie dzisiaj za kaucją.

– Powiedz sędziemu, że tu jesteśmy – doradził tato. – To powinno pomóc.

Steve czuł się jak pocieszane przez ojca małe dziecko. Obudziło się w nim słodkogorzkie wspomnienie dnia, gdy dostał w prezencie swój pierwszy rower. To musiały być jego piąte urodziny. Rowerek miał parę dodatkowych kół przy tylnej osi, aby zabezpieczać go przed upadkiem. Za ich domem był duży ogród, dwa schodki prowadziły z niego na leżące niżej patio. „Jedź po trawniku i trzymaj się z daleka od schodów”, powiedział tato, ale oczywiście pierwszą rzeczą, której spróbował Steve, był zjazd po schodach. Rozbił rower i siebie i oczekiwał, że ojciec będzie na niego wściekły za to, że nie usłuchał prostego polecenia. Ale on podniósł go, obmył delikatnie skaleczenia, naprawił rower i chociaż Steve przez cały czas spodziewał się awantury, ta nigdy nie nastąpiła. Tato nigdy nie powiedział: A nie mówiłem! Bez względu na to, co się działo, rodzice Steve'a zawsze byli po jego stronie.

Na salę weszła sędzina.

Była atrakcyjną mniej więcej pięćdziesięcioletnią białą kobietą, bardzo drobną i elegancką. Miała na sobie czarną togę i niosła w ręku puszkę Diet Coke, którą postawiła na stole.

Steve próbował wyczytać coś z jej twarzy. Czy była okrutna, czy łagodna? W dobrym czy złym humorze? Czy była życzliwą, tolerancyjną kobietą o dobrym sercu, czy też obsesyjną pedantką, pragnącą skrycie wysłać ich wszystkich na krzesło elektryczne? Obserwował jej niebieskie oczy, ostry nos, przetykane nitkami siwizny włosy. Czy ma męża z wielkim brzuchem, dorosłego syna, o którego się martwi, i ukochanego wnuczka, z którym bawi się razem na dywanie? Czy też mieszka sama w drogim mieszkaniu, wypełnionym nowoczesnymi meblami o ostrych kantach? Pamiętał z wykładów, jakie względy bierze się teoretycznie pod uwagę przy wyznaczeniu bądź też odmowie wyznaczenia kaucji, teraz jednak wydawało się to zupełnie bez znaczenia. Wszystko zależało od charakteru tej kobiety.

– Dzień dobry – powiedziała, przyglądając się więźniom. – W trakcie tego posiedzenia podejmę decyzję o wyznaczeniu kaucji. – Miała niski czysty głos i wyraźną dykcję. Wszystko wydawało się w niej dokładne i uporządkowane – wszystko z wyjątkiem tej puszki coli, jedynej rzeczy, która dawała Steve'owi nadzieję.

– Czy wszyscy otrzymali listę zarzutów? – Uzyskawszy odpowiedź twierdzącą, sędzina przeczytała z kartki prawa, jakie im przysługują, i co muszą zrobić, aby przydzielono im adwokata. – Kiedy wymienię nazwisko, proszę podnieść prawą rękę – nakazała. – Ian Thompson.

Jeden z więźniów podniósł rękę. Sędzina odczytała ciążące na nim zarzuty i poinformowała o wymiarze kary grożącej za to, o co się go obwinia, Ian Thompson, jak się okazało, włamał się do trzech domów w zamożnej dzielnicy Roland Park. Młody Latynos z ręką na temblaku nie wydawał się zbytnio zainteresowany swoim losem i wyraźnie nudziła go cała procedura.

Sędzina zaczęła mu tłumaczyć, że ma prawo do rozprawy wstępnej i procesu przed ławą przysięgłych. Steve słuchał niecierpliwie, czekając, czy facet zostanie zwolniony za kaucją.

Po chwili zabrał głos śledczy przedprocesowy. Mówiąc bardzo szybko, oznajmił, że podejrzany od roku mieszka pod tym samym adresem, ma żonę i dzieci, ale nigdzie nie pracuje. Jest także uzależniony od heroiny i ma kryminalną przeszłość. Steve nie wypuściłby takiego człowieka na ulicę.

Sędzina zwolniła go jednak, wyznaczając kaucję w wysokości dwudziestu pięciu tysięcy dolarów. Steve poczuł, jak w serce wstępuje mu otucha. Wiedział, że podejrzany musi normalnie wyłożyć tylko dziesięć procent kaucji, Thompson powinien więc wyjść na wolność, jeśli uda mu się zebrać dwa i pół tysiąca dolarów. Nie było to zbyt dużo.

Następna była jedna z dziewcząt. Wdała się w bójkę z inną kobietą i oskarżono ją o napaść. Śledczy poinformował sędzinę, że podsądna mieszka z rodzicami i pracuje w kasie pobliskiego supermarketu. Było jasne, że nie stanowi dużego zagrożenia i sędzina zwolniła ją za osobistym poręczeniem, co oznaczało, że dziewczyna nie musiała wpłacać żadnych pieniędzy.

To była kolejna łagodna decyzja i nadzieje Steve'a wzrosły jeszcze bardziej.

Podsądnej zakazano zbliżać się do miejsca zamieszkania kobiety, z którą się biła. Ta decyzja przypomniała Steve'owi, że sąd może wyznaczyć kaucję pod pewnymi warunkami. Zastanawiał się, czy nie powinien z własnej inicjatywy obiecać, że nie będzie zbliżał się do Lisy Hoxton. Nie miał pojęcia, jak wygląda i gdzie mieszka, ale był gotów przyrzec wszystko, byle tylko wyrwać się z aresztu.

Następnym podsądnym był biały mężczyzna w średnim wieku, który obnażył się, pokazując kobietom genitalia, w dziale higieny osobistej drugstore'u Rite-Aid. W przeszłości popełnił szereg podobnych wykroczeń. Mieszkał samotnie, ale od pięciu lat nie zmieniał adresu. Ku zaskoczeniu i przerażeniu Steve'a nie został zwolniony za kaucją. Facet był chudy i mały: sprawiał wrażenie nieszkodliwego szajbusa. Ale może sędzina, jako kobieta, była szczególnie uczulona na przestępstwa seksualne.

– Steven Charles Logan – przeczytała z kartki jego nazwisko.

Steve podniósł rękę. Błagam, niech mnie pani stąd wypuści.

– Jest pan oskarżony o gwałt pierwszego stopnia, za co grozi panu wyrok dożywotniego więzienia.

Steve usłyszał za plecami głośne westchnienie matki.

Sędzina odczytała inne zarzuty, zapoznając jednocześnie z rodzajem kary za poszczególne czyny, a potem zaś zabrał głos śledczy. Podał wiek, adres i zajęcie Steve'a i poinformował, że nie był karany oraz nie jest uzależniony od narkotyków. W porównaniu z innymi sprawiał wrażenie wzorowego obywatela. Sędzina musiała chyba wziąć to pod uwagę.

– Czy mogę coś powiedzieć, Wysoki Sądzie? – zapytał Steve, kiedy Purdy skończył mówić.

– Tak, ale proszę pamiętać, że wszystko, co powie pan na temat tego przestępstwa, może zostać użyte przeciwko panu.

Steve wstał z ławki.

– Jestem niewinny, ale przypominam zdaje się z wyglądu gwałciciela, zatem gdybym został zwolniony za kaucją, obiecuję, że nie będę zbliżać się do ofiary, jeśli Wysoki Sąd uzna to za konieczny warunek zwolnienia.

– Z całą pewnością uznam to za konieczny warunek.

Chciał błagać ją o wolność, ale wszystkie mowy, które układał w celi, wyleciały mu z głowy i kompletnie nie wiedział, co powiedzieć.

Jego ojciec podniósł się z ławki.

– Wysoki Sądzie, jestem ojcem Steve'a. Pułkownik Charles Logan. Z przyjemnością odpowiem na wszystkie pytania Wysokiego Sądu.

Sędzina zmierzyła go lodowatym spojrzeniem.

– To nie będzie konieczne.

Steve zastanawiał się, dlaczego potraktowała ojca tak ostro. Może chciała, żeby zrozumiał, że nie robi na niej wrażenia jego wojskowy stopień. W moim sądzie, dawała do zrozumienia, wszyscy są równi, bez względu na to, jak godni szacunku mogliby się wydawać.

Tato usiadł z powrotem w ławce.

Sędzina spojrzała na Steve'a.

– Czy znał pan tę kobietę, zanim doszło do popełnienia zarzucanego panu czynu, panie Logan?

– Nigdy się nie spotkaliśmy – odparł Steve.

– Czy przedtem ją pan widział?

Domyślił się, że sędzina chce wiedzieć, czy przed zaatakowaniem Lisy Hoxton przez jakiś czas ją śledził.

– Nie mogę powiedzieć – odparł. – Nie wiem, jak wygląda.

Sędzina najwyraźniej analizowała jego odpowiedź. Steve miał wrażenie, że wisi na barierce, trzymając się jej ostatkiem sił. Uratować go mogło jej jedno słowo. Odmawiając mu, ta kobieta strąci go w przepaść.

– Wyznaczam kaucję w wysokości dwustu tysięcy dolarów – oświadczyła w końcu.

Steve poczuł, jak zalewa go olbrzymia fala wdzięczności i ulgi.

– Dzięki ci Boże – szepnął.

– Nie będzie pan się zbliżał do Lisy Hoxton ani do domu numer tysiąc trzysta dwadzieścia jeden przy Vine Avenue.

Tato ponownie uścisnął jego ramię. Steve podniósł skute kajdankami ręce i dotknął jego kościstych palców.

Wiedział, że minie jeszcze godzina albo dwie, zanim go uwolnią; ale teraz, kiedy zagwarantowano mu wolność, niewiele się tym przejmował. Zje sześć Big Maców i prześpi cały dzień. Chciał wziąć ciepłą kąpiel, ubrać się w czyste ciuchy i założyć z powrotem swój zegarek. Chciał znaleźć się w towarzystwie ludzi, którzy nie powtarzają w każdym zdaniu „kurwa”.

A najbardziej ze wszystkiego, z czego zdał sobie sprawę z pewnym zdziwieniem, chciał zadzwonić do Jeannie Ferrami.

23

Wracając do swego gabinetu Jeannie przygryzała wargę z wściekłości. Maurice Obeli był tchórzem. Agresywna dziennikarka wysunęła kilka gołosłownych oskarżeń, to wszystko, i facet natychmiast się ugiął. A Berrington okazał się zbyt słaby, by jej skutecznie bronić.

Komputerowy program wertujący dane był jej największym sukcesem. Zaczęła nad nim pracować, kiedy zdała sobie sprawę, że studia nad przestępczością nie posuną się daleko bez nowego narzędzia odnajdującego osoby, które mogła poddać badaniom. Nie licząc tenisowych mistrzostw, było to jej jedyne naprawdę wielkie osiągnięcie. Jeśli obdarzona była w ogóle jakimś intelektualnym talentem, to właśnie do rozwiązywania tego rodzaju logicznych łamigłówek. Chociaż studiowała psychologię irracjonalnych i nieprzewidywalnych istot ludzkich, robiła to manipulując danymi setek i tysięcy osobników: praca miała charakter statystyczny i matematyczny. Czuła, że jeśli jej program komputerowy okaże się do niczego, ona sama też nie jest chyba nic warta. Może się poddać i zostać stewardesą, jak Penny Watermeadow.

