/ Language: Polski / Genre:love_contemporary

Przegryźć Dżdżownicę

Katarzyna Grochola

Wiem, jak boli zdrada, i wiem, czego w życiu nie należy robić komuś, kogo się kocha. Wiem, czego sama nie chcę doświadczyć, bo kocham, ufam i wierzę w powroty. Joanna, 19 lat. Katarzyna Grochola – najpoczytniejsza polska pisarka ostatnich lat, autorka bestsellerowych powieści, opowiadań, sztuk teatralnych i telewizyjnych, współautorka scenariuszy seriali M jak miłość i Na dobre i na złe. Na podstawie jej powiesci nakręcono film z Danutą Stenką i Arturem Żmijewskim w rolach głównych.

Katarzyna Grochola

Przegryźć Dżdżownicę

No właśnie… Zawsze byłeś ciekaw, o której straciłam cnotę…

Cnotę straciłam o piątej rano… a nie… tak się tylko zaczynała książka… którą z wypiekami na twarzy przeczytałam w wieku piętnastu lat.

Nie pamiętam, o czym była. Nie pamiętam, kto ją napisał. Pamiętam nie słabnącą nadzieję, że autor do tematu cnoty lub – co bardziej ciekawe – jej utraty powróci w dalszej części. Niestety… Nadzieja matką wariatek. Nurtujący mnie problem cnoty ograniczał się do tego jednego jedynego zdania.

Skończyłam tę książkę o trzeciej rano przy latarce i dopiero wtedy wiedziałam, – że autor zrobił mnie w konia…

To zdanie nie przeszło co prawda do historii literatury. Ale dla mnie znaczyło dużo więcej niż ogary, które poszły w las: Morał zarwania nocy był następujący: nieważne co jest dalej, ważne, żeby przytrzymać cię za guzik.

Mam wrażenie, że ciągle dawałam się przytrzymywać za guzik.

Dobrze, od początku.

Urodziłam się jako pierwsze i przedostatnie dziecko swoich rodziców. Lekarz twierdził, że urodzę się w sierpniu. Mama twierdziła, że w lipcu. A oni, rodzice, mieszkali wówczas w różnych miastach, i ona wiedziała dokładnie, kiedy… no… się… się poczęłam.

Lekarz natomiast klepał ją po kolanie i mówił: baby zawsze mówią, że wiedzą, hehehe.

Urodziłam się w lipcu.

Obok mojej matki leżała pani o nazwisku Badyl, leż urodziła córkę. Nazwała córkę Róża. W związku z tym ja dostałam pospolite imię. Gdybym się urodziła później, Róża Badyl nie byłaby przynoszona na salę, na której leżała moja matka. Być może wtedy obdarzono by mnie imieniem Violetta.

Następne parę lat upłynęły w spokoju.

Na zapałki mówiłam „jatim”. Podnosiłam karty, które czasem upadały na podłogę i mówiłam „brydż ci upadł”. Połknęłam guzik od zielonych spodni w kratkę i pięć złotych.

A moja przyjaciółka Lwa połknęła całą wiązkę szpilek, które trzymała w ustach, tak że łebki wystawały – przypinała zdjęcia do maty. Weszła jej matka, która zawsze mówiła, żeby nie trzymać szpilek w ustach, bo to może się źle skończyć i wtedy Lwa zrobiła chluuup – i szpilki wpadły do środka. Bała się przyznać. Do dzisiaj się nie przyznała. Nie wiadomo, czy te szpilki ma jeszcze w środku.

Mój guzik i pięć złotych wyszły na zewnątrz. Najważniejsze rzeczy…

A w gazecie duży tytuł „Policjant zraniony na praskim parkingu”.

A ja pierwszy raz z miłości zostałam zraniona w wieku lat siedmiu.

Stałam pod wielkim kasztanem po wyjściu ze szkoły i z koleżanką Marysią ustalałyśmy plan dnia. Marysia chciała najpierw wrócić do domu i zostawić teczkę, a potem iść na kasztany, ja zaś chciałam natychmiast zbierać kasztany. Ostatecznie leżały pod naszymi nogami.

Wtedy na horyzoncie pojawił się Henio i krzyknął:

– Ty, popatrz na mnie!

Nie wiedziałam, czy to do mnie, czy do Marysi on tak krzyczy. Podobał mi się niezwykle, mimo że dłubał w nosie na każdej lekcji i z upodobaniem oglądał to, co wydłubał.

Marysia udawała, że nie słyszy. Wtedy Henio krzyknął:

– Ej! do ciebie mówię!

Zapylałam Marysię, czy on mówi do niej, czy do mnie. Marysia patrzyła mi w oczy i powtarzała:

– Udawaj, że to do nie do nas, udawaj, że go nie widzisz, co on sobie myśli.

Nie wiem, co on sobie myślał.

Ostry kawałek cegły, którą rzucił w naszą stronę, przebił mi policzek na wylot i oparł się o boczne zęby. Trysnęła krew, Marysia krzyknęła, Henio uciekł, wybiegła pani od matematyki i zawiozła mnie na pogotowie. Tak…

Na pogotowiu lekarz zapytał, czy wytrzymam szycie bez znieczulenia, bo zabrakło. Wytrzymam, powiedziałam, a policzek rozłaził się coraz bardziej. Wytrzymałam.

Odtąd stałyśmy się z Marysią nierozłącznymi przyjaciółkami. Pożyczała mi zagraniczne kredki do robienia szlaczków i przynosiła winogrona.

Kiedyś usłyszałam, jak mówiła:

– Asia to moja najlepsza przyjaciółka. Jak ten wstrętny Heniek mnie zaczepiał i rzucił we mnie cegłą, nadstawiła twarz, żeby mnie osłonić. I ma bliznę, która nigdy, przenigdy nie zejdzie. Nikt dla mnie czegoś takiego nie zrobił.

Winogrona Marysi były słodkie, a kredki kolorowe i zagraniczne. Bohaterska ofiara to lepiej brzmi, niż ofiara z przypadku…

A potem, w drugiej klasie, Heniek przysłał mi kartkę. Jakie są chmury? Kumulusy i cirrusy więcej nie pamiętam, odpisałam. Dzienkuje, odpisał, kocham cie.

Więc po dwóch lalach dowiedziałam się, że dostałam tą cegłą z. miłości. Ale wtedy już nie kochałam się w Heńku. On zresztą nie porzucił swojego nawyku przypatrywania się temu, co znalazł w nosie – tylko w Zbyszku, który nie dłubał, ale kochał się w Danusi i na mnie nie zwracał uwagi. W ogóle.

Ale nie kochał się w niej długo, Danusia bowiem dostała w głowę huśtawką i wylądowała w szpitalu. Zbyszek był wolny.

Niestety przenieśliśmy się do Wałbrzycha. Wałbrzych… malownicze miasto. Czarne powietrze, małe brukowane kocimi łbami uliczki i fantastyczne hałdy. Podkradaliśmy się pod taki taśmociąg, z góry leciał żużel czy coś takiego i miało się wrażenie, że jest się żywcem zakopywanym… Budziło to w nas niezwykłe emocje.

Aż do momentu, kiedy te odpady zasypały dwóch chłopaków z sąsiedniego podwórka. Na śmierć.

No to przestaliśmy wtedy kucać pod tą taśmą… Zresztą od tego wypadku strażnicy stali się bardziej czujni i zawsze potrafili nas wypatrzyć dużo wcześniej.

No właśnie.

Gdzie ja położyłam papierosy? Kurczę, jak ja lubię palić…

Wtedy właśnie zakochałam się po raz trzeci, już bardziej na poważnie. On miał na imię Rysiek i narysował dla mnie sarenkę. Jak żywą. Polem się okazało, że kalkował, ale to nie miało większego znaczenia. Dał mi len rysunek, powiedział, że mnie kocha i uciekł. Sprawiło mi to okropną przyjemność, że powiedział…

A w parę dni później przegryzł dla mnie szklankę i obiecał, że nauczy mnie, jak to robić.

Wtedy, żeby wiedział, że mi na nim również zależy, przegryzłam dżdżownicę. Na pół…

Polem odkryliśmy, że na poddaszu mieszka pani, co ma umrzeć. Co wieczór z jej domu wynoszono do śmietnika zwoje bandaży. Myśmy to wygrzebywali, bo z takich bandaży, mimo lekkiego zużycia, można było zrobić wiele pożytecznych rzeczy. Przepaski na głowę, na przykład. Albo sznury do wiązania jeńców. Albo temblaki.

Byliśmy ostrożni – moja trójka kuzynów, mój brat i ja – nie chwaliliśmy się tym w domu. Udawaliśmy grzeczne i rozgarnięte dzieci, które wiedzą, co jest dobre, a co złe. Wszystko byłoby dobrze, ale starsza pani pewnego dnia umarła. Obcy ludzie wynieśli na śmietnik mnóstwo skarbów. Strzykawki, kurczę, buteleczki, gazę… Napchaliśmy tym kieszenie… no, było widać, jak się okazało wkrótce.

I afera: – a co myśmy tymi strzykawkami, a czy jedliśmy leki, a czy nie wiemy, a bandaże to siedlisko choroby…

Całą sobotę i niedzielę musieliśmy za karę przeleżeć w łóżku.

Ostatecznie nie było to takie złe. Cała nasza piątka spała na olbrzymim małżeńskim łożu naszych dziadków, które miało ze sto lat i ze trzy metry szerokości.

Dostaliśmy śniadanie do łóżka i było bardzo zabawnie, bo ściągnęliśmy z chleba masło i posmarowaliśmy nim monety. Potem rzucaliśmy tymi pieniążkami tak, żeby się przyczepiły do sufitu. To zabrało nam czas do obiadu.

Na obiad musieliśmy wstać i grzecznie się zachowywać.

Po obiedzie wróciliśmy do łóżka i zaczęliśmy się bawić w lekarza. Weszliśmy wszyscy pod kołdrę i chłopaki ściągnęli spodnie od piżamy, a myśmy podniosły koszule.

Wtedy wszedł wujek.

Już więcej za karę nie zostawaliśmy w łóżku.

Pierwszym mężczyzną z którym się pocałowałam był Daniel. Miał dziesięć lat i piękne lniane włosy. Ale nie umiał gryźć szklanek. I mówił, że to głupie. Ale kiedy zobaczył szerszenia, który pił wodę z kałuży, nie uciekł, tylko zaczął na niego sypać piaskiem. Szerszeń się wygrzebywał z coraz to nowych warstw, a Daniel dzielnie z nim walczył, potem znalazł kamień. A jeszcze później, kiedy już wszystkim go pokazał, odciągnął mnie na bok i zapytał, czy chcę tego szerszenia na zawsze, bo mi go może dać. Nikomu innemu by nie dał, a mnie da. I niech to będzie nasza tajemnica. Oczywiście chciałam, schowałam szerszenia do pudełka od zapałek, był duży, mięsisty… no i zakochałam się po raz czwarty.

I kiedy wakacje dobiegły końca, obiecaliśmy sobie z Danielem, że zawsze będziemy razem, nic nas nie rozłączy, będziemy do siebie pisać, aż będziemy na tyle dorośli, żeby się ożenić. I że w ten sposób stajemy się narzeczonymi.

– Skoro już się zaręczyliśmy, to mogę cię pocałować? – zapytał Daniel.

No to, kurczę, ja zamknęłam oczy, a on schował ręce za siebie i dotknął mnie ustami.

A mój brat, który to widział, zażądał za ten pocałunek pięciu złotych. Ze jak mu dam, to mnie nie zdradzi.

Zapłaciłam. Teraz to bym mogła zapłacić za ile razy… A zresztą… Gówno mnie to obchodzi.

Parę miesięcy temu zaczęłam mieć wrażenie, że szybko posuwam się w stronę maniakalno- depresyjną z bladoniebieskim odcieniem schizofrenii.

Widziałam rzeczy, które nie są.

Te głupie twarze znajomych, którzy nagle zaczęli się obchodzić ze mną jak z lekko nadgniłym jajem, co to niby jeszcze nie śmierdzi, ale jak przypadkiem skorupkę trącisz, to będzie – ouff – nieprzyjemnie. Przyjeżdżamy na przykład do takich.

Parkujemy obok ich czerwonego mercedesa. Ach jak to miło, że wpadliście. Och, cała po naszej stronie. Kawy, herbaty? Wiem, Misiu – kurwa, do mojego męża ten tekst – wiem MISIU – szlag mnie trafił – że ty kawkę z mleczkiem, a ty?

A ja nie. Nie pijam kawki, Misiu.

Przesadzasz, mówisz. Przychodzę do domu, siadam przed kominkiem, myślę sobie – ja mam paranoję. OK, Misiu, myślę. Nie jestem w dobrym stanie. Co to ja chciałam…

Onegdaj zadzwoniła do mnie przyjaciółka Ewa – ta od tych szpilek. No, trochę czasu to już minęło… Mąż, jej mąż powiedział, że kocha inną…

A to taka para! Żadnego siedzenia na sobie, żadnego ciumkania, dziamolenia, podkreślania, zaznaczania terenu – że to moje, a jednocześnie… coś takiego cennego, co albo jest, albo tego nigdy nie ma i nie będzie. Takie coś w środku ich obojga, wspólnego, niedostępnego dla innych, najważniejszego…

Pamiętam, jak kiedyś do mnie na plotki przyjechała, och sto lat temu, gołoledź jak sto pięćdziesiąt, a po półgodzinie telefon:

– Dojechałaś? Martwiłem się, jak dojechałaś, dziecko już śpi, wracaj ostrożnie, na drodze jest coraz gorzej, ja pracuję.

Siedziałam na fotelu obok – zła, bo tak nigdy nikt do mnie…

OK, może ją sprawdza – pomyślałam głupia.

A jej się twarz rozświetliła – a ja poczułam drzazgę w sercu, ja się jeszcze wtedy nie rozświetlałam…

No więc, on właśnie, ten cudowny facet przychodzi kiedyś do domu i mówi:

– Jestem zakochany w innej.

A ona płacze rozpaczliwie, takie ma piękne oczy – olbrzymie, czarne, łzy spływają aż na szyję.

