/ Language: Polski / Genre:sf / Series: Mars (pl)

Błękitny Mars

Kim Robinson

Błękitny Mars kończy jedną z najwspanialszych sag science fiction, jakie kiedykolwiek napisano; stanowi trzecią część trylogii, wydaną po oklaskiwanym przez krytyków Czerwonym Marsie, który otrzymał Nebulę dla najlepszej powieści oraz Zielonym Marsie, zwycięzcy Nagrody Hugo w tej samej kategorii. Mars zatracił już charakterystyczną czerwoną barwę, teraz dominuje roślinna zieleń i błękit mórz. Ludziom żyłoby się wspaniale, gdyby nie gwałtowny napływ Ziemian. Przerażeni falą imigracji tubylcy mają do wyboru pustoszącą eksplozję populacyjną albo międzyplanetarną wojnę.

Kim Stanley Robinson

Błękitny Mars

Dla Lisy, Davida i Timothy’ego

CZĘŚĆ 1

Pawia Góra

W chwili obecnej Mars jest wolny. Jesteśmy niezależni i nikt nie może nam niczego nakazać — powiedziała stojąca na przedzie pociągu Ann. — Jednak łatwo jest wrócić do starych przyzwyczajeń. Niszczycie jeden hierarchiczny układ, a już pojawia się drugi i zajmuje miejsce poprzedniego. Trzeba bardzo uważać, ponieważ zawsze znajdą się ludzie, którzy zechcą tu stworzyć kolejną Ziemię. Areofania oznacza nieustanną, niemal wieczną walkę. Intensywniej niż kiedykolwiek będziemy musieli się zastanowić, co to znaczy być Marsjaninem.

Jej słuchacze siedzieli rozparci w fotelach i oglądali przez okna migające krajobrazy. Byli znużeni, w oczach czuli piasek. Czerwonoocy „czerwoni”. W ostrym świetle brzasku wszystko wokół wyglądało osobliwie świeżo — smagana wiatrem naga ziemia, z rzadka porośnięta niskimi zaroślami i kępami porostów w kolorze khaki.

Marsjanie usunęli ze swojej planety wszystkie ziemskie formacje policyjne i militarne. Kampania była długa, a zakończyły ją miesiące krwawych starć. Na Ziemi w tym okresie szalała wielka powódź. Marsjańscy bojownicy odczuwali zmęczenie.

— Przybyliśmy z Ziemi na Marsa. Podczas przelotu dostąpiliśmy pewnego rodzaju oczyszczenia. Łatwiej nam było dostrzec wiele spraw, zdobyliśmy też swobodę działania, której nie mieliśmy wcześniej. Otrzymaliśmy sposobność pokazania się od najlepszej strony. Podjęliśmy więc wyzwanie, a obecnie tworzymy lepszy świat dla całej naszej społeczności.

Tak wyglądał mit, który towarzyszył dorastaniu wszystkich młodych Marsjan. Teraz, kiedy Ann opowiedziała im go ponownie, wpatrzyli się w nią z uwagą. Przeprowadzili przecież rewolucję, walczyli we wszystkich marsjańskich bitwach, zepchnęli ziemskie siły policyjne do Burroughs, następnie zatopili miasto, a uciekających Ziemian ścigali aż do Sheffield, na Pavonis Mons. Później musieli wypędzić wroga z Sheffield, wpakować do kosmicznej windy i odesłać na Ziemię. Ciągle jeszcze mieli sporo do zrobienia, jednakże udała im się ewakuacja Burroughs, osiągnęli wspaniale zwycięstwo i na niektórych z pozoru obojętnych twarzach młodych ludzi patrzących na Ann lub wyglądających przez okno widać było pragnienie chwili wytchnienia, momentu przerwy dla triumfu. Wszyscy byli wyczerpani.

— Hiroko nam pomoże — rzucił któryś z młodych, przerywając milczenie w sunącym ponad marsjańskim lądem pociągu.

Ann potrząsnęła głową.

— Hiroko jest „zielona” — zauważyła — na wskroś „zielona”.

— Ależ to ona wynalazła areofanię — sprzeciwił się młody tubylec. — Nasza planeta jest dla niej najważniejsza. Hiroko nam pomoże, jestem o tym przekonany. Spotkałem ją kiedyś i tak mi powiedziała.

— Tyle że ona nie żyje — wtrącił ktoś.

Znowu zapadło milczenie.

W końcu wstała jakaś wysoka, młoda kobieta. Ruszyła przejściem między fotelami, podeszła do Ann i uściskała ją. Tym gestem odczyniła złe uroki. Zrezygnowano ze słów. Tubylcy wstali i podążyli ku przodowi pociągu, gdzie zbierali się wokół Ann; ściskali ją i chwytali za ręce lub po prostu dotykali jej ubrania. Ann Clayborne — ta, która nauczyła ich kochać Marsa dla niego samego, ta, która poprowadziła ich do walki o uniezależnienie się od Ziemi, i chociaż jej przekrwione oczy pozostały niewzruszone, patrząc pomiędzy zgromadzonymi na sponiewierany skalisty obszar masywu Tyrrhena, stara kobieta uśmiechała się. Ona także ściskała młodych Marsjan i wyciągała ręce, aby dotknąć ich twarzy.

— Wszystko będzie dobrze — oświadczyła. — Oswobodzimy nasz świat.

Niemal chórem odkrzyknęli, że tak się stanie, i wzajemnie sobie gratulowali.

— Do Sheffield — powiedziała Ann. — Dokończyć pracę. Mars sam nam powie, co mamy robić.

— Tyle że ona żyje — oznajmił młody mężczyzna. — Widziałem ją w ubiegłym miesiącu w Arkadii. I znowu się pokaże. Gdzieś na pewno się pojawi.

W pewnej chwili przed świtem niebo wciąż jarzyło się takimi samymi pasmami różu jak przed laty. Było blade i jasne na wschodzie, ciemne i jeszcze gwiaździste na zachodzie. Ann oczekiwała na ten moment, gdy tymczasem jej towarzysze wieźli ją ku zachodowi, w kierunku masy wznoszącego się w niebo czarnego wzniesienia — wypiętrzenia Tharsis, za którym widać było rozległy stożek Pavonis Mons. Jadąc z Noctis Labyrinthus, wznieśli się sporo w nową atmosferę. Ciśnienie powietrza u stóp Pavonis wynosiło jedynie sto osiemdziesiąt milibarów, a kiedy znaleźli się na wschodnim stoku wielkiego wulkanu tarczowego, opadło poniżej stu milibarów i nadal się obniżało. Powoli wjechali ponad obszar widocznej roślinności, która dotąd kuliła się na zabrudzonych plamach rzeźbionego wiatrem śniegu, następnie wspięli się nawet ponad śnieg, aż otoczyły ich już tylko skały i towarzyszył słaby, choć nieustanny zimny wiatr. Goła ziemia wyglądała tak samo jak w latach poprzedzających przylot ludzi na Marsa. Czuli się, jak gdyby wjeżdżali w przeszłość.

No, może nie aż tak… Ale coś w sercu Ann Clayborne zapłonęło na widok tego świata w kolorze żelaza, świata kamiennego i smaganego ciągłym wiatrem. W miarę jak pojazdy „czerwonych” wtaczały się na górę, kolejnych pasażerów tak samo jak Ann oczarowywał obserwowany widok. W kabinach zapadało milczenie, podczas gdy słońce rozświetlało leżący przed roverami odległy horyzont.

Po jakimś czasie pochyłość, po której wjeżdżali, stała się łagodniejsza, tworząc idealną sinusoidę, aż znaleźli się na płaskim terenie zaokrąglonego szczytowego płaskowyżu. Tutaj podróżnicy dostrzegli namiotowe miasta otaczające krawędź gigantycznej kaldery; większość skupiła się wokół odległej o mniej więcej trzydzieści kilometrów na południe dolnej części kosmicznej windy.

Marsjanie zatrzymali pojazdy. Milczenie w kabinach z pełnego czci zmieniło się w ponure. Ann stała przy jedynym oknie górnej kabiny, spoglądała na południe, ku Sheffield — dziecku kosmicznej windy — miastu najpierw zbudowanemu z powodu windy, potem spłaszczonemu pod tonami upadłego kabla, wreszcie wraz z przywróceniem windy odbudowanemu. Do tego miasta Ann przybyła kiedyś, by je zniszczyć, zrównać z ziemią niczym Rzymianie Kartaginę; tak jak „czerwoni” w roku 2061 — zamierzała zerwać nowy kabel. Gdyby jej się udało, znowu zostałaby zniszczona ogromna część Sheffield. Przetrwałby jedynie bezużyteczny fragment usytuowany na szczycie wysokiego wulkanu, w większości ponad atmosferą. Po jakimś czasie mieszkańcy zapewne porzuciliby pozostałe budowle, a następnie zdemontowali je w celu późniejszego wykorzystania. Zostałby jedynie fundament namiotu, być może stacja meteorologiczna i — koniec końców — długi, oświetlony słońcem, milczący wierzchołek góry. Sól była już w ziemi.

Przyłączył się do nich jednoosobowy rover wesołej przedstawicielki „czerwonych” z Tharsis imieniem Iriszka, która pilotowała podróżników przez labirynt magazynów i małych namiotów otaczających skrzyżowanie równikowego toru magnetycznego z torem wokół stożka. Podczas jazdy opisała im lokalną sytuację. Marsjańscy rewolucjoniści odbili już większość Sheffield i pozostałych osad położonych na stożku Pavonis. Niestety, winda kosmiczna i otoczenie jej podstawowego kompleksu znajdowały się jeszcze w rękach wrogów i trudno je było odebrać. Siły rewolucjonistów na Pavonis składały się przeważnie z kiepsko uzbrojonych milicjantów, którzy w dodatku nie zawsze działali według tego samego planu, a swe dotychczasowe sukcesy zawdzięczali rozmaitym czynnikom: zaskoczeniu, opanowaniu marsjańskiej przestrzeni, wielu zwycięstwom strategicznym, wsparciu ogromnej części społeczności Marsa, a także niechęci, z jaką Zarząd Tymczasowy Organizacji Narodów Zjednoczonych strzelał do cywili, nawet kiedy masowo demonstrowali na ulicach. Dzięki tej sprzyjającej sytuacji siły bezpieczeństwa ZT ONZ wycofały się wcześniej z całego Marsa do Sheffield — w celu przegrupowania — i teraz większość z nich przebywała w wagonikach windy, jadącej na Clarke’a: asteroidę balastową, a równocześnie stację kosmiczną; reszta Ziemian tłoczyła się wokół betonowego kompleksu podstawowego, zwanego „gniazdem” i zawierającego w sobie pomocnicze urządzenia windy, magazyny przemysłowe oraz część hotelowo-noclegowo-restauracyjną, w której do niedawna mieszkali i żywili się pracownicy stacji.

— Teraz to wszystko się przydaje — powiedziała Iriszka — choć są ściśnięci jak sardynki. Gdyby nie mieli jedzenia i schronienia, prawdopodobnie spróbowaliby się przebić. A tak… Są wprawdzie zdenerwowani i niepewni, lecz przynajmniej żyją.

Ann pomyślała, że stan rzeczy w Sheffield przypomina jej nieco właśnie rozwiązany problem w Burroughs. Uważała, że ten również da się rozstrzygnąć. Trzeba było jedynie znaleźć ochotników, którzy wykonają zadanie, to znaczy zmuszą ZT ONZ do ewakuacji na Ziemię, a następnie zniszczą kabel, zrywając tym samym na dobre połączenie Marsa z Ziemią. Później wystarczy tylko udaremniać każdą próbę zamontowania nowego kabla, ale mogła ona nastąpić dopiero za dziesięć lat, jako że tyle trwało zbudowanie go na orbicie.

Iriszka prowadziła rovery po rumoszu wschodniego Pavonis, aż mała karawana dojechała do stożka kaldery, gdzie pojazdy zaparkowano. Na południowej i zachodniej krawędzi Sheffield przy pewnym wysiłku można było rozróżnić kabel windy, ledwie dostrzegalną linię — jedynie kilka kilometrów z dwudziestu czterech tysięcy. Mimo że był tak trudny do zauważenia, niemal niewidoczny, jego istnienie zdominowało każdy ruch podróżników, każdą ich rozmowę, a nawet każdą myśl. Wszystko obracało się wokół tej czarnej nici łączącej Marsa z Ziemią.

Kiedy rozbili obóz i rozlokowali się, Ann zadzwoniła przez komputer na nadgarstku do swojego syna, Petera. Był on jednym z przywódców rewolucji na Tharsis, dowodził też kampanią przeciw ZT ONZ, która zmusiła ziemskie wojska, by wycofały się, zajmując „gniazdo” i teren wokół niego. Zwycięstwo to nie było zbyt spektakularne, niemniej jednak uczyniło Petera jednym z bohaterów ubiegłego miesiąca.

Twarz syna pojawiła się na nadgarstku Ann. Był do niej bardzo podobny, co nagle dziwnie ją zaniepokoiło. Natychmiast zauważyła, że jest roztargniony. Najwyraźniej absorbowało go coś zupełnie innego niż rozmowa z matką.

— Jakieś nowiny? — spytała.

— Nie. Znaleźliśmy się chyba w swego rodzaju impasie. Pozwalamy im się swobodnie przemieścić w rejon windy i tym samym zdobyć kontrolę nad stacją kolejową, lotniskami na południowym stożku oraz linią kolei podziemnej stąd do „gniazda”.

— Przyleciały samoloty, które ich ewakuowały z Burroughs?

— Tak. Najwyraźniej większość ludzi odleci na Ziemię. Tutaj jest bardzo tłoczno.

— Wracają na Ziemię czy na naszą orbitę?

— Na Ziemię. Nie sądzę, aby jeszcze ufali orbicie.

Uśmiechnął się. Peter sporo działał w przestrzeni, wspomagając między innymi wysiłki Saxa. Jej syn, kosmonauta, reprezentant „zielonych”! Z powodu różnic politycznych przez wiele lat ledwie ze sobą rozmawiali.

— No, więc, co zamierzasz teraz zrobić? — spytała Ann.

— Nie wiem. Nie sądzę, żeby udało nam się przejąć windę albo „gniazdo”. Po prostu nie ma takiej możliwości. Zresztą, nawet gdyby była, tamci w każdej chwili mogą zerwać windę.

— A zatem?

— No cóż… — Peter nagle spojrzał na nią z niepokojem. — Ten pomysł nie wydaje mi się dobry. A tobie?

— Ja uważam, że kabel powinien spaść.

Teraz w spojrzeniu syna pojawiła się irytacja.

— Lepiej więc trzymaj się z dala od linii ewentualnego upadku.

— Będę.

— Nie chcę, żeby ktoś zrywał kabel bez wcześniejszej wnikliwej dyskusji — oświadczył ostrym tonem. — To ważne. Decyzję powinna podjąć cała marsjańska społeczność. Osobiście sądzę, że winda jest nam potrzebna.

— Tyle że w żaden sposób nie potrafimy jej przejąć.

— Zobaczymy. Tymczasem, wolałbym, żebyś się w to nie mieszała. Słyszałem, co się zdarzyło w Burroughs, jednak Sheffield to co innego. Rozumiesz? Razem ustalamy strategię. Taką sprawę trzeba omówić.

— Faktycznie, niektórzy są świetni w gadaniu — rzuciła z goryczą Ann.

Zawsze wszystko gruntownie omawiano i w wyniku tych dyskusji ona zawsze przegrywała. Kiedyś można było tak postępować, ale teraz — tak sądziła — trzeba zacząć działać. Peter, niestety, ponownie stracił zainteresowanie rozmową z nią. Odczuła, jak gdyby odrywała go od prawdziwej pracy, wygadując bzdury. Jej syn zapewne sam zamierza podjąć decyzję związaną z windą. Niewątpliwie łączyło się to u niego z ogólniejszym pragnieniem władania planetą. Tacy byli ci pierworodni nisei — stale usiłowali usunąć w cień przedstawicieli pierwszej setki i pozostałych issei. Gdyby żył John, nie byłoby im tak łatwo, lecz król był martwy, a zatem niech żyje nowy król, jej syn, król nisei — pierwszych prawdziwych Marsjan.

Niezależnie jednak od kwestii związanych z władzą, armia „czerwonych” zbierała się obecnie na Pavonis-Mons. „Czerwoni” stanowili najsilniejsze ugrupowanie militarne, które pozostało na Marsie, i teraz zamierzali zakończyć dzieło rozpoczęte w okresie, gdy Ziemię nawiedziła wielka powódź. Nie wierzyli w jednomyślność ani w kompromis, a zerwanie windy było według nich sprawą oczywistą i niezbędną.

Peter najwyraźniej nie zdawał sobie z tego sprawy. A może po prostu nie chciał zaprzątać sobie głowy. Ann zaczęła mówić mu o tym, lecz jej syn kiwał tylko głową, mamrocząc: „Tak, tak, jasne”. Był równie arogancki, jak inni „zieloni”, wiecznie pogodny i głupi, tak jak oni stale używał wykrętów i dyskutował o konieczności kontaktów z Ziemią, sądząc w swej naiwności, że zdoła tak potężnego przeciwnika zmusić do jakichkolwiek ustępstw. Nie, nie. Trzeba natychmiast podjąć działanie, podobnie jak w trakcie zatopienia Burroughs czy w przypadku aktów sabotażu, które doprowadziły do rewolucji. Bez nich nawet by się nie zaczęła albo — gdyby się zaczęła — natychmiast by ją zdławiono, podobnie jak w roku 2061.

— Tak, tak. Lepiej więc zwołajmy zebranie — oznajmił Peter. Ann miała wrażenie, że denerwuje go równie mocno jak on ją.

— Tak, tak — smutno powtórzyła za nim Ann. Ciągle tylko zebrania. Chociaż musiała przyznać, że często okazywały się celowe: dzięki nim ludzie sądzili, że ich zdanie się liczy, mimo iż prawdziwą pracę wykonywano gdzieś indziej.

— Spróbuję je zorganizować — stwierdził Peter. Ann zauważyła, że w końcu udało jej się zwrócić uwagę syna. Jednak spojrzenie miał nieprzyjemne, jak gdyby zamierzał jej grozić. — Zanim wszystko wymknie nam się z rąk — dodał.

— Już się wymknęło — mruknęła i przerwała połączenie.

Ann obejrzała programy informacyjne na różnych kanałach: na Mangalavidzie, w prywatnych sieciach „czerwonych”, skróty wiadomości z Ziemi. Chociaż Pavonis i winda znajdowały się obecnie w centrum uwagi wszystkich osób na Marsie, fakt ten nie znajdował odbicia w informacjach.

Ann wydawało się, że na wulkanicznej górze jest więcej partyzanckich oddziałów „czerwonych” niż „zielonych” jednostek Wolnego Marsa i ich sojuszników; trudno jednak było mieć pewność. Kasei i większość przedstawicieli radykalnego skrzydła „czerwonych”, nazywanego „Kakaze” (czyli „ognisty wiatr”), zajęli ostatnio północny stożek Pavonis, przejmując także stację kolejową i namiotową osadę Lastflow. Towarzysze podróży Ann (niemal wszyscy pochodzili z dawnego głównego nurtu „czerwonych”) dyskutowali nad problemem ewentualnego objazdu stożka i przyłączenia się do ugrupowania „Kakaze”, w końcu jednak zdecydowali się pozostać we wschodnim Pavonis. Ann obserwowała tę debatę w milczeniu, ale ucieszyła się z rezultatu, ponieważ wolała trzymać się z dala od Kaseia, Dao i ich grupy. Była zadowolona, że zostaje w dotychczasowym miejscu.

Przebywało tu również sporo oddziałów Wolnego Marsa; przeprowadzali się z pojazdów do porzuconych magazynów. Wschodnie Pavonis powoli stawało się głównym skupiskiem wszelkiego rodzaju grup rewolucyjnych. Parę dni po przybyciu Ann weszła do jednego z największych magazynów w namiocie i po ubitym regolicie dotarła na miejsce zebrania; zamierzała wziąć udział w ogólnym spotkaniu strategicznym.

Wyglądało zresztą niemal dokładnie tak, jak się spodziewała. Co jakiś czas przemawiała Nadia, z którą obecnie nie miała zamiaru się spierać. Siedziała więc tylko w fotelu pod tylną ścianą i w milczeniu wysłuchiwała kolejnych opisów sytuacji. Jawnie nikt nie zamierzał powiedzieć głośno tego, co Peter już przyznał w rozmowie z Ann — że nie istnieje sposób usunięcia przedstawicieli ZT ONZ z kosmicznej windy; mimo to, zebrani próbowali omówić ów problem.

W dalszej części zebrania podszedł do Ann Sax Russell. Usiadł obok.

— Kosmiczna winda — odezwał się — może być… użyteczna.

Rozmowa z Saxem nie sprawiała jej najmniejszej przyjemności. Ann wiedziała, że przedstawiciele bezpieczeństwa ZT ONZ uszkodzili mu mózg, po czym poddał się kuracji, która zmieniła jego osobowość; ta myśl w niczym jednak nie pomagała, wręcz przeciwnie — komplikowała wszystko. Czasami Ann wydawało się, że rozmawia z tym samym starym Saxem, równie znajomym, jak bardzo znienawidzony brat, innymi razy naprawdę miała wrażenie, że ciało Russella przejęła całkiem obca osoba. Te dwa sprzeczne odczucia stale się ze sobą mieszały, czasem nawet współistniały. Zanim Sax do niej podszedł, gawędził z Nadią oraz Artem i wówczas wyglądał jak nieznajomy wytworny starzec o przeszywającym spojrzeniu, mówiący głosem Saxa i w jego dawnym stylu. Natomiast teraz, gdy siedział obok niej, stwierdziła, że zmiany w jego twarzy są jedynie powierzchowne, lecz chociaż wyglądał znajomo, w jego wnętrzu znajdował się ktoś nieznajomy — osobnik, który jąkał się i denerwował, potem nagle milkł po nieudanej próbie zwerbalizowania czegoś, wreszcie dorzucał słowo, które ledwie pasowało do wypowiedzianego właśnie zdania.

— Winda to, to środek. Do… wznoszenia się… Narzędzie.

— Nie, jeśli jej nie kontrolujemy — odparła Ann ostrożnie, jakby pouczała dziecko.

— Kontrola… — odezwał się Sax, po czym zamyślił się nad tym słowem, jak gdyby było dla niego zupełnie nowe. — Wpływ? Jeśli windę może zerwać każdy, kto tego naprawdę chce, w takim razie… — Przerwał i ponownie zatracił się w myślach.

— W takim razie co? — podsunęła Ann.

— W takim razie, można powiedzieć, że kontrolują ją wszyscy. Zgodna egzystencja. Czy to oczywiste?

Miała wrażenie, że słuchała kogoś, kto tłumaczy z innego języka. To nie był Sax. Ann potrafiła jedynie potrząsać głową i łagodnie spróbować wyjaśnić, że winda to środek lokomocji, za pomocą którego metanarodowcy docierają na Marsa. Jest teraz w posiadaniu tamtych, a rewolucjoniści nie mają możliwości usunięcia z niej ich sił policyjnych. Jedyną sensowną decyzją w takiej sytuacji było zerwanie kabla. Trzeba ostrzec pasażerów, przedstawić im plan działania, a następnie wykonać zadanie.

— Straty w ludziach byłyby minimalne. Ci, którzy zginą, staną się ofiarą własnej głupoty, pozostając na kablu albo na równiku…

Na nieszczęście, słowa Ann usłyszała stojąca na środku sali Nadia i potrząsnęła głową tak gwałtownie, że kosmyki siwych włosów podfrunęły jak kołnierz klauna. Od czasu Burroughs Nadia ciągle jeszcze gniewała się na Ann bez żadnego konkretnego powodu, toteż teraz Ann, widząc jak Rosjanka podchodzi do nich, obrzuciła ją piorunującym spojrzeniem.

— Potrzebujemy windy — odezwała się uprzejmie Nadia. — Stanowi nasz środek transportu na Ziemię, tak samo jak dla Ziemian — środek lokomocji na Marsa.

— Ależ nie musimy się kontaktować z Ziemią — odparła Ann. — Nie wiąże nas z nią fizyczne pokrewieństwo, nie widzisz tego? Nie mówię, że nie powinniśmy mieć wpływu na Ziemię, nie jestem izolacjonistką, jak Kasei czy Kojot. Zgadzam się, że trzeba nad tym popracować, ale zrozum, to nie jest coś „fizycznego”. Raczej kwestia pomysłów, rozmowy i może kilku wysłanników. Chodzi o wymianę informacji. Wtedy przynajmniej wszystko jest jasne. Natomiast gdy dochodzą kwestie fizyczne, takie jak wymiana zasobów, masowa emigracja albo kontrola policyjna, wtedy winda staje się elementem użytecznym, a nawet niezbędnym. Więc jeśli ją zdemontujemy, powiemy: „Będziemy współpracować jedynie na naszych warunkach”.

Cała sprawa była oczywista, Nadia jednak pokręciła głową. Ann nie mogła uwierzyć, że tamta się z nią nie zgadza.

Sax odchrząknął i w swoim starym stylu — tonem, jak gdyby wymieniał pierwiastki układu okresowego — powiedział:

— Potrafimy ją zerwać, więc wyobraźmy sobie po prostu, że już jej nie ma… — Zamrugał jak dawniej. Był niczym duch, nagle pojawiał się u boku Ann, jak uosobienie terraformowania; wróg, którego się pozbywała i który stale powracał: Saxifrage Russell, taki sam jak zawsze. Mogła jedynie znowu się z nim kłócić, przegrywać, czuć, że wypowiada nieodpowiednie słowa…

Jednak spróbowała:

— Ludzie kierują się tym, co widzą, Sax. Metanarodowi dyrektorzy, przedstawiciele ONZ i rządów państw podniosą oczy na Marsa, zobaczą, co się tu dzieje, i uzależnią od tego swoje postępowanie. Jeśli kabel zniknie, nie dotrą do nich nasze zasoby. Po prostu przestaniemy być dla tych ludzi interesujący. Póki kabel jest na swoim miejscu, jesteśmy im potrzebni. Będą myśleli: „No cóż, moglibyśmy się nimi zająć”. Na pewno wiele osób zacznie krzyczeć, że trzeba tu przylecieć.

— Przylot zawsze będzie możliwy. Kabel to tylko sposób oszczędzenia paliwa.

— Oszczędzające paliwo urządzenie, które umożliwia przenoszenie masy.

Sax tracił poczucie rzeczywistości i wydawał się coraz bardziej obcy. Przez dość długi czas nikt nie zwracał na Ann uwagi, a Nadia kontynuowała wypowiedź na temat znaczenia kabla w kontroli orbity, przesyłaniu informacji i tym podobnych kwestii.

W pewnej chwili „obcy Sax” przerwał Nadii, jak gdyby w ogóle jej nie słuchał.

— Obiecaliśmy… pomóc im odejść.

— Wysyłając im więcej metali? — spytała Ann. — Czy naprawdę ich potrzebują?

— Można by… przyjąć ludzi. To mogłoby pomóc.

Ann pokręciła głową.

— Nigdy nie zdołalibyśmy ich w tym względzie zaspokoić.

Sax zmarszczył brwi. Nadia zauważyła, że jej nie słuchają, i odwróciła się w stronę stołu. Sax i Ann zamilkli.

Zawsze się kłócili. Nigdy nie przyznali się przed sobą do żadnego błędu, nigdy nie wchodziły w grę żadne kompromisy, nigdy nie osiągali porozumienia. Spierali się, używając stale tych samych słów, które dla każdego z nich oznaczały zupełnie coś innego; właściwie nawet nie zwracali się do siebie. A przecież kiedyś było inaczej, kiedyś mówili tym samym językiem i rozumieli się. Miało to jednak miejsce tak dawno temu, że Ann nawet nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy. Na Antarktydzie? Gdzieś. Ale nie na Marsie.

— Wiesz — powiedział Sax przyjacielskim tonem, jak gdyby znowu zmienił się w kogoś innego — to nie milicja „czerwonych” skłoniła Zarząd Tymczasowy do ewakuacji z Burroughs i reszty planety. Gdyby dokonali tego nasi partyzanci, wówczas Ziemianie ścigaliby ich i nawet mogliby schwytać. Z masowych demonstracji w namiotach jasno wynika, że prawie wszyscy na planecie są przeciwko nim. Oto, czego wszystkie rządy obawiają się najbardziej — masowych protestów w miastach. Gdy setki tysięcy ludzi wychodzą na ulice i manifestują za odrzuceniem aktualnego systemu. To właśnie Nirgal ma na myśli, kiedy mówi, że potęgę władzy danego kraju widać w spojrzeniach ludzi, jego mieszkańców. A nie w lufach karabinów.

— A więc? — spytała Ann.

Sax wskazał na ludzi w magazynie.

— Oni wszyscy są „zieloni”.

Pozostali kontynuowali dyskusję. Przechyliwszy głowę, Sax obserwował swoją rozmówczynię.

Ann wstała i wyszła z zebrania, na osobliwie spokojne ulice wschodniego Pavonis. Na narożnikach rozlokowały swe posterunki grupy przedstawicieli milicji. Wypatrywali w kierunku południowym, ku Sheffield i końcowej stacji kabla. Zadowoleni, nastawieni optymistycznie, poważni młodzi tubylcy. Stojąca na jednym rogu grupka osób pogrążona była w ożywionej dyskusji i kiedy Ann ich mijała, jakaś młoda kobieta, której twarz była bardzo skupiona i zaróżowiona od zapalczywie wyrażanych przekonań, krzyczała:

— Nie możecie po prostu robić, co chcecie!

Ann nie zatrzymała się. Im dalej szła, tym bardziej czuła się nieswojo, choć nie potrafiła wyjaśnić przyczyny swego niepokoju. Rozmyślała o tym, jak ludzie się zmieniają: w małych przejściach kwantowych, porażeni zewnętrznymi wydarzeniami; żadnego celu, żadnego planu. Ktoś mówi: „spojrzenia w oczach ludzi” i to zdanie łączy się nagle z obrazem — twarz rozjarzona zapalczywie wyrażanym przekonaniem — oraz z inną frazą: „Nie możecie po prostu robić, co chcecie!”. Pod wpływem widoku twarzy owej młodej kobiety Ann przyszło do głowy, że tutaj decyduje się nie tylko o losie kabla, że młodzi i starzy Marsjanie usiłują rozstrzygnąć bardziej ogólną kwestię, ostry postrewolucyjny problem, ważniejszy chyba niż jakakolwiek poszczególna sprawa, nawet los kabla. Chodziło mianowicie o sposób podejmowania wszelkich decyzji. Do chwili obecnej większość członków podziemia działała według roboczej zasady brzmiącej: „Skoro się z tobą nie zgadzamy, będziemy z tobą walczyć”. Ann doszła do wniosku, że właśnie owo nastawienie pchało ludzi do podziemia. Przyzwyczaili się do tej metody i teraz trudno im było znaleźć inną. Niedawno udowodnili, że się dobrze sprawdza, nie widzieli więc powodu, by jej unikać. Ann bardzo dobrze ich rozumiała.

Jednak potęga władzy… powiedzmy, że naprawdę widać ją w spojrzeniach ludzi. Możesz ciągle walczyć, lecz jeśli nie towarzyszy ci poparcie ludu…

Ann nadal rozmyślała nad tą kwestią, wjeżdżając roverem do Sheffield (zdecydowała się opuścić farsową popołudniową sesję strategiczną we wschodnim Pavonis). Chciała rzucić okiem na „miejsce akcji”.

Ciekawe, jak pozornie mało zmieniło się w codziennym życiu Sheffield. W tym najbardziej zatłoczonym z namiotowych miast ludzie ciągle chodzili do pracy, jadali w restauracjach, rozmawiali, siedząc na trawie w parkach, zbierali się w miejscach publicznych. W sklepach i lokalach panował straszliwy tłok. Większość przedsiębiorstw w Sheffield do niedawna należała do metanarodowców i obecnie ludzie śledzili na ekranach swoich komputerów długie kłótnie na temat przyszłości — dywagowano, jaki powinien być teraz stosunek pracowników do dawnych właścicieli firm, gdzie powinno się kupować surowce, komu powinno się sprzedawać produkty, czyich przepisów należy przestrzegać, komu płacić podatki. Jak wskazywały debaty na monitorach oraz wieczorne programy informacyjne i wiadomości w sieci komputerów naręcznych, panowało ogólne zamieszanie.

Jednakże plac, na którym stworzono rynek żywnościowy, wyglądał, jak gdyby nigdy nie pełnił innej funkcji. Większą część jedzenia wytwarzały i rozdzielały spółdzielnie; istniały sieci rolne, nadal działały też oranżerie na Pavonis i za produkty płacono na rynku tak jak wszędzie — dolarami ZT ONZ lub kredytami. Raz czy dwa Ann widziała sprzedawców w fartuchach, którzy z czerwonymi twarzami wrzeszczeli na klientów, a ci natychmiast odpłacali im się tym samym, spierając się o jakąś sprawę związaną z polityką rządu. W pewnej chwili, gdy mijała pogrążonych w takiej kłótni (która niewiele się różniła od sporów, jakie na Pavonis prowadzili przywódcy ugrupowań) ludzi, dyskutanci nagle umilkli i spojrzeli na nią. Rozpoznali ją.

— Gdybyście wy, „czerwoni”, dali sobie spokój — oświadczył głośno sprzedawca warzyw — tamci po prostu grzecznie by się wynieśli!

— Ach, odczep się — odparował ktoś. — Ona się tym nie zajmuje.

Jakie to prawdziwe, pomyślała Ann, idąc dalej.

Dostrzegła tłumek osób czekających na przyjazd tramwaju. Transport nadal działał, gotów na autonomię. Namiot również funkcjonował, co wcale nie było takie oczywiste, chociaż najwyraźniej większość Marsjan przyjmowała ten fakt za rzecz naturalną; prawda była jednak taka, że każda z osób obsługujących namiot musiała przedkładać pracę ponad wszystko inne. Sami zdobywali niezbędne surowce, przeważnie czerpiąc z powietrza; ich słoneczne kolektory i reaktory atomowe wytwarzały całą potrzebną moc. Konstrukcja namiotów była więc krucha, lecz gdyby pozostawić je samym sobie, bez problemów mogłyby istnieć w systemie politycznej niezależności; nie potrzebowały prywatnego właściciela, mało tego, nie było żadnego usprawiedliwienia dla takiego rozwiązania.

W mieście nikt nie narzekał na brak artykułów pierwszej potrzeby ani na usługi. Codzienne życie toczyło się jak przedtem, rewolucja niemal niczego nie zmieniła.

Tak się w każdym razie wydawało na pierwszy rzut oka. Przyjrzawszy się bliżej, na ulicach można było dostrzec zbrojne grupy młodych tubylców, którzy po trzech, czterech lub pięciu stali na narożnikach ulic. Przy wyrzutniach pocisków i odczytach teledetekcyjnych trwali przedstawiciele rewolucyjnej milicji — częściej „zieloni” niż „czerwoni”. Przechodnie przyglądali się im albo zatrzymywali ich, by pogawędzić i zapytać, co robią. Uzbrojeni tubylcy odpowiadali, że nie spuszczają oka z „gniazda”. Ann zauważyła jednakże, że pełnią również funkcję policjantów, co ogólnie akceptowano i popierano. Mieszkańcy uśmiechali się podczas rozmów z żołnierzami; to była przecież ich własna policja, ich towarzysze-Marsjanie, którzy znajdowali się tutaj, by ich chronić, aby strzec dla nich Sheffield. Wydawało się, że mieszkańcy pragną obecności żołnierzy w mieście. Gdyby ich zabrakło, wtedy każdy podchodzący nieznajomy mógłby stanowić zagrożenie, a każde przepełnione złością spojrzenie — oznaczać atak, który rozpędziłby członków milicji na cztery wiatry. W oczach ludzi widniała absolutna jednomyślność; rządziła tym światem.

Podczas następnych kilku dni Ann sporo rozmyślała; jeszcze intensywniej, gdy wsiadła w pociąg jadący po stożku w lewo, do północnego łuku stożka. Tam Kasei, Dao i inni „Kakaze” zajmowali mieszkania w małym namiocie o nazwie Lastflow. Wcześniej usunęli przemocą nie biorących udziału w walce mieszkańców, którzy natychmiast pojechali pociągiem do Sheffield, gdzie wściekle żądali, by oddać im domy, oraz poinformowali Petera i pozostałych przywódców „zielonych”, że „czerwoni” przyholowali ciężarówkami wyrzutnie rakietowe i umieścili je na północnym stożku; rakiety wycelowali w windę i, ogólnie rzecz biorąc, w Sheffield.

Ann wysiadła na małej stacji Lastflow w kiepskim nastroju, wściekła na arogancję „Kakaze”, która wydała jej się tak samo idiotyczna jak impertynencja „zielonych”. Radykalni „czerwoni” radzili sobie całkiem dobrze podczas kampanii Burroughs, w sposób bardzo spektakularny — jako ostrzeżenie — zajmując dajkę; później podjęli się niewdzięcznego zadania zniszczenia jej, mimo iż towarzyszyły im protesty wszystkich innych frakcji rewolucyjnych, które zebrały się na południowych wzniesieniach, a podczas wycofywania się zmuszonych do odwrotu sił bezpieczeństwa metanarodowców gotowe były ocalić cywilną ludność miasta. „Kakaze” sami podjęli decyzję i nie grzęznąc w zbędnych dyskusjach, przerwali dajkę. Gdyby się zawahali, być może rewolucjoniści nadal otaczaliby Burroughs, a metanarodowcy zdążyliby już zorganizować przybycie posiłków z Ziemi, które zupełnie zmieniłyby sytuację. Posunięcie „Kakaze” było zatem śmiałe i perfekcyjne.

Teraz jednak najwyraźniej sukces uderzył im do głów.

Lastflow zawdzięczało swą nazwę położeniu w zagłębieniu terenu, magmowym wylewie w kształcie wachlarza opadającego po północno-wschodnim stoku góry na ponad sto kilometrów. Było to jedyne zapadlisko w idealnie kulistym stożku wierzchołka i kalderze, które prawdopodobnie pojawiło się w końcowym okresie ery wybuchów wulkanicznych. Stojąc na dnie wgłębienia, obserwator nie widział pozostałej części wierzchołka i miał wrażenie, że znajduje się w płytkiej, wiszącej dolinie, z której w żadnym kierunku niewiele było widać. Dopiero gdy wyszło się do stromego zejścia na krawędzi stożka, można było dostrzec ogromny walec kaldery wbity w powierzchnię planety, a na dalekim stożku — zarys wieżowców Sheffield na tle nieba; wyglądały jak maleńki Manhattan odległy o ponad czterdzieści kilometrów.

Ten ograniczony widok wyjaśniał, dlaczego wgłębienie Lastflow było jedną z ostatnich wykorzystanych części stożka. Teraz wypełniał je dość spory namiot (sześć kilometrów średnicy, sto metrów wzwyż) i — jak wszystkie na tej wysokości — intensywnie wzmocniony. Osadę zamieszkiwali głównie przedstawiciele rozmaitych przemysłów: okresowi robotnicy pracujący na stożku. Obecnie dzielnicę na froncie stożka zajmowali „Kakaze”; przed namiotem stał szereg wielkich roverów i z pewnością to one wywołały plotki o wyrzutniach rakietowych.

Domysł ten potwierdzili Ann przewodnicy, którzy poprowadzili ją do restauracji — siedziby Kasei; rovery rzeczywiście przyholowały tu wyrzutnie rakietowe, przygotowane, by zniszczyć ostatnią kryjówkę ZT ONZ na Marsie. Przewodnicy Ann byli wyraźnie zadowoleni z istnienia tej możliwości i opowiadali jej o tym z dumą. Cieszyli się z przyjazdu Ann i chętnie oprowadzali ją po swoim terenie. Stanowili mieszaną grupkę — w większości tubylcy, kilka osób nowo przybyłych z Ziemi oraz najstarsi, „dinozaury”, reprezentujący różne rasy; wśród nich Ann dostrzegła parę znajomych twarzy: Etsu Okakurę, al-Khana, Yussufa. Przed drzwiami restauracji zatrzymywało ją wielu zupełnie obcych młodych tubylców, którzy pragnęli uścisnąć jej dłoń, triumfalnie się przy tym uśmiechając. Ach, ci „Kakaze”! Dla tego skrzydła „czerwonych” czuła najmniej sympatii. Gniewni eks-Ziemianie lub idealistyczni młodzi tubylcy z namiotów! Podczas uśmiechu kamienne kły połyskiwały im mrocznie, a oczy błyszczały, gdy uświadamiali sobie, że spotkali Ann Clayborne, oraz kiedy mówili o karni, o potrzebie czystości, wewnętrznych wartościach skalnego świata, prawach planety i tym podobnych kwestiach. Po prostu, fanatycy. Ann ściskała im dłonie i kiwała głową, starając się nie pokazać po sobie, że nie czuje się wśród nich najlepiej.

Kasei i Dao siedzieli w restauracji przy oknie i pili ciemne piwo. Z chwilą wejścia Ann wszyscy w sali znieruchomieli. Nieco czasu minęło, zanim się sobie przedstawili, ponieważ Kasei i Dao uściskali ją na powitanie, a następnie wrócili do przerwanego posiłku i rozmowy. Zamówili w kuchni jedzenie dla Ann, a wówczas obsługa restauracji także wyszła, aby się z nią przywitać; oczywiście także należeli do „Kakaze”. Ann czekała, aż odejdą, a wszyscy ludzie wrócą do swoich stolików; była zniecierpliwiona i skrępowana. Media stale powtarzały, że „Kakaze” są jej duchowymi dziećmi. Poglądy Ann zawsze były „czerwone”, tu niestety czuła się nieswojo.

Kasei był we wspaniałym nastroju, podobnie jak na początku rewolucji.

— Mniej więcej za tydzień chcemy zerwać kabel — oświadczył.

— Och, doprawdy!? — krzyknęła Ann. — A po cóż tak długo czekać?

Dao zlekceważył jej sarkazm i odparł po prostu:

— Trzeba ostrzec ludzi, aby mieli czas na opuszczenie równika. — Ten mężczyzna, chociaż zwykle zgorzkniały, dziś był równie wesoły jak Kasei.

— Co z tymi na kablu?

— Powiadomimy ich. Jednak nawet jeśli się ewakuują i poddadzą, i tak go zerwiemy.

— W jaki sposób? Naprawdę macie wyrzutnie rakietowe?

— Tak. Użyjemy ich jednak tylko wtedy, gdy tamci zjadą na powierzchnię i spróbują odbić Sheffield. A co się tyczy zerwania kabla, nie sposób go zerwać tu, przy podstawie.

— Rakiety kontrolne mogłyby wyregulować rozerwanie przy dnie — wyjaśnił Kasei. — Trudno powiedzieć, co się zdarzy. Jednak przerwa tuż ponad punktem areosynchronicznym zmniejszyłaby szkody na równiku. Poza tym dzięki niej Nowy Clarke nie odleci tak szybko jak pierwszy. Wiesz, chcemy jak najbardziej zminimalizować straty. Niepotrzebni nam męczennicy. Ma to być coś w rodzaju rozbiórki budynku. Niepotrzebnego już budynku.

— Tak — sapnęła Ann. Doznała ulgi, gdy stwierdziła, że mężczyźni kierują się zdrowym rozsądkiem. Chociaż, co ciekawe, była zaszokowana, słuchając, jak ktoś inny przedstawia jej pomysł jako własny. — Co z innymi… z „zielonymi”? Co, jeśli się sprzeciwią? — spytała. Ten problem niepokoił ją najbardziej.

— Nie sprzeciwią się — odparł Dao.

— Ależ tak! — powiedziała ostro Ann.

Dao potrząsnął głową.

— Rozmawiałem z Jackie. Może niektórzy z „zielonych” są naprawdę przeciwni temu pomysłowi, ale jej grupa mówi tak tylko oficjalnie, ponieważ chce, aby Ziemianie uważali ich za ugrupowanie o poglądach umiarkowanych. Cieszą się, że mogą zrzucić winę za niebezpieczne działania na radykałów, na których postępowanie nie mają wpływu.

— Na nas — zauważyła Ann.

Obaj skinęli głowami.

— Dokładnie jak w Burroughs — odezwał się z uśmiechem Kasei.

Ann zastanowiła się. Nie miała wątpliwości, że to prawda.

— Jednak niektórzy z nich są szczerze przeciwni. Spieram się z nimi o to. Bez rezultatów.

— No, no, no — powiedział powoli Kasei.

Zarówno on, jak i Dao patrzyli na nią.

— Cóż, zrobicie to tak czy owak — oznajmiła w końcu.

Nadal na nią patrzyli. Zrozumiała nagle, że nie będą już wykonywać jej poleceń. Przypominali samowolnych chłopców, którym wydaje rozkazy zgrzybiała stara babcia. Udobruchali ją. Wymyślili, w jaki sposób najlepiej mogliby wykorzystać jej osobę.

— Musimy — stwierdził Kasei. — W najlepszym interesie Marsa. Nie tylko dla „czerwonych”, lecz dla nas wszystkich. Potrzebna nam pewna przerwa w kontaktach z Ziemią, a grawitacja świetnie przywróci właściwą odległość. Bez odpowiedniego dystansu wciągną nas do swego bagna.

Była to jedna z tez Ann, wyłuszczyła ją na zebraniu we wschodnim Pavonis.

— Co się jednak stanie, jeśli spróbują was powstrzymać?

— Nie sądzę, aby byli w stanie — mruknął Kasei.

— Ale jeśli spróbują?

Dwaj mężczyźni spojrzeli na siebie. Dao wzruszył ramionami.

No tak, pomyślała Ann, obserwując ich, chcą zacząć wojnę domową.

Ludzie ciągle wjeżdżali po zboczu Pavonis na szczyt, zapełniając Sheffield, wschodnie Pavonis, Lastflow i inne namioty na stożku. Przyjechali Michel, Spencer, Wład, Marina i Ursula, Michaił i cała brygada bogdanowistów, Kojot (sam), grupa z Praxis, wielki pociąg pełen Szwajcarów, arabskie karawany roverowe: zarówno sufickie, jak i świeckie, a także tubylcy z innych miast i osad na Marsie. Czekali na ostateczną rozgrywkę. We wszystkich innych miejscach na Marsie tubylcy utrwalali władzę, elektrownie obsługiwali przedstawiciele lokalnych zespołów współpracujących z Separation de 1’Atmosphere. Oczywiście pozostały pewne maleńkie centra oporu metanarodowców; w terenie działały też grupki „Kakaze”, które systematycznie niszczyły projekty terraformowania. Z pewnością jednak punkt centralny stanowiło Pavonis. Tu mogła się zakończyć rewolucja lub — czego Ann zaczęła się obawiać — rozpocząć wojna domowa. Albo jedno i drugie. To nie byłby pierwszy raz.

Ann chodziła więc na zebrania, a w nocy spała kiepsko, budząc się z dręczących snów lub z drzemek, na które pozwalała sobie w przelocie między jednym spotkaniem i kolejnym. Zebrania zaczynały jej się zlewać w jedno: kłótliwe, płytkie, chybione. Czuła się coraz bardziej zmęczona, a przerwy we śnie bynajmniej nie poprawiały samopoczucia. Miała w końcu prawie sto pięćdziesiąt lat i od ćwierćwiecza nie poddawała się kuracji gerontologicznej; przez cały czas odczuwała więc znużenie. Zapewne dlatego, gdy obserwowała, jak inni zastanawiają się nad sytuacją, rosła w niej obojętność. Na Ziemi ciągle panowało zamieszanie; wielka powódź spowodowana załamaniem się zachodnio-antarktycznej pokrywy lodowej rzeczywiście okazała się idealnym zapalnikiem, na który niegdyś czekał „generał Sax”. Ann świetnie wiedziała, że Russell nie ma najmniejszych wyrzutów sumienia, że wykorzystał trudną sytuację Ziemi. Z pewnością nigdy nie zastanawiał się nad tym, jak wiele śmierci spowodowała powódź na jego rodzimej planecie. Ann potrafiła odczytywać z jego twarzy myśl po myśli, kiedy wypowiadał się na ten temat. Uważał zapewne, że wyrzuty sumienia nie mają sensu. Powódź stanowiła przypadek, geologiczną katastrofę, taką jak nadejście epoki lodowcowej albo uderzenie meteorytu. Nikt nie powinien marnować czasu na żal z tego powodu, nawet jeśli wykorzystał go do własnych celów. Najlepiej czerpać z chaosu lub zamieszania to, co dobre, i niczym się nie przejmować. Wszystkie owe idee były świetnie widoczne na twarzy Saxa, kiedy dyskutował o następnych koniecznych posunięciach wobec Ziemi. Sugerował, by wysłać tam delegację, misję dyplomatyczną, pojawić się osobiście, coś zorganizować. Mówił z pozoru chaotycznie, lecz Ann potrafiła interpretować jego stwierdzenia, jak gdyby był jej bratem. Sax, ten jej odwieczny wróg! Cóż, Sax… stary Sax… zawsze starał się postępować racjonalnie, toteż nietrudno było czytać jego myśli. Ann pomyślała, że z pewnością łatwiej go zrozumieć niż młodych fanatyków z „Kakaze”.

Aby jednak w pełni zinterpretować jego słowa, trzeba było wejść na jego grunt i przyjąć jego warunki. Dlatego też Ann podczas zebrań siadała naprzeciwko Saxa i próbowała się skoncentrować na tym, co mówił. Jej umysł nie był już tak giętki jak kiedyś, miała wrażenie, że dziwnie skamieniał, trwając nieruchomo w jej głowie. Kłótnie obracały się stale wokół tych samych pytań: Co zrobić na Pavonis? Pavonis Mons, Pawia Góra… Kto zasiądzie na Pawim Tronie? Potencjalnych władców było wielu — Peter, Nirgal, Jackie, Zeyk, Kasei, Maja, Nadia, Michaił, Ariadnę, nieobecna Hiroko…

Teraz ktoś przywołał kongres w Dorsa Brevia jako podwaliny do dyskusji, z których powinni skorzystać. Ann pomyślała, że niestety, wraz z Hiroko zniknęło moralne centrum, Japonka była bowiem jedyną (poza Johnem Boone’em) osobą w całej marsjańskiej historii, którą szanowali bezwzględnie wszyscy. Jednak Hiroko i Johna nie było, odeszli wraz z Arkadym i Frankiem. Och, Frank bardzo by się teraz przydał, oczywiście gdyby stanął po jej stronie, chociaż chyba by tego nie zrobił… Wszystko przepadło, pozostała jedynie anarchia. Ann uznała za interesujący fakt, że przy zatłoczonym stoliku łatwiej dostrzec brakujące osoby niż obecne. Na przykład Hiroko: wielu mówców powoływało się na nią; może przebywała gdzieś w terenie, jak zwykle opuściwszy ich w godzinie potrzeby. Znowu wyrzuciła ich z gniazda.

Ann zastanowiła się także nad Kaseiem. Jedyne dziecko zaginionych marsjańskich bohaterów, Johna i Hiroko, niezwykle radykalny przywódca, człowiek, który ją niepokoił, mimo iż stał po jej stronie. Spojrzała na niego. Siedział, potrząsając siwą głową w kierunku Arta; lekko się uśmiechał. Zupełnie nie był podobny ani do ojca, ani do matki. No… miał może w sobie trochę arogancji Hiroko i trochę naiwności Johna. Najgorsze ich cechy. Wyróżniał się też charyzmą: robił, co chciał, wielu ludzi za nim podążało. Tyle że zupełnie nie przypominał swoich rodziców.

Podobnie Peter, który siedział zaledwie dwa miejsca od Kaseia, nie przypominał ani jej, ani Simona. Ann trudno było dostrzec pokrewieństwo krwi; nie zauważała żadnego związku, nic. Serce jej pękało, gdy słuchała słów syna spierającego się z Kaseiem. W każdej kwestii przeciwstawiał się „czerwonym” i opowiadał się za czymś w rodzaju międzyplanetarnego kolaboracjonizmu. Nigdy podczas debat nie zwracał się do niej, nawet na nią nie patrzył. Może uważał takie zachowanie za kurtuazję („publicznie nie będę się z tobą kłócił”), Ann czuła się jednak zlekceważona („nie będę się z tobą kłócił, ponieważ się dla mnie nie liczysz”).

Peter upierał się, by nie zrywać kabla. Zgadzał się z Artem w kwestii znaczenia dokumentu z Dorsa Brevia, co było oczywiste, jeśli wziąć pod uwagę, jaką przewagę dawał „zielonym”; utrzymali ją zresztą do dziś. Zgodnie z tym dokumentem kabel powinien przetrwać, mimo iż oznaczał dalszą obecność przedstawicieli Zarządu Tymczasowego Organizacji Narodów Zjednoczonych na Marsie. I rzeczywiście, niektóre z osób otaczających Petera mówiły o statusie „półautonomii” (zamiast całkowitej niezależności) w relacjach z Ziemią, a Peter najwyraźniej popierał to stanowisko (Ann sama myśl przyprawiała o mdłości), ponieważ kiwał głową, nie patrząc matce w oczy. Tym milczącym zachowaniem przypominał jej o Simonie. Bolesne wspomnienie bardzo rozgniewało Ann.

— Nie ma powodu, by omawiać długoterminowe plany, póki nie uzgodnimy kwestii kabla — odezwała się nagle, wchodząc w słowo synowi, który natychmiast posłał jej chmurne spojrzenie, jak gdyby zerwała nić jakiegoś cichego porozumienia. Tyle że Ann nie zawierała z nim żadnych umów, toteż nie widziała powodu, dla którego nie mieliby się spierać. W gruncie rzeczy, nic ich przecież nie łączyło… Nic poza biologią?

Art oświadczył, że ONZ popiera marsjańską półautonomię; o ile oczywiście Mars pozostanie w układzie „ścisłej konsultacji” z Ziemią i będzie aktywnie wspomagał Ziemię podczas kryzysu. Nadia oświadczyła, że co jakiś czas kontaktuje się z Derekiem Hastingsem, który przebywa obecnie na Nowym Clarke’u. Po prawdzie, Hastings opuścił Burroughs bez walki i teraz zdaniem Nadii pragnął kompromisu. Bez wątpienia dalszy odwrót nie byłby dla niego ani łatwy, ani przyjemny, bowiem na Ziemi panowały obecnie głód, zaraza i kradzieże — nastąpiło załamanie się układów społecznych, które okazały się bardzo kruche. Na Marsie również mogło dojść do tragedii. Ann przypominała sobie o tym zagrożeniu, ilekroć rósł jej gniew: tak jak teraz, gdy chciała powiedzieć Kaseiowi i Dao, by porzucili dyskusje i zerwali kabel. Gdyby im kazała, zapewne by jej posłuchali. Zawładnęła nią nagle dziwna świadomość własnej siły. Równocześnie przypatrywała się niespokojnym, rozgniewanym, nieszczęśliwym twarzom zebranych wokół stolika. Wiedziała, że potrafi zniszczyć panującą równowagę; mogłaby łatwo przewrócić ten stół.

Każdy mówca przemawiał pięć minut; opowiadali się za tym bądź tamtym rozwiązaniem. Więcej osób, niż Ann się spodziewała, popierało oderwanie kabla. Nie tylko „czerwoni”, ale także przedstawiciele kultur lub ruchów najbardziej przerażonych porządkiem metanarodowym albo masową emigracją z Ziemi: Beduini, Polinezyjczycy, mieszkańcy Dorsa Brevia, niektórzy ostrożniejsi tubylcy. Niemniej jednak stanowili mniejszość; nie wyraźną mniejszość, lecz mniejszość. Izolacjonizm kontra interakcjonizm — do wielu innych rozdzierających marsjański ruch niezależnościowy przeciwieństw doszło jeszcze jedno.

Wstała Jackie Boone i przez piętnaście minut przedstawiała argumenty za utrzymaniem kabla; wszystkie osoby, które pragnęły go zestrzelić, straszyła wydaleniem z marsjańskiej społeczności. Jej wystąpienie było oburzające, ale spotkało się z wielkim poparciem. Później podniósł się Peter i dodał swoje trzy grosze, tyle że nieco subtelniej. Ann rozzłościła się tak bardzo, że natychmiast gdy skończył, wstała i zaczęła tłumaczyć, dlaczego należy zerwać kabel. Peter posłał jej kolejne jadowite spojrzenie, ale ledwie je zauważyła, ponieważ mówiła w gorączkowym podnieceniu, zapominając zarówno o pięciominutowym limicie, jak i o wszystkich wokół. Nikt nie próbował jej przerywać, toteż przemawiała i przemawiała, chociaż nie miała pojęcia, o czym zamierza powiedzieć za chwilę, i nie pamiętała, o czym już wspomniała. Może jej podświadomość ułożyła wcześniej całe to przemówienie, niczym adwokat swoją mowę (miała nadzieję, że tak właśnie jest). Z drugiej strony jednak, jakaś część jej świadomości była stale pogrążona w myślach, podczas gdy usta się poruszały, może więc Ann powtarzała tylko w kółko słowo „Mars” lub coś bełkotała, a widzowie pobłażliwie udawali, że jej słuchają, lub w cudowny sposób rozumieli jej wdzięczny słowotok. Może nad ich głowami lśnią niewidoczne aureole. Ann miała wrażenie, że włosy przedstawicieli widowni to skręcony metal, natomiast łyse czaszki starców wyglądały dla niej jak kloce jaspisu; wyobrażała sobie, że umysły słuchaczy z równą łatwością rozumieją wszystkie języki — żywe i martwe. Przez moment wydawało jej się, że wszyscy za nią nadążają, postanowiwszy trwać wewnątrz uwolnionego od Ziemi, objawionego czerwonego Marsa, żyjąc na pierwotnej planecie, którą Mars kiedyś był i którą mógłby ponownie być…

Usiadła. Sax, który wiele razy w takich sytuacjach wstawał, by z nią dyskutować, nie uczynił nic. Zezował tylko jakby zmęczony nadmierną koncentracją i patrzył z otwartymi ustami w zadziwieniu, którego nie potrafiła wyjaśnić. Spoglądali na siebie przez jakiś czas, potem zamknęli oczy i Ann nie miała pojęcia, co w tej chwili myślał jej odwieczny oponent. Wiedziała jedynie, że wreszcie przyciągnęła jego uwagę.

Tym razem więc nie Sax, lecz Nadia postanowiła obalić jej argumenty. Nadia, jej siostra. Powoli i spokojnie opowiedziała się za kontaktami z Ziemią, za współdziałaniem. Mimo wielkiej powodzi, narody Ziemi i metanarodowcy nadal dysponowali ogromną władzą, a kryzys związany z potopem dodatkowo ich skonsolidował, w wyniku czego stali się jeszcze potężniejsi. Nadia mówiła też o potrzebie kompromisu, o potrzebie zaangażowania się w sprawy tamtej planety, o wpływach i transformacji. Ann dostrzegła w jej słowach sprzeczność. Nadia stwierdziła, że ponieważ Marsjanie są słabi, nie powinni się obrażać, za to muszą spróbować zmienić całą ziemską rzeczywistość społeczną.

— Ale jak?! — krzyknęła Ann. — Skoro nie masz punktu oparcia, nie możesz poruszyć świata! Ani punktu oparcia, ani dźwigni, żadnej siły…

— Nie chodzi tylko o Ziemię — odparła Nadia. — Powstają nowe kolonie w Układzie Słonecznym: Merkury, ziemski księżyc, duże księżyce zewnętrzne, asteroidy. Musimy wpasować się w ten układ, być jego częścią. Jako pierwsza kolonia jesteśmy naturalnymi przywódcami. Studnia grawitacyjna stanowi naprawdę niewielką przeszkodę, powoduje nieznaczne zmniejszenie naszej zdolności do działania, nieco tylko redukuje naszą potęgę.

— Mówiąc o problemie postępu — zaczęła Ann z goryczą — pomysł, co Arkady by na to powiedział. Nie, nie, posłuchaj. Mieliśmy szansę stworzyć coś nowego. O to nam chodziło. I nadal ją mamy. Dobra jest każda sprawa powiększająca przestrzeń, wewnątrz której możemy powołać do życia nową społeczność. Wszystko, co redukuje naszą przestrzeń, jest złe. Zastanówcie się nad tym!

Może się zastanowili. Jednak fakt ten niczego nie zmienił. Wszystko, co wiązało się z Ziemią, łączyło się równocześnie z utrzymaniem kabla. Kłótnie, groźby, prośby… Ziemia potrzebowała pomocy. Wszelkiej pomocy. Art Randolph nadal energicznie agitował za pozostawieniem windy; czynił to w imieniu Praxis, którą Ann uważała za kolejny zarząd tymczasowy, najnowsze wcielenie (czy też maskę) konsorcjum metanarodowego.

Niestety, zwolennicy utrzymania kabla powoli zdobywali przewagę nad tubylcami. Zaintrygowani szansą „podbicia Ziemi”, nie zdawali sobie sprawy, że coś takiego w ogóle jest niemożliwe, niezdolni byli pojąć ogromu i statyczności Ziemi. Mimo tłumaczenia i tak niczego nie rozumieli.

W końcu nadeszła pora na nieformalne głosowanie. Zdecydowano już wcześniej, że będzie to głosowanie przedstawicielskie: jeden głos dla każdej z grup sygnatarialnych dokumentu Dorsa Brevia, a także jeden głos dla każdego zainteresowanego ugrupowania, które powstało od tamtego czasu — nowych kolonii w terenie, nowych partii politycznych, stowarzyszeń, laboratoriów, spółek, band partyzanckich, wielu odłamów „czerwonych”. Zanim zaczęli, jakaś wspaniałomyślna, naiwna duszyczka zaoferowała jeszcze wspólny głos przedstawicielom pierwszej setki i wszyscy roześmiali się na myśl, że cała pierwsza setka mogłaby głosować jednomyślnie. Wówczas ta sama wielkoduszna osóbka, a ściśle rzecz biorąc młoda kobieta z Dorsa Brevia, zaproponowała, żeby każdemu z setki dać osobny głos, pomysł ten uznano jednak za przesadny, toteż został odrzucony. Zresztą, nic by się nie zmieniło.

W wyniku głosowania ustalono, że jeszcze przez jakiś czas winda kosmiczna powinna pozostać na swoim miejscu, a zatem — wraz z „gniazdem” i jego okolicami — w posiadaniu ZT ONZ. Ann poczuła się, jak gdyby król Kanut II Wielki zdecydował się zalegalizować w końcu coś od dawna już istniejącego, jednak nikt z wyjątkiem niej się nie śmiał. Pozostali „czerwoni” byli wściekli. Nadal żywo dyskutowano prawo własności „gniazda”. Dao sprzeciwiał się głośno, twierdząc, że okolice wokół podstawy nie są dobrze zabezpieczone, toteż łatwo byłoby je odbić; nie widział powodu, by rezygnować, i zarzucał.”zielonym”, że odsuwają od siebie trudny problem zamiast spróbować go rozwiązać. Większość zebranych była jednak zgodna. Kabel powinien pozostać.

Ann poczuła dawny impuls: chęć natychmiastowej ucieczki. Namioty i pociągi, ludzie, przypominająca mały Manhattan sylwetka wieżowców Sheffield na tle nieba nad południowym stożkiem, bazalt szczytu porozdzierany, wyrównany i wybrukowany… Choć całą drogę wokół stożka zajmował tor magnetyczny, na zachodnim stoku kaldery mieszkało niewiele osób. Ann wsiadła do jednego z najmniejszych roverów „czerwonych” i zaczęła objeżdżać stożek w lewo, po wewnętrznym pasie toru, aż dotarła do małej stacji meteorologicznej. Tam zaparkowała pojazd i przez śluzę powietrzną wyszła na zewnątrz. Poruszała się sztywno w walkerze, bardzo przypominającym stroje, których przedstawiciele pierwszej setki używali przez pierwsze lata pobytu na Marsie.

Ann znajdowała się kilometr czy dwa od krawędzi stożka. Szła powoli ku niemu, na wschód. Potknąwszy się kilka razy, zaczęła patrzeć pod nogi. Stara magma na płaskim obszarze rozległego stożka była w pewnych miejscach wygładzona i ciemna, w innych — nierówna i jaśniejsza. Po drodze do krawędzi Ann zajęła się badaniami areologicznymi i przypomniała sobie marsjański sposób poruszania się, toteż szybko zaczęła przeskakiwać po głazach z wdziękiem godnym baletnicy. Gdy wpadła w odpowiedni rytm, mogła przez cały dzień przemierzać wzniesienia i rozpadliny. Była to bardzo cenna umiejętność, ponieważ blisko stromizny stożka teren opadał serią wąskich, krętych występów skalnych, uskoków w postaci stopni, które czasami bywały wyższe niż Ann. Czuła, że przed nią znajduje się zupełna pustka, zwłaszcza gdy widoczny stał się odległy stok kaldery i reszta wielkiego obwodu. Ann zeszła na ostatni występ skalny, ławę o szerokości zaledwie około pięciu metrów z wysoką do ramion, łukowato wygiętą tylną ścianą: poniżej rozciągała się wielka, zaokrąglona przepaść Pavonis.

Kalderę tę uważano za jeden z geologicznych cudów całego Układu Słonecznego. Był to dół o szerokości czterdziestu pięciu kilometrów i głębokości aż pięciu kilometrów, prawie idealnie regularny — kulisty, o płaskim dnie, niemal pionowych ścianach — idealny pusty walec wsunięty w wulkan jak wiertło zbieraka skalnych próbek. Żadna z pozostałych trzech dużych kalder nawet w przybliżeniu nie osiągnęła takiej prostoty formy: Ascreus i Olympus były skomplikowanymi palimpsestami nachodzących na siebie pierścieni, podczas gdy bardzo szeroka płytka kaldera Arsii była niedokładnie kulista i niesamowicie potrzaskana. Pavonis natomiast stanowił regularny walec: Platoński ideał wulkanicznej kaldery.

Z tego cudownego punktu obserwacyjnego, który Ann obecnie zajmowała, dzięki horyzontalnemu uwarstwieniu wewnętrznych widziała mnóstwo nieregularnych szczegółów — pasy w barwach rdzy, czerni, czekolady i umbry wskazywały na odchylenia w kompozycji pokładów magmowych; niektóre pasy były twardsze od leżących powyżej i poniżej. Powstało wiele łukowatych balkonów na różnych wysokościach ściany — umiejscowionych na stoku ogromnej skalnej szczeliny odosobnionych, wygiętych w łuki ław; na większości z nich nigdy nie stanęła ludzka stopa. Dno było nadzwyczajnie płaskie. Osuwanie się magmowej komory wulkanu, które miało miejsce około stu sześćdziesięciu kilometrów poniżej góry, musiało być niezwykle konsekwentne — następowało za każdym razem dokładnie w tym samym punkcie. Ann zastanowiła się, czy w ogóle wiadomo, dlaczego zdarzały się zapadnięcia. Gdyby magmowa komora była młodsza niż inne duże wulkany albo mniejsza, albo gdyby lawa była bardziej jednorodna… Pomyślała, że prawdopodobnie ktoś już odkrył to zjawisko i że łatwo uda jej się znaleźć odpowiedź w naręcznym komputerze, wystukała więc kod, by znaleźć „Dziennik studiów areologicznych”, a potem napisała słowo „Pavonis”. Pojawiły się tytuły artykułów: „Świadectwa wybuchowej aktywności strombolijskiej znalezione w okruchach z zachodniego Tharsis”, „Poprzeczne pasma w kalderze i koncentrycznym rowie tektonicznym na zewnątrz stożka sugerują niedawne osunięcie się szczytu”. Uświadomiła sobie, że właśnie przeszła niektóre z tych rowów tektonicznych. „Określanie za pomocą radiometrii wieku skał na podstawie uwolnionych do atmosfery juwenilnych substancji lotnych ze skał typu mafie w Lastflow”.

Wyłączyła naręczny komputer. Musiała przyznać, że nie nadążała już za całą tą najnowszą areologią, z którą nie miała od lat kontaktu. Nawet czytanie streszczeń zabrałoby jej o wiele więcej czasu, niż mogła poświęcić. No i oczywiście wiele kwestii areologicznych mocno uzależnił projekt terraformowania. Pracujący dla metanarodowców naukowcy, którzy koncentrowali się na szukaniu i ocenie zasobów planety, twierdzili, że znajdują ślady istnienia starożytnych oceanów, wczesnej ciepłej, wilgotnej atmosfery, być może nawet jakiegoś dawnego życia. Z drugiej zaś strony radykalni naukowcy „czerwonych” ostrzegali przed wzrostem aktywności sejsmicznej, gwałtownym osiadaniem terenu, masowymi ruchami zwietrzeliny i znikaniem ostatnich pierwotnych fragmentów powierzchni planety. W ten sposób naciski polityczne i ekonomiczne zniekształciły niemal wszystko, co napisano o Marsie w minionych stu latach. „Dziennik” był jedyną znaną Ann publikacją, starającą się drukować naukowe rozprawy autorów, którzy ograniczali swe dociekania do czysto informacyjnej areologii, koncentrując się na tym, co się zdarzyło podczas pięciu „samotnych” miliardów lat planety; był to jedyny periodyk, który Ann nadal czytała lub przynajmniej przeglądała, prześlizgując się po tytułach, niektórych streszczeniach i wstępach wydawniczych; kilka razy wysłała nawet dotyczące tego czy innego szczegółu listy, które bez problemów wydrukowano. W wydawanym przez Uniwersytet w Sabishii „Dzienniku” publikowali areologowie o podobnych zapatrywaniach. Ich artykuły były ścisłe, dane gruntownie przebadane, a na wnioski z pewnością nie miała wpływu polityka; areologów interesowała jedynie nauka. Wydawcy „Dziennika” byli zwolennikami tego, co określano jako stanowisko „czerwonych”, lecz jedynie w bardzo ogólnym sensie — czyli optowali za zachowaniem pierwotnego krajobrazu, aby podczas badań nie narażać się na kontakt z rażącymi przykładami skażenia terenu. Ann zawsze myślała dokładnie tak samo i dlatego między innymi czytywała „Dziennik”; choć przed laty zmuszona sytuacją porzuciła działalność naukową na rzecz polityki. Podobnie zresztą stało się z wieloma areologami, którzy wspierali obecnie „czerwonych”. Pod każdym względem stanowili grupę równych jej osób, które rozumiała i z którymi sympatyzowała.

Tyle że owych ludzi nie było dużo. Mniej więcej regularnie współpracowali z „Dziennikiem”. Resztę „czerwonych”, „Kakaze” i innych radykałów cechowało stanowisko w pewnym sensie metafizyczne, wręcz kult — byli religijnymi fanatykami, odpowiednikiem związanych z Hiroko „zielonych”, członkami swego rodzaju sekty czcicieli skał. Ann niewiele z nimi łączyło; ich „czerwień” wydawała się całkowicie odmiennym światopoglądem.

Rozmaite frakcje „czerwonych” bardzo się od siebie różniły. A cóż dopiero cały niezależny ruch marsjański? Tak. Wszystko może się rozpaść. Oddalali się od siebie coraz bardziej.

Ostrożnie usiadła na krawędzi ostatniej ławy. Rozciągał się stąd interesujący widok. Podejrzewała, że pod nią, na dnie kaldery, znajduje się jakaś stacja, chociaż spoglądając z wysokości pięciu tysięcy metrów, nie miała pewności. Nawet ruiny starego Sheffield były ledwie widoczne… Chociaż… Tak, widziała je, leżały u podnóża nowego miasta w postaci maleńkiej sterty rumoszu przeplatanego prostymi liniami i równymi płaszczyznami. Nikłe pionowe zadrapania na ścianie powyżej Ann mogło spowodować zawalenie się miasta w roku 2061. Trudno powiedzieć.

Osady namiotowe, które ciągle trwały na stożku, wyglądały jak papierowe wioski dla lalek. Sylwetka Sheffield na tle nieba, stojące naprzeciwko Ann niskie magazyny na wschodzie, Lastflow, różne mniejsze namioty rozrzucone na stożku… Wiele z nich zlewało się ze sobą, tworząc coś w rodzaju wielkiego Sheffield; pokrywały prawie sto osiemdziesiąt stopni stożka: od Lastflow ku południowemu zachodowi, gdzie tory magnetyczne podążały za leżącym kablem w dół długiego zbocza zachodniego Tharsis do Amazonis Planitia. Wszystkie te miasta i stacje prawdopodobnie zawsze już pozostaną pokryte namiotami, ponieważ na wysokości dwudziestu siedmiu kilometrów powietrze było dziesięć razy rzadsze niż przy powierzchni (czy też — jak zaczynali teraz mówić — na poziomie morza), czyli ciśnienie wynosiło ciągle jeszcze zaledwie trzydzieści, czterdzieści milibarów.

Zatem miasta te zawsze będą się znajdować pod namiotem! Lecz dzięki kablowi (Ann teraz go nie widziała) wbijającemu się w Sheffield, z pewnością nadal nie przestaną się rozwijać, aż powstanie jedno wielkie namiotowe miasto całkowicie opasujące kalderę. Bez wątpienia wówczas budowniczowie pokryją namiotem samą kalderę i zaludnią całą jej kolistą powierzchnię, dodając miastu około półtora tysiąca kilometrów kwadratowych. Chociaż… Kto chciałby mieszkać w takiej dziurze? Podobnie jest na dnie moholu, gdy skalne ściany wznoszą się wokół, jak w jakiejś zaokrąglonej, pozbawionej dachu katedrze… Może niektórym osobom odpowiadałoby takie miejsce. Przecież bogdanowiści latami mieszkali w moholach… Posadzić lasy, zbudować górskie szałasy albo apartamenty z wygiętymi w łuki balkonowymi loggiami, wyciąć schody w skalnych stokach, zainstalować przezroczyste windy, które przez cały dzień będą jeździły w górę i w dół… dachy, szeregowe domy, drapacze chmur sięgające aż do stożka, lądowiska śmigłowców na płaskich krągłych dachach, tory magnetyczne, autostrady powietrzne… Och, tak, cały wierzchołek Pavonis Mons, całą kalderę mogłoby pokryć wielkie światowe miasto, które stale by się rozwijało, rosnąc jak grzyb na każdej skale w Układzie Słonecznym. Miliardy ludzi, biliony ludzi, tryliony… wszyscy zaznający nieśmiertelności…

Ann potrząsnęła głową. Jej myśli biegły chaotycznie. Radykałowie w Lastflow nie mieli z nią nic wspólnego, właściwie nie… ale gdyby im się udało, szczyt Pavonis, podobnie jak wiele innych miejsc na Marsie, stałby się częścią wielkiego światowego miasta. Skupiła się na tej myśli, spróbowała ją poczuć; strach przed symetryczną budową, miłość do skały, której twardość wyczuwała siedząc… Stopy Ann zwisały nad krawędzią skalnej ławy, kopnęła obcasami w bazalt. Gdyby rzuciła kamień, spadałby pięć tysięcy metrów. Nie mogła się skoncentrować. Nie potrafiła poczuć. Coś w niej skamieniało. Była taka odrętwiała… od tak dawna. Głęboko odetchnęła, potrząsnęła głową, podciągnęła stopy znad krawędzi i wróciła na górę do rovera.

Śnił jej się długi wybieg. Osuwisko toczyło się przez powierzchnię Melas Chasma, prawie ją uderzało. Wszystko wokół miało wygląd surrealistycznie klarowny. Znowu przypomniała sobie Simona, znowu jęknęła i odeszła od małej dajki, zaczęła się poruszać, uspokajając nieżyjącego mężczyznę, który tkwił w jej wnętrzu. Czuła się strasznie. Ziemia wibrowała…

Obudziła się; miała wrażenie, że siłą woli uciekła, odbiegła — lecz okazało się, że za ramię ciągnie ją czyjaś ręka.

— Ann, Ann, Ann.

To była Nadia. Kolejna niespodzianka. Zdezorientowana Ann usiłowała się podnieść.

— Gdzie jesteśmy?

— Pavonis, Ann. Rewolucja. Musiałam cię obudzić, ponieważ „czerwoni” Kaseia ostatecznie się pokłócili z sheffieldskimi „zielonymi”.

Teraźniejszość przetoczyła się przez Ann jak osuwisko z jej snu. Wyszarpnęła się z uścisku Nadii, po czym chwyciła ją za koszulę.

— Mój rover nie był zamknięty?

— Włamałam się.

— Ach, tak. — Wstała. Ciągle była jeszcze nieco zaspana, lecz powoli zaczynała przypominać sobie sytuację i jej zdenerwowanie rosło. — No więc, co się takiego stało?!

— Wystrzelili pociski w kabel.

— Naprawdę?! — Zdanie to rozbudziło ją niemal całkowicie. — I?

— Nie udało się. Systemy obronne kabla unieszkodliwiły je. Mają tam teraz sporo dobrego sprzętu i z radością go wypróbowali. Teraz jednak „czerwoni” wjechali do Sheffield od zachodu i odpalają kolejne rakiety. Siły ONZ na Clarke’u zrzucają bomby na pierwsze wyrzutnie umiejscowione na Ascraeusie i odgrażają się, że zbombardują wszystkie zbrojne siły na Marsie. Od dawna się do tego palili. „Czerwonym” oczywiście się zdaje, że sytuacja wygląda jak w Burroughs i są gotowi do walki. Dlatego przejechałam po ciebie. Słuchaj, Ann… Wiem, że sporo się kłóciłyśmy. Nie byłam zbytnio… no wiesz, cierpliwa, ale zrozum, że tym razem przesadzili. Wszystko, co stworzyliśmy, może runąć w każdej chwili… ONZ uzna, że tu panuje anarchia, przylecą z Ziemi i znowu spróbują nas przejąć.

— Gdzie są „czerwoni”? — wychrypiała Ann.

Włożyła spodnie i poszła do łazienki. Nadia podążyła za nią, bez żenady wchodząc do środka. Ann zaskoczyło jej zachowanie: może w Underhill coś takiego wydawało się na porządku dziennym, ale to było bardzo, bardzo dawno temu. A teraz Nadia po prostu weszła za nią do łazienki i gadała jak szalona, podczas gdy Ann myła twarz, a potem usiadła na sedesie i zaczęła siusiać.

— Bazę nadal mają w Lastflow, teraz jednak zajmują się rozcinaniem torów magnetycznych na stożku i do Kairu, walczą w zachodnim Sheffield i wokół „gniazda”. „Czerwoni” walczą z „zielonymi”…

— Tak, tak.

— Więc, porozmawiasz z twoimi, powstrzymasz ich?

Nagle Ann zdenerwowała się.

— Sama ich do tego skłoniłaś! — krzyknęła Nadii w twarz. Rosjanka cofnęła się do drzwi, a Ann wstała, zrobiła ku niej krok i podciągnąwszy spodnie, krzyczała w kółko: — Ty i twoje głupie terraformowanie, wszystko jest zielone, zielone, zielone, zielone… Najmniejszej szansy na kompromis! To twoja wina, tak samo jak ich, ponieważ zupełnie stracili nadzieję!

— Może i tak — powiedziała twardo Nadia. Najwyraźniej nie dbała o coś, co należało jej zdaniem do przeszłości i nie miało znaczenia. Machnęła ręką, wyrażając lekceważenie, i spytała z naciskiem: — Ale spróbujesz?

Ann popatrzyła na upartą, starą przyjaciółkę, która w tej chwili wyglądała niemal młodo, zaniepokojona, absolutnie skupiona i bardzo ożywiona.

— Zrobię, co będę mogła — odparła ponuro. — Tyle że z tego, co mówisz, wnoszę, że jest już za późno.

Rzeczywiście tak było. Obóz roverowy, w którym Ann zatrzymała się poprzednio, był pusty, a kiedy zaczęła stukać w komputer na nadgarstku i dzwonić po całej planecie, nie otrzymywała odpowiedzi. Zostawiła Nadię i innych stłoczonych w kompleksie magazynowym na wschodnim Pavonis i pojechała roverem do Lastflow, mając nadzieję, że znajdzie tam któregoś z przywódców. Jednak w Lastflow nie było już „czerwonych” i nikt z mieszkańców nie wiedział, dokąd pojechali. Na stacjach i przed oknami kafeterii stali ludzie, oglądając telewizję, jednak na ekranach nie było wiadomości dotyczących walk, nawet na Mangalavidzie. Ponuremu nastrojowi Ann zaczęła towarzyszyć rosnąca rozpacz; chciała coś zrobić, lecz nie wiedziała jak. Znowu spróbowała dzwonić przez naręczny komputer i zaskoczona spostrzegła, że na prywatnym kanale pojawił się Kasei. Jego twarz na małym ekranie wstrząsająco przypominała oblicze Johna Boone’a, tak bardzo, że zmieszana Ann początkowo nie usłyszała słów. Kasei wyglądał na bardzo szczęśliwego. Cały John!

— …Musieliśmy to zrobić — mówił. Ann usiłowała sobie przypomnieć, czy zadała mu jakieś pytanie. — Jeśli czegoś nie zrobimy, rozedrą nasz świat na strzępy. Zrobią sobie ogród, aż do samych wierzchołków wielkiej czwórki wulkanów.

Jego stwierdzenie tak bardzo odzwierciedlało myśli Ann, że niemal doznała szoku, niemniej jednak starała się skoncentrować na faktach i powiedziała:

— Każde działanie powinniśmy poddać dyskusji, Kasei, w przeciwnym razie wywołamy wojnę domową.

— Stanowimy mniejszość, Ann. Dyskutanci nie dbają o mniejszości.

— Nie jestem tego taka pewna. Musimy popracować nad sprawą. A nawet jeśli decydujemy się na aktywny ruch oporu, nie trzeba od razu posuwać się tak daleko. Marsjanie nie muszą zabijać Marsjan.

— Tamci nie są Marsjanami. — W jego oczach pojawiły się błyski, a roztargniony i rozmarzony wyraz twarzy przywiódł Ann na myśl Hiroko. Teraz Kasei zupełnie nie przypominał Johna. Odziedziczył najgorsze cechy obojga rodziców. A więc mamy kolejnego proroka, przemawiającego nowym językiem, pomyślała Ann.

— Gdzie teraz jesteście?

— W zachodniej części Sheffield.

— Co zamierzacie zrobić?

— Odbić „gniazdo”, potem zestrzelić kabel. Mamy broń i doświadczenie. Nie powinno być kłopotów.

— Za pierwszym razem go nie zerwaliście?

— Przesadnie kombinowaliśmy. Tym razem po prostu go zetniemy i już.

— Chyba nie jest to najlepszy sposób.

— Zadziała.

— Kaseiu, sądzę, że powinniście negocjować z „zielonymi”.

Potrząsnął głową, zniecierpliwiony naleganiem Ann i oburzony, że w obliczu działania straciła zimną krew.

— Będziemy negocjować po zerwaniu kabla. Widzisz, Ann, muszę iść. Trzymaj się z dala od linii upadku.

— Kaseiu!

Ale już go nie było. Nikt jej nie słuchał: ani wrogowie, ani przyjaciele, ani rodzina — chociaż i tak będzie musiała zadzwonić do Petera. Potem trzeba jeszcze raz spróbować z Kaseiem. Wiedziała jednak, że wideotelefoniczne rozmowy nie wystarczą. Aby zwrócić ich uwagę, musi osobiście przebywać wśród nich, musi krzyczeć im prosto w twarze.

Ann obawiała się, że podczas jazdy może utkwić gdzieś na wschodnim Pavonis, postanowiła więc posuwać się z Lastflow na zachód, objeżdżając szczyt w lewą stronę, tak jak się posuwała poprzedniego dnia. W ten sposób powinna odnaleźć rewolucjonistów „czerwonych”; uważała takie wyjście za najlepsze. Musiała przejechać około stu pięćdziesięciu kilometrów z Lastflow na zachodni kraniec Sheffield i kiedy pędziła po torze magnetycznym wokół wierzchołka, zabijała czas, próbując dodzwonić się do przedstawicieli różnych sił zebranych na górze. Bez rezultatu. Głośne zakłócenia kojarzyły się z walką o Sheffield, wybuchy niezrozumiałego szumu przypominały wydarzenia roku 2061, przerażając Ann. Jechała z maksymalną prędkością, trzymając się wąskiego zewnętrznego pasa toru magnetycznego, który zapewniał łagodną i szybką jazdę — sto kilometrów na godzinę, potem jeszcze szybciej: naprawdę pędziła, próbując oddalić od siebie myśl o groźbie wojny domowej. Czuła się okropnie, niczym w koszmarnym śnie. Zwłaszcza że było już za późno. Pomyślała, że w takich sytuacjach jak ta zawsze się spóźniała.

Na niebie ponad kalderą stale pojawiały się upstrzone gwiazdami chmury — wybuchy: bez wątpienia odpalone w kabel pociski, które zestrzeliwano w połowie drogi, toteż opadały w białych kłębach niczym fajerwerki nieudolnego pirotechnika. Gromadziły się nad Sheffield i wznosiły w okolicach kabla, potem w rozmaitych miejscach ponad ogromnym wierzchołkiem zmieniały się w dym, który następnie rozpraszał się na wietrze i przesuwał na wschód. Niektóre z rakiet zestrzeliwano w sporej odległości od celu.

Spoglądając w górę na toczącą się nad głową bitwę, Ann niemalże wjechała w przekłuty już pierwszy namiot zachodniego Sheffield. Kiedy miasto rozrastało się na zachód, nowe namioty pojawiały się za poprzednimi niczym kolejne wypływy wulkanicznej lawy; teraz teren za ostatnim namiotem zaśmiecały podobne skorupom szkła kawałki szkieletu, a materiał namiotu ginął pod kulami w kształcie futbolowych piłek. Rover Ann szaleńczo podskakiwał na hałdach bazaltowego gruzu. Zahamowała i powoli podjechała do ściany. Wejściowy właz śluzy powietrznej był zamknięty. Ann założyła skafander i hełm, weszła do komory powietrznej rovera i wyszła z pojazdu. Serce jej mocno waliło. Podeszła do muru okalającego miasto, wspięła się na niego i przeskoczyła.

Ulice Sheffield były puste. Szkło, cegły, fragmenty bambusowych desek i poskręcane magnezowe belki leżały rozrzucone na trawnikach. Na tej wysokości przerwanie namiotu powodowało uszkodzenia w ścianach budynków, pękających jak baloniki; okna stały otworem, puste i ciemne, a wszędzie wokół leżały rozproszone regularne prostokąty nie popękanych szyb, które wyglądały jak wielkie, przezroczyste ekrany ochronne. Ann dostrzegła czyjeś ciało o twarzy zamarzniętej lub pokrytej pyłem. Wokół było wiele trupów, ludzie zapomnieli już o niebezpieczeństwie dekompresji, uważając ją za dawne zagrożenie z epoki pierwszych osadników. Dziś okazało się, że problem wcale nie należy do przeszłości.

Ann szła na wschód.

— Szukam Kaseia, Dao, Marion albo Petera — powtarzała co jakiś czas w nadgarstek. Nikt jej jednak nie odpowiadał.

Podążała wąską uliczką tuż przy południowej ścianie namiotu. Surowe światło słoneczne, czarne cienie o ostrych krawędziach. Niektóre budowle były jeszcze całe, okna znajdowały się na swoim miejscu, wewnątrz jarzyły się światła. Niestety, w środku ani żywej duszy. Kabel przed Ann był ledwie widoczny, czarna pionowa kreska, wznosząca się do nieba ze wschodniej części miasta, jak geometryczna linia znacząca rzeczywistość.

Awaryjny kanał „czerwonych” był sygnałem transmitowanym w szybko zmieniającej się długości fal, dostępnym dla posiadaczy aktualnego kodu. System ten z łatwością omijał niektóre rodzaje zakłóceń radiowych; mimo to kraczący z nadgarstka wroni głos zaskoczył Ann.

— Ann, tu Dao. Na końcu ulicy.

Podniosła oczy i dostrzegła go. Machał do niej z progu awaryjnej śluzy powietrznej małego domu. Wraz z grupką mniej więcej dwudziestu osób obsługiwał przed budynkiem trzy ruchome wyrzutnie rakietowe. Ann podbiegła i przemknąwszy się obok Dao, wpadła do środka.

— To się musi skończyć! — krzyknęła.

Dao wyglądał na zaskoczonego.

— Już prawie zdobyliśmy „gniazdo”.

— I co później?

— Porozmawiaj o tym z Kaseiem. Jest z przodu, idzie na Arsiaview.

Jedna z rakiet odleciała właśnie z szumem, w rzadkim powietrzu było słabo widać jej szpicę. Dao wrócił do pracy. Ann pobiegła przed siebie, w górę ulicy, trzymając się jak najbliżej budynków. Groziło jej niebezpieczeństwo, ponieważ jednak w tej chwili nie dbała o własne życie, nie bała się. Gdzieś w Sheffield był Peter. Dowodził „zielonymi” rewolucjonistami, którzy przebywali tu od samego początku. Działali na tyle skutecznie, by utrzymać siły bezpieczeństwa ZT ONZ w pułapce na kablu i na Clarke’u, i z pewnością nie byli bezradnymi, pacyfistycznie nastawionymi, demonstrującymi na ulicach młodymi tubylcami, choć Kasei i Dao najwyraźniej w taki sposób ich traktowali. A zatem duchowe dzieci Ann atakowały jej jedyne prawdziwe dziecko, w dodatku były absolutnie przeświadczone, że działają z jej błogosławieństwem. Mieli je przecież wcześniej. Tylko że teraz…

Usiłowała przez całą drogę biec. Jej oddech był ciężki i nierówny, pot rosił z wolna całą skórę. Ann pospieszyła do południowej ściany namiotu, gdzie dostrzegła sznur kamiennych pojazdów marki Turtle Rock z samochodowej fabryki w Acheronie należących do „czerwonych”. Z wnętrza nikt nie odpowiadał na sygnał, a kiedy spojrzała uważniej, zauważyła, że od strony szyb kamienne nawisy dachów pojazdów zostały przebite na wylot. W środku wszyscy byli martwi. Ann pobiegła na wschód, trzymając się ściany namiotu i nie zważając na gruzy pod stopami; wpadła w panikę. Zdawała sobie sprawę z tego, że jeden zabłąkany strzał może ją zabić, ale musiała znaleźć Kaseia. Próbowała znowu połączyć się przez komputer naręczny.

Tymczasem ktoś zadzwonił. Sax.

— To nielogiczne łączyć los windy z celami terraformowania — przemówił, jak gdyby zwracał się nie tylko do Ann, lecz do większej liczby osób. — Kabel można by przymocować do całkiem zimnej planety.

Jak zwykle! Cały Sax! Potem najwidoczniej przypomniał sobie o Ann i wpatrzył się po swojemu w maleńką kamerę na nadgarstku:

— Słuchaj — oświadczył — możemy wziąć historię za bary i otworzyć… to znaczy, stworzyć ją! Stworzyć ją na nowo.

Dawny Sax nigdy by tak nie powiedział. Nie szczebiotałby do niej w ten sposób, aż tak roztargniony, nie błagałby ze zdenerwowaniem. Miała wrażenie, że jest to jeden z najbardziej przerażających widoków, jakie kiedykolwiek było je dane oglądać.

— Oni cię kochają, Ann. I to właśnie może nas ocalić. Emocjonalne historie są prawdziwymi historiami. Wododziały pragnienia i pomniejszenią… to znaczy, poświęcenia. Jesteś uo… uosabiasz pewne wartości… dla tubylców. Nie możesz przed tym uciec. Musisz się temu poddać. Postąpiłem tak w Da Vincim i to udowodniło… pomogło. Teraz twoja kolej. Musisz. Musisz, Ann… po prostu ten jeden raz musisz się przyłączyć do nas wszystkich. Razem czy osobno… Wykorzystaj fakt, że jesteś symbolem…

Dziwnie było słyszeć taki tekst z ust Saxifrage’a Russella. Potem jednak Sax znowu się zmienił i jakby opamiętał:

— Postępowanie logiczne stanowi ustalenie jakiegoś rodzaju równania dla sprzecznych interesów.

Te słowa o wiele bardziej do niego pasowały.

Wtedy z naręcznego komputera Ann dało się słyszeć brzęczenie sygnalizujące kolejną rozmowę, więc rozłączyła się z Saxem i odebrała. To był Peter, dzwonił na zaszyfrowanej częstotliwości „czerwonych”. Miał ponurą minę, jakiej Ann nigdy przedtem nie widziała.

— Ann! — Spojrzał uważnie na swój nadgarstek. — Słuchaj, mamo… chcę, abyś powstrzymała tych ludzi!

— Nie mów do mnie „mamo” — warknęła. — Próbuję. Możesz mi powiedzieć, gdzie są?

— Jasne, że mogę. Właśnie się włamali do namiotu Arsiaview. Przechodzą… wygląda, jak gdyby usiłowali podejść do „gniazda” od południa. — Z posępną miną odebrał informację od kogoś niewidocznego. — Dobrze. — Znowu na nią spojrzał. — Ann, czy mogę ci przełączyć Hastingsa na Clarke’u? Jeśli mu powiesz, że próbujesz powstrzymać atak „czerwonych”, wtedy może uwierzy, że za akcją stoi tylko kilku ekstremistów, nie będzie się wtrącał i ze wszystkich sił postara się utrzymać kabel na swoim miejscu. Obawiam się, że w obecnej chwili zamierza nas wszystkich pozabijać.

— Porozmawiam z nim.

I nagle pojawił się Hastings — twarz z odległej przeszłości. Dla Ann cofnął się czas, a ten człowiek wydał się nagle tak bardzo znajomy. Mężczyzna o szczupłej twarzy, udręczony, rozzłoszczony, po prostu kipiący agresją. Czy ktokolwiek inny musiał radzić sobie z tak ogromnymi naciskami w ciągu ostatnich stu lat? Nie. Ann opadły wspomnienia.

— Jestem Ann Clayborne — powiedziała, a kiedy Hastings skrzywił się jeszcze bardziej, dodała: — Chcę, aby pan wiedział, że walka, która toczy się na Marsie, nie odzwierciedla polityki partii „czerwonych”.

