/ Language: Polski / Genre:thriller

Grobowiec

Kate Mosse

Najnowsza powieść autorki bestsellerowego "Labiryntu" to przykuwający uwagę thriller o zemście i obsesji, rozgrywający się w barwnej scenerii południa Francji. Październik 1891 roku. Léonie Vernier i jej brat Anatole opuszczają ciasne i tłoczne ulice Paryża i wyjeżdżają na południe, do tajemniczej wiejskiej rezydencji La Domaine de la Cade niedaleko Carcassonne. Tam, w prastarym lesie dziewczyna trafia na zrujnowany grobowiec, który kryje w sobie tajemnicę popełnionego przed ponad stu laty morderstwa. Léonie zanurza się w krainie zjaw i widm, w której życiem i śmiercią rządzi stara talia kart do tarota, obdarzona niezwykłą mocą. Październik 2007. Meredith Martin postanawia zrobić sobie przerwę badaniach nad twórczością Claude'a Debussy'ego. Wybiera się z Paryża na południe, do pięknego hotelu położonego wśród lasów. Fascynuje ją historia tego miejsca, a szczególnie tragiczne wydarzenia z Halloweenowej nocy ponad sto lat temu, które wstrząsnęły mieszkańcami okolicy. W ten sposób jej los splata się z losami Léonie. Ale dopiero gdy ona także potyka się na ustronnej polanie, zdaje sobie sprawę, że tajemnice tego miejsca mają związek nie tylko z umarłymi…

Kate Mosse

Grobowiec

Przełożyła Agnieszka Barbara Ciepłowska

Tytuł oryginału: SEPULCHRE

Mojej matce, Barbarze Mosse,

w podziękowaniu za pierwszy fortepian

I – jak zawsze – ukochanemu Gregowi

za wszystko, co było, jest i będzie

Lame d'autrui est uneforet obscure oii ilfaut marcher avec precaution. Dusza człowieka to ciemny las, przez który stąpać trzeba szalenie ostrożnie.

Claude Debussy, Listy, 1891

Prawdziwy tarot jest symbolem. Nie przemawia w obcym języku ani za pośrednictwem innych znaków.

„Obrazkowy klucz do Tarota" Arthur Edward Waite

PRELUDIUM

Marzec 1891

Środa, 25 marca 1891

Historia zaczyna się w nekropolii. Pośród alej miasta zmarłych. Na cichych bulwarach, promenadach i w ślepych zaułkach paryskiego cmentarza Montmartre, miejsca oddanego grobowcom i kamiennym aniołom oraz duchom ludzi zapomnianych przez żywych i martwych, zanim jeszcze ostygli w grobach.

Historia zaczyna się od gapiów przy bramach, od paryskich biedaków, którzy przyszli skorzystać na cudzym nieszczęściu. Otępiali żebracy i bystrzy chiffonniers, kwiaciarze sprzedający wieńce i kramarze, oferujący ex voto wszelkie błyskotki, dziewczęta zwijające bibułkowe kwiaty. Powozy o czarnych budach i matowych szybach.

Historia zaczyna się od pantomimy. Od spektaklu pogrzebowego. Drobne, tanie ogłoszenie w „Le Figaro"' zawiadamiało o miejscu, dacie i godzinie pochówku, ten i ów przybył. Ciemne welony, surduty, wypolerowane buty i ekstrawaganckie parasole, chroniące przed niestosownym, marcowym deszczem.

Leonie stoi z matką i bratem nad otwartym grobem. Jej twarz również przesłania czarna koronka. Z ust kapłana padają słowa o rozgrzeszeniu, banały, które nie poruszają serc i nie budzą emocji. Duchowny jest brzydki, ma tłustą cerę, pogniecioną koloratkę i pospolite buciory z klamrami. Nic nie wie o kłamstwach i zdradzie, które zakończyły się tutaj, na skrawku ziemi w osiemnastym arrondissement, na północnych obrzeżach Paryża.

Leonie ma całkiem suche oczy. Podobnie jak duchowny jest ignorantką w sprawie wypadków, które sprowadziły żałobników na cmentarz w to deszczowe popołudnie. Wydaje jej się, że przyszła na pogrzeb, moment symbolicznie zamykający życie. Pożegnać wybrankę brata, nieco tajemniczą kobietę, której nie dane było jej poznać. Wesprzeć nieutulonego w smutku Anatola.

Leonie patrzy na trumnę spuszczaną do wilgotnego dołu, do królestwa pająków i robaków. Gdyby się teraz szybko obróciła, przyłapałaby Anatola na zdumiewającej reakcji. Ukochany brat ma w oczach nie smutek, lecz ulgę.

Nie odwraca się jednak, więc nie widzi także mężczyzny w szarym cylindrze i surducie, ukrytego przed deszczem pod cyprysami w najdalszym kącie cmentarza. Jest bardzo przystojny, na widok takiego eleganta une belle Parisienne nieznacznym gestem odruchowo poprawi włosy i strzeli oczami spod woalki. Kształtne, mocne dłonie, obciągnięte szytymi na miarę rękawiczkami z cielęcej skórki, wsparł na srebrnej główce laski z mahoniu. To dłonie stworzone, by objąć talię kochanki, by gładzić biały policzek.

Mężczyzna przygląda się ceremonii z wytężoną uwagą. Oczy ma niebieskie, jasne, o smolistych źrenicach.

Ziemia głucho uderza o wieko trumny. Słowa duchownego zamierają echem w wilgotnym półmroku.

– In nomine Patri et Filii, et Spiritus Sancti. Amen. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Kreśli znak krzyża i odchodzi.

Amen. Niech się tak stanie.

Leonie wypuszcza z dłoni kwiat, symbol pamięci, różę zerwaną rankiem w parku Monceau. Spirala białych płatków znaczy jego drogę od czarnej rękawiczki do ciemnej ziemi.

Wieczne odpoczywanie. Pokój duszy.

Deszcz przybiera na sile. Dachy, wieżyce i kopuły Paryża za wysoką cmentarną bramą z kutego żelaza okrywa całun srebrzystej mgły, który tłumi turkot powozów na Boulevard de Clichy i odległe zgrzytliwe jęki pociągów, ruszających w drogę z Gare Saint-Lazare.

Towarzystwo odchodzi od grobu. Leonie dotyka ręki brata. On poklepuje siostrę po dłoni, spuszcza głowę. Ruszają ku wyjściu. Oby to był rzeczywiście koniec. Po strasznych, tragicznych miesiącach dobrze byłoby wreszcie zamknąć ten rozdział.

Wtedy mogliby się uwolnić od smutku i na nowo zacząć żyć.

***

Setki kilometrów od Paryża coś się budzi.

Reakcja, połączenie, skutek. W pradawnym lesie nieopodal Rennes-les-Bains, modnej miejscowości uzdrowiskowej, podmuch wiatru trąca liście. Muzyka. Słyszalna i niesłyszalna zarazem.

Enfin.

Nareszcie.

Słowo jest westchnieniem powiewu.

Dotknięte czynem niewinnej dziewczyny na paryskim cmentarzu, coś drgnęło w kamiennym grobowcu. Dawno zapomniane i zagubione w porośniętych gąszczem, splątanych alejkach majątku Domaine de la Cade, coś się budzi. Przechodzień dostrzegłby może grę światła w zapadającym zmierzchu, pierś kamiennej rzeźby w ulotnej chwili zdaje się poruszona oddechem.

Obrazy na kartach zagrzebanych pod nagrobkiem, w korycie wyschniętej rzeki, na moment zyskują życie. Przelotne kształty, wrażenia, cienie, nic więcej na razie. Zapowiedź, złudzenie, obietnica. Załamanie światła, ruch powietrza pomiędzy czasem a miejscem.

Gdyż tak naprawdę historia ta nie zaczyna się od pogrzebu na paryskim cmentarzu, ale od talii kart.

Od szatańskiej księgi obrazów.

CZĘŚĆ I. Paryż Wrzesień 1891

ROZDZIAŁ 1

Paryż

Środa, 16 września 1891

Leonie Vernier stała na stopniach Palais Garnier. W dłoniach ściskała torebeczkę chatelaine i przytupywała już mocno zniecierpliwiona.

Gdzież on się podziewa?

Mrok zdążył otulić Place de 1'Opera jedwabistą niebieskością.

Dziewczyna ściągnęła brwi.

Oszaleć można.

Od godziny czekała na brata pod beznamiętnym wzrokiem rzeźb z brązu, ustawionych na dachu opery. Znosiła impertynenckie spojrzenia przechodniów, obserwowała fiacres i prywatne wozy z postawionymi budami, czterokonne dorożki, dwukółki i pojazdy publiczne, które wcale nie chronią pasażerów od kaprysów pogody. Ze wszystkich wysiadali kolejni przybysze, wylewała się lśniąca rzeka smoliście czarnych cylindrów i wykwintnych sukni wieczorowych z eleganckich domów mody, Maison Leoty czy Charles Worth. W noc premiery socjeta przybywała, by podziwiać i być podziwianą.

Brakowało tylko Anatola.

W którejś chwili wydało jej się, że go dostrzega. Wysoki, barczysty, podobnie stawiający kroki. Oczyma wyobraźni już widziała błyszczące piwne oczy brata i zadbany czarny wąs. Uniosła rękę, chciała mu pomachać na powitanie, lecz w tej właśnie chwili mężczyzna obrócił się, dojrzała go wyraźniej. Obcy.

Przeniosła wzrok w głąb Avenue de l'Opera. Ulica ciągnęła się aż do Luwru. Pamiątka kruchej dynastii, gdy znerwicowany król kazał zbudować najkrótszą i najbezpieczniejszą drogę od przybytku sztuki do pałacu, gdzie co wieczór odbywały się przyjęcia i bale. Chwiejne płomyki latarń gazowych rozrzedzały mrok, przez okna barów i kawiarń wylewał się ciepły blask.

Dziewczynę otaczały dźwięki charakterystyczne dla miasta o zmroku. Metropolii w chwili przemiany. Entre chien et loup. Wierny człowiekowi pies dziczał i stawał się wilkiem. Tu pobrzękiwanie uprzęży, ówdzie turkot kół. Śpiew ptaszęcia na Boulevard des Capucines, ochrypłe wołania domokrążców i stangretów, milsze dla ucha glosy kwiaciarek na stopniach opery, przenikliwe zachęty chłopców gotowych za jednego sou uczernić i wypolerować obuwie dżentelmena.

Przed wspaniałą fasadą Palais Garnier ukazał się kolejny omnibus, dążący ku Boulevard Haussmann. Konduktor, dziurkujący bilety na wyższej kondygnacji, pogwizdywał wesoło. Jakiś stary żołnierz, odznaczony medalem Tonquina, szedł rozkołysanym krokiem, śpiewając sprośne żołnierskie strofy. W tłumie mignęła pobielona twarz klauna pod filcową czapką z maską. Błazen miał na sobie kostium upstrzony błyskotkami.

Jak on śmie kazać mi czekać?

Dzwony zaczęły zwoływać wiernych na nabożeństwo, od mocnego dźwięku zadrżała ulica. Czy to w kościele Saint-Gervais? Może w jakiejś innej, pobliskiej świątyni.

Ledwo dostrzegalnie wzruszyła ramieniem. Nie sposób dłużej czekać. Pokręciła głową zawiedziona.

Ale zaraz oczy jej rozbłysły.

Jeśli ma usłyszeć „Lohengrina", dzieło pana Wagnera, musi wziąć sprawy we własne ręce i iść na przedstawienie. Sama.

Czy się odważy?

Towarzysz ją zawiódł, ale bilet na szczęście miała.

Czy znajdzie w sobie śmiałość?

Paryska premiera.

Miałaby zostać pozbawiona takiego doświadczenia jedynie dlatego, że Anatol nie potrafi zjawić się na czas?

Wnętrze opery jaśniało rzęsistym blaskiem, spływającym ze szklanych żyrandoli, połyskujących setkami tęcz. W operze zebrała się cała śmietanka towarzyska. Szyk i elegancja. Nie. Tego nie wolno stracić.

Leonie podjęła decyzję. Wbiegła po schodach, minęła szklane drzwi i dołączyła do widzów.

***

Rozległ się dzwonek. Dwie minuty do podniesienia kurtyny.

Przemknęła po marmurach Grand Foyer. Połyskujące spod halek jedwabne pończochy przyciągały spojrzenia pełne aprobaty i podziwu. Siedemnastolatka to istota na progu kobiecości, a Leonie rozkwitała wielką urodą, obdarzona przez naturę modnymi rysami twarzy oraz wyrazistym kolorytem, tak wysoko cenioną przez monsieur Moreau i jego prerafaelickich przyjaciół.

Jej wygląd wprowadzał w błąd. W rzeczywistości była raczej pewna siebie niż posłuszna, więcej miała w sobie zuchwałości niż skromności, rozwijała własne zainteresowania i pasje – jak to nowoczesna młoda dziewczyna, a nie jakaś średniowieczna panna z dobrego domu. Anatol drażnił się z nią, opowiadając, że choć wygląda jak pierwowzór malowidła Rossettiego „Błogosławiona damozel". w rzeczywistości jest jego odbiciem w krzywym zwierciadle. Doppelgiinger. niby taka sama, lecz jednak nie ta sama. Bo nie utożsamiała się ani z wodą, ani z ziemią, ani z powietrzem. Spośród czterech żywiołów zawsze najbliższy był jej ogień.

Alabastrowe policzki dziewczyny nabrały kolorów. Kilka ciężkich miedzianych loków uciekło spod grzebieni i ześlizgnęło się na obnażone ramiona. Lśniące zielone oczy, okolone długimi, brązowymi rzęsami z kasztanowym połyskiem, błyszczały gniewem i zuchwalstwem.

Dał słowo, że się nie spóźni!

Jedną ręką przytuliła do piersi torebkę jak tarczę, drugą zebrała atłasowe spódnice i szybkim krokiem pokonała marmurowy hol, ignorując pełne dezaprobaty spojrzenia matron i wdów. Sztuczne perły i szklane łezki na rąbku sukni stukały o krawędzie stopni. Szybko zostawiła za sobą różowe kolumny, złocone posągi oraz fryzy, po chwili znalazła się na cudnym łuku głównych schodów. Gorset nie pozwalał jej swobodnie oddychać, serce waliło jak oszalały metronom.

Mimo wszystko nie zwolniła kroku. Już widziała biletera, który właśnie chciał zamykać drzwi prowadzące na główną salę widowni, Grande Salle. Przyśpieszyła i w ostatniej chwili stanęła w progu.

– Voila!. – Pokazała kartonik z miejscówką. – Monfrere va arriver…

Tak, brat przyjdzie. Na pewno. Obiecał.

Mężczyzna odstąpił, wpuszczając ją do wnętrza.

Po nieustannym szumie, niesionym echem wśród marmurowych ścian Grand Foyer, widownia tchnęła ciszą. Tu i ówdzie dało się posłyszeć stłumione rozmowy, słowa powitania, pytania o zdrowie i rodzinę – wsiąkające w grube dywany i rzędy czerwonych pluszowych foteli.

Z kanału dla orkiestry dobiegała znajoma kakofonia dźwięków płynących z instrumentów dętych, perkusyjnych i strunowych, szelest kartek tonął w pomieszczeniu, unoszący się to tu, to tam. jak smużki mgły jesienią.

Odważyłam się.

Zebrała się w sobie. Wygładziła suknię. Nowiutki nabytek, dzisiejszego popołudnia dostarczony z domu mody La Samaritaine; toaleta jeszcze odrobinę sztywna, pierwszy raz włożona. Dziewczyna podciągnęła zielone rękawiczki nad łokcie, pomiędzy ich krańcem a rękawkiem dawał się dostrzec tylko wąziutki paseczek skóry. Ruszyła szerokim przejściem między rzędami. W stronę sceny, na sam początek.

Dzięki uprzejmości przyjaciela Anatola, kompozytora Achille'a Debussy'ego, mieli najlepsze miejsca w sali.

Po obu stronach przejścia falowało morze czarnych cylindrów i stroików z piórami, trzepotały błyszczące od cekinów wachlarze. Mijała nalane, czerwone twarze mężczyzn, obok nich ciężkie od pudru oblicza wdów o siwych włosach. Leonie na każde spojrzenie odpowiadała serdecznym uśmiechem, lekkim skinieniem głowy.

Dziwna atmosfera…

Dziewczyna uważniej przyjrzała się publiczności. Im bardziej zagłębiała się w Grande Salle, tym dobitniej uświadamiała sobie, że coś jest nie tak, jak być powinno. Widzowie mieli się na baczności, rzucali czujne spojrzenia, wyraźnie spodziewali się jakichś kłopotów.

Poczuła mrowienie na karku. W powietrzu krzyżowały się spojrzenia rzucane z ukosa, na każdej twarzy dostrzegała nieufność.

Nie przesadzajmy. Nie dajmy się ponieść wyobraźni.

Usłużna pamięć przypomniała jej artykuł, który Anatol czytał na głos przy kolacji. O proteście przeciwko wystawianiu w Paryżu dzieł pruskich artystów. Cóż jednak z tego? Przecież Leonie znajdowała się w Palais Garnier, a nie na którejś z bocznych uliczek Montmartre'u.

Co złego mogłoby się zdarzyć w operze? Nic!

Doszedłszy do pierwszego rzędu, rozpoczęła wędrówkę obok licznych kolan i rękawiczek, aż wreszcie dotarła do swojego miejsca i z niemałą ulgą siadła. Szybko wzięła się w garść, podniosła wzrok na sąsiadów. Po lewej miała dystyngowaną matronę, obwieszoną biżuterią. Towarzystwa dotrzymywał jej mąż, starszy mężczyzna o bladych oczach, ledwo widocznych spod krzaczastych siwych brwi. Upstrzone plamami dłonie wsparł na lasce, zwieńczonej srebrną główką, otoczoną u podstawy taśmą z jakąś sentencją.

Z prawej strony puste miejsce Anatola oddzielało ją, niczym głęboki rów, od czterech ponurych brodatych mężczyzn w średnim wieku. Wszyscy jak jeden mąż trzymali w dłoniach bukszpanowe laski bez żadnych oznaczeń, milczeli i tylko oczy im płonęły. Robili upiorne wrażenie.

Co więcej, wszyscy czterej nie zdjęli rękawiczek, a to budziło zdziwienie, bo z pewnością było im w nich niewygodnie i gorąco.

Nagle jeden odwrócił głowę i spojrzał Leonie prosto w oczy. Spłonęła rumieńcem, spuściła wzrok, a następnie utkwiła spojrzenie w zawiłym wzorze na purpurowo-złotej kurtynie, która ciężkimi fałdami spływała od stropu proscenium aż po drewnianą posadzkę sceny.

A może coś mu się stało?

Leciutko pokręciła głową, odganiając złe myśli. Wyjęła z torebki wachlarz, otworzyła go energicznym strzepnięciem. Z jednej strony, bardzo chciałaby usprawiedliwić nieobecność brata, jednak z drugiej, była całkowicie przekonana, że należy ją przypisać brakowi punktualności.

Ostatnio bardzo częstemu.

Od czasu smutnej uroczystości na Cimetiere de Montmartre na Anatolu jeszcze trudniej było polegać. Ściągnęła brwi. Nie do wiary, jak długo prześladowały ją tamte wspomnienia.

W marcu miała nadzieję, że wszystko się skończyło, niestety, Anatol wciąż był niespokojny. Często znikał na całe dnie, wracał w środku nocy, unikał przyjaciół, zamykał się w sobie i całkowicie poświęcał pracy.

Tak czy inaczej, obiecał, że dzisiaj się nie spóźni.

Pojawił się dyrygent. Na widowni rozbrzmiały brawa podobne do wystrzałów z broni palnej, gwałtowne, mocne. Leonie także klaskała mocno i z entuzjazmem, może nieco energiczniej, niż gdyby nie była zaniepokojona. Tymczasem kwartet dżentelmenów po prawej nawet nie drgnął. Ob-

ciągnięte rękawiczkami dłonie w dalszym ciągu spoczywały na brzydkich, tanich laskach. Dziewczyna obrzuciła ich pogardliwym spojrzeniem. Co za prostactwo! Po co się wybrali do opery, skoro chef d'orchestrę był dla nich nikim? Zirytowana stwierdziła, że wolałaby nie mieć blisko tak podłego towarzystwa.

Dyrygent skłonił się nisko i odwrócił twarzą do sceny, do orkiestry. Oklaski zamarły. Wielką salę spowiła cisza. Maestro kilka razy stuknął pałeczką w drewniany pulpit, błękitne płomyki lamp gazowych na widowni przygasły. Powietrze nabrzmiało oczekiwaniem. Wszystkie oczy skierowane były na dyrygenta. Muzycy się wyprostowali, przygotowali smyczki, podnieśli instrumenty do ust.

Pałeczka wzniosła się w górę. Leonie wstrzymała oddech.

Cudowną salę Palais Garnier wypełniły pierwsze akordy „Lohengrina" pana Richarda Wagnera.

Miejsce z prawej ziało pustką.

ROZDZIAŁ 2

Gwizdy i pohukiwania w wyższych rzędach zaczęły się nieomal natychmiast. Z początku większa część publiczności usiłowała nie zwracać uwagi na te wybryki, udając, że nic się nie dzieje, ale po chwili trudno było ignorować hałasy, dobiegające także z balkonu i jaskółek, najwyższych bocznych lóż.

Jednocześnie trudno było określić, czego właściwie dotyczy protest.

Leonie wbiła spojrzenie w orkiestrę i starała się nie zwracać uwagi na coraz gęsciejsze syki i szepty, lecz z każdą nutą uwertury widownię coraz szerszą falą ogarniał zdradliwy niepokój. Dziewczyna w końcu nie zdołała powstrzymać ciekawości. Nachyliła się ku sąsiadce po lewej.

– Co się dzieje? – szepnęła.

Starsza dama ściągnęła brwi niezadowolona, lecz odpowiedziała.

– -Ci ludzie nazywają siebie abonnes – odparła zza wachlarza. Sprzeciwiają się wystawianiu jakichkolwiek kompozytorów poza francuskimi. Chcą uchodzić za muzycznych patriotów. Można się z nimi zgodzić co do zasady, ale nie wolno manifestować swoich przekonań w taki sposób!

Leonie podziękowała skinieniem i znów usiadła prosto. Rzeczowy ton sąsiadki uspokoił ją, mimo że hałasy przybierały na sile.

Gdy tylko wybrzmiały ostatnie akordy uwertury, protest rozpoczął się na dobre. Kurtyna poszła w górę, odsłaniając chór germańskich rycerzy z dziesiątego wieku, stojących nad brzegiem rzeki w Antwerpii, a na widowni zapanował zgiełk. W wyższych rzędach balkonu grupa ośmiu czy dziesięciu mężczyzn wstała z siedzeń. Gwizdali, pohukiwali, wolno, głośno klaskali. Pełne dezaprobaty syknięcia rozchodziły się od tego miejsca jak kręgi na wodzie. W którejś chwili ktoś zaintonował słowo, które nie od razu dało się rozpoznać, lecz podejmowane coraz gęściej tu i tam męskimi ochrypłymi głosami przybrało na sile i w końcu odbiło się potężnym echem od zdobionego sufitu.

– Boche! Boche! Boche!

Szwab.

Leonie była zła, bo nie mogła w spokoju cieszyć się operą, ale z drugiej strony, po cichutku, przyznawała w duchu, że jest podekscytowana. Właśnie stała się świadkiem zdarzenia, o którym normalnie mogłaby jedynie przeczytać na łamach „Le Figaro", ulubionej gazety Anatola.

Prawdę powiedziawszy, zwykle tonęła w nudzie codzienności, miała serdecznie dość towarzyszenia maman podczas ciągnących się w nieskończoność wieczorków towarzyskich, w nijakich domach paryskich krewnych i dawnych znajomych ojca. Równie mało pasjonująca była grzecznościowa wymiana zdań z przyjacielem mamy, dawnym wojskowym, posuniętym w latach, który traktował dziewczynę, jakby ciągle jeszcze nosiła krótkie spódniczki.

Ależ będę miała wieści dla Anatola!

Tymczasem protest wszedł na zupełnie nowe tory.

Artyści, choć mocno umalowani, wyraźnie pobledli. Śpiewali dalej, lecz z ich oczu wyzierała niepewność. Szyki pomieszał im pierwszy pocisk. Ktoś rzucił butelką, o włos chybiając basa grającego króla Heinricha.

Na teatr spadło osłupienie tak wielkie, że zdawało się, jakby orkiestra przestała grać. Widownia wstrzymała oddech. Butelka sunęła nad głowami siedzących jakby w zwolnionym tempie, zielone szkło migotało srebrnymi refleksami światła. W końcu uderzyła w płócienne dekoracje i z głuchym turkotem stoczyła się do kanału orkiestry.

Wtedy rozpętało się piekło. Na scenie i na widowni. Prysnął czar wielkiego dzieła. Operę wypełnił zgiełk przestraszonych i oburzonych głosów. Raptem w stronę sceny poszybował drugi pocisk. Ten spadł na deski i roz-bryznął się fontanną szklanych okruchów. Jakaś kobieta w pierwszym rzędzie krzyknęła i zasłoniła twarz, bo poraził ją koszmarny odór gnijących warzyw i krwi.

– Boche! Boche! Boche!

Uśmiech na twarzy Leonie zbladł. W oczach dziewczyny błysnął strach. Serce miała w gardle. Nic przyjemnego w takiej przygodzie. Nic. Czuła mdłości.

Kwartet po jej prawej stronie zerwał się na równe nogi i zaczął klaskać. Najpierw powoli, potem coraz szybciej. Mężczyźni wyli przy tym jak potępieni, naśladowali odgłosy wydawane przez świnie, krowy i kozy. Twarze mieli okrutne, zacięte, wykrzywione nienawiścią.

Zjadliwy antypruski refren rozbrzmiewał już ze wszystkich stron.

Brodaty dżentelmen o bladej cerze i w okularach na nosie, człowiek wyraźnie spędzający czas w towarzystwie inkaustu, wosku i dokumentów, trącił programem w ramię jednego z protestujących.

Usiądźże, człowieku, na litość boską! Ani to czas, ani miejsce na takie wybryki!

Racja – poparła go towarzyszka. Proszę usiąść.

Zaczepiony odwrócił się gwałtownie i smagnął starszego pana laską po kłykciach. Laską, która miała w główce przemyślnie ukryty metalowy kolec Napadnięty krzyknął, program wypadł mu z dłoni. Z rozciętej skóry popłynęła krew. Chciał odebrać napastnikowi broń, ale ten pchnął go mocno i przewrócił. Towarzysząca starszemu mężczyźnie dama zerwała się na równe nogi.

Leonie wstrzymała oddech.

Dyrygent starał się nadal prowadzić orkiestrę, lecz muzycy nie mogli się skupić. Rzucali na boki spłoszone spojrzenia, rwali frazy, grali w nierównym tempie, raz szybciej, w następnej chwili o wiele za wolno. Za kulisami wyraźnie zapadła jakaś decyzja, bo wychynęli stamtąd pracownicy techniczni, cali odziani na czarno, z rękawami podwiniętymi nad łokcie, i zaczęli sprowadzać śpiewaków ze sceny. Ktoś rozkazał opuścić kurtynę. Równoważące ją ciężary ruszyły w górę zbyt szybko, obijając się o siebie z ostrzegawczym brzękiem. Kotara ze świstem przecięła powietrze, zaczepiła o fragment dekoracji i tak została, zatrzymana w pół drogi.

Krzyki przybierały na sile.

Exodus rozpoczął się od prywatnych lóż. Spowita drżeniem piór i szelestem jedwabiu, otulona ciepłym blaskiem złota burżuazja spiesznie opuściła przybytek sztuki. Na ten widok zaczęły się wycofywać wyższe rzędy parteru, gdzie roiło się od protestujących nacjonalistów, w następnej chwili zaczęły się podnosić balkony i jaskółki. Pierwsze rzędy parteru podążyły ich śladem. Ze wszystkich stron Grande Salle dobiegały klapnięcia składających się foteli. Odciągnięte niecierpliwie aksamitne kotary na drzwiach wyjściowych obudziły brzęk mosiężnych kółek na karniszach.

Burzyciele jeszcze nie osiągnęli celu. Orkiestra nadal grała. W stronę kanału posypały się kolejne pociski. Butelki, kamienie, cegły, zgniłe owoce. Muzycy zerwali się w popłochu, chwytając instrumenty. Potykając się o krzesła i stojaki, ruszyli do wyjścia pod sceną.

Wtedy przez niezasuniętą kurtynę wyszedł na krawędź sceny dyrektor teatru. Błyszczącą od potu twarz ocierał szarą chusteczką.

– Mesdames, messieur, s'il wous plait. S'il vous plait! – apelował o spokój.

Choć był postawnym mężczyzną, ani jego głos, ani maniery nie wzbudziły szacunku. Nie znalazł posłuchu. I nic dziwnego, skoro rzucał na boki niepewne spojrzenia i na dodatek bezładnie machał rękami, usiłując zaprowadzić jakiś porządek w narastającym chaosie.

Za późno. Jego wysiłki spełzły na niczym.

W powietrzu śmignął kolejny pocisk. Tym razem nie była to butelka ani warzywo, lecz kawał drewna z wystającymi gwoździami. Trafił dyrektora w czoło. Ten przycisnął dłoń do twarzy, zatoczył się do tyłu. Między palcami pociekła krew. Upadł na bok, bezwładny jak szmaciana lalka.

W tej samej chwili Leonie opuściły resztki odwagi.

Muszę wyjść.

Zatrwożonym spojrzeniem omiotła salę. Niestety, znajdowała się w pułapce. Tłum uciekinierów falował ze wszystkich stron, po prawej drogę blokowała czwórka indywiduów, na scenie rozgrywała się prawdziwa tragedia. Dziewczyna uchwyciła się oparcia, chciała przejść do wyższego rzędu i dalej, aż do wyjścia, ale gdy miała wstać, okazało się, że szklane łezki na rąbku sukni zaklinowane są w zawiasie fotela. Najpierw usiłowała je odczepić, potem szarpnęła spódnicę raz i drugi, podrze się, trudno, nieważne, byle stąd uciec!

Widownią wstrząsnął następny okrzyk.

– A bas! A bas!

Podniosła wzrok. Precz? Cóż to znowu ma znaczyć?

– A bas! A l'attaque!

Niczym krzyżowcy oblegający zamek nacjonaliści ruszyli naprzód, wymachując laskami i pałkami. Tu i tam błysnęło ostrze. Leonie zadrżała. Szturmowali scenę, a ona znajdowała się dokładnie na ich drodze.

Pozostali między siedzeniami widzowie ulegli histerii, pękła maska wyniosłej paryskiej socjety. Prawnicy i dziennikarze, malarze i uczeni, bankierzy i urzędnicy, kurtyzany i nobliwe żony – wszyscy rzucili się ku drzwiom.

Ratuj się kto może!

Nacjonaliści ruszyli na scenę. Pojawiali się ze wszystkich stron, maszerowali niczym wojsko, działali precyzyjnie jak dobrze naoliwiona maszyna, przeskakiwali kolejne rzędy, blokowali kanał orkiestry, zalewali wejścia dla artystów. Leonie mocniej pociągnęła spódnicę, drugi raz i trzeci… Nareszcie rozdarła materiał, udało jej się oswobodzić.

– Boche! Alsace francaise! Lorraine francaise!

Alzacja francuska. Lotaryngia francuska… Boże!

Protestujący niszczyli dekoracje, rwali tło. Malowane drzewa, woda i skały, figury żołnierzy z dziesiątego wieku uległy dziewiętnastowiecznemu motłochowi. W krótkim czasie deski sceny zaścieliły porwane płótna, karton i resztki drewnianych elementów dekoracji. Świat Lohengrina legł w gruzach.

Wtedy zrodził się opór. Grupa idealistów, zarówno młodych ludzi, jak i weteranów dawnych kampanii wojennych, zebrała się na parterze i ruszyła za nacjonalistami na scenę. Drzwi oddzielające widownię od zaplecza opery ktoś wyrwał z zawiasów. Obrońcy połączyli siły z pracownikami technicznymi teatru, nadciągającymi z głębi sceny.

Leonie przyglądała się całkiem nowemu przedstawieniu jak zahipnotyzowana. Przystojny młody mężczyzna, nieledwie chłopiec, z długimi, na-woskowanymi wąsami, w pożyczonym, zbyt obszernym surducie, rzucił się na herszta protestujących. Od tyłu chwycił go ramieniem za szyję i usiłował ściągnąć na ziemię, tymczasem sam legł na deskach. Mało tego, dostał solidnego kopniaka w brzuch podkutym butem. Wytchnął całe powietrze z płuc, jęknął cicho.

– Vive la France! A bas! – grzmiało w wielkiej sali.

Żądza krwi. Z szeroko otwartych oczu wyzierała nienawiść. Czerwone twarze. Wykrzywione wściekłością usta.

– S'il vous plait! krzyknęła Leonie. Pomocy! Błagam!

Nikt jej nie słyszał.

Kolejny mężczyzna w mundurze pracownika opery został zrzucony ze sceny. Ciało poszybowało nad opustoszałym kanałem dla orkiestry, zawisło bezwładnie na mosiężnej poręczy.

Muszę się stąd wydostać. Byle dalej od sceny.

W uszach miała trzask łamanych kości, przed oczami krew, zniekształcone wrogością twarze. Nieomal na wyciągnięcie ręki jakiś mężczyzna w rozdartym surducie brnął na czworakach, zostawiając za sobą krwawe odciski dłoni.

Za nim pojawił się napastnik z nożem w ręku.

Nie!

Chciała krzyknąć, ostrzec, lecz głos uwiązł jej w krtani.

Świst. Cios. Mężczyzna ciężko upadł na bok. Podniósł wzrok na napastnika, zasłonił się przed nożem gołą ręką. Zgrzyt ostrza na kościach. Ofiara zawyła z bólu. A napastnik pchnął raz jeszcze, głęboko w klatkę piersiową. Ciało drgnęło kilka razy jak marionetka w którymś z kiosków na Polach Elizejskich i wreszcie znieruchomiało.

Nawet nie wiedziała, że krzyczy. Nie czuła już nic prócz strachu.

– S'il vous plait! – Od drzwi oddzielał ją przerażony tłum. – Muszę wyjść!

Usiłowała się przepchnąć, ale była za mała, za lekka. Środkowe przejście, nie wiedzieć kiedy, zostało zablokowane purpurowymi siedziskami.

Któraś z lamp gazowych pod sceną strzeliła iskrami na rozsypane w nieładzie kartki z nutami. Buchnął pomarańczowy płomień, syknął złoty strumień gorąca. Pod deskami sceny zafalował ogień.

– Pali się! Pożar!

Tego już było nadto. Ludzie mieli świeżo w pamięci wspomnienie piekła, które ogarnęło Operę Komiczną przed pięciu laty. Straciło wtedy życie ponad osiemdziesiąt osób.

– Muszę przejść – powtarzała Leonie jak w malignie. – Proszę, błagam, muszę się stąd wydostać.

Nikt nie zwracał na nią uwagi. Ślizgała się na porzuconych programach, stroikach z piór i szkle z lornetek niczym na zeschłych kościach w jakimś starożytnym grobowcu.

Widziała niewiele, tylko las łokci i tyły głów pozbawionych nakryć. Brnęła do przodu centymetr za centymetrem, po troszeczku odsuwając się od ogniska walk.

Raptem jakaś starsza kobieta tuż obok potknęła się i zaczęła osuwać na ziemię. Dziewczyna odruchowo ją podtrzymała. Przez wykrochmaloną tkaninę ścisnęła bezwładne ramię.

– Chciałam tylko posłuchać muzyki – wyszeptała dama. – Niemiecka czy francuska… To przecież bez różnicy. Co za czasy, co za czasy…

Leonie, obarczona ciężarem, ledwo utrzymywała się na nogach. Z każdym krokiem było jej coraz trudniej.

– Już niedaleko pocieszała swoją towarzyszkę, choć półżywa, nadal dzielna. – Proszę, niech pani zbierze siły. Jesteśmy już. blisko wyjścia. Prawie bezpieczne.

W końcu dostrzegła znajomą liberię.

– Mais aidez-moi, bon Dieu! Par ici. Vite!

Bileter usłuchał natychmiast, od razu przyszedł z pomocą. Bez zbędnych słów uwolnił dziewczynę od ciężaru. Wziął starszą panią na ręce i zaniósł do Grand Foyer.

Leonie wyczerpana, na drżących nogach, z trudem łapiąc oddech, brnęła dalej. Jeszcze tylko kilka kroków.

Nagle ktoś chwycił ją za nadgarstek.

– Nie! – krzyknęła. – Nie!

Nie pozwoli się uwięzić we wnętrzu, gdzie szaleje ogień, a tłum szturmuje przeszkody. Uderzyła na oślep, lecz trafiła powietrze.

– Zostaw mnie! Nie dotykaj!

ROZDZIAŁ 3

– To ja! Leonie! To ja!

Męski głos, tak dobrze znany, taki bliski. Symbol bezpieczeństwa. Zapach oliwki do włosów z nutą drzewa sandałowego i woń tureckiego tytoniu.

Anatol? Tutaj?

Silne ręce objęły ją w talii i wyciągnęły z tłumu. Dziewczyna wreszcie spojrzała przytomniejszym wzrokiem.

Anatol! – Zarzuciła bratu ręce na szyję. – Gdzieś ty się podziewał?! Jak mogłeś?! – Strach ustąpił miejsca wściekłości. Zadudniła piąstkami w jego szeroką pierś. – Czekałam na ciebie bez końca! Przecież obiecałeś…!

Wiem, wiem – rzucił pośpiesznie. – Masz prawo się gniewać, ale teraz musimy stąd ujść z życiem.

Leonie odzyskała równowagę tak samo szybko, jak zawrzała. Nagle znużona, wsparła głowę na piersi brata.

Widziałam…

Wiem, petite, wiem – rzekł cicho, gładząc ją po zmierzwionych włosach. – Teraz już wszystko będzie dobrze. Tylko musimy wyjść z opery, jak najszybciej, bo inaczej zostaniemy uwikłani w starcia z wojskiem. Przed budynkiem ustawiają się oddziały.

Ileż nienawiści mieści się w ludzkim sercu… Zniszczyli wszystko. Widziałeś, co się stało? Widziałeś? – Dziewczyna była o krok od histerii. -Gołymi rękami…

Opowiesz mi później – rzucił Anatol zdecydowanie. – Teraz musimy się stąd wydostać. Vas-y. Idziemy.

Leonie wzięła się w garść. Zaczerpnęła głęboko powietrza, uniosła głowę, wyprostowała się, gotowa podjąć nowe wyzwanie.

– Doskonale – pochwalił ją brat. – No to pędem!

***

Był rosły i silny, więc zdołał utorować drogę przez tłum kłębiący się przed drzwiami. Minęli aksamitną zasłonę i znaleźli się w samym środku chaosu. Trzymając się za ręce, pobiegli do Grand Escalier. Droga do schodów usłana była butelkami szampana, poprzewracanymi kubełkami na lód i bezpańskimi programami, więc należało uważać na każdy krok. Cudem jakimś udało im się bez żadnego wypadku dotrzeć do drzwi wyjściowych. Wyskoczyli na Place de l'Opera.

Tuż za nimi rozległ się brzęk tłuczonego szkła.

– Tutaj!

Sceny w Grande Salle wydawały się Leonie siódmym kręgiem piekieł, ale tu, na ulicy, było jeszcze gorzej. Nacjonaliści uzbrojeni w pałki, butelki i noże zajęli pozycje na stopniach Palais Garnier. Czekali w trzech rzędach, wykrzykując swój nienawistny refren.

– A bas! A bas!

Niżej, na samym placu, żołnierze w krótkich czerwonych bluzach i złotych hełmach przyklękli, szykując się do strzału. Oddziały przygotowane do walki z tłumem. Czekali na rozkaz.

– Skąd ich się wzięło aż tylu?! – krzyknęła Leonie.

Anatol nie odpowiedział. Ciągnął siostrę przez tłum przed barokową fasadą pałacu. Gdy dotarli do rogu, skręcili w rue Scribe, schodząc wreszcie z linii ognia. Splótłszy dłonie, dali się ponieść ludzkiej rzece przez całą przecznicę, potrącani, popychani, ściśnięci.

Leonie już się niczego nie obawiała. Miała u boku Anatola.

Rozległ się pojedynczy strzał. Strumień uciekinierów na moment zastygł, sekundę później ruszył jeszcze żwawiej. Ktoś nastąpił Leonie na nogę, męski but obtarł jej kostkę, rozwiązało się przydepnięte sznurowadło. Z trudem utrzymała równowagę. Tylko dłoń Anatola dawała jej oparcie.

Pod operą gruchnęła salwa.

– Trzymaj mnie! – krzyknęła Leonie.

Huknęła eksplozja. Dziewczyna obejrzała się przez ramię. Ujrzała brudną kopułę szarego dymu. Od drugiego wybuchu zadrżał chodnik. Powietrze zgęstniało, potem zapadło się w siebie.

Des canons! Ils tirent!

To nie armaty. Cest sont des petards. Zwykłe petardy.

Mocniej chwyciła brata za rękę. Posuwali się ciągle coraz dalej od opery, choć jak długo trwała ucieczka ani gdzie się mogła zakończyć, żadne z nich nie umiało powiedzieć. Zwierzęcy instynkt przetrwania kazał im się nie zatrzymywać, dopóki nie zostawią daleko za sobą huku, dymu i krwi.

Leonie zaczynała tracić czucie w nogach, oddychała z najwyższym trudem, ale ciągle biegła, aż do kresu sił. Nie wiedzieć kiedy tłum się przerzedził i w końcu rodzeństwo stanęło w jakiejś bocznej uliczce, z dala od walk, wybuchów i strzałów karabinowych. Dziewczyna ledwo trzymała się na nogach, dyszała ciężko, mokra od potu skóra paliła ją żywym ogniem.

Jedną dłoń położyła na piersiach, drugą oparła się o ścianę jakiegoś domu, inaczej nie zdołałaby utrzymać równowagi. Serce waliło jej jak młotem, krew huczała w uszach.

Anatol oparł się plecami o ścianę. Siostra przytuliła się do niego, więc objął ją za ramiona, wplątując palce w miedziane loki, spływające na plecy jak jedwabna przędza.

Powoli się uspokajała. Chłodne wieczorne powietrze koiło rozognione płuca ożywczym balsamem. Ściągnęła poplamione rękawiczki, upuściła je na chodnik.

Anatol odetchnął głębiej, odgarnął z twarzy gęste czarne włosy, odsłonił ostro zarysowane kości policzkowe i wysokie czoło. Mimo regularnych treningów szermierki też był zmęczony.

Na jego ustach pojawił się uśmiech.

Jakiś czas oboje milczeli. Jedynym dźwiękiem były ich głośne oddechy, tworzące we wrześniowym zmroku białe obłoczki. Wreszcie Leonie doszła do siebie.

– Dlaczego się spóźniłeś? – zapytała, jakby to była najważniejsza kwestia na świecie.

Anatol popatrzył na nią z niedowierzaniem, a potem zaczął się śmiać. Z początku cicho i miękko, potem coraz głośniej, wreszcie zgiął się wpół i dłuższy czas nie mógł wykrztusić słowa.

– W takiej chwili – wydusił nareszcie – będziesz mnie besztać, petite?

Siostra przyszpiliła go srogim spojrzeniem, ale już w następnej chwili kąciki ust, nieposłuszne jej woli, powędrowały w górę. Wyrwał jej się chichot, potem drugi, aż wreszcie i ona zaśmiała się głośno i śmiała tak długo, aż straciła oddech, a po policzkach spłynęły łzy.

Wreszcie uspokoili się oboje. Anatol zdjął surdut i zarzucił siostrze na ramiona.

– Niezwykłe z ciebie stworzenie – powiedział. Niesamowite.

Dziewczyna objęła spojrzeniem zniszczoną suknię. Rąbek spódnicy ciągnął się za nią niby długi pociąg, ocalałe szklane paciorki wisiały na ostatnich nitkach. Tymczasem Anatol wyglądał nieskazitelnie. Mankiety koszuli nadal miał śnieżnobiałe, usztywnione czubki kołnierza sterczały w górę jak należy, a na błękitnej kamizelce próżno by szukać najmniejszej plamki. Pokręciła głową z niedowierzaniem. Cały Anatol. Cały on. Odsunął się od ściany i podniósł głowę.

Rue Caumartin – przeczytał tabliczkę. – Doskonale. Zjadłabyś coś? Pewnie jesteś głodna?

Umieram z głodu.

Znam jedną kawiarenkę niedaleko. Na dole przesiadują artystki z kabaretu Le Grande-Pinte w towarzystwie wielbicieli, ale na piętrze jest kilka przyzwoitych prywatnych salek. Jak ci się podoba taki plan?

Doskonały.

Wobec tego – uśmiechnął się – idziemy. Zaszalejesz z bratem do późna w noc. Nie mogę ryzykować, że mama cię zobaczy w takim stanie. Nigdy by mi nie wybaczyła.

ROZDZIAŁ 4

Marguerite Vernier wysiadła z fiacre na rogu ulic Cambon i Sainte-Honore. Towarzyszył jej generał Georges du Pont.

Gdy mężczyzna płacił za kurs, otuliła się ciaśniej etolą. Na jej ustach igrał pełen zadowolenia uśmiech. Wybrali się do najlepszej restauracji w mieście, o oknach zawsze dyskretnie przesłoniętych najwytworniejszą koronką z Bretanii. Wyprawa stanowiła niezbity dowód rosnących względów generała.

Ramię w ramię weszli do Voisin, gdzie od progu powitał ich szmer rozmów. Marguerite dostrzegła kątem oka, że Georges wyprostował się i uniósł wyżej głowę. Najwyraźniej zdawał sobie sprawę, że wszyscy obecni w restauracji mężczyźni mu zazdroszczą. Ścisnęła go za przedramię, a on odpowiedział podobnym gestem. Tak, oboje mieli świeżo w pamięci minione dwie godziny. Generał objął swoją kobietę spojrzeniem szczęśliwego posiadacza, ona zaś odpowiedziała leciutkim uśmiechem, po czym delikatnie rozchyliła usta. Właśnie one były jej największym atutem: promienny uśmiech i pełne wargi stawiały ją między wyjątkowymi pięknościami. Obiecywały i zapraszały.

Generał oblał się purpurą aż po czubki uszu. Wsunął palec pod kołnierzyk o sterczących rogach. Miał na sobie elegancki czarny smoking, zręcznie uszyty, skrywający fakt, że po sześćdziesiątce mężczyzna nie ma już tak wybornej postawy jak za czasów służby w armii. Z butonierki spływała kolorowa wstążka, symbolizująca medale otrzymane pod Sedanem i pod Metzem. Zamiast kamizelki, która mogłaby nieszczęśliwie podkreślić nieco zbyt wydatny brzuch, włożył bordowy pas smokingowy, idealnie dopasowany do muchy. Siwowłosy, z doskonale utrzymanym obfitym wąsem, Georges był teraz dyplomatą, osobą publiczną, stateczną, i życzył sobie, by świat o tym wiedział.

Marguerite ubrała się skromnie, w jedwabną wieczorową suknię z fioletowej mory, o srebrnych wykończeniach, przetykanych koralikami, z długim rękawem. Szczupłą talię podkreślała suta spódnica. Wysoka stójka prowokacyjnie odsłaniała jedynie skrawek śnieżnobiałej skóry na karku, ukrytym pod ciężkim kokiem, ozdobionym niewielkim stroikiem z fioletowych piór. W jasnej twarzy o nieskazitelnej cerze lśniły orzechowe oczy.

Wszystkie znudzone matrony i wypacykowane żony patrzyły na nią z niechęcią i zazdrością, tym większą, że Marguerite nie była już młódką, ale kobietą po czterdziestce. Jej uroda w połączeniu z doskonałą figurą, a do tego brak obrączki na palcu, obrażały poczucie przyzwoitości oraz sprawiedliwości. Czy to uchodzi obnosić się z takim związkiem akurat we Voisin?

Właściciel, siwowłosy mężczyzna, równie dystyngowany jak jego klientela, wyszedł nowym gościom na spotkanie. Wystąpił z cienia za dwiema damami, siedzącymi przy ladzie recepcji, Scyllą i Charybdą, bez których aprobaty nikt nie mógł przebywać w tym kulinarnym przybytku. Swego czasu generał du Pont był tutaj stałym bywalcem, zamawiał najlepszego szampana i zostawiał szczodre napiwki. Ostatnio jednak pojawiał się rzadziej. Właściciel restauracji zaczął żywić obawy, iż stracił klienta na rzecz Cafe Paillard albo Cafe Anglais.

– Miło nam pana znowu widzieć, monsieur – zagaił. – Sądziłem, że ob

jął pan jakąś posadę poza granicami kraju.

Georges pochylił głowę z lekkim zakłopotaniem.

Jakiż on bezbronny, pomyślała Marguerite.

Wcale jej ta cecha nie przeszkadzała. Ten adorator miał lepsze maniery, hojniejszą rękę i mniejsze wymagania niż wielu innych mężczyzn, z którymi wiązała swoje losy.

– To wyłącznie moja wina – rzekła, spoglądając spod opuszczonych rzęs. – Zaanektowałam go dla siebie.

Właściciel roześmiał się i strzelił palcami. Na ten znak szatniarz zdjął z ramion Marguerite etolę, od generała wziął laskę i zniknął równie bezszelestnie, jak się pojawił. Mężczyźni przystąpili do wymiany grzeczności: kilka słów na temat pogody i aktualnej sytuacji w Algierii oraz dwa zdania o tym, że podobno tu i ówdzie dochodzi do jakichś antypruskich demonstracji. Marguerite nie słuchała. Z ciekawością przyglądała się słynnej owocowej dekoracji na wielkim stole. Niestety, jeśli chodzi o truskawki, było już po sezonie, a przy tym Georges miał zwyczaj wcześnie się kłaść, więc raczej nie zechce jeść deseru.

Powstrzymała westchnienie ulgi, gdy panowie zakończyli zwyczajowe uprzejmości. Chociaż w restauracji było tłoczno, panowała atmosfera odprężenia i dyskretnego luksusu. Anatol nie zjadłby kolacji w takim miejscu za nic w świecie, uznałby je za nudne i staroświeckie, ale Marguerite, kobieta, która zbyt często musiała takie lokale mijać, zaglądając jedynie przez okno, czuła się rozkosznie spełniona. Kolacja w takim miejscu była dia niej miarą bezpieczeństwa, jakie zapewniał jej du Pont.

Właściciel restauracji uniósł dłoń, przywołując głównego kelnera. Ten poprowadził ich w miękkim blasku świec do jednego z najlepszych stolików, ustawionego we wnęce, skrytego przed wzrokiem innych gości i znajdującego się z dala od wahadłowych drzwi, prowadzących do kuchni. Marguerite zastanawiała się po drodze, nie po raz pierwszy, co też takiego robi Georges w ambasadzie, że nieposzlakowana opinia jest dla niego tak istotna.

Państwo życzą sobie aperitif? – zapytał kelner. Generał spojrzał na towarzyszkę.

Szampan?

Z przyjemnością.

– Butelkę cristala – zadysponował, pochylając się dyskretnie do przodu, jakby chciał oszczędzić damie prostackiej informacji, że zamówił najlepszy trunek, dostępny w lokalu.

Gdy kelner odszedł, Marguerite leciutko dotknęła stopą nogi generała. Z satysfakcją odnotowała, że drgnął i poprawił się na krześle.

– Marguerite, doprawdy – zaprotestował bez przekonania.

Zsunęła miękki pantofel i delikatnie pogładziła go po kostce, a potem wyżej, nad cieniuteńką skarpetką, jakby utkaną z pajęczej przędzy.

– Mają tu najlepsze czerwone wino w Paryżu – rzekł Georges nieco chrapliwym tonem. – Burgundzkie, bordeaux… najlepsze winnice… A i pośledniejsze trunki…

Marguerite nie lubiła czerwonego wina, bo zawsze po nim cierpiała na ból głowy. Wolała szampana, ale oczywiście wypije, cokolwiek Georges dla niej zamówi.

Jak ty się na wszystkim znasz! – pochwaliła. Rozejrzała się dookoła. – I taki jesteś zaradny! Niełatwo dostać stolik w środowy wieczór…

Trzeba wiedzieć, z kim rozmawiać – zbył komplementy od niechcenia, ale widziała, że jest zadowolony. – Jadłaś tu kiedyś? Wiesz, co to za miejsce?

Pokręciła głową. Pedantyczny Georges zbierał fakty i lubił się popisywać wiedzą. Oczywiście, jak każdy mieszkaniec Paryża, doskonale znała historię restauracji, lecz była gotowa udawać, że nic o niej nie wie. W czasie długich miesięcy Komuny lokal bywał świadkiem najzacieklejszych walk między komunardami a siłami rządowymi. Tu gdzie teraz czekały na pasażerów fiakry i dwukółki, dwadzieścia lat wcześniej stały barykady wzniesione z żelaznych łóżek, poprzewracanych wozów, palet i skrzynek po amunicji. Tam ona przez krótki, wspaniały moment stała wraz z mężem, pięknym i bohaterskim Leo, jako równorzędna partnerka w walce przeciwko klasie panującej.

Kiedy Ludwik Napoleon poddał armię w bitwie pod Sedanem – zaczął generał – Niemcy ruszyli na Paryż.

Rozumiem. – Marguerite zatrzepotała rzęsami, konstatując nie po raz pierwszy, że Georges mają za bardzo młodą osobę, skoro daje jej lekcję historii z wypadków, w których brała udział.

Gdy doszło do oblężenia Paryża, znajdowaliśmy się pod ciągłym obstrzałem. I, oczywiście, brakowało żywności. Tylko w ten sposób można było dać nauczkę komunardom. To jednak oznaczało, że wiele lepszych restauracji zamknęło podwoje. Cóż. naprawdę brakowało jedzenia. Wróble, koty, psy… żadne stworzenie, jakie się pokazało na ulicach miasta, nie było złą zwierzyną. Nawet mieszkańców zoo zabito któregoś dnia dla mięsa.

Coś podobnego!

I wiesz, co tego wieczoru serwowano we Voisin?

Nie potrafię sobie wyobrazić – rzekła Marguerite. ucieleśnienie nieświadomości o szeroko otwartych oczach. – I nawet nie śmiem. Może węże?

Nie – zaśmiał się generał ukontentowany – zgaduj dalej.

Naprawdę nie wiem… Krokodyle?

Słonia – oznajmił triumfalnie. – Danie z nogi słonia. Wyobrażasz sobie coś podobnego? Smakowite, doprawdy doskonałe. Jedyne w swoim rodzaju, możesz mi wierzyć.

Wierzę. – Marguerite uśmiechnęła się, choć jej wspomnienie z lata roku tysiąc osiemset siedemdziesiątego pierwszego wyglądało zupełnie inaczej. Długie tygodnie głodu, próby walki, wspieranie męża idealisty. Jednocześnie musiała wykarmić ukochanego synka. Suchy ciemny chleb i kasztany, jagody kradzione nocą z krzewów w ogrodach Tuileries.

Gdy Komuna upadła, Leo musiał uciekać i dwa lata ukrywał się u różnych przyjaciół. W końcu go jednak pojmano, o włos uniknął plutonu egzekucyjnego. Ponad tydzień Marguerite chodziła po wszystkich komisariatach i sądach Paryża, nim odkryła, że był sądzony i został skazany. Jego nazwisko opublikowano na liście wywieszonej na ścianie ratusza: deportacja do francuskiej kolonii na Pacyfiku, do Nowej Kaledonii.

Amnestia, która objęła komunardów, dla niego przyszła zbyt późno. Zmarł na pokładzie statku, w czasie przeprawy przez ocean. Nawet nic wiedział, że ma córkę.

– Marguerite? – odezwał się du Pont gniewnie.

Milczała zbyt długo. Na powrót przywołała odpowiedni wyraz twarzy.

– Zamyśliłam się przeprosiła z uśmiechem. Wyobrażałam sobie, jakie wspaniałe musiało być to danie rzekła. Na pewno wiele zależało od umiejętności… od geniuszu szefa kuchni. Czuję się cząstką historii, odwie

dzając takie miejsce. Zwłaszcza z tobą – dodała po chwili.

Georges rozpromienił się w błogim uśmiechu.

Najważniejsza jest siła charakteru. Dzięki niej człowiek potrafi wykorzystać najtrudniejszą sytuację. Twoje pokolenie nic o tym nie wie…

– Państwo wybaczą.

Du Pont wstał, zawsze uprzejmy, nawet jeśli zirytowany. Marguerite obróciła się i zobaczyła wysokiego dżentelmena o gęstych czarnych włosach i wysokim czole. Przyszpilił ją ostrym spojrzeniem bardzo niebieskich oczu.

– Tak, monsieur? odezwał się generał.

Nieznajomy, choć z pewnością napotkany po raz pierwszy, obudził w Marguerite jakieś nieokreślone skojarzenia. Byli w podobnym wieku.

Intruz miał na sobie ciemny wieczorowy garnitur, dyskretnie podkreślający nieskazitelną figurę i doskonalą kondycję. Szerokie bary, jak u człowieka przyzwyczajonego stawiać na swoim. Na palcu lewej dłoni złoty sygnet, który zapewne pomógłby określić jego tożsamość. W rękach mężczyzna trzymał jedwabny cylinder, białe rękawiczki oraz kaszmirowy szalik w tym samym kolorze, co sugerowało, że albo właśnie przyjechał albo wybierał się w drogę.

Spłonęła rumieńcem pod jego wzrokiem, który zdawał sieją rozbierać. Skóra paliła Marguerite. Kropelki potu zrosiły piersi, ukryte pod siatką koronek gorsetu.

– Panowie wybaczą – powiedziała, rzucając generałowi spojrzenie pełne niepokoju – ale czy…

Przybyły lekko schylił głowę w niemym geście przeprosin.

– Czy mogę?

Du Pont, udobruchany, zezwolił kiwnięciem ręki.

– Jestem znajomym pani syna – rzekł obcy, wyjmując z kamizelki wizytownik, a z niego zadrukowaną tekturkę. – Victor Constant, hrabia de Tourmaline.

Po chwili zawahania Marguerite przyjęła wizytówkę.

– Ogromnie przepraszam, że państwu przeszkodziłem, ale bardzo zależy mi na spotkaniu z Vernierem – podjął, przenosząc spojrzenie na generała. – Mam do niego szalenie istotną sprawę. Czas jakiś byłem na wsi, dopiero co wróciłem do miasta i miałem nadzieję zastać go w domu. Tymczasem… – Oszczędnym gestem rozłożył dłonie.

Marguerite znała wielu mężczyzn. Zawsze od razu wiedziała, jakie zachowanie będzie najkorzystniejsze. Pochlebstwo, potok słów, zauroczenie… Ale on…? Nie potrafiła go rozszyfrować. Spojrzała na wizytówkę. Anatol niewiele jej mówił o swoich sprawach, ale tak czy inaczej z pewnością nigdy nic wymieniał tak dystyngowanego nazwiska. Ani w kontekście przyjaciół, ani klientów.

– Czy wie pani, gdzie go znajdę?

Zadrżała leciutko. Z pożądania. I z lęku. Jedno i drugie jednakowo fascynujące. Jedno i drugie tak samo alarmujące. Nieznajomy zmrużył oczy, przeszywając jej duszę spojrzeniem na wylot, jakby potrafił czytać w myślach. Ledwo dostrzegalnie skłonił głowę.

– Niestety… powiedziała. Obawiam się, że nie. – Nie mało trudu kosztowało ją usunięcie z głosu najlżejszej niepewności. Może zostawi mu pan wizytówkę w biurze.

Tym razem Constant wyraźnie skłonił głowę.

– Tak właśnie zrobię. A znajdę je…?

– Na rue Montorgueil. Nic pamiętani numeru.

Hrabia nic spuszczał z niej wzroku.

– Doskonale odezwał się po chwili. Raz jeszcze przepraszam za najście. Będę wdzięczny, jeśli zechce pani przekazać synowi, że go szukam.

– Znienacka sięgnął po jej dłoń złożoną na kolanie i podniósł do ust.

Marguerite czuła przez cieniutką tkaninę rękawiczki nie tylko szorstki dotyk wąsów, ale i oddech nieznajomego. Zaskoczyła ją reakcja własnego ciała, całkowicie sprzeczna z życzeniem umysłu.

– A bientot, madame Vemier. – Do zobaczenia pani. – Mon generał.

Skłonił się oszczędnie i odszedł. Natychmiast zjawił się kelner, który napełnił kieliszki.

– Co za impertynencja! – wybuchnął du Pont. – Za kogo się ma ten szubrawiec?! Jak śmiał cię obrażać!

– Obraził mnie? – zdziwiła się Marguerite.

– Przewiercał cię wzrokiem!

– Doprawdy, nie zwróciłam uwagi. Całkiem nieciekawy osobnik – łagodziła. Nie chciała dopuścić do sceny. – Proszę, nie wracajmy do sprawy.

– Czy ty go znasz? – Du Pont nagle zrobił się podejrzliwy.

– Nie. nie znam – odparła spokojnie.

– Skąd on miał moje nazwisko? – zastanawiał się generał, ciągle nieufny.

– Może widział twoją fotografię w gazetach. Jesteś taki skromny, nawet nie wiesz, jaką sławą się cieszysz.

Wyraźnie się odprężył. Pochlebstwo zrobiło swoje. Czas skończyć ze sprawą na dobre. Marguerite ujęła wizytówkę za róg i przytknęła do płomienia świecy. Po krótkiej chwili kartonik zapłonął żywym ogniem.

– W imię Boga, co też ty wyprawiasz!

Marguerite obrzuciła towarzysza spojrzeniem spod długich rzęs, po czym przeniosła wzrok na dogasający papier.

– Nie ma o czym mówić – rzekła, otrzepując palce nad popielniczką.

Jakby go nie było. Jeżeli hrabia jest osobą, z którą mój syn będzie sobie

życzył robić interesy, właściwym miejscem dla tego pana jest biuro Anato

la między godziną dziesiątą a piątą.

Georges pokiwał głową z zadowoleniem. Błysk podejrzliwości w jego oczach zgasł.

– I naprawdę nie wiesz, gdzie się twój syn podziewa?

– Ależ wiem, wiem – oznajmiła z porozumiewawczym uśmiechem, jakby dopuszczała generała do spisku. – Ale ostrożności nigdy za wiele. Lepiej powiedzieć za mało niż za dużo. – Nie miała nic przeciwko, żeby ją uważał za kobietę dyskretną i godną zaufania. Pan du Pont znów pokiwał głową.

– Racja, święta racja.

Anatol zabrał Leonie do opery, na premierę najnowszego dzieła Wagnera.

Wszystko to pruska propaganda – burknął Georges. – Powinno się tego zabronić.

– Po przedstawieniu wybiorą się na kolację.

Na pewno do którejś z tych tak zwanych artystycznych jadłodajni, jak Le Cafe przy Place Blanche! Siedzą tam wszyscy, upchnięci jak śledzie w beczce! zabębnił palcami po stole. Jak się nazywa to drugie miejsce… na Boulevard Rochechouart? Stanowczo powinni je zamknąć…

– Le Chat Noir – podsunęła Marguerite.

– Same lenie i darmozjady! – oznajmił Georges, zapalając się do nowego tematu. – Pacnie taki kilka plamek na płótnie i nazywa to sztuką! Zresztą cóż to za zajęcie dla mężczyzny! Ot, choćby ten bezczelny młodzik z waszego domu, cały ten Debussy…! Same nieroby i próżniaki! Dobre lanie by ich nauczyło…!

– Kochanie, Achille jest kompozytorem – sprzeciwiła się Marguerite.

– Wszystko to pasożyty! Wiecznie niezadowoleni. A ten tylko wali w klawisze, dzień i noc. Ojciec powinien mu przetrzepać siedzenie! Może by mu przybyło trochę rozumu w głowie!

Marguerite skryła uśmiech. Ponieważ Achille był w tym samym wieku co Anatol, takie środki dyscyplinujące wydawały się nieco spóźnione. Zresztą madame Debussy miała ciężką rękę i dzieci swego czasu doskonale wiedziały, co znaczy matczyny gniew, więc najwyraźniej metody wychowawcze, zalecane przez generała, nie przyniosły oczekiwanych rezultatów.

– Doskonały szampan – powiedziała, zmieniając temat. Sięgnęła po dłoń towarzysza i lekko wbiła paznokcie w miękkie wnętrze. – Jesteś taki mądry. – Okrasiła słowa uśmiechem. – Zamówisz mi coś do jedzenia? Nabrałam apetytu.

ROZDZIAŁ 5

Leonie i Anatol zostali wprowadzeni do prywatnej sali na pierwszym piętrze Le Bar Romain, gdzie okna wychodziły na ulicę.

Dziewczyna zwróciła bratu surdut, po czym w niedużej łazience, przyległej do salki, odświeżyła się i poprawiła fryzurę. Przypięła brzeg sukni, dzięki czemu wyglądał dość przyzwoicie, choć bez szycia się nie obejdzie, rzecz jasna.

Przyjrzała się odbiciu w lustrze, nachylając zwierciadło ku sobie. Skórę miała błyszczącą, po galopadzie przez Paryż puder zniknął bez śladu, szmaragdowe oczy płonęły w blasku świec. Teraz, gdy niebezpieczeństwo minęło, widziała minione zdarzenia całkiem wyraźnie, a przy tym w jasnych barwach. Zapomniała o nienawiści na twarzach mężczyzn, o panice, o strachu.

Anatol zamówił dwa kieliszki madery, potem czerwone wino do kolacji złożonej z kotletów jagnięcych i tłuczonych ziemniaków ze śmietaną.

– Na deser weźmiemy duszoną gruszkę, jeśli jeszcze będziesz głodna rzekł, zwalniając kelnera.

W czasie jedzenia Leonie opowiedziała bratu, co się działo do momentu, gdy ją wybawił z opresji.

– Interesujący ludzie ci abonnes – zauważył Anatol. Twierdzą, że na francuskiej ziemi powinna rozbrzmiewać wyłącznie francuska muzyka. W tysiąc osiemset sześćdziesiątym doprowadzili do zdjęcia ze sceny „Tannhausera". – Wzruszył lekko ramionami. – A przecież jest tajemnicą poliszynela, że muzyka ich nie obchodzi ani trochę.

– Wobec tego dlaczego wzniecają niepokoje?

– To czysty szowinizm. – Odsunął krzesło od stołu, wyciągnął szczupłe nogi i z kieszeni kamizelki wyjął papierosa. Nie wydaje mi się. żeby Paryż znów zaprosił Wagnera. Przynajmniej teraz.

Leonie pogrążyła się w myślach. Dlaczego Achille podarował ci bilety? Przecież sam uwielbia Wagnera. Uwielbiał sprostował Anatol, stukając papierosem o srebrną pokrywkę. – To już czas przeszły. Zapalił zapałkę. Ostatnio Achille stwierdził, że Wagner jest jedną wielką pomyłką. Pięknym zachodem słońca, pomyłkowo wziętym za prześliczny brzask. – Z drwiącym półuśmiechem stuknął dłonią w czoło. – O, przepraszam: Claude-Achille. Jak mogłem zapomnieć…!