– Już nie mam w co wierzyć, nie chcę żyć – zadbane dłonie wyciągają chusteczkę – nie wiem, co mam robić – szlocha bezradnie.

A ja – a ja… a mnie dusi, przypominam sobie tamten telefon i swoją zazdrość, i tak mi żal. Zbieram do się do kupy, głaszczę ją po policzku i mówię:

– Płacz, płacz sobie, popłacz sobie nareszcie, to się wszystko zdarza w jakimś celu, – los zsyła takie straszne rzeczy po coś. Zobaczysz…

Boże, aż rzygam własną mądrością. Wierzę w to całym sercem i chcę, żeby ona uwierzyła, że to nie koniec. Nie zapiekła się w bólu i żalu, nie odtrąciła tego wszystkiego, co było… Ze im gorzej, tym lepiej. Wszystko, co nas naprawdę formuje to cierpienie. Tylko trzeba zrobić z tym coś dobrego…

A ona płacze, a mnie aż boli w środku… Wróciłam do domu, a ty siedzisz tu, na tym fotelu.

– Co masz taką minę? Siadam przy tobie blisko.

– Nic nie mów – mówisz – pocałuję ciebie, zanim…

– Zanim co? – śmieję się

– Zanim cię drugi raz pocałuję…

A potem patrzysz na mnie tak uważnie i pytasz: – Stało się coś?

No to ja – pamiętasz? – że może z nim porozmawiasz.

A ty:

– My nic nie możemy. Zdejmij kota ze stołu. – Kot tu siedział… – Są dorośli, wiedzą co robią. Takie rzeczy się zdarzają, nie możesz kierować cudzym życiem. Ale przy rzeczach dobrych się nie rośnie, bierze się je po prostu – i zaprzepaszcza… Ale to, co się teraz z nimi dzieje pozwoli im wzrosnąć. Miłość wszystko wybacza.

A potem tak spojrzałeś na mnie, przytuliłeś i powiedziałeś:

– Nie martw się, grunt, że my wiemy, co jest najważniejsze…

Przypomniałam sobie wtedy taki kawałek z Ajara. Emila. Do telefonu zaufania dzwoni facet i mówi, że wkrótce umrze, lekarze mu dają pół roku, żona mu się puściła i odeszła z młodszym kolegą, córka szesnastolatka jest w ciąży, a syn bierze narkotyki. I czy mają dla niego jakąś pocieszającą wiadomość. Czy może być gorzej? A ten, co tam siedzi po drugiej stronie słuchawki, mówi: – No, mogło być gorzej… Wie pan, to wszystko mogło przydarzyć się mnie…

I już wiem, że pewne sprawy są nieistotne, bo mnie nie dotyczą…

Mnie nie dotyczą!

Poczułam taką cudowną nadzwyczajną pewność: niektóre sprawy na tym świecie mnie nie dotyczą. Jest ich sporo. To są wypadki samolotowe, wybuchy bomb w Jerozolimie, ataki IRA, wyrzynanie się Tutsi i Hutu, dziennik telewizyjny oraz zdrada małżeńska. Ty jesteś inny.

A wszystko przez tego kota.

Miauczał przez całą drogę – moją drogę do banku i na lotnisko, i leżał zwinięty na tylnym siedzeniu, jak odbierałam przesyłkę, i korek potem, a kot leży i tak tylko nóżkę trzyma, tak pałąkowato czy jak… sama nie wiem…

I dopiero potem do weterynarza, szybko, biegiem, natychmiast i… zdjęcia małej nóżki kota za 200 tysięcy?! To jak za dużą nogę człowieka, niesamowite, i ten weterynarz mi tłumaczy, że złamana, ale przecież to nie rasowy kot, może nie warto, takie koszty, operacja, gwóźdź, o tu na udzie, za prawie dwie bańki. Platynowy, czy coś takiego… i jeszcze nie ma pewności…

Tak mi sugeruje. Ze może lepiej uśpić. Tak mi mówi ten weterynarz.

To mu tłumaczę, że jak się ratuje jedno istnienie, to tak jakby się ratowało świat!!!

I kot zostaje za te dwie bańki, i słyszę po raz pierwszy w życiu twój głos:

– Ale banał!

Jasne, że banał, kurczę, ale prawda też. Wszystkie banały są tak naprawdę prawdą.

I wychodzisz za mną. na ulicę, stajesz w tej obskurnej bramie, patrzysz mi prosto w oczy. a ja to czuję w brzuchu, w środku, i wcale nie jestem obrażona, kiedy słyszę jak powtarzasz:

– Straszny banał! A potem dodajesz:

– Obawiam się, że jest pani kobietą mojego życia…

Złapałeś mnie za ten przysłowiowy guzik… No i jak się mogłam z tobą nie umówić?

Jak ciebie spotkałam, to wiedziałam, że wszystko odzyskało sens. Ty nie byłeś tym sensem, broń Boże – ale nagle świat ustawił się na właściwym miejscu, ziemia zaczęła nareszcie krążyć po swoim wyznaczonym od dawna torze, zieleń była zielona, a ziemia brunatna. Miłość to była miłość, krzesło to było krzesło itd. Takie tam różne…

No. bo tylko zadurzenie jest niebezpieczne. Zmienia świat – wędrujesz sobie spokojnie nad ziemią, aż się w końcu spierdalasz w dół. Chyba nie muszę być kulturalną osobą. Spierdalasz się! Po prostu.

O, proszę – używam słów. które uchodzą za obsceniczne.

O matko, wiem, że tego nie znosiłeś. Pamiętasz, jak zaprosiłeś swoich przyjaciół, żeby mnie poznali Pamiętasz tę pierwszą wizytę?

– Asieńko. tylko nie opowiadaj tego kawału między pierwszym a drugim daniem, tego wiesz, o babie co przychodzi do lekarza i włosy jej rosną tu i tu. aż do samego… Dobra? Błagam, to tacy fajni ludzie, nie chcę. żeby pomyśleli…

No i przyszli…

Jacy cudowni… Siedzieliśmy chyba z sześć godzin – to naprawdę niezwykłe spotkać się tak od razu. od serca, jęzor trzymałam za zębami, żadnej baby i doktora – aż po tych sześciu godzinach oni się podnoszą. Ula całuje mnie w policzek i szepcze mi do ucha:

– Fajnie, że cię poznałam, ale czas nie kutas, nie stoi, czas lecieć.

Przyjaźnię się z nią do dzisiaj. Czy teraz… Teraz to ja miałam gdzieś zadzwonić…

A moja matka mówiła tylko „psiakrew” – ze dwa razy w życiu tak powiedziała. I „cholera”.

A ja. jak wróciłam pierwszy raz z obozu harcerskiego – było kapitalnie – rzuciłam plecak w przedpokoju, wpadłam jak burza do łazienki – położyłam się w ciepłej wodzie, z włosów spłynął jeden skórek i ze dwa deko igliwia – leżałam chyba z pół godziny, a jak wyszłam czułam się lżejsza przynajmniej o parę kilo, z plecaka wyszły nowe żwawe skórki – deptałam je – zostawiały drobne ślady na linoleum…

No więc, jak wróciłam z obozu, to potem weszłam do kuchni, a tam mama przy lodówce, górna szafka uchylona, sięgnęłam po chleb i walnęłam czołem prosto w róg otwartych drzwiczek, zanim pomyślałam, to mi się wyrwało „o kurwa” – zmiękły mi nogi. mama schylona dalej grzebała w lodówce, aż mnie policzki zapiekły z przerażenia…

Nie zareagowała, dzięki Bogu. udawałyśmy, że ona nic nie usłyszała, a ja nic nie powiedziałam, no bo jakże mogła usłyszeć coś, co nie zostało powiedziane?

No właśnie. Więc udawałam, że nic nie widzę, nie słyszę.

Przytulasz się do mnie w nocy – uwielbiam jak kładziesz mi na udzie rękę i lekko – tak jakby mimochodem, niedbale, niechcący, przez przypadek po prostu – przesuwasz ku górze, ja leżę odwrócona tyłem, jedna noga podgięta w kolanie, jedna ręka obejmująca poduszkę – już śpię – już nie muszę – nic nie muszę, a twoja dłoń leciuteńko przesuwa się po wewnętrznej stronie mojego uda i czuję się jakby delikatnie dostrajana do swojego wnętrza, które już czeka na następny centymetr dotknięcia, jeszcze jeden, jeszcze – już… Piersi mi się robią takie obrzmiałe na tym prześcieradle – śpię przecież, ale niech on nie cofa tej ręki… a twoja ręka nabiera pewności, już jej nie cofniesz…

A udo mam w tym miejscu rozwalone.

O, tutaj… tutaj o – o tu mam następny ślad po cierpieniu miłosnym. Aż mnie musieli' zszyć…

Wyszłam z psem na spacer – takiego mieliśmy ślicznego psa, dotąd sięgał, a może dotąd… w każdym razie łeb miał na wysokości właśnie mojego uda. Lipy prawie kwitły, wiosna, za chwilę koniec szkoły – do dzisiaj myślę w kategoriach „za chwilę wakacje” – stałam pod tymi lipami i namawiałam psa, żeby szybciej siusiał, a zza bloku wyszedł Marek – kochał się we mnie – miał 17 lat i kuratora, i krzyknął – co krzyknął?

Coś w rodzaju:

– Też mam z tobą do pogadania! Czy coś takiego.

Aż się zagotowałam, wszystkie dzieciaki wpatrzone we mnie, postrach podwórka wali taki tekst, oczywiście wzruszyłam ramionami, pies akurat znalazł interesujący ślad po suczce, nie dawał się odciągnąć, Marek krzyknął:

– No, podejdź tu!

Smycz się wyprężyła, dzieciaki wgapiały się we mnie – dziś bym powiedziała, że pod presją opinii publicznej, odkrzyknęłam odważnie:

– Daj ty mi święty spokój!

A wtedy Marek podniósł kawał szyb, takie grubej, z drzwi wejściowych, i powiedział:

– Podejdź, bo ci psa upierdolę. – Spróbuj – powiedziałam.

I wtedy rzucił ten kawał szkła, tak jakby puszczał kaczkę… prosto w Brysia… Zasłoniłam go – nawet nie podniósł głowy – a ja poczułam: gorące smagnięcie na nodze, takie ostre krótkie sparzenie i to gorąco spłynęło aż do tenisówki, Marek krzyknął „O Jezu”, spojrzałam na nogę – była cudownie czerwona, kucnęłam – nic nie bolało, tylko w środku tej czerwieni pojawił się wąwóz zapełniający się szybko świeżą krwią, ktoś pobiegł zadzwonić.

Przyjechało pogotowie i zabrali mnie na szycie uda.

Marek jechał na rowerze za karetką: widziałam go wyraźnie przez tylną szybę, zanim nie wyjechaliśmy w Grójecką…

Dwanaście szwów, do dzisiaj blizna…

A twoja ręka taka ciepła, pewna, zna mój każdy kawałeczek, a ja z takim drżeniem czekam, aż ominie bliznę, przesunie się wyżej… Uwielbiam być tak dotykana…

Nie widzę, nie słyszę… Czuję tę twoją rękę… I potem tak samo…

Nie widzę, nie słyszę…

Siedzimy razem, tak dużo ludzi, tylko jedna kobieta nie patrzy na mnie, ale jakże jest zabawnie – opowiadamy historie prawdziwe – opowiadanie historii prawdziwych jest zawsze interesujące, ponieważ nikt nie wymyśli lepszych.

O, na przykład jak Sarniccy poszli do przyjaciół na brydża. Po czwartym robrze i kolacji Otworzyli whisky – pili whisky, aż wpadli na pomysł, żeby w lipcową noc pojeździć na nartach. Dziewiąte piętro, na Jerozolimskich – olbrzymie blokowiska, mieszkanie przy mieszkaniu, zsypy do śmieci na każdym piętrze… To ważne, zsyp na śmieci czasem odgrywa dziejową rolę..

No więc, panowie się spiwszy – z pawlacza został zdjęty sprzęt narciarski, kombinezony, narty, gogle, srogie – założyli to wszystko i postanowili zjechać jedno piętro schodami, żeby przypomnieć sobie to wspaniałe uczucie.

A cichutka sąsiadka, emerytka śmieci poszła akurat wynieść. Naukowiec wpadł na nią z półpiętra, kobieta walnęła głową w ścianę, śmieci się potoczyły, panowie otrzeźwieli natychmiast – pogotowie i te rzeczy.

Ponieważ ludzie kulturalni, rano pobiegli do szpitala dowiedzieć się, co ze starszą panią. Starsza pani już była przytomna, po badaniach EEG – w mózgu nic – idą do lekarza prowadzącego zatroskani…

A lekarz mówi, że no, badania w porządku, tylko staruszka jest nienormalna, bo upiera się, że narciarze na nią wpadli.

Siedzimy sobie i opowiadamy takie historie – a ja mam wrażenie, że narciarze na mnie wpadli. Że widzę rzeczy, które nie są.

Tamta kobieta nie patrzy na mnie – jak to dobrze widać, kiedy ktoś na ciebie nie patrzy, ale oczywiście w mózgu mi się nic nie zapala – mój wyłącznik bezpieczeństwa, moja czerwona lampka przepalona na amen – tylko czuję coś oślizgłego w jej spojrzeniu, które błądzi w okolicach mojego męża. Ale w tym nie ma żadnego niebezpieczeństwa, a ja mam paranoję – wcale na ciebie specjalnie nie patrzy, ja jestem przewrażliwiona.

Wracamy do domu, wieczór łagodnieje, napięcie mija.

Jestem w złym stanie.

Stoimy w łazience, ja już opatulona ręcznikiem – ty namydlasz gąbkę płynem do mycia Ph pięć i pół. Miło było?

Miło było.

– Ale la Ola mnie coś unika – rzucam od niechcenia, tak sobie, nie myśląc o niczym, bo, jak wiadomo, mnie takie rzeczy nie dotyczą.

– Ona? Daj spokój, przecież jest taka miła. Taka bezpośrednia. Ona nie robi nikomu przykrości. Ty jesteś przewrażliwiona.