Z zaskoczeniem zobaczyła czekającą przed drzwiami Annette Bigelow. Annette była słuchaczką studium podyplomowego, a Jeannie opiekowała się nią w ramach swoich obowiązków dydaktycznych. Teraz przypomniała sobie, że w zeszłym tygodniu Annette przedstawiła konspekt swojej pracy rocznej i umówiły się na dzisiaj rano, żeby o nim podyskutować. W pierwszej chwili chciała odwołać spotkanie: miała na głowie ważniejsze sprawy. Ale potem ujrzała zapał na twarzy dziewczyny i przypomniała sobie, jak ważne były dla niej takie konsultacje, kiedy była studentką.

– Przepraszam, że kazałam ci czekać – powiedziała, uśmiechając się z przymusem. – Przejdźmy od razu do rzeczy.

Na szczęście przeczytała uważnie jej propozycję i zrobiła notatki. Annette chciała przejrzeć zgromadzone już dane bliźniaków i poszukać w nich korelacji w dziedzinie opinii politycznych i postaw moralnych. Pomysł wydawał się interesujący, a cały konspekt był pod względem naukowym bez zarzutu. Jeannie zaproponowała kilka małych poprawek i zaaprobowała jej projekt.

Kiedy Annette wychodziła, do gabinetu wsadził głowę Ted Ransome.

– Wyglądasz, jakbyś miała zamiar uciąć komuś jaja – stwierdził.

– Ale nie tobie – uśmiechnęła się. – Wejdź, zrobię ci kawy.

Jeannie lubiła go najbardziej ze wszystkich kolegów z wydziału. Zajmował się psychologią percepcji, szczęśliwie się ożenił i miał dwójkę dzieci. Wiedziała, że mu się podoba, ale nie będzie próbował jej podrywać. Istniejące między nimi przyjemne seksualne napięcie nigdy nie miało się przerodzić w coś poważniejszego.

Włączyła stojący na biurku ekspres do kawy i opowiedziała mu o „New York Timesie” i reakcji rektora.

– Interesuje mnie tylko jedno – stwierdziła na koniec. – Kto dał cynk do „Timesa”?

– Chyba Sophie – odparł Ted.

Sophie Chappie była jedyną oprócz Jeannie kobietą wśród pracowników naukowych wydziału. Chociaż zbliżała się do pięćdziesiątki i miała tytuł profesora, traktowała Jeannie jak swego rodzaju rywalkę i zachowywała się zazdrośnie od początku semestru; sarkała na wszystko, poczynając od jej minispódniczek, aż po sposób, w jaki parkowała samochód.

– Zrobiłaby coś takiego? – zapytała Jeannie.

– Z przyjemnością.

– Chyba masz rację. – Nigdy nie przestała jej zdumiewać małoduszność wybitnych naukowców. Widziała kiedyś otoczonego szacunkiem matematyka, który spoliczkował jednego z najbardziej genialnych amerykańskich fizyków, bo ten wepchnął się przed nim do kolejki w kafeterii. – Może powinnam ją zapytać?

Ted uniósł brwi.

– Wszystkiemu zaprzeczy.

– Poznam to po jej spojrzeniu.

– Wybuchnie afera.

– Już wybuchła.

Zadzwonił telefon. Jeannie podniosła słuchawkę, wskazując dłonią Tedowi, żeby nalał sobie kawy.

– Słucham.

– Mówi Naomi Freelander.

Jeannie zawahała się.

– Nie jestem pewna, czy powinnam z panią rozmawiać.

– Podobno przestała już pani korzystać z archiwów medycznych w swoich badaniach.

– Nie.

– Co to znaczy „nie”?

– Znaczy, że nie przestałam. Pani telefon wywołał pewną dyskusję, ale nie podjęto żadnych decyzji.

– Mam przed sobą faks z rektoratu. Uniwersytet przeprasza w nim wszystkich, których prywatność została naruszona, i zapewnia, że program został wycofany.

Jeannie zatkało ze zdumienia.

– Wysłali pani taką informację?

– Nie wiedziała pani o tym?

– Widziałam brudnopis, ale nie zgodziłam się z jego treścią.

– Wygląda na to, że zrobili to, nic pani nie mówiąc.

– Nie mogą.

– Jak to?

– Mam kontrakt, który określa wyraźnie moje prawa i obowiązki. Nie mogą robić, co im się żywnie podoba.

– Chce pani powiedzieć, że będzie pani nadal korzystała ze swojego programu, sprzeciwiając się decyzji zwierzchników?

– To nie ma nic wspólnego ze sprzeciwem. Nie mają po prostu prawa mi rozkazywać. – Jeannie spostrzegła, że Ted daje jej rozpaczliwe znaki ręką. Miał rację: w ten sposób nie rozmawia się z prasą. – Niech pani posłucha – powiedziała, zmieniając taktykę. – Sama pani stwierdziła, że w tym przypadku można mówić wyłącznie o potencjalnym naruszeniu dóbr osobistych.

– Tak…

– I nie udało się pani znaleźć nikogo, kto chciałby złożyć skargę w związku z moim programem badań. Mimo to bez żadnych skrupułów chce pani spowodować ich przerwanie.

– Ja nie osądzam, ja informuję.

– Wie pani przynajmniej, nad czym pracuję? Staram się odkryć, co sprawia, że ludzie stają się kryminalistami. Jestem pierwszą osobą, która opracowała naprawdę obiecującą metodę zbadania tego problemu. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, moje odkrycia sprawią, że Ameryka stanie się miejscem, w którym lepiej się będzie żyło pani wnukom.

– Ja nie mam wnuków.

– To ma być odpowiedź?

– Nie muszę się przed panią tłumaczyć…

– Może i nie, ale czy nie powinna pani raczej poszukać przypadku naruszenia czyjejś prywatności, przypadku, który naprawdę kogoś obchodzi? Czy nie wyszłoby to także na dobre pani artykułowi?

– Pozwoli pani, że ja to ocenię.

Jeannie westchnęła. Zrobiła, co mogła. Zgrzytając zębami, starała się zakończyć rozmowę przyjaznym akcentem.

– Cóż, w takim razie życzę powodzenia.

– Dziękuję za współpracę, doktor Ferrami.

– Do widzenia – pożegnała ją chłodno Jeannie. – Ty dziwko – dodała, odkładając słuchawkę.

Ted podał jej kubek kawy.

– Rozumiem, że ogłosili wycofanie z użytku twojego programu.

– Nie mogę tego pojąć. Berrington powiedział, że porozmawiamy jeszcze na ten temat.

– Nie znasz Berry'ego tak dobrze jak ja. – Ted ściszył głos. – Możesz mi wierzyć, to wąż. Nie ufałbym mu nawet przez chwilę.

– Może to jakieś nieporozumienie – czepiała się nadziei Jeannie. – Może sekretarka doktora Obella wysiała faks przez pomyłkę.

– Może – mruknął Ted. – Ale ja stawiałbym na teorię węża.

– Myślisz, że powinnam zadzwonić do „Timesa” i powiedzieć, że telefon odebrał ktoś inny?

Ted roześmiał się.

– Myślę, że powinnaś pójść do Berry'ego i zapytać, czy miał zamiar wysłać oświadczenie przed rozmową z tobą.

– Dobry pomysł. – Jeannie dopiła kawę i wstała.

Ted podszedł do drzwi.

– Powodzenia. Trzymam za ciebie kciuki.

– Dziękuję. – Zastanawiała się, czy nie pocałować go w policzek, ale potem się rozmyśliła.

Drzwi do gabinetu Berringtona piętro wyżej były zamknięte. Jeannie zajrzała do sekretariatu.

– Cześć, Julie, wiesz może, gdzie jest Berry?

– Wyszedł już do domu, ale prosił mnie, żebym umówiła cię z nim na jutro.

Niech to diabli. Sukinsyn unikał jej. Teoria Teda była słuszna.

– O której?

– Wpół do dziesiątej?

– W porządku.

Zeszła z powrotem na swoje piętro i zajrzała do laboratorium. Lisa stała przy stole, sprawdzając stężenie DNA Stevena i Dennisa. Zmieszała dwa mikrolitry z każdej próbki z dwoma mililitrami fluorescencyjnego barwnika. W zetknięciu z DNA barwnik świecił i można było określić ilość kwasu dezoksyrybonukleinowego na podstawie stopnia jasności, mierzonego przez specjalny fluorymetr DNA w nanogramach DNA na mikrolitr próbki.

– Jak się czujesz? – zapytała Jeannie.

– Dobrze.

Jeannie uważnie jej się przyjrzała. Lisa była wciąż w fazie zaprzeczenia, to nie ulegało wątpliwości. Pochylona nad probówkami, sprawiała wrażenie spokojnej, ale wewnątrz wyczuwało się napięcie.

– Rozmawiałaś już ze swoją mamą? – Rodzice Lisy mieszkali w Nowym Jorku.

– Nie chcę jej martwić.

– Po to właśnie jest matka. Zadzwoń do niej.

– Może dziś w nocy.

Jeannie opowiedziała jej o dziennikarce z „New York Timesa”. Lisa zmieszała tymczasem próbki DNA z enzymem zwanym endonukleazą restrykcji. Endonukleaza niszczyła obce DNA, które dostało się do wnętrza organizmu, tnąc długą cząsteczkę kwasu na tysiące krótszych fragmentów. O przydatności endonukleazy w inżynierii genetycznej decydowało to, że przecinała DNA zawsze w tym samym punkcie. Dzięki temu można było porównać fragmenty dwóch próbek krwi. Jeśli do siebie pasowały, krew pochodziła od tego samego osobnika albo od dwu jednojajowych bliźniąt. Jeśli były różne, musiały pochodzić od dwu innych osób.

Przypominało to wycinanie mierzącego cal kawałka taśmy z nagrania opery. W obu przypadkach sprawdzamy fragment wycięty pięć minut od startu: jeśli za każdym razem słyszymy duet, który śpiewa Se a caso Madama, oznacza to, że oba pochodzą z Wesela Figara. Aby zabezpieczyć się przed możliwością, że dwie zupełnie różne opery mają tę samą sekwencję nut dokładnie w tym samym momencie, konieczne było porównanie nie jednego, lecz paru fragmentów.

Proces fragmentacji trwał kilka godzin i nie można go było przyspieszyć; jeśli DNA nie zostało do końca pocięte, wyniki nadawały się do kosza.

Opowieść o „Timesie” wstrząsnęła Lisa, ale nie współczuła jej tak bardzo, jak tego oczekiwała Jeannie. Przed trzema dniami sama doznała silnego urazu i w porównaniu z nim problem Jeannie nie wydawał się może aż tak tragiczny.

– Co zamierzasz badać, jeśli będziesz musiała przerwać ten program? – zapytała.