I tak rozmowa zeszła na wspólnego znajomego. Debussy. zdolny pianista i kompozytor, mieszkał wraz z rodzicami i rodzeństwem w tym samym budynku co rodzina Vernier, przy rue de Berlin. Był en fant terrible paryskiego konserwatorium, a równocześnie jego największą nadzieją. Tymczasem w kręgu przyjaciół skomplikowane życie uczuciowe młodego człowieka zapewniało mu znacznie większą sławę niż rosnąca reputacja zawodowa. Aktualną faworytą była dwudziestoczteroletnia Gabrielle Dupont.

– Tym razem sprawa wygląda poważnie – oznajmił Anatol. – Gaby ro

zumie, że najważniejsza jest dla niego muzyka, więc może wytrwa jakiś

czas u jego boku. I toleruje jego wtorkowe wizyty w salonie u mistrza Mal-

larmego. A jemu to potrzebne, zwłaszcza przy ciągłych skargach akade

mii, gdzie nikt nie rozumie jego geniuszu. Są za starzy i za głupi.

Leonie uniosła brwi.

– Mnie się wydaje, że Achille sam jest sobie winien. Nie dba o przyjaźnie i szybko się rozstaje z tymi, którzy potrafiliby mu pomóc. A jeszcze na dodatek ma cięty język, często niepotrzebnie rani ludzi. Musisz przyznać, że bywa grubiański, niegrzeczny, czasem trudno z nim wytrzymać.

Anatol palił w milczeniu.

Już nie wspominając o przyjaźni – ciągnęła dziewczyna, wsypując do kawy trzecią łyżeczkę cukru. – Muszę przyznać, że w pewnym stopniu zgadzam się z krytykami… Jego utwory wydają mi się jakieś… niejasne, niespójne… i niespokojne. Zawiłe. Zbyt często czuję, że czekam, aż pojawi się melodia. Trochę… jakbym słuchała pod wodą.

Proszę, proszę – rzekł z uśmiechem Anatol. – Achille twierdzi, że klucz do zrozumienia trzeba wyławiać z głębi. Ma zamiar dzięki muzyce rzucić światło na połączenia między światem materialnym a duchowym, widzialnym i niewidzialnym, a takich spraw nie sposób przedstawić za pomocą tradycyjnych sposobów.

Takie rzeczy ludzie mówią, kiedy chcą się wydać mądrzy, a nie mają nic do powiedzenia!

Anatol nie dał sobie przerwać.

– Jego zdaniem, sugestia i niuans są znacznie potężniejsze niż bezpo

średnie stwierdzenie i klarowny opis. Niewyraźne wspomnienia mają

większą moc niż świadome przemyślenia.

Leonie uśmiechnęła się szeroko. Uwielbiała lojalność brata w stosunku do przyjaciela, lecz jednocześnie miała świadomość, że teraz akurat jedynie powtarza on słowa, które padły z ust Achillesa. Bo choć przyjaciela cenił i podziwiał, chociaż gotów był bronić jego twórczości i talentu własną piersią, w zasadzie gustował raczej w dziełach Offenbacha i grze orkiestry z Folies Bergere niż w utworach Debussy'ego, Dukasa czy innych przyjaciół z konserwatorium.

– A skoro już tak szczerze rozmawiamy – podjął – muszę ci się przy

znać, że w zeszłym tygodniu wróciłem na rue de la Chaussee d'Antin i ku

piłem jego „Poemes de Baudelaire".

W oczach dziewczyny zapłonął gniew.

– Obiecałeś mamie…!

– Wiem, wiem… Nic nie poradzę. Cena była bardzo rozsądna, na pewno zrobiłem dobrą inwestycję, bo Bailly wydrukował tylko sto pięćdziesiąt egzemplarzy.

– Musimy ostrożnie wydawać pieniądze. Mama ufa, że jesteś oszczędny. Nie możemy sobie pozwolić na kolejne długi. – Przerwała na chwilę. -A właściwie ile jesteśmy winni?

Dłuższą chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.

Leonie – odezwał się wreszcie Anatol – domowe finanse nie powinny cię interesować.

– Ale…

– Żadnego „ale" – uciął stanowczo.

– Traktujesz mnie jak dziecko! – obruszyła się dziewczyna.

– Jak wyjdziesz za mąż, będziesz swojego nieszczęśnika do woli gnębiła pytaniami o stan rodzinnego budżetu, ale na razie, póki nie ma takiego straceńca… Zresztą daję ci słowo, że od tej chwili nie wydam ani sou bez twojego pozwolenia.

– Wolne żarty!

– Mówię zupełnie poważnie! Więcej: nawet jednego centime – żartował Anatol.

Zmierzyła go srogim spojrzeniem, ale szybko się poddała.

– Trzymam cię za słowo – ostrzegła z udawaną powagą. Brat położył rękę na sercu.

– Niech mnie piorun trzaśnie, jeśli kłamię.

Patrzyli na siebie uśmiechnięci. Anatol przykrył ręką drobną białą dłoń siostry.

– A wracając do poważnych spraw, petite – rzekł – bardzo mi przykro, że przez moje spóźnienie znalazłaś się sama w tym zamieszaniu. Wybacz mi, proszę.

– Już wybaczyłam.

– Nie zasługuję na taką łaskawość. I wiedz, że jestem dla ciebie pełen podziwu. Zachowałaś się wyjątkowo przytomnie. Większość dziewcząt na twoim miejscu straciłaby głowę. Jestem z ciebie dumny. – Rozsiadł się wygodniej w krześle, zapalił drugiego papierosa. – Może się okazać, że wydarzenia dzisiejszego wieczoru jeszcze do ciebie wrócą. Wstrząs często pojawia się po jakimś czasie od zdarzenia.

– Dam sobie radę – zapewniła. Czuła się doskonale. Jakby urosła, nabrała sił, jakoś bardziej stała się sobą. Nic jej nie trapiło.

Zegar na kominku wybił godzinę.

– Ale, ale, jeszcze nie widziałam, żebyś się spóźnił na przedstawienie.

Anatol pociągnął łyk koniaku.

– Zawsze kiedyś jest ten pierwszy raz.

Leonie zmrużyła oczy. zerknęła na brata bokiem.

– Dlaczego się spóźniłeś?

Wolno odstawił pękaty kieliszek, pociągnął za końce nawoskowanych wąsów.

Niezbity dowód, że nie usłyszę prawdy, pomyślała dziewczyna.

– Powiedz, proszę. Czekam.

– Byłem umówiony z klientem spoza miasta. Miał się zjawić o szóstej, ale przyszedł spóźniony i zajął mi więcej czasu, niż przewidywałem.

– A strój do opery miałeś ze sobą? Czy też wróciłeś do domu, zanim się wyprawiłeś do Palais Garnier?

– Byłem zapobiegliwy i wziąłem do biura ubranie na zmianę. Poderwał się, dwoma krokami przemierzył salkę, pociągnął za taśmę dzwonka. W mgnieniu oka pojawił się kelner, zaczął sprzątać ze stołu. Rozmowa skończona. Nie sposób naciskać przy świadku.

– Powinnaś już wracać do domu – oznajmił Anatol, biorąc siostrę pod

łokieć i pomagając jej wstać. – Odprowadzę cię do powozu. Zaraz wrócę uregulować rachunek – rzucił do kogoś z obsługi.

Chwilę później Leonie siedziała w pojeździe, Anatol zatrzasnął za nią drzwiczki.

– Nie wybierasz się do domu? – spytała.

– Zajrzę do Chez Frascati. Zagram parę rozdań. Dziewczyna się zaniepokoiła.

– Co mam powiedzieć mamie?

– Nie spotkasz jej o tej porze.

– A jeśli się jeszcze nie położyła? Leonie odwlekała chwilę odjazdu.

– Wtedy powiesz jej, żeby na mnie nie czekała rzekł, dotykając ustami dłoni siostry.

Wsunął dorożkarzowi w rękę banknot.

– Rue de Berlin – polecił i cofnął się na chodnik. Śpij dobrze, petite.

Zobaczymy się przy śniadaniu.

Strzelił bat. Zakołysały się lampy po bokach budy i pojazd, pośród brzęku końskich dzwonków oraz stukania żelaznych podków na kocich łbach, ruszył do miejsca przeznaczenia. Leonie opuściła szybę, wyjrzała przez okno. Anatol stał w plamie żółtego światła z syczącej latarni gazowej. Z końca papierosa unosiła się siwa smużka dymu.

Dlaczego mi nie zdradził przyczyny spóźnienia?

Patrzyła ciągle, jadąc rue Caumartin w stronę skrzyżowania z ulicą Saint-Lazare, mijając Hotel Saint-Petersbourg i Alma Mater Anatola, Lycee Fontanes.

Zanim powóz skręcił, dostrzegła jeszcze, jak brat rzucił niedopałek do rynsztoka, obrócił się na pięcie i wszedł z powrotem do Le Bar Romain.

ROZDZIAŁ 6

W domu przy rue de Berlin panował spokój.

Leonie otworzyła zatrzask własnym kluczem. W korytarzu zostawiono dla niej zapaloną lampę. Położyła klucz w chińskiej misie, stojącej obok srebrnej tacy na pocztę i wizytówki. Strąciła z krzesła matczyną etolę i opadła na siedzenie. Wysunęła stopy ze zrujnowanych pantofli, ściągnęła brudne jedwabne pończochy i rozmasowała obolałe stopy, cały czas myśląc o bracie. Dlaczego nie chciał zdradzić przyczyny spóźnienia? Jeśli nie miał na sumieniu żadnej wstydliwej sprawy, z jakiego powodu kłamał?

Spojrzała na drzwi sypialni matki. Zamknięte. W sercu zakłuło ją rozczarowanie. Choć towarzystwo nuiman często budziło w niej irytację, chociaż niewiele miały wspólnych tematów, akurat dzisiejszej nocy chętnie by się podzieliła wrażeniami.

Wziąwszy lampę, poszła do salonu. Był to duży pokój, zajmujący cały front kamienicy. Wszystkie trzy okna wychodziły na rue de Berlin, wszystkie były zamknięte, ale zasłon z żółtego kretonu nikt nie zaciągnął.

Postawiła lampę na stole i wyjrzała na opustoszałą ulicę. Równocześnie uświadomiła sobie, że jest jej zimno. A co robi Anatol, gdzieś tam, w mieście, zupełnie sam? Oby był bezpieczny.

Ciemną chmurą nadciągnęły wspomnienia zdarzeń minionego dnia. Zmęczenie wzięło górę nad energią, która niosła dziewczynę przez bogaty w wypadki wieczór, odsłoniło niepokój i obawy. Przypominał o sobie każdy obolały mięsień, wszystkie zmysły skupiły się na scenach, których była świadkiem.

Krew, połamane kości, nienawiść.

Zamknęła oczy, ale to nie pomogło jej się odciąć od obrazów niedawnej przeszłości. Wrócił smród ekskrementów i zgniłego jedzenia, eksplodujący z pocisków domowej roboty. Znieruchomiałe oczy mężczyzny ugodzonego nożem w pierś. Paraliżujący moment między życiem a śmiercią.

Otuliła ramiona zielonym wełnianym szalem, pozostawionym na oparciu clulise longue, jakby szezlong był najwłaściwszym dla niego miejscem. Zmniejszyła płomień lampy i skuliła się w ulubionym fotelu, podciągając nogi pod siebie.

Z mieszkania piętro niżej zaczęła się sączyć muzyka. Leonie uśmiechnęła się. Achille znowu grał na fortepianie. Chociaż, według zegara na kominku, już minęła północ.

Dobrze było dziewczynie ze świadomością, że nie ona jedna przy rue de Berlin czuwa tej nocy. Dyskretna obecność przyjaciela niosła ze sobą ukojenie. Leonie umościła się wygodniej. Z przyjemnością słuchała znajomego utworu. „La damoiselle elue". Według Anatola, Debussy napisał go, myśląc właśnie o niej, ale prawda wyglądała inaczej. Achille sam jej powiedział, że oparł się na wierszu Rossettiego, stworzonym pod wpływem poematu Edgara Allana Poego „Kruk". Tak czy inaczej, utwór jej się podobał, a subtelne akordy doskonale pasowały do nastroju środka nocy.

Raptem wychynęły z pamięci inne, dawniejsze wspomnienia. Dzień pogrzebu. Wtedy też Achille grał do późna w noc. Dźwięki z białych i czarnych klawiszy przebijały podłogę, aż Leonie myślała, że zwariuje od słuchania. Pojedynczy liść palmy w szklanej misie. Lepki aromat rytuału i śmierci, wypełzający z każdego kąta mieszkania, kadzidła i wonne świece, które miały ukryć mdląco słodki zapach ciała w zamkniętej trumnie.

Nie mieszaj przeszłości z teraźniejszością.

Potem długie tygodnie, gdy Anatol wychodził z domu, zanim jeszcze świt przywrócił światu kształty, a wracał długo po odejściu służby. Kiedyś zniknął bez słowa wyjaśnienia aż na siedem dni. A gdy Leonie wreszcie znalazła w sobie dość odwagi, by spytać, gdzie się podziewał, zbył ją uspokajającymi słowami. Podejrzewała, że spędzał noce przy ruletce, przy stolikach rouge et noir, a z plotek służby dowiadywała się o anonimowych doniesieniach na łamach brukowców – według nich, jej brat prowadził życie rozwiązłe i hulaszcze.

Wyglądał coraz gorzej. Policzki mu się zapadły, skóra nabrała niezdrowego odcienia. Piwne oczy straciły blask, białka miał zawsze przekrwione, a wargi suche i popękane. Dziewczyna gotowa była na wszystko, byle nie dopuścić, żeby coś takiego się powtórzyło.

Dopiero gdy drzewa na Boulevard Malesherbes ponownie wypuściły liście, a ścieżki w Parc Monceau obrosły różowymi i białymi liliami, ustały ataki na dobre imię Anatola. Zaczął wreszcie stawać na nogi, najwyraźniej wziął się w garść, wracał do zdrowia. A Leonie odzyskała swojego ukochanego starszego brata. Skończyło się wychodzenie przed brzaskiem i wracanie po nocy, półprawdy i półkłamstwa.

Aż do dziś wieczór.

Niespodziewanie uświadomiła sobie, że ma mokre policzki. Otarła łzy zimnymi palcami i mocniej otuliła się szalem.

Już wrzesień, nie marzec.

Niepokój w sercu jednak pozostał. Brat ją okłamał. Dlatego czuwała przy oknie, kołysana grą Achille'a, nadsłuchując zgrzytnięcia klucza w zamku.

ROZDZIAŁ 7

Czwartek, 17 września

Wyszedł z pokoiku na palcach, nie budząc kobiety. Po cichu, by nie przeszkadzać innym mieszkańcom pensjonatu, zszedł wąskimi, drewnianymi schodami nie pierwszej czystości w samych skarpetkach. Płomyki gazowych lamp, po jednej na każdym podeście, sprowadziły go aż na parter.

Chociaż jeszcze nie wstał świt, Paryż się budził. Z najbliższej przecznicy dobiegały poranne odgłosy miasta, turkot drewnianych wózków mleczarzy i piekarzy, wiozących towar do kawiarenek oraz barów na Faubourg Montmartre.

Anatol włożył buty i ruszył pustą ulicą Feydeau. Tutaj jedynym dźwiękiem był stukot jego obcasów na chodniku. Pogrążony w myślach, żwawym krokiem szybko dotarł do skrzyżowania z Saint-Marc, zamierzając przeciąć Passage des Panoramas. Wszędzie cicho i pusto.

W głowie tłukły mu się niespokojne myśli. Czy zdoła przeprowadzić plan? Czy uda mu się wyjechać z Paryża niezauważenie i bez wzbudzania podejrzeń? Mimo zażartych dyskusji z ostatnich godzin w dalszym ciągu miał wątpliwości. Wiedział, że od jego zachowania w najbliższych dniach i godzinach zależy sukces albo porażka wszystkich zaangażowanych w sprawę. A już Leonie zrobiła się podejrzliwa… Niedobrze, tym bardziej że od jej wsparcia i pomocy bardzo wiele zależało. Przeklinał wypadki, które opóźniły jego przyjazd do opery, a na dodatek jeszcze pech chciał, że abonnes akurat ten wieczór wybrali sobie na krwawy protest…

Głęboko odetchnął rześkim wrześniowym świtem ze śladami pary, dymu i sadzy. Poczucie winy, że zawiódł siostrę, zapomniane na czas, gdy brał w ramiona kochankę, wróciło silniejsze niż wcześniej.

Trzeba to Leonie wynagrodzić. Jak najszybciej.

Przyśpieszył kroku, ciągle pogrążony w myślach i otulony wspomnieniem upojnej nocy, zapachem gładkiej skóry, jedwabistością włosów. Zmęczony wiecznymi intrygami i tajemnicami. Jak tylko wyjadą z Paryża, wszystko się ułoży. Nie będzie musiał się zasłaniać wizytami w jaskiniach hazardu, palarniach opium albo domach o wątpliwej reputacji.

Wcale mu się nie podobało to, co wypisywały o nim brukowce, ale nie mógł nic poradzić, choć bolało go, że z jego powodu cierpią matka i siostra. Zapewne maczał w tym palce Constant… Pozostawała jedynie nadzieja na odbudowanie szacunku dla rodziny, gdy wreszcie wszystko się skończy.

Skręciwszy za róg, zgiął się pod uderzeniem złośliwego jesiennego wiatru. Podciągnął klapy surduta pod brodę. Przydałby się szalik. Przeciął rue Saint-Marc, ciągle zatopiony w myślach, planując najbliższe tygodnie, zapominając o chwili obecnej.

Z początku nawet nie usłyszał kroków za plecami. Dwóch ludzi. Szli szybko, wyraźnie się zbliżali. Wreszcie dotarło do niego, co się dzieje, uświadomił sobie, że powinien się mieć na baczności. W wieczorowym stroju, samotny, na pustej ulicy nad ranem, stanowił łakomy kąsek. A można się było jeszcze spodziewać, że w kieszeniach ma jakąś wygraną.

Przyśpieszył. Ci za nim – także.

Już nie miał wątpliwości. Z pewnością go sobie upatrzyli. Ruszył prosto do Passage des Panoramas, mając nadzieję, że uda mu się dotrzeć do Boulevard Montmartre, gdzie już otwierano kawiarnie, gdzie na pewno zaczął się poranny ruch, pracowali dostawcy. Tam będzie bezpieczny.

Kilka lamp gazowych oświetlało mu zimnym niebieskim światłem drogę wzdłuż sklepików o wąskich witrynach, gdzie sprzedawano znaczki oraz różne błyskotki, obok antykwariatu oferującego między innymi starą komódkę z obłażącymi złoceniami, kilku innych sklepów z antykami oraz tak zwanymi dziełami sztuki, objets d'art.

Szli za nim.

Poczuł ukłucie strachu. Wsunął rękę do kieszeni, ale nie znalazł nic, co by mu posłużyło do obrony. Przyśpieszył kroku, z trudnością hamując ochotę, by się rzucić biegiem. Nie wolno okazać słabości. Cała nadzieja w dotarciu do ludzi, przy świadkach nie zaatakują.

Z późno. Napastnicy puścili się biegiem. Chwilę później po oknie rytownika Sterna przemknął cień. Anatol obrócił się i tylko dzięki temu uniknął ciosu pięścią w głowę. Dostał w lewe oko, ale najgorszy impet go minął. Napastnik miał na głowie wełnianą czapkę, dół twarzy zasłonił czarną chustą. Zaklął pod nosem. Drugi zbój pojawił się niespodzianie od tyłu i unieruchomił Anatolowi obie ręce. Wtedy ten z przodu uderzył w brzuch. Anatol wypuścił całe powietrze z płuc. Następny cios rozkwasił mu nos i zaraz posypały się następne, wszystkie w głowę, z lewej i z prawej na zmianę, jak na ringu bokserskim. Z rozciętego łuku brwiowego popłynęła krew.

Ledwo udało się Anatolowi opuścić głowę, by chociaż odrobinę złagodzić uderzenia. Kątem oka dostrzegł, że rabuś, który go trzymał, także ma twarz ukrytą za czarną chustą, ale głowę odsłoniętą, więc widać było na niej grube czerwone blizny. Anatol z całej siły kopnął go w goleń i korzystając z sekundy, gdy uścisk zelżał, wywinął się z uchwytu. Chwycił draba za kołnierz i z niemałym trudem pchnął na kanciasty filar.

Rzucił się do przodu, ale nie był dość szybki. Pierwszy złodziej wyrżnął go w skroń. Anatol zdołał jeszcze wyprowadzić cios w bok. lecz nie zrobił napastnikowi wielkiej krzywdy. Osunął się na kolana.

Dostał potężne uderzenie w kark. Upadł do przodu. Kopniak w plecy. Podkutym butem. Nie miał siły się bronić. Podciągnął kolana pod brodę, osłonił głowę rękoma. Posypał}' się następne kopniaki: w żebra, nerki, ramiona. Wtedy po raz pierwszy Anatol uświadomił sobie, że może tego nie przeżyć. Hej!

Na końcu przejścia rozbłysło światło.

– Co się tam dzieje?!

Czas stanął w miejscu. Ucho Anatola połaskotał gorący oddech jednego z bandziorów.

– Une lecon.

Wprawne dłonie przeszukały kieszenie. Ostre szarpnięcie – i zniknął przypięty do kamizelki zegarek po ojcu. Wtedy Anatol wreszcie zdołał krzyknąć.

– Ratunku! Pomocy!

Na pożegnanie dostat jeszcze jednego kopniaka w żebra, potem dwóch bandytów ruszyło biegiem, oddalając się od nocnego strażnika.

– Tutaj! – zawołał Anatol.

Słyszał kroki stróża prawa, potem brzęknięcie metalu o bruk. gdy ten nad nim stanął, opierając latarnię.

– Monsier, qu'est-ce qui s'est passe ici?

Co się stało? Dobre pytanie. Podpierany przez niemłodego strażnika, zdołał usiąść. Napaść. Udało mu się spokojniej wciągnąć powietrze. Otarł czoło z lepkiej krwi.

– Oberwało się panu.

– Nic mi nie będzie. Zaledwie draśnięcie.

– Okradli pana?

Nie odpowiedział od razu. Odetchnął głęboko, wyciągnął rękę do swojego wybawcy, z jego pomocą wolno wstał. Plecy przeszył mu ostry ból. Po dłuższej chwili złapał równowagę, zdołał się wyprostować. Przyjrzał się własnym dłoniom. Kłykcie pościerane, wnętrza czerwone od krwi z rozciętego czoła. Na pewno też miał ranę na nodze, bolało go każde muśnięcie nogawką.

Potrzebował jeszcze minuty, żeby się wziąć w garść, wreszcie wygładził ubranie.

Okradli pana? – powtórzył strażnik.

Poklepał się po kieszeniach i ze zdziwieniem stwierdził, że pieniądze oraz papierośnica nie zmieniły właściciela.

– Zabrali tylko zegarek.

Sam siebie słyszał jak przez mgłę. bo raptownie dotarła do niego prawda, której nie sposób było zaprzeczyć. Nie padł ofiarą zwykłych rabusiów. Rzeczywiście dostał nauczkę. Tak jak powiedział jeden z napastników.

Teraz nie będzie o tym myślał. Wcisnął banknot w pożółkłe od tytoniu palce mężczyzny.

W podziękowaniu za pomoc, przyjacielu. Twarz starego rozjaśniła się w uśmiechu.

Bardzo pan hojny, monsieur.

– Nie ma o czym mówić. W rzeczy samej… nie ma powodu w ogóle komukolwiek wspominać o tym incydencie. – Zamilkł na moment. – Przydałaby się dorożka.

Strażnik dotknął ronda kapelusza.

– Jak pan sobie życzy.

ROZDZIAŁ 8

Leonie zbudziła się nagle, całkowicie zdezorientowana.

Dłuższą chwilę nie mogła sobie przypomnieć, dlaczego tkwi zwinięta w kłębek na fotelu w salonie, opatulona zielonym szalem, ale gdy tylko jej wzrok padł na zniszczony rąbek wieczorowej sukni, wszystko sobie przypomniała. Zamieszki w Palais Garnier. Późna kolacja z Anatolem. Achille grający kołysanki w środku nocy. Spojrzała na zegar z Sevre, stojący na kominku.

Kwadrans po piątej.

Czuła przenikliwy ziąb i nieprzyjemne gniecenie w żołądku. Wstała i poszła do sypialni. Idąc korytarzem, odnotowała automatycznie, że drzwi pokoju Anatola były już zamknięte. To dobrze.

Jej chambre znajdował się na końcu mieszkania. Chociaż najmniejszy, był i tak przestronny, a przy tym miły i wygodnie urządzony, głównie w różach oraz błękitach. Stało w nim łóżko, szafa, komódka oraz toaletka, a na niej duży dzban z niebieskiej porcelany i miska. Obok przycupnął niewielki stołek na lwich łapach, z haftowaną tapiccrką.

Dziewczyna zsunęła z siebie wieczorowy strój i dłuższą chwilę rozwiązywała halki, przyglądając się zrujnowanemu rąbkowi sukni. Był szary od brudu, porwany, w kilku miejscach brakowało ozdób. Pokojówka będzie miała co robić. Spędzi trochę czasu przy naprawie. Ziewając szeroko, rozplatała sznurówki gorsetu, postrącała je z haftek, ściągnęła bieliznę przez głowę i rzuciła na krzesło. Spryskała twarz lodowatą wodą, która została z poprzedniego wieczoru, narzuciła na siebie nocną koszulę i wsunęła się pod kołdrę.

***

Kilka godzin później obudziła ją krzątanina służby.

Po chwili zdała sobie sprawę, że jest głodna. Zerwała się z łóżka, odciągnęła zasłony i pchnęła okiennice. Światło dnia ożywiło świat. Nie do wiary, lecz mimo wydarzeń poprzedniego wieczoru Paryż wyglądał tak samo jak wcześniej. Szczotkując włosy, przyglądała się swojemu odbiciu; szukała na twarzy znaków pozostawionych przez minioną noc. Ku swemu wielkiemu rozczarowaniu żadnych nie znalazła.

Na koszulę nocną włożyła brokatowy peniuar, pasek związała na podwójny węzeł i ruszyła do salonu.

Prowadził ją wspaniały aromat świeżo parzonej kawy. Otworzyła drzwi i stanęła w progu, nie wierząc własnym oczom. Przy stole zastała i mamę, i brata. Zwykle jadała śniadania w samotności.

Mimo wczesnej pory pani Vernier mogła się poszczycić nieskazitelnym wyglądem. Włosy miała zwinięte, jak zwykle, w artystyczny kok, policzki oraz szyję musnęła odrobiną pudru. Siedziała plecami do okna, lecz w bezlitosnym świetle poranka można się było dopatrzyć początków zmarszczek wokół oczu i ust. Leonie zauważyła, że mama włożyła nowy negliż, z różowego jedwabiu, przewiązany żółtą szarfą. Nie zdołała powstrzymać ciężkiego westchnienia. Kolejny podarunek od nadętego pana du Pont.

Im bardziej będzie szczodry, tym dłużej będziemy go musieli znosić.

Jednocześnie poczuła się winna. Dlatego pocałowała matkę w policzek z większym entuzjazmem niż zazwyczaj.

– Bon matin, maman – powiedziała i odwróciła się do brata.

Na ułamek sekundy zamarła bez ruchu. Oko miał spuchnięte do tego stopnia, że nie mógł go otworzyć, jedną rękę w bandażach, na szczęce ogromny, zielono-fioletowy siniak.

– Anatol! – krzyknęła. Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo wpadł jej w słowo.

– Już mamie opowiadałem, co się wczoraj działo w operze – rzekł, przyszpilając siostrę wymownym spojrzeniem. – I jak nieszczęśliwie nawinąłem się komuś pod rękę.

Leonie zamrugała ze zdziwienia.

– Popatrzcie odezwała się Marguerite, stuknąwszy nieskazitelnym paznokciem w „Le Figaro". – Napisali o tych wypadkach w gazecie. Aż strach pomyśleć! Dobrze, że uszliście z życiem! Były ofiary w ludziach!

– Nie przejmuj się, mamo – uspokoił ją Anatol. – Wróciliśmy do domu w całości, a po siniakach wkrótce nie zostanie ani śladu. Doktor powiedział, że nic mi nie będzie.

Leonie otworzyła usta – i zaraz je zamknęła, zgaszona spojrzeniem brata.

Ponad sto osób aresztowano – podjęła Marguerite. – Rzucano petardy! Wojsko strzelało… Coś takiego! W Palais Garnier. Paryż staje się nie do wytrzymania. Nietolerancja i bezprawie! Nie do zniesienia!

Nie przesadzajmy zirytowała się Leonie. Mamo, ciebie tam nie było, nic ci się nie stało. Ja byłam i nic mi nie jest. Anatol… – przerwała i zmierzyła brata długim spojrzeniem…sam ci powiedział, że czuje się doskonale. Nie ma się czym przejmować.

Marguerite przywołała na twarz blady uśmiech.

– Pojęcia nie masz, dziecko, co przeżywa matka w takich chwilach.

– I całe szczęście – mruknęła dziewczyna pod nosem, sięgając po chleb. Posmarowała go obficie masłem i konfiturą morelową.

Czas jakiś jedli w milczeniu. Leonie bombardowała Anatola pytającymi spojrzeniami, a ten udawał, że niczego nie dostrzega.

W pewnej chwili zjawiła się pokojówka z pocztą na tacy. Postawiła ją na stole, obok pani domu.

– Jest coś dla mnie? – spytał Anatol.

– Nie, cheri. Nic, drogie dziecko.

Ze zdziwieniem wzięła w rękę grubą kremową kopertę. Uważnie obejrzała znaczek. Jej pierś zafalowała w szybszym oddechu.

– Wybaczcie mi – szepnęła, wstając od stołu, i wyszła, zanim dzieci zdążyły zareagować.

W chwili gdy za matką zamknęły się drzwi, Leonie gwałtownie obróciła się do brata.

– Chcę wiedzieć, co ci się przydarzyło! – wysyczała. – Mów. Teraz, już.

natychmiast, zanim mama wróci.

Anatol spokojnie odstawił filiżankę z kawą.

– Z przykrością przyznaję, że wyniknęła pewna różnica zdań pomiędzy mną a krupierem w Chez Frascati. Próbował mnie kantować, a ja się zorientowałem i popełniłem błąd, przedstawiając sprawę właścicielowi lokalu.

– No i…?

– No i – westchnął z ubolewaniem – krótko mówiąc, zostałem wyproszony z jaskini hazardu. Uszedłem nie dalej jak pięćset metrów, gdy napotkałem dwóch łotrów…

– Nasłanych przez klub?

– Tak przypuszczam.

Jakiś czas mierzyła go podejrzliwym spojrzeniem. Chyba nie powiedział wszystkiego.

– Mamy tam jakieś długi?

– Owszem, ale niewielkie. – Wzruszył ramionami i skrzywił się z bólu. – Tak czy inaczej, doszedłem do wniosku, że dobrze byłoby się wynieść z miasta na jakiś czas. Póki sprawy nie przycichną.

Leonie wydłużyła się mina.

– Nie zostawiaj mnie. Zresztą dokąd byś miał pojechać?

Anatol wsparł łokcie na stole i pochylił się do siostry.

– Mam pewien pomysł, petite – rzekł ściszonym głosem ale będzie mi potrzebna twoja pomoc.

Jeszcze i pomoc! Przecież już myśl, że Anatol miałby wyjechać i zostawić ją samą w mieszkaniu z koszmarnym du Pontem, była nie do zniesienia. Nalała sobie drugą filiżankę kawy, wsypała trzy łyżeczki cukru. Anatol trącił ją w ramię.

– Pomożesz mi?

– Pomogę, oczywiście, pomogę, tylko…

Akurat w tej chwili wróciła Marguerite. W rękach nadal trzymała kremową kopertę, od której wyraźnie odcinały się pomalowane na różowo paznokcie.

Anatol usiadł prosto, dyskretnie dotknął warg palcem wskazującym.

Leonie spiekła raka.

– Cherie – odezwała się Marguerite, siadając przy stole – nie należy się tak czerwienić. To wręcz nieprzyzwoite. Wyglądasz jak jakaś ekspedientka.

– Przepraszam. Zmartwiłam się, czy… nie dostałaś jakichś złych wieści. Marguerite nie odpowiedziała, zamyślona wpatrywała się w kopertę.

– Od kogo ten list? – spytała w końcu dziewczyna. Matka wyglądała, jakby zapomniała o całym świecie.

– Mamo? – przyłączył się Anatol. – Podać ci coś? Źle się czujesz?

Wreszcie Marguerite podniosła na dzieci spojrzenie wielkich orzecho

wych oczu.

– Dziękuję ci, kochanie, nie trzeba. Jestem zaskoczona, to wszystko.

Leonie westchnęła ciężko.

– Od kogo ten list? – powtórzyła, wymawiając każde słowo z osobna,

jakby się zwracała do nierozgarniętego dziecka.

Pani domu nareszcie wzięła się w garść.

– Przyszedł z Domaine de la Cade – rzekła wolno. – Od waszej ciotki. Izoldy. Wdowie po moim przyrodnim bracie.

– Niemożliwe! – wyrwało się Leonie. – Przecież Jules umarł w styczniu. I dopiero teraz list?

– Odszedł, drogie dziecko, odszedł. Disparu. Umarł to wyrażenie pospolite. Ale rzeczywiście, fakty są faktami.

Leonie nie przejęła się burą.

– Dlaczego ciotka pisze tyle czasu po pogrzebie?

– Ach nie, nie, pisała wcześniej, tuż po jego odejściu… Zamilkła na chwilę. – Tak mi przykro, że stan zdrowia nie pozwolił mi zimą ruszyć w podróż…

Córka i matka rozumiały się bez słów. Marguerite nie pojechałaby do domu, w którym dorastała, do posiadłości pod Rennes-les-Bains, za żadne skarby świata. Niezależnie od stanu zdrowia czy innych okoliczności. Darzyli się z bratem żywą antypatią.

Leonie znała historię rodziny jedynie pobieżnie. Od Anatola dowiedziała się, że ojciec Marguerite, Guy Lascombe. ożenił się młodo i w pośpiechu. Pół roku później, po śmierci żony, która zmarła, wydając na świat Jules'a, oddał syna pod opiekę nianiek, a sam wrócił do Paryża. Płacił guwernantkom, dbał o wykształcenie potomka i utrzymywał rodzinną posiadłość, a gdy Jules osiągnął pełnoletność, wynaczył mu roczną pensję. Poza tym w ogóle go nie zauważał. Pod koniec życia dziadek Lascombe ożenit się po raz drugi, choć nadal był birbantem. Wysłał żonę z maleńką córeczką do Domaine de la Cade, pod opiekę,lules'a. gdzie odwiedzał je nieszczególnie często. Z wyrazu twarzy Marguerite, gdy od wielkiego dzwonu zdarzało jej się wspominać lata dzieciństwa, można się było domyślać, że delikatnie mówiąc, nie była w domu rodzinnym szczęśliwa.

Dziadek umarł… odszedł pewnej nocy na skutek wypadku powozu. O dziwo, była z nim wtedy żona, więc Marguerite została sierotą. Po odczytaniu ostatniej woli wyszło na jaw, że Guy Lascombe cały majątek przekazał Jules'owi. Nie zostawiając córce nawet złamanego sou. Marguerite natychmiast uciekła do Paryża, gdzie w lutym tysiąc osiemset sześćdziesiątego piątego poznała i poślubiła Leo Verniera. nieuleczalnego idealistę. Ponieważ Jules był gorącym zwolennikiem ancien regime, od tej chwili urwały się wszelkie kontakty między rodzeństwem.

– I co napisała? – spytała dziewczyna.

Marguerite opuściła wzrok na list, jakby nadal trudno jej było uwierzyć słowom, które w nim znalazła.

– Zaprosiła cię na wieś. Na miesiąc.

– Co takiego?! – Leonie wyrwała matce list z ręki. – Jak to?!

– Cherie, bardzo cię proszę…

Ale dziewczyna zapomniała o manierach.

– Czy ciotka wyjaśnia, skąd taki pomysł? 1 dlaczego akurat teraz? Anatol zapalił papierosa.

– Może chce nam wynagrodzić oschłość zmarłego męża?

– Możliwe – rzekła Marguerite choć w liście nie ma słowa o intencjach.

– Do takiej intencji mało kto by się przyznał na papierze – zauważył Anatol ze śmiechem.

Leonie buńczucznie założyła ręce na piersiach.

– Nie sposób sobie wyobrazić, żebym przyjęła zaproszenie od ciotki,

której nigdy nie byłam przedstawiona. Zwłaszcza na tak długą wizytę.

Szczerze mówiąc – zrobiła wojowniczą minę trudno mi sobie wyobrazić

coś gorszego niż zagrzebanie się na wsi z jakąś starszą damą. wspominają

cą stare dobre czasy.

– Ach, nic bardziej mylnego, dziecko rzekła Marguerite. – Izolda była dużo młodsza od męża… wydaje mi się. ze ma teraz około trzydziestu lat.

Na chwilę zapadła przy stole kompletna cisza.

– Tak czy inaczej, odrzucę zaproszenie oznajmiła w końcu Leonie. Marguerite przeniosła wzrok na syna. Anatolu, co radzisz?

– Nie zamierzam jechać podkreśliła Leonie.

Anatol uśmiechnął się szeroko.

– Daj spokój, petite, o co tu się dąsać? Nie chciałabyś pojechać w góry?

To prawdziwa gratka! Nie dalej jak tydzień temu opowiadałaś mi, że się nudzisz w mieście i bardzo ci potrzebny odpoczynek.

– Tak, ale… Leonie ze zdumienia nie mogła znaleźć słów. Zmiana otoczenia podniesiecie na duchu. A już poza wszystkim innym w Paryżu rzeczywiście trudno wytrzymać. Jednego dnia pada, jest mglisto i chłodno, a następnego przychodzą temperatury, których by się nie powstydziła algierska pustynia.

– To prawda, jednak…

– Mówiłaś, że tęsknisz za przygodą, a kiedy już trafia się okazja, nie masz odwagi z niej skorzystać.

Nie znam ciotki Izoldy! Może być okropna! I co ja mam robić na wsi? Będę się tam nudziła jak mops! – Rzuciła matce wyzywające spojrzenie. – Zawsze mówisz o Domaine de la Cade z niechęcią.

Mam przykre wspomnienia, ale sprzed wielu lat – odrzekła Margue-rite cicho. Dużo mogło się zmienić.

Leonie spróbowała z innej strony.

– Podróż trwa kilka dni. Nie mogę w taką długą drogę wyruszyć sama,

bez przyzwoitki.

Pani domu przyjrzała się córce uważniej.

– Rzeczywiście., nie możesz. Tak się jednak złożyło, że wczoraj wieczo

rem generał du Pont zaproponował, byśmy odwiedzili dolinę Marny… i zostali tam kilka tygodni. Jeżeli przyjmę to zaproszenie… – przeniosła wzrok na syna -…Anatolu, czy mogę liczyć, że odwieziesz Leonie do ciotki?

– Na pewno uda mi się wykroić parę dni – obiecał.

– Mamo! – zaprotestowała dziewczyna.

Ale brat ciągnął:

– Co więcej, akurat mówiłem, że chętnie bym wyjechał z miasta, więc

dla mnie to także okazja nie do zmarnowania. I proszę, w ten sposób

wszyscy będą zadowoleni. Mało tego – dodał, posyłając siostrze porozu

miewawczy uśmiech – skoro tak cię martwi, że znajdziesz się sama daleko

od domu, petite, chętnie z tobą zostanę u ciotki. Na pewno nie będzie mia

ła nic przeciwko temu.

Wreszcie Leonie pojęła całą przewrotność planu. -Aha…

– Doprawdy – ucieszyła się Marguerite. – Znalazłbyś ze dwa tygodnie wolnego?

– Pour ma petite soeur. – Anatol skłonił się dwornie. – Dla mojej ukochanej siostry gotów jestem na wszystko. Jeśli tylko przyjmie zaproszenie ciotki, pozostaję do usług.

Aha! To zupełnie co innego! To się nazywa wolność. Spacery na świeżym powietrzu, czytanie, co się zechce, bez obaw o burę czy krytykę, swoboda ubioru… Cudownie!

I w dodatku Anatol. Na wyłączność.

Jeszcze przez chwilę udawała namysł, nie chcąc zdradzić, że mają wspólny cel. Matka nie lubiła Domaine de la Cade, ale to nie oznaczało, że córce także musi tam być źle. Kątem oka zerknęła na posiniaczonego brata. Stanowczo trzeba wyjechać.

– A więc dobrze powiedziała. Jeżeli Anatol mnie odwiezie i ze mną zostanie, póki się tam nie zadomowię, pojadę. Krew szumiała jej w uszach. – Mamo, napisz do ciotki, proszę, że bardzo dziękuję za zaproszenie i z przyjemnością z niego skorzystam.

– Wyślę telegram, potwierdzę terminy, które zaproponowała. Anatol uśmiechnął się szeroko.

– A l'avenir. – Wzniósł toast kawą.

– Za przyszłość – powtórzyła Leonie. – I za Domaine de la Cade.

CZĘŚĆ II. Paryż Październik 2007

ROZDZIAŁ 9

Paryż

Piątek, 26 października 2007

Pociąg linii Eurostar gnał w stronę Paryża. Meredith Martin przyglądała się swojemu odbiciu w oknie. Czarne włosy, biała twarz; pozbawiona koloru nie wyglądała najlepiej.

Spojrzała na zegarek.

Za kwadrans dziewiąta. Czyli już niedługo. Dzięki Bogu.

Coraz częściej pojawiały się miasteczka z domami poszarzałymi od mroku.

Wagon był prawie pusty. Dwie Francuzki, wyraźnie kobiety biznesu, w nieskazitelnych białych bluzkach i szarych kompletach, spodnie plus żakiet. Dwójka studentów przysypiająca na plecakach oraz kwartet prawników w prążkowanych koszulach i spodniach z kantami ostrymi jak brzytwy. Wracali do domu na weekend. Z ich strony dochodziło miękkie stukanie klawiszy komputera, rozmowy przez telefon i szelest gazet – same najświeższe wydania – francuskie, angielskie, amerykańskie. Rozprawiali o jakimś przypadku defraudacji, popijali piwo, wino, bourbona. Na blacie stały plastikowe butelki i kubeczki.

Przeniosła spojrzenie na błyszczącą ulotkę reklamową. Miała ją ciągle pod ręką, teraz też położyła kartkę na plastikowym blacie, choć czytała krótki tekst tyle razy, że znała go na pamięć.

L'Hotel Domaine de la Cade Rennes-les -Bains

Domaine de la Cade leży w uroczej okolicy, niedaleko malowniczego miasteczka Rennes-les-Bains, w pięknej Langwedocji. Jest wzorem dziewiętnastowiecznej elegancji, wzbogaconym o wszelkie udogodnienia, jakich może się spodziewać gość w dwudziestym pierwszym wieku. Hotel urządzono w budynku głównym, który w roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym siódmym został częściowo zniszczony przez ogień. Domaine de la Cade przyjmuje gości od lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Po zmianie właściciela i gruntownym remoncie hotel otwarto ponownie w roku dwa tysiące czwartym. Od tej pory zalicza sic do najlepszych w poludniowo-zachodniej Francji.

Pełna informacja o cenach oraz warunkach pobytu na drugiej stronie.

Te same informacje powtórzono w języku francuskim.

Domaine de la Cade. Raj na ziemi. I znajdzie się tam dla niej miejsce. Od przyszłego poniedziałku. Taką właśnie przyznała sobie nagrodę po tych wszystkich latach oszczędzania, liczenia się z każdym groszem i mieszkania w tanich motelach – dwa dni w pięciogwiazdkowym luksusie. Wsunęła ulotkę z powrotem w przezroczystą okładkę, gdzie przechowywała potwierdzenie rezerwacji. Całość włożyła do torebki.

Przeciągnęła się, unosząc wysoko długie, szczupłe ręce, pokręciła głową na boki. Dawno już nie był taka zmęczona.

Wymeldowała się z londyńskiego hotelu w południe, zjadła lunch w kafejce niedaleko Wigmore Hall, a potem wybrała się na popołudniowy koncert, nudny jak flaki z olejem. Na dworcu Waterloo przegryzła w locie jakąś kanapkę, po czym zgrzana i zmordowana wsiadła do pociągu, który, niestety, ruszył w drogę mocno spóźniony. Pierwszą część podróży spędziła z nosem przyklejonym do szyby, w oszołomieniu chłonąc widoki podsuwane przez zieloną angielską wieś, chociaż w zasadzie powinna była robić notatki. W tunelu pod Kanałem piękne widoki zniknęły, zastąpione betonowymi murami, a atmosfera w przedziale wyraźnie stężała. Jedno co dobre, przynajmniej umilkły komórki. Po półgodzinie wynurzyli się z drugiej strony tunelu, na kontynencie, wśród pobrązowiałego krajobrazu północnej Francji.

Mijali wiejskie domy, podobne do szałasów, jakieś miasteczka i proste drogi, podążające, zdawało się, donikąd. Napotkali ze dwa większe miasta, podobne do sterty żużlu, zgarniętej przez czas. Potem lotnisko Charles'a de Gauilea i wreszcie la banlieue, czyli przedmieścia Paryża. Monotonne, bezbarwne, spółdzielcze wieżowce, strzegące granic francuskiej stolicy.

Meredith oparła się wygodnie i zatonęła w myślach. Zafundowała sobie miesiąc w Europie, podróż badawczą przez Francję i Anglię, bo pisała biografię dziewiętnastowiecznego francuskiego kompozytora, Claude'a Achille'a Debussy'ego, ze szczególnym uwzględnieniem roli kobiet w jego życiu. Po dwóch latach planowania i poszukiwań, które donikąd jej nie zaprowadziły, nastąpił przełom. Przed sześcioma miesiącami niewielkie akademickie wydawnictwo zgłosiło zapotrzebowanie na książkę. Zaliczka nie zwalała z nóg. lecz biorąc pod uwagę fakt, że nazwisko przyszłej autorki nie było jeszcze znane w świecie krytyków muzyki, nie należała też do szczególnie skromnych. W każdym razie wystarczyła na pokrycie kosztów spełnienia marzeń. Na sfinansowanie podróży do Europy. Meredith nie zamierzała pisać kolejnej rozprawki na temat Debussy'ego. Chciała napisać prawdziwą książkę. Biografię.

Drugim uśmiechem losu okazała się posada nauczycielki muzyki w prywatnej szkole pod Raleigh Durham. Od semestru wiosennego. Blisko miejsca, gdzie ostatnio zamieszkali jej adopcyjni rodzice, dzięki czemu miała nadzieję oszczędzić na praniu, rachunkach telefonicznych i jedzeniu. W dodatku znalazła się całkiem blisko swojej Alma Mater, Uniwersytetu Karoliny Północnej.

Po dziesięciu latach płacenia za naukę miała całkiem pokaźne długi i musiała się liczyć z groszem, ale pieniądze za lekcje gry na pianinie plus zaliczka z wydawnictwa, a teraz jeszcze perspektywa regularnych zarobków pozwoliły jej zdobyć się na odwagę i zabukować bilety do Europy.

Tekst powinien trafić do wydawcy najpóźniej ostatniego dnia kwietnia. Na razie wszystko szło zgodnie z planem, a właściwie nawet nieco szybciej. Wykorzystała dziesięć dni w Anglii i miała przed sobą prawie dwa tygodnie we Francji. Większość tego czasu zamierzała spędzić w Paryżu, ale czekała ją także wyprawa na południowy zachód kraju, do Rennes-les-Bains. Dwa dni w Domaine de la Cade.

Oficjalnym powodem tej wycieczki była konieczność zweryfikowania pewnego epizodu z życia pierwszej żony Debussy'ego, Lilly. Ale też, gdyby chodziło tylko o śledzenie losów pierwszej pani Debussy, Meredith nie zadałaby sobie aż tyle trudu. Owszem, wątek był interesujący, lecz powiązania z południem Francji niezbyt pewne, a do tego ich wartość dla książki w ogóle dyskusyjna. Istniał jeszcze jeden powód wizyty w Rennes-les-Bains. Bardzo osobisty.

Z wewnętrznej kieszeni torebki wyjęła brązową kopertę z wydrukowanym na czerwono napisem NIE ZAGINAĆ. Wysunęła z niej dwie stare, zniszczone fotografie w sepii oraz zapis nutowy utworu na fortepian. Przyjrzała się twarzom uwiecznionym na zdjęciach. Teraz już były jej znajome, nauczyła się ich na pamięć, podobnie jak melodii w tonacji a-moll. Nad nutami widniała naniesiona ręcznie, staroświeckim pochyłym pismem data oraz tytuł. „Grobowiec. 1891". Utwór także miała wyryty w pamięci, każdą nutkę, do ostatniej ósemki.

Zawartość koperty stanowiła jedyną pamiątkę po rodzonej matce. Dziedzictwo. Talizman.

Oczywiście, Meredith zdawała sobie sprawę, że może nie odkryć nic interesującego. Przeszłość to czas miniony, oddalając się, blednie. Z drugiej strony jednak, miała nieodparte przeświadczenie, iż gorzej niż teraz być już nie może. W końcu nie wiedziała o swojej prawdziwej rodzinie w zasadzie nic. A chciała wiedzieć jak najwięcej. Cokolwiek. Wobec czego warto było zainwestować w bilet lotniczy.

Pociąg zwolnił. Koła zaturkotały na rozjazdach. W dali rozbłysły światła Gare du Nord. Atmosfera w wagonie raz jeszcze uległa zmianie. Oto nieubłaganie zbliżał się powrót do realnego świata, koniec niesamowitej podróży. Pasażerowie poprawiali krawaty, sięgali po płaszcze.

Meredith włożyła zdjęcia oraz dokumenty z powrotem do torebki. Zdjęła z nadgarstka zieloną gumkę i ściągnęła nią włosy w koński ogon. Przeczesała grzywkę palcami.

Miała ostro zarysowane kości policzkowe, piwne oczy i drobną figurę. Wyglądała raczej na licealistkę niż dwudziestoośmioletnią absolwentkę uczelni. W Stanach Zjednoczonych, jeśli chciała być pewna, że zostanie obsłużona w barze, musiała mieć przy sobie dowód tożsamości. Zdjęła z półki kurtkę dżinsową i torbę z długimi uszami. Przy tej okazji zielony top podjechał do góry, odsłaniając płaski opalony brzuch. Czterech prawników po drugiej stronie przejścia utkwiło w niej wzrok. Włożyła kurtkę.

– Miłej podróży, chłopaki. – Uśmiechnęła się szeroko i ruszyła do drzwi.

***

W chwili gdy wyszła na peron, zderzyła się z falą hałasu. Otoczył ją tłum ludzi nawołujących, machających rękami, śpieszących w różne strony. Z głośników nieprzerwanym strumieniem płynęły informacje. Przed każdą wiadomością o kolejnym odjeździe rozbrzmiewał gong albo coś w rodzaju przygrywki na cymbałach. Można było oszaleć. Zwłaszcza po ciszy w pociągu.

Meredith uśmiechnęła się, wchłaniając obrazy, dźwięki i zapachy Paryża. Już się czuła zupełnie inną osobą.

Na jednym ramieniu zawiesiła torbę podróżną, na drugim torebkę i poszła za znakami prowadzącymi do wyjścia z dworca. Ustawiła się w kolejce do taksówek. Chłopak stojący przed nią wrzeszczał do komórki i wymachiwał gitane'em wetkniętym głęboko między palce. Sinobiałe smużki waniliowego dymu odpływały w noc na tle balustrad i okiennic budynków po drugiej stronie ulicy.

Kierowca wstawił jej torbę podróżną do bagażnika, zatrzasnął drzwiczki pasażera i siadł za kierownicą. Włączył się do paryskiego ruchu tak gwałtownie, że Meredith aż wcisnęło w oparcie. Obronnym ruchem przytuliła do siebie torebkę. Za oknem przemykały kafejki i bulwary, skutery i lampy uliczne. Paryż.

Podała adres hotelu w dzielnicy czwartej, w Marais, przy rue du Tempie. Miała tam zamieszkać, ponieważ miejsce to stanowiło doskonałą bazę do wypadów turystycznych, gdyby znalazła na nie czas – pod bokiem znajdowało się Centrum Pompidou oraz muzeum Picassa, ale przede wszystkim – konserwatorium, a także różne sale koncertowe, archiwa oraz prywatne adresy, związane z Debussym.

Miała wrażenie, że udało jej się dobrze poznać kompozytora, jego muzy, nauczycielki, kochanki i żony, Marie Vasnier, Gaby Dupont, Therese Roger, pierwszą żonę, Lilly Texier, drugą, Emmę Bardac, ukochaną córkę, Chouchou. Miała wyryte w pamięci ich twarze, losy, daty, powiązania i muzykę. Szkic powieści był gotów. 1 wyglądał obiecująco. Teraz należało ożywić na papierze historyczne postacie, podbarwić je, okrasić dziewiętnastowieczną atmosferą.

Od czasu do czasu martwiła się, że czasy Debussy'ego są dla niej bardziej realne niż teraźniejszość, ale szybko porzucała te chmurne myśli. Należało się skupić na realizacji celu. Jeżeli miała zdążyć na czas, dotrzymać terminu, musiała wziąć się w garść.

Taksówka zahamowała z piskiem opon.

– Hotel Axial-Beaubourg. Voila.

Meredith zapłaciła i weszła do holu.

***

Hotel był urządzony bardzo nowocześnie. Prędzej można by się go spodziewać w Nowym Jorku niż w Paryżu.

Mało francuski.

Wszędzie linie proste i szkło. Minimalizm. W holu panoszyły się prze-rośnięte kwadratowe fotele w trzech wzorach: w czarno-białą pepitkę oraz pasiaste; brązowo-białe i biało-zielone. Stały przy stołach o blatach z przydymionego szkła. Na stojakach z lśniącego chromu ułożono czasopisma związane ze sztuką, „Vogue" i „Paris-Match". Z sufitu zwieszały się ogromne klosze lamp.

Stanowczo za bardzo się tu ktoś starał.

Na drugim końcu niewielkiego holu znajdował się bar, przy którym tkwił rząd pijących mężczyzn i kobiet. Wystawa świetnie zadbanych ciał i doskonałego krawiectwa. Na ladzie błyszczały shakery, na półkach za barem szklane butelki przeglądały się w lustrze pod niebieskimi neonowymi lampkami. W dyskretną muzykę wtapiał się brzęk szkła i grzechot kostek lodu.

Meredith wyjęła z portfela kartę płatniczą, nie tę, którą regulowała należności w Wielkiej Brytanii, bo nie chciała ryzykować przekroczenia limitu, i z plastikowym skarbem w dłoni podeszła do lady recepcji. Urzędniczka w szarym kostiumie okazała się wyjątkowo życzliwa. A przy tym, co niesamowite, bez najmniejszego trudu rozumiała cokolwiek zaniedbany francuski gościa.

To na pewno dobry znak.

Meredith nie skorzystała z propozycji pomocy przy wnoszeniu bagażu, zapisała sobie hasło dostępu do bezprzewodowego Internetu, wsiadła do maleńkiej windy i pojechała na trzecie piętro. Tam, idąc długim mrocznym korytarzem, odszukała właściwy numer na drzwiach.

Pokój był niewielki, ale czysty i dobrze urządzony, w tonacji brązów, bieli oraz ecru. Obsługa zapaliła lampę przy łóżku. Dziewczyna przesunęła dłonią po prześcieradle. Doskonała pościel, bardzo wygodna. Mnóstwo miejsca w szafie, dużo więcej, niż potrzebowała. Torbę podróżną rzuciła na łóżko, z podręcznej wyjęła laptop, ustawiła go na biurku ze szklanym blatem i podłączyła do prądu.

Podeszła do okna. rozsunęła siatkowe firanki i pchnęła okiennice. Do wnętrza wdarł się uliczny hałas. W dole przewalał się tłum korzystający z zaskakująco ciepłego październikowego wieczoru. Wychyliła się przez okno, rozejrzała na wszystkie strony. Na najbliższym rogu znajdowało się spore centrum handlowe, o tej porze już zamknięte. Natomiast kafejki, bary i cukiernie oraz sklep z artykułami spożywczymi były otwarte, z każdego wnętrza wylewała się na ulicę muzyka wzbogacona kolorowymi światłami. Nocne życie.

Oparła łokcie na czarnej balustradzie z kutego żelaza i jakiś czas przyglądała się paryskiej ulicy, trochę zawiedziona, że nie ma już siły zejść na dół, wmieszać się w tłum. W pewnej chwili uświadomiła sobie, że zrobiło jej się chłodno. Roztarła ramiona.

Przymknęła okno, ułożyła swój skromny dobytek w bezdennej szafie i poszła do łazienki ukrytej w kącie pokoju, za dziwacznymi harmonijkowymi drzwiami. Tutaj również panował styl agresywnie minimalistyczny -i biała ceramika. Meredith wzięła prysznic, a potem – opatulona szlafrokiem i w grubych wełnianych skarpetach – nalała sobie kieliszek czerwonego wina z minibaru. Tak przygotowana usiadła do sprawdzenia poczty.

Połączyła się dość szybko, niestety, niewiele jej to dało. Odebrała kilka maili od przyjaciół, ciekawych, jak jej się wiedzie, jeden od Mary, kobiety, która ją adoptowała. Pytafa, czy wszystko w porządku. Prócz tego jakaś reklamówka koncertu. Westchnęła ciężko. Ani słowa od wydawcy. Pierwsza część zaliczki powinna była znaleźć się na jej koncie do końca września, tymczasem kończył się październik, a pieniędzy nadal ani widu, ani słychu. Zdążyła wysłać już kilka przypomnień i otrzymała zapewnienia, że wszystko jest na najlepszej drodze. W zasadzie finansowo nie wyglądała najgorzej, a w razie podbramkowej sytuacji mogła zaciągnąć pożyczkę u Mary, ale wolałaby już mieć na koncie obiecane własne pieniądze.

Wylogowała się z sieci, dokończyła wino, umyła zęby i położyła się z książką w ręku.

Po pięciu minutach spała jak zabita.

Paryż także powoli cichł. Meredith dryfowała po szerokich oceanach snu, objęta ciepłym światłem lampy. Na sąsiedniej poduszce spoczął sczytany egzemplarz opowiadań Edgara Allana Poego.

ROZDZIAŁ 10

Sobota, 27 października

Gdy następnego ranka otworzyła oczy, przez okno wlewał się do pokoju strumień jasnego światła.

Wyskoczyła z łóżka, świeża i wypoczęta. Przeciągnęła szczotką po włosach, związała je w kucyk, włożyła dżinsy, zielony sweter i ulubioną katanę. Sprawdziła, czy ma w torebce wszystko, co trzeba: portfel, mapę, notes, okulary przeciwsłoneczne, aparat – i z uczuciem, że czeka ją wspaniały dzień, zbiegła po schodach, przeskakując po dwa stopnie naraz.

Dzień był rzeczywiście piękny: jasny, słoneczny, świeży. Postanowiła zjeść śniadanie w cukierni po drugiej stronie ulicy. Na oblanym słońcem chodniku ustawiono ciasno okrągłe stoliki o blatach ze sztucznego marmuru. W środku królowało drzewo malowane na brązowo. Przez całą długość pomieszczenia biegła cynkowana lada. Dwóch kelnerów w średnim wieku, ubranych w czerń i biel, z zadziwiającą szybkością obsługiwało tłum gęstniejący z chwili na chwilę.

Udało jej się zająć ostatni wolny stolik na zewnątrz, tuż obok czterech chłopaków w koszulkach i obcisłych skórzanych spodniach. Wszyscy palili, wszyscy pili espresso i wszyscy popijali kawę wodą. Po prawej miała dwie zgrabne, fantastycznie ubrane kobiety, które sączyły cafe noisette z mikroskopijnych białych filiżanek. Zamówiła petit dejeuner complet, czyli sok, bagietkę z masłem i dżemem, słodki rogalik oraz cafe au lait. po czym wyjęła z torebki notatnik, kopię słynnego dziennika Hemingwaya. Zapisywała już trzeci z sześciu kupionych na wyprzedaży w Barnes amp;Noble specjalnie na tę wyprawę. Uwieczniała wszystko, nawet pozornie nieistotne drobiazgi. Potem notki, które uznała za warte zapamiętania, przerzucała na laptop.

Zamierzała spędzić dzień na odwiedzaniu różnych miejsc, ważnych dla Debussy'ego. omijając z daleka przestrzenie publiczne, takie jak sale koncertowe. Zrobi kilka zdjęć, zobaczy, co się uda znaleźć. Jeżeli taka wyprawa okaże się stratą czasu, trzeba będzie pomyśleć o jakimś innym wyjściu, ale warto spróbować.

Debussy urodził się w Saint-Germain-en-Laye dwudziestego drugiego sierpnia tysiąc osiemset sześćdziesiątego drugiego roku. Wtedy był to obszar podmiejski, ale kompozytor w pełni zasługiwał na miano paryżanina, gdyż większość z pięćdziesięciu pięciu lat swego życia spędził w samej stolicy Francji. Najpierw w kamienicy przy rue de Berlin, a na końcu w domu przy Avenue du Bois de Boulogne, pod numerem osiemdziesiątym, gdzie zmarł w tysiąc dziewięćset osiemnastym roku. Ostatnim przystankiem w czasie wędrówki śladami kompozytora miał być Cimetiere de Passy, w szesnastym arrondissement', gdzie pochowano artystę.

Odetchnęła pełną piersią. Dobrze się czuła w Paryżu, w mieście Debus-sy'ego. Jak w domu. Wypadki, które skłoniły ją do wyjazdu, następowały tak szybko jeden po drugim, że z trudem ogarniała fakty. Wreszcie jednak znalazła się tutaj, w Europie, w Paryżu, choć nadal ledwo w to wierzyła.

Jakiś czas siedziała bez ruchu, ot, ciesząc się tym szczególnym momentem życia, chłonąc wszystko, co ją otacza. Po chwili wyciągnęła z torebki mapę. Rozłożyła papierową płachtę na stoliku. Rogi zwisły za krawędzią jak barwny obrus.

Wetknęła za uszy kilka niesfornych pasm włosów, które uciekły spod gumki, i przyjrzała się mapie z uwagą. Pierwszy adres z listy znajdował się przy rue de Berlin, gdzie Debussy mieszkał z rodzicami i rodzeństwem od wczesnych lat sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku, aż do chwili gdy skończył dwadzieścia dziewięć lat. Przecznicę dalej mieszkał poeta, flagowy twórca symbolizmu, Stephane Mallarme, u którego Debussy bywał na słynnych wtorkowych wieczorach. Po zakończeniu pierwszej wojny światowej, rue de Berlin przemianowana, podobnie jak wiele innych francuskich ulic o niemieckich nazwach, na rue de Liege.

Palcem po mapie przewędrowała do rue de Londres, gdzie Debussy razem ze swoją kochanką, Gaby Dupont, zajmował umeblowane mieszkanie w styczniu tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego drugiego. Dalej – maleńka uliczka Gustave-Dore, w siedemnastej dzielnicy, i dosłownie o rzut kamieniem rue Cardinet. Tam kompozytor mieszkał z Gaby aż do jej odejścia, co nastąpiło w Nowy Rok 1899. Ona się wyprowadziła, on został na kolejne pięć lat. Mieszkał tu z pierwszą żoną, Lilly. Potem ten związek także się rozpadł. Jeśli chodzi o odległości i planowanie marszruty, Paryż okazał się całkiem przyjazny. Wszystkie miejsca, jakie Meredith chciała odwiedzić, znajdowały się blisko siebie. I nic w tym dziwnego, skoro Debussy większość życia spędził w jednej okolicy, w zasadzie na czterech ulicach, rozchodzących się niczym promienie wokół Place d'Europe, na styku ósmego i dziewiątego arrondissement, tuż przy dworcu Saint-Lazare.

Każde z tych ważnych miejsc obwiodła czarnym flamastrem, przyjrzała się wzorowi z powagą, po czym zdecydowała, że zacznie od adresu najbardziej oddalonego od hotelu.

Spakowała się, nie bez trudu składając mapę, skończyła kawę, strzepnęła okruszki croissanta ze swetra i kolejno oblizała palce, walcząc z pokusą, by zamówić coś jeszcze. Bo mimo szczupłej sylwetki i niepozornego wyglądu Meredith uwielbiała jeść. Ciastka, bułki, rogaliki wszystko to, co już dawno wyszło z mody i zostało zabronione przez dietetyków. Zostawiła na blacie banknot wartości dziesięciu euro, a także garść drobnych jako napiwek i ruszyła w drogę.

Niecały kwadrans później znalazła się na placu Zgody. Tam skręciła na północ, minęła Palais de la Madeleine, wspaniały kościół, zaprojektowany na wzór rzymskiej świątyni, i ruszyła Boulevard Malesherbes. Po pięciu minutach skręciła w lewo, w Avenue Velasquez, w stronę Parć Monceau. W porównaniu z ruchem panującym na większych ulicach tutaj panował spokój. Przy chodniku trzymały wartę rzędy platanów o korze plamistej jak dłonie starca. Wiele pni ktoś oszpecił sprayem. Podniosła wzrok na biały budynek ambasady, niewzruszony, z jawną pogardą patrzący na ogrody. Zrobiła kilka zdjęć, ot, na wszelki wypadek, gdyby zapomniała jakiegoś szczegółu z otoczenia.

Na tablicy przy wejściu do Parć Monceau wypisano godziny otwarcia w sezonie letnim i zimowym. Minęła czarną bramę z kutego żelaza i natychmiast znalazła się w czasach, gdy Lilly czy Gaby, a może nawet sam Debussy z córeczką za rękę, przechadzali się wśród soczystej zieleni. Długie białe suknie letnie, wzbijające pyl przy każdym ruchu, damy w rozłożystych kapeluszach, siedzące na zielonych metalowych ławkach, rozstawionych wzdłuż trawników. Tu emerytowany generał, ciągle w mundurze, tam ciemnookie dzieci dyplomatów bawią się, tocząc drewniane koła, oczywiście pod czujnym spojrzeniem guwernantek. W dali, między drzewami, dostrzegła śliczną grecką świątynię, a jeszcze kawałek dalej igloo w kształcie piramidy, zbudowane z kamienia, odgrodzone od publiczności. Ach, i oczywiście marmurowe postacie muz. Żużlową ścieżką posłusznie dreptały rządkiem kucyki, niosąc na grzbietach zaaferowane dzieci.

W parku zrobiła mnóstwo zdjęć. Gdyby tak zmienić spacerowiczom stroje i wyciąć z kadru aparaty telefoniczne w ich dłoniach, fotografie mogłyby równie dobrze pochodzić sprzed stu lat.

Spacerowała jakieś pół godziny, a po wyjściu z parku szybko znalazła się na stacji metra linii północnej. Charakterystyczny znak „Monceau Ligne No. 2" nad wejściem, cudeńko art nouveau, wyglądał, jakby też mógł istnieć w czasach Debussy'ego. Zrobiła jeszcze kilka fotek, przeszła przez zatłoczone skrzyżowanie i znalazła się na terenie siedemnastego ar-rondissement. Tutaj, w porównaniu z findesieclową elegancją parku, okolica wydawała się monotonna. Towary w sklepach robiły wrażenie tandety, budynkom brakowało ducha.