– Może jestem – zgodziłam się wtedy. Żadnej lampki, żadnego błysku, nic, nullo.

– Może jestem – dodałam. – Może to przez ten jej głos. Taki skrzeczący.

– Ona? Ona wcale nie ma skrzeczącego głosu. OK. Słyszę rzeczy, które nie są.

A ty mówisz:

– Nie każdy może mieć taki ciepły głos jak twój – dzięki Bogu – a ja mam ciebie… i twój głos…

A w nocy się kochamy. Dobra… nie będę… Napiję się herbaty… umywalkę albo klozet zapchać, wynika z nieuświadomionej, głębokiej potrzeby bliskiego kontaktu z hydraulikiem. – I się roześmiał.

I jak wróciłeś z tych warsztatów, to poszedłeś do piwnicy, wróciłeś z kluczem francuskim w kieszeni i powiedziałeś:

– Wszystko już wiem, u ciebie to była zawsze uświadomiona potrzeba – i kochaliśmy się w kuchni na podłodze…

A fusy to ja zawsze wylewam do zlewu.

Nie wiem dlaczego. Kiedyś ktoś powiedział, że takie fusy – tylko nie pamiętam, czy z kawy czy herbaty – to dobrze robią rurom. Przeczyszczają je.

Jak pierwszy raz zobaczyłeś, że tak robię, to aż krzyknąłeś. A potem powiedziałeś, że przez te pięćdziesiąt sześć lat, co mamy razem przeżyć, to może się nauczę wylewać do klopa.

A potem, pamiętasz? Na jakichś warsztatach jeden młody mąż żalił się terapeucie, że tylko jednej rzeczy nie może znieść, a mianowicie on kocha żonę bardzo, ale nie jest jej w stanie wybaczyć, że ona bez przerwy wrzuca fusy do zlewu i ten zlew jest lub będzie w najbliższej przyszłości permanentnie zatkany. I co to znaczy?

A terapeuta tak popatrzył po was wszystkich uważnie i powiedział:

– Wrzucanie przez kobiety do zlewu, umywalki czy klozetu różnych rzeczy, które mogą rzeczony zlew.

A Ewa mi mówi o swoim mężu.

– Wiem, że do tamtej dzwoni, a powiedział, że zerwał – łzy kapią na obrus:

– Nie szkodzi, nie szkodzi, zobaczysz, co będzie najważniejsze, najważniejsze trzeba ocalić, jeśli się tego nie ocali – to nie zostaje nic, warto powalczyć – nie o niego, o siebie.

Ewa podnosi na mnie skopane oczy. – Naprawdę tak myślisz?… Mówię z przekonaniem:

– Przecież się nie wie, co jest ważne, dopóki nie możesz tego utracić. Jak wybaczysz, mówię ci, to ci lepiej… Wybaczenie koi ból.

Z nami jest inaczej…

Jak kiedyś stałam w oknie i było tak cudownie pięknie, zachodziło słońce, brzozy od stawały od nieba takie drobne, osikowate, drżące, było lato, kłosy zboża mieniły się mgliście jak gruby moher, ptaki zanosiły się przedwieczornym ujadaniem – stałam w oknie i pomyślałam, że jest tak cudownie, że w taki dzień powinno się umrzeć – a ty stanąłeś za mną. przytuliłeś mnie do siebie, oparłam plecy o twoją pierś, jedną ręką trzymałeś mnie za brzuch, drugą położyłeś na moim obojczyku, czułam jak jesteśmy jednością, zachodzimy razem ze słońcem, zstępujemy w wieczór spokojny, leniwy, zawsze nasz…

I powiedziałeś:

– Dlaczego ci smutno? Zobacz, mamy wszystko czego nam trzeba…

A ja powiedziałam:

– Ale nie dożyjemy już naszych dużych drzew, które posadzimy.

A ty pocałowałeś mnie w szyję i powiedziałeś:

– Ale będziemy razem patrzeć jak rosną, to ważniejsze… Tak bardzo cię kocham…

Tak było… Ale tu pełno petów… muszę chyba wywalić popielniczkę…

A propos śmieci.

U Anki w bloku mieszkał facet, który miał kochankę na dole. Żonę oszukiwał lat parę, wyjeżdżając na delegacje piętro niżej. Aż pewnej nocy, jak był na tej delegacji, kochanka go wysłała z kubłem śmieci.

Zsyp na szóstym był zatkany, poszedł na siódme, wywalił kubeł w pidżamce, stanął pod drzwiami i zadzwonił do własnego mieszkania. Otworzyła żona, spokojnie przeszedł do kuchni, otworzył szafkę pod zlewem i zobaczył pełny kubeł. Potem zemdlał. Potem się rozwiódł.

Mieszkania w blokach są nieszczęściem dla zdrajców.

No dobra, Misiu, nie jestem w dobrym stanie… Co ja chciałam powiedzieć?… Jak trzymam ręce w górze to mniej boli…

O tak, tak niedawno to wszystko, tańczyłam przed lustrem, spódnicę opuściłam na biodra, goły brzuch – ale wciągnęłam – gołe piersi – ręce podniesione – wyglądałam rewelacyjnie, kręciłam tymi biodrami, a ty, wydawało mi się, patrzysz z zachwytem. Boże… nie wytrzymam tego… z pierdolonym zachwytem – niski ton głosu – chodź już do mnie, nie męcz mnie tak… chodź już…

Taki seksowny ton faceta, któremu już stoi i który nie chce czekać… Bo oczywiście kocha i pożąda. A ja, idiotka, z tymi gołymi cyckami, z uśmiechem – czułam się tak pewnie, tak bezpiecznie… Nigdy tego nie robiłam… Nie śmiałabym wcześniej robić takich rzeczy…

No, może tatuś nie byłby zadowolony. Czy tatuś byłby zadowolony, że córeczka świeci gołymi cyckami przed obcym w końcu facetem?

Wtedy też były tańce… karnawał…

– Karnawał!- odkrywczo ktoś powiedział.

– To może u nas? – Ty przytuliłeś mnie w pasie. OK. Może u nas.

Po tym spotkaniu w naszym domu dostałam szału. Jeszcze oczywiście nic nie wiedziałam, ale jeśli gość w moim domu nie odzywa się do mnie przez siedem godzin, a jest osiem osób raptem, to czy myślałeś, że ja lego nie zauważę?

Tańczył ze mną cały czas, a kiedy poszłam odgrzać chińskie jedzenie, odwróciłam się – zobaczyłam o tu, w szybach, jak ona się podnosi i natychmiast podchodzi do niego, i jak on obejmuje ją- czekała na ten moment.

Boże, przecież nie będę idiotką. Przecież człowiek, z którym żyję, ma prawo tańczyć z kim chce, przecież nie będę robić awantury, przecież nie posiadam go na własność, przecież muszę zachowywać się godnie, przecież muszę zająć się sobą, a nie śledzić go, nie kontrolować, nie sprawdzać, nie pilnować!

Mieszałam żarcie – to nie jest miłość, pomyślałam. Przecież jesteś człowiekiem wolnym! Miłość to zaufanie do drugiej osoby – tak mówiłeś! Przecież wiem, że mnie nie zranisz. Przecież mówiłeś – wiem, na pewno wiem, że cię nigdy nie skrzywdzę. Będziemy żyli przez pięćdziesiąt sześć lal.

Ale jak weszłam z jedzeniem, to już siedziała pod kominkiem, jakby nigdy dupy z tamtego miejsca nie podniosła. Siedziała z tymi włosami jak glut.

A o drugiej w nocy: do widzenia, do widzenia, sralis mazgalis, jak było miło, naprawdę, do zobaczenia, ble ble ble… trzeba to koniecznie powtórzyć… Trzeba to koniecznie powtórzyć!!!

Szlag mnie trafił.

– Nie obrażaj mojej inteligencji – wrzeszczałam. – Wiem, że będziesz robił, co chcesz, ale nie życzę sobie widzieć jej więcej w moim domu!

– Ale dlaczego? To taka miła kobitka.

– Przecież nie będę cię kontrolować! Nie będę cię śledzić! Możesz robić co chcesz, to… Ale nigdy jej nie zapraszałam, zawsze przychodziła na doczepkę do towarzystwa, nigdy z mężem…

A ty:

– Och wiesz jak go praca wciąga… On nigdy nie ma czasu…

– Ale ja nie chcę jej więcej w moim domu! A ty nagle zrozumiałeś:

– Kochana, kochana, wiesz, że jesteś dla mnie najważniejsza, przysięgam ci, że nigdy już ona do tego domu nie wejdzie, chyba że zmienisz zdanie. To nie ona jest ważna, tylko ty, jak możesz w ogóle tak myśleć, przecież ty jesteś moja, tylko ty, już zawsze… Nie psuj lego, co jest między nami, kochana… Nie pamiętasz, że umówiliśmy się na pięćdziesiąt sześć lat?

Pamiętam…

To co to ja miałam zrobić?

A pamiętasz, jak kiedyś się obudziłam nad ranem i otworzyłam oczy. W sypialni już nie było ciemno i jeszcze nie było jasno. W tej szarości napotkałam twój wzrok i uśmiechnąłeś się do mnie.

– Patrzę na ciebie – powiedziałeś. – Jak śpisz. Żal mi czasu, kiedy jesteś obok… Patrzę na ciebie…

A teraz ja widzę rzeczy, które nie są…

Szklanka to nie jest szklanka, stół nie jest stół… co napisał Herbert o stole? To było ważne… Przypomnę sobie… Nie chcę sobie przypominać. Pieprzyć Herberta.

Nie wiem, dlaczego mam się w tym wszystkim babrać. Należy brać życie, takie jakie jest. Nie czepiaj się przeszłości – jest martwa. Cohen wylądował w klasztorze buddystów i żyje tam od dwóch lat. W prawdziwym poznaniu siebie tkwi wolność, miłość i niezależność – tak mówiłeś.

A ja mam nowe zmarszczki koło oczu… Mam nowe zmarszczki. Jaka szkoda. lulaj mi się takie coś zrobiło… Nie miałam tego. Skórka jak z Biurka. Chociaż właściwie mnie to gówno obchodzi. Prawdziwe dbanie o siebie nie polega na wklepywaniu kremów… Ale tutaj tego nie miałam. Mam nadzieję, że mi się nie zrobi taki małpi pyszczek, obwisłe policzki, zacięte usta – taki małpi pyszczek zdradzanych kobiet…

A może mi się zrobi. Nic mnie to nie obchodzi.

Ja? Ja mam paranoję?

Ostatki. Sratki. Telefon, ostatki! Oczywiście pójdziemy. Oczywiście, jakżeby inaczej.

Podjeżdżamy.

Czerwonego mercedesa nie ma. Oddycham.

Ale krótko, bo ona siedzi.

– O, niektórzy mężowie nawet w ostatki ciężko pracują- zauważył mój mąż.

– Ha, ha – Ola, co za imię, obłe jakieś Ooola, Ola się śmieje skrzekliwie – jak mężczyzna nie ma grubego między nogami… portfela, to co z niego za mężczyzna, ha, ha, ha.

No doprawdy, ha, ha, ha. Ale śmieszne. Boki zrywać.

Witamy, witamy. Drinki, soczki, sroczki, sałatki, złote myśli.

– Mąż powinien bardziej uważać na żonę.

– Albo żona na męża, ha, ha, ha – skrzekliwe. – Nigdy nic nie wiadomo.

Ano, nie wiadomo.

A propos, ktoś rzuca: A jedna pani, jak zastała męża z inną panią, to wykazała klasę i powiedziała spokojnie: „proszę się ubrać, zrobię kawę i czekam na państwa w salonie.” Zrobiła kawę, pomodliła się w duchu i dalej spokojnie: „Wydaje mi się, że powinniśmy o tym porozmawiać – tu zwróciła się do obcej – mam wrażenie, że obie jesteśmy oszukiwane.”

Mąż milczał jak grób, a panienka z akcentem warsiaskim powiedziała: „No to chiba niech pani mówi za siebie, no bo ja to wiedziałam, że jest żonaty”

No i co, no i co? No i pstro…

Pamiętasz, jak wszyscy oczekiwali końca tej historii? No i nic.

A ty na to:

– A bo głupi był. Ja to bym się podniósł i powiedział: „Kochanie, to nie ja”. Uwierzyłabyś prawda? Wszyscy gruchnęli śmiechem, najbardziej skrzeeząco Ola i mówi do mnie, specjalnie do mnie: – No i co, no i co?

A ja wtedy patrzę jej prosto w oczy i mówię:

– Zastaję swojego męża in flagranti i mówię do niego: cześć kochanie, zapłać pani, kolacja na stole. Towarzystwo: hi, hi, ha, ha…

Całkiem miły wieczór poza tym.

Ola rajstopki zdjęła, bo pękły, spódnica rozpięta po uda, uda krótkie, ale za to całe w popękanych naczyńkach i wisi na moim mężu znowu.

A on zadowolony. A j a nic.

Wracamy do domu, ja prowadzę, a ty mi nagle, kurwa, jakie ja mam prawo, żeby ludziom przykrości robić? Czy ona ci coś zrobiła?

Czy ona mi coś zrobiła?

Wchodzimy do domu, a ja nie wiem, gdzie ja jestem.

– Przecież to były żarty, a ty tak na poważnie. Poczucie humoru ci nawala. Takim tonem do niej.

– On do mnie tak mówi.

Szlag mnie trafił, wypadam z domu, rzucam się do samochodu, włączam silnik, dwójka huczy…

Za bardzo to się nie najeździłam, bo zaraz na głównej gliny stały i mnie zatrzymały. Wściekła byłam jak sto dwadzieścia.

– Dowód – mówi mi facet. Wyciągam dowód osobisty i podaję. Spojrzał na mnie dziwnie i warczy: – Rejestracyjny.

Podaję. – Od kiedy się jeździ na światłach? – warczy. Kurde, skąd ja mam to wiedzieć?

– Od kiedy założyli.