Po tych słowach żołądek ścisnął jej się i Ann poczuła, jak ostatni posiłek wraca jej do gardła w postaci przetrawionej papki. Jednak kontynuowała:

— Mamy do czynienia z działalnością odszczepieńców, grupy o nazwie „Kakaze”. To ci sami, którzy przerwali dajkę w Burroughs. Staramy się ich powstrzymać. Powinno nam się udać przed zmierzchem.

Był to najgorszy stek kłamstw, jaki kiedykolwiek wypowiedziała. Poczuła się, jak gdyby Frank Chalmers zstąpił z nieba i przejął władzę nad jej ustami; nie mogła znieść smaku takich słów na języku. Przerwała połączenie, zanim zdradzi ją wyraz twarzy. Hastings zniknął bez słowa, ponownie zastąpiło go oblicze Petera, który nie wiedział, że Ann nadal jest na linii; słyszała jego głos, chociaż obraz z nadgarstka syna pokazywał ścianę.

— Jeśli sami tego nie utną, będziemy musieli zrobić to my, w przeciwnym razie weźmie się za nas ZT ONZ, a wtedy wszystko diabli wezmą. Przygotowujemy się do kontrataku. Słowo!

— Peter! — krzyknęła mechanicznie Ann.

Na maleńkim ekranie ponownie pojawiła się jego twarz.

— Masz umowę z Hastingsem — wydusiła z siebie, ledwie mogąc spojrzeć na tego zdrajcę. — Teraz jadę do Kaseia.

Arsiaview była najbardziej południowym namiotem, wypełnionym teraz dymem, który unosił się w górze w długich bezkształtnych pasmach sugerujących rozmieszczenie wentylatorów. Wszędzie dzwoniły alarmy, głośno słyszalne w ciągle jeszcze dość gęstym powietrzu; na zielonych trawnikach walały się fragmenty szkieletu z przezroczystego plastiku. Ann potknęła się o ciało wygięte w taki sam sposób, jak postaci odnalezione w popiołach Pompejów. Namiot Arsiaview był wąski, lecz długi i Ann nie była pewna, w którą stronę powinna pójść. Szum dochodzący z wyrzutni rakietowych poprowadził ją w kierunku wschodnim, ku „gniazdu”, magnesowi szaleństwa, magnetycznemu monopolowi, który przyciągał szaleństwo Ziemi.

Najwyraźniej działano zgodnie z pewnym planem. Systemy obronne kabla dobrze dawały sobie radę z lekkimi pociskami „czerwonych”, jednak gdyby napastnicy całkowicie zniszczyli Sheffield i „gniazdo”, wtedy siły ZT ONZ nie mogłyby się dostać na planetę, zatem wiszący kabel nie miałby już dla nikogo znaczenia. Ten plan musiał być przystosowany do układów z Burroughs.

Plan był jednak kiepski. Burroughs leżało na nizinach, a więc otoczone powietrzem, w którym ludzie mogli przeżyć na otwartej przestrzeni, przynajmniej przez jakiś czas. Sheffield natomiast znajdowało się wysoko i zniszczenie namiotu równało się powrotowi do przeszłości, do roku 2061, czasów, gdy pęknięty namiot oznaczał śmierć dla wszystkich, którzy w nim przebywali. Jednocześnie sporą część miasta zbudowano pod ziemią, w wielu kolejnych piętrach przy ścianie kaldery. Bez wątpienia zeszła tam większość populacji. Jeśli przeniesie się tam również walka, sytuacja zmieni się w przerażający koszmar. A na powierzchni mieszkańcom groziły pociski z kabla nad nimi. Ludzie zapewne w ogóle nie wiedzieli, co się dzieje. W miarę jak Ann zbliżała się do „gniazda”, słyszała coraz większy szum: zakłócenia w interkomie, oderwane słowa, gdy radio schwytało fragmenty innych zakodowanych częstotliwości:

— …Wzięli Arsiaview… trr…

— Potrzebujemy AI z powrotem, ale powiedziałbym oś „x” — trzy, dwa, dwa, oś „y” — osiem… trr…

Potem prawdopodobnie wystrzelono w kabel kolejną partię pocisków, ponieważ Ann zauważyła nad głową wznoszący się ciąg jaskrawych świetlnych eksplozji. Nie towarzyszyły im żadne dźwięki, lecz w chwilę później na namioty wokół niej spadł deszcz dużych, czarnych fragmentów, które przebiły przezroczysty materiał lub niewidoczną ramę i upadły na budynki. Mimo rzadkiego powietrza i tłumiącego dźwięki materiału namiotu hałas był potężny, a ziemia pod stopami zaczęła wibrować. Szaleństwo trwało przez dziesięć minut. Cały czas spadały skorupy i w każdej sekundzie Ann mogła stracić życie. Stała, patrząc w górę na ciemne niebo, i czekała, aż atak się skończy.

Wreszcie się uspokoiło. Ann wcześniej wstrzymała oddech i dopiero teraz zaczerpnęła powietrza. Peter miał kod „czerwonych”, więc przywołała jego numer i wystukała go; w odpowiedzi otrzymała jedynie zakłócenia. Po chwili dotarły do niej jakieś zniekształcone urywki zdań — usłyszała głos Petera, który opisywał posunięcia „czerwonych” przedstawicielom „zielonych” albo może nawet ludziom z ZT ONZ. W takim razie tamci mogli odpalić rakiety obronne z kabla. Tak, to był na pewno Peter; jego słowa przeplatały się z trzaskami. Jak gdyby przywoływał pociski. Potem nastąpiły już tylko zakłócenia.

Przy podstawie windy krótkie błyski wybuchającego światła zmieniały barwę niższej części kabla z czarnej w srebrną, potem ponownie w czarną. W Arsiaview zaczęły dzwonić i wyć wszystkie alarmy. Dym przesunął się ku wschodniemu brzegowi namiotu. Ann znalazła się na prowadzącej z północy na południe alei i pochyliła się przy wschodniej ścianie budynku, płasko przyciskając się do betonu. W budynkach na całej alei nie było już ani jednego okna. Słyszała grzmoty, trzaski i hulający wiatr. Potem zapadła cisza, jak gdyby zupełnie ucichł wiatr.

Ann wstała i przeszła przez osadę. Gdzie można iść, gdy giną ludzie? Znajdź swoich przyjaciół, jeśli potrafisz. I jeśli umiesz powiedzieć, kim są.

Otrząsnęła się z tych myśli i dalej szukała grupy Kaseia. Zaczęła od miejsca, gdzie zdaniem Dao, mieli być, potem zastanowiła się, dokąd mogli pójść. Istniała możliwość, że nie ma ich w mieście, jeśli jednak tu pozostali, może wybrali wschodni namiot, może przejmowali jeden po drugim, poddając je dekompresji, zmuszając ludzi do zejścia, a potem ruszając dalej. Ann nie opuszczała ulicy położonej równolegle do ściany namiotu, biegnąc naprzód tak szybko, jak potrafiła. Była w dobrej formie, ale co dziwne, nie mogła złapać oddechu, a pot moczył wnętrze skafandra. Ulica była pusta, niesamowicie cicha i nieruchomo martwa, toteż Ann chwilami nie wierzyła, że znajduje się w środku bitwy, ale równocześnie powoli traciła nadzieję, że kiedykolwiek znajdzie grupę, której szuka.

A jednak ich odszukała. Byli przed nią, na ulicach wokół jednego z parków o trójkątnym kształcie. Postaci w hełmach i skafandrach nosiły w rękach broń automatyczną, przesuwały ruchome wyrzutnie pocisków, strzelały do niewidocznych przeciwników w budynku o fasadzie wyłożonej czertem. Czerwone kółka na ramionach, „czerwoni”…

Oślepiający błysk i Ann przewróciła się. W uszach jej dzwoniło. Stała przy podstawie budynku, przyciśnięta do jego ściany z wypolerowanego kamienia. Jaspilit: czerwony jaspis i tlenek żelaza, w naprzemiennych pasach. Ładne. Plecy Ann, jej pośladki i ramię bolały, dokuczał też łokieć. Ból był możliwy do zniesienia, i mogła się ruszać. Czołgała się więc przed siebie, spoglądając na trójkątny park. Wszystko płonęło na wietrze, płomienie od nadmiaru tlenu miały postać pomarańczowych strug, które powoli przygasały. Ludzkie sylwetki leżały wszędzie wokół jak połamane lalki, ręce i nogi wykręcone w niemożliwy dla zdrowych kończyn sposób. Ann wstała i ruszyła biegiem do najbliższej grupki ciał, przyciągnięta widokiem znajomej siwowłosej głowy, która wysunęła się z hełmu. To był Kasei, jedyny syn Johna Boone’a i Hiroko AI. Jedną stronę szczęki miał zakrwawioną, oczy otwarte i nieruchome. Najwyraźniej wziął słowa Ann zbyt poważnie. A jego przeciwnicy — niewystarczająco poważnie. Różowy kamienny kieł był świetnie widoczny, całkowicie obnażony przez ranę. Patrząc, Ann przystanęła, po czym odwróciła się. Taka strata. Ojciec, matka, a teraz syn…

Ann podeszła, kucnęła i odpięła Kaseiowi naręczny komputer. Istniało prawdopodobieństwo, że miał bezpośredni dostęp do przedstawicieli „Kakaze”. Kiedy wróciła do schronu w budynku, którego obsydianową czerń mąciły wielkie białe odpryski, wystukała kod ogólny i powiedziała:

— Mówi Ann Clayborne, wzywam wszystkich „czerwonych”. Powtarzam: wszystkich „czerwonych”. Słuchajcie, tu Ann Clayborne. Atak na Sheffield się nie powiódł. Kasei nie żyje, podobnie wielu innych. Kolejne ataki nie mają sensu. Spowodują tylko, że siły bezpieczeństwa powrócą ponownie na planetę. — Chciała powiedzieć, że plan jest przede wszystkim głupi, ale ugryzła się w język. — Ci, którzy mogą, powinni zejść. Wszyscy w Sheffield niech wracają na zachód. Wyjdźcie z miasta i oddalcie się od gór. Mówiła Ann Clayborne.

Otrzymała sporo potwierdzeń. Słuchała ich jednym uchem, idąc na zachód, z powrotem przez Arsiaview ku roverowi. W żaden sposób nie próbowała się ukrywać: jeśli ją zabiją, trudno, chociaż właściwie nie wierzyła, że to się może zdarzyć. Miała wrażenie, że chronią ją skrzydła jakiegoś tajemniczego anioła, który — niezależnie od tego, co się działo — nie dopuszczał do niej śmierci, zmuszając, by była świadkiem śmierci wszystkich znajomych osób i całej planety, którą kochała. Takie było jej przeznaczenie. Tak. Dostrzegła Dao i jego ludzi. Dokładnie w miejscu, w którym ich zostawiła; wszyscy byli martwi, leżeli w kałużach własnej krwi. Ann najwyraźniej znowu się spóźniła.

Na końcu szerokiej alei, pośrodku której stał rząd lip, znajdowała się kolejna grupa ciał — nie byli to „czerwoni”, nosili na głowach zielone opaski, a jeden z nich wyglądał jak Peter… To były jego plecy! Ann podeszła do niego, choć kolana się pod nią uginały, czuła, że coś ją zmusza do działania, jak w koszmarze sennym, i musiała stanąć nad ciałem; w końcu je obróciła. Na szczęście, to nie był Peter. Jakiś wysoki młody tubylec, który tylko z układu ramion przypominał jej syna; biedna istota. Mężczyzna, który powinien żyć tysiąc lat.

Ann nonszalancko szła dalej. Bez przeszkód dotarła do swojego małego rovera, po czym wsiadła i pojechała do końcowej stacji kolejowej przy zachodnim krańcu Sheffield. Tam tor magnetyczny zbiegał południowym zboczem Pavonis aż do przełęczy między Pavonis i Arsią. Spojrzawszy na tor, Ann zaczęła układać sobie w głowie plan, bardzo prosty i podstawowy, lecz dzięki temu możliwy do wykonania. Włączyła się na kanał „Kakaze” i rozkazującym tonem przekazała kilka zaleceń. Uciekać, znikać. Wejść do Południowej Przełęczy, potem obejść Arsię i dotrzeć na zachodni stok powyżej linii wiecznych śniegów, a następnie na wyższy koniec Aganippe Fossa, długiego, prostego kanionu, w którym znajdowała się tajna kryjówka „czerwonych”: skalne pomieszczenie w północnej ścianie. Tam mogli się ukryć na pewien czas, a potem rozpocząć kolejną długą „podziemną” kampanię przeciw nowym władcom planety. UNOMA, ZT ONZ, metanarodowcy, Dorsa Brevia — wszyscy oni byli „zieloni”.

Próbowała się połączyć z Kojotem, a kiedy się zgłosił, była nieco zaskoczona. Domyśliła się, że przebywał także gdzieś w Sheffield. Bez wątpienia miał szczęście, że żyje, choć na jego dziwacznej, jak gdyby rozłupanej twarzy widniał wyraz rozgoryczenia i wściekłości.

Ann powiedziała mu o swoim planie, na co Kojot pokiwał głową.

— Po jakimś czasie będą musieli odejść stąd dalej — zauważył.

Nie mogła się powstrzymać i wybuchnęła:

— Atak na kabel był głupotą!

— Wiem — odparł Kojot ze znużeniem.

— Nie próbowałeś im wybić tego z głów?

— Próbowałem. — Jego mina stała się jeszcze bardziej ponura. — Kasei nie żyje?

— Tak.

Twarz Kojota wykrzywiła się z żalu.

— Ach, Boże. Te dranie!

Ann nic nie odrzekła. Nie znała dobrze Kaseia, nawet nie lubiła go zbytnio, natomiast Kojot znał go od urodzenia, jeszcze w ukrytej kolonii Hiroko, i od dzieciństwa zabierał go ze sobą na swoje potajemne wyprawy po całym Marsie. Teraz po policzkach starca głębokimi zmarszczkami płynęły łzy. Ann zacisnęła zęby.

— Możesz zabrać ich na dół, do Aginippe? — spytała. — Ja zostanę i zajmę się ludźmi na wschodnim Pavonis.

Kojot skinął głową.

— Zabiorę ich, jak tylko będę mógł. Spotkamy się przy zachodniej stacji.

— Przekażę im to.

— „Zieloni” będą na ciebie wściekli.

— Pieprzyć „zielonych”.

Pewna część ugrupowania „Kakaze” dotarła do zachodniego terminalu Sheffield w świetle zadymionego mrocznego zachodu słońca: małe grupy ubranych w pociemniałe, brudne walkery ludzi, których twarze były blade, przerażone, zagniewane, zdezorientowane i wstrząśnięte. Zmarnowani. W pewnym momencie trzystu czy czterystu radykałów dzieliło się złymi wiadomościami. Kiedy na tyłach pojawił się Kojot, Ann wstała i przemówiła wystarczająco donośnie, aby wszyscy ją usłyszeli. Zdawała sobie sprawę, że po raz pierwszy w życiu pełniła funkcję przywódczyni „czerwonych”; wiedziała, co to teraz oznacza. Ci ludzie potraktowali ją poważnie i zjawili się tutaj. Pokonano ich i mieli szczęście, że przeżyli; w mieście na wschód od nich leżały zwłoki ich przyjaciół.

— Bezpośredni atak był złym pomysłem — oświadczyła Ann, ponieważ nie potrafiła się powstrzymać. — Udał się w Burroughs, jednak tam sytuacja znacznie się różniła od tutejszej. Tu nie mieliśmy szans. Ludzie, którzy mogli przeżyć tysiąc lat, są martwi. Kabel nie był tego wart. Teraz się ukryjemy i poczekamy na następną sposobność, na naszą następną prawdziwą szansę.

Z tłumu dały się słyszeć ochrypłe głosy sprzeciwu i wściekłe krzyki:

— Nie! Nie! Nigdy! Zerwijcie kabel!

Ann czekała przez chwilę. W końcu podniosła rękę, a zgromadzeni zaczęli stopniowo milknąć.

— Jeśli podejmiemy teraz walkę z „zielonymi”, łatwo możemy utracić wszystko. Metanarodowcy będą mieli pretekst, by się znowu wtrącić. A to jest o wiele gorsze niż współpraca z tubylczym rządem. Z Marsjanami możemy przynajmniej rozmawiać. Środowiskowy punkt umowy z Dorsa Brevia przyznaje nam nieco wpływu. Trzeba po prostu jak najlepiej pracować. I zacząć z innego miejsca. Rozumiecie?

Na razie nie byli w stanie tego zrozumieć. I ciągle jeszcze nie chcieli. Ann, patrząc na nich z góry, czekała, aż ucichną głosy protestów. Intensywne, kosę spojrzenie Ann Clayborne… Wcześniej wielu z nich przyłączyło się do walki właśnie z jej powodu, w tamtych czasach, kiedy wróg był wrogiem, a podziemie składało się z prawdziwych, współpracujących ze sobą sojuszników, stanowiło alians swobodny i podzielony, lecz wszystkie jego odłamy stały mniej więcej po tej samej stronie…

Zebrani pochylili głowy, niechętnie akceptując fakt, że jeśli staną przeciwko Ann Clayborne, stracą moralnego przywódcę. A bez tego — bez Kaseia, bez Dao — i przeciwko masie lokalnych „zielonych”, którzy mieli mocnych przywódców w osobach Nirgala, Jackie i zdrajcy Petera…

— Kojot zabierze was z Tharsis — oznajmiła Ann, czując mdłości.

Opuściła pokój, przeszła stację i udała się przez śluzę powietrzną do swojego rovera. Naręczny wyświetlacz Kaseia leżał na tablicy rozdzielczej i Ann wrzuciła go do przegródki. Zaczęła szlochać. Potem przez chwilę tkwiła nieruchomo na siedzeniu kierowcy i uspokajała się, wreszcie uruchomiła silnik i pojechała poszukać Nadu, Saxa i całej reszty.

W końcu dotarła do wschodniego Pavonis i tam ich znalazła. Wszyscy nadal przebywali w kompleksie magazynowym. Kiedy stanęła w drzwiach, popatrzyli na nią takim wzrokiem, jak gdyby atak na kabel był jej pomysłem, jak gdyby była osobiście odpowiedzialna za całe zło, które się wydarzyło, zarówno tego dnia, jak i podczas całej rewolucji. Właściwie spojrzeli tak samo, jak po zatopieniu Burroughs. Wśród nich dostrzegła Petera. Zdrajca! Ann odwróciła się do niego plecami. Próbowała też zignorować. Iriszka była przerażona, Jackie — wściekła i z zaczerwienionymi oczyma: w końcu zabito dziś jej ojca i chociaż przebywała w obozie Petera, a zatem była częściowo odpowiedzialna za miażdżącą odpowiedź na ofensywę „czerwonych”, jej wzrok mówił, że ktoś inny musi zapłacić za śmierć Kaseia… Ann zlekceważyła wszystkich i poszła do Saxa, który siedział w odległym kącie dużego głównego pokoju przed ekranem i czytał długie kolumny cyfr, mamrocząc coś do swojego AI. Ann pomachała mu ręką między twarzą a ekranem i zaskoczony Russell podniósł na nią oczy.

Co dziwne, był najwyraźniej jedyną osobą w całym tłumie, która nie oskarżała Ann. Przypatrzył jej się, przechylając na bok głowę, z ptasią ciekawością, która niemal przypominała współczucie.

— Mamy złe wieści o Kaseiu — odezwał się. — Kasei i reszta… Cieszę się, że ty i Desmond przeżyliście.

Zignorowała jego słowa i szeptem poinformowała, dokąd idą „czerwoni” oraz co im powiedziała.

— Sądzę, że potrafię ich powstrzymać przed dalszymi bezpośrednimi napaściami na kabel — oświadczyła. — 1, przynajmniej przez jakiś krótki czas, przed wszelkimi aktami przemocy.

— To dobrze — odrzekł Sax.

— Ale chcę czegoś w zamian — dodała. — I jeśli tego nie dostanę, już zawsze będę ich judzić przeciwko wam.

— Solettę? — spytał Sax.

Popatrzyła na niego. Musiał czytać w jej myślach częściej, niż sądziła.

— Tak.

Brwi Saxa złączyły się, kiedy rozmyślał nad jej propozycją.

— To może spowodować coś w rodzaju epoki lodowcowej — zauważył.

— Świetnie.

Spojrzał na nią. Zastanawiał się. Mogła sobie wyobrazić, jak myślał — w szybkich błyskach czy wybuchach: epoka lodowcowa… rzadsza atmosfera… spowolnienie terraformowania… zniszczone nowe ekosystemy… może jakaś kompensacja… gazy cieplarniane. I tak dalej. Prawie zabawna była jej umiejętność czytania z twarzy tego nieznajomego, znienawidzonego brata, który starał się wybrnąć z sytuacji. Szukał i szukał, ale ciepło stanowiło główny człon napędzający terraformowanie, a bez ogromnego orbitującego szeregu luster w soletcie naukowcy ograniczą się jedynie do normalnego poziomu światła słonecznego Marsa. W rezultacie będą musieli zwolnić swoje działania do bardziej „naturalnego” tempa. Ann uświadomiła sobie, że dla konserwatywnego Saxa takie wyjście mogło nawet mieć swój urok!

— Okay — oświadczył w końcu.

— Jesteś w stanie mówić w imieniu wszystkich tych ludzi? — spytała, machając z pogardą na zebrany za nimi tłumek, jak gdyby nie było wśród nich żadnego z jej najstarszych towarzyszy, jak gdyby byli to urzędnicy ZT ONZ albo funkcjonariusze metanarodowców…

— Nie — odparł. — Mówię tylko za siebie. Ale potrafię się pozbyć soletty.

— Zrobiłbyś to wbrew ich woli?

Sax zmarszczył brwi.

— Sądzę, że umiem ich do tego namówić. Jeśli nie, wiem, że uda mi się przekonać zespół w Da Vincim. Lubią wyzwania.

— W porządku.

Więcej nie mogła od niego wymagać. Wyprostowała się, ciągle zakłopotana. Właściwie nie spodziewała się zgody Saxa. A teraz, kiedy ją otrzymała, odkryła, że ciągle jest rozgniewana i zdegustowana. Nagle soletta nic już dla niej nie znaczyła. Ann zdała też sobie sprawę, że terraformerzy znajdą inne sposoby ogrzania planety. Sax bez wątpienia uczyni ten punkt spornym. Dajcie Ann solettę, powie, skoro w ten sposób okupimy się „czerwonym”, a potem będzie knuł dalej.

Wyszła z wielkiej sali, nie patrząc na nikogo. Uciekła z kompleksu magazynowego do swojego rovera.

Przez jakiś czas jechała na oślep, nie mając pojęcia, dokąd zmierza. Po prostu odjechać, uciec! Zupełnie przypadkowo skierowała się w kierunku zachodnim i dość szybko musiała się zatrzymać na krawędzi, w przeciwnym razie spadłaby ze stożka.

Gwałtownie zahamowała pojazd. Oszołomiona wyjrzała przez przednią szybę. Gorzki smak w ustach, wnętrzności ściśnięte, wszystkie mięśnie napięte i obolałe. Otoczenie wielkiego stożka kaldery dymiło w wielu miejscach, dymy wznosiły się głównie z Sheffield i Lastflow, lecz także z tuzina innych miejsc. Ponad Sheffield nie dało się dostrzec ani śladu kabla; a jednak ciągle tam był. Jego podstawę otaczał dym, rozpraszając się na wschód w rzadkim, mocnym wietrze. Kolejna chmura rozkwitła na nieskończonej nawałnicy. Wiatr rozpraszał pióropusze dymu, które mąciły ciemne niebo, zaćmiewając niektóre z mnóstwa gwiazd świecących na godzinę przed zachodem słońca. Ann miała wrażenie, że stary wulkan obudził się, otrząsnął z długiego snu i przygotowuje do erupcji. Poprzez rzadki dym słońce miało kształt płonącej ciemną czerwienią kuli; przypominało czerwonego karła. Otaczające je kłęby dymu były w kolorach kasztanowatym, rdzawym i karmazynowym. Czerwony Mars.

Jednakże czerwony Mars zniknął i to na dobre. Z solettą czy bez niej, niezależnie od ewentualnej epoki lodowcowej, biosfera będzie się rozrastała, aż pokryje całą powierzchnię; na północy ocean, na południu — jeziora, wszędzie strumienie, lasy, prerie, miasta i drogi, och, Ann widziała to wszystko oczyma wyobraźni. Z białych chmur padał deszcz na starożytne wyżyny, podczas gdy obojętni na wszystko ludzie w niewiarygodnym tempie budowali swe miasta. Długi wybieg cywilizacji grzebał świat Ann.

CZĘŚĆ 2

Areofania

Sax uważał wojnę domową za najmniej racjonalny z wszelkich rodzajów konfliktów. Obie strony o wiele więcej łączyło, niż dzieliło, a jednakże sobą walczyły. Niestety, nie sposób było skłonić ludzi, by studiowali analizy plusów i minusów, i nic się nie dało na to poradzić. Chociaż… Gdyby ktoś potrafił jasno i bez emocji sprecyzować najważniejszą kwestię sporną, z powodu której jedna lub obie strony opowiadały się za opcją przemocy, wtedy można by spróbować rozwiązać tę kwestię drogą pokojową.

W tym przypadku z pewnością głównym problemem było terraformowanie, z którym utożsamiano właśnie Saxa. Fakt ten wydawał się wielce niekorzystny, ponieważ jako mediator Russell powinien być osobą absolutnie neutralną. Z drugiej strony, jego działania mówiły same za siebie. Dla wielu stanowił symbol i mógł symbolicznym gestem osiągnąć więcej niż ktokolwiek inny. Teraz jednak potrzebne było jakieś ustępstwo na rzecz „czerwonych”, prawdziwe ustępstwo, coś realnego, a nie żaden pusty symbol. Z symbolami Sax zmagał się na co dzień. Wszelkie słowa sprawiały mu obecnie kłopoty, tak wielkie, że próbując lepiej je zrozumieć, sięgał często do ich etymologii. Rzut oka na nadgarstek — symbol: „specyficzny znak oznaczający coś innego”, od łacińskiego symbolum, przyswojone z języka greckiego słowo znaczące „złożyć”. Dokładnie tak. To „składanie” było dla Saxa niezrozumiałe, uważał je za wartość emocjonalną, prawie nierealną, a równocześnie na swój sposób ważną.

Po południu w dzień bitwy o Sheffield Sax zadzwonił przez naręczny komputer do Ann. Na chwilę udało mu się połączyć, ale nie zdołał jej namówić na rozmowę. Ponieważ nie przyszło mu nic innego do głowy, pojechał jej szukać na skraj gruzów miasta. Wstrząsnęło nim, gdy zobaczył, jak wiele zniszczeń może spowodować kilkugodzinna bitwa. Lata ciężkiej pracy zmieniły się w dymiące ruiny; dym przeważnie zasnuwał nawet nie makrocząstki ognistego popiołu, ale poruszone drobiny miału — stary wulkaniczny popiół wzleciał w powietrze, a potem porwał go wiatr i poniósł na wschód. Kabel sterczał z ruin jako czarna linia węglowych włókien nanoprzewodowych.

Nic nie wskazywało na to, żeby „czerwoni” zamierzali jeszcze stawiać opór. Jednocześnie nie było sposobu zlokalizowania Ann — nie odbierała telefonu. Nieco podłamany tym faktem Sax wrócił do kompleksu magazynowego we wschodnim Pavonis i wszedł do środka.

Ann była w środku, w ogromnym magazynie. Dostrzegłszy go, przeszła obok pozostałych osób, kierując się prosto ku niemu. Minę miała taką, jakby zamierzała wbić mu nóż w serce. Nieszczęśliwy Sax zapadł się w fotel i pomyślał, jakże daleko w przeszłość sięga ten ciąg ich nieprzyjemnych rozmów. Całkiem niedawno pokłócili się podczas jazdy koleją ze Stacji Libijskiej. Przypomniał sobie, jak mówiła coś o usunięciu soletty i zwierciadła pierścieniowego, potężnych symboli. Sax właściwie nigdy nie miał dobrego zdania o tych wielkich, a zarazem niezwykle kruchych instrumentach zwiększających ilość ciepła podczas procesu terraformowania.

Kiedy więc Ann powiedziała:” Chcę czegoś w zamian”, Sax wiedział, o co jej chodzi i zanim zdążyła rozwinąć myśl, zasugerował usunięcie zwierciadeł. Jego słowa zaskoczyły Ann, zatrzymały ją, pohamowały jej straszliwy wybuch gniewu. Podejrzewał, że gdzieś głęboko w swoim wnętrzu zapewne coś czuła: żal albo rozpacz, nie mógł jednak być tego pewien. Wiedział wszakże, iż tego dnia wielu „czerwonych „poległo, a jeszcze więcej umarło nadziei i marzeń, które „czerwoni” żywili.

— Przykro mi z powodu Kaseia — powiedział.

Ann zignorowała jego słowa i skłoniła Saxa, by zaproponował zdjęcie kosmicznych zwierciadeł. Zgodził się, a później natychmiast obliczył stratę światła, jaką spowoduje ich brak; równocześnie przez cały czas się krzywił. Obliczył, że naświetlenie słoneczne zmniejszy się o mniej więcej dwadzieścia procent, co stanowiło istotną różnicę.

— To spowoduje epokę lodowcową — zauważył.

— Świetnie — odparła Ann.

Jednak wcale nie była zadowolona. A kiedy opuszczała pokój, Sax widząc jej opuszczone ramiona pomyślał, że deklaracja usunięcia zwierciadeł wcale nie podniosła na duchu Ann. Pozostawało jedynie mieć nadzieję, że bandy jej zwolenników będą usatysfakcjonowane. W każdym razie, miał do wykonania zadanie. Może uda się dzięki niemu powstrzymać wojnę domową! Zdawał sobie sprawę z faktu, że umrze wielka ilość roślin, zwłaszcza tych rosnących na najwyżej położonych terenach, chociaż brak pełnego nasłonecznienia z pewnością wpłynie negatywnie na wszystkie ekosystemy. Nie miał wątpliwości co do tego, iż czeka ich epoka lodowcowa. Chyba że bardzo skutecznie jej się przeciwstawią. Warto spróbować, zwłaszcza jeśli stawką jest kres bratobójczych walk na Marsie.

Najprościej byłoby odciąć wielki pas pierścieniowego zwierciadła i pozwolić mu odlecieć w kosmos, prosto z płaszczyzny ekliptyki. Podobnie można było postąpić z solettą: odpalić kilka z jej rakiet stabilizujących, a poleci w dal, szaleńczo się obracając.

Sax nie miał jednak ochoty marnować użytego do budowy tych urządzeń krzemianu glinu. Zdecydował się zbadać możliwość wykorzystania gdzieś w Układzie Słonecznym kierunkowych rakiet zwierciadeł oraz ich współczynnika odbicia. Solettę można by umiejscowić przed Wenus, a zwierciadła ustawić w taki sposób, aby stworzyć wielki parasol osłaniający gorącą planetę. Byłby to pierwszy krok w procesie ochładzania jej atmosfery, o którym od dłuższego czasu dyskutowano w literaturze przedmiotu, niezależnie od innych projektów terraformowania Wenus. Następnie trzeba by ulokować pierścieniowe zwierciadło na odpowiedniej orbicie polarnej wokół planety. Odbite światło pomogłoby utrzymać solettę-parasol we właściwym położeniu na wypadek naporu promieniowania słonecznego. Zarówno więc solettę, jak i zwierciadła można było wykorzystać, a w dodatku stanowiłoby to czytelny sygnał, kolejny symboliczny gest mówiący: „Spójrzcie, tę wielką planetę również można terraformować”. Nie było to łatwe zadanie, niemniej jednak wykonalne. Tym samym zmniejszyłaby się nieco psychiczna presja na Marsa, który traktowano dotąd jako „jedyną możliwą alternatywną Ziemię”. Trudno się było w tym doszukać logiki, ale to akurat nie miało specjalnego znaczenia, bowiem historia bywa nieprzewidywalna, a ludźmi wcale nie kierują racjonalne motywacje. W każdym razie, w specyficznej logice symbolicznej układu limbicznego gest ten mógłby być pewnym znakiem dla ludzi na Ziemi, psychiczną sugestią. Symbolem. Spójrzcie tam! Lećcie tam! I dajcie spokój Marsowi!

Sax omówił więc sytuację w Da Vincim ze specjalistami od astronomii eksperymentalnej, którzy skutecznie przejęli kiedyś kontrolę nad zwierciadłami. Za plecami ludzie nazywali ich i Saxa (chociaż i tak słyszał) szczurami laboratoryjnymi lub saxoklonami. W gruncie rzeczy byli to poważni, urodzeni na Marsie naukowcy, którzy różnili się od siebie usposobieniem tak samo jak absolwenci studiów i młodzi doktorzy w każdym laboratorium. Dla ogółu fakt ten nie miał jednakże znaczenia; młodzi pracowali z Saxem, uważano ich zatem za jego repliki. Widocznie Russell stał się obecnie modelowym nowoczesnym naukowcem marsjańskim. Postrzegano go przede wszystkim jako ubranego w biały fartuch „laboratoryjnego szczura” albo jako pochłoniętego pracą szalonego naukowca otoczonego w swojej kraterowej twierdzy chętnymi młodymi Igorami, błyskającymi szaleństwem w oczach, lecz postępującymi w sposób przemyślany — małymi Misterami Spockami: mężczyznami tak chudymi i niezgrabnymi jak budowlane dźwigi, kobietami bezbarwnymi w ochronnych szarościach… Ich neutralne przywiązanie do wiedzy… Sax bardzo to lubił; cenił całkowite oddanie nauce, pojmował je i podzielał — tę potrzebę zrozumienia wszystkiego i wyrażenia tego matematycznie. Uważał ich pragnienia za rozsądne. Prawdę mówiąc, często wydawało mu się, że gdyby wszyscy ludzie byli fizykami, świat wyglądałby znacznie lepiej.

— Ach, nie, ludziom podoba się pojęcie płaskiego wszechświata, ponieważ uważają, że trudno sobie radzić z zakrzywioną przestrzenią.

Może tak, a może nie… W każdym razie, młodzi tubylcy — niezależnie od tego, jak dziwni się wydawali — stanowili w Kraterze Da Vinciego potężną grupę. Mieściła się tu obecnie baza technologiczna podziemia i dzięki pełnemu zaangażowaniu Spencera ich możliwości produkcyjne wyglądały zupełnie nieźle. To oni przygotowali rewolucję, a teraz kontrolowali orbitalną przestrzeń planety.

Między innymi właśnie z powodu tej kontroli wielu z tutejszych naukowców wyglądało na niezadowolonych lub przynajmniej zakłopotanych, gdy Sax po raz pierwszy powiedział im o pomyśle usunięcia soletty i zwierciadła pierścieniowego. Poinformował o swoich planach podczas zebrania przy ekranach i zauważył, że wiele twarzy krzywiło się w dezaprobacie, jakby milcząco sugerując: „Szefie, to się nie trzyma kupy”. Tyle że wojna domowa też nie miała najmniejszego sensu. Trzeba było wybrać mniejsze zło.

— Czy tamci nie będą się sprzeciwiać? — spytała Aonia. — To znaczy „zieloni”?

— Bez wątpienia będą — odparł Sax. — Generalnie na Marsie panuje teraz anarchia, ale grupa we wschodnim Pavonis stanowi coś w rodzaju prerządu. Jednak to my w Da Vincim kontrolujemy przestrzeń kosmiczną Marsa. Zresztą, niezależnie od sprzeciwów, wraz z usunięciem soletty zniknie też groźba wojny domowej.

Wyjaśniał najlepiej, jak potrafił, a jego słuchaczy pochłonął fakt technicznego wyzwania, problem czysty, prosty i szybko zapomnieli, jakim szokiem był dla nich w pierwszej chwili jego pomysł. Formułując to techniczne wyzwanie, Sax czuł się, jakby rzucał psom kości. Młodzi naukowcy odeszli od ekranów, rozgryzając „najtwardsze” kwestie problemu i już w kilka dni później dopracowywali plany. Jak zwykle, chodziło głównie o przekazanie AI odpowiednich instrukcji. Naukowcy byli obecnie w niezwykle komfortowej sytuacji — wystarczało, że wyobrazili sobie coś, dokładnie to przemyśleli, a następnie powiedzieli AI: „zrób tak i tak”. Na przykład: „Proszę, skieruj solettę i zwierciadło pierścieniowe na orbitę wenusjańską, potem wyreguluj listewki soletty w taki sposób, aby zmieniła się w parasol, którego zadaniem będzie ochrona planety przed całością słonecznego naświetlenia”. Pozostawało czekać, aż komputery obliczą trajektorie i kąty ustawienia luster, wyznaczą silniki do odpalenia, i to wszystko.

Dzięki maszynom ludzie stawali się wręcz zbyt potężni. Michel stale powtarzał, że posiadają nowe boskie moce, a Hiroko swoimi działaniami sugerowała, że należy ignorować wszelką tradycję, nie powinna bowiem istnieć żadna granica wykorzystania tych nowych sił. Sax uważał, że pewne rzeczy warte są zachowania, jednak technicy z Da Vinciego — tak samo jak Hiroko — nie przywiązywali do tradycji najmniejszej wagi. Twierdzili, że znajdują się obecnie w bardzo szczególnym momencie historycznym i nie czuli się wobec nikogo odpowiedzialni. Zrobili więc tak, jak proponował szef.

Jakiś czas później Sax poszedł do Michela.

— Martwię się o Ann — powiedział.

Stali w rogu dużego magazynu na wschodnim Pavonis; kręcący się wokół swoich spraw i zajęty rozmowami tłum zapewniał im w pewien sposób prywatność, Michel jednak czujnie się rozejrzał wokół siebie, po czym rzucił:

— Wyjdźmy na zewnątrz.

Ubrali się w skafandry i wyszli. Wschodnie Pavonis zmieniło się obecnie w labirynt namiotów, magazynów, warsztatów, torów magnetycznych, parkingów, rurociągów, rozmaitych zbiorników, podwórzy, stosów odpadów i śmieci; szczątki urządzeń walały się wszędzie jak wulkaniczne ejektamenta. Michel skierował się w kierunku zachodnim i szybko dotarli do stożka kaldery, skąd to gigantyczne ludzkie śmietnisko wyglądało zupełnie inaczej — jak zagony hodowli bakteryjnych.

Przy samej krawędzi stożka ciemnawy, plamiasty bazalt opadał w postaci szeregu koncentrycznych stopni. Wzdłuż tych tarasów zbudowano schody, a najniższy — ogrodzono. Michel zaprowadził Saxa na taras, skąd przez boczną ściankę rozciągał się widok na dno kaldery — pięć kilometrów w dół. Olbrzymia średnica sprawiała, że kaldera nie wydawała się tak głęboka. Daleko w dole znajdowała się lekko zaokrąglona powierzchnia. Kiedy Sax uprzytomnił sobie, jak mała jest ta kaldera w stosunku do całego wulkanu, leżące pod nim Pavonis wydało mu się ogromnym cielskiem — niczym stożkowy kontynent ustawiony gdzieś w atmosferze planety i opadający wierzchołkiem w dół. Rzeczywiście, niebo było purpurowe tylko na horyzoncie, nad głową natomiast ciemnawe, a leżące na zachodzie słońce przypominało ciężką złotą monetę, która rzucała wyraźne ukośne cienie. Michel i Sax mieli cały ten świat jak na dłoni. Wzniecone przez wybuchy drobiny miału zniknęły i wszystko wróciło do normalnej teleskopowej klarowności. Skały, niebo i nic więcej… z wyjątkiem pasa budynków rozrzuconych wokół stożka. Skała, niebo i słońce. Mars Ann. Z wyjątkiem budynków… A na Ascreusie, Arsii, Elysium, nawet na Olympusie nie było budynków.

— Ze spokojem moglibyśmy ogłosić, że wszystko, co leży powyżej ośmiu kilometrów, pozostaje strefą pierwotnej pustki — rzucił Sax. — l utrzymać ten stan na zawsze.

— A bakterie? — spytał Michel. — Porosty?

— Prawdopodobnie pojawiły się. Ale czy one mają jakieś znaczenie?

— Dla Ann tak.

— Ale dlaczego, Michel? Czemu jej się podoba taki pusty świat?!

Michel wzruszył ramionami. Wreszcie, po długiej pauzie odrzekł:

— Bez wątpienia chodzi o jakieś kompleksy. Sądzę, że Ann odmawia życia. Zwróciła się ku skale, ponieważ jej potrafi zaufać. Jako dziecko była maltretowana, wiedziałeś o tym?

Sax potrząsnął głową. Próbował sobie wyobrazić, co znaczą słowa Duvala.

— Jej ojciec umarł — ciągnął Michel. — Matka wyszła ponownie za mąż, kiedy córka miała osiem lat. Ojczym znęcał się nad małą, póki nie skończyła szesnastu lat. Wtedy wyprowadziła się do siostry matki. Pytałem ją o szczegóły, ale stwierdziła, że nie chce o tym rozmawiać. „Poniżenie to poniżenie i tyle”, odrzekła. Mówi, że i tak nie pamięta zbyt dużo.

— Wierzę w to.

Michel zamachał ręką.

— Pamiętamy więcej, niż nam się zdaje. Czasami więcej, niż chcemy.

Dwaj starcy stali przez chwilę, patrząc na kalderę.

— Nie potrafię sobie tego wyobrazić — oświadczył Sax.

Michel popatrzył ponuro.

— Doprawdy? W pierwszej setce znajdowało się pięćdziesiąt kobiet. Z pewnością niejednej Ann mężczyźni zniszczyli życie. Jeśli wierzyć statystykom, doświadczyło tego od dziesięciu do piętnastu z nich. Gwałt, bicie, maltretowanie… tak to się dzieje.

— Trudno uwierzyć.

— Tak.

Sax przypomniał sobie, jak uderzył Phillis w szczękę, zaledwie jednym ciosem pozbawiając ją przytomności. Poczuł wtedy pewne zadowolenie. Jednak wówczas musiał potraktować ją w ten sposób. Tak mu się zdawało przez cały czas.

— Każdy ma swoje powody — zauważył Michel, szokując tym stwierdzeniem Saxa. — Tak w każdym razie myślą. — Jak zwykle próbował tłumaczyć, skąd się bierze zło. — U podstaw ludzkiej kultury — powiedział, patrząc w kalderę — leży neurotyczna reakcja na najwcześniejsze urazy psychiczne jednostki. Przed urodzeniem i w niemowlęctwie człowiek żyje w narcystycznej błogości oceanicznej, w której jednostka stanowi wszechświat. Potem, w którymś momencie późnego okresu niemowlęctwa, uświadamiamy sobie, że jesteśmy odrębnymi osobami, że różnimy się od naszej matki i wszystkich innych ludzi. To jest cios, z którego nigdy nie potrafimy się całkowicie otrząsnąć. Dziecko próbuje sobie radzić, jak umie — powstaje w nim szereg strategii neurotycznych. Najpierw usiłuje na powrót połączyć się z matką. Następnie odsuwa się od matki i kieruje ku istocie idealnej — ku ojcu. Tej metody ludzie często kurczowo się trzymają, stąd w niektórych kulturach powstała potrzeba oddawania czci królowi czy bogu. Jednostka może też szukać ideałów gdzieś dalej, skierować się ku pojęciom abstrakcyjnym lub ku braterstwu mężczyzn. Wszystkie te kompleksy mają swoje nazwy i posiadają bogatą literaturę… kompleks Dionizosa, Perseusza, Apollina, Heraklesa. Tacy ludzie istnieją, wszyscy są neurotykami, a z wyjątkiem reprezentantów kompleksu Dionizosa — także mizoginami.

— To jeden z twoich semantycznych prostokątów? — spytał Sax.

— Tak. Kompleksami Apollina i Heraklesa można by opisać przemysłowe społeczności Ziemi. Kompleks Perseusza dotyczy kultur wcześniejszych, choć i współcześnie można znaleźć jego przykłady. Wszystkie trzy są z gruntu patriarchalne. Cenią i szanują tylko to, co męskie, natomiast wszystko, co jest kobiece, uważają za mniej ważne, jedynie za dodatek do czynnika męskiego. Twierdzą, że kobieta to tylko instynkt, ciało i natura, a mężczyzna jest przyczyną, umysłem i prawem. Prawo oczywiście rządzi.

Sax, zafascynowany tą opowieścią, spytał tylko:

— A na Marsie?

— No cóż, na Marsie ideałem znowu jest czynnik macierzysty. Tu mamy do czynienia z powrotem do kompleksu Dionizosa czy też do swego rodzaju ponownego postedypalnego scalenia z naturą, które stale usiłujemy odkryć. Szukamy jakiegoś nowego kompleksu, który nie byłby tak bardzo narażony na wypaczenia neurotyczne.

Sax potrząsnął głową. Zadziwiające, jak piękne teorie potrafi tworzyć pseudonauka. Może to technika kompensacyjna; rozpaczliwa próba, aby zbliżyć się do takich dziedzin jak fizyka. Jednak psychologowie nie rozumieją, że fizyka, mimo swego — nie da się ukryć — skomplikowania, ciągle poszukuje prostoty.

Michel kontynuował wykład. Mówił, że nieodłączny patriarchatowi jest kapitalizm, hierarchiczny system, w którym większość osób wyzyskiwano w sposób ekonomiczny, traktowano jak zwierzęta, zatruwano, zdradzano, prześladowano, zabijano. A w najlepszym przypadku życiu tych ludzi towarzyszyło stałe poczucie zagrożenia, obawiali się odrzucenia, utraty pracy, nędzy, niezdolności zarobienia na życie dla siebie i rodziny, głodu, poniżenia. Niektórzy uwięzieni w tym nieszczęsnym systemie odreagowywali spowodowaną położeniem wściekłość na wszystkich wokół, często na osobach najbardziej kochanych, tych, których obecność właściwie powinna osładzać im trudne życie. To było nielogiczne, a nawet głupie. Brutalne i głupie. Tak. Michel wzruszył ramionami; nie podobały mu się wnioski, do których doprowadził go tym razem własny pociąg do dywagowania. Sax natomiast miał na ten temat do powiedzenia tylko jedno: że działania wielu ludzi wskazują niestety na ich głupotę. Michel dalej mówił (brzmiało to tak, jak gdyby próbował się wykręcić od przyzwoitego objaśnienia), że w niektórych umysłach układ limbiczny został całkowicie zwichnięty. Adrenalina i testosteron zawsze pchały do reakcji typu: „walcz lub uciekaj”, co w pewnych wyjątkowo ponurych przypadkach doprowadzało do układu: „zrań lub zostaniesz zraniony”, a wtedy ludzie wplątani w ten układ nie mieli wyjścia — byli straceni, nie tylko w sensie uczuciowości, ale także w kategoriach racjonalnej interesowności. W gruncie rzeczy, byli chorzy i sami na siebie ściągali nieszczęście.

Sax też czuł się trochę chory. Michel wyjaśnił właśnie w niecały kwadrans wiele przyczyn męskiej agresji, a jednak większość wniosków dotyczyła Ziemian. Marsjanie byli inni. Chociaż Sax sam świetnie pamiętał katów z Kasei Vallis, którzy go torturowali. Byli to jednak osadnicy z Ziemi. Chorzy. Młodzi tubylcy nie są tacy, powiedział sobie Sax. Marsjanin, który uderzyłby kobietę albo molestował dziecko, zostałby wykluczony ze społeczności, groziłby mu ostracyzm, a może także bardziej namacalna kara — utrata domu albo zesłanie na asteroidy bez zgody na powrót. Tak chyba było?

Trzeba zbadać ten problem.

Teraz Sax znowu pomyślał o Ann: o jej sposobie zachowania, o nieczułości. Przypomniał sobie, jak intensywnie skupiała się na nauce, na skałach. Może kompleks Apollina… Koncentracja na abstrakcji, nieprzyjmowanie do wiadomości istnienia ciała, a zatem całego związanego z nim bólu. Może…

— Jak sądzisz, co teraz pomogłoby Ann? — spytał Sax.

Michel znowu wzruszył ramionami.

— Zastanawiam się nad tym od lat. Myślę, że pomaga jej Mars. Pomogli jej także Simon i Peter. Ich obu trzymała nieco na dystans. Jednak nie udało im się gruntownie jej zmienić.

— Ale… ona przecież kocha to wszystko — zauważył Sax, wskazując na kalderę. — Naprawdę kocha. — Zastanowił się nad analizą Michela. — Z jej strony to nie jest zwykłe zaprzeczanie. Jest w niej także coś pozytywnego. Choćby ta miłość do Marsa.

— Tyle że jeśli kochasz kamienie, a nie ludzi — stwierdził Michel — jest to chyba trochę… niezrównoważone. Albo też dzieje się to jakby zamiast. Ann ma wielki umysł, wiesz…

— Wiem…

— …I wiele dokonała. Jednak nie wydaje się z tego zadowolona.

— Ann nie podoba się to, co się dzieje z jej światem.

— Tak. Jednak, czy naprawdę jej się to nie podoba? Wiesz, co jej się najbardziej nie podoba? Ja nie jestem taki pewny. Dla mnie to kolejny przykład wyparcia. Zarówno miłość, jak i nienawiść.

Sax potrząsnął głową. Był szczerze zdumiony, że Michel naprawdę uważa psychologię za naukę. Tak wiele symboli. Traktowanie umysłu jako silnika parowego; podczas narodzin nowoczesnej psychologii istniały już gotowe mechaniczne analogie. Ludzie zawsze tak postępowali, gdy myśleli o umyśle: mechanizm zegarowy dla Kartezjusza, zmiany geologiczne dla osób żyjących w początkach epoki wiktoriańskiej, komputery albo holografia dla dwudziestego wieku, AI dla dwudziestego pierwszego… a dla freudowskich tradycjonalistów — silniki parowe. Przyłożenie ciepła, wzrost ciśnienia, przesunięcie ciśnienia, odpowietrzanie, wszystko zmienione w represję, sublimacja, powrót represji tego, co zostało stłumione. Sax pomyślał, że odpowiednim modelem dla ludzkiego umysłu muszą być naprawdę nieprawdopodobne silniki parowe. Według niego umysł przypominał bardziej… Co? Ekosystem… pole turniowe… a może raczej dżunglę zaludnioną przez wszelkie możliwe gatunki dziwacznych bestii. Albo wszechświat, wypełniony gwiazdami, kwazarami i czarnymi dziurami. No cóż… w gruncie rzeczy był to tylko — chociaż dość imponujący — skomplikowany zbiór synaps i neurytów; energia chemiczna faluje w tę i z powrotem niczym pogoda w atmosferze. Tak, to było lepsze porównanie: pogoda… burzowe fronty myśli, strefy wysokiego ciśnienia, komórki niskiego, huragany — strumieniowe prądy biologicznych pragnień, zawsze tworzące swe szybkie, potężne obroty. Życie w wichrze. No cóż… Symbol. Prawdę mówiąc, umysł był raczej kiepsko rozumianym organem.

— O czym myślisz? — spytał Michel.

— Czasami się martwię — przyznał się Sax — o teoretyczne podstawy tych twoich diagnoz.

— Och, nie musisz, są świetnie poparte empirycznie. I bardzo precyzyjne, bardzo dokładne.

— Zarówno precyzyjne, jak i dokładne?

— No cóż, to chyba to samo, nie sądzisz?

— Nie. W danych szacunkowych jakiejś wartości dokładność określa, jak daleko się znajdujesz od prawdziwej wartości, precyzja natomiast odnosi się do rozmiaru błędu oceny. Sto plus minus pięćdziesiąt nie jest zbyt precyzyjnym określeniem. Jeśli jednak szacujesz sto plus minus pięćdziesiąt, a prawdziwa wartość wynosi sto jeden, to mieścisz się w błędzie, twoje stwierdzenie jest zatem całkiem dokładne, chociaż niezbyt precyzyjne. Rzecz jasna, często prawdziwe wartości w ogóle nie dają się określić.

Michel popatrzył z zaciekawieniem.

— Jesteś człowiekiem bardzo dokładnym, Sax.

— To tylko statystyka — odparł, broniąc się. — Od czasu do czasu język pozwala powiedzieć coś w sposób precyzyjny.

— I dokładny.

— Czasami.

Spojrzeli w dół, na powierzchnię kaldery.

— Chcę pomóc Ann — szepnął Sax.

Michel skinął głową.

— Już mówiłeś. A ja ci powiedziałem, że nie wiem jak. Dla niej oznaczasz terraformowanie. Jeśli miałbyś jej pomóc, musiałoby jej pomóc terraformowanie. Sądzisz, że potrafisz znaleźć sposób, aby móc tego dokonać?

Sax zastanowił się.

— Dzięki terraformowaniu mogłaby dłużej przebywać na zewnątrz. W dodatku bez hełmu, a nawet bez maski.

— Uważasz, że Ann tego chce?

— Zdaje mi się, że wszyscy tego pragną. Jeśli nie świadomie, to w móżdżku. Jak zwierzęta, rozumiesz. Dobre samopoczucie.

— Nie wiem, czy Ann ma odpowiedni stosunek do swoich uczuć zwierzęcych.

Sax przez chwilę myślał nad słowami Michela, a w tym czasie pociemniał cały pejzaż.

Spojrzeli w górę. Słońce było czarne. Obok niego lśniły gwiazdy. Czarny dysk otaczała słaba łuna, być może korona słoneczna.

Później nagły ognisty półksiężyc zmusił ich, by odwrócili wzrok. Tak, korona. A to, co widzieli wcześniej, było prawdopodobnie oświetloną egzosferą.

Pociemniały krajobraz rozświetlił się znowu, kiedy skończyło się sztuczne zaćmienie. Jednak po powrocie słońce było wyraźnie mniejsze od tego, które świeciło zaledwie kilka chwil wcześniej. Stary spiżowy guzik marsjańskiego słońca! Sax poczuł się, jak gdyby z wizytą przyszedł jakiś przyjaciel. Planeta wydawała się teraz bardziej przyćmiona, intensywne barwy kaldery stały się o ton ciemniejsze, jak gdyby światło słoneczne przysłoniły niewidzialne chmury. Widok właściwie bardzo znajomy — naturalne światło Marsa, oświetlające planetę znowu po dwudziestu ośmiu latach.

— Mam nadzieję, że Ann to widziała — stwierdził Sax.

Poczuł chłód, chociaż wiedział, że nie upłynęło jeszcze wystarczająco dużo czasu, by powietrze zdążyło się ochłodzić, a poza tym miał przecież na sobie skafander. Ale naprawdę było mu zimno. Ponuro pomyślał o rozproszonych po całej planecie polach turniowych, na północy do cztero — czy pięciokilometrowego poziomu, natomiast na średnich i południowych szerokościach areograficznych — niżej. Całe ekosystemy zaczną już niedługo umierać. Ten dwudziestoprocentowy spadek nasłonecznienia był gorszy niż jakakolwiek ziemska era lodowcowa, bardziej przypominał ciemność po wielkich katastrofach związanych z wymieraniem gatunków: zderzeniu KT, wydarzeniach w ordowiku, dewonie czy też — najgorszych — w permie, dwieście pięćdziesiąt milionów lat temu, kiedy wyginęło aż dziewięćdziesiąt pięć procent wszystkich żyjących gatunków. Przerwanie stanu równowagi; bardzo niewiele gatunków przeżywało takie okresy — pozostawały jedynie szczególnie wytrzymałe lub te, które po prostu miały szczęście.

— Wątpię, czyją to usatysfakcjonuje — rzucił Michel.

Sax wiedział o tym. Teraz jednak zastanawiał się, w jaki sposób najłatwiej skompensować utratę światła, które dawała soletta. Wolałby, żeby nie ucierpiała żadna bioma. Gdyby znalazł sposób, Ann po prostu musiałaby się pogodzić z istnieniem turniowych pól.

Było Ls 123, sam środek południowej zimy (na północy — lata), blisko aphelium, które sprawiało, że zima na południu była o wiele chłodniejsza niż na północy (niemałe znaczenie miał także fakt wysokości terenu): temperatury regularnie spadały do dwustu trzydziestu kelwinów, było więc niewiele cieplej niż podczas pierwotnych chłodów panujących przed przybyciem pierwszej setki. Teraz, gdy soletta i zwierciadło pierścieniowe zniknęły, temperatury będą spadać jeszcze niżej. Bez wątpienia, na południowych wyżynach zamarznie w tym roku rekordowa ilość roślin.

Z drugiej strony, na południu spadło już wiele śniegu, który chronił żywe istoty przed zimnem i wiatrem. Środowisko pod śniegiem wyglądało na całkiem stabilne. Być może spadek ilości światła i — w następstwie — temperatury powierzchniowej nie zaszkodzi zbytnio zasypanym śniegiem roślinom, już przykrytym, a więc częściowo zahartowanym na zimno. Sax nie miał jednak pewności. Chciał pojechać w teren i przekonać się na własne oczy. Rzecz jasna, mogą minąć miesiące, a nawet lata, zanim zajdą dostrzegalne zmiany. Z wyjątkiem, oczywiście, samej pogody. Śledził już dane meteorologiczne, spędzał wiele godzin przed zdjęciami satelitarnymi i mapami pogody; szukał oznak ochłodzenia. Dzięki tym badaniom odprężał się po rozmowach z ludźmi, którzy przychodzili do niego protestować przeciwko usunięciu zwierciadeł; w tygodniu po zdarzeniu pojawiło się ich tak wielu, że te wizyty stały się niemal nie do zniesienia.

Niestety, pogoda na Marsie była niestała, więc nie sposób było przewidzieć, czy zmiany rzeczywiście spowodowało usunięcie dużych luster. Zdaniem Saxa naukowcy mieli dość kiepskie pojęcie na temat atmosfery, a marsjańska pogoda była systemem naprawdę pół-chaotycznym. W jakiś sposób przypominała ziemską, co nie zaskakiwało, jeśli się wzięło pod uwagę, że przyczyna leżała w powietrzu i wodzie poruszających się po powierzchni wirującej kuli: siły Coriolisa są przecież wszędzie takie same, a zarówno na Marsie, jak na Ziemi wiały tropikalne stałe wiatry wschodnie, umiarkowane stałe wiatry zachodnie, polarne wiatry wschodnie; i tu, i tam znajdowały się też nawałnicowe punkty kotwiczne. Niewiele więcej można było powiedzieć z całą pewnością o marsjańskiej pogodzie. No… Może jeszcze kilka kwestii — na południu było chłodniej i bardziej sucho niż na północy. Znad wysoko położonych wulkanów i łańcuchów górskich wiatr przynosił deszcze. Blisko równika było cieplej, na biegunach chłodniej. Na tym kończyły się oczywiste uogólnienia. Marsjanie mogli być pewni jeszcze różnych lokalnych wzorców, chociaż bywały odchylenia. Ważniejsze od doświadczenia okazywały się statystyki. Zarejestrowano zresztą jedynie pięćdziesiąt dwa M-lata, podczas których w dodatku przez cały czas gęstniała atmosfera, na powierzchnię planety pompowano wodę i tak dalej… Właściwie więc trudno było powiedzieć, jak wyglądają normalne czy też przeciętne warunki.

Sax uznał, że musi opuścić wschodnie Pavonis. Nie mógł się tam skupić. Ludzie ciągle przerywali mu badania, skarżąc się na brak zwierciadeł, a zmienna i burzowa sytuacja polityczna była równie nieprzewidywalna jak pogodowa. Oczywiście, że usunięcie luster bynajmniej nie ułagodziło wszystkich „czerwonych” — nadal prawie codziennie sabotowano projekty terraformowania; czasami odbywały się ostre walki w ich obronie. Z wiadomości (które Sax przykazał sobie oglądać przez godzinę dziennie) dowiedział się o istnieniu na Ziemi grup ludzi, którzy próbowali przywrócić stan rzeczy sprzed powodzi; ich przeciwieństwo stanowiły siły zamierzające wykorzystać powódź w podobny sposób, jak marsjańscy rewolucjoniści, traktując ją jako punkt zwrotny w historii i swego rodzaju trampolinę, odskocznię do nowego porządku społecznego, do „świeżego początku”. Tyle że metanarodowcy nie zamierzali się poddać, tworzyli zresztą aktualny system społeczny: zarządzali ogromnymi zasobami i nawet siedmiometrowa fala (ponad poziom morza) nie mogła pozbawić ich władzy.

Po jednej takiej przygnębiającej godzinie Sax wyłączył monitor i poszedł do rovera Michela, na kolację z przyjacielem.

— Nie ma czegoś takiego jak „świeży początek” — oznajmił, włączywszy wodę na herbatę.

— Wielki Wybuch? — zasugerował Michel.

— Jeśli dobrze rozumiem, na Ziemi istnieją teorie sugerujące, że… przyczyną iłowatości wczesnego wszechświata była wcześniejsza… to znaczy… iłowatość poprzedniego wszechświata, załamanie się w Wielki Chrzęst.

— Który wszelkie nieregularności skruszył na proch?

— Istnieją dziwne osobliwości… Poza wypadkowymi poziomami zjawiska kwantowe pozwalają pewnym cząstkom na pojawienie się. Pod wpływem kosmicznego podmuchu małe bryłki zaczęły się łączyć w duże. — Sax zmarszczył brwi. Przemawiał tonem teoretyków z Da Vinciego. — Miałem na myśli powódź na Ziemi… Która bynajmniej nie oznacza całkowitej zmiany warunków. Właściwie, może niektórzy ludzie na Ziemi wcale nie uważają tego stanu rzeczy za punkt zwrotny.

— Rzeczywiście. — Michel roześmiał się z jakiegoś powodu. — Powinniśmy tam polecieć i zobaczyć, nie sądzisz?

Kiedy skończyli jeść spaghetti, Sax oświadczył:

— Chcę pojechać w teren. Muszę sprawdzić, czy widać już efekty usunięcia zwierciadeł.

— Jeden już widziałeś. To przyćmienie światła, kiedy byliśmy na stożku… — Michel wzruszył ramionami.

— Tak, ale jedynie wzmógł moją ciekawość.

— No cóż… Utrzymamy więc dla ciebie tę placówkę.

Sax pomyślał, że przy obecnym stanie techniki człowiek nie musiał być fizycznie obecny w danym miejscu.

— Stary móżdżek nigdy się nie poddaje — mruknął.

Michel uśmiechnął się.

— Właśnie z tego względu chcesz wyjechać i zobaczyć zmiany na własne oczy.

Sax zmarszczył brwi.

Zanim wyszedł, zadzwonił do Ann.

— Chciałabyś mi towarzyszyć na wycieczce do południowego Tharsis, aby… aby zbadać wyższe partie areobiosfery?

Ann wydawała się przestraszona jego pytaniem. Gdy rozważała propozycję, trzęsła jej się głowa — w ten sposób móżdżek odpowiedział na sześć czy siedem sekund przed jej świadomą odmowną odpowiedzią słowną:

— Nie.

Potem spojrzała dziwnie przerażona i przerwała połączenie.

Sax wzruszył ramionami. Czuł się nieszczególnie. Wiedział, że jednym z powodów do wyjazdu w teren była chęć zabrania tam Ann i pokazania jej skalistych biom w postaci turniowych pól. Pragnął, by zwróciła uwagę, jak bardzo są piękne. Chciał z nią porozmawiać… Jakoś tak… Nie bardzo wiedział, co mógłby jej powiedzieć; obraz wspólnej wyprawy miał w umyśle — w najlepszym razie — dość zamazany. Po prostu chciał jej pokazać. Pragnął sprawić, aby to wszystko zobaczyła.

No cóż, nikt nie potrafi skłonić drugiej osoby do dostrzeżenia czegoś nie chcianego.

Poszedł się pożegnać z Michelem. Na tym właśnie polegała cała praca Francuza: sprawić, żeby ludzie zauważali różne rzeczy. Bez wątpienia, stąd wynikała frustracja, z jaką Duval mówił o Ann. Należała do jego pacjentek już od ponad stulecia, a jej zachowanie zupełnie się nie zmieniło, nawet nie powiedziała mu zbyt wiele o sobie. Sax uśmiechnął się nieznacznie, gdy o tym myślał. Niestety, Michela wyraźnie niepokoiła ta sytuacja, ponieważ naprawdę kochał Ann i chciał jej pomóc. Kochał zresztą wszystkich swoich starych przyjaciół i pacjentów, łącznie z Saxem. Na tym polegała zdaniem Duvala zawodowa odpowiedzialność: zakochiwać się w każdym przedmiocie swojej „pracy naukowej”. Każdy astronom kocha gwiazdy. No cóż, kto wie, kto wie…

Sax wyciągnął rękę i klepnął przyjaciela w ramię. Michel uśmiechnął się, spodobał mu się gest, który nie pasował do dawnego Saxa. Miłość, tak… Zwłaszcza gdy przedmiotem badań są znane od lat kobiety, których zachowanie studiuje się z intensywnością czystej nauki — tak, to może być uczucie. Wielka poufałość, niezależnie od miejsca, w którym odbywa się rozmowy — w gabinecie czy gdzieś indziej. Właściwie, nie jest nawet ważna zgoda pacjenta na współpracę; zdarzało się, że nie chciał odpowiadać na żadne pytania. W końcu, jeśli Michel pragnął, aby odpowiadano (rozwlekle) na jego pytania (choćby i na te nie zadane), zawsze miał Maję, która była niemal „zbyt ludzka”, która dawała Michelowi nieźle popalić, zmuszając jego układ limbiczny do ostrego biegu terenowego z przeszkodami, która — jeśli wierzyć Spencerowi — nawet rzucała w niego przedmiotami. Po takim intensywnym symbolizmie milczenie Ann mogło się Michelowi wydawać wręcz pieszczotą.

— Bądź ostrożny — powiedział Michel. Szczęśliwy naukowiec, zwracający się do jednego z „przedmiotów” swojej pracy naukowej, kochanego jak brata.

Sax wsiadł w jednoosobowy rover i zjechał po stromym, gołym południowym stoku Pavonis Mons, potem przejechał przełęcz między Pavonis i Arsia Mons. Objechał suchą wschodnią stronę wielkiego stożka Arsia Mons, potem zjechał po południowym stoku Arsii i po wzniesieniu Tharsis, aż dotarł na potrzaskane wyżyny Daedalia Planitia. Równina stanowiła pozostałość gigantycznego starego basenu pouderzeniowego, teraz prawie całkowicie zatartego przez pochyłość Tharsis, lawę z Arsia Mons i nieustanne wiatry; pozostał po nim jedynie zbiór obserwacji i wniosków areologów, nikłe promieniste szeregi ejektamentowych fragmentów widocznych jeszcze na mapach, ale już nie w krajobrazie.

Dla oka niewprawnego podróżnika jadącego po tej krainie nie różniła się ona od większości pozostałych południowych wyżyn: była nieregularna, nierówna, pokryta dołami, popękana. Dziki, skalny krajobraz. Stare magmowe wylewy przybrały postać wygładzonych, płatkowych łuków ciemnej skały. Wyglądały jak wzniesione fale rozkładające się wachlarzem i opadające na brzeg. Ląd znaczyły spowodowane działaniem wiatru smugi, zarówno jasne, jak i ciemne, ukazując drobiny pyłu o różnym ciężarze i zawartości: na południowo-wschodnich stokach kraterów i głazów narzutowych znajdowały się wydłużone, długie, jasne trójkąty, na północny zachód od nich ciemne pasy w kształcie litery „V”, natomiast wewnątrz wielu pozbawionych stożków kraterów — ogromne, nieregularne, ciemne plamy. Następna wielka burza pyłowa z pewnością pozmienia wszystkie te wzory.

Sax z przyjemnością przejechał niskie kamienne fale — w dół, w górę, w dół, w górę — odczytując niczym mapę piaskowe malowidła stworzone ze smug pyłu. Nie podróżował kamiennym pojazdem składającym się z niskiego, ciemnego pomieszczenia i pędzącym jak karaluch od jednej kryjówki do następnej, lecz dużym pudełkowatym minibusem areologów, wysokim na trzy piętra, z oknami na wszystkich czterech stronach.

Naprawdę wielką uciechę sprawiała Saxowi ta jazda naprzód: do góry, w rzadkim, jaskrawym świetle dnia, w dół i w górę, w dół i w górę, przez poprażkowaną piaskiem równinę. Jak na Marsa, horyzont znajdował się bardzo daleko. Sax nie musiał się przed nikim ukrywać; nikt go nie gonił. Był wolnym człowiekiem na swobodnej planecie i jeśli miał ochotę, mógł objechać swoim pojazdem cały świat. Pojechać wszędzie, gdzie chciał.

Zdał sobie sprawę z tej możliwości po dwudniowej jeździe, a i nawet wtedy nie był pewien, czy w pełni ją odczuwa. Miał wrażenie osobliwej lekkości i często za jego przyczyną — czasem bez oczywistego powodu — nieznaczny uśmieszek rozciągał mu usta. Kiedyś nie znał uczucia depresji ani strachu, choć zapewne gdzieś się czaiło — może od roku 2061 albo nieco wcześniej. Sześćdziesiąt sześć lat strachu, lekceważonego i zapominanego, lecz stale obecnego: powodował pewne napięcie w układzie mięśniowym, mały ukryty lęk w samym środku wszystkiego.

— Sześćdziesiąt sześć butelek strachu na ścianie, sześćdziesiąt sześć butelek! Zdejmij jedną, puść ją w koło, zostanie sześćdziesiąt pięć butelek strachu na ścianie!

Teraz lęk zniknął. Sax czuł się swobodny, jego świat był wolny. Zjeżdżał pochyłą, rzeźbioną wiatrem równiną. Wcześniej tego dnia w rozpadlinach zaczął pojawiać się szkliście połyskujący śnieg; pył nigdy tak nie lśnił. Potem pojawiły się porosty, Sax wjeżdżał bowiem w atmosferę. Nie widział powodu, aby jego życie nie miało dalej wyglądać w taki właśnie sposób — by mógł wędrować swobodnie całymi dniami we własnym świecie-laboratorium. Zresztą, wszyscy inni mogą być równie wolni!

Teraz naprawdę doświadczał emocji!

Och, niech się spierają na Pavonis. Z pewnością będą się tam kłócić. W innych miejscach również… Stanowili niezwykle swarliwą gromadkę. Jak wyjaśniliby ich kłótliwość socjologowie? Trudno powiedzieć. W każdym razie, mimo sporów, Marsjanom jakoś udawało się ze sobą współpracować; być może osiągali kompromis tylko tymczasowo, dla załatwienia jakiejś sprawy? Cóż… obecnie wszystko było tymczasowe. Zrezygnowano z tak wielu tradycji, tak wiele zapomniano, aż pozostało coś, co John zwykł nazywać „koniecznością tworzenia”; a tworzenie to sprawa bardzo trudna. Nie każdy, kto potrafił narzekać, umiał tworzyć.

Jednak teraz Marsjanie mieli pewne możliwości jako grupa, jako… cywilizacja. Suma wiedzy naukowej, ich wspólna, rosła do ogromnych rozmiarów, dając im wiele możliwości, których — nawet w ogólnym zarysie — jednostka nie potrafiłaby pojąć. Zrozumiałe czy nie, były to jednak możliwości; Michel nazywał je „boskimi siłami”, Sax natomiast uważał, że przyjaciel popada w przesadę bądź miesza podstawowe kwestie, bowiem jego zdaniem siły te z pewnością należały do świata materialnego, były realne i wymuszała je rzeczywistość. Dzięki nim — zastosowanym właściwie — dałoby się stworzyć przyzwoitą ludzką cywilizację. Nareszcie! Po wszystkich tych stuleciach prób! A dlaczego nie? Dlaczego nie? Dlaczego nie rozpocząć z wysokiego pułapu? Potrafili każdemu zabezpieczyć godziwy byt, leczyć choroby, powstrzymać starzenie (będą żyli po tysiąc lat), zrozumieć wszechświat od odległości Plancka do kosmicznej, od Wielkiego Wybuchu po eskaton — wszystko było możliwe, technicznie możliwe do osiągnięcia. Jeśli zaś chodziło o tych, którzy twierdzili, że ludzkość potrzebuje bodźca w postaci cierpienia, aby zrozumieć znaczenie swej mocy, no cóż… Sax był pewien, że nigdy nie przestaną istnieć takie tragiczne zdarzenia, jak: utracona miłość, zdrada przez przyjaciół, śmierć, złe wyniki w laboratorium. Tymczasem wszyscy zadowoleni mogli swobodnie kontynuować prace nad stworzeniem wspaniałej cywilizacji. Potrafili tego dokonać! Zadziwiające, naprawdę. Dotarli do takiego momentu historycznego, kiedy każdy człowiek mógł oświadczyć: „To jest możliwe”. Sax nie do końca wierzył w tę ludzką wszechmoc, toteż stał się podejrzliwy; w fizyce, gdy sytuacja stawała się zbyt wyjątkowa lub unikalna, od razu przychodziło zwątpienie. Podejrzewano, że ktoś popełnił błąd lub wyciągnął niewłaściwe wnioski. Wszechobecna była tak zwana zasada mierności, zgodnie z którą człowiek powinien zakładać, że wszystko jest mniej więcej stałe, a on sam żyje w przeciętnych czasach. Sax nigdy nie widział w tej zasadzie niczego atrakcyjnego, choć być może oznaczała ona pełną dostępność sprawiedliwości.

W każdym razie, obecna chwila z pewnością była nadzwyczajna. Tuż za czterema oknami minibusa Mars połyskiwał pod delikatnym dotykiem promieni naturalnego słońca. Planeta i jej lud, wolni i potężni.

Sax rozglądał się wokół i rozmyślał. Cieszył się wszystkim, co widział i czuł.

— Ha! Ha! — wołał zaskoczony. Smak zupy pomidorowej i chleba. — Ha! — Zapylona purpura zmierzchającego nieba. — Ha! — Spektakl na instrumentach tablicy rozdzielczej, lekko połyskującej, odbitej w czarnych oknach. — Ha! Ha! Ha! Nie do wiary.

Mógł jechać wszędzie, gdzie tylko chciał. Nikt mu nie mówił, co ma robić. Powiedział to głośno w stronę ciemnego ekranu Al:

— Nikt nam nie mówi, co robić!

Owa myśl była niemal przerażająca i przyprawiała o zawrót głowy. „Ka”, jak powiedzieliby yonsei. „Ka” — słowo, którym małe czerwone ludziki podobno nazywały Marsa; pochodziło od japońskiego ka oznaczającego „ogień”. Ten sam wyraz istniał również w wielu innych wczesnych językach, łącznie z praindoeuropejskim. Tak w każdym razie twierdzili językoznawcy.

Sax powoli dotarł na tył przedziału, gdzie szumiało ogrzewanie rovera i system elektryczny. Położył się do łóżka. Mrucząc do siebie, leżał pod grubym kocem, który szybko ogrzał jego ciało, a wtedy położył głowę na poduszce i patrzył w gwiazdy.

Następnego ranka z północnego zachodu nadszedł układ wysokiego ciśnienia i temperatura wzrosła do dwustu sześćdziesięciu dwóch kelwinów. Sax zjechał na wysokość pięciu kilometrów ponad poziom odniesienia, gdzie zewnętrzne ciśnienie powietrza wynosiło dwieście trzydzieści milibarów. Nie wystarczało do swobodnego oddychania, więc założył jeden z ogrzewanych skafandrów powierzchniowych, potem wsunął na ramiona mały zbiornik z powietrzem, nałożył maskę na nos i usta oraz gogle na oczy.

Wyszedł przez zewnętrzny właz śluzy powietrznej i po schodkach zszedł na piaszczystą powierzchnię. Mimo że był tak grubo ubrany, zaczął siąkać nosem z powodu dotkliwego chłodu i oczy załzawiły mu się tak bardzo, że niemal nic nie widział. Chociaż uszy okrywał mu kaptur skafandra, słyszał głośny gwizd wiatru. System grzejny skafandra przygotowano na szczęście do takich zadań, toteż twarz Saxa powoli się przyzwyczaiła.

Russell mocniej zesznurował kaptur i ruszył przed siebie. Stąpał od jednego płaskiego kamienia do następnego; było ich mnóstwo. Często kucał i badał skalne rozpadliny. Znajdował porosty i najrozmaitsze inne okazy życia roślinnego: mchy, małe kępki turzycy, trawy. Wiał bardzo mocny wiatr. Cztery czy pięć razy na minutę smagały Saxa wyjątkowo ostre podmuchy, a w międzyczasie panowała niemal równie silna zawierucha. Miejsce to bez wątpienia pozostawało wietrzne przez większą część roku, bowiem ogromne masy powietrza przemieszczały się stąd na południe dokoła wielkiej wypukłości Tharsis. Komórki wysokiego ciśnienia pozbywały się sporej partii wilgoci na początku wzniesienia, w odległości około sześćdziesięciu kilometrów, dwa czy trzy kilometry poniżej na zachodnim stoku. Nawet w chwili obecnej zachodni horyzont zaćmiewało morze gęstych chmur zlewających się z ziemią.

Śnieg wypełniał niektóre z zacienionych systemów rozpadlin i kotlin, tworząc tak twarde zaspy, że gdy Sax skakał po nich, nie zostawiał śladów. Lodowe płyty, częściowo stopione, potem ponownie zamarznięte. Jedna z nich pękła mu pod butami. Okazało się, że ma grubość kilku centymetrów. Pod płytą znajdował się śnieg w postaci sproszkowanej lub ziarnistej. Mimo ogrzewanych rękawic, palce Saxa były zimne.

Znowu ruszył naprzód i chaotycznie wędrował po skałach. W niektórych głębszych kotlinach znajdowały się lodowe sadzawki. Około południa zszedł w jedno z takich zagłębień i zjadł przy sadzawce lunch, podnosząc co jakiś czas maskę powietrzną, aby ugryźć zbożowo-miodowy balonik. Sax znajdował się na wysokości czterech i pół kilometra ponad poziomem, ciśnienie powietrza wynosiło dwieście sześćdziesiąt siedem milibarów, a zatem układ wysokiego ciśnienia rzeczywiście tu dotarł! Słońce wisiało nisko na północnym niebie: jaskrawa kropka otoczona okręgiem barwy cyny.

W niektórych miejscach lód sadzawki był przezroczysty; przez te „okienka” dało się dostrzec czarne dno. Inne miejsca wrzały, były popękane lub białe od szronu. Brzeg, na którym siedział Sax, stanowiła żwirowa wypukłość; tu i ówdzie pokrywały ją zagony brązowej gleby, a na miniaturowym tarasie — najwyraźniej znaku poziomu maksymalnego przypływu — poczerniałe okazy martwej roślinności, glebowy brzeg na żwirowym. Cała plaża miała niecałe cztery metry długości, metr szerokości. Drobny żwir był barwy umbry, srokatej umbry albo… Sax pomyślał, że musi zajrzeć do wykresu kolorów. Ale nie teraz.

Glebowy taras upstrzyły bladozielone rozetki maleńkich źdźbeł trawy. Tu i tam rosły kępy dłuższych źdźbeł. Większość z nich była martwa i lekko szara. Tuż obok stawu leżały stosy ciemnozielonych mięsistych liści o ciemnoczerwonych krawędziach. W miejscach, gdzie zieleń przechodziła w czerwień, znajdował się kolor, którego Sax nie potrafił nazwać, ciemny, lśniący brąz, osobliwie zabarwiony dwoma kolorami składowymi. Sax zrozumiał, że koniecznie trzeba wywołać wykres barw; ostatnio, kiedy był na zewnątrz, potrzebował go mniej więcej co minutę.

Pod niektórymi z tych dwubarwnych liści leżały woskowate kwiaty w prawie białym kolorze. Zauważył też jakieś pnącza o czerwonych łodygach i zielonych igłach; wyglądały jak miniaturowe wodorosty na plaży. Znowu prześladowała go — tym razem w naturze — mieszanina czerwonego z zielonym.

Słyszał odległy, niesiony na wietrze szum; może to powietrze igrało wśród skał, może bzyczały owady. Czarne muszki, pszczoły… Ponieważ ciśnienie cząstkowe było małe, musiały znosić w tej atmosferze jedynie około trzydziestu milibarów dwutlenku węgla, a w pewnym momencie nasycenie wewnętrzne okazało się wystarczające. Niestety, dla ssaków powietrze z pewnością nie było odpowiednie. Mogły wytrzymać jakieś dwadzieścia milibarów, lecz jeśli życie roślinne będzie się bujnie krzewiło we wszystkich niższych rejonach planety, poziom dwutlenku węgla powinien dość szybko spaść do pożądanego, a wtedy nawet ludzie mogliby się obywać bez zbiorników z powietrzem i masek na twarz. Uwolnić zwierzęta na Marsie!

Saxowi wydawało się, że w słabym szumie rozróżnia głosy zwierząt, immanentne bądź pojawiające się wraz z następną wielką falą viriditas. Szum odległych głosów. Wiatr. Spokój małej sadzawki na skalistej glebie. Taką przyjemność czuł zapewne Nirgal, gdy walczył z ostrym chłodem…

— Ann powinna to zobaczyć — mruknął Sax.

Nagle uświadomił sobie, że cały otaczający go świat został skazany na śmierć decyzją o usunięciu kosmicznych zwierciadeł. Tu znajdowała się górna granica biosfery, która z powodu straty światła i ciepła niewątpliwie się obniży, przynajmniej tymczasowo, a być może na dobre. Saxowi nie podobała się owa myśl, sądził jednak, że potrafi znaleźć sposób skompensowania tego utraconego światła. Terraformowanie przebiegało przecież całkiem dobrze przed pojawieniem się luster, nie były zatem konieczne. Zresztą planeta nie powinna być zależna od czegoś tak kruchego, lepiej więc pozbyć się ich teraz niż później, kiedy wraz z roślinami mogłyby wymrzeć populacje wielkich zwierząt.

Mimo to Sax odczuwał wstyd. Mimo iż dotąd sądził, że martwa roślinna materia to tylko nawóz, że rośliny nie cierpią w przeciwieństwie do zwierząt. Któż jednak może wiedzieć, co czują rośliny? Kiedy przyjrzeć im się uważnie, okazują się równie skomplikowane i tajemnicze jak każde inne przejawy życia. Sax zauważył, że rosną wszędzie wokół. Zajmowały całą dolinę, tworząc jedno wielkie pole turniowe, powoli rozrastające się w ogromny gobelin rozłożony na skale; przebijały się przez zwietrzałe minerały, łącząc się z nimi i tworząc pierwsze gleby, choć taki proces zachodził bardzo powoli. Każda szczypta gleby stanowiła mieszaninę niezwykle złożoną. W pewnej chwili Sax uzmysłowił sobie, że to pole turniowe jest najcudowniejszym krajobrazem, jaki kiedykolwiek widział.

Skupić się na problemie wietrzenia. Cały ten świat wietrzał. W tekście drukowanym po raz pierwszy tego słowa (w dokładnym znaczeniu) użyto w książce o Stonehenge w 1665 roku: Wietrzenie tak wielu stuleci. W tym kamiennym świecie. Wietrzenie. Język jako pierwsza dziedzina nauki, może jeszcze nie do końca jasna albo też wielowartościowa. Składanie w jedno. Symbol. Umysł jako stan pogody. Lub jako wietrzenie.

Chmury wznosiły się nad okoliczne zachodnie pagórki, dolne części chmur opierały się na warstwie cieplnej tak regularnie, jak gdyby ułożono je na tafli szkła. Przypominały fakturę utkanej wełny. Przesuwały się na wschód.

Sax wstał i wyszedł z kotliny otaczającej sadzawkę. Nic go już teraz nie chroniło przez szokująco silnym wiatrem — chłód stał się nagle tak intensywny, jak gdyby akurat właśnie w tej sekundzie rozpoczęła się epoka lodowcowa. Sax wiedział, że za ochłodzenie się jego ciała odpowiedzialny jest ruch powietrza. Temperatura wynosiła dwieście sześćdziesiąt dwa kelwiny, jednak wiatr wiejący z prędkością około siedemdziesięciu kilometrów na godzinę, z o wiele silniejszymi porywami, obniżał ją do około dwustu pięćdziesięciu stopni. Czy Sax dobrze obliczył? Bez hełmu było mu naprawdę bardzo zimno. Saxowi zdrętwiały także ręce i stopy, a twarzy prawie nie czuł, jakby miał na niej grubą maskę. Drżał, a kiedy mrugał, zlepiały mu się powieki; łzy zamarzały. Musiał wrócić do pojazdu.

Z trudem posuwał się po skalnym terenie, zaskoczony, że siła wiatru tak bardzo wzmacnia zimno. Od czasów dzieciństwa temperatura jego ciała z pewnością nie obniżyła się tak jak w tej chwili. Zapomniał już, jak powietrze potrafi być lodowate. Zataczając się w podmuchach wiatru, wspiął się na niskie wybrzuszenie starej lawy i spojrzał ku szczytowi wzgórza. Stał tam jego rover — duży, jaskrawozielony, połyskujący niczym statek kosmiczny — oddalony o jakieś dwa kilometry w górę wzgórza. Bardzo pożądany widok!

Tyle że nagle wokół Saxa wirować zaczął śnieg, dramatycznie demonstrując wielką prędkość wiatru. Małe ziarniste kulki uderzały o gogle. Ruszył w stronę rovera i ze spuszczoną głową obserwował wirujący ponad skalną powierzchnią śnieg. W powietrzu było go tak dużo, że początkowo sądził, iż zaparowały mu okulary, jednak po sprawiającej ból zimnej operacji wytarcia wnętrza, zdał sobie sprawę, że ma do czynienia z kondensacją w powietrzu. Nie potrafił powiedzieć, czy jest to drobny śnieg, mgła czy też pył.

Ciężko stąpał w górę. Następnym razem, gdy podniósł oczy, powietrze tak zgęstniało od śniegu, że już nie widział rovera. Postanowił się pospieszyć. Miał szczęście, że skafander był dobrze izolowany i wyposażony w elementy grzewcze. Niestety, mimo iż nastawił ogrzewanie na maksymalną moc, zimno zacinało go w lewy bok, jak gdyby był zupełnie nagi. Widoczność sięgała jedynie plus minus dwudziestu metrów; zmiany następowały szybko, zależnie od tego, jak dużo płatków śniegu przelatywało w danej chwili obok Saxa; znajdował się w bezkształtnej, na przemian rozszerzającej się i kurczącej, bańce bieli — zamarzniętej mgły lub pary — którą stale przenikały fruwające płatki śniegu. Sax podejrzewał, że może znalazł się nawet w burzowej chmurze. Nogi miał sztywne. Otoczył tułów ramionami, wsuwając ręce w rękawicach pod pachy. Nie wiedział, czy posuwa się we właściwym kierunku. Wydawało mu się, że odkąd tak znacząco zmalała widoczność, nie zbaczał z kursu, równocześnie miał także wrażenie, że przeszedł już długą drogę, zatem rover nie powinien być daleko.

Na Marsie nie używano kompasów, lecz Sax miał w naręcznym komputerze i w Al pojazdu system naprowadzający. Mógł na nadgarstku wywołać szczegółową mapę, zlokalizować siebie i rover, posuwać się przez jakiś czas, śledząc na wyświetlaczu pozycję, wreszcie skierować się bezpośrednio w stronę pojazdu. Uznał jednak, że ta operacja jest zbyt długa i nużąca, a po chwili doszedł do wniosku, że właśnie takie myśli mogą oznaczać, iż jego umysł, podobnie jak ciało, wymęczyło ciągłe zimno. Pracy nie było przecież aż tak wiele!

W końcu przykucnął za głazem narzutowym od strony zawietrznej i wypróbował tę metodę. Teoria wydawała się logiczna, jednak w praktyce nieco zawiodły instrumenty — ekran naręcznego komputera miał zaledwie pięć centymetrów szerokości, zbyt mały, aby można było na nim wyraźnie dostrzec miniaturowe punkciki. W końcu Sax je zauważył, ruszył kilka kroków przed siebie, po czym ponownie sprawdził pozycję. Powinien skręcić w prawo.

Zdenerwował się. Własne ciało podpowiadało mu, że idzie we właściwym kierunku, umysł (a w każdym razie, jego część) natomiast podpowiadał, że należy zaufać komputerowi, który twierdził, że Sax w którymś momencie zszedł z kursu. Russell nie mógł w to uwierzyć, ponieważ przed nim rozciągało się zbocze, po którym — tak czuło jego ciało — wcześniej zszedł. Sprzeczność była tak dotkliwa, że Sax poczuł falę mdłości. Gdy próbował ustać wyprostowany, skręciło go aż do bólu, jak gdyby każda komórka ciała zareagowała na wynik komputera skrętem w bok — były to fizjologiczne skutki czysto poznawczego dysonansu. Sax zdziwił się i niemal uwierzył w istnienie wewnętrznego magnesu w ciele, pełniącego podobną funkcję jak szyszynka u migrujących ptaków. A może skóra Saxa była do tego stopnia wrażliwa na promieniowanie słoneczne, że potrafiła umiejscowić słońce, nawet kiedy całe niebo było ciemnoszare. To by tłumaczyło siłę wrażenia, że Sax obrał właściwy kierunek…

W końcu mdłości minęły i ruszył w kierunku sugerowanym przez naręczny komputer. Czuł się z tego powodu paskudnie i zbaczał nieco pod górę, ot tak, dla lepszego samopoczucia, choć generalnie ufał bardziej aparaturze niż własnym instynktom, ponieważ wiedział, że na tym właśnie polega nauka. Posuwając się dalej, przeciął zbocze. Chyba nigdy nie czuł się tak niezdarny. Niemal „nieczułymi” stopami uderzał w kamienie, których nie widział, mimo iż leżały tuż przed nim; raz po raz się potykał. Zaskakujące, jak gruntownie śnieg może zasłonić widok!

Po chwili Sax zatrzymał się i przez system naprowadzający ponownie spróbował zlokalizować rover. Mapa w komputerze zasugerowała zupełnie nowy kierunek — wyglądało na to, że pojazd znajduje się obecnie za Saxem, po jego lewej stronie.

Możliwe, że minął rover… Możliwe? Nie miał ochoty iść z powrotem pod wiatr, jednak musiał, jeśli chciał dotrzeć do pojazdu. Pochylił więc głowę i ruszył, smagany chłodem. Odnosił wrażenie, że z jego skórą dzieje się coś dziwnego: pod elementami grzewczymi wypełniającymi skafander świerzbiła, a we wszystkich innych miejscach — cierpła. Stopy nadal były zdrętwiałe. Marsz stawał się coraz trudniejszy. Sax nie czuł także twarzy; być może już ją sobie odmroził. Potrzebował kryjówki.

Przyszedł mu do głowy nowy pomysł. Wywołał Aonię, na Pavonis. Udało mu się połączyć prawie natychmiast.

— Sax! Gdzie jesteś?

— Właśnie w tej sprawie dzwonię! — zawołał. — Złapała mnie burza na Daedalii! I nie mogę znaleźć pojazdu. Porównaj mój system naprowadzający i rovera. Może zdołasz mi wskazać kierunek, w którym powinienem iść!

Sax przyłożył naręczny komputer do samego ucha.

— Hej, Ka, Sax.

Miał wrażenie, że Aonia również krzyczy. Jej głos dziwnie nie pasował do otoczenia.

— Chwileczkę, Sax, pozwól, że sprawdzę!…Okay! Tu jesteś! A tu twój pojazd! Co robisz tak daleko na południu? Nikt nie jest w stanie dotrzeć do ciebie szybko! Zwłaszcza że jest burza!

— Jest burza — powtórzył Sax. — Właśnie dlatego dzwonię.

— Okay! Znajdujesz się około trzystu pięćdziesięciu metrów na zachód od swojego pojazdu.

— Dokładnie na zachód?

— …I trochę na południe! Ale jak się sam zorientujesz?

Zastanowił się nad jej pytaniem. Brak pola magnetycznego na Marsie nigdy przedtem mu nie przeszkadzał, teraz jednak stanowił prawdziwy problem. Sax zakładał, że wiatr wieje dokładnie z zachodu, lecz było to jedynie przypuszczenie.

— Możesz wywołać najbliższą stację meteorologiczną i powiedzieć mi, z jakiego kierunku wieje wiatr? — spytał.

— Jasne, ale wiesz, że nie podadzą ci lokalnych odchyleń! Poczekaj chwilę, zapytam innych.

Minęło kilka długich, lodowatych chwil.

— Wiatr wieje z północnego zachodu, Sax! Idąc, musisz więc mieć wiatr w plecy i nieco z lewa!

— Wiem. Ruszę teraz w drogę, sprawdź, w którą stronę idę, a potem skoryguj mój kierunek.

Zaczął iść; na szczęście, szedł prawie z wiatrem. Po pięciu czy sześciu bolesnych minutach z nadgarstka dobiegło go dzwonienie.

— Idziesz prosto na rover! — oznajmiła Aonia.

Słowa były pocieszające i Sax nieco przyspieszył, chociaż wiatr przenikał mu przez żebra aż do płuc.

— Okay, Sax! Sax?

— Tak!

— Stoisz w tym samym punkcie, co twój pojazd!

Rozejrzał się, nigdzie niestety nie dostrzegł rovera.

Serce załomotało mu w piersi. Widoczność ciągle była ograniczona do około dwudziestu metrów. Pojazdu nie było w zasięgu wzroku, a Sax musiał się szybko gdzieś schronić.

— Zacznij robić coraz większe spirale od miejsca, w którym stoisz — zasugerował cichy głos z nadgarstka.

W teorii był to dobry pomysł, lecz Sax nie mógł się zmusić do wykonania go; nie miał już siły brnąć pod wiatr. Popatrzył tępo na czarną plastikową konsolkę naręcznego komputera. Wiedział, że nie uzyska już stamtąd pomocy.

Pomyślał, że mógłby przeczekać w leżących po lewej stronie zaspach. Powoli ruszył, by je zbadać, i stwierdził, że śnieg leży od zawietrznej strony wysokiej do ramion skarpy. Wprawdzie jej nie pamiętał, lecz zdawał sobie sprawę, że w skałach mogą się znajdować pewne promieniste pęknięcia spowodowane wypiętrzeniem Tharsis i to było zapewne jedno z nich; tak czy owak, osłaniało zaspę. Sax miał pewność, że śnieg jest potężnym izolatorem. Miejsce nie wyglądało wprawdzie zbyt bezpiecznie, ale Russell wiedział, że ludzie gór zakopują się w śniegu, aby przeżyć noc. Stanowił dobrą ochronę przed wiatrem.