– Nie mam pojęcia – odparła Jeannie. – Nie wyobrażam sobie przerwania tych badań.

Zdała sobie sprawę, że Lisa nie rozumie po prostu pasji poznawczej, która ożywia naukowca. Dla niej jako laborantki jeden program był tak samo dobry jak inny.

Wróciła do swojego gabinetu i zadzwoniła do domu opieki Bella Vista. Własne problemy sprawiły, że zapomniała porozmawiać z matką.

– Czy mogę mówić z panią Ferrami? – zapytała.

– Jedzą teraz lunch – padła natychmiastowa odpowiedź.

Jeannie zawahała się.

– Czy mogłaby pani przekazać, że dzwoniła jej córka Jeannie i że zadzwonię później?

– Dobrze.

Jeannie miała wrażenie, że kobieta wcale tego nie zapisała.

– Imię pisze się J-E-A-N-N-I-E. Jestem jej córką – dodała.

– Tak, dobrze.

– Dziękuję bardzo.

– Nie ma za co.

Jeannie odłożyła słuchawkę. Musiała wydostać mamę z tego miejsca. W dalszym ciągu nie poczyniła jednak żadnych kroków, by zacząć dawać korepetycje.

Zerknęła na zegarek; minęło dopiero południe. Wzięła do ręki mysz i spojrzała na ekran komputera, ale teraz, kiedy w każdej chwili mogli przerwać jej badania, dalsza praca wydawała się bezsensowna. Wściekła i bezradna postanowiła wrócić do domu.

Wyłączyła komputer, zamknęła gabinet i wyszła z budynku. Wciąż miała jeszcze swój samochód. Wsiadła do mercedesa i z zadowoleniem pogładziła wyślizganą od dotyku dłoni kierownicę.

Próbowała dodać sobie jakoś otuchy. W domu czekał na nią ojciec, to było coś nowego. Powinna spędzić z nim trochę czasu, nacieszyć się rzadkim przywilejem. Mogli pojechać do portu i pospacerować razem wzdłuż nabrzeży. Mogła fundnąć mu nową kurtkę Brook Brothers. Nie miała pieniędzy, ale kupi na kredyt. Do diabła, życie jest krótkie.

Parkując przed domem, poczuła się trochę lepiej.

Wróciłam, tato! – zawołała, wbiegając po schodach.

Stając na progu salonu wyczuła, że coś jest nie w porządku. Po chwili spostrzegła, że zniknął telewizor. Może tato zabrał go do drugiego pokoju, żeby pooglądać program w łóżku. Zajrzała do sypialni: nie było go tam.

– Och nie – jęknęła, wracając do salonu. Nie było również jej magnetowidu. – Tato, nie mogłeś tego zrobić! – Z półki zniknęła wieża stereo, z biurka komputer. – Nie. Nie mogę w to uwierzyć! – Pobiegła z powrotem do sypialni i otworzyła szkatułkę z biżuterią. Nie było w niej kolczyka z jednokaratowym brylantem, który dał jej w prezencie Will Tempie.

Zadzwonił telefon i Jeannie odebrała go zupełnie machinalnie.

Tu Steve Logan – odezwał się głos w słuchawce. – Co słychać?

– To najgorszy dzień w moim życiu – odparła i zaczęła płakać.

24

Steve Logan odłożył słuchawkę.

Wcześniej wziął prysznic, ogolił się, włożył czyste ubranie i zjadł kopiasty talerz przyrządzonej przez matkę lazanii. Opowiedział rodzicom o wszystkim, co przeszedł, chwila po chwili. Był przekonany, że oskarżenie zostanie wycofane zaraz po otrzymaniu wyników DNA, oni jednak nalegali, aby zapewnił sobie pomoc prawną, i nazajutrz z samego rana miał zobaczyć się z adwokatem. Całą drogę z Baltimore do Waszyngtonu przedrzemał na tylnym siedzeniu należącego do ojca lincolna i chociaż trudno było uznać, że odespał w ten sposób półtorej bezsennej nocy, czuł się doskonale.

I chciał się zobaczyć z Jeannie.

Miał ochotę na spotkanie, zanim do niej zadzwonił. Teraz, kiedy dowiedział się, w jakich znalazła się tarapatach, pragnął tego jeszcze bardziej. Chciał wziąć ją w ramiona i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze.

Czuł również, że musi być jakiś związek między jej i jego problemami. Wszystko zaczęło się psuć od chwili, gdy przedstawiła go swojemu szefowi i Berrington zrobił wielkie oczy.

Chciał się dowiedzieć czegoś więcej o tajemnicy swojego pochodzenia. Na razie nie mówił nic rodzicom. To było zbyt dziwaczne i niepokojące. Ale musiał porozmawiać o tym z Jeannie.

Podniósł słuchawkę, żeby znowu do niej zadzwonić, ale potem zmienił zdanie. Jeannie odpowie pewnie, że nie chce się z nim spotkać. Ludzie w depresji reagują na ogół w ten sposób, jeśli nawet potrzebne jest im czyjeś ramię, na którym mogliby się wypłakać. Może powinien zapukać po prostu do jej drzwi i powiedzieć: Cześć, spróbujmy sobie jakoś wzajemnie pomóc.

Zajrzał do kuchni. Mama szorowała drucianą szczotką półmisek po lazanii. Tato wyskoczył na godzinę do biura. Steve zaczął wkładać naczynia do zmywarki.

– Może ci się to wydać trochę dziwne, ale… – zaczął.

– …ale jedziesz zobaczyć się z dziewczyną.

– Skąd wiesz? – zapytał z uśmiechem.

– Jestem twoją matką, a to znaczy, że mam szósty zmysł. Jak się nazywa?

– Jeannie Ferrami. Doktor Ferrami.

– Przedstawiasz mi ją, jakbym była żydowską matką. Ma mi imponować to, że jest lekarką?

– Jest naukowcem, nie lekarką.

– Jak wygląda?

– Bardzo atrakcyjna: wysoka, wysportowana… niesamowicie dobrze gra w tenisa… ma długie ciemne włosy, ciemne oczy i delikatne srebrne kółko w nosie. Jest przebojowa: mówi, co chce, nie owija niczego w bawełnę, ale często się również śmieje. Kilka razy ją rozśmieszyłem, ale chodzi głównie o to… – szukał właściwego słowa – że czuje się jej obecność. Kiedy jest przy tobie, nie możesz po prostu odwrócić od niej wzroku.

Matka przez chwilę bacznie mu się przyglądała.

– Rany boskie… naprawdę się zadurzyłeś.

– No, niekoniecznie… Chociaż właściwie masz rację. Szaleję za nią.

– Czy ona czuje to samo?

– Jeszcze nie.

Matka czule się do niego uśmiechnęła.

– Jedź, zobacz się z nią. Mam nadzieję, że na ciebie zasługuje.

Pocałował ją.

– Jak to się stało, że jesteś taka dobra? – zapytał.

– Praktyka – odparła.

Samochód Steve'a stał zaparkowany przed domem; matka zabrała go z kampusu Jonesa Fallsa i przyprowadziła do Waszyngtonu. Teraz wyjechał nim na drogę międzystanową 95 i ruszył z powrotem do Baltimore.

Jeannie potrzebowała czyjejś troskliwej opieki. Opowiedziała mu przez telefon, jak wystawił ją do wiatru rektor uniwersytetu i obrabował własny ojciec. Ktoś musiał podnieść ją na duchu, a to było coś, do czego świetnie się nadawał.

Jadąc wyobrażał sobie Jeannie. Siedziała przy nim na kanapie, śmiała się i mówiła: „Cieszę się, że przyjechałeś, przy tobie czuję się o niebo lepiej… A może się po prostu rozbierzemy i wskoczymy do łóżka?”

Zatrzymał się na parkingu w pobliżu Mount Washington i kupił pizzę z owocami morza, butelkę chardonnay za dziesięć dolarów, czekoladowo-orzechowe lody Ben amp; Jerry i dziesięć żółtych goździków. Na pierwszej stronie „Wall Street Journal” zobaczył duży artykuł dotyczący Genetico i uprzytomnił sobie, że ta właśnie firma finansuje badania Jeannie. Wyglądało na to, że mają zamiar przejąć duży niemiecki konglomerat, Landsmann. Nie zastanawiając się długo, kupił gazetę.

Jego przyjemne fantazje psuła obawa, że Jeannie mogła gdzieś wyjść. Mogła też siedzieć w domu i nie chcieć otworzyć drzwi. Albo mieć gości.

Z zadowoleniem zobaczył stojącego przed domem czerwonego mercedesa 280C. A potem uświadomił sobie, że mogła wyjść gdzieś pieszo, zamówić taksówkę lub pojechać ze znajomymi.

Przy domofonie nie miała kamery. Steve nacisnął guzik i wlepił wzrok w głośnik czekając, aż się odezwie. Nic takiego się nie stało. Nacisnął ponownie. Coś zatrzeszczało w głośniku. Zabiło mu szybciej serce.

– Kto tam? – odezwał się poirytowany głos.

– To ja, Steve Logan. Przyjechałem cię pocieszyć.

– Nie mam dzisiaj ochoty przyjmować gości, Steve – odparła po kilku chwilach.

– Pozwól mi przynajmniej dać ci te kwiaty.

Jeannie nie odpowiadała. Boi się, pomyślał, i ogarnęło go gorzkie rozczarowanie. Powiedziała, że wierzy w jego niewinność, ale zrobiła to, kiedy siedział za kratkami. Teraz, gdy stał na jej progu i była sama, nie była już taka pewna.

– Nie zmieniłaś chyba zdania na mój temat? – zapytał. – Wciąż wierzysz, że jestem niewinny? Jeśli nie, po prostu sobie pójdę.

Zadźwięczał brzęczyk i drzwi się otworzyły.

Ta kobieta nie potrafi cofnąć się przed wyzwaniem, pomyślał.

Wszedł do małego hallu, w którym znajdowało się dwoje drzwi. Jedne z nich były otwarte i prowadziły na górę. U szczytu schodów stała Jeannie ubrana w jasnozielony podkoszulek.

– Chyba powinnam cię wpuścić – powiedziała.

Nie było to najcieplejsze powitanie, ale Steve uśmiechnął się i wszedł po schodach, niosąc w papierowej torbie swoje prezenty. Zaprosiła go do małego salonu z wnęką kuchenną. Zauważył, że lubi czerń i biel urozmaicone plamami jaskrawych kolorów. Miała obitą czarnym materiałem kanapę z pomarańczowymi poduszkami, niebieski zegar na pomalowanej na biało ścianie, żółte klosze, biały blat kuchenny i czerwone kubki.

– Posłuchaj – oznajmił, kładąc torbę na blacie. – Musisz coś zjeść, żeby się lepiej poczuć. – Wyjął pizzę. – I napić się wina, żeby się odprężyć. Potem, jeśli będziesz miała ochotę na coś specjalnego, możesz zjeść te lody, prosto z kartonu, nie wykładaj ich nawet na talerzyk. A kiedy już wszystko zjesz i wypijesz, nadal będziesz miała te kwiaty. Rozumiesz?