– Od pierwszego listopada – syczy – do pierwszego marca. A w dodatku jest noc, czy pani nie widzi, że pani nie ma świateł?

No i tu niestety przesadził. A skąd ja do cholery mam wiedzieć, że nie mam świateł, jak ja jestem w środku, a światła na zewnątrz?

Nawet mi mandatu nie dał…

Wróciłam do domu, czekałeś na mnie, czajnik szumiał.

– Co ty wyprawiasz? Wiesz, jak jest późno? – Ty wracasz przecież jeszcze później.

– Ale ja pracuję – mówisz. – Co się z tobą dzieje? No właśnie, skąd mam wiedzieć, jak jestem w środku?

Paranoja ciemnoniebieska z odcieniem…

OK, Misiu, pomyślałam. Nie jestem w dobrym stanie. Trzy psy w tym jedna suka z cieczką- no, wyobraź sobie, jaka to jest zabawa. Jeden, ten duży wilczur – w ogrodzie. W ogrodzie, to dużo powiedziane – śpiewa pod drzwiami wejściowymi, drzazgi lecą, beton wyświecony, odciągnąć go nie można, suka w przedsionku głównie zajęta zeżeraniem butów, bo się zapomniało wynieść parę razy, w przedpokoju Azor zanosi tęskne „daj dupci”, waląc łapami po terakocie.

Żeby wyjść z domu musisz odciągnąć Azora, wnieść buty do sionki – jeśli przypadkiem nie zapomniałaś ich wcześniej wynieść – ubrać się, suka kwiczy i stara się polizać cię po wszystkim, Kuba wali całym ciałem w drzwi wejściowe, przeczuwając otwarcie śluzy, ubierasz się szybko, walcząc z namolną suką. uchylasz drzwi – najpierw wsadzasz kolano, Kuba, mimo że waży czterdzieści pięć kilo, zamienia się w węża i na wysokości łydek próbuje się wcisnąć w szparę, z kolanem wysuniętym do przodu dajesz mu odpór, już w progu odwracasz się szybko i przekręcasz klucz w drzwiach do przedpokoju. Azor wariuje po stronie domu, Kuba wariuje po stronie ogrodu, zamykasz z hukiem drzwi, olbrzymie łapy depczą cię po stopach, owłosione cielsko ociera się o uda, napiera – a nuż…

Wsiadam do samochodu spocona, psiakrew, a szosa oblodzona…

Jak ona wchodziła do mojego domu?! Nie będę o tym myśleć.

Nie chcę o tym myśleć.

Dobrze. Więc… co ja chciałam powiedzieć… Her bata… Lubię herbatę. To najbardziej wykwintny trunek… Yunnan – ale musi być numer plantacji. I świeża. Parzona w szklance, cienkiej, przezroczystej, zalewana. Fusy podnoszą się do jednej trzeciej wysokości szklanki – och, masz więzienne upodobania – słyszę. Mam. Tak, taka herbata jest niezła… Ale nie śpię po niej…

Sen… Jeszcze czego…

Śniło mi się, że umieram.

Moje płuca są unieruchomione, nic nie mogę zrobić. Czarne koty wchodzą przez okno, oczywiście noc, zawsze mi się śni noc, ciemność, bagnista nieprzebrana ciemność, oddychające pulsujące bagno i ja bez oddechu. Ktoś do mnie podbiega i ciągnie do szpitala, który jest tuż- tuż. Po obu stronach drogi w bąbelkowym bagnie stoją lustra – idę bardzo wolno, prowadzona pod ręce, nie mam siły, ponieważ moje płuca nie pracują.

W każdym następnym lustrze jestem już inna, coraz bardziej blada, coraz szczuplejsza, oczy mam coraz większe i większe, a kości policzkowe coraz bardziej wyraziste, w ostatnim lustrze to już niemalże przebijają skórę. Fioletowe obwódki warg pęcznieją- ja wiem, że to koniec.

Sala operacyjna jest oświetlona małymi przytulnymi lampkami, zielone brydżowe sukna przykrywają chorych z otwartymi brzuchami, kolorowe półprzezroczystoczerwone jelita zwinięte w kłęby leżą. w zieleni tak naturalnie i beztrosko.

Nie mogę lam wejść. Tam są żywi, ja umieram. Muszę choć raz jeszcze odetchnąć, a duszę się i wiem, że to niemożliwe, i wiem, że po tym jednym jedynym maleńkim oddechu wszystko się zmieni – i nie mogę tego zrobić – a lekarze przywiązują mnie pasami do wózka na korytarzu.

Śmierć pojawia się nagle – i nagła jasność umysłu: jeden jedyny raz muszę wziąć sobie powietrze, żeby zdążyć powiedzieć – niech będzie tak jak chcesz – i mogę umrzeć. Niech się dzieje wola twoja.

I wtedy pasy na moment puszczają – zdążyłam. I umarłam. I wiedziałam, że umarłam. Że wszystko się skończyło. Ze wszystko trwa. Ze skoro wiem, to zaledwie początek.

Budzę się, siadam na łóżku. Serce wali jak oszalałe.

– Co robisz? – odwracasz się w moją stronę, półprzytomny, z czwartku na piątek przestępnego roku. – Miałam taki okropny sen, śniło mi się…

– Daj spokój, jest wpół do trzeciej, śpij, ja też mam prawo spać o tej porze.

No i co… no, masz prawo…

A jeszcze wtedy nie wiedziałam, że… Nic nie wiedziałam.

Nawet nie podejrzewałam, że… Niczego.

Nic. Przecież cały dzień ciężko pracowałeś, przecież nie mogłam wiedzieć, że wypagerowałeś ją, że była w moim domu, że rozkładała nogi w moim łóżku!!!

Owszem, jak wróciłam – byłeś lekko niespokojny: stłukłem cukiernicę, tam, cholera, taki bałagan! Pomyślałam głupia, że jest mu przykro, mój prezent imieninowy…

A w sobotę ten sąsiad.

– Dlaczego nie otwierałaś drzwi? – pyta. Mnie pyta.

– Kiedy? – ja pytam.

I jeszcze nic, jeszcze nie chwytam, jeszcze wiem, że to po prostu paranoja, nie rozumiem, o czym mówi.

– Byłem wczoraj – a ty, mój mąż, siny siedzisz i nic nie mówisz. – Byłem wczoraj – sąsiad tłumaczy – przyniosłem te książki, ale tylko czerwony mercedes stał pod bramą i nikt nie otwierał…

Ja robię herbatę dla siebie – taką jak lubię – dla nich kawę i nagle dociera do mnie, o co pyta: dlaczego nie otwierałam, a byłam cały dzień w pracowni – tylko ty byłeś w domu – i dalej nie rozumiem, co robił czerwony mercedes pod moim domem.

Niosę tę kawę i tę herbatę, patrzę na ciebie i widzę – wszystko widzę, wszystko wiem – ona jeździ tym pieprzonym mercedesem, jak jej mąż w delegacji, była tu, to ona była!!!

…przysięgam, że nigdy nie wejdzie do tego domu – kochana jesteś dla mnie najważniejsza…

Patrzę na lego swojego męża i nie wierzę, i pytam, idiotka, jeszcze pytam, jeszcze raz pytam:

– Ona była?

A sąsiad słodzi kawę, w nagłej ciszy tylko ta łyżeczka… a ty… a tobie twarz coraz bardziej sinieje. Mówisz do sąsiada:

– Musiałeś się pomylić, nikogo nie było. Słychać wysoki wrzask bażanta, martwieję.

– Może to była łada nie mercedes – zgadza się nagle sąsiad. – Muszę iść…

Nie dopita kawa zostaje na stole, on wychodzi, psy szczekają przy furtce… potem biegną wzdłuż płotu, stoję na ganku i patrzę na bezlistne drzewa możemy razem patrzeć jak rosną…

Jak możemy razem patrzeć jak rosną?

Tak zimno, tak strasznie zimno, wchodzę do środka, siadam obok ciebie, przerażonego męża – dosyć, dosyć – nie kłam, nie kłam!- a ty podnosisz się z fotela, potrącasz filiżankę, kawa ciemnym strumieniem cieknie po złotawej serwecie, po frędzelkach kap kap kap na dywan – będzie plama – nie kłam – teraz nie kłam!!!- a ty odwracasz się i krzyczysz:

– Owszem, pierdoliłem ją wczoraj na górze, w twoim pokoju, zadowolona jesteś?!

Bladoniebieski kolor mojej paranoi ciemnieje, to już czerń… i to nie paranoja, plama na dywanie robi się coraz ciemniejsza, więc to tak?

Tak… tak sobie… No proszę… Po prostu…

Tu jest ta plama, nie wiem, czy ta plama puści, od kawy tak trudno wywabić… Od kawy tak ciężko… od owoców leż…

Ale można wymoczyć w wodzie z chlorkiem… z białego materiału… z bawełny…

A z kolorowych letnią wodą mydlaną… tak się już nie mówi… Albo rozcieńczonym amoniakiem… a z jedwabiu?… jedwab jest delikatny… wódką, albo gorącym mlekiem… a kawę? Z dywanu…? I szum w uszach.

I świat lekko przechyla się na obie strony. I drzewa dotykają koronami ziemi.

I ziemia wznosi się ku górze i łagodnie opada. I niebo skłania się ku dołowi.

A ja stoję nieporuszona w centrum tego zamieszania.

Nie dziwię się niczemu.

Nie mogę powstrzymać ani ziemi, ani nieba. Usta puchną.

Bezwilgotny język i nie majak przełknąć śliny. Gardło zaciska się i hektolitry krwi w głowie.

Oczy bolą coraz bardziej.

Widzą coraz wyraźniej tę rzeczywistość, o jakiej nie mam pojęcia, jakiej jeszcze przed chwilą nie było, jakiej nie dostrzegałam, jakiej nie podejrzewałam o istnienie, a która teraz jawi się w całej okazałości i zagarnia miejsce tej innej, tej nieprawdziwej, gdzie wszystko miało swój czas i miejsce.

Nieprawdziwy czas i niewłaściwe miejsce.

I to jest tak lepkie, chłodne dłonie zaciśnięte w pięści opieram o policzki, niech nikt nie zauważy, co się dzieje, niech nikt nie widzi krwi przeciekającej przez zaciśnięte palce.

Dalej, patrz! Patrz, co się dzieje i pamiętaj! Przesuwa się ta nowa rzeczywistość na sprzęty – to już nie to łóżko, na którym…

– to inne łóżko, łóżko, na którym migotliwie mruga, jak światła na przejściu, jego wspomnienie nas dwóch, w nowym łóżku nie ma dla miejsca, takie było duże, a teraz takie maleńkie

– i okno, to inne okno

– i niebo w oknie obce, nieznane i nareszcie prawdziwe, żadnej bajki,

– a woda cieknie z kranu do niczyjej wanny, nie naszej, niby tej samej, a zupełnie innej

– i nasz pokój to nie nasz pokój, bez miejsca dla mnie – bo już zajęte, już splamione.

Nic nie mogę zrobić.

Tamta rzeczywistość była fałszywa.

I dom dziwny – za wysoki? Czy za niski? Nowy, inny, nie zauważyłam wcześniej, że rynna, że dach, że podmurówka nie moja?

Jakaż musiałam być głupia, żeby widzieć inne rzeczy, w miejsce łych, które są. Jakaż dziecinna.

Nic już nie jest.

Nawet moje psy zbrukane jej ręką chodź,

– chodź, śliczny piesek, nie ugryzie?

– Nie, ależ skąd, spokojnie Kuba, spokojnie, dobry pies, widzisz, pogłaszcz go.

– Co z psami?

Może chociaż kota nie było w domu, wtedy, wczoraj, a to mnie nie było w domu, a ty byłeś, ty byłeś i ona była w moim domu, nie moim już domu.

Ale to już nie ma żadnego znaczenia.

Zawsze tak było, to ja po prostu nic nie chciałam widzieć.

Nie chciałam wiedzieć.

Żyłam w wymyślonym świecie.

Umieram z miłości. Umieram z braku miłości. Dogorywam.

Dzień po dniu, noc po nocy. Każdy ranek jest zaskoczeniem. Jeszcze nie? Jeszcze jeden dzień?

Dzień, po którym znowu będę umierać, i noc, w której czai się śmierć?

Krokodyl siedział pod łóżkiem. Wciągnął mnie tam i krzyczałam, tak strasznie krzyczałam, a żaden głos się nie wydobywał. A ty, mamo, przechodziłaś mimo, widziałam twoje pończochy z brązowym szwem, prostym szwem od pięty aż tam, wysoko, ale wysoko nie widziałam, tylko łydkę widziałam i buty z obcasem, i spadła ci łyżeczka srebrna, krokodyl zamarł, aleja leż zamarłam i nie mogłam się ruszyć, i krzyczałam, krzyczałam bezgłośnie, ale ty się schyliłaś po łyżeczkę i nie spojrzałaś pod łóżko, gdzie on mnie trzymał i nie zauważyłaś mnie…

Dlaczego, mamo, mnie nie zauważyłaś i mnie nie uratowałaś?

Dlaczego mamusiu, nie możesz mnie teraz uratować?

No i jak zobaczyłam wtedy tę twoją sperloną potem twarz jak nagle błysnęło Boże to przecież prawda to wszystko była prawda a potem stoisz w Kuchni i krzyczysz:

– To jak piwo, wypija się poza domem i nie pamięta, to jak piwo, nie mogłem się oprzeć, wybacz mi, wybacz mi… ja wiem, że po twojej stronie jest prawda i miłość, a po tamtej ciemność i zguba…

I czuję, że ty nie chcesz tej jasności… mości… ości… Beznadziejność, dziejność, ność, noś, znoś… tamparampa pam…

Jak można być kochaną, jak się ma takie dłonie? Zawsze obgryzałam skórki. Całe życie trzymałam palce w ustach. Całe życie.