Podszedł do podnóża zaspy i kopnął ją zdrętwiałą stopą. Poczuł się, jak gdyby kopnął skałę. Wykopanie groty w ubitym śniegu raczej nie wchodziło w rachubę, lecz sam wysiłek rozgrzałby go trochę. U podstawy zaspy było zdecydowanie mniej wietrznie. Zaczął więc kopać i z pewnej chwili zdał sobie sprawę, że pod grubą warstwą lodowej płyty znajduje się zwykły puch. Pomyślał, że może jednak uda mu się wydrążyć śnieżną grotę, toteż kopał dalej.

— Sax, Sax! — krzyknął głos z nadgarstka. — Co robisz?

— Grotę śnieżną — odparł. — Jaskinię.

— Och, Sax… Lecimy ci na pomoc! Niezależnie od wszystkiego, dotrzemy jutro rano, więc trzymaj się! Przez cały czas będziemy z tobą rozmawiać!

— Świetnie.

Kopał, używając rąk i nóg. Klęcząc, wygarniał twardy ziarnisty śnieg i wrzucał go w wirujące wokół niego płatki. Trudno mu się było ruszać, trudno myśleć. Z goryczą pożałował, że tak bardzo się oddalił od rovera, a później tak długo tkwił zaabsorbowany nad lodowym stawem. Wstyd umrzeć akurat teraz, gdy sytuacja stawała się taka interesująca. Wolny, lecz martwy! Teraz w śniegu znajdowała się już mała kotlina, Sax widział ją poprzez podłużny otwór w lodowej płycie. Zmęczony, usiadł, po czym usiłował się wsunąć w pustą, leżącą z boku przestrzeń; odpychał się za pomocą butów. Na plecach skafander dotykał śniegu, który wydawał się bardzo masywny i cieplejszy niż srogi wiatr. Sax przyjął z zadowoleniem drżenie tułowia, a kiedy się skończyło, poczuł nieokreślony strach. Zły to znak, gdy ciało jest nawet zbyt zimne, by drżeć.

Był bardzo znużony i zziębnięty. Popatrzył na naręczny komputer. Godzina szesnasta. Burza zaczęła się już ponad trzy godziny temu. Wiedział, że musi przetrwać jeszcze piętnaście do dwudziestu godzin, zanim go uratują. Może rano burza osłabnie i bez trudu odnajdzie rover. Tak czy inaczej, musiał przetrwać noc, kuląc się w śnieżnej grocie albo odważyć się znowu wyjść i szukać pojazdu. Z pewnością nie stał daleko. Jednak Russell nie miał już siły chodzić w wietrze.

Pozostało mu więc czekać w śnieżnej grocie. Teoretycznie powinien przeżyć noc, chociaż w tej chwili był zbyt zziębnięty, aby w to uwierzyć. Na Marsie w nocy temperatura nadal spadała bardzo nisko. Może za godzinę burza osłabnie, a wtedy sam odszuka rover i dotrze do niego jeszcze przed zmrokiem.

Aonia i pozostali wiedzieli, gdzie się znajduje. W ich głosach wyczuł wielki niepokój. Nic nie mogli zrobić. Słysząc ich, czuł irytację.

Upłynęło chyba wiele minut, zanim Saxowi przyszła do głowy następna myśl. Kiedy organizm jest oziębiony, krew dociera przede wszystkim do kończyn — może także do kory mózgowej, jednak najpierw do móżdżku, który jest odpowiedzialny za pracę rąk i nóg.

Znowu minęło trochę czasu. Było już chyba blisko zmroku. Sax pomyślał, że powinien ponownie zażądać pomocy. Był zbyt zmarznięty… coś chyba było nie w porządku. Zaawansowany wiek, wysokość nad poziomem odniesienia, poziom dwutlenku węgla — najwyraźniej jakiś czynnik lub kombinacja czynników pogarszały sytuację. Może umrzeć w nocy! Naprawdę się tego obawiał. Taka burza! Może spowodowała j ą utrata zwierciadeł. Nagła epoka lodowcowa. Wydarzenie, które pociąga za sobą zagładę.

Wiatr wydawał niezwykłe odgłosy przypominające krzyki. Podmuchy były potężne. Russell miał wrażenie, że słyszy słabe wrzaski, wyjące: „Sax! Sax! Sax!”

Czyżby ktoś po niego przyleciał? Wyjrzał w ciemną burzę, płatki śniegu osobliwie chwytały późnowieczorne światło i pękały mu nad głową jak przytłumione, białe wyładowania atmosferyczne.

Nagle przez pokryte lodem rzęsy zobaczył jakąś figurkę wyłaniającą się z ciemności. Niska, krągła, w hełmie.

— Sax!

Dźwięk był zniekształcony, pochodził z głośnika w hełmie postaci. Ci technicy z Da Vinciego to bardzo zaradni ludzie. Sax próbował odpowiedzieć, zmarznięte usta odmówiły mu jednakże posłuszeństwa. Samo wysunięcie butów z groty okazało się potwornym wysiłkiem. Postać jednak najwyraźniej je zauważyła, ponieważ pewnym ruchem odwróciła się i wielkimi krokami, dostosowując się do uderzeń podmuchów, ruszyła przez wiatr, poruszając się niczym doświadczony żeglarz na chybotliwym pokładzie. Wyciągnęła Russella za nogi, po czym pochyliła się nad nim i schwyciła go za nadgarstek, a wtedy Sax zobaczył jej twarz przez szybkę w hełmie, tak wyraźnie jak przez okno. Hiroko!

Uśmiechnęła się swoim nieznacznym uśmieszkiem i szarpnęła Russella w górę, podnosząc całe jego ciało ze śnieżnej groty; pociągała go za lewy nadgarstek tak mocno, że kosteczki zatrzeszczały boleśnie.

— Och! — szepnął Sax.

Na zewnątrz w wietrze było strasznie. Hiroko zarzuciła sobie na kark rękę Saxa i ciągle trzymając go mocno za nadgarstek tuż ponad naręcznym komputerem, podprowadziła go do niskiej skarpy, w samą paszczę zawieruchy.

— Mój rover jest niedaleko — wymamrotał, opierając się o nią całym ciałem; próbował poruszać nogami wystarczająco szybko, aby stopy znajdowały solidne oparcie. Masywna, mała osóbka, jak zwykle bardzo silna.

— Jest tutaj — oświadczyła przez głośnik. — Byłeś całkiem blisko.

— Jak mnie znalazłaś?

— Śledziliśmy cię, odkąd zjechałeś do Arsii. Potem, dzisiaj, kiedy rozpoczęła się burza, sprawdziłam twoją pozycję i zauważyłam, że jesteś poza roverem. Przyszłam więc zobaczyć, jak się miewasz.

— Dzięki.

— Podczas burzy musisz być ostrożny.

W chwilę później stali przed jego roverem. Hiroko puściła rękę Saxa; nadgarstek rwał boleśnie. Japonka stuknęła szybką hełmu o okulary Russella.

— Wchodź — powiedziała.

Wspiął się ostrożnie na stopnie prowadzące do włazu śluzy powietrznej pojazdu, otworzył go, następnie wpadł do środka. Odwrócił się niezdarnie, aby zrobić miejsce dla Hiroko, ale nie było jej w drzwiach. Wychylił się z rovera w wiatr i rozejrzał wokół. Ani śladu. Zapadał już zmierzch i śnieg wydawał się teraz czarny.

— Hiroko! — zawołał Sax.

Bez odpowiedzi.

Przerażony zamknął właz komory. Niedotlenienie… Wypompował powietrze ze śluzy i wpadł przez wewnętrzne drzwi do małej przebieralni. Tu, w przesyconym parą powietrzu, było szokująco ciepło. Sax nieudolnie zrywał z siebie ubranie. Nie szło mu najlepiej, więc zwolnił i zabrał się do rozbierania w sposób bardziej metodyczny: najpierw gogle i maska na twarz. Pokrywał je lód. Pomyślał, że może system powietrzny został zatkany lodem w wężu między zbiorniczkiem i maską. Wykonał kilka głębokich wdechów, potem usiadł nieruchomo, ponieważ wróciły mdłości. Odrzucił kaptur, odpiął zamek skafandra. Wiele wysiłku kosztowało go zdjęcie butów. Teraz skafander. Bielizna była zimna i lepka. Ręce paliły, jak gdyby płonęły. Dobry znak, dowód, że jest w nich czucie, że ich nie odmroził; niemniej jednak ból był nie do zniesienia.

Po pewnym czasie ów palący ból objął całą skórę Saxa. Co powodowało te katusze? Powrót krwi do naczyń włosowatych? Powrót czucia do zmrożonych nerwów? Cokolwiek to było, on strasznie cierpiał.

— Och!

Jednocześnie nie opuszczał go wspaniały nastrój. Uszedł śmierci, a w dodatku zyskał pewność, że Hiroko żyje. Żyje! To przecież nieprawdopodobnie dobra wiadomość. Wielu jego przyjaciół od samego początku przypuszczało, że wraz z grupą Japonce udało się uciec z Sabishii podczas ataku na miasto, przejść przez labirynt pod hałdą i dotrzeć do systemu ukrytych schronów; Sax jednak nigdy nie miał pewności. Nie było dowodów na poparcie takiej tezy. A w siłach bezpieczeństwa istniały jednostki doskonale wytrenowane w mordowaniu grup dysydentów i pozbywaniu się ich ciał. Do dzisiejszego dnia Sax uważał, że wszyscy zginęli, chociaż w rozmowach na ten temat zachowywał milczenie. Nie istniał sposób, by w stu procentach poznać prawdę.

Ale teraz już wiedział. Przypadkiem pojawił się na szlaku Hiroko i ta uratowała go przed śmiercią od zamarznięcia lub uduszenia. Widok wesołej, dziwnie bezosobowej twarzy Japonki… jej brązowe oczy… uczucie jej ciała wspierającego go… jej ręka zaciśnięta na jego nadgarstku… Będzie miał od tego sińca. Może to nawet zwichnięcie… Zgiął dłoń i ból w nadgarstku załzawił mu oczy. Sax roześmiał się. Hiroko!

Po jakimś czasie ból skóry ustąpił. Chociaż Russell nadal miał spuchnięte i szorstkie ręce i nie panował w pełni ani nad mięśniami, ani nad myślami, wszystkie jego funkcje życiowe powoli wracały do normalnego stanu. A przynajmniej prawie normalnego.

— Sax! Sax! Gdzie jesteś? Odpowiedz nam, Sax!

— Ach. Witajcie. Jestem z powrotem w roverze.

— Znalazłeś go? Wyszedłeś ze śnieżnej groty?

— Tak. Eee… dostrzegłem pojazd w oddali… przez szczelinę w śniegu.

Jego słowa bardzo ich ucieszyły.

Sax siedział w fotelu, ledwie słuchając ich paplania, i zastanawiał się, dlaczego mimowolnie skłamał. Chyba nie miał ochoty opowiadać w tej chwili o Hiroko. Może zakładał, że wolałaby pozostać w ukryciu. Skłamał dla niej…

Zapewnił swoich towarzyszy, że czuje się dobrze, i wyłączył telefon. Zaciągnął fotel do kuchni i usiadł. Podgrzaną zupę wypił, głośno siorbiąc; płyn parzył go w język. Odmrożony, oparzony, drżący… lekkie mdłości… co jakiś czas łzy… oszołomiony… Mimo wszystko, był bardzo, bardzo szczęśliwy. O włos uniknął nieszczęścia! Ta myśl otrzeźwiła go. Czuł zażenowanie, a może nawet wstyd z powodu własnej głupoty — został zbyt długo nad wodą, stracił orientację i tak dalej… Równocześnie odczuwał prawdziwą radość. Przeżył, udało mu się. Hiroko żyła. Bez wątpienia, pozostali członkowie jej grupy również, łącznie z połową tuzina przedstawicieli pierwszej setki, którzy współpracowali z nią od początku: Iwao, Gene, Rya, Raul, Ellen, Jewgienia… Sax napuścił wody do wanny i zażywał ciepłej kąpieli; powoli, w miarę, jak rozgrzewało się jego ciało, dolewał gorętszej wody. Ciągle powracał myślą do tej cudownej sytuacji. Cud… Nie, rzecz jasna, to nie był cud, lecz zdarzenie wyglądało na cudowne i niosło ze sobą nieoczekiwaną i niezasłużoną radość.

Sax zdał sobie sprawę, że zasypia, wyszedł więc z wanny, wytarł się, pokuśtykał na wrażliwych stopach do łóżka, wczołgał się pod koc i zapadł w sen z myślą o Hiroko. Rozpamiętywał, jak kochał się z nią w łaźniach Zygoty, wspominał ciepłe, odprężające, „śliskie” schadzki w łaźni, późno w nocy, kiedy wszyscy inni spali. Myślał też ojej ręce zaciśniętej na jego nadgarstku, ciągnącej go w górę. Lewy nadgarstek bardzo go bolał, ale Sax był szczęśliwy.

Następnego dnia jechał z powrotem po wielkim południowym zboczu Arsii, teraz pokrytym czystobiałym śniegiem. Ściśle rzecz biorąc, dotarł na zaskakująco dużą wysokość: 10,4 kilometra nad poziom. Czuł dziwną mieszaninę niesłychanie złożonych emocji, które w jakiś sposób przypominały mu silne wrażenia z czasu, gdy po wstrząsie poddawał się synaptycznej kuracji bodźcowej — Saxowi zdawało się, że aktywnie rosną mu niektóre partie mózgu, na przykład siedlisko emocji, czyli łączący się z korą mózgową układ limbiczny. Żył, Hiroko żyła, Mars żył. W obliczu tych radosnych faktów nic nie znaczyło niebezpieczeństwo wystąpienia ery lodowcowej, która wyglądała na chwilową huśtawkę w ogólnym modelu ocieplenia, czymś w rodzaju zapomnianej już Wielkiej Burzy. Chociaż… Sax naprawdę chciałby jakoś złagodzić działanie nadchodzącego okresu zimna.

Zarówno na Marsie, jak i na Ziemi sytuacja nie była wesoła. Gwałtowne konflikty, wojna, kryzysy; powódź, era lodowcowa, przeludnienie, chaos społeczny, rewolucja. Czas rozpocząć operację ratowania ludzkości z uniwersalnej katastrofy albo — innymi słowy — zainicjować pierwszą fazę epoki postkapitalistycznej.

Sax zobojętniał, być może także wskutek wydarzeń na Daedalia Planitia. Jego towarzyszy z Da Vinciego bardzo martwiła aktualna sytuacja, spędzali godziny przed ekranami, a potem ze szczegółami informowali Saxa o debacie na wschodnim Pavonis. Russell nie miał cierpliwości, by ich wysłuchać. Twierdził, że na Pavonis sami sobie poradzą. Jego towarzysze jak zwykle się niepokoili. Jeśli w Kraterze Da Vinciego ktoś podniósł głos o dwa decybele, reszta już się zamartwiała, że sytuacja wymyka się spod kontroli. Nie, nie, nie. Po zdarzeniu na Deadalii te sprawy po prostu Saxa nie interesowały. Mimo spotkania z burzą, a może za jej przyczyną, chciał jedynie wrócić do swoich terenowych badań. Pragnął zobaczyć jak najwięcej, dostrzec zmiany spowodowane usunięciem zwierciadeł i przedyskutować z różnymi zespołami zajmującymi się terraformowaniem sposób kompensacji ich braku. Zadzwonił więc do Nanao w Sabishii i spytał, czy mógłby odwiedzić tamtejsze laboratorium i omówić problem z grupą uniwersytecką. Nanao zgodził się.

— Mogę przywieźć kilku moich współpracowników? — spytał Sax.

Odpowiedź była twierdząca.

I nagle Sax stwierdził, że właściwie nie ma planu. Jak Hiroko poradziłaby sobie z tą potencjalną epoką lodowcową? Nie miał pojęcia. W laboratoriach Da Vinciego dysponował jednakże grupą współpracowników, którzy przez ostatnie dziesięciolecia rozmyślali nad problemem niezależności, budową broni, środków transportu, schronów. Teraz tamte kwestie rozwiązano i pojawiła się kolejna — nadejście epoki lodowcowej. Wielu z tych ludzi pracowało kiedyś z Saxem nad problemami terraformowania i zapewne potrafili wrócić do pierwotnej działalności. Jakie jednak wyznaczyć im zadania? No cóż, Sabishii znajdowało się na wysokości czterech kilometrów ponad poziomem odniesienia, a masyw Tyrrhena — na wysokości pięciu. Tamtejsi naukowcy najlepiej na świecie znali się na ekologii wysokościowej. Więc… konferencja. Stworzyć następną małą utopię. Jakie to oczywiste!

Tego popołudnia Sax zatrzymał rover w przełęczy między Pavonis i Arsią, w punkcie nazywanym Widokiem na Cztery Góry — było to wspaniałe miejsce, którego północny i południowy horyzont wypełniały dwa ogromne wulkany, daleko na północnym zachodzie widać było wypukłość Olympus Mons, a w jasne dni (ten akurat był zbyt mglisty) — na prawo od Pavonis — dodatkowo migał w oddali Ascraeus. Na tej przestronnej suchej wyżynie Sax zjadł lunch, a następnie skręcił na wschód i pojechał w dół, do Nikozji. Tam chciał złapać samolot do Da Vinciego, skąd planował polecieć do Sabishii.

Próbując wyjaśnić, dlaczego nie będzie osobiście uczestniczył w zebraniu w kompleksie magazynowym, musiał spędzić wiele czasu przy ekranie na rozmowach z zespołem z Da Vinciego i wieloma osobami na Pavonis.

— W każdym znaczeniu tego słowa będę obecny w tym magazynie — powiedział. Niestety, jego rozmówcom to nie wystarczało. Móżdżki w ich umysłach pragnęły, żeby fizycznie uczestniczył w spotkaniu. W pewnym sensie myśl ta go wzruszyła. „Wzruszające” — wyrażenie symboliczne, lecz całkiem dokładne. Sax śmiał się z tej myśli, gdy tymczasem na monitorze pojawiła się twarz Nadii.

— Daj spokój, Sax — powiedziała zirytowana Rosjanka — nie możesz zrezygnować tylko dlatego, że sytuacja jest trudna. Właśnie teraz cię potrzebujemy, jesteś przecież generałem Saxem, wspaniałym naukowcem… Musisz pozostać w tej grze.

Russell pomyślał, że Hiroko właśnie mu udowodniła, jak bardzo „obecna” może być osoba, która trzyma się z dala. A Sax chciał jechać do Sabishii.

— Ale co mamy robić? — spytał go Nirgal. Inni zadawali podobne pytania, choć w mniej bezpośredni sposób.

W sprawie kabla panował impas, na Ziemi natomiast — całkowity chaos. Na Marsie ciągle istniały gniazda metanarodowego ruchu oporu i kilka kontrolowanych przez „czerwonych” stref, na których systematycznie przejmowano kolejne projekty terraformowania, a także mnóstwo obiektów infrastruktury. Działało również wiele różnych niewielkich frakcji rewolucyjnych, wykorzystujących okazję — pragnęli, by uznano ich niezależność, chociaż czasami panowali nad tak małymi obszarami jak namiot albo stacja meteorologiczna.

— No cóż — stwierdził Sax po intensywnym rozważeniu całej sprawy — władzę posiada każdy, kto kontroluje system wspomagania życia.

Struktura społeczna jako system wspomagania życia… Infrastruktura, sposób produkcji, konserwacje i remonty… Pomyślał, że naprawdę powinien porozmawiać z ludźmi w Separation de l’Atmosphere i konstruktorami namiotów. Wielu z nich współpracowało z Da Vincim, co oznaczało, że Sax ponosił taką odpowiedzialność, jak pozostali. Paskudna myśl!

— Ale co twoim zdaniem mamy zrobić? — spytała Maja. Po jej tonie Sax poznał, że powtarzała pytanie ogółu.

Dojeżdżał akurat do Nikozji, odparł więc niecierpliwie:

— Może wyślemy delegację na Ziemię? Albo zwołamy kongres konstytucyjny, na którym sformułujemy pierwszy zarys konstytucji, taki roboczy szkic.

Maja potrząsnęła głową.

— Z tymi ludźmi nie będzie łatwo.

— Weźcie dwadzieścia czy trzydzieści konstytucji najlepiej prosperujących państw ziemskich — zasugerował Sax, głośno myśląc. — Przeczytajcie je, a potem każcie AI opracować kombinowany dokument i zobaczcie, co z tego wyjdzie.

— Jak definiujesz słowo „najlepiej prosperujący”? — spytał Art.

— Wskaźnik przyszłego rozwoju kraju, wskaźnik rzeczywistych wartości uzyskanych, porównania dochodu narodowego na jednego mieszkańca… nawet produkt krajowy brutto, dlaczego nie? — Ekonomia przypominała Saxowi psychologię. Próbowała ukryć fakt swej pseudonaukowości pokrętnym, skomplikowanym hiperteoretyzowaniem. A pojęcie produktu krajowego brutto należało do tych nieszczęsnych pomysłów obliczeniowych (jak cal lub brytyjska jednostka cieplna), które już dawno temu powinny zostać wycofane. Jednak, co u diabła… — Użyjcie kilku różnych zestawów kryteriów, takich jak na przykład dobrobyt ludności, opieka społeczna, sukces ekologiczny… co tylko chcecie.

— Ale Sax — narzekał Kojot — sam układ „naród-państwo” to złe pojęcie, które będzie nam zatruwało wszystkie stare konstytucje.

— Być może — odparł Sax. — Jednak zawsze to jakiś punkt wyjścia.

— Całe to gadanie wynika stąd, że próbujemy od siebie odsunąć problem kabla — zauważyła Jackie.

Sax pomyślał, że niektóre osoby spośród „zielonych” cierpią na obsesję całkowitej niezależności. Kwestia ta łączyła ich z radykalnymi „czerwonymi”.

— W fizyce — powiedział Sax — często zapamiętuje sobie problemy, których nie potrafię rozwiązać. Potem próbuję popracować nad nimi, że tak powiem, mocą retroaktywną. Kabel kojarzy mi się z tego rodzaju sprawą. Uważajcie go za coś w rodzaju znaku przypominającego nam, że Ziemia nie zniknie z naszego pola widzenia.

Jego rozmówcy zignorowali go, spierali się już bowiem o to, co zrobić z kablem, co mogliby uzyskać przy pomocy nowego rządu, jak sobie poradzić z „czerwonymi”, którzy najwyraźniej z nikim już nie dyskutowali i nikogo nie powiadamiali o swoich decyzjach… I tak dalej. Lekceważąc wszystkie sugestie Saxa, znów oddali się nieprzerwanym kłótniom. A generał Sax uznał, że ma dość tego postrewolucyjnego świata.

Lotnisko w Nikozji było praktycznie zamknięte, a w dodatku Sax nie chciał odwiedzać miasta; w końcu poleciał więc do Krateru Da Vinciego w towarzystwie jakichś przyjaciół Spencera z Widlastej Zatoki Dawesa. Lecieli dużym, nowym „ultralekkim”, który został zbudowany tuż przed rewolucją. Jego twórcy przewidzieli, że niedługo już nikt nie będzie się musiał ukrywać. Pilot automatyczny uniósł dużą srebrnoskrzydłą maszynę ponad wielki labirynt Noctis Labyrinthus. Samolot miał przezroczystą podłogę, toteż pięcioro pasażerów siedzących w komorze przy spodzie kadłuba mogło przez poręcze swoich foteli obserwować krajobraz, nad którym przelatywali. Obecnie dostrzegali ogromną sieć połączonych ze sobą rowów, które składały się na Chandelier. Sax patrzył w dół na gładki płaskowyż rozciągający się między kanionami. Widział również wiele wysepek i chętnie zamieszkałby na którejś z nich. Albo w położonym na północnym stożku Kairze, który wyglądał jak model miasta w szklanej butelce…

Przedstawiciele obsługi samolotu zaczęli rozmawiać o Separation de l’Atmosphere i Sax z uwagą zaczął się przysłuchiwać. Wprawdzie bardziej się interesowali uzbrojeniem rewolucjonistów i poszukiwaniem podstawowych surowców, a — jak mówili — „Sęp” zajmowało się przyziemnym światem zarządzania mezokosmosem, jednak w ich tonie czuło się wielki szacunek dla organizacji. Projektowanie mocnych namiotów, a potem konserwacja ich i naprawy stanowiły zadanie niezwykle odpowiedzialne, bowiem wszelkie niedociągnięcia, co zauważył jeden z członków obsługi, miały niebagatelne konsekwencje. W dowolnym miejscu na Marsie można było usłyszeć zawiadamiający o niebezpieczeństwie alarm. Każdy dzień niósł w sobie potencjalną przygodę.

„Sęp” było najwyraźniej związane z Praxis i poszczególnym namiotem lub zadaszonym kanionem rządziła oddzielna organizacja. Jej pracownicy wymieniali z Praxis informacje, korzystali z usług tych samych wędrownych konsultantów i zespołów budowlanych. Ponieważ jedni i drudzy określali siebie mianem „służb niezbędnych”, współpracowali ze sobą (jak ktoś powiedział: działali na podstawie planu z Mondragon w wersji nie przynoszącej zysków). W dodatku starali się zapewnić swoim przedstawicielom bardzo przyjemne życie i wiele wolnego czasu.

Po prostu uważają, że sobie na to zasłużyli, ponieważ kiedy coś idzie źle, muszą działać szybko albo wcale.

Wiele z zadaszonych kanionów o włos uniknęło tragedii, których powodem było czasami jakieś dramatyczne zdarzenie (takie jak uderzenie meteorytu), innymi razy bardziej zwyczajna awaria mechaniczna. Zwykle przy wyższym końcu zadaszonego kanionu stawiano elektrownię, która czerpała odpowiednie ilości azotu, tlenu i gazów śladowych z powierzchniowych wiatrów. Proporcje gazów zmieniały się zależnie od danego mezokosmosu, podobnie ciśnienie, choć przeciętnie wynosiło około pięciuset milibarów, co pozwalało utrzymać na odpowiedniej wysokości dachy namiotów. Taka była mniej więcej aktualna norma dla zamkniętych przestrzeni na Marsie, a równocześnie etap ku ostatecznemu celowi dla powierzchni przy poziomie odniesienia. Jednakże w słoneczne dni wewnątrz namiotów powietrze rozprężało się w bardzo znaczącym stopniu i standardowe procedury w takich wypadkach polegały po prostu na uwolnieniu go z powrotem do atmosfery lub — by zapobiec utracie — sprężeniu w ogromnych komorach zbiornikowych powstałych w wydrążonych ścianach kanionów.

— Wiec pewnego razu byłem w Dao Vallis — mówił jeden z techników. — Komora z nadmiarem powietrza wybuchła, roztrzaskując płaskowyż i powodując duże osuwisko, które runęło na Reullgate i rozdarło dach namiotu. Ciśnienie wyrównało się z zewnętrznym, to znaczy spadło do około dwustu sześćdziesięciu, i wszystko zaczęło zamarzać. Tamci mieli stare grodzie awaryjne — czyli (jak przypomniał sobie Sax) przezroczyste zasłony o gęstości zaledwie kilku cząsteczek, ale bardzo mocne — i kiedy rozwinęły się automatycznie wokół pęknięcia, superlepki pas przy dnie jednej z nich przygwoździł do ziemi pewną kobietę. W dodatku jej głowa została po niewłaściwej stronie! Pobiegliśmy do niej, wykonaliśmy szybkie nacięcie i wydostaliśmy ją. Była ledwie żywa.

Sax zadrżał, wspominając własne niedawne spotkanie z zimnem. A dwieście sześćdziesiąt milibarów — takie ciśnienie panowało na szczycie Everestu.

Pasażerowie rozmawiali już o innych słynnych wybuchach, wspominając między innymi wydarzenie, gdy cała kopuła w Hiranyagarba spadła podczas lodowatego deszczu, a mimo to nikt nie umarł.

Nagle maszyna obniżyła lot nad wielką, skraterowaną, wyżynną równiną Xanthe i zaczęła opadać ku dużemu, piaszczystemu pasowi startowemu na dnie Krateru Da Vinciego. Pasa tego zaczęli używać w trakcie rewolucji. Przez lata cała marsjańska społeczność przygotowywała się do tego dnia, kiedy samoloty nie będą już się musiały ukrywać przed radarami, toteż w łuku południowego stożka krateru zbudowano obecnie dużą krzywiznę okien z lustrzanej miedzi. Dno krateru, którego centralne wzniesienie było mocno popękane, pokrywała warstwa śniegu. Gdyby powstało tu jezioro, środkowa wypukłość stałaby się wyspą, a jej horyzont tworzyłyby urwiste wzgórza kraterowego stożka. Tuż pod skalnymi ścianami stożka można by wówczas stworzyć okrężny kanał; ściany łączyłyby się z wewnętrznym jeziorem rozchodzącymi się promieniście odnogami kanału. Powstały w ten sposób układ wody i lądu przypominałby opisaną przez Platona Atlantydę. Zdaniem Saxa w tak przekształconym Kraterze Da Vinciego mogłoby mieszkać dwadzieścia, trzydzieści tysięcy niemal samowystarczalnych osób. W dodatku na Marsie istniały dziesiątki takich kraterów jak Da Vinci. Najlepsza z możliwych komuna, każdy krater — swego rodzaju miasto-państwo, polis w pełni zdolne się utrzymać. Mieszkańcy sami decydują, jak ma wyglądać ich kultura i polityka, a potem głosowanie w jakiejś… globalnej radzie. Żaden regionalny związek nie byłby większy niż miasto, z wyjątkiem lokalnej wymiany… Czy coś takiego mogłoby się udać?

Patrząc na Krater Da Vinciego, Sax miał wrażenie, że tak. Południowy łuk stożka ożywiono arkadami, trójkątnymi namiotami i innymi budowlami, które w chwili obecnej oświetlało słońce. Któregoś ranka Sax obszedł cały kompleks, odwiedzając jedno laboratorium po drugim i gratulując ich użytkownikom udanych przygotowań do ostatecznego (i pokojowego) usunięcia z Marsa przedstawicieli ZT ONZ. W końcu z wylotu lufy i ze spojrzeń ludzi powstała jakaś potęga polityczna… A miny ludzi zmieniają się zależnie od strony, w którą jest wycelowany karabin. Nabili już karabiny — mieszkańcy wraz z saxoklonami — toteż byli we wspaniałych nastrojach. Cieszyli się z jego widoku, zwłaszcza że szukali nowej pracy. Pragnęli wrócić do badań podstawowych, zastanawiać się nad zastosowaniem nowych materiałów, stworzonych przez alchemików Spencera, lub studiować kwestie związane z terraformowamem.

Zwracali także uwagę na wydarzenia w przestrzeni kosmicznej i na Ziemi. Szybki wahadłowiec z Ziemi, o nieznanym ładunku, skontaktował się z Da Vincim, prosząc o pozwolenie wejścia na orbitę, z tego też względu wybrany zespół opracowywał nerwowo protokoły zabezpieczeń, stale konsultując się z ambasadą Szwajcarii, której biuro znajdowało się w apartamentach budynku przy północno-zachodnim końcu łuku. Przemiana z powstańców w administratorów nie była łatwa.

— Jakie polityczne partie wspieramy? — spytał Sax.

— Nie wiem. Sądzę, że te, co zwykle.

— Żadna partia nie dostaje dużego wsparcia. Rozumiesz, żadna.

Sax rozumiał. To było typowo techniczne podejście do sprawy. Istniało od czasu, gdy naukowcy stali się jedną z klas społeczności; przypominali kastę duchownych, ponieważ stale musieli mediować między ludźmi i ich władzą. Najczęściej nastawieni apolitycznie, tak jak urzędnicy państwowi, byli empirykami, którzy chcieli jedynie kierować sprawami w racjonalnym, naukowym stylu. Pragnęli dobra dla największej liczby osób i sądzili, że to zadanie nie byłoby trudne — gdyby tylko ludzi nie więziły tak bardzo emocje, religie, rządy i inne tego rodzaju złudne masowe systemy.

Innymi słowy, standardowa, teoretyczna politologia. Sax próbował kiedyś wyjaśnić takie stanowisko Desmondowi, ten jednak — mimo sensownego wykładu — z jakiegoś powodu szaleńczo się roześmiał. No cóż, Sax przyznał, że teoria była może trochę naiwna, a zatem także komiczna, lecz w pewnej chwili to, co zabawne, mogło się stać przerażające. Taka koncepcja od stuleci skutecznie odstraszała naukowców od polityki. Mimo iż stulecia owe były dość ponure…

Władza polityczna na Marsie wydobyła się z mezokosmicznego wentylatora. A ludzie odpowiedzialni za „wielki karabin”… Gdybyż oni przywiązywali wagę do sprawowania władzy…

Sax spokojnym tonem przypominał pracownikom odwiedzanych laboratoriów o odpowiedzialności, a potem — aby się odprężyli i zapomnieli na chwilę o polityce — rozmawiał z nimi o problemach terraformowania. Gdy w końcu postanowił wyruszyć do Sabishii, chciało jechać z nim około sześćdziesięciu osób, które pragnęły się przyjrzeć sytuacji panującej w innych regionach.

— Alternatywa Saxa wobec Pavonis — tak jeden z laborantów opisywał tę podróż. Sax usłyszał owo stwierdzenie i uznał, że jest całkiem interesujące.

Sabishii zbudowano na zachodnim stoku wysokiego na pięć kilometrów wzniesienia zwanego masywem Tyrrhena, leżącego na południe od krateru Jarry-Deslogesa na starożytnych wyżynach między Isidis i Hellas; długość areograficzna — dwieście siedemdziesiąt pięć stopni, południowa szerokość — piętnaście stopni. Całkiem odpowiednie miejsce na miasto namiotowe, ponieważ z okien rozciągały się długie widoki na zachód, a na wschodzie można było dostrzec niskie wzgórza, które wyglądały jak torfowiska. Sabishii niestety znajdowało się zbyt wysoko, aby jego mieszkańcy mogli żyć na otwartym powietrzu; za wysoko było także dla roślin, które nie przyjmowały się na skalistej powierzchni poza namiotem. W gruncie rzeczy, był to niemal najwyższy region na Marsie (po dwóch znacznie wyższych wzniesieniach Tharsis i Elysium), coś w rodzaju wyspy bioregionowej, którą sabishiiańczycy kultywowali od dziesięcioleci.

Okazało się, że mieszkańców miasta bardzo rozczarowała utrata dużych zwierciadeł. Czuli się z tego powodu wręcz zagrożeni i wiele energii poświęcali na ochronę biomy. Niestety, ich wysiłki na niewiele się zdawały.

— Mnóstwo roślin zamarznie na śmierć — potrząsnął głową stary kolega Saxa, Nanao Nakayama. — Jak gdyby przyszła epoka lodowcowa.

— Mam nadzieję, że uda nam się skompensować utratę światła — odrzekł Russell. — Zagęścimy atmosferę, dodamy gazy cieplarniane… Więcej bakterii i roślin nadalpejskich.

— Może — powiedział Nanao z powątpiewaniem. — Wiele nisz jest już przepełnionych. Są dość małe.

Usiedli przy obiedzie, aby o tym porozmawiać. Wszyscy technicy z Da Vinciego znajdowali się w dużej jadalni „Pazura”, dokąd przyszło ich powitać wielu sabishiiańczyków. To była długa, interesująca, przyjacielska rozmowa. Sabishiiańczycy mieszkali za jednym ze szponów wyrzeźbionej przez siebie postaci smoka, w labiryncie pod hałdą moholu, który wykopali, aby — kiedy nie pracowali nad odbudową — nie musieli stale patrzeć na ruiny miasta. Odbudowa nie posuwała się obecnie zbyt szybko, ponieważ większość mieszkańców walczyła z rezultatami utraty zwierciadeł.

— I tak nie ma sensu odnawiać Sabishii jako miasta namiotowego — powiedział Nanao do Tarikiego, wyraźnie kontynuując w ten sposób stary spór. — Równie dobrze możemy zaczekać i zbudować je na otwartej przestrzeni.

— Chyba trzeba by długo czekać — odparł Tariki, rzucając Saxowi krótkie spojrzenie. — Mieszkamy tuż przy szczycie wymienionego w dokumencie z Dorsa Brevia limitu wysokości atmosfery, do którego w ogóle dozwolone jest życie.

Nanao popatrzył na Saxa.

— Chcemy, by Sabishii leżało wysoko.

Sax skinął głową, potem wzruszył ramionami. Nie wiedział, co powiedzieć. Zdawał sobie sprawę, że „czerwoni” nie zaakceptują zmiany. Z drugiej strony, gdyby limit wysokościowy podniesiono mniej więcej o kilometr, sabishiiańczycy mieliby dla siebie cały masyw, a w przypadku Tharsis i Elysium właściwie nic by się nie zmieniło. Logiczne. Któż jednak może wiedzieć, co zdecydują na Pavonis?

— Może powinniśmy się teraz skupić na próbach powstrzymania spadku ciśnienia atmosferycznego — zauważył.

Obaj mężczyźni spojrzeli na niego posępnie.

— Wyjdźmy. Pokażecie mi masyw? — zasugerował.

Natychmiast się rozchmurzyli.

— Z największą radością.

Grunt masywu Tyrrhena należał do tych, które areologowie we wczesnych latach nazywali Jednostką pociętą” południowych wyżyn, co oznaczało mniej więcej Jednostkę skraterowaną”, tyle że określany tym mianem obszar został dodatkowo poprzerywany małymi sieciami kanalików. Niższe i bardziej typowe wyżyny otaczające masyw zawierały także pola nazywane „jednostką pasmową” oraz Jednostką wzgórzową”. Rzeczywiście, gdy tylko wyjechali za miasto, Sax dostrzegł rozmaite typy nierówności południowych wyżyn. Często zauważał wszystkie „Jednostki” naraz: obszary upstrzone kraterami, popękane, górzyste, pasmowe, „pocięte” i wzgórzowe — przysłowiowy krajobraz noachiański. Sax, Nanao i Tariki siedzieli na pokładzie obserwacyjnym jednego z pojazdów Uniwersytetu Sabishiiańskiego; wokół, w innych roverach jechali współpracownicy Saxa, a przed nim maszerowały ekipy piechurów. Po wzgórzach na wschodnim horyzoncie biegały małe grupki energicznych osób. Wszystkie kotliny powierzchniowe pokrywała cienka warstwa brudnego śniegu. Masyw leżał piętnaście stopni na południe od równika. Nanao mówił, że z tego powodu rejon Sabishii słynie z dość dużej ilości opadów atmosferycznych. Południowo-wschodni stok masywu był nieco bardziej suchy, tu jednak docierały masy śnieżnych chmur, przesuwających się na południe ponad lodowcem w Isidis Planitia.

Rzeczywiście, kiedy jechali pod górę, wielkie fale ciemnych chmur napływały masami z północnego zachodu i przesuwały się nad nimi, jak gdyby wytrwale ścigały biegaczy-długodystansowców. Sax zadrżał, przypominając sobie niedawny kontakt z żywiołami; był szczęśliwy, że znajduje się w roverze i wiedział, że podczas spacerów nie będzie się już od niego oddalał.

Zatrzymali się na najwyższym punkcie dość niskiego starego górskiego pasma i wysiedli. Ruszyli po powierzchni usianej głazami narzutowymi, niewielkimi wzniesieniami, rozpadlinami, piaskowymi zaspami, bardzo małymi kraterami, bochnowym skalnym podłożem, skarpami, alasami i starymi, płytkimi kanałami, od których brała nazwę „jednostka pocięta”. Widać było terenowe deformacje wszelkich rodzajów, ponieważ kraina liczyła sobie cztery miliardy lat i przez ten czas wiele jej się przydarzyło, choć nigdy nic tak poważnego, żeby spowodować całkowite zniszczenie lub wygładzenie powierzchni. Kraina wyglądała jak muzeum skalnego krajobrazu. W epoce Noachian jej obszar został zupełnie zdruzgotany; okres ten pozostawił po sobie głęboki na kilka kilometrów regolit oraz kratery i inne niekształtności, których żadne eoliczne zdzieranie nie potrafiło usunąć. Natomiast sześciokilometrową litosferę z przeciwnej strony planety, właśnie podczas tego wczesnego okresu tak zwane Wielkie Uderzenie wyrzuciło w przestrzeń; spora ilość ejektamentów wylądowała ostatecznie na południu. Stąd wzięła się Wielka Skarpa i dlatego na północy brakowało starożytnych wyżyn; był to kolejny czynnik, który przyczynił się do „znękanego” wyglądu tej krainy.

Wtedy, pod koniec epoki hesperyjskiej, nadszedł krótki ciepły i mokry okres, kiedy woda od czasu do czasu płynęła na powierzchni. Obecnie większość areologów przyznawała, że okres ten był dość wilgotny, ale nie był on ich zdaniem ciepły — roczna średnia temperatura wynosiła sporo poniżej dwustu siedemdziesięciu trzech kelwinów. Twierdzili też, że wodę na powierzchni uzupełniała raczej konwekcja hydrotermalna niż opady atmosferyczne. Według aktualnych obliczeń okres ten trwał jedynie mniej więcej sto milionów lat, po nim natomiast przyszły miliardy wietrznych lat w jałowej, zimnej Erze Amazońskiej, która trwała aż do chwili przybycia kolonistów.

— Czy istnieje nazwa dla epoki, która rozpoczęła się od pierwszego M-roku? — spytał Sax.

— Holocen.

Teren ten przez dwa miliardy lat nieustannie szorował wiatr, tak ostro, że starsze kratery były całkowicie pozbawione stożków, bezlitosne wiatry zdarły warstwę po warstwie, pozostawiając jedynie skalną dzicz. Specjaliści nie nazywali tych terenów chaotycznymi, lecz właśnie dziczą, biorąc pod uwagę jej niewiadomy wiek i rozmaitość form: bezstożkowych kraterów, zrytych płaskowzgórzy, pochyłości terenu, wzniesień, skarp i niezliczonego mnóstwa skalistych, pokrytych dołami skał.

Sabishiiańczycy często zatrzymywali rover i chodzili po okolicy. Górowały nad nimi małe płaskowzgórza. Sax złapał się na tym, że stoi bardzo blisko pojazdu, a jednak znajduje wszelkie rodzaje interesujących osobliwości areologicznych. W pewnej chwili odkrył skałę w kształcie rovera; przez całą jej długość biegło pionowe pęknięcie. Na lewo od niej, daleko na zachodzie, widział horyzont: skalisty grunt, gładki i żółty. Po prawej stronie znajdowała się wysoka po pas ściana starego uskoku, dziobatego; wyglądał, jak gdyby pokrywało go pismo klinowe. Dalej leżała zaspa piaskowa ograniczona wysokimi po kostki kamieniami; niektóre z nich były trójkątnymi, ciemnymi, bazaltowymi, wygładzonymi wietrzną erozją graniakami, inne jaśniejszymi, pokrytymi dołkami, miałkimi kamykami. Sax dostrzegł w pewnym miejscu zrównoważony, duży jak dolmen, odłam stożka, w innym — ogon piasku. Tu nieregularny krąg ejektamentów, niczym prawie całkowicie zwietrzały Stonehenge, tam głęboką kotlinę w kształcie węża — może fragment strumienia — za nim drugie, łagodne wzniesienie… Dalej znajdowała się wypukłość o wyglądzie lwiej głowy. Wzgórze obok niej przypominało ciało lwa.

Na tle tego kamienno-piaszczystego świata życie roślinne wyglądało bardzo skromnie. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Trzeba było go szukać, dokładnie zwracać uwagę na barwy, przede wszystkim na zieleń, na wszystkie odcienie zieleni, ale zwłaszcza na odcienie pustynne — szałwiowy, oliwkowy, khaki i tak dalej. Nanao i Tariki ciągle wskazywali okazy, których Sax nie potrafił dostrzec. Zaczął się przyglądać z coraz bliższej odległości. Kiedy oczy już rozróżniały żywe pastele, które niemal się zlewały z żelazową ziemią, Sax powoli wychwytywał rośliny wśród rdzy, brązu, umbry, ochry i czerni skalnego krajobrazu. Należało wypatrywać przedstawicieli flory w kotlinach i rozpadlinach, a także na obszarach zacienionych i pokrytych śniegiem. Im bliżej przysuwał twarz, tym więcej widział; aż nagle, w pewnym wysoko położonym basenie wydało mu się, że roślinność plewi się wszędzie. W tym momencie zrozumiał — cały ten teren, cały masyw Tyrrhena stanowił jedno wielkie turniowe pole.

Później zauważył, że jaskrawe zielenie pewnych porostów i szmaragdowe lub ciemne, aksamitne zielenie mchów pokrywają całe powierzchnie skalne albo wewnętrzne strefy zlewisk ściekowych. Wyglądały jak wilgotne futerko.

Wielobarwna paleta porostów, ciemnozielone igły sosen, skupione igły sosen Hokkaido, sosny wyczyńcowe, jałowiec sierra. Kolory życia. Sax czuł się, jak gdyby ponad zrujnowanymi ścianami z kamienia przechodził od jednego wielkiego, pozbawionego dachu pomieszczenia do drugiego. Mały plac, swego rodzaju wietrznej galerii, ogromna sala balowa, wiele maleńkich połączonych ze sobą komnat, salon. Przy niskich ścianach niektórych „pomieszczeń” stały skarlałe okazy krummholzu — drzewa nie wyższe niż nisze, zdeformowane od wiatru, ścięte przy szczycie na poziomie śniegu. Każda gałąź, każda roślina w każdej otwartej sali, tak ukształtowane jak inne bonsai… a w dodatku samoczynnie, bez ludzkiego wysiłku.

W rzeczywistości okazało się (jak powiedział Saxowi Nanao), że o większość basenów intensywnie dbano.

— Ten basen obsadził Abraham.

Za każdy mały region odpowiedzialny był jakiś ogrodnik lub grupa ogrodników.

— Ach! — stwierdził Sax. — A więc nawozicie?

Tariki roześmiał się.

— W pewnym sensie. Glebę przeważnie przywieziono.

— Ach, tak.

Zrozumiał teraz, skąd ta różnorodność roślin. Pamiętał uprawy wokół Lodowca Arena, gdzie po raz pierwszy widział turniowe pola. Teraz jednakże osiągano o wiele doskonalsze wyniki niż w tamtych wczesnych latach. Tariki mówił, że w laboratoriach Sabishii intensywnie pracowano nad produkcją uprawnej warstwy gleby. Sax wiedział, że to dobry pomysł, bowiem gleba pól turniowych powstawała w sposób naturalny w tempie zaledwie kilku centymetrów na stulecie. Tyle że istniały przyczyny takiej powolności, toteż także wytwarzanie gleby okazało się niezwykle trudne. A jednak…

— Przeskoczyliśmy na początek kilka milionów lat — zauważył z dumą Nanao. — Zaczynamy od tego miejsca.

Najwyraźniej własnymi rękoma posadzili wiele okazów, potem przeważnie zostawiali je swemu losowi i obserwowali ich rozwój.

— Rozumiem — rzucił Sax.

Przypatrzył się roślinności z jeszcze większą uwagą. Wyraźne, lekko przyćmione światło: to prawda, w każdej wielkiej otwartej sali rósł nieco inny zestaw gatunków.

— Więc to są ogrody.

— Tak… coś w tym rodzaju. To zależy.

Nanao powiedział, że wielu ogrodników pracuje według nauk Muso Soseki lub zgodnie z przykazaniami innych japońskich mistrzów zeń; jeszcze inni według metod Fu Hsi, legendarnego odkrywcy chińskiego systemu geomancji zwanego feng shui, według perskich guru ogrodnictwa, łącznie z Omarem Khayyamem, według Leopolda, Jacksona albo innych wczesnych amerykańskich ekologów, takich jak prawie zapomniany biolog Oskar Schnelling…

Tariki dodał, że to są tylko wpływy. Kiedy bowiem ogrodnicy wykonywali pracę, miewali własne objawienia. Dostosowywali się do nachylenia terenu, widzieli, że niektóre rośliny pomyślnie się rozwijają, a inne umierają. Współewolucja, jakiś rodzaj rozwoju epigenetycznego.

— Jak tu ładnie — powiedział Sax, rozglądając się. Dla specjalistów spacer z Sabishii na masyw był zapewne ekscytującą wycieczką, wypełnioną rozmaitymi aluzjami i subtelnymi odwołaniami do tradycji, których on nie dostrzegał. Hiroko nazwałaby tę sytuację areoformowaniem albo areofanią.

— Chciałbym odwiedzić wasze laboratoria glebowe.

— Oczywiście.

Wrócili do rovera i odjechali. Później tego dnia, pod ciemnymi chmurami burzowymi dojechali do samego szczytu masywu, który okazał się rodzajem rozległego, falistego torfowiska. Małe wąwozy wypełnione były sosnowymi igłami, odsuniętymi na bok przez wiatr, wyglądały więc jak źdźbła trawy na równo skoszonej łące. Sax, Tariki i Nanao znowu wysiedli z pojazdu i chodzili po okolicy. Wiatr smagał im skafandry. Późnopopołudniowe słońce wysuwało się spod osłony ciemnych chmur; długie cienie podróżników kładły się aż do horyzontu. Tutaj na górze, na torfowiskach widać było sporo dużych mas gładkiego, gołego, skalnego podłoża. Sax rozglądał się i dostrzegał, że krajobraz ma tu pierwotny, czerwony wygląd, który Sax pamiętał z najwcześniejszych lat. Potem jednak doszli do krawędzi małego parowu i nagle spojrzeli w dół, na zieleń.

Tariki i Nanao rozmawiali o ecopoesis. Słowo to oznaczało dla nich ponownie zdefiniowane, wysubtelnione i lepiej umiejscowione terraformowanie. Przekształcone w coś w rodzaju wymyślonego przez Hiroko areoformowania. Terraformowanie, na które nie składały się już cieżkoprzemysłowe metody globalne, lecz powolny, równomierny i absolutnie lokalny proces kształtowania poszczególnych fragmentów powierzchni.

— Cały Mars to ogród. Ziemia także, w gruncie rzeczy… Tacy już jesteśmy, my, ludzie. Musimy więc skupiać się na ogrodnictwie, myśleć o odpowiedzialności wobec ziemi. Układ człowiek-Mars to układ równoważnych organizmów.

Sax zamachał niepewnie ręką.

— Zawsze myślałem o Marsie jako o swego rodzaju dziczy — powiedział, wywołując etymologię słowa „ogród”. Francuskie, pragermańskie, staronorweskie gard oznaczające „miejsce ogrodzone” najwyraźniej miało wspólne pochodzenie ze słowem guard, czyli „ochrona”. Ale któż może wiedzieć, co znaczy przypuszczalny równoważnik w japońskim. Etymologia była wystarczająco trudną dziedziną bez mieszania języków. — Wiecie… Zaczynacie coś, wrzucacie nasiona, a następnie z daleka obserwujecie ich rozwój. Samoorganizujące się ekosystemy, rozumiecie…

— Tak — stwierdził Tariki — tyle że dzicz to teraz także ogród. Pewien rodzaj ogrodu. On świadczy o nas… — Wzruszył ramionami, zmarszczył czoło. Uważał tę myśl za zgodną z prawdą, lecz najwyraźniej mu się nie podobała. — Tak czy owak, ecopoesis jest bliższa twojej wizji dziczy, niż kiedykolwiek udałoby się to przemysłowemu terraformowaniu.

— Może — przyznał Sax. — Może są to po prostu dwa etapy pewnego procesu. Oba są konieczne.

Tariki skinął głową, skłonny rozważyć słowa Saxa.

— A teraz?

— Wszystko zależy od tego, jak zamierzamy rozwiązać problem potencjalnej epoki lodowcowej — odparł Sax. — Jeśli będzie naprawdę groźnie i umrze sporo roślin, wtedy ecopoesis nie będzie miała najmniejszych szans. Atmosfera może z powrotem zamarznąć na powierzchni i cały wysiłek pójdzie na marne. Nie jestem pewien, czy biosfera da sobie radę bez zwierciadeł. Dlatego właśnie chcę zobaczyć te wasze laboratoria glebowe. Może właśnie pozostała nam do wykonania przemysłowa praca nad atmosferą. Trzeba będzie spróbować odpowiedniego modelowania, a potem zobaczymy.

Tariki pokiwał głową, Nanao także. Rozciągające się tuż przed nimi ekosystemy były zaśnieżone. W świetle słonecznym, które przybrało w tej chwili kolor spiżu, spadały płatki, wirując na wietrze. Sabishiiańczycy byli otwarci na sugestie.

Tymczasem, jak podczas wszystkich takich wypraw, młodzi pracownicy z Da Vinciego i Sabishii razem biegali po masywie, a potem wracali do labiryntu pod hałdę, zaczynając nocne rozmowy o geomancji, areomancji, ekopoetyce, wymianie cieplnej, pięciu żywiołach, gazach cieplarnianych i innych sprawach. Był to twórczy ferment, który Sax uważał za bardzo obiecujący.

— Powinien tu być Michel — powiedział do Nanao. — I John. Jak bardzo podobałaby mu się taka grupa. — Potem nagle przyszło mu coś do głowy, więc dodał: — Powinna tu być Ann.

Wrócił więc na Pavonis, a reszta grupy została w Sabishii, aby szczegółowo omówić problemy.

Na Pavonis nic się nie zmieniło. Coraz więcej osób, namawianych przez Arta Randolpha, proponowało, żeby zwołać kongres konstytucyjny. Napisać przynajmniej prowizoryczną konstytucję, zarządzić głosowanie nad nią, a następnie powołać określony w niej rząd.

— Dobry pomysł — zauważył Sax. — Może należy też wysłać delegację na Ziemię.

Siew. Rzucanie w glebę nasion. Było dokładnie tak jak na torfowisku; niektóre zakiełkują, inne nie.

Sax szukał Ann, ale dowiedział się, że opuściła Pavonis. Ludzie mówili, że wyjechała na daleki przyczółek „czerwonych” w Tempe Terra, na północ od Tharsis. Dodawali, że nikt tam nie jeździ z wyjątkiem „czerwonych”.

Po krótkim zastanowieniu Sax poprosił o pomoc Steve’a i wspólnie ustalili położenie kryjówki. Potem pożyczył od bogdanowistów mały samolot i poleciał na północ, z Ascreus Mons po lewej stronie, potem w dół Echus Chasma, obok swej starej siedziby w Echus Overlook, aż na szczyt ogromnej ściany po prawej stronie.

Ann także bez wątpienia pokonała tę trasę, a zatem również musiała mijać pierwszą siedzibę programu terraformowania. Terraformowanie… Następowała ewolucja we wszystkim, nawet w ideach. Czy Ann zauważyła Echus Overlook, czy choćby pamiętała to niewielkie miejsce będące synonimem początku? Trudno powiedzieć. Tak dziwacznie ludzie znają się nawzajem. Maleńkie fragmenty ich żywotów krzyżowały się ze sobą lub znali je inni. Uczucie samotności we wszechświecie… Osobliwe. Powód, by mieć przyjaciół, by się pobierać, by dzielić z kimś pokój i życie tak ściśle, jak tylko możliwe. To wszystko nie czyniło ludzi naprawdę bliskimi sobie, ale zmniejszało poczucie samotności. Tak jak ten, kto żeglował samotnie przez oceany świata, jak w książce, która zrobiła bardzo duże wrażenie na Saxie w młodości: Ostatni człowiek Mary Shelley. Eponimiczny bohater powieści od czasu do czasu próbował się do kogoś zbliżyć, lecz w końcu w dalszą drogę ruszał samotnie. Obraz ich życia; ponieważ każdy świat jest tak samo pusty jak ten, który nakreśliła w swym utworze Mary Shelley, tak pusty, jak Mars był na początku.

Sax przeleciał obok ciemnawej krzywizny Kasei Vallis, w ogóle jej nie zauważając.

„Czerwoni” dawno temu wydrążyli skałę rozmiaru miejskiego bloku na wzgórku, który służył jako ostatni rozdzielczy klin w przecięciu dwóch Tempe Fossa, dokładnie na południe od Krateru Perepełkina. Z okien pod okapami rozprzestrzeniał się widok najpierw na nagie, proste kaniony, później na większy kanion, który powstał na skutek zlania się mniejszych. Teraz wszystkie tefossy zmieniły się w przybrzeżny płaskowyż; Mareotis i Tempe stworzyły wspólnie ogromny półwysep starożytnych wyżyn, wystających daleko od brzegów nowego lodowego morza.

Sax wylądował małym samolotem na piaszczystym pasie startowym na szczycie wzgórka, skąd nie było widać lodowych równin; nie mógł też dostrzec żadnej roślinności — ani jednego drzewa, kwiatu, nawet łachy porostów. Zastanawiał się, czy „czerwoni” nie poddawali tych kanionów jakiemuś sztucznemu procesowi wyjaławiania. W każdym razie Russella otaczała jedynie pierwotna skała pokryta szronem, którego nie sposób było się pozbyć, chyba że mieszkańcy pokryliby kaniony namiotem, odcinając powietrze.

— Hmm… — mruknął Sax, wstrząśnięty własnym pomysłem.

Dwie przedstawicielki „czerwonych” poprowadziły go do włazu śluzy powietrznej na szczycie wzgórka. Sax zszedł razem z nimi po schodach. Schron okazał się prawie pusty. No i dobrze. Wolał znosić chłodne spojrzenia dwóch młodych kobiet prowadzących go nierówno ociosanymi skalnymi chodnikami kryjówki niż całej grupy ludzi. Interesujące wydały mu się przykłady estetyki „czerwonych”. Bardzo skromne, jak można się spodziewać; nie było widać ani jednej rośliny, tylko różne rodzaje materiału skalnego: chropowate ściany oraz jeszcze bardziej surowe sufity, skontrastowane z wypolerowaną bazaltową podłogą i połyskującymi oknami wychodzącymi na kaniony.

Doszli we trójkę do urwiskowego chodnika, który wyglądał jak naturalna jaskinia. W dole ciągnęły się niemal euklidesowe linie kanionu. Tylną ścianę zdobiły mozaiki wykonane z kawałków kolorowego kamienia, wypolerowanych i ułożonych jeden przy drugim blisko siebie, bez szczelin; tworzyły abstrakcyjne wzory, które chyba coś przedstawiały, lecz Sax nie mógł się na nich odpowiednio skupić, toteż nie zdołał odgadnąć ich znaczenia. Podłogę stanowił kamienny parkiet z onyksu, alabastru, serpentynu i krwawnika. Chodnik ciągnął się i ciągnął — duży i pokryty pyłem. Cały kompleks wyglądał na rzadko używany. „Czerwoni” preferowali własne rovery, więc tego typu miejsca uważali bez wątpienia za przykrą konieczność. Ukryty schron, potrzaskane okna — można było przejść kanionami tuż obok niego i nie zdawać sobie sprawy z jego istnienia. Sax czuł, że przyczyną takiego wyglądu owego miejsca jest nie tylko strach przed dostrzeżeniem przez ZT ONZ, ale także niechęć do zmieniania gruntu, do ingerowania w sprawy ziemi.

Siedząca na kamiennym parapecie okna Ann najwyraźniej próbowała postępować w taki właśnie sposób. Sax zatrzymał się nagle, bowiem zatracony w myślach nieomal na nią wpadł, dokładnie tak, jak nieświadomy tego schronienia podróżnik mógł nagle znaleźć się tuż przy nim. Fragment skały, usadowiony w oknie. Sax patrzył uważnie na Ann. Wyglądała źle. Było to widać na pierwszy rzut oka, a im dłużej na nią patrzył, tym większy odczuwał niepokój. Ann powiedziała mu kiedyś, że nie poddaje się już kuracji przedłużającej życie. Miało to miejsce kilka lat temu. Podczas rewolucji spalała się niczym płomień, teraz natomiast, gdy rebelia „czerwonych” została stłumiona, jej ciało przybrało barwę popiołu. Szare ciało. Straszliwy widok. Tak jak wszyscy pozostali przy życiu członkowie pierwszej setki miała mniej więcej sto pięćdziesiąt lat i bez kuracji… wkrótce umrze.

No cóż. Dokładniej, w sensie fizjologicznym miała około siedemdziesiątki, zależnie od tego, kiedy po raz ostatni poddała się kuracji. Nie było więc tak źle. Może Peter wie na ten temat więcej. Sax słyszał jednak, że im dłuższe są przerwy między kuracjami, tym więcej — w sensie statystycznym — pojawia się problemów. Logiczne. Najrozsądniejsza była rozwaga.

Nie potrafił powiedzieć tego Ann. W gruncie rzeczy, nie miał pojęcia, co właściwie jej powiedzieć.

W końcu podniosła wzrok. Rozpoznała go i zadrżała, jej usta rozchyliły się. Wyglądała jak schwytane w zasadzkę zwierzę. Potem spojrzała w dal; ponure, kamienne oblicze. Nie było w niej gniewu, nie było też nadziei.

— Chciałem ci pokazać masyw Tyrrhena — odezwał się bez przekonania.

Wstała (wyglądała jak powstający pomnik) i wyszła z pomieszczenia.

Sax poczuł, że łupią go stawy, jak gdyby cierpiał na artretyzm. Taki ból często towarzyszył mu podczas rozmów z Ann.

Dwie młode kobiety o surowym wyglądzie przyglądały mu się przez chwilę.

— Nie sądzę, żeby chciała z tobą rozmawiać — poinformowała go ta wyższa.

— Ależ jesteś bystra — stwierdził złośliwie Sax.

Ann stała daleko od niego, na chodniku, przed kolejnym oknem: czymś oczarowana lub może zbyt wyczerpana, aby się poruszyć. Może jednak chciała z nim porozmawiać…

Podszedł i zatrzymał się przed nią.

— Chciałbym wiedzieć, jak oceniasz zmiany w tej krainie — powiedział. — Interesują mnie twoje sugestie co do naszych dalszych poczynań. Mam też pewne… pewne pytania areologiczne. Ale… może ciebie już nie interesują ściśle naukowe kwestie…

Ann zrobiła ku niemu krok i wymierzyła mu policzek. Sax osunął się przy ścianie chodnika i usiadł. Ann zniknęła. Pomogły mu wstać dwie młode kobiety, skonsternowane, nie wiedziały bowiem, czy wypada im się śmiać. Całe ciało miał obolałe, nawet bardziej niż twarz, a w oczach czuł pieczenie i lekkie ukłucia. Miał wrażenie, że może rozpłakałby się, gdyby nie te idiotki, które śledząc go, ogromnie wszystko skomplikowały. Ponieważ były w pobliżu, Sax nie mógł ani krzyczeć, ani błagać, nie mógł paść na kolana i powiedzieć: „Ann, proszę, wybacz mi”. Nie potrafił.

— Dokąd poszła? — zdołał spytać.

— Ann naprawdę nie chce z tobą rozmawiać — oznajmiła wyższa dziewczyna.

— Może powinieneś poczekać i spróbować później — doradziła niższa.

— Och, zamknijcie się! — wrzasnął Sax, nagle czując tak gwałtowną wściekłość, jak gdyby dostał szału. — Przypuszczam, że pozwoliłybyście jej po prostu przestać poddawać się kuracji i umrzeć.

— To jej prawo — oświadczyła wyższa.

— Jasne, że tak, nie mówiłem jednak o prawach. Mówiłem o tym, jak powinien się zachować przyjaciel samobójcy. Z pewnością nie macie o tym pojęcia. A teraz pomóżcie mi ją znaleźć.

— Nie jesteś jej przyjacielem.

— Ależ oczywiście, że jestem. — Wstał. Zatoczył się trochę, kiedy próbował pójść w kierunku, w którym odeszła Ann. Jedna z młodych kobiet chciała wziąć go za łokieć. Uchylił się, rezygnując z jej pomocy, i ruszył sam. W oddali dostrzegł Ann, siedziała na krześle w jakiejś — tak przynajmniej sądził — sali jadalnej. Zbliżył się do niej, zwalniając niczym Apollo w paradoksie Zenona.

Obróciła się i przeszyła go pełnym nienawiści wzrokiem.

— To ty porzuciłeś naukę, już na samym początku — warknęła. — Więc nie wciskaj mi bzdur, że niby nie interesują mnie kwestie naukowe!

— Masz rację — odrzekł Sax. — Naprawdę. — Wyciągnął do niej ręce. — I teraz potrzebuję rady… Naukowej porady. Chcę się uczyć. A poza tym pragnę ci pokazać pewne rzeczy.

Ann namyślała się przez chwilę, a potem wstała i znowu odeszła, przechodząc tuż obok niego, tak że, chociaż nie chciał, cofnął się. Potem pospieszył za nią; jej kroki były o wiele dłuższe niż jego i poruszała się szybko, toteż Sax musiał prawie biec. Bolały go kości.

— Moglibyśmy wyjść razem — zaproponował Sax. — Nieważne dokąd.

— Ponieważ i tak cała planeta została zniszczona — dodała Ann.

— Musisz przecież od czasu do czasu wychodzić, by obejrzeć zachód słońca — nalegał Sax. — Może mógłbym ci towarzyszyć.

— Nie.

— Proszę, Ann. — Odchodziła szybko i była od niego o tyle wyższa, że Sax z trudem za nią nadążał. Jeszcze trudniej było rozmawiać. Dyszał i sapał, a policzek ciągle go bolał. — Proszę.

Nie odpowiedziała i nie zwolniła. Teraz schodzili korytarzem między szeregami kwater mieszkalnych. Ann przyspieszyła, przeszła przez próg i zatrzasnęła za sobą drzwi. Sax spróbował je otworzyć, lecz okazały się zamknięte na klucz.

Nie był to obiecujący początek.

Pies gończy i łania. Sax postanowił, że musi zacząć się zachowywać inaczej, aby jego poczynania nie wyglądały na pościg lub polowanie. Niemniej jednak…

— Pochucham, podmucham, aż zdmuchnę twój dom… — mruknął i dmuchnął na drzwi, a wtedy dostrzegł dwie młode kobiety, które wciąż mu się przypatrywały.

Pewnego wieczoru w tym samym tygodniu, tuż przed zachodem słońca, Sax zszedł do przebieralni i ubrał się. Kiedy weszła Ann, aż podskoczył.

— Właśnie wychodziłem — wyjąkał. — Mogę pójść z tobą?

— To wolny kraj — odparła ponuro.

Razem więc opuścili śluzę powietrzną i wyszli na zewnątrz. Młode kobiety były zaskoczone.

Sax wiedział, że musi postępować z wielką ostrożnością. Naturalnie, mimo iż chciał jej pokazać piękno nowej biosfery, lepiej było nie wspominać o roślinach, śniegu czy też chmurach. Trzeba pozwolić, by fakty mówiły same za siebie. Może tak było w przypadku wszystkich zjawisk… Nie sposób za nie mówić. Można tylko iść po gruncie i niech ziemia mówi sama.

Ann nigdy nie była osobą towarzyską. Teraz też rzadko się do niego odzywała. Sax, idąc za nią, podejrzewał, że jego przyjaciółka przemierza swoją zwykłą trasę. Pozwoliła mu się więc do siebie zbliżyć.

Zadawanie pytań było dozwolone — na tym polegała nauka. Ann zatrzymywała się dość często, by przyjrzeć się jakimś skalnym tworom. Wtedy Sax mógł kucnąć obok niej i gestem lub słowem spytać, co znalazła. Oboje mieli na sobie skafandry i hełmy, mimo że znajdowali się na tak niskiej wysokości, że wystarczyłoby założyć maskę filtrującą dwutlenek węgla. Dzięki hełmom rozmowy słychać było jako głosy w uchu, tak jak za dawnych czasów. A zatem… pytania.

Więc pytał. Ann odpowiadała, czasami nawet dość szczegółowo. Tempe Terra była rzeczywiście Krainą Czasu, materiał jej podstawy stanowił przetrwały fragment południowych wyżyn — pozostałość Wielkiego Uderzenia. Później, kiedy wypiętrzenie Tharsis wypchnęło na południe litosferę, Tempe intensywnie popękała. Te pęknięcia otaczały teraz Ann i Saxa w postaci Mareotis Fossae i Tempe Fossa.

Rozciągająca się przed nimi ziemia popękała wystarczająco, aby mogły się na niej pojawić spóźnione wulkany, górując nad kanionami. Z jednego wysokiego szczytu Sax i Ann dostrzegli daleki wulkan o wyglądzie spadłego z nieba czarnego stożka; potem zobaczyli kolejny, który wyglądał — o ile Sax dobrze widział — dokładnie jak krater meteorytowy. Gdy powiedział Ann o swoim spostrzeżeniu, potrząsnęła głową i wskazała magmowe wylewy i kanały, które teraz z łatwością dostrzegł. Były częściowo ukryte pod osypiskiem późniejszego rumoszu ejektamentów i pokrywą brudnego śniegu, gromadzącego się jak zaspy piaskowe w osłoniętych od wiatru niszach; światło zachodzącego słońca zmieniło im barwę na odcień piasku.

Widzieć krajobraz w trakcie jego historii, czytać go jak tekst napisany przez jego własną długą przeszłość — to była wizja Ann, którą spełniła dzięki bliskiej obserwacji, studiom trwającym stulecie oraz własnemu wrodzonemu darowi: jej miłości do tego świata. Naprawdę trzeba było go zobaczyć i zadziwić się nim. Stanowił coś w rodzaju naturalnego bogactwa, skarbu, miłości większej niż nauka albo coś z królestwa mistycznej nauki Michela. Z królestwa alchemii… Tyle że alchemicy chcieli zmieniać pewne rzeczy w coś innego, więc to był raczej jakiś typ wyroczni. Wizjonerstwo, z wizją równie potężną jak wizja Hiroko. Naprawdę. Duchowy świat Ann był, rzecz jasna, mniej fantastyczny, może mniej spektakularny, mniej aktywny, stanowił akceptację wobec tego, co leżało wokół — miłość do skały, w imię skały. W imię Marsa jako pierwotnej planety, w całym swym majestatycznym pięknie, czerwonordzawej, ciągle tak samo martwej. Martwej! Poddawanej przez lata jedynie chemicznym przemianom materii; bezmierne, powolne życie geofizyki. Osobliwe pojęcie — to życie abiologiczne… A jednak istniało, jeśli ktoś chciał je oglądać, rodzaj życia wirującego, poruszającego się wśród płonących gwiazd, postępującego przez wszechświat wspaniałym skurczowo-rozkurczowym ruchem. Można by powiedzieć — jedno wielkie oddychanie. Zachód słońca pomagał to wszystko dostrzec.

Sax próbował patrzeć na ten świat tak jak Ann. Za jej plecami, ukradkiem zerknął na naręczny komputer. Kamień (angielskie stone): od staroangielskiego stan, mnóstwo wyrazów pokrewnych, od praindoeuropejskiego sti, kamień. Skała (angielskie rock): ze średniowiecznej łaciny rocca, pochodzenie nieznane; kamienna masa. Sax opuścił rękę i popadł w jakąś „skalną” zadumę, otwartą i obojętną. Tabula rasa. Zamyślił się tak bardzo, że najwyraźniej nie usłyszał słów Ann, która w pewnej chwili prychnęła, po czym ruszyła naprzód. Zmieszany poszedł za nią, postanowił ignorować jej irytację i zadać kolejne pytania.

Wiedział, że Ann jest osobą stale niezadowoloną. Było w tym coś pocieszającego, ponieważ zupełny brak uczuć byłby bardzo złym sygnałem. Ann na szczęście ciągle traktowała wiele spraw dość emocjonalnie. Przynajmniej zazwyczaj. Czasami skupiała się na skale z takim oddaniem, że Sax miał wrażenie, iż obserwuje jej obsesyjny entuzjazm z dawnych czasów. Musiał przyznać, że tym postępowaniem zachęcała go. Innymi razy wydawało mu się, że Ann po prostu chaotycznie kręci się po okolicy, a areologia stanowi dla niej jedynie rozpaczliwą próbę ucieczki od teraźniejszości. Oddalić historię… albo rozpacz, albo wszystko naraz. W tych momentach chodziła bez celu i nie zatrzymywała się, aby spojrzeć na jawnie interesujące, mijane cechy terenu; nie odpowiadała także na pytania areologiczne. Sax wprawdzie nie wiedział dużo na temat depresji, lecz zachowanie Ann zaniepokoiło go. Niewiele niestety mógł zrobić, potrzebne były lekarstwa, a i przy ich zastosowaniu nie istniała pewność co do rezultatów. Zresztą, proponowanie Ann środków antydepresyjnych właściwie niewiele się różniło od sugerowania samej kuracji, nie mógł więc podjąć tego tematu. A poza tym… czy rozpacz równała się depresji?

Na szczęście, roślin było naprawdę niewiele. Tempe nie przypominała pod tym względem Tyrrheny ani nawet brzegów Lodowca Arena. Tak właśnie wyglądała powierzchnia, na której nie stosowano intensywnych zabiegów ogrodniczych. Ten świat nadal w większości składał się ze skał.

Z drugiej strony, Tempe leżała dość nisko, panowała tu spora wilgotność, a lodowy ocean znajdował się w odległości zaledwie kilku kilometrów na północ i na zachód. Różne grupy pionierskich Johnnych Appleseedów przekroczyły całą południową linię brzegową nowego morza — częściowo był to wynik prób Biotique, rozpoczętych kilka dziesięcioleci temu, kiedy Sax przebywał w Burroughs. Jeśli człowiek popatrzył uważnie wokół siebie, mógł dostrzec trochę porostów, małe zagony turniowych pól, a także kilka drzewek krummholzowych, na wpół zagrzebanych w śniegu. Wszystkie te rośliny — rzecz jasna, z wyjątkiem porostów — cierpiały, gdy północne lato zmieniało się w zimę. W maleńkich usteczkach tulącej się do ziemi koenigii i pigmejskiego jaskieru, a także w źdźbłach lodowej trawy i liściach (tak, tak!) arktycznej skalnicy można już było zauważyć pierwsze pasma barw jesieni. Czerwieniejące liście służyły jako kamuflaż na tle otaczającej czerwonej skały; często Sax nie dostrzegał jakiejś rośliny, aż prawie na nią nastąpił. Oczywiście nie chciał też przyciągać do nich uwagi Ann, toteż kiedy naprawdę na którąś nadepnął, szybko oceniał stratę wzrokiem i szedł dalej.

Wspięli się na spory pagórek, z którego było widać kanion położony na zachód od kryjówki. I wtedy Sax je zauważył: wielkie lodowe morze, w późnym świetle całe w kolorach pomarańczy i mosiądzu. Wypełniało wielki łuk niziny i tworzyło własny gładki horyzont sięgający od południowego zachodu do północnego wschodu. Płaskowzgórza poszarpanej ziemi sterczały obecnie z lodu niczym nadmorskie skały lub wysepki o stromych brzegach. Po prawdzie, ta część Tempe miała się stać jedną z najbardziej imponujących linii brzegowych na Marsie, niskie końce jej fossy miały się zmienić w długie fiordy lub zatoczki. Tuż przy poziomie morza znajdował się przybrzeżny krater o zboczu popękanym od strony wody. W tej szczelinie powstała idealnie zaokrąglona zatoka o szerokości około piętnastu kilometrów; kanał wejściowy do niej miał szerokość mniej więcej dwóch kilometrów. Dalej na południe poszarpany teren przy podnóżu Wielkiej Skarpy powinien stworzyć archipelag do złudzenia przypominający Hybrydy. Z klifów stałego lądu powinno być widać wiele wysepek. Tak, tak, imponująca linia brzegowa. Patrząc na potrzaskane tafle oświetlonego promieniami zachodzącego słońca lodu, wszystko można było sobie wyobrazić.

Na razie jednak wyobraźnia musiała wystarczyć. Cały obszar pokrywał lód, widoczne też były szczerbate lodowe góry rozrzucone na nowej linii brzegowej. Góry te uformowały się w wyniku jakiegoś procesu, z którego Sax nie do końca sobie zdawał sprawę, chociaż bardzo go ciekawił — sprawa ta jednak nie podlegała w tej chwili dyskusji. Można było tylko stać w milczeniu, jak gdyby znajdowali się na cmentarzu.

Skrępowany ukląkł, aby przyjrzeć się okazowi tybetańskiego rabarbaru, który przed chwilą nadepnął. Małe czerwone liście, kwiatki wyrastające z czerwonego środka.

Ann spojrzała mu przez ramię.

— Jest martwy?

— Nie. — Sax odsunął kilka uszkodzonych zewnętrznych listków i pokazał jej jaśniejsze liście pod spodem. — Przygotowuje się już do zimy. Oszukało go zmniejszone światło. — Potem kontynuował, jak gdyby do siebie: — Wiele roślin jednak umrze. Przewrót cieplny — który oznaczał, że temperatura powietrza staje się chłodniejsza od temperatury podłoża — nadszedł mniej więcej w ciągu jednej nocy. Nie miały czasu na uodpornienie, zatem wiele z nich zamarznie. Rośliny radzą sobie z zimnem znacznie lepiej, niż znosiłyby je zwierzęta. Choć owady mają się zadziwiająco dobrze, biorąc pod uwagę, że są małymi zbiornikami płynu. Posiadają kryptośrodki chroniące przed chłodem. Sądzę, że mogą znieść wszystko, co się zdarzy.

Ann ciągle oglądała roślinę, więc Sax zamilkł. Chciał powiedzieć: „Jest żywa. W sensie wzajemnej zależności członków biosfery stanowi część twojego ciała. Jak możesz jej nienawidzić?”

Ale przecież Ann od dawna nie poddawała się kuracji.

Lodowe morze było potrzaskaną błyszczącą taflą w kolorze brązu i koralu. Słońce zachodziło, musieli wracać. Ann wyprostowała się i zaczęła odchodzić — milcząca, czarna postać. Sax mógłby mówić jej prosto w ucho, nawet teraz, gdy oddaliła się od niego o sto metrów, potem o dwieście; mała, czarna figurka na rozległej przestrzeni planety. Nie odzywał się jednak, sądząc, że byłby to zamach na jej prywatność, prawie na jej myśli. Zastanawiał się jednak, jakie to myśli. Miał ogromną ochotę powiedzieć: „Mów do mnie, Ann. Podziel się swoimi myślami”.

Czuł wielkie, boleśnie ostre pragnienie, by z kimś porozmawiać; to właśnie ludzie mają na myśli, kiedy mówią o miłości. W każdym razie Sax tak pojmował słowo „miłość” — po prostu ogromne pragnienie, aby dzielić z kimś myśli. Tylko tyle. Och, Ann, proszę, przemów do mnie.

Ann się nie odzywała. Rośliny najwyraźniej nie wywierały na niej takiego wrażenia, jakie zrobiły na Saxie. Chyba naprawdę ich nienawidziła, tych małych symboli własnego ciała, jak gdyby viriditas była tylko nowotworem, z którym musi się zmagać skała. Mimo że w stale rosnących stosach wirującego na wietrze śniegu roślin prawie nie można było dostrzec.

Robiło się ciemno, gwałtownie nadchodziła kolejna burza, nisko ponad czarno-miedzianym morzem. Poduszeczka mchu, obrośnięta porostami powierzchnia skalna, przeważnie jednak sama skała, tak jak zawsze. Ale…

Potem, kiedy dochodzili do komory powietrznej kryjówki, Ann upadła, zemdlona i upadając, uderzyła głową we framugę drzwi. Sax chwycił ją, kiedy stoczyła się na ławkę przy wewnętrznej ścianie. Była nieprzytomna, więc na wpół ją wniósł, na wpół wciągnął do śluzy. Potem zamknął zewnętrzny właz, a kiedy komora została wypompowana, przeciągnął Ann przez wewnętrzny właz do przebieralni. Chyba krzyczał na kanale ogólnym, ponieważ ledwie zdążył zdjąć swej towarzyszce hełm, pięć czy sześć przedstawicielek „czerwonych” (więcej, niż Sax widział w kryjówce) znalazło się w pomieszczeniu. Niższa z dwóch młodych kobiet, które tak go na początku krępowały, była lekarzem, a kiedy położono Ann na obrotowym stole, używanym jako fotel chirurgiczny, poprowadziła wszystkich do kliniki kryjówki. Sax pomagał, jak mógł, i drżącymi rękoma zdjął z dużych stóp Ann buty od walkera. Jego tętno — sprawdził je na naręcznym komputerze — wynosiło sto czterdzieści pięć uderzeń na minutę, a w dodatku czuł gorąco i był roztargniony.

— Czy przeżyła wstrząs? — spytał. — No?

Niska kobieta spojrzała zaskoczona.

— Nie sądzę. Zemdlała, a potem uderzyła się w głowę.

— Ale dlaczego zemdlała?

— Nie wiem.

Spojrzała na wyższą młodą kobietę, która siedziała obok drzwi. Sax zrozumiał, że reprezentują w kryjówce najwyższą władzę.

— Zostawiła dla nas instrukcje, żeby… gdyby nie mogła sama podejmować decyzji, nie podłączać jej do żadnego rodzaju mechanizmu wspomagania życia.

— Niemożliwe — obruszył się Sax.

— To są bardzo wyraźne instrukcje. Zakazała nam. Na piśmie.

— Zaaplikujcie jej cokolwiek, co utrzyma ją przy życiu — mruknął. Jego głos zabrzmiał zgrzytliwie. Wszystko, co powiedział od czasu upadku Ann, stanowiło dla niego zaskoczenie; wraz z pozostałymi był świadkiem swoich działań. Po chwili usłyszał własne słowa: — Nie każę wam się sprzeciwiać jej poleceniom. Chodzi jedynie o rozsądne minimum pomocy. Jeśli nie odzyska przytomności, nie musicie jej utrzymywać przy życiu w nieskończoność.

Lekarkę wyraźnie zdziwiło to rozróżnienie, ale wyższa kobieta, która siedziała w progu, spojrzała z zadumą.

— Leżałem na machinie wspomagania życia — ciągnął — przez jakieś cztery dni, więc wiem, co mówię. Cieszę się, że nikt nie zdecydował się mnie odłączyć. To jest jej decyzja, nie wasza. Każdy, kto chce umrzeć, może to uczynić, nie zmuszając przy tym lekarzy, by nie dotrzymywali złożonej przysięgi Hipokratesa.

Lekarka potoczyła oczyma, tym razem z jeszcze większym oburzeniem. Potem jednak spojrzała na koleżankę i zaczęła przesuwać Ann na łóżko wspomagania życia; Sax pomógł jej. Kobieta uruchomiła medyczny AI i zdjęła z Ann walker. Długonoga staruszka zaczęła oddychać pod maską tlenową. Wyższa tubylka wstała i zaczęła pomagać lekarce, a Russell odszedł i usiadł. Zaskoczyły go własne objawy fizjologiczne: całe ciało miał gorące, czuł się przesadnie dotleniony i tak obolały, że chciało mu się płakać.

Po pewnym czasie przyszła lekarka i powiedziała, że Ann zapadła w śpiączkę, po czym dodała, że jej zdaniem omdlenie musiała spowodować arytmia. W tej chwili życie Ann me było zagrożone.

Sax siedział. Po pewnym czasie wróciła lekarka i oświadczyła, że naręczny komputer Ann zarejestrował krótką chwilę nieregularnego bicia serca w czasie omdlenia. Nadal mieli do czynienia z niewielką arytmia. Śpiączkę wywołała prawdopodobnie anoksja, wstrząśnienie mózgu albo jedno i drugie.

Sax spytał, na czym właściwie polega śpiączka, a gdy lekarka wzruszyła ramionami, miał wrażenie, że zaraz zemdleje. Ogólny termin, określający pewne rodzaje stanu utraty przytomności — źrenice w bezruchu, niewrażliwe ciało, czasami ułożone w dziwacznej pozycji; rzeczywiście, lewe ramię Ann i noga były osobliwie wykręcone. Oczywiście podstawową cechą był brak przytomności. Mogły też wystąpić nietypowe reakcje, na przykład zaciskanie dłoni. Czas trwania śpiączki był rozmaity. Niektórzy ludzie nigdy się z niej nie budzili.

Sax patrzył na swoje ręce, póki lekarka nie zostawiła go samego. Potem siedział bez ruchu, aż wszyscy inni wyszli z sali. Następnie podniósł się i stanął przy boku Ann, patrząc na jej przykrytą maską twarz. Nie mógł nic zrobić. Przytrzymał jej dłoń; nie zacisnęła jej; ujął za głowę, tak jak lekarze polecili Nirgalowi, kiedy Sax był nieprzytomny. Tym razem jednak czuł, że gest ten jest bezużyteczny.

Podszedł do ekranu AI i włączył program diagnostyczny. Później wywołał medyczne dane Ann i sprawdził wynik monitorowania serca podczas zdarzenia w śluzie powietrznej. Rzeczywiście, mała arytmia; szybki, nieregularny wykres. Sax wprowadził dane do programu diagnostycznego i wyszukał informacje na temat arytmii. Istniało wiele anormalnych rytmów serca, Sax jednak podejrzewał, że Ann ma genetyczne predyspozycje do „syndromu długiego spoczynku”, wady, która zawdzięczała swoją nazwę charakterystycznej nieprawidłowej długiej fali na elektrokardiogramie. Wywołał genom Ann i polecił AI rozpoczęcie badania w odpowiednich regionach trzeciego, siódmego i jedenastego chromosomu. W genie zwanym HERG, w chromosomie siódmym komputer wykrył niewielką mutację: zwrot układów adeninowo-tyminowego i guaninowocy-tozynowego. Mutacja była mała, lecz HERG zawierał instrukcje dla zbierania białka, które służyło jako potasowy kanał jonowy w powierzchni komórek serca; kanały te działały jako przełącznik przerywający kurczenie komórek serca. Bez tego hamulca serce mogło bić arytmicznie — uderzać zbyt szybko, aby skuteczniej pompować krew.

Okazało się, że Ann ma jeszcze jeden problem związany z genem (zwanym SCN5A) w chromosomie trzecim. Gen ten kodował białko regulujące, które tworzyło na powierzchni komórek serca sodowy kanał jonowy, funkcjonujący jako akcelerator; mutacje w tym miejscu mogły zwiększyć problem szybkiego bicia serca. Ann brakowało jakiegoś fragmentu układu cytozynowo-guaninowego.

Te genetyczne uwarunkowania były dość rzadkie, lecz wykrycie ich nie stanowiło problemu dla diagnostycznego AL Komputer „znał” symptomatologię wszystkich znanych wad, niezależnie od częstotliwości ich występowania. AI uważało przypadek Ann za absolutnie prosty do wyleczenia i podało listę istniejących kuracji, których użycie gwarantowało rozwiązanie problemu. Było ich wiele.

Jedna z sugerowanych form leczenia polegała na rekodowaniu kłopotliwych genów podczas standardowych kuracji gerontologicznych. Wytrwałe rekodingi genów podczas kolejnych kuracji przedłużających życie powinny całkowicie i niepowtarzalnie (w zarodku) usunąć przyczynę problemu. Saxowi wydało się dziwne, że nie zastosowano tego typu leczenia, później jednak zauważył, że zalecenia liczyły sobie zaledwie dwa dziesięciolecia, wpisano je już zatem po ostatnim razie, gdy Ann poddała się kuracji.

Przez długi czas po prostu siedział i patrzył na ekran, później wstał i zaczął zwiedzać klinikę „czerwonych”; oglądał przyrząd po przyrządzie, salę po sali. Przedstawiciele personelu pielęgniarskiego pozwalali mu wszędzie wchodzić; najwyraźniej pomyśleli, że oszalał.

To była główna kryjówka „czerwonych” i Sax uznał za prawdopodobne, że jedno z jej pomieszczeń może zawierać wyposażenie konieczne do poddania pacjenta kuracji gerontologicznej. Rzeczywiście, przeznaczono do tego celu małą salkę na końcu kliniki. Sprzętów nie było tu wiele: duże AI, małe laboratorium, zapas białka i leków, inkubatory, przekaźniki obrazu rezonansu magnetycznego, wyposażenie do iniekcji „IV”. Skromnie; zadziwiały, kiedy człowiek uświadomił sobie, jak wiele można dzięki nim osiągnąć. Taka prawda. Podobnie zadziwiające było życie samo w sobie: tylko proste białkowe sekwencje, a powstawały z nich tak skomplikowane organizmy.

Sax zabrał się do pracy. W głównym AI znajdowało się nagranie genomu Ann. Gdyby jednak nakazał laboratorium zacząć syntetyzowanie jej odcinków DNA (dodając rekodowanie HERG-u i SCN5A), z pewnością zauważyliby to pracownicy. Wówczas bez wątpienia pojawiłyby się problemy.

Wrócił do maleńkiego pokoiku, chcąc odbyć zakodowaną rozmowę z laboratorium w Kraterze Da Vinciego. Poprosił swoich współpracowników, aby rozpoczęli syntezę, a ci zgodzili się bez żadnych pytań z wyjątkiem technicznych. Ach, czasami całym sercem kochał tych saxoklonow.

Teraz pozostawało tylko czekać. Godziny mijały, kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt. W końcu minęło kilka dni; stan Ann pozostawał bez zmian. Lekarka robiła coraz bardziej ponurą minę, chociaż nie powiedziała już ani słowa o odłączeniu Ann. W jej oczach widać było jednak sugestię. Sax zaczął sypiać na podłodze w sali Ann. Poznał rytm jej oddechu. Spędzał sporo czasu, trzymając jej głowę ręką, tak jak Michel kazał robić Nirgalowi, gdy chodziło o głowę Saxa. Bardzo mocno wątpił, żeby jego dotyk uleczył kiedykolwiek kogokolwiek z czegokolwiek, niemniej jednak nie dawał za wygraną. Siedząc przez długi czas w takiej pozycji, miał okazję zastanowić się nad kuracjami zwiększającymi plastyczność mózgu, które Wład i Ursula zaordynowali mu po wstrząsie. Oczywiście, wstrząs był czymś zupełnie innym niż śpiączka, ingerencja w pracę mózgu oznaczała niebezpieczeństwo, lecz gdy czyjś umysł cierpiał…

Minęły kolejne dni bez zmiany, każdy dłuższy i bardziej przeraźliwy niż poprzedni. W inkubatorach laboratoriów Da Vinciego od dawna czekał przygotowany pełny komplet specyficznych odcinków DNA Ann, antyczuciowych środków wzmacniających i klajstrów — pełna ostatnia konfiguracja gerontologicznego zestawu.

Pewnej noc Sax zadzwonił do Ursuli i przeprowadził długą konsultację. Odpowiadała spokojnie na jego pytania, mimo że bardzo ją ciekawiło, co jej rozmówca zamierza zrobić.

— Zestaw bodźców synaptycznych, który daliśmy tobie, w nie uszkodzonym mózgu doprowadziłby do zbyt dużego rozwoju synaps — odparła zdecydowanie. — Zmieniłby osobowość do niewiadomego wzorca.

Jej zatrwożone spojrzenie mówiło: „stworzyłby takiego szaleńca jak ty”.

Sax zdecydował się zrezygnować z dodatków synaptycznych. Ratowanie życia Ann to jedna rzecz, a zmiana jej charakteru — zupełnie inna. Przypadkowa zmiana nie była przecież jego celem. Była nim akceptacja. I szczęście — prawdziwe szczęście Ann, cokolwiek mogło oznaczać — teraz tak dalekie i tak trudne do wyobrażenia. Na myśl o tym Sax odczuwał wręcz ból. Nadzwyczajne, jak wiele fizycznego bólu może wywołać sama myśl — limbiczny układ miał w sobie cały wszechświat, zalany bólem, jak mroczna materia pokrywająca wszystko we wszechświecie.

— Rozmawiałeś z Michelem? — spytała Ursula.

— Nie. Ale to dobry pomysł.

Sax zadzwonił do Michela, wyjaśnił, co się zdarzyło i co ma zamiar zrobić.

— Mój Boże, Sax — powiedział Michel. Był zszokowany. Jednak po chwili obiecał przyjechać. Skłonił Desmonda, aby zabrał go samolotem do Da Vinciego, skąd chciał wziąć składniki konieczne do kuracji, a potem przylecieć do kryjówki.

Sax znowu przesiadywał w pokoju Ann, z ręką na jej głowie. Guzowata czaszka; frenolog miałby dużo pracy.

Potem zjawili się przyjaciele Saxa Michel i Desmond. Przyprowadziła ich lekarka, ta wysoka. Przyszło też kilka innych osób, toteż trzej starcy komunikowali się jedynie spojrzeniami. Niemniej jednak, świetnie się rozumieli. Twarz Desmonda była aż nazbyt wyrazista. Mieli przy sobie zestaw do kuracji gerontologicznej dla Ann i czekali tylko na odpowiednią chwilę.

Okazja pojawiła się całkiem szybko. Ann była już w śpiączce od kilku dni, więc w szpitaliku traktowano ją rutynowo. Niestety, nie znano skutków zastosowania kuracji przedłużającej życie w śpiączce. Michel przejrzał literaturę przedmiotu, lecz znalazł niewiele; przeprowadzono kilka prób, ich rezultaty były zachęcające. Z tego też względu Michel uważał pomysł za dobry.

On, Sax i Desmond wstali w środku nocy i przeszli cicho obok pielęgniarki śpiącej w dyżurce kliniki. Medyczna praktyka była męcząca, toteż pielęgniarka, głośno oddychając, spała niezdarnie rozparta w fotelu. Sax i Michel podłączyli Ann do sprzętu „IV” i wkłuli jej igły w żyły na grzbietach rąk; pracowali powoli, ostrożnie, dokładnie i cicho. Wkrótce nowe białkowe odcinki zaczęły docierać do krwiobiegu Ann. Kiedy jej oddech stał się nieregularny, Sax poczuł gorąco ze strachu. Jęknął bezgłośnie. Towarzystwo Michela i Desmonda dodawało mu otuchy, przyjaciele chwycili go za ramię, jak gdyby podtrzymując przed upadkiem. Rozpaczliwie zatęsknił za Hiroko. Był pewien, że podjęłaby identyczną decyzję i owa myśl poprawiła mu samopoczucie. Między innymi zrobił to ze względu na Japonkę. Ciągle potrzebował jej wsparcia i fizycznej obecności; chciał, by się pojawiła i pomogła mu tak jak na Daedalia Planitia. Pragnął, aby pomogła Ann. Była ekspertem w przeprowadzaniu tego rodzaju eksperymentów na ludziach.