Odszukała rue Cardinet bez trudu i szybko znalazła dom, w którym przed z górą stu laty mieszkali Debussy i Lilly. Doznała rozczarowania. Był to budynek pospolity, kompletnie nieokreślony, pozbawiony jakiegokolwiek charakteru. Zwyczajnie nudny. W listach Debussy pisał o skromnym mieszkanku z ogromną sympatią, wspominał jasny kolor ścian i obrazy olejne, tymczasem z zewnątrz nic nie budziło ciepłych uczuć.

Jakiś czas rozważała myśl, czyby nie nacisnąć dzwonka i nie spróbować przekonać mieszkańców, żeby pozwolili jej się rozejrzeć we wnętrzu. W końcu to tutaj Debussy napisał dzieło, które zmieniło jego życie, największą swoją operę. „Peleas i Melizanda". To tutaj Lilly Debussy strzeliła do siebie, zaledwie kilka dni przed piątą rocznicą ślubu, gdy zdała sobie sprawę, że mąż ją opuszcza, by zamieszkać z matką jednego z uczniów, Emmą Bardac. Lilly przeżyła, ale chirurgom nie udało się wyjąć kuli, więc do końca swoich dni nosiła w ciele pamiątkę po niewiernym mężu.

Meredith uniosła dłoń do srebrnego domofonu, ale zanim wdusiła przycisk, zmieniła zdanie. Owszem, wierzyła w charakter miejsc, w to, że w pewnych okolicznościach mury zatrzymują echo minionych zdarzeń. Tu jednak, w wielkim mieście, było to znacznie trudniejsze niż gdzie indziej. Nawet cegły, choć te same, przez sto lat wchłonęły zbyt wiele nowych duchów, kroków, cieni.

Odwróciła się i odeszła z rue Cardinet. Wyjęła mapę, złożyła ją w schludny prostokąt odpowiednim kwartałem do wierzchu i poszła szukać Sąuare Claude Debussy.

Tam doznała jeszcze większego rozczarowania. Skwer otoczony był brzydkimi pięciopiętrowymi domami, na rogu znajdował się sklep z używaną odzieżą. I żywego ducha. Mając świeżo w pamięci eleganckie pomniki w Parć Monceau, rzeźby upamiętniające sławnych pisarzy, malarzy i architektów, patrzyła na ten zapyziały skwer z niedowierzaniem, i narastał w niej gniew, że Paryż tak marnie uhonorował jednego ze swoich największych artystów.

Wróciła na zatłoczony Boulevard des Batignolles. Z tego, co czytała, co wiedziała o Paryżu końca dziewiętnastego wieku, była to nieciekawa, wręcz niebezpieczna okolica, oddalona od gwarnych alej i bulwarów. Takich dzielnic, quartiers perdus, należało się wystrzegać.

Weszła w rue de Londres, gdzie Gaby i Debussy wynajęli pierwsze wspólne mieszkanie w styczniu tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego drugiego. Chciała poczuć tęsknotę, jakąś więź z przeszłością. Niestety, nie poczuła nic. Sprawdzając numery na domach, stanęła wreszcie w miejscu, gdzie powinien się znajdować ten, w którym mieszkał kompozytor. Cofnęła się o dwa kroki, zadarła głowę. Potem wyjęła z torebki notatnik i sprawdziła adres.

Pechowy dzień.

Wszystko wskazywało na to, że gdzieś w ciągu minionych stu lat budynek został wchłonięty przez Gare Saint-Lazare. Dworzec rozrastał się na sąsiednie ulice, aż nie został po nich żaden ślad. Nic, co by warto było uwiecznić na zdjęciu. Tylko pustka.

Meredith rozejrzała się dookoła. Jej wzrok padł na restauracyjkę po drugiej stronie ulicy, Le Petit Chablisien. Przydałoby się coś zjeść. A jeszcze bardziej – wypić kieliszek wina.

Na czarnej tablicy, stojącej okrakiem przy krawężniku, wypisano kredą menu. Duże okna do połowy przesłonięto zazdrostkami, więc nie dało się zajrzeć do wnętrza. Nacisnęła staroświecką klamkę, pchnęła drzwi. Zadźwięczał dzwonek. Natychmiast pojawił się kelner, starszy mężczyzna w sztywnym białym fartuchu, zawiązanym w pasie.

– Pour manger?

Pokiwała głową. Tak. chciała coś zjeść. Została poprowadzona do stolika w spokojnym kącie. Papierowe obrusy, toporne metalowe sztućce, butelka wody. Zamówiła plat dujour, czyli danie dnia, i butelkę wina Fitou.

Mięso, bavette, okazało się doskonałe. Różowe w środku, polane czarnym sosem pieprzowym. Camembert był cudownie dojrzały. Jedząc, Meredith przyglądała się czarno-białym fotografiom na ścianach. Obrazy quartier z dawnych czasów, zdjęcia pracowników restauracji, stojących dumnie przed lokalem: załoga kuchni, kelnerzy z czarnymi wąsami, w koszulach ze sztywno wykrochmalonymi kołnierzykami, oraz. pośrodku, właściciel i jego stateczna żona, wystrojeni w niedzielne wyjściowe ubrania. Na kolejnej fotografii – stary tramwaj na rue d'Amsterdam, tuż obok sławna wieża zegarów przed frontowym wejściem na Gare Saint-Lazare.

Najpiękniejsza jednak była fotografia, którą rozpoznała na pierwszy rzut oka. Uśmiechnęła się do niej jak do starej znajomej. Nad drzwiami do kuchni, obok studyjnego portretu kobiety z młodszym od niej mężczyzną i dziewczynką, której twarz ginęła pod szopą kręconych włosów, wisiała odbitka jednej z najbardziej znanych fotografii Debussy'ego. Zdjęcie zrobiono w Villa Medici w Rzymie w roku tysiąc osiemset osiemdziesiątym piątym. Kompozytor miał wówczas zaledwie dwadzieścia trzy lata. Patrzył w obiektyw poważny, lekko nachmurzony. Miał krótką czarną grzywkę i zapuszczał wąsy. Właśnie tę fotografię zamierzała wykorzystać na tylnej stronie obwoluty swojej książki.

– Mieszkał na tej ulicy – powiedziała kelnerowi, wstukując kod PIN.

Głową wskazała fotografię. Claude Debussy.

Kelner wzruszył ramionami; nie był zainteresowany. Dopiero gdy zobaczył wysokość napiwku, rozciągnął usta w uśmiechu.

ROZDZIAŁ 11

Reszta popołudnia minęła zgodnie z planem.

Meredith odwiedziła pozostałe adresy z listy i o szóstej znalazła się na powrót w hotelu. Wzięła prysznic, przebrała się w białe dżinsy i jasnoniebieski sweter. Zrzuciła zdjęcia z aparatu na twardy dysk laptopa, sprawdziła pocztę – nadal nic o pieniądzach – zjadła lekką kolację w kafejce po drugiej stronie ulicy i zakończyła wieczór zielonym koktajlem w hotelowym barze. Wyglądał okropnie, ale smakował wybornie.

Wróciwszy do pokoju, zatęskniła za jakimś znajomym głosem. Zadzwoniła do domu.

– Cześć, Mary. To ja. – Zawsze mówiła adopcyjnej matce po imieniu.

– Meredith!

Radość w jej głosie wycisnęła dziewczynie łzy z oczu. Nagle Meredith poczuła się straszliwie samotna, daleko od domu, rzucona na głęboką wodę życiowych wyzwań.

– Co u ciebie? – spytała.

Rozmawiały dłuższą chwilę, choć Meredith miała świadomość, że rachunek za telefon rośnie z każdą minutą. Opowiedziała o wszystkim, co robiła od czasu poprzedniego połączenia, o miejscach, które odwiedziła w Paryżu, o postępach w pisaniu książki.

Potem na jakiś czas zaległa cisza.

– A jak twoja druga sprawa? – spytała w końcu Mary.

– Jeszcze o tym nie myślę. Za dużo mam tu do roboty. Zajmę się nią, jak pojadę do Rennes-les-Bains, po weekendzie.

– Nie ma czym się martwić – powiedziała Mary szybko, zdradzając się. że sprawa bardzo jej leży na sercu. Zawsze wspierała Meredith w dążeniu do poznania przeszłości. A jednocześnie z pewnością obawiała się efektów tych poszukiwań.

I Meredith czuła to samo. Co będzie, jeśli się dowie o jakiejś rodzinnej chorobie? O nieszczęściu, o mrocznej tajemnicy z przeszłości, która rzuciła cień na całe życie jej rodzonej matki? A jeśli wchodziła w grę jakaś choroba dziedziczna?

– Nie martwię się – odpowiedziała nieco szorstko i od razu poczuła się

winna. – Wszystko w porządku. Nie mogę się doczekać, czego się dowiem.

Dam ci znać.

Rozmawiały jeszcze przez kilka chwil.

– Kocham cię – powiedziała Meredith na pożegnanie.

– Ja ciebie też, córeczko – usłyszała z odległości tysięcy kilometrów.

***

W niedzielę rano Meredith wybrała się do paryskiej opery, do Palais Garnier.

Od roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego stolica Francji miała nową siedzibę teatru operowego, na placu Bastylii, toteż scenę dawnego przybytku sztuki wykorzystywano przede wszystkim do wystawiania baletów. W czasach Debussy'ego sprawy miały się zupełnie inaczej. Barokowy pałac odgrywał rolę centrum kultury, w którym należało bywać. To tutaj we wrześniu tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego pierwszego dochodziło do protestów antywagnerowskich, które stały się tłem powieści Gastona Leroux „Upiór w operze".

Piętnaście minut zajęło Meredith dotarcie do teatru – omijając turystów szukających Luwru, poszła Avenue de 1'Opera. Wreszcie zobaczyła dawną operę. Pałacyk stanowił perełkę architektury dziewiętnastowiecznej, żywcem wyjęty z tamtych czasów, natomiast ruch uliczny należał zdecydowanie do wieku dwudziestego pierwszego. Czyste szaleństwo: samochody, skutery, ciężarówki, autobusy i jeszcze na dodatek rowery -pędzące ze wszystkich stron w najróżniejszych kierunkach. Ryzykując życie, przeskakiwała pas za pasem, aż dotarła na wysepkę, na której stał Palais Garnier.

Robił wrażenie. Imponująca fasada, wspaniałe balustrady, kolumny z różowego marmuru, złocone posągi, zdobiony biało-złoty dach i pozieleniała miedź kopuły, połyskująca w październikowym słońcu. Meredith próbowała sobie wyobrazić, jak tu było przed stu laty. Konne powozy i damy w długich sukniach. Mężczyźni w cylindrach… Nic z tego. Klaksony i warkot silników zagłuszały wyobraźnię. Za dużo tego wszystkiego, by w zgiełku współczesności usłyszeć pogłos dawnych lat.

Okazało się, że z powodu planowanego na wieczór koncertu charytatywnego teatr był otwarty. Weszła do środka. W chwili gdy przekroczyła próg i zamknęła za sobą drzwi, otuliła ją cisza historycznego wnętrza. Grand Foyer, główny hol. wyglądał dokładnie tak, jak sobie wyobrażała, patrząc na dawne zdjęcia. Marmury na posadzce budziły skojarzenie z monumentalną katedrą. Na wprost wejścia przepiękne schody, Grand Escalier, łagodnym łukiem prowadziły w górę, pod wypolerowaną miedzianą kopułę.

Zrobiła kilka kroków. Czy tutaj w ogóle można wchodzić? Miękkie podeszwy zapiszczały na gładkiej podłodze. Drzwi na widownię były uchylone więc wślizgnęła się w aksamitny półmrok. Chciała na własne oczy zobaczyć słynny sześciotonowy żyrandol, zwisający z sufitu zdobionego przez Chagalla.

Trafiła na próbę kwartetu. Przysiadła w ostatnim rzędzie. Odniosła wrażenie, że obok pojawiło się jej drugie „ja", cień osoby, którą mogła się stać. Doznanie było tak silne, że o mało się nie obróciła, by spojrzeć na towarzyszkę.

Z kanału dla orkiestry wydobywały się strużki powtórek, a Meredith myślała o tym, jak wiele razy ona robiła to samo. Czekała za kulisami, ze skrzypcami w jednej dłoni i smyczkiem w drugiej. I to ssanie w żołądku, w połowie adrenalina, w polowie strach. Wreszcie – kilka kroków, ukłon przed publicznością. Jeszcze parę pociągnięć smyczkiem, sprawdzian strojenia, ślady kalafonii na czarnym poliestrze długiej eleganckiej spódnicy wieczorowej.

Pierwsze skrzypce dostała od Mary, gdy skończyła osiem lat. Zaraz po tym, jak się do niej przeprowadziła na stałe. Przestała wracać do swojej „prawdziwej" matki na weekendy. Dokładnie tego dnia w jej nowej sypialni, na łóżku, czekał futerał z upragnioną zawartością, powitalny prezent dla dziewczynki oszołomionej kartami, jakie rozdał jej los. Dla dziecka, które za dużo widziało.

Uchwyciła się tej szansy obiema rękami. Uciekała w muzykę. Miała talent, uczyła się szybko i pracowała rzetelnie. Mając dziewięć lat, grała w Milwaukee Ballet Company Studio w Walker s Point. Wkrótce zaczęła grać także na fortepianie. Muzyka zajęła w jej życiu pierwsze miejsce.

Chciała grać zawodowo. Marzyła o tym przez całą podstawówkę, po ostatnią klasę gimnazjum. Nauczyciele zachęcali ją do zdawania do konserwatorium i przekonywali, że ma ogromne szanse się dostać. Mary także ją wspierała.

W ostatniej chwili Meredith zmieniła zdanie. Zabrakło jej pewności siebie. Uznała, że nie jest dość dobra. Że brakuje jej iskry bożej. Złożyła dokumenty w zwykłym college'u, na kierunek humanistyczny, zdała egzaminy i została przyjęta. Owinęła skrzypce czerwonym jedwabiem i ułożyła w futerale wyściełanym niebieskim aksamitem. Poluzowała włosie na smyczkach, wcisnęła je w uchwyty po wewnętrznej stronie wieka. W osobnej kieszonce umieściła pudełko z kalafonią. Postawiła futerał w najciemniejszym kącie garderoby i wyjechała do szkoły.

Uczyła się pilnie, więc egzaminy zdała magna cum laude. Nadal grywała na fortepianie, czasem dawała lekcje dzieciom przyjaciół Billa i Mary. Skrzypce pozostały zamknięte w szafie.

Nigdy nie żałowała tej decyzji.

Dopiero w ciągu ostatnich dwóch lat, gdy odkryła powiązania z rodziną, zaczęła wątpić w słuszność wyboru. 1 teraz, siedząc na widowni w Pa-lais Garnier, dwudziestoośmioletnia Meredith czuła żal, który żelazną pięścią ścisnął jej serce.

Muzyka ucichła.

W kanale dla orkiestry ktoś zaśmiał się głośno.

Wróciła teraźniejszość. Meredith wstała, westchnęła, odgarnęła włosy z twarzy, odwróciła się i cicho wyszła. Przyszła tutaj, szukając Debus-sy'ego. A obudziła własne wątpliwości, zdawałoby się, dawno uśpione.

***

Na zewnątrz słońce grzało z całej siły.

Meredith postanowiła otrząsnąć się z melancholii. Wróciła wzdłuż budynku i skręciła w rue Scribe, zamierzając dotrzeć nią do Boulevard Haus-smann i dalej, do paryskiego konserwatorium w ósmej dzielnicy.

Na ulicy było tłoczno. Jakby cały Paryż wyszedł cieszyć się złotym dniem. Musiała uważać, jak idzie, żeby uniknąć kolizji. Panowała świąteczna atmosfera. Jakiś muzyk, śpiewający na rogu ulicy, studenci rozdający ulotki upoważniające do zniżki na posiłki albo na wyprzedaż ubrań, żongler podrzucający diabolo niemożliwie wysoko i łapiący klepsydrę na linkę rozciągniętą między dwoma pałeczkami jednym płynnym ruchem. Jakiś facet sprzedający z walizki zegarki oraz koraliki.

Zadzwoniła komórka, więc Meredith zatrzymała się raptownie, wkładając rękę do torebki, a wtedy idąca za nią kobieta najechała jej spacerówką na kostki.

– Excusez-moi, madame. Meredith uniosła dłoń.

– Non, non. Cesi moi. Desolee. Naprawdę mi przykro, przepraszam. Telefon w tym czasie przestał dzwonić, więc gdy wreszcie zeszła na bok i wyłowiła komórkę z torebki, zajrzała do folderu z nieodebranymi połączeniami. Numer był francuski, wydawał się znajomy. Już miała oddzwonić, gdy ktoś wetknął jej w rękę ulotkę.

– Cest was, ńesl-ce pas? Zaskoczona uniosła głowę.

– Słucham?

Przed nią stała prześliczna dziewczyna, ubrana w koszulkę bez rękawów i bojówki. Włosy miała miodowozłote, splecione w drobne warkoczyki, okiełznane bandaną. Wyglądała jak wielu innych hipisów i wyznawców New Age, włóczących się po ulicach Paryża. Na ustach miała promienny uśmiech.

– Wygląda zupełnie jak pani – vpowiedziała, tym razem po angielsku.

Stuknęła palcem w ulotkę. – Tu, na zdjęciu.

Meredith opuściła spojrzenie na błyszczący kartonik. Reklamował wróżenie z kart tarota, z ręki, oraz rozmowy przez medium. Większą część zajmował obraz kobiety w koronie na głowie, z mieczem w prawej dłoni. W lewej trzymała wagę. A skraj długiej spódnicy oplatały nuty.

– Zupełnie jakby pani pozowała do tego rysunku.

W górnym rogu widniała rzymska jedenastka. Na dole podpis: La Justice. Sprawiedliwość. Meredith przyjrzała się kobiecie uważniej. Rzeczywiście. Była do niej bardzo podobna.

– Nic podobnego – odparta sucho, jednocześnie czerwieniąc się z powodu kłamstwa. – Zresztą i tak jutro wyjeżdżam, więc…

– Niech pani zatrzyma ulotkę – poprosiła dziewczyna. – Otwarte na okrągło. I jesteśmy niedaleko. Dosłownie pięć minut stąd.

– Dziękuję, ale to nie w moim stylu.

– Moja mama jest w tym naprawdę dobra.

– Twoja mama…? -Zna się na tarocie. – Dziewczyna ponownie opromieniła świat uśmiechem. – Czyta z kart. Powinna pani przyjść.

Meredith otworzyła usta, by zaprotestować, ale po sekundzie zmieniła zdanie. Nie ma sensu się sprzeczać. Łatwiej wziąć ulotkę i za rogiem wyrzucić do śmieci. Jak pomyślała, tak zrobiła. Z wymuszonym uśmiechem wetknęła kartonik do wewnętrznej kieszeni kurtki.

– Wie pani – odezwała się jeszcze blondynka – nie ma czegoś takiego jak przypadek. Zawsze jest jakaś przyczyna.

Meredith kiwnęła głową, by nie przeciągać tej bezsensownej rozmowy, i odeszła, ciągle ściskając w dłoni telefon. Na rogu się zatrzymała. Dziewczyna stała w miejscu, odprowadzając ją wzrokiem.

– Jesteście identyczne! – zawołała. – Mieszkamy parę kroków stąd! Niech pani przyjdzie.

ROZDZIAŁ 12

Kompletnie zapomniała o ulotce wetkniętej w kieszeń kurtki. Najpierw oddzwoniła na francuski numer. Okazało się, że miejscowe biuro podróży chciało potwierdzić rezerwację hotelu. Potem zadzwoniła do linii lotniczych sprawdzić godzinę poniedziałkowego rejsu.

Wróciła do hotelu o szóstej, zmęczona i na obolałych nogach. W końcu chodziła całe popołudnie. Tak samo jak poprzedniego dnia wgrała zdjęcia na twardy dysk, a następnie siadła do wstukiwania notatek, jakie porobiła w ciągu ostatnich trzech dni. Mniej więcej o wpół do dziesiątej zeszła po kanapkę do tej samej kafejki po drugiej stronie ulicy; zjadła nad komputerem. Skończyła pracę o jedenastej.

Leżąc w łóżku, włączyła telewizor. Przez chwilę surfowała po kanałach, szukając znajomych obrazów CNN, ale nie znalazła ani tego, czego szukała, ani w ogóle niczego, na czym warto by było zahaczyć oko. Na FR3 szedł jakiś film policyjny, na TF1 – „Colombo", a na Antenne 2 pornos pod przykrywką produkcji artystycznej. Poddała się i jakiś czas czytała.

Zgasiwszy światło, podłożyła ręce pod głowę i leżała, od stóp do głów owinięta białą, cudownie świeżą pościelą. W półmroku przyglądała się sufitowi. Wróciła do dawno minionego weekendu, gdy od Mary usłyszała wszystko, co do tej pory wiedziała na temat swojej rodziny.

Wybrali się do Pfister Hotel, oczywiście w Milwaukee. Był rok dwutysięczny. Grudzień. Wszelkie większe uroczystości rodzinne świętowano właśnie tam. Urodziny, śluby, szczególne okazje… Zwykle przychodzili na kolację, jednak tym razem Mary wynajęła pokój na cały weekend. Był to nieco spóźniony prezent urodzinowy, połączony z obchodami Święta Dziękczynienia i zakupami gwiazdkowymi.

Niedoceniany hotel kusił dyskretną elegancją dziewiętnastowiecznego wystroju w stylu fin de siecle. Złotymi gzymsami, doskonałą kolorystyką, kolumnami, balustradami z kutego żelaza i białymi siatkowymi firankami na przeszklonych drzwiach. Meredith zjawiła się wtedy pierwsza i poszła sama do kawiarenki, by tam zaczekać na Mary i Billa. Usadowiła się w kącie, zapadła głęboko w miękką sofę i pierwszy raz legalnie zamówiła alkohol. Sonoma Cutter Chardonnay. Siedem pięćdziesiąt za lampkę, ale warto było. Wino o gładkim, maślanym smaku uwalniało w złotych blaskach lekko cierpki zapach beczki.

Niesłychane, że akurat to tak dokładnie pamięta…

Padał śnieg. Duże płatki, gęste, równe, sypały się z białego nieba, powlekając świat ciszą. Przy kontuarze siedziała jakaś starsza kobieta w czerwonym płaszczu i wełnianej czapie, naciągniętej głęboko na czoło. Krzyczała do barmana.

– Mów do mnie! Czemu nic nie mówisz? Mów! – Trochę jak ta w „Ziemi jałowej" Eliota.

W kawiarni było jeszcze czterech gości. Wszyscy pili piwo. I wszyscy, podobnie jak ona, udawali, że nie dostrzegają wariatki.

Meredith właśnie zerwała z chłopakiem, więc chętnie wyniosła się z kampusu na weekend. Jej partner gościnnie wykładał matematykę Któregoś razu w barze odgarnął jej kosmyk włosów z twarzy, kiedy indziej przysiadł obok, na krawędzi stołka, gdy grała na fortepianie, niby przypadkiem objął ją za ramiona w pociemniałej bibliotece. Nawiązali romans. Oboje wiedzieli, że donikąd ich ten związek nie zaprowadzi, bo mieli zupełnie różne cele, więc rozstanie przeszło bezboleśnie. Zostały wspomnienia cudownego seksu i miłej znajomości.

Tak czy inaczej, dobrze było zajrzeć do domu. Przez cały zaśnieżony weekend rozmawiała z rodzicami. Wypytywała Mary o życie i wczesną śmierć swojej rodzonej matki, chciała wiedzieć wszystko, o co do tej pory bała się zapytać. O okoliczności adopcji, o samobójstwo matki, o bolesne wspomnienia, drażniące, jak ziarnko piasku w oku.

Z grubsza wiedziała o wszystkim od zawsze. Jej matka, Jeanette, zaszła w ciążę na pikniku, w klasie przedmaturalnej i nawet nie zdawała sobie sprawy z odmiennego stanu, aż było za późno, żeby cokolwiek z tym faulem zrobić. Kilka pierwszych lat pomagała jej matka, Louisa, niestety, szybko zabrał ją nowotwór, pozbawiając Meredith jedynej prawdziwej ostoi. Od tamtej pory działo się coraz gorzej, a kiedy sprawy przybrały już całkiem zły obrót, pojawiła się Mary, daleka kuzynka Jeanette i pomagała dziecku, zabierając je do siebie, kiedy tylko mogła. Z czasem okazało się, że Meredith nie powinna wracać do rodzinnego domu – dla własnego bezpieczeństwa. Dwa lata później, gdy Jeanette się zabiła, Mary i jej mąż. Bill, postanowili usankcjonować opiekę nad dzieckiem i adoptowali dziewczynkę. A Meredith, chociaż zatrzymała swoje nazwisko i całe życie zwracała się do Mary po imieniu, wreszcie poczuła, że może ją uważać za matkę.

Właśnie tam, w Pfister Hotel, Mary dała przybranej córce fotografie i zapis nutowy. Na pierwszym zdjęciu widniał młody człowiek w mundurze, pozujący na rynku jakiejś niewielkiej miejscowości. Miał czarne kręcone włosy i ciemne oczy o szczerym spojrzeniu. Na odwrocie znajdowała się data, 1914, logo fotografa oraz nazwa miejscowości: Rennes-les-Bains.

Brakowało nazwiska. Na drugim zdjęciu widniała dziewczynka w staromodnym ubraniu. I nic więcej. Ani nazwiska, ani daty, ani miejsca. Natomiast na trzeciej fotografii uwieczniono Louisę Martin, czyli babkę Meredith, mniej więcej na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych dwudziestego wieku, sądząc po ubraniu. Siedziała przy fortepianie. Mary wiedziała jedynie, że Louisa była uznaną pianistką, dawała koncerty. Utwór dołączony do zdjęć był jej ulubionym, a przy tym znakiem rozpoznawczym. Grała go przy każdej okazji.

Meredith, ujrzawszy tę fotografię po raz pierwszy, zastanowiła się, czy gdyby zobaczyła ją wcześniej, podjęłaby inną decyzję, dotyczącą własnej kariery muzycznej. Nie umiała odpowiedzieć na to pytanie. Nie pamiętała, żeby jej rodzona matka kiedykolwiek grała na fortepianie albo chociaż śpiewała. Zawsze tylko krzyczała, potem płakała i tak dalej.

Muzyka pojawiła się w życiu dziewczynki w ósmym roku życia. Przynajmniej tak jej się wydawało. Aż do czasu tego pamiętnego weekendu w Pfister Hotel, gdy uświadomiła sobie, że miała ją we krwi od zawsze. Wtedy świat stanął na głowie. Fotografie i muzyka stały się osią jej życia, łączącą przeszłość z teraźniejszością. Już wtedy, w mieście otulonym białym puchem, wiedziała z pewnością, że kiedyś ruszy na poszukiwanie.

I po siedmiu latach ruszyła.

Jutro znajdzie się w Rennes-les-Bains, zobaczy miejsce, które tyle razy oglądała oczyma wyobraźni. Pozostawało jedynie mieć nadzieję, że będzie co oglądać.

Zerknęła na wyświetlacz komórki. Dwudziesta czwarta trzydzieści dwie.

Uśmiechnęła się lekko.

Nie jutro, dzisiaj.

***

Obudziła się świeża i wypoczęta. Po nocnych lękach nie zostało śladu. Nie mogła się doczekać wyjazdu z miasta. Obojętne, czego się dowie, dwa dni w górach bardzo jej się przydadzą.

Lot do Tuluzy miała dopiero po południu, w Paryżu załatwiła już wszystko, co miała do załatwienia, i nie zamierzała brać się do czegoś nieplanowanego, więc jakiś czas wylegiwała się, czytając, potem zeszła na późne śniadanie w słońcu, w tej samej kafejce co dotąd, i wreszcie wypuściła się, by odwiedzić kilka punktów obowiązkowych dla każdego turysty.

Przeszła kolumnadą na rue du Rivoli, omijając grupki uczniów z plecakami oraz turystów podążających szlakiem wytyczonym przez twórców „Kodu Leonarda da Vinci". Miała ochotę zajrzeć do Luwru, ale zniechęciła się, widząc kolejkę do wejścia, wężowymi splotami obejmującą szklaną piramidę.

Znalazła sobie wolne krzesło w ogrodach Tuileries, oczywiście zielone, i cieszyła się słonecznym dniem. Żałowała jedynie, że nie jest odrobinę lżej ubrana, bo zrobiło się gorąco i parno, kompletnie zwariowana pogoda jak na koniec października. Uwielbiała Paryż, ale dziś powietrze zdawało się gęste od zanieczyszczeń, spalin i dymu papierosowego, atakującego z tarasu każdej kawiarenki. Zastanowiła się, czyby nie zafundować sobie rejsu Bateau Mouche, potem rozważyła wizytę w Shakespeare amp; Co., sławnej księgarni na lewym brzegu Sekwany, miejsca świętego dla każdego Amerykanina, odwiedzającego stolicę Francji. Jakoś jednak nie mogła się zebrać. Bo tak naprawdę chciałaby zobaczyć atrakcje tłumnie odwiedzane przez turystów, tylko najlepiej bez styczności z turystami.

Kilka muzeów było akurat zamkniętych, więc w końcu postanowiła wrócić do spraw związanych z pracą i obejrzeć dom lat dziecinnych kompozytora, na ulicy, która w latach dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku nosiła nazwę rue de Berlin. Zawiązała kurtkę w pasie i już bez mapy podążyła siatką ulic. Szła szybkim, pewnym krokiem, choć tym razem wybrała inną drogę. Po kilku minutach zatrzymała się na jakimś skrzyżowaniu i osłoniwszy oczy od słońca, przeczytała tabliczkę z nazwą ulicy.

Ciekawe. Zupełnie przypadkiem znalazła się na rue de Liege. Powiodła wzrokiem wzdłuż domów, w jedną stronę, potem w drugą. Za czasów De-bussy'ego gdzieś tutaj, w pobliżu Place de la Trinite występował kabaret La Grande-Pinte. Nieco dalej znajdował się sławny, siedemnastowieczny Hótel-Dieu, a dwa kroki od miejsca, gdzie stanęła, mieściła się znana księgarnia ezoteryczna Edmonda Bailly'ego. Tam, w dniach świetności na przełomie wieków, poeci, okultyści oraz kompozytorzy zbierali się, by rozprawiać o nowych ideach, o mistycyzmie i światach alternatywnych. W tej księgarni kontrowersyjny młody Debussy nigdy nie musiałby się tłumaczyć.

Sprawdziła numer domu.

I natychmiast straciła cały zapał. Dotarła tam, gdzie chciała. Tyle że nie miała czego oglądać. Bez przerwy to samo. Nowe budynki w miejscu starych, dawne ulice, wchłonięte przez nowe, stuletnie adresy zapomniane w bezlitosnym upływie czasu.

Dom numer dwa przy rue de Liege okazał się pozbawioną wyrazu betonową bryłą. Po księgarni – ani śladu. Próżno by szukać choćby jakiejś tablicy pamiątkowej na ścianie. Nic.

I wtedy dostrzegła wąskie drzwi, ledwo widoczne z ulicy. Wzrok przyciągał głównie barwny napis, ręcznie malowany.

Sortilege.

Wróżenie z kart.

I pod spodem, mniejszymi literami: „Po francusku i po angielsku".

Odruchowo sięgnęła do kieszeni kurtki. Wymacała złożoną ulotkę, którą wczoraj dostała od blondynki. Wyjęła kartkę i przyjrzała się jej uważnie. Zdjęcie było rozmazane, kopia nieszczególnej jakości, ale podobieństwu nie sposób zaprzeczyć.

Podobna do mnie.

Podniosła wzrok na drzwi. Teraz stały otworem. Jakby ktoś podkradł się do nich, gdy nie patrzyła, i zwolnił zatrzask. Zrobiła kilka kroków, zajrzała do środka. Zobaczyła wąski korytarzyk o fioletowych ścianach, ozdobionych srebrnymi gwiazdami, księżycami oraz symbolami astrologicznymi. Z sufitu zwieszały się karuzele z kryształami czy może szkłem ciętym w różne wzory.

Wzięła się w garść. Astrologia, kryształy, przepowiadanie przyszłości -to nie dla niej. Nawet nie sprawdzała horoskopu w gazecie, chociaż Mary robiła to regularnie, każdego ranka, przy pierwszej filiżance kawy. Odprawiała rytuał.

Meredith tego nie rozumiała. Myśl, że przyszłość była w jakiś sposób narzucona, zapisana i określona, wydawała jej się szalona. Zbyt fatalistyczna. Zakrawała na zrzucanie z siebie odpowiedzialności za życie.

Odsunęła się od drzwi zniecierpliwiona własnym wahaniem. Po co w ogóle tu sterczała? Najwyższy czas się wynieść. Zapomnieć o ulotce.

To głupie. Wróżby to gusła.

A przecież coś ją tu trzymało. Ciągle stała. Ciekawość? Na pewno. Przy czym było to raczej zainteresowanie czysto teoretyczne, nie emocjonalne. Co z podobieństwem do kobiety na zdjęciu? Skąd zbieżność adresów? Chciała wejść.

Zrobiła dwa kroki do przodu. Na drugim końcu korytarzyka znajdowały się wąskie schody o stopniach pomalowanych na zmianę na czerwono i zielono. U szczytu dostrzegła kolejne drzwi, błękitne jak niebo, wyzierające zza zasłony z żółtych drewnianych koralików.

Ile tu kolorów.

Czytała gdzieś, że niektórzy ludzie widzą muzykę pod postacią barw. Jak to się nazywało… Symestezja? Synestezja?

We wnętrzu panował miły chłód. Rześkie powietrze płynęło ze starego wentylatora, umieszczonego nad drzwiami wejściowymi. W leniwym powiewie października tańczyły drobinki kurzu. Cóż, skoro szukała dziewiętnastowiecznej atmosfery, należałoby skorzystać z usługi, która pewnie była tu świadczona przed stu laty tak samo jak dzisiaj.

Wyłącznie w celach badawczych.

Świat zastygł w bezruchu. Budynek wstrzymał oddech. Wyczekiwanie.

Meredith, z ulotką w ręku jak z najcenniejszym talizmanem, postąpiła naprzód. Postawiła stopę na pierwszym stopniu i ruszyła w górę.

***

Kilkaset kilometrów na południe, w bukowym lesie nad Rennes-les-Bains, mocniejszy oddech wiatru zerwał miedziane liście z gałęzi starych drzew. Obudziło się dawno zamarłe westchnienie jak lekki pasaż na klawiszach.

Enfin.

Nareszcie.

Poruszenie światła nad innymi schodami.

ROZDZIAŁ 13

DOMAINE DE LA CADE

– Oui, Abbe, et merci d vous pour votre gentillesse. A tout d 1'heure.

Julian Lawrence zrobił wszystko, co należało. Nawet podziękował duchownemu. Miał się z nim wkrótce spotkać. Jeszcze chwilę trzymał słuchawkę w ręku. Był opalony, w doskonałej formie i nikt by mu nie dał pięćdziesięciu lat. Wreszcie odłożył telefon na bazę. Wyjął z kieszeni paczkę papierosów, pstryknięciem otworzył zapalniczkę firmy Zippo i przypalił gauloise'a. Smużka waniliowego dymu uniosła się w nieruchomym powietrzu.

Przygotowania do wieczornej mszy trwały. Zakładając, że Hal będzie się zachowywał odpowiednio, wszystko powinno się odbyć, jak należy. Współczuł mu, ale też miał się na baczności, ponieważ chłopak pytał w mieście o okoliczności wypadku. Niepotrzebnie wsadzał kij w mrowisko. Trafił nawet na komisariat, zażądał opinii na piśmie o przyczynie zgonu. Ponieważ tym akurat przypadkiem zajmował się w Couizie przyjaciel Juliana, a jedynym świadkiem była jakaś kobieta, która nadużywała alkoholu, do sprawy należało podchodzić ostrożnie. Na szczęście pytania Hala odbierano jako zrozumiałą reakcję syna pogrążonego w żałobie, a nie uzasadnione wątpliwości.

Tak czy inaczej, nie mógł się doczekać wyjazdu smarkacza. W całej sprawie nie było czego się doszukiwać, ale ten drążył bez opamiętania, więc należało się spodziewać, że w miejscowości tak małej jak Rennes-les-Bains zaczną się plotki. Nie ma dymu bez ognia. Julianowi pozostawała nadzieja, że Hal zaraz po pogrzebie opuści Domaine de la Cade i wróci do Anglii.

Dwóch braci, Julian i Seymour, ojciec Hala, objęli to miejsce w posiadanie przed czterema laty. Seymour, starszy od Juliana o dziesięć lat, znudzony emeryt, miał obsesję na temat przewidywania dochodu, arkuszy kalkulacyjnych i sukcesów w interesie. Juliana interesowało coś zupełnie innego.

Pierwszy raz trafił w te okolice w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym siódmym. Zaintrygowały go opowieści związane z Rennes-les-Bains, a szczególnie z Domaine de la Cade. Zresztą roiło się tutaj od najróżniejszych tajemniczych legend: o zakopanym skarbie, o konspiracji, krążyły bujdy o jakichś tajnych stowarzyszeniach i tysiące innych, poczynając od Wizygotów, Rzymian i Celtów, aż po templariuszy i katarów. Tymczasem wyobraźnię Juliana poruszyła bardziej współczesna historia, pisemne sprawozdania, datujące się na koniec dziewiętnastego wieku, traktujące o zbezczeszczeniu grobowca znajdującego się na terenie Do-maine de la Cade, o talii kart tarota, stanowiącej coś w rodzaju mapy prowadzącej do skarbu, i o pożarze, który zniszczył część domu.

W piątym wieku naszej ery ziemie wokół Couizy oraz Rennes-les-Chateau leżały w sercu królestwa Wizygotów. O tym wiedzieli wszyscy. Historycy i archeolodzy od dawna spekulowali, że legendarne skarby, zrabowane Rzymianom przez Wizygotów zostały wywiezione na tereny dzisiejszej południowo-zachodniej Francji. Brakowało jednak dowodów. Ale im więcej Julian się dowiadywał, tym większego nabierał przekonania, iż znaczna część wizygockiego skarbu nadal czeka na znalazcę. I że talia kart tarota, oryginalna, nie żadna z drukowanych później kopii – stanowi klucz do tego skarbu. Julian chciał go odszukać.

Z czasem chęć zmieniła się w obsesję. Kupował licencje na wykopaliska, topił w poszukiwaniach wszystkie pieniądze, a osiągnięcia miał niewielkie, zaledwie drobiazgi z dawnych grobów: miecze, sprzączki, kielichy – nic szczególnego. Gdy pozwolenie na prowadzenie wykopalisk wygasało, kopał bezprawnie. Jak hazardzista, wiecznie przekonany, że wielki sukces to tylko kwestia czasu.

Gdy cztery lata temu wystawiono hotel na sprzedaż, przekonał brata do przedstawienia oferty. Niespodziewanie, mimo wszystkich dzielących ich różnic, pomysł okazał się doskonały i partnerstwo długi czas spełniało pokładane w nim nadzieje. Dopiero przed kilkoma miesiącami Seymour mocniej się zaangażował w sprawy codziennego prowadzenia hotelu. I postanowił zajrzeć do ksiąg rachunkowych.

Słońce prażyło trawę, jasny blask wlewał się do gabinetu przez wysokie okna. Julian podniósł wzrok na obraz zawieszony nad biurkiem. Stary symbol tarota, pozioma ósemka, symbol nieskończoności.

– Jesteś gotowy?

Na progu stanął Hal, w czarnym garniturze, z krawatem w tym samym kolorze. Lśniące ciemne włosy odgarnął do tyłu. Dobiegał trzydziestki, ale dzięki szerokim barom, pięknej cerze i doskonałej sylwetce nadal wyglądał na sportowca z uniwersytetu. Trenował rugby i tenis.

Julian pochylił się, zdusił papierosa w szklanej popielniczce, stojącej na parapecie. Wychylił resztkę whisky ze szklanki. Nie mógł się doczekać, żeby po pogrzebie wszystko wróciło do normalności. Miał serdecznie dosyć Hala wałęsającego się po domu i okolicy.

– Zaraz przyjdę – powiedział. Za minutę.

ROZDZIAŁ 14

Paryż

Meredith dotarta na szczyt schodów, odgarnęła na bok zasłonę z koralików i otworzyła błękitne drzwi.

Za nimi była poczekalnia, tak malutka, że można by dotknąć ścian, nawet nie wyciągając rąk. Po lewej pysznił się barwny wykres, ozdobiony znakami zodiaku, pełen wzorów i symboli, których dziewczyna nie rozróżniała. Po prawej wisiało lustro w staromodnej złoconej ramie. Przejrzała się w nim i zapukała do drzwi naprzeciwko.

– Halo! Jest tam kto?

Cisza.

Odczekała chwilę i zastukała ponownie, tym razem nieco mocniej. Nadal nic. Nacisnęła klamkę. Drzwi ustąpiły.

– Dzień dobry! – odezwała się, wchodząc. – Jest tu kto? Halo?

Niewielki pokoik emanował energią. Ściany pomalowano na jasne kolory, trochę jak w domu opieki społecznej. Na żółtym, czerwonym i zielonym tle pyszniły się fioletowe, niebieskie oraz srebrne wzory, złożone z linii, pasów, trójkątów i zygzaków. Jedyne okno, naprzeciwko drzwi. przesłaniała liliowa firanka. Za nim widać było blade kamienne ściany dziewiętnastowiecznego budynku, z czarną balustradą i wysokimi drzwiami balkonowymi o zamkniętych okiennicach. Scenę ożywiały skrzynki pełne pelargonii oraz bratków.

Na środku pokoju ustawiono kwadratowy stolik, przykryty lnianym obrusem w koła i jakieś tajemnicze symbole astrologiczne, przy nim stały dwa drewniane krzesła z tapicerowanymi siedzeniami. Zupełnie jak z obrazu van Gogha.

Gdzieś w głębi domu trzasnęły drzwi, rozległy się kroki. Meredith poczuła, że się czerwieni. Nieproszony gość. Zamierzała wyjść, gdy zza bambusowej maty, zawieszonej na ścianie pokoju, ukazała się jakaś kobieta.

Miała może czterdzieści pięć lat, ciemne włosy z nitkami srebra, obcięte przez dobrego fryzjera tuż powyżej ramion, i serdeczny uśmiech. Ubrana była w dopasowaną koszulkę i spodnie khaki. Nie tak wyobrażała sobie Meredith wróżkę czytającą przyszłość z kart tarota. Gdzie wielkie koła w uszach, gdzie barwna chusta na głowie?

– Przepraszam, pukałam – zaczęła się tłumaczyć. – Nikt nie odpowiadał, więc weszłam.

– Nic się nie stało.

– Pani jest Angielką?

– Nie da się ukryć. – Na twarzy kobiety wykwitł ciepły uśmiech. – Długo pani czeka?

Meredith pokręciła głową.

– Dosłownie dwie minuty. Gospodyni wyciągnęła do niej dłoń.

– Mam na imię Laura.

– Meredith. – Podała jej rękę.

Laura odsunęła krzesło, gestem wskazała drugie.

– Siadaj, zapraszam.

Meredith jednak stała niezdecydowana.

– Zdenerwowanie jest całkiem naturalne – wyjaśniła wróżka. – Zdecydowana większość ludzi reaguje za pierwszym razem właśnie w taki sposób.

Meredith wyjęła z kieszeni ulotkę, położyła ją na stole.

– Ja właściwie… Wczoraj dostałam to na ulicy… A dzisiaj przechodzi

łam… – Straciła wątek. – Prowadzę badania… Przepraszam. – Wzięła się

w garść. – Nie będę ci zabierała czasu.

Laura wzięła ulotkę w rękę i pokiwała głową.

– Córka mi o tobie mówiła. Meredith spojrzała uważniej.

– Tak?

– Opowiadała mi o podobieństwie – wyjaśniła Laura, przyglądając się rysunkowi. – Powiedziała, że spotkała wierny obraz Sprawiedliwości. -Umilkła, jakby się spodziewała, że jej gość coś powie. A skoro Meredith milczała, usiadła za stołem. – Mieszkasz w Paryżu?

– Tylko zwiedzam.

Sama nie wiedząc, kiedy i dlaczego, przycupnęła na brzeżku krzesła. W mowie ciała przekaz był jasny: nie zamierzam tu zagrzewać miejsca.

– Pierwszy raz jesteś u wróżki, prawda?

– Tak.

– No dobrze. Zakładam, że przeczytałaś ulotkę, więc wiesz, że półgodzinna sesja kosztuje trzydzieści euro, a godzina pięćdziesiąt.

– Pół godziny wystarczy – oświadczyła Meredith.

Raptem zaschło jej w ustach. Laura patrzyła na nią z uwagą, jakby czytała z każdej zmarszczki, każdego cienia na twarzy.

– Możliwe. Ale gdybyś chciała zostać, nie musimy się śpieszyć, nie jestem z nikim umówiona. Chcesz wyjaśnić jakąś konkretną sprawę czy zorientować się ogólnie we wszystkim?

– Prowadzę badania – powtórzyła Meredith. – Pracuję nad biografią artysty. Na tej ulicy… dokładnie w tym budynku była kiedyś słynna księgarnia… Pewnie to przypadek… – Uśmiechnęła się, szukając spokoju. Chociaż twoja córka twierdzi, że nie ma czegoś takiego jak przypadek.

– Wszystko jasne – powiedziała Laura z uśmiechem. – Niektórzy klienci przychodzą do mnie z konkretnymi pytaniami. Na temat pracy, miłości albo ważnych decyzji… Właściwie na każdy temat. Inni wolą bardziej ogólne spojrzenie.

– Tak jak ja.

– Doskonale. Teraz musisz zdecydować, której talii użyjesz.

– Wybacz, ale nie mam o tym bladego pojęcia. Będę wdzięczna, jeśli zdecydujesz za mnie.

Laura gestem wskazała cztery talie kart, ułożone rzędem przy krawędzi blatu. Wszystkie leżały w zakrytych stosach.

– Wiem, że początki są trudne, ale powinnaś zdecydować sama. Przyjrzyj im się, sprawdź, czy któreś szczególnie przypadną ci do gustu, dobrze?

– Dobrze. – Meredith leciutko wzruszyła ramionami.

Laura sięgnęła po najbliższą talię i rozpostarła ją wachlarzem na stole. Granatowe koszulki ozdobione złotymi gwiazdami z długimi ogonami.

– Piękne – przyznała Meredith.

– To jest najpopularniejsza talia kart tarota, tak zwana Waite, od nazwiska twórcy.

Druga miała na rewersie zwykłą czerwono-czarną siatkę.

– Ta z kolei jest pod wieloma względami uważana za klasyczną. Nazywana jest tarotem marsylskim. Powstała w szesnastym wieku. Używam jej niekiedy, ale przyznaję, jak na dzisiejsze gusta wydaje się mało interesująca. Większość pytających woli bardziej współczesne zestawy.

– Kto to jest pytający? zdziwiła się Meredith.

– Och, przepraszam. – Laura uśmiechnęła się szeroko. – Pytający to osoba, która przychodzi po wróżbę, zadająca pytania.

– Rozumiem. – Dziewczyna przyjrzała się kartom i wskazała talię nieco mniejszą niż pozostałe. Wyróżniała się ona także pięknym odcieniem zieleni na koszulkach, pociętym filigranowymi kreseczkami w różnych odcieniach złota i srebra.

– A ta?

– To jest tarot Bousqueta.

– Bousquet… – Meredith była pewna, że gdzieś już słyszała to nazwisko, ale nie potrafiła go umiejscowić. – On je narysował?

– Nie. Tak nazywał się pierwszy wydawca talii tych kart. Nie wiemy,

kto je zamówił. Pochodzą gdzieś z południowego zachodu Francji, zostały stworzone w latach dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku.

Meredith poczuła gęsią skórkę na ramionach. A dokładnie gdzie?

– Nie wiem na pewno, ale wydaje mi się, ze w okolicy Carcassonne

– Znam ten rejon – powiedziała Meredith, odtwarzając w pamięci ma-

pę tamtego fragmentu Francji. W samym jego środku leżało Rennes-les-Bains. Raptem zdała sobie sprawę, że wróżka przygląda jej się z uwagą.

– Czy coś może…? – spytała Laura.

– Nie, nie. Zdawało mi się, że znam to nazwisko, ale się pomyliłam. -Zakończyła temat miłym uśmiechem. – Przerwałam ci.

– Oryginalna talia… Kilka kart pochodzi z czasów dużo wcześniejszych niż dziewiętnasty wiek. Dzisiaj nie sposób określić, które rysunki są autentyczne, ale wydaje się, że arkana większe powstały później niż reszta. Albo zostały zmienione. Arkana mniejsze niewiele się różnią od klasyki, tymczasem stroje na arkanach większych są zdecydowanie w stylu fin de siecle'u.

– Arkana mniejsze? – Meredith przekrzywiła głowę. – Arkana większe? – Uśmiechnęła się przepraszająco. – Przykro mi, ale nic nie rozumiem. Mogę zadać kilka pytań, zanim przejdziemy dalej?

– Oczywiście.

– Wobec tego najpierw chciałabym wiedzieć, ile kart jest w talii tarota.

– Poza nielicznymi wyjątkami siedemdziesiąt osiem. Dzielą się na arkana większe i mniejsze. Łacińskie słowo arcana oznacza „sekrety". Arkana większe, dwadzieścia dwie sztuki, ponumerowane są od jednego do dwudziestu jeden, a ostatnia, czy jak kto woli, pierwsza, Głupiec, oznaczona jest cyfrą zero albo żadną. Ta karta istnieje wyłącznie w talii tarota. Na każdej z tych dwudziestu dwóch kart znajduje się alegoryczny rysunek oraz podpis.

Meredith przyjrzała się Sprawiedliwości na ulotce.

– Rozumiem.

– Pozostałe pięćdziesiąt sześć kart, arkana mniejsze, zwane także blotkami, dzieli się na cztery kolory, czyli dwory. Przypominają one zwykłe karty do gry, tyle ze w każdym dworze mamy jedną figurę więcej. Bo oprócz króla, damy i waleta jest także jeździec lub, jak kto woli, paź. Stoi przed dziesiątką. W różnych taliach różnie się nazywa kolory. Karo to denary lub monety, kiery – kielichy albo puchary, trefie to pałki czy też buławy, a piki – miecze.

– Jasne.

– Większość znawców zgadza się co do tego, że najwcześniejsze karty tarota, w dużym stopniu przypominające te, jakimi posługujemy się dzisiaj, mają swoje korzenie we Włoszech i powstały w połowie piętnastego wieku. Współczesny tarot odrodził się na przełomie wieku dziewiętnastego i dwudziestego, gdy brytyjski okultysta, Arthur Edward Waite, stworzył zupełnie nową talię, w której ilustrowane były wszystkie karty, również arkana mniejsze, a nie tylko większe. Wcześniej blotki miały tylko numery.

– A co z tarotem Bousqueta?

– Co dziwne, karty dworskie są ilustrowane. Styl obrazów podpowiada, że powstały u schyłku szesnastego wieku. Z pewnością jeszcze przed Waite'em. Natomiast arkana większe są w zupełnie innym stylu. Jak powiedziałam, sądząc po strojach, można je z dużym prawdopodobieństwem datować na schyłek dziewiętnastego wieku w Europie.

– Jak to możliwe?

– Przyjmujemy, że wydawca, pan Bousąuet, nie dysponował pełną talią, więc albo kazał namalować arkana większe, albo skopiował jakieś istniejące rysunki w stylu pozostałych kart.

– Z czego skopiował?

– Trudno zgadnąć. Z fragmentów ocalałych kart albo z ilustracji talii z jakiejś książki… Nie mam pewności, nie jestem znawcą.

Meredith przeniosła wzrok na głęboką zieleń, ozdobioną połyskującą siateczką.

– Fantastyczna robota.

Wróżka rozłożyła denary w kształt wachlarza. Karta po karcie, zaczynając od asa, na królu kończąc. Następnie oddzieliła kilka kart od arkanów większych i także położyła je na stole.

– Widzisz różnicę?

Meredith pokiwała głową.

– Tak, oczywiście. Chociaż rysunki są podobne w stylu, zwłaszcza jeśli

chodzi o kolory.

Laura stuknęła palcem w jedną z kart.

– Tu masz przykład jeszcze jednej wyjątkowej cechy w tarocie Bousqueta. Zmieniono nazwy postaci. Królowa stała się Maitresse, a więc zyskała szersze znaczenie, bo w tym słowie zawiera się i władczyni, i kochanka, i nauczycielka. Na podobnej zasadzie król zmienił się w Maitre'a. Jeśli się przyjrzysz. dostrzeżesz zmiany w arkanach większych. Na przykład ta karta, oznaczona numerem II, zwykle nazywana jest Arcykapłanką albo Papieżycą. Tu jest La Pretresse, więc po prostu Kapłanka. A tutaj, na VI, jako jedno z Kochanków – Les Amoureux – widnieje ta sama postać. I spójrz na XV, na Diabła. Znów pojawia się ta sama kobieta, tym razem przykuta łańcuchem.

– Jest w tym coś dziwnego?

– W wielu taliach łączy się kartę VI i XV, ale II zwyczajowo nie jest przypisywana do tej pary.

– Wobec tego ktoś – powiedziała Meredith, myśląc głośno – albo z własnej woli, albo na polecenie, zadał sobie sporo trudu, żeby te karty były wyjątkowe.

– To prawda. Czasem zastanawiałam się, czy arkana większe nie są tutaj wzorowane na konkretnych osobach. Zobacz, jakie mają rysy twarzy. Prawdziwe jak na portrecie.

Dziewczyna przyjrzała się La Justice widocznej na ulotce.

– To jest moja twarz.

Podniosła wzrok na Laurę. Miała chęć powiedzieć coś na temat osobistych powodów wyprawy na południe Francji. O tym, że dosłownie za kilka godzin wyruszy do Rennes-les-Bains.

Zanim jednak otworzyła usta, Laura podjęła wątek – i chwila przepadła.

– Tarot Bousqueta utrzymuje tradycyjne powiązania. Na przykład miecze to kolor związany z żywiołem powietrza, reprezentujący inteligencję i rozum, buławy, które należą do żywiołu ognia – energię i konflikt, puchary, żywioł wody, to świat uczuć, i w końcu denary – stuknęła palcem

w kartę, gdzie król siedział na tronie otoczonym złotymi monetami – żywioł ziemi, a więc świat materialny, rzeczywisty.

Meredith przyjrzała się ilustracjom z uwagą, jakby chciała je sobie wyryć w pamięci. Po jakimś czasie kiwnęła głową, gotowa słuchać dalej.

Wróżka zebrała blotki, odłożyła na bok. Natomiast arkana większe ułożyła w trzech rzędach po siedem, zwrócone w stronę klientki, od najmłodszej do najstarszej. Kartę oznaczoną cyfrą zero, Głupca pozbawionego wartości, umieściła na samej górze.

– Lubię patrzeć na arkana większe przez pryzmat podróży – powiedziała. – Mówią o sprawach trudnych do zdefiniowania, nieuchwytnych, wielkich życiowych zagadnieniach, których nie można zmienić, z którymi nie sposób walczyć. Ułożone w ten sposób reprezentują w każdym rzędzie inny poziom rozwoju: świadomość, podświadomość i świadomość wyższą.

Aha, więc skończyły się fakty. Czas na odrobinę sceptycyzmu.

– Na początku każdego rzędu jest postać o ogromnej mocy. Najpierw Kuglarz albo, jak kto woli, Czarodziej. W drugim rzędzie – Siła, La Force. I wreszcie w trzecim, na początku, znajduje się karta piętnasta, Le Diable.

Coś przyciągnęło uwagę Meredith, jakiś rys w wykrzywionej twarzy demona. Przyjrzała się kobiecie i mężczyźnie przykutym do kamienia. Pojawił się cień zrozumienia. I od razu zniknął.

– Taki sposób rozłożenia arkanów większych nie tylko ukazuje podróż Głupca od ignorancji do oświecenia, ale także otwiera pionowe połączenia między kartami. Jak widzisz, Siła jest oktawę od Czarodzieja, a Diabeł odsunięty od niej o następną oktawę. To nie koniec. Zarówno Czarodziej, jak i Siła mają nad głową znak nieskończoności. Diabeł podnosi rękę w podobnym geście jak Czarodziej…

– Jak dwie połowy tej samej osoby.

– Na przykład. – Laura pokiwała głową. Tarot jest zbieżnością wzorów, zależnością między kartami.

Meredith słuchała jednym uchem. Coś z tego, czego się przed chwilą dowiedziała, poruszyło w niej czułą strunę. Musiała się chwilę zastanowić. Mam. Oktawy.

– Czy zawsze tłumaczysz te zasady, używając terminów muzycznych? -spyt ała.

– Nie. Wszystko zależy od pytającego. Interpretacji tarota można dokonywać na wiele sposobów. A dlaczego spytałaś?

– Bo jestem związana z muzyką. Ciekawa byłam, czy się tego jakoś domyśliłaś. – Umilkła na moment. Chyba o tym nie wspomniałam.

Laura uśmiechnęła się leciutko.

– Przeszkadza ci to?

– Że się domyśliłaś? Nie – skłamała. Czuła się z tym źle i wcale jej się to nie podobało. Serce podpowiadało, że mogłaby się o sobie czegoś dowiedzieć, sprawdzić, kim jest naprawdę. A rozum twierdził, że to wszystko jeden wielki stek bzdur.

Wskazała Sprawiedliwość.

– Ma nuty przy sukni. Dziwne.

– Cóż, jak to ujęła moja córka, nie ma czegoś takiego jak przypadek.

Meredith zaśmiała się, choć wcale jej nie było do śmiechu.

Wszystkie metody wróżenia – podjęła Laura – opierają się na wzorach, szkicach, rysunkach. Tak samo jak muzyka. Był w Stanach Zjednoczonych taki kartomanta, Paul Foster Case, ukuł całą teorię, według której poszczególne arkana większe są powiązane z konkretnymi nutami na pięciolinii.

– Może przy okazji sprawdzę.

Laura zebrała karty, wygładziła brzegi talii. Spojrzała Meredith głęboko w oczy i w tej jednej chwili dziewczyna zyskała pewność, że wróżka przejrzała ją na wylot, poznała każde drżenie jej serca: niepokój i zwątpienie, a także nadzieję.

– Zaczniemy? – spytała Laura. Klientka miała serce w gardle.

– Pewnie – rzuciła odważnie. – Zaczynajmy.

ROZDZIAŁ 15

– Zostaniemy przy talii Bousqueta? – spytała Laura. – Moim zdaniem, najbardziej ci pasuje.

Meredith opuściła wzrok na karty. Ciemna zieleń przywodziła jej na myśl las wokół domu Mary w Chapel Hill. Przemieszane barwy lata i jesieni. Tak różne od cichych przedmieść Milwaukee, gdzie dorastała.

– Dobrze.

Wróżka zdjęła ze stołu pozostałe talie i ulotkę.

– Tak jak ustaliłyśmy, powróżę ci ogólnie. Wykorzystamy moją wersję krzyża celtyckiego, trochę bardziej rozbudowaną niż klasyczna. Ciągnie nie dziesięciu kart z pełnej talii. Zyskamy dość pełny przegląd tego, gdzie teraz jesteś, co się zdarzyło w niedalekiej przeszłości i co może przynieść przyszłość.

Aha. Czyli zaczynamy bujać w obłokach.

Tyle tylko, że chciała usłyszeć, co wróżka ma do powiedzenia.

– W czasie gdy drukowano talię Bousqueta, pod koniec dziewiętnastego wieku, tarot ciągle jeszcze był sztuką tajemną, dostępną jedynie dla elit.

– Laura uśmiechnęła się kącikiem ust. – Dziś sprawa wygląda inaczej.

Współcześni wróże chcą dać ludziom pewność siebie, wyposażyć ich w odpowiednie narzędzia lub, jeśli wolisz, dodać im odwagi do dokonywania zmian w życiu i w nich samych. Wróżenie ma tym większą wartość, im bardziej pytający uświadamia sobie swoje ukryte motywacje albo nie uświadomione wzorce zachowania.

Meredith pokiwała głową.

– Najistotniejsze – ciągnęła Laura że istnieje w zasadzie nieskończona liczba interpretacji. Jedni twierdzą, na przykład, że jeśli we wróżbie przeważają arkana większe, to znaczy, że sytuacja wymyka się spod kontroli, natomiast gdy arkana mniejsze, pytający rzeczywiście jest kowalem własnego losu. Ja umiem powiedzieć jedynie, że moim zdaniem wróżba nie mówi, co się stanie, ale odsłania to, co może się zdarzyć.

– Rozumiem.

Laura położyła talię na środku stołu.

– Potasuj, proszę. Nie śpiesz się. Tasując myśl o tym, czego się chcesz

dowiedzieć, co cię tu dzisiaj sprowadziło. Niekiedy pomaga zamknięcie

oczu.

Przez okno wpłynął lekki powiew, wyzwolenie od lepkiej wilgoci. Meredith sięgnęła po karty. Zaczęła je tasować. Powoli, spokojnie. Zapamiętała się w monotonnym ruchu, zapomniała o teraźniejszości.

Pojawiły jej się przed oczami obrazy i twarze z przeszłości, stonowane w sepii i odcieniach szarości. Wyblakły, odpłynęły. Jej piękna, tak podatna na zranienia matka. Babka Louisa siedząca przy fortepianie. Poważny miody człowiek w mundurze.

Cała rodzina, jaką znała.

Przez chwilę miała wrażenie, jak gdyby w stanie nieważkości uniosła się w powietrze. Widziała stolik, dwa krzesła, kolorowe ściany, a nawet siebie samą z zupełnie innej perspektywy.

– Wystarczy. Otwórz oczy. – Głos Laury dobiegł z daleka, niby wyraźny, ale ledwo słyszalny, trochę jak dźwięki muzyki, gdy wybrzmi ostatni akord.

Dziewczyna zamrugała, bo pokój gwałtownie wrócił na miejsce, z początku lekko rozmazany, ale po chwili jaśniejszy i wyraźniejszy niż wcześniej.

– Połóż talię na stole i lewą ręką podziel ją na trzy stosy, ułożone w pionie.

Meredith wykonała polecenie.

– Teraz na środkowy stos połóż najpierw górny, potem dolny. – Odczekała, aż karty zostały złożone razem. – Wybierz dowolną kartę. Tę pierwszą nazywamy sygnifikatorem. Reprezentuje ciebie, pytającego, mówi o tym, jaka jesteś. Płeć postaci na rysunku nie ma znaczenia, ponieważ każdy obraz odnosi się i do kobiety, i do mężczyzny.

Meredith wysunęła kartę mniej więcej ze środka talii i położyła ją przed sobą.

– La Filie d'Epees – powiedziała Laura. – Córka Mieczy. Miecze to

kolor powiązany z żywiołem powietrza, reprezentuje świat myśli, inteligencji, rozumu. W tarocie Bousqueta Córka Mieczy jest potężną figurą, myślicielką, postacią bardzo silną. Jednocześnie bywa odsunięta od innych. Może ze względu na jej młody wiek… ta karta często wskazuje młodą osobę, a może z powodu decyzji, jakie podejmuje. Czasami symbolizu

je osobę ruszającą w podróż.

Meredith przyjrzała się rysunkowi. Niewysoka, szczupła kobieta, ubrana w czerwoną sukienkę do kolan. Czarne włosy do ramion. Kojarzyła się z tancerką. W dłoniach trzymała miecz. Nie groziła ani się nie broniła, ale jakby czegoś strzegła. Za nią widniał postrzępiony górski szczyt na tle jaskrawoniebieskiego nieba, poznaczonego białymi obłoczkami.

– To karta aktywna – podjęła Laura – bezdyskusyjnie pozytywna. Jest

zaledwie kilka tak niedwuznacznych.

Meredith pokiwała głową. Widziała, że wróżka mówi prawdę.

– Wyciągnij następną i połóż kartę pod La Filie d'Epees, po lewej,

druga karta określa twoją aktualną sytuację. Otoczenie, w którym pracu

jesz albo żyjesz, wpływ, jaki na ciebie wywiera.

Druga odkryta karta znalazła się na właściwym miejscu.

– Dziesiątka pucharów. Puchary to kolor żywiołu wody, świat uczuć i emocji. Kolejna pozytywna karta. Liczba spełnienia. Oznacza koniec jednego cyklu i początek drugiego. Sugeruje, że stoisz na progu, jesteś gotowa iść dalej, bo osiągnęłaś sukces. To oznaka nadchodzących zmian.

– Jakiej dziedziny życia dotyczy?

– Na razie trudno powiedzieć. Może to być praca albo życie osobiste, albo jedno i drugie. Powinno się to wyjaśnić później, jeszcze zobaczymy. Wyciągnij następną.

Dziewczyna wzięła do ręki trzecią kartę.

– Połóż ją pod sygnifikatorem, tym razem po prawej – poleciła Laura.

– Tutaj widzimy ewentualne przeszkody, jakie możesz napotkać w drodze.

Przedmioty, okoliczności, nawet ludzi, którzy mogą ci przeszkadzać w rozwoju, w zaprowadzaniu zmian, w osiąganiu celu.

Meredith położyła kartonik na stole.

– Kuglarz. Karta numer I. Czarodziej.

– Czy odnosi się do osoby?

– Zwykle tak.

– Można Czarodziejowi ufać?

– To zależy. Może być po twojej stronie, ale nie musi. Często symbolizuje potężny katalizator, bodziec do przemian, chociaż trzeba pamiętać, że ta karta zawsze łączy się z odrobiną niepewności, z jakimś podstępem, równoważeniem wiedzy za pomocą intuicji. Czarodziej sprawuje władzę nad wszystkimi czterema żywiołami: wodą, powietrzem, ogniem i ziemią, a także nad czterema kolorami w kartach: denarami, buławami, pucharami i mieczami. Jego odsłonięcie może przedstawiać osobę, która ewentualnie wykorzysta swoje umiejętności językowe albo wiedzę dla twojego dobra. Ale z drugiej strony, ta sama osoba może tych samych talentów użyć po to, by ci rzucać kłody pod nogi.

Meredith przyjrzała się twarzy na rysunku. Przeszywające spojrzenie błękitnych oczu.

– Czy jest w twoim życiu ktoś – spytała Laura – kto mógłby odgrywać taką rolę?

– Nie widzę takiej osoby.

– Może to być jakaś postać z przeszłości, która, choć nie jest obecna w twoim życiu, stanowi o tym, jak siebie postrzegasz. Ktoś, kto nie istnieje fizycznie, ale jest negatywnym wpływem. Albo, z drugiej strony, osoba, którą dopiero poznasz. A równie dobrze ktoś, kogo znasz, tylko jego wpływ na twoje życie jeszcze się nie ujawnił albo dotąd jest mało znaczący.

Dziewczyna ponownie opuściła wzrok na kartę. Ciekawe, ciekawe…

Bardzo chciała coś odkryć, odszukać w rysunku jakieś znaczenie. Nic. Żadnego skojarzenia.