Spojrzała na niego, jakby był z Marsa.

– A swoją drogą – dodał – pomyślałem sobie, że potrzebujesz kogoś, kto przyjedzie tutaj i powie ci, że jesteś naprawdę wyjątkową, wspaniałą osobą.

W oczach stanęły jej łzy.

– Chrzań się! – mruknęła. – Ja nigdy nie płaczę.

Położył ręce na ramionach Jeannie. Po raz pierwszy jej dotykał. Nieśmiało przyciągnął ją do siebie. Nie opierała się. Nie mogąc uwierzyć we własne szczęście, objął ją. Była prawie tak samo wysoka jak on. Oparła głowę na jego ramieniu i jej ciałem wstrząsnął szloch. Pogładził ją po włosach. Były miękkie i ciężkie. Męskość stwardniała mu niczym wąż strażacki i trochę się od niej odsunął, mając nadzieję, że tego nie zauważy.

– Wszystko będzie dobrze – powiedział. – Poradzisz sobie.

Tuliła się do niego przez długą cudowną chwilę. Czuł ciepło jej ciała i wdychał jej zapach. Miał wielką ochotę ją pocałować, ale bał się, że jeśli będzie się zbytnio spieszył, Jeannie odrzuci jego zaloty. A potem chwila minęła i Jeannie odsunęła się.

Wytarła nos o skraj podkoszulka i przez chwilę mignął mu przed oczyma jej płaski opalony brzuch.

– Dziękuję – powiedziała. – Potrzebowałam ramienia, na którym mogłabym się wypłakać.

Trochę zraził go jej rzeczowy ton. Dla niego była to ważna uczuciowo chwila; dla niej okazja, żeby wyładować emocje.

– Oferuję pełny zakres usług – oświadczył kpiącym tonem, ale zaraz potem pożałował, że się w ogóle odezwał.

Jeannie otworzyła szafkę i wyjęła talerzyki.

– Czuję się o wiele lepiej – stwierdziła. – Zabierajmy się do jedzenia.

Steve przycupnął na stołku przy blacie, a ona pokroiła pizzę i odkorkowała wino. Obserwował z przyjemnością, jak porusza się po kuchni, zamykając biodrem szufladę, zerkając na kieliszek, żeby sprawdzić, czy jest czysty, wyjmując długimi wprawnymi palcami korkociąg. Przypomniał sobie pierwszą dziewczynę, w której się zakochał. Nazywała się Bonnie i miała siedem lat, tyle samo co on. Wpatrując się w jej truskawkowe włosy i zielone oczy, nie mógł uwierzyć, że stał się cud i ktoś tak doskonały pojawił się na boisku szkoły podstawowej Spillar Road. Przez jakiś czas podejrzewał nawet, że jest autentycznym aniołem.

Nie uważał Jeannie za anioła, ale był w niej jakiś fizyczny urok, który odurzał go tak samo jak wówczas.

– Jesteś zdrowy jak byk – stwierdziła. – Kiedy cię ostatnim razem widziałam, wyglądałeś okropnie. Minęły dopiero dwadzieścia cztery godziny, a ty jesteś w zupełnie dobrej formie.

– Wyszedłem z tego bez większych obrażeń. Boli mnie głowa w miejscu, w którym detektyw Allaston rąbnął nią o ścianę, i mam wielki siniak na żebrach, tam, gdzie kopnął mnie o piątej rano Prosiak Butcher, ale szybko wrócę do zdrowia, jeśli nie zamkną mnie z powrotem.

Pozbył się szybko tej myśli. Już tam nie wróci; wyniki testu DNA wyeliminują go z grona podejrzanych.

Spojrzał na jej książki. Na półce stało dużo literatury faktu, biografie Darwina, Einsteina i Francisa Bacona, kilka powieści kobiecych autorek, których nie czytał, Eriki Jong i Joyce Carol Oates; pięć albo sześć książek Edith Wharton; trochę współczesnej klasyki.

– Masz moją ulubioną powieść! – zawołał.

– Daj mi zgadnąć: Zabić drozda Lee Harpera.

Steve był zdumiony.

– Skąd wiedziałaś?

– Daj spokój. Bohater jest adwokatem, który pokonuje społeczne przesądy, broniąc niewinnego człowieka. Czy nie o tym właśnie marzysz? Nie wybrałbyś chyba Miejsca dla kobiet.

Steve potrząsnął z rezygnacją głową.

Tak dużo o mnie wiesz. To denerwujące.

– A jaka jest twoim zdaniem moja ulubiona książka?

– To ma być test?

– Żebyś wiedział.

– No… może Middlemarch George Eliot.

– Dlaczego?

– Bohaterką jest silna, niezależna kobieta.

– Ale niczego w życiu nie robi! Zresztą książka, o której myślę, nie jest powieścią. Zgaduj jeszcze raz.

– Nie jest powieścią… – powtórzył kręcąc głową. A potem nagle doznał olśnienia – Wiem. Historia genialnego, eleganckiego pod względem naukowym odkrycia, które miało zasadnicze znaczenie dla ludzkości. To musi być Podwójna spirala.

– Znakomicie!

Zaczęli jeść. Pizza była wciąż ciepła. Jeannie przez kilka minut pogrążyła się w zadumie.

– Naprawdę dałam dzisiaj plamę – stwierdziła w końcu. – Teraz to widzę. Powinnam potraktować spokojnie cały kryzys. Powinnam powtarzać: Oczywiście, jak najbardziej, możemy o tym podyskutować, nie podejmujmy pochopnych decyzji. Zamiast tego nie zastosowałam się do decyzji uczelni, a potem pogorszyłam dodatkowo sytuację, mówiąc o tym prasie.

– Zrobiłaś na mnie wrażenie bezkompromisowej.

– Jest pewna różnica między bezkompromisowością i głupotą – odparła, kiwając głową.

Pokazał jej artykuł w „Wall Street Journal”.

– To może tłumaczyć, dlaczego na twoim wydziale tak boją się złej prasy. Waszych sponsorów ma przejąć wielka korporacja.

Jeannie spojrzała na pierwszy akapit.

– Sto osiemdziesiąt milionów dolarów, no, no. – Przez jakiś czas czytała, jedząc pizzę. Skończywszy artykuł, potrząsnęła głową. – Twoja teoria jest interesująca, ale nie sądzę, żebyś miał rację.

– Dlaczego?

– Przeciwko mnie występuje Maurice Obeli, nie Berrington. Chociaż mówią, że Berrington jest chytry jak wąż. Nie jestem zresztą aż tak ważna. Pieniądze na mój projekt stanowią mały fragment funduszy, które Genetico przeznacza rokrocznie na badania. Nawet gdybym naprawdę naruszała cudzą prywatność, nie miałoby to wpływu na wielomilionowy kontrakt.

Steve wytarł palce w papierową serwetkę i wziął do ręki oprawioną w ramki fotografię kobiety z dzieckiem. Kobieta miała proste ciemne włosy i przypominała trochę z wyglądu Jeannie.

– To twoja siostra? – domyślił się.

– Tak, Patty. Ma teraz trójkę dzieci: same chłopaki.

– Ja nie mam żadnego rodzeństwa – powiedział, a potem przypomniał sobie, czego się od niej dowiedział. – Jeśli nie liczyć Dennisa Pinkera – dodał. Jeannie zmieniła się na twarzy. – Patrzysz na mnie jak na eksponat – mruknął.

– Przepraszam. Masz ochotę na lody?

– Jasne.

Postawiła pojemnik na stole i wyjęła dwie łyżeczki. To mu się spodobało. Jedzenie z tego samego naczynia było pierwszym krokiem do pocałunku. Jadła ze smakiem. Zastanawiał się, czy z takim samym entuzjazmem uprawia miłość.

– Tak się cieszę, że we mnie wierzysz. Na pewno nie można tego powiedzieć o gliniarzach – oznajmił, połykając lody.

– Jeśli okażesz się gwałcicielem, cała moja teoria niewarta jest funta kłaków.

– Mimo to niewiele kobiet wpuściłoby mnie dzisiaj do mieszkania. Zwłaszcza gdyby wiedziały, że mam takie same geny jak Dennis Pinker.

– Wahałam się – odparła. – Ale ty udowodniłeś, że podjęłam właściwą decyzję.

– W jaki sposób?

Pokazała ręką resztki kolacji.

– Jeśli Dennisowi Pinkerowi podoba się jakaś kobieta, wyciąga nóż i każe jej ściągnąć majtki. Ty przynosisz pizzę.

Steve roześmiał się.

– Brzmi to może śmiesznie – powiedziała – ale to zasadnicza różnica.

– Jest coś, co powinnaś o mnie wiedzieć – stwierdził. – Pewien sekret.

Jeannie odłożyła łyżeczkę.

– Co takiego?

– O mało kiedyś kogoś nie zabiłem.

– Jak to?

Opowiedział jej o bójce z Tipem Hendricksem.

– Dlatego tak się przejmuję tymi komplikacjami z moim pochodzeniem. Nie masz pojęcia, jak mnie to poruszyło, kiedy dowiedziałem się, że mama i tato mogą nie być moimi rodzicami. Co zrobię, jeśli mój prawdziwy ojciec okaże się zabójcą?

Jeannie potrząsnęła głową.

– Uczestniczyłeś w szkolnej bójce, która wymknęła się spod kontroli. To jeszcze nie czyni z ciebie psychopaty. Co się stało z tym drugim chłopakiem? Z Tipem?

– Kilka lat później zabił go ktoś inny. Handlował już wtedy narkotykami. Wdał się w kłótnię ze swoim dostawcą i facet strzelił mu w głowę.

– W takim razie to on był psychopatą – stwierdziła. – Często kończą w ten sposób. Nie potrafią ustrzec się kłopotów. Duży silny dzieciak taki jak ty może czasem wejść w konflikt z prawem. Ale jakoś się pozbierałeś i prowadzisz dalej normalne życie. Podczas gdy Dennis będzie wychodził i wracał za kratki, aż ktoś go w końcu zabije.

– Ile masz lat, Jeannie?

– Nie podoba ci się, że nazwałam cię dużym silnym dzieciakiem?

– Mam dwadzieścia dwa lata.

– Ja mam dwadzieścia dziewięć. To duża różnica.

– Czy robię na tobie wrażenie dzieciaka?

– Nie wiem. Trzydziestoletni facet nie przyjechałby tu prawdopodobnie z Waszyngtonu, żeby przywieźć mi pizzę. Działasz pod wpływem impulsu.

– Żałujesz, że to zrobiłem?

– Nie. – Dotknęła jego ręki. – Naprawdę się cieszę.

Ciągle nie wiedział, w jakim z nią stoi miejscu. Przypomniał sobie, jak płakała na jego ramieniu. Dzieciak nie bardzo się do tego nadaje.

– Kiedy dowiesz się czegoś więcej o moich genach? – zapytał.

Jeannie spojrzała na zegarek.

– Elektroforeza już się chyba skończyła. Jutro rano Lisa naświetli film.

– Chcesz powiedzieć, że wyniki są gotowe?

– Chyba tak.