Kiedy zabieg się zakończył, wyjęli igły z płynem „IV” i odłożyli sprzęt. Pielęgniarka spała dalej z otwartymi ustami; wyglądała jak dziewczynka. Ann pozostawała nieprzytomna, lecz Sax miał wrażenie, że oddychała swobodniej. Silniej.

Trzech mężczyzn przez chwilę stało obok siebie i patrzyło na chorą. Potem wyślizgnęli się z sali i na palcach wrócili korytarzem do swoich pokojów. Desmond zaczął tańczyć jak wariat, pozostali uciszyli go. Położyli się do łóżek, ale nie mogli spać. Jednakże nie byli w stanie rozmawiać, więc leżeli w milczeniu, jak bracia w dużym domu, późno w nocy, po powrocie z udanej wieczornej wyprawy.

Następnego ranka weszła lekarka.

— Nastąpiła niewielka poprawa — oświadczyła.

Wszyscy trzej ucieszyli się.

Później w jadalni Sax odczuł silny impuls, aby opowiedzieć Michelowi i Desmondowi o spotkaniu z Hiroko. Wiedział, że dla każdego z nich taka nowina znaczyłaby więcej niż dla kogokolwiek innego. Jednak zabrakło mu odwagi. Bał się, że doświadczył tylko iluzji, że uroił sobie całą sytuację w przemęczonym umyśle. Ten moment, kiedy Hiroko zostawiła go przy roverze i odeszła w burzę… Sax nie wiedział, co myśleć. Podczas długich godzin spędzonych przy łóżku Ann dobrze się zastanowił i sporo poczytał, wiedział więc, że gdy alpiniści na Ziemi znajdują się sami wysoko w górach, cierpią z powodu niedotlenienia i nierzadko miewają halucynacje — towarzyszy im nieobecny przyjaciel, jakiś dopelgangänger. Być może więc Saxa uratował duch. Przecież częściowo zatkał mu się przewód powietrzny…

— Sądziłem, że tak postąpiłaby Hiroko — powiedział.

Michel pokiwał głową.

— To było śmiałe posunięcie, rzeczywiście… w jej stylu. Nie, nie zrozum mnie źle, cieszę się, że tego dokonałeś.

— Cholera, trochę późno, jeśli chcecie znać moje zdanie — wtrącił Desmond. — Dawno temu ktoś powinien ją związać i zmusić, by się poddała kuracji. Och, Saxie, mój drogi Saxie… — Roześmiał się wesoło. — Mam tylko nadzieję, że nie będzie po tym taka zwariowana jak ty.

— Ależ Sax przeszedł wstrząs — zauważył Michel.

— No cóż — zaczął Russell, szukając odpowiednich słów — właściwie już wcześniej byłem dość pokręconym facetem.

Jego dwaj przyjaciele pokiwali głowami, zaciskając usta. Byli we wspaniałych nastrojach, chociaż stan Ann nie uległ jeszcze zdecydowanej poprawie. Nagle weszła wysoka lekarka i powiedziała, że ich przyjaciółka właśnie się obudziła ze śpiączki.

Sax miał nadal zbyt ściśnięty ze zdenerwowania żołądek, aby jeść, ale mimowolnie nałożył sobie na talerz stos posmarowanych masłem tostów. A potem… zjadł je z wielkim apetytem.

— Ależ będzie na ciebie wściekła — rzucił Michel.

Sax pokiwał głową. To było niestety prawdopodobne. Bardzo prawdopodobne. Nie miał ochoty znowu dostać od niej w twarz. Nie chciał też, żeby odmówiła mu swego towarzystwa.

— Powinieneś polecieć z nami na Ziemię — zasugerował Michel. — Ja, Maja i Nirgal.

— Wysyłamy delegację na Ziemię?

— Tak, ktoś to zaproponował i pomysł przyjęto. Trzeba polecieć i porozmawiać. Do czasu naszego powrotu Ann zdąży sobie wszystko przemyśleć.

— Interesujące — mruknął Sax. Uspokoiła go sama możliwość uniknięcia konfrontacji. Naprawdę się przeraził, ponieważ szybko wymyślił dziesięć dobrych powodów lotu na Ziemię. — A co z Pavonis i konferencją?

— Możemy się kontaktować za pomocą wideo.

— To prawda. — Sax działał już przecież w ten sposób.

Plan był atrakcyjny, a Russell wolał zniknąć, skoro Ann się obudziła. Zwłaszcza kiedy się dowie, co jej zrobił. Oczywiste tchórzostwo. A jednak…

— Desmond, ty lecisz?

— Za cholerę tam nie polecę.

— Ale Maja leci? — spytał Sax Michela.

— Tak.

— To dobrze. Ostatnim razem, gdy próbowałem uratować życie jakiejś kobiecie, Maja ją zabiła.

— Co? Mówisz o… Phyllis? Uratowałeś jej życie?

— No cóż… nie do końca. No, może tak, choć przede wszystkim naraziłem ją na niebezpieczeństwo. Więc to się chyba nie liczy. — Próbował im wyjaśnić, co się zdarzyło tamtej nocy w Burroughs, ale jakoś mu nie szło. Niewiele pamiętał, jedynie pewne wyjątkowo okropne momenty. — Mniejsza o to. Tak mi się tylko powiedziało. Nie powinienem był zaczynać. Jestem…

— Jesteś zmęczony — dokończył za niego Michel. — Ale nie martw się, tym razem Maja znajdzie się daleko od miejsca akcji. I będziemy mieli na nią oko.

Sax skinął głową. Propozycja wydawała się coraz ciekawsza. Trzeba dać Ann trochę czasu, aby ochłonęła, aby przemyślała sobie jego postępek i zrozumiała go. Dobrze, że się nadarzyła taka okazja. Poza tym, interesująco będzie zobaczyć na własne oczy warunki na Ziemi. To była świetna propozycja. Tak świetna, że nikt rozsądny nie mógłby sobie tego odmówić.

CZĘŚĆ 3

Nowa konstytucja

W ramach projektu glebowego na Marsa przybyły mrówki i wkrótce — tak jak na Ziemi — wszędzie było ich pełno. Małe czerwone ludziki, spotkawszy je, były zaskoczone, bowiem nowe stworzenia dzięki swemu rozmiarowi idealnie się nadawały na wierzchowce. Sytuacja przypominała zatem pierwszy kontakt Indian z końmi. Wystarczyło jedynie oswoić zwierzątka, a potem dzika jazda…

Udomowienie mrówek okazało się sprawą niełatwą. Mali czerwoni naukowcy wcześniej nawet nie wierzyli w istnienie takich stworzeń, a teraz kręciły się w pobliżu niczym inteligentne roboty. Szukając pomocy, naukowcy przejrzeli informatory i poczytali nieco o mrówkach. Stąd dowiedzieli się, że mrówki mają feromony, toteż zsyntetyzowali te potrzebne do kontrolowania mrówczych żołnierzy, szczególnie przedstawicieli posłusznego gatunku małych mrówek czerwonych. Następnie rozpoczęła się tresura i po jakimś czasie powstała mała czerwona kawaleria. Ludziki objeżdżały (po dwadzieścia, trzydzieści na jednej mrówce) okolicę na mrówczych grzbietach — dumne niczym baszowie na słoniach. Przyjrzyjcie się z bliska mrówkom, a zobaczycie je: siedzą na grzbiecie.

Mali czerwoni naukowcy nie przestali studiować naszych tekstów i dowiedzieli się z nich o istnieniu ludzkich feromonów. Wrócili do pozostałych ludzików, zaskoczeni i przerażeni. Poinformowali swój lud:

— Teraz wiemy, dlaczego ludzie sprawiają takie kłopoty. Ludzie nie mają więcej woli niż nasze wierzchowce. Ludzie to gigantyczne mięsiste mrówki.

Od tej pory małe czerwone ludziki próbowały zrozumieć cud życia.

Nagle jakiś głos powiedział:

— Ależ nie, wcale tacy nie są, nie wszyscy.

Widzicie, małe czerwone ludziki porozumiewają się telepatycznie, a w tej chwili poczuli się, jak gdyby ktoś przemówił do nich przez głośniki.

— Ludzie są istotami duchowymi — nalegał głos.

— Skąd wiesz? — spytały telepatycznie małe czerwone ludziki. — Kim jesteś? Duchem Johna Boone’a?

— Jestem Gyasto Rimpoche — odpowiedział głos. — Osiemnaste wcielenie dalajlamy. Podróżuję po Bardo, szukając dla siebie następnego wcielenia. Rozejrzałem się po całej Ziemi, ale nie miałem szczęścia, toteż zdecydowałem się poszukać w jakimś nowym miejscu. Tybet nadał znajduje się pod okupacją Chińczyków, którzy najwyraźniej nie zamierzają zmniejszyć represji wobec mieszkańców tego kraju. Chińczycy, chociaż kocham ich z całego serca, to twarde dranie. A inne ziemskie rządy dawno temu odwróciły się od Tybetu. Nikt nie kwapi się więc, by rzucić wyzwanie wrogom, a przecież coś trzeba zrobić. Dlatego właśnie przyleciałem na Marsa.

— Dobry pomysł — odrzekły małe czerwone ludziki.

— Rzeczywiście — zgodził się dalajlama. — Niestety, muszę jednak stwierdzić, że tu również nie mogę znaleźć nowego dala, w którym, mógłbym zamieszkać. Po pierwsze dlatego, że na Marsie mieszka bardzo niewiele dzieci. Po drugie, nie wygląda też, żeby któreś było zainteresowane. Rozglądałem się po Sheffield, lecz tam wszystkich pochłaniało gadanie. Pojechałem do Sabishii, jednak tamtejsi mieszkańcy grzebali się w błocie. Udałem się do Elysium, a tam wszyscy siedzieli w pozycji lotosu i nie sposób było ich ruszyć. Zajechałem do Christianopolis, ale tam mieli inne plany. Dotarłem do Hiranyagarba, lecz mi powiedziano, że zrobili już wystarczająco dużo dla Tybetu. Jeździłem po całym Marsie, odwiedziłem każdy namiot i stację; nigdzie nikt nie miał dla mnie czasu. Nikt nie chce być dziewiętnastym dalajlama. A na Bardo robi się coraz chłodniej.

— Powodzenia — mruknęły małe czerwone ludziki. — Odkąd umarł John, nie znaleźliśmy nikogo, z kim warto by porozmawiać. Duzi ludzie są strasznie skomplikowani.

Dalajlama wyglądał na zniechęconego tym stwierdzeniem. Był coraz bardziej zmęczony i wiedział, że nie przetrwa zbyt długo na Bardo. Zapytał więc:

— A któryś z was?

— No cóż, chętnie — odparły małe czerwone ludziki. — Bylibyśmy zaszczyceni. Tylko musiałbyś skorzystać z nas wszystkich. Tego typu rzeczy robimy wspólnie.

— Dlaczego nie? — ucieszył się dalajlama i jego dusza wniknęła w jedną z małych czerwonych drobinek. W tym samym momencie znalazł się we wszystkich ludzikach na całym Marsie. Ludziki podniosły oczy na łudzi kręcących się ponad nimi. Dotąd ten widok wydawał im się kiepskim szerokoekranowym filmem, teraz natomiast stwierdzili, że przepełnia ich współczucie i mądrość osiemnastu poprzednich żywotów dalajlamy. Powiedzieli do siebie:

— Hej, Ka, ci ludzie są naprawdę pogmatwani. Nigdy nas to nie zachwycało, jest jednak jeszcze gorzej, niż myśleliśmy. Mają szczęście, że nie potrafią sobie nawzajem czytać w umysłach, ponieważ wtedy by się pozabijali. Właśnie dlatego się zabijają… Wiedza, co myślą sami, i o podobne nastawienie podejrzewają wszystkich innych. Ależ to paskudne. I jakie smutne.

— Oni potrzebują waszej pomocy — oświadczył dalajlama przebywający wewnątrz wszystkich ludzików. — Może potraficie im pomóc.

— Może — odparły ludziki, choć szczerze mówiąc, miały wątpliwości. Od chwili śmierci Johna Boone ‘a wielokrotnie próbowały pomóc ludziom. Zbudowały całe miasta w małżowinach uszu wszystkich mieszkańców planety i stale do nich mówiły (czasem ich głos bardzo przypominał głos Johna), usiłując skłonić ludzi, by się obudzili i zaczęli zachowywać przyzwoicie. Bez skutku… Jedynie… niektóre osoby udały się do lekarzy — specjalistów od nosów i gardeł — z prośbą, by ich osłuchali. Wiele osób na Marsie sądziło, że dzwoni im w uszach i nikt nigdy nie zrozumiał, o co chodzi małym czerwonym ludzikom. Coś takiego zniechęciłoby każdego.

Teraz jednak małe czerwone ludziki natchnął litościwy duch dalajlamy, toteż postanowiły spróbować jeszcze raz.

— Chyba potrzeba czegoś więcej niż szepty w uszach — zasugerował dalajlama i wszystkie się z nim zgodziły. — Trzeba w jakiś inny sposób przyciągnąć ich uwagę.

— Próbowaliście telepatii? — spytał dalajlama.

— Och, nie — odrzekły ludziki. — W żadnym razie. To zbyt straszne. Ich moralna szpetota może nas zabić na miejscu albo poważnie się pochorujemy.

— Może nie — zastanowił się dalajlama. — Zablokujcie w sobie możliwość recepcji ich myśli, wysyłajcie im jedynie wasze… Nie powinno wam to zaszkodzić. Przekażcie po prostu wiele dobrych myśli w postaci jednej wiązki. Współczucie, miłość, zgoda, mądrość, może też trochę zdrowego rozsądku.

— Spróbujemy — zgodziły się małe czerwone ludziki. — Będziemy jednak musieli krzyczeć z całych naszych telepatycznych sił, chóralnie… ponieważ ludzie po prostu nie słuchają.

— Zmagałem się z tym problemem przez dziewięć stuleci — oznajmił dalajlama. — Przyzwyczaicie się. W dodatku macie przewagę ilościową. Spróbujcie więc.

Wszystkie małe czerwone ludziki na całym Marsie spojrzały w górę i wykonały głęboki wdech.

Art Randolph przeżywał najwspanialszy okres swego życia, który rozpoczął się oczywiście dopiero po bitwie o Sheffield, stanowiącej militarną klęskę oraz niepowodzenie dyplomacji, fiasko wszystkich poczynań Arta i przykre kilka dni, kiedy — prawie nie sypiając — krążył wśród ludzi, usiłował się spotykać z przedstawicielami rozmaitych grup, które jego zdaniem mogły pomóc przezwyciężyć kryzys. W trudnych momentach nie opuszczało go wrażenie, że z jakiegoś powodu osobiście ponosi winę za brak pozytywnych rezultatów. Sądził, że gdyby okazał się lepszym mediatorem, nie doszłoby do tego, co się zdarzyło. Sytuacja była niemal równie niebezpieczna, jak w roku 2061; podczas ataku „czerwonych” przez kilka popołudniowych godzin tragedia wisiała na włosku.

Na szczęście, nie zdarzyło się najgorsze. Coś trudnego do uchwycenia — dyplomacja, realia bitwy („defensywne” zwycięstwo przebywających na kablu), zdrowy rozsądek lub też zwyczajny przypadek — zapobiegło ostatecznej katastrofie.

Kiedy minął koszmarny okres, ludzie w zamyśleniu wrócili na wschodnie Pavonis. Klęska miała wymierne konsekwencje. Należało uzgodnić jakiś plan działania. Wielu radykalnych „czerwonych” zginęło lub uciekło na otwartą przestrzeń, natomiast umiarkowani przedstawiciele ugrupowania, choć rozgniewani, pozostali na wschodnim Pavonis. To był bardzo nerwowy i niepewny okres. A jednak trwali na swoich miejscach.

W tej sytuacji Art jeszcze raz zaczął nalegać na zwołanie kongresu konstytucyjnego. Kręcił się po terenie przykrytym dużym namiotem, przemierzał zbiorowiska magazynów przemysłowych i składów, betonowe budowle, które służyły jako sypialnie, przebiegał szerokie ulice zatłoczone staroświeckimi ciężkimi pojazdami i gdziekolwiek się znalazł, usilnie nakłaniał napotkanych ludzi do tego samego — do spisania konstytucji. Rozmawiał z Nadią, Nirgalem, Jackie, Zeykiem, Mają, Peterem, Ariadnę, Rashidem, Tarikim, Nanao, Sungiem i H. X. Borazjanim. Dyskutował z Władem, Ursula, Mariną i Kojotem. Debatował z młodymi tubylcami, których nigdy wcześniej nie spotkał, oraz ze wszystkimi głównymi graczami ostatnich zamieszek. Marsjański ruch społeczny był bardzo rozczłonkowany. Każdej głowie tej nowej hydry Art mówił to samo:

— Dzięki konstytucji uznają nas na Ziemi za pełnoprawnych obywateli, a i my sami zyskamy prawne podstawy, które ułatwią nam prowadzenie wszelkich sporów i dyskusji. Wszyscy najważniejsi są na miejscu, moglibyśmy zacząć od razu. Niektórzy mają nawet gotowe projekty; wystarczy je przejrzeć.

Wszyscy rozmówcy, wciąż pamiętając o wydarzeniach ubiegłego tygodnia, kiwali głowami i odpowiadali bez przekonania:

— Może i tak.

Potem odchodzili w zadumie.

Art zadzwonił do Williama Forta i powiedział mu o swoich próbach; odpowiedź dotarła po dwudziestu minutach. Starzec przebywał aktualnie w nowym mieście uchodźców w Kostaryce. Jak zwykle, sprawiał wrażenie roztargnionego.

— Brzmi nieźle — zauważył.

Od tej chwili przedstawiciele Praxis codziennie kontaktowali się z Artem, pytając, w jaki sposób mogą mu pomóc w organizacji kongresu. Randolph był teraz bardziej zajęty niż kiedykolwiek w swoim życiu; zajmował się tym, co Japończycy nazywają nemawashi, czyli przygotowaniami do wydarzenia. Usiłował zainicjować sesję strategiczną dla grup organizacyjnych, odwiedzał również ludzi, z którymi rozmawiał wcześniej… Próbował się spotkać z każdą osobą na Pavonis Mons.

— Metoda Johna Boone’a — skomentował Kojot ze swoim zwykłym krzywym uśmiechem. — Powodzenia!

— Powinieneś zaprosić przedstawicieli Organizacji Narodów Zjednoczonych — rzucił Sax, pakując swój skromny dobytek przed udaniem się z dyplomatyczną misją na Ziemię.

Niebezpieczna przygoda w burzy najwyraźniej nim wstrząsnęła, ponieważ czasami rozglądał się wokół siebie tak nieprzytomnym wzrokiem, jak gdyby przed sekundą zadano mu cios w głowę.

— Sax — odparł łagodnie Art — przecież od dłuższego czasu staramy się wykopać ich z naszej planety.

— Tak — stwierdził Russell, patrząc w sufit — ale teraz powinniście z nimi współpracować.

— Współpracować z ONZ! — krzyknął Art, później jednak zaczął się zastanawiać. Współpraca z Organizacją Narodów Zjednoczonych miała w sobie pewien urok. Mówiąc dyplomatycznie, stanowiła swego rodzaju wyzwanie.

Tuż przed odlotem „ambasadorów” na Ziemię Nirgal przyszedł do biura Praxis, aby się pożegnać. Gdy Art otoczył ramionami swego młodego przyjaciela, zawładnął nim nagły, irracjonalny strach. Ziemia!

Nirgal, jak zawsze, był pogodny, a jego ciemnobrązowe oczy płonęły z podniecenia. Gdy pożegnał się z innymi osobami w biurze, usiadł z Artem w pustym narożnym pokoju magazynu.

— Jesteś pewien, że chcesz tam lecieć? — spytał Art.

— Absolutnie. Chcę zobaczyć Ziemię.

Art zamachał ręką, niepewny, co pragnie powiedzieć.

— Poza tym — dodał Nirgal — ktoś musi tam polecieć i pokazać im, jacy naprawdę jesteśmy.

— Nikt nie zrobi tego lepiej od ciebie, mój przyjacielu. Musisz jednak uważać na metanarodowców. Kto wie, jak cię potraktują. I najedzenie… W rejonach dotkniętych powodzią na pewno mają problemy z higieną. Zapewne sporo ludzi stało się nosicielami różnych chorób. Nie wystawiaj się też za bardzo na działanie słońca, jesteś bardzo podatny na porażenie…

Do pokoju weszła Jackie Boone. Art umilkł. Nirgal i tak już nie słuchał jego rad; obserwował Jackie z nagle zobojętniała miną, jak gdyby nałożył maskę. Chociaż nie, żadna maska nie potrafiłaby oddać wiecznej ruchliwości oblicza Nirgala. Wyglądał teraz jak ktoś zupełnie obcy.

Jackie dostrzegła to od razu. Uciekać od swej starej przyjaciółki… Obrzuciła Nirgala spojrzeniem pełnym wściekłości. Art wyczuł, że coś jest nie w porządku. Oboje młodzi zapomnieli o nim. Gdyby mógł, wyślizgnąłby się z pokoju. Miał wrażenie, że stoi pod drzewem w czasie burzy. W progu jednak nadal stała Jackie, a Art nie miał w tym momencie ochoty mijać się z nią przy wyjściu.

— Więc nas opuszczasz — rzuciła do Nirgala.

— To tylko wizyta.

— Ale dlaczego? Dlaczego teraz? Przecież Ziemia nic dla ciebie nie znaczy.

— Z niej pochodzimy.

— Nie. Pochodzimy z Zygoty.

Nirgal pokręcił głową.

— Ziemia jest naszą rodzimą planetą. Mars stanowi jej przedłużenie. Musimy się z tym uporać.

Jackie zamachała ręką. Była oburzona lub zmieszana.

— Wyjeżdżasz właśnie teraz, gdy najbardziej jesteś potrzebny tutaj!

— Pomyśl, jaka to dla ciebie dogodna okazja.

— Pomyślę — warknęła. Nirgal chyba ją rozgniewał. — I nie spodobają ci się moje wnioski.

— Ale będziesz miała to, czego pragniesz.

— Nie wiesz, czego pragnę! — krzyknęła dziko.

Artowi zjeżyły się włosy na karku. Zdawało mu się, że za chwilę uderzy piorun. Właściwie uważał się za człowieka z natury wścibskiego, prawie wojerystę, jednak stać w pokoju tuż obok tych dwojga było ponad jego siły. Nie miał ochoty być świadkiem ich starcia. Odchrząknął, strasząc tym dźwiękiem młodych, potem machnąwszy ręką, przesunął się obok Jackie i wyszedł. Słyszał za sobą, że rozmowa ciągnie się dalej — przykra, oskarżycielska, przepełniona bólem i wściekłością.

Odwożąc ambasadorów na południe, do windy, Kojot wypatrywał z powagą przez przednią szybę. Art siedział obok niego. Jechali powoli przez sponiewierany, graniczący z „gniazdem” teren w południowo-zachodniej części Sheffield. Tutejsze ulice zaprojektowano dla ogromnych dźwigów towarowych, toteż okolica wyglądała złowieszczo, technicznie, nieludzko i gigantycznie. Sax wyjaśniał Kojotowi po raz kolejny, że podczas lotu na Ziemię podróżnicy będą brali udział w kongresie konstytucyjnym, kontaktując się za pomocą wideo. Z pewnością nie opuszczą całego zdarzenia niczym Thomas Jefferson w Paryżu.

— Będziemy na Pavonis — podsumował Sax — we wszystkich znaczeniach słowa „być”.

— W takim razie, wszyscy tam będą — mruknął Kojot złośliwie. Nie podobało mu się, że na Ziemię lecą akurat Sax, Maja, Michel i Nirgal. Najwyraźniej nie odpowiadał mu też kongres. Chyba nic ostatnio nie sprawiało mu przyjemności, bowiem był rozdrażniony, kapryśny i niespokojny. — Jeszcze nie zeszliśmy z drzew — wymamrotał — zapamiętajcie sobie moje słowa.

Nagle pojawiło się przed nimi „gniazdo”, a potem czarny, połyskujący kabel, sterczący z wielkiej masy betonu, niczym harpun, który zagłębiły w powierzchnię Marsa ziemskie siły i teraz mocno trzymały. Po okazaniu dokumentów podróżnicy pojechali prosto do kompleksu windy. Dużym, prostym przejściem dotarli do ogromnej komory w środku, gdzie kabel opadał przez kołnierz „gniazda” i unosił się ponad siecią przecinających podłogę torów magnetycznych. Kabel był tak wspaniale zrównoważony na swojej orbicie, że nigdy nie dotykał powierzchni planety, lecz po prostu wisiał — jego koniuszek o średnicy dziesięciu metrów trwał w samym środku pomieszczenia. Kołnierz w dachu gwarantował mu stabilność, a odpowiednią pozycję zapewniały zainstalowane u góry i na dole rakiety oraz — co ważniejsze — równowaga między siłą odśrodkową i utrzymującą go na jego orbicie areosynchronicznej grawitacją.

W powietrzu unosił się szereg wagoników windy zawieszonych elektromagnetycznie. Jeden z nich nadjechał właśnie po torze magnetycznym, dotarł do kabla, na tor zamontowany na zachodnim boku, po czym ruszył bezgłośnie w górę, znikając w luku kołnierza.

Podróżnicy wraz z towarzyszącymi osobami wysiedli z pojazdu. Nirgal był zamknięty w sobie, już skupiony na podróży, Maja i Michel wydawali się podnieceni, Sax taki jak zwykle. Jedno po drugim uściskali Arta i Kojota, sięgając w górę podczas pożegnania z tym pierwszym, pochylając się przy tym drugim. Przez jakiś czas mówili wszyscy naraz, patrząc na siebie i próbując pojąć znaczenie tego szczególnego momentu; z pozoru udawali się na zwykłą wycieczkę, równocześnie jednak czuli, że chodzi o coś więcej. Po chwili zniknęli w korytarzu lotniczym, prowadzącym w górę do następnego wagonika windy.

Kojot i Art stali w miejscu i obserwowali, jak wagonik przesuwa się w stronę kabla, a potem wznosi przez luk i znika. Na asymetrycznej twarzy Kojota pojawił się nietypowy dla niego wyraz zmartwienia lub nawet strachu. Nic dziwnego, jego syn i troje najbliższych przyjaciół leciało w niebezpieczne miejsce. Hm, pomyślał Art, to przecież tylko Ziemia. W głębi duszy musiał jednak przyznać, że także uważał ich wyprawę za niebezpieczną.

— Wszystko będzie dobrze — powiedział, ściskając ramię Kojota. — Będą tam gwiazdami. Uda się.

Wiedział, że mówi prawdę. Zresztą, pocieszał w ten sposób także samego siebie. W końcu chodziło o ich rodzinną planetę. Ludzie byli do niej stworzeni. Nic im się nie może stać. To była planeta-dom. A jednak…

Gdy Art wrócił na wschodnie Pavonis, kongres już się rozpoczął.

Dokładnie mówiąc, rozpoczęła go Nadia. Po prostu zaczęła pracować w głównym magazynie nad projektami i ludzie grupkami przyłączali się do niej. Problemy pojawiały się lawinowo. Każdy musiał uczestniczyć w spotkaniu, w przeciwnym razie ryzykował utratę głosu. Gdy ktoś narzekał, że nie są przygotowani do omawiania tak poważnych kwestii, że wszystko trzeba jeszcze uporządkować, że muszą więcej wiedzieć i tak dalej… Nadia po prostu wzruszała ramionami.

— Dajcie spokój — odpowiadała niecierpliwie. — Skoro już tu jesteśmy, równie dobrze możemy się zabrać do pracy.

Złożona zwykle z około trzystu osób grupa zaczęła się więc spotykać codziennie w przemysłowym kompleksie wschodniego Pavonis. Główny magazyn, w którym planowano przechowywać części zamienne dla torów magnetycznych i wagoniki tramwajowe, był ogromny, a przy jego bokach umieszczono dziesiątki biur o ruchomych ściankach; środkowa przestrzeń pozostała otwarta i dostępna dla mniej więcej okrągłego układu nie dopasowanych do siebie stołów.

— Ach — powiedział Art, kiedy go zobaczył — stół stołów.

Proponowano sporządzić listę delegatów, żeby wiadomo było, kto może głosować lub przemawiać. Nadia, która szybko objęła funkcję przewodniczącej, zasugerowała, aby akceptować wszystkie prośby o status delegacji, jeśli tylko dana grupa rzeczywiście istniała przed rozpoczęciem konferencji.

— Równie dobrze możemy przyjąć wszystkich — oświadczyła.

Uczeni konstytucjolodzy z Dorsa Brevia przyznali, że kongres powinni prowadzić członkowie delegacji głosujących, natomiast ostateczne rozstrzygnięcie miało zapaść po głosowaniu przez ogół ludności. Charlotte, która dwanaście M-lat temu pomagała formułować dokument z Dorsa Brevia, prowadziła od tamtego czasu (przewidując zwycięstwo rewolucji) zespół przygotowujący plany dla rządu. Nie oni jedni zresztą się tym zajmowali; szkoły w Południowej Fossie i uniwersytet w Sabishii prowadziły kursy przygotowawcze i wielu ze znajdujących się obecnie w magazynie młodych tubylców było prawdziwymi specjalistami w kwestiach omawianych na kongresie.

— W pewnym sensie to jest straszne — powiedział Art do Nadii. — Wygrywasz rewolucję, a tu zza stołu natychmiast wyskakuje grupa prawników.

— Zawsze tak jest.

Grupa Charlotte przygotowała listę potencjalnych delegatów na kongres konstytucyjny, łącznie ze wszystkimi marsjańskimi osadami, których populacje przekraczały pięćset osób. Nadia zauważyła, że całkiem sporo ludzi znalazło się w ten sposób w podwójnych reprezentacjach: raz z powodu miejsca zamieszkania i drugi raz dzięki przynależności politycznej. Kilka nieobecnych na liście grup złożyło zażalenie do jakiegoś nowego komitetu, który natychmiast wszystkie je przyjął. Art zadzwonił na kabel do Dereka Hastingsa i przekazał na jego ręce zaproszenie dla delegacji ZT ONZ; Hastings był zaskoczony, lecz w kilka dni później odpowiedział pozytywnie. Zamierzał przyjechać osobiście.

W ten sposób po mniej więcej tygodniowych przygotowaniach (równocześnie pracowano nad różnymi innymi sprawami) mogło się rozpocząć głosowanie nad listą delegatów; a ponieważ była tak obszerna, przyjęto ją niemal jednogłośnie. I nagle zaczął się prawdziwy kongres. Wzięły w nim udział następujące delegacje — liczące od jednej do dziesięciu osób — z całego Marsa:

Miasta:

Acheron

Nikozja

Kair

Odessa

Harmakhis Vallis

Sabishii

Christianopolis

Bogdanów Vishniac

Hiranyagarba

Mauss Hyde

Nowy Clarke

Bradbury Point

Siergiej Korolow

Krater DuMartheraya

Stacja Południowa

Reull Vallis

Południowy Karawanseraj

Nowa Bolonia

Nirgal Vallis

Montepulciano

Sheffield

Senzeni Na

Echus Overlook

Dorsa Brevia

Dao Vallis

Południowa Fossa

Rumi

Nowe Vanuatu

Prometcusz

Gramsci

Mareotis

Uchodźcza Organizacja Burroughs

Stacja Libijska

Tharsis Tholus

Overhangs

Margaritifer Plinth

Karawanseraj Wielka Skarpa

Da Vinci

Liga Elysyjska

Piekielne Wrota

Partie polityczne i inne organizacje:

booneiści

„czerwoni”

bogdanowiści

schnellingiści

„Nasz Mars”

„Uwolnić Marsa”

Ka

Praxis

Liga Qahirskich Mahjarytów

„Zielony Mars”

Zarząd Tymczasowy Organizacji Narodów Zjednoczonych

„Kakaze”

Rada Wydawnicza Dziennika Studiów Areologicznych

Zarząd windy kosmicznej

Chrześcijańscy Demokraci

Komitet Koordynacyjny Metanarodowej Działalności Ekonomicznej

Bolońscy neomarksiści

Przyjaciele Ziemi

Biotique

Separation de l’Atmosphere

Spotkanie ogólne zainaugurowano rano wokół „stołu stołów”, potem rozbiło się na wiele małych grupek roboczych, które rozeszły się do biur w magazynie lub w okolicznych budynkach. Każdego ranka Art pojawiał się wcześnie i zaparzał w wielkich rondlach kawę, have i — jego ulubioną — kavajave. Biorąc pod uwagę znaczenie przedsięwzięcia, zadanie było raczej poślednie, lecz Artowi dawało wiele zadowolenia. Codziennie zaskakiwał go fakt, że kongres w ogóle się zebrał. Czuł, że jego wkład powinien się ograniczyć do zwołania i przygotowania konferencji. Nie był politologiem i miał niewielkie pojęcie na temat zawartości marsjańskiej konstytucji. Świetnie potrafił zwoływać ludzi i tym razem także mu się udało. Właściwie jemu i Nadii, ponieważ Nadia zajęła po prostu odpowiednie pomieszczenie i objęła przewodnictwo właśnie wtedy, gdy ludzie jej potrzebowali. Była jedyną przedstawicielką pierwszej setki, do której wszyscy mieli pełne zaufanie, dzięki temu posiadała więc coś w rodzaju naturalnego pełnomocnictwa. Teraz, bez zbytniego zamieszania i niemal mimowolnie, wykorzystała swój autorytet.

Artowi było bardzo przyjemnie, ponieważ praktycznie stał się teraz jej osobistym asystentem. Planował każdy dzień, układał harmonogram spotkań i doglądał, by wszystko przebiegało jak najsprawniej. Jego pierwszym zadaniem każdego ranka było przygotowanie dużego dzbanka kavajavy, ponieważ Nadia — jak wiele osób — lubiła po przebudzeniu czuć się rześko. Art nazywał zatem siebie osobistym asystentem i aptekarzem używek oraz uważał, że takie jest jego przeznaczenie w tym momencie historycznym. Był szczęśliwy. Z wielką przyjemnością obserwował, w jaki sposób ludzie patrzą na Nadię. I sposób, w jaki ona patrzyła na nich: z zainteresowaniem, współczuciem, sceptycznie lub zdenerwowana, gdy uważała, że ktoś marnuje czas; kiedy natomiast czyjś wkład w sprawę robił na niej wrażenie, w jej oczach zapalały się ciepłe ogniki. Wszyscy chcieli się przypodobać Nadii, toteż próbowali się trzymać tematu i dobrze służyć sprawie. Pragnęli tych „ciepłych” spojrzeń. Oczy Rosjanki były zresztą niezwykłe (zwłaszcza gdy patrzyło się na nie z bliska): orzechowe, choć jednocześnie osobliwie nakrapiane niezliczonymi maleńkimi plamkami w różnych kolorach: żółtym, czarnym, zielonym, niebieskim; spojrzenie wydawało się hipnotyzować. Nadia skupiała się na każdym rozmówcy — każdemu chciała wierzyć, przyjmować jego stronę, dbała, by problem wskazany przez daną osobę nie rozmył się w zalewie innych; nawet „czerwoni”, którzy wiedzieli, że jest skłócona z Ann, ufali jej, ponieważ mieli pewność, że zostaną wysłuchani. Dlatego też cała działalność koncentrowała się wokół Rosjanki; Art obserwował ją przy pracy, znajdował w tym przyjemność i jak tylko mógł, pomagał.

Debata rozpoczęła się.

W pierwszym tygodniu toczono spory, czym jest konstytucja, jaką miałaby przybrać formę i czy w ogóle Marsjanie powinni posiadać taki dokument. Charlotte nazwała te rozmowy metakonfliktem, sporem o powód późniejszych kłótni, a kiedy zobaczyła smutne spojrzenie patrzącej z ukosa Nadii, dodała, że nie należy lekceważyć kwestii podstawowych.

— …Ustalając je, wyznaczamy granice tego, co podlega naszej decyzji. Jeśli na przykład postanowimy włączyć do konstytucji problemy ekonomiczne i społeczne, wtedy powstanie zupełnie inny dokument, niż gdy zechcemy pozostać przy kwestiach czysto politycznych i prawnych albo też do bardzo ogólnego zestawienia zasad.

Aby pomóc zebranym zainicjować dyskusję formalną, Charlotte i uczeni z Dorsa Brevia przywieźli wiele rozmaitych „czystych konstytucji”, czyli streszczeń różnego rodzaju konstytucji. Nie zdołały one niestety przekonać do zmiany stanowiska osób twierdzących, iż większości aspektów społecznego i ekonomicznego życia na Marsie w ogóle nie powinno się regulować. Taki „stan minimalny” popierały rozmaite ugrupowania, które zazwyczaj bardzo się różniły w poglądach: między innymi anarchiści, libertarianie, neotradycyjni kapitaliści, niektórzy „zieloni”. Według najbardziej skrajnych opinii nie należy również określać zasad związanych z działalnością rządu, który zresztą powinien być marionetkowy.

Sax usłyszał o tej kłótni podczas jednej z wideotelefonicznych nocnych rozmów z Nadią oraz Artem i miał zamiar poważnie się nad nią zastanowić.

— Stwierdzono, że kilka prostych zasad może uregulować bardzo skomplikowane zachowanie. Istnieje na przykład klasyczny komputerowy model dla gromadzących się ptaków, zgodnie z którym są tylko trzy zasady: utrzymywać równą odległość od wszystkich przedstawicieli grupy, nie zmieniać zbyt gwałtownie prędkości oraz unikać obiektów nieruchomych. Czynią one lot stada całkiem przyjemnym.

— Może stada komputerowego — zadrwiła sobie z niego Nadia. — Widziałeś kiedykolwiek kominowe jerzyki o zmierzchu?

Po chwili nadeszła odpowiedź Saxa:

— Nie.

— No cóż, rzuć na nie okiem, kiedy dotrzesz na Ziemię. Tymczasem przyznasz chyba jednak, że nie możemy zapisać w konstytucji: „nie zmieniajmy zbyt gwałtownie prędkości”.

Art uznał to stwierdzenie za zabawne, lecz Nadii najwyraźniej nie było do śmiechu. Miała niewiele cierpliwości dla argumentów minimalistycznych.

— Czy nie mówimy w ten sposób w pewnym sensie, że pozwalamy rządzić metanarodowcom? — spytała. — Czy takie jest wasze zadanie?

— Nie, nie — zaprotestował Michaił. — Wcale nam o to nie chodziło!

— Cóż, tak mi się skojarzyło. Niektórzy próbują tylko stwarzać pozory zasady, podczas gdy w rzeczywistości starają się chronić swoją własność i przywileje. To taki rodzaj przykrywki. A reszta niech idzie do diabła.

— Nie, wcale nie.

— W takim razie musicie uzasadnić wasze zdanie przy stole. Trzeba dyskutować punkt po punkcie i głosować przeciwko każdej kwestii problematycznej związanej z rządem.

Nadia nalegała na taką procedurę, nie besztając przy tym swego rozmówcy (tak zrobiłaby Maja), po prostu obstawała twardo przy pewnej zasadzie, z którą trzeba się było zgodzić — że każdy problem można przedyskutować przy stole. Dlatego też punktem wyjścia powinny się stać właśnie „czyste konstytucje”. Zarządzono głosowanie i większość zgodziła się popracować nad dostarczonym materiałem.

W ten sposób udało się przeskoczyć pierwszy płotek: wszyscy zgodzili się działać według tego samego planu. Art uznał ten krok za zadziwiający. Podziwiał też Nadię. Nie była zwykłym dyplomatą, w żadnym razie nie dążyła do modelu „posłańca”, do którego aspirował Art; niemniej jednak, potrafiła pracować skutecznie. Miała w sobie charyzmę osoby wrażliwej. Art ściskał ją za każdym razem, gdy ją mijał, czasem całował w czubek głowy; kochał ją. Kręcił się wśród delegatów przepełniony tym wspaniałym uczuciem, starał się też wpadać na wszystkie możliwe sesje. Przez cały czas pilnie rozglądał się, czy może jakoś pomóc. Często wystarczyło przynieść dyskutantom coś do jedzenia lub picia, kontynuowali debatę przez cały dzień.

„Stół stołów” stale był zatłoczony; młode Walkirie o świeżych twarzach górowały przy nim nad wysuszonymi od słońca starymi weteranami. Ludzie reprezentowali tu wszystkie rasy i typy — Mars M-roku pięćdziesiątego drugiego, rodzaj de facto samodzielnie zjednoczonych wszystkich narodów. Nad tym notorycznie skłóconym „ciałem” wiecznie się unosiła potencjalna swarliwość. Czasami, gdy Art patrzył na zrozpaczone twarze uczestników kongresu i gdy słuchał językowej mieszaniny — angielskiego pomnożonego przez wieżę Babel — czuł, że ich różnorodność prawie go przytłacza.

— Hej, Ka, Nadiu — odezwał się, kiedy siedzieli, zajadając kanapki i przeglądając notatki z minionego dnia — próbujemy napisać konstytucję, na którą mogliby się zgodzić przedstawiciele każdej ziemskiej kultury!

Nadia machnęła ręką, nie podejmując problemu, potem przełknęła ślinę.

— W swoim czasie — powiedziała.

Charlotte zasugerowała, żeby logicznym punktem wyjścia dla dyskusji dotyczącej treści przyszłej konstytucji uczynić deklarację z Dorsa Brevia. Propozycja ta spowodowała jeszcze większe zamieszanie niż „czyste konstytucje”, ponieważ „czerwonym” i przedstawicielom wielu innych delegacji nie podobały się różne punkty starej deklaracji, toteż twierdzili, że wykorzystanie jej w ogóle podważa sens kongresu.

— Co takiego? — spytała Nadia. — Jeśli chcemy, możemy zmienić każde jej słowo, lecz musimy przecież od czegoś zacząć.

Ten punkt widzenia był popularny wśród najstarszych grup podziemia, z których wiele uczestniczyło w dorsabrevianskim kongresie w trzydziestym dziewiątym roku marsjańskim. Deklaracja, która wówczas powstała, do dziś pozostawała najlepszą próbą podjętą przez podziemie dla określenia kwestii, na które zgadzali się wszyscy w czasach, gdy nie posiadali jeszcze władzy. Sensownie było teraz rozpocząć właśnie od niej, stanowiła bowiem swoisty precedens i umieszczała ewentualną konstytucję w pewnej historycznej ciągłości.

Jednakże kiedy wyłożyli starą deklarację i przyjrzeli jej się, stwierdzili, że obecnie jest przerażająco radykalna. Żadnej prywatnej własności? Absolutny zakaz wykorzystania wartości nadwyżkowej? Naprawdę wpisali takie zasady? Jak coś takiego miało działać? Zebrani zamyślili się nad tymi bezkompromisowymi zdaniami i potrząsnęli głowami. W deklaracji nie wyjaśnili, w jaki sposób osiągnąć te wzniosłe cele, jedynie je przedstawili. Art nazwał ich działania „procedurą kamiennego stołu”. Teraz zwyciężyła rewolucja i nadszedł czas dokonania czegoś w prawdziwym świecie. Czy naprawdę mogliby pozostać wierni tak radykalnym pojęciom, jak te, które znajdowały się w deklaracji z Dorsa Brevia?

Trudno powiedzieć.

— Przynajmniej istnieją tam punkty, które należy przedyskutować — upierała się Nadia.

Wraz z tymi punktami na wszystkich ekranach pojawiły się nagłówki z „czystych konstytucji”. Sugerowały równie wiele problemów do rozważenia.

„Struktura rządu. Władza wykonawcza”. „Struktura rządu. Władza ustawodawcza”. „Struktura rządu. Sądownictwo”. „Prawa obywateli”. „Wojsko i policja”. „Podatki”. „Procedury wyborcze”. „Prawo własnościowe”. „Systemy ekonomiczne”. „Prawo ekologiczne”. „Poprawki proceduralne”.

I tak dalej… Wszystkie te kwestie pojawiały się na ekranach. Trzeba je było rozłożyć na czynniki pierwsze, przemyśleć, przedyskutować.

— Musimy po prostu wypełnić puste miejsca — zaśpiewał pewnej nocy Art, patrząc Nadii przez ramię na jakiś szczególnie trudny wykres, który skojarzył mu się z wzorem przeniesionym z alchemicznej kombinatoryki Michela.

Nadia roześmiała się.

Grupy robocze zajęły się problemami dotyczącymi rządu. Ich odbiciem była nowa konstytucja, która powstawała z odpowiednich fragmentów „czystych konstytucji”; nazywali ją „najczystszą z czystych”. Partie polityczne i grupy interesów starały się zajmować sprawami, które najbardziej je niepokoiły, i wiele delegacji z miast namiotowych decydowało się (lub im przydzielano) na omawianie pozostałych kwestii. Teraz trzeba było po prostu zabrać się do pracy.

Grupa techników z Da Vinciego panowała obecnie nad marsjańską przestrzenią kosmiczną. Zatrzymywali wszystkie wahadłowce, nie pozwalając im zadokować na Clarke’u ani hamować aerodynamicznie na orbicie Marsa. Nikt nie wierzył, że samo takie działanie da mieszkańcom planety prawdziwą wolność, zyskiwali dzięki niemu jednakże coś w rodzaju fizycznej i psychicznej przestrzeni, w której mogli pracować — był to dar rewolucji. Wszyscy pamiętali bitwę o Sheffield, a wielu obawiało się wybuchu wojny domowej.

Odkąd Ann przebywała gdzieś w terenie wraz z przedstawicielami „Kakaze”, sabotaże na otwartej przestrzeni stały się zjawiskiem codziennym. Istniały namioty, które pragnęły całkowitej niezależności, pozostało też kilka metanarodowych twierdz. Panowało zamieszanie i wszyscy byli zakłopotani. Zdawali sobie sprawę z tego, że znajdują się w ważnym momencie historycznym i że sytuacja może się w każdej chwili załamać, zwłaszcza jeśli szybko nie podejmą odpowiednich decyzji. Mówiąc po prostu, nadeszła najwłaściwsza pora na działanie.

W tym punkcie zgadzali się absolutnie wszyscy i owa jednomyślność była bardzo znacząca. W miarę upływu czasu zaczęła się wyłaniać grupa najważniejszych osób, rozpoznających się nawzajem nie po wspólnym stanowisku wobec danej sprawy, lecz po chęci wykonania pracy, po pragnieniu spisania paragrafów dokumentu. Ludźmi tymi kierowała Nadia, która łatwo wypatrywała ich w tłumie dyskutantów i udzielała wszelkiej możliwej pomocy. Art oczywiście kręcił się wśród nich. Wstawał wcześnie, dostarczał napoje, jedzenie i informacje dotyczące pracy wykonywanej w innych salach. Wydawało mu się, że sytuacja wygląda nieźle. Większość podgrup podchodziła do wyznaczonych im problemów odpowiedzialnie i poważnie: notowali, potem przepisywali projekty, wystukując na klawiaturach słowo po słowie, fraza po frazie. Cieszył ich widok Arta, bowiem pojawienie się jego symbolizowało przerwę, posiłek, żarty. Jeden z zespołów zajmujących się sądownictwem przylepił mu do butów piankowe skrzydełka i wysłał go ze złośliwą wiadomością do debatującej nad problemami władzy wykonawczej grupy, z którą rywalizowali. Zadowolony Art zatrzymał skrzydełka. Dlaczego nie? To, co tu robili, miało w sobie pewien zabawny majestat czy też majestatyczną śmieszność — poprawiali przecież prawa — a on kręcił się wśród nich niczym Hermes albo Puk, skrzydełka były zatem całkiem stosowne. Art „latał” więc każdego dnia aż do późnej nocy. A kiedy w końcu sesje kończyły się, wracał do biura Praxis, które dzielił z Nadią. Wtedy jedli posiłek, omawiali dokonany minionego dnia postęp, po czym dzwonili do lecących na Ziemię podróżników i odbywali rozmowy z Nirgalem, Saxem, Mają i Michelem. Jeszcze później Nadia zasiadała w fotelu przed ekranem, gdzie zwykle zasypiała, a wówczas Art często wracał do magazynu i do zebranych wokół niego budynków i roverow. Ponieważ kongres odbywał się w namiocie magazynowym, noce spędzano tu zupełnie inaczej niż przed laty w Dorsa Brevia. Nie było przyjęć, choć delegaci często długo nie kładli się spać — siadywali w pokojach na podłodze i rozmawiali o pracy albo o właśnie zakończonej rewolucji. Wiele osób nigdy wcześniej się nie spotkało i teraz zaczynali się poznawać. Tworzyły się towarzyskie grupki, rodziły miłości, romanse, przyjaźnie i nienawiści. Zawsze też można się było czegoś dowiedzieć na temat zdarzeń minionego dnia. Towarzyskie godziny spędzane w pomieszczeniach z betonu nazywano „podszewką kongresu”. Art lubił panującą wówczas atmosferę. A później przychodził taki moment, kiedy nagle opierał się o ścianę i czuł, jak jego ciało zmaga senność. Czasami nie dawał rady wrócić do biura, gdzie miał swój tapczan obok tapczanu Nadii, toteż po prostu padał na podłogę i zasypiał. Budził się zziębnięty i zesztywniały, pospiesznie szedł do łazienki, brał prysznic i ruszał do kuchni, aby zaparzyć kave i kavajave. Tak wyglądały kolejne dni, jeden podobny do drugiego. Zdaniem Arta każdy był równie wspaniały.

Podczas sesji poświęconych wielu tematom ludzie musieli się zmagać z rozmaitymi, nierzadko trudnymi kwestiami. Marsa zamieszkiwało mnóstwo różnych nacji, na planecie istniało więc także sporo naturalnych bądź tradycyjnych partii politycznych. Wszyscy zadawali sobie pytanie: kto powinien rządzić i wedle jakich zasad oraz, ogólnie, w jaki sposób przeciwstawić lokalne globalnemu, przeszłość przyszłości, a wiele odziedziczonych kultur jednej kulturze marsjańskiej?

Sax, zastanawiając się nad tym problemem podczas lotu na Ziemię statkiem rakietowym, przesłał propozycję, aby głównymi jednostkami politycznymi ustanowić miasta namiotowe i zadaszone kaniony. Byłyby one podstawowymi miastami-państwami, ważniejszy od nich miałby być już tylko globalny rząd, który regulowałby naprawdę globalne problemy. W ten sposób istniałoby lokalne i globalne, a pomiędzy nimi — nic, żadnych narodów-państw.

Reakcja na tę sugestię była pozytywna, świetnie się bowiem wpisywała w już istniejącą sytuację. Michaił, przywódca partii bogdanowistów, zauważył, że pomysł stanowi wariant starej „komuny komun”, a ponieważ propozycję poddał Sax, momentalnie nazwano ją planem „laboratorium laboratoriów”. Jednak, jak szybko dostrzegła Nadia, zasadniczy problem ciągle pozostawał nie rozwiązany, ponieważ Sax jedynie szczegółowo zdefiniował określenia: „lokalne” i „globalne”, a nadal trzeba było zdecydować, jak wielką władzę nad proponowanymi półautonomicznymi miastami-państwami powinna mieć potencjalna globalna konfederacja. Zbyt duża władza oznaczałaby powrót do dużego scentralizowanego państwa, Marsa jako jednego narodu, a do takiego podejścia wiele delegacji czuło odrazę.

— Jednak zbyt mała władza — stwierdziła z naciskiem Jackie na warsztatach poświęconych prawom człowieka — oznacza niebezpieczeństwo pojawienia się namiotów, które zatwierdzą jako dopuszczalne na przykład niewolnictwo, całkowitą sterylizację kobiet czy też inną zbrodnię opartą na jakimś ziemskim barbarzyństwie. Usprawiedliwią je w imię wartości kulturowych. Nie można zaakceptować takiej sytuacji.

— Jackie ma rację — rzekła Nadia, co było tak niezwykłe, że przyciągnęło uwagę wielu osób. — Ktoś może też oświadczyć, iż jakieś fundamentalne prawo nie odpowiada jego kulturze i już… Czemuś takiemu trudno przytaknąć, niezależnie od tego, czy stwierdzenie wyjdzie z ust fundamentalisty, zwolennika patriarchatu, leninisty, metanarodowca, czy kogo tam jeszcze… Jakaś grupa nie zechce się podporządkować i nic na to nie poradzimy.

Art zauważył, że niektórzy delegaci marszczą brwi, słysząc coś, co skojarzyło im się z odwiecznym zachodnim relatywizmem lub też hiperamerykanizmem w stylu Johna Boone’a. W ramach sprzeciwu wobec metanarodowców wiele osób starało się kultywować starsze kultury, które niestety wiązały się z hierarchicznością; odpowiadała ona ludziom znajdującym się na szczycie tych hierarchii, a także zaskakująco dużej liczbie osób z niższych szczebli drabiny.

Młodzi marsjańscy tubylcy wyglądali jednak na zaskoczonych, że w ogóle rozważa się taką kwestię. Traktowali fundamentalne prawa jak coś wrodzonego, nieodwołalnego i wszelkie zakusy wobec nich uważali za kolejne z mnóstwa emocjonalnych odchyleń, które stale odkrywali u issei; sądzili, że są rezultatem bolesnego, niefunkcjonalnego wychowania na Ziemi. Ariadnę, jedna z najwybitniejszych przedstawicielek młodych tubylców, wstała i oznajmiła, że członkowie grupy z Dorsa Brevia przejrzeli wiele ziemskich dokumentów związanych z prawami człowieka i sporządzili własną obszerną listę podstawowych praw jednostki. Tę nową, wzorcową listę poddawano pod dyskusję, lecz Ariadnę dała zebranym do zrozumienia, iż ma nadzieję na akceptację wszystkich praw. Niektóre osoby spierały się o brzmienie poszczególnych punktów, ale ogólnie akceptowano konieczność zatwierdzenia globalnego projektu ustawy dotyczącej owej kwestii. Tym samym skodyfikowano by marsjańskie wartości omawiane już w M-roku pięćdziesiątym drugim, czyniąc je nominalnym komponentem konstytucji.

Odpowiedni charakter praw ciągle pozostawał sprawą kontrowersyjną. Generalnie zgadzano się, że tak zwane prawa polityczne są „oczywiste” — to, co wolno robić obywatelowi, i to, na co nie należy pozwalać rządom: habeus corpus, swoboda przemieszczania się, wolność wypowiedzi, stowarzyszania się, religii, zakaz posiadania broni; aprobowała je ogromna większość marsjańskich tubylców, krzywili się jedynie niektórzy issei pochodzący z krajów takich, jak Singapur, Kuba, Indonezja, Tajlandia, Chiny, twierdząc, że delegaci zbyt wysoko cenią swobodę jednostki. Inni delegaci mieli zastrzeżenia co do praw zwanych społecznymi bądź ekonomicznymi, takich jak prawo do mieszkania, opieki zdrowotnej, edukacji, zatrudnienia, podziału wartości wytworzonych dzięki wykorzystaniu bogactw naturalnych i tak dalej. Wielu issei, którzy pracowali kiedyś dla któregoś z ziemskich rządów, martwiło się, uważali bowiem, że niebezpiecznie jest umieszczać w konstytucji tego rodzaju kwestie. Wskazywali, że tak postępowano na Ziemi, a później, kiedy ktoś odkrywał, że niemożliwe jest dotrzymanie wszystkich obietnic, gwarantującą je konstytucję traktowano jako środek propagandowy; lekceważono również inne jej aspekty, aż stała się tylko kiepskim żartem.

— Cóż — zaczął ostro Michaił — jeśli cię nie stać na mieszkanie, wówczas możesz uznać prawo do głosowania za kiepski żart.

Młodzi tubylcy przyznali mu rację, podobnie wiele innych osób. Dyskutowano więc teraz także prawa ekonomiczne, czyli społeczne. Przez wiele sesji ciągnęła się debata nad tym, jak zagwarantować praktyczne ich przestrzeganie.

— Polityczne, społeczne, to wszystko jedna całość — stwierdziła Nadia. — Sprawmy, aby działała.

Prace trwały, zarówno przy dużym stole, jak i w biurach, gdzie spotykały się podgrupy. Nawet ONZ była reprezentowana, w osobie szefa ZT ONZ, samego Dereka Hastingsa, który zjechał windą na planetę, przybył do kompleksu i aktywnie uczestniczył w debatach; jego opinie zawsze wiele wnosiły do dyskusji. Art pomyślał, że Hastings zaczyna nawet wykazywać symptomy syndromu zakładnika i im dłużej przebywał w magazynie, spierając się z ludźmi, tym większym epatował współczuciem. Marsjanie mieli nadzieję, że zarazi tym uczuciem swoich przełożonych na Ziemi.

Komentarze i sugestie napływały z całej planety, a także z Ziemi, zapełniając rząd ekranów, które pokrywały całą ścianę dużego pomieszczenia. Wszyscy na obu światach bardzo interesowali się kongresem, poświęcało mu uwagę nawet więcej osób niż wielkiej ziemskiej powodzi.

— Dzisiejsza mydlana opera — mruknął Art do Nadii.

Co noc spotykali się we dwoje w swoim małym apartamencie biurowym, a potem odbywali rozmowę z Nirgalem i pozostałymi podróżnikami. Opóźnienia transmisyjne w odpowiedziach tamtych z każdym dniem wydłużały się coraz bardziej, ale nie przeszkadzały Artowi i Nadii, ponieważ podczas oczekiwania mieli wiele do przemyślenia.

— Trudno będzie rozwiązać problem „globalne kontra lokalne” — zauważył Art pewnej nocy. — Widzę w tym prawdziwą sprzeczność. Zresztą, kwestia ta nie stanowi żadnego pseudopomysłu, naprawdę bowiem pragniemy globalnego zarządu, a jednocześnie chcemy zapewnić namiotom sporą swobodę. Niestety, dwie z naszych najistotniejszych wartości okazują się ze sobą sprzeczne.

— Może system szwajcarski — zasugerował w kilka minut później Nirgal. — Zawsze proponował go John Boone.

Jednak przebywający na Pavonis Szwajcarzy nie popierali takiego rozwiązania.

— Raczej wybierzemy model zupełnie przeciwny do naszego — stwierdził Jürgen, krzywiąc się. — Uciekłem na Marsa właśnie z powodu szwajcarskiego rządu federacyjnego, który wszystko tłamsi. Potrzebujesz wręcz pozwolenia, by oddychać.

— A kantony nie mają już władzy — dorzuciła Priska. — Rząd federacyjny im ją odebrał.

— Niektóre kantony — mruknął Jürgen — chętnie by ją oddały.

— Bardziej interesująca niż Berno może być Graubunden — zastanowiła się Priska. — Czyli Szara Liga. Istniała przez setki lat, tworząc luźną konfederację miast w południowo-wschodniej Szwajcarii. Bardzo udana organizacja.

— Mogłabyś nam przesłać wszystkie dane na jej temat? — spytał Art.

Następnej nocy wraz z Nadią przejrzał otrzymane od Priski informacje. „No cóż…”, ocenił, „w renesansie dość naiwnie traktowano pewne sprawy”. Musiał też przyznać, że Graubunden — te luźne układy małych szwajcarskich miast górskich — niezbyt pasowały do ściśle związanych z gospodarką marsjańskich osad. Szara Liga nie musiała się na przykład martwić o wywoływanie niepożądanych zmian w ciśnieniu atmosferycznym. Trzeba było sobie jasno powiedzieć, że Marsjanie znajdowali się w zupełnie nowej sytuacji. Nie istniały historyczne analogie, które mogłyby im teraz pomóc.

— Mówiąc o „globalnym kontra lokalne” — zauważyła Iriszka — co z terenami znajdującymi się poza namiotami i zadaszonymi kanionami? — Iriszka powoli stawała się przywódczynią biorących udział w kongresie „czerwonych”. Była osobą o poglądach umiarkowanych. Przemawiała w imieniu prawie wszystkich skrzydeł ruchu „czerwonych” i w miarę upływu kolejnych tygodni władza jej najwyraźniej rosła. — Chodzi przecież o większość gruntów, a w Dorsa Brevia powiedzieliśmy jedynie, że żadna jednostka nie może ich posiadać, że wszyscy wspólnie nimi zarządzamy. Tyle że populacja planety rośnie, budujemy nowe miasta i coraz trudniej jest się domyślić, kto nad czym panuje.

Art westchnął. Zgadzał się, lecz równocześnie zagadnienie było zbyt skomplikowane, aby ktokolwiek mógł się ucieszyć z perspektywy zajmowania się nim. Ostatnio postanowił, że wraz z Nadią będą codziennie analizować problemy, które określał mianem najgorszych i najbardziej zaległych. Tyle że… czasami te kwestie były po prostu zbyt trudne.

Podobnie jak ten przypadek. Użytkowanie gruntu nieodmiennie łączyło się ze sprzeciwami „czerwonych”. A zatem — dodatkowy aspekt problemu „globalny-lokalny”, w dodatku aspekt typowo marsjański. Znowu nie można się było odwołać do historii. Chyba właśnie ta sprawa stanowiła najgorszy nie rozwiązany problem…

Art udał się na rozmowę do „czerwonych”. Spotkały się z nim trzy kobiety: Marion, Iriszka oraz Tiu (koleżanka Nirgala i Jackie z dziecińca w Zygocie), zabierając go do swojego obozu roverowego. Ucieszył się, ponieważ mimo jego związanej z Praxis przeszłości, najwyraźniej tak jak tego pragnął, uważano go obecnie za neutralnego czy też bezstronnego. Był tylko gońcem — wysłuchiwał informacji i przekazywał je dalej.

Obozowisko „czerwonych” znajdowało się na stożku kaldery, na zachód od magazynów. Gospodynie usiadły z Artem w jednym z dużych, oświetlonych blaskiem późnopopołudniowego słońca przedziałów. Podczas rozmowy można było spoglądać w dół, w gigantyczną krainę kaldery.

— Więc… Jakie zapisy chciałybyście widzieć w konstytucji? — spytał Art.

Sączył podaną herbatę. „Czerwone” spojrzały na siebie, nieco zdumione.

— Nasz ideał… — zaczęła po chwili Marion. — Chcielibyśmy żyć na pierwotnej planecie, w jaskiniach, wydrążonych urwiskach i takichż pierścieniach kraterów. Żadnych dużych miast, żadnego terraformowania.

— Musielibyście przez cały czas pozostawać w skafandrach.

— To dobrze. Nie mamy nic przeciwko temu.

— No cóż. — Art przemyślał sobie tę deklarację. — W porządku, zacznijmy jednak od miejsca, w którym znajdujemy się obecnie. Biorąc pod uwagę aktualną sytuację, jak waszym zdaniem powinniśmy dalej postępować?

— Żadnego dalszego terraformowania.

— Kabel znika i należy powstrzymać dalszy napływ imigrantów.

— W gruncie rzeczy byłoby wręcz miłe, gdyby niektórzy ludzie wrócili na Ziemię.

Wszystkie trzy umilkły i patrzyły na niego. Art próbował nie okazać odczuwanej konsternacji.

— Czy biosfera nie powinna od tej chwili rozrastać się sama? — spytał wreszcie.

— To nie jest wcale oczywiste — odparła Tiu. — Chociaż gdybyście przerwali swoje przemysłowe pompowanie, dalszy rozwój, rzecz jasna, bardzo by się spowolnił. Może w ogóle przestaną się rozwijać, zwłaszcza jeśli rzeczywiście zacznie się epoka lodowcowa.

— Czy nie to właśnie niektórzy nazywają ecopoesis!

— Nie. Ekopoeci używają tylko biologicznych metod, aby wywołać zmiany w atmosferze i na powierzchni, są one jednakże bardzo intensywne. Myślimy, że wszyscy powinni przestać: ekopoeci, terraformerzy przemysłowi i inni.

— Ale zwłaszcza ci od metod ciężkoprzemysłowych — podkreśliła Marion. — l trzeba natychmiast przerwać zalewanie północy. Po prostu dokonują zbrodni. Jeśli nie przestaną tego robić, niezależnie od tutejszych postanowień, wysadzimy ich stacje w powietrze.

Art wskazał gestem na ogromną, skalistą kalderę.

— Wyższe poziomy wyglądają mniej więcej tak samo, prawda?

Żadna z przedstawicielek „czerwonych” nie potwierdziła.

— Nawet na sporej wysokości można dostrzec osad lodowy i życie roślinne — zauważyła w końcu Iriszka. — Atmosfera sięga tu wysoko, nie zapominaj. Gdy wiatr jest silny, żadne miejsce nie jest bezpieczne.

— A jeśli pokryjemy namiotem cztery duże kaldery? — spytał Art. — Będziemy je utrzymywać w stanie jałowości, zostawimy początkowe ciśnienie atmosferyczne i mieszaninę gazów. Stałyby się ogromnymi dzikimi parkami, zachowanymi w prawdziwie pierwotnym stanie.

— Parki to właściwe słowo.

— Wiem. Musimy jednak zacząć od naszego otoczenia, prawda? Nie sposób cofnąć się do pierwszego roku marsjańskiego i wystartować od nowa. A biorąc pod uwagę aktualną sytuację, może dobrze byłoby ochronić trzy czy cztery miejsca, pozostawić je w pierwotnym — lub bliskim mu — stanie.

— Dobrze byłoby objąć tym programem także kilka kanionów — ostrożnie wyraziła swą opinię Tiu. Najwyraźniej „czerwoni” nie brali wcześniej pod uwagę możliwości takiej propozycji. Art widział, że jego pomysł ich zadowala. Nie można było odsunąć aktualnej sytuacji, należało patrzeć realnie.

— Albo też basen Argyre.

— A w każdym razie, nie zalewać go.

Art pokiwał głową, zachęcając swoje rozmówczynie.

— Połączmy ideę „zachowania w stanie pierwotnym” z limitami atmosferycznymi ustalonymi w dokumencie z Dorsa Brevia. Chodzi o pięciokilometrowy pułap, do którego człowiek mógłby oddychać. Powyżej tej granicy jest u diabła terenu. Tam niech pozostanie stosunkowo pierwotny krajobraz. Nie uwzględnia to północnego oceanu, ale na razie nic się nie da z nim zrobić. Kilka metod powolnego „ekopoetyzowania” stanowi chyba maksimum tego, co możecie uzyskać w tej chwili. Zgadza się?

Może wyłożył to zbyt szczerze. Nieszczęśliwe przedstawicielki ugrupowania patrzyły w dół, w kalderę Pavonis, i każda z nich zagłębiła się we własnych myślach.

— Powiedzmy, że załatwiłem kwestię „czerwonych” — powiedział Art do Nadii. — Jaki jest twoim zdaniem następny najgorszy problem?

— Co takiego? — Nadia prawie już spała, słuchając na AI starej jazzowej płyty. — Ach, Art. — Mówiła głosem niskim i cichym, z lekkim, lecz wyczuwalnym rosyjskim akcentem. Na wpół leżała na tapczanie. U jej stóp widniał stos papierowych kulek niczym kawałki jakiejś właśnie tworzonej budowli. Marsjański styl życia. Twarz Rosjanki stanowiła owal otoczony prostymi białymi włosami, zmarszczki na skórze dziwnie się zatarły, jak gdyby Nadia była kamykiem w strumieniu lat. Nagle otworzyła osobliwe, nakrapiane oczy, połyskliwe i przyciągające pod kozackimi powiekami. Piękna twarz spoglądała teraz na Arta całkowicie zrelaksowana.

— Następny najgorszy problem…

— Tak.

Uśmiechnęła się. Art zastanowił się, skąd wziął się ów spokój i miły uśmiech. Najwyraźniej Nadię w tej chwili nic nie trapiło. Był zaskoczony, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę ich męczącą polityczną działalność. Zatem znowu polityka, a nie wojna… Dlatego też Nadia, którą straszliwie przerażała rewolucja (była cały czas spięta i w każdej sekundzie spodziewała się klęski), teraz odzyskiwała spokój. Jak gdyby chciała powiedzieć, że nic, co się dzieje tutaj, nie ma prawdziwego znaczenia, że bawią się tylko szczegółami, że wszyscy jej przyjaciele są bezpieczni, wojna — skończona, że teraz czeka ich jedynie coś w rodzaju gry albo pracy przypominającej działalność budowlaną (którą Nadia tak bardzo lubiła).

Art stanął przy oparciu tapczanu i zaczął masować przyjaciółce ramiona.

— Och — odezwała się Nadia. — Problemy… Cóż, jest wiele problemów niemal tak samo paskudnych.

— Na przykład?

— Hm, zastanawiam się, czy Mahjaryci będą w stanie się dostosować do demokracji. Czy wszyscy zaakceptują eko-ekonomię Włada i Mariny? Czy zdołamy stworzyć przyzwoitą politykę? Czy Jackie będzie próbowała stworzyć system z silnym prezydentem i czy użyje liczebnej przewagi tubylców, aby zostać, hm, królową. — Spojrzała przez ramię i, widząc minę Arta, zaśmiała się. — Zastanawiam się nad wieloma rzeczami. Kontynuować?

— Może lepiej nie.

Znowu się zaśmiała.

— Ty kontynuuj. Dobrze się czuję. Te problemy… nie są aż takie trudne. Po prostu usiądziemy przy stole i omówimy je. Może mógłbyś porozmawiać z Zeykiem.

— Okay.

— Najpierw jednak pomasuj mi szyję.

Art udał się do Zeyka i Nazik jeszcze tej samej nocy, gdy Nadia zasnęła.

— Więc… Jak Mahjaryci zapatrują się na całą sprawę? — spytał.

— Proszę, nie zadawaj głupich pytań — burknął Zeyk. — Sunnici walczą z szyitami… Liban zdewastowany… Państwa ubogie w ropę nienawidzą krajów bogatych w nią… Państwa północnoafrykańskie to jeden wielki metanarodowiec… Syria i Irak nie znoszą się… Podobnie Irak z Egiptem… Wszyscy nienawidzimy Irańczyków, może poza szyitami… I oczywiście nie znosimy Izraela, a także Palestyńczyków… Mimo że pochodzę z Egiptu, jestem też przede wszystkim Beduinem, a my pogardzamy Egipcjanami znad Nilu i nie lubimy się chyba zbytnio z Beduinami z Jordanii. Wszyscy też nie cierpią Saudyjczyków, którzy są tak strasznie skorumpowani, że aż trudno to sobie wyobrazić. A ty mnie pytasz o arabski punkt widzenia… Co ci mogę odpowiedzieć?

Potrząsnął głową zamyślony.

— Domyślam się, że uważasz to pytanie za głupie — powiedział Art. — Przykro mi. Myślenie w kategoriach okręgów wyborczych to złe przyzwyczajenie. A jakie jest twoje prywatne zdanie?

Nazik roześmiała się.

— Możesz go pytać, co myśli reszta qahirskich Mahjarytów. On jedyny zna ich naprawdę dobrze.

— Zbyt dobrze — dodał Zeyk.

— Sądzisz, że sekcja praw człowieka da sobie z nimi radę?

Zeyk zmarszczył brwi.

— Bez wątpienia podpiszemy konstytucję.

— Ale te prawa… Zdaje mi się, że arabska demokracja ciągle nie istnieje.

— Co chcesz przez to powiedzieć? Jest Palestyna, Egipt… Zresztą, nas interesuje Mars. A tutaj każda karawana to państwo.

— Silni przywódcy dziedziczni?

— Dziedziczni — nie. Silni — tak. Nie sądzimy, żeby nowa konstytucja coś zmieniła, w każdym razie nie wszędzie. Dlaczego miałoby się tak stać? Sam jesteś silnym przywódcą, prawda?

Zaniepokojony Art roześmiał się ponuro. — Jestem jedynie posłańcem.

Zeyk potrząsnął głową.

— Powiedz to Antarowi. Tam powinieneś się udać, jeśli chcesz wiedzieć, co myślą Qahirczycy. Antar jest teraz naszym królem.

Zeyk popatrzył z dziwnie kwaśną miną, a Art powiedział:

— Jak sądzisz, czego chce Antar?

— Jest tworem Jackie — mruknął Zeyk — niczym więcej.

— To się może obrócić przeciw niemu.

Zeyk wzruszył ramionami.

— Zależy, z kim porozmawiasz — wyjaśniła Nazik. — Starsi imigranci muzułmańscy są przeciwni tej koalicji, ponieważ chociaż Jackie jest bardzo potężna, ma więcej niż jednego małżonka i tym samym Antar wygląda na…

— Ugodowego — podsunął Art, uprzedzając inne słowo ze strony groźnie spoglądającego Zeyka.

— Tak — przyznała Nazik. — Z drugiej jednak strony, Jackie jest osobą wpływową. A wszyscy, którzy przewodzą obecnie partii „Uwolnić Marsa”, pragną się stać w nowym państwie jeszcze potężniejsi. Młodym Arabom podobają się takie ambicje, ponieważ są bardziej Marsjanami niż Arabami. Planeta więcej się dla nich liczy niż islam. Z tego punktu widzenia bliski związek z zygotańskimi ektogenami jest mile widziany, ektogenów uważa się bowiem za naturalnych przywódców nowego Marsa — zwłaszcza Nirgal, a oczywiście, skoro jednak odleciał na Ziemię, sporą część jego wpływu przejęła Jackie i reszta jej paczki. A więc także Antar.

— On mi się nie podoba — mruknął Zeyk.

Nazik uśmiechnęła się do męża.

— Tobie się nie podoba fakt, że tak wielu tubylczych muzułmanów podąża za nim zamiast za tobą. Ale ty jesteś stary, Zeyku. Może czas przejść na emeryturę.

— Nie rozumiem, dlaczego — sprzeciwił się Zeyk. — Jeśli zamierzamy żyć tysiąc lat, jaką różnicę robi jedna setka więcej?

Art i Nazik zaśmiali się, Zeyk także. Art po raz pierwszy w życiu zobaczył jego uśmiech.

Na kongresie wiek rzeczywiście nie miał znaczenia. Podczas różnych spotkań i dyskusji nie liczyło się, czy ktoś jest młody, stary czy w średnim wieku. Rozmawiali i spierali się.

Dla ugrupowań tubylczych ważne było coś innego. Ci, którzy urodzili się na Marsie, inaczej traktowali wiele spraw, patrzyli na świat w sposób areocentryczny (żaden Ziemianin nie potrafił go sobie wyobrazić) — i powodem był nie tylko zestaw realiów tutejszego życia, które znali od urodzenia, ale także nieświadomość pewnych innych spraw. Ludzie urodzeni na Ziemi wiedzieli, jak ogromna jest ich rodzima planeta, podczas gdy Marsjanie po prostu nie byli w stanie pojąć tej kulturowej i biologicznej wielkości. Oglądali na ekranach dokumentalne filmy, lecz nie wystarczały im one dla pełnego zrozumienia. Z tej przyczyny (między innymi) Art ucieszył się, że Nirgal leci na Ziemię; zobaczy przynajmniej wszystko na własne oczy.

Większość tubylców natomiast nigdy nie zrozumie różnicy. W dodatku rewolucja naprawdę uderzyła im do głów. Przy stole dyskusyjnym pozornie wydawali się bystrzy, przecież starali się o jak najlepszą formę konstytucji, niestety, często okazywali się po prostu naiwni — nie mieli pojęcia, jak nieprawdopodobna jest ich niezależność i jak łatwo jest im ją odebrać. Nalegali na dokładne określenie każdego punktu. Dyrygowała nimi Jackie, dumnie przechadzając się po magazynie; jak zawsze wyglądała pięknie i była pełna entuzjazmu, a pod przykrywką w postaci miłości do Marsa, przywiązania do ideałów dziadka oraz ogromu dobrej woli, a nawet niewinności drzemało w niej zwyczajne pragnienie władzy. Tylko z pozoru przypominała uczennicę college’u, która szczerze pragnie, by na świecie panowała sprawiedliwość.

Pozory… W gruncie rzeczy, Jackie i jej towarzysze z „Uwolnić Marsa” chcieli kontrolować jak najwięcej spraw. Populacja liczyła obecnie dwanaście milionów ludzi, z tego siedem milionów osób urodziło się na Marsie i prawie każda z nich popierała którąś z tubylczych partii politycznych, zwykle właśnie „Uwolnić Marsa”.

— To jest niebezpieczne — powiedziała Charlotte, kiedy Art poruszył ów temat na nocnym spotkaniu z Nadią. — Kiedy państwo składa się z wielu nieufnych wobec siebie grup, z których jedna ma zdecydowaną przewagę liczebną, wtedy mamy do czynienia z czymś, co się nazywa „głosowaniem ilościowym” — politycy reprezentują wówczas własne grupy i dostają od nich głosy, a rezultaty wyborcze są jedynie odbiciem przewagi ilościowej. Za każdym razem wszystko przebiega tak samo, toteż grupa większościowa monopolizuje władzę, a mniejszości czują się bezradne, aż w końcu reagują buntem. Kilka najbardziej zaciętych wojen domowych w historii wybuchło w takich właśnie okolicznościach.

— Co więc możemy zrobić? — spytała Nadia.

— No cóż, mniej więcej to, co robimy, czyli projektować struktury, które rozproszą władzę na mniejsze jednostki. Decentralizacja jest ważna, ponieważ tworzy wiele małych lokalnych większości. Inny pomysł polega na zorganizowaniu wielu Madisonowskich federacji, dzięki czemu rząd znajdzie się pośrodku rywalizujących ze sobą sił. Nazywa się to poliarchią, czyli wielowładzą, która obejmuje maksymalnie wiele grup.

— Czy nie jesteśmy obecnie nieco zbyt poliarchiczni? — spytał Art.

— Cóż… Można też zdeprofesjonalizować władzę. Część osób trafia do rządu w ramach obowiązku publicznego, podobnego funkcji ławnika, pozostałe — na krótki czas — w wyniku ogólnospołecznego losowania. Doradza im profesjonalny sztab, lecz decyzje podejmują sami.

— Nigdy nie słyszałam o takiej sytuacji — oświadczyła Nadia.

— Często proponowano to rozwiązanie, rzadko je jednak wybierano. Moim zdaniem warto się nad nim zastanowić. Niektórym osobom tak uzyskana władza może się wydawać ciężarem, lecz wielu z pewnością się ucieszy. Otrzymujesz list: wybrano cię na dwa lata do kongresu. Nieco sztuczne, lecz z drugiej strony, dlaczego nie? To coś w rodzaju wyróżnienia, a także szansa, by mieszkańcy mogli przemówić własnym głosem. Rząd obywatelski.

— Podoba mi się — powiedziała Nadia.

— Inna metoda, by zredukować władzę największej partii, to wersja australijskiego balotowania, w którym wyborcy głosują na dwóch lub trzech kandydatów w kolejności: najlepszy, mniej dobry, jeszcze mniej pożądany. Kandydaci otrzymują punkty również za drugą i trzecią pozycję. Aby wygrać wybory, nie wystarczy się odwołać do własnej partii; trzeba przyciągnąć osoby z zewnątrz, a więc danego polityka powinny charakteryzować dość umiarkowane poglądy. Takie wyjście daje szansę na porozumienie między rozmaitymi grupami politycznymi.

— Interesujące! — krzyknęła Nadia. — Jak wsporniki w ścianie.

— Tak. — Charlotte wymieniła kraje, w których istniał tego rodzaju balotaż: Azania, Kambodża, Armenia… Dzięki zręcznej strukturze rządowej nastąpiło tam wielkie zbliżenie między ugrupowaniami politycznymi. Podczas gdy Charlotte mówiła, Art myślał z niepokojem: Te cholerne grunta.

— Najwyraźniej konstrukty polityczne mogą wiele zmienić — zauważył.

— To prawda — odparła Nadia — ale u nas problemem nie są żadne zadawnione animozje, z którymi trzeba się uporać. Najgorsze, co mamy na Marsie, to „czerwoni”, sprzeciwiający się czemuś, co się już dokonało — terraformowaniu. Założę się, że można by ich wciągnąć w eksperyment.

Rosjankę wyraźnie zachęciły wymienione przez Charlotte opcje. W końcu były to swego rodzaju konstrukcje, a Nadia uwielbiała budować. Dość dziwaczna mechanika, która mogła przypominać prawdziwą inżynierię… Nadia siedziała więc przy ekranie i stukała w klawiaturę, szkicując projekty, jak gdyby pracowała nad nowym budynkiem; nieznaczny uśmieszek drgał jej w kącikach ust.

— Jesteś szczęśliwa — zauważył Art.

Nie usłyszała go, ale tej nocy podczas radiowej rozmowy z podróżnikami powiedziała do Saxa:

— Przyjemnie jest stwierdzić, że politologia wymyśliła „coś” użytecznego podczas wszystkich tych lat.

Osiem minut później nadeszła odpowiedź:

— Nigdy nie zrozumiałem, dlaczego tak nazywają tę dziedzinę.

Nadia roześmiała się i dźwięk ten przepełnił Arta szczęściem. Nadia Czernieszewska, która śmieje się radośnie! Nagle poczuł pewność, że kongres przyniesie oczekiwane rezultaty, że im się uda!

Wrócił do głównego stołu, gotów zająć się następnym problemem z tych najtrudniejszych. W ten sposób znowu musiał się skupić na marsjańskich gruntach, z którymi wiązało się chyba ze sto „najgorszych” spraw spornych; każda z nich wydawała się błaha, kiedy jednak zaczął się w nią zagłębiać, okazywała się wręcz niemożliwa do rozwiązania. Wszyscy sprzeczali się ze sobą i w tym swarliwym tłumie bardzo trudno było dostrzec jakiekolwiek oznaki zgody. W gruncie rzeczy, Art miał wrażenie, że w pewnych sprawach consensus wręcz się oddala. Spore kłopoty powodowały środkowe punkty dokumentu z Dorsa Brevia: im bardziej ludzie koncentrowali się na nich, tym radykalniejsze stawały się ich poglądy. Wielu uczestników dyskusji uważało, że systemu eko-ekonomicznego Włada i Mariny — mimo że w podziemiu sprawdził się całkiem dobrze — nie powinno się kodyfikować w konstytucji. Niektórzy narzekali, że koliduje on z planami lokalnej autonomii, inni preferowali po prostu tradycyjną ekonomię kapitalistyczną. Antar często wypowiadał się w tej ostatniej sprawie, a Jackie zawsze w takich przypadkach siedziała tuż obok niego, jawnie go wspierając. Z tego względu oraz z racji przynależności Antara do społeczności arabskiej jego słowa miały podwójną wagę, toteż zebrani słuchali, co mówił.

— Ta nowa ekonomia, którą proponujecie — oznajmił pewnego dnia przy „stole stołów” — oznacza radykalne i bezprecedensowe mieszanie się rządu w biznes.

Wtedy nagle wstał Wład Taniejew. Antar zamilkł i z uwagą przypatrzył się staremu Rosjaninowi.

Wład obrzucił go pełnym wściekłości spojrzeniem. Był zgarbionym mężczyzną o dużej, masywnej głowie i krzaczastych brwiach. Rzadko przemawiał publicznie; od początku kongresu ani razu nie zabrał głosu. Powoli większość zebranych w magazynie osób ucichła, obserwując go. Art zadrżał w oczekiwaniu na to, co się zdarzy, bowiem z całej pierwszej setki, ze wszystkich genialnych umysłów Wład uchodził za najznakomitszego, a poza Hiroko, również najbardziej zagadkowego. Gdy pierwsi koloniści opuszczali Ziemię, był już w sile wieku. I wówczas, i teraz wciąż pozostawał bardzo skupiony na sobie i swoich sprawach. Bardzo wcześnie zbudował laboratoria Acheronu i pracował w nich niezwykle intensywnie, żyjąc samotnie z dwiema kobietami, wspaniałymi naukowcami: Ursula Kohl i Mariną Tokariewą. Nikt nie wiedział nic pewnego na temat stosunków łączących tę trójkę, zawsze jednak wokół nich huczało od plotek. Ludzie wygadywali rozmaite rzeczy — jedni twierdzili, że Marina i Ursula tworzą parę, a Wład jest tylko ich przyjacielem czy też ulubieńcem, drudzy, że większą część pracy nad kuracją przedłużającą życie wykonała Ursula, natomiast większość badań nad eko-ekonomią przeprowadziła Marina, inni uważali, że ci troje stanowią idealnie zrównoważony trójkąt równoboczny, że wspólnie pracują nad wszystkimi powstałymi w Acheronie kwestiami, jeszcze inni nazywali Włada bigamistą, który wykorzystuje obie żony do reprezentowania jego poglądów na dwóch odrębnych polach nauki: biologii i ekonomii. W rzeczywistości nikt nie wiedział, jak się mają naprawdę sprawy między tą trójką, ponieważ żadna z osób nigdy nie wypowiedziała się na ten temat.

Teraz, gdy ludzie obserwowali stojącego za stołem Włada, uświadamiali sobie, że z pewnością nie jest w tym układzie pionkiem. Rosjanin obrzucał zebranych srogimi i zdecydowanymi spojrzeniami. Zanim ponownie spojrzał na Antara, powoli przyjrzał się wszystkim innym dyskutantom.

— Twoje stwierdzenie na temat rządu i biznesu jest absurdalne — oświadczył chłodno. Mówił tonem, jakiego nie słyszano jeszcze na kongresie: pogardliwym i nie dopuszczającym sprzeciwu. — Każdy rząd zawsze reguluje kwestie związane z dozwolonym biznesem. Ekonomia to kwestia prawna, system praw. Dotychczas w marsjańskim podziemiu twierdziliśmy, że każda jednostka może mieć nadzieję na opiekę prawną, demokrację i autonomię. Praw tych nie wolno zawieszać, gdy dana osoba podejmuje działalność. Ty — Wład zamachał ręką, dając wszystkim do zrozumienia, że nie zna imienia Antara — wierzysz w demokrację i samorządność?

— Tak! — odparł Antar obronnym tonem.

— Wierzysz w demokrację i autonomię jako fundamentalne wartości, które powinien popierać rząd?

— Tak! — powtórzył Antar. Wyglądał na coraz bardziej zakłopotanego.

— To bardzo dobrze. Jeśli demokracja i samorządność stanowią zasady podstawowe, dlaczego ludzie mieliby z nich zrezygnować z chwilą, gdy docierają na swoje miejsce pracy? W polityce jak lwy walczymy o wolność, o prawo do wyboru własnych przywódców, wolność przemieszczania się, wybór stałego miejsca zamieszkania, wybór wykonywanej pracy — czyli, mówiąc w skrócie, o kontrolę nad własnym życiem. Ty natomiast twierdzisz, że gdy obudzimy się rano i wyjdziemy do pracy, mamy zapomnieć o wszystkich naszych prawach. Że wówczas mamy przestać na nie nalegać i na większą część dnia wrócić do feudalizmu. Tym bowiem właśnie jest twój kapitalizm — wersją feudalizmu, w której kapitał zastępuje grunta, a przywódcy przemysłowi — królów. Hierarchia pozostaje, a my wszyscy przez całe życie pracujemy pod przymusem, bowiem każe nam się nakarmić rządzących, którzy nie wykonują prawdziwej pracy.

— Liderzy biznesu pracują — ostro skomentował Antar. — I ponoszą ryzyko finansowe…

— Tak zwane ryzyko finansowe kapitalisty jest tylko jednym z przywilejów kapitału.

— Ależ zarząd…

— Tak, tak. Nie przerywaj mi. Zarząd to coś prawdziwego, to instytucja techniczna. Ale pracownik może ją kontrolować tak samo dobrze jak kapitał. Kapitał bowiem jest po prostu użytecznym produktem pracy dawnych pracowników i równie dobrze może należeć do wszystkich osób, zamiast do kilku. Nie istnieje żaden powód, by maleńka ilościowo grupa miała posiadać kapitał, a wszyscy inni tylko jej usługiwać. Nie ma też powodu, dla którego miałaby ona zapewniać nam minimum egzystencji, a całą resztę, którą wyprodukujemy, zabierać dla siebie. Nie! System nazywany kapitalistyczną demokracją w gruncie rzeczy wcale nie był demokratyczny. Dlatego właśnie tak szybko się przekształcił w system metanarodowy, w którym demokracja coraz bardziej słabła, kapitalizm zyskiwał na sile, a jeden procent populacji posiadał połowę dóbr. Historia pokazuje, że w tym systemie niewiele istniało rzeczywistych wartości, a niesprawiedliwość i cierpienie przezeń spowodowane bynajmniej nie były konieczne. Już w osiemnastym wieku istniały odpowiednie środki techniczne, dzięki którym można by zapewnić podstawowy dobrobyt dla wszystkich.

— Więc — kontynuował Wład — musimy to zmienić. Nadeszła odpowiednia pora. Jeśli autonomia jest wartością fundamentalną i jeśli jest nią zwyczajna sprawiedliwość, są one wartościami wszędzie, także w miejscu pracy, w którym człowiek spędza tak wiele czasu. O tym właśnie mówił punkt czwarty porozumienia z Dorsa Brevia — że praca każdej osoby należy tylko do niej samej, że różne środki produkcji i sposoby należą do tych, którzy je stworzyli, i stanowią wspólne dobro przyszłych pokoleń. Właśnie tak zapisaliśmy — że wszyscy wspólnie zarządzamy naszym światem. Na Marsie rozwijaliśmy przez wiele lat system gospodarczy, który potrafi dotrzymać wszystkich tych obietnic. Pięćdziesiąt lat nad nimi pracowaliśmy i ustaliliśmy, że wszystkie przedsiębiorstwa ekonomiczne będą tu małymi spółdzielniami, należącymi do ich pracowników i do nikogo poza nimi. Pracownicy ci wynajmą zarząd albo sami pokierują firmą. Funkcje większych struktur koniecznych do regulacji handlu i rynku, a także dzielenia kapitału i budowy zaufania będą pełnić gildie przemysłowe oraz stowarzyszenia spółdzielcze.

— To tylko idee — powiedział pogardliwie Antar. — Utopia i nic więcej.

— Wcale nie. — Wład znowu zbył go gestem. — System jest oparty na modelach zaczerpniętych z ziemskiej historii. Jego różne fragmenty wypróbowano na obu planetach i wyniki były bardzo zachęcające. Nie słyszałeś o tym z dwóch powodów — ponieważ nigdy cię to nie obchodziło oraz dlatego, że metanacjonalizm skutecznie ignorował i zaprzeczał istnieniu wszystkich ekonomii alternatywnych. Wiele z tych mikroekonomii świetnie się udaje — przykładem jest hiszpański region Mondragon (już od stuleci), pseudometanarodowe konsorcjum Praxis w Szwajcarii, hinduski stan Kerala, Bhutan, włoska Bolonia i wiele innych miejsc, łącznie z marsjańskim podziemiem. Tamte organizacje były prekursorami naszej ekonomii, która ma być w przeciwieństwie do kapitalizmu przede wszystkim demokratyczna.

Zatem synteza systemów. A Wład Taniejew był naprawdę wspaniałym syntetykiem. Mówiono, na przykład, że wszystkie składniki kuracji przedłużającej życie istniały już wcześniej, a Wład i Ursula po prostu połączyli je w całość. W działalności ekonomicznej — z Mariną — zdaniem Włada można było dokonać tego samego. I chociaż w tej dyskusji nie wspomniał o swoim wspaniałym osiągnięciu — kuracji przedłużającej życie — wszyscy zebrani pamiętali o niej, zwłaszcza że każdy z nich poddał jej się już przynajmniej raz. Art rozglądał się dokoła i widział, że ludzie myślą: Skoro dokonał czegoś tak niezwykłego w biologii, dlaczego nie miałoby mu się udać w ekonomii?

Wobec tej nie wypowiedzianej myśli obiekcje Antara wydawały się nonsensowne. Historia kapitalizmu metanarodowego rzeczywiście nie wyglądała najlepiej, zresztą w ubiegłym stuleciu doszło na Ziemi do wojny, w wyniku której społeczność planety podzieliła się na wiele grup. Biorąc więc pod uwagę wszystkie te fakty, uczestnicy zebrania zgadzali się wypróbować nowy system.

Ktoś z Hiranyagarba wstał i zaatakował Włada z zupełnie innej strony, zarzucając mu, że rezygnuje z ekonomii daru, według której marsjańskie podziemie żyło przez wiele lat.

Rosjanin niecierpliwie potrząsnął głową.

— Zapewniam cię, iż wierzę w podziemną gospodarkę, zawsze jednak uprawialiśmy ekonomię mieszaną, w której czysta wymiana darów współistniała z wymianą monetarną. Nieobcy był nam neoklasyczny racjonalizm rynkowy czy też mechanizm zysku, staraliśmy się jednak, żeby służył wyższym wartościom, takim jak sprawiedliwość i wolność. Racjonalizm ekonomiczny nie jest najwyższą wartością, tylko narzędziem do obliczania kosztów i korzyści, stanowi więc zaledwie jedną część większego równania dotyczącego ludzkiego dobrobytu. Większe równanie nazywam gospodarką mieszaną, taką, jaką chcemy tworzyć. Proponujemy skomplikowany układ z publicznymi i prywatnymi sferami działalności ekonomicznej. Może trzeba będzie poprosić ludzi, aby poświęcili na pracę dla dobra publicznego mniej więcej rok swego życia — jak w szwajcarskiej służbie narodowej. Ta praca społeczna plus wpływy z podatków płaconych przez prywatne spółdzielnie za korzystanie z gruntów i ich zasobów pozwolą zagwarantować tak zwane prawa społeczne, o których dyskutujemy — mieszkania, opiekę zdrowotną, żywność, edukację — i które nie powinny pozostawać na łasce racjonalizmu rynkowego. Ponieważ, jak mawiali włoscy robotnicy: La salute non sipaga. Zdrowie nie jest na sprzedaż!