Pociągnęła następną kartę i tym razem nie musiała się doszukiwać wrażeń. Od razu poczuła sympatię do postaci uwidocznionej na rysunku. Była to młoda dziewczyna, stojąca obok lwa. Nad jej głową, zupełnie jak korona, widniał symbol nieskończoności. Miała na sobie staromodną suknię, raczej nie ubiór codzienny, zieloną z pionowym białym pasem i bufiastymi rękawami. Miedziane włosy spływały w lokach aż do szczupłej talii. Właśnie tak Meredith zawsze wyobrażała sobie,.La damoiselle elue" Debussy'ego, pannę wybraną. W połowie dzieło Rossettiego, w połowie Moreau.

Ciągle pamiętając słowa Laury, nie miała wątpliwości, że ta konkretna ilustracja została stworzona na podstawie obrazu osoby prawdziwej, a nie zmyślonej. Przeczytała imię karty. La Force. Siła. Numer osiem. Dziewczyna o zielonych oczach.

Im dłużej jej się przyglądała, tym bardziej nabierała pewności, że gdzieś już widziała ten rysunek. A może bardzo podobną twarz. Na fotografii? Na obrazie? W jakiejś książce? Czyste szaleństwo. A jednak…

Podniosła wzrok na wróżkę.

– Opowiedz mi o niej – poprosiła.

ROZDZIAŁ 16

– Karta numer VIII, Siła, jest związana z astrologicznym Lwem, Leo.

A jako czwarta karta odczytu ma wskazywać jedną, najważniejszą rządzą

cą twoim życiem kwestię, często nieuświadomioną, niedostrzeganą przez

pytającego, która nierzadko zdecydowała o przyjściu do wróżki. Potężny

bodziec motywacyjny. Coś, co pytającego prowadzi.

– Ale ja nie chciałam… – zaprotestowała Meredith odruchowo.

Laura zatrzymała jej słowa uniesieniem ręki.

Tak, wiem. Powiedziałaś mi, że trafiłaś tu przypadkiem. Wczoraj moja córka wetknęła ci w rękę ulotkę, dzisiaj zjawiłaś się całkiem niechcący, spacerując dla zabicia czasu. Ale z drugiej strony… może to jednak rzeczywiście nie jest przypadek? Przyszłaś tutaj. Siedzisz przy stoliku wróżki. – Umilkła na moment. – Mogłaś pójść dalej. Nie zaglądać do środka.

– Mogłam. – Zastanowiła się chwilę. – Naprawdę sama już nie wiem.

– Czy kojarzy ci się z tą kartą jakaś konkretna sytuacja albo osoba?

– W zasadzie nie, ale…

– … ale?

– Ta dziewczyna… Jej twarz wydaje mi się znajoma, chociaż nie potrafię tego sprecyzować.

Laura ściągnęła brwi.

– O co chodzi? – spytała Meredith.

Wróżka przyjrzała się kartom leżącym na stole.

– Czytanie na podstawie krzyża celtyckiego ma charakter prostej sekwencji. – W głosie wróżki brzmiało wahanie. – Zwykle na tym etapie potrafię już określić, które zdarzenia należą do przeszłości, a które do przyszłości i teraźniejszości. – Umilkła. – W tym wypadku, nie wiem dlaczego, linia czasu wydaje się zaburzona. Brakuje ciągłości zdarzeń, sprawy się zamazują… Przeszłość miesza się z teraźniejszością.

– Nie rozumiem. – Meredith ściągnęła brwi. – Nie możesz odczytać kart, które wyciągam?

– Nie, nie, to nie tak. – Przygryzła wargę. Szczerze mówiąc, nie jestem całkowicie pewna tego, co ci opowiadam. Lekko wzruszyła ramionami. – Zobaczmy, co będzie dalej, jest duża szansa, że wszystko się poukłada.

Meredith nie bardzo wiedziała, co robić. Z jednej strony, chciała, żeby Laura mówiła konkretniej, z drugiej, nie wiedziała, jakie pytania zadawać. żeby uzyskać potrzebne odpowiedzi. Wobec czego nie powiedziała nic.

W końcu to wróżka przerwała milczenie.

– Pociągnij następną. Piąta karta odnosi się do niedawnej przeszłości.

Ósemka denarów. Odwrócona do góry nogami. Dziewczynie zrzedła mina, gdy usłyszała, że jej wysiłki i ciężka praca mogą nie przynieść spodziewanych efektów.

Szósta karta, powiązana z najbliższą przyszłością, okazała się ósemką buław, także odwróconą. Meredith podniosła na wróżkę trochę niepewne spojrzenie, lecz Laura niczym nie zdradziła, by przywiązywała szczególną wagę do wzoru, który się wyraźnie zarysowywał.

– To karta ruchu, akcji. Oznacza, że realizacja planów przyniesie skutki. W pewnym sensie to najbardziej optymistyczna z ósemek. – Przerwała, spojrzała klientce prosto w oczy. – Przyjmuję, że te wszystkie odniesienia do pracy coś dla ciebie znaczą?

– Tak. Piszę książkę. Tylko że… Czy karta odwrócona do góry nogami ma inne znaczenie?

– Zwykle oznacza opóźnienie. Powstrzymanie energii na czas, gdy dochodzi do zawieszenia w realizacji planów.

Na przykład wyjazdu z Paryża do Rennes-les-Bains. Albo poświęcenie czasu i energii na dawne sprawy rodzinne, a nie zawodowe.

– Niestety – odezwała się z krzywym uśmiechem – to też ma sens. Czy powinnam to rozumieć jako ostrzeżenie, że nie należy się rozpraszać, brać do czegoś innego?

– W zasadzie tak. Ale z drugiej strony, opóźnienie niekoniecznie musi być czymś złym. Może tego właśnie trzeba w tym momencie.

Meredith czuła, że Laura chce już skończyć mówić o tej karcie. Wzięła do ręki następną.

– Siódma reprezentuje otoczenie, w którym zajdą jakieś wydarzenia…

albo już się rozgrywają. Połóż ją nad szóstą.

Na obrazku widniała wysoka szara wieża na tle pochmurnego nieba. Rozdwojona nitka błyskawicy dzieliła je na części. Meredith zadrżała, odruchowo źle nastawiona do tej karty, i choć stale powtarzała sobie, że cała wizyta u wróżki to absolutny nonsens, wolałaby jej nie wyciągnąć.

– La Tour – przeczytała. – Niezbyt dobra karta?

– Żadna z kart nie jest dobra albo zła – odparła Laura odruchowo, lecz wyraz jej twarzy świadczył o czymś przeciwnym. – Wszystko zależy od tego, w którym momencie wróżenia się pokazuje i jak jest powiązana z innymi kartami. Tradycyjnie uważa się Wieżę za symbol dramatycznych przemian. Może oznaczać destrukcję i chaos. Podniosła wzrok na Meredith i zaraz ponownie opuściła na kartę. – W interpretacji pozytywnej to karta wyzwolenia. Mówi o utracie iluzji, o przekraczaniu granic, które w rezultacie pozwalają zacząć wszystko od początku. Może to być przebłysk inspiracji. Wcale nie musi być interpretowana negatywnie.

– Tak, tak, rozumiem – rzuciła Meredith z lekkim zniecierpliwieniem.

– A co oznacza tutaj? Teraz? Jak ją interpretujesz? Co w niej widzisz?

Laura spojrzała jej prosto w oczy.

– Konflikt – powiedziała. – Widzę konflikt.

– Pomiędzy?

– To możesz wiedzieć tylko ty. Może wchodzi w grę coś, o czym wspomniałaś wcześniej, rozdźwięk między potrzebami osobistymi a pracą zawodową. Może też chodzić o dysharmonię pomiędzy oczekiwaniami, jakie mają wobec ciebie różne osoby, a tym, co możesz i chcesz im ofiarować – to nierzadko prowadzi do nieporozumień.

Meredith słuchała bez słowa, usiłując stłumić myśl, która coraz wyraźniej kształtowała jej się w świadomości.

– Co będzie, jeśli dowiem się o sobie czegoś, co wszystko zmieni?

– Czy widzisz coś, do czego w szczególności mogłaby się odnosić ta karta? – spytała Laura cicho.

– Ja… Meredith zacięła się. – Nie – powiedziała bardziej stanowczo, niż powinna. – Nie wiem, do czego ją odnieść.

Podenerwowana wybrała następną, symbol swojego życia w danym momencie. Ósemkę pucharów.

– To jakieś żarty? – żachnęła się i szybko pociągnęła następną. Osiem

mieczy.

Laura wstrzymała oddech.

Znowu oktawa, pomyślała Meredith.

– Jakie są szanse wyciągnięcia wszystkich ósemek? – spytała. Laura nie odpowiedziała od razu.

– To rzeczywiście niezwykłe – przyznała w końcu.

Dziewczyna przyjrzała się odkrytym kartom. Nie dość, że oktawy łączyły wybrane arkana większe, że awersem do góry leżały wszystkie cztery ósemki z talii, to jeszcze te nuty przy sukni La Justice i zielone oczy dziewczyny na karcie La Force…

Prawdopodobieństwo wyciągnięcia każdej karty jest identyczne -wyjaśniła Laura, choć klientka widziała, że wróżka mówi to, co powinna powiedzieć, a nie to, co naprawdę myśli. – Więc oczywiście może się zdarzyć odkrycie czterech kart tej samej liczby.

– Spotkałaś się z tym wcześniej? Widziałaś już taki układ? – Ogarnęła wzrokiem kartoniki rozłożone na stole. – I do kompletu La Tour, karta numer XVI. Wielokrotność ósemki.

Laura wolno pokiwała głową.

– Rzeczywiście, nie przypominam sobie czegoś takiego – przyznała z ociąganiem.

– Co oznacza ósemka mieczy?

– Przeszkody. Coś lub kogoś, kto będzie cię wstrzymywał.

– Tak samo jak Czarodziej?

– Niezupełnie. – Umilkła, szukając słów. – Widzę tutaj dwie równoległe sprawy. Z jednej strony, wyraźna kulminacja jakiegoś dużego projektu, związanego albo z pracą, albo z życiem osobistym, albo obejmującym obie te dziedziny. – Podniosła wzrok na pytającą. – Zgadza się?

Meredith ściągnęła brwi.

– W zasadzie tak. Co więcej?

– Idąc dalej w tę stronę, należy dostrzec sygnały zwiastujące podróż albo zmianę okoliczności.

– No dobrze, to w zasadzie pasuje, ale…

– Wyczuwam, że jest tu coś więcej – przerwała jej Laura. – Nie widzę wyraźnie, ale czuję, że coś jest. Ta ostatnia karta… mówi, że coś odkryjesz.

Meredith zmrużyła oczy. Bez przerwy powtarzała sobie w duchu, że cała ta wizyta u wróżki to jedynie zabawa, i nic nie znaczy. Tylko dlaczego serce jej wali jak młotem?

– Pamiętaj – dorzuciła Laura pośpiesznie – że wróżba nie mówi o tym.

co się stanie albo do czego z pewnością nie dojdzie. Pozwala przyjrzeć się

możliwościom, odkryć nieuświadomione motywy i pragnienia, które mogą, ale przecież wcale nie muszą, doprowadzić do pewnego wzorca zachowania.

– Wiem, rozumiem.

To tylko zabawa.

Tyle że w głosie Laury dźwięczały bardzo poważne tony. A na twarzy wróżki malowało się skupienie i śmiertelna powaga.

– Wróżenie z tarota powinno wspierać wolną wolę, a nie ją ograniczać -

powiedziała Laura. – Choćby dlatego, że pozwala człowiekowi dowiedzieć

się więcej o sobie samym i o tym, co go może czekać. Ty sama podejmujesz

decyzje, ty rozstrzygasz, co dla ciebie najlepsze. Ty wybierasz drogę.

Rozumiem. Nagle uświadomiła sobie, że ponad wszystko chce zakończyć to spotkanie. Wyciągnąć ostatnią kartę, usłyszeć, co Laura ma do powiedzenia, i wyjść.

– Oczywiście, dopóki o tym pamiętasz.

Tym razem w głosie wróżki zabrzmiało wyraźne ostrzeżenie. Meredith z trudem powstrzymała chęć, by wstać i wyjść natychmiast.

– Powinnaś wyciągnąć jeszcze jedną kartę. Dziesiątą. Połóż ją na górze, po prawej.

Dłoń dziewczyny zawisła nad talią tarota. Niewidoczne linie połączyły ją z zielonymi koszulkami.

Meredith wyciągnęła kartę. Odwróciła ją i z jej ust wydobył się niegłośny okrzyk.

Laura zacisnęła dłonie.

– Sprawiedliwość – powiedziała Meredith cicho. – Twoja córka twierdziła, że jestem do niej bardzo podobna – dodała, choć wiedziała, że się powtarza.

Wróżka nie podniosła wzroku.

– Kamień powiązany z postacią La Justice to opal – rzekła. Zabrzmiało to, jakby czytała podręcznik. – Kolor szafirowy albo żółty jak topaz. A znak zodiaku – Waga.

Meredith zaśmiała się głucho.

– Jestem spod znaku Wagi. Urodziłam się ósmego października.

Laura nie zareagowała, jakby jej ta wiadomość wcale nie zaskoczyła.

– La Justice w talii Bousqueta – podjęła -jest potężną kartą. Jeżeli akceptujesz myśl, że arkana większe obrazują podróż Głupca od szczęśliwej niewiedzy do oświecenia, Sprawiedliwość jest pośrodku tej drogi.

– I co to znaczy?

– Zwykle interpretuje się ją jako radę, by zadbać o obiektywny punkt widzenia. Pytający powinien się upewnić, że nie błądzi, że rozumie sytuację.

Meredith uśmiechnęła się bezradnie.

– Jest odwrócona. – Dziwił ją własny spokój. – A to nie bez znaczenia, prawda?

Laura milczała.

– Prawda? – naciskała Meredith.

Odwrócona Sprawiedliwość przestrzega przed jakąś niesprawiedliwością. Przesądem albo uprzedzeniem czy jakąś pomyłką prawną. Jest też symbolem gniewu z powodu osądzenia, zwłaszcza niesprawiedliwego.

– Ta karta przedstawia mnie?

– Tak sądzę – przyznała Laura. – Nie tylko dlatego, że została odkryta ostatnia. – Zająknęła się wyraźnie. – I nie tylko ze względu na fizyczne podobieństwo. – Znowu umilkła.

– Lauro!

– Dobrze – westchnęła wróżka. – Rzeczywiście wierzę, że karta przedstawia ciebie. Jednocześnie, moim zdaniem, nie chodzi o niesprawiedliwość wyrządzoną tobie. Raczej zyskasz okazję naprawienia jakiegoś zła. Jako wysłanniczka sprawiedliwości. – Wreszcie podniosła wzrok na klientkę. – Chyba właśnie to wyczuwałam wcześniej. Jest coś innego, coś więcej… coś się kryje w tym rozkładzie, karty pokazują jakieś drugie dno.

Meredith powiodła spojrzeniem po kartonikach rozłożonych na stole. Ciągle słyszała wcześniejsze słowa wróżki. Karty mówią o możliwościach, pozwalają odkrywać nieuświadomione motywy i pragnienia.

Czarodziej i Diabeł, obaj z lodowato niebieskimi oczami. Pierwszy dwie oktawy za drugim. I wszystkie ósemki, karty związane z działaniem.

Wzięła do ręki czwartą, a następnie ostatnią kartę. Siła i Sprawiedliwość.

Wydawały jej się nierozłączną parą.

– Przez chwilę – rzekła cicho, tyle samo do wróżki, co do siebie zdawało mi się, że coś rozumiem. Że to wszystko ma jakiś sens.

– A teraz?

Dziewczyna podniosła wzrok. Przez chwilę patrzyły na siebie bez słowa.

– Teraz to tylko rysunki. Kształty i kolory.

Słowa zawisły między dwiema kobietami na długi czas. Potem nagle Laura szybkim ruchem zgarnęła rozłożone karty, jakby jej zależało, żeby odsłonięty układ nie został na stole ani chwilę dłużej.

– Weź je – powiedziała. – Sama z nimi porozmawiaj. Meredith pochyliła się do przodu, pewna, że nie zrozumiała.

– Słucham?

– Talia należy do ciebie.

– Nie mogę… – zaprotestowała dziewczyna.

Laura sięgnęła pod stół, wyjęła z jakiejś skrytki spory kawałek czarnego jedwabiu i owinęła nim karty.

– Weź – poleciła, przepchnąwszy je na drugą stronę blatu. – To taka tradycja. Ludzie wierzą, że kart tarota nie powinno się kupować. Powinno się zaczekać na właściwą talię, na prezent.

Meredith potrząsnęła głową.

– Nie mogę ich przyjąć. Zresztą nie wiedziałabym, co z nimi robić.

Wstała, sięgnęła po kurtkę.

Laura także się podniosła.

– Moim zdaniem, powinnaś je mieć. Raz jeszcze spojrzały sobie w oczy.

– Ja ich nie chcę.

Jeżeli je przyjmę, nie będzie odwrotu, pomyślała.

– Talia należy do ciebie – rzekła wróżka. -1 myślę, że doskonale o tym wiesz.

Ściany zaczęły się poruszać. Barwy, wzory, obrus na stole, gwiazdy i sierpy księżyców. A słońca rosły i malały, zmieniały kształty. Pojawił się jakiś rytm, prawie muzyka. A może to zawodzenie wiatru w gałęziach drzew.

Enfin.

Nareszcie.

Usłyszała to słowo tak wyraźnie, jakby je sama wypowiedziała. Ostro, głośno. Obejrzała się przez ramię, może ktoś wszedł do pokoju?

Nie.

„Przeszłość miesza się z teraźniejszością".

Nie chciała mieć nic wspólnego z kartami, z tarotem Bousqueta ani żadnym innym, ale na twarzy wróżki widniało tak wielkie zdecydowanie. że chyba nie zdołałaby wyjść, gdyby ich nie wzięła.

Wzięła więc. A potem bez słowa odwróciła się i zbiegła po schodach.

ROZDZIAŁ 17

Włóczyła się po Paryżu, całkiem nieświadoma upływu czasu. Talię kart trzymała w ręku. Miała wrażenie, że w każdej chwili mogą się poderwać w powietrze i unieść ją ze sobą. Nie chciała ich, ale też wiedziała, że nie zdoła się ich pozbyć.

Gdy usłyszała dzwony z wieży Saint-Gervais, obwieszczające pierwszą, uświadomiła sobie, że lada chwila ucieknie jej samolot do Tuluzy.

Odsunęła na bok rozterki. Cudem złapała taksówkę, a że obiecała kierowcy solidny napiwek, jeśli szybko dowiezie ją na miejsce, włączyli się w ruch uliczny z piskiem opon. Na rue du Tempie dotarli w równe dziesięć minut. Dziewczyna wypadła z auta, przemknęła przez hol i pokonała schody po dwa stopnie. Wpadła do pokoju jak burza, wrzuciła rzeczy do torby podróżnej, chwyciła laptop i ładowarkę. Pognała na dół. Na ułamek sekundy wyhamowała przy recepcji, zostawiła na przechowanie drobiazgi, których ze sobą nie zabierała, potwierdziła datę powrotu do Paryża i z powrotem wskoczyła do samochodu. Tym razem pomknęli już na lotnisko Orły.

Dotarła na miejsce kwadrans przed odlotem.

Działała jak dobrze naoliwiony mechanizm. Nie myślała o tym, co robi, wszystkie czynności wykonywała automatycznie. Doszła do głosu jej natura osoby doskonale zorganizowanej, ale zawładnęła jedynie ciałem, bo umysł pracował nad czymś zupełnie innym. Przypominał sobie już na wpół zagubione słowa, zdania, myśli i ulotne subtelności. Meredith zapamiętywała wszystko, co powiedziała Laura.

I własne odczucia.

Dopiero przechodząc przez odprawę, uświadomiła sobie, że nie zapłaciła wróżce. Zrobiło jej się wstyd. Spędziła tam dobrze ponad godzinę, raczej prawie dwie. Zanotowała w pamięci, by wysłać pieniądze – za wróżenie i coś górką jak tylko dotrze do Rennes-les-Bains.

Sortilege. Sztuka przepowiadania przyszłości z kart.

Samolot wystartował. Meredith wyjęła z torebki notes i zaczęła pisać. Wszystko, co jej się udało zapamiętać. Podróż. Czarodziej i Diabeł, obaj z niebieskimi oczami, żadnemu z nich nie sposób ufać. Ona sama jako przedstawicielka sprawiedliwości. Wszystkie ósemki.

Gdy 737 płynął przez lazurowe niebo nad północną Francją, nad Masywem Centralnym, za słońcem na południe, Meredith słuchała przez słuchawki „Suitę Bergamasque" Debussy'ego i pisała, pisała, pisała, aż ręka odmówiła jej posłuszeństwa. Zapełniała jedną stroniczkę po drugiej, na liniowanych kartkach szybko przybywało schludnych notatek i szkiców. Jak zapętlone, ciągle na nowo powracały do niej słowa wróżki.

„Przeszłość miesza się z teraźniejszością".

I przez cały czas czuła przy sobie obecność kart wetkniętych do torby wrzuconej na półkę nad głową. Jakby siedział koło niej nieproszony gość.

Szatańska księga obrazów.

CZĘŚĆ III. Rennes-les-Bains Wrzesień 1891

ROZDZIAŁ 18

Paryż

Czwartek, 17 września 1891

W chwili gdy zapadła decyzja o wizycie u Izoldy Lascombe, Anatol zaczął organizować wyjazd.

Od razu po śniadaniu wysłał napisany przez matkę telegram z potwierdzeniem, kupił bilety kolejowe na następny dzień, a Marguerite poprosił, by poszła z Leonie po zakupy i pomogła się córce zaopatrzyć we wszystko, co będzie potrzebne w czasie miesiąca na wsi. Zajrzały najpierw do La Maison Leoty, po komplet ekskluzywnej bielizny, dzięki której dziewczyna zyskała talię osy i poczuła się doroślejsza. W La Samaritaine Marguerite kupiła córce nową suknię popołudniową oraz komplet spacerowy, odpowiedni na wiejskie warunki jesienią. Przez cały czas zakupów była ujmująca i czuła, ale równocześnie jakby zagubiona w myślach. Leonie zorientowała się, że robią sprawunki na konto generała, i westchnęła z rezygnacją, uświadamiając sobie, że po powrocie do Paryża może zastać w domu nowego ojca.

Była podekscytowana, lecz jednocześnie dziwnie rozbita. Przypisała ten stan skutkom wydarzeń z poprzedniego wieczoru. Nie miała jeszcze okazji porozmawiać z bratem na osobności ani wypytać go o zastanawiającą zbieżność w czasie, dzięki której zaproszenie przyszło w tak odpowiedniej dla niego chwili.

Po obiedzie, korzystając z pięknego popołudnia, matka i córka wybrały się na spacer do Parc Monceau, ulubionego miejsca spotkań dzieci reprezentantów różnych narodów, zajmujących pobliskie ambasady. Grupka chłopców z zapamiętaniem bawiła się w chowanego. Wianuszek dziewcząt z kokardami i w białych halkach, strzeżony przez nianie oraz ciemnoskórych strażników, grał w klasy. Ponieważ Leonie, będąc dzieckiem, uwielbiała grać w la marelle, zatrzymały się, by popatrzeć, jak dzieci rzucają kamykiem i przeskakują na kolejne kwadraty. Sądząc po wyrazie twarzy Marguerite, ona także wspominała czasy dzieciństwa z rozrzewnieniem.

– Dlaczego nie byłaś szczęśliwa w Domaine de la Cade? spytała córka.

– Po prostu nie czułam się komfortowo w tamtym otoczeniu, cherie.

– Ale dlaczego? Ze względu na towarzystwo? Czy samo miejsce?

Marguerite leciutko uniosła ramiona, jak zawsze, gdy nie życzyła sobie kontynuowania tematu.

– Przecież musi być jakiś powód – naciskała Leonie.

Matka westchnęła zrezygnowana.

– Mój przyrodni brat był oryginałem i samotnikiem – rzekła w końcu.

– Nie życzył sobie towarzystwa znacznie młodszego rodzeństwa, nie mówiąc już o jakiejkolwiek odpowiedzialności za drugą żonę ojca. Czułyśmy się w domu jak nieproszeni goście.

Leonie pogrążyła się w myślach.

– Jak sądzisz, czy mnie się tam spodoba? – zapytała po chwili.

– Z całą pewnością – oświadczyła Marguerite odrobinę zbyt szybko. -Posiadłość jest naprawdę urocza. Poza tym, jak sądzę, w ciągu trzydziestu lat wprowadzono sporo udoskonaleń.

– A dom? Marguerite milczała.

– Mamo?

– Dawno tam nie byłam – rzekła w końcu. – Na pewno wiele się zmieniło.

***

W dniu wyjazdu, w piątek osiemnastego sierpnia, ranek wstał mglisty i wilgotny.

Leonie obudziła się bardzo wcześnie lekko podenerwowana. W dzień wyjazdu ogarnęła ją niespodziewana tęsknota za światem, który miała na jakiś czas porzucić. Odgłosy miasta – choćby ćwierkanie wróbli siedzących rzędem na brzegu dachu – budziły w niej smutek, znajome twarze sąsiadów i sprzedawców nagle zyskały nieoczekiwany urok. Cały ranek dziewczyna co chwila ocierała łzy.

Anatol robił podobne wrażenie, wyraźnie spięty i zdenerwowany. Usta miał zaciśnięte, wzrok czujny, wciąż wyglądał przez okno salonu na ulicę.

Wreszcie pokojówka oznajmiła przybycie powozu.

– Zawiadom woźnicę, że już schodzimy – rzucił.

– Nie przebierasz się? – spytała Leonie, ze zdziwieniem patrząc na szary surdut. – Jesteś ubrany do biura.

– W tym rzecz właśnie – odparł z ponurą miną. – Takie chcę zrobić wrażenie. Jak tylko zostawimy za sobą Paryż, przebiorę się w coś mniej oficjalnego.

Dziewczyna spłonęła rumieńcem. Że też sama się nie domyśliła.

Oczywiście. Anatol wziął cylinder.

– Spieszmy się, petite, bo nam pociąg ucieknie. Bagaże już załadowano, więc mogli od razu wsiadać.

Leonie uściskała matkę i obiecała często pisać. Marguerite miała zaczerwienione oczy, więc i córkę zapiekły łzy pod powiekami. I w końcu kilka chwil pożegnania na rue de Berlin przyniosło więcej czułości, niż można się było spodziewać.

– Saint-Lazare! – rzucił Anatol głośno, wsiadając do fiacre. – Dworzec Saint-Lazare!

Powóz ruszył. Gdy skręcał w rue d'Amsterdam, Leonie opuściła okno i zawołała do matki stojącej samotnie na chodniku.

Au rewir, maman! Do widzenia! Usiadła i osuszyła łzy chusteczką. Brat ujął ją za rękę.

– Na pewno da sobie bez nas radę, zobaczysz. Dziewczyna pociągnęła nosem.

– Du Pont się nią zajmie – zapewnił siostrę.

– Tak, to prawda. – Westchnęła cichutko. – Ale czy ty się czasem nie pomyliłeś? – Zwróciła na brata baczne spojrzenie. – Wydawało mi się, że ekspres odchodzi z dworca Montparnasse?

– Gdyby ktoś słuchał – odrzekł konspiracyjnym szeptem – sądziłby, że pojechaliśmy na zachodnie przedmieścia.

– Rozumiem. To blaga.

Anatol uśmiechnął się szeroko i pokiwał głową.

Po przyjeździe na Gare Saint-Lazare kazał dyskretnie przenieść bagaże do drugiego powozu. Pozornie beztrosko rozprawiał z woźnicą, jednak zdradzały go krople potu na czole i policzki zaczerwienione z gorąca mimo rześkiej aury.

– Dobrze się czujesz? – spytała Leonie z troską.

– Tak – odparł automatycznie, po czym dodał: – Cała ta… intryga wytrąciła mnie z równowagi. Będę w znacznie lepszym nastroju, jak oddalimy się od Paryża.

– Zaproszenie ciotki spadło nam jak z nieba. Co byś zrobił, gdyby nie nadeszło?

– Coś bym wymyślił.

Leonie czekała na dalszy ciąg, ale brat zamilkł.

– Czy mama wie o twoich… zobowiązaniach zaciągniętych w Chez

Frascati? – spytała w końcu.

Anatol nie odpowiedział wprost.

– Gdyby ktoś do niej przyszedł z jakimiś żądaniami, powie, że wyjechałem do Saint-Germain-en-Laye. Stamtąd pochodzi rodzina Debussy'ego, więc informacja bardzo prawdopodobna. – Położył siostrze dłoniena ramionach. – Czy to ci wystarczy, petite?

Dziewczyna przechyliła głowę na bok. -Tak.

– I nie będziesz mnie więcej przepytywała? Uśmiechnęła się przepraszająco.

– Nie będę.

Na Gare Montparnasse Anatol rzucił woźnicy należność i wpadł do hali dworca, jakby sto diabłów go goniło. Leonie pognała za nim, świadoma, że powinni byli być widziani na Saint-Lazare, nie tutaj.

Sprawdzili listę odjazdów. Anatol sięgnął po zegarek i poniewczasie Przypomniał sobie, że kieszeń kamizelki jest pusta.

– Zgubiłeś zegarek?

– Skradziono mi go – rzucił lekko.

Ruszyli wzdłuż peronu, szukając swoich miejsc. Leonie odczytywała na tabliczkach nazwy miejscowości, w których zatrzymywał się pociąg: Laroche, Tonnerre, Dijon, Macon, Lyon-Perranche – o szóstej wieczorem. potem Valence, Avignon i w końcu Marsylia.

Jutro, innym pociągiem, pojadą z Marsylii do Carcassonne, a w niedzielę rano do miejscowości o wdzięcznej nazwie Couiza-Montazels, ostatniego przystanku przed Rennes-les-Bains. Stamtąd powozem szybko dotrą do Domaine de la Cade. Tak twierdziła ciotka.

Anatol kupił gazetę i schował się za zadrukowanymi stronami. Leonie przyglądała się ludziom. Panom w dziennych garniturach i cylindrach, paniom w sukniach o szerokich spódnicach. Jakiś żebrak o wychudłej twarzy i brudnych dłoniach stanął pod oknem przedziału pierwszej klasy i prosił o jałmużnę, póki strażnik go nie przepędził.

W końcu rozległ się ostatni donośny gwizd, a z potężnej lokomotywy wytrysnęła struga pary. Posypały się iskry. Zazgrzytał metal trący o metal, buchnęła kolejna chmura pary z czarnego komina i wreszcie koła zaczęły się obracać.

Enfin.

Nareszcie.

Pociąg zaczął nabierać szybkości. Leonie usiadła i patrzyła, jak Paryż znika w tumanach białego dymu.

ROZDZIAŁ 19

COUIZA

Niedziela, 20 września

Leonie była bardzo zadowolona z trzydniowej podróży przez Francję. Gdy tylko ekspres minął banlieue, smętne paryskie przedmieścia, Anatol odzyskał dobry humor. Przez całą drogę zabawiał siostrę dykteryjkami, grą w karty oraz snuciem planów na temat pobytu w górach.

Tuż po szóstej w piątkowe popołudnie wysiedli w Marsylii. Następnego dnia ruszyli wzdłuż wybrzeża do Carcassonne. Tam spędzili noc w okropnym hotelu, gdzie nie było ciepłej wody, a obsługa miała muchy w nosie. Leonie obudziła się z bólem głowy, a na dodatek, ponieważ w niedzielę z samego rana niełatwo było ofiacre, mało brakowało, a nie zdążyliby na kolejny pociąg.

Udało się jednak i gdy tylko ruszyli w drogę, Leonie poprawi! się nastrój. Przewodnik leżał porzucony na siedzeniu, tuż obok tomu opowiadań, bo to, co działo się za oknem, było ciekawsze niż książki. Krajobraz południa zawładnął sercem dziewczyny.

Szlak wiódł doliną rzeki Aude, w stronę Pirenejów. Z początku tory ciągnęły się wzdłuż drogi. Okolica była płaska i niezamieszkana. Wkrótce jednak pokazały się rzędy winorośli, od czasu do czasu przerwane polem słoneczników o twarzach zwróconych ku słońcu.

Raz dostrzegła jakąś wioskę, zaledwie garstkę domów przycupniętych malowniczo na zboczu odległego wzgórza. Potem jeszcze jedną. Domy odachach z czerwonych dachówek otoczyły kościół ze strzelistą wieżą. I wszędzie kwiaty: różowe malwy, bugenwilla, bez, lawenda i maki. Zielone, kolczaste kasztany ciążyły na gałęziach drzew. W oddali między zielenią połyskiwały liście rude i złote, jedyny znak, że na progu już stała jesień.

Mijali wieśniaków w niebieskich bluzach, sztywnych i błyszczących, jakby polakierowanych, na mankietach i kołnierzach zdobionych haftami. Kobiety chroniły się przed słońcem pod szerokimi rondami słomkowych kapeluszy. Mężczyźni o ogorzałych twarzach odwracali się plecami do wiatru. Trwały późne żniwa.

W Limoux, nieco większym mieście, pociąg miał piętnastominutowy postój. A potem wjechali w zupełnie inny krajobraz: górzysty, skalisty, ostrzejszy niż równiny, które ustąpiły miejsca charakterystycznemu dla prowincji Hautes Corbieres garrigue – niezbyt wysokim, ale nieomal pionowym zboczom, obrośniętym niską roślinnością i poprzecinanym gołymi piargami. Pociąg turkotał, zawieszony nad rzeką, aż w pewnym momencie, za którymś zakrętem, wyłoniły się przed nim niebiesko-białe Pireneje, połyskliwe od gorącego powietrza.

Leonie wstrzymała oddech. Góry zdawały się potężnym murem, łączącym ziemię z niebem. Wspaniałe, dumne, niepokonane. W obliczu takiego splendoru niczym były wszelkie konstrukcje, stworzone przez człowieka: metalowa wieża Eiffla, wielkie bulwary barona Haussmanna, nawet piękny budynek opery, zaprojektowany przez Garniera. Tutaj królowała zupełnie inna skala: ziemia, powietrze, ogień i woda. Cztery żywioły, widoczne gołym okiem, wyraźne jak klawisze fortepianu.

Pociąg sapał i gwizdał, wyraźnie zwolnił, z wysiłkiem szarpał wagony. Leonie opuściła okno. Ciepłe powietrze gładziło ją po twarzy. W cieniu jednego z szarych klifów wykwit! raptem las, połyskliwy zielenią, upstrzony czerwienią i złotem. Dziewczyna zauroczona ślizgała się wzrokiem po cudnych widokach, aż jednostajny ruch pociągu i monotonna pieśń kół zamknęły jej powieki.

***

Zbudził ją pisk hamulców.

Zamrugała, otworzyła oczy i przez chwilę nie mogła sobie uprzytomnić, gdzie się znajduje ani co się z nią dzieje. Opuściła wzrok i wtedy dostrzegła na kolanach przewodnik, a naprzeciwko zobaczyła brata. Wszystko jej się przypomniało w jednej chwili. Już nie Paryż. Już trzeci dzień podróży na południe.

Pociąg zwalniał. Wreszcie stanął na stacji.

Dziewczyna sennie wyjrzała przez zakurzone okno. Próbowała odszyfrować wyblakłe litery na szyldzie z nazwą miejscowości. 1 wtedy usłyszała naczelnika stacji, który z ciężkim południowym akcentem obwieści! wielkim głosem:

– Couiza-Montazels. Dix minut es darret.

Dziesięć minut!

Wyprostowała się jak struna, stuknęła brata w kolano.

– Anatol, nous sommes la. Leve-toi.

Niechże on się obudzi, jesteśmy na miejscu.

Już słyszała otwierane drzwi, walące ciężko w malowany na zielono bok wagonu. Jak chaotyczny aplauz na Concerts Lamoureux.

– Anatol! – powtórzyła, tym razem przekonana, że brat udaje. – Cest l'heure. Już czas. Jesteśmy w Couizie.

Wychyliła się przez okno.

Chociaż było po sezonie, a w dodatku mieli akurat niedzielę, na podróżnych czekał rząd tragarzy wspartych o drewniane wózki z wysokimi plecami. Większość mężczyzn miała czapki zsunięte z czoła, rozpięte kamizelki, a rękawy podwinięte do łokci.

Dziewczyna podniosła rękę.

– Tortem, s'il vous plait! – zawołała. Niech już oni wybiorą, który podjedzie.

I rzeczywiście, jeden ruszył w stronę pociągu, na pewno skuszony perspektywą zarobienia kilku sous. Leonie cofnęła się od okna, by zebrać bagaże.

Raptem drzwi stanęły otworem.

– Panienka pozwoli.

Na podeście stał jakiś mężczyzna. Zaglądał do przedziału.

– Nie ma potrzeby, damy sobie radę…

Nieznajomy omiótł wzrokiem śpiącego Anatola oraz bagaż, ciągle jeszcze leżący na półkach, i bez zaproszenia wszedł do przedziału.

– Nalegam.

Leonie od razu poczuła do niego antypatię. Nakrochmalony kołnierzyk, dwurzędowa marynarka i cylinder zdradzały dżentelmena, lecz jednak było w nim coś niezupełnie comme il faut. Impertynenckie spojrzenie.

– Bardzo dziękuję, ale nie ma potrzeby – odmówiła stanowczo. – Wyczuła w jego oddechu śliwkową brandy. – Jestem ogromnie wdzięczna…

On jednak, nie czekając na pozwolenie, już zdejmował walizy i kufry z drewnianych półek. Leonie zauważyła, że przyglądał się oznaczeniom na rzeczach Anatola. Odstawił na brudną podłogę kolejną walizkę.

Dziewczyna pociągnęła brata za ramię.

– Anatolu, voila Couiza. Obudź się!

Wreszcie zaczął przejawiać jakieś oznaki życia. Powieki mu drgnęły, otworzył oczy, rozejrzał się leniwie dookoła, jakby zdziwiony, że znajduje się w przedziale kolejowym. Potem dojrzał siostrę i na jego usta wypłynął uśmiech.

– Chyba się zdrzemnąłem. – Przeciągnął palcami po włosach. – Desole.

– Nie masz za co przepraszać.

Kuferek z osobistymi drobiazgami Anatola huknął o podłogę. Nieznajomy sięgnął po lakierowane pudło z robótkami.

– Ostrożnie! – ostrzegła go dziewczyna. – Jest bardzo cenne.

Mężczyzna podniósł na nią wzrok, po czym opuścił spojrzenie na pudło i widniejące na nim złote inicjały: L.V.

– Oczywiście. Proszę się nie martwić.

Anatol wstał i w tej samej chwili przedział się skurczył. Vernier przyjrzał się swojemu odbiciu w lustrze, poprawił kołnierzyk, kamizelkę, strzepnął mankiety. Następnie schylił się i jednym płynnym gestem chwycił kapelusz oraz rękawiczki.

– Idziemy? – Podał siostrze rękę.

Dopiero wtedy zauważył, że bagaże zostały wyniesione z pociągu. Spojrzał na obcego.

– Bardzo panu dziękuję. Jesteśmy wdzięczni…

– Nie ma za co, doprawdy. Cała przyjemność po mojej stronie, panie…

– Vernier. Anatol Vernier. A to moja siostra, Leonie.

– Raymond Denarnaud, do usług. – Uchylił kapelusza. – Państwo zostają w mieście? Chętnie pomogę…

Gwizd pociągu zagłuszył jego słowa.

En voiture! Podróżni udający się do Quillan i Esperazy, proszę wsiadać!

– Musimy się odsunąć – powiedziała Leonie.

– Będziemy blisko, ale nie w mieście! – Anatol przekrzykiwał syczenie kotła parowego. – Pod Rennes-les-Bains.

Denarnaud się rozpromienił.

– Moje rodzinne okolice.

– Zatrzymamy się w Domaine de la Cade. Pan zna ten majątek?

Leonie patrzyła na brata w osłupieniu. Najpierw naciskał na zachowanie dyskrecji, uciekali z Paryża jak przestępcy, a tutaj, zaledwie trzy dni drogi od domu, bez zastanowienia zdradzał wszystkie sekrety kompletnie obcemu człowiekowi.

– Domaine de la Cade – powtórzył Denarnaud. – A tak, znam tę posiadłość.

Z komina buchnął dym, pociąg drgnął. Leonie nerwowo odstąpiła w tył, Denarnaud wskoczył na schodek.

Raz jeszcze dziękuję za pomoc – rzekł Anatol. Wymienili się wizytówkami i w obłoku pary podali sobie ręce. Gdy pociąg odjechał, na peronie zapadła względna cisza.

– Miły człowiek – rzekł Anatol.

W oczach dziewczyny zapalił się gniew.

– Kazałeś mi zachować tajemnicę, a teraz sam,…

– Byłem zwyczajnie uprzejmy – uciął Anatol. Dworcowy zegar wybił godzinę.

– Najwyraźniej w dalszym ciągu jesteśmy we Francji – rzekł Anatol.

Przyjrzał się siostrze uważniej. – O co chodzi? Coś zrobiłem źle? Czegoś

nie zrobiłem?

Dziewczyna westchnęła rozbrojona.

– Gorąco mi i jestem zirytowana. Nudziłam się, nie miałam z kim porozmawiać. A ty zostawiłeś mnie na łasce tego nieprzyjemnego człowieka.

– O, nie przesadzajmy, Denarnaud nie jest taki znowu ostatni – sprzeciwił się Anatol, ściskając jej dłoń. – Niemniej jednak błagam cię o wybaczenie straszliwej zbrodni, niech mi zostanie zapomniane, że zasnąłem.

Leonie wzniosła oczy do nieba.

– Chodź, petite. Jak coś zjemy i wypijemy, od razu poczujesz się lepiej.

ROZDZIAŁ 20

W chwili gdy wyszli z cienia budynku stacji, słońce zaatakowało pełną mocą. Z ziemi podniosły się brązowe chmury kurzu, poruszone wiatrem, który zdawał się wiać ze wszystkich stron jednocześnie. Leonie nie bez trudu otworzyła parasolkę.

Załatwiając sprawy z bagażowym, rozglądała się po okolicy. Nigdy wcześniej nie zawędrowała aż tak daleko na południe. Ściśle rzecz biorąc, poza wycieczkami na obrzeża Paryża bywała w Chartres i na piknikach nad brzegiem Marny. Nigdzie indziej. Tutaj Francja była całkiem odmienna. Dziewczyna rozpoznawała niektóre znaki drogowe i zdołała przeczytać kilka szyldów, zapraszających na aperitif, polerowanie woskiem albo po syrop na kaszel, ale to był zupełnie inny świat.

Ze stacji wychodziło się bezpośrednio na ulicę obrzeżoną drzewkami cytrynowymi, na której panował ożywiony ruch. Widziała kobiety o twarzach pociemniałych od wiatru i słońca, woźniców i kolejarzy, bose dzieci przez nikogo niepilnowane, jakiegoś mężczyznę ubranego w kurtę robotnika, bez kamizelki, niosącego bochen chleba pod pachą, oraz innego, w czarnym garniturze, z krótko ostrzyżonymi włosami. Wyraźnie nauczyciel. Przejechał wózek z psim zaprzęgiem, wyładowany opałem. Leonie miała wrażenie, że znalazła się na scenie „Opowieści Hoffmanna" Offenbacha, gdzie zatrzymał się czas.

– Wygląda na to, że jest przyzwoita restauracja na Avenue de Limoux – poinformował Anatol, zjawiając się u jej boku z egzemplarzem „ La De-peche de Toulouse" zatkniętym pod pachę. – W razie potrzeby znajdziemy też telegraf, telefon i poste restante. W Rennes-les-Bains najwyraźniej także, wobec czego nie będziemy całkowicie odcięci od cywilizacji. – Wyjął z kieszeni zapałki, stuknął papierosem w pokrywę papierośnicy, ubijając tytoń. – Obawiam się jednak, że taki luksus jak powóz jest nieosiągalny. Potarł zapałką o draskę. – Po sezonie, w niedzielę, nie da rady.

Grand Cafe Guilhem znajdowała się po drugiej stronie mostu. Kilka marmurowych stolików na nogach z kutego żelaza oraz. drewniane krzesła o prostych oparciach i wiklinowych siedzeniach ustawiono w cieniu dużej markizy, biegnącej przez całą długość restauracji. W podłużnych terakotowych doniczkach kwitły pelargonie, a w okrągłych drewnianych, z metalowymi obręczami, przypominających beczki od piwa, posadzono drzewka ozdobne. Rośliny zapewniały jedzącym nieco intymności.

– Daleko jej do Cafe Paillard – oceniła Leonie – ale jak się nie ma co się lubi…

Anatol uśmiechnął się lekko.

– Nie sądzę, żeby tu mieli prywatne salki, ale na tarasie też da się wy

trzymać, jak uważasz?

Gdy zostali poprowadzeni do stolika, Anatol zamówił posiłek dla nich obojga i pogrążył się w niezobowiązującej rozmowie z właścicielem. Leonie, nieciekawa, co patron ma do powiedzenia, leniwie obserwowała najbliższą okolicę. Tę ulicę ocieniały rzędy platanów o plamistej korze, maszerujących drzew Napoleona. Co interesujące, nie tylko sama Avenue de Limoux, ale także odchodzące od niej przecznice miały utwardzoną nawierzchnię. Może dlatego, że z powodu bliskiego sąsiedztwa term w sezonie z pewnością panował tu duży ruch wszelkich pojazdów prywatnych i publicznych.

Anatol strzepnął serwetkę i rozłożył ją na kolanach.

Pojawił się kelner z napojami ustawionymi na tacy. Przyniósł dzbanek wody. dużą szklankę zimnego piwa dla Anatola i pichet, pękaty dzbanuszek miejscowego vin dc table. Zaraz też pojawiło się jedzenie. Bochenek chleba, jajka na twardo, galaretka mięsna, zimna wieprzowina, trochę miejscowego sera i plastry pieczeni z kurczaka w galarecie. Niezbyt wymyślne, lecz sycące.

– Nie najgorsze – ocenił Anatol po pierwszych kęsach. – A nawet zaskakująco dobre.

Leonie wstała od stołu między daniami. Gdy wróciła po jakichś dziesięciu minutach, zastała brata pogrążonego w rozmowie z dwoma dżentelmenami, siedzącymi przy sąsiednim stoliku. Starszy ubrany był dość oficjalnie, jak bankier albo prawnik, miał ciemny garnitur, cylinder i – mimo gorąca – nienagannie wykrochmalony kołnierzyk oraz krawat. Młodszy, o jasnych włosach, szczycił się bujnym wąsem.

– Pozwolą panowie, że przedstawię: moja siostra, Leonie. Siostrzycz

ko, pan doktor Gabignaud i mistrz Fromilhague.

Obaj mężczyźni wstali z krzeseł, unieśli kapelusze.

– Pan Gabignaud właśnie mi opowiadał o swojej pracy w Rennes-les-Bains – wyjaśnił Anatol, gdy Leonie ponownie usiadła przy stole. – Wspomniał pan, że przez trzy lata praktykował pan z doktorem Courrentem…

– W rzeczy samej. – Gabignaud energicznie pokiwał głową. – Trzy lata. Wody w Rennes-les-Bains są nie tylko najstarsze w okolicy, ale także niekiedy tak szczególne, że można je wykorzystywać do leczenia znacznie szerszej gamy wszelakich dolegliwości niż w jakimkolwiek innym uzdrowisku. Proszę sobie wyobrazić, jest między nimi wyjątkowe źródło, source clii Buin Fort, które ma pięćdziesiąt dwa stopnie, czyli…

– Państwo nie muszą znać szczegółów – burknął Fromilhague.

Młody doktor poczerwieniał.

– Tak, oczywiście. No cóż. Miałem szczęście zostać zaproszony na oględziny podobnego przedsięwzięcia gdzie indziej – podjął – i przez kilka tygodni pobierałem nauki u doktora Privata w Lamalou-les-Bains.

– Nie znam Lamaiou – przyznała Leonie.

– Zadziwia mnie pani, mademoiselle. To prześliczny kurort, także wywodzący się z czasów rzymskich, niedaleko od Beziers. – Zniżył głos. – Choć jest równocześnie dość ponurym miejscem, w kręgach medycznych znanym głównie z leczenia luesu.

Fromilhague plasnął otwartą dłonią w stół, aż podskoczyły filiżanki z kawą.

– Gabignaud! Pan się zapomina!

Doktor spiekł raka.

– Proszę o wybaczenie, mademoiselle Vemier. Nie chciałem pani obrazić.

Leonie, zdumiona, zmierzyła pana Fromilhague lodowatym spojrze

niem.

Panie Gabignaud – powiedziała – może pan być pewien, że nie czuję się obrażona. – Przeniosła spojrzenie na brata, który z trudem hamował śmiech.

Mimo wszystko, drogi panie Gabignaud. nie jest to rozmowa właściwa w mieszanym towarzystwie.

– Oczywiście, oczywiście – przytaknął doktor. Moje żywe zainteresowanie kwestiami medycznymi często prowadzi mnie na manowce… zapominam, że takie sprawy nie są…

– Przyjechali państwo do wód? – zapytał Fromilhague, demonstrując przyciężką kurtuazję.

– Jesteśmy na zaproszenie ciotki, która ma posiadłość niedaleko Rennes-les-Bains. Majątek nazywa się Domaine de la Cade.

W oczach lekarza odbiło się zaskoczenie. A może troska?

– Ach, więc to państwa ciotka… – rzekł Gabignaud.

Leonie przyglądała mu się uważnie.

– Dokładnie rzecz biorąc, żona zmarłego wuja – potwierdził Anatol.

On także zauważył wahanie rozmówcy. – Jules Lascombe był przyrodnim bratem naszej matki. Jak dotąd nie mieliśmy przyjemności poznać tutejszych krewnych.

– Czy powinniśmy coś wiedzieć? zapytała Leonie.

– Nie, nie, nic nie przychodzi mi do głowy – zapewnił ją Gabignaud. Proszę mi wybaczyć, nie wiedziałem, że Lascombe miał tak bliską rodzinę.

Był spokojnym człowiekiem, rzadko mówił o sobie… Szczerze mówiąc, zaskoczyła nas jego decyzja o małżeństwie… w tak późnych latach życia…

Wydawał się zaprzysięgłym samotnikiem. I sprowadził żonę do tego domu… w miejsce o takiej reputacji…

– Jakiej reputacji? zdziwiła się dziewczyna.

Ale jej ciekawość pozostała niezaspokojona, bo Anatol także zadał pytanie.

– Pan znał Lascombe'a?

– Niezbyt dobrze, ale zostaliśmy sobie przedstawieni. Państwo Lascombe przyjeżdżali tu na lato przez pierwsze lata małżeństwa. Pani wolała miasto, dlatego wyjeżdżała na kilka miesięcy w roku.

– Nie leczył pan mojego wuja?

Gabignaud pokręcił głową.

– Nie miałem tego zaszczytu. Zasięgał porad u lekarza w Tuluzie. Od wielu lat miał kłopoty ze zdrowiem, lecz mimo wszystko odszedł od nas wcześniej, niż można się było spodziewać. Nie dał rady chłodom na początku roku. Gdy stało się jasne, że tym razem nie wydobrzeje, na początku stycznia pani Lascombe wróciła do Domaine de la Cade. Spędziła z mężem już tylko kilka dni. Oczywiście, nie obyło się bez plotek…

– Gabignaud! – przerwał mu Fromilhague. – Trzymajże pan język za zębami!

Młody mężczyzna znowu poczerwieniał.

Fromilhague dał wyraz swojemu niezadowoleniu, wzywając kelnera. Wiele czasu poświęcił na dokładne przypomnienie, co było serwowane, na sprawdzanie rachunku i ocenę jakości potraw, więc dalsza rozmowa między dwoma stolikami okazała się niemożliwa.

Anatol zostawił szczodry napiwek. Fromilhague rzucił na stół banknot i wstał.

– Mademoiselle Vernier, panie Vernier – rzekł bez uśmiechu, jedynie

uchylając kapelusza. – Gabignaud, czas na nas.

Ku zdumieniu Leonie młody doktor podniósł się bez słowa.

– Dlaczego nie wolno mówić o Lamalou? – spytała brata, gdy tylko dwaj nowi znajomi oddalili się na tyle, że nie mogli usłyszeć jej słów. -I dlaczego doktor Gabignaud pozwala, żeby pan Fromilhague tak go tyranizował?

– Lamalou to miejsce znane ze spektakularnych osiągnięć w leczeniu syfilisu. – Anatol wyszczerzył w uśmiechu wszystkie zęby. – Stosuje się tam najnowsze osiągnięcia medycyny. A jeśli chodzi o zachowanie Gabignauda, to młody lekarz z pewnością potrzebuje wsparcia uznanego mistrza. Pod każdym względem. W takiej niewielkiej miejscowości od tego zależy sukces lub porażka jego praktyki. – Zaśmiał się głośno. – Lamalou -les-Bains! Coś podobnego!

– A dlaczego pan Gabignaud był tak zaskoczony, kiedy mu powiedziałam, że zatrzymamy się w Domaine de la Cade? I co to znaczy, że dom ma „taką reputację"?

– Gabignaud za dużo mówi. a Fromilhague nie lubi plotek i tyle. Dlatego uciszył doktorka.

Leonie pokręciła głową.

– To nie wszystko. Pan Fromilhague nie pozwolił mu dokończyć myśli. Anatol zbył sprawę wzruszeniem ramion.

– Fromilhague wygląda na człowieka, który często się irytuje. I najwyraźniej nie podoba mu się, że Gabignaud miele ozorem jak baba!

Leonie wywaliła język na całą długość.

– Podły!

Anatol otarł wąsy, rzucił serwetkę na stół, odepchnął krzesło i wstał.

– Alors, on y va. Przejdźmy się po mieście. Zobaczymy, czym się może pochwalić Couiza.

ROZDZIAŁ 21

Paryż

Stolica Francji przycichła. Po ruchliwym ranku pod znakiem handlu nastało popołudnie, duszne i zakurzone, przesiąknięte woniami gnijących owoców i warzyw. Ósmy arrondissement opustoszał. Zniknęli przekupnie i wózki mleczarzy, żebracy i taczki, na których dowożono towar. Zostały tylko odpadki i śmieci, osad mijającego dnia.

W mieszkaniu rodziny Vernier przy rue de Berlin panowała cisza. Osnuło je sinawe światło nadchodzącego wieczoru. Meble, spowite w białe prześcieradła, czekały na powrót mieszkańców. Okna salonu zamknięto, zaciągnięto żółte zasłonki. Tapeta we wzory roślinne, niegdyś pyszna w swej doskonałości, dziś wypłowiała w miejscach, gdzie codziennie spoglądało na nią słońce, nabrała fioletowego odcienia. Nad kilkoma nieza-słoniętymi meblami tańczyły drobinki kurzu.

Na stole został zapomniany wazon z różami. Kwiaty zwiesiły głowy, tęskniąc za słodką wonią. W powietrzu unosił się inny, ledwo wyczuwalny zapach, obcy temu miejscu, kwaśny. Turecki tytoń, przywodzący na myśl wschodnie bazary. I budzący zdziwienie tutaj, tak daleko od morza, zapach słonej wody. Ten wydobywał się z szarego stroju mężczyzny, który nieruchomo jak posąg tkwił przed kominkiem. Rzucał cień na tarczę zegara stojącego na gzymsie nad paleniskiem.

Był to człowiek silny, potężnie zbudowany, o szerokich barach i wysokim czole. Miał ciało awanturnika, nie estety. Ciemne brwi stanowiły zdecydowaną oprawę dla intensywnie niebieskich oczu o smolistych źrenicach.

Na jednym z mahoniowych krzeseł siedziała sztywno wyprostowana Marguerite. Różowy negliż, zawiązany pod szyją na żółtą jedwabną kokardę, delikatnie obejmował jej nieskazitelnie białe ramiona. Tkanina spływała na tapicerowane podłokietniki i niżej, na siedzisko, jakby ułożona przez artystę. Jedynie wyraz oczu kobiety nie pasował do idyllicznego obrazka. A także fakt, że ręce miała wykręcone do tyłu i skrępowane drutem.

Drugi mężczyzna, o ogolonej czaszce, pokrytej szkarłatnymi bliznami i plamami, stał za krzesłem, czekając na polecenia swojego pana.

– A więc gdzie on jest? – rozległy się słowa wypowiedziane lodowatym

tonem.

Marguerite podniosła wzrok na oprawcę. Ciągle jeszcze miała w pamięci dreszcz podniecenia, jaki ją przeszedł, gdy zobaczyła go po raz pierwszy, i stale go za to nienawidziła. Ze wszystkich mężczyzn, z jakimi się w życiu zetknęła, tylko jeden jeszcze, jej ukochany mąż, Leo Vernier potrafił w niej obudzić równie silne emocje.

– Widziałam pana w restauracji – powiedziała. – W Chez Voisin. Jakby jej nie słyszał.

– Gdzie jest Vernier?

– Nie wiem – powtórzyła setny raz. – Przysięgam, nie wiem. Jest dorosły, nie musi mi się opowiadać. Często wychodzi z domu bez słowa.

– Tak, tak, oczywiście. Anatol Vernier, jak najbardziej. Ale gdzie wobec tego jest twoja córka? Ona nie wychodzi, kiedy jej się spodoba. A jakoś jej tu nie widzę.

– Jest u przyjaciół.

– I on też?

– Naprawdę nie wiem, gdzie go szukać. Omiótł spojrzeniem przykryte meble.

– Na jak długo zamierzasz wyjechać? – spytał.

– Na jakiś miesiąc. Lada moment zjawi się tutaj generał du Pont – rzekła, dbając, by głos jej nie zadrżał. – Ma mnie zabrać…

Służący na znak pana chwycił ją za włosy, szarpnął głowę do tyłu.

– Nie! – krzyknęła.

Pan wstał, podszedł.

Zimny czubek noża na skórze.

– Jeżeli teraz wyjdziecie – choć z ogromnym trudem, nadal mówiła spokojnie – nikomu nic nie powiem. Macie na to moje słowo. Zostawcie mnie i wyjdźcie.

Uderzył ją grzbietem dłoni w twarz. Zimny drań.

– Marguerite, droga moja, nikt po ciebie nie przyjdzie. Jesteś całkiem sama i zdana na moją łaskę. Sąsiadów z dołu nie ma, przecież fortepian milczy. Ci z góry wyjechali na wieś. Twoja służba wyszła, sam widziałem. I kucharka, i pokojówka są przekonane, że już wyjechałaś z du Pontem.

W oczach kobiety błysnął lęk.

Za dużo wiedział.

Victor Constant przysunął krzesło i usiadł – blisko. Czuła na sobie jego oddech. Tuż przed oczami miała elegancki, zadbany wąs oraz pełne czerwone wargi, tym wyraźniejsze, że na tle bladej twarzy. Drapieżnik. A za lewym uchem miał niewielki obrzęk.

– Mój przyjaciel…

– Szanowny pan generał otrzymał wiadomość, że wasze spotkanie zostało przełożone na ósmą trzydzieści. Spojrzał na zegar. – Czyli mamy ponad pięć godzin. Sama widzisz, nie ma powodu do pośpiechu. A co pan generał tutaj zastanie, zależy wyłącznie od ciebie. Znajdzie cię żywą lub martwą, mnie tam wszystko jedno. Czubek noża przesunął się pod oko.

– Nie!

– Obawiam się, chere Marguerite, że każda skaza na urodzie bardzo ci utrudni życie…

– Czego chcecie? Pieniędzy? Czy Anatol jest wam coś winien? Zapłacę jego długi!

– Ach, gdyby to było takie proste! – Constant roześmiał się. – Zresztą twoja sytuacja finansowa nie należy do najlepszych, delikatnie rzecz ujmując. A nie sądzę, żeby generał du Pont, choć szczodrobliwy, miał ochotę chronić twego synalka przed bankructwem. – Leciuteńko przycisnął nóż do jasnej skóry kobiety. Pokręcił głową, jakby żałował tego, co musi zrobić. – Tak czy inaczej, nie chodzi o pieniądze. Vernier zabrał mi coś znacznie cenniejszego.

Marguerite usłyszała w jego głosie niepokojącą zmianę. Poruszyła się nerwowo, chciała uwolnić ręce, ale w efekcie tylko zacisnęła więzy. Drut przeciął jej skórę na nadgarstkach. Pociekła krew. Czerwone krople jedna za drugą spadały na błękitny dywan.

– Błagam! Niech pan mi pozwoli z nim porozmawiać! Na pewno go przekonam, żeby zwrócił pana własność.

– Niestety, na to już za późno – rzekł, gładząc ją po policzku. – Ciekaw jestem, czy w ogóle przekazałaś synowi moją wizytówkę? – Położył dłoń na jej gardle. Zacisnął palce.

Walczyła, wyrywała się i rzucała na boki, wszystko na nic. Brakowało jej powietrza. A w jego oczach widziała zadowolenie i radość zwycięstwa. Jedno i drugie przerażało ją w równym stopniu.

Nagle – puścił.

Opadła na oparcie, dysząc ciężko. Oczy miała przekrwione, na szyi brzydkie purpurowe ślady.

– Zacznij od pokoju Verniera – polecił Constant swojemu człowiekowi. – Szukaj dziennika. Mniej więcej tej wielkości. – Rozłożył dłonie, pokazując kształt.

Sługa wyszedł.

– A więc… – podjął Constant, jakby znajdował się na herbatce u przyjaciół – wróćmy do tematu. Gdzie jest twój syn?

Marguerite spojrzała mu prosto w oczy. Serce waliło jej jak młotem, wiedziała, że ten człowiek jest zdolny do wszystkiego. Bała się, ale w życiu przeszła już niejedno.

– Nie wiem powtórzyła.

Tym razem uderzył pięścią, mocno, aż jej głowa odskoczyła do tyłu. W ustach pojawił się słony smak krwi. Poczuła na karku dotyk dłoni w skórzanych rękawiczkach. Constant szybkim ruchem rozwiązał żółtą kokardę. Oddychał szybciej. Buchało od niego gorąco. Jedną ręką podciągnął tkaninę nad kolana, po udzie, jeszcze wyżej.

– Nie, proszę, nie – szepnęła.

– Dopiero minęła trzecia – rzekł, wsuwając jej lok za ucho w parodii czułości. – Mamy mnóstwo czasu. Na pewno cię przekonam, żebyś zaczęła mówić. I myśl o Leonie, kochana. O swojej ślicznej córeczce. Trochę zbyt egzaltowana, jak na mój gust, ale jakoś to przeboleję.

Zsunął jedwab z jej ramion.

Marguerite ucichła, zapadła się w siebie, jak już niejeden raz wcześniej. Oczyściła umysł, wypchnęła z niego obraz brutala. Nawet teraz najsilniejszym uczuciem był wstyd, że serce jej zabiło szybciej, kiedy otworzyła mu drzwi i wpuściła go do mieszkania.

Seks i przemoc, dobrze znana para. Zetknęła się z tą mieszanką wiele, wiele razy. Na barykadach Komuny, na uliczkach podłych dzielnic, a ostatnio – w eleganckich salonach pod przykrywką układów towarzyskich. Tak wielu mężczyzn potrzebuje nienawiści zamiast pożądania. Zawsze potrafiła to wykorzystać. Poświęcała swoją urodę, swoje wdzięki, żeby córka nigdy nie poznała takiego życia.

– Gdzie jest Vernier?

– Nie wiem.

Zrzucił ją na ziemię, uderzył ponownie. I jeszcze raz.

– Gdzie twój syn?

"Najważniejsze – chronić dzieci. Nie zdradzić ich przed tym człowiekiem. Przed tym potworem. Trzeba mu coś powiedzieć. Ostatnia świadoma myśl.

– Rouen – wyrwało jej się spomiędzy krwawiących warg. – Pojechali do Rouen.

ROZDZIAŁ 22

Rennes-les-Bains

Piętnaście po czwartej, nacieszywszy się atrakcjami Couizy, Leonie i Anatol stanęli przed wejściem do budynku dworca, czekając, aż woźnica załaduje bagaże do courrier publique:

Był to środek transportu znacznie bardziej prymitywny niż pojazdy używane w Carcassonne. Tamte miały siedzenia obite czarną skórą i opuszczane dachy, podobnie jak powozy kursujące po Avenue du Bois de Boulogne, gdy tymczasem ten przypominał raczej chłopski wóz. Wzdłuż dłuższych krawędzi biegły drewniane ławy pomalowane na czerwono. Próżno by szukać jakiejkolwiek poduszki. Boki wozu były całkowicie odsłonięte, jedynie nad głowami pasażerów rozpięto na cienkiej metalowej ramie dwa pasy materiału dla ochrony przed słońcem.

Konie, dwa siwki, miały na łbach białe haftowane osłony przed insektami.

W drogę wybierało się kilka osób: para z Tuluzy mąż z młodziutką żoną, dwie starsze panie – siostry podobne do papużek, rozprawiające przyciszonymi głosami, obie ukryte pod wielkimi kapeluszami, a także, co Leonie stwierdziła z niekłamaną radością, dwaj panowie, poznani wcześniej w Grand Cafe Guilhem. Niestety, pan Fromilhague nie pozwalał rozwinąć skrzydeł młodszemu koledze, mało tego, co kilka chwil wydobywał z kieszeni kamizelki zegarek na łańcuszku i stukał w szkiełko, jakby podejrzewał, że czasomierz przestał działać.

– Zabiegany człowiek – szepnął Anatol siostrze w ucho. – Jeszcze chwila i siądzie na koźle!

Gdy wszyscy zajęli miejsca, woźnica zasiadł na stercie bagażu, rozstawił szeroko nogi, zapierając się w słupki, i utkwił wzrok w zegarze na frontonie budynku dworca. W chwili gdy wybiła czwarta trzydzieści, strzeli! z bata i ruszyli.

Dosłownie kilka chwil później znaleźli się na drodze odbijającej na wschód. Biegła ona doliną rzeki, między wysokimi wzgórzami. Ostra zima i tonąca w potopach wiosna, które na dużą część roku uprzykrzyły życie całej Francji, tutaj stworzyły prawdziwy raj. Mijali soczyste pastwiska, które normalnie o tej porze roku byłyby już wysuszoną słońcem pustynią, gęsto porośnięte lasem zbocza gór, pyszniące się jodłami, dębami ostrolist-nymi, leszczyną, kasztanowcami oraz bukami. Wysoko na szczycie jednego ze wzgórz po lewej Leonie dostrzegła ruiny zamku. Stary drewniany znak na poboczu kierował do wioski o nazwie Coustaussa.

Siedzący obok Anatola Gabignaud pokazywał mu charakterystyczne punkty krajobrazu. Leonie wychwytywała jedynie fragmenty ich rozmowy, zagłuszanej przez turkot kół i pobrzękiwanie uprzęży.

– A co to takiego? – zapytał Anatol.

Leonie powiodła wzrokiem za jego dłonią. Na skalistej ścianie, po prawej stronie, wysoko nad drogą, ledwo widoczna przycupnęła jakaś osada, połyskująca w słońcu. Zaledwie garstka zabudowań, uczepiona stromego zbocza.

– To jest Rennes-le-Chatcau – rzekł Gabignaud. Trudno uwierzyć, że kiedyś, w czasach Wizygotów, było stolicą regionu. Dawniej nazywało się Rhedae.

– Co spowodowało jego upadek?