– Czy nie moglibyśmy ich obejrzeć? Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, czy mam takie samo DNA jak Dennis Pinker.

– Czemu nie – odparła. – Ja też jestem dosyć ciekawa.

– W takim razie na co jeszcze czekamy?

25

Berrington Jones miał plastikową kartę, która otwierała wszystkie drzwi w Wariatkowie.

Nikt o tym nie miał pojęcia. Nawet inni profesorowie sądzili naiwnie, że ich gabinety należą tylko do nich. Wiedzieli oczywiście, że specjalne klucze mają ekipy porządkowe i ochrona, nie przyszło im jednak do głowy, że nietrudno jest zdobyć klucz, który dostaje każda sprzątaczka.

Mimo to Berrington nigdy jeszcze nie użył swojej karty. Grzebanie w cudzych rzeczach było poniżej jego godności – nie w jego stylu. Pete Watlingson trzymał prawdopodobnie w szufladzie fotografie nagich chłopców, Ted Ransome na pewno schował gdzieś trochę marihuany, a Sophie Chappie wibrator na długie, samotne popołudnia, ale Berrington nie chciał o tym nic wiedzieć. Uniwersalny klucz zachował na czarną godzinę.

To była właśnie czarna godzina.

Uczelnia zabroniła Jeannie używać jej programu komputerowego wertującego dane i ogłosiła wszem wobec, że badania przerwano, ale skąd miał wiedzieć, że tak jest rzeczywiście? Nie mógł zobaczyć informacji, które płynęły po łączach między terminalami. Przez cały dzień nie dawała mu spokoju myśl, że Jeannie zabrała się za kolejną bazę danych. I nie potrafił przewidzieć, co mogła tam znaleźć.

Wrócił więc do swojego gabinetu i siedział przy biurku, obserwując cienie kładące się na wzniesionych z czerwonej cegły uniwersyteckich budynkach, stukając plastikową kartą w komputerową mysz i szykując się do zrobienia czegoś, przed czym ostrzegał go cały jego zdrowy rozsądek.

Szacunek, którym się cieszył, miał nieocenioną wartość. Wcześnie go zdobył. Będąc najmniejszym chłopcem w klasie, bez ojca, który mógłby go nauczyć, jak bronić się przed łobuzami, z matką, która za bardzo się martwiła, jak związać koniec z końcem, żeby troszczyć się o jego szczęście, powoli wytworzył wokół siebie aurę powściągliwej wyższości, która go chroniła. Na Harvardzie obserwował ukradkiem kolegę pochodzącego ze starej bogatej rodziny – studiował detale jego skórzanych pasków i Imanych chusteczek, tweedowych garniturów i kaszmirowych szali; notował w pamięci, jak rozkłada serwetkę i odsuwa krzesła paniom; podziwiał mieszaninę luzu i respektu, z jaką traktował profesorów, a także powierzchowny wdzięk i wewnętrzny chłód w stosunkach z plebejuszami. W czasie kiedy zaczynał pisać swoją pracę magisterską, Berrington uchodził powszechnie za wysoko urodzonego.

Niełatwo było zejść z wysokiego piedestału. Inni profesorowie zrzucali marynarki, wbiegali na boisko i grali w futbol razem z grupą młodzieży – Berrington tego nie potrafił. Studenci nigdy nie opowiadali mu dowcipów ani nie zapraszali na swoje przyjęcia – ale nigdy też nie pozwalali sobie na żadną poufałość, nie rozmawiali na jego wykładach ani nie kwestionowali jego ocen.

W pewnym sensie całe jego życie od chwili założenia Genetico było maskowaniem się, ale czynił to z hartem ducha i w eleganckim stylu. Nie sposób było jednak wkraść się w eleganckim stylu do czyjegoś pokoju i myszkować w jego rzeczach.

Zerknął na zegarek. Laboratorium powinno być już zamknięte. Większość jego kolegów pojechała do swoich podmiejskich domów albo poszła do baru. Ten moment był tak samo dobry jak każdy inny. Praktycznie nigdy nie można było mieć pewności, że budynek jest pusty: naukowcy pracowali, kiedy chcieli. Jeśli ktoś go zobaczy, będzie robić dobrą minę do złej gry.

Wyszedł ze swojego gabinetu, zszedł po schodach i ruszył do drzwi Jeannie. Na korytarzu nie było nikogo. Wsunął swoją kartę w otwór i drzwi się otworzyły.

Gabinet Jeannie był najmniejszy w całym budynku. Poprzednio służył jako magazyn, ale Sophie Chappie uparła się, żeby przekazać go Jeannie pod pozorem, że większe pomieszczenie potrzebne jest do składowania paczek z kwestionariuszami.

Jeannie ożywiła wąską klitkę dwoma pomalowanymi na czerwony kolor drewnianymi krzesłami, palmą w doniczce i utrzymaną w jaskrawożółtych i pomarańczowych barwach reprodukcją walki byków Picassa.

Berrington wziął do ręki stojącą na biurku czarno-białą fotografię w ramkach. Widać było na niej młodą kobietę o zdecydowanym wyrazie twarzy i przystojnego mężczyznę z bokobrodami i w szerokim krawacie. Domyślił się, że to rodzice Jeannie w latach siedemdziesiątych. Oprócz tego na biurku nie było niczego. Porządna dziewczyna.

Usiadł, włączył komputer i czekając, aż się załaduje, sprawdził szuflady. W najwyższej były długopisy i papier do pisania. W kolejnej znalazł paczkę tamponów i parę rajstop w nienaruszonym opakowaniu. Nienawidził rajstop. Zachował młodzieńcze wspomnienia kobiecych pasów i pończoch ze szwami. Rajstopy były niezdrowe podobnie jak nylonowe męskie szorty. Kiedy prezydent Proust mianuje go naczelnym lekarzem kraju, każe umieścić ostrzeżenia na wszystkich opakowaniach rajstop. W następnej szufladzie znalazł lusterko i szczotkę z tkwiącymi w niej kilkoma długimi ciemnymi włosami; w ostatniej kieszonkowy słownik i książkę zatytułowaną Tysiąc akrów. Jak na razie żadnych sekretów.

Na ekranie pojawiło się jej menu. Podjechał w górę myszą i wybrał kalendarz. Jej terminarz był łatwy do przewidzenia: wykłady i zajęcia ze studentami, praca w laboratorium, tenis, spotkania ze znajomymi, kino. W sobotę wybierała się do Oriole Park w Camden Yards, żeby obejrzeć mecz baseballu; w niedzielę rano zaprosili ją na drugie śniadanie Ransome'owie; w poniedziałek miała oddać do warsztatu samochód. Nie było wpisu, który mówiłby na przykład: Sprawdzić kartotekę medyczną w Acme Insurances. Tak samo banalna był jej lista spraw do załatwienia: kupić witaminy, zadzwonić do Ghity, prezent urodzinowy dla Lisy, sprawdzić modem.

Opuścił kalendarz i zaczął przeglądać jej pliki. Miała mnóstwo statystyki na arkuszach kalkulacyjnych. Mniej było dokumentów w edytorze tekstów: trochę korespondencji, wzory kwestionariuszy, szkic artykułu. Używając opcji Search przeczesał cały jej Word Perfect, szukając słów „baza danych”. Pojawiły się kilka razy w artykule, a także w trzech listach, z żadnej wzmianki nie wywnioskował jednak, że Jeannie zamierza ponownie użyć swojego programu komputerowego.

– No dalej – mruknął pod nosem – przecież coś musi tu być, na litość boską.

Jeannie miała szafkę na akta, ale niewiele w niej przechowywała: urzędowała tu dopiero od paru tygodni. Po kilku latach będą w niej leżeć sterty wypełnionych kwestionariuszy – podstawa badań psychologicznych. Teraz w jednym segregatorze miała kilka zaadresowanych do niej listów, w drugim komunikaty wydziałowe, w trzecim fotokopie artykułów.

W szafce znalazł jedynie oprawioną w ramki, odwróconą do góry nogami fotografię Jeannie i wysokiego brodacza na rowerach przy brzegu jeziora. Niechcący trafił na ślad romansu, który już się zakończył.

Coraz bardziej go to niepokoiło. To był pokój zorganizowanej osoby, która planuje wszystko z wyprzedzeniem. Jeannie przechowywała przychodzące do niej listy i kopie wszystkiego, co wysyłała. Gdzieś tutaj powinien być dowód na to, co zamierza robić dalej. Nie miała powodu trzymać tego w tajemnicy: aż do dzisiaj nic nie wskazywało na to, że ma się czego wstydzić. Musiała planować przeszukanie kolejnej bazy danych. Brak jakichkolwiek śladów mógł oznaczać, że załatwiła wszystko osobiście lub przez telefon, być może z kimś, z kim się blisko przyjaźniła. Jeśli tak właśnie było, nie uda mu się tutaj niczego znaleźć.

Usłyszał kroki na korytarzu i znieruchomiał. Rozległ się odgłos wsuwanej w czytnik karty. Berrington popatrzył bezradnie na drzwi. Nie mógł nic zrobić; przyłapano go na gorącym uczynku, gdy siedział przy jej biurku, z włączonym komputerem. Nie mógł udawać, że trafił tutaj przez przypadek.

Drzwi się otworzyły. Spodziewał się Jeannie, zamiast niej ujrzał natomiast pracownika ochrony.

Mężczyzna znał go.

– Dobry wieczór, panie profesorze – powiedział. – Zobaczyłem światło i przyszedłem sprawdzić. Doktor Ferrami zostawia na ogół drzwi otwarte, kiedy tu pracuje.

Berrington starał się nie zaczerwienić.

– W porządku – odparł. Nigdy nie przepraszaj, nigdy niczego nie wyjaśniaj. – Na pewno zamknę drzwi, kiedy skończę.

To świetnie – odparł strażnik, ale nie odchodził, najwyraźniej czekając na wyjaśnienie.

Berrington zacisnął usta.

– Cóż, dobranoc, profesorze – mruknął wreszcie mężczyzna.

– Dobranoc.

Strażnik odszedł.

Berrington odetchnął z ulgą. Kłopot został zażegnany.

Sprawdził, czy ma włączony modem, uruchomił America OnLine i wszedł do jej skrzynki pocztowej. Terminal zaprogramowano na automatyczne podanie hasła. W skrzynce były trzy wiadomości. Pierwsza dotyczyła podwyżki cen za używanie Internetu. Druga, nadana z Uniwersytetu Minnesota, brzmiała:

Będę w Baltimore w piątek i chciałbym umówić się z tobą na drinka i pogadać o starych czasach. Całuję, Will.

Berrington zastanawiał się, czy to Will jest tym brodaczem na rowerze. Skasował wiadomość i zabrał się za trzeci list. Czytając go poczuł, jak szybciej bije mu serce.

Ucieszysz się, kiedy ci powiem, że dziś w nocy przelecę twoim programem naszą kartotekę odcisków palców. Zadzwoń, Ghita.

Wiadomość wysłano z FBI.

– Kurwa mać – szepnął Berrington. – To nas wykończy.

