/ Language: Polski / Genre:thriller

Zapach Śmierci

Kathy Reichs

Pracująca jako antropolog sądowy w Montrealu, doktor Tempe Brennan zostaje wezwana do klasycznego z pozoru przypadku odkrycia kobiecych kości na terenie opuszczonego cmentarza. Analiza szczątków ofiary wskazuje, że może to być kolejna zbrodnia maniakalnego zabójcy kobiet. Nikt nie daje wiary tym hipotezom, dopóki… Książka, która zainspirowała twórców serialu tv "Kości" *** Kathy Reichs jest autorką wielu powieści kryminalnych, których cechą główną jest prezentacja śmierci także w ujęciu medycznym. Jej utwory to dzieła pełne strachu i przerażenia, ale także zawierające wielki kunszt literacki autorki. Do jej twórczego repertuaru należy wiele opowiadań kryminalnych, jednak to właśnie "Zapach Śmierci" jest najbardziej popularną książka jej autorstwa. Od największych na świecie Frankfurdzich Targów Ksiązki zaczęła się błyskotliwa kariera debiutującej tam Amerykanki Kathy Reichs, kiedy wydawcy z wielu krajów bez wahania zapłacili rekordowe zaliczki za prawa do edycji "Zapachu śmierci". I się nie zawiedli. Podobnie jak czytelnicy. Akcja powieści „Zapach Śmierci” toczy się w Monteralu, gdzie to pracująca jako antropolog sądowy, doktor Tempe Brennan zostaje wezwana do klasycznego z pozoru przypadku odkrycia kobiecych kości na terenie opuszczonego cmentarza. Analiza szczątków ofiary wskazuje Tempe, że może to być kolejna zbrodnia maniakalnego zabójcy kobiet. Nikt jednak nie daje wiary tym hipotezom. Tempe rozpoczyna śledztwo na własną rękę. Reichs prezentuje nam determinacje kobiety, która chce poznać prawdę, a przede wszystkim chce udowodnić innym, ze miała racje. "Zapach Śmierci" to ksiązka pełna niebezpieczeństw, wzbudzająca u odbiorcy poczucie leku, ale tez chęć poznania prawdy. Wiele w niej wątków pobocznych, które zmuszają czytelnika do myślenia. Czytelnik sam próbuje za pomocą własnej wyobraźni rozwikłać tę kryminalną zagadkę – kto jest morderca. Autorka specjalnie kieruje świadomość odbiorcy na inne sprawy i innych podejrzanych, po to, żeby na końcu wzbudzić u niego poczucie zaskoczenia i niespodzianki. Z pewnością to jej się udaje. Fabuła niby znana powszechnie – poszukiwanie i pościg za mordercą, jednak sposób w jaki Reichs to prezentuje jest z pewnością godny podziwu. Mole książkowe, które uwielbiają obszernych rozmiarów książki z kryminalnymi wątkami, nie zawiodą się na tej książce. Mnie, osobiście książka zaintrygowała bardzo. Chociażby poprzez sposób w jaki jest napisana – język prosty, trafiający do zwykłego odbiorcy, nawet wszystkie terminy medyczne, o których nie ma pojęcia, nie są w stanie zepsuć ogólnego pozytywnego wrażenia. Jedynie co mogę zarzucić Reichs to zbyt rozlegle opisy miejsc i okoliczności. Czytelnik podczas czytania zbyt rozległych opisów, niecierpliwi się o dalszy rozwój sytuacji. Poza tym, mam wrażenie, że autorce umyka czasem, przy tych wszystkich opisach rzeczywistości, charakterystyka głównej bohaterki – Tempe. Być może był to celowy zabieg, aby zmusić każdego do wysilenia własnej wyobraźni. Jednak należy stwierdzić, że ogólne wrażenie po lekturze książki jest jak najbardziej pozytywne i mogę ją polecić każdemu, nie tylko tym, których fascynuje perspektywa rozpadającego się ciała, czy tez bardzo dokładny opis poszczególnych kości człowieka po jego śmierci. Książka „Zapach Śmierci” została uznana za międzynarodowy bestseller i została przetłumaczona na co najmniej 20 języków. Niesamowitym atutem tej książki jest jej realizm. Należy dodać, że niektóre zaprezentowane w książce przypadki są prawdziwymi przykładami z rzeczywistości i pracy zawodowej autorki. To, dodatkowo wzbudza u czytelnika ciekawość i chęć poznania przyczyn i skutków. Ważny podkreślenia jest fakt, że na ekrany polskiej telewizji Polsat, wszedł serial "Kości", inspirowany bestsellerowymi powieściami pisarki kryminolog – antropolog Kathy Reichs.

Kathy Reichs

Zapach Śmierci

Przekład: Wojciech Kallas

1

Nie myślałam już o człowieku, który wysadził się w powietrze. Przedtem tak. Teraz go składałam. Przede mną leżały dwa fragmenty czaszki, a trzeci wystawał z wypełnionej piaskiem miski z nierdzewnej stali. Klej jeszcze nie wysechł na świeżo zlepionych fragmentach. Kości wystarczy do potwierdzenia tożsamości. Koroner będzie zadowolony.

Było późne popołudnie czwartku 2 czerwca 1994 roku. Kiedy zasychał klej, mój umysł miał czas na chwilę beztroski. Pukanie w drzwi, które miało wyrwać mnie z zamyślenia, zmienić kurs mojego życia i rozumienie granic ludzkiej niegodziwości, miało nadejść dopiero za dziesięć minut. Z przyjemnością przyglądałam się rzece Świętego Wawrzyńca – ten widok był jedyną zaletą mojego ciasnego, zagraconego gabinetu. Obraz wody, szczególnie płynącej rytmicznie, zawsze mnie jakoś ożywiał. Nie dawał zapomnieć o Złotym Stawie. I jestem pewna, że Freud miałby tu coś do powiedzenia.

Myślami byłam już w zbliżającym się weekendzie. Rozważałam wycieczkę do Quebec City, ale nie miałam jasnych planów. Myślałam o zobaczeniu Plains of Abraham, o jedzeniu małż i naleśników, o kupowaniu błyskotek od ulicznych sprzedawców. Taka wycieczka-ucieczka. Spędziłam w Montrealu rok, pracując jako antropolog sądowy dla całej prowincji, a do tej pory jeszcze tam nie byłam, więc taka wycieczka to był chyba dobry pomysł. Potrzebne mi było parę dni bez szkieletów, rozkładających się ciał czy nieboszczyków świeżo wydobytych z rzeki.

Pomysły zawsze przychodziły mi łatwo, gorzej z wprowadzaniem ich w życie. Przeważnie pozwalam rzeczom toczyć się ich własnym torem. Może to sposób na to, żeby nie zbzikować w pracy. Jestem niezbyt zorganizowana w życiu prywatnym, ale obsesyjna, jeśli chodzi o pracę.

Wiedziałam, że tam stoi, nim zdążył zapukać. Chociaż jak na człowieka takiej postury, poruszał się cicho, nieodmiennie zdradzał go zapach starego tytoniu fajkowego. Pierre LaManche był dyrektorem Laboratoire de Medecine Legale już od prawie dwudziestu lat. Nigdy nie przychodził do mojego gabinetu w celach towarzyskich, podejrzewałam więc, że nie przynosi najlepszych nowin. Delikatnie zapukał w drzwi kostkami dłoni.

– Temperance? – Rymuje się z France. Nigdy nie używał zdrobnienia. Może po prostu nie brzmiało to dobrze dla jego ucha. Może miał niemiłe wspomnienia z Arizony. Tylko on nie zwracał się do mnie per Tempe.

– Oui? – Po miesiącach spędzonych tutaj było to już automatyczne. Przyjeżdżałam do Montrealu uważając, że mówię biegle po francusku, ale nie wzięłam pod uwagę Le Franęais Quebecois. Uczyłam się, ale powoli.

– Właśnie telefonowano do mnie. – Spojrzał na różowy świstek papieru trzymany w ręku.

Wszystko w jego twarzy układało się pionowo, zmarszczki i bruzdy o różnej głębokości biegły równolegle do długiego, prostego nosa i uszu. Wyglądał zupełnie jak basset. Była to twarz, która już w młodości musiała wyglądać na starą, a czas tylko czynił rysy twarzy wyraźniejszymi. Nie mogłam odgadnąć, ile ma lat.

– Dwóch pracowników Hydro-Quebec znalazło dzisiaj jakieś kości. – Przyglądał się mojej twarzy, na której na próżno by szukać oznak zadowolenia. Przeniósł wzrok z powrotem na różowy świstek. – Są blisko miejsca, gdzie zeszłego lata znaleziono dawne groby – ciągnął swoim formalnym, poprawnym francuskim. Nigdy nie słyszałam, by używał skróconych form. Albo slangu czy policyjnego żargonu. – Byłaś tam. Pewnie to ciąg dalszy tego samego. Muszę wysłać tam kogoś, kto stwierdzi, że to rzeczywiście nie jest sprawa dla koronera.

Kiedy podniósł wzrok znad papierka, zmiana kąta padania światła sprawiła, że żłobiące jego twarz bruzdy i zmarszczki wydawały się pogłębiać, wchłaniając światło popołudniowego słońca tak, jak czarna dziura wchłania materię. Na jego twarzy zagościł blady uśmiech, przesuwając cztery bruzdy w górę twarzy.

– Myśli pan, że to znalezisko archeologiczne? – Starałam się wymigać. Wyprawy w teren z pewnością nie było w moich niezupełnie sprecyzowanych planach. Żeby wyjechać następnego dnia, musiałam odebrać rzeczy z pralni chemicznej, zrobić pranie, wstąpić do apteki, spakować się, zmienić olej w samochodzie i wytłumaczyć Winstonowi, dozorcy budynku, w którym mieszkałam, jak ma się opiekować moim kotem.

Pokiwał tylko głową.

– Okej.- Wcale nie było okej.

Wręczył mi karteczkę.

– Chcesz, żeby zawiózł cię tam radiowóz?

Popatrzyłam na niego, starając się zawrzeć w moim spojrzeniu niechęć i niezadowolenie.

– Nie, dzisiaj jestem samochodem. – Przeczytałam adres. Blisko domu. – Znajdę to miejsce.

Oddalił się równie cicho, jak się zjawił. Pierre LaManche preferował gumowe podeszwy, a kieszenie miał zawsze puste, żeby nic w nich nie brzęczało czy szeleściło. Tak, jak z krokodylem w rzece, o jego pojawieniu i oddaleniu się nie ostrzegały żadne dźwięki. Niektórym pracownikom działało to na nerwy.

Włożyłam do płóciennej torby kombinezon i parę gumiaków, łudząc się, że nie będą mi potrzebne, po czym wzięłam laptopa, aktówkę i zdobiony haftami worek, który w tym sezonie pełnił funkcję torby. Obiecywałam sobie, że nie wrócę tu przed poniedziałkiem, ale natarczywy glos w mojej głowie przekonywał, że będzie inaczej.

Kiedy w Montrealu nadchodzi lato, zjawia się z impetem dorównującym tancerce rumby: całej w falbankach i jaskrawej bawełnie z migającymi udami i lśniącą od potu skórą. Ta bezwstydna zabawa zaczyna się w czerwcu i trwa do września.

Wszyscy z radością witają tę porę roku i traktują ją z pewną nabożnością. Życie toczy się na ulicach. Po długiej, surowej zimie pojawiają się na nich kafejki, rowerzyści i rolkowcy walczą ze sobą o miejsce na ścieżkach rowerowych, jest mnóstwo festiwali na świeżym powietrzu, a ludzie kłębią się na chodnikach.

Lato spędza się tu zupełnie inaczej, niż w moim rodzinnym stanie Północnej Karolinie, gdzie w czasie letnich miesięcy ludzie leniwie wylegują się na leżakach, spędzają czas na tarasach w swoich podmiejskich domach albo w mieście, a bez kalendarza trudno się tam połapać, jaka jest pora roku.

Bardziej od surowej zimy zaskoczył mnie ten wybuch wiosny podczas pierwszego roku spędzonego na północy i odpędził ode mnie tęsknotę, która nie opuszczała mnie podczas długiej, zimnej i ciemnej zimy.

Takie myśli przychodziły mi do głowy, kiedy przejeżdżałam pod mostem Jacques-Cartier i skręcałam na zachód w Yiger. Minęłam browar Molson, który rozciągał się wzdłuż rzeki po mojej lewej stronie, po czym wieżę biurowca Radio-Canada, myśląc o ludziach w niej uwięzionych: rezydentach przemysłowych pasiek, którzy na pewno podobnie jak ja marzyli o wyrwaniu się stąd. Wyobraziłam sobie, jak zza szklanych prostokątów obserwują światło słoneczne, tęskniąc do jachtów, rowerów i tenisówek i spoglądają na zegarki, czując atmosferę czerwca.

Odkręciłam szybę i włączyłam radio.

– Aujourd'hui je vois la vie avec les yeux du coeur. – Odruchowo tłumaczyłam w myślach: “Dzisiaj patrzę na życie oczyma mego serca". To śpiewał Gerry Boulet. Dobrze go pamiętałam: energiczny mężczyzna z czarnymi oczyma i kosmykami włosów okalającymi jego twarz, kochający swą muzykę ponad wszystko, zmarły w wieku czterdziestu czterech lat.

Stare groby nasunęły się same. Każdy antropolog sądowy zajmuje się takimi przypadkami. Starymi kośćmi wygrzebanymi z ziemi przez psy, wykopanymi przez budowniczych, wymytymi po wiosennych powodziach czy znalezionymi przez grabarzy. Biuro koronera sprawuje kontrolę nad śmiercią w prowincji Quebec. Jeśli umrzesz w niewłaściwy sposób, bez opieki lekarza, nie w łóżku, to koroner chce wiedzieć, dlaczego. Jeśli twoja śmierć może za sobą pociągnąć inne ofiary, koroner chce to także wiedzieć. Koroner żąda wyjaśnień w przypadku gwałtownej, niespodziewanej bądź przedwczesnej śmierci. Ale osoby nie żyjące od dawna go nie interesują. Chociaż ich śmierć mogła wołać o pomstę do nieba albo zwiastować nadchodzącą epidemię, ich głosy ucichły na zbyt długo. Takie znaleziska przekazuje się archeologom. Teraz też się na to zanosi. Niestety.

Jechałam slalomem przez zatłoczone centrum miasta i już po piętnastu minutach dotarłam pod adres, który podał mi LaManche. Le Grand Seminaire. Będąc resztką rozległych posiadłości Kościoła katolickiego, Le Grand Seminaire zajmuje spory kawałek ziemi w sercu Montrealu. Centre-ville. Centrum. Niedaleko do mnie. Mała, miejska twierdza pozostaje zieloną wyspą w morzu betonowych drapaczy chmur i jest niemym świadectwem minionej potęgi tej instytucji. Kamienne mury i liczne baszty otaczają ponure, szare zamki, zadbane trawniki i zdziczałe już nie zabudowane działki.

W czasach świetności kościoła tysiące rodzin przysyłało tu swoich synów, aby stali się księżmi. Ciągle jeszcze tutaj napływają, ale teraz jest ich niewielu. Większe budynki są teraz wynajmowane, a miejscowa szkoła i instytucje nieco się zeświecczyły – w programach nauczania internet i faks zajęły miejsce świętych ksiąg i dysput teologicznych. Może to dobra metafora współczesnego społeczeństwa. Jesteśmy zbyt zajęci komunikowaniem się ze sobą, żeby jeszcze się zajmować wszechmocnym architektem.

Zatrzymałam się w uliczce naprzeciw terenów seminarium i spojrzałam na wschód, na tereny leżące wzdłuż Sherbrooke, w kierunku budynków wynajmowanych teraz przez Le College de Montreal. Nie zauważyłam nic nietypowego. Wystawiłam łokieć za okno i spojrzałam w drugą stronę. Zakurzony, gorący metal oparzył mi skórę po wewnętrznej stronie ramienia. Cofnęłam więc szybko rękę, jak krab, którego dźgnięto kijkiem.

Byli tam. Skontrastowany ze średniowieczną, kamienną wieżą w tle, stał biało-niebieski radiowóz z napisem POLICE-COMMUNAUTE URBAINE DE MONTREAL wymalowanym na boku samochodu. Blokował zachodni wjazd na teren seminarium. Tuż przed radiowozem stała szara ciężarówka Hydro-Quebecu. Wystawały z niej drabiny i sprzęt, wyglądające na aparaturę stacji kosmicznej. Obok ciężarówki stał umundurowany policjant i rozmawiał z dwoma ludźmi w roboczych kombinezonach.

Skręciłam w lewo i wjechałam na pas Sherbrooke prowadzący na zachód. Ulżyło mi, kiedy nie zauważyłam żadnych dziennikarzy. W Montrealu spotkanie z prasą jest podwójnie uciążliwe, bo gazety i programy telewizyjne ukazują się po francusku i angielsku. Wystarczy, że jestem napastowana w jednym języku, żeby zachowywać się niezbyt elegancko, a kiedy atakuje się mnie na dwóch frontach, potrafię być naprawdę obcesowa.

LaManche miał rację. Byłam tutaj zeszłego lata. Pamiętałam tamtą sprawę – kości wykopano podczas naprawy wodociągu. Własność kościelna. Stary cmentarz. Pochówek w trumnach. Zostawić archeologom. Sprawa zamknięta. Jak dobrze pójdzie, dzisiejszy raport niczym się nie będzie różnił.

Kiedy wcisnęłam się moją mazdą przed ciężarówkę i zaparkowałam, trzech mężczyzn przestało rozmawiać i spojrzeli w moją stronę. Gdy wysiadałam z samochodu, policjant zawahał się, jakby się nad czymś zastanawiając, po czym ruszył w moją stronę. Nie uśmiechał się. Było piętnaście po czwartej i na pewno jego zmiana już się skończyła i nie powinno go tu być. Hm, mnie też nie.

– Będzie pani musiała pojechać dalej. Tu nie wolno parkować.

Kiedy mówił, gestykulował rękoma, wskazując kierunek, gdzie powinnam pojechać. Wyobraziłam sobie, jak tym samym gestem wyjmuje muchy z sałatki ziemniaczanej.

– Jestem doktor Brennan – wyjaśniłam, zatrzaskując drzwi samochodu. – Z Laboratoire de Medecine Legale.

– To panią przysłał koroner? – Powiedział to takim tonem, że przy nim głos przesłuchującego oficera KGB brzmiałby umie.

– Tak. Jestem anthropologiste judiciaire. – Mówiłam powoli, jak nauczyciel w drugiej klasie podstawówki. – Zajmuję się ekshumacjami i szkieletami. Rozumiem, że wasze znalezisko podpada pod obie te kategorie?

Podałam mu moją legitymację. Na małym, mosiężnym prostokącie nad kieszenią jego koszuli widniał napis: Konstabl Groulx.

Spojrzał na zdjęcie, a potem na mnie. Mój wygląd chyba go nie przekonał. Miałam zamiar przez cały dzień pracować nad rekonstrukcją czaszki, więc ubrałam się roboczo – w wytarte, brązowe dżinsy, bawełnianą koszulę i tenisówki, rękawy podwinęłam do łokcia i nie miałam skarpetek. Większość moich włosów była spięta u góry, ale reszta, przegrywając walkę z grawitacją, opadała mi na twarz i szyję. Twarz usiana była zaschniętymi plamkami kleju. Musiałam wyglądać bardziej na matkę w średnim wieku, która przerwała pracę przy tapetowaniu mieszkania, niż na antropologa sądowego.

Długo przyglądał się mojej legitymacji, po czym oddał mi ją bez słowa komentarza. Wyraźnie nie tego się spodziewał.

– Widział pan szczątki? – spytałam.

– Nie. Ja tylko zabezpieczam teren. – Wskazał ręką na dwóch mężczyzn, którzy przerwali rozmowę i przypatrywali się nam. – To oni to znaleźli. Ja o tym zameldowałem. Zaprowadzą panią.

Zastanawiałam się, czy konstabl Groulx potrafiłby sklecić zdanie złożone. Kolejnym gestem ponownie wskazał na robotników.

– Będę miał oko na pani samochód.

Pokiwałam głową, ale on już się odwracał. Pracownicy Hydro w milczeniu patrzyli, jak się do nich zbliżam. Obaj mieli na głowach grube okulary przeciwsłoneczne i kiedy któryś z nich ruszył głową, w szkłach odbijało się światło popołudniowego słońca. Obaj mieli też identycznie zakrzywione wąsy w kształcie odwróconej litery U.

Ten stojący z lewej wyglądał na starszego. Był szczupłym, smagłym mężczyzną o spojrzeniu teriera. Rozglądał się nerwowo dokoła, co chwilę przenosił wzrok z jednej rzeczy na drugą, z jednego człowieka na drugiego, jak pszczoła to nurkująca, to wysuwająca się z kwiatu pęonii. Raz po raz świdrował mnie oczyma, ale już po chwili je odwracał, jakby się obawiał, że kontakt wzrokowy może go skłonić do zrobienia rzeczy, których później będzie żałował. Przestępował z nogi na nogę i raz po raz prostował się i znowu garbił.

Jego kolega był dużo postawniejszym mężczyzną z ogorzałą twarzą i włosami spiętymi w długą, gładką kitkę. Uśmiechnął się, kiedy byłam już blisko, ukazując miejsca, gdzie kiedyś były zęby. Podejrzewałam, że on będzie bardziej rozmownym z tej dwójki.

– Bonjour. Comment ca va? – Zaczęłam od francuskiego odpowiednika “Dzień dobry. Jak leci?"

– Bien. Bien. – Jednoczesne kiwnięcie głów. Dobrze. Dobrze.

Przedstawiłam się i spytałam, czy to oni zameldowali, że znaleźli kości. Kolejne kiwnięcia.

– Niech mi panowie powiedzą o tym coś więcej. – Mówiąc to, wyciągnęłam z plecaczka notatnik, otworzyłam go i włączyłam długopis. Uśmiechnęłam się zachęcająco.

Człowiek z kitką mówił chętnie i szybko, jak dzieci wypuszczone na długą przerwę. Był podniecony całym zdarzeniem. Mówił po francusku z bardzo silnym akcentem – słowa zlewały się i nie wymawiał końcówek – tak, jak to robią mieszkańcy Quebecu mieszkający w górze rzeki. Musiałam uważnie go słuchać.

– Obcinaliśmy gałęzie, to jeden z naszych obowiązków. – Wskazał na znajdujące się nad naszymi głowami linie wysokiego napięcia, po czym powiódł wzrokiem po ziemi. – Musimy dbać o to, żeby nic nie haczyło o linie.

Pokiwałam głową.

– Kiedy wszedłem do tego wykopu tam – odwrócił się i wskazał w stronę pasa drzew ciągnących się wzdłuż budynków – poczułem jakiś dziwny zapach. – Przerwał, nie odrywając oczu od drzew. Cały czas miał wyciągniętą rękę, a jego palec wskazujący przecinał powietrze.

– Dziwny?

Odwrócił się.

– Hm, nie taki mocno dziwny… – Przerwał i zaczął przygryzać dolną wargę, kiedy w swoim słowniku mentalnym szukał odpowiedniego słowa. – Zapach śmierci – powiedział. – Rozumie pani?

Czekałam, by rozwinął.

– Wie pani, taki jak wtedy, kiedy jakieś zwierzę gdzieś wpełznie i umrze… – Kiedy to mówił, wzdrygnął się nieznacznie, po czym spojrzał na mnie, oczekując przytaknięcia.

Wiedziałam aż za dobrze. Z odorem śmierci jestem za pan brat. Ponownie pokiwałam głową.

– Tak właśnie myślałem. Że jakiś pies albo szop zdechł. Więc zacząłem grzebać grabiami w gęstwinie w miejscu, gdzie zapach był naprawdę silny. I rzeczywiście, znalazłem trochę kości. – Kolejne wzdrygnięcie.

– Aha. – Zaczynałam czuć się nieswojo. Stare groby nie śmierdzą.

– Więc przywołałem do siebie Gila… – Spojrzał na starszego człowieka, oczekując potwierdzenia. Gil wpatrywał się w ziemię. – I obaj zaczęliśmy przekopywać liście i w ogóle. To, co znaleźliśmy, zupełnie mi nie wygląda na szopa czy królika… – Kiedy to powiedział, splótł ręce na piersiach, spuścił brodę i zaczął kołysać się na piętach.

– A to dlaczego?

– Kości są za duże. – Zwinął język w rurkę, po czym wepchnął go w jedno z miejsc po zębach. Koniuszek języka pojawiał się i znikał między jego zębami, jak robak szukający światła dziennego.

– Coś jeszcze?

– A niby co? – Robak się schował.

– Znalazł pan coś obok kości?

– Tak. I tu właśnie coś nie gra. – Wyciągnął ręce, pokazując nimi rozmiary. – To wszystko było w dużym, plastikowym worku i… – Wzdrygnął się, ustawił ręce dłońmi do góry i nie dokończył zdania.

– I? – Czułam się coraz bardziej nieswojo.

– Une uentouse. – Rzucił to szybko, będąc jednocześnie skrępowanym i podnieconym.

Gil musiał być duchem ze mną, jego obawy na pewno dorównywały moim. Oderwał wzrok od ziemi i nerwowo wodził oczami wokół.

– Co? – spytałam, myśląc, że może źle zrozumiałam to słowo.

– Une ventouse. Przetykaczka. Taka do łazienki. – Pokazał, jak jej się używa. Pochylony do przodu, chwycił rękoma za niewidoczny uchwyt i poruszał rękoma w górę i w dół. Ta makabryczna scenka była tak nie na miejscu, że aż wstrząsająca.

Gilowi wyrwało się “Sacre…", po czym ponownie utkwił wzrok w ziemi. Przyglądałam mu się. Coś rzeczywiście nie grało. Skończyłam notować i zamknęłam notes.

– Czy w wykopie jest mokro? – Zupełnie nie miałam ochoty zakładać gumiaków i kombinezonu, jeśli nie było to konieczne.

– Nie – odparł ten z kitką i ponownie spojrzał na Gila, oczekując przytaknięcia. Gil potrząsnął głową, nie odrywając oczu od ziemi.

– No dobra – powiedziałam. – Chodźmy. – Miałam nadzieję, że wyglądałam na spokojniejszą, niż się naprawdę czułam.

Człowiek z kitką ruszył przez trawę w stronę lasku. Powoli schodziliśmy w dół parowu, a im bliżej byliśmy dna, tym więcej było krzaków i drzew. Zagłębiłam się w gęstwinie, prawą ręką chwytając większe gałęzie, które dla mnie odginał, po czym przekazywałam je Gilowi. Pomimo tego gałązki haczyły o moje włosy. Miejsce pachniało mokrą ziemią, trawą i gnijącymi liśćmi. Światło słoneczne z trudem przebijało się przez korony drzew, więc ziemia wydawała się być pokryta plamami wyglądającymi jak kawałki z układanki puzzle. Gdzieniegdzie, pochyły promień słońca znalazł jednak przesmyk i dotykał ziemi, a w jego świetle widać było unoszące się drobinki pyłu. Owady kłębiły się wokół mojej twarzy i słyszałam ich bzyczenie, a pełzające robaki oblepiały moje kostki.

Na dnie parowu mężczyzna stanął, żeby zorientować się, gdzie jest, po czym skręcił w prawo. Ruszyłam za nim, odganiając się od komarów, ręką odgarniając rośliny, przechodząc ze zmrużonymi oczyma przez chmury muszek kłębiących się przede mną. Czasami któraś leciała prosto na rogówkę. Kropelki potu gromadziły się na moich ustach i przylepiały kosmyki nie upiętych włosów do czoła i szyi. Niepotrzebnie się martwiłam moim strojem i fryzurą.

Piętnaście metrów od ciała już nie potrzebowałam przewodnika. Z zapachem wilgotnego lasu mieszał się zapach śmierci, którego nie można było z niczym pomylić. Odór rozkładającego się ciała jest jedyny w swoim rodzaju. Wisiał w ciepłym, popołudniowym powietrzu, słaby, ale wyraźny. Z każdym krokiem słodkawy, cuchnący zapach przybierał na sile, jego intensywność narastała jak brzęczenie szarańczy, aż w końcu przestał się mieszać z innymi zapachami i przyćmił wszystkie. Aromaty mchu, ziemi, iglaków i powietrza ustąpiły miejsca odorowi gnijącego ciała.

Gil zatrzymał się w pewnej odległości. Sam zapach mu wystarczał. Nie potrzebował przyglądać się ciału ponownie. Trzy metry dalej zatrzymał się młodszy mężczyzna, odwrócił się i bez słowa wskazał za mały wzgórek częściowo przykryty liśćmi i szczątkami roślin. Głośno bzycząc, muchy zataczały kręgi, jak pracownicy uniwersytetu wokół darmowego szwedzkiego stołu.

Na widok tego mój żołądek się skurczył, a w głowie odezwał się głos: “Wiedziałam, że tak będzie". Z narastającym we mnie przerażeniem położyłam plecak u stóp drzewa, wyciągnęłam parę rękawiczek chirurgicznych i zaczęłam ostrożnie przedzierać się przez listowie. Zbliżywszy się do wzgórka, zauważyłam miejsce, z którego mężczyzna zgrabił roślinność. To co ujrzałam, potwierdzało moje obawy.

Z ziemi i liści wystawała klawiatura żeber, których końce zakrzywiały się ku górze tworząc jakby szkielet embrionalnego statku. Schyliłam się, żeby się lepiej przyjrzeć. Niezadowolone muchy głośno bzyczały, a ich niebiesko-zielone ciała mieniły się w słońcu. Gdy odgarnęłam przysłaniające żebra szczątki roślin, okazało się, że spajał je fragment kręgosłupa.

Wzięłam głęboki oddech, założyłam lateksowe rękawiczki i zaczęłam rękoma zdejmować martwe liście i wyschnięte igły. Kiedy odsłoniłam kręgosłup, w świetle słońca zauważyłam kłębowisko wystraszonych żuków, które zaczęły odlatywać. Robaki wyswobadzały się ze zbitej masy i w pośpiechu, jeden po drugim, znikały pod kręgami.

Ignorując insekty, cały czas usuwałam przykrywające ciało warstwy. Pracując ostrożnie, powoli oczyściłam przestrzeń mniej więcej metra kwadratowego. Już po niecałych dziesięciu minutach zobaczyłam to, co odkryli Gil i jego kolega. Odgarniając włosy z twarzy odzianą w rękawiczkę dłonią, odchyliłam się do tylu i patrzyłam na wyłaniający się obraz.

Przyglądałam się częściowo już zamienionemu w szkielet tułowiowi, klatce piersiowej, kręgosłupowi i miednicy, ciągle jeszcze połączonym wyschniętymi mięśniami i więzadłami. W odróżnieniu od mózgu i organów wewnętrznych, które z pomocą bakterii i robactwa szybko się rozkładają, czasami w ciągu paru tygodni, tkanka łączna jest nader wytrzymała i potrafi spinać stawy całymi miesiącami, a nawet latami.

Widziałam resztki brązowej i wysuszonej tkanki przylegającej do kości klatki piersiowej i tułowia. Kiedy tak siedziałam w kucki, słysząc bzyczenie much i widząc plamki światła na liściach otaczających mnie drzew, nie miałam żadnych wątpliwości co do dwóch rzeczy. Tułów był ludzki i leżał tutaj od niedawna.

Wiedziałam również, że jego znalezienie się w tym miejscu nie było przypadkiem. Ofiara została zabita i porzucona. Resztki ciała leżały na plastikowym worku, takim, jakich się powszechnie używa w kuchni na śmieci. Teraz worek był rozdarty, ale przypuszczałam, że użyto go do przetransportowania ciała. Nie było ani głowy, ani kończyn, a w pobliżu nie było widać żadnych rzeczy osobistych czy przedmiotów. Oprócz jednego.

Kości miednicy obejmowały łazienkową przetykaczkę. Jej drewniana rączka wystawała z nich jakby to były położone do góry nogami lody na patyku, a część z czerwonej gumy mocno przylegała w miejscu otworu dolnego kości miednicy. Pozycja przetykaczki sugerowała to, że umieszczono ją tam specjalnie. Pomimo że myśl ta była dość przerażająca, byłam pewna, że się nie myliłam.

Wstałam i rozejrzałam się wokół. Kolana protestowały przeciwko gwałtownej zmianie pozycji. Z doświadczenia wiedziałam, że głodne zwierzęta mogą roznosić fragmenty ciała na imponującą odległość. Psy często je chowają w plątaninie krzaków i niskiej roślinności, a zwierzęta żyjące w norach wciągają małe kości i zęby do swoich jam. Strzepałam ziemię z rąk, po czym dokładnie rozejrzałam się wokół, szukając tras, którymi zwierzęta mogły się przemieszczać.

Bzyczały muchy, a z oddalonego o setki kilometrów Sherbrooke dobiegł mnie teraz odgłos klaksonu. Wspomnienia innych lasów, innych grobów i innych kości przebiegały przez mój umysł, jakby to były nie powiązane ze sobą obrazki ze starych filmów. Stałam zupełnie nieruchomo, zmysły miałam wyostrzone i szukałam. W końcu wyczułam raczej niż zauważyłam pewną nieregularność w otaczającej mnie gęstwinie. Jak promień słoneczny odbijający się od lustra, wrażenie minęło, nim neuronom w moim mózgu udało się stworzyć jakiś obraz. Prawie niezauważalny błysk skłonił mnie do obrócenia głowy. Nic. Stałam sztywno, nie mając pewności, czy naprawdę coś widziałam. Przesunęłam ręką po twarzy, żeby odpędzić insekty, i zauważyłam, że robi się chłodniej.

Cholera. Nie przestawałam się rozglądać. Lekki powiew wiatru uniósł moje wilgotne włosy z czoła i poruszył liście. Wtedy znowu to wyczułam. Miałam niejasne wrażenie, że światło słoneczne się od czegoś odbija. Zrobiłam kilka kroków, nie będąc pewna, gdzie to było, i zatrzymałam się, każdą komórką mego ciała starając się rozszyfrować grę światła i cienia. Nic. Oczywiście, że nic, głupia. Tam nie może niczego być. Nie ma much.

I wtedy to zauważyłam. Wiatr powiał delikatnie poruszając liście, przez co natychmiast zmienił się układ światła i coś wpadło mi w oko. Nie byłam pewna, ale wstrzymując oddech z wrażenia podeszłam bliżej i spojrzałam na dół. Nie zdziwiło mnie to, co zobaczyłam. Otóż to, pomyślałam.

Z dziury między korzeniami żółtej topoli wyzierał róg drugiego plastikowego worka. Wianek jaskrów otaczał zarówno topolę, jak i worek, tworzyły gęsty dywan, a jego macki ginęły w otaczających je chwastach. Jaskrawoźółte kwiaty wyglądały, jakby pochodziły z ilustracji Beatrbc Potter – soczyste, świeże pąki ostro kontrastowały z tym, co wiedziałam, że leży schowane w worku.

Podeszłam do drzewa. Pod moimi nogami szeleściły liście i trzaskały gałązki. Podpierając się jedną ręką, drugą odgarnęłam tyle ziemi, żeby móc porządnie chwycić worek; złapałam go mocno i pociągnęłam delikatnie. Ani drgnął. Owinęłam koniec worka wokół ręki, pociągnęłam mocniej i poczułam, że się rusza. Czułam, że zawartość worka ma swoją masę. Insekty kłębiły się wokół mojej twarzy. Pot spływał mi po plecach. Serce waliło mi jak gitara basowa podczas koncertu zespołu heavy metalowego.

Szarpnęłam jeszcze raz i udało mi się uwolnić worek. Odciągnęłam go kawałek, żeby zajrzeć do środka. A może tylko chciałam przesunąć go dalej, żeby nie był zbyt blisko kwiatów pani Potter. Cokolwiek było w środku, ważyło niemało, a byłam prawie pewna, co znajdę w środku. I miałam rację. Kiedy rozwiązałam końcówki plastiku, do moich nozdrzy doszedł intensywny zapach gnicia. Rozwarłam brzegi worka i zajrzałam do środka.

Spojrzała na mnie ludzka twarz. Dlatego, że była schowana przed robactwem, które przyspiesza proces rozkładu, ciało nie było jeszcze zupełnie rozłożone, ale upał i wilgoć już naruszyły rysy twarzy, zamieniając ją w pośmiertną maskę słabo przypominającą osobę, którą kiedyś była. Dwoje oczu, wyschniętych i skurczonych, wyzierało spod przymkniętych powiek. Sprasowany nos był przekrzywiony w jedną stronę i leżał płasko na zapadniętym policzku. Wargi się skurczyły, zapewniając zestawowi idealnych zębów uśmiech na wieki. Skóra była niczym więcej niż chorobliwie bladą, białą, wilgotną, cienką powłoką dopasowaną do znajdujących się pod nią kości. Wszystko to otaczała gęstwina lepkich, rudych, kręconych włosów, matowych kosmyków przylepionych do głowy tym, co wyciekło z zamienionego w ciecz mózgu.

Wstrząśnięta, zamknęłam worek. Przypominając sobie o pracownikach Hydro, spojrzałam w miejsce, gdzie ich zostawiłam. Młodszy przyglądał mi się uważnie. Jego kolega stał nieco dalej, przygarbiony, ręce trzymał głęboko w kieszeniach spodni.

Zdjęłam rękawiczki, minęłam ich i wyszłam z lasku, kierując się w stronę radiowozu. Nic nie mówili, ale słyszałam ich kroki i chrzęst podłoża tuz za sobą.

Konstabl Groulx stał oparty o maskę. Patrzył, jak się zbliżam, ale nie zmienił pozycji. Zdarzało mi się pracować z przyjaźniej nastawionymi ludźmi.

– Mogę skorzystać z radia? – Też mogę być oschła. Odepchnął się od samochodu dwoma rękoma i obszedł go. Stanął po stronie kierowcy, przez otwarte okno wyciągnął mikrofon i spojrzał na mnie pytająco.

– Zabójstwo – powiedziałam.

Wyglądał na zdziwionego; pożałował szybko tego i rzucił do mikrofonu:

– Section des homicides.

Po chwili zwyczajnych zakłóceń i szumów, przebił się głos detektywa:

“Claudel". Głos wydawał się poirytowany.

Konstabl Groulx podał mi mikrofon.

Przedstawiłam się i powiedziałam, gdzie jestem.

– Mam tutaj zabójstwo – wyjaśniłam. – Prawdopodobnie porzucono ciało. Prawdopodobnie kobiece. Prawdopodobnie obcięto głowę. Lepiej tu kogoś od razu przyślijcie.

Zapadła długa chwila ciszy. Nikt nie jest zachwycony takimi wieściami.

– Pardon?

Powtórzyłam wszystko, prosząc Claudela, żeby przekazał te wiadomości Pierre'owi LaManche, kiedy będzie dzwonił do kostnicy. Tym razem nie będzie nic dla archeologów.

Oddałam mikrofon Groubcowi, który przysłuchiwał się każdemu mojemu słowu. Przypomniałam mu, żeby spisał dokładne zeznania robotników. Wyglądał jak człowiek, którego właśnie skazano na jakieś dziesięć do dwudziestu lat. Wiedział, że przez jakiś czas nigdzie się nie urwie. Nie współczułam mu zbytnio. Ja też nie będę spała w Quebec City w ten weekend. W rzeczywistości, kiedy jechałam do mojego blisko położonego mieszkania, podejrzewałam, że przez dłuższy czas nikt się nie wyśpi. Jak się później okazało, miałam rację. Nie zdawałam sobie tylko sprawy z rozmiarów horroru, któremu mieliśmy stawić czoło.

2

Kolejny dzień zaczął się równie słonecznie i ciepło, jak poprzedni, co normalnie wprawiłoby mnie w dobry humor. Jestem kobietą, której nastrój zależy od pogody – podnosi się i spada razem z barometrem. Ale tego dnia pogoda miała nie mieć żadnego znaczenia. O dziewiątej rano byłam już w sali numer 4, jednej z sal, w których przeprowadza się autopsje.

Jest to najmniejsze i najlepiej wentylowane pomieszczenie w Laboratoire de Medecine Legale. Często tu pracuję, bo większość przypadków, którymi się zajmuję jest, delikatnie mówiąc, nie najlepiej zachowana. Ale wentylacja nie zawsze jest stuprocentowo skuteczna. Nic nie jest. Wiatraki i środki dezynfekcyjne nigdy zupełnie nie wygrywają walki z zapachem dojrzałej śmierci. Blask nierdzewnej stali w tej antyseptycznej sali nigdy do końca nie wymazuje z umysłu obrazu ludzkich ciał.

Resztki znalezione przy Le Grand Seminaire zdecydowanie kwalifikowały się do pokoju numer 4. Po pospiesznej kolacji zjedzonej poprzedniego wieczora, pojechałam z powrotem do lasku i dalej zajmowaliśmy się miejscem, w którym znaleziono zwłoki. Kości były w kostnicy już o wpół do dziesiątej wieczorem. Teraz leżały w worku na wózku stojącym koło mnie. Przypadek numer 26704 był omawiany na porannym spotkaniu pracowników. Zgodnie z normalną procedurą, ciało powierzono jednemu z pięciu patologów pracujących w laboratorium. Ponieważ zwłoki były w dużej mierze już tylko szkieletem, a resztki miękkich tkanek były w zdecydowanie zbyt posuniętym stadium rozkładu, żeby można je poddać standardowej autopsji, mnie powierzono to zadanie.

Jeden z techników od autopsji zadzwonił rano, że jest chory, przez co mieliśmy za mało rąk do pracy. Jak na złość. To była pracowita noc: samobójstwo nastolatka, ciała dwojga starszych ludzi odkryte w ich domu i ofiara pożaru samochodu, okropnie poparzona. Cztery autopsje. Powiedziałam, że mogę pracować sama.

Byłam ubrana w zielony kitel chirurgiczny, plastikowe gogle i lateksowe rękawiczki. Przygotowując się, zdążyłam już oczyścić i sfotografować głowę. Jeszcze tego ranka zrobią jej rentgena, potem wygotują w celu usunięcia zepsutych resztek ciała i pozostałości mózgu po to, żebym mogła dokładnie zbadać czaszkę.

Drobiazgowo zbadałam włosy, szukając w nich nitek albo śladów jakichś innych substancji. Kiedy rozdzielałam pozlepiane, wilgotne kosmyki, nie mogłam przestać wyobrażać sobie tego, jak ofiara po raz ostatni rozczesywała włosy. Zastanawiałam się, czy robiąc to była zadowolona, sfrustrowana czy może zobojętniała. Dzień dobrych włosów. Dzień nieładnych włosów. Dzień martwych włosów.

Odpędzając od siebie te myśli, włożyłam próbkę włosów do torebki i wysłałam ją na górę, do biologii, żeby przyjrzeli się temu pod mikroskopem. Przetykaczkę i plastikowe worki również przekazano Laboratoire de Medecine Legale, gdzie sprawdzą je pod kątem odcisków palców, wydzielin cielesnych i innych niewidocznych gołym okiem znaków mogących ujawnić coś dotyczącego zabójcy bądź ofiary.

Pomimo naszych wczorajszych trzygodzinnych poszukiwań, kiedy to na czworakach przerzucaliśmy ziemię, przeczesywaliśmy liście i trawę, przesuwaliśmy kamienie i pnie drzew, nic więcej nie znaleźliśmy. Szukaliśmy aż do zmierzchu, ale bez rezultatu. Żadnych ubrań. Żadnych butów. Żadnej biżuterii. Żadnych rzeczy osobistych. Specjalny zespół miał pojechać tam dzisiaj, żeby spróbować coś wykopać i jeszcze raz dokładnie przeczesać teren, ale nie wierzyłam, że coś znajdą. Nie będę miała do dyspozycji metek ubrań, zamków błyskawicznych czy klamer, żadnych rozdarć czy dziur w ubraniach, które by potwierdzały wyniki moich badań. Porzucono ciało gołe i okaleczone i pozbawiono je wszelkich więzi z życiem.

Podeszłam do worka, żeby wyjąć z niego resztę jego przerażającej zawartości, gotowa do rozpoczęcia wstępnych oględzin. Później kończyny i tułów zostaną wyczyszczone, a ja przeprowadzę szczegółową analizę wszystkich kości. Znaleźliśmy prawie cały szkielet. Zabójca ułatwił nam zadanie. Podobnie jak z tułowiem i głową, umieścił albo umieściła, ręce i nogi w osobnych workach. W sumie było ich cztery. Bardzo schludnie. Zapakowane i wyrzucone jak śmieci z zeszłego tygodnia. Zdusiłam w sobie gniew i zmusiłam się, żeby się skoncentrować.

Wyjmowałam po kolei fragmenty ciała i układałam je w porządku anatomicznym na ustawionym na środku sali stole z nierdzewnej stali, na którym przeprowadza się autopsje. Najpierw przeniosłam tułów i umieściłam go na środku, piersiami do góry. Trzymał się całkiem dobrze. W odróżnieniu od worka, w którym była głowa, te zawierające inne części ciała nie były tak szczelnie zamknięte. Tułów był w najgorszym stanie, kości trzymały się razem tylko dzięki cienkim paskom wyschniętych mięśni i więzadeł. Zauważyłam, że brakuje najwyższych kręgów, i miałam nadzieję, że znajdę je przy głowie. Poza małymi kawałeczkami, po organach wewnętrznych już od dawna nie było śladu.

Potem ułożyłam ręce po bokach, a nogi pod spodem. Kończyny nie były wystawione na słońce i nie były tak wyschnięte jak klatka piersiowa i brzuch, więc zachowały się na nich spore części nadgniłych tkanek. Starałam się ignorować ruszającą się warstwę bladej żółci, która powolnie, jak fale odpływała z powierzchni kończyn, kiedy wyciągałam je z worka. Larwy opuszczają ciało, kiedy zostaje ono wystawione na światło. Spływały ze zwłok na stół i ze stołu na podłogę powolnym, ale nieprzerwanym strumieniem. Bladożółte ziarnka ryżu wiły się koło moich stóp. Starałam się ich nie deptać. Nigdy tak naprawdę do nich się nie przyzwyczaiłam.

Sięgnęłam po deskę z klipem i zaczęłam wypełniać formularz. Nazwisko: Inconnue. Nieznane. Data autopsji: 3 czerwca 1994. Prowadzący dochodzenie: Luc Claudel, Michel Charbonneau, Section des homicides, CUM. Wydział zabójstw, Montreal Urban Community Police.

Dopisałam jeszcze numer policyjnego raportu, numer z kostnicy i numer Laboratoire de Medecine Legale, czyli LML i jak zwykle ogarnęła mnie fala gniewu z powodu aroganckiej obojętności systemu. Gwałtowna śmierć nie pozwala na prywatność. Odziera człowieka z godności w równym stopniu, jak zrobił to jego morderca. Ciało cały czas jest przekazywane, badane i obfotografowywane i po każdej czynności przyporządkowuje mu się kolejne liczby. Ofiara staje się częścią materiału dowodowego, czymś na pokaz dla policji, patologów, biegłych, prawników i, w końcu, sędziów. Numeruje się je. Fotografuje. Pobiera próbki. Zawiesza identyfikator na dużym palcu u nogi. Pomimo że jestem aktywną jednostką w całej tej procedurze, nigdy nie mogę zaakceptować bezosobowości tego systemu. Ma to w sobie coś z plądrowania i to na najbardziej osobistym poziomie. Ja przynajmniej nadawałabym ofiarom imię. Anonimowa śmierć nie stałaby się kolejną pozycją na liście upokorzeń, które on lub ona musi znosić.

Wybrałam formularz z tych znajdujących się na desce z klipem. Inaczej niż zwykle, zostawię sobie sporządzenie szczegółowego inwentarza wszystkich kości na później. Na razie detektywi chcieli tylko znać podstawowe dane: płeć, wiek i rasę.

Z ustaleniem rasy nie było praktycznie żadnych problemów. Włosy były rude, a pozostałości skóry jasne. Procesy rozkładu, jednakże, potrafią robić różne rzeczy. Dokładnym zbadaniem szkieletu zajmę się po jego wyczyszczeniu. Jak na razie, wszystko wskazywało na to, że to przedstawiciel białej rasy.

Już wcześniej podejrzewałam, że ofiara jest kobietą. Rysy twarzy były delikatne, a budowa ciała drobna. Długie włosy o niczym nie świadczyły.

Spojrzałam na miednicę. Przewracając ją na bok, zauważyłam, że rowek pod kością biodrową jest szeroki i płytki. Obróciłam ją tak, żeby widzieć kości łonowe, tę część położoną z przodu, gdzie łączy się lewa i prawa część miednicy. Wygięcie wyznaczone przez ich dolną granicę tworzyło szeroki łuk. Delikatne wzniesione krawędzie przecinały przód wszystkich kości łonowych, tworząc wyraźne trójkąty w ich niżej położonych rogach. Typowe cechy kobiece. Później wykonam pomiary i wprowadzę je do komputera, który przeprowadzi ich analizę, ale i tak nie miałam wątpliwości, że chodzi o kobietę.

Właśnie zawijałam okolicę łonową w wilgotną szmatę, kiedy wystraszył mnie dźwięk telefonu. Przedtem nie zdawałam sobie sprawy, jak tu cicho. Albo jaka byłam spięta. Podeszłam do biurka, klucząc między larwami jak dziecko grające w klasy.

– Doktor Brennan – powiedziałam, wciągając gogle na czubek głowy, po czym je zdjęłam i rzuciłam na krzesło. Długopisem strąciłam jedną larwę z blatu.

– Claudel – przedstawił się glos. Jeden z dwóch detektywów, którym powierzono tę sprawę. Spojrzałam na ścienny zegar: dziesiąta czterdzieści. Później, niż myślałam. Nic więcej nie powiedział. Wyraźnie zakładał, że jego nazwisko było wystarczającą wiadomością.

– Pracuję teraz nad nią – podałam równie sucho. Usłyszałam jakiś metaliczny, chropowaty dźwięk. – Powin…

– Elle? – przerwał. Kobieta?

– Tak. – Patrzyłam, jak kolejna larwa zwija się w półksiężyc, po czym powtarza ten sam manewr, tym razem zwijając się w drugą stronę. Nieźle.

– Biała?

– Tak.

– Wiek?

– Za jakąś godzinę powinnam panu to określić w przybliżeniu.

Wyobraziłam sobie, jak patrzy na zegarek.

– Okej. Zjawię się po lunchu. – Trzask słuchawki. To było stwierdzenie, nie prośba. Wyraźnie nie miało dla niego znaczenia, czy ten termin mi pasuje.

Odłożyłam słuchawkę i wróciłam do damy leżącej na stole. Podniosłam deskę z klipem i przełożyłam formularz na następną stronę.

Wiek. Na pewno dorosła kobieta. Już wcześniej sprawdziłam jej usta. Zęby mądrości były w pełni wykształcone.

Dokładnie obejrzałam ramiona w miejscu, gdzie zostały oddzielone od tułowia. Końcówki obu kości ramienia również były w pełni wykształcone. Nie zauważyłam granicy między trzonem kości a nasadą. Spojrzałam na nogi. Nasada kości udowej też była zupełnie uformowana, i na prawej, i na lewej nodze.

Coś w tych rozerwanych stawach nie dawało mi spokoju. I to coś więcej, niż zwykła w takich przypadkach reakcja na niegodziwość. Ale było to niejasne uczucie, sama dokładnie nie wiedziałam, o co chodzi. Kiedy opuściłam lewą nogę z powrotem na stół, czułam się tak, jakbym miała w brzuchu bryłę lodu. Powróciło uczucie przerażenia, które mnie opanowało wtedy w lesie. Zdusiłam je w sobie i zmusiłam się, żeby zająć się tym, czym powinnam. Wiekiem. Ustaleniem wieku. Poprawnie oszacowany wiek może doprowadzić do ustalenia tożsamości ofiary. Dopóki nie poznamy nazwiska, nic innego nie będzie ważniejsze.

Rozcięłam skalpelem ciało, żeby odsłonić staw kolanowy i łokieć. Odchodziło łatwo. Także tutaj długie kości były w pełni rozwinięte. Sprawdzę to jeszcze na zdjęciu rentgenowskim, ale wiedziałam, że to oznacza, iż wzrost kości dobiegł końca. W stawach nie dostrzegłam żadnych śladów chorobowych ani zmian artretycznych. Dorosła, ale młoda. Zgadzało się to z moją wcześniejszą obserwacją dotyczącą zębów – nie było na nich śladów zużycia.

Ale chciałam być dokładniejsza. Claudel będzie tego oczekiwał. Przyjrzałam się obu obojczykom w miejscu, gdzie stykają się z mostkiem u podnóża gardła. Chociaż prawy był zerwany, płaszczyzna stawu była otoczona zakrzepłą wyschniętą chrząstką i więzadłami. Nożyczkami obcięłam tyle twardej tkanki, ile mi się udało, po czym owinęłam kość w mokrą szmatę. Ponownie skoncentrowałam się na miednicy.

Zdjęłam z niej szmatę i, używając znowu skalpela, zaczęłam delikatnie piłować chrząstkę łączącą z przodu obie połowy. Namoczenie jej rozmiękczyło ją i łatwiej było ją przeciąć, ale czynność i tak była czasochłonna i uciążliwa. Nie chciałam ryzykować zniszczenia tego, co znajdowało się pod spodem. Kiedy kości łonowe były w końcu rozdzielone, przecięłam kilka pasków wyschniętych mięśni łączących z tyłu miednicę z dolnym końcem kręgosłupa, po czym ją wyciągnęłam, podeszłam do zlewu i zanurzyłam jej część łonową w wodzie.

Potem wróciłam do ciała i odwinęłam szmatę z obojczyka. Znowu wycięłam tyle tkanki, ile się dało, po czym napełniłam plastikowy pojemnik wodą, oparłam go o klatkę piersiową i wcisnęłam do niego końcówkę obojczyka.

Rzuciłam okiem na ścienny zegar. 12:25. Odeszłam od stołu, ściągnęłam rękawiczki i wyprostowałam się. Powoli. Miałam wrażenie, jakby na moim kręgosłupie odbywał się trening zespołu futbolu amerykańskiego. Oparłam ręce na biodrach i rozciągnęłam się, wyginając się do tyłu i obracając górnymi partiami ciała. Tak naprawdę to nie uśmierzało bólu, ale też nie bolało. Ostatnio kręgosłup często mi dokuczał, a trzy godziny schylania się nad stołem do autopsji potęgowały ból. Nie przyjmowałam do wiadomości, że może mieć to coś wspólnego z wiekiem. Niedawne odkrycie, że potrzebuję okularów do czytania i że zamiast 57 kilogramów ważę 60, też nie były wynikiem starzenia się. Nic nie było.

Odwróciłam się i zobaczyłam Daniela, jednego z techników od autopsji, patrzącego na mnie zza drzwi. Tik zmarszczył mu górną wargę, a jego oczy natychmiast się zamknęły. Gwałtownym ruchem przeniósł cały ciężar ciała na jedną nogę, a drugą lekko uniósł. Wyglądał jak brodziec, przeczekujący falę.

– Kiedy chcesz, żebym zrobił radiografię? – spytał. Okulary siedziały nisko na jego nosie i wyglądało to tak, jakby nie patrzył przez nie, tylko ponad nimi.

– Powinnam skończyć do trzeciej – odparłam, wrzucając rękawiczki do zbiornika na odpady biologiczne. Nagle uświadomiłam sobie, jaka jestem głodna. Moja poranna kawa stała na biurku – była zimna i nawet nie napoczęta. Zupełnie o niej zapomniałam.

– Okej. – Cofnął się, odwrócił i zniknął w korytarzu.

Odłożyłam gogle na biurko, wyciągnęłam z jednej z szuflad rolkę białego papieru, rozwinęłam go i przykryłam nim ciało. Po umyciu rąk wróciłam do swojego biura na piątym piętrze, przebrałam się i wyszłam na lunch. Rzadko mi się to zdarzało, ale dzisiaj potrzebowałam światła słonecznego.

Claudel dotrzymał słowa. Kiedy wróciłam o wpół do drugiej, już był w moim gabinecie. Siedział naprzeciw mojego biurka i bardzo uważnie przyglądał się zrekonstruowanej czaszce leżącej na stole. Kiedy mnie usłyszał, odwrócił głowę, ale nic nie powiedział. Powiesiłam kurtkę na drzwiach, przeszłam koło niego i usiadłam na swoim krześle.

– Bonjour, monsieur. Claudel. Comment ca va? – Uśmiechnęłam się do niego zza biurka.

– Bonjour – odparł krótko.

Wyraźnie nie interesowało go, jak się miewam. Nie ma sprawy. Czekałam. Nie poddam się jego urokowi.

Skoroszyt leżał przed nim na biurku. Położył na nim rękę i spojrzał na mnie. Jego oblicze kojarzyło się z papugą. Miał ostre rysy twarzy, w której centralne miejsce zajmował przypominający dziób nos. Jego broda, usta i czubek nosa układały się w serię skierowanych ku dołowi liter V. Kiedy się uśmiechał, co zdarzało się rzadko, V jego ust robiło się ostrzejsze, a wargi uwypuklały się, zamiast się zwężać.

Westchnął. Był wobec mnie bardzo cierpliwy. Nie pracowałam przedtem z Claudelem, ale wiedziałam, jaką się cieszy reputacją. Uważał siebie za niezwykle inteligentnego człowieka.

– Mam kilka nazwisk – powiedział. – Prawdopodobnych ofiar. Wszyscy z mojej listy zaginęli w ciągu ostatnich sześciu miesięcy.

Już wcześniej rozmawialiśmy o tym, ile czasu mogło upłynąć od śmierci. Badania, które przeprowadziłam rano, nie zmieniły mojej opinii. Byłam pewna, że umarła najwyżej trzy miesiące temu. To by znaczyło, że morderstwo popełniono w marcu albo później. Zimy są mroźne w Quebecu, uprzykrzają życie żywym, ale są łaskawe dla umarłych. Zamarznięte ciała nie rozkładają się. Nie przyciągają też robactwa. Gdyby porzucono ciało zeszłej jesieni, przed nadejściem zimy, byłyby w nim ślady działalności robactwa. Obecność pancerzyków i larw wskazałaby na obecność robactwa już jesienią. Nie było nic takiego. Biorąc pod uwagę to, że wiosna była ciepła, mnogość robaków i stopień rozkładu ciała jednoznacznie wskazywały na to, że od morderstwa upłynęły trzy miesiące, a może i mniej. Obecność tkanki łącznej i praktycznie zupełny brak trzewi i mózgu też wskazywały na to, że śmierć nastąpiła pod koniec zimy albo wczesną wiosną.

Odchyliłam się i spojrzałam na niego wyczekująco. Też potrafię być szczwana.

Otworzył skoroszyt i zaczął przeglądać jego zawartość.

Czekałam. Wybrał jeden z formularzy i zaczął czytać.

– Myriam Weider. – Zamilkł, kiedy oczyma przebiegał po informacjach zapisanych na formularzu. – Zniknęła 4 kwietnia 1994. – Chwila ciszy. – Kobieta. Biała. – Dłuższa chwila ciszy. – Data urodzenia: 6 września 1948.

Oboje liczyliśmy w myślach: czterdzieści pięć lat.

– Możliwe – powiedziałam, gestem pokazując, żeby kontynuował. Położył formularz na biurku i zaczął czytać następny.

– Solange Leger. O jej zaginięciu powiadomił mąż… – Przerwał, starając się odczytać datę. – 2 maja 1994. Kobieta. Biała. Data urodzenia: 17 sierpnia 1928.

– Nie. – Potrząsnęłam głową. – Za stara.

Umieścił formularz na dnie skoroszytu i wybrał następny.

– Isabelle Gagnon. Po raz ostatni widziano ją l kwietnia 1994. Kobieta. Biała. Data urodzenia: 15 stycznia 1971.

– Dwadzieścia trzy lata. Tak. – Powoli pokiwałam głową. – Możliwe. Kartka powędrowała na biurko.

– Suzanne St. Pierre. Kobieta. Zaginęła 9 marca 1994. – Jego wargi drgały, kiedy czytał. – Nie wróciła ze szkoły. – Zamilkł, samemu obliczając jej wiek. – Szesnastolatka. Jezu Chryste…

Znowu potrząsnęłam głową.

– Zbyt młoda. To nie jest dziecko.

Zmarszczył brwi i wyciągnął ostatni formularz.

– Evelyn Fontaine. Kobieta. Trzydzieści sześć lat. Po raz ostatni widziano ją w Sept Iles 28 marca. Aha, to Indianka.

– Wątpliwe – odparłam. Nie sądziłam, żeby resztki zwłok należały do Indianki.

– To tyle – powiedział.

Na biurku leżały dwa formularze. Myriam Weider, wiek czterdzieści pięć lat, i Isabelle Gagnon, wiek dwadzieścia trzy lata. Może jedna z nich leżała na dole, w sali nr 4. Claudel spojrzał na mnie. Jego uniesione brwi utworzyły jeszcze jedno V, ale to było zwrócone ku górze.

– A ile ona miała lat? – spytał, silnie akcentując czasownik i swoją cierpliwość.

– Zejdźmy na dół i zobaczmy. – Dzięki temu chociaż na chwilę słońce zagości w twoim dniu, dodałam w myśli.

Zachowywałam się małostkowo, ale nic nie mogłam na to poradzić. Wiedziałam, że Claudel słynął z tego, iż unikał wchodzenia do sali, w której przeprowadzano autopsje, i w ten sposób chciałam sprawić, żeby się poczuł nieswojo. Przez chwilę wyglądał na znajdującego się w potrzasku. Rozkoszowałam się malującym się na jego twarzy skrępowaniem. Zdjęłam z haka na drzwiach laboratoryjny kitel, wyszłam na korytarz, podeszłam do windy i włożyłam klucz, żeby ją otworzyć. Kiedy zjeżdżaliśmy na dół, nic nie mówił. Wyglądał jak człowiek udający się na badanie prostaty. Claudel rzadko jeździł tą windą. Zatrzymywała się tylko w kostnicy.

Ciało leżało nieruszone. Założyłam rękawiczki i zdjęłam arkusz białego papieru. Kątem oka widziałam Claudela stojącego w drzwiach. Wszedł do sali tylko tyle, by móc powiedzieć, że w niej był. Jego oczy błądziły po metalowych stołach, przeszklonych szafach wypełnionych czystymi plastikowymi pojemnikami, wiszącej wadze; patrzył wszędzie, tylko nie na ciało. Już widziałam takie zachowanie. Fotografie były niegroźne. Krew i skrzepy były gdzieś indziej. Były odległe. Rekonesans na miejscu zbrodni był niczym innym, jak ćwiczeniem klinicznym. Żadnych problemów. Wystarczy je dokładnie obejrzeć i rozwiązać zagadkę. Ale wystarczy umieścić ciało na stole do autopsji i wszystko dramatycznie się zmienia. Claudel starał się nadać swojej twarzy spokojny i obojętny wyraz.

Wyjęłam kości łonowe z wody i delikatnie je rozdzieliłam. Sondą zdrapywałam krawędzie skrzepu, który pokrywał prawą płaszczyznę kości łonowej. Stopniowo zaczął schodzić i w końcu odszedł zupełnie. Na znajdującej się pod nim kości widać było głębokie rowki i wypukłości układające się na jej powierzchni w poziome linie. Srebrny odcień twardej kości częściowo wyznaczał jej granice, tworząc delikatną i miejscami przerywaną obwódkę wokół kości łonowej. Powtórzyłam z lewą. Było dokładnie tak samo.

Claudel nie ruszał się od drzwi. Zaniosłam miednicę pod Luxolamp, przyciągnęłam ramię lampy do siebie i włączyłam ją. Kość znalazła się pod ostrym światłem. Przez okrągłe szkło powiększające widać było szczegóły, niewidoczne gołym okiem. Spojrzałam na najwyżej położone wygięcie kości biodrowej i zobaczyłam to, czego się spodziewałam.

– Monsieur Claudel – powiedziałam, nie podnosząc wzroku. – Niech pan na to spojrzy.

Stanął za mną, a ja odsunęłam się, żeby mu nie zasłaniać. Wskazałam na nieregularność na górnej granicy kości biodrowej. Grzebień biodrowy nie był jeszcze w pełni wykształcony, kiedy nastąpiła śmierć.

Położyłam miednicę. Cały czas na nią patrzył, ale jej nie dotknął. Podeszłam do ciała, żeby przyjrzeć się obojczykowi, będąc pewna, co znajdę. Wyjęłam z wody końcówkę łączącą się z mostkiem i zaczęłam usuwać tkankę. Kiedy mogłam już zobaczyć powierzchnię stawu, gestem przywołałam do siebie Claudela. Bez słowa wskazałam na końcówkę kości. Była rozszczepiona, podobnie jak kość łonowa. Mały dysk kości tkwił w środku, a jego brzegi były wyraźne i nie zrośnięte.

– No i? – Na jego czole widać było krople potu. Swoją nerwowość pokrywał nonszalancją.

– Jest młoda. Prawdopodobnie ledwo po dwudziestce. Mogłabym wytłumaczyć, jak można z kości odczytać wiek, ale podejrzewałam, że nie byłby wdzięcznym słuchaczem, więc po prostu czekałam. Fragmenty chrząstki przylepiły się do moich odzianych w rękawiczki rąk, które trzymałam z dala od siebie, dłońmi do góry, jak uliczny żebrak.

Claudel też trzymał się z dala, tak, jakby to robił mając przed sobą chorego z wirusem Ebola. Nie oderwał ode mnie wzroku, ale było widać, że pogrążył się w myślach, kiedy przeglądał dane, dopasowując je.

– Gagnon. – To było stwierdzenie, nie pytanie. Pokiwałam głową. Isabelle Gagnon. Dwudziestotrzylatka.

– Zwrócę się do koronera, żeby wydobył od dentysty jej kartę – powiedział.

Ponownie pokiwałam głową. Działał na mnie jak płachta na byka.

– Przyczyna śmierci? – spytał.

– Nic nie rzuca się w oczy – odparłam. – Może będę w stanie powiedzieć coś więcej, jak zobaczę zdjęcie rentgenowskie. Może zobaczę też coś na kościach po ich wyczyszczeniu.

Po usłyszeniu tej opinii opuścił mnie, nie mówiąc nawet do widzenia. Spodziewałam się tego. Byłam równie zadowolona z tego, że wyszedł, jak on sam.

Zdjęłam rękawiczki i wyrzuciłam je. Wychodząc, wetknęłam głowę do dużej sali autopsyjnej i oznajmiłam Danielowi, że na dzisiaj skończyłam z tym przypadkiem. Poprosiłam go, żeby zrobił zdjęcie całego ciała i czaszki, tomogramy i z boku. Na górze zatrzymałam się przy laboratorium histologicznym i powiedziałam szefowi techników, że można wygotować ciało, ostrzegając go, żeby był szczególnie ostrożny, bo jest w częściach. Nie było to konieczne. Nikt nie potrafił wyczyścić ciała tak, jak Denis. Za dwa dni będę miała szkielet, czysty i nie zniszczony.

Resztę popołudnia spędziłam z posklejaną czaszką. Pomimo że nie była cała, wystarczyło materiału, żeby potwierdzić tożsamość jej właściciela. Nie będzie już kierował cysternami z propanem.

Wracając do domu, miałam podobne złowieszcze przeczucia, jak wtedy w parowie. Przez cały dzień skupiając się na pracy, odpychałam je od siebie. Zabijałam obawy, poświęcając całą swoją energię na ustalenie tożsamości ofiary i na złożenie z kawałków tego kierowcy ciężarówki. W czasie lunchu moją uwagę zajmowały gołębie w parku. Odkrywanie kolejności dziobania było wystarczająco pasjonującym zajęciem, żeby nie myśleć o czym innym. Szare gołębie były pierwsze w kolejności. Brązowe plamki wydawały się być drugie. Czarne nóżki wyraźnie były gdzieś pod koniec listy.

Teraz mogłam się rozluźnić. Pomyśleć. Pomartwić się. Zaczęło się, jak tylko wjechałam do garażu i wyłączyłam radio. Koniec muzyki, początek niepokoju. Nie, upomniałam samą siebie. Później. Po kolacji.

Weszłam do mieszkania i usłyszałam uspokajający pisk systemu alarmowego. Zostawiłam walizkę w przedpokoju, zamknęłam drzwi i poszłam do libańskiej restauracji mieszczącej się na rogu, gdzie zamówiłam Shish Taouk, i do tego talerz Shawarma. Właśnie dlatego uważam, że mieszkanie w centrum jest idealne – w promieniu kilkudziesięciu metrów są restauracje serwujące potrawy praktycznie z całego świata. Tylko czy moja waga…? Eeee.

Kiedy czekałam na zamówienie, czytałam menu w barze. Homos. Taboule. Feuilles de vignes. Niech będzie błogosławiona globalna wioska. Libańczycy przerzucili się na francuskie jedzenie!

Na półce zawieszonej po lewej stronie kasy stały butelki czerwonego wina. Moja broń z wyboru. Kiedy spojrzałam na nie chyba już tysięczny raz, poczułam pokusę. Przypomniałam sobie zapach i smak cierpkiego wina na języku. Przypomniałam sobie ciepło, które rozlałoby się po moich trzewiach i zaczęłoby przesuwać się ku górze i dalej, wzniecając po drodze ogniska dobrego samopoczucia. Ogniska władzy. Wigoru. Poczucia niezwyciężenia. Pomyślałam, że mogę z niego skorzystać od razu. Niby tak. Kogo ja jednak oszukuję? Nie skończyłoby się na tym… Jakie to były stadia? Najpierw stałabym się kuloodporna, a potem niewidzialna. Czy na odwrót? Nieważne. Zapędziłabym się za daleko i skończyłoby się załamaniem. Ukojenie byłoby krótkotrwałe, a cena wysoka. Nie wypiłam ani kropli od sześciu lat.

Wzięłam swoje jedzenie do domu i zjadłam je w towarzystwie Birdiego i zespołu baseballowego Montreal Expos. On spał na moich kolanach, zwinięty w kłębek. Tamci przegrali z drużyną Cubsów dwoma okrążeniami. Nikt nie wspominał tutaj o morderstwie. Doceniałam to.

Wzięłam gorącą, długą kąpiel i położyłam się do łóżka o wpół do jedenastej. Leżąc sama w ciemności i ciszy, dłużej już nie mogłam dusić w sobie tej myśli. Jak oszalałe komórki, rosła i nabierała siły, w końcu przebijając się do mojej świadomości, jakby nalegając na to, żeby koniecznie się nią zająć. Kolejne zabójstwo. Kolejna kobieta, która w kawałkach trafia do kostnicy. Wyobraziłam ją sobie bardzo dokładnie, przypomniałam sobie uczucia, które mi towarzyszyły, kiedy badałam jej kości. Chantale Trottier. Wiek: szesnaście lat. Uduszona, pobita, skrócona o głowę i poćwiartowana. Niecały rok temu przybyła naga i zapakowana w plastikowe worki na śmieci.

Chciałam już zasnąć, ale mój umysł nie dał się wyłączyć. Leżałam, a góry się wypiętrzały, płyty kontynentalne się przemieszczały. W końcu zasnęłam, a te dwa słowa kołatały się po mojej głowie. Nie będą mi dawały spokoju przez cały weekend. Seryjne morderstwo.

3

Gabby przez megafon ogłaszała mój lot. Miałam ogromną walizkę i idąc do samolotu nie mogłam się z nią uporać. Inni pasażerowie byli poirytowani, ale nikt mi nie pomógł. Zauważyłam, że Katy wychyla się z pierwszego rzędu w pierwszej klasie, żeby na mnie spojrzeć. Była w sukience, którą dla niej kupiłyśmy na ceremonię ukończenia szkoły średniej. Z zielonego jedwabiu. Później mi powiedziała, że jej się nie podoba i że żałuje swojego wyboru. Wolałaby kwiecisty wzór. Dlaczego była w nią ubrana? Dlaczego Gabby była na lotnisku, skoro powinna być na uniwersytecie? Jej głos dobiegający z głośników stawał się coraz głośniejszy i charczący.

Usiadłam. Było dwadzieścia po siódmej. Poniedziałek rano. Krawędzie żaluzji były jasno oświetlone, ale niewiele światła wpadało do pokoju.

Cały czas słyszałam głos Gabby.

– …ale wiedziałam, że cię później nie złapię. Widzę, że wstajesz wcześniej, niż myślałam. No dobra, co do…

Odebrałam telefon.

– Halo. – Starałam się robić wrażenie mniej otępiałej, niż rzeczywiście byłam.

Głos urwał się w pół zdania.

– Temp? To ty?

Przytaknęłam.

– Obudziłam cię?

– Tak. – Było za wcześnie na błyskotliwą odpowiedź.

– Przepraszam. Mam zadzwonić później?

– Nie, nie. Już wstałam.

Oparłam się pokusie, żeby powiedzieć, że i tak musiałam wstać, żeby odebrać telefon.

– Ruszaj tyłek z łóżka, słonko. Kto rano wstaje… Słuchaj, jeśli chodzi o dzisiejszy wieczór. Możemy z tego zrobić sió… – Przerwał jej natarczywy pisk.

– Poczekaj. Musiałam zapomnieć wyłączyć automatyczną sekretarkę. Położyłam słuchawkę i poszłam do dużego pokoju. Migało czerwone światełko. Wzięłam do ręki przenośną słuchawkę, wróciłam do sypialni i odłożyłam słuchawkę na widełki.

– OK. – Byłam już zupełnie rozbudzona i zaczęłam marzyć o kawie. Skierowałam się do kuchni.

– Dzwonię w sprawie dzisiejszego wieczoru. – W jej głosie czuć było zirytowanie. Nie mogłam jej winić – usiłowała skończyć jedno zdanie od jakichś pięciu minut.

– Przepraszam, Gabby. Przez cały weekend czytałam pracę magisterską jakiegoś studenta i wczoraj późno się położyłam. Naprawdę głęboko spałam. Nawet nie słyszałam telefonu. – To było dziwne, nawet dla mnie. – O co chodzi?

– O dzisiejszy wieczór. Hm, możemy przełożyć spotkanie na siódmą trzydzieści zamiast siódmej? Moja praca sprawia, że jestem bardziej nerwowa niż świerszcz zamknięty w klatce z jaszczurką.

– Jasne. Nie ma sprawy. Dla mnie tak chyba też będzie wygodniej. – Przytrzymując telefon ramieniem, sięgnęłam do szafki po słoik z ziarnami kawy i włożyłam trzy łyżki do młynka.

– Wpaść po ciebie? – spytała.

– Albo odwrotnie. Mogę prowadzić, jak chcesz. Gdzie pójdziemy? – Zastanawiałam się, czy nie włączyć młynka, ale zdecydowałam się tego nie robić. Już i tak wydawała się nieco poirytowana.

Milczała. Oczyma wyobraźni widziałam, jak bawi się swoim kolczykiem w nosie, kiedy się zastanawia. Dzisiaj mógł to być nawet jakiś ćwiek. Na początku nie mogłam się do tego przyzwyczaić i miałam problemy z koncentracją, gdy rozmawiałam z Gabby. Skupiałam się na kolczyku, zastanawiałam, jak bolesne jest przekłucie nosa. Teraz już nie zwracałam na to najmniejszej uwagi.

– Wieczorem powinno być ładnie – odparła. – Może pójdziemy zjeść gdzieś pod chmurką? Na Prince Arthur albo St. Denis?

– Super – powiedziałam. – W takim razie nie ma powodu, żebyś tu przyjeżdżała. Podjadę po ciebie koło wpół do ósmej. Pomyśl o jakimś nowym miejscu. Mam ochotę na coś egzotycznego.

Chociaż z Gabby mogło to być ryzykowne, tak zwykle robiłyśmy. Znała miasto dużo lepiej niż ja, więc to przeważnie ona wybierała restaurację.

– Okej. A plus tard.

– A plus tard – odparłam. Byłam zdziwiona i trochę mi ulżyło. Normalnie nie mogła skończyć rozmowy. Często musiałam wymyślać jakieś wymówki, żeby się wyrwać.

Telefon zawsze był dla nas swego rodzaju kołem ratunkowym. Gabby kojarzy mi się z telefonem, jak nikt inny. Ten zwyczaj wykształcił się w początkowych stadiach naszej znajomości. Kiedy byłyśmy jeszcze studentkami, rozmowy w jakiś dziwny sposób przynosiły mi ulgę, wyrywając mnie ze stanu melancholii, której tak często padałam ofiarą w tamtych latach. Po tym, jak w końcu nakarmiłam, wykąpałam i położyłam do łóżeczka moją córkę Katy, godzinami wisiałam na telefonie, rozmawiając z Gabby, dzieląc się moim podnieceniem z powodu nowo odkrytej książki, dyskutując o naszych zajęciach, profesorach, studentach i czasami o niczym konkretnym. To była jedyna osłoda, na którą pozwalałyśmy sobie w czasach, kiedy nasze życie nie było takie słodkie.