Nie wiem, może miałam dwadzieścia lat, może więcej, na „Płonącym wieżowcu”, nocny seans w Relaksie… całą paczką byliśmy. Tam jest taka scena jak po pracy, żeby nikt nie wiedział, w tajemnicy absolutnej, zostaje w biurze dwoje ludzi, żeby się kochać. Oczywiście nic nie wiedzą, że już się pali, kochają się, polem on otwiera drzwi i widać tylko płomienie, on mówi, że przebiegnie przez to, po pomoc, żeby się nie martwiła, owija się mokrymi ręcznikami i widać w zwolnionych klatkach filmu, jak biegnie przez płonący pokój, obija się o meble, kręci się w kółko, a potem wolno pada.

Ona zostaje w jeszcze nie tkniętym ogniem pomieszczeniu, coraz goręcej, wiadomo, że nie ma wyjścia, nie ma jak uciec… że zaraz TO po nią przyjdzie… – wtedy ugryzłam się tak bardzo w ten, o tutaj, że słodka krew mi spłynęła aż… Goił mi się potem przez trzy tygodnie i bolał…

A w ten mały palec to ty mnie ugryzłeś… jak byliśmy na Jurassic Park… Jak te drapieżne stworki goniły dzieci – chwyciłeś moją rękę, podniosłeś do góry i ugryzłeś mnie w mały palec… Aż krzyknęłam…

Żeby tak zasnąć i obudzić się za jakiś czas. Żeby już było po wszystkim.

Żebym nie musiała pamiętać. Żebym mogła normalnie żyć. Żeby już tak nie bolało.

Żeby się obudzić bez tego.

Może zasnę… Później zadzwonię… Teraz jestem w kokonie. A cisza tutaj taka… Nic się nie ma prawa wślizgnąć…

Zima była strasznie długa…

Jeden dzień był taki, że aż ściskało… szadź na wszystkim, aż się dziwiłam, że psy takie nie oszronione biegają… Słońce… Caluteńki świat pokryły cieniutką warstwą wiecznego szkliwa, każda gałązka, każdy centymetr ogrodzenia, dachu, rynny, drzewa…

Pomyśl o czym pogodnym i jasnym… o czymś dobrym… Wyobraź sobie, że masz pięć lat…

Jestem pięcioletnią dziewczynką, mam buciki, takie małe – dziecięce, spodnie w kratkę, od których połknęłam guzik, wyfroterowana podłoga, brązowo- żółty kilimek na tapczanie, mój brat w łóżeczku, malutki, moje buciki z zaokrąglonymi, pogrubionymi czubkami, palec w buzi, słońce w przedpokoju, dzwonek do drzwi, nie… nie – klucz, klucz w dolnym zamku, czyjeś ręce kroiły cebulę w kuchni, to było wczesne popołudnie, w drzwiach stanął ojciec, pogłaskał mnie po głowie i minął, stałam w tym przedpokoju taka malutka, taka odtrącona, a ojciec powiedział: „no co, Asiulek, zobaczymy co robi twój braciszek”, nachylił się nad łóżeczkiem, podniósł go, zza jego dużych pleców w ciemnej marynarce wysoko widziałam głowę swojego mniejszego, młodszego braciszka, plecy malały i zniknęli w kuchni, ja zostałam sama w tym jasnym przedpokoju, uchylonym: drzwiami pełzły od okna promienie, dużo złotego koloru… bez pleców, bez główki mojego brata:… – zostałam sama z klockiem w prawej ręce…

Co ma do tego wszystkiego ojciec?

Ojciec by mi powiedział, zawsze ci mówiłem, wszyscy mężczyźni to skurwysyny…

Spać, spać…

Nie myśleć o tym…

Nie, nie chcę, żeby tak było! Dlaczego mi to a biłeś? Nie zasłużyłam na to!

Z godnością.

Z godnością sobie wyobrażam, jak przestaję zachowywać się z godnością.

Mówię brzydkie wyrazy.

Klnę. Klnę na czym świat stoi.

Podjeżdżam pod jej dom, podkładam gwoździe pod każde koło pierdolonego, czerwonego mercedesa, na sztorc, po dwa gwoździe – z przodu i z tyłu, wszystko jedno czy ruszy na wstecznym, czy nie – szlag trafia wszystkie – takie fajne sześciocalowe gwoździe – Jezu, jaki cudowny dźwięk – pufff, mąż jest wspólny to i powietrze jest wspólne, a potem albo przedtem strzelam w pierwsze okno dobrze wyważonym kamieniem, jeb!… Aż mi się twarz rozjaśnia – złość, takie samo dobre uczucie jak każde inne.

Szybka z orgastycznym dźwiękiem ku ziemi, brzdęk, brzdęk. Wybiega zesrana ze strachu, tak samo jak wtedy, kiedy podjechałam pod jej dom – strach zmienia kobietę bardziej niż permanentny brak orgazmu. Szarawa twarz z dużym nosem, lekko pokrzywione grube kolana – o, taka to nie musi kucać do sikania, tak nisko skanalizowana – Jezu, jaka radość tak myśleć, więc wybiega z kupą między nogami – no może przesadzam? Ale przecież kiedyś w twoim towarzystwie skacząc żabką odwróciła się radośnie i zaskrzeczała:

– O, jak tak skaczę, to popuszczam – a ty się zrobiłeś zielony na twarzy – a ja nic nie wiedziałam, nie wiedziałam dlaczego, Boże, dlaczego to mnie spotkało, z taką kobietą?

Co za fascynujące uczucie wyobrazić- sobie, że popuszcza ze strachu na mój widok!

Ale kobiety takie jak ja nie myślą źle o innych. Ponieważ ten pierdolony świat jest cudowny, piękny i dobry. Trzeba tylko umieć to, kurwa, zauważać. Trzeba również nie zniżać się do pewnego poziomu. Bo to nie wypada. Jesteś lepsza niż inne. Niestety, bardzo mi to dobrze robi. Przykro mi tatusiu, przykro mi mamusiu, że okazałam się taką dziewczynką be. Ze mieliście inne wyobrażenia na mój temat. Przykro mi kochanie, że jesteś inna niż jesteś. Przykro mi, że z pełną satysfakcją widzę ja obsraną. Sprawia mi to niezwykłą przyjemność. Nie będę rezygnować z przyjemności. Już sobie wyobrażam, jak ta wymoczkowata, glutowata Marylin idzie do furtki, skrzeczący głos skrzeczy – a o co chodzi, a o co chodzi. I śmierdzi adrenaliną.

Cudowny zapach. Mam nadzieję, że to jej zostanie na zawsze.

Popuszczanie i śmierdzenie.

Co ja robię? Boże, ja nie chcę tak robić. To nie ja. Nie nakręcaj się. Nie warto. Dla kogo? To CO? O Boże, nie chcę tak myśleć, nie chcę tak myśleć, chcę myśleć o czymś przyjemnym, dobrym, tak nie jest na świecie… Po co to wszystko?

…Nie jest ważne to, co się dzieje dobrego…

Ale to, co teraz, pozwoli nam wzrosnąć – miłość wybacza…

…A te nasze brzozy I nasze pięćdziesiąt sześć lat? I że wiemy, co jest najważniejsze? i że nas to nie dotyczy… tyczy, tyczka, od łyczka do rzemyczka… łyczka… a skąd… belka raczej… Kolana lej glutowatej Monroe są rozłożyste i ciężkawe jak belka. Kostki zresztą też…

O, tu mam też bliznę… A ty pocałowałeś mnie w to kolano, potem wyszedłeś z wanny, zawsze zostawiasz mokre ślady na kafelkach, ścieka z ciebie dużo więcej wody niż ze mnie i mówiłeś, że mam świetne kolana, drugich takich na świecie…

Teraz pójdę spać. Nie będę o niczym myśleć. Położę się spokojnie, prawa ręka robi się ciężka. najpierw nabiera ciężkości dłoń i wszystkie palce, potem przedramię prawe, lewe, całe moje ciało jest bardzo zmęczone, układa się wygodnie, jestem bezpieczna i zasnę bez złości i bólu, mój umysł nie musi zajmować się niczym… chce wypocząć… chcę spać… tylko zadzwonię… gdzie ja miałam zadzwonić?

W gazecie pod paczką papierosów: „Dołącz do ludzi wolnych”…

Dobra, to zapalę sobie… Nie mogę spać.

Przy radiu wysłuchałaś walca, pierścionek obracałaś w palcach i nawet śmiałaś się w rozmowie, ale gdy wzrok mój cię zaskoczył… co… co czyni w bólu chory człowiek? Coś o ochrypłym szepcie i wspomnieniach, co kostnieją… Aha! Że ludziom w sercach zgasło, lecz mówią ciepło nam i jasno i bardzo kłamią, gdy się śmieją. Wiem, jak ułożyć rysy twarzy, by smutku nikt, nie zauważył… Nie, cholera, nie wiem. Daleko stąd i dawno temu… Już tylko prawdy o mnie szukaj. Pamiętam klamki mróz na czole… W sercu zawziętość jak mrowisko… To Szymborska powiedziała dawno temu…

A ty powiedziałeś, że… Że tamto jest nieważne… Ze teraz dopiero wiesz, co tak naprawdę czujesz… Ze nie chcesz, żebyśmy się rozstawali… To nie ma nic do rzeczy…

Muszę o siebie zadbać. Jak się dba o siebie? Podszedłeś do mnie i dotknąłeś moich włosów… Bolało…

Powiedziałeś: – Wszystko będzie dobrze, kochana, zobaczysz… – tak przesunąłeś mi ręką po głowie…

Nic me rozumiesz…

Nie rozumiesz, że każdy dotyk rani tak bardzo, że umierasz godzinami, ściągnięta skóra jak niepotrzebny worek leży obok, a twoje śliskie odkryte ciało, nie chronione ciało, krwawi i gdziekolwiek się ruszasz, zostawiasz krwawe ślady? Boisz się położyć w tym samym łóżku, bo prześcieradło parzy i… i każdy dotyk tak boli, tak boli, tak boli… i czujesz jak klatka, w którą zostałaś wepchnięta maleje, jak nie będziesz mogła oddychać za moment, za chwilę, za parę dni…

Jak mogłeś powiedzieć, że ona nie ma znaczenia?! Że tak naprawdę kochasz tylko mnie i jednocześnie jak mogłeś pieprzyć się z nią rano, a ze mną kochać wieczorem? To obrzydliwe! To nie tak miało być! Bo ona była chętna…

Brrr. Potem jak sąsiad wyszedł, klęczałeś przy mnie, krzyczałeś:

Patrz mi w oczy! Ja nie kłamię ~ Tamto jest nieważne, to tylko piwo, to nie ma z nami żadnego związku… Asieńko, uwierz mi… zresztą ja jej mówiłem, że kocham tylko ciebie… Ona po prostu jest nieszczęśliwa… była w rozsypce, do dziś się nie może pozbierać… jej mąż też…

– A gówno mnie obchodzi jej mąż!!! To idź do niej, jak taka biedna!!!

– Przecież taka fizyczna zdrada nie ma żadnego znaczenia… Może to po to, żebyśmy zobaczyli, co jest naprawdę ważne…

Tak mówisz… trzeba ocalić to, co najważniejsze Dlaczego ci smutno, zobacz, mamy wszystko czego nam trzeba – będziemy razem patrzeć jak rosną… tak bardzo cię kocham…

Znowu… A któregoś dnia powiedziałeś, że jedziesz do banku i zaraz wracasz… Dzień był taki śliczny, zaczęła się wiosna, o dziewiątej zero trzy, a rano, wychodząc, przytuliłeś mnie – jeszcze spałam, powiedziałeś „kocham cię, wiem, że cię kocham”, a potem wybiła dwunasta i mi ręce zaczęły o tak…

Spotkał się z nią znowu?

Nie będę tego wiedzieć, może nie, a może tak… tak bardzo boli, że wydaje mi się, że nie wytrzymam… niech ktoś mi pomoże… niech mi ktoś pomoże… dlaczego nie mogę już w nic wierzyć…

Coś miałam zrobić… A… miałam rzucić palenie… Prawie byłam gotowa… Przecież w takim momencie… Cholerna zapalniczka… były tu gdzieś zapałki… „Odsłoń prawdziwą siebie.”

Pamiętasz jak zapylałeś, czy także robię ci na złość paląc ostatniego papierosa wieczorem?

A ja się zdziwiłam – zawsze palę wieczorem… i rano, i w południe… Także?… A ty, że znasz taką, co paliła wieczorem na złość mężowi… żeby się do niej nie zbliżał…

Kto palił wieczorem, żeby się mąż nie zbliżał?

Zawsze umiałam się rozstawać. Zawsze to znaczy dwa razy. Niszczycielsko, na zawsze, spalić mosty – nie ma powrotu. Wtedy można zacząć na nowo żyć. I co ty mówiłeś?

Że rozstanie oparte na złości nie jest prawdziwym rozstaniem. Ze będzie się ciągnęło przez lala, dopóki nie zobaczę, że tak naprawdę inaczej nie umiałam tego przyjąć.

Pamiętam, jak rozstawałam się z M. Nie chcę ciebie, nie chcę ciebie – krzyczałam. – Nie dotykaj mnie! Nie kocham ciebie, zdradziłam ciebie! Każdy jest lepszy niż ty – zranić, skłamać, żeby zranić, zranić coraz bardziej, coraz mocniej, żeby umarł, lepsza jest śmierć niż rozstanie, żeby się odwrócił i poszedł z nienawiścią w sercu, a wtedy jakoś to zniosę, że go nie ma.

A potem śniło mi się, że stoimy razem w windzie, on chce wyjść, otwierają się drzwi nad przyciskami napis „legia huj”, przez samo h oczywiście, a ja klękam u jego stóp i błagam, żeby nie odchodził, żeby mnie nie porzucał…

O Jezu, obudziłam się czerwona ze wstydu, że we śnie mi przychodzą na myśl takie głupoty. W życiu! Ja?

Czy teraz bym powiedziała – chcę ciebie, chcę żebyś mnie kochał, bo kocham ciebie, dotykaj mnie, nie opuszczaj mnie, jesteś jedyny i najważniejszy?

A w podróż poślubną do Tunezji… Piękny kraj…

Podobno… Bo udało nam się ze trzy razy opuścić hotel – to i tak był sukces!