26

Berrington bał się mówić przez telefon o Jeannie i kartotece FBI. Różne agencje wywiadu monitorowały teraz tak wiele rozmów. W dzisiejszych czasach inwigilację prowadziły komputery zaprogramowane na brzmienie konkretnych słów i wyrażeń. Jeśli ktoś powiedział „pluton”, „heroina” lub „zabić prezydenta”, komputer nagrywał rozmowę i zawiadamiał kogoś z obsługi. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował Berrington, był jakiś agent, zastanawiający się, dlaczego senatora Prousta tak bardzo interesuje kartoteka odcisków palców FBI.

Dlatego wsiadł do swojego srebrzystego lincolna town cara i pojechał do Waszyngtonu, wielokrotnie łamiąc po drodze limit prędkości. W gruncie rzeczy nie lubił żadnych zakazów. Zdawał sobie sprawę, że jest niekonsekwentny. Nienawidził pacyfistów, narkomanów, homoseksualistów, feministek, muzyków rockowych i wszelkiej maści nonkonformistów, którzy podważali amerykańskie tradycje. Jednocześnie jednak oburzał się na każdego, kto mówił mu, gdzie powinien zaparkować samochód, ile ma płacić swoim pracownikom i gdzie umieścić gaśnice w laboratorium.

Jadąc zastanawiał się, ile są warte kontakty Jima Prousta w świecie wywiadu. Czy jego kumple byli po prostu starymi weteranami, wspominającymi przy piwie, jak szantażowali antywojennych działaczy i przygotowywali zamachy na południowoamerykańskich prezydentów? Czy też mieli jeszcze coś do powiedzenia? Czy pomagali sobie wzajemnie, podobnie jak członkowie mafii, a dług wdzięczności był dla nich niemal religijnym zobowiązaniem? Od odejścia Jima Prousta z CIA minęło dużo czasu: on sam nie mógł tego dobrze wiedzieć.

Było późno, ale Jim czekał na niego w swoim gabinecie na Kapitolu.

– Co takiego się, do diabła, stało, że nie mogłeś mi o tym powiedzieć przez telefon? – zapytał.

– Ferrami ma zamiar sprawdzić swoim programem kartotekę odcisków palców FBI.

Jim zbladł.

– Uda jej się?

– Jeśli udało się z danymi stomatologicznymi, dlaczego miałoby się nie udać z odciskami palców?

– Chryste Panie – jęknął Jim.

– Ile mają tam zarejestrowanych odcisków?

– Z tego co pamiętam, więcej niż dwadzieścia milionów. Wszyscy nie mogą być chyba kryminalistami. Czy mamy aż tylu kryminalistów w Ameryce?

– Nie wiem, może mają tam również odciski nieboszczyków. Skup się, Jim, na litość boską. Czy możesz temu zapobiec?

– Z kim kontaktowała się w Biurze?

Berrington wręczył mu wydruk elektronicznej poczty Jeannie i rozejrzał się dookoła. Ściany swojego gabinetu Jim obwiesił fotografiami przedstawiającymi go w towarzystwie wszystkich amerykańskich prezydentów po Kennedym. Był tam umundurowany kapitan Proust, salutujący Lyndonowi Johnsonowi; major Proust, wciąż z bujną blond czupryną, podający rękę Dickowi Nixonowi; pułkownik Proust, łypiący groźnie okiem na Jimmy'ego Cartera; generał Proust, śmiejący się do rozpuku z jakiegoś dowcipu wraz z Ronaldem Reaganem; Proust w garniturze, teraz jako zastępca dyrektora CIA, zatopiony w rozmowie z nachmurzonym George'em Bushem; i senator Proust, łysy i w okularach, grożący palcem Billowi Clintonowi. Na zdjęciach widać było również, jak tańczy z Margaret Thatcher, gra w golfa z Bobem Dole'em i jedzie konno z Rossem Perotem. Berrington miał kilka podobnych zdjęć, ale Jim zebrał ich całą galerię. Komu starał się zaimponować? Przyglądając się sobie w towarzystwie możnych tego świata, upewniał się chyba, że sam też coś znaczy.

– Nigdy nie słyszałem o kimś, kto nazywa się Ghita Sumra – mruknął Jim. – Nie może zajmować wysokiego stanowiska.

– Kogo znasz w FBI? – zapytał niecierpliwie Berrington.

– Spotkałeś kiedyś Creanesów, Davida i Hilary?

Berrington potrząsnął głową.

– On jest asystentem dyrektora, ona byłą alkoholiczką. Oboje mają koło pięćdziesiątki. Dziesięć lat temu, kiedy kierowałem CIA, David pracował dla mnie w dziale dyplomatycznym. Miał na oku zagraniczne ambasady i ich rezydentury. Lubiłem go. Któregoś popołudnia Hilary popiła ostro, wyjechała na miasto swoją hondą civic i zabiła sześcioletnią czarną dziewczynkę na Beulah Road w Springfield. Uciekła z miejsca wypadku, zatrzymała się w centrum handlowym i zadzwoniła do Dave'a w Langley. Przyjechał tam swoim thunderbirdem, zabrał ją do domu, a potem zgłosił, że honda została skradziona.

– Ale coś poszło nie tak.

– Świadek wypadku był pewien, że samochód prowadziła biała kobieta w średnim wieku, a uparty gliniarz wiedział, że niewiele kobiet w średnim wieku kradnie samochody. Świadek rozpoznał Hilary, a ona załamała się i przyznała do winy.

– I co się stało?

– Poszedłem do prokuratora okręgowego. Chciał ich wsadzić oboje za kratki. Powiedziałem mu, że to sprawa o kluczowym znaczeniu dla bezpieczeństwa kraju, i przekonałem, żeby wycofał oskarżenie. Hilary zapisała się do Anonimowych Alkoholików i od tego czasu nie wzięła do ust kropli wódki.

– A Dave przeszedł do Biura i dobrze tam się urządził.

– I jest mi winien uprzejmość.

– Czy uda mu się powstrzymać tę Ghitę?

– Jest jednym z dziewięciu asystentów zastępcy dyrektora. Nie ma pod sobą sekcji odcisków palców, ale dużo od niego zależy.

– Czy może to zrobić?

– Nie wiem! Zapytam. Jeśli to w ogóle możliwe, zrobi to dla mnie.

– Dobrze, Jim – mruknął Berrington. – Weź do ręki ten cholerny telefon i zapytaj go.

27

Jeannie zapaliła światło w laboratorium i Steve wszedł za nią do środka.

– Język genetyki ma cztery litery – powiedziała. – A, C, G i T.

– Dlaczego akurat te cztery?

– Adenina, cytozyna, guanina i tymina. To cztery związki chemiczne, które łączą się z długim centralnym łańcuchem cząsteczki DNA. Tworzą słowa i zdania, na przykład: „umieść pięć palców na końcu każdej stopy”.

– Ale przecież wszystkie ludzkie DNA muszą zawierać polecenie: „umieść pięć palców na końcu każdej stopy”.

– Racja. Twoje DNA jest bardzo podobne do mojego i wszystkich innych ludzi na świecie. Mamy wiele wspólnego ze zwierzętami, ponieważ składają się z takich samych protein jak my.

– Więc jak odróżnić moje DNA od DNA Dennisa?

– Między słowami są fragmenty, które nic nie znaczą, stanowią po prostu bełkot. To coś w rodzaju przerw między wyrazami. Noszą nazwę oligonukleotydów, ale wszyscy nazywają je oligami. W przerwie między wyrazami „pięć” i „palców” może znajdować się oligo, które składa się z powtórzonej wiele razy sekwencji TATAGAGACCC.

– Każdy ma TATAGAGACCC?

– Tak, ale różnimy się liczbą powtórzeń. Między wyrazami „pięć” i „palców” ty możesz mieć trzydzieści jeden TATAGAGACCC, a ja na przykład dwieście osiemdziesiąt siedem. To, ile ich masz, jest nieistotne, ponieważ oligo nic nie znaczy.

– Jak porównujecie moje oliga z oligami Dennisa?

Pokazała mu prostokątną płytkę wielkości książki.

– Pokrywamy tę płytkę żelem, robimy w nim rowki i wpuszczamy do nich pobrane od ciebie i Dennisa próbki DNA. Następnie wkładamy płytkę tutaj. – Na stole stał mały szklany zbiornik. – Przez kilka godzin puszczamy przez nią prąd elektryczny. To powoduje, że fragmenty DNA przesuwają się w żelu. Ale małe fragmenty poruszają się szybciej niż duże. Dlatego twój fragment, który ma trzydzieści jeden sekwencji, znajdzie się na górze prędzej niż mój, który ma dwieście osiemdziesiąt siedem.

– Skąd wiecie, jak szybko się poruszają?

– Używamy odczynników nazywanych sondami, które łączą się z konkretnymi oligami. Przypuśćmy, że mamy sondę, która łączy się z TATAGAGACCC. – Pokazała mu materiał podobny do ściereczki. – Bierzemy nylonową tkaninę, nasączoną roztworem sondy i kładziemy ją na żelu, tak żeby pokryła fragmenty DNA. Sonda jest fluoryzująca i zostawia ślad na błonie fotograficznej. – Spojrzała do drugiego zbiornika. – Widzę, że Lisa umieściła już nylon na błonie. – Przyjrzała mu się uważnie. – Rysunek chyba się utworzył. Musimy tylko utrwalić film.

Steve usiłował dojrzeć widniejący na filmie obraz. Jeannie zanurzyła go w naczyniu z jakimś odczynnikiem, a potem zmyła pod kranem. Na tym negatywie zapisana była jego historia, widział jednak tylko podobny do drabiny wzór. Na koniec Jeannie osuszyła film i umieściła na podświetlonej szybie.

Steve bacznie mu się przyjrzał. Przez cały negatyw biegły podobne do szarych kolein grube na ćwierć cala proste linie, ponumerowane od jednego do osiemnastu. Na liniach widać było wyraźne czarne kreseczki.

– Czarne kreski pokazują, jak daleko zawędrowały twoje fragmenty – powiedziała Jeannie.

– Ale na każdej linii są dwie kreseczki.

– To dlatego, że masz dwa łańcuchy DNA, jeden po twoim ojcu, drugi po matce.

– Oczywiście. Podwójna spirala.

– Zgadza się. A twoi rodzice mają odmienne oliga. Jeannie zajrzała do swoich notatek i podniosła po chwili wzrok. – Czy jesteś na to gotów: niezależnie od wyniku?

– Jasne.

– W porządku. – Ponownie sprawdziła coś w notatkach. – Twoja krew jest na trzeciej linii.

W połowie błony znajdowały się oddalone od siebie mniej więcej o cal dwie kreseczki.

– Linia czwarta jest kontrolna. To prawdopodobnie krew moja albo Lisy. Kreseczki powinny znajdować się zupełnie gdzie indziej.

– Zgadza się.

Dwie kreseczki leżały bardzo blisko siebie na samym dole, tuż przy numeracji.

– Na linii piątej mamy Dennisa Pinkera. Czy kreseczki są w tym samym miejscu co u ciebie?

– W tym samym – odpowiedział Steve. – Idealnie pasują.

Jeannie spojrzała mu prosto w oczy.