Chociaż teraz rozmawiamy rzadziej, mechanizm prawie się nie zmienił w ciągu lat, które upłynęły od tamtego czasu. Razem czy osobno, dzielimy się swoimi radościami i pomagamy sobie w smutku. To Gabby pomogła mi przetrzymać kurację odwykową na spotkaniach w klubie AA, gdy potrzeba napicia się nie dawała mi spokoju od rana do wieczora, trzęsłam się i cały czas się pociłam. To do mnie dzwoni Gabby, rozbawiona i pełna nadziei, kiedy miłość pojawia się w jej życiu, a potem znowu, samotna i zrozpaczona, kiedy znika.

Kawa się zaparzyła i postawiłam ją na szklanym stoliku w jadalni. Przez głowę przebiegały mi wspomnienia związane z Gabby. Zawsze się uśmiechałam, kiedy o niej myślałam. Gabby na seminarium magisterskim. Gabby na wykopaliskach. Gabby w akcji, z czerwoną chustą zarzuconą na ramiona i kołyszącymi się dredami, kiedy wzrusza ziemię kielnią. Mając ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, szybko zrozumiała, że nie będzie tradycyjną pięknością. Nie starała się odchudzać ani opalać. Nie goliła się pod pachami, nóg też nie. Gabby to była Gabby. Gabrielle Macaulay z Trois-Rivieres w Quebecu. Jej matka była Francuzką, ojciec Anglikiem.

Przyjaźniłyśmy się w czasie studiów. Ona nienawidziła antropologii fizycznej, cierpiała na zajęciach, które ja uwielbiałam. Ja miałam tak samo z jej ulubioną etnologią. Gdy skończyłyśmy studia, ja pojechałam do Północnej Karoliny, a ona wróciła do Quebecu. Rzadko widywałyśmy się przez te lata, ale dzięki telefonowi cały czas byłyśmy sobie bliskie. To przede wszystkim dzięki Gabby zaproponowano mi profesurę na McGill w 1990 r. Podczas tego właśnie roku zaczęłam pracować na pół etatu w laboratorium i nawet po powrocie do Północnej Karoliny, nie zrezygnowałam z tej posady – jeździłam na północ co sześć tygodni, tak jak tego wymagała moja praca. A w tym roku wzięłam urlop na karolińskiej uczelni i pracowałam w Montrealu już na pełnym etacie. Tęskniłam do przebywania z Gabby i cieszyłam się z odnowienia naszej przyjaźni.

Mój wzrok przykuło migające światełko automatycznej sekretarki. Ktoś musiał dzwonić przed Gabby. Nastawiłam ją tak, żeby się włączała po czterech sygnałach, chyba że już wcześniej coś się nagrało. Wtedy włączała się po pierwszym. Zastanawiając się nad tym, jak mogłam przespać cztery sygnały i całą wiadomość, podeszłam do niej i przycisnęłam guzik. Kaseta się przewinęła i włączyła. Cisza, a potem kliknięcie. Następnie krótki pisk i głos Gabby To tylko pomyłka. To dobrze. Włączyłam przewijanie do tyłu i poszłam się ubrać do pracy.

Laboratorium medyczno-prawne mieści się w budynku znanym jako QPP albo SQ, w zależności od preferencji językowych. Dla anglojęzycznych jest to Quebec Provincional Police, a dla francuskojęzycznych – La Surete du Quebec. Laboratoire de Medecine Legale, podobne do laboratorium medycyny sądowej w Stanach, mieści się na tym samym piętrze co Laboratoire de Sciences Judiciares, centralne laboratorium dla prowincji. Razem, LML i LSJ tworzą jednostkę znaną jako La Direction de l'expertise Judiciaire – DEJ. Czwarte i najwyższe trzy piętra budynku zajmuje więzienie. Kostnica i pomieszczenia do przeprowadzania autopsji mieszczą się w piwnicy. Policja prowincji zajmuje pozostałych osiem pięter.

Ma to swoje zalety. Wszyscy jesteśmy razem. Jeśli potrzebna mi jest analiza włókien albo próbki gleby, przechodzę przez korytarz i jestem na miejscu. Ma to też wady – jesteśmy łatwo osiągalni. Prowadzący śledztwo z ramienia SQ czy miejscowi detektywi, żeby dostarczyć nam dowody albo dokumenty, muszą przejechać tylko kilka pięter windą.

Na przykład tego dnia rano. Claudel czekał przed drzwiami mojego biura, kiedy przyjechałam.

Trzymał w ręku małą, brązową kopertę i nieustannie stukał jej krawędzią w otwartą dłoń. Powiedzieć, że wyglądał na pobudzonego, to tak, jakby urzec, że Gandhi wyglądał na głodnego.

– Mam kartę od dentysty – powiedział tonem powitania. Trzymał kopertę jak prezenter w czasie ceremonii wręczania nagród Akademii Filmowej. – Sam się po nią pofatygowałem… – Przeczytał nabazgrolone na kopercie nazwisko. – Do doktora Nguyen. Ma gabinet w Rosemont. Byłbym tutaj wcześniej, ale gościu ma naprawdę tępą sekretarkę.

– Kawy? – spytałam. Chociaż nigdy nie spotkałam sekretarki doktora Nguyena, solidaryzowałam się z nią. Wiedziałam, że nie miała miłego poranka.

Otworzył usta, żeby przyjąć albo odrzucić propozycję. Nie wiem, które. W tym właśnie momencie zza rogu wyłonił się Marc Bergeron. Najwyraźniej nieświadomy naszej obecności, przeszedł energicznym krokiem obok rzędu błyszczących, czarnych drzwi biurowych i zatrzymał się kawałek od moich. Zgiął jedną nogę i oparł na udzie walizkę. Przypomniał mi się styl żurawia z Karate Kid. Będąc w tej pozycji, otworzył walizkę, poszperał w środku i wyciągnął klucze.

– Marc?

Wystraszył się. Jednym ruchem zatrzasnął walizkę, chwycił ją w rękę, którą natychmiast opuścił.

– Bien fait – zauważyłam, powstrzymując uśmiech.

– Merci. – Spojrzał na Cłaudela i na mnie. W lewej ręce trzymał walizkę, a w prawej klucze.

Marc Bergeron był niewątpliwie dziwnie wyglądającym człowiekiem. Miał na karku blisko sześćdziesiątkę, a może i nieco więcej. Był wysoki, kościsty i lekko przygarbiony, zgięty do przodu, jakby wiecznie gotowy na przyjęcie ciosu w brzuch. Jego bujne, kręcone, siwe włosy wyrastały mu gdzieś dopiero od połowy głowy. Dzięki czuprynie miał grubo ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu. A jego metalowe okulary zawsze były tłuste i pokryte warstwą kurzu. Często mrużył oczy, jakby starał się czytać drobne litery na jakimś kwitku. Wyglądał bardziej jak dzieło awangardowego twórcy postaci ludzkich niż dentysta sądowy.

– Monsieur Claudel dostał od dentysty Gagnon jej kartę – powiedziałam, wskazując na detektywa.

Claudel uniósł kopertę, jakby na potwierdzenie.

Oczy za poplamionymi szkłami ani drgnęły. Bergeron patrzył na mnie obojętnie. Wyglądał teraz jak wysoki, zakłopotany mlecz z cienką, długą łodygą i gęstwiną białego puchu. Uświadomiłam sobie, że on w ogóle nie wie nic o tej sprawie.

Bergeron był jednym ze specjalistów zatrudnianych na część etatu przez LML, z którymi konsultowano się w celu uzyskania specjalistycznej analizy z różnych dziedzin. Neuropatologii. Radiologii. Mikrobiologii. Dentystyki. Przychodził do laboratorium tylko w piątki. Resztę czasu poświęcał pacjentom w swoim prywatnym gabinecie. Nie było go tutaj w zeszłym tygodniu.

Streściłam mu sprawę.

– W zeszły czwartek robotnicy znaleźli jakieś kości na terenie Le Grand Seminaire. Pierre LaManche podejrzewał, że to kolejny stary cmentarz i wysłał mnie tam. Ale mylił się…

Postawił walizkę na ziemi i słuchał uważnie.

– Znalazłam części poćwiartowanego ciała, które zapakowano w plastikowe worki i porzucono, prawdopodobnie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Jest to kobieta, biała, prawdopodobnie ledwo przekroczyła dwudziestkę.

Claudel coraz gwałtowniej stukał kopertą. Nagle przestał i wymownie spojrzał na zegarek. Odchrząknął.

Bergeron spojrzał na niego, potem znowu na mnie. Ciągnęłam swoją relację:

– Monsieur Claudel i ja zawęziliśmy krąg prawdopodobnych ofiar i chyba znamy jej tożsamość. Zgadza się z tym, co wydedukowałam z materiału kostnego. Czas jej zaginięcia także pasuje. Monsieur Claudel sam przywiózł kartę od jej dentysty. To niejaki doktor Nguyen z Rosemont. Znasz go?

Bergeron potrząsnął głową i wyciągnął swoją długą, kościstą rękę.

– Bon – powiedział. – Niech mi ją pan da. Zobaczę, co tu mamy. Czy Denis zrobił już rentgena?

– Daniel się tym zajął – odparłam. – Powinno już leżeć na twoim biurku.

Otworzył drzwi od swojego gabinetu. Claudel wszedł za nim do środka. Przez otwarte drzwi zauważyłam leżącą na biurku małą, brązową kopertę. Bergeron podniósł ją i sprawdził numer sprawy. Z miejsca, gdzie stałam, widziałam, jak Claudel przemierza pokój, jak monarcha wybierający miejsce, w którym raczy zasiąść.

– Może pan do mnie zadzwonić za godzinę, monsieur Claudel – odezwał się nagle Bergeron.

Detektyw zastygł w pół kroku. Chciał chyba jeszcze coś powiedzieć, ale w końcu zacisnął tylko wargi w cienką linię, poprawił mankiety i wyszedł. Już drugi raz w ciągu dziesięciu minut powstrzymałam się od uśmiechu. Bergeron w żadnym razie nie tolerował tego, żeby prowadzący śledztwo ślęczał nad nim i zaglądał mu przez ramię, kiedy pracuje. Claudel właśnie się tego dowiedział.

A po chwili wychudła twarz Bergerona ponownie pokazała się w drzwiach.

– Wejdziesz? – spytał.

– Jasne – odparłam. – Chcesz kawę?

Od kiedy przyszłam do pracy, jeszcze nie wypiłam ani jednej. Często przynosiliśmy ją dla siebie nawzajem – na przemian wybieraliśmy się do małej kuchni mieszczącej się w drugim skrzydle budynku.

– Z chęcią. – Wygrzebał swój kubek i podał mi go. – No to zabieram się do roboty…

Poszłam po swój kubek i potem z obydwoma ruszyłam korytarzem. Cieszyłam się, że mnie do siebie zaprosił. Często zajmowaliśmy się tymi samymi przypadkami, rozłożonymi ciałami, spalonymi albo zmumifikowanymi, czasami samymi szkieletami, zmarłymi, których tożsamości nie można było ustalić normalnymi metodami. Uważałam, że dobrze nam się współpracuje. Wyglądało na to, że on też.

Kiedy wróciłam, dwa zestawy małych czarnych kwadratów leżały na specjalnej lampie. Każde zdjęcie ukazywało fragment szczęki, na bardzo ciemnym tle widać było jasne zęby. Przypomniałam sobie te zęby tak, jak je zobaczyłam wtedy w lesie i to, że ich nieskazitelność żywo kontrastowała z przerażającym kontekstem. Teraz wyglądały inaczej. Wysterylizowano je. Tworzyły równiutki rządek i były gotowe do tego, żeby im się dokładnie przyjrzeć. Oświetlone znajome kształty koron, korzeni i kanałów miały różne odcienie szarości i bieli,

Bergeron zaczął od ułożenia radiografów przedśmiertnych po prawej stronie, a pośmiertnych po lewej. Jego długie, kościste palce namierzały na każdym zdjęciu nieznaczną wypukłość i, jedno po drugim, układały je wypukłością do góry. Kiedy skończył, każdy przedśmiertny radiograf leżał koło swojego pośmiertnego odpowiednika.

Porównywał oba zestawy, szukając rozbieżności. Wszystko się zgadzało, j W żadnej grupie zdjęć nie brakowało ani jednego zęba. Wszystkie korzenie były w idealnym stanie. Zakrzywienia zębów i ich zarys był dokładnie taki sam na radiografach po lewej i po prawej stronie. Ale najbardziej rzucały się w oczy białe kulki, które oznaczały plomby. Ich kształty na zdjęciach przedśmiertnych w najdrobniejszych szczegółach pokrywały się z widocznymi na zdjęciach wykonanych przez Daniela.

Po przyjrzeniu się rentgenom, co wydawało się trwać w nieskończoność, Bergeron wybrał jeden kwadrat z prawej strony, nałożył go na odpowiadające mu zdjęcie zrobione po śmierci i odwrócił lampę tak, żebym mogła spojrzeć. Nieregularne kształty zębów trzonowych dokładnie się pokrywały. Obrócił się na krześle i spojrzał na mnie.

– C'est positif - zawyrokował, odchylając się i opierając łokieć na stole. – Nieoficjalnie, oczywiście, do czasu, aż skończę analizę danych zapisanych w karcie. – Sięgnął po kawę.

Czekało go jeszcze uciążliwe porównanie danych z karty ofiary i jeszcze bardziej szczegółowa analiza zdjęć rentgenowskich, ale nie miał wątpliwości. To była Isabelle Gagnon.

Cieszyłam się, że to nie ja będę musiała poinformować o tym jej rodziców. Męża. Kochanka. Syna. Czasem byłam świadkiem takich spotkań. Widziałam reakcję. Błagalny wyraz oczu. Powiedzcie, że to pomyłka. Zły sen. Niech to już się skończy. Powiedzcie, że tak nie jest. Potem – zrozumienie. W ułamku sekundy świat zmieniał się na zawsze.

– Dziękuję, że od razu się tym zająłeś, Marc – powiedziałam. – I dziękuję za wstępną diagnozę.

– Chciałbym, żeby wszystkie przypadki były takie łatwe.

Wziął łyka kawy, skrzywił się i potrząsnął głową.

– Chcesz, żebym przekazała to Claudelowi? – Usiłowałam zamaskować niesmak w moim głosie. Wyraźnie mi się nie udało. Uśmiechnął się ze zrozumieniem.

– Nie wątpię, że dasz sobie radę z monsieur Claudelem.

– Powinnam – odparłam. – Ale tak naprawdę to jemu trzeba tresera. Kiedy wracałam do swojego gabinetu, jeszcze słyszałam jego śmiech.

Moja babcia zawsze mi powtarzała, że w każdym jest dobro. “Jak postarasz się je znaleźć – mawiała z tym swoim silnym akcentem – to znajdziesz. Każdy ma jakieś zalety". Babciu, nigdy nie spotkałaś Claudela.

Zaletą Claudela była punktualność. Wrócił po pięćdziesięciu minutach.

Zza ściany słyszałam jego głos, kiedy rozmawiał z Bergeronem. Kilkakrotnie wymieniano moje nazwisko, kiedy Bergeron kierował go do mnie. Intonacja Claudela świadczyła o poirytowaniu. Chciał usłyszeć opinię od niego, a będzie musiał znowu do mnie przyjść.

Zjawił się kilka sekund później.

Jego twarz była nieprzenikniona.

Żadne z nas nie zaczęło od powitania. Stał tylko w drzwiach.

– To pewne – powiedziałam. – Gagnon.

Zmarszczył brwi, ale widziałam wzbierające w jego oczach podniecenie. Miał ofiarę. Teraz mógł zacząć śledztwo. Zastanawiałam się, czy w ogóle był poruszony, czy był to dla niego po prostu problem do rozwiązania. Znaleźć złego człowieka. Przechytrzyć mordercę. Słyszałam już wymiany żartów i dowcipów nad zmasakrowanymi ciałami ofiar. Dla niektórych był to sposób na uporanie się z okrucieństwem przemocy, bariera mająca chronić przed rodziennym obcowaniem z ofiarami zabójstw. Grobowy humor. Schować przerażenie pod maską męskiej pyszałkowatości. U niektórych było to jednak coś więcej. Podejrzewałam, że Claudel należał do tej grupy.

Przyglądałam mu się przez kilka sekund. Na korytarzu zadzwonił telefon. Pomimo że naprawdę nie lubiłam tego faceta, muszę przyznać, że zależało mi na jego dobrej o mnie opinii. Chciałam zyskać jego aprobatę. Chciałam, żeby mnie lubił. Chciałam, żeby oni wszyscy mnie akceptowali, żebym należała do ich kasty.

Przez głowę przemknął mi wizerunek doktor Lentz, pani psycholog, która mówiła kiedyś na wykładzie: “Tempe, jesteś dzieckiem alkoholika. Szukasz zainteresowania i uwagi, których on ci nie okazywał. Szukasz akceptacji tatusia, więc starasz się każdemu przypodobać".

Dzięki niej dotarło to do mnie, ale nie udało jej się mnie z tego wyleczyć. Musiałam się z tym uporać sama. Czasami przesadzałam i niektórzy uważali, że jestem upierdliwa. Z Claudelem tak jednak nie było. Uświadomiłam sobie, że unikam konfrontacji.

Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam mówić, starannie dobierając słowa.

– Monsieur Cłaudel, czy rozważał pan taką możliwość, że to morderstwo jest powiązane z innymi, które wydarzyły się w ciągu ostatnich dwóch lat?

Jego twarz zastygła, wargi cofnęły się tak głęboko, że były prawie niewidoczne. Zza kołnierzyka zaczęła wyłaniać się czerwona plama, która rosła, ogarniając powoli szyję i twarz. Odezwał się lodowatym tonem.

– Na przykład jakich? – Ani drgnął przy tym.

– Na przykład Chantale Trottier – ciągnęłam. – Zamordowano ją w październiku dziewięćdziesiątego trzeciego. Została poćwiartowana, skrócona o głowę i wybebeszona. – Spojrzałam mu prosto w twarz. – To, co z niej zostało, znaleziono w plastikowych workach na śmieci.

Podniósł obie ręce na wysokość ust, splótł je i zaczął pukać palcami w wargi. Jego idealnie dobrane złote spinki do mankietów nienagannie skrojonej koszuli zabrzęczały cicho. Spojrzał mi prosto w oczy.

– Miss Brennan – powiedział, wyraźnie akcentując angielski kwalifikator. – Powinna pani skoncentrować się raczej na tym, w czym jest pani specjalistką. Myślę, że udałoby się nam samym zauważyć jakiekolwiek powiązania między zbrodniami popełnianymi na terenie znajdującym się pod naszą jurysdykcją. Te morderstwa nie mają ze sobą nic wspólnego.

Ignorując krytykę, nie dawałam za wygraną.

– Obie ofiary to kobiety. Obydwie zamordowano w ciągu ostatnich dwóch lat. Na obu ciałach stwierdzono ślady okaleczenia czy próby…

Tak starannie wypracowane opanowanie nie wytrzymało i wybuchnął niepowstrzymanym gniewem.

– Do cholery! – wypalił. – Co pani pie…

Jego usta nadęły się, żeby wyrzucić to mało grzeczne słowo, ale zdążył się powstrzymać w ostatnim momencie. Udało mu się nieco uspokoić, chociaż widać było, że wiele go to kosztowało.

– Czy zawsze pani tak wyolbrzymia?

– Niech pan się nad tym zastanowi – rzuciłam chłodno.

Cała trzęsłam się z wściekłości, kiedy wstałam, żeby zamknąć za nim drzwi.

4

Powinno być przyjemnie siedzieć w saunie i pocić się. Odreagować. O to mi właśnie chodziło. Parę kilometrów na StairMasterze, rundka na siłowni, a później błogie lenistwo. Jak wszystko tego dnia, sala gimnastyczna też mnie jednak rozczarowała. Wysiłek fizyczny rozładował trochę nagromadzonego we mnie gniewu, ale cały czas czułam się pobudzona. Wiedziałam, że Claudel to dupek. Chodząc po StairMasterze wyzywałam go w rytm kroków. Dupek. Palant. Kretyn. Dwusylabowe sprawdzały się najlepiej. Do takiego właśnie doszłam wniosku, ale niewiele więcej. Na jakiś czas zajęło to moje myśli, ale teraz, kiedy już trochę ochłonęłam, nie mogłam przestać myśleć o morderstwach. Isabelle Gagnon. Chantale Trottier. Obracałam w myślach te nazwiska, jak ziarnka grochu na talerzu.

Podniosłam nieco ręcznik i zaczęłam, chwila po chwili, przypominać sobie wydarzenia dzisiejszego dnia. Kiedy Cłaudel wyszedł, poszłam do Denisa spytać, kiedy będzie gotowy szkielet Gagnon. Chciałam obejrzeć go bardzo dokładnie, żeby sprawdzić, czy nie ma na nim jakichś śladów obrażeń. Pęknięć. Głębokich ran. Czegokolwiek. Coś w sposobie, w jaki poćwiartowano ciało, nie dawało mi spokoju. Chciałam się dobrze przyjrzeć śladom nacięć. Były jednak jakieś problemy z aparaturą do odkażania. Kości miały być gotowe dopiero następnego dnia.

Poszłam więc do centralnego archiwum i wyciągnęłam skoroszyt z dokumentami dotyczącymi Trottier. Całe popołudnie spędziłam potem ślęcząc nad raportami policyjnymi, wynikami autopsji, raportem toksykologicznym i zdjęciami. Coś błąkało się po obrzeżach komórek mojej pamięci nie dając mi spokoju, coś, co kazało mi myśleć, że te dwie sprawy są powiązane. Jakiś zapomniany szczegół na granicy świadomości łączył obie ofiary w sposób, którego nie rozumiałam. Jakieś wspomnienie, do którego chwilowo nie miałam dostępu, mówiło mi, że nie chodzi tylko o okaleczenie (i zapakowanie w worki). Chciałam znaleźć związek.

Poprawiłam ręcznik i wytarłam pot z twarzy. Skóra na koniuszkach moich palców była pomarszczona. Oprócz tego, wszędzie byłam gładka jak jedwab. Byłam zdecydowanie krótkodystansowcem. Nie wytrzymywałam gorąca dłużej niż dwadzieścia minut, niezależnie od przypisywanych saunie korzyści zdrowotnych. Jeszcze pięć.

Chantale Trottier zabito niecały rok temu, jesienią tego roku, kiedy zaczęłam pracować w laboratorium na cały etat. Miała szesnaście lat. Na swoim biurku rozłożyłam zdjęcia z jej autopsji, chociaż i tak ich nie potrzebowałam. Pamiętałam ją bardzo wyraźnie, w najdrobniejszych szczegółach pamiętałam też dzień, kiedy trafiła do kostnicy.

22 października, tego popołudnia, kiedy było przyjęcie z ostrygami. Był to piątek i większość personelu wyszła z pracy szybciej, żeby napić się piwa i rozkoszować się opróżnianiem skrzynek Malpequesa, co jest tutaj jesienną tradycją.

W tłumie kłębiącym się w pokoju konferencyjnym zauważyłam LaManche'a rozmawiającego przez telefon. Ręką zasłaniał jedno ucho, żeby się odgrodzić od hałasu panującego na przyjęciu. Obserwowałam go. Gdy odłożył słuchawkę, omiótł spojrzeniem salę. Zauważywszy mnie, jedną ręką gestem pokazał mi, żebym spotkała się z nim w holu. Kiedy namierzył Bergerona, a ten zwrócił na niego uwagę, przekazał tę samą wiadomość. W windzie, pięć minut później, wyjaśnił, o co chodzi. Właśnie przywieziono młodą dziewczynę. Ciało nosiło ślady mocnego pobicia i było poćwiartowane. Nie było szans na wizualne zidentyfikowanie ofiary. Chciał, żeby Bergeron rzucił okiem na zęby. A ja miałabym przyjrzeć się nacięciom na kościach.

Nastrój w sali do autopsji silnie kontrastował z atmosferą wesołości na górze. Dwóch detektywów z SQ stało z dala, kiedy umundurowany policjant z sekcji tożsamości robił zdjęcia. Technik w ciszy układał resztki ciała. Detektywi nic nie mówili. Nie było kawałów ani normalnego w takich sytuacjach dowcipkowania. Ciszę mącił tylko trzask migawki, kiedy fotograf uwieczniał leżące na stole do autopsji świadectwo okrucieństwa.

To, co z niej ocalało, zostało złożone w ciało. Sześć krwawych kawałków ułożono właściwie pod względem anatomicznym, ale nie wszystkie Kąty dokładnie się zgadzały, przez co martwa dziewczyna wyglądała jak naturalnej wielkości plastikowa lalka, które projektowano specjalnie tak, żeby można je było wyginać pod nieprawdopodobnymi kątami. Efekt był iście makabryczny.

Jej głowa była obcięta tuż pod brodą, a przecięte mięśnie były koloru ja-skrawoczerwonych kwiatów maku. Blada skóra odchodziła nieco w miejscach, gdzie ciało było poszarpane, jakby unikała kontaktu ze świeżym, surowym mięsem. Jej oczy były na wpół otwarte, a pod prawą dziurką od nosa widać było cieniutką strużkę krwi. Długie i jasne włosy były mokre i przylepione do głowy,

Tułów został rozcięty w talii. Ręce były zgięte w łokciach i leżały na brzuchu w takiej pozycji, jak w trumnach, tylko palce nie były splecione.

Prawa ręka była częściowo odcięta, a końce kremowych ścięgien wystawały jak przerwany kabel. Jej zabójcy bardziej się powiodło z lewą ręką. Technik położył ją obok głowy, leżała zupełnie osobno, palce były zaciśnięte, jak odnóża zwiniętego w kłębek pająka.

Jej klatka piersiowa była otwarta wzdłuż kręgosłupa, od gardła po brzuch, a obwisłe piersi rozlewały się na obie jej strony, ich ciężar rozszerzał szparę między dwoma częściami rozciętego ciała. Dolna część tułowia ciągnęła się od talii po kolana. Dolne kawałki jej nóg leżały koło siebie pod miejscami, gdzie normalnie były połączone z resztą ciała. Oddzielone od stawów kolanowych leżały ze stopami na płask rozłożonymi w dwie strony – duże palce skierowane były na zewnątrz.

Czując ukłucie bólu, zauważyłam, że jej palce u nóg były pomalowane na bardzo delikatny odcień różu. Ten drobiazg tak mną wstrząsnął, że chciałam ją przykryć i wrzasnąć na wszystkich obecnych, żeby zostawili ją w spokoju. zimiast tego jednak, tylko stałam i patrzyłam, czekając na swoją kolej, żeby podejść bliżej.

Ciągle jeszcze kiedy zamykam oczy, widzę wyraźnie ostre krawędzie licznych ran na jej głowie, dowód na to, że uderzano ją wielokrotnie tępym przedmiotem. W najdrobniejszych szczegółach pamiętam siniaki na szyi. z łatwością mogę przypomnieć sobie jej przekrwione oczy, malutkie, krwawe ślady po pęknięciach delikatnych naczyń krwionośnych. Spowodowane przez niesłychane ciśnienie w żyłach szyjnych, są klasycznym objawem uduszenia.

Zrobiło mi się niedobrze, kiedy zastanawiałam się, co jeszcze jej się przydarzyło, tej kobiecie-dziecku, o którego rozwój tak dbano, karmiąc ją masłem orzechowym, zbiórkami zuchów, letnimi obozami i szkółką niedzielną. Żal mi było tych lat, których nie będzie mogła przeżyć, tych zajęć, w których nie będzie mogła uczestniczyć, i tych wypijanych ukradkiem piw. Uważamy siebie za cywilizowane plemię, my, mieszkańcy Ameryki Północnej ostatniej dekady drugiego milenium. Obiecaliśmy jej siedemdziesiąt lat życia, a pozwoliliśmy jej przeżyć tylko szesnaście.

Odpędzając wspomnienia tej bolesnej autopsji, wytarłam pot z twarzy i potrząsnęłam głową, potrząsając przemoczonymi włosami raz do przodu, a raz do tyłu. Wizerunek ofiary był w moich myślach nieco rozmyty i już nie potrafiłam powiedzieć, co naprawdę pamiętałam z przeszłości, a co widziałam na dokładnych zdjęciach dzisiaj po południu. Tak jak w życiu. Od dawna podejrzewałam, że wiele moich wspomnień z dzieciństwa pochodzi w gruncie rzeczy ze starych zdjęć, że są one zbieraniną fotograficznych ujęć, mozaiką utrwalonych na celuloidzie obrazów przekształconych w pamiętaną rzeczywistość. Urok Kodaka. Może i lepiej wspominać przeszłość w ten sposób. Rzadko utrwalamy na zdjęciach smutne wydarzenia.

Otworzyły się drzwi i do sauny weszła jakaś kobieta. Uśmiechnęła się i skinęła do mnie głową, po czym po mojej lewej stronie starannie rozłożyła na ławce ręcznik. Jej uda miały konsystencję żyjących w morzu gąbek. Wzięłam swój ręcznik i poszłam pod prysznic.

Birdie czekał, kiedy przyjechałam do domu. Patrzył na mnie z holu, a jego biała sylwetka odbijała się delikatnie od czarnej, marmurowej podłogi. Wyglądał na rozdrażnionego. Czy koty mogą czuć coś takiego? Pewnie przenosiłam własne emocje na kota. Zajrzałam do jego miseczki i zobaczyłam, że mleka jest mało, ale coś jeszcze zostało. Czując się winna, i tak ją napełniłam. Birdie dobrze zniósł przeprowadzkę. Jego potrzeby były proste. Moja osoba, paczka kociego przysmaku i sen. Takie wymagania nie mają nic wspólnego z granicami, bo miejsce ich zaspokajania nie gra roli.

Miałam jeszcze godzinę do spotkania z Gabby, więc wyciągnęłam się na sofie. Wysiłek i sauna robiły swoje, więc czułam się tak, jakby ważniejsze grupy moich mięśni wzięły sobie wolne. Ale wyczerpanie ma też zalety. Czułam się fizycznie, jeśli nie psychicznie, rozluźniona. I jak zwykle w takich sytuacjach, miałam ochotę się napić.

Pokój był rozświetlony popołudniowym słońcem, chociaż nieco stłumionym przez wykrochmalone muślinowe zasłony zakrywające wszystkie okna. To właśnie to najbardziej lubię w tym mieszkaniu. Światło słoneczne zmieszane z pastelowymi kolorami sprawia, że pokój wydaje się przestronny, co działa na mnie bardzo kojąco. W świecie pełnym napięć, jest to moja oaza spokoju.

Mieszkanie mieści się na parterze budynku w kształcie litery U, w środku której mieści się dziedziniec. Zajmuje większą część jednego skrzydła i przez to nie sąsiaduje bezpośrednio z żadnym innym. Z jednej strony dużego pokoju są przeszklone drzwi balkonowe wychodzące na ogród na dziedzińcu. Drugie drzwi, znajdujące się naprzeciw tamtych, prowadzą do mojego małego, prywatnego ogrodu. To rzadkość w mieście – trawa i kwiaty w samym sercu Centre-ville. A ja hoduję nawet trochę ziół w tym ogródku.

Na początku zastanawiałam się, czy dobrze będę się czuła, mieszkając sama. Nigdy wcześniej tego nie robiłam. Z domu wyjechałam do college'u, po czym wyszłam za Pete'a, wychowywałam Katy, nigdy nie byłam sama sobie panią. Niepotrzebnie się martwiłam. Uwielbiam mieszkać sama.

Pogrążałam się w stanie pośrednim między snem a jawą, z którego wyrwał mnie jednak telefon. Z ciężką głową po przerwanej drzemce, podniosłam słuchawkę. Uraczono mnie mechanicznym głosem proponującym sprzedaż miejsca na cmentarzu.

– Merde – przeklęłam, spuszczając nogi i wstając z kanapy. To jest minus mieszkania samemu. Mówię do siebie.

Inną wadą jest to, że nie mam przy sobie córki. Zadzwoniłam do niej, ona podniosła słuchawkę już po pierwszym sygnale.

– Och, mamo, tak się cieszę, że zadzwoniłaś! Jak się czujesz? Teraz nie mogę rozmawiać, bo mam kogoś na drugiej linii, ale może zadzwonię do ciebie za chwilę?

Uśmiechnęłam się. Katy. Zawsze bez tchu i robiąca sto rzeczy naraz.

– Pewnie, skarbie. Nie mam nic ważnego, chciałam cię tylko usłyszeć. Wieczorem idę z Gabby na kolację. Może jutro?

– Super. Ucałuj ją bardzo mocno ode mnie. Aha, dostałam piątkę z francuskiego, jeśli to ci chodzi po głowie.

– Nie miałam wątpliwości, że tak będzie – odparłam, śmiejąc się. – Porozmawiamy jutro.

Dwadzieścia minut później zaparkowałam pod budynkiem, w którym mieszka Gabby. Jakimś cudem było wolne miejsce dokładnie naprzeciw jej drzwi wejściowych. Wyłączyłam silnik i wysiadłam.

Gabby mieszka na Carre St. Louis, uroczym, małym placu wciśniętym między rue St. Laurent a rue St. Denis. Okrągły park jest otoczony stojącymi w rzędach domami o bardzo wymyślnych kształtach. Pełno na nich drewnianych zdobień, reliktów wieku fantazji w architekturze. Ich właściciele pomalowali je w barwy tęczy i ozdobili dziedzińce bujnymi bukietami letnich kwiatów, przez co wyglądały jak z filmów animowanych Disneya.

Jest coś ze spełnionego kaprysu w tej oazie zieleni, poczynając od położonej w środku fontanny, wyrastającej z basenu jak ogromny tulipan, po niski płot z kutego żelaza otaczający cały park. Sięga zaledwie troszkę ponad kolana, a jego frywolne szpice i zawijasy odgraniczają zieleń placu od otaczających go piernikowych domów. Wygląda na to, że ludzie epoki wiktoriańskiej tak pruderyjni w sprawach seksu, potrafili być swawolni projektując budynki. W jakiś sposób mnie to pocieszało, bo potwierdzało, że w życiu jednak panuje równowaga.

Rzuciłam okiem na dom Gabby. Stoi po północnej stronie parku i jest trzecim budynkiem od rue Henri-Julien. Katy jego wygląd skwitowałaby określeniem “nieprzyzwoita przesada", którego to używała do krytykowania sukienek mijających nas kobiet podczas naszych dorocznych, wiosennych zakupów. Wydaje się, że architekt nie mógł się nasycić, aż przystroił dom wszystkimi fantazyjnymi ozdobami, jakie tylko znał.

Jest to trzypiętrowy budynek z brązowej cegły. Niższe piętra wybrzuszają się ogromnymi oknami w wykuszu, a ścięty dach wieńczy sześciokątna wieżyczka, która pokryta jest małymi owalnymi płytkami ułożonymi jak łuski na ogonie rusałki. Wokół niej jest romantyczny balkon ograniczony balustradą z kutego żelaza. Okna są w stylu arabskim, ich dolne części znaczą kąty proste, natomiast górne rozdymają się w łuki. Starannie rzeźbione ramy wszystkich okien i drzwi pomalowane są na delikatny odcień koloru lawendy. Na dole, na lewo od wykuszu, żelazne schody wspinają się od parteru do położonej na poziomie drugiego piętra werandy. Pętle i zawijasy jej balustrady są w podobnym stylu, co te ogrodzenia parku. Był początek czerwca i w ogromnych skrzynkach zawieszonych wzdłuż werandy kwitły kwiaty.

Musiała już na mnie czekać. Nim zdążyłam przejść przez ulicę, zasłona drgnęła i po chwili otworzyły się drzwi. Pomachała mi, zamknęła drzwi na klucz i sprawdziła, czy są zamknięte, gwałtownie szarpiąc za klamkę. Kiedy szybko schodziła po żelaznych schodach, jej długa sukienka nadymała się jak żagiel na silnym wietrze. Usłyszałam ją, kiedy się zbliżyła. Gabby lubi rzeczy, które błyszczą i brzęczą. Tego wieczora jej kostkę zdobiła bransoleta, na której zawieszone były małe, srebrne dzwoneczki. Każdemu jej krokowi towarzyszyło brzęczenie. Była ubrana w stylu, jaki w szkole średniej określałam mianem Nouveau Ashram. Zawsze się tak ubierała.

– Jak leci?

– W porządku – rzuciłam wymijająco.

Już w momencie, w którym to mówiłam, wiedziałam, że to nieprawda. Ale nie miałam ochoty rozmawiać o morderstwach, Claudelu, straconym weekendzie w Quebec City, moim małżeństwie ani o niczym innym, co ostatnio spędzało mi sen z powiek.

– A u ciebie?

– Bien.

Poruszała głową na boki i jej dredy trochę przyklapnęły. Bien. Pas bien. Zupełnie tak jak dawniej. Ale nie do końca. Zauważyłam, że zachowuje się podobnie, jak ja. Ona też coś ukrywała, ale wyraźnie nie chciała prowadzić żadnych poważnych rozmów. Czując się nieco przygnębiona, ale podejrzewając, że mój nastrój się poprawi, nic nie powiedziałam i udawałam, że wszystko jest w porządku.

– No to gdzie idziemy zjeść?

Nie zmieniałam tematu, bo przecież jeszcze o niczym nie zaczęłyśmy rozmawiać.

– A na co masz ochotę?

Już się nad tym zastanawiałam. Przeważnie decyduję się na coś, wyobrażając sobie jedzenie na talerzu przede mną. Pod tym względem jestem zdecydowanie wzrokowcem. Wydaje mi się, że jeśli chodzi o jedzenie, decyduje wygląd dania, a nie menu. Dzisiaj miałam ochotę na coś czerwonego i ciężkiego.

– Pójdziemy do włoskiej?

– Okej. – Zastanowiła się. – Może Vivaldi na Prince Arthur? Tam na pewno usiądziemy na dworze.

– Idealnie. I nie będę już musiała ruszać samochodu. Przeszłyśmy przez plac, idąc pod dorodnymi drzewami liściastymi, które górują nad trawnikiem. Starsi ludzie siedzieli na ławkach, rozmawiając w grupach, przyglądając się innym. Kobieta w czepku karmiła gołębie, wyciągając kawałki chleba z torebki, strofując je jak niesforne i hałaśliwe dzieci. Para policjantów szła jedną z alejek przecinających park, ich założone z tyłu ręce tworzyły dokładnie takie same litery V. Co jakiś czas zatrzymywali się, żeby wymienić z kimś parę słów, zadać kilka pytań czy odpowiedzieć na jakieś kąśliwe uwagi.

Minęliśmy kamienną altanę stojącą w zachodniej części placu. Zauważyłam wyraz “Vespasian" i zastanawiałam się, po raz kolejny, dlaczego nad wejściem wyrzeźbiono nazwisko cesarza rzymskiego.

Opuściłyśmy plac, skręciłyśmy w rue Laval i przeszłyśmy między rzędem kamiennych słupów znaczących wejście w rue Prince Arthur. Przez cały ten czas nic nie mówiłyśmy. Było to dziwne. Gabby nigdy nie była taka spokojna czy pasywna. Przeważnie miała mnóstwo planów i pomysłów. Dzisiaj natychmiast zgodziła się na moją propozycję.

Dyskretnie obserwowałam ją kątem oka. Wodziła wzrokiem po twarzach przechodniów, obgryzając jednocześnie paznokieć u kciuka. Wydawało się, że uważnie przygląda się ludziom. Wyglądała na nerwową i tak, jakby czegoś szukała na zatłoczonych chodnikach.

Wieczór był ciepły, a powietrze wilgotne. Ulica Prince Arthur była zakorkowana. Ludzie kłębili się i chodzili we wszystkie strony. Okna i drzwi restauracji były pootwierane, a stoliki stały chaotycznie, jakby ktoś planował ustawić je w porządku później. Mężczyźni w bawełnianych koszulach i kobiety z odsłoniętymi ramionami rozmawiali i śmiali się pod jaskrawymi parasolami. Inni stali w kolejkach, czekając na miejsce. Stanęłam w kolejce przed Vivaldim, a Gabby poszła na róg kupić butelkę wina.

Kiedy w końcu usiadłyśmy, Gabby zamówiła fettucine alfredo. Ja poprosiłam o veal picatta i spaghetti. Chociaż dałam się skusić cytrynie, przynajmniej częściowo pozostałam wierna czerwieni. Kiedy czekałyśmy na sałatki, sączyłam Perriera. Rozmawiałyśmy trochę, ruszałyśmy ustami, wydobywałyśmy z siebie słowa, ale tak naprawdę nic sobie nie powiedziałyśmy. Większość czasu po prostu siedziałyśmy. Nie było to swobodne milczenie starych przyjaciół, ale krępująca cisza.

Znałam zmienne nastroje Gabby, jak własne cykle miesięczne. Wyczuwałam jakieś napięcie w jej zachowaniu. Unikała mojego wzroku. Jej oczy niespokojnie rozglądały się wokół, tak jak w parku, jakby czegoś szukały. Była wyraźnie rozkojarzona. Często sięgała po swój kieliszek wina. Za każdym razem, jak go podnosiła, Chianti nabierało wspaniałego odcienia czerwieni i płonęło w wieczornym świetle jak zachodzące słońce w Karolinie.

Wiedziałam, jak interpretować jej zachowanie. Piła za dużo, żeby zabić w sobie niepokój. Alkohol, opium ludzi z kłopotami. Wiedziałam, bo sama tego próbowałam. Kostki lodu w moim Perrierze topiły się powoli. Patrzyłam, jak plasterek cytryny zmieniał pozycję. Spadał z jednej kostki na niższą z cichym sykiem.

– Gabby, co się dzieje?

Pytanie ją wystraszyło.

– Dzieje?

Zaśmiała się nerwowo i odgarnęła dreda z twarzy. Z jej oczu nic nie można było wyczytać.

Widząc, że nie chce o tym mówić, wybrałam neutralny temat. Powie mi, jak będzie gotowa. A może jestem tchórzem. Ceną, którą może przyjść zapłacić za wzajemną bliskość, może być jej utrata.

– Masz jakieś wiadomości od kogoś z Northwestern? Poznałyśmy się jako studentki w latach siedemdziesiątych. Byłam już wtedy żoną. I matką. Katy jeszcze nie chodziła do szkoły. Wtedy zazdrościłam Gabby i innym ich wolności. Brakowało mi całonocnych imprez, które tak zbliżają ludzi, i zajęć z filozofii wcześnie rano. Byłam w ich wieku, ale żyłam w innym świecie. Tylko z Gabby naprawdę się zżyłam. Do tej pory właściwie nie wiem, dlaczego. Różnimy się od siebie wyglądem tak, jak to tylko możliwe. Przynajmniej wtedy tak było. Może dlatego, że Gabby lubiła Pete'a albo przynajmniej udawała, że go lubi. Wspomnienie: Pete ubrany jak żołnierz na paradę otoczony przez dzieci-kwiaty, po trawie i tanim piwie. Nie znosił imprez, na które chodziłam, i maskował swoje złe samopoczucie zachowując się arogancko i pogardliwie. Tylko Gabby zadała sobie trud, żeby się do niego przebić.

Tylko z kilkoma znajomymi ze studiów nie straciłam kontaktu. Byli teraz rozproszeni po całych Stanach, większość z nich pracowała na uniwersytetach i w muzeach. Gabby lepiej udawało się utrzymywać więzi ze starymi znajomymi. A może to oni się z nią kontaktowali.

– Joe odzywa się od czasu do czasu. Uczy w jakiejś dziurze w Iowa, chyba. Albo w Idaho. – Geografia Stanów nigdy nie była mocną stroną Gabby.

– Tak? – Starałam się ją zachęcić.

– A Verns sprzedaje nieruchomości w Las Vegas. Kilka miesięcy temu przyjechał tu na swego rodzaju konferencję. Nie ma nic wspólnego z antropologią i jest z tego powodu bardzo zadowolony.

Upiła łyk.

– Ale cały czas ma taką samą fryzurę.

Tym razem jej śmiech zabrzmiał szczerze. Rozluźniło ją albo wino, albo mój urok osobisty.

– A, i dostałam e-maila od Jenny. Planuje znowu zająć się pracą naukową. Wiesz, że wyszła za jakiegoś kretyna i zrezygnowała ze stałego zatrudnienia w Rutgers, żeby pojechać za nim na Florydę?!

Gabby przeważnie waliła prosto z mostu.

– Mało tego, dostała propozycję pracy przy jakiejś organizacji i wypruwa z siebie flaki, żeby załatwić dla nich korzystny kredyt. Kolejny łyk.

– I jej to odpowiada! A co u Pete'a?

Pytanie było jak niespodziewany cios. Zawsze unikałam mówienia o moim nieudanym małżeństwie. Czułam się tak, jakbym miała założoną blokadę na rozprawianie na ten temat, a zniesienie jej w jakiś sposób przyczyniłoby się do konieczności zweryfikowania mojego postrzegania całej tej sprawy. Jakby sam akt układania słów w ciąg, formowania zdań mógł przedstawić rzeczywistość w takim świetle, że nie byłabym jeszcze gotowa stawić jej czoła. Gabby była jedną z nielicznych osób, którym w ogóle mówiłam coś na ten temat.

– W porządku. Rozmawiamy ze sobą.

– Ludzie się zmieniają…

– Tak.

Przyniesiono sałatki i przez jakiś czas skupiłyśmy się na dobieraniu sosów i mieleniu pieprzu. Kiedy podniosłam wzrok, siedziała zupełnie nieruchomo z widelcem pełnym sałaty zawieszonym nad talerzem. Znowu była nieobecna, chociaż tym razem wydawała się być pogrążona w myślach i nie rozglądała się wokół.

Spróbowałam z innej strony.

– Powiedz mi, jak ci idzie praca. – Nadziałam na widelec czarną oliwkę.

– Że co? A, praca. Dobrze. Naprawdę dobrze. W końcu udało mi się zdobyć ich zaufanie i niektóre zaczęły się naprawdę otwierać.

Wzięła kęs sałatki.

– Gabby, wiem, że już mi to tłumaczyłaś, ale zrób to jeszcze raz. Ja jestem specjalistką od ludzkiego ciała. Jaki jest dokładnie cel twoich badań?

Roześmiała się, słysząc rozróżnienie na antropologów fizycznych i kulturowych. Nasza grupa była nieliczna, ale zróżnicowana: niektórzy studiowali etnologię, a niektórzy językoznawstwo, archeologię i antropologię fizyczną. Wiedziałam równie mało o dekonstrukcjonizmie, jak ona o mitochondrialnym DNA.

– Pamiętasz te teksty etnograficzne, które kazał nam czytać Ray? Yanomamo, Semai i Nuer? Hm, to czym się zajmuję jest podobne. Staramy się opisać świat prostytutek przez drobiazgową obserwację i wywiady z informatorami. Praca w terenie. Blisko badanych i bardzo osobista. – Wzięła kolejny kęs sałatki. – Kim one są? Skąd pochodzą? Jak trafiają do fachu? Co robią codziennie? Na kim i na czym mogą polegać? Jak się wpasowują w oficjalną gospodarkę? Jak siebie postrzegają? Gdzie…

– Rozumiem.

Może to wino zaczęło działać, a może trafiłam na jej konika. Zaczęła się ożywiać. Chociaż już się ściemniało, widziałam, że jej twarz jest zarumieniona. Jej oczy błyszczały od światła latarni. A może od alkoholu.

– Społeczeństwo po prostu spisało te kobiety na straty. Nikt tak naprawdę się nimi nie interesuje, może oprócz tych, którzy w jakiś sposób czują się przez nie zagrożeni i chcą, żeby zniknęły.

Pokiwałam głową, kiedy równocześnie unosiłyśmy widelce do ust.

– Większość ludzi myśli, że dziewczyny się sprzedają, bo kiedyś się nad nimi znęcano albo dlatego, że są do tego zmuszone czy coś w tym stylu. Tak naprawdę wiele z nich robi to po prostu dla pieniędzy. Z ograniczonymi umiejętnościami na rynku pracy nie mają szans zarobić inaczej na przyzwoite życie i one sobie dobrze z tego zdają sprawę. Decydują się na to, żeby przez kilka lat się sprzedawać, bo właśnie w ten sposób mogą zarobić najwięcej pieniędzy. Kręcenie tyłkiem jest bardziej opłacalne, niż podawanie hamburgerów.

Znowu sałatka.

– I, jak każde inne środowisko, tworzą specyficzną podkulturę. Interesują mnie więzi, które tworzą, sposób, w jaki postrzegają rzeczywistość i od kogo mogą się spodziewać pomocy w razie potrzeby, tego typu sprawy.

Kelner zjawił się z naszymi daniami głównymi.

– A co z mężczyznami, którzy korzystają z ich usług?

– Co? – Wyglądało na to, że pytanie ją zdenerwowało.

– Co z facetami, którzy tam chodzą. Muszą być ważnym składnikiem lego wszystkiego. Z nimi też rozmawiasz? – Nawinęłam spaghetti na widelec.

– Ja… Tak, z niektórymi. – Zaczęła się jąkać, wyraźnie wytrącona z równowagi. Po chwili powiedziała: – O mnie już dosyć. Temp. Powiedz, nad czym pracujesz. Jakieś ciekawe sprawy? – Patrzyła w swój talerz.

Zmiana tematu była tak gwałtowna, że nie upilnowałam się i odpowiedziałam bez chwili namysłu.

– Te morderstwa nie dają mi spokoju. – Natychmiast pożałowałam, że to powiedziałam.

– Jakie morderstwa? – Powiedziała to stłumionym, nieswoim głosem.

– W czwartek odkryliśmy dość nieprzyjemną sprawę. – Nie mówiłam dalej. Gabby nigdy nie chciała słuchać o mojej pracy.

– O? – Wzięła sobie jeszcze kawałek chleba. Starała się być uprzejma. Opowiedziała mi coś o swojej pracy, a teraz wysłucha o mojej.

– Tak. To dziwne, ale prasa niespecjalnie się tym zainteresowała. Jej ciało znaleziono w pobliżu Sherbrooke w zeszłym tygodniu. Kiedy ją do nas przywieźli, nie znaliśmy jej tożsamości. Wygląda na to, że zamordowano ją w kwietniu.

– Brzmi zupełnie jak inne twoje przypadki. Więc co cię gryzie?

Wyprostowałam się i spojrzałam na nią, zastanawiając się, czy naprawdę chcę się w to zagłębiać. Może lepiej to z siebie wyrzucić. Lepiej dla kogo? Dla mnie? Nikomu innemu nie mogłabym o tym powiedzieć. Czy ona naprawdę chce tego słuchać?

– Ofiara została okaleczona. Potem ciało poćwiartowano i porzucono w parowie w lesie.

Przyglądała mi się, nic nie mówiąc.

– Wydaje mi się, że zbrodnię popełniono w podobny sposób jak inną, którą się kiedyś zajmowałam.

– To znaczy?

– Widzę takie same – starałam się znaleźć właściwe określenie – elementy w obu przypadkach.

– Jakie? – Sięgnęła po kieliszek.

– Ślady brutalnego bicia, zniekształcone ciało.

– Ale to dość często spotykane, prawda? Kiedy ofiarami są kobiety? Walą nas w głowę, duszą, a potem tną na kawałki? Kurs Męskiej Przemocy

– Tak – przyznałam. – A w tym ostatnim przypadku nawet nie znam przyczyny śmierci, bo ciało było w stanie daleko posuniętego rozkładu.

Gabby wyraźnie czuła się nieswojo. Może nie powinnam o tym mówić.

– Co jeszcze? – Wzięła kieliszek do ręki, ale się nie napiła.

– Okaleczenie. Poćwiartowanie ciała. I usunięcie niektórych części. I… – zamilkłam, bo pomyślałam o przetykaczce. Ciągle nie wiedziałam, co ona miała znaczyć.

– Więc myślisz, że to ten sam sukinsyn załatwił obie?

– Tak. Tak myślę. Ale nie udało mi się o tym przekonać kretyna, który prowadzi śledztwo. On w ogóle nie chce tego przyjąć do wiadomości.

– Może te morderstwa popełnił jeden z tych zboków, którzy podniecają się dopiero, jak wybebeszą komuś flaki?

Odpowiedziałam, nie podnosząc wzroku.

– Tak.

– I myślisz, że znowu to zrobi?

Jej aksamitnie brzmiący głos ponownie stał się ostry. Odłożyłam widelec i spojrzałam na nią. Wpatrywała się we mnie uporczywie, głowę miała lekko pochyloną do przodu, a jej palce kurczowo obejmowały nóżkę kieliszka. Kieliszek drżał, a wino lekko się kołysało.

– Gabby, przepraszam. Nie powinnam o tym mówić. Gabby, dobrze się czujesz?

Wyprostowała się i zdecydowanym ruchem odstawiła kieliszek. Dopiero po chwili go puściła. Nie spuszczała ze mnie wzroku. Przywołałam kelnera.

– Chcesz kawę?

Pokiwała głową.

Skończyłyśmy jeść i teraz rozkoszowałyśmy się cannoli i cappucino. Wyglądało na to, że odzyskała dobry humor, bo śmiałyśmy się i kpiłyśmy sobie z samych siebie w czasach studenckich w Erze Wodnika, kiedy to nosiłyśmy proste, długie włosy, dżinsy nisko na biodrach, oczywiście dzwony, ręcznie farbowane koszule i należałyśmy do generacji, która w jednakowy sposób demonstrowała swój nonkonformizm.

Kiedy szłyśmy wzdłuż Prince Arthur, Gabby wróciła do morderstw.

– Jaki to mógłby być typ faceta?

Jej pytanie mnie zaskoczyło.

– Mam na myśli, czy jakiś dziwak? Normalny? Rzucałby się w oczy?

Moja dezorientacja irytowała ją.

– Rozpoznałabyś sukinsyna na niedzielnym pikniku przed kościołem?

– Mordercę?

– Tak.

– Nie wiem.

Nie dawała za wygraną. – Miałby równo pod sufitem?

– Tak sądzę. Jeśli jedna osoba zabiła te dwie kobiety, a tego nie jestem pewna, Gab, to on musi być dobrze zorganizowany. Robi plany. Wielu seryjnym mordercom długo udaje się wszystkich mamić, nim ich złapią. Ale nie jestem psychologiem. To tylko spekulacje.

Doszłyśmy do samochodu i przekręciłam kluczyk w drzwiach. Nagle niespodziewanie chwyciła mnie za rękę.

– Pokażę ci wystawę.

Nie wiedziałam, o czym mówi. Znowu się zamyśliłam.

– Yyy…

– Dzielnicę rozpusty. Miejsce, gdzie pracuję. Pojedźmy tam, to pokażę ci dziewczyny.

Spojrzałam na nią, kiedy znalazła się w snopie światła rzucanym przez przejeżdżający samochód. Jej twarz wyglądała dziwnie w zmieniającym się świetle. Wędrowało po niej, jak promień latarki, uwypuklając pewne cechy, a zacierając inne. Do przystania na jej propozycję przekonał mnie jej zapał. Zerknęłam na zegarek: dwunasta osiemnaście.

– Okej. – Tak na prawdę wcale nie było okej. Jutro będzie słabo. Ale wyglądało na to, że bardzo jej na tym zależy, więc nie miałam serca jej odmówić.

Wcisnęła się do samochodu i przesunęła siedzenie tak daleko do tyłu, jak się dało. Dzięki temu miała trochę więcej miejsca na nogi, ale nie dosyć.

Jechałyśmy przez parę minut w milczeniu. Słuchając jej wskazówek, pojechałam kilka kwartałów na zachód, po czym skręciłam w St, Urbain. Objechałyśmy najbardziej wysunięty na wschód kawałek getta McGill, chaotycznej mieszaniny tanich kwater studenckich, wieżowców i odrestaurowanych budynków z brązowej cegły. Po jakimś czasie skręciłam w lewo na rue Ste. Catherine. Za nami leżało serce Montrealu. W lusterku majaczyły sylwetki Complexe Desjardins i Place des Artes, które jakby ze sobą rywalizowały. Pod nimi widać było Complexe Guy-Favreau i Palais des Congres.

W Montrealu reprezentacyjna architektura centrum szybko przechodzi w nędzną zabudowę wschodniej części miasta. Rue Ste. Catherine jest świadkiem całej tej różnorodności. Zaczyna się w zamożnej dzielnicy Westmount, przecina Centre-ville, skręca na wschód w stronę Boulevard St. Laurent i Main, które dzieli miasto na część wschodnią i zachodnią. Przy ulicy Ste. Catherine stoją hotele Forum, Eaton's i Spectrum. W centrum przy niej właśnie stoją drapacze chmur, hotele, teatry i centra handlowe. Ale za St. Laurent nie ma już biurowców i komfortowych budynków mieszkalnych, centrów konferencyjnych i butików, restauracji i barów dla samotnych. Od tego miejsca okolica należy do punków i prostytutek. Ich rejon ciągnie się na wschód, od Main do dzielnicy homoseksualistów. Oprócz nich są tam jeszcze handlarze narkotyków i skinheadzi. Turyści i mieszkańcy przedmieść przyjeżdżają tu tylko pogapić się na dzielnicę i unikają kontaktu wzrokowego z jej mieszkańcami. Oglądają drugą stronę rzeczywistości i tylko utwierdzają się w przekonaniu, że należą do innego świata. Ich wizyty są z reguły krótkie.

Byłyśmy już prawie przy St. Laurent, gdy Gabby pokazała, że powinnam zatrzymać się po prawej stronie. Znalazłam wolne miejsce przed La Boutique du Sex i wyłączyłam silnik. Po drugiej stronie ulicy, przed hotelem Granada, stała grupa kobiet. Nad wejściem do hotelu był napis CHAMBRES TOURISTIOUES, ale wątpliwe, żeby jacyś turyści korzystali z tych pokojów,

– Zobacz tam – powiedziała. – To Monique.

Monique miała na sobie kozaki z czerwonego winylu sięgające do pół uda. Czarna obcisła spódniczka naciągnięta do granic wytrzymałości z trudem zakrywała jej pośladki. Widziałam przez nią zarys jej majtek i wybrzuszenie w miejscu, gdzie kończyła się biała bluzka z poliestru. Plastikowe kolczyki sięgały jej do ramion – były plamkami żarówiastego różu na tle niesłychanie czarnych włosów. Wyglądała jak karykatura prostytutki.

– A to jest Candy.

Wskazała młodą kobietę w żółtych szortach i kowbojskich butach. Miała tak silny makijaż, że w porównaniu z nią nawet klown prezentowałby się blado. Była bardzo młoda. Gdyby nie papieros i błazeńska twarz, mogłaby być moją córką.

– Czy one używają prawdziwych imion? – Miałam wrażenie, że pasują do ich profesji.

– Nie wiem. A ty byś używała?

Po chwili wskazała na dziewczynę w czarnych tenisówkach i krótkich spodenkach.

– To Poirette.

– Ile ma lat? – Byłam wzburzona.

– Mówi, że osiemnaście. Pewnie naprawdę ma piętnaście.

Odchyliłam się i położyłam ręce na kierownicy Kiedy pokazywała mi je wszystkie po kolei, wymieniając ich imiona, nie mogłam przestać myśleć o gibonach. Jak te małe małpy, kobiety stały w równych od siebie odległościach, dzieląc przestrzeń na swoje dokładnie wytyczone terytoria. Każda pracowała na swoim terenie, nie wpuszczając nań innych ze swojej płci, starając się zwabić partnera. Uwodzicielskie pozy, zaczepki i obrażliwe uwagi należały do rytuału zalotów, w stylu sapiens. W tym przypadku jednak, nie chodziło o reprodukcję.

Uświadomiłam sobie, że Gabby przestała mówić. Skończyła wyliczankę.Odwróciłam się, żeby na nią spojrzeć. Była zwrócona twarzą w moją stronę, ale patrzyła za mnie, wpatrując się w coś za moim oknem. Być może za moim światem.

– Jedźmy.

Powiedziała to tak cicho, że ledwie ją usłyszałam.

– Co…?

– Jedź!

Jej ostry ton wprawił mnie w zdumienie. Już miałam odparować, ale wyraz jej oczu sprawił, że nic nie powiedziałam.

Znowu jechałyśmy w ciszy. Gabby wyglądała na głęboko zamyśloną, jakby psychicznie znajdowała się na innej planecie. Kiedy jednak zatrzymałam się pod jej domem, zaskoczyła mnie innym pytaniem.

– Czy są gwałcone?

Zaczęłam przypominać sobie naszą rozmowę. Beznadziejna sprawa. Przegapiłam kolejną szansę na wyciągnięcie z niej tego, co ją trapi.

– Kto? – spytałam.

– Te kobiety.

Prostytutki? Ofiary morderstw?

– Jakie kobiety?

Przez kilka sekund nie odpowiadała.

– Mam już tak dosyć tego gówna!

Nim zdążyłam zareagować, wysiadła z samochodu i była już na schodach. Dopiero po chwili uderzyło mnie to, z jaką gwałtownością to zrobiła.

5

Przez następne dwa tygodnie Gabby się do mnie nie odezwała. Również Claudel nie zaszczycił mnie telefonem. Nie informował mnie o niczym. To od Pierre'a LaManche'a dowiedziałam się czegoś o życiu Isabelle Gagnon.

Mieszkała ze swoim bratem i jego kochankiem w St. Edouard, okolicy zamieszkałej przez robotników, położonej na północny wschód od Centre-ville. Pracowała w butiku dla kochanków, małym sklepie bardzo blisko ulicy St. Denis specjalizującym się w ubraniach zaprojektowanych dla obu płci i różnych innych gadżetach. Nazywa się Une Tranche de Vie. Kawałek Życia. To brat, który był piekarzem, wymyślił nazwę. Kiedy teraz myślałam o tej nazwie i o stanie, w jakim znaleziono jego siostrę, robiło mi się niedobrze.

Isabelle zaginęła w piątek, l kwietnia. Według jej brata regularnie bywała w niektórych barach na St. Denis i dzień wcześniej wróciła późno. Wydawało mu się, że słyszał, jak wraca koło drugiej nad ranem, ale nie sprawdził godziny. On i jego kochanek wyszli następnego dnia wcześnie rano do pracy. Sąsiad widział Isabelle tego dnia o pierwszej po południu. Spodziewano się Isabelle w butiku o czwartej. Nie zjawiła się. To, co z niej zostało, znaleziono dziewięć tygodni później w La Grande Seminaire. Miała dwadzieścia trzy lata.

LaManche zajrzał do mojego gabinetu pewnego popołudnia, żeby dowiedzieć się, czy skończyłam przeprowadzanie analiz.

– Czaszka jest pęknięta w wielu miejscach – powiedziałam. – Trzeba było się sporo napracować, żeby złożyć ją do kupy.

– Oui.

Podniosłam czaszkę z okrągłej podstawki z korka.

– Ofiarę uderzono przynajmniej trzykrotnie. To jest pierwsze.

Wskazałam na mały krater w kształcie spodka. Kilka koncentrycznych okręgów rozchodziło się od epicentrum, jak na tarczy strzelniczej.

– Pierwszy cios nie był wystarczająco silny, żeby zgruchotać jej czaszkę. Spowodował tylko zewnętrzne wgniecenie i pęknięcie. Potem uderzył ją tutaj.

Wskazałam na środek wzorka linii pęknięć, przypominającego wybuchającą gwiazdę. Gdzieniegdzie linie połączone były biegnącymi prostopadle do nich śladami pęknięć, razem tworząc jakby pajęczynę.

– To uderzenie było znacznie mocniejsze i spowodowało poważne zdruzgotanie kości. Czaszka pękła.

Złożenie jej fragmentów zajęło długie godziny. Na brzegach kawałków widać było ślady kleju.

Słuchał i zapamiętywał, a jego oczy przenosiły się nieustannie z czaszki na mnie. Wpatrywał się we mnie tak intensywnie, że wydawało się, jakby oczyma tworzył w powietrzu tunel.

– Potem uderzył ją tutaj.

Pokazałam na długie pęknięcie biegnące od innego miejsca, gdzie wzór przypominał wybuchającą gwiazdę, aż do ramienia tego, które pokazałam mu przedtem. Druga linia dobiegała do pierwszej i urywała się, tworząc wzór taki, jak skrzyżowanie w kształcie litery T na drodze.

– Ten cios był późniejszy. Nowe pęknięcia zatrzymują się na poprzednich. Nowe linie nie przekraczają starszych, więc to musiało być ostatnie.

– Oui.

– Uderzano prawdopodobnie z tyłu i nieco z prawej strony.

– Oui.

Często mi to robił. Brak pytań i małomówność wcale nie oznaczały, że go to nie interesuje. Czy, że nie rozumie. Nic nie umykało uwagi Pierre'a LaManche’a. Wątpię, czy kiedykolwiek potrzebował powtórnego wyjaśnienia. Odpowiadając monosylabami starał się drugą stronę zmusić do spójnej wypowiedzi. Była to swego rodzaju praktyka przed wystąpieniami przed ławą przysięgłych. Brnęłam dalej.

– Kiedy uderzyć czaszkę, zachowuje się ona jak balon. Przez ułamek sekundy kość wgniata się do środka w miejscu uderzenia i po chwili wybrzusza się po przeciwnej stronie. Więc uszkodzenia nie ograniczają się tylko do miejsca, gdzie zadano cios.

Spojrzałam na niego, żeby zobaczyć, czy mnie słucha. Słuchał.

– Z powodu takiej a nie innej konstrukcji czaszki, siły wzbudzone niespodziewanym uderzeniem rozchodzą się określonymi drogami. Można przewidzieć, czy kość się wgniecie, czy pęknie.

Wskazałam na czoło.

– Na przykład, cios wymierzony tutaj może skończyć się zniszczeniem oczodołów albo kości twarzy. Wskazałam na tył czaszki.

– Uderzenie tutaj często powoduje pęknięcie podstawy czaszki od jednej strony do drugiej.

Pokiwał głową.

– W tym przypadku są dwa zdgruzgotania kości i jedno wklęśnięcie tylnej części prawej kości ciemieniowej. Jest kilka liniowych pęknięć, które zaczynają się po przeciwnej stronie czaszki i biegną do uszkodzenia na prawej kości ciemieniowej. To właśnie wskazuje na to, że uderzono ją od tyłu z prawej strony.

– Trzy razy – odezwał się.

– Trzy razy – potwierdziłam.

– Czy to ją zabiło? – Wiedział, jaka będzie moja odpowiedź.

– Mogło. Nie mogę jednoznacznie tego stwierdzić.

– A jakieś inne ślady ewentualnej przyczyny śmierci?

– Żadnych kul, żadnych śladów dźgnięcia, żadnych innych pęknięć. Są jakieś dziwne nacięcia na kręgach, ale nie jestem pewna, o czym one świadczą.

– Może są wynikiem ćwiartowania?

Potrząsnęłam głową.

– Nie sądzę. Nie są we właściwym miejscu.

Odłożyłam czaszkę na podstawkę.

– Poćwiartowano ją bardzo starannie. Nie było to tak, że po prostu odrąbał kończyny. Zrobił to dokładnie w stawach. Pamiętasz przypadek Gagne'a? Albo Valencii?

Zastanawiał się przez chwilę, po czym wykonał niespotykaną dla niego ilość ruchów – przechylił głowę na prawą stronę, a potem na lewą, jak pies słyszący szelest celofanu.

– Gagne'a przywieźli tu, hm, może jakieś dwa lata temu – przypomniałam. – Był owinięty w kilka warstw koców obwiązanych taśmą do zaklejania paczek. Miał odpiłowane nogi, które zapakowano osobno.

Wtedy przywiodło to mi na myśl starożytnych Egipcjan. Przed mumifikacją usuwali organy wewnętrzne i konserwowali je. Potem trzewia pakowano i umieszczano obok ciała. Zabójcy Gagne'a zrobili to samo z jego nogami.

– A, oui. Przypominam sobie.

– Nogi Gagne'a odpiłowano pod kolanami. Tak samo jak Valencii. Jego ręce i nogi ucięto kilkanaście centymetrów nad albo pod stawami.

Valencia z zachłanności chciał oszukać pośrednika, który sprzedał mu narkotyki. Przywieziono go do nas w torbie.

– W obu przypadkach odcięto kończyny w najbardziej dogodnych do tego miejscach. W tym przypadku gościu profesjonalnie rozdzielił stawy. Spójrz.

Pokazałam mu schemat. Na standardowym rysunku autopsyjnym wskazałam mu miejsca, w których przecięto ciało. Jedna kreska biegła przez gardło. Inne rozcinały stawy ramienia, bioder i kolan,

– Odciął głowę na wysokości szóstego kręgu szyjnego. Ręce w stawie barkowym, nogi w biodrach, a dolne części kończyn w stawie kolanowym.

Wzięłam do ręki lewą łopatkę.

– Widzisz, jak nacięcia okrążają jamę panewkową?

Przyglądał się śladom, seriom równoległych bruzd okrążających powierzchnię stawu.

– To samo z nogą. – Zamieniłam łopatkę na miednicę. – Spójrz na panewkę udową. Trafił dokładnie w staw.

LaManche dokładnie oglądał głęboką jamę, w którą wchodzi koniec kości udowej. Na jej ściankach było wiele wyżłobień. W milczeniu wzięłam do ręki miednicę i podałam mu kość udową. Wokół jej szyjki były pary równoległych nacięć.

Długo przyglądał się kości, po czym odłożył ją na stół.

– Inaczej zrobił tylko z rękoma, po prostu przeciął kość.

Pokazałam mu kość promieniową.

– Dziwne.

– Tak.

– Co jest bardziej typowe: zrobić to w ten sposób, czy tak jak resztę?

– Tak jak resztę. Przeważnie chodzi o to, żeby pociąć ciało w taki sposób, żeby się go łatwiej pozbyć, więc robisz to, jak najszybciej się da. Bierzesz piłę i do roboty. Ten facet zadał sobie trochę trudu.

– Hm. Co to znaczy?

Już wcześniej dużo się nad tym zastanawiałam.

– Nie wiem.

Przez chwilę oboje milczeliśmy.

– Rodzina chce ciało, żeby je pogrzebać. Będę starał się to odwlec tak długo, jak się da, ale upewnij się, że masz dobre zdjęcia i wszystko, czego trzeba na wypadek, gdyby ten gościu miał mieć proces.

– Chcę pobrać dwa albo trzy kawałki kości z tymi nacięciami. Obejrzę je pod mikroskopem, żeby zobaczyć, czy uda mi się ustalić, jakiego rodzaju narzędzia użyto.

Starannie dobierałam następne słowa i przyglądałam mu się bacznie, żeby zobaczyć jego reakcję.

– Jeśli znajdę coś wyraźnego, chciałabym porównać te nacięcia z tymi, które znalazłam w innym przypadku.

Kąciki jego ust ledwo zauważalnie drgnęły. Nie wiedziałam, czy to oznaka rozbawienia czy irytacji. A może w ogóle to tylko moja wyobraźnia.

Trochę czasu minęło, nim odpowiedział.

– Tak. Monsieur Claudel wspominał o tym. – Spojrzał prosto na mnie. – Powiedz mi, dlaczego myślisz, że te dwa przypadki są ze sobą powiązane.

Skrótowo wymieniłam podobieństwa łączące przypadki Trottier i Gagnon. Uderzenia pałką. Poćwiartowanie ciała po śmierci. Wykorzystanie plastikowych worków. Porzucenie w ustronnym miejscu.

– Czy oba przypadki prowadziła CUM?

– Gagnon tak. Trottier SQ. Znaleziono ją w St. Jerome.

Jak w wielu innych miastach, także w Montrealu zakres jurysdykcji poszczególnych sił policyjnych potrafi być dziwny. Miasto leży na wyspie położonej na środku rzeki Świętego Wawrzyńca. Policja Communaute Urbaine de Montreal zajmuje się morderstwami, które wydarzyły się na wyspie. Poza wyspą, sprawy prowadzą funkcjonariusze z miejscowych wydziałów policji albo z Surete du Quebec. Z koordynacją różnie bywa. Po chwili milczenia odezwał się.

– Pan Claudel potrafi być… – Zawahał się. – Trudny. Możesz zaczynać porównywanie. Daj mi znać, jeśli będziesz czegoś potrzebowała.

Jeszcze w tym samym tygodniu zrobiłam zdjęcia śladów nacięć pod mikroskopem, pod różnymi kątami, powiększeniami i ze zróżnicowaną intensywnością oświetlenia. Miałam nadzieję, że dzięki temu będzie dokładnie widać wewnętrzną strukturę śladów. Pobrałam też małe fragmenty kości z powierzchni kilku różnych stawów. Chciałam je obejrzeć pod mikroskopem elektronowym. Przez następne dwa tygodnie miałam jednak mnóstwo roboty z innymi kośćmi.

W jakimś parku na uboczu, bawiące się dzieci znalazły częściowo ubrany szkielet. Na plaży przy Lać St. Louis znaleziono ciało w zaawansowanym stopniu rozkładu. Podczas sprzątania nowo kupionego domu jakaś para znalazła skrzynię pełną ludzkich czaszek pokrytych woskiem, krwią i piórami. Wszystkie te znaleziska trafiły do mnie.

Przypuszczano, że ciało znalezione na brzegu Lać St. Louis należało do dżentelmena, który zginął podczas niefortunnego wypadku zeszłej jesieni, kiedy to jego rywalowi nie spodobało się to, że zajął się przemytem papierosów. Właśnie składałam jego czaszkę, kiedy zadzwonił telefon.

Spodziewałam się tego, ale nie tak wcześnie. Kiedy słuchałam, serce biło mi szybko i miałam wrażenie, że krew pod mostkiem musuje, jak woda sodowa po wstrząśnięciu butelką. Zrobiło mi się strasznie gorąco.

– Nie żyje od co najwyżej sześciu godzin – mówił LaManche. – Myślę, że powinnaś rzucić na nią okiem.

6

Margaret Adkins miała dwadzieścia cztery lata. Mieszkała z mężczyzną, którego uważała za męża, i ich sześcioletnim synkiem na osiedlu tuż pod Stadionem Olimpijskim. Miała spotkać się z siostrą o wpół do jedenastej tego ranka, żeby pójść z nią na zakupy i wspólny lunch. Nie dotarła. Nie odbierała też telefonów po rozmowie z mężem o dziesiątej. Nie mogła. Zamordowano ją między jego telefonem a południem, kiedy to siostra znalazła jej ciało. Stało się to cztery godziny temu. To wszystko, co wiedzieliśmy.

Claudel ciągle był na miejscu zbrodni. Jego partner, Michel Charbonneau siedział na jednym z plastikowych krzeseł stojących rzędem pod jedną zc ścian dużej sali prosektoryjnej.

LaManche wrócił z miejsca zbrodni niecałą godzinę wcześniej, a ciało przybyło zaledwie kilka minut przed nim.

Autopsja już trwała, kiedy przyjechałam. Od razu zrozumiałam, że dzisiejszego wieczora wszyscy zostaniemy w pracy dużo dłużej, niż zwykle.

Leżała twarzą skierowaną w dół, ręce miała wyciągnięte wzdłuż boków, a dłonie skierowane ku górze, palce były nieco przykurczone. Już usunięto papierowe worki, w które zawinięto dłonie na miejscu zbrodni. Przyglądano się jej paznokciom u rąk i pobierano z nich próbki. Była naga i skóra wyglądała matowo na tle błyszczącej nierdzewnej stali. Na plecach widać było małe kółka w miejscach, gdzie na stole prosektoryjnym były dziurki odpływowe. Gdzieniegdzie przyczepił się do niej pojedynczy włos, na zawsze już odseparowany od bujnej gęstwiny kręconych włosów na jej głowie.

Tył głowy był lekko zniekształcony, jak to bywa na nieproporcjonalnych, dziecięcych rysunkach. Spod włosów wypływała krew i mieszała się z wodą, której używano do mycia ciała, tworząc pod nim przezroczystą, czerwoną kałużę. Jej garnitur, stanik, majtki, buty i skarpetki były rozłożone na sąsiednim stole prosektoryjnym. Były nasączone krwią i w powietrzu wisiał intensywny, metaliczny zapach. Leżący obok worek zawierał elastyczny pasek i podpaskę.

Daniel robił zdjęcia polaroidem. Kwadraty z białymi obwódkami leżały na biurku obok Charbonneau, a wyłaniające się na nich kształty różniły się ostrością. Charbonneau przyglądał się im po kolei, po czym odkładał je skrupulatnie na miejsce, z którego je wziął. Kiedy je oglądał, przygryzał dolną wargę.

Umundurowany funkcjonariusz z sekcji tożsamości robił zdjęcia Nikonem z lampą błyskową. Kiedy obchodził stół, Lisa, najkrócej pracujący u nas technik od autopsji, ustawiła staroświecki parawan za ciałem. Pomalowana metalowa rama i poszarpany biały materiał należały do czasów, kiedy używano takich sprzętów w salach szpitalnych, żeby odgrodzić pacjentów podczas zabiegów wymagających intymności. W prosektorium taki parawan bardzo raził. Zastanawiałam się, czyją intymność usiłują nim chronić. Margaret Adkins on już nie był potrzebny.

Po kilku zdjęciach fotograf zszedł ze stołka i spojrzał pytająco na LaManche’a. Patolog zbliżył się do ciała i wskazał na zadrapanie z tyłu lewego ramienia.

– Zrobiłeś to?