Ten punkt był dla Włada szczególnie ważny, ponieważ w systemie metanarodowym (od którego się odżegnywał) za zdrowie trzeba było płacić — płatna była nie tylko opieka medyczna, wikt i domy, lecz także kuracja gerontologiczna. Rosjanina zawsze drażniło, że jego najwspanialszy wynalazek przysługiwał tylko osobom uprzywilejowanym i wiązał się z przynależnością do lepszej klasy społecznej. To rozróżnienie: długie życie albo wczesna śmierć, ta fizykalizacja klasy niemal przypominała dywergencję gatunków. Nic dziwnego, że Włada gniewał ów fakt i że poświęcił się wynalezieniu systemu ekonomicznego, który pozwoliłby wszystkim ludziom korzystać z kuracji.

— Nic zatem nie pozostawimy mechanizmom rynkowym — mruknął Antar.

— Mylisz się — odparł Wład, machając z jeszcze większym rozdrażnieniem w kierunku młodego Araba. — Rynek zawsze będzie istniał, ponieważ wpływa na jakość produkcji i usług. Współzawodnictwo jest nieuniknione i zdrowe. Ideałem jest otrzymywanie najlepszego produktu za najlepszą możliwą cenę. Na Marsie jednak społeczeństwo będzie kierowało rynkiem w sposób bardziej aktywny. Dla niezbędnej produkcji związanej ze wspomaganiem życia musi istnieć status „niezyskowności”, zatem rynek niezależny może powstać dopiero po zaspokojeniu podstawowych kwestii egzystencjalnych, dopiero wówczas należące do robotników spółdzielnie mogą podejmować rozmaite ryzykowne przedsięwzięcia. Najważniejsze jest więc zapewnienie podstawowych potrzeb, później jednak robotnicy mogą w swoich przedsiębiorstwach robić, co chcą. Nazywam taką działalność procesem twórczym.

Jackie wyglądała na zmartwioną, że Wład tak łatwo sobie poradził z Antarem.

— A co z ekologicznymi aspektami ekonomii, które zawsze podkreślałeś? — spytała. Zamierzała chyba ośmieszyć starca albo wykazać błąd w jego myśleniu.

— To kwestie podstawowe — odrzekł Wład. — Punkt trzeci deklaracji z Dorsa Brevia mówi, że ziemia, powietrze i woda na Marsie nie należą do nikogo, że jesteśmy jedynie ich zarządcami dla przyszłych pokoleń. Zarząd ten ma być udziałem nas wszystkich, jednak na wypadek konfliktów proponujemy powołanie silnych sądów ekologicznych, może związanych z sądem konstytucyjnym, które będą oceniać rzeczywiste i całkowite koszty każdej działalności ekonomicznej oraz pomogą pełnić nadzór nad planami, które mogą zniszczyć środowisko.

— Ależ to jest po prostu gospodarka planowa! — krzyknął Antar.

— Gospodarka kojarzy się z planem. Kapitalizm wiele planował, a metanacjonalizm próbował planować wszystko. Tak, tak, ekonomia to plan!

— Po prostu wraca socjalizm — powiedział sfrustrowany i wściekły Antar.

Wład wzruszył ramionami.

— Społeczeństwo Marsa to nowy twór. Nazwy z wcześniejszych układów mogą być zwodnicze niczym terminy teologiczne. W naszym ustroju istnieją oczywiście elementy, które można nazwać socjalistycznymi. Jak inaczej usunąć niesprawiedliwość z ekonomii? Prywatne przedsiębiorstwa będą należały do ich robotników, ale nie chodzi o zwykłą nacjonalizację, a zatem również nie o socjalizm, przynajmniej nie taki, jak ten, który próbowano wprowadzić na Ziemi. Wszystkie spółdzielnie staną się przedsiębiorstwami — małymi demokracjami wykonującymi taką czy inną pracę. Potrzebujemy przecież kapitału. Powstanie rynek, będzie i kapitał. Tyle że w naszym systemie robotnicy będą dzierżawić kapitał, a nie przekazywać sobie nawzajem. Ten sposób jest bardziej demokratyczny i sprawiedliwszy. Zrozumcie mnie dobrze: staraliśmy się ocenić każdy aspekt naszej ekonomii pod kątem sprawiedliwości i wolności, które wcale nie są ze sobą sprzeczne (jak sądzą niektórzy), ponieważ wolność w niesprawiedliwym systemie wcale nie jest wolnością. Te dwa pojęcia są ze sobą związane. Ich współwystępowanie jest możliwe, trzeba jednak ku temu stworzyć lepszy system społeczny, łącząc ze sobą sprawdzone elementy. Przygotowywaliśmy się na tę okazję przez siedemdziesiąt lat i właśnie nadeszła, toteż nie widzę powodu, by teraz nie wykorzystać jej tylko dlatego, że ktoś się boi starych słów. Jeśli macie jakieś konkretne sugestie dotyczące udoskonalenia zaproponowanego przeze mnie układu, chętnie ich wysłucham.

Wład patrzył długo i twardo na Antara. Młodzieniec jednak nie odpowiedział, najwyraźniej nie miał żadnych sugestii.

W sali zaległo ciężkie milczenie. Był to pierwszy i jedyny raz podczas całego kongresu, gdy któremuś z issei udało się pokonać przedstawiciela nisei w debacie publicznej; większość issei wolała bowiem subtelniejsze metody. Teraz jednak stary radykał zdenerwował się, wstał i w potyczce słownej zwyciężył popularnego przedstawiciela neokonserwatywnych młodych Marsjan, którzy od pewnego już czasu zachowywali się w taki sposób, jak gdyby dla własnych celów zamierzali narzucić wszystkim nową wersję starej hierarchii. „Zwycięstwo” Włada podsumowało stanowisko wszystkich starych issei, oburzonych na reakcyjny egoizm Antara i na jego tchórzostwo w obliczu koniecznych zmian.

Wład usiadł; Antar został pokonany.

Spory jednak nie ustały. Konflikt, metakonflikt, szczegóły, podstawy — omawiano wszystkie kwestie, łącznie z problemem magnezowego zlewu kuchennego, który w jakieś trzy tygodnie od rozpoczęcia kongresu ktoś ustawił na jednym segmencie wielkiego „stołu stołów”.

Ściśle rzecz biorąc, delegaci w magazynie stanowili jedynie wierzchołek góry lodowej, najbardziej widoczny człon gigantycznej debaty toczącej się na obu planetach. Transmisję każdej minuty konferencji można było oglądać na całym Marsie i w większości miejsc na Ziemi, a ponieważ przekazywaną na żywo relację cechowała pewna typowa dla dokumentu nuda, telewizja Mangalavid przygotowywała codzienne skróty, które pokazywano co noc w trakcie szczeliny czasowej, a następnie wysyłano na Ziemię do bardzo szerokiego rozpowszechniania. Kongres stał się „największym show na ziemi”, jak osobliwym tonem zauważył ktoś w pewnym amerykańskim programie.

— Może ludzie są zmęczeni oglądaniem w telewizji stale tych samych bzdur — mruknął Art do Nadii pewnej nocy, kiedy oglądali na amerykańskiej stacji krótkie, przedziwnie zniekształcone sprawozdanie z negocjacji minionego dnia.

— Albo oglądaniem ich wokół siebie.

— To prawda. Wolą myśleć o czymś innym.

— A może zastanawiają się, co robić — zasugerowała Nadia. — Może jesteśmy dla nich modelem małym i łatwiejszym do zrozumienia.

— Może i tak.

W każdym razie mieszkańcy obu światów obserwowali, a kongres toczył się; codzienna mydlana opera — atrakcja dla widzów, a równocześnie sposób na rozwiązanie ich problemów. Z tego też powodu miliony ludzi nie tylko oglądały telewizyjne relacje, ale także przesyłały uczestnikom kongresu swoje komentarze i sugestie. Wprawdzie niemal nikt na Pavonis nie wierzył, aby któraś z przesyłek mogła zawierać jakąś wstrząsającą prawdę albo rozwiązanie, które im samym nie przyszło do głowy, niemniej jednak wszystkie listy były z uwagą czytane — zajmowały się tym grupy ochotników w Sheffield i Południowej Fossie, a potem przekazywały propozycje „na stół”. Niektórzy uczestnicy konferencji sugerowali nawet, by w postaci aneksu włączyć wszystkie te propozycje do końcowej konstytucji, sprzeciwiali się bowiem „statystycznemu dokumentowi prawnemu”; woleli, aby ostateczna konstytucja miała kształt większego tekstu, wspólnie stworzonego oświadczenia filozoficznego albo nawet duchowego — które przedstawi wartości, cele, marzenia i refleksje wszystkich Marsjan.

— To nie będzie konstytucja — obruszyła się Nadia — wam chodzi o kulturę. Tyle że nie jesteśmy żadną cholerną biblioteką.

Tak czy owak, przesyłki nadal nadchodziły — z marsjańskich namiotów i kanionów oraz z zatopionych wybrzeży na Ziemi; podpisywały je osoby prywatne, komitety, a nawet całe populacje miast.

Podobnie jak w listach, na kongresie dyskutowano niemal o wszystkim. Pewnego dnia podszedł do Arta jakiś chiński delegat i odezwał się w dialekcie mandaryńskim. Kiedy przerwał na chwilę, jego AI zaczęło przekładać tekst, mówiąc z cudownym szkockim akcentem.

— Przyznam szczerze, zacząłem wątpić, czy dostatecznie dokładnie zapoznał się pan z ważną książką Adama Smitha Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów.

— Chyba ma pan rację — bąknął Art i odesłał mężczyznę do Charlotte.

Wiele osób w magazynie posługiwało się innym językiem niż angielski i podczas rozmów polegali na tłumaczeniach swoich AI. W danym momencie można było usłyszeć rozmowy w tuzinie różnych języków, toteż bez przerwy korzystano z programów tłumaczących. Prowadzone w ten sposób dyskusje ciągle jeszcze rozpraszały Arta, który żałował, że nie jest w stanie poznać wszystkich języków świata, mimo iż translatory AI osiągnęły obecnie naprawdę wysoki poziom: głosy dobrze zmodulowane, słownictwo bogate i precyzyjne, gramatyka wspaniała, frazeologia prawie wolna od błędów, które popełniały wcześniejsze tego typu programy. Nowe radziły sobie tak dobrze, że można już było niemal przełamać dominację języka angielskiego. Issei „przywieźli ze sobą” wiele języków, lecz ich lingua franca pozostawał angielski. Z tego też względu następne pokolenie, nisei, rozmawiało między sobą również w tym języku, natomiast „pierwotnych dialektów” używało jedynie w kontaktach z rodzicami. Na pewien czas zatem angielski stał się rodzimym językiem tubylców, teraz jednak, gdy pojawiły się te nowe AI, a strumień nowych imigrantów mówiących wszystkimi możliwymi ziemskimi językami nie przestawał płynąć, powstawała nowa wieża Babel: nowi nisei mogli pozostać przy swoich pierwotnych językach, a jako podstawowego języka wspólnego — zamiast angielskiego — używać swoich AI.

Ta lingwistyczna kwestia zilustrowała Artowi skomplikowanie tubylczej populacji, którego wcześniej nie dostrzegał. Wielu tubylców reprezentowało pokolenie yonsei: czwartą generację, a może nawet piątą, i z pewnością było dziećmi Marsa, natomiast inni, choć ich rówieśnicy, należeli do nisei i byli dziećmi niedawno przybyłych imigrantów, issei; zamierzali oni utrzymywać bliskie kontakty z ziemską kulturą, z której pochodzili, niestety, zwykle konserwatywną. Stąd nazywano ich właśnie „konserwatystami”, a ich przeciwników — potomków najdawniejszych osadników — „radykałami”. Podziały te tylko sporadycznie wiązały się z kwestiami etnicznymi lub narodowościowymi. Pewnej nocy Art rozmawiał z parą Marsjan. Kobieta była orędowniczką globalnego rządu, mężczyzna natomiast — anarchistą popierającym wszystkie propozycje dotyczące lokalnej autonomii. Art spytał ich o pochodzenie. Ojciec globalistki był pół-Japończykiem, w ćwierci — Irlandczykiem i w ćwierci — Tanzańczykiem; babka ze strony matki była Greczynką, rodzice dziadka — Kolumbijczykiem i Portugalką. Ojciec anarchisty był Nigeryjczykiem, matka natomiast pochodziła z Hawajów i miała mieszane pochodzenie: filipińsko-japońsko-polinezyjsko-portugalskie. Art popatrzył na swoich rozmówców: gdyby któreś z nich zapragnęło głosować w blokach etnicznych, jak można by ich sklasyfikować? Niemożliwe. Randolph miał przed sobą po prostu parę marsjańskich tubylców. Tych nisei, sansei, yonsei — niezależnie od pokolenia — ukształtowały w znacznej mierze ich marsjańskie doświadczenia: zostali zareoformowani, dokładnie tak, jak stale przepowiadała Hiroko. Niektórzy żenili się we własnym kręgu narodowym albo etnicznym, ale przeważająca większość nie dbała już o tego typu sprawy. Wyrażane przez nich polityczne opinie nie zależały od pochodzenia (no właśnie, zastanowił się Art, jakie byłoby stanowisko Greko-Kolumbijczyko-Australijczyka?), lecz odbijały ich własne doświadczenia, bardzo zresztą różnorodne: niektórzy dorastali w podziemiu, inni urodzili się w dużych miastach kontrolowanych przez ONZ, a do podziemia trafili wiele lat później albo dopiero w dniu wybuchu rewolucji. Te różnice miały na nich znacznie większy wpływ niż mniej lub bardziej przypadkowe miejsca zamieszkania ich przodków.

Podczas długich, trwających do późnych godzin nocnych, zakrapianych kavą przyjęć Art słuchał wyjaśniających mu tę kwestię tubylców i kiwał głową. Podczas trwania kongresu z każdym kolejnym przyjęciem ludziom poprawiały się nastroje, rosła bowiem nadzieja, że uda im się osiągnąć zamierzony cel. Nie brali zbyt poważnie dyskusji, które toczyli między sobą issei, byli zresztą przekonani, że i tak ostatecznie zwycięży ich punkt widzenia. Mars stanie się niezależny, rządzony przez Marsjan, a życzenia Ziemi nie będą się liczyć; uważali, że to drobiazg. Młodzi pracowali zatem w swoich komisjach, nie zwracając uwagi na filozoficzne spory przy „stole stołów”.

„Stare psy ciągle warczą” — głosił jeden z napisów na dużej tablicy informacyjnej. Wyraźnie wyrażał ogólną opinię tubylców. Praca w komitetach trwała.

Duża tablica informacyjna była całkiem dobrym wskaźnikiem nastrojów kongresu. Art czytał ją w taki sposób, w jaki czytał karteczki w „ciasteczkach szczęścia” i rzeczywiście pewnego dnia dostrzegł przesłanie: „Lubisz chińskie jedzenie”. Zwykle jednak informacje były bardziej polityczne, często na tablicę trafiały stwierdzenia wypowiedziane poprzedniego dnia na konferencji. „Żaden namiot nie jest wyspą”, „Jeśli cię nie stać na mieszkanie, wówczas możesz uznać prawo do głosowania za kiepski żart”, „Utrzymuj równą odległość, nie zmieniaj zbyt gwałtownie prędkości, na nic nie wpadaj”,,Ja salute non sipaga”. Potem pojawiły się kwestie, których nikt nie słyszał na konferencji: „Działaj z myślą o innych”, „«Czerwoni» mają zielone korzenie”, „Największy show na ziemi”, „Żadnych królów, żadnych prezydentów”, „Wielki Człowiek nienawidzi polityki”, „Jednakże… jesteśmy małymi czerwonymi ludzikami”.

Arta nie zaskakiwało już, gdy przychodzili do niego ludzie mówiący po arabsku, w hindi albo języku, którego nawet nie rozpoznawał. Patrzyli mu w oczy, podczas gdy ich AI przemawiało po angielsku z jakimś, niosącym w sobie ładunek politycznego sentymentu, akcentem — spikera BBC, mieszkańca Ameryki Środkowej albo urzędnika państwowego z New Delhi. To było zachęcające, naprawdę… Nie istnienie tłumaczącego AI — które stanowiło po prostu kolejne urządzenie dystansujące wobec siebie rozmówców (choć nie tak bardzo jak rozmowa wideofoniczna), nie pozwalając do końca na zwykłą „rozmowę twarzą w twarz” — lecz polityczny melanż, niemożliwość głosowania w blokach ani myślenia w kategoriach „normalnych” okręgów wyborczych.

Na kongresie zgromadzili się naprawdę niezwykli ludzie, jednak w miarę upływu czasu przyzwyczaili się do siebie i zaczęli rozumieć; z każdym dniem sytuacja wyglądała coraz lepiej. Kiedyś jednak, bardzo późno w nocy, Art zakończył długą rozmowę, podczas której AI na nadgarstku jego młodej rozmówczyni tłumaczyło na angielski za pomocą rymowanych dwuwierszy (nigdy nie dowiedział się, jakim językiem mówiła kobieta), i poszedł przez magazyn ku apartamentowi biurowemu. Wokół „stołu stołów” nadal trwała praca, mimo iż minęła już szczelina czasowa. Art przystanął, by przywitać się z przedstawicielami jednej z grup, a potem, nagle tracąc chęć i siły, by iść dalej, oparł się o boczną ścianę, na wpół obserwując, na wpół drzemiąc, kavajava szalała w jego ciele, walcząc z narastającym wyczerpaniem. W chwilę później powróciło poczucie zdziwienia. Miał wrażenie, że przeżywa coś w rodzaju wizji hipnotycznej. W narożnikach pojawiły się niezliczone, trzepoczące się cienie. Kształty, niczym pozbawione życia ciała: Artowi nagle wydało się, że tu, w magazynie, znaleźli się wszyscy zmarli i jeszcze nie narodzeni. Chcieli ujrzeć tę chwilę na własne oczy. Jak gdyby historia była gobelinem, a kongres warsztatem tkackim, w którym łączyły się wszystkie wątki: obecny moment ze swoją cudowną przeszłością; potencjał aktualnej chwili znajdował się tu, w atomach zebranych osób, w ich głosach. Patrząc wstecz, Art potrafił dostrzec całą przeszłość. Jeden długi gobelin spleciony ze zdarzeń. Kiedy jednak spojrzał przed siebie, w przyszłość, nie udało mu się zobaczyć niczego, mimo iż przypuszczalnie teraźniejszość rozwidlała się w eksplozji wątków potencjalności; mogło się zdarzyć wszystko. Dwa różne rodzaje nieuchwytnego ogromu, przemieszczające się razem z jednego miejsca w drugie, od przeszłości w przyszłość, w wielkim utkanym dywanie aktualności, teraźniejszości. Teraz mieli szansę, Marsjanie, wszyscy razem w teraźniejszości… a upiory niech patrzą, duchy z przeszłości i przyszłości… Nadchodził najbardziej odpowiedni moment, właśnie teraz mogli stworzyć coś mądrego, utkać „gobelin”, który przekażą wszystkim przyszłym generacjom.

Mogli zrobić wszystko, co chcieli. Z tego powodu mieli również niestety trudności z doprowadzeniem kongresu do końca. Zauważyli również, że nieskończone możliwości to coś wspaniałego, lecz tylko do czasu, aż trzeba wybierać spośród nich. A musieli wybrać dobrze, ponieważ tworzyli historię świata. Przyszłość miała się stać przeszłością i było coś rozczarowującego w tej przemianie, w „warsztacie”, w tej nagłej redukcji z nieskończoności w jedność, skurczeniu się od potencjalności w rzeczywistość; zmiany powodował upływ czasu. Potencjalność była zachwycająca, mogli przecież wybrać wszystkie najlepsze cechy z każdego dobrego rządu w całej historii świata, a następnie w magiczny sposób połączyć je we wspaniałą, nie znaną dotąd syntezę… albo też odrzucić je wszystkie i znaleźć nowy, własny sposób tworzenia wymarzonego sprawiedliwego rządu. Niestety, spisanie doczesnej, w dodatku problematycznej, konstytucji wiązało się nieuchronnie z uczuciem zawodu, toteż uczestnicy kongresu instynktownie odsuwali od siebie moment ukończenia prac.

Zdawali sobie oczywiście sprawę z tego, że byłoby dobrze, gdyby marsjańska delegacja wylądowała na Ziemi z ukończonym dokumentem, który mogłaby zaprezentować ONZ i mieszkańcom planety. Tym bardziej że nie istniał żaden powód, by odraczać moment zakończenia. Wręcz przeciwnie. Nawet nie chodziło o to, żeby zaprezentować się Ziemi jako zgrana społeczność ze świeżo powołanym rządem, po prostu — trzeba było wreszcie zacząć żyć normalnym, codziennym, porewolucyjnym życiem.

Nadia świetnie wiedziała o wszystkich tych niuansach, postanowiła więc dołożyć wszelkich starań, aby zakończyć kongres.

— Czas, aby zwieńczyć budowlę dachem — powiedziała pewnego ranka do Arta.

Od tej pory zaczęła działać niemal nieprzerwanie. Spotykała się z wszystkimi delegacjami i komisjami, nalegając, by przyspieszyli zakończenie prac nad tematem, którym się zajmowali, a potem zebrali się przy stole na ostateczne głosowanie. Dzięki nieugiętości i uporowi Nadii okazało się (z czego nie wszyscy wcześniej zdawali sobie sprawę), że bardzo wiele problemów rozwiązano w sposób satysfakcjonujący większość uczestniczących w kongresie delegacji. Ich przedstawiciele zgadzali się, że powstaje dokument, którego tezy można będzie wcielić w życie, a przynajmniej spróbować, i — co najważniejsze — dokonać pewnych niezbędnych zmian ustrojowych. Szczególnie zadowoleni wydawali się młodzi tubylcy. Byli dumni ze swej pracy i cieszyli się, że udało im się namówić pozostałych do zatwierdzenia układu lokalnych półautonomii, nawiązywał bowiem do systemu, zgodnie z którym większość z nich żyła w czasach rządów ZT ONZ.

Stanowili zdecydowaną większość i najwyraźniej nie przejmowali się działaniami, które podejmowali przeciwko ich ewentualnej władzy przedstawiciele mniejszości. Jackie i jej towarzysze bardzo starali się nie wyglądać na pokonanych, udawali więc na przykład, że nigdy nie walczyli o silnego prezydenta i centralny rząd. Twierdzili wręcz, że właśnie ich pomysłem było powołanie rady wykonawczej wybieranej przez parlament na modłę szwajcarską. Wiele osób zmieniało w taki sposób swoje poglądy.

— Tak, pamiętam — mawiał wówczas bardzo zadowolony Art — zastanawialiśmy się nad tą kwestią akurat tamtej nocy, kiedy nie położyliśmy się spać i czekaliśmy na wschód słońca. To był dobry pomysł. Wasz pomysł.

Nagle wszędzie wokół pojawiło się mnóstwo dobrych pomysłów i kongres powoli zaczął zmierzać do końca.

Ustalili, że globalny rząd będzie przypominać konfederację kierowaną przez radę wykonawczą złożoną z siedmiu członków powoływanych przez dwuizbowy parlament. Jedna część ciała ustawodawczego, nazwana „Dumą”, miała się składać z szerokiej grupy reprezentantów wybranych spośród marsjańskiej populacji; druga — senat — miała stanowić mniejszą grupę, złożoną z przedstawicieli osad: po jednej osobie z każdego miasta lub większej niż liczącej pięćset osób wioski. Parlament miał być raczej słaby — jego głównym zadaniem był wybór członków rady wykonawczej i pomoc w powoływaniu sędziów; większość ustawodawczych obowiązków miała pozostawać w gestii miast. „Część” sądownicza byłaby potężniejsza; w jej skład wchodziły nie tylko sądy kryminalne, lecz także swego rodzaju podwójny sąd najwyższy (jedna połowa to sąd konstytucyjny, druga — sąd ekologiczny), którego wszystkich członków wyszukiwano poprzez ogólnospołeczną loterię. Sąd ekologiczny miał rozstrzygać spory związane z terraformowaniem i innymi zmianami środowiska, podczas gdy sąd konstytucyjny sprawdzałby pod względem zgodności z konstytucją wszystkie inne kwestie, łącznie z kwestionowaniem decyzji miejskich.

W ramach sądu ekologicznego działałaby komisja ziemska, która miałaby za zadanie nadzorować zarządzanie gruntami (zgodnie z punktem trzecim porozumienia z Dorsa Brevia wszyscy Marsjanie byli zobowiązani do dbania o nie); prywatna własność jako taka nie istniałaby, dopuszczano jednakże rozmaite prawa własnościowe w postaci kontraktów dzierżawnych, których prawne podstawy miałaby stworzyć właśnie ta komisja. W ramach sądu konstytucyjnego działałaby komisja ekonomiczna, złożona częściowo z reprezentantów spółdzielczych gildii różnych zawodów i przemysłów. Komisja miała nadzorować przestrzeganie pewnej wersji podziemnej eko-ekonomii, czyli zarówno działalności przedsiębiorstw „niezyskownych”, koncentrujących się na sferze publicznej, jak i opodatkowanych firm „przynoszących zysk”, które miałyby ustalone w sposób prawny limity wielkościowe i należałyby do pracujących w nich osób.

Istnienie tego typu sądownictwa satysfakcjonowało osoby, które pragnęły silnego globalnego rządu, a równocześnie ograniczało władzę parlamentu i odwoływało się do heroicznej roli odgrywanej na Ziemi w ubiegłym stuleciu przez Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości — wówczas prawie wszystkie inne ziemskie instytucje uległy naciskom konsorcjów metanarodowych, w przeciwnym bowiem razie ich żywot był krótki; jedynie przedstawiciele Trybunału działali zdecydowanie i niezależnie, wydając kolejne zarządzenia w kwestiach pozbawiania obywatelstwa i gruntów. Niestety, konsorcja przeważnie lekceważyły te zarządzenia, które, w gruncie rzeczy, uważano za symboliczne gesty przeciw metanarodowemu rozbojowi, toteż Trybunał posiadał tylko coś w rodzaju władzy moralnej, niewystarczająco silnej, aby rzeczywiście dokonać jakichś zmian. Niemniej jednak, członkowie marsjańskiego podziemia przyglądali się wówczas tej nierównej walce i dobrzeją sobie zapamiętali.

Po wszystkich ustaleniach powołano globalny rząd marsjański, w konstytucji umieszczono dodatkowo długą listę praw człowieka oraz wskazówki dla komisji ziemskiej i ekonomicznej. Jako system wyborczy dla biur elekcyjnych ustalono australijską odmianę balotażu, wprowadzono też system poprawkowy i wiele innych kwestii. Na samym końcu do głównego tekstu konstytucji dołączono ogromny zbiór materiałów, które zebrały się w trakcie kongresu. Zostały nazwane „Notatkami roboczymi i komentarzami”, a złożyło się nań wszystko, co mówili delegaci przy „stole stołów”, oraz wszelkie zapiski na komputerach magazynu i przesyłki pocztowe. Dodatkowe teksty miały pomóc sądom w interpretacji głównego dokumentu.

W ten sposób większość trudnych kwestii spornych rozwiązano bądź, jak mawiał Art, „wmieciono pod dywan”. Największym nie załatwionym problemem pozostały obiekcje „czerwonych”. Art nie przestawał z nimi rozmawiać, negocjując ustępstwa, ustalając terminy wielu wczesnych spotkań z sądami ekologicznymi; ustępstwa te określono później mianem „wspaniałomyślnego gestu”. W zamian za nie Iriszka, mówiąc w imieniu wszystkich „czerwonych” nadal zaangażowanych w sprawy polityki, wyraziła zgodę na pozostawienie kabla, obecność ZT ONZ w Sheffield oraz dalszą (choć w stopniu ograniczonym) imigrację Ziemian. A w końcu zgodziła się także na kontynuację terraformowania — w powolnych, nieszkodliwych formach — do czasu aż ciśnienie atmosferyczne przy sześciu kilometrach ponad poziomem osiągnie trzysta pięćdziesiąt milibarów; liczba owa miała być rewidowana co pięć lat. Tym samym impas „czerwonych” został przełamany lub przynajmniej „przechytrzony”.

Kiedy Kojot dowiedział się o tym, potrząsnął głową.

— Po każdej rewolucji — stwierdził — panuje bezkrólewie, podczas którego społeczności rządzą same. Jest wtedy dobrze, a następnie przychodzi nowy reżim i znowu zaczyna się dziać źle. Sądzę, że powinieneś teraz objechać namioty i kaniony, pytając bardzo pokornie ludzi, jak sobie radzili w minionych dwóch miesiącach. Potem wyrzuć tę śmieszną konstytucję i powiedz im po prostu: „trzymajcie tak dalej”.

— Ależ to właśnie mówi konstytucja — zażartował Art.

Kojotowi nie było jednak do śmiechu.

— Musisz bardzo uważać, aby nie dopuścić do nagromadzenia władzy w centrum tylko po to, aby sobie udowodnić, że potrafisz. Władza korumpuje… To jest podstawowe prawo polityki. W dodatku może jedyne prawo.

Co do ZT ONZ, Art nie potrafił się domyślić, co sądzą o konstytucji, ponieważ na Ziemi opinie były wprawdzie podzielone, lecz istniała tam pewna „głośna” frakcja, która domagała się odbicia Marsa siłą i uwięzienia lub „powywieszania” delegatów z Pavonis. Na szczęście, większość Ziemian nie była nastawiona w tak wrogi sposób, a zresztą musieli się zmagać z własnym ciągłym kryzysem. Poza tym, obecnie ich zdanie liczyło się mniej niż opinia „czerwonych”; w końcu Marsjanie przez rewolucję zdobyli sobie własną przestrzeń. Teraz musieli ją tylko odpowiednio wypełnić.

W ostatnim tygodniu kongresu Art kładł się do łóżka każdej nocy z głową huczącą od dziwacznych obiekcji i kavy. Chociaż czuł się wyczerpany, budził się później dość często i przewracał z boku na bok pod wpływem jakiegoś pozornie świetnego pomysłu, którego rano w ogóle nie pamiętał lub oceniał jako zupełnie szalony. Nadia sypiała — dokładnie tak samo kiepsko — na tapczanie obok jego posłania albo na krześle. Czasami zasypiali podczas omawiania takiego czy innego szczegółu i budzili się wprawdzie ubrani, lecz przytuleni do siebie i objęci niczym dzieci w czasie burzy. Ciepło drugiego ciała dawało nieporównywalną z niczym pociechę.

Pewnego razu obudzili się w mrocznym przedświcie i rozpoczęli rozmowę, która trwała przez kilka godzin; mimo panujących w budynku zimna i ciszy, im było ciepło i przyjemnie. Każde z nich cieszyło się z towarzysza, z którym można było wymienić poglądy. Powoli z kolegów zmieniali się w przyjaciół. Co dalej? Może powinni zostać kochankami… Wprawdzie Nadia nie wyglądała na romantyczkę, jednak Art był bez wątpienia zakochany i miał wrażenie, że w nakrapianych oczach jego wybranki migocze jakieś nowe uczucie. Tak czy owak, wieczorem, po długich ostatnich dniach kongresu, kładli się na tapczanach i gawędzili. Nadia masowała Artowi ramiona albo on jej, a potem często zapadali w sen, powaleni zmęczeniem. Ze wszystkich stron naciskano na nich, by zakończyli prace nad dokumentem, co było powodem stresu, do którego przyznawali się chyba tylko w tych chwilach, gdy tulili się do siebie, starając się osłonić tę drugą osobę przed otaczającym ich zimnym, wielkim światem. Nowa miłość: Art nie potrafił jej okazać znacznie od niego mniej uczuciowej Nadii. Ale był szczęśliwy.

Pewnego ranka, gdy wstali, rozbawiły go, choć nie zaskoczyły słowa Nadii:

— Zarządźmy głosowanie.

Art odbył rozmowy ze Szwajcarami oraz z dorsabrevianskimi uczonymi i ci pierwsi zaproponowali, żeby — tak jak postanowiono na początku — głosować przy stole nad kolejnymi punktami konstytucji. Decyzja o rozpoczęciu głosowania spowodowała taką nerwowość wśród delegatów, że ziemska giełda wyglądałaby przy nich subtelnie i powolnie. Tymczasem Szwajcarzy ustalili porządek głosowania, które miało potrwać trzy dni. Każda grupa otrzymała jeden głos; głosowano na kolejne, numerowane paragrafy szkicowej konstytucji. Ostatecznie zatwierdzono wszystkie osiemdziesiąt dziewięć paragrafów i spory zbiór „materiału objaśniającego”, który został oficjalnie dołączony do głównego tekstu.

Wtedy nadeszła pora, by konstytucje zatwierdził ogół Marsjan. Referendum konstytucyjne odbyło się w Ls równe sto pięćdziesiąt osiem, 11 dnia pierwszego października, M-roku pięćdziesiątego drugiego (na Ziemi był 27 lutego 2128 roku). Cała populacja Marsa, czyli wszystkie osoby, które ukończyły pięć M-lat, głosowały poprzez naręczne komputery. Frekwencja wyniosła ponad dziewięćdziesiąt pięć procent, siedemdziesiąt osiem procent osób opowiedziało się za przyjęciem dokumentu (stanowiło to nieco ponad dziewięć milionów głosów), dwadzieścia dwa procent — przeciw. W ten sposób na Marsie powstał rząd.

CZĘŚĆ 4

Zielona Ziemia

Na Ziemi tymczasem wszystkie sprawy zdominowała wielka powódź.

Spowodowały ją gwałtowne wybuchy wulkaniczne zachodzące pod zachodnioantarktyczną pokrywą lodową. Póki leżący poniżej, przypominający basen północnoamerykański i krainę pasm, ląd znajdował się pod poziomem morza, przytłaczała go masa lodowca, a kiedy zaczęły się erupcje, lawa i gazy zmieszały się z lodem na wulkanach, powodując ogromne obsuwy; równocześnie, w różnych punktach szybko erodującej linii gruntu pod lód zaczęła się wlewać woda oceanu. Poruszyła ogromne lodowe wyspy, które poczęły się z trzaskiem odrywać od krawędzi Morza Rossa i Morza Ronne‘a, a następnie odpływać wraz z oceanicznym prądem, rozpadając się na coraz mniejsze tafle; turbulencja powodowała przyspieszenie tego procesu. W miesiącach, które nastąpiły po pierwszych dużych pęknięciach, Morze Antarktyczne wypełniło się ogromnymi płytami gór lodowych, przesuwającymi tak duże ilości wody, że na całej planecie podniósł się poziom mórz. Masy pędzącej wody nadal wpływały do obniżonego basenu w zachodniej Antarktyce, wypełnionego niegdyś przez lodowiec, i rozbijały resztę warstwy na mniejsze lodowe góry, aż warstwa całkowicie zniknęła, a jej miejsce zajęło nowe płytkie morze mącone ciągłymi podwodnymi erupcjami, które ze względu na siłę dawały się porównać z wybuchami trapów dekańskich w okresie późnej kredy.

W ten sposób w rok po pierwszych erupcjach, z pierwotnej Antarktyki zostało już niewiele ponad połowę lądu — wschodnia Antarktyka wyglądała jak półksiężyc, Półwysep Antarktyczny przypominał skutą lodem Nową Zelandię, a między nimi leżało wypełnione lodowymi górami kipiące płytkie morze. Natomiast na pozostałej części planety poziom mórz był obecnie siedem metrów wyższy.

Od ostatniej epoki lodowcowej, czyli od dziesięciu tysięcy lat, ludzkość nie doświadczyła naturalnej katastrofy o takiej skali. W dodatku, obecnie klęska żywiołu nie dotknęła kilku milionów myśliwych-zbieraczy z koczowniczych plemion, lecz piętnaście miliardów cywilizowanych obywateli, żyjących na szczycie niestałej socjotechnologicznej budowli, która już i tak chwiała się niebezpiecznie, grożąc zawaleniem. Zatopione zostały wszystkie duże przybrzeżne miasta, pod powierzchnią wody znalazły się nawet całe państwa, takie jak Bangladesz, Holandia czy Belize. Ponieważ fala wody nadchodziła powoli, większość nieszczęśników, którzy mieszkali na tak nisko położonych terenach, miała wystarczająco dużo czasu, aby się ewakuować w wyższe okolice. Po całym świecie wędrowali teraz uciekinierzy, stanowiąc od jednej dziesiątej do jednej piątej części ziemskiej populacji.

Ludzka społeczność nie była niestety przygotowana na taką sytuację. Nawet w okresach największej prosperity z trudem poradziłaby sobie z następstwami żywiołu, a na początku dwudziestego drugiego stulecia nie działo się najlepiej. Populacje stale się rozrastały, wszelkie zasoby — malały, wszędzie zaostrzały się konflikty między bogatymi i biednymi, między rządami i metanarodowcami… Jednym słowem, katastrofa trafiła w sam środek kryzysu.

Do pewnego stopnia zresztą powstrzymała ten kryzys. W obliczu wszechświatowej rozpaczy walka o jakiegokolwiek rodzaju władzę straciła na znaczeniu, wiele osób traktowało ją jak czy sta fantasmagorię. Całe populacje potrzebowały obecnie wsparcia i w porównaniu z tym problemem bledły takie kwestie, jak prawo do posiadania lub czyjś zysk. ONZ podniosła się niczym jakiś wodny feniks z chaosu i przybrała formę izby rozrachunkowej dla rzeszy organizacji ratunkowych, które pomagały ludziom migrować w głąb lądu i przechodzić granice państw, budowały awaryjne mieszkania i rozprowadzały środki pierwszej potrzeby, zwłaszcza jedzenie i ubrania. W ratownictwie i niesieniu pomocy najbardziej wspierały Organizację Narodów Zjednoczonych Szwajcaria i Praxis. „Zmartwychwstało” UNESCO wraz ze Światową Organizacją Zdrowia. Indie i Chiny, jako największe spośród ogromnie zniszczonych państw, stały się ostatnio bardzo wpływowe. Cały świat obserwował, w jaki sposób rozwiązują problemy. Dwa kraje zawarły przymierze ze sobą oraz z ONZ i jej nowymi sojusznikami, lecz odmówiły przyjęcia pomocy od Grupy Jedenastu i metanarodowców, którzy obecnie stale mieszali się w sprawy większości rządów z G11.

Z drugiej strony jednakże powódź zaostrzyła kryzys. Metanarodowcy znaleźli się w dziwnym położeniu. Przedtem absorbowało ich coś, co komentatorzy nazywali trójmetawładzą — walczyli między sobą o ostateczną kontrolę światowej ekonomii, kilka dużych metanarodowych supergrup usiłowało zapanować nad największymi państwami uprzemysłowionymi i zwiększyć wpływy w nielicznych krajach, które nadal znajdowały się poza ich władzą: w Szwajcarii, Indiach, Chinach, Praxis, tak zwanych krajach Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości i innych. Teraz natomiast, gdy większość ludności Ziemi zajęta była walką z potopem, metanarodowcy przeważnie starali się odzyskać dawną kontrolę. Popularne były opinie, że ich powstanie stało się jedną z przyczyn powodzi lub że katastrofa jest karą za ich „grzechy”. Był to przykład wygodnego magicznego myślenia, często spotykany wśród Marsjan oraz innych przedstawicieli sil antymetanarodowych, którzy starali się wykorzystać okazję i zniszczyć swoich wrogów, zwłaszcza póki nie mieli czasu dla Czerwonej Planety. Grupa Jedenastu i inne przemysłowe rządy, poprzednio związane z metanarodowcami, martwiły się obecnie o życie własnych obywateli i usiłowały przede wszystkim pomagać największym konglomeracjom. Ludzie na Ziemi często porzucali swe poprzednie zajęcia i przyłączali się do różnych organizacji pomocy. Na popularności zyskiwały przedsiębiorstwa pracownicze w stylu Praxis, które podejmowały się działalności ratowniczej i oferowały wszystkim swoim członkom kurację przedłużającą życie. Niektórzy z metanarodowców w ten sam sposób zatrzymywali u siebie silę roboczą. Nadal zatem trwała walka o władzę, lecz z powodu katastrofy jej charakter nieco się zmienił.

Z tych wszystkich przyczyn większości Ziemian w ogóle nie interesowały sprawy Marsa. Och, oczywiście, uważali, że dzieją się tam interesujące rzeczy, jednakże wielu z nich przeklinało mieszkańców Czerwonej Planety jak niewdzięczne dzieci, które opuściły swoich rodziców w godzinie potrzeby; mówiono, że na ziemską katastrofę Mars zareagował absolutnie niewłaściwie (dla kontrastu podawano mnóstwo przykładów reakcji pozytywnych). Szukano stale bohaterów oraz złoczyńców i większość Ziemian umieszczała Marsjan w tej drugiej kategorii, określając ich mianem szczurów uciekających z tonącego okrętu. Niektórzy nazywali ich potencjalnymi zbawicielami — ci również myśleli w sposób magiczny. Wszyscy jednak zgodnie przyznawali, że powstawanie nowego społeczeństwa na sąsiedniej planecie budzi nadzieję na lepsze jutro.

Najważniejsza dla Ziemian była wszakże walka z powodzią i jej skutkami. Z powodu katastrofy dochodziło obecnie do gwałtownych zmian klimatycznych — pojawiła się grubsza pokrywa chmur, która odbijała więcej światła słonecznego, powodując spadek temperatury i ulewy, które doszczętnie niszczyły tak niezwykle potrzebne obecnie uprawy; czasami deszcze spadały w miejscach, w których wcześniej należały do rzadkości: na Saharze, Mojave, północnym Chile, przenosząc tym samym wielką powódź daleko w głąb kontynentów; obszar dotknięty klęską rozszerzał się. Ludziom na Ziemi zaczął zagrażać głód, utrudniając wszelką międzynarodową współpracę — ponieważ nie wszystkich można było nakarmić, trzeba było znowu dzielić ludzi na lepszych i gorszych. Na Ziemi panował chaos; planeta przypominała przysłowiowe mrowisko zmącone przez kogoś, kto włożył w nie kij.

Tak wyglądała sytuacja latem 2128 roku: bezprecedensowa katastrofa, nieprzerwany powszechny kryzys. Świat przed potopem wydawał się już tylko niezbyt przyjemnym snem, z którego wszyscy mieszkańcy zostali brutalnie zbudzeni w jeszcze bardziej niebezpieczną rzeczywistość. Z deszczu pod rynnę, właśnie tak! Z patelni w ogień… Tyle że niektórzy ludzie próbowali wejść z powrotem na patelnię, podczas gdy inni usiłowali zejść z pieca. Nikt nie umiał przewidzieć, co będzie dalej.

Z każdym kolejnym dniem ciało Nirgala coraz mocniej ściskało niewidoczne imadło. Maja jęczała i stękała, natomiast Michelowi i Saxowi najwyraźniej nic nie przeszkadzało — Francuz był bardzo szczęśliwy, że leci na Ziemię, a Saxa bez reszty pochłaniało obserwowanie raportów z kongresu na Pavonis Mons. Mieszkali w wirującej komorze statku kosmicznego „Atlantyda”. Przez ponad pięć miesięcy podróży komora obracała się coraz szybciej, aż siła odśrodkowa zmieniła się z równoważnej marsjańskiej na ziemską; taka pozostała przez prawie połowę lotu. Metodą ową posługiwano się od lat, adaptując w ten sposób emigrantów, którzy decydowali się na powrót do domu, dyplomatów podróżujących w tę i z powrotem oraz nielicznych marsjańskich tubylców, którzy pragnęli odbyć podróż na Ziemię. Dla wszystkich podróż była tak samo nieprzyjemna. Wielu tubylców rozchorowało się na Ziemi; niektórzy zmarli. Podczas lotu należało pozostawać w komorze grawitacyjnej, wykonywać ćwiczenia i poddawać się wszystkim niezbędnym szczepieniom.

Sax i Michel często ćwiczyli na urządzeniach sportowych, Nirgal i Maja natomiast siadywali w łaźniach, żaląc się na swój los. Maja wyraźnie znajdowała przyjemność w swojej niedoli (cieszyła się chyba wszystkimi swymi emocjami, łącznie z wściekłością czy melancholią), podczas gdy Nirgal czuł się naprawdę marnie. Miał wrażenie, że czasoprzestrzeń wygina mu ciało, a wszystkie jego komórki krzyczą z bólu. Był przerażony wysiłkiem, jaki musiał włożyć w każdy wdech, i myślą o wielkiej planecie, ku której zmierzał. Jej masywność wydawała mu się wręcz niesamowita.

Próbował porozmawiać z Michelem, lecz Francuz był roztargniony, ciesząc się i przygotowując na spotkanie z Ziemią. Sax, z kolei, całkowicie się skupił na wydarzeniach na Marsie. Nirgala nie interesowało spotkanie na Pavonis, nie miało dla niego żadnego znaczenia. Mimo władzy ZT ONZ tubylcy już dawno żyli na otwartej przestrzeni, tak jak chcieli, i zdaniem Nirgala niczego nie trzeba było ustalać. Przyszło mu do głowy, że Jackie może wywalczyć dla siebie stanowisko prezydenta planety. Nie byłoby to najlepsze wyjście. Niezależnie od rozwoju zdarzeń, czuł dziwne pokrewieństwo z Jackie, które od pewnego czasu zmieniło się w jakiś telepatyczny związek, nierzadko przypominający stary, namiętny romans, choć równie często — zjadliwą rywalizację dwojga rodzeństwa lub nawet wewnętrzne rozdarcie osoby cierpiącej na rozdwojenie jaźni. Może byli bliźniakami… Któż może wiedzieć, jakie alchemiczne eksperymenty prowadziła Hiroko w zbiornikach ektogenicznych… chociaż nie — przecież matką Jackie była Esther. Nirgal dobrze o tym wiedział. Ale czy miało to jakieś znaczenie? Ku własnej konsternacji czasem wydawało mu się, że Jackie jest jego drugim ja; nie pragnął tego, nie chciał, by jego serce nagle biło szybciej na jej widok. Między innymi z jej powodu zdecydował się wziąć udział w wyprawie na Ziemię. Uciekał więc od Jackie z prędkością pięćdziesięciu tysięcy kilometrów na godzinę, a jednak jej postać ciągle pojawiała się na monitorze. Dziewczyna była szczęśliwa, że kongres się odbywa, i brała w nim czynny udział. Nikt nie miał wątpliwości, że Jackie powinna zostać jednym z siedmiu członków nowej rady wykonawczej.

— Jackie liczy na to, że historia potoczy się zwykłym biegiem — oświadczyła Maja, gdy siedzieli w łaźni i oglądali wiadomości. — Władza jest jak materia. Ma własną grawitację, zbija się w masę, a wtedy jedne cząsteczki wciągają do środka inne. Hm, ta lokalna władza, która „rozkłada” się na namioty… — Wzruszyła cynicznie ramionami.

— Może ma przypominać wybuch supernowej — zasugerował Nirgal.

Maja roześmiała się.

— Tak, może. Jednak później wszystko znowu zaczyna się zbijać w masę. Tak wygląda ciążenie historii — władzę ciągnie do centrum, aż — co jakiś czas — dojdzie do wybuchu gwiazdy. Potem powraca przyciąganie do jakiegoś centrum. To samo będzie się działo na Marsie, zapamiętaj moje słowa. A Jackie znajdzie się w samym środeczku… — Z szacunku dla uczuć Nirgala Maja powstrzymała się przed dodaniem słowa „suka”. Przyglądała się swemu młodemu rozmówcy spod zmrużonych powiek, jak gdyby się zastanawiała, w jaki sposób Nirgal może pomóc zwyciężyć jej w nieskończonej wojnie z Jackie. Małe, supernowe serca.

Mijały ostatnie tygodnie jednego G. Nirgal przez cały ten okres czuł się źle. Wrażenie ogromnego ciśnienia przygważdżającego mu pierś i utrudniającego myślenie budziło w nim lęk. Bolały stawy. Na monitorach widział obrazy małej, niebiesko-białej marmurkowej kuli — Ziemi — obok której znajdował się przypominający kościany guzik Księżyc; wyglądał dziwacznie płasko i martwo. Te ekranowe wizerunki nic nie znaczyły w porównaniu z chorymi stopami Nirgala i jego zbyt mocno bijącym sercem. Nagle błękitny świat rozkwitł i całkowicie wypełnił ekrany. Jego zaokrąglona krawędź stanowiła białą linię, błękitną wodę zdobiły białe wiry chmur, kontynenty wystawały spod chmur niczym małe rebusy, na wpół przypominając mit: Azja, Afryka, Europa, Ameryka.

Na czas końcowego opadania i hamowania areodynamicznego przerwano rotację komory grawitacyjnej. Unosząc się w powietrzu, Nirgal poczuł się uwolniony od powłoki cielesnej; miał wrażenie, że jest balonem. Odepchnął się i przesunął do iluminatora, aby zobaczyć Ziemię. Mimo szyby i tysięcy kilometrów odległości ostra klarowność szczegółów wstrząsnęła nim.

— Oko ma wielką siłę — powiedział do Saxa.

— Hmm — odparł Sax i podleciał do okna, aby również popatrzeć.

Przez chwilę obserwowali leżącą przed nimi błękitną planetę.

— Czy ty się kiedykolwiek boisz? — spytał Nirgal.

— Co takiego?

— No wiesz. — Od początku wyprawy Sax nie był zbyt skupiony; wiele kwestii trzeba mu było dokładnie wyjaśniać. — Strach. Obawa. Przerażenie.

— Tak. Sądzę, że tak. Bałem się, tak… Ostatnio, kiedy stwierdziłem, że się… zgubiłem.

— Ja boję się teraz.

Sax popatrzył na niego z zaciekawieniem. Potem podfrunął i klepnął Nirgala w ramię czułym gestem, który nie bardzo do niego pasował.

— Dolatujemy — rzucił.

Opadanie, opadanie. Obecnie na Ziemię zjeżdżało dziesięć kosmicznych wind. Wiele z nich zbudowano na tak zwanym kablu rozszczepionym, który w postaci dwóch rozwidlających się pasm opadał w dwa punkty końcowe: na północ i na południe od równika (na samym równiku nie udało się znaleźć odpowiedniego miejsca na „gniazdo”). Jeden z kabli rozgałęział się do Virac na Filipinach i do Oobagooma w zachodniej Australii, inny do Kairu i Durbanu. Podróżnicy z Marsa znajdowali się aktualnie dziesięć tysięcy kilometrów ponad Ziemią, opuszczając się po kablu, którego północny koniec dotykał Port of Spain w Trynidadzie, podczas gdy południowy lądował w Brazylii, blisko Aripuana, dużego miasta przy dopływie Amazonki o nazwie Rzeka Theodore’a Roosevelta.

Marsjanie wybrali północne rozwidlenie, sięgające do Trynidadu. Z wagonika windy widzieli większą część zachodniej półkuli, której środek stanowił basen Amazonki — brązowa woda sączyła się żyłkami przez zielone płuca Ziemi.

Nadal opadali. Po pięciu dniach powierzchnia planety znacznie się przybliżyła, aż w końcu wypełniła cały widok. Powróciła grawitacja z poprzedniego miesiąca; powoli miażdżyła ich i ściskała. Podczas krótkiego okresu mikrograwitacji Nirgal zdążył zapomnieć o własnym ciężarze i teraz z trudem chwytał powietrze. Każdy wdech stanowił ogromny wysiłek. Stojąc przed oknem z rękoma zaciśniętymi na barierce, spojrzał przez chmury w dół na wspaniały błękit Karaibów i żywe zielenie Wenezueli. Odpływ Orinoko do morza wyglądał jak kleks w kolorze liści. Brzeg nieba składał się z wygiętych pasów bieli i turkusu, ponad którymi znajdowała się czarna przestrzeń. Wszystko błyszczało. Chmury niewiele się różniły od marsjańskich, były jedynie nieco gęstsze, bielsze, bardziej zbite. Być może dotkliwa grawitacja wywierała dodatkowe ciśnienie na siatkówkę Nirgala lub nerwy oczne, sprawiając, że kolory mocno napierały i pulsowały. Dźwięki również wydawały się głośniejsze.

Wraz z podróżnikami windą jechali dyplomaci z ONZ, doradcy Praxis i przedstawiciele mediów — wszyscy liczyli na rozmowę. Nirgal miał trudności z koncentracją i nie mógł się skupić na ich słowach. Uważał Ziemian za dziwnych. Znajdowali się pięćset kilometrów nad powierzchnią Ziemi i szybko spadali.

Ostatni dzień był długi. Nagle otoczyła ich atmosfera, a następnie kabel skierował wagonik w zielony kwadrat Trynidadu, do ogromnego kompleksu „gniazda” obok opuszczonego lotniska, którego pasy startowe wyglądały jak szare runy. Wagonik windy zsunął się w betonową budowlę. Zwalniał. Zatrzymywał się.

Nirgal oderwał ręce od barierki i ostrożnie ruszył za pozostałymi. Miał problemy z chodzeniem, ponieważ ze wszystkich stron przytłaczał go ciężar. Z trudem nadążał za resztą. Szli powoli lotniczym tunelem i nagle Nirgal stanął na podłodze ziemskiego budynku. Wnętrze „gniazda” przypominało tamto na Pavonis Mons, podobieństwo kończyło się jednak na wyglądzie, gdyż powietrze było tu słone, gęste, gorące i ciężkie; panował hałas. Nirgal zaczął przyspieszać, chcąc jak najszybciej wyjść na zewnątrz i wreszcie zobaczyć Ziemię. Ze wszystkich stron otaczały go tłumy, na szczęście przedstawiciele Praxis zrozumieli jego intencje i umożliwili mu przejście przez rosnące rzesze ludzi. Budynek wydawał się ogromny, niewykluczone, że można było skorzystać z metra… Wreszcie jednak dostrzegł drzwi oznaczone światełkiem. Lekko oszołomiony z wysiłku, wyszedł na dwór i natychmiast uderzyło go oślepiające światło. Czysta biel. Śmierdziało solą, rybami, liśćmi, smołą, odchodami i przyprawami: jak gdyby oranżeria się wściekła.

W końcu oczy Marsjanina przyzwyczaiły się. Niebo było błękitne, turkusowobłękitne, podobne środkowemu pasowi krawędzi widzianej z przestrzeni, ale jaśniejsze; bielsze ponad wzgórzami, magnezowe dokoła słońca. Czarne plamy przesuwały się w tę i z powrotem. Kabel wznosił się w niebo. Słońce okazało się zbyt jaskrawe i Nirgal musiał spuścić oczy. W oddali dostrzegł zielone wzgórza.

Potknął się, kiedy prowadzono go do otwartego samochodu — antycznego, małego, opływowego, z gumowymi oponami i z otwartym dachem. Pragnąc lepiej widzieć, stanął przy tylnym siedzeniu między Saxem i Mają. W blasku światła zobaczył setki ludzi, a może tysiące. Ubrani byli w zadziwiające stroje: neonowe jedwabie, róże, purpury, zielone błękity, barwy złota i akwamaryny, klejnoty, pióra, diademy…

— Karnawał — wyjaśnił Nirgalowi ktoś z przedniego siedzenia samochodu — ubieramy się w takie stroje podczas karnawału oraz w Dzień Odkrycia, kiedy na wyspę przybył Kolumb. Rocznicę tę świętowaliśmy zaledwie tydzień temu, więc przedłużyliśmy festyn także z okazji waszego przybycia.

— Którego dziś mamy? — spytał Sax.

— Dzień Nirgala! Jedenastego sierpnia.

Jechali powoli. Po obu stronach ulic stały wiwatujące tłumy. Przedstawiciele jednej grupy przebrali się za tutejszych tubylców przed przybyciem Europejczyków; krzyczeli dziko. Różowobiałe usta na brązowych twarzach. Ich głosy były bardzo muzyczne, wszyscy śpiewali. Akcent osób w samochodzie przypominał Nirgalowi mowę Kojota, a ludzie w tłumie nosili maski z jego podobizną — dziwaczna, jak gdyby rozłupana twarz Desmonda Hawkinsa wykrzywiona była w tak osobliwe gumowate miny, jakich nawet on sam nie byłby w stanie wymyślić. I słowa — dotąd Nirgalowi zdawało się, że na Marsie spotkał się już ze wszystkimi możliwymi zniekształceniami języka angielskiego, lecz tu trudno mu było nadążyć za tym, co mówili Trynidadczycy. Inny akcent, dykcja czy intonacja? Trudno powiedzieć.

Mocno się pocił i ciągle czuł gorąco.

Trzęsący się, powolny samochód dojechał wśród rzędów ludzi do krótkiego cypla, za którym leżała dzielnica portowa, obecnie zalana płytką wodą. Częściowo zanurzone budynki stały w łachach brudnej piany, kołyszącej się na niewidocznych skałach. Cała okolica zmieniła się teraz w basen, domy wyglądały jak gigantyczne, obnażone muszle (niektóre rozbite), woda wlewała się i wylewała z okien. Wśród budowli huśtały się wiosłowe łodzie; większe z nich przywiązano do świateł ulicznych i słupów linii wysokiego napięcia. Dalej, za budynkami, na tle rozświetlonego słońcem błękitu widać było przechylone żaglówki — nad każdą z łodzi, od dzioba do rufy, wznosiły się dwa lub trzy wyprężone żagle. Po prawej stronie rozpościerały się zielone wzgórza, zamykające dużą zatokę.

— Łodzie rybackie ciągle pływają po ulicach, ale duże statki używają boksytowych doków w dole przy Punkcie T. Widzisz, tam?

Wzgórza połyskiwały pięćdziesięcioma odcieniami zieleni. Palmy gniły na płyciznach, żółte liście smutno zwisały. Wyznaczały strefę pływów, ponad którą zewsząd wybuchała zieleń. Ulice i budynki wyglądały jak wykarczowane z roślinnego świata. Zieleń i biel miały intensywność dziecięcej wizji Nirgala; te dwa podstawowe kolory rozdzielały się tu, zawieszone w niebieskim jaju morza i nieba. Znajdowały się tuż ponad falami, a w dodatku horyzont był tak odległy! Niepodważalny dowód wielkości planety. Nic dziwnego, że tutejsi ludzie długo sądzili, że Ziemia jest płaska. Z białej wody przesuwającej się przez ulice stale docierało głośne „rrr”, tak hałaśliwe jak wiwaty tłumu.

W strasznym smrodzie doszedł z wiatrem zapach smoły.

— Wykopaliśmy całe Jezioro Smołowe przy La Brea. Ziemię wysłaliśmy morzem. Nie zostało nic z wyjątkiem czarnej dziury w ziemi i małego stawu, którego używamy lokalnie. Ten zapach pochodzi z nowej drogi nad wodą.

Niczym fatamorgana pojawiła się asfaltowa droga. Pot. Ludzie cisnący się na czarnych poboczach; wszyscy mieli czarne włosy. Jakaś młoda kobieta wspięła się na samochód, aby zawiesić Nirgalowi na szyi naszyjnik z kwiatów. Ich słodki zapach mieszał się z żądlącą słoną mgiełką. Perfumy i kadzidło, ścigane przez gorący roślinny wiatr, przesycony smołą i przyprawami. Perkusja, jakże znajoma w całym tym intensywnym hałasie. Grali tu marsjańską muzykę! Szczyty dachów w zalanej dzielnicy po lewej stronie wspierały teraz zrujnowane patia. Oranżeriowy smród stał się jeszcze dotkliwszy, wszystko gniło, powietrze było gorące, wilgotne i ciężkie; świat błyszczał w rozproszonym świetle. Pot spływał swobodnie po skórze Nirgala. Z zalanych dachów i z łodzi wiwatowali ludzie, pokryta kwiatami woda unosiła się i opadała na pianie. Czarne włosy połyskiwały jak chitynowe pancerzyki lub klejnoty. Kołyszący się drewniany dok zastawiony był zespołami muzycznymi; uszy zaatakowało wiele tonów naraz. Pod stopami widać było rybie łuski i płatki kwiatów, na wodzie pływały srebrne i czarne kropki. Rozrzucane kwiaty migały obok na wietrze, tworząc smugi o czystych barwach — żółte, różowe, czerwone. Kierowca samochodu odwrócił się i ignorując drogę, zaczął mówić:

— Słuchajcie tych dugla, oni grają muzykę deszczu, pogańską muzykę. Słuchajcie tego. To konkurs, najlepsze pięć zespołów w Port of Spain.

Przejechali przez starą dzielnicę, ewidentnie starożytną. Budynki wykonane były z małych kruchych cegieł; wieńczyły je skorodowane metalowe dachy albo nawet strzechy: wszystko było bardzo stare, maleńkie. Ludzie także byli maleńcy, o brązowej skórze.

— Krajobraz hinduski, czarne miasta. Trynidad i Tobago zmieszały ich ze sobą i tak powstali dugla.

Trawa pokrywała ziemię, wybuchała z każdej szczeliny w ścianach, dachach, okienkach, ze wszystkich miejsc, których nie pokryto ostatnio smołowanym asfaltem — wybuchowa fala zieleni, wylewająca się z każdej powierzchni świata. Gęste powietrze cuchnęło.

Potem wyjechali ze starej dzielnicy na szeroką, asfaltową aleję. Po obu stronach stały duże drzewa i wielkie marmurowe budynki.

— Te metanarodowe wysokościowce wyglądały na duże, kiedy je budowali, ale nic nie sięga tak wysoko jak kabel. — Kwaśna słodycz, słodki dym i wszystko płonące zielenią.

Nirgal zamknął oczy i usiłował opanować mdłości.

— Wszystko w porządku?

Owady furkotały, powietrze było tak gorące, że nie potrafił się domyślić temperatury, przekraczała bowiem jego osobistą skalę. Usiadł ciężko między Mają i Saxem.

Samochód zatrzymał się. Nirgal znowu wstał, z wysiłkiem, potem wysiadł. Miał kłopoty z chodzeniem; prawie upadł. Wszystko wokół niego kołysało się. Maja chwyciła go mocno pod ramię. Złapał się za skronie, oddychał przez usta.

— W porządku? — spytała ostro.

— Tak — odparł i próbował skinąć głową.

Znajdowali się w kompleksie nie dokończonych nowych budynków. Nie pomalowane drewno, beton, błoto pokryte zgniecionymi płatkami kwiatów. Wszędzie otaczali ich ludzie, prawie wszyscy w kostiumach karnawałowych. Uczucie wypalającego oczy słońca nie znikało. Nirgala zaprowadzono do drewnianego podium, które stało ponad tłumem szaleńczo wiwatujących ludzi.

Piękna czarnowłosa kobieta w zielonym, przepasanym białą szarfą, sari przedstawiła czworo Marsjan tłumowi. W silnym zachodnim wietrze wzgórza za nimi poruszały się niczym zielone płomienie; było chłodniej, osłabł także smród. Maja stała przed mikrofonami i kamerami. Wydawała się młodsza o wiele lat. Mówiła dosadnymi, oderwanymi zdaniami, na które publiczność żywo reagowała: wypowiedź i reakcja, wypowiedź i reakcja. Gwiazda mediów, którą obserwuje cały świat, cudownie charyzmatyczna, wypowiadająca frazy, przypominające Nirgalowi jej mowę w Burroughs w zwrotnym punkcie rewolucji, kiedy — w Parku Księżnej — bardzo opanowana koncentrowała się na tłumie. Teraz zachowywała się podobnie.

Michel i Sax nie zgodzili się przemówić, ale dali znak Nirgalowi, aby wszedł na podest, stawił czoło tłumowi i zielonym wzgórzom przybliżającym ludzi do słońca. Kiedy stał na estradzie, przez jakiś czas nie potrafił dosłyszeć własnych myśli. Szum wiwatów, tępy dźwięk w gęstszym powietrzu.

— Mars to zwierciadło — oznajmił do mikrofonu — w którym Ziemia dostrzega własną istotę. Przeprowadzka na Marsa była wyprawą oczyszczającą i pozostawiającą jedynie rzeczy najważniejsze. Na moją planetę zawieźliście ziemskie sprawy, takiż sposób myślenia i geny. Teraz my, Marsjanie, możemy wam pomóc nie tylko wysyłając rzadkie metale lub nowe genetyczne szczepy bakterii. Możemy też posłużyć jako lustro. Patrząc w nie, zrozumiecie lepiej samych siebie. Będziemy mapą dla waszej niewyobrażalnej wręcz wielkości. W ten sposób przyczynimy się do stworzenia wspaniałej cywilizacji. Jesteśmy bowiem ludźmi pierwotnymi reprezentującymi nieznaną kulturę.

Rozległy się głośne wiwaty.

— Tak właśnie myślimy. Długa ewolucja wiodła przez stulecia ku sprawiedliwości i pokojowemu współistnieniu. Im więcej wiedzą ludzie, tym lepiej rozumieją swą zależność od siebie nawzajem i od własnego świata. Na Marsie wiemy, że najlepszym sposobem wyrażenia tej wzajemnej zależności jest życie w celu dawania innym, życie w kulturze współczucia. Każdy człowiek jest wolny i równy wobec pozostałych, wspólnie pracujemy dla dobra wszystkich. Praca ta czyni nas wolnymi. Nie warto uznawać żadnej hierarchii, z wyjątkiem tej jednej: im więcej dajemy, tym wspanialsi się stajemy. Teraz, w środku wielkiej powodzi, dostrzegamy, że — z jej powodu — rozkwita kultura współczucia, jak wyłania się od razu na obu światach.

Nirgal siedział otoczony hałasem. Potem mowy zmieniły się w swego rodzaju publiczną konferencję prasową — Marsjanie odpowiadali na pytania zadawane przez piękną kobietę w zielonym sari. Nirgal także pytał — o nowe osiedle budynków, na którym się znajdowali, i o sytuację panującą na wyspie. Odpowiedziom kobiety towarzyszyły aprobujące komentarze oraz śmiech życzliwego tłumu, który wypatrywał zza ściany reporterów i kamer. Kobieta okazała się premierem Trynidadu i Tobago. Wyjaśniła, że przez większą część ubiegłego stulecia ich mały dwuwysepkowy świat został zdominowany przez metanarodowy Armscor i dopiero podczas powodzi narodowi udało się zerwać ten układ „oraz wszelkie kolonialne więzi”. Ależ mocno tłum wiwatował! I ten jej uśmiech, ileż w nim było oddania własnej społeczności. Nirgal widział, że zadziwiająco piękna pani premier była duglą.

Wyjaśniła, że otaczające ich osiedle należy do dziesiątków bardzo potrzebnych kompleksów szpitalnych, które mieszkańcy zbudowali na obu wyspach od czasu powodzi; stworzyli centra ratunkowe, które pomagały ofiarom powodzi, zapewniając wszystkim mieszkania, pracę i opiekę lekarską, wraz z kuracją przedłużającą życie.

— Wszyscy ją otrzymują? — spytał Nirgal.

— Tak.

— To dobrze! — rzucił, zaskoczony. Wcześniej słyszał, że na Ziemi taka sytuacja należy do rzadkości.

— Tak uważasz — powiedziała pani premier. — A ludzie mówią, że stwarza ona wszelkiego rodzaju problemy.

— Rzeczywiście. Sądzę jednak, że i tak powinniśmy to robić. Dać wszystkim kurację, a potem zastanowić się, co robić dalej.

Minęła minuta lub dwie, zanim można było usłyszeć cokolwiek poza wiwatami tłumu. Premier próbowała uspokoić swoich współobywateli, gdy nagle zza jej pleców, z grupy wyszedł jakiś niski mężczyzna ubrany w elegancki brązowy garnitur, podszedł do mikrofonu i zaczął przemawiać. Każde jego zdanie wywoływało wrzawę wiwatów.

— Ten Marsjanin Nirgal jest synem Trynidadu! Jego ojciec, Desmond Hawkins, słynny Pasażer Na Gapę, marsjański Kojot, pochodzi z Port of Spain. Mieszka tu ciągle wiele osób z nim spokrewnionych! Armscor kupił towarzystwo naftowe, próbował też wykupić całą wyspę, jednak wybrali sobie do swoich eksperymentów niewłaściwy kraj! Twój Kojot, maestro Nirgalu, nie otrzymał swego ducha z powietrza, dostał go stąd, z T i T! Wędrował po Marsie, nauczając wszystkich drogi trynidadzko-tobagijskiej ścieżki życiowej, toteż wszyscy na waszej planecie są dugla. Zrozumieli nasz sposób życia i zarazili nim całego Marsa! Teraz Mars jest jednym wielkim i wspaniałym Trynidadem i Tobago!

Tłum zaczął falować, a Nirgal mimowolnie podszedł do mężczyzny i uściskał go z uśmiechem. Potem znalazł schody i zszedł do tłumu, który natychmiast stłoczył się dokoła niego. Mieszanina rozmaitych zapachów. Zbyt głośno, aby myśleć. Nirgal dotykał zebranych, ściskał im ręce. Ludzie dotykali go. Ach, te ich spojrzenia! Wszyscy byli od niego niżsi i śmiali się z tego; każda twarz reprezentowała cały odrębny świat. Przed oczyma migały Nirgalowi czarne kropki, po czym niebo bardzo szybko pociemniało. Rozejrzał się wokół, zaskoczony — wał chmur wisiał ponad mrocznym pasem na zachodzie, grafitowe ostrze odcięło słońce, później wał chmur zaczął się przetaczać nad wyspą. Ludzie rozproszyli się, chroniąc pod drzewami, werandami albo dużymi cynowymi zadaszeniami na przystankach autobusowych. Maja, Sax i Michel zniknęli gdzieś w tłumie. Podstawy chmur były ciemnoszare, reszta przybrała kształt solidnych jak skała białych odmętów, które bez przerwy się przesuwały. Mocno uderzył zimny wiatr, potem na błocie zaczęły błyskać duże krople deszczu. Czworo Marsjan wepchnięto pod dach otwartego pawilonu, gdzie przygotowano dla nich miejsce.

Potem zaczęła się potężna ulewa. Nirgal nigdy czegoś takiego nie widział — woda lała się, ryczała, trzaskała, tworzyła nagłe, szerokie kałuże, które powoli zmieniały się w rzeczki rozgwieżdżone milionem białych kropelkowych wybuchów. Deszcz zamazał cały świat wokół pawilonu: wszystko stało się zielono-brązową mieszaniną.

Maja uśmiechała się.

— Jak gdyby spadł na nas ocean! — zawołała.

— Ile wody! — zadumał się Nirgal.

Pani premier wzruszyła ramionami.

— Podczas monsunu taka ulewa zdarza się codziennie. Teraz zresztą spada więcej deszczu niż kiedyś.

Nirgal potrząsnął głową i poczuł ukłucie w skroni. Oddychanie w wilgotnym powietrzu sprawiało ból. Miał wrażenie, że tonie.

Pani premier wyjaśniała im coś, ale Nirgal ledwie mógł nadążyć za jej słowami, tak bardzo bolała go głowa. Kobieta mówiła, że w ruchu niepodległościowym każdy może wstąpić w poczet członków Praxis, którzy w trakcie pracy w pierwszym roku budowali takie centra pomocy jak to. Kuracja przedłużająca życie należała się wszystkim wstępującym do grupy. Wykonywano ją w nowo wybudowanych ośrodkach. Zakładano tam również implanty kontroli urodzin, z możliwością usunięcia lub pozostawienia na stałe. Wiele osób było z nich zadowolonych.

— Mówimy tu: „Dzieci później”. Przyjdzie na nie czas.

Ludzie i tak chcieli się przyłączać; prawie wszyscy. Armscor — aby zatrzymać przy sobie dotychczasowych pracowników — musiał zawrzeć umowy z Praxis, toteż na Trynidadzie wszyscy byli zadowoleni. Osoby nowo poddane kuracji wysyłano do budowy kolejnych domów, kierowano do pracy w rolnictwie lub produkcji sprzętu szpitalnego. Przed powodzią wyspa świetnie się rozwijała, ponieważ miała ogromne rezerwy ropy naftowej, a metanarodowcy inwestowali w kabel i „gniazdo”. Dzięki postępowym tradycjom w latach po niepożądanym najeździe metanarodowców powstała tu baza ruchu oporu. Teraz rozrastała się infrastruktura związana z kuracjami przedłużającymi życie. Wszystko wyglądało obiecująco. W każdym obozie znajdowała się lista osób czekających na kurację, którzy sami budowali centrum. Rzecz jasna, ludzie ci bardzo energicznie starali się bronić takich miejsc. Siły bezpieczeństwa Armscoru miałyby spore problemy z ich przejęciem. Centra i tak nie miały na szczęście dla nich szczególnej wartości, zwłaszcza że poddali się już kuracji. Pozostawało im więc jedynie zwykłe ludobójstwo lub pokojowe próby odzyskania kontroli nad sytuacją.

— Wyspa po prostu się od nich odwróciła — podsumowała kobieta premier. — Żadna armia nie jest w stanie sobie poradzić z ludzką niechęcią. To koniec ekonomicznej kasty, wszelkiego rodzaju kast. Tworzymy coś nowego, typowego dla dugla — tak jak powiedziałeś w swojej mowie. Tworzymy miniaturowego Marsa. Goszcząc cię tutaj, wnuka naszej wyspy, który uczysz nas tak wiele o swoim pięknym, nowym świecie… och, to coś naprawdę wyjątkowego. Prawdziwe święto. — Posłała Nirgalowi promienny uśmiech.

— Kim był przemawiający mężczyzna?

— Och, to był James.

Nagle deszcz ustał. Słońce przedarło się przez chmury. Cały świat parował. Po ciele Nirgala spływał pot. Powietrze było czyste. Młodzieniec nie mógł złapać oddechu. Białe powietrze, czarne migające kropki.

— Chyba muszę się położyć.

— Och, tak, oczywiście. Na pewno jesteś wyczerpany, przytłoczony tym wszystkim. Chodź z nami.

Zabrali go do małej przybudówki przy osiedlu, do jasnego pokoju o ścianach z bambusowych pasów. Poza leżącym na podłodze materacem pomieszczenie było puste.

— Obawiam się, że materac nie jest dla ciebie wystarczająco długi.

— Nieważne.

Zostawili go samego. Coś w tym pokoju przypomniało Nirgalowi wnętrze chatki Hiroko położonej w lasku po drugiej stronie jeziora w Zygocie. Nie tylko bambus, ale rozmiar i kształt pomieszczenia… a także coś nieuchwytnego, może wsączające się do środka nieprzerwanym potokiem zielone światło. Wrażenie obecności Hiroko było tak silne i tak nieoczekiwane, że kiedy wszyscy wyszli, Nirgal rzucił się na materac (stopy zawisły mu daleko za tylnym brzegiem) i zapłakał. Jego umysł nękał chaos uczuć. W całym ciele odczuwał ból, zwłaszcza w głowie. Przestał płakać i zapadł w głęboki sen.

Obudził się w małej, czarnej komorze, która pachniała zielenią. Nie mógł sobie przypomnieć, gdzie się znajduje. Przetoczył się na grzbiet i uświadomił sobie: Ziemia. Usłyszał szepty i przerażony usiadł. Rozległ się stłumiony śmiech. Potem Nirgala schwytały czyjeś dłonie i przycisnęły do podłogi. Natychmiast wyczuł, że ręce należą do przyjaciół.

— Cii — odezwał się nieznany głos, a potem ktoś go pocałował. Ktoś inny gmerał przy pasku Marsjanina, przy guzikach. Kobiety, dwie, trzy… nie, jednak dwie. Przemożnie pachniały jaśminem i czymś jeszcze, dwa motywy perfum, oba osobliwie ciepłe. Spocona skóra, taka gładka. Nirgalowi pulsowały żyły pod czaszką. Taka „napaść” zdarzyła mu się raz czy dwa razy, gdy był młodszy. Wówczas świeżo zadaszone kaniony traktowano jak nowe światy, w których mieszkały nowoczesne młode kobiety pragnące zajść w ciążę albo po prostu się zabawić. Po spędzonych w „celibacie” miesiącach lotu Nirgal czuł się teraz jak w niebie. Ściskał kobiece ciała, całował i przyjmował pocałunki; jego strach rozpłynął się w gorącu rąk, ust, piersi i splątanych nóg.

— Siostra Ziemia — wysapał.

Skądś daleko dochodziła muzyka, słychać było pianino, perkusję i tablas oraz niemal pozbawiony dźwięku wiatr w bambusie. Jedna z kobiet położyła się na niego i przycisnęła do ziemi. Był pewien, że poczucie jej ciała ślizgającego się pod jego rękoma zostanie z nim na zawsze. Wszedł w nią, ciągle całując. W jego głowie nieprzerwanie coś boleśnie tłukło.

Gdy się obudził, leżał spocony i nagi na materacu. Nadal było ciemno. Ubrał się i wyszedł z pokoju. Zszedł mrocznym korytarzem na ogrodzony ganek. Tu również panował mrok; Nirgal przespał cały dzień. Maja, Michel i Sax siadali właśnie do posiłku wraz z wielką grupą osób. Nirgal zapewnił ich, że nic mu nie jest. Był tylko głodny jak wilk.

Usiadł wśród nich na polanie, w środku nie dokończonego, mokrego od deszczu osiedla; tłum zgromadził się wokół zewnętrznej kuchni. Za siedzącymi, w ciemnościach żółto jarzyło się ognisko, którego płomienie odbijały się w jaskrawych, płynnych białkach oczu i zębach na tle mrocznych twarzy zebranych. Ludzie przy wewnętrznym stoliku patrzyli na niego. Wiele młodych kobiet uśmiechało się, ich kruczoczarne włosy iskrzyły się jak przyozdobione klejnotami czepki. Przez moment Nirgal obawiał się, że pachnie seksem i perfumami, ale uświadomił sobie, że dym z ogniska i aromaty parujących ostrych dań na stole z pewnością zabiją wszystkie inne zapachy. Jedzenie — kawałki ryby na ryżu z warzywami — pachniało przyprawami, curry i pieprzem cayenne, paliło usta i przełyk, toteż przez następne pół godziny Nirgal mrużył oczy, wąchając i pijąc kolejne szklanki wody; głowa mu płonęła. Ktoś podał mu plasterek kandyzowanej pomarańczy. Słodko-gorzki przysmak nieco schłodził mu usta, więc Nirgal zjadł jeszcze kilka kawałków.

Kiedy skończył się posiłek, wspólnie posprzątali ze stołów, jak w Zygocie albo w Hiranyagarbie. Tancerze zaczęli okrążać ognisko. Ubrani byli w surrealistyczne kostiumy karnawałowe, na głowach mieli maski zwierząt i demonów, tak jak w trakcie Fassnacht w marsjańskiej Nikozji, chociaż tutejsze maski były cięższe i bardziej niezwykłe: demony z wieloma oczyma i dużymi zębami, słonie, boginki. Czarne drzewa stały na tle nieco jaśniejszego nieba, gwiazdy świeciły tu mniej intensywnie, osobliwie migocząc. Widać było ogromne paprocie i liście drzew — zielone, czarne, czarne, zielone, a później zabarwione ogniem, kiedy płomienie skakały wyżej, jak gdyby próbowały się dopasować do rytmu tańca. Jakaś drobna młoda kobieta w kostiumie z sześcioma ramionami, którymi rytmicznie poruszała, kroczyła za Nirgalem i Mają.

— To taniec Ramajany — wyjaśniła. — Tak stary jak cywilizacja. Mówimy w nim o Mangali.

Kobieta ścisnęła poufale ramię Nirgala, który nagle rozpoznał jaśminowy zapach. Bez uśmiechu wróciła do ogniska. Bębny tabla podążały za skaczącymi płomieniami aż do crescendo; tancerze krzyczeli. Głowa Nirgala tętniła przy każdym uderzeniu i mimo kandyzowanej pomarańczy, oczy ciągle mu łzawiły od palącego pieprzu. Powieki miał ciężkie.

— Wiem, że to dziwne — oświadczył — sądzę jednak, że znowu będę spał.

Obudził się przed świtem, wyszedł na werandę i obserwował, jak niebo jaśnieje w zgoła marsjańskim porządku — od czarnego, przez purpurowe, czerwone do różowego; później zmieniło się w zaskakujący cyjanowy błękit tropikalnego ziemskiego poranka. Głowa ciągle bolała, jak gdyby była czymś wypchana, ale Nirgal w końcu czuł się wypoczęty i znowu gotowy na kontakty ze światem. Po śniadaniu złożonym z zielono-brązowych bananów wraz z Saxem i kilkoma tubylcami udał się na przejażdżkę po wyspie.

Wszędzie, gdzie docierali, dostrzegali wokół siebie setki ludzi. Wszyscy byli mali oraz — na wsi brązowoskórzy jak Nirgal, w miastach ciemniejsi. Po okolicy jeździły duże ciężarówki, które pełniły funkcję ruchomych sklepów, zwłaszcza dla najmniejszych wiosek. Nirgala zaskoczyła szczupłość tutejszych mężczyzn, kończyny mieli żylaste, umięśnione od ciężkiej pracy, albo tak cienkie jak trzciny. Na tym tle krągłe młode kobiety wyglądały jak krótkotrwale kwitnące rośliny.

Kiedy ludzie poznawali Nirgala, natychmiast podbiegali, by go powitać i uścisnąć mu dłoń. Gdy Sax obserwował go w otoczeniu tubylców, potrząsał głową.

— Rozkład dwumodalny — oznajmił. — Niby jeszcze nie specjacja… Ale może, gdyby upłynęło wystarczająco dużo czasu… Wyspiarska dywergencja. Bardzo darwinowskie.

— Jestem Marsjaninem — zgodził się Nirgal.

Ich budynki ulokowano w szczelinach wykarczowanych z zielonej dżungli, która stale próbowała odzyskać utraconą przestrzeń. Starsze budowle wykonano w całości z błotnych cegieł, poczerniałych ze starości i rozpływających się z powrotem w mokrą ziemię. Pola ryżowe opadały tarasowo, lecz bardzo łagodnie, toteż wydawało się, że wzgórza leżą dalej niż w rzeczywistości. Nirgal zauważył, że jasna zieleń pędów ryżu miała odcień, jakiego nigdy nie widziano na Marsie. Ogólnie rzecz biorąc, tutejsze zielenie były wspaniałe i połyskliwe, piękniejsze niż wszystkie, które potrafił sobie przypomnieć z rodzimej planety; tutaj ze wszystkich stron atakowały jego oczy. Słońce grzało go w plecy.

— Powodem jest kolor nieba — odrzekł Sax, kiedy Nirgal podjął temat kolorów. — Czerwienie na marsjańskim niebie po prostu nieco tłumią zieleń.

Powietrze było gęste, wilgotne, zjełczałe. Morze migotało na dalekim horyzoncie. Nirgal zakaszlał i odetchnął przez usta, usiłując zignorować pulsujący ból skroni i czoła.

— Cierpisz na chorobę niskiej wysokości — zastanowił się Sax. — Czytałem, że przydarza się ona mieszkańcom Himalajów i Andów, jeśli znajdą się na poziomie morza. Wiąże się z poziomem kwasowości we krwi. Ze względu na ciebie powinniśmy byli wylądować w jakimś wyższym miejscu.

— Dlaczego nie wylądowaliśmy?

— Tutaj chcieli cię poznać, ponieważ stąd pochodzi Desmond. To twoja ojczyzna. W dodatku, wyobraź sobie, że spierają się między sobą, kto następny powinien nas gościć.

— Nawet tu?

— Zdaje mi się, że bardziej niż na Marsie.

Nirgal jęknął. Na Ziemi było mu tak ciężko, przytłaczało go powietrze.

— Muszę pobiegać — stwierdził i wyruszył.

Na początku wszystko szło dobrze — wykonywał normalne ruchy, a jego ciało reagowało zwyczajnie, przypominając mu, że ciągle jest sobą. Kiedy jednak usiłował przyspieszyć, nie udało mu się osiągnąć rytmu lung-gom-pa, w którym mógł się poruszać bez końca, ponieważ bieganie przypominało oddychanie. Jednak tu, na Ziemi, zaczął odczuwać nacisk gęstego powietrza na płuca, nacisk oczu mijanych ludzi i prawie całe ciśnienie własnego ciężaru, raniącego mu stawy. Ważył tu ponad dwa razy więcej, miał więc wrażenie, że nosi na grzbiecie drugą, niewidzialną osobę… chociaż nie, ten ciężar znajdował się w jego wnętrzu. Jak gdyby kości zmieniły się w ołów. Płuca płonęły mu, a jednocześnie się dusił; wiedział, że nie pomoże mu żadne odkaszlnięcie. Za nim na małych trzykołowych rowerach pojawili się wyżsi ludzie ubrani w stylu zachodnim; przejeżdżając przez kałuże, rozpryskiwali wodę. Tłumy tubylców wchodziły w drogę trójkołowcom i blokowały im przejazd. Kiedy tubylcy mówili albo śmiali się, ich oczy i zęby połyskiwały na tle ciemnych twarzy. Mężczyźni na rowerach mieli jasne twarze; patrzyli na Nirgala, ale nie próbowali walczyć z tłumem. Marsjanin skręcił z powrotem do obozu, wybierając nową drogę. Teraz zielone wzgórza połyskiwały po prawej stronie. Z każdym krokiem droga uciekała mu spod nóg, aż stopy zaczęły płonąć niczym pnie drzewa. To bieganie sprawiało ból! Nirgalowi zdało się, że jego głowa to jakiś gigantyczny balon. Miał wrażenie, że wszystkie mokre zielone rośliny wyciągają się w jego stronę, setki odcieni zielonego płomienia topiły się w jeden główny kolorowy pas, wsączając się w świat. Czarne kropki migały.

— Hiroko — wysapał i pobiegł dalej. Łzy ciekły mu po twarzy, lecz dla postronnych obserwatorów mogły wyglądać jak pot. Hiroko, mówiłaś, że będzie zupełnie inaczej!

Potykając się, Nirgal wbiegł na brunatno-żółte błoto osiedla. Dziesiątki ludzi towarzyszyły mu, gdy zmierzał do Mai. Mimo iż był przemoczony, zarzucił jej ramiona na szyję i położył głowę na ramieniu, łkając.

— Powinniśmy pojechać do Europy — rzuciła Maja gniewnie komuś przez ramię. — Głupotą było przywozić go w takie tropiki.

Nirgal odwrócił się, aby spojrzeć w tył. Zobaczył panią premier.

— Tak tu żyjemy — powiedziała i przeszyła Nirgala urażonym, dumnym spojrzeniem.

Na Mai nie zrobiło ono jednak wrażenia.

— Musimy lecieć do Berna — oświadczyła.

Polecieli do Szwajcarii małym kosmolotem, który dostarczyło Praxis. Podczas przelotu spoglądali na Ziemię z trzydziestu tysięcy metrów: błękitny Atlantyk, nieregularne góry Hiszpanii, podobne do Hellespontus Monies. Potem była Francja, następnie biała ściana Alp, które nie przypominały żadnych gór, jakie Nirgal kiedykolwiek widział. Zimne powietrze z wentylatorów kosmolotu sprawiało, że młody Marsjanin czuł się jak w domu, smucił się jednak na myśl, że nie toleruje otwartego powietrza na Ziemi.

— W Europie poczujesz się lepiej — pocieszyła go Maja.

Przypomniał sobie przyjęcie, które zgotowali ich czworgu Trynidadczycy.

— Tutaj ludzie cię kochają — stwierdził. Chociaż nie czuł się najlepiej, świetnie zauważył, że dugla powitali równie entuzjastycznie jak jego pozostałą trójkę marsjańskich ambasadorów; a zwłaszcza Maję.

— Są szczęśliwi, że przeżyliśmy — odparła Rosjanka, zbywając jego stwierdzenie. — Im się wydaje, że wróciliśmy ze świata umarłych. Coś w rodzaju magii. Nie rozumiesz? Myśleli, że nie żyjemy. Od sześćdziesiątego pierwszego aż do zeszłego roku sądzili, że cała pierwsza setka nie żyje. Sześćdziesiąt siedem lat! I przez ten czas jakaś cząstka każdego z nas rzeczywiście była martwa. A teraz wróciliśmy, wraz z powodzią, gdy wszystko się zmienia. Tak. To jest jak mit. Powrót z podziemia.

— Ale nie dla was wszystkich.

— Zgadza się. — Maja prawie się uśmiechnęła. — Ziemianie muszą jeszcze wszystko to sobie poukładać. Sądzą, że Frank także żyje, i Arkady… może również John, chociaż zabito go na wiele lat przed sześćdziesiątym pierwszym i wszyscy o tym wiedzieli! Przez jakiś czas, w każdym razie. Tyle że ludzie zapominają o takich sprawach. Ludzie po prostu pragną, aby John Boone żył, toteż zapomnieli o Nikozji i mówią, że nadal się ukrywa. — Maja roześmiała się krótko. Myśl ta wyraźnie wytrąciła ją z równowagi.

— Tak jak z Hiroko — zauważył Nirgal, czując ściskanie w gardle. Oblała go fala smutku podobna tej w Trynidadzie, po której był zdeprymowany i zbolały. Zawsze wierzył, że Hiroko żyje i wraz ze swoimi ludźmi ukrywa się gdzieś na południowych wyżynach. Tak zareagował na wstrząsającą wiadomość ojej zniknięciu — miał całkowitą pewność, że udało jej się uciec z Sabishii i że ujawni się znowu, kiedy poczuje, że nadeszła odpowiednia pora; był co do tego przekonany. Teraz, z jakiegoś nieznanego powodu, jego pewność osłabła.

Siedzenie obok Mai zajmował Michel; miał smutną minę. Nirgal poczuł się, jak gdyby spojrzał w lustro; wiedział, że jego oblicze ma identyczny wyraz, czuł to w mięśniach. Obaj, on i Michel, żywili wątpliwości — może smutek Michela dotyczył Hiroko, może innych spraw. Trudno powiedzieć. Nirgal podejrzewał, że Michel nie ma ochoty o tym mówić.

Z przeciwnego końca samolotu obserwował ich obu Sax z przekrzywioną po ptasiemu głową i typowym dla siebie spojrzeniem.

Zaczęli obniżać lot równolegle z wielką północną ścianą Alp, po czym wylądowali na pasie startowym wśród zielonych pól. Poprowadzono ich przez zimny budynek w marsjańskim stylu, potem schodami w dół i do metalicznego pociągu, którym wyjechali z dworca. Popędzili przez zielone pola i już po godzinie znaleźli się w Bernie.

Na ulicach stolicy tłumnie zebrali się dyplomaci i reporterzy. Wszyscy mieli przypięte na piersi plakietki identyfikacyjne i palili się, by porozmawiać z przybyłymi. Miasto było małe, staroświeckie i robiło wrażenie solidnego jak skała. Nirgalowi wydawało się, że w powietrzu unosi się atmosfera nagromadzonej władzy. Po bokach wąskich, brukowanych uliczek stały blisko siebie kamienne budynki z arkadami. Całość wyglądała niezwykle trwale. Przez miasto przepływała rwąca rzeka Aare, wyginając się w kształt litery „S”; główna część stolicy leżała w jednym dużym łuku. Tłoczący się na ulicach tej dzielnicy byli przeważnie Europejczykami: biali ludzie o wyglądzie pedantów, nieco wyżsi niż większość Ziemian; kręcili się tu i ówdzie, rozmawiając. Spora grupka zawsze gromadziła się wokół Marsjan i przedstawicieli ich eskorty, którzy mieli obecnie na sobie błękitne mundury szwajcarskiej żandarmerii wojskowej.

Nirgal, Sax, Michel i Maja otrzymali pokoje w siedzibie Praxis, w małym kamiennym budynku nad rzeką Aare. Nirgal zdziwił się, że Szwajcarzy stawiają budynki tak blisko brzegu — wzrost poziomu wody w rzece nawet o dwa metry wróżył katastrofę. Najwyraźniej mieszkańcy stolicy nie przejmowali się tym albo ściśle kontrolowali bieg rzeki, mimo iż spływała z najbardziej urwistego pasma górskiego, jakie Nirgal kiedykolwiek widział. Terraformowanie, prawdziwe terraformowanie; nic dziwnego, że Szwajcarzy świetnie sobie radzili na Marsie.

Budynek Praxis stał zaledwie kilka kroków od starego centrum miasta. Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości zajmował szereg biur obok szwajcarskich biurowców federalnych, blisko środka rzecznego półwyspu. Każdego ranka schodzili więc brukowaną główną ulicą, Kramgasse, która wydawała się niewiarygodnie czysta, goła i — w porównaniu z główną ulicą Port of Spain — nie było tłoku. Przechodzili pod średniowieczną wieżą z zegarem o ozdobnym cyferblacie i mechanicznymi figurkami; przypominała jeden z alchemicznych diagramów Michela przekształconych w obiekt trójwymiarowy. Później Marsjanie wchodzili do biura Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości, gdzie z kolejnymi grupami osób omawiali sytuację na Marsie i na Ziemi: z urzędnikami ONZ, członkami rządów narodowych, kierownikami konsorcjów metanarodowych, organizacjami pomocy, przedstawicielami środków przekazu. Wszyscy chcieli wiedzieć, co się dzieje na Czerwonej Planecie, co Mars zamierza teraz zrobić, co ich czwórka myśli o sytuacji na Ziemi, jaką pomoc Mars może zaoferować Ziemi. Nirgal stwierdził, że z większością ludzi, którym go przedstawiano, naprawdę łatwo mu się rozmawia. Wszyscy wydawali się dobrze rozumieć wydarzenia na obu planetach, realistycznie oceniali „ratownicze” możliwości Marsa wobec Ziemi; chyba nie oczekiwali, że kiedykolwiek jeszcze uda im się przejąć kontrolę nad tą planetą ani też nie spodziewali się powrotu metanarodowego porządku sprzed potopu.

Niestety, niektórzy rozmówcy czwórki Marsjan byli do nich nastawieni bardziej wrogo. Maja była przekonana, że wielu negocjatorów i reporterów cechuje swoisty geocentryzm. Nie interesowali się żadnymi tematami, które nie łączyły się ze sprawami ich planety; Mars niby ich interesował, lecz właściwie nie wydawał im się ważny. Gdy Maja po raz pierwszy napomknęła mu o swoim spostrzeżeniu, Nirgal zaczął coraz częściej zauważać niechęć różnych osób. Ich nastawienie uznał w pewien sposób za… pocieszające, uświadomił sobie bowiem, że kojarzą mu się z młodymi Marsjanami, których cechowało stanowisko zdecydowanie areocentryczne; równocześnie byli konsekwentni i autentyczni. Miało to sens; i miało w sobie pewien rodzaj realizmu.