– Jesteście bliźniakami, Steve – stwierdziła.

Nie chciał w to uwierzyć.

– Czy jest jakaś możliwość błędu?

– Jasne – odparła. – Szansa na to, że dwaj nie spokrewnieni osobnicy mają taki sam fragment matczynego i ojcowskiego DNA, jest jak jeden do stu. Sprawdzamy normalnie cztery fragmenty, używając różnych oligów i różnych sond. To ogranicza prawdopodobieństwo błędu do jednej stumiłionowej. Lisa przeprowadzi trzy dodatkowe badania: każde zajmie mniej więcej pół dnia. Ale ja wiem już, jaki będzie ich wynik. Ty też, prawda?

– Chyba tak. – Steve westchnął. – Chyba powinienem w to uwierzyć. Skąd się, u diabła, wziąłem?

Jeannie najwyraźniej się nad czymś zastanawiała.

– Coś, co powiedziałeś, zwróciło moją uwagę. „Nie mam żadnego rodzeństwa”. Z tego, co mówiłeś o swoich rodzicach, sądzę, że są ludźmi, którzy chętnie widzieliby w domu trójkę albo czwórkę dzieci.

– Masz rację – odparł Steve. – Lecz mama miała kłopoty z zajściem w ciążę. Kiedy mnie poczęli, miała trzydzieści trzy lata i od dziesięciu lat była z tatą. Napisała o tym książkę: Co robić, kiedy nie możesz zajść w ciąże? To był jej pierwszy bestseller. Za zarobione pieniądze kupiła letni domek w Wirginii.

– Charlotte Pinker miała trzydzieści dziewięć lat, kiedy urodził się Pinker. Założę się, że ona też miała kłopoty z zajściem w ciążę. Ciekawe, czy to może mieć jakieś znaczenie.

– Jakim cudem?

– Nie wiem. Czy twoja matka była jakoś specjalnie leczona?

– Nigdy nie czytałem tej książki. Czy mam do niej zadzwonić?

– A mógłbyś?

– Czas już chyba zdradzić im ten sekret.

– Skorzystaj z telefonu Lisy.

Steve wystukał numer swojego domu. Odebrała mama.

– Cześć, mamo.

– Czy cieszyła się, że przyjechałeś?

– Z początku nie. Ale jestem z nią.

– Więc chyba cię nie nienawidzi.

Steve spojrzał na Jeannie.

– Nie nienawidzi mnie, ale uważa, że jestem za młody.

– Czy słucha tego?

– Tak i wprawiłem ją chyba w zakłopotanie, co nie jest takie złe. Jesteśmy w laboratorium, mamo, i mamy tu pewną zagadkę. Moje DNA jest chyba takie samo jak DNA innego badanego, któremu pobrała krew, faceta o nazwisku Dennis Pinker.

– Nie może być takie samo… musielibyście być jednojajowymi bliźniętami.

– A to byłoby możliwe tylko, gdybym został adoptowany.

– Nie zostałeś adoptowany, Steve, jeśli o to chcesz zapytać. I nie jesteś jednym z bliźniaków. Bóg wie, czy dałabym sobie radę z jeszcze jednym takim jak ty gagatkiem.

– Czy przed moim urodzeniem leczyłaś się na bezpłodność?

– Owszem, leczyłam się. Doktor polecił mi pewną klinikę w Filadelfii, w której leczyło się poprzednio kilka żon oficerów. Nazywała się Aventine. Poddano mnie tam kuracji hormonalnej.

Steve powtórzył nazwę kliniki Jeannie, która zapisała ją na kartce.

– Kuracja odniosła skutek – kontynuowała mama i dzięki temu ty, owoc tych wszystkich starań, sterczysz teraz w Baltimore i zawracasz głowę starszej od siebie o sześć lat pięknej kobiecie, zamiast siedzieć w Waszyngtonie i opiekować się siwowłosą matką.

Steve roześmiał się.

– Dziękuję, mamo.

– Steve?

– Tak?

– Nie wracaj zbyt późno. Jutro rano musisz się spotkać z adwokatem. Postaraj się wyjaśnić to nieporozumienie, zanim zaczniesz się martwić o swoje DNA.

– Niedługo wrócę. Cześć. – Steve odłożył słuchawkę.

– Teraz zadzwonię do Charlotte Pinker – oznajmiła Jeannie. – Mam nadzieję, że jeszcze nie śpi. – Przerzuciła kilka kartek rolodexu Lisy, po czym podniosła słuchawkę i wystukała numer. – Dobry wieczór pani – odezwała się po chwili – tu doktor Ferrami z Uniwersytetu Jonesa Fallsa. U mnie wszystko w porządku, a u pani? Mam nadzieję, że nie pogniewa się pani, jeśli zadam jeszcze jedno pytanie. Naprawdę to bardzo miło z pani strony. Tak… Czy przed zajściem w ciążę z Dennisem, leczyła się pani na bezpłodność? – Jeannie przez dłuższą chwilę milczała, a potem jej twarz rozjaśniło podniecenie. – W Filadelfii? Tak, słyszałam. Kuracja hormonalna? To bardzo interesujące, bardzo mi pani pomogła. Jeszcze raz dziękuję. Do widzenia. – Odłożyła słuchawkę. – Bingo – stwierdziła. – Charlotte leczyła się w tej samej klinice.

– To fantastyczne – ucieszył się Steve. – Ale co to może znaczyć?

– Nie mam pojęcia – odparła, po czym podniosła ponownie słuchawkę i wystukała czterysta jedenaście. – Jaki jest numer informacji telefonicznej Filadelfii? Dziękuję. – Wystukała kolejny numer. – Klinika Aventine – powiedziała i spojrzała na Steve'a. – Mogli ją zamknąć przed wielu laty.

Obserwował ją kompletnie zahipnotyzowany. Z twarzą, na której płonął entuzjazm, wyglądała porywająco. Żałował, że nie może jej bardziej pomóc.

Nagle złapała ołówek i zapisała numer.

– Dziękuję – powiedziała i odłożyła słuchawkę. – Wciąż istnieje! – poinformowała go.

Steve poczuł, że szybciej bije mu serce. Być może uda się rozwiązać zagadkę jego genów.

– Archiwa – olśniło go. W klinice muszą mieć archiwum. Tam możemy się dowiedzieć prawdy.

– Muszę tam pojechać – stwierdziła Jeannie. Przez chwilę intensywnie się zastanawiała. – Mam upoważnienie podpisane przez Charlotte Pinker… prosimy o nie każdego, kto udziela nam wywiadu. To daje mi prawo wglądu do wszystkich jej danych medycznych. Czy mógłbyś poprosić swoją matkę, żeby napisała takie samo upoważnienie i przesłała mi faksem na uniwerek?

– Jasne.

Jeannie wystukała pospiesznie kolejny numer.

– Dobry wieczór, czy to klinika Aventine? Czy mogę mówić z kierownikiem nocnego dyżuru? Dziękuję.

Czekając, stukała niecierpliwie ołówkiem w blat biurka. Steve nie mógł od niej oderwać oczu. Jeśli o niego chodziło, mogło to trwać całą noc.

– Dobry wieczór, panie Ringwood, mówi doktor Ferrami z wydziału psychologii Uniwersytetu Jonesa Fallsa. Dwie badane przeze mnie osoby były leczone w pańskiej klinice przed dwudziestu trzema laty i bardzo by mi pomogło, gdybym mogła przejrzeć ich dokumentację. Mam ich pisemne upoważnienia i mogę je panu przefaksować… To bardzo miło z pana strony… Czy jutro nie będzie zbyt wcześnie? Powiedzmy o drugiej. Będę panu bardzo zobowiązana. Oczywiście. Dziękuję. Do widzenia.

– Klinika ginekologiczna… – odezwał się Steve. – Czy w tym artykule w „Wall Street Journal” nie pisali przypadkiem, że Genetico ma kilka klinik zajmujących się leczeniem bezpłodności?

Jeannie wpatrywała się w niego z otwartymi ustami.

– O mój Boże – szepnęła. – Oczywiście, że je mają.

– Ciekawe, czy istnieje tutaj jakiś związek?

– Mogę się o to założyć.

– A jeśli istnieje…

– Jeśli istnieje, Berrington Jones może wiedzieć o tobie i Dennisie o wiele więcej, niż po sobie pokazuje.

28

To był cholerny dzień, ale skończył się całkiem nieźle, pomyślał Berrington, wychodząc spod prysznica.

Przyjrzał się sobie w lustrze. Jak na pięćdziesiąt dziewięć lat był we wspaniałej formie: szczupły, wyprostowany, lekko opalony, z prawie płaskim brzuchem i ciemnymi włosami łonowymi, które farbował, żeby nie wstydzić się irytującej siwizny. Było dla niego bardzo ważne, by móc się rozebrać w obecności kobiety, nie gasząc przy tym światła.

Rano łudził się, że Jeannie Ferrami nie sprawi już im kłopotu, ale ona okazała się twardsza, niż się spodziewał. W przyszłości już jej nie zlekceważy.

W drodze powrotnej z Waszyngtonu wstąpił do Prestona Barcka, żeby podzielić się z nim najnowszymi wiadomościami. Preston był jak zwykle nastawiony bardziej pesymistycznie, niż wynikało to z sytuacji. Pod wpływem jego narzekań Berrington wracał do siebie w paskudnym nastroju. Ale kiedy wchodził do domu, zadzwonił telefon i Jim poinformował go zaimprowizowanym szyfrem, że David Creane spowoduje zerwanie współpracy Jeannie z FBI. Obiecał, że jeszcze tego wieczoru zatelefonuje gdzie trzeba.

Berrington wytarł się ręcznikiem i włożył niebieską bawełnianą piżamę i szlafrok w białoniebieskie pasy. Gosposia Mariannę miała wolny wieczór, ale w lodówce zostawiła mu potrawkę: zgodnie z tym, co napisała swoim dziecinnym starannym charakterem pisma, kurczaka po prowansalsku. Włożył go do piekarnika i nalał sobie szklaneczkę whisky Springbank. Kiedy umoczył w niej wargi, zadzwonił telefon.

To była jego eks-żona, Vivvie.

– W „Wall Street Journal” piszą, że będziesz bogaty – powiedziała.

Wyobraził ją sobie: szczupłą sześćdziesięcioletnią blondynkę, siedzącą na tarasie swego kalifornijskiego domu i patrzącą, jak słońce zachodzi nad Pacyfikiem.

– Rozumiem, że chcesz teraz do mnie wrócić.

– Myślałam o tym, Berry. Zastanawiałam się nad tym bardzo poważnie przez co najmniej dziesięć sekund. A potem zdałam sobie sprawę, że nie warto tego robić nawet za sto osiemdziesiąt milionów.

To go rozbawiło.

– Poważnie, Berry, bardzo się cieszę.

Wiedział, że jest szczera. Miała mnóstwo własnych pieniędzy. Po rozwodzie założyła biuro nieruchomości w Santa Barbara i dobrze jej się wiodło.

– Dziękuję.

– Co zrobisz z pieniędzmi? Zostawisz je naszemu dziecku?