– Karol Wielki, krucjata katarska, hiszpańscy bandyci, zaraza, bezlitosny upływ czasu. Teraz to tylko jedna z wielu górskich wiosek, zapomnianych przez Boga i ludzi, raczej w cieniu Rennes-les-Bains. – Umilkł na chwilę. – Swoją drogą, trzeba przyznać, że miejscowy proboszcz wiele robi dla swoich parafian. Interesujący człowiek.

Anatol przysunął się bliżej.

– Z jakiego powodu?

– Jest uczonym, ambitnym i wpływowym. Wiele osób spekuluje, dlaczego zagrzebał się na prowincji, w takiej ubogiej parafii.

– Może sądzi, że właśnie tu jest potrzebny?

– Mieszkańcy wioski kochają go z całego serca. Zrobił dla nich wiele dobrego.

– W kwestiach materialnych czy duchowych?

– Na obu tych polach. Ot, choćby sprawa kościoła pod wezwaniem świętej Marii Magdaleny. Budynek popadł w ruinę, deszcz moczył podłogi, po opuszczonej świątyni biegały myszy i dzikie zwierzęta, ptaki sobie zakładały gniazda. A proboszcz dokonał cudu. Latem tysiąc osiemset osiemdziesiątego szóstego merostwo przyznało mu dwa i pół tysiąca franków na restaurację kościoła, przede wszystkim na wymianę starego ołtarza.

Anatol uniósł brwi.

– Niebagatelna sumka!

Gabignaud pokiwał głową.

– Powtarzam, co słyszałem. Proboszcz jest człowiekiem obeznanym z kulturą. Mówi się, że przy okazji remontu kościoła znaleziono różne przedmioty o niemałej wartości archeologicznej, co, rzecz jasna, zainteresowało pańskiego wuja.

– Jakie na przykład?

– Głównie chyba fragmenty starego ołtarza, o ile mi wiadomo. Dwa wizygockie filary i starożytny kamień nagrobny – La Dalie des Chevaliers – podobno z czasów Merowingów albo też Wizygotów. Lascombe interesował się tym okresem, więc był mocno zaangażowany we wczesne stadium renowacji Rennes-le-Chateau, a co za tym idzie, także Rennes-les-Bains.

– Wydaje się pan obeznany z historią – zauważyła Leonie. Gabignaud aż pokraśniał z zadowolenia.

– To jedynie hobby, panienko, nic więcej.

Anatol wyjął papierośnicę, poczęstował lekarza, osłaniając zapałkę dłonią, przypalił oba papierosy.

– A jak ma na nazwisko ten ksiądz doskonały?- spytał, wydmuchując dym.

– Sauniere. Berenger Sauniere.

Znaleźli się na prostym odcinku drogi, konie przyśpieszyły, hałas wzmógł się do tego stopnia, że dalsza rozmowa była niemożliwa. Leonie nie miała nic przeciwko takiej przerwie. W głowie tłukły jej się niespokojne myśli, bo gdzieś w gąszczu słów Gabignauda skryło się coś ważnego.

– Tylko co?

Po chwili woźnica zwolnił. Przy akompaniamencie brzęku uprzęży i uderzeń lamp o boki wozu zjechali z głównej drogi w dolinę rzeki Salz.

Leonie poddała się urokowi krajobrazu, przepięknej alei, utworzonej przez skały, las i niebo. Dwie wieże strażnicze, które z bliska okazały się kamiennym dziełem natury, a nie cieniem dawnego zamku, pochylały się nad jadącymi niczym duet olbrzymich wartowników. Pradawne lasy schodziły niemal do krawędzi drogi. Dziewczyna miała wrażenie, że znaleźli się w sercu tajemniczego Edenu, jak w książkach pana Ridera Haggarda, fascynujących opowieściach o zaginionych afrykańskich królestwach.

Trakt wił się zakolami na podobieństwo węża. Okolica zapierała dech w piersiach. Istna arkadia. Dookoła wszystkie odcienie zieleni – soczystej, oliwkowej, szmaragdowej, w kolorze absyntu – przesyconej słońcem. Srebrne spody liści odwracanych przez wiatr połyskiwały między ciemniejszymi tonami jodeł i dębów. Nad linią drzew rysowała się dramatycznie poszarpana krawędź wierzchołków, pradawne sylwetki menhirów, dolmenów i rzeźb wykutych w skale przez naturę. Jak okiem sięgnąć – antyczna historia. Czytelna jak na kartach książki.

Podróżnym towarzyszył szum rzeki, która czasem ukazywała się. połyskując w słońcu, jakby się bawiła w chowanego, zdradzała swoją obecność, tocząc wody po kamieniach, ginąc pod splątanymi gałęziami wierzb, które zwieszały głowy nisko nad jej korytem. Prowadziła ich ku przeznaczeniu.

ROZDZIAŁ 23

Rennes-les-Bains

Podkowy zadudniły na moście, konie przeszły w kłus.

Na zakręcie drogi ukazało się Rennes-les-Bains. Najpierw biały dwupiętrowy budyneczek z szyldem Hotel de la Reine. Tuż obok grupka zabudowań, dość ponurych i jednolitych, które Leonie uznała za sanatorium.

Przed wjazdem na główną ulicę courrier zwolnił, ledwo się toczył. Po prawej mieli pionową szarą ścianę górskiego zbocza, po lewej ciągnęły się domy, pensjonaty i hotele. Na każdym budynku zamocowano przynajmniej jedną lampę gazową w solidnej metalowej oprawie.

Nie takiego pierwszego wrażenie spodziewała się Leonie. Znalazła się w eleganckim modnym miasteczku, gdzie czuło się dobrobyt. Sama droga, choć z ubitej ziemi, była czysta i doskonale utrzymana, a do domów prowadziły szerokie kamienne stopnie. Jechali szpalerem wawrzynów, między rzędami wielkich drewnianych donic, z których rośliny wylewały się na ulicę. Minęli krągłego dżentelmena w zapiętym surducie, dwie damy, skryte pod parasolkami, oraz trzy nianie. Każda pchała chaise roulante. Jakaś guwernantka prowadziła grupkę dziewcząt ustrojonych wstążeczkami, szeleszczących falbaniastymi haleczkami.

Skręcili z głównej drogi i woźnica zatrzymał konie.

– La Place du Perou. S'il vous plait. Terminus.

Koniec podróży.

Niewielki skwer z trzech stron otaczały budynki. Ocieniały go drzewka cytrynowe. Złote słońce, przesiane przez liście, tworzyło na ziemi ruchomą szachownicę. Znajdował się tam także wodopój dla koni. Z parapetów barwnymi kaskadami spływały ostatnie letnie kwiaty, a w ocienionej pasiastymi markizami kawiarence na rogu siedziały doskonale ubrane damy oraz ich męska eskorta, pokrzepiając się jadłem i napojem. Na drugim rogu Wznosił się kościółek.

– Szalenie malownicze – mruknął Anatol.

Woźnica zeskoczył z kozła i zajął się wyładowywaniem bagażu.

– S'il vous plait, mesdamcs et messieurs. La Place du Perou. Terminus – Powtórzył.

Pasażerowie jeden po drugim zsiadali z wozu. Padały śpieszne słowa pożegnania, jak to zwykle bywa między osobami, które razem podróżowały, ale poza tym niewiele mają ze sobą wspólnego. Pan Fromilhague uchylił kapelusza i zniknął. Gabignaud potrząsnął dłonią Anatola, a następnie wręczył mu wizytówkę, zapewniając, że ma nadzieję spotkać go jeszcze, może przy stoliku do kart albo na którymś z wieczorków muzycznych, organizowanych w Limoux lub Quillan. Następnie, uniósłszy kapelusz przed Leonie, podążył swoją drogą.

Anatol objął siostrę za ramiona.

– Nie jest tak źle, jak się obawiałem.

– Jest cudownie. Naprawdę, uroczo.

Na skwerku pojawiła się zdyszana dziewczyna w szarym stroju pokojówki. Była pulchna i śliczna, miała oczy czarne jak węgiel i prowokujące usta. Spod białego czepka uciekło pasmo grubych czarnych włosów.

– Aha! Oto nasz komitet powitalny – domyślił się Anatol.

Za służącą ujrzeli młodego człowieka o przystojnej twarzy, także z trudem łapiącego oddech. Miał na sobie koszulę rozpiętą od szyją, w dekolcie zawiązał czerwoną chustkę.

– Et voila – skwitował Anatol. – Jeśli się nie mylę, znamy już także

przyczynę spóźnienia naszej przewodniczki.

Dziewczyna upchnęła włosy pod czepkiem i podbiegła do przyjezdnych. Dygnęła.

– Senher Vernier? Madomaisela. Madama przysłała mnie, żebym pań

stwa zaprowadziła do Domaine de la Cade. Kazała przeprosić, ale dwu-

kółka się popsuła. Już naprawiają, ale madama powiedziała, że prędzej bę

dzie na piechotę. – W tym miejscu służąca obrzuciła spojrzeniem pełnym

zwątpienia delikatne pantofelki z koźlej skórki na nogach Leonie. – Jeśli

państwo nie mają nic przeciwko…

Anatol zlustrował dziewczynę uważnym spojrzeniem. Jak się nazywasz?

– Marieta, senher.

– Doskonale. Powiedz nam wobec tego. ile potrwa naprawa dwukółki?

– Ja tam nie wiem. Koło się złamało.

– A jak daleko jest do Domaine de la Cade?

– Pas luenh. Niedaleko.

Obejrzał się przez ramię na zdyszanego chłopaka.

– Bagaże zostaną dostarczone później?

– Oc, senher. Pascal przyniesie.

– W tej sytuacji – Anatol zwrócił się do siostry – skoro brak jakiejkolwiek obiecującej alternatywy, głosuję za tym, byśmy postąpili zgodnie z radą ciotki i poszli pieszo.

– Co?! – wyrwało się Leonie. Przecież ty nie znosisz chodzić! – Położyła dłonie na swoich żebrach, przypominając mu w ten sposób, że jest ranny i spacer na pewno nie wyjdzie mu na zdrowie. Dasz radę?

– Nic mi nie będzie – odparł. Przyznaję, nie jestem z tego powodu uszczęśliwiony, ale jakie mamy inne wyjście? Wolę się przejść niż bezczynnie czekać.

Służąca uznała jego słowa za polecenie, więc dygnęła ponownie, odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie.

Leonie patrzyła za nią z otwartymi ustami.

– Co to za…! – wykrztusiła, gdy wreszcie odzyskała głos.

Anatol zaśmiał się głośno, odrzucając do tyłu głowę.

– Witamy w Rennes-les-Bains. – Wziął siostrę za rękę. – Chodź, petite.

Bo zostaniemy tu sami!

***

Marieta poprowadziła ich cienistym przesmykiem między domami. Chwilę później wynurzyli się w słońcu na starym kamiennym moście. Daleko w dole, na płaskich kamieniach, szemrała woda. Leonie aż zabrakło tchu. Zakręciło jej się w głowie od tego światła, przestrzeni i wysokości.

– Leonie, depeche-toil – zawołał Anatol.

– Dobrze, dobrze, już idę.

Przeszli przez rzekę, skręcili w prawo i znaleźli się na jakiejś ścieżynce, wiodącej ostro w górę, pomiędzy drzewa na zboczu wzgórza. Rodzeństwo w ciszy szło jedno za drugim. Każdy oddech był cenny.

Coraz wyżej wspinali się górskim szlakiem, cętkowanym kamieniami i opadłymi z drzew liśćmi, coraz bardziej zagłębiali się w gęsty las. Wkrótce ścieżka wyprowadziła ich na wiejską drogę, poznaczoną zaschniętymi koleinami i śladami kopyt. Tutaj drzewa odsunęły się nieco od traktu, więc między poszczególnymi kępami kładły się długie cienie.

Leonie przystanęła, spojrzała w tył. W dole, ciągle jeszcze dość blisko, widziała spadziste, czerwone i szare dachy Rennes-les-Bains. Rozpoznała hotel i bez trudu odnalazła skwer, na którym wysiedli z powozu. Rzeka wiła się zieloną wstążką połyskującą srebrem, miejscami czerwieniła się od jesiennych liści.

Trzeba iść.

W pewnej chwili szlak powiódł ich lekko w dół i zaraz wyszli na płaskowyż. Na wprost mieli kamienne filary oraz bramę prowadzącą na teren wiejskiej posiadłości. Ogrodzenie z kutego żelaza ciągnęło się daleko w obie strony, ginęło między jodłami i cisami. Majątek zdawał się ponury i wyniosły. Leonie zadrżała. Na chwilę opuścił ją duch poszukiwacza przygód. Przypomniała jej się niechęć matki do rozmów o Domaine de la Cade, o spędzonym tutaj dzieciństwie. A potem słowa doktora Gabignau-da, usłyszane przy obiedzie.

Miejsce o takiej reputacji…

– Co to znaczy cade! zapytał Anatol.

– My tutaj tak nazywamy jałowiec, senher wyjaśniła służąca.

Leonie podeszła do płotu i oparła dłonie na prętach, jak więzień na kratach. Przycisnęła rozpaloną twarz do chłodnego metalu. Za ogrodzeniem rozciągał się ogród.

Całość spowijał wilgotny półmrok gęstej zieleni, tu i ówdzie połyskiwała słoneczna szczelina. Krzewy ozdobne, krzaki bzu, żywopłot i klomby, kiedyś zapewne kipiące barwami, sprawiały wrażenie zaniedbanych. Lekceważąco potraktowane ozdoby świadczyły o tym, że nie spodziewano się tutaj żadnych gości.

Na środku szerokiej żwirowej ścieżki, wiodącej od bramy do domu, stał pusty i suchy basen dla ptaków. Po lewej – wyschnięte oczko wodne. zwieńczone jakąś zardzewiałą konstrukcją. Po prawej – rząd jałowców rosnących dziko, nieokiełznanych. A nieco dalej ruina oranżerii z powybijanymi szybkami.

Gdyby Leonie trafiła tutaj przypadkiem, uznałaby to miejsce za opuszczone. Spojrzała w prawo i ujrzała nad ogrodzeniem tablicę z szarego łupku. Słowa na niej wypisane znaczyły ciemne smugi. Jak ślady szponów.

Domaine de la Cade.

Ten dom nie życzył sobie odwiedzin.

ROZDZIAŁ 24

– Zakładam, że istnieje inna droga do domu – rzekł Anatol.

– Oc, senher – potwierdziła Marieta. – Główne wejście jest od północy. Pan kazał tam zrobić trakt od drogi do Sougraigne. Ale to na piechotę godzina albo i lepiej, dookoła Rennes-les-Bains i potem w górę. O wiele dłużej niż przez las.

– A czy pani kazała ci przyprowadzić nas górską ścieżką? Dziewczyna spiekła raka.

– Nie zabroniła.

Czekali cierpliwie, aż Marieta wyłowi z kieszeni fartucha wielki mosiężny klucz. Nie bez trudu przekręciła go w zamku, pchnęła prawe skrzydło i wpuściła gości. Zaraz po ich przejściu zamknęła zgrzytliwą bramę.

Leonie czuła się nieswojo. I zdenerwowana, i podekscytowana. Idąc za Anatolem wąską zieloną ścieżką, najwyraźniej rzadko używaną, miała wrażenie, że jest bohaterką jakiegoś opowiadania. Wkrótce dotarli do wysokiego żywopłotu z łukowatym przejściem, ale zamiast podążyć w tamtym kierunku, zostali poprowadzeni na szeroki podjazd, wysypany żwirem i dobrze utrzymany, bez śladu mchu czy trawy, obwiedziony szpalerem chataignier, którym z gałęzi zwisały kasztany w kolczastych łupinach.

W końcu ujrzeli dom.

– Och! – wyrwało się Leonie w zachwycie.

Był wspaniały. Imponujący, o doskonale wyważonych proporcjach, perfekcyjnie zaprojektowany w taki sposób, że jednocześnie korzystał ze słońca i otwierał widok na dolinę. Parter oraz dwa piętra zwieńczał lekko skośny dach. Od białych ścian odcinały się rzędy okiennic. Balkonowe okna na parterze wychodziły na taras o balustradach z kutego żelaza. Ca-ty dom porośnięty był bluszczem, który miejscami płonął żywą czerwienią liści błyszczących jak wypolerowane.

Gdy podeszli bliżej, Leonie dostrzegła na występie wzdłuż najwyższego piętra gładki murek, a za nim osiem okrągłych okienek.

Może z któregoś z nich wyglądała kiedyś mama?

Szerokie stopnie, rozłożone w półokrąg, prowadziły do podwójnych drzwi wejściowych z czarnego drewna, z mosiężną framugą i kołatką. Chronił je łukowaty kamienny portal, a po bokach strzegły dwie wielkie donice z ozdobnymi wiśniami.

Weszli do obszernego holu. Podłogę wyłożono szachownicą czerwonych i czarnych płytek, ściany oklejono kremową tapetą w żółte i zielone kwiaty, dzięki której wnętrze zdawało się bardziej przestronne i jaśniejsze. Pośrodku stał mahoniowy stół, a na nim, w dużym wazonie, piękne białe róże. Doskonale utrzymane drewno tworzyło przytulną atmosferę.

Na ścianach wisiały portrety wąsatych mężczyzn w różnych mundurach oraz kobiet w sukniach o sutych spódnicach, a także wybór zamglonych krajobrazów i klasyczne sceny sielankowe.

Na lewo od wielkich schodów, prowadzących na piętro, stał fortepian muśnięty cieniuteńką warstewką kurzu.

– Madama przyjmie państwa na tarasie popołudniowym – oznajmiła

Marieta.

Poprowadziła ich przez oszklone drzwi balkonowe, wychodzące na południe, na taras ocieniony winoroślą i kapryfolium. Biegł przez całą szerokość domu, otwierając widok na doskonale utrzymane klomby i trawniki. Odległy rząd kasztanowców i jodeł znaczył granicę, w słońcu błyszczała altana ze szkła i pomalowanego na biało drewna. Na pierwszym planie wzrok przyciągała gładka powierzchnia stawu.

– Tędy, madomaisela, senher.

Poszli za służącą w dalszy koniec tarasu, do plamy cienia rzucanego przez dużą żółtą markizę. Stał tam stół nakryty dla trzech osób. Biały obrus, biała porcelana, srebrne sztućce i bukiet polnych kwiatów na środku: fiołki, bodziszki, lilie.

– Powiem pani, że państwo już są. – Marieta zniknęła w półmroku

spowijającym wnętrze domu.

Leonie oparła się o kamienną balustradę. Twarz miała całą w rumieńcach. Rozpięła rękawiczki na nadgarstkach, rozwiązała kapelusz, zdjęła go i użyła zamiast wachlarza.

– Poprowadziła nas dookoła – zauważyła.

Słucham?

Dziewczyna wskazała wysoki żywopłot na krańcu trawnika.

– Gdybyśmy przeszli pod łukiem, przecięlibyśmy ogród. A ona zapro

wadziła nas naokoło, żebyśmy podeszli od frontu.

Anatol także zdjął kapelusz i wraz z rękawiczkami położył go na murku.

– Budynek jest piękny. Mogliśmy podziwiać widoki.

– Nie przysłali powozu, gospodyni nas nie wita – ciągnęła Leonie wszystko to bardzo dziwne.

– Zobacz, jakie piękne ogrody.

– Tak, to prawda, tutaj są piękne, ale od tyłu posiadłość wygląda na zaniedbaną. Opuszczoną. Zniszczona oranżeria, zarośnięte klomby…

Anatol zaśmiał się głośno.

– „Zaniedbana"! „Opuszczona"! Przesadzasz, siostrzyczko. Przyznaję, majątek jest w stanie raczej zbliżonym do natury, ale poza tym…

– Jest kompletnie zaniedbany! – Upierała się Leonie z wypiekami na twarzy. Oczy jej błyszczały. – Nic dziwnego, że ma taką złą opinię w okolicy!

– Nie rozumiem.

– Ten impertynent na stacji, pan Denarnaud… Pamiętasz jego minę, kiedy powiedziałeś, dokąd jedziemy? A co mówił doktor Gabignaud? Pan Fro-rnilhague od razu go uciszył. Pamiętasz? Wszystko to bardzo tajemnicze.

– Nic podobnego – zaprzeczył Anatol zirytowany. – Ty się we wszystkim dopatrujesz mrocznych historii, niczym z opowiadań twojego ulubionego pana Poego. – Zrobił przerażającą minę. – „Złożyliśmy ją do grobu żywcem" – zacytował trzęsącym się głosem. – „A teraz stoi w drzwiach!". Będę Roderickiem Usherem, ty się zmienisz w Madeleine.

– A zamek był zardzewiały – dorzuciła nieustępliwie. – Najwyraźniej dawno nikt go nie otwierał. Mówię ci, to wszystko jest bardzo dziwne.

Za ich plecami odezwał się miękki, czysty głos.

– Przykro mi, że tak to odczuliście, chciałabym jednak zapewnić was,

że jesteście tutaj mile widziani.

Anatol aż się zatchnął.

Leonie poczuła, że twarz jej płonie. Obróciła się gwałtownie.

W progu stała kobieta doskonale pasująca do głosu. Elegancka i pewna siebie, wysoka, smukła. Rysy miała doskonale harmonijne, cerę olśniewającą. Gęste blond włosy zostały zebrane wysoko, ani jedno pasmo nie śmiało się wymknąć spod kontroli. A najbardziej przyciągały uwagę oczy, jasnoszare jak ortoklaz, kamień księżycowy.

Dłoń Leonie sama poderwała się ku niesfornym lokom nie do okiełznania.

– Ciociu, my…

Objęła wzrokiem zakurzone stroje podróżne. Ubiór ciotki był nieskazitelny. Modna kremowa bluzka ze stójką i bufiastymi rękawami, identycznego koloru spódnica o prostym kroju z przodu, dopasowana w talii i marszczona z tyłu.

Izolda postąpiła do przodu.

– Witaj, Leonie – rzekła, podając dziewczynie smukłą dłoń o długich

palcach. – I ty, Anatolu.

Młody mężczyzna skłonił się i pochylił nad dłonią gospodyni.

– Ciociu rzekł z uśmiechem, podnosząc na kobietę spojrzenie ocienione czarnymi rzęsami. – Miło nam cię poznać.

– Cała przyjemność po mojej stronie. I proszę, mów mi po imieniu, Anatolu. „Ciocia" brzmi zbyt oficjalnie. Poza tym w tej roli czuję się stara.

– Służąca przyprowadziła nas tylnym wejściem – powiedział Anatol. Gorąco też zrobiło swoje, dlatego Leonie była poirytowana, ale – objął szerokim gestem dom oraz całą posiadłość – skoro taka jest nagroda za trudy podróży, warto było je podjąć.

Izolda podziękowała za komplement lekkim skinieniem głowy, po czym zwróciła się do Leonie.

– Prosiłam Marietę, by wam wyjaśniła niefortunny zbieg okoliczności.

ale ta dziewczyna jeszcze ma pstro w głowie. Przykro mi, że pierwsze wrażenie wypadło nie najlepiej. Cieszę się jednak, że już dotarliście.

Leonie w końcu odzyskała głos.

– Ciociu, wybacz mi nieuprzejme zachowanie.

– Nie ma o czym mówić – rzekła z uśmiechem gospodyni. – Siadajcie. zapraszam. Najpierw herbata, a l'anglaise, potem Marieta zaprowadzi was do pokojów.

Zajęli miejsca i natychmiast przyniesiono im srebrny czajniczek z naparem, dzbanek świeżej lemoniady, a zaraz potem talerze z pikantnymi przekąskami oraz słodyczami.

Izolda nalała gościom herbaty. Napar był delikatny, jasny, pachniaJ drewnem sandałowym i Orientem.

– Cóż za aromat! – zachwycił się Anatol. – Co to takiego?

– Mieszanka mojego pomysłu. Lapsang souchong i verveine. Werbena z tą szczególną czarną herbatą wydaje mi się znacznie bardziej orzeźwiająca niż ciężkie angielskie i niemieckie napary, tak modne ostatnimi czasy. -Podsunęła Leonie talerz z cieniutkiej porcelany, na którym ułożono duże plastry jasnożółtej cytryny. – Wasza mama przysłała bardzo miły telegram, potwierdzający wasz przyjazd. Mam nadzieję, że ją także dane mi będzie poznać. Może zdołałaby się tu wybrać wiosną?

Leonie miała w pamięci niechęć matki do rodzinnego majątku, którego nigdy nie uważała za swój prawdziwy dom, ale jednocześnie nie chciała uchybić dobrym manierom, więc gładko skłamała.

– Mama będzie zachwycona. Zimą miała kłopoty ze zdrowiem,

w przeciwnym razie przyjechałaby pożegnać wujka.

Izolda uśmiechnęła się i odwróciła do Anatola.

– Czytałam w gazetach, że w Paryżu temperatura spadła znacznie po

niżej zera. Aż trudno w to uwierzyć!

Anatolowi rozbłysły oczy.

– Rzeczywiście, świat zlodowaciał. Nawet Sekwana zamarzła! Ludzie

umierali z zimna na ulicach, aż władze były zmuszone otworzyć schroni

ska w szkołach, strzelnicach, w łaźniach, nawet w Palais des Arts Liberaux

na Polach Marsowych, w cieniu wyniosłej wieży pana Eiffela.

– I w salach do szermierki? Anatol zamrugał zdziwiony.

– Jak to?

– Masz skaleczenie nad okiem. Myślałam, że wprawiasz się we władaniu ostrzem.

– Anatol został napadnięty – wtrąciła się Leonie – w noc rozruchów w Palais Garnier.

– Bardzo cię proszę…! zaprotestował.

– Raniono cię? zaniepokoiła się Izolda.

Wyszedłem z kilkoma siniakami, nie ma o czym mówić – uciął, rzucając siostrze wściekłe spojrzenie.

– Tutaj nie dotarły wieści o rozruchach? – spytała Leonie. – W Paryżu nie pisano o niczym innym, tylko o aresztowaniach abonnes.

Izolda nie spuszczała wzroku z Anatola.

– Okradziono cię?

– Straciłem zegarek, pamiątkę po ojcu. Na szczęście nie zdążyli mi zabrać nic więcej.

– Napadli cię uliczni rabusie? – Wydawać by się mogło, że Izoldzie zależało na odpowiedzi twierdzącej.

– Tak. Po prostu miałem pecha.

Na kilka chwil zapadła przy stole niezręczna cisza, ale gospodyni szybko podjęła swoje obowiązki.

– O ile mi wiadomo – zwróciła się do Leonie – wasza matka spędziła

tu część dzieciństwa.

Dziewczyna przytaknęła ruchem głowy.

– Musiała być bardzo samotna – uznała Izolda. – Nie miała towarzystwa innych dzieci.

Leonie uśmiechnęła się, wdzięczna, że nie musi zmyślać na temat zauroczenia matki Domaine de la Cade.

– Zostaniesz tutaj, ciociu, czy wrócisz do Tuluzy? – spytała bezmyślnie.

Izolda, zmieszana, spuściła powieki.

– Do Tuluzy? – podniosła na gościa zdziwione spojrzenie. – Obawiam się, że nie rozumiem…

– Siostro… – odezwał się Anatol.

Leonie zaczerwieniła się, ale dzielnie zniosła jego karcący wzrok.

– Mama chyba mówiła, że ciocia Izolda pochodzi z Tuluzy.

– Anatolu, nic się nie stało. Ale, skoro już o tym mowa, wychowywałam się w Paryżu.

Leonie przysunęła się bliżej ciotki, ostentacyjnie ignorując brata. Coraz bardziej ciekawiło ją, jak poznała wujka. O ile wiedziała, Jules Las-combe nie tęsknił za ożenkiem.

– Chciałabym wiedzieć… – zaczęła.

– Czy utrzymujesz ścisłe więzi towarzyskie z Rennes-les-Bains? – Anatol bezpardonowo przerwał siostrze w pół zdania. Okazja przepadła.

Izolda pokręciła głową.

– Mój mąż nie był zainteresowany podejmowaniem gości, a po jego śmierci, przyznaję szczerze, zaniedbałam obowiązki towarzyskie.

– Na pewno ludzie ci współczują.

– W ostatnich tygodniach życia męża mogłam liczyć na serdeczną pomoc większości sąsiadów. A po jego śmierci musiałam dopilnować wielu spraw poza Domaine de la Cade, więc bywałam tutaj znacznie rzadziej, niż powinnam. Teraz jednak… urwała i wciągnęła Leonie do rozmowy za pomocą kolejnego czarującego uśmiechu jeśli nie będziecie mieli nic przeciwko temu, zamierzam skorzystać z waszych odwiedzin, by w najbliższą sobotę wydać przyjęcie dla kilku osób z okolicy. Co ty na to, Leonie? Nie planuję nic wielkiego, ale moglibyście poznać przynajmniej najbliższych sąsiadów.

– Cudownie! – ucieszyła się Leonie i zapomniawszy o bożym świecie,

zaczęła wypytywać o szczegóły wiejskiego przyjęcia.

Popołudnie mijało niespiesznie. Izolda okazała się wspaniałą gospodynią, uważną i czarującą, Leonie czuła się w jej towarzystwie doskonale. Pogryzała chleb z pełnych ziaren, posmarowany białym kozim serem i posypany siekanym czosnkiem, chrupała cienkie paluszki tostowe z pastą anchois i grubo mielonym czarnym pieprzem, delektowała się pięknie podaną na tacy szynką wędzoną z półkolami dojrzałych fig. Napawała się tartą rabarbarową, słodkim pieczywem, złotym i obsypanym cukrem, syciła wzrok urodą błękitnej porcelanowej kompotiery, pełnej wywaru z morwy i wiśni, dzbanuszka ze śmietanką i srebrnej łyżki o długim trzonku.

– A to co to takiego? – spytała, wskazując talerz fioletowych cukierków, pokrytych białym lukrem. – Wyglądają smakowicie.

– Perły Pirenejów. Krople woni trawy cytrynowej, utrwalone w kawałeczkach cukru. Twoje ulubione, Anatolu, o ile mi wiadomo. A to – wskazała inny talerz – domowej roboty krem czekoladowy. Jules wiedział, kogo zatrudnić w kuchni. Ta kobieta pracuje u rodziny już prawie czterdzieści lat. – W jej głosie zabrzmiała nuta smutku, która obudziła w Leonie podejrzenie, że Izolda czuje się w Domaine de la Cade nieproszonym gościem zamiast panią na włościach.

– Pracujesz w gazecie? – spytała gospodyni Anatola.

– Rzuciłem to zajęcie jakiś czas temu. Nie odpowiada mi zawód żurnalisty. Bez przerwy człowiek pisze o awanturach domowych, konflikcie algierskim czy najnowszym kryzysie we władzach Akademii Sztuk Pięknych… Przygnębiało mnie zajmowanie się sprawami, które w ogóle mnie nie obchodziły. Teraz pisuję recenzje dla „ La Revue Blanche " i „ La Revue Contemporaine ", ale głównie daję upust literackim zapędom na mniej komercyjnym polu.

– Anatol jest w radzie konsultacyjnej magazynu kolekcjonerskiego -wtrąciła Leonie.

Izolda skwitowała rzecz uśmiechem.

– Chciałabym jeszcze raz podkreślić – powiedziała -jak bardzo się cieszę, że zechcieliście przyjąć zaproszenie. Obawiałam się, że perspektywa spędzenia na wsi całego miesiąca może się wam wydać niezbyt pociągająca w porównaniu z atrakcjami, jakie oferuje Paryż.

– W Paryżu nietrudno się znudzić – odparła Leonie uprzejmie. Te straszne wieczorki w towarzystwie wdów i starych panien, lamentujących na obecne czasy i z tęsknotą wspominających epokę cesarstwa… Wolę czytać!

– Leonie jest une lectrice assidue wyjaśnił z uśmiechem Anatol. Wiecznie z nosem w książce. A przy tym wybiera lektury, powiedziałbym…- sensacyjne. Całkiem obce mojemu gustowi. Historie o duchach, gotyckie horrory…

– Mamy tutaj bogatą bibliotekę. Mąż był zapalonym historykiem, inte

resował się różnymi mniej znanymi… – zawiesiła głos, szukając właściwego

słowa-… szczególnymi dziedzinami nauki. – Ponownie przerwała.

Leonie przyjrzała jej się z zaciekawieniem, ale ciotka nie uściśliła, czym dokładniej interesował się jej maż.

– Często kupował pierwsze wydania i różne rzadko spotykane wolumi

ny- podjęła gospodyni. Z pewnością niejeden cię zainteresuje, Anatolu.

Jest też szeroki wybór powieści i wydawnictw „Le Petit Journal", które za

ciekawią ciebie, jak sądzę. – Lekko przechyliła głowę w stronę dziewczyny.

– Bardzo proszę, czujcie się jak u siebie i korzystajcie z biblioteki do woli.

Minęła siódma. Cień rozłożystego kasztana wygonił z tarasu ostatnie ślady słońca, na trawnikach kładły się ciemne smugi wieczoru. Izolda zadzwoniła srebrnym dzwoneczkiem, który stał na stole.

Jak za sprawą czarów natychmiast pojawiła się Marieta.

– Czy Pascal przyniósł bagaże?

– Już dawno, madama.

– Doskonale. Leonie, umieściłam cię w Pokoju Żółtym. Anatolu, dla ciebie przewidziałam Apartament Anjou, na froncie domu. Wychodzi na północ, ale to bardzo przyjemne wnętrze.

– Na pewno będę się w nim czuł doskonale.

– Ponieważ posililiśmy się przy herbacie, a pewnie oboje jesteście zmęczeni i chcielibyście się wcześniej położyć, nie planuję na dzisiaj kolacji. Jeśli poczujecie apetyt, wystarczy zadzwonić na służbę, dostaniecie wszystko, o co poprosicie. Ja pozwalam sobie na drobną przekąskę o dziewiątej, w salonie; jeśli zechcecie się do mnie przyłączyć, będzie mi bardzo miło.

– Dziękuję – rzekł Anatol.

– Bardzo dziękujemy – powiedziała Leonie.

Wszyscy troje wstali.

– Mam ochotę przejść się po ogrodach – rzucił Anatol. – Wypalę papierosa.

W szarych oczach Izoldy zapalił się dziwny błysk.

– Nie chciałabym ci niczego narzucać, ale proponuję wstrzymać się ze

zwiedzaniem posiadłości do rana. Niedługo będzie ciemno. Nie chcielibyśmy cię szukać pierwszego wieczoru.

Na kilka chwil zapadła cisza. Po czym, ku zdumieniu Leonie, Anatol uśmiechnął się, jakby usłyszał przedni dowcip, zamiast protestować przeciwko ograniczeniu wolności. Ujął dłoń ciotki i ją ucałował. Perfekcyjnie doskonały, idealnie uprzejmy.

Pozornie.

– Oczywiście, ciociu, jak sobie życzysz. Do usług.

ROZDZIAŁ 25

Leonie poszła za służącą na piętro, a tam długim korytarzem, ciągnącym się przez cały dom. Po drodze Marieta pokazała jej, gdzie znaleźć toaletę i przestronną łazienkę z wielką miedzianą wanną pośrodku.

– Oto Pokój Żółty, madomaisela – rzekła, otworzywszy drzwi. Odstąpiła, przepuszczając gościa. – Ciepła woda jest na toaletce. Czy jeszcze czegoś będzie panienka teraz potrzebowała?

– Nie, dziękuję.

Służąca ukłoniła się i odeszła.

A Leonie długi czas stała i z ogromną przyjemnością rozglądała się po wnętrzu, które miało być jej ukochanym azylem przez najbliższe cztery tygodnie. Był to przyjaźnie urządzony pokój, równocześnie ładny i wygodny. z widokiem na rozległe trawniki od strony południowej. Przez otwarte okna słyszała dalekie pobrzękiwanie porcelany i rozmowy służby sprzątającej ze stołu.

Ściany pokryto papierową tapetą w delikatny wzór z fioletowych i różowych kwiatów, pasującą do zasłon oraz tapicerki, dzięki czemu uzyskano wrażenie lekkości mimo głębokiej barwy mahoniowych mebli. Łóżko, chyba największe, jakie w życiu widziała, prawdziwe łozę, miało bogato zdobione szczyty z błyszczącego drewna. Usadowiło się niczym egipska barka na samym środku pomieszczenia. Obok niego przycupnęła nocna szafka na lwich łapach, na niej brązowy świecznik oraz szklanka i dzbanek z wodą, przykryty białą haftowaną serwetką. Znajdował się tam również jej własny kuferek z robótkami, a także kaseta z papierami oraz przybory malarskie. Podróżne sztalugi ustawiono obok szafy.

Podeszła do wysokiej garderoby, rzeźbionej w takie same skomplikowane egipskie wzory jak łoże, wyposażonej w dwa długie lustra, osadzone po zewnętrznej stronie drzwi. Otworzyła prawe skrzydło, budząc brzęk wieszaków na drążku. Zobaczyła swoje halki, suknie popołudniowe, wieczorowe i żakiety, wiszące w równych rzędach. Wszystko pięknie rozpakowane.

W obszernej komodzie obok szafy znalazła bieliznę oraz drobniejsze sztuki ubrania: kamizelki, gorsety, bluzki, pończochy – ułożone staranie w głębokich, ciężkich szufladach, z których dobywał się zapach lawendy.

Kominek znajdował się w ścianie naprzeciwko drzwi, a nad nim lustro w mahoniowej ramie. Pośrodku gzymsu stał porcelanowy, złocony zegar z Sevres, podobny do tego, który mieli w domu.

Leonie zdjęła sukienkę, bawełniane pończochy, kombinację i gorset, upuszczając fragmenty odzieży na dywan i fotel. Pozostawszy w samej bie-liźnie, nalała ciepłej wody z dzbanka do miski. Obmyła twarz i ręce, odświeżyła dekolt. Skończywszy, zdjęła kaszmirowy peniuar z ciężkiego mosiężnego haka po wewnętrznej stronie drzwi i usiadła przy toaletce, przed środkowym z trzech wysokich okien o małych szybkach.

Szpilka za szpilką oswobodziła loki mieniące się żywym blaskiem miedzi i pozwoliła im swobodnie opaść na ramiona. Sięgały aż do szczupłej talii. Przechyliła lustro i długimi, zamaszystymi gestami rozczesywała nieposłuszną gęstwinę, aż ta spłynęła jej na plecy niczym jedwabna przędza.

W pewnej chwili dostrzegła kątem oka jakiś ruch w ogrodzie.

– Ten Anatol! – mruknęła. Na pewno zignorował życzenie Izoldy i wybrał się do ogrodów.

Taką miała nadzieję.

Odpychając od siebie niegodne uczucie, odłożyła szczotkę do włosów na toaletkę i obeszła mebelek, by wyjrzeć przez okno. Ostatnie ślady odchodzącego dnia pożegnały się z niebem. Gdy wzrok Leonie przywykł do zmierzchu, dostrzegła kolejne poruszenie, tym razem na odległym krańcu trawnika, przy wysokim żywopłocie, już za stawem.

Widziała postać dosyć wyraźnie. Mężczyzna z gołą głową skradał się ukradkiem, co kilka kroków oglądając się za siebie.

A może to wzrok płata mi figle? – pomyślała.

Mężczyzna roztopił się w cieniach.

Leonie wydało się, że słyszy kościelny dzwon z doliny, rozrzedzoną smutną nutę. Gdy jednak wytężyła słuch, dotarły do niej tylko odgłosy wiejskiej posiadłości o zmierzchu. Szept wiatru w gałęziach drzew, chór ptaków układających się do snu. I przeszywający skrzek sowy, ruszającej na nocne łowy.

Uświadomiła sobie, że ma gęsią skórkę na ramionach, więc zamknęła okno. Po chwili wahania zaciągnęła zasłony. Tajemniczy mężczyzna prawie na pewno okazałby się ogrodnikiem, może po jednym głębszym, albo jakimś służącym, który poważył się na niedozwolony skrót przez trawniki, ale tak czy inaczej, było w tej scenie coś nieprzyjemnego, coś, co wywoływało ciarki na plecach. Leonie wolałaby go nie widzieć.

Ciszę pokoju rozerwało głośne stuknięcie w drzwi.

– Kto tam!

– Cest moi odezwał się Anatol. – Jesteś w przyzwoitym stanie? Mogę wejść?

– Attend, farrive.

Jedną chwileczkę.

Zawiązała peniuar. odgarnęła włosy z twarzy. Ze zdziwieniem stwierdziła, że drżą jej ręce.

– Co się stało? – zapytał Anatol, gdy w końcu otworzyła drzwi. – Taka jesteś wystraszona…

– Nic… nic – odrzekła.

– Ej, petite, na pewno? Jesteś biała jak prześcieradło.

– Spacerowałeś po ogrodach? – spytała nagle. – Dosłownie przed kilkoma minutami?

Anatol pokręcił głową.

– Rzeczywiście, nie od razu poszedłem do pokoju, ale nie ruszałem się z tarasu. Tam wypaliłem papierosa. Dlaczego pytasz?

– Widzisz… – zaczęła, ale zmieniła zdanie. – Nieważne. Nie ma o czym mówić.

Anatol zrzucił ubranie siostry z fotela i usadowił się w nim wygodnie. To pewnie był któryś z chłopców stajennych.

Wyjął z kieszeni papierośnicę i pudełko zapałek, jedno i drugie położył na stole.

– Nie pal tutaj – poprosiła go siostra. – Papierosy są niezdrowe.

Wzruszył ramionami, sięgnął do innej kieszeni, z której wyciągnął jakąś niebieską broszurę.

– Przyda ci się dla zabicia czasu.

Wstał, podał siostrze monografię i wrócił na fotel.

– Voila. „Diables et Esprits Malefiques et Phantómes de la Montagne ".

Górskie diabły, złe duchy i fantomy.

Leonie nie słuchała. Zerknęła w stronę okna. Czyżby ten mężczyzna ciągle tam był?

– Na pewno dobrze się czujesz? Strasznie jesteś blada.

Głos brata przywołał ją do rzeczywistości. Ze zdumieniem spojrzała na książeczkę, którą trzymała w dłoni. Skąd ona się wzięła?

– Na pewno – odrzekła zakłopotana. – Nic mi nie jest. Co to za dzieło?

– Nie mam bladego pojęcia. Tytuł ma przerażający, więc powinno ci się spodobać. Zbierało kurz w bibliotece. Autor będzie tutaj na sobotniej kolacji. Monsieur Audric Baillard. Są tam jakieś ustępy na temat Domaine de la Cade. Zdaje się, że znajdziesz wszelkie możliwe historie na te

mat diabłów, złych duchów i widziadeł, związanych z tą okolicą, a zwłasz

cza tym majątkiem, od czasów wojen religijnych siedemnastego wieku. -

Uśmiechnął się do siostry promiennie.

Leonie podejrzliwie zmrużyła oczy.

A czemu zawdzięczam ten wspaniały gest?

– Czyż nie wolno bratu z dobroci serca wykonać gestu uprzejmości wobec ukochanej siostry?

– Wolno, wolno. I niejeden tak robi. Ale ty?

Uniósł ręce, poddając się.

– Cóż, przyznaję, miałem w tym własny interes. Uznałem, że jeśli się

pogrązysz w lekturze, nie będziesz psocić.

Rzuciła w niego poduszką, ale się uchylił.

– Pudło! – zawołał zuchwale. – Fatalny strzał. – Zgarnął ze stołu papierośnicę i zapałki, skoczył na równe nogi i w dwóch susach znalazł się przy drzwiach. – Daj mi znać, jak skończysz z panem Baillardem. Moim zdaniem, powinniśmy razem z Izoldą wypić kieliszeczek na dobranoc. Zgadzasz się ze mną?

– Czy to nie dziwne, że nie będzie kolacji?

– A co – zdziwił się – głodna jesteś?

– Nie, właściwie nie. Ale jakoś… Anatol położył palec na ustach.

– No to ciii. – Otworzył drzwi. – Miłej lektury, petite. Spodziewam się

recenzji.

Leonie słuchała jego pogwizdywania i równych kroków, cichnących na korytarzu. W końcu rozległo się miękkie klasnięcie drzwi, a potem dom na nowo spowiła cisza.

Dziewczyna podniosła poduszkę z podłogi i usiadła na egipskim łożu. Podciągnęła kolana pod brodę i otworzyła książkę.

Zegar na kominku wydzwonił wpół do ósmej i rozpoczął odliczanie.

ROZDZIAŁ 26

Paryż

Modne ulice i bulwary przykrył gęsty brunatny zmierzch. I w quartiers perdus, w niebezpiecznej okolicy, labirynt uliczek obrośniętych slumsami także chwytał drugi oddech.

Temperatura zaczęła spadać, zrobiło się chłodniej.

Domy i ludzie, tramwaje i powozy zdawały się krystalizować z cienia. a potem znikały w kolejnym jak zjawy. Markizy nad kawiarniami przy rue d'Amsterdam łopotały na wietrze, wyrywając się niczym spętane konie. Na Grands Boulevards wiatr szarpał gałęzie drzew.

Jesienne liście tańczyły po chodnikach dziewiątego arrondissement i na zielonych alejkach Parc Monceau. Nikt nie grał w klasy ani w „raz, dwa, trzy, baba Jaga patrzy", dzieci skryły się w budynkach ambasad. Rozśpiewały się druty nowego telegrafu na Poczcie Głównej, rozdzwoniły szyny tramwajowe.

O wpół do ósmej mgła zapłakała deszczem. Zimnym, szarym jak opiłki żelaza. Z początku wolno, później szybciej, gęściej. Służba z trzaskiem zamykała okiennice. W ósmej dzielnicy pechowcy, którzy nie zdążyli dotrzeć do celu, szukali schronienia przed gniewem burzy w Cafe Weber przy rue Royale, zamawiali piwo i absynt i sprzeczali się o wszystko i o nie przy ostatnich wolnych stolikach. Żebracy i bezdomni chijfonniers uciekali przed kąsającym deszczem pod mosty i kolejowe arkady.

W mieszkaniu przy rue de Berlin Marguerite Vernier leżała w swobodnej pozie na chaise longue. Jedną rękę miała podłożoną pod głowę, drugą udrapowaną na boku szezlongu, jedynie czubki palców muskały dywan, tak jak rozmarzona dziewczyna na letniej przejażdżce łodzią trąca lustro wody. Najlżejszy dotyk na świecie. Tylko błękitny cień na jej ustach i fioletowy siniak niczym kołnierz otaczający szyję, a także koszmarna bransoleta z zaschniętej krwi na przeciętym nadgarstku świadczyły o tym, że nie śpi.

Jak Tosca, jak Emma Bovary, jak mroczna bohaterka Prospera Menmeego, Carmen, tak i Marguerite była po śmierci piękna. Nóż o ostrzu splamionym krwią leżał obok jej dłoni, jakby wypadł ze słabnących palców.

Victor Constant nie zwracał na nią uwagi. Przestała dla niego istnieć dokładnie w chwili, kiedy zdał sobie sprawę, że nic więcej od niej nie dostanie.

Ciszę mąciło jedynie tykanie zegara.

Ciemność byłaby kompletna, gdyby nie blady płomień jedynej świecy.

Constant zapiął spodnie i zapalił tureckiego papierosa. Usiadł przy stole, by się zapoznać z dziennikiem, który służący znalazł w szafce nocnej Verniera.

– Przynieś mi brandy.

Nożem o żółtej rączce przeciął sznurek, rozwinął papier pakowy i wyjął z niego granatowy notatnik. W dzienniku znajdowały się codzienne zapiski Verniera, prowadzone skrupulatnie przez cały rok. Salony, w których bywał, lista długów sumiennie zapisywanych w dwóch kolumnach i sumowanych w momencie spłacenia, wzmianka o krótkim flircie z okultystami na początku roku, raczej w roli nabywcy książek niż akolity, różne zakupy, takie jak parasol czy egzemplarz „Poemes de Baudelaire" z limitowanej edycji Edmonda Bailly'ego, sprzedającego we własnej księgarni przy rue de la Chaussee d'Antin.

Constant nie był zainteresowany nudnymi szczegółami domowego życia, więc kartkował dziennik, ledwo rzucając okiem na kolejne strony, sprawdzając daty i czytając jedynie wyjątki, w których znajdował potrzebne informacje.

A szukał wzmianek o romansie Verniera z jedyną kobietą, jaką on, Constant, kiedykolwiek kochał. Ciągle jeszcze nie potrafił wymienić jej imienia, nawet w myślach. Trzydziestego pierwszego października zeszłego roku powiedziała mu, że muszą się rozstać. A przecież dla niej zrobiłby wszystko. Jej niechęć wziął za skromność i nie naciskał. Przeżył taki wstrząs, że o mało jej nie zabił. Niewiele brakowało, ale krzyczała tak głośno, że usłyszeli ją sąsiedzi w budynku obok.

Musiał ją zostawić. Zresztą przecież nie zamierzał jej skrzywdzić. Kochał ją, uwielbiał, ubóstwiał. Tylko nie mógł znieść zdrady. Sama się prosiła.

Po tamtej nocy zniknęła z Paryża. Przez cały listopad i grudzień Constant myślał o niej nieprzerwanie. Sprawa była prosta. On ją kochał, a ona go zdradziła. Ciało i umysł podsuwały mu wspomnienia wspólnie spędzonego czasu: jej zapach, giętkość, urok i czar. Pamiętał, jak przy nim siedziała, jak wdzięczna mu była za miłość. Skromna i posłuszna. Doskonała. Na początku roku żal zmienił się w gniew podsycany poniżeniem. We wściekłość silniejszą niż wówczas, gdy odeszła.

Chciał wymazać z pamięci jej obraz i chwytał się zwykłych sposobów, dostępnych dla dżentelmena, mieszkańca miasta, który nie musi się liczyć z każdym groszem. Jaskinie hazardu, nocne kluby, laudanum, które miało zrównoważyć działanie rosnących dawek związków rtęci, leku na jego coraz gorszy stan. I cały szereg midinettes, dziewek, które chociaż trochę ją przypominały. Ich miękkie ciała, płacące cenę za jej nielojalność. Constant był uderzająco przystojny. Potrafił być hojny. Wiedział, jak oczarować wdziękiem, więc dziewczęta szły z nim chętnie i spełniały każdą jego zachciankę. Do momentu gdy uświadamiały sobie, jak zdeprawowane miał gusta.

Nic mu nie pomagało. Nic nie mogło uśmierzyć męki.

Aż w ostatnich dniach stycznia wszystko się zmieniło. Gdy lód na Sekwanie zaczął topnieć, do uszu Constanta dotarły plotki o powrocie jego wybranki do Paryża. Mało tego. Nie dość, że była teraz wdową, to jeszcze na horyzoncie pojawił się kochanek. Ponoć oddała innemu to, czego odmawiała jemu.

Cierpiał katusze, spalał go gniew. Musiał wywrzeć na niej zemstę, musiał ukarać ich oboje. Nie miał innego celu w życiu. Widział jej krew na własnych rękach, oczyma wyobraźni oglądał ją cierpiącą tak. jak on przez nią cierpiał. Jedynym motywem jego działania stała się chęć ukarania zdrajczyni.

Imię rywala odkrył bez trudu. I od tego momentu myśl o tym, że ona i Vernier są kochankami, pojawiała się pierwsza każdego ranka, razem ze wschodem słońca, i była ostatnią, gdy księżyc wychodził na spotkanie nocy.

W lutym Constant rozpoczął prześladowania. Dążenie do odwetu. Postanowił najpierw zniszczyć dobre imię Verniera. Przyjął bardzo prostą taktykę: tu plotka, tam słówko w ucho gryzipiórka z jakiegoś szmatławca, ówdzie pomówienie. Kropla drąży skałę. Fałszywe dowody przechodziły z jednej chciwej dłoni do drugiej. Oszczerstwa tuczące się w labiryncie tajnych stowarzyszeń nowicjuszy, akolitów i hipnotyzerów, funkcjonujących poza szacowną fasadą Paryża, wiecznie podejrzliwych, zawsze w strachu przed zdradą. Smakowite wieści, dwuznaczne podszepty, anonimowe po-twarze i zniesławienia.

Kłamstwa, same kłamstwa, ale jakże pięknie podane.

Niestety, nawet ta kampania oszczerstw, choć tak zgrabnie prowadzona, nie dała Constantowi satysfakcji. Koszmary w dalszym ciągu nawiedzały jego sny, nawet dni prześladowały go wizerunkiem kochanków splecionych w miłosnym uścisku. Postępująca choroba odbierała mu sen. Gdy zamykał oczy, nękały go obrazy samego siebie, biczowanego i przybijanego do krzyża. Cierpiał od wizji własnego ciała, rozciągniętego na ziemi jak współczesny Syzyf, przygnieciony kamieniem, który oblał własnym potem, albo jak przykuty do skały Prometeusz, gdy dawna kochanka wczepiała się w jego pierś i wyrywała mu wątrobę.

W marcu doszło do pewnego rodzaju rozwiązania. Ona umarła. A jej śmierć przyniosła mu coś na kształt wyzwolenia. Z daleka patrzył, jak opuszczano trumnę w mokry dół na Cimetiere de Montmartre, i czuł. jak ktoś zdejmuje mu ciężar z ramion. Długo i z wielką przyjemnością obserwował Verniera pogrążonego w rozpaczy.

Wiosna ustąpiła gorącemu lipcowi, a potem sierpniowi. Constant znalazł spokój. Nadciągnął wrzesień. I nagle przypadkowo posłyszane słowa, kątem oka uchwycony obraz blond włosów pod niebieskim kapeluszem na Boulevard Haussmann, plotki na Montmartrze o trumnie bez ciała, złożonej do ziemi pół roku wcześniej. Wysłał dwóch ludzi, by wypytali Verniera, tej samej nocy, której doszło do zamieszek w Palais Garnier, ale irii przeszkodzono i nie dowiedział się niczego.

Przerzucał strony dziennika raz jeszcze, aż ponownie natrafił na datę szesnastego września. Strona była pusta. Vernier nie zapisał ani zdania na temat rozruchów w operze, nie odniósł się ani słowem do ataku, którego ofiarą padł w Passage des Panoramas. Ostatni wpis w pamiętniku datowany był dwa dni wcześniej. Constant po raz kolejny odwrócił kartki i przeczytał duże. mocne litery. Jedno słowo.

FIN.

KONIEC.

Zalała go fala gniewu. Litery tańczyły mu przed oczami, naśmiewały się, drwiły. Po tym wszystkim, co przeszedł, po wszystkim, co wycierpiał, odkrył, że to on sam padł ofiarą mistyfikacji. A przy tym czego się spodziewał po oczernianiu Verniera? Miał nadzieję, że pozbawienie rywala honoru da mu satysfakcję? Przywróci spokój? Czyste szaleństwo. Niemniej jednak teraz już wiedział, co należy zrobić.

Wytropi go, gdziekolwiek się skrył. Znajdzie – i zabije.

Służący postawił mu przy łokciu szklaneczkę brandy.

– Generał du Pont może się wkrótce pojawić – mruknął i wrócił na wartę przy oknie.

Rzeczywiście, czas mijał.

Constant złożył papier, którym był owinięty dziennik. Dziwne, że notatnik w ogóle znajdował się w mieszkaniu. Dlaczego Vernier go tu zostawił, skoro nie zamierzał wracać? Czyżby wyjeżdżał w tak wielkim pośpiechu? A może nie planował opuszczenia Paryża na długo?

Połknął brandy jednym haustem i cisnął szklaneczkę w kominek. Służący drgnął. Szkło rozprysło się na tysiąc ostrych, błyszczących kawałków. Powietrze zadrżało od tej gwałtowności.

Constant wstał i starannie odstawił krzesło na miejsce przy stole. Podszedł do kominka, otworzył szkło chroniące tarczę zegara i przestawił wskazówki na ósmą trzydzieści. Potem uderzył ciężkim czasomierzem w gzyms, raz, drugi, trzeci, aż mechanizm przestał działać. Ułożył zegar tarczą do dołu między połyskującymi odłamkami szkła.

– Otwórz szampana i przynieś dwa kieliszki.

Sługa zrobił, jak pan kazał.

Constant przysiadł na szezlongu. Chwycił Marguerite Vernier za włosy i ułożył sobie jej głowę w ramionach. Czuł od niej słodko-metaliczny zapach krwi. Jasne poduszki zabarwiły się na purpurowo, pierś kobiety znaczyła czerwona plama, podobna do przerośniętego cieplarnianego kwiatu.

Wlał trochę szampana do ust Marguerite, następnie przycisnął brzeg kieliszka do jej rozbitych warg, aż na szkle pojawił się delikatny ślad szminki. Do połowy napełnił szkło trunkiem i odstawił na podręczny stolik. Do drugiego kieliszka także nalał trochę szampana, butelkę położył na podłodze. Płyn szybko utworzył na dywanie musującą kałużę.

– Czy nasi drodzy przedstawiciele czwartej władzy wiedzą, że znajdą tu dzisiaj pożywkę?

– Tak, proszę pana. – Z twarzy służącego na moment opadła maska. -Czy pani Vernier… nie żyje?

Nie doczekał się odpowiedzi. Doskonale wiedział, co oznacza takie milczenie.

Constant wziął z kredensu fotografię w ramce. Pośrodku zdjęcia siedziała Marguerite, za nią stały dzieci. Z tyłu widniała nazwa zakładu fotograficznego oraz data. Październik 1890. Dziewczyna miała rozpuszczone włosy. Jeszcze dziecko.

Służący odkaszlnął.

– Czy będziemy się wybierali do Rouen, proszę pana?

– Do Rouen?

Widząc spojrzenie pana, sługa nerwowo wykręcił palce.

– Bardzo przepraszam, ale zdawało mi się, że madame Vernier powiedziała, że jej dzieci pojechały do Rouen.

– Ach, tak. Wykazała się większą odwagą… i inicjatywą, niż przypuszczałem. Ale Rouen? Wątpię, żeby akurat tam pojechali. Może naprawdę nie wiedziała. – Rzucił swojemu człowiekowi zdjęcie. – Popytaj o dziewczynę. Ktoś musiał coś widzieć albo słyszeć. Ktoś coś powie. Zawsze ktoś mówi. A ją ludzie na pewno pamiętają. – Na jego ustach pojawił się lodowaty uśmiech. – Zaprowadzi nas do Verniera i tej… dziwki.

ROZDZIAŁ 27 OO

DOMAINE DE LA CADE

Leonie krzyknęła. Poderwała się niczym spięta ostrogą, siadła prosto, serce waliło jej jak młotem. Świeca zgasła jakiś czas temu i we wnętrzu panowała ciemność.

Przez chwilę zdawało się dziewczynie, że znowu jest w salonie rodzinnego domu, przy rue de Berlin. Potem opuściła wzrok i ujrzała na poduszce monografię pana Baillarda. Wtedy uświadomiła sobie fakty.

Koszmar.

Straszny sen o demonach, zjawach, duchach i widziadłach, o potworach z ostrymi szponami i o starożytnych ruinach, oblepionych pajęczynami. O pustych oczach upiora.

Oparła się o drewniane wezgłowie łóżka. Powoli odzyskiwała spokój. Ciągle miała przed oczami kamienny grobowiec pod sinym niebem, zwiędłe girlandy wokół tarczy, a na niej herb rodu dawno upadłego i okrytego niesławą.

Co za straszny sen.

Choć serce biło jej znacznie spokojniej, w głowie ciągle łupało.

– Madomaisela Leonie? Madama mnie przysłała, żebym się dowie

działa, czy panienka czegoś potrzebuje?

Z ulgą rozpoznała głos Mariety.

– Madomaisela? Wzięła się w garść.

– Viens! – zawołała.

Usłyszała szczęk sprężyny, ale drzwi się nie otworzyły.

– Przepraszam, madomaisela, zamknięte na klucz.

Nie przypominała sobie, żeby go przekręcała w zamku. Wsunęła stopy w jedwabne savates i pobiegła do drzwi. Marieta dygnęła grzecznie.

Madama Lascombe i senher Vernier kazali mi spytać, czy panienka do nich dołączy na kieliszek przed snem.

– Która godzina?

– Prawie wpół do dziesiątej.

Późno.

Przetarła oczy.

– Tak, powtórz im, proszę, że zaraz przyjdę. Nie będę potrzebowały

twojej pomocy.

Gdy służąca zniknęła. Leonie włożyła bieliznę i prostą wieczorową suknię, nic wyszukanego. Upięła włosy szpilkami i grzebieniami, kropelką wody kolońskiej zwilżyła skórę za uszami oraz na nadgarstkach i zeszła do salonu.

Na jej widok podnieśli się oboje. Izolda ubrana była w turkusową suknię o prostym kroju, ze stójką i rękawami do łokci, ozdobioną koralikami. Wyglądała wytwornie.

– Przykro mi, że na mnie czekaliście – przeprosiła Leonie, całując w policzek najpierw ciotkę, potem brata.

– Już prawie straciliśmy nadzieję – rzekł Anatol. – Na co masz ochotę? My pijemy szampana. To znaczy, przepraszam, ja szampana, a Izolda „nie szampana".

– Jak to? – zdziwiła się dziewczyna. – Nie rozumiem.

– Brat się z tobą droczy – rzekła gospodyni z uśmiechem. Piję blanquette de Limoux. To miejscowe wino musujące. Jest słodsze, lżejsze i lepiej niż szampan gasi pragnienie. Przyznaję, to mój ulubiony trunek.

– Chętnie spróbuję – uznała Leonie, przyjmując kieliszek. – Zaczęłam czytać tę książeczkę pana Baillarda – powiedziała, spoglądając na brata i sama nie wiem, kiedy zasnęłam. Obudziło mnie pukanie Mariety.

– Aż taka nudna ta lektura? – zaśmiał się Anatol.

– Nie, wręcz przeciwnie! Fascynująca! Czytałam o tym, że Domaine de la Cade, a w każdym razie teren, na którym teraz jest dom i posiadłość, od dawna stanowił temat wielu miejscowych legend i strasznych opowieści o duchach, diabłach i zjawach, przechadzających się tutaj nocami. Najbardziej znane historie dotyczą okrutnej dzikiej bestii, czarnej jak smoła, pół diabła, pół zwierzęcia, która nawiedza te strony w złych czasach, porywając zwierzęta domowe i dzieci.

Izolda i Anatol wymienili spojrzenia.

– Pan Baillard pisze – podjęła Leonie – że właśnie dlatego tak wiele miejscowych nazw geograficznych odnosi się do przeszłości powiązanej ze zjawiskami nadprzyrodzonymi. Przytacza jedną z bajek, dotyczącą jeziorka na górze Tabe, tak zwanego Diablego Stawu, które stanowi podobno połączenie z samym piekłem. Jeśli wrzucić do niego kamień, wydobywają się chmury siarki, a potem przychodzi gwałtowna burza. Podobno w tysiąc osiemset czterdziestym, kiedy letnia susza bardzo dawała się we znaki chłopom, zdesperowany młynarz z Montsegur wspiął się na górę Tabe i wrzucił do stawu żywego kota. Zwierzę walczyło jak oszalałe, czym tak zirytowało diabła, że zesłał na okolicę ulewny deszcz, który nie ustawał dwa miesiące.

Kawałek drewna w kominku strzelił iskrami. Anatol przesunął się w fotelu i położył ramię na jego oparciu. Bzdury! orzekł. Zaczynam żałować, że ci tę książeczkę przyniosłem.

Leonie wykrzywiła się w jego stronę.

– Możesz sobie zaprzeczać, ile chcesz, a i tak w każdej bajce jest ziarno prawdy.

– Słusznie powiedziane – wsparła ją Izolda. Mój mąż bardzo się interesował legendami związanymi z Domaine de la Cade. a zwłaszcza wizy-gockim okresem ziem, na których leży posiadłość. Razem z panem Bail-lardem niekiedy długo w noc omawiali takie właśnie sprawy. Nierzadko przyłączał się do nich proboszcz z Rennes-les-Bains.

Leonie ujrzała oczyma wyobraźni trzech mężczyzn, w skupieniu pochylonych nad księgami, oraz Izoldę, osamotnioną, na boku.

– Sauniere. – Anatol pokiwał głową. – Usłyszeliśmy o nim w drodze z Couizy od pana Gabignauda.

– A skoro już o tym mowa – podjęła Izolda – warto wspomnieć, że Jules zachowywał się w towarzystwie pana Baillarda ostrożnie.

– Jak to?

Gospodyni uczyniła nieznaczny gest smukłą dłonią.

– Może użyłam zbyt mocnego słowa… Powiedzmy zatem, że odnosił

się do niego z widocznym szacunkiem. Nie do końca potrafię to określić.

Darzył go wielkim respektem ze względu na jego lata i wiedzę.

Anatol ponownie napełnił kieliszki i zadzwonił po drugą butelkę.

– Z tego wynika, że pan Baillard mieszka w okolicy?

– Ma mieszkanie w Rennes-les-Bains, chociaż w zasadzie przebywa gdzie indziej. Gdzieś w górach Sabarthes, o ile mi wiadomo. Jest wyjątkowym człowiekiem, niestety, dość skrytym. Bardzo ostrożnie mówi o swoich doświadczeniach, za to szczodrze dzieli się wiedzą i zainteresowaniami, a te są bardzo rozległe. Jest ekspertem nie tylko w sprawach miejscowego folkloru i obyczajów, ale także herezji albigeńskiej. – Zaśmiała się lekko. – W rzeczy samej, Jules zauważył kiedyś, że słuchając pana Baillarda, można odnieść wrażenie, iż był świadkiem zdarzeń, o których opowiada, chociażby średniowiecznych bitew. Tak barwne są jego opisy.

Uśmiechnęli się wszyscy troje.

– Pora roku nie jest może najwłaściwsza – podjęła Izolda ale gdybyście mieli ochotę, możemy odwiedzić ruiny kilku granicznych zamków. Pogoda wydaje się sprzyjająca.

– Z największą przyjemnością. – Anatol skłonił się.

– Na sobotniej kolacji posadzę was obok pana Baillarda, będziecie mogli do woli go wypytywać o diabły, przesądy i mity zagnieżdżone w pobliskich górach.

Leonie wróciła myślami do opowieści pana Baillarda, więc tylko bez słowa pokiwała głową. Anatol także milczał. Niepostrzeżenie zmieniła się atmosfera w salonie. Zniknął nastrój swobodnej konwersacji. Przez dłuższą chwilę słychać było jedynie tykanie zegara i trzaskanie drewna w kominku.

Dziewczyna odruchowo podążyła spojrzeniem do okien. Chociaż zamknięte okiennice odgradzały wnętrze od nocy, miała wrażenie, że ciemność napiera na nią, jak żywa istota. Mimo że to tylko wiatr poświstywał w ogrodzie, jej się zdawało, że noc mruczy zaklęcia, wzywając pradawne duchy lasu.

Podniosła wzrok na ciotkę, piękną w miękkim blasku ognia. I zastygłą w milczącym bezruchu.

Czy ona też to czuje?

Izolda miała jasną, spokojną twarz, próżno by na niej szukać emocji. Leonie nie potrafiła odgadnąć toku myśli ciotki. Tyle że w jej oczach z pewnością nie dostrzegała żalu po stracie męża. Nie było też w niej żadnego niepokoju czy nerwowości.

Dziewczyna opuściła wzrok na blanąuette w swoim kieliszku, po czym wychyliła trunek do dna.

Zegar wydzwonił wpół do jedenastej.