Powoli Nirgal zaczął dochodzić do przekonania, że ci Ziemianie, którzy okazują zbyt wielkie zainteresowanie jego planetą, są raczej kłopotliwi: niektórzy metanarodowi kierownicy z korporacji, które sporo zainwestowały w terraformowanie Marsa, albo członkowie rządów z gęsto zaludnionych państw, którzy pragnęli się pozbyć ogromnej liczby swoich obywateli. Na spotkaniach z przedstawicielami Armscoru, Subarashii, Chin, Indonezji, Ammexu, Indii, Japonii i japońskiej rady metanarodowej Nirgal przysłuchiwał się z wielką uwagą dyskusjom, a jeśli już się odzywał, starał się głównie zadawać pytania. Widział, że niektórzy z najwierniejszych marsjańskich sojuszników, zwłaszcza Indie i Chiny z powodu liczebności swych obywateli, łatwo mogą się stać dla Marsa zagrożeniem. Gdy Nirgal mówił Mai o swoich obserwacjach, kiwała głową z naciskiem i ponurą miną.

— Miejmy nadzieję, że uratuje nas sama odległość — oświadczyła. — Szczęśliwym trafem, aby do nas dotrzeć, trzeba odbyć podróż kosmiczną. Niezależnie od zaawansowania metod transportu, zawsze to jakieś utrudnienie. Stale musimy się jednak mieć na baczności. Ale… Nie mówmy tutaj o tych kwestiach. W ogóle nie mówmy zbyt wiele.

Podczas przerwy obiadowej Nirgal poprosił swoją grupę eskortującą (tuzin albo i więcej Szwajcarów, którzy przebywali z nim przez cały dzień), aby poszła z nim do katedry, podobno nazywanej w Szwajcarii „Potworem”. Na jednym końcu katedry znajdowała się wieża, na którą trzeba się było wspiąć wąskimi, spiralnymi schodami. Nirgal prawie codziennie brał kilka głębokich wdechów, po czym ruszał w górę. Gdy się zbliżał do wierzchołka, był zasapany i spocony. W bezchmurne dni, które nie zdarzały się zbyt często, przez otwarte łuki szczytowego pomieszczenia dostrzegał daleką, stromą ścianę Alp. Ta wyszczerbiona biała ściana (słyszał, że nazywano ją Berner Oberland) zajmowała cały horyzont, w czym przypominała jedną z wielkich marsjańskich skarp, tyle że niemal cała była pokryta śniegiem — z wyjątkiem trójkątnych, północnych płaszczyzn obnażonej skały w kolorze jasnoszarym nie występującego na Marsie granitu. Granitowe góry powstały w następstwie zderzenia tektoniki płyt i nadal były świetnie widoczne ślady ich gwałtownych początków.

Miedzy tym majestatycznym białym pasmem i Bernem ciągnął się szereg niskich pasm zielonych wzgórz, trawiastych turni przywodzących na myśl zielenie na Trynidadzie; lasy iglaste były nieco ciemniejsze. Tak wiele zieleni… Nirgal znowu dziwił się, że tak dużą część Ziemi porastało życie roślinne; litosfera oblana gęstą starożytną osłoną biosfery.

— Tak — przyznał Michel, gdy pewnego dnia obserwował wraz z nim krajobraz. — Biosfera w tym miejscu pleni się nawet na bardzo wysoko położonych warstwach skał. Wszędzie roi się życie, wszędzie jest obfite…

Michel bardzo chciał pojechać do Prowansji. Byli niedaleko, godzinę lotu czy też noc pociągiem. Francuza nie interesowały rozmowy w Bernie, twierdził, że to tylko nie kończące się kłótnie typowe dla polityki.

— Powódź, rewolucja czy też przemiana słońca w supernową będą się zdarzały ciągle! Ty i Sax możecie się tym zajmować, potraficie podejmować właściwe decyzje… znacznie lepiej niż ja.

— A Maja jeszcze lepiej.

— No cóż, tak. Ale chciałbym, żeby pojechała ze mną. Musi zobaczyć, inaczej nie zrozumie.

Jednak Maję całkowicie pochłaniały negocjacje z ONZ, coraz poważniejsze, odkąd na Marsie uchwalono nową konstytucję. Organizacja Narodów Zjednoczonych wciąż jeszcze była niestety bardzo mocno zależna od metanarodowców, natomiast Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości nadal wspierał nowe, młode demokracje. Dyskusje odbywały się w różnych salkach konferencyjnych i poprzez system wideo. Prowadzono je z wigorem, czasem pewną dozą wesołości, zdarzało się też, że i wrogo. Jednym słowem, rozmowy wkroczyły w ważną fazę i Maja każdego ranka ruszała do „walki”, nie miała więc cierpliwości wysłuchiwać o wyjeździe do Prowansji. Powiedziała Michelowi, że odwiedziła południe Francji w młodości i nie chce tam wracać, nawet z życiowym partnerem.

— Maja mówi, że nie ma już plaż! — żalił się Francuz. — Jak gdyby w Prowansji najważniejsze były plaże!

W końcu, po kilku tygodniach próśb, zasmucony Michel wzruszył ramionami, skapitulował i zdecydował się samotnie odwiedzić rodzinny kraj.

W dniu jego wyjazdu Nirgal odprowadził przyjaciela na stację kolejową przy końcu głównej ulicy, a potem stał, machając i patrząc na powoli oddalający się pociąg. W ostatnim momencie Michel wysunął głowę przez okno i z uśmiechem pomachał Nirgalowi, zaskoczonemu tą niezwykłą zmianą w wyrazie twarzy Francuza, który szybko się pogodził z nieobecnością Mai. Nirgal zrozumiał, że Michel jest szczęśliwy, i poczuł zadowolenie, a potem ukłucie zazdrości, uświadomił sobie bowiem, że na żadnej z planet nie istnieje miejsce, do którego on sam tak bardzo pragnąłby pojechać.

Gdy pociąg zniknął, Nirgal, jak zwykle w otoczeniu eskorty i przedstawicieli mediów, zszedł Kramgasse i „wepchnął” swoje ważące tu dwa i pół razy więcej ciało w górę po dwustu pięćdziesięciu czterech spiralnych schodkach Potwora, skąd na południu miał widok na ścianę Berner Oberland. Spędzał na górze dużo czasu. Czasami opuszczał wczesnopopołudniowe zebrania; pozwalał, by wszystkim zajmowali się Sax i Maja. Szwajcarzy prowadzili spotkania jak zawsze solidnie. Miały swój program i zawsze rozpoczynały się zgodnie z planem. Skrupulatność i drobiazgowość Szwajcarów czasami nie pozwalała wypełnić całego porządku dziennego. Tak jak ich rodacy na Marsie — Jürgen, Max, Priska i Sibilla — potrafili wyznaczać sobie zadania i dobrzeje wypełniać. Cechowała ich też pedantyczność oraz twarde, pozbawione sentymentów umiłowanie komfortu, przyzwoitości i dobrych obyczajów. Taką postawę Kojot wyśmiewał lub nią pogardzał, twierdząc, że zagraża życiu. Jednakże leżące w dole eleganckie kamienne miasto przepełnione kwiatami i kwitnącymi jak kwiaty ludźmi mówiło samo za siebie. Nirgal długo był bezdomny. Michel miał swoją Prowansję, ale dla Nirgala wszystkie miejsca były takie same. Jego rodzinne miasto roztrzaskała czapa polarna, matka zniknęła bez śladu. Od tamtego czasu każda miejscowość była jedynie punktem na mapie. Jego domem pozostawał stale się zmieniający Mars. Nirgal uświadomił to sobie, przyglądając się Szwajcarii. Pragnął znaleźć dom o kamiennych, solidnych jak tysiąclecie ścianach, pokryty dachówką.

Spróbował się skupić na zebraniach w siedzibie Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości i w szwajcarskim Bundeshausie. Praxis ciągle przewodziła organizacjom zwalczającym skutki powodzi, świetnie potrafiła działać bez planów; niemal zmieniła się w spółdzielnię skoncentrowaną na produkcji podstawowych dóbr i usług, łącznie z kuracją przedłużającą życie. Wiodła prym i pokazywała wszystkim wokół, jak należy się zachować w tak trudnej sytuacji. Czworo podróżników widziało skutki działalności Praxis na Trynidadzie, gdzie większą część pracy wykonywali wprawdzie przedstawiciele ruchów lokalnych, lecz konsorcjum — jak wszędzie na świecie — wspomagało ich projekty. Mówiło się, że William Fort jest nastawiony krytycznie do „spółdzielczego transnarodowca”, jak nazywał teraz swoje dawne przedsiębiorstwo, które obecnie było jedną z setek ratowniczych agencji usługowych, które wszędzie na świecie zajmowały się przemieszczaniem populacji przybrzeżnych oraz budową bądź przesuwaniem na wyższy teren nowej infrastruktury przybrzeżnej.

Ta luźna sieć wysiłków związanych z odbudową normalnego życia spotkała się jednakże z pewnym oporem ze strony innych metanarodowców, którzy skarżyli się, że dużą część ich infrastruktury, kapitału i siły roboczej znacjonalizowano, zlokalizowano, przywłaszczono, przekazano lub rozkradziono. Dochodziło do potyczek i starć, zwłaszcza tam, gdzie zdarzały się już wcześniej; w końcu powódź pojawiła się w samym środku jednego z ogólnoświatowych ataków klęsk i kryzysów, i chociaż wiele się zmieniło, walki nadal trwały, czasami pod przykrywką akcji ratunkowych.

Szczególnie Russell interesował się tym problemem, przekonany, że wojny globalne roku 2061 wcale nie rozstrzygnęły podstawowych kwestii związanych z niesprawiedliwością ziemskiego systemu ekonomicznego. Jak to było w zwyczaju Saxa, nalegał na omówienie tego punktu na zebraniach i po pewnym czasie najwyraźniej udało mu się (przynajmniej tak sądził Nirgal) przekonać sceptycznych słuchaczy z ONZ i konsorcjów metanarodowych, że zastosowanie metody Praxis jest niezbędne dla przetrwania ich samych i ich cywilizacji. Sax wyjaśnił Nirgalowi na osobności, że nie ma zbytniego znaczenia, o co tamci bardziej dbają: o siebie czy o cywilizację, ważne, aby wprowadzili choćby jakiś makiaweliczny pozór programu Praxis — wszyscy potrzebowali pięknego okresu pokojowej współpracy.

Podczas każdego spotkania Nirgal musiał się koncentrować aż do bólu, stale myśleć logicznie i angażować się, co było tym trudniejsze, że od przylotu na Ziemię czuł się ogromnie roztargniony. Sądził jednak, że Sax Russell musi mieć rację — był przecież dla Ziemian Wielkim Terraformerem Marsa, współczesnym żywym awatarem Wielkiego Mędrca, kimś w rodzaju dalajlamy nauki, trwałą reinkarnacją ucieleśnionego ducha nauki — czyli największym aktualnie naukowcem. Metanarodowcy uważali go również za głównego twórcę najrozleglejszego nowego rynku zbytu w historii, za co byli mu bardzo wdzięczni. Poza tym, jak zauważyła Maja, Russell uosabiał „zmartwychwstałą” grupę, był jednym z przywódców pierwszej setki.

W budowie własnego wizerunku dodatkowo pomagał mu dziwny, pełen wahań styl wypowiedzi. Fakt, że Sax mówił z trudem, zmienił go w swego rodzaju wyrocznię; Ziemianie sądzili chyba, że starzec myśli na tak wysokim poziomie, że potrafi mówić jedynie zagadkami. I chyba kogoś takiego właśnie potrzebowali. Tak rozumieli naukę — obiegowa teoria fizyczna mówiła, że ostateczna rzeczywistość to ultramikroskopijne pętle struny, które poruszają się supersymetrycznie w dziesięciu wymiarach. Słysząc tego typu stwierdzenia, ludzie dochodzili do wniosku, że fizycy to istoty niesamowite. Coraz powszechniejsze używanie translatorów AI przyzwyczajało wszystkich do najdziwniejszych zwrotów; prawie każdy, kogo Nirgal spotkał, mówił po angielsku, lecz każdy nieco inaczej. Miał wrażenie, że Ziemia jest mieszaniną idiolektów i że tutaj nie ma dwu osób posługujących się tym samym językiem.

Z tego też względu Saxa słuchano z największą powagą.

— Powódź oznacza punkt przełomowy w historii — powiedział pewnego ranka w sali Bundeshausu na wielkim ogólnym zebraniu Narodowej Rady. — Nastąpiła naturalna rewolucja. Pogoda na Ziemi się zmienia, podobnie jak lądy czy prądy mórz. Dochodzi do zmian w populacjach ludzkich i zwierzęcych. W tej sytuacji nie ma powodu, by próbować przywrócić świat sprzed potopu. Nie jest to po prostu możliwe. Istnieje natomiast wiele przyczyn dla ustanowienia udoskonalonego społecznego porządku. Stary był… wadliwy. Powodował rozlew krwi, głód, niewolnictwo i wojnę. Cierpienie. Niepotrzebną śmierć. Śmierć zawsze się będzie zdarzać, jednak do każdej osoby powinna przyjść jak najpóźniej. Na końcu dobrego życia. To cel wszystkich racjonalnych układów społecznych. Uznajmy więc powódź za okazję — zarówno tutaj, jak i na Marsie — do… przerwania rozkładu.

Urzędnicy z ONZ i doradcy metanarodowców zmarszczyli na te słowa brwi, niemniej jednak słuchali dalej. Cały świat obserwował Russella. Nirgal uważał, że to, co nie wydaje się ważne grupie przywódców w jednym europejskim mieście, może być znaczące dla mieszkańców wiosek, którzy oglądają człowieka z Marsa w telewizji. W każdym razie, Praxis, Szwajcaria i ich sojusznicy na całym świecie przeznaczali bogactwa na pomoc uchodźcom oraz kuracje przedłużające życie i wszędzie przyłączali się do nich ludzie. Jeśli w trakcie ratowania świata można zarobić na życie, jeśli pomoc światu uosabia najlepszą okazję na stabilizację i długie życie człowieka, a także życiową szansę dla jego dzieci — w takim razie, dlaczego nie? Dlaczego nie? Co miała do stracenia większość ludzi? W końcu, epoka późnometanarodowa przyniosła korzyści tylko niektórym osobom, natomiast miliardy mieszkańców planety pomijano, a ich sytuacja stale się pogarszała.

Zatem metanarodowcy masowo tracili swoich pracowników. Nie mogli ich do siebie przywiązać ani zastraszyć, toteż potrafili zatrzymać tylko w jeden sposób: wprowadzając te same programy, które zainicjowała Praxis. Podobno tak postępowali, w każdym razie dużo o tym mówili. Maja podejrzewała, że zarządzili jedynie powierzchowne zmiany, upodabniając się do Praxis na tyle, by nie stracić swoich robotników i zysków. Może Sax miał rację, twierdząc, że konsorcja nie zdołają zapanować nad sytuacją i wbrew sobie wprowadzą nowy porządek.

To właśnie Nirgal zdecydował się powiedzieć, gdy musiał zabrać głos podczas konferencji prasowej w dużej bocznej sali Bundeshausu. Stanął na podium, spojrzał na pomieszczenie pełne reporterów i delegatów — tak różne od zaimprowizowanego stołu w magazynie na Pavonis, osiedla wykarczowanego z dżungli Trynidadu czy też zebrania pewnej dzikiej nocy w Burroughs — i nagle zrozumiał swoją rolę: miał być przedstawicielem młodych Marsjan, głosem nowego świata. Rozsądek trzeba zostawić Mai i Saxowi; on miał po prostu przekazać inny punkt widzenia.

— Wszystko będzie dobrze — zaczął, starając się objąć wzrokiem jak najwięcej osób spośród zebranych. — Na każdy moment w historii składa się mieszanina archaicznych elementów, spraw sięgających korzeniami w przeszłość, aż do prehistorii. Teraźniejszość zawsze stanowi melanż tych różnych dawnych składników. Ciągle istnieją rycerze na koniach, którzy zabierają wieśniakom plony. Nadal trwają gildie i plemiona. Wielu ludzi porzuca obecnie pracę, aby pomóc organizacjom niwelującym skutki powodzi. To coś nowego, lecz także stara, dobrze znana pielgrzymka. Oni pragną zostać pielgrzymami, mieć przed sobą duchowy cel, wykonywać prawdziwą pracę — znaczącą pracę. Nie będą już tolerowali okradania ich z wypracowanych zysków. Siedzący tu przede mną przedstawiciele arystokracji! Wyglądacie na zmartwionych. Może będziecie musieli zacząć na siebie pracować, żyć dzięki własnej pracy, żyć na takim samym poziomie, co reszta. Taka jest prawda — to się zdarzy. Będzie to jednak dobre, nawet dla was. Jeśli człowiekowi wystarcza jedzenia, powinien być równie zadowolony jak podczas obfitej biesiady. Nasze dzieci są najbezpieczniejsze, kiedy panuje równość. Obecna powszechna dostępność kuracji przedłużającej życie ma ogromne znaczenie dla demokracji. Jest jej fizycznym dowodem. Zdrowie dla wszystkich! Być może, za parę lat dojdzie do wybuchu pozytywnej ludzkiej energii, która wspaniale przekształci Ziemię.

Ktoś z tłumu wstał i spytał, jakie są szansę na ten ludzki wybuch, a Nirgal pokiwał głową.

— No, tak, oczywiście, to istotny problem. Nie trzeba być demografem, aby dostrzec, że gdy rodzą się nowi ludzie, a starzy nie umierają, populacja bardzo szybko osiągnie nieprawdopodobny poziom. Poziom nie do utrzymania… A wtedy nastąpi załamanie. Więc… Trzeba zająć się tą kwestią teraz. Należy — przynajmniej na jakiś czas — zmniejszyć tempo narodzin. Taka sytuacja nie musi trwać wiecznie. Kuracje przedłużające życie nie zapewniają nieśmiertelności. W końcu pierwsze pokolenia, które poddano kuracji, wymrą, rozwiązując problem przeludnienia. Powiedzmy, że aktualna populacja na obu planetach wynosi piętnaście miliardów ludzi. Jest nas dużo, jeśli zatem zdecydujecie się zostać rodzicami, nie możecie się skarżyć, ponieważ to właśnie wasza długowieczność stwarza kłopot. W dodatku rodzicielstwo oznacza jedno dziecko lub… dziesięcioro. Powiedzmy, że każdej parze pozwolimy mieć jednego potomka… Z obecnego pokolenia urodzi się wówczas siedem i pół miliarda dzieci. Wszystkie one zostaną oczywiście także poddane kuracji i rozpieszczane na wszelkie możliwe sposoby, są bowiem bogactwem naszego świata. Dzieci te spłodzą cztery miliardy kolejnych dzieci, ich dzieci — dwa miliardy i tak dalej. Nawet jeśli nikt do tego czasu nie umrze, populacja będzie rosła, lecz w coraz powolniejszym tempie. W jakimś momencie, może za sto lat, może za tysiąc, wymrze pierwsze pokolenie, prędzej czy później na pewno się to stanie. Wówczas populacja zmaleje prawie o połowę, ludzie ocenią sytuację, infrastrukturę, środowisko obu światów — jednym słowem pojemność całego Układu Słonecznego — i być może pary będą mogły sobie pozwolić na posiadanie dwojga dzieci. Nastąpi zmiana pokoleniowa, równowaga, a może jeszcze coś innego. Ludzie będą mieli wybór, kryzys populacyjny skończy się, choć może dojdzie do tego dopiero za tysiąc lat.

Nirgal przerwał i rozejrzał się po widowni; urzeczeni ludzie obserwowali go w milczeniu. Zrobił gest ręką, aby się zbliżyli.

— Tymczasem, musimy pomóc sobie nawzajem. Musimy się dostosować i zadbać o powierzchnię. Mars może pomóc Ziemi, ponieważ stale eksperymentuje ze swoją powierzchnią. Uczymy się tego wszyscy, niektóre wnioski można przenieść tutaj. Poza tym, co ważniejsze, chociaż większość populacji zawsze będzie mieszkała tu, na Ziemi, znaczny jej ułamek może się przeprowadzić na Marsa. To nieco złagodzi waszą sytuację, a my będziemy szczęśliwi, że możemy was przyjąć. Mamy obowiązek przyjąć tak wiele osób, jak to tylko możliwe, ponieważ ciągle jesteśmy Ziemianami. Tkwimy w tym wszystkim razem. Ziemia i Mars… Zresztą, w Układzie Słonecznym istnieją jeszcze inne możliwe do zaludnienia światy. Żaden nie jest wprawdzie tak duży jak nasze dwa, ale jest ich wiele. Wykorzystując je i współpracując ze sobą, możemy doprowadzić do zakończenia ery przeludnienia. A później czeka nas złoty wiek.

Jego mowa wywarła wrażenie, co potwierdziła burza w mediach. W następnych dniach Nirgal prowadził wielogodzinne rozmowy z różnymi grupami, rozwijając szczegółowo myśli, które wyraził na zebraniu. Praca była wyczerpująca, toteż po kilku tygodniach nieprzerwanych dyskusji, pewnego bezchmurnego poranka wyjrzał przez okno sypialni, a potem wyszedł i omówił z członkami swojej eskorty temat wyprawy górskiej. Zgodzili się przekazać ludziom w Bernie, że Nirgal wyrusza na prywatną wycieczkę; później wsiedli w pociąg i wyruszyli w Alpy.

Pociąg pędził z Berna na południe obok długiego błękitnego jeziora o nazwie Thun, które otaczały strome trawiaste turnie, ziemne wały i iglice szarego granitu. Dachy domów w miastach na brzegu jeziora pokrywała łupkowa dachówka; nad budynkami górowały stare drzewa, a w pewnej chwili zamek. Wszystko było utrzymane w idealnym stanie. Pomiędzy miastami rozciągały się zielone pastwiska z rzadka usiane dużymi drewnianymi domami farmerów — w każdym oknie i balkonie kwitły w skrzynkach czerwone goździki. Ludzie z eskorty powiedzieli Nirgalowi, że ten styl nie zmienił się od pięciuset lat, był typowy dla tej ziemi, jak gdyby w sposób naturalny do niej należał. Zielone turnie oczyszczono z drzew i kamieni, bowiem w pierwotnym stanie porastały je lasy. Przestrzenie te zatem sterraformowano, tworząc na wzgórzach ogromne łąki, które dostarczały paszy bydłu. Dla kapitalistycznych wartości ekonomicznych takie rolnictwo niewiele znaczyło, niemniej jednak Szwajcarzy i tak wspierali wysoko położone farmy, ponieważ uważali je za ważne bądź piękne, a może z obu tych powodów. Taka już była Szwajcaria.

„Istnieją ważniejsze wartości wyższe od ekonomicznych” — powiedział Wład na marsjańskim kongresie i Nirgal uświadomił sobie teraz, że niektórzy Ziemianie rzeczywiście w to wierzą, przynajmniej częściowo. Werteswandel, mawiali w Bernie, „mutacja wartości” (choć słowo to można również przetłumaczyć jako „ewolucja wartości”, „powrót wartości”); chodziło raczej o stopniową zmianę niż o przerwanie stanu równowagi. Farmy stanowiły przykład ładnego szczątkowego archaizmu, który przetrwał. Teraz te wysokie, odosobnione górskie doliny pokazywały światu, jak żyć; duże farmerskie domy unoszące się na zielonych falach.

Promień żółtego słońca przedarł się przez chmury i dotknął wzgórza za jedną z takich farm, a wtedy turnia błysnęła w szmaragdowej masie — niezwykła, intensywna zieloność widoku oszołomiła Nirgala, po chwili nawet zakręciło mu się w głowie. Trudno się skupić na tak promiennej zieleni!

Heraldyczne wzgórze zniknęło zamiast niego w oknie pojawiły się inne, jedna zielona fala po drugiej, jarzące się własną oryginalnością. W pobliżu miejscowości Interlaken pociąg skręcił i zaczął się wspinać doliną tak stromą, że w niektórych miejscach tory przechodziły pod tunelami wydrążonymi w jej skalistych stokach, wykonując wewnątrz góry spiralny obrót o pełne trzysta sześćdziesiąt stopni. Gdy pociąg wyjeżdżał z tunelu w słońce, jego przód znajdował się tuż ponad jego końcem.

Pędził po zwykłych torach, nie po magnetycznych, ponieważ Szwajcaria nie dała się przekonać, że nowa technologia stanowi udoskonalenie wystarczające, aby usprawiedliwić wymianę już położonych szyn. Wspinający się na wzgórze pociąg lekko więc wibrował, a nawet kołysał się z boku na bok, czemu towarzyszył łoskot i zgrzytanie trących o siebie metalowych części.

Wysiedli w Grindelwaldzie, na stacji przesiedli się do znacznie krótszego pociągu, który wiózł ich w górę, pod ogromny północny stok Eigeru. Z dołu Nirgalowi wydawało się, że ta kamienna ściana ma wysokość zaledwie kilkuset metrów; dokładniej dostrzegał jej rozmiar z odległości pięćdziesięciu kilometrów, gdy patrzył z berneńskiego Potwora. Teraz młody Marsjanin pragnął ją zobaczyć z bliska, a tymczasem kolejka z warkotem wjechała do wydrążonego w górze tunelu i w ciemnościach — rozświetlonych jedynie blaskiem wewnętrznych świateł pociągu i krótkotrwałymi błyskami światełek znajdujących się na jednym boku tunelu — zaczęła wykonywać spirale i ostre zakręty. Eskorta Nirgala — około dziesięciu muskularnych mężczyzn — rozmawiała między sobą cichą, gardłową szwajcarską odmianą języka niemieckiego.

Wyjechali ponownie na światło dzienne i dotarli na małą stację zwaną Jungfraujoch, „najwyżej położoną stację kolejową w Europie”, jak oznajmiał znak z napisem w sześciu językach: nic dziwnego, ponieważ wybudowano ją w lodowatej przełęczy między dwoma wielkimi wierzchołkami Mönch i Jungfrau na wysokości 3454 metrów nad poziomem morza. Tu kończyły się tory.

Nirgal wysiadł i poszedł za członkami swojej eskorty. Ze stacji wyszli na wąski taras przed budynkiem. Powietrze było rzadkie, czyste, rześkie, temperatura wynosiła około dwustu siedemdziesięciu kelwinów — najlepsze powietrze, jakim Nirgal oddychał od chwili odlotu z Marsa. Było tak znajome, że młodzieńcowi zakręciła się łza w oku. Ach, co to za miejsce!

Mimo okularów przeciwsłonecznych światło było niezwykle jaskrawe. Niebo zabarwiło się ciemnym kobaltem. Większość stoków górskich pokrywał śnieg, choć w wielu miejscach wystawał spod niego granit, zwłaszcza na północnych stokach, gdzie urwiska były zbyt strome, aby utrzymała się na nich pokrywa śnieżna. Tu, w górze, Alpy już nie przypominały marsjańskiej skarpy. Każda masa skalna miała niepowtarzalny, typowy tylko dla siebie wygląd, każda była oddzielona od reszty głębokimi obszarami pustego powietrza, na przykład lodowcowymi dolinami, czyli niezwykle przepastnymi szczelinami w kształcie litery „U”. Na północy tektoniczne makrorowy leżały o wiele niżej i bywały zielone lub nawet wypełnione jeziorami. Na południu jednakże znajdowały się wysoko i zapełniał je tylko śnieg, lód i skały. Tego dnia wiatr wiał właśnie z południowego stoku, przynosząc ze sobą lodowy chłód.

Na dnie lodowej doliny położonej bezpośrednio na południe od przełęczy Nirgal dostrzegł ogromny, wygięty, biały płaskowyż, stanowiący wielkie zlewisko lodowców, które spłynęły do niego z otaczających go wysokich basenów. Przedstawiciele eskorty powiedzieli Marsjaninowi, że płaskowyż nazywa się Concordiaplatz. Spotkały się w nim cztery duże lodowce i przelały się na południe, tworząc jeden — Grosser Aletschgletscher, najdłuższy lodowiec w Szwajcarii.

Nirgal zszedł tarasem do końca, aby w pełni obejrzeć tę lodową dzikość. Na końcu tarasu zauważył schodkowy szlak w dół, wykuty w twardym śniegu południowej ściany, w miejscu, gdzie podnosiła się ku przełęczy. Ścieżka ta wiodła do znajdującego się pod nimi lodowca, a stamtąd na Concordiaplatz.

Poprosił eskortę, aby pozostała na stacji i poczekała na niego, miał bowiem ochotę na samotną wędrówkę. Szwajcarzy zaprotestowali, jednak latem lodowiec był pozbawiony śniegu, wszystkie lodowcowe szczeliny świetnie widoczne, żadne z nich zresztą nie leżały na szlaku; nie było też na nim nikogo innego w ten chłodny letni dzień. Niemniej jednak członkowie eskorty nie byli pewni, czy mogą pozwolić mu pójść, a dwóch ostro nalegało, by mu towarzyszyć, przynajmniej przez część drogi; mieli iść w pewnej odległości za nim… „ot, tak, na wszelki wypadek”.

W końcu Nirgal przystał na ten warunek, naciągnął kaptur i powędrował w dół lodowymi schodkami. Zejście nie było przyjemne, lecz w końcu znalazł się na równiejszym obszarze Jungfraufirn. Otaczające tę śnieżną dolinę pasma biegły na południe z Jungfrau i Mönch, potem po kilku wysokich kilometrach opadały gwałtownie na Concordiaplatz. Ze szlaku skała pasma wydawała się czarna, ale może powodował tę barwę kontrast z bielą śniegu. Tu i tam na śniegu widać było plamy bladego różu — glony. Życie krzewiło się więc nawet tutaj. Przez większą część drogi obszar stanowił mieszaninę czystych barw: bieli i czerni, nad nimi wisiała kopuła nieba w kolorze żelazawego błękitu. Nirgalowi towarzyszył zimny wiatr wpadający do kanionu z Concordiaplatz. Marsjanin chciał zejść na płaskowyż i rozejrzeć się, nie wiedział jednakże, czy zdoła wrócić do wieczora. Bardzo trudno było mu ocenić, w jakiej odległości od niego znajdują się widoczne twory skalne; równie dobrze mogły leżeć o wiele dalej, niż sądził. Wiedział jednakże, że może iść w jedną stronę tak długo, aż słońce znajdzie się w pół drogi do zachodniego horyzontu, a potem wrócić, toteż wędrował szybko po firnie w dół wzgórza oświetlonego blaskiem słońca. Czuł się tak, jak gdyby niósł w sobie drugą osobę, słyszał też dwóch członków eskorty, którzy wlekli się za nim w odległości jakichś dwustu metrów.

Przez długi czas po prostu szedł. Droga nie była trudna. Pod brązowymi butami chrzęściła mu ziarnista, lodowa powierzchnia. Mimo chłodnego wiatru słońce lekko topiło wierzchnią warstwę. Powierzchnia była zbyt jaskrawa, aby Nirgal dokładnie dostrzegał drogę, nawet w okularach przeciwsłonecznych; gdy szedł, drobinki lodu podskakiwały, połyskując czernią.

Pasma po obu stronach zaczęły opadać, gdy dotarł do Concordiaplatz. Spojrzał w górę i dostrzegł lodowce prowadzące do innych wysoko położonych kanionów, jak gdyby w górę lodowych palców wycelowanej w słońce dłoni, której „nadgarstek” zbiegał na południe: był to Grosser Aletschgletscher. Nirgal stał w środku otwartej ku słońcu „białej dłoni”, obok linii rumoszu. Tu lód był dziobaty, chropowaty i miał niebieskawy odcień.

Wiatr smagał Nirgala i przeszywał. Obrócił się powoli wokół własnej osi niczym mała planeta albo dziecięcy bąk, który właśnie ma się przewrócić, i próbował znaleźć siły, aby stawić czoło wichurze. Otaczający go krajobraz był duży, jasny, wietrzny i rozległy. Masa bieli wydawała się miażdżąco ciężka, a w dodatku za nią rozciągała się ciemność przywodząca na myśl mrok kosmicznej próżni. Nirgal zdjął okulary przeciwsłoneczne, pragnął bowiem zobaczyć, jak naprawdę wygląda okolica przed nim, lecz blask był tak nagły i gwałtowny, że młody Marsjanin musiał zamknąć oczy, a potem ukryć twarz w zgięciu ramienia; mimo zamkniętych oczu widział pulsujące, bezgłośne, wielkie, białe pręgi i nawet powidok sprawiał mu ból swą oślepiającą intensywnością.

— Och! — krzyknął i roześmiał się, zdecydowany spróbować jeszcze raz, natychmiast gdy powidoki się zmniejszą, ale zanim jego źrenice ponownie się rozszerzą. Tak zrobił, lecz druga próba była równie bolesna jak pierwsza. Jak śmiesz próbować patrzeć na mnie takiego, jakim jestem!, krzyczał milcząco świat. — Mój Boże — powiedział Nirgal, po czym dodał z uczuciem: — Hej, Ka.

Założył z powrotem okulary na zamknięte oczy i spojrzał poprzez podskakujące powidoki: pierwotny krajobraz lodu i skały stopniowo wysuwał się spod pulsujących pręg czerni; biel i neonowa zieleń wróciły. Biel i zieleń. Więc to jest biel. Pusty świat nieożywionego kosmosu. To miejsce było równie znaczące jak pierwotny krajobraz marsjański. Świat podobnie duży jak na Marsie, tak, a nawet większy ze względu na odległe horyzonty i miażdżącą grawitację. Był też bardziej stromy, bielszy i bardziej wietrzny — hej Ka, wiatr przeszył straszliwym zimnem futrzaną kurtkę Nirgala — o wiele wietrzniejszy, nawet chłodniejszy. Ach, Boże, Nirgal miał wrażenie, że wiatr przebija mu serce i nagle uświadomił sobie, że Ziemia jest tak ogromna, iż wśród rozmaitości swych krain posiada również regiony bardziej marsjańskie niż sam Mars. Jest wielka i wspaniała, może nawet wspanialsza niż Mars!

Obserwacja ta wstrząsnęła Nirgalem. Stał bez ruchu i patrzył, usiłując się uspokoić. Wiatr zamarł na moment. Świat potrafił być również nieruchomy. Żadnego ruchu, żadnego dźwięku.

Nirgal zaczął się wsłuchiwać, szukając dźwięków, niczego jednak nie usłyszał, miał więc wrażenie, że cisza staje się coraz bardziej namacalna. Ów niemy świat nie przypominał niczego, co Nirgal wcześniej widział. Zastanowił się nad tą myślą: na Marsie zawsze przebywał w namiotach lub — jeśli wychodził na zewnątrz — w skafandrze: zawsze więc towarzyszyła mu jakaś aparatura, z wyjątkiem rzadkich spacerów po powierzchni, które odbywał w ostatnich latach. Zawsze jednak słyszał wiatr albo szum maszynerii. A może po prostu nigdy nie wsłuchał się w taką ciszę. Teraz ogarnęło go tylko wielkie milczenie, milczenie samego wszechświata. Wiedział, że wcześniej nie potrafiłby sobie tego wyobrazić nawet we śnie.

Nagle ponownie zaczął słyszeć dźwięki. Przepływ krwi w uszach. Własny oddech w nosie. Cichy furkot własnych myśli — miał wrażenie, że wydają jakieś dźwięki. Tym razem były to odgłosy jego własnego systemu wspomagania życia, jego ciała z organicznymi pompami, wentylatorami i generatorami. Mechanizmy znajdowały się wewnątrz niego i hałasowały. Tyle że teraz Nirgal nie słyszał niczego innego, znajdował się w wielkiej ciszy, toteż mógł naprawdę dobrze wsłuchać się w siebie, jak gdyby był sam na świecie, swobodne ciało stojące na jego Matce-Ziemi, wolny człowiek na tle skał i lodu, od których wszystko się zaczęło. Matka Ziemia… Nirgal pomyślał o Hiroko i tym razem wspomnieniu nie towarzyszył rozdzierający żal, który poczuł na Trynidadzie. Kiedy wrócę na Marsa, mógłbym tak żyć. Mógłby wychodzić w to milczenie jako wolna istota, żyć na zewnątrz w wietrze, w czymś podobnym owej czystej, ogromnej, pozbawionej życia bieli, na tle czegoś przypominającego tę ciemnoniebieską kopułę nad głową. Niebieskawa para oddechu jego własnego życia… Tlen — kolor życia. W górze błękit, błękit górujący nad bielą. Jakiś znak. Znowu biel i zieleń, tyle że tu zieleń zmieniała się w błękit.

I cienie. Wśród bladych, wiszących w powietrzu powidoków z zachodu nadchodziły długie cienie. Nirgal daleko odszedł od Jungfraujoch, znajdował się też o wiele niżej. Odwrócił się i zaczął iść w górę, do Jung-fraufirn. W oddali, w górze szlaku, dwaj członkowie eskorty Nirgala kiwali mu głowami i sami zawracali, aby się wspiąć na wzgórze; szli szybko.

Zakrył ich nagle cień leżącego na zachodzie pasma. Było późno. Słońce zniknęło już na dobre, wiatr wirował ponad plecami Nirgala, popychając go naprzód. Było dość zimno, ulubiona temperatura Marsjanina, otaczało go też ulubione, rzadkie powietrze; czuł przyjemny dotyk jego dodatkowej gęstości. Przezwyciężając własny ogromny ciężar, zaczął iść z powrotem, w górę, po ubitym, nieco nierównym śniegu. Pochylał się i czuł, jak mięśnie ud reagują na polecenia mózgu, zmuszał je do starego rytmu lung-gom-pa; płuca pompowały mocno, podobnie serce — w ten sposób radził sobie ze swą „ziemską”, dodatkową wagą. Był silnym młodym człowiekiem, a region, w którym się znajdował, przypominał miniaturę marsjańskich terenów wyżynnych. Chrzęszcząc na firnie, Nirgal wspinał się i z każdą minutą czuł się silniejszy i bardziej ożywiony, choć jednocześnie również nieco wystraszony, może nawet przerażony… Myślał, jak zadziwiającą planetą jest Ziemia, skoro znajduje się na niej równocześnie tak wiele bieli i tak wiele zieleni i skoro jej orbita jest tak wyjątkowo usytuowana, że na poziomie morza wybucha zieleń, a przy trzech tysiącach metrów pokrywa ją całkowicie biel — strefa życia naturalnego miała wysokość właśnie mniej więcej trzech kilometrów. Ziemia toczyła się, tkwiąc w samym środku cienkiej powietrznej biosfery — te kilka tysięcy metrów z orbity szerokiej na sto pięćdziesiąt milionów kilometrów! To był szczęśliwy traf, po prostu nie do uwierzenia.

Nirgala z wysiłku zaczęła swędzieć skóra. Całe ciało miał ciepłe, nawet palce u nóg. Zaczynał się pocić. Zimne powietrze rozkosznie orzeźwiało, czuł, że w tym tempie potrafiłby iść godzinami; nie mógł sobie niestety pozwolić na tak długi spacer, bowiem tuż przed i trochę ponad nim leżała już śnieżna klatka schodowa z poręczami w postaci połączonych sznurami stojaków. Przewodnicy szli sporo przed nim, spiesząc do ostatniego zbocza. Nirgal wiedział, że wkrótce znajdzie się wraz z nimi na małej stacji kolejowo-kosmicznej. Ach, ci Szwajcarzy, jakie rzeczy potrafili budować! A wszystko po to, aby można było w ciągu jednego dnia odbyć wycieczkę ze stolicy kraju na zdumiewający Concordiaplatz! Nic dziwnego, że mieli tak przyjazny stosunek do Marsa — ich kraj był w gruncie rzeczy najbardziej podobny do rodzimej planety Nirgala, a mieszkańcy tej krainy o rzadkim, zimnym powietrzu byli prawdziwymi budowniczymi, prawdziwymi terraformerami.

Nirgal również miał dla nich wiele sympatii. Doszedł do tarasu, a potem na stację, gdzie pod wpływem ciepła jego ubranie od razu zaczęło parować. Kiedy podszedł do grupy eskortującej i innych pasażerów czekających obok na mały pociąg, miał tak niezwykły wyraz twarzy, a przy tym dotarł tak wysoko, że przedstawiciele eskorty natychmiast przestali niecierpliwie marszczyć brwi (Nirgal zrozumiał, że powoli zaczynali się niepokoić). Mężczyźni popatrzyli po sobie, a następnie się roześmiali, potrząsając głowami, jak gdyby jedni drugim chcieli powiedzieć: „Co z nim zrobić?” Mogli się tylko uśmiechać i czekać. Wszyscy oni byli przecież kiedyś młodzi i jakiegoś słonecznego letniego dnia też po raz pierwszy zwiedzali wysokie Alpy; czuli wtedy ten sam entuzjazm. Kolejno więc uściskali dłoń Nirgalowi, wzięli go w objęcia, a potem zaprowadzili do kolejki, która za chwilę ruszyła… Niedobrze, gdy pociąg musi na ciebie czekać… Podczas drogi dostrzegli, że Nirgal ma gorące ręce i twarz, spytali go więc, dokąd doszedł, a następnie wyjaśnili mu, jak wiele kilometrów przeszedł i na jakiej wysokości się znalazł. Dali mu łyka schnappsa z płaskiej flaszki. Kiedy pociąg przejeżdżał przez mały, boczny tunel, który wybiegał na północną płaszczyznę Eigeru, opowiedzieli swemu marsjańskiemu przyjacielowi historię nieudanej próby schwytania skazanych nazistowskich alpinistów. Byli podekscytowani i poruszeni, że ich opowieść zrobiła na Marsjaninie spore wrażenie. W końcu rozsiedli się w oświetlonych przedziałach pociągu, który z piskiem posuwał się w dół w surowym granitowym tunelu.

Nirgal stał na końcu jednego wagonu i przyglądał się powstałemu dzięki zastosowaniu dynamitu tunelowi, którego boczne ściany migały po obu stronach. Potem, gdy wyjechali z powrotem na gasnące światło słoneczne, podniósł oczy na majaczącą w górze ścianę Eigeru.

Nagle obok Nirgala zatrzymał się jakiś pasażer przechodzący do następnego wagonu i zapatrzył się przed siebie.

— Muszę ci powiedzieć, że zadziwia mnie twój widok tutaj. — Mówił z osobliwym brytyjskim akcentem. — Właśnie w ubiegłym tygodniu wpadłem na twoją matkę — dodał.

Zmieszany Nirgal spytał:

— Moją matkę?

— Tak, Hiroko Ai. Zgadza się, prawda? Była w Anglii, pracowała z ludźmi przy ujściu Tamizy. Widziałem ją, jadąc tutaj. Zupełny przypadek, tak jak nieoczekiwanie wpadłem na ciebie. Podejrzewam, że teraz w każdej chwili mogę zacząć widywać małe czerwone ludziki.

Roześmiał się na tę myśl, potem ruszył dalej.

— Hej! — zawołał Nirgal. — Proszę poczekać!

Mężczyzna zatrzymał się.

— Nie, nie — rzucił przez ramię — nie chciałem się wtrącać… Zresztą, tylko tyle wiem. Będziesz musiał sam jej poszukać… Może w Sheerness…

W chwilę później pociąg ze zgrzytem zatrzymał się na stacji przy Klein Scheidegg i mężczyzna wyskoczył z otwartych drzwi w następnym wagonie, a gdy Nirgal chciał za nim podążyć, przeszkodzili jacyś ludzie. Wówczas przedstawiciele eskorty podeszli i wyjaśnili mu, że jeśli chce dotrzeć do domu jeszcze tej nocy, muszą jechać tym pociągiem dalej, do Grindelwaldu. Nirgal nie potrafił im się przeciwstawić. Jednakże, wypatrując przez okno podczas jazdy ze stacji, dostrzegł Brytyjczyka, z którym rozmawiał. Mężczyzna energicznie schodził szlakiem do mrocznej doliny.

Nirgal wylądował na dużym lotnisku w południowej Anglii, skąd zawieziono go na północny wschód, do miasta, które eskorta nazywała Faversham. Dalej drogi i mosty były zalane. Postanowił przyjechać bez zapowiedzi. Przydzielono mu dla ochrony grupę policyjną, która bardziej przypominała jednostki bezpieczeństwa ZT ONZ na Marsie niż szwajcarską eskortę: ośmiu mężczyzn i dwie kobiety, milczący, obserwujący, skupieni. Kiedy usłyszeli, po co Nirgal przybywa do Anglii, chcieli sami poszukać Hiroko, wysyłając ludzi, aby o nią rozpylali. Marsjanin nalegał jednakże na samotne, ciche poszukiwania, wiedział bowiem, że wszelkie zamieszanie wokół sprawy natychmiast skłoniłoby matkę do ukrycia się. W końcu zdołał przekonać członków eskorty.

Zajechali szarym świtem na nowo powstałe wśród budynków nabrzeże: w niektórych miejscach, między rozmokłymi ścianami, leżały stosy worków z piaskiem, w innych widać było jedynie mokre nawierzchnie ulic, „uciekające” przed ciemną wodą, która rozprzestrzeniała się przed Nirgalem aż po horyzont. Tu i tam rzucono w błoto i kałuże deski.

Dalej, po drugiej stronie jednej linii worków z piaskiem, nie było już budynków, tylko brunatna woda i łodzie wiosłowe przywiązane do kraty pokrywającej okno, na wpół zalane brudną pianą. Nirgal podążył za jednym z przedstawicieli eskorty do dużej łodzi, gdzie przywitał go jakiś żylasty mężczyzna o rumianej twarzy i w brudnej czapce nasuniętej nisko na czoło. Był to chyba ktoś z morskiej policji. Słabo potrząsnął ręką Nirgala. Potem ruszyli; wiosła zanurzyły się w mętną wodę. Za ich łodzią płynęły kolejne trzy, w których znajdowali się pozostali „opiekunowie” Nirgala; wszyscy wyglądali na zmartwionych. Wioślarz odezwał się i Nirgal musiał poprosić go o powtórzenie. Pomyślał, że mężczyzna ma tylko pół języka.

— Czy to cockney, wasz dialekt?

— Cockney.

Mężczyzna roześmiał się.

Nirgal także się roześmiał, wzruszył ramionami. Słowo to zapamiętał z jakiejś książki i właściwie nie znał jego znaczenia. Słyszał wcześniej tysiąc różnych odmian języka angielskiego, tej jednak nie potrafił zrozumieć. Mężczyzna powtórzył wolniej, ale jego wysiłek na nic się nie zdał. Chyba opisywał okolicę, którą mijali, wskazując za siebie; budynki były zalane niemal aż po dachy.

— Bernikle — powiedział wiele razy, wskazując na końce wiosła.

Dotarli do ruchomego doku przywiązanego do na wpół zatopionego znaku drogowego z napisem: „OARE”. Do doku przycumowano szereg większych łodzi; niektóre kołysały się w pobliżu, na liniach kotwicznych. Policjant kazał podpłynąć do jednej z nich, po czym wskazał metalową drabinę przyspawaną do pordzewiałej burty.

— Wsiadaj.

Nirgal wskoczył do łodzi. Na pokładzie stał mężczyzna tak niski, że musiał wyciągnąć rękę w górę, by uścisnąć mu dłoń. Uścisk był bardzo mocny.

— Więc jesteś Marsjaninem — zagaił głosem o intonacji równie śpiewnej jak wioślarza, niemniej jednak z jakiegoś powodu o wiele łatwiejszym do zrozumienia. — Witaj na pokładzie naszej małej łodzi poszukiwawczej. Słyszałem, że pragniesz znaleźć pewną starą Azjatkę?

— Tak — odparł Nirgal. Jego puls przyspieszył. — Jest Japonką.

— Hm. — Mężczyzna zmarszczył brwi. — Widziałem ją tylko raz, ale powiedziano mi, że to Azjatka, może z Bangladeszu. Są wszędzie od czasu powodzi. Ale kto może wiedzieć, no nie?

W tym momencie czterech przedstawicieli eskorty Nirgala wspięło się już na pokład, toteż właściciel łodzi wcisnął guzik, który uruchomił silnik, potem puścił w ruch ster i zapatrzył się bacznie przed siebie. Rufa łodzi zanurzyła się niżej, łódź zaczęła drżeć, a później coraz bardziej się oddalać od linii zatopionych budynków. Było ponuro, chmury wisiały bardzo nisko, morze i niebo wydawały się tak samo brunatnoszare.

— Podpłyniemy na nabrzeże — odezwał się mały kapitan.

Nirgal pokiwał głową.

— Jak się pan nazywa?

— Na imię mam Bly. „Be”, „el”, „aj”.

— Ja jestem Nirgal.

Mężczyzna skinął głową.

— Więc to były doki? — spytał Nirgal.

— Faversham. Kiedyś rozciągały się tu mokradła… Harn, Mägden… W większości bagna, aż do wyspy Sheppey. Swale, kiedyś. Bardziej bagnisko niż rzeka, jeśli wiesz, co mam na myśli. Teraz patrzysz w wietrzny dzień, a tu od razu Morze Północne. Sheppey nie jest już nawet jak to wzgórze, które widzisz, o tam. Teraz właściwie jest wyspą.

— I tam właśnie widział pan… — Nirgal nie wiedział, jak określić Hiroko.

— Twoja azjatycka babka weszła na prom z Vlissingen do Sheerness, na drugą stronę wyspy. Po ulicach Sheerness i Minster płynie obecnie Tamiza, a podczas przypływu woda sięga aż po dachy. Teraz jesteśmy nad Magden Marsh. Popłyniemy wokół przylądka Shell Ness, Swale też jest zatkana.

Wokół łodzi unosiła się woda w kolorze błota, pokryta rzędami długich, krętych smug żółtawej piany. Na horyzoncie szarzało. Bly obrócił ster i łódź popłynęła po krótkich stromych falach. Zakołysała się, cała poruszyła w górę, potem w dół, znowu w górę i znowu w dół. Nirgal przeżywał zupełnie nowe doświadczenie. Na niebie wisiały szare chmury, między nimi i lekko wzburzoną wodą widać było jedynie trójkąt czystego nieba. Łódź huśtała się w tę i z powrotem, balansując jak korek. Płynny świat.

— Jest dużo krótszy, niż był kiedyś — powiedział zza steru kapitan Bly. — Gdyby woda była czystsza, można by zobaczyć pod nami Sayes Court.

— Jak tu jest głęboko? — spytał Nirgal.

— To zależy od fali. Przed powodzią cała wyspa znajdowała się około cala ponad poziomem morza, toteż głębokość wody równa jest mniej więcej podniesieniu się poziomu. Jak to mówią? Dwadzieścia pięć stóp? Na pewno więcej, niż potrzebuje ta stara łajba. Płytko się zanurza.

Kapitan przekręcił ster w lewo. Coś uderzyło w burtę łodzi, która kilka razy szarpnęła. Kapitan wskazał na skalę.

— Tam, pięć metrów. Harty Marsh. Widzisz tę grządkę ziemniaczaną, tę wzburzoną wodę, tam? Jeszcze podejdzie w górę. Wygląda jak zatopiony gigant zagrzebany w błocie.

— Jaka jest teraz fala?

— Prawie przypływ. Odpływ zacznie się za pół godziny.

— Trudno uwierzyć, że księżyc tak potrafi przesuwać ocean.

— Co, nie wierzysz w grawitację?

— Och, wierzę w nią… Właśnie mnie miażdży. Tylko trudno sobie wyobrazić, że coś z tak daleka ma tak wielki wpływ.

— Hm — powiedział kapitan, wpatrując się przed łódź, w brzeg mgły zasłaniającej mu widok. — Powiem ci, co trudno sobie wyobrazić. Że kilka gór lodowych potrafi przemieścić tyle wody, że wszystkie oceany świata podchodzą tak wysoko.

— Rzeczywiście trudno uwierzyć.

— Zadziwiające. Ale dowód tego widać wokół nas. Ach, nadchodzi mgła.

— Czy oznacza dużo gorsze warunki pogodowe niż te, do jakich jest pan przyzwyczajony?

Kapitan zaśmiał się.

— Powiedziałbym, że dorównuje tym najgorszym.

Mgła pojawiła się obok łodzi w postaci długich, mokrych welonów. Lekko wzburzone fale przesuwały się głośno i unosiła się z nich para. Było mrocznie. Mimo drżenia w żołądku, które Nirgal odczuwał podczas każdorazowego zwalniania przed falą, nagle uświadomił sobie, że jest szczęśliwy. Płynął po wodnym świecie, a jasność światła słonecznego wreszcie stała się znośna. Po raz pierwszy od czasu, gdy przyleciał na Ziemię, mógł przestać mrużyć oczy.

Kapitan obrócił znowu duży ster i łódź popłynęła z falą. Kierowali się na północny zachód do ujścia Tamizy. Po lewej stronie z zielonkawo-brązowej wody wyłonił się brązowawo-zielony pas wzniesień; na jego zboczu tłoczyły się budynki.

— Minster, czy też raczej to, co z niego zostało. Kiedyś najwyżej położony teren na wyspie. Sheerness jest o tam, woda poczyniła spore zniszczenia.

Pod niskim pułapem ociekającej mgły Nirgal zobaczył coś w rodzaju rafy spienionej, białej wody, wirującej we wszystkich kierunkach; pod białą pianą woda była czarna.

— To Sheerness?

— Taa.

— I wszyscy mieszkańcy przenieśli się do Minster?

— Albo gdzieś indziej. Większość z nich. W Sheerness zostało paru największych uparciuchów.

Kapitan usiłował przepłynąć zatopioną plażę Minsteru. W miejscu, gdzie sterczała z fal linia szczytów dachów, znajdował się jakiś wielki budynek, którego dach i ściana od strony morza zniknęły, toteż budowla funkcjonowała obecnie jako mały basen dla jachtów i łodzi; między trzema pozostałymi ścianami stała woda, a wyższe piętra z tyłu służyły jako dok, w którym cumowały trzy inne łodzie rybackie. Mężczyźni znajdujący się na ich pokładach pomachali na widok zbliżającej się łodzi Nirgala.

— Kto to? — spytał jeden z nich, kiedy Bly powoli posuwał łódź do doku.

— Jeden z Marsjan. Próbujemy znaleźć tę Azjatkę, która pomagała w Sheerness dwa tygodnie temu. Widzieliście ją?

— W ostatnich dniach nie. Dwa tygodnie temu faktycznie tu była. Słyszałem, że popłynęła do Southend. Będą wiedzieli tam na dole, w zalanej części.

Bly skinął głową.

— Chcesz zwiedzić Minster? — spytał Nirgala.

Młodzieniec zmarszczył brwi.

— Wolałbym spotkać się z ludźmi, którzy wiedzą, gdzie jest kobieta, której szukam.

— Taa. — Bly wycofał łódź ze szczeliny i zawrócił. Nirgal dojrzał zabite deskami okna, poplamiony gips, półki na ścianie biura, jakieś notatki przypięte do belki. Kiedy płynęli ponad zatopioną częścią Minsteru, Bly wziął mikrofon połączony z radiem spiralnym sznurem i zaczął naciskać guzik. Potem odbył kilka krótkich rozmów, z których Nirgal niemal nic nie zrozumiał — rzucał „ach, stary wygo!” i tym podobne stwierdzenia. Odpowiedzi słychać było kiepsko, towarzyszyły im zakłócenia.

— W takim razie spróbujemy w Sheerness. Fala jest odpowiednia.

Prując dziobem białą wodę i pianę, bardzo powoli popłynęli ponad zatopionymi ulicami miasta. W środku spienionego obszaru woda była spokojniejsza. Z szarej cieczy wystawały kominy i słupy telefoniczne. Nirgal sporadycznie dostrzegał zarysy niższych domów i innych budynków, jednak woda była tak bardzo spieniona na górze i tak ciemna poniżej, że niewiele mógł zobaczyć: spadzisty dach, fragment ulicy, ślepe okno domu.

Po drugiej stronie miasta unosił się ruchomy dok, zakotwiczony do wystającego z przybrzeżnych fal betonowego filaru.

— To stary dok promowy. Ludzie odcięli jedną część i spławili ją, a teraz wypompowują wodę z biur poniżej i ponownie je zaludniają.

— Zaludniają? — powtórzył Marsjanin.

— Zobaczysz.

Bly zeskoczył do doku z rozkołysanej krawędzi nadburcia i wyciągnął rękę, aby pomóc Nirgalowi przejść. Niestety podczas skoku Nirgal uderzył kolanem.

— Chodź, Człowieku-Pająku — roześmiał się kapitan. — Zejdźmy.

Kotwiczący dok betonowy filar o cylindrycznym kształcie sięgał mu do piersi. Wyglądał na pusty, do jego wewnętrznego boku przymocowana była metalowa drabina. Elektryczne żarówki zwisały z oprawek na izolowanym gumą drucie, okręconym wokół jednego słupka drabiny. Betonowy cylinder kończył się mniej więcej trzy metry niżej, drabina ciągnęła się jednak dalej w dół, aż do dużej komory, ciepłej, wilgotnej i… nieco podejrzanej; słychać w niej było odgłosy szumu wielu generatorów pracujących w sąsiednich pomieszczeniach lub budynku. Ściany, podłogę, sufit i okna pokryto czymś, co okazało się warstwą przezroczystego plastiku. Nirgal miał wrażenie, że znajdują się wewnątrz przezroczystej bańki. Za oknami widać było wodę — mroczną, brązową, kipiącą; przypominała pomyje w zlewie.

Twarz Nirgala z pewnością oddawała jego zaskoczenie, ponieważ Bly, spojrzawszy na niego, uśmiechnął się i powiedział:

— To dobry, silny budynek, a izolator przypomina używane przez was na Marsie materiały do stawiania namiotów, tyle że nasz twardnieje. Ludzie zaludniają ponownie całkiem sporo takich budynków jak ten, jeśli tylko budowle odpowiadają im rozmiarem i wysokością. Wystarczy włożyć rurę i tyle, nadmuchuje się je jak szkło. Dlatego też wiele osób z Sheerness wróciło. Odpływają od doku albo od swoich dachów. Nazywamy ich ludźmi fali. Uważają, że lepiej tak żyć niż błagać o pomoc w Anglii…

— Czym się zajmują?

— Łowią ryby, tak jak zawsze. I ratują innych. Witaj, Karno! Oto mój Marsjanin, przywitaj się. Malutki, co? Nazywaj go Człowiekiem-Pająkiem.

— Ale ma na imię Nirgal, no nie? Niech mnie weźmie cholera, jeśli nazwę Nirgala Pająkiem, skoro odwiedza mój dom. — Mężczyzna — czarnowłosy, ciemnoskóry, Azjata z wyglądu, choć nie z akcentu — potrząsnął delikatnie ręką Nirgala.

Pokój jaskrawo oświetlała para gigantycznych reflektorów wycelowanych w sufit. Lśniąca podłoga była zagracona: stały na niej stoły, ławy, maszyneria we wszystkich stadiach montażu — silniki łodzi, pompy, generatory, szpule, rzeczy, których Nirgal nie potrafił rozpoznać. Pracujące generatory znajdowały się w dole korytarza, lecz odległość bynajmniej nie zagłuszała ich warkotu. Nirgal podszedł do jednej ściany, aby dotknąć materiału, z którego zbudowano bańkę. Przyjaciele Bly’a powiedzieli mu, że gęstość „plastiku” wynosi zaledwie kilka molekuł, a jednak materiał wytrzymywał nacisk o wadze tysięcy funtów. Nirgal wyobraził sobie, że każdy z tych funtów ma siłę uderzenia pięścią, a przecież spadały ich tysiące naraz.

— Te bańki będą trwały, nawet gdy beton się zużyje.

Nirgal spytał o Hiroko. Karna wzruszył ramionami.

— Nigdy nie poznałem jej imienia. Myślałem, że jest Tamilką, z południa Indii. Podobno popłynęła do Southend.

— Pomagała budować?

— Tak. Przywiozła te bańki z Vlissingen, ona i grupka podobnych jej osób. Wspaniale się tutaj spisali, przed ich przyjazdem gnieździliśmy się w High Halstow.

— Skąd się wzięli?

— Nie wiem. Bez wątpienia tworzyli coś w rodzaju przybrzeżnej grupy ratunkowej. — Mężczyzna roześmiał się. — Chociaż na to nie wyglądali. Po prostu pływają wzdłuż wybrzeża, oblepiają takim paskudztwem szczątki budynków. Miałem wrażenie, że robią to dla czystej uciechy. Nazywali nas cywilizacją międzyfalową. Jak zwykle żartowali.

— Och, Karnasingh, och, Bly. Cudowny dzień, no nie?

— Tak.

— Masz ochotę na wątłusza?

Następnym dużym pomieszczeniem była kuchnia wraz z jadalnią zastawioną stołami i ławami, na których siedziało około pięćdziesięciu osób. Karna zawołał do nich „Hej!” i głośno przedstawił Nirgala. Marsjanina powitały niewyraźne pomruki. Ludzie byli zajęci jedzeniem: na stołach stały duże misy z rybnym gulaszem, nalanym z ogromnych czarnych rondli, które wyglądały, jak gdyby nieprzerwanie używano ich od stuleci. Nirgal usiadł i zaczął jeść. Gulasz smakował wybornie; maczał w nim twardy, brązowy chleb. Twarze zgromadzonych były szorstkie, dziobate, czerstwe, czerwonawe lub brązowe. Nigdy nie widział takich surowych i brzydkich fizjonomii, zniszczonych i zmęczonych pracowitym życiem w ciężkim ziemskim powietrzu. Głośne rozmowy, wybuchy śmiechu, krzyki; generatory ledwie było słychać. Potem ludzie zaczęli podchodzić, chcąc mu uścisnąć dłoń i przypatrzyć się. Wielu z nich spotkało Azjatkę i jej przyjaciół; o kobiecie mówili z entuzjazmem. Nawet nie podała im swego imienia. Jej angielski był dobry, flegmatyczny i czysty.

— Sądziłem, że jest Pakistanką. Jej oczy wyglądały dość orientalnie, jeśli wiesz, co mam na myśli. Hm, nie tak jak twoje, miała taką fałdę obok nosa.

— Mongolską fałdę, ciemny nieuku.

Nirgal poczuł, że serce bije mu mocniej. Pomieszczenie było gorące i zaparowane, powietrze — ciężkie.

— A ludzie, którzy z nią byli?

— Niektórzy z nich mieli rysy orientalne. Azjaci, z wyjątkiem dwojga białych.

— Był ktoś bardzo wysoki? — spytał Nirgal. — Taki jak ja?

Nikt. A jednak… Jeśli grupa Hiroko wróciła na Ziemię, istniała możliwość, że młodsi z nich po prostu zostali na Marsie. Nawet Hiroko nie była w stanie zmusić ich do przylotu. Czy Frantz opuściłby Marsa? Albo Nanedi? Nirgal bardzo w to wątpił. Powrót na Ziemię, która była w potrzebie… Tak, starsi polecieliby. W ogóle cała sytuacja pasowała do Hiroko; Nirgal mógł sobie wyobrazić swoją matkę, jak podejmuje taką decyzję, a potem pływa tu wzdłuż nowych wybrzeży Ziemi i organizuje kwatery dla ludzi…

— Popłynęli do Southend. Później zamierzali ruszyć dalej w górę wybrzeża.

Nirgal popatrzył na Bly’a, który pokiwał głową, dając do zrozumienia, że mogą popłynąć na północ, za tamtymi.

Przedstawiciele eskorty Nirgala chcieli jednak najpierw wszystko sprawdzić. Na załatwienie spraw potrzebowali jeden dzień. Tymczasem Bly rozmawiał z przyjaciółmi o podwodnych projektach ratowniczych i kiedy usłyszał o planowanej zwłoce, spytał Nirgala, czy chce zobaczyć taką akcję, która miała się odbyć następnego ranka.

— …Chociaż nie jest to, rzecz jasna, przyjemny widok — dodał.

Nirgal zgodził się, a jego „opiekunowie” nie zgłaszali sprzeciwów, jeśli oczywiście kilku z nich będzie mogło towarzyszyć młodemu Marsjaninowi. Nirgalowi i Bly’owi ich towarzystwo nie przeszkadzało.

Wieczór spędzili w wilgotnym, hałaśliwym magazynie łodzi. Bly i jego przyjaciele szukali sprzętu, z którego mógłby skorzystać ich gość. Noc przespali na krótkich, wąskich kojach w łodzi Bly’a, kołysząc się, jak gdyby leżeli w dużej, niezgrabnej kołysce.

Następnego dnia o świcie wypłynęli w lekko zamglone, marsjańskie kolory: barwy różu i oranże unosiły się w powietrzu nad płynącą leniwie, szklistą, fiołkowo-różową wodą. Był prawie odpływ i ekipa ratownicza oraz trzech członków eskorty Nirgala podążyło za większym statkiem Bly’a w trzech małych otwartych łodziach motorowych; lawirowali między wierzchołkami kominów, znakami drogowymi i słupami wysokiego napięcia. Często się naradzali przez radio. Bly wyjął postrzępiony plan miasta i wykrzykiwał nazwy mijanych ulic Sheerness. Podpływał też do określonych magazynów lub sklepów. W strefie nabrzeżnej wiele z nich ocalono, ale wiele leżało w sporym rozproszeniu na równinie za plażą i na ten ranek ratownicy wyznaczyli sobie jeden z nich.

— Jesteśmy przy Two Carleton Lane.

Był to sklep jubilerski, który znajdował się obok małego rynku.

— Spróbujmy ocalić klejnoty i jedzenie w puszkach. Sam nie wiem, co ważniejsze.

Przycumowali do wierzchołka tablicy ogłoszeń i wyłączyli silniki. Bly wyrzucił za burtę małą kotwicę na sznurze, a później wraz z trzema innymi mężczyznami zasiadł przed małym monitorem AI umieszczonym na tablicy przyrządów łodzi. Z boku wisiał cienki przewód nawinięty na bęben, który obracał się z nieprzyjemnym zgrzytem. Na ekranie obraz zmieniał się z brązowego w czarny, a potem znowu w brązowy.

— Skąd wiecie, na co patrzycie? — spytał Nirgal.

— Nie wiemy.

— Ale spójrzcie, tam są chyba drzwi, widzisz?

— Nie.

Bly wcisnął mały klawisz pod ekranem.

— No dalej, maszyno. O, tam. Teraz jesteśmy w środku. To chyba rynek.

— Więc ludzie nie mają czasu zabrać ze sobą rzeczy? — spytał Nirgal.

— Niezupełnie. Prawie każdy z wschodniego wybrzeża Anglii musiał się niemal w jednej chwili ewakuować, nie było więc wystarczająco dużo środków transportu, aby można było zabrać więcej niż to, co mieściło się w jego samochodzie. Jeśli miał jakiś pojazd. Wielu ludzi nic nie wzięło z domu. Zabieramy więc cenny towar.

— A co z właścicielami?

— Och, istnieje rejestr. Sprawdzamy w nim nazwisko i o ile to możliwe, kontaktujemy się z daną osobą. Jeśli chce odzyskać swoje dobra, obciążamy ją opłatą za ocalenie mienia. W przypadku, gdy właściciel nie figuruje w rejestrze, sprzedajemy towary na wyspie. Ludzie potrzebują mebli i różnych innych rzeczy. O, spójrzcie — ciekawe, co to?

Stuknął w klawisz i ekran rozjaśnił się.

— Ach, tak. Lodówka. Mogłaby się nam przydać, ale piekielnie trudno j ą podnieść.

— Co z domem?

— Och, wysadzimy go w powietrze. Drobna sprawa, jeśli się dobrze podłoży ładunki. Ale nie zrobimy tego dziś rano. Zaznaczymy sobie i płyniemy dalej.

Łódź posuwała się powoli. Bly i drugi mężczyzna nadal patrzyli na ekran, spierając się spokojnie o kierunek rejsu.

— To miasto nie było bogate nawet przed powodzią — wyjaśnił Nirgalowi Bly. — Niszczało powoli od dwustu lat, czyli od upadku imperium.

— Chcesz powiedzieć, odkąd przestało być portem — wtrącił inny.

— Na to samo wychodzi. Starej Tamizy używano od tego czasu coraz rzadziej, aż wszystkie małe porty przy ujściu stały się zbędne. Stare dzieje.

W końcu Bly zgasił silnik i popatrzył na pozostałych. Na ich wąsatych twarzach Nirgal dostrzegł ciekawą mieszankę smutnej rezygnacji i radosnego oczekiwania.

— Więc do dzieła.

Mężczyźni zaczęli wyjmować podwodny sprzęt: pełne, piankowe stroje nurków, zbiorniki z tlenem, maski na twarz, piankowe czepki.

— Pomyśleliśmy, że sprzęt Erica powinien na ciebie pasować — stwierdził Bly. — Był dużym facetem. — Z zatłoczonej szafki wyciągnął długi, czarny skafander piankowy bez płetw i rękawic, ale z kapturem i maską na twarz zamiast nowoczesnego czepka. — Mam też jego buty.

— Przymierzę.

Nirgal i dwaj mężczyźni zdjęli ubrania i włożyli piankowe stroje nurków, pocąc się i sapiąc, kiedy naciągali materiał i zasuwali obcisłe kołnierze. Okazało się, że skafander Nirgala ma trójkątne rozdarcie na lewym boku — na szczęście, ponieważ w przeciwnym razie strój byłby prawdopodobnie za mały; był bardzo ciasny w klatce piersiowej, chociaż na nogach leżał luźno. Jeden z pozostałych nurków, imieniem Kev, zalepił Nirgalowi rozcięcie w kształcie litery „V” cienką taśmą.

— Na jedno nurkowanie wystarczy. Ale widzisz, co się przydarzyło Ericowi, no nie? — Poklepał go po boku. — Postaraj się nie zaplątać w przewód.

— Dobra.

Nirgal poczuł, jak jego ciało cierpnie pod zaklejonym rozdarciem, które nagle wydało mu się ogromne. Pomyślał o Ericu, który uwiązł w poruszającym się przewodzie i wpadł w beton albo w metal. Och, Ka!, co za ból, nie do zniesienia… śmiertelne uderzenie… ile czasu minęło, zanim stracił przytomność? Minuta? Dwie? Niemożliwa udręka, ciemności…

Otrząsnął się z sugestywnych rozmyślań nad ostatnimi chwilami życia nieznanego Erica. Był wstrząśnięty. Wszyscy nurkowie otrzymali sprzęt do oddychania. Nirgal przymocował przewód do górnej części ramienia oraz do maski na twarzy i nagle poczuł, że oddycha chłodnym, suchym powietrzem, które jego towarzysze nazywali „czystym tlenem”. Ponieważ Marsjanin lekko zadrżał, Bly spytał go jeszcze raz, czy naprawdę jest zdecydowany nurkować.

— Ależ tak — odrzekł. — Dobrze sobie radzę w zimnej temperaturze, a woda nie jest aż taka chłodna. Poza tym zapełniłem już skafander swoim potem.

Inni nurkowie pokiwali głowami, ponieważ również się pocili. Przygotowania wymagały sporego wysiłku. Pływanie było znacznie łatwiejsze: w dół po drabince i, och tak, uwolnić się od miażdżącego nacisku grawitacji, wkroczyć w coś bardzo podobnego do marsjańskiego ciążenia, albo jeszcze lżejszego. Co za ulga! Oddychając zimnym tlenem z butli, Nirgal był szczęśliwy. Niemal płaczem reagował na nagłą swobodę ciała opadającego w przyjemnym półmroku. Tak! Jego świat na Ziemi znajdował się pod wodą.

Gdy opadł głębiej, zauważył, że wszystko jest równie mroczne i niewyraźne jak na ekranie. Przedmioty dostrzec można było tylko w stożkach bardzo silnego światła, które emanowało z lampek na hełmach pozostałych dwóch mężczyzn. Podążył za nimi w górę, uzyskując najlepszy widok z nich trzech. Woda w ujściu była zimna — ocenił, że temperatura wynosi tu około dwustu osiemdziesięciu pięciu kelwinów — lecz bardzo niewielka jej ilość wsączyła mu się na nadgarstki i wokół kaptura; zresztą wysiłkiem woli bardzo mocno ją ogrzał, toteż tylko dzięki zimnym rękom i twarzy (oraz żebrom po lewej stronie) nie przegrzał się.

Dwa stożki światła strzelały w lewo bądź w prawo, kiedy dwaj nurkowie rozglądali się wokół siebie. Płynęli wąską ulicą. Nirgal patrzył na budynki, krawężniki, chodniki i ulice — ciemnoszara woda wyglądała tak samo niesamowicie jak mgła na powierzchni.

Wtedy przepłynęli przed trzypiętrowym ceglanym budynkiem, który zajmował wąską trójkątną powierzchnię przy skrzyżowaniu ulic. Kev ruchem ręki polecił Nirgalowi pozostać na zewnątrz. Marsjanin chętnie posłuchał. Trzeci nurek wpłynął w wejście, ciągnąc za sobą kabel tak cienki, że wcześniej niewidoczny; teraz. Następnie mężczyzna przymocował do progu mały krążek, przez który przeciągnął kabel. Czas mijał; Nirgal pływał powoli wokół trójkątnego budynku, zaglądając w okna na drugim piętrze — biura, puste pokoje, mieszkania. Meble unosiły się pod sufitem. Jakieś poruszenie w pokoju sprawiło, że Marsjanin szarpnął się w tył; bał się przewodu, lecz ten na szczęście znajdował się po drugiej stronie budynku. Do ustnika Nirgalowi wsączyło się nieco wody, więc przełknął ją, aby nie przeszkadzała mu oddychać. Smakowała solą, błotem, życiem roślinnym i czymś nieprzyjemnym. Popłynął dalej.

Gdy pojawił się ponownie przy wejściu do budynku, dostrzegł, że Kev i trzeci nurek starają się przeciągnąć przez próg mały metalowy sejf. Poradzili sobie, a później się odepchnęli i popłynęli w górę, czekając, aż przewód znajdzie się niemal bezpośrednio nad ich głowami. Potem pływali wokół niego niczym niezdarny zespół baletowy, aż sejf został wciągnięty na powierzchnię, gdzie zniknął. Kev wpłynął ponownie do budynku i po chwili wrócił, intensywnie machając płetwami. W rękach trzymał dwie małe torby. Nirgal podpłynął do niego, wziął jedną, po czym bardzo mocno pracując nogami, skierował się w górę, do łodzi. Wypłynął w jaskrawe światło mgły. Pragnął wrócić na dół, ale Bly polecił zakończyć nurkowanie, więc Nirgal wrzucił płetwy do łodzi i wspiął się na drabinkę zawieszoną na burcie. Pocił się, siedząc na ławce, toteż poczuł ulgę, gdy ściągnął kaptur z głowy, mimo bólu spowodowanego przypadkowym szarpnięciem włosów. Kiedy inni pomogli mu zdjąć piankowy skafander, poczuł na skórze przyjemny dotyk wilgotnego powietrza.

— Spójrz na jego pierś, rozbudowana jak u charta.

— Przez całe życie wdycha opary.

Mgła prawie się rozproszyła i pojawiło się białe niebo. Na jego tle słońce wyglądało jak jaskrawszy, jeszcze bielszy pas. Nirgal ponownie poczuł swój zwiększony ciężar, odetchnął więc kilka razy głęboko, aby zmusić organizm do szybszej pracy. Żołądek podchodził mu do gardła, szczyty płuc nieco bolały przy każdym wdechu. Wszystko kołysało mu się przed oczyma nie tylko z powodu poruszającej się wody. Niebo stało się cynkowe, a kwadrant słońca zmienił się w surowy, oślepiający błysk. Nirgal nadal siedział, oddychając szybciej i płycej.

— Podobało ci się?

— Tak! — odparł. — Szkoda, że nie czuję się tak samo na lądzie.

Ziemianie roześmiali się na to stwierdzenie.

— Proszę, filiżanka herbaty.

Nirgal zaczął podejrzewać, że zrobił błąd, decydując się na podwodną wyprawę, teraz bowiem grawitacja przeszkadzała mu jeszcze bardziej. Oddychał z trudem. Powietrze w zalanym magazynie było bardzo wilgotne, toteż Marsjanin miał wrażenie, iż z zaciśniętej pięści pociekłaby mu woda. Bolało go gardło i płuca. Wypijał kolejne filiżanki herbaty, ciągle jednak czuł pragnienie. Połyskujące ściany ociekały wilgocią. Nie rozumiał, co mówią otaczający go ludzie poza „aj”, „ech”, „o” i „nie”. Ich mowa zupełnie nie przypominała marsjańskiego angielskiego. Inny język; wszyscy nagle mówili innym językiem. Sztuki Szekspira nie przygotowały Nirgala na ten dialekt.

Spał znowu w małej koi na łodzi Bly’a. Następnego dnia przedstawiciele eskorty zezwolili na wyprawę do Sheerness, więc popłynęli na północ przez ujście Tamizy. Otaczała ich różowa mgiełka, jeszcze gęstsza niż poprzedniego dnia.

Za ujściem rzeki widać było jedynie mgłę i morze. Nirgal miał już wcześniej do czynienia z mgłą, zwłaszcza na zachodnim zboczu Tharsis, gdzie front atmosferyczny wznosił się po wypiętrzeniu, nigdy jednak nie otaczała go na wodzie. Zresztą wcześniej, na Marsie, za każdym razem temperatura wynosiła sporo stopni poniżej punktu zamarzania, chmury tworzyły więc coś w rodzaju fruwającego śniegu, bardzo białego, suchego i drobnego, który przetaczał się nad ziemią i okrywał ją białym pyłem. Właściwie Nirgal nigdy nie widział krajobrazu przypominającego ten płynny świat, który cechowała bardzo mała różnica między lekko wzburzoną wodą i przesuwającą się nad nią mgłą, w którym płyn i para stale się ze sobą mieszały. Łódź kołysała się w gwałtownym, nieregularnym rytmie.

Nagle na brzegach mgły pojawiły się ciemne obiekty, jednak Bly nie zwrócił na nie uwagi — przez zroszone wodą okno wpatrywał się intensywnie w mętną mgłę lub obserwował szereg stojących pod oknem monitorów.

W pewnej chwili wyłączył silnik i lekkie kołysanie łodzi stawało się coraz mocniejsze. Przytrzymując się ścianki kabiny, Nirgal spojrzał przez zawilgotniałe okno. Usiłował zobaczyć powód zatrzymania łodzi.

— To duży statek do Southend — zauważył Bly, ruszając bardzo wolno.

— Gdzie?

— Na bakburcie. — Bly wskazał na ekran, potem w lewo. Nirgal niczego nie dostrzegł.

Kapitan podpłynął do długiego, niskiego falochronu, przy którym z obu stron cumowało wiele łodzi. Falochron biegł na północ, do miasta Southendon-Sea, ledwie widocznego we mgle pokrywającej zbocze, na którym stały budynki.

Kilku mężczyzn pozdrowiło Bly’a.

— Cudowny dzień, nie? — mówili.

— Wspaniały — odpowiadał Bly.

Zaczęli wyjmować pudła z ładowni.

Bly spytał o Azjatkę z Vlissingen, ale mężczyźni kręcili głowami.

— Japonka? Nie ma tu nikogo takiego, kolego.

— W Sheerness mówili, że wraz ze swoją grupą popłynęła do Southend.

— Skąd to wiedzieli?

— Tak przypuszczali.

— Niczego się nie dowiesz, słuchając ludzi mieszkających pod wodą.

— Pakistańska babcia? — spytali mężczyźni przy wysokoprężnej pompie paliwowej na drugim końcu falochronu. — Udała się do Shoeburyness, jakiś czas temu.

Bly spojrzał na Nirgala.

— To tylko kilka mil stąd, na wschód. Gdyby tam była, ci ludzie wiedzieliby.

— Jednak spróbujmy — zaproponował Nirgal.

Zatankowali, po czym opuścili falochron i popłynęli przez mgłę w kierunku wschodnim. Od czasu do czasu po lewej stronie widać było zabudowane wzgórze. Skręcili i skierowali się na północ. Bly podpłynął do kolejnego ruchomego doku, w którym stało więcej mniejszych łodzi niż przy falochronie w Southend.

— Chodzi wam o grupę Chińczyków? — krzyknął jakiś bezzębny mężczyzna. — Popłynęli do Zatoki Świni! Wcześniej postawili nam oranżerię! I coś w rodzaju kościoła.

— Zatoka Świni to następna przystań — stwierdził Bly, patrząc w zamyśleniu podczas wypływania z doku.

Znowu popłynęli na północ. Tutaj linia brzegowa składała się całkowicie z zatopionych budynków. Postawili je tak blisko wody! Kiedyś najwyraźniej nie istniało zagrożenie, że zmieni się poziom morza. A później woda wystąpiła z brzegów i teraz powstała ta dziwna strefa ziemno-wodna, cywilizacja międzyfalowa, mokra i kołysząca się w mgle.

Budynki błyskały oknami. Domy wypełniono przezroczystym pęcherzykowatym materiałem, wypompowano z nich wodę i zaludniono; ich górne piętra znajdowały się tuż ponad spienionymi falami, dolne pod powierzchnią wody. Bly skierował łódź do szeregu umocowanych ruchomych doków, gdzie przywitał się z grupą kobiet w fartuchach i żółtych płaszczach przeciwdeszczowych, które naprawiały dużą czarną sieć. Zgasił silnik.

— Czy przybyła do was pewna Azjatka?

— Och, tak. Jest na dole tego budynku na końcu.

Nirgal poczuł, jak jego tętno przyspiesza. Miał kłopoty z równowagą i musiał się przytrzymać poręczy. Więc była tak blisko niego! Ostatni budynek, chyba pensjonat plażowy, został częściowo rozebrany; wszystkie szczeliny lśniły od pęcherzykowatej materii. Wewnątrz było powietrze oraz — widoczne przez błotnistą szarą wodę — zamazane plamy zielonych roślin. Bly położył Nirgalowi rękę na ramieniu, potem poprowadził go przez drzwi i wąskimi schodami w dół, do pokoju, którego cała jedna przezroczysta ściana ukazywała morze; pomieszczenie wyglądało jak brudne akwarium.

Drobna kobieta w kombinezonie rdzawego koloru przeszła przez dalsze drzwi. Była białowłosa, czarnooka, szybka i dokładna; ptasia. Nie Hiroko. Popatrzyła na niego.

— Czy to ty przyjechałaś z Vlissingen? — spytał Bly, spojrzawszy na Nirgala. — To ty zbudowałaś te podwodne domy?

— Tak — odparła kobieta. — W czym mogę wam pomóc? — Mówiła wysokim głosem z brytyjskim akcentem. Bez wyrazu popatrzyła na Nirgala. W pokoju znajdowali się także inni ludzie, wchodziło ich coraz więcej. Oblicze Azjatki przypominało twarz, którą Nirgal widział wyrzeźbioną w urwisku Medusa Vallis. Może istniała druga Hiroko, inna, która wędrowała po obu planetach i umacniała budynki…

Potrząsnął głową. Zapach powietrza przywodził na myśl zepsutą oranżerię. Światło było przyćmione. Nirgal ledwie zdołał wspiąć się z powrotem po schodach. Bly pożegnał się za nich obu. Wyszli na zewnątrz, w jaskrawą mgłę. Wrócili na łódź.

Gonił więc za ułudą. Fortel, za pomocą którego usunięto go z Berna. Albo po prostu pomyłka. A może tylko czyjś głupi błąd.

Bly posadził go w kabinie łodzi obok poręczy.

— Dobrze, już dobrze — powiedział.

Łódź kołysała się i nurkowała w gęstej mgle. Kolejny mroczny, blady dzień na rzece. Woda i mgła mieszały się ze sobą. Nirgal stał się nieco senny. Hiroko, rzecz jasna, została na Marsie. Jak zwykle w sekrecie wykonywała tam swoją pracę. Absurdem było myśleć inaczej. Gdy wrócę, znajdę ją, powiedział sobie. Tak: taki cel, takie zadanie sobie wyznaczył. Znajdzie ją i skłoni do ponownego ujawnienia. Upewni się, że przeżyła. Tylko w ten sposób można nabrać pewności i usunąć straszliwy ciężar ze swego serca. Tak, znajdzie ją.

Potem, w miarę jak płynęli dalej przez lekko wzburzoną wodę, mgła podniosła się. Niskie, szare chmury pędzące w górze sprowadziły deszcz. Następował odpływ i kiedy posuwali przez wielkie ujście, Tamiza pędziła z całą mocą. Szarobrązowa woda wyglądała jak papka, fale nacierały ze wszystkich stron naraz — dzika podskakująca powierzchnia spienionej ciemnej wody przesuwała się gwałtownie na wschód ku Morzu Północnemu. Nagle wiatr zmienił się i natarł na fale, które natychmiast odwróciły się i popędziły do morza. Między długimi pasami piany unosiły się wszelkiego rodzaju przedmioty: pudła, meble, dachy, całe budynki, przewrócone do góry dnem łodzie, kawałki drewna. Szczątki domów i ich wyposażenia. Załoga Bly’a stała na pokładzie, przechylając się przez balustradę z bosakami i lornetkami, wołając do niego, jak powinien płynąć, aby na coś nie wpaść lub — wręcz przeciwnie — by się zbliżyć do jakiegoś ciekawego obiektu. Wszyscy zajęli się pracą.

— Skąd tu tyle śmieci? — spytał Nirgal.

— Z Londynu — odparł Bly. — Pieprzony Londyn, zmywany do morza.

Chmury nad łodzią pędziły na wschód. Rozejrzawszy się po rozszalałej wodzie wielkiego ujścia rzeki, Nirgal dostrzegł wiele innych małych łodzi, które wyławiały szczątki towarów lub po prostu łowiły ryby. Bly machał do niektórych mijanych łodzi, na inne buczał. Dźwięki syren niosły się na wietrze nad upstrzoną szarością wodą ujścia; najwyraźniej odgłosy sygnalizowały jakieś wiadomości, które komentowali między sobą członkowie załogi Bly’a.

— Hej, a co to znowu!? — nagle krzyknął Kev i wskazał w górę rzeki.

Z brzegu mgły zasnuwającej ujście Tamizy wyłonił się statek o wielu żaglach z osprzętem rejowym na trzech masztach; kształt żaglowca był staroświecki i w jakiś sposób świetnie Nirgalowi znany, mimo iż młody Marsjanin nigdy wcześniej go nie widział. Chór dźwięków syren pozdrawiał nowo przybyły statek — dały się słyszeć szalone buczenia i długie, piskliwe gwizdy; wszystkie odgłosy zlewały się w jeden i zdawały się trwać bez końca, jak gdyby w nocy rozbudzono sforę psów, które, ujadając, wypełniają powierzone im zadanie ochrony domu. Ponad dźwiękami wybuchł ostry i przeszywający odgłos syreny Bly’a, łącząc chór. Nirgal nigdy nie słyszał takiego szaleństwa dźwięków, wręcz raniły mu uszy! Powietrze wydawało się gęstsze, dźwięk łodzi Bly’a jakby mocno zbity. Kapitan uśmiechał się i przyciskał pięścią włącznik syreny. Mężczyźni z załogi łodzi stali przy balustradzie albo na niej, podobnie — członkowie eskorty Nirgala; wszyscy coś wykrzykiwali w stronę niezwykłego statku.

W końcu syrena Bly’a umilkła.

— Co to? — krzyknął Nirgal.

— „Cutty Sark”! — odkrzyknął Bly, po czym odrzucił głowę w tył i roześmiał się. — Stał w Greenwich! Przymocowany w parku! Jakieś szalone dranie musiały go uwolnić. Cóż za wspaniały pomysł. Musieli go zaholować przez barierę powodziową. Spójrzcie na jego żagle!

Z każdego z trzech masztów starego klipera rozpościerało się cztery albo pięć żagli, między masztami widać było również kilka żagli trójkątnych; sięgały do przodu, do bukszprytu. Żaglowiec płynął środkiem odpływu, popychał go silny wiatr, toteż przecinał pianę i szczątki towarów, rozszczepiając wodę ostrym dziobem, ciągnąc za sobą białe fale. Nirgal widział stojących przy żaglach mężczyzn, większość z nich wychylała się przez noki rei, machając rękoma ku nierównej flotylli mijanych łodzi motorowych. Wimple rozciągały się od szczytów masztów — duże niebieskie flagi z czerwonymi krzyżami. Kiedy słynny statek przepływał tuż obok łodzi Bly’a, kapitan Nirgala ponownie wdusił przycisk syreny, a mężczyźni znowu zaczęli krzyczeć. Żeglarz przy końcu rei zamachał do nich obiema rękoma, pochylając do przodu pierś i opierając ją o duży polerowany walec z drzewa. Nagle mężczyzna stracił równowagę. Wszyscy dostrzegli jego upadek; poruszał się jak w zwolnionym tempie. Z ustami otwartymi w małe „O” przechylił się do tyłu i wpadł w białą wodę, która pieniła się przy burcie statku.

Marynarze z łodzi Bly’a krzyknęli jednocześnie:

— Nie!

Bly przeklął głośno i włączył silnik, który nagle — w ciszy, zapadłej po wyłączeniu syreny — zabrzmiał niezwykle głośno. Od wody odbił się ryk łodzi podpływającej ku mężczyźnie za burtą. Nieszczęśnik wyglądał teraz jak jedna czarna kropka wśród innych; szaleńczo machał podniesionym ramieniem.

Wszystkie łodzie buczały, trąbiły, dzwoniły, „Cutty Sark” jednakże nie zwolniła. Pożeglowała w dal na pełnej prędkości, wszystkie żagle były mocno wydęte i stanowiły z tyłu piękny widok. Gdy łódź Bly’a dotarła do pływającego żeglarza, rufa klipera znajdowała się już daleko na wschodzie; biel żagla i czerń takielunku widoczne były przez jakiś czas, póki nie zniknęły nagle w kolejnej ścianie mgły.

— Cóż za wspaniały widok — ciągle powtarzał jeden z mężczyzn. — Cóż za wspaniały widok!

— Tak, tak, wspaniały, ale wyciągajmy tego biednego faceta.

Bly zwolnił. Jego ludzie rzucili na bok drabinkę i pochylili się, aby pomóc przemoczonemu żeglarzowi wejść na szczeble. W końcu dotarł do góry i przedostał się przez balustradę, lekko pochylony w mokrym ubraniu. Trzymał się balustrady i drżał.

— Ach, dzięki — zdołał powiedzieć, jednocześnie wymiotując przez burtę. Kev i inni członkowie załogi zdjęli z niego mokre ubranie i okryli go grubymi, brudnymi kocami.

— Jesteś głupim, pieprzonym idiotą — krzyknął Bly ze sterówki. — Mogłeś opłynąć świat na „Cutty Sark”, a teraz tkwisz tutaj, na „Pannie młodej z Faversham”. Jesteś głupim, pieprzonym idiotą.

— Wiem — odparł niedoszły topielec.

Mężczyźni zarzucili mu na grzbiet kurtkę, śmiejąc się.

— Ha, ha, kretyn, machający do nas jak ciapa!

Przez całą drogę z powrotem do Sheerness marynarze wypowiadali się na temat niemądrego zachowania żeglarza, który tymczasem, chroniąc się przed wiatrem, wysychał za sterówką. Ubrano go w o wiele za małe zapasowe ubrania. Żeglarz śmiał się wraz z marynarzami, przeklinał swój brak szczęścia, opisywał upadek, aż się uspokoił. Po powrocie do Sheerness pomogli mu zejść do podwodnego magazynu, gdzie nakarmili go gorącym gulaszem i napoili kolejnymi półkwartami mocnego piwa, a przy okazji każdej napotkanej w środku osobie i wszystkim, którzy schodzili po drabinie, opowiadali całą historię pechowego upadku.

— Patrzcie na tego głupiego ciamajdę, co spadł z „Cutty Sark” dziś po południu. Niezdarny drań, który mógł pod pełnymi żaglami dopłynąć na Tahiti!

— Do Pitcairn — poprawił swego marynarza Bly.

Sam żeglarz, straszliwie pijany, opowiadał swoją historię równie często jak jego ratownicy.

— Po prostu puściłem na sekundę rękę, lekko się przechyliłem i już spadałem. Latałem w przestrzeni kosmicznej. Nie sądźcie, żeby to miało znaczenie, wiem, że nie ma. Podnosiłem ręce przez cały rejs w górę Tamizy. Och, wybaczcie, muszę iść zwymiotować.

— Boże, ten żaglowiec stanowił naprawdę wspaniały widok. Miał więcej żagla, niż potrzebowali, co na szczęście już wyszło z mody. Ale taki widok!

Nirgal był ponury i kręciło mu się w głowie. Całe duże pomieszczenie ciemno połyskiwało, z wyjątkiem pewnych miejsc, w których lśniły smugi jaskrawego światła. Światłocień pomieszanych przedmiotów, Brueghel w czerni i bieli. Było bardzo głośno.

— Pamiętam wiosenne roztopy trzynastego, Morze Północne w moim salonie…

— Ach, nie, tylko nie roztopy trzynastego, nie opowiadaj o nich znowu!

Nirgal wyszedł do męskiej toalety — wydzielonego pokoiku w rogu pomieszczenia. Sądził, że poczuje się lepiej, jeśli sobie ulży. Wewnątrz jednej z przegród klęczał na podłodze uratowany żeglarz, gwałtownie wymiotując. Marsjanin wycofał się i usiadł na najbliższej ławce, aby zaczekać. Podeszła do niego jakaś młoda kobieta, wyciągnęła rękę i dotknęła czubka j ego głowy.

— Jesteś rozpalony!

Nirgal przyłożył dłoń do czoła i spróbował się skupić na temperaturze.

— Trzysta dziesięć stopni Kelvina — zaryzykował. — O cholera!

— Masz gorączkę — zauważyła nieznajoma.

Obok niego usiadł jeden z ochroniarzy. Nirgal powiedział mu o temperaturze, a mężczyzna spytał:

— Sprawdzisz na naręcznym komputerze?

Marsjanin skinął głową i odczytał wynik. Trzysta dziewięć kelwinow.

— Cholera — powtórzył.

— Jak się czujesz?

— Rozpalony. I ciężko mi się oddycha.