Ich syn studiował ekonomię.

– Nie będzie ich potrzebował, zrobi fortunę jako dyplomowany księgowy. Może dam trochę pieniędzy Jimowi Proustowi. Ma zamiar wystartować w wyborach prezydenckich.

– Co dostaniesz w zamian? Chcesz zostać ambasadorem Stanów Zjednoczonych w Paryżu?

– Nie. Wystarczy mi funkcja naczelnego lekarza kraju.,

– Do diabła, Berry, widzę, że nie żartujesz. Nie powinieneś chyba mówić o tym przez telefon.

– To prawda.

– Muszę już kończyć, dzwoni właśnie do drzwi mój przyjaciel. Do widzenia, świat się zmienia. – Była to ich stara rodzinna rymowanka.

– W okamgnieniu, po zmartwieniu – odparł i odłożył słuchawkę.

Trochę przygnębiło go, że Vivvie wybiera się na randkę z przyjacielem – nie miał pojęcia, kto mógł nim być – podczas gdy jego czeka samotny wieczór ze szklaneczką whisky. Jeśli nie liczyć śmierci ojca, odejście Vivvie było najsmutniejszym wydarzeniem w jego życiu. Wcale jej o to nie winił: bez przerwy ją zdradzał. Ale w swoim czasie ją kochał i wciąż za nią tęsknił, trzynaście lat po rozwodzie. Fakt, że to była jego wina, jeszcze bardziej go zasmucał. Żarciki, jakie wymienili przez telefon, przypomniały mu, jak mile spędzali ze sobą czas, kiedyś dawno temu.

Włączył telewizor i czekając, aż zagrzeje się potrawka, zaczął oglądać Prime Time Live. Kuchnię wypełnił zapach ziół używanych przez Mariannę. Była wspaniałą kucharką. Może dlatego, że Martynika była kiedyś francuską kolonią.

Kiedy wyjmował potrawkę z piekarnika, ponownie zabrzęczał telefon. Tym razem dzwonił Preston Barek. Był wstrząśnięty.

– Telefonował do mnie przed chwilą Dick Minsky z Filadelfii – oznajmił. – Jeannie Ferrami umówiła się jutro na spotkanie w klinice Aventine.

Berrington usiadł ciężko na krześle.

– Chryste Panie – jęknął. – Jak, do diabła, tam trafiła?

– Nie wiem. Dicka nie było, telefon odebrał kierownik nocnego dyżuru. Powiedziała podobno, że kilka badanych przez nią osób leczyło się przed wielu laty w klinice i chce sprawdzić ich dokumentację. Prześle faksem upoważnienia i będzie tam o drugiej po południu. Na szczęście Dick zadzwonił w jakiejś innej sprawie i kierownik napomknął o jej telefonie.

Dick Minsky był jednym z pierwszych ludzi, których zatrudniła Genetico jeszcze w latach siedemdziesiątych. Pracował wtedy jako goniec; teraz pełnił funkcję dyrektora generalnego wszystkich klinik. Nigdy nie należał do wewnętrznego kręgu – jego członkami mogli być tylko Jim, Preston i Berrington – ale wiedział, że w przeszłości firmy kryją się sekrety. Był wzorem dyskrecji.

– Co kazałeś zrobić Dickowi?

– Oczywiście odwołać spotkanie. A jeśli mimo to się pojawi, wyrzucić ją na zbity pysk. Powiedzieć, że nie może obejrzeć dokumentacji.

Berrington potrząsnął głową.

– To może nie wystarczyć.

– Dlaczego?

– Jeszcze bardziej ją to zaintryguje. Spróbuje dobrać się do danych w jakiś inny sposób.

– W jaki?

Berrington westchnął. Prestonowi czasami kompletnie brakowało wyobraźni.

– Na jej miejscu zadzwoniłbym do Landsmanna, poprosiłbym do telefonu asystenta Michaela Madigana i powiedział mu, żeby przed sfinalizowaniem transakcji obejrzał dokumentację kliniki Aventine sprzed dwudziestu trzech lat. Facet zacząłby wtedy zadawać pytania, nieprawdaż?

– No dobrze, więc co proponujesz? – zapytał z irytacją Preston.

– Moim zdaniem powinniśmy zniszczyć wszystkie karty chorobowe z lat siedemdziesiątych.

W słuchawce zapadła cisza.

– Ależ, Berry, ta dokumentacja jest unikatowa. Pod względem naukowym po prostu bezcenna…

– Myślisz, że o tym nie wiem? – warknął Berrington.

– Musi być jakiś inny sposób.

Berrington westchnął. Bolał nad tym tak samo jak Preston. Marzył o dniu, kiedy ktoś napisze o ich pionierskich eksperymentach i świat dowie się o ich odwadze i naukowym geniuszu. Robiło mu się słabo na myśl o tym, że zniszczą tę historyczną dokumentację w tak wstydliwy i niegodny sposób. Ale nie sposób było tego uniknąć.

– Istnienie tych danych stanowi dla nas zagrożenie. Trzeba je zlikwidować. I lepiej to zrobić od razu.

– Co powiemy personelowi?

– Nie wiem, do diabła. Wymyśl coś, na litość boską. Nowa strategia przechowywania dokumentów. Nie dbam o to, co im powiesz, jeśli tylko zaczną je ciąć z samego rana.

– Chyba masz rację. W porządku, zaraz przedzwonię do Dicka. Zatelefonujesz do Jima i powiesz mu, co się zdarzyło?

– Jasne.

– Cześć.

Berrington wystukał domowy numer Jima Prousta. Telefon odebrała jego żona, złośliwa jędza o niemiłym głosie.

– Leżę już w łóżku, Berry, co się znowu, do cholery, dzieje? – zapytał Jim, kiedy przekazała mu słuchawkę.

Wszyscy trzej tracili już do siebie cierpliwość.

Berrington opowiedział mu, czego dowiedział się od Prestona i jakie podjęli w tej sprawie kroki.

– Dobre posunięcie – stwierdził Jim. – Ale to nie wystarczy. Ta Ferrami może nas zażyć z innej niańki.

Berrington poczuł, jak ogarnia go irytacja. Jima nie sposób było zadowolić. Bez względu na to, co się proponowało, zawsze opowiadał się za bardziej zdecydowaną akcją, surowszymi środkami. Po chwili jednak powściągnął gniew. Uświadomił sobie, że tym razem Jim ma rację. Jeannie okazała się prawdziwym gończym psem, uparcie idącym za tropem. Jedno niepowodzenie z pewnością jej nie powstrzyma.

– Zgadzam się – powiedział. – Słyszałem poza tym, że wypuścili z więzienia Steve'a Logana. Jeannie nie jest więc zupełnie sama. Musimy z nią coś zrobić.

– Trzeba ją postraszyć.

– Jim, na litość boską…

– Wiem, że się przed tym wzdragasz, Berry, ale trzeba to zrobić.

– Nawet się nie waż.

– Słuchaj…

– Mam lepszy pomysł, Jim, jeśli chcesz mnie wysłuchać.

– Dobrze, słucham.

– Mam zamiar ją wywalić.

Jim przez chwilę się nad tym zastanawiał.

– No nie wiem. Myślisz, że to załatwi sprawę?

– Jasne. Posłuchaj: ona wyobraża sobie, że trafiła na biologiczną anomalię. To rzecz, na której młody naukowiec może zrobić karierę. Nie ma pojęcia, co się za tym wszystkim kryje: uważa, że uniwersytet boi się po prostu złej prasy. Jeśli straci etat, nie będzie miała środków, a także motywacji, żeby dalej prowadzić poszukiwania. Za dużo czasu zajmie jej poza tym znalezienie nowej pracy. Przypadkowo wiem, że potrzebuje pieniędzy.

– Może masz rację.

Szybka zgoda Jima wzbudziła podejrzenie Berringtona.

– Nie zamierzasz chyba robić niczego na własną rękę? – powiedział.

– Na pewno uda ci się ją wywalić? – zapytał Jim, nie odpowiadając na jego pytanie.

– Jasne.

– W poniedziałek mówiłeś, że to uniwersytet, a nie pierdolona armia.

– To prawda, nie możesz tutaj wrzeszczeć na ludzi i oczekiwać, że zrobią, co im każesz. Ale żyję w świecie akademickim przez ostatnie czterdzieści lat i wiem, jak działa ta maszyneria. Kiedy to naprawdę konieczne, uwolnienie się od asystentki jest dla mnie dziecinnie łatwe.

– W porządku.

Berrington nie pozbył się do końca swoich podejrzeń.

– Na pewno się ze mną zgadzasz, Jim?

– Oczywiście.

– Cieszę się. Śpij dobrze. Dobranoc.

Berrington odłożył słuchawkę. Jego potrawka była zimna. Wyrzucił ją do śmieci i położył się do łóżka.

Przez dłuższy czas nie mógł zasnąć. Rozmyślał o Jeannie Ferrami. O drugiej w nocy wstał, zażył dalmane i dopiero wtedy zapadł w sen.

29

Noc w Filadelfii była gorąca. W czynszowej kamienicy pootwierano wszystkie drzwi i okna: żadne z mieszkań nie miało klimatyzacji. Do apartamentu 5A na najwyższym piętrze docierały odgłosy ulicy: klaksony, śmiech, strzępy muzyki. Na tanim sosnowym biurku, podrapanym i poznaczonym starymi śladami po papierosach, zadzwonił telefon.

Mężczyzna podniósł słuchawkę.

– Tu Jim – odezwał się głos, krótki jak szczeknięcie.

– Cześć, wujku Jimie, co słychać?

– Martwię się o ciebie.

– A to dlaczego?

– Wiem, co wydarzyło się w niedzielę wieczór.

Mężczyzna zawahał się nie wiedząc, co odpowiedzieć.

– Kogoś za to aresztowali – stwierdził w końcu.

– Ale jego dziewczyna wierzy, że jest niewinny.

– Tak?

– Ona przyjeżdża jutro do Filadelfii.

– Po co?

– Nie jestem pewien. Ale myślę, że jest niebezpieczna.

– Cholera.

– Może będziesz chciał coś z nią zrobić?

– Na przykład co?

– Zostawiam to tobie.

– Jak ją znajdę?

– Wiesz, gdzie jest klinika Aventine? To niedaleko ciebie.

– Jasne, na Chestnut, codziennie ją mijam.

– Będzie tam o drugiej po południu.

– Jak ją poznam?

– Wysoka, ciemne włosy, kolczyk w nosie, koło trzydziestki.

– Tak może wyglądać dużo kobiet.

– Przyjedzie tam prawdopodobnie starym czerwonym mercedesem.

– To trochę zawęża krąg.

– A teraz uważaj: ten drugi facet wyszedł za kaucją.

Mężczyzna zmarszczył brwi.

– I co z tego?

– Więc jeśli spotka ją wypadek po tym, jak widziano ją z tobą…

– Kapuję. Będą myśleli, że to on.

– Nigdy nie trzeba było ci dwa razy powtarzać, drogi chłopcze.

Mężczyzna roześmiał się.

– A tobie zawsze chodziły po głowie brzydkie myśli, wujku.