Lisa wyciągnęła rękę z prostokątną kartką i umieściła ją po lewej stronie zadrapania. Był na niej numer LML, numer prosektoryjny i data: 23 lipca 1994. I Daniel, i fotograf zrobili zbliżenia.

Słuchając wskazówek LaManche'a, Lisa goliła włosy wokół ran na głowie, co pewien czas spryskując ją wodą. W sumie było pięć ran. Wszystkie były poszarpane na końcach, wskazując na uderzenie tępym narzędziem. La-Manche zmierzył je i sporządził rysunki, po czym one też zostały utrwalone przez aparaty.

W końcu LaManche powiedział:

– Z tej strony już powinno wystarczyć. Proszę ją odwrócić.

Lisa zrobiła krok do przodu, na chwilę zasłaniając mi widok. Przesunęła ciało do lewej krawędzi stołu, obkręciła je nieco i przycisnęła lewe ramię do brzucha. Potem razem z Danielem przewrócili ciało na plecy. Usłyszałam stłumiony dźwięk, kiedy głowa uderzyła w nierdzewną stal. Lisa uniosła głowę, podłożyła pod szyję gumowy blok i wycofała się.

To, co zobaczyłam, sprawiło, że krew zaczęła we mnie bulgotać, jakby z gwałtownie poruszonej butelki wody sodowej znajdującej się w moich piersiach zdjęto palec zakrywający otwór i pozwolono trysnąć gejzerowi strachu.

Margaret Adkins była rozcięta od mostka po biodra. Poszarpana szpara zaczynająca się tuż pod mostkiem odsłaniała różne kolory i kształty jej pokaleczonych wnętrzności. W miejscach, gdzie nacięcie było najgłębsze, a organy wewnętrzne przesunięte, widziałam błyszczącą tkankę wokół jej kręgosłupa,

Przeniosłam wzrok wyżej, żeby nie patrzyć już więcej na to okropieństwo. Ale tam też nie miałam znaleźć wytchnienia. Jej głowa była lekko przechylona i ukazywała twarz przywodzącą na myśl chochlika, z zadartym nosem i stosunkowo ostrą brodą. Miała wysokie policzki gęsto usiane piegami. Po śmierci, malutkie, brązowe plamki bardzo ostro kontrastowały z otaczającą je bielą. Ta kobieta wyglądała jak Pipi Langstrumpf z krótkimi, brązowymi włosami. Ale małe usta elfa się nie uśmiechały. Były szeroko rozwarte i wystawała z nich odcięta pierś, a brodawka spoczywała na delikatnej dolnej wardze.

Podniosłam wzrok i napotkałam spojrzenie LaManche'a. Równoległe do oczu zmarszczki wydawały się być głębsze, niż zwykle. Napięta dolna powieka sprawiała, że skóra tuż pod jego oczyma lekko drgała. Widziałam w nich smutek, a być może i coś więcej.

LaManche nic nie powiedział i kontynuował autopsję. Cały czas przenosił uwagę z ciała na swój notatnik i z powrotem. Zapisywał informacje o wszystkich ranach, zaznaczając ich pozycję i rozmiary, nie pomijał najdrobniejszych nawet ranek i uszkodzeń. Kiedy pracował, ciało było obfotografowywane z przodu tak samo, jak przedtem z tyłu. Czekaliśmy. Charbonneau palił papierosa.

Po jakimś czasie, który wydawał się wiecznością, LaManche skończył zewnętrzne oględziny.

– Bon. Zabierzcie ją na radiografię.

Zdjął rękawiczki i usiadł przy biurku, pochylając się nad swoim notatnikiem, jak starszy człowiek nad swoją kolekcją znaczków.

Lisa i Daniel podjechali wózkiem na prawą stronę stołu prosektoryjnego. Z niesłychaną zręcznością i profesjonalnym stoicyzmem, przenieśli ciało i zawieźli je na zdjęcia rentgenowskie.

Cicho wstałam i usiadłam na krześle obok Charbonneau. Uniósł się lekko, kiwając mi głową i uśmiechając się do mnie, zaciągnął się głęboko dymem i zgasił papierosa.

– Doktor Brennan, jak się pani miewa?

Charbonneau zawsze zaczynał rozmowę ze mną tym typowo angielskim zwrotem. Mówił językiem będącym dziwną mieszaniną Quebecois i slangu południowych stanów, co brało się stąd, że spędził dzieciństwo w Chicutimi i dwa lata na polach naftowych we wschodnim Texasie.

– Dobrze. A pan?

– Nie mogę narzekać. – Wzruszył ramionami tak, jak to tylko potrafią francuskojęzyczni mieszkańcy Quebecu – ramiona miał zgarbione, a dłonie skierowane ku górze.

Miał też szeroką, przyjazną twarz i kłujące, siwe włosy, które zawsze przywodziły mi na myśl zawilca. Był postawnym mężczyzną, jego szyja była szczególnie szeroka i dlatego kołnierzyk zawsze ciasno ją opinał. Jego krawaty, może była to próba zamaskowania tej przypadłości, zawsze albo podwijały się i przesuwały na boki, albo węzeł rozluźniał się i znajdował pod pierwszym guzikiem jego koszuli. Poluźniał je wcześnie rano, prawdopodobnie po to, żeby to, co nieuniknione, wyglądało na celowy zabieg. A może po prostu chciał, żeby było mu wygodnie. W przeciwieństwie do większości detektywów z CUM, nie starał się codziennie olśniewać współpracowników strojem. A może i tak. Dzisiaj był ubrany w bladożółtą koszulę, poliestrowe spodnie i stonowaną, sportową marynarkę. Krawat był brązowy.

– Widziała pani fotki z balu? – spytał, sięgając po leżącą na biurku brązową kopertę.

– Jeszcze nie.

Wyjął plik zdjęć zrobionych polaroidem i podał mi je.

– To są tylko pomocnicze ujęcia, które przyjechały razem z ciałem.

Pokiwałam głową i zaczęłam je przeglądać. Charbonneau bacznie mnie obserwował. Może miał nadzieję, że skrzywię się widząc te okropieństwa i będzie mógł powiedzieć Claudelowi, że wymiękłam. A może był po prostu szczerze zainteresowany moją reakcją,

Zdjęcia były ułożone w porządku chronologicznym, przedstawiały po kolei miejsca, które widziała ekipa. Na pierwszym była wąska ulica, a po obu jej stronach stały stare, ale zadbane budynki, z których każdy liczył trzy kondygnacje. Z każdej strony równoległe rzędy drzew wyrastały tuż przy krawężnikach. Ich pnie znikały w małych kwadratach ziemi, otoczonych cementem. Przed budynkami były małe, prostokątne trawniki, oddzielone od siebie krótkimi, ułożonymi z płytek podejściami, prowadzącymi do stromych, metalowych schodów. Gdzieniegdzie chodnik był zatarasowany dziecięcymi rowerkami z dodatkowymi kółkami z tyłu.

Następnych kilka ujęć pokazywało teren wokół jednego z budynków z czerwonej cegły. Moją uwagę przyciągnęły szczegóły.

Na plakietkach wiszących na dwóch parach drzwi na pierwszym piętrze widniały numery 1407 i 1409. Przed domem ktoś posadził kwiaty pod jednym z okien na parterze. Zauważyłam trzy rosnące obok siebie zapomniane nagietki. Ich duże, żółte kwiaty były przyschnięte i chyliły się ku ziemi tworząc identyczne łuki – samotne, przywołane do życia i zapomniane rośliny. O zardzewiały, metalowy płot, otaczający mały trawnik przed budynkiem, stał oparty rower. Z trawy wyrastała przeżarta rdzą tabliczka, ale była pochylona tak nisko ku ziemi, jakby chciała ukryć to, co na niej napisano: A vendre. Na sprzedaż.

Pomimo widocznych prób uczynienia budynku niepowtarzalnym, wyglądał tak samo, jak wszystkie inne na ulicy. Takie same schody, taki sam balkon, takie same podwójne drzwi, takie same zasłony. Zastanawiałam się, dlaczego akurat ten? Dlaczego tragedia rozegrała się w tym mieszkaniu? Dlaczego nie pod numerem 1405? Albo po drugiej stronie ulicy? Albo gdzieś kawałek dalej?

Każde następne zdjęcie przybliżało mnie do miejsca tragedii – podobnie jak pod mikroskopem można było uzyskiwać coraz większe powiększenia. Cała seria ukazywała wnętrze mieszkania i teraz też to właśnie drobiazgi przyciągały moją uwagę. Małe pokoje. Tanie meble. Nieodłączny telewizor. Duży pokój. Jadalnia. Sypialnia chłopca, a na jej ścianach plakaty hokeistów. Książka na pojedynczym łóżku: Jak działa świat. Kolejne ukłucie bólu. Wątpię, żeby ta książka mogła wyjaśnić to, co się stało.

Margaret Adkins lubiła niebieski. Wszystkie drzwi i każdy kawałek drewna pomalowany był na żywy odcień niebieskiego.

W końcu, ofiara. Ciało leżało w małym pokoiku na lewo od wejścia. Prowadziły z niego drzwi do drugiej sypialni i do kuchni. Przez otwarte drzwi kuchenne widać było stół i zestaw plastikowych podstawek. W ciasnym pomieszczeniu, w którym zmarła Adkins, był tylko telewizor, kanapa i szafka. Jej ciało leżało na środku.

Leżała na plecach z szeroko rozłożonymi nogami. Była kompletnie ubrana, tylko marynarka od jej garnituru przykrywała twarz. Bezwładne, zgięte w łokciach ręce związane nad głową. Poza numer trzy – tu wyszła jak świeżo upieczona balerina na swoim pierwszym występie.

Rozcięcie na piersiach wyglądało krwawo i widać było surowe mięso, tylko częściowo zamaskowane ciemniejącym skrzepem, który otaczał ciało i wydawał się pokrywać wszystko. Szkarłatny kwadrat znaczył miejsce, gdzie kiedyś była jej pierś. Jego granice wyznaczały nachodzące na siebie długie linie, przecinające się w rogach pod kątem prostym. Rana przypominała mi ślady trepanacji, jakie widziałam na czaszkach starożytnych Majów. Ale to okaleczenie nie miało na celu złagodzenia bólu ofiary ani uwolnienia domniemanych duchów z jej ciała. Jeśli rzeczywiście uwolniono jakiegokolwiek uwięzionego ducha, to na pewno nie jej. Margaret Adkins była tylko narzędziem w rękach jakiegoś człowieka, którego pokręcona, umęczona dusza szukała wytchnienia.

Spodnie były ściągnięte na wysokości kolan, a guma w pasie maksymalnie naprężona. Spomiędzy jej nóg wypływała strużką krew i tworzyła pod nią kałużę. Umarła w tenisówkach i skarpetkach.

Bez słowa schowałam zdjęcia do koperty i podałam ją Charbonneau.

– Przykre, co? – spytał. Zdjął jakąś drobinę z dolnej wargi, przyjrzał jej się i odrzucił.

– Tak.

– Dupkowi się wydaje, że jest jakimś cholernym chirurgiem. Pieprzonym kowbojem. – Potrząsnął głową.

Właśnie miałam odpowiedzieć, kiedy wrócił Daniel ze zdjęciami i zaczął je przyczepiać do specjalnej lampy na rentgeny wiszącej na ścianie. Każdy arkusz wydawał dźwięk podobny do odległego grzmotu, kiedy odginał się w jego rękach.

Oglądaliśmy je w określonej kolejności, od lewej do prawej – od głowy, po stopy. Na zdjęciach czaszki zrobionych od przodu i z boku widać było liczne pęknięcia. Barki, ramiona i żebra były normalne. Wszystko było w normie, dopóki nie dotarliśmy do zdjęć brzucha i miednicy. Każdy to od razu zauważył.

– Cholera jasna – powiedział Charbonneau.

– Chryste.

– Skurwiel.

Mały ludzki kształt wyzierał z głębin brzucha MargaretAdkins. Wszyscy się w niego wpatrywaliśmy, w milczeniu. Było tylko jedno wyjaśnienie. Figurka musiała zostać wepchnięta przez pochwę głęboko w trzewia i to z wystarczającą siłą, żeby zupełnie nie była widoczna z zewnątrz. Widząc to, poczułam się tak, jakby gorący pogrzebacz przebijał mi trzewia. Odruchowo chwyciłam się za brzuch, a serce zaczęło mi bić jak oszalałe. Spojrzałam na zdjęcie. Skupiłam się na figurce.

Obramowana szerokimi kośćmi miednicy, sylwetka mocno kontrastowała z organami, w których tkwiła. Otoczona szarym odcieniem wnętrzności, wyraźna, biała figurka miała jedną nogę uniesioną do góry i wyciągnięte ramiona. Wyglądała na figurkę religijną, jej głowa była spuszczona, tak jak w statuetkach przedstawiających paleolityczne piękności.

Przez kilka minut nikt się nie odzywał. W sali panowała absolutna cisza.

– Widziałem takie – odezwał się w końcu Daniel. Gwałtownym ruchem umieścił swoje okulary ponownie na nasadzie nosa. Jego twarz przebiegł skurcz, jakby na gumowej zabawce. – To nasza pani czegośtam. Wiecie. Dziewica. Maryja.

Wszyscy przyglądaliśmy się nieprzezroczystemu kształtowi na zdjęciu. W jakiś sposób wydawał się czynić całą zbrodnię poważniejszą, bardziej plugawą.

– Ten skurwysyn to naprawdę zwichnięty typ – powiedział Charbonneau. Chwilowo emocje wzięły górę nad wypracowaną nonszalancją detektywa z wydziału zabójstw.

Zdziwiła mnie gwałtowność jego reakcji. Nie byłam tylko pewna, czy zbulwersowało go tak okrucieństwo tego czynu, czy raczej to, że sprofanowano religijną świętość. Jak większości francuskojęzycznych mieszkańców Quebecu, dzieciństwo Charbonneau niewątpliwie musiało być zdominowane przez tradycyjne, katolickie wartości i z pewnością kościelne dogmaty miały znaczny wpływ na jego życie. Chociaż wielu z nas odrzuca później wiarę, pozostaje w nas głęboki szacunek dla jej symboli. Człowiek sam nie nosi żadnych symboli religijnych, ale nie odważy się ich tknąć. Rozumiałam to. Co prawda, tutaj jest inne miasto, w którym mówi się innym językiem, ale przecież ja należę do tego samego plemienia. Trudno wyzbyć się atawistycznych uczuć.

Znowu przez dłuższą chwilę nikt nic nie mówił.

W końcu odezwał się LaManche, starannie dobierając słowa. Nie wie-działam, czy w pełni zdaje sobie sprawę z implikacji, jakie niosło za sobą to, co widzieliśmy. Nie byłam pewna, czyja sama w pełni je sobie uświadamiam. Chociaż powiedział to łagodniej, niż ja bym to zrobiła, to jednak dokładnie wyraził moje myśli.

– Monsieur Charbonneau, wydaje mi się, że pan i pana partner powinniście się spotkać ze mną i z doktor Brennan. Jak zapewne zdaje pan sobie sprawę, jest parę niepokojących szczegółów w tym przypadku, jak i w kilku innych…

Zamilkł na chwilę, żeby do wszystkich to dotarło; również po to, żeby skonsultować się ze swoim umysłowym kalendarzykiem.

– Wyniki autopsji będę miał dzisiaj wieczorem. Jutro jest dzień wolny. Czy poniedziałek rano będzie panu pasował?

Detektyw spojrzał na niego, a później na mnie. Jego twarz była neutralna. Nie wiedziałam, czy zrozumiał to, co chciał powiedzieć LaManche, czy po prostu nie wiedział nic o innych przypadkach. Claudel był zdolny do tego, żeby nie podzielić się moimi spostrzeżeniami ze swoim partnerem. Nawet jeśli rzeczywiście tak było, Charbonneau i tak nie mógł przyznać się do niewiedzy.

– No. Chyba tak. Zobaczę, co się da zrobić.

LaManche nie odrywał swych smutnych oczu od Charbonneau. Czekał.

– No dobrze, dobrze. Przyjdziemy tutaj. A teraz lepiej będzie, jak już ruszę tyłek i zacznę szukać tego gnoja. Jeśli pojawi się Claudel, niech pan mu powie, że będę w komendzie koło ósmej.

Był wzburzony. Wyraźnie nie przypadła mu do gustu koncepcja LaManche'a. Widać było, że zanosi się na dłuższą rozmowę z jego partnerem.

LaManche ponownie zabrał się do autopsji, jeszcze nim drzwi zdążyły zamknąć się za Charbonneau. Reszta była czystą rutyną. Klatkę piersiową otwarto nacięciem w kształcie litery Y. Usunięto z niej organy wewnętrzne, zważono je, przekrojono i zbadano. Ustalono pozycję figurki, oceniono i opisano rany wewnętrzne. Daniel skalpelem przeciął skórę na koronie głowy, ściągnął twarz w dół, a resztę podniósł do góry i używając specjalnej piły pobrał kawałek szczytu czaszki. Cofnęłam się o krok i wstrzymałam oddech, kiedy zawyła piła i poczułam zapach palonej kości. Struktura mózgu była normalna. Gdzieniegdzie na jego powierzchni widać było galaretowate bryłki, które wyglądały jak meduzy na gładkiej, szarej kuli. Skrzepy podskórne powstałe po uderzeniach w głowę.

Wiedziałam, jakie będą główne punkty raportu LaManche'a. Ofiara była zdrową, młodą kobietą bez żadnych anomalii czy oznak choroby. Potem napisze, że tego dnia ktoś uderzał ją pałką z taką siłą, że pękła jej czaszka, podobnie jak naczynia krwionośne w mózgu, powodując krwotok. Oprawca uderzył ją przynajmniej pięć razy. Potem wcisnął figurkę w jej pochwę, rozciął jej ciało i odciął pierś.

Kiedy myślałam o tym, co przeszła, przebiegł mnie dreszcz. Rany pochwy przesądziły o jej śmierci. Jej rozerwane ciało musiało bardzo silnie krwawić. Figurkę musiano w nią wcisnąć, kiedy jej serce jeszcze biło. Kiedy jeszcze żyła.

– …powiedz Danielowi, czego potrzebujesz, Temperance.

Nie słuchałam. Głos LaManche'a przywołał mnie do teraźniejszości. Już skończył i sugerował, żebym pobrała fragmenty kości. Mostek i żebra usunięto już na początku autopsji, więc powiedziałam Danielowi, żeby je wysłał na górę do wymoczenia i wyczyszczenia.

Podeszłam do ciała i zajrzałam w jamę piersiową. Było widać kilka małych, wijących się nacięć na kręgach niedaleko żołądka. Wyglądały jak szlaczek szczelin w twardej tkance chroniącej kręgosłup.

– Chcę mieć kręgi gdzieś odtąd dotąd. Żebra też. – Wskazałam na fragment z nacięciami. – Wyślij to Denisowi. Powiedz mu, żeby je wymoczył, ale żadnego gotowania. I wyjmuj je bardzo ostrożnie. Nie dotykaj ich żadnym ostrzem.

Słuchał z wyciągniętymi przed siebie rękoma w rękawiczkach. Poruszał nosem i górną wargą, kiedy usiłował poprawić sobie okulary. Co chwilę kiwał głową.

Kiedy skończyłam mówić, spojrzał na LaManche'a.

– Potem zamknąć? – spytał.

– Tak – odparł LaManche.

Daniel zabrał się do pracy. Wyjmie część kości, potem włoży organy wewnętrzne do środka i zamknie tułów. Na koniec doprowadzi twarz do porządku i zszyje z resztą w miejscu, gdzie skóra została przecięta. Oprócz szwów w kształcie litery Y, Margaret Adkins będzie wyglądała tak, jakby nikt jej nie ruszał. Będzie mogła zostać pogrzebana.

Wróciłam do swojego gabinetu i zdecydowałam się trochę ochłonąć przed pojechaniem do domu.

Piąte piętro było zupełnie puste. Obróciłam krzesło, położyłam nogi na parapecie i spojrzałam przez okno na mój rzeczny świat. Na moim brzegu stał kompleks Miron, przypominający budowlę z klocków lego – wymyślne szare budynki połączone poziomą, stalową konstrukcją. Za fabryką cementu, nieco dalej w górę rzeki powoli płynęła łódź, której światła były ledwo widoczne w gęstniejącym mroku.

W budynku było zupełnie cicho, ale ta martwa cisza nie pozwalała mi się rozluźnić. Moje myśli były równie mroczne, jak rzeka. Przez chwilę zastanawiałam się, czy ktoś mi się przygląda z fabryki, ktoś, kto jest równie samotny i równie zdenerwowany przebywaniem po godzinach w pustym budynku, w którym cisza aż dzwoni w uszach.

Źle spałam i byłam na nogach już od wpół do siódmej. Powinnam być zmęczona, ale zamiast tego byłam ożywiona. Złapałam się na tym, że bezwiednie bawiłam się swoją prawą brwią, był to nerwowy tik, który niesłychanie drażnił mojego męża. Pomimo że całymi latami zwracał mi na to uwagę, i tak się nie odzwyczaiłam. Separacja ma swoje dobre strony. Mogę się teraz do woli szarpać nerwowo za brwi.

Pete. Nasz ostatni wspólnie spędzony rok. Twarz Katy, kiedy powiedzieliśmy jej, że się rozstajemy. Myśleliśmy, że nie powinno to być zbyt bolesne, bo przecież uczyła się i mieszkała poza domem. Jak bardzo się myliliśmy. Widząc jej łzy, prawie zdecydowałam się zmienić swoją decyzję… Wróciła Margaret Adkins, jej przykurczone palce. Ręce, którymi malowała drzwi na niebiesko. Wieszała plakaty syna. A morderca. Czy teraz też na kogoś polował? Czy rozkoszował się tym, co dzisiaj zrobił? Czy jego żądza krwi została zaspokojona, czy potrzeba zabijania tylko się wzmogła po tym, co zrobił?

Zadzwonił telefon. Jego głośny sygnał przywołał mnie do rzeczywistości z tego prywatnego świata, w którym się znajdowałam. Tak mnie wystraszył, że aż podskoczyłam i potrąciłam łokciem stojak z długopisami i pisakami, które rozsypały się po biurku.

– Doktor Bren…

– Tempe. Och, dzięki Bogu! Dzwoniłam do ciebie do domu, ale cię nie zastałam. Oczywiście. – Zaśmiała się nerwowo. – Pomyślałam, że i tak spróbuję pod tym numerem, chociaż nie wierzyłam, że cię tu znajdę.

Poznawałam jej głos, ale było w nim coś takiego, czego nigdy wcześniej w nim nie słyszałam. Brzmiał jakoś zbyt wysoko i miał dziwną intonację. Mówiła szybko i jakby była zdyszana. Mięśnie brzucha ściągnęły mi się już po raz kolejny tego dnia.

– Gabby, nie odzywałaś się przez trzy tygodnie. Dlaczego nie…?

– Nie mogłam. Byłam czymś… zajęta. Tempe, potrzebuję pomocy. Dobiegł mnie chrobot i drapanie, kiedy przekładała słuchawkę z jednej ręki do drugiej. W tle słyszałam szum miasta – stłumione głosy i metaliczne dźwięki. Oczyma wyobraźni widziałam, jak stoi wystraszona w budce telefonicznej i rozgląda się wokół niespokojnie.

– Gdzie jesteś? – Wybrałam jeden z długopisów leżących na biurku zaczęłam nim obracać.

– Jestem w restauracji. La Belle Province. To na rogu Ste. Catherine i St. Laurent. Przyjedź po mnie. Temp. Nie mogę wyjść na dwór.

Grzechot stal się bardziej wyraźny. Robiła się coraz bardziej nerwowa.

– Gabby, miałam tutaj dzisiaj bardzo ciężki dzień. Jesteś blisko swojego mieszkania. Nie mogłabyś…

– On mnie zabije! Już nie mogę nad tym zapanować. Myślałam, że będę mogła, ale nie mogę. Nie mogę już go dłużej osłaniać. Muszę chronić siebie. On nie ma racji. Jest niebezpieczny. On jest… completement fou!

Mówiła coraz bardziej piskliwym głosem, świadczącym o rosnącej w niej histerii. Nagle urwała i po chwili przeszła na francuski. Przestałam obracać w ręku długopis i spojrzałam na zegarek – 9:15. Cholera.

– No, dobra. Będę za kwadrans. Wypatruj mnie. Przejadę przez Ste. Catherine.

Serce biło mi bardzo szybko, a ręce mi się trzęsły. Zamknęłam gabinet na klucz i praktycznie pobiegłam do samochodu, na nogach jak z waty. Czułam się tak, jakbym wypiła osiem filiżanek kawy.

7

W czasie jazdy moje uczucia zmieniały się jak w kalejdoskopie. Słońce już zaszło, ale miasto było jasno oświetlone. Okna mieszkań we wschodniej części miasta, otaczającej budynek SQ migotały w oddali, a gdzieniegdzie letnią noc rozświetlała też rozedrgana, niebieska poświata telewizorów. Ludzie siedzieli na balkonach i werandach, gromadzili się na krzesłach, żeby obejrzeć końcowe akty letniego wieczoru. Rozmawiali popijając zimne napoje, ciesząc się, że parny, upalny dzień zastąpił ożywczy, wieczorny chłód.

Patrzyłam na nich z zawiścią, bo chciałam po prostu pojechać do domu, zjeść z Birdie kanapkę z tuńczykiem i pójść spać. Chciałam, żeby Gabby dobrze się czuła, ale chciałam też, by pojechała taksówką do domu. Z przerażeniem myślałam o zajmowaniu się rozhisteryzowaną Gabby. Ulżyło mi, kiedy zadzwoniła. Bałam się o nią. Jednak byłam też poirytowana, że muszę jechać do Main. Nagromadzenie sprzecznych emocji nie działało korzystnie.

Pojechałam do St. Laurent przez Rene Levesque i skręciłam w prawo, zostawiając za plecami Chinatown. Powoli w dzielnicy ruch zaczynał wygasać, ostatni sprzedawcy pakowali skrzynki i wciągali reklamy do środka.

Main było przede mną, ciągnęło się na północ od Chinatown, wzdłuż Boulevard St. Laurent. Main jest gęsto zabudowaną dzielnicą sklepików, barów i tanich kafejek, a St. Laurent jest jej główną handlową arterią. Od niej odchodzi mnóstwo wąskich, spokojnych uliczek ciasnych i tanich mieszkań.

Chociaż czuć tu francuską atmosferę, Main zawsze było wielokulturową mozaiką, przestrzenią, gdzie języki i różne grupy etniczne koegzystują ze sobą, ale się nie mieszają, jak poszczególne zapachy, które dobywają się z niezliczonych sklepów i piekarni. Włosi, Portugalczycy, Grecy, Polacy i Chińczycy gnieżdżą się w swoich enklawach wzdłuż St. Laurent, która od portu wspina się ku górze.

Kiedyś Main było miejscem, gdzie masowo przybywali imigranci, skuszeni tanimi domami i poprawiającą samopoczucie bliskością rodaków. Osiedlali się tutaj, żeby stać się Kanadyjczykami. Każda grupa nowo przybyłych najpierw trzymała się razem, żeby się nie zagubić w nowej rzeczywistości i potrafić stawić czoła obcej kulturze. Niektórzy nauczyli się francuskiego i angielskiego i dobrze im się powodziło, a inni zostali dlatego, że czuli się bezpiecznie na znajomym gruncie albo już nie starczało im sił, żeby jeszcze raz próbować szczęścia gdzieś indziej. Dzisiaj do tego zbiorowiska tradycjonalistów i nieudaczników dołączyli jeszcze różnego rodzaju wykolejeńcy, cwaniacy, bezradni, których odrzuciło społeczeństwo, i ci, którzy na nich żerują. Ludzie spoza dzielnicy przyjeżdżają do Main w poszukiwaniu wielu rzeczy: okazji do nader korzystnych zakupów, tanich kolacji, narkotyków, alkoholu i seksu. Przyjeżdżają tutaj, żeby kupować, gapić się, śmiać, ale nie osiedlają się tutaj.

Ulica Ste. Catherine jest południową granicą Main. Tutaj właśnie skręciłam w prawo i zaparkowałam przy krawężniku tuż obok miejsca, gdzie siedziałyśmy z Gabby prawie trzy tygodnie wcześniej. Nie było jeszcze tak późno, jak ostatnio, kiedy tu przyjechałyśmy, i prostytutki dopiero zaczynały zajmować swoje terytoria. Gangów motocyklowych też jeszcze nie było.

Gabby musiała obserwować ulicę, bo kiedy spojrzałam w lusterko, była już w połowie ulicy. Biegła przyciskając swoją torebkę do piersi. Chociaż nie była tak przerażona, żeby biec w panice, od razu było widać, że się boi. Biegła tak, jak biegają dorośli, którzy już dawno zapomnieli, z jaką lekkością biegali będąc dziećmi – jej długie nogi lekko uginały się w kolanach, głowę miała spuszczoną, a torebka kołysała się w rytm jej nieporadnych kroków, jakby była na szczudłach.

Obeszła samochód, wsiadła i długą chwilę siedziała z zamkniętymi oczyma, a jej klatka piersiowa unosiła się rytmicznie. Widać było, że za wszelką cenę stara się uspokoić i zaciska kurczowo ręce, żeby się nie trzęsły. Nigdy jej nie widziałam w takim stanie i przestraszyłam się. Gabby zawsze miała skłonności do dramatyzowania, kiedy przechodziła swoje rozliczne kryzysy, zarówno prawdziwe, jak i wyimaginowane, ale wcześniej nigdy nic nie doprowadziło ją do takiego stanu,

Przez jakiś czas nic nie mówiłam. Chociaż wieczór był ciepły, poczułam chłód, a mój oddech stał się płytki i nieregularny. Na ulicy ryczały klaksony, i a jakaś prostytutka starała się zainteresować sobą kierowcę mijającego ją samochodu. W wieczornym powietrzu jej głos to wznosił się, to opadał przywodząc na myśl pętle i spirale zataczane przez spadający samolot-zabawkę.

– Jedźmy.

Powiedziała to tak, cicho, że ledwo ją usłyszałam. Deja vu.

– Zechcesz mi powiedzieć, co się dzieje? – spytałam.

Podniosła rękę, jakby w geście obrony przed reprymendą. Trzęsła się, więc z powrotem położyła ją na piersiach. Czułam strach. Jej ciało było ciepłe, pachniało drzewem sandałowym i potem.

– Powiem ci. Powiem. Daj mi tylko chwilkę wytchnąć.

– Nie przeginaj, Gabby – odezwałam się ostrzejszym tonem, niż zamierzałam.

– Przepraszam, ale pojedźmy już stąd, do cholery – rzekła, spuszczając głowę i ukrywając ją w dłoniach.

No dobra, będzie tak, jak ona chce. Musi się uspokoić i powiedzieć mi, jak już będzie gotowa. Ale wtedy mi powie.

– Do domu? – spytałam.

Pokiwała głową, cały czas zasłaniając twarz rękoma. Włączyłam silnik i ruszyłam w stronę Carre St. Louis. Kiedy dojechałam pod jej dom, nic jeszcze z siebie nie wydusiła. Chociaż oddech jej się uspokoił, ręce ciągle drżały. Cały czas je nerwowo splatała i rozplatała w jakimś dziwnym tańcu paniki, reżyserowanym przez przerażenie przedstawieniu.

Zaparkowałam i wyłączyłam silnik, obawiając się tego, co miało nastąpić. Pocieszałam i służyłam Gabby radą w sprawach zdrowotnych, jej konfliktach z rodzicami, sprawach naukowych, sprawach wiary, samoakceptacji i miłości. Zawsze było to dla mnie wycieńczające. I zawsze, kiedy spotykałam się z nią następnym razem, była wesoła, spokojna i zupełnie nie pamiętała o załamaniu. Nie chodzi o to, żebym jej nie współczuła, ale już wielokrotnie przerabiałam to z Gabby. Pamiętam ciążę, w której, jak się okazało, nie była. Skradziony portfel, który znalazł się pod poduszkami na kanapie. Niemniej jednak jej zachowanie nie dawało mi spokoju. Pomimo że bardzo chciałam być sama, nie można jej było zostawić samej.

– Chcesz spędzić noc u mnie?

Nie odpowiedziała. Po drugiej stronie placu jakiś mężczyzna, przygotowujący się do snu na ławce, układał sobie tłumoczek pod głową.

Milczała tak długo, że pomyślałam, iż chyba nie usłyszała. Odwróciłam się w jej stronę, żeby powtórzyć pytanie, ale zauważyłam, że wpatruje się we mnie intensywnie. Już nie trzęsła się nerwowo, tylko siedziała wyprostowana, zupełnie nieruchomo, lekko pochylona do przodu i ledwo dotykając oparcia. Jedną rękę trzymała na kolanach, a drugą, zaciśniętą w pięść, przyciskała do ust. Mrużyła oczy, a skóra pod nimi ledwo zauważalnie drgała. Wyglądała tak, jakby nad czymś się intensywnie zastanawiała, rozważając różne możliwości i co z nich może wyniknąć. Nagła zmiana w jej zachowaniu była denerwująca.

– Musisz myśleć, że zwariowałam. – Była zupełnie spokojna, a jej głos niski i opanowany.

– Jestem zdezorientowana. – Nie wyznałam, co naprawdę myślę.

– Tak. Można to tak ująć.

Powiedziała to z autoironicznym uśmieszkiem, powoli potrząsając głową. Dredy jej oklapły.

– Chyba naprawdę mi odbiło w tej knajpie.

Czekałam na ciąg dalszy. Gdzieś blisko trzasnęły drzwi od samochodu. Po parku niósł się niski, melancholijny dźwięk saksofonu. W oddali zawyła syrena karetki. Lato w mieście.

W ciemności czułam raczej, niż widziałam, że Gabby spuściła ze mnie wzrok i utkwiła go gdzieś z boku. Tak jakby jechała do mnie, ale skręciła w ostatniej chwili. Jak soczewka w aparacie, jej oczy zakomodowały się na czymś znajdującym się za mną i wyglądało na to, że znowu się zamknęła. Ponownie zaczęła coś rozważać, przebiegała w myślach różne warianty i zastanawiała się, jak się zachować.

– Poradzę sobie – powiedziała, chwytając walizkę i torebkę i wyciągając rękę w stronę klamki. – Naprawdę bardzo ci dziękuję, że po mnie przyjechałaś.

Zdecydowała się unikać rozmowy.

Może dlatego, że byłam zmęczona, a może zestresowana kilkoma ostatnimi dniami. Niezależnie, co było przyczyną, nie wytrzymałam.

– Zaczekaj chwilę! – wybuchnęłam. – Chcę wiedzieć, co się dzieje! Godzinę temu mówiłaś, że ktoś chce cię zabić! Wybiegasz z restauracji i pędzisz przez ulicę, trzęsąc się i dysząc, jakby cię gonił Kuba Rozpruwacz! Nie możesz złapać oddechu, a ręce trzęsą ci się tak, jakbyś była podłączona do prądu, a teraz chcesz sobie po prostu stąd wyjść bez żadnych wyjaśnień, mówiąc tylko “Wielkie dzięki za podwiezienie"?!

Nigdy jeszcze nie byłam na nią taka wściekła. Mówiłam podniesionym głosem i dyszałam. Czułam pulsującą krew w lewej skroni.

Wybuch mojego gniewu sprawił, że zastygła. Zrobiła duże oczy, które wyglądały jak oczy łani złowione przez długie światła. Przejechał jakiś samochód, oświetlając jej twarz najpierw białym, a potem czerwonym światłem, w którym jej oczy wyglądały na jeszcze większe.

Czekała chwilę, a jej profil był zupełnie nieruchomy na tle letniego nieba. Potem, jakby otwarto zawór, jej ciało zaczęło się rozluźniać. Puściła klamkę, spuściła torebkę na podłogę i usiadła wygodnie. Znowu pogrążyła się w myślach, ponownie coś rozważając. Być może zastanawiała się, od czego zacząć, a może po prostu starała się znaleźć jakiś inny sposób, żeby wybrnąć z tej sytuacji. Czekałam.

W końcu wzięła głęboki oddech, a jej ramiona nieco się wyprostowały. Zdecydowała się na coś. Jak tylko zaczęła mówić, zorientowałam się, co zamierza zrobić. Powie mi coś niecoś, ale nie za dużo. Starannie dobierała słowa, krocząc po trudnym i niepewnym gruncie swoich uczuć. Oparłam się o drzwi i przygotowałam do wysłuchania jej.

– Pracowałam ostatnio z… niecodziennymi ludźmi.

Pomyślałam, że to mało precyzyjne, ale nie odzywałam się.

– To znaczy, wiem, że to brzmi banalnie. Ale nie chodzi mi tutaj o zwyczajnych ludzi ulicy. Z nimi potrafię sobie radzić.

Nie chciała nazywać rzeczy po imieniu,

– Jeśli znasz graczy, nauczysz się obowiązujących tam reguł i żargonu, to nie ma żadnych problemów. Jak wszędzie. Trzeba zobaczyć, jak ci ludzie się zachowują i uważać, żeby ich nie wkurzać. Zasady są całkiem proste: Nie wchodź nikomu w drogę, nie pozwól dziewczynie stracić przez ciebie okazji zarobienia kasy, nie rozmawiaj z glinami. Poza nietypowymi godzinami pracy, nie ma z tym żadnych problemów. A w dodatku, teraz dziewczyny już mnie znają. Wiedzą, że nie stanowię dla nich zagrożenia…

Zamilkła. Nie wiedziałam, czy znowu zdecydowała się milczeć, czy po prostu zastanawiała się, o czym teraz mówić. Postanowiłam ją pociągnąć za język.

– Jedna z nich ci grozi?

Gabby zawsze przywiązywała dużą wagę do etyki, wlec podejrzewałam, że stara się chronić swojego informatora.

– Dziewczyny? Nie. Nie. One są w porządku. Z nimi nie ma żadnych problemów. Myślę, że one w jakiś sposób lubią moje towarzystwo. Potrafię być równie sprośna jak one.

Super. Już wiemy, co nie jest jej problemem.

Drążyłam dalej.

– Jak unikasz tego, żeby nie brali cię za jedną z nich?

– A, nawet nie próbuję. Po prostu jakoś się z nimi zlewam. Inaczej zaprzepaściłabym szansę na to, żeby wycisnąć z nich tyle, ile bym chciała. Dziewczyny wiedzą, że nie odwalam numerów, więc one po prostu, nie wiem, jakoś mnie tolerują…

Nie zadałam pytania, które samo cisnęło się na usta.

– Jeśli jakiś facet mnie zaczepia, po prostu mówię, że akurat nie pracuję, Większość z nich jedzie dalej.

Zamilkła na chwilę i znowu bila się z myślami, zastanawiając się, co mi powiedzieć, co zachować dla siebie, a co mieć w odwodzie, na wypadek, gdybym zaczęła się dopytywać. Bawiła się frędzlem przy swojej torebce. Z placu dobiegło szczekanie psa. Byłam pewna, że Gabby ochrania kogoś albo coś, ale tym razem nie przyciskałam jej.

– Większość z nich – kontynuowała. – Ale ostatnio jeden facet zrobił się natrętny.

Chwila ciszy.

– Kim on jest?

Znowu cisza.

– Nie wiem, ale gościu mnie naprawdę przeraża. Nie jest dziwkarzem, niedokładnie, ale lubi towarzystwo prostytutek. Myślę, że dziewczyny nie zwracają na niego specjalnej uwagi. Ale on wie bardzo dużo o ulicy i nie miał nic przeciwko rozmowie ze mną, więc zrobiłam z nim wywiad.

Zamilkła znowu.

– Ostatnio zaczął mnie śledzić. Na początku nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale potem zaczęłam go widywać w najróżniejszych miejscach. Czasami jest w metrze, kiedy wracam do domu wieczorem albo tutaj, na placu. Raz widziałam go koło Concordii, przed budynkiem biblioteki, gdzie mam swój gabinet. Czasami widzę go za sobą, na chodniku, idącego w tym samym kierunku, co ja. W zeszłym tygodniu byłam na St. Laurent, kiedy go zobaczyłam. Chciałam samą siebie przekonać, że to tylko moja wyobraźnia, więc sprawdziłam go. Kiedy zwalniałam, on też. Przyspieszałam, on też. Starałam się go zgubić, więc weszłam do cukierni. Kiedy z niej wyszłam, stał po drugiej stronie ulicy i udawał, że ogląda coś na wystawie.

– Jesteś pewna, że to zawsze ten sam gość?

– Bez dwóch zdań.

Zapanował długa, napięta cisza. Przeczekałam ją.

– To jeszcze nie wszystko…

Wlepiła wzrok w ręce, które ponownie były ciasno splecione.

– Ostatnio zaczął wygadywać naprawdę dziwne rzeczy. Starałam się go unikać, ale dzisiaj wieczorem zjawił się w restauracji. Wygląda na to, jakby mnie gościu ciągle namierzał… Nieważne, znowu zaczął to, co zawsze. Zadawał mi mnóstwo najróżniejszych obleśnych pytań.

Zamyśliła się. Po chwili zwróciła się do mnie, jakby znalazła odpowiedź, której przedtem nie dostrzegała. Jej głos był zaprawiony lekkim zdziwieniem.

– To chodzi o jego oczy, Tempe. Jego oczy są takie dziwne! Są czarne i nieugięte, jak żmii, a białka są cale różowe i pełno w nich plamek krwi. Nie wiem, czy jest chory, czy może wiecznie skacowany, czy co. Nigdy w życiu nie widziałam takich oczu. Jak je widzisz, to czujesz, że chciałabyś się zapaść pod ziemię, byle się schować. Tempe, ja nie wyrabiam! Chyba za dużo myślałam o naszej ostatniej rozmowie i o tym schizolu, który ćwiartuje kobiety, i to mi się z nim skojarzyło.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. W ciemności nie widziałam jej twarzy, ale język ciała był jednoznaczny – bała się. Siedziała sztywna, skulona i przyciskała torebkę do piersi, jakby dla ochrony.

– Co jeszcze wiesz o tym facecie?

– Niewiele.

– A co dziewczyny o nim myślą?

– Ignorują go.

– Czy kiedykolwiek ci groził?

– Nie. Nie bezpośrednio,

– Czy kiedykolwiek był agresywny, stracił panowanie nad sobą?

– Nie.

– Ćpa?

– Nie wiem.

– Wiesz, kim on jest albo gdzie mieszka?

– Nie. Są rzeczy, o które nie pytamy. To niepisana zasada, milcząca umowa, której każdy tam przestrzega.

Znowu zapadła cisza i obie myślałyśmy o tym, co mi właśnie powiedziała. Przyglądałam się przejeżdżającemu niespiesznie po chodniku rowerzyście. Jego kask wydawał się pulsować, kiedy znalazł się pod latarnią, bo przez chwilę odbijał światło, a potem znowu znikał w ciemności. Przejechał koło mnie, po czym powoli odjechał w noc i tylko migoczące światło jego roweru przypominało o tym, że tędy przejeżdżał. Włączało się i wyłączało. Włączało i wyłączało.

Myślałam o tym, co powiedziała Gabby, zastanawiając się, czy to moja wina. Czy to ja wzbudziłam w niej strach mówiąc o swoim własnym zboczeńcu, czy naprawdę trafiła na psychopatę? Czy przesadza, mówiąc o kilku zupełnie niegroźnych zbiegach okoliczności, czy naprawdę jest zagrożona? Czy powinnam zostawić rzeczy ich własnemu biegowi? Czy powinnam coś zrobić? Czy to sprawa dla policji? Jak zwykle w takich sytuacjach, mój umysł się zapętlił.

Siedziałyśmy przez jakiś czas, słuchając odgłosów dochodzących z parku i wdychając zapachy letniej nocy, a każda z nas była pogrążona w swoich myślach. Chwila milczenia uspokoiła nas nieco. W końcu Gabby potrząsnęła głową, spuściła torebkę na kolana i oparła się wygodnie o siedzenie. Chociaż w ciemności nie było widać rysów jej twarzy, czułam, że zaszła w niej zmiana. Kiedy się odezwała, jej głos był silniejszy i pewniejszy.

– Wiem, że przesadzam, wyolbrzymiam. To pewnie jakiś dziwak, który chce mnie wyprowadzić z równowagi. A ja mu na to pozwalam. Pozwalam temu skurwielowi sobą manipulować.

– Czy ty przypadkiem nie spotykasz zbyt wielu tych “dziwaków", jak to ich określasz…

– Tak. Moi rozmówcy w większości rzeczywiście nie są typem ministrantów. – Zaśmiała się smutno.

– A dlaczego myślisz, że ten facet jest inny od tamtych?

Zaczęła się nad tym zastanawiać, obgryzając jednocześnie paznokieć u kciuka.

– Hm, trudno to wyrazić słowami. Jest jakaś… granica, która dzieli niegroźnych dziwaków od pomyleńców. Trudno ją wyznaczyć, ale czuje się, kiedy ktoś ją przekroczył. Może to instynkt, który się we mnie tam wykształcił… W tym interesie, jeśli kobieta czuje się przez kogoś zagrożona, nie pójdzie x nim. Każda zwraca uwagę na coś innego, ale wszystkie na podstawie obserwacji oceniają, czy facet jest dla nich niebezpieczny. Czasem są to oczy, czasem jakieś dziwne prośby. Helenę nie idzie z żadnym facetem w kowbojskich butach.

Znowu wyłączyła się na chwilę, żeby z sobą pokonferować.

– Myślę, że po prostu dałam się ponieść przez tę całą gadaninę o seryjnych mordercach i dewiantach seksualnych.

Kolejna chwila zastanowienia.

Starałam się ukradkiem spojrzeć na zegarek.

– Ten facet po prostu chce mnie zaszokować.

Chwila ciszy. Przekonywała samą siebie, żeby już nic nie mówić.

– Co za dupek.

Albo wręcz przeciwnie.

Z każdą chwilą jej głos zdradzał wzbierającą w niej złość.

– Do cholery, Tempe, nie pozwolę temu wypierdkowi, żeby się podniecał, mówiąc sprośne rzeczy i pokazując mi te wszystkie obleśne zdjęcia. Powiem mu, żeby je sobie wsadził głęboko w dupę.

Odwróciła się i położyła rękę na mojej.

– Przepraszam, że przywlekłam cię tutaj. Jestem beznadziejna! Wybaczysz mi?

Wpatrywałam się w nią w milczeniu. Znowu zdziwiła mnie gwałtowna zmiana jej stanu emocjonalnego. Jak mogła być przerażona, rzeczowa, wściekła, a potem prosić o wybaczenie, i to wszystko w ciągu zaledwie pół godziny? Byłam zbyt zmęczona i było zbyt późno, żebym mogła się nad tym zastanawiać.

– Gabby, jest już późno. Porozmawiajmy o tym jutro. Oczywiście, że nie jestem na ciebie zła. Po prostu się cieszę, że już doszłaś do siebie. Naprawdę chcę, żebyś się u mnie przespała. Zawsze będziesz mile widzianym gościem.

Pochyliła się w moją stronę i objęła mnie.

– Dzięki, ale już nic mi nie będzie. Zadzwonię do ciebie, obiecuję.

Patrzyłam, jak wchodzi po schodach, a sukienka unosi się wokół niej jak mgła. Po chwili zniknęła w purpurowych drzwiach i między autem a domem było już cicho i pusto. Siedziałam sama, otoczona ciemnością i delikatnym zapachem drzewa sandałowego. Choć nic się nie poruszyło, na chwilę moje serce przeszył chłód, ale już po chwili zniknął, jakby to był tylko cień.

Przez całą drogę do domu mój umysł przebiegały najróżniejsze myśli. Czy Gabby tworzy po prostu kolejny melodramat? Czy naprawdę jest w niebezpieczeństwie? Czy było coś, o czym mi nie powiedziała? Czy ten mężczyzna może być naprawdę niebezpieczny? Czy może wykiełkowało ziarno paranoi, które w niej zasiałam, mówiąc o tych morderstwach? Czy powinnam zawiadomić policję?

Postanowiłam nie pozwolić, żeby zawładnęła mną obawa o bezpieczeństwo Gabby. Kiedy znalazłam się w domu, skorzystałam z dziecięcego rytuału, który sprawdza się, kiedy jestem spięta albo zbyt pobudzona – napuściłam wody do wanny i dodałam do niej soli ziołowych. Włączyłam płytę Leonarda Cohena na cały regulator i kiedy się moczyłam, on śpiewał mi o przyszłości. Sąsiedzi będą musieli to wytrzymać. Po wyjściu z wanny, zadzwoniłam do Katy, ale odpowiedziała mi tylko automatyczna sekretarka. Potem podzieliłam się mlekiem i ciastkami z Birdiem, który wolał mleko, postawiłam naczynia na blacie i powlokłam się do łóżka.

Niepokój niezupełnie mnie opuścił. Sen nie nadchodził i przez jakiś czas i leżałam w łóżku, patrząc na cienie na suficie i walcząc ze sobą, żeby nie zadzwonić do Pete'a, na co przyszła mi nagła ochota. Nienawidziłam siebie za to. że potrzebowałam go w takich sytuacjach, że pragnęłam jego siły, kiedy byłam zdenerwowana. Poprzysięgłam sobie, że zerwę z tym zwyczajem.

W końcu pogrążyłam się we śnie, jak w wirze, który wyssał ze mnie myśli o Peterze, Katy, Gabby i o morderstwach. Dobrze się stało. Dzięki temu miałam siłę przetrwać następny dzień.

8

Spałam twardo do piętnaście po dziewiątej następnego ranka. Przeważnie nic mogę sobie długo pospać, ale akurat był piątek, 14 czerwca, dzień St. Jean Baptiste'a, La Fete Nationale du Quebec i rozkoszowałam się słodkim lenistwem, dozwolonym w takich dniach. Święto św. Jana Chrzciciela jest najważniejszym świętem w prowincji, więc prawie wszystko jest zamknięte i tego ranka nie znajdę pod drzwiami wydania Gazette, więc zrobiłam kawę, po czym poszłam do sklepu na rogu po jakąś inną gazetę. Dzień był słoneczny, a powietrze przejrzyste, świat promieniował życiem. Przedmioty i ich cienie widać było bardzo wyraźnie, mnogością odcieni zaskakiwały kolory cegieł i drewna, metalu i farb, trawy i kwiatów. Niebo było rozświetlone i nie było na nim nawet śladu chmur, jego kolor przypominał mi niebieski z obrazków świętych z mojego dzieciństwa, ten fantastyczny, delikatny niebieskozielonawy odcień. Jestem przekonana, że podobałby się świętemu Janowi.

Powietrze poranka było ciepłe i aksamitne, a w dodatku unosił się w nim niebiański zapach kwitnących petunii, wiszących w skrzynkach pod oknami. Przez cały ostatni tydzień wzrastała temperatura, powoli, ale bez przerwy i każdy dzień był cieplejszy od poprzedniego. Na dzisiaj przepowiadano trzydzieści dwa stopnie Celsjusza. Szybko sobie przeliczyłam – mniej więcej osiemdziesiąt dziewięć stopni Farrenheita. Rzeka oblewająca wyspę, na której położony jest Montreal, zapewnia stałą, wysoką wilgotność powietrza. Hurra! Będzie taki dzień, jak w Karolinie: upalny i wilgotny. Dorastałam na południu, więc uwielbiam taką pogodę.

Kupiłam Le Journal de Montreal. “Największy francuskojęzyczny dziennik w Ameryce" nie był taki drobiazgowy, jak angielskojęzyczny Gazette ukazał się w dzień wolny od pracy. Wracając do domu, rzuciłam okiem na pierwszą stronę. Nagłówek był wypisany ośmiocentymetrowymi literami w kolorze nieba: BONNE FETE QUEBEC!

Pomyślałam o paradzie i koncertach, które odbędą się w Parć Maisonneuve, o morzu potu i piwa, które spłynie dzisiejszego dnia, i o politycznej i przepaści dzielącej mieszkańców Quebecu. Perspektywa jesiennych wyborów podminowywała atmosferę i ci dążący do utworzenia z Quebecu niepodległego państwa żywili nadzieję, że nastąpi to właśnie w tym roku. Koszulki i plakaty już krzyczały: L'an prochain mon pays! Za rok mój własny kraj! Mam nadzieję, że przemoc nie splami tego dnia.

Wróciwszy do domu, nalałam sobie kawy, przygotowałam miseczkę musli i rozpostarłam gazetę na stole w jadalni. Jestem uzależniona od wiadomości. Już po kilku dniach bez gazety, kiedy to zaspokajam ciekawość informacjami telewizyjnymi o jedenastej, muszę mieć kontakt ze słowem pisanym. Gdy podróżuję, to po przyjeździe najpierw znajduję CNN, a dopiero potem zaczynam się rozpakowywać. W ciągu tygodnia jestem zbyt zajęta uczeniem albo pracą w laboratorium, żeby móc czytać, więc nieodłącznie towarzyszą mi głosy z “Serwisów porannych" i “O wszystkim po trochu" i wiem, że jak nadejdzie weekend, to sobie odbiję.

Nie mogę pić, nienawidzę dymu papierosowego, a przez ostatni rok moje życie seksualne też pozostawiało wiele do życzenia, więc w sobotnie ranki urządzałam sobie gazetowe orgie, godzinami czytając o najbłahszych szczegółach. Nie chodzi o to, że w gazetach są jakieś nowe wiadomości. Nie ma. Zdaję sobie z tego sprawę. Jest tak, jak z kulami w bilardzie – zawsze gra się tymi samymi. Cały czas powtarzają się te same zdarzenia. Trzęsienie ziemi. Zamach stanu. Wojna handlowa. Branie zakładników. Ja po prostu muszę wiedzieć, które kule są w grze danego dnia.

Le Journal zawsze publikuje krótkie artykuły i jest w nim dużo zdjęć. Chociaż nie jest to mój ulubiony The Christian Science Monitor, jakoś ujdzie. Birdie znal już moje nawyki i ulokował się na krześle obok. Nigdy nie jestem pewna, czy pragnie mojego towarzystwa, czy resztek po musli. Wyprężył grzbiet, położył się z podciągniętymi pod siebie równo łapami i wlepił we mnie swoje okrągłe, żółte oczy, jakby szukał rozwiązania jakiejś kociej tajemnicy. Kiedy czytałam, czułam jego spojrzenie na policzku.

Znalazłam to na drugiej stronie, między artykułem o uduszonym księdzu a relacją z Mistrzostw Świata w piłce nożnej,

ZNALEZIONO ZAMORDOWANĄ I OKALECZONĄ KOBIETĘ

Wczoraj po południu w domu we wschodniej części miasta znaleziono ciało zamordowanej i brutalnie zmasakrowanej dwudziestoczteroletniej kobiety. Ofiara, zidentyfikowana jako Margaret Adkins, była matką dziesięcioletniego chłopca. Wiadomo, że Mme Adkins jeszcze żyła o dziesiątej rano, kiedy to rozmawiała z mężem przez telefon. Jej brutalnie pobite i okaleczone ciało znalazła jej siostra około południa.

Według policji CUM, nie było śladów włamania i nie wiadomo, jak napastnik dostał się do domu. Autopsję w Laboratoire de Medecine Legale przeprowadził doktor Pierre LaManche. Amerykanka doktor Temperance Brennan, antropolog sądowy i ekspert w dziedzinie uszkodzeń kości, bada obecnie szkielet ofiary, żeby ustalić, czy są na nim ślady noża…

Na resztę artykułu składała się mieszanka spekulacji dotyczących ostatnich godzin życia ofiary, kilku informacji o jej życiu, chwytającej za serce relacji z reakcji bliskich na jej śmierć i obietnicy, że policja robi wszystko, co w jej mocy, żeby ująć mordercę.

Artykułowi towarzyszyło kilka zdjęć, ukazujących główne osoby dramatu. Na fotografiach o różnych odcieniach szarości widać było mieszkanie, schody, policjantów i pracowników prosektorium pchających wózek z ciałem zamkniętym w worku. Sąsiedzi stojący wzdłuż chodnika, za policyjną taśmą, ich ciekawość widoczna na ziarnistym, czarno-bialym zdjęciu. Wśród ludzi za taśmą rozpoznałam Claudela, który stał ze wzniesioną ręką, jak u dyrygenta szkolnego zespołu w liceum. Okrągłe zdjęcie przedstawiało zbliżenie Margaret Adkins, była to nieostra, ale przyjemniejsza wersja twarzy, którą widziałam na stole prosektoryjnym.

Inna fotografia pokazywała starszą kobietę z rozjaśnionymi, kręconymi włosami, przylegającymi ciasno do jej głowy, i małego chłopca w krótkich spodniach i koszulka z napisem Expos. W środku stał brodaty mężczyzna w okularach z metalowymi oprawkami i obejmował ich w opiekuńczym geście – trzymał ręce na ich ramionach. Wszyscy troje patrzyli ze strony gazety ze smutkiem i zakłopotaniem w oczach, tak charakterystycznym dla ludzi, których dotknęła brutalna zbrodnia. Był to wygląd, który znałam aż za dobrze. Podpis identyfikował ich jako matkę, syna i faktycznego męża ofiary.

Byłam skonsternowana, patrząc na trzecie zdjęcie: to ja w czasie ekshumacji. Znałam je. Zrobione w 1992 roku i trzymane w odwodzie. Często wydobywano je z kartoteki i publikowano. Byłam, jak zwykle przedstawiana jako “…une anthropologiste americaine".

– Cholera!

Birdie gwałtownie ruszył ogonem i spojrzał na mnie z dezaprobatą. Nie obchodziło mnie to. Poprzysięgłam sobie, żeby przez cały weekend nie mysleć o morderstwach, a teraz z tego nici. Powinnam była wiedzieć, że w dzisiejszej gazecie znajdzie się artykuł dotyczący ostatniej zbrodni. Dopiłam resztkę zimnej kawy i zadzwoniłam do Gabby. Brak odpowiedzi. Chociaż mogło być tysiąc powodów, dla których nie było jej w domu, to też mnie wyprowadziło z równowagi.

Poszłam do sypialni, żeby się przebrać do Tai Chi. Grupa normalnie spotykała się we wtorkowe wieczory, ale z powodu wolnego dnia przegłosowano, żeby spotkać się dodatkowo dzisiaj. Nie byłam pewna, czy mam ochotę iść, ale artykuł i nieobecność Gabby ułatwiły podjęcie decyzji. Przynajmniej przez godzinę albo dwie będę miała spokojny umysł.

Znowu się pomyliłam. Półtorej godziny “głaskania ptaka", “płynnego machania rękoma" i “igły na dnie morza" nie wprawiły mnie w świąteczny nastrój. Byłam tak rozproszona, że przez całe zajęcia nie mogłam się zsynchronizować z innymi, a wychodząc czułam się jeszcze gorzej, niż przed przyjściem.

Jadąc do domu, włączyłam radio, zdecydowana pokierować swoimi myślami tak, jak pastuch troszczy się o swoje stado – karmić frywolne, a opędzać się od makabrycznych. Za wszelką cenę chciałam jeszcze uratować. weekend.

“…została zabita wczoraj między dziesiątą a dwunastą. Mme Adkins była umówiona ze swoją siostrą, ale nie stawiła się na spotkanie. Ciało znaleziono przy Desjardins 6327. Policja nie znalazła żadnych śladów włamania i podejrzewa, że Mme Adkins mogła znać napastnika".

Wiedziałam, że powinnam zmienić stację. Zamiast tego jednak pozwoliłam dać się zahipnotyzować głosowi. Wiadomości wydobywały na powierzchnię tylko to, co jedynie chwilowo zostało wypchnięte z mojej świadomości. Moja frustracja powróciła ze zdwojoną siłą i wiedziałam na pewno, że szansę na dobry nastrój podczas tego długiego weekendu zostały już na dobre zaprzepaszczone.

“…wyników autopsji nie ujawniono. Policja przeczesuje wschodnie dzielnice Montrealu, przepytując wszystkich, którzy znali ofiarę. Ta zbrodnia jest dwudziestym szóstym zabójstwem popełnionym w tym roku na terenach podległych CUM. Policja prosi wszystkich posiadających jakieś informacje mogące okazać się pomocne w śledztwie o telefon do wydziału zabójstw pod numer 555-2052".

Bezwiednie podjęłam decyzję, żeby pojechać do laboratorium. Moje ręce kierowały, a nogi obsługiwały pedały. W niecałe dwadzieścia minut byłam na miejscu, ale cały czas nie bardzo wiedziałam, czemu ma służyć ta wiizyta.

W budynku SQ zamiast normalnego rwetesu, panowała cisza i było w nim tylko kilku pechowców. Strażnicy przyglądali mi się podejrzliwie, ale nic nie powiedzieli. Może chodziło im o moją kitkę i dres, ale równie dobrze mogli być po prostu niezadowoleni z tego, że pełnią służbę w święto. Nie obchodziło mnie to.

Skrzydła, w których mieściły się LML i LSJ, były zupełnie opuszczone. Puste biura wydawały się odpoczywać, przygotowując się na wznowienie aktywności po długim, upalnym weekendzie. Mój gabinet zastałam w takim stanie, w jakim go zostawiłam, długopisy i pisaki ciągle leżały w nieładzie na biurku. Kiedy je podniosłam, moje oczy błąkały się po nie dokończonych raportach, nie skatalogowanych slajdach i będącymi w trakcie badaniach nad szwami szczękowymi. Puste oczodoły moich rozlicznych czaszek patrzyły na mnie tępo.

Ciągle nie wiedziałam, po co ja tu właściwie przyjechałam i co miałam zamiar robić. Czułam się spięta i nie w nastroju. Ponownie pomyślałam o doktor Lentz. To ona uzmysłowiła mi to, że jestem uzależniona od alkoholu i to, że coraz bardziej oddalałam się od Pete'a. Delikatnie, ale nieustępliwie jej słowa odsłaniały strupy, pod którymi kryły się moje prawdziwe uczucia. “Tempe – mawiała. – Czy ty zawsze musisz sama wszystkiego dopilnować? Czy nikomu innemu nie można zaufać?"

Może miała rację. Może rzeczywiście starałam się uciec przed poczułem winy, które zawsze mnie gnębiło, gdy nie mogłam rozwiązać jakiegoś problemu. Może po prostu unikałam bezczynności i poczucia nieprzystosowania, które jej towarzyszyło. Przekonywałam siebie, że śledztwo w sprawie morderstwa nie należy do moich obowiązków, że to na detektywach z wy-ilziału zabójstw ciąży odpowiedzialność i że moim zadaniem jest służenie im moimi technicznymi umiejętnościami. Łajałam się za to, że znalazłam się tutaj tylko dlatego, że nie miałam nic innego do roboty. Nie pomagało.

Chociaż widziałam, że moje argumenty nie są pozbawione logiki, kiedy skończyłam zbierać długopisy i pisaki, cały czas byłam przeświadczona, że muszę coś zrobić. To przeświadczenie cały czas mnie nękało, tak, jak chomik nieustannie podgryza marchewkę. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że umknął mi jakiś drobiazg, który miał ogromne znaczenie w tych kilku przypadkach, ale jeszcze nie rozumiałam, jaki. Musiałam coś zrobić.

Wyjęłam skoroszyt z szafki, gdzie trzymam dane dotyczące starych spraw, i jeden ze stosu, na którym leżą dokumenty dotyczące bieżących spraw. Położyłam je obok dossier Adkins. Trzy żółte skoroszyty. Trzy kobiety. Trzy kobiety pozbawione życia i okaleczone z psychopatycznym okrucieństwem. Trottier. Gagnon. Adkins. Kobiety te mieszkały daleko od siebie, pochodziły z różnych środowisk, były w różnym wieku i różniły się od siebie wyglądem, ale nie mogłam się pozbyć przekonania, że ta sama ręka zarżnęła wszystkie trzy. Claudel dostrzegał tylko różnice. Ja musiałam znaleźć jakiś, związek, coś, co go przekona, że się myli.

Wyrwałam kartkę papieru w linię, narysowałam na niej prowizoryczną tabelę i w nagłówkach kolumn wpisałam kategorie, które uważałam za mogące być pomocne. Wiek. Rasa. Kolor i długość włosów. Kolor oczu. Wzrost. Strój, w jakim ostatnio je widziano. Stan cywilny. Język. Grupa etniczna/religia. Miejsce/rodzaj mieszkania. Miejsce/rodzaj zatrudnienia. Data i godzina i śmierci. Co zrobiono z ciałem po śmierci. Miejsce znalezienia ciała.

Zaczęłam od Chantale Trottier, ale szybko zdałam sobie sprawę, że w dokumentach, które posiadam nie znajdę wszystkich potrzebnych mi danych. Chciałam przejrzeć pełne raporty policyjne i zdjęcia z miejsc zbrodni. Spójrzałam na zegarek – za piętnaście druga. Sprawa Trottier była prowadzona przez SQ, więc zdecydowałam się zjechać na pierwsze piętro. Sądziłam, że w sali wydziału zabójstw będzie raczej pustawo, więc może to odpowiedni moment, żeby poprosić o to, co chcę.

Miałam rację. Przestronna sala była prawie pusta, a przy większości szarych, metalowych biurek nikogo nie było. Po drugiej stronie sali przebywało tylko trzech mężczyzn. Dwóch siedziało naprzeciwko siebie przy sąsiednich biurkach, na których leżały stosy skoroszytów i stały stojaki, które aż kipiały od papierów.

Wysoki i chudy mężczyzna z zapadniętymi policzkami i z włosami koloru ręcznie polerowanej cyny, siedział odchylony na krześle, a skrzyżowane w kostkach nogi trzymał na biurku. Nazywał się Andrew Ryan. Mówił po francusku twardo i z akcentem typowym dla anglojęzycznych mieszkańców Quebecu, wymachując w powietrzu długopisem. Jego marynarka była przewieszona przez oparcie krzesła, a jej rękawy kołysały się w rytm wymachującej długopisem ręki. Ten widok przypominał mi strażaków w remizie, rozluźnionych, ale w każdej chwili gotowych do akcji.

Partner Ryana siedział po przeciwnej stronie biurka i patrzył na niego. Głowę miał przekrzywioną w jedną stronę, jak kanarek przyglądający się twarzy na zewnątrz klatki. Był niski i dobrze zbudowany, chociaż jego ciało zaczynało już gdzieniegdzie się zaokrąglać, jak to bywa w średnim wieku. Swoją nienaganną opaleniznę musiał zawdzięczać wizytom w solarium, a jego gęste, czarne włosy były modnie ostrzyżone i starannie uczesane. Wyglądał jak przyszły aktor na planie zdjęciowym filmu reklamowego. Podejrzewałam, że nawet jego wąsami zajmował się jakiś profesjonalny fryzjer. Na drewnianej tabliczce stojącej na jego biurku widniał napis Jean Bertrand.

Trzeci mężczyzna, siedzący na krawędzi biurka Bertranda, przysłuchiwał się żartobliwej rozmowie, przyglądając się frędzlom na swoich włoskich mokasynach. Kiedy go zobaczyłam, zrzedła mi mina.

– …jak koza srająca żużlem.

Jednocześnie wybuchnęli śmiechem. Ich głosy były chrapliwe i dudniące, co jest chyba typowe, kiedy mężczyźni śmieją się z seksistowskich dowcipów. Claudel spojrzał na zegarek.

Bez paranoi, Brennan, powiedziałam sobie. Weź się w garść. Odchrząknęłam i zaczęłam kluczyć przez labirynt biurek. Trio zamilkło i wszyscy zwrócili się w moją stronę. Kiedy detektywi SQ mnie rozpoznali, wstali i uśmiechnęli się. Claudel nie. Nawet nie próbując pokryć swojego niezadowolenia, zgiął i spuścił nogę, po czym ponownie wlepił wzrok we frędzel, odwracając oczy tylko po to, żeby spojrzeć na zegarek.

– Doktor Brennan? Jak się pani miewa? – spytał Ryan, wyciągając do mnie rękę. – Była pani ostatnio w Stanach?

– Od kilku miesięcy nie. – Jego uścisk był mocny.

– Już od jakiegoś czasu chciałem spytać, czy kiedy pani tam jedzie, zabiera pani ze sobą kałasznikowa?

– Nie, trzymamy je tylko w domu. Nabite.

Byłam przyzwyczajona do ich dowcipów na temat przemocy w Stanach.

– A czy mają tam już toalety w domach? – spytał Bertrand. Jego ulubionym tematem było Południe.

– W co większych hotelach – odparłam.

Z nich trzech tylko Ryan wyglądał na zażenowanego.

Kiedyś Andrew Ryan nie był wymarzonym kandydatem na detektywa wydziału zabójstw w SQ. Urodzony w Nowej Szkocji, był jedynym synem pary Irlandczyków. Oboje byli lekarzami wykształconymi w Londynie i przyjechali do Kanady, znając tylko angielski. Oczekiwali, że syn zrobi karierę, więc, cierpiąc z powodu własnej nieznajomości francuskiego, poprzysięgli sobie, że ich syn nauczy się tego języka.

Już podczas pierwszych lat na uniwersytecie w St. Francis Xavier, rzeczy zaczęły iść nie po ich myśli. Skuszony życiem na krawędzi, Ryan popadł w kłopoty z alkoholem i lekami. Rzadko bywał w kampusie, bo zdecydowanie bardziej odpowiadała mu atmosfera ciemnych, śmierdzących piwem nor odwiedzanych przez członków gangów motocyklowych i handlarzy narkotyków. Zaznajomił się z miejscową policją i jego orgie alkoholowe często kończyły się na podłodze celi w kałuży własnych wymiocin. Aż pewnego wieczora trafił do szpitala St. Martha po tym, jak jakiś uzależniony od kokainy narkoman dźgnął go w szyję, o mało co nie rozcinając mu tętnicy szyjnej.

Podobnie jak z nawróconymi chrześcijanami, jego zmiana była szybka i pełna. Cały czas pociągało go życie na marginesie, więc po prostu przeszedł na drugą stronę barykady. Skończył studia z zakresu kryminologii, złożył podanie o pracę w SQ, dostał ją i tak doszedł do stopnia porucznika.

Czas spędzony na ulicy okazał się bardzo pomocny. Pomimo że zazwyczaj był uprzejmy i delikatny, Ryan cieszył się reputacją awanturnika, który znał mętów od podszewki i potrafił sobie z nimi radzić. Nigdy z nim nie współpracowałam. Wszystkiego tego dowiedziałam się od jego kolegów. Nigdy nie słyszałam krytycznej uwagi o Andrew Ryanie.

– Co pani dzisiaj tutaj robi? – spytał. Wyciągnął swoje długie ramię w stronę okna. – Powinna pani bawić się razem z innymi.

Zauważyłam cienką bliznę wystającą spod kołnierzyka i pnącą się do góry wzdłuż szyi. Była gładka i błyszcząca, jak wąż z lateksu.

– Chyba nie bardzo mam z kim. A nie bardzo wiem, co ze sobą zrobić, kiedy wszystkie sklepy są pozamykane.

Powiedziałam to, odgarniając z czoła grzywkę. Uświadomiłam sobie, że jestem w dresie, i poczułam się nieswojo, widząc ich nienagannie skrojone ubrania. Wszyscy trzej wyglądali jak z reklamy “Pana".

Bertrand wyszedł zza biurka i wyciągnął do mnie rękę, kiwając głową i uśmiechając się. Uścisnęłam ją. Claudel cały czas nie patrzył na mnie. Był mi tutaj potrzebny jak ropna angina.

– Zastanawiałam się, czy mogłabym rzucić okiem na dane dotyczące pewnej sprawy z zeszłego roku. Chantale Trottier. Została zamordowana w październiku 93-ego. Jej ciało znaleziono w St. Jerome.

Bertrand strzelił palcami i wycelował jednego we mnie.

– Tak. Pamiętam tę sprawę. Dziewczynę znaleziono na śmietnisku. Ciągle nie złapaliśmy sukinsyna, który ją załatwił.

Kątem oka zauważyłam, że Claudel spojrzał na Ryana. Chociaż ledwo ruszył oczyma, wzbudził tym moją ciekawość. Podejrzewałam, że Claudel nie przyszedł tutaj w celach towarzyskich i byłam pewna, że rozmawiali o wczorajszym morderstwie. Ciekawiło mnie, czy rozmawiali też o Gagnon i Trottier.

– Jasne – odparł Ryan, uśmiechając się sztywno. – Niech pani weźmie, co jest pani potrzebne. Myśli pani, że znajdzie tam coś, co przegapiliśmy?

Sięgnął po papierosy i wytrząsnął jednego. Włożył go do ust i wyciągnął paczkę w moją stronę. Potrząsnęłam głową.

– Nie, nie. Nie o to chodzi – odparłam. – U siebie na górze mam dwa przypadki, które uporczywie przypominają mi o Trottier. Tak naprawdę wcale nie wiem, czego szukam. Chcę tylko przejrzeć zdjęcia i może raport z miejsca zbrodni.

– Tak, znam to uczucie – powiedział, wydmuchując dym z boku ust. Nawet jeśli wiedział, że któryś z moich przypadków jest tym, którym zajmuje się Claudel, to nie dał tego po sobie poznać. – Czasami trzeba po prostu zdać się na instynkt. A o co chodzi?

– Wydaje jej się, że grasuje psychopata, który ma na sumieniu wszystkie morderstwa od czasów wampira z Rostowa.

Powiedział to matowym głosem i zauważyłam, że znowu wpatruje się w swoje frędzle. Jego usta prawie się nie poruszały, kiedy mówił. Wydawało mi się, że nie próbował ukryć pogardy. Odwróciłam się od niego i zignorowałam go.

Ryan uśmiechnął się do Claudela.

– Daj spokój, Luc, wyluzuj się, nigdy nie zaszkodzi jeszcze raz sprawdzić. Jeśli brać pod uwagę to, ile czasu już minęło od tamtej zbrodni, to nie wykazaliśmy się rewelacyjnym tempem.

Claudel żachnął się i potrząsnął głową. Ponownie spojrzał na zegarek.

Potem zwrócił się do mnie.

– A o czym pani myśli?

Nim zdążyłam odpowiedzieć, gwałtownie otworzyły się drzwi i Michel Charbonneau wpadł z impetem do sali. Ruszył podekscytowany w naszą stronę, klucząc między biurkami, wymachując jakimś papierem w lewej ręce.

– Mamy go – powiedział. – Mamy skurwiela!

Był czerwony na twarzy i ciężko oddychał.

– Czas najwyższy – rzekł Claudel. – Niech no rzucę okiem.

Odzywał się do Charbonneau tak, jakby to był chłopiec na posyłki, ale był tak niecierpliwy, że nie zwracał najmniejszej uwagi na zachowanie choćby pozorów kurtuazji.

Charbonneau zmarszczył brwi, ale podał kartkę Claudelowi.

Trzej mężczyźni pochylili się nad nią, ich głowy były bardzo blisko siebie, jak aktorów sprawdzających tekst sztuki. Stali odwróceni do Charbonneau plecami.

– Ten półgłówek użył jej karty bankowej godzinę po tym, jak ją załatwił. Wyraźnie gościowi nie dość było rozrywki jak na jeden dzień, bo poszedł do bankomatu na rogu, żeby wyciągnąć trochę kasy. Tylko, że to nie jest miejsce dla biedaków, więc zainstalowali kamerę skierowaną na bankomat. Nabrała transakcję i, voila, mamy prezent od Kodaka!

Skinął głową w stronę odbitki.

– Przystojniak to raczej z niego nie jest, co? Wybrałem się tam dzisiaj z tym zdjęciem, ale pracujący na nocnej zmianie sprzedawca nie znał nazwiska tego gościa. Wydaje mu się jednak, że zna jego twarz z widzenia. Powiedział, żebyśmy pogadali z facetem, który go zmienia o dziewiątej. Wygląda na to, że nasz gościu jest tam stałym klientem.

– Cholera jasna – rzucił Bertrand.

Ryan w milczeniu wpatrywał się w zdjęcie. Wysoki i chudy, stał zgarbiony nad swoim niższym partnerem.

– Skoro to jest ten kutas – powiedział Claudel, przyglądając się jego wizerunkowi – dobierzmy mu się do skóry.

– Chcę jechać z wami.

Zapomnieli o mnie. Wszyscy czterej odwrócili się w moją stronę, detektywi SQ byli nieco rozbawieni i ciekawi, co będzie dalej.

– C'est impossible – zastrzegł Claudel, jako jedyny w tej chwili używający francuskiego. Twarz mu zesztywniała, a pod policzkami uwypukliły się mięśnie. W jego oczach nie było uśmiechu.

Chce pojedyneku, niech ma.

– Sierżancie detektywie Claudel – zaczęłam po francusku, bardzo starannie dobierając słowa. – Wydaje mi się, że widzę wyraźne podobieństwa łączące kilka ofiar zabójstw, których ciała badałam. Skoro tak jest, być może to jeden człowiek, psychopata, jak go pan określa, stoi za tymi wszystkimi i zbrodniami. Może mam rację, a może się mylę. Czy naprawdę chce pan wziąć na siebie odpowiedzialność za odrzucenie tej możliwości i ryzykowanie życia kolejnych Bogu ducha winnych ofiar?

Byłam uprzejma, ale stanowcza. Ja również nie byłam rozbawiona.