— Chyba zabierzemy cię do lekarza.

Nirgal potrząsnął głową, lecz natychmiast mu się w niej zakręciło. Obserwował, jak ochroniarze dzwonią, aby umówić wizytę. Podszedł Bly i przedstawiciele ochrony Nirgala zadali mu kilka pytań.

— W nocy? — spytał Bly.

Rozmowa odbywała się bardzo cicho. Kapitan wzruszył ramionami, gestem dając do zrozumienia, że nie jest to dobry pomysł, ale możliwy do wykonania. Ochroniarze kontynuowali pytania, a Bly wypił ostatnią półkwartę piwa, po czym wstał. Jego głowa znalazła się na wysokości głowy Nirgala, tyle że ten na wpół siedział oparty plecami o stół. Kapitan reprezentował niemal inną rasę: krępy, niski, potężne zwierzę ziemno-wodne. Czy wiedzieli o tym przed powodzią? Czy wiedzą teraz?

Ludzie żegnali się, bardzo mocno i boleśnie ściskając mu rękę. Wspięcie się po drabince do wieżyczki obserwacyjnej było męczące. Znaleźli się na zewnątrz w chłodnej, wilgotnej nocy; mgła okryła wszystko całunem. Bly bez słowa poprowadził ich na swoją łódź. Milczał nadal, gdy uruchamiał silniki i odcumowywał łódź. Popłynęli po niskiej martwej fali. Po raz pierwszy kołysanie na wodzie przyprawiło młodego Marsjanina o prawdziwe mdłości. Były gorsze niż ból. Nirgal usiadł obok Bly’a na stołku, obserwując szary stożek oświetlonej wody i mgły przed dziobem łodzi. Kiedy zamajaczyły ciemne obiekty, zwolnił, po czym zatrzymał silniki. W pewnym momencie syknął. Przez długi czas usiłowali zadokować na ulicach Faversham, a gdy im się wreszcie udało, Nirgal czuł się już zbyt chory, aby się odpowiednio pożegnać. Zdołał jedynie uścisnąć rękę Bly’a i spojrzeć przez krótką chwilę w niebieskie oczy mężczyzny. Takie twarze. Można by w nich zobaczyć dusze tych ludzi. Czy przedtem o tym wiedzieli?

Potem kapitan odpłynął, a Nirgal znalazł się wraz z ochroniarzami w samochodzie. Z warkotem jechali przez noc. Marsjanin miał wrażenie, że jego ciężar rośnie, tak jak podczas zjazdu windą. Następnie wsiedli do samolotu i wznieśli się w ciemność, potem opadli. Nirgal czuł ból w uszach i mdłości. Znajdowali się w Bernie, przy boku młodego Marsjanina stanął Sax. Duża pociecha.

Nirgala położono do łóżka; był bardzo rozpalony, oddech miał wilgotny i bolesny. Za jedynym oknem widział Alpy. Białe wyrywało się z zielonego, jak śmierć wznosząca się z życia, nacierająca, aby przypomnieć mu, że viriditas to zielony zapalnik, który wybuchnie pewnego dnia, tworząc supernową biel, przywracając ten sam układ elementów, jaki istniał wcześniej, zanim powstał wzorzec kurzawy pyłu. Biel i zieleń; Nirgal miał wrażenie, że Jungfrau wpycha mu się w gardło. Chciał spać, pragnął uciec przed tym uczuciem.

Sax siedział u jego boku i trzymał go za rękę.

— Sądzę, że Nirgal musi wrócić do marsjańskiego ciążenia — powiedział do kogoś, kogo chyba nie było w pokoju. — To może być jakaś forma choroby wysokościowej. Albo innej. Może alergii. Tak czy owak, reakcja ogólna całego układu. No i obrzęk. Zabierzmy go natychmiast do samolotu „ziemia-przestrzeń” i umieśćmy w pierścieniu grawitacyjnym z marsjańską grawitacją. Jeśli mam rację, to mu pomoże, jeśli nie — nie zaszkodzi.

Nirgal próbował się odezwać, nie mógł jednak złapać tchu. Ten świat zatruł go, zmiażdżył, ugotował na pełnej bakterii parze. Uderzył w żebra: Nirgal był uczulony na Ziemię. Ścisnął rękę Saxa, potem przycisnął ją do piersi, jak gdyby wbijał sobie nóż w serce.

— Tak — wysapał i zobaczył, że Sax spojrzał z ukosa. — Dom, tak, dom.

CZĘŚĆ 5

Nareszcie w domu

Stary człowiek siedzi przy łóżku chorego. Wszystkie szpitalne sale są takie same. Czyste, białe, chłodne, szumiące, fluoryzujące. Na łóżku leży mężczyzna: wysoki, ciemnoskóry, o gęstych, czarnych brwiach. Śpi, oddychając nierówno. Starzec garbi się przy jego głowie i jednym palcem dotyka za uchem czaszki tamtego. Mamrocze pod nosem.

— Jeśli to jest reakcja alergiczna, trzeba zatem przekonać twój system immunologiczny, że czynnik uczulający nie stanowi prawdziwego problemu. Zresztą, nie ustalili jeszcze tego czynnika. Obrzęk płucny zwykle wskazuje na chorobę wysokościową, mogła go jednak spowodować ziemska mieszanka gazów, a może mamy do czynienia z chorobą niskich wysokości. Tak czy owak, trzeba usunąć z twoich płuc wodę. Potrafią tu to zrobić. Gorączkę i dreszcze mogło spowodować biologiczne sprzężenie zwrotne. Musimy pamiętać, że bardzo wysoka gorączka jest niebezpieczna. Przypominam sobie, jak przed laty wszedłeś do łaźni po przypadkowej kąpieli w jeziorze. Byłeś siny. Jackie wskoczyła prosto do… nie, nie, chyba zatrzymała się, żeby popatrzeć. Chwyciłeś Hiroko i mnie pod ramiona, a wtedy wyczuliśmy, że się rozgrzewasz. Niedrgająca termogeneza, wszyscy to potrafią, lecz twoje działanie było świadome i rozgrzałeś swoje ciało bardzo mocno. Nigdy czegoś podobnego nie widziałem. Ciągle nie wiem, jak tego dokonałeś. Byłeś cudownym dzieciakiem. Ludzie potrafią zmusić swoje ciało do drżenia, może więc postąpiłeś tak samo, tyle że we własnym wnętrzu. Teraz sposób właściwie nie ma znaczenia… nie musisz wiedzieć, jak to zrobić, po prostu zrób! O ile oczywiście potrafisz odwrócić kierunek. Musisz obniżyć sobie temperaturę. Spróbuj. Tylko spróbuj. Byłeś takim cudownym chłopcem.

Stary człowiek wyciąga rękę i chwyta młodego za nadgarstek. Trzyma go i ściska.

— Ciągle zadawałeś pytania. Miałeś łagodne usposobienie i byłeś bardzo ciekawy. Pytałeś: „Dlaczego, Sax, dlaczego? Dlaczego, Sax, dlaczego?” To było zabawne. Próbowałem odpowiedzieć na każde pytanie. Świat przypomina drzewo, każdy liść świadczy o pracy korzeni. Wiem, że Hiroko tak właśnie odczuwała, zdaje się zresztą, że ona pierwsza mi o tym powiedziała. Słuchaj, szukanie jej nie było złym pomysłem. Sam jej szukałem, f będę jej szukał. Dlatego, że widziałem ją niedawno na Daedalii. Pomogła mi podczas burzy. Hiroko chwyciła mnie za nadgarstek. Naprawdę! Ona żyje, Nirgal, Hiroko żyje. Jest gdzieś w terenie. Znajdziesz ją któregoś dnia. Tylko uruchom swój wewnętrzny termostat, obniż temperaturę, a któregoś dnia na pewno odnajdziesz Hiroko…

Starzec wypuszcza z ręki nadgarstek młodzieńca. Osuwa się, na wpół śpi, ciągle mamrocząc:

— Pytałeś: „Dlaczego, Sax, dlaczego?”

Gdyby nie wiał mistral, Michel zacząłby krzyczeć, ponieważ nic nie wyglądało tak samo, nic! Wysiadł w Marsylii na stacji kolejowej, która nie istniała, kiedy opuszczał Ziemię, obok nowego małego miasteczka, którego również wtedy jeszcze nie było. Budynki skonstruowano zgodnie z normami specyficznej strzelistej architektury Gaudiego. Równocześnie miały w sobie coś z bogdanowistycznej kolistości, toteż Michelowi przypomniało się Chiristianopolis czy też Hiranyagarba, któreś z nich. Jednak, generalnie, miasto wyglądało straszliwie obco. Powierzchnia była dziwnie spłaszczona, zielona, pozbawiona charakterystycznego dla Prowansji je ne sais ąuoi. Michel wracał po stu dwóch latach.

Na szczęście nad tym nieznajomym krajobrazem wiał mistral, pędząc w dół z Masywu Centralnego — zimny, suchy, stęchły i jakby elektryczny, migający negatywnymi jonami albo czymś innym, co dawało mu to swojskie katabatyczne ożywienie. Mistral! Tak, to była Prowansja.

Tutejsi pracownicy Praxis mówili po francusku, lecz Michel ledwie potrafił ich zrozumieć. Musiał się intensywnie wsłuchiwać, mając nadzieję, że przypomni sobie ojczystą mowę, że franglaisation i frarabisation (o których słyszał) nie zmieniły zbytnio jego rodzimego języka. „Zachwaszczenie” francuszczyzny szokowało Michela, który uważał, że Akademia Francuska powinna była zamrozić język w stanie siedemnastowiecznym. Jakaś młoda kobieta przewodząca doradcom Praxis mówiła właśnie, że mogliby zorganizować przejażdżkę po okolicy i obejrzeć region: między innymi zjechać nad nowe wybrzeże.

— Dobrze — zgodził się Michel.

Już rozumiał ich trochę lepiej. Może problem stanowił jedynie prowansalski akcent, którego już nie pamiętał. Michel podążył za pozostałymi przez koncentryczne kręgi budynków, potem wyszedł na parking podobny do wszystkich innych parkingów. Młoda doradczyni pomogła mu wejść na siedzenie pasażera w małym samochodzie, potem usiadła obok, za kierownicą. Na imię miała Sylvie; była niewysoka, atrakcyjna, elegancka, przyjemnie pachniała i tylko jej dziwaczny francuski stale zaskakiwał Michela. Uruchomiła samochód i wywiozła ich z lotniska. Później pędzili hałaśliwie czarną drogą wśród płaskiego krajobrazu zielonego dzięki trawie i drzewom. W oddali Michel dostrzegł wzgórza. Ależ były małe! A horyzont znajdował się tu tak daleko!

Sylvie pojechała na najbliższe wybrzeże. Z punktu widokowego na szczycie wzgórza widać było sporą część Morza Śródziemnego, które tego dnia połyskiwało w słońcu brązem i szarością.

Po kilku minutach milczącej obserwacji przewodniczka Duvala ruszyła dalej. Jechała w głąb lądu, znowu po płaskim terenie. Potem zatrzymali się przy grobli i przyjrzeli — jak powiedziała Sylvie — regionowi Camargue, którego Michel nie rozpoznał. Delta Rodanu przypominała kiedyś szeroki, trójkątny wachlarz rozciągający się na wielu tysiącach hektarów, wypełniony słonymi błotami i trawą; teraz deltę zalało morze. Woda stała się brązowa, widać było w niej budynki, a przez jej środek przesuwała się niebieskawa linia Rodanu.

— Arles — powiedziała Sylvie.

Miasto znajdowało się w górze, na szczycie wachlarza i znowu funkcjonowało jako port morski. Ciągle jednak trzeba było umacniać kanał. Sylvie wyjaśniła z osobliwą dumą, że całą ziemię w delcie na południe od Arles — od Martiques na wschodzie do Aigue-Mortes na zachodzie — pokrywa woda. Życie w Aigue-Mortes zupełnie zamarło, odkąd zostały zatopione jego przemysłowe budynki. Sylvie wyjaśniła, że ocalałe urządzenia portowe przewieziono do Arles albo do Marsylii. Ludzie pracowali tu ciężko, aby zabezpieczyć drogi nawigacyjne dla statków. Zarówno w Catnargue, jak i w Plaine de la Crau, położonym dalej na wschodzie, wystawało z wody mnóstwo wszelkiego rodzaju budowli; wiele z nich było zupełnie zalanych. Woda zmieniła się w mętny muł, toteż nie sposób było dojrzeć dno.

— Zobacz, tam jest stacja kolejowa… Widać główny budynek, ale przybudówki już nie. O, a tu jeden z obwałowanych kanałów. Groble są teraz gorsze niż rafy. Widzisz linię szarej wody? Groble ciągle pękają, przerywa je prąd Rodanu.

— Szczęście, że fale nie są duże — zauważył Michel.

— To prawda. Wtedy dotarcie do Arles byłoby dla statków zbyt niebezpieczne.

W Morzu Śródziemnym fale były niewielkie, toteż kutry i przybrzeżne statki towarowe wypływały codziennie. Ludzie starali się zabezpieczyć główny kanał Rodanu przez nową lagunę oraz przywrócić dla ruchu kanały po obu stronach — wówczas wracające na północ łodzie mogłyby omijać główny ciek Rodanu. Sylvie wskazała osobliwości powierzchni, których Michel nie zauważył, i opowiedziała mu o nagłych przesuwach kanału Rodanu, o niebezpiecznych mieliznach, luźnych pławach, rozdartych kadłubach, nocnych akcjach ratunkowych, wyciekach ropy, błędach nowych latarni ustawionych dla nieuważnych, a nawet o zwykłych aktach piractwa, do których dochodziło na pełnym morzu. Życie w nowym ujściu Rodanu było bardzo ekscytujące.

Po pewnym czasie Sylvie zawróciła i zawiozła ich na południowy wschód; dotarli do wybrzeża, to znaczy do prawdziwego wybrzeża, między Marsylią i Cassis. Ta nadmorska część — podobnie jak leżące dalej na wschodzie Lazurowe Wybrzeże — składała się obecnie z pasma stromych wzgórz opadających nagle do morza. Wzgórza nadal znajdowały się dość wysoko ponad wodą, toteż w pierwszej chwili Michel pomyślał, że ten odcinek wybrzeża zmienił się znacznie mniej niż zatopiony region Camargue. Zmienił jednak opinię po kilku minutach milczącej obserwacji. Camargue zawsze było deltą i ciągle nią pozostawało, a więc nie zaszły tam istotne zmiany. Tutaj natomiast…

— Zupełnie zniknęły plaże!

— Tak.

Można się było spodziewać. Plaże stanowiły istotę tego wybrzeża, co roku długo trwało na nich ciepłe lato, cisnęły się setki opalonych, niemal nagich wyznawców słońca, pływaków, żaglówek. Karnawałowe kolory… No i te długie, ciepłe, wspaniałe noce! Wszystko to teraz zniknęło.

— Nigdy już nie wrócą.

Sylvie pokiwała głową.

— Wszędzie jest tak samo — zauważyła trzeźwo.

Michel spojrzał na wschód: aż do odległego horyzontu wzgórza opadały w brązowawe morze. Miał wrażenie, że widzi obszar aż do Cap Sicie. Dalej znajdowały się wszystkie wspaniałe kurorty: St. Tropez, Cannes, Antibes, Nicea, jego własne małe Villefranchesurmer i inne modne plażowe kurorty, większe i mniejsze… Wszystkie były zatopione tak jak tutejsze tereny… Brąz morskiego błota chlupoczącego przy obrzeżu jasno-brązowej skały, martwe żółte drzewa, plażowe dróżki opadające w brudnobiałe przybrzeżne fale, które z kolei wpływały na ulice opuszczonych miast.

Zielone drzewa na nowym widnokręgu, ponad białawą skałą. Michel nie pamiętał bieli tej skały. Roślinność niska i brzydka; Sylvie opowiadała, że ludzie wycinali drzewa na ogniska, Michel jednak niemal jej nie słuchał; patrzył w dół, na zatopione plaże, i próbował sobie przypomnieć ich piaszczyste, gorące, erotyczne piękno. Zniknęło. Gdy tak obserwował brudne przybrzeżne fale, zdał sobie sprawę, że nie pamięta zbyt dobrze tych plaż ani dni na nich spędzonych, wielu leniwych dni, które teraz zamazały mu się w pamięci niczym twarz nieżyjącego przyjaciela. Po prostu nie mógł ich sobie przypomnieć.

Marsylia na szczęście przetrwała; najbrzydsza część wybrzeża — miasto. Doki wprawdzie zostały zalane, podobnie rejony tuż za nimi, ale teren wznosił się tutaj stromo, toteż wyższe dzielnice dalej prowadziły upartą, brudną egzystencję. Duże statki ciągle kotwiczyły w porcie, długie ruchome doki przesuwano, aby ułatwić opróżnianie ładowni, a marynarze ze statków ruszali do miasta i bawili się jak za dawnych lat. Sylvie powiedziała, że właśnie w Marsylii słyszała mrożące krew w żyłach opowieści o ryzykownych przygodach w ujściu Rodanu i w innych miejscach nad Morzem Śródziemnym. Mapy nie znaczyły tu już nic: między Maltą a Tunezją napadano na domy, na wodzie atakowali barbarzyńscy korsarze…

Marsylia jest teraz bardziej sobą niż przez ostatnie stulecia — stwierdziła i uśmiechnęła się, a jej pasażer nagle poczuł smak nocnego życia, dzikiego, może trochę niebezpiecznego. Sylvie lubiła Marsylię. Samochód przechylił się na jednym z wielu wybojów drogi, a Michel miał wrażenie, że tak szaleńczo bije jego tętno — że on i mistral biegają po brudnej, starej Marsylii, podnieceni myślą o jakiejś zwariowanej młodej kobiecie.

„Bardziej jest sobą niż przez ostatnie stulecia”. Być może to stwierdzenie odnosiło się do całego wybrzeża. Zniknęli turyści; skoro nie było plaż, turystyka nie miała już racji bytu. Duże, pastelowo otynkowane hotele i budynki mieszkalne stały obecnie na wpół zatopione wśród przybrzeżnych fal, niczym dziecięce klocki pozostawione podczas odpływu. Kiedy wyjechali z Marsylii, Michel zauważył, że wyższe piętra wielu tych budynków ponownie zaludniono. Sylvie wyjaśniła, że mieszkają w nich rybacy; bez wątpienia trzymali łodzie w pokojach na dole, niczym ludzie znad jezior w prehistorycznej Europie. Wracały stare sposoby.

Michel stale wypatrywał przez okno, próbując zrozumieć życie nowej Prowansji i pogodzić się z szokującymi zmianami. Otaczający go świat wydał mu się interesujący, mimo iż różnił się od tego, który zapamiętał. Pocieszył się, że nowe plaże ukształtują się w końcu, kiedy fale odsuną się od podnóży klifów, a przepełnione rzeki i strumienie naniosą odpowiednio dużo ziemi. Możliwe, że plaże pojawią się nawet dość szybko, chociaż najpierw będą błotniste bądź kamienne. Ten brązowawy piasek… no cóż, może prąd przeniesie nieco zatopionego piasku w górę na nowe pasmo, kto wie? Na pewno jednak większość starego świata zniknęła na dobre.

Sylvie podjechała do kolejnego, smaganego wiatrem punktu obserwacyjnego, z którego rozciągał się widok na morze. Było brązowe aż po horyzont. Wiatr od lądu sprawiał, że fale uciekały od pasma; wyglądało to osobliwie. Michel próbował sobie przypomnieć barwę rozsłonecznionego lazuru. Kiedyś istniały rozmaite odmiany śródziemnomorskiego błękitu: jasna, czysta barwa Adriatyku, egejski błękit z homerycką domieszką wina… Teraz wszystko było brunatne. Brunatne morze, pozbawione plaż klify, blade, bezludne, przypominające pustynie, skaliste wzgórza. Kraina nieużytków. Nic już nie było takie samo, nic!

W końcu Sylvie dostrzegła, że Michel milczy, i zawiozła go na zachód, do Arles, do małego hoteliku w centrum miasta. Duval nigdy nie mieszkał w Arles, nie miał też tam nic do roboty. Jednak obok hotelu znajdowały się biura Praxis, a Michel nie wiedział, gdzie indziej mógłby się zatrzymać. Wysiedli przed hotelem; grawitacja ciążyła. Sylvie zaczekała w holu, a Michel zaniósł torbę na górę. Stanął niepewnie w małym hotelowym pokoiku, torbę rzucił na łóżko. Mięśnie miał napięte; bardzo pragnął odnaleźć swój kraj, wrócić do domu. Nie znalazł go jednak.

Wyszedł przed hotel, potem wszedł do sąsiedniego budynku, gdzie Sylvie załatwiała jakieś swoje sprawy.

— Wiem, jakie miejsce chciałbym zobaczyć — odezwał się do niej.

— Pojedziemy, gdzie pan zechce.

— W pobliżu Vallabrix. Na północ od Uzes.

Sylvie odparła, iż wie, gdzie to jest.

Gdy dotarli na miejsce, było już późne popołudnie. Po boku wąskiej starej drogi znajdowała się polana, a obok, na stoku, rósł oliwkowy gaj. Na otwartej przestrzeni wiał mistral. Michel poprosił Sylvie, aby została w samochodzie, po czym wysiadł i ruszył w wietrze po zboczu między drzewami. Był sam na sam z przeszłością.

Jego stary mas znajdował się na północnym krańcu gaju, na krawędzi płaskowyżu wznoszącego się nad parowem. Drzewka oliwkowe skarlały ze starości. Z samego mam pozostały już tylko kamienne ściany, prawie zagrzebane pod długimi, splątanymi, ciernistymi pnączami jeżynowymi, które porastały je od zewnątrz.

Patrząc w dół, na ruiny, Michel stwierdził, że potrafi całkiem nieźle przypomnieć sobie ich wnętrze. A w każdym razie, niektóre ich fragmenty. Pamiętał kuchnię i stół jadalny przy drzwiach. Dalej, jeśli się przeszło pod masywnym ściągiem dachowym, znajdował się salon z tapczanikami, niskim stolikiem do kawy i drzwiami do sypialni. Michel mieszkał tu przez dwa czy trzy lata z kobietą imieniem Eve. Od ponad stulecia nie wspominał tego miejsca, jak gdyby całkowicie zniknęło z jego pamięci. Gdy jednak stał tak patrząc na ruiny, obrazy z tamtego czasu przesuwały mu się przed oczyma — innego rodzaju ruiny: w tym narożniku, który teraz wypełniał popękany gips, stała ongiś niebieska lampa, na tej ścianie, gdzie obecnie leżały cegły, dachówki i zwały liści, wisiał kiedyś obraz van Gogha. Masywny ściąg dachowy zniknął, podobnie jak podpory w ścianach. Ktoś musiał je powyjmować; trudno było w to uwierzyć, ponieważ ważyły zapewne setki kilogramów. Dziwne, jakie pomysły mają ludzie. Michelowi przypomniał się problem ogołocenia Ziemi z lasów, o którym wspomniała Sylvie; ale przecież pozostało wystarczająco dużo drzew, aby wyciosać kilka dużych belek. Ludzie przeżyli na tej ziemi stulecia…

W końcu brak lasów przestanie być problemem. Wcześniej, podczas jazdy, Sylvie mówiła o gwałtownej powodziowej zimie, o deszczach i wietrze; ten mistral szalał już od miesiąca. Niektórzy ludzie twierdzili, że nigdy nie przestanie wiać. Patrząc na zrujnowany dom, Michel nie czuł żalu. Potrzebował wiatru… dla orientacji. Dziwne, jak ludzka pamięć działa… albo nie działa. Duval stanął na roztrzaskanym murze masu i próbował sobie przypomnieć jakieś szczegóły ze swego tutejszego życia z Eve. Umyślny rozkaz, gonienie za przeszłością… Zamiast scenek stąd, w pamięci stanęły mu sytuacje z życia, które dzielił z Mają w Odessie, gdy sąsiadowali ze Spencerem. Prawdopodobnie obie jego przyjaciółki miały podobny charakter i stąd to zamieszanie. Eve — tak jak Maja — miała gorący temperament, a co do reszty: la vie quitidienne to la vie quitidienne, we wszystkich czasach i miejscach, zwłaszcza, bez wątpienia, dla określonej jednostki; sadowiło się w jego nawykach niczym w meblach przenoszonych z miejsca na miejsce. Może i tak.

Wewnętrzne ściany tego domu były wtedy otynkowane na czysty beż i obwieszone obrazami. Teraz pozostały nierówne, odbarwione płaty tynku, jak na zewnętrznych ścianach starego kościoła. Eve przygotowywała dania w kuchni niczym doświadczona tancerka; była giętka, miała długie i silne nogi. Gdy patrzyła przez ramię na Michela, śmiała się. Jej kasztanowe włosy kołysały się z każdym obrotem. Tak, Michel pamiętał — ta sytuacja powtarzała się wielokrotnie. Obraz bez kontekstu. Był zakochany. A jednak doprowadzał ją do wściekłości i w końcu zostawiła go dla innego mężczyzny… Tak, dla nauczyciela z Uzes. Co za ból! Pamiętał go, choć nic dla niego teraz nie znaczył, zdarzył się bowiem w poprzednim życiu. Te ruiny nie wyzwoliły ukłucia bólu. Przyniósł jedynie dawne wizerunki. Przerażające — jak gdyby reinkarnacja była czymś rzeczywistym i przydarzyła się właśnie jemu, tak że doświadczał chwilowych retrospekcji któregoś z żywotów oddzielonych od siebie przez szereg śmierci. Jakie by to było dziwne, gdyby taka reinkarnacja istniała naprawdę i przemawiała nieznanymi językami jak Bridey Murphy. Michel poczuł, jak w umyśle wiruje mu przeszłość… Poprzednie wcielenia… no cóż. Wracały do niego w gruncie rzeczy dokładnie w ten sam sposób. Nie doświadczał jednak ponownie żadnego z przeszłych wrażeń, tylko pamiętał, lecz nie czuł…

Opuścił ruiny i wrócił między stare drzewka oliwkowe.

Gaj wyglądał, jak gdyby nadal ktoś go uprawiał. Wszystkie gałęzie były odpowiednio przycięte, a ziemia — wyrównana i porośnięta krótką, suchą, bladą trawą, pokrytą tysiącami starych, szarych oliwkowych pestek. Drzewa stały w szeregach i rzędach, a jednocześnie wyglądały naturalnie, jak gdyby po prostu wyrosły w tej odległości od siebie. Wiał wiatr, uderzając w liście, niczym subtelny perkusista. Michel stał w środku gaju, skąd dostrzegał niemal wyłącznie oliwkowe drzewa i niebo; ponownie zauważył, jak oba kolory liści iskrzą się na wietrze: zielony, potem szary, szary, znowu zielony…

Wyciągnął rękę w górę, przyciągnął ku sobie gałązkę i zbadał najbliższe listki. Przypomniał sobie, że gdy się patrzy na nie z bliska, obie strony prawie nie różnią się barwą — jedne są matowe i średniozielone, drugie — w odcieniu jasnego khaki. Natomiast z daleka wyglądały zupełnie inaczej; stok był ich pełen. Kiedy w nocy unosiły się na wietrze, miały dwie zupełnie odmienne barwy: pod wpływem światła księżyca jedna strona zdawała się czarna, druga — srebrna. A gdyby obejrzeć je pod słońce, różniły się jedynie strukturą: były matowe lub lśniące.

Podszedł do drzewa i położył ręce na pniu. Kora — chropowate, popękane prostokąty barwy szarozielonej, podobnej do spodów liści, choć nieco ciemniejsze i często pokryte inną, dodatkową zielenią: żółtawą zielonością porostów, zwykłą żółtą zielonkawością albo stalowozielonym kolorem okrętów wojennych. Na Marsie nie rosły jeszcze drzewka oliwkowe, nie było też śródziemnych mórz. Nie, Ziemia to Ziemia. Michel całym sobą czuł, że znajduje się na rodzimej planecie. Ale też… jak gdyby miał jakieś dziesięć lat. Niósł w sobie ciężkie dziecko. Niektóre z prostokątów kory łuszczyły się. W płytkich szczelinach między nimi było widać prawdziwą, wolną od porostów barwę kory — blady, drzewiasty beż. Przeważnie jednak drzewa pokrywały porosty i trudno było mieć pewność. Michel nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiał. Gałęzie nad jego głową były gładsze, cielesne w odcieniu szczeliny miały zaledwie postać kresek; porosty także były jaśniejsze — niczym zielony pył, który osiadł na konarach i gałęziach.

Korzenie wyglądały na duże i silne. Przy ziemi pnie rozszerzały się, rozrastając w podobnych palcom wypukłościach, pomiędzy którymi znajdowały się otwory i szczeliny; przypominały guzowate pięści wbite w podłoże. Żadnemu mistralowi nigdy nie udałoby się wyrwać tych drzewek z korzeniami. Nawet silny marsjański wiatr nie zdołałby ich powalić.

Powierzchnię pokrywały stare pestki oliwek i zasuszone czarne owoce; powoli wysychały, zmieniając się w pestki. Michel podniósł jedną oliwkę, której czarna skórka ciągle jeszcze była gładka. Odarł ją paznokciami kciuka i palca wskazującego. Purpurowy sok poplamił mu skórę, a kiedy polizał kropelkę, poczuł, że jej smak z pewnością nie przypomina konserwowanych oliwek. Był kwaśny. Michel wgryzł się w podobny śliwkowemu miąższ i jego smak — kwaśny i gorzki, nieoliwkowy z wyjątkiem lekkiego oleistego posmaku; wrażenie podobne było deja vu Mai: Michel wiedział, że jadł je już wcześniej! Jako dziecko kosztował surowe owoce z kolegami i za każdym razem mieli nadzieję, że będą smakowały jak jedzone w domu, przy stole; wówczas zapewniłyby im przekąskę na placu zabaw, mannę w ich własnej małej dziczy. Jednak miąższ oliwki (słabszy, im głębiej Michel wgryzał się ku pestce) uparcie pozostawał niesmaczny. A jednak wrył się w umysł Duvala mocniej niż wspomnienie jakiejkolwiek osoby. Był bardzo gorzki i kwaśny, choć teraz, gdy Francuz przywołał wspomnienia, wydał mu się niemal przyjemny. Może Michel został uleczony.

Liście unosiły się w porywistym północnym wietrze. Michel poczuł zapach kurzu, potem dostrzegł mgiełkę brązowego światła; zachodnie niebo przybrało barwę miedzi. Najwyższe konary dwu — lub trzykrotnie przerastały Duvala; dolne gałęzie zwisały w dół, dotykając jego twarzy. Ludzka skala. Śródziemnomorskie drzewo, drzewo Greków, którzy potrafili tak wyraźnie dostrzec tyle spraw, którzy widzieli rzeczy w ich właściwych proporcjach. Symetria wobec ludzkiej skali: drzewa, miasta, cały fizyczny świat, skaliste wyspy egejskie, skaliste wzgórza Peloponezu: wszechświat, który można przejść w kilka dni. Zawsze i dla każdego człowieka — i gdziekolwiek się znajdował — ludzki wymiar miał dom. Właściwe miejsce. Zwykle zresztą w dzieciństwie.

Każde drzewo przypominało zwierzę; wysuwało listowie w wiatr, a guzowate „nogi” wbijało w ziemię. Pokryty liśćmi stok iskrzył się pod naporem wiatru, pod nierównomiernymi porywami, uderzeniami bądź w nieoczekiwanym bezruchu; listowie falowało z każdym podmuchem. To była Prowansja, samo jej serce. Michel miał wrażenie, że na krawędzi mózgu drżą mu wspomnienia z dzieciństwa. Ogromne presque vu wypełniło Francuza, przepełniło go; życie w jakimś pejzażu, drżące własnym ciężarem i równowagą. Duvalowi nie było już ciężko. Sam błękit nieba kojarzył się z jakimś głosem z poprzedniego wcielenia, który szeptał: „Prowansja, Prowansja, Prowansja”.

Jednak gdzieś ponad parowem kręciło się stado czarnych kruków krzyczących: „Ka, Ka, Ka!”

Ka. Kto stworzył tę opowieść o małych czerwonych ludzikach i o nazwie, którą nadali Marsowi? Nie sposób odgadnąć. Takie historie nie miały początków. W mitologii śródziemnomorskiej Ka oznaczało tajemniczy element osobowości człowieka lub jego dodatkowy geniusz opiekuńczy; przedstawiano go w formie jastrzębia, gołębia lub kruka.

A teraz marsjańskie Ka opadło Michela tutaj, w Prowansji. Czarne kruki… Na Marsie, pod przezroczystymi namiotami latały takie same ptaki, z równie niedbałą siłą stawiając opór podmuchom wiatru z areatorów jak tutejszemu mistralowi. Nie dbały o to, że są na Marsie, był dla nich domem, światem jak każdy inny, a ludzie pod nimi — tym, czym byli zawsze: niebezpiecznymi, naziemnymi zwierzętami, które mogły zabić lub zabrać na nieznaną wyprawę. Żaden marsjański ptak nie pamiętał, jak tam dotarł, nie pamiętał też Ziemi. Nic nie łączyło tych dwóch światów z wyjątkiem ludzkiego umysłu. Ptaki latały, szukały jedzenia i krakały, na Ziemi czy na Marsie — tak było zawsze i zawsze tak będzie. Wszędzie czuły się w domu, kołując w mocnych porywach wiatru, radząc sobie z mistralem i wołając do siebie: „Mars, Mars, Mars!”. Natomiast umysł Michela Duvala przebywał w dwóch światach naraz lub trwał zatracony w nicości między nimi. Ogromna noosfera. Gdzie był Michel? Kim był? Jak miał żyć?

Gaj oliwkowy. Wiatr. Jaskrawe słońce na miedzianym niebie. Ciężar własnego ciała, kwaśny smak w ustach. Duval czuł się zakorzeniony w tej ziemi. To byłjego dom, ten i żaden inny. Świat się zmienił, a jednocześnie nigdy naprawdę się nie zmieni — nie ten gaj i nie sam Michel. Nareszcie był w domu. Nareszcie. Mógłby żyć na Marsie przez dziesięć tysięcy lat, a jednak jego domem pozostał prowansalski gaj.

Gdy znalazł się ponownie w pokoju hotelowym w Arles, zadzwonił do Mai.

— Proszę, Maju, przyjedź. Chcę, żebyś to zobaczyła.

— Pracuję nad porozumieniem, Michelu. Porozumieniem między Organizacją Narodów Zjednoczonych i Marsem.

— Wiem.

— To jest ważne!

— Wiem.

— No cóż. Po to tu przyleciałam. Działam, jestem w samym środku. Nie mogę po prostu sobie pojechać na wakacje.

— Dobrze już, dobrze. Ale zrozum, ta praca nie ma końca. Polityka nigdy się nie kończy. Zrób sobie wakacje, a potem wróć. Zobaczysz, że nic się nie zmieni. A to… to jest mój dom, Maju. Chcę, żebyś go zobaczyła. Ty nie chcesz mi pokazać Moskwy, nie chcesz do niej polecieć…

— Nie, nawet gdyby pozostała ostatnim suchym miejscem ponad powodzią.

Michel westchnął.

— No cóż, ja odczuwam inaczej. Proszę, przyjedź i zobacz, co mam na myśli.

— Może za jakiś czas, kiedy skończymy tę fazę negocjacji. Jesteśmy w krytycznym okresie, Michelu! Właściwie, ty powinieneś być tutaj, a nie ja tam.

— Mogę obserwować na naręcznym komputerze. Nie ma powodu, żebym uczestniczył osobiście. Proszę cię, Maju!

Rosjanka umilkła; chyba w końcu coś w jego tonie dało jej do myślenia.

— W porządku, spróbuję. Ale to się nie stanie zbyt szybko.

— Będę czekał.

Następne dni Michel spędzał w oczekiwaniu na Maję, chociaż oszukiwał się, że jest inaczej. Całymi dniami podróżował po okolicy wynajętym samochodem, czasami z Sylvie, czasami sam. Mimo chwili wspomnień w gaju oliwkowym, a może właśnie z tego powodu, czuł się zmieszany. Z jakiegoś powodu ciągnęło go na nową linię wybrzeża i zafascynowała łatwość, z jaką tutejsi ludzie przystosowali się do nowego poziomu morza. Często zjeżdżał nad brzeg, wybierając boczne dróżki, które prowadziły go na niespodziewane klify i nowe bagniste doliny. Wielu przybrzeżnych rybaków było pochodzenia algierskiego. Ubolewali, że nie najlepiej im się teraz łowi. Zatopione fabryki zanieczyszczały Camargue, ryby w Morzu Śródziemnym pływały przeważnie w błękitnej wodzie, która znajdowała się daleko, za obszarami błotnistej wody brunatnej; aby się tam dostać, trzeba było płynąć przez cały ranek, a po drodze czyhało wiele niebezpieczeństw.

Kiedy Michel mówił po francusku i słuchał tego języka — nawet dziwnej nowej mowy — miał wrażenie, że ktoś przykłada mu elektrody do jakichś nie odwiedzanych od stulecia partii mózgu. Co jakiś czas powracały wspomnienia: momenty uprzejmości okazywanej mu przez kobiety, jego okrucieństwo wobec nich. Może dlatego poleciał na Marsa — aby uciec przed sobą, przed nieprzyjemnym facetem, jakim był.

No cóż, jeśli tego pragnął, udało mu się; bardzo się zmienił. Chętnie pomagał innym i był skłonny do współczucia. Nie obawiał się spojrzeć w lustro. Mógł wrócić do domu i zmierzyć się z własną przeszłością. Dzięki temu, kim był teraz, potrafił odważnie stanąć oko w oko z dawnym sobą. Owej zmiany dokonał w nim Mars.

Dziwne, jak działa pamięć. Fragmenty wspomnień były małe i ostre, przypominały kolce puszystego, małego kaktusa, które raniły znacznie dotkliwiej, niż wskazywałaby ich wielkość. Michel najlepiej pamiętał swoje życie na Marsie. Odessa, Burroughs, podziemne schrony na południu, kryjówki daleko na terenach chaotycznych. Nawet Underbill.

Gdyby wrócił na Ziemię podczas lat przeżytych w Underbill, otoczyłyby go tu tłumy dziennikarzy. Ale nie kontaktował się z nimi od chwili swego wyjazdu w towarzystwie Hiroko i chociaż od czasu rewolucji nie próbował się ukrywać, chyba niewiele osób we Francji zauważało jego istnienie. Ostatnie katastrofalne wydarzenia na Ziemi pociągnęły najwyraźniej za sobą częściowe załamanie się kultury mediów — a może winą należy obarczyć tylko upływ czasu. Większość Francuzów urodziła się już po jego zniknięciu, pierwsza setka kojarzyła im się z historią starożytną, choć jednocześnie niedostatecznie starą, aby ich naprawdę zainteresowała. Gdyby nagle pojawili się Wolter, Ludwik XIV albo Karol Wielki, może poświęcono by im trochę uwagi — być może — ale jakiś psycholog z poprzedniego stulecia, który wyemigrował na Marsa, do jakiejś nowej Ameryki? Nie, ktoś taki nie zasłużył sobie na ich uwagę. Michel otrzymał parę telefonów, kilka osób przyszło do hotelu w Arles, aby z nim porozmawiać w holu albo na dziedzińcu, pojawił się też ktoś z paryskich mediów… Jednak wszystkich bardziej interesowała opinia Duvala na temat Nirgala niż on sam. Nirgal jako jedyny fascynował tutejszych ludzi, symbolizował dla nich Marsa.

Bez wątpienia, tak było lepiej. Chociaż, kiedy Michel siadywał w kafeteriach, aby zjeść posiłek, czuł się tak samotnie, jak gdyby sam jeden przemierzał pustą przestrzeń marsjańskich południowych wyżyn i musiał przyznać, że całkowite zlekceważenie trochę go rozczarowało: był tylko jednym vieux wśród całej reszty, jednym z tych, których nienaturalnie długie życie powodowało raczej — prawdę mówiąc — wszelkiego rodzaju problemy niż lefleuve blanc…

A jednak, naprawdę tak było lepiej. Zbytnia popularność z pewnością nie pozwoliłaby mu się zatrzymywać w małych wioskach wokół Vallabrix, takich jak Saint-Quentin-la-Poterie, Saint-Victor-des-Quies albo Saint-Hippolyte-de-Montaigu, i gawędzić ze sklepikarzami, którzy wyglądali identycznie jak ci sprzed stu lat i zapewne byli ich potomkami albo może nawet tymi samymi ludźmi; posługiwali się oni starszą, ładniejszą francuszczyzną i nie pytając o nic Michela, chętnie opowiadali o własnym życiu. Nie dbali o Duvala, był dla nich nikim. Podobnie na przedmieściach, na wąskich uliczkach, gdzie sporo osób wyróżniało się cygańskim wyglądem — mieli w sobie bez wątpienia domieszkę krwi północnoafrykańskiej, jak wielu ludzi od czasów najazdu Saracenów przed tysiącem lat. Od mniej więcej dziesięciu wieków stale przybywali tu Afrykanie, stanowiąc jedną z charakterystycznych cech Prowansji. Tutejsze młode kobiety były piękne: z wdziękiem spacerowały w grupkach po ulicach, ich czarne, długie włosy stale połyskiwały i migotały wśród niesionego przez mistral kurzu. Michel znał takie wioski. Zakurzone, plastikowe znaki, wszystko postrzępione i zrujnowane…

Przez cały czas drżał między swojskością i alienacją, między pamięcią i zapomnieniem. Najbardziej jednak ciążyła mu samotność. W jednej z kafeterii zamówił cassis i przy pierwszym łyku przypomniał sobie, że kiedyś siedział w tym samym lokalu, a nawet przy tym samym stoliku! Naprzeciwko Eve. Pomyślał, że Proust miał absolutną rację, mówiąc, że smak jest podstawowym czynnikiem odruchów pamięci, ponieważ najstarsze wspomnienia człowieka tkwią albo przynajmniej układają się w mózgu, w ciele migdałowatym, tuż ponad sferą związaną ze smakiem i zapachem, toteż zapachy żywo przeplatały się ze wspomnieniami, a także z odpowiedzialną za emocje siecią układu limbicznego. Obie sfery miały na siebie spory wpływ — istniał neurologiczny porządek: zapach wyzwalał wspomnienie, które wyzwalało nostalgię. Nostalgię, czyli intensywny ból za własną przeszłością, pragnienie, by wróciła przeszłość — nie dlatego, że była cudowna, ale po prostu dlatego, że istniała, a teraz zniknęła. Michel przypomniał sobie twarz Eve siedzącej naprzeciw niego i mówiącej coś w zatłoczonej sali. Nie pamiętał jednak, co powiedziała ani z jakiego powodu znaleźli się w kafeterii. Niemożliwe. To tylko odosobniony moment, kolec kaktusa, jak obraz widziany podczas błyskawicy, który wraz z nią znikał. Reszta stanowiła pustkę, niezależnie, jak bardzo Michel wytężał umysł. Tak wyglądały jego wspomnienia, w ten właśnie sposób się zmieniały, gdy stały się wystarczająco stare — błyski w ciemnościach, chaotyczne, niemal nic nie znaczące, a w dodatku czasem przepełnione jakimś nieokreślonym bólem.

Michel wyszedł z lokalu, uciekając od przeszłości do samochodu. Przez Vallabrix, pod dużymi platanami Grand Planas, pojechał do domu, do zrujnowanego masu. Wszystkie ruchy wykonywał bezwiednie. Czuł się bezradny; jak gdyby miał nadzieję, że dom ożyje. Zastał jednak tylko te same zakurzone ruiny obok oliwkowego gaju. Usiadł na murku. Miał w sobie dziwną pustkę.

Tamten Michel Duval zniknął. Ten także odszedł. Zaczynał żyć w następnych wcieleniach i zapomniał ten moment — choć był tak ostry i bolesny — tak samo jak zapomniał wszystkie inne momenty, które kiedyś miały miejsce. Błyski, obrazy: jakiś mężczyzna siedzący na roztrzaskanym murku, mężczyzna, bez uczuć. Tylko tyle. Ten Michel Duval także przeminie.

Oliwkowe drzewka machały ramionami. Szare, zielone, szare, zielone. Do widzenia, do widzenia. Teraz mu nie pomogły, nie dały mu żadnego euforycznego połączenia z utraconym czasem; ten moment także już należał do przeszłości.

Otoczony migotliwą szarą zielenią Michel dojechał z powrotem do Arles. Urzędnik w hotelowym holu mówił właśnie komuś, że mistral nigdy nie przestanie wiać.

— Ależ tak, przestanie — wtrącił się Michel, mijając ich.

Poszedł na górę do swojego pokoju i znowu zadzwonił do Mai.

— Proszę — powiedział. — Proszę, przyjedź szybko.

Gniewało go, że musi się poniżać do błagania.

— Wkrótce — odparła. — Jeszcze kilka dni i zawrzemy porozumienie. Prawdziwe, spisane porozumienie między ONZ i niezależnym rządem marsjańskim. Tworzy się historia.

Powiedziała, że potem pomyśli o przyjeździe.

Michel nie dbał o tworzącą się historię. Chodził po Arles, czekając na Maję. Wracał do pokoju i czekał. Wychodził, aby znowu pospacerować.

Rzymianie wykorzystywali Arles — tak samo Marsylię — jako port. Prawdę mówiąc, Cezar zrównał Marsylię z ziemią za to, że popierała Pompeje, Arles natomiast okazał przychylność i uczynił je lokalną stolicą. Spotykały się tu trzy strategiczne drogi zbudowane przez Rzymian; wszystkich używano jeszcze przez setki lat po rozpadzie Cesarstwa, a zatem i miasto przez te stulecia było pełne życia, kwitnące i ważne. Jednak później Rodan zamulił laguny, region Camargue zmienił się w zapowietrzone moczary, a drogi zaczęły niszczeć. Arles straciło na znaczeniu. Najpierw były smagane wiatrem słone trawy Camargue i słynne stada dzikich białych koni, a potem pojawiły się rafinerie ropy naftowej, elektrownie atomowe i zakłady chemiczne.

Teraz wraz z powodzią wróciły lśniące czystą wodą laguny, a Arles znowu stało się morskim portem. Michel nadal czekał w nim na Maję. Nigdy wcześniej tu nie mieszkał, toteż miasto nie budziło żadnych wspomnień; całe dni obserwował żyjących w nim obecnie ludzi. To była nowa, nieznana kraina.

Zadzwonił do niego do hotelu niejaki Francis Duval, z którym wcześniej skontaktowała się Sylvie. Był to bratanek Michela, syn jego zmarłego brata. Żył i mieszkał przy Rue du 4 Septembre, dokładnie na północ od rzymskiej areny, kilka kwartałów od wezbranego Rodanu i kilka — od hotelu Michela. Zapraszał wuja, by wpadł z wizytą.

Michel zgodził się po chwili wahania. Do tej pory zwiedził już miasto, zatrzymując się na krótko w rzymskim teatrze i na arenie, a tu nagle pojawia się bratanek, który w dodatku — jak się okazało — zwołał do siebie całą quartier, przyjęcie, korki szampanów wyskakujące jak z czarodziejskiego kapelusza. Michela wciągnięto do środka i wszyscy zebrani po kolei brali go w ramiona; trzy pocałunki w policzki na sposób prowansalski. Chwilę potrwało, zanim udało mu się dotrzeć do Francisa, a później bratanek ściskał go długo i mocno, mówiąc do niego przez cały czas. Kilka osób nagrywało spotkanie na wideo.

— Wyglądasz dokładnie jak mój ojciec! — stwierdził Francis.

— Ty również wyglądasz jak on! — odparł Michel, próbując sobie przypomnieć twarz brata. Francis był starszawym mężczyzną, a Michel nigdy nie widział brata w tak zaawansowanym wieku. Nie miał więc pewności.

Wszystkie otaczające go twarze były w jakimś sensie znajome, a język tych ludzi — przeważnie — zrozumiały. Wypowiadane przez nich zdania wywoływały w jego umyśle obrazy; zapach sera i wina przywoływał kolejne, a smak tego ostatniego — jeszcze więcej. Francis okazał się koneserem win i radośnie odkorko wy wał jedną zakurzoną butelkę po drugiej: Chäteauneuf du Papę, potem stuletnie sauterne z Chateau d’Yquem, swoją specjalność; Pauillac — pierwszorzędne czerwone cru z Bordeaux, po dwa z Chateau Latour, Chateau Lafitte i Chateau Mouton-Rothschild (rocznik 2064) z etykietką wykonaną przez Pougnadoresse’a. Te wiekowe cudeńka przekształciły się przez lata w coś więcej niż zwykłe wino, ich smak zagęścił się od rozmaitych alikwotów i harmonii. Wpływały w gardło Michela niczym jego własna młodość.

Miał wrażenie, że znajduje się na przyjęciu wydanym dla jakiegoś popularnego polityka z miasta, a Francis — chociaż zdaniem Michela nie bardzo przypominał jego brata — mówił dokładnie w taki sam sposób jak tamten. Michel sądził, że nie pamięta już tego głosu, tkwił on jednak w jego umyśle niezwykle wyraźnie. Francis identycznie przeciągał głoski w wyrazie „normalement”, którym określał świat przed powodzią, podczas gdy dla brata Michela słowo to oznaczało hipotetyczny stan spokojnego załatwiania spraw, który nigdy się nie zdarzał w prawdziwej Prowansji — obaj jednakże wypowiadali to słowo dokładnie tak samo śpiewnie, cedząc nor-male-ment…

Wszyscy obecni na przyjęciu chcieli rozmawiać z Michelem albo przynajmniej go słuchać, toteż stał ze szklaneczką w ręku i pospiesznie przemawiał w stylu miejskiego polityka, komplementował kobiety za urodę i dawał wszystkim do zrozumienia, że dobrze się czuje w ich towarzystwie; równocześnie starał się unikać sentymentalizmu i nie dać po sobie poznać, jak bardzo jest zdezorientowany. Odgrywał zatem zgrabne, fachowe przedstawienie, dokładnie takie, jakiego spodziewali się po nim ci współcześni Prowansalczycy, którzy przemawiali szybko i z humorem, jak gdyby walczyli w lokalnych walkach byków.

— A jaki jest Mars? Jak wygląda? Co będziesz teraz porabiał? Czy są tam już jakobini?

— Mars to Mars — odparł Michel, ucinając serię pytań. — Powierzchnia ma kolor dachówek w Arles. Rozumiecie…

Bawili się przez całe popołudnie, a potem podano kolację. Niezliczone kobiety całowały Michela w policzek. Upijał się ich perfumami, zapachem skóry i włosów, ich roześmianymi, wilgotnymi, ciemnymi oczyma, które patrzyły na niego z przyjazną ciekawością. Michel przypomniał sobie młode marsjańskie tubylki, przy których zawsze musiał zadzierać głowę, a i tak oglądał głównie ich podbródki, szyje i wnętrza nozdrzy. Jaką przyjemnością jest patrzeć z góry na przedziałek w lśniących czarnych włosach, pomyślał.

Późnym wieczorem ludzie się rozeszli. Francis wyszedł z Michelem na rzymską arenę, gdzie wspięli się na pochyłe schody jej fortyfikacji — średniowiecznych wież. Z niewielkiej kamiennej komnaty na szczycie schodów wyjrzeli przez maleńkie okienka. Zobaczyli dachy, pozbawione drzew ulice i Rodan. Z południowych okien widać było fragment brudnej wody — Camargue.

— Ach, znowu nad Morzem Śródziemnym — powiedział Francis, bardzo zadowolony. — Może dla większości miejsc powódź oznaczała katastrofę, lecz dla Arles okazała się niemal zbawieniem. Teraz ryżowi farmerzy przyjeżdżają do nas i przekwalifikowują się na rybaków albo przyjmują każdą inną pracę. Wiele łodzi, które przetrwały, dokowało tutaj, w samym mieście. Przywożą owoce z Korsyki i Majorki, handlują z Barceloną i Sycylią. Przejęliśmy sporą część marsylskiego biznesu, chociaż widzę, że tamci szybko odzyskują rezon. Świat się zmienia! Wiesz, przedtem Aix miało uniwersytet, Marsylia — morze, a my — tylko te ruiny i turystów, którzy przyjeżdżali dla nich na jeden dzień. Turystyka to paskudny interes, nie jest odpowiednią pracą dla ludzkich istot. Czujesz się jak żywiciel pasożytów. Teraz jednak znowu żyjemy! — Francis był trochę pijany. — Hej, musisz wypłynąć ze mną łodzią i zobaczyć lagunę.

— Chciałbym.

Tej nocy Michel znowu zadzwonił do Mai.

— Musisz przyjechać. Odnalazłem bratanka, moją rodzinę.

Na Mai jego rewelacja nie zrobiła wrażenia.

— Nirgal wyprawił się do Anglii szukać Hiroko — odrzekła ostro. — Ktoś mu powiedział, że ją tam widział, więc natychmiast pojechał.

— Co takiego?! — krzyknął Michel, wstrząśnięty tą nagłą wzmianką o Hiroko.

— Och, Michelu. Wiesz, że to nie może być prawda. Ktoś nagadał Nirgalowi bzdur i tyle. To nie może być prawda, ale Nirgal zareagował natychmiast.

— Zrobiłbym to samo!

— Proszę, Michelu, bądź rozsądny. Jeden głupek wystarczy. Jeśli Hiroko w ogóle żyje, jest na Marsie. Ktoś po prostu chciał w ten sposób odsunąć Nirgala od negocjacji. Być może bez złych zamiarów. Wiesz, że Nirgal ma spory wpływ na ludzi, no i nie potrafi się w odpowiednim momencie ugryźć w język. Powinieneś do niego zadzwonić i kazać mu wracać. Może ciebie posłucha.

— Ja bym nie posłuchał, gdybym był na jego miejscu.

Michel zatracił się w myślach, próbując zdusić nagłą nadzieję, że Hiroko żyje. Akurat w Anglii. Gdziekolwiek. Hiroko, Iwao, Gene, Rya… cała grupa… jego rodzina. Jego prawdziwa rodzina. Wzruszył ramionami. Kiedy próbował opowiedzieć niecierpliwej Mai o rodzinnym spotkaniu w Arles, słowa uwiązły mu w gardle. Zrozumiał, że jego prawdziwa rodzina zniknęła cztery lata temu. W końcu, zdołał jedynie z siebie wykrztusić:

— Proszę, Maju, przyjedź.

— Wkrótce. Powiedziałam Saxowi, że wyjeżdżam natychmiast po zakończeniu rokowań. W ten sposób cała reszta zostanie na jego głowie, a on przecież ledwie mówi. To absurd. — Michel uważał, że przesadzała, w Bernie znajdował się pełny zespół dyplomatyczny, a Sax był na swój sposób absolutnym fachowcem. — Ale okay, zrobię to dla ciebie. Tylko przestań mnie popędzać.

W następnym tygodniu doczekał się przybycia Mai.

Michel wyjechał po nią na nową stację kolejową. Był zdenerwowany. Mieszkał z Mają w Odessie i Burroughs przez prawie trzydzieści lat, ale teraz, gdy wiózł ją do Awinionu, miał wrażenie, że obok niego siedzi nieznajoma osoba, mrużąca oczy starożytna piękność z trudnym do odczytania wyrazem twarzy i mówiąca po angielsku zgrzytliwymi, szybkimi zdaniami; opowiadała mu o wszystkim, co się zdarzyło w Bernie. Wynegocjowali z ONZ traktat, w którym Ziemia zagwarantowała Marsowi niezależność. W zamian mieszkańcy Czerwonej Planety zgadzali się przyjąć określoną liczbę emigrantów (nie więcej niż dziesięć procent marsjańskiej populacji rocznie), wysłać pewną ilość zasobów naturalnych oraz konsultować się w kwestiach dyplomatycznych.

— Jest dobrze, naprawdę dobrze.

Michel próbował się skoncentrować na jej nowinach, ale nie mógł. Maja mówiła, od czasu do czasu patrząc na migające obok ich samochodu budynki, lecz w słońcu i zapylonym wietrze wyglądały dość tandetnie i najwyraźniej nie zrobiły na niej wrażenia.

Z ciężkim sercem Michel podjechał jak najbliżej papieskiego pałacu w Awinionie, zaparkował i udali się na spacer wzdłuż wezbranej rzeki, obok mostu, który nie sięgał drugiego brzegu, potem na szeroką promenadę prowadzącą z pałacu w kierunku południowym, gdzie w cieniu starożytnych platanów kuliły się uliczne kafeterie. W jednej z nich zjedli obiad, a Michel skosztował oliwy z oliwek i cassisu, smakując je przez chwilę; równocześnie obserwował, jak jego towarzyszka siedząca na metalowym krześle odpręża się niczym kotka.

— Jest przyjemnie — zauważyła, a Michel się uśmiechnął.

Rzeczywiście. Wokół panował chłód i spokój, otaczał ich cywilizowany świat, a jedzenie i picie były niezwykle wykwintne. Jednak dla Michela smak cassisu ruszył lawinę wspomnień i emocje z poprzednich „wcieleń” zmieszały się z wrażeniami, które odczuwał obecnie, uwydatniając wszystko — kolory, materiały, dotyk metalowych krzeseł i smaganie wiatru. Niestety, Maja uważała cassis jedynie za cierpki alkoholowy napój z jagód.

Gdy Michel obserwował Maję, przyszło mu do głowy, że los związał go z partnerką jeszcze atrakcyjniejszą niż piękne Francuzki, które znał we wcześniejszym życiu. Maja była w jakimś sensie bardziej od nich niezwykła. A zatem Michelowi powiodło się na Marsie. Prowadził tam wspanialsze życie. To odczucie i nostalgia walczyły ze sobą w jego sercu, a przez ten czas Rosjanka — obojętna na szalejące w głowie Michela interferencyjne obrazy jego poprzednich (i aktualnego) żywotów — pochłonęła mnóstwo cassouleta, wina, serów, cassisu i kawy.

Rozmawiali lekko i o niczym. Maja była odprężona i dobrze się bawiła. Rozpierała ją radość własnych berneńskich osiągnięć. Nie spieszyło im się, nigdzie nie musieli iść. Michel patrzył na wszystko wokół z dziwnym żarem, jak gdyby połknął tabletkę megaendorfiny. A obserwując Maję, powoli sam zaczynał odczuwać zwykłe, normalne szczęście. Przeszłość, przyszłość — nigdy nie były rzeczywiste. Istniał tylko ten obiad pod platanami w Awinionie. Michel nie musiał myśleć o niczym innym.

— Tu jest tak cywilizowanie — oświadczyła Maja. — Od lat nie czułam podobnego spokoju. Teraz rozumiem, dlaczego ci to odpowiada.

Potem zaśmiała się, a Michel poczuł, jak idiotyczny uśmiech okrasza mu twarz.

— Nie chciałabyś ponownie zobaczyć Moskwy? — spytał zaciekawiony.

— Ach, nie. Nie chciałabym.

Odcięła się od jego pomysłu jak od niepotrzebnego w tym momencie intruza. Michel zastanawiał się, co czuła w związku z powrotem na Ziemię. Rodzima planeta nie była jej chyba zupełnie obojętna?

Dla pewnych osób dom był ważny, stanowił zbiór uczuć daleko wykraczający poza racjonalność, rodzaj sieci wysokiego napięcia lub pola grawitacyjnego, w którym osobowość danej jednostki przybiera geometryczny kształt. Inni natomiast uważali, że jest to tylko miejsce; ich własna osobowość wolna była od związków z nim; pozostawała taka sama niezależnie od tego, gdzie się znajdowała. Pierwszy typ mieszkał w Einsteinowskiej zakrzywionej przestrzeni domu, drugi — w Newtonowskiej absolutnej przestrzeni wolnej jaźni. Michel należał do typu pierwszego, Maja — do drugiego. Takie były fakty i nie warto było z nimi walczyć. Mimo to, Michel pragnął, aby Mai spodobała się Prowansja. Albo żeby chociaż zrozumiała, z jakich powodów on kocha swoją rodzinną krainę.

Kiedy wiec skończyli jeść, pojechali na południe przez Saint-Remy do Les Baux.

Maja spała podczas jazdy, a Michel nie czuł się urażony, może dlatego, że między Awinionem i Les Baux krajobraz składał się przeważnie z brzydkich przemysłowych budynków, rozproszonych na pokrytej pyłem równinie. Maja zresztą obudziła się dokładnie w odpowiednim momencie: gdy Michel wjeżdżał w wąską, krętą dróżkę, prowadzącą w górę fałdy w Alpilles do starej wioski na wzgórzu. Zatrzymał samochód na parkingu, a potem zaczęli się wspinać w kierunku wioski. Osada wyraźnie wyglądała na miejsce często odwiedzane przez turystów, ale jej główna, kręta uliczka była teraz bardzo cicha — wydawała się opuszczona — i bardzo malownicza. Najwidoczniej popołudnia spędzano tu w spokoju, oddając się sjeście. Na ostatnim łuku do szczytu wzgórza rozpościerał się otwarty teren w kształcie nierównego, pochyłego placu, a za nim widniały wapienne wypukłości wzgórza; każda z nich wyglądała jak wydrążona przez jakiegoś eremitę starożytna pustelnia, w której można się było ukryć przed Saracenami oraz wszystkimi innymi niebezpieczeństwami średniowiecznego świata. Na południu niczym złoty talerz połyskiwało Morze Śródziemne. Skały były żółtawe, a ponieważ na zachodnim niebie wisiał cienki welon spiżowych chmur, światło przyjmowało metaliczny, bursztynowy odcień. Michel i Maja czuli się, jak gdyby szli w żelu lat.

Wspinali się od jednej komnatki do następnej, dziwiąc się ich maleńkiemu rozmiarowi.

— Ta wygląda jak nora pieska preriowego — stwierdziła Rosjanka, zaglądając do jednej z wydrążonych małych jaskiń. — Jak nasz parking przyczep w Underbill.

Kiedy wrócili na pochyły plac, zarzucony fragmentami wapienia, zatrzymali się, aby popatrzeć, jak lśni Morze Śródziemne. Michel zwrócił uwagę na jaśniejszy błysk Camargue.

— Niby wygląda jak woda — powiedział do Mai.

Jednak w chwilę później światło pociemniało do barwy mrocznej moreli i teraz wzgórze wyglądało jak forteca ponad jakimś przepastnym światem, ponad samym czasem.

Maja otoczyła Michela w pasie i z lekkim drżeniem uściskała go.

— Piękne. Tyle że nie potrafiłabym mieszkać tu na górze, tak jak ci ludzie. To miejsce jest chyba zbyt… obnażone.

Wrócili do Arles. Była sobotnia noc. Michel miał wrażenie, że w centrum miasta obchodzi się jakieś cygańskie lub północnoafrykańskie święto — aleje zatłoczone były straganami zjedzeniem i napojami, wiele stoisk wciśnięto w łuki rzymskiej areny, którą otwarto dla wszystkich chętnych; w środku grał zespół muzyczny.

Maja i Michel kręcili się wśród tłumu, atakowały ich zapachy smażonego jedzenia i arabskich przypraw. Wokół ludzie rozmawiali w dwóch czy trzech obcych językach.

— To miasto przypomina mi Odessę — oznajmiła Maja, kiedy obchodzili rzymską arenę — tyle że tutejsi ludzie są tacy mali. Sympatycznie jest przynajmniej raz nie czuć się karłem.

Tańczyli w środku areny, pili przy stole pod gwiaździstym niebem. Jedna z gwiazd była czerwona i Michel miał co do niej pewne podejrzenia, ale ich głośno nie wypowiedział. Później wraz z Mają wrócił do pokoju hotelowego, gdzie kochali się na wąskim łóżku. W pewnym momencie Michelowi wydało się, że jest w nim wiele osób naraz; krzyknął, zachwycony tym doznaniem… Maja zapadła w sen, a on leżał obok niej rozbudzony i pogrążony w melancholii, czuł tristesse rozciągający się gdzieś poza czasem.

Michel zatopił się w znajomym zapachu włosów Mai i słuchał cichnącej powoli kakofonii miasta. Nareszcie w domu!

W następnych dniach przedstawił Maję swojemu bratankowi i reszcie krewnych zaproszonych przez Francisa. Cała grupa natychmiast ją otoczyła i — używając translatora AI — wszyscy zadawali dziesiątki pytań. Ogromnie się też starali opowiedzieć jej całe swoje życie. Michel uświadomił sobie, że ludzie często postępują w ten sposób: pragną się zbliżyć do słynnego nieznajomego, którego historię znają (lub tak im się zdaje), i w zamian zarzucają go swymi opowieściami, aby i on dowiedział się o nich równie dużo. Tak czy owak, mówili jak podczas zeznania albo spowiedzi i wydawało im się, że jest to wzajemna wymiana opowieści. A do Mai ludzi wyjątkowo ciągnęło, jak gdyby w sposób naturalny. Rosjanka potrafiła słuchać ich historii, a przy tym — w najodpowiedniejszych miejscach — śmiała się i zadawała pytania. Francuzi opowiedzieli jej więc o posuwaniu się powodzi zatapiającej ich domy, o swoim trybie życia, gdy musieli zamieszkać na łasce przyjaciół lub rodziny, której nie widzieli od lat; mówili, że zmuszeni zostali żyć po nowemu i wśród innych ludzi, że roztrzaskał się poprzedni model ich życia, wypchnięto ich na dwór, w mistral… Michel widział, że ta walka o przetrwanie wzmocniła ich, szczycili się tym, że przeżyli i że potrafili współdziałać, a z drugiej strony oburzały ich obecnie wszelkie przejawy braku serca i gruboskórności, które stanowiły zupełne przeciwieństwo ich heroicznej postawy. Złościło ich, kiedy słyszeli, że ktoś wykorzystuje trudną sytuację innych.

— Czy potrafisz uwierzyć? Nie dość, że mu nie pomogli, to wyrzucili go w nocy na ulicę, a całe pieniądze zabrali.

— To nas obudziło, rozumiesz? Gdyby nie powódź, spalibyśmy dalej.

Mówili do Michela po francusku, obserwowali, jak kiwa głową, a potem patrzyli na Maję, czekając, aż AI przetłumaczy na angielski całą opowieść i Rosjanka im odpowie. Maja także kiwała głową, przejęta ich słowami tak samo jak kiedyś, gdy rozmawiała z młodymi tubylcami w okolicach Basenu Hellas. Twarz miała skupioną, mina świadczyła, że zainteresowały ją i głęboko poruszyły opowieści ludzi. Tak, Maja i Nirgal należeli do tego samego typu osób, posiadali charyzmę; potrafili się skupiać na sprawach innych, potrafili słuchać. Michel pomyślał, że może charyzma jest właśnie czymś w rodzaju zwierciadła, w którym odbijają się słowa innych ludzi.

Niektórzy z krewnych Michela wypływali na łodziach. Maja patrzyła zafascynowana na szalejący Rodan i łodzie spływające ku dziwnej lagunie Camargue. Rosjanka podziwiała upór osób, które postanowiły ponownie skanalizować rzekę. Krewni Michela wypłynęli na błękitną wodę — rozjaśniony promieniami słońca błękit; małe łodzie skakały na przybrzeżnych grzywiastych falach szarpanych przez mistral. Póki nie zniknęli z pola widzenia, płynąc na rozjaśnionej słońcem błękitnej tafli wody, Maja patrzyła zdumiona. Michel rozebrał się i wskoczył do zimnej, słonej wody. Popływał trochę, napił się także trochę, przypominając sobie specyficzny smak z dawnych czasów.

Gdy wrócił na ląd, postanowili się wybrać na przejażdżkę. Pojechali zobaczyć Pont du Gard, który wyglądał tak samo jak zawsze — akwedukt, największe dzieło rzymskiej sztuki — trzy kondygnacje z kamienia, grube, niższe łuki w rzece, z dumą stawiające od dwóch tysięcy lat opór pędzącej wodzie, w górze: lżejsze, wyższe łuki, wreszcie najmniejsze, na szczycie tamtych. Forma podążała za funkcjonalnością, tworząc piękno; kamień wykorzystany, by pokonać wodę. Kamień ten był obecnie nierówny i pokryty dołkami, miał kolor miodowego blondu — bardzo marsjański — a całość wyglądała jak pasaż Nadu w Underbill, stojący w zapylonej, zielono-wapiennej przełęczy Gard w Prowansji. Michelowi widok ten wydał się niemal bardziej marsjański niż francuski.

Maję urzekła elegancja budowli.

— Zobacz, jakie to ludzkie, Michelu. Tego właśnie brakuje naszym marsjańskim budowlom. Są za duże. A ta… została zbudowana rękoma człowieka, przy użyciu narzędzi skonstruowanych przez niego. Bryła, przybory, ludzka matematyka i może kilka koni. Nie to, co nasze maszyny kierowane metodą teleoperacji i jakieś tajemnicze materiały. Roboty wykonują z nich rzeczy, których nikt z nas nawet nie potrafi zrozumieć.

— Tak.

— Zastanawiam się, czy moglibyśmy zacząć budować w sposób mechaniczny. Nadia powinna zobaczyć tę budowlę, strasznie by jej się spodobała.

— I ja tak pomyślałem.

Michel był szczęśliwy. Zjedli piknikowy lunch.

W następnych dniach zwiedzili fontanny Aixen-Provence, wyszli na punkt widokowy nad Wielkim Kanionem du Gard, objechali uliczne doki Marsylii, obejrzeli rzymskie budowle w Orange i Nimes, przejechali obok zatopionych kurortów Lazurowego Wybrzeża. Pewnego wieczoru udali się nawet do zrujnowanego masu Michela i chodzili po starym gaju oliwkowym.

Nocami po każdym z tych kilku cennych dni wracali do Arles i jedli kolację w hotelowej restauracji albo — jeśli było ciepło — na dworze, pod platanami w ulicznych kafeteriach; potem wracali do pokoju i kochali się, a o świcie budzili i znowu się kochali albo od razu schodzili na śniadanie złożone ze świeżych croissantów i kawy.

— Jest cudownie — powiedziała Maja, stojąc pewnego błękitnego wieczoru w wieży areny. Patrzyła ponad pokrytymi dachówką domami; miała na myśli wszystko, całą Prowansję. A Michel był szczęśliwy.

Niestety wtedy właśnie odebrała rozmowę na nadgarstku i dowiedziała się, że Nirgal jest bardzo chory. Dzwonił Sax, był zdenerwowany, mówił, że zabrał już młodego Marsjanina z Ziemi i umieścił go w marsjańskiej grawitacji, w sterylnym środowisku, na statku krążącym po ziemskiej orbicie.

— Obawiam się, że chodzi o jego system odpornościowy i grawitacja nie ma nic do rzeczy. Nabawił się jakiejś infekcji, ma obrzęk płucny i bardzo wysoką gorączkę — mówił.

— Reakcja alergiczna na Ziemię — odpowiedziała Maja z ponurą miną. Ustaliła plan działania i zakończyła rozmowę zwięzłymi instrukcjami dla Saxa, każąc mu się uspokoić. Potem podeszła do małej szafy w pokoju i zaczęła wyrzucać swoje rzeczy na łóżko.

— Dalej! — krzyknęła, kiedy zobaczyła, że Michel nie rusza się z miejsca. — Musimy jechać!

— Doprawdy?

Machnęła na niego ręką i dalej myszkowała w szafie.

— Ja jadę. — Wrzucała do walizki naręcza bielizny, wreszcie podniosła na niego oczy. — I tak już czas opuścić Ziemię.

— Czyżby?

Nie odpowiedziała. Wystukała numer na naręcznym komputerze i poprosiła lokalny oddział Praxis o załatwienie transportu w przestrzeń kosmiczną. Tam mieli się spotkać z Saxem i Nirgalem. Jej głos był chłodny, spięty, rzeczowy. Już zapomniała o Prowansji.

Kiedy zobaczyła, że Michel nadal stoi bez ruchu, wybuchnęła:

— Och, daj spokój, nie zachowuj się tak teatralnie! Fakt, że odlatujemy, nie oznacza, że nigdy tu nie wrócimy! Będziemy żyć tysiąc lat, możemy przylecieć, kiedy tylko zechcemy, sto razy. Mój Boże! A zresztą, czy to miejsce jest lepsze od Marsa? Mnie przypomina Odessę, a tam byłeś szczęśliwy, prawda?

Michel zignorował jej słowa. Potykając się o walizki, podszedł do okna i wyjrzał. Zobaczył zwykłą ulicę Arles, lśniła błękitnie w półmroku: pastelowe, stiukowe ściany, kocie łby, drzewa cyprysowe, popękane dachówki na dachach domów po drugiej stronie ulicy — w kolorze Marsa. Pod nim głosy krzyczały coś po francusku, gniewnie.

— No i? — wrzasnęła Maja. — Jedziesz?

— Tak.

CZĘŚĆ 6

Wyprawa Ann w teren

Zrozum, jeśli nie poddasz się kuracji przedłużającej życie, zdecydujesz się na samobójstwo.

— No i?

— Cóż. Samobójstwo uważa się zwykle za oznakę dysfunkcji psychologicznej.

— Zwykle.

— Raczej bardzo często. Jesteś co najmniej nieszczęśliwa.

— Co najmniej.

— Ale dlaczego? Czego ci teraz brakuje?

— Świata.

— Nadal każdego wieczoru wychodzisz oglądać zachód słońca.

— Nawyk.

— Twierdzisz, że źródłem twojej depresji jest zniszczenie pierwotnego Marsa. Osobiście uważam, że psychologiczne powody przytaczane przez ludzi cierpiących na depresję to maski, które chronią ich przed cięższymi i bardziej osobistymi ranami.

— One mogą być prawdziwe.

— Masz na myśli powody?

— Tak. Co stwierdziłeś u Saxa? Monocausotaxophilie?

— Touche. Jednak te sprawy zwykle mają początek wśród przyczyn rzeczywistych. Często trzeba zawrócić do tego punktu w swojej podróży i rozpocząć wszystko od nowa.

— Czas to nie przestrzeń. Metafora przestrzeni jest naprawdę możliwa w czasie. Nigdy nie daje się zawrócić.

— Nie, nie. Można zawrócić, metaforycznie. W swojej duchowej podróży możesz się cofnąć w przeszłość, wrócić po śladach, sprawdzić, w których miejscach skręcałaś i dlaczego, a następnie udać się dalej naprzód w innym kierunku, innym, ponieważ obejmuje już te nowe przemyślenia. Zwiększone zrozumienie powiększa znaczenie. Jeśli nadal będziesz się upierać, że najbardziej obchodzi cię los Marsa, powiem, że mamy do czynienia z tak potężnym przeniesieniem, że aż wprawia cię w zakłopotanie. To także metafora. Może prawdziwa, tak, może. Trzeba jednak rozróżniać obie kategorie metafory.

— Wiem, co widzę.

— W pewnym sensie — nie. Widok przesiania ci zbyt wielka ilość czerwonego Marsa. Powinnaś wyjść i popatrzeć! Wyjdź, opróżnij swój umyśl i po prostu przyjrzyj się temu, co się znajduje na zewnątrz. Stań na niskiej wysokości i idź swobodna w wietrze, z samą tylko maską przeciwpyłową na twarzy. Przyda ci się to w sensie psychologicznym. Dostrzec korzyści z terraformowania! Doświadczyć wolności, jaką nam daje, poczuć więź z tym światem… Dzięki niemu możemy chodzić po jego powierzchni nadzy i nie umrzemy. Zadziwiające! Właśnie tak stajemy się częścią ekosystemu. Ów proces zasługuje na ponowne przemyślenie z twojej strony. Powinnaś wyjść, rozważyć wszystko, studiować cały proces jako areformowanie…

— To tylko słowo. Wzięliśmy sobie planetę i orzemy ją. A ona topi nam się pod stopami.

— Lecz topi się w tutejszą wodę. Nie importowaną z Saturna czy z innego miejsca. Jak gdyby była tu od początku, prawda? Stanowi część pierwotnego przyrostu. Odgazowana z pierwszej bryły, która była Marsem. A teraz stanie się częścią naszych dal. Nawet same ciała są wzorami w marsjańskiej wodzie. Ona płynęła już kiedyś po powierzchni Marsa, zgadza się? Wydobywamy ją w artezyjskiej apokalipsie. Te kanały są takie duże!

— Przez dwa miliardy lat miała postać wiecznej zmarzliny.

— Pomożemy jej zatem wrócić na powierzchnię. Majestat wielkich wybuchowych powodzi… Byliśmy w niej, widzieliśmy ją na własne oczy, prawie w niej umarliśmy…

— Tak, tak…

— Czułaś, jak porywała pojazd. Jechaliśmy…

— Tak! Ale zamiast rovera zmiotła Franka.

— Tak.

— Zmiotła cały świat. A nas porzuciła na plaży.

— Ten świat ciągle jest tutaj. Możesz wyjść i sama go zobaczyć.

— Nie chcę patrzeć. Widziałam go już!

— To nie byłaś ty, ale jakaś inna, wcześniejsza osoba. Teraz jesteś kimś innym.

— Tak, tak.

— Myślę, że się boisz. Boisz się próby przemiany — metamorfozy w coś nowego. Tam na zewnątrz, wokół ciebie jest alembik. Ogień jest gorący. Stopisz się, potem odrodzisz i kto wie, czy ciągle jeszcze tam będziesz.

— Nie chcę się zmieniać.

— Nie chcesz przestać kochać Marsa.

— Tak Nie.

— Nigdy nie przestaniesz go kochać. Po metamorfozie skała ciągle istnieje. Jest zwykle twardsza niż macierzysta, prawda? Zawsze będziesz kochać Marsa. A teraz twoim zadaniem jest zobaczyć Marsa, który wszystko przetrwa, pod gęstym czy rzadkim, gorącym czy zimnym, mokrym czy suchym. To są tymczasowe zmiany i planeta przetrwa j e wszystkie. Powodzie zdarzyły się już przedtem, nieprawdaż?

— Tak.

— Własna woda Marsa. Wszystkie te substancje lotne są jego własnymi substancjami.

— Z wyjątkiem azotu z Tytana.

— Tak, tak. Mówisz jak Sax.

— Daj spokój.

— Jesteście bardziej do siebie podobni, niż ci się zdaje. A wszystkie substancje lotne należą do Marsa.

— A zniszczenie powierzchni? Jest zrujnowana. Wszystko się zmieniło.

— To areologia. Albo areofania.

— To destrukcja. Powinniśmy byli spróbować żyć tutaj bez zmieniania czegokolwiek.

— Ale nie spróbowaliśmy. Teraz przed „czerwonymi” stoi zadanie utrzymania warunków w stanie maksymalnie zbliżonym do pierwotnego, w strukturze areofanii — projekcie stworzenia biosfery, która pozwala ludziom na swobodne życie na powierzchni, do pewnej wysokości. To właśnie oznacza teraz bycie „czerwonym”. Jest takich wielu. A ty się chyba martwisz, że jeśli się choć trochę zmienisz, nastąpi koniec „czerwieni”. Tyle że czerwień jest od ciebie większa. Pomogłaś ją zainicjować i zdefiniować, ale nigdy nie byłaś sama. Gdybyś była jedna jedyna, nikt by cię nie słuchał.

— I nie słuchali mnie!

— Niektórzy słuchali. Wielu. Ruch „czerwonych „będzie trwał niezależnie od tego, co zrobisz. Możesz się wycofać, stać się kimś zupełnie innym, możesz stać się cytrynowozielona, a „czerwień „to wszystko przetrwa. Może nawet stanie się jeszcze „czerwieńsza”, niż potrafisz sobie wyobrazić.

— Wyobrażam ją sobie jak najbardziej czerwoną.

— Wszystkie te alternatywy… Wybieramy jedną z nich i żyjemy według niej. Proces koadaptacji z planetą będzie trwał przez tysiące lat. Tyle że teraz jesteśmy tutaj. W każdym momencie powinnaś pytać: „Czego teraz brakuje?” i pracować nad akceptacją aktualnej rzeczywistości. To świętość, życie. Musisz sobie wyobrazić swoje życie na zewnątrz.

— Nie potrafię. Próbowałam, ale nie potrafię.

— Powinnaś wyjść i rozejrzeć się, naprawdę. Wybrać się na wędrówkę. Przyjrzeć się bardzo dokładnie. Rzucić okiem nawet na lodowe morza. Z wielką uwagą, l nie tylko. Na tym polega konfrontacja. Nie zawsze jest zła, jednak zawsze najpierw trzeba się wszystkiemu przyjrzeć, prawda? Rozpoznać warunki. Potem powinnaś pójść na wzgórza. Tharsis, Elysium. Wzniesienie się na pewną wysokość to wyprawa w przeszłość. Twoje zadanie polega na znalezieniu Marsa, który przetrwa wszystko. Cudowne, naprawdę. Nie możesz sobie wyobrazić, jak wiele osób nie ma przed sobą żadnego wspaniałego zadania. Masz szczęście, że ci się trafiło.

— A ty?

— Co ja?

— Jakie jest twoje zadanie?

— Moje?

— Tak, twoje.

— …Nie jestem pewien. Szczerze powiem, że zazdroszczę ci twojego. Moje zadania są… nieco bezładne. Pomóc Mai i sobie. I reszcie z nas. Pogodzenie… Chciałbym odnaleźć Hiroko…

— Przez tak długi czas byłeś naszym psychiatrą.

— Tak.

— Ponad sto lat.

— Tak.

— I nigdy nie osiągnąłeś żadnych rezultatów.

— No cóż… Chciałbym myśleć, że trochę pomogłem.

— Ale to nie przychodzi ci w sposób naturalny.

— Może i nie.

— Sądzisz, że ludzie zaczynają się interesować psychologią, ponieważ mają kłopoty z własną psychiką?

— Tak się potocznie twierdzi.

— Nikt jednak nie był nigdy dla ciebie psychiatrą.

— Och, mam swoich terapeutów.

— Pomocni?

— Tak! Naprawdę pomocni. Bardzo pomocni. To znaczy… robili, co mogli.

— Jednak nie znasz swojego zadania.

— Nie. To znaczy… Chcę pojechać do domu.

— Do jakiego domu?

— W tym sęk. Trudno, kiedy się nie wie, gdzie jest dom, prawda?

— Tak. Sądziłam, że zostaniesz w Prowansji.

— Nie, nie. To znaczy, Prowansja jest moim domem, ale…

— Ale teraz wracasz na Marsa.

— Tak.

— Zdecydowałeś się wrócić.

— …Tak.

— Nie wiesz, co robisz, prawda?

— Nie. Ale ty wiesz. Wiesz, gdzie znajduje się twój dom. Masz go i to jest cenne! Powinnaś o tym pamiętać, nie powinnaś odrzucać takiego daru lub myśleć, że stanowi ciężar! Jeśli tak uważasz, jesteś niemądra! To dar, niech cię szlag, drogi, drogocenny dar, czy mnie rozumiesz?

— Muszę to sobie przemyśleć.

Ann wyjechała z kryjówki roverem meteorologicznym z ubiegłego stulecia — wysokim kwadratowym pojazdem z luksusowym pudełkowym przedziałem kierowcy na wierzchołku. Maszyna niewiele się różniła od przedniego członu ekspedycyjnego rovera, którym Ann wyprawiła się po raz pierwszy na biegun północny z Nadią, Phyllis, Edmundem i George’em. A ponieważ od tego czasu spędziła tysiące dni w takich pojazdach, początkowo miała wrażenie, że udaje się na kolejną, zwykłą, typową dla siebie wycieczkę.

Jechała na północny wschód, w dół kanionu, aż znalazła się w korycie małego, nie nazwanego kanału przy sześćdziesiątej długości areograficznej, pięćdziesiąt trzy stopnie na północ. Dolinę tę wyrzeźbił podczas późnej Epoki Amazońskiej wybuch małej formacji wodonośnej, spływającej wcześniej uskokiem rowu tektonicznego po niskich zboczach Wielkiej Skarpy. Niszczące działanie powodzi ciągle jeszcze było widoczne na stożkach ścian kanionów i w soczewkowatych wyspach skały macierzystej na dnie kanału.

Kanału, który teraz biegł na północ do lodowego morza.

Ann wysiadła z pojazdu ubrana w watowany skafander przeciwwiatrowy, maskę dwutlenkowowęglową, gogle i ogrzewane buty. Powietrze było rzadkie i chłodne, chociaż na północy panowała teraz wiosna — był Ls dziesięć, w M-roku pięćdziesiątym trzecim. Było zimno i wietrznie, nierówne linie dużych niskich chmur pędziły na wschód. Ann pomyślała, że albo nastąpi epoka lodowcowa, albo — jeśli „zielonym” uda się jej zapobiec — rok bez lata, tak jak 1810 na Ziemi, kiedy eksplozja wulkanu Tambori spowodowała znaczne ochłodzenie powietrza.

Ann szła brzegiem nowego morza. Leżało u podnóża Wielkiej Skarpy, na Tempe Terra, pasie starożytnych wyżyn sięgających daleko na północ. Tempe uniknęła typowego dla północnej półkuli strippingu prawdopodobnie dzięki temu, że znajdowała się mniej więcej naprzeciwko punktu Wielkiego Uderzenia, które (zgadzała się co do tego większość areologów) miało miejsce w pobliżu Hrad Vallis, ponad Elysium. Stąd potrzaskane wzgórza, wznoszące się obecnie nad pokrytą lodem wodą. Skały przypominały powierzchnię pluskającego gwałtownie czerwonego morza, lód natomiast wyglądał jak preria w środku zimy. „Tutejsza woda, która płynęła kiedyś po powierzchni” — powiedział Michel. Ann nie była tego taka pewna. Czuła się rozbita i zmieszana, w myślach miała zamęt — to było szaleństwo, lecz równocześnie wcale nim nie było. Ann znała różnicę. Szum i lament wiatru nie mówiły do niej tonem wykładowcy Massachusetts Institute of Technology; nie dusiła się, gdy próbowała oddychać. Nie była wariatką. Po prostu jej myśli pędziły trochę szybciej, myśli wydawały się krótkie, fragmentaryczne i nie sposób ich było przewidzieć — niczym stado ptaków widoczne teraz ponad lodem, przesuwające się zygzakami po niebie w wiejącym z zachodu silnym wietrze. Ach, czuła, jak jej ciało smaga ten sam wiatr, jak ją pcha… Nowe gęste powietrze jak wielka zwierzęca łapa…

Ptaki odważnie walczyły z wichurą. Ann stała przez chwilę i obserwowała: były to wydrzyki, które polowały ponad ciemnymi smugami otwartej wody — plonami, powierzchniowymi oznakami ogromnych złóż soczewkowatych płynącej pod lodem wody. Ann słyszała, że nieprzerwany kanał podlodowej wody otoczył obecnie cały glob; przesuwał się na wschód ponad starymi Vastitas i rozrywał częste powierzchniowe płony, tworząc szczeliny, które na godzinę lub tydzień pokrywały się wodą. Powietrze było wprawdzie zimne, lecz powierzchnię pod wodą ogrzewały zatopione mohole Vastitas oraz ciepło powstałe z tysięcy termonuklearnych wybuchów, które wywoływali na przełomie stulecia metanarodowcy. Bomby te na szczęście umiejscowiono głęboko w megaregolicie, toteż radioaktywny pył nie wydostał się na zewnątrz, ciepło jednak nie zostało uwięzione i wznosiło się ponad skałę w termalnym rytmie, trwającym całymi latami. Nie, nie — pomyślała Ann; Michel mógł sobie rozprawiać o marsjańskiej wodzie, ale to nowe morze z pewnością nie powstało naturalnie.

Wędrowała w górę pasma, aby uzyskać lepszy widok na okolicę. Morze — lód, przeważnie płaski, czasami potrzaskany, a w dodatku nieruchomy niczym motyl na gałązce, jak gdyby biel mogła nagle wznieść się i odlecieć. Po kołujących ptakach i pędzących chmurach można było ocenić ogromną siłę wiatru; wszystko w powietrzu przesuwało się na wschód. Lód pozostał nieruchomy. Odgłosy szurającego po miliardzie lodowatych krawędzi wiatru były bardzo donośne. Wiatr mącił taflę szarej wody, siła każdego podmuchu była świetnie widoczna, a każdy silniejszy poryw natychmiast powodował większe fale pokryte grzywami. Woda. Pod jej smaganą wiatrem powierzchnią znajdował się plankton, kryle, ryby i kałamarnice; Ann słyszała gdzieś, że w wylęgarniach hoduje się wszystkie te stworzenia niezwykle krótkiego antarktycznego łańcucha pokarmowego, a potem wypuszcza je do morza. Żyjąca woda!

W górze kołowały wydrzyki. Stado w kształcie chmury opadło właśnie w jedno miejsce na brzegu, za skałami. Ann powędrowała ku nim i nagle w rozpadlinie na krawędzi lodu dostrzegła cel ptaków: w większości zjedzone focze zwłoki. Foki! Ciało leżało na tundrowej trawie, od strony zawietrznej pasa piaskowych wydm, osłoniętych drugim pasmem, które kończyło się tuż przy lodzie. Biały szkielet sterczał z ciemnoczerwonego mięsa, otoczonego tłuszczem i czarnym, rozdartym u góry, futrem. Oczy wydziobane.

Minęła martwą fokę i poszła dalej, w górę kolejnego małego pasma, które tworzyło coś w rodzaju rozszerzającego się w lód przylądka; za nim znajdowała się zatoka. Okrągła zatoka — wypełniony lodem krater, wcześniej najwyraźniej leżący na poziomie morza; w jego stożku, od strony morza zapewne znajdował się wyłom, do którego wlała się woda i zestaliła w lód. Tak powstała idealna na port okrągła zatoka o średnicy około trzech kilometrów.

Ann pomyślała, że pewnego dnia zostanie tu zbudowany port. Usiadła na głazie narzutowym leżącym na przylądku i przyjrzała się nowej zatoce, mimowolnie ciężko wdychając i wydychając powietrze; jej klatka piersiowa poruszała się gwałtownie, niczym podczas skurczów porodowych. Szlochała. Odsunęła od twarzy maskę, wysiąkała nos, przyciskając go palcem, wytarła oczy, przez cały czas gwałtownie łkając. To było jej ciało. Przypomniała sobie, jak podczas pewnej samotnej wycieczki wiele lat temu po raz pierwszy natknęła się na zalane Vastitas. Wtedy nie płakała, lecz Michel wyjaśnił jej później, że przeżyła szok, który spowodował specyficzne odrętwienie, jak gdyby odniosła jakieś cielesne obrażenia — odwróciła się od własnego ciała i uczuć. Dzisiejszą reakcję Duval z pewnością uznałby za zdrowszy objaw, ale dlaczego? Ann czuła ból: jej ciało dygotało w sejsmicznej drżączce. Nagle uspokoiła się. Michel powiedziałby, że poczuła się lepiej. Była… pusta. Napięcie zniknęło… tektonika układu limbicznego — Ann pogardzała proponowanymi przez Michela upraszczającymi analogiami. Kobieta jako planeta, cóż za absurd! Niemniej jednak siedziała nieruchomo, pociągając nosem wypatrywała na lodową zatokę pod pędzącymi chmurami i czuła się pusta.

Nic się nie poruszało z wyjątkiem chmur nad głową i wiatru na obszarach otwartej wody — podmuch za podmuchem; migotliwa szarość, fiołkowy róż, znowu szarość. Woda poruszała się, twardy grunt natomiast pozostawał nieruchomy.

W końcu Ann wstała i zeszła grzbietem z twardego starego stiszowitu. Grzbiet tworzył obecnie wąski dział wodny między dwiema długimi plażami. Prawdę mówiąc, ponad lodem kraina niewiele się różniła od pierwotnego stanu. Co innego na dole, przy linii zanurzenia. Tu wiejące codziennie latem ponad otwartą wodą zatoki pasaty stworzyły fale wystarczająco wielkie, aby mogły one roztrzaskać pozostałe kawały lodu w coś, co nazywali lodowym rumowiskiem. Linie tych fragmentów wystawały obecnie ponad aktualnym poziomem lodu, niczym lodowe rzeźby przedstawiające wyrzucone na brzeg drewno. Latem lód mieszał się z piaskiem nowych plaż, tworząc papkę z lodu, błota i piasku, która teraz zamarzła i przypominała brązowy lukier na ciastku.

Ann szła powoli po tym nierównym terenie. Dalej znajdowała się mała zatoka, zapchana lodowymi głazami, które wcześniej osiadły na płyciznach, a potem zamarzły na powierzchni morza. Promienie słoneczne i wiatr wyrzeźbiły te głazy w barokowe fantazje przezroczystego, błękitnego lub mętnego czerwonego lodu; wyglądały jak masy szafiru i krwawnika. Południowe stoki lodowych brył częściowo się stopiły, po czym topnina zamarzła w kostki lodu, lodowe sople, tafle i kolumny.

Stojąc na brzegu i patrząc w tył, Ann dostrzegła ponownie, że piasek został zorany i porozdzierany; uszkodzenia były przerażające, żłobienia miały czasem głębokość dwóch metrów. Jakiej trzeba było niewiarygodnej siły, aby wyorać takie bruzdy! Pomyślała, że osady piasku zmieniły się prawdopodobnie w less złożony z luźnych, lekkich pokładów eolskich. Teraz ta niczyja ziemia zamarzniętego błota i brudnego lodu wyglądała, jak gdyby bomby spustoszyły jakieś liche wojskowe okopy.

Stąpała dalej po nieprzezroczystym lodzie. Znajdowała się na powierzchni zatoki! Niczym w świecie pokrytym nasieniem! Lód trzaskał jej pod butami.

Kiedy dotarła niemal do środka lodowej zatoki, zatrzymała się i rozejrzała wokół. Horyzont był blisko, naprawdę blisko! Wspięła się na górę o płaskim wierzchołku, z której mogła patrzeć daleko ponad taflą lodu, aż do kręgu kraterowego stożka, tuż pod pędzącymi chmurami. Pod lodem, chociaż był popękany, potrzaskany i pokryty rzędami grzbietów zwałów, wyraźnie widziała płaski obszar wody. Na północy dostrzegła prowadzącą do morza szczelinę. Stołowe góry lodowe sterczały z lodu niczym zdeformowane pałace. Biała pustynia.