Stażowej ichniej, takiej czarnej roześmianej dziewczynie, tłumaczyłeś kiedyś osiem razy w ciągu dnia:

– In an hour, please, in an hour…

Dziewczyna bystra, po trzech dniach weszła w układ z restauracją- jak zdarzyło nam się schodzić na krewetki, kocham krewetki, to dzwonili do niej, że pokój wolny, żeby mogła wejść posprzątać…

Wieczorem to owszem, na chwilę wychodziliśmy… Popatrzeć na wszechświat… Był taki kompletny…

A pamiętasz, jak wyjechaliśmy i było duszno, i gorąco było w tym samochodzie, a przed nami tysiąc dwieście kilometrów, i obcy arabski kraj, i tylko co pięć kilometrów zakręt w lewo, pięć kilometrów zakręt w prawo, i znowu pięć kilometrów zakręt… i nic poza tym, nic, tylko szosa drżała i podnosiła się czasami ponad horyzont, i rozmywała, i nadeszła nagle i niespodziewanie noc, i jechaliśmy tą nocą, a niebo było coraz bliżej i bliżej, zgasiłeś światła, i zrobiło się uroczyście, pustynia wisiała nad nami i stapiała z niebem, moja dłoń na drążku biegów, a twoja na mojej – tak jechaliśmy te tysiąc dwieście kilometrów i milczeliśmy wtedy, bo święto koło nas się zrobiło, myśmy byli świętem, i mówiłeś, mów do mnie, mów do mnie, lubię cię słuchać, a ja mówiłam głupstwa, a każde słowo stawało się… bo było do ciebie.

A potem mówiłeś – zaśnij, jesteś zmęczona, zbudzę cię przed wschodem słońca, to razem będziemy patrzeć, śpij, nie bój się, ale ja się nie bałam, żal mi było spać, kiedy byłeś blisko i kiedy nawet nic, tylko twoja ręka na mojej, i każda komórka mojego ciała słyszała ciebie, widziała ciebie, czuła ciebie, i to szło od dłoni, przez łokieć do ramienia i tam rozlewało się do drugiej ręki, brzucha i nóg, i miękło pod kolanami, i mówiłeś, śpij

– a ja czułam wilgoć na udach, twój głos zawsze mi tak robił, nawet jak dzwoniłeś z Hamburga i siedziałam wtłoczona w kąt pokoju, żeby mieć na własność słuchawkę z twoim głosem, i żeby nawet przypadkiem nikt jej nie zauważył, bo była moją świętością i też wtedy wstawałam i mokro między nogami

– i jak drugi raz zadzwoniłeś, żeby mi powiedzieć, że to była najdroższa nasza rozmowa, bo w międzyczasie policja zabrała twój samochód na specjalny parking, i żeby mi powiedzieć, że to było warte usłyszenia mojego głosu – to też

– i przed świtem musiałam niechcący zasnąć, bo obudziłam się z twoimi ustami na policzku, niebo zajaśniało, samochód stał na urwisku, w dole Morze Śródziemne i szepnąłeś patrz, nasze słońce

– i dotknąłeś mojego uda, a ja przecież od zawsze byłam gotowa na ciebie i wszedłeś we mnie, i natychmiast stawałam się

– i uda zaczynały drżeć, i czułam własne naprężone mięśnie, które oplatają mnie dookoła wyżej bioder, tak je czułam, jakby obce były, jakbym sznurami była związana, a za chwilę rozcinałeś te sznury na drobne kawałeczki i każdy z nich smagał mnie centymetr po centymetrze, aż dochodził do środka i tam pękał węzeł, a słońce wschodziło nad twoim ramieniem pomarańczowe od razu, złociste, bezchmurne, złoto na niebieskim i złotem się rozsypywałeś we mnie, a ja jęczałam z tęsknoty pod tobą, z tobą w absolutnej jedności i patrzyłeś mi w oczy wtedy

– patrz na mnie, mówiłeś, moja kochana, patrz, chcę widzieć twoje oczy. jesteś moja i ja jestem twój, mówiłeś, tak długo czekałem na ciebie, mówiłeś

– a ja drżałam coraz mocniej i każde twoje słowo dopełniało złoto we mnie

– a potem całowałeś mnie i znowu sznury napinały się i moja skóra wychodziła na spotkanie twoich dłoni, a słońce było coraz wyżej…

Wschody słońca to była nasza pieczęć i tajemnica, i przysięga, i że tak już zawsze, na zawsze, od zawsze.

A jeszcze dużo przedtem ty z niezachwianą pewnością:

– Wiem, że będziesz moja, mówiłeś, wiem, że czekasz, żebym cię całował, tak jak nikt nigdy cię nie całował, i kochał się z tobą. tak jak nigdy nie byłaś kochana, opowiem ci. co z tobą zrobię mówiłeś – a ja musiałam słuchać, policzki mnie paliły, nikt tak do mnie nigdy nie mówił, ani w książce nie czytałam, ani nawet na filmie nie, i słuchałam jak mówisz o naszym przyszłym kochaniu,

i dotknąłeś mnie po raz pierwszy, dotknąłeś mojego ramienia wskazującym palcem

wypaliłeś znak? piętno?

szkarłatną literę?

opieczętowałeś mnie tym palcem

i on wszedł do środka przez moje ramię, i dotknął moich kości, bo moje ciało rozstąpiło się po raz pierwszy wtedy pod twoim dotykiem, i myślałam o tym tylko, że chcę być tak dotykana, a potem mogę umrzeć nawet, ale nie przedtem, nie teraz, nie zanim…

Patrzę teraz w lustro, ale nie ma śladu już…

Pierwszy raz się kochaliśmy…

A graliśmy przedtem w tenisa, udawałeś, że moje loby są znakomite i specjalnie to robię, a kiedy udało mi się zasmeczować niechcący w drugi koniec kortu i nie miałeś szans dobiec – to uśmiechały ci się oczy z zadowolenia, że mi się udało…

Jak wracaliśmy z tenisa, to wtedy pierwszy raz… Już wysiadałam z samochodu, a byłam w czerwonych skarpetkach – kto gra w tenisa w czerwonych skarpetkach? – i wyjmowałeś moją torbę, i wyciągnęłam rękę, a ty powiedziałeś:

– Nie.

I ja też zrozumiałam, że mówisz „nie” naszemu rozstaniu i powiedziałam „dobrze” i wsiedliśmy z powrotem do samochodu i pojechaliśmy do twojego domu. był pusty i kurz na stole nawet, i nic nie mówiliśmy, i otworzyłeś drzwi, i ja weszłam, i zamknąłeś za nami drzwi, i po raz pierwszy poczułam, jak może strasznie się zmienić ciało mężczyzny od mojej bliskości…

Twoje uda dotykały moich, a brzuch jak skała, i nogi stały mocno na ziemi, byłeś opoką, żelazem, trwałością i pewnością, i delikatnie wziąłeś moją twarz w swoje mocne dłonie i powiedziałeś:

– Kocham cię.

A po moich udach spływała niteczkami obietnica rozkoszy i miałam czerwone grube skarpety, i ich nie zdjęłam, aż musiałam iść pod prysznic i do domu, i ty też nie zdjąłeś swoich białych, i potem napisałeś do mnie z Austrii:

Uwielbiam nasz kraj za barwy na fladze, i Monako za to samo. i tylko nie wiem. który bardziej, bo Monako ma czerwień na górze, jesteś moją Polską i moim Monako już na zawsze, pamiętaj…

I pamiętałam…

Pociąg, pociąg pamiętam. Ze ojciec wychodzi, żeby kupić coś do picia, chyba jestem mała, bo stoję na grzejniku, trzymam się uchylonego okna. dworzec duży – Wrocław albo co – odczepiali lokomotywę, żeby ją przyczepić z drugiej strony, mieliśmy może z piętnaście minut postoju, ojciec powiedział, że idzie, a ja zamarłam przy tej szybie…

Na peronie była taka mała fontanienka, nad którą nachylali się ludzie i pili wodę… Dużo spieszących się ludzi… i pociąg szarpnął – myślałam, że już ruszamy, a ojca nie było… zdrętwiałam z przerażenia, że już go nigdy nie zobaczę… ale to tylko doczepiali tę lokomotywę… i aż mnie teraz ciarki przechodzą na wspomnienie tego strachu…

To nie ma nic do rzeczy…

A ty mówisz – zapomnij o tym, tamto nieważne, takie rzeczy się zdarzają… Piwo… Nie komplikuj… Słyszałam to już…

No. innym się zdarzają, ale nie nam! Czyli można? Taki syndrom espeka? Wymyśliłyśmy ten nowy psychologiczny termin razem z Ewą, dawno, dawno temu – jadąc do Muszyny. Pociąg osobowy – szesnaście godzin, w oknie wagonu – tłok trudny do wyobrażenia, Jurek, kolega z Krakowa, machnął nam przez tłum – dawajcie bagaże, trzymam miejsca… Pociąg odchodził z Głównego – który już wtedy dogorywał, ale jeszcze dawali piwo karmelkowe z beczek, pyszne, słodziutkie, kufelek kosztował pięć złotych…

W przedziale oprócz nas sześciu Rosjan, jedna Rosjanka i my, we trójkę…

Koło Radomia Jurek już był mocno zaangażowany z Rosjanką, między Radomiem a Kielcami zaszło słońce, uwielbiam zachody słońca w pociągu, są takie bardziej namacalne, żywe, my z Ewą na korytarzu, nosy rozpłaszczone na szybach, patrzyłyśmy jak ono odjeżdża, jak niebo niebieścieje, potem szarzeje, gdzieniegdzie wychodzą zielone smugi, najpierw złoto, potem pomarańcz, potem agresywna czerwień, granat, na zakrętach iskry parowozu – zadośćuczynienie za odchodzące światło…

Stukot pociągu miarowiał, usenniał, rozmowy cichły, wracałyśmy z Ewą do naszego przedziału całe w przeświadczeniu, że oto dotknęłyśmy wiecznej Tajemnicy. Nieznanego, może Boga – a w przedziale – no właśnie… taki espeka.

Rosjanie chrrrr… Świszczące oddechy, nogi na siedzeniach, woń skarpet…

Twarzy Jurka i tej Rosjanki ani śladu… Kurtka, którą byli przykryci zaczęła falować, a Ewa wbija mi łokieć pod żebro:

– Patrz co oni robią!

W gasnącym półmroku widziałam pęczniejące dżinsy tej dziewczyny, rozchyliła nogi, a ręka Jurka wsuwała się w jej spodnie…

Czy tak się rodzi miłość? Sto ileś kilometrów temu jeszcze się nie znali? Zafascynowana śledzę jego dłonie, kurtka wybrzusza się na wysokości jej piersi… lekkie rzężenie śpiących i nowy dźwięk… nie umiem go nazwać… nowy… inny…

– Ale dziwka – wyszeptała z niekłamanym podziwem Ewka.

Rosjanie wysiadali w Krakowie, Jurek podawał bagaże przez okno, dziewczyna podała mu rękę – powiedział coś po rosyjsku, ona zawisła na szybie – Jurek podciągnął ją za ręce, pocałował ją w usta i opuścił, pociąg ruszył, stał w oknie i machał, a ja zapytałam:

– No i co Romeo, będziesz miał swoją Julię w Rosji, nieźle się składa?

Spojrzał na mnie jak na idiotkę i powiedział:

– Zwariowałaś, miła podróż, miła dziewczyna, przecież sobie nie będziemy psuli miłych chwil dalszą, znajomością… Nie ma co komplikować.

Wtedy właśnie na korytarzu ukułyśmy termin „syndrom przedziału kolejowego”. Espeka…

No właśnie… Nie ma co komplikować… A czyja komplikuję?

Jest noc i kalekie drzewa stoją w oknie i zamykam oczy, jest jeszcze gorzej, nie ma nikogo, twój oddech spokojny i miarowy, nie ma przy mnie nikogo. Boże…

Ciemna ulica oświetlona z rzadka latarniami gazowymi, wąska wybrukowana kocimi łbami, ciemne niskie okienka, tuż przy ziemi, przed domami na ławeczkach starcy.

Pomarszczeni, mali, zgarbieni, tak pokurczeni, że ich brody dotykają brzuchów, z wysuszonymi, żylastymi twarzami i rękami, głęboko wpadnięte wyblakłe oczy.

Środkiem ulicy, jakby to nie była noc, przechadzają się młode dziewczyny. Wszystkie mają odsłonięte szyje – włosy wysoko upięte w końskie ogony. Coś im się może stać, coś złego, patrzę na nie i wiem, że są o krok od… od czegoś, co ma związek z ich włosami i odsłoniętymi szyjami, ja mam krótsze włosy, opadają na kark, ale jeszcze nie mogę ich związać w porządny koński ogon.

Dlatego jestem bezpieczna.

Ale uliczka robi się coraz bardziej stroma, z góry. znikąd schodzi mgła. wszystko jest nią lekko spowite, dziewczyny i starcy.

Chcę je przestrzec przed czymś, co nadchodzi, ale nie mogę wydobyć głosu.

Przechadzają się teraz dużo wolniej, na szyi każdej z nich wykwita półprzeźroczysty zwiększający się balonik. Poruszają się z coraz większym trudem, mijam je, a one zaczynają upadać. Baloniki zwiększają się – przez pergaminową biel widać maleńkie, ale rosnące płody. Dziewczyny bledną coraz bardziej, w tym samym momencie staruszkowie na ławeczkach prostują się, ich przezroczyste twarze nabierają rumieńców, oczy wychodzą z głębi czaszki i już są pod powiekami, do rąk napływa krew i wymięte żyły nabrzmiewają, prężnieją. a oni powoli się podnoszą.

Na kocich łbach jest coraz więcej dziewczyn, ale przecież ja jestem bezpieczna, mam szyję zasłoniętą włosami.

Ławeczki pustoszeją, starutcy ludzie jak sztuczne lale przechadzają się między trupami dziewcząt. Budzę się zlana potem.

Budzę ciebie.

– Taki miałam straszny sen – drżę – najgorsze że wiedziałam, że dzieje się coś strasznego, a byłam bezpieczna – poduszka jest miękka, zasłony w oknach zaciągnięte, nie przepuszczają nic.