– Do diabła, Luc, niech pojedzie z nami – odezwał się Charbonneau – Przepytamy tylko kilku ludzi,

– No dalej, i tak musimy złapać tego faceta, niezależnie od tego, czy z nią, czy bez niej – wtrącił się Ryan.

Claudel nic nie powiedział. Wyciągnął klucze, włożył zdjęcie do kieszeń i szybkim krokiem ruszył w stronę drzwi.

– No to spadamy – dodał Charbonneau.

Miałam przeczucie, że zanosi się na kolejny długi dzień.

9

Dotarcie na miejsce nie było łatwe. Kiedy Charbonneau przedzierał się na zachód wzdłuż De Maisonneuve, siedziałam z tyłu i wyglądałam przez okno, nic zwracając uwagi na trzeszczące radio. Popołudnie było niezwykle parne. Kiedy brnęliśmy przez miasto, widziałam fale gorącego powietrza wznoszące się z chodnika.

Montreal był ogarnięty patriotycznym ferworem. Lilijki były wszędzie, wisiały w oknach i na balkonach, zdobiły koszulki, czapki, krótkie spodnie, a nawet twarze, mnóstwo było flag i plakatów z ich wizerunkiem. Od Centreville na wschód, aż do Main, spocony tłum wypełniał ulice, blokując ruch, jak płytki krwi w tętnicy. Po ulicach we wszystkich kierunkach rozlewał się wielotysięczny, biało-niebieski tłum. Chociaż na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że nie przemieszcza się w żadnym konkretnym kierunku, to jednak rozgorączkowana ciżba parła na północ, w stronę Sherbrooke i parady. Punki szły ramię w ramię z matkami pchającymi przed sobą wózki z dziećmi. Uczestnicy i fantazyjne samochody z tancerzami ruszyły z St. Urbain o drugiej i przedzierały się powoli wzdłuż Sherbrooke na wschód. W tej chwili znajdowały się dokładnie przed nami.

Oprócz szumu klimatyzacji słyszałam mnóstwo śmiechu i z rzadka kawałki piosenek. Już doszło do jakichś bójek. Kiedy staliśmy na światłach na Amherst, widziałam, jak jakiś obwieś popchnął swoją dziewczynę na mur. Miał włosy koloru niemytych zębów, krótkie i sterczące na czubku głowy, a długie z tyłu. Jego biała skóra miała delikatny, zielonkawy odcień. Odjechaliśmy, więc nie mogliśmy zobaczyć, jak się rozwinie sytuacja, a ja przez chwilę jeszcze przed oczyma miałam wystraszoną twarz dziewczyny na tle piersi nagiej kobiety. Miała przymrużone oczy i usta w kształcie litery O, a za jej plecami wisiał plakat reklamujący wystawę Tamary de Lempickiej w Musee ileś Beaux Arts. “Une femme libre" krzyczał. “Wolna kobieta". Kolejny ironiczny prztyczek w nos od życia. Mam nadzieję, że dupek nie będzie się dzisiaj zbyt dobrze bawił. Może skończy się to dla niego opatrunkiem. Charbonneau zwrócił się do Claudela.

– Niech no jeszcze raz rzucę okiem na to zdjęcie. Claudel wyciągnął je z kieszeni. Charbonneau zaczął je oglądać, odrywając wzrok od drogi.

– Nie wygląda najlepiej, nie? – powiedział, nie zwracając się do nikogo konkretnie. Bez słowa podał mi zdjęcie do tyłu.

Wpatrywałam się w tę czarno-białą fotografię, zbliżenie ze stop-klatki. Widać było, że kamera wisiała wysoko i z prawej strony bankomatu. Zdjęcie przedstawiało rozmytą, męską sylwetkę z odwróconą twarzą, skupioną na wkładaniu bądź wyjmowaniu karty z bankomatu.

Jego krótkie, z przodu rzadkie włosy zakrywały czoło grzywką. Czubek głowy był prawie łysy, co starał się zasłonić, zaczesując jak najwięcej długich włosów z lewej na prawą stronę. Moja ulubiona męska fryzura. Mniej więcej równie atrakcyjna, jak kąpielówki.

Oczu strzegły krzaczaste brwi, a uszy sterczały mu jak płatki na bratkach. Jego skóra była trupio blada. Ubrany był w kraciastą koszulę i spodnie, które wyglądały na strój roboczy. Ziarnistość fotografii i ostry kąt, z którego i zrobiono zdjęcie, nie pozwalały na dostrzeżenie innych szczegółów. Musiałam przyznać rację Charbonneau. Nie wyglądał najlepiej. Szarak. Oddałam zdjęcie, nic nie mówiąc.

W Quebecu małymi, długo otwartymi sklepikami są depanneury. Są wszędzie, gdzie na osłoniętej powierzchni zmieści się kilka półek i lodówka. Rozsiane po całym mieście, depanneury utrzymują się ze sprzedaży podstawowych produktów spożywczych, nabiału i alkoholu. Są w każdej dzielnicy, jak włoskowate naczynia krwionośne dochodzą wszędzie i zaspokajają potrzeby okolicznych mieszkańców i niezbyt zamożnych turystów. Zawsze można w nich dostać mleko, papierosy, piwo i tanie wino – wybór towarów jest dostosowany do wymogów dzielnicy. Daleko im do elegancji i nie ma przy nich miejsc do parkowania. W tych o najwyższym standardzie można czasami znaleźć bankomat. Właśnie do jednego z takich jechaliśmy.

– Rue Berger? – spytał Charbonneau Claudela.

– Oui. Skręca na południe od Ste. Catherine. Przejedź Renę Levesque 3 do St. Dominique, a potem jedź znowu na północ. Lepiej tak, bo tam jest straszna plątanina jednokierunkowych,

Charbonneau skręcił w lewo i powoli przesuwał się na południe. Był niecierpliwy i uporczywie wciskał gaz, chociaż co chwilę musiał hamować, przez co samochód rzucało raz do przodu, a raz do tyłu. Czułam lekkie mdłości, więc skoncentrowałam się na tym, co działo się w butikach, bistrach! i przed ceglanymi budynkami L'Univeriste du Quebec, które stały wzdłuż St. Denis.

– Sacre bleu!

– Ca-lice! – psioczył Charbonneau, kiedy zielona toyota kombi zajechała mu drogę.

– A masz, draniu – dorzucił, kiedy przyhamował i delikatnie uderzył toyotę w zderzak. – Zobaczcie sami, co za brudas.

Claudel nie zwracał na niego uwagi, wyraźnie był przyzwyczajony do dzikiej jazdy swojego partnera. Pomyślałam o aviomarinie, ale nic nie powiedziałam.

W końcu dotarliśmy do Renę Levesque i skręciliśmy na zachód, po czym ruszyliśmy na północ, żeby wjechać na St. Dominique. Zawróciliśmy na Ste. Catherine i znowu znalazłam się w Main, niecały kwartał od dziewczyn Gabby. Berger jest jedną z szachownicy bocznych uliczek wciśniętych między St. Laurent i St. Denis. Mieliśmy ją dokładnie przed sobą.

Charbonneau skręcił za rogiem i zaparkował przy krawężniku przed Depanneur Berger.

Wypłowiały szyld nad drzwiami obiecywał “biere et vin". Niezbyt czyste okna przykrywały wyblakłe od słońca plakaty reklamowe, a przytrzymująca je taśma była pożółkła i tak stara, że odklejała się od powierzchni. Na parapecie poniżej leżało dużo martwych much, te, które zmarły później, były na wierzchu. Metalowe kraty chroniły szyby. Dwóch staruszków siedziało na krzesłach po obu stronach wejścia.

– Gościu nazywa się Halevi – powiedział Charbonneau, sprawdzając to w notatniku. – Pewnie nie będzie miał zbyt wiele do powiedzenia.

– Nigdy nie mają. Może mu się poprawi pamięć, jak go trochę przyciśniemy – odparł Cłaudel, zatrzaskując drzwi od samochodu.

Staruszkowie przyglądali się nam w milczeniu.

Kiedy weszliśmy, zadźwięczał wisiorek z mosiężnych dzwoneczków. W środku było gorąco, pachniało kurzem, przyprawami i starymi kartonami. Dwa rzędy półek, opierających się o siebie plecami, biegły przez cały sklep, Iworząc główną aleję w środku i dwie boczne. Na zakurzonych półkach leżały starzejące się puszki i różne pakowane towary.

W stojącej po przeciwległej stronie sklepu, w prawym rogu zamrażarce stały ogromne słoje orzechów, suszony groszek i mąka. W jednym z kątów leżała zbieranina przywiędłych warzyw. Lodówka była reliktem przeszłości i już nie chłodziła.

Wzdłuż lewej ściany stały lodówki z winem i piwem. W jednej stojącej z tyłu i otwartej, przysłoniętej plastikiem, żeby zapobiec uciekaniu zimna, leżało mleko, oliwki i ser feta. Po jej prawej stronie, w przeciwległym rogu, stał bankomat. Oprócz tego, sklep wyglądał tak, jakby go nie odnawiano od czasów, kiedy Alaska została przyłączona do Stanów.

Lada z kasą znajdowała się tuż na lewo od drzwi wejściowych. Siedział za nią pan Halevi i rozmawiał zapalczywie przez telefon komórkowy. Cały czas przesuwał rękę po swojej łysej głowie, gest wyraźnie odziedziczony po czasach, kiedy jeszcze miał włosy. Na plakietce wiszącej na kasie widniał napis głoszący UŚMIECHNIJ SIĘ. BÓG CIĘ KOCHA. Halevi wyraźnie nie wziął sobie do serca tej rady. Twarz miał czerwoną i był wyraźnie poirytowany. Stanęłam z boku i przyglądałam mu się.

Claudel zatrzymał się przy ladzie, dokładnie naprzeciw niego i odchrząknął. Halevi wysunął ku niemu otwartą dłoń i pokiwał głową w geście mówiącym “chwileczkę".

Wtedy Claudel wyciągnął swoją odznakę i pokiwał głową. Halevi nagle się zmieszał, powiedział coś szybko w hindi i rozłączył się. Jego oczy, ogromne za grubymi szkłami okularów, przeniosły się z Claudela na Charbonneau i z powrotem.

– Tak? – powiedział.

– Pan jest Bipin Halevi? – spytał po angielsku Charbonneau.

– Tak.

Charbonneau położył zdjęcie na ladzie.

– Niech pan się przyjrzy. Zna pan tego faceta?

Halevi odwrócił zdjęcie w swoją stronę i pochylił się nad nim, rozdygotanymi palcami przytrzymując rogi. Był nerwowy i bardzo starał się nam przypodobać, a przynajmniej sprawiać wrażenie, że jest skory do współpracy. Wielu właścicieli depanneurów sprzedaje papierosy z przemytu albo inne czarnorynkowe towary, więc wizyty policji są tu równie częste, jak rewizje ksiąg podatkowych.

– Nie sposób poznać człowieka na czymś takim. Czy to z kamery? Policjanci byli już tu wcześniej. Co ten człowiek zrobił?

Mówił śpiewnym angielskim, z intonacją typową dla mieszkańców północnych Indii.

– Nie orientuje się pan, kim on jest? – spytał Charbonneau, ignorując pytania.

Halevi wzruszył ramionami.

– Moich klientów nie pyta się o takie rzeczy. Poza tym, zdjęcie jest zbyt niewyraźne. I nie widać twarzy.

Poprawił się na stołku. Uspokajał się trochę, bo zrozumiał, że nic od niego nie chcą i że ma to coś wspólnego z kamerą bezpieczeństwa, którą już wcześniej skonfiskowała policja.

– Mieszka gdzieś w okolicy? – spytał Claudel.

– Mówię wam, że nie wiem.

– A może chociaż słabo przypomina panu kogoś, kto tu przychodzi? Halevi spojrzał na zdjęcie.

– Być może. Może, tak. Ale nie jestem pewien. Chciałbym być pomocny. Hmm… To może być człowiek, którego widziałem.

Charbonneau prześwidrował go wzrokiem, pewnie myśląc to samo, co ja. Czy Halevi starał się tylko być pomocny, czy naprawdę rozpoznaje człowieka ze zdjęcia?

– Kto to?

– Ja… Nie znam go. To tylko klient.

Halevi wyglądał na zakłopotanego.

– Czy ten facet przychodzi tu o stałej porze? Czy przychodzi z tej samej strony? Czy kupuje te same rzeczy? – Claudel zaczynał się irytować.

– Mówiłem już. Naprawdę nie wiem. Nie zwróciłem na niego uwagi. Pilnuję interesu. Ten facet wygląda jak wielu innych…

– Do której otwarty jest ten sklep?

– Do drugiej.

– Przychodzi w nocy?

– Być może.

Charbonneau notował w skórzanym notatniku. Jak na razie, dużo nie napisał.

– Pracował pan wczoraj po południu?

Halevi pokiwał głową.

– Był tłok, bo to był dzień przedświąteczny, nie? Może ludzie myśleli, że dzisiaj nie otworzę sklepu…

– Widział pan, jak ten facet wchodzi?

Halevi ponownie zaczął się przyglądać zdjęciu, obydwie ręce przesunął po głowie, po czym energicznie podrapał się w miejsce, gdzie miał jeszcze trochę włosów. Wypuścił powietrze i uniósł ręce w geście bezradności.

Charbonneau wsunął zdjęcie do notatnika i go zamknął. Położył swoją wizytówkę na ladzie.

– Jeśli coś się panu przypomni, Halevi, niech pan do nas zadzwoni. Dziękujemy za pana czas.

– Pewnie, pewnie – powiedział, a jego twarz rozpogodziła się po raz pierwszy od chwili, kiedy zobaczył odznakę. – Zadzwonię.

– Pewnie, pewnie – powtórzył Claudel, kiedy znaleźliśmy się na zewnątrz. – Ten gad zadzwoni, jak Matka Teresa zerżnie Saddama Husseina.

– Pracuje jako sprzedawca. Ma chili zamiast mózgu – dodał Charbonneau.

Kiedy ruszyliśmy w stronę samochodu, obejrzałam się za siebie. Dwóch staruszków ciągle siedziało po obu stronach wejścia. Wyglądali na wrośniętych w to miejsce, jak kamienne psy przed wejściem do świątyni buddyjskiej.

– Niech mi pan da na chwilę to zdjęcie – powiedziałam do Charbonneau.

Zdziwił się, ale wyjął je. Claudel otworzył w tym czasie drzwi od samochodu i buchnęło z niego gorące powietrze, jak z pieca hutniczego. Położył ramię na drzwiach, oparł nogę o samochód i przyglądał mi się. Kiedy przechodziłam z powrotem przez ulicę, powiedział coś do Charbonneau. Na szczęście, nie usłyszałam, co.

Podeszłam do starszego człowieka po prawej stronie. Był ubrany w czerwone, sportowe szorty, lekką bluzę bez rękawów i tenisówki. Jego kościste nogi znaczyły liczne żylaki, które wyglądały jakby ziemista, blada skóra była naciągnięta na poplątane spaghetti. Miał zapadłe, bezzębne usta. Z kącika ust zwisał mu papieros. Z nieskrywaną ciekawością patrzył, jak się zbliżam.

– Bonjour – powiedziałam.

– Hej – rzucił, pochylając się do przodu, żeby odlepić swoje spocone plecy od oparcia koślawego krzesła. Albo słyszał, jak rozmawiamy, albo rozpoznał mój akcent.

– Upalny dzień – odezwałam się po angielsku.

– Bywało gorzej. – Kiedy mówił, papieros podskakiwał mu w ustach.

– Mieszka pan gdzieś tutaj?

Wyciągnął chude ramię w stronę St. Laurent.

– Mogę pana o coś spytać?

Założył nogę na nogę i pokiwał głową,

Wręczyłam mu zdjęcie.

– Widział pan kiedyś tego człowieka?

Trzymał zdjęcie w wyciągniętej lewej ręce, a prawą osłaniał je od słońca. Dym snuł się po jego twarzy. Przyglądał się fotografii tak długo, że pomyślałam, iż może się zdrzemnął. Patrzyłam na biało-szarego kota, którego sierść gdzieniegdzie znaczyły nieregularne, brązowe plamy. Przeszedł pod jego krzesłem, obszedł budynek i zniknął za rogiem.

Drugi staruszek położył obie ręce na kolanach i podniósł się wzdychając. Jego skóra kiedyś musiała być jasna, ale teraz wyglądała, jakby siedział na tym krześle od stu dwudziestu lat. Poprawił szelki, pasek przytrzymujący jego robocze spodnie i powoli do nas podszedł. Rondo jego meksykańskiego kapelusza zrównało się z ramionami jego znajomego, po czym spojrzał na zdjęcie. W końcu staruszek z nogami jak spaghetti oddal mi zdjęcie.

– Rodzona matka by go nie poznała. Zdjęcie jest do dupy.

Drugi staruszek był innego zdania.

– Mieszka gdzieś tam – powiedział, wskazując pożółkłym palcem na stojący kawałek dalej budynek z brązowej cegły. Mówił z tak silnym miejscowym akcentem, że ledwo go rozumiałam. On też nie miał ani zębów, ani protezy i kiedy mówił, jego broda wydawała się sięgać nosa.

Kiedy zamilkł, wskazałam najpierw na zdjęcie, a potem na budynek, który mi pokazał. Pokiwał głową.

– Soment? Często? – spytałam.

– Mmm, oui – odparł, unosząc brwi i ramiona, wysuwając dolną wargę i poruszając rękoma z dłońmi raz skierowanymi ku górze, a raz w dół. Często. Tak sobie.

Drugi staruszek potrząsnął głową i żachnął się zniesmaczony.

Pokazałam Claudelowi i Charbonneau, żeby do mnie podeszli, i powiedziałam im, co oznajmił staruszek.

Claudel patrzył na mnie jak na uciążliwą muchę, którą trzeba tolerować. Spojrzałam mu w oczy, prowokując go, żeby coś powiedział. Wiedział, że powinni byli przepytać tych ludzi.

Bez komentarza, Charbonneau odwrócił się i wypytał obu staruszków. Claudel i ja staliśmy, przysłuchując się. Bardzo szybko mówili po francusku. Strasznie przeciągali samogłoski i połykali końcówki, więc mało co zrozumiałam z ich rozmowy. Ale gesty i mowa ciała były jednoznaczne. Człowiek w szelkach mówił, że mieszka kawałek dalej, a ten drugi zaprzeczał.

W końcu Charbonneau odwrócił się w naszą stronę. Skinął głową w kierunku samochodu, pokazując gestem, żebym ja i Claudel poszli za nim. Kiedy przechodziliśmy przez ulicę, czułam na sobie dwie pary przekrwionych oczu świdrujących moje plecy.

10

Upierając się o samochód, Charbonneau wytrząsnął jednego papierosa i zapalił go. Jego ciało było napięte jak struna. Przez chwilę milczał i wyglądał jakby porządkował to, co powiedział mu staruszek. W końcu zaczął mówić, jego zaciśnięte w prostą linię wargi prawie się nie ruszały.

– Co o tym myślicie? – spytał.

– Co jak co, ale na pewno spędzają tutaj dużo czasu – rzuciłam. Czułam, jak pod bluzą po moich plecach spływa kropelka potu.

– Może być z nimi naprawdę trudno dojść do ładu – zauważył Claudel.

– A może rzeczywiście widzieli sukinsyna – rzekł Charbonneau. Zaciągnął się głęboko, po czym strząsnął popiół środkowym palcem.

– Nie byli zbyt zgodni co do szczegółów – odparował Claudel.

– Tak – przytaknął Charbonneau. – Ale, jak widzieliśmy, gościu nie jest charakterystyczny, a tego rodzaju mutanty przeważnie nie rzucają się w oczy.

– A dziadek numer dwa był pewny swego – dodałam.

Claudel żachnął się.

– Ci goście mogą być pewni tylko tego, gdzie jest sklep z winem i bank krwi. To pewnie jedyne dwie instytucje, które potrafią znaleźć.

Charbonneau wziął ostatniego macha, upuścił niedopałek i zgasił go butem.

– Może nic z tego nie będzie, ale równie dobrze on tam może być. Ja nie chcę ryzykować. Uważam, że powinniśmy się rozejrzeć i zaaresztować, jeśli go znajdziemy.

Claudel ponownie wzruszył ramionami.

– Okej. Ale nie zamierzam się narażać. Zadzwonię po wsparcie. Z uniesionymi brwiami, ledwo zauważalnie kiwnął w moją stronę i spojrzał ponownie na Charbonneau.

– Ona mi nie przeszkadza – powiedział Charbonneau.

Potrząsając głową, Claudel obszedł samochód i wsiadł po stronie pasażera. Przez szybę widziałam, jak sięga po mikrofon.

Charbonneau zwrócił się do mnie.

– Niech pani będzie czujna – rzekł. – Jeśli coś się zacznie dziać, niech się pani rzuca na ziemię.

Doceniłam to, że nie powiedział mi, że mam niczego nie ruszać. Po niecałej minucie z samochodu wyłonił się Claudel.

– Allons-y- powiedział. Jedźmy.

Usiadłam z tyłu, a dwóch detektywów z przodu. Charbonneau włączył silnik i ruszyliśmy powoli wzdłuż ulicy. Claudel odwrócił się do mnie.

– Niech pani niczego tam nie rusza. Jeśli to facet, którego szukamy, nie chcemy, żeby coś poszło nie tak.

– Spróbuję – powiedziałam, starając się, żeby nie było słychać sarkazmu w moim głosie. – Jestem z tych bez testosteronu, więc czasem mam kłopoty z zapamiętywaniem takich rzeczy.

Głośno wypuścił powietrze z ust i wyprostował się. Jestem pewna, że gdyby miał publiczność, to by się głupawo uśmiechnął i przekręcił oczyma.

Charbonneau zatrzymał się przy krawężniku i wszyscy popatrzyliśmy na budynek. Obok niego były nie zabudowane działki. Pokruszony cement i żwir porastały chwasty i wszędzie walały się potłuczone butelki, stare opony i inne odpadki, które normalnie spotyka się na nie zabudowanym terenach miejskich. Na murze stojącym naprzeciwko pustej działki ktoś namalował spraya. Była na nim koza z karabinami maszynowymi zawieszonymi na jej uszach. W ustach trzymała ludzki szkielet. Zastanawiałam się, czy ktokolwiek poza artystą wiedział, o co chodzi.

– Staruszek nie widział go dzisiaj – powiedział Charbonneau, stukając palcami w kierownicę.

– O której zajęli stanowisko? – spytał Claudel.

– O dziesiątej – odparł Charbonneau. Spojrzał na zegarek, a ja i Claudel zrobiliśmy to samo. Pawłów byłby z siebie dumny: dziesięć po trzeciej.

– Może facet ma zwyczaj długo spać – podsunął Charbonneau. – A może jest zmęczony po swoim wczorajszym wypadzie…

– A może wcale go tu nie ma i tych dwóch klownów zrywa teraz boki ze śmiechu.

– Może.

Zauważyłam grupę dziewczyn przechodzących przez nie zabudowany plac. Trzymały się wzajemnie za ramiona w geście przyjaźni typowym dla nastolatków. Szły pośród chwastów, a kolory ich krótkich spodni tworzyły rzędy flag Quebecu. Wszystkie miały włosy splecione w ciasne warkocze i pomalowane na jaskrawoniebiesko. Kiedy patrzyłam, jak się trącają i śmieją w ten upalny dzień, myślałam, jak łatwo jakiemuś szaleńcowi na zawsze zgasić dobre nastroje tych młodych dziewcząt. Zdusiłam wzbierającą we mnie lalę gniewu. Czy to możliwe, że siedzimy niecałe dziesięć metrów od takiego potwora?

W tym momencie niebiesko-biały radiowóz cicho wśliznął się za nas. Charbonneau wysiadł i zaczął rozmawiać z funkcjonariuszami. Po chwili wrócił.

– Zabezpieczą tył – powiedział, kiwając w stronę radiowozu. W jego głosie czuć było zdenerwowanie i ani śladu sarkazmu. – Allons-y.

Kiedy otworzyłam drzwi, Claudel rozchylił usta, żeby coś powiedzieć, ale się rozmyślił i ruszył w stronę budynku. Ja i Charbonneau poszliśmy za nim. Zauważyłam, że rozpiął marynarkę, a jego prawa ręka, lekko zgięta w łokciu, była sztywna. Był przygotowany do szybkiej reakcji. Zastanawiałam się, na co?

Z budynkiem z czerwonej cegły od dawna nie sąsiadował już żaden inny. Śmieci pokrywały przyległe działki, na których bezładnie leżały duże betonowe bloki, jak głazy narzutowe po wycofaniu się lodowca. Przerdzewiały i chylący się ku ziemi plot biegł wzdłuż południowej strony budynku. Koza zwrócona była na zachód.

Trzy pary położonych blisko siebie, bardzo starych, białych drzwi wychodziły na poziomie ulicy Berger. Wylano przed nimi trochę asfaltu, który prowadził do krawężnika. Kiedyś był to pomalowany na czerwono chodnik, ale teraz miał kolor zaschniętej krwi.

W oknie przy trzecich drzwiach na zniszczonej i zszarzałej zasłonie wisiała przekrzywiona, ręcznie wypisana tabliczka. Przez brudne okno ledwo byłam w stanie przeczytać napis – “Chambres d louer, #1". Pokoje do wynajęcia. Claudel postawił jedną nogę na progu i wdusił wyższy z dwóch przycisków znajdujących się koło framugi drzwi. Żadnej odpowiedzi. Zadzwonił ponownie, a potem, po chwili, uderzył w drzwi ręką.

– Cholera was wzięła! – zaskrzeczał nagle, niemal tuż przy moim uchu czyjś głos.

Na ten dźwięk, serce skoczyło mi do gardła.

Odwróciłam się i zobaczyłam, że głos dobiegał z okna, od którego dzieliło mnie jakieś piętnaście centymetrów. Wyraźnie poirytowana i naburmuszona twarz spoglądała na nas zza firanki.

– Co wy wyrabiacie? Jak zniszczycie te drzwi, trou de cul, to za nie zapłacicie.

– Policja – powiedział Claudel, nie zwracając uwagi na wyzwanie nas od dupków.

– Tak? Pokażcie mi odznakę.

Claudel przystawił ją do firanki. Zbliżyła się do niej twarz i zobaczyłam, że należy ona do kobiety. Nalaną i świńską twarz otaczała delikatna, zielonkawa chustka, związana na czubku głowy w mocny supeł. Jej końce sterczały do góry i podskakiwały jak uszy z szyfonu. Oprócz braku rogów i czterdziestu kilogramów nadwagi, wszystko w niej przypominało kozę.

– No i? – Końcówki chustki poruszały się, kiedy przenosiła wzrok z Claudela na Charbonneau, a z niego na mnie. Zdecydowała, że z całej trójki jestem najmniej groźna, więc wycelowała końcówki chustki we mnie.

– Chcielibyśmy zadać pani kilka pytań – powiedziałam i natychmiast poczułam, że powiedziałam to dokładnie tak, jak wyrecytowałby rasowy policjant z jakiegoś serialu. Po francusku to zdanie było równie wyświechtane jak po angielsku.

– Chodzi o Jean-Marca?

– Naprawdę nie powinniśmy rozmawiać na ulicy – dodałam równie grzecznie, zastanawiając się, kim jest Jean-Marc.

Twarz zawahała się i zniknęła. Po chwili usłyszeliśmy szczęk przekręcanych zamków i w otwartych drzwiach ukazała się ogromna kobieta ubrana w prostą sukienkę z żółtego poliestru. Pod pachami i na mostku widać było plamy potu, który w fałdach jej szyi mieszał się z brudem. Przytrzymała dla nas drzwi, po czym odwróciła się, niepewnym krokiem przeszła przez wąski przedpokój i zniknęła w drzwiach po lewej stronie. Ruszyliśmy za nią gęsiego, Claudel szedł pierwszy, a ja ostatnia. W przedpokoju unosił się zapach kapusty i starego tłuszczu. W środku było przynajmniej trzydzieści pięć stopni.

Jej ciasne mieszkanie śmierdziało kocimi odchodami i zastawione było ciemnymi, ciężkimi meblami, masowo produkowanymi w latach dwudziestych i trzydziestych. Podejrzewałam, że nie zmieniono na nich obić od czasu kupna. Jasny chodnik z winylu leżał po przekątnej dywanu, taniej imitacji perskiego, leżącego w dużym pokoju. Gdzie się nie spojrzało, walały się śmieci.

Kobieta dowlokła się do grubo obitego krzesła i opadła na nie ciężko. Metalowy stolik na telewizor zachwiał się i z grzechotem spadła z niego puszka po dietetycznej pepsi. Kobieta usadowiła się wygodnie i nerwowo wyjrzała za okno. Zastanawiałam się, czy kogoś się spodziewa, czy po prostu jest niepocieszona, że nie może siedzieć w oknie.

Podałam jej zdjęcie.

Spojrzała na nie, oczy przybrały kształt larw, przeciskających się pomiędzy jej grubymi powiekami. Przeniosła wzrok na nas troje i uświadomiła sobie, że znajduje się w gorszej sytuacji, niż my. Staliśmy i patrzyliśmy na nią z góry. Podniosła głowę i larwy po kolei nas lustrowały. Jej wojowniczość ustąpiła miejsca ostrożności.

– Mamy przyjemność z…? – zaczął Claudel.

– Marie-Eve Rochon. O co w ogóle chodzi? Czy Jean-Marie ma jakieś kłopoty?

– Jest pani dozorczynią?

– Zbieram czynsz w imieniu właściciela – odparła. Chociaż nie było wiele miejsca, przesunęła się na krześle, które aż zatrzeszczało.

– Zna go pani? – spytał Claudel, wskazując na zdjęcie.

– I tak, i nie. Mieszka tutaj, ale go nie znam.

– Gdzie?

– Pod numerem 6. Pierwsze wejście, pokój na parterze – powiedziała, wymachując ręką. Obwisłe, gruzłowate ciało zatrzęsło się jak galareta.

– Jak się nazywa?

Zastanawiała się przez chwilę, bezwiednie bawiąc się końcówką chustki. Zauważyłam, że kropla potu nabrzmiała do masy krytycznej, pękła i zaczęła ściekać po jej twarzy.

– St. Jacques. Oczywiście oni przeważnie nie podają swoich prawdziwych nazwisk.

Charbonneau notował.

– Jak długo tu mieszka?

– Może z rok. Jak na tutaj, to bardzo długo. Większość z nich to włóczędzy. Oczywiście, rzadko kiedy go widzę. Może przychodzi i wychodzi. Nie interesuje mnie to. – Spuściła oczy i zamknęła usta, bo równie dobrze jak my wiedziała, że spędza większość czasu w oknie. – Nie pytam go o nic.

– Wie pani, gdzie on chodzi?

Wypuściła głośno powietrze i powoli pokiwała przecząco głową.

– Miewa gości?

– Już wam powiedziałam, że rzadko go widuję. – Zamilkła na chwilę. Nie przestawała się bawić chustką, która już przesunęła się w prawo, więc uszy nie znajdowały już się na środku głowy. – Chyba zawsze jest sam.

Charbonneau rozejrzał się wokół.

– Inne mieszkania są takie same?

– Moje jest największe. – Kąciki jej ust zesztywniały i bardzo nieznacznie uniosła brodę. Pomimo takiego bałaganu, było z czego czuć się dumnym. – Inne są zdewastowane. Niektóre to tylko taki pokój z przenośną kuchenką i toaletą.

– Jest teraz w domu? Kobieta wzruszyła ramionami.

– Musimy z nim porozmawiać. Pani pójdzie z nami. – Charbonneau zamknął notatnik,

– Moi? – zdziwiła się.

– Może będziemy musieli dostać się do jego mieszkania.

Pochyliła się i potarła rękoma uda. Jej oczy zrobiły się większe, a nozdrza wydawały się rozszerzać.

– Nie mogę tego zrobić. To byłoby naruszenie jego prywatności. Musielibyście mieć nakaz rewizji czy coś takiego.

Charbonneau przypilił ją wzrokiem do krzesła i nic nie mówił. Claudel głośno westchnął, jakby był znudzony i rozczarowany. Patrzyłam, jak kropla wody ścieka po puszce pepsi.

Wszyscy milczeli i nikt się nie ruszał.

– No dobrze, dobrze, ale będzie na was.

Przenosząc ciężar z jednego pośladka na drugi, wysuwając bardziej to lewy, to prawy, zaczęła się przesuwać, a podwijająca się sukienka odsłaniała coraz większe połacie jej marmurowego ciała. Sposób, w jaki to robiła, przypominał łódź, która co chwilę zmienia kurs i płynie zygzakami. Kiedy jej środek i ciężkości znalazł się wreszcie na krawędzi krzesła, oparła ręce na poręczach i podniosła się.

Podeszła do biurka stojącego po drugiej stronie pokoju i zaczęła grzebać w szufladzie. Już po chwili wyciągnęła jakiś klucz i sprawdziła, co jest napisane na przyczepionym do niego kawałku materiału. Zadowolona, wyciągnęła go w stronę Charbonneau.

– Dziękuję, madame. Sprawdzimy, w jakim stanie znajduje się pani własność.

Kiedy ruszyliśmy w stronę wyjścia, nie potrafiła powstrzymać ciekawości.

– Hej, a co ten facet zrobił?

– Oddamy pani klucz, kiedy będziemy wracali – odparł Claudel.

Wychodząc, ponownie czuliśmy spojrzenia na plecach.

Korytarz w pierwszym wejściu był dokładnie taki sam, jak ten, z którego właśnie wyszliśmy. Po lewej i po prawej stronie były drzwi, a na końcu strome schody prowadziły na wyższe piętro. Numer 6 widniał na pierwszych drzwiach po lewej stronie. W budynku panowała niesłychana duchota i niepokojąca cisza.

Charbonneau stanął po lewej stronie, a ja i Claudel po prawej. Obaj mieli rozpięte marynarki, a Claudel położył rękę na kolbie swojej służbowej broni. Zapukał do drzwi. Żadnej reakcji. Zapukał po raz drugi. Znowu nic.

Detektywi wymienili spojrzenia i Claudel pokiwał głową. Kąciki jego ust były zaciśnięte, co wykrzywiało jego twarz jeszcze bardziej niż zwykle. Charbonneau włożył klucz do zamka i pchnął drzwi. Zastygł i czekał, słuchając jak osiadają drobiny kurzu. Nic.

– St. Jacques?

Cisza.

– Monsieur St. Jacques?

Znowu nic.

Charbonneau wyciągnął w moją stronę otwartą dłoń. Zostałam na zewnątrz, kiedy detektywi weszli do środka. Po chwili, z bijącym sercem, podążyłam za nimi.

W pokoju było mało mebli. Naprzeciw wejścia, w lewym kącie, na półokrągłej metalowej poręczy, na przerdzewiałych kółkach wisiała różowa, plastikowa zasłona, oddzielając kawałek pokoju, gdzie znajdowała się prowizoryczna łazienka. Pod zasłoną zauważyłam dół komody i kilka rur, które prawdopodobnie prowadziły do zlewu. Były przeżarte rdzą i pokryte grubą warstwą jakichś zielonych organizmów. Na prawo od zasłony, na ścianie naprzeciwko wejścia zamontowany był blat, na którym stała mała, przenośna kuchenka, kilka plastikowych kubków i leżała zbieranina nie pasujących do siebie talerzy i garnków.

Przed zasłoną stało rozgrzebane łóżko, zajmujące całą długość lewej ściany. Przy prawej stał sklecony ze sklejki stół. Jego nogi stanowiły dwa kozły do cięcia drewna – na obu były dobrze widoczne pieczątki stwierdzające, że są one własnością miasta Montreal. Powierzchnia stołu była zasłał stosami książek i papierami. Nad nim, na ścianie wisiały mapy, zdjęcia i gazetowe artykuły, tworząc swoisty kolaż, ciągnący się tylko na długość stołu. Stał przy nim metalowy leżak. Jedyne okno znajdowało się na prawo od drzwi wejściowych i było przysłonięte zasłoną z tego samego materiału, który widzieliśmy u madame Rochon. Z dziury w suficie zwisały dwie gołe żarówki.

– Przytulne gniazdko – zauważył Charbonneau.

– Tak. Urządzone ze smakiem. Ja bym jeszcze przystroił tamto miejsce na górze jakimiś liszajami i kosmykiem włosów Burta Reynoidsa.

Claudel podszedł do “łazienki", wyjął z kieszeni długopis i ostrożnie uchylił nim zasłonę.

– Ministerstwo Obrony może chcieć pobrać próbki. To może się okazać rewelacyjną bronią biologiczną. – Opuścił zasłonę i podszedł do stołu.

– Nawet tutaj nie ma tego sukinsyna – powiedział Charbonneau, czubkiem buta unosząc krawędź koca na łóżko.

Przyglądałam się sprzętom kuchennym stojącym na blacie. Dwa kufle do piwa. Wgnieciony rondel z zaschniętą skorupą niejasno przypominającą spaghetti. Skamieniały nadgryziony kawałek żółtego sera w porcelanowej miseczce. Kubek z Burger Kinga. Kilka celofanowych opakowań słonych krakersów.

Uderzyło mnie to, kiedy pochyliłam się nad przenośną kuchenką. Bijące od niej ciepło zmroziło mi krew w żyłach i odwróciłam się do Charbonneau.

– Jest tutaj!

Powiedziałam to dokładnie w chwili, kiedy z prawej strony pokoju gwałtownie otworzyły się drzwi. Uderzyły Claudela, wytrącając go z równowagi i przyciskając jego prawą rękę i ramię do ściany. Zgięta wpół męska sylwetka rzuciła się w stronę otwartych drzwi wejściowych. Słyszałam charczący oddech tego mężczyzny.

W dzikim pędzie do drzwi, uciekinier na chwilę podniósł głowę i dwoje mętnych, ciemnych oczu, spoglądających spod pomarańczowego daszka czapki, napotkało mój wzrok. W tym ułamku sekundy dostrzegłam w jego oczach stracił przerażonego zwierzęcia. Nic więcej. Potem już go nie było.

Claudel odzyskał równowagę, wyciągnął pistolet i wybiegł ż pokoju., Charbonneau rzucił się za nim.

Niewiele myśląc, przyłączyłam się do pościgu.

11

Kiedy wypadłam na ulicę, oślepiło mnie słońce. Zmrużyłam oczy, żeby zlokalizować Charbonneau i Claudela. Parada już się skończyła i tłumy ludzi wracały po Sherbrooke. Zauważyłam Claudela łokciami torującego sobie drogę przez ciżbę. Jego twarz była czerwona i skrzywiona, kiedy przeciskał się przez gąszcz lepkich ciał. Charbonneau był tuż za nim. W wyprostowanej ręce trzymał swoją odznakę, którą wywijał jak dłutem.

Tłum nie przestawał się bawić, ludzie w ogóle nie zauważyli, że dzieje się coś nadzwyczajnego. Puszysta blondynka siedziała na barana na swoim chłopaku, głowę miała odchyloną do tylu, a wyrzucone wysoko do góry ręce wymachiwały butelką Molsona. Pijany mężczyzna owinięty we flagę Quebecu, jak Superman w swój strój, zawiesił się na lampie. Chciał, żeby ludzie przyłączyli się do niego i śpiewali “Queebec pour les Quebecois!" Odkryłam, że teraz głosy były już zachrypnięte, czego wcześniej nie dało się zauważyć.

Skręciłam na nie zabudowaną działkę, wspięłam się na kawał betonu stanęłam na palcach, żeby rozejrzeć się po tłumie. St. Jacquesa, jeśli to był on, nigdzie nie było widać. Miał nad nami przewagę, bo był na znanym sobie terenie, co musiał zresztą skrzętnie wykorzystywać.

Zauważyłam, że jeden z policjantów, którzy zabezpieczali tyły, odłożył słuchawkę i przyłączył się do pościgu. Przez radio wezwał posiłki, ale wydawało mi się, że radiowóz i tak nie ma żadnych szans znaleźć kogoś w takim tłumie. On i jego partner łokciami torowali sobie drogę do skrzyżowania Berger z Ste. Catherine, ale byli daleko w tyle za Claudelem i Charbonneau.

Wtedy zauważyłam pomarańczową baseballówkę. Była przed Charbonneau, który skręcił na wschód, na Ste. Catherine, ale nie mógł widzieć czapki w gęstej ciżbie.

St. Jacques kierował się na zachód. Ledwo jednak zdążyłam go zauważyć, a już zniknął w tłumie. Machałam rękoma, żeby zwrócić na siebie uwagę, ale bezskutecznie. Straciłam Claudela z oczu, a żaden z dwóch policjantów mnie nie widział.

Niewiele myśląc, zeskoczyłam z bloku i wmieszałam się w tłum. Zapach potu, olejków do opalania i starego piwa sączył się zewsząd, tworząc wokół mnie jakby bąbel ludzkiego smogu. Pochyliłam głowę i zaczęłam dość bezpardonowo przebijać się przez tłum w stronę St. Jacquesa. Nie miałam odznaki, która tłumaczyłaby moją bezwzględność, więc rozpychałam się łokciami i potrącałam ludzi, nie patrząc im w oczy. Przeważnie ludzie podchodzili do tego z humorem, ale niektórzy rzucali za mną przekleństwa. Większość jednoznacznie odnosiła się do mojej płci.

Ponad gęstwiną otaczających mnie głów, starałam się wypatrzyć czapkę St. Jacquesa, ale okazało się to niemożliwe. Zaczęłam przemieszczać się w stronę miejsca, gdzie go widziałam, przedzierając się przez tłum, jak lodołamacz na rzece Sw. Wawrzyńca,

Prawie się udało. Byłam już blisko Ste. Catherine, kiedy mocno złapano mnie z tyłu.

Ręka wielkości rakiety do tenisa zacisnęła się na moim gardle i coś gwałtownie pociągnęło moją kitkę w dół. Broda wyskoczyła mi do góry i poczułam albo usłyszałam, że coś strzyknęło mi w szyi. Ręka pociągnęła mnie do tyłu i rozpłaszczyła na klatce piersiowej jakiegoś robotnika o posturze yeti Czułam ciepło jego ciała i pot wsiąkający w moje włosy i plecy. Jakaś twarz zbliżyła się do mojego ucha i poczułam zapach stęchłego wina, dymu papierosowego i starych chipsów.

– Ej, cizio, co ty, kurwa, wyrabiasz?

Nie mogłabym odpowiedzieć, nawet jakbym chciała. To chyba jeszcze bardziej go rozwścieczyło, więc puścił moje włosy i szyję, położył obie ręce na moich plecach i gwałtownie, mocno mnie popchnął. Głowa poleciała mi do przodu, jak wystrzelona z katapulty, a pchnięcie było tak silne, że wpadłam na kobietę w bardzo krótkich spodniach i butach na szpilkach. Krzyknęła i ludzie wokół nas rozstąpili się. Wyrzuciłam ręce, próbując w ten sposób odzyskać równowagę, ale było już za późno. Przewróciłam się, uderzając się mocno o czyjeś kolano.

Kiedy upadłam na chodnik, przejechałam jeszcze kawałek po nim, zdrapując sobie skórę z policzka i czoła, ale prawie natychmiast odruchowo osłoniłam głowę ramionami. Czułam w uszach pulsującą krew. Czułam, że kawałek żwiru z nawierzchni chodnika wbił mi się w prawy policzek i wiedziałam, że zdarłam sobie skórę. Kiedy usiłowałam rękoma odepchnąć się od chodnika, ciężko stąpnął na nie jakiś but, miażdżąc mi palce. Nie widziałam nic oprócz kolan, nóg i stóp, kiedy tłum przewalał się nade mną. Ludzie w ogóle wydawali się mnie nie zauważać – do momentu, kiedy mieli się już o mnie potknąć.

Przewróciłam się na bok i ponownie spróbowałam się podnieść, chociaż na czworaki, ale niezamierzone ciosy przechodzących stóp i nóg nie pozwalały mi się wyprostować. Nikt się nie zatrzymał, żeby mnie osłonić albo pomóc.

Potem usłyszałam rozeźlony głos i poczułam, że tłum nieco się cofa. Wokół mnie zrobiło się nieco przestrzeni i koło mojej twarzy pokazała się jakaś ręka, jej palce popędzały mnie niecierpliwym gestem. Chwyciłam ją i podniosłam się, z radością witając promienie słońca i tlen.

Ręka należała do Claudela. Kiedy powoli i z bólem stawałam na nogi, drugą, wyciągniętą ręką powstrzymywał napierający tłum. Widziałam, że rusza ustami, ale zupełnie nie rozumiałam, co mówi. Jak zwykle, wydawał się poirytowany. Mimo tego, nigdy nie wyglądał tak dobrze. Skończył mówić przyjrzał mi się dokładnie. Zauważył poszarpaną ranę na prawym kolanie, startą skórę na łokciach. Jego oczy spoczęły na moim prawym policzku. Tu też skóra była starta i krwawiłam, prawy policzek zaczynał puchnąć, a oko robiło się coraz mniejsze.

Puścił moją rękę, wyciągnął z kieszeni chustkę i gestem wskazał na moją twarz. Kiedy sięgałam po chustkę ręka mi się trzęsła. Starłam z twarzy krew i żwir, złożyłam chustkę wpół, po czym czystą stroną przyłożyłam ją do policzka.

Claudel pochylił się w moją stronę i krzyknął mi do ucha.

– Niech się pani trzyma blisko mnie!

Pokiwałam głową.

Zaczął przepychać się w zachodnią stronę Berger, gdzie tłum nie był tak gęsty, jak tutaj. Ruszyłam za nim na nogach jak z gumy. Po chwili skręcił zaczął przedzierać się w kierunku samochodu. Rzuciłam się do przodu chwyciłam go za ramię. Zatrzymał się i spojrzał na mnie pytająco. Gwałtownie potrząsnęłam głową, a jego brwi na chwilę przestały tworzyć normalne dla niego V i teraz wyglądał żywcem jak Stan Laurent!.

– On jest tam! – krzyknęłam, wskazując w przeciwną stronę. – Widziałam go.

Mężczyzna w komicznym przebraniu przecisnął się koło mnie. Jadł akurat loda i czerwone krople kapiące z topniejącego stożka ściekały po jego brzuchu. Wyglądało to jak rozbryzgana krew.

Claudel zmarszczył brwi.

– Idzie pani do samochodu – rzucił nakazująco.

– Widziałam go, na Ste. Catherine! – powtórzyłam, myśląc, że może nie słyszał. – Przed Les Foufounes Electriques! Biegł w stronę St. Laurent! – Nawet ja słyszałam w swoim głosie histerię.

Zwróciło to jego uwagę. Wahał się chwilę, oceniając moje rany na policzku i kończynach.

– Dobrze się pani czuje?

– Tak.

– Pójdzie pani do samochodu?

– Tak!

Odwrócił się, żeby ruszyć do auta,

– Niech pan poczeka. – Jedną po drugiej, uniosłam swoje trzęsące się nogi nad zardzewiałym, metalowym drutem rozciągniętym na wysokości kolan, odgradzającym niezagospodarowaną działkę od ulicy, podeszłam do jakiegoś innego bloku betonu i weszłam na niego. Rozglądałam się po morzu głów, szukając pomarańczowej baseballówki, ale bez rezultatu. Kiedy wodziłam wzrokiem po tłumie, Claudel co chwila na mnie spoglądał niecierpliwie, patrząc to na skrzyżowanie, to na mnie. Przypominał mi psa zaprzęgowego czekającego na wystrzał.

W końcu potrząsnęłam głową i rozłożyłam ręce.

– Niech pan idzie. Jeszcze się rozejrzę.

Rozpychając się łokciami, ruszył wzdłuż niezagospodarowanej działki w stronę, którą mu wskazałam. Tłum na Ste. Catherine był większy, niż kiedykolwiek przedtem i już po chwili jego głowa zniknęła mi z oczu. Wydawało się, że tłum go wchłonął, jak grupa antyciał znajdujących i otaczających obce białko. W jednej chwili był jednostką, a w następnej już tylko anonimową kropką w masie ludzkiej.

Wypatrywałam tak długo, aż zaczęłam widzieć nieostro, ale pomimo tego, że za wszelką cenę starałam się namierzyć Charbonneau albo St. Jacquesa, i tak mi się nie udało. Za St. Urbain zauważyłam radiowóz przebijający się przez tłum. Miał włączoną syrenę, migotało czerwone i niebieskie światło, ale rozbawieni ludzie ignorowali to, więc samochód pełzł bardzo powoli. W pewnym momencie mignęło mi przed oczyma coś pomarańczowego, ale okazało się, że był to tygrys z ogonem i w tenisówkach na grubej podeszwie. Chwilę później kobieta z tygrysią głową w ręku przeszła koło mnie, popijając piwo.

Słońce prażyło niemiłosiernie, a mnie strasznie bolała głowa. Czułam, jak na startym policzku zastyga mi strup. Cały czas przeszukiwałam oczyma tłum. Nie dawałam za wygraną aż do momentu, kiedy wrócili Charbonneau i Claudel. Ale wiedziałam, że cała ta sytuacja zakrawała na farsę. Święty Jan sprzyjał naszemu zbiegowi i udało mu się uciec.

Godzinę później zebraliśmy się przy samochodzie. Obydwaj detektywi zdjęli marynarki i krawaty, po czym położyli je na tylnych siedzeniach. Na ich twarzach lśniły krople potu spływające za kołnierzyki koszul. Koszule na plecach i pod pachami mieli kompletnie przemoczone, a twarz Charbonneau przybrała kolor malinowej tarty. Z przodu włosy miał zmierzwione i przypominał mi niechlujnie ostrzyżonego sznaucera. Moja bluza wisiała na mnie sztywno, a spodnie od dresu były tak mokre, jakbym je włożyła na siebie od razu po wyjęciu z pralki. Nasze oddechy powoli się uspokoiły i kilkanaście razy powtarzaliśmy “kurwa", a każdy miał w tym swój udział.

– Merde – rzucił Claudel. Była to delikatniejsza wersja.

Charbonneau schylił się i z marynarki leżącej w samochodzie wyciągnął paczkę playersów. Przysiadł na zderzaku, zapalił papierosa i kącikiem ust wypuścił dym.

– Sukinsyn poruszał się w tłumie, jak karaluch w gównie.

– Zna okolicę – powiedziałam, powstrzymując się od obejrzenia rany na policzku. -To mu pomaga.

Palił przez chwilę w milczeniu.

– Myśli pani, że to ten facet od bankomatu?

– Nie mam zielonego pojęcia. Nie widziałam jego twarzy.

Claudel żachnął się, po czym wyciągnął z kieszeni chusteczkę i zaczął wycierać pot z karku.

Spojrzałam na niego moim zdrowym okiem.

– Zdołał go pan zidentyfikować?

Kolejne żachnięcie.

Widziałam, jak potrząsa głową i moje postanowienie, żeby trzymać język za zębami, nie wytrzymało próby.

– Traktuje mnie pan, jakbym była opóźniona w rozwoju, monsieur Claudel, i zaczyna mnie pan wkurzać.

Uśmiechnął się ironicznie.

– Jak tam pani twarz? – spytał.

– Wspaniale! – rzuciłam zza zaciśniętych zębów. – W moim wieku darmowe zabiegi kosmetyczne to nie lada gratka.

– Następnym razem, jak będzie miała pani ochotę na bawienie się w policjantkę, proszę nie liczyć na to, że będę panią zdrapywał z chodnika.

– Następnym razem niech pan lepiej przeszuka mieszkanie podejrzanego, to nie będę musiała się bawić. – Krew pulsowała mi w skroniach, a pięści zaciskałam tak mocno, że paznokcie wpijały mi się w dłonie.

– No dobra. Dajcie se na luz – powiedział Charbonneau, wyrzucając niedopałek wysoko w górę. – Chodźmy przetrząsnąć jego mieszkanie.

Odwrócił się do policjantów, którzy stali obok w milczeniu.

– Wezwijcie ekipę.

– Załatwione – rzekł wyższy i ruszył w stronę radiowozu. Reszta z nas w milczeniu skierowała się za Charbonneau do budynku z czerwonej cegły i ponownie weszliśmy na korytarz. Drugi policjant czekał na zewnątrz.

Pod naszą nieobecność ktoś zamknął drzwi zewnętrzne, ale te prowadzące do numeru 6 były ciągle otwarte. Weszliśmy do pokoju i zajęliśmy te same pozycje, co przedtem, jak aktorzy w sztuce słuchający poleceń reżysera.

Ruszyłam w głąb pokoju. Kuchenka teraz była już zimna, a spaghetti nie zrobiło się bardziej apetyczne. Na krawędzi patelni kręciła się mucha, co skojarzyło mi się z dużo bardziej przerażającymi resztkami, które mógł porzucić mieszkający tu człowiek. Nic się nie zmieniło.

Podeszłam do drzwi w przeciwległym prawym rogu pokoju. Na podłodze leżały kawałki gipsu, które odpadły, kiedy klamka z dużą siłą uderzyła w ścianę. Drzwi były uchylone i widać było przez nie drewniane schody prowadzące na niższe piętro. Na początku był jeden stopień wychodzący na podest, po czym schody skręcały pod kątem prostym w prawo i ginęły w ciemności. Wzdłuż tylnej ściany, na podłodze podestu stał rząd puszek. Na wysokości oczu, z drewna sterczały zardzewiałe haki. Na lewej ścianie zauważyłam włącznik światła, skąd wystawały kłębiące się gołe druty, jak robactwo i w skrzyni z jedzeniem,

Charbonneau przyłączył się do mnie i długopisem uchylił szerzej drzwi. Wskazałam na gniazdko, a on piórem nadusił przycisk. Gdzieś w dole zapaliła się żarówka, oświetlając pierwszy stopień. Wsłuchiwaliśmy się w ciemność, ale panowała tam zupełna cisza. Claudel stanął za nami.

Charbonneau zszedł na podest, zatrzymał się na chwilę, po czym zaczął i powoli schodzić w dół. Ruszyłam za nim, czując jak każdy schodek ugina się i pode mną. Pokaleczone nogi trzęsły się pode mną, jakbym właśnie skończyła maraton, ale powstrzymałam się od dotykania ścian. Zejście było wąskie i przed sobą widziałam tylko ramiona Charbonneau.

Na dole powietrze było wilgotne i zatęchłe. Policzek piekł mnie, jakby był z lawy, więc chłód przyniósł mi ulgę. Rozejrzałam się wokół. Była to normalna piwnica, o powierzchni mniej więcej połowy budynku. Tylna ściana była zbudowana z niewykończonych żużlowych bloków i musiała zostać postawiona, żeby przedzielić kiedyś większe pomieszczenie. Z przodu, po prawej stronie stała metalowa balia, a przy niej drewniana ławeczka. Odchodziły od niej płaty różowej farby. Pod nią leżało kilka szczotek, których włosie było pożółkłe i spowite pajęczynami. Na ścianie wisiał starannie zwinięty czarny wąż ogrodowy.

Ogromny piec wypełniał przestrzeń po prawej stronie. Wystające z niego metalowe rury wyglądały jak konary dębu. Wokół podstawy pieca leżało mnóstwo śmieci. W słabym świetle zauważyłam połamane ramki do zdjęć, koła rowerowe, powyginane i poskręcane krzesła ogrodowe, puste puszki po farbach i komodę. Rupiecie wyglądały jak ofiara złożona bogowi druidów.

Na środku pomieszczenia wisiała goła żarówka i emitowała mniej więcej jeden wat światła. To było wszystko. Reszta piwnicy była pusta.

– Skurwysyn musiał czekać na samej górze – powiedział Charbonneau, patrząc w górę schodów, opierając ręce na biodrach.

– Madame tłusta mogła nas uprzedzić, że gościu ma tu swoją kryjówkę – zauważył Claudel, grzebiąc w stosie rupieci czubkiem buta. – Idealna dla Salmana Rushdiego.

Zaimponowało mi jego literackie odniesienie, ale postanowiłam jednak ponownie trzymać język za zębami i tylko obserwować rozwój wypadków, więc nic nie powiedziałam. Zaczynały mnie boleć nogi i coś było mocno nie tak z moją szyją.

– Skurwiel mógł nas załatwić zza tych drzwi.

Charbonneau i ja nie odpowiedzieliśmy. Pomyśleliśmy o tym samym.

Charbonneau opuścił ręce, podszedł do schodów i zaczął wchodzić na górę. Ruszyłam za nim, czując się jakbym była jego giermkiem. Kiedy znalazłam się w pokoju, uderzyła mnie fala gorącego powietrza. Podeszłam do prowizorycznego stołu i zaczęłam przyglądać się kolażowi zdobiącemu ścianę nad nim.

W środku był duży plan Montrealu, otoczony wycinkami z gazet i magazynów. Po prawej stronie wisiały standardowe pornograficzne zdjęcia, potomstwo Playboya i Hustlera. Spoglądały z nich młode kobiety, których ciała były nienaturalnie powyginane: albo były zupełnie nagie, albo odziane nader skąpo. Niektóre miały nadęte usta, inne były w zachęcających pozach, jeszcze inne udawały orgazm. Żadna z modelek nie była specjalnie przekonywająca. Autor kolażu miał eklektyczne gusta. Nie widać było żadnych preferencji co do budowy ciała, rasy czy koloru włosów. Zauważyłam, że krawędzie wszystkich zdjęć były starannie przycięte. Wszystkie były umieszczone w jednakowej odległości od sąsiednich i przytwierdzone pinezkami.

Wycięte z gazety artykuły zajmowały miejsce po lewej stronie planu. Większość pochodziła z prasy francuskiej, chociaż było też kilka po angielsku. Zauważyłam, że wszystkim angielskim towarzyszyły zdjęcia.

Pochyliłam się i przeczytałam parę zdań o pracach wykopaliskowych w jakimś kościele w Drummindville. Przeniosłam wzrok na artykuł o porwaniu w Senneville, a potem moje oczy spoczęły na reklamie Videodrome'u, który był rzekomo największym dystrybutorem filmów pornograficznych w Kanadzie. Było zdjęcie ze striptizu w Allo Police, na którym widać było “Babette" skrępowaną łańcuchami i przystrojoną skórzanymi podwiązkami. Jakiś inny wycinek dotyczył włamania w St.-Paul-du-Nord, gdzie włamywacz z koszul nocnych ofiary zrobił kukłę, wielokrotnie przedziurawił ją nożem i zostawił na jej łóżku. Potem zauważyłam coś, co ponownie zmroziło mi krew w żyłach.

W swojej kolekcji St. Jacques starannie wyciął i przytwierdził pinezkami blisko siebie trzy artykuły. Każdy z nich opisywał seryjnego mordercę. W odróżnieniu od innych, te wycinki wyglądały na kserówki. Pierwszy po święcony był Leopoldowi Dionowi, “Potworowi z Pont Rouge". Wiosną 1963 roku policja znalazła go w jego domu razem z czterema ciałami młodych mężczyzn. Wszyscy zostali uduszeni.

Drugi opisywał wyczyny Wayne'a Clifforda Bodena, który dusił i gwałcił kobiety w Montrealu i Calgary od 1969 roku. Kiedy aresztowano go w 1971, miał na koncie cztery ofiary. Na marginesie wycinka ktoś napisał “Bili l'etrangleur".

Trzeci artykuł dotyczył kariery Williama Deana Christensona, alias Billa l'etranguleur, Rozpruwacza z Montrealu. Zabił, skrócił o głowę i poćwiartował dwie kobiety na początku lat osiemdziesiątych.

– Spójrzcie na to. – Nie zwracałam się konkretnie do żadnego z nich. Pomimo panującej w pokoju duchoty, czułam chłód na całym ciele.

Charbonneau stanął za mną

– Oh, baby, baby – zaintonował matowym głosem, kiedy zauważył zdjęcia po prawej stronie planu. – Te detale są niezłe.

– Tutaj – powiedziałam, wskazując na artykuły. – Niech pan lepiej spojrzy na te.

Claudel przyłączył się do nas i obaj mężczyźni bez słowa wodzili oczyma po wycinkach. Czuć było od nich zapach potu, wypranej bawełny i wody po goleniu. Z ulicy dobiegł mnie kobiecy głos wołający Sophie i zastanawiałam się przez chwilę, czy wzywa psa czy dziecko.

– Kurwa mać – wycedził Charbonneau, kiedy zrozumiał, czego dotyczą artykuły.

– To nie znaczy, że to on jest Charlie Mansonem – żachnął się ironicznie Claudel.

– Nie. Pewnie pracuje nad doktoratem.

Po raz pierwszy wydało mi się, że usłyszałam nutkę poirytowania w głosie Charbonneau.

– Gościu mógł mieć złudzenia co do własnej wielkości – ciągnął Claudel. – Może śledził poczynania braci Menendez i mu zaimponowali. Może wydaje mu się, że jest Dudleyem Sprawiedliwym i chce walczyć ze złem. Może doskonali swój francuski i woli to, niż “Rozmówki". Skąd do cholery mam wiedzieć? Ale to nie czyni z niego Kuby Rozpruwacza. – Rzucił okiem w stronę drzwi. – Gdzie do diabła jest ekipa…

Sukinsyn, pomyślałam, ale nic nie powiedziałam.

Charbonneau i ja skoncentrowaliśmy się na blacie. Leżała na nim sterta opartych o ścianę gazet. Charbonneau przerzucał je, długopisem unosząc na brzegach kartki, a potem pozwalał im opaść na miejsce. Na stercie były tylko drobne ogłoszenia, w większości pochodzące z La Presse i Gazette.

– Może ropuch szukał pracy – powiedział Claudel sardonicznie. – Albo jakiegoś dobrego wzoru na swoją reklamę…

– Co to było to pod spodem? – Mignęło mi coś żółtego, kiedy na chwilę uniesione były kartki leżące na dnie sterty.

Charbonneau wcisnął długopis w spoczywające na dnie papiery i podniósł je do góry, przechylając całą stertę w stronę ściany. Leżał pod nią żółty notatnik. Zastanawiałam się przez chwilę, czy detektywi mieli obowiązkowe zajęcia z umiejętności manipulowania długopisem. Pozwolił gazetom ponownie opaść na blat, wcisnął długopis z drugiej strony sterty i popychał z tyłu notatnik, wysuwając go powoli spod przygniatających go gazet.

Był to notatnik z żółtego papieru w linie, ulubiony typ adwokatów. Zauważyliśmy, że górna strona była częściowo zapisana. Przytrzymując stertę grzbietem dłoni, Charbonneau w końcu wypchnął spod niej cały notatnik.

Wrażenie, jakie zrobiły na mnie artykuły o seryjnych mordercach, nie umywało się do dreszcza, który mnie przeszył, kiedy zobaczyłam, co jest napisane na żółtym papierze. Strach, który dławiłam w sobie, uwolnił się ze straszliwą mocą i chwycił mnie za gardło.

Isabelle Gagnon. Margaret Adkins. Ich nazwiska skoczyły mi do oczu. Stanowiły część listy składającej się z siedmiu nazwisk, które były wypisane pod sobą wzdłuż krawędzi notatnika.

Były fragmentem nierówno nakreślonej tabelki, która wyglądała jak niechlujny formularz, podobny do tych używanych przez księgowych. Zawierała dane osobiste każdej z wpisanych na listę osób. Tabelka była też podobna do zestawienia, które sama sporządziłam, ale ja nie znałam pozostałych pięciu nazwisk.

W pierwszym słupku były adresy, a w drugim numery telefonów. Następny zawierał krótkie notki dotyczące miejsca zamieszkania. Mszk. z/bez – wejścia z zewnątrz, aptmnt, I p.; dom z/bez ogródka. W kolejnym słupku za niektórymi nazwiskami znajdowały się grupy liter, a przy innych było puste miejsce. Spojrzałam na dane dotyczące Adkins. M. S. Te skróty coś mi mówiły. Zamknęłam oczy i zaczęłam przebiegać w myślach słowa klucze. Trafiłam na stopień pokrewieństwa.

– To są ludzie, z którymi oni żyją – powiedziałam. – Spójrzcie na Adkins. Mąż. Syn.

– Tak. Przy Gagnon jest Br i Fc. Brat i facet – powiedział Charbonneau.

– Co znaczy Za? – spytał Claudel odnośnie ostatniego słupka.

St. Jacques napisał te dwie litery za niektórymi nazwiskami, a za innymi było pusto.

Nikt nie potrafił odpowiedzieć.

Charbonneau odchylił pierwszą stronę i wszyscy zamilkli, czytając kolejne notatki. Strona była podzielona na dwie części – na górze było napisane jedno nazwisko, a na środku drugie. Pod każdym zanotowano coś w słupkach. Ten po lewej stronie zatytułowany był “Data", a następne dwa “W" i “Poza". Puste miejsca wypełnione były datami i godzinami.

– Jezu Chryste, on je śledził. Wybrał je i tropił, jakby to były jakieś cholerne przepiórki czy coś takiego – wybuchnął Charbonneau.

Claudel nie odzywał się.

– Ten zboczony skurwysyn polował na kobiety – powtórzył Charbonneau, jakby powtórzenie ułatwiało zrozumienie. Albo utrudniało.

– To jest jakiś jego autorski projekt – zauważyłam miękko. – Jeszcze go nie złożył.

– Co? – spytał Claudel.

– Adkins i Gagnon nie żyją. Od niedawna. Kim są inni ludzie z tej listy?

– Cholera.

– Gdzie jest ekipa? – Claudel podszedł do drzwi i zniknął w korytarzu.

Słyszałam, jak przeklina policjantów.

Przeniosłam wzrok na ścianę. Nie chciałam już dzisiaj myśleć o liście. Było mi strasznie duszno, byłam wyczerpana, obolała i nie sprawiało mi satysfakcji to, że prawdopodobnie miałam rację łącząc te sprawy i że będziemy razem pracować. Że nawet Claudel będzie brał w tym udział.

Spojrzałam na plan, żeby przestać myśleć o morderstwach. Był duży i w najdrobniejszych szczegółach ukazywał wyspę, rzekę i porozrzucane osiedla leżące poza wyspą. Zaznaczona kolorem różowym zabudowa była poprzecinana małymi, białymi ulicami, połączonymi z czerwonymi arteriami i grubymi, niebieskimi autostradami. Gdzieniegdzie były zielone plamy parków, pól golfowych i cmentarzy, pomarańczowe instytucji publicznych, bladoczerwone centrów handlowych i szare oznaczające tereny przemysłowe.

Znalazłam wzrokiem Centre-ville i pochyliłam się nad mapą, żeby znaleźć moją uliczkę. Była bardzo krótka i kiedy jej szukałam, zrozumiałam, dlaczego taksówkarze mają tyle problemów ze znalezieniem mojego adresu. Obiecałam sobie, że w przyszłości będę bardziej wyrozumiała. A przynajmniej będę dawała szczegółowe wskazówki, jak do mnie dojechać. Znalazłam miejsce, gdzie Sherbrooke przecina Guy i zorientowałam się, że jestem już za daleko. To właśnie wtedy po raz trzeci tego popołudnia doznałam szoku.

Mój palec zatrzymał się przy Atwater, tuż obok wieloboku oznaczającego Le Grand Seminaire. Mój wzrok przyciągnął mały znak narysowany długopisem w południowo-zachodniej części wieloboku – było to kółko z literą X w środku. Znajdowało się blisko miejsca, gdzie znaleziono ciało Isabelle Gagnon. Z bijącym szybko sercem przeniosłam wzrok na wschód, żeby znaleźć Stadion Olimpijski.

– Monsieur Charbonneau, niech pan na to spojrzy – powiedziałam spiętym i drżącym głosem.

Zbliżył się.

– Gdzie jest stadion?

Dotknął go swoim długopisem i spojrzał na mnie.

– Gdzie jest mieszkanie Margaret Adkins?

Zawahał się, pochylił się nad planem i wskazał na ulicę biegnącą na południe od Parc Maisonneuve. Jego ręka zastygła, kiedy oboje zauważyliśmy malutki znak. Była to litera X w kółku.

– Gdzie mieszkała Chantale Trottier?

– Na Ste. Anne-de-Bellevue. To daleko. Oboje spojrzeliśmy na plan.

– Przeszukajmy go systematycznie, kawałek po kawałku – zasugerowałam. – Ja zacznę od lewego górnego rogu i będę się posuwała na dół, a pan może zacząć od prawego dolnego i posuwać się do góry.

On pierwszy to znalazł. Trzeci X. Znak znajdował się na południowym brzegu rzeki, koło St. Lambert. Nie słyszał o żadnych zabójstwach w tej dzielnicy. Claudel też nie. Przyglądaliśmy się planowi jeszcze przez dziesięć minut, ale nie znaleźliśmy kolejnego X-a.

Właśnie zaczynaliśmy przeszukiwać plan po raz drugi, kiedy przed domem zatrzymała się furgonetka-laboratorium.

– Gdzie wy, kurwa, byliście? – spytał Claudel, kiedy Weszli do pokoju z metalowymi walizkami.

– Było tak, jakbyśmy przejeżdżali samochodem przez Woodstock – powiedział Pierre Gilbert. – Tylko trochę mniej błota. – Jego owalną twarz otaczała gęsta broda i kręcone włosy, które przywodziły na myśl rzymskiego bożka. Nigdy nie wiedziałam, którego. – Co my tu mamy?

– Pamiętasz dziewczynę zamordowaną na Desjardins? Śmieć, który podprowadził jej kartę kredytową, nazywa tę norę swoim domem – powiedział Cłaudel. – Chyba.

Gestem wskazał na pokój,

– Nadał temu lokum niepowtarzalną atmosferę.

– No to zabierajmy się do roboty – rzekł Gilbert uśmiechając się. Kręcone włosy przylegały mu do mokrego od potu czoła. – Zacznijmy od odcisków.

– Jest tu też piwnica.

– No trudno. – Żadne problemy nie mogły chyba zrazić Gilberta.

– Claude, może zajmiesz się piwnicą? A ty, Marcie, zacznij od tamtego blatu…

Marcie weszła w głąb pokoju, wyjęła kanisterek ze swojej metalowej walizki i zaczęła pędzelkiem pokrywać blat czarnym proszkiem. Jej kolega po fachu ruszył na dół. Pierre założył lateksowe rękawiczki i zaczął zdejmować gazety ze stołu, po czym wkładał je do dużego, plastikowego worka. To właśnie wtedy przeżyłam ostatni szok tego dnia.

– Qu' est-ce que c'est? – spytał, podnosząc mały kwadrat z mniej więcej połowy sterty. Przyglądał się mu przez dłuższą chwilę. – C'est toi?

Zdziwiłam się, widząc, że patrzy na mnie.

Bez słowa podeszłam do niego i spojrzałam na to, co znalazł. Zdenerwowałam się, kiedy zobaczyłam swoje, dobrze mi znane dżinsy, bluzą z napisem “Irlandia ponad wszystko" i gogle. W swej odzianej w rękawiczkę ręce Pierre trzymał zdjęcie, które ukazało się w dzisiejszym Le Journal.

Po raz drugi tego dnia widziałam siebie na zdjęciu z ekshumacji przeprowadzonej dwa lata temu. Zdjęcie zostało wycięte i wyrównane równie starannie, jak te wiszące na ścianie. Różniło się tylko w jednym. Wokół mojej postaci długopisem zakreślono okrąg, a na piersiach widniał duży X.

12

Przespałam większość weekendu. W sobotę rano usiłowałam wstać, ale skończyło się na próbie. Nogi mi drżały, a kiedy obracałam głowę, szyję i podstawę czaszki przeszywał niemiłosierny ból. Moja twarz pokryta była grubym strupem, a prawe oko wyglądało jak zgniła czerwona śliwka.

Weekend wypełniło mi jedzenie zup, aspiryny i lekarstw. Całe dnie drzemałam na kanapie, śledząc kolejne wydania wiadomości. Wieczorami zasypiałam o dziewiątej.

Do poniedziałku walący w mojej czaszce młot się uspokoił. Mogłam sztywno chodzić i lekko obracać głowę. Wstałam wcześnie, wzięłam prysznic i byłam w pracy już o wpół do dziewiątej.

Czekały na mnie trzy wiadomości. Zignorowałam je jednak i najpierw zadzwoniłam do Gabby, ale włączyła się automatyczna sekretarka. Wtedy zrobiłam sobie kawę rozpuszczalną i przejrzałam kartki zabrane z dziupli z wiadomościami dla mnie – informowały, kto do mnie dzwonił. Pierwsza wiadomość była od jakiegoś detektywa z Verdun, druga od Andrew Ryana, a trzecia od jakiegoś dziennikarza. Odrzuciłam ostatnią i postanowiłam załatwić tamte dwie przez telefon. Nie dzwonił ani Charbonneau, ani Claudel. Gabby też nie.

Wykręciłam numer do sali inspektorów CUM i powiedziałam, że chciałabym rozmawiać z Charbonneau. Po chwili odpowiedziano mi, że go nie ma. Claudela też nie było. Zostawiłam im wiadomość, zastanawiając się, czy już wyjechali, czy może jeszcze nie zaczęli dzisiaj pracować.

Potem zadzwoniłam do Andrew Ryana, ale było zajęte. Skoro nie udało mi się z nim połączyć, pomyślałam, że wpadnę do niego osobiście. Może Ryan porozmawia ze mną na temat Trottier.

Pojechałam windą na pierwsze piętro i poszłam do sali inspektorów. Było w niej dużo więcej ludzi, niż kiedy byłam tam po raz ostatni. Kiedy szłam do biurka Ryana, czułam na sobie liczne spojrzenia, co wprawiło mnie w lekkie zakłopotanie. Wyraźnie musieli wiedzieć o tym, co się działo w piątek.

– Doktor Brennan – zawołał Ryan radośnie, wstając z krzesła i wyciągając do mnie rękę. Na jego pociągłej twarzy zagościł uśmiech, kiedy zobaczył strup na moim prawym policzku. – Wypróbowuje pani nowy odcień pudru?

– Tak. Purpurowy cement. Prosto z bruku. Dzwonił pan do mnie?

Przez chwilę wyglądał na zmieszanego.

– A, tak. Wygrzebałem akta Trottier. Może pani na nie rzucić okiem, jeśli pani chce.

Pochylił się i rozłożył skoroszyty leżące na jego biurku w wachlarz. Wybrał jeden i wręczył mi go dokładnie w momencie, w którym jego partner wszedł do sali. Bertrand ruszył w naszą stronę. Był ubrany w jasnoszarą, jednolitą sportową marynarkę, dopasowaną do nieco ciemniejszych, szarych spodni, czarną koszulę i biało-czarny, kwiecisty krawat. Gdyby nie opalenizna, wyglądałby dokładnie jak mężczyzna z telewizji z lat pięćdziesiątych.

– Doktor Brennan, jak leci?

– Super.

– Hę, niezły makijaż. Ale panią załatwił.

– Od chodnika nie można chyba oczekiwać lepszych efektów – odparłam, rozglądając się wokół za miejscem, gdzie mogłabym rozłożyć dokumenty dotyczące Trottier. – Mogłabym… – Gestem wskazałam na puste biurko.

– Jasne. Oni już skończyli.

Usiadłam i zaczęłam przeglądać zawartość skoroszytu, oglądałam zdjęcia, raporty z miejsca zbrodni, sprawozdania z przesłuchań i wywiadów. Wszystko o Chantale Trottier. Oglądając zdjęcia czułam się, jakbym chodziła boso po gorącym asfalcie. Uczucie bólu powracało, jakby się to stało wczoraj, i musiałam raz po raz odwracać wzrok, żeby dać sobie wytchnienie od przeszywającego mnie bólu.

16 października 1993 roku szesnastoletnia dziewczyna wstała z ociąganiem, wyprasowała swoją bluzkę, po czym spędziła godzinę na myciu włosów i strojeniu się. Odmówiła zjedzenia śniadania, które przygotowała dla niej matka, i wyszła ze swojego domu na przedmieściu, żeby razem z przyjaciółmi pojechać kolejką do szkoły. Była ubrana w jednolitą bluzę i podkolanówki, a podręczniki miała w plecaczku. Rozmawiała i chichotała ze znajomymi, lunch zjadła po lekcji matematyki. Pod koniec dnia zniknęła. Trzydzieści godzin później jej poćwiartowane ciało znaleziono w plastikowych workach na śmieci sześćdziesiąt kilometrów od domu.

Na biurko padł cień, więc podniosłam głowę. Bertrand trzymał w rękach dwa kubki kawy. Na tym, który mi podał, był napis “W poniedziałek zaczynam się odchudzać". Z wdzięcznością wyciągnęłam rękę i chwyciłam go.

– Coś interesującego?

– Niewiele. – Wzięłam łyk. – Miała szesnaście lat. Znaleziono ją w St. Jerome.

– No i…

– Gagnon miała dwadzieścia trzy. Znaleziono ją w Centre-ville. Też w plastikowych workach. Przechylił głowę.

– Adkins miała dwadzieścia cztery, znaleziono ją w domu, niedaleko stadionu.

– Nie była poćwiartowana.

– Nie, ale była rozcięta i okaleczona. Może mordercy ktoś przerwał. Może miał mniej czasu.

Pociągnął łyk kawy, głośno siorbiąc. Kiedy oderwał kubek od ust, na jego wąsach błyszczały mlecznobrązowe kropelki.