Ann uznała, że nie uda jej się wspiąć na góry, zawróciła więc i ruszyła z powrotem na brzeg, kierując się do pojazdu. Kiedy mijała mały pasmowy przylądek, przyciągnął jej oko jakiś ruch w dole, przy krawędzi lodu. Biała figurka poruszyła się. W pierwszej chwili Ann pomyślała, że to człowiek na czworakach w białym walkerze, ale nie. To był niedźwiedź. Niedźwiedź polarny. Szedł wzdłuż krawędzi lodu.

Zwierzę zauważyło kołujące nad martwą foką stado wydrzyków. Ann przycupnęła za głazem, potem przesunęła się ku obszarowi zmrożonego piasku. Z przodu na całym ciele czuła zimno. Wyjrzała przed głaz.

Futro niedźwiedzia w kolorze kości słoniowej żółciło się po bokach i na tylnych łapach. Zwierzę podniosło ciężką głowę, chwilę węszyło jak pies i rozejrzało się wokół siebie z zaciekawieniem. Powłócząc łapami, dotarło do zwłok foki, lekceważąc kolumnę piskliwych ptaków, i zaczęło jeść focze mięso jak pies z miski. Nagle niedźwiedź podniósł głowę; jego pysk był ciemnoczerwony. Serce Ann tłukło się w piersi. Zwierzę usiadło. Lizało łapę, później z kocią dokładnością długo wycierało pysk. Ni stąd, ni zowąd opadło na cztery łapy i zaczęło biec w górę zbocza skały i piasku, ku kryjówce Ann za głazem. Pędziło, poruszając obiema łapami po jednej stronie ciała w regularnym ruchu: lewe, prawe, lewe.

Ann sturlała się w dół, na drugą stronę małego przylądka, potem wstała i pobiegła w górę rowu w płytkim skalnym pęknięciu prowadzącym na południowy zachód. Sądziła, że rover stoi prawie bezpośrednio na zachód od niej, jednak z północnego zachodu nadchodził niedźwiedź. Wspięła się na krótki, stromy stok ciągnącego się na południowy zachód kanionu, przemknęła po warstwie wysokiego terenu do kolejnego małego pęknięcia, które biegło trochę bardziej na zachód niż poprzednie. Znowu pobiegła w górę, na następną warstwę wysokiego terenu położonego między płytkimi fossami. Spojrzała za siebie. Zasapała się już, a rover pozostawał nadal co najmniej dwa kilometry od niej, w kierunku zachodnim i nieco na południe. Ciągle go zasłaniały nierówne pagórki. Niedźwiedź był na północny wschód od Ann; jeśli kierował się bezpośrednio w stronę pojazdu, byłby prawie tak blisko niego jak ona. Przyciągnął go jego widok czy też kierował się zapachem? Potrafił określić drogę uciekającej ofiary i przeciąć jej tor?

Na pewno potrafił. Pod skafandrem Ann była spocona. Popędziła w dół, do następnego kanionu, przez chwilę biegła po jego dnie; kierunek: zachód, południowy zachód. Potem dostrzegła łatwy, pochyły stok i wbiegła na następny pas, który stanowił coś w rodzaju szerokiej i wysoko położonej drogi; po jej obu stronach leżały płytkie kaniony. Obejrzawszy się za siebie, Ann dostrzegła niedźwiedzia. Stał na czterech łapach dwa kaniony od niej i wyglądał jak bardzo duży pies albo krzyżówka psa z człowiekiem ubrana w słomkowo-białawe futro. Ann zdziwił widok takiego stworzenia tu, w terenie, była bowiem przekonana, że tutejszy łańcuch pokarmowy nie jest w stanie wyżywić tak wielkiego drapieżcy. Zapewne karmiono je na stacjach żywieniowych. Jeśli nie… ten osobnik musi być bardzo głodny. Teraz zbiegł do pierwszego kanionu i zniknął z pola widzenia Ann, która zaczęła biec po lodowym pasie ku roverowi. Mimo iż zboczyła trochę z trasy i mimo zwartego, nierównego horyzontu, sądziła, że dotrze prosto do pojazdu.

Narzuciła sobie tempo, które — jak sądziła — uda jej się wytrzymać przez cały dystans. Kusiło ją, by się rozpędzić i biec z pełną szybkością, wiedziała jednak, że szybko by osłabła. Musiała się więc przemieszczać równym krokiem, co jakiś czas szybko chwytając powietrze. Mówiła sobie, że trzeba zbiec z wysoko położonego terenu do rowu tektonicznego, gdzie nie będzie widoczna. Sprawdzić, czy nie minie rovera od południa. Wrócić na moment na wyższy grunt, rozejrzeć się. Za wzgórzem o płaskim wierzchołku znajdował się mały krater; na południowym krańcu jego stożka widać było garb — Ann była pewna, że tam stoi jej pojazd, chociaż nadal go nie widziała, a na pogruchotanej powierzchni łatwo się było pomylić. Wcześniej tysiące razy o mało się nie zgubiła, niepewna swej pozycji w stosunku do jakiegoś stałego punktu — najczęściej zaparkowanego rovera — zwykle jednak korzystała z systemu naprowadzającego w naręcznym komputerze, który kierował ją do pojazdu. Teraz też mogła sprawdzić na nadgarstku, lecz była przekonana, że maszyna znajduje się tuż za tą kraterową wypukłością.

W jej płucach zapłonęło zimne powietrze. Przypomniała sobie, że w plecaku ma awaryjną maskę na twarz, zatrzymała się więc, zdjęła plecak, zanurzyła w nim rękę i wyjęła dwutlenkowo-węglową maskę, którą założyła na maskę powietrzną; maska CO2 zawierała niewielki zapas sprężonego tlenu i gdy Ann naciągnęła ją na usta, nos i włączyła, stała się nagle silniejsza, szybsza i mogła biec w lepszym tempie. Pędem ruszyła po pasie wysokiego terenu między kanionami, mając nadzieję dojrzeć rover za zboczem podnóża krateru. Rzeczywiście był! Triumfalnie parsknąwszy, Ann wciągnęła w płuca chłodny tlen; smakował cudownie, ale nie wystarczył, aby powstrzymać ją przed zasapaniem. Gdyby zeszła do rowu po prawej stronie, mogłaby pobiec prosto do pojazdu.

Spojrzała za siebie i zobaczyła, że polarny niedźwiedź także biegnie jakimś specyficznym powłóczącym galopem — poruszał się ciężko, ale ziemia umykała mu spod łap, a ściany płytkiego kanionu najwyraźniej nie stanowiły żadnej przeszkody, bowiem zwierzę przeskakiwało je jak nocna biała zjawa, równocześnie piękna i przerażająca; jego mięśnie poruszały się płynnie pod luźnym, gęstym żółtawobiałym futrem. Ann dostrzegła wszystkie szczegóły w jednym momencie maksymalnej koncentracji, gdy cały świat w jej polu widzenia był wyraźny, ostry i jasny, jak gdyby rozświetlony z wnętrza. Nawet pędząc tak szybko i skupiając się na powierzchni (chciała bowiem mieć pewność, że na niczym się nie potknie), ciągle widziała — niczym po widok — posuwającego się ponad czerwonym zboczem niedźwiedzia. Pędził, łomocząc ciężkimi łapami, a jednocześnie poruszał się na podłożu z wdziękiem baletmistrza; był szybki, a teren mu nie przeszkadzał. Ann na szczęście także biegła szybko, spędziła zresztą wiele lat (z pewnością znacznie więcej niż ten młody niedźwiedź) na otwartej marsjańskiej przestrzeni, toteż umykała po podłożu niczym koziorożec, od skały macierzystej, przez głazy, piasek do rumoszu, mocno napierając, lecz idealnie zrównoważonym krokiem; panowała nad tempem. Biegła po życie, a poza tym, rover był niedaleko, tuż przed nią na górze. Jeszcze tylko ostatni stok kanionu, potem zbocze podnóża i dotarła do pojazdu. Właściwie prawie na niego wpadła; zatrzymała się, wyprostowała i z mocnym, triumfalnym „bum” uderzyła w zakrzywiony metalowy bok, jak gdyby celowała w niedźwiedzi pysk. Następnie, nieco bardziej opanowana, wdusiła przycisk otwierający właz komory powietrznej i znalazła się w środku. Zewnętrzny luk komory powietrznej zamknął się za nią.

Ponieważ chciała spojrzeć za siebie, pospieszyła w górę na siedzenie kierowcy. Przez szybę zobaczyła niedźwiedzia, który stał przed pojazdem i obserwował go z pełnej szacunku odległości. Patrzył na broń udarową, węsząc w zamyśleniu. Ann mocno się pociła i ciągle intensywnie sapała, łaknąc powietrza — wdech, wydech, wdech, wydech. Jej klatką piersiową szarpały gwałtowne paroksyzmy! Na szczęście, siedząc za kierownicą, była już bezpieczna! Wystarczyło jednak zamknąć oczy i znowu zobaczyła ten heraldyczny obraz niedźwiedzia sunącego ponad skałami… Otworzyła oczy, przed nią połyskiwała tablica przyrządów pokładowych, jasna, sztuczna, znajoma. Ach, jakie to wszystko dziwne!

Parę dni później Ann ciągle jeszcze trwała w swego rodzaju wstrząsie, bowiem gdy tylko zamknęła oczy i pomyślała o niedźwiedziu polarnym, widziała go. Była roztargniona. W nocy lód w zatoce grzmiał i stękał, czasami pękał w postaci wybuchów i z powodu tych odgłosów Ann, pojękując, śniła o napaści na Sheffield. W dzień prowadziła tak nieuważnie, że stale musiała przełączać rover na pilota automatycznego, instruując go, by jechał wzdłuż brzegu kraterowej zatoki.

Podczas gdy pojazd się toczył, chodziła po przedziale kierowcy; jej umysł szalał. Poza kontrolą. Nie mogła nic na to poradzić, śmiała się jedynie i próbowała zatrzymać pędzące myśli. Uderzała wtedy dłonią w ścianę lub wypatrywała przez któreś z okien. Niedźwiedź zniknął, nie było go. Ann zajrzała do komputera i przeczytała: Ursus maritimus, niedźwiedź oceaniczny; Eskimosi nazywali go Tórnassuk, czyli „ten, który daje siłę”. Zwierzę skojarzyło się Ann z osuwiskiem, które niemal ją zasypało w Melas Chasma; wiedziała, że wspomnienie zwierzęcia będzie jej towarzyszyć do końca życia. Coś się jednak w niej zmieniło — w obliczu osuwiska Ann nie poruszyła nawet jednym mięśniem, teraz natomiast uciekała, ile sił w nogach. Mars mógł ją zabić, pozwoliłaby mu na to… ale żadna kreatura z ziemskiego zoologu nie będzie jej mordować! Nie chodziło o to, że kochała życie, bowiem była daleka od takich uczuć; uważała jednak, że człowiek powinien móc swobodnie wybrać dla siebie rodzaj śmierci. Tak jak ona wybrała ją sobie w przeszłości, przynajmniej dwukrotnie. Tyle że najpierw Simon, a za drugim razem Sax — jak małe brunatne niedźwiedzie — wyrwali ją z uścisku śmierci.

Nie wiedziała, co myśleć. W jej umyśle tyle się działo. Przytrzymała się oparcia siedzenia kierowcy. W końcu wyciągnęła rękę i wystukała na klawiaturze rovera stary numer Saxa jeszcze z okresu pierwszej setki — XY23, a później czekała, aż AI połączy rozmowę z wahadłowcem, którym Russell wracał z Ziemi wraz z pozostałymi członkami delegacji. Po chwili na ekranie Ann pojawiła się nowa twarz starego wroga; Sax patrzył w ekran.

— Dlaczego to zrobiłeś? — krzyknęła. — To moja śmierć. Mogę sobie wybrać, jaką chcę!

Poczekała, aż wiadomość dotrze. Gdy dotarła, Sax podskoczył i jego wizerunek poruszył się.

— Ponieważ… — zaczął i przerwał.

Ann poczuła dreszcz. To samo słowo wypowiedział Simon, gdy przed tak wieloma laty wyratował ją z terenu chaotycznego. Nigdy nie mieli prawdziwych powodów, tylko to „ponieważ” życiowego idioty!

— Nie chciałem… — kontynuował Sax. -…Wydawało mi się, że to taka strata. Jestem zaskoczony, że cię słyszę. Cieszę się.

— Do cholery z tym — rzuciła Ann.

Już miała przerwać połączenie, kiedy Sax znowu zaczął mówić: byli teraz w symultanicznej transmisji, wiadomości się przeplatały.

— Chciałem z tobą porozmawiać, Ann. To znaczy… chodziło o mnie samego… Nie chciałem cię stracić. Chciałem, żebyś mi wybaczyła. Chciałem spierać się z tobą jeszcze i… I sprawić, żebyś zrozumiała, dlaczego zrobiłem to, co zrobiłem.

Przerwał równie nagle, jak zaczął, i wpatrzył się w ekran zmieszany, nawet przerażony. Może właśnie usłyszał jej „Do cholery z tym”. Potrafiła go przestraszyć, nie miała co do tego wątpliwości.

— Co za bzdura — stwierdziła.

Po chwili usłyszała:

— Tak. Hmm… Jak się czujesz? Wyglądasz…

Ann przerwała połączenie. Dopiero co uciekłam polarnemu niedźwiedziowi!, krzyczało w jej umyśle. Prawie zostałam zjedzona przez twoje głupie gierki!

Nie. Nie mogła mu tego powiedzieć. Wścibski natręt. Potrzebował dobrego usprawiedliwienia dla swego posłuszeństwa wobec Metadziennika historii Marsa. Tak. Aby się upewnić, że jego nauka jest właściwie oceniana… aby to osiągnąć, potrafił wtargnąć w najintymniejsze pragnienia drugiej osoby, w jej podstawową wolność wyboru życia lub śmierci, bycia ludzką istotą!

Dobrze przynajmniej, że nie próbował kłamać w tej kwestii!

I… No cóż… Jestem, żyję. Czuła wściekłość, żal bez powodu, niewytłumaczalną udrękę i dziwnie bolesną radość — wszystkie te doznania wypełniały ją równocześnie. Układ limbiczny tętnił szaleńczo, przebijając każdą myśl sprzecznymi, dzikimi emocjami. Uciec od tych myśli: Sax ją uratował, Ann go nienawidzi, Ann czuje nieopanowaną radość, Kasei nie żyje, Peter żyje, żaden niedźwiedź nie pozbawi jej życia… i tak dalej. Och, jakie to dziwne!

Dostrzegła mały zielony rover usadowiony na cyplu nad lodową zatoką. Pod wpływem impulsu przejęła pilotaż pojazdu i podjechała do tamtego. Wyjrzała z niego twarz. Ann pomachała przez przednią szybę. Czarne oczy, okulary, łysina. Jak jej ojczym. Zaparkowała swój rover obok jego. Mężczyzna skinął, by podeszła; w ręku trzymał drewnianą łyżkę. Wyglądał na roztargnionego. Najwyraźniej Ann wyrwała go z zamyślenia.

Zdjęła kurtkę, przeszła przez śluzy powietrzne i ruszyła do jego pojazdu; wstrząs lodowatego powietrza odczuła jak chłodny prysznic. Przyjemnie było przejść od jednego rovera do drugiego bez nakładania skafandra, chociaż oczywiście ryzykowała życie; zadziwiające, że tak niewiele osób zginęło z powodu nieuwagi lub uszkodzenia komór powietrznych. Choć nie, niektórzy stracili życie. Licząc wszystkich, prawdopodobnie było ich kilkudziesięciu. A teraz, po latach, już tylko uderzenie zimnego powietrza.

Łysy mężczyzna otworzył właz wewnętrznej śluzy powietrznej.

— Witam — powiedział i wyciągnął rękę.

— Dzień dobry — odpowiedziała Ann i potrząsnęła jego dłonią. — Jestem Ann.

— Nazywam się Harry. Harry Whitebook.

— Ach. Słyszałam o panu. Pan projektuje zwierzęta.

Mężczyzna lekko się uśmiechnął.

— Tak.

Żadnego wstydu. W ogóle się nie bronił.

— Właśnie ścigał mnie dzisiaj jeden z pańskich polarnych niedźwiedzi.

— Doprawdy?! — Otworzył szeroko oczy. — Są szybkie!

— Tak. Nie są to jednak zwykłe niedźwiedzie polarne, prawda?

— Mają pewne geny grizzly, ze względu na wysokość, lecz w większości reprezentują Ursus maritimus. To bardzo wytrzymałe stworzenia.

— Jak wiele innych.

— Tak, czy to nie cudowne? Och, proszę mi wybaczyć, czy pani już jadła? Może trochę zupy? Właśnie ugotowałem zupę z porów. To chyba oczywiste.

Rzeczywiście.

— Chętnie — rzekła Ann.

Gdy jedli zupę i chleb, Ann pytała mężczyznę o niedźwiedzie polarne.

— Z pewnością nie ma tu całego łańcucha pokarmowego dla tak ogromnych stworzeń?

— Och, jest. To pierwszy bioregion wystarczająco mocny dla niedźwiedzi. Widzi pani, zatoka aż do dna jest płynna. Mohol Ap stanowi centrum krateru, zatoka przypomina zatem jezioro bez dna. W zimie jest oczywiście zamarznięta, ale niedźwiedzie przyzwyczaiły się do tego w Arktyce.

— Zimy są długie.

— Tak. Niedźwiedzice robią sobie w śniegu legowiska, blisko pewnych jaskiń w dajkowych odkrywkach na zachodzie. Tak naprawdę nie zapadają w sen zimowy, ponieważ temperatura ich ciał spada zaledwie o kilka stopni i mogą się obudzić w każdej chwili, jeśli zrobi im się zimno i trzeba poprawić kryjówkę. Ukrywają się tak przed zimą jak najdłużej, czasem wychodzą i jedzą; aż do wiosny. Wiosną spychamy niektóre tafle lodowe przez ujście zatoki do morza, aby rośliny mogły się rozwijać, od dna do szczytu. Podstawowe łańcuchy pokarmowe są antarktyczne w wodzie, natomiast na lądzie — arktyczne. Plankton, kryle, ryby, kałamarnice, foki Weddela, a na lądzie króliki, zające, lemingi, świstaki, myszy, rysie europejskie i amerykańskie. No i niedźwiedzie. Próbujemy z karibu, reniferami i wilkami. Dla kopytnych nie ma jeszcze paszy. Niedźwiedzie są na zewnątrz dopiero od kilku lat, wcześniej ciśnienie powietrza nie było odpowiednie. Teraz mamy tutaj odpowiednik czterech tysięcy metrów i stwierdzamy, że niedźwiedzie znakomicie sobie radzą w tym środowisku. Przystosowują się bardzo szybko.

— Ludzie także.

— No cóż, nie widzieliśmy ich jeszcze zbyt wiele na poziomie czterokilometrowym.

Miał oczywiście na myśli cztery kilometry nad poziomem morza na Ziemi. Ann przypomniała sobie, że na takiej wysokości nie było ludzkich osad.

— … W końcu widzieć możliwą ekspansję klatki piersiowej… — kontynuował Whitebook jakiś swój wywód.

Hm, mężczyzna, który mówi do siebie. Duży, tęgi, biała futrzana czapa na łysej czaszce. Czarne oczy migające za okrągłymi okularami.

— Spotkał pan kiedykolwiek Hiroko? — spytała.

— Hiroko Ai? Raz, kiedyś. Cudowna kobieta. Słyszałem, że wróciła na Ziemię, aby pomóc ludziom przystosować się do powodzi. Czy pani ją poznała?

— Oczywiście. Jestem Ann Clayborne.

— Tak sądziłem. Matka Petera Clayborne’a, zgadza się?

— Tak.

— Byłem ostatnio w Boone.

— Boone?

— To mała stacja po drugiej stronie zatoki. Znajdujemy się w Zatoce Botanicznej, a stacja nazywa się Port Boone’a. To taki żart. Zdaje się, że z podobnym połączeniem mamy do czynienia w Australii.

— Rzeczywiście.

Ann potrząsnęła głową. John będzie z nimi zawsze. I, żadną miarą, nie był najgorszym z nawiedzających ich duchów.

A co do tego mężczyzny, słynnego projektanta zwierząt… Z łoskotem poszedł do kuchni, krótkowzrocznie wpatrując się w przedmioty. Postawił przed nią zupę, którą zjadła, obserwując go ukradkiem podczas posiłku. Wiedział, kim ona jest, ale nie wyglądał na zaniepokojonego. Nie próbował się usprawiedliwiać. Ann była „czerwoną” areolożką, Whitebook projektował nowe marsjańskie zwierzęta. Pracowali na tej samej planecie. Według niego najwidoczniej nie byli wrogami. Jadł w jej towarzystwie. Mimo łagodnego zachowania mężczyzny dostrzegła w tym fakcie coś aroganckiego. Obojętność jest taka brutalna. A w dodatku Ann polubiła Whitebooka; spodobała jej się ta beznamiętna siła, nieokreślony charakter… coś. Pokręcił się po kuchni, usiadł, szybko i hałaśliwie zjadł posiłek. Potem połamali kawałki chleba z długiego bochna, a Ann wypytywała o Port Boone’a.

— Ma dobrą piekarnię — odparł Whitebook, wskazując bochenek. — l dobre laboratorium. Jeśli chodzi o resztę, to zwykła, daleko wysunięta placówka. W zeszłym roku zdemontowaliśmy namiot i teraz jest tam bardzo chłodno, zwłaszcza w zimie. To czterdziesty szósty stopień szerokości areograficznej, ale czujemy się jak na północy. Mówi się, żeby z powrotem postawić namiot, przynajmniej na zimę. Niektórzy twierdzą, że powinniśmy go zostawić, póki klimat się nie ociepli.

— Aż się skończy epoka lodowcowa?

— Nie sądzę, by nastąpiła. Pierwszy rok bez soletty był rzeczywiście kiepski, ale istnieją różne sposoby kompensacji. Parę chłodnych lat to wszystko, co nas czeka.

Zamachał wielką dłonią, sugerując, że może być tak albo siak. Ann chciała rzucić w niego skibką chleba. Pomyślała, że jednak lepiej go nie zaskakiwać i drżąc, zapanowała nad sobą.

— Czy Peter jest ciągle w Boone? — spytała.

— Tak sądzę. Był tam przed kilkoma dniami.

Zamienili jeszcze kilka zdań na temat ekosystemu Zatoki Botanicznej. Ponieważ projektanci zwierząt nie mieli do dyspozycji pełnego szeregu roślin, byli więc znacznie ograniczeni; pod tym względem ów świat ciągle bardziej przypominał Antarktykę niż Arktykę. Możliwe, że nowe metody uzdatniania gleby przyspieszą przybycie wyższych roślin. Teraz kraina należała w większości do porostów. Powinny za nimi podążyć rośliny tundrowe.

— Ale to się pani nie podoba — zauważył.

— Mars podobał mi się taki, jaki był przedtem. Całe Vastitas Borealis miało postać barchanowych wydm z ciemnego, granatowego piasku.

— Na samej północy, obok czapy polarnej, będzie chyba tak jak dawniej?

— Lodowa czapa w większości miejsc znajdzie się na linii morza. Tak, ten świat rzeczywiście przypomina Antarktykę. Niestety, tak czy inaczej, wydmy i teren warstwowy znajdą się pod wodą. Cała półkula północna zniknie.

— To jest półkula północna.

— Wyżynny półwysep. Zresztą, w jakimś sensie on także zniknie. Zatoka Botaniczna była Arcadia i Kraterem Ap.

Mężczyzna przyglądał się Ann przez okulary.

— Być może, gdyby pani mieszkała wysoko w górach, przypomniałaby pani sobie dawne czasy. Dawne czasy z powietrzem.

— Może — odrzekła ostrożnie. Whitebook kręcił się po kabinie, powłócząc nogami; stawiał ciężkie kroki. Potem czyścił w zlewie duże kuchenne noże. Jego palce kończyły się krótkimi, tępymi paznokciami; mimo że były obcięte, wyraźnie utrudniały mu manewrowanie małymi przedmiotami.

Ann powoli wstała.

— Dziękuję za kolację — powiedziała, wycofując się ku włazowi śluzy powietrznej. Chwyciła po drodze kurtkę i zatrzasnęła właz; towarzyszyło jej zaskoczone spojrzenie mężczyzny. Na dworze w twardych, zimnych uderzeniach nocy założyła kurtkę. Nigdy nie uciekaj przed drapieżnikiem, powiedziała sobie. Dotarła do własnego rovera i nie oglądając się za siebie, weszła do środka.

Na starożytnej wyżynie Tempe Terra znajdowało się sporo małych wulkanów, wszędzie wokół rozciągały się więc lawowe równiny i kanały, a także odkształcenia spowodowane przez naziemny lód. Po stoku Wielkiej Skarpy zbiegał jeden mały kanał odpływowy. W okolicy roiło się też od typowych noachiańskich kraterów oraz zdeformowanych osobliwości terenowych. Dzięki wszystkim tym areologicznym formacjom mapy krainy wyglądały jak paleta artysty z rozpryskanymi wokół kolorami, wskazującymi na różne aspekty długiej historii regionu. Ann uważała, że sztucznie, w ramach pozostałości po areologii niebiańskiej, wydzielono zbyt wiele maleńkich jednostek areologicznych, odrębnymi barwami wyróżniając regiony, które były nieco bardziej skraterowane, zerodowane lub wytrawione; w terenie wydawały się jedną całością, wszędzie rzucały się w oczy ich wspólne cechy. Po prostu nierówna wyżynna kraina — typowy krajobraz noachiański, nic więcej.

Nawet dna długich, prostych kanionów nazywanych Tempe Fossa były zbyt popękane, aby pokonać je pojazdem, toteż Ann jechała okrężną drogą po wyżej położonym terenie. Najnowsze wylewy magmowe (sprzed miliarda lat) były twardsze niż leżące pod nimi potrzaskane ejektamenta, i miały obecnie kształt długich dajek albo ziemnych tarasów. Na miększej powierzchni pomiędzy nimi znajdowało się wiele kraterów rozbryzgowych, których podnóża były ewidentnie pozostałościami płynnego wylewu; wyglądały jak zamki z piasku na plaży. Od czasu do czasu z całego tego gruzu wyrastały wysepki zniszczonej skały macierzystej, ale ogólnie rzecz biorąc, podłoże stanowił regolit poprzecinany kanałami po dawnej wodzie. Poniżej znajdowała się wieczna zmarzlina, która powodowała powolne spady i odkształcenia terenu. Obecnie jednak wraz ze wzrostem temperatury i może również pod wpływem ciepła pochodzącego z podziemnych eksplozji Vastitas, deformacje zaczęły postępować szybciej i wszędzie pojawiały się nowe osuwiska. Dobrze znany Ann szlak „czerwonych” zamazał się, kiedy zapadła się pochyłość do Tempe 12. Ściany Tempe 18 załamały się po obu stronach, zmieniając kształt kanionu z „U” na „V”. Tempe 21 zniknęła, zasypana fragmentami po zawaleniu się wysokiej zachodniej ściany. Wszędzie topniała ziemia. Ann widziała nawet pewne taliki — spłynnione strefy na szczycie wiecznej zmarzliny — głównie w postaci lodowatego błota. Wiele z owalnych wgłębień wielkich alasów wypełniło się stawami, które topiły się w dzień i zamarzały nocą; ruchy te rozdzierały powierzchnię jeszcze szybciej.

Ann przejechała garbate podnóże Krateru Timoszenki, zagrzebanego od północy przez najbardziej południowe fale lawy z Coriolanusa, największego z licznych małych wulkanów w Tempe. Tutaj ziemia była intensywnie pokryta dołami; śnieg spadł, stopniał, potem ponownie zamarzł w tysiącach zlewiskowych basenów. Powierzchnia opadała w rozmaitych charakterystycznych wzorcach zmarzlinowych: pasmach wielobocznych kamyków, koncentrycznym usypisku kraterowym, pingach, soliflukcyjnych pasmach na stokach. W każdym zagłębieniu znajdował się zatkany lodem staw albo kałuża. Tak, ziemia się topiła.

Na słonecznych, na południowych zboczach, wszędzie, gdzie było choć trochę ochrony przed wiatrem, ponad poszyciem mchu, trawą i krzewami rosły drzewa. W wypełnionych słońcem kotlinach znajdowały się krummholzowe karłowate drzewka, sękate i iglaste; w zacienionych kotlinach leżał tylko brudny śnieg i firn. Zniszczono tak duże połacie lądu! Pozostała porozrywana ziemia, niby pusta, a jednak nie pusta, bowiem wszystko — skały, lód i bagnista łąka — pokryte było rzędami potrzaskanych niskich pasm. W popołudniowym cieple znikąd napływały chmury, a ich cienie kładły się na powierzchni, stanowiąc dodatkowy zbiór plam. Kraina stanowiła niezwykłą mieszaninę czerwieni, czerni, zieleni i bieli; Tempe Terra z pewnością nie można było zarzucić monotonii.

Pod gwałtownie poruszającymi się cieniami chmur teren był absolutnie nieruchomy, aż pewnego wieczoru w ciemnościach zamajaczyło za głazem jakieś białe cielsko. Serce Ann zadrżało, ale po chwili biała plama zniknęła.

Ann chyba jednak coś widziała, ponieważ później, tuż przed zapadnięciem całkowitego zmroku, usłyszała stukanie do drzwi. Jej serce znowu się zatrzęsło niczym rover na resorach. Podbiegła do okna, wyjrzała. Postaci w kolorze skały, machające rękoma. Ludzkie istoty.

To była mała grupa „czerwonych” ekotażystów. Gdy Ann zaprosiła ich do środka, oświadczyli, że rozpoznali jej rover z opisu otrzymanego od ludzi w kryjówce w Tempe. Mieli nadzieję, że się z nią spotkają, i teraz bardzo się cieszyli — śmiali się, rozmawiali, kręcili po kabinie, starali się przypadkowo dotknąć Ann. Byli mtodymi, wysokimi tubylcami z kamiennymi kłami i bystro połyskującymi oczyma; niektórzy pochodzili z Bliskiego Wschodu, inni mieli białą skórę, jeszcze inni — czarną. Wszyscy wyglądali na szczęśliwych. Ann rozpoznała ich z Pavonis Mons, nie poszczególne osoby, ale jako grupę; młodzi fanatycy. Znowu poczuła dreszcz.

— Dokąd się udajecie? — spytała.

— Do Zatoki Botanicznej — odparła młoda kobieta. — Jedziemy usunąć laboratoria Whitebooka.

— I Stację Boone’a — dodała inna.

— Ach, nie — wyrwało się Ann.

Młodzi zamilkli i wpatrzyli się w nią z uwagą. Jak Kasei i Dao w Lastflow.

Ann zaczerpnęła oddechu. Próbowała wymyślić odpowiedź. Tubylcy bacznie ją obserwowali.

— Byliście w Sheffield? — spytała.

Pokiwali głowami. Domyślali się, co ma na myśli.

— W takim razie powinniście już wiedzieć — powiedziała powoli. — Bez sensu jest tworzenie czerwonego Marsa, doprowadzając do przelewu krwi na planecie. Musimy znaleźć inny sposób. Nie możemy odzyskać planety, zabijając ludzi. Nie powinniśmy nawet zabijać zwierząt, niszczyć roślin ani wysadzać w powietrze maszynerii. Nie będzie z tego żadnego pożytku. Destrukcja, która nie przemawia do ludzi, rozumiecie? Nikogo w ten sposób nie nawrócimy. Wielu się od nas odwraca. Im częściej podejmujemy takie działania, tym bardziej wszyscy stają się „zieloni”. Czyli oddalamy się od naszego celu. A jeśli wiemy o tym i nadal walczymy, stosując identyczne metody, wówczas zdradzamy nasz cel. Rozumiecie? Kierujemy się emocjami, ponieważ jesteśmy zagniewani. A może dla dreszczyku ryzyka. Trzeba znaleźć inny sposób.

Młodzi patrzyli na nią. Nie rozumieli jej, byli zakłopotani, wstrząśnięci i nastawieni pogardliwie. Niemniej jednak słuchali. Mówiła do nich przecież Ann Clayborne.

— Nie mam pewności, jaki jest inny sposób — ciągnęła. — Nie potrafię wam tego przedstawić. Sądzę, że… musimy zacząć pracować. Stworzyć coś w rodzaju czerwonej areofanii. Areofanię zawsze, od samego początku, uważano za światopogląd „zielonych”, chyba dlatego, że zdefiniowała go Hiroko. Ona powołała go do życia. Z tej przyczyny też zawsze mieszano go z viriditas. Nie ma jednak powodu, by nie zmienić tego stanu rzeczy. Jeśli chcemy coś osiągnąć, musimy od tego zacząć. Stworzyć nasz własny „czerwony” sposób wielbienia tej planety i zarazić nim innych. Czerwień pierwotnej planety musi się stać przeciwwagą wobec viriditas. Trzeba podbarwić tę zieleń, aż zmieni się w inny kolor, taki, jaki mają niektóre kamienie: jaspis lub żelazowy serpentyn. Takie jest moje zdanie. Może trzeba będzie zabrać ludzi w teren, gdzieś wysoko i pokazać im, o co nam chodzi. Może trzeba będzie zaludnić planetę i wprowadzić wszędzie prawo posiadania i zarządzania ziemią. Staniemy się mieszkańcami danego obszaru i wszyscy będą musieli nas słuchać. Wprowadzimy też prawa dla wędrowców, areologów, nomadów. Takie znaczenie nadamy słowu „areoformowanie”. Rozumiecie?

Ann umilkła. Młodzi tubylcy nadal byli skupieni, choć patrzyli na nią z lekkim niepokojem; może jej wywód ich zmartwił.

— Mówiliśmy o tych sprawach wcześniej — odezwał się w końcu młody mężczyzna. — Są ludzie, którzy się tym zajmują. Czasami im pomagamy. Sądzimy jednak, że czynny opór nieodłącznie się wiąże z walką. A jeśli nie będziemy walczyć, zostaniemy zmiażdżeni. „Zieloni” zaleją wszystko.

— Nie stanie się tak, gdy podbarwimy ten świat. Zaczniemy od środka, także od ich serc. Ale sabotaż, morderstwo… nie, takie działania powodują tylko wzrost poparcia dla „zieleni”, wierzcie mi. Długo walczyłam waszą metodą i zaobserwowałam, że ludzie się od nas odsuwają. Skoncentrujcie się na życiu, a staniecie się silniejsi.

Młody mężczyzna nie wydawał się przekonany.

— Tylko dlatego dali nam sześciokilometrowy limit, że przeraziły ich nasze akcje, byliśmy przecież napędową siłą rewolucji. Gdyby nie nasza walka, metanarodowcy nadal by rządzili.

— To był inny przeciwnik. Walczyliśmy wówczas z Ziemianami, więc nasze działania robiły wrażenie na marsjańskich „zielonych”. Ale skoro teraz walczymy z nimi, nie podoba im się to, są wściekli i stają się jeszcze bardziej „zieloni”.

Wszyscy siedzieli w milczeniu, zamyśleni, może przygnębieni.

— Co więc robimy? — spytała siwowłosa kobieta.

— Pojedźcie na jakiś zagrożony teren — zasugerowała Ann. Wskazała za okno. — Możecie działać tu. Albo gdzieś blisko sześciokilometrowej granicy. Osiądźcie tam, załóżcie miasto i uczyńcie je pierwotnym azylem. Stwórzcie cudowne miejsce! Zacznijmy od gór.

W ponurym skupieniu rozważali jej słowa.

— Albo pojedźcie do miast, załóżcie grupy turystyczno-krajoznawcze, zdobądźcie legalne fundusze. Pokażcie ludziom okolicę. Zaskarżcie wszystkie negatywne zmiany, które dostrzeżecie.

— To brzmi strasznie — zauważył młody mężczyzna, potrząsając głową.

— Tak — powiedziała Ann. — Trzeba wykonać paskudną robotę. Ale musimy ich zdobyć także od środka. Wtargnąć do ich świata.

Tubylcy nadal mieli markotne miny. Jeszcze przez jakiś czas siedzieli i rozmawiali na ten temat — jak żyją teraz, a jak chcieliby żyć. Co zrobić, aby osiągnąć upragniony stan. O tym, że po wojnie nie można już żyć po partyzancku. I tak dalej. Dyskusji towarzyszyły głośne westchnienia, trochę łez, wzajemne obwiniania się i słowa zachęty.

— Pojedziecie ze mną jutro i obejrzymy sobie dokładnie to lodowe morze — zaproponowała Ann.

Następnego dnia partyzancka grupa wybrała się z nią na południe wzdłuż sześćdziesiątego stopnia długości areograficznej. Posuwali się z trudem. Taką krainę Arabowie nazywali khalą: pustą ziemią. Z jednej strony była piękna — skalne, noachiańskie pustkowie; jej widok przepełniał radością serca podróżników. A jednak ekotażyści milczeli; wydawali się pokonani, jak gdyby uczestniczyli w jakiejś pogrzebowej ceremonii. Wrócili razem do dużego kanionu o nazwie Nilokeras Scopulus; wjechali do niego po szerokiej, nierównej, naturalnej rampie. Na wschodzie leżała skuta lodem Chryse Planitia: jedna z odnóg północnego morza, przed którym najwyraźniej nie było ucieczki. Przed jadącymi znajdowały się Nilokeras Fossae — koniec kompleksu kanionowego, który zaczynał się daleko na południu, w ogromnej przepaści Hebes Chasma. Z Hebes nie można było wyjechać, lecz powód jej osunięcia się był teraz jasny — sprawił to wybuch formacji wodonośnej na zachodzie, przy wierzchołku Echus Chasma. Wcześniej ogromna ilość wody spłynęła z Echusa przy zachodnim stoku Lunae Planum, rzeźbiąc stromy, wysoki klif przy Echus Overlook. W pewnym momencie woda rozcięła klif i popędziła dalej, rozrywając duży łuk Kasei Vallis i wycinając głęboki kanał na nizinach Chryse. Był to jeden z największych wybuchów formacji wodonośnych w historii Marsa.

Północne morze spłynęło do Chryse i woda wypełniła się aż do niższego końca Nilokeras i Kasei. Ponad ujściem tego nowego fiordu znajdowało się wzgórze o płaskim wierzchołku (dawny Krater Szaranowa), które wyglądało jak gigantyczny zamek na wysokim cyplu. W środku fiordu leżała długa, wąska wyspa, jedna z żebrowych wysepek starożytnej powodzi; znowu była wyspą, uparcie czerwona w morzu białego lodu. Ann pomyślała, że kiedyś ten fiord stworzy jeszcze lepszy port niż Zatoka Botaniczna: miał wprawdzie strome ściany, lecz tu i tam pojawiały się skalne ławy, na których mogły powstać portowe miasta. Trzeba oczywiście wziąć pod uwagę zachodni wiatr pędzący w dół Kasei, katabatyczne porywy, które zatrzymają żeglujące statki w zatoce Chryse…

Jakie to dziwne. Ann dowiozła grupę milczących „czerwonych” do pochyłości, po której zjechali na szeroką ławę skalną, a tą oddalili się od lodowego fiordu w kierunku zachodnim. Do tego czasu zapadł już wieczór, więc zaproponowała tubylcom, by wysiedli z roverow, zeszli nad brzeg i towarzyszyli jej w spacerze o zachodzie słońca.

Gdy zachodziło słońce, stali w zwartej, smutnej grupce przed samotnym lodowym blokiem wysokim na mniej więcej cztery metry; jego stopione wypukłości były tak gładkie jak ludzkie mięśnie. Słońce znajdowało się za lodowym blokiem, przeświecając przez niego; po obu stronach bloku jaskrawe światło odbijało się od szklistego, mokrego piasku. Świetlana przestroga. Niezaprzeczalna, płonąco rzeczywista. Co mieli zrobić? Stali i patrzyli w milczeniu.

Kiedy słońce zniknęło za czarnym horyzontem, Ann odeszła od grupy i ruszyła samotnie w górę do rovera. Obejrzała się za siebie, w dół zbocza; „czerwoni” ciągle trwali przy „plażowej” górze lodowej, która wyglądała wśród nich jak biały bożek, zabarwiona ciemnym oranżem niczym popękana biała tafla lodowej zatoki. Biały bożek, niedźwiedź, zatoka, dolmen marsjańskiego lodu; ten ocean zostanie już z nimi na zawsze, tak realny jak skała.

Następnego dnia Ann pojechała Kasei Vallis na zachód, ku Echus Chasma. Jechała ciągle w górę, jedną szeroką ławą po drugiej. Droga była łatwa, póki Ann nie dojechała do miejsca, gdzie Kasei wyginał się w lewo i w górę, przechodząc w dno Echusa. Krzywizna ta należała do największych i najbardziej oczywistych rzeźbionych przez wodę cech planety. Ann zauważyła, że płaskie obecnie łożysko potoku porastają karłowate drzewka, tak małe, że wydawały się niemal krzewami; miały czarną korę, były cierniste, a ich ciemnozielone liście — lśniące i ostre jak liście ostrokrzewu. Pod czarnymi drzewami rósł przeważnie mech, choć w innych miejscach rzadko występował; las był jednogatunkowy, pokrywał Kasei Vallis od jednej ściany kanionu do drugiej, wypełniając wielką krzywiznę niczym jakiś przesadnie wielki pyłek sadzy.

Z konieczności Ann pojechała prosto przez ten niski las, a rover przechylał się na boki, kiedy najeżdżał na gałęzie, mocne jak manzanity, dopiero gdy się od nich uwolnił, ruszał prosto. Pomyślała, że bardzo wąskiego i zaokrąglonego kanionu o głębokich ścianach nie można już przejść na piechotę. Wyobrażała sobie, że takie znajdują się w Utah… Las przypominał teraz ciemną puszczę z baśni, wrogą, wypełnioną latającymi czarnymi przedmiotami… I biały kształt uciekający w mrok… Nie było żadnego śladu po kompleksie sił bezpieczeństwa ZT ONZ, który kiedyś zajmował wygięcie doliny. Przeklinam twój dom do siódmego pokolenia, przeklinam także tę niewinną ziemię. Tutaj torturowano Saxa i tu zasiał on ogniste ziarno, a potem podpalił to miejsce, dzięki czemu zakiełkował ciernisty las i zarósł teren. I pomyśleć, że ludzie nazywają naukowców racjonalnymi stworzeniami! Przeklinam również ich dom, pomyślała Ann z zaciśniętymi zębami, do siódmego pokolenia i na siedem następnych.

Syknęła i pojechała dalej w górę Echusa, ku stromemu wulkanicznemu stożkowi Tharsis Tholis. U stoku wulkanu, na poziomym fragmencie zbocza, leżało miasto. Whitebook powiedział Ann, że skierowano tu Petera, więc ominęła miejscowość. Peter — zatopiona ziemia, Sax — spalony grunt. Kiedyś Peter był jej oczkiem w głowie. Na tej skale zbuduję… Peter Tempe Terra, Skała Ziemi Czasu. Nowy człowiek, Homo martial. Człowiek, który ich zdradził. Pamiętać.

Posuwała się dalej na południe, wjeżdżając po zboczu wypukłości Tharsis, aż do miejsca, z którego widać było stożek Ascraeusa. Górski kontynent, widoczny na horyzoncie. Pavonis opanowano i obsadzono roślinnością ze względu na jego równikowe położenie i kabel windy, natomiast leżący tylko pięćset kilometrów dalej na północny wschód Ascraeus pozostawiono w spokoju. Nikt na nim nie mieszkał, bardzo niewiele osób w ogóle się na niego wspięło. Zaledwie kilku areologów przybywało co jakiś czas, aby badać magmę i sporadyczne piroklastyczne przesuwy popiołu, które barwiły czerwień na prawie zupełną czerń.

Wjechała na niskie zbocza Ascraeusa, łagodne i faliste. „Ascraeus” należał do klasycznych nazw określających albedowe osobliwości, ponieważ ta duża góra widoczna była z Ziemi. Ascraeus Lacus. Podczas „kanałomanii” uznano, że była niegdyś jeziorem. Podobnie Pavonis — w tamtej epoce nazywano go Phoenicus Lacus, Jeziorem Feniksa. Ann przeczytała, że Ascra to miejsce urodzenia Hezjoda, „usytuowane po prawej stronie góry Helikon, na wysokim, nierównym miejscu”. Chociaż więc twierdzili, że Ascraeus jest jeziorem, nadali mu nazwę na cześć miejsca górzystego. Może ich podświadomość właściwie zinterpretowała obrazy teleskopowe. Słowo „ascraeus” stanowiło ogólne poetyckie określenie sielanki, a Helikon był beocką górą poświęconą Apollonowi i Muzom. Pewnego dnia Hezjod podniósł oczy znad pługa, zobaczył górę i stwierdził, że musi ludzi obdarzyć pewną opowieścią. Dziwne są narodziny mitów. Dziwne też były te stare nazwy, wśród których żyli i które ignorowali, podczas gdy one ciągle od nowa opowiadały stare historie.

Ascraeus był najbardziej stromym z czterech dużych wulkanów. Nie otaczały go jednak żadne skarpy (tak jak Olympus Mons), więc Ann mogła włączyć niski bieg i posuwać się w górę ruchem przypominającym powolny start w kosmiczną przestrzeń. Odchyliła się w tył na siedzeniu i zapadła w drzemkę. Głowa na oparciu, odprężenie. Obudziła się, gdy dojechała — znajdowała się w górze, dwadzieścia siedem kilometrów ponad poziomem morza, na tej samej wysokości co pozostałe trzy wielkie góry. Taką wysokość osiągały góry na Marsie! Była to granica izostatyczna, przy której litosfera zaczynała się uginać pod ciężarem skały; żaden z czterech największych szczytów nie przekraczał tej granicy, można ją było zatem uznać za symbol ich rozmiaru i wspaniałego wieku.

Ascraeus był bardzo stary, lecz jednocześnie jego powierzchniowa magma należała do najmłodszych wulkanicznych skał na Marsie, lekko tylko zwietrzała od wiatru i słońca. Kiedy warstwy lawy ochłodziły się, stwardniały w kształt obsuwu; zostały niskie kręte wypukłości, na które można było się wspiąć lub je ominąć. Koła rovera Ann pozostawiały za sobą wyraźny szlak. Pojazd posuwał się zygzakiem po zboczu, unikał stromych odcinków przy dnach wylewów magmowych, korzystał natomiast z dużej luźnej sieci pochyłości i łagodnych wzniesień. Na górze panował ciągły półmrok, zaspy brudnego, ubitego śniegu pokrywał pył wodny, cienie miały barwę zamglonej, poczerniałej bieli — Ann czuła się, jak gdyby jechała po fotograficznym negatywie, a jej nastrój z nie wyjaśnionego powodu pogarszał się wraz z wysokością. Za sobą widziała rosnący fragment stożkowego północnego stoku wulkanu, za nim północną część Tharsis, aż do ściany Echusa, niskiej linii leżącej w odległości ponad stu kilometrów. Widoczny obszar niemal w całości był pstrokaty — zaspy śnieżne, lodowe płyty, firn. Cętkowana biel. Zacienione stoki wulkanicznych stożków często były mocno oblodzone.

Na skalnej powierzchni, tu wysoko — jaskrawozielony mech! Wszystko staje się zielone.

W miarę jednak jak Ann wjeżdżała coraz wyżej — dzień po dniu, ciągle w górę, niewyobrażalnie wysoko — pokryte śniegiem place były coraz cieńsze i rzadsze. Znalazła się dwadzieścia kilometrów ponad starym poziomem odniesienia, czyli dwadzieścia jeden ponad poziomem morza, prawie siedemdziesiąt tysięcy stóp ponad lodem… Była ponad dwa razy wyżej, niż wznosił się Everest ponad ziemskimi oceanami. A stożek wulkanu nadal górował nad nią, leżał pełne siedem tysięcy metrów wyżej! Prosto w górę, w ciemniejące niebo, prosto w górę, w przestrzeń.

Daleko poniżej przesuwała się płaska warstwa chmur, zaciemniając widok na Tharsis. Ann miała wrażenie, że białe morze ścigają w górę stoku. Na tym poziomie, nad nią nie było już żadnych chmur, przynajmniej tego dnia. Zapewne czasami wisiały obok góry kowadła burzy, a w inne dni mogły się pojawić w górze pierzaste chmury, smagające niebo tuzinem cienkich sierpów. Dziś jednak niebo było bezchmurnym purpurowym indygo zabarwionym czernią, przy zenicie upstrzonym kilkoma dziennymi gwiazdami widać było bladego, samotnego Oriona. Na wschód od wierzchołka wulkanu płynęła rzadka chmura, tak postrzępiona, że Ann dostrzegała przez nią ciemne niebo. W górze nie było zbyt wiele wilgoci, a atmosfera bardzo rzadka. Na Marsie zawsze będzie istniała dziesięciokrotna różnica między ciśnieniem powietrza przy poziomie morza i na szczytach dużych wulkanów; ciśnienie w górze wynosiło obecnie około trzydziestu pięciu milibarów, czyli było niewiele wyższe od tego, które istniało na całej planecie, gdy przybyła na nią pierwsza setka.

Ann zauważyła maleńkie cętki porostów w kotlinach na szczytach skał, w zagłębieniach, na które najpierw spadł śnieg, a potem dużo słońca. Roślinki były zbyt małe, by je dojrzeć. Porosty — symbiotyczny układ glonu i grzyba, ściśle współpracujący, by przeżyć, nawet w trzydziestu milibarach. Trudno uwierzyć, jakie warunki jest w stanie znieść życie. Doprawdy, zdumiewające!

Ann dziwiła się tak bardzo, że założyła skafander i wysiadła z pojazdu, pragnąc się przyjrzeć roślinności. Tu, wysoko w górach, trzeba było wrócić do wszystkich dawnych środków ochrony: zakładać ochronny walker, używać włazów komór powietrznych…

Wyszła na zewnątrz w jaskrawe światło rzadkiej przestrzeni.

Skały, które udzieliły schronienia porostom, należały do tego typu ciepłych terenów, na których zażywałyby kąpieli słonecznej świstaki, gdyby mogły tak wysoko żyć. Tu, zamiast zwierząt, Ann dostrzegła małe jak główka od szpilki kropeczki żółtej zieleni albo szarości w odcieniu okrętu wojennego. Przewodnik naręcznego komputera nazywał je porostami płatkowymi. Ich fragmenty odrywały się podczas burz z niższych rejonów, dolatywały tutaj na wietrze, upadały na skałę i wrastały w nią niczym małe warzywne skałoczepy. Chyba tylko Hiroko potrafiłaby wyjaśnić to zjawisko.

Żyjące istoty. Rośliny. Michel powiedział Ann, że ona kocha kamienie, a nie ludzi, ponieważ znęcano się nad nią w dzieciństwie. Podobno poczyniło to szkody w jej psychice, zmniejszając znacząco hipokampus; silna reakcja na wstrząs, połączona ze skłonnością do rozdwojenia jaźni. Dlatego też Ann wybrała sobie na partnera człowieka najbardziej ze wszystkich podobnego do kamienia. Michel dodał, że także kochał tę cechę u Simona, uważał, że był wspaniały — w latach Underbill Simon należał ponoć do nielicznych osób, którym Michel potrafił zaufać, był małomówny i rzetelny; takiemu można powierzyć wszystkie sekrety…

Michel zwrócił uwagę Ann, że Simon nie jest jedynym milczkiem na świecie. Podobno wiele innych osób posiadało tę cechę, choć nie występowała u nich w postaci tak czystej. Może Ann powinna pokochać tę „cierpliwą wytrzymałość” u innych ludzi, w każdej żywej istocie… Niektórzy próbowali żyć życiem skały albo jak planeta. „W każdym z nas tkwi ten kamienny upór” — oznajmił Michel.

Wiatr lamentował przy hełmie Ann i ponad skorupami magmy, szumiał w wężu powietrznym, zagłuszając odgłosy jej własnego oddechu. Niebo miało tu barwę ciemniejszą niż indygo — z wyjątkiem miejsc położonych nisko na horyzoncie, gdzie było zamglonym purpurowym fioletem, zwieńczonym pasem wyraźnego granatu… Och, któż by kiedyś uwierzył, że tak wiele się zmieni tu, w górze, na zboczu Ascraeus Mons. Dlaczego nie osiedlili się tutaj, aby stale pamiętać, po co przylecieli na Marsa i co dała im ta planeta, a oni tak bezmyślnie zniszczyli.

Ann wróciła do rovera i ruszyła dalej w górę.

Znajdowała się ponad srebrnymi chmurami pierzastymi, dokładnie na zachód od przezroczystego obłoku otaczającego wierzchołek wulkanu. Od strony zawietrznej, osłonięta od wiatru. Aby wjechać na górę, trzeba było podróżować w przeszłość, tłamsząc wszystkie porosty i bakterie. Ann nie miała wątpliwości, że są nawet tu, ukryte wewnątrz płytkich skalnych rozpadlin. Chasmoendolityczne życie, niczym mityczne małe czerwone ludziki, mikroskopijne bożki, które rozmawiały z Johnem Boone’em, ich lokalnym Hezjodem. Tak mawiają ludzie na Marsie…

Życie pieniło się wszędzie. Świat stawał się zielony. Ale gdyby nie można było dostrzec tej zieleni — i gdyby nie sprawiała ona powierzchni żadnej różnicy… Czy aby na pewno Ann wzięła na swoje barki to zadanie? Żywe stworzenia. Michel powiedział jej: „Kochasz skały z powodu cechy kamienności, którą posiada życie!” Wszystko obraca się wokół życia. Simon, Peter. Na tej skale zbuduję mój kościół. Dlaczego Ann nie potrafiła kochać tej „kamienności” w każdej rzeczy?

Rover toczył się w górę ostatnich koncentrycznych tarasów lawy. Jazda była o wiele mniej żmudna teraz, gdy pojazd uginał się na asymptotycznym spłaszczeniu szerokiego, kulistego stożka. Tylko lekko w górę wzgórza, z każdym metrem mniej stromo i już Ann znalazła się na stożku, a następnie na jego wewnętrznej krawędzi.

Rover stał nad kalderą. Ann wysiadła, jej myśli śmigały jak wydrzyki.

Kalderowy kompleks Ascraeusa składał się z ośmiu zachodzących na siebie kraterów: nowsze opadały na obwody starszych. Największa i najmłodsza kaldera leżała blisko środka kompleksu, natomiast starsze kaldery o wyższych dnach otaczały jej obwód jak wzór płatków kwiatu. Dno każdej kaldery leżało na nieco innej wysokości, oznaczone przez wzór kulistych pęknięć. Gdy Ann szła wzdłuż stożka, zmieniała się perspektywa, a więc również odległości; także wysokość każdego dna wydawała się zmieniać, jak gdyby unosiły się we śnie. Ann cieszyła się, że jest świadkiem wszystkiego, co działo się w odległości osiemdziesięciu kilometrów ze wszystkich stron.

Spacer był jak lekcja z mechaniki wlotu wulkanicznego. Erupcje na dole, na zewnętrznych stokach wulkanu, usunęły magmę z aktywnego wlotu kaldery, toteż jej dno zapadło się. Wszystkie kuliste kształty, takie jak aktywny wlot, poruszały się w ciągu eonów. Wygięte w łuki urwiska… W kilku miejscach na Marsie istniały takie pionowe zbocza, prawie zupełne stromizny. Światy bazaltowych pierścieni. Ta kraina powinna być mekką amatorów wspinaczek, ale — o czym Ann wiedziała — nikt tu nie bywał. Któregoś dnia pojawią się alpiniści.

Niezwykły, skomplikowany Ascraeus zupełnie nie przypominał Pavonis, który miał kształt jednego wielkiego otworu. Dlaczego kaldera Pavonis załamywała się za każdym razem w tym samym obwodzie? Czyżby jej ostatni obsuw wymazał i wyrównał wszystkie wcześniejsze pierścienie? Może jej wulkan zawierał mniej lawy albo mniej magmy znajdowało ujście na boki? Czy wlot Ascraeusa intensywniej się przesuwał? Ann podniosła z krawędzi stożka kilka kamyków i obejrzała. Lawowe bomby, świeże ejektamenta meteorytowe, graniaki wygładzone erozją nieustannych wiatrów… Wszystkie te kwestie ciągle trzeba było zbadać. Ludzie niczego tu nie zmienili, nie w takim stopniu, żeby przeszkodzić pracom wulkanologów. Wprawdzie Dziennik studiów areologicznych opublikował wiele artykułów na owe tematy — Ann czytała kilka i widywała je od czasu do czasu. To właśnie powiedział jej Michel: wysoko położone miejsca zawsze pozostaną takie same.

Wspinaczka na wielkie stoki przypominała podróż w przedludzką przeszłość, w czystą areologię, może w samą areofanię, z Hiroko albo bez niej. Z porostami albo i bez nich. Na Marsie dyskutowano, czy ustawić nad tymi kalderami kopuły lub namioty, które utrzymałyby je w całkowitej sterylności; Ann była przeciwna pomysłowi, uważała, że w ten sposób stworzono by jedynie ogrody zoologiczne, dzikie parki, ogrody. Machnęła ręką na chasmoendolityczne życie, które usiłowało się tutaj wedrzeć. Życie… Ann wypowiedziała to słowo; zabrzmiało dziwnie: „życie”.

Niezmienny Mars, kamienny w świetle słońca.

Później jednak ujrzała kątem oka białego niedźwiedzia, wysuwał się zza wyszczerbionego głazu na stożku. Podskoczyła, ale gdy przyjrzała się dokładniej, uświadomiła sobie, że jej się przywidziało. Szukając schronienia, wróciła do rovera. Wskoczyła do środka, a potem spędziła całe popołudnie przy ekranie AI pojazdu. Przez cały czas miała wrażenie, że obserwują ją osobliwe, nieuchwytne oczy w okularach. Człowiek przypominający niedźwiedzia, który zjadłby ją, gdyby umiał ją złapać. Gdyby umiał… Teraz nikt nie był w stanie jej schwytać, ponieważ mogła się na zawsze ukryć w tym wysokim, solidnym kamiennym świecie: była wolna i taka pozostanie… Jej być albo nie być… Gdyby się zdecydowała… Uciec na tak długo, jak wytrwa skała. Ale znowu, przy włazie komory powietrznej ten biały kształt w kąciku jej oka… Ach, jakie to trudne.

CZĘŚĆ 7

Praca

Większą część północy pokrywało obecnie skute lodem morze. Dawne Vastitas Borealis leżały kiedyś kilometr albo dwa poniżej poziomu odniesienia, w pewnych miejscach trzy kilometry; teraz, gdy poziom morza ustabilizował się przy konturze „minus jeden”, większość krainy znalazła się pod wodą. Gdyby na Ziemi istniał akwen o podobnym kształcie, byłby to Ocean Arktyczny powiększony o znaczną część Rosji, Kanady, Alaski, Grenlandii i Skandynawii, z dodatkowymi dwiema głębszymi odnogami wysuniętymi jeszcze bardziej na południe — długimi morzami sięgającymi aż do równika: wąskim Północnym Atlantykiem i Północnym Pacyfikiem, między którymi pozostałaby duża, prawie kwadratowa wyspa.

Na marsjańskim akwenie nazywanym Oceanus Borealis znalazło się wiele dużych lodowych wysp oraz długi, niski półwysep, który stanowił jedyny wyżej położony pas na ciągnącym się przez całą półkulę morzu i łączył stały ląd, leżący na północ od Syrtis, z ogonem polarnej wyspy. Biegun północny znajdował się obecnie na lodowcu zatoki Olympia, czyli w odległości kilku kilometrów od tej polarnej wyspy.

I tyle. Na Marsie nie istniał żaden odpowiednik południowego Pacyfiku, południowego Atlantyku, Oceanu Indyjskiego czy też Oceanu Antarktycznego. Na południu rozciągała się jedynie pustynia, z wyjątkiem kulistego morza Hellas mniej więcej rozmiaru Karaibów. Ogólnie rzecz biorąc, akweny pokrywały jedynie dwadzieścia pięć procent marsjańskiej powierzchni (na Ziemi siedemdziesiąt pięć procent).

W roku 2130 większą część Oceanus Borealis pokrywał lód, chociaż pod powierzchnią istniały wielkie soczewkowate złoża wody, a latem także — na powierzchni — stopniałe jeziora, a poza tym wiele plon, kanałów i rozpadlin. Ponieważ sporo wody pochodziło z wiecznej zmarzliny, miała ona czystość głębokich wód gruntowych, była wręcz „destylowana”, a Borealis na razie pozostawał oceanem słodkowodnym. Naukowcy sądzili, iż w niedługim czasie zmieni się w słonowodny, jednak, mimo iż rzeki przepływały przez bardzo zasolony regolit, zanim dotarty do oceanu, parowały i skraplały się w postaci deszczów, po czym powtarzał się proces — sole ponownie przenikały z regolitu do wody — który oceanografowie obserwowali z zainteresowaniem, ponieważ nigdy do końca nie rozumieli przyczyn stopnia zasolenia ziemskich oceanów, stałego od wielu milionów lat.

Topografia wybrzeża była osobliwie dzika. Polarną wyspę, oficjalnie bezimienną, nazywano także półwyspem polarnym albo — ze względu na kształt — Koniem Morskim. W rzeczywistości linię brzegową ciągle w wielu miejscach pokrywał lód starej czapy polarnej, a wszędzie leżał śnieg we wzorach gigantycznych sastrug. Ta pofałdowana biała powierzchnia ciągnęła się przez wiele kilometrów morza, aż do miejsc, w których przełamywały ją podwodne prądy, a wówczas powstawała sztuczna Unia brzegowa kanałów, grzbietów lodowych zwałów i chaotycznych krawędzi dużych stołowych gór, a także coraz większe obszary otwartej wody. Nad tym pogruchotanym lodowym wybrzeżem wznosiło się wiele sporych wulkanicznych albo meteorycznych wysepek oraz kilka dwustronnych kraterów; wystawały z bieli niczym wielkie czarne stołowe góry lodowe.

Południowe brzegi Borealisa były o wiele bardziej obnażone i urozmaicone. W miejscach, gdzie lód otulał podnóże Wielkiej Skarpy, znajdował się szereg mensae z dawnych regionów mieszanych, które w pewnym momencie przybrały postać archipelagów; z nich wszystkich, tak samo jak z właściwych linii brzegowych głównego lądu, sterczały rzędy klifów, cypli, kraterowych zatok, fossowych fiordów i długich obszarów niskich łagodnych pasm. Woda w dwóch dużych południowych zatokach rozlegle topniała pod powierzchnią, a latem również na niej. Chyba najbardziej frapującą linią wybrzeża szczyciła się zatoka Chryse: osiem wpadających do niej dużych kanałów wybuchowych wypełniał wcześniej częściowo lód, który stopił się, zmieniając je w fiordy o stromych bokach. Przy południowym krańcu zatoki cztery z tych fiordów połączyły się, tworząc grupę dużych wysp o urwistych klifach; był to najbardziej spektakularny marynistyczny krajobraz na planecie.

Ponad wielką wodą latały codziennie duże stada ptaków. W powietrzu pojawiały się chmury, rozpraszane szybko przez silny wiatr; nad bielą i czerwienią lądu i morza przesuwały się ich cienie. Po stopionym morzu sunęły góry lodowe, co jakiś czas uderzając w brzeg. Z Wielkiej Skarpy nadchodziły burze o straszliwej siłę, na skały spadał ognisty grad i pioruny. Wybrzeża na Marsie liczyły teraz w przybliżeniu czterdzieści tysięcy kilometrów. Pod mrozem i odwilżą dni i pór roku, pod muskaniem stałego wiatru ocean budził się do życia.

Po zakończeniu kongresu Nadia zamierzała od razu opuścić Pavonis Mons. Miała dość szemrania panującego w magazynie, dość kłótni i polityki; zdenerwowała ją gwałtowność i groźby przemocy, rozmowy o rewolucji, sabotażu, konstytucji, windzie, Ziemi i pogróżkach związanych z wojną. Ziemia i śmierć — z tym kojarzyła jej się Pavonis Mons, Pawia Góra, na której wszystkie pawie gładziły pióra, dumnie stąpały i krzyczały: „Ja, ja, ja”. Pavonis stało się ostatnim miejscem na Marsie, w którym Nadia miała ochotę przebywać.

Pragnęła opuścić górę i odetchnąć powietrzem na otwartym terenie. Chciała pracować nad „prawdziwymi rzeczami”, chciała budować wszystkimi dziewięcioma palcami, grzbietem i umysłem, budować cokolwiek i wszystko, nawet niekoniecznie budowle „namacalne” (chociaż oczywiście czułaby się wówczas cudownie). Mogła też tworzyć takie „rzeczy” jak powietrze czy gleba, elementy nowego dla niej projektu konstrukcyjnego, czyli po prostu samego terraformowania, którym interesowała się podczas swego pierwszego spaceru na powietrzu, gdy schodziła do Krateru DuMartheraya jedynie z małą maską na twarzy filtrującą dwutlenek węgla; wtedy właśnie zrozumiała tę obsesję Saxa. W chwili obecnej Nadia była gotowa przyłączyć się do niego i reszty terraformerów, właśnie teraz, gdy usunięcie orbitujących luster spowodowało nadejście długiej zimy, grożąc epoką lodowcową. Zbudować powietrze, ziemię, poruszyć wodę, wprowadzić rośliny i zwierzęta — praca ta wydawała się Rosjance fascynująca. Rzecz jasna, interesowały ją również bardziej konwencjonalne projekty budowlane. Kiedy nowe Morze Północne stopi się, a jego linia brzegowa — ustabilizuje, wszędzie powstaną portowe miasta, bez wątpienia dziesiątki takich miast, a w każdym muszą się znaleźć falochrony i plaże, kanały, nadbrzeża i doki oraz, dalej, zwykłe osady na wzgórzach. Im wyższy teren, tym więcej będzie miast namiotowych i zadaszonych kanionów. Mówiono nawet o postawieniu namiotów nad niektórymi dużymi kalderami, o połączeniu trzech książęcych wulkanów linią kablowych wagoników oraz o zbudowaniu mostu nad przesmykami położonymi na południe od Elysium. Niektórzy pragnęli zaludnić polarny kontynent wyspowy. Istniały nowe koncepcje związane z biobudownictwem, plany „budowania” domów i innych budynków bezpośrednio z genetycznie przekształconych drzew — tak jak Hiroko używała bambusa, tyle że na większą skalę. Tak, budowniczy gotów przyswoić sobie najnowsze techniki miał przed sobą tysiąc lat cudownej pracy. To był sen, który się spełniał.

Niestety, wtedy przyszła do Nadii mała grupa osób rozpatrujących kandydatury do pierwszej rady wykonawczej nowego rządu globalnego.

Nadia patrzyła na nich. Miała wrażenie, że widzi, jak stawiają przed nią duży, poruszający się wolno w jej kierunku potrzask, a ona ze wszystkich sił chce uciec, zanim pułapka się zatrzaśnie.

— Jest wielu odpowiednich kandydatów — zauważyła. — Co najmniej dziesięć razy więcej znakomitych osób niż stanowisk w radzie.

— Tak — odparli, wpatrując się w nią. — Zastanawiamy się, czy myślałaś kiedyś o takiej pracy.

— Nie — rzekła.

Art wyszczerzył zęby. Nadia dostrzegła jego uśmiech i zmartwiła się.

— Pragnę budować — rzuciła stanowczo.

— Możesz robić jedno i drugie — wtrącił Art. — Praca w radzie nie jest zajęciem na pełen etat.

— Akurat, do diabła.

— Naprawdę.

Pojęcie rządu obywatelskiego wpisano do nowej konstytucji i obowiązywało ono wszędzie: od globalnego parlamentu, poprzez sądy, kończąc na władzach namiotowych miast. Przypuszczalnie sporo tej pracy wykonywały osoby zatrudnione na niepełnym etacie, Nadia była jednak pewna, że działalność w radzie wykonawczej zajmie znacznie więcej czasu.

— Czy członków rady wykonawczej nie trzeba wybierać z przedstawicieli parlamentu? — spytała.

Jej goście stwierdzili z zadowoleniem, że wprawdzie o wyborze decydują członkowie ciała ustawodawczego, nie jest jednak konieczne, by wybierali spośród siebie, choć zwykle tak się dzieje.

— No cóż, w konstytucji zdarzyła się pomyłka — mruknęła Nadia. — Dobrze, że dostrzegliście ją tak szybko. Ograniczając się do wybierania członków ciała ustawodawczego, nie możecie korzystać z dołu.

Z dołu…

— Poza tym znam wielu lepszych od siebie kandydatów — dokończyła.

Niestety, członkowie grupy nalegali. Ciągle wracali, w różnym składzie, a Nadia czuła, że stale biegnie ku zwężającej się szczelinie między zębami potrzasku. W końcu zaczęli błagać. Prosili ją wszyscy przedstawiciele małej delegacji. Okres był naprawdę przełomowy dla nowego rządu i potrzebowali rady wykonawczej, której ufaliby mieszkańcy całego Marsa, to była sprawa podstawowa… i tak dalej… Wybrano Senat, zaplanowano Dumę i teraz obie izby musiały wybrać siedmiu członków rady. Wśród kandydatów wymieniano Michaiła, Zeyka, Petera, Marinę, Etsu, Nanao, Ariadne, Marion, Iriszkę, Antara, Raszida, Jackie, Charlotte, czterech ambasadorów Ziemi i wiele innych osób, które Nadia po raz pierwszy spotkała w magazynie.

— Jest sporo świetnych ludzi — przypominała im Nadia. Tak, rewolucja miała wielu przywódców.

Przedstawiciele grupy odpowiedzieli, że nie wszystkim osobom z listy można zaufać, przyzwyczaili się do tego, że Nadia to zrównoważona przedstawicielka centrum; mówili, że zarówno podczas kongresu, jak i podczas rewolucji zaprezentowała wspaniałą postawę, podobnie zresztą jak przedtem, w Dorsa Brevia, i przez wszystkie podziemne lata, a właściwie od samego początku. Ludzie chcieli, żeby Nadia zasiadła w radzie, ponieważ była uosobieniem spokoju i potrafiła wielu skłonić do rozwagi. Nazywali ją między innymi „spokojną głową” i „neutralną partią”.

— Wynoście się — krzyknęła, nagle rozgniewana Rosjanka, chociaż nie wiedziała, z jakiego powodu. Goście byli mocno zaniepokojeni jej wybuchem. — Pomyślę o tym — dodała, wypraszając ich i ponaglając do wyjścia.

W końcu zostali z nią tylko Charlotte i Art. Patrzyli na Nadię poważnie, udając, że nie mieli z całą sprawą nic wspólnego.

— Tamtym chyba bardzo zależy, żebyś zaczęła działać w radzie — odezwał się Art.

— Och, daj spokój.

— Tego jednak chcą. Pragną kogoś, komu mogą zaufać.

— Chcesz powiedzieć, że pragną kogoś, kogo się nie boją, starej babuszki, która nie będzie im przeszkadzać. W ten sposób zdołają trzymać przeciwników z dala od rady i wykonywać swój program.

Art zmarszczył brwi; nie zastanawiał się nad tą kwestią, był zbyt naiwny.

— Wiesz, że aby stworzyć na podstawie suchych paragrafów konstytucji prawdziwy, działający rząd, trzeba naprawdę umieć budować — powiedziała zamyślona Charlotte.

— Och, wynoście się — zdenerwowała się Nadia.

W końcu jednak ustąpiła. Tamci okazali się nieubłagani — było ich zaskakująco wielu i nie poddawali się. Zresztą, Nadia nie chciała, by posądzili ją o nieróbstwo, pozwoliła więc, by potrzask zacisnął się na jej nodze.

Obie izby parlamentu zebrały się i odbyły tajne głosowania. Nadię wybrano jako jedną z siedmiu, wraz z Zeykiem, Ariadne, Marion, Peterem, Michaiłem i Jackie. Tego samego dnia Iriszce powierzono funkcję pierwszego głównego sędziego Globalnego Sądu Ekologicznego; z jednej strony był to wielki sukces Iriszki, a także — ogólnie — „czerwonych”, z drugiej jednak cześć „wspaniałomyślnego gestu”, który Art wykonał pod koniec kongresu, by zyskać poparcie „czerwonych”. Ostatecznie mniej więcej połowa nowych sędziów wywodziła się z tego środowiska (z któregoś ich „odcienia”) i Nadia uważała ten gest Arta za nazbyt wspaniałomyślny.

Natychmiast po wyborach przyszła do niej inna delegacja, której tym razem przewodzili współczłonkowie rady. Powiedzieli Nadii, że w obu izbach otrzymała najwięcej głosów, postanowiono więc ją wybrać na przewodniczącą rady.

— Och, nie jęknęła.

Przybyli z powagą pokiwali głowami i oświadczyli, że przewodniczący jest tylko jednym z członków rady, jedną osobą spośród równych sobie, a zatem stanowisko jest w zasadzie honorowe. Ten typ władzy wzorowano na rządach szwajcarskich, a Szwajcarzy podobno zwykle nawet nie wiedzieli, kto jest ich prezydentem. Tak twierdzili koledzy Rosjanki z rady… Oczywiście potrzebowali akceptacji Nadii (w tym momencie w oczach Jackie pojawił się krótki błysk), prosili więc, by oficjalnie zgodziła się przyjąć funkcję.

— Wynocha — rzuciła tylko.

Gdy wyszli, osunęła się w fotelu. Czuła się oszołomiona.

— Jesteś jedyną osobą na Marsie, której wszyscy ufają — powiedział łagodnie Art. Wzruszył przy tym ramionami, jak gdyby chciał powiedzieć, że nie ma z tym nic wspólnego, Nadia wiedziała jednak, że to nieprawda. — Co możemy zrobić? — spytał z przesadną teatralnością. — Popracuj ze trzy lata, a gdy sprawy potoczą się swoim torem, będziesz mogła zrezygnować. Poza tym, zostaniesz pierwszym prezydentem Marsa! Potrafisz się temu oprzeć?

— Bardzo łatwo.

Art milczał. Nadia obrzuciła go piorunującym spojrzeniem.

— Ale zgodzisz się, prawda? — odezwał się w końcu.

— Pomożesz mi?

— Och, oczywiście, że tak. — Położył rękę na jej zaciśniętej pięści. — Zrobię wszystko, co zechcesz. To znaczy… Jestem do twojej dyspozycji.

— Czy jest to oficjalne stanowisko Praxis?

— No cóż, tak, jestem pewien, że może być. Doradca Praxis przy marsjańskim prezydencie? Załóż się.

Może mogłaby go namówić do pracy.

Głośno westchnęła. Próbowała uspokoić żołądek. Pomyślała, żeby przyjąć propozycję, a potem przerzucić większość pracy na Arta i na cały przydzielony personel. Nie byłaby pierwszym prezydentem, który tak postępuje, i nie ostatnim.

— Doradca Praxis przy prezydencie Marsa — powtórzył Art, smakując słowa. Wyglądał na zadowolonego.

— Och, daj spokój! — burknęła.

— Jasne.

Zostawił ją samą, aby przemyślała całą sprawę, a po pewnym czasie wrócił z parującym rondelkiem kavy i dwiema maleńkimi filiżankami. Nalał. Nadia wzięła filiżankę i sączyła gorzki płyn.

— Tak czy owak, jestem twój, Nadiu — oświadczył Art. — Wiesz o tym.

— Uhm.

Przyjrzała mu się, kiedy popijał kavę. Wiedziała, że miał na myśli nie tylko politykę. Lubił Nadię. Od dłuższego czasu pracowali razem, mieszkali razem i podróżowali; dzielili przestrzeń. Nadia też go lubiła. Niedźwiedziowaty człowiek, poruszający się z wdziękiem, zawsze w dobrym nastroju. Uwielbiał kavę — było to oczywiste, gdy się widziało, jak pije, gdy się obserwowało jego napiętą twarz. Nadia miała wrażenie, że to Art prowadził cały kongres, pociągnął go siłą swego cudownego humoru, zarażając wszystkich dobrym nastrojem… Z czego tu się cieszyć, gdy się tworzy konstytucję?…Absurd! A jednak Artowi się udawało. Podczas kongresu on i Nadia stali się swego rodzaju parą. Tak, musiała to przyznać.

Tyle że miała teraz 159 lat. Kolejna niedorzeczność… Art miał, nie była pewna… około siedemdziesiątki czy osiemdziesiątki, chociaż wyglądał na pięćdziesiąt, tak jak wiele osób, które wcześnie zaczęły się poddawać kuracji przedłużającej życie.

— Jestem wystarczająco stara, aby być twoją praprababką — oznajmiła.

Randolph wzruszył ramionami, zakłopotany. Wiedział, o czym Nadia mówi.

— Jestem wystarczająco stary, aby być prapradziadkiem tej kobiety — odparł, wskazując na wysoką marsjańską dziewczynę, przechodzącą za drzwiami ich biura. — A ona jest wystarczająco dorosła, aby mieć dzieci. Więc, no wiesz… Akurat teraz ta kwestia nie ma nic do rzeczy.

— Może dla ciebie.

— No cóż. To jedna z dwóch równorzędnych opinii.

Nadia nie odpowiedziała.

— Słuchaj — stwierdził Art — będziemy żyć jeszcze przez długi czas. W pewnym momencie liczby muszą przestać mieć znaczenie. Chcę powiedzieć, że nie było mnie tu z tobą w pierwszych latach, ale jesteśmy razem już od bardzo dawna i wiele wspólnie przeszliśmy.

— Wiem. — Nadia spojrzała w dół, na stół, przypominając sobie niektóre z tych sytuacji. Koniuszek jej dawno utraconego palca… Całe to życie zniknęło. A teraz była prezydentem Marsa. — Cholera.

Art popijał have i obserwował Nadię z sympatią. Lubił ją, a ona lubiła jego. W pewnym sensie stanowili prawdziwie udaną parę.

— Pomożesz mi z tą cholerną radą! — rzuciła. Była w ponurym nastroju, ponieważ musiała odsunąć od siebie wszystkie technofantazje.

— Pomogę.

— A potem, no cóż, zobaczymy.

— Zobaczymy — powtórzył i uśmiechnął się.

A więc stało się. Nadia ugrzęzła na Pavonis Mons. Nowy rząd miał tam miejsce spotkań, przenosząc się z magazynów do centrum Sheffield, gdzie zajął zwaliste, opuszczone przez metanarodowców, wypucowane budynki o kamiennych fasadach. Oczywiście wybuchła dyskusja, czy trzeba komuś płacić za te budynki i resztę infrastruktury, czy też niezależny i nowy porządek powinien je „zglobalizować” albo „uspółdzielczyć”.

— Trzeba płacić — mruknęła Nadia, spoglądając groźnie na Charlotte. Funkcja prezydenta Marsa nie dawała niestety Rosjance władzy ani posłuchu.

W każdym razie globalny rząd wprowadził się, a Sheffield zostało, jeśli nie stolicą Marsa, to przynajmniej tymczasową siedzibą jego rządu. Burroughs było zatopione, a Sabishii spalone, toteż nie istniało żadne inne oczywiste i odpowiednie ku temu miejsce, w dodatku Nadia miała wrażenie, że żadne z pozostałych miast namiotowych nie ma ochoty przyjąć członków rady. Mówiło się, że należy zbudować nową stolicę, na to jednak potrzeba było czasu, a przedstawiciele rady wykonawczej gdzieś się musieli spotykać. Zatrzymali się więc w pobliżu toru magnetycznego w Sheffield, pod ciemnym niebem namiotu, w cieniu wznoszącego się we wschodniej dzielnicy miasta kabla windy; prosty i czarny, wyglądał jak rysa na rzeczywistości.

Nadia znalazła mieszkanie w ostatnim namiocie na zachodzie, za stożkowym parkiem. Lokal znajdował się na czwartym piętrze, skąd rozciągał się wspaniały widok w dół, w niesamowitą kalderę Pavonis. Art wybrał sobie mieszkanie na parterze tego samego budynku, na tyłach; najwyraźniej kaldera przyprawiała go o zawrót głowy. Mieszkał jednak blisko, a biuro Praxis znajdowało się w sąsiednim biurowcu, pokrytym rzędami chromowoniebieskich okien, w sześcianie z polerowanego jaspisu wielkości miejskiego bloku mieszkalnego.

Teraz Rosjanka musiała zrobić głęboki wdech i przystąpić do pracy, tak jak ją poproszono. Czuła się jak w złym śnie, w którym kongres konstytucyjny nagle rozciągnął się na trzy lata, trzy marsjańskie lata.

Na początek postanowiła, że będzie od czasu do czasu schodzić z wierzchołka i uczestniczyć w jakimś projekcie budowlanym. Musiała też się wywiązywać ze swoich obowiązków w radzie, sądziła jednak, że wywrze dobre wrażenie, jeśli na przykład podejmie się pracy nad wzrostem produkcji gazu oranżeriowego, łącząc w ten sposób problemy techniczne i politykę dostosowania się do nowych zasad związanych ze środowiskiem. Chętnie ruszyłaby w teren, gdzie znajdowały się pokłady gazów, i stamtąd, przez nadgarstek, utrzymywałaby kontakt z radą.

Niestety, zdarzenia sprzysięgły się przeciwko niej i musiała pozostać w Sheffield, gdzie działo się wiele, choć w porównaniu z samym kongresem nic z pozoru ważnego ani interesującego: po prostu niezbędne szczegóły. Tak jak powiedziała Charlotte, po fazie projektowania nastąpił teraz nie kończący się okres drobiazgowego konstruowania, pracy nad kolejnymi szczegółami.

Nadia wiedziała, że musi być cierpliwa. Przepracować pierwszy gorączkowy okres, a później wyjechać. Tymczasem, jak to na początku, obecności Nadii potrzebowały media, nowe marsjańskie biuro ONZ (bardzo zainteresowane polityką imigracyjną i procedurami) oraz radni. Gdzie rada będzie się spotykać? Jak często? Zgodnie z jakimi zasadami ma działać? Nadia przekonała pozostałych sześciu przedstawicieli rady, aby zatrudnili jako sekretarza rady i szefa protokołu Charlotte, która natychmiast wynajęła duży zespół asystentów z Dorsa Brevia. W ten sposób zaczęli kompletować personel. Michaił miał praktyczne doświadczenie, ponieważ działał kiedyś w rządzie Bogdanów Vishniac. Zatem w radzie były osoby lepiej przygotowane do wykonywania tej pracy niż Nadia, niemniej jednak milion razy dziennie zapraszano ją, by się naradzać, dyskutować, decydować, uzgadniać, rozstrzygać, zarządzać i tak dalej. Bez końca.

A potem, kiedy Rosjance udało się na siłę wygospodarować trochę wolnego czasu dla siebie, okazało się, że funkcja prezydenta niezwykle utrudnia przyłączenie się do każdego z projektów budowlanych, bowiem dana budowa należała teraz do jakiegoś namiotu lub spółdzielni, bardzo często były to przedsiębiorstwa ekonomiczne, zaangażowane w transakcje związane z „niezyskownymi” pracami publicznymi; czasem działały na zasadach współzawodnictwa. Gdyby więc marsjański prezydent popierał którąś spółdzielnię, podejrzewano by oficjalną protekcję. Skoro Nadia chciała działać zgodnie z wszelkimi zasadami, nie mogła sobie na to pozwolić. Konflikt interesów.

— Cholera! — krzyknęła oskarżycielskim tonem do Arta.

Randolph wzruszył ramionami i próbował udawać, że nie spodziewał się takiego obrotu spraw.

Nadia nie miała więc wyjścia. Stała się więźniem własnej władzy. Musiała badać sytuację, niczym inżynieryjny problem, i próbować wykorzystać swoją siłę. Aby budować fabryki gazów oranżeriowych, musiałaby się przyłączyć do którejś ze spółdzielni produkcyjnych, a jeśli tego nie chciała, musiała znaleźć inny sposób. Może zacząć z „wyższej pozycji” — na przykład koordynować pracę spółdzielni.

Sądziła, że łatwo znaleźć pretekst dla wspierania budowy tego typu fabryk. Trwał „rok bez lata”, towarzyszyła mu seria gwałtownych burz, które sunęły z Wielkiej Skarpy na północ. Większość meteorologów zgadzała się, że te — jak je nazywano — „równikowe burze Hadleya” spowodowało usunięcie zwierciadeł orbitalnych oraz wywołany ich brakiem nagły spadek słonecznego naświetlenia. Powszechnie panowała opinia, że może nadejść epoka lodowcowa, a pompowanie w atmosferę gazów oranżeriowych uważano za jeden z najlepszych sposobów jej przeciwdziałania. Nadia poprosiła więc Charlotte, aby zwołała konferencję, podczas której zamierzała szukać poparcia dla akcji zapobiegającej nadejściu epoki lodowcowej. Charlotte skontaktowała się z ludźmi w Da Vincim, Sabishii oraz w innych miejscach i zaplanowano konferencję, która miała odbyć się w Sabishii; niektórzy — zapewne saxoklony z Da Vinciego — nadali jej nazwę: „Efekty utraty nasłonecznienia. Spotkanie w Mroku 53”.

Niestety, Nadia nie zdołała dotrzeć na konferencję, gdyż jej czasem niemal całkowicie zawładnęły sprawy w Sheffield, zwłaszcza tworzenie nowego systemu ekonomicznego, co uznała za wystarczająco ważne, aby zostać w mieście. Parlament stosował prawa eko-ekonomii, starając się wprowadzić w życie zapisaną w konstytucji teorię. Spółdzielniom, które istniały przed rewolucją, polecono, by pomogły upodobnić się do siebie nowym niezależnym, lokalnym filiom metanarodowców. Proces ten, zwany horyzontalizacją, wspierało bardzo wiele osób, zwłaszcza młodych tubylców, dzięki czemu przekształceń dokonywano w sposób łagodny i bezproblemowy. Każde marsjańskie przedsiębiorstwo musiało obecnie w całości należeć do jego pracowników. Spółdzielnia nie mogła liczyć więcej niż tysiąc osób; większe przedsiębiorstwa rozdrabniano na współpracujące ze sobą stowarzyszenia spółdzielcze. Większość firm opierała swą wewnętrzną strukturę na wariantach modeli bogdanowistycznych, które z kolei nawiązywały do wspólnot baskijskich w hiszpańskim Mondragonie. W spółdzielniach wszyscy pracownicy zapewniali sobie pozycję współwłaścicieli przez wpłacenie równowartości mniej więcej rocznych zarobków na fundusz majątkowy firmy. Pieniądze te zarabiali podczas stażów pod koniec szkolenia i stawały się one zaczątkiem udziału danego pracownika w przedsiębiorstwie, który rósł z każdym rokiem pracy, a w końcu wracał do jego właściciela w postaci emerytury albo odprawy. Rady nadzorcze wybierane spośród siły roboczej zatrudniały — zwykle z zewnątrz — zarząd, który podejmował decyzje wykonawcze, ale co roku rada nadzorcza oceniała jego działalność. Kredyty i kapitał otrzymywano z centralnych banków spółdzielczych, funduszu rozruchowego globalnego rządu lub organizacji wspierających ruch spółdzielczy, takich jak Praxis czy państwo szwajcarskie. Przy wykonywaniu poważniejszych projektów w ramach danego przemysłu albo działalności usługowej spółdzielnie łączyły się w większe jednostki, które wysyłały reprezentantów do przemysłowych gildii, powołujących komisje praktyk zawodowych, centra arbitrażowe i mediacyjne oraz stowarzyszenia handlowe.

Komisja ekonomiczna utworzyła również marsjańską walutę służącą do płatności wewnętrznych oraz do wymiany z walutami ziemskimi. Komisja pragnęła pieniądza „odpornego” na ziemską spekulację, ale ponieważ na Marsie nie istniał rynek akcyjny, Ziemianie nadal preferowali własne waluty. Marsjańskiemu cekinowi groziła więc inflacja na ziemskich rynkach pieniężnych i w dawnych czasach zapewne jego wartość szybko by spadła, powodując straty handlowe. Jednak obecnie na Ziemi niedobitki metanarodowców kontynuowały walkę przeciwko spółdzielczości, a w świecie ziemskich finansów panował chaos, toteż marsjańską waluta miała na Ziemi właściwą pozycję — nie za słabą, nie za silną. Na Marsie natomiast cekin był po prostu środkiem płatności. Praxis bardzo pomagała w tym procesie, stając się dla młodej gospodarki swego rodzaju bankiem federalnym, który dostarczał wolnych od odsetek pożyczek i pośredniczył w finansach z Ziemią.

Rada wykonawcza Nadii spotykała się codziennie na wielogodzinnych zebraniach, podczas których omawiano problemy ustawodawcze i inne programy rządowe. Spotkania zabierały tyle czasu, iż Rosjanka niemal zapomniała o konferencji w Sabishii, którą sama zainicjowała. Czasami jednak, w nocy, siadała na ostatnią przed snem godzinę lub dwie przy ekranie i rozmawiała z przyjaciółmi w Sabishii. Miała wrażenie, że i bez niej konferencja osiągnie swój cel. Zjechało na nią wielu marsjańskich ekologów, którzy przyznawali, że intensywny wzrost emisji gazów oranżeriowych zmniejszyłby negatywne skutki utraty zwierciadeł. Oczywiście gazem najłatwiejszym do wysłania w atmosferę był dwutlenek węgla, jednak naukowcy zgadzali się, że zamiast niego — ciągle przecież próbowano tak zredukować jego ilość w powietrzu, by człowiek mógł oddychać — potrafią stworzyć bardziej skomplikowane, potężniejsze gazy i uwolnić je w potrzebnych ilościach. Ekolodzy twierdzili, że taka działalność pozostanie w zgodzie z prawem, bowiem w konstytucji zapisano tylko, że marsjańska atmosfera nie może być gęstsza niż trzysta pięćdziesiąt milibarów przy konturze sześciokilometrowym, nigdzie jednak nie wymieniono gazów, których można używać do stworzenia tego ciśnienia. Na konferencji obliczono, że gdyby wypompować sto części węglowodorów i innych gazów oranżeriowych z koktajlu Russella na milion części atmosfery (zamiast obecnych dwudziestu siedmiu części na milion), wówczas retencja ciepła wzrosłaby o wiele stopni Kelvina, zapobiegając nadejściu epoki lodowcowej lub przynajmniej w znacznym stopniu skracając czas jej trwania. Plan zakładał produkcję i emisję ton czterofluorku węgla, sześciofluoroetanu, sześciofluorku siarki, metanu, tlenku azotawego i elementów śladowych innych substancji chemicznych, które pomogłyby obniżyć tempo niszczenia tych węglowodorów przez promieniowanie ultrafioletowe.

Na konferencji omawiano też trudną kwestię zakończenia topienia lodowca na Morzu Północnym. Kiedy całe morze stanie się płynne, albedo lodu powinno powodować wysyłanie sporej ilości energii w przestrzeń i powstałby żywy cykl wodny. Gdyby udało się stworzyć płynny albo — biorąc pod uwagę, jak daleko na północy leżał — płynny w porze lata ocean, wtedy nie byłoby mowy o epoce lodowcowej i można by uznać, że zakończono proces terraformowania — istniałyby wówczas silne prądy, fale, parowanie, chmury, opady atmosferyczne, topnienie, strumienie, rzeki, delty: cały cykl hydrologiczny. Na razie proponowano różnorodne metody przyspieszające topnienie lodu: wysyłanie do oceanu ciepła odpadowego z elektrowni atomowych, rozrzucanie na lodzie dużych ilości czarnych glonów, stosowanie mikrofalowych i ultradźwiękowych nadajników jako grzejników, a nawet rejsy dużych lodołamaczy po płyciznach.

Rzecz jasna, wzrost emisji gazów oranżeriowych również tu byłby pomocny: gdyby powietrze osiągnęło stan ponad dwustu siedemdziesięciu trzech stopni Kelvina, powierzchniowy lód oceanu stopiłby się w końcu sam. Jednak w trakcie konferencji naukowcy stopniowo wskazywali na wiele problemów związanych z planem emisji gazów oranżeriowych i nazywano go kolejnym ogromnym przedsięwzięciem przemysłowym, niemal dorównującym takim monstrualnym projektom metanarodowców, jak sprowadzanie azotu z Tytana czy też soletta. W dodatku w wyższych partiach atmosfery promieniowanie ultrafioletowe stale niszczyło gazy, toteż aby osiągnąć pożądany poziom, trzeba było ich produkować bardzo dużo, a później stale kontynuować produkcję. Wymagało to ciągłej eksploatacji surowców, budowania nowych fabryk przekształcających owe surowce w pożądane gazy oraz wykorzystania potężnych automatów, samokierujących i replikujących się maszyn górniczych, samobudujących i regulujących warsztatów, bezzałogowych, zdalnie sterowanych samolotów latających w wyższych partiach atmosfery i tym podobnych urządzeń. Jednym słowem — wielkie przedsięwzięcie maszynowe.

Właściwie kwestie techniczne nie stanowiły problemu. Nadia zwróciła uwagę przyjaciołom z konferencji, że marsjańska technologia od samego początku była wysoce zautomatyzowana. Wystarczyło zatem zbudować tysiące małych automatycznych pojazdów i wysłać je na powierzchnię. Będą wędrowały, szukając odpowiednich pokładów węgla, siarki czy fluorytu, przemieszczając się od miejsca do miejsca niczym krążące niegdyś po Wielkiej Skarpie stare arabskie karawany poszukiwawcze. Później, gdy roboty znajdą nowe, bogate pokłady surowców, mogą się zatrzymać i — z gliny, żelaza, magnezu oraz metali śladowych (plus przywiezione części zmontowane w innym miejscu) — zbudować fabryczki przetwórcze, które z kolei wyprodukują szereg automatycznych koparek i wózków, a te przetransportują przetworzone surowce do położonych centralnie fabryk. Tam przywiezione produkty zostaną przekształcone w gaz i uwolnione w atmosferę wysokimi ruchomymi kominami. Rosjanka podkreślała, że taka operacja niewiele się będzie różniła od wcześniejszych poszukiwań gazów atmosferycznych; po prostu wymaga większego wysiłku.

Rozmówcy Na