– Bezpieczna? – mówisz, ale to nie jest uspokajający ton. to jest obcy głos i drwiące pytanie, i śmiech, okropny szalony śmiech – zobacz sama. co tam masz – odsuwam się od ciebie, przesuwam ręką po szyi. wyczuwam coś gąbczastego, coś, co szybko rośnie, coś, czego nie mogę już oderwać od skóry, a ty śmiejesz się coraz bardziej i bardziej.

I znowu leżę w ciemnościach, nie mogę nawet sprawdzić, czy moja szyja gładka, może już naprawdę się obudziłam, może już to obudzenie mi się nie śni, ale leżę i leżę, i wstaję rano, nie ma jeszcze szóstej, siedzę przy pustym stole, aż słyszę szum wody w łazience, wstałeś, i zaczynam robić śniadanie.

Nigdy już nie będzie tak jak kiedyś… Nie będę o tym myśleć…

Śniadanie na stole i ser biały, i masło, i dżem, i ser taki zielony gnilny, jak lubisz…

I robię herbatę dla siebie, i już nie mówisz „dlaczego taka mocna”, i kawę niosę, dla ciebie tę kawę, a ty już w drzwiach – gotów do wyjścia…

Tak wcześnie?

A za szybą traw a przy duszona po zimie, zmięta i brudnawa.

– Nie napijesz się nawet kawy? – Pytam i nie chcę, żeby to brzmiało żałośnie, ale to tak brzmi, bo zdejmujesz swój- mój ulubiony długi płaszcz i odkładasz na krzesło.

– Skoro zrobiłaś… – Mówisz, i szybko się poprawiasz. – Z przyjemnością.

Ale nie jesz, pijesz gorącą, kawę szybko, patrzysz na mnie i się spieszysz, i widzę to, i starasz się, żebym nie widziała, że się spieszysz, aleja widzę, smaruję chleb, odkładam kromkę.

– Nie jesz?

– Przegryzłem coś wcześniej – mówisz. – dobra kaw a – mówisz,

– wrócę przed trzecią- mówisz, – na pewno – mówisz,

– kupić coś – mówisz,

– muszę już iść – mówisz,

– powinienem jeszcze zatankować – mówisz. – dziękuję – mówisz.

I całujesz mnie w policzek.

Zostaję sama nad posmarowaną kromką i biały ser na stole, i herbata moja jeszcze gorąca, i słyszę szum silnika, i trzaska brama, i odjeżdżasz.

Widzę jak jedziesz, a twoja ręka na biegach gołych, bez mojej dłoni, i w prawo, i prosto, i stacja benzynowa, i skręcasz, i stop, i benzyna, i płacisz, a za chwilę jej ulica – i jedynka, i dwójka, i już setka na liczniku, mijasz jej ulicę po drodze…

Zwalniasz? I migacz… prawy migacz… Po drodze…

Nikt się nie dowie, ja nie będę wiedziała… Chociaż ona nieważna… jak piwo… a ty w tajemnicy przed jej dom… Czy tak to wygląda?

Dlatego tak wcześnie? Dlatego kawa nie dopita?

Dlatego śniadanie przede mną i nikogo, i pusty pozimowy ogród za oknem…

Śniadanie przede mną i nikogo. I lato w pełni.

I Ula staje w drzwiach z kubkiem kawy rozpuszczalnej i mleczka, i ja się szybko podrywam, kroimy chleb, zjemy śniadanie, bo wyjechałeś i jej mąż wyjechał, i takich trzech jak nas dwie, to nie ma ani jednej, i za chwilę siedzimy przy stole.

A trawa taka zielona podchodzi pod drzwi same i kwitną dalie – moje prawie fioletowe, i dalej za siatką jej bladoróżowe piękne, i osy próbują nam towarzyszyć, więc dżem stawiam na oknie, i tak dobrze jakoś, tak na miejscu wszystko.

I przynoszę przyprawę do indyków i mówię:

– Nasyp na biały ser, to wspaniały smak. kiedyś… – i przeszłość staje białym serem – kiedyś to codziennie robiłam na śniadanie miszmasze…

– A co to? – Pyta Ula i smaruje chleb.

– Takie serki ze wszystkim, no na przykład z rybką albo papryką, albo…

– Ach, ja też!- Woła Ula.

I jemy te kanapki z serem białym i przyprawą do indyka.

– Albo na przykład wrzucałam do takiego twarożku takie zielone zioło – rozmarzam się. Kolorowe granulki na białym serze. Celebrujemy śniadanie.

– Jakie zioło? – Ula kroi w plasterki śliwkę i nakłada na biały ser.

– Takie, co rośnie – mówię i zagryzam. – Ach. majeranek – woła Ula.

I dalej jemy serek biały, a Ula jeszcze kroi winogrona na ten ser z przyprawą do indyka, a potem zatrzymuje kanapkę w drodze do ust i odkłada, i mówi:

– Ty, co ty? Każde zioło rośnie. Zioła są rosnące. – Aha – przytakuję – rosnące i wiszące.

– No – mówi Ula – ale wiszące są wskutek! Dalej jemy kanapki.

Słońce.

Trawa. Kot. Psy. Dzwonek. Kogo niesie o tej porze nam tu?

A to przed furtką pan. Samochód z napisem „Interflora”. Dwanaście róż ten pan ma.

Stoi przed furtką z dwunastoma różami i róże pachną, i znowu bicz pod kolanami – jakże mogłam nie pamiętać, że dziś dwunasty i wszystko jedno gdzie jesteś, zawsze dwunastego dwanaście róż. Ten tenis to dwunasty i moje czerwone skarpety, i twoje białe… A Ulaśka patrzy i mówi:

– Kwiaty dzielą, się na rosnące i z miłości. Z miłości są wskutek.

A pierwszy raz dostałam te róże, takie róże… Było tak strasznie gorąco, ale prześcieradło musiałam mieć obok zwinięte, a ty na moich plecach gorący, ale nie szkodzi, tak ma być. A jak mi zabrakło ciebie, to obudziłam się i nie otwierając oczu zawołałam twoim imieniem, i chłód taki się zrobił na moich piersiach, i twoje usta na mnie, na udzie, i otworzyłam oczy, i patrzyły na mnie róże z miłości.

Trzymałeś je całą noc w lodówce, żeby nie zwiędły i żebym ich wcześniej nie znalazła…

Wyciągnęłam po ciebie ręce, a ty przesuwałeś usta coraz wyżej i wtuliłeś głowę w moje piersi… a róże obok, i ja pytam:

– Dlaczego? A ty mówisz:

– Nie pamiętasz, przecież dzisiaj dwunasty! – Dwunasty? Jak to?

– Dwunastego miałaś na sobie czerwone skarpety. Nie pamiętasz. – Ale zawód w twoim głosie to za chwilę radość. – Będę ci zawsze tak przypominał…

Ile dostałam tych róż?

Co miesiąc dwanaście, przez ile lat? Trzy, pięć?

Pięćset? Osiemset?

Sto czterdzieści cztery co roku. dwanaście tuzinów rocznie?

Ile ich dostałam, zanim pewnego dnia ich nie dostałam?

Kiedy nie dostałam ich pierwszy raz? Dlaczego nie pamiętam?

Czy tamtej też kupiłeś kwiaty? Czy tamtej też kupowałeś kwiaty? Gdzie jesteś?

Gdzie pojechałeś tak szybko? Tak rano?

Może jak zwykle, ale nie pamiętam, może się zawsze spieszyłeś, ale wiedziałam wtedy, że do pracy, że na spotkanie ważne, że gdziekolwiek, że nic przeciwko mnie…

I Wchodzisz do jej domu? Wchodziłeś do jej domu…

I mówisz, że tamto nieważne, ale widzę ten migacz, prawy migacz…

A jeśli spotkasz ją przypadkiem? Przypadkiem?

A przede mną twój ulubiony rokpol, pleśniejący, zielonkawy… i ściana biała…

Mówiłam, żeby zagipsować te dziurki… Plamki ma ściana…

Grzyb?… Mykotoksyny, które powstają w procesie przemiany materii grzyba to jedna z najsilniejszych trucizn pochodzenia roślinnego…

Pleśniowe trują powoli… ale skutecznie… Aspergilluś czyli kropidlak jest zielonkawy… Nie. To światło tak pada…

Błękitnozielony jest pędzlak – penicillium… Trzeba sprzątać po śniadaniu…

Obejmujesz mnie którejś nocy i przytulasz… Mówisz – jesteś taka znajoma, taka swoja, taka moja… Każda komórka mojego ciała krzyczy – jestem dla ciebie… A nie mogę nawet płakać… Nie wiem, nie wiem, co powinnam zrobić, nie wiem, gdzie się kończę ja, a zaczynasz ty… Nie mogę się już bezpiecznie przytulić, bo może myślisz o tamtej, może sobie wyobrażasz, że to z tamtą, może cały czas kłamiesz, a ja i tak nie wiem o tym… I nie będę wiedziała… I tak przez następne pięćdziesiąt sześć lat?

Jeszcze kot. Leży i liże. Liże i leży.

Fruwają kłaki. Rozkłada tylne nogi, zarzuca je sobie za głowę, wchodzisz do pokoju, podnosi głowę, bystro świecą okrągłe żółtawe oczy, łapy, rozłożone łapy ani drgną.

Trzeba się zająć tym, co jest w tej chwili. Normalnym życiem.

Ale już powinieneś być.

Dzwoniłeś przed wyjściem z pracy, że już jedziesz. Opowiadasz się z każdego kroku.

Dlaczego? Nie chcesz, żebym podejrzewała. Ze jesteś gdzie indziej.

Ze spotykasz się z nią. Ze dzwonisz do niej. Bo jej mąż wyjechał. Żebym nie wiedziała. Żebym czuła się bezpieczna.

Dzwoniłeś już dawno temu.

W tym czasie mogłeś zrobić czterdzieści kilometrów, jadąc z prędkością, sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Mogłeś tu dojechać i wrócić z powrotem do pracy w tym czasie, z tą prędkością.

A jeździsz dużo, dużo szybciej. Jeśli byłeś w pracy.

Jeśli dzwoniłeś z pracy.

Ale oczywiście mogło ci coś nawalić w samochodzie.

Koło. Albo mogą być korki. Albo wypadek na drodze.

Wtedy przewężenie takie, pełno policji. I nagie nogi spod czarnego worka, obok, na jezdni. Bez butów. Buty spadają, jak człowieka zabija samochód. Nie wiadomo dlaczego. I wtedy mierzą i obliczają. Ruch na tej stronie szosy zamknięty. Wszyscy muszą czekać. I policjant kieruje ruchem. I wtedy opóźnienie.

Cokolwiek. Wszystko. Tyk, tyk. tyk. tyk. tyk. tyk. tyk. tyk. tyk. tyk…

Kiedy nie wrócił na noc kot? Kiedy nie wrócił kot?

– Marzec, przecież to marzec, wróci niedługo, zobaczysz…

Wrócił i siedział w szafie cały dzień, a w nocy znowu miauczał na parapecie, żeby go wypuścić. Otwierałam okno i wypuszczałam go w ciemność. Przychodził co drugi, trzeci dzień.

Wylewałam zsiadłe mleko z miski i nalewałam świeże.

Potem zobaczyłam go u sąsiadów – mieli uroczą białą kotkę.

A potem nawet do nich przestał przychodzić. Nie kupowałam już jedzenia dla kota.

– Trzeba zrobić coś z tą suką. Nie trzyma się w domu psów i suki, jeśli się nie zamierza mieć hodowli psów.

Pewnego dnia przyjechali po nią. Młode, sympatyczne małżeństwo. Kochające się małżeństwo. Jeszcze nic za nimi, jeszcze wszystko przed nimi. Bo bardzo chcą mieć takiego psa. Będą dla niej dobrzy. Na pewno. W dobre ręce oddam roczną sukę…

A ty mi mówisz, zupełnie jak przedtem, że tylko mnie kochasz, że razem musimy wytrwać, że całe życie, że już wiesz, co jest naprawdę, że tę prawdę w końcu rozpoznaje się bezbłędnie – nikt nie jest w stanie pomylić jej z niczym innym – to jest takie światło prosto z twojego wnętrza, które wie, które nigdy nie zgaśnie, które jest wieczne, z twojego najbardziej wewnętrznego dobrego kawałka ciebie – każdego – robi się takie miękkie i puszyste, okrągleje i wypuszcza czułki – tędy i jak to raz zobaczysz, to już nigdy nie zapomnisz, co jest ważne…

Co się z nami porobiło…?

Wczoraj odwoziłeś mnie do dentysty, po drodze…

I tak mało czasu spędzamy ze sobą ostatnio – mówiłeś,

i – poczekam na ciebie – mówiłeś – i tak mam coś do załatwienia w mieście.

Co masz do załatwienia w czasie, kiedy moja dentystka, urocza blondynka, zgrabna, wysoka blondynka, z małym dzieckiem, będzie mi wierciła w mózgu, delikatnie, żeby jak najmniej bolało, wierciła aż do końca, do ostatniego nerwu, wkładała ostre dłutko, które będzie wirować, kręcić się tysiąc albo i więcej obrotów na sekundę, a mnie będzie przeszywał bordowy ból, w tym czasie co będziesz miał do załatwienia w mieście, a ona mi plombę na ten bordowy ból?

Spotkasz się z nią?

(Żona u dentysty, mam ją odebrać za godzinę – mam dla ciebie godzinę, droga moja, całą pełną godzinę, może zwolnisz się wcześniej z pracy, możemy siedzieć całą godzinę przy kawie w Marnocie, za sześć i pół złotego, tym razem ja ci postawię tę kawę, drogi mój glucie, a żona moja będzie siedzieć tam w fotelu dentystycznym i mamy sześćdziesiąt minut przynajmniej, trzy tysiące sześćset sekund, ona się nie domyśla, wie, że zerwałem z tobą…)

I obszedłeś samochód i otworzyłeś drzwiczki z mojej strony, żeby załatwić swoje sprawy w mieście, a mnie odwieźć do dentysty, bo tak mało czasu ostatnio spędzamy razem, a przecież trzeba to wszystko odbudować.