– I Gagnon, i Adkins były na liście St. Jacquesa. – Przypuszczałam, że teraz już wszyscy o tym wiedzą. Nie pomyliłam się.

– Tak,ale media nic na ten temat nie pisały. Facet wyciął z Allo Police i Photo Police artykuły na temat ich obu. Ze zdjęciami. Może to po prostu Bwyrodnialec, który karmi się takimi rzeczami.

– Może. – Wzięłam kolejny łyk. Tak naprawdę nie wierzyłam w taką możliwość.

– Czy nie miał u siebie całej masy wycinków?

– Tak – odezwał się zza naszych pleców Ryan. – Skurwiel miał wycinki na temat najróżniejszych dziwnych rzeczy. Francoeur, czy nie zajmowałeś się tymi sprawami z kukłami, kiedy pracowałeś we włamaniach? – Pytanie to było skierowane do niskiego, grubego mężczyzny z błyszczącymi, brązowymi włosami, jedzącego snickersa cztery biurka dalej.

Francoeur odłożył baton i kiwając głową, zaczął oblizywać palce. Jego okulary bez oprawek odbijały światło, kiedy kiwał głową.

– Mm. Mhm. Były dwa przypadki. – Liźnięcie. – Dziwna sprawa. – Liźnięcie. – Ten świr włamywał się do domu, buszował po sypialni, robił kukłę z szlafroka albo piżamy, z czegoś, co należało do pani domu. Wypychał ją, potem ubierał w jej bieliznę, po czym kładł na łóżku i rozcinał. Pewnie mu od tego staje bardziej, niż przy maturze z matmy. – Liźnięcie. Jeszcze jedno. – Potem zabierał stamtąd swą godną pożałowania dupę. Nawet nic nie wynosił.

– Znaleziono spermę?

– Nie. Pewnie wierzy w bezpieczny seks.

– Czym ciął?

– Prawdopodobnie nożem, ale nie znaleźliśmy go. Musiał go przynosić ze sobą. – Francoeur odwinął kawałek opakowania i ugryzł ponownie snickersa.

– Jak się dostawał do domu?

– Przez okno w sypialni. – Odpowiedzi towarzyszył widok zmielonych orzeszków i karmelu.

– Kiedy?

– W nocy, przeważnie.

– Gdzie odstawiał te swoje szopki?

Francoeur przez chwilę powoli przeżuwał snickersa, po czym paznokciem dużego palca usunął z zęba trzonowego kawałek orzeszka. Przyjrzał mu się i odrzucił.

– Jedną na St. Calixte, a drugą chyba na St. Hubert. Ostatni jego wyczyn, o którym pisali w artykule znalezionym u tego waszego gościa, był chyba ze dwa tygodnie temu na St. Paul-du-Nord. – Jego górna warga wydęła się, kiedy przejeżdżał językiem po kłach. – Wydaje mi się, że jedną sprawą zajmowali się goście z CUM. Poza tym niejasno pamiętam, że jakiś rok temu ktoś od nich do mnie dzwonił…

Chwila przerwy.

– Znajdą go, ale ten czubek nie jest teraz najważniejszy. Nikomu nie robi krzywdy i niczego nie kradnie. Po prostu lubi tanie i osobliwe randki,

Francoeur zgniótł opakowanie od snickersa i wrzucił je do kosza stojącego przy jego biurku. Potem dodał:

– Słyszałem, że mieszkanka St. Paul-du-Nord nie wniosła skargi.

– Tak – przytaknął Ryan. – Te sprawy są równie przyjemne, jak przeprowadzanie lobotomii scyzorykiem,

– Nasz bohater pewnie powiesił sobie artykuł, bo podnieca go czytanie o włamywaniu się do cudzych sypialni. Miał też artykuł o tej dziewczynie z Senneville, a wiemy na pewno, że to nie on ją porwał. Okazało się, że to ojciec ukrywał ją przez cały czas. – Francoeur odchylił się na krześle. – Może po prostu identyfikuje się z podobnym do niego zboczeńcem.

Słuchałam tej wymiany zdań, nawet nie patrząc na biorących w niej udział. Zaczęłam się wpatrywać w duży plan miasta wiszący za głową Francoeura. Był podobny do tego, który widziałam w mieszkaniu przy ulicy Belger, ale miał trochę inną skalę, żeby zmieściły się na nim wschodnie i zachodnie przedmieścia leżące poza wyspą Montreal.

Rozmowa powoli rozprzestrzeniała się na cała salę, prowokując wspominanie licznych anegdot o Tomciu Podglądaczu i innych zboczeńcach seksualnych. Kiedy wymieniano uwagi i żarty, wstałam i podeszłam do planu, żeby mu się lepiej przyjrzeć, mając nadzieję, że nie zwrócę na siebie niczyjej uwagi. Oglądałam plan, stosując tę samą metodę, którą praktykowaliśmy z Charbonneau w piątek, starając się namierzyć X-y. Wzdrygnęłam się, słysząc głos Ryana.

– O czym pani myśli? – spytał.

Z półeczki wiszącej pod planem wzięłam pudełko szpilek. Główkę każdeja stanowiła duża, jaskrawa kulka. Wybrałam czerwoną i wpięłam ją w południowo-zachodnią krawędź Le Grand Seminaire.

– Gagnon – powiedziałam.

Potem umieściłam jedną pod Stadionem Olimpijskim.

– Adkins.

Trzecia powędrowała w lewy górny róg mapy, blisko szerokiego zakola rzeki znanego jako Lac des Deux-Montagnes.

– Trottier.

Wyspa, na której leży Montreal, ma kształt stopy, której kostka znajduje się na północnym zachodzie, pięta na południu, a palce skierowane są na północny wschód. Dwie szpilki znaczyły stopę tuż nad podeszwą, jedna w pięcie Centre-ville, a druga bardziej na wschód, w połowie wysokości palców. Trzecia znaczyła kostkę, zachodnią krawędź wyspy. Nie było widać żadnej rzucającej się w oczy prawidłowości.

– St. Jacques zaznaczył tę i tę – powiedziałam, wskazując najpierw na jedną ze szpilek w centrum, a potem na drugą na East Endzie.

Przeczesywałam wzrokiem południowy brzeg wyspy, prześliznęłam oczy po Victoria Bridge i znalazłam się na St. Lambert, po czym zaczęłam opuszczać się na południe.

Kiedy znalazłam nazwy ulic, które pamiętałam z piątku, wzięłam czwartą szpilkę i wpięłam ją w miejsce leżące za rzeką, obok pięty stopy. Na planie zrobił się jeszcze większy bałagan.

Ryan wpatrywał się we mnie pytającym wzrokiem.

– Tu był jego trzeci X – powiedziałam.

– Co tam jest?

– A jak pan myśli? – spytałam.

– Nie mam bladego pojęcia. Może jego zmarły pies Azor. – Spojrzał na zegarek. – Przepraszam, ale mamy to…

– Nie sądzi pan, że dobrze byłoby się tam rozejrzeć?

Wpatrywał się we mnie przez dłuższą chwilę, nim odpowiedział. Jego oczy były promiennie niebieskie i zdziwiłam się, że wcześniej tego nie zauważyłam. Potrząsnął głową.

– To nie brzmi zbyt zachęcająco. Nie ma wystarczających podstaw. Jak na razie pani teoria dotycząca mordercy jest bardziej dziurawa, niż trasa Trans-Canada. Niech je pani czymś wypełni. Niech pani znajdzie coś jeszcze albo niech pani powie Claudelowi, żeby wysłał tam grupę z SQ. Jak na razie, to nie jest nasza sprawa.

Bertrand dawał mu znaki, wskazując najpierw na zegarek, a potem kciukiem na drzwi. Ryan spojrzał na swojego partnera, pokiwał głową, po czym ponownie przeniósł wzrok na mnie.

Nie odzywałam się. Oczyma penetrowałam jego twarz, szukając jakiejś znaku zachęty. Nawet jeśli było tam coś takiego, to ja tego nie dostrzegłam.

– Muszę spadać. Niech pani zostawi skoroszyt na moim biurku, kiedy pani skończy.

– Dobra.

– I… mhm… I niech pani na siebie uważa.

– Słucham?

– Słyszałem, co tam znaleźliście. Ten skurwiel może być bardziej niebezpieczny, niż przeciętny zboczuch.

– Włożył rękę do kieszeni, wyciągnął z niej kawałek papieru i napisał coś szybko na nim.

– Przeważnie można mnie złapać pod tym numerem. Proszę śmiało dzwonić, jeśli będzie pani potrzebowała pomocy…

Dziesięć minut później siedziałam przy swoim biurku, sfrustrowana i rozkojarzona. Usiłowałam zająć się czymś innym, ale nie mogłam się skoncentrować. Za każdym razem, kiedy z jakiegoś biura w korytarzu dobiegał mnir dźwięk telefonu, sięgałam po swój, mając nadzieję, że to Claudel albo Charbonneau.

Piętnaście po dziesiątej zadzwoniłam do nich ponownie. Jakiś głos powiedział:

– Chwileczkę. Potem usłyszałam:

– Claudel.

– Tu doktor Brennan – powiedziałam. Cisza jak makiem zasiał.

– Oui.

– Dostał pan moją wiadomość?

– Oui.

Już wiedziałam, że będzie równie skory do współpracy ze mną, jak pirat sprzedający lewe płyty z urzędem podatkowym.

– Zastanawiałam się właśnie, czego wam się udało dowiedzieć na temat St. Jacquesa?

Żachnął się.

– St. Jacquesa? A, tego. Już kojarzę.

Chociaż czułam nieprzepartą chęć, żeby wyrwać mu język, pomyślałam, ze trzeba się wykazać nie lada taktem w radzeniu sobie z impertynenckimi detektywami – to podstawowa zasada.

– Myśli pan, że to nie jest jego prawdziwe nazwisko?

– Jeśli to jego prawdziwe nazwisko, to ja jestem Margaret Thatcher.

– No to co ustaliliście?

Znowu zamilkł na chwilę i oczyma wyobraźni widziałam, jak zwraca twarz do sufitu, zastanawiając się, jak mnie najlepiej spławić.

– Powiem pani, co ustaliliśmy. Nic. Nie znaleźliśmy zupełnie nic. Żadnej okrwawionej broni. Żadnych filmów. Żadnych bezładnych wyznań na papierze. Żadnych części ciała na pamiątkę. Zero.

– A odciski?

– Żadnych, które nadawałyby się do wykorzystania,

– Jakieś rzeczy osobiste?

– Gościu żył w dość spartańskich warunkach. Nie miał specjalnego zamiłowania do dekoracji. Żadnych rzeczy osobistych. Żadnych ubrań. A, tak, jedna piżama i stara gumowa rękawiczka. Brudny koc. I tyle.

– Dlaczego rękawiczka?

– Może bał się, że sobie zniszczy paznokcie.

– A co macie konkretnego?

– Sama pani widziała. Kolekcja zdjęć z serii Panienko Pokaż Mi Swoją Cipę, plan miasta, gazety, wycinki na ścianie, lista. A, jeszcze jakieś spaghetti.

– Nic więcej?

– Nic.

– Żadnych przyborów toaletowych? Środków czystości?

– Nada.

Zastanawiałam się nad tym przez chwilę.

– Nie wygląda na to, żeby on tam naprawdę mieszkał.

– Jeśli tak, to jest z niego najbrudniejszy skurwysyn, jakiego można sobie wyobrazić. Nie myje zębów ani się nie goli. Ani śladu mydła. Albo szamponu. Czy nawet dentonici…

Rozważałam to przez chwilę, nim spytałam:

– Co pan o tym myśli?

– Może skunks używa tego miejsca jako kryjówki, w której zajmuje się swoimi hobby – zbrodniami i porno. Może jego żonie nie podobają się jego upodobania artystyczne. Może żona nie pozwala mu w domu trzepać konia. Skąd mam wiedzieć?

– A co z listą?

– Sprawdzamy nazwiska i adresy.

– Są jakieś z St. Lambert?

Kolejna chwila ciszy.

– Nie.

– A może jakieś informacje o tym, jak mógł wejść w posiadanie karty kredytowej Margaret Adkins?

Tym razem zamilkł na dłużej i czuć było, że jego cierpliwość jest na wyczerpaniu.

– Doktor Brennan, dlaczego nie zajmie się pani swoją działką i pozwoli nam łapać morderców?

– A on nim jest? – Nie mogłam się powstrzymać.

– Że co?

– To on jest mordercą?

W słuchawce rozległ się ciągły sygnał.

Resztę poranka spędziłam oceniając czyjś wiek, płeć i wzrost na podstawie kości łokciowej. Kość znalazły dzieci bawiące się koło Pointe-aux-Tremblea i prawdopodobnie pochodziła z jakiegoś starego cmentarza.

Piętnaście po dwunastej poszłam na górę po dietetyczną colę. Przyniosłam ją ze sobą do gabinetu, zamknęłam drzwi, po czym wyjęłam swoją kanapkę i brzoskwinię. Okręciłam się na krześle, żeby mieć widok na rzekę, i pozwoliłam myślom błąkać się bez celu. Jak rakieta Patriot, natychmiast skierowały się na Claudela.

Ciągle nie traktował poważnie możliwości, że to wszystko sprawka seryjnego mordercy. Może ma rację? Może podobieństwa to tylko zbieg okolicz ności? Może znajduję pomiędzy nimi związki, które naprawdę nie istnieją? Może St. Jacques jest po prostu maniakiem interesującym się zbrodniami? Mogło tak być. Producenci filmowi i wydawcy zbijają przecież ciągle krocie na tym ogranym temacie. Może to nie on jest mordercą, może po prostu za znaczał miejsca zbrodni i prowadził tylko jakąś tajemniczą grę. Może znalazł kartę kredytową Margaret Adkins. Może ukradł ją przed jej śmiercią i nic zdążyła zauważyć, że jej nie ma i tego zgłosić. Może. Może. Może.

Nie. Coś tu nie gra. Nawet jeśli to nie St. Jacques, to gdzieś tam i tak był ktoś odpowiedzialny za kilka morderstw. Przynajmniej niektóre zbrodnie były ze sobą powiązane. Nie chciałam czekać na kolejne poćwiartowane ciało, które dowiedzie, że mam rację.

Co zrobić, żeby przekonać Claudela, że nie jestem kretynką z wybujałą wyobraźnią? Nie podobało mu się, że chcę wtargnąć na jego terytorium, uważał, że wykraczam poza swoje kompetencje. Powiedział, żebym zajęła się swoją pracą. Ryan też tak uważał. Co on powiedział? Że dziury. Że za mało. No to trzeba znaleźć mocniejsze dowody na poparcie tego, że morderstwa są powiązane.

– Dobra, Claudel, sukinsynu, właśnie tego ci dostarczę. Powiedziałam to na głos, gwałtownie prostując się na krześle i wrzucając pestkę po brzoskwini do kosza.

I tak zrobię.

Co jest moją specjalnością?

Grzebanie się w ciałach. Oglądanie kości. A więc…

13

W laboratorium histologii poprosiłam Denisa, żeby wyciągnął dane dotyczące spraw o numerach 25906-93 i 26704-94. Uprzątnęłam stół po prawej stronie mikroskopu i położyłam na nim swój notatnik i długopis. Wyciągnełam dwie tubki polysiloksanu winylu i umieściłam je koło małej szpachelki, i kredowego papieru i elektronicznej suwmiarki mierzącej z dokładnością do tysięcznej części cala.

Denis na brzegu stołu położył dwa kartonowe pudełka, jedno duże i jedno małe. Obydwa były starannie zamknięte i opisane. Zdjęłam pokrywkę większego pudełka, wyjęłam z niego fragmenty szkieletu Isabelle Gagnon i rozłożyłam je na prawej części stołu.

Potem otworzyłam mniejsze pudełko. Chociaż ciało Chantale Trottier zostało zwrócone rodzinie i pochowane, zachowano fragmenty kości jako materiał dowodowy, co jest normalną procedurą w przypadku zabójstw, w których doszło do uszkodzenia albo okaleczenia szkieletu.

Wyjęłam szesnaście woreczków i rozłożyłam je po lewej stronie stołu. Na każdym z nich było napisane, z jakiej kości i z której strony ciała pochodzi dany fragment. Prawy nadgarstek. Lewy nadgarstek. Prawe kolano. Lewe kolano. Kręgi piersiowe i lędźwiowe. Wyjmowałam zawartość po kolei z wszystkich worków i układałam je w porządku anatomicznym. Dwa kawałki kości udowej znalazły się koło fragmentów strzałki i piszczeli, tworząc staw kolanowy. Każdy nadgarstek reprezentowały sześciocalowe części kości promieniowej i łokciowej. Brzegi kości odpiłowywanych w czasie autopsji były wyraźnie poszarpane. Nie da się pomylić tych śladów z tymi pozostawionymi przez mordercę.

Przysunęłam do siebie szalkę, otworzyłam jedną z tubek i wycisnęłam na górny arkusz jaskrawoniebieską nitkę dentystycznego materiału do odlewów. Potem koło niej z drugiej tubki wycisnęłam trochę białej masy. Wybrałam jedną z kości ramienia Trottier, położyłam ją przed sobą i chwyciłam szpachelkę. Zaczęłam energicznie mieszać niebieski katalizator z białą podstawą, aż zrobiła się z nich jednolita masa. Zdrapałam ją do plastikowej strzykawki, po czym wycisnęłam ją, tak jakbym dekorowała tort, dokładnie pokrywając nią powierzchnię stawu.

Odłożyłam pierwszą kość, wyczyściłam szpachelkę i strzykawkę, oderwałam zużyty arkusz i zaczęłam robić to samo z następną kością. Kiedy masa zastygała na kolejnych kościach, zdejmowałam ją, zapisywałam numer sprawy, jakiej kości jest odlewem, stronę ciała i datę, po czym kładłam zastygnięty odlew obok odpowiadającej jej kości. Powtarzałam całą procedurę, aż koło wszystkich kości leżały odlewy. Zajęło mi to ponad dwie godziny.

Następnie usiadłam przy mikroskopie. Nastawiłam odpowiednie powiększenie i ustawiłam światło szczelinowe pod odpowiednim kątem do płaszczyzny oglądania. Zaczęłam od prawej kości udowej Isabelle Gagnon. Przyglądałam się dokładnie najdrobniejszym nawet zadrapaniom i nacięciom uwidocznionym na odlewach, które właśnie wykonałam.

Wyglądało na to, że nacięcia są dwojakiego rodzaju. Na wszystkich kościach ramion było kilka bruzd biegnących równolegle do powierzchni stawów. Ścianki tych rowków były proste i stykały się ze swoim dnem pod kątem prostym. Większość tych nacięć miała długość niecałej jednej czwartej a szerokość pięciu setnych cala. Na kościach nóg znajdowały się podobne żłobienia.

Ślady drugiego rodzaju miały kształt litery V, były węższe i nie miały ścianek oraz położonego pod kątem prostym do nich podłoża rowka, tak jak w poprzednich. Nacięcia w kształcie V biegły równolegle do bruzd znajdujących się na końcach długich kości, ale tylko one znaczyły panewki stawu biodrowego i kręgi.

Na diagramie zaznaczałam sobie dokładną pozycję wszystkich nacięć, zapisywałam ich długość, szerokość i, w wypadku bruzd, głębokość. Potem przyglądałam się każdemu rowkowi i odpowiadającemu mu odlewowi z góry i w przekroju. Dzięki odlewom mogłam zobaczyć najdrobniejsze szczegóły. których bym nie dostrzegła, patrząc bezpośrednio na bruzdy. Na trójwymiarowych negatywach widoczne były malutkie wybrzuszenia, wyżłobienia i zadrapania ścianek i dna bruzd. Przypominało to oglądanie mapy plastycznej – wyspy, tarasy i wąwozy każdej bruzdy odbite w jaskrawoniebieskim plastiku.

Kończyny oddzielono w stawach, pozostawiając długie kości w nienaruszonym stanie. Z jednym wyjątkiem. Kości przedramienia zostały przecięte tuż nad nadgarstkami. Przyglądając się przeciętym kościom promieniowej i łokciowej, zanotowałam obecność i pozycję nierówności wynikłych z przecinania kości i bardzo dokładnie obejrzałam w przekroju powierzchnię każdego nacięcia.

Kiedy skończyłam z Gagnon, zrobiłam to samo z Trottier. W tym czasie Denis spytał tylko, czy może już coś odłożyć na miejsce. a ja przytaknęłam, nie zwracając uwagi na pytanie. Nie zauważyłam, że w laboratorium ktoś jeszcze się pojawił.

– Co pani tu jeszcze robi?

O mało co nie upuściłam kręgu, który właśnie wyjmowałam spod mikroskopu.

– Jezu Chryste! Niech pan tego nie robi na przyszłość!

– Niech pani nie wariuje. Po prostu zobaczyłem światło i pomyślałem, że zajrzę, czy Denis może po godzinach kroi coś interesującego.

– Która jest godzina? – Zebrałam inne kręgi szyjne i schowałam je do worka.

Andrew Ryan spojrzał na zegarek.

– Za dwadzieścia szósta. – Patrzył, jak wkładam worki do mniejszego pudełka i zamykam je.

– Znalazła pani coś przydatnego?

– Tak.

Stuknęłam kilka razy w pokrywkę, żeby znalazła się na swoim miejscu, i podniosłam kości miednicy Isabelle Gagnon.

– Claudel nie przywiązuje zbytniej wagi do tych nacięć na kościach. Nie wiedziałam, czy powinnam mu o tym mówić. Włożyłam kości miednicy do większego pudełka.

– On myśli, że wszystkie piły są takie same… – dodałam jednak.

Włożyłam dwie łopatki do pudełka i sięgnęłam po kości ramion.

– Pan też tak uważa?

– Cholera, sam nie wiem.

– To pan jest przedstawicielem płci specjalizującej się w stolarce, budowaniu i takich sprawach. Co pan wie o piłach? – Nie przestawałam chować kości do pudełka.

– Że tną rzeczy.

– Dobrze. Jakie rzeczy?

– Drewno. Krzaki. Metal. – Zamilkł na chwilę. – Kości.

– Jak?

– Jak?

– No właśnie. Jak.

Zastanawiał się przez chwilę.

– Ząbkami. Ząbki przemieszczają się w tę i z powrotem i przecinają co trzeba.

– A co z piłami tarczowymi?

– One się kręcą wokół.

– Czy kroją to, co się piłuje, na kawałki, czy wchodzą w to jak dłuto?

– O co pani chodzi?

– Czy ząbki są ostro zakończone, czy płasko? Czy przecinają to, co się piłuje, czy rozdzierają go?

– A…

– I czy tną, kiedy piła przemieszcza się do przodu, czy kiedy do tyłu?

– O co pani chodzi?

– Powiedział pan, że ząbki przemieszczają się raz do przodu, a raz do tyłu. Chodzi mi o to, czy tną z przodu, czy z tyłu? Kiedy piłę się pcha, czy kiedy się ją ciągnie?

– A…

– Czy są zaprojektowane, żeby ciąć wzdłuż słojów, czy w poprzek?

– To ma jakieś znaczenie?

– W jakiej odległości od siebie są ząbki? Czy są w równych odstępach? Ile ich jest na ostrzu piły? Jaki mają kształt? Pod jakim są kątem? Czy ich krawędzie są kwadratowe, czy ostre? Jak są ustawione w stosunku do ostrza piły? Jakiego rodzaju…?

– Dobrze, już dobrze, rozumiem. To niech mi pani coś powie o tych piłach…

Kiedy mówiłam, schowałam resztę kości Isabelle Gagnon do pudełka i stuknęłam parę razy przykrywkę.

– Na pewno są setki różnych rodzajów pił. I to nie tylko piły ręczne, Niektóre są napędzane siłą mięśni, a inne działają na elektryczność lub gaz. Niektóre działają bez przerwy, inne z przerwami, w jednych wykorzystuje się tarczę obrotową, a inne ruszają się do przodu i do tyłu. Piły są projektowane do cięcia różnych materiałów i do cięcia ich na wiele sposobów. Nawet jeśli ograniczymy się tylko do pił ręcznych, które nas interesują w tym przypadku, różnią się one pod względem rozmiarów ostrza i wielkości, typu i odstępów między ząbkami…

Spojrzałam na niego, żeby sprawdzić, czy mnie jeszcze słucha. Słuchał, a jego oczy były tak niebieskie, jak płomień na kuchence gazowej.

– Wszystko, co tu powiedziałam, sprowadza się do tego, że piły zostawiają charakterystyczne ślady na materiałach, które przecinają, na przykład na kościach. Rowki, które zostawiają, różnią się pod względem szerokości, a na ich ściankach i dnie są charakterystyczne dla danej piły wzorki.

– Więc jeśli ma się kość, to można dokładnie określić, jaką piłą została i przecięta?

– Nie. Ale można z bardzo dużym prawdopodobieństwem określić, jaki rodzaj piły zostawił dany ślad.

Strawił to.

– Skąd pani wie, że w tym przypadku chodzi o piłę ręczną?

– Piły nie napędzane siłą mięśni zostawiają raczej jednorodne ślady. Podobne zadrapania w nacięciach i rowki powtarzają się. Kości są przecinane przeważnie w jednej płaszczyźnie i nie widać śladów przecinania w wielu kierunkach, jak to się dzieje w przypadku pił ręcznych. – Zastanawiałam się przez chwilę. – Dlatego, że nie trzeba marnować własnej energii, ludzie używający pił mechanicznych często zostawiają kilka falstartów. I to w dodatku głębsze falstarty. Poza tym, dlatego że piły mechaniczne są cięższe, a czasami dlatego, że osoba, która ich używa, dociska przecinany przedmiot, zostawiają one bardziej poszarpane ślady w miejscach przecięć, kiedy kość w końcu pęka.

– A co w przypadku, kiedy ktoś naprawdę silny używa piły ręcznej?

– Trafna uwaga. Indywidualne umiejętności i siła mogą być ważnym czynnikiem, ale piły mechaniczne często zostawiają zadrapania, kiedy zaczynają ciąć, bo piła jest już w ruchu, kiedy styka się z kością. Wyraźniej też widać odłupania na kawałkach kości, kiedy piła wychodzi z kości. – Ponownie się zamyśliłam, ale tym razem on również się nie odzywał. – Większa moc przy pile mechanicznej często pozostawia dość gładką powierzchnię w miejscu przecięcia, co przeważnie się nie zdarza przy piłach ręcznych.

Zaczerpnęłam powietrza. Poczekał jeszcze chwilę, żeby się upewnić, że skończyłam.

– Co to są falstarty?

– Kiedy piła po raz pierwszy wchodzi w kość, tworzy rowek albo nacięcie. Jak piła zagłębia się w kość, ten rowek staje się coraz głębszy i z czasem formuje się w ten sposób dno. Można to porównać do okopów. Jeśli ostrze wyskoczy albo zostanie wyciągnięte, nim przetnie całą kość, ślad, który pozostaje, to właśnie coś, co się nazywa falstartem. A falstart jest cennym źródłem informacji. Z jego szerokości można odczytać grubość ostrza piły i rozstawienie ząbków. Falstart ma też charakterystyczny kształt, kiedy go oglądać w przekroju, a ząbki ostrza mogą zostawiać ślady na jego ściankach.

– A co się dzieje, kiedy piła przechodzi prosto przez kość?

– Jeśli kość jest przecięta za jednym razem, to i tak można zobaczyć część dna nacięcia, ale wtedy tylko w miejscu, gdzie zaczęto piłować i na kości są poszarpane ślady. To jest bardzo charakterystyczne miejsce. Poza tym, mogą zostawać pojedyncze ślady po ząbkach na powierzchni przecięcia.

Wygrzebałam ponownie kość promieniową Gagnon, znalazłam częściowy falstart w miejscu, gdzie zaczęto piłować i oświetliłam go.

– Proszę, niech pan na to spojrzy.

Pochylił się i przytknął oczy do binokulara, a rękoma nastawił sobie ostrość.

– Tak. Widzę go.

– Niech pan spojrzy na dno nacięcia. Co pan widzi?

– Wybrzuszenia,

– Właśnie. Te wybrzuszenia to wysepki materiału kostnego. Pokazują że ząbki zostały ustawione pod różnymi kątami względem ostrza piły. Takie ustawienie powoduje zjawisko, które się nazywa “dryfowaniem ostrza",

Podniósł wzrok znad mikroskopu i spojrzał na mnie zmieszany. Binokular odcisnął na jego skórze dwa kółka i wyglądał jak pływak z ciasnymi okularami.

– Kiedy pierwszy ząbek wcina się w kość, stara się ustawić w jednej płaszczyźnie z całym ostrzem. Stara się znaleźć położenie środkowe, a ostrze za nim podąża. Kiedy następny ząbek wchodzi w kość, stara się zrobić to samo, ale w momencie pierwszego kontaktu może być wychylony w przeciwną stronę. Ostrze wtedy dostosowuje się do nowych warunków. Tak dzieje się za każdym razem, kiedy kolejny ząbek wchodzi w kość, więc siły działające na ostrze ciągle się zmieniają. W wyniku tego, ząbki cały czas przemieszczają się w nacięciu. Im dalej od siebie rozstawione są ząbki, tym większe odchylenia. Bardzo szeroki rozstaw sprawia, że powierzchnia cięcia nie jest równa. To są właśnie wysepki materiału kostnego. Wybrzuszenia.

– Więc to one informują o tym, że ząbki były ustawione pod różnym kątem.

– Tak naprawdę mówią jeszcze więcej. Skoro kierunek przemieszczania się każdego ząbka zmienia się w momencie, kiedy następny ząbek wchodzi w kość, odległość między widocznymi zmianami kierunku wcinania się ząbków informuje też o tym, w jakich są od siebie odstępach. Skoro wysepki pokazują największe odchylenia ząbków wobec płaszczyzny ostrza, odległość od jednej wysepki do drugiej jest równa odległości pomiędzy ząbkami. Pozwoli pan, że pokażę panu coś jeszcze.

Wyciągnęłam spod mikroskopu kość promieniową i zastąpiłam ją łokciową. Ułożyłam ją tak, że oświetlona została powierzchnia końca kości w miejscu przecięcia od strony nadgarstka.

– Widzi pan te faliste linie na powierzchni cięcia?

– Tak. Wygląda jak tara pralnicza, tylko wygięta.

– To się nazywa harmonijka. Chodzące w boki ostrze zostawia te szczyty i doliny na ściankach nacięcia, tak jak na jego dnie zostawia wysepki ma teriału kostnego. Szczyty i wysepki odpowiadają maksymalnym wychyleniom ostrza, a doliny na dnie rowka wyznaczają punkty, w których ostrze znajdowało się najbliżej środka płaszczyzny cięcia.

– I można zmierzyć te szczyty i doliny, tak jak wysepki?

– Dokładnie.

– A dlaczego nie widać nic głębiej w nacięciu?

– Dryfowanie przeważnie występuje tylko na początku i na końcu procesu cięcia, kiedy ostrze nie jest jeszcze zanurzone w kości.

– Brzmi sensownie. – Podniósł wzrok.

Odciśnięte okulary ponownie pojawiły się na jego twarzy.

– A może pani coś powiedzieć o kierunku?

– Ruchu piły czy o płaszczyźnie cięcia?

– A jaka jest różnica?

– Kierunek ruchu piły jest uzależniony od tego, czy ostrze tnie przesuwając się do przodu, czy cofając się. Większość pił produkowanych na Zachodzie tnie przesuwając ostrze do przodu. Niektóre japońskie piły odwrotnie. Niektóre mogą działać w obie strony. Płaszczyznę cięcia wyznacza kierunek, w jakim piła przechodzi przez kość.

– Można to stwierdzić?

– Tak.

– To co pani znalazła? – spytał przecierając oczy, starając się jednocześnie na mnie patrzeć.

Nie spieszyłam się z odpowiedzią i masowałam swoje kręgi krzyżowe. Po chwili sięgnęłam po notatnik i przerzucałam zapiski, wybierając tylko ważne fragmenty.

– Na kościach Isabelle Gagnon jest całkiem sporo falstartów. Nacięcia mają szerokość około jednej setnej cala, a na ich dnach są przeważnie jakieś wgłębienia. Są też harmonijki i wysepki materiału kostnego. Obie wartości można wymierzyć. – Przewróciłam kartkę. – Kawałek kości został odłupany przy wyciąganiu piły…

Czekał na ciąg dalszy. Nie odzywałam się, więc spytał:

– Co to wszystko znaczy?

– Chyba mamy do czynienia z piłą ręczną ze zmiennym rozstawieniem ząbków, prawdopodobnie typu 10 ZNC.

– ZNC?

– Ząbków na cal. Innymi słowy, odległość między ząbkami wynosi mniej więcej jedną dziesiątą cala. Ząbki są typu dłutowego, a piła tnie, kiedy ostrze przesuwa się do przodu.

– Rozumiem.

– Dryfowanie ostrza jest bardzo wyraźnie widoczne i jest dużo odłupań powstałych przy wyciąganiu piły, ale ostrze i tak cięło wydajnie. Myślę, że mamy tu do czynienia z piłą zaprojektowaną tak, jak ogromna piła do metalu. Wysepki wskazują na to, że rozstaw musi być dość szeroki, żeby uniknąć haczenia.

– I to wszystko pozwala stwierdzić, że…

Byłam prawie pewna, że wiem, co wykonało nacięcia, ale jeszcze nie chciałam się dzielić moim odkryciem.

– Nim wyciągnę ostateczny wniosek, chciałabym jeszcze z kimś porozmawiać.

– Ma pani coś jeszcze?

Przewróciłam kartki z powrotem na pierwszą stronę i podsumowałam to, co powiedziałam.

– Falstarty są na przednich powierzchniach długich kości. W miejscach odłupań, są też na tylnych powierzchniach. To znaczy, że ciało prawdopodobnie leżało na plecach, kiedy je przepiłowywano. Ręce odcięto w ramionach, a dłonie odpiłowano. Nogi oddzielono w biodrach i przepiłowano staw kolanowy. Głowę odcięto na wysokości piątego kręgu szyjnego. Rozcięcie tułowia było bardzo głębokie, bo sięgało aż do kręgosłupa.

Potrząsnął głową.

– Gościu wyraźnie ma talent do obsługiwania piły.

– To jest bardziej skomplikowane.

– Bardziej skomplikowane?

– Używał też noża.

Ustawiłam w innej pozycji kość łokciową i nastawiłam ostrość,

– Niech pan spojrzy jeszcze raz.

Pochylił się nad mikroskopem i nie mogłam nie zauważyć jego szczupłego, kształtnego tyłeczka. Jezu, Brennan…

– Nie musi pan tak mocno dociskać oczu do binokulara.

Rozluźnił nieco ramiona i przestąpił z nogi na nogę.

– Widzi pan nacięcia, o których mówiliśmy?

– Hm.

– A teraz niech pan spojrzy w lewo. Widzi pan wąski rowek?

Przez chwilę nic nie mówił, kiedy nastawiał ostrość.

– Wygląda bardziej na klin. Nie jest kwadratowe. Nie jest takie szerokie.

– No właśnie. To jest zrobione nożem. Wyprostował się. Z okularami.

– Ślady po nożu mają określony wzór. Zdecydowana większość z nich biegnie równolegle do falstartów, a niektóre nawet je przecinają. Poza tym na stawie biodrowym i kręgosłupie są tylko takie ślady.

– Co znaczy?

– Niektóre ślady po nożu są nad śladami po pile, a niektóre pod, więc robiono nacięcia raz przed, a raz po piłowaniu. Podejrzewam, że przecinał ciało nożem, rozcinał stawy piłą, po czym kończył robotę nożem, może przecinał mięśnie i ścięgna, które ciągle jeszcze spajały kości. Oprócz nadgarstków, wszędzie przecinał dokładnie w stawach. Z jakiegoś powodu odciął dłonie nad nadgarstkami, przepiłowując kości.

Pokiwał głową.

– Skrócił Isabelle Gagnon o głowę i otworzył jej tułów przy pomocy samego noża. Na kręgach nie ma śladów po pile.

Przez chwilę oboje milczeliśmy, zastanawiając się nad tym. Chciałam, żeby wszystko do niego dobrze dotarło, nim powiem resztę.

– Przyjrzałam się też Trottier.

Spojrzał na mnie swoimi lśniącymi oczyma. Na jego kościstej twarzy malowało się napięcie, jakby przygotowywał się na to, co mu oznajmię.

– Ślady są identyczne.

Przełknął ślinę i wziął głęboki oddech. Potem zaczął mówić bardzo cichym głosem.

– W żyłach tego gościa musi płynąć freon…

Ryan odepchnął się od blatu dokładnie w momencie, kiedy w drzwiach pojawiła się głowa stróża. Oboje odwróciliśmy się, żeby na niego spojrzeć. Mężczyzna widząc nasze poważne twarze natychmiast się oddalił.

Oczy Ryana ponownie spoczęły na moich. Mięśnie jego szczęki zacisnęły się.

– Niech pani o tym poinformuje Cłaudela. Chyba rzeczywiście pani coś ma.

– Najpierw chciałabym sprawdzić jeszcze kilka rzeczy. Potem poinformuję Kapitana Przyjemniaczka.

Wyszedł, nie mówiąc “do widzenia", a ja skończyłam chowanie kości. Zostawiłam pudełka na stole i wychodząc zamknęłam laboratorium na klucz. Kiedy przechodziłam przez główny hol przy wejściu do budynku, zauważyłam, że na zegarze wiszącym nad windami jest 6:30. Za oknami w gęstniejącym mroku migotały już światła. Znowu byłam w budynku tylko ja i sprzątaczki. Wiedziałam, że jest już za późno, żeby zrobić cokolwiek z tego, co sobie zaplanowałam, ale i tak zdecydowałam się spróbować.

Minęłam swój gabinet i doszłam wzdłuż korytarza aż do ostatnich drzwi po prawej stronie. Na małej tabliczce był napis “Informatique", a pod nim wypisano starannie mniejszymi literami Lucie Dumont.

Trzeba było na to długo czekać, ale w końcu LML i LSJ zostały podłączone do sieci. Pełną komputeryzację osiągnięto jesienią '93 roku i nieustannie przenoszono całą dokumentację na banki danych. Był już możliwy dostęp do danych dotyczących bieżących spraw – raporty z wszystkich wydziałów były zgrupowane w dużych plikach. Sprawy z lat ubiegłych były stopniowo przenoszone do bazy danych. L'Expertise Judiciaire wkroczyło z hukiem w erę komputerów, a Lucie Dumont sprawowała nad wszystkim pieczę.

Jej drzwi były zamknięte. Zapukałam, wiedząc, że pukanie pozostania bez odpowiedzi. O wpół do siódmej nie było tu już nawet Lucie Dumont.

Poszłam do swojego biura powłócząc nogami, wyciągnęłam spis członków Amerykańskich Biegłych Sądowych i znalazłam nazwisko, którego szukalam. Rzuciłam okiem na zegarek i dokonałam szybkich obliczeń. Tam będzie dopiero za dwadzieścia piąta. Czy za dwadzieścia szósta? W której strefie czasowej była Oklahoma, w strefie czasu górskiego, czy centralnego?

– Do diabła – powiedziałam, wystukując kierunkowy i numer telefonu. Ktoś podniósł słuchawkę i poprosiłam Aarona Calverta. Odpowiedziano mi przyjaznym, nosowym głosem, że rozmawiam z operatorem nocnego serwisu, ale z przyjemnością przekażą wiadomość. Podałam swoje nazwisko i i numer telefonu, ale cały czas nie wiedziałam, z jaką strefą czasową się połączyłam.

Nic nie szło po mojej myśli. Siedziałam chwilę nieruchomo, przeklinając siebie w duchu za to, że nie pomyślałam o tym wcześniej tego dnia. Potem, nie zniechęcona, ponownie sięgnęłam po słuchawkę. Zadzwoniłam do Gabby, ale jej nie było. Nie odezwała się nawet automatyczna sekretarka. Spróbowałam jeszcze złapać ją w jej gabinecie na uniwersytecie i wysłuchałam czterech sygnałów. Kiedy już miałam się rozłączyć, ktoś z sekretariatu wydziału podniósł słuchawkę. Nie, nie widzieli jej. Nie, nie odbierała poczty od kilku dni. Nie, nie ma w tym nic dziwnego, jest lato. Podziękowałam i odłożyłam słuchawkę.

– Trzecia próba spalona – powiedziałam na głos. Nie ma Lucy. Nie ma Aarona. Nie ma Gabby. Na Boga, Gabby, gdzie jesteś? Nie pozwoliłam sobie zastanawiać się nad tym.

Stukałam długopisem w notatnik.

– Piłka poza boiskiem.

Postukałam jeszcze kilkakrotnie.

– Nie wykorzystana sytuacja – dodałam, nie zwracając uwagi na to, że metafora nie ma sensu. Stuk. Stuk.

– Dyskwalifikacja.

Odchyliłam się. Włączałam i wyłączałam długopis, a w końcu pozwoliłam mu wystrzelić w górę.

– Drugi wadliwy serwis.

Złapałam długopis i ponownie go wystrzeliłam.

– Faul.

Znowu go posłałam w powietrze.

– Czas zmienić strategię.

Złapałam. Wystrzeliłam.

– Czas przygotować się na atak przeciwnika.

Złapałam długopis i trzymałam go w ręce. Trzeba się zaprzeć. Spojrzałam na długopis. Zaprzeć się. No właśnie.

– Okej – powiedziałam, odpychając krzesło od biurka i chwytając torebkę.

Przewiesiłam ją przez ramię i wyłączyłam światło.

– A niech cię, Claudel!

14

Kiedy dotarłam do mazdy, usiłowałam sobie przypomnieć ten monolog zlepiony z terminologii sportowej. Bez powodzenia. Błysk geniuszu minął. I oczekiwanie na to, co sobie zaplanowałam na wieczór, czyniło mnie zbyt spiętą, żebym była w stanie twórczo myśleć. Pojechałam prosto do domu, zatrzymując się tylko po drodze przy Kojaxie, żeby kupić suflaki.

Kiedy weszłam do domu, zignorowałam oskarżycielskie spojrzenie Birdiego i skierowałam się prosto do lodówki po dietetyczną colę. Postawiłam ją na stole obok zatłuszczonej torebki zawierającej mój obiad i rzuciłam okiem na automatyczną sekretarkę. Odwzajemniła moje spojrzenie, bez słowa i nie migocząc. Gabby nie dzwoniła. Ogarniało mnie wzrastające poczucie niepokoju – podobnie jak serce dyrygenta pochłoniętego muzyką, moje biło w rytmie prestissimo.

Poszłam do sypialni i zaczęłam buszować w szafce nocnej. To, czego szukałam leżało zagrzebane w trzeciej szufladzie. Wzięłam to do jadalni, rozłożyłam na stole, po czym otworzyłam colę i wyjęłam zawartość torebki. Bez szans. Widok tłustego ryżu i rozgotowanej wołowiny sprawił, że mój żołądek gwałtownie się skurczył, jak dotknięty krab. Sięgnęłam po kawałek pity.

Teraz już z łatwością znalazłam na planie moją ulicę i prześledziłam trasę prowadzącą z Centre-ville przez rzekę na południową stronę, do St. Lambert. Znalazłszy okolicę, której szukałam, rozłożyłam mapę St. Lambert i Longeuil. Próbowałam przełknąć jeszcze trochę suflaków, kiedy oglądałam mapę, ale mój żołądek nie zmienił zdania. Nadal nie był skłonny do przyjmowania czegokolwiek.

Birdie przyczołgał się na odległość jakichś dziesięciu centymetrów od mnie. – Użyj sobie – powiedziałam, podtykając mu aluminiowy pojemnik Wyglądał na zadziwionego. Zawahał się, po czym ruszył w jego stronę. Zaczynając mruczeć już chwilę wcześniej.

W szafie stojącej w przedpokoju znalazłam latarkę, parę rękawiczek do pracy w ogrodzie i środek owadobójczy w sprayu. Wrzuciłam to wszystko do plecaka, razem z mapą, papierem i notatnikiem. Przebrałam się w bluzę, dżinsy i tenisówki, po czym splotłam włosy w ciasny warkocz. Przyszło mi jeszcze do głowy, żeby wziąć koszulę flanelową, więc ją też wepchnęłam do plecaka. Na kartce leżącej koło telefonu przy łóżku napisałam: “Pojechałam sprawdzić trzeciego X-a – St. Lambert". Zerknęłam na zegarek. Za piętnaście ósma. Dopisałam jeszcze datę i godzinę, po czym położyłam kartkę na stole w jadalni. Prawdopodobnie niepotrzebnie, ale gdybym wpadła w tarapaty, przynajmniej zostanie po mnie jakiś ślad.

Przerzuciłam plecak przez ramię i wystukałam numer systemu alarmowego, ale rosnące podniecenie sprawiło, że się pomyliłam i musiałam zacząć od początku. Kiedy za drugim razem, też mi się nie udało, opuściłam rękę, zamknęłam oczy i wyrecytowałam: “Król Karol kupił królowej Karolinie korale koloru koralowego". Żeby uspokoić umysł, wystarczy powtórzyć coś trywialnego. Nauczyłam się tego w szkole średniej i, jak zawsze, tym razem też zadziałało. Pomogło mi zapanować nad sobą. Bezbłędnie wystukałam kod i wyszłam z domu.

Wyjechałam z garażu, objechałam wokół kwartał i ruszyłam Ste. Catherine na wschód, aż do De la Montagne, skąd przebiłam się na południe do Victoria Bridge, jednego z trzech mostów łączących wyspę Montreal z południowym brzegiem rzeki Świętego Wawrzyńca. Niegroźne obłoki widoczne na niebie po południu, zaczynały wyglądać coraz groźniej. W oddali, na horyzoncie złowieszczo kłębiły się ołowiane chmury, przez co rzeka wyglądała szaro i mrocznie.

W górze rzeki widziałam Ile Notre-Dame i Ile Ste Helene i łączący je efektownym łukiem most Jacques-Cartier. Wysepki wyglądały ponuro w gęstniejącym mroku. Życie musiało na nich kwitnąć w czasie Expo '67, ale teraz były spokojne, uśpione i ciche jak miejsce, w którym w odległej przeszłości kwitła jakaś cywilizacja.

W dole rzeki leży Ile des Soeurs. Wyspa Sióstr. Kiedyś była własnością kościoła, ale z czasem przekształciła się w dzielnicę yuppie, oazę ekskluzywnych apartamentów, pól golfowych, kortów tenisowych i basenów, połączona z resztą miasta mostem Champlain. Migoczące światła drapaczy chmur jakby współzawodniczyły z odległymi błyskawicami.

Kiedy dotarłam na południowy brzeg, zjechałam na Sir Wilfred Laurier Boulevard. W czasie, gdy przejeżdżałam przez most, powietrze w gęstniejącym mroku nabrało, niesamowitej, zielonawej barwy. Zatrzymałam samochód, żeby obejrzeć plan. Przy pomocy ciemnozielonej plamki, oznaczającej park i pola golfowe St. Lambert, ustaliłam swoje położenie, po czym odłożyłam plan na siedzenie obok mnie. Włączałam bieg, gdy niebo przecięła błyskawica. Wiatr się wzmógł i na przedniej szybie zaczęły rozpryskiwać się pierwsze krople deszczu.

Wlokłam się przez niesamowitą, gęstniejącą ciemność, zwalniając przed każdym skrzyżowaniem, żeby pochylić się do przodu i przyjrzeć się znakom. Jechałam trasą, którą ułożyłam sobie w głowie, skręcając raz w lewo, raz w prawo, znowu dwa razy w lewo…

Po kolejnych dziesięciu minutach zwolniłam i wjechałam na parking. Moje serce wydawało dźwięki podobne do odgłosów piłeczki pingpongowej w czasie ostrej gry. Wytarłam wilgotne dłonie w spodnie i rozejrzałam się wokoło

Na niebie gromadziło się coraz więcej chmur i było już prawie zupełnie ciemno. Przejeżdżałam przez dzielnice mieszkaniowe zabudowane niskimi bungalowami, stojącymi wzdłuż ulic wysadzonych drzewami, ale teraz byłam już na granicy opuszczonych terenów przemysłowych, które na planie wyglądały jak mały, szary rogalik. Niewątpliwie byłam sama.

Po prawej stronie ulicy stał rząd opustoszałych magazynów, oświetlonych tylko jedną działającą latarnią. Budynki znajdujące się najbliżej latarni oblane były niesamowitym światłem, jak rekwizyty teatralne w czasie próby, ale kształty sąsiadujących z nimi budowli ginęły w mroku, a ostatni spowijało nieprzenikniona ciemność. Na niektórych były znaki agencji nieruchomości, oferujące je do sprzedaży bądź wynajmu. Na innych nie było tablic, jakby ich właściciele dali już za wygraną. Okna były powybijane, a place parkingowe popękane i zaśmiecone najróżniejszymi odpadkami. Całość robiła takie wrażenie, jakby pochodziła z czarno-białego filmu o Londynie w czasie wojny.

Widok na lewo był równie ponury. Nie było tam zupełnie nic. Egipskie ciemności. To właśnie na miejscu oznaczającym tę pustą przestrzeń na planie, St. Jacques umieścił swojego trzeciego X-a. Miałam nadzieję, że zastanę tu cmentarz albo mały park.

Cholera.

Oparłam ręce na kierownicy i wlepiałam wzrok w ciemność.

Co teraz?

Naprawdę przedtem tego nie przemyślałam.

Błyskawica przecięła niebo i przez chwilę na ulicy zrobiło się jasno. Coś wyleciało z ciemności i uderzyło w przednią szybę. Aż podskoczyłam z wrażenia i jęknęłam. Stworzenie przez chwilę rzucało się spazmatycznie na siebie, tworząc swoisty tatuaż, po czym odleciało w ciemność – jak kierowca który na chwilę stracił panowanie nad samochodem.

Uspokój się, Brennan. Głęboki oddech. Byłam cała rozdygotana,

Sięgnęłam po plecak, założyłam flanelową koszulę, włożyłam rękawiczki do tylnej kieszeni, a latarkę za pas. Nie wzięłam notatnika i papieru.

Nie będziesz tu chyba nic notować, powiedziałam sobie.

Powietrze pachniało deszczem na mokrym cemencie. Wiatr przeganiał śmieci z miejsca na miejsce, a gdzieniegdzie unoszone w górę kawałki papieru i liście wirowały, jakby znalazły się w centrum małego cyklonu, żeby po chwili opaść na ziemię i zacząć taniec od nowa. Wiatr rozwiewał mi włosy i szarpał ubranie, a dolna część koszuli trzepotała jak pranie na lince. Wcisnęłam koszulę w spodnie i wzięłam latarkę do ręki. Trzęsła się.

Oświetlając drogę przed sobą, przeszłam przez ulicę, po czym weszłam na krawężnik i znalazłam się na trawniku. Miałam jednak rację. Zardzewiał żelazny płot o wysokości mniej więcej metra osiemdziesiąt biegł wzdłuż działki. Po drugiej stronie płotu widać było gęstwinę drzew i krzaków, zdziczały las, który się gwałtownie urywał w miejscu, gdzie ograniczało go żelazne ogrodzenie. Skierowałam latarkę prosto przed siebie, starając się zajrzeć za drzewa, ale nie mogłam zobaczyć, jaką powierzchnię zajmują ani co leży za nimi.

Kiedy szłam wzdłuż ogrodzenia, wiszącymi nade mną gałęziami drzew targał wiatr, a ich cienie tańczyły w małej, żółtej plamie światła rzucanego przez latarkę. Spadały na nie krople deszczu, ale niektórym udawało się przebić przez korony drzew i uderzały mnie w twarz. Ulewa była niedaleko. Albo obniżająca się temperatura, albo wrogie otoczenie sprawiało, że cała się trzęsłam. Pewnie i to, i to. Przeklinałam siebie w duchu za to, że wzięłam ten spray do obrony, a nie pomyślałam o kurtce.

Po kilkudziesięciu metrach teren gwałtownie się obniżył. Oświetliłam latarką coś, co wyglądało na podjazd albo drogę dojazdową prowadzącą do miejsca, gdzie w ścianie drzew była przerwa. Przy płocie było w tym miejscu kilka furtek zamkniętych łańcuchami i kłódkami na szyfr.

Wyglądało jednak na to, że ten wjazd nie był od dawna używany. Na żwirowej drodze rosły wysokie chwasty, a pas śmieci, który leżał wzdłuż całego płotu, był nienaruszony również przy bramie. Skierowałam światło latarki w to miejsce, ale było widać tylko kilka metrów w głąb. To tak, jakby próbować oświetlić halę przemysłową jedną zapałką.

Posuwałam się powoli wzdłuż płotu jeszcze jakieś pięćdziesiąt metrów, aż doszłam do rogu. Droga ciągnęła mi się w nieskończoność. Stanęłam i rozglądałam się wokół. Ulica, wzdłuż której szłam, kończyła się skrzyżowaniem w kształcie litery T. Spojrzałam na krzyżującą się z nią ulicę, która była równie ciemna i pusta jak ta, którą przyszłam.

Widziałam tylko asfalt i biegnącą wzdłuż niego metalową siatkę. Domyśliłam się, że kiedyś był to parking jakiejś fabryki albo magazynu. Ogrodzony plac oświetlała pojedyncza żarówka wisząca na prowizorycznym ramieniu przybitym do słupa telefonicznego. Była osłonięta metalowym kloszem i oświetlała teren w promieniu kilku metrów. Śmieci szeleściły na pustym chodniku, a gdzieniegdzie widziałam zarys jakiejś budki czy szopy na narzędzia.

Wytężyłam słuch. Kakofonia. Wiatr. Krople deszczu. Dalekie grzmoty. Moje dudniące serce. Zza ogrodzenia dobiegała wystarczająca ilość światła, żebym widziała swoje trzęsące się ręce.

No dobra, Brennan, zbeształam siebie, weź się w garść. Nic wartościowego nie przychodzi łatwo.

– Hm. Niezły tekst – powiedziałam głośno. Mój głos brzmiał dziwnie, był przytłumiony, jakby noc połykała słowa, nim zdążyły dotrzeć do moich uszu.

Odwróciłam się w stronę płotu. Kawałek dalej, ogrodzenie łukiem ścinało róg i skręcało ostro w lewo, biegnąc równolegle do ulicy, do której właśnie doszłam. Ruszyłam wzdłuż niego. Trzy metry dalej metalowe ogrodzenie zastąpił kamienny mur. Zrobiłam kilka kroków do tyłu i oświetliłam go. Mur był szarawy, wysoki na jakieś dwa i pół metra i zakończony barierą wystających z niego na dziesięć centymetrów kamieni. Z tego co widziałam w ciemności, wydawało mi się, że biegł wzdłuż całej ulicy, a mniej więcej w połowie jego długości była w nim przerwa. Wyglądało na to, że właśnie tam było wejście na teren posesji.

Szłam wzdłuż muru, pod którym walał się przemoczony papier, potłuczone szkło i aluminiowe pojemniki. Co chwilę moje nogi deptały różne przedmioty, których nie chciało mi się nawet identyfikować.

Po pięćdziesięciu metrach ściana ponownie ustąpiła miejsca zardzewiałej, metalowej siatce. Było jeszcze kilka furtek, zabezpieczonych tak samo, jak te przy bocznym wejściu.-Kiedy zbliżyłam latarkę, żeby się przyjrzeć łańcuchowi i kłódce, zobaczyłam, że jego metalowe ogniwa błyszczą. Łańcuch wyglądał na nowy.

Wcisnęłam latarkę za pas i gwałtownie szarpnęłam za łańcuch. Nie ustąpił. Spróbowałam jeszcze raz, ale z takim samym rezultatem. Cofnęłam się kilka kroków, wyjęłam latarkę i zaczęłam powoli oświetlać nią pręty.

Właśnie wtedy coś chwyciło mnie za nogę. Kiedy skuliłam się i szarpnełam, upuściłam latarkę. Oczyma wyobraźni widziałam czerwone ślepia i żółte zęby. Okazało się, że moja ręka dotknęła plastikowego worka.

– Cholera – powiedziałam. Kiedy uwalniałam się z worka, czułam straszną suchość w ustach, a ręce trzęsły mi się jeszcze bardziej, niż przedtem – Napadnięta i pobita przez reklamówkę,

W końcu zdjęłam worek, który natychmiast odleciał z wiatrem. Słyszałam, jak trzepocze, kiedy rękoma szukałam latarki. Zgasła, kiedy spadła na ziemię. Znalazłam ją, ale nie chciała działać. Najpierw zupełnie. Stuknęłam nią o wnętrze dłoni i wtedy żarówka się zapaliła, jednak na bardzo krótko. Stuknęłam jeszcze raz i światło ponownie rozbłysło, ale było jakieś słabe i niepewne. Nie wierzyłam, że jeszcze długo będzie mi służyć.

Stałam przez chwilę w ciemności, zastanawiając się, co robić. Czy naprawdę chcę się dalej w to pakować? Co ja właściwie chcę osiągnąć? Gorąca kąpiel w domu wydawała się dużo lepszym pomysłem na spędzanie czasu

Zamknęłam oczy i skupiłam się na dźwiękach, starając się wyłowić jakieś odgłosy ludzkiej aktywności. Później, kiedy wielokrotnie wracałam myślą do tego momentu, zastanawiałam się, czy czegoś nie przegapiłam. Chrzęstu opon na żwirze. Skrzypienia zawiasów. Warkotu silnika. Może słuchałam nieuważnie, a może wzbierający na sile wiatr był w zmowie, w każdym razie nic nie usłyszałam.

Wzięłam głęboki oddech, wyprostowałam się i spojrzałam w ciemność panującą za ogrodzeniem. Dawno temu byłam w Egipcie w grobie w Dolinie Królów, kiedy wysiadło światło. Pamiętam, jak stałam w tamtym ciasnym pomieszczeniu, pogrążona nie w zwyczajnych ciemnościach, ale w miejscu zupełnie pozbawionym światła. Czułam się tak, jakby to był koniec świata. Kiedy starałam się dostrzec coś za płotem, tamto uczucie powróciło. Co kryło mroczniejsze tajemnice? Grób faraona czy ciemność za murem?

X coś oznacza. To coś jest w środku. Ruszaj.

Zawróciłam do rogu i wzdłuż siatki doszłam do bocznego wejścia. Jak otworzyć zamek? Oświetlałam latarką metalowe pręty, szukając odpowiedzi na to pytanie, kiedy błyskawica oświetliła wszystko wokół, jak lampa błyskowa. W powietrzu unosił się zapach ozonu, a ja czułam mrowienie na głowie i rękach. Wtedy właśnie zobaczyłam znak po prawej stronie bramy.

W świetle błyskawicy wyglądał jak mała, metalowa tabliczka przytwierdzona do prętów. Chociaż była stara i zardzewiała, napis był wyraźny. Entree interdite. Wstęp wzbroniony. Skierowałam na niego latarkę i starałam się przeczytać mniejsze litery pod napisem. Coś de Montreal. Wyglądało jak Archidiakon. Archidiakon Montrealu? Był ktoś taki?

Skupiłam wzrok na malutkim kółku widocznym pod napisem. Delikatnie zdrapałam kciukiem trochę rdzy. Zaczął wyłaniać się znak, przypominający górną część herbu, który wydawał mi się znajomy. Po chwili olśniło mnie. Achdiocese. Archidiecezja Montrealu. Oczywiście. Była to własność kościoła, pewnie opuszczony klasztor. Cały Quebec był nimi usiany.

No dobra, Brennan, jesteś katoliczką. Chronioną na terenie należącym do kościoła. Graj defensywnie. Skąd mi się biorą te sportowe skojarzenia? Przypływają razem z ogromnymi ilościami adrenaliny wpuszczanej w mój krwiobieg. W następnej chwili czułam już tylko paraliżujący strach, potem znowu adrenalinę i tak w kółko.

Włożyłam latarkę w dżinsy, po czym złapałam łańcuch prawą ręką, a lewą chwyciłam pręt i już miałam szarpnąć, kiedy zorientowałam się, że łańcuch nie stawia żadnego oporu. Ogniwo po ogniwie, prześlizgiwał się między kratami i owijał się wokół mojej ręki, jak wąż na gałęzi. Zdjęłam rękę z pręta zaczęłam obydwoma rękoma przyciągać do siebie ten łańcuch. Nie puścił zupełnie, bo kłódka zaklinowała się między prętami. Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. Kłódka była zaczepiona o ostatnie ogniwo, ale nie była zamknięta.

Zdjęłam ją, przeciągnęłam resztę łańcucha między prętami i przyglądałam się i kłódce, i łańcuchowi. Kiedy zdejmowałam łańcuch, wiatr przycichł i zapanowała niepokojąca cisza, która aż dudniła mi w uszach.

Przewiesiłam łańcuch przez prawą część bramy i pociągnęłam lewą do siebie. Było tak cicho, że zawiasy wydawały się głośno krzyczeć. Żaden inny dźwięk nie mącił ciszy. Nie było słychać żadnych żab. Żadnych świerszczy. żadnych gwizdków pociągów w oddali. Jakby wszechświat wstrzymał oddech, czekając na kolejny atak burzy.

Brama otworzyła się opornie. Weszłam do środka, zamykając ją za sobą. Ruszyłam wzdłuż drogi, a moje buty cicho chrzęściły na żwirze. Oświetlałam latarką drogę przed sobą i gęstwinę po obu jej stronach. Po dziesięciu metrach zatrzymałam się i skierowałam promień światła w górę. Plątanina złowieszczo nieruchomych gałęzi tworzyła nad moją głową łukowate sklepienie.

Ele mele dudki, człowieczek malutki. Super. Zaczęłam myśleć o dziecięcych rymowankach. Byłam tak spięta, że aż się trzęsłam i czułam w sobie dosyć energii, żeby odmalować cały Pentagon. Sypiesz się, Brennan, upomniałam siebie. Pomyśl o Claudelu. Nie. Pomyśl o Gagnon i Trottier, i Adkins.

Obróciłam się w prawo i skierowałam promień latarki tak daleko, jak tylko sięgał, i pozwoliłam mu zatrzymać się na chwilę po kolei na każdym drzewie stojącym wzdłuż drogi. Wyglądały jak nie kończąca się procesja. Kiedy oświetliłam drzewa po lewej stronie, wydawało mi się, że jakieś dziesięć metrów dalej zauważyłam przerwę w gęstwinie.

Cały czas oświetlając to miejsce, ruszyłam powoli do przodu. To, co wydawało się być wyłomem, wcale nim nie było. Rząd drzew nie był przerwany, ale to miejsce wyglądało jakoś inaczej. Potem zrozumiałam. To nie chodziło o drzewa, tylko o krzaki. Zarośla były rzadkie i gdzieniegdzie prześwitywała spod nich ziemia, a pnącza wyglądały nader mizernie w porównaniu do innych w pobliżu. Wyglądało to jak wykarczowane miejsce, które zaczeło ponownie zarastać.

Pędy są młodsze, pomyślałam. Świeższe. Poświeciłam wokół latarką. Karłowata roślinność wydawała się tworzyć wąski pasek, wijący się wśród drzew, jak strumień. Albo ścieżka. Zacisnęłam rękę na latarce i ruszyłam Kiedy zrobiłam pierwszy krok, rozszalała się burza.

Siąpiącą mżawkę zastąpiła prawdziwa ulewa i drzewa zaczęły się kołysać, ich gałęzie unosiły się do góry i spadały w dół, jakby to było tysiąc latawców Niebo przecinały błyskawice, którym po chwili towarzyszyły grzmoty, i tak w kółko, jak goniące się nawzajem demony. Trzask. Gdzie jesteś? Bum. Tutaj. Zerwał się wściekły wiatr, ciskający krople deszczu we wszystkie strony

Woda zmoczyła mi ubranie i przylepiła włosy do głowy. Ściekała mi po twarzy, rozmazując obraz i boleśnie kłując mnie w ranę na policzku. Mrugając oczyma, wcisnęłam włosy za uszy i przejechałam ręką po oczach. Wyciągnęłam koniec koszuli ze spodni i owinęłam w niego latarkę, żeby woda nie dostała się do środka.

Skuliłam ramiona i szłam dalej po ścieżce, nie mając pojęcia, co się kryje poza trzymetrowym okręgiem mojego słabego światła. Kierowałam latarkę to w prawo, to w lewo, pozwalając jej muskać drzewa po obu stronach, jak psu na smyczy, który węsząc, zygzakiem posuwa się przed siebie.

Po jakichś piętnastu metrach, zobaczyłam to. Kiedy zastanawiałam się nad tym później, zrozumiałam, że kiedy to zauważyłam, mój mózg w ułamku sekundy skojarzył bodziec wzrokowy z już wcześniej nabytym doświadczeniem. W jakiś sposób wiedziałam, co widzę, nim rzeczywiście moje zmysły zapercypowały to, co zobaczyłam.

Kiedy się zbliżyłam i promień wyłowił to z otaczającej ciemności, w pełni do mnie dotarło.

Poczułam zawartość żołądka w ustach.

W rozedrganym świetle zobaczyłam brązowy, plastikowy worek na śmieci wyzierający spod błota i liści. Z jednej strony był skręcony i zawiązany w supeł. Węzeł wystawał z ziemi, jak lew morski wypływający na powierzchnię, żeby zaczerpnąć powietrza.

Patrzyłam jak deszcz smaga worek i otaczające go błoto. Woda bombardowała ziemię wokół płytko zakopanego worka, zamieniając ją w błoto i powoli, ale konsekwentnie odsłaniając dół. Im więcej worka było widać, tym większą słabość czułam w kolanach.

Błyskawica wyrwała mnie z odrętwienia. Podeszłam, a raczej podbiegłam w podskokach do worka i pochyliłam się, żeby się mu przyjrzeć. Schowałam latarkę do dżinsów, po czym chwyciłam worek za węzeł i pociągnęłam. Tkwił w ziemi ciągle zbyt głęboko, żeby można go ruszyć. Spróbowałam rozwiązać supeł, ale palce ślizgały mi się po plastiku. Nie dawał się rozwiązać. Przystawiłam nos do worka i wciągnęłam powietrze. Błoto i plastik. żadnego innego zapachu.

Kciukiem zrobiłam w worku małą dziurę i ponownie wciągnęłam powietrze nosem. Chociaż smród był słaby, to rozpoznawalny. Był to słodkawy, przykry zapach gnijącego ciała i mokrych kości. Nim zdążyłam się zdecydować, czy uciekać, czy dać się ponieść atakowi wściekłości, trzasnęła gałązka i wyczułam, że coś się za mną rusza. Kiedy starałam się uskoczyć na bok, błyskawica przeszyła moją głowę, wysyłając mnie z powrotem do grobu tamtego faraona.

15

Nie byłam tak skacowana od bardzo dawna. Jak zwykle czułam się zbyt fatalnie, żeby wiele pamiętać. Kiedy się ruszałam, harpuny bólu przeszywały mi mózg, zmuszając do pozostania w bezruchu. Wiedziałam, że jeżeli otworzę oczy, to zwymiotuję. Mój żołądek też buntował się przeciwko próbom poruszania się, ale przecież musiałam wstać. Najgorsze było to, że było mi niewyobrażalnie zimno. Byłam przemarznięta do kości. Zaczęłam się strasznie trząść i pomyślałam, że potrzebuję jeszcze jeden koc.

Usiadłam z przymkniętymi oczyma. Ból w głowie był tak przeszywający, że w ustach zebrało mi się trochę żółci. Schyliłam głowę i czekałam, aż nudności miną. Ciągle nie mogłam otworzyć oczu, więc wyplułam żółć na lewą rękę, a prawą poszukałam szlafroka.

Chociaż trzęsłam się i pękała mi głowa, zaczęłam zdawać sobie sprawę, że nie jestem w swoim łóżku. Moja prawa ręka natrafiła na gałązki i liście. Wtedy otworzyłam oczy, nie było rady.

Siedziałam w lesie. Miałam przemoczone ubrania i byłam przykryta błotem. Na ziemi wokół mnie leżało dużo gałązek i liści, a powietrze nasączone było zapachem gleby i roślinności, która stanie się glebą. Nad sobą widziałam plątaninę gałęzi, ich ciemne, pajęcze palce na tle ciemnego aksamitu nieba. Za koronami drzew migotały miliony gwiazd.

Pamięć zaczęła działać. Burza. Brama. Ścieżka. Ale jak to się stało, że tu leżę? To, co czułam, to nie był żaden kac, najwyżej jakaś parodia.

Przejechałam na próbę ręką po tyle głowy. Wyczułam pod włosami guz wielkości cytryny. Super. Znokautowana dwukrotnie w ciągu jednego tygodnia. Większość bokserów rzadziej obrywa.

Ale jak to się stało? Potknęłam się i upadłam? Uderzył mnie konar jakiegoś drzewa? Burza zrobiła wiele zamieszania, ale nie było koło mnie żadnych dużych gałęzi. Nie pamiętałam i mało mnie to obchodziło. Chciałam po prostu już iść.

Walcząc z mdłościami, na czworakach zaczęłam szukać latarki. Znalazłam ją. Była do połowy zagrzebana w błocie, więc wytarłam ją i włączyłam Ku mojemu zdziwieniu, działała. Skupiając całą uwagę na swoich trzęsących się nogach, wstałam i znowu fajerwerki eksplodowały w mojej głowie. Oparłam się ręką o drewno i zaczęło mi się zbierać na wymioty.

Poczułam w ustach smak żółci, a wraz z nim do głowy przychodziły mi kolejne pytania. Kiedy jadłam? Wczoraj wieczorem? Dziś wieczorem? Która jest godzina? Od jak dawna tu jestem? Burza się skończyła i pojawiły się gwiazdy. I ciągle jeszcze była noc. I byłam przemarznięta do kości. To wszystko, co wiedziałam.

Kiedy skurcze żołądka się skończyły, wyprostowałam się powoli i oświetliłam latarką teren wokół siebie, szukając ścieżki. Widok promyka światła tańczącego po ściółce przywołał kolejne wspomnienie. Zakopany worek. Wraz z tym wspomnieniem pojawił się strach. Zacisnęłam rękę na latarce i wykonałam pełny obrót, żeby upewnić się, że nikogo za mną nie ma.

A co do worka, gdzie on był? Powoli wracała mi pamięć, ale ciągle jeszcze fragmentaryczna. Oczyma wyobraźni widziałam ten worek, ale nie mogłam go zlokalizować na ziemi.

Przeszukałam otaczającą mnie roślinność, szukając miejsca pochówku Głowę przeszywał mi ból i cały czas miałam mdłości, ale żołądek był już pusty i suche, wstrząsające mną odruchy wymiotne sprawiały, że bolały mnie boki, a oczy łzawiły. Cały czas stałam, opierając się o drzewo, i czekałam, aż żołądek się uspokoi. Dochodziło mnie brzęczenie chrząszczy rozgrzewających się przed pierwszym po burzy występem. Miałam wrażenie, że ich muzyka to żwir, który ktoś wtłacza w moje uszy, a następnie szoruje nim mój mózg.

Kiedy w końcu znalazłam, okazało się, że worek leżał zaledwie trzy metry ode mnie. Trzęsąc się tak bardzo, że z trudem udawało mi się trzymać latarkę w miarę nieruchomo, zobaczyłam go. Leżał w takiej samej pozycji, jak to zapamiętałam, ale więcej plastiku było odsłonięte. Otoczony był wypełnioną wodą deszczową fosą, a i na samym pomarszczonym worku gdzieniegdzie uformowały się małe kałuże.

Nie będąc w stanie wygrzebać worka, po prostu stałam i się w niego wpatrywałam. Wiedziałam, że trzeba profesjonalnie przeszukać to miejsce, ale obawiałam się, że zanim specjalna ekipa się tu zjawi, ktoś może coś zmienić albo usunąć szczątki. Chciało mi się płakać z frustracji.

A, to jest naprawdę świetny pomysł, Brennan. Płacz. Może ktoś przyjdzie i cię uratuje…

Stałam, trzęsąc się z zimna i Bóg wie jeszcze czego i starałam się skupić, ale komórki mózgowe nie były skłonne do współpracy, zatrzaskując drzwi i odmawiając wszelkich kontaktów.

Kontakt. Telefon. To dotarło.

Namierzyłam krawędź zarośniętej ścieżki i ruszyłam w stronę wyjścia z lasu. Przynajmniej miałam taką nadzieję. Nie pamiętałam drogi w tamtą stronę i miałam mocno niejasne wyobrażenie o tym, jak stąd wyjść. Poczucie orientacji zniknęło razem z pamięcią krótkotrwałą. Nagle bez ostrzeżenia zgasła latarka i znalazłam się w prawie zupełnej ciemności, rozpraszanej tylko słabym światłem gwiazd. Potrząsanie latarką nie przyniosło rezultatu, podobnie jak przeklinanie jej.

– Cholera! – Przynajmniej próbowałam.

Wytężyłam słuch, starając się zlokalizować jakiś dźwięk, który pomógłby mi znaleźć właściwy kierunek. Słyszałam jednak tylko chrząszcze, ze wszystkich stron. Zewsząd brzęczenie. Nic z tego nie będzie.

Próbowałam odróżnić cienie niskiej roślinności od cieniów wyższej i powlokłam się w stronę, w którą zwrócona była moja głowa. Plan równie dobry, jak każdy inny. Niewidoczne gałęzie haczyły moje włosy i ubranie, a liany i pnącza krępowały mi nogi.

Nie jesteś na ścieżce, Brennan. Robi się coraz gęściej. Zastanawiałam się, w którą stronę się skierować, kiedy się pośliznęłam. Upadłam do przodu, lądując twardo na rękach i jednym kolanie. Stopy miałam uwięzione, a wyrzucone do przodu kolano było wciśnięte w coś, co wydawało się być sypką ziemią. Latarka wypadła mi z ręki i ożyła, kiedy uderzyła w ziemię. Potoczyła się kawałek i teraz była skierowana w moją stronę. Dobywał się z niej promień dziwnego, żółtego światła. Spojrzałam na nogi i zobaczyłam, że zanurzone są w jakiejś ciemnej i ciasnej przestrzeni.

Z sercem na ramieniu, ruchem wahadłowym, jak krab na plaży, zaczęłam czołgać się w stronę światła. Skierowałam latarkę na miejsce, w którym upadłam, i zobaczyłam mały krater. Zionął świeżą ziemią i wyglądał jak niezagojona rana. Wokół dołka leżała sypka ziemia, tworząca jakby malutki wał.

Oświetliłam wnętrze krateru. Nie był duży, miał z sześćdziesiąt centymetrów średnicy i metr głębokości. Potykając się, postawiłam nogę zbyt blisko jamy i osunęło się do niej trochę ziemi. Zupełnie jak przy wysypywaniu musli z pudełka, pomyślałam. Już chwilę wcześniej, kiedy się przewróciłam, musiałam wsypać trochę do środka.

Przyglądałam się, jak ziemia zbiera się w mały kopczyk na dnie jamy Coś mi tu nie pasowało. Potem zrozumiałam. Ziemia była prawie zupełnie sucha. Nawet mój otępiały mózg wiedział, co to znaczy. Ta jama była albo przykryta, albo wykopana już po deszczu.

Przeszły mnie ciarki i zaczęłam pocierać ramiona rękoma, żeby zrobiło mi się cieplej. Cały czas byłam przemoczona, a burza zostawiła po sobie zimne powietrze. Ruchy ramion wcale mnie nie rozgrzały, a latarka nie oświetlała jamy. Spuściłam ręce i poprawiam latarkę. Dlaczego ktoś miałby…

Prawdziwe pytanie przedarło się z hukiem do mojej świadomości i mój żołądek gwałtownie się ścisnął. Kto? Kto przyszedł tutaj wykopać albo opróżnić tę dziurę? Czy on, albo ona, jest tutaj teraz? Ta myśl pobudziła mnie do działania. Okręciłam się o 360 stopni, oświetlając teren wokół siebie. Ból przeszył moją głowę, a serce zaczęło mi bić trzy razy szybciej.

Nie wiem, co spodziewałam się zobaczyć. Wściekłego dobermana z pianą na ustach? Normana Batesa z matką? Hannibala Lectera? A może sławnego kpiarza George'a Burnsa? Żadne z nich się nie pojawiło. Byłam sam wśród drzew, pnączy i słabego światła gwiazd.

Tym, co zobaczyłam w niespokojnym promieniu latarki, była ścieżka. Zostawiłam świeży dół i utykając podeszłam z powrotem do na wpół zakopanego worka. Nogami nagarnęłam liści, żeby go zamaskować. Ten prowizoryczny kamuflaż nie zmyliłby osoby, która go tu przyniosła, ale być może ukryje worek przed przypadkowym okiem.

Kiedy uznałam, że worek jest wystarczająco schowany, wyjęłam z kieszeni mój obronny spray i położyłam go na pobliskim drzewie, w miejscu, gdzie rozwidlały się gałęzie, żeby oznaczyć miejsce. Ruszyłam ścieżką, ale cały czas potykałam się o pnącza i korzenie i z trudem trzymałam się na nogach. Przemieszczałam się bardzo powoli, bo w nogach w ogóle nie miałam czucia, jakby je znieczulono do zabiegu.