Gospodyni oznajmiła, że zamierza napisać zaproszenia na sobotnią kolację, i wyszła do gabinetu. Anatol wziął z tacy przysadzistą zieloną butelkę likieru Benedictine. Przyjrzawszy się jej uważnie, oświadczył, że zostanie jeszcze wypalić cygaro.

Leonie pocałowała brata na dobranoc. Wyszła z salonu odrobinę rozkołysanym krokiem, przecięła hol pogrążona w myślach o minionym dniu. O wszystkim, co sprawiło jej przyjemność i co ją zaintrygowało. I o tym, że ciotka Izolda odgadła, za jakimi cukierkami przepada Anatol. Jak dobrze się czuli, wszyscy troje, w swoim towarzystwie. O tym, jakie przygody będzie przeżywała na południu Francji, jak będzie zwiedzała sam dom oraz, przy sprzyjającej pogodzie, całą posiadłość.

Już położyła dłoń na poręczy schodów, gdy zauważyła, że ktoś otworzył klapę fortepianu. Kontrastowe klawisze lśniły w blasku świecy, jak świeżo wypolerowane. A mahoniowa skrzynia zdawała się emanować wewnętrznym światłem.

Leonie nie była szczególnie uzdolnioną pianistką, lecz i tak nie potrafiła się oprzeć zaproszeniu. Zagrała gamę, potem arpeggio, wreszcie akord. Instrument miał śliczne brzmienie, miękkie i precyzyjne, najwyraźniej znajdował się w dobrych rękach, nastrojony i zadbany. Przez chwilę pozwoliła dłoniom błądzić po klawiszach, śląc w przestrzeń melancholijną pieśń dawnych czasów. Ot, zaledwie kilka dźwięków, nikłe pasmo melodii, którą przez moment poniosło echo. Chwytającą za serce, miłą dla ucha.

Na koniec glissando – i dłoń oderwała się od klawiatury na dobre.

Dziewczyna poszła na piętro, do sypialni, do łóżka.

Mijały godziny. Leonie spała. Dom, pokój za pokojem, pogrążał się w ciszy. Jedna po drugiej gasły świece. Za ścianami z szarego kamienia ziemia, trawa, jezioro i drzewa trwały w księżycowym srebrze. Panował całkowity spokój.

Pozornie.

CZĘŚĆ IV. Rennes-les-Bains Październik 2007

ROZDZIAŁ 28

Rennes-les-Bains

Poniedziałek, 29 października 2007

Samolot wylądował na lotnisku Blagnac pod Tuluzą dziesięć minut przed czasem. O wpół do piątej Meredith już wyjeżdżała wynajętym samochodem z parkingu. Ubrana w dżinsy, w sportowych butach i z torbą przewieszoną przez ramię, wyglądała na studentkę.

Popołudniowy ruch na obwodnicy przypominał wariacką grę komputerową Grand Theft Auto, tyle że bez użycia broni. Dziewczyna ściskała kierownicę i z nosem przyklejonym do przedniej szyby mozolnie torowała sobie drogę w mrowiu pojazdów.

Na autostradzie poczuła się pewniej. Włączyła klimatyzację, a nawet radio. Między zaprogramowanymi stacjami znalazła muzykę klasyczną, podkręciła głos. Nadawali to. co zwykle: Bacha, Mozarta, Pucciniego, ale trafił się i Debussy.

Autostrada prowadziła w zasadzie prosto jak strzelił, wystarczyło skierować się na Carcassonne. Po mniej więcej trzydziestu minutach jazdy Meredith skręciła na drogę lokalną, biegnącą przez Mirepois i Li-moux. W Couizie odbiła w lewo, na Arques, i zaraz, dosłownie po dziesięciu minutach, w krętą drogę, wiodącą w prawo, w dół. O szóstej, pełna oczekiwań i podekscytowana, wjechała do miasta, o którym tak wiele myślała.

Pierwsze wrażenie okazało się pozytywne. Rennes-les-Bains było znacznie mniejsze, niż oczekiwała, do tego stopnia, że główna ulica, uczciwie rzecz biorąc, niezupełnie zasługiwała na swoją nazwę. Ledwo się na niej mijały dwa samochody. Tak czy inaczej, miasteczko uwodziło szczególnym wdziękiem. Nawet fakt, że było kompletnie wyludnione, nie zdołał zniechęcić Meredith.

Minęła brzydki kamienny budynek, potem zawiesiła wzrok na pięknych ogrodach, schodzących od drogi, opatrzonych nad wejściem tablicą z napisem JARDIN DE PAUL COURRENT i drugą, na murze, LE PONT DE EER.

Stop! Gwałtownie wcisnęła pedał hamulca. W ostatniej chwili. Inaczej huknęłaby w kufer niebieskiego peugeota, który także ostro wyhamował.

Przed nimi stała kolejka pojazdów. Meredith wyłączyła radio, wdusiła przycisk otwierający okno i wystawiła przez nie głowę. Przed samochodami zobaczyła grupkę robotników, stojących obok żółtego znaku drogowego: ROUTE BARREE. Aha. Roboty drogowe.

Kierowca peugeota wysiadł i ruszył w stronę przeszkody, coś wykrzykując oraz gwałtownie gestykulując. Gdy kilku innych także opuściło pojazdy, Meredith zrobiła to samo. Akurat ten od peugeota zawrócił. Miał pięćdziesiątkę z okładem, posiwiałe skronie i lekką nadwagę, ale trzymał się bardzo dobrze. Bezdyskusyjnie atrakcyjny. Zachowywał się jak człowiek przyzwyczajony do stawiania na swoim. Co dziwne, ubrany był w czarny garnitur, pod szyją miał smolisty krawat, a na nogach wyglansowane buty w tym samym kolorze.

Rzuciła okiem na tablicę rejestracyjną. Numer kończył się na II. Miejscowy.

– Qu'est-ce qui se passe? – zapytała.

– Drzewo się przewróciło – rzucił, nie zwróciwszy na nią większej uwagi. Wkurzyło ją, że odpowiedział po angielsku. Naprawdę nie miała aż tak fatalnego akcentu, żeby w niej rozpoznawać osobę anglojęzyczną po jednym krótkim pytaniu.

– Wiadomo, ile to potrwa?

– Powiedzieli, że przynajmniej pół godziny – odparł, wsiadając do wozu – co może oznaczać dowolną ilość czasu. Trzy godziny? Do jutra rana? Jesteśmy na południu.

Był zniecierpliwiony. Chciał jechać. Meredith zrobiła krok do przodu, położyła rękę na drzwiach.

– Jest jakiś objazd?

Tym razem wreszcie podniósł na nią wzrok. Miał oczy niebieskie, zimne jak stal. Przeszywające spojrzenie.

– Trzeba wrócić do Couizy i jechać górą, przez Rennes-le-Chateau.

O tej porze to ze czterdzieści minut drogi. Radziłbym jednak zaczekać.

W ciemności łatwo się zgubić. – Popatrzył znacząco na jej rękę. – Wybaczy

pani.

Meredith poczerwieniała.

– Bardzo dziękuję – powiedziała i puściła drzwi.

Nieznajomy wjechał tyłem na chodnik, wysiadł i oddalił się – na piechotę.

– Takiemu lepiej nie wchodzić w drogę – mruknęła, sama zdziwiona.

dlaczego tak się na niego wściekła.

Paru kierowców zawróciło na trzy, ledwo się mieszcząc na wąskiej ulicy, i odjechało. Meredith nie bardzo wiedziała, co robić. Niezależnie od złości na nieznajomego, pewnie należało posłuchać jego rady. Nie było sensu błądzić po wzgórzach.

Postanowiła wobec tego pozwiedzać miasto. Pieszo. Wycofała samochód na chodnik, zaparkowała obok peugeota. Nie miała pewności, czy jej przodkowie rzeczywiście pochodzili z Rennes-les-Bains, czy też fotografie, które trafiły do jej rąk, świadczyły tylko o jakimś epizodzie z ich życia. Żołnierz sfotografowany tutaj w tysiąc dziewięćset czternastym mógł trafić na południe Francji tylko na krótki czas. Niczym innym jednak nie dysponowała. Wobec tego równie dobrze mogła od razu rozpocząć poszukiwania.

Z siedzenia pasażera wzięła torbę z laptopem, którego za nic w świecie nie zostawiłaby w samochodzie, upewniła się, że bagażnik jest zamknięty, i od razu skierowała się do kompleksu sanatoryjnego, dosłownie dwa kroki dalej.

Na drzwiach głównego budynku zastała kartkę z informacją, że uzdrowisko jest zamknięte na zimę. Od pierwszego października do trzydziestego kwietnia. Stała, patrzyła i gotowała się z bezsilnej złości. Nie wiedzieć czemu uznała, że zakład jest otwarty przez cały rok na okrągło. Nie zadała sobie trudu, żeby to sprawdzić. A przecież wystarczyło zadzwonić.

Z rękami wbitymi głęboko w kieszenie stała jakiś czas, przyglądając się budynkowi. W oknach ciemno, w środku na pewno żywego ducha. Chociaż miała świadomość, że poszukiwania śladów Lilly Debussy były, przynajmniej częściowo, jedynie pretekstem, by się wybrać na południe Francji, to jednak rzeczywiście pokładała nadzieje w uzyskaniu jakichś informacji w sanatorium. Była zdecydowana znaleźć stare zapiski i fotografie z przełomu wieków, gdy Rennes-les-Bains pełniło funkcję jednego z najmodniejszych kurortów w okolicy.

Niestety, skoro zakład kąpielowy został zamknięty na cztery spusty, to nawet jeśli faktycznie znajdowały się w nim jakieś dowody na to, że Lilly przechodziła tutaj kurację latem tysiąc dziewięćsetnego roku, albo jakieś wzmianki o młodym człowieku w mundurze, Meredith nie miała jak do nich dotrzeć.

Może zdołałaby przekonać burmistrza, czy kogo tam trzeba, żeby ją wpuścił? Ech, marne szanse. Rozczarowana własnym brakiem wyobraźni okręciła się na pięcie i wróciła na ulicę.

Obok zabudowań odkryła ścieżynkę ochrzczoną Allee des Bains de la Reine. Poszła nią i dotarła na brzeg rzeki, gdzie ostrzejsze powietrze kazało jej ciaśniej otulić się kurtką. Przed sobą miała spory basen, zupełnie suchy. Obszerny taras również był opuszczony i zaniedbany, błękitne płytki na podłodze popękane, różowa farba ze ścian odłaziła płatami, tu i ówdzie został jakiś plastikowy biały fotel. Wszystkie uszkodzone. Trudno było sobie wyobrazić, że ten basen jest w ogóle jeszcze używany.

Ruszyła dalej. Alejka spacerowa nad brzegiem rzeki także była zaniedbana. I również tu – nikogo. Jak po nocnym grillu w plenerze, tak i tutaj zostały tylko wyschnięte ślady opon. Wzdłuż alejki stały metalowe ławki, pogięte i smętne, zardzewiała rozchwierutana pergola w kształcie korony, wieńcząca drewnianą ławę, wyglądała, jakby już od lat nikt o niej nie pamiętał. Zostały tylko metalowe haczyki, służące do podwieszania jakiegoś zadaszenia, chroniącego przed słońcem.

Z nawyku wyjęła aparat. Ustawiła przesłonę na kiepskie warunki oświetlenia i bez większego przekonania strzeliła parę fotek. Próbowała sobie wyobrazić Lilly siedzącą na jednej z metalowych ławek. Młodą kobietę, ubraną w białą bluzkę i czarną spódnicę, o twarzy chronionej przez kapelusz z szerokim rondem, marzącą o Debussym i o Paryżu. Chciała oczami wyobraźni zobaczyć żołnierza z fotografii w kolorze sepii, przechadzającego się brzegiem rzeki, może z dziewczyną pod rękę? Nic z tego. Źle się tu czuła. Wszystko zniszczone, opuszczone, zaniedbane. Zostawione na łaskę losu. Świat poszedł naprzód, zapominając o tym miejscu.

Zasmucona i spowita w tęsknotę za wyobrażoną przeszłością, której nigdy nie pozna, wolnym krokiem ruszyła aleją. Minęła zakręt rzeki i znalazła się przed betonowym mostem. Stanęła niezdecydowana. Po drugiej stronie okolica była zdziczała, najwyraźniej mało kto tam w ogóle zaglądał. No i nierozsądnie zapuszczać się w taką głuszę w obcym mieście, zwłaszcza z cennym laptopem i aparatem w torbie.

W dodatku się ściemnia.

Mimo wszystko coś ją tam ciągnęło. Duch odkrywcy, żądza wrażeń? Chciała poznać to miasto od podszewki. Zobaczyć coś, co było tutaj od wieków, od zawsze. Nie tylko główną ulicę ze współczesnymi kawiarniami i nowoczesnymi samochodami. I może, jeśli jej się uda zadzierzgnąć jakąś więź z miastem, pozbędzie się wrażenia, że traci czas, którego tutaj i tak ma niewiele?

Przewiesiła torbę przez pierś i poszła.

Po drugiej stronie rzeki panowała zupełnie inna atmosfera. Meredith od razu poczuła się bliżej natury. Strome występy skalne zdawały się na wyciągnięcie ręki. Krzewy i drzewa, tonące w zieleni, brązach i złocie, powlokła tajemniczość zmierzchu. Taka okolica mogłaby być kusząca, gdyby nie to. że było w niej coś dziwnego. Jakby straciła trzeci wymiar, zgubiła swój prawdziwy charakter, ukryty pod barwną maską.

W październiku zmrok zapadał szybko, więc Meredith ostrożnie stawiała stopy między dzikimi różami, w przerośniętej trawie, obok śmieci naniesionych wiatrem. Światła samochodu, przejeżdżającego po moście, wyłowiły z półmroku szare skały, schodzące do miasta. A gdy warkot silnika umilkł w oddali, nastała cisza.

Meredith szła ścieżką aż do końca. U wejścia do czarnego tunelu, prowadzącego pod drogą prosto w górskie zbocze, stanęła niezdecydowana.

Kanał burzowy?

Oparła dłoń na zimnej ścianie z cegieł i zajrzała do środka. Wilgotne powietrze spod kamiennego łuku otarło się jej o twarz. Wąskim kanałem woda płynęła szybciej, tu i ówdzie pojawiały się białe grzywki piany.

Wzdłuż tunelu prowadziła wąska półka.

Lepiej tam nie wchodzić.

A jednak weszła. Opierając się prawą ręką o ścianę, zrobiła pierwszy krok w półmrok. Natychmiast zagarnęła ją woń mchu i wilgoci. Kamienna półka była śliska, kazała uważnie stawiać każdy krok. Meredith posuwała się ostrożnie, stopa za stopą, dalej i dalej, aż ametystowy zmierzch zmienił się w bladą poświatę. Brzeg rzeki dawno zniknął.

Pochylając głowę, by nie zawadzić o łukowate sklepienie, przystanęła, spojrzała w wodę. Jakaś czarna rybka pędziła między wodorostami kładzionymi prądem. Tam gdzie rzeczka opływała kamienie i skałki, tworzyły się białe zmarszczki.

Meredith, ukołysana jasnym szumem i nieprzerwanym ruchem wody, przykucnęła. Cudownie odprężona błądziła wzrokiem po nierównej tafli. Znalazła spokój. Sekretny azyl. Tu łatwiej było szukać powiązania z przeszłością, zobaczyć chłopców w krótkich spodenkach i bose dziewczynki o kręconych włosach, ściągniętych do tyłu satynowymi wstążkami, dzieci bawiące się pod starym mostem w chowanego. I usłyszeć echo głosów dorosłych, wołających z przeciwległego brzegu rzeki.

Co jest, u licha?

Przez ułamek sekundy widziała twarz. Z wbitym w nią wzrokiem. Zmrużyła oczy. Cisza zamarła w bezruchu, a w powietrze wkradł się chłód, jakby ktoś wyssał z niego życie. Serce zabiło jej mocniej, zmysły się wyostrzyły. Nerwy miała napięte jak struny.

To tylko moje odbicie.

Odwołując się do zdrowego rozsądku, spojrzała jeszcze raz w nierówne zwierciadło rzeki.

Tym razem nie miała wątpliwości. Z pewnością nie było to jej odbicie, choć w rysach twarzy bez trudu dostrzegła podobieństwo. Ta druga, ta pod wodą, dziewczyna o długich włosach, niesionych prądem, ta istota, która przywodziła na myśl szekspirowską Ofelię, miała zamknięte oczy. Powieki drgnęły, wolno się uniosły i na Meredith spojrzały niesamowicie zielone oczy, przesycone błyskami wody.

Meredith krzyknęła i zerwała się na równe nogi. Mało brakowało, a byłaby straciła równowagę i wylądowała w rzece. Klapnęła dłońmi o ścianę za plecami, stanęła pewniej. Dużo odwagi ją kosztowało, by spojrzeć w wodę ponownie.

Nic.

Niczego tam nie było. Żadnego odbicia, żadnej twarzy ani zjawy, tylko rozmazane podwodne kamyki, tylko wodorosty poruszane nurtem rzeki. Tylko woda płynąca po kamieniach.

Meredith ruszyła do wyjścia. Jak najszybciej. Byle wydostać się z tunelu. Ślizgała się, oddech jej się rwał, ale wytrwale, stopa za stopą, krok za krokiem przesuwała się po skalnej półce. Wreszcie dotarła do wylotu kanału, wyszła. Nogi jej się trzęsły. Zdjęła torbę z ramienia i ciężko siadła na suchszej kępce trawy, podciągając kolana pod brodę. Nad jej głową, na drodze, wysunęły się z miasta dwa promienie świateł kolejnego samochodu.

Czy to tak się zaczyna?

Najbardziej na świecie bała się choroby, która dotknęła jej rodzoną matkę. Że także i ją będą prześladowały głosy i zjawy, których nikt poza nią nie będzie słyszał ani widział.

Kilka razy odetchnęła głęboko.

Nie jestem nią.

Dała sobie jeszcze kilka chwil, po czym wstała. Otrzepała się. wyciągnęła ze szczelin podeszwy jakieś patyczki, podniosła torbę i ruszyła z powrotem przez most.

Ciągle była wstrząśnięta, ale też zła na siebie, że tak się dała wystraszyć. Już dawno temu nauczyła się odpowiednich technik przywoływania dobrych wspomnień w miejsce złych. Zastosowała ją teraz. Zamiast słuchać w myślach płaczu Jeanette, przypominała sobie głos Mary. Słyszała słowa, jakie zwykle wypowiadają matki, kiedy dziecko wróci ze szkoły ubłocone po pachy, w spodniach z dziurami na kolanach albo pokąsane przez owady i niemiłosiernie podrapane. Gdyby Mary była tu teraz, zmartwiłaby się, że jej przybrana córka wałęsa się Bóg wie którędy i wchodzi, gdzie jej nie proszono. Jak zwykle.

Nic nowego.

Ogarnęła ją tęsknota za domem. Po raz pierwszy od dwóch tygodni, odkąd znalazła się w Europie, uznała, że wołałaby skulić się w ulubionym fotelu, otulona pledem, który Mary zrobiła specjalnie dla niej, gdy w piątej klasie wyjechała na cały semestr. Chciała wrócić do domu, a nie w jakiejś francuskiej dziurze zabitej dechami uganiać się za widmami przeszłości.

Była zmarznięta i nieszczęśliwa. Spojrzała na wyświetlacz komórki. Zasięg zero, ale zegarek oczywiście działał. Od chwili gdy wyszła z samochodu, minęło zaledwie piętnaście minut. Przygarbiła się zniechęcona. Drogi jeszcze nie odblokowali, to pewne.

Jakoś nie chciało jej się wracać Allee des Bains de la Reine, więc poszła chodnikiem biegnącym na tyłach domów, między miastem a rzeką. Widziała stąd podparte balami betonowe dno basenu, wiszące nad ścieżką. Linia budynków zdawała się nieco spokojniejsza. W cieniu zabłysły oczy kota, wędrującego od słupa do słupa. Pod mury i na druty wiatr narzucił różne śmieci, kawałki papieru, butelki po wodzie mineralnej.

Rzeka zakręcała w prawo. Łukowate przejście w jednej ze ścian prowadziło w dolinę prosto z ulicy, od razu na ścieżkę nad brzegiem. Zmierzch zgęstniał. Gdy zapaliły się uliczne latarnie, Meredith dostrzegła starszą kobietę w kwiaciastym kostiumie kąpielowym oraz czepku, leżącą w niewielkim basenie, zaledwie kręgu z kamieni. Przy brzegu czekał na nią starannie złożony ręcznik. Obok szczupły mężczyzna o pomarszczonym ciele właśnie się wycierał. Dziewczyna zadrżała. Koniec października! Dopiero wtedy dostrzegła, że nad powierzchnią wody unosi się para.

Mimo wszystko ona by się na to nie zdecydowała. Próbowała sobie wyobrazić cudowne dni fin de siecle'u, gdy Rennes-les-Bains było słynnym uzdrowiskiem. Kabiny kąpielowe na kółkach, damy i dżentelmeni w dziwacznych strojach kąpielowych, wchodzący do wód leczniczych, służba i pielęgniarki stojący za nimi na brzegu.

Nic z tego.

Rennes-les-Bains przypominało teatr po opuszczeniu kurtyny i wygaszeniu świateł. Nie pozwalało na żadne wzloty wyobraźni.

Wąskimi schodkami bez poręczy weszła na most dla pieszych, metalowy, pomalowany na niebiesko pomost, łączący oba brzegi rzeki. 1 zaraz dostrzegła tabliczkę, którą widziała wcześniej: LE PONT DE FER. Dokładnie tutaj zostawiła samochód.

Wróciła do cywilizacji.

ROZDZIAŁ 29

Tak jak przypuszczała, droga nadal była zablokowana. Samochód stał na miejscu, tuż za niebieskim peugeotem. Na chodniku przybyły jeszcze dwa wozy.

Minęła Jardin de Paul Courrent i poszła dalej główną ulicą, ot. w stronę świateł. W pewnym momencie skręciła w prawo, w stromą uliczkę, która zdawała się prowadzić prosto w zbocze góry. Jednak nie. Kończyła się na parkingu, zastanawiająco pełnym wobec pustki na ulicach. Przeczytała tablicę z informacjami dla turystów oraz przyjrzała się drewnianemu drogowskazowi: L'Homme Mort, La Cabanasse, La Source de la Madeleine. I jeszcze droga do pobliskiej wioski, Rennes-le-Chateau.

Powietrze nasiąknęło wilgocią. Świat wyglądał na wytłumiony. Meredith szła, zaglądając w boczne uliczki, które zdawały się prowadzić donikąd, zaglądała w jasno oświetlone okna. Wreszcie zawróciła w stronę głównej ulicy. Tym razem znalazła się przed merostwem, z tricolore na dachu, flagą Francji, złożoną z trzech pasów: niebieskiego, białego i czerwonego. Skręciwszy w lewo. wkrótce znalazła się na Place des Deux Rennes.

Jakiś czas po prostu stała, chłonąc atmosferę. Po prawej znajdowała się sympatyczna pizzeria z wystawionymi na zewnątrz drewnianymi stołami. Tylko dwa były zajęte, oba przez towarzystwo anglojęzyczne. Przy pierwszym tematem rozmowy mężczyzn był futbol oraz Steve Reich, natomiast kobiety – cieniowana brunetka, blondynka o włosach równo przyciętych do ramion i ruda z niesfornymi lokami popijały wino. rozprawiając o ostatnim kryminale lana Rankina. Przy drugim stoliku kłębiła się grupa studentów. Zajadali pizzę i popijali ją piwem. Jeden z chłopaków miał na sobie niebieską skórzaną kurtkę, nabijaną ćwiekami, drugi perorował coś o Kubie, zwracając się do przyjaciela o ciemnych włosach, który przy nogach postawił zamkniętą butelkę Pinot Grigio. Czwarty, nieco młodszy od pozostałych, siedział pogrążony w lekturze, a ostatnia osoba z grupy, śliczna dziewczyna z różowymi pasemkami we włosach, pokazywała coś przez ramkę utworzoną z palców, jakby kadrowała fotografię. Meredith, patrząc na nich, uśmiechnęła się do wspomnienia własnych uczniów, a dziewczyna, odpowiedziała jej uśmiechem.

W dalszym rogu placu Meredith zauważyła cloche-mur, wieżę z pojedynczym dzwonem, wznoszącą się nad dachami budynków. Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że patrzy na kościół.

Brukowanym podjazdem zbliżyła się do świątyni Saint-Celse et Saint-Nazaire. W skromnym portyku, otwartym na północ i południe, wisiała tylko jedna lampa. Stały tam też dwa stoły, oba puste i jakieś dziwaczne, stanowczo niewygodne.

Tablica parafialna, umieszczona obok wejścia, informowała, że kościół jest otwarty codziennie od dziesiątej do zmierzchu, z wyjątkiem dni świątecznych, ślubów i pogrzebów. Nacisnęła klamkę, ale drzwi nie ustąpiły, choć we wnętrzu płonęły światła.

Sprawdziła godzinę. Wpół do siódmej. Cóż, zamknięte to zamknięte. Odwróciła się i przyjrzała ścianie naprzeciwko wejścia. Znajdowała się na niej tablica z nazwiskami mieszkańców Rennes-les-Bains, którzy oddali życie w czasie pierwszej wojny światowej.

A Ses Glorieux Morts.

Chwała zmarłym.

Czy śmierć może być chwalebna? – zastanowiła się Meredith, wspominając znajomą fotografię żołnierza w sepii. A jej matka, która weszła do jeziora Michigan z kieszeniami pełnymi kamieni? Czy warto było składać tę ofiarę?

Podeszła bliżej i sumiennie przeczytała całą listę, choć wiedziała, jak nikłe są szanse, by znalazła tu nazwisko Martin. Czyste szaleństwo. Niewielkie miała pojęcie o swoim pochodzeniu, mimo że Mary podzieliła się z nią wszystkim, co wiedziała. Babka Louisa nosiła nazwisko Martin i dostała je po matce, nie po ojcu. Dokładnie rzecz biorąc, w akcie urodzenia zapisano „ojciec nieznany". Przodkowie Meredith wyemigrowali do Ameryki tuż po pierwszej wojnie światowej, więc miała powody przypuszczać, że żołnierz z fotografii był ojcem Louisy.

Niestety, nie znała jego nazwiska.

Raptem coś przyciągnęło jej wzrok. BOUSQUET. Producent talii kart tarota. Tej talii, którą miała w torbie podróżnej, w bagażniku. Może nawet faktycznie ta rodzina? To też trzeba będzie sprawdzić. Czytała dalej. Pod koniec listy znalazła dziwne nazwisko: SAINT-LOUP. Święty wilk? Zastanawiające.

Tuż obok wmurowano kamienną tablicę, poświęconą pamięci Henri Boudeta, proboszcza parafii od roku tysiąc osiemset siedemdziesiątego drugiego do tysiąc dziewięćset piętnastego, oraz czarny metalowy krzyż. Meredith zastanowiła się nad datami. Jeżeli jej nieznany żołnierz w sepii pochodził stąd, proboszcz mógł go znać. Miejscowość była niewielka, a okres by się zgadzał.

Przepisała wszystko, co mogło się choć w najmniejszym stopniu przydać w czasie poszukiwań. Pierwsza zasada każdej pracy badawczej: Wszystko zapisuj. Nigdy nie wiadomo, co się może okazać istotne.

Pod krzyżem wytłoczono słynne słowa Konstantyna Wielkiego: In hoc signo vinces. Znała tę sentencję nie od dzisiaj, ale tym razem zrodziła jej w głowie jakiś niepokój.

– Pod tym znakiem zwyciężysz – mruknęła raz, potem drugi, jednak nie mogła uchwycić myśli, nie umiała dociec, dlaczego to zdanie stało się nagle takie ważne.

Minęła wejście do kościoła, wyszła na dziedziniec. Przed jej oczami pojawiła się kolejna pamiątka wojenna, te same nazwiska co na płycie. Jakby jedno upamiętnienie poświęcenia tych ludzi nie wystarczało.

Tylu mężczyzn… Ojców, braci, synów… Tak wielu oddało życie.

Poszła wolno żwirową ścieżką wzdłuż kościoła. Z półmroku wychylały się ku niej nagrobki, kamienne anioły i krzyże. Od czasu do czasu przystawała, by przeczytać którąś inskrypcję. Niektóre nazwiska powracały stale. pokolenia miejscowych rodów upamiętnione w granicie i marmurze. Fromilhague i Sauniere, Denarnaud i Gabignaud.

W najdalszym kącie cmentarza znalazła się przed bogato zdobionym mauzoleum. Nad kratą widniały wyryte w kamieniu słowa: FAMILLE LASCOMBE-BOUSQUET.

Pochyliła się, by w półmroku rozszyfrować zapisy małżeństw i urodzin, które zjednoczyły rody Lascombe'ów oraz Bousquetów za życia i po śmierci. Guy Lascombe i jego żona zginęli w październiku tysiąc osiemset sześćdziesiątego czwartego. Ostatni członek rodu Lascombe, Jules, odszedł z tego świata w styczniu tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego pierwszego. A ostatnia z Bousąuetów, Madeleine, zmarła w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym piątym.

Meredith stanęła prosto i wbiła wzrok w niebo, szukając natchnienia. Coś powinna skojarzyć. Coś związanego z datami. Coś, na co do tej pory nie zwróciła uwagi.

Tak! Rok tysiąc osiemset dziewięćdziesiąty pierwszy. Pojawiał się znacznie częściej, niż można by oczekiwać. Zwróciła uwagę na tę datę przede wszystkim dlatego, że znajdowała się na kartce z wprawką na fortepian. Tuż obok tytułu. Dziewczyna miała ją przed oczami równie wyraźnie jak wówczas, gdy trzymała papier w ręku.

Ale to jeszcze nie wszystko. Cofnęła się myślami do chwili, gdy weszła na cmentarz.

Tak. To jest właśnie to. Ta data bez przerwy rzucała się w oczy.

Ruszyła między grobami, krążąc i zawracając, czytała napisy, szukała cyfr. Tak. Miała rację. Pamięć nie płatała jej figli. Wyjęła notatnik i zapisała nazwiska ludzi, którzy umarli tego samego dnia.

Cztery osoby pożegnały się z życiem trzydziestego pierwszego października tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego pierwszego roku.

Za jej plecami rozbrzmiała pieśń dzwonu.

Odwróciła się i przyjrzała światłom w kościele. Potem podniosła wzrok na gwiazdy, które już wysypały się srebrem na niebie. Słyszała przyciszone głosy wiernych, szczęk otwieranych drzwi. Głosy przybrały na sile, potem, wraz z zamknięciem drzwi, znów przycichły.

Wróciła do portyku. Dziwaczne stoły nie były już puste. Na jednym ułożono kwiaty – w celofanie, bukiety ze wstęgami, doniczkowe – na drugim rozpostarto czerwoną pilśniową materię, a na niej umieszczono księgę kondolencyjną.

Nie mogła się powstrzymać. Zajrzała. Pod dzisiejszą datą znajdowało się nazwisko oraz czas narodzin i śmierci: SEYMOUR FREDERICK LAWRENCE 15 WRZEŚNIA 1938 – 24 WRZEŚNIA 2007.

Zorientowała się, że mimo późnej pory odbędzie się pogrzeb. Nie chciała dać się zauważyć, więc pośpiesznie wróciła na Place de Deux Rennes. Jakoś przybyło na nim ludzi. W każdym wieku. Panowie w blezerach, panie w przygaszonych pastelach, chłopcy w garniturach, dziewczynki w eleganckich sukienkach. Mary nazywała to niedzielnym strojem. Rozmawiali, ale przyciszonymi głosami.

Meredith stała w cieniu pizzerii, nie chciała być wścibska. Obserwowała, jak żałobnicy znikają na kilka chwil w zakrystii, a następnie podpisują się w księdze kondolencyjnej. Zdawało się, że ściągnęło tu całe miasto.

– Czy pani wie, co się dzieje? – spytała kelnerkę.

– Funerailles, madame. Un bien-aime.

O ścianę opierała się drobna kobieta o krótko obciętych ciemnych włosach. Tkwiła nieruchomo jak zaklęta w kamień, ale nie przegapiła najmniejszego ruchu. Gdy podniosła ręce, by zapalić papierosa, rękawy koszuli zsunęły się, odsłaniając grube czerwone blizny na nadgarstkach.

Nagle, jakby wyczuła na sobie wzrok dziewczyny, spojrzała jej prosto w oczy.

– Co to znaczy un bien-aime? – spytała Meredith, byle coś powiedzieć.

– Ktoś lubiany. Szanowany – odpowiedziała nieznajoma po angielsku. Oczywiście. Jasna sprawa.

– Dziękuję. – Uśmiechnęła się lekko zażenowana. – Powinnam się była domyślić.

Kobieta o ciemnych włosach przyglądała jej się jeszcze przez chwilę, po czym odwróciła wzrok.

Znowu zabrzmiał dzwon, tym razem mocniej, wyraźniej, bardziej zdecydowanie. Tłum żałobników zrobił przejście czterem mężczyznom, którzy wynieśli z zakrystii trumnę. Za nimi szedł młody człowiek, pewnie trochę po dwudziestce, ubrany na czarno, z szopą ciemnych, błyszczących włosów. Twarz miał kredowobiałą, szczęki zaciśnięte, jakby ze wszystkich sił starał się opanować.

Obok szedł starszy od niego mężczyzna, również ubrany na czarno. Meredith patrzyła z niedowierzaniem. To był kierowca niebieskiego peugeota. Całkowicie opanowany.

Poczuła ukłucie winy.

Nic dziwnego, że był niemiły.

Odprowadziła wzrokiem trumnę w czasie krótkiej podróży z zakrystii do kościoła. Turyści przed pizzerią wstali z szacunkiem. Umilkli i czekali ze splecionymi dłońmi, aż wolno idący kondukt zniknie w przejściu.

Drzwi kościoła zamknęły się z trzaskiem. Dzwon umilkł, zostawiając w wieczornym powietrzu jedynie echo. Na skwerze życie szybko wróciło do normy. Rozległo się szuranie krzeseł, ludzie sięgnęli po szklanki, serwetki, zapalali papierosy.

Jakiś wóz przejechał główną ulicą na południe. Za nim jeszcze kilka innych. A więc najwyraźniej można było jechać dalej. Meredith odetchnęła z ulgą. Już bardzo chciała dotrzeć do hotelu.

Wyszła z cienia budynku i gdy się od niego oddaliła, wreszcie ujrzała go w całości. I wtedy – zrozumiała. Zdjęcie młodego żołnierza, jej przodka, zostało zrobione właśnie tutaj, dokładnie w tym miejscu, obramowanym przez budynki prowadzące na Pont Vieux, pomiędzy rzędem platunes a zalesionym zboczem wzgórza, wyzierającym przez lukę między domami.

Sięgnęła do torebki, wyjęła kopertę, a z niej fotografię.

Dokładnie tu.

Po wschodniej stronie skweru połyskiwał neon kawiarenki oraz motelu, ale poza tym nic się nie zmieniło. Właśnie z tego miejsca w roku tysiąc dziewięćset czternastym młody człowiek uśmiechał się do aparatu, zanim wyruszył na wojnę. Jej prapradziadek. Była tego pewna.

Ze świeżym entuzjazmem żwawym krokiem wróciła do samochodu. Spędziła w mieście niecałą godzinę i już coś znalazła. Miała konkretne wyniki.

ROZDZIAŁ 30

Meredith uruchomiła silnik i wyprowadziła samochód na ulicę. Mijając Place de Deux Rennes, spojrzała raz jeszcze na miejsce, gdzie pozował do fotografii jej przodek, jakby mogła tam dostrzec uśmiechniętego żołnierza.

Szybko znalazła się na przedmieściach i wyjechała na nieoświetloną drogę lokalną. Drzewa przybierały dziwne, zmienne kształty, od czasu do czasu wypływał z mroku jakiś budynek – czasem dom, a czasem obora czy stodoła. Na wszelki wypadek wcisnęła łokciem zabezpieczenie drzwi. Usłyszawszy kliknięcie zamka, odetchnęła nieco swobodniej.

Jechała wolno, kierując się wskazówkami z mapy zamieszczonej w ulotce reklamowej hotelu. Włączyła radio do towarzystwa, bo wiejska cisza była przytłaczająca. Po bokach miała gęsty las. Nad głową niebo ze srebrnymi gwiazdami. I na tym koniec. Żadnego żywego stworzenia, nawet kota czy lisa.

Znalazła drogę do Sougraigne i skręciła w nią w lewo. Potarła oczy. W zasadzie była zbyt zmęczona, żeby prowadzić samochód. Krzewy i słupy telegraficzne na krańcach pola widzenia kołysały się i drżały. Kilka razy zdawało jej się, że ktoś idzie poboczem, uchwycony w światła przednich reflektorów, ale z bliska okazywało się, że to znak drogowy albo przydrożna kapliczka.

Usiłowała się skupić, lecz zmęczone myśli nie dawały się uszeregować. Miała za sobą dzień pełen wrażeń. Wróżenie z tarota, szaleńczy pęd taksówką przez Paryż, lot do Tuluzy, huśtawka emocji… Była zmęczona. Była wykończona. Marzyła teraz jedynie o długim, gorącym prysznicu, kieliszku wina i dobrej kolacji. A potem do łóżka. Na długo, na bardzo długi czas.

Jezu!

Wdepnęła hamulec w podłogę. Ktoś stał na środku drogi. Kobieta. W długim czerwonym płaszczu z kapturem. Meredith krzyknęła. W przedniej szybie zobaczyła odbicie własnej twarzy, wykrzywionej strachem. Szarpnęła kierownicą, choć wiedziała, że nie uniknie zderzenia. Wypadki potoczyły się jak w zwolnionym tempie. Wpadła w poślizg. Osłoniła głowę rękami. I zobaczyła wpatrzone w siebie zielone oczy.

O nie! Nic z tego!

Samochodem zarzuciło. Tył przesunął się o dziewięćdziesiąt stopni i zaraz wrócił na prostą. Opony zapiszczały niemiłosiernie. Auto zatrzymało się o centymetry od rowu. Coś strasznie głośno warczało, jak orkiestra bębnów. Zagłuszało cały świat. Po kilku chwilach Meredith uświadomiła sobie, że to krew szumi jej w uszach.

Otworzyła oczy.

Przez kilka sekund siedziała nieruchomo, przyklejona do kierownicy. Potem zalała ją lodowata fala strachu. Bo teraz trzeba wysiąść. Bo kogoś potrąciła. Zabiła.

Niezdarnie zwolniła zamek i na drżących nogach wysunęła się z auta. Nie chciała zobaczyć tego, co musiała znaleźć. Ciała pod kołami.

Stanęła przed maską.

Nic.

Jak to?

Kompletnie zbita z tropu zerknęła w prawo, potem w lewo, spojrzała w stronę, z której nadjechała, potem w kierunku, gdzie zdążała, w ciemność przedziurawioną strumieniami światła z przednich lamp.

Nic.

Las trwał w głuchej ciszy. Najmniejszego znaku życia.

– Halo! – zawołała. – Jest tu ktoś? Nic się pani nie stało? Proszę pani!

Odpowiedziało jej tylko echo.

Niebotycznie zdumiona pochyliła się i uważnie obejrzała przód samochodu. Żadnego znaku. Nawet najmniejszej rysy. Obeszła wóz dookoła, przesuwając dłonią po karoserii. Nadal nic.

Wsiadła do auta. Była całkowicie pewna, że widziała kobietę na drodze. Ta kobieta patrzyła jej prosto w oczy. Nie wymyśliła jej sobie. A może jednak…? Zerknęła w lusterko i zobaczyła w nim własne odbicie, nic innego. I wtedy, gdzieś z cieni, wyłoniła się twarz matki.

Nie, nic z tego, ja nie oszaleję.

Przetarła oczy, dała sobie jeszcze kilka chwil na uspokojenie, po czym uruchomiła silnik. Oszołomiona tym, co się stało… tym, co się nie stało, ruszyła powoli, zostawiwszy otwarte okno. Zawsze to jakieś orzeźwienie.

Gdy wreszcie zobaczyła znak kierujący do hotelu, odetchnęła z ulgą-Zjechała z szosy prowadzącej do Sougraigne na krętą drogę, niewiele szerszą od samochodu, prowadzącą w górę po zboczu wzgórza. Dosłownie dwie minuty później dotarła do pary kamiennych filarów, stojących na straży dwuskrzydłowej bramy z kutego żelaza. Na murze znajdowała się szara tablica z napisem: HOTEL DOMAINE DE LA CADE.

Czarne wrota, poruszone dzięki czujnikowi ruchu, wolno się przed nią otwarły. Było coś niesamowitego w tej ciszy, w tajemniczym kliknięciu automatu, w szeleście żwiru. Meredith zadrżała. Las wydawał się żywą istotą, czuła na karku jej oddech, ciężar badawczego spojrzenia. Niechętnego, wrogiego.

Wreszcie mogła ruszyć.

Opony zachrzęściły na żwirowym podjeździe. Jechała wolno, więc jakiś czas zajęło jej pokonanie wijącej się zakolami drogi, obsadzonej chdtai-gniers, kasztanowcami o słodkich owocach, podobnymi do uroczystych wartowników. Po obu stronach trawniki ginęły w ciemnościach. Wreszcie minęła ostatni zakręt i zobaczyła hotel.

Chociaż niemało tego dnia przeżyła i sądziła, że już zdążyła się trochę uodpornić na nowe wrażenia, a także wiedziała, czego się spodziewać, widok domu zaparł jej dech w piersiach. Elegancki trzykondygnacyjny budynek o białych ścianach, porośniętych zielonym i czerwonym bluszczem, błyszczącym w świetle reflektorów, jakby liście były wypolerowane. Z mroku wyłaniały się piękne balustrady na parterowym tarasie i rząd okrągłych okien pod samym dachem, gdzie dawniej znajdowały się kwatery służby. Dom cieszył oko doskonałymi proporcjami, co zachwycało tym bardziej, że przecież oryginalny maison de maitre został częściowo zniszczony przez pożar. Cały wyglądał jednakowo autentycznie.

Znalazła miejsce parkingowe przed głównym wejściem, wyjęła z bagażnika torbę i po szerokich, gościnnie rozłożystych schodach, ruszyła do drzwi. Cieszyła się, że dotarła na miejsce cała i zdrowa, choć jeszcze rozdygotana po tym, jak o mało co nie wylądowała w rowie. No i ta scena nad rzeką…

Jestem po prostu zmęczona, uznała.

Od razu w progu hotelu poczuła się lepiej. Znalazła się w eleganckim holu o posadzce z czarnych i czerwonych płytek oraz ścianach wyklejo-nych delikatną kremową tapetą ze wzorem żółtych i zielonych kwiatów. Po lewej stronie, naprzeciwko wysokiego okna z dzielonymi szybkami, stały przy kominku dwie głębokie sofy z miękkimi poduchami. Na kamiennym palenisku ustawiono piękny bukiet kwiatów. Gdziekolwiek spojrzała, tam lustra i szkło odbijały blask kandelabrów, złoconych ram i kinkietów.

Na wprost miała szeroki łuk schodów z wypolerowaną poręczą, a po prawej recepcję, urządzoną przy wielkim drewnianym stole, opartym na zwierzęcych łapach z pazurami. Na ścianach rozwieszono mnóstwo starych fotografii, czarno-białych i w sepii. Mężczyźni w mundurach, głównie armii napoleońskiej, rzadziej z okresu pierwszej wojny światowej. Damy w sukniach o sutych spódnicach i bufiastych rękawach. Portrety rodzinne, sceny z czasów prosperity Rennes-les-Bains. Meredith uśmiechnęła się zadowolona. Będzie miała co robić przez najbliższe dni.

Podeszła do stołu.

– Bienvenue, madame – powitała ją recepcjonistka.

– Dobry wieczór.

– Witamy w Domaine de la Cade. Czy ma pani rezerwację?

– Tak. Na nazwisko Martin. – Dla pewności je przeliterowała.

– Pierwszy raz u nas?

– Tak.

Wypełniła formularz meldunkowy, podała dane karty kredytowej, już trzeciej tego dnia. Dostała plan hotelu, mapę terenu posiadłości oraz najbliższej okolicy, a także staroświecki mosiężny klucz z czerwonym chwo-stem i przywieszką, na której wypisano: Pokój Żółty.

Ktoś stanął jej za plecami, stanowczo za blisko. Poczuła jego oddech na karku. Obejrzała się przez ramię.

Nikogo.

– Pokój Żółty jest na pierwszym piętrze.

– Słucham? – Meredith odwróciła się z powrotem do recepcjonistki.

– Ma pani pokój na pierwszym piętrze – powtórzyła pracownica. – Windę znajdzie pani naprzeciwko recepcji – powiedziała, wskazując dyskretny znaczek. – Można też pójść schodami, tymi po prawej. Ostatnie dania kola-cyjne serwujemy o dwudziestej pierwszej trzydzieści. Życzy pani sobie stolik?

Za piętnaście ósma.

– Chętnie. Na wpół do dziewiątej?

– Doskonale. Bar tarasowy, z wejściem przez bibliotekę, jest otwarty do północy.

– Świetnie. Dziękuję.

– Potrzebuje pani pomocy przy bagażu?

– Nie, dziękuję, poradzę sobie.

Ogarnęła spojrzeniem pusty hol i ruszyła schodami na pierwsze piętro. Z podestu jeszcze raz zerknęła w dół. Dopiero wtedy dostrzegła fortepian, Boudoir Grand, ustawiony w cieniu schodów. Piękny instrument, choć przeznaczono mu dziwaczne miejsce. Klapa była zamknięta.

Idąc korytarzem na pierwszym piętrze, z uśmiechem przyglądała się nazwom pokoi. Apartament Anjou, Pokój Błękitny, Blanka Kastylijska. Henryk IV.

Nawiązanie do korzeni.

Pokój Żółty znajdował się na samym końcu korytarza. Z niecierpliwością, jaką zawsze odczuwała, wchodząc po raz pierwszy do hotelowego pokoju, przekręciła w zamku ciężki klucz, pchnęła drzwi czubkiem buta i pstryknęła przełącznikiem światła.

Na jej twarzy rozlał się szeroki uśmiech.

Pośrodku stało wielkie mahoniowe łoże. Toaletka, szafa i dwie szafki nocne stanowiły komplet, zrobiony z ciemnoczerwonego drewna. Otworzywszy szafę, znalazła w niej minibar, odbiornik telewizyjny oraz pilota. Na biurku leżały połyskliwe magazyny, informacja o hotelu oraz obsłudze, a także broszury przybliżające historię najbliższej okolicy. Na niewielkim drewnianym stojaku na książki, umieszczonym na biurku, znajdowały się stare tomiszcza. Przebiegła wzrokiem po tytułach na grzbietach. Horrory i klasyka, przewodnik po jakimś muzeum kapeluszy w Esperaza i dwa tomiki na temat miejscowych wydarzeń historycznych.

Podeszła do okna, pchnęła okiennice i wciągnęła w płuca mocny zapach wilgotnej ziemi. Pociemniałe trawniki ciągnęły się chyba w nieskończoność. Wypatrzyła staw ozdobny, a po chwili wysoki żywopłot, oddzielający część leżącą tuż przy domu od ogrodów i lasu. Była zadowolona, że dostała pokój na tyłach hotelu, z daleka od parkingu, trzaskania drzwiczkami i warkotu silników. Chociaż, z drugiej strony, miała pod oknami taras z drewnianymi stołami i krzesłami oraz grzejnikami przeznaczonymi na patio.

Rozpakowała się, tym razem starannie, nie zostawiła większości rzeczy w torbie, jak to zrobiła w Paryżu. Spodnie i T-shirty ułożyła w szufladach, elegantsze stroje powiesiła w szafie. Szczoteczkę do zębów oraz kosmetyki ustawiła na półkach w łazience, a następnie w towarzystwie szamponu oraz mydła w tubce firmy Molton Brown weszła do wanny.

Pół godziny później, w znacznie lepszym nastroju, owinięta wielkim białym płaszczem kąpielowym, podłączyła telefon komórkowy do ładowarki i usiadła przy laptopie. Natychmiast odkryła, że nie może się połączyć z Internetem, więc zadzwoniła do recepcji.

– Dzień dobry, mówi Martin z Pokoju Żółtego. Chciałabym sprawdzić pocztę, a nie mogę się połączyć z siecią. Czy może mi pani podać hasło? -Przytrzymując słuchawkę ramieniem, nabazgrała jedno słowo. – Dobrze, dziękuję.

Odłożyła słuchawkę. Hasło brzmiało KONSTANTYN. Kolejny zbieg okoliczności. Wstukała je i natychmiast uzyskała połączenie. Jak co dzień wysłała list do Mary. Zaraportowała, że cała i zdrowa dotarła do celu i nawet już znalazła miejsce, gdzie zrobiono jedną z rodzinnych fotografii. Obiecała zawiadamiać na bieżąco o wszelkich postępach. Następnie sprawdziła stan konta i z ulgą stwierdziła, że pojawiły się pieniądze od wydawcy.

Nareszcie.

Odebrała kilka listów, w tym zaproszenie na ślub znajomych w Los Angeles, oraz drugie, na koncert pod dyrekcją szkolnej przyjaciółki, która wróciła do Milwaukee. Pierwsze odrzuciła, drugie z radością przyjęła.

Właśnie miała się wylogować, gdy przyszło jej do głowy, że warto sprawdzić, czy znajdzie coś na temat pożaru w Domaine de la Cade w październiku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego siódmego. I znalazła, ale niewiele więcej, niż już się dowiedziała z hotelowej broszury.

Wstukała w okienko wyszukiwarki LASCOMBE.

Uzyskała informacje na temat Julesa Lascombe'a. Najwyraźniej był zapalonym historykiem, ekspertem w sprawach epoki wizygockiej, miejscowego folkloru i przesądów ludowych. Nawet opublikował kilka książek, a właściwie broszurek, w pobliskim wydawnictwie Bousąuet.

Meredith zmrużyła oczy. Kliknęła link i na monitorze pojawiły się kolejne wiadomości. Członkowie rodu Bousquetów zapisali się w historii regionu jako posiadacze największego w Rennes-les-Bains domu handlowego oraz dużej drukarni. A przy tym byli spokrewnieni z Julesem Lascombeem i po jego śmierci odziedziczyli Domaine de la Cade.

Przewinęła stronę niżej, aż znalazła to, czego szukała.

…Tarot Bousqueta jest rzadko spotykaną talią, w zasadzie nieużywaną poza Francją. Najwcześniejsze egzemplarze drukowane były przez wydawnictwo Bousąuet, mające siedzibę pod Rennes-les-Bains w południowo-za-chodniej Francji, u schyłku lat dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku.

Uznaje się, że talia ta została stworzona na podstawie innej, znacznie starszej, pochodzącej z siedemnastego wieku. Znajdujemy w niej Maitre. Maitresse, Fils i Filie – w każdym kolorze te cztery karty dworskie mają inny styl stroju postaci oraz rysunku. Twórca arkanów większych, współczesnych pierwszej wydrukowanej talii, pozostaje nieznany".

Nagle odezwał się telefon. Meredith podskoczyła. Nie odrywając oczu od monitora, namacała aparat.

– Tak? Słucham.

Dzwoniono z restauracji, z pytaniem, czy nadal zamierza zejść. Dziewczyna sprawdziła godzinę. Za dwadzieścia dziewiąta! Coś podobnego…

– W zasadzie wolałabym zamówić jedzenie do pokoju – zdecydowała.

Dowiedziała się jednak, że serwowanie posiłków do pokojów możliwe było do godziny osiemnastej.

Nie bardzo wiedziała, na co się zdecydować. Z jednej strony, nie chciała wychodzić z Internetu, zwłaszcza teraz, kiedy akurat coś wyszperała, chociaż ile te informacje były warte, trudno powiedzieć. Z drugiej strony. umierała z głodu. Nie zjadła obiadu, a o pustym żołądku wiele nie zdziała.

Dowodem były choćby halucynacje nad rzeką i na drodze.

– Już schodzę – zdecydowała.

Wpisała stronę do „Ulubionych" i wylogowała się z sieci.

ROZDZIAŁ 31

– Co się z tobą dzieje?! – Julian Lawrence ledwo nad sobą panował.

– Co się ze mną dzieje?! – krzyknął Hal. – Jak to co?! Właśnie pochowałem ojca!

Z całej siły trzasnął drzwiczkami peugeota i wbiegł na schody. Po drodze zerwał z szyi krawat, wepchnął go do kieszeni marynarki.

– Mów ciszej! – syknął Julian. – Jeszcze tu nam atrakcje potrzebne! Już

pokazałeś, co potrafisz! Wystarczy na jeden wieczór. – Zamknął samochód i poszedł za bratankiem do tylnego wejścia do hotelu. – Co ci do łba strzeliło! Przed całym miastem!

Z daleka wyglądali jak ojciec i syn wybierający się na jakąś oficjalną kolację. Obaj przystojni, elegancko ubrani w czarne garnitury. Jedynie wyraz twarzy i zaciśnięte pięści Hala zdradzały, że dzieli ich gwałtowna nienawiść.

– Jasne! – Hal zaśmiał się szyderczo. – Dla ciebie ważna jest wyłącznie

reputacja! Ciebie obchodzi tylko, co ludzie sobie pomyślą. – Plasnął się dłonią w czoło. – A dotarło do ciebie, że w trumnie był mój ojciec? Twój brat? Przedarło się to do twojej świadomości? Mocno wątpię!

Lawrence położył dłoń na ramieniu młodego mężczyzny.

– Posłuchaj mnie przez chwilę – powiedział spokojniej. – Rozumiem,

że jesteś zdenerwowany. Nie ma się czemu dziwić. Nic bardziej naturalnego. Ale rzucanie bezpodstawnych oskarżeń nikomu w niczym nie pomoże. Jeśli już, to ewentualnie zaszkodzi. Ludzie zaczną sądzić, że są powody do stawiania jakichś zarzutów.

Hal chciał strącić dłoń stryja, ale ten ścisnął go za ramię.

– Wszyscy ci współczują. I policjanci, i merostwo, wszyscy. Twój ojciec

był lubiany. Ale jeśli dalej będziesz się tak zachowywał…

Hal zmierzy! go płonącym spojrzeniem.

– Grozisz mi? – Wreszcie udało mu się oswobodzić. – Ty mi grozisz?

Lawrence przesłonił oczy powiekami. Z jego twarzy zniknął wyraz współczucia, serdeczna troska. Na ich miejscu pojawiła się irytacja i coś jeszcze… Pogarda.

– Nie bądź śmieszny – rzekł lodowatym tonem. – I na litość boską, weź

się w garść. Masz dwadzieścia osiem lat, nie jesteś już rozpuszczonym uczniakiem. – Wszedł do hotelu. – Napij się czegoś i idź spać – rzucił jeszcze przez ramię. – Porozmawiamy rano.

Hal poszedł za nim.

– Nie ma o czym rozmawiać – oznajmił. – Doskonale wiesz, co myślę.

I nie skłonisz mnie do zmiany zdania. W żaden sposób.

Skręcił w prawo, do baru.

Julian Lawrence odczekał chwilę, a następnie poszedł w stronę głównego wejścia, do recepcji.

– Witaj, Eloise. Wszystko w porządku?

– Bardzo spokojnie dzisiaj – poinformowała pracownica i uśmiechnęła się do niego ze współczuciem. – Jak pan sobie daje radę? Pogrzeb zawsze jest przykry…

– Koszmarny. – Przewrócił oczami. – Pojęcia nie masz, do jakiego stopnia. – Oparł się o stół. – Są dła mnie jakieś wiadomości?

– Tylko jedna. – Eloise podała szefowi białą kopertę i jeszcze się upewniła: – W kościele wszystko poszło jak trzeba, oui?.

Skrzywiony pokiwał głową.

– O tyle, o ile to możliwe w tych warunkach.

Przyjrzał się kopercie. Widok odręcznego pisma wywołał na jego twarzy szeroki uśmiech. Na tę wiadomość czekał. Na informację o wizygockiej komnacie pogrzebowej, odkrytej w Quiilan. Marzył, że będzie ona miała istotne znaczenie dla wykopalisk prowadzonych w Domaine de la Cade. Z Quillan jeszcze nie wypuszczono żadnych przedmiotów.

– O której dostałaś przesyłkę?

– O ósmej, proszę pana. Została doręczona osobiście.

Zabębnił palcami na blacie.

– Doskonale. Dziękuję ci. Miłego wieczoru. Gdyby ktoś mnie potrzebował, będę w biurze.

– D'accord. – Dziewczyna uśmiechnęła się promiennie, ale on już się odwrócił.

ROZDZIAŁ 32

Kwadrans przed dziesiątą Meredith skończyła kolację.

Wyszła do holu. Chociaż była zmęczona, wiedziała, że nie zaśnie, za dużo myśli kłębiło jej się w głowie. Spojrzała przez drzwi wejściowe. Może by się przejść? Ścieżki były rzęsiście oświetlone, a przy tym ciche i opustoszałe. Włożyła czerwony kardigan Abercrombie amp; Fitch. Nie, jednak nie. Od kilku dni bez przerwy gdzieś chodziła.

I jeszcze taki dzień…

Wypchnęła tę myśl z głowy. Czas odpocząć. Z baru na tarasie dobiegał szmer głosów. Nie była wielbicielką ani stalą bywalczynią takich lokali, ale skoro nie miała ochoty iść od razu do pokoju i kłaść się spać, może nie od rzeczy byłoby tam zajrzeć.

Minęła gabloty, w których wyeksponowano porcelanę, i pchnęła szklane drzwi. Wnętrze przypominało raczej bibliotekę niż bar. Całe ściany, od podłogi do sufitu, zastawione były książkami za szkłem. W rogu stały drewniane schodki na kółkach, wypolerowane do połysku.

Przy niskich okrągłych stolikach ustawiono skórzane fotele, więc można się było tu czuć jak w ekskluzywnym klubie. Panowała atmosfera komfortu i relaksu. Meredith przesunęła wzrokiem po gościach: dwa małżeństwa, jakaś rodzina i kilku samotnych mężczyzn.

Ponieważ nie było wolnego stolika, usiadła na stołku przy barze. Położyła na ladzie klucz od pokoju oraz broszurę, wzięła w rękę menu.

– Cocklails d'un cote, vins de l'autre – uśmiechnął się barman.

Aha, czyli tu koktajle, a po drugiej stronie wina. Odwróciła kartę, przeczytała nazwy win serwowanych na kieliszki i odłożyła spis.

– Quelque chose de la region? – spytała. Rzeczywiście, najchętniej spróbowałaby jakiegoś miejscowego trunku. Qu'est-ce que vous recomman-dez?

– Blanc, rouge, rose?

– Blanc. Stanowczo białe.

– Proszę spróbować Domaine Begude Chardonnay – usłyszała.

Zaskoczona angielskimi słowami i faktem, że ktoś w ogóle się do niej odezwał, przeniosła spojrzenie na młodego mężczyznę, siedzącego kilka stołków dalej. Był przystojny, ubrany w śnieżnobiałą koszulę i eleganckie czarne spodnie. Jego marynarka leżała na dwóch stołkach między nim a Meredith. Z wyglądem kłóciła się ponura mina. Gęste czarne włosy spadały mu na twarz.

– Z niedalekiej winnicy – podjął. – Z Cepie, na północ od Limoux.

Bardzo smaczne.

Przyjrzał jej się, jakby sprawdzał, czy na pewno go słucha, zaraz jednak na nowo utkwił wzrok w kieliszku.

Ależ niebieskie oczy!

W tej chwili go rozpoznała. To jego widziała na Place des Deux Rennes, to on szedł za trumną w kondukcie żałobnym. Zrobiło jej się jakoś dziwnie. Jakby go śledziła, jakby wtykała nos w nie swoje sprawy, choć przecież wcale tego nie chciała.

Kiwnęła głową.

– Dobrze. – Zwróciła się do barmana: – S'il vous plait.

– Tres bien, madame. Votre chambre?

Oczywiście. Musiał wiedzieć, kto zamawia. Pokazała mu przywieszkę od klucza. Po czym zwróciła się do nieznajomego. – Dziękuję za pomoc.

– Nie ma sprawy.

Poprawiła się na stołku, trochę speszona, niepewna, czy ma podtrzymywać rozmowę. Ale on już podjął za nią decyzję. Wyciągnął do niej rękę nad czarnymi siedzeniami i wypolerowanym drewnem.

– Nazywam się Hal. Podała mu dłoń.

– Meredith Martin.

Barman położył przed nią papierową podkładkę, na niej ustawił kieliszek z ciemnożółtym płynem. Dyskretnie podsunął rachunek i długopis.

Świadoma, że Hal na nią patrzy, upiła łyk. Lekkie, cytrynowe, czyste. Podobne do białych win, które Mary i Bill zamawiali przy szczególnych okazjach albo gdy przyjeżdżała do domu na weekendy.

Wspaniałe. Fantastyczne.

– Encore un verre, monsieur? – spytał barman.

– Tak, Georges, nalej mi jeszcze – zgodził się Hal. Odwrócił się do dziewczyny. – Meredith Martin. Jesteś Amerykanką. – Oparł łokcie na kontuarze i wsunął palce we włosy. Chyba był wstawiony. – Przepraszam. Niepotrzebnie się wtrącam.

– Nic nie szkodzi. – Uśmiechnęła się. – Masz rację, jestem Amerykanką.

– Przyjechałaś niedawno?

– Dwie godziny temu. Pociągnęła jeszcze łyk wina. Alkohol dotarł do żołądka. – A ty?

– Mój ojciec… urwał. Na twarzy miał rozpacz. – Hotel należy do mojego stryja – powiedział.

Meredith domyśliła się, że dziś Hal pochował ojca. Poczuła się niewyraźnie. Czekała w milczeniu.

– Wybacz – odezwał się w końcu. – Mam za sobą fatalny dzień. – Osuszył kieliszek do dna i sięgnął po drugi, który postawił przed nim barman. _ Co cię tu sprowadza, interes czy przyjemności?

– Po trochu jedno i drugie – odpowiedziała. – Piszę.

– Dla jakiejś gazety?

– Nie, pracuję nad książką. Nad biografią kompozytora, Claude'a De-bussy'ego.

Spojrzenie mu zgasło, znów spochmurniał. Nie na taką reakcję miała nadzieję.

– Bardzo tutaj ładnie – dodała szybko, obejmując spojrzeniem wnę

trze. – Twój stryj długo tutaj mieszka?

Hal zacisnął pięści.

– We dwóch z moim ojcem kupili tę posiadłość w dwa tysiące trzecim.

Fortuna poszła na doprowadzenie jej do przyzwoitego stanu.

Meredith nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. A Hal nie ułatwiał jej zadania.

– Tata przyjechał tu na stałe w maju – odezwał się wreszcie. – Chciał

prowadzić interes na co dzień. – Znowu przerwał. – Zginął w wypadku samochodowym. Miesiąc temu. Odchrząknął. – Dzisiaj był jego pogrzeb.

Zanim uświadomiła sobie, co robi, przykryła jego palce dłonią.

– Tak mi przykro.

Napięcie odrobinę zelżało. Siedzieli przez jakiś czas w milczeniu, wreszcie Meredith delikatnie puściła rękę Hala i sięgnęła po kieliszek.

– Miesiąc temu…? – rzuciła zdziwiona. – Dość długo…

– Rzeczywiście. – Pokiwał głową. – Robili sekcję. Oddali ciało dopiero w zeszłym tygodniu.

Ciekawe dlaczego.

– Mieszkasz tutaj? – zapytała, starając się podtrzymać rozmowę.

– W Londynie. Pracuję w inwestycjach bankowych. To znaczy, pracowałem. Właśnie złożyłem wymówienie. – Zamilkł na moment. – Mam dosyć. I nawet nie chodzi o ojca. Harowałem po czternaście godzin na dobę, siedem dni w tygodniu. Zarabiałem nieźle, ale nie miałem kiedy wydawać pieniędzy.

– Masz tutaj rodzinę? Jakichś francuskich krewnych?

– Nie. Jestem Anglikiem z krwi i kości. Na chwilę zapadła cisza.

– I co dalej?

Hal tylko wzruszył ramionami.

– Zostaniesz w Londynie?

– Bo ja wiem? Chyba nie. Meredith pociągnęła łyk wina.

– Debussy – odezwał się Hal znienacka, jakby dopiero teraz dotarły do

niego słowa dziewczyny. Przyznaję ze wstydem, niewiele o nim wiem.

Uśmiechnęła się, wdzięczna za szczere starania.

– Nie ma takiego obowiązku.

– A co on ma wspólnego z tą częścią Francji?

– Niewiele! – zaśmiała się Meredith. – W sierpniu tysiąc dziewięćsetne-go napisał do przyjaciela, że wysyła swoją żonę, Lilly, w Pireneje, na rekonwalescencję po operacji. Czyli, między wierszami, po usunięciu ciąży Jak dotąd nikt tej historii nie potwierdził, a jeżeli Lilly faktycznie tu przyjechała, to nie na długo, bo w październiku znalazła się z powrotem w Paryżu.

Hal pokiwał głową na boki.

– Wszystko jest możliwe. Teraz trudno w to uwierzyć, ale w tamtych czasach Rennes-les-Bains było, zdaje się, modnym uzdrowiskiem.

– To prawda. Zwłaszcza wśród paryżan. Pewnie dlatego, że tutaj leczono różne dolegliwości. Normalnie kurorty specjalizowały się w walce z konkretnymi chorobami, najczęściej z reumatyzmem. Do Lamalou przyjeżdżali chorzy na syfilis.

Hal uniósł brwi, ale nie podjął wątku.

– Chyba sporo wysiłku kosztowała cię podróż na południe Francji -odezwał się po chwili. – I wszystko to dlatego, że być może Lilly Debussy spędziła tutaj parę tygodni? Czy to aż takie ważne?

– Szczerze mówiąc, nie – odparła, trochę zdziwiona, że czuje potrzebę, by się bronić. Jakby jej prawdziwe motywy przyjazdu do Rennes-les-Bains zostały nagle odsłonięte przed całym światem. – Ale byłby to zupełnie nowy wątek, do którego nikt wcześniej nie dotarł. Coś, co by moją książkę odróżniało od innych. – Umilkła zapatrzona w blat. – Poza tym to interesujący okres w życiu Debussy'ego. Lilly Texier poznała go, mając zaledwie dwadzieścia cztery lata. Pracowała jako modelka. Rok później się pobrali. W tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym dziewiątym. Debussy wiele utworów dedykował przyjaciołom, kochankom, znajomym, ale mało który swojej żonie. – Meredith zdawała sobie sprawę, że mówi za dużo, ale dosiadła swojego konika i nie potrafiła zamilknąć. – A przecież właśnie ona towarzyszyła mu przez lata, gdy rodziła się jedyna opera Debussy'ego, „Peleas i Melizanda". Wystawiono ją w tysiąc dziewięćset drugim. Wtedy właśnie jego szczęście się odmieniło, zyskał reputację, szacunek, uznanie. Lilly była stale u jego boku, więc chyba warto ją zauważyć. – Zamilkła dla złapania oddechu i raptem zorientowała się, że Hal się uśmiecha. – Przepraszam. – Skrzywiła się lekko. – Poniosło mnie. Z marszu przyjmuję, że każdego ten temat interesuje równie mocno jak mnie. Fatalny zwyczaj.