I otworzyłeś przede mną. drzwi z mojej strony, a już od lat otwierałeś od środka, więc komu otwierasz drzwi nie od środka, i z kim ci się pomyliłam, że otworzyłeś mi drzwi naszego samochodu, drzwi pasażera najpierw?

Wchodzisz do kuchni, tak jak przedtem, jak kiedyś i mówisz jakby pokornie, inaczej:

– Pozmywam z tobą.

Chowam naczynia z suszarki, a ty odkręcasz wodę, potem zakręcasz i wyjmujesz te nieszczęsne fusy po moich mocnych herbatach ze zlewu, i wiem. co myślisz – w innych domach kobiety nie w rzucają fusów do zlewu…

Są takie porządne, takie gospodarne, takie cholernie dobrze zorganizowane, takie z ciastem drożdżowym w niedzielę i z kochankiem jak mąż idzie do pracy!

Śmieciarze mają przyjechać.

Nie mam myśleć o tym, co było i co będzie. Mam się zająć tym. co jest.

Jest, że śmieciarze mają przyjechać. Pojemniki są przepełnione.

Czarny worek wyjąć z dolnej szuflady.

Otworzyć szafki, resztki cukru do cukierniczki. Resztki ryżu do pojemnika na ryż.

Kawę do…

Pudło stare po kitekacie wywalić. Torbę od cukru do kosza. Pudełko po ryżu wyrzucić.

Kosz pełny.

Z kosza przesypać śmieci do czarnego worka.

I wtedy wypada ten cholerny kubek po KFC, kubek fucken chikena – i kupiony był w „drive thru” – zamiatam podłogę, kubek toczy się koło miski psa. biorę do ręki ten nie zgnieciony kubek po kurczaku

nie był jedzony kurczak w tym domu. nie kupowałam kurczaka.

a ty nie znosisz gotowego jedzenia, a ty nie znosisz hamburgerów,

a ty nie znosisz jeść na kolanie, byle gdzie, w samochodzie.

ty przeciwnik niezdrowej żywności, ty przeciwnik smażenia na oleju, ty przeciwnik smażenia w ogóle. Kupowałeś takiego kurczaka?

Dla kogo?

Z kim go jadłeś, skoro w moich śmieciach ten obrzydliwy kubek?

Ona lubi takie żarcie?

Z nią szybko, byle jak, w tajemnicy.

– taka jestem głodna, może byśmy się zatrzymali

– ależ z przyjemnością, przepadam za pierdolonym kurczakiem, w twoim towarzystwie nawet pierdolony kurczak, a ten śmieć jej zaniesiemy, żeby ją szlag trafił, nie wyrzucaj, nie wolno zaśmiecać naszej ojczyzny, naszej pięknej Polski,

– jesteś moją Polską, jesteś moim Monako.

nie wolno zaśmiecać naszej ojczyzny, rzuć w samochodzie, potem sprzątnę,

zaniosę do mojego domu. w łożę do mojego kosza, do moich śmieci,

moja żona się tym zajmie,

nie martw się glutowata kobieto, mam od śmieci żonę, nie martw się tym, nie martw się tym, nie martw się tym…

A śmieciarze przyjeżdżają dopiero po dwunastej, pojemnik w górze i maszyna w środku miele i szumi, obraca tymi śmieciami tam, w środku, a przy drugim pojemniku jeden z nich się potyka.

– Ciężkie jak cholera, mówi, co pani tam kamienie wrzuca, mówi, cholera jasna, ha, ha, to policzymy więcej, ha, ha, i odstawiają mój- twój pojemnik, a kierowca wypisuje kwitek, a maszyna mieli twój- jej kubełeczek KFC, lekki, plastykowo- papierowy kubek po kurczaku, którego nie jadłam. Brysia i Kubę otruli wiosną. Nic nie można było zrobić.

Podjechaliśmy pod dom. a one leżały przy bramie i biała piana przy pysku i żółtawe rzadkie wymiociny obok.

Podobno nie miały czasu, żeby się męczyć. Wykopałeś pod gruszą, duży dół. Zakopałeś psy.

Przed twoimi urodzinami pojechałam do miasta… Takie to już inne było… Przedtem zawsze jeździliśmy razem…

Pamiętasz jak nas przy targu zatrzymała policja? Ja siedziałam za kierownicą, policjant obejrzał samochód, z przodu, z tyłu. a potem powiedział:

– Teraz stop!

Wychyliłam się przez okno i powiedziałam – Przecież stoję!

A ty dusiłeś się ze śmiechu…

A teraz chodzę między tymi straganami sama i zupełnie nie wiem, co ci kupić… Stanęłam przy koszulach, coś tam zaczęłam grzebać, przebierać, sprzedawca starał się być uprzejmy:

– – Czego pani szuka?

– Koszuli… Dla męża… – Jakiej?

– Nie wiem, może coś pod kolor oczu…

– A przepraszam mąż królik? – roześmiał się ten facet.

Patrzę na koszulę, którą, trzymałam – krwistoczerwona… Kupiłam ci ciemnozieloną. – wyglądasz dobrze w zielonym…

Będziesz się jej podobał, jeśli się przypadkiem spotkacie…

Wczoraj wyłączyli światło.

Zapaliłam świece, siedzę przy stole i próbuję czytać.

Siadasz koło mnie. Podnoszę oczy.

Ćma wpada i klęka w pobliżu płomienia świecy. Lepki wosk przytrzymuje jej wątłe nogi. Ażurowe skrzydła ciemnieją, od gorąca i tlą. się ażurowe skrzydła, bez twojego udziału, nie z twojej przyczyny.

A przecież ginie.

A niedługo po tej wizycie sąsiada… Wieczorem przytuliłeś się do moich pleców, mówiłeś, wiem, wiem, że cię zraniłem, ale nie skreślaj ' nas, my jesteśmy ważniejsi, pozwól mi cię kochać…

Twoje ręce były takie same jak przedtem, całowałeś mnie delikatniej niż wtedy, kiedy było nas dwie… byłeś taki sam… jeszcze czulszy, jeszcze uważniejszy i przestałam pamiętać… tak nagle zrobiło się nas dwoje, moja skóra się wygładziła dla ciebie, od twojego dotyku, byłeś taki znajomy, taki mój… Kochaliśmy się pierwszy raz od tamtej soboty tak cudownie, a ty potem całowałeś mnie po oczach i szeptałeś: widzisz, teraz będzie nam jeszcze lepiej, teraz ja już wiem na pewno, tak cię kocham, moja żono…

I noce się znowu zrobiły niby nasze… I zima minęła…

Jezu, po co wchodziłeś do tej kuchni??? Kroję sobie warzywa, obejmujesz mnie z tyłu: – Pomogę ci – mówisz.

Kiedyś razem gotowaliśmy. I było tak jak kiedyś. Także w dzień…

– Będę obierał, daj, gdzie jest ten nożyk do warzyw? – I zacząłeś grzebać w tej szufladzie, coraz bardziej niecierpliwie. – Dlaczego nic w tym domu nie można znaleźć?

W tym domu…

I tak nagle zimno mi się zrobiło… Kroję tę marchewkę dużym nożem bez słowa… i kroję tę marchewkę na maleńkie kawałeczki, może gdybym kroiła tym mniejszym czarnym nożykiem… ale mi było wszystko jedno… przecież to wszystko jedno, którym nożem się kroi… smakuje tak samo… Kroję tę marchewkę – razem gotowaliśmy…

A przed Bożym Narodzeniem to mieliśmy trzynaście karpi w wannie, nie mogliśmy się razem kąpać, bo pływały, a kot siadał na brzegu i wsadzał łapę do wody. jak nam się znudziło go podglądać, to wchodziliśmy razem pod prysznic i jakoś tak zawsze się robiło fajnie, mała jest ta kabinka, tyle pary, mydliliśmy się nawzajem, tak blisko siebie, a potem nagle przytulałeś mnie – kiedyś to całe mydło się rozpuściło w brodziku, zanim…

Dlaczego mnie zapytałeś, gdzie jest taka obieraczka z białą rączką?

Z białą rączką to nigdy u nas nie było… marchewka czerwienieje… blat powiększa się w oczach… ciach, ciach, ciach… z białą rączką?… skąd ci się wzięła biała rączką… z zieloną to była, przywiozłeś z Anglii… marchewka mi się skręca… deska odchodzi od mojego noża…

A wczoraj powiedziałeś pod prysznicem, jaka ty wysoka jesteś, sięgasz mi do brody… Nie każda sięga ci do brody… i kolana mam takie szczupłe… szczuplejsze niż… i włosy inne… nie takie glutowate…

Biała obieraczka w mojej szufladzie?

Co w tej kuchni tak mało miejsca… ściany robią krok do przodu…

A ty tak nagle za blisko – w tej zielonej koszuli… Ten duży nóż, duży nóż od marchewki wszedł tak miękko w to zielone… jak w rozgotowane ziemniaki albo co, nie wiedziałam, że człowiek jest taki miękki…

A obieraczka z białą rączką sfruwa na terakotę, odbija się. ta obieraczka… kupiłeś w Globi. cztery tygodnie temu, trzy pięćdziesiąt… z białą rączką… tamtą z zieloną suka pogryzła… dlatego kupiłeś… a ty za tą obieraczka na kolana, jakbyś chciał objąć podłogę… rękami tak szukasz, tylko głowa na bok i mówisz tak miękko łagodnie, jak kiedyś, tak spokojnie czule, tak gasnąco:

– Co ty. Asiulku, zrobiłaś, no co ty zrobiłaś… No co ja zrobiłam…

I kładziesz się na plecach…

Leżysz tam dalej? Naprawdę leżysz z rękami odrzuconymi na boki, wysokie czoło, zamknięte oczy – jakie miałeś oczy – już nie pamiętam? Zielone, szare, niebieskie?

W tej zielonej koszuli były na pewno zielone, długie rzęsy – wywinięte do góry kobiece rzęsy, prosty nos,

z lewego kącika ust sączy się niteczka śliny, nie ogolone policzki

czy to prawda, że włosy jeszcze rosną po śmierci, czy paznokcie jeszcze rosną po śmierci – jak długo będziesz tak leżał, a niektóre komórki będą jeszcze pracowały wytrwale w nadziei, że to nie koniec?…

Żyłki po odmrożeniach – tutaj i tutaj… A w takiej granatowej bluzie, misiowatej, puszystej – co już się sprała w zeszłym roku, tak że zostały tylko wyświecone miejsca – na pewno niebieskie…

Już nie zobaczę… Nie pamiętam… muszę sprawdzić… zaraz, ty chyba krwawisz…

A tutaj taki cieniutki zwitek skóry troszkę faluje, rusza się tak delikatnie i nie wiem…

Muszę zadzwonić.

Tylko że już mi nie możesz nic zrobić. Nic złego… Teraz dotrzymasz słowa – nigdy cię nie skrzywdzę, zawsze będę cię kochał… I ja teraz mogę dotrzymać słowa…

Nie będziesz zły, niezadowolony, milczący obojętny

Nie pomylisz się. Nie będę ci się mylić. Nie zawiedziesz mnie…

Nie okłamiesz mnie… Nie zostawisz mnie…

Nie przestaniesz mnie kochać… Nie będziesz na mnie krzyczał… Nigdy mnie nie zranisz…

Nigdy już nie zrobisz mi nic złego… Nie zdradzisz mnie…

Ale nigdy już nie pochylisz się nade mną nad ranem i nie powiesz – kocham cię. moja żono, uśmiechnij się.

Nigdy już nie pocałujesz mnie w wysuniętą spod kołdry stopę.

Nigdy nie powiesz – nie martw się, możemy patrzeć jak rosną.

Nigdy nie przytulę się w nocy do twojego brzucha…

Nigdy nie usłyszę, jak łamie ci się głos, kiedy kochasz się ze mną i mówisz: oddychaj, oddychaj proszę.

Nigdy nie powiesz – Boże. jak to dobrze, że ja ciebie mam.

Nigdy nie powiesz – to wszystko celowo, żebyśmy wiedzieli, co jest ważne.

Nigdy nie wybaczysz.

Nigdy ja nie będę mogła wybaczyć.

I widzisz, co narobiłeś? Leżysz tam i ja nie wiem, czy mam gdzieś zadzwonić… czy poczekać… aż będzie za późno… Nie wiem. co mam robić.

Nie wiem…

Boże, byłoby tak. gdybyś był w tej kuchni. Boże. człowieku, przecież mogłeś być w tej kuchni…

Za małej na nas dwoje… I co?…

– kochanie pomogę ci,

– unikasz mnie, kochanie.

– tak mało czasu spędzamy razem, kochanie, – gdzie ta obieraczka, kochanie.

– trzeba wytrzymać, kochanie.

– dlaczego w tym domu nic nie można znaleźć, kochanie.

– możemy patrzeć jak rosną, kochanie. – ona była jak piwo. kochanie.

– dlaczego w innych domach, kochanie. – dlaczego ty w tym domu. kochanie.

– jesteś dla mnie najważniejsza, kochanie. – dlaczego smażysz, kochanie.

– to szkodliwe, kochanie.

– wszystko, co nas naprawdę formuje, to cierpienie, kochanie.

– dlaczego marchewka, kochanie,

– nie martw się, grunt, że my wiemy, co jest najważniejsze, kochanie.

– dlaczego kroisz tym nożem, kochanie, – od tego jest obieraczka. kochanie.

– gdzie ta obieraczka, kochanie, – ta z białą, rączką, kochanie?

To nie może tak być.

Deska do krojenia za mała na nas dwoje i kosz do śmieci za mały.

Szafki za małe i szafa za mała. Kuchnia za mała i pokoje za małe. Dom za mały i ogród za mały…

Leżałbyś tam teraz, na tej terakocie, co razem… Nie, nie mieścimy się już.

Żadnych psów, ani kotów, wszystko uprzątnięte.

No to mogę już iść.

marzec – lipiec 1996 r.