W miejscu, gdzie ścieżka krzyżowała się ze żwirową drogą, umieściłam po jednej rękawicy w rozwidleniach pobliskich drzew i ruszyłam w strony bramy. Było mi niedobrze i byłam wyczerpana, a do tego bałam się, że przegapię wyjście. Już niedługo poziom adrenaliny spadnie i wtedy się załamię. Kiedy nadejdzie ten moment, chciałabym już być gdzieś indziej.

Moja stara mazda stała tam, gdzie ją zostawiłam. Nie patrząc ani na lewo, ani na prawo, zataczając się, przeszłam przez ulicę, nie myśląc o tym, kto może na mnie czekać. Prawie bez czucia, wkładałam rękę do kolejnych kieszeni, starając się trafić na klucze. Kiedy je znalazłam, przeklęłam siebie w duchu za to, że noszę ich tak wiele na jednym kółku. Trzęsłam się, klęłam, dwukrotnie upuściłam klucze, wygrzebałam kluczyki od samochodu, otworzyłam drzwi i usiadłam za kierownicą.

Zamknęłam drzwi, oparłam ręce na kierownicy, a na nich głowę. Czułam, że potrzebuję snu, żeby uciec od rzeczywistości. Wiedziałam, że nie wolno ulec mi tej pokusie. Gdzieś tam może ktoś być, obserwować mnie i zastanawiać się nad tym, co zrobić.

Kolejnym błędem, przypomniałam sobie, kiedy opadały mi powieki, byłoby pozostanie na miejscu choćby przez chwilę.

Fragmenty myśli przebiegały mi chaotycznie przez głowę. Ponownie pojawił się George Burns ze swoim credo: “Zawsze mnie interesuje przyszłość. Mam zamiar spędzić w niej resztę życia".

Wyprostowałam się gwałtownie i opuściłam ręce na kolana. Ukłucie bólu pomogło rozjaśnić mi umysł.

Nie zwymiotowałam. To był już postęp.

– Jeśli chcesz mieć przyszłość, lepiej zbieraj dupę w troki, Brennan.

Mój głos dudnił w małej, zamkniętej przestrzeni, ale on też pomógł mi wrócić do teraźniejszości. Włączyłam silnik i na zegarze na tablicy rozdzielczej rozbłysły zielone cyfry. 2:15. O której wyszłam?

Cały czas się trzęsąc, podkręciłam ciepło, chociaż wcale nie byłam pewna, czy to coś pomoże. Uczucie chłodu tylko po części miało swe źródło w wietrze i zimnym, nocnym powietrzu. W mojej duszy panował inny chłód, którego nie sposób ogrzać gorącym powietrzem.

Ruszyłam, nie patrząc do tyłu.

Przesuwałam mydło po piersiach, wielokrotnie zataczając nim kółka wokół każdej z nich. Chciałam, żeby słodko pachnąca piana oczyściła mnie z wydarzeń nocy. Zwróciłam twarz w stronę rozpryskującej się z prysznica wody, która boleśnie smagała moją głowę i spływała po ciele. Woda niedługo zrobi się zimna. Stałam pod prysznicem już od dwudziestu minut, starając się pozbyć uczucia zimna i uciszyć głosy w mojej głowie.

Gorąco, unosząca się para i zapach jaśminu powinny rozluźnić moje mięśnie, mnie samą i przynieść ulgę w bólu. Ale tak się nie stało. Przez cały czas nasłuchiwałam dźwięków spoza mojego prostokątu pary. Czekałam na dźwięk telefonu. Bojąc się, że przegapię telefon Ryana, przyniosłam ze sobą słuchawkę do łazienki.

Zadzwoniłam na komisariat, jak tylko znalazłam się w domu, nawet przed zdjęciem z siebie przemoczonych ubrań. Dyżurująca policjantka odniosła się do mojej prośby sceptycznie, nie chciała budzić detektywa w śródku nocy. Stanowczo odmówiła mi podania domowego numeru telefonu Ryna, a zostawiłam jego wizytówkę w pracy. Stojąc na środku dużego pokoju z pękającą z bólu głową, trzęsąc się i czując, że żołądek przygotowuje się do kolejnej ofensywy, nie byłam w nastroju do dyskusji. Moje słowa i ton, jakim je powiedziałam, przekonały ją. Przeproszę jutro.

To było pół godziny temu. Czułam tył głowy. Guz ciągle tam był. Miałam, wrażenie, że pod moimi mokrymi włosami mam jajko na twardo, bardzo wrażliwe na dotyk. Nim weszłam pod prysznic, zrobiłam to, co mi zalecano w innych sytuacjach, kiedy uderzono mnie w głowę. Obejrzałam swoje źrenice, odwróciłam mocno głowę w prawo i w lewo i uszczypnęłam się kilkakrotnie w ręce i stopy, żeby sprawdzić czucie. Wszystko wydawało się na miejscu i działało raczej bez zarzutu. Jeśli miałam wstrząs mózgu, to musiał być lekki.

Wyłączyłam wodę i wyszłam spod prysznica. Telefon leżał tam, gdzie go położyłam, milczący i obojętny.

Cholera. Gdzie on jest?

Wytarłam się i wśliznęłam w swój znoszony stary, aksamitny szlafrok i zawinęłam włosy w ręcznik. Sprawdziłam automatyczną sekretarkę, żeby mieć absolutną pewność, iż nie przegapiłam telefonu. Nie paliło się czerwone światełko. Cholera. Odkładając słuchawkę na miejsce, sprawdziłam, czy działa. Ciągły sygnał. Oczywiście, że działa. Byłam po prostu podniecona.

Położyłam się na kanapie i postawiłam telefon na stoliku. Na pewno wkrótce zadzwoni. Nie ma sensu kłaść się do łóżka. Zamknęłam oczy, chcąc trochę odpocząć przed przygotowaniem sobie czegoś do jedzenia. Ale zimno, stres, zmęczenie i cios w głowę sprawiły, że ogarnęła i powaliła mnie taka fala wyczerpania, że natychmiast pogrążyłam się w głębokim, acz niespokojnym śnie. Nie było tej przyjemnej fazy przejściowej między snem a jawą, po prostu straciłam świadomość.

Stałam na zewnątrz płotu i patrzyłam, jak ktoś kopie ogromną łopatą. Za każdym razem, kiedy łopata wyłaniała się z ziemi, roiło się od szczurów. Kiedy spojrzałam na dół, szczury były wszędzie. Musiałam je cały czas kopać, żeby nie wchodziły na moje stopy. Postać z łopatą była widoczna jak za mgłą, ale kiedy się odwróciła, zobaczyłam, że to Pete. Wskazał na mnie i coś powiedział, ale nie wiedziałam, co. Zaczął do mnie krzyczeć i przywoływać mnie gestem. Jego usta były okrągłym, czarnym kółkiem, które robiło się coraz większe, wchłaniało jego twarz, zamieniając ją w przeraźliwą maskę klowna.

Szczury przebiegały po moich stopach. Jeden ciągnął głowę Isabelle i Gangnon. Jego zęby kurczowo zaciskały się na jej włosach, kiedy targał ją przez trawnik.

Próbowałam uciekać, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Zapadłam się w ziemię i stałam w grobie, a wokół mnie pojawiało się coraz więcej piasku. Z góry spoglądali na mnie Charbonneau i Claudel. Usiłowałam mówić, ale nie dobywały się z moich ust żadne słowa. Chciałam, żeby mnie wydostali Wyciągnęłam do nich ręce, ale oni nie zwracali na mnie uwagi.

Potem dołączyła do nich jakaś inna postać – mężczyzna w długich szatach i dziwacznej czapce. Spojrzał na mnie i spytał, czy byłam bierzmowana. Nie mogłam odpowiedzieć. Wtedy on powiedział, że znajduję się na terenie należącym do kościoła i że nie mogę tu zostać. Powiedział też, że tylko ci, którzy pracują na rzecz kościoła, mogą znajdować się na jego terenie. Jego sutanna trzepotała na wietrze i bałam się, że jego czapka spadnie do grobu. Starał się przytrzymywać swój ornat jedną ręką, a drugą wystukiwać numer na telefonie komórkowym. Telefon zaczął dzwonić, ale on to ignorował. Dzwonił i dzwonił…

Mój telefon na stoliku też. W końcu zrozumiałam, że to nie ten sam, co w moim śnie. Na wpół przytomna, sięgnęłam po słuchawkę.

– Mm. Mhm – powiedziałam ochrypłym głosem.

– Brennan?

Anglojęzyczny. Szorstki. Znajomy. Starałam się oprzytomnieć.

– Tak? – Spojrzałam na nadgarstek. Nie było zegarka.

– Mówi Ryan. Lepiej, żeby to było coś ważnego.

– Która jest godzina? – Nie miałam pojęcia, czy spałam pięć minut czy pięć godzin. Na tym polega chyba starzenie się.

– Piętnaście po czwartej.

– To proszę o sekundę…

Odłożyłam słuczawkę i powlokłam się do łazienki. Przemyłam twarz zimną wodą i zabulgotałam, potem podskoczyłam jeszcze w miejscu. Wracając do telefonu, poprawiłam turban. Nie chciałam potęgować jego rozdrażnienia, każąc mu czekać, ale jeszcze bardziej nie chciałam charczeć ani się plątać. Lepiej poświęcić minutkę, żeby oprzytomnieć.

– No dobra, już jestem. Przepraszam.

– W czym problem?

– Hm. Pojechałam dziś wieczorem do St. Lambert – zaczęłam. Chciałam powiedzieć mu wystarczająco dużo, ale nie wdawać się w szczegóły kwadrans po czwartej. – Znalazłam miejsce, które St. Jacques zaznaczył X-em. Jest to jakiś opuszczony teren kościelny.

– I odszukali mnie o czwartej rano, żebym to usłyszał?

– Znalazłam ciało. Jest w daleko posuniętym stanie rozkładu. Sądząc po zapachu, prawdopodobnie zostało z niego niewiele więcej, niż szkielet, Musimy tam pojechać natychmiast, żeby ktoś się na nie nie nadział albo miejscowe psy nie miały kościelnej kolacji…

Wzięłam oddech i czekałam.

– Czy cię czasem nie pojebało, kobieto?

Nie byłam pewna, czy odnosiło się to do tego, co znalazłam, czy do tego, że pojechałam tam sama. Skoro prawdopodobnie miał rację co do drugiej możliwości, odpowiedziałam na pierwszą.

– Umiem rozpoznać ciało, kiedy jakieś znajdę.

Zamilkł na długo, po czym spytał:

– Zakopane czy na powierzchni?

– Zakopane, ale bardzo płytko. Kawałek, który widziałam, był odsłonięty, a deszcz tylko pogarszał sprawę.

– A nie jest to przypadkiem jakiś pieprzony stary cmentarz?

– Ciało jest w plastikowym worku. – Jak Gagnon. I Trottier. Tego nic musiałam mówić.

– Cholera. – Usłyszałam trzask zapałki i po chwili długi wydech, co i znaczyło, że zapalił papierosa.

– Może podjedziemy tam teraz, razem?

– Nie ma mowy.

Słyszałam, jak zaciąga się papierosem.

– I co to ma znaczyć to “razem"? Przecież ty masz reputację wolnego strzelca, Brennan! Mnie nie tak łatwo zwieść! Twoje olewające podejście do Claudela może być dobre dla niego, ale nie ze mną te numery. Następnym razem, jak ci się zbierze na wycieczki na miejsce zbrodni, wcześniej popytaj czy ktoś z wydziału zabójstw nie ma ochoty się przyłączyć. Pomimo że jesteśmy zajęci, ciągle jeszcze znajdujemy czas w takich przypadkach.

Nie spodziewałam się wdzięczności, ale nie byłam przygotowana na tak wybuchową odpowiedź. Zaczynało mnie to złościć, co wzmacniało ból w mojej głowie. Czekałam, ale nie było ciągu dalszego.

– No to dzięki za tak szybki odzew…

– Nie ma sprawy.

– Gdzie cię zlokalizowali? – Gdyby mój mózg funkcjonował normalnie, nigdy nie zadałabym tego pytania. Pożałowałam natychmiast.

Po chwili milczenia odparł:

– U przyjaciółki.

Dobry ruch, Brennan. Nic dziwnego, że był rozdrażniony.

– Myślę, że ktoś tam był dzisiejszego wieczora.

– Co?

– Kiedy przyglądałam się ciału, wydawało mi się, że coś usłyszałam, a potem przyjęłam taki cios w głowę, że straciłam przytomność. Mnóstwo rzeczy latało w powietrzu, bo była potworna burza, więc nie mogę być pewa…

– Jesteś ranna?

– Nie.

Znowu milczenie. Prawie słyszałam, jak myśli.

– Wyślę kogoś, żeby zabezpieczyli to miejsce do rana. Potem wyślę tam ekipę. Czy psy też mamy zabrać?

– Widziałam tylko jeden worek, ale musi być ich więcej. Poza tym, wygląda, jakby ktoś jeszcze coś tam kopal, więc to chyba dobry pomysł. Czekałam na odpowiedź. Nie doczekałam się.

– O której mam być gotowa? – spytałam.

– Doktor Brennan nie będzie tam potrzebna. To jest prawdziwe zabójstwo, więc zajmie się nim wydział zabójstw, to nie jest żadna “Sierżant Anderson" dla małolatów.

Teraz byłam już wściekła. Krew pulsowała mi w skroniach, a dokładnie między nimi, głęboko w mózgu, czułam żywy ogień.

– “Ta teoria jest bardziej dziurawa niż trasa Trans-Canada" – wypaliłam. – “Trzeba by znaleźć coś jeszcze". To są twoje słowa, Ryan. No więc znalazłam. I mogę ciebie tam zawieźć. Poza tym w tym przypadku wchodzi w grę szkielet. Kości. To moja działka, chyba się nie mylę…

W słuchawce zaległa tak długa cisza, że już myślałam, iż odłożył słuchawkę. Czekałam.

– Podjadę o ósmej.

– Będę gotowa.

– Brennan?

– No?

– Może powinnaś sobie sprawić kask.

Rozłączył się.

16

Ryan dotrzymał słowa i już za piętnaście dziewiąta zatrzymaliśmy się za furgonetką ekipy. Stała nawet nie trzy metry od miejsca, gdzie zaparkowałam wczoraj. Ale był to zupełnie inny świat od tego, który odwiedziłam poprzedniej nocy. Świeciło słońce i ulica kipiała życiem. Samochody i radiowozy stały wzdłuż krawężników po obu stronach i przynajmniej dwudziestu ludzi w kombinezonach i cywilnych rozprawiało w grupkach.

Gdzieniegdzie widziałam ludzi DEJ, SQ i policjantów z St. Lambert. Każdy z nich ubrany był w inny mundur i zdobiły ich różne odznaki. Całe to zgromadzenie przypominało mi stado różnych ptaków, które czasem tworzą spontaniczny zlot, pełen jazgotu i świergotania, gdzie każdy ptak obwieszcał swój gatunek kolorem upierzenia i paskami na skrzydłach.

Kobieta z dużą torbą na ramieniu i młody mężczyzna obwieszony aparatami palili papierosy, opierając się na masce białego chevy. Jeszcze inny gatunek – prasa. Kawałek dalej, na trawniku przylegającym do ogrodzenia zdyszany owczarek niemiecki obwąchiwał mężczyznę w granatowym kombinezonie. Pies co chwilę wypuszczał się na krótki zwiad, trzymając nos nisko przy ziemi, żeby po chwili wrócić do tresera, merdając ogonem i z łbem uniesionym do góry. Wydawał się niecierpliwić, jakby chciał już iść i był zdezorientowany zwłoką.

– Cała załoga już jest – odezwał się Ryan, wyłączając silnik i odpinając pasy.

Nie przeprosił za to, że był niegrzeczny przez telefon, a ja tego nie oczekiwałam. Nikt nie jest w najlepszej formie o czwartej nad ranem. Był bardzo serdeczny przez całą drogę, prawie radosny, pokazywał mi miejsca, gdzie miały miejsce jakieś wydarzenia i opowiadał anegdoty o grabieżach i upodleniu. Jak z wojny. Tutaj, w tym domu, jakaś kobieta sprała męża patelnią, a potem zawzięła się na nas. Tam, w tym Poulet Kentucky Frites, znaleźliśmy nagiego mężczyznę w szybie wentylacyjnym. Typowa policyjna gadka. Zastanawiałam się, czy ich orientacja w terenie bardziej opierała się na miejscach operacji policyjnych wymienianych w raportach, niż na nazwach rzek, ulic i numerach budynków, których to używa reszta ludzi.

Ryan namierzył Bertranda i ruszył w jego stronę. Stał w grupce złożonej z funkcjonariusza SQ, Pierre'a LaManche'a i szczupłego blondyna w okularach przeciwsłonecznych. Ruszyłam za nim przez ulicę, szukając wzrokiem Claudela albo Charbonneau. Chociaż oficjalnie była to impreza SQ, myślałam, że mogą tu być. Wszyscy inni wydawali się kręcić. Nie widziałam jednak żadnego z tych dwóch.

Kiedy podeszliśmy bliżej, od razu zauważyłam, że mężczyzna w okularach jest podniecony. Miał niespokojne ręce, które ciągle szarpały brzeg rzadkich wąsów, spadających mu na górną wargę. Jego palce nieustannie przesuwały kilka włosków, ale już po chwili układały je z powrotem na miejscu. Zauważyłam, że jego skóra była specyficznie ziemista i nieskazitelna, bezbarwna i dziwnie gładka.

Był ubrany w wojskową kurtkę i czarne wysokie buty. Mógł mieć równie dobrze dwadzieścia pięć, co sześćdziesiąt pięć lat.

Poczułam na sobie wzrok LaManche'a, kiedy dołączyliśmy do grupki. Skinął głową, ale nic nie powiedział. Zaczynałam mieć wątpliwości. To ja wyreżyserowałam to przedstawienie, sprowadziłam tutaj tych wszystkich ludzi. Co będzie, jeśli nic nie znaleźli? Co, jeśli ktoś usunął worek? Co, jeśli to zwłoki, jakiegoś “pieprzonego cmentarza"? Wczorajsza noc była ciemna, a ja byłam podkręcona. Jaki udział miała moja wyobraźnia? Czułam, jak kurczy mi się żołądek.

Bertrand przywitał nas. Jak zwykle, wyglądał na niską, krępą wersję modela prezentującego męską modę. Na ekshumację wybrał ziemiste kolory, ekologicznie poprawne brązy i beże, bez wątpienia barwione naturalnie.

Ryan i ja skinęliśmy głową tym, których znaliśmy, po czym zwróciliśmy się do mężczyzny w okularach przeciwsłonecznych.

Bertrand nas przedstawił.

– Andy Ryan. Pani doktor. Ojciec Poirier. Reprezentuje diecezję.

– Archidiecezję.

– Ksiądz wybaczy. Archidiecezję. Dlatego, że ten teren należy do kościoła. – Bertrand wskazał kciukiem w stronę ogrodzenia za nim.

– Tempe Brennan – powiedziałam, wyciągając do niego rękę. Ojciec Poirier spojrzał na mnie zza swoich ciemnych okularów i też wyciągnął rękę, ściskając moją słabo i bez werwy. Gdyby oceniać ludzi po uściskach dłoni, dostałby trzy minus. Jego palce były zimne i bezwładne, jak marchewki zbyt długo przetrzymywane w lodówce. Kiedy puścił moją dłoń, z trudem oparłam się pokusie wytarcia jej o dżinsy.

Powtórzył ten sam rytuał z Ryanem, z którego twarzy nic nie można było odczytać. Wesołość gdzieś zniknęła, a zastąpiła ją całkowita powaga. Przełączył się na funkcję “policjant". Poirier wyglądał tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale widząc twarz Ryana, zmienił zdanie i zacisnął wargi w wąską kreskę -. Chociaż nikt nic nie powiedział, sam się zorientował, że teraz dowodzącym jest Ryan.

– Czy ktoś już tam był? – spytał Ryan.

– Nikt. Cambronne przyjechał tu koło piątej rano – wyjaśnił Bertrand wskazując na umundurowanego funkcjonariusza po swojej prawej stronie. – Nikt nie wchodził ani nie wychodził. Ojciec podał nam, że tylko dwóch ludzi ma dostęp na ten teren, on sam i dozorca. Ojciec ma ponad osiemdziesiąt lat i pracuje tutaj od czasów, kiedy za sprawą Mamie Eisenhower grzywki stały się modne. – Zabrzmiało to trochę komicznie, ale jakoś przeszło w uszach duchownego.

– Brama nie mogła być otwarta – odezwał się Poirier, ponownie przenosząc na mnie swoje okulary. – Sprawdzam ją za każdym razem, kiedy tu jestem.

– To znaczy kiedy? – spytał Ryan.

Okulary skierowały się na Ryana. Były nieruchome przez całe trzy sekundy, nim odpowiedział.

– Przynajmniej raz w tygodniu. Kościół czuje się odpowiedzialny za wszystkie swoje posiadłości. Nie jesteśmy tyl…

– Co to za miejsce?

Znowu chwila ciszy.

– Le Monastere St. Bernard. Zamknięte od 1983 roku. Kościół doszedł do wniosku, że liczba zakonników nie gwarantowała ciągłości jego istnienia.

Dziwiło mnie to, że mówił o kościele, jak o żywym stworzeniu, bycie mającym wolę i uczucia. Po francusku też mówił jakoś dziwnie, jego wymówa różniła się od tej, do której zdążyłam się już przyzwyczaić. Nie był rodowitym mieszkańcem Quebecu, ale nie potrafiłam przypisać jego akcentowi miejsca, skąd musiał pochodzić. Nie była to lekko gardłowa wymowa spotykana we Francji, którą mieszkańcy Ameryki Północnej nazywają akcentem paryskim Podejrzewałam, że jest Belgiem albo Szwajcarem.

– Co tu się mieści? – pytał dalej Ryan.

Znowu chwila milczenia, jakby fale dźwiękowe musiały przebyć długą drogę, nim dotrą do receptorów.

– Teraz już nic.

Ksiądz westchnął. Może wspominał lepsze czasy, kiedy kościół i klasztory kwitły. Może zbierał myśli, bo składając wyjaśnienia policji, chciał wyrażać się precyzyjnie. Okulary przeciwsłoneczne ukrywały jego oczy. Dziwny jak na księdza, szczególnie z tą swoją nienaganną cerą, skórzaną kurtką i strojem motocyklisty.

– Teraz przychodzę tu czasem rzucić okiem na posiadłość – ciągnął – Dozorca dba o wszystko.

– To znaczy o co? – Ryan robił notatki w notesie.

– Piec, rury. Odgarnia śnieg. Mieszkamy w miejscu o bardzo surowym klimacie. – Poirier zatoczył krąg jedną ze swoich chudych rąk, jakby chciał nią ogarnąć całą prowincję. – Okna. Czasami chłopcy rzucają kamieniami. – Spojrzał na mnie. – Drzwi i bramy. Upewnia się, że są zamknięte.

– Kiedy ostatni raz sprawdzał ojciec kłódki?

– W niedzielę o szóstej wieczorem. Wszystkie były w porządku. Jego natychmiastowa i dokładna odpowiedź mnie zdziwiła. Nie musiał się nad nią zastanawiać. Może Bertrand już wcześniej zadał mu to pytanie, a może Poirier po prostu się go spodziewał, ale szybkość reakcji wskazywała na to, że odpowiedź miał przygotowaną.

– Nie zauważył ojciec nic niezwyczajnego?

– Rien. – Nic.

– Kiedy ten dozorca… Jak on się nazywa?

– Monsieur Roy.

– Kiedy przychodzi?

– Przychodzi w piątki, chyba że jest coś konkretnego do zrobienia. Ryan milczał, ale nie spuszczał z niego wzroku. Usłyszał więc:

– Na przykład uprzątnięcie śniegu albo naprawienie okna.

– Ojcze Poirier, myślę, że detektyw Bertrand już ojca pytał o miejsca pochówku na terenie posiadłości?

Chwila ciszy.

– Nie. Nie. Tu nie ma żadnych grobów. – Potrząsnął energicznie głową, przez co przesunęły mu się okulary. Jedna rączka uwolniła się zza ucha i oprawki przechyliły się pod kątem dwudziestu stopni. Skojarzył mi się przy tym ruchu z tankowcem wchodzącym do portu.

– To był klasztor, zawsze klasztor. Nikogo się tutaj nie grzebie. Ale zadzwoniłem do naszej archiwistki i poprosiłem, żeby sprawdziła w dokumentach. Aby mieć absolutną pewność. – Kiedy mówił, podniósł obie ręce do skroni i poprawił okulary, starannie je prostując.

– Wie ojciec, dlaczego tu jesteśmy?

Poirier pokiwał głową i okulary ponownie się poruszyły. Już miał coś powiedzieć, ale zmienił zdanie.

– No dobra – powiedział Ryan, zamykając notes i chowając go do kieszeni. – Teraz słucham, jak się mamy do tego zabrać? – zwrócił się do mnie.

– Może najpierw was tam wprowadzę i pokażę, co znalazłam. Jak już weźmiemy to z sobą, można sprowadzić psa i zobaczyć, czy znajdzie coś jeszcze… – Miałam nadzieję, że mój głos nie odzwierciedla mojego stanu ducha. Cholera. Co się stanie, jeśli tam nic nie będzie?

– Zgoda.

Ryan podszedł do mężczyzny w kombinezonie. Owczarek podskoczył w jego stronę i zaczął nosem trącać mu rękę, żeby zwrócić na siebie uwagę,

Kiedy Ryan rozmawiał z treserem, głaskał psa po głowie. Po chwili wrócił do nas i zaprowadził całą grupę do bramy. Gdy tak szliśmy, dyskretnie rozglądałam się na boki, szukając jakichś znaków potwierdzających to, że byłam tutaj poprzedniej nocy. Nie zauważyłam żadnych.

Czekaliśmy przed bramą, podczas gdy Poirier wyciągnął z kieszeni kółko z ogromną ilością kluczy i wybrał jeden z nich. Chwycił kłódkę i szarpnął nią mocno, pokazując, że trzyma. Kłódka zabrzęczała cicho w porannym powietrzu, a na ziemię spadł prysznic rdzy. Czy to ja zatrzasnęłam ją kilka go dzin wcześniej? Nie pamiętałam.

Poirier przekręcił kluczyk, otworzył kłódkę i pchnął bramę. Zaskrzeczała cicho. Nie był to skrzypiący, metaliczny dźwięk, który pamiętałam. Odsunął się, żeby zrobić dla mnie miejsce. Wszyscy czekali. LaManche ciągle się nie odzywał.

Poprawiłam plecak, przeszłam obok księdza i ruszyłam pierwsza.

W przejrzystym, delikatnym świetle poranka, las wyglądał przyjaźnie, a nie złowieszczo. Promienie słońca przeświecały przez korony drzew liściastych i iglaków, a powietrze przesycone było zapachem żywicy. Był to zapach, który przywoływał na myśl domki letniskowe i letnie obozy, a nie zwłoki i nocne cienie. Szłam powoli, przyglądając się bacznie każdemu drzewu, szukałam wszędzie połamanych gałęzi, porwanej roślinności, wzruszonej gleby, czegokolwiek świadczącego o ludzkiej bytności. Szczególnie mojej.

Z każdym krokiem wzrastał we mnie niepokój, serce biło mi coraz szybciej. A co, jeśli to nie ja nie zamknęłam bramę? Co, jeśli ktoś był tu po mnie? Co tu się działo, kiedy pojechałam?

Czułam się tak, jakbym nigdy w tym miejscu nie była, ale znała je z książki albo ze zdjęć, które oglądałam. Starałam się określić na podstawie czasu i odległości od bramy, gdzie powinna być ścieżka. Ale miałam złe przeczucia. Moje wspomnienia były porwane i niejasne, jak częściowo zapamiętany sen. Ważniejsze wydarzenia pamiętałam wyraźnie, ale szczegóły dotyczące kolejności i czasu były rozmyte.

Modliłam się, żeby zobaczyć jakąś wskazówkę.

I ta modlitwa została wysłuchana – rękawiczki. Zapomniałam o nich. Po lewej stronie drogi na poziomie oczu z rozwidlenia drzewa spozierały na mnie trzy białe palce. Tak! Rozejrzałam się po pobliskich drzewach. Druga rękawiczka leżała w niszy małego klonu, jakiś metr dwadzieścia nad ziemią. Błysnął mi widok samej siebie, trzęsącej się, szukającej po omacku miejsca do umieszczenia rękawiczek. Wysoko oceniłam to, że w ogóle o tym pomyślałam, ale swoją pamięć nisko. Myślałam, że położyłam je wyżej. Może, jak Alicja, doświadczyłam w tym lesie zmiany rozmiarów ciała.

Skręciłam pomiędzy drzewa na coś, co z trudem można by uznać za ścieżkę. Była ledwo widoczna w gęstwinie i gdyby nie rękawiczki, mogłabym ją przegapić. W świetle dnia ścieżka różniła się od otaczającego ją terenu tylko tym, że miała inną nawierzchnię – roślinność porastająca ją po obu stronach była tylko nieco bardziej gęsta. Na wąskim pasku rośliny nie były splątane. Chwasty i małe krzaki wyrastały osobno, pozwalając zobaczyć i chropowatą ściółkę z liści i ziemię, na której rosły. To wszystko.

Pomyślałam o puzzlach, którymi bawiłam się będąc dzieckiem. Babcia i ja ślęczałyśmy nad kawałkami układanki, szukając odpowiedniego, koncentrując się na najsubtelniejszych nawet różnicach kolorów poszczególnych puzzli. Powodzenie zależało od dostrzeżenia ledwo zauważalnych różnic w odcieniach i strukturze kawałków. Jak do diabła udało mi się wypatrzyć tę ścieżkę w ciemności?

Słyszałam za sobą szeleszczące liście i trzeszczące gałązki. Nie pokazałam im rękawiczek, chcąc zaimponować moją orientacją w terenie. Brennan, przewodnik. Kilka metrów dalej zauważyłam moją puszkę środka owadobójczego w sprayu. Trudno było jej nie zauważyć. Jaskrawopomarańczowa zakrętka świeciła jak robaczek świętojański w liściach.

A oto i mój zakamuflowany kopczyk. Pod białym dębem widać było lekkie wybrzuszenie pokryte liśćmi i otoczone gołą ziemią. Na ziemi widziałam ślady po moich palcach, którymi zgarniałam liście tak, żeby ukryć plastik. Rezultaty tej pracy pozostawiały wiele do życzenia, ale wtedy wydawało mi się, że tak właśnie powinnam zrobić.

Mam już spore doświadczenie w odkrywaniu ciał. Większość zwłok znajduje się dlatego, że dostało się od kogoś cynk albo przez szczęśliwy zbieg okoliczności. Informatorzy wydają swoich wspólników. Podniecone dzieci pokazują swoje znalezisko. Strasznie śmierdziało, więc zaczęliśmy tu grzebać i znaleźliśmy to! Czułam się dziwnie, jak takie właśnie dziecko.

– Tam. – Wskazałam na liściasty wzgórek.

– Na pewno? – spytał Ryan.

Tylko na niego spojrzałam. Inni się nie odzywali. Zdjęłam plecak i wyjęłam z niego kolejną parę ogrodowych rękawic. Idąc w stronę kopczyka, ostrożnie stawiałam stopy, żeby jak najmniej zmienić. Było to absurdalne, jeśli wziąć pod uwagę, jak się tu miotałam poprzedniej nocy, ale w sytuacjach oficjalnych trzeba umieć wykazać się profesjonalizmem.

Przykucnęłam i odgarnęłam trochę liści, odsłaniając mały fragment worka. Większość ciągle tkwiła głęboko w ziemi, a nieregularne kształty sugerowały, że jego zawartość cały czas była w środku. Worek wyglądał tak, jakby go nikt nie ruszał.

Kiedy się odwróciłam, w moją stronę szedł już Poirier. Ryan odezwał się do Cambronne'a.

– No to strzelmy kilka fotek do katalogu.

Dołączyłam do innych i czekałam w milczeniu, kiedy Cambronne odprawiał swój rytuał. Wypakował sprzęt, wypełnił jakiś kwestionariusz, po czym sfotografował kopczyk z różnych odległości i pod różnym kątem. W końcu opuścił aparat i wycofał się.

Ryan odwrócił się wtedy do LaManche'a.

– Panie doktorze?

LaManche przemówił po raz pierwszy od mojego przyjazdu.

– Temperance?

Wyciągnęłam z plecaka szpachlę i podeszłam do wzgórka. Odgarnęłam resztę liści, ostrożnie odsłaniając jak najwięcej worka. Wyglądał tak, jak go pamiętałam z poprzedniej nocy. Widziałam nawet małą dziurkę, którą zrobiłam paznokciem kciuka.

Szpachlą wygarniałam ziemię przylegającą do worka najpierw do góry, a potem na zewnątrz, powoli odsłaniając coraz więcej worka. Ziemia miała zapach starej i zbutwiałej, jakby w jej ziarnkach była maleńka cząstka wszystkiego, czym żywiła się od czasów, kiedy uwolniła się spod śmiertelnego uścisku lodowca.

Z ulicy dochodziły odgłosy ludzi podnieconych obecnością tylu policjantów, ale w miejscu, gdzie pracowałam, słyszałam tylko ptaki, owady i szpachlę wygarniającą ziemię. Wiatr kołysał gałęziami, ale nie tak gwałtownie jak poprzedniej nocy, kiedy to bohaterami spektaklu byli wojownicy Masajów, rzucający się do przodu i atakujący przeciwnika w wyimaginowanej bitwie. Poranne przedstawienie było wobec tamtego dziecinną igraszką. Cienie kładły się na worku i na poważnych twarzach grupki ludzi obserwujących jego wyłanianie się. Przypatrywałam się kształtom przesuwającym się po worku – wyglądały jak kontury lalek za płóciennym ekranem w szkolnym przedstawieniu.

W ciągu piętnastu minut w miejscu kopczyka był już dół i widać było ponad połowę worka. Podejrzewałam, że kości musiały się poprzesuwać, kiedy proces rozkładu zaszedł już wystarczająco daleko, żeby zwolnić je z ich funkcji anatomicznych.

Jeśli w ogóle były tam kości.

Doszłam do wniosku, że odsłoniłam już dosyć worka, żeby móc go wyciągnąć, więc odłożyłam szpachlę, chwyciłam za skręcony plastik i zaczęłam powoli ciągnąć. Ani drgnął. Tak jak zeszłej nocy. Czy pod ziemią był ktoś trzymający worek z drugiej strony, zmuszając mnie do makabrycznej gry w przeciąganie liny?

Cambronne robił zdjęcia, kiedy kopałam, a teraz stał za mną, przygotowany do utrwalenia na błonie chwili wyciągnięcia worka. Do głowy przyszło mi zdanie: Utrwala sceny z naszego życia. I śmierci, pomyślałam.

Przejechałam rękawiczkami wzdłuż dżinsów, złapałam worek najniżej jak mogłam i gwałtownie szarpnęłam. Ruszył się. Ziemia nie chciała łatwo oddać swojego skarbu, ale coś drgnęło. Czułam, że worek lekko się przesunął, a razem z nim to, co było w środku. Wzięłam oddech i pociągnęłam jeszcze raz, mocniej. Chciałam wydobyć worek, nie rozrywając go. Podniósł się, ale po chwili wrócił na swoje miejsce.

Zaparłam się nogami, jeszcze raz szarpnęłam i mój przeciwnik spod ziemi wypadł z gry. Worek wyraźnie się przesunął. Poprawiłam uścisk na skręconym plastiku i, cofając się centymetr za centymetrem, wyciągnęłam worek z dołu.

Kiedy był już prawie na zewnątrz, puściłam go i cofnęłam się. Zwyczajny worek na śmieci, jaki można znaleźć w kuchniach i garażach w całej Ameryce Północnej. Nienaruszony. Wypchany. Nie był ciężki. To nie był dobry znak, a może był? Czy wolałabym znaleźć szczątki czyjegoś psa i skompromitować się, czy raczej szczątki ludzkiego ciała i dowieść swego?

Cambronne zabrał się do roboty. Umieścił koło worka tabliczkę z danymi dotyczącymi miejsca i czasu znaleziska i wykonał serię zdjęć. Zdjęłam jedną rękawiczkę i wygrzebałam z kieszeni swój szwajcarski nóż wojskowy.

Kiedy Cambronne skończył, uklękłam przy worku. Ręce lekko mi się trzęsły, ale w końcu utkwiłam paznokieć kciuka w płytkim, łukowatym wgłębieniu ostrza i wyjęłam je. Gdy padły na nie promienie słońca, nierdzewna stal rozbłysła. Wybrałam miejsce do nacięcia blisko dna worka. Czułam na sobie pięć par oczu.

Spojrzałam na LaManche'a. Wyraz jego twarzy zmieniał się, kiedy przesuwały się po niej cienie. Zastanawiałam się, jak moje ponure oblicze wygląda w tym świetle. LaManche skinął i przycisnęłam nóż.

Nim stal przebiła plastik, moja ręka zatrzymała się na dźwięk niewyobrażalnego wręcz skowytu. Wszyscy go usłyszeliśmy, ale to Bertrand zwerbalizował naszą myśl.

– O co tam, kurwa, chodzi? – powiedział.

17

Nagle kakofonią dźwięków wybuchł nieopisany hałas. Wściekłe szczekanie psa mieszało się z podnieconymi i podniesionymi głosami ludzkimi. Zewsząd słychać było krzyki, krótkie i urywane, ale zbyt niewyraźne, żeby można rozpoznać słowa. Wrzawa dochodziła z terenu klasztoru, gdzieś z naszej lewej strony. W pierwszej chwili pomyślałam, że wrócił nocny myśliwy i że wszystkie gliny z całej prowincji, a przynajmniej jeden owczarek niemiecki, gonili go.

Spojrzałam na Ryana i innych. Tak jak i ja, zamarli. Nawet Poirier przestał szarpać wąsy i stał nieruchomo z ręką przyklejoną do górnej wargi.

Czar prysł, kiedy usłyszeliśmy przybliżający się odgłos ciała przedzierającego się na oślep przez gęstwinę. W tym samym momencie wszystkie głowy się odwróciły, jakby zostały wprawione w ruch jednym przyciskiem. Gdzieś spomiędzy drzew dobiegł krzyk.

– Ryan? Jesteś tam?

– Tutaj.

Odwróciliśmy się w stronę, z której dochodził głos.

– Sacre bleu. – Znowu trzask gałęzi i chrzęst. – A niech to.

Funkcjonariusz SQ wszedł w pole widzenia, odgarniając rękoma gałęzie i głośno mamrocząc. Jego muskularna twarz była czerwona i głośno oddychał. Pot zbierał się w kropelkach na jego brwiach i przylepiał nieliczne włosy do prawie łysej głowy. Kiedy nas zauważył, położył ręce na kolanach i pochylił się, żeby złapać oddech. Widziałam zadrapania w miejscach, gdzie gałązki obtarły jego łysinę.

Po chwili gwałtownie się wyprostował i wystrzelił kciukiem w stronę, i skąd przyszedł. Chrapliwym, przerywanym głosem, brzmiącym jakby powietrze przechodziło przez zapchany filtr, powiedział:

– Lepiej tam idź, Ryan. Pies zachowuje się jak ćpun, który trafił na trefny towar.

Kątem oka zauważyłam, że ręka Poiriera gwałtownie podskoczyła do czoła, a po chwili opadła na piersi. Znowu przywołano znak krzyża.

– Co? – Brwi Ryana uniosły się ze zdziwienia.

– DeSalvo zaczął go oprowadzać po terenie, tak jak kazałeś, a ten sukinsyn zaczął okrążać właśnie to miejsce i szczekać, jakby uznał, że Adoll Hitler i cała przeklęta niemiecka armia jest tutaj zakopana. – Zamilkł na chwilę. – Posłuchaj sam!

– I?

– I??? Biedaczek zerwie sobie struny głosowe. Jeśli nie pójdziesz tam natychmiast, wejdzie we własną dupę.

Zdusiłam uśmiech, bo wyobraziłam to sobie.

– Powstrzymaj go jeszcze trochę. Daj mu sztuczną kość albo naszprycuj valium, jeśli będzie trzeba. Najpierw musimy tutaj coś skończyć. – Spojrzał na zegarek. – Wróć tu po mnie za dziesięć minut.

Policjant wzruszył ramionami, puścił gałąź, którą trzymał, i odwrócił się, żeby odejść.

– A, Piquot.

Nalana twarz odwróciła się.

– Tu jest ścieżka.

– Jak ja się poświęcam – syknął Piquot i zaczął przedzierać się przez gęstwinę do ścieżki, którą wskazał mu Ryan. Byłam przekonana, że zgubi ją najdalej po pięciu metrach.

– I Piquot… – ciągnął Ryan.

Twarz ponownie zwróciła się do niego.

– Nie pozwól psu czegokolwiek ruszyć.

Zwrócił się ponownie do mnie.

– Czekasz na urodziny, Brennan?

Kiedy rozcięłam worek wzdłuż, jeszcze słyszeliśmy Piquota idącego przez gąszcz.

Smród nie uwolnił się z worka i nie powalił mnie, tak jak z Isabelle Gagnon. Rozprzestrzeniał się powoli, robił się coraz bardziej wyraźny. Mój nos rozpoznał zapach rozkładających się roślin i ziemi i domieszkę czegoś innego. Nie był to cuchnący zapach gnicia, ale jakaś bardziej pierwotna woń. Zapach mówiący o przemijaniu, o początkach i wymieraniu, o nieustającym cyklu śmierci i narodzin. Znałam ten zapach. Wskazywał na to, że w worku jest coś martwego, ale już od dłuższego czasu.

Żeby tylko nie był to pies albo jeleń, myślałam, kiedy rękoma w rękawiczkach poszerzałam nacięcie. Ręce znowu mi się trzęsły, więc drgał też plastik. Tak, zmieniłam zdanie, niech to będzie pies albo jeleń.

Ryan, Bertrand i LaManche podeszli bliżej, kiedy otwierałam worek. Poirier stał w miejscu nieruchomo, jak kamień grobowy.

Najpierw zobaczyłam łopatkę. Nie całą, ale wystarczyło, żeby wykluczyć, że jest to trofeum myśliwego albo zwierzę domowe. Spojrzałam na Ryana. Widziałam drgające kąciki jego oczu i zaciśnięte mięśnie żuchwy.

– To człowiek.

Ręka Poiriera ponownie powędrowała do czoła.

Ryan sięgnął po swój notes i przewrócił kartkę.

– Co mamy? – spytał. Powiedział to głosem ostrym, jak nóż, którego, właśnie użyłam.

Delikatnie przesuwałam kości.

– Żebra… łopatki… obojczyki… kręgi – wymieniałam. – Chyba wszystkie są ze śródpiersia.

– Mostek – dodałam po chwili, znajdując tę kość.

Szperałam wśród pozostałych kości, szukając innych części ciała. Reszta przyglądała się w milczeniu. Kiedy sięgnęłam na tył worka, duży, brązowy pająk przebiegł po mojej dłoni i w górę ręki. Widziałam jego oczy na słupkach, malutkie peryskopy szukające przyczyny zakłócającej jego spokój. Czułam jego włochate nogi – były lekkie i delikatne, przypominały dotyk jedwabnej chusteczki na ręku. Wzdrygnęłam się, wyrzucając pająka w powietrze.

– To tyle – powiedziałam, prostując się i cofając. Kolana zaprotestowały. – Górna część tułowia. Brak rąk.

Czułam ciarki na skórze, ale pająk nie miał z tym nic wspólnego. Odziane ręce trzymałam wzdłuż ciała. Nie cieszyło mnie to, że miałam rację, tylko byłam odrętwiała, jak ktoś w szoku. Czująca część mojej osoby wyłączyła się i wywiesiła kartkę, że poszła na lunch. Znowu się to stało, pomyślałam. Kolejny martwy człowiek. Gdzieś na wolności grasuje potwór. Ryan pisał w notesie. Ścięgna na jego karku były nabrzmiałe.

– Co teraz? – jęknął cicho Poirier.

– Teraz znajdziemy resztę – rzekłam.

Cambronne przygotowywał się do kolejnych zdjęć, kiedy usłyszeliśmy, że wraca Piquot. Znowu nie przyszedł ścieżką. Dołączył do nas, spojrzał na kości i syknął jakieś przekleństwo.

Ryan zwrócił się do Bertranda.

– Możesz tu pokierować wszystkim, kiedy zajmiemy się psem?

Bertrand skinął. Jego ciało było sztywne, jak otaczające nas iglaki.

– Zapakujmy to, co mamy, a potem chłopcy z ekipy mogą sprawdzić cały teren. Przyślę ich.

Zostawiliśmy Bertranda i Cambronne i ruszyliśmy za Piquotem w kierunku szczekania. Zwierzę zachowywało się, jakby było doprowadzone do szału.

Trzy godziny później siedziałam na trawie, analizując zawartość czterech worków na ciała. Słońce stało wysoko i prażyło moje ramiona, ale zupełnie nie radziło sobie z uczuciem przenikliwego chłodu, który czułam w sobie. Pięć metrów ode mnie, koło tresera leżał pies, z głową opartą na ogromnych, brązowych łapach. Był to dla niego emocjonujący ranek.

Trenowane tak, żeby reagować na zapach rozłożonego bądź rozkładającego się ciała, psy potrafią znaleźć ukryte zwłoki z taką samą skutecznością, jak urządzenia na podczerwień wykrywają ciepło. Nawet gdy gnijące ciało zostanie już usunięte, psy potrafią zlokalizować to miejsce. Są one ogarami śmierci. Ten pies dobrze się spisał, namierzając jeszcze trzy miejsca, w których zakopane były szczątki. Za każdym razem żywiołowo obwieszczał swoje znalezisko, szczekając, skacząc i szaleńczo kręcąc się wokół danego miejsca. Zastanawiałam się, czy wszystkie psy wytrenowane do znajdowania ciał podchodzą do swojej pracy z równą pasją.

Na wykopanie, posegregowanie i zapakowanie szczątków potrzeba było dwóch godzin. Najpierw wstępnie kataloguje się znaleziska, a potem sporządza dokładną listę, w której wymienia się każdy fragment kości.

Rzuciłam okiem na psa. Wyglądał na równie zmęczonego, jak ja. Ruszały się tylko jego oczy – czekoladowe kule obracające się jak miski radarów. Przenosił wzrok z jednej rzeczy na drugą, nie ruszając głową.

Pies miał prawo być wyczerpany, zresztą ja też. Gdy w końcu podniósł głowę, w polu widzenia pojawił się zwisający, drżący, długi i cienki język. Ja nie wystawiłam swojego i ponownie pochyliłam się nad listą.

– Ile?

Nie słyszałam, jak podchodzi, ale znałam głos. Zebrałam się w sobie.

– Bonjour, monsieur Claudel. Comment ca va?

– Ile? – powtórzył.

– Jedno – powiedziałam, nie podnosząc nawet wzroku.

– Brakuje czegoś?

Dokończyłam pisać i spojrzałam na niego. Stał na szeroko rozstawionych nogach i zdejmował folię z kanapki. Na ramieniu wisiała marynarka.

Jak Bertrand, Claudel preferował naturalne materiały, więc był ubrany w bawełnianą koszulę i spodnie, a do tego płócienną marynarkę. Wszystko było utrzymane w zielonej tonacji, a jedynym kontrastującym z całością urozmaiceniem był wzór na krawacie. Gdzieniegdzie była na nim plamka koloru mandarynki.

– Może mi pani powiedzieć, z czym mamy do czynienia? – Gestykulował chlebem z kiełbasą.

– Tak.

– Tak?

Nie upłynęło jeszcze trzydzieści sekund od jego pojawienia się, a już miałam ochotę wyrwać tę kanapkę z ręki i wepchnąć mu ją do nosa albo jakiegokolwiek innego otworu. Claudel nie wzbudzał we mnie pozytywnych wibracji, nawet kiedy byłam wypoczęta i rozluźniona. A przecież tego ranka nie byłam. Jak ten pies, miałam dosyć. Nie znajdowałam w sobie dosyć energii ani ochoty na gierki.

– Mamy część ludzkiego szkieletu. Prawie nie ma na nim miękkich tkanek. Ciało zostało poćwiartowane, schowane do worków i zakopane w czterech różnych miejscach, tam. – Wskazałam na teren klasztoru. – Wczoraj w nocy znalazłam jeden worek. Rano pies wytropił pozostałe trzy.

Ugryzł kanapkę i wpatrywał się w kierunku drzew.

– Czego brakuje? – Słowa były zniekształcone przez kawałki szynki i sera.

Patrzyłam na niego nic nie mówiąc, zastanawiając się, dlaczego tak bardzo rozdrażniło mnie rutynowe pytanie. Chodziło o jego styl bycia. Przypomniałam sobie moją ostatnią rozmowę z Claudelem. Pozbądź się złudzeń. To jest właśnie Claudel. Ten człowiek jest gadem. Spodziewaj się pogardy i arogancji. Wie, że miałaś rację. Musiał już o wszystkim słyszeć. Nie będzie mógł powiedzieć “A nie mówiłem". Musi mu to bardzo doskwierać. To wystarczy. Niech tak będzie.

Nie odpowiadałam, więc przeniósł wzrok na mnie.

– Czegoś brakuje?

– Tak.

Odłożyłam kwestionariusz dotyczący szkieletu, który wypełniałam, i spojrzałam mu prosto w oczy. Zmrużył je i wrócił do przeżuwania. Zastanawiałam się przez krótką chwilę, dlaczego nie ma okularów przeciwsłonecznych.

– Głowy.

Przestał przeżuwać.

– Słucham?

– Brakuje głowy.

– Gdzie ona jest?

– Monsieur Claudel, gdybym to wiedziała, to by jej nie brakowało. Zauważyłam, że mięśnie szczęki nabrzmiały, ale po chwili się rozluźniły – nie miało to nic wspólnego z przeżuwaniem.

– Coś jeszcze?

– Niby co?

– Czegoś jeszcze brakuje?

– Niczego ważnego.

Jego umysł przeżuwał to, co mu powiedziałam, a jego szczęki kanapkę. Kiedy to robił, gniótł folię, w którą przedtem owinięty był chleb, tworząc z niej kulkę. Schował ją do kieszeni i wytarł kąciki ust palcem wskazującym.

– Spodziewam się, że nie ma pani nic więcej do powiedzenia? – Było to raczej stwierdzenie, niż pytanie.

– Kiedy zbadam…

– Tak. – Odwrócił się i odszedł.

Klnąc cicho, zapięłam oba worki na ciała. Słysząc odgłos zamka, pies poderwał głowę. Jego oczy śledziły mnie, kiedy wkładałam notatnik do plecaka i przechodziłam przez drogę. Podeszłam do pracownika prosektorium, którego talia miała szerokość dętki i powiedziałam, że skończyłam i że szczątki można załadować i że potem powinny na mnie czekać.

Kawałek dalej na ulicy widziałam Ryana i Bertranda rozmawiających z Claudelem i Charbonneau. SQ kontaktuje się z CUM. Moja paranoja kazała mi być podejrzliwą wobec tego faktu. Co Claudel im mówił? Coś lekceważącego na mój temat? Większość gliniarzy ma równie określone poczucie terytorium jak wyjce – są zazdrośni o swój teren, pilnują swoich dochodzeń i chcą słuchać tylko swoich własnych rozkazów. Claudel był gorszy, niż inni, ale dlaczego odnosił się tak pogardliwie akurat do mnie?

Daj sobie spokój, Brennan. To skurwiel, a ty pokonałaś go na jego własnym podwórku. Na pewno nie jesteś jego ulubienicą. Przestań zamartwiać się uczuciami i zacznij myśleć o pracy. W gruncie rzeczy, jeśli chodzi o twoje przypadki, jesteś równie zaborcza, jak oni.

Rozmowa urwała się, kiedy podeszłam bliżej. Ich zachowanie sprawiło, że nie odezwałam się tak ostro, jak zamierzałam, ale ukryłam swoje rozczarowanie.

– Jak tam, pani doktor! – rzucił Charbonneau.

Skinęłam głową i uśmiechnęłam się w jego stronę.

– To na czym stoimy? – spytałam.

– Twój szef pojechał jakąś godzinę temu – odezwał się Ryan. – Świątobliwy ojciec również. Ekipa już kończy.

– Znaleźli coś?

Potrząsnął głową.

– Wykrywacz metalu na coś trafił?

– Piszczy przy każdym otwieraczu od puszek. – Głos Ryana zdradzał rozdrażnienie. – Długo już się tu zasiedzieliśmy. A jak ty stoisz?

– Ja już skończyłam. Powiedziałam chłopakom z prosektorium, że mogą ładować.

– Claudel mówi, że nie znaleźliście głowy.

– Zgadza się. Brakuje czaszki, szczęk i czterech pierwszych kręgów szyjnych.

– To znaczy?

– To znaczy, że ofiarę skrócono o głowę i że morderca schował ją sobie. Mógł ją zakopać gdzieś tutaj, ale w innym miejscu, jak to zrobił z pozostałymi częściami ciała. Leżały całkiem daleko od siebie.

– Więc gdzieś tam jest jeszcze jeden worek?

– Może. Albo pozbył się go gdzieś indziej.

– Na przykład gdzie?

– Wrzucił do rzeki, ubikacji albo spalił w swoim piecu. Skąd do diabła mam wiedzieć?

– Dlaczego miałby to robić? – spytał Bertrand.

– Może po to, żeby nie dało się zidentyfikować zwłok.

– A da się?

– Prawdopodobnie. Ale dużo łatwiej zidentyfikować ciało, mając zęby i dane z kartoteki dentysty ofiary. Poza tym, zostawił jednak ręce.

– Więc?

– Jeśli ciało okalecza się po to, żeby utrudnić identyfikację, przeważnie zabiera się też ręce.

Spojrzał na mnie obojętnie.

– Można zdjąć odciski z ciał w stanie daleko posuniętego rozkładu, ale pod warunkiem, że zachowało się na nim trochę skóry. Kiedyś udało mi się zdjąć odciski z mumii mającej pięć tysięcy lat.

– Udało się je powiązać z jakąś sprawą? – spytał Claudel matowym głosem.

– Gościa nie było w kartotece – odparłam równie apatycznie.

– Ale tu są same kości – zauważył Bertrand.

– Morderca o tym nie wie. Nie mógł mieć pewności, kiedy ciało zostanie odnalezione. – Jak z Gagnon, pomyślałam. Tylko że to ciało zakopał.

Zamilkłam na chwilę i wyobraziłam sobie mordercę przemierzającego ciemny las, chowającego w paru miejscach worki i ich przerażającą zawartość. Pociął gdzieś ofiarę, zapakował do worka zakrwawione kawałki i przywiózł je tutaj samochodem? Czy zaparkował tam, gdzie ja, czy może w jakiś sposób mógł wjechać na teren klasztoru? Czy najpierw wykopał doły, planując lokalizację dla każdego z nich? Czy po prostu wziął ze sobą worki z częściami ciała i po kolei kopał dół, wracając do samochodu czterokrotnie? Czy poćwiartowanie było paniczną próbą zatarcia śladów po zbrodni w afekcie, czy i morderstwo, i okaleczenie zostało popełnione z zimną krwią?

Przyszła mi do głowy odrażająca myśl. Czy był tutaj ze mną zeszłej nocy? Wracaj do teraźniejszości.

– Albo…

Wszyscy spojrzeli na mnie.

– …ciągle ją ma.

– Ciągle ją ma? – żachnął się pogardliwie Claudel.

– Cholera – rzucił Ryan.

– Jak kiedyś ten psychol Dahmer? – zauważył Charbonneau.

Wzruszyłam ramionami.

– Lepiej jeszcze raz przejdźmy się na spacer z psem – zaproponował Ryan. – On przecież nawet nie był w pobliżu szczątków, które mamy, a już je wyczuł.

– To dobry pomysł – przyznałam. – Będzie szczęśliwy.

– A możemy popatrzeć? – spytał Charbonneau.

Claudel przeszył go wzrokiem.

– Nie sądzę, on nie lubi podglądaczy – odparłam. – Pójdę po psiaka.

Spotkamy się przy bramie.

Kiedy odchodziłam, usłyszałam “To suka" powiedziane typowym dla Claudela nosowym tonem. Na pewno odnosiło się to do zwierzęcia, wytłumaczyłam sobie.

Kiedy się zbliżałam, pies wstał i zaczął machać powoli ogonem. Spojrzał na mężczyznę w niebieskim kombinezonie, oczekując pozwolenia na zbliżenie się do nieznajomej. Zauważyłam napis “DeSalvo" wydrukowany na kombinezonie.

– Piesek gotowy na kolejną rundkę? – spytałam, wyciągając rękę, dłonią w dół, w stronę psa.

DeSalvo ledwo zauważalnie skinął i zwierzę wyskoczyło do przodu wsadziło mi niemal swój wilgotny pysk w rękę.

– To suka. Ma na imię Margot – wyjaśnił wymawiając imię psa po francusku.

Mówił niskim, monotonnym głosem i poruszał się z typowym dla ludzi spędzających dużo czasu ze zwierzętami brakiem pośpiechu i miękkością ruchów. Miał ciemną, porytą głębokimi zmarszczkami twarz, które rozchodziły się z kącików obojga oczu. Wyglądał na człowieka, który spędził większość życia na otwartym powietrzu.

– Mówić do niej po francusku czy po angielsku?

– Jest dwujęzyczna.

– Cześć, Margot – rzekłam, przyklękając na jedną nogę, aby podrapać ją za uchem. – Przepraszam, że wzięłam cię za faceta. Fajny dzień, co?

Ogon Margot zaczął ruszać się szybciej. Kiedy wstałam, odskoczyła do tyłu, zrobiła pełny obrót, po czym zastygła, przyglądając się uważnie mojej twarzy. Przechylała głowę z jednej strony na drugą, a bruzda między jej oczyma to pojawiała się, to znikała.

– Tempe Brennan – powiedziałam, wyciągając rękę do DeSalvo.

Przyczepił jeden koniec smyczy Margot do pasa na swojej talii i chwycił drugi ręką. Wtedy dopiero wyciągnął do mnie rękę. Tę drugą, wolną. W dotyku była twarda i chropowata, jak hartowana stal. Jego uścisk był bezdyskusyjnie na piątkę.

– David DeSalvo.

– Podejrzewamy, ze może tam być coś jeszcze, Dave. Margot jest gotowa na jeszcze jedną rundę?

– Niech pani na nią spojrzy.

Słysząc swoje imię, Margot postawiła uszy, zgięła przednie łapy, schyliła głowę, biodra trzymając cały czas wysoko, po czym rzuciła się do przodu, kilkakrotnie podskakując. Nie odrywała oczu od twarzy DeSalvo.

– Okej. Gdzie szukaliście do tej pory?

– Obeszliśmy zygzakiem cały teren, oprócz tego miejsca, gdzie pracowaliście.

– Jest możliwość, że coś przegapiła?

– Eee, nie dzisiaj. – Potrząsnął głową. – Warunki są idealne. Temperatura w sam raz, jest ładnie i wilgotno po deszczu. Do tego lekki wietrzyk. A Margot jest w szczytowej formie.

Trącała nosem jego kolano i została nagrodzona głaskaniem.

– Margot rzadko kiedy coś przegapi. Trenowano ją tylko do wykrywania zapachu ciał, więc nie rozprasza ją nic innego.

Jak psy tropiące, psy trenowane do znajdowania zwłok uczą się podążać za określonymi woniami. W ich przypadku to zapach śmierci. Pamiętam spotkanie na Akademii, kiedy prezenter rozdawał próbki z wonią rozkładających się zwłok w butelkach. Rasowa gnilizna. A z kolei znajomy mi trener dysponował wyrwanymi zębami, wysępionymi od swojego dentysty, które później starzały się u niego, leżąc w plastikowych fiolkach.

– Margot jest chyba najlepsza ze wszystkich, z którymi pracowałem. Jeśli coś tam jeszcze jest, wyczuje to.

Spojrzałam na nią. Nie miałam wątpliwości.

– No dobra. Weźmy ją na to pierwsze miejsce.

DeSalvo przypiął wolny koniec smyczy do obroży Margot, która ruszyła przed nami w stronę bramy, gdzie czekało czterech detektywów. Poszliśmy teraz już znaną trasą, Margot na przedzie, napinając smycz. Z nosem przy ziemi, obwąchiwała szpary i szczeliny, tak jak robił to promień mojej latarki. Czasami zatrzymywała się, łapczywie wdychała powietrze, po czym gwałtownie je wypuszczała, unosząc liście wokół swojego łba. Usatysfakcjonowana, ruszała dalej.

Zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie ścieżka wchodziła w las.

– To jest część, której nie zrobiliśmy. – DeSalvo wskazał mniej więcej w stronę miejsca naszego pierwszego znaleziska. – Zatoczę z nią koło, żeby była pod wiatr. Wtedy lepiej węszy. Myśli, że coś ma. Zdam się na nią.

– Czy będziemy jej przeszkadzać, jeśli się tam pokręcimy? – spytałam.

– Niee. Dla niej wydajecie taką woń, na którą ma w ogóle nie reagować. Pies i trener poszli jeszcze ze trzy metry wzdłuż drogi, po czym zniknęli w lesie.

Detektywi i ja ruszyliśmy ścieżką. Teraz była już lepiej widoczna, bo została ugnieciona przez ludzi. W gruncie rzeczy miejsce, w którym zakopany był worek, właściwie można by już nazwać polanką. Roślinność była zdeptana, a niektóre z wiszących nad głowami gałęzi zostały przycięte.

Ze środka wyzierał porzucony dół, ciemny i pusty, który wyglądał jak splądrowany grób. Był dużo większy, niż przedtem, a otaczająca go ziemia była sypka i poorana. Z jednej strony dołu znajdował się kopczyk ziemi – stożek ze spadzistymi stokami i ściętym szczytem, a składające się na niego ziarnka były zaskakująco jednolite. Utworzyła go ziemia, którą przerzucaliśmy przez sita.

Po niecałych pięciu minutach usłyszeliśmy szczekanie.

– On jest za nami? – spytał Claudel.

– Ona – poprawiłam.

Otworzył usta, ale prawie natychmiast je zamknął. Zauważyłam małą żyłę pulsującą na jego skroni. Ryan zmroził mnie wzrokiem. No dobra, może rzeczywiście go prowokowałam.

W milczeniu ruszyliśmy z powrotem po ścieżce. Margot i DeSalvo byli gdzieś po lewej stronie. Słychać było szelest liści i już po niecałej minucie pojawili się w polu widzenia. Ciało Margot było napięte jak struna skrzypiec, mięśnie ramion wybrzuszone, a klatka piersiowa napierała na skórzaną uprząż. Łeb trzymała wysoko, rzucając nim to w lewo, to w prawo, wciągając nosem powietrze ze wszystkich stron. Jej nozdrza drgały gorączkowo.

Nagle zatrzymała się i zesztywniala, nastawiła uszy, których koniuszki drżały. Gdzieś z jej wnętrza zaczęły dobiegać dźwięki, najpierw słabe, ale systematycznie przybierały na sile; było to na wpół skomlenie, na wpół warczenie, brzmiało to jak zawodzenie żałobnika w jakimś pierwotnym rytuale. Kiedy dźwięk narastał, czułam jak włosy jeżą mi się na karku i po moim ciele rozlewa się chłód.

DeSalvo sięgnął ręką w dół i spuścił psa ze smyczy. Przez chwilę Margot ani drgnęła, jakby siebie w czymś utwierdzając i zastanawiając się, w którą stronę ruszyć. Potem wystrzeliła.

– Co się, kurwa… – zaczął Claudel.

– Gdzie do… – rzucił Ryan.

– A niech cię! – dodał Charbonneau.

Spodziewaliśmy się, że wyczuła miejsce za nami, gdzie był zakopany pierwszy worek. Zamiast tego, przecięła ścieżkę i wdarła się w drzewa. Obserwowaliśmy w milczeniu.

Dwa metry dalej zatrzymała się, spuściła łeb i kilkakrotnie wciągnęła powietrze. Wydychając je gwałtownie, przesunęła się nieco w lewo i powtórzyła ten sam manewr. Jej ciało było sztywne, a wszystkie mięśnie napięte. Kiedy się jej przyglądałam, przez głowę przelatywały mi różne obrazy. Bieg przez ciemność. Ciężki upadek. Błyskawica przecinająca niebo. Pusty dół.

Ponownie skupiłam swoją uwagę na Margot. Zatrzymała się pod jakimś iglakiem i całym swoim jestestwem skupiła się na ziemi leżącej przed nią, Spuściła łeb i wciągnęła powietrze. Potem, jakby była wiedziona jakimś dzikim instynktem, sierść zjeżyła jej się wzdłuż kręgosłupa, a mięśnie zaczęły drgać. Margot uniosła nos wysoko do góry, wypuściła powietrze i wpadła w szał. Rzucała się do przodu i do tyłu, warcząc i rozgrzebując łapami ziemię przed sobą, a ogon tylko migał między nogami.

– Margot! Ici! – rozkazał DeSalvo. Przedarł się przez gałęzie, chwycił ją za uprząż i odciągnął od miejsca, które wzbudziło w niej takie ożywienie

Nie musiałam patrzeć. Wiedziałam, co znalazła. I czego nie znalazła. Pamiętałam wpatrywanie się w suchą ziemię i pusty dół. Został wykopany po to, żeby w nim coś zakopać czy żeby z niego coś wyjąć? Teraz już wiedziałam. Margot szczekała i warczała na dół, w jaki wpadłam poprzedniej nocy. Był ciągle pusty, ale jej nos powiedział mi, co w nim było.

18

Plaża. Przewalające się fale. Brodźce muskające wodę swoimi chudymi nogami. Pelikany szybujące jak papierowe samoloty, a potem zwijające skrzydła, żeby zanurkować w wodę. W myślach znalazłam się w Karolinie. Czułam słonawy zapach bagien, słonawy zapach wodnego pyłu wiejącego od oceanu, mokrego piasku, ryb leżących na plaży i schnących wodorostów. Hatteras. Ocracoke i Bald Beach na północy. Pawley's, Sullivan's i Kiawah na południu. Chciałam być w domu, a na której wyspie, nie miało żadnego znaczenia.

Chciałam oglądać karłowate palmy i łodzie do połowów krewetek, a nie poćwiartowane kobiety i części ciała.

Otworzyłam oczy i ujrzałam gołębie na pomniku Normana Bethune'a. Niebo szarzało, resztki różu i żółci ustępowały miejsca nadchodzącej ciemności. Migotanie ulicznych latarni i neonów sklepowych zwiastowało nadejście wieczoru. Z trzech stron przelewały się samochody – czterokołowe, zmotoryzowane stado niechętnie rozdzielało się, żeby objechać mały trójkąt zieleni przy Guy i De Maisonneuve.

Siedziałam na ławce koło mężczyzny w swetrze. Włosy, ani blond, ani siwe, spływały mu na ramiona. Podświetlane z tyłu przez przejeżdżające samochody, tworzyły wokół jego głowy jakby aureolę z delikatnych, szklanych włókien. Oczy, mające kolor pranego tysiąc razy drelichu, były otoczone czerwoną obwódką, a w kącikach ust widać było żółte skrzepy, przy których dłubał bladymi, białymi palcami. Z łańcucha, który nosił na szyi zwisał metalowy krzyż wielkości mojej dłoni.

Wróciłam do domu późnym popołudniem, włączyłam automatyczną sekretarkę i poszłam spać. Duchy ludzi, których znam, mieszały się z nieznajomymi sylwetkami w bezładnym korowodzie postaci. Ryan zagonił Gabby do opuszczonego budynku. Pete i Claudel kopali dół w ogrodzie przy moim domu. Katy leżała na brązowym, plastikowym worku na tarasie domku na plaży, paląc swoją skórę i odmawiając użycia olejku. Groźnie wyglądający człowiek śledził mnie na St. Laurent.

Budziłam się kilkakrotnie, ale wstałam dopiero o ósmej wieczorem. Bolała mnie głowa i umierałam z głodu. Na ścianie, przy której miałam ustawiony telefon, pulsowało czerwone światło – czerwone, czerwone, czerwone, przerwa; czerwone, czerwone, czerwone, przerwa. Trzy wiadomości. Dowlokłam się do automatycznej sekretarki i wcisnęłam “play".

Pete rozważał propozycję od firmy prawniczej z San Diego. Super. Katy myślała o przerwaniu nauki. Wspaniale. Ktoś trzeci odwiesił słuchawkę. Przynajmniej obyło się bez złych wiadomości. Gabby cały czas nie daje znaku życia. Rewelacja.

Dwudziestominutowa rozmowa z Katy nie poprawiła mi nastroju. Była uprzejma, ale wymijająca. W końcu na dłuższą chwilę zapadła cisza i potem ona powiedziała: “Pogadamy później". I wyłączyła się. Zamknęłam wtedy oczy i stałam zupełnie nieruchomo. Przypomniała mi się trzynastoletnia Katy. Jej twarz przyklejona do konia i jasne włosy mieszające się z ciemną grzywą. Z Pete'em pojechaliśmy odwiedzić ją na koloniach. Kiedy nas zobaczyła, twarz jej pojaśniała i porzuciła konia, żeby zarzucić mi ręce na szyje. Wtedy byłyśmy sobie takie bliskie. Gdzie podziała się ta zażyłość? Dlaczego była nieszczęśliwa? Dlaczego chciała rzucić szkołę? Czy to przez rozwód? Czy to wina moja i Pete'a?

Czując się niedobrą matką, zadzwoniłam do Gabby. Brak odpowiedzi Przypomniało mi się, że kiedyś Gabby zniknęła na dziesięć dni. Szalałam z niepokoju. Okazało się, że zaszyła się w jakimś ustroniu, by odkryć swoją prawdziwą naturę. Może nie mogłam jej złapać dlatego, że ponownie starała się złapać kontakt z samą sobą.

Dwa panadole ukoiły ból głowy, a danie firmowe w restauracji Singapur zaspokoiło mój głód. Nic nie mogło jednak ukoić mojego niezadowolenia Ani gołębie, ani obcy ludzie siedzący na ławkach w parku nie byli w stanie oderwać mnie od myślenia ciągle o tych samych rzeczach. W mojej głowie pytania zderzały się i odbijały jak samochodziki w wesołym miasteczku. Kim był ten morderca? Jak wybierał ofiary? Czy one go znały? Czy zdobywał ich zaufanie, wgryzał się w ich życie rodzinne? Adkins zabito w domu. A Trottier i Gagnon? Gdzie? We wcześniej ustalonym miejscu? Miejscu wybranym na pozbawienie życia i poćwiartowanie? Jak morderca się przemieszczał? Czy to był St. Jacques?

Patrzyłam na gołębie, ale ich nie widziałam. Wyobrażałam sobie ofiary, wyobrażałam sobie ich strach. Chantale Trottier miała zaledwie szesnaście lat. Groził jej nożem? Kiedy dowiedziała się, że umrze? Czy błagała go o to, żeby jej nie krzywdził? Błagała o życie? Kolejne wspomnienie Katy. Katy innych rodziców… Czułam empatię aż do bólu.

Skoncentrowałam się na teraźniejszości. Rano, badanie w pracowni znalezionych kości. Potem kontakt z Claudelem. I kontrola gojenia się strupów na mojej twarzy. A w głowie Katy wyraźnie aspirująca do kariery fanki NBA. Bo chyba nic z tego, co jej mówiłam, nie było jej w stanie od tego odwieść. Zwłaszcza gdy Pete wymykał się nam na Wybrzeże. Byłam podekscytowana jak Madonna, choć mnie nic nie zwiastowało wybawienia. I gdzie do diabla jest Gabby?

– To jest to – powiedziałam nagle, wystraszając gołębie i mężczyznę siedzącego koło mnie. Wiedziałam, co mogę zrobić.

Wróciłam do domu, weszłam prosto do garażu i pojechałam na St. Louis Square. Zaparkowałam na Henri-Julien i skręciłam za rogiem, żeby znaleźć się koło mieszkania Gabby. Czasami budynek, w którym mieszkała, przywodził mi na myśl wymarzony dom Barbie. Dzisiaj wyglądał jak wyjęty z Lewisa Carrolla. Nawet mi się to spodobało.

Jedna żarówka oświetlała purpurową werandę, rzucając cienie petunii na balustradę. Okna-lustra spozierały na mnie ponuro. “Alicji nie ma w domu" – powiedziały.

Zadzwoniłam pod numer 3. Nic. Zadzwoniłam znowu. Cisza. Zadzwoniłam pod l, potem pod 2 i 4. Żadnej odpowiedzi. Kraina czarów zamknęła się na noc.

Okrążając park, wypatrywałam samochodu Gabby. Nie było go. Bez planu, pojechałam na południe, a potem na wschód w stronę Main.

Po dwudziestu frustrujących minutach szukania miejsca do zaparkowania, zostawiłam samochód na jednej z nieutwardzonych uliczek odchodzących od St. Laurent. Pełno było na niej spłaszczonych puszek po piwie i unosił się zapach stęchlego moczu. Oprócz tego walało się tam mnóstwo śmieci, a zza cegieł po lewej stronie dobiegała muzyka z szafy grającej. Było to jedno z tych miejsc, gdzie aż prosiło się o posiadanie szeroko reklamowanego urządzenia do ochrony samochodów – blokady na kierownicę. Nie miałam jej, więc zawierzyłam swoją mazdę patronowi parkujących i już po chwili zmieszałam się z tłumem.

Jak deszczowy las równikowy, Main zamieszkują różne gatunki, wspólnoty żyjące na tym samym terenie, ale zajmujące inne nisze. Niektóre grupy są aktywne w czasie dnia, a inne tylko i wyłącznie nocą.

Od świtu do zmierzchu, Main jest krainą dostawców i sklepikarzy, dzieci w wieku szkolnym i gospodyń domowych. Zewsząd słychać harmider handlu i zabaw. Nie ma nieprzyjemnych zapachów, a odnośnie towarów, można tu kupić świeże ryby w Waldman's, wędzone mięso w Schwartz's, jabłka i truskawki w Warshaw's, wypieki w La Boulangerie Polonaise.

Kiedy cienie się wydłużają, zapalają się latarnie uliczne i światła barów. Po zamknięciu sklepów otwierają się tawerny i kina pornograficzne i tłum, okupujący za dnia chodniki, ustępuje miejsca innym stworzeniom. Niektóre są niegroźne – turyści i studenci, którzy przyjeżdżają tutaj, żeby się napić taniego alkoholu i zabawić. Inne okazy są bardziej toksyczne – to alfonsi, dilerzy, prostytutki i narkomani. Korzystający i wykorzystywani, drapieżniki i ofiary w łańcuchu pokarmowym ludzkiej nędzy.

O jedenastej piętnaście nocna zmiana już w pełni przejęła kontrolę. Na ulicach było tłoczno, a tanie bary i bistra pękały w szwach. Poszłam do Ste. Catherine i stanęłam na rogu, mając za plecami La Belle Province. To chyba dobre miejsce, żeby zacząć. Wchodząc, minęłam automat telefoniczny, z którego spanikowana Gabby wtedy do mnie dzwoniła.

Restaurację wypełniał zapach Pine-Sol, tłuszczu i przypalonej cebuli. Było za późno na kolację, ale jeszcze za wcześnie na picie. Tylko cztery boksy były zajęte.

Para z identycznymi irokezami na głowach wpatrywała się w siebie ponuro znad w połowie zjedzonych porcji chili. Ich najeżone kolce miały dokładnie ten sam odcień nasyconej czerni, jakby kupili farbę na spółkę. Skóry, które mieli na sobie, były tak licznie ponabijane ćwiekami, że starczyłoby ich dla trzech motocyklistów.

Kobieta o ramionach szerokości standardowego ołówka i natapirowanych, platynowych włosach nudziła się w boksie w głębi sali, paląc papierosa i pijąc kawę. Była ubrana w obcisłą czerwoną bluzkę bez ramion i to, co moja mama nazwałaby getrami. Pewnie miała taki wyraz twarzy od czasów, kiedy rzuciła naukę, żeby pomagać w czasie wojny.

Kiedy na nią patrzyłam, wysączyła resztkę kawy, zaciągnęła się głęboko papierosem i zgasiła go na małej, okrągłej, metalowej podstawce, która pełniła funkcję popielniczki. Jej wymalowane oczy apatycznie wodziły po sali, nie szukając chyba niczego konkretnego, ale z czystej rutyny. Jej twarz pozbawiona była blasku i miała wyraz typowy dla kogoś, kto spędził długie lata na ulicy. Nie będąc już w stanie konkurować z młodymi, prawdopodobnie specjalizowała się w szybkich numerach gdzieś w bocznych uliczkach i robieniu lodów na tylnych siedzeniach samochodu. Romantyczne uniesienie późno w nocy za okazyjną cenę. Podciągnęła bluzkę wyżej na swoją kościstą klatkę, wzięła rachunek i podeszła do lady. Pracowita Rosie znowu wychodzi na ulicę.