– Dobrze jest żyć z pasją – rzekł Hal cicho.

Podniosła na niego wzrok i stwierdziła, że patrzy na nią bez zmrużenia oczu. Zaczerwieniła się i z tego powodu zrobiło jej się głupio.

– Bardziej lubię poszukiwania i badania niż samo pisanie – rzekła szybko. Nazywam to umysłowymi wykopaliskami. Szperanie w starych zapiskach, artykułach, listach, ożywianie danej chwili, jakiejś fotografii z dawnych lat… Cała praca polega na rekonstrukcji, na odszukaniu kontekstu, dotarciu do sedna wydarzeń, które rozgrywały się dawno temu i daleko. Oczywiście przy wykorzystaniu wyobraźni i rozumu.

– Praca detektywistyczna.

Obrzuciła go uważnym spojrzeniem, podejrzewając, że zawędrował myślami zupełnie gdzie indziej, ale on trzymał się tematu.

– Kiedy zamierzasz skończyć?

– Książka ma być gotowa na kwiecień przyszłego roku. Na razie mam o wiele za dużo materiału. Dokumenty publikowane w „Cahiers Debussy" i w „Oeuvres completes de Claude Debussy", różne notki biograficzne… Sporo tego. A jeszcze sam Debussy też dużo pisał. Listy, artykuły do gazety „Gil Blas", recenzje do „ La Revue Blanche ". Oczywiście wszystko przeczytałam.

Nagle poczuła się winna. Bez przerwy to samo. Znowu mówiła i mówiła, i ciągle na ten sam temat. A on dopiero co po pogrzebie. Chciała przeprosić, ale coś ją powstrzymało. Wyraz jego twarzy. Kogoś jej przypominał. Jakiegoś chłopca, młodego mężczyznę… Nie mogła sobie przypomnieć.

Ogarnęło ją zmęczenie. Hal siedział zatopiony w smutnych myślach. Brakowało jej energii na podtrzymywanie rozmowy. Czas zakończyć wieczór.

Zeszła ze stołka, zebrała swoje rzeczy.

– Uciekasz już? – zdziwił się Hal.

– Mam za sobą długi dzień.

– No tak. – On także wstał. – Posłuchaj… Wiem, że to dziwnie zabrzmi, ale może byśmy się jutro gdzieś wybrali? Na drinka?

Meredith była kompletnie zaskoczona.

Z jednej strony, Hal jej się spodobał. Był przystojny, czarujący i w dodatku najwyraźniej potrzebował towarzystwa. Z drugiej, powinna się skupić na szukaniu rodzinnych korzeni. Do tego niepotrzebne jej było towarzystwo. I jeszcze na dodatek słyszała w głowie ostrzegawczy głos Mary. Przecież wcale nie znała tego faceta!

– Pewnie jesteś bardzo zajęta – zrezygnował Hal.

Był wyraźnie rozczarowany. I właśnie dlatego Meredith podjęła taką, a nie inną decyzję. Poza tym od dwóch tygodni właściwie z nikim nie rozmawiała, jeśli nie liczyć grzecznościowej wymiany zdań w różnych codziennych sytuacjach oraz wizyty u Laury.

– Chętnie – powiedziała, zanim zdążyła się solidniej zastanowić. Twarz Hala rozjaśniła się w uśmiechu.

– Świetnie.

– Tylko że zamierzałam dość wcześnie wyjechać z hotelu. Pokręcić się po okolicy.

Wybiorę się z tobą. Może ci się na coś przydam? Nie powiem, żebym znał ten region jak własną kieszeń, ale bywam tu od pięciu lat.

– Zanudzisz się.

– Jakoś przeżyję. Zrobiłaś listę miejsc, które chcesz odwiedzić?

– Miałam zamiar iść na żywioł. – Przerwała. – Właściwie przyjechałam tu z nadzieją, że znajdę coś w samym sanatorium w Rennes-les-Bains. Ale jest zamknięte na zimę, więc postanowiłam iść do merostwa, poszukać kogoś, kto by mi pomógł.

Hal spochmurniat.

– To na nic. Walenie głową w mur.

– Przepraszam, nie chciałam ci przypominać…

Gwałtownie potrząsnął głową.

– Nie, nie, daj spokój. – Znów się uśmiechnął. – Mam pomysł. Wydaje mi się, że mogłabyś coś znaleźć w muzeum w Rennes-le-Chateau. Byłem tam tylko raz, ale pamiętam, że wyszedłem stamtąd z nie najgorszym pojęciem o tym, jak wyglądało tutaj życie pod koniec dziewiętnastego wieku.

Iskierka nadziei.

Doskonała myśl.

– To co, przy recepcji o dziesiątej?

Meredith zawahała się, ale doszła do wniosku, że zbyt wielka ostrożność też jej nie wyjdzie na zdrowie.

– Dobrze. Niech będzie o dziesiątej.

Hal wstał, ręce wepchnął głęboko w kieszenie.

– Dobranoc.

– Do jutra.

ROZDZIAŁ 33

Nie mogła zasnąć. Za dużo jej się kłębiło w głowie. Odtwarzała w pamięci zdania, które wypowiedziała sama, i te, które usłyszała od niego, doszukiwała się w nich drugiego dna. Współczuła Halowi.

Wydawał się wrażliwym człowiekiem.

Przy myciu zębów uważnie zlustrowała swoje odbicie. Czy rzeczywiście miał powody się nią interesować? Raczej nie. Pewnie najzwyczajniej w świecie potrzebował z kimś pogadać.

Wsunęła się pod kołdrę i zgasiła światło, zalewając pokój miękką, atramentową ciemnością. Jakiś czas leżała ze wzrokiem utkwionym w sufit, aż w końcu ciało zrobiło się ciężkie i bezwładne, zaczęła się osuwać w sen.

Nagle zobaczyła w wyobraźni twarz, którą widziała w wodzie. I zaraz potem zielone oczy, te z górskiej drogi. A co najgorsze, umęczoną twarz matki, płaczącej, zawodzącej, błagającej, żeby bezlitosne głosy zostawiły ją wreszcie w spokoju.

Natychmiast oprzytomniała.

Nie, powiedziała sobie w duchu, nie ma mowy. Przeszłość należy do przeszłości.

Przyjechała tutaj dowiedzieć się, kim jest, znaleźć rodzinne korzenie, uciec przed cieniem choroby matki, a nie się w nim pogrążać. Odepchnęła od siebie wspomnienia z dzieciństwa, wróciła myślami do obrazów tarota, które tkwiły jej w podświadomości przez cały długi dzień. Le Mat i La Ju-stice. Diabeł o niebieskich oczach. Para kochanków przykutych u jego stóp.

Przypominała sobie słowa Laury, każdą kartę po kolei, aż wreszcie powieki zaczęły jej ciążyć. Nie wiadomo skąd pojawiła się Lilly Debussy, blada i wiotka, z pociskiem w piersiach. I sam Debussy, nachmurzony, palący przy fortepianie posłusznym jego dłoniom. Potem ukazała się Mary. Siedziała w bujanym fotelu na ganku w Chapel Hill, coś czytała. 1 jeszcze podobizna żołnierza z pożółkłej fotografii, postać na tle platanes, na Place de Deux Rennes.

W półśnie Meredith usłyszała trzaśniecie drzwiczek i zgrzyt kroków na Żwirowej ścieżce, pohukiwanie sowy, ruszającej na łów, od czasu do czasu jakiś trzask w rurach z ciepłą wodą.

Hotel powoli cichł. Noc brała dom w czarne objęcia. Domaine de la Cade zasypiała, oblana bladym światłem księżyca.

Mijały godziny. Północ, druga nad ranem, czwarta.

Nagle coś wyrwało Meredith ze snu. Nerwy miała napięte jak struny.

Ktoś śpiewał!

Nie, to nie był śpiew. To dźwięki fortepianu. Gdzieś bardzo blisko.

Usiadła. W pokoju było zimno. Panował taki sam przenikliwy chłód jak tam pod mostem. Ciemność także się zmieniła, dziwnie rozrzedzona, jakby się rozpadała na kawałki. Dziewczyna nieomal czuła cząstki światła i czerni, prawie mogła ich dotknąć. Jej ramiona i szyję musnął leciuteńki powiew, a przecież gotowa była przysiąc, że okna są zamknięte. Ktoś szepnął do ucha.

Ktoś tu jest!

Niemożliwe. Tak by ją zaskoczył?

A mimo to nie mogła się oprzeć wrażeniu, że ktoś stoi w nogach łóżka, że ją obserwuje. Oczy błyszczące w ciemności.

Zimny pot zrosił jej czoło.

Strach niekiedy uskrzydla.

Śmiało!

Policzyła do trzech i desperacko sięgnęła do włącznika lampki. Błysnęło światło.

Powitał ją znajomy widok. Wszystko było jak należy. Szafa, stół, okna, kominek i biurko, wszystko w najlepszym porządku. Obrotowe lustro, stojące przy drzwiach do łazienki, posłusznie odbijało światło.

Nikogo.

Meredith oparła się o wezgłowie. Co za ulga. Czerwone cyfry zegara wskazywały czwartą piętnaście. Nie było żadnych oczu, tylko kontrolki z budzika, odbite w zwierciadle.

Przyśnił mi się koszmar.

W końcu nic dziwnego, po takim dniu…

Odkryła się, musiała ochłonąć. Jakiś czas leżała bez ruchu na wznak, z dłońmi splecionymi na piersiach, jak figura nagrobna. Potem wstała. Musiała się ruszyć. Wyjęła z minibaru butelkę wody mineralnej, podeszła do okna. Pogrążone w ciszy ogrody ciągle jeszcze kąpały się w księżycowym blasku. Taras lśnił od deszczu. Nad drzewami zawisł biały welon mgły.

Przycisnęła rozpostartą dłoń do chłodnego szkła, jakby mogła w ten sposób odepchnąć niechciane myśli. Nie po raz pierwszy opanowały ją wątpliwości. Kim jest? A jeśli się niczego nie dowie? Tak długo żyła nadzieją na wyjazd do Rennes-les-Bains, choć była uzbrojona jedynie w stare fotografie i krótki utwór na fortepian.

Tymczasem gdy wreszcie tu dotarła, gdy przekonała się, jak mało znaczące jest Rennes-les-Bains, jak maleńka Domaine de la Cade, straciła pewność siebie i cały pomysł szukania rodzinnych korzeni wydał jej się szalony, wyjęty żywcem z ckliwego filmu.

Życie nie jest filmem.

Długo stała pogrążona w rozmyślaniach. Dopiero kiedy stopy jej zdrętwiały z zimna, spojrzała na zegarek. Piętnaście po piątej. Dosyć tego. Żadne duchy i zjawy już nie wrócą. Ani twarz na wodzie, ani postać na drodze, ani obrazy z kart.

Gdy się położyła, nie śledziły jej żadne oczy, nic nie połyskiwało w ciemnościach, nie było żadnych szumów czy chłodu. Tylko czerwone cyfry budzika.

Zamknęła oczy.

Gdy już zapadała w sen, pojawił się obraz młodego żołnierza, stopił z wizerunkiem Debussy'ego i w końcu zmienił w Hala.

CZĘŚĆ V. Domaine de la Cade Wrzesień 1891

ROZDZIAŁ 34

Poniedziałek, 21 września 1891

Leonie ziewnęła i otworzyła oczy. Przeciągnęła się, wyprostowała szczupłe ramiona nad głową, a potem ułożyła się wygodniej na miękkich białych poduszkach. Chociaż wieczorem przesadziła z blanquette de Li-moux, spała doskonale. A może właśnie dlatego?

Pokój Żółty w świetle dnia przedstawiał się bardzo ładnie. Jakiś czas leżała spokojnie, przyglądając mu się z przyjemnością i wsłuchując w rzadkie odgłosy, mącące wiejską ciszę – ptasie trele, szum wiatru trącającego gałęzie, jakieś szmery. Och, znacznie milsza pobudka niż o szarym brzasku w Paryżu, przy wtórze metalicznych zgrzytów, dobiegających z dworca Saint-Lazare.

O ósmej Marieta przyniosła tacę ze śniadaniem. Postawiła ją na stoliku przy oknie, a następnie odciągnęła zasłony, wpuszczając do pokoju załamane przez szybki promyki słońca. Na błękitnym niebie, nad fioletowymi paskami płynęły kremowe obłoczki.

– Dziękuję, Marieto. Nie będę potrzebowała pomocy.

– Tak, madomaisela.

Leonie odrzuciła kołdrę, usiadła na łóżku i wymacała stopami ranne pantofle. Wstała, spryskała twarz wodą, włożyła niebieski kaszmirowy pe-niuar i usiadła przy stoliku pod oknem. Czuła się jak wielka dama. Nieczęsto zdarzało jej się jeść śniadanie w sypialni. Jedynie wówczas, gdy mamę odwiedzał pan du Pont.

Uniosła pokrywę dzbanka z gorącą kawą, uwalniając, jak dżinna z czarodziejskiej lampy, rozkoszny aromat świeżo zmielonych ziaren. Obok stał dzbanuszek mleka z pianką i miseczka kostek cukru. Przy niej srebrne szczypce. Pod wyprasowaną lnianą serwetką dziewczyna znalazła talerz jeszcze ciepłego białego chleba ze złocistą skórką. Posmarowała go cudownie kremowym masłem, a potem miała do wyboru trzy różne dżemy, każdy w osobnej miseczce z porcelany. Oprócz kawy mogła się napić także kompotu jabłkowego.

Jedząc, patrzyła na ogród. Nad doliną zawisła siwa mgła. Tuż nad Wierzchołkami drzew. Bliżej pięknie utrzymane trawniki wygrzewały się w pierwszych promieniach wrześniowego słońca. Po wietrze, który się srożył poprzedniego dnia, nie zostało ani śladu.

Włożyła gładką wełnianą spódnicę oraz bluzkę ze stójką, wzięła w rękę broszurkę, którą Anatol wyszukał dla niej poprzedniego wieczoru i wyruszyła do biblioteki. Miała zamiar sama ją zwiedzić, rozejrzeć sie wśród zakurzonych stert i lśniących rzędów najróżniejszych opasłych tomiszczy. Gdyby ktoś podważał jej prawo do przebywania w bibliotece, choć nie widziała takiego powodu, skoro Izolda wyraźnie prosiła gości, by się w Domaine de la Cade czuli jak w domu, miała usprawiedliwienie: zamierzała odłożyć na miejsce książeczkę pana Baillarda.

Wyszedłszy na korytarz, odniosła wrażenie, że cały dom jeszcze śpi. Żadnego ruchu, szczękania naczyń, pogwizdywania z sypialni Anatola, który nieodmiennie w ten sposób umilał sobie poranną toaletę, nic. Hol na parterze także był całkiem pusty, choć zza drzwi prowadzących do pomieszczeń gospodarczych dobiegały jakieś głosy.

Biblioteka znajdowała się w południowo-zachodnim rogu domu. Docierało się do niej kilkoma mniejszymi korytarzami między salonem a gabinetem. Doprawdy dziwne, że Anatol w ogóle zdołał tam wczoraj trafić. Czasu miał niewiele.

Ostatni korytarz był jasny i dość szeroki, by pomieścić kilka przeszklonych gablot na ścianach. W pierwszej wystawiono porcelanę z Marsylii oraz Rouen, w drugiej niewielki i z pewnością bardzo stary couirasse, a więc pancerz, a także dwie szable, floret podobny do tego, którym z lubością fechtował się Anatol i muszkiet. W trzeciej, najmniejszej, wyeksponowano na niebieskim aksamicie całą kolekcję odznaczeń i wstęg wojskowych. Nic nie zdradzało, kto został nimi nagrodzony, toteż Leonie przyjęła, że należały do wujka Jules'a.

Uchyliła drzwi do biblioteki tylko na tyle, by się przez nie prześliznąć. Natychmiast gdy tylko weszła do wnętrza, ogarnął ją spokój i nastrój skupienia. W powietrzu unosił się zapach pszczelego wosku i atramentu oraz przykurzonych bibularzy. Pomieszczenie było znacznie większe, niż oczekiwała, z oknami wychodzącymi na północ i na zachód. Kotary z ciężkiego niebieskiego brokatu, mieniącego się złotem, opadały fałdami na posadzkę spod samego sufitu. Stukanie jej obcasów wsiąkło w gruby owalny dywan, leżący pośrodku. Stał na nim wysoki stół, na którym dałoby się rozłożyć nawet najbardziej opasłe tomisko. Na blacie pysznił się kałamarz, obok niego pióro na skórzanej podkładce do pisania – oraz świeża suszka.

Leonie rozpoczęła poszukiwania od najdalszego kąta. Półka za półką, rząd za rzędem czytała nazwiska autorów i tytuły na grzbietach książek, przesuwając palcem po skórzanych oprawach. Od czasu do czasu, gdy któraś pozycja szczególnie ją zaciekawiła, przyglądała się jej uważniej.

W ten sposób znalazła przepiękny mszał z podwójnym, bogato zdobionym klipsem, wydrukowany w Tours. Wewnętrzne strony okładki ozdobiono pysznym, zielono-złotym wzorem, a poszczególne strony oddzielono cieniuteńkimi pergaminami. Na stronie tytułowej odczytała ręcznie wpisane imię i nazwisko swojego zmarłego wuja. Pod spodem widniała data jego bierzmowania.

Na kolejnej półce odkryła pierwsze wydanie „Voyage autour de ma chambre" Maistre'a. Książka była zniszczona, miała pozaginane rogi i połamaną okładkę, całkiem odmiennie niż nietknięty egzemplarz Anatola. W innym miejscu natknęła się na kolekcję wydań związanych z religią oraz dzieł żarliwie występujących przeciwko wierze, jakby jedne z drugimi miały się wzajemnie równoważyć.

Na półkach poświęconych współczesnej literaturze francuskiej znalazła komplet „Rougon-Macąuartów" Zoli, a oprócz tego – Flauberta, Maupassanta i Huysmansa – innymi słowy, wiele imponujących tekstów intelektualnych, do których Anatol na próżno ją zachęcał. Nawet pierwsze wydanie powieści „Czerwone i czarne" Stendhala. Było tam także kilka dzieł w tłumaczeniach, ale nic, co by jej szczególnie przypadło do gustu, może poza przekładami Baudelaire'a, który wziął na warsztat dzieła Edgara Allana Poego. Za to, niestety, nic a nic autorstwa pani Radcliffe albo pana Le Fanu.

Nudy.

W innym kącie stanęła przed półkami, na których zgromadzono książki poświęcone lokalnym wydarzeniom historycznym. Zapewne właśnie tam Anatol wynalazł książeczkę pana Baillarda. Dziwna atmosfera panowała w tym ciemnawym zakątku. Zakurzona wilgoć, dławiąca w gardle.

Leonie rzuciła okiem na rzędy grzbietów, szybko znalazła literę B, ale ze zdziwieniem stwierdziła, że na półce nie ma wolnego miejsca. Mimo wszystko wetknęła cienką książeczkę tam, gdzie jej zdaniem powinna stać. Wykonawszy zadanie, odwróciła się do drzwi.

Dopiero wtedy zauważyła, wysoko na ścianie, na prawo od drzwi, cztery przeszklone gabloty, pełne woluminów, które najpewniej uznano za cenniejsze niż pozostałe. Ponieważ w bibliotece znajdowała się schodkowa drabinka na kółkach, przymocowana do mosiężnej poręczy, pozostało jedynie skorzystać z okazji. Dziewczyna musiała pchnąć z całej siły, żeby ruszyć konstrukcję z miejsca, ale potem poszło już gładko. Ustawiła schodki w najdogodniejszym punkcie i – ostrożnie, mimo taftowych halek, krępujących ruchy, wspięła się na przedostatni stopień. Przyciskając kolana do krawędzi ostatniej deski, zajrzała do gabloty. Niewiele zobaczyła, bo w środku panowały egipskie ciemności, a w szybie odbijały się wysokie okna, dopiero gdy osłoniła twarz rękami, zdołała odczytać napisy na grzbietach.

Na pierwszym widniało nazwisko autora Eliphas Levi oraz tytuł: „Dogme et rituel de la haute magie". Zaraz obok „Traite methodique de Science Occulte". Półkę wyżej jeszcze kilka dzieł Papusa, a obok inne nazwiska: Court de Gobelin, Etteilla i MacGregor Mathers. Nie czytała żadnego z tych autorów, ale wiedziała, że są okultystami uważanymi za wywrotowców. Regularnie pisywały o nich gazety i periodyki.

Już miała zejść, gdy jej uwagę przyciągnął tomik oprawiony w czarną skórę, ani szczególnie zdobiony, ani bogaty, ustawiony okładką, nie grzbietem w stronę szkła. Na niej złotymi literami wyryto nazwisko jej wuja, a pod nim tytuł: „Les Tarots".

ROZDZIAŁ 35

Paryż

Zanim niechętny świt, spętany sinym dymem, zajrzał do biur komisariatu policji w ósmej dzielnicy przy rue de Lisbonne, wszyscy już byli poirytowani.

Ciało kobiety zidentyfikowanej jako madame Marguerite Vernier zostało znalezione krótko po dwudziestej pierwszej, w niedzielę, dwudziestego września. Policję zawiadomiono o fakcie morderstwa z jednej z nowych publicznych budek telefonicznych na rogu rue de Berlin i rue d'Amsterdam. Dzwonił jakiś reporter z „Le Petit Journal".

Wziąwszy pod uwagę fakt, że zmarła była powiązana z bohaterem wojennym, generałem du Pont, sprawę złożono w ręce prefekta Laboughe'a, który został specjalnie w tym celu wezwany z wiejskiej posiadłości.

Wmaszerował do komisariatu wściekły jak wszyscy diabli i rzucił na biurko inspektora Thourona plik porannych gazet.

– Co to ma znaczyć?! – zagrzmiał, wskazując palcem tytuły wołające: „Morderstwo Carmen!", „Bohater wojenny zatrzymany!", „Sprzeczka kochanków kończy się zabójstwem!".

Thouron wstał, z szacunkiem przywitał szefa, po czym zdjął inne gazety z jedynego krzesła, na którym jeszcze można było usiąść w dusznym, ciasnym pomieszczeniu. Bez przerwy czuł na sobie palące spojrzenie przełożonego. Wreszcie prefekt usiadł, zdjął jedwabny cylinder i oparł dłonie na główce laski. Drewniane oparcie krzesła skrzypnęło ostrzegawczo, ale się nie poddało.

– I cóż, Thouron? – zapytał prefekt, gdy tylko inspektor wrócił na swoje miejsce. – Jak pan mi to wytłumaczy? Skąd znają szczegóły? Czy któryś z pańskich ludzi nie potrafi utrzymać języka za zębami?

Po inspektorze widać było, że w nocy nie zmrużył oka. Pod oczami miał sine cienie, wąs mu opadł smętnie, a na brodzie pojawiła się kłująca szczecina.

– Nie przypuszczam, proszę pana – odrzekł. – Reporterzy byli na miejscu przed nami.

Laboughe przyjrzał mu się spod siwych krzaczastych brwi.

– Dostali cynk?

– Tak sądzę.

– Od kogo?

– Żaden nie powie. Jeden z gendarmes podsłuchał rozmowę między dwoma sępami, z której wynikało, że w niedzielę, mniej więcej o siódmej wieczorem, przynajmniej dwie gazety otrzymały informacje, że nie zaszkodziłoby wysłać reportera na rue de Berlin.

– Podano dokładny adres? Numer mieszkania?

– W tej sprawie również nie mamy gdzie zasięgnąć języka, ale tak właśnie przypuszczam.

Prefekt zacisnął dłonie poznaczone niebieskimi żyłami na główce laski.

– Co mówi generał du Pont? Czy wypiera się bliższej znajomości z Marguerite Vernier?

– Nie, ale domaga się zapewnienia, że zachowamy dyskrecję w tej kwestii.

– I pan mu takie zapewnienie dał?

– Tak. Generał bardzo gwałtownie zaprzecza zarzutom o morderstwo. I wyjaśnia swoją obecność podobnie jak journalistes. Twierdzi, iż wychodząc na popołudniowy koncert, otrzymał zawiadomienie, że pani Vernier przekłada umówione spotkanie z godziny piątej na wieczór. Dziś rano mieli jechać na kilka tygodni na wieś, do Marne Vallee. Z tego też powodu nie było w domu służby. I mieszkanie zostało przygotowane na nieobecność mieszkańców.

– Czy du Pont nadal ma ten list?

Thouron westchnął ciężko.

– Zniszczył go przez wzgląd na reputację damy. Podarł i wyrzucił przed salą koncertową. – Oparł łokcie na biurku, przeczesał włosy palcami. – Posłałem tam człowieka, ale akurat posprzątano wyjątkowo solidnie.

– Są dowody na zbliżenie intymne tuż przed śmiercią? Inspektor pokiwał głową.

– I co nasz generał na to?

– Wstrząśnięty informacją, ale zachował spokój. To nie on. Tak twierdzi. Stale utrzymuje, że po przyjeździe znalazł ją martwą. A na ulicy juz się kłębił tłum reporterów.

– Czyli są świadkowie jego przyjazdu?

– Tak. Zjawił się o wpół do dziewiątej. Pytanie, czy był tam wcześniej. Możemy wierzyć, że nie, ale mamy na to tylko jego słowo.

Laboughe pokręcił głową.

– Generał du Pont- mruknął. – Ustosunkowany człowiek. Niezręczna

sytuacja. – Podniósł wzrok na Thourona. Jak się dostał do środka?

Ma klucz od zatrzasku.

– Kto jeszcze tam mieszka?

Inspektor sięgnął do jednej z chwiejnych stert dokumentów, o mało rie przewracając kałamarza. Po chwili znalazł żółtą kopertę, której szuk;ł. i wyjął z niej pojedynczą kartkę papieru.

– Poza służbą jest syn, Anatol Vernier, kawaler, lat dwadzieścia sześć. Jakiś czas temu dziennikarz i litterateur, teraz pisuje do kilku periodyków na temat rzadkich wydań książek, beaux livres. – Zajrzał do notatek. -I córka, Leonie, lat siedemnaście, panna.

– Poinformowaliście ich o śmierci matki?

– Niestety, nie możemy ich odnaleźć.

– A to dlaczego?

– Wydaje się, że pojechali na wieś. Moi ludzie wypytali sąsiadów, lecz niewiele się dowiedzieli. Rodzeństwo opuściło mieszkanie w piątek rano.

Prefekt ściągnął brwi, aż się spotkały pośrodku czoła.

– Vernier… Coś mi mówi to nazwisko.

– Bardzo możliwe, proszę pana. Ojciec rodziny, Leo Vernier, był komunardem. Aresztowany i postawiony przed sądem, skazany na deportację. Umarł w drodze, na morzu.

– Nie, nie. – Laboughe pokręcił głową. – To za stara sprawa.

– W ciągu tego roku nazwisko Vernier często pojawiało się w gazetach, chodziło o syna. Zarzucano mu hazard, palenie opium, kontakty z kobietami lekkiego prowadzenia… jednak niczego nie udowodniono. Była to raczej sugestia niemoralnego prowadzenia się, niepotwierdzona.

– Ktoś go oczerniał.

– Należałoby tak przyjąć.

– Wszystkie doniesienia były, oczywiście, anonimowe?

Thouron pokiwał głową.

– Zwłaszcza „ La Croix " wziął pod lupę młodego Verniera. Opublikował na przykład notkę, której autor twierdził, że młody człowiek brał udział w pojedynku na Polach Marsowych. Co prawda, jedynie w roli sekundanta, ale jednak… Gazeta zawsze podaje nazwiska i daty, a Vernier nieodmiennie potrafił przedstawić wiarygodne alibi. Utrzymywał, że się nie orientuje, kto nastaje na jego dobre imię.

– Pan mu nie wierzy.

– Zwykle ofiara anonimowych ataków doskonale wie, kto się za nimi kryje. Vernier był także zamieszany w skandaliczną kradzież jakiegoś rzadkiego manuskryptu z Bibliotheque de l'Arsenal.

Laboughe plasnął dłonią w kolano.

– To jest to! Właśnie dlatego wydał mi się znajomy.

Ze względów zawodowych był częstym gościem w bibliotece i zyskał sobie zaufanie pracowników. W lutym za sprawą anonimowego donosu odkryto, że zniknął ze zbiorów bibliotecznych wyjątkowo cenny tekst okultystyczny. – Thouron raz jeszcze zajrzał w notatki. – Praca Roberta Fludda.

– Nigdy o nim nie słyszałem.

– Nic nie wiązało Verniera z tą sprawą, a dochodzenie odsłoniło nie całkiem właściwie zawarte umowy ubezpieczeniowe biblioteki, więc całość szybko wyciszono.

– Czy ten młody człowiek zajmuje się ezoteryką?

– Nic na to nie wskazuje, może poza jego kolekcją dzieł okultystycznych.

– Czy był przesłuchiwany w związku z kradzieżą?

– Jak najbardziej. I znów nic nie świadczyło, żeby popełnił przestępstwo. A przy tym, tak samo jak poprzednio, pytany, czy ktoś chciałby mu szkodzić, nikogo nie wskazał. Nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy zamknąć sprawę.

Laboughe w milczeniu przetrawił informacje.

– A z czegóż on żyje? – zapytał w końcu.

– Ma nieregularne dochody. Ale mimo to całkiem pokaźne. Zarabia około dwunastu tysięcy franków rocznie, z różnych źródeł. – Thouron opuścił wzrok na papier. – Funkcja członka rady konsultacyjnej w periodyku zapewnia mu około sześciu tysięcy. Biura znajdują się przy rue Mon-torgueil. Dorabia pisaniem artykułów do innych czasopism specjalistycznych. I bez wątpienia wygrywa w karty oraz w ruletkę.

– Ma jakieś nadzieje na większą gotówkę? Na przykład spadek?

– Nie. Majątek jego ojca został skonfiskowany. Starszy Vernier był jedynakiem, rodzice dawno zmarli.

– A Marguerite Vernier?

– Badamy sprawę. Sąsiedzi zeznali, że nie miała bliskiej rodziny, ale to się jeszcze okaże.

– Czy du Pont brał udział w utrzymaniu domu przy rue de Berlin?

Thouron cmoknął powątpiewająco.

– Twierdzi, że nie, ale. moim zdaniem, w tej akurat sprawie nie jest

szczery. Wolałbym jednak nie spekulować.

Laboughe poprawił się na krześle, udręczony mebel jęknął skrzypliwie. Thouron czekał spokojnie, aż przełożony rozważy fakty.

Powiedziałeś, że Vernier jest kawalerem odezwał się wreszcie prefekt. – A czy ma kochankę?

– Był związany z pewną kobietą. Umarła w marcu. Została pochowa

na na Cimetiere de Montmartre. Z akt medycznych wynika, że jakieś dwa

tygodnie wcześniej przeszła operację w szpitalu Maison Dubois.

Laboughe skrzywił się ze wstrętem.

– Kobiece sprawy?

– Tak należy przypuszczać. Niestety, dokumenty zaginęły. Personel twierdzi, że zostały skradzione. Tak czy inaczej, klinika potwierdza, iż rachunki uregulował Vernier.

– W marcu, mówisz pan – zamyślił się Laboughe. – Więc raczej trudno się dopatrywać powiązań z morderstwem Marguerite Vernier.

– Rzeczywiście, proszę pana – przytaknął inspektor. – Ale wydaje nu się – dodał po chwili że jeśli Vernier faktycznie był ofiarą kampanii oszczerstw, to te dwa zdarzenia mogą się okazać ze sobą powiązane.

– Dajże pan spokój. Zniesławienie to jedno, ale morderstwo -zupełnie co innego.

– To prawda, panie prefekcie, i w zwykłych warunkach niczego bym się nie doszukiwał. Jest jednak pewna okoliczność, która każe się zastanowić, czy nie doszło do eskalacji złej woli.

Laboughe westchnął, uświadomiwszy obie, że inspektor nie skończył. Wyciągnął z kieszeni czarną fajkę Meerschaum, postukał nią o róg biurka, po czym zapalił zapałkę i pociągał z cybucha, póki tytoń się nie zajął. Ciasne pomieszczenie szybko wypełnił kwaśnawy dym.

– Oczywiście nie sposób mieć pewność, czy owa okoliczność ma jakikolwiek związek ze sprawą, ale wiemy, że Vernier padł ofiarą napadu w Passage des Panoramas. Zdarzyło się to we wczesnych godzinach rannych w miniony czwartek, siedemnastego września.

– Następnego dnia po rozruchach w Palais Garnier?

– Wie pan, gdzie jest to przejście?

– Tak, tak, to arkady ze sklepami i restauracjami. Rytownik Stern ma tam swoją siedzibę.

– Właśnie tak. Vernier zyskał wówczas rozcięcie nad okiem i parę solidnych siniaków. Nasi koledzy z deuxieme arrondissement zostali o tym powiadomieni anonimowo. Ponieważ w dwójce także wiedzą, że interesujemy się tym dżentelmenem, zawiadomili nas o incydencie. Przesłuchany na tę okoliczność nocny strażnik z Passage przyznał, że wiedział o napaści, a nawet był jej świadkiem, ale milczał, ponieważ Vernier zapłacił mu za dyskrecję.

– Drążył pan sprawę?

– Nie, panie prefekcie. Ponieważ Vernier, a więc ofiara napadu, nie zdecydował się donieść o incydencie, niewiele mogliśmy zrobić. Wspomniałem o tym jedynie ze względu na wskazówkę…

– Jaką?

– Eskalację wrogości – powtórzył Thouron cierpliwie.

– Ale w takim razie to nie Marguerite Vernier powinna leżeć martwa, tylko jej syn! Pańska koncepcja jest pozbawiona sensu. – Prefekt rozsiadł się wygodniej, pykając fajkę.

Thouron obserwował go w milczeniu.

– Czy pan wierzy – odezwał się Laboughe po chwili – że morderstwa dokonał du Pont?

– Nie wykluczam żadnej możliwości. Dopóki nie zbierzemy więcej informacji.

– Tak, tak, oczywiście. – Przełożony niecierpliwie machnął ręką. – Ale co panu instynkt podpowiada?

– Szczerze mówiąc, generał nie wydaje mi się winny. Choć pozornie jest doskonałym podejrzanym. Po pierwsze, był na miejscu. Po drugie, tylko jego słowo mamy na to, że odkrył Marguerite Vernier martwą. Po trzecie, w mieszkaniu znaleźliśmy dwa kieliszki szampana, ale także szklaneczkę po whisky, rozbitą w kominku. Z drugiej strony, zbyt wiele drobiazgów nie pasuje do tego wzoru. – Urwał na moment, szukając najwłaściwszych słów. – Weźmy choćby przeciek do prasy. Jeżeli rzeczywiście doszło do gwałtownej sprzeczki kochanków, kto zawiadomił gazety? Sam du Pont? Nie przypuszczam. Służba została odprawiona. Wobec tego zostaje nam tylko ktoś trzeci.

Laboughe pokiwał głową z uznaniem.

– Proszę mówić dalej.

– Druga sprawa to zbieżność w czasie. Akurat syn i córka wyjechali z miasta, mieszkanie było przygotowane na dłuższą nieobecność gospodarzy. – Westchnął niewesoło. – Moim zdaniem, sprawa nie wygląda tak. jakby się mogło wydawać na pierwszy rzut oka.

– Pana zdaniem, du Pont ma być kozłem ofiarnym?

– Z pewnością nie można tego wykluczyć. Gdyby to był on, po co miałby przekładać godzinę spotkania? Nie powinien w ogóle pokazywać się w okolicy.

– Wolałbym nie ciągać po sądach bohatera wojennego – przyznał prefekt. – Zwłaszcza osoby tak szacownej i obsypanej tyloma honorami co du Pont. – Spojrzał na Thourona. – Rzecz jasna, nie zamierzam wpływać na pańskie decyzje, inspektorze. Jeżeli go pan uzna za winnego…

– Oczywiście, rozumiem. Ja także z największą przykrością oskarżałbym obrońcę patrie. Choć nawet walka za ojczyznę nie jest gwarancją kryształowego charakteru.

Laboughe opuścił wzrok na krzykliwe tytuły prasowe.

– Tak czy inaczej, nie wolno nam zapominać, że doszło do morderstwa.

– Tak jest.

– Przede wszystkim należy odnaleźć Verniera i zawiadomić go o śmierci matki. Nawet jeśli przedtem nie chciał rozmawiać z policją o różnych incydentach, w które bywał wplątany, może tragedia rozwiąże mu język. -Poprawił się na nieszczęsnym krześle. – Mamy jakieś wskazówki, gdzie go szukać?

Thouron pokręcił głową.

– Wiemy jedynie, że opuścił Paryż przed czterema dniami, w towarzystwie siostry. Dorożkarz, który pracuje regularnie w okolicy rue d'Amster-dam, zeznał, że zabrał z rue de Berlin mężczyznę i dziewczynę, odpowiadających rysopisowi Vernierów. Zawiózł ich na Gare Saint-Lazarre. W zeszły piątek, tuż po dziewiątej rano.

– Ktoś ich potem widział?

– Niestety nie. Pociągi z tego dworca jeżdżą do podmiejskich miejscowości na zachód od Paryża, do Wersalu czy Saint-Germain-en-Laye. oczywiście, także do przystani w Caen. Nigdzie tam ich nie widziano. Mogli-rzecz jasna, wysiąść gdzieś po drodze. Moi ludzie to sprawdzają.

Laboughe przypatrywał się fajce. Jakby stracił zainteresowanie rozmową.

– Zakładam, że rozmawiał pan z władzami kolei? – zapytał w końcu.

– Tak. I na głównej linii, i na bocznych stacjach. Rozesłaliśmy rysopis po Ile-de-France, sprawdzamy też listy pasażerów promów kursujących po kanale La Manche. Na wszelki wypadek, gdyby poszukiwani wybrali się gdzieś dalej.

Prefekt podniósł się ciężko, sapiąc z wysiłku. Schował fajkę do kieszeni płaszcza, wziął kapelusz i rękawiczki. Ruszył do drzwi jak statek na pełnych żaglach.

Thouron również wstał.

– Niech pan ponownie odwiedzi du Ponta – rzucił Laboughe przez ramię. – Jest naszym najpoważniejszym podejrzanym, chociaż wydaje mi się, że pan właściwie ocenia sytuację. – Postukując laską w podłogę, doszedł do drzwi. – I jeszcze jedno.

– Tak?

– Proszę mnie informować na bieżąco. O wszelkich postępach w śledztwie chcę słyszeć od pana, a nie dowiadywać się ze stron „Le Petit Journal". Przy czym nie interesuje mnie czcza gadanina. Takie rzeczy zostawmy dla journalistes i pisarzy. Fakty. Gołe fakty. Czy wyrażam się jasno?

Całkowicie, proszę pana.

ROZDZIAŁ 36

DOMAINE DE LA CADE

W zamku gabloty tkwił mosiężny kluczyk. Z początku Leonie nie mogła go obrócić, ale upór zrobił swoje. Wreszcie pociągnęła drzwiczki, wzięła w rękę intrygujący tomik.

Usiadła na najwyższym stopniu drabinki jak na żerdzi i otworzyła „Les Tarots". Gdy rozchyliła twarde okładki, z kart książki uniósł się zapach kurzu i starego papieru. Właściwie nie była to książka, broszura zaledwie, liczyła osiem czy dziesięć kartek, postrzępionych na brzegach, jakby je ktoś rozcinał nożem. Gruby kremowy papier z pewnością miał swoje lata. Antyczny nie był, ale nowy także nie. Treść wydrukowano pochyłą czcionką.

Na pierwszej stronie powtórzono imię i nazwisko autora oraz tytuł. Jules Lascombe. Pod spodem: „Les Tarots". Tym razem dodano jeszcze podtytuł. „Au dela du voile et Fart musicale de tirer les cartes". Co się ukrywa za woalem harmonijnej sztuki ciągnienia kart. Niżej znajdował się dziwny rysunek. Niby cyfra osiem, tyle że położona na boku, przypominająca trochę motek wełny. A na samym dole strony data. Zapewne rok wydania monografii. Tysiąc osiemset siedemdziesiąty.

Już po tym, jak mama stąd uciekła. A jeszcze przed przyjazdem Izoldy.

Pierwszą stronę chroniła gładka, śliska bibuła. Dziewczyna podniosła ją – i aż wstrzymała oddech. Z czarno-białego rysunku świdrował ją lubieżnym wzrokiem przerażający stwór. Diabeł. Plecy miał garbate, kończyny dziwacznie powykręcane, a zamiast palców ostre szpony. Głowa, zbyt wielka i zniekształcona, stanowiła parodię ludzkiej.

Leonie przyjrzała mu się bliżej. Na czole odkryła rogi, tak małe, że prawie niewidoczne. Całe ciało potwora pokrywała sierść. A najgorsze, że do cokołu grobowca, na którym stał, przykuta była łańcuchami para młodych ludzi, kobieta i mężczyzna.

Pod rysunkiem znajdowała się rzymska cyfra XV. Leonie nie dopatrzyła się nazwiska autora rysunku ani żadnych informacji o źródłach. Widniało pod nim tylko jedno słowo. Imię, starannie wykaligrafowane wielkimi literami. ASMODEUSZ.

Spiesznie odwróciła kartkę. Ciasno zbite linie wprowadzenia wyjaśniały temat książki. Przebiegała po nich wzrokiem nieuważnie, tu i ówdzie jakieś słowo zatrzymywało jej oko. Diabły, karty i muzyka. Doskonała mieszanka! Serce biło jej mocno i szybko. Zatrzasnęła okładki, opuściła drewnianą wieżyczkę, zeskakując z dwóch ostatnich stopni, rozłożyła książeczkę na stole pośrodku biblioteki i zatonęła w lekturze, ciągle jednak przeskakując fragmenty, niecierpliwa, co znajdzie dalej.

„Nad zdartymi kamieniami grobowca jest kwadrat, który dzisiaj wcześniej, za dnia, sam zabarwiłem na czarno. Teraz wydaje się on emanować nikłym blaskiem.

W każdym z czterech rogów kwadratu, jak punkt na kompasie, znajduje się odpowiednia nuta. C na północy. A na wschodzie, D na południu i E na wschodzie. W środku figury umieściłem karty, w które tchnięto życie. Za sprawą ich mocy przejdę do innego wymiaru.

Zapalam lampę powieszoną na ścianie. Rzuca blade białe światło.

W jednej chwili grobowiec wypełnia się mgłą, jakby wysysał powietrze z otoczenia. I wiatr objawił swoją obecność dźwiękami, które mogę przyrównać do słyszanego z oddali forte. Tutaj ono ledwie drży, lecz jego potęga nie ma sobie równych.

Karty ożywają. Tak w każdym razie mnie się wydaje. Kształty wyzwolone z kazamatów tuszu i farb zyskują formę, raz jeszcze wracają na ziemię.

Zafalowało powietrze, wydało mi się, że nie jestem sam. Zyskałem pewność: w grobowcu zaroiło się od istnień. Od duchów, bo przecież nie sposób ich nazwać ludźmi. Przestały obowiązywać prawa natury. Przybysze byli wszędzie dookoła. Ja i moje inne byty. przeszłe oraz należące do przyszłości, spotkały się w jednym miejscu. Muskały mi kark i ramiona, gładziły mnie po czole, okrążały bez dotykania, a przecież naciskały wciąż ciaśniej i bliżej. Zdawało mi się, że płyną w powietrzu, pilnie bacząc, bym nie przeoczył ich ulotnej obecności. A jednakowoż miały swój ciężar, określoną stałość. Zwłaszcza tuż nad moją głową trwał bezustanny ruch w akompaniamencie kakofonii szeptów, westchnień i szlochów. Dźwigałem na ramionach ogromny ciężar.

Chciały mi zabronić dostępu, choć nie rozumiałem dlaczego. Wiedziałem, że muszę dotrzeć do kwadratu, inaczej znajdę się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Zrobiłem krok w jego stronę, a wtedy spadł na mnie wielki wiatr, odpychając w tył, skrzecząc i wyjąc przerażającą melodię, która dobywała się równocześnie ze wszystkich stron i z mojej głowy także. Grobowiec drżał, drętwiałem ze strachu, że ściany runą i dach się zwali.

Zebrałem wszystkie siły, puściłem się w stronę kwadratu jak tonący, który desperacko dąży do brzegu. I wtedy spadł na mnie potwór. Diabeł z pewnością, i choć był niewidzialny jak inni jego szatańscy towarzysze, czułem jego szpony na karku i kopyta na plecach, cuchnący oddech na skórze.

A przecież nie zostawił na mnie żadnego śladu.

Zasłoniłem głowę rękami. Pot zalewał mi oczy. Serce biło z ogromnym trudem, traciłem siły i oddech. Wyczerpany, przegrywałem tę nierówną walkę. Wezwałem na pomoc ostatnie resztki odwagi. Muzyka grzmiała. Wczepiłem palce w szpary między kamieniami podłogi i cudem jakimś dociągnąłem się do kwadratu.

W tej samej chwili zapadła cisza, tak gwałtowna i wielka, jak najgłośniejszy krzyk. Przyniosła ze sobą smród piekieł i przepaścistych morskich głębi. Sądziłem, że jej ciężar rozłupie mi głowę na dwoje.

Z moich ust popłynęły bezładne słowa, recytowałem imiona z kart: Głupiec, Wieża, Siła, Sprawiedliwość i Sąd Ostateczny. Czy wołałem duchy kart? Czy miały mi pomóc, czy też to one przeszkadzały mi dotrzeć do czarnego kwadratu? Własny głos wydawał mi się obcy, jakby słowa wymawiał ktoś inny, z początku cicho, potem coraz głośniej i mocniej, aż napełniły grobowiec.

A wtedy, gdy już sądziłem, że dłużej nie dam rady, coś zaczęło się ze mnie uwalniać, oswobadzać od mojej obecności, ode mnie samego, drąc i drapiąc, jakby pazury dzikiego zwierzęcia szarpały mi kości.

Napłynął strumień powietrza. Ucisk na sercu zelżał.

Osunąłem się na ziemię. Jeszcze tylko dostrzegłem, że nuty, że cztery litery w rogach kwadratu blakną. Powieki mi opadły. Szepty i westchnienia duchów słabły, aż w końcu przestałem słyszeć cokolwiek.

Otworzyłem oczy. Karty wróciły do stanu uśpienia. Malowidła na ścianie apsydy tkwiły w bezruchu. W grobowcu zapanował spokój, pustka raz jeszcze objęła go we władanie. I wiedziałem, że wszystko się skończyło. Zamknęła się nade mną ciemność.

Nie jest mi wiadome, jak długo pozostawałem bez przytomności.

Zanotowałem muzykę, najlepiej jak zdołałem.

Ślady na dłoniach, moje stygmaty, nie zblakły".

Leonie gwizdnęła cicho. Obróciła kartkę. Nic. Koniec opowieści.

Dłuższą chwilę siedziała bez ruchu, wpatrując się w ostatnie linijki tekstu. Fantastyczna historia! Okultyzm i muzyka, grobowiec i ożywione wizerunki z kart, a na dodatek wzywanie tych, którzy przeszli na drugą stronę. „Au dela du voile". Za woal. Zgodnie z podtytułem.

I jeszcze do tego wszystkiego napisana przez mojego wuja!

W tej chwili najbardziej zdumiewał ją fakt, że choć miała takiego autora w rodzinie, nikt o tym nigdy nie wspomniał!

Pozornie…

Ciekawe. We wstępie wuj napisał, że opowieść jest świadectwem prawdziwym. Co w takim razie rozumiał przez „przejście do innego wymiaru? A co to były za „inne byty przeszłe oraz należące do przeszłości"? I czy wezwane przez niego duchy odeszły tam, skąd przyszły?

Ktoś za nią stanął. Obejrzała się gwałtownie przez ramię.

Nikogo.

Rzuciła okiem w ciemnawy kąt, drugi i trzeci, przepatrzyła zacienione nisze po obu stronach kominka i przykurzone kąty przy bocznych stolikach oraz za kotarami. Czy duchy w dalszym ciągu nawiedzają posiadłość? Usłużna pamięć podsunęła dziewczynie wspomnienie tajemniczej postaci, chyłkiem sunącej po trawniku zeszłego wieczoru.

Czyżby to było przeczucie? Czy coś innego?

Potrząsnęła głową, lekko zaskoczona grą wyobraźni. Wróciła do książki. Gdyby potraktować słowa wuja poważnie, jeśliby uwierzyć w jego historię, to na terenie majątku powinien się znajdować grobowiec. Tak podejrzewała. I to nie tylko dlatego, że literowe oznaczenia nut, niezbędne do wezwania duchów – C, D, E, A – układały się w nazwę posiadłości.

Czy ten grobowiec nadal istnieje?

Wsparła brodę na dłoni.

Nie powinno jej sprawić trudności sprawdzenie, czy rzeczywiście znajduje się w najbliższej okolicy budowla, jaką opisał wuj. W wiejskim majątku tej wielkości kapliczka lub mauzoleum nikogo by nie zdziwiły. Co prawda, mama nigdy nie wspominała o czymś takim w Domaine de la Cade, lecz przecież w ogóle niewiele mówiła o rodzinnym domu. Ciotka Izolda też nie napomknęła o takiej budowli, ale może po prostu dlatego, że temat nie wypłynął podczas wieczornej rozmowy. Poza tym Izolda sama przyznawała, że nie ma wielkiego pojęcia o dziejach rodzinnego majątku męża.

Jeżeli grobowiec nadal gdzieś tu jest, z pewnością go znajdę!

Uwagę dziewczyny przyciągnął jakiś hałas w korytarzu.

Szybkim ruchem zsunęła broszurkę na kolana. Nie chciała być z nią widziana. Nie z zawstydzenia, ale dlatego że zamierzała przeżyć tę przygodę sama, z nikim się nią nie dzieląc. Bo Anatol z pewnością by się z niej naśmiewał.

Kroki przycichły, po jakimś czasie Leonie usłyszała miękkie klapnięcie drzwi. Wstała. Czy wolno jej było wziąć „Les Tarots"? Zapewne ciotka nie będzie miała nic przeciwko takiej pożyczce, w końcu sama prosiła, by się w jej domu czuli jak u siebie. Książeczka była w gablocie, to prawda, ale raczej dla ochrony przed kurzem i skutkami upływu czasu, a nie po to, żeby ją ukryć przed ludzkim wzrokiem. W przeciwnym razie po co by ktoś zostawiał klucz w zamku?

Opuściła bibliotekę, ściskając w dłoniach cenne znalezisko.

ROZDZIAŁ 37

Paryż

Victor Constant złożył gazetę i rzucił ją na siedzenie obok.

„Morderstwo Carmen!", wołał tytuł. „Policja szuka syna!".

Constant z pogardą wzruszył ramionami. „Morderstwo Carmen". Nic bardziej chybionego. Panowie z prasy byli prymitywni. Trudno o dwie kobiety bardziej różne niż Marguerite Vernier i porywcza, zapalczywa bohaterka opery Bizeta, ale sztuka tak przesiąkła do świadomości Francuzów, że nie było już odwrotu. Jedyny element łączący obie kobiety stanowił wojskowy nóż – i to wystarczyło, by powstał mit.

Du Pont w ciągu kilku godzin przeszedł na łamach prasy metamorfozę z głównego podejrzanego w niewinną ofiarę. Z początku fakt, że prefekt nie oskarżył go o morderstwo, rozpalił w dziennikarzach ciekawość, więc zaczęli zarzucać sieci nieco szerzej. Teraz, w dużym stopniu za sprawą starań Constanta, wzięli na celownik Anatola Verniera. Jeszcze nie był podejrzanym, ale sam fakt, że zniknął jak kamfora, budził podejrzenia. Policja nie umiała znaleźć ani jego, ani młodej Vernierówny, choć należałoby poinformować rodzeństwo o tragedii. Czy niewinny człowiek ma powody unikać stróżów prawa?

Zaiste, im żarliwiej inspektor Thouron bronił Verniera przed zarzutami, tym szybciej rodziły się plotki. Sama nieobecność syna zamordowanej w Paryżu de facto przekształciła się w jego obecność w mieszkaniu w chwili morderstwa.

Constant był zadowolony z takiego obrotu spraw. Cieszyło go także lenistwo dziennikarzy. Wystarczyło podsunąć im zgrabną historyjkę, a natychmiast przedstawiali ją, z kosmetycznymi zmianami, rzeszom czytelników. Nawet im nie zaświtało w głowach, by sprawdzić informacje tak usłużnie podawane na tacy.

Mimo całej nienawiści do Verniera Constant musiał przyznać, że drań okazał się sprytny. Nawet on, Constant, człowiek hojny, jeśli zaistniała taka potrzeba, dysponujący siatką informatorów i szpiegów, nie od razu odkrył, dokąd wyjechało rodzeństwo.

Bez większego zainteresowania zerknął przez okno. Ekspres marsylski mijał paryskie przedmieścia. Gnał na południe. Constant rzadko zapuszczał się poza banlieue. Nie lubił takich widoków, szerokiego horyzontu, jaskrawego słońca, nudnego szarego nieba. Nie znosił dzikiej przyrody. Wolał prowadzić interesy o zmierzchu, na ulicach punktowanych latarniami, w dyskretnym półmroku wnętrz, gdzie źródłem światła były jedynie świece. Nienawidził świeżego powietrza i otwartych przestrzeni. Za to jak ryba w wodzie czuł się w pachnących korytarzach teatrów, w otoczeniu dziewcząt z wachlarzami z piór, i w prywatnych salkach ekskluzywnych klubów.

W końcu udało mu się dojść po nitce do kłębka i wyśledzić szczegóły ucieczki Vernierów. Sąsiedzi, zachęceni sou lub dwoma, twierdzili, że nie wiedzą nic konkretnego, ale jednak coś tam usłyszeli, coś sobie przypomnieli, czegoś się domyślili. Wystarczyło tego do poskładania w miarę pełnego obrazu tamtego konkretnego dnia. Właściciel Le Petit Chablisien, restauracyjki przy rue de Berlin w pobliżu mieszkania Vernierów, przyznał, że słyszał, jak w rozmowie padła nazwa średniowiecznego miasta, Carcassonne. Służący Constanta, pobrzękując monetami, bez trudu wytropił dorożkarza, który w piątkowy ranek zawiózł poszukiwaną dwójkę na dworzec Saint-Lazare, a następnie fiacre, którym rodzeństwo przemieściło się dyskretnie na Gare Montparnasse. Gendarmes z ósmego arrondissement jeszcze do tego nie doszli.

Zaledwie garść informacji, lecz wystarczyła, by przekonać Constanta, że warto nabyć bilet na pociąg jadący na południe. Jeżeli Vernierowie zamieszkali w Carcassonne, sprawa okaże się dość prosta. Bez względu na to, czy będzie tam ta podła lafirynda, czy też nie. Nie znał jej aktualnego nazwiska, jedynie to, które widniało na nagrobku Cimetiere de Mont-martre. Ślepa uliczka.

Dzisiaj miał dotrzeć do Marsylii. Jutro przesiądzie się w pociąg do Carcassonne i tam zostanie. Będzie czyhał jak pająk w sieci. I w końcu wytropi ofiarę.

Wcześniej czy później ludzie coś powiedzą. Zawsze mówią. Tu jakieś półsłówka, tam plotki, ówdzie pogłoski. Vernierówna jest piękną dziewczyną. Pomiędzy ciemnoskórymi, czarnowłosymi kobietami południa jasnoskóra piękność o miedzianych lokach nie przejdzie niezauważona.

Znajdzie ich. Prędzej czy później.

Wyjął z kieszeni zegarek Verniera. Dłonią obleczoną w rękawiczkę pogładził złotą kopertę i platynowy monogram. Efektowny drobiazg. Constanta cieszyło, że odebrał go Vernierowi.

Coś za coś.

Nagle rysy twarzy mu stężały. Wyobraźnia podsunęła obraz jej uśmiechu. Tyle że zdrajczyni uśmiechała się do Verniera. Tak jak do niego kiedyś. W udręczonym mózgu pojawił się wizerunek nagiego kobiecego ciała, pieszczonego spojrzeniem rywala. Nie do zniesienia!

Sięgnął do skórzanej torby podróżnej. Dłoń trafiła na nóż w grubej p0_ chwie. Właśnie to ostrze odebrało życie Marguerite Vernier. Wyjął książkę pióra Nicholasa Klimma, „The Subterranean Voyage", opowieść o podróży do krainy umarłych, potem „Niebo i piekło" Swedenborga, lecz żadna z nich go nie zaciekawiła.

Wyciągnął kolejny prezent. „Chiromancję" Roberta Fludda.

Doskonale pasowała do jego nastroju.

ROZDZIAŁ 38

Rennes-les-Bains

Zaraz po wyjściu z biblioteki Leonie wpadła na Marietę. Ukryła broszurkę za plecami.

– Madomaisela, brat pyta, czy panienka się z nim wybierze do Rennes-

– les-Bains.

Dziewczyna wahała się tylko przez moment. Pociągały ją plany badania posiadłości i poszukiwań grobowca, ale ta wyprawa mogła poczekać. W przeciwieństwie do wycieczki z Anatolem.

– Przekaż mu, że chętnie pojadę.

– Tak, madomaisela. Powóz będzie czekał o wpół do jedenastej.

Przeskakując po dwa stopnie naraz, Leonie popędziła do swojego

pokoju. Oparła się o drzwi i przyjrzała wnętrzu, szukając miejsca, gdzie dałoby się schować „Les Tarots", by książeczka nie wzbudziła zainteresowania służby. Wzrok jej padł na kuferek z robótkami. Otworzyła wieko zdobione masą perłową i wetknęła skarb głęboko pomiędzy motki włóczki, szpulki nici, kłębek skrawków materiału, naparstki, szpilki oraz igły.

***

Nie zastała Anatola w holu.

Wolnym krokiem wyszła na taras na tyłach budynku i stanęła z dłońmi wspartymi na balustradzie. Akurat słońce skryło się za chmurą i na ziemię docierały jedynie szerokie pasma złotego blasku. Światło i cień tworzyły kontrastowy wzór. Wciągnęła głęboko w płuca świeże, górskie powietrze, zupełnie inne niż w Paryżu, gdzie cuchnęło sadzą i rozgrzanym żelazem.

Przy klombach pracował ogrodnik z pomocnikiem. Przywiązywali do tyczek krzewy i młode drzewka. Na taczkach wznosił się kopczyk zgrabionych liści w jesiennych barwach.

Mężczyzna miał na sobie brązową kurtę, na głowie czapkę, a na szyi czerwoną chustkę. Chłopiec, na oko dwunastolatek, z gołą głową, był w koszuli bez kołnierzyka.

Leonie zeszła po schodkach prowadzących na trawniki. Na jej widok ogrodnik ściągnął z głowy czapkę koloru żyznej ziemi i zmiął ją w brudnych palcach.

– Dzień dobry.

– Bonjorn, madomaisela – wymamrotał.

– Piękny mamy dzień.

– Burza idzie.

Dziewczyna z powątpiewaniem przyjrzała się błękitnemu niebu, po którym z rzadka tylko płynęły pierzaste chmurki.

– Trudno uwierzyć.

– Zbiera siły. – Pochylił się ku dziewczynie, odsłaniając poczerniałe zęby, przywodzące na myśl rząd starych nagrobków. – Diabelska sprawka! -Miał kwaśny oddech, Leonie automatycznie się odsunęła. – Są znaki. Wczoraj w nocy muzyka nad jeziorem.

Zdziwiło ją to spoufalenie.

– Nie rozumiem – odparta dość chłodno.

Mężczyzna przeżegnał się spiesznie.

– Tu diabeł przychodzi. Zawsze jak wstaje z Lac de Barrenc, przynosi ze sobą burze. Szaleją po całej okolicy. Zmarły pan wysłał ludzi, żeby zasypali staw, ale wtedy diabeł zagroził, że utopi Rennes-les-Bains.

– To tylko przesądy. Nie sposób…

– Zawarli umowę. Nie mnie tam gadać, jak i co, ale ludzie rzucili robotę. Staw został. Ale teraz, mas ara, naturalny porządek rzeczy został zakłócony. Widać po znakach. Diabeł wróci po to, co mu się należy.

– Naturalny porządek rzeczy… – szepnęła dziewczyna. – Co to znaczy?

– Dwadzieścia jeden lat temu zmarły pan obudził diabła. Kiedy duchy wychodzą z grobu, słychać muzykę. Ja tam nie wiem jak ani dlaczego. Ksiądz przyszedł.

– Jaki ksiądz?

– Leonie!

Trochę z poczuciem winy, ale i z wielką ulgą odwróciła się, słysząc wołanie brata. Anatol machał do niej z tarasu.

– Dwukółka już czeka! – krzyknął.

– Pilnuj duszy, madomaisela – rzucił ogrodnik chrapliwie. – Kiedy przyjdzie burza, duchy będą wolne.

Dwadzieścia jeden lat temu? – myślała gorączkowo. Czyli w roku siedemdziesiątym. Zadrżała. Pamięć podsunęła jej przed oczy tę samą datę, wydrukowaną na stronie tytułowej „Les Tarots".

Duchy będą wolne.

Słowa ogrodnika dźwięczały jej w głowie. Zgadzały się z tym, co czytała dziś rano. Chciała jeszcze o coś zapytać, ale stary już wcisnął czapkę na głowę i zajął się kopaniem. Stała przez chwilę niezdecydowana, wreszcie zgarnęła spódnice i wbiegła lekko schodami na taras.

Intrygujące to wszystko, prawda. I niepokojące. Ale nie pozwoli sobie zepsuć wycieczki z bratem.

– Witaj – rzekł Anatol, całując siostrę w gorący policzek. Obejrzał ją od stóp do głów. – Nie powinnaś się trochę doprowadzić do porządku?

Leonie zerknęła na wystające spod spódnicy pończochy ze śladami błota. Wygładziła halki.

– Proszę uprzejmie – obwieściła z szerokim uśmiechem. – Wszystko jak należy.

Anatol pokręcił głową na wpół zawiedziony, na wpół rozbawiony. Razem poszli przez dom, wsiedli do powozu.

– Dziergałaś coś? – Anatol wskazał kawałek czerwonej włóczki na rękawie siostry. – Ależ z ciebie pracowita osóbka!

Dziewczyna zrzuciła na ziemię zdradziecką nitkę.

– Szukałam jednego drobiazgu w kuferku z robótkami – skłamała gładko.

Woźnica strzelił z bata i wózek ruszył podjazdem.

– Ciotka nie chciała jechać? – Musiała podnieść głos, żeby ją brat usłyszał poprzez stukot kopyt i dzwonienie uprzęży.

– Ma sporo zajęć w majątku.

– Ale sobotnia kolacja nam nie przepadnie? Anatol poklepał kieszeń marynarki.

– Nie przepadnie. Właśnie obiecałem doręczyć zaproszenia.

Nocny wiatr postrącał suche gałęzie i liście ze smukłych brzóz, ale droga prowadząca z posiadłości do miasta była pusta, toteż jechali dość szybko.

Słyszałeś w nocy pioruny? – spytała Leonie. – Dziwne jakieś. Suchy trzask, potem dudniący grzmot, wszystko przy akompaniamencie wycia wichru i ani kropli deszczu!

Tutaj to dość powszechne zjawisko. Zwłaszcza latem. Takie suche burze potrafią ciągnąć jedna za drugą.

Miałam wrażenie, że jakiś grzmot utknął w dolinie i ze złością obija się o góry.

– Może wypiłaś za dużo blanquette – zasugerował żartobliwie Anatol.

Pokazała mu język.

– Nic mi nie dolega – zapewniła. – Ogrodnik mówił – zaczęła z innej beczki – że kiedy duchy są wolne, przychodzi burza. Albo może odwrotnie. Nie mam pewności.

– Coś podobnego.

Dziewczyna obróciła się do woźnicy.

– Czy zna pan Lac de Barrenc? – spytała podniesionym głosem.

– Oc, madomaisela.

– Daleko to?

– Pas luenh. – Niedaleko. – Dla touristas miejsce do zwiedzania, aleja bym tam nie chodził. – Wskazał batem gęsty las z przecinką, na której Widniało kilka megalitów niczym kości rzucone dłonią olbrzyma. Tam jest Fotel Diabła. Kawałek dalej Diabli Staw i Rogata Góra.

Leonie poruszyła temat jedynie po to, by okiełznać strach, ale przy ta_ kiej odpowiedzi nie mogła nie skorzystać z sytuacji. Odwróciła się do brata ze zwycięską miną.

– Sam widzisz. Wszędzie dowody na istnienie diabłów i duchów.

Anatol roześmiał się głośno.

– Przesądy, petite. I gusła. Żadne dowody.

Wysiedli na Place du Perou.

Anatol znalazł jakiegoś chłopca gotowego w zamian za sou doręczyć zaproszenia gościom Izoldy i w ten sposób wywiązali się z obowiązków.

Przechadzkę rozpoczęli od spaceru po Gran'Rue, w stronę sanatorium.

Zatrzymali się w kawiarence, gdzie przy jednym z wystawionych na zewnątrz stolików Leonie wypiła filiżankę mocnej słodkiej kawy, natomiast Anatol kieliszek absyntu. Leniwie obserwowali przechodniów. Pielęgniarkę pchającą wózek, dziewczynki o rozpuszczonych włosach, ozdobionych czerwonymi i błękitnymi jedwabnymi wstążkami, chłopców w spodenkach do kolan, toczących obręcze.

Zajrzeli do największego sklepu w mieście, Magasins Bousquet, gdzie sprzedawano wszystko, począwszy od sznurków i tasiemek, poprzez miedziane rondle i patelnie, aż po pułapki, sieci i broń myśliwską. Anatol przekazał siostrze sporządzoną przez Izoldę listę sprawunków, które miały być dostarczone do posiadłości w sobotę.

Leonie z wielką przyjemnością składała zamówienia.

Następnie zachwycali się miejską architekturą. Wiele budynków na le

wym brzegu rzeki, rive gauche, od strony wody wyglądało znacznie bardziej imponująco niż z ulicy. Miały więcej kondygnacji, schodziły aż do koryta rzeki. Niektóre, choć skromne, były doskonale utrzymane, inne natomiast zaniedbane, z płatami odłażącej farby, z krzywymi ścianami jakby dźwigały zbyt wielki ciężar.

Na zakręcie rzeki otworzył się przed nimi wspaniały widok tarasów z ciepłymi źródłami oraz czarne balkony Hotel de la Reine. Kompleks wyraźnie dominował, znacznie ważniejszy i wspanialszy niż od strony ulicy. Nowoczesne budynki, baseny, wielkie tafle okien. Wąskie kamienne schody prowadziły z tarasów prosto nad wodę, gdzie stały kabiny kąpielowe. Centrum postępu i nauki, nowoczesna świątynia dla współczesnych pielgrzymów, szukających odnowy.

Jakaś pielęgniarka w białym czepku, który przysiadł jej na głowie niczym ptak z rozłożonymi skrzydłami, pchała pacjenta w chaise roulante.

Nad brzegiem wody, tuż przy Allee des Bains de la Reine, pod żelazną pergolą w kształcie korony, można było znaleźć trochę cienia. A przed budką na kółkach, do której prowadził wąski drewniany pomost, kobieta o szerokich ramionach i w jasnej chustce na głowie sprzedawała jabłecznik po dwa centimes za kubek. Obok stała machina do wyciskania soku z jabłek.