Trzech młodych mężczyzn było w boksie koło drzwi. Jeden leżał rozciągnięty na stole z głową opartą na ramieniu, a druga ręka zwisała bezwładnie i znikała pomiędzy kolanami. Wszyscy trzej byli ubrani w bluzy, obcięte, krótkie spodnie i baseballówki. Dwóch miało daszki skierowane do tyłu. Trzeci, przekornie lekceważąc modę, miał czapkę mocno wciśnięta na czoło, daszkiem do przodu. Dwóch siedzących prosto pochłaniało cheeseburgery, w ogóle nie interesując się ich towarzyszem. Wyglądali na mniej więcej szesnaście lat.

Ostatnią klientką była jakaś zakonnica.

Nie było Gabby.

Wyszłam z restauracji i rozejrzałam się po Ste. Catherine. Napływali motocykliści i po obu stronach wschodniej części ulicy widać było dużo stojących równolegle do krawężnika harleyów i yamah. Ich właściciele siedzieli na nich okrakiem albo stali w grupkach, rozmawiając i popijając. Chociaż wieczór był ciepły, ubrani byli w skóry i wysokie buty.

Ich kobiety siedziały za nimi albo rozmawiały w grupkach między sobą. Przypominało mi to koniec podstawówki. Ale te kobiety same wybrały świat i przemocy i męskiej dominacji. Jak u pawianów, samice w stadzie były spędzane razem i kontrolowane. Nawet gorzej. Były sprzedawane i wymieniane, pokrywane, tatuowano je i przypalano, bito i zabijano. A mimo to zostawały. Jeśli była to dla nich zmiana na lepsze, to trudno sobie wyobrazić, co przeszły przedtem.

Spojrzałam na zachodnią część St. Laurent. Natychmiast zobaczyłam to, czego szukałam.

Dwie prostytutki stały przed hotelem Granada, paląc papierosy i starając się zainteresować sobą przechodniów. Rozpoznałam Poirette, ale nie byłam pewna co do tej drugiej.

Przezwyciężyłam impuls, żeby dać sobie z tym spokój i pojechać do domu. Co będzie jeśli okaże się, że źle dobrałam strój? Założyłam koszulę flanelową, dżinsy i sandały, mając nadzieję, że takie ubranie będzie neutralne, ale nie byłam pewna. Nigdy przedtem nie miałam do czynienia z taką pracą w terenie.

Weź się w garść, Brennan, przestań się migać. No już, ruszaj swój żałosny tyłek. Najgorsze, co cię może spotkać, to to, że cię zwyzywają. Nie będzie to pierwszy raz.

Ruszyłam wzdłuż ulicy i stanęłam przed dwiema kobietami.

– Bonjour. – Mój głos drżał, jakby był odtwarzany z pogniecionej taśmy. Byłam zirytowana na siebie samą, więc odkaszlnęłam, starając się to zamaskować.

Dwie kobiety przestały rozmawiać i zaczęły mi się przyglądać jak jakiemuś rzadkiemu insektowi albo czemuś znalezionemu w dziurce od nosa. Żadna się nie odezwała. Ich twarze były tępe i pozbawione emocji.

Poirette przeniosła ciężar ciała z jednej nogi na drugą, wypinając jedno biodro ku górze. Miała na sobie te same czarne, wysokie buty, co wtedy, kiedy ją widziałam pierwszy raz. Trzymając jedną zgiętą rękę na wysokości talii i opierając o nią łokieć drugiej, patrzyła na mnie bez wyrazu. Wzięła długiego macha z papierosa, głęboko zaciągnęła się dymem, po czym wydęła dolną wargę i wypuściła go do góry pod dużym ciśnieniem. Na tle pulsującego światła neonu hotelu, dym wyglądał jak mgiełka. Migający neon oświetlał jej kakaową skórę czerwonym i niebieskim światłem. Bez słowa, jej ciemne oczy przestały przyglądać się mojej twarzy i przeniosła wzrok na ludzi przelewających się po chodniku.

– Czego chcesz, skarbie?

Głos tej drugiej ulicznicy był niski i charczący, a między poszczególnymi dźwiękami były bardzo długie przerwy. Zwróciła się do mnie po angielsku z intonacją przywodzącą na myśl hiacynty i cyprysowe bagniska, francuski żargon Luizjany z jej bluesowymi zespołami i brzęczenie cykad w łagodne, letnie noce. Była starsza niż Poirette.

– Jestem przyjaciółką Gabrielle Macaulay. Próbuję ją znaleźć.

Potrząsnęła głową.

Nie wiedziałam, czy chodziło jej o to, że nie zna Gabby, czy że nie chce odpowiedzieć.

– Jest antropologiem. Pracuje tutaj…

– Wszystkie tu pracujemy, słonko.

Poirette żachnęła się i przestąpiła z nogi na nogę. Spojrzałam na nią. Była ubrana w spodenki i stanik z błyszczącego, czarnego winylu. Ona na pewno zna Gabby. Była jedną z kobiet, które oglądałyśmy tamtej nocy. Gabby mi ją pokazała. Z bliska wyglądała nawet na jeszcze młodszą.

Skupiłam się na jej towarzyszce.

– Gabby jest postawną kobietą – ciągnęłam. – Mniej więcej w moim wieku. Ma… – szukałam odpowiedniego określenia koloru – czerwonawe dredy…

Zupełna obojętność.

– I kolczyk w nosie.

Waliłam głową w mur.

– Od jakiegoś czasu nie mogę się z nią skontaktować. Wydaje mi się, że ma zepsuty telefon, a trochę się o nią martwię. Na pewno wszystkie musicie ją znać…

Przeciągałam samogłoski, nadając kolejnym słowom bardziej południowe brzmienie. Miałam nadzieję, że pokazując, iż pochodzę z tych samych okolic co ona, uda mi się ją skłonić do współpracy. Córy południowych stanów łączcie się.

Luizjana wzruszyła ramionami. Był to typowy miękki, francuski, uniwersalny gest, tyle że w wersji używanej przez francuskojęzyczną ludność Luizjany – więcej pracy ramion, mniej dłoni.

To była cała odpowiedź na próbę powołania się na wspólne pochodzenie z południa Stanów. To donikąd nie prowadzi. Zaczynałam rozumieć, o co chodziło Gabby. W Main nie zadaje się pytań.

– Jeśli ją spotkacie, czy możecie powiedzieć, że szuka jej Tempe?

– To południowe imię, skarbie?

Wsunęła długi, czerwony paznokieć we włosy i jego koniuszkiem podrapała się w głowę. Na jej włosach było tyle lakieru, że fryzura wytrzymałaby huragan. Ruszały się, jakby były jedną masą, co sprawiało wrażenie, że jej głowa zmienia kształt.

– Niezupełnie. Może wiecie, gdzie jeszcze mogłabym się rozejrzeć?

Kolejne wzruszenie ramion. Przestała się drapać i zaczęła przyglądać się paznokciowi.

Z tylnej kieszeni wyciągnęłam wizytówkę.

– Jeśli przyjdzie wam coś do głowy, to możecie mnie złapać pod tym numerem.

Kiedy odchodziłam, zauważyłam, że Poirette wyciąga rękę do tej drugiej po wizytówkę.

Próby nawiązania kontaktu z kilkoma innymi spacerującymi wzdłuż Ste. Catherine kobietami skończyły się bardzo podobnie. Ich reakcją była albo obojętność, albo pogarda, nieodmiennie podszyte podejrzliwością i nieufnością. Żadnych informacji. Jeśli Gabby tu kiedyś bywała, nikt się do tego nie przyznawał.

Chodziłam od baru do baru, przemierzając podrzędne lokale, ulubione miejsca ludzi żyjących w nocy. Wszystkie były takie same, jakby stanowiły dzieło tego samego, niezbyt utalentowanego dekoratora wnętrz. Sufity były niskie, a ściany z żużlowych bloków. Ściany wszystkich lokali zdobiły rysunki wykonane fluoryzującymi farbami albo pokrywała je imitacja bambusa czy tanie drewno. W środku było wilgotno i ciemno, śmierdziało starym piwem, dymem i ludzkim potem. W lepszych, podłogi były czyste, a toalety spłukiwane.

W niektórych barach były podesty, na których wyginały się i wiły striptizerki, ich zęby i skąpe kostiumy błyszczały purpurowo w czarnym świetle, a na ich twarzach malowała się nuda. Mężczyźni w koszulach bez rękawów i z ciemnym zarostem na twarzach popijali piwo z butelek i oglądali tancerki. Imitacje eleganckich kobiet sączyły tanie wino albo soki udające drinki i uśmiechały się do przechodzących mężczyzn, mając nadzieję na numerek. Chociaż starały się być uwodzicielskie, przeważnie wyglądały na zmęczone.

Najsmutniejsze wrażenie sprawiały kobiety w wieku granicznym tego handlu ciałem, te właśnie przekraczające linie mety i startu. Były boleśnie młode, a część z nich ciągle wyglądała jeszcze bardzo zdrowo. Niektóre przychodziły po to, żeby się zabawić i szybko zarobić kasę, inne uciekały ze swoich prywatnych piekieł w domu. W ich opowieściach nieodmiennie przewijał się główny temat. Puszczać się tak długo, aż się dużo zarobi, a potem prowadzić przyzwoite życie. Poszukiwaczki przygód i uciekinierki, przyjeżdżały autobusami z Ste. Therese i Val d'Or, z Valleyfieid i Pointe-du-Lac. Przyjeżdżały z lśniącymi włosami i świeżymi twarzami, pewne własnej niemoralności, pewne tego, że potrafią pokierować swoją przyszłością. Trawę i kokę traktowały jako rozrywkę. Nigdy nie potrafiły się w porę zorientować, że są to już pierwsze szczeble drabiny desperacji, docierało to do nich dopiero wtedy, kiedy zaszły już zbyt wysoko i nie potrafiły zejść, tylko spaść.

Były też takie, którym udało się zestarzeć. Tylko naprawdę sprytne i wyjątkowo silne potrafiły się dorobić i wyjść z interesu. Chorowite i słabe umierały. Te o mocnych ciałach, ale o słabej woli wytrzymywały. Wiedziały, jaka je czeka przyszłość i akceptowały ją. Umrą na ulicy, bo nie znają innego życia. Albo dlatego, że wystarczająco kochały albo bały się jakiegoś mężczyzny, żeby się sprzedawać tylko po to, by mu kupić towar. Albo dlatego, że potrze bowały jedzenia i miejsca, gdzie mogłyby spać.

Apelowałam do tych przystępujących albo opuszczających profesję. Unikałam kobiet w średnim wieku, zatwardziałych i wiedzących, jak żyć na ulicy, które umiały rządzić na swoim terytorium tak, jak z kolei alfonsi potrafili rządzić nimi. Być może młode, naiwne i zbuntowane albo stare, sterane i zużyte były bardziej otwarte. Wcale nie. W każdym kolejnym barze odwracały się ode mnie, pozwalając moim pytaniom rozpłynąć się w zadymionym powietrzu. Zmowa milczenia wydawała się być żelazną zasadą. Obcy nie mają dostępu.

Piętnaście po trzeciej miałam już dosyć. Moje włosy i ubrania przesiąknięte były dymem z papierosów i jointów, a buty śmierdziały piwem. Wypiłam tyle sprite'a, że mogłabym pobudzić Kalahari do życia, a w kącikach oczu miałam mnóstwo drobinek żwiru. Po wyjściu z kolejnego baru i odlepieniu się od kolejnego natręta, zrezygnowałam.

19

Powietrze miało konsystencję rosy. Znad rzeki podnosiła się mgła i w świetle latarń małe kropelki migotały jak klejnoty. Rozkoszowałam się chłodem i wilgocią powietrza. Kłujący ból między szyją a łopatkami uświadomił mi, że przez kilka ostatnich godzin byłam spięta, struta i gotowa do ucieczki. Może i byłam. Jeśli tak, to napięcie tylko częściowo wywołane było moimi poszukiwaniami Gabby. Podchodzenie do prostytutek bardzo szybko stało się rutyną. Ich odmowy też. Opędzanie się od kręcących się wokół i dotykających mnie mężczyzn bardzo szybko stało się odruchowe.

To walka z samą sobą mnie tak wyczerpywała. Spędziłam cztery godziny walcząc ze starym kochankiem, od którego nigdy nie będę wolna. Przez całą noc musiałam opierać się pokusie – brązowawemu blaskowi whisky z lodem, bursztynowemu piwu wlewanemu z butelek w gardła. Czułam zapach mojego oblubieńca i widziałam jego blask w oczach wokół siebie. Kiedyś go kochałam. Do diabła, ciągle go kocham. Ale jego czar przerodziłby się w destrukcję. W moim przypadku każdy przelotny flirt przerodziłby się w niszczący związek o sile, której nie mogłabym się oprzeć. Więc porzuciłam go, przechodząc powoli przez dwanaście różnych stadiów. I trzymałam się z dala. Byliśmy już kochankami, więc nigdy nie będzie mogło być między nami przyjaźni. Dzisiejszej nocy prawie wpadliśmy w swoje objęcia.

Oddychałam głęboko. Unoszący się w powietrzu zapach był mieszaniną oleju silnikowego, mokrego cementu i fermentujących drożdży z browaru Molson. Ste. Catherine była prawie pusta. Staruszek w kanadyjce i flanelowej koszuli z kapturem spał przed sklepem, a obok niego leżał brudny kundel. Inny człowiek grzebał w śmieciach po drugiej stronie ulicy. Być może w Main jest nawet trzecia zmiana.

Zniechęcona i wyczerpana, szłam w stronę St. Laurent. Próbowałam. Jeśli Gabby jest w tarapatach, te kobiety nie pomogą mi się z nią skontaktować. Ten klub jest tak samo zamknięty jak liga baseballowa.

Minęłam My Kinh. Tablica nad oknem reklamowała KUCHNIA WIETNAMSKA i obiecywała, że lokal jest czynny całą dobę. Bez specjalnego zainteresowania zajrzałam do środka przez brudną szybę, po czym się zatrzymałam. W boksie w głębi siedziała towarzyszka Poirette, jej włosy ciągle ułożone sztywno tworzyły źółto-różowawą pagodę. Przyglądałam jej się przez chwilę.

Zanurzyła pierożek w czerwono-wiśniowym sosie, po czym podniosła go do ust i polizała koniuszek. Po chwili zaczęła przyglądać się pierożkowi, żeby potem przednimi zębami obgryźć kawałek ciasta. Ponownie go zanurzyła i nie spiesząc się powtórzyła manewr. Zastanawiałam się, jak długo już się zajmuje tym pierożkiem.

Nie. Tak. Jest zbyt późno. Cholera. Ostatnia próba.

Pchnęłam drzwi i weszłam do środka.

– Cześć.

Słysząc mój głos, jej głowa podskoczyła. Najpierw wyglądała na zakłopotaną, ale już po chwili na jej twarzy zagościł wyraz ulgi, kiedy w końcu mnie rozpoznała.

– Cześć, skarbie. Ciągle nie w domu? – Wróciła do swojego pierożka.

– Mogę się dosiąść?

– Nie krępuj się. Nie zabierasz mi klientów, słonko, nie mam nic do ciebie.

Wśliznęłam się do boksu. Była starsza, niż myślałam, miała pod czterdziestkę, a może właśnie ją przekroczyła. Chociaż skóra na szyi i czole była jędrna i nie miała worków pod oczyma, w ostrym, jarzeniowym świetle widziałam delikatne zmarszczki rozchodzące się promieniście od kącików ust i jej podbródek też już zaczynał tracić kształt.

Kelner przyniósł menu i zamówiłam Soupe Tonqinoise. Nie byłam głodna, ale chciałam mieć pretekst, żeby zostać.

– Znalazłaś swoją przyjaciółkę, skarbie? – Sięgnęła po kawę i zaklekotały plastikowe bransoletki na jej ręku. Zauważyłam szare linie blizn po wewnętrznej stronie łokcia.

– Nie.

Milczałyśmy przez chwilę, kiedy Azjata, mniej więcej piętnastoletni chłopiec przyniósł wodę i plastikową podstawkę.

– Jestem Tempe Brennan.

– Pamiętam. Jewel Tambeaux może i dużo się pieprzy, kochana, ale głupia nie jest. – Polizała pierożek.

– Pani Tambeaux…

– Mów mi Jewel, skarbie.

– Jewel, przez ostatnie cztery godziny usiłowałam się dowiedzieć, czy moja przyjaciółka jest cała i zdrowa, a nikt nie chce nawet przyznać, że w ogóle o niej słyszał. Gabby przychodziła tutaj od lat, więc jestem pewna, że wiedzą, o kogo mi chodzi.

– Może i wiedzą, skarbie. Ale nie mają zielonego pojęcia, dlaczego się o nią pytasz. – Odłożyła pierożek i popiła kawę, cicho siorbiąc.

– Dałam wam swoją wizytówkę. Nie ukrywam, kim jestem. Zmierzyła mnie stanowczym wzrokiem. Dobiegający od niej zapach taniej wody kolońskiej, dymu i niemytych włosów wypełniał mały boks. Na kołnierzyku jej bluzki widać było ślady makijażu.

– No to kim ty jesteś, “Kobieto z Wizytówką, na której wydrukowali Tempe Brennan"? Jesteś gliną? Zbierasz jakieś informacje? Ktoś ma z tobą na pieńku? – Kiedy mówiła, puściła filiżankę i wyciągnęła jeden ze swoich długich, czerwonych szponów w moją stronę, podkreślając, że każdą możliwość bierze pod uwagę.

– Czy wyglądam na taką, która mogłaby stanowić zagrożenie dla Gabby?

– Wszystko, co miejscowe wiedzą, skarbie, to to, że przychodzisz tu w koszuli od Charlotte Hornets, sandałach yuppie i zadajesz mnóstwo pytań, starając się z kogoś coś wyciągnąć. Nie jesteś cizią na sprzedaż i nie szukasz kraku. Nikt nie wie, jak cię zaklasyfikować.

Kelner przyniósł mi zupę. Siedziałyśmy w milczeniu, kiedy wyciskałam sok z cytryny i małą, chińską łyżeczką dodawałam ostrej papryki. Jedząc, patrzyłam, jak Jewel podgryza swój pierożek. Postanowiłam zagrać skruszoną.

– Chyba zupełnie źle się do tego zabrałam.

Spojrzała na mnie swoimi orzechowymi oczyma. Zaczęła jej się odklejać jedna sztuczna rzęsa, zawinęła się do góry i wyglądała jak stonoga podnosząca się, żeby sprawdzić temperaturę powietrza. Spuściła wzrok, odłożyła resztkę pierożka i przysunęła kawę bliżej siebie.

– Masz rację – dodałam. – Nie powinnam tak po prostu podchodzić do ludzi i zadawać im pytań. Chodzi o to, że po prostu martwię się o Gabby. Dzwoniłam do niej. Potem pojechałam. Dzwoniłam też na jej uniwersytet. Wygląda na to, że nikt nie wie, gdzie ona jest. To do niej niepodobne.

Wypiłam łyżkę zupy. Była smaczniejsza, niż się spodziewałam.

– A co ta twoja przyjaciółka Gabby robi?

– Jest antropologiem. Bada ludzi. Interesuje ją życie tutaj.

– Przechodzi inicjację w Main.

Zaśmiała się do siebie, uważnie obserwując moją reakcję na aluzję do dokonań pani socjolog Margaret Mead. Nie zareagowałam, ale zaczęłam się zgadzać, że Jewel Tambeaux ma łeb na karku. Wyczułam, że mnie sprawdza i czułam się jak na egzaminie.

– Może nie chce, żeby ją teraz znaleziono.

Możecie sięgnąć po testy przed wami.

– Może.

– To w czym problem?

Możecie wziąć do ręki długopis.

– Kiedy ostatni raz ją spotkałam, wydawała się być bardzo zmartwiona. Prawie przestraszona.

– Zmartwiona czym, słonko?

Jesteście gotowi?

– Myślała, że śledzi ją jakiś facet. Mówiła, że jakiś dziwny.

– Tutaj aż się roi od takich, skarbie.

No dobrze, zaczynajcie…

Opowiedziałam jej całą historię. Kiedy słuchała, mieszała fusy w filiżance, intensywnie wpatrując się w brązowo-czarną ciecz. Kiedy skończyłam, ona nie przerwała zabawy z fusami, jakby oceniając moją odpowiedź. Potem gestem poprosiła kelnera, żeby ponownie napełnił jej filiżankę. Czekałam, żeby dowiedzieć się, jaką dostanę ocenę.

– Nie wiem, jak on się nazywa, ale prawie na pewno wiem, o kim mówisz. Chudy koleś, ma mentalność bakterii. Jest dziwny, jak najbardziej, i to, co mu doskwiera, to musi być coś poważnego. Ale nie sądzę, żeby był niebezpieczny. Wątpię, czy potrafi przeczytać napis na keczupie.

Zdałam.

– Większość z nas go unika.

– Dlaczego?

– Mówię ci tylko to, co powtarzają na ulicy, bo ja sama z nim nie chodzę. Jak widzę tego faceta, to przechodzą mnie ciarki, jakbym widziała tarzającego się w błocie aligatora. – Zrobiła grymas i lekko wzruszyła ramionami. – Plotka niesie, że ma specyficzne potrzeby.

– Specyficzne?

Postawiła filiżankę na stole i spojrzała na mnie, oceniając.

– Płaci, ale nie chce się pieprzyć.

Odcedziłam trochę makaronu z zupy i czekałam.

– Dziewczyna o imieniu Julie chodzi z nim. Żadna inna nie. Ona jest mniej więcej tak inteligentna, jak fasola, ale to już inna sprawa. Powiedziała mi, że za każdym razem jest tak samo. Wchodzą do pokoju, nasz bohater wyciąga papierową torebkę, w której jest koszula nocna. Nic specjalnie wymyślnego, koronkowa. Patrzy jak ona ją wkłada, a potem mówi, żeby się położyła na łóżku. Niby nic wielkiego. Potem jedną ręką gładzi koszulę nocną, a drugą bawi się swoją pałką. Całkiem szybko robi się sztywny, jak szyb naftowy, i wytryska, sapiąc i jęcząc, jakby się wcielił w jakieś inne stworzenie. Potem każe jej zdjąć koszulę, dziękuje jej, płaci i wychodzi. Julie uważa, że to łatwy zarobek.

– Dlaczego myślisz, że to właśnie ten facet nie daje spokoju mojej przyjaciółce?

– Pewnego razu, kiedy wpychał koszulę babci z powrotem do torby, Julie zauważyła rękojeść dużego, starego noża. Mówi mu, jeśli chcesz więcej i cipek, kowboju, musisz pozbyć się noża. A on jej, że to jego miecz prawości czy coś takiego. Potem nadaje o nożu i swojej duszy, i o równowadze ekologicznej, i temu podobne bzdury. Cholernie ją wystraszył.

– I?

Znowu wzruszyła ramionami.

– Ciągle się tu kręci?

– Nie widziałam go od jakiegoś czasu, ale to nic nie znaczy. Nigdy nie widywałam go regularnie. Pojawia się i znika.

– Rozmawiałaś z nim kiedyś?

– Wszystkie z nim rozmawiałyśmy, ślicznotko. Kiedy się zjawia, jest jak syfilis, upierdliwy, i nie można się go łatwo pozbyć. To właśnie stąd wiem, źu ma mentalność karalucha.

– Widziałaś go kiedyś z Gabby? – Wysiorbałam jeszcze trochę zupy.

Odchyliła się i roześmiała.

– Sprytne podejście, słonko.

– Gdzie mogę go znaleźć?

– Skąd mam do diabła wiedzieć. Wystarczy poczekać wystarczająco długo, a na pewno się zjawi.

– A Julie?

– Tutaj jest strefa wolnego handlu, skarbie, ludzie przychodzą i odchodzą. Nie prowadzę rejestru.

– Widziałaś ją ostatnio?

Zastanawiała się przez chwilę.

– Już mówiłam, że nie mogę powiedzieć.

Przyglądałam się na zmianę: makaronowi leżącemu na dnie miseczki i Jewel. Minimalnie uniosła powiekę i zerknęła na mnie. Uda mi się coś jeszcze wyciągnąć? Spróbowałam.

– Być może gdzieś tutaj kręci się seryjny morderca, Jewel. Ktoś, kto morduje kobiety, a potem je ćwiartuje…

Jej twarz ani drgnęła. Po prostu na mnie spojrzała, jak kamienny gargulec. Albo nie zrozumiała, albo już przestała reagować na przemoc i ból, nawet śmierć. A może nosiła maskę, starając się ukryć strach zbyt prawdziwy, żeby można go było wyrazić słowami. Podejrzewałam, że raczej to drugie.

– Jewel, czy moja przyjaciółka jest w niebezpieczeństwie?

Nasze oczy spotkały się.

– Przyjaciółka, skarbie?

Jadąc samochodem do domu, pozwoliłam myślom dryfować i prawie nie zwracałam uwagi na kierowanie. De Maisonneuve była opustoszała, tylko lampy uliczne stały na posterunkach.

Nagle w tylnym lusterku pojawiły się światła samochodu i zaczęły szybko się do mnie zbliżać.

Przecięłam Peel i zjechałam na prawo, żeby przepuścić samochód. Światła były jednak cały czas za mną. Ponownie wjechałam na lewy pas. Kierowca zrobił to samo i włączył długie światła.

– Dupek.

Przyspieszyłam. Samochód cały czas jechał bardzo blisko mnie.

Chwila strachu. Może to nie jest po prostu pijak. Spojrzałam w lusterko, chcąc zobaczyć kierowcę, ale widziałam tylko sylwetkę. Dużą. Mężczyzna? Nie wiedziałam. Światła mnie oślepiały i nie potrafiłam zidentyfikować samochodu.

Ręce ślizgały mi się na kierownicy, kiedy przecinałam Guy, skręcałam w lewo i ponownie w lewo, objeżdżając kwartał i ignorując czerwone światło.

Pędem przejechałam moją ulicą i zanurkowałam w podziemny garaż pod blokiem.

Poczekałam, aż elektroniczna brama się zamknie, po czym wybiegłam stamtąd z przygotowanym kluczem, nasłuchując, czy nie słychać kroków. Nikt za mną nie szedł.

Na pierwszym piętrze wyjrzałam przez okno. Po drugiej stronie ulicy, przy krawężniku czaił się samochód. Miał zapalone światła, a kierowca był tylko czarną sylwetką w słabym świetle przed świtem. To ten sam samochód? Nie miałam pewności. Zaczynam się sypać?

Pół godziny później leżałam na łóżku patrząc, jak czarne niebo blednie i staje się szare. Birdie przystawił pyszczek do mojego kolana i mruczał. Byłam tak wyczerpana, że zdarłam z siebie ubranie i rzuciłam się na łóżko, pomijając przygotowania. Zupełnie to do mnie niepodobne. Przeważnie za nic nie odpuszczam zębom i makijażowi. Tej nocy miałam to w nosie.

20

W środę wywożą z mojego bloku śmieci. Przespałam odgłosy śmieciarki. Przespałam trącającego mnie Birdiego. Przespałam trzy telefony.

Obudziłam się piętnaście po dziesiątej. Bolała mnie głowa i czułam się ociężała. Zdecydowanie nie nadawałam już się na całodobowe imprezy. Drażniło mnie to, że zarwanie nocy kosztowało mnie tak wiele.

Moje włosy, skóra, a nawet poduszka i prześcieradło śmierdziały dymem. Wepchnęłam do pralki pościel i ubrania, które miałam na sobie wczoraj, po czym wzięłam długi, pienisty prysznic.

Właśnie rozsmarowywałam masło orzechowe na czerstwym croissancie, kiedy zadzwonił telefon.

– Temperance? – To był LaManche.

– Tak.

– Próbowałem cię złapać.

Spojrzałam na automatyczną sekretarkę. Trzy wiadomości,

– Przepraszam.

– Oui. Zobaczymy cię dzisiaj? Już wydzwania monsieur Ryan.

– Będę w ciągu godziny.

– Bon.

Przesłuchałam wiadomości. Strapiona studentka. LaManche. Rozłączono się. Nie czułam się na siłach stawić czoła problemom studentów, więc zadzwoniłam do Gabby. Bez odpowiedzi. Wykręciłam do Katy, ale włączyła się jej automatyczna sekretarka.

– Proszę zostawić krótką wiadomość, tak jak ta – zaszczebiotała radośnie. Zostawiłam, raczej mało radośnie.

Po dwudziestu minutach byłam już w pracy. Wcisnęłam torebkę do szuflady, zignorowałam różowe karteczki porozrzucane po stole i od razu udałam się na dół do prosektorium.

Zmarli przybywają najpierw do kostnicy. Tutaj ich dane są wprowadzane do komputera, a ciała przechowywane w odpowiednio niskich temperaturach do czasu, kiedy zostaną przypisane jakiemuś patologowi z LML. Kolor podłogi wskazuje na to, komu podlega sprawa. Kostnica wychodzi prosto na prosektorium, gdzie czerwona podłoga kostnicy ustępuje miejsca szarej. Kostnica podlega koronerowi, a LML sprawuje pieczę nad prosektorium. Czerwona podłoga – koroner. Szara podłoga – LML. Ja przeprowadzam wstępne oględziny w jednej z czterech sal prosektoryjnych. Później kości posyła się na górę do laboratorium histologii, żeby je dokładnie wyczyścili.

LaManche robił nacięcie w kształcie litery Y na klatce piersiowej jakiegoś niemowlaka. Dziewczynki. Jej drobne ramiona spoczywały na gumowym oparciu, a ręce leżały wyciągnięte na boki.

Spojrzałam na LaManche'a.

– Secouee – powiedział tylko. Wstrząśnięty.

Po przeciwnej stronie sali Nathalie Ayers pochylała się nad innym stołem prosektoryjnym i inną autopsją – Lisa unosiła mostek młodego mężczyzny. Spod czupryny rudych włosów wyzierały wytrzeszczone czerwone, opuchnięte oczy i widać było małą, czarną dziurkę w jego prawej skroni. Samobójstwo. Nathalie była nowym patologiem w LML i jeszcze nie zajmowała się zabójstwami.

Daniel odłożył skalpel, który ostrzył.

– Potrzebujesz kości z St. Lambert?

– S'il vous plait. Pod czwórkę?

Skinął i zniknął w kostnicy.

Autopsja szkieletu trwała kilka godzin i potwierdziła moje pierwsze wrażenie, że szczątki pochodziły od jednego osobnika, białej kobiety w wieku mniej więcej trzydziestu lat. Chociaż zostało mało miękkiej tkanki, kości były w dobrym stanie i zachowało się w nich trochę tłuszczów. Nie żyła od dwóch do pięciu lat. Jedyną niespodzianką był nie zrośnięty łuk jej piątego kręgu lędźwiowego. Bez głowy trudno będzie ustalić jej tożsamość.

Poprosiłam Daniela, żeby dostarczył kości do laboratorium histologicz nego, umyłam się i poszłam na górę. Pojawiło się więcej różowych karteczek. Zadzwoniłam do Ryana i streściłam wyniki autopsji. Już sprawdzał po licyjne raporty o zaginionych osobach z St. Lambert.

Jeden z telefonów był od Aarona Calverta z Norman w Okłahomie. Wczoraj. Kiedy wykręciłam jego numer, miodowy głos powiedział, że nie ma go przy biurku. Zapewniła mnie, że jest jej niewypowiedzianie przykro i że przekaże wiadomość. Profesjonalnie uprzejma. Odłożyłam inne wiadomości na bok i poszłam spotkać się z Lucy Dumont.

Biuro Lucy było zastawione terminalami, monitorami, drukarkami i wszelkiego rodzaju sprzętem komputerowym. Kable pnące się po ścianach znikały w suficie albo pozlepiane kilka naraz biegły wzdłuż podłogi. Szafki i półki uginały się pod stosami wydruków, które zgodnie z prawami fizyki ciążyły ku podłodze.

Biurko Lucy stało naprzeciw drzwi, a na podkowie utworzonej w środku pokoju ze stołów stała większość komputerowego sprzętu. Siedziała na obrotowym krześle na kółkach i pracowała przy różnych stanowiskach, odpychając się od podłogi nogami w tenisówkach. Dla mnie Lucy to zarys tyłu jej głowy na tle zielonej poświaty monitora. Rzadko widywałam jej twarz.

Dzisiaj przy podkowie siedziało pięciu Japończyków w eleganckich garniturach. Otaczali Lucy, trzymając ręce blisko przy sobie, kiwając poważnie głową, kiedy pokazywała im coś na terminalu i wyjaśniała, o co chodzi.

Przeklinając siebie za wybranie niewłaściwego momentu, poszłam do pracowni histologicznej.

Z kostnicy dostarczono już szkielet z St. Lambert, więc zabrałam się do badania nacięć, tą samą metodą, której używałam z Trottier i Gagnon. Opisałam, zmierzyłam i naniosłam na wykres położenie każdego śladu i wykonałam odlewy falstartów. Tak jak na wcześniej badanych kościach, malutkie wyżłobienia i rowki sugerowały, że używano noża i piły. Pod mikroskopem widać było podobieństwa w strukturze nacięć, a kości przecięto prawie dokładnie w tych samych miejscach, co w poprzednich przypadkach.

Ręce kobiety przepiłowano w nadgarstkach, a inne części ciała rozdzielono w stawach. Jej brzuch rozcięto nożem wzdłuż kręgosłupa, tak głęboko, że widoczne były ślady na kręgach. Chociaż brakowało czaszki i górnych kości szyi, ślady na kręgach szyjnych wskazywały na to, że obcięto jej głowę na wysokości połowy gardła.

Facet był konsekwentny.

Zapakowałam kości, zebrałam notatki i wróciłam do swojego gabinetu, zbaczając po drodze, żeby zobaczyć, czy Lucy jest jeszcze zajęta. Nigdzie nie było widać ani jej, ani japońskich garniturów. Przy jej terminalu zostawiłam karteczkę z prośbą o wizytę. Może będzie mi wdzięczna za pretekst do wyrwania się na chwilę.

Podczas mojej nieobecności dzwonił Calvert. Normalne. Kiedy wykręciłam jego numer, w drzwiach stanęła Lucy, z ciasno splecionymi przed sobą rękoma.

– Zostawiłaś mi wiadomość, Brennan? – spytała, posyłając mi przelotny uśmiech.

Była chuda jak zupa w schronisku dla bezdomnych, a obcięte na jeża włosy uwydatniały jej pociągłą czaszkę. Brak włosów i blada skóra potęgowały efekt, jaki robiły jej okulary, w których wyglądała jak manekin do zbyt dużych oprawek.

– Tak, Lucy. Dziękuję, że wpadłaś – powiedziałam, wstając, żeby uprzątnąć rzeczy z drugiego krzesła.

Kiedy wśliznęła się na krzesło, wcisnęła obie stopy za nogi krzesła. Jak kot moszczący się na poduszce.

– Musiałaś ich oprowadzać?

Uśmiechnęła się niepewnie, a potem spojrzała pytająco.

– Tych panów z Japonii… – dodałam

– Tak. Są z pracowni medycyny sądowej w Kobe. Większość z nich to chemicy. I nawet mnie nie zmęczyli.

– Nie jestem pewna, czy będziesz mi mogła pomóc, ale i tak chcę zapytać – zaczęłam.

Utkwiła wzrok na stojących w rzędzie czaszkach, które trzymam na półce za moim biurkiem.

– Służą do celów porównawczych – wyjaśniłam.

– Są prawdziwe?

– Tak, są prawdziwe.

Podniosła głowę i zobaczyła zniekształconą siebie w każdym z różowych szkieł. Kąciki jej ust podskakiwały i uspokajały się. Uśmiechy pojawiały się i znikały jak światło w źle podłączonej żarówce. Przypomniała mi się moja latarka w lesie.

Wytłumaczyłam, o co mi chodzi. Kiedy skończyłam, przechyliła głowę i wlepiła wzrok w sufit, jakby tam mogła znaleźć odpowiedź. Namyśla się. Słuchałam pisku drukarki dochodzącego gdzieś z korytarza.

– Nie będzie nic sprzed 1985, tego jestem pewna. – Uśmiechnęła się i znowu szybko spoważniała.

– Zdaję sobie sprawę, że to dość nietypowe, ale może coś się da zrobił

– Ville de Quebec, aussi?

– Nie. Na razie tylko sprawy prowadzone przez LML.

Pokiwała głową, uśmiechnęła się i wyszła.

Jak na zawołanie, zadzwonił telefon. Ryan.

– Nie mogła być młodsza?

– O ile młodsza?

– Siedemnastolatka.

– Nie.

– Może jednak coś ci…

– Nie.

Cisza,

– Mam jeszcze jedną, w wieku sześćdziesięciu siedmiu.

– Ryan, ta kobieta nie była ani nastolatką, ani staruszką,

Kontynuował z nieustępliwością zajętego sygnału w słuchawce.

– A co, jeśli miała jakąś chorobę kości? Czytałem o…

– Ryan, miała między dwadzieścia pięć a trzydzieści pięć lat.

– No dobrze.

– Prawdopodobnie zaginęła między 89 a 92 rokiem.

– To już pamiętam.

– A. Jeszcze coś. Prawdopodobnie miała dzieci.

– Co?

– Świadczą o tym ślady na kościach łonowych. Szukacie czyjejś matki.

– Dzięki.

W czasie krótszym, niżby mu starczył na wystukanie numeru, telefon znowu zadzwonił.

– Ryan, je…

– To ja, mamo.

– Cześć, kochanie, jak się masz?

– Dobrze, mamo. – Chwila ciszy. – Jesteś zła po naszej wczorajszej rozmowie.

– Oczywiście, że nie. Katy. Po prostu się o ciebie martwię.

Dłuższa chwila ciszy.

– No, to co jeszcze słychać? Zupełnie nie rozmawiałyśmy o tym, co robiłaś tego lata… – Chciałam powiedzieć o tylu rzeczach, ale uznałam, że lepiej będzie dać się jej wygadać.

– Niewiele. W Charlotte jest nudno jak zawsze. Nie ma co robić.

Dobrze. Kolejna porcja nastoletniego pesymizmu. Tego właśnie mi było trzeba. Starałam się nie okazywać swojego poirytowania.

– A jak tam praca?

– W porządku. Napiwki są wysokie. Wczoraj zarobiłam dziewięćdziesiąt cztery dolary.

– To super.

– Dużo pracuję.

– Świetnie.

– Chcę rzucić tę pracę, mamo.

Czekałam.

Ona też.

– Katy, będziesz potrzebowała pieniędzy na szkołę. – Katy, nie zmarnuj sobie życia.

– Już ci mówiłam, że nie chcę od razu wracać na uniwerek. Planuję zrobić sobie rok przerwy i pójść do pracy.

Znowu to samo. Wiedziałam, czego mogę się spodziewać, więc zdecydowałam się na ofensywę.

– Kochanie, już to przerabiałyśmy. Jeśli nie podoba ci się Uniwersytet w Wirginii, mogłabyś spróbować tutaj na McGill. Może weź dobie dwa tygodnie wolnego, przyjedź do mnie i rozejrzyj się… – Rozwiń to, mamuśka. – Możemy z tego zrobić wakacje. Wezmę trochę urlopu. Mogłybyśmy pojechać do Maritimes i pokręcić się parę dni po Nowej Szkocji. – Boże. Co ja gadam? Jak niby miałabym to zrobić? Nieważne. Moja córka jest na pierwszym miejscu.

Nie odpowiadała.

– Nie chodzi o stopnie, prawda?

– Nie, nie. Stopnie są w porządku.

– W takim razie nie powinnaś mieć problemów z przeniesieniem się.

Mogłybyś…

– Chcę jechać do Europy.

– Do Europy?!

– Do Włoch.

– Do Włoch?

Nie musiałam się nad tym długo zastanawiać.

– Czy to tam gra Max?

– Tak. – Defensywnie. – No i?

– No i?

– Płacą mu dużo więcej, niż w Hornetsach.

Nic nie powiedziałam.

– I dają dom.

Nic.

– I samochód. Ferrari.

Nic.

– Nie musi płacić podatków. – Mówiła coraz bardziej wyzywającym tonem.

– To super dla Maxa, Katy. Będzie uprawiał sport, który uwielbia, i będą mu za to płacić. Ale co z tobą?

– Max chce, żebym przyjechała.

– Max ma dwadzieścia cztery lata i dyplom w garści. Ty masz dziewiętnaście i jesteś po pierwszym roku.

Usłyszała rozdrażnienie w moim głosie.

– Ty wyszłaś za maź, kiedy miałaś dziewiętnaście lat.

– Za mąż? – Zrobiło mi się słabo w żołądku,

– No tak, źle mówię?

Miała rację. Ugryzłam się w język. Bardzo się o nią niepokoiłam, ale wiedziałam, że jestem bezsilna.

– Tylko tak powiedziałam. Nie pobieramy się.

Siedziałyśmy i słuchałyśmy ciszy między Montrealem a Charlotte, wydawało się, że w nieskończoność.

– Katy, pomyślisz o przyjeździe tutaj?

– Dobrze,

– Obiecujesz, że nic nie zrobisz bez rozmowy ze mną?

Znowu cisza.

– Katy?

– Tak, mamo.

– Kocham cię, skarbie.

– Też cię kocham.

– Pozdrów ode mnie ojca.

– Dobrze.

– Jutro wyślę ci jakąś wiadomość e-mailem, dobrze?

– Dobrze.

Odłożyłam słuchawkę drżącą ręką. Co dalej? Łatwiej rozgryźć ślady na kościach, niż dzieci. Zrobiłam sobie kawę i wystukałam numer.

– Z doktorem Calvertem, proszę.

– Mogłabym wiedzieć, kto dzwoni? – Powiedziałam jej. – Chwileczkę. – Zaczekałam.

– Tempe, jak się masz? Spędzasz więcej czasu przy telefonie, niż pracownik sprzedający polisy przez telefon. W każdym razie na pewno trudno się do ciebie dodzwonić. – Popisał się, przedrzeźniając głosy recepcjonistek i z dziennej, i z nocnej zmiany.

– Przepraszam, Aaron. Moja córka chce rzucić studia i wyjechać z koszykarzem – wypaliłam.

– Potrafi przerzucić piłkę do lewej ręki i rzucić za trzy punkty?

– Podejrzewam, że tak.

– No to pozwól jej jechać.

– Bardzo zabawne.

– Nie ma nic zabawnego w tym, że ktoś potrafi lewą ręką rzucić za trzy punkty. Kasa murowana.

– Aaron, mam kolejny przypadek poćwiartowania. – Już wcześniej dzwoniłam do Aarona, informując go o takich sprawach. Często wymienialiśmy opinie na temat swoich przypadków.

Usłyszałam, że chichocze.

– Może nie macie tam spluw, ale z pewnością lubicie sobie pociąć.

– Tak. Myślę, że ten zwyrodnialec ma więcej niż jedną na sumieniu. Wszystkie są kobietami, poza tym nie wydają się mieć ze sobą wiele wspólnego. Oprócz śladów nacięć. Będą miały kluczowe znaczenie.

– Załatwił wszystkie za jednym razem czy po kolei?

– Po kolei.

Trawił to przez chwilę.

– No, nawijaj po kolei…

Opisałam, jak wyglądało dno i końcówki nacięć na kościach ramion. Czasami przerywał mi jakimś pytaniem albo prosił, żebym mówiła wolniej.

Oczyma wyobraźni widziałam, jak notuje, a jego wysokie, szczupłe ciało pochyla się nad jakąś kartką zadrukowanego papieru, wyszukując każdą, nawet kilkumilimetrową przestrzeń. Chociaż Aaron miał czterdzieści dwa lata, jego posępna twarz i ciemne oczy sprawiały, że wyglądał na dziewięćdziesiąt. Zawsze tak było. Był rzeczowy i suchy jak Gobi, a serce miał równie wielkie.

– Są jakieś naprawdę głębokie falstarty? – spytał rzeczowo.

– Nie. Raczej powierzchniowe.

– Harmonijki są wyraźne?

– Bardzo.

– Mówiłaś, że widać ślady dryfowania ostrza w nacięciach, tak?

– Hm. Mhm. Tak.

– Jesteś pewna pomiaru odległości między ząbkami?

– Tak. Zadrapania były wyraźne w kilku miejscach. Niektóre wysepki także.

– Ale przeważnie dna były raczej płaskie?

– Tak. Idealnie to widać na odlewach.

– I odłupane fragmenty przy wyjmowaniu ostrza – wymamrotał, bardziej do siebie, niż do mnie.

– Mnóstwo.

Milczeliśmy, a jego umysł trawił informacje, które mu podałam, rozważał różne możliwości. Patrzyłam jak ludzie przechodzą przed moimi drzwiami. Dzwoniły telefony. Ożywały drukarki, zaczynały piszczeć i milknęły. Okręciłam się i wyjrzałam na zewnątrz. Samochody przesuwały się po moście Jacques-Cartier, maleńkie toyoty i fordy. Czas płynął.

W końcu usłyszałam:

– Właściwie to pracuję po omacku, Tempe. Nie wiem, jak ci się udało mnie nakłonić, żebym się tym zajął. Ale na to wyszło.

Obróciłam się z powrotem i oparłam łokcie na biurku.

– Mogę się założyć, że to nie jest piła mechaniczna. Z tego co mówisz, wygląda na to, że używano jakiejś specjalistycznej. Pewnie jakiegoś rodzaju piły kuchennej.

Tak! Klepnęłam ręką w biurko, uniosłam zaciśniętą pięść i spuściłam ją gwałtownie, tak jak maszynista pociągający za dźwignię. Różowe karteczki podskoczyły i po chwili opadły.

Aaron kontynuował, nieświadomy moich wyczynów.

– Nacięcia są zbyt szerokie, żeby mogła to być jakaś piła z małymi ząbkami czy jakiś ząbkowany nóż. Poza tym, wygląda na to, że rozstaw ząbków jest na to zbyt duży. Mając takie kształty dna, chyba nie wchodzi w grę żaden i rodzaj dużych pił. Mówię to oczywiście nie widząc nacięć, ale wszystko i wskazuje na to, że jest to jakaś piła kuchenna, może do mięsa,

– Jak taka piła wygląda?

– Coś jak duża piła do metalu. Ząbki rozstawione dość szeroko, dla bezpieczeństwa. To właśnie dlatego są takie wysepki w falstartach. Przeważnie widać sporo śladów dryfowania, ale ostrze przechodzi przez kość zupełnie dobrze i przecina ją naprawdę gładko. To są bardzo wydajne piłki. Można nimi przeciąć kość, chrząstkę, ścięgna, cokolwiek,

– Coś jeszcze wchodzi w grę?

– Cóż, zawsze jest jakieś prawdopodobieństwo, że znajdziesz coś, co nie pasuje do normalnego wzoru. No wiesz, te piły nie czytają książek. Ale w tej chwili nie przychodzi mi do głowy nic innego, co by pasowało do tego, co mi mówiłaś.

– Jesteś wspaniały. Dokładnie tak myślałam, ale chciałam to usłyszeć od ciebie. Aaron, nie sposób wyrazić, jak bardzo ci jestem wdzięczna.

– Och.

– Chcesz obejrzeć zdjęcia i odlewy?

– Pewnie.

– Wyślę ci je jutro.

Piły były drugą pasją życiową Aarona. Katalogował opisy i fotografie śladów zostawianych na kościach przez nie i godzinami ślęczał nad przypadkami, które przysyłano do jego laboratorium z całego świata.

Zawahał się, jakby chciał jeszcze coś dodać. Czekając, zbierałam różowe karteczki.

– Mówiłaś, że tylko kości rąk zostały przepiłowane?

– No tak.

– Resztę przecinał w stawach?

– Tak.

– Profesjonalnie?

– Bardzo.

– Hm.

Przestałam zbierać karteczki.

– A co?

– Co co? – Udawał niewiniątko.

– Kiedy mówisz “Hm" w ten sposób, to coś znaczy.

– Tylko cholernie interesujące skojarzenie…

– To znaczy?

– Facet używa piły kuchennej. I tak dobrze sobie radzi z ćwiartowaniem ciała, jakby dobrze wiedział, co robi. Wie, co gdzie jest i jak się do tego zabrać. I robi to zawsze w ten sam sposób.

– Zgadza się. Też myślałam o tym.

Upłynęło kilka sekund.

– Ale odpiłowuje tylko ręce – dodałam. – Co to ma znaczyć?

– To jest pytanie dla psychologa, a nie dla specjalisty od pił.

Przyznałam mu rację i zmieniłam temat.

– Jak się mają twoje dziewczyny?

Aaron nigdy się nie ożenił i chociaż go znam od dwudziestu lat, nigdy go nie widziałam z kobietą. To konie były jego pierwszą pasją. Dla nich jeździł od Tulsy do Chicago i Louisville, i z powrotem do Oklahomy.

– Są nieźle podniecone. Zeszłej jesieni kupiłem na licytacji ogiera i przywiozłem go do nich. Od tego czasu panie zachowują się jak roczne źrebaki.

Porozmawialiśmy chwilę o sobie i o wspólnych znajomych i umówiliśmy się na spotkanie w czasie dorocznego zjazdu Akademii w lutym.

– Cóż, powodzenia w przyszpilaniu tego gościa, Tempe.

– Dzięki.

Mój zegarek wskazywał za dwadzieścia piątą. Po raz kolejny byłam świadkiem, jak na korytarzach i w biurach zrobiło się cicho. Kiedy zadzwonił telefon, aż podskoczyłam.

Za dużo kawy, pomyślałam.

Gdy podniosłam słuchawkę i przyłożyłam ją do ucha, ciągle jeszcze biło od niej ciepło.

– Widziałam cię wczoraj wieczorem.

– Gabby?

– Nie rób tego więcej, Tempe.

– Gabby, gdzie jesteś?

– Tylko pogorszysz sytuację.

– Do diabła, Gabby, nie baw się ze mną! Gdzie jesteś? Co się dzieje?

– Zapomnij o tym. Chwilowo nie mogę się z tobą spotykać.

Nie mogłam uwierzyć, że znowu to robi. Czułam wzbierający we mnie gniew.

– Trzymaj się z dala, Tempe. Trzymaj się ode mnie z dala. Trzymaj się z dala od mo…

Egocentryzm Gabby uwolnił nagromadzoną we mnie złość. Podsycana arogancją Claudela, barbarzyństwem psychopatycznego mordercy i młodzieńczymi pomysłami Katy, wybuchnęłam niepohamowanym gniewem.

– Kim ty, do cholery, sądzisz, że jesteś? – wypaliłam łamiącym się głosem. Krzyczałam, ściskając słuchawkę tak mocno, że plastik mógł pęknąć.- Zostawię cię w spokoju! Zostawię, nie ma sprawy! Nie wiem, jakie małostkowe gierki prowadzisz, Gabby, ale już nie ze mną! Wypisuję się! Gra skończona! Nie chcę mieć nic wspólnego z twoją schizofrenią! Nie dla mnie twoje paranoje! Nie bawię się, powtarzam nie bawię się już w Zamaskowanego Mściciela, który na każde skinienie przyjdzie wyciągnąć cię z tarapatów!

Neurony w moim ciele zachowywały się tak, jakby były pod zbyt wysokim napięciem, jak urządzenie na 110 woltów podłączone do gniazdka na 220. Sapałam i czułam wzbierające w oczach łzy. Temperament Tempe. Coś w tym było.

Gabby odpowiedziała na to rozłączając się.

Siedziałam przez chwilę nic nie robiąc i o niczym nie myśląc. Kręciło mi się w głowie.

Potem powoli odłożyłam słuchawkę. Zamknęłam oczy, przebiegłam w myślach swój muzyczny repertuar i wybrałam. Niech będzie ta. I niskim, gardłowym głosem zanuciłam:

W więziennym szpitalu,

na zgnitym posłaniu…

21

O szóstej rano deszcz jednostajnie dudnił w moje okno. Czasami świszczał samochód, wyjeżdżający w jakąś wczesną podróż. Po raz trzeci w ciągu ostatnich trzech dni widziałam świt, co uwielbiam tak bardzo, jak zapaleni narciarze odwilż. Chociaż nie mam zwyczaju drzemać w ciągu dnia, nie lubię też wcześnie wstawać. A jednak trzykrotnie w tym tygodniu widziałam wschód słońca, dwa razy, kiedy zasypiałam i dzisiaj, kiedy wierciłam się i przewracałam z boku na bok po jedenastu godzinach snu, nie czując się ani senna, ani wypoczęta.

Kiedy przyjechałam do domu po rozmowie z Gabby, zrobiłam sobie wyżerkę. Tłusty, smażony kurczak, ziemniaki puree i sos z torebki, papkowata kolba kukurydzy i nie wypieczony jabłecznik. Niech żyją kalorie! Potem gorąca kąpiel i czasochłonne usuwanie części strupa na prawym policzku. Minioperacja nie pomogła. Ciągle widać było, że mnie ktoś ciągnął po ziemi. Koło siódmej zerknęłam na transmisję z gry Expos i zasnęłam przy głosie komentatora.

Włączyłam swój komputer – niezależnie, czy była szósta rano czy wieczorem, on był zawsze czujny i gotowy do działania. Wysłałam Katy wiadomość, dostając się przez system e-mailowy McGill do serwera na Uniwersytecie w Charlotte. Katy dzięki modemowi może odebrać wiadomość na swoim laptopie i odpowiedzieć, nie ruszając się z sypialni. Wiwat Internet!

Z ekranu mrugał do mnie kursor, uporczywie twierdząc, że kolejny plik przez mnie utworzony jest pusty. Miał rację. Tabela, którą utworzyłam, miała tylko nagłówki kolumn, ale nic więcej. Kiedy utworzyłam ten plik? Tego dnia, kiedy była parada. Ledwo tydzień temu, a miałam wrażenie, jakby od tamtego czasu upłynęły lata. Dzisiaj był trzydziesty. Minęły cztery tygodnie od dnia, kiedy znaleziono ciało Isabelle Gagnon, i tydzień, od kiedy zamordowano Margaret Adkins.

Co osiągnęliśmy od tej pory oprócz odkrycia kolejnego ciała? Obserwacja mieszkania przy rue Berger nie przyniosła rezultatów – jego lokator nie pojawił się. Niestety. Przeszukanie lokalu też na nic się nie zdało. Nie mieliśmy żadnych poszlak mogących nam pomóc w ustaleniu tożsamości “St Jacquesa", nie zidentyfikowaliśmy też ostatniego znalezionego ciała. Claudel ciągle uważał, że te sprawy nie są ze sobą powiązane, a Ryan traktował mnie jak “amatorkę".

Nic, tylko się powiesić.

Wróciłam do tabeli. Zrobiłam więcej nagłówków. Cechy fizyczne. Geografia. Warunki mieszkaniowe. Praca. Przyjaciele. Członkowie rodzin. Daty urodzin. Daty śmierci. Daty znalezienia ciał. Godziny. Miejsca. Wprowadziłam wszystko, co mogło mnie naprowadzić na coś łączącego te sprawy. Po lewej stronie wpisałam jedno pod drugim cztery nazwiska: Adkins, Gagnon, Trottier, “Nieznana". Zastąpię ją nazwiskiem, kiedy ustalimy tożsamość ofiary znalezionej w St. Lambert. O wpół do ósmej zamknęłam plik, zapakowałam laptopa i byłam gotowa do pracy.

Na ulicach były korki, więc zjechałam do tunelu Ville-Marie. Chociaż nie było już tak wcześnie, ciągle było ciemno i ponuro, bo nad miastem wisiały ołowiane chmury. Ulice błyszczały od wilgoci i widać było na nich ślady hamowania samochodów pokonujących kolejne metry w czasie porannego szczytu.

Moje wycieraczki powtarzały monotonny refren, odgarniając wodę z przedniej szyby, tworząc na niej jakby wachlarz. Pochyliłam się do przodu dygając głową jak sparaliżowany żółw, starając się znaleźć kawałek przezro czystej szyby między strumyczkami wody. Czas na nowe wycieraczki, powiedziałam sobie, wiedząc, że i tak ich długo jeszcze nie kupię. Dojazd do labo ratorium zajął mi bite pół godziny.

Chciałam od razu zająć się dokumentami, znaleźć w nich najdrobniejsze nawet szczegóły i wprowadzić je do tabeli, ale na biurku leżały dwa zlecenia. W miejskim parku znaleziono małego chłopca, jego delikatne ciało leżało między kamieniami na dnie strumienia. LaManche w pozostawionej dla mnie notatce napisał, że ciało jest wysuszone, a organów wewnętrznych nie można rozpoznać, ale poza tym zwłoki są dobrze zachowane. Chciał, żebym i określiła wiek niemowlaka. To nie zajmie dużo czasu.

Spojrzałam na policyjny raport dołączony do drugiego zlecenia. “Ossements trouve's dans un bois". Kości znalezione w lesie. Z takimi przypadkami miałam do czynienia najczęściej. Może się okazać równie dobrze, że są to kości ofiary seryjnego mordercy uśmiercającego swe ofiary siekierą, jak i zakopanego kota.

Zadzwoniłam do Denisa i poprosiłam o radiografy niemowlaka, po czym zeszłam na dół obejrzeć kości. Lisa przyniosła z kostnicy tekturowe pudełko i położyła je na stole.

– C'est tout?

– C'est tout. -To wszystko.

Podała mi rękawiczki i wyjęłam z pudełka trzy grudki twardej ziemi. Z każdej bryłki wystawały kości. Starałam się rozłupać ziemię, ale była twarda jak cement.

– Zróbmy zdjęcia i radiografy, a potem włóż te kawałki do sitka i je namocz. Oddziel je czymś, żeby było wiadomo, które kości są z której grudki. Wrócę tutaj po spotkaniu.

Czterech pozostałych patologów pracujących w LML codziennie spotyka się z LaManchem, żeby zdać sprawozdanie z pracy i dostać zlecenia na kolejne autopsje. Kiedy jestem w pracy, też w nich uczestniczę. Gdy dotarłam na górę, LaManche, Nathalie Ayers, Jean Pelletier i Marc Bergeron siedzieli już tam, zgromadzeni wokół okrągłego stołu. Z tablicy obecności wiszącej na korytarzu wiedziałam, że Marcel Morin był w sądzie, a Emiły Santangelo wzięła dzień urlopu.

Wszyscy wstali, żeby mnie przepuścić i przysunięto mi krzesło. Wymieniliśmy zdawkowe Bonjour i Comment ca va.

– Marc, co cię tu sprowadza w czwartek? – spytałam.

– Jutro jest święto.

Zupełnie zapomniałam. Dzień Kanady.

– Idziesz na paradę? – spytał z kamienną twarzą Pelletier.

Mówił po francusku z akcentem z prowincjonalnego Quebecu, więc na początku naszej znajomości i współpracy miałam problemy z rozszyfrowaniem jego słów. Przez długie miesiące w ogóle go nie mogłam zrozumieć i umykały mi jego sarkastyczne uwagi. Teraz, po czterech latach, rozumiałam już większość tego, co mówił. I nie miałam raczej problemów z podążaniem za jego myślami.

– Chyba tę sobie podaruję.

– Miałabyś okazję dać sobie pomalować twarz w jednej z tych budek. Tak byłoby ci łatwiej.

Wokół chichot.

– Albo dać sobie zrobić tatuaż. Mniej kłopotliwe później.

– Bardzo zabawne.

Udawał niewiniątko, uniósł brwi, ramiona i rozłożył ręce. O co mi chodzi? Moszcząc się z powrotem na krześle, zacisnął pożółkłe palce na ostatnich czterech centymetrach papierosa bez filtra i zaciągnął się głęboko. Ktoś mi kiedyś powiedział, że Pelletier nigdy w życiu nie wyjechał poza Quebec. Miał sześćdziesiąt cztery lata.

– Są tylko trzy autopsje – zaczął LaManche, rozdając listę ze sprawami na dzisiaj.

– Przedświąteczny zastój – zauważył Pelletier, sięgając po wydruk. Jego sztuczna szczęka klekotała cicho, kiedy mówił. – Ale rozkręci się.

– Tak. – LaManche wziął do ręki czerwony pisak. – Przynajmniej się ochłodziło. Może to pomoże.

Omówił smutne przypadki tego dnia, podając dodatkowe informacje na temat każdego z nich. Samobójstwo przy pomocy tlenku węgla. Staruszek znaleziony martwy w swoim łóżku. Dziecko porzucone w parku.

– Samobójstwo wydaje się być proste. – LaManche przebiegał oczy ma po policyjnym raporcie. – Biały mężczyzna… Wiek: dwadzieścia siedem lat… Znaleziony za kierownicą w swoim garażu… Pusty bak, kluczyk w stacyjce, przekręcony.

Położył na stole kilka zdjęć z polaroida. Widać było na nich ciemnoniebieskiego forda stojącego w garażu na jeden samochód. Gumowy wąż, taki, jakich używa się w suszarkach do ubrań, biegł z rury wydechowej do tylnego, prawego okna samochodu. LaManche czytał dalej.

– Historia depresji… Note d'adieu. – Spojrzał na Nathalie. – Doktor Ayers?

Pokiwała głową i sięgnęła po papiery. Na liście czerwonym pisakiem napisał “Ay" i wziął do ręki inny plik formularzy,

– Numer 26742 to biały mężczyzna… Wiek: siedemdziesiąt osiem lat… Cukrzyk pod stałą opieką. – Oczy przebiegały po streszczeniu raportu, wybierając co ciekawsze informacje. – Nie widziano go od kilku dni… Znalazła go siostra… Nie ma śladów przemocy. – Czytał w milczeniu przez kilka sekund. – Ciekawe jest to, że upłynęło dość dużo czasu od znalezienia go do chwili, kiedy wezwała pomoc. Zdaje się, że ta pani w międzyczasie posprzątała nieco w domu. – Podniósł wzrok. – Doktor Pelletier?

Pelletier wzruszył ramionami i wyciągnął rękę. LaManche umieścił czerwone “Pe" na liście, po czym podał mu formularze, a razem z nimi torebkę pełną lekarstw sprzedawanych na receptę i bez. Pelletier wziął materiały, rzucając pieprzną uwagę, która jednak mi umknęła.

Skoncentrowałam się na pliku zdjęć z polaroida dotyczących znalezionego dziecka. Z różnych stron ukazywały płytki strumyk z wąskim łukowatym mostkiem nad nim. Drobne ciało leżało wśród kamieni, słabe mięśnie były skurczone, a skóra pożółkła jak stary pergamin. Delikatne włoski tworzyły obwódkę wokół jego głowy, unosząc się na wodzie, otaczały też jego blado niebieskie powieki. Palce dziecka były szeroko rozpostarte, jakby w geście wzywania pomocy, jakby starały się czegoś chwycić. Dziecko było nagie i w połowie wystawało z ciemnozielonego plastikowego worka. Wyglądało jak miniaturowy faraon, którego pozbyto się po obejrzeniu. Zaczynałam czuć głęboką niechęć do plastikowych worków.

Odłożyłam zdjęcia na stół i słuchałam LaManche'a. Skończył streszczenie i zaznaczył “La" na liście. Sam zrobi autopsję, a ja podam przybliżony wiek dziecka na podstawie stopnia rozwoju kości. Bergeron zajmie się zębami. Wszyscy wokół kiwali głowami. Nie było już o czym rozmawiać, więc zebranie się skończyło.

Zrobiłam kawę i wróciłam do swojego gabinetu. Na biurku leżała duża, brązowa koperta. Otworzyłam ją i powiesiłam pierwsze zdjęcia rentgenowskie dziecka na podświetlonej, szklanej skrzynce. Wyciągnęłam formularz z szuflady i zaczęłam badanie. W każdej ręce były tylko dwie kości napięstkowe. Niewykształcone nasady na końcach kości palców. Spojrzałam na dolne części rąk. Na kościach promieniowych też nie. Skończyłam oglądanie górnej części ciała, zaznaczając na formularzu te elementy kości, które już się wykształciły, a zostawiając puste miejsce przy kościach, których u dziecka jeszcze nie było. Potem zrobiłam to samo z dolną częścią ciała, oglądając ją bardzo dokładnie, żeby być pewną swoich wniosków. Kawa wystygła.

Dziecko rodzi się z niekompletnym szkieletem. Niektóre kości, na przykład napięstkowe, po porodzie nie są jeszcze wykształcone, a pojawiają się dopiero miesiące albo nawet lata później. Innym kościom brakuje kłykci i grzbietów, które są już w pełni uformowane u dorosłych osobników. Poszczególne elementy wykształcają się w określonej kolejności, co pozwala na ilość precyzyjne określenie wieku bardzo małych dzieci. To żyło tylko siedem miesięcy.

Streściłam moje wnioski na jeszcze innym formularzu, włożyłam wszystkie papiery do żółtego skoroszytu i położyłam go na stosie, z którego wezmą go sekretarki. Wróci do mnie razem z raportem napisanym w moim ulubionym kroju czcionki razem ze wszystkimi dodatkowymi materiałami i diagramami, zebranymi i powielonymi. Wygładzą też mój francuski. Złożyłam LaManche'owi ustny raport, a potem zajęłam się swoimi bryłkami.

Ziemia się nie rozpuściła, ale zmiękła na tyle, żebym mogła wydobyć z niej kości. Po kwadransie drapania i poruszania, wydobyłam osiem kręgów, siedem fragmentów długich kości i trzy kawałki miednicy. Na wszystkich widać było ślady cięcia. Pół godziny spędziłam myjąc i porządkując je, a potem posprzątałam i zrobiłam kilka notatek. Idąc do góry, poprosiłam Lisę, żeby sfotografowała niepełne szkielety trzech ofiar: dwóch jeleni północnoamerykańskich i jednego średniej wielkości psa. Wypełniłam kolejny formularz, schowałam do skoroszytu i położyłam na poprzednim. Dziwna sprawa, ale nie jest to chyba zajęcie dla biegłego sądowego.

Lucy zostawiła na moim biurku wiadomość.

Znalazłam ją w jej biurze, siedzącą plecami do drzwi i spoglądającą to na ekran monitora, to na otwarte akta. Pisała jedną ręką, a drugą zaznaczała miejsce, gdzie jest w aktach, palec wskazujący przesuwał się powoli z jednej pozycji na drugą.

– Znalazłam twoją wiadomość – powiedziałam.

Podniosła palec, stuknęła jeszcze kilka razy w klawiaturę, po czym położyła linijkę na dokumencie. Jednym płynnym ruchem obróciła się, odepchnęła i podjechała do swojego biurka.

– Wygrzebałam to, o co mnie prosiłaś. Mniej więcej.

Zaczęła przeszukiwać stos papierów, potem następny, ale po chwili ponownie wróciła do pierwszego, tym razem szukając wolniej. W końcu wyjęła plik papierów spiętych zszywaczem, przebiegła wzrokiem kilka stron, po czym podała mi go.

– Nic sprzed 88 roku.

Przekartkowałam strony, trochę wystraszona. Jak to możliwe, że jest ich aż tyle?

– Najpierw wyszukałam przypadki, używając “ćwiartowania" jako słowa-klucza. To jest pierwsza lista. Ta długa. Znalazłam wszystkich ludzi, którzy rzucili się pod pociąg albo wpadli pod maszyny i obcięło im kończyny. Podejrzewam, że nie o to ci chodziło.

Rzeczywiście. To wyglądało na listę wszystkich spraw, w których ręka, noga albo palec zostały poważnie uszkodzone w momencie albo nawet tuż przed śmiercią.

– Potem dodałam “celowe", żeby ograniczyć liczbę spraw do tych, w których poćwiartowania dokonano celowo.

Spojrzałam na nią.

– Nie uzyskałam nic.

– Żadnego przypadku?

– To nie znaczy, że takich nie było.

– Jak to możliwe?

– Wystarczyło nie wprowadzić do komputera tych danych. Przez ostatnie dwa lata mieliśmy tutaj specjalny fundusz przeznaczony na zatrudnianie ludzi na niepełne etaty, żeby jak najszybciej umieścili dane historyczne w komputerach. – Westchnęła z rezygnacją i potrząsnęła głową. – Ministerstwo ociągało się z komputeryzacją przez lata, a teraz chcą zrobić wszystko z dnia na dzień. Nieważne. W każdym razie ludzie wprowadzający dane podają standardowy zasób informacji: data urodzenia, data śmierci, przyczyna śmierci i tak dalej. Ale kiedy trafią na coś dziwnego, na coś, co zdarza się rzadko, właściwie wszystko zależy od nich samych. Oni decydują, co wpisać…

– I ktoś mógł nie użyć hasła: poćwiartowanie.

– Właśnie. Ktoś może to nazwać amputacją, a ktoś inny rozczłonkowaniem. Przeważnie używają tych samych terminów, co patolog w swoim raporcie. Równie dobrze mogą to wprowadzić jako pocięcie albo przepiłowanie.

Ponownie spojrzałam na listy, kompletnie zniechęcona.

– Sprawdziłam pod wszystkimi tymi nazwami. Bez rezultatów. To tyle się okazało z mojego pomysłu.

– Kiedy szukałam pod “Okaleczenie", wyszła kolejna długa lista. – Czekała, kiedy przewracałam strony. – Gorzej niż z poćwiartowaniem… Potem spróbowałam jeszcze “Rozczłonkowanie" w połączeniu z “pośmiertne", żeby zawęzić pole poszukiwań i wybrać przypadki, w których… – Podniosła ręce do góry, zgięła palce i poruszała nimi, jakby coś łapała, jakby miała to słowo na końcu języka -…nastąpiło to po śmierci.

Podniosłam wzrok z nadzieją.

– Wyszukało jeden przypadek: faceta z odrąbanym członkiem.

– Komputer wziął cię dosłownie.

– Też to odkryłam?

– No dobrze. Co dalej?

– Potem spróbowałam “Okaleczenie" razem z “pośmiertne" i… – Sięgnęła na biurko i pokazała ostatni wydruk. – Bango! Tak mówicie?

– Bingo.

– Bingo! Bo myślę, że chyba o to ci właśnie chodzi. Możesz coś niecoś pominąć, na przykład te przypadki z lekarstwami, kiedy używali kwasów. – Wskazała na kilka przekreślonych ołówkiem linijek. – Te pewnie cię nie interesują.

Pokiwałam głową, ale myśli były już zaabsorbowane tylko tą listą. Dwanaście przypadków. Przekreśliła trzy z nich.

– Myślę jednak, że niektóre z innych list też mogą cię zainteresować. Ledwo ją słyszałam. Oczyma wodziłam po wykazie, ale już po chwili wpatrywałam się tylko w szóste z kolei nazwisko. Przebiegł mnie dreszcz niepokoju. Chciałam wrócić do swojego gabinetu.

– Lucie, świetnie się spisałaś – powiedziałam. – Nie byłam pewna, czy w ogóle coś z tego wyjdzie.

– Jest tu coś, co ci się przyda?

– Tak. Tak myślę – odparłam, starając się, żeby mój głos brzmiał zwyczajnie.

– Chcesz, żebym sprowadziła tutaj dane dotyczące tych przypadków?

– Nie. Dzięki. Przejrzę te listy, a potem wolałabym wygrzebać kompletną dokumentację. – Żebym się pomyliła w tym przypadku, modliłam się.

– Bien sur.

Zdjęła okulary i zaczęła czyścić szkła dołem swetra. Bez nich wyglądała, jakby jej czegoś brakowało, jakoś nie tak, jakby ślepiec przerzucił się na szkła kontaktowe.

– Chciałabym wiedzieć, jak się sprawy mają – powiedziała, a różowe prostokąty ponownie już spoczywały na nasadzie nosa.

– Oczywiście. Powiem ci, jak tylko coś się ruszy.

Odchodząc, słyszałam jak kółka jej krzesła suną po wyłożonej płytkami podłodze.

Kiedy znalazłam się w swoim gabinecie, położyłam wydruk na biurku i spojrzałam na listę. Jedno nazwisko przykuwało moją uwagę – Francine Morisette-Champoux. Francine Morisette-Champoux. Zupełnie o niej zapomniałam. Uspokój się, powiedziałam sobie. Nie wyciągaj pochopnych wniosków.

Zmusiłam się do przejrzenia innych nazwisk. Byli tam Gagne i Valencia, para handlarzy narkotyków, którzy nie mieli nosa do interesów. Była też Chantale Trottier. Rozpoznałam nazwisko studentki z Hondurasu, której mąż przystawił pistolet do twarzy i pociągnął spust. Przewiózł ją potem z Ohio do Quebecu, odciął ręce i porzucił ciało, praktycznie bez głowy, w prowincjonalnym parku. W pożegnalnym geście wyciął jej na piersiach swoje inicjały. O pozostałych czterech przypadkach wcześniej nie słyszałam. Miały miejsce przed 1990 rokiem, czyli zanim zaczęłam tutaj pracować. Poszłam do archiwum i wzięłam dokumenty dotyczące tych spraw, Morisette-Champoux też.

Ułożyłam skoroszyty według numeracji LML – były więc w porządku chronologicznym. Będę pracowała systematycznie, zdecydowałam.

Natychmiast jednak złamałam to postanowienie i sięgnęłam po skoroszyt Morisette-Champoux. Jego zawartość sprawiła, że niepokój narastał we mnie w zastraszającym tempie.

22

Francine Morisette-Champoux została pobita i zastrzelona w styczniu 1993 roku. Tego ranka sąsiad widział ją na spacerze z jej małym spanielem koło dziesiątej. Dwie godziny później jej mąż odkrył ciało w kuchni ich domu. Pies był w dużym pokoju. Jego głowy nigdy nie odnaleziono.

Pamiętałam tę sprawę, chociaż sama nie brałam udziału w dochodzeniu. Tamtej zimy przylatywałam samolotem z południa na jeden tydzień co sześć tygodni. Pete i ja ciągle się kłóciliśmy, więc zdecydowałam się spędzić całe lato 93-ego roku w Quebecu, mając nadzieję, że trzymiesięczna separacja pomoże ożywić nasze małżeństwo. Tak. Brutalność napadu na Morisetter Champoux zaszokowała mnie wtedy i ciągle jeszcze szokuje. Zdjęcia z miejsca zbrodni sprawiły, że wszystko mi się dokładnie przypomniało.

Leżała pod małym, drewnianym stołem, wystając spod niego w połowie, jej ręce i nogi były szeroko rozpostarte, a białe, bawełniane majtki naciągnięte między kolanami. Otaczała ją ogromna kałuża krwi, która przykrywała fragment geometrycznego wzoru linoleum. Ciemne plamy pokrywały ściany i szafki. Nogi przewróconego krzesła, które nie zmieściło się kadrze, wydawały się na nią wskazywać. Tutaj jesteś.

Na tle karmazynowego tła jej ciało wyglądało trupio blado. Na brzuchu jasna kreska grubości ołówka tworzyła pętlę, wyglądającą jak radosny uśmiech tuż nad jej łonem. Została rozcięta od tej blizny aż do mostka. Z nacięcia wystawały jej wnętrzności. Rękojeść kuchennego noża była ledwo widoczna na wierzchołku trójkąta utworzonego przez jej nogi. Półtora metra od niej, między blatem a zlewem leżała jej prawa ręka. Miała czterdzieści siedem lat.

– Jezu – wyszeptałam cicho.

Czytałam raport z autopsji, kiedy w drzwiach stanął Charbonneau. Zauważyłam, że nie jest w najlepszym nastroju. Oczy miał przekrwione i nawet się nie przywitał.

Wszedł, nie pytając o pozwolenie i usiadł na krześle stojącym po drugiej stronie biurka.

Patrząc na niego przez chwilę poczułam, że coś straciłam. Posuwisty krok, swoboda ruchów i sama jego wielkość poruszyła we mnie coś, czego myślałam, że już się pozbyłam. Albo ktoś mnie tego pozbawił.

Przez chwilkę widziałam przed sobą siedzącego Pete'a i zaczęłam myśleć o przeszłości. Cóż za środkiem odurzającym było jego ciało. Nigdy nie wiedziałam, czy to chodziło o jego rozmiary czy o swobodę, z jaką nim poruszał. Może to była jego fascynacja mną. To wydawało się szczere. Nigdy nie miałam go dosyć. Miałam różne fantazje erotyczne, naprawdę świetne, ale od momentu, kiedy zobaczyłam go stojącego na deszczu przed biblioteką wydziału prawa, zawsze pojawiał się w nich Pete. Mogłabym teraz jakąś wykorzystać, pomyślałam. Chryste, Brennan. Weź się w garść. Otrząsnęłam się i wróciłam do teraźniejszości.

Czekałam, aż Charbonneau zacznie. Wpatrywał się w swoje ręce.

– Mój partner potrafi być kawałem sukinsyna – odezwał się w końcu. – Ale to nie jest zły facet.

Nie odpowiedziałam. Zauważyłam przy jego spodniach ręcznie przyszyte lamówki i zastanawiałam się, czy sam to zrobił.

– On po prostu… ma swoje przyzwyczajenia. Nie lubi zmian.

– Tak.

Nie patrzył mi w oczy. Czułam się nieswojo,

– No i? – zachęciłam go.

Odchylił się do tyłu i zaczął obgryzać paznokieć u kciuka, cały czas unikając kontaktu wzrokowego. Z radia w korytarzu dobiegał właśnie jakiś rzewny kawałek o Helenie.

– Mówi, że ma zamiar złożyć skargę. – Opuścił obie ręce i przeniósł wzrok na okno.