Metalowe zęby wolno i dokładnie miażdżyły owoce. Rdzawe i czerwone jabłka wrzucał do urządzenia chłopczyk o rękach poznaczonych bliznami, ubrany w luźną, o wiele za dużą koszulę.

Anatol odczekał swoje w kolejce i kupił dwa kubki napitku. Nie smakował mu ten jesienny napój, więc Leonie z przyjemnością wypiła najpierw swój, a potem dokończyła porcję brata. Wypluła w chusteczkę kawałki słomy.

Rive droite, drugi brzeg rzeki, miał zupełnie inny charakter. Stało tam o wiele mniej domów przytulonych do zbocza wzgórza. Tworzyły na nim jasne plamy między drzewami schodzącymi prawie do linii wody. Tam mieszkali rzemieślnicy, służba, sklepikarze – ludzie, których los zależał od hipochondryków z klasy średniej z Tuluzy, Perpignan i Bordeaux.

Leonie przyglądała się pacjentom siedzącym w parującej żelazistej wodzie bains foris. Do źródeł prowadziła zadaszona prywatna alejka. Rządek pielęgniarek i służących z ręcznikami w dłoniach cierpliwie czekał na brzegu na swoich pracodawców.

Gdy uznała, że dość zwiedzania i czas odpocząć, poskarżyła się na za ciasne buty, więc wrócili na Place du Perou, mijając pocztę i biuro telegrafu.

Anatol zaproponował, by odpoczęli w sympatycznej brasserie po południowej stronie skweru.

– Usiądziemy na zewnątrz? – spytał, wskazując laską jedyny wolny sto

lik. – Czy wolisz zjeść w środku?

Delikatna bryza bawiła się ze słońcem w chowanego, szeptała w alejach i gładziła markizy. Dziewczyna powiodła wzrokiem po złotych, miedzianych i bordowych liściach, wirujących w lekkim tańcu, po lśniących śladach blasku na ścianach budynku obrośniętego bluszczem.

Zostajemy na zewnątrz postanowiła. Jest uroczo. Wprost cudownie.

Ciekaw jestem, czy to ten wiatr nazywa się Cer – rzekł Anatol z uśmiechem, siadając naprzeciwko siostry. – Chyba wieje z północnego zachodu, schodzi z gór. Tak mówiła Izolda. W przeciwieństwie do Marina, który wieje od morza. Rozłożył serwetkę. – A może on się nazywa Mistral?

Leonie wzruszyła ramionami, wcale niezainteresowana.

Anatol zamówił pate de la maison i pasztet ten rzeczywiście okazał się doskonały, talerz krajanych pomidorów oraz buche lokalnego sera koziego, przybranego miodem i migdałami. Do tego pichet górskiego wina rość.

Dziewczyna odłamała kawałek chleba, włożyła do ust.

Byłam rano w bibliotece – powiedziała. – Zbiór jest naprawdę interesujący. Dziwi mnie, że w ogóle miałyśmy przyjemność cieszyć się twoim towarzystwem wczoraj wieczorem.

Co masz na myśli? spytał bez uśmiechu.

Tylko tyle, że jest tam bardzo dużo książek, na których warto zatrzymać oko. Sama nie wiem, jak lo się stało, że w tak krótkim czasie znalazłeś między nimi broszurkę pana Baillarda. Zmrużyła oczy. – A, twoim zdaniem, co miałam na myśli?

– Nic – odparł Anatol, podkręcając wąsa.

Leonie odłożyła widelec.

– Chociaż, skoro już zapytałeś, to rzeczywiście jestem zdziwiona, że przynosząc mi jedną cienką książeczkę, nie wspomniałeś słowem na temat całej kolekcji dzieł w podobnym gatunku.

– Jak to?

– Na przykład o beaux livres. – Utkwiła spojrzenie w jego oczach. -I o książkach okultystycznych. Niektóre z nich w bardzo rzadkich wydaniach.

Anatol nie odpowiedział od razu.

– Obwiniasz mnie przy lada okazji, że nudzę cię tematem woluminów

o wartości antykwarycznej – rzekł w końcu. – Tym razem ci tego oszczę

dziłem.

Dziewczyna zaśmiała się drwiąco.

– Na litość boską, co się z tobą dzieje? Sam powiedziałeś, że większość

z takich wydawnictw uważa się za nieprzyzwoite. Nawet w Paryżu. Tym bardziej trudno się czegoś takiego spodziewać w wiejskim majątku. A ty mi o nich nawet nie wspomniałeś.

Anatol bez słowa palił papierosa.

– I co? – odezwała się Leonie po chwili milczenia.

– Co: i co?

– Choćby: dlaczego postanowiłeś nie okazywać zainteresowania? -Nabrała tchu. – A po drugie, po co naszemu wujowi kolekcja takich książek? Tego nam ciotka Izolda nie powiedziała.

– Cóż, tu się muszę z tobą nie zgodzić – odrzekł sucho. – Nie bardzo rozumiem, dlaczego jesteś tak krytycznie nastawiona do naszej gospodyni.

Leonie spłonęła rumieńcem.

– Mylisz się. Wcale tak nie jest. Moim zdaniem, Izolda jest czarująca.

– Podniosła głos, żeby jej nie przerwał. – Niepokoi mnie raczej charakter nastrój posiadłości, zwłaszcza jeśli się do tego doda obecność książek okultystycznych w bibliotece.

Anatol westchnął ciężko.

– Nie zauważyłem ich. Robisz z igły widły. Najprostszym wyjaśnieniem będzie chyba przypomnienie, że wuj miał katolickie… czy może raczej liberalne gusta. Albo odziedziczył książki razem z domem.

Niektóre są stosunkowo nowe – naciskała. Wiedziała, że zachowuje się niewłaściwie i niepotrzebnie prowokuje, ale jakoś nie potrafiła się wycofać.

– Ach, nie wiedziałem, że jesteś znawczynią takich publikacji.

Aż się skurczyła, smagnięta lodowatym tonem.

– Nie, ja nie jestem. Ale ty tak! I o to właśnie chodzi. Dlatego byłam zaskoczona, że nie uznałeś za stosowne wspomnieć o tej kolekcji chociaż słowem!

– Kompletnie nie rozumiem, dlaczego się uparłaś, by wynajdować jakieś tajemnice. Nie potrafię tego pojąć.

Leonie nachyliła się do przodu.

– Mówię ci, w tym majątku jest coś dziwnego. – Zamilkła na dłuższą chwil? – Właściwie zastanawiam się. czy ty w ogóle byłeś w bibliotece?

– Dosyć tego – rzucił z cicha. W jego głosie wyraźnie brzmiała przestroga. – Nie wiem, co cię opętało.

– Twierdzisz, że doszukuję się nieistniejących tajemnic. Może masz rację. Ale nie ułatwiasz mi życia.

Anatol przewrócił oczami.

– Dziewczyno! Posłuchajże sama siebie! Izolda przyjęła nas jak najserdeczniej, chociaż sama jest w trudnej sytuacji, więc jeśli rzeczywiście coś jest nie tak, zapewne należy złożyć uchybienia na karb tego, że sama czuje się w tym domu jak obca! I to pomiędzy służbą, która panią domu uważa za intruza. Z tego, co mi wiadomo, Lascombe często bywał nieobecny, więc zakładam, że prowadzeniem domu zajmowali się służący. Zmieniło się to dopiero w tym roku. Nie podejrzewałem cię o podobne komentarze.

Leonie wyczuła, że zapędziła się zbyt daleko.

– Ja chciałam tylko…

Anatol otarł usta, rzucił serwetkę na stół i wstał.

– A ja chciałem tylko podrzucić ci lekturę zgodną z twoim gustem, żebyś się nie nudziła. Żebyś nie tęskniła za domem w obcym otoczeniu. Izolda nie zrobiła ci nic złego, wręcz przeciwnie, okazała ci serce i otoczyła gościnnością, a ty w podziękowaniu we wszystkim się doszukujesz błędów i urazy.

Dziewczyna straciła całą chęć do sprzeczki. Nawet już nie pamiętała, od czego się zaczęła kłótnia.

– Przepraszam, nie chciałam cię urazić, ja… – zająknęła się.

Tak czy inaczej, było już za późno.

– W ogóle mnie nie słuchasz, jesteś głucha na moje prośby, więc nie ma sensu ciągnąć tej dyskusji. – Chwycił kapelusz i laskę. – Idziemy. Powóz czeka.

– Chwileczkę! – zawołała, ale on już nie słyszał, szedł, stawiając długie kroki. Dziewczyna, rozdarta między skruchą a złością, nie miała wyjścia. Ruszyła za nim, wyrzucając sobie, że niepotrzebnie wywołała awanturę.

W drodze do Domaine de la Cade jej nastrój uległ zmianie. Przygniótł ją smutek, przytłoczył żal. Przecież w niczym nie zawiniła. Anatol się obraził, chociaż nie było za co ani o co. Dziwne.

Nagle zrozumiała.

On staje w obronie Izoldy.

Coś podobnego. Po takiej krótkiej znajomości!

W serce ukłuła ją zawiść.

ROZDZIAŁ 39

Cała podróż upłynęła w fatalnym nastroju. Leonie siedziała naburmuszona, Anatol wcale nie zwracał na nią uwagi. Gdy tylko dotarli do domu, wyskoczył z powozu i zniknął w domu, nawet nie spojrzawszy za siebie, a dziewczyna została z perspektywą długiego, nudnego południa w samotności.

Jak burza pognała do swojego pokoju, nie chcąc nikogo widzieć, z nikim rozmawiać i w ogóle mieć do czynienia, i rzuciła się na łóżko. Gniewnym kopnięciem strąciła ze stóp pantofle i leżała jak rozbitek na tratwie, z nogami dyndającymi za krawędzią materaca.

Dosyć mam tego, pomyślała. Co za nudy!

Zegar na kominku wybił drugą.

Zaczęła wyciągać z haftowanej narzuty sterczące nitki, rzucając złote okruchy na podłogę, aż urosła stertka, której by się Rumpelstiltskin nie powstydził. Zerknęła na zegarek. Dwie minuty po drugiej. Czas stal w miejscu.

Podeszła do okna i mnąc w dłoni róg zasłony, patrzyła na rozległe trawniki, zalane blaskiem.

Wszędzie widać było skutki złośliwego wiatru. A jednocześnie park wydawał się przesycony spokojem. Może warto się wybrać na spacer? Pozwiedzać majątek?

Wzrok dziewczyny padł na kuferek z robótkami, gdzie pośród skrawków tkaniny i cekinów ukryła czarną książkę.

Oczywiście.

Doskonała okazja, by poszukać grobowca. Wrócić do wcześniejszego planu. Może nawet znajdzie karty do tarota? Wyjęła książkę z kuferka. Tym razem przeczytała ją słowo po słowie, od deski do deski.

***

Godzinę później, ubrana w nowy samodziałowy żakiecik, mocne buty. i w kapeluszu na głowie, Leonie wyślizgnęła się na taras. Chociaż w ogrodzie nie było nikogo, szła szybko, bo nie miała najejszej ochoty się tłumaczyć. Minęła kępę rododendronów, potem jałowce prawie biegiem i nie zwolniła, aż znalazła się w miejscu niewidocznym z okien domu; dopiero zostawiwszy za sobą przejście w żywopłocie, przystanęła dla złapania oddechu. Zrobiło jej się gorąco. Zdjęła kapelusz. Od razu lepiej. Rękawiczki wepchnęła głęboko do kieszeni. Była podekscytowana. Oto nikt jej nie obserwował, wreszcie nikt niczego nie kazał, była panią siebie.

Na skraju lasu zatrzymała się ponownie. Po raz pierwszy poczuła niepokój. Trwała tu namacalna cisza, przetykana zapachem paproci i opadłych liści. Dziewczyna obejrzała się przez ramię. Dom ledwo co zniknął z pola widzenia.

A jeśli się zgubię?

Spojrzała w niebo. Zakładając, że nie będzie po cienistym lesie chodziła bardzo długo, przyjmując, ze pogoda się utrzyma, powinna wracać na zachód, a więc w kierunku, gdzie będzie zachodziło słońce. Nic łatwiejszego. Zresztą znajdowała się na terenie prywatnym, las był zadbany i dobrze utrzymany. Nie powinna tu spotkać nikogo nieznajomego.

Nie ma powodów do niepokoju.

Przekonawszy siebie samą do dalszej wyprawy, czując się jak bohaterka jakiegoś powieściowego cyklu awanturniczego, ruszyła na spotkanie przygody. Po krótkim czasie stanęła na rozdrożu. Po lewej las robił wrażenie zaniedbanego. Dęby i kolczaste pins maritimes, przywiędłe i wyczerpane, zdawały się uginać pod ciężarem czasu, a spomiędzy pni ledwo przebijał się bukszpan i wawrzyn. Tymczasem trakt po prawej wyglądał całkiem zwyczajnie.

Gdzie należało szukać dawno zapomnianego grobowca? Z pewnością w głębi nieodwiedzanego lasu.

Wobec tego skręciła w lewo, między cienie. Droga wyglądała na nieużywaną, nie widać na niej było ani śladów kół – choćby od taczek – ani zgrabionych liści. Odnosiło się wrażenie, że już dawno tutaj nikogo nie było.

Leonie szła wyżej i wyżej. Droga zwężała się i wspinała coraz bardziej stromo, po jakimś czasie zmieniła się w dróżkę, na dodatek mocno zarośniętą. Po obu jej stronach ziemię gęsto zaścielały połamane gałęzie.

Dziewczyna miała wrażenie, jakby las na nią napierał, jakby się wokół niej zamykał. W pewnym momencie dostrzegła urwisko porośnięte mchem i głogami, także zasypane suchymi gałęźmi. Ciasno splecione cisy broniły przejścia jak żelazne ogrodzenie. Przycisnęła ręce do piersi, żeby uspokoić zlęknione serce. Każda gałąź, każdy korzeń świadczył o zaniedbaniu i opuszczeniu. Nawet zwierzęta unikały tego mrocznego lasu. Ciszy nie mącił ptasi śpiew, próżno by wypatrywać w poszyciu królika, lisa czy choćby myszki.

Po jakimś czasie na prawo od ścieżki ziemia uciekła ostro w dół. Leonie kilka razy słyszała, jak obluzowany jej stopą kamień spadał w niewidoczną otchłań. Niepokój coraz mocniej ściskał ją za gardło. Nie trzeba było wielkiego wysiłku wyobraźni, żeby zobaczyć duchy, zjawy i inne nie ziemskie istoty, które – według pana Baillarda i ogrodnika – nawiedzały te okolice.

Wyszła na płaski fragment zbocza. Otworzył się przed nią wspaniały widok na odległe góry. W poprzek ścieżki biegł rów odprowadzający wodę podczas wiosennych roztopów, teraz całkiem suchy. Nad rowem przerzucono kamienny mostek. Daleko w dole, nad szczytami drzew, widać było cały świat, rozpostarty jak na obrazie. Obłoki płynęły po bezkresnym niebie, gorące powietrze rozjarzyło w górskich przełęczach połyskującą mgiełkę.

Leonie odetchnęła głęboko. Czuła się wspaniale tak daleko od cywilizacji, od rzeki i szarych oraz czerwonych dachów Rennes-les-Bains, od ledwo widocznej cloche-mur i przysadzistej sylwetki Hotel de la Reine. Otu lona leśną ciszą, wspominała hałaśliwe bary i kawiarenki, brzęk naczyń kuchennych, dzwonienie uprzęży i turkot kół na Gran'Rue, pokrzykiwania woźnicy, gdy courrier zatrzymywał się na Płace du Perou.

I wtedy wiatr przyniósł jej daleki odgłos dzwonu z kościelnej wieży.

Już trzecia.

Słuchała, aż echo zamarło w oddali. Razem z dźwiękiem odpłynął awanturniczy duch. Powróciły słowa ogrodnika.

Pilnuj duszy, madomaisela.

Szkoda, że go nie spytała, jego czy kogokolwiek innego, jak dotrzeć na miejsce. Zawsze chciała wszystko robić sama, nie znosiła prosić o pomoc… A najbardziej żałowała, że nie wzięła ze sobą książki.

Za daleko zaszłam, żeby teraz wracać.

Uniosła wyżej brodę i ruszyła przed siebie, odsuwając na bok niemiłe przeczucie, że idzie w całkiem niewłaściwą stronę. Ruszyła w drogę, słuchając jedynie podpowiedzi intuicji. A gdyby dopuściła do głosu także rozum, wzięłaby ze sobą przynajmniej mapę posiadłości. Choć z drugiej strony, nic takiego w bibliotece nie zauważyła.

Nikt nie wiedział, dokąd się wybrała. Jeżeli stanie jej się krzywda, jeśli się przewróci albo zgubi, nikt nie będzie wiedział, gdzie jej szukać. Powinna była zostawiać za sobą jakis ślad. Kawałki papieru lub może, wzorem Jasia i Małgosi, białe kamyczki?

Przecież się nie zgubię.

I poszła dalej.

Po niedługim czasie stanęła na leśnej polanie, otoczonej dzikimi jałowcami z mnóstwem dojrzałych jagód, zupełnie jakby ptaki nie docierały do tej części lasu. Na krawędzi pola widzenia majaczyły tajemnicze cienie, a dalej, w głębi lasu, światło gęstniało i stygło w cieniu. odzierając rośliny ze znajomych kształtów, zmieniając je w coś obcego. starego jak sam świat. Przedwieczorna mgła napłynęła bez ostrzeżenia. bez żadnej zapowiedzi spowiła dzikie róże, krzewy, zagajnik. Cały świat znieruchomiał. Wilgoć w powietrzu tłumiła wszelkie dźwięki. Leonie poczuła na szyi zimne palce jak lodowaty szalik. O łydki ocierał jej się chłód.

Nagle coś dostrzegła. Zamajaczył jej między drzewami kontur jakiejś konstrukcji, dzieło ręki człowieka. Nie drzewo, nie pień, nie ziemia i nie głaz. Tak! Maleńki kościółek, raczej kapliczka ze stromym dachem i znakiem krzyża nad łukowatym wejściem.

Dziewczynie aż dech zaparło w piersiach.

Znalazłam!

Grobowiec otaczały poczerniałe cisy o korzeniach poskręcanych jak palce starca. Rzucały cień także na prowadzącą do niego ścieżkę. I choć panowała tu wilgoć oraz chłód, nie było śladu błota. Za to pełno jeżyn i dzikich róż.

Dumna z siebie i drżąca z niecierpliwości, postąpiła naprzód. Liście zaszeleściły jej pod nogami, strzeliła złamana gałązka. Następny krok. I kolejny. Przystanęła. Spojrzała w górę. Nad drewnianym łukiem, symetrycznym i doskonałym, znajdowały się dwa wersy, wypisane dawnymi, czernionymi literami.

Aici lo tems s'en

Va res 1'Eternitat.

Przeczytała słowa na głos, dwukrotnie, obracając na języku dziwne dźwięki. Po czym wyjęła z kieszeni ołówek kopiowy i zapisała je na skrawku papieru.

Coś usłyszała. Szelest. Wiatr? Czy może zwierzę? Następny dźwięk. Jakby ktoś ciągnął linę po pokładzie statku. Wąż? Straciła pewność siebie. Ciemne oczy lasu śledziły ją uważnie. Wbijały w nią wzrok. Usłużna pamięć podsunęła słowa z książki, teraz przerażająco jasne. Przeczucie, miejsce nawiedzone przez duchy, tutaj odsunięto woal oddzielający dwa światy.

Jakoś nagle przestała mieć ochotę na wchodzenie do grobowca. Lecz z drugiej strony, sama, bezbronna, otoczona nieprzyjaznym lasem, była w znacznie gorszej sytuacji, niż gdyby się znalazła w kamiennym azylu. Krew szumiała jej w uszach, nogi miała jak z waty, ręce jej drżały.

Trudno. Nacisnęła wielką żelazną klamkę, i pchnęła.

Z początku nic się nie stało. Musiała pchnąć po raz drugi. Dopiero wtedy rozległ się zgrzyt metalu i suche kliknięcie, gdy ustąpił zatrzask. Naparła na drzwi ramieniem. Z całej siły.

Ustąpiły niechętnie.

ROZDZIAŁ 40

Leonie weszła do grobowca. Powitał ją chłód oraz woń kurzu i wspomnienie dawno palonych kadzideł. A także coś jeszcze… Dziwny, przykry zapach ryby, słonego kadłuba wraku rybackiego kutra.

Objęła się za ramiona, żeby powstrzymać drżenie rąk.

Trafiłam!

Po prawej stronie, tuż przy drzwiach, pod zachodnią ścianą, znajdował się konfesjonał. Niewielki, na planie prostokąta, wcale niepodobny do tych zdobionych, jakie znała z paryskich katedr. Okienko było zamknięte, przed jednym z siedzeń wisiała wyblakła fioletowa zasłona. W drugiej części jej brakowało.

Po lewej stronie drzwi stała benitier, kropielnica. Leonie spojrzała i odskoczyła do tyłu. W samej misie z czerwonego i białego marmuru nie było nic szczególnego, ale dźwigała ją dziwaczna figura. Szeroko uśmiechnięty diabeł o czerwonej skórze, poznaczonej bliznami. Oczy miał straszne, wrogie, przeszywająco niebieskie. Mimo ciężaru na barkach judził i prowokował.

Ja cię znam, bestio!

Figura była bliźniaczo podobna do rysunku na stronie tytułowej…Les Tarots".

Ostrożnie, bojaźliwie, jakby potwór mógł nagle ożyć, Leonie podeszła bliżej. Pod rzeźbą, na niewielkiej białej tabliczce, zażólconej przez czas. znalazła potwierdzenie swoich domysłów: ASMODEE, MACON AU TEMPLE DE SALOMON, DEMON DU COUROUX.

Asmodeusz, budowniczy świątyni Salomona, demon gniewu – przeczytała głośno. Stając na palcach, zajrzała do środka benitier. Sucho. Ani kropli wody. Za to wycięte w marmurze litery. Obwiodła je palcami.

– Par ce signe tu le vaincras – mruknęła. – Pod tym znakiem go zwyciężysz.

Ściągnęła brwi. Kogo zwyciężysz? Samego Asmodeusza? I raptem pojawiła się inna myśl. Co powstało pierwsze: ilustracja w książce czy benitier? Co było kopią, a co oryginałem?

Znała jedynie datę napisania książki: tysiąc osiemset siedemdziesiąty. pochyliła się, znacząc spódnicami koliste ślady w kurzu na posadzce, j obejrzała podstawę kropielnicy. Nadal nic. Żadnych znaków, które by wskazywały jej wiek lub pochodzenie.

Na pewno nie wizygocka.

Zapisawszy w pamięci, by zbadać temat później – może Izolda coś wie? – Leonie wstała i zwróciła się ku nawie. Stały w niej trzy rzędy prostych drewnianych ław, jak w szkole, najwyżej na dwie osoby każda. Bez żadnych ozdób czy rzeźbień, bez poduszek do klęczenia. Ot, siedzisko z wąskim podnóżkiem, nic więcej.

Z bielonych ścian kapliczki oblaziła farba. Wysokie, łukowate okna o zwykłych, przezroczystych szybach wpuszczały do środka kościółka światło, ale odzierały go z ciepła. Droga Krzyżowa została przedstawiona w postaci niewielkich ilustracji, oprawionych w drewniane krzyże; w zasadzie bardziej przypominała zbiór medalionów niż obrazy, mało widoczna, w każdym razie dla niewprawnego oka Leonie.

Dziewczyna ruszyła nawą ku ołtarzowi, powoli, niby niechętna panna młoda, im dalej od drzwi, tym bardziej niespokojna. Wyczuła za sobą czyjąś obecność, obróciła się na pięcie.

Nikogo.

Po lewej, wzdłuż wąskiej nawy, stały gipsowe figury świętych, małe jak dzieci. Spojrzenia malowanych oczu odprowadzały idącą. Zatrzymywała się przy posążkach, by przeczytać imiona wymalowane czarnymi znakami na drewnianych tabliczkach. Antoni Wielki, egipski pustelnik, święta Germanie z fartuszkiem pełnym górskich kwiatów, utykający święty Roch z nieodłączną laską.

Ostatnia rzeźba, najbliżej ołtarza, przedstawiała szczupłą kobietę o czarnych włosach, sięgających ramion, ubraną w czerwoną sukienkę do kolan. W rękach trzymała miecz, nie strasząc nikogo ani się nie broniąc, ałe raczej strzegąc.

Pod figurą przytwierdzono tabliczkę ze słowami: La Filie d'Epees.

Córka mieczy. Może to Joanna d'Arc?

Znowu jakiś hałas. Wyjrzała przez okno. To tylko gałąź kasztanowca, stukająca w szkło jak paznokcie. I mroczne wołanie ptaków.

U końca nawy przystanęła, po czym kucnęła i uważnie obejrzała podłogę, szukając śladów czarnego kwadratu oraz czterech liter, C, A, D, E. Nie znalazła nic, nawet najmniejszego śladu wzoru opisanego przez wuja, za to natknęła się na inskrypcję wykutą w kamieniu.

Fujhi, poudes; Escapa, non, przeczytała. Zapisała również te słowa.

Wyprostowała się, podeszła do ołtarza. Wyglądał dokładnie tak, jak zapamiętała z opisu w „Les Tarots": całkiem pozbawiony przedmiotów, jakie zwykle znajdują się na ołtarzu, próżno by tu szukać świec, srebrnego krzyża, mszału czy antyfonarza. Ustawiony w ośmiokątnej apsydzie o suficie pomalowanym na kolor lazurowy, zupełnie jak w Palais Garnier. Osiem ścian wyklejono tapetą w szerokie, poziome, różowe pasy, rozdzie lone motywem czerwonych i białych kwiatów jałowca, przeplatanych błękitnymi kręgami albo może monetami. Na styku każdej z dwóch ścian znajdowało się podłużne wybrzuszenie ze złoconego gipsu, buława czy może różdżka?

Na każdej z ośmiu ścian widniał jeden obraz.

Leonie aż się zatchnęła, gdy zrozumiała, na co patrzy. A miała przed oczami osiem rysunków, żywcem wyjętych z tarota, zupełnie jakby każda z postaci zeszła z karty i stanęła na wizerunku. Wszystkie były podpisane. Le Mat, Le Pagad, La Pretresse, Les Amoureux, La Force. La Justice, Le Diable i Le Tour. Czarne, stare litery na pożółkłych tabliczkach.

Ta sama talia co w książce.

Pokiwała głową. Czy potrzeba lepszego dowodu na to, że świadectwo wuja było prawdziwe? Pytanie tylko, dlaczego akurat te osiem kart. z talii liczącej ich siedemdziesiąt osiem, zostało tutaj przedstawionych? Chciała zapisać ich nazwy, ale zabrakło jej miejsca na tym skrawku papieru, który znalazła w kieszeni. Rozejrzała się po grobowcu, szukając czegoś innego, na czym mogłaby spisać imiona kart.

Za filarem kamiennego stołu dostrzegła kawałek papieru. Wzięła go w rękę i ze zdumieniem stwierdziła, że trzyma gruby pergamin z zapisem jakiegoś utworu na fortepian. Klucz wiolinowy i basowy, metrum cztery czwarte, bez żadnych bemoli czy krzyżyków. Od razu przypomniała sobie podtytuł książki napisanej przez wuja oraz jego solenne zapewnienie, że zapisał muzykę.

Rozprostowała papier. Spróbowała zanucić pierwsze dźwięki, ale jakoś nie mogła złapać melodii, choć ta była całkiem prosta. Składała się z czterech nut i na pierwszy rzut oka przypominała palcówki, przez które przechodzi każdy uczący się gry na fortepianie.

Powoli jednak na jej usta wypłynął uśmiech. Już widziała wzór: C-A-D-E. Te same nuty powtarzały się regularnie. Piękne. Tak jak napisano w książce, muzyka wzywająca duchy.

Raptem pojawiła się nowa myśl.

Skoro zapis nut został w grobowcu, to może karty również?

Po chwili wahania napisała nad nutami datę i słowo „Grobowiec", jako świadectwo, gdzie została znaleziona karta z utworem. Włożyła ją do kieszeni i zaczęła metodycznie przeszukiwać kapliczkę. Zajrzała w każdy kąt, w każdą szparę, wypatrywała kryjówek i schowków, ale nie znalazła nic. Nie było tu żadnego mebla, żadnego sprzętu, w którym dałoby się zostawić talię kart.

Skoro nie tutaj, to gdzie są?

Przeszła za ołtarz.

Teraz, gdy oczy przywykły do półmroku, wydało jej się, że widzi zarys drzwiczek ukrytych w jednym z ośmiu paneli apsydy. Wyciągnęła dłoń. szukając jakiejś nierówności, i rzeczywiście, znalazła delikatne wgłębienie, może ślad po przejściu, którym dostawał się do kościoła duchowny odpraziający mszę. Pchnęła mocno, ale nic to nie dało. Zamknięte na mur. Jeżeli to rzeczywiście były tylne drzwi, dawno ich nikt nie otwierał.

Odstąpiła o krok, wsparła dłonie na biodrach. Nie chciała uznać, że kart nie ma w kościółku, ale już nie wiedziała, gdzie szukać. Jedynym wyjściem pozostało chyba znalezienie wskazówki w książce. Bo przecież teraz, skoro odnalazła to miejsce, z pewnością dostrzeże i zrozumie myśli zawarte między słowami.

O ile rzeczywiście jakieś tam są.

Podniosła wzrok na okna. Światło dnia przygasało. Promienie słońca, przefiltrowane przez drzewa, zaczynały się wycofywać, zostawiając pociemniałe szkło. Czas wracać.

W drodze do wyjścia znów czuła na sobie spojrzenia gipsowych postaci. Atmosfera wyraźnie zgęstniała.

Powietrze się poruszyło. Leonie usłyszała muzykę dobywającą się gdzieś z jej własnego wnętrza. Słyszała, a nie słyszała. I czuła czyjąś obecność, która ją otaczała, muskała, nie dotykając, nieprzerwanie naciskała. Towarzyszyła jej kakofonia szeptów, łkań i westchnień.

Serce trwożnie zabiło w piersiach dziewczyny.

To tylko moja wyobraźnia.

Dobiegł ją inny dźwięk. Chciała go zignorować jak inne, dochodzące z jej duszy i znikąd. Jednak wrócił. Skrobanie, szuranie. Stukanie pazurów o kamień. Dochodziło zza ołtarza.

Poczuła się winna. Była tutaj intruzem. Naruszyła ciszę grobowca, zburzyła spokój słuchających, obserwujących, którzy mieszkali w jego zakurzonych kamiennych korytarzach. Nikt jej tu nie zapraszał.

Powiodła wzrokiem po malowidłach na ścianach apsydy, spojrzała w oczy gipsowym świętym, stojącym na straży. Obróciła się i natknęła na złośliwe, błękitne oczy Asmodeusza. Doskonale pamiętała opis demonów. Jak czarne skrzydła powaliły wuja na ziemię. Jak raniły go ostre pazury. „Ślady na dłoniach, moje stygmaty, nie zblakły".

Przez jedną krótką chwilę widziała – a może jej się tylko zdawało? -czerwone znaki we wnętrzach dłoni. W kształcie leżącej na boku ósemki.

Straciła resztki odwagi, zebrała spódnice i runęła do drzwi. Ścigało ją drwiące spojrzenie Asmodeusza. Pchnęła drzwi z całej siły i tylko domknęła je solidnie. Oczywiście! Nie w tę stronę! Chwyciła klamkę, gwałtownie pociągnęła.

Kroki za plecami. Teraz już bez wątpienia. Pazury ślizgające się na kamieniach. Coraz bliżej. Drapieżnik. Złe duchy, stojące na warcie grobowca i świątyni. Z piersi dziewczyny wyrwał się szloch. W ostatniej chwili wypadła do ciemniejącego lasu.

Drzwi zamknęły się ciężko, zgrzytając na starych zawiasach. Już się nie bała strachów ukrytych w półmroku między drzewami. Były niczym w porównaniu z przerażającymi istotami z grobowca.

Podciągnęła spódnice i ruszyła biegiem. Ścigał ją wzrok demona. Już teraz wiedziała, jak duchy strzegą swoich miejsc przed intruzami. Biegła,

przedzierając się przez wieczorny chłód, spadł jej kapelusz, raz i drugi po. tknęła się, omal nie upadła. Co sił gnała przez coraz mroczniejszy las, zaniedbaną ścieżką, nad wyschłym strumieniem, szerszą dróżką, aż wreszcie bezpiecznie dotarła do ogrodów.

Fuj hi, poudes; Escapa, non.

Przez mgnienie oka miała wrażenie, że rozumie obce słowa.

ROZDZIAŁ 41

Wróciła do domu przemarznięta. W holu Anatol krążył niespokojnie jak lew w klatce. Nieobecność Leonie nie tylko została dostrzeżona, lecz także stała się powodem niemałej konsternacji.

Izolda chwyciła dziewczynę w ramiona, a potem szybko się cofnęła, jakby zawstydzona tą żywiołową manifestacją uczuć. Anatol uściskał siostrę, po czym odsunął ją od siebie i zgromił srogim spojrzeniem. Z jednej strony, czuł ulgę, że nic złego jej się nie stało, z drugiej, chętnie by ją przetrzepał. Nie padło ani słowo na temat wcześniejszej sprzeczki, która przecież była głównym powodem tej samotnej wyprawy.

– Gdzieś ty się podziewała?

– Spacerowałam po ogrodach.

– Przecież już prawie ciemno!

– Straciłam poczucie czasu.

– Padały kolejne pytania, jedno za drugim. Czy kogoś spotkała? Czy wyszła poza granice majątku? Czy widziała albo słyszała coś niezwykłego? W krzyżowym ogniu pytań Leonie zapomniała o strachu.

– Nie jestem dzieckiem! – zezłościła się w końcu. – Potrafię o siebie za

dbać.

– I tu się mylisz! – krzyknął Anatol. – Masz dopiero siedemnaście lat! Dziewczyna odrzuciła do tyłu miedziane loki.

– Zachowujesz się, jakbyś się bał, że mnie ktoś porwie.

– Nie przesadzajmy – burknął.

Leonie spostrzegła, że wymienił z Izoldą ukradkowe spojrzenia. Zmrużyła oczy.

– Powiedz mi – odezwała się wolno – dlaczego jesteś taki przestraszony? Co przede mną ukrywasz?

Anatol otworzył usta, lecz zaraz je zamknął. Pozwolił mówić Izoldzie.

– Przykro mi, że nasza troska wydaje ci się nadmierna. Oczywiście, możesz chodzić, gdzie ci się żywnie podoba. Po prostu ostatnio mieliśmy tutaj

doniesienia o dzikich zwierzętach, schodzących do doliny o zmierzchu.

Całkiem niedaleko Rennes-les-Bains widywano dzikie koty, a nawet wilki.

Leonie miała zamiar podważyć to wyjaśnienie, gdy przypomniała sobie stukanie pazurów o kamienną podłogę grobowca. Zadrżała. Nie p0_ trafiłaby określić z całkowitą pewnością, co zmieniło przygodę w straszne przeżycie. Wiedziała jedynie, że w chwili gdy rzuciła się do ucieczki, ratowała życie. Chociaż nie miała pojęcia przed czym.

– Okropnie wyglądasz! – rzucił Anatol, ciągle rozeźlony.

– Dosyć już – powiedziała Izolda cicho i Anatol, ku zdumieniu siostry faktycznie zmilkł.

Wyraźnie rozgoryczony wsparł ręce na biodrach.

– Wiemy też, że pogoda się pogarsza – podjęła gospodyni. – Od gór idzie burza. Baliśmy się, że cię złapie.

Właśnie w tej chwili gdzieś w oddali przetoczył się potężny grzmot. Wszyscy troje spojrzeli w stronę okien. Na szczytach przysiadły niskie chmury, a mgiełka jak dym z ogniska zawisła między wzgórzami. Ru/Jegł się kolejny grzmot, znacznie bliżej. Zadrżały szyby w oknach.

– Chodźmy – powiedziała Izolda, biorąc dziewczynę za rękę. – Poko

jówka przygotuje ci gorącą kąpiel. Potem zjemy przy kominku w salonie.

A po kolacji może pogramy w karty? W bezika, w vingt-et-un, w co ze

chcesz.

Leonie, podając ciotce rękę, przypomniała sobie o stygmatach. Opuściła wzrok na dłoń pobielałą od chłodu. Nic. Nic na niej nie było. Żadnych czerwonych znaków.

Pozwoliła się zaprowadzić do pokoju.

***

Niedługo później rozległ się dzwonek na kolację. Leonie zatrzymała się jeszcze na chwilę przed lustrem.

Przysiadła na stołeczku przed toaletką i zajrzała w oczy swojemu odbiciu. Błyszczały jak w gorączce. Odbijało się w nich wspomnienie strachu, który zostat gdzieś pod skórą. Czy Izolda i Anatol również go zobaczą?

Nie chciała się denerwować, ale musiała zajrzeć do książki. Ostrożnie wydobyła „Les Tarots" z kuferka i odszukała fragment, który zamierzała sprawdzić.

„Zafalowało powietrze, wydało mi się, że nie jestem sam. Zyskałem pewność: w grobowcu zaroiło się od istnień. Od duchów, bo przecież nie sposób ich nazwać ludźmi. Przestały obowiązywać prawa natury. Przybysze byli wszędzie dookoła. Ja i moje inne byty, przeszłe oraz należące do przyszłości…

Zdawało mi się, że płyną w powietrzu, pilnie bacząc, bym nie przeoczył ich ulotnej obecności…

Zwłaszcza tuż nad moją głową trwał bezustanny ruch w akompaniamencie kakofonii szeptów, westchnień i szlochów".

Zamknęła książkę. Opis doskonale pasował do jej przeżyć. Pytanie teraz, czy to słowa przeczytane na pożółkłych kartkach tak jej zapadły w podświadomość? Czy też przeżyła to samo, co przydarzyło się wujowi? I jeszcze jedna istotna kwestia: Czy Izolda naprawdę o niczym nie wiedziała?

I matka, i ciotka coś wyczuwały, co do tego Leonie nie miała najmniejszych wątpliwości. Każda na swój sposób napomykała o dziwnej atmosferze, wspominała o niepokoju, choć otwarcie niczego nie przyznawały.

Dziewczyna wsparła łokcie na blacie, złączyła rozczapierzone palce dłoni. Ona także czuła to coś. Od pierwszej chwili, od przyjazdu do Domaine de la Cade.

Wsunęła pod czarną okładkę stroniczkę z nutami, odłożyła książkę do schowka i zeszła na dół. Teraz, gdy przestała się bać, była zaintrygowana. Bardzo chciała dowiedzieć się czegoś więcej. Miała wiele pytań do Izoldy, ot, na przykład, czy ciotka wiedziała, czym się zajmował jej mąż przed ślubem? Dobrze byłoby tez ewentualnie napisać do mamy i zapytać, czy w dzieciństwie zdarzyło się coś konkretnego, co zadecydowało o jej niechęci do Domaine de la Cade. Bo Leonie była przekonana, że to właśnie sama posiadłość przyciąga do siebie złe moce.

Drzewa, ziemia, jezioro.

Tymczasem, zamknąwszy za sobą drzwi sypialni, zorientowała się, że nie może wspomnieć o swojej dzisiejszej wyprawie, ponieważ mogłyby jej zostać zabronione następne. Wobec tego – przynajmniej na razie – przygoda musiała pozostać tajemnicą.

***

Domaine de la Cade wolno pogrążała się w noc, zastygła w oczekiwaniu.

Kolacja minęła w przyjemnej atmosferze, przerywana od czasu do czasu hukiem srożących się w oddali gromów. Tematu wycieczki po majątku nie podejmowano wcale, natomiast mówiono o Rennes-les-Bains i innych okolicznych miejscowościach, o przygotowaniach do sobotniej kolacji, o gościach, o tym, co jeszcze zostało do zrobienia i jakie to będzie miłe przyjęcie.

Zwykłe, codzienne rozmowy.

Po jedzeniu przenieśli się do salonu i tu nastrój od razu uległ zmianie. Ciemność za murami domu, nieomal dotykalna, była ciężka i przykra. Duchota i wilgoć dławiły. Gdy wreszcie rozpętała się burza, wszyscy troje wyraźnie odczuli ulgę. Niebo zadrżało. Najpierw oślepiająca błyskawica rozdarła srebrem czarne chmury, zaraz potem sucho trzasnął piorun. Zagrzmiał echem w dolinie, odbijając się od skał i drzew.

Wtedy wiatr, który na jakiś czas zamarł, jakby zbierał siły, uderzył w ściany całą mocą. Razem z nim spadł na dom deszcz, który wisiał w powietrzu przez cały wieczór. Wicher chłostał okna, zalewał je wodą, aż ludziom skrytym we wnętrzach zdawało się, że po szybach płynie wodospad. Ze w budynek uderzają morskie fale.

Leonie chwilami słyszała muzykę. Nuty, które ukryła w sypialni, podchwytywał wiatr. Zupełnie tak, jak mówił ogrodnik.

Wszyscy troje usiłowali nie zwracać uwagi na burzę szalejącą tuż za ścianami. W salonie panowało mile ciepło, na kominku trzaskał ogień, zapalono wszystkie lampy, a służba jeszcze ustawiła dodatkowe świece. Choć całej trójce, wydawałoby się, niczego nie brakowało do szczęścia, Leonie nie mogła się pozbyć wrażenia, że mury ustępują pod naporem gwałtownych ataków nawałnicy, pochylają się i za chwilę pogrzebią ją żywcem.

W pewnej chwili odskoczyły drzwi wejściowe, pchnięte wyjątkowo silnym podmuchem. Ktoś je szybko zamknął i zabezpieczył. Dziewczyna słyszała, jak służba chodzi po domu, sprawdzając, czy wszystkie okna są szczelnie pozamykane. Ponieważ istniało niebezpieczeństwo, że delikatne szybki nie wytrzymają ataków, zaciągnięto zasłony, chroniąc w ten sposób mieszkańców przed zasypaniem odłamkami szkła. Z najwyższego piętra dobiegały spieszne kroki oraz postukiwanie wiader rozstawianych w odpowiednich miejscach, gdzie między dachówkami zdarzały się przecieki.

Tkwili we troje w salonie. Spacerowali, siedzieli, rozmawiali. Wypili trochę wina. Usiłowali się zająć normalnymi wieczornymi czynnościami. Anatol poprawiał drwa w kominku i uzupełniał trunek w kieliszkach. Izolda splotła długie, smukłe palce i ułożyła dłonie na kolanach. Leonie w którejś chwili odciągnęła zasłonę i wyjrzała w ciemność. Niewiele widziała przez deszczułki okiennicy, ale dostrzegła sylwetki drzew, oświetlone ostrym blaskiem błyskawicy, rwące się niczym spętane mustangi. Wydawało jej się, że las woła o pomoc, że stare pnie resztkami sił opierają się wściekłym atakom.

O dziesiątej zaproponowała partię bezique. Usiadły z Izoldą do karcianego stolika. Anatol stał przy kominku lekko wsparty o gzyms, w jednym ręku trzymał papierosa, w drugim szklaneczkę brandy.

Rozmowa się nie kleiła. Każde z nich, chociaż udawało, że nie zwraca na burzę uwagi, wsłuchiwało się w nią, oczekując subtelnej zmiany w uderzeniach wiatru i deszczu, która by wskazywała, że najgorsze minęło. Izolda, niezwykle blada, wyraźnie się bała. Jakby gwałtowne wybuchy natury stanowiły jedynie przestrogę, zapowiedź czegoś gorszego. W miarę jak czas wolno mijał, z coraz większym trudem zachowywała pozory. Bezwiednie położyła dłoń na brzuchu, jakby był obolały. Czasem jej palce, żyjące własnym życiem, zwijały spódnicę, gładziły rogi kart, pociągały zielone sukno.

W pewnej chwili huk pioruna łupnął tuż nad ich głowami. W szarych oczach Izoldy błysnął strach. W tym samym momencie Anatol był przy niej. A Leonie poczuła ukłucie zazdrości. Została wykluczona z towarzystwa. Tamta para w ogóle zapomniała o jej istnieniu.

– Jesteśmy zupełnie bezpieczni – zapewnił Anatol z przekonaniem. Pan Baillard napisał – odezwała się Leonie że według miejscowych legend burze zsyła diabeł, kiedy świat jest wytrącony z równowagi. Kiedy naturalny porządek ulega zakłóceniu. Ogrodnik powiedział to samo.

I jeszcze mówił, że wczoraj wieczorem słyszano muzykę nad jeziorem, które…

– Ca suffit! – uciął Anatol ostro. – Wszystkie te opowieści o diabłach,

demonach i klątwach to tylko bajki dla niegrzecznych dzieci.

Izolda rzuciła spłoszone spojrzenie na okno.

– Jak długo jeszcze…? Nie zniosę tego…

Anatol opiekuńczo położył dłoń na jej ramieniu, tylko na mgnienie oka, lecz siostra dostrzegła ten gest.

On ją chroni, pomyślała. Chce się nią opiekować. Odepchnęła od siebie zawiść.

– Już niedługo. Burza zaraz się skończy, jeszcze tylko wiatr.

– Tu nie chodzi o wiatr. Czuję… Wiem, że stanie się coś strasznego -wyszeptała Izolda. – On się zbliża. Wiem, że nadchodzi.

– Izoldo, cherie – rzekł Anatol cicho. Leonie nadstawiła uszu.

– On? – powtórzyła. – Kto taki?

Żadne z pozostałej dwójki nie zwróciło na nią uwagi. Kolejny podmuch wiatru zagrzechotał okiennicami. Niebo rozdarła błyskawica.

– Ten dom jeszcze niejedno wytrzyma – podjął Anatol z wymuszoną swobodą. – Jestem gotów iść o zakład, że będzie tu stał, jak stoi, długie lata po naszej śmierci. Nie ma się czego obawiać.

Szare oczy Izoldy błyszczały strachem. Leonie widziała wyraźnie, że słowa brata wywarły skutek odwrotny do zamierzonego.

„Długie lata po naszej śmierci".

Przez ułamek sekundy dziewczyna była przekonana, że dostrzegła w płomieniach na kominku wykrzywioną twarz Asmodeusza. Cofnęła się odruchowo.

Postanowiła wyznać bratu prawdę o tym, jak spędziła popołudnie, co widziała i co słyszała, ale gdy się do niego odwróciła, patrzył na Izoldę z taką troską, z taką czułością, że aż się zawstydziła, jakby ich przyłapała na czymś, czego widzieć nie powinna.

Zamknęła usta, zanim się z nich wydobyło choćby jedno słowo.

Wicher nie pozwalał odpocząć. A wspomagała go w wysiłkach niespokojna wyobraźnia.

ROZDZIAŁ 42

Następnego ranka, zamiast we własnej sypialni, obudziła się na szez-longu w salonie. Przez szpary w zasłonach przedzierały się złote promienie. Ogień w kominku dawno zgasł. Na stoliku zostały karty i kieliszki do wina, porzucone jeszcze wczoraj.

Jakiś czas siedziała, wsłuchując się w ciszę. Skończyło się walenie deszczu w szyby, wycie wichru, zapanował spokój. Stary dom już się nie skarżył, nie trzeszczał i nie pojękiwał. Burza minęła.

Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie. Nocne strachy, myśli o duchach i diabłach wydawały się w świetle poranka całkiem nieszkodliwe. Po krótkiej chwili głód wypędził ją z sofy. Ruszyła do kuchni. Na korytarzu owionął ją rześki chłód, w powietrzu unosił się zapach wilgoci, ale też świeżość, jakiej bardzo brakowało poprzedniego wieczoru. Leonie minęła drzwi oddzielające front domu od pomieszczeń gospodarczych, przez cienkie podeszwy savates czuła chłód kamiennej podłogi. W końcu zza kolejnych drzwi usłyszała głosy, szczęk garnków i pogwizdywanie.

Weszła do kuchni. Pomieszczenie było mniejsze, niż się spodziewała, kwadratowe i miłe. Z czarnych belek pod sufitem zwisały najróżniejsze miedziane rondle, garnki i patelnie, nad poczerniałym paleniskiem, szerokim tak, że po obu jego stronach ciągnęły się kamienne ławy, wisiał parujący kocioł.

Kucharka, z chochlą na długim drewnianym trzonku w ręku, odwróciła się do drzwi, słysząc, że ktoś wchodzi. Równocześnie rozległo się szuranie odsuwanego krzesła. To wstała inna służąca, która właśnie jadła śniadanie przy drewnianym stole na środku kuchni, poznaczonym licznymi bliznami.

– Proszę nie wstawać powiedziała Leonie szybko. Przyszłam poprosić o filiżankę kawy. I może trochę chleba?

– Przygotuję śniadanie, madomaisela – obiecała kucharka. – Do pokoju dziennego?

Tak, chętnie, dziękuję. Czy ktoś już zszedł?

– Nie, panienka jest pierwsza.

Odpowiadała grzecznie, ale z pewnością me zależało jej na przedłużaniu rozmowy. Mimo wszystko Leonie zwlekała.

– Duże straty wyrządziła burza?

– Da się je naprawić.

– Nie było powodzi? – Obawiała się, czy sobotnia kolacja nie zostanie odwołana, na przykład z powodu zniszczenia drogi z miasta.

– Z Rennes-les-Bains nie ma żadnych złych wieści. Jedna z dziewcząt słyszała, że w Alet-les-Bains osunął się stok, a razem z nim wóz pocztowy z Limoux. – Wytarła ręce w fartuch. – Jeśli to wszystko, madomaisela. mam sporo pracy.

– Oczywiście.

Gdy wychodziła z kuchni, zegar wybijał siódmą. Wyjrzała przez okno na różowe niebo, po którym płynęły białe obłoczki. W majątku zaczynało się sprzątanie, zamiatanie liści, zbieranie gałęzi strąconych przez burzę.

***

Następne dni minęły spokojnie.

Leonie zwiedzała dom i posiadłość. Śniadanie codziennie zjadała w sypialni, a potem cały ranek miała dla siebie i mogła robić, co jej się żywnie podoba. Najczęściej nie widywała ani brata, ani Izoldy aż do obiadu. Popołudniami, jeśli tylko pozwalała pogoda, we dwie spacerowały po okolicy albo odkrywały tajemnicze zakątki domu. Ciotka była nieodmiennie uprzejma i miła, a jednocześnie na każdym kroku udowadniała, że dysponuje ujmującym poczuciem humoru. Grały na fortepianie duety Rubinsteina, bardziej dla rozrywki niż dla doskonalenia umiejętności, a wieczorami we trójkę zabawiali się różnymi rozrywkami salonowymi. Leonie dużo czytała i malowała widoczek z domem na pierwszym planie, a najlepsze miejsce do tego celu znajdowało się na niewielkim cyplu nad jeziorem.

Książka napisana przez wuja oraz pergamin z nutami, znaleziony w grobowcu, zaprzątały jej myśli właściwie stale, mimo to ani razu do nich nie zajrzała. A podczas zwiedzania posiadłości celowo unikała zarośniętej leśnej ścieżki, prowadzącej do wizygockiego kościółka.

***

W sobotę, dwudziestego szóstego września, w dzień proszonej kolacji, świt wstał jasny i czysty.

Zanim Leonie skończyła śniadanie, zjawił się pierwszy dostawca z Rennes-les-Bains. Chłopak przywiózł dwa wielkie bloki lodu. Zaraz po nim następny wyładował viande, sery, mleko i śmietanę.

W każdym pokoju służba coś czyściła, polerowała, składała płótna, rozstawiała popielniczki lub kieliszki, a wszystko to pod czujnym okiem starszej służącej.

O dziewiątej wyszła z sypialni Izolda. Zabrała dziewczynę do ogrodu. Uzbrojone w sekatory oraz grube gumiaki, wkładane na pantofle dla ochrony przed zniszczeniem obuwia na błotnistych ścieżkach, ścinały kwiaty, jeszcze mokre od rosy, potrzebne do ozdobienia stołów.

Wróciły do domu tuż przed jedenastą, z czterema dużymi, płaskimi koszami kwiecia. W pokoju dziennym czekała na nie parująca kawa oraz Anatol, w doskonałym humorze, ślący uśmiechy zza gazety.

W południe Leonie skończyła wypisywać ostatnią kartę wizytową. Kaligrafowała na nich nazwiska, dokładnie według wskazówek Izoldy. Uzyskała od ciotki obietnicę, że wolno jej będzie własnoręcznie rozłożyć wizytówki, gdy dekoracja stołu zostanie zapięta na ostatni guzik.

O pierwszej nie pozostało już nic do zrobienia. Po lekkim obiedzie gospodyni oznajmiła, że chce przez kilka godzin odpocząć w swoim pokoju. Anatol postanowił zająć się korespondencją. W tej sytuacji Leonie, nie mając wielkiego wyboru, zdecydowała się na to samo.

Gdy znalazła się w sypialni, zajrzała do kuferka z robótkami, gdzie „Les Tarots" leżały uśpione pod czerwoną włóczką i niebieską nitką, ale choć od wyprawy do grobowca minęło już kilka dni, nadal nie miała ochoty niszczyć spokoju myśli przez powrót do tajemnic książki. Zresztą lektura i tak by jej nie zajęła całego popołudnia. No i Leonie nie zdołałaby się skupić na czytaniu, bo stale wybiegała myślą do kolacji.

Wzrok dziewczyny padł na przybory do malowania. Farby, pędzle, sztalugi oraz blok papierów. Może by tak namalować coś dla mamy? Jakąś pamiątkę? Upominek, który wręczy jej po powrocie do Paryża.

Żeby zamazać niemiłe wspomnienia z dzieciństwa w Domaine de la Cade.

Zadzwoniła na pokojówkę i poleciła jej przynieść misę z wodą oraz płachtę grubego płótna do przykrycia stołu. Następnie wyjęła paletę i tubki z farbami. Zaczęła wyciskać trochę szkarłatu i ochry, topazowego błękitu i nieco farby żółtej, zieleń wilgotnego mchu oraz, na koniec, hebanową czerń. Położyła na stole kremowy arkusz.

Jakiś czas siedziała, czekając na natchnienie. Nie miała żadnego pojęcia, co właściwie namalować. Odruchowo nabrała na pędzel czarnej farby i automatycznymi ruchami zaczęła szkicować jakąś postać. Ręka robiła swoje, umysł zajął się czymś innym. Marzeniami o nadciągającym wieczorze. Leonie rozmyślała o tym, jakie wrażenie wywrze na niej socjeta z Rennes-les-Bains, a malunek, bez jej udziału, nabierał kształtów. Wszyscy goście chętnie przyjęli zaproszenia. Dziewczyna już widziała siebie, podziwianą i komplementowaną, w niebieskiej sukni… może raczej w czerwonej albo w tej zielonej z La Samaritaine? Rękawiczki, oczywiście, długie, tylko które najlepsze? Włosy podtrzyma grzebieniami z macicy perłowej i srebrnymi szpilkami, bo one najlepiej podkreślają kolor. W myślach przeglądała naszyjniki, kolczyki i bransolety, które dopełnią stroju.

Cienie kładły się na trawnikach coraz dłuższymi smugami, czas mijał dziewczynie na przyjemnych rozmyślaniach, a na papierze, pociągnięcie za pociągnięciem, krystalizowała się warstwa farb, pokazując coraz wyraźniejszy obraz.

Dopiero gdy Marieta wróciła posprzątać, Leonie przytomniej spojrzała na własne dzieło. Dziwne. Sama nie wiedząc, co robi, namalowała figurę z kart tarota, jedną z tych, które widniały na ścianie grobowca. La Force. Różnica polegała na tym, że dała dziewczynie długie miedziane włosy i ubrała ją w poranną suknię, dokładnie taką, jaka wisiała w jej własnej szafie w Paryżu, w mieszkaniu przy rue de Berlin.

Właściwie namalowała autoportret.

Przyjrzała mu się uważnie, równie zaintrygowana nieświadomym wyborem tematu, co dumna z dobrze wykonanej pracy. Zwykle tworzone przez nią portrety pozostawiały sporo do życzenia i dziwnym trafem wszystkie były do siebie podobne, jakby zawsze malowała członków jednej rodziny. Tym razem jednak podobieństwo do oryginału było niezaprzeczalne.

La Force. Siła.

Siła?

Czy tak właśnie postrzegała siebie? Gdyby ją ktoś o to spytał, z pewnością by tak nie odpowiedziała. Przyjrzała się portretowi jeszcze raz. Tak czy inaczej, popołudnie chyliło się ku wieczorowi, czas na przygotowania do kolacji. Położyła arkusz na kominku, tuż obok zegara, i przestała o nim myśleć.

***

O siódmej wieczorem zapukała Marieta.

– Madomaisela? – odezwała się, wtykając głowę przez na wpół otwar

te drzwi. – Madama przysłała mnie, żebym pomogła się panience ubrać.

Czy panienka wie, którą suknię włoży?

Leonie kiwnęła głową zdecydowanie, jakby temat nigdy nie podlegał dyskusji.

– Zieloną, z kwadratowym dekoltem. I sous-jupe z angielską koronką.

– Rozumiem, madomaisela.

Marieta wyjęła z szaf wskazane sztuki garderoby, na rozłożonych szeroko ramionach przeniosła je na łóżko. Pomogła Leonie włożyć na bieliznę gorset, zasznurowała go ciasno z tyłu i przewlokła sznurówki przez oczka z przodu. Rudowłosa piękność okręciła się przed lustrem i z uśmiechem zaakceptowała swoje odbicie.

Pokojówka weszła na krzesło. Opuściła na Leonie najpierw halkę, a potem suknię. Chłodny zielony jedwab spłynął z ramion dziewczyny błyszczącą falą, jak woda dotknięta słonecznym promieniem.

Marieta zeskoczyła na podłogę. Szybko poradziła sobie z zapięciami, po czym usiadłszy na piętach, ułożyła dół spódnicy. Leonie w tym czasie wygładziła rękawy.

– Jak mam panienkę uczesać?

Dziewczyna odwróciła się do toaletki. Przechyliła głowę na bok, chwyciła buntownicze loki w garść i zwinęła je na czubku głowy.

– W ten sposób.

Puściła włosy i sięgnęła po niewielką szkatułkę obciągniętą brązową skórą.

– Mam szylkretowe grzebienie, wykładane macicą perłową, będą paso

wały do kolczyków i naszyjnika z motywem roślinnym.

Marieta pracowała szybko i sprawnie. Na koniec zapięła na karku dziewczyny zameczek z platynowego liścia, cofnęła się o krok i przyjrzała efektom.

Leonie także oceniła rezultat starań. Przechyliła stojące lustro tak, by widzieć całą swoją sylwetkę i po chwili namysłu uznała, że jest zadowolona z widoku. Sukienka, ani nazbyt skromna, ani zbyt wyzywająca jak na proszoną kolację w niewielkim gronie, wyglądała idealnie, podkreślając karnację i figurę. Oczy błyszczały jasno i cera także nie pozostawiała nic do życzenia, nie za blada i nie rumiana.

Z dołu odezwał się lekko schrypnięty dzwonek, potem dobiegł odgłos otwieranych i zamykanych drzwi. Przybyli pierwsi goście.

Dziewczęta spojrzały sobie w oczy.

Które rękawiczki panienka wybrała, zielone czy białe?

Zielone, te zdobione koralikami. Na górze w szafie, w którymś pudle na kapelusze jest wachlarz w tym samym kolorze.

Gdy przygotowania dobiegły końca, Leonie wyjęła z górnej szuflady komody swoją ulubioną torebeczkę chatelaine. Stopy obciągnięte cienkimi pończochami wsunęła w jedwabne zielone pantofelki.

– Wygląda panienka jak z obrazka – orzekła Marieta, kręcąc głową

w zadziwieniu. – Przepięknie.

***

Od razu po wyjściu z sypialni Leonie posłyszała szmer głosów. Dotarłszy do schodów, zatrzymała się i zerknęła na hol. Służba w liberiach, specjalnie wypożyczonych na ten szczególny wieczór, prezentowała się bardzo elegancko. Dziewczyna przywołała na twarz olśniewający uśmiech, ostatni raz poprawiła suknię i odrobinę podenerwowana zeszła do towarzystwa.

W drzwiach do salonu Pascal obwieścił przybycie Leonie mocnym, czystym głosem i zaraz zepsuł cały efekt, puszczając do niej perskie oko. które miało jej dodać odwagi.

Izolda stała przy kominku, rozmawiała z jakąś kobietą o ziemistej cerze. Spojrzeniem zaprosiła Leonie bliżej.

– Mademoiselle Denarnaud to Leonie Vernier, córka siostry mojego

zmarłego męża.

Enchantee. mademoiselle odezwała się grzecznie dziewczyna. W czasie krótkiej wymiany zdań okazało się, że mademoiselle Denarnaud dba o plebanię w Rennes-le-Chateau i jest niezamężną siostrą dżentelmena, który w Couizie pomagał rodzeństwu wystawić bagaż z pociągu. Mężczyzna, zorientowawszy się, że Leonie na niego patrzy, uniósł rękę na powitanie.

Jak się zjedzie rodzina proboszcza, pomyślała Leonie, panna Denarnaud ma pełne ręce roboty.

Pamiętała, że przy którejś kolacji usłyszała od Izoldy, iż proboszcz Sauniere ma jedenaścioro rodzeństwa.

Niełatwe próby rozmowy z nową znajomą spełzły na niczym, zgaszone zimnym spojrzeniem. Mademoiselle Denarnaud była zapewne w wieku Izoldy, lecz na tym wszelkie podobieństwo się kończyło. Miała na sobie ciężką, przeznaczoną dla poważnej matrony brokatową suknię, rozłożoną na dawno niemodnej, ohydnej turniurze, bardziej odpowiednią dla kobiety dwukrotnie starszej. W Paryżu nie widywało się czegoś takiego juz od dobrych kilku lat. Kontrast pomiędzy tą panną a gospodynią rzucał się w oczy. Izolda miała włosy zakręcone w pierścienie i upięte wysoko na głowie perłowymi grzebieniami, a suknia ze złotej tafty i jedwabiu w kolorze kości słoniowej, zdaniem Leonie, mogła pochodzić z ostatniej kolekcji Wortha. Strój uzupełniał naszyjnik od kompletu, spięty perłową broszą. Przy każdym ruchu suknia intrygująco połyskiwała.

Leonie z ulgą dostrzegła brata stojącego pod oknem. Paląc papierosa, rozmawiał z doktorem Gabignaud. Korzystając z okazji, przeprosiła mademoiselle Denarnaud i przeszła na drugą stronę salonu, by dołączyć do panów. Powitał ją zapach mydła o woni drzewa sandałowego, oliwy do włosów i świeżo wyprasowanej czarnej marynarki.

Anatol rozpromienił się na widok siostry.

– Leonie! – Objął ją i przytulił serdecznie. – Wyglądasz cudnie, petite. -Cofnął się o krok, by i doktora włączyć do towarzystwa. – Pamięta pan moją siostrę.

– Ależ oczywiście! – Lekarz skłonił się lekko. – Mademoiselle Vernier. Całkowicie się zgadzam z pani bratem.

Dziewczyna spłonęła uroczym rumieńcem.

– Nie wszystkich gości dane mi było poznać zmieniła temat.

– Pana Fromilhague nie muszę ci przedstawiać – powiedział Anatol. -Denarnaud przyszedł z siostrą. Prowadzi mu dom.

Leonie pokiwała głową.

– Zostałam już przedstawiona.

– A to jest proboszcz parafii w Rennes-le-Chateau oraz przyjaciel naszego zmarłego wuja. – Wskazał brodą postawnego mężczyznę o wysokim czole, zadziwiająco dobrze zbudowanego jak na osobę duchowną. – Wyjątkowo sympatyczny człowiek, choć stroni od rzeczy trywialnych. Pochylił głowę w stronę lekarza. – Był znacznie bardziej zainteresowany zagadkami medycznymi niż takimi przyziemnymi przyjemnościami, jakie ja mogłem mu zaoferować.

Gabignaud potwierdził słowa Anatola uśmiechem.

– Sauniere jest człowiekiem doskonale zorientowanym w najróżniej

szych sprawach. Kocha wiedzę. Ciągle zadaje pytania.

Leonie przyjrzała się duchownemu uważniej.

– A dama, która mu towarzyszy? – spytała.

– To madame Bousquet, daleka krewna naszego zmarłego wuja. -Anatol zawiesił głos. – Gdyby Lascombe się nie ożenił, odziedziczyłaby Domaine de la Cade.

– A jednak przyjęła zaproszenie na kolację.

– Stosunki między Izoldą a madame Bousquet są poprawne, choć trudno byłoby je nazwać siostrzaną miłością. Panie wzajemnie się odwiedzają. Bogiem a prawdą, Izolda jest kuzynką zachwycona.

Dopiero teraz dziewczyna zauważyła wysokiego, bardzo szczupłego mężczyznę, stojącego nieco za nimi. Obróciła się dyskretnie, by mu się dokładniej przyjrzeć. Ubrany był niezwyczajnie: w biały garnitur z żółtą kamizelką. Z kieszeni na piersi kipiała żółta chusteczka.

Twarz miał poznaczoną zmarszczkami, skórę nieomal przezroczystą, a jednocześnie wcale nie robił wrażenia starca. Tyle tylko, że promieniował z niego smutek. Jak od człowieka, który zbyt wiele widział i wycierpiał.

Anatol podążył spojrzeniem za jej wzrokiem, sprawdzając, kto przyciągnął uwagę siostry.

– Ach, a to jest – pochylił się do jej ucha – najsłynniejszy gość Rennes-

– les-Bains. Audric Baillard, autor tej przedziwnej książeczki, która cię tak zainteresowała. – Uśmiechnął się. – Jak widać, osoba ekscentryczna. Gabignaud mówił mi, że zawsze ubiera się w ten szczególny sposób, niezależ

nie od okazji. Nieodmiennie w jasny garnitur i żółty krawat.

Leonie zwróciła się do doktora.

– Dlaczego tak? – spytała sotto voce.

Młody lekarz nieznacznie rozłożył ręce.

– O ile mi wiadomo, na pamiątkę przyjaciół. Poległych w walce. Ale nie jestem całkiem pewien.

– Będziesz go mogła, petite, sama wypytać przy kolacji – rzekł Anatol.

***

W którejś chwili rozmowy przerwał gong zapraszający na kolację.

Izolda, eskortowana przez pana Fromilhague, poprowadziła gości z salonu do holu. Anatol szedł z panią Bousquet, Leonie wsparła się na ramieniu Denarnauda, ale nie spuszczała z oczu pana Baillarda. Pochód zamykali Sauniere i Gabignaud, prowadzący między sobą pannę Denarnaud.

Pascal, odświętny w czerwonej liberii ze złotymi ozdobami, zamaszyście otworzył drzwi jadalni. Rozległy się pomruki uznania. Nawet Leonie, która uczestniczyła w przygotowaniach na różnych etapach, była oszołomiona efektem. Wspaniały kryształowy żyrandol ożył trzema kręgami białych świec, a jeszcze na długim, owalnym stole, udekorowanym świeżymi liliami, rozstawiono trzy srebrne kandelabry. Na podręcznych stolikach, jak wyczyszczone do połysku zbroje, lśniły pokrywy waz i półmisków. Cienie zbudzone przez świece tańczyły na ścianach, po malowanych twarzach