– Skargę? – Starałam się mówić matowym głosem.

– Do ministra. I do dyrektora. I LaManche'a. Nawet sprawdza pani przeszłość zawodową.

– A co się nie podoba monsieur Claudelowi? – Zachowaj spokój.

– Mówi, że przekracza pani swoje kompetencje. Że miesza się pani do rzeczy, które nie są pani sprawą. Że utrudnia mu to śledztwo. – Mrużył oczy przed słońcem.

Czułam, jak tężeją mi mięśnie brzucha i jak fala gorąca ogarnia moje ciało.

– I co dalej. – Matowo.

– Uważa, że jest pani… – Szukał odpowiedniego słowa, bez wątpienia odpowiednika dla tego, jakiego użył Claudel. – Że pani przesadza.

– A co to ma właściwie znaczyć?

Ciągle unikał kontaktu wzrokowego.

– Mówi, że chce pani zrobić ze sprawy Gagnon coś więcej, niż tam naprawdę jest, że widzi pani różne rzeczy, których tak naprawdę tam nie ma. Mówi, że chce pani ze zwykłego morderstwa zrobić jakąś ekstrawagancką zbrodnię w amerykańskim stylu.

– A dlaczego próbuję to robić? – spytałam lekko drżącym głosem.

– Cholera, pani Brennan, to nie jest mój pomysł. Nie wiem.

Pierwszy raz nasze oczy spotkały się. Wyglądał mizernie. Było oczywiste, że nie miał najmniejszej ochoty tu być.

Patrzyłam na niego niewidzącym wzrokiem i to tylko po to, żeby nie dać sobą zawładnąć fali adrenaliny, która zaczęła krążyć w moich żyłach. Wiedziałam, czego można się spodziewać po formalnej skardze, co może sprowokować i wiedziałam, że nie byłoby to nic dobrego. Rozpatrywałam takie skargi, kiedy byłam członkiem komisji do spraw etyki. Niezależnie od rezultatu dochodzenia, zawsze było to nieprzyjemne. Żadne z nas się nie odzywało.

– Heleno, jesteś gwiazdą mą. Oszaleję bez twoich ust i rąk – zawodziło radio.

Nie zabijaj posłańca, powiedziałam sobie. Spuściłam oczy na akta leżące na biurku. Ciało o mlecznym kolorze skóry uwiecznione na tuzinie błyszczących prostokątów. Przez chwilę przyglądałam się zdjęciom, a potem spojrzałam na Charbonneau. Nie chciałam jeszcze poruszać tego tematu, jeszcze nie czułam się gotowa, ale Claudel nie dawał mi wyboru. Co tam. Gorzej już być nie może.

– Pamięta pan kobietę o nazwisku Francine Morisette-Champoux?

– Morisette-Champoux. – Powtórzył nazwisko kilkakrotnie, przeszukując swoje mentalne archiwa. – To było kilka lat temu, co?

– Prawie dwa. Styczeń 1993. – Podałam mu zdjęcia.

Zerknął na nie i pokiwał głową, rozpoznając je.

– Tak, pamiętam. I co?

– Niech pan pomyśli, Charbonneau. Co tak naprawdę przypomina pan sobie z tej sprawy?

– Nie złapaliśmy wypierdka, który to zrobił.

– Co jeszcze?

– Brennan, nie chce mi pani chyba powiedzieć, że tę sprawę też trzeba łączyć z tamtymi?

Jeszcze raz obejrzał zdjęcia i stopniowo kiwanie głową przekształcało się w potrząsanie.

– Nie ma szans. Została zastrzelona. Nie pasuje. Inna metoda popełnienia zbrodni.

– Sukinsyn rozciął ją i odciął jej rękę.

– Była za stara. Miała czterdzieści siedem lat, jak pamiętam. Posłałam mu lodowate spojrzenie.

– Mam na myśli że starsza niż inne – wymamrotał, czerwieniąc się.

– Morderca Morisette-Champoux wbił jej nóż w pochwę. Według policyjnego raportu, bardzo mocno krwawiła. Dałam mu czas na przetrawienie tego.

– Ciągle jeszcze żyła.

Pokiwał głową. Nie musiałam tłumaczyć, że rana zadana po śmierci prawie nie krwawi, bo serce już nie przepompowuje krwi i nie ma ciśnienia. Francine Morisette-Champoux krwawiła obficie.

– W przypadku Margaret Adkins była to metalowa statuetka. Też jeszcze żyła.

Cicho sięgnęłam za siebie i wzięłam skoroszyt z aktami Gagnon. Wyciągnęłam zdjęcia z miejsca zbrodni i rozłożyłam je przed nim. Zobaczyliśmy tułów leżący na plastikowym worku, gdzieniegdzie oświetlony promieniami popołudniowego słońca. Nic nie ruszono, odgarnięto tylko liście. Przetykaczka leżała na swoim miejscu, jej czerwona, gumowa część była przyciśnięta do kości miednicy, a rączka sterczała w stronę poszarpanej szyi.

– Wydaje mi się, że morderca Gagnon wbił w nią tę przetykaczkę z taką siłą, że przebiła jej brzuch i doszła do przepony.

Przez dłuższy czas uważnie przyglądał się zdjęciom.

– Wszystkie trzy zbrodnie zostały popełnione według tego samego schematu – nie dawałam za wygraną. – Silne przebicie ciała jakimś narzędziem, kiedy ofiara ciągle jeszcze żyła. Okaleczenie ciała po śmierci. Czy to zbieg okoliczności, monsieur Charbonneau? Ilu sadystów chcemy szukać, monsieur Charbonneau?

Przejechał ręką po swoich krótko ostrzyżonych włosach, po czym zaczął stukać palcami w poręcz krzesła.

– Dlaczego wcześniej nam tego pani nie powiedziała?

– Związek ze sprawą Morisette-Champoux uświadomiłam sobie dopiero dzisiaj. A wydawało mi się, że sprawy tylko Adkins i Gagnon to trochę za mało.

– A co Ryan o tym myśli?

– Nie mówiłam mu.

Nieświadomie przebiegałam palcami po strupie na moim policzku. Ciągle wyglądałam jakbym została zdyskwalifikowana w meczu bokserskim.

– Cholera – rzucił pod nosem.

– Co?

– Chyba zaczynam się z panią zgadzać. Claudel wyrwie mi za to jaja. – Znowu zaczął stukać. – Coś jeszcze?

– Ślady piły i sposób poćwiartowania ciała są prawie identyczne w przypadku Gagnon i Trottier.

– Tak. Ryan nam mówił.

– I jest jeszcze niezidentyfikowana ofiara z St. Lambert.

– Piąta?

– W liczeniu jest pan biegły.

– Dzięki. – Znów zajął się stukaniem. – Wie już pani, kim ona jest?

Potrząsnęłam głową.

– Ryan nad tym pracuje.

Przeciągnął mięsistą rękę po twarzy. Kostki dłoni były pokryte kępkami gęstych, siwych włosów, miniaturową wersją włosów na głowie.

– A co myśli pani o metodzie wyboru ofiar?

Uniosłam ręce dłońmi do góry.

– Wszystkie to kobiety.

– Genialne. A wiek?

– Od szesnastu lat do czterdziestu siedmiu.

– Budowa ciała?

– Różnorodna.

– Miejsca zbrodni?

– Wszędzie.

– To dlaczego ten zbok je wybrał? Może ze względu na wygląd? Na buty, które nosiły? Na miejsce, gdzie robiły zakupy?

Odpowiedziałam milczeniem.

– Znalazła pani cokolwiek, co łączy te pięć kobiet?

– Jakiś skurwiel je brutalnie pobił, a potem zabił.

– Zgadza się. – Pochylił się do przodu, oparł ręce na kolanach, zgarbił się i głęboko westchnął. – Claudel będzie ział żywym ogniem.

Kiedy wyszedł, zadzwoniłam do Ryana. Nie było ani jego, ani Bertranda, więc zostawiłam wiadomość.

Przejrzałam także pozostałe akta, ale nie znalazłam tam nic interesującego. Dwóch handlarzy narkotyków załatwionych i pociętych piłą przez swoich byłych wspólników. Mężczyzna zabity przez swojego bratanka, pocięty piłą mechaniczną, a potem schowany do zamrażarki w piwnicy. Dopiero kiedy wysiadła elektryczność, ciało zwróciło uwagę reszty rodziny. Kobiecy tułów w torbie hokejowej wyrzucony na brzeg, głowę i ręce znaleziono w dole rzeki. Skazano męża.

Zamknęłam ostatni skoroszyt i uświadomiłam sobie, że umieram z głodu – 13:50. Nic dziwnego. W barze na ósmym piętrze kupiłam kanapkę z szynką i serem i dietetyczną colę, po czym wróciłam do swojego gabinetu, rozkazując sobie zrobić przerwę. Ignorując rozkaz, ponownie zadzwoniłam do Ryana. Ciągle go nie było. Jednak będzie przerwa. Ugryzłam kanapkę i pozwoliłam myślom dryfować. Gabby. Nie. Wyłączona z gry. Claudel. Weto. St. Jacques. Nieosiągalny.

Katy. Jak mogę ją przekonać? Teraz nie ma żadnych szans. Z braku wyboru, przyszedł mi do głowy Pete i poczułam znajomy skurcz w żołądku. Przypomniało mi się mrowienie skóry, pulsująca krew i ciepła wilgoć pomiędzy nogami. Tak, to była namiętność. Po prostu jesteś niewyżyta, Brennan. Drugi raz ugryzłam kanapkę.

Inny Pete. Noce pełne gniewu. Kłótnie. Kolacje w samotności. Zimny całun wrogości zabijający pożądanie. Wzięłam łyk coli. Dlaczego tak często myślę o Peterze? Gdybyśmy mogli tak zacząć jeszcze raz od początku… Dziękuję, panie Lennon.

Terapia relaksacyjna nie pomagała. Zaczęłam ponownie czytać wydruk, który dostałam od Lucy, starając się nie kapnąć na niego musztardą. Jeszcze raz przejrzałam listę na trzeciej kartce, usiłując przeczytać nazwiska, które Lucy wykreśliła, ale ślady ołówka na to nie pozwalały. Z ciekawości zmazałam je gumką i przeczytałam. Były tam dwa przypadki, w których włożono ciała do beczek i zalano je kwasem. Nowa metoda załatwiania porachunków między handlarzami narkotyków.

Trzecia sprawa mnie zaintrygowała. Jej numer LML wskazywał na rok 1990 i na to, że Pelletier był patologiem, który się zajmował tym przypadkiem. Nie było nazwiska koronera. W rubryce “nazwisko" było napisane Singe. Rubryki “data urodzin", “data autopsji" i “przyczyna śmierci" były puste. Hasło “okaleczenie/pośmiertne" sprawiło, że i ten przypadek znalazł się na komputerowej liście Lucy.

Skończyłam kanapkę, po czym poszłam do centralnego archiwum i znalazłam odpowiednie akta. W skoroszycie były tylko trzy dokumenty: raport policyjny, jednostronicowa opinia patologa i koperta ze zdjęciami. Przekartkowałam zdjęcia, przeczytałam raport i poszłam poszukać Pelletiera.

– Masz chwilkę? – powiedziałam do jego zgarbionych pleców.

Odwrócił się od mikroskopu, trzymając okulary w jednej ręce, a długopis w drugiej.

– Wejdź, wejdź – odparł, zakładając okulary.

W moim gabinecie było okno, a w jego dużo miejsca. Przeszedł przez pomieszczenie, gestem wskazując na jedno z dwóch krzeseł stojących koło niskiego stołu przed jego biurkiem. Sięgnął do kieszeni kitla, wyjął z niej paczkę DuMaurierów i wyciągnął je w moją stronę. Potrząsnęłam głową. Ten rytuał powtarzał się już z tysiąc razy. Wiedział, że nie palę, ale zawsze proponował. Podobnie jak Claudel, Pelletier miał swoje przyzwyczajenia.

– W czym mogę ci pomóc? – spytał zapalając.

– Interesuje mnie jeden z twoich dawnych przypadków. Z 1990 roku.

– Oh, Mon Dieu, czy będę jeszcze pamiętał tak odległą przeszłość? Czasami ledwo jestem w stanie sobie przypomnieć swój adres. – Pochylił się do przodu, ściągnął usta i spojrzał konspiracyjnie. – Zapisuję go na pudełkach od zapałek, na wszelki wypadek.

Oboje się roześmialiśmy.

– Nie przesadzajmy. Myślę, że pamiętasz wszystko, co chcesz pamiętać.

Wzruszył ramionami i pokiwał głową na boki, udając niewiniątko.

– I tak przyniosłam dokumenty. – Uniosłam do góry skoroszyt i otworzyłam go. – W raporcie policyjnym napisano, że szczątki znaleziono w torbie na tyłach dworca autobusowego Voyageur. Jakiś włóczęga ją otworzył, myśląc, że może znajdzie jej właściciela.

– Z pewnością – zauważył Pelletier. – Jest tylu uczciwych włóczęgów, że powinni założyć jakąś swoją organizację.

– I tak nie spodobał mu się aromat. Powiedział… – Przebiegłam oczyma raport, żeby zacytować jego słowa. – “Zapach Szatana uniósł się z torby i owiał moją duszę". Koniec cytatu.

– Poeta. Podoba mi się to – stwierdził Pelletier. – Ciekawe, co by powiedział o moich gaciach.

Zignorowałam tę uwagę i czytałam dalej.

– Zaniósł torbę dozorcy, który zadzwonił na policję. Znaleźli trochę części ciała zawiniętych w coś w rodzaju obrusa.

– A, oui. Pamiętam tę sprawę – powiedział, wyciągając w moją stronę pożółkły palec. – Przerażające. Straszne. – Palec wyglądał rzeczywiście okropnie.

– Niby co?

– Ten przypadek małpy z dworca.

– Więc dobrze zrozumiałam ten raport?

Uniósł pytająco brwi,

– To naprawdę była małpa?

Ponuro pokiwał głową.

– Kapucynka.

– Dlaczego tu trafiła?

– Bo była trochę sztywna.

– Genialnie. – Każdy jest tutaj dowcipnisiem. – Ale dlaczego koroner miał z tym coś wspólnego?

Wyraz mojej twarzy musiał go skłonić do udzielenia rzeczowej odpowiedzi.

– Cokolwiek tam było, było to coś małego, a ktoś obdarł to ze skóry i pociął. Do diabła, to mogło być cokolwiek. Gliny myślały, że to mógł być płód albo noworodek, więc przysłali go do nas.

– Było coś dziwnego w tej sprawie? – Sama nie bardzo wiedziałam, czego szukam.

– Eee. Po prostu kolejna pokrojona małpa. – Kąciki jego ust uniosły się nieznacznie.

– Może i tak. – No to inaczej spytamy. – A było coś dziwnego w sposobie, w jaki została pokrojona?

– Nie za bardzo. Wszystkie przypadki poćwiartowanych małp są takie same.

To prowadziło donikąd.

– Czy dowiedzieliście się, czyja to była małpa?

– A wiesz, że tak. Gazety opublikowały komunikat i zadzwonił jakiś facet z uniwersytetu.

– Z naszego?

– Tak, tak sądzę. Biolog albo zoolog czy coś takiego. Anglojęzyczny… A, poczekaj…

Podszedł do szuflady biurka, pogrzebał w niej i wyciągnął plik wizytówek spiętych gumką. Ściągnął recepturkę, przejrzał wizytówki i podał mi jedną.

– To on. Spotkałem go, kiedy przyszedł zidentyfikować denata.

Na wizytówce było nazwisko – Parker T. Bailey, Professeur de Biologie, Universite du Quebec a Montreal, adres e-mailowy, numery telefonu i faksu i adres.

– Co powiedział? – spytałam.

– Że trzyma małpy na uniwersytecie, potrzebne mu są do badań. Któregoś dnia przyszedł i stwierdził, że ma jedną sztukę mniej.

– Ktoś ją ukradł?

– Ukradł? Uwolnił? Sama uciekła? Kto wie? Naczelny zdezerterował.

– Więc przeczytał w gazecie o martwej małpie i zadzwonił tutaj?

– C'est ca.

– Co się z nią stało?

– Z małpą?

Pokiwałam głową.

– Wydaliśmy ją… – Wskazał gestem na wizytówkę.

– Doktorowi Baileyowt – dokończyłam.

– Oui. Nie miała krewnych. Przynajmniej nie w Quebecu. – Jego usta nawet nie drgnęły.

– Rozumiem.

Ponownie spojrzałam na wizytówkę. Na nic ci się to nie przyda, mówiła mi lewa półkula, ale w tym samym momencie usłyszałam swoje pytanie:

– Mogę zatrzymać tę wizytówkę?

– Oczywiście.

Przez resztę popołudnia wyszukiwałam szczegóły z czterech zestawów dokumentów i wprowadzałam je do tabeli, którą utworzyłam. Kolor włosów. Oczu. Skóry. Wzrost. Religia. Imiona. Daty. Miejsca. Znaki zodiaku. Wszystko, co może się przydać. Uparcie wygrzebywałam dane, mając zamiar później szukać elementów wspólnych. A może myślałam, że wszystko wyjaśni się samo, że powiązane ze sobą informacje będą lgnąć do siebie jak neuropeptydy do receptorów. A może po prostu potrzebowałam jakiegoś mechanicznego zajęcia, żeby zaabsorbować czymś swój umysł, mentalnej układanki puzzle, dającej przynajmniej wrażenie posuwania się do przodu ze sprawą.

Piętnaście po czwartej znowu zadzwoniłam do Ryana. Chociaż nie było go przy biurku, operatorce wydawało się, że gdzieś go widziała i niechętnie zaczęła poszukiwania. Gdy czekałam, moje oczy spoczęły na dokumentach dotyczących sprawy z małpą. Byłam znudzona, więc wyciągnęłam fotografie. Były dwa rodzaje – kilka zdjęć z polaroida, a reszta klasyczne, dziesięć na piętnaście centymetrów. Odezwała się operatorka i powiedziała mi, że Ryana nie ma w żadnym z pokojów, do których dzwoniła. Tak, westchnienie, sprawdzi w pokoju, gdzie się pija kawę.

Przejrzałam zdjęcia z polaroidu, bez wątpienia zrobione, kiedy szczątki przywieziono do kostnicy. Były na nich fotografie purpurowo-czarnej torby z nylonu, zapiętej i rozpiętej – na tej wersji z rozpiętą, w torbie widać było zawiniątko. Kilka kolejnych zdjęć przedstawiało to zawiniątko leżące na stole do autopsji, przed i po rozpakowaniu.

Na pozostałych sześciu uwieczniono części ciała. Notatka w rubryce na formularzu tożsamości potwierdzała, że denat był rzeczywiście malutki, niniejszy niż dziewięciomiesięczny płód albo noworodek. Procesy gnilne były całkiem zaawansowane. Ciało zaczęło już czernieć i było wymazane czymś, co wyglądało jak zjełczała tapioka. Wydawało mi się, że rozpoznaję głowę, tułów i kończyny. Poza tym, zupełnie nic. Zdjęcia zrobiono ze zbyt dużej odległości i nie było widać szczegółów. Obracałam kilka z nich, patrząc na nie pod bardziej dogodnym kątem, ale i tak niewiele można było zobaczyć.

Operatorka przemówiła stanowczym głosem. Ryana nie ma. Muszę spróbować jutro. Nie dałam jej okazji do wypowiedzenia argumentu, który już miała w zanadrzu, tylko zostawiłam kolejną wiadomość i rozłączyłam się.

Zbliżenia, o wymiarach dziesięć na piętnaście, zrobiono po oczyszczeniu małpy. Szczegóły, których nie było na polaroidach, tutaj były dobrze widoczne. Drobne ciało zostało obdarte ze skóry i rozcięte w stawach. Fotograf, prawdopodobnie Denis, ułożył kawałki w porządku anatomicznym, po czym dokładnie obfotografował każdy po kolei.

Kiedy przeglądałam zdjęcia, nie mogłam nie zauważyć, że pocięte kawałki wyglądały trochę jak królik, który wkrótce znajdzie się w zupie. Nie pasował tylko jeden szczegół. Piąte zdjęcie przedstawiało drobną rękę kończącą i się czterema palcami i schowanym w delikatnej dłoni kciukiem.

Ostatnie dwa zdjęcia ukazywały głowę. Bez skóry i włosów, wyglądała jakoś pierwotnie, jak płód odcięty od pępowiny, nagi i bezbronny.

Czaszka była wielkości mandarynki. Chociaż twarz była płaska i antropoidalna, nie trzeba być pogromczynią lwów i miłośnikiem safari, żeby zauważyć, że nie był to przedstawiciel naczelnych człekokształtnych. Uzębienie było pełne, wszystkie zęby trzonowe na miejscu i reszta też. Policzyłam. W każdej ćwiartce były trzy zęby przedtrzonowe. Małpa pochodziła z Ameryki Południowej.

To tylko jeszcze jedna sprawa, której bohaterem są zwierzęta, powiedziałam sobie, chowając zdjęcia do koperty. Czasami się takie zdarzają, bo komuś się wydaje, że szczątki są ludzkie. Obdarte ze skóry łapy niedźwiedzia porzucone przez myśliwych, świnie i kozy zabite na mięso, a wzgardzone kawałki porzucone przy drodze, okaleczone psy i koty wrzucone do rzeki. Nieczułość gatunku ludzkiego zawsze mnie wprawiała w zdumienie. Nigdy się do tego nie przyzwyczaiłam.

Więc dlaczego ta sprawa nie dawała mi spokoju? Jeszcze raz spojrzałam na duże zdjęcia. No dobra. Małpę pocięto. Poważna sprawa. Ale tak samo się dzieje z mnóstwem zwierząt, które do nas trafiają. Jakiś dupek pewnie miał radochę, kiedy ją dręczył i zabijał. Może to był jakiś student, wkurzony zła oceną.

Zatrzymałam się przy piątym zdjęciu i wlepiłam w nie oczy. Po raz kolejny stężały mi mięśnie brzucha. Przez chwilę wpatrywałam się w zdjęcie, a potem sięgnęłam po telefon.

23

Nie ma nic bardziej pustego, niż szkoła po skończonych lekcjach. Tak właśnie sobie wyobrażam ewentualne konsekwencje wybuchu bomby neutronowej. Światła się palą. Woda tryska z fontann. Dzwonki dzwonią zgodnie z planem. Monitory komputerów emitują tajemniczą poświatę. Nie ma ludzi. Nie ma nikogo gaszącego pragnienie, śpieszącego do klasy i nie słychać stukotu klawiatur. Milczenie katakumb.

Siedziałam na krześle przed gabinetem Parkera Baileya na Universite du Quebec a Montreal – UQAM. Po wyjściu z laboratorium ćwiczyłam już na sali gimnastycznej, zrobiłam zakupy w Provigo i zjadłam cienki makaron z sosem ze ślimaków. Był zupełnie niezły jak na pospieszny posiłek. Nawet Birdie był zachwycony. Teraz jednak nie mogłam już spokojnie usiedzieć, j

Powiedzieć, że na wydziale biologii panowała cisza to tak jakby powiedzieć, że kwarki są małe. Wszystkie drzwi na korytarzu były zamknięte. Przestudiowałam tablice ogłoszeń, przeczytałam ogłoszenia na tablicach dotyczących studiów podyplomowych, wszystkie komunikaty o planowanych wyjazdach w teren, oferty komputeropisania i korepetycji, ogłoszenia zapowiadające gościnne wykłady. Dwukrotnie.

Po raz tysięczny spojrzałam na zegarek – 9:12 wieczorem. Niech to. Już powinien tu być. Kończył zajęcia o dziewiątej. Przynajmniej tak mi powiedziała sekretarka. Wstałam i zaczęłam spacerować. Ci, którzy czekają, muszą spacerować – 9:14, Cholera.

O 9:30 dałam sobie spokój. Kiedy przerzuciłam torebkę przez ramię, usłyszałam, że gdzieś otwierają się drzwi. Nie widziałam, gdzie. Po chwili zza rogu wyłonił się szybko idący mężczyzna z ogromnym stosem książek. Cały czas poprawiał chwyt, żeby nie spadły książki. Jego sweter wyglądał tak, jakby opuścił Irlandię przed głodem ziemniaczanym. Oceniłam wiek mężczyzny na koło czterdziestki.

Kiedy mnie zauważył, zatrzymał się, ale twarz pozostała nieporuszona. Zaczęłam się przedstawiać i wtedy ze stosu ześliznął się notatnik. Oboje się po niego schyliliśmy. Nie było to dobre posunięcie z jego strony. Większość książek ze stosu powędrowała na podłogę, rozsypując się na niej jak konfetti w Sylwestra. Przez kilka minut zbieraliśmy je i ponownie układaliśmy w stos, po czym otworzył swój gabinet i położył książki na biurku.

– Przepraszam – rzucił po francusku z silnym akcentem. – Ja…

– Nie ma sprawy – odpowiedziałam po angielsku. – Musiałam pana wystraszyć.

– Tak. Nie. Powinienem był przenieść książki w dwóch rzutach. Często mi się to zdarza. – Po angielsku nie mówił z amerykańskim akcentem.

– To książki o metodologii pracy w laboratorium?

– Tak. Właśnie miałem zajęcia z metodologii etologii.

Był skąpany we wszystkich odcieniach promieni zachodzącego słońca. Miał skórę powleczoną delikatnym różem, malinowe policzki, a włosy koloru waniliowego wafla. Wąsy i rzęsy były bursztynowe. Wyglądał na człowieka, który się nie opala, tylko spala.

– Brzmi intrygująco.

– Chciałbym, żeby oni tak myśleli. Czym mogę…

– Jestem Tempe Brennan – zaczęłam, sięgając do torebki i wyciągając wizytówkę. – Pańska sekretarka powiedziała, że teraz uda mi się pana złapać.

Kiedy czytał wizytówkę, wytłumaczyłam mu cel swojej wizyty.

– Tak, pamiętam. Byłem bardzo niezadowolony, że straciłem tę małpę. Naprawdę mnie to wkurzyło. – Nagle zaproponował: – Może pani usiądzie?

Nie czekając na odpowiedź, zaczął zdejmować rzeczy z zielonego, plastikowego krzesła i układać je na stosie na podłodze. Ukradkiem rozejrzałam się wokół. W porównaniu z jego maluteńkim gabinetem, mój wyglądał jak poczekalnia dworcowa.

Tam, gdzie nie było półek z książkami, wszędzie na ścianach wisiały zdjęcia zwierząt. Cierniki. Perliczka. Wyjce. Guźce. Nawet mrówkojad. Nie pominięto żadnego poziomu z taksonomii Linneusza. Pomieszczenie przypominało mi biuro impresaria, w którym jak trofea porozwieszano zdjęcia sławnych ludzi. Tylko że na tych zdjęciach nie było autografów,

Oboje usiedliśmy, on za biurkiem, opierając nogi na otwartej szufladzie, a ja na dopiero co zwolnionym krześle dla gości,

– Tak. Naprawdę mnie to wkurzyło – powtórzył, po czym nagle zmienił temat. – Jest pani antropologiem.

– Mm. Hm.

– Zajmuje się pani naczelnymi?

– Nie. Kiedyś tak, ale ostatnio nie. Wykładam na wydziale antropologii na Uniwersytecie w Charlotte. Zdarza mi się mieć cykl wykładów na temat biologii i zachowania naczelnych, ale tak naprawdę już się tym nie zajmuję. Mam zbyt dużo pracy z antropologią sądową i ekspertyzami.

– No tak. – Pomachał wizytówką. – W czym się pani specjalizowała w naczelnych?

Zastanawiałam się, kto kogo przesłuchuje.

– Interesowałam się osteoporozą, szczególnie związkiem między zachowaniami społecznymi a procesem chorobowym. Pracowaliśmy na zwierzętach, przeważnie rezusach, manipulowaliśmy grupami zwierząt, tworzyliśmy sytuacje stresowe, a potem śledziliśmy postępującą degenerację kości.

– A czy ktoś pracuje w warunkach naturalnych?

– Tylko w grupach zwierząt zamieszkujących wyspy.

– Mmm? – Bursztynowe brwi uniosły się z zainteresowaniem.

– Na Cayo Santiago w Puerto Rico. Przez jakiś czas miałam zajęcia terenowe na wyspie Morgan, leżącej u wybrzeży Południowej Karoliny.

– Zajmowała się pani rezusami?

– Tak. Doktorze Bailey, może mi pan powiedzieć coś o małpie, która zniknęła z pana wydziału?

Zignorował moje niezbyt płynne przejście.

– Jak to się stało, że z badań nad koścem małp przeszła pani do zwłok?

– Zajmuję się biologią kości. To obejmuje obie dziedziny.

– Tak. To prawda.

– I co z tą małpą?

– Małpa… Niewiele mogę pani powiedzieć. – Potarł jednym butem o drugi, pochylił się do przodu i strzepał coś ze spodni. – Przyszedłem któregoś dnia i zastałem pustą klatkę. Myśleliśmy, że może ktoś nie zamknął klatki i Alsa, tak miała na imię, uwolniła się. One to potrafią, wie pani. Była bardzo przebiegła i miała fenomenalnie zręczne ręce. Naprawdę zadziwiające. Zresztą nieważne. Przeszukaliśmy cały budynek, powiadomiliśmy ochronę uniwersytetu, zrobiliśmy wszystko, co było można, ale nie udało nam się jej znaleźć. Potem trafiłem na artykuł w gazecie. Resztę pani zna.

– Co z nią robiliście?

– W gruncie rzeczy ja nie zajmowałem się Alsą. Pracowała nad nią studentka piątego roku. Mnie interesują zwierzęce systemy porozumiewania się, szczególnie, choć nie wyłącznie, te, w których główną rolę odgrywają feromony i inne sygnały węchowe…

Zmiana intonacji i pojawienie się żargonu kazały mi się domyślać, że już niejednokrotnie wygłaszał ten monolog. Zaczął tym charakterystycznym tonem, poczynając od “Ja zajmuję się…" – typowym dla naukowców, którzy mówią coś do laików. Trzeba wtedy przeczekać wedle zasady MZK: Mów Zrozumiale Kretynie. Ten typ dyskursu zarezerwowany jest na koktajle, spotkania dobroczynne, rozmowy wstępne i inne tego typu okoliczności. Wszyscy naukowcy mają coś takiego. Wysłuchałam go cierpliwie.

– Co badała? – Wystarczy o tobie.

Na jego twarzy zagościł kwaśny uśmiech i potrząsnął głową.

– Język. Nauka języka u naczelnych w Nowym Świecie. To właśnie od tego pochodzi jej imię. L/Apprentissage de la Langue du Singe Americain. ALSA. Marie-Lise miała być odpowiedzią Quebecu na Penny Patterson, a Alsa miała być KoKo południowoamerykańskich małp.

Machnął piórem nad głową, żachnął się drwiąco, po czym gwałtownie spuścił rękę. Opadła ciężko na biurko. Przyglądałam się jego twarzy. Wyglądał albo na zmęczonego, albo na zniechęconego, nie wiedziałam które.

– Marie-Lise?

– Moja studentka.

– I co, wszystko szło dobrze?

– Kto wie? Tak naprawdę nie miała dosyć czasu. Małpa zniknęła po pięciu miesiącach od rozpoczęcia badań. – Znowu ten kwaśny uśmiech. – A Marie- Lise wkrótce po niej.

– Przerwała studia?

Pokiwał głową.

– Wie pan dlaczego? Długo milczał, nim odpowiedział.

– Marie-Lise była dobrą studentką. Z pewnością musiałaby od nowa zacząć swoją pracę magisterską, ale jestem pewien, że poradziłaby sobie.

Uwielbiała to, czym się zajmowała. Tak, była załamana, kiedy zabito Alsę, ale to chyba nie był powód.

– A jak pan myśli, jaki był powód?

Rysował małe trójkąty na jednej z książek. Nie będę go popędzać,

– Miała chłopaka. Non stop jej truł, że całe dnie przesiaduje na uniwersytecie. Namawiał ją, żeby przerwała studia. Rozmawiała o tym ze mną tylko raz, może dwa razy, ale wydaje mi się, że udało mu się ją przekonać. Spotkałem go na dwóch imprezach wydziałowych. Wydawał mi się naprawdę dziwny.

– Dlaczego?

– Po prostu… Nie wiem, był odludkiem. Cyniczny. Konfliktowy. Grubiański. Jakby nigdy nie potrafił opanować podstawowych… umiejętności. Zawsze przypominał mi małpę Harlowa. Rozumie pani? Jakby był wychowywany w odosobnieniu i nigdy nie nauczył się żyć z innymi. Niezależnie, co sic do niego mówiło, przewracał oczyma i głupio się uśmiechał. Boże, jak ja te go nienawidziłem…

– Podejrzewał go pan? Że to może on zabił Alsę, żeby uniemożliwić Marie-Lise pracę, żeby ją skłonić do przerwania studiów?

Milczał, więc wywnioskowałam, że kiedyś o tym myślał.

Potem powiedział:

– Był wtedy rzekomo w Toronto.

– Mógł to potwierdzić?

– Marie-Lise mu wierzyła. Później już nie drążyliśmy tego tematu. Była zbyt przygnębiona. Zresztą po co? Alsa nie żyła.

Nie bardzo wiedziałam, jak zadać następne pytanie.

– Czy kiedykolwiek czytał pan notatki Marie-Lise, kiedy zajmowała się Alsą?

Przestał gryzmolić i spojrzał na mnie ostro.

– O co pani chodzi?

– Czy jest możliwość, że starała się coś zatuszować? Że miała jakiś powód, żeby storpedować badania?

– Nie. W żadnym razie. – W jego głosie nie było cienia wątpliwości. W oczach tak.

– Utrzymuje z panem kontakt?

– Nie.

– Czy to normalne?

– Niektórzy studenci się odzywają, inni nie. – Trójkąty pokrywały coraz większą przestrzeń.

Zmieniłam taktykę.

– Kto jeszcze miał dostęp do tego… To jest laboratorium, tak?

– Tak, ale małe. Tutaj, w kampusie trzymamy bardzo mało zwierząt. Po prostu nie mamy miejsca. Wie pani, każdy gatunek musi być w osobnym pomieszczeniu…

– Naprawdę?

– Tak. KKOZ ma specjalne wytyczne co do temperatury pomieszczenia, jego wielkości, pożywienia i mnóstwa innych najróżniejszych parametrów.

– KKOZ?

– Kanadyjski Komitet Ochrony Zwierząt. Publikują przewodnik dotyczący opieki i wykorzystywania zwierząt do eksperymentów. To taka nasza biblia. Każdy wykonujący badania na zwierzętach musi się do niej dostosować. Naukowcy. Hodowcy. Przemysł. Mówi się tam także o zdrowiu i bezpieczeństwie personelu pracującego ze zwierzętami.

– A co ze środkami ostrożności?

– A, tak. Wytyczne są bardzo szczegółowe.

– Jakie środki ostrożności podejmowaliście?

– Teraz pracuję nad ciernikami. To ryby.

Okręcił się na krześle i wskazał długopisem na zdjęcie ryby na ścianie.

– One nie są zbyt wymagające. Niektórzy moi koledzy trzymają szczury laboratoryjne. One też nie są. Walczący o prawa zwierząt przeważnie nie kruszą kopii o ryby i gryzonie.

Na jego twarzy pojawił się uśmiech, który niewątpliwie zagwarantowałby mu złoty medal na mistrzostwach świata kwaśnych uśmiechów.

– Oprócz szczurów, Alsa była tutaj jedynym ssakiem, więc środki bezpieczeństwa nie były takie surowe. Miała swój własny pokoik, który zamykaliśmy. Oczywiście zamykaliśmy też jej klatkę. I drzwi wejściowe do laboratorium…

Zamilkł.

– Myślałem już o tym wcześniej. Nie pamiętam, kto ostatni wychodził z laboratorium tamtego wieczora. Pamiętam, że nie miałem wieczorem zajęć, więc chyba nie siedziałem tu do późna. Pewnie jakiś student piątego roku robił obchód. Sekretarka nie sprawdza, czy tamte drzwi są zamknięte, chyba że wydam jej takie polecenie.

Znowu zamilkł.

– Podejrzewam, że ktoś z zewnątrz mógł się tam dostać. Nie byłoby specjalnych problemów, jeśli ktoś zostawiłby nie zamknięte drzwi. Nie na wszystkich studentach można polegać.

– A co z klatką?

– Klatka to na pewno nie był żaden problem. Była zamykana tylko na kłódkę. Nie znaleźliśmy jej potem. Podejrzewam, że mogła zostać przecięta.

Starałam się delikatnie zagaić następny temat.

– Czy odnaleziono brakujące części?

– Brakujące części?

– Alsę… – Teraz ja szukałam właściwego słowa. MZK.- Pocięto. W zawiniątku, w którym ją znaleziono, nie było wszystkich części. Myślałam, że może coś znalazło się tutaj.

– Co na przykład? Czego brakowało? – Jego pastelowa twarz zdradzała zaintrygowanie.

– Jej prawej ręki, doktorze Bailey. Odcięto ją w nadgarstku. Nie było jej w torbie, w której ją znaleźli.

Nie było powodu, żeby mu mówić o kobietach, które ostatnio potraktowano w ten sam sposób, o prawdziwych powodach mojej wizyty.

Milczał. Splótł ręce za głową, odchylił się na krześle i zaczął wpatrywać się w jakiś punkt nade mną. Malinowy kolor jego policzków teraz już był bliższy kolorowi rabarbaru. Małe radio z zegarkiem mruczało cicho na szafce.

Po dłuższej chwili przerwałam ciszę.

– Patrząc z perspektywy, jak panu się wydaje, co się właściwie stało?

Nie odpowiedział od razu. Po chwili, kiedy myślałam, że już w ogóle nie odpowie, odparł:

– Myślę, że zrobił to prawdopodobnie jeden z mutantów, od których aż roi się ten dół kloaczny, którym jest tutejszy kampus.

Myślałam, że skończył. Zaczął głębiej oddychać. Potem dodał coś jeszcze, prawie szeptem. Nie dosłyszałam.

– Słucham? – spytałam.

– Marie-Lise zasługiwała na coś lepszego.

Uważałam, że to dziwna uwaga. Alsa przecież też, pomyślałam, ale ugryzłam się w język. Bez ostrzeżenia rozległ się głośny dzwonek, przeszywając dreszczem każdą komórkę mojego ciała. Spojrzałam na zegarek – punkt dziesiąta.

Uniknąwszy odpowiedzi na pytanie, dlaczego interesuje mnie zabita przed czterema laty małpa, podziękowałam mu za jego czas i poprosiłam, żeby do mnie zadzwonił, jeśli mu się coś przypomni. Kiedy wychodziłam, uparcie wpatrywał się w jakiś punkt nad moją głową. Podejrzewałam, że tak naprawdę cofał się w czasie, a nie skupiał na jakimś punkcie w przestrzeni.

Nie znałam okolicy zbyt dobrze, więc zaparkowałam w tej samej uliczce, co wtedy, kiedy włóczyłam się po Main. Trzymaj się tego, co sprawdzone. Od tamtej nocy myślałam o tym wydarzeniu jako o Wielkim Szukaniu Gabby. Było to zaledwie dwa dni temu, ale ja miałam wrażenie, że upłynęły lata.

Dzisiejszy wieczór był chłodniejszy i ciągle siąpił rzadki deszcz. Zapięłam kurtkę i ruszyłam w stronę samochodu.

Po opuszczeniu uniwersytetu szłam na północ ulicą St. Denis, mijając liczne wytworne butiki i bistra. Chociaż St. Denis leży tylko kilka kwartałów na wschód od St. Laurent, są to dwa kompletnie różne światy. St. Denis odwiedzają młodzi i zamożni – w poszukiwaniu sukienki, srebrnych kolczyków, partnera czy niezobowiązującego seksu. Ulica marzeń. Spotyka się takie w większości miast. W Montrealu są dwie: Crescent dla Anglików i St. Denis dla Francuzów.

Kiedy czekałam na światłach przy De Maisonneuve, myślałam o Alsie. Bailey pewnie miał rację. Dworzec autobusowy miałam przed sobą po prawej stronie. Ktokolwiek ją zabił, nie pofatygował się daleko, żeby pozbyć się ciała. Wskazuje to na kogoś miejscowego.

Zauważyłam młodą parę wynurzającą się ze stacji metra Berri-UQAM. Biegli przez deszcz, lgnąc do siebie, jak skarpetki dopiero co wyjęte z suszarki.

Mógł to też być ktoś mieszkający dalej. Jasne, Brennan, porywasz małpę, jedziesz metrem do domu, zabijasz ją, tniesz, ładujesz się z nią znowu do metra i porzucasz na dworcu autobusowym. Świetnie rozumujesz.

Zapaliło się zielone światło. Minęłam St. Denis i szłam na zachód po De Maisonneuve, cały czas myśląc o rozmowie z Bailey'em. Coś w jego zachowaniu nie dawało mi spokoju. Czy chodziło o to, że okazywał zbyt wiele uczucia dla studentki? Zbyt mało dla małpy? Dlaczego wydawał się taki – jaki? – sceptycznie nastawiony do badań z udziałem Alsy? Dlaczego nie wiedział nic o ręce? Czy Pelletier nie powiedział mi, że Bailey oglądał zwłoki? Czy nie zauważyłby brakującej ręki? Pozwolono mu zabrać ciało i wziął je z laboratorium…

– Cholera – powiedziałam na głos, w myślach waląc się w czoło.

Jakiś mężczyzna w kombinezonie obrócił się, żeby na mnie spojrzeć – wyraźnie zauważył, że nie zachowuję się zupełnie normalnie. Nie miał ani koszuli, ani butów, a obydwoma rękoma obejmował torbę z zakupami, z której ukośnie sterczały urwane papierowe uchwyty. Uśmiechnęłam się, żeby go uspokoić, ale on już ruszył, potrząsaniem głowy dając wyraz zadziwieniu nad tym, co stało się z ludzkością i wszechświatem.

Jesteś zupełnie jak Columbo, zganiłam siebie. Nawet nie spytałaś tego Baileya, co zrobił z ciałem! Dobra robota.

Zganiwszy siebie, postanowiłam się poprawić i zjeść hot doga.

Wiedziałam, że i tak nie zasnę, więc ten pomysł nie był najgorszy. W ten sposób będę mogła zrzucić winę na jedzenie. Weszłam do Chien Chaud na St. Dominique, zamówiłam hot doga z ketchupem, majonezem, frytkami i dietetyczną colą. “Nie ma coli, jest pepsi" – wyżalił mi się koleś zza lady, z gęstymi, czarnymi włosami i silnym akcentem. Nie będę się przez to chlastać, uznałam.

Jadłam w biało-czerwonym plastikowym boksie, kontemplując odlażące od ściany plakaty reklamujące biura podróży. Przydałoby mi się, myślałam patrząc na zbyt błękitne niebo i oślepiająco białe budynki na wyspach Paros, Santoryn i Mykonos. Dobrze by mi to zrobiło. Na mokrym chodniku zaczynało być tłoczno od samochodów. Main zaczynało się rozkręcać.

Przyszedł jakiś mężczyzna i zaczął głośno rozmawiać z czarnowłosym, chyba po grecku. Miał mokre ubranie przesiąknięte zapachem dymu, tłuszczu i jakiejś przyprawy, której nie znałam. W jego gęstych włosach lśniły kropelki wody. Kiedy rzuciłam na niego okiem, uśmiechnął się do mnie, uniósł jedną krzaczastą brew i powoli przejechał językiem po górnej wardze Równie dobrze mógłby mi pokazać swoje hemoroidy. Dostosowując się do jego poziomu, pokazałam mu środkowy palec i zaczęłam patrzeć za okno.

Za oknem, po którym spływały strumyczki wody, widziałam rząd sklepów po drugiej stronie ulicy, ciemnych i cichych w przedświąteczny wieczór. La Cordonnerie la Fleur. Dlaczego szewc nazwał swój sklep “Kwiat"?

La Boulangerie Nan. Zastanawiałam się, czy to nazwa piekarni, nazwisko właściciela czy po prostu reklama indyjskiego chleba. Przez okna widziałam puste półki czekające na ranek. Czy piekarze pracują w święta państwowe?

La Boucherie St. Dominique. W oknach wisiały nazwy sprzedawanych tam specjałów. Lapin frais. Boeuf. Agneau. Poulet. Saucisse. Świeże króliki. Wołowina. Cielęcina. Kurczaki. Kiełbasa. A z małp nic.

Wystarczy. Spadaj stąd. Zmięłam serwetkę i położyłam ją na papierowej tacce po hot dogu. Dla takich właśnie rzeczy zabijamy drzewa. Dołożyłam puszkę po pepsi, wrzuciłam wszystko do kosza i wyszłam.

Samochód stał tam, gdzie go zostawiłam i był nienaruszony. Kiedy jechałam, moje myśli ponownie zaprzątały morderstwa.

Każdy ruch wycieraczek przynosił nowy obraz. Obcięta ręka Alsy. Chlap. Ręka Morisette-Champoux na kuchennej podłodze. Chlap. Ścięgna Chantale Trottier. Chlap. Równo przycięte kości ramion. Chlap.

Czy to zawsze była ta sama ręka? Nie pamiętałam. Będę musiała sprawdzić. Nie brakowało żadnej ludzkiej ręki. Czy to tylko zbieg okoliczności? Może Claudel miał rację? Może zaczynam świrować? Może porywacz Alsy zbiera zwierzęce łapy? Może on jest po prostu nadgorliwym miłośnikiem Poego? A może to kobieta?

Piętnaście po jedenastej dotarłam do garażu. Czułam zmęczenie nawet w szpiku kostnym. Byłam na nogach już od osiemnastu godzin. Żaden hot dog nie powstrzyma mnie przed szybkim zaśnięciem.

Birdie na mnie nie czekał. Tak, jak to robił zawsze, kiedy był sam, zwinął się w kłębek na małym, drewnianym fotelu bujanym stojącym koło kominka. Zerknął tylko, kiedy weszłam, mrugając do mnie swoimi okrągłymi, żółtymi oczyma.

– Cześć, Bird, jak ci się dziś żyło? – Zamruczałam, drapiąc go pod brodą. – Czy coś jest w stanie sprawić, byś nie spał tak ciągle?

Zamknął oczy i wyprężył szyję albo chcąc pokazać swoje niezadowolenie, albo starając się maksymalnie wykorzystać moje pieszczoty. Kiedy cofnęłam rękę, ziewnął szeroko, ponownie położył głowę na łapach i przyglądał się mi spod ciężkich powiek. Poszłam do sypialni, wiedząc, że w końcu i tak przyjdzie. Odpięłam spinki do włosów, rzuciłam ubrania na podłogę, zdjęłam narzutę i zwaliłam się na łóżko.

Natychmiast zapadłam w mocny, pozbawiony snów sen. Nie było żadnych zjaw, żadnych mrożących krew w żyłach scen. W pewnym momencie poczułam na nodze ciepły ciężar i zrozumiałam, że to Birdie, ale spałam dalej, pogrążona w czarnej próżni.

Potem nagle serce zaczęło walić mi jak młotem i otworzyłam szeroko oczy. Byłam zupełnie rozbudzona, czułam silny niepokój, ale nie wiedziałam dlaczego. Przejście było tak nagle, że musiałam mieć chwilę na to, by dojść do siebie.

W pokoju panowały egipskie ciemności. Zegarek wskazywał pierwszą dwadzieścia siedem. Birdiego nie było. Leżałam w ciemności, wstrzymując oddech, nasłuchując i starając się zrozumieć. Dlaczego moje ciało tak gwałtownie zareagowało? Czy coś usłyszałam? Co wykrył mój osobisty radar? Jakiś receptor przesłał sygnał. Czy Birdie coś słyszał? Gdzie on jest? Nie miał zwyczaju włóczyć się gdzieś po nocach.

Rozluźniłam mięśnie i wytężyłam słuch. Słyszałam tylko serce dudniące w mojej piersi. W domu panowała złowieszcza cisza.

Potem to usłyszałam. Miękkie uderzenie, a po nim słaby metaliczny brzęk. Czekałam zesztywniała, nie oddychając. Dziesięć. Piętnaście. Dwadzieścia sekund. Na zegarze zmieniła się cyfra. Potem, kiedy już myślałam, że to tylko moja wyobraźnia, usłyszałam to znowu. Uderzenie. Brzęk. Zacisnęłam zęby trzonowe z siłą imadła, a ręce zwinęłam w pięści.

Czy ktoś jest w mieszkaniu? Przyzwyczaiłam się do normalnych dźwięków tego miejsca. Ten był inny, był akustycznym intruzem. Nie znałam go.

Cicho odsunęłam kołdrę i spuściłam nogi z łóżka. Błogosławiąc się w duchu za wczorajsze niedbalstwo, sięgnęłam po bluzę i dżinsy i założyłam je na siebie. Ruszyłam ukradkiem przez dywan.

Zatrzymałam się przy drzwiach, żeby się rozejrzeć za jakąś potencjalną bronią. Niczego takiego nie zauważyłam. Nie było księżyca, ale światło latarni ulicznej sączyło się przez okno w drugiej sypialni i spowijało część przedpokoju słabą poświatą. Ukradkiem minęłam łazienkę i zbliżałam się do przedpokoju, skąd prowadziły drzwi do ogrodu. Co kilka kroków zatrzymywałam się i nasłuchiwałam, wstrzymując oddech i mając cały czas szeroko otwarte oczy. Koło wejścia do kuchni ponownie usłyszałam ten dźwięk. Uderzenie. Brzęk. Dochodził gdzieś z okolicy drzwi balkonowych.

Skręciłam w prawo do kuchni i spojrzałam w stronę drzwi balkonowych, skąd widać było wewnętrzny dziedziniec budynku. Nic się nie ruszało. Cicho przeklinając swoją awersję do broni, rozejrzałam się po kuchni za jakąś sztuką. Arsenał to nie był. Cicho przesunęłam drżącą rękę wzdłuż ściany, chcąc wyczuć wieszak na noże. Wybrałam nóż do chleba, oplotłam rączkę palcami, skierowałam ostrze ku górze i wyprostowałam rękę.

Powoli, badając grunt bosymi stopami, ruszyłam na palcach tak daleko, żeby móc zajrzeć do dużego pokoju. Było tam równie ciemno jak w sypialni i kuchni.

W mroku udało mi się zauważyć Birdiego. Siedział ponad metr od drzwi i wpatrywał się uporczywie w coś za szybą. Koniuszek jego ogona kołysał się nerwowo z lewa na prawo. Wyglądał na tak napiętego, jak łuk przed strzałem.

Usłyszałam kolejne uderzenie-brzęk, serce przestało mi bić i wstrzymałam oddech. Dźwięk dobiegł z zewnątrz. Birdie podniósł uszy.

Zrobiłam pięć niepewnych kroków i znalazłam się koło niego. Odruchowo wyciągnęłam rękę, żeby pogłaskać go po głowie. Nie spodziewając się dotknięcia, wystrzelił jak strzała i przemknął po pokoju z taką prędkością, że jego pazury zostawiły ślady na dywanie. W mroku wyglądały jak małe, czarne przecinki. Jeśli można by powiedzieć, że koty krzyczą, to Birdie właśnie to zrobił.

Jego ucieczka zupełnie mnie rozłożyła. Przez chwilę byłam sparaliżowana, wrośnięta w podłogę, jak posąg w ziemię na Wyspie Wielkanocnej.

Zrób tak, jak kot i wynoś się stąd! Odezwał się we mnie strwożony głos.

Zrobiłam krok do tyłu. Uderzenie. Brzęk. Zatrzymałam się, ściskając nóż i, taką siłą, jakby to była lina ratunkowa. Cisza. Ciemność. Da-dum. Da-dum. Słuchałam bicia swojego serca, starając się znaleźć w mózgu jakąś część będącą jeszcze w stanie jasno myśleć.

Jeśli ktoś jest w mieszkaniu, dotarło do mnie, to musi być za tobą. Droga ucieczki prowadzi przed ciebie, a nie do tyłu. Ale jeśli ktoś jest na zewnątrz, nie otwieraj mu drogi do środka.

Da-dum. Da-dum.

Hałas dochodzi z zewnątrz, upierałam się. To, co słyszał Birdie, jest na zewnątrz.

Da-dum. Da-dum.

Rozejrzyj się. Przyciśnij się do ściany obok drzwi prowadzących na dziedziniec i odchyl zasłony tylko tyle, żeby wyjrzeć na zewnątrz. Może zobaczysz jakiś kształt w ciemności.

Logiczne.

Uzbrojona w nóż kuchenny, odlepiłam jedną nogę od dywanu i powoli ruszyłam do przodu, aż dotarłam do ściany. Oddychając głęboko, odciągnęłam nieco zasłonę. Kształty i cienie na dziedzińcu były słabe, ale dało się je rozpoznać. Drzewo, ławka, trochę krzaków. Nie widać żadnego ruchu, oprócz gałęzi smaganych wiatrem. Stałam nieruchomo przez długą chwilę. Nic się nie zmieniło. Podeszłam do środka zasłony i sprawdziłam klamkę drzwi. Zamknięte.

Trzymając nóż w pogotowiu, plecami ocierając się o ścianę, przesuwałam się w stronę drzwi wejściowych. W stronę systemu alarmowego. Światełko się paliło, wskazując, że nikt nie dostał się do mieszkania! Powodowana impulsem, nacisnęłam przycisk próbny.

Pisk przeciął ciszę i pomimo że się go spodziewałam i tak podskoczyłam. Ręka odskoczyła mi do góry, przygotowując nóż do ataku.

Głupia! powiedziała mi działająca część mózgu. Alarm działa i nikogo nie ma w domu! Niczego nie otworzono! Nikt nie wszedł.

Więc jest na zewnątrz! odpowiedziałam, cały czas rozdygotana. Być może, przyznał mózg, więc nie jest jeszcze tak źle. Zapal jakieś światła, pokaż, że coś się dzieje w mieszkaniu i każdy sęp się stąd ulotni.

Starałam się przełknąć ślinę, ale usta były zbyt suche. Zdobyłam się na odwagę i włączyłam światło w przedpokoju, a po chwili wszystkie inne między przedpokojem a sypialnią. Nigdzie ani śladu intruzów. Kiedy usiadłam na brzegu łóżka, trzymając w ręku nóż, znowu to usłyszałam. Stłumione uderzenie, brzęk. Wzdrygnęłam się, prawie się raniąc.

Ośmielona przeświadczeniem, że w mieszkaniu nikogo nie ma, pomyślałam: W porządku, sukinsynu, tylko się rusz, to zadzwonię po gliny.

Wróciłam do drzwi balkonowych wychodzących na boczny dziedziniec, tym razem szłam szybko. Ten pokój ciągle był nie oświetlony, więc jeszcze raz odchyliłam brzeg zasłony i wyjrzałam na zewnątrz, śmielej niż przedtem

Wszystko wyglądało tak samo. Niejasno znajome kształty, niektóre poruszane przez wiatr. Uderzenie, brzęk! Wzdrygnęłam się odruchowo, a potem pomyślałam: Ten dźwięk nie dobiega od drzwi, tylko skądś dalej.

Przypomniałam sobie o reflektorze na bocznym dziedzińcu i ruszyłam się, żeby znaleźć włącznik. Nie czas, by myśleć o tym, że sąsiedzi się zdenerwują. Włączyłam światło i wróciłam do zasłony. Reflektor nie był silny, ale w jego świetle wystarczająco wyraźnie widać było dziedziniec.

Deszcz przestał padać, ale zerwał się wiatr. W snopie światła tańczyła delikatna mgiełka. Nasłuchiwałam przez chwilę. Nic. Kilkakrotnie przebiegłam wzrokiem przestrzeń w polu widzenia. Nic. Zuchwale wyłączyłam alarm, otworzyłam drzwi balkonowe i wytknęłam głowę na zewnątrz.

Po lewej stronie, koło muru stał czarny, dorodny świerk, ale żaden obcy kształt nie czaił się w jego gałęziach. Uderzenie. Brzęk. Nowa fala strachu.

Bramka. Te odgłosy wydaje bramka. Spojrzałam na nią właśnie w momencie, kiedy wracała na miejsce. Patrzyłam jak wiatr nią porusza, na tyle, na ile pozwala zamykający ją rygiel. Uderzenie. Brzęk.

Czując się upokorzona, wyszłam na dziedziniec i podeszłam do bramki. Dlaczego nigdy wcześniej nie odkryłam tego dźwięku? Potem ponownie się wzdrygnęłam. Zniknęła kłódka. Czy to Winston zapomniał ją założyć i zamknąć bramę po skoszeniu trawy za nią? Na pewno.

Dopchnęłam silnie bramę i przesunęłam rygiel tak daleko, jak się dało, i odwróciłam się w stronę drzwi.

Wtedy usłyszałam inny dźwięk, cichszy i stłumiony.

Spojrzałam w stronę, z której dobiegł, i zobaczyłam w swoim zielniku jakiś obcy przedmiot. Jak dynia nabita na patyk, wystawał z ziemi. To wiatr poruszający tą plastikową płachtą powodował cichy szelest.

Tknęło mnie przerażające przeczucie. Nie wiedząc, dlaczego to wiem, czułam, co jest pod plastikową płachtą. Nogi mi się trzęsły, kiedy szłam przez trawę. W końcu szarpnęłam plastik.

Widok sprowokował mdłości i odwróciłam się, żeby zwymiotować. Wytarłam ręką usta, a potem rzuciłam się do domu, zatrzasnęłam drzwi i zamknęłam je, po czym ponownie uruchomiłam system alarmowy.

Wyszperałam numer, chwiejnym krokiem podeszłam do telefonu i zmusiłam się, żeby wystukać właściwe cyfry. Podniesiono słuchawkę przy czwartym sygnale.

– Przyjedź tutaj, proszę. Od razu!

– Brennan? – Zachrypnięty. – Co się k…?

– Natychmiast, Ryan! Już!

24

Galon herbaty później leżałam zwinięta na bujanym fotelu Birdiego, patrząc tępo na Ryana. Prowadził już trzecią rozmowę, tym razem osobistą, mówiąc komuś, że trochę mu to zajmie. Sądząc po tym co mówił, jego rozmówca nie był zachwycony. Trudno.

Histeria popłaca. Ryan przyjechał w niecałe dwadzieścia minut. Przeszukał mieszkanie i dziedziniec, po czym zadzwonił do CUM, żeby przysłali radiowóz do obserwacji budynku. Potem Ryan włożył worek i jego mrożącą krew w żyłach zawartość do większego worka, zakleił go i położył na podłodze w rogu w jadalni. Powiedział, że zabierze go do kostnicy. Ekipa miała przyjechać do mnie rano. Byliśmy w dużym pokoju, ja siedziałam i sączyłam herbatę, a Ryan przechadzał się i mówił.

Nie wiedziałam, co działało na mnie bardziej uspokajająco: gorąca herbata czy Ryan. Prawdopodobnie nie herbata. Tak naprawdę, to potrzebowałam alkoholu. Sama dokładnie nie wiedziałam jakiego. Ten pomysł kusił mnie coraz bardziej. Tak naprawdę, chciałam się napić różnych rzeczy. Opróżnić butelkę do dna. Zapomnij o tym, Brennan. Zakrętka jest na miejscu i tak pozostanie.

Popijałam herbatę i przyglądałam się Ryanowi. Miał na sobie dżinsy i wypłowiałą koszulę. Dobry wybór. Odcienie niebieskiego nadawały jego oczom blask jak w podkolorowywanym starym filmie. Skończył rozmawiać przez telefon, ale cały czas nie zwalniał tempa.

– Już chyba wszystko załatwiłem – powiedział, rzucając telefon na kanapę i przeciągając ręką po twarzy.

Miał potargane włosy i wyglądał na zmęczonego. Ale przecież ja też nie wyglądałam jak Claudia Schiffer.

Co teraz? zastanawiałam się.

– Jestem ci wdzięczna, że przyjechałeś – powiedziałam. – Przepraszam, że przereagowałam. – Już to raz mówiłam, ale powtórzyłam znowu.

– Nie. Wcale nie przereagowałaś.

– Przeważnie nie…

– Nie ma sprawy. Dorwiemy tego świra.

– Mogłam po prostu…

Pochylił się do przodu i oparł łokcie na kolanach. Niebieskie lasery schwytały moje oczy i nie mogłam się od nich uwolnić. Na jednej rzęsie miał kawałeczek bandażu, który wyglądał jak drobinka pyłku przylepiona do słupka.

– Brennan, to nie są żarty. Gdzieś tam jest facet, który jest jakimś psychicznym mutantem. Jego umysł ma jakąś skazę. On jest jak szczury, które ryją tunele pod stosami śmieci i przemykają po rurach kanalizacyjnych w tym mieście. To drapieżnik. Facet jest pokręcony, a teraz wciągnął ciebie w jakieś swoje chore plany. Ale zrobił błąd i my go znajdziemy, a potem zgnieciemy. Tak się postępuje z robactwem.

Zawziętość, z jaką to powiedział, zaskoczyła mnie. Nie wiedziałam, jak zareagować. Zwracanie uwagi na skomplikowane metafory, których użył, nie byłoby mądrym posunięciem.

Moje milczenie wziął za sceptycyzm.

– Mówię poważnie, Brennan. Ten dupek ma papkę zamiast mózgu. A to znaczy, że nie możesz już odstawiać swoich wyczynów.

Jego uwaga wzburzyła mnie, a niewiele mi było trzeba. Czułam się bezbronna, niesamodzielna i nienawidziłam siebie za to, więc na nim wyładowałam swoją frustrację.

– Wyczynów? – rzuciłam pogardliwie.

– Cholera, Brennan, nie chodzi mi o dzisiejszą noc.

Oboje wiedzieliśmy, o co mu chodziło. Miał rację, co tylko wzmogło moje poirytowanie i sprawiło, że stałam się jeszcze bardziej rozdrażniona. Zamieszałam wystygłą już herbatę i siedziałam cicho.

– To zwierzę najwyraźniej ciebie obserwowało – nadawał dalej z uporem młota pneumatycznego. – Wie, gdzie mieszkasz. Wie, jak się dostać do środka…

– Tak naprawdę, nie dostał się do środka.

– Przecież pod twoimi cholernymi oknami podrzucił ludzką głowę!

– Wiem! – krzyknęłam, tracąc nad sobą panowanie.

Spojrzałam w kąt jadalni.

Leżało tam znalezisko z ogrodu, ciche i nieruchome, obiekt oczekujący na przebadanie. Mógłby być czymkolwiek. Piłką do siatkówki. Globusem. Melonem. Okrągły przedmiot w błyszczącym, czarnym worku wyglądał zupełnie niegroźnie w plastiku, w którym umieścił go Ryan.

Wpatrywałam się w worek i przez głowę przebiegały mi wspomnienia jego przerażającej zawartości. Ujrzałam czaszkę wznoszącą się na mizernej, patykowatej szyi. Ujrzałam puste oczodoły i błyskające różem usta kontrastujące z białym szkliwem nielicznych zębów. Wyobraziłam sobie, jak intruz wyłamuje kłódkę i śmiało wchodzi na dziedziniec, żeby zostawić swoje mrożące krew w żyłach memento.

– Wiem – powtórzyłam. – Masz rację. Będę musiała być ostrożniejsza.

Znowu zamieszałam herbatę, szukając odpowiedzi w fusach.

– Chcesz herbaty?

– Nie, dziękuję. – Wstał. – Sprawdzę, czy już przyjechali.

Zniknął za drzwiami, a ja zrobiłam sobie kolejny kubek herbaty. Ciągle jeszcze byłam w kuchni, kiedy wrócił.

– Jeden wóz stoi w alejce po drugiej stronie ulicy. Będzie jeszcze jeden, od tyłu. Porozmawiam z nimi, kiedy będę wychodził. Nikomu nie powinno udać się niepostrzeżenie zbliżyć do budynku.

– Dzięki. – Wzięłam łyk i oparłam się na blacie.

Wyciągnął paczkę DuMaurierów i uniósł brew w moją stronę.

– Jasne.

Nienawidziłam dymu w mieszkaniu. Ale przecież on na pewno nie chciał tutaj być. Życie to zawieranie kompromisów. Pomyślałam, żeby znaleźć popielniczkę, ale dałam sobie spokój. W milczeniu palił papierosa, a ja piłam herbatę, opierając się o blat. Oboje byliśmy pogrążeni w myślach. Brzęczała lodówka.

– Wiesz, to wcale nie czaszka mnie tak przeraziła. Do czaszek jestem przyzwyczajona. Tylko to było takie… tak nie na miejscu.

– Rozumiem.

– Wiem, że to banał, ale czuję, że drastycznie naruszono moją prywatność. Jakby jakiś obcy stwór wtargnął na mój teren, powęszył i poszedł sobie, kiedy już stracił zainteresowanie.

Z bezradności mocno ścisnęłam kubek – szczerze nienawidziłam tego uczucia. Czułam się też głupio. Niewątpliwie Ryan musiał już wielokrotnie wysłuchiwać podobnych komentarzy. Nawet jeśli tak było, to i tak nie mówił nic na ten temat.

– Myślisz, że to St. Jacques?

Spojrzał na mnie, po czym strzepał popiół do zlewu. Odchylił się do tyłu i oparty o blat zaciągnął się głęboko. Jego nogi sięgały do lodówki.

– Nie wiem. Do cholery, przecież my nawet nie mamy pewności, kogo spłoszyliśmy. St. Jacques to prawdopodobnie jego ksywa. Niezależnie kto korzystał z tamtej nory i tak pewnie tam nie mieszkał. Wygląda na to, że jego sąsiadka widziała go tylko dwa razy. Tydzień prowadziliśmy obserwację te go miejsca i przez ten czas nikt tam nie wchodził ani nie wychodził.

Hmmmm. Zaciągnięcie się, wydech. Łyk drinka.

– W swojej kolekcji miał moje zdjęcie. Wyciął je i zaznaczył X-em.

– No.

– Bądź ze mną szczery.

Milczał przez chwilę, po czym powiedział:

– Ja bym stawiał na niego. Zbieg okoliczności wydaje się zbyt nieprawdopodobny.

Zdawałam sobie z tego sprawę, ale wcale nie chciałam tego usłyszeć. Co więcej, w ogóle nie chciałam się zastanawiać, co z tego wynika. Wskazałam gestem na czaszkę.

– Z ciała, które znaleźliśmy w St. Lambert?

– Cóż, to twoja specjalność.

Wziął ostatniego macha, zgasił papierosa pod wodą z kranu i rozejrzał się za jakimś miejscem, żeby położyć niedopałek. Odepchnęłam blat i otworzyłam szafkę z workiem na śmieci. Kiedy się prostował, położyłam rękę na jego przedramieniu.

– Ryan, myślisz, że zwariowałam? Myślisz, że przypuszczenie, że to seryjny morderca to tylko wytwór mojej wyobraźni? Wyprostował się i wbił we mnie wzrok.

– Nie wiem. Po prostu nie wiem. Może masz rację. Cztery martwe kobiety w ciągu dwóch lat, z których wszystkie poćwiartowano albo rozcięto, albo i to, i to. Może piąta. Może są jakieś podobieństwa w metodzie okaleczenia. Poza tym wciskanie przedmiotów w ciała. Ale to wszystko. Jak na razie, nie ma żadnych innych podobieństw. Może sprawy są powiązane. A może nie. Może krąży brygada sadystów, którzy działają niezależnie od siebie. Może to St. Jacques załatwił je wszystkie. A może on po prostu lubi zbierać historie o wyczynach innych. Może to jedna osoba, ale wcale nie on. Może właśnie teraz snuje plany dotyczące swojego kolejnego wyczynu. Może ten sukinsyn właśnie podrzucił czaszkę pod twoim domem, a może to wcale nie on. Nie wiem. Ale wiem, że jakiś chory dupek dzisiejszej nocy umieścił czaszkę w twoich petuniach. Słuchaj, nie chcę, żebyś ryzykowała. Chcę, żebyś mi dała słowo, ze będziesz ostrożna. Żadnych kolejnych wypadów.

Znowu ten ojcowski ton.

– To była pietruszka.

– Co? – Powiedział to bardzo ostro, żeby zniechęcić mnie do dowcipkowania.

– To w takim razie chcesz, żebym co robiła?

– Na razie, żadnych tajemniczych wycieczek. – Wskazał palcem na worek. – I powiesz mi, kto tam jest.

Spojrzał na zegarek.

– Jezu. Piętnaście po trzeciej. Nie jestem ci już potrzebny?

– Nie. Dzięki, że przyjechałeś.

– Nie ma sprawy.

Jeszcze raz sprawdził telefon i system alarmowy, wziął plastikowy worek, po czym wypuściłam go frontowym wejściem. Kiedy patrzyłam, jak się oddala, nie mogłam nie zauważyć, że oprócz oczu, dżinsy korzystnie uwydatniały coś jeszcze. Brennan! Za dużo herbaty. Albo za mało czegoś innego.

Dokładnie o czwartej dwadzieścia siedem znowu zaczął się koszmar. Najpierw myślałam, że mi się śni, że po prostu odtwarzam wcześniejsze wydarzenia. Ale w gruncie rzeczy, to ja tak naprawdę nie zasnęłam. Leżałam na łóżku, starając się rozluźnić i zebrać swoje myśli. Ale dźwięk, który usłyszałam, był bez wątpienia prawdziwy. Wiedziałam, co to za dźwięk i co to znaczy. Pisk systemu alarmowego oznaczał, że otworzono któreś drzwi albo okno. Intruz wrócił i dostał się do środka.

Serce zaczęło walić mi jak młotem i poczułam, że wraca strach, najpierw duszący i paraliżujący, po chwili jednak wyzwolił falę adrenaliny, co mnie natychmiast oprzytomniło, ale nadal nie bardzo wiedziałam, jak się zachować. Co robić? Walczyć? Uciekać? Moje palce zacisnęły się na krawędzi koca. Byłam kompletnie zdezorientowana. Jak mu się udało przedostać koło radiowozów? W którym jest pokoju? Nóż! Był na kuchennym blacie! Leżałam sztywno, rozważając różne możliwości. Ryan sprawdził telefony, ale chciałam spać spokojnie, więc wyłączyłam z gniazdka ten stojący w sypialni. Czy zdołam znaleźć kabel, namierzyć małą trójkątną wtyczkę i zadzwonić, nim zostanę zatakowana? Ryan mówił, że gdzie stoją radiowozy? Jeśli otworzyłabym okno od sypialni i zaczęłabym krzyczeć, czy policjanci by mnie usłyszeli i zdążyli zareagować na czas?

Nasłuchiwałam jakichś symptomów ruchu w panującej wokół mnie ciemności. Właśnie! Ciche plaśnięcie. W przedpokoju? Wstrzymałam oddech. Siekaczami przygryzłam dolną wargę.

Chrobot na marmurowej posadzce. Blisko przedpokoju. Czy to może być Birdie? Nie, ten dźwięk wywołało coś znacznie cięższego. Znowu!

Delikatne drapanie, jakby o ścianę, a nie o podłogę. Zbyt wysoko jak dla kota.

Przez głowę przebiegło mi wspomnienie z Afryki. Nocna jazda w Ambn seli. Lampart, zastygły w światłach reflektorów dźipa, przykucnięty, z napn;

źonymi mięśniami, wciągający nocne powietrze przez nos, bezgłośnie zbliź;i jacy się do niczego nie podejrzewającej gazeli. Czy mój prześladowca był podobnie jak on panem ciemności, który zmierza w stronę mojej sypialni? Odcina mi drogi odwrotu? Co on robi? Dlaczego wrócił? Co powinnam zrobić? Na pewno coś! Nie leż tutaj i nie czekaj. Zrób coś!

Telefon! Spróbuję zadzwonić. Za oknami są przecież policyjne radiowozy. Dyżurujący policjant się z nimi skontaktuje. Czy uda mi się dosięgnąć do telefonu, nie zdradzając swojej pozycji? Czy tak naprawdę ma to jakieś znaczenie?

Powoli uniosłam kołdrę i ułożyłam się płasko na plecach. Szelest pościeli wydawał mi się głośny jak grzmot.

Coś ponownie podrapało ścianę. Głośniej. Bliżej. Jakby intruz zrobił się pewniejszy siebie, jakby mniej już mu zależało na ostrożności.

Z zesztywniałymi mięśniami i napiętymi ścięgnami zaczęłam powolutku przesuwać się na lewą stronę łóżka. Panujące w pokoju egipskie ciemności utrudniały mi orientację. Dlaczego zaciągnęłam zasłonę? Dlaczego odłączyłam ten telefon, żeby pospać chwilę dłużej? Głupia. Głupia. Głupia. Znajdź kabel, znajdź wtyczkę i w ciemności wystukaj 911. Sporządziłam w myślach inwentarz rzeczy znajdujących się na szafce nocnej i wytyczyłam drogę, którą powinna wybrać moja ręka. Będę musiała zsunąć się na podłogę, żeby dosięgnąć mikrofonu w telefonie.

Kiedy już byłam po lewej stronie łóżka, uniosłam się na łokciach. Usiłowałam przebić oczyma ciemności, ale udało mi się tylko namierzyć drzwi prowadzące do sypialni. Były słabo podświetlone z tyłu jakimś urządzeniem z żarzącą się tarczą. W drzwiach nie było widać żadnej sylwetki.

Zachęcona tym, spuściłam lewą nogę z łóżka i zaczęłam ją bardzo powoli opuszczać ku podłodze. Wtedy w drzwiach mignął cień i moja noga zastygła w pół drogi, a wszystkie mięśnie zesztywniały mi ze strachu.

To już koniec, pomyślałam. W swoim własnym łóżku. Sama. Przed domem czterech gliniarzy, nieświadomych niczego. Przed oczyma stanęły mi tamte cztery kobiety, ich kości, ich twarze, ich wypatroszone ciała. Przetykaczka. Figurka. Nie! krzyknął głos w mojej głowie. Nie ja. Proszę. Nie ja. Ile razy zdążę krzyknąć, nim się na mnie rzuci? Nim uciszy krzyki jednym pociągnięciem ostrza po moim gardle? Czy wystarczy, żeby zaalarmować policjantów na zewnątrz?

Moje oczy szaleńczo miotały się w tę i z powrotem, jak ślepia zwierzęcia w potrzasku. Ciemna masa wypełniła przestrzeń za szybą w drzwiach. Ludzka sylwetka. Leżałam niema, nieruchoma, nie będąc nawet w stanie dobyć z siebie swoich ostatnich krzyków.

Sylwetka zawahała się, jakby niepewna swojego następnego ruchu. Była zbyt rozmazana, żeby można zobaczyć jakieś szczegóły. Widziałam tylko postać w drzwiach. Jedynych drzwiach. Boże! Dlaczego nie trzymam w domu pistoletu?

Minęło kilka strasznie długich sekund. Może tamten nie widzi zarysu mojego ciała na brzegu łóżka. Może stamtąd pokój wyglądał na pusty. Czy miał latarkę? Czy włączy światło?

Mój umysł wyrwał się z paraliżu. Czego uczyli na lekcjach samoobrony? Biegnij, jeśli możesz. Nie mogę. Jeśli jesteś przyparta do muru, walcz, aby wygrać. Gryź. Kłuj palcami. Kop. Zrań go! Zasada numer jeden: Nie pozwól mu znaleźć się na tobie! Zasada numer dwa: Nie daj mu się zaskoczyć. Tak. Zaskocz go. Gdyby udało mi się dostać do którychś drzwi wyjściowych, gliny z samochodu mogłyby mnie uratować.

Moja lewa noga była już na podłodze. Cały czas leżąc na plecach, prawą nogę też zaczęłam przesuwać ku krawędzi łóżka, milimetr po milimetrze, okręcając się na pośladkach. Obie nogi miałam już na ziemi, kiedy sylwetka wykonała gwałtowny ruch i oślepiło mnie światło.

Moja ręka natychmiast powędrowała do oczu i rzuciłam się do przodu, desperacko próbując odepchnąć intruza na bok i uciec z sypialni. Moja prawa noga zaplątała się w prześcieradle i jak długa rozłożyłam się na dywanie. Szybko przeturlałam się na lewo i podniosłam się na czworaki, starając się znaleźć twarzą do atakującego. Zasada numer trzy: Nigdy nie odwracaj się plecami.

Postać stała cały czas po drugiej stronie pokoju, trzymając rękę na włączniku światła. Dopiero teraz miała twarz. Twarz zdradzającą jakieś wewnętrzne cierpienie, przyczyn którego mogłam tylko się domyślać. Twarz, którą znałam. Wyraz mojej własnej twarzy zmieniał się jak w kalejdoskopie. Przerażenie. Rozpoznanie. Zmieszanie. Nasze oczy spotkały się i długo się w siebie wpatrywałyśmy. Żadna z nas się nie ruszyła. Żadna nic nie mówiła. Wpatrywałyśmy się w siebie uporczywie. Krzyknęłam.

– Cholera, Gabby! Ty głupia suko! Co ty wyprawiasz? Co Ja ci zrobiłam? Ty suko! Ty cholerna suko!

Usiadłam na piętach, położyłam ręce na uda i nawet nie próbowałam powstrzymać łez spływających mi po twarzy i szlochu wstrząsającego ciałem.